1 listopada 2015

Season of the Witch

muzyka >
MATTHEW HARRISON
17 lat || Gryffindor || Brudna krew || VII
Koło ONMS || Klub eliksirów
       Jeśli na korytarzach Hogwartu roznosi się dźwięk saksofonu, można być pewnym, że to właśnie Harrison odgrywa jeden ze swoich koncertów. Miłośnik kręgli, Gryfon z dziecięcą twarzą, której nikt nie bierze na poważnie. Raczej nie jest wstydliwy, jeśli w ogóle wie, co to znaczy. Możliwe, że zna też wszystkie żarty świata, którymi rzuca w najmniej spodziewanych momentach. Jak na duszę towarzystwa przystało posiada wielu znajomych, ale tylko jednego prawdziwego przyjaciela, z którym często przepycha się na szkolnym korytarzu, w łazienkach, klasach, błoniach, dormitorium... Ogólnie wszędzie włączając w to miejsce w dorożce.  Ktoś kiedyś określił go jako casanovę, ale Matt zdecydowanie się tego wypiera. Jednak gdy ci to powie, odwróci się i zacznie dalej zagadywać jakąś dziewczynę z gitarą przewieszoną przez plecy. Lubi towarzystwo kobiet, ale wątpi, by kiedyś się z jakąś związał na stałe. Musiałaby naprawdę zawładnąć jego sercem, żeby mógł otwarcie przyznać, że miłość istnieje, chociaż jakiś czas temu zaczął się oglądać za taką jedną... Chodzi własnymi drogami, nie przejmując się tym, co mówią o nim ludzie. Jak na Gryfona przystało odznacza się wyjątkową odwagą, choć ta objawiała się do tej pory przyjmowaniem niekoniecznie bezpiecznych zakładów, które owszem wgrywał, ale były to zazwyczaj pyrrusowe zwycięstwa przynoszące podziw wśród kolegów i posiedzenia na dywaniku u dyrektora. Jest bardzo pewny siebie i uważa, że nie ma rzeczy, której by nie sprostał. Poważny tylko w momencie, gdy chodzi o jego młodszą siostrę. Przed jego gitarą stoi tylko Elody, którą stara się chronić przed wszechobecnym złem świata. Najczęściej ukazuje się ono w postaci chłopaków ze szkoły.
      Matthew był oczkiem w głowie rodziców do pierwszego roku życia, potem jego mama zaszła w ciążę i urodziła córkę. Odsunięty na dalszy plan chłopak poświęcił się muzyce, a szkoła podstawowa do której uczęszczał związana była z umiłowaną grą na saksofonie. Jako najstarszy z dwójki dzieci Luizy i Edmunda miał w dzieciństwie najwięcej swobody, bo rodzice skupili się na wychowywaniu słodkiej księżniczki niż wyraźnie zbuntowanego syna. Dom dziadków Matthew i Elody był istnym zbiorowiskiem instrumentów, więc głównie tam przebywał do jedenastych urodzin, aż dostał list z Hogwartu. Harrison chciał zostać policjantem i niezbyt uśmiechało mu się iść do tej dziwacznej szkoły. Poszedł jednak z postanowieniem, że gdy z niej wyjdzie pójdzie do Akademii i na razie nie zmienia zdania. Prócz swojej gitary kocha wyblakłego seledynowego Fiata 500 z lat sześćdziesiątych, który czeka na niego w rodzinnym garażu. Rzeczą, o której wie bardzo mało ludzi jest tatuaż na prawej łopatce z imieniem i wizerunkiem jego babci za młodu.

200 komentarzy:

  1. [A ja słucham The Commitments - Mustang Sally i pasuje tak superancko, że aż żal mi przełączać xD O, widzę, że rodzeństwa podbijają Hogwart. Mam nadzieję, że jesteś fanką 21 Jump Street, bo niektórzy nie oglądają, bo nie umieją po angielsku, więc z lenistwa... ;) Z Maxem mają parę rzeczy wspólnych. Szczególnie gitary, bo tak to Cavendish to hipis, a tu Matt to taki... No, wiadomo kto heh O i chodzi na zajęcia z Velvet! Jak miło! Zapraszam i powodzenia. Wgl uważam, że karta mimo że prosta ma w sobie dużo uroku ;)]

    Max Cavendish Jr./Velvet Hudson

    OdpowiedzUsuń
  2. [Witamy na blogu i życzymy udanej zabawy :)]

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. [Dziękuję bardzo. Przyszłam, bo podobno macie świetny klimat, więc czemu by nie? :D Mam czas.]

      Usuń
  3. [Siemka! Nie zaproponuję wątku, bo dupa wołowa ze mnie jeśli chodzi o dobre wątki męsko-męskie :c Mimo to chwalę za naprawdę fajnie rozbudowaną postać, ładną i przejrzystą kartę no i moooże trochę za wizerunek. Ale tylko trochę ;D Bo jak tu się nie rozczulić? Akurat słucham Michaela, ale dopiero gdy piszę komentarz. Wcześniej załączyłam muzykę ;) Pozdrawiam i miłego pobytu! I Velvet już Cię dorwała przede mną xD Co za babsztyl!]

    OdpowiedzUsuń
  4. [ Cześć brat <3
    Wątek jest obowiązkowy. Zaczynamy od tak czy od jakiejś konkretnej sytuacji? Kłótnia rodzeństwa, prośba o przysługę, wspólna gra na gitarze, cokolwiek co ci wpadnie do głowy :) ]

    Elody

    OdpowiedzUsuń
  5. [A czego chce ode mnie, cudne dziecko? Hm?]

    Velvet

    OdpowiedzUsuń
  6. [skoro jesteś braciszkiem Elody to niestety musisz się męczyć z Ajrunem, który złamał serduszko Harrisonowej i w dodatku zabić ja chciał, więc no... Kombinujemy coś nie? :D Do Avalon również zapraszam!]

    Ian Ajrun, Avalon Moore

    OdpowiedzUsuń
  7. [No wiesz? Nie bój się jej, ona jest fajna! A jeżeli chodzi o wątek z Ajrunem to oh... On kocha Elody i jak już czytałaś wiesz, że jej to powie. Aczkolwiek jak rozmawiałam z Jej autorką to nam się niestety wątek skończy, nad czym strasznie ubolewam... Ale póki co no to się jeszcze Ian odrobinę kręci wokół niej. Z tego co mamy ustalone to Elody będzie jakoś go ratować przed Azkabanem. Więc no... Coś damy radę wymyślić. Tylko ja dzisiaj nie do końca trzeźwo myślę, więc... Nie wiem czy aby na pewno jest dobrze, abym rzucała jakimiś propozycjami. Ale ja bardzo chętnie i z wielką przyjemnością zacznę. Więc no. :D]

    Ajrun

    OdpowiedzUsuń
  8. [To chodź do Avalon! Najwyżej jak którąś nagle olśni odnośnie wątku z chłopakami to się coś pokombinuje :D]

    Ajrun/Avalon

    OdpowiedzUsuń
  9. [Bardzo przyjemny chłopak z Twojego Matthewa. :D I bardziej ja niż Rose, ale jestem ciekawa, któraż to tak zawróciła w jego głowie, że jest w stanie uwierzyć dla niej w miłość.
    Zaproszę też na wątek, jeżeli znajdzie się nam pomysł c:]
    Rose Weasley

    OdpowiedzUsuń
  10. [No ja wiem, że większość dziewczyn widzi chłopaka i twierdzi "omgomgomg musi być mój" (co widać po liczbie przywitań, ja tak wylewnie chyba nie zostałam powitana :D), ale zdążyłam się już przekonać, że coś wyjdzie w innym wątku i cały misternie ułożony romans szlag trafia.
    Myślę, że Rose polubi Matthewa, w końcu w rodzinie ma mnóstwo takich "cassanóv" (cassanovów? xD), którzy uwielbiają żartować z innych, więc nauczyła się ich tolerować, chociaż sama bywa potwornie sztywna. Ale myślę, że może dochodzić między nimi do spin, bo chociaż Rose muzykę lubi, to jednak gdy chce się pouczyć raczej nie ma ochoty słuchać saksofonu, który jest jednak dość głośnym instrumentem, a przez akustykę Hogwartu może być go słychać prawie wszędzie. :D]
    Rose Weasley

    OdpowiedzUsuń
  11. [Myślę, że zabawniejsze będzie wparowanie do dormitorium. Z pewnością nikogo nie będzie w nim, bo to takie głośne, że lepiej słuchać z odległości... xD Tylko pytanie: na jakim etapie relacji są? Znajomi? Coś-jakby-przyjaciele, tak, żeby się jeszcze podroczyć i podenerwować? :D]
    Rose W.

    OdpowiedzUsuń
  12. [Jako początek znajomości? Byłby naprawdę trudny, bo Rose nie lubi być olewana xD Tylko czy to się rozwinęło w którąś stronę?]
    Rose

    OdpowiedzUsuń
  13. [Jeżeli chodzi o wątek pomiędzy panami to... Dobra, nie oszukujmy się. Gdy Matt się dowie o tym co zrobił Ian na pewno mu przywali. Ręką, nogą albo różdżką. I na tym nam się skończy wątek. Ale jeżeli chodzi o Avalon. Mam ochotę Cię nią straszyć non stop, ale ona NIE JEST straszna. Ona jest kochana, taka starająca się... Taka delikatna. Więc jeżeli Matthiew będzie jej się bał, to ona rozpowie to wszystkim dziewczynom i żadna już go nie będzie chciała za żadne skarby, no bo jak się można bać Moore? :P Ale dobra, już się uspokajam i przechodzę do wątku. Z racji, że nie lubię takich wątków od początku, poznawania się. Możemy sobie założyć, że się znają. I mogą się znać przez Elody. Kurde są na tym samym roku, na bank chociaż raz miały zajęcia i jakieś wspólne zadanie (a jak nie to ja już ładnie poproszę panienkę Harrison :D) i można zrobić tak, że przez krótką chwilę, któreś, się w którymś podkochiwało, ale im szybko minęło. Mogli nawet zauważyć, że im, się lepiej dogaduje kiedy się "tylko kumplują" bez żadnych starań o serduszko drugiego. I mogą mieć razem jakieś fajne przygody. Mogą się czasem kłócić, skradać się do kuchni na herbatę z mangostanu :D Boże, nie wiem co piszę. Mam gorączkę i chyba się po prostu nasila. Więc no. To tyle ode mnie. Przepraszam, że musisz to czytać ;d]

    Avalon

    OdpowiedzUsuń
  14. [ O dżizys! Jak ja uwielbiam Deppa- A młodego w szczególności! I do tego opis idealnie do niego pasujący :D
    Zgadza się, grał w Sweeneym Toddzie, Darach Anioła, Camelocie, Zmierzchu (koleś w utlenionych włosach na blond) i to chyba tyle z tych bardziej znanych produkcji z jego udziałem ;)
    I serdecznie dziękuję za miłe przywitanie i również się kłaniam! ]


    Val.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. EJ W POTTERZE GRAŁ JESZCZE. EKHEM.

      Usuń
    2. TAK! BARDZO TAK, TAK, TAK. Ale miał tylko króciutkie epizody jako Grindelwlad :D

      Usuń
  15. - Twój brat jest okropny – jęknęła przeciągając samogłoski, zerkając swoimi szarymi oczami na twarzyczkę opatuloną blond loczkami – po prostu… Wszyscy wiedzą, że to za tamtymi drzwiami są zawsze najlepsze imprezy. ZAWSZE. A my, nigdy tam nie jesteśmy – burknęła odrobinę oburzona, uważnie wpatrując się w swoją przyjaciółkę. Pewnie, gdyby to nie był jej brat nie byłoby żadnego problemu z dostaniem się do środka, ale…
    - Jeżeli chcesz to idź, mnie i tak wywali… - odezwała się młodsza z rodzeństwa Harrison, obrzucając srebrnowłosą dziewczynę spojrzeniem swoich zielonych oczu. Chciała iść. Cholernie mocno, ale nie chciała też zostawiać swojej przyjaciółki samej. Nie chciała wybierać pomiędzy rodzeństwem. Poza tym… Wcale nie interesowała się Mattem. Jednak za drzwiami tego dormitorium był ktoś jeszcze, ktoś bardzo ciekawy. Ktoś, komu Avalon uwielbiała się przyglądać. Tak po prostu. Nie musiała nawet z nim rozmawiać, po prostu cieszyła się jego widokiem.
    - Ja nie chcę, chcę i nie chcę – mruknęła, mając nadzieje, że dziewczyna ją zrozumie. I zrozumiała. W dodatku wypchnęła ją lekko z dormitorium i prawie, że zaprowadziła pod drzwi siódmego roku, pukając w nie mocno, a następnie oddalając się.
    - Baw się dobrze, tylko nie szalej. Później mi wszystko opowiesz – uśmiechnęła się radośnie i zniknęła ponownie za drzwiami swojego dormitorium. A Avalon stała i czekała. A co, jeżeli On stanie w drzwiach? A jeżeli będzie w nich Harrison i nie wpuści jej, bo jest tylko przyjaciółką Elody? Przygryzła delikatnie pełną wargę, wpatrując się uparcie w drzwi, oczekując, aż ktoś jej w końcu otworzy.
    Uśmiechnęła się, widząc przed sobą Matta. Modląc się tylko, aby jej nie wyrzucił.
    - Nie ma ze mną Elody! – powiedziała na starcie, jakby to miało być przepustką do przekroczenia magicznego progu. Nie czekając też dłużej na reakcję chłopaka, wślizgnęła się do środka, pod jego ramieniem. Sama, zaskoczona swoim zachowaniem. Przecież nigdy tak nie robiła. Stanęła przy czyimś łóżku, rozglądając się uważnie dookoła, w poszukiwaniu swojego celu. Uśmiechnęła się lekko na jego widok i odwróciła wzrok, co by przypadkiem się nie zorientował. Podeszła do jakiegoś stoliczka i chwyciła butelkę, nie mając pojęcia co znajduje się w środku. Będąc zadowoloną, że udało jej się w końcu dostać do środka, okręciła się lekko dookoła, przyglądając się wszystkiemu i wszystkim.
    - To co robimy? – zagadnęła, podchodząc do Matta – i co to tak w ogóle jest? – mruknęła cicho, wskazując na napój, trzymany w jej dłoni. Pochodząc z czysto krwistej rodziny nie znała wszystkich mugolskich „rozrywek”.

    Avalon

    OdpowiedzUsuń
  16. W przeciwieństwie do swojego brata panienka Harrison specjalnie nie prowokowała niepotrzebnych sytuacji w czasie zajęć. Niestety miała to nieszczęście, że była nienaumyślną przyczyną serii niefortunnych zdarzeń. Tłumaczenie i mina zbitego psa niewiele dawały, a być może dawały, ale dobrych kilka lat temu w wykonaniu małej dziewczynki z wielkimi, zielonymi oczami, a nie nastolatki. Cóż, mówimy tylko o zajęciach bez Ślizgonów, bo jeśli o nich chodzi to nawet nie kryła się ze swoją winą. Po prostu nie pozwalała sobie w kaszę dmuchać choć w pierwszym roku być może nadużywała wrzasku typu „ Powiem mojemu braaaaaatuuu!” lub coś bardziej wyrafinowanego „ Jesteś u Matta!”. Potem nauczył ją kilku zaklęć i jako tako sobie radziła, a teraz śmie twierdzić, że kłótnie ze Ślizgonami są bardziej przydatne niż Klub Pojedynków.
    Ostatnio natomiast powstało coś na kształt symbiozy między nią a szlabanami i trudno było przyznać, że taki związek jej pasował. Powoli zaczynała akceptować, że jej plan zajęć musi posiadać kilka dodatkowych godzin na spędzaniu ich na szlabanach.
    Ten dzień miał zapowiadać się niezwykle dobrze jak na harrisonowe standardy, gdyż nie uwzględniał marnotrawienia czasu na czyszczeniu pucharów w Izbie Pamięci czy innych wyszukanych czynności, które miała odbywać w ramach kary. Dlatego, gdy już pierwsze promienie wschodzącego słońca padły na jej twarz uśmiechnęła się tylko przewracając na drugi bok. Chwilę potem w dormitorium dziewcząt rozległ się okropny dźwięk niczym skrzek wrony. Podniosła się na ramionach rozglądając się nieprzytomnie za tym koszmarnym budzikiem jej współlokatorki.
    - Znowu ktoś rzucił na to cholerstwo zaklęcie- jęknęła patrząc jak budzik turla się po dormitorium uciekając przed starającymi się go chwycić dziewczętami. Przetarła oczy dłońmi, ziewnęła i po omacku sięgnęła swoją różdżkę leżącą na stoliku nocny. Skierowała jej koniec mniej więcej w uciekający budzik i wyszeptała zaklęcia powodując tylko, że poduszka leżąca na podłodze niemalże wybuchła, a delikatne, białe pierze zasypało dziewczęce dormitorium.
    - Harrison!- rozległ się krzyk dziewcząt.
    - Ups- wyrwało się z jej ust po czym odsłoniła kołdrę, wstała z łóżka i starała się chwycić wciąż wrzeszczący zegarek. Po jakimś czasie w końcu go dorwała i już miała go wyłączyć, gdy Anastazja wyrwała go z jej dłoni i jak gdyby nigdy nic wyrzuciła przez uchylone okno. Elody spojrzała to na nią to na swoją rozłożone dłonie i wzruszyła ramionami. Tak też można.
    Po ubraniu się i ogarnięciu całego kobiecego kramu zeszła na śniadanie. Jak zwykle przejrzała wzrokiem Proroka Codziennego, nałożyła sobie na talerz górę tostów posmarowanych dżemem, a wszystko popiła sokiem dyniowym. Po tak słodkim posiłku udała się na zajęcia. Dzień minął bez problemów i miała szczerą nadzieję, że tak utrzyma się przez pewien czas.
    Właśnie zmierzała do biblioteki, by przejrzeć potrzebną literaturę do napisania eseju z OPCM, gdy naprzeciwko niej zmierzał nieprzyzwoicie przystojny Krukon o czuprynie ciemnych włosów i orzechowych oczach. Zrobiło jej się gorąco, a dziewczęce serce w jednej chwili zmiękło. Poprawiła skórzaną torbę na ramieniu, odgarnęła niesforny lok z twarzy i posłała chłopakowi najbardziej uroczy uśmiech na jaki było ją stać. Gdy go minęła posłała mu jeszcze przeciągłe spojrzenie, by następnie spuścić niby nieśmiało wzrok. Przygryzła dolną wargę mając nadzieję, że Krukon ją zatrzyma. Gdy tylko usłyszała za sobą niski, męski głos uśmiechnęła się i obróciła na pięcie.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. - Nie zapomniałaś czegoś?- zapytał chłopak patrząc na nią z góry, a kąciki jego ust lekko drżały. Zmarszczyła brwi i oblizała nerwowo wargi.
      - Wydaje mi się, że nie- odpowiedziała niepewnie.
      - Tak krucha dziewczyna nie powinna sama nieść tak ciężkiej torby- odpowiedział, a w orzechowych oczach w jednej chwili zaiskrzyły się wesołe ogniki. Elody uśmiechnęła się pozwalając mu chwycić pasek torby i odciążyć jej ramię. Następnie ruszyli powoli do przodu pogrążając się w rozmowie, a musiała przyznać, że rozmawiało się z nim gładko i niezwykle przyjemnie. Zatrzymali się dopiero w korytarzu. Krukon nagle odwrócił się w jej stronę opierając się dłonią o mur tuż za nią i spojrzał głęboko w oczu. Po chwili sięgnął po niesforny kosmyk włosów nawijając go sobie na palec, by za chwilę odgarnąć go za jej ucho muskając przy tym opuszkami palców skórę jej szyi. Zadrżała, a blade policzki pokryły się rumieńcem. Ten dzień był wprost idealny i nic nie mogło go zepsuć. Tak myślała dopóki zza ramienia przystojniaka nie ujrzała swojego brata, którego mina wyrażała więcej słów niż mugolskie czekoladki. Wciągnęła powietrze i wywróciła oczami myśląc rozpaczliwie co tu zrobić, by nie doprowadzić do spławienia tego cudnego chłopaka tuż przed nią. Gdy Gryfon był już niebezpiecznie blisko szybkim ruchem minęła Krukona stając za jego plecami, a twarzą twarz ze swoim bratem.
      - Cześć Matt- powiedziała szczerząc do niego białe zęby. Zrobiła krok w jego stronę kładąc dłonie na jego klatce piersiowej jakby wiedząc co nastąpi dalej. - Poznałeś już Briana? Nie? Brian to mój najukochańszy w świecie brat. Matt to jest Brian niezwykle przyst…ępny i inteligentny chłopak, który zaoferował mi pomoc w zaklęciach- powiedziała wciąż się uśmiechając. Dopiero po chwili zdała sobie sprawę ze swojej pomyłki. W czym jak w czym, ale w zaklęciach pomocy nie potrzebowała. Spojrzała błagalnie na Matta bawiąc się przy tym nerwowo palcami.

      Usuń
  17. Nie przemyślała dokładnie swojej obecności na tej imprezie. Nie, żeby nikogo nie znała ze starszego roku, ale… Rozglądając się uważnie po obecnych ludziach znała tylko Matta na tyle, aby zamienić z nim kilka słów. No i odrobinę Bellamy’ego ale to na zasadzie „cześć, jestem przyjaciółką młodszej siostry Twojego kumpla” i na tym zazwyczaj się kończyło. Sama, była dość nieśmiała, aby nagle odnaleźć się i poczuć się swobodnie wśród tylu, nieznajomych sobie ludzi. No tak… Był jeszcze On, ale z Nim w ogóle nie rozmawiała. Czasem tylko rzuciła w jego stronę jakimś suchym „cześć’, uciekając później szybko lub udając, że ma tak wiele na głowie…
    Uniosła leciutko brwi w górę i odstawiła butelkę na stolik, z którego go wzięła. Nie należała do tych ludzi, którzy upijali się do nieprzytomności. Ale nie była też cnotką, która w ustach nigdy nie miała alkoholu. Elody również, ale o tym Matt nie musiał wiedzieć. Przygryzła pełne usta i nie patrząc co chwyta w swoje ręce, po prostu nalała sobie odrobinę do pucharku, który pewnie był nagrodą za jakieś super-świetne-gryfońskie-coś. Nie wąchając napoju, przystawiła puchar do ust i wypiła całą jego zawartość na jeden raz. Kiedy Matt wraz z Samem szaleli na środku pokoju skacząc, krzycząc i robiąc wszystkie, te inne gryfońskie rzeczy, Avalon wypiła jeszcze kilka pełnych pucharków, a kiedy chłopaki domagali się alkoholu na twarzyczce dziewczyny pojawił się chochlikowaty uśmieszek.
    - Nie chcę dżemu! – mruknęła, tupiąc lekko nogą, stojąc tuż nad bratem przyjaciółki. Nie miała pojęcia o co mu chodzi. Poza tym jej myśli były już odrobinę otępiałe. Ruszała się powolnie, stępując z nogi na nogę, chwiejąc się lekko na boki – zagrajmy w pokera! – krzyknęła nagle w głos – ale… - przerwała, unosząc lekko palec w górę – rozbieranego, co by nudno nie było – i wybuchła nagle śmiechem. Była tak bardzo do siebie niepodobna.

    Miała się nie upić, hm...
    Avalon

    OdpowiedzUsuń
  18. Balansowała niebezpiecznie na krawędzi stolika. Wychylając się delikatnie do przodu, by zaraz po chwili przenieść ciężar ciała w tył. Falowała delikatnie w rytm muzyki, uśmiechając się przy tym i machając lekko dłońmi. Słyszała słowa Matta, ale co On tam wiedział. Przecież, prawie w ogóle jej nie znał. Nikt jej nie znał. Wszyscy wiedzieli tylko tyle, na ile im pozwoliła. Mogli podchodzić blisko i bliżej. Jednak nikomu, poza Nim jednym, nie udało się przekroczyć cienkiej granicy, której tak bardzo pilnowała. Chowając szybko dłonie za siebie i uciekając. Znikając. Odwracając się na pięcie i idąc w zupełnie innym kierunku.
    Teraz jednak nie myślała trzeźwo, chociaż… Pierwszy raz w tak krótkim czasie, wypiła tak wiele. Pierwszy raz, tak mocno alkohol uderzył w jej głowę.
    Umiała grać w pokera, a przynajmniej tak właśnie jej się wydawało. Czasem obserwowała jak dziadek z ojcem i kilkoma znajomymi siedzieli wieczorem przy stoliku grając właśnie w tę grę. Mama dziewczyny non stop przynosiła im jakieś przekąski, a Oni nie odrywając wzroku od kart uśmiechali się i w mgnieniu oka wszystko pochłaniali.
    - Łaaap mnie – zaśmiała się cicho, robiąc krok do przodu i po prostu opadając w dół. Co prawda osoba do której mówiła, w ogóle nie zareagowała i chyba w ogóle nie zorientowała się, że słowa srebrnowłosej były wypowiedziane właśnie do niego. Podniosła się jednak szybko z podłogi i uśmiechnęła szeroko – to gdzie te karty, hm? A Ty Harrison, co? Strach Cię obleciał? – zaśmiała się cicho, rozglądając się za odpowiednim miejscem do gry.

    Avalon

    OdpowiedzUsuń
  19. [ Moja mama za nim nie przepada, ale Ona ma własny świat więc chyba to jest główny powód dlaczego nie rozumiem jej antypatii... Poza tym, na serio podoba mi się twoja kata. Uwierz, gdyby tak nie było to raczej nie wysilałabym się na komplementy, gdyż nie lubię wazeliniarstwa i raczej sama go nie stosuję ;)
    Co do wątków, chętna jestem zawsze, ale gorzej z ich wymyślaniem ]

    Valentine.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. [ i w tajemnicy- Sama nie kojarzę, aby Jamie występował w HP. Hahahahahaha ~]

      Usuń
  20. Kiedy tylko Matt się odezwał dziewczyna przygryzła dolną wargę po lewej stronie i skrzywiła się lekko widząc już w oczach brata buzujące w nim emocje. Za każdym razem te same, gdy spotykała się z jakimkolwiek chłopakiem. Z jednej strony chciała go udobruchać, delikatnie dać do zrozumienia, że wszystko w porządku zaś z drugiej strony coś w niej aż wrzało, by krzyknąć aby nie psuł jej perspektywy z jednym z najfajniejszych chłopaków w całej szkole.
    - Nic się nie wyprawia- wyparowała natychmiast obdarzając brata szerokim uśmiechem. Kątem oka zerknęła na śliczną buźkę Krukona i modliła się w duchu, by Matt jej nie obił, bo byłoby to niesamowicie przykre. Zaskoczyła ją natomiast reakcja jej domniemanego amanta. Czyżby już cała szkoła wiedziała, że z panienką Harrison nie można się umawiać, bo można mocno tego pożałować ze strony Matta?
    Westchnęła ciężko doskonale wiedząc, że jej szanse na romantyczną randkę w towarzystwie przystojnego Krukona odpływają coraz dalej i giną gdzieś za horyzontem, a raczej ramionami brata.
    Zmrużyła oczy i zasznurowała ze złości usta słysząc jak to zawsze jej kochany braciszek może pomóc w lekcjach. Przecież wiedział, że nie o to chodziło.
    - Przecież wiem- mruknęła bardziej do siebie niż do niego na uwagę o jej nieudolnym kłamaniu. No nie potrafiła tego robić. Absolutnie była w tym beznadziejna. Choćby chciała to nie mogła, albo szło jej tak koszmarnie jak przed momentem. Czasami wręcz przypominało to akcje rodem z mugolskiego filmu ,,Kłamca kłamca”.
    Z zamyślań wyrwał ją głos Krukona i od razu się uśmiechnęła. Chciał się z nią spotkać, walczy o nią…Gdyby mogła pewnie podskoczyłaby, klasnęła w dłonie i pisnęła z radości, ale sytuacja zdecydowanie nie była sprzyjająca takiemu zachowaniu. Poza tym bajka prysła wraz z wypowiedzianym przez przystojniaka słowem ,,mugolu”. Gryfonka aż syknęła i zamknęła na chwilę oczy. Bolało, oj bolało tak samo ją jak brata. Takiego tekstu nie spodziewała się po uczniu Roweny. Oparła czoło o dłoń i pokręciła tylko głową w geście bezradności.
    - Mówisz poważnie?- podniosła wzrok patrząc prosto na Gryfona. - Stać mnie Matt, stać! Problem polega na tym, że to TOBIE nikt nie odpowiada- wybuchła szturchając go lekko palcem. - Pomyślmy…ostatnim razem spotykałam się z prefektem Puchonów, poukładany, zabawny, odpowiedzialny, a tobie nie pasował sposób w jaki wiąże szalik twierdząc od razu, że to pedalskie. Po twojej rozmowie z nim przestał się do mnie odzywać. Kolejny przykład…Ścigający w drużynie Krukonów, jedna z najlepszych średnich w szkole, szarmancki, inteligentny, pochodzący z dobrej rodziny. Można powiedzieć, że ideał, ale nie dla mojego brata, bo przegrali jeden mecz ze Ślizgonami wiec stwierdziłeś, że jest nieudacznikiem. Gryfon z mojego roku, nie pasowało ci jego poczucie humoru, Puchon z siódmego roku nie, bo w drzewie genealogicznym kilka pokoleń wstecz ktoś miał chorobę psychiczną, twój kumpel z roku nieeee, no bo przecież to twój kumpel więc nie ma prawa w ogóle mnie tykać. Argh!- warknęła na koniec z wściekłości. Jak tak dalej pójdzie to zostanie starą panną. No nie mogła na to pozwolić. Przeczesała dłonią blond włosy i zwróciła się do Krukona uśmiechając się promiennie.
    - Jutro o piątej po południu na dziedzińcu przy starej jabłoni?- zapytała ignorując minę swojego brata i wpatrując się w intensywnie niebieskie tęczówki chłopaka, który odwzajemnił jej uśmiech.
    - Z przyjemnością. Będę czekać- odpowiedział robiąc krok w jej stronę i …O zgrozo! Nachylając się nad blondynką, by musnąć ustami jej blady policzek.

    [ Braaaat wpisz się na listę :* Przepraszam, że tak późno i tak…kiepsko :/]

    OdpowiedzUsuń
  21. [Cześć! Wcześniej czytałam tą kartę, jak jeszcze obczajałam bloga, i strasznie mi się spodobała, tak więc teraz przybywam zaproponować wątek :D Matt by się z Percy z pewnością dogadał, po za tym są na jednym roku, więc się znać muszą c:]
    Percy

    OdpowiedzUsuń
  22. [To tak przez przypadek, bo najpierw pomyślałam o wizerunku, a potem zobaczyłam twoją kartę i żal było tego nie wykorzystać :D Żadnego pomysłu większego nie mam, więc możemy robić burzę mózgów. :D]
    Percy

    OdpowiedzUsuń
  23. [Jak poza Hogwartem, to może Pokątna - ciocia Percy ma tam mały sklepik zielarski, gdzie dziewczyna dorabia w ferie i wakacje. Mogłoby być tak, że np. Matt wpadłby tam, by uzupełnić zapasy na eliksiry, i przypadkiem wpaść w Percy, która niosła tacę z suszonkami/rozwalić jakieś fiolki, czy ogółem narobić bałaganu, z czego panna Holland z pewnością nie byłaby zadowolona. A od tego poprowadziłoby się jakąś akcję :D Co ty na to? :)]

    Percy

    OdpowiedzUsuń
  24. [wąteczek bardzo, bardzo chętnie. tak więc czekam, aż wszystko sobie poukładasz, bo Matt jest super! :)]

    Lily.

