1 stycznia 2000

Sit right there and listen real good

I'll tell you all the ways he's misunderstood

Jego przyjście na świat nie zostało entuzjastycznie przyjęte. Radość z tym związana przepełniała wyłącznie jego matkę i babkę. Nie było łez szczęścia, nie było serpentyn w mieszkaniu i napisu na ścianie głoszącego "Witajcie w domu". Zamiast tego była zionąca pustkami dwupokojowa klitka, w której mieszkał wraz z mamą, był chłód w spojrzeniu bliskich, ponoć okrytych hańbą. Camille Sangster, najmłodsza ze swojego rodzeństwa, stała się czarną owcą rodziny, wydając na świat dziecko z nieprawego łoża, w dodatku będące wilkołakiem. Od samych narodzin Bellamy'ego, oboje toczyli walkę o to, aby żaden człowiek nie dowiedział się o przypadłości chłopca. Raz w miesiącu wyjeżdżali do starej willi na wsi, należącej do głowy całego rodu Sangsterów. Dzięki znajdujących się w posiadłości lochom, Bellamy mógł przebywać tam w czasie pełni, mając pewność, że nikogo nie skrzywdzi. Lata leciały, chłopiec z utęsknieniem wyczekiwał swojego pierwszego listu, zapraszającego go do szkoły. Obawy Camille, że list może nigdy do nich nie dotrzeć, okazały się być bezpodstawne, co udowodniła niewielka sówka wlatująca przez otwarte okno ich mieszkania w Londynie. Z dumą zakupili pierwszą szatę, różdżkę oraz kociołek, a Bellamy wyruszył w najpiękniejszą podróż swojego życia. Hogwart stał się dla niego domem. Kochał przebywać w tym miejscu, nawet jeśli musiał wiecznie ukrywać prawdziwego siebie. Miał wszystko czego pragnął. Posadę w drużynie quidditcha, miłość, przyjaciół. A wszystko to do czasu. Do czasu gdy w ostatnich miesiącach szóstej klasy zniknął. Wyparował. Zaginął po pełni księżyca. Poszukiwano go przez cały czas, przeczesywano lasy, obdzwaniano szpitale i hotele w których mógł się zatrzymać, ale przepadł. Wiadome było jednie to, że nadal żyje, gdyż wysłał list do jednego ze szkolnych przyjaciół. Nabazgrał króciutką notatkę. „Zajmij się Azylem, niedługo wrócę. Mam nadzieję.” I faktycznie – wrócił. Pierwszego stycznia. Pojawił się nagle, przed własnym domem, siedząc na motocyklu, ubrany w kombinezon, z zawieszonym na szyi naszyjnikiem i tatuażem na lewym obojczyku. Po ośmiu miesiącach jak gdyby nigdy nic pojawił się w progu mieszkania swojej matki, zupełnie odmieniony. Jego ciało stało się bardziej umięśnione, poruszał się z dziwną gracją, niepodobną do poprzedniego niezdarnego kroku. Jego oczy z dziwnym błyskiem obserwowały otoczenie, na jego twarz nie wypływał bez przerwy rumieniec. Stał się inny, tajemniczy. Choć prawda była taka, że te osiem miesięcy przerodziło się w przygodę znacznie ciekawszą niż edukacja. Trafił do miejsca, gdzie mógł czuć się w pełni bezpieczny, do otoczenia które go rozumiało i wiedziało o jego przypadłości. W końcu też, po siedemnastu latach myślenia, że został porzucony, poznał swojego ojca. Enrico da Luca próbując odpokutować pozostawienie rodziny stworzył miejsce, w którym każdy wilkołak mógł żyć bezpiecznie, w którym mógł przemieniać się podczas pełni księżyca i być kontrolowany przez niewielką grupę animagów, bądź spędzać te ciężkie dni pijąc eliksir z hodowanego na terenie tojadu. I choć pierwsze dni w Benevolens Lupus dla Bellamy’ego były katorgą, z czasem nauczył się traktować jego członków jak rodzinę. To właśnie tam Bellamy po raz pierwszy poczuł się zaakceptowany. To właśnie tam po raz pierwszy pokochał ze wzajemnością. Sielanka nie trwała długo. Podczas jednej z pełni wymknął się spod kontroli i zaatakował osobę, na której mu zależało. Zaciskając silne szczęki, wyrwał mu ostatni oddech, na zawsze żegnając się z przyszłością, którą planowali. Bellamy dowiadując się o swoich czynach, zamknął się w sobie, nikt nie potrafił do niego dotrzeć i wytłumaczyć, że nie jest do końca winien. Wtedy też podjęto decyzję o posłaniu go z powrotem do szkoły, aby skończył rok i odpoczął od Irlandzkich lasów, w których doszło do tragedii. Młody wówczas Sangster nie próbował nawet odświeżać znajomości, nie interesowało go nic, poza uczuciem zgorzknienia trawiącym jego organizm i psychikę. Jego twarz została pozbawiona emocji. Zbudował od podstaw samego siebie, jakby wstydząc się tego, kim naprawdę był. Ukształtował nową osobę z resztek tego, co pozostało w cielesnym naczyniu. W jego głosie pobrzmiewała kpina, jego oczy wpatrywały się w rówieśników z pogardą. Wypracował w sobie silny instynkt samozachowawczy i wolę przetrwania. Nauczył się doskonale pracować indywidualnie. Z cichego chłopca stał się liderem. Jeszcze bardziej obawiał się następstw pełni. Nienawidził siebie za to, kim jest. Przestał jedynie nienawidzić swojego ojca. Całe jego życie obróciło się o sto osiemdziesiąt stopni, a on nauczył się, że niesamowicie łatwe jest zejście do piekieł. Ostatniego dnia szkoły nie pożegnał się z nikim, zabrał lisa, zaklęciem skurczył swój motor do rozmiarów breloka i wyparował na kilka długich miesięcy, by poukładać wszystko w swojej głowie. Powrót do Irlandii był bolesny, ale musiał stawić temu czoła. Postępująca choroba ojca, panika zasiana wśród watahy i obawy przed przyszłością tego miejsca skłoniły go do przekroczenia granicy terenów Benevolens Lupus. Spędził z ojcem niemal półtorej roku, ciesząc się z niewielkich rzeczy. Z porannej kawy pitej na ganku domku, z cichych rozmów nad jeziorem w środku nocy. Choć nie było to łatwe, próbował nadrobić wszystkie zaległości z ojcem, by później pożegnać go bez przeświadczenia, że spędził z nim za mało czasu. Kiedy dwa miesiące temu podczas szalejącej burzy, niedawno przejęte po śmierci ojca, przez Bellamy’ego Benevolens Lupus zostało zaatakowane przez niedobitków II Wojny Czarodziejów, wraz z przyjaciółmi bronił swojego domu, swojej przyszłości. I choć odnieśli zwycięstwo, niewiele pozostało z tego pięknego, przyjaznego miejsca. Plantacje tojadu zostały spalone, drewniane domki mieszkalne zmieciono z powierzchni ziemi. Próby przywrócenia temu miejscu dawnej świetności trwają nadal, jednak już bez Sangstera, który złożywszy obietnicę pojawiania się w domu podczas każdej pełni i w każdej wymagającej tego sytuacji, wyruszył na stare śmieci, gdzie po raz pierwszy w życiu miał usiąść przy stole personelu. .

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz