13 października 2015

Przyroda magią, magia przyrodą...




Vladimir Karkarow

HISTORIA

Kamøyvær, Norwegia, lipiec 1996 r.

Budzisz się w środku lata, otoczony chłodem północnej, norweskiej zimy, w której maleńkie płatki śniegu szczelnie otulają błyszczące szyby drewnianych okien; starych, jak stuletni dom, którego antyczna podłoga skrzeczy wraz z ciężkim krokiem nerwowego ojca. Mosiężny stukot czarnych buciorów pulsującym echem odbija się w twojej głowie – w towarzystwie pluszowego smoka, kurczowo zaciskasz dłonie na puchowej gramaturze pożółkłej miękkiej pościeli i zamykasz oczy wiedząc, że to ciemność jest tym, co cię ochroni. Pamiętasz? Uciekałeś do niej w każdym złym śnie. Obrałeś ją sobie jako błogi, cichutki azyl identycznie jak twój ojciec. Jak ten zapluty łachudra Igor, chodzące ścierwo, mające czelność chlapać o pobratymcach pod okiem surowego Wizengamotu.
Przenikliwe, głośne kroki nadal nie dają ci spokoju, nawet pod aurą pokojowej ciemności; serce łomocze naładowane niezliczoną ilością brutalnego strachu, który usilnie stara się rozerwać ci to cholerne lewe płuco. Zdajesz sobie sprawę, że były więzień Azkabanu zmierza właśnie do ciebie i świadomość ta napędza cię zwykłym, błahym strachem, nad którym jeszcze nie panujesz. Jesteś jego synem, a lękasz się, tak, jak gdybyś miał się spotkać z tym, którego imienia nie wolno wymawiać – tak, dokładnie z tym, o którym tatuś opowiadał ci nim zacząłeś rozumieć, co to życie.
Mamo - cichutko padło z twoich zaciśniętych, suchych ust, gdy podłoga ugięła się pod ciężarem przemierzającego bluźnierstwa. Ona jest bezpieczna, bo żyje twoim szczęściem i nadzieją, że zaczniesz dostrzegać światło i czerpać z niego energię; nie to co Igor. Ale nie martw się – on się boi bardziej niż ty. Wiesz dlaczego? Bo wie, że umiera; wie że go znajdą – już za chwilę ziści się sen Barty'ego Crouch Jr.
Wąska struga światła rozświetliła twoją młodą, niewinną buźkę, a dźwięk skrzypiących drzwi ubrał twe delikatne, chłopięce ciało w masę rwących dreszczy – udajesz więc, że śpisz, bo tak jest prościej. Że nie czujesz, nie słyszysz i że nie widzisz, choć łapczywie próbujesz oddychać, zmagając się z siłą strachu, która skutecznie zaczyna tobą władać. Wijesz się w środku pod jej ciężarem nie rozumiejąc, że ojciec przyszedł się pożegnać. On cię nie kocha, nie łudź się – pokłada w tobie nadzieję, żebyś nigdy nie zawiódł ich tak, jak uczynił to sam.


... opowieść o życiu.



Najpotężniejszy jest ten, kto panuje nad sobą.
W SKRÓCIE

Od ośmiu lat smokolog z powołania w Biurze Wyszukiwania i Oswajania Smoków, od lat trzech auror w Ministerstwie Magii, od lat dwóch nauczyciel Opieki Nad Magicznymi Stworzeniami i od lat osiemnastu w progach czystokrwistych czarodziejów. Wychowanek Domu Węża, któremu od zawsze towarzyszy sztywna, mierząca dwanaście cali różdżka z drzewa grabu, wzmocniona włóknem smoczego serca. Kiedy po nocach śnił mu się bogin, za dnia zwalczał go błyszczący patronus, by po bitwie na czterech łapach zasilić szeregi domostwa w obrzeżach Hogsmeade. Urodzony w norweskim Kamøyvær dnia dziesiątego grudnia roku dziewięć cztery, syn tego śmierciożercy, pan Fausta i Runy. Emocjonalny analfabetyzm skryty pod lodowatym błękitem tęczówek i kurtuazyjna acz uwierająca szczerość, rozlana po mierzącej metr osiemdziesiąt sześć posturze. Synestetyk.












Na wstępie gratuluje tym, którzy przebrnęli przez całość i dziękuję.
Senstyment mnie przezwyciężył. Karkarow wraca z wakacji nieco odświeżony, ale ci co go znają nie muszą spodziewać się żadnych radykalnych zmian! W tytule odezwał się sam Dumbledore, poniżej młody Seneka, zaś twarzą tego pana gospodaruje niezmiennie Brock O'Hurn. Lubimy poplątane relacje i akcję w wątkach, która nie stoi sobie w miejscu. Bierzemy niemalże wszystko i wolimy zaczynać, ale bywa również tak, że sypniemy jakimś pomysłem. Na ten czas 0/3 wątki, choć za chwilę i tak szlag trafi te limity.
Piszmy i radujmy się!

zdaniezlozone@gmail.com

201 komentarzy:

  1. [Witamy na blogu i życzymy udanej zabawy :)]

    OdpowiedzUsuń
  2. [Cześć! Dobrej zabawy i mnóstwa weny! Ja się na wątek zawsze piszę, ale przyznam szczerze, że niestety nigdy nie mam pomysłów na wątek uczeń-nauczyciel... Więc nie wiem, nie wiem. Może mi coś wleci do głowy wówczas się odezwę, którymś z moich panów ;)]

    Ian Ajrun & Angus Armstrong

    OdpowiedzUsuń
  3. [Ja to raczej jestem cieniem tutaj, który tylko wszystko sprawdza, ale mało pisze, więc normalnie bym pewnie przeszła obojętnie. Ale że uwielbiam imiona na V, to jednak się zatrzymałam i stwierdziłam, że jednak się przywitam - cześć. A potem zobaczyłam jeszcze Tromsø i zostałam kupiona, bo wielbię ten region.
    W wymyślaniu jestem kiepska, serio, więc mogę tylko zrobić maślane oczka, wyrazić przeogromną chęć na wątek i... Tak, wiem, kompletnie nie zachęciłam do pisania ze mną :D]

    - Vinga.

    OdpowiedzUsuń
  4. [Wiem, że ten Twój pan to taki mroczny i tajemniczy typ, ale mi się wydaje zwyczajnie pociesznym człowiekiem, takim profesorkiem, którego uwielbiasz, mimo że jest cholernie oschły. I nawet mam pomysł na powiązanie, gdyby Cię zainteresowało! Moja Abi została animagiem na wakacjach, gdzieś pomiędzy czwartą a piątą klasą. Stało się to przypadkiem, pod wpływem emocji, toteż później niezbyt kontrolowała tę umiejętność. Swojego nauczyciela od ONMS ceniła na tyle, by się z nim sekretem podzielić - ten mógł jej udzielać drobnych rad, pomagać, nie z samą transmutacją, ale z zachowaniem, kiedy już była zwierzęciem. Jeżeli chodzi o wątek, to... No nie mam pojęcia! Ale możemy obgadać i stworzyć coś ciekawego :)]

    Ahn Jihoon/Abigail Lawrence/profesor Lee Seunghyun

    OdpowiedzUsuń
  5. [ O Rajuśku! :O Co za oczy! Co za karta! Co za postać! No i nazwisko...ach!
    Witam ciepło, bo za oknem zimno. Życzę dużo wątków i udanej zabawy:) ]

    Elody Harrison/ Arthur Fawcett

    OdpowiedzUsuń
  6. [Brzmi to, jak dla mnie, dosyć zaskakująco, bo nie sądziłam, że Vinga mogłaby kogoś zaintrygować :D Ale równocześnie jest sensowne. Jak podejrzewam, ja powinnam zacząć w ramach rewanżu, nie?]

    - Vinga.

    OdpowiedzUsuń
  7. [ Zawsze marzyłam, żeby mieć takie hipnotyzujące, niebieskie oczy. Najlepsze nazwisko jakie można mieć :D Witam nowego nauczyciela! ]
    Ignis Femoris | Molly Weasley

    OdpowiedzUsuń
  8. Abigail nie żyła z kadrą profesorską w zgodzie, mówiąc lekko. Od większości już nie raz otrzymała szlaban za nocne spacery lub inne eskapady, które nie były specjalne pożądane, przynajmniej w tych nowych, mrocznych czasach. Tak naprawdę był tylko jeden nauczyciel, którego darzyła sympatią, i właśnie z tego powodu polubiła go chyba jeszcze bardziej. Jakby wszystkie pozytywne uczucia, zarezerwowane dla wszystkich nauczycieli, skupiły się właśnie na tym człowieku.
    To do niego pobiegła niemal tuż po uroczystym rozpoczęciu roku piątej klasy z wiadomością o zostaniu animagiem. Nie radziła sobie. Byle wybuch złości i już siedziała w ciele ogromnej pantery, która złym okiem łypała na kogokolwiek, kto się przez przypadek obok niej zakręcił. Karkarow nauczył ją, jak przydusić zwierzęcy instynkt i zachować trzeźwość umysłu, nawet w ogromnie stresujących sytuacjach. Po prawdzie, czasami z nudów dalej chodziła do niego na lekcje, mimo że ich nie potrzebowała. Rozmawiali wieczorami, a przynajmniej profesor mówił, bo dziewczyna mogłaby go słuchać całymi dniami.
    W czwartek spędziła cały dzień nad wypracowaniem na OPCM, a gdy już odłożyła pergamin jak najdalej od siebie, okazało się, że Pokój Wspólny jest już niemal pusty. Przegapiła kolację, niestety, toteż zebrała swoje rzeczy do dormitorium, po czym wyleciała do kuchni. Zwinęła bułkę z makiem, by potem wyślizgnąć się na błonia tajemnym przejściem, jednym z tych, których jeszcze nie zamknięto. Czas odwiedzić profesora, w końcu nie była u niego tydzień, a pamiętała, że w czwartki wieczorem kończył jakieś dodatkowe zajęcia gdzieś blisko Zakazanego Lasu.
    Przeistoczyła się w panterę i już jako ten ogromny kociak przemierzała hogwarckie błonia, ciesząc się zimnymi powiewami wiatru na pyszczku, jak i prędkością biegu. Bycie zwierzęciem miało swoje plusy, co tu ukrywać.
    - Dobry wieczór - powiedziała z lekkim uśmiechem, widząc znajomą twarz, kiedy już na powrót przypominała normalną Abigail, a przynajmniej tę bez kłów i pazurów.

    [Super, Abi z pewnością go wysłucha :D]

    OdpowiedzUsuń
  9. [ Oczywiście, że chcę! Tylko studia dają mi ostro w kość, siedzę od rana do wieczora, a jak wracam to idę się znowu kuć. Niemniej jednak staram się codziennie być i odpisać. Co do pomysłu...Harrison boi się wszelkich magicznych zwierząt, wszelkich! Więc myślę, że coś można z tym pomyśleć. Może założyłaby się z kimś, że wejdzie do Zakazanego Lasu i sfotografuje jakieś przerażające zwierzę. No i wszystko pięknie dopóki nie stanie z nim twarzą w twarz ( albo raczej twarzą w pyszczek/mordkę/nie wiem co tego czegoś). Pan profesor będzie w okolicy i zapewne wyswobodzi ją z opresji ( zapewne wlepi szlaban jak w pyszczek strzelił). Ewentualnie Karkarow może pamiętać ją jako małą, przestraszoną dziewczynkę na jego każdych zaklęciach i teraz, kiedy już jako tako wyrosła chciałby ją przekonać, że magiczne stworzenia nie są tak złe jak jej się wydaje i może chciałaby uczęszczać na koło ONMS. Albo pójść w kompletnie inną stronę. Bądź co bądź w jakimś topniu łączy ich ...muzyka. Może panna Harrison będzie sobie siedzieć na dziedzińcu grając na gitarze piosenkę, która np. bardzo porusza Vlada ( albo jest jego ulubioną). Wrzuca jej galeona do wyświechtanego kapelusza, którym bawi się Salvador i zaczynają rozmowę. Panna Harrison może także zaprosić pana psora jako opiekuna imprezy wygranego meczu Quidditcha. Zachwycony pewnie nie będzie, ale co mu szkodzi popatrzyć na wygłupiającą się młodzież. Ostatecznie niech pani Puddifoot zorganizuje festiwal herbaty i spotkają się tam przypadkiem. Vlad jako smakosz i panna Harrison, której randka okazała się niewypałem i jedyne co jej zostało to zapijanie smutków herbatą. Więcej rzeczy nie wymyślę, jestem wyprana z weny. Jak coś przypadło ci do gustu lub nasunęło ciekawy pomysł to pisz śmiało :) ]

    Panna Harrison

    OdpowiedzUsuń
  10. - Dziękuję - powiedziała cicho, spoglądając na profesora z lekkim uśmiechem, po czym narzuciła na siebie puchatą kurtkę, ucieszona w duchu z tego aktu sympatii. Rzeczywiście, czarna szata niespecjalnie kryła ją przed chłodem nocy, bo Abigail często zapominała o panującej na dworze temperaturze i chwytała z dormitorium to, czego akurat nie było w praniu.
    Prawdę mówiąc, już często zadawała sobie pytanie, skąd nauczyciel wie tyle o transmutacji. Nie wątpiła w jego zdolności magiczne, gdzieżby, toteż odsunęła wątpliwości w tył świadomości, stwierdzając, że Karkarow powie jej prawdę wtedy, kiedy będzie miał na to ochotę. Lata jednak leciały, a Abi nie była z tego powodu zadowolona. Miała w zamku tyle przyjaciół, bez których wręcz nie wyobrażała sobie życia, toteż jej nastoletnie serduszko ogarniała trwoga na myśl o zakończeniu tego roku szkolnego.
    Ruszyła za mężczyzną po ścieżce hogwarckich błoń. Zazwyczaj przesiadywali nad jeziorem, a jeżeli robiło się wyjątkowo zimno, rozpalali magiczne płomyki wokół siebie, tworząc coś w rodzaju magicznego okręgu. Siedzieli i rozmawiali, czasem do późnej nocy. Lawrence czuła mimowolnie, że i tym razem profesor jej nie zawiedzie, już szykowała się na kolejną historię.
    - Spotkałam ostatnio w lesie wilkołaka - mruknęła, zerkając na niego. - Mam podejrzenia, że to któryś z uczniów. Bawiłam się z nim w kotka i myszkę, by odsunąć go jak najdalej od zamku, ale około północy straciłam go z oczu, więc ruszyłam z powrotem. Chciałabym go złapać w następną pełnie, choć gdyby to wyszło na jaw, dyrekcja pewnie ścięłaby mnie o głowę.
    Uśmiechnęła się po nosem, ogarniając wzrokiem taflę jeziora, o tej godzinie zupełnie spokojną, lecz jeszcze bardziej przerażającą. Nikt nie wiedział do końca, co kryje się w głębinach tego miejsca, bo nie znalazł się jeszcze człowiek, który zbadałby go wzdłuż i wszerz. Abigail słyszała, że przed laty odbył się tam Turniej Trójmagiczny, a konkretniej drugie zadanie, i szczere żałowała, iż urodziła się te dwadzieścia lat za późno. Z drugiej strony byłoby jej chyba bardziej przykro, gdyby miała szansę się dostać, a czara wybrałaby kogoś innego. Choć Puchoni nie wspominali tego wydarzenia zbyt optymistycznie.

    [Polecam się! :D]

    OdpowiedzUsuń
  11. [Nauczyciele powinni mieć zakaz rozpinania koszul- szczególnie ci przypominający wikingów, ot co! przecież te biedne dziewczynki pokroju Bo mogą dostać bradykardii jak nic, a zbyt wolny rytm racy serca może skutkować utratą przyjemności. Swoją drogą, jeszcze chwaląc wizerunek, paczyły ma genialne...pozachwycam się jeszcze rzez chwilę ;) Oj Bo by go pocieszyła, gdyby nie jego stanowisko w szkole. Nawet wiek tutaj by jej różnicy nie zrobił. I jego były dom. Nie ważne.]

    Bo

    OdpowiedzUsuń
  12. [Mi też się marzy wątek z tym panem- taki mało szablonowy, nowatorski i oryginalny! Gorzej z uruchomieniem trybików w główce...chociaż mam jakiś zalążek pomysłu. Możemy wykorzystać fakt, że Vlad jest animagiem, a Bo w ciemności wygląda na kilka lat starszą. Załóżmy, że spotkali się kiedyś w nocy, przypadkowo on pod postacią wilka ona ubrana w normalne ciuchy, nie przypominająca siebie, zresztą na ONMS nie uczęszcza, więc dodatkowo w środowisku szkolnym nie mieliby możliwości się poznania. W każdym razie doszło do spotkania w nocy o północy w jakimś oddalonym od cywilizacji miejscu- ona oszukiwała potrzebnych jej składników do nowego projektu, on udał się na spacer. Zainspirowany jej poczynaniami zaoferował jej pomoc- w końcu takie indywiduum jak ona nie trafia się często. Mógłby zmienić ostać, lub nawet być sobie tym wilkiem i jej towarzyszyć. Nie wiem czy idę dobrym torem, jeśli nie to zaraz będę kombinować coś innego. pytanie mam jeszcze- w jakich ich widzisz relacjach? Ja osobiście jestem skłonna przyjąć wszystko co zaproponujesz, więc wal śmiało :) ]

    Bo

    OdpowiedzUsuń
  13. [Zdecydowanie jestem na tak, szczególnie, że Bo jest za inteligentna dla chłopców w swoim wieku (taka skromność). W każdym razie możemy najpierw poprowadzić te ich spotkania, rozwinąć to do pewnego etapu zanim się zorientują, że to co robią jest jedną z rzeczy zakazanych przez duże "Z". :) Awww...wybacz ale się nie mogę już doczekać. Za mało pisałam ostatnio i teraz jestem jak na głodzie ]

    Bo

    OdpowiedzUsuń
  14. [Cieszę się, bo nie wiadomo, ile by mi to zajęło :D Muszę się czuć zobowiązana odpisywać podobną długością? Czasem nie mam czasu się rozpisać po prostu. I jak zwykle z opóźnieniem w ogóle odpisuję :D]


    Dla kogoś, kto był w jakimś tam stopniu przyzwyczajony do zimnego, północnego klimatu nie miało wielkiego znaczenia, czy w Hogwarcie i Hogsmeade jest wyjątkowo mroźna zima, czy jednak nie. Jedni potrafili dosłownie szczękać wtedy zębami, a kiedy pogoda była taka jak teraz, trochę już zimna, ale nadal jesienna, uparta Anve;t mogłaby nawet chodzić bez kurtki. Tyle tylko, że wtedy musiałaby się sporo nasłuchać od jednej z „troskliwych” koleżanek, a tego z całych sił starała się unikać już od sześciu lat praktycznie. Co w sumie aż tak trudne nie było, zważywszy na to, że nigdy nie należała do osób, które utrzymują z kimkolwiek jakieś głębsze kontakty. Fakt, nawiązywała je łatwo, bo osobą byłą dosyć otwartą, ale przy tym specyficzną i momentami zbyt szczerą, a co za tym szło – te znajomości nie trwały dłużej niż chwilę. Takie trwałe mogła policzyć na palcach jednej ręki, a użyłaby wtedy może... Dwóch palców? Szkoda tylko, że w ostatnim czasie nawet te się zepsuły.
    Ale jak przychodziło co do czego, to jako osoba dosyć rozrywkowa, potrafiła sobie znaleźć towarzystwo do wyjścia gdzieś. Może dlatego, że do tego nie trzeba było się przyjaźnić, wystarczyło tylko sobie siedzieć z kuflem na stoliku i paplać o jakichś bzdurach. Z tym wprawdzie Vinga miała na co dzień problem, ale jak już się rozluźniła, to rzeczywiście mogła gadać o rzeczach bez znaczenia. Albo nawet obgadywać chłopaków, co było tak totalnie dziecinne jej zdaniem, ale jak bardzo przyjemne niekiedy! Może dlatego, że doświadczała tego bardzo rzadko, takiego swoistego... Babskiego porozumienia w jakiejś kwestii.
    Tego wieczoru trwało ono znów kilka chwil. Vinga siedziała sobie z koleżanką, rzeczywiście paplały nie wiadomo o czym, ale potem owa koleżanka wybyła do baru po kolejną porcję kremowego piwa i już, niestety, nie wróciła, zaczepiona przez dosyć nieźle wyglądającego osobnika. Anvelt nawet nie była zdziwiona, jaka dziewczyna chciałaby zamienić uprzejmego chłopaka na nią, zwykłą koleżankę? Ale głupio było siedzieć tak przy stoliku samemu, więc nic dziwnego, że przypatrywała się znajomej, równocześnie próbując ją telepatycznie nakłonić do tego, by wróciła do stolika. A przez to zupełnie nie zwracała uwagi na to, co się działo wokół niej.

    - Vinga.

    OdpowiedzUsuń
  15. To na pewno byłaby przesada, ale ludzie słyną z tego, że uwielbiają z butami wchodzić w życie innych, to było ich człowieczeństwo. Abigail, gdyby posiadała taką moc, próbowałaby zażegnać krzywdy, dopieszczać znajomych, zmieniać świat. Przypuśćmy jednak, że umiejętność ta ląduje w rękach złego człowieka — ten prawdopodobnie, jeśli nie na pewno, wykorzystałby ją do jakiś niecnych czynów i naraził ludzi na niebezpieczeństwo. Całe szczęście, czarodzieje byli wolni od takich dylematów, choć jak wiadomo, istniały zaklęcia umożliwiające wtargnięcie do czyjegoś umysłu, te niezwykle ciężkie i rzadkie.
    — Nie mam pojęcia, kto to mógł być, szczerze mówiąc — mruknęła, rozpalając niebieskawy płomień, który teraz przyjemnie otaczał ją swoją ciepłą aurą — i chyba nie chcę wiedzieć, tak dla własnego zdrowia psychicznego. Choć, jak siebie znam, na pewno spróbuję go za miesiąc poszukać, nie ma bata. W końcu go dorwę, nawet gdyby miało to się zdarzyć pod koniec szkoły.
    Uśmiechnęła się delikatnie, przypatrując się, jak profesor dłubie patykiem w wilgotnej ziemi. W takich momentach przypominał jej zwykłego ucznia, nie zaś szanowanego na co dzień nauczyciela, którego większość uczniów się po prostu obawiała. To nie tak, że był groźny sam w sobie, to jego spojrzenie niebieskich oczu dawało wrażenie, iż zna cię na wylot i potrafi rozszyfrować twoje myśli w jednej, krótkiej sekundzie. Lawrence chciała zawsze móc wywierać taki wpływ, ale nie potrafiła, była zbyt miękka.
    — Jest pan dzisiaj jakiś nieswój.
    Wyczuwała, iż jest coś, co chciał jej powiedzieć, natomiast nie wiedziała, co to mogło być. W jej brązowych, ciepłych oczach błysnęło zainteresowanie, toteż pochyliła lekko głowę, oczekując odpowiedzi, jak zawsze, gdy wpadała w konwersacje po uszy.

    OdpowiedzUsuń
  16. Nocne spacery od piątej klasy stały się dla Bo rutynowym zajęciem, stałym punktem w jej napiętym grafiku. Korzystając z chwili wolności, podczas której jej współlokatorki zajmowały się własnym wyglądem oraz spotkaniami z członkami innych domów poza granicami dormitorium, wymykałam się niepostrzeżenie z zamku, kryjąc się w jego cieniach. Już niemal mechanicznie kierowała się w stronę zakazanego lasu, skręcając przy jego ścianie. Potem liczyła kroki- równo pięćset pięćdziesiąt pięć kroków i zwrot w lewo, wejście na wąską ścieżkę i dalej wraz z nią w głąb lasu aż do rozłożystej wierzby, która kilka alt temu owalił piorun. Chwila odpoczynku i kolejny etap wędrówki kończący się aż przy wejściu na wzgórze, skąd można było dostrzec nie tylko Hogwart ale i Hogsmeade, i jeszcze kilka dalszych wiosek. Potem z górki aż do jeziorka księżycowego i stamtąd do sosnowego zagajnika. To właśnie tam Bo zrobiła sobie warsztat, taki z prawdziwego zdarzenia. W porównaniu do jej szkolnego gabinetu wyglądał jak zamek choć składał się z kilku zbitych desek tworzących w miarę stabilną konstrukcję zaczepioną na trzech sąsiednich sosnach, pod którą mogła się schować w trakcie deszczu. Poza tym to miejsce miało jeszcze jedną zaletę- niewyczerpany zasób materiałów. Rośliny, które mogła wykorzystywać do eliksirów. Drewno, które stanowiło szkielet jej konstrukcji. Kamienie, będące pancerzem- miała tu wszystko czego potrzebowała do zbudowania do swoich wynalazków, przynajmniej do części czysto-budowniczej. Raj dla wynalazcy.
    Poza tym mogła być tam sama. Wśród szumu drzew i dźwięków lasu czuła się spokojniejsza. Nie musiała się przejmować wścibskimi parami oczu, nieustannie spoglądających na jej ręce. Nie musiała nikomu tłumaczyć co właśnie robi, udzielać wskazówek jak czegoś użyć. Mogła w końcu pomyśleć bez zbędnego używania głosu, bez ciągłego zastanawiania się nad kolejnymi pytaniami- mogła się odprężyć, oddać swojej pasji bez żadnych za hamowań. Mogła dać się pochłonąć bez obawy, że ktoś będzie chciał wyciągnąć z jej małego świata.
    Owinęła się ciasno szalikiem, zapięła pod szyję ciemny płaszcz idealnie zlewający z się z otaczającym ją lasem, o czym ruszyła przed siebie, rozglądając się uważnie. Już dawno porzuciła światło różdżki, chowając je głęboko w kieszeni od płaszcza. Jej oczy stopniowo zaczęły przyzwyczajać się panującego wokół niej mroku, aż w końcu mogła bez problemu rozróżnić poszczególne elementy krajobrazu, takie jak gatunki niektórych drzew oraz krzewów, większe kamienie oraz wystające z ziemi korzenie. Westchnęła cicho, gdy większy podmuch wiatru rozwiał jej włosy, bezdusznie atakując chwilowo odsłonięty kawałek szyi. Lekki dreszcz przebiegł jej o plecach, wywołując gęsią skórkę na jej rękach. Skrzywiła się nieznacznie.
    - Super- mruknęła spoglądając na swoje drżące dłonie- muszę pamiętać o rękawiczkach- dodała cicho, o czym zacisnęła palce.
    Spojrzała na miejsce, gdzie ukryła swój warsztat. Nieświadoma obserwującego ją stworzenia wyciągnęła różdżkę z kieszeni szepcząc zaklęcie. Kilka iskierek wyleciało z jej różdżki i w tym samym momencie przed jej oczyma ukazała się chatka, mniej więcej o połowę mniejsza niż ta niegdyś zamieszkana rzez gajowego. Jej warsztat.
    - Na reszcie w domu.

    Bo

    OdpowiedzUsuń
  17. — Mam historię magii — mruknęła teatralnym szeptem, jeszcze dla efektu zakrywając po części usta ręką — chyba i tak bym sobie odpuściła.
    Machnęła różdżką, a kolejny bladoniebieski płomień pojawił się obok niej, tym razem po prawej stronie. Abigail żałowała wszystkich mugoli, którzy nie mogli zaznać tej rzeczywiście przydającej się w życiu magii, tej codziennej, dzięki któremu zmywanie naczyń, mycie podłogi i pranie odchodziło w niepamięć. Jakby nie patrzeć, oni mieli do tego wszystkie urządzenia elektryczne, choć trudno porównywać obie te rzeczy.
    — Chyba jest jedna rzecz... Mam wrażenie, że jeśli sama nie zapytam, nigdy mi pan tego nie wyjawi — powiedziała i choć mogła zabrzmieć szorstko, niczego złego nie miała na myśli — Skąd pan tyle wie o magii transmutacji? Nie wątpię w ogóle w pana zdolności magiczne, ale podejrzewam, że nauka tego przedmiotu lata temu nie jest odpowiedzią na moje pytanie.
    Jeszcze bardziej przekrzywiła głowę, a jej brązowe oczy zamigotały niczym dwie ciemne gwiazdki na tle bladej twarzy. Wyglądała zabawnie z tymi napuszonymi od wilgoci włosami i w za dużej o jakieś pięć numerów kurtce, która okrywała ją niemal do kostek, choć grzała niesamowicie.
    — Vlado Karkarow, czegoś pan mi nie mówi — dodała po chwili, a na jej twarz powoli wpłynął uśmiech, gdy widziała, że i mężczyzna stara się za wszelką cenę nie roześmiać — Proszę ze mnie nie kpić, widzę, że coś jest nie tak!

    OdpowiedzUsuń
  18. [Odpis powinien pojawić się dzisiaj, ale nie jestem pewna co do godziny. W każdym razie ja z pytaniem przychodzę — mogłabym porwać Vladimira na wątek z Seunghyunem? W końcu oboje jeszcze młodzi nauczyciele, oboje skrywają tajemnice, oboje mają coś za uszami. Mogłoby nam wyjść coś ciekawego :D]

    OdpowiedzUsuń
  19. [No, hej :) Dziękuję bardzo. Przeczytałam Twoją kartę i wydawała mi się taka... spokojna. Bardzo miło się czytało. Na wątki to się piszę od razu, ale niezbyt mam pomysł na relacje między uczniakiem a nauczycielem. Prócz tego że Velvet uczęszcza na jego zajęcia nie wiem zbytnio jak ich połączyć. Chyba że masz jakiś pomysł ;)]

    Velvet Hudson

    OdpowiedzUsuń
  20. Dziewczyna skwitowała jego słowa lekkim kiwnięciem głowy. Tak naprawdę już nieraz miała podejrzenia co do prawdziwej natury profesora, bowiem ten rozumiał każdą, nawet najmniejszą jej wątpliwość związaną z byciem animagiem. Kiedy mu tłumaczyła, jak to jest się czuć zwierzęciem, w jego oczach nie znajdowała zaskoczenia czy wielkiego zainteresowania. Zamyślał się wtedy, po czym od razu przechodził do proponowania rozwiązań. Dla Abi był niezastąpionym nauczycielem.
    — Pan też jest animagiem? — zapytała cicho; czuła, że mężczyzna jeszcze nie powiedział jej wszystkiego. Wyobrażała sobie, jaką też formę mógłby przybrać jako zwierzę i nie doszła do żadnych konkretnych wniosków, bowiem profesor reprezentował swoim charakterem po części kilka z nich. Jeśli jednak miałaby głosować, obstawiałaby jakiegoś drapieżnika.
    Dalej się pochylała w lewo, oczekując odpowiedzi, a jej oczy błyszczały na niebiesko przez światło magicznych promyków. Zupełnie zapomniała o zimnie, tak się zaciekawiła. Nawet nie dostrzegła, że kurtka zjechała jej z lewego ramienia, odsłaniając kawałek oksfordzkiej bluzy.

    [Oj tam, ja często czytam coś na opak, a potem się dziwię, że ludzie śmiechem reagują :) W takim razie co powiesz na taki pomysł... Seunghyun poluje na ojca, że tak powiem, a ten wysyła mu co jakiś czas (specjalnie) informacje o planowanych morderstwach, oczywiście swoich. Bawią się w kotka i myszkę. Teraz powiedzmy, że Karkarow przez przypadek został zamieszany w jedną z akcji profesorka Lee. Jeśli załatwią oboje sprawę szybko, jego ojciec nie zdąży zabić kobiety. Wtedy załatwimy naszym postaciom trzydniowy urlop i wyślemy do Londynu. Jeżeli się zgadzasz, to zacznę nam wątek! I wybacz, że tak krótko, ale Abi zwyczajnie czeka na dalszą część historii :D]

    OdpowiedzUsuń
  21. Miała być sama. Z tym przeświadczeniami przedzierała przez zarośla, nie zważając na większe gałązki drapiące każdy odsłonięty skrawek jej ciała. Mało tego w pewnym momencie nawet przestała spoglądać za siebie- zbyt zaabsorbowana swoją wena twórczą, która słynęła na nią w chwili gdy jej oczom ukazała się jej samotnia zapomniała nałożyć zabezpieczeń, rzez co wystawiła się na widok całego świata. Może to była jej paranoja, zwykłe przewrażliwienie jednak nawet sama myśl, że ktoś mógłby odkryć jej mały sekret przyprawiała ją o szybsze bicie serca. Nie była na to gotowa, może kiedyś gdy znajdzie kogoś o podobnych zainteresowaniach i zaufa mu na tyle by oddać w jego ręce to miejsce. Na razie takiej osoby nie miała.
    Cichy szelest za jej plecami w jednej chwili rozbił mydlaną bańkę, w której się znajdowała. Odruchowo sięgnęła o różdżkę w tym samym momencie odwracając się na pięcie i stają twarzą w twarz z obcym mężczyzną. Mechanicznie, jakby to była najoczywistsza rzecz od słońcem zlustrowała go wzrokiem od zabłoconych butów aż o czubek jego głowy, zatrzymując spojrzenie na niebieskich tęczówkach świecących w ciemności. Gdy się odezwał nieświadomie wstrzymała oddech o chwili wpuszczając je ze świstem z ust. Zerknęła na jego dłonie, upewniając się czy przypadkiem nie szykuje się w jakiś sposób do ataku, choć równie dobrze mógł mieć ukryte coś od połami koszuli…
    Wpadasz w paranoję Bo. Uspokój się.
    - Stać mnie na więcej. Znam lesze zaklęcia niż to- powiedziała, nadal nie odrywając od niego wzroku. Chciała zabrzmieć jak najbardziej dojrzale, jednak mimo to przy ostatniej sylabie głos jej nieco zadrżał psując cały efekt jej pracy. Mimo to nie opuściła ręki cały czas celując w nieznajomego, choć z każdą chwilą nabierała pewności, że gdyby tylko chciał już dawno by ją obezwładnił, a widocznie na tym mu nie zależało.
    Jeszcze raz przyjrzała się mu, tym razem nieco dokładniej. Był wyższy od niej o połowę głowy, dodatkowo od koszulą mogła dostrzec dobrze zarysowane mięśnie, zarówno ramion jak i brzucha. Nie był jednym z tych pakerów którzy ćwiczyli by potem szanować swoimi mięśniami, miał nieco delikatniejszą budowę, choć była pewna, że miał się czym chwalić. Dodatkowo dłuższe, blond włosy związał w kucyka, dzięki czemu mogła bez końca podziwiać jego dobrze zarysowane rysy twarzy. I te oczy. W sumie to one ją najbardziej zafascynowały.
    - Czego tu szukasz?

    [Wybacz długi odstęp- nauka dała mi w kość ]
    Bo

    OdpowiedzUsuń
  22. - Taka mocno to ty tylko w gębie jesteś, co Harrison?- odezwał się wysoki i całkiem sporych rozmiarów Ślizgon, który jeszcze chwilę temu głośno wyrażał swoje poglądy na temat pozbycia się szlam z czarodziejskiego świata, a już szczególnie ze szkoły. Elody stała ściskając jasną dłonią swoją rzeźbioną różdżkę i tylko ostatkiem sił starała się nie wyrzucić go w powietrze.
    - Uważasz, że jesteś lepszy tylko dlatego, że masz rodzinkę czarodziejskich fanatyków?- zadała pytanie retoryczne dokładnie obserwując wyraz twarzy chłopaka. - A co ty zrobiłeś takiego nadzwyczajnego poza tym, że się urodziłeś?- ciągnęła dalej patrząc jak twarz chłopaka z minuty na minutę przybiera coraz ciemniejszy odcień czerwieni.
    - Ty natomiast zrobiłabyś przysługę jakbyś się nie urodziła- odezwał się wściekła mierząc ją spojrzeniem. Oboje tylko czekali na odpowiedni moment, by wystrzelić w siebie nawzajem zaklęciami.
    - Ty gnido- szepnęła już podnosząc różdżkę do góry, a chwilę potem kolorowe smugi zaklęć śmigały po korytarzach.