    OdpowiedzUsuń
  25. [Nie ma sprawy, mogę zacząć :D Na razie mam tylko jeden odpis, więc dzisiaj jeszcze coś naskrobię :) PS Tak, mam gg, założyłam nowe, bo do starego zgubiłam hasło :D 56479453]

    Percy

    OdpowiedzUsuń
  26. [cóż, widzę ją w roli takiej małej, irytującej go wiedźmy. albo jego w roli takiego nieznośnego typka, co to dla żartu psuje jej wszystkie wredne i podstępne sprawki. albo po prostu działają sobie oboje na nerwy. ewentualnie możemy ich zakolegować - tu zrobiłabym z nich taką wiecznie przekomarzającą się parkę. do wyboru do koloru, ja w zasadzie mogę się dostosować. z określaniem relacji bywa u mnie ciężko, pomysły to tragedia... ale czasami zdarza mi się na coś wpaść! :D]

    Potterówna.

    OdpowiedzUsuń
  27. [ożeszty, akcja to to, co papierowe laleczki kochają najbardziej. *-* możemy, jeśli masz ochotę, poprowadzić to tak, że na przykład ona kiedyś mu czymś podpadła i teraz, zamiast go udobruchać, będzie go jeszcze bardziej irytować. albo po prostu on kiedyś udaremnił jej jakiś wredny żart i ona nadal się wścieka. mógłby ją traktować trochę jak typową smarkulę, co doprowadza ją wręcz do białej gorączki. :D ale to tam już zależy od Ciebie, niemniej zarys sytuacji bardzo, bardzo mi się podoba, przydatny po kilku miesiącach przewlekłego wielkiego odpuszczania odpisom. <3]

    Lily.

    OdpowiedzUsuń
  28. [Jeżeli nadal masz chęć to jasne możemy kontynuować. Chyba, że Ci się nie chce to spoko, nie obrażę się ;)]

    Avalon

    OdpowiedzUsuń
  29. [a jakże!]

    Poniedziałki nigdy nie były jej ulubionymi dniami w całym tygodniu. W tej kwestii wpasowywała się w stereotypy i całkowitą przeciętność, chorobliwie wręcz uwielbiając piątki i ewentualnie soboty. Nienawiść żywiła jednak wyłącznie w kierunku każdej środy, która to była najcięższa ze wszystkich siedmiu dni. Poniedziałki, jak to poniedziałki - ciężkie, szarawe, ale na ogół do przeżycia, jakkolwiek bardzo nie byłyby złe: miało się zapasy zmagazynowanej na weekendzie energii.
    Ten poniedziałek jednak od samego początku dawał się Lily we znaki niewymownie mocno. Najpierw okazało się, że wredny kocur koleżanki z dormitorium zrobił sobie drapak z jej ukochanych spodni, na co właścicielka obrzydliwego sierściucha zareagowała płaczem i histerią, że to dobry zwierzaczek jest i jak tak można, o cokolwiek go w ogóle oskarżać. Lily przewróciła oczami, posłała wkurzającemu, rudemu persowi spojrzenie oznaczające "jeszcze się policzymy" i opuściła pierwszą lekcję, usiłując uratować ze spodni co się tylko dało. Dało się niewiele, zatem wściekła i poirytowana pomaszerowała na Eliksiry, gdzie spowodowała - niby niechcący, choć efekt końcowy bardzo jej się spodobał - eksplozję, w wyniku której wyżej wspomniana koleżanka została opryskana czerwoną, piekielnie trudną do usunięcia mazią. Rosemary White, bowiem tak się dziewczynka nazywała, przepłakała wszystkie lekcje, jednak lilkowy humor pozostawał na takim samym emocjonalnym dnie jak rano.
    Do tego w czasie obiadu okazało się, że Eddy Evans zaginął.
    Cholerny Evans.
    Nie ulegało wątpliwości, że co poniektórzy będą zerkać na nią podejrzliwie w związku z tą całą sprawą. Chłopaczek otwarcie wyznawał jej miłość przy każdej okazji, biedny smarkacz, nie za bardzo zdając sobie sprawę z wybuchowego charakteru swojej domniemanej miłości. Spora część hogwarckiej śmietanki, głównie starsi uczniowie, podśmiewali się nieco, że Lily zapewne zamordowała swojego adoratora i ukryła zwłoki w Zakazanym Lesie. Ale nie. Rudowłosa zgrzytała tylko zębami z wściekłości, błądząc myślami daleko, wokół tego, co faktycznie mogło stać się Evansowi. Gówniarz nie powinien łazić sam w okolice Lasu, zwłaszcza, jeśli wie, że nie jest w stanie sobie poradzić w razie niebezpieczeństwa, koniec kropka. Ona sama nigdy by nie poszła, jeśliby nie umiała strzelać celnie zaklęciami i gdyby nie cechowała jej wrodzona odporność na kłopoty.
    - Evans, jeśli cię znajdę, zginiesz z mojej ręki - wymamrotała gniewnie pod nosem, niechętnie stając w parze z Harrisonem, do którego żywiła urazę z powodów następujących:
    Po pierwsze traktował ją cholernie z góry.
    Po drugie, jeszcze nie zapomniała jak w zeszłym roku skutecznie udaremnił jej podpalenie szaty nauczycielki latania, kiedy ta chciała wlepić jej szlaban za jakieś przewinienie.
    Po trzecie, i najważniejsze, był po prostu Harrisonem i okropnie, straszliwie wręcz działał jej na nerwy.
    Lily spojrzała na niego z ukosa, nieprzychylnie.

    [olej długość, rzadko zdarza mi się tak rozpisać. :D]
    Lily.

    OdpowiedzUsuń
  30. - Dżentelmen! - prychnęła Lily pod nosem, ale na tyle głośno by usłyszał, specjalnie opóźniając krok, by nie musieć biegać za Harrisonem jak dziecko. Uparcie nie pozwalała się postawić w pozycji "mała dziewczynka" kontra "duży chłopiec", uważając, że nie wzrost się liczy, a intelekt, i że w takim wypadku runda powinna nazywać się "duża dziewczynka" - "maleńki chłopiec".
    Denerwował ją niesłychanie.
    Był mugolski aż do bólu, chociaż akurat to nie robiło na Lily żadnego wrażenia. Miała daleko gdzieś całe to filozofowanie o czystości krwi i inne tego typu bzdety, jakkolwiek wyniosła to z domu, bo ojciec nigdy nie pozwoliłby na naśmiewanie się z jakiejś małej szlamy. Najbardziej chyba drażniło ją faktyczne uważanie jej za typową gówniarę, bowiem sama starała się nade wszystko na taką nie wychodzić, mawiając "mogę być gówniarą, ale nie typową!" i konsekwentnie się tego trzymając. Nie miała zamiaru pozwalać sobą pomiatać, o nie.
    - No i gdzie tak zapieprzasz? Śpieszy ci się? - spytała kąśliwie, idąc za jego przykładem i wyciągając z kieszeni pełną paczkę papierosów Lucky Wizard, kiedy tylko oddalili się na bezpieczną odległość od nauczycieli. Wsunęła jednego do ust i odpaliła końcem różdżki. - Mi jakoś nie jest tak wesoło, że mam szukać tego gnojka - warknęła nieprzyjemnie, zdając sobie sprawę, że sama zaczyna ewentualną sprzeczkę. Czasem nie umiała powstrzymać swojego ciętego języka i wrodzonej złośliwości, stąd brały się wszystkie jej kłótnie i nienawiści skierowane w wybrane osoby.
    - Ciekawe, w czym ten dupek mi pomoże, z czym sama bym sobie nie poradziła - mruknęła wrednie sama do siebie, tak cicho, by nie mógł usłyszeć.
    Nie wiedziała, dlaczego żywi do Harrisona aż tak piekącą nienawiść, zwłaszcza, że on najwyraźniej nie miał z nią żadnego problemu, ale pod skórą czuła, że połączenie jej z nim to był najgorszy możliwy pomysł, na który mogła wpaść Opiekunka Gryffindoru.
    Idąc w stronę Zakazanego Lasu, Lily odczuwała pewną dozę zaniepokojenia. Bądź co bądź mogli czaić się tutaj Mroczni, o czym chyba wszyscy nauczyciele pozapominali w obliczu akcji, w której to rodzice przyjeżdżają do Hogwartu by pozwać szkołę, bo dziecko im zaginęło. Woleli chyba, by zginęło jakieś pięćdziesiąt osób szukając jednego gnojka, bo wtedy można by powiedzieć: "Zginęli jak bohaterzy!". Ale Lily nie czuła się bohaterką w żadnym razie. Odwagą nie grzeszyła i w zasadzie nie miała pojęcia, którym elementem swoich krzywych puzzli dopasowano ją do tego Domu.
    Jej irytacja wzrosła, kiedy Harrison konsekwentnie ją olewał. Ze złością wymamrotała pod nosem wiązankę przekleństw, po czym teatralnie przyspieszyła, stawiając naprawdę wielkie kroki, jakby parodiując starszego Gryfona, którego nie wiadomo co gnało w Las.
    - Hej, do cholery! - warknęła na niego Lily, stając tuż przed nosem chłopaka i zagradzając mu drogę. - Jeśli chcesz iść sam, to powiedz mi wprost, a nie każ się domyślać, jak jakaś pieprzona panienka z okresem!
    Niewinny wygląd najmłodszej Potterówny, jak widać, ostro kontrastowały z jej ognistym temperamentem i charakterem typowej rudej zołzy.

    [zgubiłam się w imionach (imieniu?) tych braci (brata?), jeśli mam być szczera. XD]
    Lily.

    OdpowiedzUsuń
  31. - Chcesz wchodzić do tych jaskiń? - Lily zerknęła na niego z niedowierzaniem, krzywiąc się okropnie i zapominając na moment o irytacji. - Jesteś popieprzony, koleś. Serio. Powaliło cię.
    Jeszcze nie zapomniała jak ostatnio, kiedy zaciągnęli ją tutaj bracia, z owych jaskiń wypełzły tysiące wielkich, owłosionych pająków. Być może Harrison nie bał się ich tak bardzo, jak ona, aczkolwiek z całą pewnością nie było to miłe przeżycie. Nawet dla kogoś o nerwach ze stali. Chłodny podmuch wiatru przeniknął przez jej ubrania i zadrżała na samą myśl o czyhających w ciemnościach obrzydlistwach.
    - Ale jak sobie chcesz - dodała obronnym tonem. - Ja się w zasadzie nie wtrącam, chętnie popatrzę - stwierdziła złośliwie, sadowiąc się wygodnie na jednym z wystających korzeni drzewa, rozejrzawszy się uprzednio, czy w pobliżu nie ma tych włochatych potworów. Z prawdziwą przyjemnością obserwowałaby poczynania chłopaka, gdyby nie fakt, że i do jej uszu doleciała przeraźliwa, panująca dookoła cisza. Nie słyszała głosów innych - zanadto się oddalili, on pochłonięty własnymi myślami i ona, zajęta wściekaniem się na niego. Był denerwujący, wkurzał ją niemiłosiernie, ale przez moment Lily o tym zapomniała, rozglądając się niepewnie wokół i dochodząc do wniosku, że jest tutaj sama... z nim. Jeśli coś im się stanie, tylko to drugie będzie w stanie opowiedzieć nauczycielom co, gdzie i dlaczego. I kto.
    - Nie musisz udowadniać, jaki to z ciebie heros - stwierdziła zgryźliwie, momentalnie wracając do swojego naturalnego stylu bycia, kiedy tylko głos chłopaka doszedł do jej uszu. - Nikt normalny by tam nie wlazł, a zapewniam, ten gnojek, którego tak wszyscy rozpaczliwie poszukują był jednym z największych tchórzy, jakich znam.
    Nagły wyrzut sumienia ugryzł ją od środka w coś - serce, a może płuco? - kiedy uświadomiła sobie, że tak naprawdę wie, po co smarkacz polazł do Zakazanego Lasu. Zawsze mu to wytykała, wyśmiewała, tą jego wrodzoną nieśmiałość i strachliwość.
    Chciał mi udowodnić... Chciał... Cholerny gówniarz!
    Lily, kompletnie ignorując Harrisona, ze złością kopnęła pień drzewa nieopodal.
    - Cholera jasna!
    Na nogach miała mugolskie glany, dzięki którym nawet nie poczuła kopnięcia, aczkolwiek wpadła w jeszcze mocniejszą wściekłość i irytację, tym razem skierowaną na Evansa. Po co, po co ten mały smarkacz w ogóle się do niej przyczepił?! Wyrzuty sumienia coraz mocniej kąsały jej wnętrze.
    Zajrzała ostrożnie do wnętrza jaskini, upewniając się, że Gryfon wciąż tkwi w miejscu.
    - Stary, jego tam nie ma, odpuść - stwierdziła, niemal błagalnie. Nie chodziło bynajmniej o to, że boi się przebywać sama w Lesie - dzięki braciom była wystarczająco zahartowana na tego typu sprawy i nawet pająki w tym momencie nie były aż taką przeszkodą - ale niezbyt miała ochotę patrzeć, jak Harrisona pożera to coś, co czai się tam w środku.

    Potterówna.

    OdpowiedzUsuń
  32. Niemal się roześmiała, kiedy usłyszała o zeżartym przez wilkołaka trupie, choć chwilę później zmroziło ją od środka, gdy owy widok stanął jej przed oczami. Miała nieprzyjemny zwyczaj wyobrażania sobie wszystkiego co słyszała lub mówiła, więc na ogół często kończyło się to właśnie w ten sposób. Zadrżała ponownie, po czym podskoczyła, kiedy chłopak wrzasnął "Boże, jak tu jebie!" ze środka.
    Wtedy wybuchnęła niepohamowanym śmiechem.
    - Sorry - dodała po chwili, kiedy już zdążyła się opanować i wytrzeć załzawione oczy. Wtuliła twarz w szary, duży sweter. Nieprzyjemny zapach dotarł już i do niej, co zdecydowanie nie było przyjemnym doświadczeniem, nawet jak na Lily, która bądź co bądź nie robiła za delikatną księżniczkę na ziarnku grochu. Wiedziona ciekawością, zajrzała do wnętrza groty.
    - Nie, nie znam - warknęła agresywnie, zanim zdążyła to przemyśleć. - Idiota się we mnie podkochiwał i tyle - mruknęła łagodniejszym tonem, przygotowując się na wyśmianie. Jak gdyby to była jej wina, jakby ona sama wystawiła mu się na cel, jako obiekt miłosny jakiegoś gówniarza-zboczeńca. No szczyt bezczelności.
    Wiatr przybrał na sile w tak krótkim czasie, że Lily zdążyła tylko pisnąć i chwycić się wystającego konara, by nie upaść. Włosy przesłoniły jej twarz, fruwając w powietrzu jak gdyby tańczyły jakiś dziki taniec, a uniesione w powietrze liście i gałęzie oddzieliły ją od chłopaka. Dziewczynka z całej siły trzymała się korzenia, nie chcąc pozwolić ponieść się huraganowi nie wiadomo dokąd.
    Ktoś przeraźliwie krzyczał i Lily miała ochotę zatkać uszy. Wrzask przebijał się nawet przez huk wiatru.
    A potem nagle wszystko ustało, jakby taśma z nagraniem została ucięta w pewnym miejscu. Potterówna zerknęła na swojego towarzysza, maskując niepokój w swoim spojrzeniu i próbując doszukać się śladów zaniepokojenia czy wręcz strachu w jego. Lecz nie. Ciszę rozdarł kolejny wrzask i tym razem Lily nie mogła się opanować. Natychmiast zatkała uszy.
    - Nie ma mowy! - warknęła, kiedy Gryfon polecił jej iść po nauczycieli. Tak to nie ma, on bierze przygodę za rogi, a jej pozostają jakieś marne odpadki? I na dodatek miałaby latać po Lesie sama, nie wiedząc nawet, gdzie znajdują się nauczyciele? Dżentelmen, prychnęła w myślach, krzyżując ręce na piersi i dając mu do zrozumienia, że nigdzie się nie wybiera.
    - Jeśli to faktycznie jest on, muszę tu być, żeby go rozpoznać. Ewentualnie, gdyby był wilkołakiem czy tam opętany, może mnie rozpozna po swoich... ugh, głębokich uczuciach - wymówiła te słowa z obrzydzeniem, szukając w oczach Matta jakiegoś potwierdzenia dla swoich słów, ale nie doczekała się. Westchnęła więc głęboko, krzywiąc się, kiedy chłopak zrobił mugolską pochodnię, zamiast normalnie użyć różdżki, jak prawdziwy czarodziej, po czym, totalnie lekceważąc jego nakazy, wystrzeliła kilka czerwonych iskier i weszła za nim.
    - Tutaj faktycznie okropnie jebie - szepnęła, wtykając nos w sweter jeszcze mocniej niż przedtem. Niemal zapomniała o strachu, koncentrując się na bezproblemowym oddychaniu, kiedy nagle z prawej strony dobiegł ją ten sam wrzask co wcześniej, a później ściana runęła w dół, prosto na nią i Harrisona.
    Wydawało jej się, że nie zdążyła nawet krzyknąć.

    Lily.

    OdpowiedzUsuń
  33. [ Lubie nasz wątek, serio, aczkolwiek za cholerę nie wiem co mam odpisać XD Mogę przenieść akcję do mniemanej randki, na której z nieznanych jej powodów zamiast Krukona pojawia się braciszek? A może Matt pójdzie z nimi jako przyzwoitka? To by było coś...]

    Siostra

    OdpowiedzUsuń
  34. [ Spoko, nie ma problemu. Coś skrobnę, ale to dopiero w czwartek, bo będę wtedy już po mikrobiologii i biochemii :) ]

    OdpowiedzUsuń
  35. [Dziękuję za powitanie! :)
    A propos wizerunku, to naprawdę nie ma to dla mnie większego znaczenia kto to. Niemniej dziękuję za informację! :) Choć przyznam szczerze, że aż trudno mi uwierzyć, że to ta sama osoba xD Ale cóż, na tym polega chyba bycie modelem.
    Remus był świetną postacią, to prawda; choć według mnie niedocenioną za bardzo przez autorkę.
    Masz jakiś pomysł na wątek?]

    Teddy Lupin

    OdpowiedzUsuń
  36. [Przyznam szczerze, że jestem trochę na przekór z technologią xD
    Przerażający, mówisz? :D W takim razie dobrze, że Teddy nie wygląda dokładnie jak on, a jedynie trochę go przypomina, gdy ma takie widzimisię xD Nie no, jak wyjaśniłam przed chwilą w swojej karcie, przy wyborze wizerunku chodziło mi o te konkretne zdjęcia, nie o modela/aktora. Ale za informację jeszcze raz dziękuję! :*
    Wow, naprawdę? Ze znanych mi rówieśników wszyscy mieli w dzieciństwie szajbę na punkcie HP ;) Widziałam wszystkie filmy, ale osobiście stanowczo wolę książki, mimo że ostatnia mnie zawiodła, jeśli mam być szczera.
    Tak myślę i myślę, i nic mi do głowy a propos wątku nie wpada :-/ No, poza klasycznym uczeń/nauczyciel, np. rozmowa po lekcjach. Ale ewentualny powód to już dla mnie za trudne na chwilę obecną xD Przepraszam, ale naprawdę nic mi do głowy nie przychodzi :( ]

    Teddy Lupin

    OdpowiedzUsuń
  37. [Zauważyłam właśnie jak bardzo Matt pasuje do świata Mugoli; bardzo ciekawie napisana karta, tak swoją drogą :)
    Rozumiem to doskonale; sama nieszczególnie często czytam fantastykę, ale ogólnie staram się nie oceniać książki/filmu/serialu już po samej tematyce ;)
    Jasne; na razie wątek sobie odpuśćmy, gdyż masz rację, że lepiej go przemyśleć, nim się zacznie. Potem człowiek nawet nie będzie wiedział jak tu odpisać xD
    Dziękuję i wzajemnie!]

    Teddy Lupin

    OdpowiedzUsuń
  38. [Oczywiście, że jest :) Masz jakiś pomysł na wątek, czy kombinujemy razem?]

    Sorcha Tobin

    OdpowiedzUsuń
  39. - Tak, uch - z trudem podniosła się na nogi, oglądając jednocześnie fragment jaskini, w którym utknęli na dobre. Potem zerknęła na chłopaka i zrobiło jej się trochę głupio; był jednak większym dżentelmenem, niż początkowo zakładała. - Sorry - mruknęła niechętnie, próbując ukryć zażenowanie całą sytuacją, jak i swoim wcześniejszym zachowaniem. Tak bardzo się nie potłukła, bo upadła prosto na Harrisona, nie wiedząc czemu, skoro przecież ściana zawaliła się na nich z boku, a nie z tyłu. Wzruszyła ramionami, odpuszczając sobie dalszą analizę tej dziwacznej sytuacji.
    Otrzepała ręce i spodnie na kolanach. Cała była ubrudzona błotem i Merlin jeden wiedział co jeszcze kryło się w tej cholernej ziemi, ale Lily nie należała do typu dziewczyn, którym to wielce przeszkadza. Najbardziej dokuczliwy był chyba chłód - ziemia, od parodniowych opadów w ostatnim czasie, mocno przesiąknęła wilgocią, w związku z czym jej czarne dżinsy miały na kolanach dwie wielkie, mokre plamy, a w jaskini robiło się coraz chłodniej.
    Szli i szli, powoli posuwając się naprzód i Potter coraz bardziej traciła nadzieję, że ten tunel kiedykolwiek się kończy. Dla zabicia czasu spróbowała przypomnieć sobie jakąś wciągającą historię, żeby droga minęła szybciej, jednakże do głowy przychodziła jej tylko ta o zaklęciu powodującym, że człowiek szedł, szedł, szedł, a jego cel wcale nie wydawał się bliższy. Jak gdyby ciągle przebierał nogami w miejscu. Wzdrygnęła się na samą myśl o tej głupiej historyjce i o nocy, kiedy to ją usłyszała. W życiu nie bała się tak bardzo jak wtedy, ale przeraźliwe wrzaski, dochodzące jakby ze ścian dawały efekt, jak gdyby zamierzały pobić rekord dziewczyny.
    - Widzisz to co ja?
    - Widzę - odszepnęła, jak zahipnotyzowana patrząc na światło. Wydawało jej się tak absurdalne, tak nierzeczywiste, iż zwątpiła, czy cała sytuacja przypadkiem nie jest snem. - Idę z tobą - powiedziała twardo, momentalnie się ożywiając. Głos chłopaka wyrwał ją ze stanu zawieszenia, w którym niespodziewanie się znalazła i teraz czuła, że ta grota wyzwala w niej jakieś dziwne emocje. Jakby w ogóle nie była sobą. Jakby była kimś, kogo nie zna.
    No nie, na dodatek słyszę głosy!, jęknęła w duchu, szybko jednak łapiąc psychiczną równowagę i przeklinając w myślach swój słaby refleks. Szturchnęła Harrisona w bok.
    - Słyszę go - przekazała mu na migi, starając się jednak nie ruszać za bardzo, na wypadek gdyby tamci mogli dostrzec cień jej albo chłopaka. - On tam jest!
    Przycisnęła się plecami do lodowatej ściany najmocniej, jak tylko umiała i ruszyła przed siebie, popędzając Gryfona, by szedł nieco szybciej. Bądź co bądź nadal osłaniała tyły, co niespecjalnie jej teraz pasowało, ale nie był to dobry czas ani miejsce na przepychanki, czy to słowne czy też dosłowne.
    Niespodziewany ból głowy uderzył w nią z taką mocą, że omal nie wrzasnęła. Najciszej jak umiała osunęła się po ścianie, przyciskając dłonie do uszu. Przed zamkniętymi oczami miała tylko jasną plamę. Zrobiło jej się słabo i walczyła sama ze sobą, by przypadkiem nie zemdleć przy chłopaku. Co by to był za obciach!
    - On nie przeżyje - wyszeptała, raptownie otwierając oczy. Wszystko było już z nią w jak najlepszym porządku. - Widziałam go. Nie przeżyje.

    Lily.

    OdpowiedzUsuń
  40. [Hej! :) Odpisuję po kolei, zaraz dojdzie do Ciebie :)]

    Sorcha Tobin

    OdpowiedzUsuń
  41. [cześć, Manipulancie! :D
    hm, nie wiem, czy Ellen by się z nim dogadała, skoro on tak kocha mugolski świat. i nie, moja panna nie ma żadnych uprzedzeń ani nic w tym stylu, tylko ją po prostu ominęła fascynacja mugolami. możemy jednak ich spiknąć na jakimś szlabanie - co Ty na to? dajmy, że będą musieli porządkować salę eliksirów bez użycia czarów. albo, o ile Ellen to taki typ, możemy z nich zrobić, hm... nie wiem, jak to określić, bo ani jemu ani jej na związku nie zależy. ale o ile wiesz, do czego zmierzam i któryś z tych pomysłów Ci pasuje - daj znać!]

    Ellen Rookwood.

    OdpowiedzUsuń
  42. [To mogą być razem w Hogsmeade - jakieś czarodziejkie święto, czy coś, poszli na strzelnicę albo żeby się gdzieś powydurniać, no i on może ją zaciągnąć do jakiegoś miejsca z jedzeniem i odstawiać szopkę z żarciem, aż wszyscy ludzie się oglądają, a ona próbuje się wykręcić ;D Co o tym myślisz?]

    Sorcha Tobin

    OdpowiedzUsuń
  43. [ A witam Kruczku. Chwalę z wizerunek i życzę dobrej zabawy :) ]

    Clemence Hollande

    OdpowiedzUsuń
  44. [no problem. sama mam ostatnio problemy z sensownymi odpisami więc luz, bez urazy i takie tam inne. może kiedyś nam się uda coś fajnego stworzyć, nie ma co na siłę pisać ;)]

    OdpowiedzUsuń
  45. [Okay, zatem: kto zaczyna? Pewnie ja? ;P]

    Sorcha Tobin

    OdpowiedzUsuń
  46. [Mam nadzieję, że to ujdzie. :D]

    - Nawet o tym nie myśl - syknęła, odsuwając od siebie talerz pełen ociekających tłuszczem frytek.
    Nie spodziewała się, że to wszystko się tak potoczy. Wyruszyli do Hogsmeade około szesnastej. Mieli tylko zabawić chwilę na występie znajomych Sorchy w Pubie pod Trzema Miotłami, wypić po jednym piwie kremowym i wracać. Okazało się jednak, że znajomi chcieli pokazać im parę ciekawych miejsc; przy okazji wypili jeszcze trochę, wskoczyli do mini salonu luster, wystawionego przez przejeżdżające przez Hogsmeade wesołe miasteczko, napędzając sobie niemałego stracha i rozwalając w pył wszystkie lustra, poszli nad mały stawik, wystraszyć drzemiące przy brzegach kaczki, po czym znów trafili do Trzech Mioteł i znów się napili.
    Siedzieli tu od kilku minut, debatując nad problemami czarodziejskiego i mugolskiego świata, a Matthew raz po raz próbował wcisnąć Sorsze porcję podejrzanie pachnącego jedzenia.
    - Kijem tego nie tknę. Może jestem pijana, ale nie aż tak. Sam to wszamaj. - Nadziała frytkę na widelec, po czym wysunęła ją w stronę ust kolegi. - Chap! Za rodzinę Potterów! - zawołała, po czym wybuchnęła śmiechem, niemal spadając z krzesła.

    Sorcha Tobin

    OdpowiedzUsuń
  47. [Nie, nie znamy. Ale podoba mi się młodociany Depp w Hogwarcie. Moja postać, tak jak to opisałam w karcie (której pewnie nie chciało Ci się przeczytać) nie żyje, ale nie zdaje sobie z tego sprawy, więc robi wszystko to, co za życia - uszczęszcza na lekcje itp.]

    Yilian

    OdpowiedzUsuń
  48. [Chaos czy zwykły bałagan, nowa karta to nowa wena!]

    Ridley

    OdpowiedzUsuń
  49. [Dziękuję ślicznie i za powitanie, i za miłe słowa adresowane w stronę karty. :D]

    Kai Vlaming

    OdpowiedzUsuń
  50. [ Ojejcia! :3 Johnny <3 już lubię Matt'a. Za saksofon też. I za kręgle. Jeszcze bilard i byłaby pełnia szczęścia. Skoro nie dramat to może jakaś obyczajówka? ;> Też witam. ]

    Nevada

    OdpowiedzUsuń
  51. [Dzięki serdeczne za powitanie i mam nadzieję, a nawet jestem pewna, że pobyt będzie przyjemny. Ethel pozostaje jedynie życzyć Mattowi, aby taka jedna również się za nim obejrzała ;)]

    Ethel

    OdpowiedzUsuń
  52. [Świetny pomysł! I nawet chętnie go zrealizuję. Piszemy? :)]

    Lavonne Rinemore

    OdpowiedzUsuń
  53. [ Hmmm... dramaty i dramaciki. Przyznam szczerze, że wyczarowywanie takowych lepiej mi zwykle szło na blogach nie opartych o magię, bo mniej ograniczeń, no ale dobra - coś pomyślimy. Najwyżej zrobimy burzę mózgów i dołożysz parę puzli do naszego obrazka. ;) Przeczytałam kartę Matt'a raz jeszcze, żeby coś wymyślić i do głowy przyszło mi coś w stylu: że w sumie skoro oboje pochodzą z rodzin nie magicznych (dobrze wyczytałam? czy mój mózg szwankuje?) to mogliby się poznać poza Hogwartem w czasie wakacji. Znaczy w sumie mogli się znać z widzenia gdzieś z zamku, ale kontakt załapali poza nim. Mogli razem grać w kręgle i tu wygrywałby Matt, później Nevada rewanżowałaby się w bilarda. On uczyłby ją gry na saksofonie, a ona pomagała mu w nauce, gdyby miał z czymś problem. Później on zacząłby się oglądać za jakąś lalunią w Hogwarcie, a ona zdała sobie sprawę, że w sumie lubi go bardziej niż się jej wydawało. Oczywiście nowy rok szkolny, więc Matt ma już zbyt dużo zajęć by zajmować się Nevadą, z resztą tutaj nie mamy kręgli i bilarda, więc co miałby z nią robić. Nevada czuje się odepchnięta i unika go jak diabeł święconej wody. I teraz przychodzi moment konfrontacji, nie wiem... Irytek zamknął ich w jakiejś sali dla zabawy czy cuś. I muszą współpracować żeby jakoś się wydostać, choć Nevada nie ukrywa, że nie podoba jej sie pomysł samego odezwania do niego. :) Wiem... niezbyt ciekawe czy dramatyczne - wypadłam z wprawy :P ]

    Nevada

    OdpowiedzUsuń
  54. [ Jeśli chcesz coś dodać to jestem otwarta na wszelkie propozyszyn :3 ]

    Nevada

    OdpowiedzUsuń
  55. [ Hahaha, trochę... umówmy się tak. Na razie poczekam, bo dzisiaj jestem bez życia i muszę się chyba zdrzemnąć (jutro czeka mnie czwarty dzień z rzędu z pobudką przed 6 rano... a że ze mnie śpioch to... no chyba sama rozumisz :P) :) Jeśli będę się zbierać do ewentualnego rozpoczęcia to dam Ci znać, żebyśmy się nie zdublowały ;) ]

    Nevada

    OdpowiedzUsuń
  56. – Szczególnie tych w Peru – Sorcha załkała, ocierając łzę toczącą się jej po policzku. Tak, wzruszyła się tak bardzo, że aż zaczeła płakać; po alkoholu zdarzały jej się różne dziwne rzeczy.
    Lubiła Matthew chyba głównie za to, że mogli robić sobie wszystko to, czego nie można było robić z innymi ludźmi. Szarpali się, wyzywali, pluli na ludzi przez okno, upijali do nieprzytomności, a potem... ciężko stwierdzić, co robili po tym, jak już porządnie się upili, bo żadne z nich tego nie pamiętało; Sorcha miała tylko nadzieję, że nigdy ze sobą nie spali (kto wie, co ten Harrison robi. I z kim). Może nie byli ze sobą jakoś bardzo blisko, nie stworzyli więzi, o której się tak wiele mówi, ale to właśnie Matthew był osobą, do której mogła wpaść w środku nocy, namazać na czole penis wożnego (krążyły o tym obiekcie przeróżne plotki, niekt órzy mówili, że nocą odczepia się on od właściciela i wyrusza w podróż po dormitoriach), wyzwać od głupków, a potem pożyczyć koszulę, bo własną wszamał jej kot. Matthew mógł liczyć na to samo ze strony Tobin – plus dodatkowe wyżywienie, bo przecież ona tych wszystkich słodyczy jeść nie będzie, a szkoda, żeby się zmarnowały.
    – A co ja jestem, wieszak na oczy? – wypaliła, po czym zachichotała idiotycznie. – Suchar, wiem. Ale i tak lepszy niż te frytki.
    Jedzenie naprawdę nie wyglądało apetycznie – no, chyba że ktoś przepadał za skąpanymi w lśniącym tłuszczu, dobrze przypieczonymi frytkami.
    Zmierzyła Matthew wzrokiem, gdy zapytał ją o plany na przyszłość.
    – Byłbyś świetnym aurorem. – Wyszczerzyła się. – A ja... mogłabym być pisarką. Ale do tego trzeba mieć talent. Albo znajomości. Wątpię, abym posiadała jedno lub drugie. – Spuściła wzrok, po czym zaczęła miażdżyć jedną z frytek widelcem. – W sumie, do wszystkiego trzeba mieć znajomości. Dobre urodzenie to podstawa. – Zaśmiała się cicho. – Mnie się tam nie spieszy. Do czego? Chyba tylko do ratowania świnek morskich. Wyobraź sobie, że w tej chwili gdzieś po drugiej stronie kuli ziemskiej ktoś wtranżala małą, smutną świnkę morską... – Poczuła, że zbiera jej się na płacz. – Masz może chusteczki higieniczne?



