1 listopada 2015

Burn the Witch


MATTHEW HARRISON
17 lat || Gryffindor || Brudna krew || VII rok
The Tonight Show

To właśnie on. Chyba nie trzeba go przedstawiać. Lekkomyślny braciszek wspaniałej Elody z nieodłącznym przyjacielem u boku. Podróżnik w czasie i przestrzeni. Saksofonista i gitarzysta. Stan emocjonalny sytuowany na programie zawsze cool. Nałogów brak. No, dobra. Uzależniony od dobrego alkoholu i papierosów. Sporadycznie. Olewa, żeby nie powiedzieć zlewa, regulamin, nie mając pojęcia o istnieniu większości zasad BHP. Powie Ci, że gdyby istniał wolny zawód nałogowiec, zostałby młodym, długowłosym heroinistą. Harrison jest szczerym, dbającym o przyjaciół i siostrę dzieciakiem. Znajdziecie go w każdą środę na częstotliwości 394.23 FM, gdzie sprzedaje intymne doświadczenia z rock n' rollem wszelkiego gatunku. Często widywany nad kartką papieru. Bo Matt to podobno ustatkowany człowiek. Ale kto tam w to wierzy...


120 komentarzy:

  1. [Nie, bo mam jeszcze 40 słów na kulturę języka i muszę iść spać, bo jutro od 8 do 20 na uczelni, także umrę... Jutro się odezwę ewentualnie jak tak bardzo chcesz :D]

    Willow

    OdpowiedzUsuń
  2. [Za muzykę w "The Tonight Show" już Cię uwielbiam, po przeczytaniu karty pozytywne uczucia tylko rosną. Są podobni bardzo z Frances tyle że ja nie miałam weny żeby jakoś lepiej ją opisać a przywykłam do mega dopracowanych kart postaci na poprzednich blogach. Trzeba stworzyć kosmiczną relację między tą dwójką teraz pytanie czy nie są zbyt podobni?]

    Frances

    OdpowiedzUsuń
  3. [Ło kozackie byłyby wypady do Zakazanego Lasu, jakiś taki ich wspólny rytuał np. zawsze w niedziele w nocy ale nie takie z czystej sympatii a jakiś nieco egoistycznych pobudek, czegoś co mogą dostać w zamian (ale takie w stylu nikt nic nie wie) i próbowaliby np. podpuszczać się sprawdzać kto jest w stanie zrobić więcej, a jako że na Frances ciąży kompleks "najmłodszej" z 5 rodzeństwa (braci dokładniej) to zawsze chce dorównać płci brzydkiej]

    Frances

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. [Mi pasuje! Jak najbardziej! Tylko co dalej?]

      Frances

      Usuń
  4. Uniosła tylko brew, słysząc jak Matt, na pełnym luzie oznajmia, że staniki walające się w ich dormitorium to norma i zapewne, gdyby teraz jej uwagi nie przyciągnął dobijający się do drzwi jeden z lokatorów owego szalonego pokoju, rzuciłaby jakimś trafnym lub wręcz przeciwnie tekstem o tym, że prawdziwi z nich romantycy. Jednak nie mogła się dziwić, bo jeśli reszta chłopaków była takimi Casanovami jak Harrison i gdyby dodać do tego choć trochę alkoholu, który pojawiał się u nich na pewno w sporych ilościach, to musiały rzeczywiście dziać się tu całkiem ciekawe rzeczy. Przyglądała się, jak chłopak, który wcześniej dobijał się do drzwi, teraz dorwał Matta i zaczął, go o dziwo, czorchać po włosach. Wyglądali tak całkiem uroczo, ale możliwe, że tylko ona tak postrzegała tę sytuację. Nie spodziewając się takiego rozwoju sytuacji, zaczęła się śmiać, ale nie ruszyła się z miejsca, a wręcz jeszcze bardziej przysunęła do ściany. Miała ostatnio uraz do przedstawicieli płci męskiej, których nie znała dłużej niż cztery dni i z którymi nie przeżyła więcej w tak krótkim czasie, niż podczas trwania swojego ostatniego, dwumiesięcznego związku. Więc kiedy trochę wyższy Gryfon puścił wreszcie Matta i chyba dostrzegł ją w kącie, uśmiechnęła się i zrobiła kilka kroków do przodu. Chłopak wyglądał na miłego, ale nie miała pojęcia, o czym mówił. Spojrzała, więc pytająco na niego, a gdy po chwili dowiedziała się, o co chodzi momentalnie zbladła, jednak zaraz ponownie ożyła, próbując choćby wymyślić, co mogło być tak pilnego, że państwo Oberlin znaleźli chwile i pofatygowali się aż do Hogwartu. Szkołę odwiedzali tylko w dni urodzin swoich uczących się jeszcze dzieci i w wyjątkowo ważnych sytuacjach. Listami informującymi o karygodnym zachowaniu gromady rudzielców się nie przejmowali, a te z najlepszymi wybrykami zostawiali nawet na pamiątkę. W końcu każdy musi się kiedyś wyszaleć.
    - Znasz może więcej szczegółów? - odezwała się w końcu i już trochę spanikowana podeszła do Gryfonów. Usłyszawszy przeczącą odpowiedź, kiwnęła głową i ruszyła w kierunku wyjścia. Po przeanalizowaniu dat narodzin swojego rodzeństwa i stwierdzenia, że w ostatnich listach rodzice nie pisali nic nadzwyczajnego, była przekonana, że zaraz usłyszy, że ktoś umarł albo ktoś się urodzi. Ewentualnie, że ojciec spalił dom, gotując obiad albo że rzucają wszystko i wyruszają w podróż życia. Niczego nie mogła być pewna.
    - Dzięki za informacje! Cześć — rzuciła jeszcze i wyszła. Zatrzymała się jednak, gdzieś w połowie drogi do wyjścia i zawróciła, by później znowu wpaść do dormitorium Harrisona i oznajmić mu jeszcze tak dla pewności:
    - Spotkamy się później czy tam kiedyś, ale lepiej bądź gotowy na wszystko, bo nie wiem, jak się sytuacja rozwinie. Dyrektor mnie niepokoi — zaakcentowała ostatnie słowa, nie mając zielonego pojęcia, dlaczego nawet brodacz zamieszany jest w tę całą akcje.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Później już z zawrotną prędkością i bez żadnych przeszkód pobiegła do gabinetu dyrektora, a gdy zza drzwi usłyszała melodyjny i co najważniejsze spokojny głos matki, uśmiechnęła się rozkosznie i po tym, jak od razu pozwolono jej wejść, nieśmiało wkroczyła do środka. Carmen Oberlin wyglądała, jak zwykle, czyli nader oryginalnie, siedzący obok niej mężczyzna z czupryną szalenie kręconych i rudych włosów idealnie pasował, do wybranki swego serca.
      - Primrose Eos Oberlin domyślasz się może, co nas tu sprowadza? - zaczął ojciec, wstając i siląc się na niezwykle poważny ton, którego używał bardzo rzadko. - Nigdy nie myślałem, że przyjadę do Hogwartu w takiej sprawie i to jeszcze do mojej najstarszej córki, o której zachowaniu poinformuje mnie jedna z jej młodszych sióstr — ciągnął, podchodząc do Primrose, która już ledwo trzymała się na nogach i zaniepokojona spojrzała na zajętego najwyraźniej swoimi sprawami dyrektora. Przynajmniej jego miała z głowy.
      - Córa nie panikuj! Ojciec żartuje tylko. My tu w całkiem innej sprawie, ale twojego nowego kolegę to bardzo chcemy poznać, mamy mu coś do powiedzenia. - krzyknęła nagle Carmen i podbiegła do coraz bardziej zdezorientowanej Puchonki.
      - Mamy Hipogryfa, udało się! - mówiła, przytulając Primrose, która nie mogła uwierzyć w to, co przed chwilą usłyszała.

      Prim
      [Trochę się rozpisałam, ale walić xD]

      Usuń
  5. [Ok :D Też chłop, czy babka?]

    Sorcha Tobin

    OdpowiedzUsuń
  6. Śniadanie jej nie smakowało.
    Uważnie nabierała na łyżkę trochę owsianki, po czym odwracała ją na drugą stronę, wylewając zawartość z powrotem do miski. Z obrzydzeniem przyglądała się przy tym gęstej, paćkowatej masie, raz po raz wzdychając jak męczennica i przybierając stosowną minę. Siedząca obok Alison przypatrywała się jej zabiegom z wyrazem konsternacji na twarzy.
    - Wiesz, Faith, jeśli nie chciałaś tego jeść, wystarczyło po prostu powiedzieć - zasugerowała delikatnie, jakby z obawą, nadgryzając grzankę, grubo posmarowaną masłem orzechowym. Mała Oberlin posłała jej mordercze spojrzenie.
    - Morda w kubeł, Alison - poleciła pulchnej dziewczynce, z pogardą spoglądając na jej talerz. Oprócz pięciu suchych grzanek znajdowały się na nim jeszcze kiełbaski, obok stała miseczka z parującą owsianką, a po lewej - kubek gorącego mleka. Miller pochłaniała całkiem sporo jedzenia jak na niezbyt wysoką czternastolatkę, co nie uszło uwadze chudej jak patyk Faith, która złośliwie otaksowała wzrokiem figurę koleżanki. - No, chyba, że zamierzałaś to zjeść. W takim wypadku moje kondolencje.
    Blondynka wymamrotała coś pod nosem, nie odważyła się jednak podnieść głosu. Oberlin, nie poświęcając jej więcej uwagi, zdecydowanym ruchem odsunęła od siebie naczynie z ohydną, wystygłą papką i z zadowoleniem sięgnęła po czekoladowe ciasteczko z malinową galaretką. Odgryzła kawałek, przesadnie się rozkoszując i ignorując zabójczy wzrok Alison. Z lubością przymknęła oczy. Uwielbiała objadać się słodyczami, a najlepiej, jeśli mogła zastąpić nimi każdy posiłek, co - naturalnie - bardzo nie podobało się Primrose. Faith niby wiedziała, że siostra się martwi, ale takie matkowanie z jej strony było wyjątkowo uciążliwe.
    Dopiła kawę zbożową, jednocześnie lustrując Alison, siedzącą po jej prawej stronie i z obrzydzeniem zauważając jej ubrudzony masłem rękaw szaty. Miller pożerała właśnie wielki, ociekający tłuszczem i syropem klonowym naleśnik i Faith, pokazowo marszcząc nos, odsunęła się od niej ze wstrętem w oczach. Złapała swoją torbę i cicho wymknęła się z Wielkiej Sali, czając się tuż za drzwiami.
    - Heeej - jej głos stał się nieco groźniejszy niż zwykle, w oczach zamigotały niebezpieczne iskry, kiedy lekko pacnęła w ramię wracającego ze śniadania, znacznie wyższego od niej chłopaka. Który, jak zauważyła, ostatnio przebywał niebezpiecznie blisko Rose.
    - Coś za jeden? - spytała podejrzliwie.

    Faith

    OdpowiedzUsuń
  7. Primrose jeszcze przez kilka minut zdezorientowanym wzrokiem wpatrywała się w swoją uśmiechniętą od ucha do ucha matkę i czającego się tuż za nią ojca, który bezskutecznie próbował nawiązać rozmowę z pochylonym nad stertą papierów dyrektorem. Najwidoczniej przyjechali oni tu niemal od razu po usłyszeniu dobrych wieści, o czym ewidentnie świadczyło niezbyt eleganckie ubranie małżeństwa. Spod płaszcza Carmen wystawała szalenie kolorowa, kwiecista sukienka, a liczne bransoletki i paciorki we włosach wydawały odgłosy przy każdym, choć najmniejszym ruchu podobno szanowanej uzdrowicielki. Eric wyglądał dość normalnie, znaczy jak na niego. Tylko z kieszeni wytartych dżinsów wystawała mu bandana, którą zapewne zdjął z rudej czupryny tuż przed wejściem do gabinetu. Wyglądali oni raczej jak nastoletni hipisi, a nie osoby w średnim wieku, zajmujący wysokie stanowiska i mające piątkę dzieci. Puchonka uwielbiała swoich rodziców, choć wiedziała, że zbyt wiele wolnego czasu, którego i tak nie mieli za dużo, spędzali w swoim świecie, ale przynajmniej byli szczęśliwi. Tak głosili wszystkim, dosłownie. Nie ważne czy ktoś chciał słuchać, czy nie, paplali jak najęci. O cudownej miłości, spokoju, nadziei i radości, aż w końcu zapominali, o czym mówili i zmieniali temat na jakąś poważną sprawę. Tak to już z nimi było i przez te prawie siedemnaście lat swojego życia, Prim zdążyła do tego przywyknąć, i dostosować się do ich zachowań oraz przejąć ich styl życia, tylko jeszcze nie w pełni, bo niewielu chciało jej w tym towarzyszyć.
    - Udało się? Mamo. Zgodzili się? - szepnęła w końcu i podeszła do rodzicielki.
    - Mamo! - krzyknęła w końcu, bo najprawdopodobniej kobieta, która próbowała pomoc dyrektorowi i teraz rozrzucała na wszystkie strony starannie ułożony stos dokumentów, nie usłyszała jej wcześniejszych słów.
    - Zgodzili się wreszcie, tak? A pan Adams chce jeszcze sprzedać małą, czy znowu zmienił decyzje? Nie mogę sobie wybaczyć, że wtedy jej nie zabraliśmy — mówiła, stając obok rodziców i w pełnym napięciu czekając na odpowiedź matki, która totalnie zignorowała jej pytania i zaczęła tylko odgarniać Puchonce loki z twarzy.
    - Popatrz Eric, jak wiosenka już urosła. Duża z niej dziewucha, a taka głupiutka nadal, to po tobie. - mówiła, jednak widząc grymas na twarzy córki, uśmiechnęła się i oznajmiła:
    - Wszystko załatwione, wnioski zostały rozpatrzone pozytywnie. Mała jest już nasza, a stary Adams pogodził się z tym i życzy tylko powodzenia. No więc Prim wreszcie osiągnęłaś to, co chciałaś — przytuliła jeszcze dziewczynę, która miała ochotę jednocześnie płakać i śmiać się, ale ze względu na dość dziwne okoliczności tylko szczerzyła się i szeptała pod nosem; nareszcie, udało się. W tamtym momencie do gabinetu w paradował Harrison, który od razu po przywitaniu się, gotowy na najgorsze spytał o szlaban. Primrose pokręciła tylko głową, ale jej matka zaczęła szturchać ją w ramie, jednocześnie pytając o to, czy to właśnie ten Gryfon, który podobno nieraz uratował ją z opresji. Dziewczyna nie zdążyła nawet nic powiedzieć, a tylko potwierdzająco kiwnęła, w międzyczasie zerkając na dyrektora, który był, ale jednak jakby go nie było. Carmen jednak szybko ożywiła się i podeszła do chłopaka wcześniej mówiąc jeszcze:

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. - Tak naprawdę to ja Cię wzywałam i bardzo miło, że się zjawiłeś — podeszła do chłopaka, a zaraz za nią podążył ojciec Prim, który wcześniej prawie dorwał się do znajdujących się w słoju cukierków.
      - Jestem Carmen, matka tamtej uradowanej paskudy z tyłu. Znaczy tamtej dalej, ta paskuda za mną to Eric, mój mąż- mówiła, uśmiechając się i wystawiając rękę do Matta. - Tak, to właśnie ja — wtrącił się facet, a zaraz po tym objął żonę w pasie i powtórzył jej gest. Primrose przyglądała się całej tej scenie z podwyższenia i nie zamierzała przerywać, a tym bardziej odbierać takiej małej przyjemności rodzicom, jaką było poznanie jej przyjaciół. Nie wiedziała, o czym rozmawiają, zafascynowana była jedynie zwierzęciem, które wreszcie było jej i nikt, absolutnie nikt nie mógł go jej odebrać. Bała się tylko, że istota może być bardzo trudna do oswojenia i przerażona cała nową sytuacją, ale wierzyła, że uda jej się nawiązać z nią więź. Potrzebny był tylko czas.
      Po chwili wróciła jednak do rzeczywistości i ruszyła się, a w końcu stanęła obok Matta. Wydawało jej się, że znalazł on wspólny jeżyk z jej rodzicami i miała tylko nadzieję, że ojciec nie zaczął opowiadać śmiesznych historyjek z jej dzieciństwa czy też z ich życia, niestety na nic zdała się nadzieja.
      - Widzę, że już się poznaliście — posłała znaczące spojrzenie rodzicom, na co mama szturchnęła ją tylko w ramie i szepnęła, żeby wrzuciła na luz. - Więc jeśli podziękowaliście już Mattowi za to, że uratował mi tyłek i dodaliście, że nie ma żadnego szlabanu — teraz spojrzała na chłopaka, wciąż się uśmiechając. - To myślę, że możemy dać odpocząć dyrektorowi — dodała i skierowała się do drzwi, przypuszczając, że reszta zgromadzenia zrozumie aluzje i podąży za nią, a rozmowa przeniesie się choćby na korytarz.

      Prim

      Usuń
  8. - Chodzisz z moją siostrą? - Spytała go, robiąc krok w przód i zadzierając głowę, by móc spojrzeć mu w oczy. - Bo jeśli tak, to chcę wiedzieć, czy masz czyste zamiary!
    Denerwował ją sposób, w jaki się jej przyglądał. Jakoś tak arogancko i z wyższością. Jakby miał ją za niewiele wartą smarkulę. Przyszło jej do głowy, że pewnie w ogóle nie kojarzy z kim ma do czynienia. No tak, siostrzyczka ma się kim chwalić, pomyślała zgryźliwie. W końcu ma Hope, pupilkę.
    - Oberlin - rzuciła niezobowiązująco, przybierając nagle luźniejszą pozę i opierając się o ścianę. Ręce wcisnęła do kieszeni obcisłych dżinsów z dziurami na kolanach. Powstały podczas zeszłotygodniowego wypadku, kiedy to zjechała z dachu... Nieważne. Ale nie lubiła naprawiać ubrań czarami. Przyglądając się chłopakowi z umiarkowanym zainteresowaniem, wyciągnęła z wewnętrznej kieszeni skórzanej kurtki paczkę landrynek wszystkich smaków i poczęstowała Harrisona. Sama wpakowała sobie do ust całą garść, zastanawiając się, co ten gość właściwie ma na sumieniu. Bo nie wyglądało, że zamierza bronić swojego tyłka i zapewniać o niewinności oraz czystości zamiarów względem Rose.
    Wbrew pozorom nie tylko Primrose martwiła się o bliźniaczki, czasem role się odwracały - o ile w przypadku Faith było to nader rzadkie, jak teraz, to zdawała sobie sprawę, że Hope nieustannie przejmuje się siostrą: a to jej wynikami w nauce, randką, czy kolejnym wyskokiem, który zmalowała. Gdyby młodsza bliźniaczka nie działała jej tak bardzo na nerwy, może nawet spróbowałaby ją uspokoić.
    - Wiesz - powiedziałaby - Prim sobie poradzi. Ona sobie zawsze radzi.
    No cóż, ale ostatecznie to ona była tą złą i nie dosyć, że irytująca siostra emanowała niepokojem, to jeszcze była przed przedmiot swoich zmartwień skutecznie chroniona.
    - Idziemy na piwo kremowe? - Zagadnęła niespodziewanie, wychodząc z założenia, że faceci najczęściej otwierają się w pubach, nad kuflem piwa, Ognistej... ewentualnie nad wielkim talerzem pieczonego kurczaka i frytek. A tym sama Faith również by nie pogardziła. - Ej, albo może mają tutaj jakieś dobre żarcie? - Rozejrzała się z zaciekawieniem, jakby spodziewała się dojrzeć stąd wioskę Hogsmeade. Potem obrzuciła chłopaka podejrzliwym spojrzeniem. - Idziesz, czy nie?

