30 października 2015

Podróż tysiąca mil, zaczyna się od pierwszego kroku.

Avalon Moore
Szósty rok w domu Roweny Raveclaw, 
czternaście cali, lipa, włos z głowy wili, bardzo sztywna.
Nie rozmawia o boginie, patronus przypomina pandę czerwoną.

Właścicielka pięknej sówki, którą nazwała Saranghae
pani prefekt



Tworząc wokół siebie zakłamaną aurę, człowiek w pewnym momencie zapomina kim tak naprawdę jest. Najważniejszym priorytetem w życiu staje się to, aby prawda nigdy nie wyszła na jaw. Będąc zaślepionym swoją wyimaginowaną idealnością, stara się z całych sił, aby ta panująca wokół niego harmonia nie została naruszona. Wszystko się zmienia, kiedy nagle zdaje sobie sprawę, że nie jest jedynym kłamcą na tym świecie, a wszystkie jego marzenia zostały wybudowane na fałszywym fundamencie.

Avalon Moore, nigdy otwarcie nikogo nie okłamywała. Cały czas żyła, próbując jedynie naśladować zmarłą matkę – którą obrała sobie wcześniej za postać idealną – być dokładnie taką samą jak ona: mądrą, rozważną, piękną i dobrą. Srebrnowłosa dziewczyna żyła w przekonaniu, że jej mama była kimś perfekcyjnym, chociaż dobrze zdawała sobie sprawę z tego, że ideały nie istnieją, nie umiała pozbyć się takiego obrazu matki ze swojej głowy. Też chciała taką być… Wszystko się zmieniło podczas jednego wieczoru, kiedy pijany ojciec powiedział o słowo czy dwa za dużo. Sugerując córce, że jej ukochana mama wcale nie była tak dobrym człowiekiem, jak mogłoby się wydawać. Fundamenty osobowości Avie runęły. Ponieważ zawsze chciała być taka jak ona. Problem polegał na tym, że Moore nie wiedziała już kim tak naprawdę była uśmiechnięta kobieta, machająca jej z najróżniejszych fotografii.

Jesteś Lee Hyerim, zaakceptuj to wreszcie.

Miałam być rajem… Upragnioną utopią.





3/6


odautorsko

162 komentarze:

  1. [Było 200! Gratulacje :).]

    Wpatrywał się w zdjęcie przez dłuższą chwilę, nie wiedząc co ma zrobić. Czy pobiec za Avalon i jej szukać, a może pójść do dormitorium i zostać tam do końca swoich dni.
    Było mu źle z tym, że tak postąpił. Wiedział jedno - jego porywczość tego dnia sięgnęła zenitu i nie sądził, aby jeszcze kiedykolwiek mógł postąpić głupiej niż dzisiaj. Miał ogromną ochotę przeprosić dziewczynę za to, że zachował się tak, a nie inaczej. W końcu chciał dodać jej otuchy, pokazać coś, co naprawdę dużo dla niej znaczy, a tak naprawdę zniszczył wszystko, co miało do niej jakikolwiek sentyment.
    Usłyszawszy słowa Avalon, odwrócił głowę w bok, kątem oka na nią spoglądając. Nasłuchiwał jej kroków, które skracały ich odległość, z coraz szybciej bijącym sercem. Oddychał powoli, a ręce splótł na wysokości klatki piersiowej.
    Odetchnął z ulgą, słysząc jej słowa. Nie chciał, by ich znajomość tak się skończyła. Skinął głową, kiedy ta skończyła mówić, jednak nie odezwał się żadnym słowem.
    Wrócił do kuchni, spoglądając na bałagan, który narobił. Porozbijane kubki, pęknięte kafelki sprawiały, że Bane chciał uciec jak najszybciej. Zamiast tego, wyszeptał cicho zaklęcia naprawiające i patrzył, jak wszystko wraca na swoje miejsce w jednym kawałku.
    Wrócił do sypialni, stając w progu. Oparł ciało o framugę, spoglądając na srebrzyste włosy dziewczyny. Westchnął, napinając mięśnie.
    - Przepraszam - wyszeptał tak cicho, że nie był pewien, czy dziewczyna w ogóle go usłyszy.

    Bane

    OdpowiedzUsuń
  2. Spojrzała na nią z lekkim politowaniem i rozbawieniem wymalowanym w zielonych oczach.
    - Przecież nie masz za co przepraszać- powiedziała podchodząc do Avalon i mocno ją do siebie przytulając. Doskonale wiedziała ile ten chłopak dla niej znaczy. Widziała to w jej oczach, gestach, uśmiechu. Słyszała zmianę jej tonu, kiedy temat schodził właśnie na Freda i czuła całą sobą tęsknotę wypełniającą Avalon. Gdyby tylko mogła coś zrobić ruszyłaby ziemię, by tych dwoje mogło być razem. Gdzieś tam pod skórą czuła, że Fred żałuje, że to wszystko potoczyło się w takim kierunku. - Wiem- szepnęła do niej przytulając jeszcze trochę mocniej po czym odsunęła się na wyciągnięcie ramiom. - Nie będziemy więcej o nim rozmawiać. Temat zamknięty, chyba że sama będziesz chciała coś powiedzieć. Póki co, chodźmy do kuchni napić się czegoś ciepłego i rozluźniającego- dodała chwytając Krukonkę pod ramię i ruszyły wzdłuż korytarza zmierzając do hogwarckiej kuchni. Sama miała ochotę na gorące kakao, które w chodź niewielkim stopniu poprawiłoby jej humor. Bo choć na rumianej twarzy wciąż widniał ten sam radosny uśmiech, to w środku coś wręcz rozdzierało ją z żalu i smutku. Nieprzyjemne skurcze żołądka nie ustępowały, a ciężkość w klatce piersiowej była nie do zniesienia. Przez cały czas udawała silną i zadowoloną z życia pannę Harrison, powoli opadając z sił.
    Spojrzała na Avalon kątem oka i zaśmiała się kręcąc z rozbawienia głową.
    - Wiesz, dawno przestałam marzyć o księciu z bajki. Wystarczyłby mi pachołek, byleby był dobrym i inteligentnym człowiekiem. Na prawdę nie oczekuję wiele- zaśmiała się schodząc w dół po kamiennych schodkach. - Wbrew temu co wszyscy myślą, to Ian taki był. Tylko odrobinę się w życiu pogubił- dodała odrzucając za ucho niesforny kosmyk włosów. Wiedziała, że Moore również nie patrzyła na Iana tak przychylnie jak ona. Została mu przypięta łatka mordercy, który w tak młodym wieku przesiąknięty był nienawiścią do niemagicznych ludzi. Jednak Elody wiedziała, że to nie było tak, że to ona ponosi częściową winę. Jednak nie chciała wdawać się w dyskusję z doświadczenia wiedząc, że nie mają sensu.
    Kiedy dotarły przed obraz z misą owoców, Elody połaskotała gruszkę, by chwilę potem wejść do ogromnej kuchni, po której krzątały się skrzaty domowe. Przywitała jej uprzejmie i zaczęła sama się obsługiwać.
    - Dwa razy kakao?- zapytała patrząc na Krukonkę lecz zanim usłyszała jej odpowiedź wstawiła mleko na piec. Podparła się jedną rękę o blat kuchenny i uniosła jedną brew ku górze patrząc na dziewczynę bardzo wymownie. - Nie możemy? Avalon my wręcz musimy. Dobrze wiesz jak to wygląda u ciebie- uśmiechnęła się blado wyjmując z szafki kakao. - Wiesz, rozmowa to już jakaś forma znajomości. Jesteście na dobrej drodze, au!- rozległ się cichy huk, kiedy uderzyła głową o blat. Zmarszczyła się lekko rozmasowując obolałe miejsce. Westchnęła ciężko i oparła się przedramionami o kuchenny blat.
    - Myślałam, że dobrze się znacie. Szczególnie teraz, kiedy…- zawahała się przygryzając dolną wargę i spuściła wzrok - kiedy rodzice planują waszą wspólną przyszłość.

    OdpowiedzUsuń
  3. [Hm, hm. A może coś związanego z konkursem? Skoro się znają, a przecież obie zostały zamknięte w tym przeklętym pokoju bez wyjścia, to któregoś wieczoru w dormitorium rozmowa mogła zejść na ten tor, więc no nie wiem... Mogły się umówić na kremowe piwo do Hogsmeade, żeby jakoś odreagować/podzielić się wrażeniami.]

    Jemma Simmons

    OdpowiedzUsuń
  4. Elody absolutnie nie miała żalu do Avalon za to, co ustalali za jej plecami dziadkowie. To wszystko działo się poza nią i nie miała żadnego wpływu na ich decyzje. Gdyby miała, Elody wiedziała, że nieba by jej przychyliła. Dlatego niepotrzebnie Krukonka tak bardzo obawiała się ich rozmowy.
    Widząc zmieszaną minę przyjaciółki uśmiechnęła się pokrzepiając stając tuż obok niej i lekko szturchając jej ramie.
    - Ahn mi powiedział, w święta- powiedziała zerkając na pannę Moore. - Och, Av przecież nie masz się czym przejmować. Jak mogłaś wiedzieć skoro nic ci nie powiedziałam. Teraz to ja mam wyrzuty sumienia, że nie byłam z tobą do końca szczera, bo widzisz…- przygryzła dolną wargę zastanawiając się czy aby na pewno to jest dobry pomysł, by mówić jej o wszystkim. Z drugiej strony miała przed sobą osobę, która nigdy jej nie zawiodła. Nie mogła jej oszukiwać choć zdawała sobie sprawę, że Avalon może nie patrzeć na nią już tak przychylnie. - To zaczęło się jak jeszcze byłam z Ianem. Może jak ci to powiem nie spojrzysz na mnie tak samo, ale to wyjaśni wiele rzeczy- ciągnęła bawiąc się nerwowo swoimi palcami. Oblizała wargi ze zdenerwowania i zwróciła zielone oczy dziewczynę.
    - Jak wiesz, z Ahn’em znamy się od mojego pierwszego roku w Hogwarcie i nic by nie wskazywało na to, że ta relacja w jakimkolwiek stopniu się ociepli. Była to tak bardzo stereotypowa relacja między Ślizgonami i Gryfonami- uśmiechnęła się na samo wspomnienie dziecięcych kłótni. - Z każdym kolejnym rokiem było tak samo, aż nagle pyk!- pstryknęła w tym momencie palcami- Coś się zmieniło, przeskoczyło i przestałam patrzeć na niego jak na nadętego ślizgońskiego bufona. Nadal jednak zachowywałam się jak gdyby nigdy nic, choć podświadomie czułam, że on nie jest taki na jakiego się kreuje. Miał coś w sobie takiego…- westchnęła uśmiechając się subtelnie- nie wiem nawet jak to określić. W każdym bądź razie zdawałam sobie sprawę, że nie warto robić sobie nawet nadziei. Może to, że był w tym niedostępnym dla mnie świecie wpłynęło na moje zainteresowanie nim od zupełnie innej strony. Sama nie wiem. W tym samym czasie pojawił się Ian tak nagle, nie wiadomo skąd. To znaczy teraz wiem skąd, ale wtedy nie było to dla mnie oczywiste. Na początku było trudno, byliśmy bardzo różni, a w jego towarzystwie czułam się tak…ciężko. Ten cały smutek, żal, gorycz do świata wręcz kipiała z niego. Jednak później otwierał się, powoli, krok po kroku. Zaczął się uśmiechać, wygłupiać i takiego chciałam go zapamiętać. Był taki moment, że wydawało mi się, że to ten. A później wszystko zepsułam - powiedziała rozkładając bezradnie ręce. Nagle usłyszała znajome syczenie i podbiegła do kipiącego już mleka. Zdjęła rondelek z piecyka i zalała kakao gorącym mlekiem, by następnie wręczyć jeden Avalon, drugi zaś objęła dłońmi czując przyjemne ciepło rozchodzące się po ciele.
    - No tak, zepsułam. - przytaknęła oblizując wargi. - Bo w najmniej odpowiednim momencie moja relacja z Ahn’em zmieniła kierunek o sto osiemdziesiąt stopni. Tyle razy snułam sobie scenariusze co by było, gdyby ktoś taki jak on zainteresował się mną, a kiedy moje marzenie się spełniło byłam w związku z chłopakiem, którego darzyłam uczuciem, wiązałam plany i który mnie potrzebował. Byłam w pewnej, stabilnej relacji, która była nieporównywalna z tą z Jihoonem, bo oboje zdawaliśmy sobie sprawę, że nie ma to przyszłości. Chciałam być z Ianem szczera więc przyznałam się do błędu, okropnego błędu, a w zamian dowiedziałam się, że od początku byłam tylko celem odegrania się na moim bracie. I rzeczywiście, Ian miał z początku taki plan lecz potem się zmienił i wcale nie zamierzał mnie skrzywdzić. To ja skrzywdziłam jego, przez co on się pogubił, a skończyło się tak jak wiesz- upiła łyk gorącego kakao. - Żałuję tego co mu zrobiłam, a teraz żałuję tego co zrobiłam Ahn’owi- szepnęła czując jak zielone oczy zachodzą łzami. Nie chciała go skrzywdzić. Pragnęła szczęścia, jak każdy człowiek na świecie, a u jego boku czuła się jak księżniczka.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nie żałowała żadnej spędzonej z nim chwili, bo były to najlepsze chwile w życiu, ale wiedziała, że wchodząc z nim w tak bliską relację, zniszczyła jego fundamentalne poglądy na świat. Ahn był wychowywany w systemie ustawianych małżeństw, bogactwa i interesów więc ślub z kobietą, której nie znał i nie kochał nie robił na nim żadnego wrażenia. Tak było z jego rodzicami, z jego rodzeństwem i on sam był przygotowany na taki los. Jednak odkąd zaczęli się spotykać Jihoon nie patrzył już tak przychylnie na system, w jakim żył. Zdawała sobie sprawę, że pewnego dnia nadejdzie ten dzień, kiedy będą musieli się rozstać lecz nie sądziła, że jego rodzice będą nalegać na ślub w tak młodym wieku. Sądziła, że przy dobrych wiatrach spędzą jeszcze kilka lat razem. Pomyliła się lecz znając ryzyko musiała się z tym pogodzić. Poza tym, cieszyła się, że jeśli ma się z kimś żenić , to jest to Avalon. W końcu była najcudowniejszą osobą jaką znała, choć wiedziała, że ktoś inny skradł jej serce już jakiś czas temu.
      Spojrzała na pannę Moore i uśmiechnęła się radośnie choć w jej oczach zaszkliły się łzy.
      - Ej, wszystko będzie dobrze- powiedziała pokrzepiająco. - Ahn nie jest taki, jaki się wszystkim wydaje. Jest czuły, opiekuńczy, inteligentny i na pewno się tobą zaopiekuję. Poza tym, spójrzmy prawdzie w oczy, pasujecie do siebie. Jesteście inteligentni, młodzi, piękni, wychowywani według tych samych reguł. Poruszacie się w podobnym środowisku i nie musicie martwić się o zabezpieczenie na przyszłość. Myślę, że teraz tak na to nie patrzycie, ale z czasem zrozumiecie, że to wcale nie jest zły pomysł i dogadacie się. Miłość czasami przychodzi w najmniej oczekiwanych momentach- mówiła wciąż patrząc na Avalon. - No, a ja skończę z Mattem w jakiej góralskiej chacie paląc zioło i pasąc owce, hej!- powiedziała po czym wybuchła głośnym, melodyjnym śmiechem.

      Usuń
  5. Relacja Jamesa i Avalon była co najmniej dziwna. Nikt tak naprawdę nie wiedział, co między nimi jest. Nawet oni sami nie do końca to potrafili ogarnąć, odkąd zerwali ze sobą na szóstym roku Jamesa. Ludzie po zerwaniu zazwyczaj nie mają ochoty się ze sobą widywać, tymczasem oni nie mogli się od siebie nawzajem uwolnić. Jedno z nich zawsze pojawiało się gdzieś w pobliżu tego drugiego, i chociaż częściej się kłócili niż ,,lubili", jakoś nie stronili od siebie. Ludzie o nich gadali, a oni mieli to gdzieś. Wymykali się w nocy, by kolejnego dnia nie zamienić ze sobą ani słowa, później się pokłócić, i tak w kółko.
    - Nie wkurzaj się, Av - uśmiechnął się do niej. - Musiałem wstąpić do kuchni, nie będę nic robił głodny.
    Pomachał jej przed oczami papierową torebką wypełnioną babeczkami i uśmiechnął się szeroko. Miał wielką ochotę na złamanie regulaminu. Może to po prostu geny Pottera się w nim odzywały.
    - A teraz możemy wyruszać. Co niedozwolonego zrobimy dzisiaj?
    Spojrzał na nią z psotnym błyskiem w oku.

    James

    OdpowiedzUsuń
  6. Kiedy Jemma zdecydowała o tym, że będzie uczestniczyć w konkursie na Miss Hogwartu, sądziła, że będzie to przyjemne doświadczenie, które za kilka lat będzie wspominać z uśmiechem na ustach, zachodząc w głowę, jaka głupia była, próbując swoich sił w takim wyzwaniu. No bo prawdę powiedziawszy, Simmons nie do końca spełniała wszystkie kryteria, jakie prawdziwa Miss powinna spełniać, nieważne czy to świata, czy lokalnej społeczności. Krukonka zawsze utożsamiała takie kobiety z osobami, które mają nienaganną figurę, najczęściej mają długie blond włosy, w dodatku szyję i nogi tak długie, niczym te u żyraf, a ich zęby są aż nienaturalnie białe. Ciągle się uśmiechają, są pewne siebie i śmiało można powiedzieć, że są wręcz idealne. Jemma dobrze wiedziała, że daleko odbiega od tego wzorca, ale mimo to zgłosiła się do niego, głównie dla zabawy, żeby zobaczyć, jak będzie. Odpowiadanie na różnego rodzaju pytania, było ciekawym doświadczeniem, ale dziewczyna nie sądziła, że uda jej się przejść dalej, dlatego nietrudno się domyślić, w jakim była szoku, kiedy okazało się, że dostała się do finału. Nie wiedziała na czym będzie on polegał, była podekscytowana samym faktem, że zaszła tak daleko, ale na pewno nie spodziewała się, że któregoś wieczora zostanie porwana przez nieznane postacie, które będą odprawiały wokół niej jakieś przedziwne rytuały. Trudno było opisać, jak bardzo w tamtym momencie była przerażona. Nie wiedziała przecież, co się z nią dzieje, była zdezorientowana i modliła się w duchu tylko o to, aby to się skończyło. Kiedy znalazła się w tej przeklętej ciemnej komnacie, schowała strach i przerażenie głęboko w sobie, starając się skupić na wydostaniu się stamtąd. Dopiero później, kiedy znalazła się na zewnątrz, a cała euforia minęła, pozwoliła na to, aby wszystkie te negatywne emocje opuściły ją. I wcale nie były to łatwe chwile.
    Gdyby Jemma miała wskazać jakiś pozytywny skutek tego, co się stało, to z pewnością byłby to fakt, iż nieco zbliżyła się do Avalon, o której od samego początku swojej edukacji w Hogwarcie miała dobre zdanie, tylko jakoś nigdy nie nadarzyła się między nimi okazja do tego, aby jakoś zacieśnić wspólne więzi. Odkąd jednak wzięły udział w konkursie, pojawiła się na to szansa, z czego obie chętnie skorzystały, a Simmons ani trochę nie protestowała i gdy tylko zobaczyła dziewczyną, uśmiechnęła się delikatnie.
    – Ale w co wchodzę? – spytała, wskazując subtelnym gestem na książkę, którą trzymała w dłoniach, dając Avalon do zrozumienia, że jeśli wcześniej nie dosłyszała czegoś, co tamta do niej mówiła, to była to wina tego ogromnego tomiszcza, które jeszcze chwilę temu z pasją studiowała.

    Jemma Simmons

    OdpowiedzUsuń
  7. [Jasne, że się nie pogniewam! Możemy nawet pomyśleć nad czymś innym, jeśli chcesz :) Wal śmiało!]

    Vladimir Karkarow

    OdpowiedzUsuń
  8. Zerknął na nią, kładąc na jej wyciągniętej dłoni jedną babeczkę. Już miał zamiar się roześmiać, widząc jak zmienia nastawienie na widok jedzenia, gdy usłyszał jej słowa. Kwiat, który rośnie tylko w pełnię? To brzmiało bardzo ciekawie. Nie spodziewał się po Avalon, że będzie chciała wyjść tej nocy z Zamku, ale nie miał zamiaru odmówić.
    - Wiem, że dziś jest pełnia, Av - odparł, wgryzając się w jedną z babeczek. - Możemy iść po ten kwiatek, ale pełnia oznacza, że jest ryzyko spotkania jakiegoś niewychowanego wilczka czy coś w tym stylu.
    Rzeczywiście było to niemałe ryzyko, zapuszczać się do Zakazanego Lasu w pełnię księżyca, kiedy wiadomo było na sto procent, że wśród uczniów Hogwartu znajdzie się kilka takich z sierściowym problemem. Nie biorąc już pod uwagę mieszkańców Hogsmeade i innych stworzeń grasujących po lesie. Ta wyprawa mogła się źle skończyć. Ale czymże jest życie bez odrobiny ryzyka? Niczym, szczególnie dla Pottera.
    - Jeśli nie boisz się wyjących do księżyca piesków i innych milutkich stworzonek, to nic nam nie stoi na przeszkodzie. - uśmiechnął się do niej zadziornie, ruszając korytarzem.

    James

    OdpowiedzUsuń
  9. Karkarow nie spodziewał się dzisiaj żadnych gości, dlatego usłyszawszy pukanie, nieco się zdziwił. Pomyślał, że albo ktoś czegoś potrzebuje, albo coś musiało się stać; naprawdę rzadko profesor miewał tutaj gości.
    Faust i Runa mimowolnie podniosły się z ziemi, wydając z siebie zdziwione szczekanie; podbiegły pospiesznie pod drzwi, wkładając zimne nosy w małą szparkę między schodami, a drewnianą płytą w nadziei, że wydostaną je na zewnątrz. Profesor machnąwszy ręką, odgonił dwa psiaki w głąb chatki i otworzył drzwi, stając na samym ich środku.
    Nie spodziewał się Avalon u siebie. Zdawało mu się, że po ich ostatnim spotkaniu, dziewczyna postanowi pobyć przez jakiś czas sama, aby to wszystko poukładać. Po za tym, Vlado nie czuł się aż tak ważny, by jego porady faktycznie miały jakiś sens; wszystkie informacje na temat życia zbierał tylko z własnego doświadczenia. Nie miał nic innego do zaoferowania po za własnym ramieniem, własnym zdaniem zrodzonym z głębszych przemyśleń. Mimo wszystko, jej widok go ucieszył.
    - Cześć, Avalon - Przywitawszy się, wpuścił ją do środka po czym zamknął drzwi na jeden z kluczy. - Muszę Cię uprzedzić, że zaraz przybiegną się z Tobą przywitać dwa szalone czworonogi - Zdążywszy właściwie cokolwiek wypowiedzieć, tuż zza rogu wyskoczyły dwa, średniej wielkości psy, które zwinnie obskoczyły ich dookoła.
    - Już, spokój, uciekajcie do siebie - Karkarow wskazał ręką w głąb domu, a dwa pupile posłusznie oddaliły się, merdając ogonami.
    Czasami bywały nieznośnie, jednakże za żadne skarby Vlado by ich nikomu nie oddał. Tyle z nim przeżyły, że właściwie ich cała trójka stała się trochę przedziwną rodziną - szczególnie gdy on sam zamieniał się w czworonoga.
    Przeniósłszy z powrotem wzrok na srebrnowłosa Krukonkę, posłał jej ciepły uśmiech i pomógł rozebrać się z kurtki, by następnie odwiesić ją na jeden z wieszaków.
    - Napijesz się czegoś? - Zaproponował, prowadząc ją w głąb drewnianego salonu. Jak nakazywała gościnność, nim zapyta ją co takiego się stało, że go odwiedziła, należało zaproponować podstawową rzecz - napój.

    Vladimir Karkarow

    OdpowiedzUsuń
  10. Wiedział, jaką skromną i skrytą osobą jest Avalon, a to, że przyszła do niego bez zapowiedzi, dręczyło ją pewnie bardziej, niż sama sprawa, którą postanowiła się z nim podzielić.
    Oczywiście profesor poczuł się nawet zaszczycony obecnością Krukonki w swoich progach - cieszył się, że przystała na wcześniej daną przez niego propozycję. Prawda była taka, że plotki faktycznie bywały wredne, szczególnie jeśli nie wiązały się z prawdą. On jak i zapewne sama Avalon byli świadomi, że jeśli ktoś ją widział, to nie obejdzie się bez pytań po co? na co?, nawet jeśli były by to normalne odwiedziny w ramach dodatkowego projektu. Ale Vladimir nie chciał o tym rozmyślać, bo mijało się to z celem, z którym przybyła do niego Avalon.
    - Nie bądź na siebie zła, ja się bardzo cieszę, że postanowiłaś mnie odwiedzić. To wiele dla mnie znaczy - Powiedziawszy z ciepłym uśmiechem, przechylił głowę nieco w lewo, przyglądając się jej z zabawnym spojrzeniem.
    Zauważywszy jej delikatne zmieszanie, postanowił złapać ją za rękę i wciągnąć na środek salonu - Dobrze, zaparzę Ci naprawdę smaczną herbatę, ale chciałbym abyś poczuła się zrelaksowana i jak w domu. Możesz sobie dotykać co chcesz, przeglądać co chcesz - Urwał i uśmiechnął się z uniesioną w górę brwią. Oczywiście oczekiwał odpowiedzi w stylu Tak, dobrze, obiecuję, która zadowoliłaby go stanowczo. Karkarow należał do gościnnych osób, a mili goście zawsze należeli do tych najmilej przyjmowanych. Po za tym, będzie miał okazję by na chwilę wyrwać się z tony wypracowań, bo tak czy siak zaczynał już przy tym przysypiać, co wcale nie skończyłoby się dla niego dobrze. A towarzystwo Avalon szczerze lubił.

    Vladimir Karkarow

    OdpowiedzUsuń
  11. [Podrzucam sówkę-skrótówkę c:]

    Ars, ślęczący nad pracą zaliczeniową :<

    OdpowiedzUsuń
  12. Zadowoliło go, że postanowiła choć trochę się rozluźnić. Tutaj, w chatce Karkarowa, naprawdę nie było niczego złego, co mogłoby komukolwiek zaszkodzić. Jedynie cisza i częściowe ziewanie dwóch psiaków było dwoma tutejszymi odgłosami, jeśli ciszę można w ogóle uznać za odgłos, dźwięk czy cokolwiek innego.
    Miał nadzieję, że biała herbata z dodatkiem truskawki, cytryny, papai oraz kwiatu pomarańczy jej zasmakuje - zapach, który się unosił był bardzo intensywny i słodki przez co strasznie kusił, zresztą nie bez powodu jest to ulubiona herbata profesora.
    Kiedy podał jej delikatnie ciepły wywar, usiadł wygodnie na kanapie i wskazawszy Avalon miejsce nie opodal, upił łyk rozgrzewającej herbaty.
    - Nie pamiętam czy mówiłem, ale miło mi że wpadłaś - Powiedział uśmiechając się ciepło i poprawiając kosmyki włosów wpadające mu do parującego napoju. Długie włosy były czasami naprawdę uciążliwe, tym bardziej, kiedy Vlado nie miał przy sobie żadnej gumki, którą mógłby je na chwilę ujarzmić. Ale ostatecznie schował jej pod koszulkę, co mogło z daleka wydać się troszeczkę zabawne.
    - O czym chciałabyś porozmawiać, Avalon? Opowiadaj - Powiedziawszy, wyprostował nogi będąc gotów do uważnego wysłuchania Krukonki.
    Znał już trochę jej historię i choć powtarzał, że nie jest żadnym psychologiem, zawsze mógł udzielić kilku cennych rad, albo chociaż poprawić komuś humor. Vlado zauważył ostatnio, że jego charakter przygarnął kolejną cechę - empatię. W ówczesnych czasach nikt nigdy nie pomyślałby, że ten Vladimir Karkarow aż tak się zmieni. Ale życie uczyło co rusz nowych doświadczeń, pojawiały się w nim nowe osoby - mniej lub bardziej ważne - do których uczucia wędrowały między innymi tą dobrą drogą. Bo jak tu wtedy nie być choć trochę czułym i miłym, jeśli jest dla kogo? Choć niewykluczone, że tego typu cechy drzemały gdzieś zakopane w jego duszy, postanawiając by właśnie teraz się ulotnić.

    Vladimir Karkarow

    OdpowiedzUsuń
  13. Oczywiście gdy tylko Jemma ochłonęła po tym niecodziennym zadaniu, zaczęła zastanawiać się kto wpadł na taki genialny pomysł, aby zgotować im coś takiego. Jej podejrzenia od razu padły na uroczego prowadzącego, ale kiedy tylko zorientowała się, że to on za tym wszystkim stoi, jej cała sympatia do niego całkowicie wygasła. Co prawda tylko na samym początku, kiedy na chwilę niesamowicie się na niego zezłościła i gdyby chłopak był tam z nią, w tym samym pokoju, to pewnie by go udusiła czy chociaż na niego nakrzyczała, ale bardzo szybko jej przeszło i aż chciało jej się śmiać ze swojej reakcji. Wtedy straszliwie się przeraziła, to fakt, ale z powodu konkursu nie zamierzała pałać do nikogo nienawiścią, przecież nie o to w tym wszystkim chodziło.
    – Doszłam do takich samych wniosków! – oświadczyła, może nawet trochę dumna z siebie, bo nawet jeśli ona sądziła, że to Harrison to wcale nie musiało tak być, a teraz przynajmniej miała jakieś potwierdzenie. Domyśliła się jednak, że słowa Avalon nie są wypowiedziane na poważnie. Nigdy nie była dobra w odczytywaniu tego typu rzeczy, odnajdywaniu dziesiątego ukrytego dna i innych takich, jeśli chodziło o kontakty międzyludzkie, ale to akurat wiedziała na pewno, ponieważ Moore nie wydawała jej się osobą, która życzy innym źle. – Czytuję sobie „Quidditch przez wieki”, ponieważ ostatnio męczyła mnie pewna sprawa z tym związana. Nie dawała mi spokoju, dlatego w końcu wzięłam książkę z biblioteki i zaczęłam szukać – uśmiechnęła się pogodnie do dziewczyny, pokazując jej okładkę, co miało być oznaką tego, że Jemma nie kłamie, bo nawet nie miałaby po co.
    – Mam to samo – przyznała po chwili, zaciskając usta w wąską linię. Westchnęła i odłożyła książkę na bok, czując, jak przytłaczające myśli sprzed kilku dni wracają do niej. Mimo wszystko nie było to łatwe przeżycie. Na pewno nikt nie chciał zostać zamknięty w ciemnym miejscu, z którego teoretycznie wyjścia nie ma, jeszcze w takich okolicznościach, gdzie chwilę temu ktoś odprawia przy tobie jakiś dziwny rytuał, a ty nie wiesz o co chodzi. Położyła dłoń na wierzchu dłoni Avalon, chcąc tym samym dodać jej trochę otuchy. – Tylko, że w śnie wydaje mi się to jeszcze bardziej straszne. Tak właściwie nie wiem dlaczego, może moja wyobraźnia wszystko koloryzuje. W snach naprawdę nie ma stamtąd żadnego wyjścia, a ja po prostu to wiem. Wiem i nic tego nie zmieni. Ta świadomość po prostu mnie pożera, siadam, załamuję ręce z bezsilności i czekam, aż umrę. To trochę drastyczne, co nie? – spojrzała na Krukonkę, uśmiechając się lekko w jej stronę, chociaż nie za bardzo jej to wyszło, gdy jej myśli prezentowały się naprawdę ponuro. Otworzyła się przed nią nagle, ale było to spowodowane tym, że nikomu wcześniej o tym nie mówiła, a potrzebowała tego.

    Jemma Simmons

    OdpowiedzUsuń
  14. [Cieszy mnie, ze karta podoba się nawet pod względem wizualnym, bo kombinowałam jak mogłam, by była ciekawsza, niż taka przeciętna ;) Co do treści, wychodzi na to, ze tylko ja narzekam, a inni chwalą xD Możemy coś wymyślić, albo skupić się tylko na Tinie, którym zacznę jakoś na dniach, bo jutro niestety czeka mnie powrót do szkoły i od razu dwa duże sprawdziany z matmy ;/]

    Lea

    OdpowiedzUsuń
  15. Zaśmiała się słysząc oburzenie w głosie Avalon, kiedy mówiła o porównywaniu jej do Ahn’a. Upiła łyk kakao, uniosła oczy ku górze w geście zamyślenie i oparła kubek o prawy policzek.
    -Hmm….no wiesz, jak chciałam kiedyś pożyczyć tą kobaltową sukienkę- zaczęła napotykając karcący wzrok Krukonki. - No już, żartowałam tylko- zaśmiała się kręcąc z rozbawienia głową.
    Z pewnością Avalon nie była zadufana w sobie. Nie wywyższała się ani nie podkreślała swojego finansowego statusu. Zawartość jej portfela również nie była jej oczkiem w głowie i zapewne gdyby odcięto jej dopływ pieniędzy, świat nie zawaliłby się jej na głowę.
    - Wiesz, chodziło mi bardziej o to, że twoi dziadkowie wyznają te same zasady co cała rodzina Ahn’a. Wiesz jak poruszać się wśród ludzi takiego pokroju, znasz ich, nie jest to dla niebie coś nowego. Poza tym jesteś inteligentna i zaradna, co nie jest bez znaczenia przy prowadzeniu rodzinnego interesu, gdyby przyszło ci spełnić taki obowiązek- wytłumaczyła patrząc na przyjaciółkę. Wiedziała, że Avalon idealnie spełniłaby wszelkie pokładane w niej nadzieje. Była też pewna, że z miłości do ojca jest w stanie zrobić wiele i w ostateczności, pomimo tego, że nie zgadzało się to z jej przekonaniami, poślubi mężczyznę, którego dla niej wybrali. W końcu miała być idealna i robiła wszystko, by tak było.
    - Co mu zrobiłam?- powtórzyła za przyjaciółką jakby nie wierząc, że ona nie zauważyła jaką krzywdę wyrządziła Jihoonowi. - Avalon ja mu zniszczyłam cały światopogląd. Wyciągnęłam go z jego strefy komfortu pokazując, że aranżowane małżeństwa nie są tak cudowne jak to przedstawia jego rodzina. Nie są cudowne, gdy już zdążysz kogoś pokochać. Gdybyśmy się nie spotykali on wciąż nie widziałby nic złego w małżeństwie z obcą kobietą, bo było to dla niego czymś naturalnym. A teraz? Teraz zostawiam go ze złamanym sercem, z goryczą do świata, do rodziny i poczuciem, że nie ma szans na szczęście. No sama powiedz. Nic dobrego z tego nie wyszło. Popełniliśmy błąd myśląc, że nie robimy nic złego- powiedziała wpatrując się twardo w ścianę na przeciwko.
    Przysłuchiwała się dalszym słowom Avalon z zaciekawieniem. Rzeczywiście interesujące było to , że jej ojciec uciekł od utartego, rodzinnego schematu, by poślubić kobietę, którą kochał sam pchając córkę w objęcia obcego mężczyzny. Jednak z opowiadań Krukonki zawsze wynikało, że jej ojciec jest najwspanialszy na świcie i robi wszystko, by uszczęśliwić swoją małą córeczkę. Nie wierzyła, by robił to, by uprzykrzyć jej życie. Być może chciał naprawić kontakt ze swoimi rodzicami przez aranżowane małżeństwo Avalon? W ten sposób mógł odkupić swoje błędy w młodości. Z drugiej strony rozwiązanie mogło być bardziej prozaiczne. Chciał, by jego małej księżniczce nigdy niczego nie brakowało, a taki luksus dawało jej małżeństwo z Jihoonem.
    Westchnęła cicho wpatrując się w swój kubek. Nie znała słów pocieszenia, które byłyby dla niej odpowiedniej. Nie mogła nic z tym zrobić. Ta sytuacja rozgrywała się całkowicie poza nią i nie miała nawet prawa w tym uczestniczyć.
    - Myślisz, że gdyby twój ojciec zobaczył jak ktoś walczy o twoje względy, bo cię kocha, to odpuściłby to małżeństwo?- zapytała czując jak nurtuje ja to w środku. Być może to też jest problem między Avalon, a Fredem. Chciałaby, żeby pokazał jak bardzo mu na niej zależy, by odwołać całą tą szopkę. Jednak wszystko potoczyło się inaczej i utopia w jednej chwili rozsypała się.

    OdpowiedzUsuń
  16. Domyślał się, że musiało wydarzyć się coś, co wpłynęło źle na Avalon; prawdopodobna była tutaj właśnie kłótnia z kimś bliskim, co ostatecznie zostało przez nią potwierdzone. Karkarow, może nie dokładnie, ale mógł powiedzieć że choć trochę znał już charakter srebrnowłosej Krukonki, którą spotkał pewnego razu zapłakaną w Sowiarni. Kiedy opowiedziała mu o ułamku swego życia, zdał sobie sprawę, jak trudnym było zastąpienie kogoś, kto w życiu jej ojca był na początku niezastąpionym ideałem.
    Profesor podobnie jak ona miał trudności z mówieniem o własnym życiu, szczególnie jeśli rozchodziło się o coś nieprzyjemnego. Tym bardziej, będąc na jej miejscu czułby się niezręcznie, bo Avalon chcąc nie chcą nadal przed sobą miała własnego profesora ONMS. Oczywiście mogła mu zaufać w stu procentach, bo Vladimir należał do grupy osób, które milczą jak grób we wskazanych sytuacjach, ale sam fakt, że był postawionym na ważnym stanowisku, dużo starszym człowiekiem, mógł być dla niej dość krępujący.
    Szczerze zdziwił się, że sprawa dotyczyła jej ojca. Z każdej opowieści, którą usłyszał z ust dziewczyny, nigdy nie wynikło, że Aaron mógł kiedykolwiek podnieść na nią głos; była jego jedyną córką, która po śmierci matki stała się dla niego jedyną nadzieją. Ale los z dnia na dzień kreował rzeczywistość w nikomu nieznany sposób - wiele mogło się zmienić.
    - Strasznie mi przykro - Pokiwał głową poważnie niezadowolony z tego, co właśnie usłyszał. Musiało to się stać akurat w święta, w czas, kiedy wszyscy uczniowie wracają do rodzinnych domów, by choć spędzić choć chwilkę w szczęśliwym, rodzinnym gronie?
    - O co się pokłóciliście? - Zapytawszy, wyprostował się znacząco, podpierając jedną ręką swój podbródek. Chciałby, aby byłato jakaś drobnostka, ale skoro Avalon przyszła do niego, a jej twarz wskazywała na coś poważnego, tracił nadzieję na jakąkolwiek związaną z kłótnią błahostką.