    Sorcha Tobin

    OdpowiedzUsuń
  57. [Zależało mi żeby pasowało tak więc dziękuję :) Nie wiem czy bardziej uwielbiam Matthew za charakter czy wizerunek ;) Chociaż czuję, że z Charlotte to darliby koty :D Dziękuję za miłe powitanie :) ]

    Lotta

    OdpowiedzUsuń
  58. [Dziękuje, również witam c:]
    Lynch

    OdpowiedzUsuń
  59. Widziała, jakim zwrokiem Matthew wpatrywał się w dziewczynę. Faktycznie, była charakterystyczna i przykuwała wzrok... ale żeby AŻ TAK się gapić?
    Jej też się tu nudziło. Poza tym, okropnie śmierdziało niesmacznym żarciem.
    - Dobra. Idziemy. - Wstała i ruszyła w stronę drzwi.
    Szczerze mówiąc, nie miała pojęcia, dokąd mogli pójść. Bywała tu często - może nawet zbyt często - a mimo to nie znała miasteczka nawet w jednej piątej.
    Zrobiła kilkadziesiąt kroków w stronę małej, brudnej rzeczki, przepływającej przez Hogsmeade. Nagle przyszło jej do głowy, że fajnie byłoby porzucać kamieniami do wody. Ot tak, po prostu. Była już zupełnie przytomna i miała ochotę ciskać kamieniami do wody.
    Nie czekając na Matthew, podbiegła do rzeki. Była to wąska, mętna struga, nad którą przechodził drewniany most. Było dość ciemno. Szukanie kamieni o tej porze nie należało do najłatwiejszych zadań.
    - Ej, wiesz, że tu w ogóle nie ma kamieni? - krzyknęła za siebie, grzebiąc dłonią z piasku. Szła brzegiem, szukając czegoś, czym mogłaby rzucić do wody, i co wydałoby głośny plusk. Kiedy była blisko mostu, zatrzymała się. Kilkanaście metrów za nią był Matthew. Spojrzała na ciemne miejsce pod mostem; dochodziły stamtąd jakieś dziwne dźwięki, nie mogła jednak rozróżnić słów.
    - Matt... Matthew... - Spojrzała na kolegę. - Coś tam jest.

    [Jak chcesz, to daj Śmierciożerców... nie wiem, co oni teraz po wojnie robią w tych okolicach... ale paru mogło się gdzieś czaić ;D]


    Sorcha Tobin

    OdpowiedzUsuń
  60. [przepraszam za zwłokę. :) relacja "to tylko seks" bardzo mi odpowiada. :D co do szlabanu, to wkręciłabym ich w robienie czegoś przy testralach, których, jak podejrzewam, Matt nie widzi, a Ellen owszem, więc mogłoby być zabawnie. :D co do wyrzucania sobie czegokolwiek podczas tej niewdzięcznej pracy, to równie chętnie poszłabym w różne takie słowne przepychanki, niemal kłótnie/awantury, a jednak potem zawsze do siebie wracają i... wiadomo. :3]

    Ellen.

    OdpowiedzUsuń
  61. [hahaha, widzę w głowie jego minę! :D i widzę próbującą ukryć śmiech Ellen (oczywiście jej się to nie uda!). jeśli mogę liczyć na początek, to będę wdzięczna, i uprzedzę, że ja wiszę na urlopie, więc nie przejmuj się długimi odstępami między kolejnymi odpisami. :)]

    Ellen.

    OdpowiedzUsuń
  62. [dziękuję bardzo za miłe słowa! :) mimo wszystko uważam się, może trochę zbyt wyniośle, za dość dobrego prawie speca od dramatów, niestety, choćbym próbowała zrobić względnie normalną postać, to nigdy mi za nic nie wychodzi. a do tego szczęśliwą, o, Merlinie!]

    Sura.

    OdpowiedzUsuń
  63. [oj, zdecydowanie. jednakże mimo wszystko na pewno niektórzy uważają mnie za jakąś niezrównoważoną dziwaczkę, bo zawsze pakuję postacie w taki pokręcony los. :D]

    Sura.

    OdpowiedzUsuń
  64. [wiesz, że jakby wszyscy mieli takie podejście jak Ty, to kochałabym świat i ludzi? ;_; ]

    Sura.

    OdpowiedzUsuń
  65. [pewnie, że się skuszę! masz jakiś pomysł jak ich powiązać?]

    Sura

    OdpowiedzUsuń
  66. [niech dostaną razem jakiś dodatkowy projekt do zrobienia w parach? co sądzisz? :)
    ahaha, ja jestem bardzo aspołeczna, niestety, drażni mnie przeokropnie taka masa... szara, nijaka masa. :D]

    Sura

    OdpowiedzUsuń
  67. [a mi przyszło do głowy coś znanego z wielu typowo młodzieżowych filmów "macie tu [wpisz nazwę zwierzątka] przez tydzień/dwa będziecie jego rodzicami". no i się zaczyna... XDD]

    Sura

    OdpowiedzUsuń
  68. [o ile mnie pamięć nie myli, to Vlado Karkarow. :D hm, zaczniesz nam w takim razie? :>]

    Sura

    OdpowiedzUsuń
  69. [tyle na blogach różnych dziwnych postaci, kolorowych, buntowniczych czy zupełnie innych więc w końcu wybrałam sobie nudziarę. Nie wiem jak długo nią pociągnę no ale zobaczymy :). Jakiś wątek? Relacje? Cokolwiek?]

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. [Laaaaaaura - zapomniałam dopisać]

      Usuń
  70. [Dobra. Przestudiowałam Twoją kartę. Matt to raczej typ człowieka który niezwykle Laurę onieśmiela. Są w tym samym wieku, więc nieuniknione, że znają się bardzo dobrze. A przynajmniej na tyle dobrze, żeby wiedzieć jak mają na imię! Co dalej, co dalej... Mogą być przyjaciółmi - z czego Laura to taka cichociemna i nijaka w tym wszystkim. Ani to się z nią nie poszaleje ani nic - co można obrócić w fajnych wątek typu - spychanie Laury na złą stronę i chęć ujawnienia jej paskudnego charakterku. LUB mogą się z drugiej strony nie znosić - to już jak tam uważasz. ]

    Laura

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. [Dodatkowo - nie chcę też zanudzić i zniechęcić do własnej osoby gdyż ostatni raz wątkowałam jakieś dwa lata/trzy lata temu a Laura to dziewczę bardzo niewdzięczne do prowadzenia - dlatego niech moc będzie ze mną!]

      Usuń
  71. [Proponuję w takim razie dłuższą znajomość. Może Zakazany Las albo Sowiarnia (śliskie schody itd bo chyba mamy zimę na blogu tak ?) Ale z tej racji, że to Ty zaczynasz (za co bądź błogosławiona) zdaję się stuprocentowo na Ciebie]

    Laura

    OdpowiedzUsuń
  72. [wsio ryba - jak mi pójdzie to mi pójdzie. Jak nie to spalę się ze wstydu i zginę w czeluściach własnego piekła :D]

    Laura

    OdpowiedzUsuń
  73. Zimno nie przeszkadzało Laurze, wręcz przeciwnie. Uwielbiała jak ostre igiełki chłodu wbijały jej się w zaróżowione policzki, a śnieg mroził pukle jej długich, ciemnych włosów, zmieniając je w splątane sople lodu. Jedynym problemem podczas mroźnych temperatur dla Laury było utrzymywanie równowagi. Tak, z tym to miała ona problem rozmiarów gigantycznych. No nic. List trzeba wysłać.
    Westchnęła głęboko i chowając świstek papieru do kieszeni, w którym chował się list do jej ukochanego ojca, za którym tęskniła niemiłosiernie, ruszyła po stromych i śliskich schodach do Sowiarni. Gdy już wybrała odpowiednią sowę, przywiązała pergamin do jej drobnej nóżki. Dała Płomykówce przy okazji robaka, którego wyciągnęła chwilę przed wyjściem z doniczki pełnej niezapominajek w jej dormitorium.
    Wypuściła sowę w przestrzeń licząc na to, że dotrze na miejsce jak najszybciej.
    Zmartwiła ją ostatnia wiadomość od ojca. Za bardzo owijał w bawełnę i unikał odpowiedzi na jej poprzednie pytania. Laura doskonale wiedziała, że może to mieć związek z jego postępującą chorobą. Wściekła się na siebie, że te myśli zaczęły zaprzątać jej głowę. Przecież sobie bez niego w życiu nie poradzi i doskonale o tym wiedziała.
    Zdruzgotana własnymi, przemyśleniami klapnęła na zimnej podłodze Sowiarni, mając gdzieś wszechobecne białe mazie, które zdecydowanie nie były śniegiem... Wyjęła z kieszeni swój ukochany tytoń o ile tytoń może być ukochany, zabijając powoli Laury płuca...
    Gdy już zabierała się za kręcenie usłyszała czyjś głos, a raczej podśpiewywanie. Parsknęła pod nosem słysząc beznadziejną melodyjkę wychodzącą z ust jakiegoś osobnika płci męskiej. Kiedy do jej uszu doleciało „ Nieeee nie jesteś kretyneeem” - mogła spodziewać się o kogo chodzi.
    Gdy postać pojawiła się już w drzwiach Sowiarni, skryta w cieniu Laura, odpalając swojego papierosa zlustrowała Matta od stóp do głów.
    -Jesteś kretynem – powiedziała cicho, acz na tyle głośno by wystraszyć napotkanego osobnika – i nic tego nie ukryje Harrison. Nie masz co się trudzić – zaciągnęła się papierosem i uśmiechnęła pod nosem. Jej wszystkie paskudne myśli odeszły w zapomnienie. I dobrze. Grunt, to szybko je rozproszyć i wmawiać sobie, że przecież wszystko jest w porządku.


    [matko bosko jestem sobą załamana. Bądź co bądź wczoraj odpłynęłam przed lapkiem i zasnęłam! Dlatego dzisiaj z rana szybko się sprężyłam z odpowiedzią :3 (z rana... mamy 12:30 niemalże...). Wybacz za poziom tego ścierwa za przeproszeniem, ale w końcu się rozkręcę!]

    Laura

    OdpowiedzUsuń
  74. [a i owszem, uwielbiam ten film. <3 a kojarzyć możesz mnie stąd z kiedyś... od czerwca wiszę tu z Lestrange'ówną.]

    Samira.

    OdpowiedzUsuń
  75. [Cześć. Nie jest tak skomplikowany jakby się mogło wydawać, można z nim robić właściwie wszystko, co z regularnym uczniem, bo na dzień dzisiejszy robi wszystko to, co inni. To dokładnie ta sama postać, bez żadnych zmian, nie wliczając historii.]

    OdpowiedzUsuń
  76. [ Z Tobą zawsze! O ile jeszcze nie zapomniałam jak pisać, bo ostatnio jakoś mnie nie ma na blogu, a i odpisy zeszły na poziom troll. Mimo to, postaram się coś coś wykrzesać z siebie. Pisz na maila :) ]

    Siostra

    OdpowiedzUsuń
  77. [ A co najdziwniejsze ja Cię kojarzę. Zależy mi na każdym wątku! To może powiedz chociaż jakie Cię powiązania interesuję. Przyjaźń, nienawiść, chociaż z twoim panem ja bym chyba wolała przyjaźń ;)]
    Freya Flores

    OdpowiedzUsuń
  78. [ Może poznali się w Klubie Eliksirów i od tego momentu właśnie możemy zacząć nasz wątek, że Matthew lub Freya, bez różnicy. Źle zamieszał w swoim kociołku, dorzucił do niego coś czego nie miał tam wrzucać, no i eliksir zmienił swoją powinność. Zadziałał na jego włosy i zmieniły swój kolor na zielony, coś w tym. No i Freya mogła by mu zacząć pomagać z tym eliksirem, za nim straszny nauczyciel tego przedmiotu nie zaczął się na niego drzeć. Dalej się rozkręci.
    Lub chociażby retrospekcja III Bitwy o Hogwart z ich perspektywy. Wymyślę coś lepszego jak to nie pasi. No i miałam Metina Tenebrisa, nie pamiętam czy mieliśmy razem wątek, ale znam Twoją postać, bo chciałam mieć z tobą wątek xdd]

    OdpowiedzUsuń
  79. [W takim razie od czego zaczynamy, no i jakiej długości lubisz wątki?;)]

    OdpowiedzUsuń
  80. [Hahaha, rozumiem, to kto zaczyna nasz wątek?;)]

    OdpowiedzUsuń
  81. [Okej, bez problemu zacznę, bo w końcu jedyna skomentowałaś moją postać :( Tylko powiedz mi od czego mam zacząć? Od bitwy czy od Eliksirów, chyba eliksirów, bo w końcu tam się poznali, prawda?:)]

    OdpowiedzUsuń
  82. - O, Boże. Boże, Matthew. Nie wygłupiaj się!
    Sorcha była przerażona. Matthew zniknął jej z oczu w ułamku sekundy. Stał sobie w tym zaciemnionym miejscu pod mostkiem... i tak po prostu zniknął.
    Podeszła bliżej punktu, w którym ostatnio go widziała. Wyglądało na to, że coś lub ktoś wciągnął go w dziwną dziurę ukrytą w cieniu pod mostem. Jama trolla, albo coś takiego.
    Usiłowała odgonić od siebie myśli o najgorszym, ale szło jej naprawdę ciężko. Czy Matthew żyje? Była tylko jedna możliwość, żeby to sprawdzić. Musiała wejść do dziury za nimi.
    Zaczęła żałować, że nie uważała na lekcji, podczas której mówiono o trollach i im podobnych. Co trzeba było robić, kiedy troll kogoś porwał? Jak zachowywać się przy tej bestii? Za nic nie mogła sobie przypomnieć.
    Pochyliła się i spróbowała wcisnąć się do dziury. Postawiła niepewny krok w przód i poczuła, że spada w jakąś głęboką otchłań.
    Po chwili upadła na jakieś miękkie, błotniste podłoże. Oby nie gluty trolla, pomyślała z pewną dozą wstrętu.
    W jamie było zupełnie ciemno, na zewnątrz zresztą też; nie dochodziło tu żadne światło i niczego nie mogła zobaczyć. Zrobiła kilka kroków w przód.
    - Matthew?... Matt? Słyszysz mnie? - zawołała.
    Jej buty kleiły się do błotnistej ziemi.
    - Matthew, jesteś tu?
    Miała nadzieję, że troll nie jest zbyt bystry, i że Matthew jest przytomny. Jeśli chłopak był przytomny i niezakneblowany, powinien odpowiedzieć na wołanie.

    Sorcha Tobin

    OdpowiedzUsuń
  83. [Dobry wieczór! Jeju, dziękuję za takie miłe powitanie. <3 No tak, bo oni nadal mają w głowie ten obraz, kiedy była takim małym kujonem, który siedział tylko z nosem w książkach. Planuję dla niej kilka spraw, ale to wszystko ukaże się w notkach, o ile uda mi się je napisać. Dziękuję za zaproszenie i chętnie bym z niego skorzystała, gdyby nie fakt, że obecnie nie mam żadnego konkretnego pomysłu. :<]

    Jemma Simmons

    OdpowiedzUsuń
  84. [a dziękuję, miło mi. :D pierwszą? naturalnie złą Surę Merchant (tak, WIEM, że wiszę Ci zaczęcie, niedługo się za to zabiorę :c).
    i dziękuję po raz kolejny... ;D]

    Charlotte

    OdpowiedzUsuń
  85. [bejb, Twoja druga postać to barman?
    w takim razie zaproszę Cię tu: dajmiodejscwmrok@gmail.com,
    mam dla Ciebie ofertę. :D]

    Sura&Charlotte

    OdpowiedzUsuń
  86. [Nie no, możemy spróbować coś wymyślić, ja bardzo chętnie. Tylko, że musiałabym trochę pomyśleć jeszcze, bo póki co nic mi konkretnego do głowy nie przychodzi.]

    Jemma Simmons

    OdpowiedzUsuń

  87. Freya samotnie przechadzał się po korytarzach Hogwartu. Zamek jest tak piękny gdy się potrafi go docenić jak Krukonka, która bardzo lubi stare zamki i sztukę. Swoje rozwiane włosy splotła szybko w kucyka na czubku głowy, mimo to włosy spadały jej na wszystkie strony, skręcały się w boki, przez co wyglądała na jeszcze dziwniejszą niż normalnie. Platynowe włosy są dość niecodzienne, prawda? Floris jednak się tym zbytnio nie przejmowała po prostu szła dziarskim tempem. Gdy dochodziła do klasy, w której odbędą się Zajęcia z Eliksirów, nie było zbyt wielu uczniów, postanowiła więc przejść się kolejny raz. Nie przepadała za bardzo za tłumem ludzi, wolała raczej spokój, więc postanowiła olać sprawę i wejść do klasy jako ostatnia. Poprawiła swoją szatę z herbem Ravenclaw' u i pokierowała się w stronę lochów Slytherinu. Nie przepadała za tym miejscem, było tam bardzo zimno i dość nie przyjemnie (szczególnie dy się spotykało jednego z wrednych Ślizgonów), postanowiła jednak zaryzykować. Poprawiła swoją torbę jeszcze bardziej na ramieniu. Dym unoszący się z kociołka od razu pokochała, gdy po raz pierwszy wpadła do klasy Eliksirów. Inni uczniowie mają jeszcze lekcje, dla tego właśnie Klub Eliksirów odbywa się w klasie na trzecim piętrze. Teraz zajęcia prowadzi dość miły nauczyciel, dla tego Freya jeszcze bardziej polubiła te zajęcia. W końcu połowę swojego wolnego czasu spędzała na czytaniu podręczników od Eliksirów. Weszła więc na piętro, następnie na drugie, następnie na trzecie. Podeszła dość niepewnie do sali, tak jak zamierzała do klasy weszła ostatnia. Profesor już zaczął bazgrać na tablicy temat.
    - Eliksir miłosny. - przeczytała temat do siebie po cichu siadając.
    Ostatnio wszyscy z siódmych klas oblali testy, na których był właśnie Eliksir miłosny do przygotowania. Nie wiele osób dało sobie radę. Freya bardzo lubiła przygotowywać ten eliksir. Zaczęła w pośpiechu wrzucać każdy kolejny składnik potrzebny do przygotowania Amortencji. Spojrzała w stronę osoby na przeciwko siebie. Był to Harrison. Kojarzyła go, jej najlepsza przyjaciółka w piątej klasie się w nim zakochała. Chyba mu za bardzo nie szło. Freya pomyślała przez chwilę, aby mu pomóc, ale kto by chciał jej pomocy?
    Ciekawe co by było gdyby wcisnęła jakiemuś chłopakowi ten eliksir?
    Jej przemyślenia przerwał głośny huk.

    Freya Floris

    OdpowiedzUsuń
  88. [em, Matt? to nadal ja... :o tylko z nieco przerobioną kartą. XD wow, jestem Twoim setnym komentarzem, tak bardzo sława. kontynuujemy wątek?]

    Lily.

    OdpowiedzUsuń
  89. [Cieszę się, że się podoba, o. :D
    Odpisuję pod kartą Matthew, bo wydaje mi się, że to z nim Rose ma więcej wspólnego. No dobra, możliwe, że jedyne co ich łączy to Dom - ale to już coś, prawda? Nie jestem zbyt dobra w wymyślaniu, no ale. Jeżeli jednak masz ochotę na wątek z moim rudzielcem to może spróbuję uruchomić szare komórki (no chyba, że Ty na coś wpadniesz).
    I również witam. :)]

    Rose Weasley

    OdpowiedzUsuń
  90. - Widziałam... - wymamrotała niewyraźnie, czując mimo wszystko ulgę, że pod dłonią na nowo wyczuwała zimne ściany jaskini. Oczy miała zamknięte, ale z przodu biło ciepło człowieka, więc domyśliła się, że chłopak stoi - a może kuca - tuż przed nią. W jego głosie nie wyczuwała strachu. Ona sama również się nie bała, przynajmniej do momentu, kiedy nie zobaczyła martwego ciała tego cholernego małego Evansa. Cóż było robić, u Gryfonów znalazła się właściwie bardziej dzięki swojej niemej prośbie, niż dzięki odpowiednim predyspozycjom, gdzie w grę wchodziła odwaga, którą ona, na dłuższą metę, nie grzeszyła.
    - Taa, ta - mruknęła, otwierając oczy i odsuwając się od niego, kiedy chwycił ją za ramiona. - Weeź, nie dotykaj mnie - zamarudziła, zdając sobie jednak sprawę z tego, że nie jest to zbyt odpowiednia pora na tego typu zagrania i spojrzała na niego jakby przepraszająco. - Jest w porządku.
    Stanęła na nogach, które wreszcie przestały drżeć i odetchnęła parę razy głęboko, ale zaraz tego pożałowała. W jaskini okropnie śmierdziało.
    Gdzieś niedaleko znów rozległ się ten potworny wrzask. Nabrała niepohamowanej ochoty, by zatkać uszy i wybiec stąd, a potem bieg jak najdalej będzie mogła. A potem zapomnieć. Zapomnieć o wszystkim. O tym, że kiedykolwiek w ogóle tutaj wlazła, że poznała irytującego Harrisona, który wcale nie był aż taki zły; że Evans Cholerny Pierwszoroczniak musiał przyczepić się właśnie do niej, i o tym, że przez chwilę pożałowała, że więcej go nie zobaczy.
    Nie zdążyła zaprotestować, kiedy chłopak oddalił się tak szybko i cicho jak tylko mógł. Lily wyklinała go w myślach i obrażała na wszelkie możliwe sposoby, wyrzucając jednocześnie sobie samej, że jeszcze przed momentem twierdziła, iż nie jest taki zły. Jest, kurczę, jest pieprzonym egoistą!
    Po chwili zawahania poszła tropem Harrisona.
    Nie będzie mi mówił, co mam robić!, wściekała się po drodze, poruszając się cicho jak kot. Minę miała groźną; przyszło jej do głowy, że gdyby teraz spotkała Evansa, z całą pewnością by się w niej odkochał. A może nawet przestraszył. Nagle zapragnęła, żeby Evans Cholerny Pierwszoroczniak był bezpieczny w Zamku, i żeby ta cała chora akcja była jedną, wielką pomyłką.
    Stali w kręgu. Gdzieś tam, w środku całej zbieraniny, musiał być ten głupi dzieciak, ale Lily nie mogła go dostrzec, bo wielkie ciało Harrisona skutecznie zasłaniało jej widok. Nie słyszał jej. Stał jak wmurowany i Potterówna była ciekawa, co takiego tam widzi. Zazdrościła mu przez chwilę, że jest taki wysoki i nic nie jest dla niego przeszkodą, by dostrzec sedno tego problemu. Jej wiecznie coś przeszkadzało.
    - Spierdalamy! - Pociągnęła go za ubranie w tym samym momencie, w którym Śmierciożerca odwrócił się w ich stronę, wyciągając przed siebie różdżkę i wystrzeliwując z niej zielone światło. Lily skręciła gwałtownie, ciągnąc za sobą chłopaka - właściwie dlaczego nie mogła go puścić? - i starając się rozpaczliwie utrzymać równowagę. - On i tak nie przeżyje! - Warknęła wściekła na Gryfona, który usiłował jej wyperswadować ten dziki plan. - Zaufaj mi chociaż raz, do cholery jasnej!
    Rzuciła się w lewo, przylegając plecami do ściany. Serce waliło jej jak młotem, szybko i mocno, oddychała płytko i nierówno. Przyłożyła sobie rękę do czoła i już miała odetchnąć z ulgą, kiedy ziemia pod nimi zapadła się nagle.
    Tym razem wrzasnęła głośno i rozdzierająco.

    Lily.

    OdpowiedzUsuń
  91. Freya zapłonęła wielkim rumieńcem gdy usłyszała, że chłopak mówi do niej. To niemożliwe. Zajrzała za siebie czy aby nie mówił do kogoś innego? Ale chłopak wywiercał w niej ogromną dziurę, więc już po chwili mogła być pewna, że na prawdę mówił do niej. Przeczesała włosy, złapała się za gorące poliki, chcąc by trochę zbladły, do ich naturalnego koloru. Przełknęła głośno ślinę, gdy usłyszała kolejne słowa. Czy aż tak bardzo widać, że jestem Perfekcjonistką? Spytała samą siebie, odpowiedzi się nie doczekała, więc po prostu chicho pokiwała głową. Wyglądała naprawdę strasznie, aż dziw, że zwykłe słowa jakiegoś Gryfona mogą wywołać aż tyle emocji. Dłonie zacisnęła na brzegu ławki, natomiast wielkie przerażone oczyska patrzyły w jego tęczówki.
    - Taa, coś w tym jest. - chciała zabrzmieć na luzie, ale mimo trudu jej to nie wychodziło. Miała tylko nadzieję, że nie pomyślał sobie, że jest wredna. To naprawdę nie jest tak, że Freya się boi ludzi, ona po prostu jest mało pewna siebie i wszystko może ją zranić, począwszy od jesteś fajna. Ona naprawdę już nie raz odebrała to jako obrazę. Chciała jeszcze jakoś nawiązać kontakt, niestety jednak nie miała pojęcia w jaki sposób może być odebrana. Oby nie jak kolejna zakochana w nim dziewczyna. On na pewno ma już tego całkowicie dość. Zważywszy na to, że istnieje wiele plotek na jego temat, między innymi to, że schował się do schowku na miotły, gdy jakaś dziewczyna chciała by dla niej zagrał. Freya nie wierzy w plotki. Na pewno wymyślił to jakiś pryszczaty Ślizgon z zazdrości. Postawiła więc na zwyczajne bycie miłą.
    - Może chcesz abym Ci pomogła? Właśnie skończyłam ten eliksir, chyba dobrze mi wyszło. - rzuciła niby od niechcenia, a tak naprawdę wciąż nie radziła sobie z piekącymi policzkami i drżącym głosem, dla tego właśnie gdy to mówiła patrzyła cały czas w ziemię. Profesor przeszedł się po klasie i stanął przy stanowisku platynowej. Uśmiechnął się do niej i coś wpisał do swojego zeszytu, zajrzała mu przez ramię, jednak nic konkretnego nie zauważyła. Już chciał iść dalej, ale zatrzymał się ponownie przy Freyi.
    - Może masz ochotę pomóc Harrisonowi? - spytał profesor, na co Krukonka pokiwała lekko głową i w ciszy przeszła do stanowiska Matta, który cały czas popierał swoją twarz rękami. Wyglądał dość idiotycznie, ale blondynka nawet się nie roześmiała, nie chciała robić mu przykrości. Stanęła nad jego kociołkiem i wyprostowała się niczym struna. Tak przynajmniej mówią Mugole. Naprawdę dziwnie reagowała na stres. Gorzej jej się nawet oddychało, oby jednak chłopak nic nie zauważył. Był od niej starszy o rok, a zachowywał się naprawdę jakby był młodszy, mimo wszystko jednak Freya go polubiła, ciekawe tylko czy Matt polubił ją?

    [Ale ty dłuuugie piszesz te wątki:)]
    Freya Flores

    OdpowiedzUsuń
  92. [Fajnie, że ją lubisz, naprawdę mnie to cieszy :D Z Prim można robić wszystko, ale raczej nie sprowadzi się jej na złą drogę, choć od czasu do czasu zdarza jej się być naprawdę złośliwą, ale to rzadko. Rudzielców nie jest tak dużo, ale będzie, rodzinka Oberlin ma zamiar przejąć Hogwart xDD Co do wątku, to myślałam o czymś z Matthewem, a pierwsze co przyszło mi na myśl to, że gdy będzie on grał mini koncert, a Prim przechodziła obok, to sobie zacznie tańczyć, bo taka z niej krejzolka i zrobią imprezę na korytarzu czy gdzieś! A tak serio, to nie mam pomysłu, ale ten motyw z tańcem mógłby zostać, tylko Matt uznałby ją za idiotkę albo za fajną dziewczynę, czy coś w tym stylu i jakoś by się potoczyło xD Dobra jednak nic nie mam, ale będę jeszcze myśleć, a może Ty rzucisz jakimś pomysłem? :'')

    Primrose

    OdpowiedzUsuń
  93. [Dokładnie o to mi chodziło, cygańskie rytmy, luzik, bo Prim to trochę taka hipiska, więc ideolo. Jeśli możesz, to zaczynaj, będę wdzięczna!]