    Faith

    OdpowiedzUsuń
  9. - Mamo myślę, że Matt — szeptała Primrose, która stojąc pomiędzy rodzicami, na razie bezskutecznie próbowała przywrócić ich do rzeczywistości. Carmen wolała nadal wpatrywać się w zdziwionego Gryfona, a proszenie ojca o wrócenie na ziemie, zawsze okazywało się tylko durną paplaniną. Gdy winda się zatrzymała, a chłopak opuścił ją jako pierwszy, Puchonka pociągnęła rodziców za rękawy płaszczy, by ich głowy znajdowały się mniej więcej na tym samym poziomie i już poirytowanym głosem ciągnęła, dalej szepcząc tak by to, co mówi na pewno dotarło tylko do państwa Oberlin.
    - Ogarnijcie się, bo on uzna nas za dziwaków, ok? - słowa prawdopodobnie zadziałały dokładnie tak jak miały i małżeństwo pokiwało zgodnie, wcześniej posyłając sobie jeszcze zdziwione spojrzenie. Następnie wciąż nie tracąc dobrego humoru, podążyli za Mattem, chcąc go dogonić i chyba zamienić jeszcze kilka zdań. Chłopak jednak odszedł, zanim oni zdążyli coś powiedzieć, a Primrose wymyślić, jak rozegrać sytuacje, by dla wszystkich skończyła się ona dobrze. Wtedy rodzice szepnęli coś między sobą i ojciec za pomącą zaklęcia, przyciągnął nieprotestującego zbytnio chłopaka z powrotem. Puchonka sama nie wiedząc co robić, roześmiała się i puściła oczko do Matta, gdy ten zdezorientowany znowu stanął przed nimi.
    - Chcieliśmy ci jeszcze podziękować za uratowanie Rosie z opresji. Znam ojca tego gościa, który próbował się do niej przystawiać, a którego ty pięknie urządziłeś, nadęty i ciężko z nim dojść do porozumienia, ale chyba wyjaśniliśmy sobie kilka rzeczy — zaczął od razu Eric, najpierw spoglądając na córkę, ale potem całkowicie skupiając się na swoim rozmówcy.
    - Mógłbyś czasem tak zbadać sytuacje wokół Prim, bo jeśli się przyjaźnicie, to pewnie już wiesz, jak często ładuje się w kłopoty. Niby sama sobie daje radę, ale nigdy nic nie wiadomo, a obstawa jej się przyda — szturchnął chłopaka w ramie, a po chwili zapytał: - Jesteś Gryfonem, prawda?
    Primrose, podczas gdy ojciec prowadził rozmowę z jej kolegą, którego miała nadzieję nie stracić już następnego dnia, słuchała matki, która rozentuzjazmowana opowiadała o tym, jak teraz wygląda i zachowuje się hipogryf, którym nareszcie mogli się zając. W końcu kobieta wspomniała, że nie tylko ona, a i jeszcze Matt muszą jak najszybciej go poznać i zobaczyć. Puchonka spojrzała na rodzicielkę, jednocześnie będąc najszczęśliwszą i najbardziej zdziwioną osobą w zamku, w końcu nie przypuszczała nawet, że zwierze będzie miała szanse zobaczyć wcześniej niż przed Wielkanocą, kiedy to dopiero miało zostać im powierzone.
    - Matt masz może ochotę na małą wycieczkę? - niemal od razu, podbiegła do chłopaka i stanęła tuż przed nim, wcześniej jeszcze odsuwając Erica, który przed chwilą zawzięcie gestykulował i teraz zawiedziony tym, że mu przerwano, wrócił do żony.
    - Zobaczysz powód tego całego zamieszania, a rodzice załatwią wszystko u dyrektora — ciągnęła, nie tracąc humoru. Po chwili położyła mu ręce na ramiona i dodała jeszcze tak dla pewności, jakby chłopak miał jakieś wątpliwości:
    - Weekend spędzony poza murami zamku brzmi całkiem obiecująco, prawda?

    Prim

    OdpowiedzUsuń
  10. [Oczywiście ;) fabryka.fancy@gmail.com]

    Louis

    OdpowiedzUsuń
  11. - Wszystko ok? - spytała, gdy wydostali się z kominka wprost do salonu jej domu na obrzeżach Hogsmeade. Primrose teleportowanie kojarzyło się niezbyt dobrze i o wiele bardziej wolała przemieszczać się za pomocą proszku fiuu, co trudną sztuką nie było, a błędy w jej wykonaniu nie miały tak katastrofalnych, a co najwyżej śmieszne, skutki.
    - Jesteśmy! - krzyknęła, rozbierając się, ale nie uzyskała odpowiedzi, co razem z panującą ciszą, wskazywało na to, ze w domu nie było nikogo poza nimi. Po chwili pobiegła jeszcze na górę, aby upewnić się, czy gdzieś tam nie czai się choćby jej najstarszy brat, jednak nikogo ani niczego szczególnego poza kopertą na łóżku i burym kotem należącym do Benjamina wylegującego się pod nim, nie znalazła.
    - Pracują, ale to dobrze, bo nie daliby ci spokoju — mruknęła, gdy wraz z kocurem wróciła na dół i skończyła czytać napisaną charakterystyczną dla jej matki pochyłą czcionką, wiadomość. Standardowe informację; coś im wypadło, wrócą jutro najpóźniej za dwa dni. Życzą dobrej zabawy! Nie zostawili za dużo jedzenia, ale mają nadzieję, że sobie poradzicie.
    - Bierz, co chcesz, nawet się nie pytaj — wciąż głaszcząc, cicho miauczące zwierze nalała soku do szklanki i wróciła do salonu, gdzie opadła na kanapę, momentalnie tracąc całą energię, która jeszcze przed chwilą ją dosłownie roznosiła. Oparła głowę na miękkim wezgłowiu i przetarła oczy tak na wszelki wypadek, aby nie zasnąć. Przez chwile nie ruszała się i nasłuchiwała tylko, co robi Matt. W domu panował dziwny spokój, który gdy wszyscy, a przynajmniej samo rodzeństwo się w nim znajdowało, nie miał nawet szans się pojawić. Wpatrywała się więc bezwiednie w powoli przesuwające się wskazówki stojącego na szafce naprzeciwko zegara, jednak zaraz przypomniało jej się, po co tu tak naprawdę przyjechała i poderwała się gwałtownie.
    - Mam nadzieję, że nie jesteś zbytnio zmęczony, bo mamy naprawdę dużo do zrobienia. Znaczy, ja mam, ale myślę, że nie zostawisz mnie z tym wszystkim samej, w końcu po coś cię tu przyciągnęłam — uśmiechnęła się, dopiła sok i zaczęła kręcić się po mieszkaniu, szukając ubrań i innych szpargałów, które mogły okazać się przydatne. - Później pokaże ci, gdzie będziesz spał, a jak wrócimy, to coś zjemy, jeśli uda się coś upichcić oczywiście. Wieczorem może wróci Benjamin, na to wskazuje obecność Mau, ale to nic pewnego. Łap i lepiej załóż to bo szkoda, gdyby twoja skóra, choć minimalnie ucierpiała — rzuciła Mattowi ubrania, o których najwidoczniej wcześniej pomyślała już Carmen i sama założyła te naszykowane dla niej. - Ruszaj się księciuniu — gotowa podbiegła do drzwi, ciesząc się z tego, że znowu nabrała energii, że jest w domu, że zaraz spotka się ze zwierzęciem, do którego powinna iść od razu i że nie jest sama. Humor ogólnie jej dopisywał.
    - Teraz tylko kawałek przez las, później w prawo i już. Normalnie pięć minut teraz tylko trochę zasypało i nie wiem, jak to będzie — mówiła, wychodząc z domu i kierując się w kierunku ośnieżonego zagajnika. Miejsce, gdzie swoją zagrodę miał hipogry tak naprawdę było dosyć daleko, po to by zwierze na pewno miało spokój. Drogę można było pokonać w pięć minut chyba tylko na miotle, ale Puchonka nie chciała niepotrzebnie martwić tym swojego towarzysza.
    - Tam jest jezioro — kiwnęła głową w prawo, gdy odeszli kawałek - Jeździłeś kiedyś na łyżwach?

    Prim
    [Mam nadzieję, że jest oki ;--;]

    OdpowiedzUsuń
  12. Tego dnia sklep był ciągle pełen klientów, a kiedy Joe miał moment aby zerknąć przez wystawowe okno na zewnątrz dochodził do wniosku, że uczniowie Hogwartu pojawiają się na ulicach Hogsmeade niczym grzyby wyrastające po deszczu. Nie miał pojęcia co takiego się stało, ale ulice były po prostu pełne młodych ludzi. Niby wszystko było w porządku, w końcu to oznaczało większy zysk właściciela i odrobinę większą pensję młodego czarodzieja. Niestety tego dnia właściciel postanowił opuścić ściany swojego sklepu odrobinę wcześniej zostawiając z Josepha z tymi wszystkimi dzieciakami samego. Nietrudno było sobie wyobrazić zdenerwowanie i frustrację chłopaka. Nie dość, że ciągle musiał chodzić do małego zaplecza na tyłach sklepu to jeszcze przy tym wszystkim musiał pilnować, aby uczniowie przypadkiem nie próbowali niczego wynieść. Oczywiście każdy z przedmiotów był zabezpieczony specjalnym zaklęciem jednak mimo wszystko takie próby kradzieży powodowały dodatkowy kłopot i mnóstwo roboty, której Joe po prostu nie miał ochoty robić w momencie takiego zatłoczenia. Na domiar złego już pod koniec dnia jakiś młody uczeń wyrzucił przypadkowo cały kartonik gryzaków-lizaków, które po prostu próbowały atakować wszystko i wszystkich.
    Kiedy nadszedł czas zamknięcia, na ustach Joego pojawił się szeroki uśmiech. W końcu mógł chwilę odsapnąć. Nie marzył o niczym innym jak pójściu do trzech mioteł i wypiciu szklanki ognistej whiskey. Co prawda nie lubił siedzieć w samotności jednak przyzwyczaił się do takiego stanu rzeczy. Pojawiając się nagle w takim miasteczku niełatwo jest znaleźć sobie szybko kompanów. Ludzie nadal przyglądają mu się z zaciekawieniem i obserwują dokładnie każdy jego ruch. Z jednej strony nie ma co się dziwić, jest tu dopiero lekko ponad miesiąc ale z drugiej strony uważał, że powinni mu w jakiś sposób pomóc a nie tylko wytykać palcami. Chociaż jeszcze nie zauważył takich czynów, był pewien że ludzie o nim plotkują.
    Wchodząc do pubu nawet nie zauważył, że szykuje się coś specjalnego. Nieświadomy czekającej go niespodzianki wszedł spokojnie do środka. Ledwo przekraczając próg, momentalnie poczuł na swojej twarzy cudzą pięść. Zszokowany i zaskoczony jęknął od razu z bólu i stanął jak wryty. Przez chwilę nie ruszał się z miejsca, jakby analizował dokładnie to co się właśnie wydarzyło. Dopiero po chwili dotarło do niego to, że któryś z tych dzieciaków sprzedał mu za darmo gonga.
    - Co tu się do cholery dzieje? – mruknął, przybierając postawę gotowości do ataku. Nie miał zamiaru puścić im tego płazem. Nawet nie znał tych cholernych chłopaków i nie zamierzał wyjść na życiową ofiarę. Uniósł lekko głowę i spojrzał na obecnych młodych ludzi. Od razu wypatrzył ich godła wyszyte na szatach. Gryffindor i Slytherin. Od razu wiedział, od którego z domów oberwał.
    - Przebrzydłe, oślizgłe padalce – mruknął pod nosem, mierząc spojrzeniem wychowanków Salazara Slytherina. Początkowo chciał ich po prostu walnąć tak jak on sam oberwał, jednak szybko się zorientował jaką ma nad nimi przewagę. Byli pod radarem, nie mogli używać czarów poza murami Hogwartu, on mógł. Tylko… Tylko nie miał przy sobie różdżki, co osłabiło jego zapał.

    Jest takie trochę z dupy, ale nie chciałam żebyś jeszcze dłużej czekała :D ogólnie mam jeszcze kilka egzaminów do zdania więc czas mojego odpisywania może się odrobinę wydłużyć niestety.
    Joe

    OdpowiedzUsuń
  13. [Dziękuje bardzo, ta muzyka to była absolutna inspiracja do napisania tej postaci i wgl powrotu do blogów grupowych. Co do Evy polecam obejrzeć film - The Dreamers po jego obejrzeniu będziesz w stanie ujrzeć w niej także nastolatkę. Jestem bardzo chętna na wątek z Matthew, ale jakoś nawet nie mam pomysłu ;c Liczę na Twoją kreatywność :)]

    Ophelia

    OdpowiedzUsuń
  14. [Myślę, że powinni się znać, może nawet długo..Co dalej? Nie mam pojęcia :x]

    Ophelia

    OdpowiedzUsuń
  15. [Jest wrażliwa, odważna i pewna siebie (takie sprawia wrażenie, może nawet nieco wyniosłej, ale tylko na pierwszy rzut oka), wszystko analizuje, taki typ filozofa, bardzo sceptyczna, nieufna, bardzo dużo przeżyła i wie jak działa na ludzi i lubi ich poznawać a z drugiej strony cechuje ją jakaś mezantropia. Serio to tak jak pisanie o sobie xdd Wiesz niby wszystko a nie umiesz tego opisać :x]

    Ophelia

    OdpowiedzUsuń
  16. [Jestem za! Ale będę wdzięczna jeśli to rozpoczniesz bo widzę, że masz już jakiś koncept, którego wolę nie rujnować :)]

    Ophelia

    OdpowiedzUsuń
  17. [Jestem jak najbardziej za :) Mój pomysł na ich znajomość był taki, że skoro Matt nagminnie łamie wszystkie zasady, a Anna uważana jest zawsze za tą grzeczną i porządną, mógłby postawić sobie za punkt honoru, żeby to zmienić i wciągnąć ją w jakiś swój szalony wybryk. A później samo pójdzie :) Jestem też otwarta na Twoje pomysły, jak najbardziej!]

    Anna Fairchild

    OdpowiedzUsuń
  18. [Odpowiadałoby mi, bez dwóch zdań. Może na zajęciach z eliksirów zostaliby przydzieleni losowo do wspólnego stworzenia jakiegoś wywaru, coś by namieszali - albo sam Matthew celowo by to zrobił, nie słuchając zakazów Anny, tak dla zabawy - a w efekcie coś by wybuchło czy inne dziwne rzeczy się podziały. Taka moja propozycja. Co do kary i ucieczki jeszcze nie mam koncepcji :D]
    Anna

    OdpowiedzUsuń
  19. Ze wszystkich przedmioty, na które uczęszczała, Anna zdecydowanie najbardziej przepadała za zajęciami z tworzenia eliksirów. Nie tylko dlatego, że należały do jednych z tych łatwiejszych czy przyjemniejszych, z których zaliczeniem uczniowie z reguły nie mieli większych problemów – bo przecież co jest skomplikowanego w tym, żeby wybrać odpowiednie składniki i wrzucić razem do kotła? Chodziło raczej o to, że kojarzyło się jej z dzieciństwem. Z latami, kiedy w każdy weekend – jeszcze jako mała dziewczynka – pomagała tacie gotować. Znajdowali wspólnie przepis w grubym, zniszczonym nieco przez czas dzienniku mamy, gdzie wszystko było skrupulatnie i z najdrobniejszymi detalami rozpisane, a później spędzali niemalże całe popołudnie w kuchni, tworząc nowe smaki i eksperymentując z dobrze już znanymi, nucąc wymyślane na prędko melodie i tańcząc do rytmu. Ciasteczka z musem malinowym, kremowe zupy czterech przemian czy przepyszne pulpeciki z kaszy gryczanej i groszku były tylko dodatkiem.
    Co prawda, podręcznik do eliksirów nie był starym dziennikiem mamy, bezustannie pachnącym esencją waniliową i cynamonem, ale zasady były bardzo podobne – znaleźć przepis, wybrać składniki i połączyć je tak, jak zostało to ustalone. Mogłoby się wydawać, że żaden problem, prawda? Otóż, nie do końca.
    Anna wiedziała, że te zajęcia nie mogą skończyć się dobrze już w momencie, kiedy zaraz na ich początku profesor rozdzielił uczniów na dwuosobowe grupy, przydzielając każdej z nich do przygotowania odrębny wywar. Tym samym chciał sprawdzić – w swoim mniemaniu – jak radzą sobie z wzajemną komunikacją i współpracą. No, i oczywiście rozbudzić ducha walki, ale tego już głośno nie powiedział.
    Anna nie często miała okazję rozmawiać z Matthew, mimo że należeli do tego samego domu, a kiedy już takowa okazja się trafiała, zazwyczaj kończyło się to dla niej nie do końca dobrze. Oczywiście, nie chodziło o to, że chłopaka nie lubiła – wręcz przeciwnie! Ale miała nieodparte wrażenie, że jest chodzącym magnesem na problemy, a ona… no, cóż, naprawdę nie chciała ich sobie przysparzać. Dlatego też, kiedy profesor przydzielił chłopaka do jej stolika, nie do końca wiedziała, czy się cieszyć, czy lepiej uciekać gdzie pieprz rośnie. Oczywiście, drugiej opcji nawet pod uwagę nie brała, dlatego uśmiechnęła się delikatnie.
    - Proszę Cię – spojrzała na chłopaka błękitnymi oczami, zakładając za ucho kosmyk blond włosów. – Tylko spróbuj nas nie zabić, dobrze? – poprosiła rozbawionym tonem, bo przecież były to tylko żarty, jednak mimo to w jej głosie przebrzmiała ledwo wyczuwalna nutka niepokoju, którą jednak szybko zamaskowała ciepłym uśmiechem.
    Nie tracąc czasu, pochyliła się nad przepisem, który wybrał dla ich dwójki profesor. Zagryzła delikatnie dolną wargę, kiedy nagle zdała sobie sprawę, że podobnego wywaru nigdy w życiu nie widziała – a znała ich zapewne więcej, niż każdy przeciętny uczeń. To samo tyczyło się większości składników, których nazwy ledwie obiły się jej o uszy, albo nie znała ich wcale, nie wspominając nawet o zastosowaniu, jakie miały. Niezłe ziółko z tego profesora, musiała przyznać.
    Westchnęła ciężko. Zapowiadał się ciężki dzień.

    [Nie jestem pewna, czy czegoś nie przekręciłam albo nie pomieszałam, więc w razie czego śmiało zmieniaj co Ci się tylko podoba ;)]

    Anna Fairchild

    OdpowiedzUsuń
  20. [Dziękuję <3
    Hah, nie wiedziałam :D Akurat matki wizerunek ulegnie zmianie, jeszcze nie znalazłam tego idealnego :D
    Cóż, taki był zamiar, bo wolę rozwijać postaci w wątkach :)
    Czekam z niecierpliwością :3]

    Breanna Holloway

    OdpowiedzUsuń
  21. Dlaczego ani trochę nie zdziwił ją fakt, że niemalże od razu po rozpoczęciu przygotowywania tej przeklętej mikstury, jej towarzysz musiał spowodować eksplozję? Małą, bo małą, i zdecydowanie niezbyt groźną – dzięki Bogu! – ale konsekwencją było to, że teraz już do końca zajęć mieli być pod czujnym okiem profesora, który dodatkowo jeszcze teraz był profesorem niezadowolonym do granic możliwości. A zapowiadało się, że to dopiero początek.
    Kątem oka obserwując całe przedstawienie, które Harrison odstawiał wraz ze swoim przyjacielem, zabrała się do przygotowywania wywaru na nowo, obawiając się, że teraz każdy dodany składnik mógłby stworzyć rewolucje w ich kociołku. Nie mogła powtrzymać się jednak od nieznacznego uśmiechu pod nosem, widząc jak swoim zachowaniem chłopak doprowadza profesora do białej gorączki. Co jak co, ale miał do tego talent, trzeba przyznać.
    - Biedak najwyraźniej się łudzi, że jednak pomoże – odparła Anna ze śmiechem, nawet nie zastanawiając się nad tym, co powiedziała, by w chwilę później skarcić się za te słowa w duchu. Złośliwości chyba były zaraźliwe i rozsiewał je właśnie Matt, bo nie pamiętała, kiedy ostatnim razem tak się o kimś wyraziła.
    Anna uniosła brwi, bo nie uszło jej uwadze, w jaki sposób chłopak zmierzył ją wzrokiem niemalże od stóp do głów, a już tym bardziej nie przeoczyła gwizdnięcia, bo – co jak co – ale głucha jeszcze nie była. Uznała jednak, że mądrzej postąpi, jeśli tego nie skomentuje. Znała powszechną opinię, która krążyła po szkole o Harrisonie, dlatego nie widziała głębszego sensu w wykłócaniu się o traktowanie kobiet z odpowiednim szacunkiem. Jednak gdyby klepnął ją w tyłek nie wahałaby się ani chwili, żeby wymierzyć mu siarczysty policzek. Teraz jeszcze da mu szansę, niech pozna jej dobre serce.
    - No, no – powtórzyła po chłopaku ze zmrużonymi oczami, starając się wyrazić swoją dezaprobatę do takiego zachowania, po czym musnęła go po nosie nieznaną jej wiązką ziół, która jednak zapachem zdecydowanie nie zachwycała. Liczyła, że to go trochę postawi do porządku. – Na pewno musimy zrobić jeszcze raz, więc skup się, proszę. Dopiero co poprosiłam, żebyś nas nie zabił! – starała się zachować poważny i stanowczy wyraz twarzy, jednak widząc jego uśmiech, zapewne jeden z tych, który używał do uwodzenia niczego nieświadomych niewiast, najzwyczajniej w świecie nie potrafiła. Westchnęła ciężko i z uśmiechem pokręciła głową, wciąż udając zdenerwowaną, jednak z marnym skutkiem. – I nie uśmiechaj się tak! – zarządziła, skupiając wzrok na powrót na stronie ze sposobem przyrządzenia wywaru, nie mogąc powstrzymać delikatnego uśmiechu.

