30 października 2015

Take me home where I belong

Avalon Moore
Szósty rok w domu Kruka.
Czternaście cali, lipa i włos z głowy wili.
 Jestem idealnym przykładem ideału 

– Jestem Twoją upragnioną Utopią. Definicją nieskończonego szczęścia i radości. Jestem wszystkim tym czego pragniesz, chociaż nawet nie zdajesz sobie jeszcze z tego sprawy. Jestem tym, co było, jest i będzie. Tym, co będzie trwało wiecznie. Jestem Avalon. – zaśmiała się subtelnie i  odwróciła na pięcie, tym samym wprawiając w ruch swoje długie, srebrzyste włosy, które delikatnie musnęły Twoją twarz, przed którymi nie zdążyłeś się cofnąć. Spojrzała jeszcze jeden raz na Ciebie odwracając głowę przez ramię, posyłając Ci ostatni już uśmiech i zniknęła. Stałeś jeszcze przez chwilę, zastanawiając się o co tak właściwie mogło jej chodzić. Analizując każde wypowiedziane słowo przez pełne, pokryte fuksją wargi. Kiedy już w końcu dociera do Ciebie to, co chciałbyś jej powiedzieć… Jej już nie ma. Chociaż jest tak charakterystyczną osobą, nie jesteś w stanie ponownie dostrzec jej w tłumie. Straciłeś szansę na odkrycie swojego raju.
Czujesz na sobie spojrzenie, jednak nie udało Ci się zlokalizować swojego obserwatora. Dopiero, kiedy to ona postanawia zrobić krok do przodu, dostrzegasz w końcu duże, ciemne oczy wlepione w Ciebie. Uśmiechasz się, przypominając sobie swoje wcześniejsze słowa i już chcesz jej coś powiedzieć, zapytać, ale… Znów zniknęła, skutecznie mieszając się w tłumie ślizgonów zmierzających do swojego pokoju wspólnego, tym samym dając Ci mylne wrażenie, że w końcu coś o niej wiesz. Czekaj… Naprawdę nie dostrzegłeś granatowej barwy na jej krawacie?

Więcej


czekoladowamasa@gmail.com gg:56489703

Fred, Jihoon, Bane, Arsellus,

200 komentarzy:

  1. [Cześć. Karta wyszła wizualnie bardzo ładnie, ale czuję pewien niedosyt informacyjny po przeczytaniu. Zupełnie tak jak w ostatnim zdaniu - zdaje się, że coś wie się o Avalon, ale w rzeczywistości nie wie się nic. Ale to pewnie zabieg celowy, a ja się niepotrzebnie przed szereg wyrywam. Na koniec - ładne włosy. Teraz ten kolor jest mega modny. Wszystkie moje koleżanki taki mają. ;]

    OdpowiedzUsuń
  2. [Mówiąc krótko, super Ci wyszła Avalon, naprawdę! Jednak oczywiście przeciągnę i dodam, że Twoje postacie są owiane taką intrygującą nutką tajemnicy, co zachęca do wątkowania i bliższego ich poznawania, a po przeczytaniu karty czuję się właśnie taki niedosyt. Dodatkowo jeszcze jest taka śliczna, a włosy to ma naprawdę cudowne :)]

    OdpowiedzUsuń
  3. [Właśnie przeczytałam! Bardzo dziękuję za doczepkę. Liczę na to, że uda nam się trochę pobohaterować, że się tak wyrażę. Planuję wrzucić Avery'ego w sam środek skomplikowanej, krwawej i pełnej zwrotów akcji walkę! Mam nadzieję, że przepadasz za takimi wątkami. Pozdrawiam!]

    OdpowiedzUsuń
  4. [Uło, postać żeńska, wątkujmy zatem! :D]

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. [A do tego Azjatka, jeśli oczy mnie nie mylą!]

      Usuń
  5. [Ja tylko chciałam napisać, że zdjęcie śliczne :)
    A o wątek się nie pcham, bo z resztą nie wyrabiam :D]

    - Vinga.

    OdpowiedzUsuń
  6. [ BuhahahahahahahahahXD tyle w komentarzu, też cię kocham :D ]

    OdpowiedzUsuń
  7. [Dziękuję za powitanie i Twoja karta również jest długa, pomijając chowanie tekstu :)
    To moja stara karta z onetowskich czasów, więc pozostawiłam jak jest.. z małymi poprawkami tylko :)
    Damy radę. Z niego bardziej luzak niż nauczyciel, więc Avalon (pokusiłam się na tą Twoją postać) nie odczuje tego.
    Chciałabyś coś typowo lekcyjnego czy normalne spotkanie gdzieś tam (wymyśli się zaraz)? :)]

    Cesare Caito

    OdpowiedzUsuń
  8. [No to witamy uczennicę, niech się jak najlepiej kolejna postać prowadzi! :)]

    OdpowiedzUsuń
  9. [U mnie za to raz zdarzyło się prowadzić żeńską postać i właściwie to przekonało mnie, że lepiej radzę sobie z bohaterem męskim :D Avalon wydaje się być bardzo ciekawą postacią, wydaje mi się nawet, że łączy ich wspólna cecha - obaj w jakiś sposób skrywają swój charakter gdzieś głęboko w środku. I wcale nie chodzi tu o to, że mają drugie dno.
    Nie wiem na jakich relacjach Ci zależy, ja myślę że mogliby się już jakiś czas dogadywać i trochę sobie siebie nawzajem pokazać. Avalon mogła by przychodzić do profesora na jakies korepetycje i wcale nie dlatego, że koepsko jej idzie - tak po prostu przy okazji, chociaż na chwile mogłaby wyluzować się i zrzucić szatę szczęśliwej księżniczki. Karkarow jest osobą, która szczere osoby wspiera z jeszcze większą szczerością i wcale nie miałby jej za złe, gdyby musiał poświęcić jej swój cenny czas na odsiadkę szlabanu, za to, że komuś coś wygarnęła:) Albo równie dobrze mógłby przez przypadek spotkać ja gdzieś w sowiarnii, wieży astronomicznej czy błoniach, gdy byłaby w kiepskim humorze. Albo wcale nie przypadkowo, najzwyczajniej mógłby też dowiedzieć się o jakiś niemiłych wydarzeniach i pognać za nią w jakieś miejsce :) W sumie tyle przychodzi mi na ten czas do łba. A wątek chętnie z Tobą poprowadzę :)]

    OdpowiedzUsuń
  10. [To wszystko zrobił sentyment. Mam nawet karty, które teraz to byłyby wyśmiane przez społeczeństwo, bo kiedyś się takie pisało. Tęsknie za wątkami pod zdjęciami :)
    Było uczone w początkowych latach nauki, ale korepetycje to chyba zawsze można dostać :D
    Dla Cesarego luźne oznacza - wyścigi na miotłach, piwo w Trzech Miotłach, otoczony przez różaniec urodziwych dam, robienie na złość woźnemu i prawienie psikusów uczniom oraz nauczycielom... tak, dzieciak z niego jeszcze :P]

    OdpowiedzUsuń
  11. [I tutaj też dziura zamiast pomysłów...]

    Matt Harrison

    OdpowiedzUsuń
  12. [Oczywiście pasuje mi Avalon :D Niestety, tak niewiele się dowiedziałam o niej z karty (co nie jest w żadnym razie minusem, bo karta jest świetna), że żaden pomysł mi nie przychodzi do głowy. Może jakaś burza mózgów? Chyba, że ty masz coś w zanadrzu.]
    James

    OdpowiedzUsuń
  13. [ A witam, witam i przepraszam, że z takim opóźnieniem. Dzięki również za aprobatę ;))
    Masz może jakieś propozycje co do miejsca ich spotkania? To postaram się coś skrobnąć]

    Valentine Maillet

    OdpowiedzUsuń
  14. [No, więc właśnie. Można tam kiedy indziej napomknąć o tym, że incydent z Ajrunem i Harrisonem w rolach głównych się odbył i tyle xD co do Avalon i Matta… trututut on raczej by miał ją za dziwaczkę hehe xD wgl ona jakaś taka nie w moim typie zbytnio. Tak. Wybrzydzam! Hm może by się poznali np. u Harrisonów, bo Avalon któregoś lata tam do nich przyjechała czy coś w tym stylu. A teraz wąteczek. Wywalmy ich może na jakąś wspólną libację, hazard w dormitoriach etc?]

    Matt Harrison

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. [Akurat w tle leci Freedom 90' George'a Michaela XD Mam nadzieję, że nie wywaliłam się z tym początkiem :c]

      Czy jest coś lepszego do integracji ludzi niż wspólna libacja? Całonocna libacja oczywiście. Matt mimo tego że chciał być oficerem policji nie był takim znowu grzecznym dzieckiem. Miał przed sobą jeszcze jakiś rok luzu, a potem trzeba było spinać tyłek i nadrabiać stracone lata. Ale to jeszcze trochę… Tego wieczora razem z Bellamy’m rozpowiedzieli wszystkim godnym uwagi o imprezce w dormitorium Gryfonów z siódmego roku. Elody oczywiście nie dostała zaproszenia, bo Matthew uważał, że to nie miejsce dla niej. Nawet gdyby jej się spodobało, powiedziałby, że dla jej dobra postanawia za nią, że jej się jednak tam nie podoba. Gdyby się stawiała, wziąłby ją pod pachę i wrzucił do sypialni dziewczyn. Zresztą nie potrafiłby imprezować z nią u boku albo gdzieś w pobliżu. Ciągle musiałby ją mieć na oku i odganiać wszystkich kretynów, których trochę się kręciło dookoła jego siostry. Elody, kocham cię. To dla twojego dobra i zatrzaśnięcie drzwi przed nosem nie byłyby pierwszą i ostatnią taką sytuacją.
      Harrison rozejrzał się dookoła czy aby przypadkiem nie ma żadnych gapiów i wyciągnął spod łóżka sporych rozmiarów kufer. Kliknął i oto otworzył się przed nim inny świat. Świat nielegalnych substancji zarówno w świecie jugoli jak i tym czarodziejskim. Chociaż kto wie czy magowie wiedzieli co to narkotyki? Miał dwie torby trawy, siedemdziesiąt pięć tabletek meskaliny, pięć arkuszy przesyconych kwasem znaczków, pół solniczki kokainy i całą galaktykę wielokolorowych przymulaczy i rozśmieszaczy. A także litr tequili, litr rumu, skrzynkę piwa, pół litra czystego eteru i dwa tuziny pastylek amylu. Do tego jakąś półpełną butelkę wódki, której nie skończyli z Bellamy’m. Czyli impreza zapowiadała się na gruby, a w zasadzie tłusty melanż. Matt otworzył szerzej oczy i uśmiechnął się pod nosem, żując gumę. Odrzucił włosy i wstał akurat w momencie, w którym do dormitorium wbił Sam. Obrzucił Matta wesołym i podnieconym spojrzeniem.
      - I jak stoimy? – spytał, poprawiając niesione na ramieniu stare radio, które przywlókł z domu w swojej torbie. Przyjaciel spojrzał na Gryfona z uśmiechem.
      - Wszystko jest. Tylko jeszcze trzeba załatwić jakieś karty czy coś w ten deseń – dorzucił Matt, wstając i rozglądając się po pokoju. Sam w tym czasie rozstawił sprzęt i podniósł jakieś zdjęcie Matthew z Elody.
      - A to co znowu? Artystyczne zdjęcia artystycznego człowieka balansującego po cienkiej linii artystycznego upojenia? – spytał, unosząc znacząco brew. Harrison wyciągnął jeszcze puszkę piwa, otworzył i cisnął się z butami na łóżko.
      - Żebyś wiedział! – krzyknął, patrząc na zegarek. No, za jakaś chwilę powinni zbierać się pierwsi ludzie.
      **
      Nikt nie miał pojęcia, o której zaczynało się chlanie, jednak goście zawsze schodzili się tłumnie do Gryfonów po zachodzie słońca, czyli bardzo szybko o tej porze roku. Po krótkim czasie cała sypialnia była zapchana ludem, który pił, grał, ćpał, całował się. Jednym słowem działo się tam wszystko. Jakaś panienka leżała rozwalona na łóżku Harrisona z głową dyndającą nad podłogą i nogami opartymi o ścianę. Od czasu do czasu przykładała sobie do ust skręta, który najwidoczniej dość mocno ją kopnął, bo gapiła się swoim obojętnym wzrokiem w sufit, uśmiechając błogo. Kolejna za to chodziła albo potwornie wolno tańczyła na środku pokoju w długiej sukience bez pleców z koralikami na głowie i lenonkami na nosie. Poruszała się w dziwny sposób do dźwięków psychodelicznej muzyki i równie rąbniętych chórków. Wyglądała jakby miała w sobie demona. Pełno indiańskich i indyjskich chust wisiało na ścianach i oknach, a poduszki podwędzone z dachu nadawały iście hinduskich klimatów. Nawet ktoś przyniósł kadzidełka. Wszystko pochłaniała ciemna, pomarańczowa łuna. Pośrodku tego wszystkiego znajdował się Matt, zmierzając jako tako w kierunku drzwi. Ktoś pukał.

      Matt

      Usuń
  15. Alexander właśnie zajęty był piciem herbaty, gdy przed oczami mignęła mu jakaś jasna czuprynka. Trzeba nadmienić, iż Stratford, reprezentujący utarty schemat Brytyjczyków, herbatę wręcz ubóstwiał, wielbił, a pić ją mógł litrami; nie za ciepłą, nie za chłodną, mocną, ale z dużym dodatkiem cukru i cytryny, taką, jaką lubił najbardziej.
    Istniała jednak rzecz, przy której herbata bledła jak najobrzydliwsze pomyje, choć nazywanie tego rzeczą jest czynem karygodnym. Kobiety.
    Jedna taka właśnie odwróciła uwagę Alexa od napoju bogów, po prostu pojawiając się przed jego zielonymi oczyma, bo właśnie wychodziła z Wielkiej Sali, najprawdopodobniej po skończeniu śniadania. Nie minęło nawet pięć sekund, a brunet zgromadził w swej głowie wszystkie najpotrzebniejsze szczegóły ─ dziewczyna miała, jak widział, wysokie kości policzkowe, długie, mocne włosy (choć pofarbowane), szczupłą i filigranową figurę, na pewno nie zarezerwowaną dla Europejek. Jeśli pamięć go nie zwodziła, to musiała być Moore z Ravenclawu. Nie zwracał nigdy na nią zbyt wiele uwagi, ale też nie przypominał sobie czasu, by miał ku temu sposobność; wydawać by się mogło, iż dziewczyna znika za każdym razem, gdy już mogłaby na stałe zagościć w Twojej głowie.
    W każdym razie Alex zawsze się zastanawiał, jakim cudem Azjatka, chociażby w połowie, nosiła angielskie nazwisko, bo to nie zdarzało się często ─ na Wschodzie ludzie przywiązywali ogromną uwagę do nazwisk, i basta. Taki jednak Stratford był, ciekawski. A skoro już miał pytania, w dodatku do ładnej dziewczyny, co mu szkodziło, by zapytać?
    ─ Hej ─ rzucił swobodnie, gdy już wysunął się z ławki i dogonił Avalon, która teraz wpatrywała się w niego jakby beznamiętnie; miała tak brązowe oczy, że nawet w jasnym, porannym świetle wydawały się chłopakowi czarne. On, ze swoimi bladozielonymi tęczówkami, zupełnie odpadał w tej kategorii.
    ─ Wytłumacz mi coś, błagam, nurtuje mnie to... Jak to się stało, że jesteś Azjatką z angielskim imieniem i nazwiskiem? ─ wypalił.
    Zupełnie nie zdawał sobie sprawy z tego, jak śmiesznie zabrzmiały jego słowa i jakim brakiem taktu mógł wykazać się w tym momencie, gdyby to była naprawdę grubsza, prywatna sprawa. To jednak cechowało Alexa, zupełnie nie myślał, gdy coś robił i zwyczajnie nie był bohaterem, któremu wszystko uchodziło na sucho.

    OdpowiedzUsuń
  16. [Rzeczywiście, widzę podobieństwo! ;> Tak w komentarzach ciężko o burzę mózgów... proponuję drogę mailową bądź gg, może razem coś wykminimy ciekawego!]

    Zabini

    OdpowiedzUsuń
  17. ─ Ale dlaczego miałbym zakładać, że twoi rodzice są normalni? ─ odparł z szelmowskim uśmiechem, zanim jeszcze zirytowana dziewczyna odwróciła się na pięcie.
    Jak już wspomniano, z Alexandrem było jak z dzieckiem. Był bezpośredni, szczery, a przede wszystkim uparty i z niezwykłą starannością udawało mu się wkręcać sobie różnorakie głupoty, o których nie mógł przestać potem myśleć. Coś w tylu idiotycznych pytań, jakie nawiedzają czasem ludzkie głowy, najczęściej pod prysznicem, głębokie rozmyślania w stylu "dlaczego kurczaki nie latają". Stoją przez chwilę, zastanawiając się, dlaczego pomyśleli o czymś tak bezsensownym, po czym ulatuje to z ich myśli, zastąpione czymś innym. Stratford jednak roztrząsałby te przeklęte kurczaki tak długo, aż nie znalazłby sensownej odpowiedzi na pytanie.
    Musiał to wiedzieć, po prostu musiał. Nie było innego wytłumaczenia. Musiał.
    ─ To jak to jest... Twój ojciec jest Chińczykiem? Japończykiem? ─ zapytał, kiedy tylko dogonił ją już na błoniach.
    Mniej-więcej w tym momencie zdał sobie sprawę z komizmu sytuacji, w jakiej się znaleźli, ale stłumił chęć do śmiechu, bo miał ochotę poirytować swoją nową koleżankę. A może nawet... Poirytować na dłużej, jeśli ta by mu na to pozwoliła.
    Lubił to robić, lubił widzieć wyraz tej słodkiej, dziewczęcej wściekłości, która zawsze przypominała mu złość takich małych, kilkumiesięcznych kotów. Niby potrafią zadrapać do krwi, wgryźć się boleśnie w ciało i narobić dużo innych szkód, ale były przy tym tak urocze, że nie dało się na nie chociażby odrobinę powkurzać.
    ─ Czekaj, zanim coś powiesz, znam po chińsku jedno słowo, tylko jak to było... A, mam! Baozi ─ powiedział, schylając się jednocześnie w dół, jak to było w zwyczaju ludzi ze Wschodu. Nawet nie miał pojęcia, jaką zabawną pomyłkę popełnił, myląc to wyrażenie ze zwykłym "dzień dobry".
    Ciekawe, czy dziewczyna wiedziała.

    OdpowiedzUsuń
  18. Uniósł brew, widząc Avalon przed swoimi drzwiami. Była przyjaciółką Elody, ale nie oznaczało to, że od razu znali się jak łyse konie. Przyjechała do nich kiedyś na wakacje. Akurat siedział w swoim pokoju i grał na gitarze, gdy drzwi się otworzyły i stanęła w nich młodsza z rodzeństwa Harrison, a nad jej ramieniem zerkała biała głowa i skośne oczy.
    - A to mój brat. Matthew – mruknęła blondynka obojętnie jakby pokazywała co najmniej jakiś okaz małpy w zoo, a nie własnego brata. Jeszcze dziwny gest ręką świadczył, że chyba się go wstydziła albo ukazywała pogardę na przyziemne miłostki Matthew.
    Zjechał ją spojrzeniem od stóp do głowy i wzruszył ramionami. Jeśli nie miała zamiaru przemycać alkoholu dla Elody, to mogła wejść. Wiadomo, że będzie miał na nią oko, żeby nie przesadziła, ale raczej nie byłaby przyjaciółką jego siostry, gdyby lubiła dać sobie ostro w palnik. Gdy tylko przemknęła pod jego ręką, zerknął jeszcze na korytarz czy aby nikogo nie ma i zamknął drzwi. Odprowadził Avalon wzrokiem i skupił się na jakiejś Krukonce obok. Wyciągnęła w jego stronę jointa, więc przyjął go i poszedł pod okno, gdzie było wolne miejsce na wielkiej poduszce w kształcie piłki futbolowej. Opadł na niej jak jakiś król i machnął brwiami w stronę zdecydowanie dobrze bawiącego się Bellamy’ego. Ten uniósł w górę szklankę z jakimś fluorescencyjnym napojem i głośno zaśmiał.
    - Tak się imprezuje u mugoli, co nie? – spytała jakaś brunetka, przysiadając się na łóżku w siadzie skrzyżnym. Wyciągnęła rękę w stronę Matta i machnęła ponaglająco. Spojrzała dodatkowo znacząco na trzymanego przez chłopaka skręta. – Dzięki – mruknęła, zaciągając się. Mattowi wydawało się, że dziewczyna znajduje się za jakąś ścianą mgły. – Masz coś na nogawce- odezwała się istota płci żeńskiej o kręconych w sprężynki, radioaktywnych włosach. Była nadzwyczaj bajeczna z tymi dziwnymi kolorami skaczącymi po pokoju.
    - Jak ci na imię? - spytał nieśmiało Harrison, czując, że zjeżdża tyłkiem z poduszki.
    - Hu-hu-hudson - rozniosło się echem. – Hudson. I jesteś już spizgany.
    - Nie - uśmiechnął się triumfalnie, jednak ta niesamowicie ciekawa konwersacja została przerwana przez Avalon. – My? – powtórzył za nią jakby się przesłyszał. – Nie ma tu twoich znajomych? No, na przykład tamten o – i wskazał ręką jakiegoś chłopaka w kącie, śmiejącego się z zapewne przednich żartów dziewczyn. Chyba był jakimś idolem nastolatek, bo dookoła rozsiadł się wianuszek uczennic. – A to moja droga… - dodał, przekrzywiając głowę i roztrzepując włosy. – To jest Schweppes. I nie ma w nim alkoholu. Nie martw się. Za kim się tak rozglądasz, hm? – rzucił obojętnie, wstając. Minął Avalon i skierował się na drugą stronę pokoju, by zabrać gitarę. Pewnie dziewczyna poszła za nim, bo wątpił, że znajdował się tam jeszcze ktoś po za nim kogo by znała. Nagle stanął przed nim Sam i zaczął się drzeć. Matthew się dołączył i darli się pośrodku dormitorium, przekrzykując muzykę, a ludzie zaczęli klaskać i wiwatować. Gdy skończyli, bracia Pistols zawołali o to, żeby ktoś im polał kolejkę. Trzymając podstawki do jajek, które zarąbali z kuchni, skrzyżowali prawe ręce i patrząc na siebie uważnie wypili alkohol jednym haustem. Trwało to może łącznie z dwie minuty, po których Harrison ruszył dalej po gitarę, a Sam w inną stronę pokoju. – No, Avalon. Co powiesz na małe jam session? – spytał Matt, starając się przekrzyczeć hałas imprezy. – Tylko nie przesadź z tym Schweppesem – dodał i zaśmiał się, biorąc w zęby kostkę i uśmiechając się jednoznacznie do dziewczyny.

    Matt

    OdpowiedzUsuń
  19. ─ Co do chińskiej knajpki, to się zgodzę, ale byłem święcie przekonany, że chodziło o zwykłe powitanie ─ wymamrotał, marszcząc brwi, a jednocześnie w głowie przeklinając tego głupiego chłopaka z restauracji w Londynie, który zapewniał go, iż "baozi" znaczy nic innego jak "dzień dobry". Nie mógł uwierzyć, że tak łatwo dał się nabrać, choć odrobinę pocieszał go fakt, iż miał wtedy tylko czternaście lat, można było mu wmówić wszystko.
    ─ W każdym razie tak oficjalnie... Cześć, jestem Alexander ─ powiedział, wyciągając rękę.
    Spodziewał się, że dziewczyna na pewno nie będzie dobrze wspominać pierwszego wrażenia, jakie wywołał ─ brunet, mimo iż nie wiedział, że trafił na jej zły dzień, potrafił interpretować czyjąś irytacje. Zastanawiał się jedynie, czy Avalon jest wkurzona do tego stopnia, że zaraz naprawdę odwróci się na pięcie i sobie pójdzie. Co jak co, Stratford nachalny nie był, a kosza otrzymał niezliczoną ilość razy, toteż gdyby ta panienka zdecydowałaby się na odejście, nie płakałby rzewnie, aczkolwiek... Wcale nie chciał, żeby sobie poszła.
    Poza tym on naprawdę chciał wiedzieć, o co chodzi z tym nazwiskiem.
    ─ To może... Tajlandczykiem? Koreańczykiem? ─ zapytał po chwili, mierząc ją spojrzeniem, a na jego usta wpłynął delikatny uśmiech. Chciał poprawić dziewczynie humor, a przynajmniej wywołać kolejny pogodny wyraz, który wpłynąłby na jej twarz i tam już został. Wcale nie obchodziło go, by poznać historię rodziny dziewczyny, ani, broń boże, jakieś sekrety czy prywatne rzeczy. Nie zapytał jej o nic, co mogło być tajemnicą, a jedynie interesował go fakt, jak to się stało, iż Azjatka ma angielskie nazwisko.
    ─ Ale zaraz, to dalej nie tłumaczy tego nazwiska... Moore, owiana jesteś zagadką.

    OdpowiedzUsuń
  20. Były takie dni, w których i Vlado zastanawiał się, dlaczego ludzie często skrywają w sobie swoje prawdziwe ja. Było to dla niego z jednej strony dziwne, zaś z drugiej zadziwiające - on osobiście nie miał z tym problemów, może dlatego, że od początku miał cięty język, łeb na karku i gadał żywnie to co mu się podobało i nie podobało. Potrafił się powstrzymać, ale w pewnych sytuacjach nie widział takiej potrzebny. A nawet przeciwnie. Czasem po prostu trzeba było palnąć o te kilka słów za dużo by dać komuś do zrozumienia, że jest zwykłym pustakiem.
    Ciężko było mu też zrozumieć, jak ludzie potrafią to robić. Jakim cudem potrafią być zupełnie kimś innym, podporządkowywać pod kogoś swe cechy, swój styl bycia i w ogóle siebie, a nie móc wyrzucać tego, co tak naprawdę mu w duszy gra. Może dlatego, że nie znał historii co poniektórych i nie wiedział, jak ważną i istotną rolę odgrywało bycie kimś kim się nie jest w cudzym życiu.
    Tego dnia, profesor miał wolną rękę. Wszystko co miał załatwić, zdążył zakończyć przed czasem. Mógł spokojnie oddać się błogiemu wypoczynkowi, leżąc na kanapie, słuchając dźwięków strun, fortepianu, pijąc przy tym kremowe piwo. Tyle, że tak jak co tydzień, ruszył w kierunku Sowiarni na swoje własne obchody. Dobrze wiedział, że uczniom w dobie nauki i rozrywek zdarzało się zapominać o tych puchatych ptaszyskach, które większość czasu spędzały we Wieży Zachodniej. Vlado od czasu do czasu podrzucał im kilka ziarenek, by te mogły poczuć się choć na chwilę zainteresowane. Po za tym, cenił błogi spokój jaki tam panował. Było to miejsce idealne do głębszych przemyśleń, do zaznania chwili spokoju - mało kto się tam pojawiał, dlatego te cztery ściany emanowały czystą energią. Jedynie sowy niekiedy pogwizdywały, przelatywały z miejsca na miejsce, budując tym samym poczucie bezpieczeństwa.
    Karkarow i tym razem nikogo się nie spodziewał, dlatego nawet nie zastanawiał się nad wejściem, a od razu wszedł z butami do wieży sów. Kiedy jego oczy napotkały jedną z uczennic Hogwartu, siedzącą z kolanami objętymi przez ramiona, podniósł brew w górę. Choć gdyby nawet nie chciał jej zauważyć, to najzwyczajniej w świecie nie mógł i nie potrafił ot tak minąć panienki Moore jak szarego, zadrapanego, stojącego od setek lat posągu. I chcąc nie chcąc, zauważył, że coś jest nie tak.
    O najświętszy Mungu, oświeć mnie i daj mi moc, bym mógł naprawić stan dziewczyny - pomyślał kierując się w stronę dziewczyny, która już zdążyła zwrócić na niego uwagę.
    Założył kosmyk włosów za ucho i wyciagnąwszy dłonie z kieszeni, pochylił głowę delikatnie w lewo.
    - Co się dzieje, Avalon? Tylko nie mów mi, ze wszystko jest ok, bo ślepy nie jestem - Odparł kucając kilka metrów na przeciwko. Znał już kilka lat tę srebrnowłosą uczennicę. Wiedział, że z przedmiotami radziła sobie dobrze, dlatego tym samym domyślił się, że wcale nie chodziło tu o naukę, a o coś dużo głębszego. Zauważył też, że Avalon niekiedy potrafiła być zupełnie inną osobowością, aniżeli na co dzień. Zdarzało mu się zwrócić uwagę na to, że dziewczyna czasami była na pozór miła, a gdy tylko odsuwała się dalej i zaznała chwilę samotności i spokoju, była tak jakby odwrócona o sto osiemdziesiąt stopni - nie tak radosna, szeroko uśmiechnięta, fruwająca na otaczającym ją dookoła szczęściu.

    OdpowiedzUsuń
  21. [Jasne, jasne! Może niech Avalon dowie się, że Lexi rozprowadza po Hogwawrcie różnego rodzaju rzeczy (dla niewtajemniczonych jedynie słodycze :D) i akurat będzie ona czegoś potrzebowała - co to będzie to już mały szczegół. Dalej już nie ma co ustalać, ale mogą się polubić. Avalon ją może nawet trochę ogarnie, bo jest taka ułożona, a Alex będzie próbowała ją delikatnie zdemoralizować, oczywiście nie celowo! ;) Pasuje Ci coś takiego, czy myślimy dalej?

    Lexi

    OdpowiedzUsuń
  22. Gdyby Matt był by chociaż trochę mniej zjarany, wytrzeszczył by oczy na ten widok i przegonił Avalon i możliwe, że odprowadziłby do pokoju. Teraz jednak nie przejmował się tym zbytnio. W końcu była już dorosła, nie? Wytrzeszczył jednak oczy, trochę nim nawet zabujało i odchylił głowę w tył, śmiejąc się.
    - Odwracam się na chwilę, a ty już się upijasz? – rzucił, uśmiechając się pod nosem. – Ale wiedz, że nie będę cię pilnował – dodał, siadając w luce okna i poprawiając gitarę na udzie. – Kto tu mówi o dżemie, dzieciaku?
    I skupił się na gitarze. A przynajmniej się starał. Ale nagle Avalon wyskoczyła z pomysłem pokera. No, fajnie. Już ludzie grali, więc czemu by nie miała do nich się dosiąąąąą….ść. rozbieranego. Gdyby był w stanie zrobić cokolwiek prócz siedzenia, walnąłby pięknego podręcznikowego facepalma. Ale nie spodziewał się braku reakcji ze strony ludzi. Ci zaczęli się drzeć i klaskać jak zresztą na wszystko, co proponowali imprezowicze. Matt posłał pytające spojrzenie w stronę Sama, ale ten tylko machnął brwiami i wzruszył ramionami. No, tak. Czyli Harrison musiał się tym zająć. Ale naprawdę nie mógł podnieść tyłka. Albo mógł, ale mu się nie chciało. W sumie to najchętniej poszedłby z powrotem na tę poduchę i palił trawę dalej z tą typiarą od radioaktywnych włosów. Jednak zamiast tego zobaczył stojącą na stole Avalon i krzycząca coś do ludzi. Otworzył szerzej oczy i nawet nie zauważył, kiedy stał przed nią i patrzył do góry.
    - Av, chyba powinnaś zejść – powiedział, nie odrywając od niej wzroku. – Potem będziesz tego żałować.
    Miał cichą nadzieję, że go posłucha. Bo nawet na haju wiedział, że gdyby dziewczyna nie wypiła w życiu nie chciałaby się tak zachować. A tym bardziej nie zrobiłaby tego publicznie. Chociaż na tyle ją znał. Ludzie dookoła krzyczeli i nawoływali do Avalon. Matt odgarnął włosy i czekał.

    Matt
    [Wiem, że mało i nie za dużo akcji do przodu, ale nie wiem co planujesz, więc wolę poczekac z rozwojem xD]

    OdpowiedzUsuń
  23. Dopiero co zakończyła intensywną wymianę zdań z jedynym ze swoich rówieśników i teraz prowadziła z nim ostateczną wojnę na spojrzenia, to doskonale wiedziała, że już w tym momencie po raz kolejny zostaję zwycięzcą. Wprawdzie zdążyła już zapomnieć, czego tak zażarcie broniła, ale mówiąc szczerze, nie było to zbytnio istotne. Liczyła się jedynie satysfakcja z tego, że udało jej się wykazać swoją rację i z wygranej, która była już piątą, osiągniętą tego niezwykle udanego dnia. Odprowadziła w końcu wzrokiem poległego i zirytowanego Gryfona, a gdy odwróciła się, chcąc usiąść na parapecie, spostrzegła przed sobą z pewnością starszą i co najmniej o pół głowy wyższą dziewczynę. Z natury była nader energiczna i ciekawska więc chcąc nie chcąc znała dużo osób, a jeszcze więcej znało ją, co wcale takie fajne nie było. Oczywiście i ta Krukonka, nie była jej tak w zupełności obca, a była pewna, że nawet kilka razy z nią rozmawiała, choć stanowczo więcej na jej temat słyszała od innych. - No cześć, nie mam zbyt dużo czasu...a chodzi o to...- powiedziała, mając ogromną ochotę, odejść bez słowa obawiając się o to, czy czasem słynna panna idealna nie knuje z nauczycielami jakiegoś spisku przeciwko niej. Jednakże kolejne słowa dziewczyny mimowolnie wykluczyły te przypuszczenia,a umocnił je jeszcze fakt, że dodatkowe pieniądze zawsze się przydadzą, w szczególności teraz.- Jednak znajdę chwilę. Wracając, dobrze słyszałaś. Sprawy i rzeczy załatwiam szybko, tanio, i bezpiecznie. Robię prawie wszystko, a wszystko za dodatkową dopłatą. - powiedziała, opierając się o ścianę i posyłając dziewczynie dość chłodne, naturalne spojrzenie. - Więc co Cię do mnie sprowadza? - w końcu przewróciła oczami i próbując równie uroczo co jej rozmówczyni uśmiechnąć się, to na jej twarzy pojawił się charakterystyczny ironiczny grymas. - Pamiętaj tylko, że nic nie ma za darmo, a za uśmiech to mogę Ci co najwyżej opowiedzieć żart - prychnęła, ignorując spojrzenie Avalon.

    Lexi

    OdpowiedzUsuń
  24. Alexander od razu pomyślał, że jej prawdopodobne zachowanie idealnie wpasowywało się w normy Krukonów, jednak miał wrażenie, iż dziewczyna też jest tego w pełni świadoma. Nie mówił toteż nic, zastanawiając się w duchu, cóż też mogło znaczyć to, że zachowuje się, jak na typowego mieszkańca Gryffindoru przystało. Z tego, co kojarzył, Gryfoni nie byli naiwni i nie uważali za słuszne powiedzonka grubego kelnera u chińczyka.
    Stratford musiał być jakimś potężnym wyjątkiem.
    — Nie ma sprawy — powiedział. Z jego twarzy nie schodził uśmiech. — Też bym się pewnie wystraszył, gdyby jakas dziewczyna zaatakowała mnie na obiedzie, pytając dlaczego nazywam sie tak, a nie inaczej. Wybacz mi te pytania...
    Uniósł brwi delikatnie, a na jego buźkę wpłynął przepraszający wyraz, by w jakiś sposób udobruchać dziewczynę, choćby jeszcze odrobinę. Alex zauważył, że ta ma o wiele lepszy humor, a jej ciemne oczy nie wyrażały juz połączenia chęci mordu i szybkiej ucieczki.
    — Nie mam żadnego interesu, by rozpowiadać to wszystkim innym.
    Pokręcił głową, nawet nie zdając sobie sprawy, jak bardzo zabrzmiał w tym momencie gryfońsko. Dom ich reprezentowała szczerość, honor i sprawiedliwość, toteż kłamstwo było w ich przypadku rzeczą praktycznie zakazaną. Jak wiadomo jednak, nie wszystkich da się podpisać do jednej i tej samej kategorii — Stratford żył w zgodzie ze samym sobą, tak, by jemu żyło się wygodnie. Nie była to może idea do naśladowania, aczkolwiek na pewno wygodna.

    [koreanka, yay! mi do kompletu takiej właśnie brakuje, ale stwierdziłam, iż byłoby to przesadą, nie chcę zazjacić tutaj całego Hogwartu :D na początku myślałam po urodzie, że chinka, ale teraz to nawet lepiej, bo sądziłam, że to ja tylko tu lubię te klimaty!
    w ogóle, zaczynamy też z Ahnem? bo nie wiem czy masz limit wątków, so you know!]

    OdpowiedzUsuń
  25. [ Przepraszam, że musisz czekać, ale ja za zwyczaj chcę, żeby to co napiszę było w miarę dobre ;) Aby czytanie sprawiło to innej osobie przyjemność jak i mnie pisanie. Dlatego wybacz, ale muszę całość trochę przetrawić]

    OdpowiedzUsuń
  26. - Jesteś chyba jedyną osobą, której słodycze służą. To dobrze, bo gdyby tak nie było, miałabyś spore problemy z dopięciem spódnicy, ba z przejściem w drzwiach — wybuchnęła śmiechem na widok starannie ułożonej listy, na której widniały nazwy co najmniej dziesięciu rodzai słodkości. Dawno nie miała już szansy na tak łatwe zdobycie pieniędzy, które teraz były jej niezwykle potrzebne, bo kieszonkowe na ten miesiąc wydała już prawie w całości. Ostatnio wszyscy oczekiwali rzeczy niemożliwych, nad których zdobyciem musiała się trochę namęczyć i chociaż lubiła wyzwania, to jej lenistwo dawało o sobie coraz częściej znać. - Jak dla ciebie to myślę, że w granicach 20 sykli — powiedziała, wkładając kartkę do wolnej kieszonki. Doliczyła tylko dwie dodatkowe monety, co było jednak dość dziwne, bo zazwyczaj przywłaszczała sobie ich około siedmiu, tak by nikt się nie czepiał, że ceny są wygórowane. - Widze, że wątpisz w moje możliwości. Nie takie rzeczy organizowałam więc jakieś tam ciastka będą z pewnością — mówiąc, przyglądała się dziewczynie i chociaż nie chciała, aby Krukonka to zauważyła, z pewnością było inaczej. Odrzuciła odstające na wszystkie strony nijakie włosy, które najchętniej skróciłaby o kilkanaście centymetrów, jednak ciotka zagroziła, że jeśli to zrobi, przestanie wysyłać jej jakiekolwiek pieniądze. A to, co powiedział nadmuchany balon, było świętością i chcąc nie chcąc musiała pogodzić się z jej decyzją. - Lexi, Gryffindor. Mój brat jest w Ravenclavie, masakra co nie? Musi się uczyć i uczyć, kompletnie nie ma czasu na spotkania — przybiła z dziewczyną piątkę, choć ta najwidoczniej zdziwiła się rozwojem całej sytuacji. - Nie miej mi za złe tego wcześniejszego komentarza, śmieszą mnie takie rzeczy i takie osoby jak On — wskazała głową na stojącego niedaleko niej wciąż urażonego chłopaka, któremu posłała dumny uśmiech, choć chciała coś innego. - Znajdę Cię bez problemu, a jeśli będziesz jeszcze coś chciała to wal śmiało i jak najszybciej, jestem wszędzie, gdzie coś się dzieje — przesunęła stojącą za kolumną deskorolkę i jakby nigdy nic odjechała, zręcznie wymijając przy tym idące korytarzem osoby.
    - Miło było poznać! Do zobaczenia niedługo Av! - krzyknęła jeszcze, puszczając jej oczko, przez co o mało po raz kolejny nie wpadła na kogoś.

    OdpowiedzUsuń
  27. — Właściwie to tak. Wiesz, z imieniem może być różnie, ale z nazwiskami zazwyczaj nie jest tak łatwo... W każdym razie nie ważne, nie chcesz, to nie mów — mruknął, stojąc dalej na swoim miejscu. Uniósł lekko brwi, gdy dziewczyna zaczęła odchodzić, natomiast w momencie kiedy do niego zawróciła, na jego twarzy kolejny raz pojawił się uśmiech.
    Zadrżał delikatnie, dopiero w tym momencie orientując się, jak zimno było na dworze. Miał na sobie normalną szatę, bo w ogóle nie planował w ciągu dnia wychodzić z zamku, a tym bardziej nie po to, by spacerować po hogwarckich błoniach. Skinął lekko głową w stronę dziewczyny.
    — Chodź do zamku, bo się przeziębisz.
    Lubił mówić. Z tego powodu nigdy nie narzekał na cisze podczas spotkań — zawsze znajdował jakiś temat do rozmów, opowiadał nieśmieszne żarciki i paplał do tej pory, dopóki towarzystwo nie było w dobrych humorach. Dlatego też teraz omiótł dziewczynę spojrzeniem i posłał jej kolejny uśmiech, zupełnie ignorując fakt, iż zaburczało mu w brzuchu. A mógł zjeść jeszcze jedną bułkę, zamiast pić tę cholerną herbatę.
    — Jesteś stąd? Tak naprawdę mijamy się na korytarzach już kilka lat, a nic o sobie nie wiemy. Dziwne to, nie uważasz? Patrz, masz zajęcia z jakąś dziewczyną z, powiedzmy, Hufflepuffu odkąd tylko dostałaś się do Hogwartu, a dopiero na miesiąc przed końcem szkoły dowiadujesz się, że gra na skrzypcach jak profesjonalistka. Tyle rzeczy nam umyka. Zdaje się, że kogoś znasz, a potem wyskakują takie skrzypce. O czym ja to... Właśnie! Skąd jesteś? Ja to typowy, najzwyklejszy w świecie Brytyjczyk, niestety. Ale tak, jak już mówiłaś, płynie w tobie koreańska krew... Właśnie, jak to jest tam, na Wschodzie?

    [To czekam na zaczęcie u Ahna :)]

    OdpowiedzUsuń
  28. Choć ostatnio wydostanie się z Zamku ze względu na sytuację, było dość trudne to jednak nie niemożliwe. Wystarczyło się tylko trochę postarać i jeśli się chciało, a Lexi wyjątkowo bardzo chciała wyjście z budynku, zajmowało nie więcej niż dziesięć minut. Wprawdzie mogła użyć magi, ale problemów miała już wystarczająco dużo, więc dla niej o wiele lepszą opcją było wykorzystanie wrodzonego sprytu i wyjście drogą, którą znała, zapewnię, nie tylko ona, lecz chyba jedynie piętnastoletnia Gryfonka była na tyle odważna i bezmyślna, by wciąż jej używać. Wszystko załatwiła bez najmniejszego problemu, a gotowa paczka i liścik czekały na nią tam gdzie zawsze, już kolejnego dnia. Przejrzała jej zawartość, uśmiechając się na widok ciasteczek, w których zdobycie Krukonka tak bardzo wątpiła i wsunęła pieniądze do szczeliny w ścianie. W pośpiechu wróciła do Hogwartu, a następnie ruszyła w kierunku pokoju wspólnego Krukonów, będąc przekonana, że właśnie tam znajdzie swoją klientkę, która z pewnością wieczór spędza na nauce. - Ej płaczku przestań się na mnie gniewać i przyjmij przegraną tak jak facet, o ile nim jeszcze jesteś — zagadała do stojącego przy wejściu Krukona, z którym już od kilku dni nie potrafiła dojść do przynajmniej względnego porozumienia, mając nadzieję, że pomoże jej on dostać się do dziewczyny.
    - Jeśli zawołasz Avalon dam Ci raz wygrać, kusząca propozycja prawda? No więc się ruszaj, myślisz, że mam czas na takie bezcelowe stanie? No właśnie. - przewróciła oczami i oparła się o ścianę, czekają aż ten nieporadny chłopaczyna, wejdzie do pokoju i raczy oznajmić swojej koleżance, że ta durnowata dziewczyna z Gryfifndoru, no ta, co jak idiotka jeździ na wrotkach i gada bzdury czeka na nią na korytarzu. Zaśmiała się słysząc słowa Krukona tracąc też jednocześnie ostatnie resztki sympatii do jego osoby.

