10 listopada 2016

Nie zaistnieję, jeśli mnie sobie nie wyobrazisz

Wszystko przeminie. Cierpienia, męki, krew, głód i mór. Sczeźnie miecz, ale gwiazdy pozostaną także i wtedy, kiedy nawet cień naszych ciał i sprawnie pozostanie już na ziemi. Nie ma człowieka który by tego nie wiedział.
————— M. Bułhakow

19 VIII 1978, Svaneke ———— właściciel zajazdu „Lusterko”

Wiesz co masz? Gówno masz: czterdzieści pięć lat życiorysu tak nudnego, że nie zainteresowałby dosłownie nikogo – nie polowałeś na słonie, nie byłeś agentem wywiadu ani kochanką Johna Kennedy’ego. Jedyne, czym mógłbyś – w porywach – się pochwalić, to bycie czarodziejem, a to i tak nie jakoś wyjątkowo dobrym, bo chociaż trafiłeś do Ravenclaw’u – Tiara ewidentnie zrobiła sobie z ciebie jaja – to do Owutemów nigdy nie podszedłeś, boś kretyn. Uciekłeś zamiast tego na Bornholm – gdzie największą rozrywką było patrzenie, jak piwo się warzy w lokalnej browarni – bo naprawdę nienawidziłeś Anglii, do której zabrali cię rodzice, aurorzy, poproszeni o pomoc w ściganiu popleczników Czarnego Pana; obydwoje zginęli w dziewięćdziesiątym ósmym, kiedy to Heniek Garncarz, ceną setek ludzkich żyć, pokonał zło i został bohaterem, hurra. Życia jednak nie oszukałeś – mamusię mogłeś, tatusia mogłeś, ale życia nie mogłeś – i nieważne gdzie, jak i kiedy: na zawsze miałeś pozostać kompletnym lamusem. Nawet w miłości ci nie wyszło, chociaż bardzo się starałeś: jesteś jednak kompletnym ułomem jeśli chodzi o jakiekolwiek relacje międzyludzkie i znacznie lepiej wychodzi ci dogadywanie się z rzeczami; czy to nie czas, aby zamknąć cię w Mungu? Niezmiennie jednak, od dwudziestego piątego roku życia, kiedy to się ożeniłeś, szalejesz za swoją pięć lat młodszą kobietą, która notorycznie traktuje cię jak gówno pod wysokim obcasem i już tak dwie dekady się przepychacie: hajtacie, rozstajecie, wracacie, rozwodzicie i przynajmniej raz do roku lądujecie na twoim niewygodnym łóżku w kanciapie na tyłach zajazdu, leżącego na obrzeżach Hogsmeade, który prowadzisz, bo jak spieprzyć sobie życie, to na całego! Cierpisz więc werterycznie, wyrażając swoje kryzysy egzystencjalne epistolarnie, a tym samym zasypując wybrankę swego pogruchotanego serca milionami listów, na które ona nie odpisuje lub perfidnie je zwraca, a ty jakoś się jej nie dziwisz. Do tego wszystkiego, lubisz tweedowe kamizelki, krawaty i dźwięk klawesynu, a w wolnych chwilach, żeby zaimponować, udajesz, że rozsmakowujesz się w whisky, ale naprawdę wolisz zimnego browca. Dużo czytasz, mało klniesz i niemalże ciągle milczysz – rozsądnie zresztą: w końcu nie masz  n i c  ciekawego do powiedzenia. Bądźmy szczerzy, dla ciebie każdy mówi brajlem, przez co nikogo nie rozumiesz i nikt nie rozumie ciebie – chłopie, ty nawet nie możesz się zawinąć, bo, kurwa, nie masz gdzie. Rano zwlekasz się z łóżka, bo musisz wypuścić szczura z klatki, a kładziesz się dopiero wtedy, kiedy stwierdzisz, że wywijanie nago po pijaku w oknie nie zrzeszy ci fanów. Nie masz jednego oka – przez to i fakt kolekcjonowania luster, bo wciąż masz marzenie, że kiedyś w jakimś nie zobaczysz tej żałosnej mordy, którą posiadasz, wołają na ciebie Szklany Człowiek – i jeszcze nikt się nie nabrał, że widzisz nim przyszłość. Masz jednak dobre serce, szczególnie do zwierząt – jakbyś mógł, to byś zaadoptował każdego psa, kota i salamandrę, bo żona nie chciała mieć dzieci, ale nie masz na to pieniędzy. Twarzy nie zapamiętujesz, śpiewasz pod prysznicem i generalnie przejebałeś sobie życie, Eretein. Na własne życzenie nie masz przyjaciół, bo w końcu twoją ulubioną – i jedyną – rozrywką jest zawieranie umów, których spełnienia później brutalnie perswadujesz; a możesz równie wiele załatwić, co odebrać. Do tego gadasz zagadkami i znęcasz się nad tymi, co nie zgadną. Cholera, strasznie z ciebie podły i introwertyczny jegomość ze skłonnościami do skurwysyństwa, a to wszystko dlatego, że ci ukochana baba nie daje… Hej, Ollie, ale jest fajnie, nie? Spoko-luz, nie? Nie…

informacje —————— lokalizacje —————— powiązania


Dobry po raz drugi! W tytule mistrz Władimir Nabokov, na zdjęciach wspaniały Mads Mikkelsem (w końcu Doktor Dziwny już szaleje w kinach), w imieniu i naziwsku zalinkowana Apocaliptica, bo ma być mhrocznie, no a dalej ja i moje wypociny. : D Na pewno kiedyś uzupełnię Informacje o historię, słowo. Tymczasem, jak mówiłam: handel wymienny, średnia długość, dużo dram, potu i krwi wolę wymyślać, lubię Nutellę.  Poszukujemy również RECEPCJONISTKI I SPRZĄTACZKI (również w formie męskiej) do zajazdu „Lusterko” oraz jakiegoś ROMANSU I PRZYJACIELA (męskiego chyba najlepiej, ale romansu kobiecego zdecydowanie, co by Rhena mogła się wyżywać!), bardzo. Bawimy się moi kochani i nie śpimy! <3

45 komentarzy:

  1. [Teraz to ja witam ciebie i twoją nową postać, która jest wspaniała <3 Co z tego, że kretyn? :D Wiem, że mamy już jeden wątek, ale gdyby była chęć na drugi (ale też z Gwen, bo męsko-męskie to nie moja bajka) to ja zapraszam serdecznie, może wymyślimy jakąś dramę czy coś, w końcu wszystkie chwyty dozwolone :D]

    Gwen

    OdpowiedzUsuń
  2. [ Witam na blogu :)
    Ciekawy człowiek. Jeśli masz ochotę to możemy coś razem naskrobać :) ]

    Dante Faust

    OdpowiedzUsuń
  3. [Witam kolejną z twoich postaci, życząc Ci raz jeszcze ciekawych wątków, weny oraz udanej zabawy na Kronikach! ;)]

    Teddy || James

    OdpowiedzUsuń
  4. [Dobry wieczór! Bardzo piękna karta, ale i wielce smutna. Przynajmniej mnie wprowadziła w stan małej zadumy. To dobrze. Takie karty, mym skromnym zdaniem, są najlepsze. Zazdroszczę talentu pisarskiego, jak i wyglądu karty, który skądś kojarzę.
    Podsumowując: witam, chwalę, a i do siebie serdecznie zapraszam!]

    Allie i Clementine

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. [Chciałam też dodać, bo zapomniałam, że wizerunek mego ukochanego Hannibala - kocham wielce. Prowadź go dobrze, bo przyjdę i pogrożę palcem!]

      Usuń
  5. [Tak mi trochę śmiesznie, bo tak sobie patrzę - a tu dla mnie wszędzie nawiązania do ostatniego dodatku do Wiedźmina. Czy mam rację? Olgierd, Lusterko, Syanna - nie oszukasz mnie tu. W dodatku widzę Bułhakowa, na wizerunku zacnego pana. Żałuję wielce, że już nie mam nauczycielki - z chęcią zaproponowałabym romans. Jednak i tak zapraszam, do kogokolwiek. Chociaż mam wrażenie, że i tak na Lenarda padnie. Udanego pobytu, trzymaj się, hej hej!]