    Panna Harrison weszła do swojego dormitorium z wściekłością rzucając skórzaną torbę w bok, a sama opadła na łóżko. Dlaczego mieli ją oceniać ze względu na status krwi? To wszystko było bezsensu. Chociaż może rzeczywiści była mniej warta od innych. W końcu była Gyfonką, a tego czego bała się najbardziej to ciemności i wszelkich magicznych zwierząt. Prawdziwa czarownica nie powinna się ich bać. Usiadła na łóżku i spojrzała przez okno na przeciwległej ścianie. Słońce chyliła się ku zachodowi oświetlając ostatnimi promieniami hogwarckie błonia i Zakazany Las. Właśnie! Zakazany Las jest idealnym miejscem, by pokonać wszelkie swoje lęki.
    Po północy upewniając się, że wszyscy już śpią, ubrała się po cichu, zawiesiła na szyi swój aparat, schowała różdżkę i wyszła z dormitorium, by na końcu znaleźć się na błoniach. Gdy tylko wyszła na zewnątrz otuliło ją chłodne, jesienne powietrze. Zadrżała owijając ramiona wokół swojej wątłej sylwetki i ruszyła w stronę wysokich drzew. Zatrzymała się na skraju lasu, przygryzła dolną wargę, odetchnęła głęboko, a następnie zrobiła kilka niepewnych kroków do przody. W lesie panowała całkowita ciemność. Gęste korony drzew nie dopuszczały żadnego, nawet najmniejszego księżycowego światła. Co rusz zaczepiała o jakieś gałęzie krzewów, potykała się o grube korzenie przeczesując wzrokiem przestrzeń. Serce biło jej jak oszalałe.
    - Wszystko w porządeczku, nic się nie dzieje- mówiła do siebie idąc ostrożnie naprzód. Nagle coś zazgrzytało tu za nią. Niewiele myśląc zapaliła koniec różdżki zaklęciem odwracając się jednocześnie, a przed nią pojawiła się para obrzydliwych, żółtych ślepi. Pisnęła i pognała do przodu. Przewróciła się o wystający korzeń, a różdżka wypadła jej z dłoni. Wymacała ją szybko dłońmi i podniosła wzrok widząc tuż nad sobą obrzydliwego, zielonego stwora, któremu gęsta, pienista ślina ciekła po pysku. Kiedy na nią ruszył krzyknęła podnosząc się w mgnieniu oka i pobiegła w drugą stronę. Biegła ile sił w nogach. Jej włosy był potargane, ubranie pobrudzone, a całe ciało zadrapane. Jedna to nie miało znaczenia. Chciała uciec, biec, być bezpieczna. Nagle wypadła na polanę myśląc, że tutaj znajdzie schronienie. Jednak gdy tylko zatrzymała się, by zaczerpnąć powietrza zobaczyła centaury wpatrzone prosto w jej osobę.
    - O…mój….Aaaaaa- polanę rozdarł krzyk, a ona sama była zbyt przerażona. Wszystkie mięśnie odmówiły jej posłuszeństwa, a przed oczami jak klatki z filmu mignęło jej całe życie. Już po niej.

    Elody Harrison

    OdpowiedzUsuń
  23. [Na pewno będzie się przykładał, żeby zabłysnąć ;D Hej!]

    OdpowiedzUsuń
  24. Jeszcze na początku blady uśmiech błądził na twarzy Abigail, natomiast z każdym wypowiadanym przez nauczyciela słowem zmieniał się coraz bardziej w wyraz zaciekawienia, upstrzonego delikatnie nutką smutku. Historia, jednocześnie piękna i dołująca, tak mocno wryła się do jej głowy, iż nawet nie spostrzegła, kiedy pierwsza łza potoczyła się po jej policzku.
    Rozumiała go nad wyraz dobrze.
    — Ja... — wymamrotała, jeszcze odrobinę oszołomiona, nie znajdując żadnego odpowiednich słów. — Dziękuję, że mi pan o tym opowiedział.
    W tym samym momencie pożałowała ze zdwojoną siłą, że właśnie jest w trakcie swojego ostatniego roku w Hogwarcie. Jak ona mogła pozostawić tutaj te przyjaźnie, tyle ludzi, którzy byli tak bliskich jej sercu i wrócić z powrotem do domu? W tym momencie, spoglądając na twarz swojego profesora, myślała o tym, jakby to było, gdyby nie mogła swobodnie wpaść do jego gabinetu, by posłuchać kolejnej takiej historii. Wiedziała jak. Beznadziejnie.
    — Pan pewnie pamięta okoliczności mojej przemiany. Zagubiona w lesie siostra, stres, poszukiwania. Prawie takie same silne emocje — powiedziała cicho, odwracając wzrok w kierunku jeziora, kolejny raz napawając się jego spokojnym obrazem. Mogła patrzeć na nie i tysiąc razy, lecz za każdym następnym znajdowała tam coś innego, coś wspaniałego.
    — Kim pan jest w swojej zwierzęcej formie?
    Kąciki jej ust uniosły się odrobinę w górę; odzyskiwała humor. Dalej mogłaby postawić wszystko na to, iż profesor był jakimś drapieżnikiem. W głowie układał jej się kolejny, głupi pomysł, którego chciała zrealizować od jakiegoś czasu, a do którego brakowało jej niezbędnych... Towarzyszy. Chciała spędzić trochę czasu z innym animagiem, właśnie w ich postaci.
    — Też potrafisz rozmawiać ze zwierzętami? — Rzadko przechodziła z Karkarowem na "Ty", choć niekiedy sam ją do tego zachęcał. Chyba właśnie przez tę rozmowę poczuła się na tyle pewnie, by powiedzieć to bez krzty wyrzutów sumienia.

    OdpowiedzUsuń
  25. Seunghyun nie sądził, że kiedyś popełni błąd, który będzie go tyle kosztować. Jak co rano wpadł jeszcze na moment do pokoju nauczycielskiego, by zabrać notatki, ale też zerknąć na plan zajęć, jako że naniesiono na niego jakieś poprawki w trakcie ostatniego weekendu. Nawet nie zauważył pakunku, który leżał sobie na stoliku, a na którym widniała plakietka z jego nazwiskiem.
    ─ To do ciebie ─ mruknął Karkarow, aktualnie zajęty przeglądaniem swojego planu, po czym spojrzał na niego, unosząc delikatnie brwi.
    I tutaj Lee popełnił gafę. Przestraszył się, a jego stres automatycznie wymalował się na twarzy, oszołomił go zupełnie, opóźnił reakcję i sparaliżował wszystkie nerwy. Na ten ułamek sekundy pozwolił sobie pokazać prawdziwą twarz, czego nigdy nie robił, a przynajmniej tłumił już od jakiegoś czasu. Ostatni raz dostał podobny pakunek jeszcze przed wakacjami, ale minęło tyle miesięcy, że już niemal zapomniał, jakie uczucia mu wtedy towarzyszyły. Teraz dopadły go z podwójną siłą, niemal zrzucając z nóg.
    ─ A tak, pewnie coś z domu ─ powiedział cicho, ale nie przysłonił tym strachu, który go nie opuszczał.
    Miał zamiar schować pudło w gabinecie i zajrzeć do niego dopiero pod koniec dnia, ale ciekawość wzięła górę, toteż mężczyzna szybkim ruchem podniósł wieko. Na dnie znajdowało się zdjęcie uśmiechniętej kobiety, w wieku około trzydziestu lat, o kruczoczarnych włosach i wesołych ognikach w oczach. Na drugiej stronie fotografii ktoś wymalował wielką liczbę dwa oraz nagryzmolił "13EA.D0.CH.HDC, 210.AA.CE.HAHA". Lee uśmiechnął się szeroko, choć w środku zezłościł się nie na żarty ─ ojciec kpił z niego jawnie, dając mu tak łatwą zagadkę do rozwiązania.
    Podniósł głowę, napotykając spojrzenie profesora od ONMS, po czym rzucił do niego zdjęcie. Czasami nawet i Seunghyun ukazywał jakieś ludzkie cechy, a tym razem miał ochotę obarczyć częścią stresu innego człowieka. Jak to słabi ludzie mówią, szukał pomocy.
    ─ Ma pan może ochotę za tajemnicę do rozwikłania?

    [Wiem, że słabo napisane, ale nagryzmoliłam to przed kilkoma dniami, gdy byłam wyprana z weny. Próbowałam to jakoś naprawić, ale i tak wyszedł kapeć... Następnym razem będzie lepiej, I promise!!!]

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Tam wyżej kod jest zły, powinien być 14EA.C0.AI.H, 210.I.A.DD.
      Oczywiście się pomyliłam, ech :D

      Usuń
  26. [I widzisz, znów muszę przeprosić za opóźnienie. Ale mówiłam na początku, że jestem tutaj prawie cieniem! :D]

    W Trzech Miotłach stoliki stały tak blisko siebie, że Vinga, gdyby chciała, mogłaby podsłuchać, o czym gada sobie parka siedząca przy sąsiednim. Ale nie chciała, guzik ją to obchodziło, teraz i tak skupiona była na czym innym. Dlatego na głos zamawiający piwo też nie zwróciła uwagi, bo pomyślała o tym, że to ktoś z sąsiedniego stolika, tylko z drugiej strony, sobie coś zamawia. Dopiero szturchniecie wywołało jej reakcję, bo choć, owszem, mogło być przypadkowe, ale mogło też oznaczać szereg innych rzeczy, poczynając od prób wsadzenia ręki do jej kieszeni i niechcącego, demaskującego szturchnięcia, po chęć celowego zwrócenia jej uwagi i przywitania się. Ale Vinga, jak to Vinga, reagowała zawsze dość temperamentnie.
    - Ej, co ty mi tu... – odwróciła głowę, ale nagle zamilkła, nie kończąc tego, co zaczęła mówić. Nie wypadało, nawet Anvelt to wiedziała, choć nie należała też do osób, które nagle się spłoszą, zaczną się kajać i przepraszać. Nic złego przecież nie zrobiła, skąd miała wiedzieć, że to akurat nauczyciel zechciał się do niej dosiąść, zajmując przy okazji nie swoje miejsce. Choć nie było co liczyć na to, ze koleżanka wróci.- Co jest? – spytała głupio, odruchowo rozglądając się po całym pomieszczeniu. Nigdzie indziej miejsca nie było, więc w sumie poznała już powód, ale żeby tak bezceremonialnie się ładować...

    OdpowiedzUsuń
  27. [Dzięki bardzo. Jakoś tak mnie ostatnio natchnęło. Avalon jest takim moim eksperymentem bo ja kobiet w sumie nie prowadzę... I jak już tak szaleję to próbować nią będę chyba wszystkiego. Tak więc jeżeli masz jakiś pomysł na wątek to ja bardzo chętnie. Z tym, że no... Jak mam w karcie nawet napisane, mi te wymyślanie naprawdę słabo idzie no. Ale może coś wspólnymi siłami wymyślimy? :)]

    Avalon

    OdpowiedzUsuń
  28. Starała się z całych sił. Naprawdę chciała zadowolić wszystkich dookoła. I chociaż zdawała sobie sprawę z tego, że to wcale nie jest proste zadanie wciąż w to brnęła. Coraz głębiej, zapominając o tym, czego tak naprawdę pragnie. Z każdym kolejnym uśmiechem i z każdym kolejnym zdaniem. Jednak wcale nie okłamywała świata, po prostu ukrywała przed wszystkimi to, co siedziało głęboko, na dnie serca, które biło coraz mocniej, za każdym razem gdy tylko pomyślała o tym, aby porzucić to wszystko. By zapomnieć. Spróbować na nowo. Tylko nawet nie wiedziała jak miałaby to zrobić, poza tym szybko wyrzucała z głowy te myśli, powtarzając sobie jaki straszny zawód spotkałby Aarona, gdyby tylko dowiedział się prawdy. Przecież tak ją właśnie wychowywał, tego wszystkiego ją uczył. Odkąd zmarła jego ukochana, próbował sobie ją zastąpić. Avalon doskonale zdawała sobie z tego sprawę. Była świadoma tego, że jest tylko marną kopią kogoś, kto rzeczywiście był tak wspaniały i zachwycający. Kogoś, kogo wszyscy kochali. Ona też ją kochała, całym swoim sercem. Nawet w tych momentach, gdy nienawidziła jej za tę idealność, nie potrafiła wyzbyć się miłości. Bo wiedziała też, że gdyby żyła, wcale by jej nie zmuszała do bycia tym, kim teraz była. Wyobrażała sobie Désirée, trzymającą ją za dłoń i zmuszającą do odnalezienia swojego prawdziwego oblicza. Bo w tym momencie, Ona sama nie wiedziała kim jest. Zabłądziła, zgubiła odpowiednią drogę. Nie potrafiąc na nią wrócić. Była jedynie świadoma tego, że nie jest szczęśliwa, ale musi się poświęcić dla dobra wszystkich.
    Nie wytrzymała. Po raz pierwszy, nie wytrzymała tego cholernego napięcia. Po prostu nie mogła dużej udawać, że wszystko jest w porządku. Musiała przez chwilę nacieszyć się samotnością. Chociaż zawsze powstrzymywała gorzkie łzy, tego dnia, nie była w stanie tego zrobić. Po prostu wbiegła do sowiarni, pospiesznie się rozglądając i nie widząc nikogo nieodpowiedniego usiadła na parapecie, wpatrzona w zachmurzone niebo. Pozwoliła, by kilka łez spłynęło po jej policzku, rozmazując tym samym delikatny makijaż, który nosiła na co dzień. Ale to przecież nie było teraz ważne. Musiała jak najszybciej zebrać się w garść i wrócić do zamku. Ponownie stanąć przed nimi wszystkimi z uśmiechem na twarzy. Przecież była panienką Moore, która nigdy nie miewała złych dni, która zawsze była taka dobra, taka radosna, taka szczęśliwa… Tylko nie dzisiaj, tylko nie tego jednego, jedynego dnia. Chociaż… Skryła się dobrze, tutaj nikt nie mógł zobaczyć jej łez, nikt nie mógł dostrzec, że jednak coś jest nie tak, jak być powinno.

    W zasadzie to podobają mi się wszystkie Twoje propozycje. Szczególnie ta z rzuceniem szaty szczęśliwej księżniczki, tylko problem polega na tym, że sama Avalon jeszcze nie wie czego chce. Z drugiej zaś strony, Vlado mógłby w jakiś tam sposób pomóc odnaleźć jej tę właściwą drogę, tylko jeszcze nie wiem jak. Ale coś się wymyśli.
    Avalon

    OdpowiedzUsuń
  29. [Dziękuję za powitanie oraz miłe słowa! I rzeczywiście nie mylisz się, bo parę razy z tą postacią pojawiałam się.
    W ogóle - pochwalam postać, jak i wizerunek. Te oczy :3]

    OdpowiedzUsuń
  30. Stoicki spokój jakim emanował spokój jakim emanował podczas tej krótkiej wymiany zdań, powoli utwierdzał ją w przekonaniu, że ich spotkanie było jedynie czystym przypadkiem, zbiegiem okoliczności wynikającym z ich podobnego toku rozumowania. Z każdą kolejną sekundą jej czujność odchodziła gdzieś w głąb niej, a różdżką powoli opadała coraz niżej, aż w końcu dziewczyna schowała ją do kieszeni płaszcza, jednak nadal gotowa w razie potrzeby szybko ją wyjąć i rzucić kilkoma zaklęciami. Światło wcześniej wyczarowane przez nią zgasło i na początku dziewczyna musiała nieźle się skupić, by przyzwyczaić oczy do otaczającego ją mroku. Niepewnie rozejrzała się rozróżniając poszczególne obiekty, które z czarnych plan stopniowo zaczęły rysować się jako drzewa oraz krzewy. Gdy jej wzrok dostatecznie przywykł do panujących warunków znów skupiła się na mężczyźnie. Założyła ręce na piersiach, machinalnie spoglądając w stronę zamku.
    - Bo to magiczne miejsce emanujące tajemnicą- powiedziała znów zwracając się ku niemu- przyciąga wszystko o co inne i magiczne jak magnes. Jest jak latarnia, do której podążają strudzeni wędrowcy.
    I jest moim domem, dodała w myślach, przechylając lekko głowę. W sumie miała trochę racji. Magiczna szkoła położona obok magicznego lasu, niedaleko magicznej wioski- wszystko tutaj było przesycone magia a ta ciągnęła za sobą wszystko co magiczne i tajemnicze. To, co nie miała wstępu do jego murów osadzało się naokoło niego stopniowo się od niego oddalając. Gdyby nie fakt, że budując swój warsztat starała się wybrać miejsce na które nikt nie trafi, i które znajdowało się daleko od podstawowych leśnych szlaków zapewne osiedliła by się zdecydowanie bliżej. Im bliżej zamku tym czuła się bezpieczniej.
    Cofnęła się o krok, i jeszcze kolejny aż w końcu plecami dotknęła szorstkiej ściany chatki. Zerknęła za siebie i tym razem upewniwszy się w stu procentach, że tym razem nikt jej nie obserwuje, obróciła się na pięcie zagłębiają się w głąb swoje warsztatu. Zapaliła oliwną lampę i postawiła ją na prowizorycznym stole, jednocześnie zgarniając z pułki kilka potrzebnych jej narzędzi, po czym spojrzała na mężczyznę.
    - Jeśli chcesz możesz tu zostać, albo iść w swoją stronę. Twoja wola. Ale jeżeli zostaniesz i zobaczę, że coś knujesz gwarantuję ci, że w świętym Mungu będą mieli problem z poskładaniem cię do kupy- mruknęła łypiąc na niego groźnie.
    Zdjęła kaptur z głowy tym samym uwalniając swoje włosy które opadły jej kaskadą na plecy. Szybko zebrała je ręką związując je w koński ogon, po czym chwyciła kawałek drewna ważąc w dłoni. Uśmiechnęła się pod nosem jednocześnie już sięgając go przyrząd przypominający łopatkę owiniętą papierem ściernym.

    [O, tak w sumie możemy ich wcisnąć do wątku grupowego. Taki dramatyczny zwrocik akcji. Oczywiście tutaj można jeszcze trochę akcję pociągnąć, ale tam podczas walki mogliby zdać sobie sprawę jak blisko siebie byli na co dzień. Nie wiem w sumie]

    Bo

    OdpowiedzUsuń
  31. W tym punkcie obu profesorów można by podpisać do tej samej kategorii ─ zarówno Lee, jak i Karkarow, szczycili się aż nieprawdopodobnym porządkiem, jeśli chodziło o rzeczy osobiste. Na ich biurkach nigdy nikt nie znalazł choćby jednej niepotrzebnej rzeczy, zawsze lśniły czystością, zawsze były pięknie uporządkowane.
    Nauczyciel opieki nad magicznymi stworzeniami nie mylił się wcale, bowiem Seunghyun niemal nigdy nie wyzbywał się z twarzy kamiennej maski nie wyrażającej żadnych emocji. Tak było mu łatwiej obchodzić się z otoczeniem ─ w uczniach budził strach, u starszych osób respekt albo chociażby dystans, co chroniło go od niepotrzebnych rozmów.
    ─ Nie ma planu ─ odparł, a w jego oczach błysnęło zaciekawienie.
    Sprawdzał nauczyciela, jednak nie mógł tego po sobie poznać, bo też nie chciał urazić jego dumy, nie widział potrzeby w robieniu sobie wrogów. On w tym "zawodzie" siedział od dobrych kilku lat, a facet naprzeciwko niego najprawdopodobniej nie miał zielonego pojęcia, o co mogło chodzić w zagadce, bo też nigdy z tymi tematami się nie spotkał.
    Skoro jednak założył sobie, iż potrzebuje wspólnika, musiał się tego trzymać, jako że już nawet wyciągnął rękę i poprosił o współpracę. Po prostu stwierdził, że jeżeli Vladimir nie rozwiąże tej zagadki, zajmie się z nim inną sprawą, którą ktoś mu zlecił, mniej niebezpieczną.
    ─ Tylko to, co jest na karteczce, ten kod. Musimy ustalić, co może mieć wspólnego z dziewczyną, która jest na zdjęciu. Co o niej zatem wiemy?

    OdpowiedzUsuń
  32. Obserwowała oniemiała, jak profesor staje przed nią w swej zwierzęcej postaci. W bladym, niebieskim blasku płomyków próbowała wychwycić wszystkie szczegóły, które jej oczy mogły w tym stanie dostrzec. Szare, grube futro, które niemal mieniło się srebrem, wyglądało wprost niesamowicie. To był widok, który zapierał dech w piersiach, i to nie przez samą piękność zwierzęcia, ale też fakt, iż nie spotyka się normalnie wilków o takich rozmiarach, a jeśli już, to chyba tylko raz w życiu, tuż pod koniec.
    — Jejku — wyrwało jej się, gdy wyciągnęła powoli rękę, by opuszkami palców przejechać po lśniącym futrze łap Karkarowa.
    Skinęła głową z uśmiechem, kiedy została trącona z niezwykłą delikatnością w kolano, po czym zebrała się z ziemi i przez chwilę rozprostowywała kości. Potem wzięła głęboki oddech, przymknęła oczy, by za sekundę poczuć to prześmieszne łaskoczenie w ciele, które zawsze jej towarzyszyło podczas transformacji w panterę.
    Oboje byli zwierzętami dość reprezentatywnymi.
    Abigail, teraz w swojej animagicznej formie, stała grzecznie z wyprostowanym grzbietem, raz po raz uderzając potężnym ogonem w mokrą trawę. Gdyby nie światło ich ogników, zniknęłaby w sekundę w ciemności nocy, bowiem sierść jej była aż nieprawdopodobnie czarna. Dziewczyna nigdy nie roztrząsała tego faktu, niemniej jednak czasami naprawdę ciekawiło ją, dlaczego spośród wszystkich dostępnych zwierzaków okazała się być właśnie panterą.
    Niewiele myśląc, ruszyła w prawo do biegu. Obejrzała się za siebie, by sprawdzić, czy profesor jest za nią, po czym skręciła na niewielkie zbocze — mieli okazję, by się ścigać.

    OdpowiedzUsuń
  33. — O to własnie chodzi, Karkarow, nie wiem o niej nic — powiedział, wzruszając ramionami. Tak naprawdę na początku nie miał ochoty zarysowywać sytuacji, w jakiej się znalazł, ale skoro nauczyciel miał brać udział w jego małej akcji, musiał przynajmniej znać podstawy. — Wraz z otrzymaniem zdjęcia, zostałem obarczony troską o życie tej pani. Wiem, że ona za niedługo umrze, bo ta paczka przyszła od mordercy, który już nie pierwszy raz wysyła mi poszlakę. Nie mam żadnego interesu w jej chronieniu, nie interesuje mnie jej życie, ani szczęście, chcę jedynie przechytrzyć mordercę, i to tyle.
    Uniósł brwi, obserwując reakcję profesora opieki nad magicznymi stworzeniami. Nie groziło im wylądowanie w Wizengamocie, bo też nie łamali ani jednego prawa czarodziejów, tym bardziej nie mogliby podpaść mugolskiej policji.
    — A teraz skupmy się na zdjęciu — podjął po chwili. — Powiedz mi coś o tej kobiecie, cokolwiek widzisz, zinterpretuj to. A potem pomyśl, czego o niej nie wiesz, by dopasować kod na drugiej części zdjęcia.
    Trzydziestolatka, która uśmiechała się do nich promiennie z fotografii, była bez wątpienia piękna, wręcz oszałamiająco. Miała długie, proste i ciemne włosy, spływające z głowy na prawy bok, przykrywając część fioletowej bluzki. Drobny naszyjnik z pereł zdobił jej smukła, opaloną szyję, a długie kolczyki spływały z uszu na szczupłe ramiona. Opierała policzki o dłoń, na której brak opalenizny na palcu serdecznym mógł być jedyną poszlaką.
    Była piękna, jeszcze młoda, a w dodatku w cholernym niebezpieczeństwie.

    OdpowiedzUsuń
  34. Słysząc stukot butów uniosła lekko głowę i zerknęła przez okno. Nikogo jednak nie ujrzała, więc dalej pozwoliła sobie na łzy. Pomimo radości jaką starała się pokazywać światu, Avalon tak naprawdę bardzo często płakała. Z najróżniejszych powodów. Najczęściej jednak przyczyną jej wylanych łez był Ojciec. Ojciec, którego tak bardzo kochała i nienawidziła równie mocno. Człowiek, który był dla niej wszystkim. Przyjacielem, wsparciem… Pomocną dłonią, której mogła się chwycić prawie, w każdym momencie. Jednak nie mogła do niego przyjść ze swoim największym problemem. Problemem, z którym borykała się już od tak wielu lat. Wchodząc w to coraz głębiej, oddając temu duszę. Zapomniawszy jak to jest tak naprawdę żyć. Bo niby była szczęśliwa, niby miała wszystko czego można pragnąć… Jednak. Całe jej szczęście było tak bardzo fałszywe, udawane. Nawet jeżeli rzeczywiście ktoś mógłby być szczęśliwy to… Avalon doskonale wiedziała, kto byłby szczęśliwy z takiego życia. Tylko dwie osoby. Jedna z nich leżała martwa, a druga wciąż ją wspominała. Tak, państwo Moore, rodzice srebrnowłosej dziewczyny.
    Zadrżała lekko, słysząc tak dobrze znany sobie głos. Uniosła powoli głowę, obdarzając profesora spojrzeniem zapłakanych i zaczerwienionych oczu. Siląc się przy tym na lekki uśmiech, który miał być tym najpogodniejszym z pogodnych. Niestety… Nie wyszedł jej kompletnie. Zamiast tego, kolejna fala łez zaczęła spływać po rozgrzanych policzkach.
    - Ale przecież wszystko jest w porządku – mruknęła cicho, ocierając wierzchem dłoni policzki. Wiedziała, że to co przed chwilą było najgłupszym kłamstwem na jakie było ją stać – u mnie jest w porządku, ale na świecie dzieje się tyle złego – no tak, bo przecież Ona sama nigdy nie była najważniejsza. Zawsze znalazła kogoś lub coś, co było dużo ważniejsze. Chociażby cudze koty chodzące głodne. Bo z pewnością nie żebrałyby o jedzenie, aż tak bardzo gdyby nie były głodne. Albo pierwszoroczni tęskniący za rodzinami pozostawianymi w domach. Avalon była tutaj dla nich, dla ich dobra. Tylko w pobliżu nie było nikogo dla niej. Albo był… Tylko chwilowo tak bardzo niedostępny. Opuściła spojrzenie ciemnych oczu, czuła się strasznie zażenowana. Nikt nie powinien jej widzieć w takim stanie, mimo to dała się przyłapać. Puściła z objęć swoje kolana, a smukłe palce wplątała w swoje jasne włosy, lekko je zaciskając i ciągnąc w dół.
    - Mam tylko szesnaście lat, a wszystko jest na mojej głowie – mruknęła w końcu, wciąż nie patrząc na nauczyciela – wszystko… Tak wiele rzeczy, którymi w ogóle nie powinnam się przejmować. Powinnam mieć beztroskie życie, pełne uśmiechu i radości – przerwała, aby odwrócić głowę w drugą stronę i zerknąć przez okna na tańczące w porywach wiatru liście. Lubiła to rodzić; obserwować żyjący świat. Wtedy, chociaż na chwilę zapominała o dręczących ją smutkach.
    Avalon

    OdpowiedzUsuń
  35. [Jutro pewnie odpiszę. Wpadam teraz, by powiedzieć tylko, że chyba jestem skazana na kochanie wszystkich Twoich postaci, nie wiem dlaczego. Pewnie i Logana wyciągnę na jakiś wątek, znając życie, ale mam nadzieję, że nie będziesz mieć nic przeciwko :D W każdym razie szalenie podoba mi się nowa karta Vlado i jeżeli wytrwam te kilka miesięcy, a moje postacie ukończą Hogwart, to... No nie daruję sobie, jeśli Abi nie cmoknie gorąco Karkarowa na pożegnanie!]

    OdpowiedzUsuń
  36. Gdy Lee spojrzał na profesora, od razu utwierdził się w przekonaniu, że głupotą było prosić go o pomoc. Nie dlatego, że uważał go za człowieka niekompetentnego do tej roli, ale z samego powodu, iż wyjawił komuś swoją tajemnicę, a tym samym naraził też na niebezpieczeństwo. Widział po spojrzeniu stalowych tęczówek Vladimira, że domyślał się już przez jakiś czas tego, czym on zajmuje się po godzinach pracy, a teraz on sam wykładał mu to niemal na tacy.
    Tutaj jednak nie chodziło o morderstwo, bynajmniej nie Lee tutaj miał kogoś zabić.
    — Zgadza się, na palcu serdecznym widać coś, jaśniejszą poświatę, brak opalenizny. Albo rozeszła się z mężem, albo zerwała zaręczyny, albo bardzo nie chciała ujawnić tego, że jest już w jakiś sposób z kimś związana — mruknął beznamiętnie, powracając wzrokiem do zdjęcia.
    Czasami jego ojciec podsuwał mu poszlaki ludzi niewinnych, których można by podejrzewać o zdradę, ale którzy w gruncie rzeczy nigdy nie mieli z nią nic wspólnego. Zdarzało się nawet, że zdrada nie oscylowała w obszarze partnerskim, ale też w pracy, w rodzinie, na innych polach życiowych. A Seunghyun badał to wszystko, mimo iż nie miał w tym żadnego interesu, bo zwyczajnie chciał dorwać własnego ojca.
    — Kod to prawdopodobnie zamiana liczb z literami. Jeśli założymy, że po kolei litera A odpowiada jedynce, powinniśmy dostać coś innego. Zobaczmy.
    Sięgnął po kartkę z biurka profesora, na której powoli przepisał "14EA.C0.AI.H, 210.I.A.DD" z odwrotu zdjęcia i zajął się odbijaniem według własnego kodu. Dostał w zamian N51.30.19.8, W0.9.1.44, co w poprawnym zapisie wykreślił tuż obok jako N51°30'19.8", W0°9'1.44", zakładając, że jedynie cyfra zero łamała kod, nadawała się jedynie do przepisania.
    — Mamy i lokalizacje. O co chodzi z dwójką dowiemy się chyba na miejscu. — Uśmiechnął się triumfalnie, unosząc delikatnie brwi.

    OdpowiedzUsuń
  37. Abigail nigdy nie doświadczyła czegoś takiego, do tej pory nie udało jej się poznać innego animaga, co tu dopiero mówić o dzikim biegu na hogwarckich błoniach. Zwolniła odrobinę, ale tylko odrobinę, bo była w stanie zauważyć, że profesor byle wilkiem się nie stał — jego animagiczna postać była tak naprawdę niewiele mniejsza od niej samej, a dziewczyna odnosiła wrażenie, że gdyby się postarał, mógłby i ją przegonić. Biegli jeszcze dziesięć minut lasem, torując sobie drogę poprzez zarośla, ale też dezorientując większość tamtejszych zwierząt.
    Prawdopodobnie to było najlepsze w byciu zmiennokształtnym (tuż po możliwości szybkiego przemieszczania się), a mianowicie komunikacja z innymi stworzeniami. Lawrence pamiętała chwilę, kiedy w środku nocy obudziła się w swoim łóżku, a po łbie szarpał ją jej kot, Vernon, mamrocząc, że musi się przemienić z powrotem zanim reszta dziewczyn się obudzi. Mamrocząc! Jej kot! Następnego dnia popędziła prosto do sali profesora Karkarowa, który skutecznie przekonał ją, iż jeszcze nie postradała zmysłów.
    W każdym razie w końcu Lawrence zatrzymała się, wbijając ostre pazury w ziemię i rzuciła okiem na miejsce, w którym się znaleźli. Odkryła je w zeszłym roku, tuż przed wakacjami, jednak nie miała komu pochwalić się tym cennym znaleziskiem, bo też żaden normalny uczeń nie dawał się zaciągnąć tak głęboko w Zakazany Las. Miejsce to było prześliczne.
    Całą powierzchnię, choć w sumie nie taką znowu wielką, zajmowało jezioro, na środku którego leżała wysepka z potężnym, rozłożystym dębem. Konary z przewróconych drzew, teraz już omszałych, tworzyły mostki doprowadzające do ogromnej rośliny. Abi przychodziła tu, żeby się uczyć, odpocząć i po prostu... Pobyć.
    — Uwielbiam biegać — powiedziała, opadając na ziemię, kompletnie zmęczona i szczęśliwa. — Czy to nie urocze miejsce?

    [No wiesz co, rozmawiasz z autorką czterech postaci! Dla mnie nie istnieje określenie za dużo, jeśli wena i chęci obecne, toteż ruszaj z uczniem, ja kibicuję. I na pewno nie zniknę z bloga, nie masz się o co martwić! Może z Abigail zostaniemy w Hogsmeade albo załatwimy jej pracę stażystki, jeszcze nie wiem, ale na pewno Vlado nie opuszczę, hłehłe :D]

    OdpowiedzUsuń
  38. Parsknęła śmiechem, zerkając na niego z ukosa, po czym wróciła do pracy. W sumie jakby na to nie patrzeć czasami zdarzyło jej się naprawić jakąś miotłę czy różdżkę, oczywiście wszystko za godziwą opłatą. Wbrew pozorom te dwa magiczne przedmioty były jednymi z najtrudniejszych do poskładania- łączenie rdzeni tak by nie uszkodzić delikatnej obudowy, ilość materiałów potrzebna do zasklepienia rys różna w zależności od rodzaju danego przedmiotu- samo przygotowanie się do naprawy czegoś takiego kosztowało ją dwa razy więcej czasu niż naprawa gitary czy półki, jednak równocześnie dawała większy zysk, i może dlatego nadal to robiła, bo w innym wypadku zapewne już dawno rzuciłaby tą robotę.
    - Coś w tym guście- mruknęła podając mu drewniane pudełeczko z dwoma otworkami w którym zmieściłyby się dwie różdżki- naprawiam, wymyślam, ogólnie majsterkuję. Bawię się w wynalazcę. Kolekcjonuje znaleziska i wymyślam dla nich zastosowanie. W wolnym czasie dorabiam na naprawianiu tego co ktoś zepsuł- rzuciła opierając się tyłem o stół- to co trzymasz to coś podobnego do, chym jak to nazwać…odnawiacza? Kalibrator? W każdym razie do otworu wkładasz koniec różdżki, trzymasz ją tak przez kilkanaście sekund, a po wyjęciu masz nie szwankująca różdżkę oddaną twojej woli. Bardzo dobre dla początkujących, ale i dla emerytowanych czarodziei tez się nada- dodała po chwili namysłu uśmiechając się delikatnie.
    Lubiła mówić o swojej pracy. Przekazywanie wiedzy na temat o którym wiedziała prawie wszystko sprawiało jej niewyobrażalną radość i wzbogacało ją o dumę. Mało tego- pokazywał jej, że jeszcze nie utonęła w tłumie przeciętnych ludzi. Nadal była oryginalna, niepowtarzalna i w sumie ta świadomość dodatkowo napędzała ją do działania. Byle tylko nadal robić to co robiła.
    - Tak na marginesie, różdżki są strasznie trudne do naprawiania, tak samo jak miotły, więc rzadko podejmuje się ich naprawy. Możesz mi wierzyć lub nie, ale naprawianie dwunastocalowego patyka zajmuje mi więcej czasu niż wizyta w świętym Mungu po meczu quidditcha, gdy ci wszyscy kibice kłębią się w kolejkach do sali w których leżą poturbowani gracze. Wolę zajmować się nieco prostszymi przedmiotami. Dają mi więcej radości- rzekła, wskazując na półkę zagraconą różnorakimi rzeczami zaczynać od małych szkatułek, a kończąc na fantazyjnie poskręcanych śrubach, po czym znów przeniosła na niego wzrok uważnie obserwując jego reakcje, skupiając się na mimice twarzy oraz subtelnych gestach. Niektórzy twierdzą, że człowieka można przejrzeć na wylot w ciągu kilku pierwszych minut obserwacji. Cóż, mężczyzna siedzący przed nią był chyba jednym z wyjątków, albo to ona była nędzną obserwatorką.


    [Ja też ci chwalę zdjęcie bo jest boskie *O*]
    Bo

    OdpowiedzUsuń
  39. Abigail chciała wtedy powiedzieć, że ktoś ją tutaj przyprowadził, że już tu była, że z tym miejscem wiąże ją wiele wspomnień. Tak naprawdę jednak z nikim nie oddalała się dalej, niż właśnie do tej ciemnej ściany lasu, do której uczniowie nie mieli wstępu zwłaszcza o tej porze. Dziewczyna nie mogła powiedzieć, że gdyby nie jej umiejętności, nie zapuszczałaby się tak daleko, aczkolwiek mało jej kompanów godziłoby się na tak niebezpieczną podróż, jakie ofiarował Zakazany Las. Niezliczona ilość tajemniczych stworzeń, jak i samych naturalnych pułapek była po prostu zbyt duża na swobodne przechadzanie się po nim nawet w dzień.
    — Raz zabłądziłam, to było gdzieś na początku szóstej klasy. Biegłam, dopóki nie znalazłam się na tej polanie, a dopiero potem użyłam zaklęcia czterech stron świata. Zupełny przypadek i właściwie jestem tu pierwszy raz z kimś innym — powiedziała cicho, jakby w strachu, że jakiś głośniejszy dźwięk mógłby zakłócić spokój tego miejsca.
    Odwróciła się lekko w prawo, by móc spojrzeć na leżącego obok profesora i pierwszy raz zapragnęła być odrobinę starszą osobą. Być tak mądrą, by swoim paplaniem nie wprowadzać czarodzieja w śmiech i dobry nastrój, a potrafić konwersować z nim na tematy ważniejsze, znacznie wyznaczające poza ramy tego, o czym mogli mówić swobodnie. Może dorastała, może jej serce dojrzało na tyle, by móc rozpoznać rzeczy, które wcześniej były jej obce, ale jednego była pewna. Nie chciała tak po prostu skończyć tej znajomości. Nawet mimo tego, iż nie do końca ją rozumiała.