    Lexi

    OdpowiedzUsuń
  29. Ahn równie dobrze pamiętał swoją rozmowę z rodzicami. Jak i u Avalon, siedzieli całą rodziną przy stole, w ciszy zajmując się jedzeniem kolacji, przerywaną jedynie pomrukami ojca. W końcu jego matka odłożyła pałeczki na bok z lekkim trzaskiem, czym zwróciła uwagę wszystkich osób wokół, a przez co Jiwoong wzdrygnął się delikatnie, by zaraz omieść żonę zimnym spojrzeniem.
    — Jihoon, pamiętasz dziewczynę, o której ci mówiłam, Hyorim? — zapytała. Na jej twarzy nie było widać cienia uśmiechu, jedynie delikatne zmarszczki wokół ust mogły sugerować, że to, co mówi, jest dla niej w jakiś sposób ważne.
    — Tak — odpowiedział jedynie, wciąż z pełnymi ustami.
    Jego starsza siostra, siedząca naprzeciwko, przewróciła do niego oczami, po czym obdarzyła delikatnym uśmiechem. Z nią miał najlepszy kontakt, nie licząc ojca, który poświęcał mu najwięcej uwagi, zupełnie ignorując resztę swoich dzieci. Tym razem jeszcze Miyeon miała wyjątkowo dobry humor. Jihoon podejrzewał, że to przez poranne spotkanie w sprawach interesów, które odbywała z najstarszym bratem w jego gabinecie. Miał wrażenie, że wszyscy już w tym domu wiedzą o nich relacji, choć nikt nie mówił tego głośno. Siedzieli obok siebie, oboje w znakomitych nastrojach, i udawali, że każde zetknięcie ich rąk jest przypadkowe, zupełnie jakby mieli po szesnaście lat.
    — Zdaje się, że chodzi z tobą do szkoły. Także proszę cię, miej na względzie interesy ojca i poświęć jej choć trochę uwagi. Nie namawiamy cię do niczego, bo w końcu macie dopiero siedemnaście lat, ale potem... Po prostu to rozważ, dobrze? Pamiętaj o ojcu.
    Jihoon skinął głową, starając się nie patrzeć matce w oczy.
    — Tak, oczywiście.
    I koniec, tyle po ich rozmowie. Do tego czasu kobieta co jakiś czas w listach wspominała mu o Avalon, za każdym razem dodając, by nie zapominał o swojej obietnicy. Ahn nie powiedział jej wtedy o jego związku z Elody, bo ten wtedy zaczął się tak szybko, jak się skończył, ale teraz odrobinę się stresował. Wiedział, że jeden z jego starszych braci zyskał sobie miano wielkiego podrywacza, dlatego nie miał zamiaru iść w jego ślady. Musiał wyprostować sytuację.
    — Po pierwsze, uspokój się, Hyorim-ah — mruknął, odkładając miskę z owsianką. Tyle lat minęło, a on dalej tęsknił za normalnym, koreańskim jedzeniem.
    Nigdy nie używał angielskiego imienia Moore. Ta wściekała się na niego, za każdym razem w ten przesłodki, dziecinny sposób, a Ahn był wdzięczny, że chociaż część swojego prawdziwego domu wciąż była z nim tutaj, w Hogwacie. Avalon, choćby chciała to ukryć za wszelką cenę, czasem dalej zachowywała się jak rodowita mieszkanka Korei.
    — Nie musimy na razie nic robić. Będziemy wodzić ich za nos przez następne dwa lata, a potem powiemy, że się nienawidzimy i nie wytrzymamy ze sobą w takim układzie.
    Spojrzał w jej ciemne oczy i westchnął z rezygnacją. Naprawdę lubił Hyorim, co nie zdarzało mu się zbyt często, więc nie chciał w jakikolwiek sposób jej zaszkodzić. Żadne z nich jednak nie żywiło do siebie poważniejszych uczuć, bo też oboje obdarowali miłością kogoś innego, toteż nie mogli z tym faktem nic zrobić.
    — Bardzo na ciebie naciskają?

    OdpowiedzUsuń
  30. Na kolejne marudzenie, czego się spodziewał, zareagował lekkim uśmiechem, bo zbyt późno ściągnął wargi i nie mógł tego po prostu ukryć. Wzruszył ramionami, grzebiąc jednak łyżką w misce z owsianką, jakby miało go to w jakiś sposób przekonać do zjedzenia jeszcze drobnej porcji. Bez skutku — nie miał ochoty na jedzenie, bynajmniej nie na takie. Zresztą, nigdy fanem śniadań nie był, opychał się raczej w porze obiadowej, ale i tak mało jadł, bo zwyczajnie tego nie potrzebował, miał wolną przemianę materii.
    — Bez sensu, Hyorim, to wszystko jest takie bezsensowne — mruknął, rzucając łyżkę na stół, po czym wyrzucił z siebie wiązankę koreańskich przekleństw, jednocześnie taksując wzrokiem wszystkie napotkane osoby. Był wściekły.
    Nie mógł uwierzyć w to, jak z nimi postępowano i że wszyscy zdają się przyzwalać na to bez mrugnięcia okiem. Trójka z jego rodzeństwa tkwiła w małżeństwach, które nie mają sensu, a jednocześnie pieprzyła się po pięciogwiazdkowych hotelach z innymi, upijała się do nieprzytomności w weekendy, zarywała noce w pracy i przede wszystkim wmawiała sobie, że to jest zupełnie normalne.
    — Nie męczą mnie przynajmniej teraz, nie wiem co będzie potem. Ale widzę w oczach ojca, że postanowił wrzucić cię za wszelką cenę do klanu Ahnów — powiedział, spoglądając na dziewczynę. Wpatrywała się ona w niego z mieszaniną rezygnacji i złości. — Szczerze tego nie polecam, jeśli miałbym być szczery.
    Pokręcił głową i sięgnął po kubek z herbatą, by potem wypić mały łyk.
    — Oppa się tym zajmie. Jeszcze nie ma pojęcia jak, ale zajmie.

    OdpowiedzUsuń
  31. - Proszę Cię to totalne zero, nie może być już niżej, ale wciąż próbuje, co mnie naprawdę bardzo dziwi! W sumie to On mnie zaskakuje swoją głupotą już od samego zapoznania, a w tym roku to przekracza wszystkie granice! Wiesz stara się być lepszy w czymkolwiek, a mu nie wychodzi, co jest raczej normalne, bo idioci bycie gorszym mają już wpisane w życiorys! - nie chciała krzyczeć, ale nie miała na to najmniejszego wpływu więc uległa emocją i dlatego oprócz dziewczyny jej słowa z pewnością usłyszały jeszcze wszystkie osoby znajdujące się w pokoju wspólnym Ravencalwu, a i w jego obrębie, bo mówiąc szczerze, właśnie tego chciała. Więc gdy w końcu zamilkła uśmiechnęła się i dopisała kolejny plus przy swoim imieniu na mentalnej liście wygranych i przegranych. - Proszę to dla ciebie, a planów nie mam żadnych, bo ja ich nie mam nigdy, choć czasami bym chciała — podała dziewczynie małą, ale wypchaną po brzegi paczkę i jednocześnie w głębi duszy skakała ze szczęścia. Ostatnie spotkanie z jakąkolwiek dziewczyną, którą nazwać mogła koleżanką, miała dobry miesiąc temu i nie należało do udanych. Taki stan rzeczy zapewne spowodowany był tym, że od czasu kiedy jej najlepsza i jedyna przyjaciółka wydała jej wszystkie sekrety, oskarżyła o kradzież i rozpowiedziała paskudne plotki, dziewczyny postrzegała dokładnie tak samo, jak siedmioletni chłopcy, a może nawet gorzej. Małe paskudne niewiniątka czekające aż podwinie Ci się noga i bez żadnych wyrzutów sumienia niszczące to, co jest dla ciebie ważne. Były jeszcze gorsze niż ciotka Adelaide, tylko zazwyczaj ładniejsze. Dlatego wolała spędzać wolny czas z chłopakami, z którymi potrafiła się dogadać i nie musiała zanudzać się na śmierć, słuchając opowieści o miłości, super ciuchach i innych rzeczach, na które ona sama nie zwracała zbyt dużej uwagi, choć czasami chciała być taka jak one. - No i jeszcze to — wyciągnęła z kieszeni dwie paczki ciasteczek, na których Krukonce tak bardzo zależało, rzeczywiście wyglądały bardzo apetycznie i sama z trudem powstrzymywała się przed otworzeniem jednego z opakowań. - Jedno w gratisie, wiesz prezent od szefa na dobry start — uśmiechnęła się, wręczając je Avalon. - No więc co robimy? Od razu mówię, że nie umiem się malować i mam tylko jedną sukienkę więc żadne przebieranki nie wchodzą w grę, poza tym to jest nudne — zmarszczyła brwi na samo wspomnienie podobnego spotkania, kiedy to wybiegła z pokoju po trzydziestu minutach jego trwania z w połowie fioletowymi włosami i makijażem, który nie spodobałby się nawet najbardziej ekscentrycznym klientką butiku jej matki.

    Boże, ale przeciwieństwa stworzyłam aż się sama sobie dziwię :O Uprzedzam, że Lexi jest szalona i odwali coś zaraz zapewne, czeka tylko na dobry moment. Tak tylko uprzedzam :D
    Lexi

    OdpowiedzUsuń
  32. Valentine obudził się bardzo wcześnie rano z ułożonym w głowie planem, tak jakby właściwie zamiast mózg odpoczywać produkował całą serię zadań, które dzisiaj jego ciało miało wykonać. Zwlekł się z łóżka pośpiesznie, ubrał typowy dla siebie zestaw ciuchów przy bladym świetle brzasku i nikogo nie budząc opuścił dormitorium. W pokoju wspólnym nikogo jeszcze nie było. Szybko sięgnął po zgrabny kawałek pergaminu, na którym naskrobał na nim kilka słów. Podpisał się u dołu jedynie trzema literami jego imion i nazwiska, a gdy atrament wysechł, zwinął on karteczkę w mały rulonik i przewiązał kawałkiem sznurka.
    Przelazł przez portret, pokonał dość szybko opustoszały zamek i w końcu znalazł się w zimnej sowiarni na szczycie Wierzy Zachodniej. Nie przepadał za tym miejscem. Zimą posadzka pokryta była grubą warstwą lodu, a na grzędach od samego dołu do góry siedziały sowy wlepiające w niego swoje ciekawskie (zazwyczaj) brązowe oczyska. Na samym szczycie odnalazł swoją. Nosiła imię "Gale" - cóż, gdy był młodszy wydawało mu się, że jest takie... wdzięczne.
    Do prawej nogi ptaka przyczepił pergamin i następnie "wyrzucił" go przez okno nic nie mówiąc. Ptaszysko i ta wiedziało, w którą stronę i komu dostarczyć ma wiadomość.
    Słońce wschodziło. Zwykle po wysłaniu jakiejkolwiek wiadomości znikał z wierzy i kierował się z powrotem do Hogwartu, bo przecież i tak nie miał nic ciekawego do roboty poza wysłuchiwaniem nowych plotek, na temat których debatowały dziewczyny z chłopakami.
    Gdy usłyszał kroki odwrócił się w stronę, z której dobiegał dźwięk. Co jak co, ale Tej dziewczyny nie spodziewał się tutaj o tak wczesnej godzinie.

    OdpowiedzUsuń
  33. - Bierz, jak Ci daję, bo to dosyć rzadki gest z mojej strony więc więcej może się nie powtórzyć — powiedziała, ze zdziwieniem spoglądając na dziewczynę. Skąd Ona się urwała z tą swoją uczciwością i sympatią? Z pewnością nie stąd, na co zresztą wskazywało nie tylko jej zachowanie. - Może nie jesteś, ale właśnie wyglądasz na taką, no wiesz ładną, nie wiem jak to ująć — ruszyła ramionami i chwyciła jedno z ciastek, które dziewczyna wysunęła w jej stronę. Rzeczywiście były bardzo dobre, choć ona sama dodałaby do ich receptury dodatkowo szczyptę cynamonu i może jeszcze czegoś, co mocniej podkreśliłoby ich smak. Wtedy w jej głowie zrodził się, o zgrozo, całkowicie normalny, a nawet sympatyczny plan, który oczywiście w najbliższym czasie zamierzała zrealizować. - Z wielką chęcią Ci z nim pomogę — powiedziała, starając się użyć do tego jednego z milszych tonów, choć mówiąc szczerze, nawet nie musiała się zbytnio wysilać. Polubiła Avalon tak po prostu, co było dość dziwne, biorąc pod uwagę, że znały się zaledwie dwa dni i to, że dotychczas prawdziwą sympatią darzyła jedynie cztery osoby, jedną myszkę i sowę. Oczywiście na razie było to tylko coś słabego, ale może uda się jej z nią nawet zaprzyjaźnić, jeśli się postara? Ruszyła w stronę wyjścia, gdy Krukonka ponownie stanęła tuż przed nią. - Hej Av, jak sądzisz, dlaczego niektórzy boją się latać? Wiesz dla mnie to dziwne, bo ja nie wyobrażam sobie życia bez latania, ale mam pewną teorie. A Ty myślałaś nad tym? - spytała, zadając dziewczynie i tak mało kłopotliwe pytanie, na które odpowiedź już z odrobiną świeżego spojrzenia i wyobraźni mogła ją usatysfakcjonować, a to było kluczowe. Cały świat Lexi składał się z pytań, a jej życie polegało na udzieleniu na każde z nich satysfakcjonującej ją odpowiedzi. Niektórzy w tym pomagali i zaskakiwali, drudzy wręcz odwrotnie nudzili, a tego Gryfonka nie lubiła i nie chciała. Bo coś, co jest logiczne i wyjaśnione nie pomoże jej w odkrywaniu wszystkiego na nowo, po swojemu, krok po kroku.

    Lexi

    OdpowiedzUsuń
  34. - Nie potrafią marzyć — powtórzyła cicho słowa dziewczyny, tak na wszelki wypadek, aby ich nie zapomnieć. Może nie do końca jej odpowiedź ją usatysfakcjonowała, to jednak zaciekawiła na tyle, aby później z pewnością spędzić nad nią kilka wolnych chwil i dać Avalon małego plusa. - Są ograniczeni, najzwyczajniej w świecie. Strach nie jest dla mnie wytłumaczeniem, bo można go przezwyciężyć. Nawet nie masz pojęcia ilu rzeczy się boje, a je robię i nawet to lubię — mówiła, jednocześnie próbując policzyć, ile rzeczy ją przeraża. Naliczyła ich sześć, nie wliczając częstych obaw o to, że po raz kolejny przypali ciasto. - Twoja siostra to Niemka? Bo moja ciocia nią jest i też ma dwa metry, a w pasie może nawet więcej — zaśmiała się, słysząc opowieść o kuzynce Avalon, a i na wspomnienie o kochanej Adelide. - Strach jest fajny — powiedziała zupełnie od czapy, gdy w końcu doszły na boisko, bo aktualna rozmowa toczyła się już wokół całkiem innego tematu. - To chyba On? - wskazała na chłopca niewiele większego od miotły leżącej tuż u jego stóp. Nie, żeby wzrost miał w lataniu jakieś większe znaczenie, a wręcz przeciwnie. Czym jesteś mniejszy tym Ci łatwiej, właśnie taką zasadę wyznawała i głosiła mierząca 160 ścigająca Gryffindoru. - No młody wyglądasz na sprytnego, więc latanie opanujesz szybciej, niż myślisz — właśnie w takich chwilach umiejętność dobrego kłamania była bardzo przydatna i pomagała nie tylko osobie, która ją posiadała. - Zaprezentuje, a Avalon objaśni, ok? - przywołała jedną z leżących mioteł i już po sekundzie znalazła się w powietrzu — Strach jest naprawdę ekstra! - krzyknęła, unosząc ręce do góry.

    OdpowiedzUsuń
  35. Wiedział, że był dla większości obiektem zainteresowania. Ludzie z ciekawości przyglądali mu się podczas zajęć, gdy przechodził przez długie i zawiłe korytarze Hogwartu, czy nawet, gdy siedział w Wielkiej Sali i starał się skonsumować w spokoju choć część tego, co sobie włożył na talerz. Bycie ścigającym drużyny ślizgonów wiązało się nieodłącznie z dość ogólnym rozpoznawaniem wśród uczniów i uczennic szkoły, choć bardzo drażniło go szeptanie za jego plecami, a także perfidne gapienie się prosto w twarz.
    - Cześć – Przerwał dość długo trwającą ciszę pomiędzy nimi. –Nadchodzi zima i każdy dzień staje się co raz krótszy i chłodniejszy. To chyba jest dość normalne, gdy zbliża się koniec roku… - Westchnął ze świstem nie spuszczając z niej wzroku.
    W ciągu kilku ostatnich dni rozniosło się po całej szkole, że Mailleta podczas następnego meczu Quidditcha ma go zastąpić niejaki Derick Rustem, co nie było prawdą i jak sam Valentine się domyślał – niejaki D. sam tę plotkę zaczął rozsiewać. Przecież, gdyby się zgodził miałby wolny wieczór. Mógłby poćwiczyć rzucanie zaklęć na manekinie, czy przespać cały ten zgiełk. Obecnie i tak jest na tzw. ‘’Warunkowym’’. Nie za bardzo miał chęci do gry, czy treningów, dlatego też z umiarkowaną częstotliwością się na nich pojawiał. To również był jeden z głównych powodów ostatniej przegranej drużyny no i bądź co bądź ciągnących się za nim z tego tytułu konsekwencji. No bo przecież obwiniać powinno się Jego. No i może słusznie?
    - To nie za wcześnie na wizytę w sowiarni? – delikatnie uniósł lewą brew w cieniu zainteresowania przy tym wsuwając zmarznięte i skostniałe dłonie w głębokie kieszeni czarnych spodni.

    OdpowiedzUsuń
  36. Nie przejął się szczególnie zmieszaniem Koreanki*. Pewnie, gdyby był inny rozpocząłby właśnie ogryzanie własnych paznokci, nie wiedząc, co zrobić. Chociaż zdarzały się sytuacje, w których chciał i odgrywał rolę niezależnego, biednego ptaszka ze złamanym skrzydełkiem. Z drugiej jednak strony większa jego część charakteru była jakby wyprana z podstawowych emocji.
    Chcąc nie chcąc o jego uszy obiły się różne opowieści/plotki o dość wielu uczniach tej szkoły. No i niestety musiał przyznać, że nie spodziewał się takiej wrażliwości u srebrnowłosej. Zwłaszcza jeśli chodziło o coś tak mało istotnego jak pogoda. Być może była jedną z tych pojedynczych osób, które dostrzegły w nim tę głęboko ukrytą cechę? Nie… To byłby zbyt proste, a w dodatku czułby nieuniknioną, nadchodzącą porażkę.
    -Twoje wyznanie nie ma większego znaczenia. ‘’Mili” zazwyczaj są interesowni - Zazwyczaj, to jedno z tych słów, które zbyt często pojawiało się w jego wypowiedziach i niewątpliwie za bardzo go denerwowało – Wystarczyło zapytać. Jeśli nie ma się ochoty na sen, to chyba trzeba znaleźć sobie jakieś bardziej ciekawe zajęcie, a nie wydaje mi się, żeby siedzenie w pokoju wspólnym bez jakiegokolwiek interesującego czynności i dodatkowo w obecności tej całej bandy było czymś… przyjemnym – Starał się cieszyć wspólnie spędzanym czasem w pokoju wspólnym Slytherinu. Zdarzało się, że zapominał o wielu sprawach i tak jak inni śmiał się z głupawych żartów chłopaków, razem z nimi grał w szachy czarodziejów (oczywiście rozgrywając często godzinami trwające turnieje) by i tak przegrać w czwartej turze, czy jak niewielu siadał i słuchał rozemocjonowanych opowiadań niektórych z dziewcząt. Wiedział, że każdy potrzebuje chwili uwagi, dlatego bardzo rzadko nie dawał wylewać na siebie ich problemów, które i tak w większości były związane z zarazą, powszechnie znaną w trzech etapach. Pierwszym było Zauroczenie, drugim Zakochanie, trzecim Miłość. A tego częstym powikłaniem Zawiść i ogólne poczucie Rozdrażnienia z niestabilnością emocjonalną.
    -Co dajesz swojej Sowie?- zerknął na dziwne rzeczy w dłoniach dziewczyny. Nie mógł tego dostrzec, a wydało mu się to interesujące, w sumie nie wiedząc dokładnie dlaczego.

    OdpowiedzUsuń
  37. Valentine przyglądał się z lekkim oburzeniem temu, co właśnie dziewczyna robi. Podaje sowie ciastka wiśniowe? Przez takie ‘smakołyki’ te wdzięczne ptaki tyją, robią się ociężałe i przede wszystkim ospałe. Zaczynają chorować… Ale nie będzie powstrzymywać srebrnowłosej, bo to przecież jej osobisty ptasi przyjaciel. Choć, jeśli Ona nie widzi w tym żadnych problemów to dlaczego miałby mówić o jakichkolwiek konsekwencjach? No właśnie, nie musiał.
    Patrzył na zaabsorbowane ptaszysko swoim jedzeniem i Panią. Dostrzegł ranę na dłoni, z której wyciekała ciemno rubinowa krew, dlatego odchrząknął, tym samym przerywając stworzeniu konsumpcję. – Chyba nie powinnaś podawać Sowie jedzenia ze swoją krwią. W dodatku Może cię czymś zarazić. Nie twierdzę, że jest czegoś nosicielem, ale myślę, że zdążyłaś już zauważyć iż praktycznie cała sowiarnia pokryta jest odchodami i tak naprawdę z każdą uskrzydloną istotą może coś się dziać – Podszedł do niej wyjmując z kieszeni spodni paczkę chusteczek. Wyciągnął jedną, resztę schował i jednym machnięciem rozłożył ją. Drugą dłonią delikatnie odgonił ptaka, zsypał z jej rannej dłoni resztkę pokarmu by następnie przycisnąć do zranienia gremiał.
    –Przytrzymaj sobie. Za chwilę powinno przestać krwawić. – Odetchnął. –Może nie należę do najmilszych, ale chyba nie zaszkodzi jeśli zaproponuję wizytę w Trzech Miotłach. Byłem tutaj już przed świtem i będąc całkowicie szczerym, trochę tu zmarzłem i chętnie napiję się grzanego miodu z korzeniami na rozgrzanie- Pochylił trochę głowę zerkając na swoje nieco przybrudzone buty, do których przykleiło się trochę słomy. Odgarnął włosy do tyłu wracając do pozycji wyjściowej; zawsze wyprostowany, z wyczesanymi do tyłu włosami i czasem mniej bądź bardziej schludnym ubraniu.


    V.M.MAILLET

    OdpowiedzUsuń
  38. - Jasne, jasne! Wsiadaj młody! - krzyknęła, gdy ponownie dotknęła nogami ziemi i spojrzała na ewidentnie przestraszonego całym rozwojem sytuacji pierwszaka. Mówiąc szczerze, nie dziwiła się mu. Tego, jak powinno się latać, miała go uczyć milutka i łagodna Krukonka, a nie rozkrzyczana mimo nieudolnych starań, by zachowywać się przyjaźnie, Gryfonka z podbitym okiem. - Trzymaj się mocno i podziwiaj widoki — powiedziała do chłopaka, gdy znowu znalazła się w powietrzu i wzbijając się w górę, mimowolnie zamknęła oczy, by otworzyć je dopiero wtedy, gdy była na odpowiedniej wysokości. W trakcie meczu takie zachowanie było dość ryzykowne, ale dopóki jeszcze nic z tego powodu jej się nie stało, nie zamierzała z tym walczyć. - I jak fajnie? Trzymaj się teraz — przyspieszyła, starając się jak najłagodniej wykonać akrobacje, które bardzo często wykorzystywała podczas meczu. Podobno dla innych były bardzo efektowne, dla niej jednak nie były niczym specjalnym i nie przejmowała się słowami kapitana, który groził jej, że jeśli jeszcze raz zrobi coś takiego, wyleci z drużyny, bo przecież wygrana nie jest najważniejsza. Brednie te powtarzał już od półtora roku i nigdy nic oprócz mówienia nie robił. - Ej przestań! Jeśli chcesz przeżyć to ręce na miotle, a nie majtasz nimi na wszystkie strony, kapujesz? - powiedziała, jeszcze spokojnie widząc, jak Samuel zbytnio wczuwając się w sytuację, szaleje myśląc, że ona tego nie widzi — Dobra wracamy, nie chcę cię zabić. Ej co ty robisz, przestań! No kurde koleś opanuj się! - krzyknęła, po chwili spadając na ziemię i przeturlując się kawałek od miejsca wypadku. Na szczęście byli dość nisko i oprócz przeciętej wargi zbytnio nie ucierpiała, chłopakowi też zapewne nic się nie stało, bo bezpiecznie wylądował na niej. - Ty durniu, co ty sobie myślałeś, że nie spadniemy, tylko niczym jednorożce polecimy w przestworza?! - krzyknęła, gdy podniosła się i uświadomiłam sobie, co właśnie przed chwilą się stało.

    Lexi

    OdpowiedzUsuń
  39. Przez kilka minut milczała, nie chcąc powiedzieć czegoś, co mogłoby całkowicie przekreślić ją w oczach dziewczyny. Było to jednak dość dziwne, bo zazwyczaj w podobnych sytuacjach wybuchała i wyrzucała wszystkie złe emocje na osoby znajdujące się w jej otoczeniu. Taka właśnie była i podobało jej się to, więc nie zamierzała tego zmieniać, choć to wcale nie oznaczało tego, że nie chciała.
    - Za co? Ustalamy, już tak na przyszłość, że się nie przepraszamy, ok? Trzeba wymyślić coś innego — powiedziała, gdy wciąż uradowany Samuel odszedł w kierunku zamku, a ona sama straciła ochotę na porządne uderzenie go w twarz. - To moja wina i trochę tamtego gnojka, ale na pewno nie twoja. Ty chciałaś dobrze i to ja nawaliłam, ale też chciałam, aby było fajnie, co nie? Zawsze tak jest, bo ja mam pecha, wieczny piątek trzynastego — usiadła na trawie i spojrzała w zachmurzone niebo, myśląc nad tym, co przed chwilą się stało. Wprawdzie chłopak nie powinien tak szaleć i wytrącać ja z równowagi to ona jednak powinna zapanować nad miotłą i doskonale o tym wiedziała. - Można przywyknąć, ale ta sytuacja z dzisiaj nie powinna mieć miejsca. Błeh pewnie dostanę okszan od chłopaków, znaczy nie dosłownie, żebyś nie pomyślała sobie, że się na mnie wydzierają. Zrobią to mentalnie — powiedziała, przyglądając się dziewczynie — Za wargę to dzięki, szybka reakcja. Jak już jesteśmy w sprawie, to możesz jeszcze to ogarnąć, bo coś nie chcę się goić, a moje próby są wciąż nieudane. Nie jestem dobra w tych rzeczach — podwinęła nogawkę ogrodniczek, ukazując jednocześnie spora ranę ciągnąca się od początku kolana do połowy łydki. Naprawdę próbowała sama jakoś temu zaradzić, ale mimo kilku prób tylko jedna choć trochę zadziałała.

    Lexi

    OdpowiedzUsuń
  40. W szkole niejednokrotnie miał do czynienia z ogólną wrogością uczniów wobec siebie. Ślizgoni nie znosili wszystkich nie należących do ich domu, a więc dlatego również z premedytacją nastawiali na nich dość głupie pułapki. Sam uważał, że mimo tej różnicy ( niewątpliwie będącą idiotyczną cząstką, która dzieli) powinno się choć starać ‘jednoczyć’. W końcu w przyszłości może to zaowocować czymś pożytecznym. A taka nieco bardziej rozwinięta relacja, nawet na kształt koleżeństwa (bo przecież nie było mowy o jakiejkolwiek przyjaźni), stałaby się czymś na tyle wydajnym dla niego samego, że taka osoba z pewnością nie zorientowałaby się, czy Maillet jest rzeczywiście przyjacielem, czy jednak zbliżył się do drugiej osoby tylko po to, aby w sytuacji podbramkowej wykorzystać ją do cna.
    Był przeziębiony, a co za tym idzie musiał dość sporo pić ciepłych napojów żeby odetkać sobie nos, aby jego głos nie robił się tak dziwnie przytłumiony i świszczący za razem. –Jeżeli nie chcesz, to pójdę sam. Nie uważam żeby to było w złym tonie. Jakoś nie bawi mnie siedzenie samotnie i patrzenie w kufel. Z pewnością gdybym zauważył siedzącego ucznia w Trzech Miotłach w towarzystwie jedynie wysokiej szklanki z jakimś trunkiem, doszedłbym do prostego wniosku: koleś zalewa smutki.– Z jego strony wcale nie miało to związku z byciem miłym, jeśli Ona w ten sposób odebrała propozycję, która wypłynęła z jego ust, to cóż… Jej problem.
    Starał się dostosować do szybkości stawianych przez Krukonkę kroków, by nie musiała za chwilę biec. –Dawno nie uczestniczyłem w treningach z pewnych względów, o których nie za bardzo mam ochotę mówić. W każdym bądź razie, gdy miałem tę ‘przyjemność’ rozmawiać z sędzią, to naszym przeciwnikiem będzie Dom Helgi Hufflepuff i nasze starcie ma odbyć się za dwa tygodnie. Obstawiam, że pomimo moich ostatnich braków w ćwiczeniach i tak uda nam się zwyciężyć. A więc gra jak zawsze będzie mało emocjonująca. – Odetchnął.
    -Ostatnio widziałem Cię na boisku... Również grasz? – Niestety nie potrafił ukryć faktu, że nie jest szczególnie bardzo wciągnięty w tegoroczną rozgrywkę i rozpracowywanie drużyn domów przeciwnych.

    OdpowiedzUsuń
  41. - Super, prawie nie ma śladu. Jesteś w tym naprawdę dobra — powiedziała, zerkając raz na dziewczynę, a raz na małe zadrapanie pozostałe po wcześniejszej ranie. - Nie chcę nawet słyszeć o wizycie w skrzydle, pielęgniarki mają mnie już dosyć i zamiast pomóc, to jeszcze bardziej pogarszają sprawę. Wołają BRATA, a on mówi o wszystkim, naszym rodzicom ich to pewnie nawet nie interesuje, ale i tak rządzi ciotka, którą takie rzeczy ciekawią. Wiesz, uważa, że powinnam zacząć być bardziej, czekaj jak ona, to nazwała, z pewnością rozważniejsza, a i bardziej kobieca — wypowiadając ostatnie słowa, starała się naśladować Adelaide i choć opanowała tę umiejętność już jakieś pięć lat temu, gdy ciotka zamieszkała w ich domu na stałe, to tym razem, zrobiła to niezwykle dobrze i sama wybuchła głośnym śmiechem. - Rozmową z chłopakami też nie zaprzątaj sobie głowy. Rozegram to wszystko tak, że wyjdzie na to, że jestem tą niewinną i najbardziej pokrzywdzona, z gorszych sytuacji wychodziłam, uwierz mi na słowo. A poza tym to na pewno niezbyt komfortowa dla ciebie będzie rozmowa z Fredem, słabo się potoczyło, a nawet wam kibicowałam — powiedziała, przyglądając się Avalon i czekając na jakąś reakcję z jej strony. Była ciekawa, choć i tak wiedziała całkiem sporo. Tak to już jest, że w drużynie, głównie chłopaki rozmawiają o wszystkim, a że ona była jedyną dziewczyną, która w ogóle nie zachowywała się jak jej koleżanki, zawsze brała w nich udział i prawie nigdy nie była dyskryminowana. - A wracając, to ja nigdy nie myślę nad tym, co robię. Może nie powinnam się do tego przyznawać, ale tak właśnie jest, po prostu uważam, że dumanie nad tym, czy powinnam, czy nie jest beznadziejne. - opuściła nogawkę, wcześniej jeszcze rzucając zaklęcie, które spowodowało, że ranka została pokryta starannie wykonanym opatrunkiem. - Uf teraz jest super, wcześniej już zaczynałam kuleć, bo w niektórych momentach serio mnie to bolało. A tajemne hasło jest mega pomysłem tylko tak naprawdę to trochę trudno go zrealizować — podniosła się, czując, jak upadają na nią pierwsze krople jesiennego deszczu. - Oczywiście my z tym nie będziemy mieć najmniejszego problemu — uśmiechnęła się, wolnym krokiem ruszając w kierunku zamku.

    OdpowiedzUsuń
  42. Przyglądał się dziewczynie, kręcąc głową, a na jego twarzy dalej tkwił uśmiech.
    — Źle mnie zrozumiałaś, dokładnie o to mi chodzi — powiedział, spoglądając na pogodną taflę hogwarckiego jeziora. — No... Nie znam żadnej dziewczyny grającej na skrzypcach, to był tylko przykład. Ludzie skrywają wiele tajemnic, które są skryte głęboko, ale mi nie zależy na odkrywaniu tych sekretów. Tylko rzeczy ukrytych tuż pod powierzchnią, takich, jakich nie ogarniasz na początku po krótkim rzuceniu okiem, choć wydają się zupełnie normalne. Powiedzmy, no własnie jak z tymi skrzypcami... To nie jest tajemnica, ale nie masz o tym pojęcia. Mijasz człowieka, myśląc, że jest taki szary jak wszyscy inni, a tak naprawdę każdy z nas ma w sobie coś wyjątkowego... — spojrzał na nią, przygryzając wargę — Mówię jak kompletny kretyn, nie?
    Kolejny raz zadrżał, gdy zimny wiatr wiejący od strony jeziora, otulił go swoim chłodem. Spojrzał na dziewczynę, martwiąc się, że następnego dnia oboje wylądują w łóżku z gorączką i pierwszymi objawami solidnego przeziębienia, toteż on tym razem złapał ją za rękę, by pociągnąć w stronę zamku.
    — Chodź, Avalon. Serio będziemy chorzy — mruknął, unosząc brwi. — Może w kuchni zrobią nam ciepłe kakao.
    Kakao hogwarckie jako niekwestionowany napój bogów (tuż po herbacie).

    OdpowiedzUsuń
  43. — Ja ciebie też bardzo lubię, Hyorim, ale własnie o to chodzi — powiedział, wracając myślami do tych zielonych, iskrzących oczu, przez których spojrzenie niemal robiło mu się gorąco. Zaraz jednak w jego głowie pojawiły się nieprzyjemne myśli przez ciążący na nim obowiązek powiedzenia rodzicom o małym pokrzyżowaniu ich planów, toteż spojrzał na Avalon już zupełnie trzeźwo. Westchnął. — Moja rodzina nie jest straszna, jest przerażająca.
    Sięgnął po pasztecika, nad którymi dziewczyna pastwiła się całe śniadanie, po czym nadgryzł go lekko, by potem wsunąć całego na jeden raz. Nie smakowały przynajmniej jak przemielony z wodą papier, czego nie można było powiedzieć o owsiance.
    — Pierwsze zaklęcia — mruknął z pełnymi ustami. Kolejne koreańskie przyzwyczajenie, z którym nawet nie miał ochoty walczyć. To dziwne, że ludzie, tak bardzo dbający o etykietę, w gruncie rzeczy czasami byli kompletnymi ignorantami, jeśli chodziło o odpowiednie zachowanie przy stole. — A ty?
    Lubił zaklęcia. To był jedyny przedmiot, któremu poświęcał się w stu procentach, a nawet można powiedzieć, iż o wiele więcej. Pasjonowały go. Już powoli, choć nie we wszystkich przypadkach, mógł pochwalić się magią niewerbalną, jak też znajomością czarów wykraczających poza ramy wymagań siódmego roku nauki. Czasami poważnie zastanawiał się nad robieniem kursów aurorskich, bo miał to tego po prostu smykałkę. Radził sobie ze wszystkimi przedmiotami na wysokim poziomie, jako że zakuwał czasem całe dnie, lecz zaklęcia przychodziły mu z wrodzoną łatwością.

    OdpowiedzUsuń
  44. Z uśmiechem przyglądał się, jak zgarbiony skrzat, nawet nie zawdzięczając ich jednym spojrzeniem, z ochotą zabiera się do robienia im kakaa.
    Na początku edukacji w Hogwarcie dał się nawet zaciągnąć na jego spotkanie WESZ, lecz potem zrozumiał, że te stworzenia zwyczajnie lubiły swoją pracę, przyzwyczaiły się do niej. Jakby nie było, spłacały w ten sposób opiekę nad nimi, a tym samym jeszcze miały przy tym zagwarantowaną rozrywkę. Co prawda Alexander nie wyobrażał sobie takiego stylu życia, lecz... On skrzatem w końcu nie był.
    Rozsiadł się wygodnie na ławce, by potem oprzeć podbródek o dłoń i zacząć wpatrywać się w swoją towarzyszkę. Była ładna, nawet bardzo, a przynajmniej taka wydawała się Alexowi, który w zamku niemal słynął ze swojego jawnego pociągu do płci pięknej.
    — Jak ci powiem, to już nie będzie sekretem — stwierdził, a lewy wącik jego ust drgnął niebezpiecznie w górę. — Poza tym nie widzę powodu, dla którego miałbym mówić ci o moich prywatnych sprawach. Widzisz, ja z ciebie żadnych tajemnic nie wyciągałem!
    Stratford od pewnego czasu zachowywał się dość dziwacznie, jakby skumulowało się w nim zbyt wiele osobowości, a nad żadną nie mógł dobrze zapanować. Stąd jego huśtawki nastrojów dawały się wszystkim we znaki, a zmiany nastrojów powodowały, że samemu chłopakowi nie raz kręciło się w głowie od nadmiaru informacji. Coraz bardziej obawiał się, iż po prostu szaleje.

    OdpowiedzUsuń
  45. Uśmiechnął się zadowolony, od razu chwytając kubek z napojem, a już po chwili czuł, jak gorące, gęste kakao spływa powoli przez jego przełyk. Rzeczywiście, temperatura w zamku wydawała się być jeszcze niższa, niż na dworze, ale kiedy siedzieli przy stoliku, a tuż obok nich skrzaty pichciły wyborne potrawy na obiad, nie było tak źle.
    — Ale popatrz, ja tylko zapytałem cię o nazwisko, nie mając pojęcia, że to sekret. Gdy tylko wspomniałaś, że jest to tajemnicą, wycofałem się od razu — powiedział, odstawiając na moment kubek i nachylił się do dziewczyny. W jego zielonych oczach błysnęło zaciekawienie. — Tymczasem ty chcesz ode mnie wyciągnąć coś poważnego, i to z premedytacją.
    Podobała mu się ta mała gra, nie ukrywajmy. Stratford uwielbiał niedopowiedzenia.
    — Hm, dobrze. Załóżmy, że powiem ci jakiś sekret. W zamian za to nie chcę jednak historyjki o nazwisku, tylko coś lepszego — wymruczał. Upił kolejnego łyka napoju, a na jego twarz wypłynął mały uśmiech. Chłopak starł dłonią resztki bitej śmietany, które zostały na jego ustach, po czym oblizał wargi, rozglądając się wokół w poszukiwaniu jakiegoś nie zajętego niczym skrzata. Niestety było to zadanie nie do wykonania.

    OdpowiedzUsuń
  46. - Groźnie, ale podoba mi się i jest naprawdę niejednoznaczne. Av, dzisiaj wywar żywej śmierci więc nic z tego, naprawdę niezłe. Dobrze, że to zaproponowałaś, bo ja myślałam nad marchewką z groszkiem, błeh na samą myśl dziwnie się czuje — zadrżała na samo wspomnienie pomarańczowej papki, która w każde święta lądowała na ich stole. Zawsze obawiała się, że dostanie kolejną porcje wspaniałej sałatki wykonanej przez ciotkę i zazwyczaj dostawiała nie jedną, a dwie, bo ty taka blada córeczko. Z czasem zaczynała się nawet utożsamiać z ową potrawą, co budziło już w jej ojcu niepokój, ale nie reagował. Jestem jak ono. Zimna, samotna, brzydka i pewnie przypalona, mówiła dwunastoletnia Alexis w trakcie świątecznego obiadu, zapewne do samej siebie, bo była za mała, aby ktokolwiek zwrócił na nią uwagę. I co najlepsze aż do tego czasu największym problemem Gryfonki, była metaforyczna marchewka z groszkiem, która wyrażała dosłownie wszystko.
    - Twojemu tacie nic nie będzie, to na pewno silny i przebiegły facet, ale mocno nadopiekuńczy. Trochę słabo, że tak Cię pilnuje, może być trudno gdzieś się z tobą wyrwać, musi Ci być ciężko — westchnęła, zastanawiając się nad tym, jak rozegrać sytuacje, aby nic nie stało się nikomu, wszystko skończyło się dobrze, ale jednak aby zadziało się coś ciekawego.
    - Moja ciocia też pracuję w Ministerstwie, ale już niedługo. Masz zając miejsce swojego ojca? - zmieniła zręcznie temat, nie chcąc przez przypadek zdradzić szczegółów planu, który powoli tworzył się w jej głowie — Ja miałam, ale nie ma szans, jestem za głupia i dobrze nie będę się przynajmniej nudzić przez całe życie — ruszyła ramionami, spoglądając na dziewczynę, zupełnie nie zdając sobie sprawy, że może pytać o rzeczy, które raczej nie powinny jej interesować.
    - Kiedy wypada Ci najbliższe wolne popołudnie? - spytała, otwierając drzwi i wchodząc do zamku.

    Lexi

    OdpowiedzUsuń
  47. Pięć minut zajęło mu dokładne zastanowienie się co powinien odpowiedzieć. Właściwie nie miał jakichś bardzo wyszukanych zainteresowań (poza tymi, o których wręcz nie wolno było mu wspominać i należały one bardziej do obowiązków, a niżeli do ‘hobby’). Jednak nie zostawi pytania bez jakiejkolwiek odpowiedzi. –Przepadam za grą w czarodziejskie szachy. Czasami lubię posiedzieć na błoniach z sokiem dyniowym, a na ogół to chyba jak niemal każdy Ślizgon coś po knuć, gdy nikt inny nie patrzy- Ostatnie zdanie wypowiedział w formie żartu (niezwykle suchego, bo powiedział prawdę, ale przecież nikt chyba nie będzie teraz się nad tym zastanawiał, chyba…), do którego dodał nieco sztuczny grymas na kształt uśmiechu.
    Otworzył drzwi lokalu przepuszczając dziewczynę przed siebie. –Wybierz miejsce. – Rozejrzał się po pomieszczeniu. Była wczesna pora, a więc poza nimi i mężczyzną stojącym za barem nie było nikogo. Wcale mu to nie przeszkadzało, choć z reguły wolał raczej wtapiać się w tłum, który spędzał tutaj wolne chwile. – Nie przy oknie. –Spojrzał nieco z ukosa, na miejsce które chciała zająć.
    Usiadł dokładnie naprzeciwko niej. – Wracając do tematu Quidditcha… Na pewno nigdy poza tą jedną sytuacją nie widziałem Ciebie na boisku? Może to jedynie moje przywidzenie, bo przecież tak charakterystycznego koloru włosów nie da się od tak zapomnieć. Bądź co bądź, rzucają się one wyjątkowo mocno w oczy. – wyciągnął rękę do góry przywołując do siebie palcem mężczyznę, który jeszcze chwilę temu stał przy barze. – Dla mnie miód. A Ty? Czego sobie życzysz?- uniósł lewą brew nie spuszczając z niej wzroku.