    Nie ma sprawy, jeśli dla Avalon będzie tak wygodnie, to ja się zgadzam :)

    Vladimir Karkarow

    OdpowiedzUsuń
  17. Jak wyglądałoby ich małżeństwo? Znienawidziliby się.
    Jeśli jeszcze na początku walczyliby o własne szczęście, tak potem gorycz do rodziny przelałaby się na ich własne kontakty, uniemożliwiając budowanie dobrej relacji. Najprawdopodobniej zniszczyłoby ich to, do czego dążyła ich rodzina — musieliby spłodzić potomka. Samo wyobrażenie tego Jihoona, jak pewnie i Avalon, nie tylko obrzydzało, ale też zwyczajnie, tak jak każdego innego człowieka w tej sytuacji, do bólu przerażało.
    W tym momencie jednak Ahn o tym zupełnie nie myślał, nie pozwalał sobie na tak głębokie drążenie tematu, bo doprowadzało go to do szaleństwa. Lubił tę dziewczynę, która teraz wpatrywała się z nadzieją w jego oczy, ale tak jak lubi się siostrę czy dobrą koleżankę. Nie żywił do nich uczuć, jakich od niego wymagano.
    — Obiecuję — powiedział powoli. Był przekonany, co do tego, że tak właśnie będzie. — Ale Avalon, sprawa jeszcze nie jest przesądzona.
    Jego ojciec dążył do przekazania mu części firmy, Jihoon czuł to w każdej wypowiedzi, która dotyczyła jego przyszłości — gdyby tak nie było, mężczyzna nie dokładałby takiego wysiłku do wybrania mu partnerki, z którą miał spędzić życia. Starał się równie mocno kilka lat temu o żonę dla swojego najstarszego syna, któremu teraz przysługiwały największe udziały w Rose Enterprises, jak i posada w Ministerstwie w departamencie ojca.
    I jak skończył jego brat? Pieprzył się z własną siostrą. Tajemnica poliszynela, każdy o tym wiedział, ale nikt nigdy o tym nie mówił.
    — Chodźmy do zamku, nie możemy tu przesiedzieć całego dnia. — Męczyła go ta rozmowa właśnie dlatego, że nie mógł mieć stuprocentowej pewności, że ich nadzieje mają jakikolwiek sens. Ścisnął dłoń dziewczyny. — Będzie dobre.
    O Merlinie, jak on tego stwierdzenia nienawidził.

    Jihoon, odpowiedzialny oppa

    OdpowiedzUsuń
  18. Zmarszczył powoli brwi, gdy dziewczyna pociągnęła go za szatę, rzucając to osobliwe zaproszenie, a potem czym prędzej odwróciła się i pomknęła korytarzem prowadzącym na wyższe piętro. Stał tam jak kołek jeszcze przez dobrych kilkanaście sekund, dopóki znajomy z klasy nie trącił go w ramię, marudząc o teście z zaklęć, na który właśnie mieli iść.
    W Świńskim Łbie pojawił się o dziesięć minut za wcześnie, co było dość dziwne, biorąc pod uwagę fakt, że obrał drogę okrężną, by nikt przypadkiem nie zobaczył, iż wchodzi do tej speluny z własnej woli. I nie, nie chodziło o to, że bał się zostać przyłapany wieczorem w barze z inną dziewczyną, tylko o sam fakt przebywania w takim miejscu — Ahn dbał o reputację jak o najukochańszą roślinkę. A wiadomo, że gdy roślinie brakuje wody, zaczyna usychać.
    — Whisky — mruknął do bezzębnego barmana, starając się odwracać wzrok za każdym razem, gdy mężczyzna na niego nie patrzył; śmierdziało od niego okropnie. Zdążył na szczęście wymruczeć zaklęcie czyszczące, zanim ten nalał cokolwiek do uszczerbionej szklaneczki. Pominął fakt, iż musiał zapłacić dwukrotnie więcej, jako że barman wziął go za piątoklasistę.
    Jedynym wolnym miejscem okazał się stolik tuż przy oknie wychodzącym na ulice. Pub musiał się cieszyć teraz ogromnym zainteresowanie, jako że Trzy Miotły zostały tego dnia doszczętnie zapełnione przez hogwarcką młodzież — tu towarzystwo było bardziej osobliwe. Ahn nie przyznałby tego przed nikim, ale nie mógł się doczekać, aż Avalon wreszcie się zjawi, bo wizja pozostania w tym miejscu samemu przed kolejne dziesięć minut napawała go przerażeniem.
    Wiedział, że czeka ich rozmowa. O czymś, o czym wiedzieli oboje — według Jihoona było to niepotrzebne, skoro tajemnica została wykryta.
    — Mnie też miło cię widzieć — odezwał się zgryźliwie. W głębi duszy był jednak wdzięczny, że przyszła przed czasem. — O czym chcesz ze mną rozmawiać? — Jego twarz wykrzywił złośliwy uśmieszek, gdy podnosił szklankę z trunkiem do ust. Dał znak ręką, by srebrnowłosa usiadła przy stoliku, jednak po barmana nie zawołał, wiadomo z jakich powodów.
    Tak naprawdę była rzecz, przed którą nie powiedział Moore od razu o jego związku z Elody, ale nie miał pojęcia, czy dziewczyna pojmie jego punkt rozumowania. Nie od dziś wiadomo, że nawet, a szczególnie, w tym różnili się od siebie całkowicie.

    masz i się ciesz :*

    OdpowiedzUsuń
  19. Po swoich przeżyciach z miotłą teoretycznie powinna znienawidzić wszystko, co z nim związane, a w tym oczywiście także Quidditcha. Przedmiot ten był dla niej udręką i tylko dobre serce oraz wyrozumiałość nauczycielki sprawiły, że Krukonce udało się zdać go na takim poziomie, jak resztę. Kobieta widziała, że Jemma naprawdę chciałaby umieć to robić, że wkłada w to dużo pracy, ale tak się zdarzyło, że najzwyczajniej w świecie jej nie wychodziło, dlatego ulitowała się nad dziewczyną. Simmons dziękowała jej w duchu, a także dyrektorowi za to, że przyjął taką nauczycielkę na to stanowisko, a nie jakąś, która z miłą chęcią skazałaby Jem na godziny katorgi, przez które ledwo uszłaby z życiem, pociągając za sobą kogoś innego, bo ona zawsze miała takie szczęście, że nie tylko ona odczuwała skutki spowodowanej przez siebie katastrofy, ale także inni musieli to znosić, stając się ofiarami jej nieporadności.
    A jednak nie znienawidziła tej gry, pomimo swoich przykrych doświadczeń z nią związanych. Duży udział w tym osiągnięciu miał jej ojciec, który chodził na prawie wszystkie mecze, a podczas swoich szkolnych lat był nie tylko jednym z najbardziej zagorzałych kibiców, ale także graczem. Żywiołowym, na dodatek. Kiedy okazało się, że jego córka jest czarownicą tak jak on, od razu zaczął ją zabierać na rozgrywki razem ze sobą. Jemma zakochała się po uszy, a z czasem zaczęła ścigać się z ojcem w konkursie na najgłośniejsze okrzyki. Właśnie z tego powodu Simmons była jedną z najgłośniejszych Krukonek na meczach, nawet jeśli widok jej z książką tego typu mógł być dla kogoś dziwny.
    Mogła się jednak śmiało zgodzić z Avalon, głównie w sprawie wysokości, bo miotły same w sobie wcale nie wydawały się takie okropne. Simmons znała wszystkie modele, wiedziała kto na jakiej latał, kto je tworzył teraz, kto kiedyś. W tym temacie również była encyklopedią, głównie dzięki swojemu ojcu. Uśmiechnęła się więc w odpowiedzi delikatnie do dziewczyny, dając jej do znać, że po części ją rozumie, chociaż dopiero w tej drugiej kwestii mogła poczuć z nią pełną solidarność.
    – Jestem pewna, że to w końcu minie – zapewniła dziewczynę, chociaż szczerze mówiąc, niekoniecznie mówiła prawdę. Wahała się. – I nie mów, że to głupie! Masz pełne prawo do takich uczuć, do strachu, nie przejmuj się tym! Ktoś powinien się dwa razy zastanowić zanim wsadził nas do tych przeklętych pomieszczeń – ostatnie słowa wypowiedziała w lekkiej złości, bo fakt, iż przez to wyzwanie Avalon w pewien sposób cierpiała, napawał ją tego typu emocjami. – Jestem za gorącą czekoladą i ciastkiem! – odparła z szerokim uśmiechem na twarzy. W końcu kto nie lubił takiego połączenia? – Zrobiłaś mi ochotę, więc już nie ma odwrotu – parsknęła śmiechem, podnosząc się z fotela. – A teraz chyba przyda nam się odrobina snu, co nie? Oby nie śniły ci się żadne koszmary, Avalon – przytuliła lekko dziewczynę, nie będąc pewną czy może to zrobić. Posłała jej ostatni uśmiech, po czym wspólnie skierowały się w stronę dormitorium.

    Jemma Simmons

    OdpowiedzUsuń
  20. [ O niee, Avalon taka smutna i taka eteryczna, taka wspaniała i taka niedoceniona >: Mam już dwa wątki męskie i jeden żeński, więc wybieram Avalon, lubię mieć równowagę. Jeśli masz jakieś wolne powiązanie, to chętnie przejmę! I dziękuję za pochwałę. Tia wygląda całkiem normalnie, przeciętnie, ale charakter ma wprost okropny :D ]

    OdpowiedzUsuń
  21. James zaśmiał się, widząc jej upór. Nie spodziewał się po niej, żeby rzeczywiście odważyła się na wejście do Zakazanego Lasu w nocy, na dodatek w pełnię księżyca. Jej głos brzmiał dość pewnie i wyglądała, jakby naprawdę miała zamiar to zrobić, ale James nie był łatwowierny. I dość dobrze znał Avalon. Nie była tchórzem, ale na sto procent nie była także typem dziewczyny, która rzuca się na każde niebezpieczeństwo z walecznym okrzykiem.
    - Dobra, Avi, uwierzę ci, kiedy zobaczę, jak wchodzisz do tego cholernego lasu - mrugnął do niej, uśmiechając się ironicznie. - Łatwiej powiedzieć, trudniej zrobić, jak to mawiają.
    Po chwili znaleźli się na Błoniach, oświetlonych blaskiem księżyca w pełni. Wszystko wyglądało bardzo spokojnie, jakby nic nie mogło zmącić ciszy, jaką roztaczał wokół siebie uśpiony Zamek. Oboje z Avalon jednak wiedzieli, że w świecie magii nigdy nic nie śpi. Dookoła czychało mnóstwo niebezpieczeństw, nawet na Błoniach Hogwartu. W Zakazanym Lesie... Cóż, tam mieli jakieś dziewięćdziesiąt dziewięć procent szans na to, że na nic się nie natkną.
    - Jak wygląda ten kwiatek? - zapytał ją cicho James, gdy przystanęli na chwilę na Błoniach, wpatrując się w rozciągający się nieopodal Las. - Ładny chociaż? Nie ryzykuję życia dla brzydkich rzeczy.

    James

    OdpowiedzUsuń
  22. [ Och nie, kolejna osoba, która nie chce ukochać Bowen :c Ale dobra, będę ją gnębić na całego.
    Mam tylko jeden pomysł, a mianowicie przyjaźń rodziców Moore i Bowen. Mogłyby mieszkać jakoś niedaleko siebie, od małego ze sobą przebywać, a w końcu gdzieś w czwartej czy piątej klasie pokłóciłyby się mocno o jakąś głupotę i zniechęciły do siebie. Oczywiście ich rodzice mieliby to za drobną sprzeczkę i dalej zabierali córki na jakieś wspólne spotkania itd., a one musiałyby siedzieć razem. Można nawet pokusić się o wyjazd na ferie, tam jest więcej możliwości jeśli chodzi o jakieś przygody czy coś. Nie wiem, czy to kreatywne, ale zawsze jest jakiś zarys. :D ]
    Bowen

    OdpowiedzUsuń
  23. Spojrzała na Avalon z mieszaniną troski i żalu. Miała poczucie, że przyjaciółka pomimo wszystko nie potrafi postawić się w jej sytuacji. Nie zrozumie ani jej ani Freda. Patrzy na świat ze swojego punktu widzenia dość osobliwie oceniając poczynania innych. Odrobinę ją to zabolało, dlatego też minęła dłuższa chwila nim się odezwała.
    - Av, a pomyślałaś o tym, że…- zawahała się przez chwilę- że Fred jest w takiej samej sytuacji jak ja? Odsunął się od ciebie z tego samego powodu, z którego ja odsunęłam się od Ahn’a. Dla twojego dobra. Nie chciał niszczyć twojego idealnego życia. Miał poczucie, że nie pasuje do twojego idealnego świata i nie jest w stanie dać ci tego wszystkiego co może dać ci ten, którego wybrała dla ciebie rodzina- zakończyła nie spuszczając wzroku z Krukonki.
    Miała wrażenie, że Moore tego nie rozumie i nie jest w stanie tego zaakceptować. Żyje w błędnym przekonaniu, że miłość może wszystko jakby to była bajka, a wcale tak nie było. Życie nie było bajką, Elody nie jest księżniczką Ahn’a, a Fred to nie książę z bajki dla Avalon. Tak już było i nie mieli na to wpływu.
    - Nie ma co się nad sobą rozczulać- powiedziała po chwili odkładając pusty kubek po kakao na kuchenny blat. - A właśnie! Ostatnio jak słuchałam audycji mojego kochanego brata była jakaś plotka o tobie i Bane’ie. Chcesz to jakoś skomentować?- zapytała i poruszyła kilkakrotnie brwiami do góry. Nie była akurat tym zainteresowana, bo znała Avalon na tyle, by wiedzieć, że nic między nimi nie było i to zapewne jakaś nieistotna plota. Jednakże był to pierwszy temat z brzegu, który jej przyszedł do głowy, by zmienić tor ich rozmowy.
    Nagle drzwi do hogwarckiej kuchni otworzyły się, a w tym samym momencie Elody chwyciła nadgarstek przyjaciółki i szybko kucnęła chowając się sza szafkami.
    - Cholera, tylko nie teraz- szepnęła delikatnie wychylając się zza szafek, by następnie ponownie się schować. Napotykając zaskoczony wzrok Avalon westchnęła ciężko i oblizała wargi ze zdenerwowania. - Widzisz, jak rozeszłam się z Ahn’em starałam się jakoś odwrócić swoje myśli od niego. Byłam na randce z jednym Puchonem, który od tego czasu nie daje mi spokoju. Naprawdę Avalon, nie chcesz go spotkać. Non stop prawi o moi ustach i oczach wyszukując co wykwintniejsze porównania. Z ciekawostek powiem ci, że moje oczy są niczym świeża sałata skroplona wiosennym deszczem, a nogi mam jak gazela uciekająca przed spragnionym gepardem- powiedziała patrząc na Krukonkę, którą najwidoczniej to bawiło. - Błagam, wyjdźmy stąd- szepnęła powoli przesuwając się w stronę wyjścia.

    OdpowiedzUsuń
  24. Avalon była przewrażliwiona, ale, cóż, miała ku temu powody. Osoba, która przez całe życie była wzorcem, a przynajmniej szczera miłość, o jakiej dziewczyna myślała, okazała się kłamstwem. Trudno po takiej sytuacji zaufać komukolwiek.
    — Trzy rzeczy. Pierwsza — uniósł palec wskazujący — jesteście przyjaciółkami. My się praktycznie nie znamy, więc nie miałem powodu do zwierzania ci się z moich prywatnych spraw. Druga — uniósł kolejny palec — jesteście przyjaciółkami. Myślisz, że tylko ty odczuwasz, jaka ta sytuacja jest pokręcona, chora i... Głupia? Jak mogłem ci powiedzieć, że dziewczyna, którą kocham, a z którą nie mogę być, to jedna z twoich najbliższych osób? Trzecia — kolejny palec — już nie jesteśmy razem. Jaki to ma więc sens?
    Westchnął ciężko, spoglądając w bok na zbliżającego się kelnera. On przynajmniej nie wyglądał tak odpychająco, jak jego pracodawca, więc Ahn nie miał większych oporów przed zamówieniem kolejnego drinka, jak i czegoś mocniejszego dla dziewczyny. Przy takiej rozmowie było to potrzebne.
    — Słuchaj, Avalon, nie okłamałem cię. Powiedziałem po prostu, że kogoś kocham. Zresztą, tak, jak mówiłem, sprawa jest zamknięta. Ja i Elody nie jesteśmy już razem, bynajmniej nie od ostatniego miesiąca — powiedział powoli, mierząc srebrnowłosą uważnym spojrzeniem.
    Pamiętał, jak zapewniał ją, że wszystko będzie dobrze i że jakoś się to ułoży, a teraz nie był co do tego absolutnie pewien, bo nawet jeśli jedno z nich wyjdzie na prostą, to co się stanie z drugim? Oboje musieli uporać się z rodzicami, choć było to niemal niewykonalne.
    — Nie wiem, co mam robić, Moore — mruknął i oparł głowę o splecione dłonie. — Ja wcale... Nie przestałem jej kochać.

    OdpowiedzUsuń
  25. — Zamknąć temat naszego małżeństwa? — Wybuchnął śmiechem. — Okej, zamknięty. Poczekajmy i popatrzmy na rozwój wydarzeń, nie robiąc nic, to na pewno nam pomoże w rozwiązaniu problemów. Słuchaj, ja nie kocham ciebie, i to chyba jasne jak słońce, skoro żywię uczucia do kogoś innego, a ty... Pewnie też?
    Wiedział o Fredzie, usłyszał to w audycji Harrisona. Miał jednak wrażenie, że skoro Avalon nie poruszyła z nim tego tematu, on nie miał żadnego prawa wtrącać się w jej życie uczuciowe, chociaż, jak na ironię, nie rozmawiali o niczym innym.
    — Skrzywdziłem ją? Tak, skrzywdziliśmy siebie nawzajem. — Odsunął się odrobinę, by odebrać dwie szklanki z rąk kelnera, po czym sięgnął do kieszeni spodni i wyciągnął z niej kilka galeonów. Ułożył je na tacy, nie patrząc w stronę mężczyzny, a potem machnął ręką. — Avalon, przestań być taką egoistką. Ludzie nie myślą o wszystkich wokół, gdy podejmują jakieś działanie, a ja na pewno nie powiedziałem ci o Elody po to, żeby cię okłamać i oszukać. Stwierdziłem, że to niepotrzebne. Co to zmieniło? Dowiedziałaś się.
    Westchnął, przesuwając po stole drinka w stronę dziewczyny.
    — Wiedzieliśmy, na co się piszemy, chociaż żadne z nas nie przypuszczało, że skończy się to tak szybko. To nie ja podjąłem decyzję o naszym małżeństwie, Moore, to byli moi rodzice i twoi dziadkowie. Tak samo nie odpowiadam za to, że oni namówili twojego tatę, a w końcu przekonali go do tego pomysłu. — Przysunął się, by oprzeć podbródek o jedną z dłoni, a potem sięgnął po whisky i upił potężnego łyka. — Myślisz, że mi to pasuje? Nie. Wiem też, że ty tego nie chcesz. Jaki miałbym cel, by do tego dążyć?
    Jihoon sam był pierwszorzędnym egoistą, ale właśnie miłość do zielonookiej blondynki z Gryffindoru otworzyła mu oczy na niektóre sprawy. Momentami siebie nie poznawał, choć ogólnie nie sprawiał wrażenia, by cokolwiek się zmieniło — dalej był oschły, uwielbiał swoją pozycje, dbał o nią i kochał pieniądze.
    — Żaden.

    no oni są totalnie jak Yoonha i Changsoo! :D
    Jihoon

    OdpowiedzUsuń
  26. Prawdziwa miłość jest motywem przewodnim większości piosenek, filmów czy bestsellerowych książek. Nic więc dziwnego, że ludzie tak bardzo pragną tego najdoskonalszego uczucia pokładając w nim wiarę i nadzieję. W końcu od najmłodszych lat, podczas czytania baśni na dobranoc, dowiadujemy się jak potężna jest siła miłości. Gloryfikujemy to uczucie i przekładamy wszelkie inne dobra na jej rzecz. Wypatrujemy jej, wyczekujemy, a gdy w końcu łaskawie się zjawia chcemy zrobić wszystko, by została z nami jak najdłużej.
    Niestety brutalna rzeczywistość pokazuje nam jak bardzo złudne żywimy nadzieje i jak bolesne wiążą się z tym doświadczenia. Czasami ludzie szukają miłości przez całe swoje życie i jej nie znajdują, a czasami znajdują ją w najmniej odpowiednim momencie, lecz nie dane im jest cieszyć się nią do końca swych dni.
    Elody spojrzała na Avalon i bez słowa chwyciła jej nadgarstek zaciskając na nim dłoń, by dodać jej otuchy i pokazać swoje wsparcie. Cokolwiek by się nie działo, nie chciała stracić jeszcze przyjaciółki. Prawdopodobnie dlatego tak bardzo skrywała przed Krukonką żal i ból związany z rozstaniem. Była dla niej jak siostra i nie chciała w żaden sposób jej skrzywdzić, a tym bardziej stracić.
    - Myślę, że czas nie ma tutaj większego znaczenia, Av- szepnęła po chwili spoglądając niepewnie na pannę Moore. - Na pewne rzeczy nie mamy wpływu, ale…- stanęła naprzeciwko dziewczyny chwytając jej obie dłonie. - damy sobie radę, razem. Nie możemy się poddawać. Życie mamy tylko jedno i nie zmarnujemy go na smutki- szepnęła uśmiechając się pokrzepiająco do przyjaciółki.
    Na wzmiankę o znajomym Gryfonie Elody uśmiechnęła się szeroko i przybiła piątkę z Krukonką.
    - Zuch dziewczyna. Tak podejrzewałam, ale wolałam się upewnić- puściła do niej oczko i wzruszyła ramionami dumna ze swojej trafnej analizy.
    Kiedy chłopak wszedł do kuchni, a panna Harrison schowała się między szafkami, miała nadzieję, że uda jej się stąd wyjść bez zbędnych rozmów czy wykrętów. Nie miała ochoty na randki, a tym bardziej nie z Puchonem, który pomimo tego, że nie wyglądał najgorzej i z oczu dobrze mu patrzyło, nie grzeszył inteligencją. Spojrzała błagalnie na Avalon i powoli, cały czas przykucnięta, kierowała się w kierunku wyjścia z kuchni. Była już niedaleko, jednak chłopak stał vis-a-vis wyjścia i z pewnością by ją zauważył. Czekała na odpowiedni moment przysłuchując się niezręcznej rozmowie przyjaciółki z nietrafionym adoratorem, co rusz powstrzymując śmiech. Po dłuższej chwili wyjęła różdżkę i wycelowała w nią w kierunku przeciwległego końca kuchni. Nagle rozległ się huk spadających na podłogę garnków, a Elody korzystając z okazji, czmychnęła przez wyjście i pobiegła dalej chowając się za najbliższym zakrętem. Odetchnęła z ulgą odgarniając niesforny kosmyk włosów za ucho i spojrzała za siebie wyczekując Avalon. Miała tylko nadzieję, że Puchon nie znalazł kolejnego obiektu westchnień przenosząc swoje zainteresowanie na dziewczynę o srebrnych włosach, bo biedna panna Moore nigdy z kuchni nie wyjdzie. Jednakże już po niedługiej chwili Krukonce udało się jakoś wykaraskać. Blondynka chwyciła dziewczynę za nadgarstek delikatnie ciągnąc w swoją stronę.
    - Jesteś wielka, dziękuję- powiedziała z wyraźną ulgą. - Co powiesz na małe odstresowanie się? Takie dziewczyńskie popołudnie w salonie Odett?- zapytała patrząc wymownie na przyjaciółkę. Kilka dni temu otworzył się w Hogsmead sklep z szatami dla czarownic. Można było tam znaleźć różne fantazyjne przebrania jak i szaty na co dzień. Elody jeszcze tam nie była, niemniej jednak mogła zapowiadać się całkiem ciekawa zabawa.

    OdpowiedzUsuń
  27. Dziękuję za miłe powitanie. ;)) Fani to zdecydowanie to, czego Iwan potrzebuje w duuuużych ilościach. Muszę przyznać, że Avalon jest naprawdę śliczna. Kombinujemy coś? Bo ja za wątkiem to jestem jak najbardziej. ;)

    Iwan Krum

    OdpowiedzUsuń
  28. [Jejku, tak szczerze, to zabrakło mi ostatnio pomysłów. :< Więc sama nie wiem, do której postaci się zgłosić... Jakbyś może Ty coś miała, to pisz ;)]
    Rose

    OdpowiedzUsuń
  29. [Dziękuję za miłe słowa odnośnie karty oraz witam również :) Długo myślałam nad postacią Beletha.
    Zainteresowała mnie Avalon :) Wątki męsko-męskie mi nie idą :P]

    Beleth Yukimura

    OdpowiedzUsuń
  30. [W zasadzie wszystko mi jedno, jak wpadniesz na jakikolwiek pomysł to pisz po prostu :D]
    Rose

    OdpowiedzUsuń
  31. [Jestem jak najbardziej za pozytywnymi relacjami, bo Azjaci muszą trzymać się razem, prawda? :)
    Bardzo chętnie zobaczę jej zirytowanie, Beleth będzie jej mówił, że uroczo się wścieka :D]

    Beleth Yukimura

    OdpowiedzUsuń
  32. [Nie ma problemu, ale raczej zrobię to jak wrócę z pracy w godzinach wieczornych, bo też muszem wstawać :)]

    Beleth Yukimura

    OdpowiedzUsuń
  33. Dzień jak codzień. Beleth zawsze spóźniał się na lekcje, bo spał jak zabity po nocnym dyżurze, ale w sumie to nieważne co robił wieczorami to i tak spał do południa prawie. Na szczęście nadążał za materiałem, bo inaczej plany o byciu aurorem szlag jasny by trafił.
    Akurat zaczynały się zajęcia z Obrony przed Czarną Magią, więc w sumie niedużo się spóźnił, ale i tak zostanie mu to wygarnięte przez Avalon, która zawsze miała problem z jego spóźnianiem.
    Wszedł do Sali jak gdyby nigdy nic, czując na sobie wzrok niektórych uczniów oraz profesora, ale ten kontynuował zajęcia pomimo niespodziewanego wtargnięcia.
    Usiadł sobie obok panienki Moore, bo miała koło siebie wolne miejsce i zaczął wyciągać rzeczy potrzebne na zajęcia.
    - Wiem, wiem. - uprzedził ją zanim zacznie go pouczać, że powinno się być punktualnym i tym podobne, ale i tak to usłyszy po lekcjach.

    Beleth Yukimura

    OdpowiedzUsuń
  34. Nie należał do wciąż powiększającego się grona hogwarckich mrocznych nastolatków, którzy po nocach, odrzuciwszy sen w bezpiecznym dormitorium, rozbijali się po zamkowych korytarzach, szukając zadań odpowiednich dla ich czarnych dusz. Jacca podśmiewał się z rówieśników czy uczniów młodszych, którzy kreowali się na tak przesiąkniętych złem, że Voldemort zdawał się przy nich puchatym króliczkiem, ale wiedział przecież, że zdarzali się i tacy, którzy mieli rzeczywisty problem z bezsennością – im współczuł, a tych, którzy po prostu woleli tryb nocny, rozumiał, ale też podkpiwał z grup, co do których członków miał podejrzenie, że by podtrzymać image jedynie udają, że nie śpią, a tak naprawdę zaszywają się w jakimś przytulnym schowku na miotły i mile pochrapując, spędzają noce.

    Jacca spał. Nie zawsze, nie każdej nocy, szczególnie w siódmej klasie, szczególnie w drugim semestrze, kiedy profesorowie postanawiali biednych uczniaków zasypać nawałem prac domowych i testów, do których należało się przygotować, a przecież na głowie, prócz nauki, każdy miał inne obowiązki. Czasami więc należało z czegoś zrezygnować – niektórzy na jakiś czas odstawiali życie towarzyskie, ale Jacca nie był takim desperatem i wolał zarwać kilka nocek niż bezpowrotnie utracić cenne godziny poświęcone różnego rodzaju rozrywkom. Ale sypiał, nawet chętnie, bo ostatecznie przytulenie głowy do wygodnej poduszki i pozwolenie, by leniwe macki snu rozpanoszyły się w umyśle, było miłym doznaniem.

    Szkoda tylko, że czasami to doznanie było zaburzane przez czynniki, które, zdaniem Jakki, nie miała prawa istnieć. A już na pewno nie nocy, której Krukon od tak dawna wyczekiwał. Ostatnie tygodnie miał bardzo zapracowane, co było wynikiem między innymi szalonych pomysłów nauczycieli, którzy w podobnym czasie, jakby ich jedna osoba zaprogramowała, postanowili urządzić swoim wychowankom poligon naukowy. Taki intelektualny maraton był wycieńczający, więc kiedy się zakończył (a właściwie nie – koniec mógł nastąpić dopiero po owutemach, na razie pojawiła się mała przerwa), Jacca z ulgą odkrył, że wreszcie będzie mógł się porządnie wyspać. Położyć się bardzo wcześnie i bardzo późno wstać. Co może być lepszego?

    Bardzo wiele rzeczy, ale taki sen też nie jest zły. Na pewno lepszy od nocnych hałasów, których nie sposób zignorować. Jednak jakimś cudem głośne dźwięki dochodzące z Pokoju Wspólnego nie doszły do uszu współlokatorów Jakki, a jego obudziły. Przez chwilę leżał w łóżku, kręcił się i szukał wygodnej pozycji, a także udawał, że nie słyszy niczego oprócz miarowych oddechów kolegów, ale wreszcie się poddał i wyskoczył z łóżka. Nawet nie przejmował się szukaniem jakichś butów, złapał tylko różdżkę i na bosaka wyszedł z dormitorium.

    Wyszeptał zaklęcie i różdżką oświetlał sobie drogę, żeby nie stoczyć się ze schodów, a potem, kiedy bezpiecznie stanął już na puchatym dywanie nieopodal kominka, salon Krukonów i w skupieniu poszukiwał źródła hałasu. Zamiast je odkryć, natknął się na Avalon Moore, dziewczynę z roku niżej, którą znał z widzenia, imienia i nazwiska, a także kilkudziesięciu słów, które udało im się wymienić w ciągu niecałych sześciu lat spędzonych w jednym domu. Właściwie to ona się na niego natknęła. Kiedy zapytała o hałas, trochę mu ulżyło. Już powoli zaczynał się obawiać, że coś złego się z nim działo i tylko sobie te dźwięki wyobraził – bo dlaczego nikt inny nie reagował? – ale skoro dołączył do niego ktoś jeszcze, to znaczyło, że nie był wariatem.

    Albo oboje nimi byli, istniała taka możliwość. Ale przynajmniej we dwoje raźniej.

    – Nie – odparł krótko, wzruszając ramionami. – Też coś słyszałem, ale ucichło, więc może... Czekaj! – umilkł nagle i przyłożył palec do ust, jakby znowu chodził do przedszkola. Kiedy na powrót nastała cisza, dało się usłyszeć jakiegoś dziwnego rodzaju stukanie i pocharkiwania. – Czy... czy to dochodzi z kominka? – zapytał, zniżywszy głos do szeptu.

    Jacca Radley

    OdpowiedzUsuń
  35. Za oknem zamku panował iście czarujący, śnieżny krajobraz. Wielu uczniów i uczennic zbierało się przy wielkich okiennicach, wpatrując się w ten urokliwy, zimowy widok. Biały puch znajdował się wszędzie. Począwszy od drzew, gałęzi pozbawionych od dawna liści, dachów, błonia i dziedzińce. Lód już dawno skuł wody jeziora, tworząc tym samym wzorowe lodowisko. Dotarcie do Sowiarni stanowiło nie lada wyczyn. W tym roku wyjątkowo dochodziło do sytuacji odwoływania zajęć w przypadku, których wymagane było przedarcie się przez hałdy śniegu i zasp. Tyczyło się to Zielarstwa, Opieki nad Magicznymi Stworzeniami czy lekcji Latania dla najmłodszych adeptów. Odwołanie takich zajęć w ogóle Arsellusowi nie przeszkadzało. Miał wtedy szansę na zdrzemnięcie się w dormitorium lub Pokoju Wspólnym Ślizgonów, aby odespać zarwane noce na wertowaniu grubych tomisk w Dziale Ksiąg Zakazanych. Zdarzało mu się również poświęcać ten czas na rozmyślenia w kwestiach KZWP, którego był przewodniczącym. Co więcej – wszelkie nielegalne akcje musiały być dobrze przemyślane, aby nikt przypadkiem lub nieszczęśliwym zbiegiem okoliczności . Bywał chorobliwie ambitny, szczególnie jeśli coś tak wchodziło mu w krew jak zaklęcia i uroki. Poza tym najmłodszy Langhorne uwielbiał zimę. Może dlatego, że urodził się w takim właśnie okresie, ale zabawy na śniegu wyraźnie odcisnęły się w jego pamięci. Uwielbiał niskie temperatury – znacznie gorzej znosił upały i w takich przypadkach najchętniej zmieniłby się w jedną, wielką kostkę lodu – tak samo jak mróz trzymający tę fantazyjną biel w ryzach. Potrafił doceniać ten czas równie mocno, co przedstawiciele pierwszego i drugiego roku.
    Tym razem Grudniowy namówił swojego przyjaciela, choć może braciszka z wyboru – Quentina Brentwooda – na zerwanie się z zajęć, a Tin na to przystanął. W pierwotnym zamyśle mieli skierować się do Pokoju Wspólnego Ślizgonów, skąd mieli bezpiecznie i niezauważenie przemknąć przez zamkowe przejścia do siedziby KZWP z butelką świeżego i uderzającego do głowy ślizgońskiego bimbru. Arsellus miał tendencję do raczenia się alkoholem z osobami, którym ufał najbardziej. Do takiego wąskiego grona zaliczał się Duncan, oczywiście, kiedy jeszcze ze sobą rozmawiali i nie patrzyli na siebie jak na potencjalnych wrogów, Tin i Scorp. W KZWP działo się wiele rzeczy. Częściej zwyczajnie nielegalnych. Włącznie ze smakowaniem najróżniejszych trunków, pojedynków magicznych, zakładów czy jeżdżeniem na teastralach. Po drodze do Pokoju Wspólnego natknęli się na jakieś Puchona, o dziwo, takiego bardzo wrogo nastawionego. Wyglądał jakby właśnie wrócił z ciężkiej bitwy albo ktoś wyciął mu wredny żart, gdzie całą grupą sprytnie i bezlitośnie natarto go śniegiem. Puszek miał bowiem mokre, zlepione kosmyki, czerwoną od mrozu twarz i wilgotne szaty. W tamtej chwili Grudniowy wiedział, gdzie koniecznie musi się udać z Brentwoodem. Namówienie go na bitwę na śnieżki? Łatwizna – Quentin nigdy nie odpuści sobie możliwości rywalizacji z Arsem czy walki w ramię w ramię przeciwko przedstawicielom innym Domów. Zdarzało im się walczyć, kiedy to zazwyczaj chodziło o jego wstrętnego kocura, który rzucał się na ukochaną kotkę Arsa – Lukrecję. Potrafili od czasu do czasu strzelić sobie po gębie lub walczyć na podłodze Pokoju Wspólego, ale nawet te krótkotrwałe, choć ostre niesnaski nie były w stanie ich podzielić. Po wszystkim na zgodę spożywali alkohol i po kilku głębszych zapominali o tym o co się właściwie kłócili (szkoda, że tak łatwo nie było z Duncanem), a oni w dalszym ciągu traktowali się jak bracia, którzy dzielą się sekretami. Jeśli o nich mowa… Cóż, Brentwood wiedział od dawna kto wpadł w oko Arsowi i czasami Grudniowy żałował, że ten głupek się o tym dowiedział. Robił głupie miny, rzucał znaczące spojrzenia i nie darował sobie tekstów na ten temat.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Na dworze od dawna panowała śnieżna wojna, a białe pociski latały wszędzie. Arsellus jednak od razu uśmiechnął się szeroko, zawiązując ciaśniej szalik z herbem węża. Quentin szturchnął go w ramię, a po wymianie spojrzeń dołączyli do walczących. Mróz dawał o sobie znać, a para wydychanego powietrza przypominała o niskich temperaturach. Podczas całej zabawy nie były jednak one aż tak odczuwalne. Uczestnicy zabawy i bitwy śnieżnej czerpali z tego niemałą satysfakcję. Ars zamachnął się, a jego kulka trafiła w twarz jakiegoś piątoklasistę od Puchonów. Nie, żeby cele Grudniowego były upatrzone ze względu na jego niechęć do Borsuków, skądże! Zaczął się śmiać, a przynajmniej do czasu aż nie dostał całkiem ładnie wymierzoną kulkę w ramię. Zerknął w bok i mignęły mu srebrne włosy, a wtedy ten kretyn – Quentin uwiesił się na jego ramieniu, podrzucając w ręce gotową kulkę śniegu.
      – Zakład, że do niej nie podejdziesz? – rzucił wyzywającym tonem wybrany brat, Brentwood. Uśmiechał się złośliwie, zupełnie zapominając o bitwie.
      – Taa? – odparł przeciągle Arsellus, patrząc na Tina z lekceważeniem. – To patrz, Brentwood. – mruknął, mrużąc przy okazji oczy. Strącił jego ramię i ruszył przez śnieg za dziewczyną.
      Żwawe przedarcie się przez pokrywę śnieżną nie należało do najłatwiejszych zadań, z którymi przeszło mu się zmierzyć, a przynajmniej w takim tempie, aby właścicielka srebrnych włosów zniknęła mu z pola widzenia. Zanim Avalon Moore zniknęła w zamku, Arsellus zdążył jeszcze przekazać na migi znak pokoju skierowany do swego przyjaciela w postaci środkowego palca, kiedy to dosłyszał jego głupkowaty śmiech. Na szczęście chwilę potem wilczek dostał kulką w twarz i od razu odechciało mu się śmieszkowania. Arsellus tego już jednak nie zobaczyłby, a pewnie poczułby się usatysfakcjonowany, mimo że w karmę jako taką nie wierzył. Wszedł szybkim krokiem do zamku, by dogonić srebrnowłosą dziewczynę, którą znał kiedyś o wiele lepiej niż dzisiaj...
      – Hej, Avalon – zaczął, chwytając ją za ramię i zatrzymując, żeby mu czasem nie umknęła. – Możemy się przejść? Chyba za zostanie twoim celem jesteś mi to winna. – zaproponował z lekkim uśmiechem, wzruszając przy tym lekko ramionami.


      [Przybywam wreszcie z pełnym odpisem! :D]

      Arsellus Langhorne

      Usuń
  36. - No dobrze, skoro jest taki wyjątkowy, to możemy po niego iść. - zaśmiał się cicho z jej zachwytu nad kwiatem.
    Oczywiście doskonale wiedział, że Avalon się waha i szanse na to, że tej nocy odważy się wejść do Lasu są... pół na pół. Pewnie z jednej strony pragnęła znaleźć kwiat, i nie chciała wyjść przed Jamesem na tchórza, ale z drugiej strony wewnątrz trzęsła się jak osika i bała tego, co może czychać na nich wśród drzew. Chyba znał ją zbyt dobrze. Ale nie odezwał się ani słowem, dopóki nie dotarli niemal na skraj Lasu. Można powiedzieć, że testował jej odwagę. Był ciekaw, jak daleko Avalon się posunie. Jak do tej pory to była chyba ich najniebezpieczniejsza wyprawa. Zakazany Las w pełnię - ktoś mógłby pomyśleć: szaleństwo. Ale dla kogóż są szaleństwa, jeśli nie dla szaleńców? I ich przyjaciółek, które chcą ryzykować życie dla kwiatka?
    - No dobra, widzę, że się boisz. - szturchnął ją w ramię, przystając na chwilę. - Nie martw się, obronię cię, jakbyś sama nie mogła. Jest też taka możliwość, że zaczniesz krzyczeć tak głośno, że spłoszysz wszystko i będziemy mieli wolną drogę. To jest opcja. W sumie byłoby to nam na rękę.
    Przyjrzał się dokładniej ciemności, w którą mieli zamiar się zapuścić. Miał wielką ochotę na wejście do Lasu. Ale nie był pewien, czy Avalon się na to zdecyduje. Chociaż znał ją dość dobrze i wiedział, że musiałaby się naprawdę bardzo bać, żeby zrezygnować.
    - Jesteś pewna? Zawsze mogę ci narysować kwiatka.
    Jego usta rozciągnęły się w szerokim uśmiechu. Widział w jej oczach, że decyzja zapadła. Czekał tylko na potwierdzenie i wtedy mogli rozpocząć przygodę.