    Aaron // Laura // Lenard

    OdpowiedzUsuń
  6. [Łopanie, ta karta powinna mieć ostrzeżenie przed możliwą utratą jajników na widok Madsa! *___* Czeeeeeść! Przychodzę powiedzieć, że chociaż nie mam postaci, z którą mogłabym Olgierdowi zafundować romans, to osobiście chętnie się nim zaopiekuję. Mamy deal? :D
    Mójboże, nie masz pojęcia, jak wielką sprawiłaś mi radość tym panem: przepięknymi grafikami, świetną ścieżką dźwiękową i wspaniałą, naprawdę genialną jego kreacją, która aż zapiera dech z wrażenia. Panowie-skurwiele coś w sobie bowiem mają, że trudno jest im się oprzeć, a Ty zdołałaś to wszystko obudować tak ciekawą historią i przepięknymi nawiązaniami do różnych cudowności, że nic tylko wzdychać. Lubię jego słodko-gorzkość: tę masę ironii, która się tutaj przewija przez kartę i jego życie, urzeczywistniając go aż do bólu. Lubię też „Lusterko”, niezdane OWUTEMy i jego werteryczne cierpienie, a przede wszystkim cudowne zwierzaczki i wspaniałą, naprawdę wspaniałą historię. Całego jego lubię, a Ciebie podziwiam za pomysł, za wykonanie, za talent i za całokształt, bo wiesz co? Zazdroszczę Ci tego, jak umiejętnie wzbudzasz w czytelniku emocje. <3
    Bawcie się więc dobrze razem z Olgierdem i znajdźcie sposób na pogodzenie się z piękną Rheną, bo zakochany i szczęśliwy Eretein będzie najpiękniejszym widokiem świata! <3 <3 <3]

    Connor Greyback

    OdpowiedzUsuń
  7. [Hejka tym razem tutaj! Oj weź, szykuj się na inne pomyłeczki z dupeczki (pięknie rymuję, moja twórczość taka wspaniała, czekaj na wątek) bo ja często mam głowę nie tam, gdzie być powinna i później wychodzą z tego takie dziwności. Dziękuję za wspaniałe, przemiłe i słodkie powitanie, aż mi się gorąco zrobiło, łałałiła! No i dziękuję w ogóle za tę jakże milutką propozycję bo jak widzisz, przygarnęłam Rhenę z ogromną chęcią. Co więcej, jestem pewna tego, że będziemy się wspólnie swietnie bawić i napiszemy cudowny wątek, z całą masą smutku, złośliwości i romantycznej tęsknoty. Ach! <3
    Też już zdążyłaś poznać moje zdanie na temat Olgierda (cholera, trochę mi się z orgią kojarzy, ale sza!), jednak nie mogę nie napisać ponownie kilku rzeczy. Chociażby, że Mads jest najwspanialszy na świecie, a na jego widok ślinka cieknie. Że karta ma niepowtarzalny urok z tymi złośliwościami, przy których trudno się nie uśmiechnąć, i że cała kreacja Ereteina jest urzekająca. Ja bym się z nim dogadała znacznie lepiej niż Rhena, przekaż mu! ;D
    Jako, że wątku nie mogę się już doczekać, pozostaje mi sklecić rozpoczęcie najszybciej, jak się da, co obiecuję zrobić. Życzę Wam też dużo weny i innych wspaniałych wątków i miejcie się na baczności, bo nadchodzimy.

    Rhena (Chapter hehe)

    OdpowiedzUsuń
  8. [Oh, zdecydowanie kogoś takiego potrzebuje! Całe życie spędziła w sierocińcu, nie poznała świata, ani ludzi, więc jeśli Olgierd chciałby się nią zaopiekować, wszystko pokazać i nauczyć ją życia to wraz z Gwen będziemy przeszczęśliwe! A ona w zamian za to wniesie do jego życia może trochę uśmiechu i szczęścia, bo widzę, że los go nie rozpieszczał i potrzebuje trochę miłości :)]

    Gwen

    OdpowiedzUsuń
  9. [Wooooooooooow, jaka karta! Naprawdę piękna, urzekła mnie długością, formą tekstu, efektem wizualnym – i wcale nie myślę tak na widok każdej Twojej karty, skądże – zawsze zastanawiam się, jakim cudem Ci się to udaje i koszmarnie, koszmarnie zazdroszczę!
    Nie wiem, czy byłaś tu przedtem, więc życzę wielu, wielu wątków, ogromnych ilości weny i dobrej zabawy, a w razie chęci zapraszam do siebie!]

    Forsyth Lester / Lily Potter

    OdpowiedzUsuń
  10. [Hej, hej! Jeszcze mnie tu nie ma, ale jestem bardzo poważnie zainteresowana posadą recepcjonistki (w umożliwionej formie męskiej) dla mojego przyszłego potomka, który powinien się tu pojawić na dniach. I czuję się zobligowana do spytania, czy mogę to miejsce zgarnąć?]

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. [O! <3 Wspaniale. Uderzaj: smerfowa.krolowa@gmail.com. ;]

      Usuń
  11. [Ano witam i dziękuję za kredyt zaufania.
    Ja za to nie znoszę i nie umiem pisać konkretnych kart, więc zawsze kończę z czymś, w czym ukryte jest dużo o postaci, ale - no właśnie - ukryte. Cieszę się więc tym bardziej, że jednak coś o nim z niej wyniosłaś, bo przy treściwości tutejszych kart bałam się, że mogłam przesadzić. :D
    Nastąpi na pewno, Olgierd byłby pierwszym, który de facto historię Axela by poznał. I nawet zacznę nam wątek z tym związany, tylko chcę ustalić parę rzeczy.
    Chciałabym, żeby Shepherd mieszkał i pracował w Hogsmeade niecały rok, więc teoretycznie mieli już trochę czasu na poznanie się, ale możemy założyć, że wcześniej było to czysto powierzchowne, mimo nierzadkich wspólnych posiadywań. Axel by Olgierda na pewno szanował i czuł się wdzięczny za dane mu miejsce pracy (specjalnie tego oczywiście nie uzewnętrzniając), nawet lubił, w którymś momencie zaczynając się czuć na tyle pewnie, żeby zacząć komentować jego schadzki, rzucać beznadziejnymi radami życiowymi, robić coś ponad kontrakt et cetera, et cetera. Widzę ich relację tak, że mimo zgryźliwych komentarzy względem siebie nawzajem i ewentualnych gróźb Shepherd, wylecisz stąd jeszcze tej nocy! raz na miesiąc, docenialiby swoje towarzystwo i wspólne zapijanie werterycznych smutków, i po roku jakoś tak wyszło, że zauważyli, że choć obaj gadają tymi samymi zagadkami, to wcale nikogo przed sobą nie udają, i skoro tak, to czemu by nie zacząć stopniowo wykładać kart na stół.
    Chyba napisałam to bardzo chaotycznie, ale jutro na pewno nie będę mieć czasu, więc tak to już zostawię. Co Ty na to?]

    Axel

    OdpowiedzUsuń
  12. [Jeśli tylko nie będzie Ci przeszkadzać to, że nie masz wiele materiału do odwołania się apropo Axela (to był główny powód dla którego zaproponowałam, że jednak ja zacznę - dałabym jakiś zarys), to oczywiście nie mam nic przeciwko. :D Jeśli czegoś Ci będzie brakować, bij na maila.
    Ach, i po zerknięciu jeszcze raz na życiorys Axela, bardziej pasowałoby mi, żeby jednak pracował w Lusterku niecały rok, od marca 2033.]

    Axel

    OdpowiedzUsuń
  13. [Na Melitele, widzę wszystko w tych Twoich potworkach. Iris i Olgierd to dwie tak piękne postacie, a zarazem z tak cudną, chociaż smutną historią. Z okazji takich pięknych imion naszych tworków, to ja z chęcią napisałabym wątek. Jedyne, co na myśl mi przychodzi - Iris mogła początkowo zatrzymać się w zajeździe. Zanim znalazła pracę i własne mieszkanie - znać się mogą właśnie stąd. Zastanawiam się tylko, co zrobić z taką różnicą wieku. Ewentualnie faktycznie skupić się na pannie pielęgniarce :) ]

    Iris

    OdpowiedzUsuń
  14. [Mam już prawie całe zaczęcie, ale cały czas nurtuje mnie jedna rzecz - powiedz mi proszę, jak wygląda interakcja Olgierda z pracownikami, jego podejście i tak dalej? Nie chcę palnąć jakiejś głupoty.]

    Axel

    OdpowiedzUsuń
  15. [Boże, on jest cudowny! Powinnam się odezwać pod kartą Very bo z nią chcę wątek (przynajmniej chciałam :D) ale on skradł moje serce i jeszcze ten wizerunek! Genialny, uwielbiam Madsa. Podziwiając dobry gust autorki, jednocześnie jej bardzo nie lubię, bo nie wiem z którą Twoją postacią bardziej chcę
    wątek. W tej sytuacji musisz mnie uratować i sama wybrać :D
    Ps. Tego zdrobnienia na pewno nie polubi i z każdego kto go użyje pozostanie mokra plama <3 XD]

    Geraldine

    OdpowiedzUsuń
  16. [Wybacz mi to <3 Chociaż myślałam, żeby Vere jakoś wplątać w ich wątek. To jest tak: mogłaby właśnie przebywać w zajeździe Olgierda , kiedy spotkałaby Twoją piękną pielęgniareczkę :D Wywiązałaby się pomiędzy nimi dzika awantura i dopiero Olgierd mógłby je rozdzielić. Tak by się właśnie z nim poznała. Pisałaś w karcie, że szukasz kogoś do romansu, więc któż to wie, co by z tego wyszło XD
    Co myślisz? Zbyt ekstremalne? Jeśli jesteś na NIE to pomyślimy nad czymś innym :D]

    Geraldine

    OdpowiedzUsuń
  17. [Cieszę się w takim razie! Tak, najpierw Vera a później Twój piękny Olgier. <3 Średnie. Aczkolwiek myślę, że potrafię się dostosować.
    Czekam na początek, bardzo niecierpliwie.]