    Valentine

    OdpowiedzUsuń
  48. - Mój tata kolekcjonuje takie listy. Moich ma już piętnaście, Jona chyba trzy. W sumie to nie jest na nas zły, sowy poprawiają mu humor. Jedną chciał zatrzymać, ale ulotniła się po kilku godzinach. Było mi go wtedy szkoda, wiesz, on jest taki, jak ja, a może ja taka jak on? - mówiąc o ojcu, przed oczami od razu pojawiała się jej, jego uśmiechnięta twarz, później tatuaż z jej imieniem na nadgarstku, brudny fartuch i perkusja. - Tych schodów też nie lubię, sama nie wiem dlaczego, przecież są fajne — spojrzała na dziewczynę, stwierdzając, że naprawdę ładnie jej z uśmiechem. Chciała już, to powiedzieć na głoś, ale pomyślała, że uzna ona jeszcze, że ją podrywa, a wtedy to byłaby już kompletnie skończona. - Hm, no w sumie to planuje, tylko nie wiem, co z tego wyjdzie, nie chce wpakować Cię w kłopoty, poza tym sama mam już dosyć szlabanów i czyszczenia kociołków — powiedziała, gdy były już na kolejnym piętrze i nawet nie przewróciła się, pokonując stopnie schodów. - Kiedyś to jeszcze się wysilali i wymyślali jakieś kreatywne kary, teraz jest naprawdę bardzo nudno, ale chyba tak być powinno? Mamy przecież rozmyślać wtedy nad swoim zachowaniem — oparła się w końcu o ścianę i wysilając się na uśmiech, próbowała się pożegnać — No to do pojutrze i mam nadzieję, że słodycze będą Ci smakować. Tak poza tym to nie słuchaj tego, co mówi ten idiota, bo pewnie się wymądrza. Cześć! - złożyła rękę w pięść, chcąc przybić z dziewczyną przysłowiowego żółwia, a jak to nazywała Ona — twardą piątkę. - Gdzie Ty się wychowałaś? No teraz dobrze, pa — wybuchnęła śmiechem, widząc zdezorientowanie dziewczyny, choć może nie powinna. Kto teraz jeszcze tak robi? Nie myśląc nad tym długo, ruszyła w kierunku pokoju wspólnego.

    OdpowiedzUsuń
  49. Jej głos był dźwięczny i przyjemny dla ucha, ale czasami zdarzało się, że nieco go drażnił tą melodyjnością. Maillet to nadwrażliwiec, między ścianami dworu, który zamieszkiwał wraz z rodzicami oraz dwiema siostrami jedyne w co można było się wsłuchiwać, to cisza… Albo ewentualne krzyki ojca, którego nigdy nie obchodziły dzieci, a tym bardziej żona.
    -Nie będę silić się na marne pocieszenie z powodu Twojego rozstania. Niestety, a może i dobrze, ale nie jestem tego typu człowiekiem. – Nigdy nie zastanawiał się nad tym, dlaczego dobrym ludziom przytrafiają się złe rzeczy, ponieważ złe rzeczy przytrafiają się wszystkim. Po prostu tak już było, że ludzie musieli wiedzieć, co to cierpienie. Nikt nie odchodził z tego świata, nie uroniwszy chociaż jednej łzy, nie poczuwszy bólu ani smutku. A więc z jakiej racji Jego, czy Jej życie miałoby odbiegać od normy i być traktowane w sposób specjalny? Nawet Matka Teresa cierpiała, a przecież była świętą.
    -Ale to chyba nie sprawia, że nie masz ochoty oddychać, co?- odetchnął głęboko ponownie rozglądając się po pomieszczeniu. –Nie odpowiadaj jednak. Nie chcę żebyś sama sobie sprawiała przykrość. Jeszcze pojawią się takie osoby, które będą odwracać Twój świat do góry nogami- Powoli podszedł ku nim mężczyzna, który niósł napoje. Skinął do niego głową i po chwili wrócił wzrokiem na dziewczynę.
    - Może teraz Ty opowiesz mi trochę o swoich zainteresowaniach? Ja nie powiedziałem zbyt wiele, ale nie uważam żeby było to hobby na jakimś wybitnym poziomie. Chyba było typowe… Zapewne większość uczniów tej szkoły lubi takie bardziej przyziemne rzeczy…

    OdpowiedzUsuń
  50. Pamiętał jak będąc dzieckiem matka nigdy nie gotowała. Wszystko przygotowywały skrzaty służące u nich w dworze. Posiłki były obfite i na stołach pojawiało się wszystko, czego którekolwiek z mich (on, albo któraś z sióstr) sobie zażyczyło. On raczej nie narzekał, właściwie to wszystko mu pasowało. Choć były tylko dwa posiłki sprawiające, że jego serce jakby dostawało skrzydeł i biło automatycznie mocniej.
    - U mnie nikt z rodziny nie gotuje, wszystko za nas robią skrzaty domowe. – upił łyk gorącego napoju – Ale bardzo przepadam za omletem z pomidorami i serem pleśniowym. Bardzo lubię też pudding czekoladowy z orzechami laskowymi i bitą śmietaną, dostajemy taki tylko w święta i wtedy razem z siostrami siadamy w głównym salonie, gdzie każdy swoją skromną porcją zajada się niemal pół godziny. – Kilka blond kosmyków osunęło mu się na czoło. Szybko je złapał i razem z resztą włosów spiął w wysokiego, nieco niechlujnego koczka. – Moi rodzice są nader dystyngowani i wyjątkowo mocno nas dyscyplinują. Dlatego też jest to jeden z głównych powodów, dlaczego nie mogę uczestniczyć w wycieczkach do Miodowego Królestwa. – W żadnym wypadku nie byli to ludzie majestatyczni. Zarówno Matka z Ojcem byli jeszcze bardziej ekscentryczni, wybuchowi, autorytarni wręcz dyktatorscy i lodowaci od niego samego, co w niektórych sytuacjach stawało się przerażające. Jakakolwiek prośba z jego strony mogłaby skończyć się całkowitą odwrotnością, nienawidzili, gdy ktoś przychodził o cokolwiek żebrać, a tym bardziej ich ‘pociechy’, które częściej traktowane były jak kule u nogi niż dzieci.
    -Ale wiesz, to wydaje się bardzo ciekawym zajęciem. Mnie jeszcze nigdy nie przyszło samodzielnie cokolwiek przygotować do jedzenia. Nie żebym narzekał, ale chyba przydałaby Mi się taka umiejętność na przyszłość. – Upił jeszcze kilka łyków napoju –A tak a pro po, masz wąsy z piany pod nosem- jego wargi nieznacznie drgnęły do góry.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. [Widząc Twoje odpowiedzi będę starała się trochę bardziej rozpisywać. Żebyś nie była pokrzywdzona ;) Przepraszam też, że tak trochę krucho z tymi moimi odpisami i ich jakością.
      Jeśli Valentine jest trochę za oschły to postaram się trochę to zmienić, daj tylko mi znać ;)]

      Usuń
  51. - Gdy byłem na pierwszym roku bardzo często miałem zamiar uciec z kilkoma starszymi kolegami do Miodowego Królestwa. Zawsze opowiadali niesłychane historie o tym, co można znaleźć między ścianami tego sklepiku. Nigdy do tego nie doszło, jednak, gdy odbywały się wycieczki do Hogsmeade dawałem im kilka galeonów żeby kupili mi jakieś ciekawe smakołyki. Przynosili mi motyle skrzydła w cukrze, cukrowe pióra, czy czekoladowe żaby. One niestety w większości przypadków mi uciekały. – Teraz rzeczywiście się uśmiechnął. To było miłe wspomnienie, którego nie musiał zacierać i chować w głębi swojej głowy. –Właściwie, to się nie przedstawiłem, a Ty zdążyłaś już to zrobić. Nazywam się Valentine Magnus Mallet- nieco pochylił głowę. Łapiąc za szkło, w którym znajdowało się jeszcze trochę miodu wyprostował się. Wypił napój do końca.
    Nie żałował, że nie miał przyjemności odwiedzania miasteczka i korzystania z dostępnych tam atrakcji. Był nauczyciel, z którym zawsze spędzał ten czas przy grze w szachy, albo pomagał mu doskonalić umiejętności w eliksirach. W tamtych chwilach mężczyzna opowiadał mu wiele ciekawych historii ze swojego życia. Inni nauczyciele nie byli dla niego tak wspaniałomyślni. Dzięki tej znajomości z nauczycielem eliksirów nie miał dodatkowego mnóstwa prac domowych.
    -Co do odwiedzenia kuchni… Mam tylko nadzieję, że nie odetnę sobie palców- mówiąc to uniósł dłoń na wysokość swojej twarzy machając palcami z delikatnym, aczkolwiek nieco tajemniczym uśmiechem. W tamtym miejscu na pewno nie będzie spokojnie, ale z pewnością ciekawiej niż w pokoju wspólnym Slytherinu. Choć nie mógł wszystkiego co tam się odbywało negować. Uwielbiał korzystać z dobroci towarzystwa swoich kolegów i do tego bardzo chętnie wykorzystywał ich do różnych spraw. Zawierał również wiele ‘milczących’ umów, a to było ogromnym plusem.
    Drzwi do lokalu otworzyły się. Do środka weszło kilka pojedynczych osób zajmując miejsca przy oknie, a także bliżej baru. – Za jakieś pół godziny wszyscy w Hogwarcie będą schodzić na śniadanie. – przeciągnął się –A co do nie słuchania rodziców… Czego oni nie wiedzą, to z pewnością ich nie zaboli – puścił do Avalon oczko w tym samym czasie odsuwając od siebie pustą szklankę.

    OdpowiedzUsuń
  52. Nie miał bladego pojęcia, jak powinien zareagować.
    Po przeciwnej stronie ulicy malowały się sylwetki dwóch dobrze znajomych mu osób. Było mroźno. Deszcz sączył łagodnie, tworząc niewielkie plamy kałuż na kamienistym chodniku, a zimny wiatr wprawiał całe jego ciało w drżenie. Jedna z postaci skąpanych w świetle latarni podrygiwała nerwowo, z widocznym zniecierpliwieniem rozglądając się na boki. Druga natomiast stała spokojnie, uśmiechając się uprzejmie, kulturalnie tolerując nadmierną ekscytację przyjaciółki. Dłonie wcisnęła do kieszeni płaszcza, próbując chociaż odrobinkę ochronić je przed mrozem. Nie musiał ich widzieć, by przypomnieć sobie jakie były delikatne i drobne. Jak idealnie leżały w jego dłoni, kiedy ciepłym oddechem i pocałunkami próbował ogrzać ich zmarznięte kostki. Jak subtelnie przemykały po jego ciele, między jednym a drugim westchnięciem.
    — Nie dam rady. Stary, z pewnością nie dam rady.
    Trząsł się. Po jaką cholerę on zgodził się na tę randkę? Naturalnie wiedział, a raczej domyślał się, iż istnieje prawdopodobieństwo, że Lucy przyjdzie tam akurat z jego byłą dziewczyną, ale nie zdawał sobie sprawy z możliwych konsekwencji takiej konfrontacji. W jednej chwili pogodny nastrój, który towarzyszył mu przez całą drogę do Hogsmeade, raptownie się ulotnił, pozostawiając po sobie nieprzyjemny, gorzki posmak w ustach. Freddie zerknął na swojego przyjaciela i jęknął nerwowo, widząc jego błagalne spojrzenie. Był mu potrzebny.
    Niewiele myśląc, wykonał kilka kroków do przodu, wyłaniając się z cienia, w którym po drodze przystanęli i szturchnął wesoło Adama w ramię, wskazując dłonią na dziewczyny. Roześmiał się nieco wymuszenie, przybrał na twarz szeroki uśmiech i ruszył dziarsko przed siebie, próbując pozostawić wszystkie smutki i przytłaczające myśli za sobą. Chciał choć na jedną chwilę zapomnieć o tym, jak bardzo bolało go to rozstanie. Chciał nie zastanawiać się, co by było, gdyby jednak nadal byli parą. Chciał nie przejmować się troskami dnia codziennego. Marzył tylko o tym, aby się odprężyć.
    Wiatr rozwiał srebrzyste włosy Avalon, kilkoma kosmykami oplatając jej zaróżowioną od chłodu twarz. Weasley całą siłą woli musiał powstrzymać się od wyciągnięcia ręki i zgarnięcia nieposłusznych pasem z rumianej buzi, kiedy tylko się do nich zbliżyli. Temperatura jakby gwałtownie wzrosła. Powietrze momentalnie uleciało mu z płuc, a klatka piersiowa ścisnęła się w naturalnym odruchu żalu.
    — Idziemy?
    Nie odezwał się nawet słowem. Uśmiech nie schodził mu z twarzy, z zaciekawieniem przypatrywał się rozmawiającej dwójce, uparcie ignorując fakt, że Avalon szła tuż koło niego. Nie zareagował, kiedy jej dłoń otarła się o jego rękę, bojąc się tego, co mogłoby paść z jego ust. Nic się nie stało. Zrobisz tak raz jeszcze? Kulturalnie zabrał od niej płaszcz, kiedy przekroczyli próg herbaciarni, zamówił jej ulubione ciasto, nawet nie pytając się, na co ma ochotę. Za dobrze ją znał, zbyt wiele na jej temat wiedział. Poprosił o kawę, zapłacił i ze zmęczeniem opadł na krzesło naprzeciw niej. Momentalnie zaschło mu w gardle. Słysząc komentarz przyjaciela o tegorocznych rozgrywkach Quidditcha, uniósł zainteresowane spojrzenie i po raz kolejny przytaknął uprzejmie ruchem głowy, nie chcąc zwracać na siebie zbyt wielkiej uwagi.
    — …bo Freddie to takie tornado na miotle!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Roześmiał się, kręcąc głową i zerkając z zadowoleniem na radośnie chichoczącą Lucy. Delikatnie oblizał wargi, przygotowując się do rzucenia jakiegoś błyskotliwego komentarza, ale jego przyjaciel ponownie go uprzedził.
      — Jest cholernie pracowity. Czasami go niemalże podziwiam. Ja nie potrafiłbym zachować tej regularności na wszystkich treningach. Chociaż… pamiętam jak któregoś dnia wrócił do dormitorium cały umorusany błotem, oznajmiając, że dzisiaj odpuścił sobie ćwiczenia, bo umówił się z Av na spacer. Avalon, słońce, podziwiam twój temperament. Nie wiem, co mu wtedy zrobiłaś, ale do końca wieczoru nie mógł przestać się szczerzyć. I do tej pory nie wspomniał słowem, skąd się wzięło to błoto.
      Policzki Freda pokryły się rumieńcem. Odchrząknął, próbując dać Adamowi do zrozumienia, że rozmowa zeszła na nieodpowiedni tor, ale ten nie załapał aluzji. Chłopak speszył się i łagodnie uniósł wzrok, szukając spojrzeniem oczu Avalon. Znalazł je. Patrzyły w jego stronę, tak samo piękne i błyszczące, jak je zapamiętał. Tylko odrobinę bardziej smutne. Jego serce ścisnął żal.
      — Bo Avalon to taka niepozorna, drapieżna bestia — odparł niepewnie, uśmiechając się odrobinę smutno i sięgnął po kubek z kawą. — Nigdy nie wiesz, kiedy zapragnie pokazać pazurki. A wtedy… och, lepiej się Lucy strzeż.
      Poczuł jak kolejna fala gorąca zalewa jego twarz, więc szybko opuścił spojrzenie, momentalnie stwierdzając, że talerz z ciastem stanowi o wiele ciekawszy widok niż śmiejąca się z niego para. Dreszcze nie dawały mu spokoju, jego kolano delikatnie musnęło nogę Krukonki, co sprawiło, że tylko jeszcze bardziej się zawstydził. Odważny i dumny Gryfon zniknął, chowając się za maską zranionego chłopca. Zranionego, stęsknionego i smutnego chłopca.

      Taki biedny Fredziak :C Przepraszam, że tak marnie, obiecuję poprawę.

      Usuń
  53. [Mogą się jakoś zakumplować, czemu nie :) Masz jakiś pomysł na wątek, czy myślimy razem?]

    Sorcha Tobin

    OdpowiedzUsuń
  54. - Nie uważacie, że przesadziłam z cynamonem? Nie? To na szczęście! Ach tylko zjadliwe, dobra spokojnie zaraz posprzątam — mówiła do krzątających się wokoło niej Skrzatów, o wiele bardziej zajętych i o dziwo — zniecierpliwionych niż ona sama. Jednocześnie przyglądając się rumianym wypiekom i energicznie mieszając w misce różowy krem, który po chwili w mniejszej części wylądował na ciasteczek, a w większej na podłodze, jej fartuchu i głowie jednego ze skrzatów. - Nie chciałam! Przysięgam, że to nie było zamierzone! Umyje całą podłogę, ale nie teraz. Daj mi święty spokój już, dobra? - obdarzyła magiczną istotę pełnym złości spojrzeniem i w zawrotnym tempie posypała słodkości kolorową posypką, a następnie spakowała je w urokliwe różane pudełko, w którym czaił się jeszcze termosik, porcelanowe kubeczki, dziwne miniaturowe widelczyki, łyżeczki i inne dziwaczne rzeczy, jakie mogą znajdować się w Herbacianym niezbędniku dla pań i panienek — wersja podróżna, rozszerzona. Cudowny prezent na czternaste urodziny, otworzony trzy miesiące po piętnastych, a jaki przydatny! - Do zobaczenia niedługo! A sami dajcie mi święty spokój! - wyszła, a raczej wyjechała ze szkolnej kuchni zmierzając w kierunku Wieży Ravenclawu.
    - Jona zostaw Avalon w spokoju, to nie twoja liga. Musiałbyś nie dość, że urosnąć i wyprzystojnieć to jeszcze zmądrzeć, a obydwoje wiemy, że to nie realne, więc nie uprzykrzaj jej życia i nie mów, że spadła z nieba, bo własnoręcznie Ci przywalę, a chyba jeszcze pamiętasz, jak to skończyło się ostatnio? - powiedziała, zatrzymując się tuż przed swoim bratem, gdy w końcu dotarła do celu i z ogromną satysfakcją mogła wreszcie zemścić się na Krukonie za to, że perfidnie naskarżył na nią i w ten sposób pozbawił połowy kieszonkowego. - Av, wiesz, że Cię lubię i nigdy, przenigdy bym Cię nie okłamała, więc uwierz mi, że ten oto okaz faceta jest wybrakowany i to porządnie, rozrzuca skarpetki dosłownie wszędzie, naprawdę nie jest taki uroczy jak ja i naprawdę nie mam pojęcia, dlaczego wylądował w Ravenclaw skoro to idiota jakich mało. Ty się zamknij i nie pień się tak, bo ja mowie prawdę, a nie jak niektórzy tutaj i idź już, bo się pogrążasz coraz bardziej — zmrużyła oczy i gdy w końcu zamilkła z satysfakcją przyglądała się chłopakowi, który najchętniej właśnie w tym momencie udusiłby ją własnymi rękami — Nie wiem, czy znajdę czas na spotkanie z tobą, wybacz, ale mam ciekawsze zajęcia — powiedziała jeszcze i odprowadziła brata wzrokiem, po chwili odwracając się do dziewczyny. - Powinnam Cię za to wszystko przeprosić, bo całe to zajście było idiotyczne, ale się nie przepraszamy, więc musisz zrozumieć. A jeśli chcesz, to możesz z nim być, chociaż nie nie możesz. Uwierz mi na słowo, że nie chcesz tego i nie wiem, co Ci powiedział, ale to wszystko, to kłamstwo — mówiła, czując jak jej policzki, które ze złości stały się czerwone, teraz wracają do swojego normalnego koloru — No w każdym razie chodźmy już, bo nie ma przecież na co czekać — podniosła deskorolkę i poprawiła plecak, najdelikatniej jak potrafiła, aby czasem nie uszkodzić jego zawartości.

    Lexi

    OdpowiedzUsuń
  55. Tak, bez wątpienia dziewczyna miała rację, mówiąc, iż z rodziną dobrze wychodzi się jedynie na zdjęciach — Ahn mógł się pod tym podpisać w stu procentach. Znajdował w siostrze i w ojcu niewielkie poparcie, natomiast w kwestiach dla nich ważnych czuł się w powinności do zwykłego przytakiwania na jakiekolwiek prośby. Zresztą, nigdy nie miał z tym problemów, zawsze poddawał się ich woli bez mrugnięcia okiem.
    Spojrzał na nią z ukosa, a na jego twarzy uformował się lekki uśmiech.
    — Coś cię gryzie... Avalon — powiedział, pamiętając o tym, by używać jej prawdziwego imienia. Nie miał ochoty na dalsze sprzeczki, prawdopodobnie wyczerpał dzisiejszy limit przekomarzania się. Poza tym dalej irytował go fakt, że był okropnie głodny, a nic mu nie smakowało. Najwyraźniej tego dnia wszystko musiało iść niezgodnie z jego planem. — Chodź, odprowadzę cię na lekcje. Też ci mam coś do powiedzenia.
    Westchnął lekko i wysunął się z ławki, czekając chwilę na srebrnowłosą, która usilnie dalej próbowała ukryć swoją twarz przed resztą zgromadzonych na śniadaniu ludzi. Coś było ewidentnie nie tak. Dziewczyna zawsze sprawiała wrażenie smutnej, była taka odrobinę wycofana, można by powiedzieć, że liryczna. Teraz jednak wydawała się po prostu zasępiona, jakby bardzo się czymś martwiła.
    A oni w końcu przyjaźnili się. Nie była to jakaś mocna relacja, bo też nigdy żadne z nich nie opowiadało o swoich problemach, aczkolwiek Jihoon nie mógł ukryć, że martwił się o nią odrobinę. Był jej oppą, to do czegoś zobowiązywało.
    — Problemy miłosne? — zapytał, a w jego głosie można było wyrzuć ironię. — Dlaczego my wszyscy musimy przechodzić przez to samo? Lepiej by było, gdyby tak ot, dało się wyłączyć emocje... Co się dzieje, Moore? To poważne?

    Jihoon jako kochany braciszek :D
    (haha, teraz mogę naużywać kursywy do woli!)

    OdpowiedzUsuń
  56. - Idealnie pasujesz do walizeczki, którą chowam w plecaku. Nic nie musisz brać wszystko mam, tylko wieje trochę, to możesz zmarznąć, ale mam koszulę dodatkową, zmieścisz się chyba — we wcześniejszych planach całe ich spotkanie wcale nie miało tak wyglądać. Miały wyjść do Hogsmeade, Trzech Mioteł albo Miodowego Królestwa, a może nawet tam gdzie zazwyczaj chodziła sama. Jednak myśląc o tym dłużej, doszła do wniosku, że byłoby to zbyt pochopne i niebezpieczne, a Avalon mogłaby mieć przez nią porządne kłopoty, nawet gdyby były ostrożne. Jeśli Krukonka była jedynaczką, oczkiem w głowie tatusia, to z pewnością dowiedziałby się o on tym z zaufanych źródeł. Poza tym nie wiadomo czy aby nie ma ona własnych ochroniarzy, o których sama nie ma pojęcia. Więc teraz, zamiast iść tajemniczymi korytarzami, zmierzały w kierunku błoni malujących się w brązach i czerwieniach, które mimo zachwytu innych, Lexi wcale się nie podobały, bo jej zresztą mało co przypadało do gustu. - Trzeba korzystać z pogody i słońca, dopóki jeszcze jest. Choć mówiąc szczerze, to posiedziałabym teraz przy kominku no ale, ale będzie fajnie. Siadaj! - powiedziała, wyjmując z plecaka gruby koc i rozkładając go na ziemi tuż przy jeziorze. - Nie jest tak zimno, ale masz, bo się przeziębisz czy coś, a tego nie chcemy. Nowa, dostałam przedwczoraj trochę nie mój kolor, ale tobie pasuje — podała flanelowa koszulę w kratkę dziewczynie i po chwili nalała do kubków herbaty. - Moja mama mówią, że nic tak nie łączy kobiet, jak kawa i ploteczki, a że ja nie mam własnych przemyśleń na ten temat, zaufałam jej i właśnie dlatego teraz nie łamiemy głównych zasad, nie narażamy się nikomu i nie przeżywamy super przygód, tylko kulturalnie pijemy herbatę, bo nie lubię kawy. Dla mnie to naprawdę coś nowego, bo zwykle nawet nie rozmawiam normalnie z dziewczynami, ale się staram — mówiła, wciąż grzebiąc w różowym pudełku, a w końcu wyjmując z niego odpowiedni pakunek — Upiekłam ciastka, miały być podobne do tych, na które tak czekałaś tylko lepsze, oczywiście. Niestety nie wiem, jak to wyszło w praktyce. Skrzaty są strasznie irytujące — ruszyła ramionami, kładąc pudełeczko na środek koca — Może przynajmniej one dostarczą nam jakichś wrażeń, choć w sumie to lepiej, żeby nie — posłała uśmiech dziewczynie, uważnie jej się przyglądając — Następnym razem zabiorę Cię w lepsze miejsce, ale najpierw muszę Cię wyczaić, bo nigdy nic nie wiadomo. I jak dobre? - spytała, sama wreszcie próbując własnych wypieków.

    Lexi

    OdpowiedzUsuń
  57. [Ale mnie się nie podoba. :D Każdy autor ma w sobie coś takiego, że sobie musi ponarzekać. (Możliwe, że to moja fałszywa skromność się odzywa).
    Dzięki z przywitanie, jak wpadnie ci do głowy jakiś pomysł przyjdź z nim koniecznie, może coś nam się uda stworzyć. ;)]

    Sanford

    OdpowiedzUsuń
  58. [Hm. To możemy zrobić tak, że kiedyś robiły coś razem na zajęcia, i jakoś tak się zakumplowały. Ogólnie Sorcha czasem dorabia sobie jako kelnerka w Hogsmeade i lubi tam jeździć na koncerty, może coś w tym kierunku? Mogłyby fangirlować temu samemu zespołowi i razem piszczeć na widok jakiegoś wokalisty. Czy coś takiego. :)]

    Sorcha Tobin

    OdpowiedzUsuń
  59. Nie potrafił wyrzucić tego wspomnienia z głowy.
    Melodyjny śmiech Avalon niczym mocno naostrzona strzała trafił bezpośrednio w jego serce, przyprawiając go o prawdziwy ból głowy. Wszystko w nim dosłownie krzyczało, wyrywało się myślami w kierunku tamtego pamiętnego dnia, płakało, z utęsknieniem rozkładając to niewinne wydarzenie na czynniki pierwsze, wbrew jego woli analizując każdy gest, każdy uśmiech i każde wypowiedziane wtedy słowo.
    Srebrzyste kosmyki włosów opadły na jego ramię targane wiatrem, otulając je delikatnie, zawłaszczając je. Łaskotały jego policzki, sprawiając, że zrobiły się one jeszcze bardziej czerwone. Przy niej zwyczajnie nie potrafił się nie rumienić. Jej obecność wystarczała mu wtedy w zupełności. Przypadkowe muśnięcia i dotyk wywoływały u niego falę dreszczy. Towarzystwo panny Moore doprowadzało go do istnego obłędu. On ładnie mówiąc, po prostu oszalał na jej punkcie.
    Jej dłonie oplotły jego szyję. Cichy śmiech poniósł się po okolicy, odbijając się od kory drzew i tafli spokojnego jeziora. Czułe słowa mąciły mu w myślach. Wszystkie jego emocje dosłownie wyrywały się ku niej, był wtedy tak pewny, tak bardzo przekonany o tym, że w odnalazł w niej miłość swojego życia.
    I może tak było. Może Fredowi już nigdy więcej nie było pisane poczuć czegoś podobnego do tego, co władało nim w towarzystwie Krukonki. Może po ich rozstaniu stracił swoją jedyną szansę na prawdziwe szczęście. Dlaczego uległ? Dlaczego o nią nie walczył? Bo i ona tego nie chciała. Nie chciała psuć rodzinnych relacji. Nie chciała narażać Weasleya na gniew ojca. Bała się. Tak bardzo chciał ją wtedy chronić, tak mocno przytulić, przygarnąć do siebie, zamknąć w ramionach, odgrodzić od smutnej rzeczywistości. Ale mógł tylko patrzeć, przyglądać się jak cierpi, jak cierpią oboje i jak nie mogą kompletnie nic z tym zrobić. Nie mogąc już jej dotknąć. Nie mogąc pocałować. Nie mogąc nigdy więcej nazwać swoją.
    Dźwięk odsuwanego krzesła wyrwał go z zamyślenia równie skutecznie jak kąpiel w lodowatym jeziorze. Przed oczami nadal miał wizję zmarzniętej dziewczyny, od ścian jego mózgu wciąż bezustannie odbijał mu się obraz czule składanych na jej twarzy pocałunków, nie mógł wyrzucić z umysłu myśli o stopniowo rozgrzewanej skórze, chłodnym dotyku rąk pod koszulką. Potrząsnął głową, wyciągnięty ze sfery wspomnień, dopiero zdając sobie sprawę z tego, że przez większość czasu siedział, wpatrując się w pozostawione po Avalon puste miejsce. Dłonie mu się trzęsły, gardło ściskała wielka gula. Podniósł się z miejsca i uśmiechnął się przepraszająco do Adama i Lucy, kierując swoje kroki w stronę łazienki. Musiał się uspokoić.
    Wszedł do niewielkiego, lśniącego czystością pomieszczenia i zamknął drzwi na klucz. Jego ręce drżały jak oszalałe. Oparł się o umywalkę i spuścił głowę, biorąc kilka głębokich wdechów. Tego było za wiele, zdecydowanie za wiele. A mógł nie przychodzić. Mógł wycofać się w ostatniej chwili, przecież doskonale wiedział, czym to się może skończyć. Zdawał sobie sprawę z tego, że i ona z pewnością nie chce go widzieć. Ale myślał, że da radę, że udźwignie ciężar jej zrozpaczonego spojrzenia, że delikatne muśnięcia nie będą miały już na niego żadnego wpływu. Przecież nie rozmawiali ze sobą od tak dawna. A jednak wystarczyło to subtelne przygryzienie wargi. Wystarczył śliczny, choć smutny uśmiech i parę niby nic nieznaczących spojrzeń, by ponownie zwariował. Po ich zerwaniu kompletnie nie mógł się pozbierać. Był wrakiem człowieka. I nie chciał stawać się nim ponownie, nie chciał przeżywać tego po raz kolejny. Musiał się w końcu z tym pogodzić. I ona również musiała.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Podejmując jedną z najbardziej szalonych decyzji swojego życia, wyszedł z toalety, rozglądając się dookoła w poszukiwaniu stolika, który zajmowali. Dokładnie tak jak się spodziewał – Avalon nadal nie było. Podszedł do wieszaka, na którym zostawił swój płaszcz i włożył go, dyskretnie wyślizgując się na zewnątrz, próbując pozostać niezauważonym przez gruchającą w kąciku parę.
      Chłodne powietrze owiało jego twarz. Gwiazdy świeciły wyraziście, oświetlając skąpaną w mroku panoramę Hogsmeade. Dziewczyna stała nieopodal herbaciarni, opatulając się dłońmi i drżąc delikatnie z zimna. Krótka spódniczka odsłaniała jej nogi i Fred widząc to, musiał powstrzymać myśli pędzące już ku kolejnym wspomnieniom. Stop. Rzeczywistość była w tamtej chwili najważniejsza.
      Podszedł do niej zdejmując ciepłe odzienie i niespodziewanie zarzucając płaszcz na jej ramiona. Chcąc, nie chcąc, czułym gestem opatulił ją ciepłym materiałem i odsunął się na kilka kroków tak, by mogła go dostrzec. Łagodnie przechylił głowę i uśmiechnął się – w jego mniemaniu – przyjaźnie, próbując rozluźnić atmosferę.
      — Nie chciałem, żebyś zmarzła... nie pomyślałem o tym, żeby zabrać ze sobą Twój płaszcz. Głupek ze mnie.
      Bezradnie wzruszył ramionami, wciskając dłonie w kieszenie spodni i przeczesując wzrokiem okolicę. Czuł na sobie jej nic nierozumiejące spojrzenie. Westchnął, wskazując głową na przyjaźnie wyglądającą alejkę odchodzącą od głównej ulicy ciągnącej się przez miasteczko. Serce waliło mu jak oszalałe.
      — Przejdziemy się? Lucy i Adam sami dadzą sobie radę. Wyszedłem, bo zrobiło się dość… niezręcznie.
      Uśmiechnął się i zerknął na nią z lekkim rozbawieniem. Niepewnym krokiem pokonał dzielącą ich odległość i wyciągnął w jej stronę ramię, oferując oparcie podczas wędrówki. Do jego nosa dotarł zapach jej słodkich perfum. Były inne niż te, których używała podczas ich długotrwałego związku. Fred przygryzł wargę i wbił spojrzenie w rozciągający się przed nimi mrok. Ponownie zawładnął nim smutek.

      Jakie to wszystko przytłaczające ;-; Załamany Freddie, który chyba nie wie, co robi

      Usuń
  60. [Dziękowałam na czacie, ale podziękuję też tu - dziękuję za wyłapanie błędu, zaraz go poprawię :D Jestem otwarta na wszelkie propozycje, chęć na wątek też wyrażam, bo Avalon jest... no idealna! ;)]

    Louis

    OdpowiedzUsuń
  61. - W zeszłym roku ciotka zamówiła mi prenumeratę tego pisemka, dziewczyny były zachwycone. Merlinie nawet udawały, że mnie lubią tylko po to, by zdobyć dodatek, było śmiesznie — ucieszyła się, słysząc słowa Avalon. I chociaż już wcześniej zdawała sobie sprawę, że Krukonka nie należy do bezmózgich panienek, to teraz tak naprawdę, wszelkie wątpliwości zupełnie uleciały i była pewna, że dziewczyna będzie świetną kompanką do przygód, choć wyglądała na delikatnie niezdarną — Od dwóch lat znoszę humorki chłopaków, ich wieczne narzekania i problemy, Lubie ich bardzo no ale czasem jest mi naprawdę dziwnie, gdy to ja czekam, zanim będą gotowi i muszę ich pocieszać, aby czasem się nie rozpłakali za każdym razem, gdy cokolwiek im się stanie! To ja chciałam być w centrum uwagi, bo być powinnam, ale rzadko kiedy mi się to udaje i mam im za złe to, że zamiast mnie bronić, to często zwalają właśnie na mnie winę. Uważają mnie już nawet nie za kumpla, a za twardego chłopaka, co w wielu kwestiach jest praktyczne, ale powoli zaczyna mnie denerwować — mówiła, opadając na koc i wpatrując się w zachmurzone niebo, przy okazji próbując dostrzec w chmurach jakieś kształty — Powiedzieli, że jestem sierotą i nie mam brać się za rzeczy, w których nie jestem aż tak dobra. Znaczy, ubrali to w ładne słowa, trochę łagodniej, ale ja wiem, że właśnie to mieli na myśli. Wiesz te ich bajerki, które działają na zakochane dziewczynki, ja nie mam pojęcia, co one w nich widzą, no znaczy...co ja tam wiem — kolejny raz nie zdążyła ugryźć się w język i zaprzestać mówić o rzeczach, a raczej osobach, z którymi jej rozmówcy mieli jakiś związek. Na szczęście miała też niezwykle dobry refleks, który sprawdzał się nie tylko w sporcie, w ściąganiu na sprawdzianach, a właśnie też w rozmowach — Wiesz miłość, chłopcy i te sprawy, blech! Ja tam wole ciastka i inne dobre rzeczy — uśmiechnęła się, biorąc kolejne ciasteczko — Cieszę się, że Ci smakują, ale chyba mogłam dodać jednak mniej tego cynamonu. Choć i tak dziwne jest to, że ich nie spaliłam — wykrzywiła twarz w zabawnym grymasie, spoglądając na dziewczynę - Av mam dla ciebie propozycje, ale to raczej będzie korzystne dla mnie, bo ja nawet nie wiem, czy mnie lubisz, a wcale się nie zdziwię, jeśli tak nie będzie, bo przecież znamy się zaledwie, hm kilka dni? Szczęśliwi czasu nie liczą — powiedziała, wzruszając ramionami.

    Lexi

    OdpowiedzUsuń
  62. Czasami Vlado zastanawiał się, po co w ogóle wciskał łapy w nie swoje sprawy. Choć fizycznie miał tyle lat, ile miał - w duszy czuł zupełnie coś innego. Tak jakby ona zatrzymała się w konkretnym przedziale wiekowym, a tylko ciało zbierałoby coraz większe cyfry. Często powtarzał sobie, że nie ukaże nigdy więcej skruchy i rąbka współczucia po tym, co go w życiu spotkało, ale w tym wypadku był bezradny. Owszem, gdyby nie widywał Avalon w zamku, gdyby była zwykłą i zupełnie obcą mu osobą może przeszedłby obok i nawet się nie zastanowił; ale raczej ciężko nie byłoby mu zwrócić uwagi na łzy kobiety. W tym wypadku większość, żeby nie powiedzieć, że wszyscy, znali ją jako uśmiechniętą, pełną energii dziewczynę. Taką, która życie ma niemalże usłane różami, której można by wszystkiego pozazdrościć. Ale czy takie dziewczyny płaczą? Czy osoby, które mają w życiu wszystko - miłość, rodzinę, dom, szczęście, mogą czuć się źle? A może, najzwyczajniej w świecie chciałaby taka być. Chciałaby nie mieć aż tylu problemów, a poczuć choć odrobinę spokoju, odizolowania i na chwile rzeczywiście wyjść ze swojego ciała. By tak po prostu odetchnąć.
    Profesor nie chciał na nią naciskać. A, że nie był też psychologiem bał się wydukać cokolwiek, by nie pogorszyć sytuacji. Jakoś słowa otuchy typu będzie dobrze, nie raczyły być w tym momencie odpowiednie; dlatego w duchu odetchnął, gdy sama z siebie wyrzuciła kilka prostych słów. Jednak Karkarow był, tak jak inni człowiekiem i mógł ją chociaż wysłuchać.
    Przysiadł się obok i podparłszy się na kolanach, ułożył wygodnie brodę w palcach swych dłoni. Jego niebieskie oczy także wędrowały gdzieś na wierzchołkach wysokich drzew, tak, aby nie wlepiać ich w twarz dziewczyny. Nie chciał by poczuła się jeszcze bardziej niezręcznie.
    Złapał za różdżkę, po czym wypuścił z niej niebieski, iskrzący się płomyk. Wystarczyłoby ich tylko kilka, by móc się rozgrzać.
    - Chciałabyś to zmienić? Jesteś bardzo mądrą uczennicą i wiem, że nie muszę Ci mówić, że dużo rzeczy leży w Twoich rekach. Pod warunkiem, że to nie sprawy życia i śmierci... Tego Ci zmienić nie wolno.
    Sięgnąwszy po niewielki patyczek, zaczął dłubać nim w ziemi. Częsty ruch, który świadczył o tym, że Vlado zagłębiał się własnie w zakamarki swoich krętych myśli. I nie minęła sekunda, nim wyrzucił go przed siebie. Założywszy kilka kosmyków włosów za ucho, wreszcie odważył się przenieść wzrok na uczennicę.
    - Nie chciałbym Ci się narzucać, w końcu jestem tylko nauczycielem i pewnie nawet nie wypada Ci mówić przy mnie wielu rzeczy. Po za tym, zamiast mnie powinna siedzieć tutaj Twoja najlepsza przyjaciółka - Urwał i wzruszył ramionami, zastanawiając się przez chwilę, co tak właściwie tutaj robi. Potrząsnął głową i zaczął kontynuować bardzo opanowanym, ciepłym tonem - Ale wiedz, że mogę Cię wysłuchać równie dobrze co ona i mógłbym nawet obiecać, że to co zostało powiedziane w Sowiarnii, zostanie tylko w niej. Mógłbym... A właściwie to chciałbym Ci też pomóc. Nie lubię, gdy płaczesz.
    Wodząc wzrokiem po smutnej twarzy Avalon, wyciągnął z kieszeni paczkę nie otwartych chusteczek, po czym wręczył je dziewczynie.
    Miał tylko nadzieję, że nie wybuchnie i nie ciśnie w niego podarowaną paczką.

    OdpowiedzUsuń
  63. [Ale głupio też tego nie zrobić! ;) Lou jeszcze nie posiada przyjaciółki płci pięknej, więc dlaczego by nie? Co do ich zbliżenia się ku sobie, mam taki głupiutki pomysł. Avalon kręciłaby się w pobliżu Louisa z powodu tego akcentu, próbowałaby zagadywać, a mój chłopaczek ni z tego, ni z owego wykradłby jej całusa. Taki z niego podrywacz… I zaczęła by się ich wspólna historia. Pierwsza była niechęć twojej panienki, podlewana przez ironię Lou, gdzieś później ona by wyparowała, na jej miejscu pojawiłoby się przywiązanie, bo nasze dzieciątka zdałyby sobie sprawę, że właściwie gadają ze sobą najczęściej i jedno bez drugiego nie umie żyć. I tak nienawiść przekształciła by się w miłość, oczywiście przyjacielską. A teraz z nich są taki trochę papużki-nierozłączki, które umieją sobie posłodzić, zrzucić aluzjami, zaleźć za skórę, pokłócić, znienawidzić, a potem znów kochać. Lu też mógł czasem kręcić noskiem na miłosne epizody kochanej Avalon, jak taki miniaturowy pies ogrodnika ;)]

    Louis

    OdpowiedzUsuń
  64. - To może zabrzmieć głupio, a zresztą takie jest — powiedziała, gdy słysząc zachęcające słowa dziewczyny, doszła do wniosku, że i tym razem musi pójść na żywioł i nie przejmować się na zapas nieprzyjemnymi konsekwencjami, które mogą wyniknąć z jej zachowania.
    - Myślę, że mogłybyśmy zostać przyjaciółkami, takimi siostrami wiesz, bo ja zawsze chciałam — spojrzała na dziewczynę spod przymrużonych powiek. Czuła się dziwnie, choć chyba była szczęśliwa. Od dawna już nie miała ochoty nawiązać z nikim bliższej relacji. Co prawda nie lubiła samotności i otaczała się zazwyczaj grupką osób, to jednak nigdy nie zastanawiała się nad tym, czy coś oni dla niej znaczą, po prostu byli i dzielili się na tych, których darzyła względną sympatią i na tych, za którymi nie przepadała. Wszystko było proste i choć właśnie do tego dążyła, to jednak czasami odczuwała pustkę, której nie potrafiła nazwać. - Chciałam mieć takiego kogoś, z kim można sobie pogadać o głupotach, porobić dziwne rzeczy, coś upiec i objadać się słodyczami. Wiesz taki ziomek od wszystkiego i niczego i choć Jona i Alex starają się takimi być, to ja chciałam siostrę, najlepiej starszą, no ale jakoś nigdy nie nadarzyła się okazja, aby ją zdobyć — jedynymi osobami, z którymi miała dobry kontakt byli właśnie jej bracia, pomijając fakt, że Gryfon tak naprawdę nie był z nią spokrewniony. I choć byli świetni, to jednak chęć posiadania siostry, może z biegiem lat zmalała, to jednak wciąż w niej żyła. Na rodziców nie miała co liczyć, zresztą po wysłuchaniu opinii własnej matki na temat dzieci zdziwiła się, że zechciała ona ją w ogóle urodzić i nawet w pewnym niewielkim oczywiście stopniu zaakceptować.
    - No wiem, to wszystko wymaga czasu, poznanie się, blabla — przewróciła oczami - Ale ja nie lubię czekać, uważam, że jeśli coś ma się wydarzyć, to od razu i bez zbędnego zastanawiania. Nie lubię też niepewności i owijania w bawełnę, dlatego się pytam, ale oczywiście nie obrazę się, jeśli taki, hm układ, nie jest dla ciebie — przesunęła się, prostując nogi, przez chwile przyglądając się swoim tenisówką w znienawidzone truskawki, które stanowiły kolejny, nietrafiony urodzinowy prezent.