    James

    OdpowiedzUsuń
  37. Jemma miała podobnie. Potrzebowała świeżego oddechu w towarzystwie kogoś, kto nie wiedział, że dziewczyna wariuje na punkcie swojego najlepszego przyjaciela. Wszystkie bliższe jej koleżanki i koledzy wiedzieli przynajmniej, że coś jest na rzeczy, posyłając w jej stronę dwuznaczne spojrzenia, gdy przebywała z chłopakiem. Już wtedy Simmons czuła się nieswojo, bo wywierało to na niej pewną presję, jakby wszyscy oczekiwali, że w tej sprawie w końcu coś się ruszy i będzie miała ona swój szczęśliwy koniec. Ona jednak szczerze wątpiła w to, aby tak miało być. Gorzej jednak było z bliższymi jej osobami. Lucy nigdy nie mówiła tego wprost, ale Krukonka wiedziała, że Puchonka po cichu im obu kibicuje, chociaż sytuacja była z góry skazana na porażkę. Tak właściwie wszyscy wiedzieli o uczuciu Simmons do Lysandra, oprócz niego samego, za co dziękowała losowi. Chłopak za bardzo bujał w obłokach, aby cokolwiek zauważyć.
    Właśnie dlatego rozmowa z Avalon była dla Jemmy niczym zbawienie. Wtedy nie czuła się tak, jakby ktoś oczekiwał, że ona zrobi coś, w jakiejś sprawie, bo między nimi tej sprawy nie było. Nie musiała o tym myśleć i nie musiała się przejmować, a co najważniejsze, chociaż na chwilę mogła o tym zapomnieć. Śmiało mogła nazwać te kilka chwil stanem błogosławieństwa.
    Następnego dnia obudziła się wcześnie, jak za każdym razem. Wyznawała zasadę, że lepiej nie tracić cennego dnia, dlatego jej zegar biologiczny był ustawiony na godzinę przynajmniej wpół do szóstej nad ranem. Szybko przetransportowała się do łazienki wraz z najbardziej potrzebnymi rzeczami, przygotowując się na zajęcia. Na szczęście nie miała dzisiaj żadnych sprawdzianów umiejętności, a na możliwe niezapowiedziane kartkówki lub odpytywanie była przygotowana, więc nie przejmowała się niczym, przynajmniej niczym związanym z zajęciami, bo jeśli chodziło o sprawy osobiste, to jednak sytuacja miała się nieco gorzej. Po porannej toalecie Jemma zeszła na śniadanie, a potem ruszyła na lekcje.
    Gdy zajęła się sprawami, które musiała zrobić po zajęciach, była już wolna i w końcu mogła wybrać się na obiecane przez Avalon ciastko i coś ciepłego do picia. Był luty, zima powoli się kończyła, warto było się nią jeszcze trochę nacieszyć. Dziarskim krokiem i z uśmiechem na ustach ruszyła do Hogsmeade, gdzie udzielił jej się zimowy klimat. Kiedy znalazła się w kawiarence przy Trzech Miotłach, o której mówiła Moore, zajęła jeden ze stolików przy oknie, chcąc podziwiać wioskę, która o tej porze była naprawdę przepiękna. Jemma widziała ją w tej formie niejednokrotnie, ale zawsze reagowała na ten widok z takim samym entuzjazmem, jak za pierwszym razem.

    Jemma Simmons

    OdpowiedzUsuń
  38. Rozumiał, że nie chciała mu o wszystkim mówić - on natomiast nie chciał na siłę wydostać z niej wszystkich szczegółowych wiadomości. Samo to, że postanowiła się podzielić z nim czymkolwiek, była już dużym krokiem w przód.
    Uważnie ją słuchał, kiedy próbowała cokolwiek powiedzieć, jednak szybko urywała tłumacząc to wszystko dość chaotycznie. Zrozumiał, że musiała pominąć kilka ważnych kwestii o których albo nie chciała mówić, albo bała się mówić.
    Biorąc pod uwagę jej charakter, nie zdziwił się, kiedy wszystkimi złymi wydarzeniami obwiniała tylko i wyłącznie siebie. Była osobą zupełnie podległą, dlatego nie zamierzał jej tłumaczyć, że to nie jej wina - Avalon w głębi duszy dobrze o tym wiedziała.
    - Uderzył cię... - powtórzył, kiwając głową. Szczerze? Gdyby spotkał tego człowieka z pewnością nauczyłby go rozsądku, ale nie chciał robić żadnych głupot, które mogłyby jeszcze bardziej zaszkodzić Krukonce. I tak dosadnie przeżywała to, co wydarzyło się w tegoroczne święta.
    - Moje minęły całkiem spokojnie - odparł krótko, skupiając się na głównym celu, w którym srebrnowłosa go odwiedziła.
    - Możesz powiedzieć, czego chcą. Tutaj nikt cię nie usłyszy prócz mnie, Runa i Faust nie zrozumieją, nawet nie słuchają - zapewnił ją spokojnie i upił łyk ciepłego wywaru - Nie podoba mi się to, że twój ojciec podniósł na ciebie rękę, Avalon - zaczął z głębokim westchnięciem, tak, jakby skrył gdzieś w sobie nutę zdenerwowania tą sytuacją - Ale nie musisz się bać, że zrobię jakąś głupotę, przez którą możesz mieć problemy - powiedziawszy, poprawił nieco pozycję na sofie.
    Domyślał się, że jej ojciec wydał rozkaz, na który Avalon się najzwyczajniej w świecie nie zgodziła. Ale mogło to być związane ze wszystkim - z nauką, z miejscem zamieszkania, z doborem odpowiednich znajomych. Ojcowie należeli do grupy kierujących osób, dlatego to ich zdanie liczyło się najbardziej. Co prawda, nie wiedział jak jest w krajach dalekiego wschodu, ale z teorii wnioskował, że może być podobnie albo i gorzej.
    Zależało mu na tym, by powiedziała mu najważniejszą kwestię, którą pominęła - to ona była sednem całej tej zaistniałej sytuacji.

    W porządku. Ty prowadzisz kilka postaci, więc jest to do zrozumienia :D Zresztą, nie przeszkadza mi to :)

    Vladimir Karkarow

    OdpowiedzUsuń
  39. [Nic na siłę! Możemy pomyśleć do końca weekendu i wtedy stwierdzimy, czy mamy coś w zanadrzu, czy rezygnujemy :)]
    Russ

    OdpowiedzUsuń
  40. Jako czarownica półkrwi wiedziała wiele na temat życia mugoli, bo przecież tak właśnie żyła, dopóki nie dostała listu z Hogwartu. Oprócz kilku znaczących wypadków, kiedy działy się wokół niej dziwne rzeczy, wiodła całkiem normalną egzystencję, a magia istniała dla niej tylko w bajkach, bo ojciec nie od razu powiedział jej, kim jest naprawdę. Brzmiało to trochę groźnie, ale w rzeczywistości tak nie było. Całą tą świadomość przyjęła bardzo spokojnie, bo przecież dla jedenastoletniego dziecka nie było to aż takim szokiem, że wszystkie te rzeczy, o których czytała jej mama, są prawdziwe, wręcz przeciwnie, cieszyła się z tego powodu, przecież właśnie otworzyły się jej drzwi do zupełnie nowego świata! Jak mogła nie być zadowolona? Dziwiła się tylko, bo w tym nowym świecie nie było jej brata, czego mała Jemma nie umiała zrozumieć. Ojciec wytłumaczył jej, że Leo nie jest taki, jak oni, ale nie ma w tym nic złego. Możliwe, że chłopakowi było z tego powodu przykro, ale nawet jeśli go to bolało, nigdy tego nie okazywał, bo ojciec zawsze starał się traktować swoje dzieci w ten sam sposób, nie faworyzując jednego czy drugiego. Simmons wychowywała się więc w domu, w którym świat mugoli i czarodziejów splatały się ze sobą, współgrały i godziły się, nie przeszkadzając sobie wzajemnie. Jemma została wychowana w szacunku do każdego innego czarodzieja, nieważne czy czystej, czy brudnej krwi, a także do mugoli, którzy nie posiadali magicznych zdolności. W dodatku poznała oba te światy, co sprawiało, że z każdego trochę wynosiła. Dlatego dla niektórych czarodziei czystej krwi, była jeszcze dziwniejsza niż dla tych, którzy wiedzieli co nieco o zwyczajach mugoli. Poza tym uważała, że nie wszystkie rzeczy tak bardzo się różniły. Przecież ciastka wiśniowe smakowały tak samo tutaj, jak i w przytulnej kawiarence, do której Jemma chodziła, kiedy wracała na wakacje do domu. Dlatego zamówiła jedno, pamiętając ich wspaniały smak, nie mówiąc o gorącej czekoladzie, którą uwielbiała.
    Kiedy zobaczyła Avalon, uśmiechnęła się lekko na jej widok. Cieszyła się, bo dziewczyna wyglądała lepiej niż wczoraj, gdy mówiła jej o swoich obawach. Dobrze było widzieć ją taką, a każdy uśmiech drugiego człowieka sprawiał, że Simmons także miała ochotę się uśmiechać.
    – Och, cześć! – przywitała się, nieco zaskoczona tym nietypowym powitaniem. Jednak Krukonka jako znawca świata, wiedziała co to określenie znaczy, dzięki czemu nie zrobiła z siebie idiotki. – Nie narzekam, nie spotkało mnie nic nieprzyjemnego. A co u ciebie? Jakieś plany na jutrzejszy dzień? – spytała, oczywiście nie bez powodu. Przecież już jutro były walentynki, czyli wcale nie byle jaki dzień!

    Jemma Simmons

    OdpowiedzUsuń
  41. Nie wiedział, co naprawdę się wydarzyło u nich w domu, podczas świątecznej wizyty. Jednak głos Avalon zdradzał mu nawet to, o czym nie chciała mówić - chcąc usprawiedliwić zachowanie ojca, uznała że ten nie uderzyłby jej po raz drugi. Dlaczego więc prawda była inna?
    Zakrztusił się nieco herbatą, kiedy Krukonka powiedziała mu o przymusowych zaślubinach. Sądził, że tego typu sprawy już dawno zostały pochowane w kartach historii - jak widać, na dalekim wschodzie wciąż miały rację bytu. I to go dziwiło. Jak można w ten sposób wyrządzić drugiej osobie aż taką krzywdę? Czy pieniądze naprawdę w dwudziestym pierwszym dają większe szczęście, niż prawdziwe, głębokie uczucie? Może po prostu taka bywała tam tradycja, może to coś normalnego - ale sądząc po minie Avalon, nie bardzo.
    - Jak to? Dlaczego chcą zmusić Cię do związku z kimś, do kogo nic nie czujesz? - podniósł ręce ku górze. Naprawdę nie był w stanie w to uwierzyć - Nie liczy się dla nich Twoje dobro? - zapytał, właściwie nie oczekując żadnej odpowiedzi, gdyż znał ją już dokładnie.
    Pokiwał głową i popił herbatę. Teraz zaczynał rozumieć zaistniałą sytuację.
    - Czyli postawiłaś się ojcu w tej sprawie, dlatego Cię uderzył - skwitował, przyglądając się srebrnowłosej - I zrobiłby to jeszcze raz, gdyby coś mu nie przeszkodziło, prawda?
    Karkarow był wychowany zupełnie inaczej. U niego w rodzinie zbrodnią było podniesienie ręki na kobietę - jeśli tak się działo, w najbliższym czasie ktoś tak czy siak umierał. Ojciec Vladimira został zamordowany, krótko przed tym, w jego domu dochodziło do rękoczynów. Vladimir był za młody, by postawić się ojcu, ale gdy umarła jego matka, znienawidził go tak bardzo, że życzył mu najgorszej śmierci na świecie. I stało się.
    Wcale tego nie żałował - nie można żałować złych ludzi.

    Vladimir Karkarow

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. W porządku. Wolę dostać luźny odpis, a nie napisany z przymusu. Dlatego czekanie mnie nie denerwuje :D

      Usuń
  42. Od czasu obiadu Jemma zdążyła już zgłodnieć, dlatego nic dziwnego, że z pewną dozą niecierpliwości oczekiwała na swoje zamówienie. Oczami wyobraźni widziała, jak mężczyzna lub kobieta stawia przed nią pyszne ciasto i kubek z gorącym napojem, a ona w końcu może zatopić się w ich przepysznym smaku, oddać się mu bezgranicznie. Trochę dziwnie było mówić czy myśleć w ten sposób o jedzeniu, ale Simmons uwielbiała wszelkiego rodzaju słodkości i była pewna, że w następnym życiu stanie się słodką, okrąglutką babeczką posypaną kolorowym lukrem. Taka forma byłaby dla niej spełnieniem marzeń, chociaż brzmiało to trochę irracjonalnie. W każdym razie nie miała nic przeciwko, nawet gdyby ktoś przez przypadek zmieniłby ją w taką babeczkę. Simmons zastanawiała się czy istnieje takie zaklęcie. Hm. Jeśli nie, to może wypadałoby podjąć się stworzenia takiego? Świat byłby o wiele piękniejszy, gdyby było na nim więcej słodkich babeczek!
    – To świetnie! – odparła, słysząc o udanym dniu dziewczyny. To sprawiło, że humor Krukonki także się poprawił, więc emanowała jeszcze większą pozytywną energią. – Dzień jak co dzień, tylko nie kończy się siedzeniem nad jakąś książką, jak to bywa zazwyczaj w swoim przypadku – zaśmiała się cicho, a jej oczy zaświeciły się, gdy otrzymały swoje zamówienia. Tak właściwie nie wiedziała, do czego zabrać się najpierw, bo zarówno ciastko, jak i gorąca czekolada były kuszącymi propozycjami, dlatego siedziała przez chwilę nieruchomo, wpatrując się w obie te rzeczy. W końcu jednak wygrało ciastko, bo czekolada wydawała się jeszcze zbyt gorąca, aby móc ją pić.
    – Ojej, naprawdę? – widać było, że Simmons cieszy się z tego powodu, nieważne z kim Avalon wychodziła. Uśmiech na jej twarzy stał się nieco szerszy niż poprzednio. - Bardzo się cieszę – dodała jeszcze, po czym zjadła kawałek pysznego ciastka. Było tak pyszne, że aż szkoda było je jeść. – Ja? Nie, ja… z nikim nie wychodzę – odparła, pozwalając na to, aby uśmiech zniknął na moment z jej oblicza. Przypomniała sobie bowiem o tej małej tragedii, którą była dla niej nieodwzajemniona miłość. – Ale na pewno w bibliotece znajdzie się jakaś ciekawa książka do przeczytania – wzruszyła ramionami, powracając do radosnego stanu ducha sprzed chwili. – Jeju, to ciastko jest przepyszne. Mogłabym jeść, jeść i jeść. Niewielu o tym mówię, ale jestem małym żarłokiem – to ostatnie wyszeptała, puszczając moment później oczko do swojej koleżanki. – A tak w ogóle to słyszałaś, że jutro ma działać jakaś poczta walentynkowa? Niesłychane! Ciekawa jestem, jak to będzie wyglądać.

    Jemma Simmons

    OdpowiedzUsuń
  43. Nie był pewien, czy uczucie, które aktualnie mu towarzyszyło, można było nazwać strachem. Jacca nie był niezwykle odważnym człowiekiem, któremu wielu zazdrościłoby niewyobrażalnego wręcz męstwa, ale z drugiej strony nie był też jednym z tych biednych, przewrażliwionych ludzi, którzy atakiem paniki reagowali na widok własnego cienia. Poza tym, pomimo sporych pokładów emocjonalności i tego, że czasami bardziej niż rozumem kierował się uczuciami, drzemała w nim jakaś doza racjonalności, która nierzadko determinowała jego zachowanie. Podejrzane hałasy w Pokoju Wspólnym były niepokojące – ale nie aż tak, by pozwolenie sobie na histerie było uzasadnione. Ostatecznie znajdowali się w Hogwarcie, który ponoć był jednym z najbezpieczniejszych miejsc na świecie (chociaż przypadek Pottera mógł to bezpieczeństwo kwestionować – ale to były inne czasy!), więc co naprawdę złego mogło się tutaj dziać? Z kominka miałby wyskoczyć pies z trojgiem głów, dementor czy może zbiegły z Azkabanu psychopatyczny więzień? Wolne żarty!

    Racjonalne myślenie było przydatne też w innych aspektach. Jacca jednak był malarzem, a w parze z artystycznym zdolnościami szła rozwinięta wyobraźnia, która zaczęła podsuwać mroczne scenariusze już w momencie, gdy Krukon jeszcze nie wyskoczył z łóżka. Mógłby zostać w pościeli i pozwolić, by fantazja się rozszalała, podsyłając coraz to straszniejsze wizje, które nie doprowadziłyby do niczego dobrego, ale zamiast tego zdecydował się na inny rodzaj aktywności. Dlatego nie został w dormitorium, nie karmił strachu, tylko powędrował do salonu, aby sprawdzić, co się dzieje, a następnie rozwiązać ewentualny problem. Trzymana w ręce różdżka dodawała pewności siebie, towarzystwo Avalon także – we dwoje zawsze to raźniej, poza tym wolałby się przed nikim nie zbłaźnić, a w jego mniemaniu mógłby to zrobić na przykład szaloną ucieczką przed potencjalnym zagrożeniem.

    – Nie mam pojęcia – odpowiedział zgodnie z prawdą. Wolałby oczywiście znać prawidłową odpowiedź na pytanie Avalon, niestety nie był wróżką, a jedynie czarodziejem przed owutemami.

    Stanął na rozstawionych nogach, które ugiął lekko w kolanach. Był czujny, w pozycji gotowej do ataku, chociaż miał nadzieję, że jakiekolwiek ofensywne działania nie będą potrzebne. Na wszelki wypadek lepiej było się jednak przygotować, może i spontaniczne, nieprzygotowane akcje były atrakcyjne i ciekawe, ale ostrożni żyli dłużej, a Jacca od nawet najbardziej poetyckiej śmierci wolał prozaiczne życie – przynajmniej w teorii. Czekał. Dźwięki znowu ucichły i kiedy już był gotów dla wygody uznać, że po prostu w Hogwarcie przydałby się kominiarz, bo kominki z zaniedbania zaczynają chrobotać, znajomy hałas znów doszedł do jego uszu.

    Chciał zaproponować Avalon, żeby jedno z nich podeszło do kominka i zaświeciło, a drugie czuwało z tyłu, blisko, żeby w razie czego rzucić zaklęcie ochronne, ale nie zdążył. Krukonka wyprzedziła jego słowa i po prostu podeszła do źródła hałasu, ale już po chwili, kiedy coś spadło na palenisko, wróciła na poprzednie miejsce. Jacca intuicyjnie postąpił krok do przodu, stanął nieco przed Avalon, jakby za chwilę zamierzał ją zasłonić.

    Na kupce popiołu leżało jakieś zawiniątko. Plątanina szmat i ciała jakiegoś stworzenia, z pewnością nie istoty ludzkiej, ale z taką samą pewnością czegoś, co posiadało ręce, a przynajmniej jedną rękę. To coś... albo ten ktoś... ruszało się. Z początku nieznacznie, a potem zaczęło szarpać się konwulsyjnie, jakby próbowało się z czegoś uwolnić. Jacca wpatrywał się w zjawisko z rosnącym przerażeniem i nawet nie potrafił jakkolwiek zareagować. Kiedy po chwili otrząsnął się z wywołanego szokiem i wzrastającym strachem odrętwienia, zaczął powoli zbliżać się do kominka, ale zanim doszedł, rozległ się trzask i zawiniątko zniknęło. Po sekundzie można było usłyszeć dźwięk tłuczonego szkła – to dzban z wodą postawiony na parapecie spadł i potłukł się na małe kawałki. Równocześnie z tym dźwiękiem można było dosłyszeć kolejny trzask.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Jacca rozglądając się wokoło, wciąż nasłuchiwał, ale kiedy przez dłuższą chwilę panowała naturalna dla nocnej pory cisza, odezwał się do Avalon:

      – Znowu nie mam pojęcia, co to było. Ale mam nadzieję, że egzorcyzmy nie będą potrzebne.

      Podszedł do parapetu, z którego przed chwilą spadł dzban. Nie zauważył w pobliżu niczego podejrzanego, więc przyklęknął, by przyjrzeć się uważniej szkłu. Nie dostrzegł śladu, które wskazywałyby na to, że naczynia rozpadło się nie wskutek upadku z wysokości, ale działania jakichś złych mocy.

      – Dlaczego oni nie śpią, dlaczego oni nie śpią?! – zapytał nagle jakiś piskliwy głosik, którego właściciel, sądząc po tonie, był porządnie zirytowany. – Dlaczego oni nie śpią, późna pora, powinni spać, czemu nie śpią, czemu nie śpią?

      Jacca poderwał się na równe nogi i rozejrzał się, ale nie dostrzegł żadnej zmiany ani autora wypowiadanych słów, który wciąż gderał. Radley spojrzał pytająco na Avalon.

      – Halo? Jest tutaj kto? Kto powinien spać? – zapytał, chociaż z idiotyzmu ostatniego pytania zdał sobie sprawę już w chwili jego wymawiania. Nie spali on i Avalon, więc to oni pewnie powinni, zdaniem tajemniczego osobnika, wrócić do łóżek. Nie doczekawszy się odpowiedzi, zwrócił się do jedynej widzialnej prócz niego w tym pomieszczeniu osoby: – Skąd to dochodzi, co się tutaj odwala?

      Jacca Radley
      M. Jacca D. Jakki C. Jacce B. Jaccę N. Jaccą Msc. Jacce W. Jacco (e, może tutaj W.=M., ale co za różnica, pewnie nikt nie zwróci się do niego w wołaczu)

      Usuń
  44. Za każdym razem podejrzewał, że ta sprytna gromada dzieciaków po bitwie na mrozie wracała do bezpiecznych ścian zamku, aby nie tylko się ogrzać, ale i skierować się do kuchni, gdzie skrzaty co rusz podawały im jakieś słodycze czy gorącą czekoladę. Kiedyś miał podobnie, dlatego nie nazywał im łakomczuchami. Bądźmy szczerzy – Arsellus miał to gdzieś. Odkąd wyrósł z podbierania czekoladowych żab Duncana to rzadko kiedy sięgał po cokolwiek słodkiego i nie zamierzał osądzać tych dzieciaków. Można powiedzieć, że Ars wyrósł, o ile tak w ogóle można to nazwać. Teraz preferował smakowanie trunków w zacnym towarzystwie zarówno tych przyjemnie rozgrzewających jak ognista whiskey czy chociażby tych mniej smacznych, ale uderzających do głowy.
    Niemniej jednak czasem dało się Grudniowego namówić na kremowe piwo, a potrafił się wykręcać. Od czasu do czasu Hutchel zaciągał go do Trzech Mioteł, aby kupić im dwa piwa kremowe. Prawda była taka, że handlarz sprawdzonymi w praktyce ściągami wypijał ostatecznie oba. Często zdarzało się, że Ars zrobił łyk, góra dwa. Hutchelowi to jednak w ogóle nie przeszkadzało. Na Merlina to było piwo kremowe! Nie byle jaki towar!
    Kiedy Ars dotarł do wnętrza zamku rzucił tylko oka na dzieciaki, które grupką zbiegały energicznie w stronę lochów. Z ich odzienia i szalików spadały na ziemię kawałki białego puchu, które bardzo szybko topniały. Woźny będzie miał na co narzekać. Machania mopem nigdy dość – milusio.
    Arsellus, poświęcając chwilę na dzieciaki nie zamierzał stracić z oczu srebrnowłosej Avalon. Nie, nie chodziło tutaj tylko o zakład. Już dawno, dawno wpadła w oko. Zdarzało się, że kiedy Ars nie zwrócił nawet uwagi na to, że ich minęła to dostawał za każdym sójkę w bok i nieco ironiczną informację za darmo, dlatego też trudno byłoby, aby panny Moore nie zauważał.
    Zatrzymał dziewczynę bardzo łagodnie. Grudniowy uśmiechnął się mimowolnie szerzej, kiedy zorientował się, że niepewnie zerka. No tak, gdyby był mściwy i naprawdę poczuł się dotknięty śnieżką, która ugodziła w jego ramię, rozpadając się tym samym na małe śnieżne kawałki to wezwałby całą swoją drużynę, aby sprawiedliwości stało się zadość. Do takiego aktu desperacji było Arsowi bardzo daleko, a z ewentualnym wyśmianiem ze strony najbliższych kolegów i przyjaciół potrafił sobie radzić. Roześmiał się dźwięcznie, słysząc jej pierwsze wyjaśnienia.
    – Nie przyszedłem się mścić, jeśli o to chodzi. Nikt nie wyskoczy za chwilę zza rogu z górą śnieżek w rękach. Nie mam za złe trafienia. Nawet jeśli nie byłem celem i nie planuję zaciągnąć cię na mróz. – odpowiedział w miarę wesołym tonem Ars. Pokręcił, jakby dla potwierdzenia głową. Mógł być złośliwy, ale to w przypadku Vlaminga, Brentwooda czy Malfoya. Ich mógł do woli nacierać śniegiem, a Tinowi wrzucać kulki śniegu za kołnierz, by ten rzucając się po ziemi starał się z wszelką cenę jej pozbyć. Nie, podobnego zagrania nigdy w życiu nie urządziłby względem dziewczyny, którą się interesował. Nie wchodziło to w grę.
    Ars przechylił nieco głowę w bok, uważnie ją obserwując. Uniósł trochę brwi ku górze, a na jego twarzy wymalowała się mieszanka niedowierzania i rozbawienia.
    – Chcesz mnie spławić pracą domową? – zapytał, jakby potrzebował potwierdzenia takiego stanu rzeczy. Tak to był chyba pierwszy raz, kiedy prawie, że dostał kosza. – Panno Moore, zaproponowałem tylko spacer. To nic zobowiązującego, naprawdę. – mruknął o wiele bardziej przekonującym tonem, gryząc się w język i darując sobie tym samym wtrącenie tego, że to nie nagłe oświadczyny na środku korytarza. ¬– Wiem, że to może wyglądać dziwnie. Tym bardziej, że znamy się od dziecka, a kontakt gdzieś nam się urwał, ale… och, Avalon, nie każ mi się prosić. – dodał pewnym tonem. Zmarszczył nieco brwi. Coś mu jednak podpowiadało, że nawet jeśli teraz, by mu odmówiła to i tak, by o ten spacer ją ostatecznie poprosił. Nie przyszedł tu na darmo. Tu już nie chodziło tylko o ten zakład i udowodnienie czegoś Tinowi, a o fakt, że była to najlepsza okazja jaką dotąd miał.

    Grudniowy

    OdpowiedzUsuń
  45. [tak bardzo mnie nosi, żeby Ci opowiedzieć, co się stało, a chciałam to zrobić w opowiadaniu, z którego pewnie i tak nic nie wyjdzie... no nic, najwyżej w wątku. :D Lucas jest ojczymem Carrie.
    ogólnie to Laine nie cierpi się zwierzać, bo nie chce mieszać ludzi do swoich problemów, ale to w gruncie rzeczy tylko dzieciak i jak każdemu dzieciakowi może się jej coś wymknąć. powiedzmy, że może Avalon przyuważyłaby podczas śniadania, że Caroline nigdy nie dostaje poczty i mogłaby ją zacząć nieco podpytywać o rodziców, rodzeństwo i tak dalej. mała coś by jej wygadała przypadkiem, no i potem zaczęłaby unikać srebrnowłosej dziewczyny. co Ty na to? :)]

    Caroline Moore.

    OdpowiedzUsuń
  46. Tia z reguły była niemiła.
    Regułę potwierdzają jednak wyjątki, zdarzało jej się więc okazać trochę ciepła osobom, które akurat w danym momencie jej nie denerwowały (bo nie znalazł się jeszcze taki, co chociaż raz nie zadziałał na nerwy Bowen). Problem pojawiał się, gdy ktoś jej okazywał za dużo sympatii; stawała się podejrzliwa, a ciepły ton zbywała przykrymi docinkami, żeby tylko obronić się jakoś przed falą przyjacielskiego nastawienia. Tylko w kilku przypadkach pozwalała sobie na akceptację podobnego zachowania, natomiast nie ufała ludziom ciągle uśmiechniętym, wesołym i skorym do rozmowy z każdym, kogo napotkają na swojej drodze. Nie inaczej sprawa przedstawiała się z Avalon Moore; od zawsze idealna córka, którą to pan Bowen stawiał Puchonce jako wzór, poza rodzicielską kontrolą traciła swój urok dziewczyny z sąsiedztwa i bruździła Tii jak drzazga w oku. Ta wcale nie kryła się z niechęcią do przyszytej koleżanki – odkąd dowiedziała się, że będzie musiała spędzić z nią dwa dni pod jednym dachem, chodziła za matką i próbowała jakoś wymigać się od wyjazdu. Sięgnęła nawet po argument wielkich zaległości z eliksirów do nadrobienia, lecz kobieta nie dała się nabrać, a Bowen wylądowała przy świstoliku (dzięki któremu mieli dostać się do chatki państwa Moore w górach) szybciej, niż pomyślała o następnej wymówce.
    Bardzo niechętnie stawiała kroki na drodze do domku, próbując nie wywrócić się na śliskiej ścieżce pokrytej udeptanym śniegiem. Torba ciążyła jej bardziej niż zwykle, bo przed nią – prócz pięknego krajobrazu – rozciągała się w całej okazałości wizja spędzenia z Avalon najbliższego weekendu. O ile chętniej zostałaby w Hogwarcie, gdzie mogłaby opychać się słodyczami i głaskać nie swoje koty!
    Gdy tylko dotoczyła się, zdyszana, na szczyt całkiem sporego wzniesienia, już z daleka dojrzała srebrne włosy ze szpetnymi, czarnymi odrostami. Uch, już miała dosyć, a co dopiero miało się stać za kilka godzin… pewnie jeszcze dostaną wspólny pokój…
    Schowała się trochę za swoimi rodzicami, mając nadzieję, że nie będzie musiała wysilać się na „cześć”. Oczywiście, ukłoniła się grzecznie państwu Moore, lecz Avalon dziwnie zignorowała. Przynajmniej dopóki matka dyskretnie nie dźgnęła ją w bok.
    – Cześć, Avalon – wypaliła, robiąc niezbyt piękną minę. Skrzywiła się, bo torba dalej była ciężka, a w dodatku wyjazd stał się realnie brzydki i przerażający. Powędrowała za swoimi rodzicami, bo wszyscy troje zostali zaproszeni do środka na herbatę i coś słodkiego, a potem usłyszała od rodziców koleżanki, żeby zostawiła swoje bagaże na piętrze, w pokoju po lewej stronie. Niby Avalon miała jej pomóc w wynoszeniu tobołka, ale zanim ktokolwiek zdążył się zorientować, Tia już była w połowie schodów, z zadziwiającą prędkością pokonując kolejne stopnie. Moore chyba powędrowała za nią.
    Wparowała do pomieszczenia i natychmiast zdjęła kurtkę, a później usadowiła się na łóżku schowanym w kącie. Tak jak podejrzewała – musiały dzielić pomieszczenie. Nic dobrego się nie zapowiadało!

    [ 50 komentarz, yay! :3 ]

    OdpowiedzUsuń
  47. Uśmiechnął się pod nosem, czując jak Avalon ciągnie go delikatnie za sobą, próbując jak najszybciej zniknąć z pola widzenia wszystkich przemierzających w tamtej chwili korytarz uczniów. Doskonale zdawał sobie sprawę z tego, jak bardzo Krukonka nie lubiła zwracać na siebie uwagi, jeśli chodziło o sprawy, które nie miały przynieść jej zbyt dobrej sławy. Doskonale pamiętał wszystkie te chwile, kiedy akurat na jej nieskazitelnie pięknej twarzy pojawiał się szczegół psujący jej idealny obraz i ile musiał się wtedy naskakać, by przekonać ją, iż nikt z otoczenia nie zwróci na niego najmniejszej uwagi. Pamiętał dni, gdy przesiadywali zamknięci w jego dormitorium, pamiętał wszystkie jej humorki, pamiętał jak któregoś dnia, nie chcąc, by ludzie widzieli, że wcześniej płakała, urządziła sobie z nim wyścig do wieży astronomicznej i omal nie rozbiła sobie głowy, potykając się na schodach. Ale pamiętał również bal na zakończenie poprzedniego roku. Jak specjalnie zwolniła kroku, wchodząc do Wielkiej Sali, dumnie unosząc podbródek, sycąc się tymi wszystkimi spojrzeniami. Avalon potrafiła zachwycać i doskonale zdawała sobie z tego sprawę. Nie wiedziała jednak o licznych momentach, kiedy Fredowi wydawała się najpiękniejszą istotą na świecie, mimo że wszyscy inni widząc ją w takich chwilach, odwróciliby wzrok. Myślał o tym, kiedy gładził jej poczochrane włosy, gdy w wakacje w środku nocy budziła się w namiocie wesołej rodzinki Weasley z koszmarów nocnych. Myślał o tym, kiedy całował jej mokre od łez policzki, gdy przychodziła do niego w przerwie między lekcjami, skarżąc się na kolejne nieprzyjemne listy ojca dotyczące ich związku. Myślał o tym, kiedy na niego krzyczała, a on próbował opanować wszystkie nerwy, wpatrując się w uroczą, malutką zmarszczkę złości tworzącą się między jej brwiami. Myślał o tym, kiedy wyprzedzała go, idąc korytarzem na ich ostatnią randkę, nie chcąc, by ktokolwiek widział ich wtedy razem. Myślał o tym. Ale nigdy nie zdążył jej o tym powiedzieć.
    — Czy jestem pewien, że… co?
    Przystanął, czując jak delikatnie ciągnie go za rękaw i odwraca się w jego stronę. Zerknął na nią niepewnym wzrokiem, starając się odgonić od siebie wszystkie niestosowne myśli błąkające mu się po głowie. Z takiej odległości i perspektywy doskonale widział malutkiego pieprzyka na jej prawym ramieniu, nieumiejętnie chowającego się pod rękawem jej sukienki. Musiał powstrzymać falę napływających wspomnień, kiedy to po raz pierwszy dostrzegł ten drobny detal na jej skórze. Kiedy sunął opuszkami palców po jej skórze, powoli ściągając ramiączko. Zamrugał kilkukrotnie, uśmiechając się niewinnie.
    — Avie… Avalon — odchrząknął, ostrożnie dotykając dłonią jej nadgarstka i spoglądając jej w oczy. Był pewien, że ostatnia randka jest jedynym rozwiązaniem, by się z tym wszystkim pożegnać. Wmawiał to sobie od momentu ich ostatniego spotkania i wcześniej nie zamierzał porzucić tej decyzji. Ale jeśli naprawdę wszystko było już skończone, jeśli tym ostatnim spotkaniem mógł doprowadzić ich tylko do jeszcze większego cierpienia…
    Skrzywił się i westchnął ciężko, cofając się o krok i przeczesując włosy wolną dłonią. Spojrzał na nią z cierpieniem wymalowanym na twarzy i zagryzł wargę, przenosząc wzrok na kamienną podłogę. Korytarz powoli pustoszał, ludzie rozchodzili się w poszukiwaniu znajomych zajęci własnymi sprawami, własnymi problemami, nie wiedząc, że na środku holu dwójka ludzi toczyła największą walkę wszechczasów – ze swoimi emocjami. Fred nawet nie poczuł, kiedy zaszkliły mu się oczy, kiedy wszystkie uczucia wzięły nad nim górę. Był na siebie wściekły. Był załamany własną głupotą. Był zdesperowany.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Pokręcił głową z rozczarowaniem, z zawodem – z rezygnacją. Głośno przełknął ślinę i ponownie zerknął na Avalon, tym razem zupełnie inaczej. Jego oczy wyrażały wszystko, co do tej pory czuł, co do tej pory ukrywał.
      — Nie mam już siły więcej udawać, Avie — szepnął i zacisnął dłonie w pięści, słysząc jak łamie mu się głos, nie miał pojęcia, co robi — miałem być silny — rzucił i roześmiał się, znowu przeczesując ręką włosy. — Ta randka to najgłupsza rzecz jaką moglibyśmy zrobić.
      Westchnął. Machnął ręką. Znowu się cofnął.
      — Av, ja cię chyba po prostu za bardzo kocham, żeby próbować rozstania. I szukam wszelkich sposobów, by móc cię znowu odzyskać — pokręcił głową i uśmiechnął się smutno, głęboko spoglądając w jej oczy — żeby pocałować cię po raz ostatni, zanim twój tata pozwoli robić to komuś innemu.
      Lekko oblizał spierzchnięte wargi i znowu spojrzał na Krukonkę. Dostrzegł zmieszanie na jej twarzy wyglądającej w tamtej chwili tak drobnie i krucho. Tak pięknie. Uniósł kąciki ust w górę i wzruszył lekko ramionami. Zdawało mu się, że już nie oddycha. Potrzeba bliskości znowu go obezwładniała, ale nie miał siły wykonać nawet kroku.
      — Powiedz słowo, a odejdę — rzucił tylko.
      A potem ruszył z miejsca i podszedł do niej. Blisko. Bliżej. Za blisko. Zdecydowanie za blisko. I poczuł jej oddech na swojej skórze. Jej zapach obezwładnił go. Stracił głowę.

      Ja. Naprawdę. Nie wiem. Co. Się. Stało.
      Miałam ich zabrać na randkę, ale mnie poniosło.
      Nie podoba mi się.
      Kocham! Najwspanialszy Freddie, który sam nie wie co robi, o

      Usuń
  48. - A co ci każe myśleć, że chcę stąd jak najszybciej wyjść? - zerknął na nią z ironicznym uśmiechem na twarzy. - Znasz mnie. Chętnie bym tu zamieszkał.
    Zaśmiał się cicho, widząc jej wyraz twarzy, i skupił się na omijaniu wystających konarów olbrzymich drzew. Las robił się coraz bardziej gęsty i trudny do przebycia. Jamesowi to nie przeszkadzało, uwielbiał wyzwania. Ale odrobinę obawiał się o Avalon. Owszem, była odważna, ale niektóre rzeczy są nawet ponad wytrzymałość panny Moore.
    Zagłębiali się w Las coraz bardziej, nie mówiąc zbyt dużo. Oboje z trudem przedzierali się przez gąszcz drzew i krzewów, które drapały ich po twarzach. Bez wątpienia weszli już dalej, niż hogwarcki gajowy kiedykolwiek się zapuścił. Te krzaki nie wyglądały, jakby ktoś je codziennie przycinał.
    Nagle rozległ się dźwięk, który najprawdopodobniej był tylko szumem wiatru, ale James - co było kompletnie niestosowne w tej sytuacji - postanowił sobie zażartować. W końcu kto dba jeszcze o takt w tych czasach?
    - Co to było, Avi? - złapał przyjaciółkę za nadgarstek, udając przerażenie. - Myślisz, że to był wilkołak? Albo coś gorszego? Myślisz, że nas zje?