    OdpowiedzUsuń
  40. [A jakież pan ma piękne włosy. Witam się z małym (wielkim) opóźnieniem, proszę wybaczyć, trochę mnie nie było :( ]

    Solene // Ashton // prof. Lorelle

    OdpowiedzUsuń
  41. [Ja bardzo chętnie. Wykorzystując fakt, że Lorelle zdarza się pracować ze zwierzętami, to może przyniesie profesorowi jednego z nich. Na lekcji transmutacji mogło się coś wydarzyć, czego ona nie jest w stanie naprawić magią, transmutacją, tego typu sprawy, a wydaje mi się też, że moja pani troszeczkę by się go obawiała.]

    Lorelle Welsh

    OdpowiedzUsuń
  42. [ta karta, to zdjęcie, och, zakochałam się. <3
    myślisz, że mogę liczyć na wątek?]

    Lily.

    OdpowiedzUsuń
  43. [hm, w zasadzie z wymyślaniem u mnie kiepsko. ale może jak mi podpowiesz, czy wolisz opierać się na relacji nauczyciel - uczeń, czy odbiec trochę od tego schematu, to coś wpadnie mi do głowy. chyba, że Ty coś masz? :)]

    Lily.

    OdpowiedzUsuń
  44. [Jestem oczarowana. Percy pewnie też.
    Ślicznie dziękuję za powitanie. Z pomysłami niestety u mnie kiepsko, ale razem możemy coś wymyślić, bo z chęcią napiszę coś z profesorem :D]

    Percy

    OdpowiedzUsuń
  45. [Tak, znać się muszą :D Jedyne na czym mi zależy, to żeby relacja była pozytywna (choć w sumie Percy trudno było go znielubić XD), a resztę zostawiam tobie :) Serio, jestem otwarta na wszystko.]

    Percy

    OdpowiedzUsuń
  46. [Podoba mi się ten pomysł :D Super by było, bo na mnie czekają jeszcze trzy odpisy i nauka angielskiego <3]

    Percy

    OdpowiedzUsuń
  47. [Dzień dobry! Nie wiedziałam, gdzie pisać, bo obaj panowie piękni i interesujący, ale padło na Vladimira - w sumie, większy tutaj ruch :)
    Z karty wnioskuję, że Vlado coś czuje do pewnej osoby... ale to, że on ma serce zajęte, nie znaczy chyba, że panna Sally nie może się w nim durzyć, prawda? ;) Nie chcę się z tym narzucać, broń Boże, ale chodzi mi po głowie pewien pomysł (nic poważnego, dziewczyna ma problemy emocjonalne i potrzebuje kogoś, kogo by sobie mogła popodziwiać i pouwielbiać) - jeśli masz ochotę na wątek, oczywiście!]

    Sorcha Tobin

    OdpowiedzUsuń
  48. Bo taka właśnie była Avalon na co dzień. Uśmiechnięta i radosna. Pełna energii, pragnąca dzielić się nią z innymi. Głęboko wierząca w ludzką dobroć, pragnęła dawać z siebie jak najwięcej. Tylko… Nikt nie wiedział, że to wszystko było udawaniem. Jakąś beznadziejną grą, której zasad dziewczyna w ogóle nie znała. Udawała, bo tak było łatwiej nawiązać dobry kontakt z ojcem, z Arizoną, z… Wszystkimi. Gdyby się zastanowić, Av była otoczona naprawdę sporą liczbą ludzi i z reguły wszyscy ją lubili. Było tylko kilka osób, które darzyły ją niechęcią ze względu na tę sztuczną idealność, której panienka Moore tak bardzo pilnowała. Taka była jej matka, teraz i ona musi być identyczna. Wciąż takie i podobne do tej myśli dudniły jej w głowie, odbijając się od kości czaszki. Wiercąc ogromną dziurę, która tak bardzo mocno bolała. Bolała, bo srebrnowłosa dziewczyna doskonale zdawała sobie sprawę, że nawet ona sama siebie nie zna. Miała wrażenie, że utknęła. Zbłądziła w pewnym momencie, weszła do ciasnego pomieszczenia, z którego nie było już drogi odwrotu… Zamknęła oczy i zdecydowała się żyć zgodnie z panującymi zasadami. W głębi serca tylko czuła się nieszczęśliwa, jednak kompletnie nie wiedziała co powinna zrobić, aby zaznać tego prawdziwego szczęścia.
    Nie patrzyła na niego, ponieważ odrobinę się obawiała. Jeszcze nikt wcześniej nie widział jej takiej. Nikt wcześniej poza jej własnym ojcem nie widział jej łez. Obawiała się. Tak bardzo intensywnie czuła lęk w swoim sercu tylko nie miała pojęcia dlaczego. Spuściła głowę w dół, przymykając powieki, czując jak ciepłe łzy opadają na jej kolana, przykryte czarnymi rajtuzami.
    — Ale ja nie mam pojęcia jak — szepnęła, wciąż z głową zwieszoną w dół. Wyczuł ją doskonale. Chciała to zmienić, chciała zmienić wszystko jednak nie umiała. Nie miała pojęcia jak się za to wziąć i czy w ogóle to jest jej największym pragnieniem. Całe życie była taka a nie inna. Co, jeżeli okazałoby się, że ona już nie potrafi żyć inaczej? — nie mam pojęcia co zrobić profesorze Karkarow — wychrypiała cicho przez łzy, zastanawiając się właśnie nad tym, co takiego mogła by zmienić jako pierwsze. I chociaż mężczyzna miał rację odnośnie przyjaciółek, Avalon nie umiała się przed nimi przyznać. Obawiając się odrzucenia. Teraz, w tym momencie też się tego bała, wmawiała sobie jednak, że siedzący obok mężczyzna jest dorosłym człowiekiem. Człowiekiem, który nie powie jej nagle, że już nie jest jego dobrą uczennicą, który nagle nie zacznie wstawiać jej samych niskich ocen, nie będzie się nad nią w żaden sposób znęcać. Co do znajomych… Naprawdę chciała wierzyć, że nic by się pomiędzy nimi nie zmieniło, ale… Niestety nie miała tej pewności.
    — Ja… Ja nie mam pojęcia kim tak naprawdę jestem — powiedziała w końcu to, co najbardziej ją męczyło. To co spędzało sen z jej powiek od tak wielu nocy.

    Avalon

    OdpowiedzUsuń
  49. Abigail rzadko odczuwała zagrożenie, a już prawie w ogóle, gdy przychodziło do spotkania z profesorem — znalazła w nim przed laty taką ostoję, że w swoich oczach widziała go już jako człowieka twardego jak kamień, którego nie da się przełamać byle czym. Na pewno istoty, czekające w zakamarkach Zakazanego Lasu, nie były im tego dnia straszne, a nawet gdyby... Musiałyby poradzić sobie z dwoma ogromnymi bydlakami. Z dwoma, bo Lawrence nie zdzierżyłaby biernego czekania za plecami Vladimira. Pomogłaby mu.
    Drgnęła lekko, gdy mężczyzna zadał pytanie i zwrócił na nią swoje spojrzenie. Jasne, stalowe tęczówki potrafiły prześwidrować niejednego ucznia, sprawiając, że zapominał języka w gębie, jednak na nią spoglądały zawsze tak łagodnie, jaky z sentymentem. Abigail wmawiała sobie, że to bzdury, że nie powinna tak myśleć, ale nic nie mogła na to poradzić. Była tylko siedemnastolatką, której serce odmawiało posłuszeństwa.
    — Tak? — zagadnęła, po czym roześmiała się razem z profesorem. Kiedy zadał pytanie, uniosła delikatnie brwi w wyrazie zaskoczenia, by potem nieznacznie kiwnąć głową.
    Niejeden raz spotkali się z Karkarowem poza granicami zamku, w Hogsmeade, jednak za każdym razem oboje byli otoczeni innym gronem znajomych. Nauczyciel udawał, że nie widzi, jak jego uczennica wlewa w siebie kolejne piwa, żartując przy tym z resztą towarzystwa, tak samo i ona jedynie posyłała mu porozumiewawcze spojrzenia, gdy zamawiał z przyjaciółmi w Trzech Miotłach ogromną beczułkę whisky. Była pomiędzy nimi taka sieć porozumienia. Poza tym on był osobą, która w piątek klasie wypiła z nią pierwszy alkohol; coś niesamowitego.
    — Oczywiście — powiedziała powoli, znów na niego spoglądając. Jej ciemne tęczówki rozbłysły lekko, gdy odnalazła jego oczy. — To byłoby wspaniałe.
    Nigdy nie myślała o tym, jak bardzo Vlado mógł czuć się w zamku osamotniony. Wprawdzie widywała się z nim często, aczkolwiek ani razu nie zauważyła u niego żadnych oznak nudy, bo nauczyciel pozostawał zawsze tym wyluzowanym, przemiłym człowiekiem, o którym nie można było pomyśleć niczego złego. Miło było spojrzeć na niego, jak na kogoś zupełnie normalnego, takiego jak ona. A równie miło było wyobrazić sobie, jak w jego przytulnym mieszkaniu na przykład... Robią obiad. Albo rozmawiają, po prostu siedząc przy kominku.

    [Ależ skąd, ani trochę mi to nie przeszkadza! :D Gdzie się jednak podział pan drugi nauczyciel?]

    OdpowiedzUsuń
  50. Drobna dłoń uniesiona do góry, otarła się swoją zewnętrzną stroną o napiętą skórę czoła. Kryło się ono pod falami ciemnych włosów, gdzie kosmyki zdawały się buntować, chcąc wywinąć się we wszelakie kierunki. Najczęściej spięte, teraz spływały po ramionach kobiety, która ze smutkiem wpatrywała się w wycieńczonego kruka. Czarny ptak ledwo stał na swoich nóżkach, z każdą chwilą przybliżając swój dziób ku blatu biurka nauczycielki. Lorelle Welsh – profesor piastująca stanowisko nauczyciela transmutacji zrobiła wszystko, co mogła, by uzdrowić opierzonego kompana każdej jej lekcji. Tego dnia musiało stać się coś, co przeoczyła. Biedny kruk musiał dostać zaklęciem wychodzącym po za umiejętności Welsh. Martwiło ją to ogromnie, nie z powodu braku jakiejkolwiek wiedzy, a z bezradności, w której utkwiła. Musiała więc wybrać opcję ostateczną. Oddalała ją w czasie, jak najpóźniej mogła, przez co możliwe, iż nie za stanie poszukiwanej osoby. Vladimir Karkarow wywoływał w Lorelle uczucie niepokoju. Kobieta nie rozumiała dlaczego, nigdy przecież nie odniósł się do niej w sposób niemiły. Z jakiś dziwnych względów okalający go chłód oddziaływał na nią dość mocno. Może to przez miejsce jego urodzenia, może przez imię, które brzmiało dla kobiety dosyć twardo, a może to przez nazwisko, owiane mroczną i ciemną mgłą. Nauczycielka zdawała sobie sprawę z tego, że za każdym jego spojrzeniem obawa powiększała się o jedną jednostkę. Zdecydowana na spotkanie ruszyła w stronę sali profesora, uprzednio delikatnie wkładając schorowanego ptaka do klatki. Idąc przez korytarze, Lorelle ściskała palce, wokół metalowego uchwytu. Dopiero po czasie przestał przeszywać jej dłoń zimnem, stopniowo przenikając ciepłem bijącym spod skóry szatynki. Stukot obcasów niósł się po ścianach zamku, by i pusto przelecieć przez myśli Lorelle. Nawet nie zauważyła momentu, gdy już stała przed drewnianymi drzwiami, a jej ręka samoistnie zastukała kilkukrotnie. Kości zdawały udawać mocne, z czego naskórek nie miał zamiaru brać przykładu, pokrywając się czerwonymi plamami od uderzeń. Słysząc pozwolenie głośno odetchnęła, by z tą mocą pchnąć drzwi. I stała już w sali, a na przeciwko siebie stał on. W długich włosach, w postawie mocno stabilnej z oczami jak kryształki lodu. Dreszcze przeszły przez plecy kobiety, co wywołało reakcję skóry, która sekundę potem przypominała gęsią.
    - Wybacz Vladimir, że Cię nachodzę o tej porze – uśmiechnęła się przepraszająco. Nawet w takiej niekomfortowej dla niej sytuacji zawsze starała się być kulturalną, uśmiechnięta Lorelle Welsh. – Przychodzę z tego powodu – rzekła szatynka, przenosząc wzrok na biednego kruka. Klatkę podniosła, ale zaraz złapała w obie ręce, bo była dla niej po prostu za ciężka. – Próbowałam naprawdę wszystkiego, jednak ja się poddaję.

    [Za błędy przepraszam, za długość również :( ]

    Lorelle Welsh

    OdpowiedzUsuń
  51. [to co? może zajęcia ONMS, a tu nagle natykają się na Mrocznych? (ci mogą przy okazji kogoś zabić/porwać, coby było więcej akcji, ale to już do dogadania). :D]

    Lily.

    OdpowiedzUsuń
  52. [Cześć :) Dziękuję za powitanie!
    W sumie Vlado i Ted raczej by nie mieli większych kłopotów z dogadaniem się. Teddy może i pod pewnymi względami jest jego całkowitym przeciwieństwem, ale mają pewne wspólne cechy. I nie chodzi mi jedynie o fakt, że oboje stracili rodziców i byli wychowywani przez kogoś z rodziny. Oboje mają w drzewie genealogicznym Śmierciożerców i ich pomocników. No, i niezłych świrów i psychopatów; a przynajmniej Teddy ma ;) Jeśli chcesz, to mogliby się znać ze szkoły? Vlado jest starszy, ale na pewno uczęszczali do Hogwartu w podobnych latach ;)]

    Teddy Lupin

    OdpowiedzUsuń
  53. [Genialny pomysł! Naszym chłopcom przyda się taki kumpel/przyjaciel w pracy, szczególnie ze szkolnych lat, gdy wszystko było przecież o wiele prostsze.
    Teddy, dokładnie tak jak jego tata (nie tylko członek, ale i pomysłodawca Huncwotów, ha!), wiedział jak unikać przyłapania na czymś; do świętych było mu jednak daleko. Swego czasu był z niego całkiem niezły psotnik. Tak więc, z tym też mogą mieć jakieś wspólne wspomnienia, mimo różnych domów i małej różnicy wieku ;)
    Co do samego wątku, może zaczniemy po prostu w Wielkiej Sali, podczas oficjalnego ogłoszenia Teddy'ego na nowego nauczyciela OPCM? Poprzedni odszedł nagle i niedawno z tego co zrozumiałam, więc... I przy śniadaniu mogliby się rozpoznać (siedzieliby obok siebie, np) i zacząć rozmawiać, jak za dawnych czasów.]

    Teddy Lupin

    OdpowiedzUsuń
  54. Na pierwsze usłyszane słowa kąciki ust Welsh uniosły się znacznie wyżej. Nie wiedziała, czy to ze swojej wyuczonej grzeczności, czy uśmiech był zupełnie szczery. Po prostu to zrobiła. Jej dłoń rozluźniła ścisk między sobą, a metalową rączką, aby pozwolić nauczycielowi na przejęcie klatki z krukiem. Niepewnie wykonała kilka kroków w przód, a zrobiła to z takim wyczuciem, że stukające jeszcze chwilę temu obcasy nie wydały żadnego dźwięku. Twardy materiał zadziwiająco cicho spotykał się z kamienną podłogą, noszącą ślady przeróżnych wydarzeń. Wliczały się w to również walki.
    Z zamyślenia wyrwało ją pytanie profesora, dlatego też przeniosła wzrok utkwiony w czarnego ptaka na mężczyznę, który stał po drugiej stronie biurka. Nie patrzył na nią. Całą swoją uwagę poświęcał biednemu zwierzęciu, które obecnie wyglądało na małą, ciemną kulkę pierza.
    - Prawdę mówiąc, sama chciałabym to wiedzieć – zaczęła szczerze, podążając w ślady kolegi po fachu, ponownie wracając wzrokiem na kruka. Przez króciutki i mało zauważalny moment przyglądała się poczynaniom Vladimira. Zadziwiała ją delikatność, jaką obdarowywał ptaka przy każdym swoim dotyku. Potrzebne czynności wykonywał dokładnie i uważnie, ale jednak te subtelne stykania się z piórami, były czymś przyjemnym dla oczu, jak i duszy. Czy możliwe, że mężczyzna, którego się obawiała mógł tak traktować ludzi? Czy jedynie zwierzęta otrzymywały zaszczyt obcowania z łagodnością nauczyciela? A może ona tylko przesadza? – Na dzisiejszych zajęciach uczyłam transmutacji pomnażającej. To były ćwiczenia. Przechodziłam przez klasę, żeby na bieżąco sprawdzać, jak idzie tym moim uczniom, gdy nagle błysnęło żółtym światłem. Od tamtej pory dzieje się z tym biedactwem dokładnie to, co widzisz – Lorelle zmarszczyła lekko brwi, mówiąc z ogromnym smutkiem. Takie wydarzenia niezwykle ją dotykały, bo zdawała sobie sprawę z tego, że ptak cierpi na podobnych zasadach, co człowiek. Miała ogromną nadzieję, że z tym osobnikiem nie dzieje się nic tak poważnego. – Próbowałam wszystko odwrócić z myślą, że jest to błąd przy transmutacji, jednak to zaklęcie nie z mojej dziedziny. Może nieco się poprawiło, bo przynajmniej reaguje na dotyk, ale to tyle – westchnęła kobieta, wychylając się lekko do przodu, gdy dłonie profesora zasłoniły jej większą część zwierzęcia. – moja niewiedza przyprowadziła mnie tutaj – dopiero po wypowiedzeniu tego zdania oczy Welsh natrafiły na twarz Vladimira. Uśmiechnęła się lekko i niepewnie. Od dłuższego czasu bawiła się stójką przy swojej szacie, robiła to zawsze gdy odczuwała pewne skrępowanie. Dziwiły ją jej własne reakcje na mężczyznę stojącego przed nią, nie potrafiła ich jednak zniwelować, choć naprawdę bardzo chciała. Taka była.

    [Chciałam Ci jeszcze podziękować za rozpoczęcie wątku. Przez chwilę myślałam, że nie podoba Ci się pomysł, a tu taka miła niespodzianka :) ]

    OdpowiedzUsuń
  55. Dokładnie pamiętała moment, w którym to wszystko się zaczęło. Trzymała ten obraz w swojej pamięci jakby na pamiątkę tylko sama jeszcze nie wiedziała, na jaką. Czy miało to być wspomnienie rozpoczynające jej nowe życie czy może raczej było zachowane po to, aby kiedyś pomóc sobie wrócić? Z drugiej strony… Ile tak naprawdę mogło pomóc wspomnienie zachowane przez sześciolatkę? Te kilka niewinnych słów, ciepły uśmiech na twarzy babci i te, nagle płonące szczęściem oczy taty. Tak jakby właśnie w tamtym momencie wrócił do żywych, jakby właśnie wtedy zdał sobie sprawę, że ma jeszcze po co żyć.
    Spojrzała na niego podpuchniętymi oczami, a na jej twarzy malowało się prawdziwe zdezorientowanie. Wpatrywała się na te trzy kamienie, próbując odgadnąć co takiego chce z nimi zrobić profesor. Już chciała o coś zapytać, kiedy ten wszystko jej wytłumaczył. Tylko… Te zadanie wcale nie było proste. Było… Cholernie ciężkie. Z drugiej strony rozmyślanie nad wykonaniem zadania skutecznie oderwało ją od tych wszystkich złych myśli.
    Machnęła delikatnie różdżką, celując w pierwszy kamień przedstawiający wroga. Gdy jasny błysk ustał, wokół kamienia pojawiło się coś na wzór ogrodzenia. Chciała odizolować złą postać od siebie, jednak nie chciała jej krzywdzić w żaden sposób. Chociaż… Przecież jednym machnięciem patyka mogła spowodować całkowite rozkruszenie się kamienia.
    Po drugi kamień wysunęła tylko dłoń i chwyciła go ostrożnie. W końcu profesor mówił, że może użyć różdżki co było jednoznaczne dla dziewczyny, że jeżeli nie chce, nie musi używać magii do tego zadania. Objęła go delikatnie, tuląc ostrożnie go do siebie.
    — Ja… Ja nie wiem — szepnęła, wpatrując się w przedmiot imitujący ją samą. Naprawdę nie miała pojęcia co zrobić. Przytulić, rzucić o ścianę czy po prostu pozbyć się go za pomocą magii? A może jeszcze coś innego. Tylko co? Zagryzła wargę i nie spuszczając wzroku z kamienia machnęła ostrożnie swoim lipowym patyczkiem, sprawiając, że z jego koniuszka wyleciały drobne iskierki. Trochę tak, jakby z nieba posypał się brokat. Zrobiła to w sumie tylko po to, aby coś zrobić. Bo tak naprawdę w ogóle nie miała pomysłu na siebie samą. Nawet w głupim zadaniu z kamieniami, nie miała pojęcia co zrobić.
    — No i…? Co to wszystko znaczy? — zapytała, wzdychając cicho i przenosząc spojrzenie na profesora. Wlepiając w niego zniecierpliwione spojrzenie, oczekujące odpowiedzi.

    Avalon

    OdpowiedzUsuń
  56. Bez problemu dostali się z powrotem do zamku. Abigail jeszcze przez moment machała ręką na pożegnanie profesorowi, by potem z lekkim uśmiechem ujrzeć, jak masywny wilk przemierza kolejne metry dzielące go od drogi prowadzącej do Hogsmeade. Zachichotała głupkowato, przeczesując ręką ciemne włosy, po czym ruszyła tajemnym przejściem do zamku, zaraz znajdując się w ciepłym dormitorium Puchonów. Szybko czmychnęła do pokoju, przebrała się i już w piżamie wgramoliła do łóżka, dziękując w duchu za to, iż jeszcze nie świtało.
    Na zajęcia następnego dnia może się nie spóźniła, ale pokutowała za niepojawienie się na śniadaniu przez kilka dobrych godzin. Załapała również wiązankę niezbyt przyjemnych komentarzy od profesora OPCM za nieprzygotowanie do lekcji, niemniej jednak na tym się skończyły minusy dnia, bo jego reszta przebiegła bez nieprzyjemnych rewelacji.
    Dwa dni dzieliły ją od piątku i może dlatego dłużyły się jak tak niemiłosiernie.
    — Dzień dobry! — Powitała profesora na korytarzu w czwartkowy poranek, szczerząc się do niego bezceremonialnie. Była wyspana, wypoczęta i gotowa na kolejne zajęcia, toteż po krótkiej rozmowie udała się z ochotą na transmutacje, do której to powoli się przyzwyczajała i — o dziwo — coraz bardziej przekonywała. Można by nawet powiedzieć, że zapałała świeżą miłością do tego przedmiotu, czego nikt by się w życiu po Lawrence nie spodziewał.
    Nikt nie wiedział, że Karkarow i Abi umówili się na spotkanie właśnie na późne popołudnie w piątek, a bynajmniej nikt od strony dziewczyny nie mógł tego podejrzewać. Większość jej znajomych przyzwyczaiła się już, że brunetka w weekend wybywa z zamku na całą noc mimo jawnych zakazów, czy to z paczką przyjaciół, czy też samotnie, i to niezależnie od pogody. To nie tak, że chciała ukryć ten fakt ze strachu przed komentarzami — traktowała to coś bardziej jako swój prywatny, słodki sekret. Oczywiście nie mogła przypuszczać, by rychłe spotkanie wywoływało w profesorze taką euforię jak u niej, bo byłoby to z jej strony nieodpowiednie, ale miała cichą nadzieję, iż cieszył się choć w maleńkim stopniu z jej wizyty.
    Przyszła na umówione wcześniej miejsce z niewielkim wyprzedzeniem, prawdopodobnie spowodowanym właśnie tą małą ekscytacją, która ją opanowała. Owinięta szczelnie nowym płaszczykiem od mamy, zarzuciła na ramiona szalik w kratę, skradziony tego lata z szafy brata, a nawet poprosiła koleżankę z dormitorium, by zrobiła porządek z jej włosami.

    OdpowiedzUsuń
  57. [Byłoby świetnie, po tych kilku zaczęciach, które musiałam wyprodukować, jestem wyczerpana z weny ;D Ogólnie mam taki pomysł, że jakiś czas wcześniej Sorcha mogła się nauczycielowi zwierzyć, powiedzieć coś o sobie, a innym razem mógł on np. zaprowadzić ją do pielęgniarki, gdy zemdlała (dziewczyna ma zaburzenia odżywiania i ogólnie jest troszkę smutna). Może być tak, że on się trochę o nią martwi i chciałby jej pomóc, a ona udaje, że niby nie chce niczyjej pomocy, a tak naprawdę zawsze bardzo się cieszy, jak tylko Vlado się do niej odezwie etc.
    Teraz możemy zrobić jakieś spotkanie, odwiedziny Sorchy u niego (jaki śliczny domek! <3) Albo może Vlado przyjdzie do baru, w którym dziewczyna dorabia jako kelnerka (nie wiem, jak to Dyrekcja na to patrzy... Sorcha raczej trzyma to w tajemnicy).]

    Sorcha Tobin

    OdpowiedzUsuń
  58. Dwadzieścia minut. To tak krótko, a jednak w tym przypadku Lorelle miała wrażenie, że zbyt długo. Nie miała pewności, co przez taki czas może się wydarzyć. Oczywiście nie oczekiwała, że stanie jej się coś złego, ale miała wrażenie, iż w pewien sposób Vladimir ją zrani. Głównie swoimi słowami. O dziwo, jednak przez tak krótki okres czasu nie usłyszała niczego niemiłego. Wręcz przeciwnie – kobieta odniosła wrażenie, że profesor mówi do niej z ogromną uprzejmością i szacunkiem. Czego ona tak się bała?
    - Z chęcią – odpowiedziała na usłyszaną propozycję, obdarowując swojego rozmówcę szerszym uśmiechem, niż zazwyczaj. Welsh nie mogła jednoznacznie stwierdzić, czy wypowiedziane przez nią słowa były kłamstwem, czy szczerą prawdą. Z ogromną przyjemnością czekałaby na powrót ptaka do zdrowia, z drugiej jednak strony dwudziestominutowe obcowanie z profesorem niezbyt się do niej uśmiechało. Nie potrafiła wytłumaczyć sobie, dlaczego trzyma taki dystans w stosunku do mężczyzny. Za każdym razem, gdy na niego patrzyła budowały się w niej mieszane uczucia. Vladimir wyglądał na człowieka naprawdę ciepłego i opiekuńczego. Lorelle zdawała sobie sprawę z tego, jak bardzo można czuć się przy nim bezpiecznym – głównie przez postawną posturę. Dłuższe, ciemnoblond włosy dodawały mu tej pewnej czułości. Jednak cały ten wizerunek burzył się z chwilą, kiedy jej własne oczy natrafiały na te, należące do nauczyciela. Chłodne małe kule, w których zamknięto poranną mgłę wraz z rosą potrafiły w niesamowity sposób przeszyć kobietę na wskroś. Wtedy dreszcze łapały ją tuż przy szyi i spływały wzdłuż kręgosłupa. To powodowało uczucie ogarniającego ciało zimna, które pojawiało się zupełnie znikąd, jakby sam ludzki umysł miał nad tym kontrolę. Stała tak krótką chwilę, pogrążając się w swoich przemyśleniach. Gdy się ocknęła, ciemnowłosa zrobiła krok w lewo, by zaraz natrafić na solidne drewniane krzesło. Ostrożnie usiadła na nim, by nie narobić zbytniego hałasu albo jakiegokolwiek dźwięku. Ku swojemu zdziwieniu natrafiła na miękką poduszkę, co trochę zniwelowało uczucie dyskomfortu towarzyszące jej od przekroczenia progu drzwi znajdujących się tuż za nią.
    - To miło widzieć, z jaką pasją zajmujesz się zwierzętami – rzekła nagle Lorelle. Chciała w jakiś sposób przerwać tę ciszę panującą w sali, a zaczynała ona kłóć w uszy. Kobieta nie zwróciła swojego wzroku na Vladimira. Zawzięcie wpatrywała się w biednego, małego kruka, który za metalowymi prętami oddychał w spokoju. Zupełnie tak, jak ona.

    Lorelle Welsh

    OdpowiedzUsuń
  59. Zerknęła na niego z ukosa, uśmiechając się pod nosem. Zatrzymała rękę w połowie drogi po młotek, po czym zaśmiała się głośno. O parła się rękoma o stół, dławiąc kolejne fale śmiechu, choć nie za bardzo jej to wychodziło. Otarła wierzchem dłoni łzy gnieżdżące się w kącikach jej oczu. Jednocześnie odwracają się do niego.
    - Wybacz, ale to raczej nie możliwe. Nie chcę ci najeżdżać na męską dumę ale nie uważam by to był dobry pomysł- rzuciła przekrzywiają delikatnie na bok głowę- Raczej wątpię czy sobie poradzisz, bez urazy- dodała szybko, unosząc ręce w obronnym geście- I jestem Bo. Po prostu Bo.
    Co jak co ale osoba, która nie miała o tym pojęcia chcąc udzielić jej pomocy sama pchała się w gips. Może nieświadomie, ale po to w końcu tu była- by nakierować nieszczęśnika na odpowiednią ścieżkę, by nie zrobił sobie krzywdy. Szkoda by taki facet zrobił sobie krzywdę młotkiem bądź gwoździem.
    Nagle coś chrupnęło. Towarzyszący temu tępy zgrzyt w jednej chwili cichy z każda sekundą narastał zmieniając się w głośne dudnienie, jakby coś dużego obijało się o ściany chatki. Bo napięła wszystkie mięśnie prostują się jak struna. Wodziła wzrokiem we wszystkie strony szukając źródła tego całego zamieszania. W jednej chwili cała instalacja świetlna padła, żarówki zaczęły miarowo migotać, aż w końcu zgasły całkowicie, spowijając pomieszczenie w mroku. Bo odruchowo sięgnęła po różdżkę klnąc przy tym jak szewc.
    - Lumos- warknęła, rozglądając się po warsztacie oświetlonym jedynie słabym, błękitnym płomieniem- co to było?- mruknęła sama do siebie, dotykając jeszcze ciepłej żarówki, znajdującej się najbliżej niej- Żarówki całe, więc może to źródło…nie, wymieniałam. Niemożliwe. A może to obwody…cholera- jęknęła cicho, spoglądając na Vlada.

    Bo

    OdpowiedzUsuń
  60. [o, wow, ktoś mnie kojarzy z Olivią, no nie powiem, miło mi. :D na pewno będzie grzeczna, ona w ogóle woli zwierzęta niż ludzi, taka mała pasja, rozmawianie ze zwierzętami. :3]

    Ellen.

    OdpowiedzUsuń
  61. [jeśli to nie problem, to możesz zacząć, dziękuję. :)]

    Lily.

    OdpowiedzUsuń
  62. [wątek bardzo chętnie. jakie relacje Cię interesują? :)]

    Ellen Rookwood.

    OdpowiedzUsuń
  63. Welsh na pierwsze usłyszane słowa uśmiechnęła się pod nosem w myślach przywołując ostatnie kłótnie z rodzicami. Uporczywie starała się ich przekonać, że zawód nauczyciela nie jest złą pracą, a transmutacja jest dla niej zbyt wielką pasją, by zrezygnować z propozycji otrzymanej od dyrektora. Jej autorytetem od zawsze była Minerwa McGonagall i jeszcze przed zakończeniem Hogwartu była pewna, co do swojej przyszłości. Chce uczyć innych tego, co wie najlepiej. Dwójka starszych od niej ludzi nie rozumiała tego powołania, chcąc od początku widzieć córkę na jednym ze stanowisk w Ministerstwie. Historia skończyła się na tym, że została zupełnie sama, bez wsparcia rodziców, którzy po prostu się jej wyparli. Lorelle jednak nigdy nie dzieliła się swoimi przeżyciami na ten temat, więc niewiele osób wiedziało o owej sytuacji. Również nie zdarzyło się kobiecie powiedzieć na nich złego słowa, a gdy ona milczała na temat własnych rodziców jakoś nikt o nich nie pytał. Nawet ten fakt ją cieszył.
    - I bardzo dobrze ci to wychodzi - podsumowała zaraz po słowach mężczyzny. Tym razem odważyła się na niego spojrzeć, by zrozumiał, że mówi zupełnie szczerze. Nieraz słyszała rozmowy uczniów o przedmiocie Vladimira w trakcie własnej lekcji. O ile dobrze pamiętała do jej uszu nie dotarły jakieś negatywne komentarze. Tego w głębi serca trochę mu zazdrościła. Transmutacja była przedmiotem obowiązkowym, co powodowało, iż w sali uczyły się osoby zdolne i te trochę mniej. Byli tacy, co uporczywie starali się wykonać każdą rzecz, nie gorzej, niż idealnie, a znajdywały się też takie osoby, którym było dosłownie wszystko jedno. W jakiś dziwny sposób Lorelle potrafiła znaleźć sposób na wszystkich, a w oczach uczniów była kimś szanowanym – tak postrzegali ją inni. Prawda była taka, że zawsze znalazł się jakiś Ślizgon, który zachowywał się arogancko, Krukon, który oczywiście wiedział lepiej i Gryfon, który robiąc głupie żarty chciał „rozluźnić” lekcję. Czasami uczyła z przyjemnością, czasami kosztowało to ciemnowłosą wiele cierpliwości.
    - Jeżeli pytasz o jakieś inne ciekawe rzeczy podobne do żółtego błysku, to chyba tym razem nie działo się nic specjalnego – rzekła szatynka, zwężając powieki, jakby miało to pomóc w przeszukiwaniu pamięci. – Może nie licząc kruka, który zamiast piór miał wszędzie igły, albo kruka z pęczkiem szpilek zamiast nóg. Wyobraźnia i nie skupienie niektórych uczniów naprawdę robią czasami na mnie wrażenie – uśmiechnęła się subtelnie, a z gardła wydobył się melodyjny i cichy śmiech. Lorelle jednak zaraz się opamiętała, co ujawniło się nerwowym chrząkaniem oraz przysłonięciem ust własną, drobną dłonią. Zapewne policzki pokryły się ledwo widocznymi rumieńcami, wywołanymi zawstydzeniem. Po krótkiej przerwie kontynuowała swą wypowiedź. – Jeżeli dobrze rozumiem, zdajesz sobie sprawę z różnic, jakie dzielą nasze przedmioty pod względem przeprowadzania lekcji. Moje zajęcia muszą być dla każdego, nie tylko dla zainteresowanych. Robię więc, co mogę, nie zawsze się udaje, ale i nieraz odnosiłam małe sukcesy w postaci dobrych ocen tych mniej zdolnych uczniów. Och, rozgadałam się – nagle dodała na końcu. Przygryzła dolną wargę, próbując w jakikolwiek sposób trochę powstrzymać się od dalszych słów.

    Lorelle Welsh

    OdpowiedzUsuń
  64. Chyba liczyła na to, że gdy wykona ćwiczenie profesora poczuje się nagle lepiej. Co prawda łzy nie spływały już z taką intensywnością po jej policzkach, jednak wciąż ogrzewały i tak czerwone już policzki. Była świadoma tego, że zmiany osobowości nie są łatwe, wiedziała że to co się wydarzyło w jej życiu nie będzie czymś łatwym do odwrócenia. Mimo wszystko gdzieś tam, w głębi serca naiwnie wierzyła, jak taka głupiutka dziewczynka, że wystarczy jedna rozmowa, kilka słów i nagle wszystko się zmieni. Pragnęła tego bardzo. Bardzo, bardzo, bardzo.
    Miała dość bycia porównywaną do matki. Co prawda tutaj, w zamku mało kto tak robił, bo nikt nie znał jej mamy, jednak Avalon zdawała sobie sprawę, że też nikt tak naprawdę nie zna jej samej. Nie dlatego, że była taka trudna i zamknięta w sobie. Z pozoru było wręcz odwrotnie. Przecież chodziła korytarzami zamku wciąż z uśmiechem na twarzy, zagadując nieznajome sobie osoby. Zawsze zgłaszała się do pomocy, odrabiała prace domowe te obowiązkowe jak i dodatkowe. Była uśmiechnięta, przyjazna i… Ktoś kiedyś powiedział jej, że jest po prostu idealna: ładna, bystra i do tego taka dobra. I tak już zostało, panienka Moore z każdym kolejnym dniem chciała być coraz lepsza, coraz bardziej idealna, coraz bardziej podobna do matki.
    – Nie mogę, nie można robić nikomu krzywdy. Skoro to miały być postacie… Nie mogłabym nikogo zranić – uśmiechnęła się delikatnie, chociaż zdawała sobie sprawy z tego momentu zawahania. Tego momentu, w którym przez ułamek sekundy pojawiła się myśl, aby rozkruszyć kamienie. Ten pierwszy i ostatni. A jeżeli pierwszy i trzeci to ten sam?
    – A ty… Znaczy, co by pan profesor zrobił? No… Z tymi kamieniami? – odwróciła głowę w jego stronę, decydując się w końcu spojrzeć ciemnymi oczami na twarz siedzącego obok profesora. Wysiliła się na lekki uśmiech, chociaż do łatwych zadań to nie należało. W żaden sposób nie miała zamiaru analizować jego osobowości. Ba, nawet nie umiała tego zrobić. Była po prostu ciekawa. Tak najzwyczajniej w świecie, chciała wiedzieć.