    Tamto zdjęcie jakoś bardzo mi się spodobało, ale właśnie też doszłam do wniosku, że jednak nie pasuje do Lexi, jest zbytnio urocze :/ Kurde robi się ona jakaś za bardzo dziewczęca, ja nie wiem, co się dzieje, muszę to naprawić.
    Lexi

    OdpowiedzUsuń
  65. [Poprawione, pośpieszyłam się przy pisaniu i umknęła mi ta literówka :)
    Dziękuję za powitanie, ale cóż, na razie nie mam żadnego pomysłu :< Może uda mi się coś wymyślić na dniach, ale cóż, Percy i Avalon nie mają zbyt wiele wspólnego.]

    Percy Holland

    OdpowiedzUsuń
  66. [To już zależy, z którym :D W sumie nie wiem. Masz pomysł na konkrety? ;)]

    Louis

    OdpowiedzUsuń
  67. [Na Fredzia się zgadza. :D Teraz to i tak z siebie nic nie wykrzeszę, mój mózg o tej porze się buntuje, więc poczekam aż zostaniesz olśniona. ;)]

    Lou

    OdpowiedzUsuń
  68. [OKEJ OLŚNIŁO MIĘ. Skoro Avalon taka "idealna", z pewnością nie przypadłaby do gustu Percy, zwoleniczki wszelkich dziwactw i mankamentów. Nie żeby jej nienawidziła czy coś, tylko po prostu Percy mogłaby do Krukonki pałać nieokreśloną niechęcią. Aż, któregoś razu, przypadkiem, znalazłaby Avalon, kiedy nie miałaby na sobie "maski" i dostrzegła, że może jednak panienka Moore nie jest taka idealna jak się może wydawać. BAM! Mamy powiązanie, co ty na to?]

    Percy

    OdpowiedzUsuń
  69. [ja mam taki pomysł, że może Avalon przyłapałaby Lilkę z papierosem, po czym skądś przypałęta się jakiś wredny nauczyciel, a wtedy Lily perfidnie zwali winę na Twoją pannę? :)]

    Lily.

    OdpowiedzUsuń
  70. [Dziękuję :D Gif mnie ociupinkę denerwował, więc jak tylko znalazłam zdjęcie, nie mogłam się oprzeć, żeby go nie dodać :3
    Cieszę się :D Fajnie by było zacząć właśnie od tego jak Percy spotyka jej prawdziwe oblicze, i od tego potem lecieć z akcją właściwą :D Mogłabym nawet zacząć, żeby było prościej :)]

    Percy

    OdpowiedzUsuń
  71. [jak mogę liczyć na zaczęcie, to Cię kocham. *^* i nie spiesz się. :)]

    Lily.

    OdpowiedzUsuń
  72. [Także biorę się za pisanie. :D Ależ prosz, i tak muszę się rozkręcić, bo nie pamiętam, kiedy ostatnio pisałam na grupowcu. :D]

    Percy

    OdpowiedzUsuń
  73. [Nie wiem czy dalej chcesz prowadzić ze mną wątek, więc proszę. Daj mi znać ;)]

    Matt Harrison

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. [Nie hehe Nie o to chodzi. Gdyby nudził mi się wątek, napisałabym. Chodziło o to, że długo nie odpisywałam i nie byłam pewna czy dalej chcesz to ciągnąć. Jeśli dziś nie odpiszę, do wtorku wieczorem powinnam to ogarnąć, bo mam w tym tygodniu dość dużo zajęć.]

      Usuń
  74. Doskonale zdawała sobie sprawę, że jeśli fakt palenia papierosów wypłynie kiedyś na światło dzienne, będzie miała ostro przewalone, a do tego uznana zostanie za zbuntowaną smarkulę, która robi na złość rodzicom. Tak między nami a kłamstwem, było w tym odrobinę prawdy, bo zaczęło się od niewinnego "co by ojciec powiedział", na co Lily miała niemalże alergię, w związku z czym po prostu wzięła wtedy papierosa od kuzyna i zapaliła, nie przejmując się niczym i nikim. Problem pojawiał się wtedy, kiedy na zewnątrz było zbyt zimno, by wyjść zapalić. Albo i teraz, kiedy to wszyscy nauczyciele postawieni zostali do pionu, z uszami i oczami szeroko otwartymi i pilnowali każdego wyjścia z Zamku, by udaremnić ewentualny atak Mrocznych. Lily wydawało się to niezmiernie głupie.
    Tych, których się tak boicie, nie zatrzymają żadne drzwi czy okna, idioci, myślała sobie za każdym razem, kiedy w złości miała ochotę sobie zapalić, a przy wyjściu dostrzegała uśmiechniętą, dobrze znaną twarz któregoś z profesorów.
    W takich wypadkach uciekała na ogół do lochów, gdzie szanse na spotkanie kogokolwiek po wydarzeniach ostatnich tygodni były znikome. Wystarczyło wiedzieć, w który korytarz wejść, by nikt cię nie zauważył i proszę! Cisza, spokój.
    Lily uśmiechnęła się błogo, zapalając papierosa końcem różdżki.
    Upragniona cisza nie potrwała jednak długo, bowiem na korytarzu rozległy się kroki. Potterówna westchnęła westchnięciem człowieka potwornie zmęczonego, człowieka tak zmaltretowanego życiem, że w ogóle nie ma na nic siły, po czym przywarła do ściany, usiłując się z nią stopić. Choć miała już czternaście lat, wyglądem przypominała pierwszoklasistkę. Niewinna buźka, dziecięca figura i wielkie, niewinne oczy kota zapewniały jej ochronę w postaci "nikt mnie o nic nie podejrzewa", co wbrew pozorom bywało całkiem przydatne i pozwalało nie przejmować się tym, że jej hojnie obdarzone koleżanki mają u chłopców o wiele większe powodzenie.
    Komu by zależało na takich głupotach!
    Lily Luna westchnęła po raz wtóry, przewróciła teatralnie oczami i bezczelnie zaciągnęła się dymem. Po chwili ze stoickim spokojem wypuściła go z płuc, patrząc nieznajomej prosto w oczy.
    - Nie uważam, abym była za młoda - stwierdziła chłodno, acz tak uprzejmie, jak tylko mogła, starając się nie wpakować w to zdanie nadmiernej ilości czarnego jadu. Nie umiała się jednak powstrzymać i dodała kąśliwie: - A ty, nie jesteś przypadkiem zbyt młoda, żeby siwieć?

    Lily Luna.

    OdpowiedzUsuń
  75. Zimno. I ciemno.
    Percy lubiła się włóczyć po korytarzach, to prawda. Ale zupełnie nie lubiła gubić się pośród tych wszystkich zaułków. Wieczorem. Bez światła. Chociaż w sumie z jej orientacją w terenie można się było spodziewać, że prędzej czy później gdzieś ją wyniesie. A to wszystko wina tych przeklętych schodów, które wyniosły ją Bóg wie gdzie i zniknęły. Cóż, nie pozostawało jej nic innego, jak ruszyć przed siebie w nadziei na znalezienie drogi powrotnej do dormitorium.
    Że też zapomniała różdżki! Oświetliłaby sobie przynajmniej bardziej drogę.
    - Kurde, kurde, kurde.
    Wszystko zaczęło się pozornie normalnie.
    Już miała zawracać i czekać aż łaskawe schody wrócą na swoje miejsce, gdy do jej uszu dotarło ciche chlipanie. Z początku myślała, że się przesłyszała, ale gdy przystanęła na chwilę, usłyszała ten dźwięk głośno i wyraźnie.
    Ktoś płakał.
    Postanowiła ruszyć za źródłem odgłosów. W miarę jak zagłębiała się w korytarz, dźwięk stawał się coraz głośniejszy. W końcu dotarła do jakiegoś pustego pomieszczenia, które wyglądało na zupełnie nieużywane. I wtedy to dostrzegła.
    Srebrne włosy. Avalon.
    Przez chwilę się zawachała, nie wiedząc czy podejść bliżej. Tak, nie przepadała za Krukonką. Ale nie była też bezduszna, a skoro dziewczyna płakała gdzieś na kompletym odludziu, musiało się coś stać. Wzięła głęboki wdech i na palcach podeszła. Avalon siedziała na podłodze, tyłem do niej. Pomieszczenie było zagracone i wyglądało na jakiś opuszczony magazyn. Wśród wszystkich pudeł Percy dostrzegała dziewczynę tylko w 1/4. Powoli weszła do środka. Krukonka jej nie usłyszała.
    - Ekhem - chrząknęła Percy. - Nie chcę przeszkadzać, czy coś... Ale czy wszystko okej? Potrzebujesz pomocy?

    Percy

    OdpowiedzUsuń
  76. Usłyszawszy uwagę o braciach lub kuzynach, Lily najpierw szeroko otworzyła ze zdumienia oczy, później prychnęła śmiechem, w którym rozbawienie mieszało się z pogardą, a następnie zaniosła się kaszlem, który brzmiał tak, jakby miała zamiar wykaszleć z siebie płuca. W zeszły piątek przeziębiła gardło, wrzeszcząc na Błoniach na Jamesa, który znów pożyczył od niej książkę i, oczywiście, nie zwrócił, a na dodatek nie miał zielonego pojęcia, co się z nią stało. Więc chyba nic dziwnego, że była nader poirytowana i krzyczała tak głośno, że na drugi dzień ciężko było jej wydobyć z siebie głos. Upokarzające, doprawdy.
    - Hm, cóż, włosy są okej - stwierdziła, na pozór obojętnie, nie chcąc otwarcie przyznać, że każdy kolor włosów byłby lepszy niż ten, który miała na głowie. Kosmyki przechodziły z brązowego w rudy, z rudego w marchewkowy, miedziany i złoty i nikt nigdy nie umiał powiedzieć, jakiej naprawdę są barwy. Potocznie mówiło się o Lily "ruda", ale nie do końca było to prawdą.
    - I nie wmówisz mi, że jeśli coś nie niszczy mnie fizycznie, to jest zdrowe i wolne od psychicznego bólu - odcięła się, po czym przygryzła lekko wargę. Czasami zdarzało jej się rzucić jednym ze swoich skrytych przemyśleń, zbyt dojrzałych jak na jej młody wiek i brzmiących tak, jak gdyby miała ze sobą ogromny bagaż życiowych doświadczeń. Zastanawiała się czasem, jaki Dom zaproponowałaby jej Tiara, gdyby na wstępie nie zaczęła prosić o Gryffindor. Nie ulegało wątpliwości, że, tak jak wspomniała, najlepiej pasowałaby do Slytherinu, aczkolwiek... może Ravenclaw? Przynajmniej Puchonką się nie czuję, pomyślała kwaśno, niezbyt zadowolona z faktu, że nie ma jakichś wybitnych cech, wychodzących ponad wszystko, ponad całą resztę.
    - Chowam się, bo lubię, bo niekoniecznie zależy mi na zatruwaniu innych ludzi - dodała pogodnie, maskując podenerwowanie promiennym uśmiechem. Jej czujny słuch wyłapał już kroki zbliżające się do nich, w związku z czym Lily uprzejmie wyciągnęła dłoń w kierunku nieznajomej i powiedziała: - Proszę, potrzymaj przez chwilę - po czym sięgnęła do torby i zaczęła w niej intensywnie grzebać.

    Potterówna.

    OdpowiedzUsuń
  77. - Fajnie — skwitowała krótko, bo o uczuciach nie potrafiła mówić, ale po szczerym uśmiechu widniejącym teraz na jej twarzy dostrzec można było, jak bardzo jest w tej chwili szczęśliwa. - Mogłaś mi o tym nie mówić, bo nawet nie wiesz, jak trudno będzie mi teraz się opanować, aby Cię tak nie nazwać? Ale doceniam bardzo i się postaram, poza tym i tak niedługo dostaniesz jakaś super ksywkę, tylko jeszcze myślę — choć nie powiedziała jeszcze tego na głos, to historia Avalon bardzo ją ciekawiła, a sama jej uroda, tak całkowicie inna, powodowała, że Gryfonka wreszcie mogła stwierdzić, że poznała ładna dziewczynę i chyba nawet nie będzie umiała wytknąć jej wad, które tak szczegółowo wyliczała innym koleżanką. Przecież prosiłaś o szczerą opinie. A chodziło o sukienkę, ona akurat jest znośna. Nie załamuj się no! Da się coś z tym zrobić. - Czy ja mam jakiś sekret, który jest naprawdę — westchnęła, marszcząc brwi. - To właśnie ja kiedyś się przefarbowałam na fioletowo, ale nie to wie już sporo osób, hm — przygoda z farbowaniem włosów, zdemolowaniem łazienki i wylądowaniem w Skrzydle Szpitalnym, była jedną z największych sensacji, które rozegrały się w Hogwarcie w zeszłym roku. - Dobra mam, ale to jest naprawdę, naprawdę słabe we wszystkich możliwych dziedzinach — rozejrzała się, nie chcąc, aby ktokolwiek inny dowiedział się, a raczej zobaczył jej krępujący sekret. Nie, żeby wcześniej nie uważała tego za coś super ekstra świetnego, nie wcale. - Piękny urodzinowy prezent, który sama sobie zafundowałam. To miał być super rekin, no a sama widzisz, co wyszło — podniosła bluzkę, ukazują w ten sposób niewielki najprawdziwszy tatuaż ulokowany tuż pod prawą piersią. - No delfinek ze zdeformowaną płetwą. Nazywa się Karl i jest moim pierwszym poważnym błędem młodości, zaczynam go lubić — opuściła koszulkę i ruszyła ramionami, całkowicie godząc się już z faktem posiadania tatuażu, który jak to skwitował jej tata, wyglądał, jak te z gum balonowych, którymi oblepiała się, będąc młodszą — Zrobiła go w wakacje, u syna tatuażysty mojego taty. Wiesz, nasi ojcowie mają super dziary i myślałam, że odziedziczył on choć trochę talentu po swoim tatku, no ale niestety się myliłam — spojrzała na dziewczynę, a na poprawę humoru wpakowała sobie do buzi kolejne ciastko — Kiedyś będę mieć takich dużo, znaczy nie delfinów oczywiście. Jeśli powiesz komuś o Karlu, to albo się wyprę, albo w akcie desperaci i lenistwa się przyznam, jednak dobrze będzie, gdy zachowasz to dla siebie. Idziemy gdzieś? Mam niewyobrażalnie wielką ochotę popływać w jeziorze — powiedziała, spoglądając w kierunku zbiornika.

    Ojej jak ładnie w powiązaniach! I nawet zdjęcie tak dobrze dobrane :3 Ja też się postaram, żeby było super, ale jeszcze nie mam pojęcia, jak i kiedy xD
    Lexi i Karl

    OdpowiedzUsuń
  78. [Cieszę się, że karta przypadła Ci do gustu. Cześć. :D U mnie niestety też na razie pustka. Nie bardzo wiem, w którą stronę z nimi pójść. Więc jeśli jednak na cokolwiek wpadniesz, to możesz mi podrzucić i jakoś pociągniemy dalej.]

    Caelan

    OdpowiedzUsuń
  79. -Mam nadzieję, cóż w końcu jesteś chyba jedną z niewielu, która traci w moim towarzystwie swój jakże cenny czas. – Początkowo sam nie wierzył w to, że dziewczyna siedzi właśnie przed nim i stara się nawiązać nić porozumienia. Spoglądał na nią, dość długo pozostając bez słowa dając tym samym możliwość opowiedzenia różnych ciekawych historii w drodze powrotnej. Stojąc już przy samych drzwiach do wielkiej sali odwrócił się do niej i szepnął – A więc do zobaczenia za kilka dni w kuchni Hogwartu. Mam nadzieję, że to co mi pokarzesz, rzeczywiście pozostanie w mojej głowie na dłużej- Stawiając krok bliżej wejścia, drzwi automatycznie otworzyły się na oścież umożliwiając dwójce wejście do środka. Dość szybko przeszedł przez ogromną salę, by dosiąść się do swoich kolegów po środkowej części stołu i zająć się konsumpcją ulubionego omleta z pomidorami.
    W ciągu kilku następnych dni Valentine robił to co zawsze. Uczestniczył w zajęciach niekiedy bardziej aktywnie, a innym razem siedział cicho bazgrząc sobie na jakichś wolnych kartkach różne ludziki, by po chwili wprawić je w ruch. Siedział w pokoju wspólnym Slytherinu gdzie czytał proroka codziennego na zmianę z podręcznikami. Nawet raz zdarzyło się, że rozegrał kilka ciekawych pojedynków na szachy z młodszymi uczniami z domu, a nawet trzy razy udało mu się zwyciężyć i owszem, było to bardzo satysfakcjonujące (nawet jeśli byli oni młodsi od niego o kilka lat).
    W środę przed południem otrzymał wiadomość zwrotną dzięki sowie, która jak większość dostała się do wielkiej Sali o poranku. Nie był zadowolony ze słów nadesłanych z domu, ale przecież nic nie mógł poradzić na to, co właśnie tam się odbywało i uznał, że nie będzie się tym przejmować. No bo i dlaczego miał szargać sobie nerwy? Żaden pojawiający się powód nie był na tyle istotny, aby mógł w jakikolwiek znaczący sposób na niego wpłynąć.
    Po gigantycznej lekcji eliksirów, siedząc w ciszy na korytarzu czekając na Avalon, zastanawiał się nad tym jak powinien zabrać się za ‘lekcje’. Czy powinien może zabrać ze sobą pióro i pergamin, a może jednak zdać się na to, co za chwilę ma się wydarzyć nie mając ze sobą jakichkolwiek przyborów do pisania.

    OdpowiedzUsuń
  80. Puścił koło ucha jej uwagę na temat imienia, bo naprawdę odeszła mu ochota na jakiekolwiek sprzeczki. Winę za to trzeba zrzucić na temat, o jakim rozmawiali, bowiem rodzina nigdy w Jihoonie nie wywoływała zbyt pozytywnych emocji, chyba że w czasie wysyłania prezentów bożonarodzeniowych, wtedy potrafił wykrzesać z siebie trochę entuzjazmu.
    Wracając, chłopak powoli kiwał głową, słuchając słów Avalon.
    Nie miał pojęcia, dlaczego miał ochotę powiedzieć o swoich problemach właśnie jej, skoro nie robił tego nigdy wcześniej, natomiast czuł wewnętrznie, że nie było osoby, która w tej chwili rozumiałaby go lepiej. To nie chodziło o to, że mieli identyczne problemy, bardziej o to, że od obojga wymagano tego samego. Podporządkowywania się. Dorastali więc w otoczeniu podobnych wartości, które utrwaliły się w ich głowach przez tyle lat i nie mogły tak po prostu zniknąć, choćby oni starali się z całej siły.
    — To dlaczego się rozstaliście? — zapytał. W jego ocenie dziewczyna dalej była zakochana w owym tajemniczym chłopaku, a smutek w jej oczach sugerował, że sprawa nie została do końca zamknięta, czegokolwiek by nie mówiła. Nawet jeśli słownie wszystko wydawało się być dopowiedziane, zawsze zostawały uczucia. — A ja... Kocham kogoś.
    Wspomnienia atakujące jego głowie były jednocześnie wesołe i smutne. Zawierały tę potężna dozę ckliwości, która jednak ginęła w zestawieniu z uczuciem przepełniającym serce chłopaka przyjemną ciężkością. To, co przeszedł z dziewczyną, było niczym, gdyby mógł to porównać do czyichś problemów, aczkolwiek dla niego były to takie emocji, jakich nigdy wcześniej nie przeżył.
    — Ten związek jednak nie ma przyszłości, dopóki nie zrobię czegoś z rodzicami, którzy, o ile dobrze się orientuję, chcą mnie zeswatać właśnie z Tobą. Do tego dochodzi jej były chłopak, którego ona dalej kocha, choćby się przez tym zapierała, a człowiek ten... Powoduje, że przechodzą mnie ciarki. Jest niebezpieczny, czuję to. Mam wrażenie, że cały świat oprócz nas samych postanowił, że nie będziemy razem.
    Roześmiał się, ale jego oczy dalej pozostały zimne.
    — A ja ją kocham. Pierwszy raz w życiu mogę powiedzieć to głośno.

    OdpowiedzUsuń
  81. - Avalon co Ty! Ja tak tylko, a zresztą... — krzyczała, w kierunku dziewczyny przez chwilę ze zdziwieniem w oczach przyglądając się jej poczynaniom, a później sama idąc w jej ślad. Zdejmowanie ubrań nie poszło jej tak zgrabnie, jak Krukonce, ale jednak po kilkunastu sekundach stała tuż obok niej, delikatnie trzęsąc się z zimna. Kompanie się w jeziorze w połowie listopada, było dość dziwnym pomysłem, więc naturalnie Gryfonce bardzo się podobał, a dodatkowo lubiła pływać i przebywać w wodzie, no może niekoniecznie w samej bieliźnie, ale kto by się tam przejmował.
    - Jakieś zaklęcie ocieplające cokolwiek, znasz coś? - powiedziała, przyglądając się tafli jeziora i dziewczynie stojącej obok. - A zresztą dawaj! Złapie Cię za rękę, przecież nikt nie chce być Karlem! - zrobiła kilka kroków do tyłu i z rozbiegu wskoczyła do wody, która nawet nie była tak zimna, jak się wydawała. Wcześniej raz próbowała się tam kąpać, co oczywiście nie obeszło się bez kazań nauczycieli, całkowicie bezpodstawnych, bo niby po co jest takie ogromne jezioro, jeśli nie można z niego korzystać. - Av co w ciebie wstąpiło!? - krzyknęła, śmiejąc się, gdy w końcu wynurzyła się na powierzchnie i otarła twarz, zupełnie nie zważając na to, że cała dygocze.
    - Niesamowicie! Chodź trochę dalej... Ej coś złapało mnie za nogę — szepnęła, szeroko otwierając ze zdumienia oczy i z powrotem nurkując. Przez chwilę znajdowała się pod wodą, próbując dowiedzieć się, co ją przytrzymuje i uniemożliwia poruszanie lewą nogą, już nawet serce zaczęło bić jej szybciej, gdy dostrzegła zieloną, jak jej się wydawało — rękę, która tak naprawdę okazała się pospolitym glonem, choć miała ogromną nadzieję, że należy do jakiegoś magicznego stworzenia. - Dobra sytuacja opanowana, to tylko coś takiego — powiedziała, gdy nabrała powietrza i rzuciła w delikatnie spanikowana Krukonke owym zielskiem.
    - Nic mi nie jest naprawdę, dobrze nurkuje, a Ty lubisz pływać? - spytała, unosząc się na plecach, jednym okiem zerkając na dziewczynę, a drugim na znajdujące się przy brzegu osoby.

    Niezłe z nich krejzolki, tak się kąpać w wiecznie zimnym jeziorze, jesienią, a co tam raz się żyje xD
    Lexi

    OdpowiedzUsuń
  82. Otworzyła ze zdumienia oczy i zamrugała kilkakrotnie, spoglądając na srebrnowłosą dziewczynę.
    - Moje? Ale... ale dlaczego tak kłamiesz? - zajęczała płaczliwie, ukradkiem patrząc na nauczycielkę. Wyglądała na osobę, która za wszelką cenę zechce chronić niewinną, bezbronną, rudą główkę przed okrutnym zdemoralizowaniem ze strony starszej koleżanki. Działało to bez wątpienia na korzyść małej diablicy, która to momentalnie opuściła głowę, wbijając wzrok w swoje nieprzepisowe, ciężkie glany.
    - Przepraszam, pani profesor, że w ogóle zaszła taka sytuacja - powiedziała cicho, udając skruszoną uczennicę i niepewnie potarła kark drobną dłonią. - Koleżanka chciała mi tylko pokazać fajną zabawę...
    Zmyślała jak najęta, ani trochę nie przejmując się tym, iż dziewczyna obok zmienia kolor z cielesnego na czerwony. Wyglądała, jakby zaraz miała co najmniej wybuchnąć, a w każdym razie stracić nad sobą panowanie. Lily poczuła coś na kształt zaskoczenia, bowiem nieznajoma nie wyglądała na osobę, którą łatwo wyprowadzić z równowagi. Myślała, że potrzeba do tego cięższej amunicji.
    Lubiła to robić, badać granice, sprawdzać wytrzymałość ludzi na bezczelność, tolerancję wredoty w społeczeństwie. Rzadko kiedy rzeczywistość okazywała się sprzeczna z oczekiwaniami.
    - Nic nie szkodzi, dziecinko - zapewniła ją kobieta, życzliwie przyglądając się Lily Potter, jakby miała przed sobą nadzwyczaj inteligentnego pupilka. Nieco innym spojrzeniem zmierzyła stojącą obok Avalon. - Proszę przyjść po kolacji do mojego gabinetu - ucięła krótko, odchodząc w swoją stronę.
    Potterowska córa dusiła się ze śmiechu w kącie.
    - Fajki zapomniałaś, wiedźmo - mruknęła pod nosem, błyskawicznie przejmując od dziewczyny papierosa i z ulgą zaciągając się dymem. Nieznajoma wpadła jak śliwka w kompot, szybko i płynnie. A że głębiej, niż się Lily spodziewała... cóż, to już była inna kwestia i nie leżała w jej interesie. Srebrzystowłosa sama musiała się wyratować.

    Lily.

    OdpowiedzUsuń
  83. - Ach, to ja na ciebie źle działam? - uniosła brwi i z ironicznym uśmiechem spojrzała na wynurzającą się dziewczynę.
    - No tak, przecież, to ja pierwsza rozebrałam się i pobiegłam do jeziora cała w skowronkach. Chyba rzeczywiście zaczynam mylić fakty — uniosła ręce w geście poddania się, jednak wciąż wymownie spoglądając na dziewczynę.
    - Jednak musisz przyznać, że jest super, a to dopiero początek Av. Jeszcze tak dużo przed nami, tyle rzeczy do zobaczenia...tyle zasad do złamania. Dopiero zacznę na ciebie źle działać, serio-mówiła, rozglądając się dookoła, rozmyślając nad tym, gdzie warto byłoby się wybrać, co odkryć. Pewnie, gdyby nie fakt, że było jej coraz zimniej, a ich usta stały się już całkowicie sine, zapewne jeszcze przez kilka godzin nie wychodziłaby z wody i bezczynnie rozmyślała nad sensem jej marnego istnienia.
    - Teraz pomyślmy lepiej nad tym, jak wyjść z jeziora, aby pół szkoły nie zobaczyło naszych gołych zadków. Pierwszy raz cieszę się z tego, że jestem płaska, chociaż chyba jednak nie — wydęła policzki, uważnie przyglądając się osobom i ich rozrzuconym ciuchom znajdującym się na brzegu. - Są dwie opcje: albo dumnie, jak gdyby nigdy nic maszerujmy niczym modelki na wybiegu — powiedziała. - Choć te liście wyglądają kusząco i są całkiem spore. No, chyba że, co będzie totalnym zaskoczeniem, użyjemy magii, ale ja w tej dziedzinie absolutnie się nie wykaże. O są trzy! - spojrzała na dziewczynę, marszcząc brwi i oczekując od niej podjęcia decyzji, w końcu jako starsza siostra miała takie przywileje, żeby nie powiedzieć -obowiązki.
    - Szybko, bo zaraz coś sobie odmrożę — szepnęła wymachując Krukonce ręka tuż przed twarzą.

    Lex

    OdpowiedzUsuń
  84. — Hm — wymruczał, badając wzrokiem sufit hogwarckiej kuchni, jakby akurat w tym przeklętym miejscu mógł znaleźć odpowiedź na pytanie dziewczyny. Tak naprawdę nie przychodziło mu do głowy nic, co mógłby jej powiedzieć, a każda sekunda zdawała się upływać coraz to szybciej. Chłopak wychylił odrobinę kakaa.
    Największą tajemnicą były jego umiejętności, a raczej fakt, iż nie był w stanie w momencie przywołać do siebie żadnej znaczącej wizji na temat przyszłości. Mógł zobaczyć, jeśli naprawdę się postarał, następny ruch danej osoby, jednak wymagałoby to dużego skupienia i mnóstwa energii — przydatne w walce, owszem, ale nie jeżeli musiałby stanąć na środku pomieszczenia z zamkniętymi oczami tylko po to, by ujrzeć, jak ktoś rzuca w niego chwilę potem mordercze zaklęcie.
    Było wiele rzeczy, których nikomu nie mówił. O domu, o jego rodzinie, bo nie lubił tego tematu. Nie dlatego, że ich samych nie trawił, prawdopodobnie ze względu na swój młodzieńczy bunt i aktualną fazę żalu do swoich rodziców, którzy utrzymywali przed nim coś w sekrecie.
    — Jeden dość znaczący. Nie największy, ale ma wysoką rangę — powiedział w końcu, wbijając spojrzenie w Avalon, która dalej przypatrywała mu się jakby nigdy nic, delikatnie się od niego odsuwając. Alexander pochylił głowę jeszcze odrobinę bliżej i z lekkim uśmiechem obserwował, jak siwowłosa (od aut. siwowłosa czy srebrnowłosa, jak wolisz?) cofa się te kilkanaście centymetrów dalej. — Mój ojciec jest Niewymownym.
    Wzruszył ramionami. Przyzwyczaił się do pracy ojca, ale do tej pory nie mógł zdzierżyć tego, iż mężczyzna nigdy mu nic o niej nie opowiedział — raz jedynie podsłuchał, mając jakieś osiem lat, krótką rozmowę jego taty z jakimś dziwnym typem w pomarańczowym meloniku o jakiejś Sali Śmierci. Tak się przestraszył, że nie wychodził z szafy przez cały wieczór, ale jego ojciec zabrał go następnego dnia na wyścigi konne (uwielbiał to, gdy był dzieckiem, bo wydawało mu się takie oldschoolowe) i powiedział, że w jego pracy nie dzieje się nic złego. Wierzył mu do tej pory, a przynajmniej to sobie wmawiał.
    — I najgorsze jest to, że oni naprawdę nie mogą nic powiedzieć. Nawet partnerom, dzieciom. Prawdopodobnie nawet ja nie powinienem ci tego mówić, nie jestem pewien czy sama wiedza o jego profesji nie jest tajna.

    OdpowiedzUsuń
  85. [Ej, to jest bardzo dobry pomysł! Zaczynam :)]

    - Mówiłam ci już, że w drużynie wciąż są wolne miejsca?
    Był jeden z tych chłodniejszych listopadowych dni. Gdzieś za oknem zachodziło słońce, a że towarzyszyły temu dosć gęste opady deszczu, nikt nie miał ochoty wychodzić poza mury zamku. Sorcha i Avalon siedziały na kanapie w pokoju wspólnym Krukonów zawinięte w grube koce i popijały gorącą herbatę z imbirem. Większość mieszkańców Domu Kruka wybyła z salonu i snuła się gdzieś po bibliotece lub objadała czekoladowymi żabami w sypialni; oprócz dziewczyn była tu jeszcze jakaś parka, zupełnie pochłonięta swoim towarzystwem.
    - Myślę, że byłabyś doskonałą ścigającą. - Sorcha owinęła się szczelniej kocem. Oczywiście, nie uważała się za zbyt chudą ani nawet szczupłą, choć faktem jest, że nawet pod grubą warstwą materiału było jej strasznie zimno. - Poznaję po twoich ruchach - uśmiechnęła się do Avalon. - Wiem, że to się wydaje takie niebezpieczne i w ogóle... ale tak naprawdę, to nie ma się czego bać. Tłuczki nie są tak groźne, jak wszyscy myślą. Przede wszystkim, nie są zbyt rozgarnięte. Dość łatwo im ukmnąć. Podobno niektórzy gracze używają magii niewerbalnej, żeby je zmylić... wiesz, chwilowa niewidzialność fragmentu szaty i takie tam. Dyskwalifikują za takie sztuczki, więc raczej się tego nie robi - ale też nie jest to aż tak potrzebne. - Poprawiła się na kanapie. - Wystarczą dobre uniki. I dobra miotła - spojrzała zachęcająco na Avalon.

    Sorcha Tobin

    OdpowiedzUsuń
  86. Kiwnął głową na znak, że zrozumiał, aczkolwiek miał w świadomości to, że nawet najlepsza porada może wyjść od osoby, która się do nich w życiu nie zastosuje. Jak to mówią, szewc bez butów chodzi, a Jihoon był przekonany, że choćby oboje próbowali się teraz pocieszyć, na nic się to nie zda. Mogli natomiast biadolić nad swoim losem, bo to wychodziło im znakomicie.
    — Ale tak właściwie na jakiej podstawie twoi dziadkowie mogą od ciebie tego wymagać, tak samo jak i teraz od ojca? Twój tata, z tego co kojarzę, nie jest od nich uzależniony finansowo, ani w żaden z możliwych sposobów, oprócz więzów krwi, które... Zerwał. Nie mają go czym już szantażować, skoro się od nich oddzielił. Może powiedz im, że w twoim przypadku skończy się to tak samo, jeżeli nie zaprzestają tych próśb? — powiedział, marszcząc brwi i omiótł dziewczynę zmartwionym spojrzeniem.
    Rozumiał bardzo dobrze presję, pod którą się znajdowała, ale nie mógł ukryć wrażenia, że gdyby tylko przełamała swój strach przed gniewem dziadków, wszystko potoczyłoby się dobrze. Nie mógł jednak próbować jej przekonywać, bo sam nie był lepszy.
    — Ale jak mam walczyć z kimś, kogo motywów nie znam? To mnie najbardziej irytuje!
    Byli już na siódmym piętrze, gdy chłopak pociągnął dziewczynę delikatnie za rękaw, by odrobinę zwolniła i zrównała się z jego krokiem. Jednocześnie prawie spowodował spektakularną kraksę z jakimś okrągłym drugoklasistą, ale na szczęście uniknęli wypadku.
    — Co ty na to, byś odpuściła sobie dziś numerologię? Moglibyśmy iść do składzika przy boisku i polatać na miotłach, bo podobno dzisiejszy trening Gryfonów się nie odbędzie... Albo po prostu posiedzieć na trybunach. Chyba jednak nie mam ochoty dziś na lekcje. Możemy nawet zahaczyć o Skrzydło Szpitalne, coby jakieś usprawiedliwienie od pielęgniarki wyciągnąć.
    Oto Jihoon zwiewa z lekcji. Nie do pomyślenia!

    OdpowiedzUsuń
  87. Jeszcze nie spotkał się z czymś takim. Owszem, miewał na swej drodze osoby, które miały gorsze dni, bo coś złego wydarzyło się w ich życiu. Avalon miała dużo gorszy problem - jak odnaleźć siebie, w tym, co jej z góry narzucono. Może faktycznie, grając kogoś zupełnie innego przez tyle lat, zatraca się swoje prawdziwe wnętrze. I może faktycznie, zapomina się o tym, co sprawia nam największą przyjemność, kiedy cały czas trzeba tę przyjemność sprawiać innym. Ciężko było mu to zrozumieć... Nie potrafił się niestety postawić w roli uczennicy. Było to dla niego trudne. Właśnie w tym momencie zauważył, że jest rzecz, której nie potrafi objąć swymi myślami. Główkował przez chwilę co by było, gdyby musiał udawać i dokładnie teraz, w tym momencie dosadnie zrozumiał, że brakuje mu w głowie takiego elementu. Czy to dar?
    Spojrzał na dziewczynę i zmarszczył brwi. Po chwili do głowy wpadł mu pewien pomysł. Profesor podniósł się, by przysunąć do niej kilka większych rozmiarów kamieni.
    - Wyobraź sobie że te trzy kamienie do postacie. Pierwszy kamień to Twój wróg, którego szczerze nienawidzisz i zrobiłabyś wszystko, by uniemożliwić mu przeszkadzanie Ci w życiu. Drugi kamień to osoba, która potrzebuje wsparcia i mało dzieli ją od śmierci. Trzeci kamień to Ty, szczęśliwa, pełna energii życiowej, z pięknym podejściem do życia - Powiedział, zerkając czy dobrze go zrozumiała i powrócił do kontynuowania. - Chce żebyś zareagowała na te drzy sytuacje. Możesz użyć różdżki - Usiadłszy ponownie obok niej, wykonał gest, który oznaczał, że mogła już zacząć.
    Wiedział dokąd zmierza, ale na razie nie chciał mówić na czym to polega. Według niego to jeden z prostych sposób na poznanie siebie. I wszystko jej oczywiście wytłumaczy, gdy tylko Avalon wykona to małe zadanie.
    Vlado odbiegał od reszty nauczycieli. Cały czas duchem był człowiekiem, który żyje i czuje tak samo jak reszta. Mimo tego, że był starszy, potrafił zrozumieć każdą osobę. Potrafił nadal być tym siedemnastolatkiem z Hogwartu, tylko tak jakby dużo bardziej dojrzalszym. Zresztą nie zmienił się. Odkąd zrozumiał siebie i swój charakter, taki pozostał aż do teraz i pozostanie do końca świata.

    OdpowiedzUsuń
  88. — No cóż, czasem profesja rodzica może być denerwująca, czy nie tak? — powiedział cicho, a jego usta wykrzywił kwaśny uśmiech. Nie powinien był tego mówić, bo to za każdym razem wprowadzało go w zły i definitywnie pochmurny nastrój. W tym przypadku nie było aż tak źle, bo duża dawka endorfin pochodząca z czekoladowego napoju powoli już wtłaczała się do jego żył, przez co mógł sobie pozwolić na odsunięcie myśli od nieprzyjemnego tematu.
    Odstawił pusty kubek na bok, gdy tylko dziewczyna zaczęła mówić. Nie pojmował tego. Nie mógł zrozumieć faktu, iż tak po prostu męczyła się, na własne życzenie poddając woli i pragnieniom ojca, nie myśląc o sobie samej. Alexander nie był tak dobrym i empatycznym człowiekiem, do cierpiętnika nie dało się go zaliczyć. Podpisywał się pod tych buntowników, którym nikt nie mógł dyktować, co trzeba, a czego nie.
    Kiedy Avalon wspomniała o swojej mamie, dreszcz przeszedł po plecach chłopaka, sprawiając, że poczuł nieprzyjemne ciepło rozchodzące się po reszcie ciała. Śmierć była jedną z rzeczy, które go przerażały, a jeszcze bardziej miażdżące wydawało mu się stanąć w obliczu straty kogoś bliskiego. Było mu jej żal, ale nie chciał tego okazywać — sam nie życzyłby sobie, by ktoś się nad nim użalał, a ona miała tego pewnie po uszy.
    — I udajesz tak przed... Wszystkimi — dodał po chwili ciszy, spoglądając w jej ciemne, smutne oczy. Nawet gdy się serdecznie uśmiechała, jej wzrok dalej pozostawał nieobecny, jakby widział coś niedostępnego dla innych ludzi wokół. Stratford teraz wiedział co, kłamstwo. Tylko takie, które każdy mógłby rozwiązać, gdyby tylko się postarał, a nie przechodził obojętnie. — Ale dlaczego to sobie robisz?
    Zmarszczył brwi, kręcąc głową. Wydawało mu się to aż nierealne, do tego stopnia, iż automatycznie zaczął szukać jakiekolwiek rozwiązania... A gdyby tak, no nie wiem, walnąć ojca w głowę kuchenną patelnią? Nie, to nie jest dobre...
    — Jestem pewny, że twoja mama była wspaniałą kobietą — odezwał się jeszcze — ale nigdy nie będziesz nią, a ona nie będzie tobą. Twój tata to powinien wiedzieć. Jesteś w końcu jego córką, taką jedyną w swoim rodzaju... Co za burak.

    well, like i said...wiedziałam, że odpiszesz <3

    OdpowiedzUsuń
  89. Serce waliło mu w zawrotnym tempie, kiedy szli spokojną, cichą aleją, coraz bardziej zagłębiając się w mrok uśpionego miasteczka. Miał wrażenie, że bicie tego organu jest jedynym odgłosem zakłócającym panującą wokół harmonię. Szelest liści i skrzypienie kamyczków, po których wędrowali powolnym krokiem, wpasowywał się w całe to otoczenie, zgrywając z melodią nocnego wiatru i ledwie słyszalnym pohukiwaniem sów gdzieś w oddali.
    Kłębki pary wydobywały się z jego ust z każdym kolejnym oddechem. Próbował się opanować. Dłoń Avalon niepewnie obejmowała jego ramię, dodając mu w pewnym sensie otuchy. A z drugiej strony jednocześnie napawała go okropnym przerażeniem. Ta niewielka rączka, którą tyle razy przyszło mu całować. Ta rozgrzana skóra, którą tyle razy przyszło mu badać. Niegdyś wydawało mu się, że zna Krukonkę i jej ciało na pamięć. Gdy tylko przymykał powieki, potrafił dokładnie ze wszystkimi szczegółami wyobrazić sobie sposób w jaki się śmiała, w jaki przeczesywała srebrzyste włosy rozwiewane przez niepokorny wiatr. Znał każde zagłębienie jej figury. Poznał ją na tyle dobrze, że jednym dotykiem potrafił doprowadzić ją do łez – rozbawienia i rozkoszy zarazem. Wydawało mu się, że wie o niej wszystko. Coś się jednak zmieniło. Sposób, w jaki ściskała jego koszulę, nie był już tym samym lekkim i przyjaznym uchwytem. Trzymała go na dystans, odsuwała od siebie, zupełnie tak, jakby się go bała. Kąciki jej ust nie unosiły się już tak wysoko. Rozkoszny śmiech, który stanowił melodię dla jego uszu, zmienił się. Nawet mijając ją na korytarzu, kiedy stała w towarzystwie koleżanek i usilnie próbowała nie zwracać na niego uwagi, nie potrafił nie obdarzyć jej choć jednym tęsknym spojrzeniem. I widział doskonale, że wszystko w niej uległo transformacji. Przestała zakładać bluzę. Jego ukochany materiał, w który potrafił wtulać się całymi dniami, nie robiąc absolutnie nic, tylko mierzwiąc swoje włosy o mięciutką powierzchnię, unikając odpowiedzialności za nieodrobione stosy prac domowych i zaniedbane terminy spotkań z przyjaciółmi. Zmieniła szminkę. Widział ten odcień z bliska tak wiele razy – i na jej skórze, i na swojej skórze, i niemalże wszędzie – iż z odległości potrafił rozpoznać nawet tę niewielką różnicę. Nawet jej włosy robiły mu na złość. Zwykle niesfornie ułożone fale zdawały się teraz układać aż nazbyt idealnie, zupełnie jakby spoglądały w jego stronę z wyrzutem, mówiąc: Zobacz, do czego nas doprowadziłeś. Kto nas teraz będzie plątał? Dostrzegał to wszystko. Nawet ten śmiech. Osłabł. Był tak samo piękny i kuszący dla ucha, jednak stracił swoją magiczną moc urzekania. Stracił swoją wartość. Lub też wręcz przeciwnie – przyciągał go jeszcze bardziej, raniąc go dogłębnie. Cały ten schemat zależał ewidentnie od tego, czy dostrzegała fakt, że ją w danej chwili obserwował. Bez niego wydawała się jakaś radośniejsza, szczęśliwsza, jakby zupełnie już o nim nie pamiętała. I po części cieszył się z tego. Miała być radosna i szczęśliwa. Lecz nie miała tego grać. Nie miała tęsknić. Nie miała cierpieć. Tak jak nieustannie robił to on.
    Cichy szept odciągnął go od tych zawiłych myśli. Nawet nie zorientował się, że całą drogę od herbaciarni pokonali w milczeniu. Jej drastyczne zwolnienie tempa i nagłe odsunięcie się, choć możliwie jak najbardziej dyskretne, zabolało bardziej, niż siarczyście wymierzony policzek.
    Ja jeszcze nie mogę, Fred.
    Żal w jej głosie rozrywał go na pół. Tak bardzo chciał do niej podbiec, zamknąć ją w szczelnym uścisku, pozwolić, by łzy popłynęły z jej oczu, by mógł jednym szybkim, pieszczotliwym ruchem zetrzeć je z jej pięknej twarzy pocałunkami, dotykiem, słowem, rozśmieszyć ją tak jak kiedyś, zupełnie tak jak kiedyś, przytulić tak mocno, do serca, ogrzać ciepłem własnego ciała, nie pozwolić, by te rączki dalej marzły, te biedne rączki, wciśnięte teraz głęboko w kieszenie jego płaszcza.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nie było mu zimno – wręcz przeciwnie – cały płonął z niewypowiedzianego rozgoryczenia i rozpaczy. Ściskał nerwowo szlufki swoich spodni, bojąc się, że jeśli nie zrobi czegoś z dłońmi, to zwyczajnie pęknie, ruszy w jej stronę, pozwoli porwać się emocjom. Złoży jeden pocałunek na jej odkrytej szyi. Potem kolejny. Będzie smakował nowe perfumy, poznając ją raz jeszcze, odkrywając jej ciało na nowo, poznając kolejną wersję Avalon, tej wspaniałej Avalon, tej Krukonki, tak, tej niesamowitej, niezastąpionej, tej… jego. Nie. Już nie jego.
      Zacisnął powieki i spuścił głowę w dół. Wiedział, doskonale wiedział o co chodziło, ale nie mógł, po prostu nie mógł pozwolić jej odejść, nie teraz, nie w takiej chwili. Głos mu drżał.
      — Nie możesz czego, Avie? — spytał szeptem, oblizując delikatnie spierzchnięte wargi. — Patrzeć na mnie dłużej, znieść mojego widoku? Rozmawiać ze mną, próbować pogodzić się z tym wszystkim? Zmierzyć się z własnym lękiem, pozwolić, by emocje — zaczerpnął powietrza — choć raz zeszły na drugi plan?
      Wykonał krok w jej stronę, próbując powstrzymać się od jeszcze większego zmniejszenia odległości i ujęcia jej twarzy w dłonie.
      — Powiedz mi, proszę. Nie chcesz mnie już nigdy widzieć? Tak bardzo przeze mnie cierpisz? Przez to, że nic z tym nie zrobiłem? Przez to, że za mało się starałem? Przez to, że chcę udawać, że wszystko jest w porządku? Tak, udaję. Cały czas. Udaję dla Ciebie. Nie chcesz tego? Chcesz, żebym zaczął Cię unikać, żebym starał się Ciebie nienawidzić, żebym się izolował? Tego chcesz, Avalon? Spójrz na mnie. Tego naprawdę chcesz?
      Westchnął, czując jak każdy napięty mięsień jego ciała drży. Oddychał ciężko, próbując poskładać szalejące myśli. Próbując opanować wylatujące z jego ust oskarżenia.
      — Nie unikniemy tej rozmowy. Nie odpuszczę. Nie tym razem. Pozwól mi… Av. Ja naprawdę nie wiem, jak powinienem się zachowywać. Co powinienem robić. To jest jak… tykająca bomba. Boję się, że zaraz wybuchnie w moich rękach i będzie za późno.
      Spojrzał na nią błagalnie i uśmiechnął się smutno.
      — Ale… pewnie już jest za późno?
      Śmiech. Tylko tyle był z siebie w stanie wydobyć. Niski i ponury. Przypominający dźwięk pogrzebowego dzwonu.

      dum dum dum dum... Fredziaczek

      Usuń
  90. [Cześć! :)
    Czytam Twoją kartę, i czytam... Za bardzo nie wiem czego by się przyczepić, by uformować pomysł na wątek xD Postać ciekawa, zdjęcie świetne, ale mam pustkę w głowie, co by tu wymyślić... :-/
    Jeśli masz jednak jakieś propozycje, pisz śmiało! x]

    Teddy Lupin

    OdpowiedzUsuń
  91. - O Merlinie. Dobra nie panikuj, wiem, co zrobimy — podpłynęła do unoszących się na wodzie liść, o wiele większych niż te, które podziwiała latem w przydomowym stawie. Mimo że nie było to łatwe, oberwała kilka największych, po chwili podając dwa dziewczynie, a pozostałym starając się zakryć własne, prawie nagie ciało.
    - Myślę, że jeśli załatwimy to szybko, nikt nie zwróci na nas większej uwagi — spojrzała na Krukonke, powolnie wychodząc z wody. - Idź za mną, ja pójdę na pierwszy ogień — uśmiechnęła się, jednocześnie starając się ukryć jak najdokładniej pod liściem i opanować drżenie rąk. W końcu, jak gdyby nigdy nic, ruszyła w kierunku koca, ignorując ciekawskie spojrzenia innych. Te kilka metrów i sekund dłużyło jej się niesamowicie, zupełnie tak samo, jak podczas pisania testów z Historii Magii. Jednak gdy uszczęśliwiona nareszcie znalazła się przy swoich rzeczach i posłała idącej tuż za nią dziewczynie pełne ulgi spojrzenie, radość uleciała z niej równie szybko, jak się pojawiła. - Zaraz ktoś skończy swój marny żywot, przysięgam — wysyczała, składając ręce w pięści. Owszem był plecak, walizeczka, wszystko dokładnie w takim samym stanie jak wcześniej. Niestety brakowało rzeczy, na których najbardziej im zależało, ubrania zniknęły, a razem z nimi zaginęły różdżki. Szeptała pod nosem pełne nienawiści słowa, próbując wymyślić jakieś wyjście ewakuacyjne, coś, co wyciągnie ich z tej krepującej sytuacji. Nie, żeby nie miała teraz ogromnej ochoty skopać tyłka temu durnemu blondasowi, który tak uporczywie się w nie wpatrywał.
    - Ej Ty nie patrz się, jakbyś pierwszy raz w życiu dziewczynę zobaczył, tylko zabierz kolegów i idźcie stąd, jeśli nie chcecie, abym przerobiła wasze śliczne buźki na marmoladę! - krzyknęła w kierunku grupki osób, po chwili ponownie wracając do grzebania w plecaku. - Mam Cię — szepnęła, wyciągając malutki nożyk należący do zestawu i nacinając nim koc.
    - Ciągnij tylko mocno — podała Avalon końcówkę materiału, sama oddalając się ze swoją, co już po niewielkim użyciu siły, spowodowało przerwanie się koca, który w planach Gryfonki miał stać się teraz ich nową kreacją. Wiążąc ostatni supeł tak dla pewności, aby "sukienka" nie ześlizgnęła się z niej podczas chodzenia, wciąż przyglądała się znajdującym na błoniach osobom, próbując znaleźć tą, która ukradła ich ubrania.
    - Leży jak ulał, idziemy — powiedziała do dziewczyny, zakładając plecak.