    Geraldine

    OdpowiedzUsuń
  18. Jesienna aura zdecydowanie opanowała już Hogsmeade. Krople deszczu natrętnie uderzały w okna, rozbijały się na betonowych posadzkach tworząc niewyobrażalnie głębokie, brudne kałuże. Pogoda była okropna i żadna siła nie wyciągnęłaby dzisiaj Geraldine z Lustereczka na zewnątrz, nawet gdyby miała największy i najbardziej stylowy parasol. Jakież szczęście miała, że udało jej się uniknąć deszczu. (Nie)stety nie każdy je miał. Niebotycznie wysokie szpilki uderzały o schodki, a dźwięk ten roznosił się w całym holu. Zadbane długie włosy opadały na ramiona czystokrwistej czarownicy, a na jej nieskazitelnie pięknej twarzy gościł delikatny makijaż, upiększony leniwym uśmiechem. Ciemna sukienka idealnie przylegała do jej kobiecego ciała zaś nagą, łabędzią szyję zdobiła kolia z drogocennymi kamieniami. Chodząca doskonałość, można by rzec. Nott przykładała dość dużą uwagę do swojego wyglądu i w każdym momencie swojego życia chciała prezentować się jak najlepiej. Była profesjonalistką, więc wszystko musiało być absolutnie idealne. Przechodząc do części zajazdu w której znajdowała się recepcja, na czarownice czekał dosyć niespotykany widok, który widocznie ją zaskoczył. Z początku jej nie poznała. Tak jasne włosy dziewczyny że wręcz białe były przyklejone do jej twarzy, woda ściekała z niej tworząc dosłownie kałużę na podłodze. Była cała przemoczona i ten widok mógłby wzbudzić nawet współczucie w Gerze, ale.. Nie. Nie dla tej kobiety. Słysząc ten piskliwy, cieniutki głosik o pozornie niewinnej barwie, tęczówki Geraldine znacznie się rozszerzyły. Usłyszała jeszcze sapnięcie blondynki i kiedy dziewczyna wymówiła jej imię, roześmiała się nieco chłodno, drwiąco. Naprawdę sądziła, że to nie dotrze do jej uszu? Naiwna istotka.
    - Vera? Vera Thorne? Kruszynko, nie poznałabym Cię. Wyglądasz... Niezbyt ciekawie. Brak Connora tak na Ciebie wpływa?
    Owe słowa brzmiały niczym obelga, kiedy wydobywały się spomiędzy pełnych i kremowych warg ciemnowłosej. Wcześniej usłyszała jak jasnowłosa pytała o numer pokoju i domyśliła się, że przyszła odwiedzić jakiegoś mężczyznę. Chociaż ciekawe co ją do niego sprowadzało, czyżby był kochankiem niewinnej, cichutkiej myszki? Właściwie Geraldine nie obchodziło z kim spotykała się Vera, do kogo przychodziła, z kim sypiała a z kim nie. Jednak widziała powód do rozrywki jakim było według niej dręczenie małej panienki Thorne, zarówno wspominkami o Connorze jak i jej domniemanych romansach.
    - Czyżbyś w końcu wyleczyła swoje jakże zbolałe serduszko?
    Klasnęła dźwięcznie w dłonie a na jej pięknej, poważnej twarzy cały czas malował się iście sarkastyczny uśmiech. Nigdy jej nie lubiła. Od momentu kiedy Vera wkroczyła w życie jej przyjaciela, aż do czasu kiedy go zraniła. Panna Not zawsze była przeciwna temu związkowi i samym powodem nie była zazdrość, ale również fakt, że doskonale wiedziała, że im nie wyjdzie. Miała doskonałą, kobiecą intuicje która doskonale się sprawdzała i jak do tej pory nigdy jej nie zawiodła.
    Zrobiła jeszcze kilka kroków w stronę tej kruchej, delikatnej istotki i złapała pomiędzy palec wilgotny kosmyk jej puchowych włosów. Pozornie delikatnie za niego pociągnęła, po czym cofnęła palce.
    - Nie powinnaś się wysuszyć zanim odwiedzisz przyjaciela?
    Barwa jej głosu była lodowata niczym stal i Vera mogła usłyszeć pewną jadowitą nutę, mimo że dla obcego człowieka czy też czarodzieja byłaby ona niesłyszalna. Chociażby dla hotelarza Olgierda Ereteina, który bacznie przysłuchiwał się rozmowie tych dwóch kobiet.

    zawsze miła Geraldine Nott

    OdpowiedzUsuń
  19. [Jeżu. Przepraszam. Przepraszam, ale... możesz jednak Ty zacząć? Nie dość, że myślałam, że uda mi się to zrobić dużo wcześniej, to jak teraz w końcu znalazłam czas, żeby dokończyć to, co miałam, to okazuje się, że tak namieszałam, że pasowałoby mi wszystko przepisać od nowa, a najbliższy tydzień, albo i dwa, mam kompletnie zawalony. Odpisać będzie mi na pewno łatwiej niż zacząć. Strasznie mi głupio. Normalnie rozpoczęcia idą mi bardzo szybko. Nie wiem jak mam przepraszać.]

    Axel

    OdpowiedzUsuń
  20. [Moje serducho cierpi z braku pomysłów- on jest świetny *x*! I cały cukier jaki ci tu sprzedam niech zostanie spalony w dwie sekundy. Fenomenalnie wykreowany, ciekawy i intrygujący, aż chce się go bliżej poznać, bo wbrew wszystkiemu jemu też nie jest łatwo...wzdycham tak sobie do niego od dziesięciu minut i klnę pod nosem za brak jakiegoś oryginalnego pomysłu którym można by ich razem połączyć, coś niebanalnego i przebojowego...chyba zaraz zjem ciasto z powodu tej całej frustracji.
    Niemniej jednak całuję rączki za tak miłe powitanie! ]

    Ronnie i jej zła aktorka, która cierpi na brak pomysłów

    OdpowiedzUsuń
  21. [Hej hej, wróciłam z urlopu, i nie mam od Ciebie żadnej odpowiedzi - nasz wątek jest aktualny? Bo mam nadzieję, że Cię jakoś nie uraziłam. Ani nic.]

    Axel

    OdpowiedzUsuń
  22. [Cześć! Właśnie za to kocham przekopywać tumblra: potem znajduję takie perełki. ♥ A łuczniczka na blogu o Wiedźminie musiała być cudowna (ach, jak ja uwielbiam tę serię!). Tak mi tekst Franza pasował, że żal było nie wykorzystać. ;)
    Jestem zachwycona obiema Twoimi postaciami i sposobem ich napisania, po prostu cudo!, ale moje serce zostało skradzione przez Olgierda. Nie dość, że były Krukon, to jeszcze tak niesamowicie oryginalny, że nie sposób nie zwrócić na niego uwagi. Podoba mi się, że nie wielbi Harry'ego Pottera (swoją drogą Heniek Garncarz mnie rozbawił), woli piwo od whiskey, kolekcjonuje lustra i po pijaku tańczy nago przed oknem. Poza tym on wcale nie wydaje się kretynem i hej!, nie Owutemy w życiu najważniejsze! Za tę jego miłość do zwierząt Marcy jest gotowa go pokochać, a Peps i Steffa to już na pewno pokocha, jak tylko ich zobaczy.
    Na ten moment krwi nie zaproponuję (chociaż mogłaby się polać, bo, znając Marcy, któregoś pięknego dnia jedno z luster mogłoby mocno przez nią ucierpieć), ale mogę za to zaoferować wzburzoną Marcy wbiegającą do zajazdu z krzykiem: Czy ktoś ma lód?! i napuchniętą połową twarzy (alergia tak bardzo). Tak, żeby zacząć ich znajomość z miłym akcentem. :D]

    Marigold

    OdpowiedzUsuń
  23. [Tak zaczynając od końca - ja też jej dawno nie słyszałam i dziwię się, jak kiedyś mogły mi się te twory nie podobać. Shame on me!
    Do wybaczenia jeszcze trzeba ostro odpokutować, ale może uda mi się namówić Rhenę, żeby trochę łaskawiej spojrzała na naszego Olgusia... ;D
    Ustalajmy więc fakty - od czego zaczynamy!]