    Avalon

    OdpowiedzUsuń
  65. [Cześć! Co u ciebie?
    Dziękuję bardzo za rozpoczęcie!]

    Wczorajsza noc nie była dla młodego Lupina najłatwiejsza. Nigdy szczególnie dużo nie sypiał, co zapewne miało swą przyczynę w płynącej w jego żyłach krwi wilkołaka, jednak nie uważał tego za nic złego. Poprzednia noc należała aczkolwiek do nie najłatwiejszych nie tylko ze względu na niewielką ilość snu, ale przede wszystkim rozmowę z Lily. Och, był niezmiernie wdzięczny, że to na nią pierwszą wpadł z całej swojej przybranej rodzinki, lecz i tak… Nastoletni bunt, nastoletnim buntem, ale wciąż nie mógł do końca otrząsnąć się z tego, jak bardzo mała Lily Potter się zmieniła.
    - Spokojnie Teddy, dasz radę - mruczał sam do siebie, starając się nie myśleć o tym, że lada moment będzie musiał stanąć przed całą szkołą. No, teoretycznie już przed nią stał; jedyne, co go póki co ratowało, to zaklęcie niewidzialności, które rzucił na siebie nim Wielka Sala zaczęła wypełniać się po brzegi. Nie był wstydliwy, co to, to nie. Niemniej bywał nieśmiały; a była to cecha, którą jedni uważali na swój sposób, o zgrozo, za uroczą, inni z kolei szczerze z niej drwili. I chociaż opinia innych ludzi o jego osobie, nigdy Teda szczególnie nie obchodziła; o tyle w sprawach, gdzie zła prezentacja mogłaby zaszkodzić w jakikolwiek sposób jego najbliższym lub zszargać pamięć jego rodziców... Cóż, ująwszy to delikatnie, Lupin bardzo się wówczas przejmował reakcją innych na swoje słowa i czyny. Nie żeby w nastoletnich latach powstrzymywało go to przed robieniem mniej i większych psikusów, ale o dziwno niemalże zawsze udało mu się uniknąć kłopotów z ich powodu.
    Neville, jak nalegał, by go nazywać dyrektor Hogwartu, nie przystał na propozycję Teda, aby jedynie poinformował szkołę, że znalazł już następcę kolejnego nieszczęśnika, którego dopadła 'klątwa' OPCM. Teddy nigdy w nią osobiście nie wierzył; oczywiście, znał historię o uroku rzuconym przez Voldemorta, ale ta tylko jeszcze bardziej motywowała go do niewiary w nią. Ten, którego spaczenia w oczach Teda nie można było nazwać, nie zasługiwał na to, by wciąż siać strach. Fakt, że wciąż byli na świecie ludzie, którzy otwarcie przyznawali się do popierania idei Voldemorta i stawali się ‘ulepszonymi’ Śmierciożercami; był dla niego nie do przyjęcia. Może właśnie dlatego, ostateczna decyzja na propozycję Neville'a była z jego strony pozytywna. Już wystarczająco wielu ludzi zginęło w imieniu źle rozumianej magii; wtedy i teraz.

    "Wiesz, jak bardzo szanowałem twojego ojca. Gdyby nie on, zapewne nie stałbym dziś tutaj i to nie tylko dlatego, że nie byłoby mnie już wśród żywych”

    Przypomniał sobie niedawne słowa Neville’a. A chociaż nie rozumiał do końca, co jego dawny profesor zielarstwa ma na myśli, zgodził się dzięki właśnie nim na publiczne przywitanie swojej osoby.
    - Przywitajmy więc nowego nauczyciela obrony przed czarną magią. Mimo młodego wieku ma spore doświadczenie w zaklęciach oraz wiedzę i praktykę w niezbędnym zakresie – zapewnił dyrektor Longbottom, a Teddy w końcu się ujawnił, opuszczając swój ‘bezpieczny kąt’ w północnym rogu pomieszczenia i podchodząc do nauczycielskiego stołu. Mimo kilku pustych krzeseł, wybrał to, które znajdowało się przy, na oko, trochę starszym od niego mężczyźnie. Czując na sobie jego spojrzenie, posłał mu nieznaczny uśmiech, modląc się w duchu o jak najszybsze zakończenie tego przedstawienia. – Moi drodzy, oto profesor Lupin. Pierwsze zajęcia przeprowadzi z wami już dzisiaj popołudniu – w duchu chłopak odetchnął z ulgą za pominięcie ‘Edwarda’, nie przeszkodziło to jednak uczniom w rozpoznaniu jego osoby. No, i tak dziw, że żadne z jego kuzynostwa nie przerwało na jego widok przemówienia dyrektora. Weasley’owie i Potterowie nie słynęli raczej z taktu czy instynktu samozachowawczego.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. - Dziękuję, dyrektorze Longbottom – podziękował mężczyźnie za przemówienie, po czym obrócił się w stronę klaskających na jego powitanie uczniów i nauczycieli, kłaniając się oraz zapewniając ich, że ‘Teddy’, naprawdę ale to naprawdę, wystarczy. Mając w końcu ten mały koszmar za sobą, odetchnął z ulgą, siadając obok nieznanego sobie nauczyciela. – Dzień dobry – przywitał się z nim, tym razem posyłając mu o wiele pewniejszy uśmiech i przy okazji bliżej się mu przyglądając. Nie mógł oprzeć się wrażeniu, że skądś zna tego człowieka. – Jestem Teddy, jak zapewne zdążyłeś już usłyszeć. Nie chciał, bym przeszkadzać w jedzeniu, ale… - przerwał niespodziewanie, niemalże wybałuszając oczy ze zdziwienia. Dziękował w duchu za odziedziczone po ojcu opanowanie, w przeciwnym razie jego wygląd przybierałby teraz zapewne, co chwilę to inną formę. – Vlado, to ty? – spytał w końcu, śmiejąc się cicho i przyglądając się swojemu dobremu koledze ze szkolnych lat. Zmienił się, oczywiście, ale to musiał być on. Zresztą, kiedy ostatnim razem Vladimir widział młodego Lupina, ten miał z jakieś piętnaście lub szesnaście lat i przynajmniej dwadzieścia centymetrów mniej. Nic dziwnego, że zdawał się wciąż mieć problem z rozpoznaniem Teda. – Stary, to ja, Teddy Lupin. Tak, tak; ten doprowadzający Ślizgonów i Filcha do białej gorączki. Z twoją pomocą, śmiem dodać.

      [Przepraszam, że dopiero dzisiaj odpisuję, ale mam obecnie sporo roboty i, niestety, nie tak dużo czasu, jakbym chciała. Mam jednak nadzieję, że odpowiedź nie była najgorsza xD]

      Teddy Lupin

      Usuń
  66. [ Witam, witam. Karkarow również jest ciekawą osóbką. Jeśli masz ochotę na wątek, to zapraszam do siebie :) ]

    Clemence Hollande

    OdpowiedzUsuń
  67. Choć nie chciała się do tego przyznać nawet przed samą sobą, miała do profesora Karkarowa ogromną słabość.
    To się zaczęło trzy tygonie temu, kiedy po parunastu dniach na samej wodzie zemdlała podczas jego zajęć, a nauczyciel zareagował od razu, zanosząc ją do skrzydła szpitalnego. Albo miesiąc temu, kiedy poprosiła go o pomoc przy poszukiwaniu niezwykle rzadkiej książki o magicznych stworzeniach. Albo wtedy, kiedy tuż po rozpoczęciu roku Vlado wziął zastępstwo za któregoś z belfrów i zamiast nudnej pogadanki na rozpoczęcie roku uraczył wszystkich uczniów niesamowicie ciekawą opowieścią o smoku, którym zajmował się kilka lat wcześniej. Albo może tego niezwykle ciepłego dnia niedługo przed rozpoczęciem roku, kiedy Sorcha przechadzała się którymś z korytatrzy i pogrążona w myślach wpadła na Karkarowa, po czym ich spojrzenia spotkały się, zupełnie jak w tych wszystkich głupich mugolskich filmach, które oglądały dziewczyny w jej wieku...
    Kiedykolwiek się to zaczęło, trwało do tej pory, a z biegiem czasu chyba nawet narastało.
    Uwielbiała rozmawiać z Vladem; chyba z nikim innym nie rozmawiało jej się tak dobrze, choćby nawet było to kilka zwyczajnych zdań zamienionych gdzieś na korytarzu. Jak wszyscy uczniowie, którzy mieli kontakt z panem Karkarowem, Sorcha była zaskoczona tym, jak sympatycznym i pomocnym był on człowiekiem; jego wygląd sugerował raczej silnego, zdystansowanego faceta, w rzeczywistości jednak okazywało się, że każdy - nawet ktoś taki jak Sorcha - mógł liczyć na jego wsparcie.
    Kiedy go zobaczyła, z trudem powstrzymała się przed spojrzeniem w inną stronę, na jej twarz zaś - była tego pewna! - musiał wyjść jaskrawy rumieniec. Rzuciła ciche "dzień dobry", po czym ruszyła za nauczycielem.
    Przez głowę przeszedł jej milion myśli. Co on pomyślał, kiedy mnie zobaczył? Czy ja go drażnię? Wyglądam grubo? A jeśli ktoś ich zobaczy razem?...
    Wszystko zatrzymało się, gdy weszła do jego domu. Było to miejsce tak piękne, że przez chwilę nie wiedziała, co powiedzieć. Kamienne ściany sprawiały wrażenie, że chatka jest najlepszym azylem na świecie. zaś drewniane wnętrze działało na nią niesamowicie uspokajająco. Całość dopełniały dwa wesołe pieski, które od progu rzuciły się w podskokach, aby ją przywitać; Sorcha nie dała rady ukryć zachwytu i na jej twarzy pojawił się delikatny uśmiech.
    - Jest cudownie - powiedziała tylko, odgarniając niesforny kosmyk włosów. - Naprawdę ślicznie. - Przykucnęła i pogłaskała jednego z psów, po czym wstała i podeszła do wiszącego na ścianie miecza. Była nieco onieśmielona, zarówno urokiem miejsca, w którym mieszkał Vlado, jak i całą sytuacją. - Mieszkasz... mieszka tu pan sam, panie Karkarow? - Nie wiedziała, jak się do niego zwracać, przez co czuła się jeszcze bardziej zagubiona; zdecydowała się na oficjaną formę, w razie czego Vlado mógł ją przecież poprawić. - Naprawdę niesamowite.

    Sorcha Tobin

    OdpowiedzUsuń
  68. [ Cześć, dzięki za powitanie ;) Ciekawa postać z tego Twojego pana. I muszę przyznać, że wizerunek trafiony, bo mimo że nie w moim guście są panowie z długimi włosami tak ten... *,* mhmmm... ]

    Cosmo

    OdpowiedzUsuń
  69. [Cieszę się, że odpis ci się spodobał! :D
    No, blog jest raczej aktywny, całe szczęście xD Czasami tylko człowiek nie wie od czego zacząć, gdy wchodzi tu po zaledwie jednym dniu nieobecności, a czego na niego przynajmniej z pięć odpisów xD]

    Teddy... Cóż, Teddy był lubianym człowiekiem. Nie przesadziłby mówiąc, że prawie każdy, kto go poznał, od razu pałał do niego sympatią. On sam pozostawał jednak przeważnie obojętny, acz zawsze uprzejmy i pomocy. Nawiązywanie przyjaźni nie wychodziło mu tak dobrze, jakby sobie tego życzył. Pod tym względem był z pewnością idealną mieszanką swoich rodziców; matki, która nie musiała się starać, by ktoś ją lubił, mimo że często mało kto tak naprawdę doceniał jej potencjał i wartość; oraz ojca, który pragnął być lubiany, ba!, lubił być lubiany, ale równocześnie nie czuł się tego wart. Mimo chęci, Ted utknął gdzieś pośrodku, w rezultacie czego, chociaż był popularny - i to nie tylko dlatego, że przy każdej okazji mówiono o nim "syn Tonks i Remusa; tak, tak, to młody Lupin" - miał w trakcie swojej nauki w Hogwarcie tylko dwie osoby, które nazwałby swoimi przyjaciółmi. Jedną z nich był Vlado. Vlado, któremu nie przeszkadzał fakt, że Lupin wiele przemilcza, że ma wrodzony talent do kłopotów, czy to, że nigdy nie pokazał mu, jak naprawdę wygląda. Z drugiej jednakże strony od długich lat tylko jedna osoba znała, dosłownie, jego prawdziwą twarz. Nie mógł zbyt często używać swoich umiejętności metamorfomagii w Hogwarcie, ale żaden z nauczycieli, czy ówczesna dyrektorka nigdy nie zachęcali go do porzucenia kamuflażu, w którym przybył pierwszy raz do szkoły. A z biegiem lat, tak już mu jakoś zostało. Jedyne, co pozostawało zawsze niezmienne, to jego głos; zachrypnięty i opanowany, niemalże identyczny, jak jego ojca, choć nieco głębszy. Czasami... Och, nieważne jak absurdalnie by to nie brzmiało, czasami pomagało mu to udawać, że ten do niego mówi... Zupełnie jak metamorfomagia sprawiała, że czuł się w jakiś sposób związany z nigdy niepoznaną przez siebie mamą. Może dlatego właśnie ostatecznie zaprzyjaźnił się z Vlado; ten był go w stanie w dużym stopniu zrozumieć. I nie przeszkadzały im różne Domy, ani nawet dwa czy trzy lata różnicy.
    - Tak, nie widzieliśmy się od tamtego lata, zaraz po ukończeniu przeze mnie szkoły - potwierdził słowa przyjaciela, wciąż nie mogąc uwierzyć we własne szczęście. Już wtedy, sześć lat temu, całkowicie się usamodzielnił, pomagając wciąż dyskryminowanym wilkołakom i próbując na własną rękę opracować dla nich coś lepszego, niż wywar z Wilczego Jadu. Chociaż śmierć Remusa nie poszła na marne i sporo się zmieniło, uprzedzenia i niesprawiedliwość w stosunku do wilkołaków, wciąż nie zniknęły. Niedługo później Ted z kolei wyjechał, praktycznie nie kontaktując się z nikim przez kilka lat. Patrząc na to wszystko teraz, z perspektywy lat, poczuł się naprawdę parszywie, gdy zdał sobie sprawę z tego, jak bardzo zaniedbał relację z kimś, kto był mu, pod pewnymi względami, jak rodzina. - Neville złożył mi propozycję pracy... W sumie sam nie wiem, czemu się zgodziłem - przyznał się cicho przyjacielowi, przejeżdżając dłonią po zmęczonej twarzy i z trudem powstrzymując westchnięcie. - Przeglądałem notatki ojca z czasów, gdy tutaj uczył. No, te, które zdołałem znaleźć - kontynuował, sięgając po kielich z sokiem dyniowym. Domowe skrzaty potrafiły go wybornie przyrządzić.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. - Nawet nie będę próbować zbliżyć się do jego ligi. Dobrze, że zaczynam dzisiaj od pierwszoroczniaków; nie powinno być najgorzej - zdradził przyjacielowi, przystając entuzjastycznie na jego propozycję o wieczornym wypadzie do Hogsmeade. - Jak najbardziej. No, a teraz opowiadaj jak ci minęły ostatnie lata? I jakim sposobem, u diaska, zostałeś nauczycielem?

      [To mówisz, że nasi chłopcy korzystali z Mapy Huncwotów? :D Filch musiał ich przeklinać na wszystkie wiatry xD Mam nawet pomysł, co do Mapy; Teddy chroniłby jej jak oka w głowie i nie powiedziałby mu o niej nic aż do (przed)ostatniego roku Vlado w Hogwarcie. Ten mógłby go kiedyś przyłapać na tym, jak ten celowo kilkukrotnie powiedział coś innego, niż "uroczyście przysięgam, że planuję coś niedobrego". Nie rozumiejąc, mógłby go spytać dlaczego, i Teddy w końcu przyznałby się mu, że chciał 'porozmawiać' przez chwilę z... No cóż, swoim tatą. To mogłoby naszych chłopców do siebie jeszcze bardziej zbliżyć :) Jeśli masz jakieś pomysły ze swojej strony, dawaj śmiało :D]

      Teddy Lupin

      Usuń
  70. Wciąż nie mogła się napatrzeć na urokliwy wystrój. Po kilku chwilach odruchowo zaczęła szukać powierzchni, w której mogłaby się przejrzeć; niby nie stroiła się jakoś specjalnie, wolała zachować naturalny wygląd, ale jednak starała się zadbać o to, by Vlado raczej oglądał ją w miarę ładną, albo przynajmniej nie zaniedbaną. W końcu trafiła spojrzeniem na szkło drzwiczek kominka. Wydała się sobie nadzwyczaj gruba. Wciągnęła lekko brzuch i zakryła go dłonią, po czym przybrała pogodny wyraz twarzy.
    Wiedziała, że powinna poprosić o herbatę z conajmniej dwóch powodów. Po pierwsze, w końcu to był jej nauczyciel - przecież nie mogła o tym zapominać! A relacja uczeń-nauczyciel do czegoś w końcu zobowiązuje. Poza tym nie mogła nijak przewidzieć, jak jej organizm zareaguje na alkohol i jak zacznie się pod jego wpływem zachowywać...
    Mimo to nie poprosiła o herbatę.
    - A co polecasz? - zapytała, rzucając mu przelotne spojrzenie. Od samego początku, od chwili, gdy zobaczyła go po raz pierwszy, uderzyło ją to, jak bardzo przystojnym był człowiekiem. Pewna surowość w jego wyglądzie sprawiała, że tylko zyskiwał jej w oczach - być może dlatego, że sama była delikatną jak trzcina dziewczyną. Ilekroć patrzyła na jego długie włosy, umięśnione barki czy jasnobłękitne oczy czuła lekki dreszcz przechodzący od szyi aż po lędźwie.

    Sorcha Tobin

    OdpowiedzUsuń
  71. [Doskonale wiem, co masz na myśli! Bez obaw jednak, jak na razie wszystko, co piszesz, ma dla mniej jak największy sens :D
    Nie dam ci rady niestety teraz odpisać, mam za kilka godzin wykłady :-/ Postaram się podesłać odpis dalej koło 19-tej.
    Mam jednak pytanie, jak chcesz zrealizować ten pomysł? Piszemy przez moment wątek z przeszłości (chyba jest to możliwe?), np zaraz po tym jak chłopcy wybiorą się do Trzech Mioteł i zaczną się robić bardziej sentymentalni po piwku, czy dwóch? Czy też konfrontacja na temat Mapy ma miejsce teraz? Jeśli wpada ci coś innego do głowy, daj znać :D
    Do napisania niebawem! xx]

    Teddy Lupin

    OdpowiedzUsuń
  72. [Ojejuniu, witam! Piękny ten pan z wizerunku, aż żałujemy z Yil, że jest martwa xD To co, wącimy?]

    Yilian

    OdpowiedzUsuń
  73. [Cześć! :)
    Jak ci minął dzień? Gdy znajdziesz chwilę, to odpisz mi proszę też na poprzedni komentarz :P Pomyślimy co dalej ;)]

    Chociaż było ich tylko dwóch, Vlado i Ted potrafili nieźle napsocić, i to już niedługo po tym, jak młodszy z chłopców dołączył do Hogwartu. Miał sporo kuzynostwa, nielicznych z nich śmiałby nawet uważać za swoje przybrane rodzeństwo, lecz... Cóż, zawsze pragnął mieć przyjaciela, o którym mógłby myśleć jak o bracie, bez irracjonalnego poczucia winy, że odbiera prawemu dziecku uwagę któregoś z rodziców. Pewnie dlatego nigdy nawet przez myśl mu nie przeszło nazwanie Harry'ego 'tatą'; z jakiegoś powodu słowo wujek również nie chciało mu przejść przez gardło. Bez wątpienia czuł się jednak jak najszczęśliwszy chrześniak na świecie; przynajmniej, kiedy był młodszy i mógł jeszcze udawać, że pewnych rzeczy nie rozumie.
    - Oj tam, od razu poważni. Wystarczy, że będziemy udawać rozważnych i nikt się nie przyczepi - odpowiedział półżartem, półserio na słowa Vlado, wypijając do końca sok z dyni. Zignorował wszystkie podane na stole, jakże kuszące dania, na rzecz kawałka czekoladowego ciasta. - No, co? - spytał niewinnie przyjaciela, widząc jak ten wywraca oczyma. Nie jego winna, że odkąd pamiętał był uzależniony od czekolady. I to się nie zmieniło, nawet po tym jak po wyciągnięciu kiedyś owej słodyczy podczas szlabanu u Flitwicka, i zaproponowaniu profesora skosztowania jej, doprowadził go łez. Można sobie wyobrazić zdezorientowanie Teda, który w tamtej chwili nie byłby w stanie rozróżnić sufitu od podłogi. Dopiero, gdy profesor Flitwick wytłumaczył, że wiele lat temu Remus uczynił dokładnie to samo, siedząc w tym samym miejscu, zrozumiał. I pierwszy raz w życiu był szczerze wściekły na swoją rodzinę, która jakoś nie raczyła go nigdy wcześniej poinformować, że czekoladową obsesję odziedziczył po swoim ojcu. Od tamtej pory spędzał z Flitwickiem o wiele więcej czasu, i to bynajmniej nie przez szlabany.
    Z uwagą słuchał opowieści przyjaciela, przyglądając się raz po raz jego twarzy. Zmienił się, oczywiście; był starszy, lepiej zbudowany a chłopięcy urok ustąpił miejsca męskim rysom. Wewnętrznie jednak wciąż wydawał się być jego starym, dobrym Vlado. Wiedział, że chłopak nie miał najłatwiej życiu, ale czy sierota może nie mieć choć trochę pod górkę? No, może, gdy nie wie, że straciła wcześniej już jednych rodziców. Ani Vladimir, ani on nie mogli jednak wiedzieć, jak to jest nie wiedzieć. Tym bardziej, gdy w drzewie genealogicznym nie brakowało im złoczyńców i psychopatów. Nic, tylko się cieszyć, że niewiele z nich strony odziedziczyli.
    - Podziwiam cię, Vlado. Do dzisiaj nie jestem pewnym, kiedy mam przed sobą zwykłego, przerośniętego kota domowego, a kiedy kuguchara - tak, magiczne stworzenia nigdy szczególnie jakoś młodego Lupina nie interesowały. Pewnie, znał podstawy i wszystko to, co musiał do zdania potrzebnych egzaminów, lecz nic ponadto. Pomijając wilkołaki, oczywiście. O nich mógł pisać same księgi i encyklopedie. Nie miał jednak nigdy takiego drygu do magicznych zwierząt, co jego najlepszy przyjaciel. Nie poruszył żadnej z kwestii rodziny Vlado; nie było to miejsce, ani czas na tego typu pogaduszki. - Zaczynam za czterdzieści pięć minut, kończę o piątej. Miejmy nadzieję, że masz rację co do pierwszoroczniaków. Nie chciałbym na nikogo rzucić już pierwszego dnia uroku - zażartował na koniec, delektując się czekoladowym ciastem. Oboje wiedzieli, że nigdy nie rzuciłby na ucznia uroku; z reguły był bardzo opanowany, no, a przynajmniej niesamowicie uparty w dążeniu do obranego przez siebie celu. Nie zamierzał zawieść jako nauczyciel, choćby nie wiadomo co. - Wyborne to jest. Spróbuj - zachęcał Vlado,nie przejmując się tym, że zapewne dwudziestoparolatkowi nie wypada się cieszyć z jedzenia ciastka, niczym dziecku z nowej zabawki.

    Teddy Lupin

    OdpowiedzUsuń
  74. [Chyba się w Twoim panu zakochałam, bo niesamowicie mnie urzekł! Tak sobie oglądam zdjęcia i doszłam również do wniosku, że niesamowicie zabawnie musi wyglądać stojąc obok Ethel - małej mrówy siedzącej w chaszczach. Myślę, że chyba nie jest jakoś dużo młodsza od Vladimira, więc może zahaczymy coś o lata szkolne? Powiedz tylko w którą stronę mam ruszyć, a zaraz wyskoczę z jakimś pomysłem - chyba, że Tobie już coś po głowie chodzi ;)]

    Ethel

    OdpowiedzUsuń
  75. [Ja tam nadal uważam, że w tej karcie czegoś brakuje, ale nie umiem tego ująć tak, jak bym chciała. Szukam dla Ellen kogoś, kto wypełni pustkę w miejscu dla najbardziej lubianego/szanowanego nauczyciela, da się coś z tym zrobić? Czy masz już nadmiar wątków?]

    Ridley

    OdpowiedzUsuń
  76. [Nie ma sprawy, coś pokombinuję :D
    Cieszy mnie to słyszeć :) Przepracowywanie się nigdy nikomu na dobre nie wychodzi; acz, choćby nie wiem co, pracować jednak trzeba.
    U mnie w porządku, dziękuję, że pytasz. Mam sporo roboty, same zaliczenia w tym tygodniu i pracę akademicką na głowie, ale nie ma źle xD Choć muszę niestety na jutro dokończyć jeszcze prezentację, więc raczej nie dam rady dzisiaj odpisać. Przepraszam bardzo :( Komentarz będzie jednak pół na pół; trochę teraz, trochę w przeszłości :D
    Co do tempa twoich odpisów, naprawdę, nie przejmuj się xx Gdyby brakowało ci czasu lub weny, po prostu daj znać :D]

    Teddy Lupin

    OdpowiedzUsuń
  77. [Ellen bardzo przeżywa zbliżający się proces jej ojca (o tym zresztą będzie post, który planuję opublikować na dniach), a do tego zwyczajnie jej smutno z powodu zniknięcia profesora Lee, który był dla niej autorytetem.
    Czy Vlado brał udział w bitwie? Bo mam pewien pomysł. :D]

    Ridley

    OdpowiedzUsuń
  78. Wystrój mieszkania nauczyciela przypomniał Abigail jej własny rodzinny dom leżący w niezbyt dużej wiosce blisko Londynu, szczególnie te drewniane obicia ścian i przyjemne ciepło bijące z kominka w salonie, które były niemal żywcem wyciągnięte z obrazu w jej głowie. Uśmiechnęła się delikatnie do mężczyzny, gdy zabrał od niej płaszcz, po czym z okrzykiem pognała w kierunku dwóch psów, aktualnie bardzo entuzjastycznie nastawionych do nowego gościa. Szczególnie śnieżnobiała Runa znalazła w Lawrence swojego towarzysza, bo od tamtej chwili uparcie nie odstępowała brunetki ani o krok.
    — Tu jest cudownie, Vlado — powiedziała, odwracając się w kierunku blondyna. Podczas tych kilku sekund nieuwagi nieopatrznie przyzwoliła Faustowi na mokrego i ogromnego całusa, który wylądował na jej policzku z głośnym mlaśnięciem. Dziewczyna wybuchnęła śmiechem, chowając twarz w rękawach swetra, podczas gdy oba psy powzięły sobie najwyraźniej wylizanie jej twarzy za jakiś konkurs, ewentualnie zakład, bo atakowały ją mokrymi nosami nieustannie. Dopiero krzyk pana doprowadził je do porządku, chociaż Abi nie mogła powiedzieć, że wyjątkowo jej się ta zabawa nie podobała — za wyjątkiem zapachu wszystko było okej.
    Za drobnymi wskazówkami profesora trafiła do łazienki, gdzie też zmyła z siebie reszki psiej śliny, które zalegały jeszcze na jej policzkach. Zrezygnowała jednak z ponownego nakładania makijażu, po części dlatego, że taka się sobie bardziej podobała, a po części dlatego, że nie miała choćby namiastki talentu w tym kierunku. Wzruszyła ramionami do swojego odbicia, by potem uśmiechnąć się do siebie szeroko — to była jej wersja makijażu.
    — Przyniosłam coś ze sobą — powiedziała, kiedy już wróciła do salonu. Sięnęła po torbę, z której wyciągnęła butelkę wina, tą specjalną, ukrywaną przez ostatni rok za łóżkiem w dormitorium przed zachłannymi spojrzeniami współlokatorek. To był bardzo dobrej jakości trunek, którego dostała właśnie lekko ponad dwanaście miesięcy temu od swojej babci na urodziny, a którego chowała na wyjątkową okazję. Postawiła butelkę na stoliku, unosząc jednocześnie brwi w lekkim wyrazie zawstydzenia. — Skoro nie przyszłam tutaj jako uczennica, chyba nie muszę ukrywać, że nawet my od czasu do czasu lubimy się napić, prawda?
    Pytanie to było czysto retoryczne; dziewczyna znała odpowiedź. Roześmiała się delikatnie, po czym kolejny raz rozejrzała się po mieszkaniu, szukając kuchni. Do jej nozdrzy bowiem dopiero teraz dotarł zapach czegoś smacznego, co przyjemnie sobie bulgotało w pomieszczeniu obok.

    OdpowiedzUsuń
  79. [ Nevi zdecydowanie mogłaby usiąść i z daleka obserwować przystojnego nauczyciela z gitarą... *,* nie no, wcale się w nim nie podkochuje. Dobra, żarty żartami, ale jakiś dobry pomysł trzeba znaleźć ;) I też witam. ]

    Nevada

    OdpowiedzUsuń
  80. Ten komentarz został usunięty przez autora.

    OdpowiedzUsuń
  81. Udało mu się - gdy zrobił jedną z tych swoich zabawnych min, Sorcha zaśmiała się głośno.
    - Małomówna... cóż, miałam kiepski okres - powiedziała po chwili, gdy przestała już chichotać.
    - Mam sporo do zrobienia... wiesz, sprawy drużyny i takie tam. - Przez chwilę zastanawiała się, czy powiedzieć Karkarowowi o tym, co ją najbardziej dręczyło. W końcu uznała, że chyba jest on osobą, która mogła - a może nawet powinna - dowiedzieć się o tym pierwsza.
    - Nie wiem, czy słyszałeś... ten cały Klub Literacki, do którego prowadzą teraz eliminacje. To mi spędza sen z powiek. - Westchnęła, po czym objęła kubek dłońmi, aby się trochę rozgrzać. Herbata pachniała cudownie; Sorcha miała pewne opory przed spróbowaniem jej (ile to może mieć kalorii?), ale czego się nie robi dla tak wspaniałego człowieka? I dla tak pięknie pachnącej herbaty, oczywiście. Uznała, że najwyżej później pójdzie pobiegać.
    - Spędzam każdą wolną chwilę na pisaniu. Muszę napisać coś naprawdę dobrego, żeby przebić innych uczniów. To naprawdę wyczerpujące. Nawet myślenie o tym sprawia, że wszystko mnie boli. - Zaśmiała się cicho, po czym spojrzała nauczycielowi w oczy.
    Był tak czarującym człowiekiem, że jego następne słowa mocno ją zdziwiły. Właściwie była w szoku. Vlado Karkarow mieszkał sam? Był sam, nikogo nie miał? Trudno było w to uwierzyć.
    Zamoczyła wargi w ciepłym napoju. Herbata była naprawdę pyszna, o czym natychmiast Karkarowa poinformowała.
    Rozejrzała się jeszcze raz po wnętrzu, po czym zawiesiła wzrok na mieczu.
    - Pewnie jest dla ciebie bardzo ważny?... - zapytała z nieudawaną ciekawością.


    Sorcha Tobin

    OdpowiedzUsuń
  82. [Ja już sobie po kryjomu szykuje cichutkie plany co do wątku Mei z Vlado, ale na początku muszę ją trochę rozruszać z innymi :D I Ty tam proszę pisz odpowiedź dla Abigail!]

    OdpowiedzUsuń
  83. [Nie było mnie zaledwie trzy dni, proszę nie wypominać! :D Czekam na odpowiedź u Abi, a z Mei zgłoszę się, kiedy tylko dziewczyna rozbije swój pierwszy mur, który ją ogranicza w kontaktach z ludźmi — na tę chwilę zapewne nie otworzyłaby się przez profesorem ani trochę i wątek upadłby nam bardzo szybko. Ale nie martw się, bo na pewno nie zapomnę o Vlado :D]

    OdpowiedzUsuń
  84. — Za miłą kolację w świetnym towarzystwie — powiedziała, sięgając po kieliszek, by potem stuknąć delikatnie owym naczyniem o kieliszek profesora. Upiła delikatny łyk, nie za duży, by też nie ukazać się w oczach nauczyciela jako pełnowymiarowy, hogwarcki pijak, ale też dla własnego bezpieczeństwa, bo co jak co, ale nie można było o Lawrence powiedzieć, że ma mocną głowę. Wino było słodkie, mocno owocowe, a jego barwa wydawała się niemal czarna w mglistym świetle salonu Karkarowa. Już kilka sekund później Abigail żałowała, że nie wypiła całego kieliszka od razu, a o przeklętym winie myślała tylko tyle, iż wolała, żeby było białe.
    Zanim z jej ust padł krótki krzyk, było już po wszystkim. Faust poganiany jakąś nieznaną siłą, wyskoczył nagle do przodu, wybijając dziewczynie kieliszek z ręki, którego zawartość znalazła się oczywiście na białym sweterku, plamiąc jego delikatne szycie szkarłatną barwą. Abi otworzyła oczy z przerażenia, ale nie mogła złościć się na psiaka, który okazywał jej tylko jawną ofiarę dozgonnej przyjaźni. Innego zdania był natomiast jego pan. Faust zaraz znalazł się po drugiej stronie pokoju, potulnie spoglądając na dwójkę i też nie kryjąc czającego się w błyszczących oczach smutku. Kiedy już szok zelżał, oboje — Abigail i Vlado — wybuchnęli śmiechem. Całe szczęście, kieliszek nie uległ potłuczeniu, a zaraz na miejscu pustki pojawiła się kolejna porcja wina.
    Już drugi raz tego wieczoru musiała się udać do toalety, choć żadna fizjologiczna potrzeba jej tam nie ciągnęła. Zaprała maminy sweter, pomagając sobie odrobinę magią, przez co po plamie nie widać było ani śladu, ale zostawiła mokrą część garderoby w łazience, wracając już do kuchni w czarnej bluzce mężczyzny. Starała się powstrzymać drobne rumieńce, które wpłynęły na jej policzki.
    — Może pomóc? — zapytała, ogarniając wzrokiem przepyszne kurczęta, które smażyły się na patelni, ale też resztę pyszności. Sama nie miała ani odrobiny talentu do gotowania, ale na myciu naczyń znała się jak nikt inny; to była częsta forma kar w domu Lawrence'ów za wybryki ich małej gromadki.
    Nagle w radio stojącym na parapecie rozbrzmiał jakiś kawałek Zniczy z Powyginanymi Skrzydełkami, których dziewczyna wręcz ubóstwiała. Ich piosenka, którą zagrali na Mistrzostwach Quidditcha kilka lat temu do tej pory była jedną z najczęściej odsłuchiwanych przez Abi, a przynajmniej tą, do której najchętniej wybiegała na parkiet.
    — Ale najpierw zatańczymy! — wykrzyknęła wesoło, jak to już miała w zwyczaju, po czym zupełnie beztrosko złapała Vlado za rękę, by potem wyruszyć z nim na sam środek kuchni, odstawiając taniec ich życia. Już kompletnie zapomniała, że przecież była w domu nauczyciela.

    OdpowiedzUsuń
  85. [Znaki z runów, Ignotus byłby zachwycony panem profesorem. Witam i dziękuje :)]
    Lynch

    OdpowiedzUsuń
  86. [ W sumie do głowy przychodzi mi tylko jeden pomysł i tu prośba do Ciebie: jeśli Ci się jako tako spodoba - zmodyfikuj, a jeśli się nie spodoba możesz rzucić czymś od siebie. Więc (wiem, nie zaczyna się zdania od "więc", ale i ta często to robię :P): Skoro Vladimir lubi tańce towarzyskie uznajmy, że gdzieś w Hogsmeade organizowany jest bal przebierańców, maski, kolorowe stroje i tak dalej. On uda się tam, bo może, a Nevada... cóż powiedzmy, że się wymknie, bo przecież bale są takie rewelacyjne. Maski i stroje nie pozwalają na rozpoznanie osób na sali, toteż nauczyciel choć zna Nevadę, bo przecież ją uczy, nie rozpozna dziewczyny w długiej czerwonej sukni i czarnej masce. No dobra, może siwo-błękitne oczy mu dadzą coś do myślenia, ale nie koniecznie. Mogą dobrze się bawić i w ogóle, a później po prostu rozejść. On wyjdzie pierwszy, a ona chwilę później i spotkają się późną nocą w zamku, a ona nadal będzie miała na sobie tą charakterystyczną kieckę. I co? Szlaban? A może zachowają to dla siebie? :) ]

    Nevada

    PS. Wiem, że to było bez ładu i składu.