    Lexi

    OdpowiedzUsuń
  92. Szczerze? Był dumny, że Avalon w ogóle wykonała to zadanie. Nie było aż tak źle, jak sobie wyobrażał. Potrafiła wzbudzić negatywne emocje, chociaż w duchu - nie chcąc zrobić krzywdy - wykonywała je w neutralny, delikatny sposób. Oczywiście cały czas wszystko było upozorowane tą osobą, w która się wcieliła. Ale profesor był zdania, że ćwicząc, mogłaby osiągnąć to, czego oczekiwali - znaleźć chociaż część prawdziwej Avalon. Karkarow nie chciał robić nic na siłę, dlatego nie naciskał na nią wcale, tylko po to, by nie wprawić jej w jeszcze gorszy nastrój.
    - Bardzo się cieszę, że zrobiłaś to, o co poprosiłem - Uśmiechnął się i odsunął kamienie kawałek dalej, gdyż te na razie nie były im już do niczego potrzebne
    - Chciałem zobaczyć jak zareagujesz - Sprostował, po czym zastanowił się by dobrze dobrać słowa. - Wydaje mi się, że pierwszy kamień rozkruszyłabyś w pył w mgnieniu oka. Przeczuwam, że taka jesteś w środku, ale nie zrobiłaś tego, bo zupełnie co innego wdrukowano Ci w głowę. Drugi kamień, mógłby świadczyć o tym, że nie gardzisz ludźmi, którzy żyją z Tobą w zgodzie. Zaś trzeci kamień, który jak podejrzewałem, był trudny, ale przedstawia Ciebie, jako osobę. Masz mieszane odczucia, bo chciałabyś zrobić zarówno rzeczy dobre i złe, tu powstaje blokada. Wciąż się tego boisz. Dlaczego się zawahałaś nad nim? Bo wiesz, że najchętniej rzuciłabyś nim ze sto mil dalej, ale nie możesz bo wiesz, że nie taką narzucono Ci z góry naturę. - Zerknął na dziewczynę, by sprawdzić, czy rozumie jego słowa. Oczywiście, wcale nie musiały być zgodne z prawdą. Dzięki tym gestom wykonanym na kamieniach, Vlado odebrał ją własnie w taki sposób.
    - Mogę się mylić - Przyznał - Ale wiem, że nie bezpodstawnie trafiłaś do domu Kruka. Jesteś piękną, inteligentną osobą, masz twardy charakter i nie pozwolisz brudzić sobie w papierach, ale tak jak powiedziałem, dla osób wartych uwagi, jesteś w stanie im ją poświęcić - Dodał.
    Chciał, aby choć na chwilę polepszyć jej humor i zastopować płynące jak potok łzy. Rozumiał jej bezradność i zmęczenie tym wszystkim. Ile można dusić w sobie siebie? Nie znał odpowiedzi, bo było to dla niego niewyobrażalne. Karkarow nie był psychologiem. Dużo wnioskował z obserwacji, a obserwatorem był niezastąpionym. Może gadał głupoty, może faktycznie cała paplanina była bezsensu, ale najzwyczajniej w świecie wyczuł fakt, że Avalon z natury nie była księżniczka. Tak po prostu - z obserwacji.

    Vlado

    OdpowiedzUsuń
  93. [no dzień dobry, dzień dobry! masz może pomysł na nasz wątek? :)]

    Ellen.

    OdpowiedzUsuń
  94. [wiesz, Ellen to nie jest typ, który - jak panna Salander I i Salander II - nienawidzi człowieka od pierwszego wejrzenia. jest, ze względu na różne czynniki, dosyć obojętna na otaczające ją osoby, o ile ktoś jej nie drażni nadmiernie. :D więc wydaje mi się, że relacji nienawistnej nie stworzymy, ale z drugiej strony przyjacielskiej... sama nie wiem. poszłabym w coś takiego, że Ellen raczej byłaby dla niej miła, bo w końcu nie ma powodu, żeby jej nie lubić, aczkolwiek jednak z dystansem, wiesz, o co mi chodzi. chyba, że ta kiedyś nadepnęła jej na odcisk, to co innego. :D]

    Ellen.

    OdpowiedzUsuń
  95. - Uspokój się - stwierdziła Lily z przebiegłym uśmieszkiem osoby niezmiernie doświadczonej w tego typu sprawach. Fakt, doświadczenie miała spore, aczkolwiek nie zamierzała rozpowiadać o tym na prawo i lewo, wystarczało jej, że plotki same się roznosiły i to w tempie szalejącego huraganu.
    Westchnęła teatralnie i przewróciła oczami.
    - To taka gra - zaczęła tłumaczyć czerwonej ze złości dziewczynie. - Nic mi nie musisz robić, niczym się narazić. Po prostu zostałam wybrana - wzruszyła niedbale ramionami, zaciągając się trzymanym w ręku papierosem, po czym z błogością wypisaną na twarzy wypuściła dym ze swoich płuc. - Miałam kogoś wpakować w idiotyczną sytuację, no i padło na ciebie. Zostałaś niejako wkręcona jednocześnie w grę, nie tylko w szlaban - uśmiechnęła się przepraszająco półgębkiem, rzucając niedopałek na podłogę i sprzątając go machnięciem różdżki. Wsunęła ją sobie do glana i przyglądała się dziewczynie z nieskrywaną ciekawością. - Teraz ty musisz kogoś wybrać i zrobić mu to samo. I nie - dodała od razu - to nie mogę być ja. Sorry.
    Rzecz jasna mogłaby skłamać jak z nut, była w tym niepokojąco dobra, aczkolwiek doszła do wniosku, że prawda dziewczynie nie zaszkodzi, a ona nie zyska tym samym kolejnego potencjalnego wroga na śmierć i życie. A może nawet zyska sojusznika?
    - Jak chcesz, to mogę ci podrzucić parę opcji - zaproponowała pokojowo, niemal życzliwie. Nie, żeby zależało jej na naprawionej relacji, a właściwie na zbudowaniu jakiejkolwiek relacji ze srebrnowłosą Krukonką, chociaż nie odmówiłaby - nigdy nie odmawiała - partnerki w zbrodni. Jakiejkolwiek zbrodni.
    Oparła się wygodniej o chłodną ścianę i z miną mędrca lustrowała starszą koleżankę wzrokiem. Spojrzenie miała chłodne, zdystansowane, przenikliwe. Potrafiła przyprawiać ludzi o dreszcze, nie da się ukryć.

    Lily.

    OdpowiedzUsuń
  96. Wszedł za nią do kuchni. Zaskoczyła go ilość domowych skrzatów, które tam się krzątały, ale nawet się nie zająknął na ten temat. Trochę było mu zimno, ale w środku listopada robiło się tutaj co raz chłodniej. Nie miał żadnej grubszej bluzy, a jedynie białą koszulę z cienkim sweterkiem obszytym w dwa zielone paski, które oznaczały dom.
    Założył ręce na piersi przyglądając się sprzętom wyciąganym przez srebrnowłosą. Szczerze wierzył w intencje dziewczyny, choć czuł się dość marnie, a wręcz jak idiota ponieważ poza nożem i deską do krojenia nic mu nie było znajome (nie wliczał w to reszty zastawy stołowej).
    - Nigdy nie bywam wybredny, a więc daję Ci wolną rękę. – Stał nadal przyglądając się jej poczynaniom, choć w rzeczywistości odleciał w głąb własnych myśli.
    Niebo było zachmurzone, ale jeszcze nie padało. Minął dwie czerwone skrzynki na listy, przy których na chwilę przystanął. Ruszył jednak na przód udając się na wschód, w las. Po kilkunastu metrach dom i skrzynki na listy zniknęły mu z oczu, a jedynym dźwiękiem docierającym do jego uszu, było mlaskanie błota, pokrzykiwania ptaków i nierówny, urywający się własny oddech. Gdyby nie wyraźnie widoczna ścieżka, nigdy z pewnością nie udał by się tam sam. Był dość dobry z orientacji w terenie, ale teraz musiał się do tego zmusić… Nie przerywał marszu. Wił się wśród świerków, choin, cisów i klonów. Wiele drzew nie rozpoznawał, nie było to jednak ważne.
    W głąb lasu popychał go gniew, który z czasem zelżał i zwolnił kroku. Chmury powoli zaczęły uwalniać małe kropelki, ale nie potrafił ocenić, czy był to właśnie początek zbliżającej się ulewy. Kilka metrów od ścieżki leżało przewalone drzewo. Zapewne już od dawna, gdyż w większości pokrywał je mech, a gałęzie już dawno zgubiły liście. Przedarł się ku niemu przez paprocie i ostrożnie usiadł na wilgotnej korze, a o stojące zdrowe drzewo oparł głowę… Czuł jak wszystkie problemy powoli znikają, ale wtedy…

    Usłyszał delikatny głos Avalon przebijający się przez tę ścianę w jego umyśle. Zamrugał kilkakrotnie żeby powrócić na ziemię.
    - Nie szukam szczęścia w ramionach żadnej z dziewcząt. Dlatego jakoś nie boli mnie ich zazdrość o moje spędzanie czasu z jakąkolwiek przedstawicielką płci przeciwnej- powstrzymał się przed powiedzeniem czegoś, co mogłoby sprawić, że język zacząłby go niemiłosiernie piec. Panienka Moore była w końcu jedną z niewielu, która wyrażała chęci spędzania z nim czasu, a na chwilę obecną nie mógł z tego zrezygnować. W końcu, czasem każdemu przyda się moment zapomnienia.

    [wybacz, że tak zwlekam z tymi odpisami. Ale muszę zacząć w końcu spinać poślady xD ]

    Valentine

    OdpowiedzUsuń
  97. Złapał za rękojeść noża, drugą ręką przytrzymując czerwoną paprykę. Wbił ostrze w środek starając się przekroić ją na pół, ale niestety nie miał do tego ręki. Nie każdy musiał być dobry ze wszystkiego, prawda?
    -Nie wiem… Nigdy nie jadłem, ale przyznam szczerze, że poza moją antypatią do marchwi mój organizm nigdy nie przejawiał żadnych oznak większego uczulenia na jakikolwiek produkt spożywczy, a więc tutaj nie powinno być problemu- wpatrywał się w płynne ruchy ostrza prowadzonego przez rękę Avalon. Nie był wcale zaskoczony sprawnością z jaką posługuje się nożem – skoro gotuje u siebie w domu, musi robić to umiejętnie.
    - Ostatnie dni były dla mnie dość nieprzyjemne, a podczas spoczynku widzę cały czas ten sam epizodyczny sen, który już wcześniej widziałem kilkukrotnie będąc w domu. Nadal staram się go rozgryźć- wciąż zastanawiał się, dlaczego nie poszedł w głąb lasu. Rodzice przestrzegali go przed nim. Mówili o stworzeniach żyjących na jego głębi, a to wystarczyło by w jego młodym umyśle zasiać ziarno strachu na samą myśl oddalenia się zbyt daleko od domu. Matka z ojcem cały czas coś knuli i niejednokrotnie udało im się zatrzeć ślady przed zjawieniem się wiadomości od ministerstwa. Uważał ich za mało mądrych ludzi, ale mimo to obawiał się ich nieprzewidywalności.
    -To niekiedy sprawia, że odpływam. W taki sam sposób jak przed chwilą…- sięgnął po nuż by pokroić resztę warzyw w podobny sposób do Avalon. Gdy skończył przetarł ostrze suchym kawałkiem szmatki żeby się nie tępiło, a także by bez jakiegokolwiek problemu można było pokroić jakiś inny produkt. Był nieco w szoku, bo udało mu się pokroić te kilka warzyw w miarę dobrze
    -I jak?- uniósł brwi przesuwając w jej stronę deskę przepełnioną pokrojonymi warzywami.

    OdpowiedzUsuń
  98. Przez chwile milczała i szła powoli, starając się odnaleźć miejsce położenia ich rzeczy. Była pewna, że nie są one gdzieś daleko, bo każda z osób, która była w stanie wyrządzić im taki kawał według Lexi, nie mogła grzeszyć zbytnią inteligencją, ani nawet nadmiernymi ambicjami. Doskonale wiedziała, kto stoi za tym, że teraz mają na sobie podarty koc, a przez najbliższe dwa dni ich wybryki będą jednymi z najciekawszych plotek w Hogwarcie. Nie, żeby jej, to przeszkadzało, w końcu lubiła zamieszanie wokół własnej osoby, ale nie wiedziała, jak to jest z Avalon, którą dopiero teraz dogoniła, wcześniej wybierając sobie najmniej odpowiednią chwile na rozmyślania i przez to zostając porządnie w tyle.
    - Avalon, czy David kręci się koło ciebie od wtedy, kiedy poprosiłam, aby cię zawołał, jakoś częściej niż normalnie? - spytała, starając się dorównać kroku Krukone, która w tej krępującej sytuacji dostała dużo dodatkowej energii i — jak wydawało się Lexi — wściekła zmierzała do zamku. - A to przebiegła świnia, co on sobie myśli, że ja jestem taka naiwna? Niedoczekanie — zatrzymała się i wyjęła z worka średniej wielkości pudełeczko, ostatecznie stwierdzając, że deserowym nożykiem nic nie zdziała. Rzuciła plecak i już ponownie chciała pobiec w stronę jeziora, jednak wcześniej uśmiechnęła się do dziewczyny i spokojnie oznajmiła:
    - Idź do zamku, poczekaj tam na mnie, ja muszę wyjaśnić kilka spraw z moim cudownym kolegą. No hej szybko, zimno jest, a i zaraz mogę się rozmyślić, wtedy zapomnij o różdżce! - krzyknęła. Zbiegając z górki i podchodząc do tego samego blondyna, który już wcześniej ją zirytował, uleciała z niej cała radość i zastąpił ją najprostszy w swych postaciach gniew.
    - Nie mam pojęcia, dlaczego mnie nie lubisz, ba nienawidzisz, skoro nawet się nie znamy, a jeszcze bardziej zastanawia mnie, dlaczego dajesz sobą manipulować, jak ty tam się nazywasz James? Słabeusz? Mateusz? - mówiła, wpatrując się wprost w oczy chłopaka, zupełnie nie zważając, że ma na sobie jedynie przewiązaną połówkę koca. - Nie daj sobą rządzić, bo choć obiecał Ci, pewnie mnóstwo rzeczy, dostaniesz gówno. A teraz oddaj różdżki i nawet nie próbuj mówić, że o niczym nie wiesz, bo jestem bardziej niż pewna, że są one w twojej lewej skarpetce, dawaj — miała nadzieję, że chłopak bezproblemowo odda im ich własność i znajdująca się w pudełku niespodzianka nie pójdzie w ruch. Odkręciła głowę i odetchnęła z ulgą, nie chciała, aby jeszcze Avalon obserwowała całą tę głupkowatą sytuację.

    Lexi

    OdpowiedzUsuń
  99. [Cześć!
    Nie ma sprawy :) Daj znać, gdy najdzie cię ochota na wątek z Teddym, a wtedy coś wspólnie wymyślimy. Nie ma przecież pośpiechu; żadna z nas się chyba stąd szybko nigdzie nie wybiera xD]

    Teddy Lupin

    OdpowiedzUsuń
  100. [Hmm... Najprościej by pewnie było o wątek, w którym Avalon potrzebowałaby w czymś nauczycielskiej pomocy... Ale tak to również nie mam obecnie za bardzo pomysłu :-/]

    Teddy Lupin

    OdpowiedzUsuń
  101. [Hm, chyba możemy strzelić coś pomiędzy. Tj. raczej nie widziałabym niczego czysto pozytywnego czy negatywnego. I wykorzystałabym: "(...)Avalon jest raczej taką osóbką, która stara się jak może, aby żyć z innymi w zgodzie." Mam na myśli, że kiedyś, może niekoniecznie tak dawno temu, Avalon zainteresowała się rysunkami Caelana (na pewno widywała go rysującego przy stole w Wielkiej Sali albo na dziedzińcu, prawdopodobnie słyszała też o jego ojcu), być może samym sposobem ich tworzenia, jakoś próbowała zagadać o to do Abernathy'ego, ale że, raz, nie lubi, gdy ktoś mu przeszkadza w trakcie przerwy między zajęciami, dwa, nie pokazuje swoich rysunków pierwszej lepszej osobie, i trzy, mógł mieć wyjątkowo zły humor... Spławił ją w nie do końca miły sposób. Nie wiem, jak zareagowałaby i czy poczułaby się urażona, to zależy od Ciebie. Jakiś czas później, może dostrzec Caelana opuszczającego dormitorium i Pokój Wspólny krótko po północy (zachciałoby jej się skorzystać z toalety? :D Nie mam pojęcia, jakie jest rozmieszczenie pomieszczeń w Wieży Ravenclawu), w każdym bądź razie chciałaby go... powstrzymać? Pewnie zbyłby ją znowu. Zagrozić powiadomieniem prefekta? Tutaj chętnie czekałby aż to zrobi :D Albo.. po zbyciu, pójść za nim. Albo od razu go śledzić. Nie wiem, jak wolisz.]

    OdpowiedzUsuń
  102. Percy nie miała pojęcia co zrobić. Pierwszy raz znalazła się w podobnej sytuacji, ale nie mogła przecież sobie pójść. Avalon potrzebowała pomocy, a Percy nie miała zamiaru przechodzić obojętnie.
    I nagle zrobiło jej się okropnie głupio.
    Oceniła dziewczynę kompletnie niesprawiedliwie.
    W duchu nabijała się z niej, przedrzeźniała… Teraz chciała zapaść się pod ziemię.
    Podeszła nieco niezdarnie i usiadła na podłodze obok Krukonki.
    – Wcale nie w porządku – mruknęła cicho Percy, przybliżając się. Zawahała się przez chwilę, po czym zgarnęła Avalon w swoje ramiona, mając tylko nadzieję, że jej nie wystraszy. – Shhh, shhh, spokojnie.
    Widząc młodszą koleżankę w takim stanie, jej poczucie winy stawało się coraz większe.

    [Wybacz, że musiałaś tyle czekać, ale w zeszłym tygodniu miałam takie zawirowania z konkursem z polskiego, że nie mogłam się skupić na pisaniu :<]

    Percy

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. A, i sorki, że tak krótko, ale to tak na popchanie akcji do przodu.

      Usuń
  103. Sorcha pokręciła głową z rozbawieniem.
    - Proszę cię. Wyobrażasz sobie, że umrzesz, nigdy nie spróbowawszy quidditcha? - Spojrzała na koleżankę z uśmiechem, po czym lekko dmuchnęła na herbatę, poruszając warstwę fusów. - Ja jestem zdania, że byłabyś świetna. Poza tym... mamy od kilku tygodni takiego bardzo, bardzo, bardzo przystojnego obrońcę... - szturchęła lekko Avalon. Choć znały się dość długo, czasem nadal nie wiedziała, jaki argument podziała na dziewczynę najlepiej. - Często zaprasza całą drużynę na gorącą czekoladę. Siadamy przy stoliku w Four o'clock - to jest taka mała restauracja w Hogsmeade, na pewno o niej słyszałaś, tuż obok Trzech Mioteł - i Locke stawia nam wszystkim czekoladę z piankowym imieniem. Ja zawsze odmawiam, za gruba jestem, ale trzeba przyznać, że ta zamawiana przez Locke'a pachnie lepiej, niż jakakolwiek inna. - Uśmiechnęła się, po czym upiła łyk. - Tylko strasznie dużo gada. Non stop nawija: a to o podejściach do znicza, a to o swojej rodzinie... - Zamyśliła się. - Właśnie, Av. Chyba dawno o tym nie rozmawiałyśmy... masz kogoś? - Wbiła w przyjaciółkę pytające spojrzenie. Może powinna być bardziej taktowna i zapytać w nieco inny sposób, ale chęć zdobycia informacji sprawiła, że Sorcha nie dała rady wymyślić jakiegoś bardziej subtelnego pytania.

    Sorcha Tobin

    OdpowiedzUsuń
  104. [Mam nadzieję, że nie jesteś zła, ale próbowałam się zebrać do naszego wątku, ale dziadowsko mi to idzie :/ Dlatego muszę z niego zrezygnować. Wiem, że się zadeklarowałam, ale nic nie poradzę na brak współpracy mojego mózgu z resztą ciała. Jeśli tylko jakoś się zbiorę, podrzucę odpis, ale na razie potraktujmy wątek jako w zawieszony.]

    skruszony Matt Harrison

    OdpowiedzUsuń
  105. Vladimir był typem faceta, który jak się uprze i coś sobie zarzuci, to po prostu musi dopiąć swego. A tutaj założeniem było, aby pomóc jakoś dziewczynie. I naprawdę dziwił się sam sobie, że w ogóle coś go na to naszło, ale nie mógł patrzeć, jak Avalon męczy się we własnej skórze z obcym środkiem. Jakkolwiek to brzmi.
    Nie chciał naciskać i być upierdliwy, dlatego stwierdził, że postara się jej pomóc jeśli będzie miała na to ochotę. Po co włazić w czyjeś sprawy na siłę... Ale widział jak dziewczynie było źle w obecnej sytuacji. Płakała i czuła się fatalnie - do tego nie przesypiała nocy, które przecież od tego były. Karkarow był zdania i upierał się przy zdaniu, że coś da się z tym zrobić, że nie można ot tak zatracić siebie.
    - Nie szkodzi - Zerknął na nią - Możesz mówić mi po imieniu, nie przeszkadza mi to - Sprostował i uniósł kąciki ust nieco w górę.
    Czasami było to wygodniejsze. Bo Vlado, chcąc nie chcąc, nie zachowywał się jak typowy nauczyciel. Były osoby mające do niego wielki dystans, ale były też takie, które mogły go nazwać przyjacielem - i to własnie dla nich starał się takim być. Chciał był Vladem, a nie panem szanownym profesorem.
    - Co ja bym zrobił... - Zastanowił się chwilę i długo nie czekając odpowiedział - Pierwszy kamień zamieniłby się w piach, drugi zostałby otoczony jasną, chroniącą go aurą, a trzeci robiłby się z upływem czasu ciemniejszy.
    Pierwsze dwie sytuacje były oczywiste i zapewne większość osób opisałaby je podobnie. Zupełnie inaczej jest z trzecim kamieniem, który przedstawia siebie samego.
    - A dlaczego robiłby się ciemniejszy? Bo zmieniam się tylko w środku. Przybywa mi lat i wiedzy, ale bryła jest twarda i się nie zmienia. Kiedy stałby się czarny, to oznaczałoby, że czas schodzić z tego świata. Co prędzej czy później spotka każdego - Wyjaśnił, przybierając ten sam, delikatny uśmiech co chwilę temu.
    Karkarow w ten sposób widział siebie. Miał silny, niezmienny charakter, który dla każdego z osobna przedstawiał się inaczej. Ale były też cechy stałe dla wszystkich - to, że był realistą, to że przemawiał przez niego altruizm i to, że nie był uczuciowo zbyt wylewny. Tego nie mógł zmienić, bo własnie to wypływało z jego duszy. I wiedział, że Avalon także ma w sobie takie trzy cechy, gdzieś ukryte głęboko w środku. Chociażby teraz, gdy płakała - nikt nie rozkaże jej płakać na siłę. Wylewa łzy, bo jest jej źle i możliwe, że jest to związane z cechą wrażliwości, której po prostu dziewczyna jeszcze w sobie nie odnalazła.
    - Proponowałbym postawić sobie w głowie jasny cel, który mówiłby Ci, że masz wziąć się w garść, wstać i pokazać siebie. Tutaj nie ma nikogo, kto zauważyłby Twoje wnętrze... Mówiąc o Twoim ojcu i rodzinie. Jeśli chcesz, możesz śmiało robić to przy mnie, ja nikomu nie powiem - Zaproponował, przyglądając się Avalon.
    Miała niezwykły odcień oczu, taki dość niecodzienny. Zdecydowanie kontrastowały z jej włosami. Vlado poczuł ich nieznana głębie i uświadomił sobie, że mógłby się w nich zgubić.

    OdpowiedzUsuń
  106. [Przychodzę z odpowiedzią po niemal miesiącu, przepraszam :c Jeśli nadal jest chęć na wątek, to oczywiście pomysł o poznaniu się na przyjęciu jest świetny. Poszłabym w relacje oziębłe, bo James niewielu darzy ciepłymi uczuciami. Chyba, że Avalon mogła w jakiś sposób je wywołać.]
    Potter

    OdpowiedzUsuń
  107. [Dziękuję. I wiem, gdzie szukać, nawet znalazłam, ale wpierw wolę rozwinąć wątek z Lou i Av <3 Przy okazji przepraszam, że tak długo czekasz na odpis ode mnie.]

    Kai

    OdpowiedzUsuń
  108. - O skarpetkę! - krzyknęła, nie mając najmniejszej nawet ochoty na kolejne tłumaczenia powodu swojej, bądź co bądź, osobliwej pogawędki, równie zarozumiałym, jak sam jej rozmówca i ona, chłopakom.
    - Znaczy, nie chcę oddać różdżek — wyjaśniła, gdy zamiast ujrzeć kolejnego kumpla Jamesa, tuż obok niej stanęła Avalon. W zasadzie poczuła się pewniej i dostała kolejną porcję energii, w końcu samotna dziewczyna otoczona grupką chłopaków, może czuć się dość nieswojo i wyglądać niezwykle bezbronnie, nawet jeśli jest niezwykle odważna i bez dłuższych namysłów, z wielką chęcią spowodowałaby, że jej prześladowcy znaleźliby się w Skrzydle Szpitalnym.
    - Chowa je jak debil, w skarpetce. Tak, w skarpetce i to lewej, czy my żyjemy w średniowieczu? - zaśmiała się, choć cała sytuacja zaczynała ją już bardziej irytować niż bawić. Mówiąc szczerze, początkowo miała nawet nadzieje, że chłopak odda ich rzeczy bezproblemowo, gdy usłyszy składankę brzydkich epitetów określających jego kumpla, dla którego wykonywał teraz zadanie. Jednak okazał się on być niezwykle szlachetny, wzór oddanego przyjaciela i ani myślał dobrowolnie oddać czegokolwiek.
    - Coś Ty powiedział? - czala goryczy przelała się w momencie, gdy chłopak wypowiadając oczerniające ją słowa, miał czelność patrzeć się prosto w jej oczy, nawet wtedy, gdy obdarzała go spojrzeniem, które — gdyby była taka możliwość — zabiłoby po sekundzie dorosłego człowieka.
    - Nadal się mnie nie boisz? - wprawdzie trzymane w pudełku ciasto miało być punktem kulminacyjnym spotkania z Avalon, później przekupstwem, ale że uniemożliwiało Gryfonce jakikolwiek gwałtowniejszy ruch, zamiast wylądować w czyimkolwiek żołądku, przyozdobiło twarz chłopaka i stało się niespodziewanym, ale efektownym zakończeniem ich rozmowy. Spojrzała na Krukonke, szeroko się uśmiechając i po chwilowym trwaniu w euforii, której na razie zbytnio wyrazić nie mogła, powróciła do poprzedniej postawy, wystawiając tylko rękę do przodu.
    - Różdżki i ciuchy, choć jeśli na nich Ci zależy, możesz sobie zostawić. Spódnica podkreśli twoją nieistniejącą męskość — uśmiechnęła się ironicznie, chcąc wyrazić tym swoją przewagę i czekała na dalszy rozwój sytuacji, dostrzegając spod lukru, jak twarz chłopaka staje się czerwona.

    Lexi

    OdpowiedzUsuń
  109. Po wyjściu ze Świętego Munga Elody nie czuła się najlepiej jednak pragnęła jak najszybciej wrócić do szkoły, do normalnego życia lub chociaż jego namiastki. Została wyposażona w zestaw instrukcji jak powinna o siebie dbać, ile eliksirów dziennie i w jakich dawkach je przyjmować. Codziennie meldowała się w Skrzydle Szpitalnym na ogólny badanie czy jej stan zdrowia się poprawia czy też ulega pogorszeniu. Z zalet tejże sytuacji widziała tylko tyle, że znajomi nosili jej książki lecz też chuchali na nią jak na najkruchszą na świecie porcelanę. Fakt faktem, że schudła bardzo i była dużo bledsza niż zwykle lecz malinowe wargi wciąż wywinięte były w szerokim uśmiechu. Tylko oczy już tak nie lśniły szczęściem jak wcześniej lecz były lekko zamglone.
    Zeszła powoli do Wielkiej Sali na śniadanie, a znajomy Gryfon szedł u jej boku niosą skórzaną, wyświechtaną torbę. Kiedy zobaczyła jasne włosy od razu ruszyła w owym kierunku. Usiadła na ławeczce, podziękowała koledze obdarzając go subtelnym uśmiechem.
    - Cześć- rzuciła do Krukonki, która właśnie wypluwała herbatę. - Domowe skrzaty się nie popisały czy jesteś zakochana na tyle, że nie liczysz łyżeczek cukry?- zapytała wyjmując ze swojej torby zestaw kolorowych fiolek, które zawsze musiała wypijać po posiłku. Sięgnęła po owsiankę nakładając się jej małą łyżkę i zaczęła jeść. - To jak to jest z tą herbatą?- zagadnęła ponownie uśmiechając się kącikiem ust i zerkając od czasu do czasu na Avalon. Myślami wciąż była gdzieś indziej co odzwierciadlało nieobecny wzrok Gryfonki.
    - Co?- zapytała jakby przyjaciółka dopiero co ją ocuciła. -Tak, tak wszystko w porządku- odparła błyskawicznie chcąc pominąć dręczący ja temat. Jednak w kłamaniu była beznadziejna co wiedział chyba każdy w Hogwarcie, a już najlepiej wiedziała o tym Avalon, która teraz wbijała w nią spojrzenie swoim dużych, ciemnych oczu oczekując wyjaśnień.
    Przestała jeść i puściła łyżkę, która z brzdękiem uderzyła o talerzyk.
    - To moja wina- powiedziała opierając głowę dłońmi i z trudem powstrzymując łzy, które pchały jej się do oczu. - Przeze mnie Ian tam trafił. Powinnam była coś zrobić, przecież wiedziałam, że ma problemy, wiedziałam, że to się źle skończy. Mogłam go z tego wyciągnąć, mogłam mu pomóc. Poza tym to wszystko nie wydarzyło się, gdybym nie była taka głupia i o wszystkim mu mówiła. Co ja gadam. Nie powiedziałam mu wszystkiego. Może gdybym przyznała, że go pokochałam to nie doszłoby do tego wszystkiego. To moja wina Avalon, to wszystko moja wina- szepnęła zakrywając twarz dłońmi. Drobne ramiona zaczęły się trząść, a słone łzy spływały po policzkach. Czuła się z tym tak okropnie źle, że nie potrafiła powstrzymać już emocji targających nią od kilku tygodni. Nikomu o tym nie mówiła, nikt by tego nie zrozumiał.

    OdpowiedzUsuń
  110. Rzucił jeszcze okiem na klasę młodszych od siebie Krukonów, po czym nie czekając na kolejne ponaglenia, skręcił w jakiś boczny wąski korytarz prowadzący do wyjścia na główne schody. Całe szczęście, mieli pewność, że nie wpadną na żadnego profesora na swojej drodze, bo ci znając dobrze złośliwość tych potworów, wybierali raczej okrężne drogi, by dostać się do odpowiedniej klasy.
    Nie dzieliła ich zbyt długa droga do boiska, toteż pokonali ją niespiesznie, mijając co jakiś czas resztki uczniów jeszcze pędzących na zajęcia ONMS lub zielarstwa, którzy ewidentnie zaspali albo po prostu przegapili pierwszy dzwonek. Wejście na trybuny też nie było trudne, bowiem o tej godzinie miejsca te nie były uczęszczane, a przynajmniej pilnowane — zajęli więc miejsca w wieży Gryfonów, bo stamtąd mieli też najlepszy widok na bramę i ewentualnych nieproszonych gości, którzy w każdej chwili mogli się zjawić.
    — Czasami się zastanawiam, czy byłbym w stanie jak twój tata odciąć się od swojej rodziny — powiedział, gdy już usadowili się wygodnie na najwyższym rzędzie. Było zimno, ale na szczęście stadion był tak skonstruowany, by z tych miejsc nie było czuć nawet najdrobniejszego podmuchu wiatru. — Kiedyś w ogóle o tym nie myślałem, ale ostatnio coraz częściej to podważam.
    Jihoon nigdy nie ukrywał i też jakoś specjalnie nie przejmował się tym, że był zwyczajnie bierną osobą. Rozkazy, nakazy, ustalenia oraz przyjęte ogółem wartości oswajał bez mrugnięcia okiem i przez ostatnie siedemnaście lat nauczył się, iż życie w ten sposób przepływa o wiele łatwiej, bez niepotrzebnych komplikacji, za którymi nie przepadał. Przez te wszystkie lata czuł się dobrze w schemacie bogatego dzieciaka z wyższych sfer, ale dopiero przed trzema miesiącami uległo to poważnej zmianie — żałował, że nie urodził się w normalnej rodzinie. A przynajmniej nie takiej, w której z góry ktoś planuje ci całą przyszłość, a ty nie możesz go za to nienawidzić.
    — Chyba za bardzo jednak przywykłem do pełnego portfela — stwierdził po chwili i zwrócił się w stronę Avalon. Nie musiał się kłamać i nawet się tego nie wstydził; lubił być człowiekiem bogatym. Kto by nie lubił?

    OdpowiedzUsuń
  111. [Piękna jest, fakt <3 Dwóch Koreańczyków mam za sobą, teraz jeszcze Chinka... Wschodnia Azja powoli opanowuje Hogwart! Co do wątku, to na pewno jestem na tak i czuję się też w powinności do podsunięcia pomysłów, bo pamiętam, jak ostatnio mnie nimi obsypałaś (kurde, nawet mi teraz trochę głupio, że nie pomyślałam, by się odwdzięczyć). Pierwsze połączenie tych panien, które mi przychodzi do głowy, to dziwna fascynacja Mei Twoją srebrnowłosą dziewczyną — mogła ją już obserwować jakiś czas, zastanawiać się, jak ta się zachowuje i kim naprawdę jest, jednak ani razu się nie odezwać. Tu natomiast ich poznanie się musiałabym zrzucić w Twoje ręce, bo jak z karty wynika, Wang jest osobą introwertyczną, więc na pewno pierwsza by się nie odezwała. Mogłaby się natomiast zagapić i tak wpatrzyć, że zanim uciekłaby wzrokiem z powrotem do dziennika, Avalon zwróciłaby na nią uwagę. Drugi wątek, jaki mi po głowie chodzi, to znowu negatywne uczucie pomiędzy nimi. Mei nie lubiłaby dziewczyny (zakładając przy tym oczywiście, że się poznały dawno temu), a byłyby zmuszone do spędzenia ze sobą jakiejś chwili — i tu wypłynęłaby jakaś nieprzyjemna konwersacja, kiedy to Wang swoim cichym głosikiem wyraziłaby sprzeciw co do opinii Moore. Tyle że nie wiem, czy to do Twojej postaci pasuje :) Wybieraj i modyfikuj, a jeśli oba pomysły okażą się nietrafione, postaram się jeszcze coś obmyślić.]

    OdpowiedzUsuń
  112. Postanowiła na razie sobie odpuścić i przestac zachęcać Avalon do dołączenia do drużyny: trudno, sama nie wie, co traci.
    - Okeej. Dam ci się nim nacieszyć... przez miesiąc. - Zaśmiała się. Wszyscy kochali Terry'ego, choć zespół, w którym grał, nie należał do tych najpopularniejszych; jego fanami byli głównie młodzi ludzie o najbardziej wyrafinowanym guście... a przynajmniej tak uważała horda nastolatków, regularnie wpadająca w szał na każdym z jego koncertów. - Potem się rozwiedziecie, bo Terry będzie chciał poślubić mnie. - Wybuchnęła śmiechem. Chichotała do momentu, kiedy Avalon zapytała ją o jej życie uczuciowe.
    Powinna była przewidzieć, że stąpa po polu minowym, i że od pytań będzie musiała przejść do odpowiedzi. Głupia ja, pomyślała.
    - E... wiesz... nic specjalnego. - Wbiła wzrok w parującą wciąż herbatę. Pochyliła się lekko. Lepiej, żeby Avalon nie zobaczyła, jak się rumieni. - Mniej więcej to samo. Jestem samotna jak bijąca wierzba.
    Przez chwilę milczała. Chciała poruszyć temat pewnej osoby, jednak nie wiedziała, jak to zrobić, żeby nie wzbudzić żadnych podejrzeń koleżanki. Popatrzyła na parkę, która nie miała żadnych oporów i migdaliła się na oczach wszystkich, którzy wchodzili do pokoju wspólnego.
    Upiła łyk herbaty i spojrzała na Avalon.
    - Jak tam twoja praca domowa z ochrony nad magicznymi stworzeniami? Vlado bardzo cię ciśnie? Ja moją właściwie kończę - zaczęła trochę za bardzo niepewnym głosem.


    Sorcha Tobin

    OdpowiedzUsuń
  113. W przeciwieństwie do Avalon, nie czekał w łóżku aż jego współlokatorzy zasną. Daniel i tak nie planował szybko położyć się spać, chcąc wykorzystać godziny nocne do nadrobienia zaległości z pracami domowymi. Siedział nieopodal okna w otoczeniu kilku pokaźnych ksiąg, zwojów pergaminu oraz swojego kota. Caelan, wiedząc, że prędko nie zaśnie, postanowił w przypływie dobroci wspomóc miotającego się kolegę w walce z zaległymi esejami. Wyszukiwał parę odpowiednich fragmentów w książce poświęconej historii magii, podsunął je Danowi, a potem pozwolił mu w spokoju pisać pracę. Wróciwszy do łóżka, postanowił jednak jeszcze porysować. Ale potrzebował lepszego miejsca do tej czynności. W pokoju wspólnym ktoś zawsze mógł go zaskoczyć i, choć nie robiłby niczego złego, niewątpliwie jakiekolwiek niespodziewane towarzystwo wytrąciłoby go z nastroju. Pomimo częstych obserwacji ludzi, sam nie lubił być obiektem czyjejś analizy.