    Anna

    OdpowiedzUsuń
  22. Ani trochę nie chodziło o to, że Anna wolała trzymać się od chłopaka jak najdalej tylko się da – po pierwsze, nawet fizycznie nie dało się tego wykonać, biorąc pod uwagę fakt, że oboje byli gryfonami, a szkoła nie była znów aż taka duża; po drugie natomiast nawet by nie chciała tego robić, bo mimo tego – jak jej się czasami wydawało – destrukcyjnego zachowania Harrisona, lubiła go. Nie mówiła tego na głos, ale był chyba jedyną osobą, która potrafiła zdenerwować ją i doprowadzić do śmiechu jednocześnie. No, i był przystojny. Ale ciii, nikt nie musi wiedzieć.
    - Bomba biologiczna wymyślona specjalnie dla utemperowania takich właśnie panów Harrisonów – odparła Anna z uśmiechem, z nutką zadowolenia przyglądając się grymasowi na twarzy chłopaka.
    Gdyby ktoś kiedykolwiek powiedział jej, że bywa czasami głównym tematem do rozmów męskiej części szkoły ze względu na to, jak wygląda, w życiu by nie uwierzyła. Nigdy przenigdy. Bo niby dlaczego? Nie była wyższa, zgrabniejsza czy ładniejsza od jakiejkolwiek dziewczyny, którą mijała na korytarzu.
    - Ale mogliśmy zginąć. A wtedy chyba bym cię zamordowała, naprawdę – powiedziała starając się przybrać groźny ton i jeszcze groźniejszy wyraz twarzy, co zapewne wyglądało komicznie, bo dobrą aktorką nigdy nie była. Zrobiła trochę miejsca chłopakowi, jednocześnie jednak starając się trzymać i jego, i siebie w bezpiecznej odległości od kociołka – ot, tak na wszelki wypadek, jakby znów miało coś wybuchnąć.
    Blondynka uniosła brwi, zaskoczona nagłym zbulwersowaniem towarzysza, w pierwszym momencie myśląc, że naprawdę się zdenerwował, ale… no, cóż, to w końcu Matthew. Roześmiała się widząc jego udawany płacz.
    - Oddychać możesz, mój drogi, spokojnie – powiedziała poprzez śmiech, delikatnie kładąc mu rękę na ramieniu, jakby w ten sposób chcąc dodać powagi swoim słowom.
    No, cóż. Nie mogła przyznać, że eliksir na zaparcia był szczytem marzeń, ale jak się nie ma co się lubi… jakoś tak to szło. W każdym razie wiedziała, że jeśli ona ostatecznie nie skupi się na pracy i na tym, żeby jakoś wybronić ich obojga przed profesorem, to nikt tego nie zrobi. A na pewno nie Matthew, który z coraz większym obrzydzeniem wymieniał składniki wywaru.
    - Dlatego ty dodajesz odchody! – rzuciła niemalże momentalnie, kiedy tylko chłopak wymienił tą część przepisu. Spojrzała na niego proszącym wzrokiem, a na jej ustach pojawił się uśmiech niemego błagania. Drewnianą łyżką, zawinięte w kawałeczek juty, subtelnie podsunęła mu po blacie stołu wymienione w przepisie odchody.

    [Już się przyzwyczajam! Nie ma nic lepszego, jak taki pocisk z grubej rury :p]
    Anna

    OdpowiedzUsuń
  23. Co jak co, ale blondynki miały nieźle przerąbane, i Anna zdążyła uświadomić to sobie już dawno temu, kiedy usłyszała pierwszy dowcip dotyczący jej koloru włosów. Zwłaszcza chłopcy byli niesamowicie dożarci w tej sprawie w pierwszych latach jej pobytu w Hogwarcie, kiedy była mała i okrąglutka jak pączuś. Później, kiedy z dziewczynki zaczęła przemieniać się w młodą kobietę o – według powszechnie panującej opinii – długich nogach i zalotnym spojrzeniu, żarty te ewoluowały do podważania jej inteligencji. Pusta, głupia, bo piękna i w dodatku blondynka. Cóż, nie przejmowała się tym, bo doskonale wiedziała, że prawda jest inna. Albo chociaż miała taką nadzieję.
    Uniosła zaskoczona brwi. Czy go podrywała? Ona? Chyba nie było jeszcze na świecie chłopaka, którego Anna by podrywała – w każdym razie, nie celowo i nie z premedytacją. Dlaczego? Podstawowe pytanie, na które nawet ona nie znała odpowiedzi. Spojrzała na chłopaka uważnie błękitnymi oczami.
    - Oczywiście, że cię podrywam – odpowiedziała spokojnie i z ledwie widoczną nutką rozbawionego uśmiechu, zupełnie tak, jakby to była najbardziej oczywista rzecz pod słońcem. – A moim sekretnym planem jest, żeby cię porwać i wykorzystać do niemoralnych celów – dodała i energicznie pokiwała głową, chcąc wyjść dodatkowo bardziej przekonująco, jednocześnie nie mogąc powstrzymać szerokiego uśmiechu, który cisnął się jej na usta.
    Mocz trolla. Świetnie. Anna na samą myśl poczuła jak ciarki przebiegają jej po karku i chciała się odruchowo cofnąć i najlepiej uciec, ale plecami natrafiła na ramię Harrisona, które z powodzeniem jej to uniemożliwiło. Nie chcąc wyjść na tchórza, wzięła słoiczek do ręki, starając się trzymać go tylko opuszkami palców, po czym delikatnie odkręciła wieczko. Szybko wlać do kotła i po sprawie – powtarzała sobie.
    - Czy ty mnie podrywasz? – słysząc propozycję zjedzenia wspólnie kolacji nie mogła się oprzeć, żeby nie zadać Harrisonowi tego samego pytania, które on chwilę wcześniej zadał jej. Posłała mu delikatny, ale ciepły uśmiech, zerkając na niego kątem oka. – Mogłabym się skusić. Marzę o kremie z dyni. – zaśmiała się, wlewając zawartość słoiczka do wywaru. Cóż, nie zbyt apetycznie brzmiało myślenie o jedzeniu nad fekaliami magicznych stworzeń, ale była taka głodna, że nic nie mogła poradzić.
    Zamarła w bezruchu, zatrzymując dłoń z pustym już słoiczkiem po trollim moczu w powietrzu, zaraz nad kotłem. Zagryzła dolną wargę, modląc się w duchu, żeby ta pomyłka nie spowodowała kolejnego wybuchu. Albo czegoś gorszego.
    - Nie dodałam…? – powiedziała cicho i spojrzała przerażonym wzrokiem najpierw na Matta, później na pusty słoiczek w jej dłoni, i znów na chłopaka.

    Anna

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. [Aż sama jestem zaskoczona! Ostatnio ja i szybkie odpisywanie to były zupełnie dwa różne światy, kompletnie nie po drodze :P To zapewne ten nasz wątek tak na mnie pobudzająco wpływa, że nawet piszę szybciej.
      To niech będzie możliwe, a co! :D Nie no, żartuję, nie ma pośpiechu, bo ja cierpliwa jestem i poczekać mogę ;)]

      Usuń
    2. [To nie pozostaje mi nic innego, jak tylko się cieszyć i trzymać kciuki, oby zostało tak jak najdłużej :D No, i oczywiście cierpliwie czekać na odpis! Malarstwo i impresjonizm w sztuce mogą poczekać, angielski też, co tam :P]

      Usuń
    3. [Cierpliwość to moje drugie imię! :)]

      Usuń
  24. [A widzisz, wróciłam :D Dzięki za powitanie. Może powinnyśmy nadrobić ten niewybaczalny brak wątku?]
    James

    OdpowiedzUsuń
  25. [Nie ma sprawy, bo i tak wyszło świetnie ;) Zaraz biorę sie za odpis, ale chciałam sie upewnić, czy ostatecznie robimy ten szalony wybuch, tak? Bo nie wiem w którą stronę pociągnąć akcje.]
    Anna

    OdpowiedzUsuń
  26. - Zawsze musi być ten pierwszy raz, czyż nie? – odparła Anna, unosząc do góry jedną brew i starając uśmiechnąć się nonszalancko, co jednak przy jej drobnej buźce wyglądało raczej uroczo lub zabawnie, aniżeli tak jak planowała. Oczywiście, sama też nie potrafiła sobie wyobrazić siebie wykorzystującej w niemoralny sposób chłopaka, a już tym bardziej siebie w wersji sado-maso. Ona i podobne fetysze? Widziałby kto!
    Słysząc komplement na temat swojego uśmiechu – jak to zwykle bywa w takich momentach – uśmiechnęła się jakby dodatkowo prowokując, czego przecież ani przez moment nie zamierzała. Tak samo jak delikatny, ledwie widoczny bladoróżowy rumieniec, który oblał jej policzki, co jednak szybko – miała nadzieję, że wystarczająco, by Matt tego nie dostrzegł – ukryła za burząc blond loków, spuszczając głowę.
    Czując ciepły oddech Harrisona na swoim ramieniu przez materiał szaty, który najwyraźniej zaśmiewał się w najlepsze, sama nie mogła powstrzymać rozbawienia. A już tym bardziej w momencie, kiedy ostentacyjnie żując gumę, oficjalnie się jej przedstawił.
    - Miło cię poznać – stwierdziła z uśmiechem, tak szczerym i ciepłym, że chyba bardziej nie było już to możliwe. – Jestem Anna. I możesz mi mówić Anna. – również się przedstawiła, z rozbawieniem naśladując ton głosu swojego towarzysza. Nie miała pojęcia, skąd się to brało, ale wystarczyło jej samo spojrzenie na Harrisona, żeby na jej ustach pojawił się szeroki uśmiech. Nie często spotykała takich ludzi.
    Zamrugała gwałtownie, zaskoczona i odrobinę zbita z tropu zdaniem chłopaka. Nie chce jej? Nie do końca wiedziała, w jaki sposób powinna to interpretować. Albo czy w ogóle powinna, czy nie były to, ot tak, rzucone słowa, bez większego znaczenia. Ale padły, a ona poczuła się…dziwnie. Bo nie potrafiła znaleźć innego słowa na określnie tego uczucia. Zupełnie tak, jakby ktoś właśnie powiedział jej, że jest kompletnie do bani i lepiej nie marnować czasu na jej osobę. I nie chodziło tylko o kwestię tego, czy faktycznie chciała mu się podobać czy nie, ani też czy on podobał się jej, chociaż coraz bardziej zaczynała lubić jego obecność. Po prostu – nawet jeśli się myliła, a Matt miał na myśli coś kompletnie innego – poczuła się jakby właśnie uznał ją za bezwartościową pod każdym możliwym względem.
    - Nie martwię, spokojnie – mruknęła pod nosem i uśmiechnęła się do Harrisona, nie chcąc dać po sobie poznać, jak wpłynęły na nią jego słowa. Teatralnym gestem zrzuciła z ramienia jego dłoń. – Ja ciebie też nie chcę. – dodała, udając obrażoną. Tak naprawdę wcale nie była, bo jak by mogła na kogoś tak uroczego i pokręconego jednocześnie? Ale jakoś musiała odwrócić jego uwagę od tego, co przed chwilą się wydarzyło.
    Parsknęła głośno i skrzyżowała ramiona na klatce piersiowej, mrużąc oczy. Jak to przez nią?! Przecież to wcale nie ona zepsuła ich pierwszą miksturę dodając pierwsze lepsze zielska. Już miała mu to wytknąć i utrzeć nosa, kiedy Harrison – bez chwili zastanowienia, bez czekania na jej odpowiedź – szybkim ruchem wrzucił fekalia do kotła. I to była właśnie ta różnica.
    Anna zdążyła jedynie złapać Harrisona za ramiona i pociągnąć bliżej tak, żeby chociaż w jakiejś części, nawet najdrobniejszej, mógł ją zasłonić przed tym, co w ułamek sekundy później buchnęło z kotła, z głośnym hukiem. Szaro-zielona, cuchnąc niczym stado zdechłych owiec, breja wystrzeliła w powietrze tak gwałtownie, że nikt nie zdążył zareagować. A kiedy już pozostała część klasy zorientowała się, co dokładnie stało się chwilę wcześniej, wywar znajdował się niemalże wszędzie, gdzie tylko było to możliwe. I wtedy zaczął się chaos.

    [Haha, Harrison takie komplementy prawi, że moja biedna Anna w końcu zamknie się w sobie, no! :P Teraz już pójdzie z góry, bo domyślam się, ze kara jaka ich spotka będzie równie szalona jak cała lekcja eliksirów :)]

    Anna Fairchild

    OdpowiedzUsuń
  27. [Mi też się wydaje, że mogliby być dobrymi ziomkami :D Możemy pójść w coś zabawnego, chyba że wolisz dramę.]
    James

    OdpowiedzUsuń
  28. [James jak najbardziej bierze udział w takich rzeczach :D Świetny pomysł. Tylko na czym ten zakład miałby polegać?]

    OdpowiedzUsuń
  29. Anna nawet nie wiedziała, co się wydarzyło. W jednym momencie stała zaraz za plecami chłopaka, mocno zaciskając powieki i ściskając jego ramiona tak kurczowo, jak to tylko było możliwe i jakby miało uratować ją od ataku serca, a w drugim siedziała na podłodze z posiniaczonym tyłkiem w szoku tak ogromnym, że zapomniała nawet, jak się oddycha. A kiedy w końcu sobie przypomniała, była już zapewne blada jak ściana.
    - Błagam, tylko nie codziennie… - wyjęczała ze szczerą rozpaczą w głosie, masując stłuczone ramiona i kark, które ucierpiały podczas upadku, bo przecież siła wybuchu nie była tylko byle muśnięciem, a Matthew który ją przygniótł też nie był lekki jak piórko. Domyśliła się, że chłopak jej słów już nie usłyszał, jako że zdecydowanie bardziej zaabsorbował go widok zdemolowanej klasy i nieudanego wywaru, który teraz zdawał się żyć własnym życiem. I cuchnąć gorzej niż zgniłe jaja.
    Anna podniosła się z podłogi – z trudem bo z trudem, w końcu jej drobne ciało nie codziennie miało tę wątpliwą przyjemność latania przez połowę sali lekcyjnej – i krzywiąc się z bólu dokonała oględzin swojej osoby. Żadnej krwi, złamań otartych też nie zauważyła, więc może nie było tak źle, jak sądziła.
    Pff, nadzieja matką głupich. Wystarczyło spojrzeć na profesora, który czerwony ze złości, rzucał obelgami na prawo i lewo, nie szczędząc epitetów pod adresem Harrisona. A epitety te były aż nadto wyszukane. Jednak w momencie, kiedy mężczyzna zbliżył się do chłopaka na tyle blisko, że można by podejrzewać go o zamiar popełnienia rękoczynów, Anna uznała, że najwyższy czas ruszyć z odsieczą.
    - To moja wina – rzuciła bez nawet najkrótszej chwili zastanowienia, zwinnie wpychając się pomiędzy Matta i profesora z uroczym, aczkolwiek pełnym skruchy i poczucia winy uśmiechem. Co jak co, ale wolała, by dzieliło ich coś więcej, aniżeli pusta przestrzeń, która tylko kusiła do zamordowania siebie nawzajem. A wolała jeszcze trochę pooglądać sobie tę przystojną buźkę swojego kompana, mimo że sama miała ochotę strzelić mu w łeb. – To znaczy, nasza wspólna. Ale najbardziej zawinił przepis, bo najwyraźniej mocz trolla i odchody hipogryfa nie do końca się dopełniają… - jej głos był miły i pełny przesadnego szacunku do profesora, który jednak chyba nie kupował żadnego z jej słów, a już tym bardziej poczucia winy, które starała się zagrać najlepiej, jak tylko potrafiła. Popchnęła delikatnie Harrisona do tyłu, bo teraz to ona stała na linii ognia nauczyciela i ani trochę się jej to nie uśmiechało. – Może wystarczyłaby dodatkowa praca domowa i wszyscy postaramy się zapomnieć o całej sytuacji? – dodała na koniec z najsłodszym, najbardziej uroczym uśmiechem, na jaki tylko było ją stać. I to przelało czarę.
    Profesor poczerwieniał jeszcze bardziej. Nadął policzki, powstrzymując w ten sposób kolejny wybuch krzyku, no bo przecież na kobietę nie wypada krzyczeć, po czym odwrócił się na pięcie z takim rozmachem, że zrzucił ze stołu resztki tlącego się kotła.
    - Nie, nie, nie, nie ma nawet takiej możliwości! Praca domowa?! Dobre sobie! Praca domowa będzie niczym w porównaniu z tym, co dla waszej dwójki wymyślę! – głos profesora dudnił echem w sali tak intensywnie, że Annę aż rozbolała głowa. Zerknęła z niepewną miną na Harrisona, po raz kolejny zaciskając palce na jego ramieniu, kompletnie nieświadomie. Pierwszy raz jakikolwiek nauczyciel był tak wściekły w jej towarzystwie. I to w dodatku na nią!
    - Harrison! Fairchild! Za mną! – wrzasnął profesor tak głośno, że blondynka prawie podskoczyła. – Mam dla was specjalną karę!

    [Mówiłaś, że masz jakąś koncepcję na karę, dlatego też zostawiam ta kwestię Tobie :D]

    Anna Fairchild

    OdpowiedzUsuń
  30. [Nie ma najmniejszego problemu, moze być Frida :) Odpisu ode mnie możesz spodziewać sie dopiero po 19, bo aktualnie siedzę w pracy do wieczora.]
    Anna Fairchild

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. [Ah, normalnie kocham nadgodziny! Zwłaszcza, jak jest minus jedenaście stopni, a ja muszę odśnieżać podjazd przed firmą -.-
      Pracuję w centrum ogrodniczym, sprzedajemy wszystko, co tylko ma związek z roślinami :D Ogólnie nie narzekam, ale przebrnięcie przez zimę w takim miejscu jest naprawdę ciężkie. No, i powoli będę zabierać się za odpis, więc jeszcze trochę cierpliwości :)]

      Usuń
  31. Może i był to pewien paradoks, bo przecież Anna uczyła się w Hogwarcie już dobrych kilka lat, ale zdecydowanie nie znała go tak dobrze, jak zapewne większość uczniów. A tym bardziej miejsc, do których profesorowie wysyłali uczniów, którzy coś przeskrobali. Bo przecież ona jeszcze nigdy nie dostała kary za złe zachowanie. A tutaj proszę, spotyka takiego Harrisona i – bum! – jest targana przez nauczyciela do swego rodzaj kozy za coś, co w sumie nawet nie było zrobione specjalnie. Albo przynajmniej tak jej się zdawało.
    Anna musiała zagryźć dolną wargę żeby zamaskować uśmiech, który cisnął się jej na usta, kiedy tylko zobaczyła zadowoloną minę chłopaka. Był chyba jedyną osobą jaką znała, która kompletnie nie przejmowała się tym, że tylko pogarsza swoją sytuację prowokując w taki sposób profesora. I pomyślała – za co, oczywiście, od razu zdecydowanie się skarciła – że zaczyna się jej to podobać.
    Kiedy drzwi zatrzasnęły się z hukiem, Anna odetchnęła z ulgą. I od razu skrzywiła się niemiłosiernie, czując jak cała jej szata cuchnie spalenizną i czymś, o czym nawet nie chciała myśleć. Biorąc przykład z Matta również je zdjęła, jednak nawet nie zawracała sobie głowy tym, żeby zabrać je ze sobą, a najzwyczajniej w świecie cisnęła je w kąt – nie miała zamiaru chodzić w ubraniu, które przesiąkło zapachem odchodów magicznych stworzeń. Na szczęście, jej sweter wciąż pachniał perfumami.
    - Pierwszy – przyznała Anna, mimo że odpowiedź była przecież oczywista. Nie zdziwiła się, kiedy Harrison wygrzebał spomiędzy sterty zakurzonych gratów plecak, a z niego kolejno wyciągnął paczkę papierosów i zapalniczkę. – Ale wiesz, że wcale nie zrobiłam tego specjalnie, prawda? – zapytała z oburzeniem, które jednak niemalże momentalnie zmieniło się w stłumiony śmiech. Co jak co, ale chłopak miał rację, że chyba jeszcze nigdy nikomu nie udało się aż do tego stopnia wyprowadzić profesora z równowagi. Pff, żeby tylko! – Z resztą, to twoja wina. Trzeba było się wtrącać do mojego nadzorowania całego przedsięwzięcia? – delikatnie, nieco zaczepnie szturchnęła go w ramię, ale na jej ustach majaczył tłumiony uśmiech. Owszem, wciąż jeszcze gdzieś z tyłu głowy czuła pewnego rodzaju wyrzuty sumienia odnośnie tego, co się wydarzyło, ale z drugiej strony… Raz w życiu chyba mogła zrobić coś, czego nie pochwaliłby dyrektor, prawda?
    Anna szła krok w krok za Matthew, obawiając się, że jeśli straci go z pola widzenia, najzwyczajniej w świecie się zgubi. Jeszcze tego by brakowało. Słuchając uważnie tego, co mówił, przyglądała się z zafascynowaniem wszystkim tym skarbom, które gromadzone tutaj były od lat i odnosiła wrażenie, że wystarczyło je dotknąć, by poczuć powiew historii z czasów ich świetności. Co prawda, historii namacalnie nie poczuła, ale za to poczuła twarde plecy chłopaka, kiedy uderzyła w niego nawet nie zdając sobie sprawy, że zatrzymał się gwałtownie. Tak bardzo pochłonęła ją aura tego miejsca.
    Uniosła głowę, by móc spojrzeć mu w twarz, a na jej wargach zamajaczył rozbawiony uśmiech. Stał na tyle blisko, że czuła intensywny zapach dymu papierosowego, który osiadł na jego skórze.
    - Randkę? Aleś ty naiwny! Jeszcze się nie zorientowałeś, że mój misterny plan porwania cię i wykorzystania do cna właśnie się realizuje? Myślisz, że po co cię tutaj ściągnęłam? – uniosła zawadiacko brwi i uśmiechnęła się, opierając dłonie na biodrach i próbując wypaść wyzywająco. Jednocześnie starała się zachować poważny ton i nie wybuchnąć śmiechem. – A na randkę to powinieneś przynieść mi kwiaty, a nie częstować papierosem. – dodała po chwili mrużąc nieznacznie oczy i robiąc przesadnie rozczarowaną minę. Zamknęła wieczko paczki nie mając najmniejszego zamiaru się poczęstować, po czym delikatnie ujęła dłoń chłopaka trzymającą papierosy w swoją i odsunęła ją od siebie nieznacznie.