    OdpowiedzUsuń

  87. Zaśmiała się, kiedy powiedział, że z pewnością polubiłby jej "dzieła".
    - Klub zrzesza wszystkich amatorów pisania, łącznie z mugolami. Mugolska literatura jest naprawdę ciekawa. Czytasz coś ostatnio? Próbuję się zabrać za prozę Alice Munro, ale ciągle nie mam czasu. - Zamyśliła się. - Chciałabym się dostać... to pewnego rodzaju wyróżnienie, wiesz, dla osoby, dla której pisanie jest ważne. - Bezwiednie przesunęła dłońmi po udach. Dopiła herbatę do końca i wstała, żeby podejść do miecza.
    Nie wiedziała zupełnie, co było w tym przedmiocie tak niezwykłego; dość, że przyciągał ją jak magnes. W wypolerowanym ostrzu odbijały się promyki słońca. - Pewnie wszystkie smoki drżą ze strachu? - rzuciła z uśmiechem, oglądając się przez ramię na Vlado.
    Naprawdę go podziwiała. Nie należała do tych płochych dziewcząt, które piszczały na widok myszy, ale walka ze smokiem była czymś, czego nie umiała sobie wyobrazić, pomimo jej dość bujnej wyobraźni.
    Podeszła do Karkarowa i usiadła obok niego.
    - Czy ty się ich nie boisz? - zapytała, patrząc mu w oczy. - Nie boisz się, że któregoś razu po prostu... wiesz...
    Nie wątpiła w jego zdolności, oczywiście, że nie. Ze smokami jednak nigdy nic nie było wiadomo. Nawet te oswojone potrafiły sprawić właścicielom niezłą niespodziankę: gazety co chwilę donosiły o śmierci jakiegoś hodowcy smoków.


    Sorcha Tobin

    OdpowiedzUsuń
  88. [Dziękuję! Sporo czasu mi zajęło, zanim znalazłam te najlepsze PS. Dodałam Vlado do powiązań, mam nadzieję, że Ci to nie przeszkadza :)]


    Znów się zaśmiała, gdy zapytał o organizatorów.
    – Nie sądzę, żeby dało się coś zrobić... Wszystkiemu przewodzi jakaś banda sztywniaków, nakręconych na punkcie uczciwości i takich tam. – Zamilkła.
    Przez chwilę rozważała w myśli, czy – gdyby było to możliwe – chciałaby, żeby Vlado jej jakoś pomógł. Czy odczuwałaby jakąkolwiek satysfakcję, gdyby dostała się do Klubu Literackiego nie dzięki własnej pracy, a dzięki czyjemuś wstawiennictwu? Chyba nie. Choć może było to głupie, wolała czuć, że docenione zostało to, co zrobiła, nie zaś jej znajomości czy ładna buźka (której, jej zdaniem, oczywiście nie posiadała).
    – Boję się. To w końcu twór twojego umysłu, jeśli rozumiesz, o co mi chodzi. To trochę tak, jakbyś rozebrał się przed tłumem ludzi i czekał, aż wystawią cię ocenią. – Wzdrygnęła się lekko.
    – Rozumiem. Magiczne stworzenia są bardzo wymagające. Szczególnie podczas egzaminów – zaśmiała się, po czym odchyliła się lekko do tyłu. Może nie była najlepsza z przedmiotu, którego nauczał Vlado – plasowała się na piątym, może szóstym miejscu w klasie – ale temat bardzo ją interesował. Zastanawiała się nawet, czy nie powinna wybrać kariery magizoologa; miała jednak czas, była dopiero w szóstej klasie. Tak poważne wybory mogły jeszcze poczekać.
    – Które stworzenia lubisz najbardziej? – zapytała po chwili. Przypuszczała, że z racji wykonywanego przez niego zawodu będą to smoki, ale pewności nie miała.
    – Testrale są niezwykle fascynujące, prawda? Natknęłam się ostatnio na jakąś książkę o testralach. Podobno są ludzie skłonni zabić, żeby tylko móc je zobaczyć.


    Sorcha Tobin

    OdpowiedzUsuń
  89. Opieka nad magicznymi stworzeniami nie bez powodu ma miejsce w odizolowanym pomieszczeniu, tudzież otwartej przestrzeni, kiedy warunki pogodowe nie grożą odmrożeniem. Stwory o wątpliwym usposobieniu, często z ogonem zwieńczonym jadowitym kolcem bądź uczulających napadach ślinotoku, nie odnalazłby się w szkolnych realiach zdominowanych przez lejące się przez palce ropuchy czy wyliniałe kocury - w końcu ciężko wyobrazić sobie sklątkę tylnowybuchową entuzjastycznie aportującą za rzuconą różdżką. Może gdyby tak rzucić ochłapem mięsa, najlepiej z własnej łydki, tolerancja owych stworzeń wzrosłaby w szkolnej społeczności. Jednak póki żaden uczeń nie zamieni filozofii życiowej na ascetyzm, utopijny stan rzeczy zmuszony jest pozostać w sferze mar i sennych rojeń. Oczywiście zdrową głową rozumując. Bo z drugiej strony można być Puchonem, dość niekonwencjonalną istotą, bo choć o łagodnym obliczu, to o wyjątkowych zainteresowaniach.

    Rzeczony Puchon postanowił tydzień wcześniej skryć w kieszeni szaty nieduże karbowane jajo, wynieść je niepostrzeżenie i skrycie wysiadywać pod puchową poduszką. Nie zakrzątał sobie głowy konsekwencjami własnego czynu. Będąc w rodzicielskim uniesieniu, stwierdził, iż cokolwiek by podejrzewano, ostatnią personą, na którą wskaże oskarżycielski palec, będzie Puchon. Oni w końcu wszyscy wyglądają tak samo - z papierowymi torbami na głowach, z łatką „I AM POTATO” przyszytą zamiast herbu; czyż nie inaczej, droga społeczności? W każdym razie podobne refleksje jawiły się w głowie Elijaha, kiedy wytrwale oczekiwał narodzin nowego członka rodziny. W końcu z tak małego jaja nie wykluje się bazyliszek, powtarzał, dlatego przyszykował nawet prowizoryczne terrarium z transmutowanego słoika, które cierpliwie spoczywało na dnie kufra.

    Nie rozczarował się, gdy pewnego spokojnego wieczoru jajo pękło, błona rozdarła się, a ze środka wypełzł malutki krab, wciąż płomiennie czerwony, połyskujący, miniaturowy niczym zabaweczka w domu dla lalek. Sielanka jednak nie trwała długo, bo choć malec dosłownie rósł w oczach, apetyt jego pozostawał na poziomie zerowym. Przynajmniej tak wydawało się Elijahowi. Jednakże prawda oblicze swe miała gorzkie, Puchon wypchał się ignorancją, zaś krab przymierał głodem, toteż trzy dni po wykluciu karmiącą okruchami dyniowego pasztecika dłoń złapał w szczypce. Albo dosadniej mówiąc w imadła, które wbrew wszelkiej logice nabrały wściekle płomiennego koloru, czyniąc pierwotne szczypnięcie poparzeniem drugiego stopnia.

    Otóż krab był ognisty.

    Droga do skrzydła była wyjątkowo trudna, gdyż bohater naszej akcji niespełna moment po wypadku dostał dreszczy i gorączki. Z krabem hardo wbitym w palec wskazujący, dowlekł się do pielęgniarzy i padając na progu zamajaczył coś o Opiece nad Magicznymi Stworzeniami, domowym zwierzaku i słodkościach z Miodowego Królestwa.

    Postępowanie w takim przypadku było jasne - wezwać profesora odpowiedzialnego za uszczerbek na zdrowiu udręczonego ucznia.

    [Witaj. Mam nadzieję, że nie przeszkadzam Ci wątkiem. Ustosunkuj się do niego jak chcesz, jednak liczę na pozytywny odzew. Dziękuję za miłe słowa powitania.]

    OdpowiedzUsuń
  90. [Jestem za! Oboje mogą zachowywać nieco rezerwy ze względu na utracony kontakt. Ethel pewnie nie będzie mogła wyjść z podziwu, że Vladimir już nie jest tym chłopcem, który pomagał jej w nauce, a mężczyzną i w dodatku szanowanym nauczycielem. Dodatkowym uciekawieniem dla naszego wątku może być fakt, że w czasach szkolnych przyjaciel Vlada - Teddy - był dla Ethel takim małym, popularnym w szkole ideałem, za którym trochę wodziła wzrokiem, sama będąc kujonicą. Teraz wygląda to zupełnie inaczej, ale w każdym razie, nie wiem czy Vlad będzie miał do Ethel jakiś żal, w końcu raczej się mu nie zwierzała z tego, kto się jej podoba, niemniej jednak to, że mieli taki dobry kontakt, który tak po prostu się urwał i wyparował, może prowadzić do pewnej rezerwy w ich obecnym zachowaniu, albo do niewielkiego skrępowania, czy niepewności. Myślisz, że można ich wysłać gdzieś ze szkoły w poszukiwaniu pewnej rośliny, która może mieć właściwości usypiające smoki, jednak żeby ją znaleźć i przetestować trzeba zrobić serię dość niebezpiecznych testów. Chyba, że na początek wolisz coś spokojniejszego, by pomalutku przeprowadzić ich spotkanie i zorganizujemy na przykład ognisko na błoniach, gdzie w końcu znajdą chwilę by we dwójkę porozmawiać. Oczywiście te dwa pomysły można połączyć i zacząć od ogniska, na którym zgadają się odnośnie wyprawy smoczo-zielarskiej. Co Ty o tym wszystkim myślisz?]

    Ethel

    OdpowiedzUsuń
  91. Nigdy nie przypuszczała, że organizacja czegokolwiek z uczniami może być tak kłopotliwa. Mając te naście lat, była święcie przekonana, że magią można załatwić wszystko, zatem nauczyciele w Hogwarcie - posiadający taką wiedzę - nie mają absolutnie żadnych kłopotów z uczniami. Cóż, nic bardziej mylnego. Może to przekonanie brało się z tego, że ona rzadko kiedy sprawiała problemy jako takie nauczycielom, o wiele bardziej lubiła sprawiać je sobie samej, jakby komplikowanie sobie życia uznawała za sport narodowy. A jednak wiele od tamtego czasu się zmieniło. Choć Ethel zawsze była poukładana, przez ten czas nauczyła się układać również wiele rzeczy w głowie, dzięki czemu nie mąci, ani nie utrudnia sobie życia i idzie dość prostą ścieżką przed siebie.
    Widać było wyraźnie, że jednak ma pewne problemy z powrotem myślami do wieku nastoletniego i nie przewiduje jeszcze zachowań uczniów, którzy przecież nigdy nie sprawiają problemów. Ognisko na błoniach wydawało się czymś, nad czym łatwo zapanować, a jednak niektórym delikwentom przyszło do głowy rozpalać je przy wykorzystaniu sklątek tylnowybuchowych.
    Ale proszę pani, przecież one są tresowane!
    Już ja ci dam tresowane sklątki Macmillan. Zobaczymy co powiesz jak stanie odwłokiem w twoją stronę. Na szczęście wystarczyło jedno spojrzenie spod zmarszczonych brwi Ethel, by sklątki wróciły do klatek. Zadziwiające jak stażystka, niejednokrotnie niższa od najstarszych uczniów, potrafiła siać taki postrach. Zawsze zastanawiała się, czy wzbudza strach, czy szacunek i zawsze po cichu zaciskała kciuki by to jednak było to drugie.
    Na szczęście nie była w tym wszystkim sama, więc po kilkudziesięciu minutach szalonej organizacji, poszukiwaniu kiełbasek (Accio kiełbaski!), zamykaniu sklątek, przenoszeniem zapasowego drewna i negocjowania ze skrzatami stałych porcji ciepłych napojów, wreszcie można było uznać ognisko za otwarte. Część osób z chóru i orkiestry przyniosło ze sobą nieco instrumentów, więc posiadówkę umilała wszystkim niezbyt głośna, wdzięczna muzyka.
    Zaczynało być coraz chłodniej, więc Ethel, która zwykła wszędzie biegać w szatach, zmuszona była do narzucenia na siebie niemal zimowego płaszcza z futrzastym kapturem. Z zadowoleniem usiadła na ławeczce zbitej przez gajowego specjalnie na tą okazję i rozejrzała się wokoło, grzejąc dłonie o kubek ciepłej herbaty. Jaśminowej, ulubionej.
    Zdała sobie sprawę jak bardzo tęskniła za sielskością tego miejsca, jak bardzo życie poza Hogwartem bolało i przyprawiało o smutek. W takich chwilach człowiek tutaj był po prostu szczęśliwy i to na tym polegała magia tego miejsca. Ogień tańczył w jej źrenicach i malował cienie na twarzy, gdy przyglądała się roześmianym uczniom. Tak, to chyba za tym goniła po skończeniu szkoły. Jej podświadomym celem było tu wrócić.

    OdpowiedzUsuń
  92. [Również witam :) Cenię sobie minimalizm :) poza tym skromna karta czasem daje większe pole do manewru w wątkach. Jeny, jak ja uwielbiam imię Vladimir! <3 Charlotte też z chęcią by bliżej profesora poznała i coś czuję, że pewnie w sposób łamiący niejeden punkt regulaminu.. No cóż, niezbyt grzeczna z niej dziewczynka.. Ale pomijając brudne myśli Lotty, jeżeli byłyby jakieś chęci na wątek to my obie jesteśmy mocno na tak :) ]

    Lotta

    OdpowiedzUsuń
  93. Abigail, jeśli tylko umiałaby ubrać w słowa swoje najskrytsze myśli, też stwierdziłaby, że to profesorskie dziesięć lat wcześniej cofnęłaby bez mrugnięcia okiem. Nie mogła jednak narzekać na jego zmysł taneczny, bowiem profesor obracał ją po kuchni z taką taneczną precyzją, że sama dziewczyna zwątpiła w swój talent. W tej krótkiej chwili uwielbiała w nim wszystko, a na zapomnienie pozwoliła sobie tylko dlatego, że Vlado w jej oczach nie przedstawiał się jako typowy nauczyciel. W kończy odetchnęła uszczęśliwiona, gdy tylko piosenka się skończyła, choć nie mogła powstrzymać delikatnego grymasu — tańczyło im się bowiem aż nazbyt wybornie.
    — Kurczak! — wykrzyknęła zdruzgotana, lecz zanim dopadła kuchennej patelni Karkarow znów był na posterunku, jako gospodarz tamtejszej nocy. Jak się okazało, potrawa ani odrobinę się nie zwęgliła, a nawet odwrotnie, zarumieniła do tego stopnia, że uczennicy aż ślinka ciekła na myśl o przepysznej kolacji.
    I tu nie mogła odmówić Vlado smaku — kurczęta z kiełbaskami podane na półmiskach prezentowały się wręcz wybornie, a Abigail nie mogła znów się powstrzymać przed porównywaniem tej kolacji do swojego domostwa. To było takie odświeżające, spróbowanie czegoś, za czym tęskniła i co kochała z całego serca, choć nie mogła tego mieć na co dzień. Psy, wyproszone z towarzystwa, spoglądały smutnymi oczami zza okiennic, choć Lawrence nie mogła powiedzieć, iż im współczuje; w końcu mogła zrobić coś na spokojnie.
    — Czym się teraz zajmujesz? — zapytała po chwili, gdy już przełknęła kurczaka. Kolacja była rzeczywiście przepyszna.
    Abigail nie pytała o trywialne rzeczy, jak ogrom prac domowych czy sprawdziany, którymi Karkarow z pewnością musiał się zająć. Piła do tego, o czym mężczyzna aktualnie myślał — o uczniach i ich problemach, o własnych zmartwienia, o prywatnym, i co najważniejsze, o jego życiu.

    OdpowiedzUsuń
  94. - Tak. To znaczy, jeśli masz coś tak dobrego jak ta owocowa herbata, z chęcią się skuszę.
    Spojrzała na niego i uśmiechnęła się. Trochę żałowała, że nie dał jej czegoś mocniejszego - wtedy może rozluźniłaby się nieco i nie była aż tak sztywna. Zrobiło jej się przykro, że pewnie nie jest najlepszą towarzyszką. A przecież Vlado zasługiwał na najlepsze towarzystwo.
    Żeby odgonić czarne myśli, spróbowała skupić swoją uwagę na czymś innym. Popatrzyła jeszcze raz na półki, ścianę, kominek i kuchenne sprzęty. Zaczęła myśleć o tym, jak dobrym i mądrym człowiekiem był Karkarow. Niesmowite, że Hogwart miał wśród swoich pedagogów kogoś takiego jak on.
    - Która właściwie jest godzina? - zapytała, spoglądając na wstającego Vlado. Nigdy nie wracała do dormitorium specjalnie wcześnie, ale jeśli było to możliwe, wolała nie naginać tej jednej zasady; robiła to i tak zbyt często. Miało to związek z jej na poły nielegalną pracą w Hogsmeade. Żeby nie wzbudzać zbyt wielu podejrzeń, wyczarowywała nawet czasem pewnego rodzaju hologram, który udawał ją podczas nocy spędzanych za barem.
    Z drugiej strony, była tu przecież z Karkarowem. To oni odpowiadali za uczniów, więc gdyby nawet przyszła do pokoju trochę później... była z nauczycielem.
    Na myśl o tym na jej twarz wyszedł delikatny uśmiech. Musiało to wyglądać dość dziwnie: jakby lekko niezrówoważona osoba śmiała się z urojonego widziadła. Miała nadzieję, że Vlado tego nie zauważył.


    Sorcha Tobin

    OdpowiedzUsuń
  95. Gdzieś tam głęboko, wierzyła że jeszcze wszystko może się zmienić. Że nadejdzie dla niej taki czas, w którym bez problemu zrzuci z siebie tę fałszywą skórę i po prostu zacznie życie od nowa. Obawiała się tylko, że ten moment przyjdzie za późno. Bała się, że nie będzie w stanie już dłużej okłamywać wszystkich dookoła. Bo niby jak można by jej zachowanie inaczej określić? Przecież kłamała. Po prostu okłamywała wszystkich swoich znajomych, nauczycieli, rodzinę… Nie było dnia, w którym byłaby z kimkolwiek całkowicie szczera. Nie była szczera nawet sama ze sobą.
    – Gdyby tylko Halmeoni to usłyszała – jęknęła cichutko, wyobrażając sobie minę niezadowolonej babki, w głowie słysząc już wywód na temat jej braku poszanowania do starszych ludzi. Ale przecież nigdzie w pobliżu nie było jej babci, nigdzie w pobliżu nie było też człowieka, który mógłby donieść starszej kobiecie o zachowaniu Avalon. Zacisnęła delikatnie piąstki. Vladimir nie zdawał sobie sprawy, jak wielkim wysiłkiem było dla młodej Krukonki zwrócenie się do niego w ten sposób, z pominięciem jego profesorskiego tytułu.
    Wsłuchiwała się uważnie w jego słowa, zastanawiając się nad tym czy i ona sama kiedyś, będzie w stanie szczerze zareagować na takie sytuacje. Bez zastanawiania się nad tym co można, a czego nie można. Co wypada, a co jej po prostu nie przystoi.
    – Ale… Kiedy ja… Po prostu, ja nie wiem – szepnęła, czując jak frustracja niepokojąco szybko się do niej zbliża. Chciała spalić za sobą mosty, jednak nie wiedziała jaka ma być, jaka jest. Jedyne czego była pewna w tym momencie to fakt, że wcale nie jest szczęśliwa tak jakby mogło się wszystkim wydawać. Czuła, że w jej życiu czegoś brakuje tylko… Tylko jeszcze nie potrafiła powiedzieć co to takiego. I nie chodziło dziewczynie o miłość czy przyjaźń. Nie chodziło o nic materialnego – ja chciałabym być po prostu szczęśliwa.
    Odezwała się w końcu po chwili milczenia i wpatrywania się w twarz nauczyciela. Może i miała już jasno określony cel, ale… Brakowało jej narzędzi do jego osiągnięcia?
    – Bardzo lubię Twoje zajęcia, profesorze – szepnęła cicho – ale ojciec uważa, że w ogóle nie są mi potrzebne i marnuję na nie tylko drogocenny czas. Co prawda, jak sam wiesz uczęszczam na nie, ale… Ile było o to kłótni w domu… – uśmiechnęła się blado. Jakby zdając sobie sprawę, że już zrobiła pierwszy krok do odnalezienia siebie. Zrobiła jeden, maleńki krok. I to całkiem nieświadomie, wybierając zajęcia mimo sprzeciwom ojca.

    [Przepraszam, że tak długo musiałaś czekać i za jakość tego u góry, ale, ale starałam się bardzo. Tylko kurcze, ciężko się zebrać po odrobinę dłuższej przerwie ;x]
    Avalon

    OdpowiedzUsuń
  96. [aj, aj, Samira, wcześniej pod imieniem Misery, a jeszcze wcześniej - Nebraska, tkwi tutaj od, bodajże, czerwca i od początku była na trzecim roku! :> ale dziękuję bardzo, mam nadzieję, że ktoś się jednak skusi ze starych fanów i przybędzie trochę nowych. :3]

    Samira.

    OdpowiedzUsuń
  97. [Najwyższych lotów to ta karta nie jest. Ale Woody jest trochę bardziej dramatyczną, bestialską i okrutną wersją mnie - w dodatku męską - przy czym chciałam kartę zrobić bardzo prawdziwie. Nie wiem czy wyszło, czy nie - no ale jest. Z wszystkich moich postaci ta była na podium, jeżeli chodzi o "wygodę" prowadzenia jej. ]


    Woody

    OdpowiedzUsuń
  98. [dzień dobry! ach, och, zachwyty lecą w stronę Pana Profesora. Sura i ja sobie cicho powzdychamy.]

    Sura

    OdpowiedzUsuń
  99. [chęci są zawsze, jednak pomysłów brak. :c masz coś może, jakiś zarys?]

    Sura

    OdpowiedzUsuń
  100. Coś zabolało dziewczynę w sercu, gdy słuchała gorzkich słów profesora, który z dziwną tęsknotą spoglądał za okno, gdzieś daleko na coś, czego ona nie mogła ogarnąć wzrokiem. Niczego tak nie chciała, jak tego, by ukochany nauczyciel zaznał w życiu szczęścia, jednak w egoistyczny, szczeniacki sposób spoglądała na to nieco inaczej — to siebie widziała tutaj, codziennie próbującą przygotować kolacje, bawiącą się z psami, umilającą Vlado jego wolny czas. Mogliby po prostu siedzieć wieczorem przy kominku, mężczyzna z książką w ręku albo zawalony natłokiem prac domowych, a Abigail obok, zwyczajnie odpowiadająca mu na drobne zaczepki. W tych swoich myślach jednak nie widziała siebie takiej samej, miała delikatnie wyostrzone rysy, buzię już nie tak dziecięcą, a dojrzalszą. Widziała siebie starszą.
    — To na te delegacje wyjeżdżasz co jakiś czas — powiedziała, wsuwając sobie jedną z żelek do ust, po czym popiła ją winem. Połączenie mogło się wydawać niezbyt przyjemne, jednak Lawrence wydawała się być zadowolona z tego smaku. — Tak myślałam, że nie chodzi o coś związanego ze szkołą! Ja wyglądają smoki z bliska? Są naprawdę tak niebezpieczne, jak opowiadają wszyscy wokół?
    Abigail pamiętała, jak matka mówiła jej o Turnieju Trójmagicznym, na którym to przedstawiciele szkół musieli rozprawić się z czterema różnymi, acz równie groźnymi smokami, a którymi straszyła ją czasem (miały przyjść do jej sypialni, jeśli nie położy się spać przed dziewiątą — dziwnym trafem nigdy się nie zjawiały).
    — Ja chyba już postanowiłam, co chciałabym zrobić po ukończeniu Hogwartu. A właściwie szkoły... Bo chciałabym zostać tutaj, w zamku, by zrobić kurs transmutacji i zostać stażystką, a potem nauczycielką — powiedziała po chwili. Nie mogła ukryć uśmiechu.
    Lawrence, ta przeklęta Lawrence jako nauczycielka i to w dodatku w miejscu, w którym cała kadra profesorska najchętniej wysłałaby ją na drugą stronę kuli ziemskiej, jak najdalej od nich. Dziewczyna jednak nie mogła ukryć, że po kilku miesiącach tchnęła w nią jakaś chęć do nauki, której opierała się przez sześć pozostałych lat — sprawiała więc dalej kłopoty wychowawcze, natomiast poprawiła swoje wyniki w nauce poprzez przygotowanie do końcowych egzaminów. Nawet nie mogła się doczekać. Nie miała niczego do stracenia.

    [Jejuśku, jak ja lubię Vlada, to sobie nie wyobrażasz :D]

    OdpowiedzUsuń
  101. - Och, jaka to cudowna wiadomość – rzekła ciepło Lorelle, uśmiechając się najszerzej, jak tylko mogła. Naprawdę cieszył ją fakt, że krukowi nie działo się nic poważnego, a jeszcze mogła w dość krótkim czasie zauważyć poprawę jego zdrowia. Do tej radości dochodziło również pewne poczucie ulgi. Ulgi, ponieważ Vladimir okazał się osobą naprawdę ciepłą i bardzo uczynną. To chyba w sercu kobiety wywoływało jeszcze większe szczęście. Zważając na jej poprzednie zdanie o nauczycielu mogła śmiało stwierdzić, że się myliła. Wystarczyło raptem ponad dwadzieścia minut, by tak zmienić zdanie na temat drugiego człowieka. Trochę zasmucał ją fakt, w jaki sposób się zachowywała i jaką wielką głupotę uczyniła osadzając mężczyznę po wyglądzie. Najchętniej przeprosiłaby go za całe to wydarzenie ciągnące się naprawdę długą ilość czasu, jednak nie potrafiła. Dalej jednak odrobinę się go wstydziła, a w kontaktach z innymi ludźmi swojego lub starszego wieku, była raczej nieśmiała. – Naprawdę nie wiem, jak ci się odwdzięczę, ale póki co, ogromnie ci dziękuję. Cóż mogłoby się z nim stać gdyby nie ty? – westchnęła cicho, rozmyślając przez chwilę nad tym czy jednak dama dałaby radę. Zdawała sobie sprawę z tego, że jedynym wyjściem byłoby uśmiercenie ptaka, ale do takich rzeczy Lorelle zdolna nie była. Przed oczami wyobraźni minął jej dokładnie taki obraz. Szatynka jedynie lekko się wzdrygnęła, a wstając z miejsca złapała za uchwyt klatki. W tym samym momencie kruk zaczął kotłować się w środku, przez co kobieta szybko, acz delikatnie odstawiła przedmiot na biurko.
    - Mogłabym mieć do ciebie jeszcze jedną prośbę? – zapytała zupełnie nieśmiało, ale po tym wydarzeniu wiedziała, że mężczyzna powinien zrozumieć bez kolejnych słów, o co go poprosiła. Klatka była dla niej zbyt ciężka i trochę za duża, by Welsh mogła przenieść bezpiecznie kruka ponownie do swojej sali. Musiałaby wziąć ją w dwie ręce i owinąć ramionami, jednak wtedy jej twarz znalazł aby się zbyt blisko szalejącego ptaka. Lorelle miała tylko ogromną nadzieje, że profesor nie zostawi jej z tym samej, a będzie jeszcze na tyle dobry, by zanieść klatkę do klasy transmutacji.

    [Tak, żyję. Wybacz serdecznie, że tak zwlekałam. Obiecuje poprawę :) ]

    Lorelle

    OdpowiedzUsuń
  102. Jej ojciec zawsze powtarzał, że są zwierzęta, przy których nigdy nie należy tracić głowy. To zdanie utkwiło jej na tyle w pamięci, że nigdy nie przekonała się do całego stada koni, które posiadał ojciec. Robił wszystko, by ją oswoić z nimi, a jednocześnie nauczyć właśnie ryzykowania z głową, ale Ethel nigdy nie odważyła się wsiąść na żadnego z nich, a już w szczególności, gdy była świadkiem jak Zeus, jeden z koni, tak po prostu stwierdził, że ojca nie lubi i go ugryzie. Problem polegał na tym, że postanowił go ugryźć w okolicach szyi. Mocny koński szczękościsk mógł przegryźć na dobrą sprawę którąś z tętnic. Ethel od tamtej pory nie zbliża się do tych zwierząt na bliżej niż dwa metry. Równie mocno, jeśli nie bardziej, lękiem napełniały ją Testrale. Była święcie przekonana, że to konie-zombie i przeklinała dzień, w którym okazało się, że będzie je widzieć już do końca życia.
    O smokach natomiast wiedziała tyle, ile powiedziały jej książki, czyli prawdopodobnie niewiele. Nie miała okazji nigdy zobaczyć ani jednego, ale chyba gdyby mogła to nie byłaby na to przygotowana. Obchodzenie się z tymi wielkimi gadami wymagało ogromu pracy zanim się człowiek do nich zbliży. Rośliny były z reguły mniej niebezpieczne - o ile ktoś nie wpadł na pomysł zjedzenia czegoś, czego nie zna. To mogło skończyć się różnie.
    Kątem oka obserwowała jak uczniowie zachwycają się panującą atmosferą. Opadła brodę na dłoni i uśmiechnęła się lekko, widząc jak kołyszą się w rytm muzyki. Nawet nie zauważyła jak jej ramiona same zaczęły wykonywać delikatne ruchy z boku na bok. O ile samo słowo "ognisko" nie wzbudzało w Ethel jakiejś niewypowiedzianej ekscytacji, to gdy już wszystko było gotowe, uwielbiała po prostu siedzieć i czuć te wszystkie niewyczuwalne rzeczy dookoła. Była bardzo ciekawa, czy skończy chowając się pod kocem, z powodu historii o wampirach, duchach, trollach urywających głowy czy innych okropnościach.
    A jednak miała dziwną ochotę skakać z radości, gdy go zobaczyła. Zastanawiała się jak będzie wyglądało ich spotkanie po tylu latach, a jednak zawiodła się samą sobą. Oczywiście nie myślała, że rzuci się mu na szyję, śmiejąc się w głos, ale jednak ta dziwna ściana, która tak z niczego wyrosła między nimi, do tej pory nie dawała jej spokoju. Nie wiedziała jak ją obejść, a nawet nie wiedziała czy powinna to robić.
    Patrzyła na niego, jak wstaje i zostawia uczniów. Coś w niej drgnęło, jak u nastolatki, która z niecierpliwością czeka, aż chłopak, w którym się zadurzyła choćby na nią spojrzy. Czy naprawdę się do niej przysiądzie? Uśmiechnęła się dopiero, gdy był pewna, że Vlado zmierza w jej stronę.
    -Powinny się niedługo pojawić, skrzaty pewnie uwijają się żeby wszystko przygotować - odparła, rozglądając się w okół. Przygotowane stoły były jeszcze puste, ale Ethel była przekonana, że w niedługiej chwili pojawi się jedzenie dla głodomorów przy ognisku. Spojrzała na niego raz jeszcze, unosząc lekko kąciki ust. Nie wiedziała czy tak bardzo się zmienił, czy wydaje się jej teraz taki obcy. Chociaż oczy nadal miał takie same. Zamrugała parę razy, zdając sobie sprawę, że dłuższą chwilę nic nie mówi i się na niego po prostu patrzy. Musiała jakoś zgrabnie z tego wybrnąć.
    -Aż dziwne, że nie masz żadnych blizn... Wiesz, smoki wydają mi się niesamowicie niebezpieczne - powiedziała, nie odrywając wzroku. Uśmiechnęła się do siebie w myślach na wspomnienie godzin, które przesiadywali wspólnie, zupełnie tak jak teraz, tylko że bez zbędnego skrępowania. Tęskniła za tym, choć dopiero zdała sobie z tego faktu sprawę.

    OdpowiedzUsuń
  103. [A moze pan ma ochotę na wątek, czy ma pan nadmiar?:)]
    Freya

    OdpowiedzUsuń
  104. [Może znajdźmy najpierw ciekawe dla nich powiązanie? Może Freya bardzo by polubiła, któreś ze zwierząt, hmm?;)]

    OdpowiedzUsuń
  105. [dzień dobry wieczór! :)]

    Charlotte

    OdpowiedzUsuń
  106. [Ano, dziękuję po raz kolejny ;)]

    James Gordon

    OdpowiedzUsuń
  107. [Oooo! KOcham Cię! Przez duże K i O. hahaha, ale się Freya ucieszy :))))]

    OdpowiedzUsuń
  108. [Bardzo chętnie skorzystam z propozycji wątku.]

    lukrecja.