    Rozsunął szufladę nocnej szafki znajdującej się po lewej stronie łóżka, by spośród mniej ważnych przedmiotów, wyciągnąć dosyć opasły gładki zeszyt, w którym umieścił dotąd ogromną ilość szkiców. Zamiast wyrzucać te nieudane, wszystkie zostawiał na późniejsze poprawki albo... dla samego śladu na papierze. Następnie podszedł do kufra, by wygrzebać z niego sweter z owczej wełny — wyjątkowo przydatny, bo ciepły, prezent od ciotki. Nie pamiętał dokładnie której. W zamku panował ogólny chłód, lecz Calean nie zmienił długich spodni od piżamy na zwykłe jeansowe. Na razie nie wiedział, gdzie pójdzie. Bardzo rzadko opuszczał Wieżę Ravenclawu w godzinach nocnych, jeżeli nie musiał. Najczęściej robił to w czasach prefektury, kiedy przypadał mu nocny patrol.

    Nałożył buty, złapał przybory do rysowania i, życząc najpierw powodzenia Danielowi, opuścił sypialnię. Na szczęście w salonie nie było żywej (ani nieżywej) duszy, za to w kominku nadal tlił się słaby ogień. Calean przystanął przed nim, dopiero teraz myśląc nad pomieszczeniem, do którego mógłby się udać. Na pewno nie będzie opuszczać murów zamku, był zdecydowanie za cienko ubrany na nocne wyprawy po błoniach. Do głowy przyszły mu dwa pomysły — odnalezienie jakiegoś wolnego, pustego pokoju na wyższych piętrach, ale... to wymagałoby czasu i narażałoby go na natknięcie się na prefekta albo woźnego; drugim miejscem była łazienka prefektów. Kiedyś, jako jeden z prefektów, bardzo często korzystał z tego pomieszczenia, dlatego wiedział, iż tylko niewielkie grono mogło się tam dostać. O tej porze istniało małe prawdopodobieństwo, by zostać przyłapanym przez prawdziwego prefekta. Tak, sprawdzi tę łazienkę.

    I miał odejść od kominka. Wtem usłyszał cichy damski głos. Zmarszczył brwi, automatycznie odwracając głowę. Na schodach stała jakaś dziewczyna. Chyba Avalon, jeśli pamięć go nie myliła. To byłoby na tyle z planu niepostrzeżonego wydostania się z wieży. Krukonka była od niego młodsza, właściwie jej nie znał, więc mogłaby zawiadomić prefekta, gdyby Abernathy wyszedł.

    — Może powinienem, ale nie jestem — odpowiedział zgodnie z prawdą, stając przodem do dziewczyny, a tyłem do ognia. A czy był zmęczony? Ciężko stwierdzić. Jego ciało jakby domagało się snu, ale umysł jeszcze odmawiał ciepłego łóżka. — Jak chcesz, to tutaj zostań. Ja idę... idę do skrzydła szpitalnego. Źle się czuję.

    O, tak, dobrze wymyślił. Skrzydło Szpitalne stanowiło dobrą wymówkę. Liczył, że nie jest jedną z tych nadgorliwych osób, które słysząc podobne słowa, rwą się do udzielenia pomocy koledze w potrzebie. Przywołał na twarz prawie niezauważalny uśmiech, trwający nie dłużej niż parę sekund, i skierował się do wyjścia.

    OdpowiedzUsuń
  114. [ Przeczytałam kartę i przeczytałam opowiadanie, ale nie znalazłam pomysłu konkretnie dla Avalon. Wpadło mi za to do głowy coś ogólniejszego, coś, do czego w sumie nadałyby się dowolne postacie – o ile są z jednego domu. Pomysł jest w sumie bardzo głupi, ale może nie tylko ja lubię głupotki, więc zaproponuję.
    W środku nocy Jaccę budzi jakiś hałas, chłopak więc zwleka się z łóżka i opuszcza dormitorium. W Pokoju Wspólnym spotyka Avalon, która znalazła się tutaj z tego samego powodu, co Jacca. Oboje więc zastanawiają się, co ich obudziło, a potem rozglądają za źródłem hałasu. Okazuje się, że jest nim zbzikowany skrzat domowy, który, zamiast po cichu sprzątać, odwala jakieś maniany. ]

    Jacca Radley

    OdpowiedzUsuń
  115. - Chyba sobie żartujesz Avalon w tej chwili? Jeszcze chcesz dla niego coś zrobić? - powiedziała, uprzednio spoglądając na dziewczynę ze zdziwieniem. Najchętniej sama uderzyłaby chłopaka jeszcze raz, zabrała różdżki i ile sił w nogach pognała w kierunku zamku, by później móc przyglądać mu się z wyższością i dumnie przechadzać się tuż pod jego nosem. Zapewne zrobiłaby, to gdyby nie stojąca obok dziewczyna, która najwidoczniej miała inny, może i lepszy plan, który teraz starała się wcielić w życie.
    - A zresztą, dobra. Różdżki i ustalasz z Av szczegóły — wywróciła oczami, by po chwili ponownie wystawić rękę do przodu, tym razem z powodzeniem. Przekupstwo najwidoczniej zadziałało i już po chwili, bez dłuższych namysłów jedna z różdżek leżała na wysuniętej dłoni Gryfonki.
    - Wiedziałam, że masz je w skarpetce, a tak poza tym to brawo! Zacząłeś myśleć — odpowiedziała, gdy Krukon oznajmił, że drugą różdżkę dostaną dopiero, po ustaleniu szczegółów i oddała Avalon jej własność, sama przyglądając się swojej, wciąż trzymanej przez chłopaka.
    - No już, mów szybko, odmarzają mi stopy — chwyciła trzymany przez Avalon sweter i czym prędzej założyła go, otulając się jak najszczelniej. Ze zdziwieniem spojrzała na chłopaka, ale nie mówiąc nic, ruszyła tylko ramionami, wciąż walcząc z guzikami, których zapinanie skostniałymi palcami było trudniejsze, niż wcześniej przypuszczała. To, że David chciał rozmawiać z Avalon na osobności, wcale jej nie zdziwiło, w końcu ona mogła wszystkim rozgadać, pół roku się z niego nabijać, a dodatkowo pójść jeszcze na tę całą randkę i zrobić mu kompromitujące zdjęcia, niebyła nawet trochę zaskoczona, ale bardzo ciekawa, a może to właśnie Av była jego wybranką? Pocierając ręce, przyglądała się, jak tamci rozmawiają i ze zniecierpliwieniem czekała na przyjście dziewczyny, a tym samym dowiedzenie się kim jest wybranka Krukona, czyli teraz najbiedniejsza, niespodziewająca się zagrożenia uczennica Hogwartu. Już chciała zacząć biec i tym razem nienażarty skopać tyłek temu idiocie, który w sumie okazał się całkiem przebiegłym, gdy usłyszała, jak mówi, oczywiście głośniej tak, aby usłyszała i ona, że drugą różdżkę odzyskają dopiero po odbyciu się randki. Dodał coś jeszcze, ale tyle zdołała usłyszeć i wyciągnąć wnioski i gdyby nie wołanie Avalon, teraz zapewne tarzałaby się po trawie, zacięcie walcząc o swoją własność.

    Nie wiem, czy dobrze, to rozegrałam, ale no, wyszło, jak wyszło i tyle. Na randkę może iść teraz równie dobrze i Lexi, i Avalon, a sama nie chciałam podejmować decyzji, więc pozostawiam to Tobie xD
    Lexi

    OdpowiedzUsuń
  116. [jejku, to już druga karta, która się podoba ludziom, jest mi niezmiernie miło, naprawdę! i tak, słusznie, witam ponownie. :)
    na wątek ze srebrnowłosą panią jestem bardzo chętna, aczkolwiek jeśli brak Ci wątków u Angusa, bądź tam widzisz sensowniejsze powiązanie - mów, mi to wszystko jedno. :)]

    Sura

    OdpowiedzUsuń
  117. [nie przeraź się, ja odpisuję czasem z długiiiimi przerwami.
    no, na pewno nie wyjawiłaby jej swoich Bardzo Mrocznych Sekretów, ale nie miałaby nic przeciwko temu, że Avalon się do niej zbliży. mogłaby być trochę onieśmielona, bo to dość nowa sytuacja. :)]

    Sura

    OdpowiedzUsuń
  118. [nie, cierpliwości mi nie brak, raczej weny na rozpoczęcie... weekendy rozleniwiają. :D zaczekam. <3]

    Sura

    OdpowiedzUsuń
  119. [Wybacz zwłokę- zafiksowałam się swoim życiem i pogubiłam się nieco w rzeczywistości :)
    Co do samego wątku- cóż, zacznijmy od tego że z mojej stronę mogę nadmienić, iż postać Avalon dla Bo będzie czymś w rodzaju...figurki, ale nie takiej na jaką się patrzy z zachwytem, a bardziej taką, którą chce się wyrzucić, bo przywołuje na myśl jakieś złe wspomnienia. O co mi chodzi, mianowicie Bo jest niesamowicie szczera i dość spostrzegawcza, więc nieszczerość Avalon, chociaż używana w szczytnym celu, nie będzie robiła na niej wrażenia, mało tego może ją niesamowicie irytować. Bo po co się katować? Skoro jest jej trudno to czemu nie przestanie?
    Zmierzając ku końcowi: Bo mogłaby w końcu nie wytrzymać i wytknąć Avalon to jak się zachowuje, oczywiście przez większość obserwatorów zostałaby wzięta za wariatkę, jednak dla Avalon może to być niezłym szokiem- ktoś zobaczył jej prawdziwą twarz. Oczywiście Bo zostanie wyśmiana, bo jakże inaczej mogło się stać po oskarżeniach wytoczonych takiemu ideałowi. Następnie mogą się przypadkowo zetknąć gdzieś w szkole, bądź poza nią i pogadać, choć ze strony Bo raczej nie będzie to przyjemna pogawędka.
    Ech, masło maślane, nie wiem czy zrozumiesz, ale może uda nam się wyciągnąć z tego chociażby zalążek dobrego pomysłu ]

    Bo

    OdpowiedzUsuń
  120. [Zostaliśmy zaatakowani przez Mistrza Gry :D]

    — A wyszło coś złego? Gdy tylko pozwolił twoim dziadkom na kolejny kontakt, wypłynęła sprawa naszego domniemanego małżeństwa. Z drugiej strony... To rodzice, rodzina, koneksje, pieniądze, cała masa rzeczy, która mnie z nimi wiąże — powiedział, tym razem jednak ewidentnie odwracając wzrok od dziewczyny. Miał pewną świadomość tego, iż jedyne, o czym nie wspomniał, to było stracenie miłości do ludzi, do których tą miłością powinien chociażby delikatnie obdarowywać. Tymczasem w sercu czuł pustkę, jedynie coś na zasadzie powiązania, natomiast wynikającego bardziej z interesów, jakkolwiek idiotycznie to brzmi.
    — Wiem, Av. Tylko sęk w tym, że bez pieniędzy też nie można być szczęśliwym, a ludzie tego zwyczajnie nie widzą — dodał, jednak ostatnie jego słowa zostały zagłuszone przez czyjeś okrzyki, dobiegające z dołu, najpewniej z boiska.
    Ahn rzucił krótkie spojrzenie w kierunku Moore, jednocześnie intensywnie zastanawiając się nad rozwiązaniem sytuacji, w której się znaleźli. Sięgnął lewą ręką do specjalnej kieszonki w spodniach, by wyciągnąć stamtąd różdżkę, ale skupiał się cały czas na tym, nad czym biadolił jakiś chłopak kilkanaście metrów pod nimi. Jihoon podejrzewał, że to jeden ze stażystów, biorąc pod uwagę fakt, iż większość z słów, jakie tamten z siebie wręcz wypluwał, dotyczyła "beznadziejnej pracy" i "pomiatania nim z kąta w kąt".
    — Przywołajmy miotły — szepnął po chwili; kroki na dole wzbierały na sile. — Tak, przywołajmy miotły ze składzika i lećmy stąd jak najszybciej.
    Machnął różdżką w stronę wejścia na boisko, obok którego znajdowało się malutkie pomieszczenie ze szkolnymi miotłami, pamiętając o tym, by przypadkiem nie pisnąć ani słowa. Na szczęście Avalon szybko zrobiła to samo i gdy stażysta maszerował schodami, oni już czekali na szybkie wydostanie się z wieży. Jihoon mógł przysiąc, że nigdy zaklęcie Accio nie działało tak słabo jak w tamtym, okropnym momencie.
    — Zaraz was dorwę! I dostaniecie. Po. Minus. Pięćdziesiąt. Punktów.
    Zziajany chłopak dotarł na najwyższe piętro i niemal przetarł oczy ze zdumienia, gdy okazało się, że nikogo na trybunach nie było. Zaklął głośno już do siebie, że z tego całego przepracowania zaczynał mieć już halucynacje. Ahn i Avalon tymczasem lądowali już po zewnętrznej stronie boiska, by móc tuż po tym schować miotły w składziku i ruszyć bocznym przejściem w kierunku zamku.
    — A jego co tam przywiało? — mruknął chłopak zgryźliwie, wywracając oczami.

    OdpowiedzUsuń
  121. Nie mogła uwierzyć, że tak łatwo dała się złapać.
    Mei zazwyczaj dla większości ludzi w tłumie pozostawała niewidzialna — była niską dziewczyną, w dodatku wątłej budowy, a ciemne, długie włosy wiecznie zasłaniały jej drobną buźkę, uniemożliwiając jakikolwiek kontakt. Jedynie czarne oczy pozostawały rzeczą, przez którą czasami ktoś zatrzymywał na dłużej swoje spojrzenie. Nikt jednak otwarcie nie dawał jej znaku, że zwrócił na nią jakąś szczególną uwagę.
    Tym razem, siedząc przy stole Puchonów, Wang przypatrywała się Koreance siedzącej w naprzeciwległym stoliku. Dziewczyna miała długie, srebrne włosy, które przywoływały Mei na myśl legendy o syrenach, swoją urodą zwodzących najbardziej mężnych marynarzy na złe, śmiercionośne kursy po oceanach. Krótkie przechylenie głowy na prawą stronę zwiastowało zachęte krótkiej rozmowy, a drobny ruch ręką powodowało w sercu mężczyzn chęć do spełnienia każdego rozkazu. Mei tak pochłonęła jej własna wyobraźnia, że nim zdążyła odwrócić pośpieszne wzrok w stronę własnego talerza z puddingiem, już ściągnęła na siebie uwagę Krukonki. Spojrzała na nią jeszcze raz i ich spojrzenia ponownie się skrzyżowały. Tym razem postanowiła nie poruszyć głowy ani o centymetr, skupiając się całą sobą na pochłanianiu posiłku.
    — Avalon — usłyszała głos nad sobą — Avalon Moore, ale możesz do mnie mówić po prostu Av.
    Przełknęła ślinę, spoglądając w górę na siedzącą już obok dziewczynę. Sięgnęła po podaną dłoń i potrząsnęła ją delikatnie, nie kontrolując zupełnie rumieńca, który już wpływał na jej blade policzki.
    — Mei Wang — przedstawiła się powoli, a jej kąciki uniosły się do góry. — Chyba się na ciebie zapatrzyłam, przepraszam. Ja... Nie chciałam cię urazić, nic z tych rzeczy. Po prostu przypomniała mi się taka historyjka, którą kiedyś usłyszałam od dziadka, nic takiego.

    [To masz dwa, a nie trzy odpisy! :*]

    OdpowiedzUsuń
  122. Kiedy Avalon mówiła o krzywdach, jakie wyrządziłaby Terry'emu, po plecach Sorchy przeszedł lekki dreszcz. Av wydawała się być taką delikatną, kruchą istotką... kto by pomyślał, że mogłaby rzucić się z pazurami na swojego idola.
    Jakoś wytrzymała spojrzenie koleżanki, które świdrowało ją przez cały czas, kiedy nieudolnie próbowała ukryć zmieszanie, jakie wywoływało w niej choćby wspomnienie ulubionego nauczyciela. Darzyła Vlado ogromną sympatią - jak większość ludzi, która go znał, był naprawdę przemiłym człowiekiem. Wolała jednak zbyt wiele o tym nie mówić. Różne - niekoniecznie prawdziwe - rzeczy mogły w jakiś sposób wyjść poza ich dwuosobowe grono... a wtedy pewnie już by się nie pozbierała.
    Zaśmiała się z ulgą, gdy koleżanka poruszyła temat pracy domowej.
    - Na za tydzień, spokojnie. - Zmierzyła Avalon wzrokiem, robiąc surową minę. - Albo nie. Do roboty, już!
    Żarty żartami, ale pamiętała do tej pory, jak kilka tygodni temu Avalon pisała pracę domową w ostatniej chwili. Cały Ravenclaw stał nad nią i solidarnie ją poganiał. Lepiej, żeby się to nie powtórzyło.


    Sorcha Tobin

    OdpowiedzUsuń
  123. - Co? Ty tak całkiem serio? - powiedziała, otwierając szeroko oczy, ze zdziwienia, wpatrując się przy tym pytająco w Avalon. - Więc mówisz, że wybrał on ze wszystkich dziewczyn w Hogwarcie akurat mnie, serio? - nie zmieniła wyrazu twarzy, a może zaczęła jeszcze nawet bardziej nie wierzyć w całą zaistniałą sytuację z każdą kolejną chwilą, gdy o niej myślała. - A to mały dupek, ja mu pokaże — przygryzła wargę, w nadziei wymyślenia już teraz jakiegoś super pomysłu, który mógł rozwiązać wszystkie ich problemy. Mimo że nie chciała się pogodzić z myślą, która już raczej na stałe zagościła w jej głowie, doskonale wiedziała, że najłatwiejszą i zapewne najskuteczniejszą opcją będzie spędzenie popołudnia w towarzystwie znienawidzonego już teraz chłopaka, a jedynym dobrym szczegółem było, to, że Av nie zostawiła jej sama w tym bagnie, za co była jej niewyobrażalnie wdzięczna.
    - Boże, nie miałam pojęcia, że moja pierwsza podwójna randka odbędzie się w takich beznadziejnych okolicznościach — westchnęła, ponownie zmierzając w kierunku zamku, marząc teraz, tylko o leniwym wylegiwaniu się w ciepłym łóżko, co i tak zapewne nie będzie jej dane.
    - Musimy odwalić, to jak najszybciej, różdżka jest mi przecież potrzebna, choć i tak za często jej nie używam, ale mniejsza z tym. Trzeba odzyskać ją jak najszybciej, wiadomo, co temu idiocie przyjdzie do głowy — mówiła, zawzięcie przy tym gestykulując, choć coraz częściej skostniałe ręce lądowały w kieszonkach gryzącego, choć teraz i tak najcudowniejszego na świecie i w życiu Lexi sweterka.
    - Jutro Ci pasuje? Wiesz, tak będzie chyba najlepiej. Spędzimy kilka nudnych godzin, pomilczymy, postaram się go nie pobić, może coś zjemy? Ostatecznie postaramy się, aby nie było najgorzej, w końcu musimy myśleć o sobie — uśmiechnęła się, nie do kończą, wiedząc, czy to w reakcji na własne słowa, czy na coraz mniejszą odległość dzielącą ich od zamku.
    - Jeśli, ma to być podwójna randka, to musisz kogoś przyprowadzić, no, chyba że chcesz porandkować z moim chłopcem? - poruszyła zabawnie brwiami i szturchnęła dziewczynę w ramię, by po chwili śmiejąc się spytać: - No więc kto będzie twoim wybrankiem?

    Przepraszam, że dopiero teraz :'C
    Lexi

    OdpowiedzUsuń
  124. [TO w takim razie czekam z wielką niecierpliwością. I dziękuję za miłe powitanie :)]
    Metin

    OdpowiedzUsuń
  125. {Do listu można odnieść się w formie wątkowej, na zasadzie akcja z mojej strony - reakcja bohatera, w którego ręce wpada list, natomiast równie dobrze można odpowiedzieć "tak" lub "nie"}

    Szp. P. Aaron Westmore,
    Departament Tajemnic
    Brytyjskie Ministerstwo Magii


    Wobec zbliżających się wielkimi krokami wyborów rządowych, w imieniu Proroka Codziennego, którego jestem niezastąpioną częścią, piszę ten list. Z uwagi na to, że startował Pan w ostatnich wyborach na urząd dyrektora Departamentu Tajemnic (które zresztą wygrał większością głosów) opinia publiczna pragnie dowiedzieć się, czy również w tym roku wyjdzie Pan do wyborców z nowymi postulatami, czy usunie się Pan w cień, zaszyje się pod kamieniem lub zrobi jeszcze inną rzecz, którą jako Prorok przedstawimy jako akt tchórzostwa z pańskiej strony.
    Czy Szanowny Pan ponownie weźmie udział w wyborach na urząd dyrektora?

    PS Przepraszamy za podesłanie sowy bez listu. Proszę jej dać jakiś smakołyk i odesłać z powrotem.

    Z wyrazami szacunku,
    Redaktor Naczelny Proroka Codziennego,
    F.S. Cattermole

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Pomagał właśnie Arizonie przy przygotowaniu stołu do śniadania, kiedy nagle przez okno wleciała całkiem ładna i dostojna sowa. Aaron Moore spojrzał swoimi skośnymi oczyma na ptaszysko i z lekko zmarszczonym czołem podszedł do zwierzęcia, chwytając list zaadresowany do niego – to list od Avalon. W tym samym momencie przypomniał mu się list, który dostał poprzedniego dnia w biurze. Na samo wspomnienie tego paskudnego błędu, na jego twarzy pojawił się grymas niezadowolenia.
      – Mówiłem Ci, że znowu Cattermole nie pamięta jak się nazywam. Rozumiem, gdyby musiał się męczyć z moim prawdziwym, rodowym nazwiskiem ale nawet tego, ale nawet tego angielskiego nie jest w stanie zapamiętać? Nędzna imitacja redaktora – burknął do przyglądającej mu się z zaciekawieniem blondynki. Ta jednak uśmiechnęła się tylko do niego łagodnie.
      – Ale tutaj widzę dobre nazwisko, to Avalon prawda? Co u niej słychać, nadal jest zła? – zagadnęła, zerkając na trzymaną w dłoniach ukochanego przesyłkę.
      – Nawet jeżeli jest to sama wiesz, że nie napisze nam o tym w liście. Przeczytaj go, a ja idę odpisać redaktorowi, póki pamiętam co mu chcę przekazać – i jak oznajmił, tak też zrobił.

      Sz. P. Fernald S. Cattermole
      Redakcja Proroka Codziennego


      Szanowny redaktorze naczelny Cattermole. Owszem ponownie będę startował na stanowisko, które obecnie obejmuję, jednak muszę z przykrością stwierdzić, że zaskoczył mnie Pan swoim niedoinformowaniem (czy to przystoi redaktorowi naczelnemu?). Mianowicie obejmuję stanowisko szefa Departamentu Tajemnic, dyrektorem jest Pan Lestrange. Jeżeli chodzi o moje wyjście do wyborców. Muszą się chwilowo uzbroić w cierpliwość. Jednakże, z pewnością spotkam się z ludźmi, którzy mnie poprali, aby udowodnić im, że nie popełnili żadnego błędu i aby ponownie wybrali mnie na te stanowisko. W końcu kto inny, jak nie ja nadaje się do tego najlepiej?

      Z poważaniem,
      Aaron Moore


      Napisał szybko te kilka zdań po czym zapakował pergamin w kopertę i strojnymi literami zaadresował ją, z niechęcią wymalowaną na twarzy pisząc nazwisko redaktora.

      Usuń
  126. Rzeczywiście, sam fakt, że postanowiła uczęszczać na zajęcia do profesora był aktem pokazania tego, co w sobie nosi. I choć mogło wydawać się to niczym, tak naprawdę stając murem za swoim zdaniem pokazała, że wcale nie musi być nikomu podległa. Wcale nie musi udawać.
    Vladimir wierzył w to, że za jakiś czas, może po skończeniu szkoły, Avalon dojrzeje na tyle, że przestanie trzymać się z góry narzuconych jej zasad. Miała w sobie wiele siły i energii, a fakt, że uczęszcza na zajęcia mimo woli rodziny, cieszył go najbardziej. I był jej za to przeogromnie wdzięczny.
    - Bardzo Ci dziękuję, Avalon. Dobrze mieć w zespole uczennicę taką jak Ty - Posłał jej pogodny uśmiech.
    Profesor w duchu miał nadzieję, że rozmowa którą obaj przeprowadzili, nie okaże się bezsensowna i wniesie chociaż małą iskierkę do jej osobowości. Samo zaatakowanie kamienia przedstawiającego wroga pokazało, że dziewczyna jest tam w środku delikatną osobą, która nie pozwoli sobie namieszać.
    - Ale wiesz co? Jesteś trudnym i ciekawym przypadkiem - Uśmiechnął się szerzej.
    Nigdy nie spotkał nikogo, kto miałby problem z wyrzuceniem z siebie cech swego charakteru - wręcz przeciwnie, bo w Hogwarcie co niektórym powinno się zamknąć gębę w związku z ich bezczelnością. Ale mniejsza o to. Nawet, jeśli Avalon była taka w środku, to lepiej żeby się otworzyła, aniżeli ukrywała prawdziwą osobowość męcząc się przy tym i nie śpiąc po nocach.
    Może powinna spędzać czas z kimś, kto sprowokowałby ją do wykazania osobowości? To całkiem dobry plan.

    Vladimir Karkarow

    OdpowiedzUsuń
  127. Że nie…?
    Jego głos drżał. Wszystko w nim się trzęsło, cały jego świat jakby właśnie w tej chwili rozpadał się na kawałeczki. Zupełnie jak gdyby jego dotychczasowe życie utkane było jedynie z nikłej nitki nadziei. Jak gdyby było uszyte z wątłych przypuszczeń, marnych słów pocieszenia. Jak gdyby on sam opierał całą swoją przyszłość na jednej, jedynej wizji, do której realizacji nigdy tak naprawdę nie miało dojść, a on dopiero teraz zdał sobie z tego sprawę. Jego świat się walił. Kładł mu się do stóp, pokazując środkowy palec, wytykając język i naigrywając się z niego. Jego świat kpił sobie z jego poczynań, kpił sobie z jego starań, jego świat bezwzględnie obnażał przed nim brutalną prawdę, z którą on sam bał się do tej pory zmierzyć. Z którą bał się rozprawić. Z którą w żadnym stopniu nie potrafił się pogodzić. Jego świat stał tuż przed nim. Zaciskał piąstki w kieszeniach jego płaszcza i płakał. Wymykał mu się spod kontroli. Uciekał z pomiędzy palców, chociaż już zdawał się być tak blisko. Umykał. I płakał.
    Jego świat go ranił.
    Fred nie potrafił tego słuchać. Każde słowo sprawiało mu ból. Wiedział, podświadomie wiedział i czuł, że wszystko dla nich skończyło się jedynie formalnie. Że w ich sercach mimo wszystko nadal pozostawała bolesna pustka, czekająca na zapełnienie brutalnie oderwanymi wcześniej fragmentami. Że mimo iż dla wszystkich innych ich przyszłość była jasno określona i wykreowana, wszechświat dla nich nie miał już tego samego wydźwięku. Bez siebie byli puści, spragnieni zakazanych owoców, których oboje nie mogli otrzymać, umęczeni nieustającą rozłąką. A Weasley pojawiając się tutaj tego dnia na tej właśnie randce, rozdarł powoli zasklepiającą się ranę, bezwzględnie otwierając ich oboje na nowe, boleśniejsze ciosy. Jakby skąpani byli w morzu soli i tonęli w nim, jęcząc i sycząc, wołając o uwagę czyjegoś równie zbolałego serca, której w żaden sposób nie mogli dostać.
    Odwróciła głowę na bok, a łzy powoli spływały po jej pięknych, idealnych wręcz mógłby rzec policzkach. Jasne włosy okalały jej twarz, teraz przyczepiając się do wilgotnych śladów na skórze. Gryfon całą siłą woli musiał powstrzymywać się od zgarnięcia ich jednym, delikatnym ruchem, od wyciągnięcia rąk, objęcia Avie – jego Avie – w pasie, przylgnięcia do niej swoim ciałem, ogrzania jej, dania jej nadziei, pocieszenia… był w stanie jedynie się przyglądać. I słuchać. I myśleć. To było bardziej bolesne niż obojętność.
    Nie zdążył odpowiednio zareagować. Atak nastąpił nagle, nieoczekiwanie przeradzając się w wybuch nieokiełznanych emocji. Nie zarejestrował, kiedy odległość między nimi diametralnie się zmniejszyła, nie zauważył, kiedy ich oddechy zaczęły ponownie mieszać się w jeden, jak kiedyś, jak dawniej. Tylko, że teraz wszystko wyglądało inaczej.
    — Czego ja od Ciebie chcę…? A czego ja od Ciebie nie chcę? — Szepnął, w jednej chwili ściskając okładające jego tors niewielkie piąstki i przyciskając je z uczuciem do swoich warg, zupełnie jak zwykł to robić kiedyś, tylko nieco bardziej brutalnie, nieco bardziej nagląco.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ignorując jawnie cisnący się jej na usta protest, przyciągnął ją do siebie, zamykając w szczelnym uścisku, opierając czoło o jej czoło i przyciskając nos do jej noska, oddychając głęboko i nerwowo, niemalże przerywanie, jakby chociaż w ten sposób mógł oddać jej choć chwilę należnego spokoju, jakby próbował ukoić szalejące w nich demony. Opuszkami palców przesunął po jej wilgotnym od łez policzku i wplątał palce w jej włosy, chcąc choć przez chwilę móc nasycić się jej bliskością, nim postanowi ona odwrócić się i uciec w mrok nocy, porzucając jego samego marznącego w ciemnej uliczce bez swojego płaszcza, zostawiając za sobą cukierkową herbaciarnię, najlepszą przyjaciółkę i rozmiękłe, zdeptane przez nich liście zalegające na drodze.
      — Za późno na nas.
      Bolesny szept przeciął ciszę, rozdzierając jego serce na pół. I dopiero kiedy wypowiedział te słowa, zdał sobie sprawę z tego jak prawdziwie one brzmią i jak dokładne odwzorowanie mają w życiu codziennym. Jak bardzo są dla nich nieuniknione. Jak prawdziwe i rzeczywiste. I jednocześnie jak śmiercionośne.
      Westchnął, z całych sił zaciskając powieki. Bił się z samym sobą, ale nie potrafił już powstrzymać słów kolejno cisnących mu się na usta.
      — Spieprzyłem wszystko, Avie… Nie walczyłem. Byłem głupi… tak cholernie głupi. Pozwoliłem na to, by jedna decyzja mi cię odebrała. Pozwoliłem cię im zabrać, a teraz… mam już dość. Chciałbym móc zamknąć oczy i zasnąć, następnego ranka obudzić się ze świadomością, że to był tylko sen, beznadziejny koszmar. Że ponownie wybiegnę z dormitorium za późno, chociaż miałem odebrać cię rankiem spod wieży i mieliśmy wspólnie zjeść śniadanie. Że znowu będziesz czekać na mnie zirytowana przed Wielką Salą, narzekając na to jak mało romantycznym chłopakiem jestem. A później będziesz śmiać się z serduszek namalowanych dżemem na naleśnikach — wziął głęboki wdech. Pokręcił głową, jednocześnie delikatnie pocierając nosem o jej nos. Po plecach przebiegły mu dreszcze — potrzebuję cię, Avie. Potrzebuję cię. I nie mogę z tym kompletnie nic zrobić. Chciałem zniknąć. Próbowałem usunąć się w cień, ale… dobrze wiesz, że nie potrafię. Zbyt wiele straciłem, a teraz próbuję złapać się brzytwy. To chore.
      Zagryzł wargę, mocno przyciskając Avalon do siebie. Nie chciał wierzyć w swoje słowa, chciał zapomnieć, że w ogóle kiedykolwiek padły z jego ust. Okazał słabość. Oboje okazali słabość. Chciał zapomnieć o zakazie danym przez jej ojca, złamać regulamin, pozwolić emocjom wypłynąć chociaż raz, chociaż ten jeden raz. Ale nie mógł. Miał związane ręce. Mógł tylko stać, przytulając jasnowłosą dziewczynę zupełnie tak, jakby miała mu zaraz zniknąć, wyparować na zawsze. Jakby trzymał w rękach najdroższy skarb i nie mógł się z tym pogodzić. A to akurat niewiele od prawdy odbiegało.

      [ Przepraszam, że tak późno – urlopik, te sprawy. ]

      Jejku, jak nam się poetycko zrobiło, meh. I staph. Ja kocham Twoje odpisy <3

      Freddie ♥

      Usuń
    2. Ten komentarz został usunięty przez autora.

      Usuń
  128. Dla Jihoona przelecenie tych kilkunastu metrów na miotle nie było niczym nadzwyczajnym, choć nie można było powiedzieć, że przejażdżka udała mu się bezproblemowo — odkąd pamiętał latanie wychodziło mu po prostu miernie, stąd też nawet nie starał się dostać do drużyny Quidditcha. Po prawdzie, nawet do tej pory przychodził na mecze tylko ze zwykłego obowiązku, by przyglądać się poczynaniom Ślizgonów i poczuć dumę, gdy ci wygrywali w którejś rozgrywce. Patrzył więc teraz odrobinę zdezorientowany, kiedy wsunął już miotły zaklęciem do składzika, po czym powoli przysunął się do dziewczyny.
    Nie cechowała go nigdy czułość, wręcz odwrotnie, był raczej zimnym typem osoby, która dławiła emocje i przedstawiała światu wyrobioną wcześniej maskę obojętności. Strzelał z oczu wrogością, a poza bogatego synka rodziców wychodziła mu tak dobrze, że nieraz przez sobą samym nie mógł stwierdzić, czy przypadkiem to nie jego prawdziwa twarz. Teraz jednak zmarszczył brwi, nie mając pojęcia, co takiego dzieje się z dziewczyną.
    — Wszystko w porządku — powiedział stanowczo. Powoli przytulił do siebie Avalon, pierwszy raz czując w środku tę braterską odpowiedzialność, na którą rzadko sobie pozwalał w stosunku do młodszej siostry. Do Yewon raczej podchodził na zasadzie uszczypliwych komentarzy, robienia na złość, bycia tym irytującym, starszym bratem, bo ta też nigdy nie wydawała się potrzebować jego wsparcia.
    — Oddychaj powoli — dodał.
    Nie miał nigdy specjalnie dobrych stosunków z panienką Moore, z Hyorim, którą uwielbiał denerwować właśnie wypowiadaniem jej prawdziwego imienia, w jego oczach o wiele ładniejszym niż angielszczone Avalon. Dopiero wtedy zdał sobie sprawę, że jakkolwiek ich życie by się nie potoczyło, jechali dokładnie na tym samym wózku — nie dość, iż mieli dokładnie taki sam problem z naciskiem ze strony rodziny, tak oboje rozprawiali się z zagrożonymi związkami tutaj w Hogwarcie. Powinni się wspierać, powinni oboje coś z tym zrobić, bo w całej tej sytuacji głównymi bohaterami byli właśnie oni, według rodziny Moore'ów i Ahnów, zmierzający do ślubu.

    [Ej, fajnie jest, uroczo, niech się lubią :D]
    braciszek Ahn

    OdpowiedzUsuń
  129. Krzyk Avalon rozdzierał jego serce. To, że podnosiła głos właśnie na niego, to, że nie pozwalała mu już nazywać siebie tak jak dawniej, bolało. Ogromnie. Zabierała mu w ten sposób jedyną rzecz, która jeszcze powstrzymywała go przed całkowitym zapadnięciem się w mrok i pogrążeniem w rozpaczy. Chciał spełnić jej prośbę, bo zależało mu jedynie na tym, by była szczęśliwa, ale nie potrafił. Był pieprzonym egoistą. Myślał o sobie, o tym jak bardzo pragnąłby zatrzymać to żywe wspomnienie ich relacji dla siebie. Wypowiadanie zdrobnienia jej imienia było dla niego prawdziwą magią. Dwusylabowy zwrot brzmiał w jego ustach niczym zaklęcie roztapiające lód z jego serca. Był jednocześnie najczarniejszą z możliwych klątw, formułą niewybaczalną, ale jednak czymś intrygującym, tajemniczym, tak kusząco zakazanym, że gdy już to w końcu posiadł, nie potrafił z tego zrezygnować. Jej imię było czarną magią. Tak podniecającą i wzbronioną – a jednocześnie tak niebezpieczną. Zupełnie jak ona sama.
    Wcześniej nie potrafił zrozumieć, co mówili mu jego znajomi. Nie zachowuj się jak zakochany kundel. Będziesz cierpiał. Śmiał im się wtedy w twarz, kręcił głową, mówił, że zwyczajnie zazdroszczą. Ale teraz już wiedział. Próbował udawać sam przed sobą, że oni nie mieli racji, że wcale nie dał się stłamsić przez ogarniające go uczucie zakochania, że siła rozstania wcale nie była tak wielka, by go przybić, by skraść mu resztki błąkającego się po ustach uśmiechu, ale był głupi, robiąc to, nieustannie się oszukując, kłamiąc. Powoli umierał, zatapiając się w bólu, powoli odchodził z tego świata, czując jak tą pogodną, radosną wersję Freda Weasleya zastępuje ktoś inny, ktoś nowy, ktoś obcy. A on nie chciał rozstawać się z tym życiem. Tak samo mocno jak nie chciał rozstawać się z Avalon. Zależało mu na niej. Cholernie. Dlatego stał w ten potwornie mroźny dzień bez swojego płaszcza, przyciskając dziewczynę do siebie, sycąc się jej ciepłem, jakby była ostatnim żywym promyczkiem światła na tej pogrążonej w mroku planecie, łudząc się, że ich upadek to tylko złudzenie, że wcale nie jest nieunikniony, że jest jeszcze dla nich jakiś płomyk nadziei. Nie zdawał sobie tylko sprawy z tego, że na owe żale było już o wiele za późno. I to go zabijało.
    Masz rację Fred. Spieprzyłeś wszystko.
    Umierał.
    Gdybyś wtedy tylko coś powiedział.
    Umierał.
    Tak bardzo za Tobą tęsknię, Fred.
    Umierał.
    Jego ręce oplotły jej drobne ciałko, przytrzymując ją blisko jego ciała. Czuł drżenie pod opuszkami palców, widział jak czubek jej głowy trzęsie się ni to z zimna, ni to ze strachu. Gorący oddech muskający jego klatkę piersiową sprawiał, że Fred miał ochotę zacisnąć powieki i rozpłynąć się pod wpływem ciepła. Doskonale słyszał słowa padające z jej ust, ale nie potrafił na nie w żaden sposób zareagować. Chciał tylko tak stać przez wieczność, tulić ją do siebie, pozwolić na to, by tam, w tej zimnej, pustej uliczce dopadła ich wreszcie starość, by skonali w swoich objęciach wtuleni w siebie jako para nieszczęśliwych kochanków. Jako Romeo i Julia.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Pochylił się i niepewnie musnął wargami czubek jej głowy, pozwalając, by jej jasne włosy połaskotały go po twarzy. Chciał wyciągnąć dłoń i unieść jej podbródek, złożyć na jej ustach ostatni, gorący pocałunek, ale zdawał sobie sprawę z tego, że to nie jest ten czas, to nie jest ta chwila. Nie chciał, by Av zapamiętała go w taki sposób. W jej myślach chciał być tym wiecznie uśmiechniętym chłopcem, do którego zawsze mogła przyjść w przerwie między zajęciami, w którego ramię zawsze mogła się wtulić, gdy tylko było jej smutno, dla którego mogła pakować bezokazyjne prezenty i zasypywać go milionami całusów, z którym tak beztrosko mogła dzielić każdą swoją chwilę. Chciał być jej przyjacielem, jej pocieszeniem, jej wiecznym wsparciem, jej obrońcą, jej Gryfonem. W tamtej chwili czuł się bezwartościową szują, która nie potrafiła postawić się należycie jej ojcu. Która nie umiała walczyć o ich miłość, która poległa, usuwając się w cień, pozwalając, by inny chłopak na życzenie jej taty przejął obowiązki, które dotychczas pełnił on. Inny chłopak, który w jego oczach z pewnością nie uczyniłby jej tak szczęśliwej, jak on robił to od miesięcy. Kim był, jeśli nie potrafił być nawet sobą?
      Delikatnie wysunął ręce spod płaszcza, którym Av była opatulona i cofnął się o krok, wypuszczając Krukonkę ze swoich objęć. Niepewnie uniósł wzrok, omiatając jej twarz troskliwym spojrzeniem. Wiatr owionął jego ciało, mrożąc go niespodziewanie, sprawiając, że zaczął trząść się z zimna. Ale to nie było dla niego w tamtej chwili istotne. Miał zamiar właśnie odkupić wszystkie swoje błędy, postarać się zrobić wszystko, by dziewczyna mu wybaczyła lub polec, walcząc o to do ostatniego tchnienia.
      Uśmiechnął się dość głupkowato i ukląkł przed nią na jednym kolanie, pozwalając porywistym podmuchom zimnego powietrza szarpać jego włosy i koszulę. Wyciągnął ręce i chwycił jej dłonie, by nigdzie nie uciekła, kiedy dostrzegł jawny protest w jej oczach. Przekrzywił lekko głowę i wzruszył smutno ramionami, wbijając wzrok w spojrzenie jej ciemnych tęczówek z nieskrywaną nadzieją.
      — Avie… Avalon, wiem, że to beznadziejnie głupie, ale… - zawahał się. W myślach zaczęło mu huczeć od nadmiaru emocji - zechcesz pójść ze mną na randkę? Ten jeden, ostatni raz?
      Jego serce przestało bić. Świat zawirował, a on zamarł w oczekiwaniu na odpowiedź.