    OdpowiedzUsuń
  94. Oczywiście, że chciała w ten sposób pokazać swoją niezależność i podkreślić obojętność na zachowanie Matta w stosunku do jej niedoszłych adoratorów. Zawsze była małą córeczką, młodszą siostrzyczką i nieukrywanie odnosiła wrażenie umniejszania jej zdolności czy ważności jej decyzji. Teraz więc nie chodziło tylko o jakąś tam randkę, ale pokazanie, że najwyższa pora, by Matt przestał mieszać się w jej osobiste sprawy, a szczególnie w relacje z chłopcami.
    Spojrzała na niego bardzo wymownie unosząc jedną brew ku górze i dmuchnęła kącikiem ust, by odsunąć z twarzy niesforny kosmyk.
    - Ha, ha, ha naprawdę bardzo śmieszne- powiedziała beznamiętnie poprawiając torbę na ramieniu. - Wzajemnie - odparła odwracając się na pięcie i ruszyła w kierunku Wielkiej Sali.

    ***

    Nadszedł dzień spotkania z mniemanym Krukonem i już od wejścia można było zorientować się, że panienka Harrison szykuje się na randkę. Ubrania walały się dosłownie wszędzie, a w powietrzu unosił się zapach zmieszanych chyba wszelkich dostępnych perfum. Sama dziewczyna leżała na swoim łóżku z twarzą ukrytą w poduszkach jęcząc, że i tak nie ma się w co ubrać. Standardowa sytuacja, na którą jej współlokatorki był już przygotowane.
    - Założysz to, to i jeszcze to- powiedziała Avalon, która jak zwykle pojawiała się ni z tego ni z owego ratując sytuację.
    - Uuu może być- stwierdziła zerkając kątem oka na zaproponowane ubrania. Po względnym odpicowaniu, setce spojrzeń w lustrze i wyborze odpowiednich kolczyków stwierdziła, że jest gotowa właśnie w momencie, w którym powinna już od pięciu minut być na dziedzińcu.
    - Niech to szlag- szepnęła chwytając w biegu płaszcz i wybiegła z dormitorium.
    - Te, Kopciuszek na boso będziesz zapitalać po śniegu?- usłyszała za sobą toteż odruchowo odwróciła się.
    - O co ci cho…- zapytała zerkając na przyjaciółkę trzymającą w dłoni jej buty, po czym zwróciła wzrok na bose stopy. - Jak zwykle- zaśmiała się rozbawiona podbiegła do panny Moore, chwyciła buty, ucałowała ją w policzek i wybiegła z dormitorium. Po drodze w podskokach zakładała to jeden to drugi but. Była teraz na dobrej drodze, by iść na jedną z lepszych randek w życiu z niezwykle przystojnym Krukonem toteż poziom endorfin wzrósł do poziomu „ pośpiewam sobie happy Pharell’a Williams’a, a co! Wpadła na dziedziniec z szerokim uśmiechem i melodią, by stanąć pod umówionym drzewem. Odetchnęła głęboko, wygładziła płaszczyk i odgarnęła włosy rozglądając się za Krukonem. Zaniepokoiła ją sytuacja, że było już dobre dziesięć minut po czasie, a jego nigdzie nie było. Być może stwierdził, że ona zrezygnowała i już poszedł. Przygryzła ze zdenerwowania wargę bawiąc się nerwowo palcami. Spoglądała na przechodzących ludzi, kiedy nagle jej zielone oczy napotkały nikogo innego jak ukochanego braciszka w towarzystwie swojego przyjaciela. Wywróciła oczami i odwróciła głowę w zaparte udając, że wcale ich nie zauważyła. Spali się ze wstydu jeśli ten Krukon się nie zjawi.
    - Przyszedłeś na podwójną randkę, że wziąłeś Ballamy’ego ze sobą?- zapytała, gdy braciszek do niej podszedł lecz nie spojrzała na niego. Była zbyt zdenerwowana nieobecnością Brian’a.

    Wybacz za zwłokę :*
    Siostra

    OdpowiedzUsuń
  95. Siedziała w Wielkiej Sali w ogromnym skupieniu, próbując wyjaśnić jedno zadań z Eliksirów młodszej siostrze, która to najwyraźniej od kilkunastu już minut myślami była gdzieś indziej. W końcu jednak i ona widząc, że nie wiele z jej słów dociera do Gryfonki, wyrwała się z wcześniej wykonywanego zajęcia i z równie przejętym wzrokiem, co Hope spojrzała na korytarz, starając się wywnioskować co tak bardzo zainteresowało najmłodszą Wiewióretkę. Wtedy też usłyszała, początkowo dosyć niewyraźnie wygrywaną z pewnością na gitarze, energiczną melodie, która z każdą kolejną sekundą fascynowała ją coraz bardziej. Uśmiechnęła się i chwytając siostrę za rękę, najszybciej jak potrafiła, wybiegła z pomieszczenia, by dostać się na zatłoczony korytarz. Na moment przymknęła oczy i uświadomiła sobie, skąd zna wygrywaną przez chłopaka, a przynajmniej tak jej się wydawało, bo widoczność miała dość ograniczoną, radosną melodie. Przypomniało jej się zeszłe lato i każde inne, bo wakacyjne miesiące zawsze spędzała w podobny sposób. Ogromne ognisko, wokół niego radosne, siedzące na drewnianych ławach osoby, które Prim znała już od dzieciństwa. Przyjemne ciepło buchające od ognia, cudowna atmosfera, którą jedynie w małym stopniu naruszały bezlitosne komary. Przyglądała się zachodzącemu słońcu, bezskutecznie próbując nie zaprzątać sobie głowy martwiącymi ją myślami, wtedy ktoś nagle zaczął grać, a po chwili do gitarzysty przyłączyło się jeszcze kilku innych muzyków, a nawet Benjamin grający jeszcze trochę nieudolnie, ale nie sposób było, to odczuć i nim sama spostrzegła, wirowała w tańcu, a była tym tak zafascynowana, że wszystkie ponure myśli odeszły w niepamięć. Biorąc przykład z cioci Aishe starała się poruszać niczym cygańska dziewczyna i choć nie wychodziło jej to jakoś specjalnie dobrze, wszyscy na koniec wieczoru bili jej gromkie brawa. Takie spotkania i melodie, do których tak bardzo lubiła tańczyć, wciąż dobrze pamięta i teraz gdy nadarzyła się okazja, aby je w pewnym stopniu odświeżyć, nie mogła jej przegapić. Przebrnęła przez bardzo mały, ale jednak tłum uczniów i po chwili stanęła tuż przed chłopakiem, uśmiechając się tylko i mówiąc, aby czasem nie przestawał grać, zaczęła tańczyć. Poruszała się zgrabnie, energicznie i szybko, ale przy tym z pewną gracją, jakiej nauczyła ją Aishe. Obracała się, klaskała w dłonie, a jej rude włosy cudownie wpasowywały się w cały ten obraz.
    - Tańczmy! - krzyknęła, wciąż śmiejąc się i podchodząc do coraz większej ilości osób zbierających się na korytarzu. Mimo początkowego sprzeciwu już kilkoro uczniów wirowało razem z nimi, a jeszcze więcej miało ogromną ochotę do nich dołączyć.
    - Graj jak jeszcze nigdy — puściła chłopakowi oczko, choć nie była pewna czy to zauważył, był tak zafascynowany grą, jak jej brat, a może nawet jeszcze bardziej. Doszła do Matta i idąc koło niego, klaskała, wygłupiała się, wciąż tańcząc i próbując zachęcić jeszcze większą ilość osób do wspólnej zabawy.

    OdpowiedzUsuń
  96. Uśmiechnęła się widząc jak Matt podaję jej rękę, speszyła się, ale już po chwili podała mu swoją bladą chudą rękę. Miał ciepłe dłonie.
    – Jestem Freya Flores. – szepnęła cicho i szybko wyrwała rękę z jego uścisku. Był bardzo miłym chłopakiem, naprawdę jedynym z niewielu w tej szkole. Zazwyczaj to wszyscy sobie z niej kpią. Nawet odchodzący Samuel dziwnie na nią spojrzał, przynajmniej tak jej się wydawało. Może jest brudna? Kiwnęła głową chcąc odgonić nie przyjemne myśli. Jej niepewność siebie, potrafi być naprawdę męcząca, może właśnie dla tego nie ma zbyt wielu przyjaciół, no przynajmniej nie tylu ilu by chciała mieć. Najgorsze jest to, że wszyscy widzą w niej ofiarę losu, ale ona naprawdę tylko i wyłącznie źle reaguję na stres i na kontakty między ludzkie. Spróbowała się uśmiechnąć i spojrzała na niego gdy już usiadała na jego wcześniejszym miejscu.
    – Czasem się śmieję, nie zawsze są ku temu powodu. – powiedział pewnie, tak, aby nie wyczuł niepewności w jej głosie. Spojrzała w jego kociołek
    – To jak? Wiesz już co spaprałem? Lubisz te eliksiry chyba, co nie? – powiedział do niej chłopak, na co uśmiechnęła się jeszcze bardziej, tak z zębami. To dość uprzejme z jego strony, że mimo tego jaka jest Freya on starał się z nią pogadać, wyciągnąć z niej jakieś informację. Przyjrzała się bardziej. Kolor jego eliksiru był dość dziwny, jak zielona papka, a zazwyczaj jest koloru brzoskwini. To naprawdę dziwne. Chyba przesadził z łodygą róży. Miała być 1/4, a dodał na pewno więcej niż 2/4. Uśmiechnęła się na to.
    – Przesadziłeś z łodygą róży, dałeś o wiele za dużo. – mruknęła, zaczęła wylewać z kociołka jego zawartość. Był pusty. Od nowa mogli zacząć wytwarzanie eliksiru. Została tylko nie wielka garstka uczniów, oprócz Freyi i Harrisona. Przeczesała włosy i wlała trochę wywaru z łez Villi. Co jakiś czas pokazywała Mattowi jak na przykład: wyciąć korzeń.Uwielbiała eliksiry, a uczenie kogoś nawet jej pasowało, kto wie, może Gryfon ją jeszcze kiedyś o to poprosi.
    – A tak swoją drogą, to co czujesz? – spytała go. Zawsze to ją najbardziej fascynowało, kto co wyczuwa w Amortencji. Ucieszyła się gdy chłopak na nią spojrzał, to znaczy, że dobrze zaczęła rozmowę, oczywiście nie chciała na niego naciskać, jak nie chce mówić co czuję, to przecież go nie zmusi. Po prostu chciała jakoś zacząć rozmowę, może nie weźmie ją za wielką idiotkę, tylko za średnią idiotkę.

    [Nie wiem jak ty, ale ja naprawdę nie mogę się doczekać naszego wątku z III bitwą o Hogwart, to może zaraz po tym jak się zaprzyjaźnią, to właśnie wypadnie bitwa, hmm? A tak szczerze to po prosu sprawdzam czy o tym pamiętasz xdd]
    Freya Flores

    OdpowiedzUsuń
  97. [Ślicznie dziękuję za powitanie! Jakiś wątek klecimy? Znajdziesz czas? I jeśli tak, to którą postacią? :D ]/ Ailisa

    OdpowiedzUsuń
  98. [ również się witam i przychodzę z pytaniem czy masz ochotę na wątek? Możesz wybrać, którą ze swoich i moich postaci chcesz do niego, bo Matta tak na chybił trafił wybrałam :]
    Molly/Louise/Leathan

    OdpowiedzUsuń
  99. [ okej :D ale musisz wiedzieć, że z Lou nie będzie łatwo xD ]
    Louise

    OdpowiedzUsuń
  100. [ SAKSOFON! KOCHAM GO!
    Tia może niekoniecznie, bo ona to wolałaby grać na jakimś szlachetnym instrumencie typu klawesyn czy harfa, ale to jej strata :D Dzięki i polecam się na wątuś, jak coś. ]
    T. Bowen

    OdpowiedzUsuń
  101. Lou krążyła w te i z powrotem. Nieźle się denerwowała odwiedzinami swojego ojca. Jak to napisał w liście "nie mogę się doczekać, by poznać twoich przyjaciół z domu". Moliere cieszyła się, że gdy mu powie, że nie ma przyjaciół to będą w miejscu publicznym i nie będzie on mógł pokazać w pełni swojego gniewu.
    Dalej krążyła po sali wejściowej, gdy wrota się otworzyły i wszedł do pomieszczenia jak zawsze elegancko ubrany pan Moliere.
    - Witaj, córko - powiedział oficjalnie.
    - Witaj... - odchrząknęła - Więc może najpierw przejdziemy się? Pokaże ci kilka ciekawych miejsc? - próbowała odwrócić jego uwagę od celu jego pobytu tutaj.
    - Możemy zwiedzać po drodze, gdy będziemy szli do twojego pokoju wspólnego.
    Louise zrzedła mina. Mogła się spodziewać, że jej ojciec tak łatwo nie da się przechytrzyć. Wiadome było, że przybył tu tylko dla jednego, a tym czymś nie jest jego córka. Jak mógłby zmarnować okazję do poznania "jego" popleczników.
    Ruszyli korytarzami, Lou pokazywała mu co ciekawsze rzeczy, które oczywiście go nie interesowały i coraz bardziej się irytował.
    Wychodzili zza rogu gdy nagle wpadli na kogoś. Chłopak miał na sobie szatę gryffindor'u i dziewczyna wiedziała od razu, że to nie wróży nic dobrego. Ojciec zmierzył nieznajomego wzrokiem.
    - Wszytko byłoby dobrze z tą szkołą, gdyby nie to, że przyjmują do niej takie nic nie znaczące szlamy - warknął.
    Ślizkogna, aż wzdrygnęła się słysząc te słowa.

    OdpowiedzUsuń
  102. [ Ej, ja gram na flecie! Na szczęście nie czuję potrzeby wyrywania panienek, bo inaczej byłabym w kiepskiej sytuacji ://
    Matt mógłby uczyć Tię grać na gitarze, a raczej ją doszkalać, żeby mogła popisać się przed swoją one true love. Potem wystąpiliby razem na korytarzu, duet i te sprawy :P ]
    T. Bowen

    OdpowiedzUsuń
  103. Zdziwienie czy tez zakłopotanie dziewczyny jeszcze bardziej się pogłębiło słysząc słowa chłopaka. Za to jej ojciec aż posiniał ze złości.
    - Jak śmiesz?! Jak śmiesz ty przebrzydła szlamo tak się odzywać do kogoś lepszego od ciebie?! Masz szczęście, że jesteśmy w szkole, bo inaczej...
    - Ojcze moż...
    - Zamknij się, dziecko! Nie będę tolerować czegoś takiego!
    Louise odsunęła się trochę w bok mając nadzieję, że złość szybko mu przejdzie i że nikt nie ucierpi. Wtedy już na pewno wszyscy, by poznali naturę jej ojca. I miała też nadzieję, że chłopak szybko odpuści i nie będzie go dalej denerwować. Inaczej może się to skończyć fatalnie.

    Louise M.

    OdpowiedzUsuń
  104. [Dobra. Mam dwa pomysły:
    1. Złośliwy Ślizgon dosypałby coś do napoju Mattowi, kiedy ten siedział w Pubie pod Trzema Miotłami. Ślizgon by się ulotnił, ale zostałaby Ailisa i James i próbowali mu w jakiś sposób pomóc.
    2. Gram na wiolonczeli od dwunastu lat, ale od saksofonu miękną mi kolana, to samo od gitary. Może spotykaliby się przez chwilę? Skończyłoby się tak, że on jednak zauroczył się inną, Ailisa zrobiłaby mu dwudniowe piekełko, ale idą święta. Matt mógłby chcieć się pogodzić, ona w zasadzie też i mogliby porozmawiać.
    3. Niedawno Ailisie zdechła sowa. Ranna wróciła do Hogwartu i niestety nie można było jej już uratować. Matt mógł ją znaleźć i później widzieć, jak Ai przeżywa jej stratę i w ten sposób zaczęliby się trochę do siebie zbliżać.
    4. Rodzina Gordona i Ailisy mogłyby się znać, więc oni także by się znali. Ailisa mogłaby namówić go na zjedzenie wspólnie obiadu i urządzenie sobie własnych świąt, skoro on nie ma kontaktu z rodziną a ona na swoją nie ma co liczyć.
    5. Pozostawiam Tobie :D ]/ Ailisa

    OdpowiedzUsuń
  105. Lou patrzyła niepewnie na dziwne wygibasy chłopaka. Jeszcze chwila i by pomyślała, że ma on nierówno pod sufitem.
    Gdy jej ojciec zaczął szarpać chłopaka, a ten upadł i zaczął wołać pomocy, miała ochotę do niego podejść i zasłonić mu usta tak, by już był cicho. Jednak na szczęście szybko się uspokoił i znów w pełni sił próbował jeszcze bardziej rozgniewać Bastien'a. Mało nie parsknęła śmiechem, gdy chłopak jakby nigdy nic podszedł i przytulił nadal rozgniewanego mężczyznę. Gryfon podał Lou różdżkę, którą jej ojciec miał za płaszczem i w dodatku puścił do niej oczko powodując czerwone rumieńce zawstydzenia. Miała nadzieję, że to już koniec przedstawienia, jednak chłopak znów zaatakował. Miał wiele szczęścia, że zabrał francuzowi różdżkę, bo po słowach ten już jej szukał. Obrócił się w stronę swojej córki, a widząc w jej rękach przedmiot poszukiwań fuknął.
    - I ty, przeciwko mnie? Idziemy! - wściekły wyszarpnął swój magiczny patyk z rąk dziewczyny i złapawszy ją za ramię ruszył w przeciwnym kierunku.
    Lou wiedziała, że pokonany Bastien to nieźle wkurzony i rządny mordu Bastien, więc miała się czego bać.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Kiedy Lou myślała, że to już koniec, gryfon kolejny raz pojawił się na przeciwko nich. Znów zaczął swój zabawny dla dziewczyny wywód. Chłopak spojrzał w jej oczy i widać było, że tak łatwo jej nie zostawi z ojcem. Z jednej strony Louise się cieszyła, że choć raz ktoś próbuje jej pomóc, a z drugiej wiedziała, że ojciec będzie jeszcze bardziej wściekły. Przerywając chłopakowi zwróciła się do swojego ojca szeptem.
      - Ojcze posłuchaj. To naprawdę nie ma sensu. Za niedługo zaczynam zajęcia...
      - Ten jeden jedyny raz masz rację. Mój czas tutaj już się skończył - warknął zerkając na zegarek - Tylko masz iść od razu na zajęcia. I daleka od szlamu, bo się ubrudzisz. Zrozumiano?
      - Tak, ojcze. Do widzenia - mruknęła za oddalającym się szybkim krokiem mężczyzną.
      Dopiero teraz zdała sobie sprawę, że została z chłopakiem sam na sam i zaczęła się denerwować. Błądziła wzrokiem wszędzie, by tylko na niego nie spoglądać. Kompletnie nie miała pojęcia co teraz zrobić. Czy pójść? Może mu podziękować, a może zbesztać za to, że tak bardzo zdenerwował jej ojca. Choć wiadomo, że nic z tych rzeczy, by nie zrobiła. Była za bardzo nieśmiała. Jednak była jedna rzecz za którą mogłaby podziękować - jej ojciec nie dotarł do pokoju wspólnego ślizgonów i nie dowiedział się, że jego córka jest nielubiana, a wręcz poniżana.
      - Dzięki - mruknęła tylko z lekkim uśmiechem.

      Usuń
  106. Po tym, jak pożegnała się z kuzynem, a ten odstawił kufel po piwie na blat baru, siedziała jeszcze chwilę sama. Bez celu, bez sensu i bez nadziei. Ciepły, głęboki głos Niny Simone dodatkowo sprawiał, że Melancholia stawała się jej coraz bliższa, coraz milsza i bardziej namacalna, niż ludzie wkoło. Harrison musiałby być co najmniej pogańskim bożkiem, by mogła zwalić winę na niego. Że niby najpierw ją rozkochał, a później porzucił, ha! Chciałby. Była naiwna myśląc, że się w sobie zakochają, ale nigdy nie czuła do niego miłości. Słabość. Miała słabość do jego ładnej buźki, szerokiego uśmiechu, muzycznych umiejętności i pewności siebie. Poza tym, ciekawił ją, bo mimo bijącej od niego szczerości czuła tą nieznośną nutkę fałszu, którą może wykryć jedynie dobry obserwator. Ailisa musiała czymś nadrabiać to, że raczej mało kiedy była czymś innym zajęta niż nauką, więc obserwowała i uważała, że jest w tym całkiem niezła. Przecież nikt nie podejrzewałby blondynki, spokrewnionej z piękną wilą Rovenbert, o myślenie, a co dopiero wyciąganie wniosków!
    Jej zdaniem, niemalże wszyscy w Hogwarcie borykali się z jedną, tą samą jędzą- Samotnością. Częściej bądź rzadziej, ale każdemu ta zołza robiła na złość.
    Kiedy chłopak upadł, spojrzała na niego zdezorientowana. Nie czuła, jak do niego biegnie, nie myślała też co robi, kiedy przykładała mu palce do tętnicy szyjnej. Zawołała Gordona.
    -Nie wiem co mu się stało...- wyszeptała przerażona, patrząc na Jamesa- Masz... Czekaj! Masz gotowe Antidotum? Jeśli nie, musimy go zabrać do Hogwartu, albo od razu do Świętego Munga. James, pomóż mi na miłość boską!- krzyknęła na barmana, głowę Matta układając sobie na udach i przekręciła ją w bok, w razie gdyby miał zamiar wymiotować.

    Ailisa

    OdpowiedzUsuń
  107. Nie odzywała się. Przez cały czas nie odzywała się, zarówno kiedy Gordon kazał jej zostać w pubie, tak jak i wtedy, kiedy Rosmerta powiedziała, że lepiej, żeby ktoś jeszcze z nim poszedł, bo "duże bydle" z tego Matta. Miała rację, Harrison był wyższy od Ailisy co najmniej o głowę i mimo, że nie wątpiła w silę mięśni Gordona, pomyślała, że właścicielka pubu może mieć rację. Z zastanowieniem, coby nie trafić w złe miejsce, rzuciła proszek pod nogi, wcześniej biorąc jego zapas do woreczka, żeby mieli jak wrócić (o czym najpewniej James już nie pomyślał).
    W przeciwieństwie do Harrisona, nie wylądowała po środku ulicy, zupełnie nieprzytomna i do tego powykrzywiana w różne strony, natomiast wciąż daleko jej było do miękkiego lądowania Gordona. Lądując w publicznym kominie otarła sobie plecy, które w tej chwili zdawały się być najmniejszym z problemów.
    -Byłam tam aż za dużo razy- powiedziała niezbyt przyjemnie, nie odpowiadając na idiotyczne pytanie, które zadał wcześniej. A co mogła tam robić? Grzebać różdżką w nosie wśród mugoli, ot tak, bo to świetna zabawa.
    Harrison to Harrison i kiedyś faktycznie mógł liczyć na powodzenie ze strony Ailisy. Mógł liczyć nawet na jej szersze uśmiechy, na ukradkowe spojrzenia na korytarzu i wszystkie inne słodkości, związane ze szczeniackim zauroczeniem, ale teraz? Sama zastanawiała się, czy nie dosypać mu jakiś mugolskich środków przeczyszczających do piwa dyniowego, jednak na to była zbyt dumna. Wolałaby go już publicznie opluć, niż po cichu cieszyć się z dowcipu, pod którym nawet nie mogłaby się podpisać. To dopiero byłoby frustrujące! Zrobić coś tak fajnego i nie móc się z tego otwarcie cieszyć!
    Ailisa pochodziła z rodziny, gdzie wszyscy byli powiązani z magią, dlatego o mugolskim świecie wiedziała tylko tyle, co sama zauważyła, lub co wyczytała w książkach. Ich świat wydawał się iść znacznie szybciej do przodu, niż świat czarodziejów i czarownic, ludzie jakoś bardziej pędzili i wydawali się być znacznie bardziej nerwowi. A może to było tylko jej wrażenie? Wychowywali ją dziadkowie, od nich każdy ruszał się szybciej, zaś uczniom Hogwartu rzadko kiedy się spieszyło (zwłaszcza na zajęcia).
    Ona nigdy nie miała takiej sytuacji. Nie dosyć, że była z Ravenclawu, który nie darł kotów z żadnym z domów ( czego nie można było powiedzieć o relacjach Ślizgonów z Gryfonami), więc większość bójek nie dotyczyła Krukonów, to dodatkowo była dziewczyną schodzącą wszystkim z drogi. No... Po tym, jak Harrison chwilę po rozstaniu z nią pobiegł do innej, była zła. Była wściekła i czuła się upokorzona nie samym rozstaniem a tym, że jej pozbieranie się zajęło więcej czasu niż jemu. Pozamieniała mu książki z ich okładkami, na eliksirach przypadkowo strąciła mu go kociołka trochę za dużo soku z mandragory, to znowu przypadkiem do jego eliksiru dodała wilczych jagód, chociaż brakowało ich w przepisie. Przez dwa dni wyrażała swoje zdenerwowanie, otwarcie ale na tyle subtelnie, by nie musieć odpowiadać za dowcipy wycelowane w Matta.
    Odwróciła głowę, kiedy przystąpili do płukania żołądka. Uśmiech był bardziej smutny, niż radosny, bo spowodowany był sentymentem. "Patrz piękny chłopcze, nie wszyscy Cie jednak kochają"- powiedziała do siebie w myślach i podeszła do Gordona.
    -Rosmerta kazała mi do was dołączyć. Dała mi proszek fiu na powrót...- wyjaśniła, i wyjaśniałaby dalej, gdyby nie doszło do nich chrząkanie lekarza. Odwróciła się i spojrzała na mężczyznę z niepokojem.
    -Co z nim?- zapytała, ręce krzyżując na piersi.
    -Będzie żyć. Przeżyłby to, nawet bez naszej pomocy, co nie zmienia faktu, że wciąż nie wiemy, co to było- uzdrowiciel wzruszył ramionami- Zawiadomić kogoś?
    -Zaraz skontaktuję się z rodzicami. Bardzo dziękujemy za pomoc- uśmiechnęła się lekko i kiedy lekarz odszedł spojrzała na Jamesa.
    -Musimy wrócić do Hogsmeade, bo jak nie to będziemy mieć bardziej przekichane niż ten, co go otruł- powiedziała żywo, nerwowo zakładając kosmyk włosów za ucho.

    OdpowiedzUsuń
  108. Mógł mieć rację. To zazdrość zawładnęła nią, jak jakiś złośliwy demon. Było to najpewniej spowodowane tym, że był pierwszą osobą, która rzeczywiście zwracała na nią uwagę. Na samym początku podchodziła do niego nieufnie. Opinia o nim, przynajmniej wśród Krukonek nie była najlepsza. Bawidamek, wielbiciel kusych spódniczek, casanova... Miały na niego wiele określeń. Dlatego, kiedy zaczął być obok niej coraz częściej, coraz bliżej, ona odruchowo się wycofywała. Aż do momentu, kiedy nie miała już gdzie uciec, bo zwyczajnie poczuła, że nie ma po co. Zaufała mu. Ale nie ufała innym dziewczynom, zwłaszcza tym pewnym siebie, tym, które uważała za znacznie bardziej od siebie atrakcyjne i interesujące. Wtedy właśnie poczuła tego małego człowieczka, który nią zaczął rządzić jak mu się podobało. Mówił jej głosem, poruszał jej ciałem i stawał się szczególnie aktywny, kiedy słyszała nieszczególnie przyjazne jej dziewczyny, ich chichoty i stwierdzenia, że taka niemota nie powinna być z "takim fajnym" chłopakiem. A ona brała to na klatę, do momentu, kiedy nie poczuła zagrożenia i stała się, jak każda zagrożona kobieta- nieznośna.
    Emily utwierdziła ją tylko w przekonaniu, że dobrze zrobiła i nie ma o co walczyć.
    Ona nie płakała po wszystkim w poduszkę, tylko paliła znacznie więcej i pokazała rogi, które do tej pory nie miały okazji się porządnie wychylić przez te wszystkie lata. Miło wspominała te małe chwile, kiedy byli sami nawet wśród ludzi. Kiedy patrzyli na siebie, rozmawiali ze sobą, trzymali się za ręce i zwyczajnie byli. Lubiła nawet się przy nim uczyć, chociaż on był wtedy zazwyczaj zajęty czymś innym niż nauką. Najbardziej lubiła siedzieć mu na kolanach i się do niego zwyczajnie przytulać, o tak! Takie błahe, niewinne i typowo kobiece, ale jej ulubione.
    Ailisa podeszła do Jamesa i stanęła na palcach, policzek przybliżając do jego ucha, jakby niby chciała go ucałować.
    -Jeśli Rosmert nie umyła tej szklanki, to powinna tam być resztka tego świństwa które wypił. Nawet po umyciu... Lepiej pozbądźcie się tego szkła- uśmiechnęła się do niego lekko i dopiero teraz spojrzała na Matta. Podeszła do niego i usiadła obok. Kiedy wszyscy opuścili jego boks, przygryzła nerwowo wargę i pociągnęła ostentacyjnie nosem, który zaraz potem wysmarkała w jednorazową chusteczkę.
    -Ktoś chciał Cie podtruć... Nie zabić, ale zrobić krzywdę- powiedziała cicho, przysuwając się do niego. Chusteczkę wyrzuciła tuż przed tym- Jeszcze nie wiadomo kto, ani czym. Z Gordonem zabraliśmy Cie do Świętego Munga, tam zrobili Ci płukanie żołądka. Lekarz powiadomił profesora Hectora i przenieśli Cie do szkoły- odchrząknęła i spojrzała tęsknie za Jimmy'm. Też wolała, żeby to on był teraz obok chłopaka ktoś, kogo lubił. Nie była dziewczyna, z którą miał właściwie na pieńku i która po zerwaniu była jak wrzód na tyłku. A najgorsze było to, że była całkowicie świadomym wrzodem.
    -Daj...- powiedziała cicho i pomogła mu się podnieść do pozycji półleżącej, pod kark podkładając mu poduszkę- Poprosić kogoś żeby przyszedł? Przynieść Ci coś?- zapytała, uśmiechając się lekko.