    OdpowiedzUsuń
  109. [ Hmmmm... Wydaję mi się, ze Charlotte przepadałaby za profesorem, a na pewno szanowałaby go ze względu na nazwisko. Czy Vladimir lubiłby ją to już ciężej mi powiedzieć, bo Lotta ma paskudny charakterek ale za to jest zdolną i pilną uczennicą. Chociaż powiem szczerze, że moja kreatywność ostatnio ma mnie w dupie i nie wiem czy uda mi się wymyślić cokolwiek sensownego... ]

    Lotta

    OdpowiedzUsuń
  110. [A dziękuję bardzo! :) Chwilę mi zajęło, zanim tu trafiłam, bo niestety się nie podpisałaś ;p
    Vlado wydaje się naprawdę fajnym gościem (włosy cud!), więc pokusiłabym się o pakiet wątek + powiązanie :)]
    Oriane

    OdpowiedzUsuń
  111. [Musiałam go w końcu stworzyć, tak mi chodził po głowie od jakiegoś czasu...
    Dziękuję i cześć! :) Nie wiem, czy kombinowanie wątku nauczycielskiego pomiędzy naszymi panami nie sprawi, że trochę nam się wszystko poplącze... jakby coś, odpis od Sorchy pójdzie już niedługo, nadrabiam powoli zaległości u innych postaci, lada moment przejdę do panny Tobin.
    Właśnie, mam takie małe pytanie: czy masz coś przeciwko temu, żebym trochę użyła Twojej postaci w notce? Nie wiem jeszcze dokładnie, jak to wszystko będzie wyglądało, ale przydałoby się, żeby się w niej znalazł, aktywnie lub tylko wspomniany ;) Jeśli nie chcesz, żebym o nim pisała, zrozumiem, oczywiście! :)]

    Hector

    OdpowiedzUsuń
  112. [Cześć! Wracam i przepraszam najmocniej za spore opóźnienie! xx Złośliwość rzeczy martwych (laptop mi się zbuntował), plus inne sprawy uniemożliwiły mi chwilowo dostęp do bloga.
    Co u ciebie? Mam nadzieję, że praca zbytnio nie daje ci w kość ;)
    Świetne zdjęcie w karcie! xx
    A, i co powiesz na wspólny wątek w Akcji Świątecznej? Możemy nawet jeszcze kogoś zaprosić :D]


    - Troll na moim świadectwie? Chyba śnisz – zakpił z słów przyjaciela, posyłając mu jednak rozbawiony uśmiech. Nie miał i nigdy nie będzie mieć wiedzy chociaż w przybliżeniu tak sporej na temat magicznych zwierząt, co Vlado. Nie bez powodu został jednak nauczycielem obrony przed czarną magią; samo nazwisko, czy fakt wielu podróży, nigdy nie byłyby wystarczające, by pracować obecnie w Hogwarcie. Wszystko to, co potrzebował do obrony przed magicznymi zwierzętami, jak i innymi czarodziejskimi stworzeniami czy istotami, miał bowiem w jednym palcu. I to mu zasadniczo wystarczało. Jakkolwiek arogancko by to nie zabrzmiało, nie krył nigdy tego, że ambitny był tylko w tym, w czym chciał. Zapewne dlatego koniec końców nie dzielił Domu z Vlado.
    Och, akcji w nieużywanej łazience nie zapomni chyba do końca życia. Wystarczyła chwila nieuwagi ze strony wówczas piętnastolatka, spowodowana usłyszanym za drzwiami głosem Victoire Weasley, by nieświadomie wziąć do ręki nie ten składnik. Kolejność w przyrządzaniu skomplikowanych wywarów była bowiem bardzo ważna. Jak widać, nie ma to jak szczenięca miłość. O ile on w ogóle mógł coś wiedzieć o nieplatonicznej miłości. Rezultat owej nierozwagi? Cóż, włosy Vlado odczuły go najmocniej, gdyż impet z jakim uderzyła w nich wybuchowa mieszkanka, dosłownie mu je podpalił. Sporo czasu zajęło później Tedowi przekonanie przyjaciela, że on naprawdę wie, co robi. I doprawdy wiedział. Eliksiry zawsze szły mu gładko, podobnie zresztą jak i wszystko, poza tym, co go nudziło. Kto o zdrowych zmysłach lubił jednak, na przykład, wróżbiarstwo? Stek bzdur, i tyle.
    Ted od bardzo młodych lat cierpiał na swego rodzaju obsesję na punkcie opracowania sposobu, choćby wywaru, który pomógłby wilkołakom w ich bólu w trakcie przemian i szybszym powrocie do zdrowia po pełni księżyca. Vlado doskonale o tym wiedział; trudno było bowiem przeoczyć fakt, że wówczas ledwo odrastający od ziemi krasnal, interesował się tematami zbyt bardzo zaawansowanymi dla znacznej większości młodych czarodziejów. Nie przeszkodziło to jednak chłopcom w zaprzyjaźnieniu się. Ted nigdy nie łudził się, że istnieje antidotum na wilkołactwo; gdyby tak było, ludzie o wiele mądrzejsi od niego, wpadliby na nie przed wiekami. Zapewne zachowanie Teddy’ego brało się z irracjonalnego poczucia długu wobec rodziców; choć tragedia, której był uczestnikiem jako kilkuletnie dziecko, z pewnością również pozostawiła na jego psychice pewną traumę. Cokolwiek nie byłoby tego przyczyną, skutek był ten sam; młody Lupin przesiadujący w bibliotece Hogwartu, analizujący każdą z dostępnych i niedostępnych książek, gdyż Dział Ksiąg Zakazanych bynajmniej nie był mu obcy. Wszystko w nadziei, że znajdzie coś przydatnego. Gdy tak się działo, na własną rękę, z pomocą Vlado, hogwarckich skrzatów lub przy drobnej manipulacji w postaci użycia swojego uroku osobistego i umiejętności intelektualnych, załatwiał potrzebne do danego eliksiru lub eksperymentu składniki. Metodę coś za coś stosował jednak rzadko, nie chcąc, by ktoś się czegokolwiek dowiedział. Ludzie przeważnie nie umieli trzymać buzi na kłódkę; przynajmniej w sprawach, w których naprawdę powinni.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. - Mapa to stare dzieje – odpowiedział zdawkowo na pytanie starszego przyjaciela. Nie łudził się jednak, że ten przeoczył fakt, że zrzedła mu mina; nawet jeśli tylko metaforycznie. Pokerowa twarz pokerową twarzą, ale siedzący obok niego mężczyzna znał go bardzo dobrze; w pewnych kwestiach, być może nawet jak nikt inny. – Na mnie pora, bracie. Muszę jeszcze raz przejrzeć materiały przed lekcją. Życz mi szczęścia i do zobaczenia w Trzech Miotłach o szóstej – po czym nie czekając na odpowiedź Vlado, wstał od stołu i kulturalnie się ze wszystkimi żegnając, opuścił Wielką Salę.
      *****
      Szesnastoletni Teddy Lupin nie miał najlepszego okresu w życiu. Prawdę mówiąc, niezależnie od starań chłopak od kilku miesięcy rzadko kiedy nad sobą panował, co było do niego co najmniej niepodobne. Pewnie, od przeszło roku był idealnym przykładem punkowego dzieciaka, ale zawsze, zawsze znał granicę. Teraz z kolei byle co mogło go wyprowadzić z równowagi, a rozdrażnienie nasilało się w okresie cyklu pełni. Turkus zdawał się na dobre zagościć na jego głowie, podobnie jak i przebite uszy, czy lekceważenie wszelkiego autorytetu. Nawet Vlado zdawał się go ostatnimi czasy unikać... Ciągłe kłótnie z babcią, coraz częstsze nieporozumienia z kuzynostwem i niemalże nieznośnie, zawsze wyrozumiały, wielki Harry Potter, bynajmniej nie pomagały niekontrolowanej burzy hormonów, którą przechodził obecnie chłopak. I jakby jeszcze było tego wszystkiego zbyt mało, oliwy do ognia dolewała Victoire. Tylko w tym tygodniu Ted zarobił pięć szlabanów; dla porównania, oprócz nich w całej swojej dotychczasowej szkolnej karierze, przerobił ich w sumie sześć. Tak, był bardzo dobry w unikaniu kar za psoty i kawały, których był sprawcą lub za które był współodpowiedzialny. Najnowsze szlabany nie miały jednak z nimi nic wspólnego; nie, wynikały one stricte z nietypowej bezczelności Lupina wobec starszych. Oczywiście, zdarzało się mu już wcześniej pyskować; w końcu nigdy nie krępował się przed wyrażeniem swojej opinii, w ten czy inny sposób. Zawsze jednak okazywał szacunek wobec innych, szczególnie ludzi starszych od siebie. A chociaż nie stał się nagle szkolnym katem, znęcającym się nad słabszymi, to nie za bardzo przypominał w chwili obecnej nieco nieśmiałego choć charyzmatycznego, pomocnego i ciekawego świata jedenastolatka, który niegdyś przyjechał do zamku Hogwart. Nie zdziwił się więc, gdy zawieszono go dzisiaj w obowiązkach prefekta. Jedyne co go zdumiało to fakt, że na chwilę obecną, była to decyzja tymczasowa. Wciąż brzmiały mu w uszach słowa Minervy;
      Nie będę obrażać twojego intelektu, dlatego tłumaczenie swojej decyzji uważam za zbędne. Wbrew temu co zdajesz się obecnie sądzić, nie jesteś sam. Nie zmuszę cię do mówienia Edwardzie; pamiętaj tylko, że straconych dni nigdy nie odzyskasz
      Teddy wiedział, że dyrektorka szkoły miała do niego słabość. Na Merlina, poza murami Hogwartu mówił do zasadniczej i stanowczej Profesor McGonagall, ciocia Minna! Nie żeby ktokolwiek o tym wiedział, choć były nieliczne osoby, którym fakt nietypowej sympatii dyrektorki, nie umknął. Ale czy ona nawet patrząc na niego widziała Teda? Zdarzyło jej się przecież powiedzieć do niego Remus. Fakt, że od lat używał zdolności metamorfomagii, by nikt nie wiedział jak naprawdę wygląda, najwyraźniej nie przeszkadzał jej widzeniu w Tedzie jego ojca. Nienawidził go; ich obojga nienawidził. Jak mogli wybrać wojnę nad własne dziecko? Nie łudził się, że był długo wyczekiwanym potomkiem, raczej niechcianą wpadką, ale czy naprawdę tak niewiele dla nich znaczył?

      Usuń
    2. - Auć - syknął, gdy poczuł ugryzienie w policzek. - Głupi kot - mruknął do zwierzęcia, odpychając go dość mocno od siebie. Doprawdy nie wiedział co przed kilkoma laty opętało go na kupienie tego irytującego stworzenia! Serafina, bo tak nazwał kota, zdawała się czasami niemalże czytać w jego myślach. Zupełnie tak, jak teraz, siedząc z nim w Pokoju Życzeń, z dala od wszystkich i wszystkiego. - No, dobrze już, chodź tutaj. Przepraszam - tak, nastroje zmieniały się mu niczym kobiecie w ciąży. Wypuszczając ciężko powietrze, przejechał nerwowo dłonią po twarzy, przyciągając do siebie kotkę i czule całując ją w czubek głowy. Miała jak największe prawo go ugryźć; wiedział, że przenigdy nie powinien był w ten sposób myśleć o swoich rodzicach. Wiedział, doprawdy wiedział, że ci oddali życie za niego; za jego pokolenie i wszystkie następne, by mogli żyć w lepszym świecie. Nie łudził się zresztą, że gdyby Tom Riddle i jego sprzymierzeńcy wygrali przed szesnastoma laty wojnę, Ted byłby tutaj dzisiaj. Nie był głupi; przeciwnie, nie raz i nie dwa nazwano go jednym z najzdolniejszych czarodziejów najnowszej historii Hogwartu. Choć Ted za w jakikolwiek sposób wybitnego nigdy się nie uważał, pewne fakty nie mogły mu po prostu umknąć; niezależnie od tego, jak bardzo chciała tego uniknąć jego rodzinka z wyboru. Zdawał sobie doskonale sprawę z tego, że gdyby śmierciożercy wygrali, jego rodziców czekałby okrutny los, a on sam najpewniej zostałby zabity nim nauczyłby się samodzielnie siadać. Nie chciał nawet myśleć o tym, co czekałoby resztę czarodziejów, którzy sprzeciwiliby się Voldemortowi.
      Sięgnąwszy do swojej szkolnej torby; dość starej i wyraźnie znoszonej, ale jak najbardziej zadbanej, wyciągnął z niej duży kawałek pergaminu. Była to Mapa Huncwotów, stworzona przed wieloma laty przez czterech przyjaciół, którym nawet przez myśl nie przeszło, że żadnemu z nich nie będzie dane dożyć choćby czterdziestu lat, co było wiekiem młodym, nawet bardzo, w przypadku czarodziejów. Czas był jednak okrutnym władcą, doświadczając ich wszystkich w zbyt bolesny sposób.
      - Tu Teddy Lupin, który uroczyście przysięga, że knuje coś wystrzałowego - celowo przekręcił niezbędną formułkę, równocześnie dotykając Mapy końcem swojej różdżki. Przez krótką chwilę nic się nie działo, potem jednak na starym pergaminie, zaczęły się pojawiać zabawne zdania od Lunatyka, Łapy, Rogacza i Glizdogona. Zdania podobne do tych, które czytał przez łzy niezliczoną ilość razy, nigdy nie mając dość. Jakżeby mógł? Mapa była dziedzictwem ojca Harry'ego, jak i również jego własnego. Była też spuścizną po tym, co pozostało po Syriuszu Blacku; zagubionym chłopcu, który nigdy nie miał szansy tak naprawdę dorosnąć oraz często niewidocznym Peterze Pettigrew, którego niska samoocena, złe decyzje i fałszywe poczucie wartości, zniszczyły życie tak wielu ludziom.
      Słysząc dźwięk otwieranych drzwi, czym prędzej otarł nieliczne łzy, odkładając na bok Mapę i obracając się w stronę wejścia do Pokoju. Tylko Vlado wiedziałby, gdzie go znaleźć; co pomyśleć, by dołączyć do swojego przyjaciela. W końcu, jak wielu ludziom przyszłoby do głowy, by wyobrazić sobie Dział Ksiąg Zakazanych z niezwykle wygodnymi fotelami, licznymi kociołkami do eliksirów oraz sporym zapasem czekolad i herbat, jak również różnych przysmaków dla Serafiny?
      - Vlado - przywitał przyjaciela, posyłając mu niepewny uśmiech. Wiedział, że bywał ostatnimi czasy nie do zniesienia; zdawał sobie również sprawę z tego, że miało to wszystko związek z jego wilczym dziedzictwem i wyjątkowo mocnymi w tym roku superksiężycami. Ale czy go tłumaczyło? - Myślałem, że masz dzisiaj dodatkowe zajęcia - dodał po chwili, odchrząkując, gdy zdał sobie sprawę, że jego głos zdawał się być nawet bardziej zachrypły, niż zwykle.

      Teddy Lupin

      Usuń
  113. [Zależało mi na tym, żeby była urocza, więc cieszę się, że się udało. :)
    A on jest.. cóż, pan ze zdjęcia bez wątpienia ma w sobie coś , co przyciąga wzrok. Podoba mi się.
    Cześć :3]

    Rose

    OdpowiedzUsuń
  114. [Dzięki, Vlado! Znowu ;D Myśmy chyba kiedyś wątek mieli mieć, ale się rozeszło jakoś... Hm. Próbujemy czy kiedy indziej?]

    profesor John Elias

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. [Taki ze mnie płodny człowiek i latam po Hogwarcie, gdzie się da ;D No, dobra. Trzeba nam wymyślić coś super duper! Hm... Niech no się zastanowię... Wgl może oni będą się znać ze szkolnych lat Vlado? Tak teraz sb pomyślałam..]

      Usuń
    2. [Hah nie w tym sensie znać ;D Elias mógł uczyć Vlado.]

      Usuń
    3. [Najważniejsze, że mamy powiązanie xD A to już coś. Może jakiś cup of tea u Eliasa albo cofniemy się do jakiegoś ataku na zamek czy coś w tym stylu. Albo będą musieli się do Ministerstwa po coś, a wiadomo jak to Elias szaleniec będzie dziwaczył na mieście, więc wyślą Vlado z nim w roli niańki. Myślimy dalej?]

      Usuń
    4. [Herbatka z rumem albo innym ciekawym specyfikiem! O! Super pomysła! Już to widzę xD Ja mam zacząć? ;) I coś jeszcze ustalamy czy niezbyt? może wgl Vlado będzie jednym z niewielu z personelu, którzy jako tako lubią Eliasa.]

      Usuń
    5. [No to supcio :) Jakie same uprzejmości między nami xD coś podejrzanie... Hah. No, dobra. To ja czekam i jak się dziś uporasz, to Ci odpiszę :)]

      Usuń
  115. Prawdę mówiąc, wino, które dziewczyna w siebie wlała, zaczynało powoli wpływać na jej ocenę sytuacji — nie w jakiś znaczący, zły sposób, ale raczej w pozytywny, kiedy to człowiek może rozmawiać na jakiekolwiek temat, a owa rozmowa nigdy się nie kończy. Nie dziwne więc, że po lekkim kiwnięciu głową Abigail postanowiła kontynuować wątek o drugiej profesji swojego nauczyciela.
    — Jestem pewna, że prowadziłeś jakieś potyczki, mogę się nawet o to założyć — mruknęła, unosząc delikatnie brew, po czym odstawiła puste już naczynie z powrotem na stół, by potem sięgnąć po orzeszka zatopionego w karmelu. — Czytałam już nie raz, że smoki sprawiały całkiem niezłe problemy, szczególnie u nas w Europie Zachodniej, ale też gdzieś w Azji.
    Przyjemne ciepło biło z kominka w salonie, także mimo cienkiej bluzki od Vlada, brunetka mogła stwierdzić, że jest jej niemal gorąco. Przytłumione światło pomieszczenia też poniekąd wpływało na to, iż przez ten przytulny obraz było jej ciepło, lecz dziewczyna postanowiła zignorować fakt, że prawdopodobnie kolejnym źródłem tych uczuć mógł być sam profesor.
    — Nie zostawię — powiedziała ze śmiechem, choć w jej głosie można było odczuć odrobinę goryczy.
    Oczami wyobraźni widziała siebie, stażystkę przedmiotu transmutacji, gdy na lekcjach mruga do uczniów, których jeszcze rok przedtem widywała na korytarzach Hogwartu, by potem wyrwać ich do odpowiedzi z ostatniego tematu. Nie wyobrażała sobie jednak, że mogłaby z kimś być w złych stosunkach — zwyczajnie nie dałaby rady wykrzesać z siebie tej nutki wyższości, którą mimo wszystko większość nauczycieli posiadało, a też nie widziało jej się tracić dobrych kontaktów ze znajomymi z zeszłych lat. Byłaby to ciężka praca, odgrodzenie pracy od serca, ale mimo wszystko, Lawrence była osobą pracowitą, a co najważniejsze upartą.

    OdpowiedzUsuń
  116. Zawsze miała w sobie tego dziwnego rodzaju pewność siebie, która pozwalała jej sięgać po to, czego zapragnęła, uśmiechać się w swoisty, nieco lisi sposób, pokazywać małe kły w geście radości lub złości. Tak naprawdę do piętnastego roku życia dawał o sobie znać ślizgoński charakterek, który odziedziczyła po ojcu. Z wiekiem jednak (za co dziękuje Bogu po dziś dzień) ukazały się w niej cechy jej matki - Krukonki. I Ethel do dziś ma wrażenie, że wraz ze śmiercią matka oddała jej wszystko, co miała w sobie dobre. W podobnym czasie poznała też Vlada i bardzo możliwe, że wszystko złożyło się tak, by z Ethel wydobyć jak najwięcej człowieka, ciepła i zrozumienia.
    Gdy została w szkole sama rozpoczął się dla niej okres poszukiwań. Zorientowała się, że sama do końca nie wie jaką drogą chciałaby w życiu iść. Z jednej strony nie chciała podążać śladami ojca, który miał serce, dopóki mógł dać je swojej żonie. Oczekiwał, że Ethel odnajdzie się sama. Ale Ethel dopóki mogła, korzystała z pomocy przyjaciela, później z całą stanowczością przejęła stery swojego życia.
    Wracała wiele razy myślami do długich popołudni i wieczorów spędzonych z Vladem, które zdawały się być jednocześnie odległe i bardzo jej bliskie. Nawet miała jeszcze schowane listy do niego, których nigdy nie udało jej się wysłać. Dziwne poczucie odległości, jakby przepaści, która pogłębiała się z każdym dniem dorosłego życia, sprawiało, że coraz więcej listów piętrzyło się w jej szufladzie, a historie o tym, co się wydarzyło w jej życiu opowiadała do poduszki.
    Słysząc to pytanie, uniosła delikatnie kąciki ust, wlepiając spojrzenie w trzaskający ogień. Nie bardzo wiedziała od czego zacząć, ale nie przeszkadzało jej to. Wiele razy zastanawiała się jak potoczyłaby się jej rozmowa z Vladem, jak mogłaby odpowiedzieć na takie pytania.
    -Zaraz po szkole starałam się zająć ojcem, ale odkąd mieszka zupełnie sam ciężko się z nim porozumieć. Wyprowadziłam się i zaczęłam praktyki w Mungu, przyjęli mnie na oddział zatruć eliksiralnych i roślinnych. - spojrzała w niebo, by przesunąć wzrokiem po świetlistych punkcikach.
    -Ale chyba jestem za słaba - uśmiechnęła się nikle. Pamiętała obraz cierpienia w szpitalu, szczególnie u pacjentów po klątwach. Poczuła jak na jej rękach pojawia się gęsia skórka, mimo ciepłego ubrania.
    -A później zaczęłam swoje własne badania - rozchmurzyła się, znów spoglądając na niego. - W ten sposób odnalazł mnie dyrektor. I ta-dam! Jestem znów w domu.
    Powiedziała to, zanim zdążyła przemyśleć swoje słowa. Ale taka chyba była prawda. Szukała czegoś tyle lat i zdawało się, że dopiero teraz odnalazła spokój wraz z odnalezieniem Vlada i powrotem do ukochanego miejsca.

    Ethel

    OdpowiedzUsuń
  117. [Hmmm... Oriane? Ona jest zdolna do wszystkiego! W końcu szuka tego czegoś w życiu i musi brać pod uwagę wszystko! Nie myślałam jeszcze bliżej nad przedmiotami na które uczęszcza Ori, ale raczej znalazłoby się tam ONMS C:
    Tak więc teraz pytanie do ciebie - o jaką dokładnie bliskość chodzi? Miłość, zwykłe pożądanie czy może po prostu silną przyjaźń?]
    Oriane

    OdpowiedzUsuń
  118. Jak to się właściwie stało, że stali się sobie bliscy, do dziś pozostaje dla Ethel zagadką. Na swój sposób różnili się od siebie, ale i byli w równie dziwny sposób do siebie podobni. To właśnie z Vladem dzieliła to, co dobre, czego nie mogła powiedzieć na przykład o Teddym, co do którego wyrażenie „mieszane uczucia” mogło być kiedyś traktowane jak najzupełniej dosłownie. Na szczęście był tu Vlado, który był jej murem chroniącym ją od wszelkiego zła, i który cudem chyba nie osiwiał za czasów szkolnych przez tą dwójkę.
    Odkąd pamiętała, zawsze chciała koniecznie wiedzieć, co siedzi u Vlada w głowie i w duszy. Możliwe, że widziała w nim pewnego rodzaju autorytet pełen niedopowiedzeń i tajemnic. Z pozoru chłodne oczy kryły coś, co Ethel miała szczęście poznawać, ale choć chciała więcej i więcej, udało się jej w jakiś sposób nie być w tym swoim małym-wielkim pragnieniu nachalną.
    Właściwie niewiele się zmieniło, a zmieniło się wszystko. Byli niemal tacy sami, a jednak zupełnie inni niż te kilka lat wcześniej. Choć patrzyła w ogień, widziała jego twarz i próbowała porównać ją z tą, którą zapamiętała ze szkoły. Uniosła lekko kąciki ust, bo uświadomiła sobie, że choć zmienił się nieco jego wygląd, to w oczach nadal miał coś, co wywoływało uśmiech na jej twarzy. Spojrzała na niego z niewielkim zaskoczeniem w oczach, które zaraz ukryło się pod poczuciem spokojnej radości. Szybko wróciła spojrzeniem na tańczący przed nimi ogień, czując palące gorąco na policzkach. I nie wiedziała, czy to zasługa ognia, czy może zawstydzenia, w które tak ciężko było ją zwykle wpędzić. Nie wiedziała również czy Vlado widzi jak delikatnie szklą się jej oczy. Zawsze mogła to zrzucić na dym z ogniska, nieprawdaż?
    Dziś wspomnienia uderzały nadzwyczaj mocno. Uśmiechnęła się lekko i zacisnęła dłonie na otrzymanej kurtce, jakby chciała się nią mocniej otulić. Ale chyba rzeczywiście życie tym, co minęło nie miało większego sensu. Skoro los ich tu zetknął to trzeba było to wykorzystać najlepiej jak to tylko było możliwe. Spojrzała na niego, a chwila milczenia mogła oznaczać, że zbiera się w sobie.
    -Dobrze, że tu jesteśmy… razem – odparła, uśmiechając się leciutko, ale czując jednocześnie napięcie w okolicach żołądka. Chyba chciała powiedzieć wprost, że tęskniła, ale czuła też, że chwila nie jest odpowiednia. Nie chciała o takich rzeczach mówić w obecności uczniów, którzy raczej nie zwracali na nich specjalnej uwagi, ale Ethel była raczej oszczędna w mówieniu o uczuciach.
    -A ty? – spojrzała na niego z lekko uniesionymi brwiami – Jakie przygody cię spotkały? To chyba niebezpieczne zajmować się smokami – ostatnie słowo napełniło ją lekką niepewnością. Chyba po prostu bała się tak niebezpiecznych, choć pięknych stworzeń. – Jak to się stało, że się na to zdecydowałeś?

    Ethel

    OdpowiedzUsuń
  119. [Dziękuje za kolejne przywitanie! ;) Naprawdę bardzo chciałabym wątek, ale niestety nie mam pomysłu. Choć punktem zaczepienia może być ich wielka miłość do przyrody i koło ONMS. Więc może niech wybiorą się na jakąś wspólną wyprawę np. do brata Prim, który jest podróżnikiem i Vlado zna go, a może i nawet całą jej rodzinkę, bo to przecież tacy wielbiciele przyrody. No wydaje mi się, że możemy o to zaczepić, ale jakiegoś konkretniejszego pomysłu nie mam nadal, więc liczę na ciebie, a sama jeszcze pomyślę.]

    Prim

    OdpowiedzUsuń
  120. [Nie martw się moją drobną nieobecnością, ja się nigdzie nie wybieram :D]

    Bardzo dobrze się stało, że profesor nie zapytał o domniemanego chłopaka, bo Abigail z pewnością nie zareagowałaby na tę wzmiankę zbyt dobrze — Krukon, bo o niego mu chyba chodziło, okazał się człowiekiem, który zostawił w sercu Lawrence pierwszą bliznę. Zawrócił jej w głowie, by potem z efektownym rozmachem zniszczyć wszystko to, co ta w swojej głowie już sobie z dokładnością poukładała. Abi jednak z pewnością nie należała do osób, które długo chowają w sobie smutek, a wręcz przeciwnie, bo dwóch tygodniach smętnego humoru i wypłakiwania sobie oczu, dotarło do niej, że nic się nie zmieniło. Wciąż mogła głęboko oddychać podczas biegu, napełniając płuca mroźnym powietrzem, wciąż mogła jeść przepyszne potrawy z hogwarckiej kuchni, nie narzekając na ich smak, wciąż mogła się bawić, nie przejmując testami z zielarstwa. Nie dało się powiedzieć, że złamane serce nie pozostawia po sobie żadnego śladu, natomiast w przypadku Lawrence pojęcie depresji z powodu zakochania zwyczajnie nie istniało — to nie leżało w jej naturze.
    — Chciałabym — powiedziała, również zerkając w stronę fortepianu. — Ale najpierw musisz nam dolać wina!
    Zachichotała, podnosząc się z miejsca i z zadowoleniem rejestrując fakt, iż wcale nie była tak bardzo wstawiona, jak jej się to wcześniej wydawało, i dobrze. Mieli przecież całą noc na ucztowanie, jako że następnego dnia oboje mieli wolne — o ile sterta wypracowań na vladowym biurku była chociaż w połowie sprawdzona.
    — Wiesz, uczyłam się kiedyś grać na pianinie — mruknęła, gdy już uzyskała napełniony kieliszek, po czym upiła drobnego łyka. — Mieliśmy kiedyś pianino w domu, ale potem się okazało, że i moja siostra posiada zdolności magiczne... Rozniosła je w pył.
    Dziewczyna potrząsnęła głową na wspomnienie tego feralnego dnia, jednak nie mogła ukryć drobnego uśmiechu, gdy tylko przypomniała sobie zdziwioną minę taty. Miał pojęcie o tym, że jego dzieci urodzili się z magicznymi mocami, ale przecież nie na co dzień jedyny wartościowy przedmiot w całym domu zamienia się w kupę drzazg, i to w jednej sekundzie!
    — Od dawna grasz?

    OdpowiedzUsuń
  121. [A dzień dobry :) Wątek chętnie przyjmę, tylko trzeba wpierw coś wymyślić. Hm, Leith potrzebuje kogoś, w kim mogłaby się zauroczyć, co byłoby pierwszy krokiem do zapomnienia o swojej dawnej miłości. Vladimir wydaje mi się idealnym obiektem, gdyż z całą tą swoją męskością, która od niego bije, mógłby Leith zafascynować. Tylko co na to Vladimir? :)]

    Leith

    OdpowiedzUsuń
  122. [Hmm, myślę, że Karkarow jak najbardziej może być stałym bywalcem herbaciarni, dzięki czemu by się dobrze znali i nawet mogliby właśnie być już na etapie zauroczenia :) Co do samego wątku, może by tak zmarznięty Vlad wpadł do herbaciarni, kiedy Leith właśnie by ją zamykała? Zlitowałaby się jednak nad mężczyzną i wpuściła na kubek gorącej herbaty :D]

    Leith

    OdpowiedzUsuń
  123. [To może niech będzie tak, że obecnie się przyjaźnią, jednak wiadomo w ukryciu, bo takie zażyłości są źle postrzegane. Mogłoby się zacząć od zwykłego pytania Oriane o testrale, które ją fascynują. Potem znowu zainteresowałaby się czymś innym i tak w końcu doszliby do momentu, kiedy przesiadują sobie razem i rozmawiają na tematy nie tylko związane z nauczanym przez niego przedmiotem. I tu byśmy zaczęli. Ich relacja mogłaby rozwinąć się tak, że w pewnym sensie oboje potrzebowaliby swojej obecności, może nawet jej pożądali. Coś by zaiskrzyło między nimi i finalnie doprowadziło do jakiegoś niewinnego pocałunku. Jego inicjatorką mogłaby być Oriane, chcąca sprawdzić, czy przypadkiem to nie będzie to coś... I tu mamy już wiele możliwości, które możemy rozwinąć dopiero w wątku :)]
    Oriane

    OdpowiedzUsuń
  124. [Cześć! :) Co u ciebie? Mam nadzieję, że w pracy nadal nie najgorzej. Przed Świętami, wiadomo, różnie bywa.
    Nie ma pośpiechu, odpisuj sobie na spokojnie :D Długością się nie przejmuj, naprawdę. Odpisz tak, jak uważasz, a na pewno wszystko wyjdzie super :)
    Apropos AŚ, wciąż chcesz wziąć w niej udział? W sumie nie za dużo czasu zostało. Chyba że wolisz sobie odpuścić, a za jakiś czas wspólną notkę napisać?
    Swoją drogą, znasz kogoś, kto byłby chętny na przejęcie męskiej postaci, która miałaby silne powiązaniem z Tedem? No i, z Vlado również, gdyż mam tutaj na myśli Daniela (więcej w powiązaniach Lupina), który byłby tym trzecim w ich bandzie psotników :) Teddy’ego znałby znacznie dłużej, gdyż poznali się w niezbyt fajnych okolicznościach jako małe dzieci, ale myślałam, by przyjaźnili się w Hogwarcie wszyscy trzej :D Jeśli nie, to spoko; póki co możemy jedynie o nim wspominać, gdybyśmy chciały urozmaicić dalej wątki :)
    Do napisania niebawem, mam nadzieję :D]

    Teddy Lupin

    OdpowiedzUsuń
  125. [Witam!
    Mercy już tu przebywała. Zniknęła jednak, a teraz wróciła i nikt nie wie gdzie, po co i z kim była. Bardzo mi miło, że tak myślisz.
    PS. Pan K jest taki wspaniały! Wizerunek idealny! :)]

    Mercy

    OdpowiedzUsuń
  126. [ zawsze miałam słabość do takich panów
    witaj <3 ]

    Rejczel

    OdpowiedzUsuń
  127. [ Bardzo chętnie widziałabym ją w wątku z panem K na temat jej przeszłości. Wiadomo, że ojciec Vladimira miał kontakty z śmierciożercami. Tak się składa, że rodzeństwo ojca Mercy również przebywało w tym towarzystwie, a dziewczyna bardzo chce się czegoś o nich dowiedzieć (a już najlepiej by było, gdyby ich odnalazła). Myślisz, że dałoby się z tego skleić jakiś wątek? :) ]

    Mercedes

    OdpowiedzUsuń
  128. [Na taką odpowiedź liczyłam! :) Czyli powiedzmy, że Pan K w końcu się zgodzi powiedzieć jej to i owo... Czy mogłaby mieć w nim sojusznika? Oczywiście chodzi tylko o odnalezienie jej (psychicznej) rodziny. ]

    Mercy

    OdpowiedzUsuń
  129. oh tak! zróbmy im jakiś arcy wątek!

    Rachel

    OdpowiedzUsuń
  130. [Jak dla mnie- bomba! Można od tego wyjść. To dobry pomysł. Myślę, że łatwo będzie im tam prowadzić rozmowy. Masz ochotę zacząć, czy ja mam to zrobić? :) ]

    Mercedes

    OdpowiedzUsuń
  131. [Cześć! :)
    Wszystko jest w jak najlepszym porządku; i długość, i jakość, nie przejmuj się xx
    Powodzenia w przygotowaniach do Świąt!
    A co do postaci Daniela... Może z czasem się ktoś chętny znajdzie ;)]

    Dobrze więc, może to nie Vlado unikał Teda, a młody Lupin jego. Nie żeby rzekomy brunet miał zamiar przyznać się do tego na głos; jego niemalże legendarny upór mógł się równać z gryffońską dumą. Kto wie? Może tym koniec końców był; Tiara Przydziału spędziła bowiem całe wieki, nim w końcu zdecydowała się na przydzielenie wówczas jedenastolatka do Domu Borsuka.
    - Spędzam czas z Serafiną – odpowiedział zdawkowo,niemal bezczelnie na pytanie przyjaciela, odruchowo przybierając defensywną postawę na widok jawnej dezaprobaty ze strony Vlado. Och, co tym razem? Nie wiedział, że jest sobota; nic w tym jednak dziwnego, ostatnimi czasy zdawał się żyć w zupełnie innym wymiarze. Gdyby zresztą wiedział, zapewne odczułby jedynie przez moment panikę, gdyż zdałby sobie sprawę, co dyrektor McGonagall miała dokładnie na myśli poprzez ‘nie wywiązywanie się obowiązków ucznia’. Ciekawe ile klas w ostatnich tygodniach nieświadomie opuścił? Wątpił, aby był w stanie naprawdę się tym w obecnej chwili przejąć. – Ach, więc tak to teraz wygląda? Brata oszukujesz? Tylko mi nie mów, że na rzecz tej całej Covel, strata czasu – żachnął się po chwili, odruchowo przejeżdżając dłonią po bujnych, nienaturalnie turkusowych włosach. Czy naprawdę można się było dziwić z jego niezadowolenia na samą myśl o tym, że Vlado wolał spędzać czas z Ethel, niż z nim? Może gdyby dziewczyna od początku Teda nie cierpiała, nie przejmowałby się tym aż tak bardzo. Ale ona… No, właśnie. Kiedyś byli przyjaciółmi, a potem wszystko szla.g trafił, Merlin jeden wie, dlaczego. – Rozmawiałeś ostatnio z Danielem? – spytał nieoczekiwanie, patrząc wszędzie, tylko nie na Vlado. O ile bowiem jego starał się omijać, aby uniknąć sytuacji takiej jak ta, w której się znajdowali w tej chwili, o tyle z Dannym nie był nawet w stanie porozmawiać. Nie bez najszczerszej chęci dania po twarzy. Mocno. Powód? Teddy nie miał pojęcia, i to przerażało go najbardziej. Nie chcąc tak naprawdę w jakikolwiek sposób skrzywdzić jednej z najbliższych mu w życiu osób, wolał nawet nie pokazywać się w miejscach, w których zwykle bywali w całą trójkę.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nim jednak mógł usłyszeć odpowiedź Vladimira, Serafina niespodziewanie zamachnęła się swoją łapą, posyłając wciąż otwartą Mapę Huncwotów w stronę starszego z nastolatków. Teddy z trudem powstrzymał chęć uderzenia jej, co bynajmniej nie pomogło mu w uspokojeniu się. Bywał temperamenty; od zawsze szczerze się bulwersował na pewne sprawy. Nie był jednak otwarcie agresywny. Nigdy. No, chyba że ktoś obraził mu rodziców, albo przybraną rodzinkę, ale to zupełnie inna sytuacja. Serafina była mu niezwykle bliska, będąc powierniczką tego, czego nie wiedzieli o nim nawet Vlado i Daniel. Czego jego wielki ojciec chrzestny nie śmiał się nawet domyślać. Można więc sobie wyobrazić szczere i bynajmniej nie całkiem nowe przerażenie, jakie odczuwał w tym momencie Teddy do samego siebie.
      - Vlado, uważaj…! – krzyknął szeptem, nie kryjąc desperackiego tonu, gdy Ślizgon sięgnął po pozornie stary kawałek pergaminu. – Uważaj, by jej nie uszkodzić – dodał po krótkiej chwili, podchodząc nieco niepewnie w stronę przyjaciela. Dostrzegając wyraz szczerego zawodu, a zaraz potem furii, wiedział o czym Vlado musiał pomyśleć. – To nie czarna magia, przysięgam. Nic z tym rzeczy – może i Teddy był Puchonem, ale jego wiedza na temat zakazanego działu magii, była większa niż większości Ślizgonów. Ba!, może i niejednego, dorosłego czarodzieja. Nie miał złych zamiarów, doprawdy. Nie chciał bynajmniej zostać kolejnym Voldemortem, ani nic z tych rzeczy. Miał, po prostu, sporo zainteresowań i nigdy niemalejącą chęć nauczenia się czegoś nowego. Fakt, że książki i zaklęcia chłonął niczym czekoladę, jedynie to wszystko upraszczał. Poza tym, odpowiednia wiedza w zakresie czarnej magii mogła mu pomóc z nią walczyć, prawda? I może nawet nauczyć się czegoś przydatnego o skomplikowanych wywarach. – Nie wiem, co się dzieje – przyznał w końcu cicho, nim Vlado mógł zacząć się na niego denerwować. Może i nigdy nie nazywał go dup.kiem, gdy ten sobie zasłużył. Nie w sposób, w który Daniel nigdy się nie krępował. Miał jednak inne metody, które naprawdę pozowały się przez moment Tedowi poczuć, jak nierozważny dzieciak, dostający słowny łomot od starszego, mądrzejszego brata. - Sam nie rozumiem, dlaczego się tak zachowuję - wyjaśnił na koniec, przygryzając dolną wargę i przymykając duże, brązowo-miodowe oczy. Najwyraźniej bycie w połowie wilkołakiem i bez wątpienia metamorfomagiem, niosło ze sobą dziwne konsekwencje. Nie znał jednak innego dziecka wilkołaka. Nie znał innej osoby, która miała w sobie gen wilkołactwa, bez jego czynnych skutków. Przynajmniej tych czysto wilkołaczych, gdyż sam wpływ księżyca w pełni nie był mu obcy. Bezsenne noce i nieświadome przechadzki po zmroku do Zakazanego Lasu, były tego najlepszym przykładem. - Słyszałeś? Od dziś nie jestem już prefektem.