    Rhena Travers

    OdpowiedzUsuń
  24. Dwa lata temu po raz pierwszy znalazła się w Hiszpanii. Za każdym razem, gdy widziała nowe miasto, nową kulturę – przytłaczała ją mnogość pięknych dekoracji, ciągnących się w nieskończoność ulic, spieszących się ludzi ubranych w różne, barwne stroje, chociaż akurat w tym kraju w większości ich nie było.
    Lato w Hiszpanii było naprawdę upalne – niczym nie przypominało tego spędzonego w Londynie czy też końca wiosny w chłodnej Szwecji, na błoniach Hogwartu. Już wtedy wiedziała, że połowa ubrań, które ze sobą wzięła, w ogóle nie będzie jej potrzebna, a sama będzie musiała poszukać czegoś bardziej… przewiewnego.
    Następnego lata znów tam wróciła. Poznanie historii ciekawych osób nigdy nie zamykało się w zaledwie dwóch miesiącach – spisanie natomiast jej zajmowało o wiele, wiele więcej. Akurat zdążył skończyć się rok szkolny, gdy ona uznać mogła część pierwszą za w pełni skończoną i napisaną. To wciąż nie było wszystko. I dlatego wtedy ponownie pojawiła się w ich progu.
    Państwo Ordóñez, którzy byli bohaterami jej najnowszej książki, zmienili się przez ten czas. To znaczy, może nie oni sami w sobie – ale na pewno tryb ich życia nabrał tempa, odkąd tylko pojawił się nowy członek rodziny, ich malutki synek, oczko w głowie.
    Dotąd dzieci kojarzyły się jej tylko i wyłącznie z przykrym obowiązkiem i śmierdzącymi pieluchami, które trzeba notorycznie zmieniać. Z histerycznym płaczem, od którego uszy mogą odpaść, z nerwami i nieprzespanymi nocami. Dziecko było czymś, czego Rhena w swoim życiu nie chciała – a nie potrafiąc wyplenić tej myśli z głowy swojego byłego męża, po prostu go zostawiła.
    Oni jednak byli szczęśliwi. Ze zdumieniem przyglądała się, z jak wielką miłością matka obchodziła się ze swoim dzieckiem. Z jak wielką pasją i z jakim pięknym uśmiechem na twarzy mówiła o swoim słodkim maleństwie. Chociaż najbardziej poruszyły ją słowa wypowiedziane pewnego dnia, gdy po długich godzinach uśpiła w końcu syna.
    Na początku się bałam, nie chciałam go. Ale to wszystko, ta cierpliwość i miłość, przyszło z czasem.
    *
    To nie była rocznica. To nie był dzień, w którym mógłby spodziewać się jej w Lusterku - a ona nie powinna się tutaj nawet zjawiać. To był dzień ostatniej wycieczki do Hogsmeade przed świętami – uczniowie zdążyli już wrócić, zaganiani raz po raz przez woźnego mamroczącego pod nosem coś o niewychowanej młodzieży. Mrok spowił już miasteczko czarodziejów, a uliczki rozświetlane były już tylko przez liche światła latarni.
    Nikt nie zauważył kobiety stojącej na progu zajazdu. Wciąż wahającej się, czy aby powinna.
    Miała trzy długie miesiące, aby przemyśleć swoją decyzję – i za każdym razem rozważania kończyły się dokładnie tak samo. W przyszłym roku będzie już czterdziestoletnią czarownicą. Kobiety w jej wieku nie wychowują już dzieci – ich dzieci są już na tyle duże, aby zajmować się sobą same, ewentualnie siedzą w Hogwarcie i pracują na swoją przyszłość.
    Ona, wychodząc za mąż w wieku dwudziestu lat, też na swoją przyszłość chciała pracować. I zapracowała. Dlaczego więc wciąż się waha?
    Wzięła głęboki wdech i nacisnęła klamkę zajazdu byłego męża. Od razu poczuła czujny wzrok recepcjonistki na sobie. Dostrzegła, jak na jej twarzy znużenie ustępuje miejsca zdumieniu. Od razu podniosła się z krzesełka, na którym przesiadywała i bacznie oglądała swoje paznokcie.
    - Zawołam właściciela – mruknęła niemrawo po tym, jak zerwała się już z miejsca.
    - Nie trzeba, powiedz mu, że przyszłam. Zaczekam na niego na górze.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Oniemiała dziewczyna pokiwała jedynie głową, a Rhena weszła dalej. Doskonale wiedziała, jak trafić do pokoju Olgierda – chociaż odwiedzała go zaledwie raz do roku, tłumacząc sobie, że pastwi się nad nim za jego zdradę.
      Pchnęła drzwi do jego sypialni ogarniętej mrokiem. Krótkim zaklęciem rozświetliła pomieszczenie. Pokój zdecydowanie wyglądał tak, jakby na pewno jego właściciel nie spodziewał się przyjęcia gości, ale przecież nie powinna mieć mu tego za złe. Uśmiechnęła się jedynie i odwróciła głowę w stronę regału z książkami.
      Znała Olgierda na tyle, aby była w stanie stwierdzić, że nie będzie musiała na niego zbyt długo czekać.
      Nie mogła zdecydować się czy to dobrze, czy też nie. Z jednej strony wciąż ganiła się w myślach za myśli krążące jej w głowie. Z drugiej jednak strony… Nigdy nie będzie już młodsza, jej sława może nagle też minąć. Nie ma lepszego czasu niż ten.
      I nie ma lepszego mężczyzny niż on.
      Wróciła nagle spojrzeniem do grzbietów książek tak dobrze jej znanych – sama je w końcu napisała. Wyciągnęła spośród nich Ostatni lot pegaza i otworzyła na losowej stronie. Jakim cudem wcześniej nie była w stanie zauważyć własnych książek na regałach swojego byłego męża?
      Naprawdę była aż tak zaślepiona nienawiścią do niego – czy też może żalem i urażoną dumą, która nie pozwalała jej spojrzeć na niego jak na człowieka, mężczyznę, za którym kiedyś naprawdę szalała?

      o wiele za dużo myśląca (była) żona

      Usuń
  25. Dotarły do niej jego słowa. Musiałaby być całkowicie głucha, żeby nie usłyszeć tego głosu. W sytuacji, w której próbował kreować się na kogoś lepszego, kogoś, kim przecież nigdy nie był. I nigdy nie będzie.
    Ale przecież nie musiała go słuchać.
    Taka właśnie była – robiła to, co chciała i wtedy, kiedy jej się to podobało, nie prosząc nikogo o zgodę, nie pytając o radę, nie słuchając sprzeciwów. Nie zawsze tak się zachowywała. Zaczęło się to wszystko od niego. Od momentu, w którym pozwolił jej poczuć się panią własnego losu, królową własnego świata.
    Zamknęła książkę i spojrzała na tylną część okładki. Dostrzegła na niej swoją twarz – wyglądała tam na uśmiechniętą, pewną siebie kobietę. Na profesjonalistkę, którą chciała być, a tak często jej się to nie udawało. Jeszcze częściej nie udawało jej się przyznać do błędu.
    Rhena Travers mrugnęła do niej jakby porozumiewawczo, jakby dawała znak, że pora odstawić na półkę książkę w błękitnej okładce, z szybującym pegazem na czele. I własnym nazwiskiem na grzbiecie. Że najwyższy już czas zebrać się w sobie i poukładać życie.
    I, przede wszystkim, pogodzić się z tym, że nie ma już dwudziestu lat. Czterdziestoletnie czarownice są rozsądne, nie biegają za własnym kaprysem, a patrzą, jak ich dzieci dorastają. Pomagają swoim pociechom, wspierają je, swoje widzimisię spychając na dalszy plan.
    Czy ona będzie tak potrafiła?
    Wepchnęła książkę na miejsce i dopiero wtedy odwróciła się do mężczyzny, który usiłował się dowiedzieć, co, do cholery, się tutaj w zasadzie dzieje. Dlaczego jaśnie pani raczyła zjawić się w tym miejscu w dniu innym niż siódmy lipca.
    Kiedyś mogłaby się założyć, że wyjaśnienie mu się spodoba. Teraz – sama tego nie wiedziała. I sama nie do końca też wiedziała czy aby na pewno to wszystko ma sens. Czy się nadaje. Czy ona się nadaje.
    Dziecko nie mogłoby mieć lepszego ojca niż Olgierd. Była tego pewna.
    I gorszej matki niż Rhena. O tym była równie przekonana.
    — Nie mylę się w takich sprawach – zaczęła może odrobinę za ostro. – Musimy porozmawiać.
    Ale czy na pewno musimy? Bo wiesz, Rhena, jest jeszcze czas… możesz go po prostu wyminąć i odejść do zamku, zapomnieć o temacie. Możesz udać, że żadna głupota ci główki nie zaprząta, a teraz masz tylko jeden cel – wydać tę cholerną książkę i poszukać kolejnej inspiracji w świecie czarodziejów.
    Może tym razem Indie? Albo Afryka? Tam też są przecież czarodzieje.
    Albo Japonia? Porywający romans w kraju kwitnącej wiśni…
    Niespiesznym krokiem przeszła w stronę łóżka, na którym usiadła i odrzuciła swoje długie, rude loki do tyłu, poprawiając przy okazji i objętość włosów. Można śmiało stwierdzić, że na tym punkcie była wręcz przewrażliwiona. Zawsze, w każdej chwili musiała wyglądać perfekcyjnie.
    To było ważne nie tylko dla samej siebie. Lubiła czuć wzrok innych mężczyzn na sobie, gdy mijała ich na ulicy. Lubiła się podobać.
    Znów spojrzała śmiało na Olgierda, chociaż w środku czuła, jak jej serce zaczęło bić szybciej. Z nerwów, oczywiście. Miała takie irytujące wrażenie, że przychodząc do niego z tą sprawą, po prostu się ośmieszy.
    Może nie było w tym ni krztyny prawdy, ale tak właśnie w tym momencie czuła.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. — Nie będę cię pytać czy pamiętasz, dlaczego rozstaliśmy się szesnaście lat temu – chociaż bardziej odpowiednie byłoby tutaj stwierdzenie, „dlaczego między innymi się rozstaliśmy”, dodała w myślach. – Nie… byłam gotowa na niektóre sprawy. Zależało ci na rzeczach, których nie byłam w stanie ci dać. – Przeniosła wzrok ze ściany, w którą wcześniej uparcie się wpatrywała, na niego. Na jego ciemne oczy, które wyrażały dotąd mieszankę zdumienia z niezrozumieniem. – Myślę, że nadszedł czas, aby o tym porozmawiać ponownie.
      Dlaczego tak się bała tej rozmowy? Dlaczego bała się wysunąć cegiełkę z muru, którym przez te szesnaście lat się otaczała? Który zresztą sama zbudowała, wmawiając sobie, że to w formie zemsty na nim, za to, co nigdy nie powinno się wydarzyć.
      Dlaczego bała się otworzyć przed nim ponownie? Pokazać mu siebie taką, jaką była przed szesnastoma laty?
      Tam, w środku, nie zmieniła się przecież aż tak bardzo. I może ta świadomość ją przerażała – że wciąż była osobą podatną na zranienie, mimo że wmawiała sobie, iż jest inaczej.