    OdpowiedzUsuń
  109. Uśmiechnęła się na widok dziewczyny śpiewającej wraz z Mattem i sama nucąc tekst piosenki, ponownie dała się ponieść energicznej muzyce i tańcu. Nie zauważyła, nawet kiedy zaczęła wirować razem z zaskoczonym opiekunem Gryffindoru, a jeszcze większe było jej zdziwienie, gdy uderzył w nią silny podmuch wiatru i do jej płuc dotarło rześkie powietrze, które dodało jej dużo potrzebnej teraz energii. Zaskoczeniem było również to, że jej dżinsy ni stąd, ni zowąd zmieniły się w falbaniastą pomarańczową spódnice, zapewne za sprawką chichoczących bliźniaczek, które jeszcze przed chwilą chowały się w tłumie, a teraz szalały z Puchonką wśród innych tańczących i świetnie się przy tym bawiących osób. Wciąż zachęcała tych bardziej nieśmiałych lub sceptycznie nastawionych uczniów do przynajmniej chwili zapomnienia i odtańczenia z nią choć jednego tańca, udawało się to mniej lub bardziej, ale nie podawała się i sukcesywnie do wspólnych, dzikich pląsów przekonywała się coraz większa ilość młodzieży, a jeśli Prim nie mylił wzrok, nawet kilkoro nauczycieli wirowało gdzieś w tłumie. Od czasu do czasu zerkała na grającego i śpiewającego chłopaka, i musiała mu przyznać - robił to zawodowo. Nie chciała teraz nawet słyszeć o zakończeniu całej tej szalonej imprezy i bez najmniejszych problemów dopasowała się do klimatu nowych utworów. Biorąc mniej więcej przykład z chłopaka, poruszała się trochę wolniej i płynniej, a ze skupienia wyrwała ją dopiero melodia wygrywana na harmonijce. Podeszła do kolejnego grajka i klaszcząc radośnie, podprowadziła go do gitarzysty, z którym najwidoczniej się już znali, o czym świadczyło wymienienie między sobą znaczących spojrzeń. Wtedy dla rudowłosej zaczęły się najlepsze momenty. Muzyka była tak cudowna, że dziewczyna próbowała dorównać jej, choć w połowie tańcem i wprawdzie zdawała sobie sprawę z tego, że albo wygląda komicznie, albo w najlepszym wypadku tak pociągająco, jak Aisha, to jednak nie zaprzątała sobie teraz tym głowy i gdy spostrzegła, że gitarzysta spogląda na nią, odwzajemniła jego uśmiech i podbiegła do niego, próbując wyciągać go na środek parkietu.
    - Daj wykazać się innym! Zostaw gitarę na momencik i zatańcz wreszcie ze mną! - gdy chłopak odstawił instrument, chwyciła go za rękę i pociągnęła do miejsca, gdzie nie było aż tak dużego tłoku. Grany teraz utwór początkowo był może trochę za wolny do szaleństw, ale szybko się rozkręcił i podobnie zachowywała się para założycieli tej niespodziewanej imprezy, która o dziwo wciąż trwała, a osób bawiących się zebrała się już spora grupa. Piosenka skończyła się stanowczo za szybko i Primrose liczyła, że chłopak skusi się przynajmniej na jeszcze jeden taniec, w końcu nie wielu facetów tańczyło tak dobrze.
    - To wszystko było cudowne! Nawet nie wiem jak to opisać, po prostu mistrzostwo! - krzyknęła, choć serce biło jej jak oszalałe i z trudem łapała powietrze. Najprawdopodobniej była koszmarnie zmęczona, ale nie dawała tego po sobie poznać i wciąż rozpierała ją energia. Przybliżyła się do muzyka vel tancerza i przyglądając mu się przez chwilę, wypaliła nagle: - Gdybym znała przynajmniej twoje imię i nie byłoby tu mojego brata, myślę, że pocałowałabym Cię tak jak jeszcze nigdy nikogo innego — uśmiechnęła się, odrzucając do tyłu rozwiane na wszystkie strony świata włosy. - Tymczasem mogę Cię tylko przytulić, naprawdę się spisałeś, więc kiedy powtórka? - założyła ręce na jego szyję i stojąc na palcach, spoglądała mu w oczy. W międzyczasie rozmyślała tez nad tym, czy ma on dziewczynę i ile problemów będzie miała u grona jego wielbicielek, które z pewnością jest duże i niebezpieczne.

    OdpowiedzUsuń
  110. [ W sumie to możemy skombinować wątuś, w którym Matt chce jakiejś dziewczynie zagrać pod oknem, a Tia robi za jego bodyguarda i rzuca jakieś okropne zaklęcie na panią Norris, a później udaje prawie umierającą, żeby Harrison mógł swobodnie grać, za co później obydwoje dostają paskudny szlaban :D ]

    OdpowiedzUsuń
  111. [ TAAK, to będzie lepsze! Jak coś, to zacznę, ale dopiero wieczorem :D Niech Matt weźmie gitarę i w pewnym momencie zacznie grać, a Tia na poczekaniu wymyśli jakiś hymn! ]

    OdpowiedzUsuń
  112. - Louise - odchrząknęła - Louise Moliere.
    Patrząc na wyciągniętą rękę Matta przez chwilę się wahała czy ją ścisnąć po słowach ojca, ale obudziwszy w sobie iskierkę buntu niepewnie chwyciła za dłoń gryfona.
    - Nie... nie mam zajęć, ale miałam zamiar iść do biblioteki - powiedziała wiedząc, że teraz pewnie ich drogi się rozejdą, a chłopak będzie udawał, że nigdy jej nie spotkał. Zresztą pewnie każdy by tak zrobił po spotkaniu ze ślizgonką i po odkryciu jak nudną jest osobą. Jednak mocno się zdziwiła, gdy Matt objął ją ramieniem i ruszył w stronę biblioteki.
    - To ty idziesz ze mną?
    Zdziwienie było tak namacalne w jej głosie, że chłopak z pewnością usłyszał tą nutkę. Louise była w szoku. Może nie znała się na płci przeciwnej, ale po jej doświadczeniu, które było nikłe swoją drogą, mogła poświadczyć, że chyba biblioteka była ostatnim miejscem gdzie chłopak spędzałby dobrowolnie swój wolny czas.

    Lou

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Na donośny śmiech chłopaka zareagowała lekkim podskokiem. Nie spodziewała się tak żywej reakcji, choć po wcześniejszym przedstawieniu mogła już być przygotowana.
      Nic nie odpowiedziała na pytanie chłopaka biorąc je za retoryczne. Nigdy nie słyszała o takim nazwisku, na pewno nie było one magiczne.
      – Ten twój ojczulek zawsze taki nerwowy? Nie wie, że przegrał, a Voldemort nie żyje? - słysząc to niemal zatrzymała się w miejscu. Ta bezpośredniość aż ją odepchnęła. Tak długo się starała, by "choroba" jej ojca nie wyszła na jaw, a tu proszę, jedna nic nie znacząca sytuacja, a zaraz każdy będzie o tym wiedział. Widać było, że Matt jest popularny i to ją najbardziej martwiło. Z tego stresu w jej oczach pojawiły się łzy.
      - Proszę nie mów nikomu - szepnęła przestraszona - Ja zrobię co tylko chcesz, ale utrzymaj to w tajemnicy proszę - zaczęła w przypływie dziwnej paniki szarpać lekko za szatę zdezorientowanego chłopaka. Nie mogła pozwolić na to, by ktoś się dowiedział o tym, że jej ojciec był śmierciorzercą. W prawdzie nic nie znaczącym, bo był wtedy tylko nastolatkiem, ale mimo wszystko miał swoje z uszami i była pewna, że poniósłby za to odpowiednią karę, a ona nie mogła zostać zupełnie sama.

      Usuń
  113. - Teraz? A zresztą - pobiegła za chłopakiem, starając się dorównać mu kroku. Trochę żałowała, że ulatniają się akurat w tym momencie, kiedy aktualnie grana piosenka zaczynała się rozkręcać, ale po chwili kompletnie o tym zapomniała i jej myśli zajęły próby rozszyfrowania planów muzyka.
    - Uważaj, jest ślisko! - krzyknęła, gdy trzymając go za rękę próbowała zachować przynajmniej względną równowagę. Nie zdążyła nawet powiedzieć A nie mówiłam, kiedy w zawrotnym tempie zaczęła staczać się po zboczu, śmiejąc się przy tym jak opętana, co najprawdopodobniej było wynikiem strachu i po chwili zaliczyć jeszcze względnie miękkie lądowanie na chłopaku.
    - Na razie jestem cała, a Ty? - otarła rękawem bluzy twarz i spojrzała na sprawcę wypadku, starając się przy tym podnieść, czego nie ułatwiało jej ciągłe kręcenie się w głowie
    - Primrose Oberlin. Prim, Rose, Wiewiórka sama nie wiem jak tam jeszcze mnie nazywają. Mi również bardzo miło. - zaśmiała się, mimowolnie kładąc głowę gdzieś na brzuchu chłopaka, próbując się uspokoić i zapanować nad śmiechem.
    - Tam są trzy czy cztery drzewa, bo próbuję ocenić swój stan i się sprawdzam - powiedziała po chwili ciszy, całkowicie skupiając się na rozwiązaniu zagadki, w której chłopak raczej również pomóc jej nie mógł. Gdy w końcu cały świat przestał choć trochę wirować po kilku próbach, w końcu pokracznie podniosła się i położyła obok Matta, starając się otrzepać z piachu ubrania, jednak niemal od razu dała temu spokój.
    - Niezłe zapoznanie, nie ma co. Ciekawie się zapowiada - odkręciła głowę i spojrzała na chłopaka, ponownie uśmiechając się.
    - Co robimy teraz? Idziemy jeszcze gdzieś dalej czy zostajemy tu? - usiadła, gdy w końcu wszystko wróciło do normy i ostatecznie oceniła, że w większym stopniu nie ucierpiała ani ona, ani Matt.

    OdpowiedzUsuń
  114. Też żałowała. Nie żałowała ich znajomości, tego, że to on znalazł szarego ptaka, który przez ponad pięć lat nauki był jej bardzo bliskim przyjacielem, tylko tego, że poznała go akurat wtedy. W momencie, gdy potrzebowała rodziców, których jak zwykle nie było nawet w formie listowej, kiedy najchętniej ukryłaby się gdzieś daleko i głęboko, dosłownie przed wszystkimi. Z drugiej strony, to związek z nim przyczynił się do tego, że przestała być tak niepewna siebie i swoich umiejętności. Z każdym tygodniem, który spędzała w jego towarzystwie czuła się nieco pewniej, bardziej komfortowo zarówno w sferze fizycznej, jak i psychicznej. Zaczynała nawet powoli wierzyć babci, robiąc jej warkocze, jak mantrę powtarzała, że jej wnuczka całe szczęście wrodziła się bardziej w wilę niż w rodzinę od strony ojca. Wyglądała jak mała dziewczynka i wiedziała, że będzie podobnie wyglądać jeszcze przez najbliższe dwadzieścia lat, jeżeli faktycznie wrodziła się w rodzinę matki. Niejednokrotnie urzędnicy pragnący spoufalić się z Panią McKenną, komentowali, że córka jest do niej uderzająco podobna, bardziej jak siostry bliźniaczki niż matka i podopieczna.
    Pamiętała, jak luźno rzuciła propozycję, że może do niej przyjechać na urodziny. To było luźno rzucone, na długo przed samym przyjęciem i kiedy zobaczyła go, pukającego do drzwi na pozór opuszczonego budynku... Serce biło jej szybciej. W piżamie zbiegła po schodach, za dłoń trzymając domowego skrzata, z którym się wychowywała- Krużkę i rzuciła mu się na szyję. Był pierwszym, który odważył się przekroczyć próg ich domu bez zaproszenia dziadka i babki, pierwszym, który kiedykolwiek usiadł na wolnym siedzeniu przy ich stole. O dziwo, dziadkowie byli ucieszeni, że ich wnuczka zaprosiła "tego chłopca, o którym tak dużo słyszeli"- w rzeczywistości Ailisa jedynie o nim wspomniała raz, albo dwa. Wzmianka o policjancie wcale ich nie ruszyła, jednak Ailisa nie wiedziała, czy to z tolerancji czy raczej zwykłego niedowiarstwa. Jej rodzina znała mugolski świat jedynie z książek i sporadycznych wizyt, które różnie się dla nich kończyły.
    Już jako dziecko nie była wylewna. Nim nauczyła się czytać, układała puzzle i szczególną przyjemność sprawiała jej gra w warcaby, bo szachy były jednak w tamtym momencie stanowczo zbyt skomplikowane. Uwielbiała leżeć na miękkiej trawie, czuć jej zapach i być tam sama, bez nikogo obok. Dopiero on, tym swoim byciem które jakoś niespecjalnie jej przeszkadzało sprawił, że nauczyła się mówić. Że mówienie o emocjach i uczuciach jakoś przechodziło jej przez gardło, tak samo jak cieszenie się z większych i mniejszych osiągnięć. Wstyd, który do tej pory dławił w niej słowa zniknął, a pojawiło się zaufanie i przyjemne ciepło, kiedy tulił ją od tyłu, kiedy szepnął jej coś do ucha... Albo nawet, kiedy będąc z kolegami nie wstydził się przywitać z nią buziakiem, lub chociaż puścić oczka w jej kierunku. Te, na pozór drobne rzeczy podbudowały jej pewność siebie, jednak wciąż za słabo, by dała sobie w tamtym czasie z atakami ze strony rówieśniczek. W jednym miały racje- była dla niego zbyt słaba.
    -Chyba sobie kpisz!- powiedziała znacznie podniesionym głosem, wyrwała mu paczkę z dłoni i to samo zrobiła z papierosem, który już miał między ustami- Nie po to tachałam to Twoje cielsko razem z Gordonem, żebyś z jednej trucizny przerzucał się na drugą. Przechowam, aż stąd wyjdziesz- uśmiechnęła się, może odrobinę złośliwie, wsuwając papierosy do kieszeni szaty. Nachyliła się nad nim, mocno zaciskając dłoń w kieszeni, żeby przypadkiem nie mógł wyjąć z niej upragnionej rzeczy.
    -Poza tym, w pomieszczeniach nawet mugole nie mogą palić, chyba że to jakiś pub. A tutaj pubu nie widzę- szepnęła udała się do wyjścia ze skrzydła szpitalnego- Do zobaczenia!- zawołała na odchodne i trzasnęła za sobą drzwiami.
    Tak, jak ją poprosił, powiedziała Samowi o tym, gdzie znajduje się jego kolega i tak, jak się spodziewała, temu nawet nie przeszło przez myśl, żeby zrobić dodatkowe kopie notatek dla Matta, aby ten nie miał tak dużo do uzupełniania.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Było po kolacji, ale jeszcze przed godziną, po której zmuszeni byli pozostawać w dormitoriach, dlatego Ailisa pozwoliła sobie, niby przypadkiem zahaczyć o skrzydło szpitalne. W mugolskich ubraniach, bo w czarnych dżinsach i również czarnym swetrze usiadła obok jego łóżka i nie zwracając uwagi na to, czy uciął sobie drzemkę, czy wypoczywa przy zgaszonym świetle, zapaliła świecę i szturchnęła go w ramię.
      -Obudź się Matt... Zmęczony po całym dniu w otoczeniu fanek?- zaśmiała się cicho. Po szkole chodziły już legendy o tym, czemu wspaniały Matt Harrison wylądował w szpitalnym skrzydle i puki co, żadna nie była bliska prawdy- Przyniosłam Ci notatki, bo Sam pewnie o tym nie pomyślał, i mugolską tabakę, w razie gdyby nosił Cie głód nikotynowy- powiedziała cicho i położyła rzeczy obok jego łóżka- Rozmawiałam z pielęgniarką. Przetrzymają Cie jeszcze trochę, bo nie wiedzą, czy nie ma jakiś skutków ubocznych, albo działania z opóźnionym zapłonem, czy coś takiego... No, także...- szepnęła i nerwowo założyła kosmyk włosów za ucho. To było niezręczne. To bylo cholernie niezręczne, zwłaszcza, gdy powiedziała już cały monolog, który ułożyła w przeciągu dnia.
      -Potrzebujesz czegoś?

      Ailisa

      Usuń
  115. - Jeszcze nie wiem — odpowiedziała, przyglądając się, jak Matt nastawia radio, z którego o dziwo już po chwili zaczęły wydobywać się pierwsze dźwięki utworu. Z każdą kolejną chwilą chłopak, którego jej ciotka już od razu po pierwszym go zobaczeniu uznałaby za wandala, fascynował ją coraz bardziej, nawet jeśli rzeczywiście większość tego, co robił, nie była zgodna z zasadami i chyba właśnie o to chodziło. Dokładnie przyglądała się wszystkiemu, co robił, wsłuchując się przy tym w niezwykłą piosenkę, która z dodatkiem trawki wprawiła ją w pozornie cudowny stan odprężenia.
    Dryfowała po oceanie wraz z Mattem, trzymając go za rękę, była kompletnie gdzieś indziej, była kimś innym i wcale nie chciała tego kończyć. Na pytanie chłopaka, które na chwilę zagłuszyło melodie, odpowiedziała cicho, zrelaksowanym głosem, wciąż nie otwierając oczu - Jak jeszcze nigdy, ile to będzie trwało? - był to dla dziewczyny pierwszy raz i choć kiedyś miała już propozycje zabawienia się w ten sposób, to jednak nic z tego nie wyszło i dlatego teraz była kompletnie zielona, może i dobrze.
    - Lubię irlandzkie powieści, a szatański eter też brzmi niezwykle zachęcająco — mówiła, śmiejąc się i podnosząc, co ponownie okazało się nie być takie łatwe. Z wypowiedzi Matta zrozumiała tylko wzmiankę o powieściach i pijakach, gubiąc się gdzieś w połowie, natomiast ochota na pływanie jeszcze bardziej się nasiliła, i nie wiedziała już teraz czy to ona zaproponowała ten sposób spędzenia czasu, czy jednak Matt.
    - Pływamy, a później pijemy albo pływamy i pijemy — odpowiedziała, gdy w końcu wstała i mrożąc oczy, spoglądała na chłopaka, który wciąż jeszcze znajdował się na ziemi i faktem tym bardzo ją denerwował. - Ruszaj się! Kto ostatni w jeziorze ten coś tam! - krzyknęła, próbując biec i rozbierać się jednocześnie, co oczywiście w jej stanie było nie wykonalne, a każda z tych czynności nawet osobno przysparzała Prim wiele problemu, dobry humor jednak dalej jej towarzyszył, bo czemu by nie.
    - Gdzie jesteś! - rozejrzała się dookoła, gdy walkę z ubraniami zakończyła zwycięsko i gotowa do zanurzenia w jeziorze, stała na brzegu w samej bieliźnie. Zgubiła jednak gdzieś swojego towarzysza i próbując go odnaleźć, zrezygnowała z wchodzenia do wody w tym momencie, co było jednak złą decyzją, bo tuż za plecami usłyszała plusk. Nie czekając jednak długo podążyła w ślad za chłopakiem i już po chwili znalazła się tuż przed nim z wodą dosięgającą jej do obojczyków.
    - Ścigamy się? Kto pierwszy przy tamtej skale. Dawaj! - nie czekając na odpowiedź, zaczęła płynąć, nie wiedząc nawet, po co to robi, ale przynajmniej dobrze się bawiła.

    P.S. Zdjęcie Ci się zbuntowało w powiązaniach C:
    Prim

    OdpowiedzUsuń
  116. Nie chciała mu opowiadać o tym, jak bardzo musiała się nagimnastykować, żeby zdobyć tą tabakę. Z drugiej strony, to była wreszcie jakaś odmiana, coś się działo, wreszcie sama musiała działać! Matka, która nagminnie łamała szkolny regulamin, byłaby pewnie z niej dumna, gdyby tylko wiedziała co jej córka wyczynia. Ojciec też pewnie uśmiechnąłby się w ten sposób, który charakterystyczny był dla ludzi o dużej wiedzy, zwłaszcza tej dotyczącej ich własnych zdolności i umiejętności; pogładziłby ją po włosach i może wreszcie powiedziałby, że jest dumny z posiadania takiego dziecka. Jednak jej rodzice byli daleko i nie widzieli, tak samo jak cała reszta świata tego, jak Ailisa dzielnie przemyca w kieszeni małe pudełeczko.
    Najpierw podeszła do Kevina. Z krwi i kości Amerykanina, ale wychowanego w Bristolu, w jednym z tych szarych, ponurych mieszkań, niegdyś przeznaczonych dla robotników i zubożałej klasy średniej. Daleko mu było do czystych dzieciaków z idealnie przyciętymi włosami; raczej zaliczał się do tych w powyciąganych koszulkach i rękach pogrążonych w wiecznej robocie, przez co Ailisa podświadomie czuła, że z tym człowiekiem spotka się w przyszłości ilekroć będzie musiała zrobić coś mniej legalnego.
    Kevin, widząc jedną z pierwszych osób, które doceniły jego dyskrecję był szczerze zasmucony, że nie może jej pomóc. Papierosy, alkohol, nawet prezerwatywy- to wszystko mógł załatwić w przeciągu minut, jeśli akurat tego nie miał. Z tabaką był jednak ten problem, że zwyczajnie nie było na nią zapotrzebowania w Hogwarcie. Mimo szczerych chęci, nie wiedział za bardzo jak pomóc drobnej blondynce, toteż ta zdecydowała się na mały wypad do Hogsmeade- tylko stamtąd mogła się teleportować, bo w zamku było za dużo zabezpieczeń. Teoretycznie, czysto teoretycznie, nie było już takiego zagrożenia, jak Ten-Którego-Imienia-Nie-Wolno-Wymawiać, jednak starsi czarodzieje zadecydowali, że młodych trzeba chronić.
    Zapewne mieli rację. Świętego Munga Ailisa znała na pamięć, pomimo jego olbrzymich rozmiarów i ilości oddziałów- jej matka była tam dosyć często; jeśli nie przez własne obrażenia, to przez obrażenia które sama zadała czarodziejom podejrzanym o czarnoksięstwo. Młoda McKenna szukała każdej wymówki, żeby spędzić z rodzicielką chociaż chwilę, toteż gdy tylko dochodziła do niej informacja, że matka jest w pobliżu (nie daj Boże cierpi przez jakiegoś innego czarodzieja!) gnała tam tak szybko, że aż się za nią kurzyło.
    Tak samo gnała dzięki proszkowi Fruu prosto do Swindonu- miasta, w którym wiedziała, że dostanie wszystko. Tabakę kupiła za jedne z ostatnich funtów, które zostały jej jeszcze z bycia z Mattem, a których nie wydała w trakcie wakacji na papierosy i piwo. Tylko z nim miała odwagę poruszać się po świecie Mugolii, który wydawał jej się dziki i niebezpieczny, dlatego w chwili, gdy ponownie znalazła sie w Hogmeade odetchnęła z ulgą i miała ochotę paść na ziemię, żeby ją ucałować. W Swindon przebywała dobre dwie godziny, z czego jakieś dziesięć próbowała się podnieść z zakurzonego chodnika, na którym wylądowała w jakimś ciemnym zaułku. Plecy, zdarte przy wcześniejszej podróży dały się we znaki, jednak nie dawała po sobie niczego poznać. Ani w dormitorium, kiedy przez pół nocy nie wiedziała, jak się położyć żeby nie odczuwać nieprzyjemnego pieczenia, ani w Swindon, ani teraz, kiedy siedziała obok niego.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Prawda była taka, że piekło ją jak diabli, ale wiedziała, że pielęgniarka nic na to nie poradzi jeżeli nie opowie jej w jakich okolicznościach to się zdarzyło. Rosmerta mogłaby mieć nieprzyjemności z pozwolenia na teleportację tak młodej, niedoświadczonej osobie bez towarzystwa.
      -Zdążyłeś mnie chyba poznać na tyle, żeby wiedzieć, że jak czegoś potrzebuję to nie mam jakiegokolwiek problemu z załatwieniem czegokolwiek- zaśmiała się cicho i z trudem wytrzymała jego spojrzenie. Gdy tylko on odwrócił wzrok, ona zrobiła to samo, wgapiając się w swoje krótkie, pomalowane na czerwono paznokcie. Albo raczej w paznokcie, na których została reszta czerwonego lakieru.
      -Jak myślisz, co ja tu mogę robić? Napawam się Twoim cierpieniem- uśmiechnęła się szeroko, mając nadzieję, że załapie żart- Kiedy natrafi się następna okazja do czegoś takiego? A tak serio, to jestem ciekawa, jakiemu idiocie mam pogratulować, że próbował Cie otruć w taki sposób- westchnęła i założyła nogę na nogę- To czysta ciekawość. Trochę mi Ciebie szkoda, ale bardziej intryguje mnie, który Ślizgon mógł to zrobić. Krukon zrobiłby to subtelniej, z pewnością w bardziej przemyślany sposób i nie w miejscu publicznym. Puchoni nie mają tak mściwej natury, zaś Gryfoni raczej nie trują siebie wzajemnie, no nie?- wzruszyła ramionami i usiadła w siadzie skrzyżnym. Nerwowo, jak często w jego obecności, zaczęła bawić się sznurówką rozplątując ją na końcu, rwąc jeszcze bardziej.
      -Przekażę jej, jak tylko ją zobaczę- pokiwała głową i zmarszczyła brwi- Właściwie... Jest sposób, żebyś się na chwilę stąd wyrwał... Potrzebny jest eliksir wielosokowy i ktoś, kogo pielęgniarka wie, że nie musi pilnować a kto leży obok. Mattcie Harrison, czy wybrałbyś się ze mną na godzinę nocną porą, do jakiegoś przyjemnego, mugolskiego przybytku?- spytała, z naiwnym podnieceniem prawie podnosząc się z krzesła.

      Ailisa

      Usuń
  117. [Również się witam! Dzięki za komplementy, jednocześnie zapraszam do poznania się z Rainą, jestem spragniona wątków :D]

    Raina Hando

    OdpowiedzUsuń
  118. [Dziękuję bardzo, ja i mój wątpliwy talent pisarski czujemy się docenieni :D
    To skoro już mi tak słodzisz, uśmiechnę się o wątek :)]

    Willow

    OdpowiedzUsuń
  119. [Hmm... Podjąć się podejmę, tylko muszę trochę pomyśleć. Można by bazować na tym, że oboje są na siódmym roku, ślizgoni są niemili, a gryfoni raczej odwrotnie. Ale tak żeby nie było banalnie... Jeśli chodzi o powiązania, to może wpadli na siebie kiedyś tam, jak była załamana, pocieszył, przytulił, potem się olali, ale teraz ona próbuje mu się w jakiś sposób odwdzięczyć, chociaż tak po cichu? Trochę pogmatwane, ale mam nadzieję, że wiesz, o co mi chodzi :D
    A wątek... Może jakiś tajemniczy liścik z propozycją spotkania się w miodowym królestwie i w końcu wynagrodzenie mu tego, że wyciągnął ją z dołka?
    Mam nadzieję, że podołałam :D]

    Willow

    OdpowiedzUsuń
  120. - Wygrałam! - krzyknęła, gdy ociężale wsunęła się na skałę. W tamtym momencie swoimi ruchami przypominała trochę zachowanie foki, która równie wytrwale dobijała do brzegu tyle, że zwierzę robiło to z większą gracją. - Może rzeczywiście się utopił, kto wie — szepnęła, ruszając ramionami, gdy wyczerpane przed chwilą zapasy energii zregenerowały się i była już w stanie się podnieść. Na mecie jednak wciąż znajdowała się sama i zaniepokojona tym faktem wstała, by móc dokładniej rozejrzeć się po okolicy w poszukiwaniu zgubionego zapewne gdzieś na brzegu Matta, co jednak okazało się bezskuteczne.
    - Gdzie Ty się podziewasz!? - krzyknęła, tracąc cierpliwość i denerwując się nawet trochę, w końcu mieli się tak świetnie bawić, a ten zniknął od razu. - Jeśli to wszystko to żarty i zostawiłeś mnie tu, to ja cię dopadnę, i pożałujesz koleś, przysięgam! - dla zwiększenia dramatyzmu sytuacji groziła nawet palcem, tylko nie wiedziała zbytnio w którym kierunku. Jednak po chwili intensywnego myślenia przypomniała sobie krzyki chłopaka, które wcześniej niezbyt kulturalnie zignorowała, wytrwale płynąc do mety, a teraz dość dziwne wyrzuty sumienia dały jej o sobie znać. Zeszła, a raczej zsunęła się ze skały, ponownie wpadając do wody w reakcji, na co tylko zaklęła. Pogodziła się również całkowicie, z tym że jest odzienie, jest dość skąpe i o dziwo nie odczuwając zimna, ruszyła brzegiem jeziora w poszukiwaniu chłopaka, krzycząc co chwile jego imię i kilka razy, przez pomyłkę kici kici, w końcu częściej ginął jej zwierzak niż człowiek. Mimo szczerych starań na razie nie udało jej się odnaleźć ani Matta, ani kocura, którego była pewna, że też zgubiła i zrezygnowana usiadła, opierając się plecami o dziwnie znajome już drzewo. Po chwili rozmowy z samą sobą inteligentnie stwierdziła, że wciąż chodziła w kółko, co od razu uznała za niezwykle śmieszne i nadal nie tracąc humoru, wstała, chcąc iść dalej, jednak niemal od razu ponownie wylądowała na ziemi. Pod kupką liści, w którą przed chwilą kopnęła, znajdowały się dwie pełne butelki napoju o bursztynowym kolorze. Jako że Primrose nie była chwilowo zbytnio rozsądna, toteż nie namyślając się długo, radośnie chwyciła je i idąc w kierunku miejsca, z którego docierała, wciąż grana melodia zaczęła popijać, tak jak wcześniej myślała — alkohol. Początkowo piekło ją w gardle jednak szybko zapomniała o tym dyskomforcie i już po krótkim marszu i wlaniu w siebie 1/3 zawartości butelki dostrzegła na brzegu postać. Postanowiła pójść w jej kierunku i tak też zrobiła, choć było jej coraz trudniej iść i śmiać się jednocześnie.

    OdpowiedzUsuń
  121. [Rozwiń myśl, proszę. Bo nie wiem, czy rozumiem :D]

    Willow

    OdpowiedzUsuń
  122. [Dżinies, poważnie. A woodstock 4 life. Biorę to. Nawet mogę zacząć, jeśli nie będziesz mnie trzymać w niepewności i względnie odpisywać, bo to czadowy wątek jest]

    Willow

    OdpowiedzUsuń
  123. Życie to trudna sprawa. Składa się z samych nieprzewidzianych zdarzeń, przypadków i wypadków. Jak to się mówi - ty masz plan, a bóg je wyśmiewa, czy jakoś tak.
    Nie można powiedzieć, że śmierć szanownej pani Forbes była zaskakująca, bo chorowała od kilku lat i wszyscy się jej spodziewali. Ale czy nie jest rzeczą ludzką żywić nadzieję, choćby nikłą?
    Właśnie ta nadzieja doprowadziła do rozsypki Willow, do tego, że nie mogła się pozbierać przez pierwsze kilka miesięcy. W snach wołała matkę i przytulała się do niej, a gdy tylko otwierała oczy, dopadała ją brutalna rzeczywistość, w której to już nigdy miała nie zobaczyć najważniejszej osoby jej życia.
    Ale jeśli mowa o przypadkach, niespodziewanych sytuacjach, to taką właśnie sytuacją było to, kto pomógł jej się w końcu pozbierać. Szczerze... Niby nic nie zrobił, jedynie przytulił, wysłuchał i porozmawiał, ale dla Willow było to zbawienne, to ujście emocji i słów, które ciążyły od tak dawna, a które nie mogły zostać wypowiedziane, bo niby komu, skoro nikomu nie ufała?
    Ale on miał w sobie coś, co ją przekonało. Może to właśnie ten przysłowiowy rękaw do wypłakania, który zaproponował jej wtedy na korytarzu, czy może to, że uspokajał ją, gdy łzy płynęły nieprzerwanym strumieniem, aż zaczynała się dusić, nie miała pojęcia. Ale była mu wdzięczna.
    Nie była w stanie w jakikolwiek sposób wynagrodzić tego, co dla niej zrobił, ale chciała, chociaż miałaby to robić małymi kroczkami, niewielkimi gestami typu podarowanie mu olbrzymiego lizaka czy nielegalne przemycenie butelki najlepszej, mugolskiej whiskey. Bo niby jak inaczej, jeśli nie materialnie, skoro nie miała ku temu okazji?
    Mogła jedynie zostawić anonimową karteczkę na jego poduszce i mieć nadzieję, że jednak przyjdzie. Mimo, że nie zaplanowała nic konkretnego, postanowiła iść na żywioł, ale czy oni przez te kilka miesięcy chociaż raz nudzili się w swoim towarzystwie?
    Chyba tylko wtedy, kiedy zasypiali pijani na schodach prowadzących na siódme piętro, a rano w popłochu zwijali manatki, żeby zdążyć na lekcje...
    Tak czy inaczej, czekała.