      Szalony Fredziak, który chyba traci głowę

      Usuń
  130. [Bardzo dziękuję za powitanie i przemiłe życzenia! Jasne, że myślimy nad wątkiem :D
    Nie wiem, czy taka fajna. Dekadenckich postaci jest za dużo, a i ja się nimi zmęczyłam, bo ile można pisać smutasami, natomiast taka wesoła... Nie wierzę, żeby mi kiedykolwiek mogła wyjść. Koniec mikro-monologu.
    Mieszkają właściwie razem, dlatego mam taki typowo babski pomysł. Mogłyby, z powodu zwykłej nudy, zacząć bawić się farbami do włosów. Niezbyt ambitne, ale zawsze jakiś początek. Albo i jedna, i druga mogłyby mieć problem z zaśnięciem i spotkałyby się przypadkowo w pokoju wspólnym. Hm?]/ Ailisa

    OdpowiedzUsuń
  131. [Raczej luźna relacja, bo Ailisa słaba jest w przyjaźniach, a ja sama muszę się tu odnaleźć, bo mam nadzieję, że uda mi się zagrzać tu miejsce na dłużej :) ]/ Ailisa

    OdpowiedzUsuń
  132. [ Stwierdziłam, że nie ma sensu tam przedłużać. Jedziemy z akcją! <3
    PS. Jakieś takie dzikie mi wyszło. ]

    Serce Freda waliło jak opętane. Od dobrych piętnastu minut stał przed lustrem, wpatrując się w swoje odbicie, ale nie próbując niczego ze sobą zrobić. Gapił się sobie w oczy, widząc czające się we własnym spojrzeniu przerażenie i zastanawiając się, co tak właściwie strzeliło mu do głowy. Brzuch bolał go, jakby ktoś niedawno porządnie go w niego kopnął. Mięśnie paliły go żywym ogniem. W gardle czuł wielką gulę, której nie potrafił w żaden sposób się pozbyć. Jego dłonie drżały z nieopanowanych nerwów. Poprawił koszulę, dalej nie ruszając się z miejsca. Wyglądał, jakby miał zaraz zemdleć. Miał ochotę się rozpłakać, co naprawdę nie zdarzało mu się często. Czuł się zupełnie tak jakby wybierał się na czyjś pogrzeb - kogoś, kogo bardzo mocno kochał – a nie na randkę. To już nasz koniec. To już nasz koniec. To już nasz koniec. Ból ściskał jego wnętrzności. Jego największy koszmar stawał się rzeczywistością, a on nie potrafił sobie z tym poradzić. Tonął w smutku, umierał z rozpaczy. To był pogrzeb – pogrzeb fragmentu jego duszy. Nie potrafił sobie z tym poradzić, szalał z tęsknoty, szalał…
    Dość.
    Szedł na randkę. Na pierwszą i na ostatnią. I musiał sprawić, by była wyjątkowa.
    Postał jeszcze chwilę w łazience, próbując psychicznie przygotować się na to, co miało się stać. Nie czuł się najlepiej, miał przeczucie, że zapraszając Avalon na to spotkanie popełnił największy błąd swojego życia, ale nie mógł już tego wszystkiego cofnąć. Otrząsnął się z emocji, poskakał chwilę w miejscu, jakby miało mu to pomóc i wyszedł z niewielkiego pomieszczenia. Droga z dormitorium do pokoju wspólnego minęła mu nie wiadomo kiedy. Czuł się już nieco swobodniejszy. Kiedy dostrzegł znajome twarze, na jego buzię wkradł się niewielki uśmiech zadowolenia. Parę osób rzucało mu ciekawskie spojrzenia znad rozłożonych książek i zeszytów. Ktoś wtajemniczony w całą akcję wyszczerzył się do niego z rogu pokoju i pokazał dwa uniesione w górę kciuki. Fred rozpromienił się nieco.
    Wyszedł na korytarz, nonszalancko przeczesując włosy palcami i gwiżdżąc sobie pod nosem jakąś wesołą melodię na dodanie otuchy. W myślach jeszcze raz prześledził plan całej randki, pocieszając się, że jeśli coś nie wyjdzie, przynajmniej będą się dobrze bawić. Wstrzymał oddech, gdy skręcił za róg znajomego korytarza, obrzucając wiszący na ścianie zegar krótkim spojrzeniem. Był spóźniony. Cudnie. Uśmiechnął się sam do siebie i nieznacznie przyspieszył kroku. Nieplanowane spóźnienie jedynie nadawało temu spotkaniu jeszcze bardziej rzeczywistego wymiaru. Fred chciał, by wszystko działo się zupełnie tak, jakby wcale nie zawalił całej sprawy. Jakby wcale nie stchórzył, jakby sytuacja z panem Moorem nigdy nie zaistniała. Tak, jakby nadal byli parą, a ta randka była tylko kolejnym urozmaiceniem ich wspólnie spędzonego weekendu. A potem mieli się rozstać. W zgodzie. I szczęściu. Fred miał tylko problem z uwierzeniem w to ostatnie.
    Pokój wspólny Krukonów znajdował się u szczytu wysokich, spiralnych schodów. Fred swojego czasu zwykł żartować, że to za sprawą ciągłego wspinania się po nich, Avalon miała takie ładne nogi. Żeby dostać się do środka, trzeba było poprawnie odpowiedzieć na zagadkę zadawaną przez metalową kłódkę. Weasley nienawidził tej zabawy, dlatego kiedy tylko spotykał się ze swoją dziewczyną, ona obiecywała wyczekiwać na niego już na dole. W tej kwestii nic się u nich nie zmieniło.
    Fred zwiększył tempa i dosłownie wpadł na Krukonkę na ostatnim zakręcie. Opiekuńczo objął ją w pasie ramionami, chroniąc przed upadkiem, jednocześnie samemu z trudem utrzymując równowagę. Roześmiał się, stawiając ją z powrotem do pionu.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. — Przepraszam, ja…
      I zamilkł, wpatrując się w jej ciemne oczy. Po jego plecach przebiegły dreszcze, organizm zalała fala gorąca. Bliskość wywołana przez to przypadkowe zderzenie działała na niego hipnotyzująco. Jak w transie przesunął dłońmi po bokach Avalon, nachylając się w jej stronę. Jego policzki zalały rumieńce, kiedy zdał sobie sprawę z tego, co zamierzał zrobić i zamaskował swoją wpadkę cichym chrząknięciem. Odsunął się od niej, uśmiechając niewinnie i łagodnie wzruszając ramionami.
      — Wybacz. Wyglądasz… niesamowicie.
      Wyciągnął do niej ramię i odchrząknął jeszcze raz, próbując okiełznać galopujące w nerwowym szale myśli i uspokoić walące niepokojąco serce. Nachylił się do jej ucha, nieumyślnie trącając jego płatek nosem, co tylko wprawiło go w dodatkowe chwilowe osłupienie, po czym odezwał się ciepłym, przyjemnym głosem, jakby próbował zbudować wokół nich fałszywą, przyjacielską atmosferę zwyczajnego spaceru.
      — Wybieramy się do Hogsmeade i wzywamy Błędnego Rycerza. Zabieram cię na Pokątną. Tam zaplanowałem malutką niespodziankę. Mam nadzieję, że ci się spodoba.
      I odsunął się, uśmiechając promiennie, ignorując wysyłane w ich kierunku pytające spojrzenia. W jego głowie huczało od pędzących wyobrażeń, ale na czele wszystkich skomplikowanych schematów, które sobie wcześniej opracował, kiełkowała nowo powstała, jeszcze świeża, niepewna i nieśmiała myśl. Że może uda mu się dzisiaj ponownie pocałować Avalon. Że może uda mu się wplątać palce w jej włosy. Że może uda się załapać ten rodzaj bliskiego kontaktu, tej namiętności, tego zjednoczenia i pożądania. A potem rozstaną się na zawsze. Na zawsze. Na zawsze. Na zawsze.

      Na Merlina. Freddie, który nie wie, co się dzieje

      Usuń
  133. [Darować Tobie wątku nie chce – nie ma tak łatwo :D A co do reszty, wybór należy do ciebie, w końcu to ja przerwałam tamten wątek, o ;)]

    Louis

    OdpowiedzUsuń
  134. [Witam. Tajemnicza ta twoja Avalon, bardzo ją polubiłam mimo tego, że karta mało o niej mówi. Chciałabym ją poznać lepiej, co ty na to?]


    Bane

    OdpowiedzUsuń
  135. [Twoja utopia jest mega pociągająca :D. Może chciałabyś zrobić z naszych postaci jakiś złośników? Niby irytują się nawzajem, a jednak łączy ich wspólna więź? Ewentualnie też kogoś, kto jest dla siebie zupełnie obojętny i po prostu pewnego pięknego dnia mój kochany Bane spróbuje dziewczę poderwać?]

    OdpowiedzUsuń
  136. [Haha, ja napisałam do ciebie, a ty do mnie, nieświadoma, że już czekam :P Podałam dwa pomysły, może któryś ci się spodoba, a jak nie - pomyślę nad czymś innym.]

    OdpowiedzUsuń
  137. [Czytając twoją kartę miałam wrażenie, że jednak jest odrobinę złośnicą. No ale, każdy ma inne przekonanie :P Obojętnie, to już od ciebie zależy :)]

    OdpowiedzUsuń
  138. Śnieg. Bane wzdrygnął się mimowolnie na samą myśl o białym puchu na drzewach, trawie czy dróżce prowadzącej do Hogsmeade. Mimo tego, że nienawidził zimy, a śnieg przyprawiał go o dreszcze, postanowił tym razem udać się do mieściny. Kto zrezygnowałby z ciepłego Piwa Kremowego, beztroskich pogaduszek i odrobiny rozerwania się?
    Na szatę narzucił płaszcz. Do kieszeni włożył dłonie, oddychając głęboko. Jak mógł być tak głupi, żeby móc zgodzić się na wypad w tak mroźny dzień? Przecież na dworze musiała być katastrofa.
    Znalazłszy się na błoniach, przygryzł dolną wargę. Chłód od razu doczepił się nieokrytych uszu. Kto nie ma w głowie, ten ma w nogach, pomyślał i już miał zamiar udać się z powrotem do dormitorium po grubą czapkę, jednak ponowne starcie z zimnem wcale mu się nie uśmiechało. Z nadzieją, że przyzwyczai się do temperatury, ruszył wolnym krokiem. Mimo tego, że do zbiórki zostało pięć minut, nie miał zamiaru czekać. Nie wyobrażał sobie bezruchu podczas takiej pogody, kiedy mroźny chłód miałby lizać jego uszy i twarz.
    Kiedy stanął przy bramie, odwrócił się i spojrzał na budynek Hogwartu. Musiał przyznać, że krajobraz robił niemałe wrażenie. Nawet na tych, którym marzyło się o ciepłym kocu i pozostaniu w murach szkoły.
    Szedł wolnym krokiem. Mrugał tak szybko, jak tylko potrafił - byleby nie pozwolić żadnej zamarzniętej kropli dostać się do oczu.
    Kawałek od Hogsmeade przystanął. Spoglądał w błękitne niebo, pozwalając płatkom śniegu rozpuszczać się na policzkach. Po chwili poczuł, jak stworzony przez innych uczniów wiatr tańczy z jego płaszczem. Nie zareagował jednak na żadne głosy, nie szukał w nich nikogo, kogo znał.
    Minęła dłuższa chwila, kiedy postanowił iść dalej. Zimno tak go ogarnęło, że nie czuł palców u stóp. Właściwie, to temperatura przestała mu przeszkadzać.
    Usłyszał za sobą krzyk, przez co szybko się odwrócił, wyciągając instynktownie różdżkę. Dopiero kiedy zobaczył sunącą po śniegu znajomą twarz, schował ją. Podszedł do dziewczyny, a na jego twarzy pojawił się uśmiech.
    - Nic ci nie jest? - zapytał, próbując powstrzymać śmiech. Podał dziewczynie rękę.

    OdpowiedzUsuń
  139. Parsknął śmiechem widząc rumieńce na licach dziewczyny. Próbował udawać przed sobą, że powstały one przez przeraźliwy chłód. Mimo to, dopiero po chwili uświadomił sobie, że dodają jego towarzyszce uroku.
    - Ojojoj - jęknął, jakby chcąc rozdrażnić dziewczynę.
    Jednak gdy zauważył, że ciężko jej utrzymać się na nogach, zganił się w myślach. Co on sobie wyobrażał? Że może kolejną podrażnić? Westchnął, a uśmiech zniknął z jego twarzy. Przymrużył oczy, po czym ją puścił.
    - Właściwie, to dopiero tam zmierzam. Chcę napić się Kremowego Piwa - rzekł, po czym odwrócił się na pięcie.
    Przeszedł kilka metrów, udając przed sobą, że to nic takiego - pomógł dziewczynie po upadku, a teraz miał zamiar odejść. Tak, jak powinien.
    Przed oczami miał jej piękne, ciemne tęczówki wyrażające wstyd. Chciał dotknąć jej lodowatych polików i odprowadzić ją do Skrzydła Szpitalnego.
    Nie, Bane, nie zrobisz tego zawirowało mu w głowie. Przystanął. Minęło kilka sekund, po czym powoli się odwrócił. Wciąż z nieprzeniknionymi oczętami, drapiąc się po przedramieniu, które zdobiły strupy, pokonał dzielącą ich odległość w kilku susach.
    - Właściwie, to plany mi się zmieniły.
    Nie czekając na żadną odpowiedź, zarzucił jej rękę na ramię, podchwycił dziewczynę pod kolanami i podniósł. Wolnym krokiem, uważając na zdradziecki śnieg, udał się z powrotem do Hogwartu. W jego głowie walczyły dwie myśli - że zrezygnował z pysznego płynu, który rozgrzałby jego ciało, przez który opuścił mury szkoły, a także podniecenie - nie pamiętał kiedy ostatnio mógł komuś pomóc. Ostatnim razem, gdy się starał to zrobić, na jego oczach zmarł ulubiony kot jej matki.
    Szedł z dziewczyną na rękach i nadzieją, że nie dostrzeże ona jego zaciśniętych ust.

    OdpowiedzUsuń
  140. [Wybieram Avalon, bo jest taka tajemnicza i idealna, że aż chcę się dowiedzieć jakie sekreciki skrywa :> Tymczasem Ly to chodzący chaos. Nie mam do końca pomysłu, ale myślę, że Avalon mogłaby jej w jakiś sposób pomóc, zaopiekować się, albo wybić coś głupiego z głowy, albo chociażby dać jej radę od serca, bo przecież jest dużo dojrzalsza niż ten mój pragmatyczny szaleniec.]

    Lydia Drake

    OdpowiedzUsuń
  141. Usłyszawszy słowa dziewczyny, w jego głowie zaświtała głupia myśl. Spodobała mu się tak samo, jak wizja wchodzenia z obolałą dziewczyną na jego rękach. Uśmiechnął się do siebie, a w jego głowie głos wiwatował i bił brawa.
    Wrócił się kawałek i wybrał najbardziej miękki puch. Tak przynajmniej mu się zdawało. Zanurzył nogi w mokrym śniegu, klnąc pod nosem.
    - Sama dojdziesz? Czy jesteś pewna swoich słów? - zapytał, po czym przygryzł dolną wargę. Nie chciał parsknąć śmiechem, zanim nie wykona tego, o czym pomyślał.
    Spojrzał dziewczynie w oczy. Zobaczył w nich zaciekawienie i coś, czego nie potrafił odgadnąć. Ciekawiło go jej spojrzenie ciemnych oczu.
    - Policzę do trzech, a wtedy już nie będzie tak kolorowo, piękna. - Złożył całusa na jej czole, wciągając jej zapach. Aż zakręciło mu się w głowie. Podobała mu się, cholera.
    - Raz... Dwa...
    Nie skończył liczyć. Po dwa rzucił dziewczyną w śnieg. Parsknął śmiechem, gdy puch schował się pod nią, a ten wokół zsypał się na jej ciało.
    Czuł się teraz, jak pan i władca ich świata. Był pewny, że bez jego pomocy dziewczyna nie da rady wstać. Mógł teraz ją zostawić i czekać, aż ktoś wracając z Hogsmeade wyciągnie pomocną rękę.
    Próbował sobie przypomnieć jej imię. Właściwie, czy ona kiedykolwiek się przedstawiła? Albo zapomniał, co go przeraziło, albo po prostu nigdy nie miała okazji.
    Stał, wpatrując się w bezradną dziewczynę, śmiejąc się do rozpuku.

    OdpowiedzUsuń
  142. - Chcesz pomocy? - Mówił, wciąż się śmiejąc. Zgiął się w pół, obejmując brzuch.
    Spodobało mu się to, że tylko dzięki niemu dziewczyna może wydostać się ze śniegu.
    - Czy ty sobie wyobrażasz, że mogę ci teraz pomóc? Chyba zwariowałaś. Wiem, jak to się skończy.
    Był pewien, że gdyby jej pomógł, to sam wylądowałby w śniegu, a ona wtedy byłaby nad nim. Pokręcił głową, wyszczerzając zęby w uśmiechu.
    Po chwili jednak spoważniał. A co jeśli ona naprawdę będzie chora? Przeziębi się przez jego głupie zabawy. Wzruszył jednak ramionami, stanął okrakiem nad dziewczyną i zaczął zsypywać warstwy śniegu na jej twarz.
    - Pielęgniarka w Skrzydle na pewno ci pomoże. Co to dla niej - powiedział z nutką ironii.
    Stał, wciąż wpatrując się w dziewczyny twarz. Szukał czegoś, co wskazywałoby na jej rozbawienie. Jedyne, co dostrzegał, to przerażenie i narastającą złość.
    - Co mi dasz, jeśli ci pomogę? - zapytał, wpatrując się w jej usta.
    Jej umalowane wargi sprawiały, że chłopakowi zakręciło się w głowie. Chciałby, żeby te pełne usta wygięły się w uśmiechu skierowanym tylko dla niego.
    Była piękna, musiał to przyznać. Jego zaróżowione przez zimno lica stały się bardziej czerwone. Cholera, czy on właśnie się zarumienił?

    OdpowiedzUsuń
  143. Z początku Jihoon miał zamiar zapytać komu miałbym o tym powiedzieć, ale po krótkim zastanowieniu stwierdził, iż to postawiłoby go w złym świetle. Aż dziw bierze, że faceci naprawdę myślą o takich błahych rzeczach i to jeszcze w takich sytuacjach.
    — Po co miałbym komukolwiek o tym mówić, tym bardziej twojemu tacie? — powiedział, marszcząc delikatnie brwi, po czym ruszył przed siebie, delikatnie ciągnąc za sobą Avalon. Musieli się stamtąd szybko wynosić, jeśli nie chcieli być złapani przez tego furiata z boiska, który na szczęście wciąż znajdował się na trybunach (słychać było jeszcze jego gniewne okrzyki).
    Ahn właściwie nie do końca wiedział, co się przed chwilą stało, ale z pytaniami wolał zaczekać do czasu, kiedy dziewczyna zwyczajnie uspokoi się po przebytym przed chwilą napadzie. Gdyby tylko wiedział, że ma jakieś fobie związane z lataniem, z pewnością by jej do tego nie zmuszał, a już na pewno nie w obliczu zagrożenia, jakim było spotkanie ze stażystą. Nie zmieniało to jednak faktu, iż oboje uniknęli dość solidnego szlabanu — nie tylko za zerwanie się z lekcji, ale też za nielegalne wejście na boisko Quidditcha.
    — Chodź, usiądziemy. Do końca zajęć została jeszcze jakaś godzina — mruknął, gdy oddalili się od stadionu na tyle, by móc swobodnie i głośno porozmawiać. Przysiedli na kamieniach pokrytych mchem w drobnym wgłębieniu górki, tak że dla ludzi przechodzących obok pozostaliby prawie niewidoczni, idealnie. — Nie lubisz latać?

    OdpowiedzUsuń
  144. - Nie ma nic za nic - prychnął, parskając ponownie śmiechem. - Musisz mi coś dać.
    Odważył się na jeden z jego, tak przynajmniej mu się wydawało, uroczych uśmiechów, ukazując przy tym szereg białych zębów. Gdyby ktoś go zapytał o coś, co mu się w nim podoba, to właśnie one byłyby na pierwszym miejscu.
    Po chwili przygryzł spękaną wargę. Zimno na pewno nie pomagało mu w tym, aby wyleczyć rany, które co chwilę na nowo się otwierały, sącząc przy tym krew.
    - Wiesz, właściwie to muszę się zbierać do szkoły. Nie chcę spóźnić się na podwieczorek, skoro ominęła mnie już wizyta w Hogsmeade. Muszę sobie to jakoś zrekompensować.
    Odwrócił się i powoli wychodził z grubego śniegu. Wiedział, że wróci, jednak dziewczyna tak uroczo się złościła, że nie mógł jej w tym momencie pomagać. Jeszcze nie teraz.
    - Ah, te pyszne galaretki, budynie i truskawki oblane czekoladą - wzdychał, cicho mlaskając.
    Usłyszawszy ostatnie zdanie, zatrzymał się. Odwrócił głowę w bok tak, aby kątem oka widzieć powaloną Avalon.
    - Skarbie, ja już raz ci tyłek uratowałem. Nie wspomnę, że było to dzisiaj. Jeśli chcesz, aby twój upadek pozostał tylko między nami, musisz mi coś dać - wyszeptał, a słowo upadek mocno zaakcentował.
    Po chwili jego kąciki ust wydęły się w nonszalanckim uśmiechu. Podszedł z powrotem do dziewczyny i wyciągnął rękę przed siebie tak, aby dziewczyna mimo wszystko nie mogła jej dosięgnąć.
    - A więc, co mi dasz? - zapytał ponownie.

    OdpowiedzUsuń
  145. Kiedy wspomniała o jedzeniu, uśmiech zniknął z jego twarzy. Nie wiedzieć czemu, ta wzmianka przypomniała mu o rodzinie. O tym, jak w domu im było ciężko przez ojca alkoholika i nałogowego palacza. Jak bardzo starał się o to, by matka miała co zjeść na śniadanie. Sytuacja, która trwała w ciągu jego piątego roku życia, gdy stał pod sklepem, prosząc nieznajomych ludzi o kromkę chleba i wodę.
    Westchnął cicho, spuszczając wzrok. Próbował powstrzymać łzy, które napłynęły do jego oczu, szybko mrugając.
    Jak on mógł narażać dziewczynę na złe samopoczucie czy chorobę? Co ona właściwie mu zrobiła? Nic. Była dla niego nikim, do dzisiaj. Dzisiaj poczuł, jak jego serce zaczęło szybciej bić przez nieznajomą. Nigdy nie czuł wypieków na twarzy spowodowanych przez dziewczynę.
    Westchnął ponownie, chwytając ją za rękę. Obawiał się tego, że pociągnie go do siebie, dlatego szybkim ruchem postawił ją na nogach. Zachwiał się, po czym wyrwał dłoń z jej uścisku.
    - Nie chcę niczego. Po prostu daj mi spokój - jęknął, a ból w jego głosie był prawie dotykalny.
    Odwrócił się na pięcie, wchodząc w wydeptane miejsca w śniegu. Włożył ręce do kieszeni, zaciskając je w pięść. Spuścił głowę. Poczuł, jak śnieg spadł na jego szyję. Wzdrygnął się, gdy woda spłynęła po jego plecach.

    OdpowiedzUsuń
  146. - To, że ty nic nie zrobiłaś nie znaczy, że wszyscy są święci - syknął, czego od razu pożałował.
    Dlaczego był taki dla dziewczyny, która naprawdę nic nie zrobiła? Przecież to on sprawił, że ten dzień dla niej był zły. I na pewno chciała o nim zapomnieć.
    Nie potrafił zrozumieć, dlaczego tak zareagował na te słowo. Przecież nie mogła użyć bardziej normalnego słowa od jedzenie. A ono jednak sprawiło, że poczuł się naprawdę dotknięty.
    Przystanął, kiedy dziewczyna za nim podążyła. Próbował nawet się uśmiechnąć, jednak na nic się to nie zdało. Jego usta wygięły się w grymasie bardziej przypominającym ból. Nienawidził się w tej chwili bardziej, niż własnego ojca.
    - Co ci mam wytłumaczyć? - jęknął, chcąc jak najszybciej zniknąć. Jak miał wytłumaczyć dziewczynie to, co właśnie się stało?
    Westchnął, pocierając twarz dłońmi. Jak nigdy chciał się schować przed wszystkimi. Nikt nie mógł go zobaczyć w takim stanie.
    Odwrócił twarz ku dziewczynie. Otworzył usta, chcąc przeprosić ją za swoje postępowanie, jednak wiedział, że zwykłe przepraszam na nic się nie przyda. Brakowało mu słów, które mógłby użyć, aby ona przestała się na niego dąsać. Albo go zostawiła, wszystko jedno.
    Nabrał powietrza do ust i wypuścił je z głośnym świstem. Spuścił wzrok w dół, spoglądając na swoją zmarzniętą dłoń. Dopiero teraz poczuł, jak zimno było naprawdę.

    OdpowiedzUsuń
  147. - Błagam cię. - Parsknął śmiechem. Jednak nie był to taki śmiech, który każdy chciałby słyszeć. Był on przepełniony bólem i żalem. - Jeszcze przed chwilą byłaś na mnie wściekła, pewnie szukałaś sposoby na to, jak mnie zamordować. Teraz stoisz i mnie przepraszasz? Za co?
    Wlepił w nią wzrok. Nie patrzył na nią tak, jak wcześniej - z błyskiem w oku, zaciekawieniem i chęcią poznania jej świata. Teraz patrzył wyzywająco, próbując ją sprowokować. Właściwie, do czego mógłby ją teraz zmusić?
    - Za co? - Powtórzył pytanie, po czym zacisnął wargi.
    Poczuł krew w ustach. Przełknął ślinę, krzywiąc się ze wstrętu. Ostatnia rzecz, którą chciał mieć w ustach, to właśnie jego krew.
    Cały zesztywniał, gdy dziewczyna go przytuliła. Początkowo chciał ją odepchnąć, lecz zrezygnował. Jednak gdy ona się odsunęła, westchnął cicho. Nagle poczuł się tak, jakby właśnie mu odebrano ulubioną zabawkę z dzieciństwa. Głupio to przyznać, ale jego pluszowy miś wciąż leżał między ciuchami schowanymi w kufrze. Uśmiechnął się nikle na wspomnienie sprzed sześciu lat, gdy bawił się pluszowym misiem, a nikt nie mógł mu w tym przeszkodzić. Ojca już z nimi nie było, a mały Bane nigdy nie uronił za nim łzy.
    - Nie masz za co mnie przepraszać - odpowiedział po dłuższej chwili, zbyt mocno akcentując słowa. - To ja powinienem to zrobić. Przepraszam, że jestem dupkiem.

    OdpowiedzUsuń
  148. - Czy zdenerwowanie to nie to samo co wściekłość? - zapytał, unosząc brwi. Zniknęły one pod ciemną grzywką opadającą na jego czoło. - Jeżeli to nie to samo, to w takim razie czuje się to samo.
    Zacisnął dłonie w pięści, przedeptując z nogi na nogę. Czuł, że zaraz wpuści dziewczynę do świata, w którym na pewno nie chce być, a potem nie będzie w stanie jej wypuścić. Do jego świata.
    - Zdenerwowanie to prequel do wściekłości - syknął.
    Gdy usłyszał ostatnie zdanie, zamarł. Poczuł, że koszulka przykleja się do jego pleców. Przez chwilę miał wrażenie, jakby Avalon wiedziała o wszystkim. O całej jego przeszłości i o tym, jakie rzeczy siedzą mu w głowie. Dopiero po chwili uświadomił sobie, że tak naprawdę rozmawiają ze sobą po raz pierwszy, przez co odetchnął z ulgą.
    Uśmiechnął się nikle na propozycję dziewczyny. Było wielkie prawdopodobieństwo, że będą mogli usiąść przy tym samym stole, gdyż większość uczniów jeszcze nie wróciła z Hogsmeade.
    - Nie wiem, czy to dobry pomysł - powiedział po chwili namysłu. Podrapał się po czole. - Nie wiesz, kim jestem. Nie masz pojęcia, jakim potworem mogę się stać, Moore.
    Dopiero teraz sobie przypomniał jej nazwisko, choć imienia wciąż nie potrafił. Czuł, że powinien się przedstawić, pokazać, że jest dobrze wychowanym człowiekiem, lecz nie potrafił się na to zdobyć. Nie chciał tego zrobić w obawie, że wcale nie uda mu się jej odstraszyć.
    - Jestem Bane. - Wyciągnął rękę w stronę dziewczyny. Przeklinał na siebie w środku za to, że nawet takich prostych postanowień nie potrafi dotrzymać.

    OdpowiedzUsuń
  149. - Czy zdenerwowanie to nie to samo co wściekłość? - zapytał, unosząc brwi. Zniknęły one pod ciemną grzywką opadającą na jego czoło. - Jeżeli to nie to samo, to w takim razie czuje się to samo.
    Zacisnął dłonie w pięści, przedeptując z nogi na nogę. Czuł, że zaraz wpuści dziewczynę do świata, w którym na pewno nie chce być, a potem nie będzie w stanie jej wypuścić. Do jego świata.
    - Zdenerwowanie to prequel do wściekłości - syknął.
    Gdy usłyszał ostatnie zdanie, zamarł. Poczuł, że koszulka przykleja się do jego pleców. Przez chwilę miał wrażenie, jakby Avalon wiedziała o wszystkim. O całej jego przeszłości i o tym, jakie rzeczy siedzą mu w głowie. Dopiero po chwili uświadomił sobie, że tak naprawdę rozmawiają ze sobą po raz pierwszy, przez co odetchnął z ulgą.
    Uśmiechnął się nikle na propozycję dziewczyny. Było wielkie prawdopodobieństwo, że będą mogli usiąść przy tym samym stole, gdyż większość uczniów jeszcze nie wróciła z Hogsmeade.
    - Nie wiem, czy to dobry pomysł - powiedział po chwili namysłu. Podrapał się po czole. - Nie wiesz, kim jestem. Nie masz pojęcia, jakim potworem mogę się stać, Moore.
    Dopiero teraz sobie przypomniał jej nazwisko, choć imienia wciąż nie potrafił. Czuł, że powinien się przedstawić, pokazać, że jest dobrze wychowanym człowiekiem, lecz nie potrafił się na to zdobyć. Nie chciał tego zrobić w obawie, że wcale nie uda mu się jej odstraszyć.
    - Jestem Bane. - Wyciągnął rękę w stronę dziewczyny. Przeklinał na siebie w środku za to, że nawet takich prostych postanowień nie potrafi dotrzymać.

    OdpowiedzUsuń
  150. - Mówisz jak poeta. Mam pomysł. Może idź zacząć coś pisać, co? - zapytał. Chciał się roześmiać, wyluzować atmosferę, jednak jego ton głosy był zdecydowanie za chłodny.
    Zganił się w myślach, po czym kolejny raz w ciągu ostatnich kilku minut przygryzł wargę. Tak już miał, kiedy się denerwował.
    - Wiesz, że nie potrafisz kłamać?
    Uśmiechnął się nikle, przechylając w bok głowę. Był pełen podziwu dla dziewczyny, że chciała jeszcze z nim rozmawiać. Przecież wszystkie czynności, które wykonał na pewno odepchnęłyby większość ludzi. No, może poza zabraniem jej na rękach w stronę Hogwartu. Z tego był dumny. Jego matka na pewno też byłaby zadowolona.
    - Avalon - wyszeptał.
    Jego myśli wirowały mu w głowie z coraz większym natężeniem. Chciał zapamiętać jej imię, móc wymawiać je każdego dnia, o każdej porze. Próbował zrzucić te myśli na drugi plan, jednak nijak mu to wychodziło. Cholera, Bane. Ona wcale...
    Kiedy dziewczyna się odwróciła, powtórzył jeszcze raz jej imię, tym razem głośniej. Podszedł do niej i położył rękę na jej drobnym ramieniu. Jednym ruchem odwrócił ją w swoją stronę i z całej siły ją przytulił.
    Po chwili poluzował uścisk, lecz wciąż trzymał ją w objęciach. Nie chciał jej wypuszczać, pozwolić jej odejść. Nie ma mowy. Przymknął oczy, cicho westchnął i wąchał jej włosy. Pachniały pięknie, jednak za nic nie mógł sobie przypomnieć, czym.
    Po dłuższej chwili odsunął twarz i spojrzał jej w oczy. Mimo, że się nie uśmiechał, jego oczy zdradzały wszystko - euforię, zadowolenie, lecz również skryty ból, który o mało co z niego nie wyszedł. Prawie pokazał swojego demona, złe oblicze.
    Nachylił się i złożył pocałunek na jej czole. Przymknął oczy, nie odsuwając się od Avalon.

    OdpowiedzUsuń
  151. - Cicho bądź, cholera - wyszeptał, odsuwając na milimetr usta od jej czoła.
    Po chwili ponownie przysunął swoje usta do jej czoła. Wiedział, że było to niesprawiedliwe - mógł mieć nad nią władzę chociażby przez to, że był od niej zdecydowanie wyższy. Chciał przez chwilę poczuć się jak ktoś normalny, mieć w swoim życiu kogoś, kto tę normalność mógł przywrócić. Przynajmniej w jakiejś części.
    Jęknął cicho. Chcąc nie chcąc, musiał wytłumaczyć dziewczynie, dlaczego tak się zachował. Nie chciał, by źle go odbierała i myślała, że zachowuje się jak gówniarz przez buzujące w jego ciele hormony. Miał też świadomość tego, że jeśli dowie się wszystkiego, być może nigdy nie będzie chciała mieć z nim więcej do czynienia.
    - Avalon, ja z... - umilkł, przełykając ślinę.
    Co on do cholery wyprawiał?! Przed chwilą nie chciał w ogóle mieć z nią nic wspólnego, a teraz chciał jej zdradzić największy sekret?! Przecież nawet jej nie zna, nie wie kim jest. Nie ma pojęcia jak zareaguje, co powie i czy będzie w stanie z nim rozmawiać albo na niego patrzeć.
    Gdyby ktoś wyznałby mu to, co on chciał powiedzieć, nie potrafiłby nawet utrzymywać z nim kontaktu wzrokowego. Przecież to, co zrobił powinno się za nim ciągnąć do końca jego życia, przypominać się w każdej szczęśliwej chwili.
    - Avalon, ja... - powtórzył, a łza spłynęła po jego licu. Po raz pierwszy uronił łzę na wspomnienie swojego ojca.

    OdpowiedzUsuń
  152. Gdy poczuł, że Avalon dotyka jego dłoni, spojrzał w dół. Czuł się, jakby to wszystko, co właśnie się działo, było kłamstwem. Stali tak, dla obserwatora niczym pokłócona para, która przed chwilą się pogodziła. Jakby byli ze sobą przez długi czas, a ona wiedziała wszystko.
    Miał teraz jednak pewność, że Avalon nic nie wiedziała. Tylko on jeden mógł zdradzić jej wszystkie swoje sekrety, narażając siebie na wiele przykrości. Nie tylko ze strony Avalon, lecz każdego, komu mogła pisnąć słówko.
    Właściwie, to nie interesowało go już to, co może się stać. Chciał tylko móc się komuś zwierzyć. Komuś, kogo nie zna, zupełnie obcemu. Nie zależało mu na niej tak, aby czuć potworną pustkę po jej utracie.
    Przeniósł wzrok i spojrzał w jej oczy. Dodawały mu otuchy, jednak zdenerwowanie sprawiało, że zaczął się cały trząść. Wyrwał prawą rękę z jej uścisku, lewą zaś mocniej zacisnął na jej dłoni. Tę prawą skierował na swoje przedramię i zaczął mocno drapać czując, jak strupy schodzą z jego ran. Jęknął z bólu, jednak nie przestawał.
    - Avalon, mój ojciec był alkoholikiem - wyszeptał, jakby chciał się usprawiedliwić. Nie przed nią, ale przed samym sobą. Próbował już wiele razy sobie tłumaczyć, że ocalił sobie i jego matce życie. - Wszystkie zarobione pieniądze przepijał, a kiedy matka nie chciała dać mu na alkohol, bił ją. Zresztą, nie tylko ją.
    Jęknął, a przed jego oczami ukazał się ojciec. Stał plecami do niego, trzymając pustą butelkę w górze. Wrzeszczał, cały się trząsł z wściekłości.
    - Kurwa, Avalon. Ja go zabiłem... - szepnął, a jego wzrok powędrował na jej usta.
    Nie wiedział, co nim kierowało. Być może chęć poczucia czegoś przyjemnego, kogoś bliskiego. Chciał móc odpokutować swoje krzywdy i wierzyć, że kiedyś może być szczęśliwy.
    Pochylił się i tym razem nie złożył pocałunku na czole dziewczyny, lecz na jej ustach. Poczuł, jak przez jego ciało przelewa się fala gorąca. Wpił się w nie, jakby dziewczyna, która przed nim stała, była miłością jego życia. Jakby ją znał.
    Po chwili się odsunął, delikatnie pogładził policzek dziewczyny, uśmiechnął się smutno i ją wyminął. Wiedział, że nie będzie chciała mieć z nim nic do czynienia, dlatego nie chciał jej tego utrudniać.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. [Zapomniałam dopisać. Idę się kąpać, więc błagam - nie uciekaj mi :D]

      Usuń
  153. Usłyszawszy jej słowa, przystanął na chwilę. Poczuł nawet wyrzuty sumienia, że tak ją zostawił. Może właściwie ona nie chciała tego, by od niej odchodził?
    O mało co nie wybuchnął śmiechem. Przecież właśnie przyznał się do tego, że zabił własnego ojca! Osobę, przez którą pojawił się na świecie. Kogoś, kto go spłodził i dla kogo przynajmniej udawał. Tylko dla Bane czasami odkładał butelkę na stół mówiąc sobie stop. A on go do jasnej cholery zabił!
    Nic nie mogło usprawiedliwić jego czynu. Nawet to, że jego ojciec był uzależniony od alkoholu. To, że znęcał się nad nim i jego matką wcale nie było powodem dla którego powinien oddać życie.
    Ale... Czy gdybyś wtedy nie postawił się w obronie swojej matki, czy ona nadal by żyła? zaświtało mu w głowie. Tak, na pewno by żyła. W końcu planowała od niego odejść, uciec z koszmaru, który ciągnął się taki szmat czasu.
    - Wiem, że nie chcesz mnie znać. Nie musisz udawać. Wiem, kiedy ktoś kłamie - odpowiedział na tyle głośno, by wiatr nie zagłuszył jego słów.
    Ponownie zaczął się drapać, tym razem intensywniej. Syknął z bólu, kiedy jeden ze strupów oderwał się od skóry. Jego rany, to jedyna przykra pamiątka po ojcu, która nie dawała mu spokoju.
    Zwariował. Kompletnie zwariował, że powiedział dziewczynie o tym, co zrobił. O najokropniejszej rzeczy, jaka mogła zdarzyć się człowiekowi. O zabójstwie, o którym nigdy nie zapomni.
    Kiedy ruszył, zostawiał za sobą krople krwi wsiąkające w wydeptany śnieg.

    OdpowiedzUsuń
  154. Nie zareagował na jej prośby zatrzymania się. Chciał jak najszybciej zniknąć z jej pola widzenia. Wydawało mu się, że gdy spojrzy jej w oczy, zobaczy tylko wstręt i obrzydzenie. Przecież co można czuć do kogoś takiego jak on?
    Ludzie powinni go kojarzyć z odludkiem, nie mordercą. Nikt nie powinien wiedzieć o tym, co stało się z jego rodziną, która właściwie była nią tylko i wyłącznie na zdjęciach. Nie w rzeczywistości.
    Najgorsze w tym wszystkim było to, że nigdy nie czuł się szczególnie winny. Jasne, że miał wyrzuty sumienia, że czuł się winny, jednak nie były one równie mocne jak rzecz, którą zrobił. Czuł się tak, jakby matka przyłapała go na kłamstwie, albo obżarł się batonikami wiedząc, że ona nie dostanie nic.
    Myślał jedynie o tym, że w końcu są wolni, nie muszą już więcej słuchać wyrzutów ojca.
    Kiedy stał przed drzwiami prowadzącymi do Hogwartu, przystanął i spojrzał za siebie. Dopiero wtedy zauważył, że dziewczyna za nim już nie podąża, tylko leży w śniegu, obejmując kolano.
    Nie wiedział, co ma zrobić. Czy wrócić się i jej pomóc, czy po prostu zawołać kogoś z nauczycieli. Schował twarz w dłoniach.
    Dopiero wtedy poczuł, że łzy spływają po jego licach. Starł je szybko i zaczął się rozglądać, jakby w obawie, że ktoś mógł dostrzec jego słabość. Potem zaczęłyby się pytania, na które nie chciał odpowiadać.
    Chęć pomocy wzięła nad nim górę. Wrócił do dziewczyny, a kiedy już przy niej stał, po raz kolejny wziął ją na ręce.
    - Nie martw się, nie zabiję cię - powiedział ironicznym tonem, po czym zaśmiał się nerwowo.

    OdpowiedzUsuń
  155. Oczekiwał od niej odrobiny współczucia, nie wiedząc dlaczego. Chciał od niej usłyszeć coś na temat jego zwierzenia - żeby na niego powrzeszczała, nawtykała mu, jakim draniem i dupkiem jest, albo po prostu powiedziała, że to nic takiego - było, minęło. Lecz czy można zapomnieć o takiej zbrodni? O tym, że zabił własnego ojca?
    - Zaprowadzę cię, maleńka - wyszeptał przez łzy.
    Spojrzał na jej twarz. Chciał jeszcze raz złożyć pocałunek na jej pełnych ustach, lecz nie wiedział, jak dziewczyna zareaguje. Przecież to był akt desperacji - chciał odsunąć od siebie złe myśli, które krążyły po jego głowie. Tylko dlatego chciał to zrobić.
    - To wszystko zaczęło się jak miałem cztery lata. Ojciec po raz pierwszy zajrzał do kieliszka w moje urodziny. Kieliszki po jakimś czasie zamieniły się w kubki, a kubki - w kufle. Pił, zatracając się w tym całkowicie, a gdy był trzeźwy - bił matkę - szeptał, próbując się tłumaczyć. Tylko, po co? - Cieszyliśmy się z mamą, że pijany zasypia na kanapie. Wtedy się nie awanturował i w domu było spokojnie. Ja mogłem się bawić, a mama chodziła wtedy spać wiedząc, że nic mi nie grozi.
    Westchnął, głęboko nabierając powietrza do płuc.
    - Budziła się przeważnie z krzykiem, wołając i szukając mnie po całym mieszkaniu kiedy się nie odzywałem. W końcu znalazłem kryjówkę - uśmiech na samo wspomnienie pojawił się na jego ustach - był to schowek na miotły. Kiedyś, jak się nie odzywałem, wpadła w szał. Zaczęła wrzeszczeć na ojca, że jeśli zrobił mi jakąś krzywdę, zabije go.
    Zaśmiał się nerwowo, wbijając paznokcie w szatę dziewczyny. Czuł się tak, jakby niósł swoją własność, której nie może upuścić. Jego ostoję.
    - Gdy miałem osiem lat, mama powiedziała mi, gdzie chowa nóż. Pokazała mi go, mówiąc, że jeśli będę musiał, mam go użyć. I użyłem rok później. Ojciec tego dnia był strasznie nerwowy, wrzeszczał, że nas pozabija, jeśli nie damy mu więcej alkoholu. A gdy mama mu się sprzeciwiła, rzucił nią o kaloryfer. Chwycił pustą butelkę i kiedy chciał się zamachnąć, wbiłem mu nóż w nogę. Upadł. Wyciągnąłem broń z jego uda i, patrząc mu prosto w oczy, wbiłem go w jego serce.
    Po chwili błogi spokój ogarnął Bane'a. Odważył się nawet na lekki uśmiech, który w ogóle nie pasował do zaszklonych oczu.
    - Kochałem go, Avalon - wyszeptał, pomagając sobie nogą w otwieraniu drzwi. - Naprawdę go kochałem.

    OdpowiedzUsuń
  156. - Tu nie chodzi o to, czy ona się tego spodziewała, czy nie. Miałem tylko osiem lat, a już zabójstwo na karku - jęknął.
    Szedł wolnym krokiem w stronę skrzydła szpitalnego. Bał się, że gdy już tam dojdą, ona powie mu, że już więcej nie chce go widzieć. Że potrzebny był jej tylko do tego, aby dostać się do bezpiecznego miejsca. Zganił się za te myśli, lecz one wciąż powracały.
    - W końcu powiedziała mi, że miałem go użyć do własnej obrony, a nie do jej. Jednak czy miałbym jakieś życie bez niej? - zapytał, lecz jego pytanie było bardziej retoryczne. Oczywiście, że nie miał. Zginąłby zaraz po niej.
    - Mimo tego, jakim draniem był wiem też, że odwzajemniał nasze uczucia. Kilkukrotnie nawet udawał się na odwyk, nie pił czasami przez miesiąc, lecz wciąż do tego wracał. Może gdybyśmy mieli więcej pieniędzy, może wtedy udałoby nam się go uratować - załkał, a kolejna łza spłynęła po jego licu lądując na głowie Avalon.
    - My nawet nie mieliśmy na jedzenie. Stałem pod sklepem czekając, aż ktoś się zlituje i da mi bułkę. Mama zawsze nazywała mnie bohaterem, jednak ja czułem się inaczej. Byłem, jestem i będę mordercą własnego ojca. Nigdy o tym nie zapomnę.
    Westchnął ociężale. Stanął przed drzwiami prowadzącymi do skrzydła szpitalnego. Spojrzał na dziewczynę. Po chwili doszło do niego, że przestał się trząść. Krew z jego ramienia powoli wysychała, tym samym przyklejając do ran rękaw szaty.
    - Chcesz, żebym wszedł z tobą? Czy mam ci dać już spokój? - wyszeptał, a czułość w jego głosie była zaskakująca nawet dla niego.