    James

    OdpowiedzUsuń
  49. Sorcha uśmiechnęła się delikatnie.
    - Jeszcze niczego nie zaplanowałyśmy. Wie pan, nie możemy się nagadać. - Spojrzała na Avalon. - Może pójdziemy na spacer po okolicy, jeśli nie będzie zbyt ciemno...
    Pierwszy raz od dłuższego czasu Sorcha czuła się dobrze. Nie musiała niczego udawać ani ukrywać. Atmosfera w domu Avalon podobała jej się znacznie bardziej niż ta w domu Tobinów - nie wspominając już o wystroju wnętrza, które w niczym nie przypominało skromnego, starego wystroju domu Sorchy.
    Dziewczyna przyciągnęła do siebie talerz z warzywną sałatką, którą chwilę wcześniej skończyła kroić.
    - Może chce pan się poczęstować? - zapytała uprzejmie. Ojciec Avalon sprawiał na niej wrażenie dumnego, pewnego siebie, ale też troszkę tajemniczego mężczyzny. Avalon czasem coś o nim wspominała, ale Sorcha nigdy nie umiała stworzyć sobie obrazu ojca koleżanki. Dzisiaj widziała go po raz drugi w życiu. Nie bardzo wiedziała, jak się wobec niego zachowywać; obawiała się, że cokolwiek zrobi, ten człowiek uzna ją za żałosną i zacznie nią gardzić.
    Mimo wszystko uznała, że chamstwem byłoby nie zaproponować mu skosztowania sałatki, którą przecież przyrządziła w jego domu.


    Sorcha Tobin

    OdpowiedzUsuń
  50. [Cześć i dziękuję bardzo :) Też nie mam na razie żadnych pomysłów, ale jak coś wpadnie mi do głowy to do ciebie wrócę. A jak tobie coś wpadnie to nie krępuj, pisz! :D]

    Sullivan

    OdpowiedzUsuń
  51. [cześć! nie musisz się bać, no ej, nie ma czego! :D
    wątek zawsze i wszędzie. to co, koleżanki z Dormitorium, może coś bardziej w przyjaźń? chyba, że wolisz iść w drugą stronę. :)]

    Lukrecia Anders

    OdpowiedzUsuń
  52. [hm, ja bym chętnie poszła w tą pierwszą opcję - ponieważ Lukrecia z całych sił unika swojej przyrodniej siostry, z pewnością już w pociągu zaczęła szukać sobie znajomych na własną rękę, byleby nie być zależną od tamtej, no i w skrytości ducha liczyła na to, że Domy rozdzielą ją i siostrę, ale niestety się pomyliła. mogłaby więc od początku "przykleić się" do Avie; czyli zróbmy z nich takie przyjaciółeczki, a jako konkretny tok wątku poszłabym w nocny piknik na Wieży Astronomicznej i może jakieś tam wyjawianie sobie sekretów. Lu mogłaby być podenerwowana albo po prostu smutniejsza niż zazwyczaj i Avalon pewnie spróbowałaby ją podpytać o co chodzi. co Ty na to? :3]

    Lukrecia Anders

    OdpowiedzUsuń
  53. [ajajaj, ja nie umiem robić wesołych postaci! to takie... szybko mnie nudzi, niestety. :(]

    Lucy Weasley.

    OdpowiedzUsuń
  54. [Oh tak nareszcie :D Dziękuję za powitanie! :3
    Może ona po lekcji zaprosi go na wspólną grę na boisku po wszystkich skończonych zajęciach i w zasadzie mogłoby tam się coś wydarzyć z jego winy przez co miałby wyrzuty sumienia tylko nie wiem co xd Może nie powinien wypuszczać tłuczka tylko sam złoty znicz, by się pościnali?]

    Borys

    OdpowiedzUsuń
  55. [O tak! Mi jak najbardziej to pasuje :) A za rozpoczęcie będę Cię wielbić do końca blogosfery xd
    Btw. Ja piszę tak do 400 słów, jakoś ostatnio jest mi ciężko się tak porządnie rozpisać ;c]

    Borys

    OdpowiedzUsuń
  56. [Nie ma sprawy, ja cierpliwie poczekam :D]

    Borys

    OdpowiedzUsuń
  57. [Kocham to zdj *_*]

    Borys nigdzie indziej nie czuł się lepiej niż na miotle, która była jego istnym życiowym żywiołem. Do latania i gry w Quidditcha dosłownie był stworzony. Sprawiało mu to tyle radości, że po zejściu z boiska czy to po wygranym czy przegranym meczu, a nawet zwykłem treningu emocje utrzymywały się w nim jeszcze przez najbliższy tydzień. O swoją miotłę dbał mocniej niż o relację z rówieśnikami, a za dotknięcie jego jedynego skarbu groziły bardzo nieciekawe konsekwencję.
    Już na początku swojej nauki wiedział, że całe swoje życie chce związać z Hogwartem, gdzie był jego prawdziwy dom. To tutaj czuł się doceniany, to tutaj przeżywał najpiękniejsze chwilę swojego życia, po zdaniu sumów pracował przez chwilę roznosząc gazety, by mieć trochę swojego grosza przy duszy i zaraz po tym znowu zawitał w mury ukochanego miejsca tym razem jako stażysta, który po ukończeniu stażu weźmie na swe barki ciężar nauczania sztuki bycia czarodziejem młodego pokolenia. Dopiero wtedy zauważył jak ciężko jest podołać tej odpowiedzialności, a ich ciągłe narzekania na nauczycieli, gdy był uczniem okazały się być bezpodstawne.
    Idąc korytarzem dostrzegł bardzo dobrze znaną sobie osóbkę – Avalon. Lubił ją nawet bardzo bo najnormalniej w świecie czuł się dobrze w jej towarzystwie, nie musiał się hamować oraz pokazywał to jaki jest naprawdę. Zatrzymał ją, a na jego twarzy gościł lekko uśmiech.
    - Cześć. Nie, nie. Twój referat był świetny oddam ci go jutro oraz poproszę byś przedstawiła go na forum klasy – odpowiedział zgodnie z prawdą krzyżując na moment ręce na piersi. Zamyślił się na moment nie wiedząc jak ma dalej sklecić zdanie. Wziął głęboki wdech.
    - O której kończysz zajęcia? – zapytał w końcu. – Ja w zasadzie już jestem wolny. Co powiedz na mały meczyk na boisku? No nie daj się prosić. Potraktuj to jako wyzwanie.

    Borys

    OdpowiedzUsuń
  58. - Okej. - Sorcha dokończyła sałatkę i wypiła łyk herbaty. Jak ona uwielbiała herbatę!
    Kiedy tata Avalon i jego wybranka wyszli z kuchni, Sorcha spojrzała na Avalon.
    - Wszystko w porządku? - zapytała, przyglądając jej się uważnie. Pamiętała, że Avalon miała kiedyś problem z zaakceptowaniem Arizony. Nie wiedziała zbyt dobrze, do jakiego stopnia posunięta była ta niechęć i czy przyjaciółka już się z tym uczuciem uporała. - Znajoma twojego taty wydaje się... bardzo sympatyczna. - Sorcha ostrożnie dobierała słowa. Chciała wybadać koleżankę: czy wizyta Arizony wywołała w niej złość? - Jest bardzo ładna - dodała po chwili, po czym głośno przełknęła łyk herbaty. Przestraszyła się. Może nie powinna była tego mówić? Może Avalon nadal jest wściekła na ojca i jego ukochaną?
    - Dokąd idziemy? Nie wiem, jak się ubrać - rzuciła niby od niechcenia. - Wzięłam gruby płaszcz i jakąś parkę. Może powinnam zarzucić sweter? - Była lekko zdenerwowana i słowotokiem próbowała zakryć zmieszanie.


    Sorcha Tobin

    OdpowiedzUsuń
  59. — Ale jesteś uparta — wymamrotał, przewracając oczami, ale mimo wszystko roześmiał się na widok wykrzywionej twarzy dziewczyny. Chyba to zachowanie go w jakiś sposób udobruchało, bo złagodniał odrobinę i oparł się o stolik łokciami. — Słuchaj, oboje mamy przerąbane, i to nie jest kłamstwem. Musimy sobie w tym jakiś sposób poradzić.
    Jihoon nie miał pojęcia o prawdziwej naturze Avalon — nie wiedział więc, że ta wcześniej okłamywała wszystkich wokół, roznosząc wokół siebie ten czar ideału, swojej matki. Prawdopodobnie potraktowałby sprawę lepiej, gdyby zorientował się, że dziewczyna podwójnie przekonała się do tego, w jakim oszustwie przez całe życie się znajdowała, i że jego zachowanie zwyczajnie przelało szalę goryczy.
    Zdążył jednak zarejestrować, iż rozmawiało im się jakoś inaczej. Nie znaczyło to tego, że nie skakali sobie do gardeł, bo to chyba zostało już wpisane w ich relację na wieki, ale Jihoon mógł z czystym sumieniem stwierdzić, że przebywanie w jej towarzystwie mu nie przeszkadza. Prawdopodobnie, gdyby zwyczajnie zmienili w końcu temat rozmowy na jakiś ciekawszy, okazałoby się, że może mają ze sobą więcej wspólnego.
    Właściwie, dlaczego nie mogliby tego zrobić?
    — Tak sobie pomyślałem... Rzadko bywałaś w Korei, prawda? Nieważne, chodzi mi o to, czy znane ci są bardziej zwyczaje jakie tam panują, zwłaszcza na relacji rodzeństwa? Chodzi mi o to — przeczesał dłonią włosy, odrobinę zdenerwowany; śmiesznie wyglądał, gdy chciał być miły — jak Koreańczycy zachowują się względem młodszych... A, dobra, nieważne. Po prostu mam coś dla ciebie.
    Sięgnął rękę do płaszcza przewieszonego przez krzesło. Szamotał się jeszcze przez moment, próbując wyciągnąć prezent z kieszeni, a w końcu westchnął ze zrezygnowaniem i wyprostował się, spoglądając na Avalon z miną w stylu zabij mnie, proszę, czy jeszcze coś tego dnia może pójść nie tak?. Udało mu się jednak wysunąć paczkę. Przesunął ją po stolę w stronę dziewczyny i uniósł lekko brwi.
    Pamiętnik. Ładny notes, oprawiony w fioletowy, miękki materiał, zapakowany w ozdobny papier znajdował się właśnie w jej rękach. Drobny prezent. Na zgodę.
    — To... Ode mnie. Bo wiesz, Avalon, Hyorim, mam wrażenie, że w twojej głowie siedzi wiele rzeczy, których nie chcesz przekazać nikomu z zewnątrz. Może gdy zamienisz odbiorcę z kogoś, komu trudno zaufać, na coś, co będzie tylko twoje... W końcu wydusisz to z siebie.

    [Kochaj mnie i powiedz, że nie są uroczym rodzeństwem (NIEWAŻNE, ŻE ICH RODZINA CHCE, ŻEBY WZIĘLI ŚLUB, SĄ RODZEŃSTWEM) :D]

    OdpowiedzUsuń
  60. Lukrecia jak opętana biegała po dormitorium, szukając swojej ciepłej, czarnej bluzy z uszami kota. Była to jej ulubiona - wolała nie myśleć o tym, że aby ją kupić, musiała wyciągnąć ojca na zakupy. Mimo, iż wiedziała, że tata bardzo ją kocha, w przeciwieństwie do przyrodniej siostry, Amnesii, co do której zawsze odnosił się niesamowicie chłodno, zawsze czuła się winna, biorąc od niego pieniądze. Całkiem tak, jakby zdradzała matkę, która nie zarabiała wystarczająco, by móc spełniać jej wszystkie marzenia. Szesnastolatka nie była rozpieszczoną księżniczką, której dodatkowo odbiło po tym, jak w jej życiu pojawił się ojciec z kasą, wręcz przeciwnie: od małego była przyzwyczajona do ukrywania swoich pragnień, byleby tylko nie widzieć zawodu w oczach matki. Większością rzeczy dzieliła się z bratem, a będąc starsza chętnie podejmowała się nawet drobnych pomocy sąsiadom, żeby tylko zarobić kilka groszy.
    Na ten wieczór zaplanowały z Avalon piknik na Wieży Astronomicznej. Choć było chłodno, Lukrecia lubiła takie ich przyjaciółkowe wypady, podczas których miały naprawdę sporo czasu, by wyjawić sobie te sekrety, o których nigdy nie powiedziałyby w świetle dziennym. Zerknęła na przyjaciółkę, która stała, obładowana wielką ilością rzeczy przydatnych podczas zimowej nocy i uśmiechnęła się pod nosem. Wyciągnęła spod łóżka mugolski termos i z zapałem wrzuciła go do swojej czarnej torby. Bluzę znalazła w końcu pod materacem i przyjrzała się jej krytycznie. Była trochę wymięta, ale kiedy wciągnęła ją na plecy i wygładziła, wcale nie było tak źle.
    - Już, już, prawie koniec - uspokoiła nieuważnie koleżankę, grzebiąc w torbie, by sprawdzić czy na pewno wszystko spakowała. Dołożyła ostatnią paczkę ciasteczek, tak dla uspokojenia, chociaż wcale nie zamierzała ich zjadać, i z wesołym uśmiechem podniosła pakunek, przerzucając sobie pasek przez ramię.
    - No, możemy iść - zawyrokowała, zakładając na głowę kaptur i owijając szyję szalikiem. Powietrze na korytarzu było znacznie chłodniejsze, niż w Pokoju Wspólnym, więc Lukrecia z lubością wciągnęła sporo przez nos, chcąc się nieco orzeźwić. Nienawidziła uczucia gorąca, które ją ogarniało - o wiele bardziej wolała marznąć, niż topić się jak jakiś słoń.
    Posłała przyjaciółce niepewny uśmiech. Bardzo, bardzo ją lubiła, właściwie Avalon była jej najbliższą osobą - poznały się już pierwszego dnia w pociągu, i Lukrecia pamiętała euforię dwóch jedenastoletnich dziewczynek, kiedy trafiły do tego samego Domu. To jedyna osoba, która znała niemal od podszewki konflikt między Lu a jej przyrodnią siostrą; która wiedziała, jak bardzo panna Anders wolałaby wrócić do świata bez magii.

    Lukrecia Anders

    OdpowiedzUsuń
  61. — Proszę, absolutnie nie wspominaj o Elody, a już szczególnie nie określeniem "szlama", bo zapewne wyobrażasz sobie, jak to będzie wyglądać, jeśli moi rodzice znów się dowiedzą. Teoretycznie nie jesteśmy już w związku i tak ma pozostać, przynajmniej w ich oczach.
    Pokręcił głową, starając się wyrzucić z myśli ostatnią scenę, jaką matka mu urządziła, gdy tylko zawitał do domu na święta i skonfrontował się z kobietą w samotności. Po tym występie goryczy i nienawiści dowiedział się, że nic nie zatrzyma jej w dążeniu do swojego celu — gotowa była nawet uwziąć się do tego stopnia, by chwycić się za wszystkie dostępne sztuczki, nawet te najgorszego sortu. Noona ostrzegła go, że matka poprosiła swojego asystenta o zebranie największej ilości informacji o Elody, włączając w to jej najbliższą rodzinę. Mogła zatem zmieść ich z powierzchni ziemi, jeśli tylko by sobie tego zażyczyła, bo miała odpowiednie kontakty.
    Kącik ust Jihoona uniósł się odrobinę, lecz gdy tylko pierwsze słowa padły z ust srebrnowłosej, na jego twarzy pojawił sie niemy wyraz zdziwienia. Ta dziewczyna doprowadza mnie do szaleństwa, mruknął w myślach, odrobinę już naburmuszony, po czym pokręcił głową.
    — Bo jesteś najbardziej upierdliwą osobą, jaką znam, a tak się składa, że dokładnie tak zachowują się młodsze siostry!
    To było za wiele nawet jak na Jihoona. Gdy tylko dotarł do niego sens słów, które wypowiedział, a także poziom intelektualny, jaki nimi zaprezentował, oparł czoło o jedną z dłoni i zaczął chichotać. Uniósł po chwili głowę, by spojrzeć na Avalon i wciąż z lekkim uśmiechem na ustach wzruszył ramionami.
    — Lubię to imię, jest ładne, i naprawdę nie wiem, co ci się w nim nie podoba. Ma piękne znaczenie. W chińskiej hanji każda sylaba reprezentuje inną cechę. I tak "hye" odczytuję się jako "serce", a "rim" odpowiada za "las". Można więc uznać, Hyerim, że jesteś takim małym, wkurzającym i denerwującym lasem cudzych serc — powiedział, kiwając głową. — Nie dziwne, że tyle dzieciaków wciąż za tobą lata. Tak, jak mówiłem, dysponujesz dużą ilością czyichś serc.
    Koreańczycy uwielbiali zabobony — odczytywanie znaczeń roku urodzenia, grup krwi, znaków zodiaku — a odwiedziny u wróżek traktowali niezwykle poważnie. Można się było z tego śmiać, ale nie dało się odmówić pewnej konsekwencji, jaka w tym wszystkim występowała. W przypadku Avalon Moore sprawdzało się to akurat znakomicie.
    — I mów do mnie oppa — dodał niby oschle, choć jego oczy pozostały roześmiane.


    [Z dżemem w środku! Takie upierdliwe waty cukrowe, które się "nie lubią", ale tak naprawdę WCALE NIE :D]

    OdpowiedzUsuń
  62. Fred tracił grunt pod nogami. Cały jego świat zdawał się uciekać mu spod stóp, wznosząc się kolejno i opadając. Jakby testował jego wytrzymałość, jakby sprawdzał, ile Fred da radę przebiec bez przewrócenia się. Jakby kontrolował, ile razy się potknie i nie przerwie brnięcia w przód. Ile będzie w stanie poświęcić. Jak dużo wycierpieć, ile uderzeń przyjąć. Śmiał się z niego, pluł mu w twarz. Ale Fred się nie poddawał.
    Widział każdą jedną najmniejszą łezkę spływającą po twarzy Avalon. Widział gorące rumieńce, czuł bicie jej niespokojnego serca nawet z tej odległości. Zbliżał się jednak powoli. Każdy jego krok był przełamaniem kolejnej wewnętrznej bariery. Gniew pana Moore’a. Krok. Strach przed stratą Avie. Krok. Złamane serce. Krok.
    Jego ręce drżały. Czuł, że i po jego policzkach stopniowo zaczynają spływać łzy, przez co zaczął trząść się jeszcze bardziej. Nie powinien okazywać słabości. Ale kiedy tylko Krukonka znalazła się w jego ramionach, nie wytrzymał. Schował twarz w jej włosach, wdychał jej zapach, sycił się jej bliskością, wsłuchiwał w bicie jej serca. Tulił ją do siebie, zupełnie jakby w ramionach trzymał największy na świecie skarb. A może i tak właśnie było? Nie rozumiał dlaczego im obojgu przyszło tak bardzo cierpieć. W porównaniu z całym ogromem sytuacji czuł się taki mały. A Avalon była w tym wszystkim najdrobniejszą z najdrobniejszych kruszyn. Była osobą, którą chciał móc się zaopiekować. Chciał być tylko dla niej, chciał móc oddać jej swoje serce otwarcie, w stu procentach, niezaprzeczalnie. Ale doskonale wiedział, że to niemożliwe. Jej ojciec im zabronił. Głupie prawo zniszczyło wszystkie ich szanse na szczęśliwe życie. Wszystko, co się do tej pory wydarzyło od ich rozstania, było dla Freda niczym sen. Chciał wierzyć, że to był tylko sen. Że nigdy nie musiał zostawić swojej największej miłości. Że jego babcia nie musiała wysyłać mu codziennie nowych paczek z czekoladowymi żabami z dopiskiem ’to dla Avalon’. Że nie musiał okłamywać rodziny przez tyle czasu. Nie powiedział im od razu. Nikt ze szkoły nie dowiedział się o ich rozejściu od niego. Rozeszło się samo. Oboje z Krukonką byli znani i lubiani. Nie było osoby w Hogwarcie, która nie zdawałaby sobie sprawy z tego, kim są i że są razem. Ich nagła pozorna obojętność względem siebie wszystkim wydała się podejrzana. Nikt nie chciał wierzyć, że po prostu się rozstali. Fred też nie chciał.
    Wsunął palce w jej włosy i ostrożnie przeczesał nimi kilka jasnych kosmyków. Pochylił się i wargami musnął jej skroń, smakując znajomą powierzchnię jej skóry. Zadrżał. Znowu. Wziął głęboki oddech i spróbował się uspokoić. Ciepło bijące od drugiego ciała, w dodatku tak znajomego, działało na niego kojąco. Przymknął powieki i milczał. Doskonale słyszał, co dziewczyna do niego mówi, ale nie potrafił się na tym skupić. Czuł się, jakby ktoś walnął go czymś ciężkim prosto w twarz. Jakby ktoś wodził go za nos całe życie, a on dopiero teraz zdał sobie z tego sprawę. Miał dość. Zaklął cicho, chociaż doskonale wiedział, jak Avalon tego nie lubi i ponownie łagodnie uniósł jej podbródek, odchylając się do tyłu i głęboko wpatrując się w jej oczy.
    Zagryzł wargę, musnął spojrzeniem jej zaczerwienione policzki, na których tusz zostawił po sobie już kilka ciemnych plam, wzrokiem odgarnął idealne kosmyki włosów z jej twarzy i zatrzymał się na jej tęczówkach. I wiedział. Czuł, że to jest ten moment, w którym muszą się wreszcie pożegnać. Wiedział, że więcej nie będzie miał okazji tego zrobić.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nachylił się i ostrożnie, spodziewając się oporu z jej strony, musnął wargami jej usta. Całował ją spokojnie i delikatnie, nie chcąc narażać się na żadne gwałtowne ruchy, a świat znowu wirował mu pod stopami. Tym razem jednak było to dobre uczucie. Magiczne.
      Odsunął się, mrugając kilkukrotnie, nadal jednak nic nie mówiąc. Chwycił ją za obie dłonie i kiwnął głową w bok, wskazując kierunek, w którym zamierzał się z nią udać. Pociągnął ją za sobą po krętych schodach. Milczał. Jego serce biło nierówno, nierytmicznie, ale ogarnął go dziwny spokój. Wyciszył się.
      — Idziemy na dzwonnice — szepnął ochrypłym głosem, zerkając na nią ukradkiem.
      Ostrożnym ruchem splótł z nią palce i uśmiechnął się do niej, łagodnie wzruszając ramionami, jakby dla rozluźnienia. Poczuł gorąco rozchodzące się po całym jego ciele. Gdzieś w głębi serca czuł, że być może jest to ich ostatnie spotkanie. Ale mimo to nie chciał postępować według schematu, który wcześniej opracował w głowie. Postanowił działać spontanicznie.
      Skręcili za ostatnim rogiem i ich oczom ukazało się zakurzone, stare pomieszczenie z balkonem wychodzącym prosto na cieplarnie. Fred spojrzał na Avalon i gestem zachęcił ją do wejścia do środka. Jej spojrzenie na moment spotkało się z jego i Weasley poczuł jak w jego sercu gromada motylków poderwała się do lotu.
      Może to jednak nie musiał być najgorszy dzień w ich życiu.

      Najukochańszy Freddie

      Usuń
  63. Avalon miała rację, poczta walentynkowa w wykonaniu kadry nauczycielskiej w Hogwarcie, musiała być czymś wyjątkowym, Jemma nie miała co do tego wątpliwości. Już od samego początku była zachwycona tym miejscem, a chociaż spędziła tutaj już sześć lat, to szkoła i tak potrafiła ją zaskoczyć czymś zupełnie nowym. Codzienna rutyna wcale nie wydawała się tu taka straszna, zważając na fakt, jak dużo się tu działo i jak wiele na nią jeszcze czekało przed ukończeniem swojej edukacji. W dodatku Simmons posiadała ułatwienie, które polegało na tym, że w wszędzie umiała dostrzec jakąś ciekawostkę. W każdej książce, na każdej pojedynczej ławce, przy której siedziały niezliczone pokolenia uczniów, na każdej cegle zamku, na niebie, na ziemi, dosłownie wszędzie. Dlatego czas spędzany sam na sam ze sobą, wcale nie był dla niej czasem nudnym czy też stracony. Zawsze miała jakieś zajęcie dla siebie, chociaż oczywistym było, że na dłuższą metę każdy potrzebował zamienić z kimś innym te kilka słów, a nie tylko pogrążać się we własnych myślach.
    – Też jestem ciekawa, ale mam pewność, że będzie wspaniale. Przecież nie może być inaczej – stwierdziła, uśmiechając się pogodnie. – Może te piękne widoki pocieszą trochę tych, którzy na słowo „walentynki” reagują z obrzydzeniem i zaszywają się wtedy w swoich łóżkach, żeby nie widzieć szczęśliwych par na korytarzach – dodała, a chociaż teoretycznie powinna należeć do tych osób ze względu na swoje nieszczęście w miłości, to jednak nie sądziła, aby dzień ten był przeklęty czy coś w tym stylu. Potrafiła się cieszyć szczęściem innych, a była to niebywale przydatna umiejętność.
    – Nie? Wybacz, nie powinnam się dopytywać, ale na pewno nie będzie tak źle, no co ty – zapewniła, wsadzając sobie kolejny kawałek ciasta do ust, akurat z wiśnią w środku. Był to niebywale przepyszny smak. – Och, z Elody? Z tego co zauważyłam, bardzo się przyjaźnicie. Znowu nie chcę być wścibska, mam nadzieję, że tak tego nie odbierasz, ale nieważne co się między wami dzieje, to… wszystko będzie okej. Przyjaźń to przyjaźń. Nie znika tak po prostu.
    Mówiła ostrożnie, obserwując reakcje Avalon na jej słowa. Nie chciała niszczyć tej znajomości swoim wścibstwem i złym doborem słów, a miała wrażenie, że ta rozmowa zeszła na nieco delikatny tor, przez co musiała uważać, aby nie palnąć czegoś bez zastanowienia, co czasami jej się zdarzało, jak każdemu.
    – Uwielbiam babeczki truskawkowe – przyznała, jakby z pewną dozą wstydu. Czuła się jak mała dziewczynka, która właśnie mówi swojej koleżance o swoim ulubionym kolorze czy też o wybranym imieniu dla lalki. – A ostatnio jedną mi ktoś ukradł, rozumiesz to? I najgorsze jest to, że nie znalazłam złodzieja. Podłe – burknęła, wbijając widelczyk w ciasto.

    Jemma Simmons

    OdpowiedzUsuń
  64. [Cześć, Avalon. Przychodzę po wątek <3]

    Johan

    OdpowiedzUsuń
  65. [Miałam przyjść wcześniej, ale się nie udało :c Ale najważniejsze, że w końcu dotarłam! :D To co? Ty wymyślasz, a ja zaczynam? Tak bym wolała, ale jak nie masz żadnych pomysłów to ewentualnie ja mogę spróbować nad czymś pomyśleć :)]

    Max

    OdpowiedzUsuń
  66. [Może paść. Johan każdą obelgę traktuje jak komplement. Nie obrazi się :3
    Jak sobie to uporządkujesz, to daj mi znać. Służę pomocą przy przemienianie Avci.]

    Johan

    OdpowiedzUsuń
  67. [Może byłby w szkole jakiś konkurs z OPCM, a jednocześnie jakaś akcja jednocząca młodsze roczniki ze starszymi? Przykładowo, chętni uczniowie by się zgłaszali, a później specjalnie rozdzielano by ich w pary i każda taka para dostałaby jakieś zwierzątko do opieki. Jednocześnie prowadziliby pamiętnik, w którym opisywaliby przebieg dnia swojego zwierzątka czy coś w tym stylu. W każdym razie, Max i Avalon by się zgłosili i, oczywiście, zostaliby dobrani w parę. Musieliby więc przez okres owego konkursu dość często ze sobą przebywać :) Dzięki temu by się zbliżyli, Avie zauważyłaby, że coś z nim jest nie tak i próbowała mu pomóc. A przy okazji mieliby niezłą zabawę ze zwierzątkiem xD]

    Max

    OdpowiedzUsuń
  68. Może i Max nie był jednym z najlepszych uczniów, ale starał się jak mógł. Szczególnie teraz, kiedy powtarzał ostatnią klasę i miał więcej czasu ze względu na to, że większość znajomych się od niego odwróciła, więc odpadły mu wyjścia do Hogsmeade czy imprezy na skraju lasu. Kiedy więc usłyszał o konkursie, który miał też na celu zintegrować trochę starsze roczniki z młodszymi, postanowił się zgłosić. Wiedział, że może natrafić na osobę, która nie będzie chciała mieć z nim nic wspólnego, ale warto było zaryzykować. Max lubił zwierzęta, a opieka nad jakimś magicznym stworzeniem, a nie zwykłym kotem czy chomikiem, wydawała mu się bardzo ciekawa.
    Będąc w sali, w której mieli spotkać się wszyscy biorący udział w konkursie z profesorem organizującym całą tą akcję, rozejrzał się dookoła. Część osób znał, część osób nie, choć na pewno wszystkich kojarzył z widzenia. Niektórzy przyglądali mu się kątem oka i Max domyślił się, że to ci, którzy nie palą się do współpracy z nim. Westchnął cicho i zajrzał do jednej z klatek, w której siedział miniaturowy kuguchar. Były to ładne stworzenia, aczkolwiek Max wolałby się opiekować jakimś bardziej ambitniejszym zwierzątkiem. Na szczęście, zdążył zauważyć, że w innych klatkach znajdują się inne gatunki, więc może trafi na coś innego.
    Słysząc swoje imię i nazwisko, podniósł głowę, aby po chwili dołączyć do Krukonki, z którą miał być w parze. Uśmiechnął się lekko, może nawet nieśmiało, starając się wybadać jaki stosunek ma do niego dziewczyna. Nie zauważył jednak żadnych oznak wrogości, więc uśmiechnął się szerzej i zerknął do klatki, obok której stała jasnowłosa.
    — Pufek. Niezbyt wymagające stworzenie, więc ten, kto go dostanie będzie miał bardzo łatwo — powiedział, głaszcząc palcem zwierzątko. Ledwo zdążył zabrać z klatki rękę, podszedł do nich profesor i zabrał klatkę z pufkiem, a na jego miejscu postawił klatkę z ptakiem.
    — Waszym zadaniem będzie Lelek Wróżebnik. Oczywiście, jest to nieco mniejsza wersja tego wspaniałego ptaka, gdyż prawdziwy lelek mógłby narobić sporo bałaganu. Mam nadzieję, że sobie poradzicie — powiedział, uśmiechając się sympatycznie, po czym przeszedł do następnej pary.
    — Co o nim sądzisz? — spytał Max stojącej obok niego Krukonki, przyglądając się ptaku. Był zdecydowanie mniejszy od oryginału, ale równie piękny.

    Max

    OdpowiedzUsuń
  69. W jednej chwili cały korytarz wypełnił się dziewczęcym śmiechem.
    - Tak, wiem- powiedziała Elody z trudem powstrzymując kolejne salwy śmiechu. - Moją walentynką nie zostanie, ale powiem ci, że całkiem nieźle tańczy- puściła oczko do Avalon i ponownie zaniosła się śmiechem.
    Pomysł, by wyjść poza mury szkoły i znaleźć się w świecie sukienek, butów i dodatków wydawał się świetną alternatywą dla spędzenia wspólnie czasu z dala od problemów. Bo niby gdzie indziej kobieta mogła zapomnieć swych troskach jak nie przymierzając najpiękniejszych stroi od magicznych projektantów. Panna Harrison uśmiechnęła się szeroko słysząc zgodę przyjaciółki tak więc umówiły się za pół godziny przy jednym z nowych, ukrytych przejść do Hogsmead.
    Już godzinę później szły w kierunku niewielkiej, czarodziejskiej wioski. Chłodny wiatr rozwiewał włosy wydostające się spod grubych czapek, a gruba warstwa śniegu skrzypiała za każdym stawianym krokiem. Elody potarła ręce o siebie, by je choć trochę rozgrzać i przyspieszyła kroku widząc z daleko dość wyrazisty szyld sklepu. Położyła dłoń na klamce, kiedy padło pytanie z ust Avalon. Odwróciła się w jej kierunku i obdarzyła bardzo wymownym spojrzeniem.
    - Oczywiście, że nie. Przecież mnie nie stać- powiedziała rozbawionym głosem, w którym kryła się nutka żalu. Mimo to, pchnęła drzwi słysząc charakterystyczny dźwięk dzwoneczka informującego o nadejściu nowym klientów.
    Zaraz po przekroczeniu progu wyczuwało się delikatny zapach bzu, który nadawał miejscu specyficzny klimat. Gdzieś w tle grała ballada sławnej czarownicy Moniq, której miłosne piosenki leciały zawsze w radiowej rozgłośni czarodziejów. Jednak to co było najważniejsze właśnie ukazało się im oczom. Wydawało się, że wchodziły do niewielkiego butiku. Teraz zaś stały w ogromnym salonie, gdzie na wieszakach i półkach znajdowały się przeróżne czarodziejskie szaty, ale również wytworne suknie i przeróżne dodatki. Zapewne sklep liczył się z tym, że młodzi czarodzieje mają sporą wiedzę na temat świata mugoli i chętnie sięga po ichniejsze rzeczy.
    - Dzień dobry- przywitał ich ciepły, kobiecy głos, a zza lady wychyliła się drobna czarownica o niebieskich włosach i ciemnych oczach. Miała na sobie białą bluzeczkę, na którą opadało kilka naszyjników, zaś na ramionach spoczywała typowa, czarodziejskie szata w kolorze czarnym z rozszerzanymi rękami. Mankiety ozdobione były złotym haftem tak samo jak wykończenia przy kołnierzu i wzdłuż guzików. Na nadgarstkach miała kilka, różnobarwnych i delikatnie podzwaniających bransoletek.
    Dziewczęta odpowiedziały na przywitanie równie uprzejmie, podziękowały za ewentualną pomoc i same ruszyły oglądając co różniejsze ubrania. Od czasu do czasu przymierzały kapelusza o iście fantazyjnych kształtach, które po założeniu zmieniały kolor włosów, a czasem i całą fryzurę. Dopasowywały okulary, których kolor zmieniał się w zależności od humoru. Co rusz ściągały z wieszaków najładniejsze szaty i przykładały do siebie przeglądając się w lustrze.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Jednak największą uwagę panny Harrison przykuł dział z sukniami na karnawał. Oczarowała ją jedna sukienek, która wyglądała jak wyjęta z jej ulubionej bajki o wróżkach lub z jeziora łabędziego. Była to sukienka przed kolano, bez ramiączek. Miała dekolt w kształcie serca, a dół złożony był z kilku części jakby z płatków kwiatów. Cała mieniła się bladymi kolorami tęczy. Niewiele myśląc chwyciła ją i poszła do przymierzalni. Już po chwili wyszła w bajkowej sukience na niewielki podest naprzeciwko lustra, by się przejrzeć. Pogładziła dół sukienki czując pod palcami niezwykle miękki materiał. Spojrzała w lustro i aż zaśmiała się, kiedy zobaczyła w odbiciu postać jak z bajki. Sukienka nie tylko mieniła się milionem barw, ale nagle z tyły wyrosły delikatne skrzydła, która skrzyły się jak poranna rosa.
      - Nie wierzę- zaśmiała się gryfonka zakrywając usta dłonią i odwracając się to w jedną to w druga stronę. - Wyglądam jak wyjęta z mojej ulubionej bajki o wróżkach, którą czytała mi mama jak byłam mała- powiedziała odwracając się w stronę Avalon. - Przymierz coś! O, tamta jest cudowna!- pisnęła wskazując na suknię niedaleko panienki Moore.

      Usuń
  70. [Nie ma sprawy, ja poczekam! Na razie nigdzie się nie wybieram :D I dziękuję za ponowne przywitanie! ;)]

    Tatiana

    OdpowiedzUsuń
  71. – No tak, wszystko zależy przecież od statusu w związku – zaśmiała się cicho, wiedząc, że Avalon ma wiele racji. – A co do tego… Słyszałaś może o czymś takim, jak facebook? Brat mi pokazywał. Mówi się na to „portal społecznościowy”. I tam właśnie jest coś takiego jak „status w związku”. On ustawił to sobie na „to skomplikowane”, zastanawiam się co to tak właściwie znaczy… – parsknęła śmiechem, wracając do wakacji poprzedniego roku, kiedy Leo starał się jej to wszystko wytłumaczyć, a im więcej mówił, tym ona mniej rozumiała. Kiedyś mówił także trochę o portalach randkowych i o tym, że można sobie tam znaleźć dziewczynę albo chłopaka. Jemma nie wyobrażała sobie szukania drugiej połówki w ten sposób, ale podobno mugole często tak robili. – Trochę dziwne, ale podobno bardzo popularne w tym… internecie. Wiesz, niby w połowie mam rodzinę niemagiczną, a i tak czasem trudno mi zrozumieć niektóre rzeczy, które pochodzą z tamtego świata.
    Dziewczyna dojadła w końcu swoje ciastko, nadal rozkoszując się jego smakiem i żałując, że już więcej nie będzie mogła tego zrobić, przynajmniej nie dzisiaj. Na szczęście wciąż została jej gorąca czekolada do wypicia, która mogła w jakiś sposób pogrzebać żal po ciastku, które wędrowało zapewne po niektórych częściach jej organizmu. No cóż, niestety taka była kolej rzeczy. Niewiele można było z tym zrobić.
    – Jak dla mnie, to wtedy powinno się traktować taki dzień, jak każdy inny, nie przypisując mu takiej wagi, jak robią to inni ludzie. Zresztą dzień później swoje święto mają podobno single, więc jest to jakiś rodzaj rekompensaty – uśmiechnęła się lekko, popijając wciąż gorący napój. – A przecież bycie samemu wcale nie jest tak złe! W każdym razie lepsze to niż wymuszone uczucie czy związek. Wiadomo, jak się patrzy na te wszystkie szczęśliwe pary, to coś ściska w sercu, ale poza tym jest w porządku. Mówię z doświadczenia – mówiła o tym swobodnie, chociaż tak właściwie, z tyłu głowy wciąż słyszała cichy głosik, który nie dawał jej spokoju. Ciągle wspominał jej o Lysandrze, chociaż Jemma chciała choćby na chwilę o tym i o nim zapomnieć. Dlaczego współpraca serca z rozumem musiała być tak bardzo utrudniona?
    – Jeśli go lubisz, to zaczyna się dobrze. Przecież spotkanie do niczego nie zobowiązuje, chociaż to wszystko właśnie startuje z tego miejsca – uśmiechnęła się życzliwie w stronę dziewczyny. – W sumie to nie powinnam ci prawić morałów, jestem do tego ostatnią osobą, bo nie mam zbyt dużego doświadczenia, ale no… Mam nadzieję, że nie pomyślisz, że się wymądrzam. Ale naprawdę ci zazdroszczę i jestem pewna, że będzie dobrze, zarówno jeśli chodzi o twoją przyjaciółkę, jak i o tego chłopaka. W końcu na to właśnie zasługujesz.