    [z góry przepraszam za chujowość ;___;]

    Willow

    OdpowiedzUsuń
  124. Gdyby głębiej rozkminiać wszystkie znajomości, które Willow zawiera, trzeba by dojść do wniosku, że ta dziewucha przyciąga same szalone gacie. Bo spójrzmy na tę dwójkę. Ona, niegdyś wredne dziecko, teraz dalej wredne, ale nie dziecko, które odpycha od siebie szybciej, niż zdąży przyciągnąć, już nie mówiąc o tym, że czasami wychodzi z niej typowa ślizgonka i pomiata wszystkim, co się rusza i co jest w stanie myśleć, oraz gryfiak, tryskający energią i humorem, którego nie dało się po prostu nie lubić.
    Jakim cudem oni się dogadywali? No nie wiadomo. Wiadomo było, że Willow lubiła spędzać z nim czas i jeśli miałaby nazwać kogoś bliskim znajomym (no bo przecież nie przyjacielem, czegoś takiego w słowniku panny Forbes nie było), to Harrison mógłby nim być.
    - Jeszcze raz nazwiesz mnie Wilhelmina, a przysięgam, że odgryzę ci jęzor i wpakuję prosto w tyłek - syknęła, pacnąwszy go w głowę otwartą dłonią i posłusznie usiadła. Przez chwile jedynie się na niego gapiła, żeby się uspokoić i nie powiedzieć nic wrednego. Bo nie takie były plany. Dzisiaj miała być milutka i kochana, a Matt miał to docenić. Tak wyglądał konspekt, ale co z tego wyjdzie... No cóż, tego się na razie nie dowiemy.
    Kiedy już ochłonęła, rozsiadła się wygodnie i podsunęła mu pod nos swoją torebkę, w której spoczywał skarb - mianowicie zwykła mugolska wódzia i zwykły mugolski soczek pomarańczowy. Czemuś takiemu nie da się odmówić. A jeśli by spróbował, to go kopnie w tyłek, bo to przecież była ciężka praca, załatwić mugolską wódzię w magicznym hogwarcie. On sobie nawet nie wyobrażał!
    - Załatwiałam nam pićku - oznajmiła zadowolona z siebie i teatralnym gestem odrzuciła włosy. - A ty? Co kreatywnego dzisiaj zrobiłeś, oprócz władowania się w kolejny zakład, przez który stracę swoje cenne pieniądze? - spytała zaczepnie i uniosła brwi.
    A miała być miła! Ale przecież z tym draniem to było tak, że on zawsze na odwrót. Teoretycznie mogłaby przestać się w to wszystko bawić, ale jakoś do tej pory przez myśl jej to nie przyszło. Może Willow po prostu szukała wrażeń, choćby tak nikłych, związanych z głupim zakładem znajomych?
    A, no i miała też teorię, że on to wszystko robi specjalnie, żeby zrobić jej na złość i znowu pozbawić ją pieniędzy. Przebiegły gryfiak. I to niby ona powinna być ta zła.

    Willow

    OdpowiedzUsuń
  125. Jakby wiedział. Znał ją na tyle, by wiedzieć jak reaguje na zbyt dużo uwagi, zwłaszcza grupy większej niż pięć, sześć osób. Teraz nie potrzebowała grupy, żeby czuć się niekomfortowo, bo wystarczyła jej jego oliwkowa skóra i włosy, jak zawsze odmawiające mu posłuszeństwa. Nie rozstali się w zgodzie, bo gdyby tak było, teraz byliby pewnie dobrymi znajomymi- on mógłby być jednym z tych nielicznych znajomych Aili, ona pewnie dołączyłaby do grupy znacznie większej, niż te parę duszyczek które lubiła.
    -Harrison, zapomniałeś z kim rozmawiasz?- spytała, nieco wyzywająco, samą siebie zaskakując tonem swojego głosu. Nie chciała przyznać, ale podobało jej się to, jak silna się dzięki niemu stała. Wciąż czuła się zagrożona, ale działa instynktownie, jak zwierzątko- na zagrożenie odpowiadała atakiem. Może Tiara się pomyliła? Może powinna była ją dać do Slytherinu, z którego wyszedł jej ojciec i cała rodzina od tamtej strony?
    Byłaby wtedy najpewniej zupełnie inną osobą. Ze swoim pochodzeniem, od samego początku zaliczałaby się do tych, z których zdaniem należy się liczyć. Możliwe, że odkryłaby także do czego służy kredka do oczu i szminka, oraz że używanie tych rzeczy codziennie, wcale nie zabija. Nauczona przez babcię, że piękno naturalne jest lepsze od drogich cieni i róży przekonała się do mugolskich pomadek nawilżających i tuszu do rzęs, który i tak (jeśli już) nakładała w zdawkowych ilościach. Dlatego teraz, bez strachu przed rozmazaniem, przetarła oczy i kichnęła cicho, starając się usłyszeć uważnie każde jego słowo.
    Czując jego palce zaciskające się na jej nadgarstku spojrzała na niego wpierw buńczucznie, jednak po chwili uśmiechnęła się lekko, nie cofając własnej ręki.
    -Przeraziłam się, Matt. Byłam przerażona za każdym razem, kiedy moja sowa wylatywała na polowanie. I mimo, że jej zwierzyna miała on znacznie więcej wdzięku i magii w sobie od Ciebie... To byłam przerażona, że ktoś może zginąć. Nie dziw mi się, że jak zobaczyłam jak padasz długi jak kłoda na ziemię, to się przeraziłam- wyszeptała, siadając obok niego na łóżku. Nieśmiało musnęła palcami jego nadgarstek i przymknęła oczy.
    -Prawda jest taka, że będąc w Ravenclawie nigdy nie ma problemu ze znalezieniem, jak to powiedziałeś, kwasu...- powiedziała szczerze. Ci, którzy szukali dreszczyku emocji, albo zwyczajnie potrzebowali pieniędzy, zgadzali się pisać testy za innych, z innych domów, w tym celu korzystając właśnie z eliksiru. Szybki biznes, szybki do wykrycia, ale brak wiedzy i tak w końcu wychodził na wierzch. Nie miała zamiaru mu jednak o tym mówić, bo zgadywała, że najpewniej o tym dobrze wiedział.
    -I...- zawiesiła głos, dłoń z jego ręki przenosząc na gołą skórę, znajdującą się w niewielkiej szparze między martensami a nogawką jego spodni- Jesteś jedyną osobą, która dla zwykłej zabawy byłaby gotowa ze mną złamać regulamin. Poza tym- znowu zawiesiła głos i uśmiechnęła się, tym razem złośliwie- Jeszcze raz złapiesz mnie tak za nadgarstek, to obiecuję Ci, że będzie bardziej bolało- nim zdążył zapytać, co takiego, silnie pociągnęła za włosy na jego nodze, wyrywając ich pęczek.
    Nim zdążył zareagować podniosła się i odskoczyła, z trudem nie zanosząc się śmiechem. Widząc, że pielęgniarka nie patrzy skorzystała z okazji i ucięła pukiel włosów dziewczynie, która leżała obok Harrisona, a która była teraz pogrążona w głębokim śnie. Ignorując go całkowicie, oba pęczki schowała do oddzielnych przegródek w w pudełeczku po lekach i jak gdyby nigdy nic- wyszła.

    Ailisa

    OdpowiedzUsuń
  126. Po głębszym zastanowieniu i dokładnym przyjrzeniu Willow mogłaby przyznać, że te oczy, którymi teraz Harrison przewiercał ją niemalże na wylot, mogą jakoś działać na dziewczyny. Bo nie dało się zaprzeczyć, że ten gryfiak był przystojny, ale to zwyczajne stwierdzenie faktu. Forbes też nie była zła, nawet mimo nienawidzenia swojej niesymetrycznej twarzy, ale obiektywnie była dość ładną kobietą.
    Tylko, że jakoś nie wiedzieć czemu, nie mogła sobie wyobrazić, że miałaby na niego lecieć. Od jakiegoś czasu dziwiła się tym wszystkim cnotkom chichocącym na jego widok na korytarzu i kompletnie nie pojmowała, jakim cudem laski z ravenclawu mogą zachowywać się jak tępe idiotki tylko dlatego, że facet się do nich uśmiechnął.
    Inna sprawa, że Willow zawsze miała zawyżone mniemanie o własnej osobie i nikt nie wydawał się na tyle przystojny, żeby jej dorównać. Nawet taki Harrison, a przecież parchatą mordą nie straszył.
    Zresztą, ona go traktowała raczej jak brata, kuzyna, kogokolwiek, więc co się dziwić. Podejrzewała, że z jego strony wygląda to tak samo, więc mogłoby się zrobić dziwnie. A niby damsko-męska znajomość nie istnieje.
    - Twoje życie to jeden wielki niebezpieczny żart. Jak cię słucham, to wiem, że nie chcę być nauczycielką, a nawet jeśli, to na pewno nie w tej szkole - burknęła i wywróciła oczami, czując jego usta na swoim policzku. Raczej nie akceptowała takich śmiałych gestów względem jej osoby, ale nauczyła się tego w żaden sposób nie komentować. Została jej jedynie dość kwaśna mina, ale na to absolutnie nie miała wpływu.
    Jego następne pytanie nieco zbiło ją z tropu. W pierwszej chwili myślała, że się przesłyszała, ale wpatrywał się z nią tak poważnym i wyczekującym spojrzeniem, że nie było mowy o pomyłce.
    Czy tęskniła? A czy istnieje ktoś, kto z tak szczęśliwym dzieciństwem, jakie miała ona, nie tęskniłby za matką? Wciąż uważała, że to wielka niesprawiedliwość, to, że umarł ktoś tak kochany i dobry, a nie taka Willow, która nie potrafiła okazać choć odrobiny serca bezdomnemu kotu w środku zimy.
    Nie da się przygotować na coś takiego, jak śmierć bliskiej osoby. Mimo lat upływających na walce z chorobą, zawsze zostaje nadzieja, choćby nikła, choćby nie do końca świadoma, ale tli się gdzieś w oddali.
    W Willow ta nadzieja jaśniała blaskiem tak jasnym, jak samo słońce. Nic więc dziwnego, że list od ojca był dla dziewczyny tak ogromnym ciosem.
    - Dlaczego pytasz, Matt? - spytała głosem tak cichym, że niemal przypominał szept. Jeszcze nie musiała walczyć z łzami, ale dawała sobie kilka sekund, zanim strumień słonej wody spłynie jej po policzkach. - Przecież wiesz, że tęsknię. Bardzo - dodała, opuszczając wzrok i wbijając go w paznokcie nerwowo skubiące pozadzierane skórki na palcach.
    Bo niby co, da jej matkę na urodziny? Gdyby to jeszcze było możliwe...

    [Wiesz, że mi też? Lubię takie nietypowe sytuacje :D]

    Willow

    OdpowiedzUsuń
  127. Nawet nie protestowała. Jego pytanie tak bardzo zbiło ją z tropu, że teraz mógłby zaprowadzić ją gdziekolwiek, nawet do wrzeszczącej chaty z wilkołakiem w środku, a ona tak czy inaczej byłaby pogrążona w swoich ponurych myślach.
    No, może nie tak ponurych.
    Nie była głupia ani naiwna i doskonale wiedziała, że magia ma swoje granice, których nie sposób przekroczyć, ale... Ale mimowolnie zaczęła się zastanawiać. Czy Harrison był aż tak bardzo z innego świata, że mógł nagiąć nie tylko wszelkie znane ludzkości zasady, ale też te magiczne?
    W jej głowie zaświtała niewyraźna twarz matki i szybko otworzyła zamknięte (nie wiedziała, że je zamknęła) oczy, by pozbyć się tej wizji. Nie, są takie rzeczy, których nie da się przeskoczyć.
    Z zamyślenia wyrwała się dopiero wtedy, kiedy się zatrzymali, a Matt ukląkł przed nią. Z niedowierzaniem uniosła jedną brew i już miała coś powiedzieć, kiedy ją uciszył. Posłusznie zamknęła usta, choć chciała wrzasnąć 'Harrison, ty kretynie, ja się nie chcę z tobą hajtać!'. Ale była cicho.
    Kiedy usłyszała jego pytanie, połączyła wszystkie fakty i przez kilka długich sekund nie była w stanie wydobyć z siebie głosu. W zamian za to, pociągnęła go do góry za nadgarstek, a chwilę później zaciskała ramiona wokół jego szyi i wtulała twarz w zimną kurtkę, mocząc ją kilkoma łezkami, którym ślizgonka pozwoliła się uwolnić.
    - Tak! - pisnęła i serio, gdyby ktoś spojrzał na nich z boku pewnie wyglądałoby to jak oświadczyny. Bleh. Jeszcze tego brakowało, naprawdę. Jakby hogwart nie był dość powalony.
    - Jeju, skąd to masz?! Jak?! Cholera... - wydusiła, odsuwając się nieco i biorąc czasozmieniacz do ręki.
    Słyszała o tym, wiedziała, jak wygląda, czasami trafiała na to w jakichś książkach, ale nie miała pojęcia, że to naprawdę istnieje. A już na pewno, że znajdzie się w posiadaniu Matta.
    Chociaż, patrząc na to z drugiej strony, to, że przedmiot nie do zdobycia dostał się właśnie w jego ręce nie było znowu takie dziwne.
    Zanim zdążył odpowiedzieć, znowu się na niego rzuciła, tym razem nie mając zamiaru się odsuwać. Skoro ten chłopak był zdolny zrobić dla niej coś takiego jako dla zwykłej znajomej, to co dopiero, gdyby byli bliskimi przyjaciółmi.
    - Nawet nie wiem jak ci dziękować - westchnęła i mocniej ścisnęła w dłoni czasozmieniacz, jakby się bała, że za chwilę wyparuje i znów zgaśnie nadzieja. A tym razem chyba by coś sobie zrobiła.

    Willow

    OdpowiedzUsuń
  128. Słyszała, jak skandują jej imię, jak proszą o to, aby raczyła pokazać się im choć na sekundę. Chcieli ją podziwiać, uważnie wodzić za nią wzrokiem i słuchać tego, co mówi. Była ich królową, a oni jej wiernymi poddanymi. Liczyła się tylko ona. Bogini. Nie musiała walczyć, to oni walczyli o nią. Rozłożyła ręce i uniosła do góry butelki, które jeszcze przez moment wydawały się być berłem, lśniącym atrybutem wszystkich władców.
    - Gdzie się szlajałeś księciuniu? - przyklękła przy chłopaku, gdy już ostatecznie wyrwana ze swych wizji i znowu względnie powróciła do rzeczywistości. Zaśmiała się tylko ze swojego beznadziejnego marzenia i powoli, trzęsącymi się rękoma, przez co więcej, alkoholu znalazło się na ubraniu i twarzy chłopaka niż w ustach, zaczęła wypełniać jego prośbę, nucąc przy tym nieokreśloną melodie oraz w międzyczasie kilkukrotnie przechylając własną butelkę.
    - Ja to do Szlam nic nie mam, a nawet uważam, że niektórzy są bardzo pociągający. Kapujesz? Chociaż nie, pewnie nie kapujesz — mruknęła beznamiętnie, próbując odrzucić włos do tyłu. Było dziwnie spokojnie, wydawało jej się, że ktoś ich obserwuje.
    - Co tam jeszcze chowasz, hmm? - gdy mniej więcej połowa trunku znalazła się w żołądku chłopaka, wyjęła mu z dłoni niedopalonego jeszcze skręta. Jego skończenie zajęło jej dłuższą chwilę, w której znowu powoli odlatywała i kołysała się nerwowo z boku na bok. Ponownie zaczynała czuć się cudownie, ale wiedziała, że ten stan nieubłaganie zbliża się ku końcowi, a ona kończyć nie chciała.
    - Ależ my dopiero zaczynamy się dobrze bawić. Na pewno coś jeszcze masz — powiedziała i usiadła mu w rozkroku na kolanach. Następnie kilkukrotnie sięgała do kieszeni jego spodni i opróżniała je, bacznie przyglądając się ich zawartości. Wstrzymała oddech i zaczęła chyba nawet się modlić, gdy dostrzegła woreczek, inny niż ten w cygańskie wzory. Po dokładnym przejrzeniu jego zawartości i wstępnym ocenieniu, że z pewnością nie jest to trawka, a pozornie coś znacznie ciekawszego zeszła z chłopaka i przyklęknęła obok niego, przez chwilę trzęsąc go jeszcze za ramie, aby łaskawie obrócił się w jej stronę.
    - Magiczne grzybki czy to na zupę? - spojrzała na Matta, uśmiechając się jak małe dziecko, które wreszcie miało szansę dostać wyczekiwaną zabawkę.

    Wybacz magiczne kieszenie, ale niestety tylko to mi wpadło do głowy xD
    Prim

    OdpowiedzUsuń
  129. Już od dawna było wiadomo, że Tia Bowen uwielbiała podejmować się wyzwań, przed którymi czmychali niejedni zbyt odważni Gryfoni. Przyjmowała chojracko wszelkie zakłady, brała na klatę wyzwania, nie bojąc się ani samych czynów, ani też ich konsekwencji. Rzadko kiedy dostawała szlabany, bo zazwyczaj udawało jej się wyjść z kłopotliwych sytuacji obronną ręką, a gdy już jakiś zarobiła, to zazwyczaj starała się z nim uporać w miarę szybko.
    Kara, którą właśnie odbywała, polegała na zeskrobywaniu resztek po wybuchu jakichś zdecydowanie zbyt kleistych eliksirów w sali położonej w lochach. Nie dosyć, że było jej okropnie zimno, to jeszcze maź nie chciała w ogóle schodzić i Tia już kilkukrotnie zwymyślała po cichu głupca, który dopuścił się do zrobienia podobnego nieporządku w klasie. Przyczyniły się do tego najpewniej głupie żarciki Freda oraz George’a Weasleyów; w ich sklepie Bowen nigdy nie postawiła nogi i nie miała zamiaru tego zrobić, znała jednak każdy ich wynalazek.
    Wszystko zaczęło się od feralnego śniadania w piątek, aż dziw, że nie trzynastego. Weszła, o dziwo, całkiem wesoła do Wielkiej Sali, zasiadła na swoim stałym miejscu, nałożyła kilka parujących tostów, i już, już miała nakładać sobie całkiem sporą ilość przepysznej truskawkowej konfitury na ciepłe pieczywo, gdy nagle wokół niej pojawił się wianuszek koleżanek, o których nie miała do tej pory pojęcia.
    Zaczęły ją wypytywać o randkę, która miała ostatnio miejsce w herbaciarni pani Puddifoot, oraz niezbyt przyjemną sytuację związaną z Matthewem Thomsonem, jej (prawie) sekretną miłością z Gryffindoru. Tia zaczęła się trochę miotać w odpowiedziach, sama nie wiedziała, jak wyjść cało z ognia pytań. Trochę wyparła się swojego zauroczenia, trochę także Abernathy’ego, przez przypadek będącego wtedy jej „randką”. Skończyło się na tym, że do rozmowy włączyło się kilku chłopaków z Hufflepuffu, którzy rzucili dziewczynie wyzwanie: zagrać coś pod oknem wieży ukochanego – to miało rozstrzygnąć, kto naprawdę podobał się Bowen: Matt czy Caelan. Sama zainteresowana płonęła wtedy ze złości, bo chociaż pomysł wydawał jej się skrajnie głupi, to przecież nie przystało jej nie podnieść rękawicy!
    Dosłownie kilka minut później rozpychała się łokciami przy stole Gryfonów, szukając zupełnie innego Matthewa, tym razem specjalisty od serenad pod oknem. Szerokim łukiem ominęła Abernathy’ego, który z powodzeniem wybiłby jej ten pomysł z głowy, a następnie dojrzała pożądany przez siebie obiekt.
    Bardzo szybko znalazła się tuż przy nim. Przepchnęła jakiegoś osiłka, sprytnie wpychając się pomiędzy niego a Harrisona, spożywającego właśnie swoje śniadanie. Klepnęła go w plecy tak, że chyba się prawie zakrztusił, ale nie przejęła się tym wcale, tylko bardzo głośno powiedziała mu do ucha:
    - Cześć! – I sprzątnęła sprzed nosa jakiejś rudej dziewusze (pewnie córce Freda albo George’a Weasleya, więc żadna strata) ostatni kawałek drożdżowego ciasta z owocami. – Mam do ciebie bardzo ważną sprawę. – Wzięła kęs tego, co właśnie zdobyła, po czym przeżuła go powoli; nie spieszyło jej się nigdzie, budowała odpowiednie napięcie. – Muszę zagrać pod oknem wieży Gryffindoru. Zaśpiewać też. Serenadę. Dzisiaj wieczorem – tym razem mówiła bardzo cicho, ale też wprost do ucha Matta. Pół minuty później zajęczała błaganie: – Pomóż…
    Już dawno nie była u niego na lekcji gry na gitarze, ale pamiętała jeszcze co nieco z poprzedniego roku. Teraz wciągnęły ją inne sprawy, zresztą – aktualnie na tapecie był Klub Pojedynków, więc Tia ćwiczyła raczej zaklęcia, niż muzykę. Nie wiedziała jednak, jakie ułożyć słowa do pieśni, jakie akordy, nie miała zielonego pojęcia, co ze sobą zrobić. Właśnie do ułożenia planu operacji potrzebowała Harrisona, tak, niech czuje się zaszczycony.

    OdpowiedzUsuń
  130. [Utknęłam z nią i musiałam zrobić sobie chwilę przerwy, aby nie wisieć bezpodstawnie w linkach, robiąc tylko sztuczny tłum.
    Nie specjalizuję się w długich kartach, bo wtedy nigdy nie piszę nic konkretnego i pomysł na podstać mi się rozchodzi w szwach :D]
    Son Min-hee

    OdpowiedzUsuń
  131. - Jasne — kiwnęła głową i otworzyła usta, niemal od razu po tym, jak chłopak skończył mówić. Nie martwiła się konsekwencjami swoich decyzji i nawet nie przypuszczała, że coś mogło jej się stać, w końcu nie była sama, a w planach nie miała niczego poza ponownym oderwaniem się od rzeczywistości. Jej uwagę przykuły intensywne kolory kwiatów, które wylądowały na ich językach, choć nie mogła dokładnie przyjrzeć się barwie rośliny zażywanej przez Matta, bo świat już zaczynał rozmywać się i wirować, stanowczo za szybko. Przez moment mrugała i to jeszcze z takim zawzięciem jakby od tego zależało jej życie, a przestała dopiero wtedy, gdy niebo stało się kompletnie różowe. Chciała dotknąć tej waty cukrowej, wystarczyło tylko wyciągnąć rękę, ale coś nie pozwalało jej się ruszyć. Drzewa miały cudowne odcienie, intensywne i takie wyraźne. Spojrzała w bok, ktoś siedział na bujanym krześle, którego skrzypienie w tamtym momencie bardzo ją denerwowało. Od razu rozpoznała w tej osobie swojego brata, ale przecież on nigdy nie płakał? - Nathaniel! - krzyknęła kilkukrotnie, a z każdym jej kolejnym wrzaskiem głowa chłopaka gwałtownie się powiększała, aż w końcu eksplodowała. Wybuchła niczym zbierający na to siły przez setki lat wulkan, a żywy ogień palił jej skórę. Chyba płakała, ale nie była pewna. Zaczęła spadać.

    Znowu znajdowała się na tej polanie z watą cukrową zamiast nieba, a to, co chyba miało być trawą, falowało i łaskotało ją w plecy. Wstała, choć nie musiała iść, dryfowała na lądzie. Było jej niezwykle gorąco.
    - Co tu robisz? - spytała, niezidentyfikowanej istoty, która wprawdzie przypominała królika, ale była kolosalnych rozmiarów, a może to ona była tak mała, że dosięgała mu tylko do wąsów? - Ach mam iść za tobą — nie sprzeciwiając się, podążyła za nowym kompanem, który był niezwykle wygadany i oprócz tego, że wciąż przyglądała się otaczającemu ją światu, śmiała się jeszcze z jego żartów. - Rzeczywiście, niezłe jazdy — powiedziała, przyglądając się ogromnej tęczy najładniejszej, jaką w życiu widziała. Miała ochotę po niej zjechać i chciała pytać nawet o to swojego przewodnika. Biały królik jednak zniknął nagle i gdzieś za jednym z bajecznie tęczowych drzew dostrzegła chłopaka z niebieskim kwiatkiem.
    - Mam cię Matt, jesteś! - walcząc z poruszająca się powierzchnią, najszybciej jak mogła biegła w tamto miejsce, jednak tuż przed tym, jak tam dotarła, postać zniknęła. - O nie ma cię! Jest fajnie, ale jednak wolałabym, żebyś się znalazł i nie bawił w chowanego! O cholera — krzyknęła, ale wciąż była sama i znowu spadała. Teraz jednak próbowała się zatrzymać, choć oczywiście na nic były jej starania.

    Ponownie ocknęła się niemal od razu, na wielkim, biało różowym cukierku, który powoli kręcił się w kółko, siedziała na samym jego środku. Wokoło było ciemno, ale wszystko wynagradzał cudowny słodki zapach, unoszący się w dziwnie ciężkim powietrzu. Nachyliła się, chcąc spróbować słodyczy, która jednak zaczęła się kruszyć i powoli upadać w dół, ktoś znowu uparcie trzymał ją za rękę. Próbowała się wyrwać, udało jej się to w końcu i wtedy znowu zobaczyła chłopaka z pięknym niebieskim kwiatem. - Jesteś? Czy to na pewno ty? - po chwili uznała, że coś jednak jest nie tak i sama puściła rękę postaci, która zaraz po tym wybuchła śmiechem i wyparowała. To na pewno nie był on. - Więc gdzie jesteś Matt? - szeptała, znowu spadając. Czy naprawdę się z nią to działo? Nie była pewna, ale drzewa zaczynały opowiadać niesamowite historie.

    Prim

    OdpowiedzUsuń
  132. Lou dalej szlochając poczuła dłoń chłopaka, który ją gdzieś ciągnął. Słysząc słowa Matta zrobiło jej się strasznie głupio, że zareagowała tak emocjonalnie i zrobiła z siebie idiotkę. Próbując się już uspokoić zobaczyła wyciągniętą w jej stronę dłoń z papierem toaletowym. Zerknęła na niego zdziwiona i lekko rozbawiona, ale przyjęła pomoc i urywając jeden płatek wytarła sobie nim oczy. Gdy gryfon powiedział to co miał powiedzieć i ruszył przed siebie Louise zaczęła się bić ze swoimi myślami. Chłopak był dla niej bardzo miły i nie czuła się w jego towarzystwie jakoś źle jak to miała w zwyczaju przy innych. Z jednej strony był jej ojciec, który gdyby się dowiedział, że się przyjaźni z mugolakiem pewnie by się wściekł, a z drugiej strony to mogła być jedyna osoba, w której to miałaby oparcie i nie czułaby się tak źle w tej szkole. Niewiele myśląc krzyknęła za chłopakiem:
    - Poczekaj! Nie narzucasz się!

    Louise

    OdpowiedzUsuń
  133. Czy to nie miał być najszczęśliwszy dzień od ponad dwóch lat? Z jednej strony tak, ale... Zawsze pozostawała kwestia tego, czy jeśli wrócą, Willow nie wróci do stanu, w którym miała chęć zadźgać wszystkich i wszystko, na czele z samą sobą, a także bezustannie płakać i krzyczeć, że świat jest niesprawiedliwy. Widok matki byłby czymś niezwykłym, niesamowitym, normalnie nieosiągalnym i to było piękne w tym wszystkim. Tylko czy to nie za dużo? Przecież już więcej jej nie zobaczy, a nawet, jeśli się cofną, nie będzie mogła z nią porozmawiać, bo przecież nie znała konsekwencji, a i tak się ich bała. Czy to nie jest tak, że ludzi, którzy próbują kombinować z czasem, spotykają straszne rzeczy, typu cierpienia, tortury, zgrzytanie styropianem nad uchem?
    Ale zanim zdążyła się rozmyślić, chwyciła czasozmieniacz i ustawiła w nim datę. Chciała zobaczyć matkę jeszcze zdrową, zanim choroba ją zniszczyła.
    Trzydziesty lipca dwa tysiące siedemnaście - dzień, w którym Alice miała iść na zwykłe okresowe badania, a następnie dowiedzieć się, że wyniki nie są zadowalające. Willow chciała widzieć jej szczęście, gdy rano parzyła kawę i nuciła pod nosem, krzątając się po kuchni. To było coś, za czym tęskniła najbardziej na świecie.
    Ale coś poszło nie tak.
    Chwytając Harrisona za rękę, trąciła palcem wskazówkę spoczywającą na roku, a ta przesunęła się do tyłu. Zanim zdążyła to naprawić, wir wciągnął jej nogi i straciła jakąkolwiek zdolność majstrowania przy urządzeniu.
    - Cholera! - pisnęła, ale głos nie wydobył się z jej ust i mocniej ścisnęła dłoń Matta, bojąc się, że jakaś niewidzialna siła za chwilę ich rozdzieli.
    Wylądowała boleśnie, robiąc kilka fikołków na trafie i turlając się z jakiegoś pagórka. Czasozmieniacz w jedną stronę, a gryfiak w drugą stronę i przez parę ładnych minut nie mogła się połapać w tym, co właśnie się wydarzyło. W końcu pozbierała się jakoś i złapała to małe ustrojstwo, patrząc na nie z niedowierzaniem.
    - Kurwa, Matt! Jesteśmy w tysiąc dziewięćset dziewięćdziesiątym piątym! - jęknęła głośno i uderzyła się dłonią w czoło.
    Boże, ale jak?! Przecież ich nawet nie było wtedy na świecie! Niby jak miała znaleźć matkę, która jeszcze przez przynajmniej dziesięć lat matką miała nie być?
    - Boże, co my zrobimy? Jak to naprawić? - przymknęła oczy i wcisnęła chłopakowi do rąk czasozmieniacz, samej opadając z powrotem na trawę. Niby leżeniem nic nie zdziała, ale tak czy inaczej by tego nie zrobiła, bo nie słyszała o powrocie do swoich czasów. Czy to nie było tak, że to małe urządzonko potrafiło tylko cofać się w czasie? Bo jeśli tak, to mieli delikatnie przejebane.