    Anna

    OdpowiedzUsuń
  32. - Ja waleń, a ty sierota, super — westchnęła, rozkładając się w zaspie białego puchu, zza której ledwo wystawała jej tylko jedna ręka, którą wcześniej uniosła, chcąc poinformować Matta, że żyje, ale jest zbyt leniwa, by powiedzieć cokolwiek. Jeszcze przed tym, jak wreszcie postanowiła się podnieść, pomachała energicznie wszystkimi kończynami, by później dumnie i z uśmiechem, móc podziwiać swojego śnieżnego anioła.
    - To jest sztuka, zobacz! Ej gdzie ty jesteś? - rozejrzała się dookoła, a gdy nie usłyszała odpowiedzi, ruszyła w spore zaspy na poszukiwania Gryfona, który miała nadzieje, tylko się wygłupiał i rozłożony leżał teraz gdzieś w śniegu, a nie poturlał się z niewielkiej górki i następnie nie wpadł do jeziora, co w takich okolicznościach było całkiem możliwe.
    - No hop, hop wstajemy! No co się tak patrzysz, ej zabieraj tę nogę! - nie musiała się nawet zbytnio namęczyć, by znaleźć ośnieżonego koleżkę, który leżał wprawdzie niedaleko jej, ale chyba wcześniej zdążył się już podnieść i zamierzał iść już dalej, niestety był zbyt leniwy albo niezdarny i znowu walnął w zaspę. Próbowała go podnieść, jak to zawsze robiła ze swoim starszym bratem, ale chłopak jakoś tak sprytnie ruszył nogą, że zaraz leżała obok jego twarzą w zaspie. O ja pierdole wymamrotała tylko, próbując wytrzeć twarz i otworzyć oczy, które początkowo odmawiały współpracy i o dziwo strasznie szczypały. - To było zamierzone, ja wręcz ubóstwiam się przewracać. Wiesz, kaskaderka jest świetną opcją na życie — podniosła się jednak szybko i już nie czekając, aż Matt ruszy swoje cztery litery, ruszyła w tempie ślimaka w kierunku lasu.
    - Wracając do tych łyżew, to pojeździmy sobie później, jeśli nic sobie nie połamiesz oczywiście — spojrzała w kierunku chłopaka i podparła się pod boki.
    - Jak byłam młodsza, rok temu w sumie to zasuwałam na łyżwach, nartach też i...wiem! Czekaj moment, nie ruszaj się! - podbiegła do niewielkiej szopy ukrytej pomiędzy drzewami. Wprawdzie niewiele widziała wewnątrz, ale to, czego szukała, było dokładnie tam, gdzie odstawiła je pod koniec zeszłej zimy.
    - Tu jest stromo, a tam dalej jest ogromna górka! Najwyżej będziemy się ciągnąć nawzajem — wróciła po chwili, ciągnąc za sobą sanki. Nie było one może zbytnio duże ani masywne, ale mieściły bliźniaczki i ją, a zostawało jeszcze miejsce, więc ich dwójka powinna się bezproblemowo zmieścić.
    - Ryzyk-fizyk, siadajmy. Albo oszczędzimy sobie sporo drogi, albo połamiemy sobie kości i zyskamy kilka dni wolnych. Chyba nie ma nadczym się zastanawiać? - spojrzała na chłopaka i poruszyła śmiesznie brwiami. - Nie mów, że wymiękasz to tylko saneczki i górka!
    - Tchórzysz? - spytała z cwanym uśmieszkiem, stając tuż przed nim.

    Prim
    [Sorka, że jeszcze nie hipogryf i wgl, ale chciałam trochę zabawy i coś mnie pokusiło na nagły zwrot akcji xD]

    OdpowiedzUsuń
  33. Słysząc wypowiedź Harrisona na temat jej dziewictwa w odniesieniu do ponoszenia konsekwencji za swoje przewinienia, wywróciła teatralnie oczami. Przecież to chyba nic dziwnego, że nigdy wcześniej nie została ukarana? Była pewna, że co najmniej połowa uczniów Hogwartu w całej swojej karierze szkolnej nie musiała odpracowywać swoich nielegalnych wybryków. Co – oczywiście – było absolutną nieprawdą, bo każdy szukał rozrywki gdzie tylko się dało. A to, że ona jedyna się uchowała tak długo zapewne zakrawało na cud.
    - Oczywiście, że sobie radziłam. To ty mnie rozproszyłeś – mruknęła pod nosem, wiedząc, że po części była to prawda, ale ani trochę nie wytknęła tego chłopakowi na poważnie. Ot, po prostu polubiła przekomarzanie się z nim. Posłała mu teatralny, uroczy uśmiech, naciągając rękawy swetra na dłonie. Była niesamowitym zmarzluchem, a w tym miejscu najwyraźniej zapomniano o włączeniu ogrzewania.
    Roześmiała się szczerze, próbując wyobrazić sobie siebie samą w skurzanym uniformie, biegającą z pejczem za Harrisonem. I od razu tego pożałowała, z racji tego, że jej wyobraźnia była aż nazbyt plastyczna.
    - Już sobie tak nie schlebiaj, bo podzielisz los Narcyza – zażartowała Anna uśmiechając się delikatnie. – A poza tym… głodnemu chleb na myśli, co? – uniosła brwi, uważnie przyglądając się chłopakowi.
    Anna rozejrzała się dookoła, kiedy pochodnia zajęła się ogniem. Jasnopomarańczowa poświata otuliła teraz swoim ciepłym światłem część pomieszczenia, odsłaniając przed nią przedmioty, których nie dostrzegła do tej pory. A teraz, które już zdążyła zauważyć, rozbudziła na nowo. Podobało się jej tutaj, zdecydowanie. Tyle istnień, tyle historii mieszających się ze sobą czuć było w powietrzu. Doszła do wniosku, że mogłaby częściej dostawać kary, byle tylko trafić w takie miejsce.
    Uśmiechnęła się pod nosem delikatnie, słysząc komentarz odnośnie swoich nóg, i pokręciła głową. Zastanawiała się, czy Matthew kiedykolwiek brał cokolwiek na poważnie, bo jak do tej pory odnosiła wrażenie, że całe jego życie to zabawa i żarty.
    - Jeśli mnie teraz zamordujesz, to możesz być pewien, że będę cię nawiedzać nocami. – zagroziła z nutą rozbawienia w głosie, przyspieszając kroku, żeby dogonić swojego towarzysza. Co jak co, ale nie chciała się teraz zgubić, bo to by znaczyło, że podzieliłaby los tego biednego chłopca z opowieści, nie mogą znaleźć wyjścia. Przy Harrisonie przynajmniej mogła się czuć bezpiecznie. Albo przynajmniej sobie to wmawiać, bo w końcu nigdy nie było wiadomo, co akurat wymyśli.

    Anna

    OdpowiedzUsuń
  34. - Na razie? - Anna powtórzyła słowa chłopaka, unosząc nieznacznie brwi ku górze w geście zaskoczenia. No, cóż... Chyba jeszcze nigdy nie poznała kogoś, kto miał tak specyficzny i niekonwencjonalny sposób myślenia. Zastanawiała się, czego to on jeszcze nie wytworzy w skrytej pod tą burzą włosów głowie. A spodziewała, że mogło wiele. - To zabrzmiało jak groźba. Albo prowokacja - stwierdziła i spojrzała na Harrisona spod przymrużonych powiek, uśmiechając się z rozbawieniem. Sama była pod wrażeniem, że w jego towarzystwie tak swobodnie żartowała, nie musząc martwić się tym, czy aby przypadkiem go nie urazi. Miał chyba tyle dystansu do siebie, że mógłby podzielić się nim z połową świata.
    - Zależy, co uważasz za oryginalne - odparła, zakładając za ucho kosmyk włosów i przestając odpowiednio wcześnie, żeby tym razem nie staranować chłopaka. Co jak co, ale jak tak dalej pójdzie, to zaczął by myśleć, że robi to celowo.
    Drgnęła odrobinę przestraszona, kiedy Harrisona strzelił palcami zaledwie milimetry od jej twarzy. Zamrugała i uniosła brwi zaskoczona. Do tej pory nie wyobrażała sobie, że coś takiego mogłoby się tutaj stać - faktycznie, chaotycznie ułożone stery zapomnianych przedmiotów nie wyglądały na stabilne i bezpieczne, ale aż do tego stopnia? Wzdrygnęła się mimowolnie, od razu lustrując drogę przed sobą z niesamowitym skupieniem. Żeby czasami się nie nadziać.
    - A co, jeśli masz katar? - zażartowała, ruszając wąskim przejściem za Matthew, po drodze potykając się o starą drewnianą skrzynię i strącając z niej kilka zakurzonych ksiąg. Wiedziała, że tak będzie. Istny paradoks - im bardziej starasz się niczego nie dotknąć, tym większe jest prawdopodobieństwo, że stanie się wręcz odwrotnie.
    - Czy ty sobie ze mnie żartujesz? - rzuciła z oburzeniem i podkręciła głową z wyraźną dezaprobatą. - Nie myśl sobie, że jestem jakąś ignorantką. W życiu obejrzałam więcej filmów od ciebie, mój drogi.
    Co z tego, że Anna wywodziła się z rodziny czarodziejów stuprocentowo czystej krwi. Nie znaczyło to wcale, że nie miała bladego pojęcia o życiu mugoli. Wręcz przeciwnie! Poza Hogwartem, kiedy wracała do domu na ferie świąteczne czy letnie wakacje, zdecydowanie częściej obracała się w towarzystwie swoich 'niemagicznych' przyjaciół. I nie uważała ani trochę, by byli w jakikolwiek sposób gorsi niż ona. Nigdy nikogo nie oceniała.
    Przeklęła pod nosem, po raz kolejny uderzając czubkiem buta w dębowy regał, który pojawił się przed nią nie wiadomo skąd. Czy Matthew naprawdę nie mógł znaleźć jakieś mniej zawiłej drogi?

    [Nie odpowiadam za to powyżej, bo pisałam to w masakrycznych warunkach, więc no. Jak coś zamieszałam to wybacz i zmieniaj :)]

    Anna Fairchild

    OdpowiedzUsuń
  35. [Niegrzeczny!Łamanie regulaminu i używki? Myślę, że z Darlene mieliby duże pole do popisu. Domy wrogowie, ale przecież łamanie zasad i stereotypów to chyba norma u Dar i Matta ;)
    Jeżeli chcesz to może coś razem wyskrobiemy?]
    Darlene

    OdpowiedzUsuń
  36. Musiała przyznać, że wypowiedź Harrisona niesamowicie ją zaskoczyła. Słuchała uważnie tego, co mówił i z trudem powstrzymała się, żeby nie otworzyć szeroko ust w kompletnym szoku. Czy on na pewno nie pomylił jej z kimś innym? Bo, z całym szacunkiem, ale jakoś nigdy nie zauważyła, żeby któryś z przedstawicieli płci męskiej jakoś wyraźnie ją podrywał. Owszem, przytrzymywali jej drzwi, czasami podnosili książkę, która upadła jej na podłogę albo mówili, że ładnie wygląda czy rzucali dwuznaczne żarty – tak przynajmniej myślała, że to były żarty – ale jakoś nigdy nie zinterpretowała tego w taki sposób. Poczuła się teraz jak prawdziwa blondynka.
    - Chyba nie chciałabym, żeby oddawali nerkę – mruknęła pod nosem, wciąż w ciężkim szoku. Zdecydowanie zbyt dużo nowych informacji na raz. Nie zastanawiając się nawet nad tym, co robi, wzięła do ręki jedną figę. Wciąż była głodna, a kolacja najwyraźniej nie zbliżała się zbyt prędko.
    - Z resztą, skąd niby możesz mieć taką pewność? – Anna zwróciła się do chłopaka, wrzucając do ust kandyzowany owoc. Nie był tak dobry, jak te świeże, ale i tak smakował idealnie. – Wydaje ci się. Coś sobie musiałeś ubzdurać w tej twojej główce – stwierdziła ostatecznie i z udawanie złośliwym uśmiechem poczochrała włosy chłopaka. Nie wiedząc, czy jego słowa faktycznie były prawdą, czy może z niej żartował albo po prostu się pomylił. A według niej zdecydowanie bardziej prawdopodobną opcją były dwie ostatnie.
    Anna zamrugała, po raz kolejny zaskoczona tym co powiedział Harrison. Powiodła wzrokiem w górę, tam gdzie utkwił swoje spojrzenie i pomyślała, że przecież ten człowiek na pewno musi mieć coś nie po kolei w głowie, nawet jeśli jest uroczy. Jednocześnie zdążyła się już przekonać, że z nim nawet najbardziej pokręcona rzecz była prawdopodobna. Więc co jej szkodziło?
    - Mam nadzieję, że jesteś wystarczająco silny, bo zjadłam pełną miskę owsianki na śniadanie i mogło mi się trochę przytyć – rzuciła z uśmiechem, po czym założyła włosy za ucho i ponownie spojrzała w górę, zastanawiając się, czy pamięta coś jeszcze z zajęć, z gimnastyki artystycznej. Kilka lat wcześniej wskoczenie komuś na barki i wykonanie skoku, z podwójnym saltem na dodatek, było pestką. Ale teraz? Miała nadzieję, że się nie zabije.

    Anna

    OdpowiedzUsuń
  37. [Może coś razem pomyślimy, bo w sumie jeszcze nie mam pomysłu]
    Darlene

    OdpowiedzUsuń
  38. [Jest półkrwi, więc może być, że jej matka jest mugolem, a ojciec czystej krwi ;) Z mugolakami itd. nie ma problemów, więc.... jak coś masz to dawaj]
    Darlene

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. [Spoko i z tą karą też ok i pasuje do nich ;) Jak bardzo nie lubisz zaczynać to mogę się poświęcić i coś wyskrobać.
      PS: nw tylko o której będzie, bo wpadam na reklamach w filmie ;) ]
      Darlene

      Usuń
  39. Oczywiście, że Anna słyszała bardzo dokładnie wszystko to, co mówił do niej jej towarzysz. I wszystko równie dokładnie zapamiętywała – ot, takie zboczenie biorące się z nazbyt uważnego słuchania wykładów nauczycieli – ale wciąż miała wrażenie, jakby to nie o niej była mowa. Bo niby co w niej takiego miałoby być? Owszem, gdyby wyglądała równie pięknie, jak siostra Harrisona, za którą – nie trzeba być ekspertem, żeby to dostrzec – uganiała się cała męska część Hogwartu albo była równie inteligentna, jak niegdyś słynna panna Granger. Ale czuła się całkowicie przeciętnie. Więc czym się zachwycano?
    Kiedy chłopak podszedł bliżej, na tyle blisko, że doskonale czuła zapach dymu papierosowego i kandyzowanych fig – który nagle nie wydawał się aż taki zły, jak przypuszczała – również spojrzała na niego uważnie.
    - Nie zostawisz mnie, za bardzo mnie lubisz – stwierdziła rozbawionym tonem i uśmiechnęła się udając niesamowicie z siebie zadowoloną. A słysząc komplement z ust Harrisona dodała, unosząc brwi: - I znów mnie podrywasz!
    Nie zastanawiając się długo, wdrapała się chłopakowi na plecy, niczym świetnie wyszkolona małpka, niechcący targając go lekko za włosy. Albo i chcący, bo przecież mogła się troszeczkę odgryźć za te wszystkie złośliwości.
    - Nie mam kompleksów! – rzuciła z góry tonem pełnym oburzenia i jeszcze raz, tym razem zdecydowanie z pełną premedytacją, pociągnęła go za włosy, chwiejąc się nieznacznie na jego ramionach. – Chyba… - dorzuciła już ciszej, marszcząc nieznacznie brwi. Do tej pory nawet się nad tym nie zastanawiała.
    Westchnęła ciężko i wyciągnęła w górę obie ręce, starając się dosięgnąć wierzchu szafy. W pierwszym momencie, jedyne co tam zastała, to tony kurzu. Co najmniej centymetrowa warstwa kurzu szarym puchem zalegała na dębowym drewnie, a kiedy delikatnie go poruszyła, wzbił się w powietrze. Aż zakręciło ją w nosie.
    - Gdybyś mniej się wiercił byłoby mi łatwiej – rzuciły zerkając na niego z góry, czując że coraz bardziej Matthew traci równowagę, chichotając w najlepsze. Jej wcale nie było wygodniej, w połowie siedząc na jego ramionach, a w drugiej wisząc na brzegu szafy i szukając… pff, nawet nie wiedziała czego szuka. I wtedy coś znalazła. – Mam! – krzyknęła pełna entuzjazmu, odpychając się od regału z triumfującą miną. Która jednak bardzo szybko zniknęła z jej twarz, kiedy okazało się, że zrobiła to zbyt gwałtownie, przez co nie tyle tylko ona zachwiała się niebezpiecznie, ale Matthew również. Dodatkowo - najwyraźniej - unoszący się w powietrzu kurz wcale nie pomagał mu utrzymać pionu, a sprawę pogarszał śmiech, które chłopak nie potrafił uspokoić.
    - Matthew! – krzyknęła Anna, nie wiedząc, czy ma się roześmiać w tej jakże komicznej sytuacji, czy przygotować na zdecydowanie bolesne zderzenie z podłogą.

    Anna

    OdpowiedzUsuń
  40. - No nieźle — wymamrotała sama do siebie, wychylając się zza chłopaka, który w tamtym momencie stał się jej osobistą tarczą. Dobrze, że usiadł z przodu, bo teraz gdy w połowie czekała ich jeszcze kozacka skocznia lądowanie mogło nie być zbytnio przyjemne. Nie, żeby stchórzyła, co to, to nie. Takie zachowanie nawet nie było w jej stylu.
    - Co ty gadasz?! - krzyknęła, ale zamiast odpowiedzi usłyszała tylko kolejne dzikie okrzyki Matta, który odepchnął się nogami i pojechali. Popędzili wręcz. Najpierw w dół, a później zgrabnie w górę i choć na twarzy Prim cały czas widniał uśmiech, to w pewnym momencie mocniej przylgnęła do chłopaka, tak na wszelki wypadek, żeby jej czasem gdzieś nie zwiało. Lądowanie tak jak przypuszczała, było twarde i nawet Matt jej nie pomógł, bo w chwili, gdy sanki opadły w dół, a oni wyrzuceni spadli zaraz za nimi, ten odleciał trochę dalej.
    - Ekstra! - krzyknęła, próbując ponownie zebrać się z ziemi. Wiedziała, że czasu mają coraz mniej, dlatego odmówiła sobie przyjemności leżenia w zaspie i już nawet nie otrzepując ubrań ze śniegu podeszła do chłopaka i podała mu rękę, chcąc, aby tym razem jednak i on zagęścił ruchy.
    - Myślałam, że się zabijemy przez chwilę, ale nie żałuje. A pomysł ze skocznią wypasiony! - mówiła, stawiając sanki, a później usiadła na nich z wyciągniętymi do przodu nogam. Tak wyłożona, przyglądała się przez chwilę Gryfonowi, a gdy napotkała jego pytające spojrzenie, uśmiechnęła się tylko i wypaliła:
    - Myślałam, że mnie pociągniesz. Nie? - starała się przybrać jak najbardziej uroczą minkę, dzięki której łatwiej byłoby jej wywalczyć podwózkę, ale zmarznięte policzki wcale jej tego nie ułatwiały i pewnie bardziej wyglądała, jakby zbierało jej się na wymioty. Wstała więc niezbyt zadowolona, sama przecząco odpowiadając na swoje pytanie, ale dalej ciągnąć za sobą sanki, które później mogły się jeszcze przydać.
    ***
    - Mała ostatnio nie sięgała mi nawet do ramion, ale te skubańce szybko rosną — zaczęła, gdy od zagrody zwierzęcia dzielił ich już tylko zakręt. O dziwo, obydwoje żyli i mieli się dobrze, a podczas dzikich zjazdów z górek nie ucierpiał nikt poza sankami. - Z pewnością wiesz, że musisz uważać na to, co mówisz i robisz, jeśli nie chcesz, aby strzeliła focha i na tym skończyła się wasza znajomość — ciągnęła, skupiając się na drodze i przyśpieszając kroku. Wiedziała, że Matt miał już do czynienia z Hipogryfami na zajęciach ONMSu, ale przypomnienie mu kilku informacji o tym, czego robić w ich towarzystwie nie powinien, a co powinien, było rzeczą obowiązkowa, jeśli nie chcieli problemów.
    - Ale nie sądzę, by mogła zrobić ci cokolwiek. Jest wyjątkowo łagodna tylko często się boi — przystanęła na moment, rozglądając się za smakołykami dla zwierzęcia, które rodzice mieli zostawić na ogromnej sośnie, przy której właśnie stali.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. - Boi się ludzi, bo zabili jej matkę — jeszcze kilka miesięcy temu Primrose nie mogła mówić o tym tak spokojnie. Gdy dowiedziała się, co zaszło na farmie starego Adamsa, nie potrafiła zrozumieć, jak ludzie mogą być takimi świniami. Jak mogą mówić, że kochają zwierzęta, a później zabijać je z zimną krwią. Urządziła wiec razem ze swoją matką niezłą aferę, która poskutkowała tym, że właściciel hodowli postanowił szybko zwinąć interes, a wszystkie zwierzęta, między innymi za sprawą państwa Oberlin wreszcie trafiły do odpowiedzialnych opiekunów.
      - Ostatecznie, gdy twój urok osobisty nie zdoła skraść jej serca, to na pewno załatwi sprawę — powiedziała, gdy wreszcie ściągnęła z gałęzi drzewa sznurek z nieżywymi fretkami. - Trzeba się poświęcać dla dobra relacji. Chodź! - ponownie zaczęła przedzierać się przez zaspy jednak tym razem już po chwili znalazła się przy, a następnie w zagrodzie. Rzuciła wszystko, widząc jak hipogryf, który chyba nadal ją pamiętał, ale tak jak myślała, nieźle wyrósł, podniósł się i ostrożnie ruszył w jej stronę.
      - Chodź malutka, chodź — szepnęła, wystawiając rękę do zwierzęcia. - To ja, nie bój się — pogłaskała ją po bladoróżowej sierści, a ta po chwili przybliżyła się, chcąc chyba oznajmić tym, że dziewczyna może spokojnie ją dotykać. Primrose ostrożnie położyła głowę na jej szyi i choć wcześniej nie zamierzała płakać, teraz nie mogła się opanować.

      Prim

      Usuń
  41. Pytanie Harrisona odnośnie jednej z dziewcząt, z którą dzieliła dormitorium dotarło do niej jakby przez mgłę i rozpłynęło się w jej pamięci niemalże od razu, kiedy zorientowała się, że spada. Zawsze zastanawiała się, czy w momentach grozy człowiek faktycznie w ułamku sekundy przypomina sobie całe swoje życie i musiała stwierdzić, że to stek bzdur. Bo ona wcale nie przypomniała sobie żadnego momentu z przeszłości. Wręcz przeciwnie – widziała wszystko, co działo się w danej chwili tak wyraźnie, jakby nagle jej oczy zyskały jakieś nadprzyrodzone zdolności odtwarzania rzeczywistości w formacie HD. Widziała szafę, która oddalała się zdecydowanie zbyt szybko, czubek głowy Harrisona i swoje dłonie, które kurczowo zacisnęła na jego ramionach. A później runęła w dół.
    Jakież było zdziwienie Anny, kiedy – przygotowana mentalnie na drastyczne zderzenie z twardą podłogą – zapadła się w miękką sofę, nie robiąc sobie kompletnie żadnej krzywdy. Zatopiła się w miękkim materiale niemalże po samą szyję. Wiedziała jednak, że Matthew nie miał tyle szczęścia, bo narobił zdecydowanie więcej łoskotu przy upadku niż ona. Modliła się w duchu, żeby nic mu nie było. Ale przynajmniej miała to, czego potrzebowali.
    - Najwyraźniej ktoś w końcu musiał to zrobić – mruknęła pod nosem, a w jej głosie można było wyczuć cień uśmiechu majaczącego na jej wargach. Chyba była w niezłym szoku, skoro nawet w takiej sytuacji potrafiła zażartować. – Żyjesz, mój drogi? – zapytała, szczerze zatroskana, delikatnie dotykając jego ramienia. Albo przynajmniej tak się jej wydawało, iż było to ramię.
    Spróbowała oprzeć się na ramieniu, żeby jakoś wydostać się spod warstw materiału, który coraz bardziej zalewał jej wątłe ciało, i chcąc upewnić się na własne oczy, czy chłopakowi nic poważnego się nie stało. I kiedy już się jej prawie udało, Matthew - jakby chcąc się odpłacić za to, że upadła w wygodniejsze miejsce – na powrót wcisnął ją w materiał sofy, padając na nią bezsilnie. Westchnęła ciężko i zachichotała cicho, kręcąc głową.
    - Chyba faktycznie powinieneś ograniczyć te słodkości – Anna zaśmiała się, nieco z trudem, jako że chłopak przygniatając ją utrudniał oddychanie. – Bo teraz ty robisz ze mnie marmoladę. – stwierdziła, próbując zepchnąć z siebie Harrisona i jednocześnie śmiejąc się przy tym niesamowicie. Ostatecznie sobie odpuściła, bo pochłaniało to więcej energii, niż było warte i postanowiła poczekać, aż chłopak sam ruszy ten swój seksowny tyłek.
    Anna odetchnęła głęboko i wręczyła Mattowi przedmiot, dla którego oboje tak bardzo się narażali. Uśmiechnęła się dumnie.
    - Uratowałeś moją pupę przed zderzeniem z podłogą, więc to z ciebie jest zuch chłopiec. – stwierdziła cicho i uśmiechnęła się mimowolnie. Nie mogła się powstrzymać i delikatnie pogłaskała go po głowie, jak to zwykle robią rodzice, kiedy są naprawdę dumni ze swoich dzieci. I, nie mając pojęcia dlaczego, znów się roześmiała.

    Anna

    OdpowiedzUsuń
  42. -Panno Alderson ma pani szlaban! Dzisiaj po lekcjach będzie pani sprzątać całą salę do wróżbiarstwa.
    -Świetnie! O niczym innym nie marzyłam -Darlene założyła ręce na piersi i rzuciła nauczycielce lodowate spojrzenie.
    -I dodatkowo składzik na miotły-odparła pani profesor i zajęła się swoimi sprawami ignorując naburmuszoną uczennicę. Dziewczyna burknęła coś pod nosem i wyszła z klasy szybkim krokiem donośnie tupiąc.
    "Zajebiście-kolejne stracone popołudnie"-myślała kierując się w stronę swojego dormitorium.
    Dziewczyna zbiegła po schodach do lochów, wypowiedziała hasło i weszła do Pokoju Wspólnego Ślizgonów, gdzie odpoczywali i rozmawiali wszyscy, którzy mieli przerwę lub skończyli już lekcje.
    -Hej wszystkim! Dostałam kolejny szlaban, ale punktów nie oberwaliśmy, więc będzie co oblewać wieczorem!-powiedziała żartobliwym tonem i zaczęła kłaniać się głęboko. Kilka osób zaczęło bić brawo, śmiać się i gratulować jej, ale po chwili wszyscy zajęli się na powrót swoimi sprawami, a Darlene skierowała się do dormitorium dziewczyn. Szybko zrzuciła czarną szatę i zastąpiła ją jeansowymi szortami, półprzezroczystymi czarnymi rajstopami i szarym, lekko wyciągniętym za dużym swetrem. Buty na platformie nosiła cały czas i obecnie na nogach miała je w kolorze czarnym. Włosy zebrała pospiesznie w luźny kok po czym rzuciła się na łóżko korzystając z chwili wolnego przed rozpoczęciem się jej kary.
    ***
    -Jestem.-powiedziała bez emocji w głosie i weszła do sali wróżbiarstwa.
    -Spóźniła się pani, panno Alderson, ale załóżmy, że przymknę na to oko jako, że i tak będzie miała pani ręce pełne roboty.-mówiąc to wyciągnęła rękę w jej stronę.
    -Pewnie.-odparła dziewczyna uśmiechając się jadowicie i oddając pani profesor swoją różdżkę.
    -Na szczęście będzie miała pani towarzystwo, więc nie będzie za nudno. Życzę państwu miłej i owocnej pracy.-powiedziała na odchodne i zatrzasnęła za sobą drzwi.
    Darlene odwróciła się i dopiero w tej chwili spostrzegła, że nie jest sama. W pokoju stał też chłopak.

    [Mam nadzieje, że dało się to jakoś czytać xD No to pierwsze koty za płoty i mam nadzieję, że jakoś się to rozkręci]
    Darlene

    OdpowiedzUsuń
  43. Minął już jakiś czas od niedoszłej randki z mniemanym Krukonem. Elody wciąż żyła w przekonaniu, że była to tylko i wyłącznie wina jej brata, który słynął z selekcji chłopców, którzy zbliżyli się do niej bliżej niż na kilka metrów. Omijała więc Matta szerokim łukiem, a na każdą próbę rozmowy reagowała tak samo sznurując usta z wściekłości, odwracając się na pięcie i mrucząc coś o zajęciach. Nie uwierzyłaby mu, że chłopak tak po prostu nie przyszedł. Uważała, że obecność Matta na dziedzińcu była celowa, a on sam sprawdzał czy jego metoda odniosła skutek i gdyby chłopak się pojawił, to zapewne na widok Gryfona odwróciłby się zmierzając w przeciwnym kierunku.
    Tym razem jednak nie miała zamiaru odpuścić. Za długo to trwało i zbyt dużo się wydarzyło. Miała już szesnaście lat i sama powinna dobierać swoich znajomych. Pod blond włosą czupryną tworzył się powoli przebiegły plan….
    Siedziała w pokoju wspólnym na kanapie wertując zaklęcia dla zaawansowanych. Co chwilę patrzyła w stronę dormitorium chłopców czekając, aż Matt pójdzie na zajęcia. Słysząc znajomy śmiech brata i jego przyjaciela wbiła wzrok w książkę. Gdy tylko zniknęli za dziurą pod portretem rzuciła książkę na bok i pobiegła do dormitorium chłopców. Nie wiedziała dlaczego dziewczyny mogły do nich wchodzić natomiast w drugą stronę to nie działało. Było to odrobinę nie fair aczkolwiek nie miała zamiary narzekać. Od razu podeszła do łóżka Matta, wyjęła spod niego kufer i z szelmowskim uśmiechem na twarzy wyjmowała wszystkie slipki brata odkładając je na bok i zostawiając mu zaledwie dwie pary. Zawinęła bieliznę w swoją szkolną szatę i udała się do własnego dormitorium chowając pod łóżko zawiniątko. Sięgnęła następnie do szuflady wyjmując małą fiolkę z eliksirem miłosnym, którą wcisnęła do kieszeni. Kolejnym krokiem było wzbicie się na wyżyny swoich plastycznych umiejętności. Po półgodzinnej pracy patrzyła z aprobatą na misternie przygotowany list miłosny ze zdjęciem Harrisona w samym centrum. Sięgnęła do swojego kufra szukając ulubionych, mugolskich czekoladek. Spojrzała na nie ze smutkiem.
    - Ku chwale ojczyzny- szepnęła do siebie zabierając się za kontynuacje swojego planu.
    Był wczesny ranek. Większość uczniów jeszcze smacznie spała w swoich łóżkach, kiedy Elody kończyła swoją artystyczną wystawę bielizny Matta w korytarzu prowadzącym do Wielkiej Sali. Była całkiem zadowolona z efektu. Trochę podrasowała niektóre elementu i opatrzyła je ciekawym opisem historii. Kończyła właśnie przypinać ostatnią tabliczkę. Podparła się pod boki obserwując swoje dzieło. Poruszyła kilkakrotnie brwiami do góry i uniosła kącik ust ku górze.
    - No brat, zyskasz na popularności- szepnęła do siebie. Zebrała swoje manatki i wróciła do dormitorium dziewcząt. Została tylko jedna sprawa. Dzięki przyjaźni z Krukonką była częstym gościem w ich salonie przez co bez problemu dostała się do sypialni dziewcząt podrzucając mały prezent niejakiej Bethany, która nie startowała do konkursu miss Hogwartu i z pewnością nie miałaby za dużych szans. Jednakże odnosiła spore sukcesy w Quidditchu, gdzie jej szerokie i silne ramiona były wręcz nieocenione w drużynie. Tak więc list miłosny i czekoladki nasączone amortencją spoczywały na jej szafce nocnej.
    Zważając na dobry humor i endorfiny buzujące w ciele, Elody nie chciała jeszcze wracać do pokoju wspólnego. Wiedziała natomiast, że gajowy od godziny jest już na nogach więc postanowiła go odwiedzić. Po dwudziestu minutach stała już przed drewnianą chatką trąc ręce o siebie, by choć trochę je ogrzać. Gdy tylko drzwi otworzyły się wychynęła z nich postać barczystego, brodatego mężczyzny.
    - Elody! Dawno cię tu nie było. Wejdź!- odpowiedział uradowany przepuszczając dziewczynę w drzwiach, by następnie wstawić wodę na ziołową herbatę, którą raczył ją przy każdym spotkaniu.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. - No mała, twój brat jest jak rycerz w złotej zbroi- zaśmiał się stawiając przed nią gliniany kubek.
      - Rycerz?- zapytała z uśmiechem unosząc jedną brew ku górze. - Raczej jak smok pilnując wieży- zaśmiała się sięgając po owsiane ciasteczko.
      - Może i jedno i drugie, ale ważne, że skutecznie. Ten chłopak będzie już wiedział jak traktować damy- mówił ściągając wodę z ognia i zalewając mieszankę ziół w kubeczku. Elody zmarszczyła brwi przyglądając się gajowemu uważnie.
      - Matt raczej odstrasza chłopców zanim zdążą zrobić coś głupiego- zauważyła.
      - No co ty, mała- obruszył się mężczyzna zasiadając obok niej. - Nie słyszałaś nic o tym biedaku zawieszonym na drzewie?
      Elody wyprostowała się na krześle i spojrzała na gajowego z mieszaniną zaskoczenia i strachu.
      - Nie - szepnęła zastanawiając się nad tym głębiej. Rzeczywiście nie widziała Braiana od ich umówienia się na randkę, ale sądziła, że chłopak specjalnie ją omija po tym, co zapewne powiedział mu Matt.
      - Mała, twój brat zachował się jak prawdziwy facet. Zresztą wiesz, że ja tam go bardzo lubię, bo to dobry chłopak jest. Ten chłopaczek, co to z tobą miał iść do Hogsmead, umawiał się w tym samym czasie z inną panienką. Jak Matt się o tym dowiedział to wkurzył się i powiesił go za gacie w Zakazanym Lesie, a że ja dyżur miałem, to kilka godzin później go znalazłem. Zaniosłem do Skrzydła Szpitalnego. Taki przerażony był i blady, że sto razy się zastanowi zanim bawić się będzie kobiecym sercem- zaśmiał się gajowy kręcąc głową.
      Elody patrzyła na mężczyznę z niedowierzaniem i rozwartymi ustami. Zapewne zbierałabym teraz szczękę z podłogi.
      - Mała, wszystko w porządku?
      - Nie, bardzo nie- powiedziała biorąc głęboki oddech i podnosząc się nagle z krzesłem. - O nie, nie, nie! Cholera co ja narobiłam- powiedziała łapiąc się za głowę. - Przepraszam, muszę iść. Zrobiłam coś bardzo, bardzo głupiego. Do widzenia! - rzuciła tylko i wybiegła z chatki. Miała nadzieję, że zdąży zanim uczniowie będą schodzić na śniadanie.
      Wybiła ósma, biegła najszybciej jak potrafiła mając niewielkie szanse, by zdążyć i odwrócić to całe nieporozumienie.

      [ Mam nadzieję, że nie przesadziłam :* ]

      Wciąż kochająca siostra

      Usuń
  44. Anna westchnęła ciężko i teatralnie wywróciła oczami, widząc rozanieloną twarz chłopaka, który zajadał się bez pamięci lizakiem. Nie mogła w to uwierzyć. Tyle zachodu, obitych pośladków i tumanów kurzu dla jednego cukierka na patyku? No, tak. To mógł wymyślić tylko i wyłącznie Matthew, bez dwóch zdań. I zauważyła, że już nawet jej to nie dziwiło. Jak bardzo jedno popołudnie spędzone w jego towarzystwie mogło zmienić człowieka.
    Uniosła nieznacznie brwi ku górze, słysząc stwierdzenie chłopaka. Przez krótką chwilę patrzyła na niego w milczeniu, zagryzając dolną wargę i starając się powstrzymać uśmiech. Nie wyszło jednak i w następnym momencie śmiała się głośno szczerze rozbawiona.
    - Za to, że dałam ci lizaka? – zapytała przez śmiech i pokręciła głową, pokazując w ten sposób, że wygaduje głupoty. Odgarnęła kilka kosmyków blond włosów, które zsunęły się jej do oczu i odetchnęła głęboko, chcąc się uspokoić.
    Rozejrzała się dookoła i doszła do wniosku, że kurz na powrót zaczął powoli opadać, na powrót pozwalając jej dostrzec konkretne szczegóły pomieszczenia. W tym samym momencie poczuła, jak cichutko zaburczało jej w brzuchu, co przypomniało jej o tym, że od śniadania praktycznie nic nie jadła. Poza jedną, biedną figą. Z ciężkim westchnieniem oparła się o ścianę.
    - Nie chcę cię urazić, ale to ty mówisz najwięcej z naszej dwójki, mój drogi – wytknęła mu subtelnie i uniosła jedną brew, uśmiechając się szeroko.
    Na wspomnienie Harrisona o kolacji, po raz kolejny poczuła delikatny skurcz w żołądku i stwierdziła, że naprawdę wiele by dała za zupę krem z dyni albo marchewki.
    Anna zamrugała kilka razy, widząc jak chłopak zbliżył się do niej i oparł dłoń o ścianę, zaledwie kilka centymetrów od jej głowy. A później zamrugała kolejny raz, gdy pochylił się nad nią tak blisko, że jeszcze jeden malutki ruch, a dotknąłby jej nosa swoim. Nie do końca wiedziała, jaki był cel takiego zachowania – czy chciał ją zbić z tropu, sprowokować, czy po prostu zażartować. Wiedziała natomiast, że była to dla niej dość zabawna sytuacja – jedna z kolejnych, jakby nie patrzeć – biorąc pod uwagę całe popołudnie. Znów poczuł zapach dymu z papierosa i, zamiast figi, tym razem słodki zapach lizaka i mimowolnie również się uśmiechnęła.
    - Skoro tak, to może w końcu stąd wyjdziemy? – zaproponowała Anna, naśladując chłopaka i przekrzywiając głowę w taki sam sposób, w jaki on zrobił to przed chwilą, jednocześnie dźgając go palcem w ramię z nutką złośliwości.

    Anna

    OdpowiedzUsuń
  45. [Dziękuję za miłe powitanie i wzajemnie! :))) Depp niezmiennie mnie chwyta za serce :D]

    Elizabeth

    OdpowiedzUsuń
  46. [Emily Didonato. Ładna jest bardzo, to fakt :D Chciałabym tak wyglądać, no ale, nie można mieć wszystkiego :/]

    Elizabeth

    OdpowiedzUsuń
  47. [A no ładna ta, o której mówisz. Emily ma masę takich sztucznych fot, to fakt, ale też zarąbiście wygląda tak "naturalnie", np. tu https://s-media-cache-ak0.pinimg.com/236x/b7/36/6d/b7366dc2acd76b5a5922ad675cc453b8.jpg

    E, ja serio nie jestem ładna. Tzn., nie byłam, nie jestem i nigdy nie będę piękna, w tym sensie, że ludzie się na Ciebie ukradkiem gapią, a na fejsie masz tysiąc lajków pod najbardziej gównianą fotką XD Ale trudno, uroda to jedno z kilku pól, na których można się w życiu wykazać. :D Zresztą, chyba lepiej słyszeć o sobie: ale bystra, utalentowana, mądra itp., niż "ładna jest". :)
    Sorry za te pierdoły ;X]

    Elizabeth

    OdpowiedzUsuń
  48. Anna zachwiała się niebezpiecznie, kiedy ściana o którą się opierała gwałtownie się poruszyła. Z trudem udało się jej na powrót złapać równowagę i tym samym nie zaliczyć kolejnego upadku. Miała już wystarczająco siniaków, jak na jeden dzień, naprawdę.
    Odkąd zaczęła naukę w Hogwarcie już nie raz natknęła się na podobnego rodzaju sztuczki, które najwyraźniej niesamowicie były uwielbiane przez założycieli szkoły, bo znajdowały się niemalże na każdym kroku. Dlatego też ani trochę nie zaskoczyło ją to, że w ścianie, która niczym szczególnym nie różniła się od tysiąca innych, ukryte było tajne przejście prowadzące do kuchni, która miała znajdować się po przeciwległej stronie zamku. Mugolscy naukowcy już od tak dawna próbowali stworzyć tunel czasoprzestrzenny, a wystarczyło użyć tylko odrobiny magii.
    - Nie, dziękuję – odpowiedziała z lekko zdegustowaną miną, odsuwając się nieznacznie od wyciągniętego w jej stronę lizaka. – Tobie jest on zdecydowanie bardziej potrzebny do życia, niż mi. Nie będę odbierać ci takiej przyjemności. – dodała z uniesionymi brwiami i rozbawionym uśmiechem. Jak dziecko, naprawdę! Ale musiała przyznać, że to w jego osobie było swego rodzaju zaletą. Był szczery do bólu i autentyczny – mogłaby rzec, że nawet za bardzo i czasami przydałby mu się jakiś siarczysty policzek, żeby wrócił na ziemię.
    Westchnęła cicho, patrząc jak Matthew znika w ciemności i – czy tego chciała, czy też nie – podążyła za nim, nie chcąc zostać w tyle. Zwłaszcza, że to on trzymał w dłoni pochodnię, bez której zapewne nie widziałaby nawet czubka własnego nosa w mroku, który ich otaczał. A nie chciała natknąć się na jedną z pułapek.
    - Tim Burton chyba nie był moim ulubionym reżyserem – mruknęła po chwili zastanowienia, przypominając sobie jego produkcje. Jednak faktycznie racją było to, że realia Hogwartu czasami bez problemu mogłyby się wpisać w takie filmy. – Ale myślę, że ty go wręcz ubóstwiasz – stwierdziła i uśmiechnęła się pod nosem. Chłopak też mógłby być jedną ze słynnych postaci Burtona, bez wątpienia.
    Anna ściągnęła brwi. Alice? Zastanowiła się przez krótką chwilę, a kiedy udało się jej dopasować twarz do imienia, pokiwała głową.
    - Jestem – przyznała i spojrzała na chłopaka kątem oka, zaciekawiona jego nagłym pytaniem o jedną z koleżanek. Co prawda, było to chyba zbyt mocne określenie, bo nie pamiętała nawet kiedy ostatni raz rozmawiały, ale no. – Potrzebujesz coś od niej? – zapytała z cwanym uśmiechem, patrząc na niego podejrzliwym wzrokiem.