      Rhena Travers, która gubi się już we własnych myślach

      Usuń
  26. [O, widzę, że przypadkiem wywołałam jakieś uczucie na podstawie książki, której zapewne nie czytałam, bo czuję się mocno skołowana... Ale co tam, jest nam, mi i Isenowi, niezmiernie miło i dziękujemy za tak przemiłe słowa, no i wiarę, że damy sobie radę – bo toż to mój pierwszy chłopiec w karierze i nawet ja pewna nie jestem, czy podołam. Na HK mam Unę, na SoW Bellatrix&Cruellę, no i na nieśmiertelnym NYCu: Sapphire, więc może stąd się kojarzymy. c:
    W razie czego zapraszam w takim razie do panny DeVere, tam już nie ma ograniczeń co do płci i dziękuję raz jeszcze!]

    Isengrim Scabior

    OdpowiedzUsuń
  27. [Ach, o to chodzi! Wiedzieć wiem, czytać nie czytałam; preferuję jednak "nudne", dramatyczne obyczajówki, a świat Rowling to wyjątek. :)
    Ojej, dziękuję za takie miłe słowa! Aż samoocena mi się podniosła!
    Jeśli to ja jestem panią, jest mi wszystko jedno. :D Zatem pozostawiam Ci dowolność!]

    Una DeVere | Isen Scabior

    OdpowiedzUsuń
  28. Jakże drażniła ją ta jego postawa. Ta, w której całą pewność siebie, o ile ją posiadał, bo nie pamiętała już, kiedy ją widziała – czy kiedykolwiek ją widziała, szła w niwecz, byleby tylko wysłuchać tego, co ona miała do powiedzenia. Jedno, nawet najmniejsze skinienie jej palca mogło sprawić, że zjawiał się u jej boku natychmiast, gotów usługiwać. I dziękował, iż to właśnie nim postanowiła się wysłużyć. Nienawidziła tego.
    Nienawidziła – tak wolała to nazywać, bo przyznanie się przed samą sobą, że tak naprawdę kochała go bez pamięci. Kiedyś, gdy był jej światem, jej życiem, jej szczęściem, jej wszystkim. Czy do tej pory pozostał chociaż cień uczuć z przeszłości? Bała się zadać sobie to pytanie, dlatego wolała kryć się za określeniem nienawidzę. Było zdecydowanie prostsze, nie wymagające zrozumienia własnych uczuć.
    Gdy zbliżył się do niej, niepewnie, jakby bał się ją spłoszyć – lub bał się, że to ona za moment krzyknie na niego, powie, że to nieistotne i jednak stąd wyjdzie, zostawiając go samego aż do lipca. Może jego obawy nie były tak do końca bezsensowne, jednak coś trzymało ją w tym miejscu. Więc gdy zbliżył się, wstała i podeszła do okna. Skrzyżowała ramiona pod biustem i spojrzała na widok za szybą, na zasypane śniegiem dach miasteczka Hogsmeade.
    Przecież to jest bez sensu. Prawie dwadzieścia lat temu ich małżeństwo skończyło się między innymi przez to – bo chciał dziecka, a ona twierdziła, że jest za młoda na siedzenie w pieluchach. Wszystko posypało się przez jej jedno, kategoryczne nie, a teraz przychodzi do niego, oznajmić łaskawie, że zdanie jednak zmieniła?
    To jest chore.
    A jednocześnie była świadoma, że on jest jedyną na świecie osobą, która nie będzie zadawała zbędnych pytań i nie będzie wysuwała niepotrzebnych wniosków. Jego odpowiedź będzie prosta. Tak. Lub, jak ona zrobiła to wcześniej, nie.
    Ale istniał przecież jeszcze jeden argument. Jakkolwiek żałosny jej się nie zdawał, podświadomie wiedziała, że tylko on byłby odpowiednim ojcem dla jej dziecka.
    Dlatego ponownie odwróciła się w jego stronę. Jeszcze przez moment milczała, przygryzając lekko dolną wargę i pozostawiając go z własnymi myślami, jakiekolwiek krążyły teraz po jego głowie.
    — Chciałeś wtedy dziecka – odezwała się w końcu. W jej głosie znów rozgościła się ta pewność siebie i dominacja, której nauczyła się przez lata. – Czy nadal go chcesz?

    nie umiejąca w poważne rozmowy z Olgierdem Rhena Travers

    OdpowiedzUsuń
  29. [Cześć! Co jakiś czas spotykamy się na jakimś blogu. Nie ukrywam, na Hogwarcie to chyba jeszcze żadnym nie była, choć kiedyś się zbierałam do tego. :) A teraz przejdźmy dalej...
    Wszystkie twoje karty wywierają na mnie takie wrażenie, że najzwyczajniej w świecie nie umiem nic napisać, bo mój mózg się wyłącza. Meh. Vera mnie urzeka swoją aurą, a może to ma coś wspólnego, że ma w sobie krew wili? :D Ogólnie to chciałoby się jakoś jej pomóc, przytulić, wysłuchać, zostać przyjacielem czy cokolwiek innego, choć przychodząc do niej to przecież oczekuje się właśnie od niej pomocy, bo "coś w tym zaklęciu nie wyszło, albo Irytek mnie dopadł". Co do Olgierda to jego kartę przeczytałam zanim tu jeszcze dołączyłam i odczuwam ze swojej dziwny dystans do niego, a może boję się po prostu wątku, jako bym mogła nie podołać? Ale wizerunkiem mnie rozłożyłaś na łopatki :D Dobra, i Alaric mógłby się u niego zatrzymać, ale ten respekt, który odczuwam... Jeżu!
    P.S.
    W życiu by mnie tu nie było, gdyby nie Colin i jego rola Gravesa <3]

    Alaric Graves

    OdpowiedzUsuń
  30. [Ja Ci już dziękowałam za cudną opinię o karcie Elphaby, więc nie będę się powielać, ale wpadam tutaj, coby sklecić jakiś ciekawy wątek! Moja Effy mogłaby może być weekendową sprzątaczką? Czy chodzi Ci coś innego po głowie w związku z tą parką? :D]

    Effy DeVarden

    OdpowiedzUsuń
  31. [Tyyyle miłych słów, że aż nie wiem, do czego się najpierw odnieść! Jestem zachwycona i zauroczona, że Bree się tak cudnie przyjęła; dziękuję też za świetną, przemiłą opinię o wizualizacji karty i zakładek, jak i samej, gołej treści, naprawdę, samoocena mi drastycznie pójdzie w górę. :D Uwielbiam rudych, więc rodzina Zeph musiała być rudzielcami... Cała piątka!
    Fakt, charakter Bree przeszedł całkowity zwrot o sto osiemdziesiąt stopni; z takiej wesolutkiej i niewinnej dziewczyneczki stała się ponurym widmem. Dla mnie głupotą jest przydział w tak młodym wieku i wydaje mi się, że powinno się go co najmniej powtórzyć w okolicach czwartej klasy. :D Co ciekawe (chociaż pewnie tylko dla mnie, hehehe), postać panny Allaway (ja z kolei zawsze czytam wszystkie nazwiska tak, jak się je pisze, chociaż wiem, że to błąd...) powstała, gdy bardzo ciągnęło mnie, by stworzyć hogwarckiego duszka, ale zjadały mnie obawy, iż taka pannica się nie przyjmie i wątków będzie spory brak.
    A na maila już pędzę, nie mogę się doczekać. <3

    PS Piękny cytat w tytule karty i ogółem jestem oczarowana, ale to na pewno niejednokrotnie już usłyszałaś!]

    Bree Allaway

    OdpowiedzUsuń
  32. Nigdy nie lubiła końca tygodnia. Koniec tygodnia nieodmiennie zwiastował nadejście poniedziałku, z którym gryzła się od zarania dziejów – przynajmniej odkąd zaczęła uczęszczać do szkoły – a w dodatku ów dzień był jednym z tych, kiedy lenistwo wisi w powietrzu. Powiewa nudą. Nienawidziła się nudzić. W przeciwieństwie do rówieśników, którzy z pasją mawiali, że wolą patrzeć w ścianę, niż wziąć się do nauki, ona pierwsza złapałaby za książkę, gdyby przyszło jej bezczynnie siedzieć lub leżeć, sam na sam z własnymi myślami. Tylko zanurzając się w mgle odurzenia mogła jako-tako znieść swoje towarzystwo; wylegiwała się na starej, zmechaconej kanapie w swoim niewielkim pokoiku, opierając opadającą głowę o ścianę i czuła, w tych momentach naprawdę czuła, że życie może być całkiem okej.
    Najdroższy!, pisała czasem listy do brata, których nigdy nie miała zamiaru wysłać – wszak w jego mniemaniu siostra utonęła w czeluściach mętnych wód hogwarckiego jeziora niemalże rok temu – a w których mogła opowiedzieć o wszystkim i nie musiała się ukrywać. Tęskniła za czasami, kiedy to jemu, Siriusowi, wylewała w ramię swoje żale, rozterki i rozczarowania, wiedząc, że gdy podniesie załzawione oczy, ujrzy jego pocieszający uśmiech. Papier nigdy się tak nie uśmiechał; nie wiedziała, co właściwie bolałoby bardziej, dotkliwy brak, czy perfekcyjna imitacja.
    Piszę do Ciebie, jak zawsze, z jednego konkretnego powodu. Nie umiem być już sama ze sobą i tylko Ty mógłbyś mnie zrozumieć – wiesz, jak to jest, nienawidzić się za coś, prawda? – ale jednocześnie zdaję sobie sprawę, że nigdy nie odważę się wysłać tych kilkunastu żałosnych świstków, które nieustannie się mnożą. Jestem tchórzem, tak; powiedzmy sobie prawdę, Si, powinnam była zachować się odważniej i nie uciekać przed problemami. Do tej pory nie wiem, jak mogłam pomyśleć, że będzie to dla Ciebie mniejsze zło, stracić mnie, niż musieć borykać się z tymi wszystkimi problemami, które ściągałam na nas. Bo to zawsze była moja wina, to mnie nie znosili; nie musisz kłamać, ja przecież o tym wiem.
    Zagryzła wargę, nie wiedząc, co tak właściwie chciałaby przekazać bratu, i czy słowa pocieszenia, których nigdy się nie usłyszy, mają jakąkolwiek wartość. Rozpaczliwie tęskniła za czasami, gdy mogła, ot, po prostu, podejść do chłopaka i zagadnąć o największą nawet głupotę. Dopiero teraz, po czasie, zdała sobie sprawę, że pozbawiając życia Zephir, pozbawiła samą siebie rodziny.
    Kolana bolały ją od twardej podłogi; dłonie miała suche, obdarte kostki palców. Nie mogąc używać różdżki – wciąż miała na sobie Namiar i cały misternie pielęgnowany plan runąłby w jednej sekundzie – musiała uciekać się do mugolskich sposobów sprzątania: szorowała więc najmniejszy nawet zakątek klęcząc i przecierając brudne miejsce. I, chociaż niejednokrotnie musiała zacisnąć zęby, ostatkiem sił powstrzymując się, by nie użyć prościutkiego zaklęcia, jednego małego czaru, z czasem nawet zdołała przywyknąć do trybu życia, które niespodziewanie zaczęła prowadzić. Nie to, żeby nagle poczuła się bardziej związana z mugolskim światkiem – nie potrafiła pojąć tych ich dziwnych zwyczajów, jak na przykład nieustanne klepanie w telefony – po prostu uznała, że o wiele łatwiej będzie przystosować się do takich, a nie innych warunków, zamiast non stop walczyć z samą sobą i coraz mocniej się nienawidzić. Poza tym: tego właśnie chciała, czyż nie?
    Najdroższy, napisała po raz kolejny, gryząc nerwowo ołówek, który ściskała w prawej dłoni. Tak bardzo..., urwała niespodziewanie, odwracając głowę w stronę źródła dźwięku. Brzmiał trochę jak dźwięk otwieranych drzwi, ale Bree wątpiła, że ktokolwiek chciałby tu zajrzeć o tej porze.

    zmęczona, zestresowana, ale wciąż czujna Bree Allaway

    OdpowiedzUsuń
  33. Wszedł.
    Poniewczasie skinęła głową, jednocześnie niezbyt gwałtownym, dyskretnym ruchem uprzątnęła z biurka kartkę, lotem ślizgowym strącając ją do półprzymkniętej szufladki, którą zaraz dosunęła, bacznie obserwując swojego pracodawcę. Nie miała pojęcia, po co przyszedł – nie, żeby jej to przeszkadzało; mimo całej świadomości nieostrożności, co do popełnianych czynów, czasem górę brała niechęć do kolejnej samotnej nocy – ale mimo wszystko wolała zachować pewną dozę dystansu. Wypłynięcie sekretów na wierzch nie było jej ani odrobinę potrzebne do szczęścia. Miała tylko nadzieję, że nie zauważył; nie chciała, by pomyślał sobie, że za wszelką cenę coś chce przed nim ukryć.
    – Nie przeszkadzasz – szybko pokręciła głową, wpatrując się w niego czujnym spojrzeniem. Nie miała zaufania do ludzi; nauczyła się już, że chociaż przez dziesięć lat może się wydawać, że kogoś znamy jak własną kieszeń, nie wyklucza to możliwości zdrady i noża wbitego w plecy.
    Przynajmniej tak tłumaczyła sobie to wszystko.
    – Co... – zaczęła niepewnie, nerwowym ruchem przeczesując długie, rude włosy palcami – cię do mnie sprowadza? – Spytała w końcu, w ułamku sekudny zdając sobie sprawę, jak żałośnie to zabrzmiało, niczym rodem z taniej porno-komedii, w której na końcu wszyscy biorą ślub i żyją długo i szczęśliwie – zwłaszcza w połączeniu z tym tanim gestem, który wcale nie miał wyglądać uwodzicielsko, ale tak naprawdę wszystko zależało od punktu widzenia odbiorcy. Nie miała zielonego pojęcia, dlaczego reaguje tak, a nie inaczej, i próbowała z całych sił uwierzyć, że to tylko efekt długotrwałego stresu, strachu przed rozszyfrowaniem.
    Odkąd uciekła, nie mogąc dłużej znieść cierpienia swojego brata, gdy znaleźli tamto ciało, które ktoś, kogo nigdy nie zdradzi, pomógł jej przygotować, tak naprawdę tylko raz weszła w głębszą interakcję z człowiekiem. Kennedy miał jakieś dziewiętnaście lat, może trochę więcej, i niejednokrotnie przyłapała się na snuciu rozmyślań o tym, jak bardzo, mimo wszystkich zalet, musi być jeszcze niedojrzały. Fakt, troszczył się o nią. Fakt, dogryzał jej jak najlepszy kumpel, chociaż doskonale zdawała sobie sprawę, że liczy na coś więcej. Fakt – był przy niej zawsze, gdy tego potrzebowała i, fakt, zostawiła go, gdy to on potrzebował jej. Nie była pewna, co dokładnie się wtedy zmieniło, ale rozeszli się w dziwnej ciszy, która obejmowała z całego świata tylko tych, którzy rozstają się, choć wcale nie muszą, wcale nie chcą. Kolejny fakt: kiedy umiera ktoś, komu masz coś jeszcze do powiedzenia, nigdy już nie pozbędziesz się ciężaru gdzieś na dnie serca.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Niewiele myśląc, wyciągnęła dłoń i chwyciła jedną z butelek przyniesionych przez Olgierda. Zerknęła na niego spod rzęs, może odrobinę wyzywająco, choć tak naprawdę wcale nie zamierzała grać roli bezczelnej smarkuli; była tylko ciekawa jego reakcji, kiedy odrobinę odsłoni swoje inne oblicze. Zazwyczaj zachowywała się cicho i potulnie jak myszka, robiąc to, co do niej należy i wypełniając należycie wszystkie obowiązki – w rzeczywistości niejednokrotnie zdarzyło jej się komuś odszczeknąć w wyjątkowo wredny sposób, porządzić się trochę czy wyśmiać – nie to, żeby była z siebie dumna, aczkolwiek zamierzała wysłać subtelną aluzję, że nie musi uważać przy niej na słowa; bo w tym momencie poniekąd tak to wyglądało. Nie ulegało wątpliwości, że jej pracodawca z pewnością należał do gatunku ludzi dziwnych – facet w jego wieku powinien już chyba coś ze sobą zrobić, czyż nie? – ale Bree już dawno temu nauczyła się nie osądzać nikogo po pozorach. I nauczyła się też jeszcze jednej rzeczy – zazwyczaj pod najbardziej odpychającą powłoką kryją się najbardziej wartościowi ludzie. Dlatego też, chociaż za nic nie przyznałaby mu się do tego prosto w oczy, szef zawsze ją w pewien sposób intrygował; wydawał się być odległy, jakby z innego świata. Ciekawiło ją niezmiernie, jaką tajemnicę zamknął na cztery spusty w głębi siebie, ale ilekroć przychodziły jej do głowy takie myśli, razem z nimi napływał bolesny fakt: ona też miała swoje sekrety, których nie chciała zdradzać nikomu.
      Upiła łyk.

      zaintrygowana, choć nie da tego po sobie poznać Bree Allaway, która wcale a wcale nie liczy na ciekawy wieczór