    Jemma Simmons

    OdpowiedzUsuń
  72. Ucieszył się, gdy się zgodziła. Miał dość siedzenia w swoim pokoju, czytania durnych książek dotyczących OPMC, które znał prawie na pamięć, a to wszystko dopełniał kremowym piwem, które nawet przestało mu smakować z powodu przesytu. Przeczesał palcami kosmyki włosów jak to zawsze miał w zwyczaju uważnie na nią przy tym patrząc. Myśl o latania przyprawiało go o pozytywne ciarki na całym ciele przez co czasem ciężko było mu opanować ekscytację, co wiele osób najnormalniej w świecie irytowało. Bo kto chciałby słuchać co minutę na temat jaki to Quidditch jest cudowny?
    Pokiwał głową i z lekkim uśmiechem na twarzy. - Stoi. Za godzinę na boisku - odpowiedział kiwając przy tym głową. - Więc do zobaczenia - dodał nim odszedł.
    Będąc w swoim pokoju co jakiś czas zerkał na zegarek wyraźnie się niecierpliwiąc. W końcu jakieś 10 minut przed czasem trzymając w dłoni swój największy skarb jaki była miotła pognał na boisko, gdzie zaczął powoli się rozgrzewać. Uśmiech nawet na sekundę nie schodził mu z twarzy w momencie, gdy jego nogi oderwały się od ziemi. Poczuł wiatr ocierający się o jego twarz, rytm serca przyśpieszył. Zacisnął mocniej dłoń na rączce miotły kierując się coraz to wyżyje. Zrobił kilka kółek wokół boiska zdając sobie sprawę jak cholernie mu tego brakuje. Ile by dał, by zagrać teraz mecz w pełnej drużynie, a potem przy najbliższe dni cieszyć się zwycięstwem.
    Gdy wrócił na ziemię poprawił szalik, który był ciasno obwinięty wokół szyi. Mroźne powietrze nadal się utrzymywało, a latanie na miotle w taką gwarantowało przemarznięcie do szpiku kości bez odpowiedniego ubrania.

    Borys

    OdpowiedzUsuń
  73. Max lubił zwierzęta od zawsze i z każdym obchodził się delikatnie i z wyczuciem. Miłością do wszelkich stworzeń zaraziła go matka, która zajmowała się dzikimi, ale jak również udomowionymi zwierzętami magicznymi. Była kimś w rodzaju mugolskiego weterynarza, choć zakres jej obowiązków obejmował także gatunki z czarodziejskiego świata. Kiedyś oznaczało to, że matka dużo wyjeżdżała, a Max czasami jeździł razem z nią, dzięki czemu na własne oczy widział nawet smoki. Wyprawy te skończyły się wtedy, kiedy chłopak poszedł do Hogwartu, a jego rodzicielka postanowiła zrezygnować z wyjazdów i zostać na miejscu. Max wciąż jednak pamiętał te przeróżne stworzenia, które mógł zobaczyć dzięki matce, choć wspomnienia powoli się zamazywały. Nic dziwnego, skoro miał wtedy zaledwie osiem lat.
    Fakt, lelek wróżebnik może i nie należał do najpiękniejszych ptaków, aczkolwiek Maxowi zawsze wydawał się pełen wdzięku. Zawsze chciał mieć własnego lelka, którego mógłby trzymać w domu, ale ojciec nigdy nie chciał na takiego się zgodzić. Ucieszył się więc, że to właśnie nim mają się zajmować, choć zdawał sobie sprawę, że to była jedynie imitacja prawdziwego lelka, nawet jeśli zachowywał się identycznie. Co prawda, ptak ten czasami trochę hałasował, aczkolwiek zawsze można było rzucić na niego zaklęcie wyciszające.
    — Zastanawiałem się, ale nie mam pojęcia skąd wzięło się takie przekonanie — odpowiedział, wciskając dłoń między pręty klatki, aby móc delikatnie pogłaskać ptaka. — Ponoć niektórzy doznawali ataku serca, gdy słyszeli jego dźwięki, ale zgaduję, że było to już wtedy, gdy ta plotka krążyła między ludźmi — dodał po chwili, kątem oka zerkając na dziewczynę. Wydawała się przyjazna i jak do tej pory nie zauważył u niej żadnych oznak chęci zamienienia go na kogoś innego. Miał więc nadzieję, że tak pozostanie i będzie im się dobrze razem pracować. Szczególnie, że będą musieli spędzać ze sobą teraz trochę więcej czasu.
    — Trzeba ustalić jak będziemy opiekować się nim w nocy. Może będziemy się zamieniać co noc, jak myślisz? — spytał, przypominając sobie, że jakoś będą musieli zaplanować ten czas. — A podczas zajęć myślę, że będzie mógł zostać w twoim lub moim pokoju, także na zmianę.

    Max

    OdpowiedzUsuń
  74. [Hej, wpadam nagle, bo przypomniało mi się, że miał być wątek między Tinem, a Avalon, ale z mojej winy nie wyszedł nawet początek. Dlatego może nadrobimy w wątku Callum, Avalon? O ile masz jeszcze chęć ;)]

    OdpowiedzUsuń
  75. [No dobra, przystanę na taką propozycję, chociaż i tak troszkę pomocy będę potrzebować w wymyślaniu, by mieć jakieś punkty zaczepienia XD No więc... sądzę, że ciekawiej będzie zrobić im już jakąś relację niż działać od zera, zwłaszcza, że są na jednym roku i w jakiś sposób łączy ich Ars XD Pytanie tylko czy będą się lubić czy wręcz nie będę mogli patrzeć na siebie xD]

    Call

    OdpowiedzUsuń
  76. Nigdy nie był grzecznym, dobrze ułożonym gówniarzem, chociaż wszyscy właśnie tak go postrzegali, gdy zmuszali go już do rozmowy. Zawsze pierwsze wrażenie wywierał nienaganne i może to zawsze gubiło Ślizgona. Wyuczone zachowania, chęć by rodzina była niego dumna... przekładało się na to, jak szybko tracił znajomych, miłostki i jak nagle przybywała mu liczba wrogów. Pod maską spokoju i wyrafinowania, krył się od zawsze dzieciak wzburzony, nieufny, buntowniczy, który często tworzył pęknięcia w idealnej, gładkiej masce, kiedy ktoś zbytnio działał mu na nerwy. Wystarczył zły humor, aby każdy oberwał słownie lub fizycznie, gdzie to drugie zdarzało się skrajnie rzadko. Niestety na taki kiepski nastrój trafiła raz Avalon, Call nie miał w planie wykpić jej, obrazić czy zrobić cokolwiek z tego co uczynił. Jednak jej niepewne słowa, wzbudziły wystarczająco śmiechu, aby zareagował tak, a nie inaczej. Później przyszły konsekwencje, które już na stałe zniszczyły relację, mającą jakiś cień szansy na inny rozwój. Z biegiem lat trochę się zmieniło, on dorósł, lecz już nawet nie zamierzał naprostować sytuacji z Krukonką, bo tak naprawdę nie była dla niego nikim istotnym.
    Wspólny projekt do którego zostali zmuszeni, był jakimś marnym żartem, przynajmniej pod względem dobierania par. Większość uczniów została wymieszana między domami, aby zacieśniać więzi, których w większości nawet nie było. Słuchając z kim ma pracować, zaczął się burzyć od razu, chociaż ucichł na moment, gdy usłyszał kolejną parę, a dokładnie jego brata z wyboru oraz nieszczęsnego Niemca. W tamtej chwili jeśli ktoś nie słyszał dotąd śmiechu Rustego, to mógł nadrobić, bo chłopak prawie popłakał się ze śmiechu, zapominając o swoim problemie.
    Kiedy nadszedł dzień prezentacji tego nieszczęsnego projektu, chyba nie zamierzał aż tak tego psuć, to samo tak wyszło w trakcie. Trochę podziałał na nerwy dziewczynie, ale chciał zamilknąc późnij, nie jego winą było, że mu się odgryzała i podjudziła tylko. Szlaban był chyba najoczywistszą konsekwencją tego co odwalili na zajęciach, mimo to Call i tak jeszcze kłócił się z profesorem i prawie pogorszył im karę. O umówionej godzinie, zjawił się w bibliotece, szczerze zły, że traci czas na przepisywanie czegokolwiek. Powinien teraz siedzieć w pokoju wspólnym i spędzać czas z innymi Ślizgonami.
    Zaszczycił Avalon ponurym spojrzeniem i mruknął niedbałe „Cześć”, chyba tylko z racji taktu jaki przejawiał jeszcze czasami. Zajął wolne miejsce i wziął pióro do ręki.
    Nie zamierzając się jak na razie odzywać, zajął się przepisywaniem tej przeklętej księgi. Po godzinie jednak puścił pióro, rozcierając nadgarstek. Tyle czasu, a tak mało wyszło.
    - To twoja wina, ze tu jesteśmy... było nie udawać pani perfekcyjnej, która wszystko zrobi najlepiej – burknął nagle, wbijając w nią jasne ślepia.

    Call

    OdpowiedzUsuń
  77. Nie zamierzał przyznawać się jej, że trochę jego winy było w obecnej sytuacji, starczy, że on o tym wiedział, otwarcie tego mówić już nie musiał. Poza tym, kurde, ona też przegięła ostro, więc nie było co uginać karku i brać na siebie całą winę.
    Rozcierając bolący nadgarstek, obserwował ją cały czas.- Dokończyć? A później czekać, aż zostanę oceniony jako ten opierdzielający się, a ty za to zapunktujesz sobie, bo przecież tak się napracowałaś, ty biedna – prychnął zły. Nienawidził polegać na innych, więc tym bardziej nie chciał aby wszystko było robione za niego. Miał już coś warknąć, ale wtedy na pergaminie dziewczyny pojawił się duży kleks z atramentu. Parskną ostro.- Ja? To twoja wina, że trzymałaś pióro nad kartką! - syknął. Avalon działała mu na nerwy i niszczyła jego spokój, który na co dzień był nie do ruszenia.
    Przez moment miał nawet ochotę rzucić zaklęcie, by pozbyć się tej plamy z pergaminu Krukonki, ale zaraz mu ten cień dobroci minął, gdy ta podła, wredna... machnęła ręką i zostawiła takie same plamki na jego kartce. Chwilę patrzył pustym wzrokiem na dzieło Avalon.
    - Ty mała...- umilkł, gryząc się w język dość szybko.
    Nie wiedział jak zareagować teraz, chyba trochę za bardzo został zaskoczony takim krzywym zagraniem. Uniósł spojrzenie na swą towarzyszkę i z lekkim, zadziornym uśmiechem, szturchnął pojemniczek z atramentem, tak że wylał się na pergamin Avalon, zalewając trochę z górnej części zapisanych słów. Wziął swoje pióro i zajął się znów pisaniem, mając gdzieś bez wątpienia wkurzoną dziewczyną.
    - Powodzenia w pisaniu tego ponownie – mruknął kpiarsko. Chciał to skończyć jak najszybciej, więc darował sobie dalszą rozmowę, która do niczego nie mogła prowadzić. Zignorował nawet plamki atramentu, które zrobiła jego kiepska towarzyszka.

    Oni sobie zaraz skoczą do gardła xD Ale i tak wielki plus dla Av za to zagranie z kleksem xDD

    Call

    OdpowiedzUsuń
  78. Normalnie, aż miał ochotę zaśmiać się z jej słów. To było niedorzeczne, wszystko co słyszał od niej, brzmiało jak kiepski żart i nawet nie próbował doszukać się swoich błędów w tym co się działo.
    - Jasne zwal całą winę na mnie – parsknął.- To, że nie potrafisz trzymać pióra i rozrzucasz kleksy z atramentu, na lewo i prawo to raczej twój problem i nie kłam, że nagle rozmowa tak ci przeszkadza – denerwowała go, było w niej coś co działało na nerwy już przy pierwszym kontakcie. Jednak Call nie potrafił określić co to jest... czy to coś w osobie dziewczyny, czy bardziej w jego odczuciach względem niej. Chociaż tego drugiego praktycznie nie było, aż nie połączył ich ten nieszczęsny projekt. Wzruszył ramionami z miną niewiniątka, gdy dziewczyna w reakcji na zalaną pracę podniosła aż głos. Zerknął w bok, gdy między regałami rozbrzmiał dziwny dźwięk trochę przypominający szelest. Dopiero po chwili pojął, że dźwięk ten był specyficznym „Cisza!” rzuconym w ich stronę. Zmrużył odrobinę oczy, pod tym względem nie lubił biblioteki, nigdy nie wiadome było gdzie między regałami z książkami ktoś się czai.
    Wrócił spojrzeniem do Avalon, dalej wzburzonej tym co właśnie zrobił z jej pracą.
    - Wzajemnie – prychnął, reagując od razu na proste stwierdznie, że go nienawidzi. Sam też nie pałał miłością do Krukonki i chyba już zdążył to udowodnić.
    Widząc co ta robi, podniósł się też z miejsca i położył dłoń stanowczo na księdze, wcześniej przerzucając stronę na tą na której skończył.- Zapomnij, nie stracę przez ciebie kolejnej godziny – burknął. Mógł być złośliwy i perfidny w swym działaniu, ale za nic w świecie nie zamierzał siedzieć tu i czekać aż ta tutaj, nadrobi to co zostało zniszczone.- Zaczniemy od tego momentu, jak skończymy, dopiszesz sobie resztę – stwierdził stanowczo. Zaczynał być w coraz bardziej złym nastroju, więc też stawał się kłótliwy i zbyt uparty.
    Zacisnął na chwilę wargi w wąską kreskę, analizując inne wyjście z sytuacji.
    - Ewentualnie daj mi to dokończyć, a później pokarzę ci jedną sztuczkę z zaklęciem, która pozwoliła mi zaliczyć nie jeden esej kosztem drugiej osoby – mruknął. Chyba był wstanie nieco skapitulować, byle nie musieć czekać na Nią ponad godziny, aż ta łaskawie skończy pisać.- Co ty na to? - spytał zaraz.

    Call

    OdpowiedzUsuń
  79. Sorcha z uwagą przyglądała się zdjęciu pokazywanemu przez koleżankę. Kątem oka przyglądała się Avalon. Była naprawdę bardzo podobna do swojej matki. Sorcha domyśliła się jednak, że zarzucanie porównaniem mogłoby nie być zbyt fortunne, zaś mogłoby koleżankę urazić; nic więc nie mówiła, tylko przysłuchiwała się dziewczynie z delikatnym uśmiechem na ustach.
    Na wzmiankę o koncercie jej uśmiech stał się znacznie większy.
    - Serio? - spojrzała na dziewczynę z niedowierzaniem. - O rany. Musimy się jakoś ogarnąć! - zawołała rozemocjonowanym głosem.
    Obie uwielbiały Terry'ego i jego koncert był wydarzeniem z serii ANDO - Absolutnie Nie Do Opuszczenia, jak to lubiła mawiać Tobin. Gdyby ktoś zapytał Sorchę, co jej się tak bardzo podoba w muzyce zespołu, w których grał chłopak... chyba miałaby spory problem z udzieleniem jakiejkolwiek odpowiedzi - poza niezbyt zrozumiałym och lub ach.
    - Czyli... teraz idziemy na spacer, a potem robimy się na bóstwa? - zapytała z szerokim uśmiechem na twarzy. - Albo na demony, jak wolisz - zachichotała.
    Niezbyt często stroiła się i malowała, ale Terry... Terry był wyjątkową okolicznością.

    Sorcha Tobin

    OdpowiedzUsuń
  80. Tia odpychała od siebie każdego, kto był miły, uczynny, bezinteresowny, ponieważ sama nie potrafiła zachowywać się w podobny sposób wobec wszystkich. Często na kogoś narzekała, denerwowała się i wydawało jej się, że jeśli ktoś już jej pomaga, to na pewno z litości. Właśnie dlatego tak nie znosiła Avalon – jej perfekcyjność doprowadzała ją do szału, chociaż jako Puchonka powinna raczej dogadywać się z podobnymi osobami. Sama Bowen wolała raczej dbać o zwierzątka, na przykład głaskać lisy, które okazywały się być później animagami, natomiast ludzi trzymać od siebie z daleka. Z jednej strony pragnęła mieć grono znajomych, a z drugiej okropnie wzbraniała się przed tym, żeby ktokolwiek ją polubił. Wystarczyło spojrzeć na to, jak była nerwowa. Po części była to wina jej charakteru, bo natura nie obdarzyła ją dużą porcją cierpliwości, jednakże niektórych reakcji wyuczyła się ze względu na ciągłe odrzucenie, wykluczenie z grupy, bo nigdzie nie mogła się wpasować. Błądziła od jednej osoby do drugiej, za wszelką cenę pragnąc przyjaźni, ale otrzymywała zazwyczaj wzruszenie ramion, na co reagowała jeszcze większą wściekłością.
    Nie miała zamiaru ani czytać pamiętników, ani oglądać zdjęć, ani też dotykać czegokolwiek prócz łóżka, jak gdyby bała się, że zarazi się tą dobrocią bijącą od Avalon. Samo przebywanie w jej pokoju działało na Tię drażniąco, do dopiero mówiąc o czytaniu pamiętnika. Tego by jej serce już nie przeżyło, dostałaby niechybnie zawału od zaznajomienia się z najskrytszymi myślami Moore.
    Wstała i zaczęła rozpakowywać swoje rzeczy, mając na celu uczynienie tego miejsca chociaż trochę bardziej swoim, zupełnie znośnym do mieszkania. Na stoliku nocnym położyła grubą książkę, którą udało jej się jakoś przemycić ze szkolnej biblioteki na wyjazd (gdyby ktoś się dowiedział, dostałaby najpewniej szlaban aż do samych egzaminów, bo nie wolno było wynosić żadnych egzemplarzy poza obręb zamku, nawet na błonia), wyłożyła też ulubione drażetki, a obok tego wszystkiego krem do rąk o zapachu wiśniowym. Zignorowała wypowiedź Avalon, a raczej pytanie o to, czy chciała coś do picia, jakby oczywistym był fakt, że bała się otrucia i niczego tutaj nie miała zamiaru spożywać. Dopiero następna wypowiedź srebrnowłosej zmusiła ją do odezwania się.
    — Ciekawe, jak sobie mamy nie wchodzić w drogę — warknęła, gwałtownym ruchem zamykając zamek od swojego pojedynczego tobołka. Reszty rzeczy nie chciała wypakowywać; zresztą, znajdował się tam jeden sweter, spodnie narciarskie, gogle i jeszcze parę innych ciuchów, których nie musiała wyciągać w tej chwili. — Muszę z tobą mieszkać w jednym pokoju. Po prostu się do mnie nie odzywaj i tak będzie najlepiej, co? Wtedy też nie będzie żadnej kłótni.
    Była tak poirytowana, że odrzuciła torbę gdzieś w stronę ściany… zrobiła to trochę za mocno. Ubrudzone dno akurat padło na jasną farbę i zostawiło na niej brzydką, ciemną smugę, a Bowen rzuciła się natychmiast ku niej i zaczęła ścierać ręką, co jeszcze pogorszyło sprawę.
    — Na Merlina, przepraszam… — zaczęła cicho pojękiwać, jednocześnie starając naprawić szkodę rękawem od swetra. — Naprawdę nie chciałam…
    Nastąpiła zupełna zmiana nastroju — teraz miała ochotę popłakać się z tego wszystkiego, ale przed wypłynięciem łez z oczu powstrzymywało ją uparte szorowanie ciemnego śladu. Wciąż była wściekła, ale jednocześnie odczuwała wstyd, że po raz kolejny odrzuciła czyjąś wyciągniętą rękę, a w dodatku jeszcze zdezelowała jej pokój. Różdżką naprawiłaby to już tysiąc razy…

    [ Wybacz to opóźnienie! ]

    OdpowiedzUsuń
  81. [Dobry wieczór :)Byłem tu wcześniej z tą samą postacią, to prawda. Krukoni górą - się wie! Jeśli o wątek chodzi, to chwilę nad nim pomyślę i się odezwę.]

    Sadr

    OdpowiedzUsuń
  82. [Coś tam mam, ale wiesz, to taki zarys. "Zarys" brzmi prawie jak "rysa", a to nie kojarzy się dobrze, więc nie wiążę z tym wielkich nadziei. Noale.
    Chcę wątku, w którym Avalon będzie zmuszona do zrzucenia maski. Oczywiście nie będzie chciała tego zrobić, wymusi to na niej sytuacja, w której się znajdzie. Na swoje nieszczęście, z Sadrem, który jest szczery w tym co robi nawet bez świadomości, że mógłby kogoś udawać. Chcę paniki ze strony Avalon i żeby Sadr był zaskoczony, że na to samo ktoś inny może zareagować inaczej niż wybuchem śmiechu.
    Niestety, jeszcze nie wymyśliłem, co to może być za sytuacja, w której oboje naraz się znajdą. Pomyśl, może Ty coś masz?]

    Sadr

    OdpowiedzUsuń
  83. Zdziwiła go reakcja Avalon, ten rumieniec na jej policzkach, był wyjątkowo silną reakcją na małe przewinienie jakim było zakłócenie ciszy w bibliotece. Nieznacznie przechylił głowę, przyglądając jej się w zamyśleniu. Chciał o coś zapytać, ale ugryzł się w język, bo wiedział, że szczerej odpowiedzi i tak nie dostanie.
    - Wcale nie, bo i tak ty zdolna osobo, zachlapałaś nam prace, więc i tak trzeba byłoby myśleć jak to usunąć – odparł, nie pozwalając sobie nawet na małe zawahanie i ciągle w myślach powtarzając, że to nie była przecież jego wina. To ona zaczęła, on tylko podjął wymianę zdań i tak to się skończyło właśnie.
    Uśmiechnął się wyraźnie, widząc, ze Av najwyraźniej, zaczyna analizować rzuconą przez niego propozycję. Oboje mogli wyjść na tym pozytywnie i szybciej wrócić do swoich zajęć, bez konieczności siedzenia kolejnych godzin w swoim towarzystwie. W duchu liczył, że ta zawzięta Krukonka znajdzie plusy w rzuconej propozycji. Oczywiście, że było to oszustwo, ale będąc szlachetnym i uczciwym, ciężko było do czegokolwiek dość w życiu. Poza tym ani On ani Ona nie byli Gryfonami, więc bawić się w złote dzieci nie musieli.
    - Polega to na skopiowaniu tekstu, łatwe zaklęcie, którego nauczył mnie ojciec – odparł poważnie. Złapał za swój pergamin oraz księgę i przesunął bardziej w stronę dziewczyny.- Skopiujemy tekst z książki na pergamin, jest to o tyle cwane, że zaklęcie to dostosowuje tekst do naszego stylu pisania – wyjaśnił jej cicho, tak by tylko ona to usłyszała. Wykrzywił znów wargi w uśmiechu, tym razem nieco krzywym, jakby ukrywał za tym inne emocje.- Masz mnie za skończonego palanta, co? - szepnął.- Używam tego tylko w krytycznych sytuacjach i przy pięciu razach w użyciu, ani razu nie wydało się to co robiłem.- dopowiedział.
    Klapnął z powrotem na krzesło.- No dawaj, Avalon... oboje nie chcemy tu tkwić, a jeśli będziemy to pisać, czekają nas przynajmniej jeszcze dwie godziny w swoim towarzystwie – mruknął.

    Call

    OdpowiedzUsuń
  84. [Ale to musi być coś takiego, przez co okaże się, że Avalon jednak jest człowiekiem i ma uczucia, rozumiesz, dlatego ja nie mogę tu nic narzucić. Nie znam Twojej postaci lepiej niż Ty.
    Mogę też zaproponować wątek ze skunksem, ale to chyba nic śmiesznego.]

    Sadr

    OdpowiedzUsuń
  85. Westchnął jedynie ciężko, gdy dziewczyna znów zaczęła bronić się przed winą za obecne, kiepskie położenie obojga. No dobra, był winny, oboje spaprali sprawę totalnie, ale to chyba już leżało w ich naturze by robić sobie naprzeciw. Ewentualne to Call był takim skończonym gnojkiem, że od początku prowadził do porażki w kontaktach międzyludzkich.
    Pokręcił jedynie głową, woląc już odczepic się od tego tematu... jeśli był winny to trudno, sposób w jaki oceni go Avalon to coś co najmniej go interesowało.
    Callum dawno już przestał przejmować się tym czego wymagano od niego. Zdanie rodziny przestało go interesować wraz z dniem, gdy stał pośród ludzi, a czuł się osamotniony... kiedy słuchał kondolencji, czuł poklepywanie po ramieniu, dostrzegał współczujące spojrzenia, lecz nikt z bliskich nie wpadł, że w tym wszystkim czuje się boleśnie sam. Od tamtego dnia robił wszystko tak, aby to jemu było wygodnie, dążył do swoich celów, a nie osiągał tych, które narzucano mu. To dla siebie uczył się wybitnie z pewnych przedmiotów, dla siebie starał się rozwinąć wężomowe jak najbardziej, lecz i dlatego, że On zawsze go do tego zachęcał. Była to jedyna rzecz, której mógł nigdy nie stracić jeśli w jakimś stopniu wspomnienia wyblakną.
    - Nie rzucaj tyloma komplementami bo tym razem to ja się zarumienię – prychnął, słysząc jak ona go postrzega. No tak, więcej nie mógł się spodziewać, nie dał jej powodów by go bardziej lubiła czy tolerowała nawet.
    Słysząc w pewnym sensie zgodę, sięgnął po różdżkę. W myślach powtórzył zaklęcie, nie mógł się pomylić bo znał już dobrze skutki tego, ale o tych minusach oczywiście nie zamierzał wspominać Krukonce. Im mniej wiedziała, tym było lepiej. Przesuwając końcem różdżki po tekście w księdze, szeptał zapamiętane słowa już. Później lekko stuknął różdżką o pergamin, najpierw swój by jeśli coś pójdzie źle to on będzie stratny, a Av go nie udusi. Litery zaczęły pojawiać się na stronie, obserwował to uważnie, ale i z cieniem satysfakcji. Kiedy pojawiła się ostatnia kropka, przeczytał to na szybko, pobieżnie, tak dla upewnienia. Widząc, ze wszystko jest w porządku, powtórzył tą czynność, aby i Krukonka miała wszystko na pergaminie.
    Schował różdżkę i siadł z powrotem na krześle, spoglądając na dziewczynę.
    - Zadowolona? - spytał od tak jakby nagle chciało mu się gadać.- Musimy i tak jeszcze przynajmniej z półgodziny posiedzieć, by nie było za podejrzane, że tak szybko skończyliśmy pisać – mruknął po chwili.

    Call

    OdpowiedzUsuń
  86. Na początku nadmierna ciekawość Jemmy kazała jej zapytać, dlaczego „to skomplikowane”, tak dobrze opisywało sytuację dziewczyny, ale rozsądek zamknął jej buzię na kłódkę, przypominając, że przecież byłoby to niemiłe i bardzo wścibskie. Dlatego postanowiła to przemilczeć, nie chcąc ciągnąć tego tematu. Miały odbyć tutaj przyjemną rozmowę, a Krukonce wydawało się, że życie uczuciowe Avalon nie należy do tego typu tematów. Simmons nie chciała, aby dziewczyna powracała myślami do tych nieprzyjemności, mając w swoich wspomnieniach to spotkanie, jako coś jedynie dobrego. Dlatego uśmiechnęła się tylko lekko, okazując tym samym swoje zrozumienie, bo ona też śmiało mogła pokusić się o takie stwierdzenie, mając na myśli siebie.
    Jemma, chociaż wcale nie wstydziła się tego, kim jest, starała się unikać tematu swojej rodziny, chociażby dlatego, że nigdy nie wiedziała, jaki druga osoba ma pogląd na osoby, których krew nie była czysta. W swoim życiu spotykała się zazwyczaj z nieprzyjemnościami z tym związanymi, dlatego nauczyła się ostrożności. Avalon jednak nie wydawała jej się być osobą, która myśli tymi samymi kategoriami, co większość Ślizgonów, więc postanowiła obdarzyć ją swoim zaufaniem.
    – Nie no, coś ty, wcale nie jesteś wścibska – odpowiedziała, nie przestając się uśmiechać. To pytanie wcale jej nie przeszkadzało. – Tak, moja rodzina jest podzielona, tak jak twoja, tylko nie w tym samym znaczeniu, że tak powiem. W dodatku jest podzielona idealnie na pół – zaśmiała się cicho, po czym upiła łyk ciepłego napoju, aby nie zaschło jej w gardle, gdy będzie mówiła. - Jestem czarownicą półkrwi. Mój tata jest czarodziejem, a moja mama i brat są mugolami, chociaż przyznam szczerze, że trochę nie lubię tego określenia, bo wcale nie wydają mi się w żaden sposób ograniczeni, wręcz przeciwnie. Niejeden czarodziej ma mniej otwarty umysł niż oni. Taki podział jednak nie wywołuje w naszym domu żadnych niemiłych sytuacji, bardziej te zabawne. Tego nawet nie da się aż tak bardzo odczuć, rodzice kochają mnie i brata w taki sam sposób, a żadne z nas nie czuje się gorsze, więc mogę być tylko wdzięczna losowi, za taką wspaniałą rodzinę – gdy mówiła o rodzinie, jej głos był ciepły i przyjemny. Ten temat kojarzył jej się tylko z dobrymi wspomnieniami, wsparciem i zrozumieniem, z domem, w którym zawsze była kochana i mile widziana. Nie mogła więc się nie uśmiechać.
    – Nigdy nie myślałam o tym w ten sposób, ale skoro mówisz, że takie spojrzenie może się przydać, to nie czuję się taka bezużyteczna - powiedziała, nieco uspokojona, mając pewność, że jej słowa nie zostały uznane za wymądrzanie się. – Ale skoro masz rodzinę w różnych miejscach na świecie, musiałaś je odwiedzić! Nie byłam nigdy ani we Francji, ani w Korei. Jak tam jest?

    Jemma Simmons

    OdpowiedzUsuń
  87. — Ludzie boją się tego, co nieznane — powiedział, wzruszając lekko ramionami i posłał dziewczynie smutny uśmiech. — Szczególnie, jeśli coś wygląda lub brzmi groźnie — dodał po chwili, odwracając wzrok. Nigdy tego nie rozumiał. Nie rozumiał dlaczego ludzie unikają osób, które dziwnie wyglądają, dziwnie się zachowują lub mają jakieś problemy. Dopiero z czasem uświadomił sobie, że po prostu się bali. Nie chcieli mieć do czynienia z kimś, kto nie jest normalny, jakby obawiali się tego, że sami tacy się staną albo jakoś wpłynie to na nich lub ich życie. Oczywiście, było to myślenie absurdalne. Max jednak zdążył zauważyć, że ludzie bywają naprawdę głupi lub ograniczeni umysłowo.
    — Myślę, że nie będzie z tym problemu. Nie musimy w końcu obserwować go dwadzieścia cztery godziny na dobę. Poza tym, zawsze mogę go przygarnąć na trochę, jeśli nie będziesz miała czasu.
    Przez ostatnie miesiące Max miał sporo czasu. Szczególnie, że jakoś często nie siedział wśród książek. Nie zależało mu jakoś bardzo na ocenach, toteż jakoś dużo się nie uczył. Na żadne dodatkowe koła też nie uczęszczał, gdyż jakoś nigdy mu się nie chciało. Może i nie był zbyt ambitnym uczniem, aczkolwiek nie można było też o nim powiedzieć, że się nie uczy. Od czasu do czasu zajrzał do książek, aby uporządkować sobie wiedzę na sprawdzian lub napisać jakiś esej. Nie siedział jednak godzinami w bibliotece, bo nie widział w tym sensu.
    — Raczej wątpię. Chyba, że faktycznie miałby takie umiejętności. Myślę jednak, że działała wtedy jedynie ludzka psychika, no i słabe serce. W końcu od lat nikt już nie umarł od krzyku lelka, więc coś w tym jest — powiedział, zerkając na profesora, który stanął z powrotem za biurkiem.
    — Świetnie! Każda para ma już swoje zwierzątko. Teraz dostaniecie notesy — oznajmił mężczyzna, po czym machnął krótko różdżką, a na każdym stole pojawił się mały notesik. — Na pierwszej stronie proszę wpisać gatunek waszego pupila oraz imię, jakie mu nadacie. Na dalszych kartkach macie zapisywać krótkie notatki opisujące dzień waszego zwierzaka. Starajcie uzupełniać je każdego wieczora. Pamiętajcie, im dłużej i ciekawiej, tym lepiej! Proszę tylko nie zmyślać, dowiemy się, gdy coś będzie nie tak. — Kontynuował profesor, uśmiechając się szeroko do uczniów. — No, to tyle. Zmykajcie już i czekajcie na dalsze instrukcje!

    Maxwell

    OdpowiedzUsuń
  88. [Jasne, nie ma sprawy :) Trzymam kciuki za nasz wątek! Jeżeli coś mi wpadnie, to też wpadnę. Z pomysłem.]

    Sadr

    OdpowiedzUsuń
  89. [Hej, teraz to aż mi się smutno zrobiło - Natanowi też! :D
    Dzięki wielkie! <3]

    Natan

    OdpowiedzUsuń
  90. [Momentami czuję się troszeczkę zagubiona, jeśli chodzi o Natana. Mam wrażenie, że są rzeczy, o których ja sama o nim nie wiem, ale mam nadzieję, że to się z czasem zatrze. Nieważne.
    Przybyłam tu, by wątkować, więc nie ma sensu pytać o chęci. :D Napisz mi tylko jakie widzisz między tą dwójką relacje, bo nie chcę psuć Twojego dotychczasowego wyobrażenia. :)
    Starałam się stanąć na wysokości zadania, przy kreowaniu go. I obstawiam, że wyszedł, jak wyszedł tylko dlatego, że dzięki rozpisce Arsowej, doszłam do wniosku, że mały Hutchel jest całkiem podobny do mnie XD]

    Nate

    OdpowiedzUsuń
  91. Dla Jemmy od zawsze jedynym domem była Anglia. Deszczowy Londyn, który dla wielu był dołującym miastem, ze względu na aurę pogodową, która w nim panowała. Dla niej jednak nie było bardziej przyjaznego miasta, z którym wiązała wiele przyjemnych wspomnień. To właśnie tam się wychowała, tam stawiała pierwsze kroki, nawiązywała pierwsze przyjaźnie i odkrywała samą siebie. Bawiła się, smuciła, śmiała i płakała, poznawała nowe rzeczy i uczyła się ich. To tutaj doświadczyła rodzicielskiej miłości, a także tej od brata, a każdą z nich ceniła sobie tak samo. Nie mogła narzekać na swoje dzieciństwo. Oprócz złośliwych komentarzy rówieśników, które zdarzały się w środowisku wszystkich dzieci, nie miała powodów do tego, aby nie być szczęśliwą. Pokochała nawet deszcz, który większości kojarzył się z depresją. Jednak ona potrafiła zrozumieć, że dopiero po deszczu przychodzi tęcza oraz słońce. I dlatego nadszedł taki moment, kiedy wyczekiwała go z niecierpliwością.
    Taki stan rzeczy utrzymywał się do momentu, w którym w wieku jedenastu lat, dostała list z Hogwartu. To właśnie wtedy w jej życiu pojawił się drugi dom, jakim był Szkoła Magii i Czarodziejstwa. Jednak Jemma nigdy nie zapomniała o Anglii, o znajomościach, które tam zwarła i o swoich rodzicach, którzy tak bardzo ją kochali. Także brat nieustannie pozostawał ważną osobą w jej zmienionym życiu. Śmiał się, że za niedługo wyrośnie jej krzywy nos, włosy jej wypadną, a także pojawi się mnóstwo pryszczy, ale tak właściwie to ich relacje pozostawały niezmienione. Nikt nikomu nie zazdrościł. Każdy posiadał takie życie, jakie chciał mieć.
    Rzeczywiście fajnie było żyć w zgodzie, Simmons bardzo to doceniała. Dziękowała wyższym siłom za to, że miała taką rodzinę. Słuchając opowieści Avalon, Jemma trochę porównywała swoje życie z jej życiem. Nie chodziło o to, które było lepsze, ale o to, że jednak różniły się od siebie, chociaż na pierwszy rzut oka nie było to aż tak widoczne. Zaskoczyła ją wieść o tym, że mama Krukonki nie żyła. Nie miała o tym pojęcia i od razu zrobiło jej się szkoda dziewczyny. Ona nie wyobrażała sobie momentu, w którym umiera jej mama. To było takie odległe i tragiczne, że aż nierealne.
    – Nie wiedziałam, że twoja mama nie żyje. Bardzo mi przykro… – odparła, posyłając jej pełne zrozumienia spojrzenie. Przecież dobrze wiedziała, jak to jest stracić kogoś bliskiego. Sama straciła najlepszą przyjaciółkę kilka miesięcy temu. – Konflikty rodzinne nie są mi dobrze znane z autopsji, ale mam znajomych, którzy no… wiadomo, nie w każdej rodzinie jest sielankowo, szczególne w tak podzielonej. Chciałabym to wszystko zobaczyć na własne oczy, te wszystkie miejsca, o których mówisz. I na pewno zobaczę, ciekawość gra chyba u mnie pierwsze skrzypce – zaśmiała się cicho. Nie chciała zbyt długo ciągnąć tematu nieszczęśliwych rodzin. To nie było im potrzebne. – Hej, ale skoro mieszkasz w Londynie, to może mogłybyśmy się spotkać w wakacje? To jeszcze odległy czas, ale tak teraz sobie pomyślałam, że mogłoby być fajnie – uśmiechnęła się lekko, po czym dopiła swój napój, co naturalne, z lekkim żalem, bo chciało się smakować jeszcze więcej tych pyszności.
    – Masz rację, ale widzisz, mam problemy ze swoją samooceną i wiarą w siebie. I tak jest już lepiej niż jeszcze kilka lat temu, ale i tak… No cóż… – westchnęła cicho, rozglądając się po kawiarni. Nie lubiła tego tematu.