    Willow

    OdpowiedzUsuń
  134. Ogólnie może po zadufanej w sobie panience Forbes nie było tego tak strasznie widać, ale każdy lubił czasem oderwać się od rzeczywistości. Mugolskie festiwale i koncerty czymś takim właśnie były. Wystarczyło znaleźć sobie kilku fajnych weekendowych znajomych i mogła przez chwilę poczuć się jak zwykły człowiek, z kawałkiem patyka tkwiącym za paskiem od spodni. Kiedyś ktoś wziął ją za świruskę i o ile jako ta rozpieszczona Willow Forbes poczułaby się urażona i zafundowałaby delikwentowi jakąś małą klątwę, tak wtedy miała to gdzieś i też się śmiała. To byli tylko ludzie, oni przecież nic nie wiedzieli i nie mogła mieć im tego za złe.
    Nic więc dziwnego, że oczy jej rozbłysły, a usta najpierw otworzyły się z niedowierzaniem, a potem rozciągnęły się w szerokim uśmiechu.
    - Nie wiem gdzie jesteśmy, ale już mi się podoba - odparła i wstała, po czym wspięła się na kanapę i zaczęła się rozglądać. Wszędzie byli ludzie. Mnóstwo ludzi. Niektórzy byli ubrudzeni od błota, inni od farb, jeszcze inni biegali w samej bieliźnie, ale wszyscy, bez wyjątku, wyglądali, jakby dobrze się bawili. Tłum zmierzał w kierunku jednej ze scen, tej większej i dopiero wtedy zobaczyła napis 'Woodstock'. Na razie jeszcze nie mogła skojarzyć co to, ale powoli w jej czarnowłosej główce zaczynało coś świtać.
    - No chyba żartujesz! - pisnęła w końcu i zeskoczyła z kanapy, rozglądając się dalej. - To gówno jest cudowne! - w akcie dziwnej wesołości pocałowała czasozmieniacz i schowała go do kieszeni. Myśl o matce jakoś zeszła na dalszy plan. - Co robimy? Gdzie idziemy? Też pomalujemy się farbą? Zawsze chciałam pomalować kogoś farbą! - zaczęła z siebie wyrzucać na jednym wydechu i ciągnąć Matta za rękę, chociaż tak naprawdę sama nie wiedziała gdzie idzie. Zresztą, czy to ważne? Przenieśli się w czasie, co znaczyło, że mogą robić wszystko co chcą i mają tyle czasu ile chcą! Przynajmniej póki nie pojawią się jakieś poważniejsze konsekwencje, ale kto by się tym martwił, kiedy znaleźli się w tak fajnym i klimatycznym miejscu. Nic tylko korzystać z atrakcji!

    Willow

    OdpowiedzUsuń
  135. Spadała, ale jakoś tak wolniej niż wcześniej. Oprócz tego, że znowu bardzo kręciło jej się w głowie i miała wrażenie, że zaraz puści tęczowego pawia, niewiele się zmieniło. Czuła, patrzyła i standardowo śmiała się jak psychopatka, której fartem udało uciec się z psychiatryka, ale czy taki gruby fioletowy kocur ze skrzydłami, fajką i ogromnym kapeluszem, naprawdę mógł nie być zabawny? W końcu wraz z ustaniem rollercoastera uspokoiła się i zaczęła omijać drzewa, które znikąd wyrastały tuż przed nią. Starała się dotykać każdego z osobna, bo odkryła, że po przejechaniu po ich barwnym pniu, na rękach pozostawał wózkowy, cudownie kolorowy i błyszczący pył. Z takim zapasem magicznego proszku mogła latać przez kilkanaście lat, nie dbając o to, że gdzieś w połowie wyprawy spadnie na ziemie. Mogła też wydawać go na głupoty, chociaż połowę oddać przyjaciołom i innym potrzebującym wróżkom, i wciąż cwaniakować. Myśląc o tym wszystkim, zadowolona zamknęła oczy, co nie było najlepszym pomysłem, bo już po momencie przewróciła się i wylądowała na łące pełnej kwiatów. Leżała tak bezwładnie słuchając opowieści wiatru i drzew, i powoli robiła się senna pod wpływem szeptającego niesamowite historie głosu. Z tego odprężającego stanu wyrwał ją jednak bezwzględnie, wywołujący ciarki krzyk. Był coraz głośniejszy i przerażający, ale dopiero w momencie, gdy zwinęła się w kulkę, aby od hałasu nie wybuchły jej uszy, uświadomiła sobie, że krzyczą jej imię.
    - Oni znają moje imię, wykrzykują je, najgłośniej jak potrafią. Śmieją się — powtarzała. Rośliny i latające wokoło niej motyle, które początkowo wyglądały bajecznie, a ich widok zachwycał, teraz zamieniły się w dziwne stworzenia, które śmiało podchodziły coraz bliżej niej i w różny sposób starały się zadawać leżącej dziewczynie ból. - Zostawcie mnie! - poderwała się jednak, znajdując w sobie ostatnie zapasy energii i chęci walki. Wtedy niczym w kinie po zaczęciu się seansu wszystkie światła zgasły i zapadła głucha cisza, a ona znowu została kompletnie sama. Odetchnęła, choć wiedziała, że zaraz ponownie zacznie się coś, co początkowo będzie wydawało się niesamowite, a i tak zakończy się koszmarem. Już nawet zaczęła krzyczeć coś o tym, że chce spadać i iść dalej, jednak dalej nic się nie działo. Dopiero gdy podniosła głowę i spostrzegła przed sobą Matta z tym szatańskim niebieskim kwiatem pod pachą, pomyślała, że to może wreszcie koniec, że wracają.
    - Matt? - zapytała równocześnie z chłopakiem. - Tak. Znaczy, nie mam pojęcia, co jest naprawdę, a co nie, ale jestem pewna, że ja to ja — odpowiedziała, podchodząc bliżej. - A ty to ty? - myślała, że znowu spada, ale jednak nic takiego się nie stało, wciąż stała przed Harrisonem, bezkarnie wpatrując mu się w oczy. - Chyba wylądowaliśmy — powiedziała, po sekundzie dodając jeszcze. - I już zostańmy, ok?

    Prim

    OdpowiedzUsuń
  136. [Cieszę się na tak trafne skojarzenie, jakim jest Piątek i że w końcu się udało kartę opublikować ; D Kurcze, ja to bym chętnie zrobiła z nich kumpli. I wpakowała w jakieś kłopoty natury romantycznej; w końcu tych dwóch znalazło wreszcie dla siebie kogoś, kim się zaczęło jakoś bardziej interesować. Voss jednak to by potrzebował jakiegoś kopa, żeby w końcu się ośmielić i zagadać poważniej. :D]

    Voss

    OdpowiedzUsuń
  137. [All hail Gryffindor! Trzeba namnożyć Gryfonów, bo strasznie tu oślizgle i trąci wężem c: aż ja poczułam zew Godryka, a to się zazwyczaj nie zdarza. Btw. saksofon to całkiem słuszny wybór, jak na instrument dla męskiej postaci, pewnie wszystkie młode czarownice są jego.]

    Lydia Drake

    OdpowiedzUsuń
  138. [Na gitarze gra co trzeci chłopak z gimbazy, a saksofoniści to towar deficytowy i luksusowy. No i dźwięk saksofonu to definicja seksowności ♥]

    Lydia

    OdpowiedzUsuń
  139. [ Długo się wahałam czy pisać do Ciebie czy do Gordona, ale jednak zdecydowałam się przybyć tutaj, bo mam pewien plan. (Tak btw, dziękuję za miłe przywitanie c:).
    Matthew jest typowym Gryfonem, który swoją odwagą popisuje się poprzez branie udziału w różnego rodzaju zakładach. Co by było, gdyby jakimś cudem któryś z uczniów Hogwartu dowiedział się o tajnym przejściu pod bijącą wierzbą, prowadzącym do Wrzeszczącej Chaty i założyłby się z Harrisonem, że nie ma bata, żeby wszedł do tego tunelu i przemknął przez "nawiedzony" dom niespostrzeżony. Na dowód, że tego dokonał, musiałby przynieść kilka słodyczy z Miodowego Królestwa.
    Rzecz jasna byłoby to nie lada wyzwanie, ale Matt by się go podjął. W myśl zasady, że głupi ma zawsze szczęście, trafiłby na moment, kiedy Rosalie nie byłoby w domu. W mieszkaniu byłby jedynie jej kot. Uradowany wymknąłby się na miasto, zaopatrzył w słodycze i wrócił. Pozostałaby mu jedynie droga powrotna. Wślizgnąłby się do domu, odszukał klapę, która miałaby go uratować, kiedy usłyszał, że ktoś wchodzi. Musiałby się prędko schować gdzieś w pobliżu. Do domu weszłaby Rosalie, niosąc ze sobą naręcza słoików i podejrzanie wyglądających ziół. Chłopaka zdjąłby strach - ze względu na wszystkie plotki, które chodziły o dziewczynie. Próbowałby się wymknąć, kiedy ona byął w kuchni, ale niestety jej kot by go zauważył. Mamy piękną scenę przyparcia do ściany, grożenia akurat trzymanym nożem (przecież miała ciąć zioła!) i bezgranicznej paniki Matthew. Setki pytań co on tam robi, a potem... błyskotliwa oferta, że mógłby jej zagrać coś na tych starych instrumentach stojących w kącie, byleby go nie zabijała. Bright cierpi na brak towarzystwa. Naturalnie nie miałaby w planach zabicia Harrisona, ale co szkodziłoby jej go odrobinkę postraszyć i pomęczyć? Dopuściłaby go do sprzętu, dalej udawałaby tą złą i tym podobne... mogłaby zmusić go, by codziennie przychodził do niej wieczorem i grał na zakurzonym fortepianie. W ten sposób nawiązujemy relację. Jak ona dalej się potoczy, to już zależy od nas. Czy Rosalie wkręci go w jakieś mroczne spiski czy zwyczajnie zmięknie i okaże odrobinę słabości? Naturalnie dalej próbowałaby sprawić, żeby Matt się jej bał - jak wszyscy ludzie był przecież podatny na legendy. Ale jeśli się zastanowić - z takiej relacji obie strony mogłyby wyciągnąć bardzo ogromne korzyści...

    Pisz śmiało, jeśli masz ochotę na wątek. Jeśli ten pomysł Ci się nie podoba, wymyślę coś innego :) Jeśli wcale nie masz ochoty, to też dawaj znać :D
    Tyle ode mnie. I przepraszam za wszystkie błędy, pisałam strasznie szybko, nie chce mi się już tego poprawiać xd ]

    Rosalie Bright

    OdpowiedzUsuń
  140. - To dobrze — odpowiedziała, mocniej chwytając go za rękę. Momentalnie straciła jednak siły i nawet ucieszyła się, gdy upadli, a trawa ta normalna, zielona i ładnie pachnąca, znowu zaczęła kłuć ją w plecy. Cieszyło ją też to, że wiał wiatr i niebo było czyste, miała niewyobrażalnie wielką ochotę oglądać gwiazdy albo zasnąć. - Tak, jestem i nigdzie się nie wybieram — zaniepokoiło ją zachowanie chłopaka, a gdy w końcu usiadł i zaczął masować sobie kark, bardzo chciała mu pomóc i jakoś ulżyć w bólu, ale mimo starań nie mogła się podnieść. Samo oddychanie i mówienie jeszcze przed momentem sprawiało jej wiele trudności, i choć nic poza kilkoma siniakami oraz zadrapaniami nie wskazywało na to, aby oprócz delikatnego poturbowania stało jej się coś poważniejszego, pozycje zmieniła, dopiero gdy Matt ruszył w kierunku jeziora. Na wcześniejsze pytanie o odlocie, przytaknęła tylko bez przekonania, mrucząc pod nosem coś o tym, że trafiła do dziwnego świata z ogromnymi królikami i że choć nie przepada za swoim bratem, to chyba jednak nie chciała, by wybuchła mu głowa. Później doszła do wniosku, że ich podróże musiały znacząco się różnić, ale tej Matta była bardzo ciekawa.
    - Bardziej martwi mnie twoje ramie. Nadal boli? - ocknęła się w momencie, gdy chłopak zarzucił jej kurtkę, za co była mu ogromnie wdzięczna, bo teraz, gdy narkotyki skończyły już działać, a ciepło i energia również przestały rozsadzać ją od środka, pozbawiona ubrań trzęsła się jak galareta.
    - Czy Ty mnie komplementujesz w tym momencie Harrison? - zmrużyła oczy, śmiejąc się i spoglądając na Matta. Poprawiła jeszcze kurtkę, a potem całą uwagę skupiła na tym, aby podnieść się, przy okazji nie zemdleć i nie zaliczyć gleby udało jej się to całkiem sprawnie, ale pytanie chłopaka delikatnie zaskoczyło ją i znowu prawie wylądowała na ziemi.
    - Z tobą zawsze i wszędzie — odpowiedziała, puszczając mu oczko i szturchając w ramie, w reakcji, na co chłopak tylko głośno syknął. - O Boże, nie chciałam! Wybacz, a boli Cię jeszcze? - spytała głupio, nie wiedząc jak ratować sytuacje, więc złapała go, tym razem już delikatnie, za drugą rękę i niczym matka postanowiła odprowadzić do pokoju. Szli powoli, aż w końcu nagle zaczęła nucić piosenkę, którą wcześniej puścił chłopak. Podobała jej się i choć nie śpiewała rewelacyjnie, w melodie wczuła się całkowicie.
    - Wiesz, polubiłam The Doors — powiedziała w końcu - A jeszcze bardziej polubiłam cię — dodała, spoglądając na chłopaka i uśmiechając się. - Myślę, że to bardzo dobry początek znajomości, ale kurtkę to oddam Ci później, nie chce, by oglądano mój goły tyłek.

    Prim

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Zapytana o brata zacisnęła tylko wargi w wąską linię i pokręcił głową, jak zawsze próbując szybko zmienić temat. Tym razem jednak nie chciała kłamać, wiedząc, że prędzej czy później chłopak dowie się prawdy, albo jeszcze gorszego kłamstwa i to niekoniecznie od niej, a do tego czasu mogło jeszcze tyle się zmienić.
      - U nas to wygląda trochę inaczej. Mój młodszy ze starszych braci jest dość...zwariowany. Na pewno go znasz, Nathaniel jest na tym samym roku co ty, tylko w Slytherinie — mówiła, starając się przestać dobierać słowa tak chaotycznie i jak najlogiczniej wytłumaczyć chłopakowi nie tak skomplikowane, jak jej się wcześniej wydawało relacje, które łączyły ją z bratem. - On dla mnie jest, ale ja dla niego nie istnieję. Nie za fajnie, ale można się przyzwyczaić — wzruszyła ramionami, bezwiednie się uśmiechając.
      - Są też zalety, na przykład bezkarne spotykanie się z kimkolwiek tylko zechcę. Znaczy bezkarne, dopóki jedna z tych rudych małpiatek nie podkabluje do rodziców albo na horyzoncie nie zjawi się Benjamin, choć ich wszystkich naprawdę łatwo przekupić. Dlatego nie tłumacze się nikomu — ostatnie słowa szepnęła do ucha Mattowi, gdy poczuła jego dłoń na swoim ramieniu. Ona w zasadzie kojarzyła go tylko z tego, że dość często grywał na korytarzach otoczony tłumem fanek, ale jakoś nigdy nie miała szansy i chwili, by podejść bliżej i zagadać. Zawsze mijała go szybko, nie mając nawet okazji, by przyjrzeć mu się lepiej i posłuchać granej przez niego muzyki.
      - Nie mam za dużo wolnego czasu, ogólnie to wszystko za szybko mi ucieka. Ciągle biegam i wszystko robię w biegu, a i tak martwię się, czy zdążę. Zapewne dlatego nie poznaliśmy się wcześniej, muszę wreszcie z tym skończyć i wrzucić na luz — odpowiedziała na ostatnie pytanie Gryfona i przybliżyła się do niego, po chwili uświadamiając sobie, że pozbawionemu kurtki chłopakowi również musi być bardzo zimno. Niestety dużo zdziałać nie mogła, jeśli nadal nie chciała większej publiczności pokazywać się nago, więc tylko mocniej przytuliła się do niego, chcąc oddać mu choć trochę swojego ciepła, jednocześnie uważając, by nie zadać mu niepotrzebnego bólu.
      Zdziwiona jego kolejnym gestem uśmiechnęła się tylko pod nosem i spojrzała na Wieże Gryffindoru, nie wiedząc dokładnie, do którego dormitorium należy okno, które wskazywał Matt.
      - Nie spodziewałam się dostać od ciebie takiej propozycji — odpowiedziała, odwracając się do chłopaka i spoglądają mu w oczy. - Ale nie mogę przecież odmówić udziału w najlepszej imprezie na świecie! - krzyknęła, szczerząc się jeszcze bardziej niż wtedy, gdy znalazła w jego spodniach woreczek z magicznymi kwiatkami. Już nawet zaczęła myśleć nad tym, jak ta impreza będzie wyglądać, jak dużo osób będzie i czy aby wszyscy stali bywalcy zgodzą się, aby bawiła się razem z nimi.
      - A dziewczyny będą, bo nie wiem, czy się mam, wiesz...jakoś specjalnie szykować — spytała, po czym nie będąc w stanie już się w pełni powstrzymać, stanęła na palcach i cmoknęła Matta w policzek. Później żałowała, że jednak do końca nie wykorzystała zaistniałej okazji, a winy w ostateczności nie zrzuciła na działające jeszcze używki.

      Prim
      [Wydaje mi się, że będą w friendzone xD]

      Usuń
  141. — Cholera jasna — jęknęła, zatrzaskując starą szafkę kuchenną i opierając czoło o zakurzoną powierzchnię próchniejących, drewnianych drzwiczek.
    Ten dom doprowadzał ją do szaleństwa. Mimo, że nigdy nie była przyzwyczajona do mieszkania w luksusowych apartamentach, to jednak jej dotychczasowe lokum z reguły znajdowały się w nieco lepszym stanie niż Wrzeszcząca Chata. Westchnęła, przeczesując palcami włosy i licząc w myślach do dziesięciu. Zacisnęła pięści, powoli odsuwając się od popadającego w ruinę bufetu i cicho zaklęła pod nosem, bezradnie rozglądając się po pomieszczeniu. Wszystkie meble stojące w kuchni znajdowały się w różnym stadium rozkładu. Poszczególne elementy wykończenia wnętrza musiały zostać tam przetransportowane w zróżnicowanych odstępach czasu. Zapewne wiele zbłąkanych osób przewinęło się przez nawiedzony dom, zanim faktycznie zyskał miano nawiedzonego i zaczął odstraszać tchórzliwych mieszkańców. Rosalie była niemalże pewna, że ktokolwiek postanowił powołać do życia ten budynek, nigdy nie miał w zamyśle bezpośredniego zamieszkania w nim. Lubiła spoglądać na liczne zadrapania pokrywające potężne, drewniane ściany, na rozpruty fotel stojący w pokoju na pierwszym piętrze, na stos starych instrumentów zalegających w jednym z dolnych pomieszczeń. Mogła godzinami wpatrywać się we wszystkie zniszczone przedmioty i w myślach dopowiadać sobie historie, które doprowadziły wszelkie urządzenia do tak okropnego stanu. Ten zegar wiszący na ścianie widział więcej ludzkiej krzywdy niż niejeden mugolski szpital. Rozumiała dlaczego nikt nie chciał tam mieszkać i mimo wszystko nie próbowała dowiedzieć się od ludzi, co tak naprawdę zdarzyło się niegdyś we Wrzeszczącej Chacie. Kochała odkrywać cudze tajemnice, ale swoich broniła zaciekle niczym lwica (a od kiedy się tam wprowadziła, ten dom stał się częścią jej własnej historii). Wolała rozpuszczać o nim plotki, niż narażać jego reputację na szwank – w końcu nie bez powodu ruderę określano mianem wrzeszczącej. Ludzie mieli krzyczeć ze strachu na jej widok i omijać ją szerokim łukiem. Wybrała odpowiednie miejsce do zamieszkania.
    Tupnęła zirytowana nogą, obrzucając zdenerwowanym spojrzeniem siedzącego nieopodal brudnego białego kota. Syknęła na niego w ostrzegawczym geście, próbując go spłoszyć, ale zwierzak jedynie przechylił łepek na bok, jakby chciał zapytać „Serio? Tylko na tyle cię stać?”. Rose uwielbiała tego kocura. Nie pamiętała dokładnie, w którym momencie jej długoletnie wędrówki się do niej przypałętał, ale od tamtej pory prawie w ogóle nie odstępował jej na krok.
    — Zorro, muszę się przejść do miasta — zaczęła, ponownie podchodząc do starej kuchennej szafki i otwierając ją w nadziei, że nagle magicznym sposobem ponownie pojawią się w niej resztki ostatnio zgromadzonych zapasów — jeśli tym razem nie dopilnujesz, żeby szczury znowu nie zwinęły much siatkoskrzydłych z czarnego pojemnika, to przysięgam, że skończysz w moim kotle jako następny obiad. Rozumiemy się?
    Kot prychnął, co chyba miało oznaczać ‘tak’, machnął ogonem i z dumnie uniesionym w górę pyszczkiem wycofał się na korytarz. Rosalie ruszyła do przedpokoju. Wbiegła po skrzypiących schodach na górę, zgarnęła z prowizorycznie zrobionego ze starych materacy łóżka czarny płaszcz i wyciągnęła spomiędzy nich różdżkę wraz ze skórzanym woreczkiem, w którym pobrzękiwało kilka galeonów. Następnie zbiegła na dół, zarzucając na siebie wyświechtany materiał. Skryła twarz w cieniu kaptura i zbliżyła się do jednego z zabitych deskami okien. Delikatnie podważyła jedną z nich, wyjęła ją i odłożyła na bok. Zwinnie prześlizgnęła się przez nowo powstałą szczelinę i przemknęła przez zapuszczony ogród w stronę zniszczonego, starego płotu. Wiatr rozwiewał jasne kosmyki jej włosów i szarpał czarną szatę. Z daleka musiała wyglądać jak dementor samotnie przemierzający ruiny w poszukiwaniu niewinnych istot, z których mógłby wyssać szczęście.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. * * *
      Wróciła tą samą drogą, niosąc naręcza toreb, woreczków, pudełek i słoików z tylko sobie znaną zawartością. Pokonała odległość dzielącą ogrodzenie od domu i wślizgnęła się z powrotem przez okno, ostrożnie odkładając wszystkie dziwne pakunki na podłogę. Coś spomiędzy nich syknęło. Wstawiła deskę ponownie na miejsce, zebrała zakupy i skierowała się do kuchni, rozkładając wszystkie opakowania na starym blacie. Otworzyła jedną z szafek, wyjęła z niej drewnianą deskę i duży nóż, odrzuciła płaszcz na podłogę i odwiązała najbliżej leżący brązowy worek. Na bufet wysypały się zioła.
      — Słyszałeś, Zorro? Jeśli dzisiaj nie skończę ważyć tego eliksiru nasz klient będzie bardzo, bardzo zły — krzyknęła w przestrzeń, zabierając się do krojenia długich czerwonych łodyg — a wiesz, co robimy ze złymi klientami. Nie chciałabym musieć go uspokajać. Wyglądał na zirytowanego, kiedy po drodze z nim rozmawiałam. Zdenerwował mnie.
      Westchnęła, zgarniając pocięte fragmenty rośliny na bok i zabierając się za coś, co kształtem dziwnie przypominało długie czarne pazury. Z pokoju obok dobiegło ją ciche miauknięcie. Zamarła z uniesioną ręką i powoli obróciła się w stronę wyjścia z kuchni. Serce zabiło jej odrobinę szybciej. Jej kot z reguły nie miauczał – głównie prychał – i zawsze przychodził, gdy tylko pojawiała się z powrotem w domu. Podłoga w drugim pomieszczeniu skrzypnęła cicho, na co Rosalie mocniej zacisnęła palce wokół rękojeści noża. Nie miała czasu szukać różdżki. Przełknęła ślinę i spokojnym krokiem ruszyła do izby, w której zalegały stare instrumenty. Stanęła w progu, zmrużyła oczy i powoli przeczesała wzrokiem pokój. Pociągnęła nosem, wsłuchując się w pozorną ciszę. Kot miauknął.
      Ktoś tam był. I z pewnością nie przyszedł do niej w interesach.

      Co złego to nie my.
      Straszna Rozalka

      Usuń
  142. Pobiegła w stronę Hogwartu wcześniej jeszcze oblewając się rumieńcem. Na błoniach znowu było pusto i głucho, tylko wiatr wiał chyba jeszcze mocniej niż wcześniej. Spojrzała w niebo, chcąc się uspokoić. Było zachmurzone, zbierało się na deszcz, albo i nawet porządną burzę. Czasami nienawidziła się za tę swoją kochliwość i romantyczną duszę, a motyle w brzuchu już coraz częściej uważała za mocno przereklamowane. Oczywiście wmawiała i to zresztą chyba samej sobie, że z tą całą miłością, nie jest wcale tak trudno się rozstać, i jeśli tylko zechcę, to może dać sobie z nią święty spokój. Tak postanowiła postąpić właśnie tym razem, bo przecież im z Mattem może być dobrze, tak jak jest teraz, a jeśli czasami będąc niezupełnie trzeźwa, skorzysta z okazji i bezkarnie skradnie mu kilka pocałunków, to bez większych problemów powinna dać radę. Takie głupiutkie uczucie mogłoby przecież zepsuć, a co gorsza zakończyć ich i tak krótką jeszcze znajomość, a ona tak bardzo nic niszczyć nie chciała.
    Momentalnie ocknęła się i trochę przestraszona, podskoczyła do góry, gdy z rozmyślań, które prawdopodobnie urządziła sobie w najmniej odpowiednim momencie, wyrwał ją Gryfon.
    - Wiedziałam, że już dzisiaj gdzieś słyszałam ten głos, byłeś ekstra i w pełni zasłużyłeś na te pozytywne odzewy! Poza tym to wydaje mi się, że dobrze się tam czułeś, a jeśli nie to i tak fajnie się słuchało, nie wiało nudom — powiedziała, otwierając drzwi i powoli wchodząc do zamku. Chłopak coraz bardziej ją zaskakiwał i nawet gdyby próbowała, to na pewno nie potrafiłaby ukryć entuzjazmy do jego osoby, zainteresowań i skórzanej kurtki. - Jeszcze nigdy nie dostałam tyle świetnych propozycji na spędzenie z kimś czasu i naprawdę nie mam pojęcia, jak ja ci się odwdzięczę — spojrzała na niego, śmiesznie poruszając brwiami, a potem najszybciej jak potrafiła, czmychnęła i niezauważona próbowała przebiec korytarzem. Już prawie jej się to udało, ale wtedy ktoś złapał ją za rękę i choć doskonale wiedziała, kim jest ta osoba, impulsywnie odwróciła się, wciąż idąc, co jednak już po chwili okazało się złym pomysłem. A nawet bardzo złym, mianowicie zaliczyła zderzenie centralne z głową jednej z największych plotkar, o jakich słyszał Hogwart.
    - Bardzo Cię przepraszam, naprawdę nie chcia... - nie dokończyła, bo uparcie ciągnięta przez chłopaka w końcu uległa, ale gdy znaleźli się gdzieś na uboczu i ona zaczęła się śmiać.
    - Czy Ty wiesz, co teraz się zacznie? Wiecie, że boski Harrison spotyka się z tą rudą Primrose? Tak, właśnie tą! Nie mam pojęcia jakim cudem, ale to na pewno jakiś podstęp, to nie może być prawda! Musimy coś zrobić, przecież on przy niej zgłupieje! Pewnie podała mu Amortencję, a to przebiegła żmija! - mówiła, naśladując piskliwy głos i ruchy koleżanki, przez co wybuchła jeszcze większym śmiechem.
    - Ja ogólnie to bardzo rzadko odmawiam i używam słowa nie, to tak na przyszłość, żebyś nie musiał się tak o wszystko pytać. Podobno to niepoważne, ale ja po prostu nie lubię, gdy coś mnie omija, sam rozumiesz — powiedziała, opierając się o ścianę i pocierając bolące czoło. - Jednak co za dużo to nie zdrowo, więc za papierosa podziękuje, ale będę mieć u ciebie jednego zapasowego tak na przyszłość.

    Prim
    [Ach i te miłosne rozmyślania na początku, ale no cóż taka postać:)) Ej tak w ogóle to gdzie idziemy później: spotkanie czy impreza? Bo już nie wiem, ale nie zapomnijmy w tym wszystkim o plotkarze, bo to może być śmieszne xD]

    OdpowiedzUsuń
  143. Z każdą kolejną minutą denerwowała się coraz bardziej bawiąc się przy tym skrawkiem swojego rękawa. Przeczesywała wzrokiem dziedziniec w poszukiwaniu tej znajomej twarzy jednak za każdym razem spotykała się z rozczarowaniem. Przygryzła dolną wargę w myślach snując scenariusze co mogło się takiego stać, że nie przyszedł. Być może musiał się uczyć, albo zaspał. W końcu każdemu może się zdarzyć. Z drugie strony, może właśnie tu był, a kiedy ją zobaczył odszedł? Starała się wyglądać dobrze, dlaczego miałby zrezygnować. Każde wytłumaczenie zdawało się nie mieć sensu.
    - No dalej, przyjdź…- szepnęła do siebie wciąż lustrując wzrokiem sylwetki przechodniów.
    Minęło już pół godziny i był to moment, w którym panna Harrison była pewna, że chłopak nie przyjdzie. Przełknęła ślinę hamując łzy rozczarowania, które cisnęły jej się do oczu.
    Słysząc głos brata zadrżała i nagle poczuła jakby ją olśniło. Odwróciła się w jego stronę rzucając oskarżycielskie spojrzenie.
    - To twoja wina!- niemalże krzyknęła będąc przekonana o słuszności swego oskarżenia. Już nie pierwszy raz pojawia się problem z randką, a jeśli pojawia się jakiś problem z adoratorem, to w 90% można mieć pewność, że Matt maczał w tym palce. Nie podobał mu się ten Krukon od samego początku. Teraz zapewne przyszedł ze swoim przyjacielem, by upewnić się, że mniemany chłopak nie zjawi się na randce zgodnie z tym czego oczekiwał. Mógł teraz triumfalnie obserwować jak kolejny chłopak znika z jej życia nim zdążył się w nim pojawić.
    - Możesz być z siebie dumny- powiedziała ze złością i odwróciła się na pięcie z trudem hamując łzy cisnące się do oczu. Perspektywa, że kiedyś będzie mieć normalnego chłopaka, pffu! Że w ogóle będzie mieć kogoś takiego oddalała się od niej coraz bardziej.