      Usuń
  34. Otworzyła szeroko oczy ze zdumienia, nie do końca rozumiejąc dziwne zachowanie swojego szefa. Owszem, nigdy nie należał do tych osób, z którymi każdy momentalnie – i mimowolnie – łapie kontakt, jednakże nigdy jeszcze nie była świadkiem, by zachowywał się aż tak... Wydawał się niebywale wytrącony z równowagi, co do pewnego stopnia tłumaczyłoby jego roztargnienie, dwukrotnie większe niż zwykle.
    Zerknęła na niego podejrzliwie, zastanawiając się, cóż takiego mogło się stać, i czy Olgierd przypadkiem do reszty nie zwariował.
    – Wszystko w porządku? – Ośmieliła się wreszcie, lustrując go przy tym uważnie spojrzeniem. Plątał się w zeznaniach, jakby to określiła jej pozostawiona na Alasce babcia; Bree bardzo za nią tęskniła. Nie była pewna, czy powinna mieszać się w jego sprawy, wszak tymże zachowaniem dawała mu do ręki pozwolenie, by kiedyś on mógł wmieszać się w jej życie, nie mogła jednak przejść obojętnie wobec tego, co właśnie widziała. – Podobno tak – uśmiechnęła się blado w odpowiedzi na pytanie, choć, jak podejrzewała, było ono pytaniem retorycznym. Bo co innego tak właściwie mogłaby odpowiedzieć?
    Niespodziewanie zalała ją fala żalu, czegoś na kształt smutku, że istnieją na świecie tacy ludzie, którzy z obawy przed samotnością muszą szukać byle jakiego towarzystwa. Nie to, żeby ona sama narzekała, że najprawdopodobniej na dzisiejszą noc trafi jej się rozmówca – prędzej dziwiło ją, dlaczego on przyszedł akurat do niej. Miał wszakże jeszcze innych pracowników, starszych, niż niespełna siedemnastoletnia smarkula, co to zaszywa się w pokoju, jak w najbezpieczniejszym miejscu świata i nie wyściubia nosa za drzwi. Dziwadło, przemknęło jej przez głowę; zadrżała na samo wspomnienie tamtego przepełnionego podłością głosu.
    – Nie, nie... – stropiła się, mimowolnie spoglądając w stronę zatrzaśniętej szufladki. Boże, jaką ona miała nadzieję, że nie zauważył, że cokolwiek schowała; a już tym bardziej c o schowała. Tak bardzo chciałaby rzucić na przeklęty mebel jakieś zaklęcie, by nie udało mu się przypadkiem jej otworzyć, ale nie mogła. – Tak sobie tylko... Siedziałam, myślałam... – pociągnęła łyk z butelki, udając głupszą, niż była w rzeczywistości. – Nie robiłam nic interesującego. A jestem do czegoś potrzebna? – Zapytała w końcu, mając nadzieję, że uda jej się zmienić temat, że tak naprawdę przyszedł, bo trzeba umyć podłogę czy zetrzeć kurz z lustra; że wcale nie był podobny do niej do tego stopnia, aż robiło jej się niedobrze na myśl, że ktokolwiek mógłby przez to przechodzić – osamotniony.
    Czemu, gdy pan... Gdy ty jesteś obok, mam wrażenie, jakbyś czytał mi w myślach?
    Niewiele myśląc, wstała z niedużego krzesła, które tkwiło przy biurku i usiadła tuż obok niego, na skrzypiącym łóżku. Wiedziona czymś na kształt instynktu dotknęła jego ramienia, najpierw ledwie muskając je palcami, potem kładąc całą dłoń, cały niewielki ciężar.
    – Coś się stało? – Spytała, tłumiąc w sobie chęć zerknięcie w jego oczy po raz kolejny, a potem jeszcze jeden. Bała się, że mógłby ją zahipnotyzować, gdyby zatrzymała swój wzrok chwilę dłużej, chociaż nie wiedziała dlaczego. Wszakże nigdy nie zrobił nic, co mogłoby go sklasyfikować jako rasowego psychopatę. Co z tobą, Zephir? Ogarnij się... – Ja, ja... Merlinie. Przepraszam – spłoszyła się nagle, odsuwając się na drugi koniec łóżka, przestraszona tym, że oto zbliża się do człowieka, który z łatwością mógłby rozszyfrować jej tajemnicę, gdyby tylko pozwoliła mu skosztować choć odrobiny prawdziwej siebie. Gdyby tylko chciał. – Nie chciałam się mieszać w twoje sprawy.
    Bo nie chcę, byś ty wmieszał się w moje. Nie mogę na to pozwolić, po prostu nie mogę...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Zdezorientowana targającymi nią wielorakimi uczuciami, Bree przyssała się do butelki z piwem, łapczywie wypijając całą jej zawartość. Zazwyczaj nie zachowywała się w taki sposób; ba, ona nawet nie przepadała za alkoholem!, ale w tym wypadku liczyła na łut szczęścia – jeśli w miarę szybko uda jej się upić, szef weźmie tą głupią gadkę za bzdury pijanego człowieczka.
      Tak cholernie dziwiły ją własne emocje – była wręcz zdezorientowana tym, co dzieje się w środku, gdzieś w sercu, albo może w mózgu – że nie miała pojęcia, jak zareagować.

      niepewna tego, co się właściwie dzieje Bree Allaway i jej autorka, która przeprasza za mierną jakość

      Usuń
  35. Rhenawedd była osobą która miała zawsze wszystko zaplanowane i rozpisane, jeśli nie na papierze to w swojej głowie. Fotograficzna pamięć przydawała się nie tylko w jej pracy, ale i w życiu prywatnym w którym także próbowała sobie wszystko ułożyć, w odpowiedniej kolejności. Zazwyczaj jej się to udawało. Ilekroć jednak los postanowił sobie z niej zakpić, szczególnie względem uczuć, porywów serca których miała już dość, których sobie nie życzyła a które złośliwie ją atakowały i zakłócały trzeźwe myślenie oraz zimną kalkulację, z której była znana. Od września dwa tysiące dwudziestego trzeciego roku, od pierwszego dnia pracy w Hogwarcie jej myśli coraz gwałtowniej biegły do właściciela zajazdy "Lusterko". Nie podobało jej się z jak wielką intensywnością o nim myślała. Chciała zabić te myśli w zarodku, jednak każdy dzień pokazywał jej jak było to trudne. Siedząc przy dębowym biurku w odcieniu jasnego brązu, pisała kolejną książkę. Patrząc na przebieg jej kariery tematyka była zaskakująca, bo dotyczyła dzieci. Dzieci, których nigdy mieć nie chciała. Podczas gdy jej były mąż marzył o tym by zaszła w ciążę, ona ten temat traktowała z niechęcią i zawsze omijała. W dniu trzydziestych ósmych urodzin coś się jednak stało. Coś w niej pękło, kiedy przyjaciółki chwaliły się swoimi pociechami a jedna nawet wnuczęciem. Przez jej głowę przeszło szereg pytań, w tym kilka kluczowych, szczególnie jedno: Jaką byłabym matką?
    Kończąc pisać ostatnie zdanie rozdziału, wręcz rzuciła piórem o ścianę przez co atrament się na nim rozlał. Zignorowała to, nawet nie racząc go zmyć zaklęciem. Stanęła przed lustrem, szarymi oczami wpatrując się w swoje odbicie. Nie wiedziała o czym myślała kiedy oderwała wzrok i ubrała płaszcz. Nie wiedziała też co myślała, teleportując się do Hogsmeade tuż przy zajeździe ukochanego hotelarza. Miała wątpliwości czy jej działania były rozsądne, jednak wiedziała jedno: chciała dziecka. Cholernie mocno, katastrofalnie chciała dziecka i nic nie mogło jej zatrzymać. Ni zdrowy rozsądek którym na co dzień tak się szczyciła, ni recepcjonistka której usta szeroko się otworzyły na jej widok. Wywróciła tylko kąśliwie oczami. Nie raczyła się zapowiedzieć czy przywitać, dumnie przemierzyła korytarz pełen luster. Co jakiś czas tylko z uśmiechem łapała swoje odbicie. Od początku istnienia zajazdu uważała pomysł z lustrami za genialny.
    —— Pani Travers! — usłyszała pisk recepcjonistki, która aż wstała i pognała za nią co Rhena uznała za szczyt bezczelności. Płatki śniegu w jej włosach zdążyły już wyschnąć a pisarka obróciła się lekko w jej kierunku. Patrzyła na nią z pewnym rodzajem niechęci, palcami przeczesała swoje gęste włosy.
    —— Słucham? — mruknęła z przekąsem. Nie omieszkała zlustrować kobiety wzrokiem, pełnym chłodu i skrywanej niechęci. Uważała bowiem każdą kobietę kręcącą się blisko Olgierda za swoją konkurentkę i mimo że nie miała go dla siebie, nie chciała aby ktokolwiek inny go miał. Pod tym względem była paskudnie wyczulona i wściekle zazdrosna.
    — Nie, nie może Pani tam iść... - pisnęła ponownie kobietka, przez co brwi Rheny uniosły się znacząco ku górze w geście prawdziwego zdumienia. Była bliska wybuchu, bo recepcjonistka od samego początku grała jej już na nerwach.
    — Mogę. Nie próbuj wyprowadzić mnie z równowagi, bo gorzko tego pożałujesz. Zawiadom szefa, że ma gościa. — syknęła złośliwie, a jej głos był tak cholernie zimny że mógłby niejednego zmrozić.
    Rhena jednak nie widziała powodu by być sztucznie uprzejmą, szczególnie kiedy nie darzyła kogoś sympatią, a ten ktoś był na tyle nierozważny by ją zatrzymywać i mówić co może a czego nie. — Ah! Jeszcze jedno. Nie musisz zdradzać mojej tożsamości. — uśmiechnęła się półgębkiem, chyba pierwszy raz gdy przekroczyła próg zajazdu.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Prawdą był fakt, że recepcjonistka nawet nie musiała mówić kto na niego czekał, bo tylko ona miała czelność bez zaproszenia wejść do jego pokoju. Chociaż jej wizyta była niezapowiedziana, nieoczekiwana i nieproszona, więc Pan Eretein mógł mieć pewien problem z odkryciem tożsamości gościa. Ona jednak nie zawracała sobie tym głowy, spokojnie i bez pośpiechu weszła po schodach na pięterko którego korytarz także był ozdobiony licznymi lusterkami. W końcu przeszła na tyły i nacisnęła klamkę odpowiednich drzwi do odpowiedniego pokoju. Zmrużyła oczy nie widząc nic, tylko jedynie mrok i cicho je za sobą zamknęła. Powoli zsunęła miękki, ciepły płaszcz, zrzucając go na pobliski fotel i nim zdążyła się rozgościć, czy zapalić chociaż jedną lampkę rzucając delikatne światło, drzwi znowu się otworzyły. I stanął w nich nie nikt inny jak Olgierd. Szybko je jednak zamknął i jego dłoń już powędrowała do włącznika światła. Rhena była jednak szybsza bo stanęła tuż za nim, obejmując go co było przecież przesadnie niespodziewane i cholera jasna, na Merlina, nie powinna tego robić! Palce zacisnęła na materiale jego koszulki a podbródek oparła na jego ramieniu i nim zdążył uciec z jej ramion, wymruczała ozięble-namiętnie, oschło-czule.
      — Witaj, Ollie.
      Delikatnie się odsunęła, pozwalając mu włączyć światło i wyjść z niejakiego szoku w którym pewnie się teraz znajdywał.