    Jemma Simmons

    OdpowiedzUsuń
  92. [Spokojna głowa, wszystko ładnie pięknie zrozumiałe. I jak dla mnie - sama relacja jest jak najbardziej w porządku. Sytuacja z notatkami na początku interesu ściągarskiego (to określenie jest faktycznie fajne xD) też na tak. Ogólnie jestem na tak, masz może równocześnie jakiś pomysł na sam wątek? (zaproponowałabym coś od siebie, ale naprawdę jestem wyprana z pomysłów ;-;) Odwdzięczyłabym się pięknym zaczęciem :3]

    Natan

    OdpowiedzUsuń
  93. Stał bez ruchu, wpatrując się w nią pustym wzrokiem zupełnie jakby był spetryfikowany. Delikatne mrowienie w opuszkach jego palców, rozniosło się po rękach i wprawiło jego ciało w drżenie. Nie potrafił opanować naturalnych reakcji swojego ciała. Momentalnie zrobiło mu się gorąco, po kręgosłupie przetoczyły się ciarki. Avalon stała, opierając się o szybę i wpatrując się w niego tym wzrokiem.
    Początkowo nie był pewien czy prawidłowo go odczytał. Nie spoglądała na niego tak od czasu ich ostatniego wieczornego spotkania, parę dni przed dramatycznym rozstaniem. Stała w jego sypialni, jego współlokatorzy zebrali się w pokoju wspólnym, dyskutując o czymś zaciekle, więc całe dormitorium mieli dla siebie. Akurat wrócili ze spaceru po błoniach. Śmiała się, opierając o ramę jego łóżka. Na jej policzkach tańczyły krwistoczerwone rumieńce, tak pięknie odznaczające się na jej jasnej skórze. Srebrzyste kosmyki niesfornie opadały jej na twarz, sprawiając, że Fred miał tylko ochotę podejść, wyciągnąć dłoń i zgarnąć je ostrożnym gestem za jej ucho. Ciemne oczy zdawały się przewiercać go na wskroś, wnikać w głąb jego duszy, szarpać jego wnętrzności, hipnotyzować, czarować, omamiać… Podszedł. Przytulił ją. Pocałował w szyję.
    Zagryzła wargę i we wnętrzu Weasleya coś pękło. Spokojnym krokiem pokonał dzielącą ich odległość i objął ją ramionami, chłodnymi opuszkami palców delikatnie muskając odkryty fragment jej pleców. Musnął nosem czubek jej głowy i westchnął cicho w jej włosy, zamykając mocno powieki, próbując uspokoić walące nagle szaleńczo serce, starając się ujarzmić wyrywające się na wolność emocje. Czuł gorąco bijące od jej ciała i nie marzył w tamtej chwili o niczym innym jak tylko o tym, by móc zostać z nią tam na zawsze. Przycisnął ją mocniej do siebie, zupełnie jakby była z jakiegoś bardzo delikatnego i kruchego materiału, a on chciałby ją chronić przed całym złem tego świata. Na jego rzęsach błysnęły pierwsze słone kropelki, przez które musiał wstrzymać na chwilę oddech. Nie mógł przy niej płakać. Miał być jej obroną. Jej barierą. A ostatnimi czasy cały czas ją zawodził. Cały czas wprawiał ją w stan przygnębienia i zadawał im obojgu rany, które prawdopodobnie nigdy miały nie zniknąć. Miały zrosnąć się z ich ciałami, wbić w ich serca jak strzały. Niezmywalne niczym blizny.
    Roześmiał się cicho, oblizał łagodnie wargi i odsunął się od niej o krok, uśmiechając się szeroko. Łzy zniknęły z jego oczu. Nie mógł… nie chciał pozwolić na to, by jego Avie zapamiętała go w ten sposób. Jeśli to on zawalił na całej linii, nie mógł pozwolić na to, by wszystko, co kojarzyło jej się z nim, wprawiało ją w tak dołujący nastrój, w jakim on znajdował się przez ostatnich kilka dni.
    Skłonił się przed nią teatralnie, zza pleców wyciągając różdżkę. Roześmiał się, widząc zaskoczenie wypisane na jej twarzy i koniuszkiem magicznego przedmiotu wskazał na balkonowe drzwi. Uchyliły się przed nimi z cichym skrzypnięciem.
    — Zapraszam — szepnął, obejmując ją łagodnie jedną ręką i wyprowadzając na taras.
    Promienie słońca delikatnie musnęły jego skórę, kiedy przekroczył próg starych drzwi i poprowadził Avalon w kierunku balustrady. Powietrze było chłodne, balkonową poręcz pokrywały krople niedawno padającego deszczu. Fred zerknął kątem oka na Krukonkę i uśmiechnął się delikatnie, palcami zataczając malutkie kółeczka po jej biodrze. Nonszalancko oparł się o mokrą powierzchnię łokciem i wciągnął głośno powietrze nosem. Po plecach przebiegły mu dreszcze.
    — Dawno nie rozmawialiśmy — szepnął, przyglądając się badawczo jej twarzy — wiesz, tak normalnie.
    Zagryzł łagodnie wargę, ukradkiem przyciągając ją bliżej do siebie. Nie mógł znieść ciszy, która ostatnimi dniami zrodziła się między nimi. Nie potrafił wytrzymać długich, nic niemówiących spojrzeń. Nie był w stanie cierpieć więcej pod wpływem przypadkowego dotyku. Chciał móc ten ostatni raz mieć ją bliżej siebie. Zapomnieć o tym wszystkim, co się wydarzyło.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Chciał mieć ją blisko siebie, móc słyszeć jej słodki śmiech, kiedy wtulała się w niego jakby była to jedna z najnaturalniejszych reakcji. Chciał móc znowu smakować jej słodką skórę, zatapiać palce w jej włosach, spoglądać w jej oczy...
      — Avalon, czy ty mnie jeszcze lubisz? — zapytał, uśmiechając się niewinnie.
      Roześmiał się cicho, zdając sobie sprawę z tego jak głupio i dziecinnie to zabrzmiało. Ale prawda była taka, że bardzo chciał poznać odpowiedź na to jedno proste pytanie. Nie przejmując się niczym, objął ją również drugą ręką w pasie i stanął tuż za nią, nosem zgarniając spadające na jej szyję kosmyki włosów. Kąciki jego ust uniosły się w górę, kiedy niechcący zahaczył wargami o płatek jej ucha.
      — Chciałbym móc spakować wszystkie nasze rzeczy i stąd uciec. Jak najdalej od tej szkoły, od przytłaczających zamkowych murów, od obietnic złożonych twoim rodzicom… — westchnął, przymykając powieki i myśląc przez chwilę nad tym, co przed chwilą powiedział — ale pewnie nie dałabyś mi się już porwać. Prawda?

      Wybacz, że tak długo.
      Fredziak <3

      Usuń
  94. Max był tym mężczyzną, który bał się niewielu rzeczy. Nigdy nie był strachliwym chłopaczkiem, którego łatwo przestraszyć i prócz tych chwil, kiedy obawiał się przyłapania przez kogoś, gdy robił coś sprzecznego z zasadami, w życiu bał się naprawdę tylko dwa razy. Pierwszy raz wtedy, gdy podczas przedostatnich świąt do domu wkroczył jego ojciec, który zupełnie nie przypominał człowieka, jakim niegdyś był. Tego wieczora Max musiał stawić mu czoła, musiał bronić siebie, jak i matkę, co nie było wcale łatwym zadaniem. Później bał się już tylko, kiedy jego rodzicielka leżała nieprzytomna w św. Mungu po ataku jego ojca i walczyła o życie. To były dwie najgorsze chwile w jego życiu i miał nadzieję, że ostatnie. Może i Max był osobą silną psychicznie, ale takie sytuacje nawet i jego były w stanie w jakiś sposób załamać. Gdyby się mu lepiej przyjrzeć, można byłoby zauważyć, że mimo starań, nie jest taki, jak jeszcze w klasie szóstej. Czasami sztucznie się uśmiechał, od czasu do czasu męczyły go koszmary, przez co się nie wysypiał i niekiedy zapominał o jedzeniu. Tylko jego najlepsi przyjaciele zauważali, że coś jest nie tak i próbowali coś z tym zobić. Max jednak upierał się, że wszystko jest w porządku, że to tylko tymczasowe i niedługo mu przejdzie.
    — Dobrze to słyszeć — odpowiedział z uśmiechem. — Wiesz, większość zapewne wzięła udział w tym projekcie, aby pobawić się chwilę z jakimś fajnym zwierzakiem albo jedynie poznać kogoś nowego. Aż współczuję tym biednym zwierzętom, które zostały oddane w ich ręce — westchnął cicho. Znał niektóre osoby i wiedział, że nie były zbyt odpowiedzialne, więc zastanawiał się czemu w ogóle wzięły udział w tej akcji.
    — Mówiąc szczerze, nie jestem dobry w wymyślaniu imion — mruknął, krzywiąc się nieznacznie z zakłopotaniem. — Każde zwierzę jakie miałem nazwałem Robin, nieważne czy był to samiec czy samica — dodał zaraz. — Nie sądzę jednak, aby było to dobre imię dla ptaka, szczególnie takiego. Może ty masz jakieś ciekawsze propozycje?
    Przyglądał się jak dziewczyna wypełnia swoim starannym pismem luki w notesie. Rubryka z imieniem wciąż jednak pozostawała pusta, ale wierzył, że Avalon coś wymyśli. Dziewczyny zawsze były w tym lepsze, przynajmniej tak mu się wydawało. Max nigdy nie potrafił wymyślić żadnego imienia, które by mu się podobało i pasowało do zwierzaka, dlatego właśnie każdemu swojemu pupilowi nadawał takie samo imię.

    Max

    OdpowiedzUsuń
  95. Uśmiechnął się na jej widok zupełnie niczego się nie domyślając. Gdyby wiedział, że ta nie czuje się dobrze w lata z pewnością wymyśliłby co innego. Zbliżył się do niej, a palcami przeczesał swoje kosmyki włosów. Rozpierała go niebywała energia na samą myśl o lataniu i to jeszcze nie w pojedynkę! Z trudem mógł ustać w miejscu. Niecierpliwie przestąpił z nogi na nogę. - Gotowa? - zapytał unosząc jedną brew ku górze i wskakując na swoją najukochańszą miotłę. Przepuścił ją i dopiero sam wzbił się w poietrze. Pięć, średnich rudnek wokół boiska zdecydowanie ich rozruszały, by mogli na spokojnie wzbić się ponad trybuny boiska. Podleciał do Avalon, a uśmiech z jego twarzy nie schodził nawet na chwilę. - I jak? - zapytał lekko szturchając końcówką trzonka bok dziewczyny. - I jak? Podoba ci się? Chcesz się wznieść wyżej? - zapytał podając jej dłoń na wypadek gdyby się bała i tak dla asekuracji. Puści ją, gdy ta zdecydowanie poczuje się pewniej. - Chodź polecimy nad jeziorko i nad Zakazanym Lasem. Pokażę ci to i owo. Wokół Hogwartu jest masa miejsc, o których z pewnością nie miałaś pojęcia - dodał poruszając zabawnie brwiami, by jakoś ją zachęcić do poszerzenia aktualnej rozrywki. - Oczywiście jeśli chcesz.

    Borys

    OdpowiedzUsuń
  96. Chłodne powietrze pieściło jego uszy, nieprzyjemnie szczypiąc odkryte fragmenty jego skóry. Lubi go. Bardzo. Uśmiechnął się pod nosem, słysząc komentarz Avalon. Zaraz roześmiał się cichutko, wargami ponownie niby to niechcący zahaczając o płatek jej ucha. Nie potrafił się przed tym powstrzymać. Wszystko w tej sytuacji wydawało się takie naturalne. Każdy gest, każde słowo, każde spojrzenie. Delikatny dotyk. Bliskość. Fred po raz pierwszy od dawna w obecności Krukonki poczuł się prawdziwie szczęśliwy. Nie było smutku w jego słowach, w jego głosie. Jego śmiech był ponownie tak samo szczery jak w czasach, kiedy się spotykali. Kiedy nie musieli zamartwiać się przyszłością i czerpali radość z wzajemnej bliskości. Na moment przymknął powieki, rozkoszując się tą krótką chwilą. Jej zapach mącił jego zmysły, przyciągając go i odpychając zarazem, raniąc jego myśli, ale Weasley usilnie starał się o tym nie myśleć. Cieszył się z tego, że w końcu mogą porozmawiać normalnie. Że nareszcie się uśmiechają, nie roztrząsając tego, co się z nimi stało. Dlaczego nie mogą być razem.
    A potem ta kruchutka bańka sztucznej rzeczywistości pękła za sprawą jednego, głupiego zdania. Boże. Czy on zawsze musiał wszystko psuć? Avalon złapała go za ręce, wysuwając się z jego objęć i powolutku obracając w jego stronę. Spojrzenie jej ciemnych oczu zmroziło go doszczętnie. Każdy najmniejszy element jego ciała zamarł w bezruchu. Smutek widoczny w ciemnych tęczówkach, niepewność, jedno pytanie i jakby… cień nadziei. To wszystko sprawiło, że jego serce ponownie stanęło w miejscu. Przez jego umysł naraz przetoczyło się tysiąc myśli. Tysiąc wspomnień.
    Avalon przybiegająca do niego z płaczem po burzliwych rozmowach z rodzicami. Podarte przez Krukonkę listy, których niekiedy nawet nie chciała otwierać. Każdy łapczywy pocałunek, tak żarliwy jakby dosłownie za chwilę mieli się ze sobą pożegnać. Jego rozmowy z panem Moorem. Jego usilne próby przekonania go do zmiany decyzji. Prośby. Próba zrozumienia. Avalon ma nie wiedzieć, że się kontaktujemy. To wszystko dla jej dobra.
    Do tej chwili nie myślał o ich rozstaniu w ten sposób. Nie był w stanie zrzucać winy na kogokolwiek oprócz niego. Gdyby tylko bardziej się postarał… gdyby tylko… Ojciec Avie był człowiekiem z twardymi zasadami. Na każdą jego sowę odpisywał własnoręcznie starannie zaokrąglonym pismem. Wyrażał się kulturalnie i mówił, że jest mu naprawdę przykro, ale to jedyne rozsądne wyjście. Na wszystkie błagania odpowiadał kulturalnie. Do czasu aż Fred nie postanowił spróbować innej metody. Do czasu aż Fred nie zaczął naprawdę się denerwować. Dopóki do niego nie dotarło, że to naprawdę może już być koniec. Jego ostatnia wiadomość nie była tak wyrafinowana. Weasleyowi puściły nerwy. W każdym napisanym słowie było tyle jadu, rozpaczy i złości – nie potrafił się pohamować.
    — Avie… — szepnął, próbując przyciągnąć ją ponownie do siebie, lecz kiedy dojrzał opór w jej oczach, natychmiast zrezygnował. Westchnął, zagryzając wargę i zastanawiając się jak powinien o wszystkim jej powiedzieć — obiecałem, że nie pisnę słowa.
    Zacisnął powieki, nerwowo oblizując usta. Nie sądził, że kiedyś przyjdzie taki czas, iż sam zdecyduje się o wszystkim powiedzieć Krukonce. W założeniu miał się z nią już nie widywać. Miał się z nią nie spotykać, nie mącić jej w głowie, pozwolić o sobie zapomnieć. Tak będzie lepiej. Dla was obu. Nie był jednak w stanie tego zrobić. Po raz kolejny odetchnął, niepewnie kręcąc głową.
    — Twój tata odwiedził mnie raz w pokoju wspólnym. Jego głowa pokazała się w kominku. Korzystał z sieci Fiuu — delikatnie wzruszył ramionami, wyciągając dłoń przed siebie i ostrożnie odgarniając włosy z twarzy Avalon — nie chciałem odpuścić. Dręczyłem go listami. Zasypywałem argumentami za i przekonywałem, że najlepsza przyszłość czeka cię ze mną — roześmiał się niepewnie. — W desperacji powiedziałem, że mogę ci się już oświadczyć i nic z tym nie zrobi. Zdenerwował się. Chciałem go tylko trochę nastraszyć.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Uniósł wzrok, wpatrując się w niebo i powoli przeskakując spojrzeniem z chmury na chmurę. Błękit działał na niego uspokajająco.
      — Powiedział, że nie może na to pozwolić. Że robi wszystko dla twojego dobra. Opowiedział mi nawet o tym twoim mężu, wiesz? — uśmiechnął się smutno, ponownie zerkając na Krukonkę. — Powiedział, żebym więcej do niego nie pisał i nie próbował zrobić niczego, co zaszkodziłoby naszym stosunkom. Stwierdził, że to małżeństwo cię uszczęśliwi. Zasugerował, że jeśli będę się narzucał, to może postara się o zmianę twojej szkoły. Nie chciałem… nie mogłem na to pozwolić.
      Zagryzł wargę, wpatrując się w jej oczy. Za nic w świecie nie potrafił zgadnąć o czym dziewczyna w tej chwili myśli. Bał się poruszyć, bał się ją dotknąć. Bał się, że właśnie zniszczył ostatnią szansę na ich – nierozsądne – kolejne pożegnanie. Pociągnął nosem i nieco szczelniej otulił się szatą. Drżał. Ale chyba nie był to efekt zimna.
      —I tak złamałem już parę z jego zasad. Nie wiem, co by zrobił, gdyby dowiedział się, że znowu się spotkaliśmy. Nie mówiąc o całowaniu — roześmiał się niepewnie, wzrokiem badając jej twarz. — Nie powinienem ci o tym wspominać. Wolę nie myśleć jak by zareagował na taką wiadomość… to i tak wszystko moja wina.
      Westchnął, palcami przeczesując włosy. Jego serce zaczęło bić szybciej, a po ciele ponownie przebiegły mu dreszcze. Strach. Gryfon znowu się bał. Bał się jej reakcji. I tego, co sobie po tym wszystkim o nim pomyśli.

      Najukochańszy Freddie, który pracuje nad regularnością <3

      Usuń
  97. Zakładanie masek nie było dla Jemmy obcą czynnością. Nawet za jej uśmiechem zawsze coś się kryło, jednak niewielu miało okazję dowiedzieć się, co tak właściwie się tym skrywa. A trzeba było przyznać, że wcale nie było tego mało. To właśnie tam znajdowała się cała jej złość, smutek, ból i cała gama innych mało pozytywnych emocji, które niekiedy ją dotykały, jak każdego człowieka. I chociaż w danym momencie zazwyczaj nie umiała utrzymać ich na wodzy, to jednak męczyły ją nigdy niewypowiedziane słowa czy też rzeczy, których nigdy nie zrobiła. Tam z tyłu, w jej głowie, od czasu do czasu odzywał się irytujący głos, który przypominał jej o tym wszystkim, a ona z całych sił pragnęła, aby w końcu się zamknął. Nie chciała tego słuchać. Prawda zawsze sprawiała problemy.
    O tym, jak bardzo rzeczywistość potrafi być ciężka, przekonała się najbardziej wtedy, kiedy straciła bardzo bliską sobie osobę. W tamtym momencie najbardziej nie chciała przyjąć prawdy do wiadomości, zapierała się rękami nogami, nie dopuszczając do siebie myśli, że to mogłoby się wydarzyć naprawdę. Żyła wcześniej w przekonaniu, że takie rzeczy nie spotykają dobrych ludzi, a jednak po jakimś czasie musiała przyswoić sobie, że jednak tak jest. Wtedy nie widziała absolutnie żadnych pozytywnych stron w tej sytuacji, ale właśnie teraz, gdy się nad tym zastanawiała, dochodziła do wniosku, że przynajmniej umiała otworzyć się na cierpienie innych ludzi. Avalon doświadczyła tego samego, a Jemma mogła ją zrozumieć i obie czuły, że nie są z tym bólem same. Może było to marne pocieszenie, ale zawsze jakieś. Nawet jeśli w niewielkim stopniu, to pozwalało na przezwyciężenie tragedii, bo nieważne ile czasu mijało, to cierpienie pozostawało takie samo.
    Krukonka jedynie kiwnęła głową na znak, że rozumie, ale nie kontynuowała wątku utraty bliskich osób. Nie chciała rozmawiać o Charity. Bała się, że mogłaby się niepotrzebnie rozkleić.
    – Och, Seul, naprawdę? – uśmiechnęła się szeroko, słysząc o tej propozycji. Naprawdę chciała zobaczyć to miejsce. – Nawet nie wiedziałabym, co powiedzieć, gdybyś zabrała mnie w którekolwiek z tych miejsc! Oczywiście nie chcę, żebyś czuła się w jakikolwiek sposób zobowiązana. Poza tym… Myślisz, że twoi dziadkowie by się zgodzili? Z moimi rodzicami raczej nie byłoby problemu, ale po prostu nie chciałabym się narzucać tobie i twojej rodzinie – oznajmiła. Zawsze panikowała na temat takich rzeczy. Nie lubiła pełnić roli piątego koła u wozu, szczególnie wtedy, kiedy miała siedzieć na głowie rodzinie swojej koleżanki.
    – Oj, nie mów tak… Coż… Dziękuję ci bardzo – na twarzy dziewczyny pojawiły się lekkie rumieńce. Wzięła głęboki wdech, bo nadmiar komplementów zawsze ją stresował. – To samo mogłabym powiedzieć o tobie! Jesteś wspaniała! – posłała Avalon szczery uśmiech.

    Jemma Simmons

    OdpowiedzUsuń
  98. Od jakiegoś czasu jej irytacja sięgała zenitu. Wszystko działało jej na nerwy, potrafiła ochrzanić bogu ducha winnego Shane'a za jakąś głupotę, w stylu spóźnienia na umówione spotkanie, chociaż dobrze wiedziała, że jej zdarza się to równie często, jak jemu. Pyskowała, groziła i ogólnie zrażała do siebie ludzi, z którymi na ogół była w dobrych relacjach, wszędzie doszukując się podstępu czy zamachu na swoją wolność osobistą. Nie miała pojęcia, czy to jest coś, co szumnie określano wiekiem dojrzewania, czy to te całe hormony i całe inne bagno, w które bardzo nie chciała wpaść - czy w końcu samo przyszło do niej. Z jednej strony irytowało ją niesamowicie, gdy rodzina i bracia traktowali ją jak dziecko, z drugiej - bardzo, ale to bardzo chciałaby takim dzieckiem pozostać. Była bystra, inteligentna i nie potrzebowała do szczęścia zamartwiania się chłopakami czy fałszywymi przyjaciółmi. Strasznie martwiło ją, że zajdzie w niej jakaś zmiana, której nie będzie umiała zaakceptować; że stanie się jak, na przykład, różowowłosa kuzynka, Lucy. Kiedyś miały świetny kontakt, bo oboje były niezbyt grzecznymi córeczkami, rozrabiały razem i psociły, a potem nagle coś się zmieniło i Luce przestała odzywać się do kogokolwiek z rodziny. Owszem, sama też była pyskata i nieznośna, ale podejrzewała - wiedziała - że u kuzynki wygląda to zupełnie inaczej. Nie miała tylko pojęcia, co się stało, ani dlaczego to się stało, niemniej - żałowała okropnie. Bała się, że wkrótce sama wpadnie w takie problemy, których nie była w stanie zrozumieć. Bardzo tego nie chciała.
    Usiadła ciężko przy stole, ponurym wzrokiem wpatrując się w wystawione jedzenie. Nic jakoś specjalnie jej nie kusiło. Ostatecznie nałożyła sobie na talerz trochę puddingu i czekoladową muffinkę - miała niesamowitą słabość do słodyczy; Shane często żartował, że można by ją tym przekupić, bo będzie gotowa oddać życie za torebkę z Miodowego Królestwa - nalała sobie też zbożowej kawy do filiżanki i tak uzbrojona, zaczęła obserwować otoczenie, jednocześnie skubiąc jedzenie z talerza.
    - W porządku - wzruszyła ramionami, odsuwając się kawałek, by zrobić dziewczynie miejsce. - Jasne, siadaj. Co tam u ciebie? - spytała, raczej z grzeczności, niż z prawdziwego zainteresowania. Znała Avalon głównie jako dziewczynę swojego najstarszego brata, rzadko z nią rozmawiała, bo ogólnie dziewczęta ze starszych klas były dziwnie onieśmielające: w przeciwieństwie do chłopaków, wśród których miała sporo kolegów z szóstego i siódmego roku.
    Uśmiechnęła się lekko. Nigdy nie pojmowała, po co ludzie się tyle uczą. Jej wystarczyło dzień przed sprawdzianem zajrzeć do książki, by dostać w miarę dobrą ocenę, co zazwyczaj i tak zaniedbywała, aczkolwiek umiejętność ściągania przyswoiła sobie w przeciągu pierwszych dni w szkole, więc...
    - Nie rozumiem, po co się tak męczysz - stwierdziła po prostu, odłamując kawałek czekoladowej babeczki i wkładając sobie do ust. Na języku poczuła słodki, lepki smak. Przymknęła oczy, rozkoszując się chwilą. Mniam, mniam.

    [jest okej! ja nie wymagam rozpisywania się, bo mi samej często to nie idzie. :D]
    Lily.

    OdpowiedzUsuń
  99. [Nie ma Zoey i Joe, są za to inne postacie. Chodź na wątka <3]

    Albus, Nelius, Roxanne

    OdpowiedzUsuń
  100. Wakacje spędzane z rodziną stały się już pewnego rodzaju tradycją. W tym roku jednak nastąpiła drobna zmiana, a mianowicie razem z Weasleyami pojechał nikt inny jak Avalon Moore – dziewczyna Freda. Roxanne na początku odrobinę się boczyła, bo oznaczało to dla niej tyle, że będzie musiała siedzieć sama przez większość czasu, kiedy jej brat będzie się migdalił ze srebrnowłosą azjatycką pięknością. A przecież ona brała ze sobą miotłę, żeby trenować z Fredem jak zwykle! Miała jedynie nadzieję, że Avie jest na jakiejś diecie i nie będzie zjadać jej czekoladowych żab, którymi czternastolatka nie miała zamiaru się dzielić. Brata mogła jakoś przeboleć, jednak słodycze były bytem wyższym, nienaruszalnym i chronionym przez Roxanne dwadzieścia cztery godziny na dobę.
    Dni mijały właściwie spokojnie. Dziewczynka miała dużo czasu dla siebie, sporo też spędzała go z matką, która jako jedyna była chętna na latanie i rzucanie sobie kafli oraz uganianie się za tłuczkami. Z Fredem i Avalon gadała głównie w ciągu wspólnych posiłków. Oprócz tego miała wokół siebie piękną okolicę, czyste jezioro, las oraz rzekę. Ojciec mówił, że niedaleko znajduje się nawet wodospad. Mieszkanie w drewnianym domku sprawiało, że czuła się rozluźniona i w pewnym sensie szczęśliwa. Gdyby nie fakt, że Fred bez przerwy zamykał się w swoim pokoju z Avalon i w dodatku nieudolnie próbował zamaskować malinki zdobiące okolice jego obojczyków.
    – Ty sobie zdajesz sprawę z tego, że to widać, tak? – spytała go raz po obiedzie.
    – O rany, myślałem, że nikt się nie zorientował!
    Po części było to całkiem zabawne, jednak Roxanne musiała przyznać, że z czasem zaczęło jej się po prostu nudzić. Wzdychała cicho ku niebiosom, patrząc na miotłę opartą o ścianę w swoim pokoju. Chodziła nad wodę, wspinała się po drzewach i robiła wszystko to, co zwykła robić w każde wakacje, tyle że przez większość czasu była sama. Frustrowało ją to, ale widziała uśmiech na twarzy brata, więc nie chciał mu przeszkadzać. Avie też lubiła, szczególnie wtedy, gdy pomagała jej matce z gotowaniem. To musiały być te azjatyckie geny. Azjaci wszystko robili lepiej, począwszy od rzeczy typu śpiewanie, na doprawianiu kurczaka kończąc.
    Nie spodziewała się jednak tego, co nastąpiło po okrągłym tygodniu pobytu w Dziurze, jak zwykli nazywać to miejsce rodzice. Odkryła, że zjadła już wszystkie żelowe robaki, jakie wzięła ze sobą, a czekoladowe żaby chciała zostawić na później. To nie tak, że wydawało jej się, iż Fred i Avalon poszli razem z rodzicami na ryby. To wcale nie tak, że chciała wykraść bratu jego słodycze, będąc pewna, że została sama w domu.
    Jej szeroko otwarte oczy i szczęka, którą prawie dało się zbierać z podłogi, mówiły same za siebie. Nie spodziewała się, że zastanie kogokolwiek w pokoju Freda, a jednak po otwarciu drzwi ujrzała chyba ostatnią rzecz, jakiej pragnęła. Nie była pewna, co pierwsze rzuciło jej się w oczy – goły tyłek brata, biust Avalon, czy może czerwone policzki ich obojga idące w parze z potarganymi włosami.
    – O kurwa – mruknęła, po czym zatrzasnęła za sobą drzwi i pobiegła do siebie.
    To był chyba pierwszy raz w jej życiu, gdy przeklęła w obecności drugiej osoby. Nie wiedziała, dlaczego również na jej twarzy były widoczne rumieńce. Właściwie przez parę godzin była pewna, że zwymiotuje i dostanie depresji. Pukanie do jej drzwi przyprawiało ją o szybsze bicie serca. Z jakiegoś powodu nagle bała się pogadać z bratem, który błagał, by otworzyła. O nie, nie miała zamiaru wysłuchiwać wykładów o dojrzewaniu.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi

    1. Przespała noc, co samo w sobie powinno być uhonorowane Orderem Dzielnego Weasleya. To, co stało się rano, przerosło jednak jej wszelkie oczekiwania.
      – Roxanne, Avalon, mogłybyście iść do lasu po szyszki, suche gałęzie i inne takie? – zagadała Angelina, trzymając w ręce precla. – Dziś zrobimy ognisko.
      Roxanne czuła, że cała jej twarz stała się czerwona, co przecież działo się niesamowicie rzadko, chociażby ze względu na jej ciemną karnację. Przyłapała się na tym, że porównywała swoją płaską klatkę piersiową do zawartości stanika Avalon, który jeszcze wczoraj zaprezentowała jej w pełnej okazałości.
      Miała ochotę wybiec z krzykiem i spać w szałasie przez resztę wyjazdu.

      [Wybacz za to słabe coś, chce mi się trochę spać ;_;]
      Speszona Roxanne

      Usuń
  101. Naprawdę nie powinien się tak dobrze bawić, szczególnie biorąc pod uwagę fakt, że znajdowali się w Zakazanym Lesie, był środek nocy, i mogło im grozić rzeczywiste niebezpieczeństwo. Ale nie potrafił bać się czegoś, co nie patrzyło mu prosto w oczy. Jak na razie wszystkie te dźwięki brzmiały jak szum wiatru i raczej nie było się czego bać, a Avalon była naprawdę zabawna, gdy tak się przejmowała. Widział w jej oczach, że już zwątpiła w sens ich wyprawy, ale nie chciała się do tego przyznać. On od początku wiedzial, że nie było w niej jakiegokolwiek sensu, ale nie chciał stracić okazji na ciekawą i ryzykowną przygodę. Avalon rzadko decydowała się na tak drastyczne łamanie regulaminu.
    - Tylko się nie zsikaj, Avi - zaśmiał się cicho, ściskając lekko jej nadgarstek. - Chcesz znaleźć ten kwiatek, czy nie?
    Uniósł brew, dobrze wiedząc, iż są marne szanse na to, że Avalon się teraz wycofa. Była zbyt uparta, by odpuścić.
    - Nic nas nie zje.
    I - jakby chcąc utrzeć mu nosa - nagle coś poruszyło się wśród drzew. Było to wyraźnie coś dużego, i najprawdopodobniej niezbyt przyjaźnie nastawionego, biorąc pod uwagę fakt, że był to Zakazany Las. Niewiele było tutaj przyjaźnie nastawionych stworzeń. Ale, jako że postawa Jamesa często graniczyła z brawurą, niezbyt przejął się faktem, iż coś rzeczywiście może go zaraz zjeść. Martwiło go raczej to, że coś mogło zjeść Avalon.
    - Hm, mały wypadek przy pracy - wymamrotał, wyciągając różdżkę.

    [Wybacz to opóźnienie, już powracam do żywych!]
    James

    OdpowiedzUsuń
  102. Po słowach Avalon dziewczyna uspokoiła się nieco. Naprawdę nie chciała robić jej rodzinie żadnych problemów, skoro z tego co słyszała, mieli ich już wystarczająco dużo. Tym bardziej nie chciała, aby Krukonka miała przez to jakieś nieprzyjemności, bo wiadomo było, że dorośli różnie reagowali na tego typu wizyty. Jemma zamierzała jednak zrobić wszystko, aby dziadkowie Avalon ledwo zauważyli obecność Simmons, gdy dziewczyny się tam znajdą. Akurat to potrafiła zrobić.
    – Cóż, jeśli tak mówisz, to czuję się nieco lepiej, chociaż i tak nadal mam wrażenie, że zwalam się komuś na głowę – westchnęła, jednak po chwili na jej twarzy pojawił się delikatny uśmiech. Trudno było ukryć zadowolenie z powodu możliwości odwiedzenia jakiegoś miejsca, które z tego co wywnioskowała, różniło się od wszystkiego, co znała. – Ale jeśli tak sprawy się mają, to tym lepiej, jeśli tym razem będziesz miała jakąś towarzyszkę. Jeśli chodzi o moich rodziców, to nie powinno być problemu, o ile odpowiednio wcześniej ich poinformuję. Dlatego chyba napiszę list do ojca, żeby przynajmniej wiedzieli, na co się przygotować, bo wiadomo, planujemy też jakiś wspólny wyjazd całą czwórką. Ale poza tym nie powinno być żadnego kłopotu, więc właściwie możemy już planować wyprawę – zaśmiała się cicho.
    Już teraz myślała o tym, aby jutro znaleźć czas na napisanie listu i wysłanie go. Wiedziała, że im wcześniej rodzice zostaną poinformowani, tym łatwiej będzie wszystko zaplanować w ten sposób, aby żadne plany nie kolidowały ze sobą. Jemma jeszcze nie wiedziała, gdzie wybiorą się w tym roku, ale wiedziała, że gdzieś na pewno. Ostatnim, czego chciała, to to, aby te dwa wyjazdy zbiegły się ze sobą. Była zbyt zachwycona wizją zobaczenia Korei. Właśnie stamtąd pochodził jej inny znajomy, dlatego była to świetna okazja, aby zrozumieć także jego kulturę. Dzięki temu na pewno byłoby im się łatwiej dogadać, chociaż niektóre problemy w ich komunikacji wynikały z czegoś zupełnie innego. Trudno było nie zauważyć, że Hyun się czegoś bał.
    – Ale nawet nie wiem jakie by to mogły być ćwiczenia – jęknęła, po czym westchnęła i odchyliła się nieco na krześle. – To jest takie trudne! Tym bardziej, kiedy ktoś, w kim jesteś zakochana, nie patrzy na ciebie w taki sposób, jaki ty być tego chciała. To wcale nie pomaga w poprawieniu samooceny, wręcz przeciwnie. Przez to mam ochotę zapaść się pod ziemię! – burknęła, po czym położyła głowę na stole, na znak, że całkowicie się już poddaje.

    Jemma Simmons

    OdpowiedzUsuń
  103. [Dziękuję bardzo za miłe słowa! Przecudowne zdjęcie panienki w karcie, aż nie mogłam oderwać wzroku <3
    Anna byłaby zaszczycona mogąc mieć tak piękną przyjaciółkę, zdecydowanie. Oczywiście, bardzo chętnie wkręcę ją w to powiązanie. Masz już może jakiś konkretny pomysł czy myślimy wspólnie? :)]

    Anna

    OdpowiedzUsuń
  104. Sytuacja była więcej niż ironiczna - była tak ironiczna, że aż śmieszna. Czyż nie było to oczywistym następstwem zdarzeń? Wchodzisz w środku nocy (na dodatek podczas pełni!) do Zakazanego Lasu, więc spotykasz jakieś wielkie stworzenie, które chce cię zjeść. To przecież normalne, i bardzo przewidywalne. Tylko idiota miałby nadzieję na inny rozwój wypadków. Tylko idiota zgodziłby się na kompletnie szaloną propozycję dziewczyny, która prawie nigdy nie łamie regulaminu, a na pewno nie aż tak. Tak, owszem, James Potter był strasznym idiotą. To śmieszne, bo pozwolił Avalon na zrealizowanie tej głupiej i szalonej misji tylko dlatego, że miał nadzieję na jakieś ciekawe wydarzenia, ale tak naprawdę przemierzał las z myslą: oby nic nas nie zjadło. Nie chciał narażać Avalon na zbyt duże niebezpieczeństwo. Na Merlina, gdzie on miał mózg?! Włazi do lasu w środku nocy i jeszcze gada takie farmazony!
    - Ciiiicho - syknął, ściskając mocniej różdżkę.
    Próbował przyjrzeć się przemieszczającemu się cieniowi dokładniej, ale jedyne, co dostrzegał, to rozmiar stworzenia. A ten wcale nie wskazywał na to, by był to uroczy króliczek, który przykicał sobie dla dotrzymania im towarzystwa. To coś zdecydowanie było większe, mniej więcej rozmiaru człowieka. Świetnie, pomyślał James. - Idealnie.
    - To jak, nadal masz ochotę na kwiatka, czy wolisz uciekać? - szepnął, zerkając na Avalon.
    Nie wiedział, co też mogło jej chodzić jeszcze po głowie. Na pewno nie miał zamiaru pozwolić jej na spektakularną walkę z tym czymś, co tak ją przeraziło, ale wolał spytać. Avalon zachowywała się tego wieczoru jak nie ona.
    To coś poruszyło się znowu w zaroślach, wprawiając Avalon w jeszcze większe drżenie. James nie wiedział, czy może uszy płatają mu figle, ale wydawało mu się, że usłyszał niski warkot. Hm, najprawdopodobniej ich gość był głodny. A oni byli obiadem. Lub kolacją.

    OdpowiedzUsuń
  105. [bardzo chętnie i dziękuję. :) nie wiem, czy Avalon uczęszcza na jakieś zajęcia dodatkowe, ale mogłybyśmy wpakować je do jednej grupy na takowych (bo na zwykłej lekcji to nie przejdzie; Manda jest rok młodsza :D), a potem Minnie sprowokowałaby kłótnię albo zwyczajnie na Avalon naskoczyła... się zobaczy. o ile masz ochotę.]

    Manda Hutchel

    OdpowiedzUsuń
  106. [ Cześć, mogę ci odpisać, czy uważasz, że odpowiadanie na wątek z 20 lutego (nie wiem, co ja robiłam od tamtej pory, pewnie spałam) to przesada? :P ]

    OdpowiedzUsuń
  107. Posłał jej przepraszające spojrzenie, gdy dźgnięcie jej trzonkiem miotły okazało się być złym pomysłem. Gdyby tylko wiedział, że dziewczyna nie czuje się dobrze na miotle nie zmuszałby jej do latania. zabrałby ją do miasteczka na cudowne, kremowe piwo uwielbiane chyba przez wszystkich uczniów Hogwartu. Ujął delikatnie jej dłoń, by poczuła się pewniej i delikatnie się do niej przysunął, gdy stale, stopniowo zwiększali wysokość. - Jest dobrze? - zapytał chcąc się upewnić czy z Avalon jest okej. Na razie da jej trochę oswoić się z dość sporą wysokością, na której się znaleźli. Bez pośpiechu, mają się dobrze bawić, a nie stresować.
    Lecieli powoli nad jeziorkiem oglądając piękne widoki. Zrobili kilka kółeczek.
    - Nie wygląda aż tak strasznie - wydukał Borys, gdy tym razem lecieli nad Zakazanym Lasem. - A jednak lepiej do niego nie wchodzić. Właśnie przez niego dostałem swój pierwszy szlaban. Razem z kumplami założyłem się na koniec pierwszej klasy kto wytrzyma tam całą noc, cóż potem wszyscy spędziliśmy tydzień w ambulatorium. Nabawiliśmy się jakiejś wysypki, matko czego my tam nie przeżyliśmy. Do dziś czuję okropny smak eliksirów serwowanych przez nieugiętą pielęgniarkę - wyznał wyraźnie rozbawiony. - Jednak nie żałowałem, w końcu raz się żyje.