    Anna

    OdpowiedzUsuń
  49. Wbiegła na szkolny dziedziniec ledwo łapiąc oddech. Zatrzymała się na chwilę gorączkowo rozmyślając co powinna najpierw zrobić. Gacie, dziewczyna, Matt…nie, może powinna zatrzymać brata w pokoju wspólnym, albo nie… Bethany! Może jeszcze nie zjadła czekoladek,koniec końców zjadać słodycze przed śniadaniem…bardzo niezdrowo. Ruszyła dalej biegiem, skręcając w korytarz po lewej stronie. Już chwilę potem przeskakiwała po dwa stopnie na raz, śpiesząc się do wieży Krukonów.
    -Rany boskie jak to wysoko- powiedziała do siebie mijając już uczniów schodzących na śniadanie. Stanęła w końcu przez drzwiami z brązową kołatką w kształcie orła.
    - Gdzie był Dippet jak mu zgasła świeca?- usłyszała pytanie. Zmarszczyła brwi, bo nie miała ani czasu ani ochoty na myślenie w tak stresującej sytuacji.
    - W dupie! Był czarnej dupie, bo nic nie widział!- wściekła się ściskając dłonie w piątki. - Ja tam muszę wejść! Teraz, zaraz natychmiast, a ty mi tu o jakiejś świecy. Czy te pytania nie mogą się powtarzać do jasnej ciasnej. Co za przeklęty pomysł z tą…- umilkła nagle zdając sobie sprawę, że wydziera się na jakiegoś trzecioklasistę, który wyraźnie zaskoczony spoglądał na nią. Uśmiechnęła się nerwowo. - No hej- powiedziała szczerząc białe ząbki.- Dzięki młody- powiedziała prześlizgując się za chłopakiem i zmierzając do dormitorium dziewcząt po drodze wpadając na Avalon.
    - Dobrze, że jesteś. Bethany, widziałaś ją? Czy wyglądała jakoś tak…no wiesz..inaczej?- zapytała przygryzając dolną wargę.
    - Miała zamglony wzrok i rumieńce na twarzy jakby wypiła kufel amortencji- zaśmiała się Krukonka krzyżując ramiona na wysokości klatki piersiowej. - A co?
    - Niiiiic….- westchnęła ciężko czując nieprzyjemny skurcz w żołądku. Sytuacja wymknęła się spod kontroli. - Do zobaczenia później- rzuciła przez ramię wybiegając z pokoju wspólnego. Mogła jeszcze zatrzymać Matta w wieży Gryffindoru. Wtedy zyska na czasie, by posprzątać to co narobiła, a przynajmniej zyska odrobinę na czasie na myślenie. Po chwili stała już przed portretem Grubej Damy trzymając rękę na mostku i z trudem łapiąc oddech.
    - Mi..mi…mi..
    - Weź się dziecko wysłów!- fuknęła Gruba Dama. Elody spiorunowała ją spojrzeniem, wyprostowała się, przełknęła ślinę i …obraz otworzył się przepuszczając wychodzących uczniów jednocześnie uderzając dziewczynę prosto w twarz. Zachwiała się, a ręce odruchowo pobiegły w kierunku nosa, który najbardziej ucierpiał.
    - Należało mi się- powiedziała bardziej do siebie niż do Grubej Damy i wślizgnęła się do pokoju wspólnego, by następnie znaleźć się w dormitorium chłopców. Matta tam nie było.
    - O nie- jęknęła ze smutkiem i wybiegła z wieży Gryffonów, kierując się do Wielkiej Sali. Właśnie skręcała na ostatnim zakręcie wpadając na Bellamy’ego.
    - Łoł, łoł, Elody spokojnie- usłyszała nad sobą.
    - Gdzie jest Matt?- zapytała szybko zaciskając dłonie na szacie chłopaka.
    - Ktoś go wrobił w niezłe gówno- powiedział wskazując głową na korytarz, gdzie dwóch rosłych mężczyzn ciągnęło jej brata za sobą, a na końcu korowodu stała pani profesor. Serce podskoczyło jej do gardła, puściła Gryfona i pobiegła w kierunku Harrisona.
    - Stooooooooooop!- krzyknęła tak głośno, że wydawało się, iż mury Hogwartu zadrżały. Dopiero po chwili zrozumiała, że ma przed sobą panią profesor, zastępce dyrektora i dwóch osiłków. Odgarnęła niesforny kosmyk włosów za ucho, przełknęła ślinę i wyszczerzyła w szerokim uśmiechu białe ząbki.
    - To znaczy dzień dobry….dzień dobry szanownej pani profesor- mówiła bardzo powoli chowając ręce za sobą i bujając się w rytm stawianych kroków.
    - Tak, panno Harrison?- zapytała nauczycielka unosząc jedną brew ku górze i obrzucając blondynkę dość chłodnym spojrzeniem.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. - Ja… tak tylko…ten no- oblizała wargi ze zdenerwowania.- Matt padł ofiarę bardzo okrutnego żartu pani profesor. On z pewnością, by tego nie zrobił. Dowodem jest chociażby to, że do wystawy mniemany przestępca użył wypranej bielizny. Matthew nigdy nie poświęciłby czystych bokserek nawet dla celu żartu. Poza tym…na hipogryfa! Czy to bokserki z limitowanej edycji doktora dooma?! - tutaj teatralnie zasłoniła usta dłonią. - Jednakże ten ktoś musi być na czasie z nowymi trendami. Takie bieliźniane wernisaże robią teraz furorę w świecie mugoli- powiedziała bardzo poważnym tonem patrząc prosto w oczy pani profesor.
      - Być może pan Harrison, jak to pani ujęła, padł ofiarą żartu w przypadku wystawy, ale napojenie uczennicy amortencją nie jest już proste do wytłumaczenia- zauważyła nauczycielka poprawiając swoje okulary na nosie.
      Elody chwilę na nią spoglądała po czym wybuchła gromkim śmiechem. Jakiś czas po korytarzu roznosił się melodyjny śmiech, następnie ciche chrumknięcie, znowu śmiech…
      - Przepraszam pani profesor- powiedziała wciąż się śmiejąc i machnęła ręką od niechcenia. - Matt nie potrafi przyrządzić najprostszego eliksiru, a co dopiero silnej amortencji. Poza tym, nie ma nawet kasy, by kupić taką u Weasley’ów. Pożyczał ode mnie kasę na kwiaty dla takiej jednej Puchonki, z którą bym ostatnio na randce więc nie…nie, nie, nie to z pewnością nie był on- zakończyła swoją wypowiedź szerokim uśmiechem .
      W tym samym czasie rozległ dziwny dźwięk. Jakby troll się wystraszył i biegł coraz szybciej.

      Siostra :*

      Usuń
  50. Uniosła brew do góry zerkając na Matta, który chyba stracił nadzieję na polubowne rozwiązanie tej sprawy. Azkaban raczej za takie przewinienie mu nie groził jednak groźba wydalenia ze szkoły spowodowała nieprzyjemny skurcz żołądka. Nie wyobrażała sobie tej szkoły bez swojego brata. To nie byłoby już to samo miejsce. Pomimo tego, że miał inne plany na życie po szkole niż ona to chciała, by skończył Hogwart. Pomimo tego, że czasami zachowywał się tak okropnie to wciąż był jej bratem, ukochanym starszym bratem, za którym poszłaby wszędzie. Nie spodziewała się, że narobi mu aż takich kłopotów.
    Pokręciła głową jakby chcąc wyrzucić z głowy wszelkie pesymistyczne scenariusze, kiedy zza rogu wychynęła postać rosłej Krukonki. Oczy Elody powiększyły się dwukrotnie, kiedy dziewczyna ruszyła w ich stronę z uroczym uśmiechem na ustach i głośnym „Mattcio!”. Nie powstrzymała uśmiechu słysząc tą przesłodka formę zdrobnienia imienia brata. Potem wszystko działo się tak szybko. Patrzyła jak Matt wyrywa się i stara się uciec przez upojoną eliksirem nastolatką. Wyjrzała za okno spoglądając na jego dalsze poczynania.
    Dobra, nie zasłużył sobie na to, ale sam obrazek był komiczny. Stała więc przy oknie podpierając się łokciami o balustradę i przyglądając się scence.
    - Myślisz, że ucieknie?- zapytała stojącego obok przyjaciela brata.
    - Rąbnie sanki- powiedział jakby od niechcenia i rzeczywiście chwilę potem Matt śmigał na sankach w stronę chatki gajowego. Uśmiechnęła się widząc wymalowaną radość na twarzy brata.
    - Do gajowego czy Zakazanego Lasu?
    - Jeśli gajowy jest to do niego.
    - Powinien być. Zaczyna od dziewiątej obchód po lesie- powiedziała widząc jak drzwi chatki otwierają się. - Trzeba zająć się Bethany. Możesz w międzyczasie pozbierać jego bokserki?- zapytała Gryfona po czym ruszyła biegiem do lochów. Otworzyła schowek, gdzie znajdowały się substraty do przygotowania eliksirów. Grzebała, mieszała, przestawiała różne fiolki szukając tej jednej. - Gdzie jesteś, przecież ostatnio cię wiedziałam tutaj…- szepnęła do siebie. - O piękna ty moja!- powiedziała łapiąc w dłonie fioletowy flakonik. Tak dla pewności otworzyła koreczek ze szlifem, powąchała i kiwnęła głową. Zamknęła za sobą schowek i pobiegła do Wielkiej Sali chwytając pierwszą szklankę z brzegu i nalewając do niej dyniowego soku po czym szybkim krokiem wyszła ze szkoły kierując się na skraj Zakazanego Lasu.
    Przed chatką gajowego stała Bethany dobijając się do drzwi i nawołując swego „ ukochanego” Matta.
    - Em…Beth?- zaczęła niepewnie dziewczyna podchodząc ostrożnie do Krukonki. - Matt zaraz wyjdzie, a ty zapewne bardzo zmarłaś. Proszę, to cię rozgrzeje- powiedziała podając szklankę z sokiem dyniowym, do którego po drodze dodała antidotum na eliksir miłosny. Dziewczyna zmierzyła smutnym wzrokiem napój po czym sięgnęła po szklankę.
    - On mnie nie kocha…- zachlipała patrząc posępnie na sok.
    - Mężczyźni są beznadziejni- powiedziała Elody obserwując jak Beth przechyla szklankę wypijając jej zawartość duszkiem. Oddała blondynce puste naczynie po czym zmarszczyła brwi i pokręciła głową.
    - Co się…czemu jestem tutaj?- zapytała patrząc to na chatkę gajowego to na pannę Harrison.
    - Lunatykowałaś- odpowiedziała prędko- ale jest wcześnie jeszcze. Spokojnie zdążysz na śniadanie- dodała z uśmiechem i odprowadziła dziewczynę wzrokiem. Kiedy widziała, że jest już w bezpiecznej odległości zapukała do drzwi chatki.
    - Matt! Wyjdź proszę!- krzyknęła opierając się policzkiem o drzwi. - Przepraszam! Masz najgłupszą siostrę na świecie. Nie zasłużyłam sobie na tak wspaniałego brata! - ciągnęła nasłuchując odgłosów w środku. - Przepraszam! Wiem, że jestem idiotką! Pójdą za ciebie do Azkabanu, albo gorzej…wyleją mnie. Tylko obiecaj, że będziesz do mnie pisał. Matt, proszę- szepnęła opierając się o drzwi i czekając na jakiś znak.

    ta młodsza i głupsza z Harrisonów XD

    OdpowiedzUsuń
  51. [Zmień towarzystwo :D Tak naprawdę dla masy ludzi wygląd jest najważniejszy... zresztą, tak naprawdę każdy z nas ocenia po wyglądzie, nawet nieświadomie. Gdzieś kiedyś przeczytałam, że nawet maleńkie dzieci wolą ładne twarze. Chyba chodziło o symetryczne twarze, z tego co pamiętam.]

    Elizabeth

    OdpowiedzUsuń
  52. [Ja bym zaczęła od tego zakładu, w sumie to może być taka retrospekcja, a później przeszłoby się do czegoś innego. Ale jak wolisz :)]
    James

    OdpowiedzUsuń
  53. [Jasne, rozumiem. To do napisania :)]
    James

    OdpowiedzUsuń
  54. [Zdaje mi się, że pisałaś coś o wątku... jakie wolisz relacje pomiędzy nimi? Znaczny mnie łatwiej idzie, jak się postacie lubią, ale nie będę nic narzucać :D]

    Effy

    OdpowiedzUsuń
  55. [Wydaje mi się w takim wypadku, że łatwiej będzie spróbować kontaktu Bell - Matt. Przed zniknięciem Bella mogły ich łączyć czysto koleżeńskie stosunki. Jak Matt mógłby zachować się po jego powrocie?]

    Sangster Bellamy

    OdpowiedzUsuń
  56. [Tak się zastanawiam... znali się przed Hogwartem? Czym się zajmują jego rodzice? Możemy zrobić tak, że z jakiegoś pseudo ważnego powodu (w stylu Dyrektor chciał ładną artystyczną akademię i zapragnął, żeby Elizabeth zagrała na jakimś instrumencie) Matt będzie uczył Elizabeth gry na gitarze :) lub saksofonie. Co z tych lekcji wyjdzie, to już zobaczymy :D]

    Effy

    OdpowiedzUsuń
  57. [Prawdę powiedziawszy - też mam taką nadzieję, że tym razem uda mi się dłużej utrzymać Scorpa. :) Jeśli chodzi o wątek z Bellem, nie mam zbytnio pomysłu i tu rodzi się problem. Zastanawiam się, czy nie lepiej byłoby spróbować czegoś z twoim drugim panem i moim Scorpem :3]

    Scorpius/Bellamy

    OdpowiedzUsuń
  58. [Fajna karta. Nie każdy musi być jego fanem, jednak prawie każdy musi latać na miotle. No, przynajmniej na początku :D Cieszę się, że jednak zawitałaś pod moją kartą i powitałaś :) Chętna na wątek?]

    Anija

    OdpowiedzUsuń
  59. [Dziękuję bardzo za niezwykle ciepłe powitanie, trochę czekałam na możliwość opublikowania karty, więc sprawdziłam ją kilka razy - stąd to dopracowanie ;). Jak skończy Ci się urlop to z chęcią podejmę się jakiegoś kreatywnego wątku z Twoimi chłopakami :)]

    Alicia Scrivenshaft

    OdpowiedzUsuń
  60. [Haha, im więcej tym lepiej :P Ja za to mam aktualnie wolne i cierpię na nadmiar wolnego czasu, więc mogłabym pisać całymi dniami :D Jak jednak się namyślisz, to zapraszam - a nuż nam się coś uda wymyślić ciekawego :)]

    Anija

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. [Na pewno coś będę pisać, tylko nie wiem jak się zabrać za taki tekst. Nie wiem, co mogłoby zainteresować czytelników :D. W takim razie pisz, jeśli będziesz miała ochotę i czas na wątek.]

      Usuń
  61. [Łamiemy, łamiemy i dobrze się z tym czujemy, chociaż Molly i tak ma w sobie coś ze mnie, ha! Z tobą jestem chętna na wątek zawsze, tym bardziej, że z Mattem jeszcze nie miałam przyjemności wątkować. Okey, to mów czego ci brakuje, bo Molly może stać się dla niego dosłownie każdym.]

    Molly Weasley

    OdpowiedzUsuń
  62. [Taaak! <3 Jestem za, a to oznacza nic innego, jak własnie wojnę! Niech to będzie nienawiść już od pierwszych dni w szkole, od wejścia sobie w drogę już na początku. Przez wszystkie te lata rzucali sobie kłody pod nogi, ale teraz Matt dolał jeszcze więcej oliwy do ognia, odmawiając jakiejś koleżance Molly wspólnego wyjścia do herbaciarni podczas Walentynek. Dla niej nie byłoby ważne jak delikatnie to zrobił, fakt faktem, dziewczyna leży zapłakana w łóżku już od kilku dni. Zemsta ze strony panny Weasley murowana!]

    Molly Weasley

    OdpowiedzUsuń
  63. [A czy Matt wybiera się gdzieś na Walentynki? Bo jeśli tak, to pewien pomysł na akcję w wątku chodzi mi po głowie. A jeśli nie, to pewna koncepcja też już mi świta, więc nadal będę miała coś do zaoferowania. :D]

    Molly Weasley

    OdpowiedzUsuń
  64. [Pierwszy pomysł wyglądał tak, aby Mattowi randkę zepsuć, pogrzebać jego szanse na powodzenie u tej dziewczyny, co on ją sobie tam wypatrzył. Drugi jest związany z jego audycjami. Jestem pewna, że Matt robi sobie do nich jakieś notatki. Molly mogłaby mu je albo podmienić, albo tylko niektóre rzeczy pozmieniać, przez co podczas jakiejś audycji (może jakiejś krótkiej, informacyjnej tylko) Matt zacząłby mówić głupoty, zupełnie niezwiązane z tematem, a przecież tylko jedna osoba mogła mu to zrobić, bo tylko Molly pisze serduszka nad i!]

    Molly Weasley

    OdpowiedzUsuń
  65. [Okey, nie ma problemu, jak najbardziej mi to odpowiada. ;) Matt mógłby się zdenerwować czy cokolwiek, więc zacząłby jej szukać i zaczęłaby się kłótnia, a potem to już tylko los zdecyduje, jak to się potoczy!]

    Molly Weasley

    OdpowiedzUsuń
  66. [Hej, dzięki! Nigdy nie pomyślałabym, że moje dziewczyny mogą zostać odbierane w taki sposób. :D Wracaj z urlopu jak najszybciej, bo wciąż pamiętam o naszym wątku!]

    OdpowiedzUsuń
  67. [Możesz go podkraść, możesz. Biedaczek w tym roku spędzi walentynki samotnie ;x]

    Joe

    OdpowiedzUsuń
  68. [Pewnie, że możesz, bierz śmiało :) Co do odpisu, to trochę poczekać będziesz musiała, bo jak na razie z niczym się nie wyrabiam, więc i moja Anna na tym cierpi, ale co zrobić - na tyle ją polubiłam, że nie chcę odpowiadać na 'odwal się'. Konto inne, ale oczywiście z tej strony Blue Sky :)]

    OdpowiedzUsuń
  69. [Jeszcze można chcieć całej masy różnych rzeczy, ale nie bądźmy zachłanni :D Krukoni są najfajniejsi, to się po prostu wie.]

    Sadr

    OdpowiedzUsuń
  70. [Gryfoni górą! :D Cześć, cześć. Ano, niezłe z niej ziółko, ale kto powiedział, że Gryfoni są grzeczni? Zresztą, Matt też świętoszkiem nie jest, z tego co widzę :)]

    Maisie

    OdpowiedzUsuń
  71. [Jennifer Lawrence? Niee, to na pewno nie ona. Jakiś random znaleziony na tumblrze :)
    Hmm, kombinujemy jakiś wątek? Nie wiem czemu, wyobraziłam sobie ich siedzących w Łazience Jęczącej Marty, gdzie paliliby razem trawkę xD]

    Maisie

    OdpowiedzUsuń
  72. [Nie szkodzi! Dziękuję za przywitanie :)]
    Russ

    OdpowiedzUsuń
  73. [Hmm, relacje... Ot, zwykli znajomi. Matt mógłby nabyć trawkę, powiedziałby o tym jakiemuś znajomemu, któremu jednak takie harce nie w głowie, a Maisie, która usłyszałaby ich rozmowę, zaciągnęłaby go do łazienki i kazała się podzielić :D Ich późniejsze wspólne przygody, które wynikną już w trakcie pisania, mogłyby być startem dla naprawdę dobrej przyjaźni :D]

    Maisie

    OdpowiedzUsuń
  74. [Hmm, wolę handel wymienny, czyli ja wymyślam - ty zaczynasz :) Ale jak bardzo nie chcesz zacząć to mogę coś spróbować naskrobać.]

    Maisie

    OdpowiedzUsuń
  75. Może i rzeczywiście nie miał najlepszego refleksu, ale z drugiej strony wchodząc do pubu mało kto spodziewa się, że już na samym wejściu oberwie po twarzy, toteż nie zdążył wykonać żadnego uniku. Początkowo chciał niby spróbować załagodzić jakąś sytuację, kiedy był już w stanie ogarnąć spojrzeniem wnętrze i zrozumieć dokładnie co się tutaj działo. Wiedział jednak doskonale, że Ci, którzy rozpoczęli bójkę w życiu nie przejęliby się jego słowami.
    Rozejrzał się szybko dookoła, posyłając nowo poznanemu chłopakowi, które spojrzenie mówiące, że pomimo braku różdżki da sobie radę. Może i nie miał widocznych mięśni, na pierwszy rzut oka był po prostu chuderlawy, wysoki i chudy. Nic bardziej mylnego, Fitz pod grubą bluzą ukrywał swoje mięśnie. Może nie jak u tych osiłków, którzy całe dnie spędzają na siłowni robiąc klatę, plecy barki, ale wiedział, że ma w sobie nieco siły. W dodatku nie była to jego pierwsza walka bez różdżek. Po prostu musiał się rozejrzeć, aby obmyślić jakiś plan działania. Nie miał na to zbyt dużo czasu, bo wychowankowie Slytherinu szybko przechodzili do kolejnych ataków.
    — Chyba sobie żartujecie, gnojki — mruknął, uderzając pięścią najbliższego z typków prosto w skroń. Kiedy Harrison rzucił się na węża, który wspomniał o jego siostrze Joe wykrzywił usta, lekko zdezorientowany, jednak to właśnie dało im przewagę. Został jeden ślizgon, uważnie przypatrujący się zaistniałe sytuacji, jednak na jego twarz nie wyrażała żadnych emocji. Był spokojny. Za spokojny. Joe doskonale wiedział co to oznaczało – miał skończone siedemnaście lat. Nim zdążył cokolwiek zrobić, ta nędzna jaszczurka wyjęła różdżkę i machnęła nią dwa razy. Raz, celując w Harrisona, uwalniając tym samym swojego kumpla, a drugi raz w niego.
    — Nie mam pojęcia o co poszło między wami — wiedział, różne domy. Dwa, najbardziej wrogo do siebie nastawione domy. To wszystko wyjaśniało — ale nie daruję im. Stary, muszą nas popamiętać — oczywiście były to słowa świadczące o jego żywotności i potwierdzające, że akceptuje propozycję nowopoznanego młodzieńca.
    — Na trzy? — spojrzał na niego, unikając cudem rozbłyskującego promienia jakiegoś zaklęcia. Po usłyszeniu zgody ze strony chłopaka rozpoczął odliczanie.
    Na trzy, wybiegli zza baru i ruszyli wprost na niczego nie spodziewających się ślizgonów. Prawdopodobnie spodziewali się wielu rzeczy, ale z pewnością nie tego, że po prostu ta dwójka ruszy na nich biegiem.