      Usuń
  36. Omal nie warknęła kiedy rozplótł jej dłonie, chciała objąć go jeszcze mocniej, jego zachowanie widocznie nie przypadło jej do gustu, choć nie zdradziła po sobie żadnych emocji. Obserwowała go jedynie, ze stoickim spokojem. Nie krzyknęła, nie zaklęła, nie podniosła głosu.
    Kiedy w końcu w pokoju zapanowała jasność, Rhena uważnym spojrzeniem szarych, bystrych oczu zlustrowała sylwetkę byłego męża. Wzrokiem chłonęła jego twarz, zielonawe oczy, nieuczesane włosy, ładnie skrojone usta i nos. Na dłużej jednak zatrzymała się na jego oczach, patrząc w nie odważnie i zadziornie. Później zmierzyła całego Olgierda wzrokiem. Spojrzenie to stało się krytyczne wówczas kiedy ujrzała krzywo zapięte guziki koszuli, które miała ochotę zapiąć. Całokształt jednak pozostał bez zmian. Nic się nie zmienił. Tu chyba nawet na ustach płomiennowłosej kobiety pojawił się przepełniony subtelnością uśmiech, który znikł w momencie w którym Olgierd Eretein miał czelność ją upomnieć, mimo że wiedział jak tego nie lubiła. Nie umiała zdzierżyć tego tym bardziej, że nie w zajazd "Lusterko" nie był jakoś wybitnie luksusowy, Rhenawedd więc nie rozumiała znaczenia tego komentarza. Wywróciła jednak kąśliwie swoimi oczami. Podeszła bliżej, znacznie bliżej. Kiedy on się cofał napotkał plecami ścianę. Wsparła na niej dłoń tuż przy jego twarzy.
    — Twoja cholerna pedantyczna natura śmie ganić mnie za kilka kropel wody na podłodze, a zapominasz o tym jak zapiąłeś marynarkę? — uniosła brew w geście zapytania.
    Nawet nie naniosła mu błota, jedynie roztopiony śnieg.
    — Nie martw się, pomogę Ci. — uśmiechnęła się szeroko, trochę z wyższością, trochę pobłażliwie. Rozpięła zgrabnie guziki jego marynarki, tym samym utrzymując wzrok na jego twarzy a konkretniej na jego oczach, cholera, miał piękne oczy, powoli zapięła równo guziczki, nawet na nie nie patrząc.
    Odsunęła się od niego i przeszła przez pokoik, dostojnym choć wolnym krokiem. Krążyła tak przez chwilę a on mógł wzrokiem chłonąć widok jej bioder, pośladków, długich nóg i delikatnie kołyszących się włosów. W końcu jednak usiadła na jego łóżku, założyła delikatnie nogę na nogę a materiał jej sukienki opadł odsłaniając fragment nagiego uda. Wsparła się dłońmi na pościeli i znowu wbiła w niego spojrzenie. Zdała sobie sprawę, że wciąż mu nie odpowiedziała.
    — Nie podoba Ci się mój widok? — zapytała miękko, przyjemnie zmysłowym głosem.
    — Może chciałam Ci przypomnieć o sobie? — spytała z przebiegłym uśmiechem, wiedząc że o niej nie zapomniał. — Albo przyspieszyć naszą rocznicę? — tu odrzuciła gęste i długie włosy na plecy i łopatki odsłaniając szczupłe ramiona, łabędzią szyję i dekolt. Jej piersi unosiły się delikatnie przy wdechu.
    Wciąż czekała aż do niej podejdzie, przyklęknie i ucałuje wierzch jej dłoni. Nie przywitał jej tak jakby sobie tego życzyła, a to ją irytowało. Delikatnie przesunęła dłonią po swojej szyi. Cały czas świdrowała go uważnym wzrokiem, którego nie spuściła nawet na nanosekundę. Zagryzła lekko swoją dolną, czerwonokrwistą wargę.
    — Nie pocałujesz mnie na przywitanie? — uśmiechnęła się słodko-gorzko, a powaga która zwykle zdobiła jej twarz na tą chwilę zniknęła. Jej wyraz pozostał nieodgadniony i tajemniczy.
    Wyciągnęła dłoń w jego kierunku widocznie zniecierpliwiona. Zsunęła też jedną nogę z drugiej; usiadła w delikatny rozkroku, wyprostowana jak struna i pewna siebie jak zawsze.

    Rhena

    OdpowiedzUsuń
  37. Nie jesteś.
    Dwa słowa, rzucone właściwie bez głębszego znaczenia, bez ukrytego przekazu; a jednak potrafiły narobić tyle zamieszania, że w jednej sekundzie poczuła, jakby miliony igieł wbiły się w jej ciało. A więc nie była mu do niczego potrzebna, ani trochę.
    Ale przecież tu przyszedł. Po coś – w to nie wątpiła, nie wyglądał jej na człowieka, który robi coś bezmyślnie, po nic, nawet, jeśli sam tego sensu jeszcze nie odnalazł – i wyglądało na to, że w tym wypadku ewidentnie nie ma ochoty powiedzieć, co go sprowadziło do miniaturowego pokoju. Bree wydawało się przez moment, że zobaczyła w jego oczach coś na kształt żalu, kiedy wstawał; potem to jej zrobiło się potwornie żal tego człowieka, chociaż nigdy by mu się nie przyznała, bo byłoby to niewątpliwie godzące w męską dumę. Chłód przeszył ją na wylot i poczuła się niespodziewanie tak bardzo zaniepokojona, tak bardzo niechętna kolejnemu samotnemu wieczorowi.
    – Nie, zostań! – Krzyknęła niemalże, podrywając się z miejsca i w tym samym momencie czując, że przesadziła. Obiecała sobie wszakże, iż nigdy nie okaże żadnemu innemu człowiekowi, że jej na nim zależy, a tu proszę – wystarczyło ukłucie wyrzutów sumienia i głupiutka Bree, niczym Matka Teresa rzuca się na pomoc drugiemu. – Znaczy... – Zaplątała się odrobinę, przykładając rękę do gorącego czoła. Cieszyło ją, że zdradzieckie rumieńce nie były sprawą, która jej dotyczyła; w przeciwnym razie Olgierd miałby jak na tacy widok na jej zażenowanie. Uspokój się, nakazała samej sobie, utwierdzając się w przekonaniu, że przecież nie zrobiła nic złego, po czym podeszła do niego, ostrożnie wzięła za rękę i lekko pociągnęła z powrotem na kanapę. – No, chodź! – Dodała, widząc, że nie ruszył się z miejsca. Nie mogła użyć wobec niego magii, a siłą nie dysponowała; pozostawała więc jedynie moc werbalna. – Słuchaj, przepraszam. Nie chciałam cię urazić – powiedziała cicho, patrząc na niego swoimi zielonymi oczami, w których czaiła się pewna doza błagania i czegoś nieokreślonego zarazem.
    Nie miała pojęcia, dlaczego tak jej zależy, by został, i co sprawiło, że w jednym momencie poczuła się tak potwornie osamotniona, gdy on był już jedną nogą niemal za drzwiami, a ona została tu, w swoim oddzielającym ją od świata i ludzi bunkrze. Na własne życzenie, co prawda, izolowała się od jakiegokolwiek towarzystwa, ale nie była w stanie powiedzieć, ile może znieść jeden człowiek, jak wiele milczenia i ciszy wokół, zanim naprawdę zacznie wariować.
    – Okej – odetchnęła głęboko, mając nadzieję, że odrobina szczerości w półprawdzie zamaskuje gorzki smak. – Zanim przyszedłeś, ja byłam w trakcie pisania listu. Pisałam do brata – zerknęła na niego spod rudych rzęs, doskonale pamiętając, że nigdy nie pytał o rodzinę, rodziców, znajomych. – Dawno się nie widzieliśmy.
    Czyja to wina, Zephir?
    Bree potrząsnęła głową, nie chcąc pozwolić myślom uciec na inny tor. Tak wspaniale było czuć ciepło bijące od drugiego człowieka – nawet, jeśli ów człowiek spoglądał na nią z miną nader zdezorientowanego faceta, bo wprawiła go w konsternację przejęciem sprawy we własne ręce – że niemal zapomniała o tym, iż on w końcu pójdzie do siebie, a ona znowu zostanie sama. Była dziko spragniona bliskości; po wielu miesiącach przebywania wyłącznie we własnym towarzystwie, nade wszystko pragnęła zakosztować obecności kogoś innego. Nie dbała w tym momencie o to, że może się przed nim wygadać, otworzyć, co zepsuje cały misternie ukształtowany plan; liczył się tylko fakt, że on tutaj po prostu, absolutnie i niezaprzeczalnie był.
    – Twoja kolej – zapowiedziała tonem nieznoszącym sprzeciwu, a przy tym dziwnie miękkim głosem. Nie wiedziała, czy chce usłyszeć, co ma jej do powiedzenia; wiedziała tylko, że chce sprawić, by poczuł się lepiej, jeśli to w ogóle było możliwe, i że któregoś dnia przeklnie to swoje gorące serce, nakazujące jej być tak dobrą, tak pomocną duszyczką. – Na powiedzenie prawdy – dodała, widząc jego spojrzenie.

    niespodziewanie odważniejsza Bree Allaway, która bardzo nie chce, by szef ją teraz zostawił

    OdpowiedzUsuń