    Borys

    OdpowiedzUsuń
  108. Czuła się trochę nieswojo w całym tym towarzystwie. Była najmłodsza, dopiero co skończyła trzecią klasę w Hogwarcie. Chciała, żeby pojechał z nią Albert, jednak ten miał już zaplanowane wakacje z rodziną, więc z całego jej misternie szykowanego planu latania z chłopakiem na miotłach wyszły nici. Lubiła Avalon i cieszyła się ze szczęścia swojego brata, nawet jeśli mówiła mu, jak bardzo wkurzało ją, gdy migdalił się do Avie po kątach i to na widoku. Droczyła się z nim, droczyła się z panną Moore, która była tak zabawnie nieśmiała i poczciwa, że nawet Roxanne często to bawiło. Choć musiała przyznać, że kuchnia Avalon była naprawdę wspaniała. Może to sprawa azjatyckich korzeni, jednak Weasleyówna nigdy nie jadła tak dobrego kurczaka, jakiego przygotowała Krukonka.
    A jednak to wszystko poszło na marne, bo co się zobaczyło, tego się nie odzobaczy, jak to mówiło stare dobre powiedzonko. Schowała twarz w dłoniach, gdy Avalon upuściła naczynia do zlewu. Wcale jej się nie dziwiła, w końcu sama też czuła się zażenowana całą sytuacją, a przecież to nie jej nagie ciało było wystawione na czyjś widok. Zacisnęła zęby i uśmiechnęła się sztywno do mamy, która posłała jej pytające spojrzenie i kątem oka raz po raz zerkała na Azjatkę.
    – Nie ma problemu, mamo – powiedziała i wstała od stołu, unikając wzroku Avalon, która wyglądała teraz niczym zbity pies przywiązany łańcuchem do drzewa w opuszczonym lesie.
    Mijając krzesło Freda, poczuła lekkie muśnięcie jego dłoni na swojej skórze. Odwróciła się w jego stronę i uniosła jedną brew, wykrzywiając twarz w geście dezaprobaty. Gdyby nie cała ta rodzinna otoczka, zapewne obróciłaby teraz to wszystko w żart i powiedziała bratu, że ma małego. A jednak zamiast tego wciąż czuła uporczywą, ogromną gulę w gardle. Westchnęła cicho i pokręciła delikatnie głową, spoglądając na Freda, jakby mówiła mu: A weź, daj mi święty spokój, zboczeńcu.
    Wyszła szybkim krokiem z domku, aby poczekać na kończącą zmywanie Moore. Przez chwilę przeszła jej przez głowę myśl, że może ucieknie do lasu, zanim dziewczyna jej brata się zjawi, jednak darowała sobie ten pomysł. W końcu tak czy siak musiałaby wrócić do domu na wieczór, bo nie przenocowałaby sama w lesie. Nie dlatego, że bała się dziwnych, nadprzyrodzonych zjawisk, a raczej ze względu na dzikie zwierzęta, wilgoć oraz zimno.
    Kiedy Avalon przeszła przez próg, Roxanne od razu odwróciła się na pięcie i ruszyła w stronę lasu, pragnąc uniknąć kontaktu wzrokowego. Najgorsze w tym wszystkim było to, że ilekroć nie patrzyła na Krukonkę, jedynym, co widziała, była wczorajsza scenka, jej nagie ciało oraz dyszącego nad nią brata. Policzki Weasley momentalnie pokryły się rumieńcami, które starała się zakryć, niby poprawiając sterczące na wszystkie strony loczki.
    – Tak, tak, masz rację – odpowiedziała i poszła w tę stronę, w którą skierowała się Avalon.
    Przetarła twarz dłonią, wznosząc oczy do nieba. Minęło kolejne kilka minut całkowitej ciszy przerywanej jedynie odgłosami kroków i szeleszczącej ściółki leśnej. Uniosła wzrok, spoglądając na plecy dziewczyny. Jej długie, srebrne włosy układały się na plecach Azjatki, tworząc niemalże idealne fale. Roxanne nigdy nie zależało na ładnym wyglądzie, jednak musiała przyznać, że podobała jej się Avalon. Była ładna i to chyba właśnie ten mały fakt wprawiał ją w takie zakłopotanie.
    – Zamykajcie drzwi następnym razem – mruknęła w końcu, schylając się po pierwszą gałąź i nie patrząc na swoją towarzyszkę.
    Uparcie gapiła się w patyki, chcąc ukryć swoje różowe policzki.

    Roxanne

    OdpowiedzUsuń
  109. Nie miał bladego pojęcia, co powinien powiedzieć ani jak zareagować. Przez większość czasu po prostu stał, wpatrując się w jasnowłosą Krukonkę. Jego dłonie drżały. W trakcie monologu Avalon wepchnął je głęboko do kieszeni, zaciskając mocno w pięści tak, aby dziewczyna nie widziała jego zdenerwowania. W końcu jego świat po raz kolejny rozpadał się na kawałki, a on znowu nie potrafił sobie z tym poradzić.
    Wycierpieli przecież tak wiele. Oboje wylali tyle łez, do których Weasley nie chciał się przed nikim przyznać. Przeprowadzili tyle nieszczerych rozmów, wykrzyczeli tyle słów, odbyli tyle ostatnich pocałunków… i to wszystko na nic? Fred sam nie wiedział, czego się spodziewał. Liczył, że magicznym sposobem nagle wszystko zmieni bieg, że cofną się w czasie do momentu, kiedy po raz pierwszy tańczyli razem na szkolnym balu, że wrócą do dnia nieudolnego pocałunku, że znowu będą trącać się nosami, jakby wcześniej nigdy się nie znali, jakby dopiero poznawali swoje ciała, gesty, odruchy…? Serce Gryfona krwawiło, chociaż stał dzielnie wyprostowany, wpatrując się w jej oczy. Avalon płakała. Niegdysiejszy sens jego życia trząsł się na jego oczach, krzyczał i rozpaczał, załamywał przed nim ręce, a on zaciskał zęby, uważnie słuchając wszystkiego, co ma mu do powiedzenia. Umierał w środku. Miał wrażenie, że jego organy płoną, topią się, zlewają w jedno, tworząc w jego wnętrzu jeden wielki potop, że stopniowo będą niszczyć go od tamtej strony aż pochłoną w końcu wszystko, pozostawiając jedynie niszczycielską pustkę, w którą w końcu on sam się zapadnie i zniknie, tonąc w lawie niezrozumiałych emocji.
    Zagryzł wargę, przeczesując włosy nerwowym gestem. Nie potrafił dłużej trzymać języka za zębami, czuł, że jeśli czegoś nie zrobi, lada chwila wybuchnie, niszcząc wszelakie nadzieje na… Nadzieje. Problem polegał na tym, że nie zostało w nim już ich ani grama. Zagryzł wargę, badając spojrzeniem twarz zdenerwowanej Avalon. Nie potrafił przyjąć do wiadomości tego, że to faktycznie musiał już być koniec. Dlaczego nie pozwolił jej wierzyć w to, że to wszystko to jego wina? Dlaczego nie dał jej spokoju? Dlaczego za nią chodził, prowokując ją i siebie na każdym kroku? Nie widział sensu w żadnym swoim dotychczasowym postępowaniu. Każdy pocałunek, do którego doprowadzał po ich zerwaniu, wydawał mu się teraz zbyteczny. Ustawiona przez jego przyjaciela randka wcale mu w niczym nie pomogła. Nie potrafił nawet przyznać się przed samym sobą, że jego kumpel zaplanował to wszystko dla ich dobra. Wtedy jeszcze Weasley łudził się, że uda mu się odzyskać jakoś dziewczynę. Miał głupią nadzieję na to, że wraz z Avalon uda mu się gdzieś uciec. Że będzie mógł ją porwać tak jak kiedyś jej to obiecywał. Że będzie mógł być jej rycerzem, jej wybawcą, jej księciem… To wszystko było na nic.
    Odwrócił się tyłem do Krukonki, nie mając serca, by dłużej na nią patrzeć. Bał się. Bał się, że jeśli tylko jeszcze raz spojrzy na nią i zobaczy ją w takim stanie, nie będzie się mógł już powstrzymać. Że znowu chwyci ją w swoje ramiona, będzie pieścił i tulił, jakby nic więcej nie miało na tym świecie znaczenia. Ale musiał być twardy. To śmieszne, że ich relacja przez cały czas tkwiła w jednym, wielkim, emocjonalnym bagnie. Ona nie była już jego. Nie mógł pozwolić sobie na macanie cudzej dziewczyny.
    Wciągnął głośno powietrze przez nos i obrócił się w stronę Avie. Nagła zmiana w jej głosie wprawiła go w lekki stan osłupienia. Chwilę temu oboje byliby gotowi skoczyć za siebie z Wieży Astronomicznej, a już teraz stali przed sobą, uśmiechając się do siebie sztucznie i wymieniając się grzecznymi spojrzeniami. Napięcie zawisło w powietrzu, wstrzymując jakby na chwilę czas, by nie dało się tak boleśnie odczuć tej widocznej różnicy w panującym nastroju. Już zaraz Fred skłonił się teatralnie przed Avalon, unosząc jeden kącik ust w górę.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. — Bolało — szepnął, uśmiechając się wymuszenie od ucha do ucha i unosząc wymownie brwi do góry. Zacisnął wargi i pokiwał głową, zaraz śmiejąc się cicho — wiesz, nigdy nie sądziłem, że zerwanie może zaboleć tak bardzo. Naprawdę mi przykro, Avalon.
      Nie miał pojęcia, co robi. Po całej wylewnej przemowie miał ochotę zwinąć się w kłębek i zacząć płakać, ale zamiast tego założył na twarz maskę oschłego idioty i szczerząc się durnie próbował uporać się z tym z godnością. Jak na typowego samca alfa przystało.
      — Wiesz, to nawet trochę zabawne, że po tak długim czasie mogłaś pomyśleć, iż nigdy naprawdę cię nie kochałem — ponownie zaśmiał się cicho — to też bolało. Bolało każde twoje słowo, Avie. Wszystko, co mi zarzuciłaś. Każda chwila zwątpienia. Ale kocha…łem. Kochałem cię tak mocno, że potrafiłem przez to wszystko przebrnąć. Byłem zawsze dla ciebie, skarbie… szkoda, że ty nie zawsze byłaś dla mnie.
      Oblizał wargi, cmokając cicho pod nosem. Zachowywał się jak ostatni dupek, wygarniając jej to w tej chwili, ale nie rozumiał, kompletnie nie miał pojęcia, co się z nim działo. Niszczyło go od środka, zjadało, pochłaniało…
      — Nie wiem, co rozumiesz przez żegnanie się w takiej atmosferze. Tak naprawdę nie istnieje coś takiego jak szczęśliwe pożegnania — zamknął oczy, robiąc przerwę i powstrzymując drżenie własnego głosu — nie ma szczęśliwych zakończeń. Jak widać na pewno nie dla nas.
      Wyjął ręce z kieszeni i wyciągnął jedną z nich w stronę Avalon, jakby chciał chwycić ją za dłoń. Uśmiechnął się już normalnie, beztrosko wciągnął zimne powietrze do płuc i wzruszył lekko ramionami.
      — Będę szczery. Mam ochotę iść do Hogsmeade i napić się ognistej. Chcesz przejść się ze mną czy wybierasz samotne płakanie w pokoju?
      Zagryzł wargę, wyczuwając jak okrutnie i chamsko to zabrzmiało. Nie potrafił określić jak się czuł. Tyle starań poszło na marne. Tyle chwil wyrzuconych zostało w błoto. Wykorzystany? Podszedł do niej krok bliżej i nie czekając na odpowiedź, nachylił się, delikatnie muskając wargami jej policzek. Następnie odsunął się ponownie, odchrząkając i przechylając lekko głowę, spojrzał na nią z zawadiackim uśmiechem.
      — Drugi raz taka okazja… zapewne się nie zdarzy. Wchodzisz w to czy mam cię odprowadzić?

      Freddie zimny jak lód, nie wiem, co mu się stało :O

      Usuń
  110. [Dawaj te pomysły zwrotne, Czeklo ;>
    Pacz jaka moc serduszek: ♥♥♥♥
    A teraz dawaj XD]

    Arsie

    OdpowiedzUsuń
  111. [Stworzymy razem coś ładnego? ]/Leah

    OdpowiedzUsuń
  112. [zostań moją siostrą, ale taką niekrzyczącą. <3]

    Lucy.

    OdpowiedzUsuń
  113. [Hej! Po przeczytaniu trzech Twoich kart, stwierdziłam, że, chociaż wszystkie postaci są cudne, świetnie wykreowane i kompletnie różne, Rose prędzej dogadałaby się z Avalon, niż z kimś innym. :)
    Tylko nie do końca wiem, na jakiej płaszczyźnie mogłyby rozwinąć swoją znajomość. Jak mniemam, przyjaciół jej nie brakuje?
    Dziękuję tak przy okazji za powitanie! :)]

    Rose Weasley

    OdpowiedzUsuń
  114. [Nie ma sprawy, przecież nikt nie ma obowiązku witać wszystkich ;) Kilku autorów już pochwaliło kartę Bishuy, strasznie to dla mnie miłe! Może wymyśliłaś coś przez dwa dni? Jestem w biegu teraz cały czas, chętnie popiszę coś wakacyjnego.]

    OdpowiedzUsuń
  115. [Nie wytrzymałam i wrócił wcześniej <3 :D
    I co robimy?]

    stęskniony tak samo Vladimir Karkarow

    OdpowiedzUsuń
  116. [Nie. Nie musisz myśleć, bo to jest w porządku. I oczywiście, że pamiętam - choć silniej w głowie utkwiło mi to, że tatuś podniósł na nią rękę. I nie tyle, co mi, a Vladimirowi.
    Dobra. Jakie to miasto będzie? I wieczór, czy skoro świt? Bo rzecz jasna - rozpocznę :)]

    Vladimir Karkarow

    OdpowiedzUsuń
  117. Od jego pamiętnej, walentynkowej randki ze srebrnowłosą Avalon minęło już sporo miesięcy, ale bez wątpienia zabieganie o względy dziewczyny się opłaciło, skoro dzisiaj tworzyli coś na wzór pary. Nie to, żeby się tym obnosili, paradując po zamku i trzymając się za rączki, ale niezaprzeczalnie miło spędzali ze sobą czas. Była też pewna drobna, acz znacząca kwestia, która zapadła Krukonce w pamięci, a mianowicie tytuł czarnomagicznej książki, która swojego czasu posłużyła tej dwójce szóstoklasistów do utworzenia świstoklika i w następstwie tego przeniesienia się do… no właśnie, co dla osób nieuprawnionych pozostało między tą dwójką i ruszającymi się gdzieniegdzie na ścianach zdjęciami, doliczając do tego nietypowe miejsce na nocowanie, ale przynajmniej zarówno Ars, jak i Avie będą mieli co kiedyś wspominać.
    Arsellus od dawna czuł niewyjaśniony pociąg do zdobywania wiedzy, a kiedy ciekawość pociągnęła go w kierunku Działu Ksiąg Zakazanych, ale depcząca po piętach Ślizgona ambicja pchała go naprzód. To czego się uczył na zajęciach, szczególnie z zakresu zaklęć i uroków już dawno przestało być dla niego wystarczające, choć doprawdy trudno było mu w nich dorównać to chciał czegoś więcej. Takim szczęśliwym, bądź nieszczęśliwym trafił na pierwszy tom zakazanych czarów klasyfikowanych śmiało za przykłady czarnej magii. Grudniowy wychodził jednak z jasnego założenia, że wykorzystywane z rozwagą nie są same w sobie złe. To przecież ich użytkownicy odpowiadają za najstraszniejsze czyny. Zawsze wmawiał sobie, że nie jest taki jak oni, ale nigdy nie spotkał właściwego sobie przeciwnika. Czy wówczas pragnienie zwycięstwa i jaśniejąca raz po raz jaśniej ambicja pchnęłyby go do czynów, których by się nie dopuścił? Kto wie? Czarna magia jest bowiem potężna i zarazem niezwykle kusząca. Nigdy nie wiadomo, kiedy ktoś przekroczy tę niebezpieczną, jakże cienką granicę i nie będzie mógł wrócić do tego co wcześniej. W zasadzie Ars nie wyobrażał sobie rezygnacji z rzucania czarnomagicznych zaklęć. W pewnym sensie stały się jego częścią, jakby w efekcie tego pragnąca dominacji ponad wszystko różdżka wykonana z czarnego bzu całkowicie mu uległa.
    Zupełnie nieświadomy czającego się w najmniej odpowiednim miejscu zasadzki Arsellus wybrał się na spacer po błoniach. Lukrecja, która nie zamierzała odstępować go ani na krok – ostatecznie wylądowała na rękach swojego właściciela. Po drodze spotkał przybitego Calla, który z pewnych względów nie cieszył się pogodą ducha, a i sam Ars nie był zbyt skłonny, aby swojemu bratu z wyboru pozwalać się izolować. Musiał jednak po drodze załatwić kilka spraw, a do takich, które nie powinny interesować nieproszonych osobników nadawały się idealnie tajemne przejścia. Swoją drogą kiedyś Ars szukał przejścia dzięki zdolności jasnowłosemu Rusty’ego, a w zasadzie jego zdolności, co sam zwykł nazywać wężogęstwem. Przekazanie informacji do przysłowiowej sowy KZWP było kwestią, która nie mogła w żadnym razie czekać. Dopiero w następstwie tego sam Arsellus mógł z czystym sercem wrócić do lochów i do pokoju wspólnego.
    Sam Grudniowy nie spodziewał się, że jego ostatni wyczyn, który wyrwał mu się, jakby samoistnie, dobiegnie do uszu jego dziewczyny, a ona zaś przypomni sobie ten cholerny tytuł. Nie oczekiwał jednak tak nagłego ataku w Pokoju Ślizgonów i nieowijania w bawełnę, choć trafniej wypadałoby powiedzieć, że… nie byłby zdolny przewidzieć takiej możliwości w ogóle. Nie mówiąc już oczywiście, że nigdy dotąd nie wyprowadził Avalon Moore z równowagi, aby miała silne powody do tego, aby dać mu popalić.
    Jak zawsze na twarzy Ślizgona czaił się nieco ironiczny uśmieszek, który zręcznie starła mu z twarzy – na szczęście nie dosłownie – srebrnowłosa Krukonka. Na twarzy Ars wyraźnie spoważniał, jakby chcąc sobie przypomnieć jakiś występek, ale w ostatecznym rozrachunku zmarszczył brwi i rzucił Avie pytające spojrzenie.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. — Tak, mnie też miło cię widzieć. Co ty tu w ogóle robisz? — mruknął w odpowiedzi, nie biorąc jeszcze na poważnie tej rozmowy. Nie wiedział póki co, że Krukonka zamierza postawić go do pionu, o czym miał się niebawem przekonać. — Bardzo chętnie przeszedłbym do wyjaśnień, ale… nie bardzo wiem o co ci chodzi. O jakich skutkach mojego zachowania, rozmawiamy? — dodał nieco ciszej Ślizgon, zakładając już, że ta oferma życiowa Nate wysypał się w kwestii KZWP i będzie się z tego musiał dyskretnie wytłumaczyć, zważywszy na fakt, że znajduje się tuż przy samym wejściu do pokoju wspólnego Slytherinu. Nawet przez myśl Arsellusa nie przeszło, że Avalon zmierza do jego wyczynu w Klubie Pojedynków i pokonaniu Charlesa jednym z ogłuszających zaklęć. Może nie aż tak nielegalnych i czarnomagicznych, ale nadal z wachlarza ponadprogramowego.


      Ars
      #doceniaj c;

      Usuń
  118. Na nieszczęście Grudniowego Avie zupełnie inaczej postrzegała kwestię czarnej magii. Jeśli dla niego Najczarniejsze czary służyły jako dodatkowa, ponadprogramowa forma edukacji na własny rachunek – dla niej wcale nie musiało to tak wyglądać. Co więcej sam Arsellus nie myślał pod tym kątem, a w wypada zaznaczyć, że o tytule księgi sprzątniętej wprost z Działu Ksiąg Zakazanych zmienionej w świstoklika minionej, walentynkowej randki z Krukonką – najzwyczajniej w świecie zapomniał.
    Właściciel różdżki z czarnego bzu, słysząc ton Avalon zaczął powoli brać jej słowa coraz to bardziej na poważnie, ale nie zamierzał jej przerywać, biorąc pod uwagę, że może ją tylko zirytować. Choć nadal nie do końca zdawał sobie sprawę ze swojego przewinienia, a trafniej – nie biorąc pod uwagę wydarzenia z Klubu Pojedynków jako powód do wszczęcia kłótni lub dostania stosownego do winy pouczającego kazania. Nadal miał jednak świadomość, że znajdują się przy wejściu do Pokoju Wspólnego Ślizgonów, a co za tym idzie – nie mieli co liczyć na niezbędny spokój, niekręcących się gdzieniegdzie uczniów czy zwykłą, choć ze względu na okoliczności cenioną w złocie – prywatność. Ars nie miał niestety pojęcia, że o wydarzeniu w Klubie Pojedynków mówiły głośniejsze, ożywione szepty. Charles oberwał jak należy, ale nie było to zaklęcie z wachlarza tych, które mogłyby mu wyrządzić trwałą czy jakąkolwiek krzywdę. W rzeczy samej było ponadprogramowe i ledwie zanurzone w kufrze opatrzonym etykietą – czarna magia.
    Od Śmierciożerców – zwolenników Czarnego Pana i jego samego obawiano się tej kategorii magii. Nie bez powodu, ale gdzieś w umysłach i określeniach stereotypów utworzonych w wyniku uprzedzeń pozostało przekonanie o tym, że każdy Ślizgon jest zły. Może i czasy się zmieniły, ale myślenie masowe ciężko jest zmienić. Zdecydowanie łatwiej na nie wpłynąć, aniżeli trwale odmienić. Sprawa nie była w tym przypadku aż taka prosta – nie wszystko można było określić jako białe czy czarne, a wrzucenie wszystkiego do jednego worka nigdy nie zwiastowało niczego dobrego. Tak jak trudno było wpłynąć na świadomość, tak samo niełatwo byłoby zmusić do zmiany Arsa – nie zaliczał się do grzecznych chłopców, to prawda, a sama ambicja pchała go coraz dalej i dalej.
    — Avie — wypowiedział łagodnie jej imię, jakby to miało ją w jakiś sposób uspokoić, ale nie wierzył w to, że w ten sposób przestanie się martwić. Westchnął ciężko – nie bardzo wiedząc jak ugryźć ten temat po takim czasie Dopiero wówczas, gdy z ust Krukonki padło pytanie: A jak cię wyrzucą ze szkoły? – Ślizgon przewertował własną pamięć w poszukiwaniu czegoś co nadawałoby się na przewinienie tak surowo karane. Zmarszczone brwi jasno sugerowały, że poddaje jej słowa analizie. Chodziło o czarną magię i co do tego nie miał żadnych wątpliwości. — Zaufaj mi, nie robię niczego złego i nie zamierzam nikogo krzywdzić. — dodał powoli, nieco ciszej, traktując tę sprawę jako rozmowę, która powinna być przeznaczona tylko dla nich. Nikomu nie zrobił krzywdy, ale czy to się liczyło? W zasadzie sam nie wiedział jak na to odpowiedzieć. Miejsce i okoliczności wcale nie sprzyjały wyjaśnianiu całej tej sytuacji. Nie zamierzał przecież przepraszać za to jak potraktował Charlesa, ani za to, że zwyciężył z nim w trakcie pojedynku na czary. — Nie wyrzucą mnie ze szkoły, spokojnie. — dodał, choć nie sądził, że to uspokoi jego dziewczynę. Szczerze w to wątpił. Avalon nie była naiwna i doskonale o tym wiedział, a on nie zamierzał jej okłamywać, a rozmowa tutaj nie była okraszona przez niego szczegółami, których Krukona jawnie oczekiwała.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. W dalszej części monologu dziewczyny nie wtrącał się, tylko wpatrywał się w nią jedynie uważnym spojrzeniem. Można było odnieść wrażenie, że nie ma nic do powiedzenia lub niczego co mogłoby uratować mu w tej chwili skórę. Grudniowy skrzyżował ramiona na piersi, zaciskając usta w wąską linię i czekając aż skończy. Wiedział, że była na niego zła, a także czuje się poirytowana faktem, że ma tajemnice i nie dzieli się z nią wszystkim. Zmarszczył brwi w momencie, kiedy tylko usłyszał ultimatum. Tego się zupełnie nie spodziewał. Odwrócił od niej spojrzenie, którym przebiegł po kolegach z domu Salazara Slytherina. Istniało pewne ryzyko, że Call – jego brat z wyboru przypadkiem coś usłyszy, a nie był głupi i potrafił łączyć ze sobą fakty.
      Na moment zapadła niezręczna cisza, a kiedy Arsellus usłyszał wzmiankę i jawne nawiązanie do księgi, którą niegdyś zmienił w świstoklika utkwił w niej spojrzenie, a jego błękitne oczy wyglądały w tej chwili jak młyńskie koła. Kto, by się spodziewał, że udałoby jej się tak nagle wybić go z rytmu i pozbawić opanowania. Zmierzwił sobie ręką ciemne włosy, bo w zasadzie nie miał pojęcia co począć z rękami. Oczywiście, że zrobiło mu się gorąco, tak jakby został przyłapany właśnie na gorącym uczynku.
      — Lepiej, abyśmy wyszli, jeśli chcesz usłyszeć jakiekolwiek wyjaśnienia. Dokładne. I odpowiem na wszystkie pytania. Bez owijania w bawełnę, ale nie mogę tłumaczyć się w Pokoju Wspólnym i dobrze o tym wiesz, Avalon — odpowiedział spokojnie, wzdychając ciężko. Nieśmiało wyciągnął w jej kierunku dłoń, choć był w stanie zrozumieć, że nie będzie chciała jej chwycić i to ona wyznaczy mu miejsce na stosowne wyjaśnienia. Nie spodziewałby się, że ta drobna srebrnowłosa Krukonka postawi nie tylko ultimatum, ale wymusi na nim pewne działanie. Gdyby to był ktoś inny, to machnąłby lekceważąco ręką i uśmiechnął się ironicznie. W tym przypadku nie mógł i nie zamierzał tego zrobić. Oj, nie, to nie było najlepsze miejsce na wyjaśnienia żadnego kalibru, a już tym bardziej tych tyczących się czarnej magii czy chociażby tamtego pokoju.



      [Co ta panda czerwona taka kawaii~ <3]

      Arsie, który chyba zarobi w mordkę

      Usuń
  119. — Ała, ała, ała, ała.
    Szklane naczynie wypełnione jakąś parującą, ciemną breją wylądowało na drewnianym stoliku z głośnym łupnięciem. Chłopak, który jeszcze przed momentem dzierżył misę w rękach, teraz przeklinał głośno, spiesząc do zlewu, by załagodzić oparzenie. Dopiero po kilku sekundach uświadomił sobie, że może przecież załatwić tę sprawę w o wiele prostszy, a przynajmniej szybszy sposób — magią. Sięgnął po różdżkę i rzucił zaklęcie, a pieczenie momentalnie ustało.
    — Jestem głupi, Flamel — mruknął Étienne, zwracając głowę w kierunku czarnego kota, który rozłożył się wygodnie na jednej z półek. Futrzany Nicholas, jakby na potwierdzenie tych słów, mrugnął do właściciela okiem. — A teraz słuchaj i patrz uważnie, bo muszę spróbować tego okropieństwa... Jeśli umrę, pobiegnij proszę do dyrektora, okej?
    Kot znów przymknął oczy. Prawdopodobnie był po prostu zaspany, jednak chłopak tłumaczył to sobie nadzwyczajnym zrozumieniem i niezwykłą inteligencją. Uśmiechnął się szeroko, po czym ruszył do stolika, potykając się po drodze o cynowy kociołek, którego odłożył poprzedniego dnia na ziemię. Jeden z eliksirów, niestety nieudanych, przeżarł go na wylot.
    W pomieszczeniu walało się więcej rupieci tego rodzaju. Właściwie, mniej uważne oko z pewnością oceniłoby tę komnatę jako zbiorowisko nadających się do wyrzucenia bubli — niemniej dla siódmoklasisty, który właśnie grzebał drewnianą łychą w misce, była ona czymś w rodzaju osobistego sanktuarium. Kopie stron z książek o eliksirach poprzyczepiane zostały do starej, korkowej tablicy, a znaczenie labiryntu czerwonych niteczek, porozmieszczanych niemal po całej sali, znane były zapewne jedynie ich właścicielowi. W kominku dogasał ogień. Liczne kartki, zapisane drobnym druczkiem, w większości zalane kawą, znajdowały się wszędzie tam, gdzie Étienne znalazł na nie miejsce. Czyli wszędzie.
    — No, Flamel. Przygotuj się — powiedział. Nie zawahał się. Upił łyka mikstury i momentalnie zgiął się w pół, krzywiąc się przy tym z bólu. Oparł się dłonią o blat, by utrzymać równowagę, ale i tak czuł, jak nogi mu drżą, uginając się lekko pod ciężarem uderzenia. Eliksir był zdecydowanie za mocny.
    Po kilku minutach Étienne zdołał w końcu złapać oddech. Roześmiał się nawet pod nosem, gdy tylko dotarło do niego, że kolejna próba okazała się o wiele mniej ciężka, niż na początku przypuszczał. Podniósł się w końcu do pozycji stojącej, po czym doskoczył do kota i wyciągnął do niego ręce. Przytulił go mocno do piersi, nie zważając na pełne oburzenia miauknięcia, a potem przycisnął usta do miękkiego łebka zwierzęcia.
    — Udało się, Nicholas! Żyję! — wykrzyknął. Kot wyskoczył z jego objęć. — Przeżyłem! A teraz zobaczymy, co tu się ze mną stanie po... Po spożyciu tego... Eli-eliksuru...
    Dopiero teraz Lévesque spostrzegł drobną dziewczynę, która stała przy drzwiach. Była szczupła, miała wschodnie rysy twarzy i bardzo długie włosy, o kolorze, którego nie mógłby w stanie sprecyzować — jakby siwe, ale o lekkim różawym albo niebieskawym połysku, takie srebrne. Wpatrywała się w niego dużymi, ciemnymi oczami, ale nie wypowiedziała jeszcze ani słowa.
    — Dzień dobry — rzucił. Rozejrzał się z roztargnieniem po komnacie, a potem spojrzał w dół na swoje ubranie — miał na sobie zwykłe, sztruksowe spodnie, poplamione w kilku miejscach od różnokolorowych mikstur i koszulę w bladobrązową kratę. Westchnął w końcu, próbując się uśmiechnąć, ale marnie mu to wyszło. Można powiedzieć, że nawet trochę się zawstydził tym, jak wyglądała jego pracownia i jak on sam się prezentował. — W czym ci mogę pomóc?
    Miał nadzieję, że dziewczyna nie ucieknie od niego z krzykiem. Ciekawy był też, ile zdążyła zobaczyć.

    [No masz <3]

    OdpowiedzUsuń
  120. [Dzięki, dzięki, miło że pamięta ktoś (w końcu trochę tutaj była) <3]

    OdpowiedzUsuń
  121. [ Nie było to moim zamiarem. Rzeczywiście jest podobieństwo nie mówię nie. Na swoje usprawiedliwienie dodam ze wyszło to dość naturalnie. Tal jakoś. Nie wiem]

    Silver

    OdpowiedzUsuń
  122. [O ludzie, karzą mi myśleć! A ja jestem w tym beznadziejna :c Bo jedyne co mi do głowy przychodzi to to, żeby znali się jedynie z widzenia, bo inny rok i inny dom, a teraz moglibyśmy ich w coś wplątać, ale za Chiny ludowe nie wiem w co. Szlaban? Wspólna wycieczka do Hogsmeade po prezent dla wspólnej koleżanki, w co wrobił ich inny wspólny znajomy? Jakaś wycieczka do Ministerstwa Magii, w którym razem się zgubią?]

    Beau

    OdpowiedzUsuń
  123. [Victor wybiera dziewczynę, łatwiej mu się z dogadać. Może moja Mia się któremuś z panów spodoba? No to będziemy musiały pomyśleć. Masz może chociaż jakiś pomysł na ich powiązanie?]

    Victor/Mia

    OdpowiedzUsuń
  124. [Skoro mówisz, że z Avalon by się dogadał, to przychodzę tutaj.
    Czy ja wiem, Stellan powstał na dosyć oklepanym motywie. Przyznam, że o to samo już mi się udało posądzić Avalon, a tu taka niespodzianka, początek karty zupełne nie zapowiada tego, co pojawia się na końcu. Lubię to. ;)
    Pogłówkuj, mam to do siebie, że lubię najpierw zobaczyć, jaki pomysł ma druga strona ewentualnego wątku, to mi pomaga dodać coś od siebie. Kto wie, może akurat wymyślisz coś, co nas zaskoczy. ;)]

    Stellan

    OdpowiedzUsuń
  125. [Cześć, czeko! Jak dostanę watek, to z pewnością zostanę :D A tak na serio, to chyba coś napiszemy nie? Przyszłam do Av, bo sama wiesz, że tutaj trochę własnych wypocin zostawiłam, ale jestem ciekawa kogo tam czarujesz w szkicach, więc poczekam sobie.]

    Cedar Grindelwald

    OdpowiedzUsuń
  126. [Też mi się podoba to zdjęcie, a trafiłam na nie przypadkiem na tumblrze i nie mogłam nie wykorzystać, po prostu nie mogłam.
    Jako że narzekasz na brak wątków z Avalon, to przybyłam :) I pasują mi sprzeczki i intrygi. Masz jakiś zarys, co Yaxleyowie mogliby wiedzieć o matce Avalon? Bo nie chcę napisać niczego niezgodnego z Twoim zamysłem, a broń Boże tworzyć przeszłości Twojej postaci, więc wolę się upewnić.]

    Joshua

    OdpowiedzUsuń
  127. [Yaxleyowie jak najbardziej biorą udział w jakichkolwiek zamieszkach, bo przecież są związani ze Śmierciożercami, dlatego jak najbardziej mieliby kontakt z matką Avalon. Pasuje mi taki układ, Josh może coś wiedzieć, ale nie będzie wiedział wszystkiego, bo jego rodzina jest w trakcie wprowadzania go w świat czarnej magii i Śmierciożerców. Jak mi jeszcze podrzucisz miejsce/okoliczności spotkania, to coś naskrobię na początek.]

    Joshua

    OdpowiedzUsuń
  128. Uwielbiał Hogsmeade. To miasteczko było dla niego swojego rodzaju ostoją, ucieczką od głośnych korytarzy i irytujących ludzi. Do tego wszechobecni czarodzieje, z którymi warto rozmawiać na poważne tematy, bo nie są nieznającymi życia dzieciakami uczącymi się w szkole. Joshua nie uważał się za stuprocentowo dojrzałego i dorosłego człowieka, jednakże dziecinność niektórych uczniów wyprowadzała go z równowagi i wolał usunąć się z widoku, zanim nie rzuciłby w nich jakimś urokiem znalezionym w zakazanej księdze. Niektóre zaklęcia z tych lektur były naprawdę niesamowite i gdyby tylko mógł, wypróbowałby je wszystkie.
    Właśnie, czarna magia. Coś, co fascynowało go odkąd pamięta. Coś, czym jego rówieśnicy gardzili, a on pochłaniał jak gąbka wodę. Jego rodzina zawsze powtarzała mu, że czarna magia to ta lepsza i dostojniejsza sztuka magiczna, a on przekonywał się o tym z każdą kolejną opowieścią dziadka i przeczytaną książką. Każdy powinien mieć jakieś hobby, prawda? Nie był jeszcze na tyle potężny, aby władać najtrudniejszymi zaklęciami, lecz miał dopiero siedemnaście lat, do cholery jasnej. Wszystko było przed nim, a on miał zamiar poznać tajniki czarnoksięstwa i przekazywać je z pokolenia na pokolenie, tak jak robili to jego przodkowie. Czuł dumę z powodu przynależenia do rodu Yaxleyów.
    Wracając do Hogsmeade. Było takie jedno miejsce, gdzie wręcz uwielbiał przychodzić. Nie było to Miodowe Królestwo ani pub Pod Trzema Miotłami. Te przepełnione ludźmi lokale przyprawiały go o zawroty głowy, było w nich zdecydowanie zbyt tłoczno i duszno. Nie, on wolał zajrzeć do niewielkiego, nieco ukrytego sklepiku z różnego rodzaju tajemniczymi księgami, talizmanami i przedmiotami. Mógł przesiedzieć tam godziny i słuchać właściciela, poczciwego staruszka, który pamiętał czasy Pierwszej Wojny Czarodziejów i chętnie dzielił się swoimi wspomnieniami z zaciekawionym Joshem. Starzec zawsze śmiał się, że przynajmniej ma do kogo gębę otworzyć, a młody Ślizgon zapewniał go, że zawsze może na niego liczyć. W ramach podzięki mężczyzna dawał stare księgi Joshowi, aby ten dowiedział się jeszcze więcej i sam zdecydował, które czasy były najlepsze. Yaxley darzył tego człowieka ogromnym szacunkiem.
    Dzisiejszego dnia również opuszczał sklepik z opasłym tomem poświęconym wojnom czarodziejów opisanym z całkiem innej perspektywy. Czekała go kolejna nieprzespana noc, lecz wiedział, że będzie warto.
    Pożegnał się ze staruszkiem, obiecując, że niedługo znów do niego wpadnie, i wyszedł ze sklepu. Kątem oka zauważył znaną mu osobę, która niepochlebnym wzrokiem patrzyła na wystawę sklepową. Josh zmarszczył nos i prychnął, mierząc dziewczynę wzrokiem. Avalon Moore, czego mógł się po niej spodziewać? Wiedział co nieco o jej rodzinie, głównie o jej matce i dziwił się, że córka nie poszła jej śladem. Takie marnotrawstwo.

    Joshua

    OdpowiedzUsuń
  129. Uniósł lekko brwi, gdy z ust dziewczyny padło ostatnie zdanie, a potem uśmiechnął się szeroko. Może przez to, że wydała się bardziej zawstydzona od niego, jego nastawienie wywróciło się o sto osiemdziesiąt stopni — w głowie bardziej niż zakłopotania spodziewał się raczej zniesmaczenia, więc przyjemnie się zaskoczył. Zrobił kilka kroków i uniósł dłoń w zapraszającym geście. Wskazywał jej szklaną misę pełną bladoróżowego eliksiru.
    — Jeżeli widziałaś, to wspaniale! Dokonało się tu coś fantastycznego! — Pokiwał głową, zerkając z zaciekawieniem w stronę naczynia, na jego twarzy dalej widniał ciepły uśmiech. Mikstura z bladego różu powoli przechodziła w biel, ale Etienne chyba nie bardzo się to spodobało, bo momentalnie jakby... posmutniał. Ramiona mu opadły, a uśmiech zbladł. — Albo trochę mniej fantastycznego... No cóż, chyba nic z tego nie będzie.
    Podszedł do stołu, zostawiając Avalon przy drzwiach, i sięgnął po łyżkę. Próbował zanurzyć ją w eliksirze, ale ten zdążył zastygnąć tak bardzo, że łyżka nawet nie przebiła się przez jego górną skorupę. Zaklął głośno i zmierzwił wściekle włosy.
    — Zgubiłaś się, tak? — powiedział w końcu, zrezygnowany. — Chyba pójdę do kuchni na jakiś deser, żeby zajeść tę porażkę, no i w sumie mogę ci pokazać drogę, gdziekolwiek cię nie niesie.
    Teraz dopiero przyjrzał się dziewczynie uważniej. Usta miała ściągnięte, policzki zaróżowione, a oczy szeroko otwarte, i dalej się w niego wpatrywała. Oprócz zawstydzenia na jej twarzy malowało się jednak coś jeszcze, coś na kształt złości, ale tak jakby zwietrzałej, odrobinkę zapomnianej. Levesque zmrużył delikatnie oczy.
    — Jesteś zła. — Na początku chciał zapytać, ale stwierdził, że nie ma po co udawać niewiedzy, wydawało mu się to sztuczne, fałszywe. Przemknęło mu przez myśl, że może chciała iść do kuchni, a teraz zdenerwowała się, bo znalazła nie tylko kogoś, kto ją tam zaprowadzi, ale też kogoś, kto będzie jej przeszkadzać. Po dłuższym namyśle jednak odszedł od tej teorii, bo jej złość nie wydawała się na tyle świeża. — To niedobrze.

