No good deed


Sassie Shakesheave
25 stycznia 2005 roku, Nowy Orlean ― pół-wila ― absolwentka Ilvermorny w domu Horned Serpent ― pracownica Miodowego Królestwa w Hogsmeade, chociaż daleko jej do słodkiej czekoladowej żaby ― nieporęczne szesnaście cali drzewa topoli z włosem wampusa ― patronusem wróbel, do bogina się nie przyznaje
Me­lan­cho­lia jest roz­paczą, która nie zdążyła doj­rzeć. Różni­ca wy­nika z cza­sowości. Czas roz­paczy jest cza­sem bez jut­ra. Czas me­lan­cho­lii jest cza­sem deg­ra­dujące­go się jutra.
Nie jest łatwo. Nikogo nie obchodzi, gdzie przyszłaś na świat i jak przeżyłaś te lata, co przeminęły, zanim było wam dane się spotkać. Wszyscy mają w głębokim poważaniu, co za dzieciaka widziałaś na własne oczęta, chmurne jak burza latem, i skąd wyniosłaś ów kodeks moralny, którego starasz się trzymać; bo nie chcą wiedzieć, że nie miał kto cię nauczyć poprawnych i akceptowalnych w społeczeństwie zachowań. Nikt wszak nie wypytuje o drogie podarunki, które przez tyle lat znienacka pojawiają się w twoich dłoniach, nikt nie zerka podejrzliwie na szastanie pieniędzmi dopóty, dopóki sami czerpią z tego jakieś korzyści. Ani trochę ich nie obchodzisz – najwyższy czas się z tym pogodzić, Sassie.
Nie jest łatwo. Jak na potomka olśniewającej wili, całkiem sporo odziedziczyłaś po swoim ojcu. Masz jego usta i jego przenikliwe spojrzenie, chociaż wydawać by się mogło, że przypominasz matkę w każdym calu. Lecz nie; metr pięćdziesiąt wzrostu (ważysz również tyle, co nic), chude nogi, jasne włosy, oczy wielkie i pełne marzeń. Wstydziłaś się ich co prawda, odkąd ta stara wiedźma z naprzeciwka powiedziała ci, że składasz się właściwie tylko z tych oczu, jak pająk, ale koniec końców – kto przez lata przejmowałby się słowami jakiejś zawistnej staruchy? Bo, to nie ulegało wątpliwości, kierowała nią zazdrość: twój dom kłuł w oczy ludzi znacznie biedniejszych, choć w środku murów czaiła się pustka, jak w zdradziecko pięknym ciele pozbawionym bijącego serca.
Nie jest łatwo. Z właściwą sobie niekonsekwencją to odpychasz, to przygarniasz rodzicielkę do siebie, nie potrafiąc zrozumieć ani odrobiny targających tobą sprzecznych emocji. Chciałabyś zacząć traktować ją jak obcego człowieka – wszak całe życie to ona traktowała tak ciebie – a z drugiej strony nie umiesz powiedzieć "dość". Nikt nigdy nie uczył cię, jak zadbać o swój komfort psychiczny w umiejętny sposób, bez ranienia przy tym samej siebie. W domu, jak daleko sięgasz pamięcią, nie dochodziło do tego rodzaju zbliżeń. 
Nie jest łatwo. Nader zręcznie wymykasz się wszelkim ramom słownym i ograniczeniom; równie ciężko cię złapać, co chwycić w garść wróbla, bo ponad wielkością i siłą dominuje u was obojga rozum i spryt. Mówisz mało, ale przynajmniej nie pleciesz, co ci ślina na język przyniesie – jesteś typem obserwatora, co wszelkie wyciągnięte spomiędzy wierszy informacje zachowuje dla siebie, bo mogą się jeszcze przydać. Czasy nauki szkolnej spędziłaś z nosem wetkniętym w książkę – namacalny dowód miłości, którą obdarowałaś tylko naukę – a potem, choć miało zmienić się wszystko, tak naprawdę nie zmieniło się nic.
Nie jest łatwo – ale nikt nie powiedział, że będzie.