    Joe

    OdpowiedzUsuń
  76. Rzeczywiście przez te ostatnie trzy miesiące było między nimi spokojnie, ale oczywistym było, że prędzej czy później coś się stanie. I stało się. Pewnego wieczora przybiegła do niej koleżanka, mówiąc coś o tym, że niby Harrison ją niedobrze potraktował. Molly wiedziała, że Ivy była nieco natrętna i niekiedy irytująca, ale kiedy chodziło o tego konkretnego Gryfona, każdy powód do utarcia mu nosa był odpowiedni. Weasley słuchała jego audycji, musiała przyznać, że były całkiem dobre, ale tym razem właśnie dzięki nim miała dokonać swojej zemsty. Wiedziała, że chłopak prowadzi „Godzinę Konesera”, gdzie czasami czytywał listy od słuchaczek, dlatego dziewczyna postanowiła kilka mu podesłać. Oczywiście nie miały być to byle jakie listy, a na pewno nie miały posiadać jakiejś stosownej treści. Z tym jednak nie było problemu, bo przecież pisanie głupot nie wymagało zbyt dużego zaangażowania. Napisała kilka, podrzuciła w odpowiednie miejsce i czekała. Nie wiedziała tylko, że serduszka ją zdradzą.
    Molly właśnie schodziła ze schodów, kiedy go zobaczyła. Obok niej szło kilka z jej przyjaciółek, ale przestraszyły się wściekłego Harrisona. To, że chłopak tak wyglądał, nie wróżyło nic dobrego, ale na Gryfonce nie robiło to żadnego wrażenia. Była do tego widoki już przyzwyczajona i musiała przyznać, że napawał ją on ogromną satysfakcją. Uwielbiała wyprowadzać go z równowagi i ani trochę nie przejęła się tym, że została zdemaskowana, wręcz przeciwnie. To sprawiało, że sytuacja była jeszcze bardziej interesująca, a Matt wyglądał, jakby zaraz miał wybuchnąć. Wszystko było na swoim miejscu. Niech wie, że musi uważać na to, co robi ludziom w jej otoczeniu.
    – Cześć, Matt – przywitała się, uśmiechając się do niego uroczo. Zeszła po schodach, stając naprzeciwko niego. Wszyscy zgromadzeni w Pokoju Wspólnym przyglądali się im. Atmosfera zrobiła się napięta. Inni Gryfoni czekali na to, co się wydarzy. Kłótnie na linii Weasley-Harrison były zazwyczaj czymś na porządku dziennym, a jednocześnie niesamowicie interesującym. Cóż, cokolwiek by o tym nie sądzić, dla niej zawsze było to ciekawe.
    – Jak tam audycja? Niedawno skończyłam słuchać. Bardzo mi się podobała! – złożyła ręce na piersi, prostując się. Czuła się jak zwycięzca. – Aż dziwię się, że tutaj jesteś. Nie powinieneś gdzieś opijać tego sukcesu razem ze swoimi znajomymi? Ja bym tak zrobiła! – parsknęła śmiechem. Śmiała się mu prosto w twarz, a jego zdenerwowany wyraz twarzy sprawiał, że czuła się jeszcze lepiej. Byli swoimi naturalnymi wrogami i nie zapowiadało się na to, aby kiedykolwiek miało się to zmienić. I wcale nie czuła się tak, jakby przesadzała.

    Molly Weasley

    OdpowiedzUsuń
  77. Był weekend i zamiast odpoczywać w Pokoju Wspólnym po męczącym tygodniu, Maisie siedziała w bibliotece i z niezadowoleniem pisała esej na Zielarstwo, który musiała oddać na poniedziałek. Jutro miała już plany, więc musiała zrobić to dzisiaj i to jak najszybciej, bo nie chciała spędzić całego dnia wśród książek. Oznaczało to, że prawdopodobnie napisze to na odwal się, aby tylko zaliczyć. Tak, jak robiła to bardzo często. Bo komu chciałoby się pisać esej o nudnej roślinie, która żyje na dnie jezior? Na pewno nie jej. O wiele bardziej wolała rzucać zaklęcia, ewentualnie warzyć eliksiry, chociaż w tym też jakoś wybitna nie była. Zawsze uczyła się przeciętnie, ale wcale jej to nie przeszkadzało. Jej rodzicom także nie, bo ani słowem nie wspominali, że mogłaby się lepiej uczyć, ani w listach, które wysyłali jej raz na miesiąc, ani podczas wakacji, kiedy to dawała im karteczkę z ocenami. Była im za to naprawdę wdzięczna, gdyż nie wytrzymałaby ich paplaniny na ten temat.
    Kiedy w końcu dobrnęła do końca, na zewnątrz było już ciemno, chociaż nie było jeszcze osiemnastej. Cóż, uroki zimy, której Maisie wręcz nienawidziła. Nie mogła jednak nic na to poradzić, więc spakowała swoje rzeczy do torby, odłożyła książki na wózek, po czym wymknęła się jak najszybciej z biblioteki, aby wrócić do pokoju i rzucić się na łóżko. Potrzebowała odpoczynku, gorącego prysznicu i dużej dawki snu, ewentualnie jeszcze czegoś słodkiego na poprawę humoru. Należało jej się to po tak ciężkim tygodniu. Ani razu nie opuściła zajęć, ani razu się nie spóźniła i oddała wszystkie prace w terminie. Zasłużyła sobie.
    Będąc w drodze do dormitorium Gryfonów, przypadkowo usłyszała rozmowę dwóch chłopaków. Jednym z nich był Matt – starszy kolega z domu, z którym od czasu do czasu miała okazję porozmawiać. I wcale nie była dla niego niemiła, jak mogłoby się wydawać. Mimo swojego nieznośnego charakterku, potrafiła być całkiem miła i można było z nią czasami normalnie pogadać. I w tym momencie się z tego cieszyła, bo gdyby była dla Matta niezbyt uprzejma, plan, który właśnie wpadł jej do głowy, prawdopodobnie by nie wypalił.
    Kiedy usłyszała jak towarzysz Matta odchodzi, wyszła zza ściany i stanęła za Harrisonem, a na jej twarzy pojawił się szeroki uśmiech, jaki rzadko można było u niej dostrzec.
    — Cześć, Mattie — powiedziała z uroczym uśmiechem i gdyby tylko umiała, zatrzepotałaby z wdziękiem rzęsami. — Wiesz, skoro twój kumpel nie może pozwolić sobie na małą zabawę, może potrzebujesz nowego kompana? — spytała, biorąc go pod ramię, aby lekko pociągnąć go w kierunku łazienki Jęczącej Marty, która znajdowała się niedaleko. — Ja bardzo chętnie nim zostanę.

    Maisie

    OdpowiedzUsuń
  78. Miała ochotę rąbnąć go w głowę, kiedy usłyszała wszystkie te obraźliwe słowa z jego strony. Nie mogła powiedzieć, żeby określenie „głupia pinda” jakoś szczególnie nią ruszyło, ale przez to zrobiła się jeszcze bardziej wściekła, czego jednak nie okazywała po sobie. Wiedziała bowiem, że to tylko pogorszy jej sytuację w tej bitwie, a na to nie mogła sobie pozwolić. Dlatego skrzętnie ukrywała te wszystkie emocje w sobie, nie dając im żadnego ujścia, chociaż miała na to ogromną ochotę. Na pewno nie zamierzała się od niego trzymać z daleka, jednak jakby na jego własne życzenie stanęła w miejscu, nie robiąc żadnego kroku więcej w jego stronę. Wtedy mogłaby nie utrzymać nerwów na wodzy, mając jego facjatę na wyciągnięcie ręki, której uderzeniem mogłaby złamać mu nos. I nie obchodziły ją żadne konsekwencje tego, ponieważ sądziła, że Harrison sobie na to zasłużył. Kto, jak nie właśnie on?
    Spojrzała na niego zdziwiona, kiedy nagle zaczął śmiać się w ten dziwny sposób. Miała ochotę zapytać czy przypadkiem nie upadł na głowę, kiedy biegł, żeby na nią nawrzeszczeć, ale powstrzymała się od tego, czekając na dalszy rozwój wydarzeń. Nie rozumiała o co mu chodziło, przynajmniej na początku, bo kiedy tylko zaczął mówić… Cóż, od razu wszystko stało się dla niej jasne. I musiała przyznać, że chociaż zazwyczaj takie słowa niewiele dla Molly znaczyły, tym bardziej, gdy padały z jego słów, to teraz poczuła się w pewien sposób dotknięta. Jej stalowa forteca została lekko zniszczona, pozwoliła sobie na moment słabości, który był widoczny na jej twarzy. Szybko jednak powróciła do tego poprzedniego, bardziej zuchwałego i pewnego siebie.
    Nie spojrzała na Angie, chociażby dlatego, że słowa Harrisona nie były prawdą. Molly nie była osobą, która całuje się z chłopakami swoich koleżanek, nieważne jak bardzo miała ich czasami dosyć. Miała swoje zasady i nie była podła, nawet jeśli Matt miał ją za taką. Kłamał. Mylił się. Był cholernym łgarzem i lepiej byłoby, gdyby zamknął się i pomyślał dwa razy zanim cokolwiek powiedział, bo teraz nie było już odwrotu.
    – A ja nie mogę wyobrazić sobie dziewczyny, która po spotkaniu z tobą, nie czułaby się zraniona – warknęła, patrząc na niego wściekle. – Zastanawiasz się w ogóle czasami nad tym, co robisz, Harrison? Oczywiście, że nie, bo gdybyś miał chociaż trochę rozsądku i przyzwoitości, nie zachowywałbyś się jak ostatni idiota! – zrobiła kilka kroków w jego stronę, gotowa uderzyć go prosto w twarz. – Ale wiesz, nie sądziłam, że nie dość, że jesteś głupkiem, to jeszcze niedowidzisz. Nigdy nie pocałowałabym chłopaka mojej przyjaciółki, bo mam trochę kultury, w przeciwieństwie do ciebie! Wiesz, ile rudych dziewczyn tutaj jest?! A ty widocznie jesteś taki nienormalny, że albo kłamiesz, albo widzisz rzeczy, które chcesz widzieć!

    Molly Weasley

    OdpowiedzUsuń
  79. Nieważne jak bardzo broniła się przed tym, musiała przyznać, że ostatnie słowa chłopaka ją zabolały, tak na poważnie. Innym mogło się wydawać, że Molly nie miała problemów ze swoją samooceną, ale jak każdy miała swoje kompleksy. Każdego dnia starała się być idealna, dlatego najlepiej wiedziała, jak bardzo jest nieidealna. Była świadoma wszystkich swoich wad, starając się je zwalczyć i pogrzebać, przekuć w zaletę lub przynajmniej neutralną cechę. Dlatego nie chciała słuchać tych jego pseudo mądrych słów, jego uwag, jego drwin i tego jadowitego głosu, który w pewien sposób ją dotykał, czego tak bardzo nie chciała. Była wściekła na samą siebie za to, że dała się sprowokować i dawała się prowokować nadal, okazując słabość. Harrison wiedział, jak ją zranił. Był cholernym idiotą.
    Zanim jednak Molly zdążyła cokolwiek zrobić, do środka wszedł opiekun Gryffindoru. Gdy to się stało, przełknęła gorączkowo ślinę i na jej twarzy po raz kolejny pojawiło się zwątpienie, a nawet swego rodzaju strach. Nie stawiała jednak oporu, grzecznie idąc razem z Mattem w stronę gabinetu. Miała nadzieję, że skończy się na odebraniu punktów, nauczce i kilku oschłych słowach, ale dla Weasley ten wieczór przerodził się w koszmar, kiedy mężczyzna powiedział, że idzie po dyrektora. Dla Molly to było jak wyrok. Zignorowała słowa Gryfona, przejmując się o wiele bardziej tym, co ją czeka, kiedy Neville tu przyjdzie. Miała nadzieję, że może jednak nie zostanie wezwany, ale szybko okazało się, że te nadzieje zdały się na naprawdę niewiele, bo po pewnym czasie opiekun ich domu wszedł razem z dyrektorem do pomieszczenia.
    – O wszystkim powiedziałem dyrektorowi podczas naszej drogi tutaj – oświadczył mężczyzna, a oboje patrzyli na nich karcąco, zastanawiając się nad odpowiednią karą. – I to w jego rękach leży teraz Wasz los, bo to nie pierwszy raz, kiedy widzę Was, kłócących się. Przymykałem na to oko, ale to… już jest zbyt wiele!
    – Oczywiście nie skończy się tylko na odjęciu Gryfonom punktów. Jeszcze dzisiaj wieczorem udacie się do lochów, do klasy eliksirów, gdzie wyczyścicie wszystkie kociołki i przyrządy, a także fiolki. Mam nadzieję, że będzie to dla Was stosowna kara – Weasley wiedziała, jak Neville na nią patrzy i nie mogła znieść tego spojrzenia. Chciała stąd uciec. – Ale Molly… Nie rozumiem. Ty? W takiej sytuacji? Nie spodziewałem się tego po tobie i mam nadzieję, że zrozumiesz, iż Percy oraz Audrey będą się musieli o tym dowiedzieć. Tak samo jak rodzice pana Harrisona. I na pewno nie będą zadowoleni – ani trochę nie pocieszyło jej to, że Matt też odbędzie karę tego typu, chociaż wątpiła, aby go to w jakikolwiek sposób obeszło. Dyrektor kierował się ku wyjściu i dziewczyna miała nadzieję, że to już koniec, ale pomyliła się. – Zawiodłem się na tobie – dodał jeszcze i dopiero potem wyszedł.
    Wszystkie wnętrzności obróciły jej się do góry nogami, a oczy stały się dziwnie mokre. To były najgorsze słowa, jakie mogła usłyszeć. Zdążyła powstrzymać płacz z niemałym trudem, po czym wstała i wyszła z pomieszczenia bez słowa, kierując się w stronę lochów. Miała dosyć. Nie mogła tego znieść.

    Molly Weasley

    OdpowiedzUsuń
  80. [Dziękuję! Jeżeli tak się czułaś, to znaczy że karta osiągnęła próg mojego estetyczno-literackiego spełnienia. Chwalę za dobór wizerunku i życzę powodzenia przede wszystkim w prowadzeniu audycji :)]

    Judy

    OdpowiedzUsuń
  81. [Dziękuję bardzo za powitanie i życzenia - oby wszystkie się spełniły! :)]

    Blaine

    OdpowiedzUsuń
  82. [Bo to taka dojrzała dziewczyna :3
    XD
    Dzięki wielkie!
    Tak w ogóle, mam pytanie dot. audycji. Dałoby się zrobić jakąś sondę czy coś w ten deseń, żeby podpytać ludzi, o czym chcieliby poczytać? Może bym coś skrobnęła (jeśli nie masz monopolu ;D)]

    Amelie Barnett

    OdpowiedzUsuń
  83. [Hej :D Czekałam od wczoraj i się doczekałam :3 Nie jestem tutaj pierwszy raz ;3 Prowadziłam już tu nauczycielkę właśnie OPCM o wizerunku Megan Fox :D]

    Borys

    OdpowiedzUsuń
  84. Dziewczyna nie potrafiła stwierdzić co było gorsze: czy sprzątanie sali od eliksirów, czy sprzątanie lochów, ale Molly mogłaby wykonać nawet tysiąc takich kar, byleby tylko Neville nie wypowiedział tamtych słów, które tak bardzo ją zabolały. Właściwie nie chodziło nawet o to, że jej rodzice się o wszystkim dowiedzą, ponieważ wiedziała, że jej mama będzie ze swojej córki prawie dumna, bo przecież zawsze dziwiła się, że Gryfonka jeszcze nigdy nie wylądowała na dywaniku u dyrektora, ale to właśnie świadomość, że kogoś zawiodła, najbardziej ją bolała. To był pierwszy raz, kiedy coś takiego usłyszała, a słowa te ciągle brzęczały jej w głowie, nie chcąc jej opuścić, nawet jeśli Weasley próbowała je za wszelką cenę wyrzucić. Jak mogła na to pozwolić? Jak mogła się zachować w ten sposób? Ach tak, chciała bronić honoru koleżanki, ale co jej z tego przyszło? Nic oprócz dodatkowych problemów, stresu i świadomości, że przegrała, z czym nie mogła się pogodzić.
    Na pierwszą uwagę chłopaka, tą rzuconą jeszcze w gabinecie, nie zareagowała w żaden sposób, starając się trzymać swoje nerwy na wodzy. Wiedziała, że jeśli rzuci się na niego ponownie, to tylko pogorszy swoją sytuację, a tego nie chciała robić. Dlatego starała się go ignorować i udawać, że Matt nie istnieje, jest co najwyżej wytworem jej własnej wyobraźni. Och, jak bardzo chciała, aby Harrison teraz zniknął. Wszystko stałoby się o wiele prostsze, a ona bardziej spokojniejsza. Nie musiałaby się z nim użerać.
    Posłusznie wykonywała wszystkie polecenia, bardziej skupiona na swoich własnych myślach niż na tym, co się teraz dzieje. Wzięła do ręki miotłę, przyjmując tym samym na siebie karę, którą miała wykonać, a nawet ona lepsza była od tego, co Molly teraz przeżywała. Była jeszcze bardziej drażliwa niż normalnie, bardziej niespokojna i gotowa do wybuchu. Matt powinien to wiedzieć, ale jak zwykle zapomniał, że czasem warto trzymać język za zębami.
    Odszedł daleko od niej, ale Weasley bardzo szybko pokonała dzielącą ich odległość. Nie mogła już dłużej ignorować jego uwag, miała ochotę coś, a raczej kogoś zniszczyć, a on był do tego celu najlepszym kandydatem. Miała ochotę dać upust swoim emocjom, w końcu się wykrzyczeć. Naprawdę była gotowa to zrobić.
    – Spierdalaj, Harrison – wycedziła przez zaciśnięte zęby, patrząc na niego wściekle. W dłoniach nadal trzymała miotłę i przez głowę przebiegła jej myśl, że może powinna mu nią przywalić w dowolną część ciała, by Gryfon się opamiętał. – Wiem, że ty jesteś najbardziej zajebistą osobą na świecie i nie popełniasz błędów, ale to nie znaczy, że nie popełniają ich inni – zacisnęła dłoń na jego koszulce. – Śmiej się do rozpuku, proszę bardzo! Tak bardzo cieszy cię to, że mi się dostało?! Bo przecież najlepiej jest patrzeć na innych zamiast na siebie, co nie?! Ty cholerny ignorancie!

    Molly Weasley

    OdpowiedzUsuń
  85. Z każdą chwilą złość Molly tylko rosła, chociaż teoretycznie dzięki temu, że powiedziała mu kilka niemiłych słów, powinna się nieco uspokoić. Tyle, że Matt nakręcał ją jeszcze bardziej, na co dziewczyna za każdym razem się nabierała, nie umiejąc trzymać nerwów na wodzy. Wiedziała, że przez to daje mu wygrywać i że dla niego jest to powód do satysfakcji, ale nie umiała inaczej. Przez całe życie chowała w sobie różnego rodzaju emocje, nad którymi panowanie, przychodziło jej z coraz większym trudem, dlatego nic dziwnego, że w takich sytuacjach wychodziło to na światło dzienne. Nie dawała już rady. Nie umiała tego wszystkiego utrzymać, nie umiał tego kontrolować, bo niby jak miała kontrolować wszystko? Przecież to było niemożliwe, nawet w świecie czarodziejów. A jednak tylko dzięki temu odzyskiwała spokój, nawet jeśli tylko na chwilę.
    – A ja cię nie prosiłam o cały ten syf, z którym muszę borykać się od początku szkoły! Pewnie już tego nie pamiętasz, ale ty też wielokrotnie zachowywałeś się wobec mnie w sposób, który pozostawał wiele do życzenia! Naprawdę sądzisz, że w naszej sytuacji jesteś świętoszkiem? Nie wydaje mi się – prychnęła. W sumie stała się nieco spokojniejsza, przynajmniej do momentu, w którym nazwał ją „nadmuchaną paniusią”. Co to w ogóle miało być za określenie? – Że niby ja jestem nadmuchaną paniusią, tak?! Naprawdę jest ci dzisiaj do śmiechu, Harrison, naprawdę! Niby co złego jest w tym, że jestem dumna z tego, kim jestem, co?! Nawet nie wiesz jak traktowało się Weasleyów kiedyś, a pieprzysz takie farmazony, jakbyś znał całą moją rodzinę, a także mnie, co już w ogóle jest irracjonalne! Ty obrywałeś?! Nie bądź śmieszny! Wiele razy także obrywałam po uszach! – teraz na pewno nie zamierzała z niego schodzić, wręcz przeciwnie. Nakręciła się jeszcze bardziej. Miała ochotę powiedzieć mu o wszystkim, co przez te lata w niej siedziało, powiedzieć mu o tym, jak bardzo ją przez cały ten czas denerwował. Bo przecież wina nie leżała tylko po jej stronie, więc jak Matt mógł zrobić z siebie takiego kozła ofiarnego? Chciała to skończyć raz na zawsze, bo wiedziała, że jeśli teraz coś się nie stanie, nic się nie zmieni, a ona była zmęczona tymi bezpodstawnymi oskarżeniami.
    Jednak kiedy zamierzała podjąć rozmowę po raz kolejny, zaczęły dziać się te wszystkie dziwne rzeczy. Molly zaniepokoiła się tymi odgłosami. Miała nadzieję, że ktoś nie robi sobie z nich żartów. Lepiej, żeby tak nie było, bo ta osoba stałaby się jej kolejnym kozłem ofiarnym, a ona nie chciała przypiąć sobie łatki osoby, która tylko wyżywa się na innych. Weasley stanęła bliżej Gryfona, a gdy usłyszała ten wrzask, aż przeszły ją ciarki. Chwilę później usłyszała, jak ktoś zbliża się w ich stronę, wcale nie na paluszkach. To były kroki kogoś, a raczej czegoś ciężkiego. To coś było coraz bliżej i bliżej. Nie przed nimi. Za nimi. Molly obróciła się nagle. Troll był na wyciągnięcie jej ręki, a kiedy wrzasnął po raz kolejny, ruda odskoczyła przestraszona. Co takie monstrum robiło w Hogwarcie? Jakim cudem...?