    OdpowiedzUsuń
  130. Joshua zmrużył oczy i omiótł zimnym wzrokiem grupkę trzecioklasistów, którzy po usłyszeniu nazwiska Yaxley zaczęły wymieniać się niezbyt cichymi szeptami. Nie wybrał sobie rodziny, ba, nawet gdyby mógł to zrobić, to nie zmieniłby tej aktualnej. Był dumny ze swojego nazwiska i zgadzał się z przekonaniami jego przodków. Każde miał swoje własne zasady, a moralność Joshuy była taka sama jak jego ojca, dziadka, pradziadka i dalej wyliczanych dziadków. To nie był jego problem, że inni nie tolerowali słuszniejszych poglądów. Zresztą, Ślizgon nie miał zamiaru przejmować się grupką dzieciaków, które o życiu wiedzą tyle, co przeczytają w Proroku Codziennym. Tak naprawdę nie przejmował się nikim.
    - Ci Yaxleyowie?
    - Ci od Śmierciożerców…
    - Tak, to ten.
    Josh miał wrażenie, że niedługo zobaczy swój mózg, tak bardzo wywrócił oczami. Jego „towarzysze” prawdopodobnie mogli ujrzeć jego białka oczne od drugiej strony. Sprawa trochę go śmieszyła, ale bardziej zażenowała. Mocno ściskał księgę w dłoni i miał ochotę dać im ją do przeczytania, aby dowiedzieli się, kto tak naprawdę ma rację w tym świecie, ale uważał to za zbyt cenny egzemplarz, żeby komukolwiek go pożyczać.
    - Tak, od Śmierciożerców, przyjdę do was w nocy i wybiję wszystkich. Chcecie zobaczyć mój Mroczny Znak narysowany atramentem? – prychnął sarkastycznie, przestając zwracać jakąkolwiek uwagę na te niewyedukowane dzieci. Postanowił skupić się na Avalon, głównej sprawczyni tego śmiesznego zdarzenia.- Co, Moore, tak plugawisz moje dobre imię wśród młodzieży? Nieczyste interesy, całkiem przyjemne określenie – parsknął śmiechem.
    Avalon w ogóle go nie znała. Oczywiście, spora część uczniów wiedziała o dosyć osobliwym hobby Yaxleya, więc skreślała go już na samym początku, nawet przed dokładniejszym poznaniem jego osoby. Nie znali nawet najmniejszego procenta osobowości Ślizgona. Plotkowali, oskarżali, patrzyli jak na insekta. A w mniemaniu Joshuy to właśnie oni byli robakami. Wiedział, że to on był z lepszego sortu czarodziei. To on miał nad nimi przewagę i gdyby tylko chciał, mógł zdeptać ich podeszwą buta. Jednak nie robił tego, gdyż był człowiekiem, którego nie dotykały negatywne słowa i epitety. Wlatywało jednym uchem, wylatywało drugim, nie goszcząc w jego głowie na zbyt długo. Takie podejście do życia pomogło mu już wiele razy i każdemu polecał wyrobienie sobie tej cechy charakteru. Nie miał zamiaru pozwolić gorszym decydować o jego osobie.

    Joshua

    OdpowiedzUsuń
  131. Nie od dzisiaj wiedział, że jego zainteresowanie czarną magią i ponadprogramowa nauka zmierzająca właśnie w tym kierunku, nie spodoba się opinii publicznej, a już tym bardziej nie spotka się z aprobatą jego rodziców czy chociażby samej Avalon. Najwyraźniej zdawał sobie z tego sprawę aż za dobrze, dlatego nie chwalił się tym wszem i wobec, choć w gruncie rzeczy od czasu do czasu zdarzało mu się wykorzystywać zaklęcia z czarnej strony mocy, ale nigdy nie miały na celu kogokolwiek trwale skrzywdzić. Trudno określić czy przemawiała przez niego ogromna ambicja w zgłębianiu wiedzy z dziedziny rzucania czarów czy zwykła, czarodziejska ciekawość. Zdecydowanie Arsellusowi bliżej było tej pierwszej wersji. Jednakże sam fakt przemilczenia swego zainteresowania i stałej, bądź co bądź, praktyki czarnej magii wynikał nie z braku zaufania do Krukonki, a z niewiedzy jak można, by ugryźć ten temat, jak i wiele innych z szansą na pełne zrozumienie bez spięć. Możliwe, że z tego względu odsuwał to w czasie, odrzucając tym samym na bok, a nawet stopniowo ignorował te kwestie.
    Teraz doskonale wiedział, że dotychczasowe zwlekanie i lekceważenie spraw odwróci się przeciwko niemu, przelewając czarę goryczy. Nie był głupi, ani tym bardziej naiwny, aby nie zauważyć, że jego próby uspokojenia panny Moore nie przyniosły oczekiwanego rezultatu. Słysząc jej słowa, przygryzł dolną wargę zębami, a niedługo potem westchnął ciężko. Ślizgon podarował sobie już zbytecznej obrony czy tłumaczeń, bo tak naprawdę nie ratowało to jego sytuacji. Unikanie poruszania pewnych tematów wyszły mu teraz bokiem, a sama Avalon była na niego efekcie tego cięta. Dodatkowo zezłościł ją jeszcze – skutki tego mogły okazać się opłakane nie tylko dla jego bezpieczeństwa, ale i przestrzeni osobistej.
    Nie dało się ukryć, iż Pokój Wspólny Ślizgonów nie był najlepszym miejscem na tego typu rozmowy, co oboje zdążyli już ustalić. Szybko pojął, że pozorny spokój malujący się na twarzy Krukonki znajduje się w jasnej opozycji do spojrzenia, które zdradzało złość. Nawet jeśli nie wzięła go za rękę i ruszyła szybkim tempem do wyjścia, to i tak oczywistym było że Arsellus za nią podąży. Dała mu jasno do zrozumienia, że nie potrzebuje w tej chwili jego znajomości tajemniczym przejść i w miarę dyskretnych miejsc, w których szybko znajdą się sam na sam. Ars przeczuwał, że wtedy względne opanowanie wyparuje z panny Moore i nie będzie przebierała w słowach.
    Grudniowy podążał krok za Krukonką z niezbyt pewną miną, wpatrując się w plecy dziewczyny. Nie zamierzał się wymądrzać ani sugerować, gdzie mogą iść, to mogłoby pogorszyć tylko sprawę, a on sam wolał sobie darować. Szedł zatem pokornie za Avie, co jakiś czas zatrzymując wzrok na mijanych znajomych z lochów. W dawno zapomnianej klasie pachniało starością, a w rogach sufitów znajdowały się siwe pajęczyny. Kiedy tylko wszedł do środka, zamknął za sobą drzwi i niechcący trącił czubkiem buta jeden z tych kociołków, który przeturlał się po kamiennej posadzce z charakterystycznym dźwiękiem.
    Następnie Arsellus posłał jej uważne spojrzenie i zmierzwił nerwowym ruchem ciemne włosy. Stanął w pewnej odległości od Avalon, aby zachować znośny dystans między nimi, jakby nie spojrzeć – czekała ich poważna rozmowa, a nie kolejna randka. Sam Grudniowy nie przypuszczał bowiem, że tak to się potoczy i wyda go jeden głupi pojedynek z tą miernotą – Charlesem w Klubie Pojedynków. Mimo wszystko plotki szybko się rozchodziły…

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. — Od czego, by tu zacząć… — rzucił w wyraźnym zamyśleniu, krzyżując ramiona na piersi, na której widniał symbol Domu Salazara Slytherina. Spraw było kilka, a sposób klarownego zarysowania sytuacji był niezbędny, aby nie zostało to odebrane negatywnie. Nie sądził jednak, że samo ujawienie swojego niezbyt akceptowanego w czarodziejskim społeczeństwie po pamiętnej wojnie zainteresowania, Krukonka odbierze z jakąkolwiek oznaką ulgi. Szczerze w to wątpił i na moment zapadło głuche milczenie, a zza zamkniętych, masywnych drzwi można było usłyszeć jedynie stłumione szumy. — Wiesz, że w zakresie moich zainteresowań znajduje się rzucanie zaklęć, prawda? — zagadnął niby neutralnym tonem, wzruszając ramionami, jakby to miało załagodzić jakoś to co niebawem po tym dodał. — W związku z tym musisz wiedzieć, że interesuje się czarną magią z tej właśnie dziedziny. Nie zbroję się na gorsze czasy ani tym bardziej nie planuje przejmować władzy nad światem czy krzywdzić innych czarodziei, ale chcę zostać największym Twórcą Zaklęć – nie mogę się ograniczać. — odpowiedział szczerze, ale i za to być może przyjdzie mu wkrótce zapłacić. Ślizgon odetchnął, robiąc na krótką chwilę przerwę. Przez cały czas patrzył na Avie, ale atmosfera mimo wszystko robiła się coraz to bardziej napięta, wraz z każdym kolejnym słowem wypowiadanym przez Arsa. — Druga sprawa dotyczy tego, że jestem przewodniczącym pewnej organizacji działającej na terenie Hogwartu, która składa się z uczniów, którzy jak ja – notorycznie łamią regulamin, bawiąc się tym samym i zajmują się innymi, mniej legalnymi interesami… Zresztą, to miejsce, do którego zaprowadziłem cię z okazji walentynek, a ten kretyn Nate nam przerwał – jest naszą siedzibą. I to chyba byłoby na tyle z moim wielkich sekretów. — dodał jeszcze, jakby na zakończenie, tudzież podsumowanie swojej wypowiedzi. W kwestii KZWP starał się mówić jak najmniej, gdyż dyskrecja była złotem, a zachowanie bezpieczeństwa całej grupki uczestników zabawnych wypadów musiała zostać zachowana.

      Arsie

      Usuń
  132. I właśnie takich ludzi nie lubił. Uprzedzonych do innych osób. Oceniających kogoś bez uprzedniego poznania go. To takie bezsensowne, wyrabianie sobie opinii, bo ktoś coś powiedział, czy ktoś nosi dane nazwisko i pochodzi z odpowiedniej rodziny. Gdzie w tym kole było miejsce na poznanie drugiego człowieka? Odnalezienie jego zalet, podarowanie mu ciepłego uśmiechu i pomocnej dłoni? Ludzie byli ignorantami, zajmowali się tylko sobą. Tworzyli niestworzone historie w swojej głowie, nie chcąc ich nawet skorygować, gdy poznawali prawdę. Bali się jej. Bali się brnięcia w błąd, więc wmawiali sobie, że mają rację. Rzeczywistość okazywała się jednak całkiem odmienna.
    Joshua miał gdzieś takie osoby. Nie był człowiekiem, którego łatwo można zranić. Żył swoim własnym życiem i może uważał się za lepszego od innych, ale pozostawiał to dla siebie. No, chyba że w grę wchodziły szlamy. Z tym w ogóle się nie krył.
    Avalon powodowała, że gałki oczne Ślizgona wykonywały naprawdę wiele ruchów okrężnych. Zaczynały go już nawet trochę szczypać, gdy nimi tak wywracał. Jednak nie potrafił inaczej – słowa dziewczyny to była jakaś kpina, śmiech na sali. Nawet nie wiedział, jak je skomentować.
    - Cóż, mam własne sprawy – odparł chłodno, mrużąc oczy.- Ale to ty postanowiłaś zachować się jak ignorantka, więc odpowiadam. Dziwne, że takie negatywne słowa padają akurat z twoich ust. – Wygiął wargi w cwanym uśmieszku.- Matka chyba wiele cię nie nauczyła. Szkoda.
    Uśmiechnął się fałszywie i poprawił książkę pod pachą. Nie miał już nic więcej do powiedzenia. I tak zmarnował już za dużo czasu w tym miejscu, rozmawiając z nieodpowiednimi osobami. Miał do przeczytania niesamowitą książkę, a później wypracowanie do napisania, więc nic tu po nim. No, chyba że Avalon rzeczywiście czymś zabłyśnie i zainteresuje go swoją osobą. Na razie się na to nie zanosiło. Dziwne, Krukoni podobno byli błyskotliwi. To tylko utwierdzało Josha w przekonaniu, że to Ślizgoni zasługują na miano najporządniejszego domu w Hogwarcie.

    Joshua

    OdpowiedzUsuń
  133. [Och te kłamstwa i kłamstewka <3 Od daaawna mam ochotę na taki wątek pełen emocji i chyba sobie Ciebie upatrzyłam :D Coś byśmy pokombinowały z tymi kłamstwami. Możemy wrzucić ich w jakąś mocną relację, jeszcze z czasów gdy Av wiedziała jaka ma być i gdzie podążać, a Julien... no cóż, on jest jaki jest i niewiele się zmienił :D Ona mogła go prostować, gdy przyuważyła, że zmyśla i z czasem chłopak się do niej przywiązał, mimo że nie znosi jak ktoś wytyka mu jego błędy. A teraz, gdy wszystko się łamie i Avalon zaczyna wątpić, Julek będzie miał może okazję by dorosnąć i wykazać się wsparciem? No i oczywiście będzie służył ramieniem, gdy Avie zwątpi w Langhorna, ale cśśś :D To tak luźno, zmieniaj, dokładaj, wymyślaj, udziwniaj, ja Cię kocham, więc bierę jak leci <3]

    Julek

    OdpowiedzUsuń
  134. Kto by pomyślał, że jedno wydarzenie może spowodować lawinę nie do zatrzymania. Lawinę zduszonych uczuć, które znajdują ujście w najbardziej niespodziewany i niejednokrotnie chory sposób. To już niemal rok, odkąd nie rozmawia z Julią. Niemal rok odkąd po raz pierwszy poczuł bolesne ukłucie odrzucenia. Wszystko zapewne byłoby inaczej, gdyby chociaż wiedział dlaczego. A jego ten pożegnalny buziak w czubek głowy palił jak rozgrzane żelazo. Czy to jego dziwaczny sposób bycia? Może skłonności do naginania rzeczywistości? Odkąd pamiętał taki był - zaczęło się niewinnie, od tego jak świetnie spędził wakacje, że leciał mugolskim samolotem, że wcale nie zagapił się na tamtą Krukonkę, że w klubie ONMS hipogryf zjadł mu wypracowanie, że pierwsze słyszy o czymś takim jak pokój życzeń. Nawet nie zauważył jak łatwo dał się wplątać w kłamstwa na temat własnych emocji i odczuć. I gdy patrzył na to wszystko z perspektywy czasu, dochodził do wniosku, że gdy raz szczerze powiedział, co myśli, dostał kosza.
    Jedyną chyba w świecie osobą, która nigdy nie sprawiła, że Julien chodził coraz to bardziej krętymi ścieżkami była Avie. Od zawsze widział jak silnym kręgosłupem moralnym się kierowała i po cichu jej tego zazdrościł, choć przecież podobało się mu to, że może lepić swoje życie jak z gliny. Była jego sumieniem, gdy wybijała mu z głowy głupie pomysły, by doradzała i pomagała. Rozmawiała z nim otwarcie, pukała się w czoło i przewracała oczami. A on jednym uchem słuchał, drugim wypuszczał. I nie zastanawiał się nad tym, że powinien coś zmienić. I nie myślał o tym, czy Avie będzie miała w końcu dość. Tak zaplątał się w cały ten bajzel z Addie, że nawet nie powiedział Avalon o swoich przeczuciach względem Langhorna. I z jednej strony tak bardzo chciał iść tak prostą ścieżką jak Moore, a z drugiej tak mocno nie chciał rezygnować z tej obranej przez siebie.
    - Bardzo będziesz na mnie zła, jeśli powiem, że znów coś przeskrobałem? – zapytał w ramach powitania, uśmiechając się niemrawo. Obstawiał, że Avie i tak sporo wie. Ciężko było nie zauważyć, że Julien przestał z Julią rozmawiać, a gdy widywał się z Addie, znikali w tajemniczych okolicznościach na krótkie chwile, by później mijać się bez słowa na korytarzach, ale chyba po prostu musiał się wygadać. Nie wiedział czy Avie będzie chciała przemówić mu do rozsądku, zazwyczaj dość alergicznie reagował na wytykanie mu nawet oczywistych błędów, ale gdy wszystko się waliło to ona była osobą, która miała wszystko poukładane. A przynajmniej tak mu się wydawało. I gdy skierował swoje ciemne oczy na twarz srebrnowłosej dziewczyny, poczuł jak poczucie winy ciąży mu na żołądku.
    - Dobra, przeskrobałem całe życie, daj się porwać przynajmniej na chwilę – uniósł lekko brwi w proszącym geście i uśmiechnął się wyuczonym, niemalże reklamowym uśmiechem, kuszącym spędzeniem kilku chwil poza szkołą. Było jeszcze dość wcześnie, więc czemu by nie ruszyć nad jezioro? Wydawało się mu, że chce pogadać, a najpewniej po prostu chciał mówić. Do głowy mu przecież nie przyszło, że Avie może stać na życiowym zakręcie i mieć tyle wątpliwości względem siebie i tego, co ją do tej pory otaczało.

    Julek

    [Mam nadzieję, że nie popsułam :3 Jak coś to krzycz, zmieniaj, majstruj i się z niczym nie krępuj :D]

    OdpowiedzUsuń
  135. Wiedział, że nie jest porządnym facetem. Nawet nie potrafił być porządnym kumplem, co dopiero przyjacielem. Nie rozumiał nawet poczucia bezsilności, bo choć robił głupstwa, to przynajmniej miał poczucie, że robi cokolwiek. Nie było to raczej najlepsze z możliwych wyjść, ale nie potrafił dusić się w sobie. I odkąd pamiętał te wszystkie wybryki mógł powierzyć Avie, która w razie potrzeby nawkładała mu do głowy ważnych rzeczy, o których nie myślał. Z tym, że coraz częściej łapał się na tym, że myślał głównie o sobie i osobach zaplątanych w jakieś konflikty czy inne, dziwne relacje. A z Avie wszystko było proste, przynajmniej dla niego. Może był na tyle oderwany od rzeczywistości, że musiałaby nim potrząsnąć i powiedzieć mu w oczy Skehan, mam cię dosyć. Ogarnij się. Jest mi źle.
    Czasem było tak, że w przeszłości tkwiło coś, co było początkiem wszystkich złych wydarzeń, a jednak nie potrafimy znaleźć tego momentu, od którego wszystko zaczynało się pieprzyć. Dla Juliena takim momentem była rozmowa z Julią, niemal sprzed roku, a jednak nie mógł oprzeć się wrażeniu, że gdyby w ogóle się nie zakochał to wszystko byłoby jakieś prostsze. Spojrzał w ciepłe oczy dziewczyny i uśmiechnął się lekko, z zakłopotaniem przeczesując grzywkę.
    - Wesołą nowiną… - mruknął w zastanowieniu, marszcząc lekko brwi. – Nie dostałem trolla z ostatniego wypracowania z mugoloznawstwa – palnął pierwszą rzecz jaka przyszła mu do głowy, z ochotą zabierając ze stołu torbę przyjaciółki. Jak dla niego była damą, a damy nie noszą toreb. Przewiesił ją sobie przez ramię. Gdy zobaczył jak otula się szczelniej szatą, wyciągnął różdżkę i machnął nią w powietrzu, by otrzymać swój gryfoński szalik. Zatrzymał Avie i owinął jej szyję, wiążąc lekko złoto-czerwony szalik. Posłał jej ciepły uśmiech.
    Westchnął cicho, słysząc jej pytanie. Nie był to dźwięk zniecierpliwienia, ale raczej zagubienia, jakby nie wiedział od czego zacząć. Otworzył przed nią wyjściowe wrota z zamku, popychając je ramieniem. Jego grzywkę, sterczącą zwykle w jedną stronę, uderzył podmuch, sprawiając, że niezbyt wiadomo był który kosmyk był w którą stronę.
    - O co może chodzić… - jęknął, przeczesując zakłopotany włosy. – Oczywiście, że o Julię – powiedział cicho, wlepiając spojrzenie w ziemię. Wziął głęboki wdech, jakby fakt, że zimne powietrze wdziera się mu do płuc, było boleśnie przyjemne. Przygryzł lekko dolną wargę, nie bardzo wiedząc od czego zacząć. Kochał tą dziewczynę od roku, a i tak zachowywał się jak ostatni dupek, gdy dała mu kosza. Spojrzał na Avie z czymś bliżej nieokreślonym w oczach. Prośbą? Nadzieją? Podziwem, że ta drobna osoba idąca obok niego jest tak niesamowicie opanowana. Zawsze była. Nigdy mu do głowy nie przyszło, że w jej głowie mógłby kiedykolwiek zagościć jakikolwiek mętlik. Zazdrościł jej, choć nie wiedział z czym się boryka.

    Julek

    OdpowiedzUsuń
  136. Najwyraźniej trafił w czuły punkt. I dobrze.
    Zatrzymał się i próbował nie parsknąć śmiechem, gdy tak słuchał wyrzutów Avalon rzucanych w jego kierunku. Wlatywały jednym uchem, wylatywały drugim, nie pozostawiając po sobie śladu w pamięci Ślizgona. Ta dziewczyna tak mało wiedziała, jednocześnie próbując pokazać, że wie wszystko. Jej pasywno-agresywne zachowanie w mniemaniu Joshuy zasługiwało jedynie na salwę śmiechu i pobłażliwego spojrzenia. Za kogo ona się uważała, żeby prawić mu kazania? Brakowało tu jeszcze tupnięcia nogą. Wyjątkowo komiczna sytuacja. Joshowi naprawdę było do śmiechu.
    Słuchał i słuchał, i słuchał, i słuchał, uśmiechając się pod nosem, aż w pewnym momencie zmarszczył brwi i zamienił wcześniejszy uśmiech na nieco rozchylone wargi. Martwego człowieka? Czy to on o czymś nie wiedział, czy może Avalon była niedoinformowana?
    Był pewien, że widział matkę dziewczyny, i to całkiem niedawno. Wiedział, kto przebywał w jego ojcem podczas III Wojny Czarodziejów. Widział ludzi, którzy przewijali się przez posiadłość Yaxleyów, jedną z głównych kwater zbiegów z Azkabanu. Wiedział, kto jest kim i po czyjej stronie stoi. Mógł być młody i niedoświadczony, ale miał oczy i mózg i ich używał. Nie był głupi.
    Czy w ciągu roku coś się zmieniło? Szczerze w to wątpił. Wiele rozmów z ojcem wykluczało pewne wydarzenia, więc nie, na pewno nic dotyczące matki Avalon się nie zmieniło. To tylko zdziwiło Josha. Cholera, Moore wiedziała tak mało.
    - Powiedziałem, że twoja matka chyba wiele cię nie nauczyła – mruknął, marszcząc przy tym brwi.- Co nie powinno aż tak cię zdenerwować, tak myślę. Przecież nadal ma okazję cię doedukować, o czym ty pieprzysz, że jest martwa?
    Pomyślał przez chwilę nad swoimi słowami, aż w końcu pojął, o co w tym wszystkim chodzi.
    - Ty… Ty nic nie wiesz. – Wyszczerzył zęby, poprawiając zielono-srebrny szalik wokół szyi.- Cholera, ty nic nie wiesz. Kto by pomyślał.

    Joshua

    OdpowiedzUsuń
  137. Słowa Avalon przyjmował z małym zdziwieniem wymalowanym na twarzy, które nie mogło umknąć dziewczynie, gdyż było aż nadto widoczne. Zmarszczył czoło i poprawił książkę pod pachą, przekrzywiając przy tym głowę. Avalon Moore naprawdę nic nie wiedziała. Nie znała prawdy o swojej matce, teoretycznie najbliższej osobie. Osoby trzecie miały większe pojęcie o losie praktycznie obcej kobiety. Joshua nigdy nie rozmawiał z matką Avalon, po prostu zostali sobie przedstawieni i widział ją kilka razy w jego posiadłości rodzinnej, a mimo to był świadomy prawdy. Chłopak nie miał zamiaru docinać Krukonce, niszczyć jej popołudnia czy wymyślać niestworzone historyjki, które wyprowadzą ją z równowagi. Postawił naprawdę, która została brutalnie odrzucona.
    Bo Josha można opisać wieloma przymiotnikami i rzeczownikami, lecz nikt nigdy nie nazwał go kłamcą. Joshua Yaxley brzydził się kłamstwem, wymyślaniem niestworzonych historyjek, aby kogoś zranić. Mógł być postrzegany jako człowiek zimny i egoistyczny, który dąży do osiągnięcia własnej przyjemności aniżeli cudzej, lecz w jego działaniu nigdy nie było miejsca na kłamstwo. Oskarżenia Avalon, choć przewidziane, trochę wytrąciły go z równowagi. Joshua nienawidził, gdy zarzucano mu coś, czego nie zrobił i czego nienawidzi.
    - Hola, hola, panienko – zaczął ostro, zbliżając się do dziewczyny, przez co jego wyższość fizyczna stała się nader widoczna.- Po pierwsze, nie nazywaj mnie kłamcą, którym nie jestem. Po drugie, mam oczy i mózg. Wiem, co widziałem i z kim rozmawiałem. Tą osobą była twoja matka, przeszło rok temu.
    Wziął głębszy oddech i spojrzał na Krukonkę z wyższością. Ta bardzo egoistyczna i pyszna strona Yaxleya powoli wychodziła na światło dzienne. Strona, która nakazywała mu chodzić z dumnie uniesioną głową i rzucać oceniające spojrzenia w stronę gorszego sortu. Joshua naprawdę tego nie kontrolował – tak ułożona była jego osobowość, której nie zmieni.
    - Nie mam zamiaru tu z tobą stać, jeśli masz zamiar rzucać we mnie epitetami, mimo że w żaden sposób ci się nie naraziłem – prychnął.- I tak za dużo czasu już tu zmarnowałem.
    Miał zamiar odejść, robiło mu się trochę zimno, a perspektywa ciepłego zamku i dobrej herbaty przyczyniała się do tworzenia złudnego uczucia ciepła. Jeśli Avalon nadal miała zamiar wyzywać go od kłamców i osób żałosnych, nie miał tu nic więcej do powiedzenia.

    Joshua

    OdpowiedzUsuń
  138. Dla niego poprzednie walentynki były koszmarem, choć za wszelką cenę starał się uśmiechać do Avie, ciesząc się radością, jaka świeciła w jej oczach. Dziewczyna była dość powściągliwa w emocjach, ale to nie przeszkadzało mu wpadać do niej jak szalone tornado. Chyba, że on sam właśnie dostał kosza od miłości swojego życia, a ona zaczęła się właśnie z kimś spotykać. Więc uśmiechał się jedynie szeroko, życząc jej w duchu, by chłopak, którego wybrała nie okazał się kimś jej niegodnym. Wiele razy zastanawiał się co by zrobił, gdyby okazało się, że ktoś skrzywdził Avie. Natychmiast orientował się, że nawet by się o tym nie dowiedział, bo nie była to dziewczyna, która przyleciałaby do Juliena z płaczem. Wtedy docierało do niej, że tak naprawdę nie wie co u niej i natychmiast obiecuje sobie, że koniecznie o to zapyta. Oczywiście następnego dnia dzieje się mnóstwo drobnych rzeczy, które sprawiają, że chłopakowi wylatuje to z głowy. Uśmiechnął się do niej lekko, mrużąc przyjaźnie oczy, gdy poprawiała mu grzywkę.
    Słysząc jak w jej pytaniu zażenowanie łączy się ze zdenerwowaniem, a założone ręce tylko wzmacniają uważne spojrzenie ciemnych oczu przyjaciółki, niemalże natychmiast nerwowo przesunął dłonią po włosach i w geście zmieszania odwrócił wzrok. Poczuł, jak robi się mu gorąco i ciężko na żołądku, a policzki chyba spłonęły rumieńcem, choć przecież nie było tak znowu zimno.
    - Jeszcze nic! – zaczął się bronić, choć z chyba marnym skutkiem. Jeszcze nic nie zrobił, zastanawiał się jedynie nad swoim położeniem, choć coraz częściej myślał o tym, by spróbować raz jeszcze. Żeby zapytać, poprosić, zawalczyć. Chociaż był Gryfonem, to gdy przychodziło co do czego w relacjach damsko-męskich był totalnym nieudacznikiem.
    - To znaczy, nie wiem – zaczął, ale natychmiast poczuł dziwne ukłucie w sercu. Jakimś dziwnym trafem zakładał, że dziewczyna wiecznie będzie miała do niego cierpliwość, a tymczasem okazało się, że jego można naprawiać, że nie uczy się na swoich błędach. Zmarszczył lekko brwi. Postanowił nie tak od razu brać wszystko do siebie, ale czuł, że wewnątrz czuje dziwne napięcie, jakby ciszę przed burzą. Jeszcze nie wiedział, że to, co czuł, to były te wszystkie zawieszone w próżni, niewypowiedziane słowa, lęki i żale. Ale nie był zbyt dobry w wychwytywaniu takich subtelności. W tym zakresie potrzebował jeszcze mnóstwo doświadczenia i być może potrzebował by ktoś nim potrząsnął?
    - Czasem widuję się z jedną Puchonką – mruknął, nie bardzo chcąc wdawać się w nazwiska. Zaczął mówić o tym, jak spotkali się, gdy oboje mieli skrzywdzone dusze, że to trwa zdecydowanie za długo. Że jest to coś, co wzbudza w nim niechęć, a jednocześnie czuje, że tego potrzebuje. Potrzebuje nie myśleć, nie czuć wyrzutów sumienia i nie czuć, że czegoś się od niego oczekuje. To były samolubne słowa i Julien zagryzał lekko wargę, czując jak jednocześnie coś daje mu ulgę i przytłacza go mocniej. Avie wpatrywała się w wodę, odpływając nieco myślami. Poruszył temat Julii i to, że coraz częściej myśli o tym, by wrócić do tej sprawy. Bał się. Cholernie się bał, a jednocześnie czuł, że jeśli nie spróbuje, będzie żałował do końca życia.
    - Avie? Słuchasz? – zapytał, kierując na nią swoje spojrzenie. Ja. Ja. Ja. Tego naprawdę mogło być za dużo. Nie tylko ty masz bajzel w życiu Julien. W dodatku, twój bajzel to nic w porównaniu do tego, co spotyka innych ludzi. Zaległa cisza tak przerażająca, że ciarki przeszły mu po plecach.

    Julien <3

    OdpowiedzUsuń
  139. Ludzie nigdy nie wiedzą wszystkiego. Małe niedopatrzenia, nieusłyszenie kluczowej informacji i niezłożenie wszystkiego w logiczną całość składały się na niewiedzę, która pociągała za sobą wiele niedomówień i przykrych konsekwencji. Brutalna prawda uderzała wtedy ze zdwojoną siłą, zwalała z nóg. Nie było to żadne mydlenie oczu czy chamskie zagrania, aby zdenerwować drugą osobę i jej dopiec. Czasem warto było wysłuchać kogoś innego, nawet jeśli jego słowa mogły wydawać się komiczne i bezsensowne. Kłamstwa krążyły po tym świecie jak wiatr, były wszechobecne i nie dało się od nich uciec. Nie wszystkie podmuchy mogły oznaczać nieprawdę.
    Joshowi było jej trochę żal. Odnalazł w sobie prawdziwe ludzkie uczucia, gdy patrzył na zamotanie Avalon w jego słowach, obserwując zmieniające się na jej twarzy wyrazy świadczące o kłębiących się w jej głowie myślach. Była zbita z tropu, Joshua widział to gołym okiem. Ale czy on również nie zachowałby się podobnie? Krukonka widziała tylko piękną iluzję, kreowaną przez wielu ludzi przez wiele lat. Natłok informacji uderzył w nią w kilka chwil. Joshua też czułby się zagubiony i rozdarty.
    Jego rodzina również miała wiele za uszami, skrywała wiele tajemnic, a on miał milion powodów, aby im nie ufać. Mimo to, darzył zaufaniem swoich najbliższych, które miano to otrzymali jedynie przez więzi krwi. Tylu rzeczy nie wiedział, tyle było przed nim zatajane. Jeszcze więcej ukrywano przed ludźmi z zewnątrz. Dlatego też, gdy Avalon chciała porozmawiać o dosłownie wszystkim, zawahał się i cofnął krok w tył. Nie mógł zdradzać, co działo się w posiadłości Yaxleyów, tym bardziej podczas III Wojny Czarodziejów. To były sprawy Śmierciożerców, innych czarnoksiężników i wielu wielkich rodów. Nie można było rozmawiać o nich na środku ulicy w Hogsmeade, tym bardziej z przypadkowymi osobami.
    - Słuchaj, wiem, że zależy ci na poznaniu prawdy, którą zresztą powiedziałem – prychnął, przewracając przy tym oczami, jakby to było oczywiste (było).- Jednak… Nie mogę powiedzieć ci wszystkiego, co dzieje się u mnie w domu, rozumiesz? To nie są rozmowy dla dwóch obcych sobie ludzi, tym bardziej gdy za sobą nie przepadamy, a ty masz o mnie takie zdanie, jakie masz.
    Zmierzył ją zimnym wzrokiem. Nie zdradzi swojego ojca ani najbliższego kręgu znajomości. Wojna może i się skończyła, ale pogłoski nigdy tak naprawdę nie ucichły. Nie wiedział, do czyich uszu mogły później trafić wypowiedziane jego słowa. Avalon mogła to obrócić przeciwko niemu, a on miałby przez to wiele problemów. Był lojalny swojej rodzinie i przekonaniom. Nie da się zwieść.

    Joshua

    OdpowiedzUsuń
  140. Pokręcił lekko głową, nie bardzo wiedząc jak to wszystko ugryźć. Avalon zakładała, że był zakochany w nie wiadomo jakiej ilości dziewcząt. A kochał, w najprostszym i jednocześnie najbardziej skomplikowanym tego słowa znaczeniu tylko jedną. Druga była... wygodna. Była mu kiedyś kołem ratunkowym, gdy dostał kosza. I żadne z nich ani Julien, ani Addison nie chciało mieć nic na stałe. Dziwny układ w którym się znalazł po prostu tkwił z tyłu jego głowy. Bywał. Nie trwał teraz. Nie miał być. Zdarzał się. Zmarszczył lekko brwi, słuchając jej słów. Gorzkich słów, które niemalże wżerały się mu w mózg. I uczucie, że wreszcie zdecydował się coś z tym zrobić i, że wreszcie będzie mógł to wszystko poukładać, że sobie poradzi – prysnęło, przyćmione gniewem. Nie myślał o Hallaway, ona pojawiała się sama, dziwnym trafem, gdy było mu źle. I chyba chciał zawalczyć przeciw temu. Widział w niej odbicie własnego strachu i chciał ten strach pokonać.
    Jego makówka przyjmowała obrazy, ale Julien był przekonany, że jego przykład jest zupełnie inny. Przez chwilę miał nadzieję, że wszystko rozwiąże się samo. Ale teraz był już przekonany, że tylko jego osobista walka może cokolwiek zmienić. Z tym, że liczył na zachętę, a nie na krytykę. A być może nie potrafił odróżnić jednego od drugiego. Zacisnął pięści, odpowiadając na stawiane przez nią pytania. Starał się zobrazować przyjaciółce różnicę, ale też nie wiedział jakich słów powinien użyć. Natomiast ton jego głosu nieco się podniósł. Poczuł się zaatakowany, to było jasne, ale z drugiej strony nie mógł oprzeć się wrażeniu, że Avie między słowami, między radami kierowanymi w jego stronę, błądzi gdzieś myślami. Przygryzł lekko wargę, przez chwilę wahając się, czy dalej drążyć swój temat, czy odpuścić i po prostu ją przytulić. Avalon zadała jednak pytanie, a wredny głosik w jego głowie powtarzał, że przecież jest w trudnej sytuacji i powinien ją rozwiązać jak najszybciej. Akurat w przypadku Juliena powiedzenie, że dobrymi chęciami jest wybrukowane piekło, sprawdzało się idealnie.
    - Nie mówiłem. I chyba nie chcę ci zawracać tym głowy – burknął dużo chłodniej, niż zamierzał w pierwszej chwili. Gdy już wspomniała o swoim chłopaku, przypomniał sobie pewne blade wątpliwości, które jednak nie miały żadnych podstaw. Przecież nie mógł jej powiedzieć: nie ufam, bo tak. Zmarszczył brwi i nerwowym gestem przeczesał sobie grzywkę. Po tym geście można było rozpoznać nastrój chłopaka – zupełnie inaczej robił to, gdy był zły, inaczej, gdy zakłopotany, wesoły, zawstydzony, smutny.
    - Serce jest tchórzliwe. Nie wiem czy zamierzam go słuchać akurat w tej kwestii – dodał, wsadzając ręce do kieszeni. Nie uśmiechał się, choć Avalon to robiła. Czy czuł, że czasem dziewczyna uśmiecha się wbrew temu, co czuje? Pewnie tak, ale nie był na tyle obeznany w kontaktach międzyludzkich, by na podstawie sygnałów tak drobnych, jak zaszklone oczy i pociągnięcie nosem, wnioskować, że coś sprawia przyjaciółce ogromny ból. Był zły i z tego powodu czuł się podle, czuł się podle i dlatego był zły.

    Julek

    OdpowiedzUsuń
  141. [[Pewnie, że się uda, musimy się tylko na coś ostatecznie zdecydować :D
    Jeśli chodzi o Avalon, możesz mi rozpisać tamto powiązanie, ale możemy też stworzyć własne, jeśli chcesz ;) Mój Jamie jest chyba inną osobą, od tamtej wersji Jamesa Pottera, więc nawet nie wiem, czy by nam się to pierwotne sprawdziło :P Nie mam jednak, niestety, obecnie żadnego pomysłu, więc jeśli tylko wpada Ci coś do głowy, dawaj śmiało :D
    Ale mniej przyjemny w sensie atmosfery wątek między Artairem i Jamesem też by mi pasował, pewnie :D W obu przypadkach nie wiem jednak za bardzo, jak i gdzie ich zgrać... Jamie w końcu w Hogwarcie już raczej nie bywa :P]

    Jamie

    OdpowiedzUsuń
  142. [Wybacz, ale Kalia wyszła mi jednak trochę za wredna, a ja mam jednak trudności z prowadzeniem takich postaci :c A jakby Avalon chciała zaprzyjaźnić się z Danielem (albo coś innego) to zapraszam serdecznie! I dziękuję :)]

    Daniel

    OdpowiedzUsuń
  143. [Odkryłam, że na Hogwarcie faktycznie lepiej pisze mi się panami, choć nie wiem czemu. A jeśli masz jakiś pomysł na wątek to pewnie, możemy coś napisać! Ewentualnie może ja nad czymś pomyślę, ale to prędzej po kilku godzinach snu, bo teraz ledwo myślę :)]

    Victor

    OdpowiedzUsuń
  144. [Co to ma być ja się pytam? Avie powinien wystarczać jeden wątek, khe khe, wiesz który. Tak to kropka hejtu, gdybyś nie zauważyła, o tu — .]

    he-he, chamski żarcik #łokieto

    OdpowiedzUsuń