    [Lecę spać. Czeka mnie ciężki dzień, a jak się nie wyśpię to będzie katastrofa. Do jutra, mam nadzieję :)]

    OdpowiedzUsuń
  157. - Jak mam tego nie rozpamiętywać, skoro każdego dnia budzę się z jego martwą twarzą przed oczami? Jego oczy zamarły w zaskoczeniu, chyba się po mnie tego nie spodziewał. Myślał, że wszystko mu ujdzie płazem. - Zaśmiał się gorzko.
    - Nie chcę mieć dzieci - odpowiedział, przełykając głośno ślinę. - Widziałaś, jak się zachowałem w drodze tutaj. Avalon, ja mam przecież tyle cech po ojcu, jestem tak podobny do niego...
    Westchnął, czując gniew. Żałował, że nie dane mu było powiedzieć ojcu, jakim dupkiem był, jaką krzywdę im wszystkim wyrządził. Żałował tego, że nie zaczekał kilku lat, kiedy słowa nie lubię cię przestałyby być najcięższym wyznaniem. Wtedy, mając osiem lat nie lubił ojca. Teraz go nienawidził. Nienawidził też siebie za to, że stawał się taki jak on.
    Spojrzał na dziewczynę, kiedy podniosła na niego wzrok. Uśmiechnął się, chcąc ją uspokoić. Pochylił głowę, jednak nie zbliżył swoich ust do jej.
    - Wszystko ze mną w porządku. To rany, które są pamiątką dzieciństwa, nic takiego - skłamał, przybierając delikatny ton.
    Nie chciał mówić dziewczynie o tym, co naprawdę skrywa się pod jego ranami. Fakt, że powiedział jej o ojcu, był wystarczająco uciążliwy. Nie byłby w stanie jeszcze więcej przysporzyć jej powodów do tego, aby go znienawidziła.
    Podniósł głowę i barkiem popchnął drzwi. Stanął twarzą w twarz z starszą kobietą.
    - Prze pani, mamy kalekę wśród nas.
    Zaśmiał się cicho, spoglądając w oczy Avalon.

    OdpowiedzUsuń
  158. Westchnął. Nie chciał się z dziewczyną targować, przecież wiedział, jaki był jego ojciec. Jaki powoli on się stawał. Złym człowiekiem, chcącym czasem zapomnieć i sięgnąć po butelkę dobrego whisky. Jedyne, co go przed tym powstrzymuje to wstręt do tego, że może stać się dokładnie taki, jak on. Samolubny, egoistyczny i zniszczony. Nie, nie chciał taki być. Jedno pytanie krążyło po jego głowie: jak długo będzie w stanie się przeciwstawiać temu, co nieuniknione?
    Westchnął.

    Na słowa uzdrowicielki położył dziewczynę na obskurnym łóżku. Zrobił to z taką delikatnością, której się nie spodziewał. Traktował ją jak piórko. Mała, zgrabna, lekka. A na dodatek pewnie za niedługo odleci. Nie, Bane, stop!
    Nogą przyciągnął metalowe krzesło, które głośno zazgrzytało, na co uzdrowicielka lekko się skrzywiła. Kiwnął przepraszająco głową, a gdy już usiadł, chwycił Avalon za rękę.
    Chciał schować jej dłoń w jego chudych, wręcz wychudzonych palcach. Pochylił głowę, którą oparł na ich splecionych dłoniach.
    - Noga pewnie będzie zaraz zdrowa - wyszeptał, po czym zacząć chuchać na ręce.
    Znowu zaczął się trząść, jednak nie wiedział teraz z jakiego powodu. Zimno już mu nie było, odpychał też myśli związane z jego ojcem. Uśmiechnął się na samą myśl, że jego ciało mogło tak reagować na dziewczynę.
    Spojrzał na jej zmartwioną twarz. Pragnął ją dotknąć, jednak całym sobą próbował się powstrzymać.
    Zerknął na krzątającą się pielęgniarkę. Gdy zauważyła, jak się Bane na nią gapi, uśmiechnęła się pocieszająco.
    - Zaraz będzie po krzyku, gołąbeczki - powiedziała, podchodząc do dziewczyny z parującym kubkiem.
    Zaśmiał się, jednak nie miał zamiaru kobiety wyprowadzać z błędu. Niech zrobi to Avalon, jeśli tego będzie chciała.

    OdpowiedzUsuń
  159. - Nie masz za co mi dziękować. Taki był plan, zanim... - urwał w pół zdania, wzdychając cicho. - Zanim wszystko się skomplikowało.
    Tak, komplikacja to było idealne słowo. Dosadnie określało to, jakie więzi ich łączą. Teraz miała na niego haka, którego mogła wygadać każdemu, kto wydawałby się idealną osobą na puszczenie wiadomości dalej. Jednak, czy dziewczyna taka była? Nie, na pewno nie. Sam fakt, że nie odesłała go z kwitkiem stawiała ją w dobrym świetle.
    I to mu się w niej najbardziej podobało. Mimo, że dziewczyny w ogóle nie znał, nie miał nawet pojęcia o tym, jakie są jej naturalne włosy, wiedział jedno: była zbyt dobra dla niego. Właściwie, to była zbyt dobra dla każdego chłopaka, z którym dane mu było rozmawiać.
    Na słowa pielęgniarki parsknął śmiechem. Szybko zakrył usta, chcąc zagłuszyć śmiech. Wiedział, że skrzydło szpitalne nie było dobrym miejscem do takich wybuchów, szczególnie wtedy, gdy nie znajdowali się na sali sami. Drugą rękę zacisnął mocniej na dłoni Avalon, nie pozwalając jej tym samym wyrwać się z jego uścisku. Zamrugał szybko kilkakrotnie, wpatrując się w dziewczynę.
    - Och, kochanie. Jak możesz mówić, że w ogóle mnie nie znasz? - powiedział wystarczająco głośno, by uzdrowicielka usłyszała jego słowa.
    Położył dłoń na udzie obolałej nogi Avalon. Chciał sprawić, żeby nią nie ruszała.
    - Pij - zachęcił. - Im szybciej wypijesz, tym prędzej się stąd wydostaniesz. Na pewno nie chcesz tu być, prawda?
    Uśmiechnął się do niej, gładząc jej nogę.
    - A potem pokażę ci coś, o czym zawsze marzyłaś.
    Nie znał jej najskrytszego marzenia, jednak wiedział, że jedno z pomieszczeń Hogwartu na pewno sobie z nim poradzi. Uśmiechnął się jeszcze szerzej.

    OdpowiedzUsuń
  160. [Dziękuje :) Choć osobiście przywykłam do takiego dopracowywania karty na maxa a teraz nie miałam jakoś pomysłu. Co do wątku, Avalon jak wnioskuje z karty (choć za wiele wywnioskować nie mogę :D)jest enigmą i jako że to ten sam rok muszą się raczej znać, są trochę podobne z tym że Frances nie przepada za gierkami mogłaby np kiedyś wplątać Avalon w jakieś kłopoty, np. miałyby wspólne lekcje zielartswa a Frances postanowiłaby ukraść pewne składniki do eliksiru który chciałaby wyważyć sama i Avalon zauważyłaby to i (nie wiem może od zawsze się nie lubiły?) i próbowałaby powiedzieć profesorowi a Frances zdzieliłaby ją jakimś zaklęciem za co obydwie miałyby szlaban. Co Ty na to (trochę chaotyczne sorka :c)]

    Frances

    OdpowiedzUsuń
  161. Zaśmiał się nerwowo. Przeniósł dłoń z jej uda na czoło. Kciukiem i palcem wskazującym przejechał po zmarszczkach chcąc, aby te zniknęły.
    - Mała, nie czepia się słówek, dobrze? Chciałem po prostu, żebyś była bezpieczna. Zawsze tego będę chciał...
    Dopiero po chwili sobie uświadomił, że ostatnie zdanie wypowiedział na głos. Dlaczego je wypowiedział, nie miał zielonego pojęcia. Nawet nie był pewny tego, czy powiedział to szczerze. Czuł, jak jego policzki się rumienią. Chwila chwila... Czyżby Fall właśnie zarumienił się przez dziewczynę?
    Spuścił głowę, pochmurniejąc. Dopiero po chwili dotarło do niego, że Avalon może nie chcieć się bawić w takie gierki. Właściwie był tego pewien. Nie umiał się jednak powstrzymać, schlebiało mu to, że mógł chociaż poudawać.
    - Przepraszam - wyszeptał zażenowany. Chciał zapaść się trzy metry pod ziemię. Albo wykopać sobie dół jeszcze głębszy i poprosić kogoś o to, by go przysypał.
    Brakowało mu bliskości. Już nawet nie to, że nigdy z nikim nie był na dłużej. Chciał choć raz poczuć się dla kogoś ważny. Kogoś, kto nie nazywał się Maria i nie mówił do niej matko.
    - Nie znam, lecz chętnie o nich bym posłuchał.
    Wciąż nie podnosił głowy. Mówił, patrząc na swoje coraz bardziej trzęsące się kolana. Wzruszył ramionami, odsuwając dłonie. Położył je na krześle, przysiadając na nich. Zaczynał się denerwować, a to jeszcze nigdy nie zwiastowało niczego dobrego. Zagryzł wargę i zaczął liczyć w myślach do dziesięciu, głęboko oddychając.

    OdpowiedzUsuń
  162. Kiedy dziewczyna stanęła na swoich nogach i nie jęknęła z bólu, twarz Bane'a rozpromieniła się. Wyglądał tak, jakby właśnie wygrał w klasy ze swoim najlepszym kolegą z podwórka. Jakby wciąż był dzieckiem i nic go nie dotyczyło.
    Jednak tak nie było. Fakt, że dziewczyna nic nie powiedziała na jego stwierdzenie, trochę go zraniło. Nie oczekiwał od niej tych samych słów. Chciał po prostu usłyszeć, że rozumie, że się zgadza, cokolwiek.
    Był poirytowany. Czuł się źle. Kolejny raz. Nigdy nie wierzył w to, że ktoś w przeciągu jednego dnia będzie w stanie tak zmienić jego życie. Miał wrażenie, że dziewczyna jest w stanie zmienić jego świat, nastawienie i sprawić, że zachce mu się żyć.
    - Przykro mi, że twoja mama nie żyje - powiedział to tak cicho, aby ponownie krzątająca się uzdrowicielka go nie dosłyszała.
    Wstał, wciąż oddychając głęboko. Dasz radę, Bane. Podszedł do dziewczyny i wtulił twarz w jej włosy.
    - Cieszę się, że noga już nie boli. Mogę teraz spełnić twoje marzenie, choć w małym stopniu?
    Odsunął się od Avalon, spojrzał jej w oczy i, nie oczekując żadnej odpowiedzi, ruszył przed siebie. Mimo tego, że chciał spędzić z nią jak najwięcej czasu, pragnął też, aby była jak najdalej. Obawiał się tego, że może jej zrobić krzywdę, kiedy po raz kolejny przypomni sobie coś, co starał się w sobie stłumić. Otworzył drzwi i przeszedł przez nie. Podtrzymywał nogą drzwi czekając, aż dziewczyna do niego dołączy.
    Patrzył z dumą wymalowaną na twarzy, gdy Avalon o własnych siłach ruszyła w jego stronę.

    OdpowiedzUsuń
  163. [Hm... co powiesz na to, żeby je umieścić np. w domu Avalon (lub jakimś innym miejscu) podczas wakacji lub ferii? Albo nie wiem, może masz jakiś inny pomysł? :)]

    Sorcha Tobin

    OdpowiedzUsuń
  164. [Okej, to ja czekam :)]

    Sorcha T.

    OdpowiedzUsuń
  165. - Jasne, że nie musi. Właściwie to, na dobrą sprawę mógłbym totalnie to olać. Jednak wydaje mi się, że strata rodzica to nie błahostka, która była dawno temu i już nikt jej nie rozpamiętuje.
    Uśmiechnął się i spojrzał w oczy dziewczyny. Miał nieodparte wrażenie, że widzi w nich strach, jednak nie wiedział przed czym. Przez myśl mu przeleciało, że może bać się jego osoby. Czy właśnie zamieniał się w ojca, który jedyne, co wzbudzał to strach i niechęć? Pokręcił głową, jakby to miało dać mu jakikolwiek znak. Nie, na pewno nie jest tak straszny, na pewno.

    Kiedy szli korytarzem, miał ochotę uścisnąć jej dłoń. Chciał zaprowadzić ją do najciemniejszego kąta w Hogwarcie i móc nacieszyć się jej osobą. Wiedział jednak, że nie może tego zrobić. W końcu strach nie wziął się sam od siebie.
    Przystanął, usłyszawszy pytanie. Podrapał się po głowie.
    - Dlaczego? Nigdy nie uwierzyłabyś, że moje zachowanie na błoniach było bezpodstawne. Chciałem też się wytłumaczyć, dlaczego takim potworem jestem - wyszeptał ostatnie zdanie.
    Czuł się zażenowany. Nie spodziewał się tego pytania i w ogóle nie był na nie przygotowany. Nie potrafił logicznie na nie odpowiedzieć. Patrzył na czubki przemoczonych butów, a jego twarz robiła się coraz bardziej purpurowa.

    OdpowiedzUsuń
  166. Również przystanął, jednak nie spojrzał na dziewczynę. Patrzył przez okno. Robiło się coraz ciemniej, chłód na pewno był niesamowity. Ponownie zaczął padać śnieg, co wywołało gęsią skórkę na ciele chłopaka.
    Nie wiedział, co ma powiedzieć dziewczynie. Nie przychodziło mu żadne sensowne wytłumaczenie jego zachowania. Miał w głowie kompletną pustkę.
    - Nienawidzę kłamać, Avalon - powiedział, przenosząc wzrok na dziewczynę.
    Jej ciemne oczy wpatrywały się w niego z ciekawością, przez co uśmiechnął się nikle.
    - Kłamstwo to najgorsza rzecz, jaka istnieje. Ono wszystko psuje, każdy fundament.
    Miał nadzieję, że taka odpowiedź dziewczynie wystarczy. Nie miał zielonego pojęcia, dlaczego powiedział o swojej tajemnicy dziewczynie, której właściwie nie znał. Jego przypływ szczerości go przerażał. Nigdy nie czuł tego, by musieć komuś się wygadać. Szczególnie dziewczynie, o której nic nie wie. Poza imieniem.
    - Nie będziemy już o tym rozmawiać, obiecuję. A teraz chodź, bo jeszcze kawałek przed nami.
    Ruszył przed siebie, kierując się na siódme piętro. Szli w milczeniu, a Bane czasami zerkał na dziewczynę, jakby w obawie, że może mu zaraz uciec i nigdy więcej jej już nie zobaczy.
    - Jesteś głodna? - zapytał, kiedy poczuł, jak w jego brzuchu mu burczy. - Spełnianie marzeń może chwilę poczekać.

    OdpowiedzUsuń
  167. Kiedy dziewczyna spuściła głowę, uniósł lewą brew. Odrobinę go zdziwiła reakcja Avalon. Był wręcz pewny, że coś się kryje po czupryną jej srebrnych włosów. Miał wrażenie, że wcale nie jest taka święta, jak mu się wydawało. Jednak nie chciał wypytywać, może kiedyś się przed nim otworzy tak, jak on kilka godzin temu. Może powoli mu wejść do swojego życia i odrobinę w nim namieszać.
    - Dobrze - powtórzył słowa dziewczyny, nie mając kompletnie pojęcia, dlaczego to zrobił. Po co właściwie ona mówiła teraz te słowa.
    Uśmiechnął się delikatnie, szybciej mrugając. Do jego lewego oka coś wpadło i miał nadzieję, że szybkim zamykaniem powieki uda mu się to wydostać. Kiedy jednak to nie pomagało, potarł pięścią oko.
    - Cholera, coś wpadło mi do oka - jęknął.
    Opuścił dłoń, przez co delikatnie musnął jej palce. Przeszedł go dreszcz i fala gorąca, jednak nie chciał tego po sobie dać znać. Czuł jednak, że robi się coraz bardziej czerwony.
    - Przepraszam - wydukał, po czym przygryzł wargę.
    - Tam, gdzie idziemy, jest wszystko. Dosłownie wszystko. Pomyślisz o czymś, a to tam się znajdzie. Nie pytaj jak, sam nie mam zielonego pojęcia.

    Resztę drogi przeszli w milczeniu. Na Bane'a ustach pojawił się delikatny uśmiech, a podniecenie, które czuł, wibrowało w jego brzuchu. Chciał krzyczeć z radości, że podzieli się z kimś swoją tajemnicą.
    Stanąwszy przed gobelinem z Barnabaszem Bzikiem i trollami, wyszczerzył się do dziewczyny i wskazał na gołą ścianę.
    - To tutaj twoje marzenia mogą się spełnić.
    Stał, wyglądając pewnie jak głupek z wyciągniętymi rękoma i uśmiechem na twarzy, który objął również oczy sprawiając, że wokół nich pojawiły się zmarszczki. Czekał zniecierpliwiony na reakcję dziewczyny.

    OdpowiedzUsuń
  168. Odgarnął jej srebrny kosmyk i zaczął się nim bawić, z delikatnym uśmiechem na twarzy. Mimo pewności, że włosy są farbowane, wyglądały naprawdę zdrowo. A, nie ukrywajmy, Bane miał bzika na punkcie włosów. Sam był w stanie spędzić dobrą chwilę na poprawianie swojego wizerunku. W pewnych momentach można było uznać, że z chłopaka to naprawdę niezły narcyz.
    W końcu założył włosy za ucho dziewczyny, odsuwając się odrobinę. Bał się tego, że znów zobaczy strach w jej oczach. Strach przed nim samym.
    Westchnął cicho.
    - Już wszystko w porządku, oko jest całe - odpowiedział, dźgając dziewczynę w bok. - Ty maluchu, może powinnaś zainwestować w szczudła?
    Zaśmiał się ciepło, odwracając głowę w bok.
    Wiedział, że nie musi przepraszać, jednak jego obawy wciąż wirowały w jego głowie i nie chciały odpuścić. To tak, jakby ktoś zabronił zjeść jakiejś kanapki leżącej przed nosem. W końcu się na nią kusi, ale wyrzuty sumienia każą odłożyć ją na miejsce i przepraszać każdego, kto zobaczył tą scenę.
    Widząc, jak dziewczyna z niedowierzaniem podchodzi do drzwi, uśmiechnął się tak szeroko, że zabolały go lica. Podszedł krok bliżej do dziewczyny.
    - W Hogwarcie wszystko jest możliwe - wyszeptał, chcąc pozwolić się nacieszyć dziewczynie. - Zanim tam wejdziesz pomyśl o tym, co chciałabyś zobaczyć.
    Po chwili poczuł falę gorąca. Zaczął się obawiać, że to, co nierealne sprawi, że Avalon dostanie bzika. Że coś jej się stanie, a wszystko przez to, że chciał ją uszczęśliwić. Trzymał się jednak nadziei, że dziewczyna jest rozsądna i będzie wiedzieć, że to tylko złudzenie.

    Bane

    OdpowiedzUsuń
  169. Skinął głową w celu potwierdzenia. Oko już go nie piekło, a pyłek, który przed chwilą się w nim znalazł, zniknął tak szybko, jak się pojawił.
    Parsknął śmiechem na słowa Avalon.
    - Myślałem, że wspominasz o leviosie dlatego, że chcesz mnie stąd wykurzyć w nienaturalny sposób.
    Uśmiechnął się delikatnie, przymykając lewe oko. Zaśmiał się jeszcze głośniej, kiedy doszło do niego to, co właśnie usłyszał. Nie miał tego problemu ze sobą - nie dość, że był bardzo wysoki, to jeszcze rzadko kiedy można było go znaleźć w bibliotece. Uważał to za kompletną stratę czasu, a jego przepustki do egzaminów i kolejnych lat dostawał zupełnie przez przypadek.
    Dziewczyna otworzyła drzwi, a Bane niepewnie ruszył za nią. Nie był pewny, czy Avalon chce, by towarzyszył jej w tym momencie. W końcu znajdowali się, najprawdopodobniej w miejscu, które miało być jej domem. Z którym wiązała wspomnienia swojej matki.
    Kiedy tak się kręciła, Bane cicho się śmiał. W końcu poczuł jej kosmyki na swoich ustach. Jego ciało zwariowało. Pragnął jakiegoś gestu, który byłby w stanie dać mu jakąkolwiek wskazówkę do tego, co dziewczyna właśnie czuła.
    - Zaczekaj - powiedział, kiedy dziewczyna ruszyła przed siebie.
    Chwycił jej dłoń i przyciągnął do siebie. Nie zareagował na jej próby wyswobodzenia się z uścisku. Wiedział, że zbyt mocno uścisnął jej rękę, przez co odrobinę poluzował uścisk.
    Wolną ręką pogładził jej policzek.
    - Przepraszam za to, co zrobię.
    Spoglądając w oczy dziewczyny, nachylił się odrobinę. Przeniósł wzrok na jej pełne usta, po czym znów spojrzał w jej tęczówki. Nie potrafił się powstrzymać mimo świadomości, że dziewczyna będzie za to zła. Jednak przeprosił, prawda?
    Musnął delikatnie spękanymi ustami jej wargi. Z niecierpliwością czekał na jej reakcję.

    OdpowiedzUsuń
  170. - Mhm - mruknął pod nosem.
    Jego oczy radykalnie pociemniały, a usta schowały się pod cienką linią. Westchnął ociężale, próbując się uśmiechnąć. W ogóle mu to nie wychodziło, jedynie grymas niezadowolenia pojawił się na jego twarzy.
    Minął ją szerokim łukiem, nie racząc nawet na nią spojrzeć. Zachowywał się tak, jakby to ona była temu winna, a nie on. Wiedział jednak, że każdy gest, który wykonywał, był przez niego. Przez chęć bliskości, z kimkolwiek, jakiejkolwiek. Czasami miał wrażenie, że wskoczyłby nieznanej dziewczynie do łóżka tylko po to, aby móc oddać się chwili uniesienia.
    Nagle znalazł się w kuchni. Musiał przyznać, że wyglądała naprawdę zachwycająco. Oparł dłonie o blat. Ścisnął go tak mocno, że pobielały mu knykcie. Opuścił głowę czując, jak wściekłość się w nim wzbiera. Zaczął głęboko oddychać, co chwilę powtarzając liczenie do dziesięciu od początku, jednak na nic się to nie zdawało.
    Był winny całej sytuacji i bardzo dobrze o tym wiedział. Czekał tylko, aż Avalon zatrzaśnie za sobą drzwi i nigdy więcej nie będzie chciała się z nim widzieć.
    Zamknąwszy oczy, wrzasnął tak głośno, że poczuł, jak jego struny głosowe drgają. Potrzebował ochłonąć, a tylko to przychodziło mu do głowy.
    To był zły pomysł, aby wpuszczać tutaj Avalon. Być z nią sam na sam. Złym pomysłem było nawet to, że chciał jej pomóc, a powrót do niej był jeszcze gorszy.
    Zamachnął się i zrzucił porcelanowe szklanki z haczyków, na których były zawieszone.

    OdpowiedzUsuń
  171. Upadł na ziemię. Podciągnął nogi pod brodę i schował między nimi swoją twarz. Miał ochotę wrzeszczeć dalej, jednak powoli tracił głos. Nie chciał jutrzejszego dnia wejść do sali i nie potrafić wydukać z siebie żadnego słowa.
    Łzy pojawiły się w jego oczach, jednak nie chciał pozwolić im wypłynąć. To pokazałoby, jakim słabym człowiekiem jest. Bezbronny nawet wobec własnych uczuć i chwil słabości.
    Uderzył pięścią z całej siły o podłogę, próbując się opanować. Jednak ani wrzask, ani dźwięk tłuczonego szkła, ani nawet ból nie pomagał. Nie wiedział, co jeszcze może mu pomóc.
    Załkał, kiedy usłyszał słowa dziewczyny. Miał ochotę się na nią rzucić i zrobić jej coś, co będzie pamiętała na długo. Skrzywdzić, zadać ból. Wiedział jednak, że nie może tego zrobić. Powstrzymywał się całym sobą, aby nie wstać i się do niej nie zbliżyć. Miał też nadzieję, że ona do niego nie podejdzie.
    - Nie potrafię, kurwa - wyszeptał, podnosząc głowę.
    Jego twarz była cała fioletowa ze złości. Oddychał szybko, a jego serce waliło nienaturalnie. Czuł buzującą w sobie krew, a jego żyły wyszły, prześwitując fioletowym kolorem przez bladą cerę.
    Z jednej strony chciał zniknąć, sprawić, aby dziewczyna się go bała, a z drugiej nie był w stanie pozwolić jej odejść. Chciał, aby dziewczyna go przytuliła.
    - Boisz się mnie - rzucił chłodno.

    OdpowiedzUsuń
  172. Poczuł jej dotyk na swoich kolanach, przez co wzdrygnął się jakby z obrzydzeniem. Nie próbował zrzucić jednak jej dłoni. Mimo wszystko potrzebował jej dotyku.
    - Nie tłumacz się - syknął rozeźlony.
    Miał ochotę uderzyć ją albo siebie w twarz. Wierzył, że to tylko głupi sen, z którego zaraz się wybudzi i będzie się zbierał do Hogsmeade.
    W tej chwili żałował wszystkiego, co zrobił. Tego, że zawrócił, jej pomógł, następnie się wygłupiał, pocałował ją i znowu wrócił. Mógł ją zostawić w skrzydle szpitalnym, gdzie doszłaby do siebie i nie prowadzić jej tutaj.
    - Boisz się mnie - powtórzył. - Nie bez powodu zaciskasz dłonie, nawet teraz, kiedy mnie dotykasz.
    Westchnął. Próbował zatuszować to, że jego głos się trząsł. Nie potrafił nad nim zapanować.
    - Mówisz uniesionym głosem, wzdrygasz się co chwilę. Boisz się mnie. Uważasz tak jak wszyscy. Że jestem nim.
    Jego głos ostatecznie się załamał. Łzy spłynęły po jego licach i nie próbował już z nimi walczyć. Otarł je wierzchem dłoni, jakby w zamiarze ich ukrycia. Naiwność, z jaką kierował się chłopak, była nie do opisania. Parę godzin i kilka minut temu też. Nawet teraz.
    Popchnął ją delikatnie tak, aby musiała wstać.
    - Nie po to cię tutaj przyciągnąłem, abyś musiała siedzieć nade mną i próbować mnie pocieszyć z marnym skutkiem. Idź, zwiedzaj. Może mamę gdzieś znajdziesz.
    Nikły uśmiech pojawił się na jego ustach. Jego oddech powoli wracał do normy i już nie czuł chęci rozwalenia całego pokoju wspólnego, który zamienił się w dom Avalon.

    OdpowiedzUsuń
  173. [Bez wątpienia wątku nie było bo dość szybko zaczęły się moje problemy z nie współpracującym kontem i tak naprawdę, mało wątków udało się ruszyć. Teraz jednak można to nadrobić, dlatego wbijam do Avalon bo spodobała mi się ;) Jeśli masz jakiś pomysł to mów :D]

    Quentin

    OdpowiedzUsuń
  174. Nie miał zielonego pojęcia, co właśnie się stało. Jakby spadł wśród tłumu ludzi gapiących się na niego, a on nie wiedział gdzie jest i jak to się stało.
    Nie miał nic złego na myśli. Przede wszystkim nie chciał jej skrzywdzić. Pomijając fakt, że już to zrobił, jednak nie chciał ponownie jej zranić.
    Westchnął cicho, zupełnie zdezorientowany. Był tak zmęczony, że nawet nie próbował wstać i za nią biec. Właściwie, to nie bardzo miał na to ochotę. A dokładniej dlatego, że bał się, że ją skrzywdzi.
    Bał się samego siebie. Przed chwilą sobie uświadomił, że był bardziej podobny do ojca, niż mu się wydawało. Chciał ludźmi manipulować, krzywdzenie ich dawało mu radość. Pragnął ciągnąć za sznurki ich życia, władać nimi, a od siebie nie dawać zupełnie nic.
    Minęło kilka sekund od wyjścia Avalon z kuchni, choć wydawało mu się, że minęło kilka długich i męczących minut. Westchnął przeciągle, wzbierając w sobie całą odwagę i siłę, której w tym momencie brakowało mu najbardziej.
    - Nie miałem na myśli nic złego. Chodziło mi o pierdolone zdjęcia! - wrzasnął najgłośniej, jak tylko potrafił z nadzieją, że Avalon jeszcze nie opuściła pomieszczenia i go usłyszy.
    Przymknął oczy, a jego kąciki warg drżały niebezpiecznie.

    OdpowiedzUsuń
  175. [Naprawdę? Nawet nie wiesz, jak mi miło! :D Wątek musi być <3]
    James

    OdpowiedzUsuń
  176. [Pasuje mi to w połączeniu, paskudne zagrania są bardzo w stylu Quentina, więc pewnie, gdy dziewczyna starała mu się pomóc, odtrącał ją, nie chcąc pomocy... a gdy nie odpuszczała, dowiedział się o jej zauroczeniu i okazał się palantem. O tak, to bardzo w stylu wilczka xD Teraz ich relacja może być nieco napięta]

    OdpowiedzUsuń
  177. [Jak uda mi się ogarnąć myśli i usiąść na spokojnie do kompa to zacznę ;)]

    OdpowiedzUsuń
  178. Nie wiedział, czy dziewczyna jeszcze jest w pokoju, czy go usłyszała, czy może już dawno wyszła i udała się gdzie indziej. Nie był w stanie tego sprawdzić, przez co nie miał zielonego pojęcia co Avalon w tym momencie robiła.
    Wezbrał w sobie resztki sił, które mu pozostały i wstał. Zatoczył koło, prawie upadając. Czuł się tak, jakby wypił mnóstwo alkoholu i teraz był pijany.
    Oszołomiony, pełen nieświadomości nie zdawał sobie sprawy z tego, że dziewczyna w ten sposób chciała go zranić. Nie był w stanie czuć czegokolwiek poza wyrzutami sumienia i czymś dziwnym, co normalni ludzie nazywali strachem. Już dawno się tego uczucia pozbył. Wraz z ojcem, cały strach zniknął.
    Westchnął i ruszył przed siebie, opierając się o każdy mebel, który był w pobliżu. Nie chciał upaść, gdyż był pewien, że nikt go tutaj nie znajdzie. Musiałby wiedzieć, w co zamienił się Pokój Życzeń, a nikt nie wiedział, że tutaj jest. Poza Avalon.
    Chciał znaleźć się w salonie i wyjść stąd jak najszybciej. Być może znaleźć Avalon i ją przeprosić, jednak wiedział, że nie zdobędzie się na taki gest. Zrobił już zbyt wiele złego, by móc ją jeszcze przepraszać i mieć nadzieję, że ta mu wybaczy.
    Otworzył drzwi i jego oczom ukazała się piękna sypialnia. Ciemne meble kontrastowały z jasnymi ścianami, na których znajdowały się fotografie. Mógł przyznać, że sypialnia robiła na nim niemałe wrażenie.
    Podszedł do fotografii i zaczął się im przyglądać. Na niektórych była mała dziewczynka i wywnioskował, że musiała być to Avalon. Na innych zaś siedziała w trójkę, prawdopodobnie z jej rodzicami.
    Kobieta, która najprawdopodobniej była matką Avalon, była niesamowicie piękna. Bardzo przypominała mu srebrnowłosą dziewczynę.
    - Dlaczego nie żyjesz? - wyszeptał, jakby chciał, żeby zdjęcie do niego przemówiło.

    Bane

    OdpowiedzUsuń
  179. [Chyba przeceniasz moje możliwości :D Wiem na pewno, że Avalon mogłaby bardzo intrygować Jamesa. Może mogło coś między nimi kiedyś być? Na pewno byłaby to już przeszłość, bo James ostatnio, że tak powiem poetycko, się zabujał w kimś, i nie chciałabym komplikować, ale kiedyś... Tylko nie wiem, jakby to z jej strony wyglądało.]
    James

    OdpowiedzUsuń
  180. [Mi się bardzo podoba :) Może zacznijmy od jakiejś nocnej schadzki, niech się po drodze pokłócą i narobią rabanu czy coś.]
    James

    OdpowiedzUsuń
  181. Prychnął, spoglądając spod lekko zmarszczonych brwi na hogwarckie błonia, by potem odwrócić się delikatnie w stronę srebrnowłosej dziewczyny. Na jego usta wstąpił delikatny, odrobinę drwiący uśmiech, gdy przyglądał się jej profilowi, choć w miarę jak sekundy upływały, coraz trudniej było mu utrzymać tę maskę kpiny. Może po prostu poczuł gdzieś głęboko, że niezbyt taktowne jest wyśmiewanie czegoś, o czym tak naprawdę nie miał pojęcia, a może zwyczajnie uznał w końcu jej słowa za nic śmiesznego.
    — To głupie — powiedział w końcu, znów odwracając twarz ku wejściu z ich małej kryjówki. — W takim wypadku nie mogłabyś robić nic, bo groziłoby to ze straceniem życia. Nie mówię o takich przypadkach jak ta akcja z lataniem, bo to rzeczywiście jest w jakiś sposób zagrożeniem, ale gdy przyzwyczaisz się za bardzo do takiej wizji... W końcu zaczynasz nią żyć.
    W jego wypadku obcowanie ze śmiercią nie odbiło się w żaden sposób na życiu codziennym, a niedawne spotkanie z Mrocznymi w zamku zlewało mu się w taką nieokreśloną i zamgloną sieć wspomnień. Tak, jakby wcale go tam nie było, a tylko przyglądał się owym wydarzeniom z puntu widzenia osoby trzeciej. Nie akceptował śmierci. Jak większość ludzi żył tu i teraz, nie myśląc o konsekwencjach, ani o tym, że nawet niewinny wypad ze znajomymi mógłby być tragiczny w skutkach. Dla Jihoona zakończenie życia było czymś tak odległym i obcym, jakby nigdy go nie miało w żaden sposób dotyczyć.
    — A co to powoduje? — zapytał w końcu. — Bo nie wierzę, że wpadłaś na to od tak.
    Ahn wiedział o tym, że Avalon nie wychowywała się z matką. W końcu jego rodzice brali na poważnie jego ewentualne małżeństwo z dziewczyną, toteż wyciągnięcie informacji tego rodzaju było dla nich czymś normalnym. Chłopak jednak nie pomyślałby, że akurat to wydarzenie było podstawą dla jej fobii — w końcu śmierć jej matki nastąpiła tak wcześnie, że nie mogła tego dokładnie pamiętać. Nie przyszło mu do głowy, że wcale nie musiała.

    OdpowiedzUsuń
  182. [Kurcze, jasne! Znajomość z Avalon to czysta przyjemność, a dziewczyny po prostu muszą się znać, skoro są z jednego roku i w ogóle. Stawiałabyś jednak bardziej (póki co) na takie zwykłe koleżeństwo, które jakoś potem rozwiniemy czy od razu na silniejszą więź?]

    Jemma Simmons

    OdpowiedzUsuń
  183. [Znaczy tak, może być z tym pewien problem. Tym bardziej, że Jemma ma przyjaciółkę, z którą jest na podobnym poziomie relacji, na jakiej była z Charity, a jednak takich zwykłych koleżanek jej brakuje. Możemy po prostu zobaczyć, jak to się później rozwinie, o. Obecnie jednak nie mam żadnego konkretnego pomysłu, więc pewnie wrócę z czymś, jak się jutro zastanowię, bo dzisiaj już ledwo żyję i pewnie plotę głupoty. .-.]

    Jemma Simmons

    OdpowiedzUsuń
  184. Avalon znała chyba od początku pobytu w Hogwarcie. Zawsze zachwycała się jej srebrzystymi włosami, które z taką lekkością opadały na ramiona i tą aurą tajemniczością owiewającą jej postać. Nie miała żadnego problemu, by podejść i wyrazić zachwyt nad jej wschodnią urodą tym bardziej, że malutki wtedy Salvador dał jej ku temu okazję, kiedy ganiał za czekoladową żabą, która uciekła z opakowania Avalon i chwilę potem wylądował na jej kolanach. Elody dosiadła się i zaczęła swoją paplaniną, która trwa po dziś dzień i aż dziw brał, że Avalon nie miała jej jeszcze dość. W czasie ceremonii przydziału blondynka była zawiedziona, że ta sympatyczna osóbka, którą pierwszą poznała w podróży do Hogwartu, znalazła się w domu Ravenclaw. Choć na chwilę ma odpoczynek od panny Harrison.
    Elody zawsze uważała panienkę Moore za lepszą od siebie lecz nie była w żaden sposób o nią zazdrosna. Była pełna dumy, że jej przyjaciółką jest najidealniejsza istota w całym Hogwarcie. W końcu Avalon była od niej ładniejsza, mądrzejsza i do tego wszystkiego pochodziła z zamożnej rodziny. Jednak to co było najważniejsze dla panny Harrison to to, że zawsze miała dla niej czas, służyła jej radę i była kiedy jej potrzebowała. Wydawało się, że nie mają przed sobą tajemnic i razem mogą podbić świat. Wracając do tych tajemnic od pewnego czasu coś się zmieniło….
    Elody stała przy gobelinie, za którym krył się tajemny korytarz prowadzący do lochów. Zerkała na przechodzących ludzi wyraźnie kogoś szukając. Kiedy jej zielone oczy dostrzegły srebrne włosy schowała się za gobelin, a kiedy Krukonka przechodziła tuż o bok niego chwyciła jej nadgarstek i pociągnęła za sobą w stronę ukrytego korytarza.
    - Spokojnie, to tylko ja- powiedziała z uśmiechem widząc przerażenie i zaskoczenie malujące się na twarzy dziewczyny. Gryfonka podparła się pod boki i uniosła jedną brew ku górze.
    - Dlaczego nic mi nie powiedziałaś?- zapytała z wyrzutem w głosie. Napotkawszy zaskoczone spojrzenie wywróciła oczami i uśmiechnęła się szerzej. - Dowiedziałam się od Elinor, że Lena jej powiedziała, że Ramona usłyszała od Serafiny, która rozmawiała z Dylanem, że byłaś na randce z Fredem- wytłumaczyła patrząc przenikliwie na przyjaciółkę. Była pewna, że komu jak komu, ale jej o tym powie. Szczególnie, że panna Harrison bardzo kibicowała tej parze i po dziś dzień nie wie co się wydarzyło, że państwo idealni nie są razem.
    Być może nie powinna mieć wielkich pretensji do Avalon. W końcu Krukonka dowiedziała się o znajomości Elody z Ahn’em z Proroka Codziennego, który wtedy oszalał od gorących newsów cudownie ocalałej i syna jednych z najbardziej wpływowych i bogatych rodzin. Sama panna Harrison nie komentowała artykułów zmieniając temat lub odpowiadając bardzo wymijająco. Może więc Moore straciła do niej zaufanie i nie czuje się w obowiązku, by teraz cokolwiek jej mówić. Oby tak nie było.

    Elody

    OdpowiedzUsuń
  185. Patrzyła na Avalon z przejęciem. Liczyła na jakąś super romantyczną opowieść jak to jednak spotkali się na podwójnej randce, ale był to początek wznowienia ich znajomości. Być może kolejna romantyczna randka sam na sam, wskrzeszenie dawnych uczuć i rozpalenie ponownie serc. Tak, liczyła na to bardzo, bo pomimo tego, że minęło już sporo czasu to wciąż widziała smutek w oczach Avalon za każdym razem , gdy w okolicy pojawiał się Fred. Nie chciała się mieszać by nie narobić więcej problemów, ale po cichu liczyła, że oboje po czasie zrozumieją, że są dla siebie stworzeni. Dlatego może ta plotka obudziła w niej tak wielką nadzieją. Widzieć ponownie uśmiechniętą od ucha do ucha Avalon i skradanie się w nocy do jej dormitorium, by posłuchać jak cudownie spędzili razem czasem.
    Westchnęła cicho i spuściła wzrok. Pokiwała potwierdzająco głową i uśmiechnęła się blado.
    - Słuchać mogę, ale nie powtarzam nim nie sprawdzę u źródła- powiedziała podnosząc wzrok na Krukonke. - Nie wiem skąd miałby wiedzieć, ale warto mieć jako takie obeznanie w szkole. Jeśli krąży taka plotka to można ją sprostować lub olać, ale teraz jestem usatysfakcjonowana, że wiem wszystko co i jak. Poza tym, doskonale wiesz, że czasami o rzeczach istotnych dowiadują się ludzie, których najmniej byśmy podejrzewali, a uwierz mi, że odkąd siedzę na tych szlabanach za wybryk z Mattem słyszę wiele rzeczy- uśmiechnęła się lekko i oparła się plecami o przeciwległą ścianę.
    Na zadane pytanie wzruszyła tylko ramionami. Wiedziała, że Avalon prędzej czy później wróci do tego tematu. Nie chciała za bardzo tego wyjaśniać, ani nikomu się tłumaczyć. Niemniej jednak Avalon nie miała przed nią żadnych tajemnic, ona również takowych nie powinna mieć.
    - Nic, co by miało być- powiedziała niby od niechcenia choć czuła nieprzyjemne kłucie w żołądku. Bo niby co miała jej powiedzieć? Od początki wiedziała, że prędzej czy później nadejdzie ta chwila. Związek z Ahn’em od samego początku był skazany na porażkę. Wiedziała to lecz ciągle odganiała od siebie te myśli ciesząc się chwilę i nie myśląc o tym, że to wszystko zaraz się skończy. Była naiwna, wydawało jej się, że upora się z tym wszystkim dla kilku ulotnych chwil z facetem marzeń. Jednak okazało się to dużo trudniejsze niż to sobie wyobrażała.
    - Przecież wiesz, że jestem z mugolskiej rodziny, a Ahn…no sama wiesz, znasz go- westchnęła uśmiechając się blado do przyjaciółki. - To nie miałoby sensu. Od początku taka relacja byłaby skazana na porażkę. Prędzej czy później świat by się dowiedział, dostałabym od rodziny Ahn’a bardzo uprzejmy list ,zapisany złotymi literami na drogim pergaminie, żebym dała mu spokój dla jego własnego dobra. Brzmi jak tandetna, mugolska drama- zaśmiała się lecz jej głos zadrżał. Odgarnęła włosy do tyłu i zerknęła na Avalon. - Zwykła znajomość powinna nam wystarczać. Poza tym, kto by chciał być z kimś tak aroganckim i ….wyniosłym…i czułym…- napotkała zaskoczone spojrzenie Avalon i spuściła wzrok. - On jest ze Slytherinu. To już o czymś świadczy, że prędzej byśmy się zagryźli- zaśmiała się poprawiając złoto-czerwony krawat. - Nie mam szczęścia do facetów. Mój ostatni ukochany trafił do Azkabanu jak dobrze wiesz. A! Nie zapomnijmy o moim bracie, który czujnie stoi na straży. On zapewne nie zgodziłby się, by jakiś glizdowaty kręcił się wokół jego siostry- dodała po chwili. - No to konkluzja jest taka, że no wiesz…nic nie powinno między nami być. Dla naszego wspólnego dobra- zakończyła całą niespójną wypowiedź lekkim uśmiechem.

    OdpowiedzUsuń
  186. Fakt, różnili się niemalże wszystkim. Oprócz pozycji ich ojców w Ministerstwie Magii, tak naprawdę niewiele zostało rzeczy, które mieli ze sobą wspólnego — nawet w kwestii narodowości, gdyż, jak wspomniała Jihoonowi już wcześniej, Avalon czuła się bardziej Francuską, aniżeli Koreanką, i w Hogw