      Teddy Lupin

      Usuń
  132. [Hej, hej! Jak tam świąteczny zamęt? Zastanawiałam się, czy mogłabym nieco wykorzystać Vlada w moim świątecznym fragmencie  Ethel ma parę planów na Boże Narodzenie i zastanawiałam się czy Vlado chciałby może dostać od niej pierniczki :D Oczywiście podesłałabym Ci na mejla ten fragment w razie jakby trzeba było coś zmienić/dodać albo poprawić, co Ty na to?]
    Podpierając brodę na dłoni, słuchała uważnie jego opowieści, ale nie mogła wyzbyć się wrażenia, że rzeczywistość Vladimira chyba nie do końca wygląda tak, jak jego marzenia. Uniosła lekko kąciki ust, odstawiając pusty kubeczek po herbacie. Była ciekawa czy rzeczywiście zjawili się tu wszyscy zupełnie przypadkiem, czy też może jakieś siły wyższe zdecydowały o tym, że nagle większość znajomych zjechała się z różnych stron świata w jedno miejsce, które kiedyś (a może i po dziś dzień) nazywali domem.
    -W okolicach Hogwartu raczej trudno spotkać smoka, prawda? – spytała, zastanawiając się, czy nie brakuje mu ścisłej pracy z tymi naprawdę magicznymi zwierzętami. Ona raczej nie tęskniła za pracą w szpitalu, co tylko utwierdzało ją w przekonaniu, że nie mogła zostać tam na zawsze.
    A teraz była tu, w miejscu, który stał się dla niej domem po wielu latach walki o swój dom rodzinny, który teraz stawał się z dnia na dzień coraz bardziej pusty. W tym przypadku magia tego miejsca nie opuściła ich nigdy i Ethel miała cichą nadzieję, że będzie tak jak najdłużej. Przeniosła na Vlada swoje spojrzenie, czując dziwny ucisk w okolicach żołądka. Też tęskniła, ale… ale nie potrafiła się do tego przyznać. Żałowała? Oczywiście, żałowała wszystkiego, co mogło ją ominąć i na co nigdy się nie zdecydowała. I teraz też żałowała, że żadne słowo nie jest w stanie wydrzeć się z jej gardła.
    -A co powiesz na herbatę jeszcze dziś? – podłapała temat, czując jak dziwne napięcie związane z nieumiejętnością wrażania uczuć powoli mija. Uśmiechnęła się lekko, kładąc dłoń na przedramieniu Vlada – Chyba mam coś, co chciałabym ci pokazać. – Dodała zadowolona z faktu, że może będzie miała pretekst by spędzić z nim ciut więcej czasu.
    Od dawna interesowało ją niezwykle rzadkie Smocze Ziele. Prawdopodobnie rosło gdzieś na smoczych pustkowiach, ale Ethel nie była do końca przekonana jak to działa, skoro roślina potrzebuje tyle wody. Mokradła odpadały, bo liście Smoczego Ziela przyprószone były dziwnym pyłem. Zastanawiała się, czy może uda się jej zainteresować tym Vladimira.
    -Jak tylko wygonimy uczniów do pokojów, oczywiście – dodała, uśmiechając się lekko, nie bardzo mając na celu pozostawianie uczniów bez opieki, chyba że pojawi się jakieś zastępstwo.

    Ethel

    OdpowiedzUsuń
  133. [Aż grzech przy takiej postaci nie skorzystać z takiej propozycji :3 Cześć, wolisz podać jakiś pomysł czy zaczynać?;> ]
    Morgana

    OdpowiedzUsuń
  134. [ Tu musi być wątek :D bo Molly jest w kole ONMS. Może coś razem w tym temacie wymyślimy? :)Tak wgl to także się witam!]
    Molly

    OdpowiedzUsuń
  135. [Cześć! Wciąż nie potrafię się nadziwić nad tym waszym przyjaznym, kronikowym gronem! Bardzo dziękuję za powitanie.
    Karta Twojej postaci jest naprawdę piękna. To chyba najlepsze określenie.
    Nie mogłam się wprost napatrzeć na te wszystkie zdjęcia *.* Świetny wizerunek.
    Jeśli jest jeszcze jakieś miejsce w tłumie wątków, to zaklepuję.
    Ochłonęłam już po tych widokach, uff. Chyba.
    Stworzymy coś?]

    Ambrosia

    OdpowiedzUsuń
  136. Ethel już zdążyła parę razy przekonać się, że igranie z ogniem jest stanowczo nie dla niej. Może kiedyś miała w sobie iskierkę, która potrzebowała adrenaliny, teraz zmaganie się z samą sobą, z przeszłością i z bandą rozkrzyczanych uczniów skutecznie tą iskierkę przygaszały. Chyba w tym momencie cierpiała na syndrom niewytrzymywania z samą sobą, a do tego dochodziła nerwowa atmosfera zbliżających się świąt, które przecież powinny cieszyć, a nie przerażać. Ona jednak miała swoje plany, które czyniły ze świąt z jednej strony magiczny czas, a z drugiej jeden z najcięższych ostatnimi czasy.
    Zmarszczyła lekko brwi. To była naprawdę wielka szkoda, że nie można ot tak podejrzeć już tych pięknych zwierząt cieszących się wolnością. I w obliczu jej planów na najbliższy czas i przemożnej chęci skupienia się na smoczym zielu, perspektywa podróżowania setki kilometrów była co najmniej przerażająca. Cieszyła się za to, że choć jednej osobie na tym świecie jest w stanie sprawić przyjemność samą swoją obecnością. Nie była do końca świadoma całego oddania Vladimira, ale nie przeszkadzało jej to w byciu małą bateryjką.
    -Tak, czytałam ostatnio szalenie ciekawą książkę i trafiłam w niej na coś, o czym nawet w Mungu nie słyszałam. To może być dość skomplikowane, ale… - wkręciła się w opowieść, dopóki kątem oka nie zauważyła jak pojawia się góra jedzenia. Kiełbaski, chleb, jabłka, ziemniaki, nawet te mocno nie-brytyjskie pianki do pieczenia nad ogniskiem. Zawsze kojarzyły jej się z wypadami pod namiot i najbardziej lubiła je jadać z herbatnikami.
    -Jesteś głodny? Bo te pianki chyba mówią do mnie Ethel, zjedz nas - uśmiechnęła się szeroko, spoglądając na Vlada kątem oka. W powietrzu zaczął się unosić pierwszy zapach pieczonych kiełbasek, na które rzucili się uczniowie. Można było również usłyszeć pierwsze jęki rozczarowania, gdy jedzenie przez przypadek zsuwało się z kijka i lądowało w ogniu. Przez chwilę poczuła coś na kształt dziecięcej radości i poderwała się w górę by przyszykować coś dla Vlada i dla siebie.

    [O, czyli dużo zmian! Znam ten bajzel związany z przeprowadzkami i kombinowaniem z mieszkaniem - sama mam remont w kuchni, który trwa już półtora tygodnia. No to pięknie! Fragment co prawda nie jest długi, bo na całą notkę miałam tylko 600 znaków (chyba, że autorka Teda jeszcze coś dorzuci od siebie, to będzie mogła być dłuższa), ale myślę, że osiągnęłam całościowo taki efekt, jaki zamierzałam :)]

    OdpowiedzUsuń
  137. — To było w wakacje tuż po tym, gdy skończyłam pierwszy rok nauki w Hogwarcie. Mama próbowała przekonać moją siostrę, wtedy dziesięcioletnią, żeby założyła nową sukienkę, która jej się w ogóle nie podobała. Amelie tak się zdenerwowała, że gdy krzyknęła, pianino, daję słowo, wybuchło — powiedziała z delikatnym uśmiechem, przesuwając palcami po klawiszach. Grała dziecinną melodyjkę, którą nauczył ją jej ojciec, gdy miała może z osiem lat, a do której Vladimir dodawał coś od siebie, tworząc coś naprawdę miłego dla ucha. — Lepiej jej nie wspominaj o swoich przygodach ze smokami, bo... Na Merlina, ta dziewczyna cię zwyczajnie uwielbia i naśladuje każdy twój ruch!
    Abigail roześmiała się, kontynuując grę. Siedzieli tak przed dobre piętnaście minut, po prostu ciesząc się dźwiękami wydobywającymi się z fortepianu, wsłuchując się w ich własny utwór. W końcu dziewczyna sobie o czymś przypomniała i wstała nagle z miejsca, by potem dopaść do swojej torby.
    — Prawie zapomniałam — mruknęła szybko, przetrząsając skórzaną torebkę.
    W końcu wyciągnęła drobne, drewniane pudełko, po czym wróciła na miejsce obok Vlada, by postawić je przed nim na fortepianie. Mężczyzna zerknął na nią na wpół zdziwiony i zaciekawiony, ale sięgnął po szkatułkę. W środku na miękkim atłasie znajdował się duży, srebrny pierścień, misternie zdobiony, z zamkniętym w środku czerwonawo-zielonym kamieniem.
    — To Unakit, kamień smoczy. Znalazłam go w mugolskim antykwariacie w lato i pomyślałam, że byłby to idealny prezent na święta — zaczęła, przyglądając się profesorowi. — Podobno symbolizuje siłę, pewność siebie i pomaga w pogodzeniu się ze zmorami przeszłości... Tak słyszałam. W każdym razie gdy tylko na niego spojrzałam, wiedziałam, że musisz go mieć.
    Uniosła delikatnie brwi.
    — Wesołych świąt, Vlado.

    [I wesołych świąt, autorko Vlada :D]

    OdpowiedzUsuń
  138. [Ah, jaki boski ten pan. Liczę na jakiś wątek, Gabi również ma nadzieję na coś ;D]

    Gabrielle

    OdpowiedzUsuń
  139. [Dziękuję bardzo i również witam! :)]

    Alan

    OdpowiedzUsuń
  140. [Znać to na pewno będą z zajęć, tak sobie myślę, czy jeszcze poza zajęciami podtrzymywać ich znajomość? Gabi może się fascynować magiczną fauną, więc pewnie i zatruwałaby trochę życie Vladimirowi xD]

    OdpowiedzUsuń
  141. John Elias obudził się tamtego ranka z dziwnym bólem głowy. Wydawałoby się, że to nic ważnego, a przynajmniej miał taką skrytą nadzieję. Wszystko poszło sobie na wieczny spacer z wakacjami włącznie, gdy zajrzała do niego jedna z kobiet, które trudniły się tym samym zawodem co on. Kobieta. Profesor, pomyślał, śledząc ją wzrokiem ze zmrużonymi oczami jakby zaraz miała mu coś ukraść. Nie żeby był jakimś seksistą. Nie. Po prostu im nie ufał. A to było zupełnie co innego. Gdy nauczycielka przyniosła mu tacę z jedzeniem, nawet na nie nie spojrzał, chociaż ta zachwalała kucharki. Małe grube kobiety, które nie znalazły innego zawodu, przeleciało mu przez głowę, chociaż nie był pewny czy nie wypowiedział tego na głos. Zamiast podziwiania posiłku, siedział tylko śmiesznie wyprostowany w swoim fotelu i patrzył na nią uważnie. Ta zdawała się nie zwracać uwagi na wwiercający się wzrok Eliasa, ale odczytał z jej lekkiego spięcia ramion, że to zauważyła i nie czuła się komfortowo. Ale to i dobrze! Tak naprawdę chyba nikt nie czuł się tam dobrze prócz samego Johna Eliasa.
    - Coś jeszcze, profesorze? - spytała młoda pani profesor, stając na środku pokoju i obejmując się ramionami. Gdy Elias ją zignorował lub zwyczajnie nie dosłyszał, mając jedną ze swoich słynnych zawieszek myślowych, kontynuowała:
    - Nie przeszkadza panu ten ziąb? Jest grudzień - zauważyła, patrząc na dziury w ścianach. Zwisające z nich poszarpane tapety w prążki w jakiś sposób przypomniały o średniowiecznym zakładzie psychiatrycznym. Do tego poskręcane w, zdawać by się mogło, bezmyślne spirale schody, przekrzywione i wiszące na jednym zawiasie drzwi; dalej znajdowały się zakurzone draperie, figurki psów, klaunów, wijących się drzew, strachów na wróble, a nawet znalazła się porcelanowa dynia. Gdyby nie wszechogarniający mrok, może wyglądałoby to interesująco. Jednak nie wiedziała o tym, że wszelkie krzywizny, kratki i szachownice – to było coś, co od niemożliwie długie czasu podnosiło Eliasa na duchu. Możliwe, że dlatego iż sam różnił się od innych, ciągnęło go do dziwactw uznawanych za nie przez resztę społeczeństwa. Profesor podniosła głowę, badając spojrzeniem ubytki w dachu, przez które padał deszcz i inne opady atmosferyczne niszcząc podłogę, która zaczynała już próchnieć. Gdyby ktoś nieuważny tam stanął, mógłby się przywitać z lokatorem piętro niżej lub wpaść do sali zajęć. Jednak profesor nikomu nie pozwalał naruszać swojej przestrzeni bezpieczeństwa i gdy nawet Dyrektor chciał interweniować (lub był do tego zmuszony), opiekun Ślizgonów zwyczajnie go wyprosił, tłumacząc, że pracuje nad poważnym eksperymentem i nikt nie może mu przeszkadzać. Gdy prawie podłoga się zapadała, rzucał jakieś tam zaklęcie nikomu nieznane i znowu przez kilka tygodni był spokój. Ale czemu nie chciał tego stosować trwale? I czemu dach i ściany były w takim stanie? Profesor Mugoloznawstwa tkwił tam już ładne parę dekad i nigdy nie narzekał. W sumie to mało co wychodził poza swoje komnaty. Większość profesorów, a co za tym szło uczniów uważało, że przez to odcinanie się od społeczeństwa Elias popadł w jeszcze większe szaleństwo. Zajęcia prowadził w większej sali zaraz pod spodem, jedzenie mu donoszono, a ze względu na jego eksperymenty trzymano się z daleka od wieży. Między innymi dlatego McGonagall podarowała mu właśnie tamta lokację, a nie inną. Gdzie wybuchy, hałasy, zapachy nikomu nie przeszkadzały. Przez te jego dziwactwa dużo osób snuło opowieści, że jest oszpecony i dlatego siedzi w wieży, gdzie spotyka się tylko z niektórymi, a zajęcia prowadzi spożywając sok wielosokowy. Że jest jakimś mutantem czy innym potworem Frankensteina, jakich w Hogwarcie nie brakowało. W końcu Remus Lupin był wilkołakiem i dostał pracę, więc czemu Hogwart nie miałby zatrudniać jakiegoś szalonego wybryku natury? Kiedyś ktoś chciał się przekonać co dzieje się na górze w gabinecie profesora - tej ciemnicy renesansownego myśliciela i samotnika.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dzielnie dostał się do sieni, ale zaraz tego pożałował, gdy profesor przywitał go w środku nocy okropnym hałasem maszyny, którą budował na środku pokoju od wielu tygodni. Do tego buchały z niej płomienie, więc zamiast odkryć coś nieziemskiego, uczeń wylądował w skrzydle szpitalnym z palpitacjami serca, mamrocząc dziwactwa o potworze o ognistym oddechu. Czy oznaczało to, że profesor chciał stworzyć własnego mechanicznego smoka? Ponowna fala plotek ruszyła w podziemie Hogwartu, a nieświadomy i zadowolony z tego powodu Elias działał dalej. Z goglami na oczach próbował coraz to nowe mieszanki mikstur, chcąc osiągnąć tylko sobie znany efekt.
      Gdy kobieta wyszła, Elias zdał sobie sprawę, że ból głowy przeminął, a on powinien się napić herbaty z rumem. Jednak nic z tego, bo nie było ani kropli! Zabrał karafkę i ruszył, a właściwie zaczął zbiegać w śmiesznej rozchełstanej koszuli i szelkach na sam dół do kuchni. Gdy wpadł do niej, rozejrzał się energicznie i dostrzegł Karkarowa. Siedział i pił. Znawca tematu o mugolach ruszył w jego stronę, stawiając pustą karafkę przed nosem długowłosego hipisa.
      - Co za hipokryzja! – zaczął wyraźnie oburzony. – Dlatego nie ufam kobietom – dodał, zanim złapał za wywar przyniesiony przez skrzata (uprzednio posyłając mu mordercze spojrzenie) i dodał rumu z ognistą do środka. Gdy rozgrzało mu gardło, potrząsnął głową i mruknął, rozglądając się po kuchni:
      - Taki sam bajzel jak ostatnio.
      Ale ten kto znał profesora, wiedział, że ten nie był w kuchni… Długi, długi czas.

      John Elias

      Usuń
  142. [Wygląd wikinga zawsze w modzie, propsy za to.
    Oczywiście, że chcę wątek. Z jakimś szlabanem. I małym flirtem, jeśli można. Fajnie by było]

    Willow

    OdpowiedzUsuń
  143. [Chyba sala po nieudanym eksperymencie byłaby najodpowiedniejsza. Możesz zacząć? Pięknie proooooszę <3]

    Willow

    OdpowiedzUsuń
  144. [Witam :) Vlado już dawno temu wydawał mi się strasznie przyjazną postacią i póki co nie zmieniłam o nim zdania :) No a w tym wypadku, o ile masz jeszcze miejsce na wątki, musimy nad czymś pomyśleć! Może od razu powiązaniem? :)]

    OdpowiedzUsuń
  145. [Dziękuję i również witam. Czy to nie aby zaproszenie do wątku? Bo widzę, że jeszcze urlop wisi c:]

    Raina Hando

    OdpowiedzUsuń
  146. [ A dziękuję i wzajemnie c: Zachwycam się zdjęciem Vlada <3
    Jakiś pomysł na wątek, czy ja mam zacząć?c: ]

    Luma Hasching

    OdpowiedzUsuń
  147. [wątek bardzo chętnie, jak najbardziej:D tylko jakiś pomysł? Ze swojej strony jedyne co wymyśliłam to to, że Nadia usłyszawszy jego imię i nazwisko może go z miejsca darzyć niechęcią, bo będzie brała go za Rosjanina]
    Nadia Andreichenko

    OdpowiedzUsuń
  148. [ Z opóźnieniem, ale dziękuję za ciepłe przywitanie i pytam o wątek.
    W zasadzie to przychodzę już z gotowym pomysłem, wybacz, że bez pytania xd
    Twój pan zamieszkuje już trochę czasu obrzeża Hogsmeade. Pewnie żyje określonym schematem, chodzi do pracy, widuje tych samych ludzi, wszystko płynie w miarę po jego myśli. I nagle w miasteczku pojawia się upiorek w osobie mojej pani. Budzi strach i niewielu dostrzega jak usilnie stara się to robić. Żyje tak naprawdę cudzym życiem. I Vlado nie musiałby się nią przejmować, dopóki nie zainteresowałaby się jego rodzinką. Mam dwa schematy, które mogłyby Cię zainteresować.
    1) Vladimir dowiaduje się jakimś sposobem o jej drobnym śledztwie. Może ona sama podstępem próbuje go wypytać, kiedy ten siedzi w barze, spokojnie popijając jakiś trunek. Ona czuje się w mieście nietykalna. Wie, że mimo wszystko nikt nie jest w stanie się jej postawić. Co gdyby Vlado zacząłby stanowić dla niej pewne, hm... zagrożenie? A raczej zagrożenie dla jej "kariery"? Jako jedyny nie ugiąłby się przed nią. Plotki nie podziałałyby nam jego, bo jako jedyny dostrzegał jej prawdziwą naturę. On miałby w garści ją. Byłby jedyną osobą, której ona mogłaby się bać. Wiedziałby o niej zbyt wiele.
    Ich relacja wyglądałby pewnie w ten sposób, że gdziekolwiek Rosalie nie szłaby w interesach, a przypadkiem spotkałaby tam Vlado, natychmiast by się wycofywała. Odbyliby parę nieprzyjemnych rozmów. I załóżmy, że któregoś dnia panna Bright uwzięłaby się na jednego z przyjaciół Karkarowa. Posiadałby on tak ponętny i nurtujący sekret, że dziewczyna nie byłaby w stanie odpuścić sobie dowiedzenia się czegoś więcej. Może ktoś nawet zapłaciłby jej za to sporą sumkę. Vladimir się o tym dowiedział i parę razy zdążył już jej pogrozić. Któregoś razu przyłapuje ją bezpośrednio gdzieś w tłumie na szpiegowaniu owego przyjaciela. Wpada w gniew. A wszyscy wiedzą, jak trudno wyprowadzić go z równowagi. Rozpoczyna się swego rodzaju pościg - jak trudno wydostać się z tłumu ludzi, kto wygra te zawody - co zrobią jeżeli wzajemnie się złapią. Oboje mają na siebie haka, on wie o niej więcej, niż ona by chciała, ona odkryła sporo ciekawych nieujawnionych rzeczy na temat jego rodziny. Jak to się potoczy?
    2) Trochę mniej rozbudowana wersja, ale zaczyna się identycznie. Rosalie zaczyna kopać w przeszłości Karkarowa. Wyciąga na wierzch brudne rodzinne sekreciki, poznaje więcej mrocznych tajemnic. Vladimir odkrywa to, pozornie jej grozi, ale w głębi zachciewa dowiedzieć się czegoś więcej o sobie samym - o tym kim jest od dziada, pradziada. Zaczyna z nią współpracować. Ona potrzebuje jego pomocy w odkryciu największej tajemnicy - bowiem wszystkie drobne wkręty w dziwny sposób ze sobą się łączą. Potrzebuje dostępu do jego rodzinnego skarbca Gringotta. I potrzebuje by włamał się tam razem z nią. Żeby odkryć tajemnice rodziny.

    Jeśli coś się spodoba, to pisz, jeśli nie masz ochoty na wątek, to też pisz, ja się dostosuję :D Wkręciłabym im tam romans, ale nie chciałam pchać niczego na siłę, trochę nam to nie po drodze.
    Ode mnie to na tyle!
    Wybacz za błędy, pisane na szybko. ]

    Rosalie Bright & Freddie, ale w tym wypadku Rosalie

    OdpowiedzUsuń
  149. [ Jestem za, bardzo za :) Byłabym wdzięczna za jakieś zaczęcie c: ]

    Rosalie

    OdpowiedzUsuń
  150. [To dobrze, bo już mi było pusto!]

    Spojrzała na niego z udawanym wyrzutem, że zabrał jej pianki. Była jednak pod wrażeniem tego jak dobrze potrafią razem funkcjonować i jak doskonale rozumieją, że jedno pod żadnym pozorem nie chce skrzywdzić drugiego.
    Na krótką chwilę spojrzała w ogień, jakby przypomniało się jej coś jednocześnie radosnego i spokojnego. Pamiętała, że gdy tylko rozpoczęła szkołę nie od razu zaprzyjaźniła się z Vlado. Nic dziwnego, w końcu małą dziewczynkę krępowali starsi chłopcy. Przez krótką chwilę miała innego przyjaciela, którego straciła na dobre, a z którym wredny los postanowił znów ją zetknąć. Przyjaźń z Vladem nie wynikała oczywiście na chęci zemszczenia się na młodym Lupinie, który jak się okazało zajmował jakieś miejsce w życiu Vlada. Wniknęła raczej z poczucia odrzucenia i potrzeby zrozumienia. Otrzymała to, a jednak przez te szkolne lata cały czas była ślepa.
    Spojrzała na niego z uśmiechem, jakby chwilowa analiza tego jak to się stało, że koło niej siedzi teraz Vlado a nie Lupin w ogóle nie miała miejsca. Miała przy sobie Vlado. Swojego Vlado, którego choć znała tak dobrze, nie potrafiła nigdy do końca rozgryźć.
    Tak jak teraz, gdy patrzyła na uroczego piankowego ludzika z serduszkiem na środku. Nigdy nie wiedziała i chyba nie chciała (bała się?) dowiedzieć jak bardzo platoniczna lub nie była ich relacja. Uśmiechnęła się szeroko, biorąc dwa herbatniki i używając ich do brutalnego zmiażdżenia ciepłego ludzika.
    -Nie pomyśl tylko, że wykazuję jakieś sadystyczne skłonności- powiedziała po cichu. Wzięła kęs, który wywołał falę przyjemnych uczuć, nie tylko żołądkowych. Wyciągnęła rękę w jego stronę, chcąc żeby spróbował swojego dzieła zgniecionego między dwoma herbatnikami.
    Po cichu miała nadzieję, że późna godzina, pełne brzuchy i prawdopodobnie poncz dolewany gdzieś za murem do herbaty szybko zagonią ospałych uczniów do łóżek. A przede wszystkim, że przynajmniej nie zwrócą szczególnej uwagi na wyjątkową zażyłość nauczyciela i stażystki, co jakby nie patrzeć nie powinno iść zbyt daleko. Ethel trzymała pewną rezerwę, aczkolwiek nie była ona na pokaz. Przede wszystkim przebywała w szkole w zgodzie z samą sobą i nie chciała mieć sobie nic do zarzucenia. Chciała zostać tu nauczycielką ze względu na swoją ciężką pracę, a niekoniecznie (choć to nieodzowny element pracy) dobre relacje ze współpracownikami. Przy Vladzie nie potrafiła jednak zachowywać się tak, jak zachowuje się przemierzając korytarze, prowadząc zajęcia czy sprawując dyżury wieczorne i odsyłając przekornych uczniów do łóżek z kilkoma minusowymi punktami.
    Ognisko zdawało się powoli przygasać, część uczniów pożegnała się ze znajomymi i udała się do zamku.
    -Chyba powoli zbliża się koniec imprezy - stwierdziła cicho, unosząc lekko kącik ust.

    OdpowiedzUsuń
  151. [ Myślę, że dobrym rozpoczęciem ich znajomości byłoby zgubienie przez Lumę jej kotki i odnalezienie jej przez Vlada c: Coś takiego wpadło mi do głowy :D Kotka jest ragdollem i wabi się Sara :') Chyba, że może wpadniesz na coś ciekawszego :D ]

    Luma Hasching

    OdpowiedzUsuń
  152. [Cześć :* Co u ciebie?
    Chciałam tylko napisać, że jeśli masz problem z odpisem, to możemy spokojnie zacząć nowy wątek, np. podczas wypadu naszych chłopców do Trzech Mioteł, czy coś :* Wątek w przeszłości możemy spokojnie na razie zostawić, a może nawet kiedyś wykorzystać go w wspólnej notce ;) Jeśli jednak potrzebujesz, po prostu, więcej czasu, całkowicie to rozumiem. Sama mam ostatnio sporo zajęć i jeszcze internet mi nawala, więc nawet nie mam za bardzo jak bywać regularnie na blogu :/ Choć staram się jak mogę :)
    Trzymaj się!:*]

    Teddy Lupin

    OdpowiedzUsuń
  153. [Zostanie rockmanem w świecie magii Styczniowemu przeszło na dobre. Minęło parę lat odkąd wbił to sobie do głowy. Teraz Duncan skupia się raczej na Quidditchu, bo i pozycja jego staruszka pozwala na niezłą zabawę w tej konkretnej niszy. Bilety, mecze i takie tam. ONMS też ma swoją pozycję na liście jego priorytetów. Karkarov jest psorem od tego przedmiotu, ale sama lekcja to coś oklepanego. Co powiesz na to, aby D. ukrywał na terenie szkoły czy gdzieś tam w miasteczku jakieś magiczne stworzenie? Langhorne wypytywałby o nie za bardzo; zbyt szczegółowo. Byłoby to podejrzane i Vladimir mógłby chcieć sprawdzić co się kryje za tą śmierdzącą sprawą. Może przyłapać go na gorącym uczynku, wydać, wywalić na kolejną karę albo kryć go i/lub pomagać w opiece nad tym czymś. Co ty na to?]

    Duncan Langhorne

    OdpowiedzUsuń
  154. [Wątki? Zawsze, chętnie i dużo :D
    Tylko pytanie, czy masz jakiś pomysł na powiązanie?]

    Lydia Drake

    OdpowiedzUsuń
  155. [Nie ma sprawy, na spokojnie sobie pisz :) Chciałam się jedynie upewnić, czy temat wątku ci nie uwiera, gdyż jakby co daj tylko znać, naprawdę! :)
    Trzymaj się i do napisania niebawem!:*]

    Teddy Lupin

    OdpowiedzUsuń
  156. [Cholera, piszę to trzeci raz... Jak teraz nie wejdzie to się mocno wkurzę]

    System nie był sprawiedliwy. Nigdy i nigdzie. Może nie to, że Willow była aniołkiem, ale żeby od razu zarobić szlaban i to polegający na sprzątaniu jakiejś obrzydliwej mazi po nieudaczniku, który z czystej przyzwoitości powinien posprzątać sam?
    No bo spójrzmy na to tak - uczniowie siódmego roku, którym zależało na owutemach, zarywali nocki i zakuwali z tych najważniejszych przedmiotów, a że Willow wzięła sobie do serca to jakże oklepane stwierdzenie 'nowy rok, nowa ja', tak siedziała nocami, nadrabiając i tak niewielkie zaległości, a i przygotowując się na zapas. Za dnia jechała na mocnej kawie nielegalnie wyniesionej z kuchni i piętnastominutowych drzemkach podczas co nudniejszych lekcji (to też do czasu oczywiście, ale jak na razie miała szczęście i nikt jej nie przyłapał).
    No ale wracając do meritum.
    Mama zawsze mówiła - nie ucz się w piżamie. I było w tym dużo racji, bo zamiast się uczyć, myślało się tylko o łóżku. Toteż nikogo nie powinno zdziwić, kiedy ślizgonka jakoś koło trzeciej w nocy wymknęła się z pokoju wspólnego i cichaczem przemknęła do łazienki, żeby zwyczajnie się umyć, a następnie udać spać.
    Spać poszła już ze szlabanem.
    Po wypiciu czterech kaw dnia dzisiejszego rozpierała ją energia na tyle mocno, że trzęsły się jej ręce, a wszystkie ruchy były zdecydowanie zbyt narwane. Tylko mówiła w miarę normalnie, zresztą kto by na to zwracał uwagę.
    - Żartuje pan? Cholerny Filch - fuknęła i przywołała w pamięci obraz woźnego odbierającego jej różdżkę, bo 'przecież magii używać nie wolno, Forbes!'.
    Więc wzięła się do pracy w tradycyjny sposób, nieco zbyt mokrym mopem ścierając czarne plamy i zostawiając w tych miejscach kałuże wody. Wyschnie przecież.
    Ale rozkojarzona kawą Willow nie była w stanie zostać przy tej pracy, toteż cichym krokiem zaszła profesora od tyłu i zajrzała mu przez ramię na wypracowania i teraz wcale nie zdziwiło jej to, że przekręcał kartki, próbując coś odczytać.
    - Tu jest chyba coś o buchorożcach, ale nie wiem. Może o jednorożcach? No, na pewno o rożcach - wyrzuciła, zanim zdążyła się powstrzymać i nieco drżącą ręką wskazała słowo, o którym mówiła. Dopiero potem zdała sobie sprawę, że nie powinna zaglądać w czyjeś prace, ale wrodzona ciekawość nie pozwoliła jej się odsunąć, zagryzła jedynie wargi i miała nadzieję, że Karkarow nie da jej dodatkowej pracy, ta i tak była wystarczająco niewdzięczna.

    Willow

    OdpowiedzUsuń
  157. — Felix Felicis? — zapytała, rozdziawiając usta ze zdziwienia i tępo wpatrywała się w swojego profesora jeszcze przez kilkanaście sekund, wciąż trzymając małą buteleczkę w dłoniach. W końcu rzuciła się na Vlada, by potem wyściskać go mocno za tę umiejętność czytania jej w myślach; mikstura ta bowiem żył w jej pamięci jako najlepsza rzecz na świecie, od czasu pamiętnej lekcji eliksirów w klasie czwartej.
    Jednocześnie dziewczyna przyjęła z niemałą przyjemnością fakt, iż jej nauczyciel obdarowywał ją takim ogromem zaufania — Felix Felicis w dłoniach nieodpowiedniego człowieka mogło wyrządzić wiele szkód. Lawrence w posiadaniu tej mikstury... To też nie zwiastowało niczego dobrego, aczkolwiek dziewczyna znana była z tego, że jeśli już robiła problemy, to zawsze tylko i wyłącznie sobie (no, może czasem zagrażając innym, ale to w naprawdę niewielkim stopniu).
    Abigail zerknęła na krótką chwilę na pierścień znajdujący się dalej w pudełku i przez moment zastanawiała się, czy aby jej prezent nie wypadł zbyt blado. Zaraz jednak odsunęła od siebie te chmurne myśli i postanowiła zwyczajnie cieszyć się towarzystwem swojego... Przyjaciela.
    Bo tak, teraz mogła o Vladimirze powiedzieć jako o kimś jej bardzo bliskim.

    [No ja oczywiście, że pamiętam! :D Wybacz, że tak króciuteńko, ale w sumie to chciałam zakończyć ten wątek takim ciepłym akcentem i przejść do czegoś innego, bo w końcu święta są już za nami dobre dwa tygodnie (no, z nawiązką). Skoro u Abigail zawsze tak wesoło, to może tym razem podrzucimy jej coś nieprzyjemnego pod nogi? Myślałam o tym, by Vlado uratował ją przed... Kimś. Mam w planach coś niefajnego, jeśli chodzi o Abi, ale to ma się rozegrać dopiero pod koniec roku szkolnego — jak na razie ma ją śledzić taki nieprzyjemny typek. Może Karkarow zauważy, jak właśnie taki pan nie spuszcza z Lawrence oka w Trzech Miotłach, a potem za nią wychodzi? I pójdzie jej na ratunek, by przegonić typa? :D]

    OdpowiedzUsuń
  158. [ Popadam ze skrajności w skrajność, tak aby nie było nudno :) I przepraszam za to zniknięcie ale szkola mnie przygniotła i dopiero teraz się odgrzebuję z gruzów. Ja na wątek również jestem chętna, zwłaszcza, że Vlado jest w jakiś sposób powiązany z Lupinem- to na pewno ułatwi im nawiązanie kontaktów:)]

    Victoire

    OdpowiedzUsuń
  159. [ Ogólnie w tym wypadku preferuję powiązanie. Obydwoje są juz dorośli ona jest na stażu możemy założyć juz od roku bo jakies podstawy tego uzdrawiania musiała zdobyć. W związku z tym no musieliby się znać i mieli wiele okazji by porozmawiać. Pytanie w jaki typ relacji ich wpychamy, bo od tego zależy cały watek i ogólnie wszystko]

    OdpowiedzUsuń
  160. [Chym, chym chym...jeżeli tak do tego podchodzimy...
    Victoire jest ogólnie strasznie uprzedzona do mężczyzn. Nawet jakby nic jej nie robili ona i tak od razu widzi w nich największe zło i ma ku temu powody (w mojej głowie gdzie rodzi się jej historia jest chłopak przez którego się tak zmieniła, który ją ogólnie prześladował itp., bo nie odwzajemniała jego uczuć ). Vlado może nie byłby wyjątkiem ze względu na bijąca od niego męskość, ale zważywszy na przyjaźń z Tedym mógłby być w jakiś sposób specjalnie przez nią traktowany, choć nadal z rezerwą co mógłby zrozumieć nieco inaczej, połączyć to z zainteresowaniem jego osobą ale nie w aspektach dotyczących jego pracy. A ona, jego ciekawskie usposobienie i tą ilość pytań także, przez to uprzedzenia, mogłaby mocno przeinaczyć i ot proszę mamy takie masło maślane, gdzie każdy ma wyrobione zdanie dalekie od prawdy. O matko ale bełkot...chym... ]

    OdpowiedzUsuń
  161. [ Coś w ten deseń, o i tak sobie myślę, że Vlado mógłby odkryć ten jej mały sekrecik. Ba, może nawet znałby osobiście owego delikwenta, co dodatkowo może go zszokować. Wtedy chcąc nie chcąc Victoire może się przed nim otworzyć i pokazać swoją inną twarz, zranionej aczkolwiek silnej kobiety, której nic nie złamie, co będzie dodatkowym szokiem. A potem? Nie wiem jakie mogą być ich relacje po czymś takim ]

    OdpowiedzUsuń
  162. Abigail bywała w Trzech Miotłach bardzo często, co nie było wcale dziwne, zważywszy na fakt, że większość siódmoklasistów właśnie w tym barze spędzało swoje wolne, sobotnie wieczory. Tym razem, kiedy po lekcji obrony przed czarną magią podskoczyła do niej Bethy z wesołą wiadomością o dzisiejszym zgromadzeniu w znanej spelunie, usta Lawrence wykrzywiły się w szerokim uśmiechu, a i jej policzki bardziej się zaróżowiły.
    Po skończeniu pracy domowej z zielarstwa (dziewczyna opiekowała się swoją roślinką już dobre dwa tygodnie, a ta jeszcze żyła i w dodatku, co ciekawe, trzymała się całkiem nieźle) i przebraniu się w codzienne ubrania wyskoczyła jak proca z Pokoju Wspólnego, by potem przelecieć przez lochy do skrytki prowadzącej na zewnątrz zamku. Miała zamiar przespacerować się główną drogą do Hogsmeade, bo miała jeszcze sporo czasu, ale gdy tylko weszła na dróżkę, po karku przeszedł jej nieprzyjemny, zimny dreszcz. Ktoś ją obserwował.
    Rzadko zdarzało się, żeby Abi traciła rezon i poddawała się uczuciu strachu w takim stopniu, by ją kompletnie sparaliżował. Teraz jednak drgnęła dopiero po kilku sekundach, toteż zamiast rzucić się do biegu, wyskoczyła w prawą stronę, w locie zmieniając się w swoją postać pantery. Przez krótką chwilę mierzyła żółtymi oczami teren przed sobą, ale niczego nie dostrzegła. Czmychnęła więc do ciemności lasu za sobą, by potem w pędzie dokończyć dzielący ją dystans do wioski.
    W Trzech Miotłach było tłoczno jak zwykle, a czas płynął tam równie szybko. Lawrence podawała kufle, piła piwo, śmiała się, grała, rozmawiała i bawiła tak dobrze, jak tylko mogła w otoczeniu własnych przyjaciół. Cały czas jednak nie mogła wybronić się przed wrażeniem, że ktoś ją obserwuje — mimo, że wmawiała sobie usilnie, iż zaczyna popadać w paranoje, wciąż oglądała się w poszukiwaniu swojego prześladowcy. Nie znalazła go.
    W końcu przyszedł czas na i nią. Przypomniała sobie, że miała tego dnia wysłać zaległy list do rodziców, a gdyby posiedziała jeszcze dłużej przy stoliku, z całą pewnością upiłaby się na tyle, że potem nie wpadłaby na coś tak przyziemnego. Pożegnała się ze znajomymi i wyszła.
    Nie zdawała sobie sprawy, że zakapturzony facet wychodzi za nią.