    Molly Weasley

    OdpowiedzUsuń
  86. [Plaga ślizgońska. Epidemia. XD Dziękuję za powitanie, co do zdjęcia, miałam kiedyś wampira z takim wizerunkiem, acz nie wiem, czy po tym kojarzysz. Ktoś może gdzieś to zdjęci wykorzystał na innym grupowcu :3]

    Johan

    OdpowiedzUsuń
  87. [Może to była Akademia Istot :D Może padną jak muchy. Nadzieja umiera ostatnia!]

    Johan

    OdpowiedzUsuń
  88. [Cameron se znikła se ;0]

    William Stanford

    OdpowiedzUsuń
  89. [Zróbmy sobie wątka <3]

    Zoey

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. [Mam ochotę na coś, co rozwali nam mózgownice :D Jakieś propozycje na powiązanie może na początek?]

      Usuń
  90. [https://d21ii91i3y6o6h.cloudfront.net/gallery_images/from_proof/6227/large/1436029737/geek-poo-emoji.png
    Powodzenia z pozostałymi postaciami:D I ten tego, skrobnę Ci maila niedługo, bo myślałam sobie o tej audycji i coś tam wymyśliłam, tylko muszę to ogarnąć jakoś po ludzku :D]

    Sorsia i reszta

    OdpowiedzUsuń
  91. [Okej, mogła nie zdać z czwartego roku właśnie przez Mefju. Załóżmy np., że aby zdać, musiała dostarczyć jakieś prace nauczycielce transmutacji (na którą wtedy uczęszczała). Dwa lata od niej młodszy Matthew kłóciłby się z kimś na korytarzu, rzuciłby zaklęciem, Zoey przechodziłaby akurat nieopodal... i bach, wszystkie kartki spalone na wiór. Zoey nic by nie powiedziała albo nauczycielka nie chciałaby słuchać i ta-daa! Uraza do Matta pozostaje, ale może z czasem chłopak będzie chciał jej to wynagrodzić. Może nawet teraz oboje się z tego śmieją.
    Nie wiem, jak Matt, ale Zoey robi dużo mugolskich rzeczy, więc mogliby razem na przykład oglądać mugolskie magazyny, palić fajki na błoniach... Albo wymknąć się razem na mugolski koncert. Nie wiem, czy skoro są pełnoletni, to o sobie decydują, ale żeby było fajniej, to uznajmy, że nie i że podrobili podpisy rodziców na piśmie, które miało ich zwolnić na dwa dni z Hogwartu.]

    Zoey

    OdpowiedzUsuń
  92. [Może być i z zapalniczki, ważne, że zepsuł XD

    W drodze na koncert może stać się wiele rzeczy! Mogą spotkać jakichś dziwnych ludzi, upić się do nieprzytomności, być świadkami morderstwa, o którym potem muszą milczeć... Mówię ci, same super przygody!]

    Zoey

    OdpowiedzUsuń
  93. [Byłabym wdzięczna za zaczęcie, a na czyj koncert jadą, to już w sumie od Ciebie zależy. Proponuję Edynburg albo Glasgow, bo Hogwart jest w Szkocji i Zoey też jest ze Szkocji i w ogóle. Chyba że jedziemy dalej, do Anglii, to spoko, why not! :D
    Z audycji wnioskuję, że bardziej znasz się na rocku niż ja, ale jak już wybierzesz zespół, to posłucham, żeby nie było, że nic nie wiem XD]

    Z.

    OdpowiedzUsuń
  94. [Ubolewam, że Gambita teraz zagra Channing (może poradzi sobie) a nie Taylor. No nic, świat się zmienia. A w Bractwie to była miazga dla mnie.
    Cajun dziękuje za powitanie! :)]

    OdpowiedzUsuń
  95. [Dziękuję za wsparcie. :) Sama nie wiem o co chodziło. Uważam, że nie zrobiłam nic złego. Dodatkowo wypowiada się nie twórca Arsellusa, ale ktoś inny, nie mam bladego pojęcia co jest nie tak. Ale no nic, dzięki za powitanie. :)]
    Ars

    OdpowiedzUsuń
  96. Rose powoli podniosła się, dłonią przetarła oczy, a w końcu po turecku usiadła na łóżku i wciąż zaspana objęła poduszkę. Po chwili spojrzała w bok i niezadowolona mruknęła, coś o tym, że nigdy nie zda tego egzaminu i że chcąc nie chcąc musi się z tym w końcu pogodzić. Dwa — zero, dla Historii Magii. Podręcznik do tego przedmiotu bowiem już drugi raz zdołał ją uśpić, choć dziewczyna przysięgała sobie i wszystkim dookoła, że ta wpadka z przedwczoraj więcej się nie powtórzy i że tym razem nauczy się, chociaż połowy materiału. Guzik prawda, zasnęła chyba jeszcze szybciej niż wczoraj, a nadal umiała tyle, co wcześniej, czyli zupełnie nic.
    - Emily, wiesz może która godzina? - rzuciła, przeciągając się i przy okazji powoli odkręcając do koleżanki, która miała nadzieję, nadal znajdowała się w pokoju — Halo, halo, a Ty co tu robisz? - ożywiła się nagle, gdy zamiast drobnej blondynki, na łóżku zobaczyła chłopaka i to nie byle jakiego. Harrison znowu pojawił się w najmniej oczekiwanym i odpowiednim momencie, ale przynajmniej dobrze, że wreszcie raczył się pokazać i oznajmić tym, że żyje. Wprawdzie ostatnio wszyscy mieli urwanie głowy z nauką, (chociaż akurat on pewnie do tych wszystkich nie należał) i jednak zamiast spotkań z przyjaciółmi częściej wybierane zostawały randki z super ciekawymi przedmiotami, ale i to nikogo nie upoważniało do nagłego wyparowania, nawet jeśli było to tylko jedno popołudnie i wieczór.
    - Szukałam cię dzisiaj, wiesz? - powiedziała, spoglądając na chłopaka. W zasadzie przebywał on tu teraz nielegalnie, ale w dormitorium nikogo poza nimi nie było, a przecież to nie pierwszy raz, kiedy stali na granicy prawa, więc Prim nie zamierzała ruszać się z ciepłego łóżka, przynajmniej na razie. Trochę tylko ciekawiło ją, jak się tu dostał bez jej pomocy, ale później przypomniało jej się, jak działa na dziewczyny i wszystko momentalnie stało się jasne jak słońce.
    - Posiadam informację, która powinna cię zaciekawić — ciągnęła, uśmiechając się intrygująco, a przynajmniej taki miała zamiar. Wzięła stojącą przy szafce nocnej, skórzaną torbę i zaczęła przeszukiwać jej zawartość, mając nadzieję, że to, czego szuka, jest tam, gdzie myśli. Udało jej się i po chwili wyjęła mugolski magazyn, który dzisiaj rano dostała w paczce od dziadków ze strony ojca. Szybko otworzyła go na odpowiedniej stronie. -
    Zobacz kto za tydzień gra w Londynie — podała gazetę Mattowi, podekscytowana czekając na jakąś reakcję z jego strony.

    Prim

    OdpowiedzUsuń
  97. Hogwart nie był złym miejscem. Mimo że często miała dość zbiorowiska czarodziejów, z którym musiała obcować każdego dnia, to nawet pałała do zamku sympatią. Szczególnie do szklarni oraz Zakazanego Lasu, gdzie żyło tyle magicznych stworzeń, że na samą myśl Zoey przechodził dreszcz podniecenia. Nie zmieniało to jednak faktu, że Zoey Marks nie była dobrą czarownicą. Ledwo przeszła do siódmej klasy, gdzie i tak była starsza od innych o całe dwa lata. Gdyby nie Matthew Harrison, prawdopodobnie byłby to jedynie rok, jednak jakoś się z tym pogodziła. Po kilku latach wynagrodził dziewczynie nieprzyjemny wypadek z trzeciej klasy, kupując jej bilet na koncert Jacka White’a.
    Dziewczyna od miesiąca chodziła cała w skowronkach, przebierając nogami na myśl o wydostaniu się z murów Hogwartu. Głupie zasady zakazywały opuszczania szkoły nawet przez dorosłych uczniów, więc musiała załatwić sobie zwolnienie od rodziców. Nawet nie próbowała prosić. Wiedziała, że jej ojciec od razu powiedziałby kategoryczne „nie”. Zapewne gdyby nie fakt, że jego córka ma już prawie dwadzieścia lat, a wciąż siedzi w szkole, zgodziłby się bez problemu. Pod tym względem był jednak surowy i nieustępliwy. Miała skończyć Hogwart w tym roku, a to wymagało dużej ilości nauki, nawet jeśli Zoey aktualnie uczyła się tylko tych przedmiotów, które szły jej dobrze (a wiele ich nie było). Do końca piątego roku jej edukacja była istną katorgą, teraz szło z górki. Sama nie wiedziała, co chce ze sobą potem zrobić. Myślała nad otworzeniem sklepiku z mugolskimi gadżetami w Hogsmeade, jednak wizja bycia barmanką lub piercerką również miała swoje zalety. Wtedy jednak nie miałaby możliwości studiowania magicznych stworzeń.
    To nie tak, że bała się kaca. Nie szła do magicznej apteki w Hogsmeade tylko po to, że nie umiała wypić witaminy C. W torbie tuż obok butelki mugolskiej wódki spoczywała paczuszka z marihuaną, a po tym, jak kiedyś uczestniczyła w imprezie, gdzie jeden z jej znajomych dostał zapaści po wymieszaniu tych dwóch, wolała być przygotowana na wszystko. Do tej pory nie mogła zapomnieć karetki odjeżdżającej z Benem na sygnale. Nie chciała nigdy powtarzać tego, co wtedy się stało. Gdy mówiła, że kupi eliksir, który uratuje im życie, dokładnie to miała na myśli.
    – Dzień dobry – powiedziała, gdy wszystkie stare czarownice w końcu kupiły żabie pęcherze, skrzydła cykad i inne dziwne rzeczy. – Poproszę eliksir na problemy z krążeniem.
    – Jaki dokładnie?
    – Coś, co pomoże przy zapaści.
    Sprzedawczyni, trzydziestoparoletnia kobieta z białej szacie, o spiętych, złotych włosach, uniosła brew, patrząc na Zoey.
    – Mam chorego znajomego, wolę być ubezpieczona. – Uśmiechnęła się dziewczyna, na co aptekarka pokiwała głową, po czym podała jej buteleczkę.
    Zoey położyła odpowiednią ilość galeonów na starym, drewnianym blacie, po czym podziękowała, wzięła eliksir i wyszła, w międzyczasie zerkając na zegarek wiszący na ścianie apteki. Zaklęła pod nosem, po czym szaleńczym biegiem pognała w stronę stacji kolejowej. Miała pociąg za niecałe dziesięć minut. Łatwiej byłoby się jej deportować, istniał jednak jeden szkopuł – tego również nie potrafiła.
    ***
    Pociąg z jakiegoś powodu stał w polu już od prawie godziny. Zoey westchnęła cicho, przyklejając nos do szyby. Na głowie miała założone czerwone słuchawki Sony. Sama nie wiedziała, jak wyrazić radość, jaka towarzyszyła jej, gdy wreszcie mogła wyjąć swojego iPhone’a spod poduszki i go włączyć. Szukała wielu sposobów na uruchomienie urządzenia w Hogwarcie, każdy z nich jednak zawodził. Muzyka dudniła jej w uszach, zagłuszając wszelkie odgłosy. Jedyne, co widziała, to zachmurzone niebo i drzewa, które stały w tym samym miejscu niezmiennie od kilkudziesięciu minut. Uśmiechnęła się szeroko, gdy pociąg w końcu ruszył.
    Tu magia, tam magia, ale porządnego pociągu to już nie było komu załatwić – pomyślała.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Gdy tylko dojechała do Londynu, wyskoczyła na peron i przebiegła przez barierkę, aby znaleźć się na mugolskiej części stacji. Wpadła przez przypadek na jakiegoś mężczyznę ubranego w garnitur, który posłał jej nienawistne spojrzenie.
      – Przepraszam! – zawołała za sobą, zsuwając z głowy słuchawki, które zawisły na jej szyi.
      Nie było jej stać na taksówkę, jednak Pokątna na szczęście nie znajdowała się bardzo daleko. Szybkim krokiem pokonała kilka przecznic Londynu, a gdy w końcu weszła z powrotem w czarodziejski świat, odetchnęła z ulgą. Rozejrzała się wokół, chcąc odnaleźć wzrokiem Matta. Uśmiechnęła się lekko, widząc poirytowanego chłopaka podpierającego ścianę jednego z budynków.
      Podeszła do niego i odetchnęła, wycierając rękawem pot z czoła.
      – Maaatko, myślałam, że nie dojadę! Cholerny pociąg stanął w polu, tak po prostu, wyobrażasz sobie?! – Wyjęła mu z ust papierosa i zaciągnęła się bez pytania.

      Zoey

      Usuń
  98. [Wszystkiego najlepszego, Zią.]

    Człowiek-Niespodzianka

    OdpowiedzUsuń
  99. [O kurczę. Ackles dziarsko zmierza ku starości...
    Urodziny Chopina trzeba opić bezsprzecznie. Idę sprawdzić, czy mam coś dobrego... :D]

    Charlie Parker

    OdpowiedzUsuń
  100. [Ojeju, no nie czuj się urażona. :c Przecież ja te wizerunki mogę wykorzystać w przypadku innej postaci! Przepraszam. :c]

    Maxine Carter

    OdpowiedzUsuń
  101. [No nie płacz, dziecinko, bo mi się źle robi, no! Sama zdjęcie chwaliłaś, a teraz co? :c Kylo z pewnością cię pocieszy. Tak samo, jak pocieszył Hana. Marvel to życie, kobito. Możesz mi kazać, wykonam rozkaz bez mrugnięcia okiem.]

    Maxine Carter

    OdpowiedzUsuń
  102. [Pan Hogwartu kłania się nisko! Może tym razem udałoby nam się skleić wątek? W głowie świta mi parę pomysłów, więc jeśli byłaby ochotę - daj znać, a na pewno przybędę z rozpiską! :D]

    Natan

    OdpowiedzUsuń
  103. Szybko złapała kurtkę i wybiegła z dormitorium zaraz za chłopakiem, który przez pośpiech wpadł już na kilka jej koleżanek. Te spoglądały na nią pytająco i szeptały między sobą, co Puchonke powoli zaczynało już irytować, bo przecież Harrison nie był u niej pierwszy raz i widok ich dwójki goniącej nie wiadomo gdzie, nie był już niczym nowym. Poza tym żadna z nich nie była taka święta, na jaką wyglądała i same niekiedy sprowadzały swoich chłoptasiów, ale o sobie gadać przecież nie będą. Właśnie zbiegała ze schodów, gdy stojący już na dole Matt zaczął obściskiwać się z Annie, dobrze, że szybko skończył, bo gdyby to publiczne okazywanie uczuć trwało dłużej to ani dla niej, ani dla niego na pewno nie skończyłoby się dobrze.
    - Biegnę! - odkrzyknęła, posyłając zdziwionej dziewczynie uśmiech i unosząc kciuk do góry. Mimo że najchętniej potraktowałaby ją teraz jakimś niezbyt przyjemnym zaklęciem, uznała, że musi się opanować, poza tym Puchonka była całkiem miła i o zgrozo, ładna. Pobiegła za chłopakiem, próbując dorównać mu kroku, co udało jej się dopiero w połowie drogi do wyjścia z Zamku.
    - Chwila, bo nie wyrabiam — rzuciła już delikatnie zmachana, w międzyczasie próbując jeszcze założyć kurtkę, której na szczęście nie zgubiła w tym jakże szaleńczym biegu. - Ej Matt, bo wiem, że jesteś podjarany tym całym konkursem, ale przecież dobrze wiesz, że tam będzie mnóstwo zawodowych pijaków, więc musisz trochę ochłonąć. Siedem lat doświadczenia to niestety trochę mniej niż czterdzieści. Zaraz ty tak wcześnie zacząłeś? - spojrzała na chłopaka, unosząc brew, jednak nie zwalniając. Wiedziała, że wiadomość o tym koncercie bardzo ucieszy Matta, a ten konkurs trafił się w tak idealnym momencie. Byli młodzi i całkiem wytrzymali. Wprawdzie nie piła jeszcze nigdy, aż tak dużo jakby musiała teraz, ale przecież kiedyś musi być ten pierwszy raz. Sprawę wieku też się jakoś załatwi.
    Najpierw oczywiście chciała zrobić Gryfonowi niespodziankę i kupić bilety przy pierwszej okazji, a dopiero później pokazać mu plakat i dać wejściówkę, jednak gdy zobaczyła ich cenę, a później zawartość swojego portfela, a nawet skarbonki ze smutkiem stwierdziła, że nic z tego. Nawet rodzice nie pomogli, tłumacząc się, że po ostatniej akcji na razie nic od nich nie dostanie.
    - Musimy mieć tę bilety, więc mimo wszystko musimy, a raczej musisz spróbować- powiedziała po chwili, choć sądziła, że to, co mówi, raczej zbytnio go nie interesuje. Jeśli nie chciałaby pójść, to dostałby się tam sam i tyle. - Teleportujemy się? - ciągnęła, łapiąc go za ramie — Cholera, muszę popracować nad kondycją. Trochę szybsze tempo, a ja normalnie umieram.

    Prim

    OdpowiedzUsuń
  104. Był odrobinę zaskoczony, że cała akcja poszła im tak sprawnie i bezproblemowo. Oczywiście fakt, że po chwili rozrób w pubie, pojawiła się jego właścicielka w ogóle nie było dziwne. Joseph jednak nie Każdy o wszystkim wiedział, ludzie trzymali się razem, ostrzegali się przed obcymi i wymieniali najświeższymi plotkami. Fitz nie mógł pozwolić, aby właściciel sklepu, w którym pracuje dowiedział się o jego dzisiejszych przygodach. Wciąż był tu tylko obcym dzieciakiem, podejrzanym chłopcem, który powinien wciąż tkwić w szkole, jednak w jakiś sposób znalazł się tu… Z dala od rodziny, od szkoły, od wszystkiego. Pozostawiony sam sobie, musiał dobrze dbać o siebie i swoje interesy.
    — Przymknij się, dzieciaku — burknął, ciągnąc Gryfona za kołnierz. Zdawał sobie sprawę z ironii wypowiadanych przez niego słów. W końcu byli dokładnie w tym samym wieku, Joe jednak mieszkając przez długi czas na ulicy czuł się doroślejszy, poważniejszy. Bardziej doświadczony życiowo. Dlatego każdy uczeń, był dla niego po prostu dzieciakiem. Beztrosko żyjącym, nie zastanawiającym się nad niektórymi, poważnymi sprawami — wytrzymaj jeszcze chwilę bez słowa.
    Kiedy znaleźli się w miejscu, w którym nikt nie mógł ich dostrzec, puścił jego kołnierz i uważnie zmierzył go spojrzeniem swoich jasnych tęczówek. Zmarszczył przy tym brwi, chowając dłonie do kieszeni.
    — Życie uczy różnych rzeczy — odpowiedział w końcu na jego pytanie, wypuszczając powolnie powietrze przez usta — z czasem sam się o tym przekonasz, ale teraz. — Przerwał na chwilę, pozwalając sobie na szerszy uśmiech, odrzucając gdzieś na bok postawę tego poważnego człowieka, który miał jakąś tajemnicę — Teraz człowieku należy nam się należyta nagroda za pokonanie tych dupków. Lepiej mi powiedz co to za jedni i o co była cała ta afera.
    Przecież nie zależało mu na sprawianiu jakichś pozorów, nie chciał tworzyć wokół siebie dziwnej aury. Spojrzał na obcego sobie chłopaka i przejechał zmęczony dłonią po twarzy.
    — Mieszkam niedaleko stąd. Co prawda nie mogę zaproponować za wiele, ale myślę, że krzesło i butelka ognistej wystarczą, co? — spoglądał na chłopaka, w oczekiwaniu na jego odpowiedź.

    Hehehehe, może powinnam poczekać dwa dni i wstawić to równo miesiąc po Twoim odpisie... XDDD wybacz, że tyle to trwało, ale wiesz jak jest. Wena jest kapryśna.
    JOSEPH

    OdpowiedzUsuń