    [Szykuję niezłą zmianę dla Abi, więc mam nadzieję, że wytrwam na blogu jeszcze przez te kilka miesięcy :D Nie mogę się doczekać, huehue (chciałabym Ci powiedzieć, ale nie będzie niespodziewanki)!]

    OdpowiedzUsuń
  163. Zmierzyła wzrokiem twarz nauczyciela na tyle, na ile to możliwe i uśmiechnęła się nieco ponuro. Kiedy się tak odwrócił, raczej nieświadomie naruszył jej bardzo intymną przestrzeń, której broniła jak lwica swojego lwiątka. Nie to, że Karkarow był odstraszający. Nie był, wręcz przeciwnie, gdyby nie był nauczycielem, możliwe, że Willow olałaby swoje poglądy dotyczące mężczyzn i jakoś tam niezauważalnie się koło niego zakręciła.
    Większy problem tkwił w tym, że Forbes nie przywykła do bliskości z czyjejkolwiek strony i te kilka centymetrów, które ich dzieliło, stało się niemal bolesne.
    Ale, gdyby teraz się odsunęła, wyszłaby na tchórza, a to w ogóle nie wchodziło w grę. Tak więc wytrzymała, nie cofając się, a nawet przysuwając na tyle, że prawie zetknęli się nosami.
    - Jak widać, panie profesorze - odparła cicho, patrząc w szare tęczówki belfra. Przeszedł ją dreszcz, chociaż nie wiedziała do końca, czy zaliczyć go do kategorii przyjemnych, czy wręcz przeciwnie, ale mimo wszystko odsunęła się troszeczkę, by rzucić okiem na pracę, która teraz leżała na biurku. Niewiele myśląc, pochyliła się nad pergaminem, wciąż jednak nie robiąc kroku w bok, by zwiększyć dystans między nimi i przyjrzała się uważniej słowu, które wcześniej próbowała rozszyfrować.
    - Tak, to zdecydowanie o jednorożcach - powiedziała po chwili nieco zachrypniętym głosem i odchrząknęła ciut skrępowana tym, że wystarczyła sekunda, by doprowadzić się do takiego stanu, gdy nie może normalnie mówić.
    A nuż nie zauważy i wygoni ją do dalszego sprzątania?

    Willow

    OdpowiedzUsuń
  164. W pewnym sensie dziwiło ją, że atmosfera ogniska tak udobruchała uczniów, który jeszcze przed chwilą próbowali rozpalić je przy użyciu sklątek tylkowybuchowych. Kolumna uczniów udała się w stronę dormitoriów. Zerknęła na Vladimira dzierżącego gitarę. Tyle czasu minęło odkąd zagrał coś dla niej. Po cichu liczyła, że niedługo będzie miała okazję posłuchać, choć wymagałoby to chwili, którą by mieli tylko dla siebie. Miała nadzieję, że taka chwila nadejdzie, że jeszcze Ethel będzie mogła wspiąć się na mur dzielący ją od tamtego Vlado, tego, którego zapamiętała i trzymała w pamięci. A kto wie? Może spotkają się w połowie drogi?
    -Tak, oczywiście! – uśmiechnęła się nieco szerzej. Jakby wcześniejsze spokojne spełnienie związane ze spędzeniem wieczoru właśnie w ten sposób, ustąpiło lekkiemu podekscytowaniu. Różdżką przygasiła tlący się jeszcze żar i zmiotła resztki popiołu, by nie zostawić bałaganu. Zdjęła jego kurtkę ze swoich ramion, jakby nagle przypomniała sobie, że może mu być teraz zimno.
    -Chodźmy do mojego gabinetu, musisz to zobaczyć – chwyciła go pod ramię, jakby chciała pociągnąć za sobą. Jakby chciała, by pozwolił jak kiedyś na jej szalone pomysły i wybryki. Nie byli już dziećmi, to prawda, ale czuła że choć na chwilę mogą do tego wrócić.
    Poprowadziła go do swojego gabinetu, który znacząco różnił się od gabinetu profesora od zielarstwa. Miała trzy regały książek, z których tylko jeden dotyczył samego zielarstwa. Nie miała w pokoju roślin, nie licząc sypialni, gdzie trzymała doniczkę goździków. Choć wszystko było uporządkowane, nie można było wyzbyć się wrażenia, że tylko Ethel wie co gdzie leży.
    Sięgnęła po jedną z ksiąg, jakby na pamięć znała jej położenie i rozłożyła przed Vladimirem na stole, z wyraźną dumą.
    -Zobacz! Smocze ziele. To jedyny podręcznik do zielarstwa, który do tego pory o tym wspomina. Znalazłam kilka zapomnianych eliksirów z jego użyciem, ale nikt nie jest w stanie ich wykonać, przez jego brak. Po cichu liczę na twoją wskazówkę – spojrzała wprost na niego, pochylając się nad stołem z ekscytacji.
    -To dość dziwne, potrzebuje dużej wilgotności, ale autor pisze, że na liściach widać charakterystyczny, czerwony, suchy piasek – zmarszczyła brwi. Nie bardzo wiedziała jak do tego podejść. Dodatkowo teren ten musiał być obecnie lub wcześniej zamieszkany przez smoki, inaczej nazwa ziela nie miałaby żadnego sensu.

    Ethel

    OdpowiedzUsuń
  165. [Dzień dobry, masz może jakiś pomysł na wątek pomiędzy Vladem a Josephem? Poza tym muszę Cię poinformować, że jakoś na dniach dostaniesz odpis od Av (przepraszam za tak długi czas, ale tyle mam na głowie :D)]

    Joseph

    OdpowiedzUsuń
  166. [Myślę, że możemy zacząć od biblioteki i sprawy poniekąd Tedda, który dowiedział się o istnieniu Vicoire w jej bliskim środowisku- pacz, w końcu się dowiedział że z nim pracuje, po kilku miesiącach. W końcu Vlado raczej powinien o tym wiedzieć, gdyż zapewne Lupin w pierwszym odruchu to od niego będzie chciał się dowiedzieć, czy wiedział o jej obecności itp.]

    OdpowiedzUsuń
  167. W odpowiedzi na pierwsze z pytań profesora wzruszyła jedynie ramionami i wyprostowała się, po czym oparła splecione dłonie na kiju od mopa, a brodę na owych splecionych dłoniach. Oczywiście, że wolałaby siedzieć ze znajomymi. Ale...
    - Nie mam znajomych więc równie dobrze mogę siedzieć tutaj. Zajęcie jak każde inne - mruknęła i mogłaby przysiąc, że zabrzmiała przy tym dość smutno i żałośnie. Szkoda tylko, że ton głosu był zupełnie przeciwny do tego, co naprawdę czuła ślizgonka. Święty spokój był dla niej najważniejszy i była najszczęśliwszą, samotną osobą świata. A przynajmniej tak sobie wmawiała przez całe życie i tak już zostało.
    - To zależy, w sumie ma pan dwie opcje - odparła po dłuższej chwili zastanowienia i postukała palcem wskazującym w dolną wargę, udając, że wciąż myśli. - Moją dozgonną wdzięczność. Albo co tam pan sobie chce, nie umiem myć podłogi, więc jestem w stanie zrobić w zamian dużo - dodała i powstrzymała się od wywrócenia oczami. Bo dopiero kiedy wypowiedziała na głos te słowa, zdała sobie sprawę, jak głupio zabrzmiały. Jakby była łamagą.
    - Ostatecznie możemy sobie tu posiedzieć i posprawdzać prace - dopowiedziała z czarującym uśmiechem i chwyciła jeden z pergaminów, machając nim w powietrzu.
    O nie, do sprzątania to jej się zdecydowanie nie spieszyło. Zwłaszcza, że ta mazia nie była znowu taka łatwa do zlikwidowania.
    Po raz kolejny przeklęła w myślach nieśmiertelnego, ale wciąż głupiego i wrednego Filcha. Gdyby nie zabrał jej tej przeklętej różdżki, już dawno miałaby spokój. Nie to, że narzekała na towarzystwo, bo tak naprawdę profesor wcale jej nie przeszkadzał, wręcz przeciwnie, ale szlabany z założenia nie były przyjemne.

    Willow

    OdpowiedzUsuń
  168. Coś subtelnego tknęło Ethel, która zaaferowana była informacjami zawartymi w książce. Coś tak ulotnego, że nie zwracała na to absolutnie żadnej uwagi, a jednak czuła gdzieś podskórnie, że coś było inaczej niż zwykle. Nie była świadoma tych wszystkich rzeczy, na które zwracał uwagę Vlado, ale mały przebłysk inności zakorzenił się w jej głowie. Przecież nie patrzył na nią inaczej niż zwykle, a jednak coś dziwnego przykuło jej uwagę. Tak szybko jak zdała sobie sprawę z tego subtelnego przeczucia, ono zdążyło już wyparować.
    Uśmiechnęła się szeroko. Może to było egoistyczne, ale naprawdę lubiła, gdy ją chwalił. Zazwyczaj zależało jej na tym, by nie wyjść na pokrakę, albo by nie wykazywać się nieudolnością, ale gdyby zawiodła jego oczekiwania, to byłby coś w samo serce. Porażkę przed kimkolwiek innym jakoś by przełknęła (z resztą niedawno miała ku temu okazję, ale wolała sobie o tym nie przypominać), ale pragnienie by Vlado był z niej dumny, było zbyt silne.
    Słuchała go uważnie, z lekko otwartymi ustami. Każde słowo było w tym momencie dla niej ważne. Choć nie była do końca pewna jak wyglądają i czy bardzo przerażające są Chińskie Ogniomioty to starała się nadążyć za Vladimirem.
    -Australia…- szepnęła cicho, wpatrując się z zafascynowaniem w rysunek na kartach książki. Palcami przesunęła po papierze. Pomyśleć jakież by to było odkrycie, jakie ułatwienie, gdyby można było wyhodować smocze ziele w Hogwarcie. Może przesądziłoby to o jej posadzie nauczyciela? Była młoda, niedługo kończyła dwadzieścia cztery lata, ale gdyby udało się jej to osiągnąć….
    -Naprawdę?- spytała z ożywieniem w głosie, podnosząc wzrok na siedzącego przy stole Vladimira. Przygryzła lekko dolną wargę, jakby się zastanawiała. Wykonała gest jakby kazała mu chwilkę poczekać. Machnęła różdżką i na stole pojawiły się dwa kubki parującej herbaty.
    -A jeśli… byłaby taka osoba, która, no wiesz, bardzo chciałaby żeby Hogwart miał tą roślinę w szklarni? – zagadnęła niby nie mówiąc o sobie. – Można się do takiej wyprawy przygotować? – spytała powstrzymując się od dziecięcego „Vlado, jedźmy tam, proszę, proszę, proszę!”

    Ethel

    OdpowiedzUsuń
  169. [Witam! Brak zaufania do innych to ich wspólna cecha, Frances każdego swojego przyjaciela stawia przed trudnymi wyborami by sprawdzić czy są godni takiego miana. Więc może coś w tym kierunku ?]

    Frances

    OdpowiedzUsuń
  170. [Już jakąś iskierkę mam, taki zalążek, więc mogę zacząć :) Dostaniesz moje wypocino-trociny w ciągu godziny!]

    Victoire

    OdpowiedzUsuń
  171. Stukot jej obcasów roznosił się echem po niemal pustych korytarzach Hogwartu. Poruszała się z gracją, choć z powodu lekkiego zdenerwowania jej ruchy były nieco mnie płynne, można by nawet rzec że nieco sztywne. Każdy mięsień jej ciała domagał się natychmiastowego rozprężenia, emocje nią targające uniemożliwiały jej podjęcie jakiejkolwiek racjonalnej decyzji. Dawno nie czuła się tak zagubiona, jak nastolatka po pierwszym pocałunku. Dłonie trzęsły się, kolana miała jak z waty i z każdym krokiem zdawała sobie sprawę, że jej serce zamiast zwolnić dodatkowo przyspieszyło tępa.
    W końcu się dowiedział.
    Nawet nie zdawała sobie sprawy, jak bardzo, po pierwszej konfrontacji z Lupinem, będzie potrzebowała rozmowy. W pierwszych chwilach, gdy jej desperacja osiągnęła szczyt była gotowa wygadać się pierwszej, napotkanej przez nią osobie. Jednak gdy emocje opadły uświadomiła sobie, że tak naprawdę nie ma za bardzo do kogo podejść. W zamku urzędowała od kilku miesięcy, nie znała jeszcze za dobrze wszystkich pracowników, a do wujka Nevilla nie zamierzała iść- miała jeszcze swoją godność, ukrytą gdzieś głęboko, ale miała. Zawsze mogła zgarnąć swojego brata, jednak zwarzywszy na ich ostatnie relacje wolała uniknąć powierzania mu własnych problemów z obawy przed ich ujawnieniem.
    Westchnęła cicho. Na kilka sekund zatrzymała się na korytarzu, opierając się o jeden z bocznych filarów. Nie miała siły na dalsze myślenie. Zresztą rozpamiętywanie wszystkiego co się zdarzyło mijało się z celem i jedynie wszystko utrudniało. Ale musiała to komuś powiedzieć- dla własnego spokoju. Ze swoich własnych, egoistycznych pobudek. Wyjątkowo musiała coś zrobić dla siebie a nie dla innych.
    Odepchnąwszy się od ściany ruszyła pędem do biblioteki. Przecisnęła się przez wąskie alejki pomiędzy tłumem uczniów, siadając w jednym z szarych kątów pomieszczenia. Położyła dłonie na stole, wpatrując się w nie w skupieniu. Odetchnęła głęboko kilka razy.
    - Zachowuj się głupia kwoko- mruknęła pod nosem sama do siebie, zaciskając dłonie w pięści.
    Kątem oka dostrzegła w oddali znajomą sylwetkę. Powiodła wzrokiem w tamtym kierunku zatrzymując go na postaci Vlada. Delikatny uśmiech wykwitł na jej twarzy. I wtedy ją olśniło.
    Zerwałą się z krzesła o mały włosy nie przewracając go, tylko dzięki refleksowi jednego z uczniów nie najadła się jeszcze większej ilości wstydu tego dnia, i sprężystym krokiem ruszyła w jego kierunku. Przystanęła tuż za nim dotykając delikatnie jego ramienia. Gdy się odwrócił odsunęła się od niego, by zwiększyć dzielący ich dystans.
    - Masz może chwilę wolnego?

    [D.N.O. i nędza nadmienię. Wybacz mi jakość :(]

    OdpowiedzUsuń
  172. Zmierzyła krytycznym spojrzeniem stos wypracowań, następnie profesora, a następnie znowu stos wypracowań i skrzywiła się lekko. Miała to wszystko uporządkować. Chronologicznie. Cholera, ale tego naprawdę był cały stos!
    - No tak, ale widzi pan, wtedy to będzie niesprawiedliwe - powiedziała w końcu głosem mądrali i posłała mu najbardziej niewinne spojrzenie, na jakie była w stanie się zdobyć (a nie było to łatwe, bo Willow do niewiniątka daleko, a i z jakiejś przyczyny przy Karkarowie wydawało się to szczególnie trudne).
    - Panu sprzątnięcie tego zajmie jedno machnięcie różdżką, a ja spędzę nad tym z godzinę - dodała, chociaż wiedziała, że dalsza dyskusja nie tylko nie ma sensu, ale pewnie także przysporzy jej więcej problemów (czyt. szlabanów), niż miała teraz. Ale Forbes niestety zawsze musiała wrzucać swoje trzy grosze i niepotrzebnie dyskutować, choćby miała świadomość, że i tak w żadnym wypadku, bo to był profesor i im wszystko wolno i już, koniec tematu. A może jeszcze bardziej zmięknie, odpuści, a i nie odmówi, jak go za to na piwo zaprosi? Nadzieja matką głupich, jak to się mówi, ale ta matka wyjątkowo kocha swoje dzieci. Może Willow też tym razem pokocha?

    Willow

    OdpowiedzUsuń
  173. [To może postawimy ich teraz w jakiejś innej sytuacji? Nie wiem, lekcja podczas której Sorcha boi się jakiegoś stworzenia, przypadkowe (lub nie) spotkanie w Hogsmeade? Może masz inny pomysł? :)]

    Sorcha Tobin

    OdpowiedzUsuń
  174. Zdaniem Willow nie był to żaden wybór. Oczywiście obiektywnie trzeba rzec, że nauczyciel naprawdę szedł jej na rękę z tym układaniem wypracowań, a przecież wcale nie musiał. Nie była to trudna praca, pewnie nawet dość przyjemna, a i skończyłaby się dużo szybciej, niż mycie tej okropnej podłogi, która wciąż wyglądała jak pobojowisko.
    Ale Forbes to Forbes, żaden szlaban nie był dla niej miły ani przyjemny, a układanie prac wydawało się złe. Co prawda, pozbywanie się eliksiru zapowiadało się jeszcze gorzej, ale wypracowania wcale nie lepsze.
    Także gdy tylko nauczyciel pewnie zażartował, w jej ślizgońskiej czarnej główce zapaliła się ostrzegawcza lampka węsząca okazję to zrobienia czegoś łatwego, pewnie nawet przyjemnego i co zapewne szybko się znudzi nie jej samej, ale profesorowi.
    - Masaż pleców - odparła niemal natychmiast i uśmiechnęła się niezwykle czarująco, po czym oparła drewniany kij mopa o ścianę za sobą i strzeliła palcami.
    No cóż, zacznijmy od tego, że wszystko lepsze, niż prawdziwy szlaban, który miałaby odrabiać do samego wieczoru, a nauki wciąż pozostawało potąd i trzeba było się za nią wziąć. No bo ile taki masaż mógłby potrwać? 10 minut? Do tego była w stanie się poświęcić, chociaż w tej chwili dotykanie nauczyciela wydawało jej się ciut... Dziwne. Ale jej w ogóle dotykanie kogokolwiek i przez kogokolwiek wydawało się dziwne, więc paradoksalnie, nic w tym dziwnego, moi drodzy.

    Willow

    OdpowiedzUsuń
  175. Spojrzała na niego rozbawiona, unosząc lekko jedną brew ku górze. Lubiła pewną niewymuszoną bezpośredniość, która rządziła ich uprzednią relacją. Miała cichą nadzieję, że pewnego dnia nostalgiczny uśmiech przeszłości zostanie zastąpiony zupełnie zwyczajnym uśmiechem dnia codziennego. Patrzyła na niego jak na kogoś z jednej strony nieco obcego, a z drugiej tak bardzo znajomego. Patrzyła na niego i dotarło do niej jak wiele na jego temat jej umknęło, choć tak dobrze potrafiła odgadnąć jak się zachowa, co zrobi lub powie.
    Ethel była przekonana, że skoro tak wiele roślin uchowało się w hogwarckich szklarniach to przy odpowiednich staraniach mogłaby tu nawet rozkwitnąć. Może udałoby się wtedy ją przesadzić, ukorzenić nowe pędy? Wzięła malutki łyk gorącej herbaty. Nigdy nie nauczyła się pić tego napoju, gdy nie był choć trochę przestudzony. Ale codziennie wieczorem siadała na parapecie przy oknie i parzyła sobie usta gorącą herbatą. Chciała się nauczyć, tak bardzo chciała nauczyć się jak pić, by się nie sparzyć. Babcia Ethel zawsze powtarzała, że miłość musi być jak herbata – gorąca. U Ethel uczucia były co najwyżej letnie, ale zdawała sobie z tego sprawę i chociaż bolało, chciała przyzwyczaić się do gorąca.
    -Chyba powinnam jeszcze poszukać czegoś na ten temat… Mając tak niewiele informacji możemy trochę pobłądzić, nie uważasz? – czyżby odzywał się w niej lęk i stateczność, która zawsze kazała jej kontrolować każdy aspekt życia?
    -Ale o zgodę trzeba wystąpić jak najszybciej – uznała, kiwając lekko głową i w końcu przysiadając się do stołu. Z podekscytowania nawet nie zauważyła, że nie raczyła jeszcze posadzić tyłka na krześle. Przysunęła się nieco do Vlada, słysząc ściszony ton głosu. Zmarszczyła nieco brwi, dochodząc do wniosku, że na pewno ma rację. To wszystko wydało się jej nagle strasznie niebezpieczne. Coś jednak mówiło jej, by nie ustępować. W końcu nie była przecież sama, mogła podjąć to wyzwanie z pomocą Vladimira.
    -Zaklęcia ochronne mam w małym palcu – puściła mu oczko, uśmiechając się lekko. Uważano ją za dość utalentowaną czarownicę, ale Ethel tak naprawdę rzadko pokazywała co tak naprawdę potrafi. Może to i lepiej, że jeszcze nie miała okazji? Przynajmniej jest bezpiecznie.
    -Odpowiednie pojemniki i łopaty znajdziemy w schowku za szklarniami, w kwestii jedzenia możesz na mnie liczyć i różdżka też się znajdzie – wyliczała zaaferowana. – strój… rozumiem, że to odpada? – rzuciła przekornie, wskazując na swoją szatę czarownicy. Oczywiście, warto byłoby zabrać coś swobodniejszego i dostosowanego do klimatu, ale Ethel myślała również o czymś ognioodpornym. Na wszelki wypadek.
    -Nie mogę się doczekać! – podsumowała, kładąc swoją rękę na jego dłoni i uśmiechnęła się szeroko. Kto wie co ich czeka? Kto wie kiedy wrócą? Pierwsza poważna przygoda w jej życiu. Na to nie mogła się nijak przygotować – to dusza i serce miały być gotowe na przygodę, a rozum musiał trwać w pogotowiu.

    Ethel

    OdpowiedzUsuń
  176. Czasem zdarzało się jej być po prostu nieostrożną czy nieuważną, ale nigdy chyba do tego stopnia. Luma doskonale zdawała sobie sprawę z tego, że jej kotka - Sara - jak na ragdolla była dość niepokornym i charakternym stworzeniem. Nie zawsze lubiła słuchać się właścicielki, wchodziła nieproszona na stół czy nawet budziła ją nad ranem, bo była głodna. Trudno, przywykła, takie zwierzę. Tym bardziej, że mimo tej gorszej strony charakteru futrzaka, za nic by go nie oddała, a i kochała nad życie za to tulenie się, mruczenie i poprawianie nastroju.
    Siedziała pod ogromnym, ciepłym kocem ubrana w jasny sweter i rozkoszowała się książką. W dłoni trzymała kubek z mocno zaparzoną zieloną herbatą, był on raczej sposobem na ogrzanie zmarzniętych od podpierania książki rąk, niż napojem. Tym bardziej, że nawet nie zwróciła uwagi na to, że wnętrze kubka zmieniło kolor na prawie czarny, a takiej herbaty ona już nie wypijała.
    Podniosła się z łóżka, by rozprostować kości, lecz szybko zorientowała się, że coś z jej kwatery zniknęło. I to w sumie nie byle co, bo jej kotka. Przez niedomknięte drzwi. Natychmiast wsunęła buty na nogi, zarzuciła płaszcz na wierzch i ruszyła, żeby znaleźć zwierzaka.
    Przeszła chyba wszystkie korytarze w zamku i nic. Po prostu nic. Nawet żaden z uczniów nie widział jej kotki. Dopadła ją najgorsza zaraza, bezsilność. Usiadła na ławce pod oknem, wsparła łokcie o kolana, a na piąstkach położyła głowę. Zrobiło jej się po prostu przykro. Jednak na wszelki wypadek wyszła sprawdzić jeszcze błonia. Idąc spokojnym, powolnym krokiem, nagle ujrzała swoją kotkę ściąganą przez jakiegoś mężczyznę. Żwawo do nich podbiegła i spanikowanym głosem krzyknęła:
    - Dlaczego ją tam wsadziłeś?!

    Luma Hasching

    OdpowiedzUsuń
  177. W sumie nie bardzo wiedziała jak się do tego zabrać. W całym swoim życiu robiła masaż jednej jedynej osobie, do której nie czuła żadnego obrzydzenia związanego z dotykiem i podobno całkiem nieźle jej to wyszło, ale to był taki szczeniak z sąsiedztwa, który z jakiejś przyczyny zaskarbił sobie jej względne zaufanie.
    Sprawa z Karkarowem wyglądała niestety nieco inaczej, bo mimo, że przystojny, przyjaźnie nastawiony i generalnie Willow nie mogła powiedzieć, że go nie lubi, bo było wręcz odwrotnie (a to jest naprawdę wielki sukces, żeby to dziewuszysko kogoś polubiło), ale wciąż pozostawał nauczycielem. Fakt, że nie miała z nim zajęć, bo z zielarstwem od zawsze była na bakier, ale jednak nauczycielem.
    Po dłuższej chwili takiego bezczynnego stania zmierzyła wzrokiem swoje drobne dłonie, potem profesora, a potem znowu dłonie. W końcu jednak z uroczym, wręcz rozbrajającym uśmiechem podeszła do jednej z ławek i wzięła krzesło, bo przenieść je i postawić za mężczyzną. Wdrapała się na nie, klękając i z lekkim wahaniem dotknęła długich włosów Vladimira, odsuwając je na bok, a następnie układając dłonie na jego ramionach. Przeszył ją w tej samej chwili jakiś dziwny dreszcz, ale nie okazało się to tak złe, jak przypuszczała.
    Wciąż opierając ręce na barkach belfra, pochyliła się, by sięgnąć jego ucha i uśmiechnęła się przepraszająco na wypadek, gdyby przyszło mu do głowy na nią w tej chwili spojrzeć.
    - Jest pan pewien? Nie wiem, czy pana jakoś nie uszkodzę. Siniaki i tak dalej - powiedziała dość cicho, niemal wyszeptała i jakoś tak odruchowo pogłaskała kciukami kark ukryty pod materiałem koszuli. Naprawdę, nie było to tak koszmarne, jak mogłoby się wydawać. Może nawet się pod tym względem kiedyś naprawi?

    Willow

    OdpowiedzUsuń
  178. [Dziękuję bardzo! :) Nie będę proponować dwóch wątków dla jednej Twojej postaci, bo nie wiem, jak by to wyszło
    (chyba, że chcesz), ale jeśli będziesz mieć jakąś inną postać, zapraszam do Angela :)]

    Angel Levis

    OdpowiedzUsuń
  179. Ta przeklęta gorąca herbata zawsze miała dla niej znaczenie symboliczne. Doskonale pamiętała jak odpowiadała babci, że łatwo się taką herbatą sparzyć. Babcia twierdziła, że warto nauczyć się pić gorącą herbatę. Choć żadna się do tego nigdy nie przyznała, obie mówiły o miłości, nie o herbacie. Ethel od lat katując się gorącą herbatą, jednocześnie zachodziła w głowę czy może jednak zdarzy się taki przypadek że akurat jej herbata będzie letnia? Może nie warto na siłę pchać się we wrzątek?
    Zmarszczyła lekko brwi, jakby odrzucała od siebie te myśli. W końcu co innego mieli teraz na głowie. Coś ważnego, w mniemaniu Ethel niemal podniosłego. Coś, co sprawi, że może będzie miała szanse zostać tu na stałe? Ta myśl cieszyła ją i jednocześnie nieco przerażała. To oznaczało całkowite poświęcenie szkole we wszystkich sferach życia.
    -Może umówimy się po spotkaniu z dyrektorem? Na pewno go przekonasz – uśmiechnęła się lekko, wiedząc, że gdy tylko Vlado przekroczy próg gabinetu, uda się mu wyjaśnić, że to, co robią jest naprawdę ważne.
    Ucieszyła się, czując uścisk dłoni. Choć na razie ich relacji brakowało dawnej głębi, miała nadzieję, że ten wyjazd w pewien sposób pomoże im wyzbyć się niepewności, czy lęku. Sama zastanawiała się nad smokami, oglądała ich rysunki w książkach, oglądała oparzenia smoczego ognia, rany po ich pazurach, ale nie miała okazji zobaczyć żadnego na żywo. Coś ją tknęło.
    -Vlado… czy możemy się umówić, że podczas wyjazdu będę bezwzględnie robiła to, co powiesz? – spytała, chcąc mieć jasność w tej kwestii. To on był tu ekspertem od sytuacji niebezpiecznych. Chciała uświadomić to przede wszystkim sobie. Jej słowa były wyrazem ogromnego zaufania, ale także musiały zostać przez Ethel przyswojone. Nie chciała swoją głupią reakcją lub jej brakiem na coś, czego nie zna, sprowadzić na nich niebezpieczeństwa.
    -To nie tak, że obarczam cię całą odpowiedzialnością – spojrzała na niego, ze zdumieniem stwierdzając, że trochę plącze się w tym, co mówi. – Po prostu nie jestem aż tak pewna siebie…

    Ethel

    OdpowiedzUsuń
  180. | O kurcze, ale fantastyczny ślizgon. Bardzo chciałabym coś z nim porobić, zwłaszcza że wydają się mieć co nieco wspólnego /przede wszystkim te same uczucia względem kawy/. Chciałabym mieć go w losach mojego dzikiego dziewczęcia, las wydaje mi się dobrym miejscem okoliczności ich spotkań, coś związanego z magicznymi stworzeniami, może smokami, choć trochę się ich boi, ale do odważnych świat należy. Jeśli masz chęć i coś od siebie, to jestem pierwsza żeby zacząć. |

    Hekate

    OdpowiedzUsuń
  181. | Co racja to racja, mamy dobry materiał na dobrą relację, zobaczmy co nam z tego wyjdzie. Moje pierwsze powiązanie, czuję się fajniejsza niż jestem w tym momencie, czas rozbudować kartę i w ogóle, magia. Herbata jest dobra na wszystko, lubię tę akcję coraz bardziej. Nie ma co czekać, biorę się za robotę :3 |


    Podejście trzecie. Z wielkim przejęciem zaplatałam włosy w sięgający pasa, gruby warkocz. Gdy z dumą stwierdziłam, że tym razem nie przegapiła żadnego koguta pogalopowałam do przedpokoju założyć najwygodniejsze z wygodnych butów i aby nie marnować czasu, machnięciem dłoni zmotywowałam sznurówki do zawiązania się. Gotowa byłam wybiec w budzący się do życia świat już teraz, ale po zlustrowaniu wzrokiem ledwo tykającego na ścianie zegarka, uznałam że zjawienie się godzinę przed czasem nie przyśpieszy oczekiwania. Opadłam na wysoki próg, i od razu otoczona zostałam puchatą miłością, z zimnymi, mokrymi nosami, która starała się wcisnąć jej na kolana, choć przy tej dwójce sama wydawałam się być maluszkiem. Gdy już ułożyły się dookoła, dosłownie na chwilę przyłożyłam głowę do falującego boku Dżordża, a już po chwili odpłynęłam w siną dal. Pobudzona nagłym impulsem wyrwałam się ze snu, zerwałam na równe kolana i poczołgałam się do zegarka. Gdy okazało się że zostało ledwie dziesięć minut do spotkania, jak tornado przebiegłam przez mieszkanie, porywając po drodze płaszcz i plecak.
    Z płaszczem latającym na wietrze i szalikiem wpadającym na twarz, budziłam niemały szok sąsiadów i mieszkańców Hosmeade, którzy mieli jedynie wątpliwą przyjemność, widywać jedynie jak snułam się niczym lunatyk.
    Parę razy tracąc równowagę na oblodzonej powierzchni, trzymałam pion siłą woli, powoli tracąc dech w swej wątpliwej kondycji. Kiedy w końcu dotarłam na miejsce złapałam się pod boki, starając się nie dyszeć jak konający troll.
    -Vlaad!
    Gdy tylko zobaczyłam szerokie plecy mężczyzny zebrałam w sobie cały dech na uświadomienie mu że jestem zwarta i gotowa na potencjalne przygody. Wyprostowałam się na całą długość i z dłońmi wciśniętymi nonszalancko w kieszenie płaszczu, pokonałam ostatnie dzielące nas metry starając się wyrównać oddech.
    - Nie czekasz chyba za długo, co? Mam parówki!
    Dumna z siebie jakbym właśnie odkryła szczepionkę na Skrofungulus wskazałam głową plecak.

    Hekate

    OdpowiedzUsuń
  182. [jej, dziękuję. ja tu widzę prześwietnego pana. <3 jeśli masz ochotę na wątek, niekoniecznie z Leah, a z którąkolwiek panną, to zapraszam, oczywiście. :)]

    Analeah, Lily&Hope.

    OdpowiedzUsuń
  183. [Dziękuje bardzo :) Mam pewien pomysł na wątek pomiędzy tą dwójką, Ophelia od śmierci kilku ważnych dla niej osób, której była świadkiem niejednokrotnie ukradkiem chodzi obserwować testrale są dla niej takim dowodem, że istniej coś po drugiej stronie. Profesor od ONMS na pewno musiał to zauważyć i może tak zaczęli by rozmawiać o przeszłości, o cierpieniu etc. i stali by się przyjaciółmi jeśli taką relacje może mieć uczennica z profesorem :)Co Ty na to?]

    Ophelia

    OdpowiedzUsuń
  184. [niby Anę, bo z nią nie mam jeszcze żadnego wątku, ale z drugiej strony powiązania z Vlado też nie widzę. bardziej odpowiednia wydaje mi się Lilka, jako, że tu zachodzi między nimi powiązanie przez Teddy'ego, albo Hope, która jest miłośniczką zwierząt: Profesor mógłby ją kiedyś "przyłapać", jak włóczy się wśród jakichś magicznych stworzonek po godzinach lekcyjnych i zamiast na nią nakrzyczeć, to spróbować zagadnąć, o co chodzi. ale to już wybór należy do Ciebie, z którą rudą wolisz wątek. :D]

    Analeah, Lily&Hope.

    OdpowiedzUsuń
  185. Myślała, że ją zbyje. Wiele razy była odtrącana z powodu swojej nadmiernej poufałości. Dla większości była zbyt niedorosła i śmiała, choć z jej strony w gruncie rzeczy wyglądała to zupełnie inaczej. Łatwiej jest rozmawiać z obcą osobą, która cię nie zna i oczekiwać od niej obiektywnej opinii niż iść z tym do najbliższych, którzy na pierwszym miejscu stawiają twój komfort, często mijając się z prawdą. Dlatego zamiast do przyjaciół chadzała do innych ludzi, często z nią nie związanych w żaden sposób i robiła z siebie nie lada pośmiewisko, choć nie zawsze, gdyż były przypadki gdzie była zadowolona z odpowiedzi. Nieliczne, ale jednak.
    Odetchnęła z ulgą. Ramiona, wcześniej spięte powodując nieprzyjemny ból w okolicach karku rozluźniły się nieco pozostawiając po sobie jedynie ślad dyskomfortu, jaki odczuwała chwilę wcześniej. Gestem wskazała my miejsce w z którego chwilę wcześniej się zerwała, o dziwo nie zajęte przez żadnego ucznia. W normalnych warunkach było ono oblegane, każdy chciał się znaleźć jak najdalej od wścibskich oczu innych uczniów i nauczycieli. Tym razem jednak, na ich szczęści i ku uldze Victoirii nikt nie czuł się nim zainteresowany. Usiadła na krześle nerwowo zaciskając ręce na zamszowej spódnicy wystającej jej spod długiej szaty. Rozejrzała się nerwowo wokół siebie, upewniając się że żadna wścibska para oczu nie obserwuje jej ukradkiem, w szczególności szukała tu charakterystycznych dla Weasleyów rysów twarzy oraz rudych włosów. Nie widząc żadnego zagrożenia w zasięgu swojego wzroku skupiła uwagę na mężczyźnie.
    - Trudni mi zacząć. Nie chcę byś uznał mnie za jakąś paranoiczkę, choć w sumie może będzie to jedna z trafniejszych uwag na temat mojej osoby- słowa same wylatywały jej z ust, nawet nie była w stanie ugryźć się w język i zaprzestać wygłaszania tych bluźnierstw, które zamiast jej pomóc tylko ją oczerniały, robiąc z niej pierwszą lepszą łamagę- postawię sprawę jasno, mam nadzieję, że mnie zrozumiesz. Profesor Lupin, to znaczy Teddy…on już wie- zamknęła na chwilę oczy, a gdy je otworzyła widać było w nich jedynie ból zmieszany z tęsknotą- Wie, że tu jestem. I chciałam, żebyś wiedział bo z tego co wiem się przyjaźnicie, a znając jego zaraz przyleci do ciebie z oskarżeniami. Nie chcę was w żaden sposób poróżnić, ale chyba wiesz jaki on jest. Często najpierw coś robi a potem myśli.

    Victoire, której w zaszczycie przypadła publikacja dwusetnego komentarza

    OdpowiedzUsuń