    [ No problemo :) Tak a’propos jeśli czytałaś wszystkie notki świąteczne to zapewne wiesz, że w Boże Narodzenie do Elody przyszedł czystokrwisty Ślizgon i zapowiada się dość ciekawie. Wybacz, za zwłokę :* ]

    OdpowiedzUsuń
  144. - Jak ja mam się w tym momencie opanować, a ty jak możesz nie wiedzieć, kto to był? - wytrzeszczyła oczy na Matta, zdziwiona jego niezwykle spokojnym podejściem do całej sprawy. - Bardzo chciałabym się tym zdarzeniem nie przejmować, ale perspektywa usłyszenia o sobie wielu nowych, zapewne bardzo dziwnych rzeczy, jakoś o dziwo mnie nie kusi. Myślę, że jutro, no maksymalnie pojutrze dowiemy się wielu pikantnych i prawdziwych szczegółów z naszego życia — podekscytowana zalewała chłopaka potokiem słów, a uspokajać zaczęła się, dopiero gdy Gryfon niebezpiecznie zmniejszył dzielącą ich twarze odległość.
    - Miej nadzieję, że ci wszyscy święci nie zapomną i przyjdą Ci z pomocą, gdy ktoś naprawdę zacznie się tobą zabawiać. A jeśli jeszcze raz wydrzesz mi się do ucha, to stanie się to szybciej, niż przypuszczasz — posłała chłopakowi groźne spojrzenie, a przynajmniej tak miało ono wyglądać.
    - Sądzę, że byłaby z nas dobrana para. - Matt mruknął pod nosem, ale ona doskonale to usłyszała i choć serce w tamtej sekundzie zaczęło bić jej jak szalone, postanowiła przemilczeć te słowa. Przywarła tylko mocniej plecami do ściany i wtedy zobaczyła majestatyczną Ślizgonkę, która zza rogu wyłoniła się niczym Afrodyta z piany morskiej, a w reakcji na jej niespodziewaną propozycje Prim na moment otworzyła nawet buzie ze zdziwienia. Powód, dlaczego Madison w końcu postanowiła zaprosić ją na imprezę, o których tak często marzyła, będąc w piątej klasie, był oczywisty i nawet stał obok, a zapewne, gdyby ona dziwnym trafem wyparowała i Matt teraz byłby sam, dziewczyna na pewno by się nie zmartwiła. Później Prim jeszcze wywróciła oczami, gdy spostrzegła, jak blondynka wytrwale wpatruję się w jej towarzysza i miała ogromną ochotę krzyknąć; Ej też tu jestem! ale dziewczyna zniknęła równie szybko, jak się pojawiła. W międzyczasie zdążyła jeszcze ocenić, że Ślizgonka rzeczywiście jest ładna, ale nie aż tak, żeby nazywać ją istnym bóstwem, jak to robili niektórzy chłopcy, gdy ta akurat przechodziła obok nich na korytarzu. Włosy tylko miała cudowne, jasne i proste, dokładnie takie, o jakich zawsze marzył rudzielec.
    - Oczywiście, że idziemy — odpowiedziała niemal od razu. - Choć nie wiem, czy one czegoś czasami nie knują. Wiesz takie miłe gesty, wspólne imprezki to raczej nie jest często spotykane u tak typowych Ślizgonów — przygryzła dolną wargę, na moment zatracając się w rozmyślaniach.
    - Ale idziemy, tylko muszę się ubrać. To tak za mniej więcej pół godziny spotkamy się gdzieś po drodze, no, chyba że chcesz postroić się ze mną? - uśmiechnęła się, powoli zmierzając w kierunku podziemi.

    Prim

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. - Matt ja chcę się tylko ubrać, nie wiem, ile mi to zajmie, ale błagam Cię, przestań zrzędzić — odwróciła się i spojrzała na niego poirytowanym wzrokiem. Trochę było jej go nawet żal, gdy szedł za nią taki przygnębiony i w głowę zaświtała jej myśl, żeby pominąć całą tę zabawę z ciuchami i od razu wbić razem z Harrissonem, w jego kurtce, i na pełnym luzie, ale jednak odeszła ona jeszcze szybciej niż przyszła. - Wydaje mi się, że w takich włosach jest Ci bardzo dobrze, a z tym zarostem to zależy — odpowiedziała, marszcząc brwi - Niektórym laskom na pewno się podoba no, ale z drugiej strony to dosyć nieprzyjemne uczucie nie wspominając nawet o stanie policzków po całowaniu z takim zarośniętym osobnikiem. - przejechała zewnętrzną stroną dłoni po swojej twarzy, przypominając sobie wujka Adama, wielkiego fana brud i pocałunków w policzek na przywitanie. - Taki dwudniowy ostatecznie jeszcze może być — stwierdziła, wchodząc do Pokoju Wspólnego i rozglądając się . Puchoni najwidoczniej mieli na dzisiejszy wieczór ciekawsze plany, niż bezczynne siedzenie i wpatrywanie się w sufit w wyniku czego pokój był prawie pusty, a tylko gdzieś po kątach chowały się pojedyncze osoby szukające idealnego miejsca do zrelaksowania się, czytania czy też po prostu posiedzenia w ciszy.
      - Nie podlizuj się, już za późno na odwrót — uśmiechnęła się i wyplotła z uścisku chłopaka. - Ale jeśli tak bardzo chcesz mi pomóc, to poczekaj tu moment. Zobaczę czy moje koleżanki nie będą miały nic przeciwko twoim odwiedzinom — wślizgnęła się do dormitorium, zostawiając uchylone drzwi. Pokój dzieliła z czteroma dosyć spokojnymi dziewczynami i była pewna, że w środku zastanie przynajmniej trzy z nich, jednak na swoim łóżku z nosem w książce siedziała tylko Emma, do której Prim podbiegła od razu.
      - Em, ej Em słyszysz mnie? Bo mam do ciebie taką sprawę — powiedziała, gdy dziewczyna wreszcie raczyła na nią spojrzeć. - Mam gościa, który ma pomóc mi się ubrać, później Ci wyjaśnię, ale czy mógłby wejść? Postaramy się nie przeszkadzać — uśmiechnęła się i błagalnym wzrokiem spojrzała na koleżankę, która tylko kiwnęła głową i odwzajemniła uśmiech, ponownie wracając do lektury, choć ewidentnie wyglądała na bardzo zaciekawioną całą sytuacją. Dobrze, że pozostałe gdzieś wyparowały. - Właź Matt! Nie ma czasu — krzyknęła i podeszła do szafy, z której niemal od razu wyciągnęła pierwsze lepsze ciuchy.
      - Chyba nie ma sensu się stroić co nie? - spojrzała na chłopaka, uśmiechając się. - Czy jest?

      Usuń
    2. - A idź z taką pomocą — mruknęła pod nosem i machnęła ręką, gdy chłopak uraczył ją niezwykle oszczędną odpowiedzią i wrócił do bajerowania Emmy. Przyglądała się im przez moment, ale nie chcąc tracić czasu, wróciła do przeszukiwania szafy, której zawartość zbytnio nie oszałamiała i w większości raczej nie nadawała się na imprezy. Spokojnie Prim, to tylko schadzka u Ślizgonów, nie ma się czym przejmować. Wrzuć na luz - pomyślała i pod stertami swetrów zauważyła, chyba jedyną sukienkę, która w tamtym momencie była w jej posiadaniu. Dlatego długo się nie zastanawiając, chwyciła ubranie i pobiegła w kierunku łazienki, marząc o tym, aby było ono dobre i w miarę wyglądało.
      - Czuj się jak u siebie, a ja znikam na chwilę! - krzyknęła jeszcze do chłopaka i zniknęła w korytarzu.
      Nie minęło nawet piętnaście minut, gdy panienka Oberlin odstrojona w trochę przyciasną sukienkę z zarzuconą na ramię skórzaną kurtką ponownie pojawiła się w swoim dormitorium, przyciągającym tym wzrok znacznie większej ilości osób niż wcześniej. Spojrzała na otoczonego jej współlokatorkami Matta i z podziwem uniosła brwi. W końcu jeszcze żadnej z dziewcząt, które teraz tak śmiało rozmawiały z Gryfonem, nie widziała w podobnej sytuacji. Co on musiał im powiedzieć, że tak chętnie się do niego kleiły, a ją o dziwo, obdarzały takim pełnym zdziwienia spojrzeniem?
      - Widzę, że się polubiliście — powiedziała, podchodząc bliżej i wręczając chłopakowi kurtkę.
      - Dzięki. A tak w ogóle to możemy już iść. - choć swoje słowa kierowała do Matta, to zaniepokojona uważnie przyglądała się Emmie, która najwyraźniej to zauważyła i wypaliła nagle:
      - Ile przytyłaś Prim?
      W reakcji, na co ruda złapała się tylko za brzuch, a jej twarz momentalnie nabrała koloru dojrzałego pomidora. Puchonka jednak nie zaprzestała na tym jednym ciekawskim pytaniu i nawet bez wysłuchania odpowiedzi, nokautowała swą koleżankę kolejnym, tym razem wypowiedzianym groźniej i głośniej:
      - Jak mogłaś być tak bezmyślna? On jest dziwny, ale ty! Powiedzieliście komuś?
      Primrose początkowo równie zdezorientowana, co pozostałe koleżanki w końcu jednak wymownie spojrzała na roześmianego Matta i dopiero wtedy zorientowała się, o co chyba chodzi dziewczynie.
      - Oszalałaś, chcesz, żebyśmy mieli kłopoty? Poza tym to już jest po problemie, to był tylko chwilowy odjazd — odpowiedziała, przekona, że Emma dowiedziała się o ich popołudniowych zabawach nad jeziorem i jako świetnie wychowana młoda dama w pełni neguje ich zachowanie. - Może kiedyś zabierzemy, cię ze sobą. Przyda ci się coś takiego — uśmiechnęła się zadowolona do dziewczyny, która wręcz przerażona ponownie zaczęła nerwowo spoglądać raz na nią, a raz na Gryfona.
      - A ty miałeś siedzieć cicho. Widzisz ile teraz mamy chętnych, super — odwróciła się do chłopaka, którego dobry humor nie opuszczał i wywróciła tylko oczami, widząc, jak po chwili ponownie opada na łóżko i zaczyna się śmiać.
      - Serio jestem taka gruba? Myślałam, że dobrze się trzymam — spojrzała na koleżanki, a potem na swój brzuch i jeszcze raz przejrzała się w lustrze, sama stwierdzając, że wcale nie jest tak źle. - Matt ile jeszcze będziesz tak leżał? Zbieraj się, idziemy — powiedziała, podchodząc do drzwi. Pomachała jeszcze współlokatorką i wyszła z dormitorium, a potem jeszcze szybciej opuściła Pokój Wspólny.
      - Nie mam pojęcia, co im nagadałeś, ale dowiem się i zemszczę, jeśli będzie taka potrzeba — mówiła, gdy chłopak dogonił ją i znajdowali się już prawie u celu. Wokoło wejścia stało kilku chłopaków. Uśmiechnęła się do nich, gdy zaczęli się im uważnie przyglądać i szepnęła do swojego towarzysza:
      - Szybko, czyń honory, bo oni są dość wyrośnięci, a ja mam złe buty do biegania.

      Prim

      Usuń
    3. Odrzuciła włosy do tyłu i weszła za chłopakiem do Pokoju Wspólnego Ślizgonów, łapiąc bez zastanowienia rękę, którą ten od razu do niej wyciągnął i po chwili ruszyła razem z nim do najbardziej obleganego stołu. Rozglądała się po pomieszczeniu, w którym znajdowało się spora ilość uczniów będących w lepszym lub gorszym stanie i zdezorientowana przygryzła dolną wargę, nie zupełnie wiedząc jak ma się zachować. Dopiero gdy usłyszała za sobą szyderczy głos, wyrwała się z amoku i odwróciła, by zobaczyć dumnie stojącego przed nimi chłopaka. Próbowała unikać natrętnego spojrzenia, którym darzył ją, podczas trwania całej krótkiej, ale konkretnej wymiany zdań między nim a Mattem, jednak ewidentnie wypił on wcześniej już trochę, nabierając przez to odwagi i nie łapał żadnych aluzji, nawet, wtedy gdy znacznie przybliżyła się do Gryfona. Odetchnęła więc, widząc jak Matthew, kończy rozmowę i czym prędzej odeszła od chłopaka. Po chwili wróciła jednak do stołu z alkoholem i trzęsącymi się rękoma nalała do plastikowych kubków ponczu z dużej wazy, zamieniając przy okazji kilka zdań z innymi gośćmi, którzy wyglądali znacznie przyjaźniej niż wcześniej spotkany koleżka.
      - Dobrze mu dogadałeś, więc masz — powiedziała, gdy wróciła do gryfona i wręczyła mu kubek. - Dziwny był ten koleś, a tak na marginesie to jestem przekonana, że spędził dzisiaj więcej czasu na strojeniu się niż ja — zaśmiała się, uważnie przyglądając się znajdującym się w pomieszczeniu osobom. Oni ewidentnie tu nie pasowali, ale za to jej sukienka, którą wciąż musiała obciągać, wpasowała się w klimat idealnie. - No rozchmurz się! - uśmiechnęła się i szturchnęła chłopaka w ramię, oczekując na jakąkolwiek żywszą reakcję z jego strony.
      - Zobacz ile się dzieje, o tam na przykład! - spanikowała i wskazała palcem na całującą się w koncie parę. Po chwili jednak nastolatkowie przyssali się do siebie niczym dwie pijawki, a ręce chłopaka bezwstydnie zaczęły wędrować po całym ciele, wyraźnie zgadzającej się na to dziewczyny. Prim, mocno zażenowana rozgrywaną się obok sytuacją oparła głowę na ramieniu Matta i zamilkła, śmiejąc się tylko cicho przez moment.
      - Zaraz wrócę, a tam chyba widzę jakichś Gryfonów. Może podbij do nich na moment — powiedziała i kiwnęła głową w kierunku znajomych z widzenia osób, które chyba nawet ich zauważyły, a później sama ruszyła na poszukiwania łazienki.
      Szwendała się już dłuższą chwilę, nie mając pojęcia, gdzie znajduje się cokolwiek, aż w końcu usłyszała, jak ktoś z oddali krzyczy jej imię. Nie wiele miała do stracenia, więc poszła w kierunku źródła dźwięku. Zatrzymała się dopiero w końcu korytarza, gdy ktoś szepnął imię wprost do jej ucha i powoli zaczął całować ją po szyi. Wcześniej była przekonana, że szła sama, a jeszcze pewniejsza była tego, że gdy się odwróci, zobaczy czarującego Harrisona. W końcu komu innemu zależałoby, a nawet chciałoby się za nią biegać.
      - Co chcesz kochanie, hm? - szepnęła i otworzyła szeroko oczy, gdy spostrzegła, kto tak naprawdę stoi tuż przed nią. - Co tu robisz? Ale łapy to ty trzymaj przy sobie! - otrzeźwiała jednak momentalnie i wyminęła chłopaka, próbując jak najszybciej ponownie dostać się do centralnej części pokoju. - Odwal się koleś, bo zaraz może się to dla ciebie naprawdę źle skończyć. Wiesz, co ci mogę zrobić z tą piękniutka buźką? - szła coraz szybciej, nie słuchając zupełnie tego, co mówi Ślizgon i jednocześnie coraz mocniej utwierdzając się w przekonaniu, że nie może być on w pełni zdrowy. Już była przy schodach, gdy blondyn złapał ją za nadgarstek z całej siły, w reakcji, na co tylko cicho syknęła z bólu, ale zaraz po tym zaśmiała mu się prosto w twarz. - Myślisz, że jesteś silniejszy, co? Babcia nauczyła mnie jak postępować z takimi jak ty. A masz! - uderzyła, go trochę nie celnie w krocze, ale to wystarczyło, aby chłopak na moment ją puścił i mogła pobiec dalej, krzycząc:
      - No ruszaj się szybciej, pozerze!

      Prim
      [Wczoraj przysnęło mi się niestety, ale jest w końcu, tylko pomysłu nie miałam za bardzo ;-;]

      Usuń
    4. Primrose zbiegła po schodach i jeszcze przez chwilę przyglądała się, jak Ślizgon nieporadnie próbuje ją dogonić, bełkocząc przy tym coś o tym, że zaraz się zabawią. Nie miała się czego bać, w końcu chłopak był nieźle upity i zapewne, nawet gdyby nie sprzeciwiała się jego zalotom, z wiadomych powodów ostatecznie nic z tego by nie wyszło.
      - Tak, zaraz się pobawimy. Zafunduje ci taka rozrywkę, że popamiętasz mnie do końca życia! - krzyknęła, gdy Roberts prawie uporał się z zejściem na dół i z zawrotną prędkością pobiegła w kierunku Pokoju Wspólnego. Plan był prosty — nie było planu, chciała jedynie ośmieszyć go przed znajomymi i pokazać wszystkim, jaka z niego świnia.
      - Zostaw mnie zboczeńcu! - wzdrygnęła, gdy znowu usłyszała swoje imię i poczuła, jak ktoś ją dotyka. Nie miała pojęcia, jakim cudem Ślizgon tak szybko się przemieścił i stał teraz za nią, ale była przekonana, że to właśnie Roberts ponownie chcę się zacząć do niej dobierać. Nie zastanawiała się więc długo i odwróciła się, by następnie z całej siły wymierzyć chłopakowi cios prosto w nos. Dopiero po fakcie zorientowała się kogo, tak naprawdę uderzyła, a na widok krwi momentalnie zbladła i przez chwilę oprócz wpatrywania się w chłopaka przerażonym wzrokiem, nie była w stanie nawet się poruszyć. - Matt, jaa, ja Cię bardzo przepraszam, ja nie chciałam — mówiła, jąkając się i wciąż spoglądając na zakrwawiony nos przyjaciela, potem na swoje ręce, a w końcu na wychodzącego chwiejnym krokiem zza rogu Robertsa.
      - Ty idioto zobacz, co przez ciebie zrobiłam Mattowi! - wściekła podeszła do Ślizgona i przez chwilę wpatrywała mu się prosto w oczy. Uznała jednak, że teraz gadanie i nawet wydzieranie się na niego nie ma najmniejszego sensu, ale gdy usłyszała jego uwagę o tym, że lubi takie zadziorne laski, zmieniła zdanie i nie wytrzymała. Drugi raz w ciągu niecałych pięciu minut zebrała siłę na własnoręczne, tym razem sprawiedliwe wymierzenie sprawiedliwości.
      - Zamknij się — wysyczała przez zęby, gdy chłopak krzyknął i złapał się za mocno krwawiący nos. Po chwili jednak niezrażona niczym, a chyba nawet dumna z siebie Prim podeszła do przyjaciela, w międzyczasie rozluźniając i ponownie składając ręce w pięść, w ten sposób próbując zapanować na bólem, który rozsadzał jej zdradziecką rękę.
      - W skali od jednego do dziesięciu, jak bardzo boli? Jeszcze raz bardzo, bardzo przepraszam, nie miałam pojęcia, że to ty się za mną czaiłeś — powiedziała, delikatnie ścierając kciukiem krew z policzków Gryfona i ukradkiem zerkając na nadal miotającego się w kącie Roberta.
      - Myślę, że jak najszybciej powinniśmy pójść do Skrzydła Szpitalnego, a poza tym to chyba nic tu po nas — marzyła o tym, aby wreszcie ulotnić się z tej beznadziejnej imprezy i wymazać z pamięci twarz Ślizgona.

      Prim

      Usuń
  145. [Ano, znamy się, znamy :D I owszem, kiedyś byłam, ale akurat Gizy na wizerunku nigdy nie miałam, a i Ślizgonek dawno nie tworzyłam, więc to pewnie nie o moją postać ci chodzi ;)
    Trochę żal, ale dawno nie tworzyłam smutnych postaci, więc powstała sobie taka Pearl, o. Ogólnie dziewczę ma depresję, więc trudno będzie jej z tego wyjść, ale moooże kiedyś da radę!
    Bardzo chętnie wątek bym jakiś wyskrobała, ale w tej chwili mam pustkę w głowie i zero pomysłów. Może jakieś propozycje? :)]

    Pearl

    OdpowiedzUsuń
  146. - Jezu, Matt, co ty w ogóle pierdolisz - mruknęła pod nosem, jednym uchem słuchając gryfona, a drugim wszystko wypuszczając. Może i te informacje były istotne, bo Willow nie miała pojęcia gdzie, ani tym bardziej kiedy ich przeniósł, ale aktualnie jakoś naprawdę miała to gdzieś. Ci wszyscy ludzie, słyszane gdzieś daleko rozmowy i krzyki, piosenki śpiewane przez hipisów siedzących w kółku nieopodal naszej dwójki, scena, pod którą robił się coraz większy tłum...
    Willow chłonęła to wszystko i nie mogła wyjść z podziwu, do czego zdolna jest magia (mówiąc oczywiście o czasozmieniaczu). Przez chwilę nawet myślała, że to jakiś sen, w którym jakimś cudem wylądowali we dwójkę i uszczypnęła się na tyle mocno, by syknąć z bólu, ale wciąż stała w tym samym miejscu, na miękkiej trawie i rozglądała się oczami błyszczącymi z podekscytowania.
    Otworzyła usta, aby wyrazić swój ogromny podziw dla tego miejsca i mózgownicy Harrisona, ale Harrisona za nią nie było. Spojrzawszy w dół zobaczyła leżącego na trawie gryfona i w pierwszej chwili szturchnęła go nogą, śmiejąc się.
    - Wiem, że to miejsce tak działa, też mam ochotę się położyć, ale nie przesadzaj - powiedziała i w tej samej chwili skapnęła się, że on nie leży tak dla swojej przyjemności. - Cholera, Matt, jesteś beznadziejny - fuknęła i opadła na kolana obok chłopaka, łapiąc go za ramiona i potrząsając nim. - Obudź się, cholera! - wrzasnęła mu niemalże do ucha, a gdy to nie przyniosło efektu, bezceremonialnie walnęła go w twarz z płaskiego, niemal z całej siły. Miała nadzieję, że dzięki temu gryfon się obudzi i będzie mogła dalej chłonąć to wszystko, co ich otaczało. Z uznaniem dla mugoli, że potrafili zorganizować coś takiego i zebrać tylu ludzi w jednym miejscu. A tak wielkiego zbiorowiska Forbes w swoim życiu jeszcze nie widziała.
    W tej chwili też nie, bo wgapiała się w twarz nieprzytomnego Matta.
    - Super porę sobie wybrałeś na omdlenia, naprawdę - mruknęła do siebie i znowu go walnęła, tym razem nieco lżej. Nie znała się zbytnio na pierwszej pomocy, ale skoro oddychał to to powinno wystarczyć...
    Prawda...?

    Willow

    OdpowiedzUsuń
  147. [Hmm, może jakaś dłuższa znajomość? Są na jednym roku, więc jakiś kontakt musieli przez te ponad sześć lat mieć :) Mogą być zwykłymi znajomymi w sumie, którzy muszą teraz zrobić razem projekt na Zielarstwo. Matt może wiedzieć, że Pearl jest w tym przedmiocie dobra, więc zaproponuje współpracę, na co dziewczyna się zgodzi. Problem będzie taki, że zupełnie o nim zapomni, więc Matt będzie musiał ją znaleźć i zaciągnąć do biblioteki oraz zrobić coś, aby na chwilę chociaż się uśmiechnęła i zainteresowała projektem, bo będzie dość nieobecna :) Pasuje?]

    Pearl

    OdpowiedzUsuń
  148. Już kolejny dzień z Primrose działo się coś niedobrego. Cały czas targały nią dziwne, a zarazem bardzo silne emocje, z którymi nigdy wcześniej nie miała do czynienia i teraz poddawała im się bez jakiejkolwiek walki. Coś, co tamtego wieczoru zawładnęło jej ciałem, teraz doszczętnie i coraz szybciej wysysało z niej radość oraz energię w rezultacie powodując, że dziewczyna właściwie stała się cieniem samej siebie sprzed dnia, kiedy to jeszcze nieświadomie, podjęła prawdopodobnie najgorszą decyzję w życiu i udała się na tę nieszczęsną imprezę do Ślizgonów. To, co się stało, dla innych mogło być niczym. Głupim incydentem i małą sensacją, o której wszyscy zapomną szybciej, niż się dowiedzieli. Puchonkę natomiast ogromnie to dręczyło i nawet na moment nie potrafiła uwolnić się od rozpamiętywania. Analizowała więc zaistniałą tamtego wieczoru sytuację w głowie już kilkadziesiąt razy, z każdym kolejnym próbując rozwiązać ją jakoś inaczej. Zrobić lub powiedzieć coś innego, byleby koniec nie był taki jak naprawdę. Zawsze, gdy dochodziła do wniosku, że jednak nie dało się postąpić inaczej, że nie potrafiła powstrzymać Matta, a tym bardziej nie mogła dać się zaszantażować i poddać Ślizgonowi, zaczynała okładać pięściami Bogu winną poduszkę, na którą później bezsilnie opadała i w takim bezruchu trwała do momentu, kiedy znów zaczynały dręczyć ja wyrzuty sumienia, w ten sposób wciąż zataczając błędne koło. Czasu na rozmyślania miała wiele, bo wcześniejsza kąpiel w jeziorze i inne ekstremalne wrażenia, nie wyszły jej na dobrze i kolejnego dnia rano poczuła się tak tragicznie, że nie mogła uniknąć wycieczki do Skrzydła Szpitalnego. Wprawdzie już po pierwszej dawce eliksiru, który podała jej uśmiechnięta pielęgniarką, czuła się znośnie, ale nie protestowała, gdy kobieta zaproponowała, by kolejne dwa dni spędziła w łóżku i nie musiała opuszczać swojego dormitorium. Może nawet szybko wydobrzałaby, pogodziła się i zapomniała, gdyby nie niezwykle troskliwe koleżanki, które nieświadomie, ale skutecznie jej to uniemożliwiały. Siedziały tak naprzeciwko niej całymi godzinami, gadały jak najęte o rzeczach, które najprawdopodobniej miały ją rozśmieszyć, a w końcu widząc, że humor rudowłosej nie poprawił się nawet trochę, odchodziły zrezygnowane i dawały znak kolejnej dziewczynie, która także próbowała swoich sił i tak cały czas, dopóki Rose łaskawie nie oznajmiła, żeby dały już sobie spokój. Najgorsze było to, że te wszystkie miłosierne dziewoje, mimo że Puchonka za każdym razem mówiła im, że żadnego dziecka nigdy nie było i nadal nie ma, myślały, że jej stan spowodowany jest wyimaginowana ciążą i odrzuceniem przez chłopaka. Doszło już nawet do tego, że dziewczyna w żaden sposób nie reagowała na ich moralne kazania o tym, żeby nie zrobiła czegoś, czego do końca życia będzie żałować, że sobie poradzi i na pewno nie zostanie sama, a Harrison w końcu przemyśli to wszystko i będzie błagał ja o wybaczenie. Najbardziej jednak denerwowała ja Emma, która podczas każdej rozmowy serwowała jej zabójczą dawkę krytyki, zamiast jak na przyjaciółkę przystało po prostu przytulić i pomóc zakończyć temat tych głupich plotek, w które jak później się okazało, wierzyła całym sercem. W końcu jednak nawet cierpliwa Primrose, która zatracała się w rozmyślaniach, starając się olewać słowa koleżanki, nie wytrzymała i wybuchła wykrzykując dziewczynie prosto w twarz wszystko, co o niej myśli, a następnie wybiegła z dormitorium, trzaskając drzwiami.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Cała roztrzęsiona zmierzała do biblioteki, gdzie akurat miała spotkać się z Faith, którą już wcześniej prosiła o to, aby przemyciła ją do pokoju Wspólnego Gryfonów i dowiedziała się, gdzie znajduje się dormitorium Matta. Roztrzepana siostra o dziwo świetnie wywiązała się z powierzonego jej zadania i Puchonka znalazła się bez najmniejszych przeszkód na miejscu bardzo szybko. Teraz jedynym problemem była stale towarzysząca jej niepewność, która cały czas burzyła jej przekonanie o tym, że powinna wreszcie się odezwać, przeprosić Gryfona za to całe zamieszanie i jeśli będzie taka potrzeba zniknąć, w końcu to głównie przez nią w ostatnim czasie nałapał tyle problemów. Gdy w końcu zebrała się, aby zapukać do drzwi dormitorium, te nagle otworzyły się i stanął przed nią najprawdopodobniej jeden z jego mieszkańców.
      - Cześć — powiedziała, niepewnie zerkając na chłopaka. Ostatnio wydawało jej się, że każdy tak dziwnie na nią patrzy, wręcz świdruje ją wzrokiem i choć wiedziała, że to ona dosłownie wszystko wyolbrzymia, nie potrafiła sobie z tym poradzić. - Jest może Matt? Nie chce się narzucać, ale naprawdę muszę z nim porozmawiać.

      Prim
      [Hehehe, nawet nie wiem, jak to skomentować xD]

      Usuń
  149. [Zobaczymy w swoim czasie :D Hmm, zaczniesz? :)]

    Pearl

    OdpowiedzUsuń
  150. Zdobyła się na jakiś miernawy uśmiech, gdy chłopak wpuścił ją do pokoju, a sam odszedł, wcześniej szepcząc, że Harrison od kilku dni świruje. Przez chwile wahała się jeszcze czy aby nie uciec z prędkością światła z powrotem do swojego dormitorium i znowu posłuchać pocieszających wywodów, jednak w końcu weszła do środka i choć nie dała tego po sobie poznać, na widok Matta ucieszyła się tak jak jeszcze nigdy dotąd. Nie zwracała uwagi na otoczenie, zapomniała wszystko, co miała mu powiedzieć, ale nie żałowała, że weszła. Stała wpatrując się tak bezwładnie w chłopaka przez moment, który dla niej trwał co najmniej dziesięć minut, a serce biło jej jak oszalałe.
    - Hej, Matt — odpowiedziała również bez żadnych większych emocji, siadając na podłodze tuż przy nim po turecku. Przez kolejne kilka minut nie mówiła nic i również nie wykonywała żadnych gwałtowniejszych ruchów, w zasadzie to tylko mrugała i oddychała, choć to drugie starała robić się ciszej, jeśli oczywiście się dało. Jeśli ktoś wszedłby teraz do pokoju, zapewne uznałby ich dwójkę za dziwaków, przecież ostatnio tyle się w ich życiu wydarzyło, że teraz powinni co najmniej rozmawiać jak najęci, kłócić się i przepraszać jednocześnie tak jak w melodramatach, w końcu sama myślała, że mniej więcej, tak będzie wyglądało to spotkanie, że nie dogadają się i skończą jeszcze gorzej niż wcześniej. Tymczasem słuchali niczym nienaruszanej ciszy i tylko patrzyli na siebie jakoś tak dziwnie, istni popaprańcy.
    - Zagrasz coś? - spytała w końcu, prawie szepcząc, bo bała się, że gdy powie coś zbyt głośno, chłopak zniknie, pęknie niczym bańka mydlana, a to wszystko okaże się tylko snem. Tego z pewnością by nie przeżyła. Przyglądała się, jak Matthew podnosi się i siada, opierając sobie gitarę na kolanie. Śledziła każdy jego ruch, dosłownie jakby nastolatek był jakimś bóstwem, od którego zależało jej życie. Nie wiedziała, nawet kiedy zamknęła oczy i na moment całkowicie odpłynęła, spokojnie słuchając wygrywanej melodii. Nie miała też pojęcia, dlaczego po jej policzkach zaczęły płynąć pojedyncze łzy, które jednak szybko otarła, próbując początkowo bezskutecznie zapanować nad swoimi emocjami i rozegrać tę sytuację tak, aby chłopak nie zauważył jej żałosnego zachowania.
    - Ładne, naprawdę bardzo ładne — powiedziała, gdy znowu zapanowała cisza i zmuszona była całkowicie wrócić do rzeczywistości. - Co to było? - dodała po chwili, spoglądając na Gryfona.

    Prim

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Słowa wypowiedziane przez chłopaka razem z dziwnymi emocjami, które wciąż jej towarzyszyły, ale już chyba powoli zaczynała odkrywać, czym są spowodowane, stworzyły dość dziwną i nieprzewidywalną mieszankę. Wprawdzie na pierwszy rzut oka nie zdziałała ona zbyt wiele i Primrose dalej siedziała w bezruchu, tylko chyba jeszcze bardziej zdziwiona, niż przed chwilą. Natomiast to, co działo się u niej w środku, a raczej, to co powoli ją rozsadzało było nie do opisania. Zapewne odleciałaby z tego wszystkiego niczym rakieta w kosom, gdyby tylko mogla, a przynajmniej odtańczyłaby taniec szczęścia, gdyby tylko miała siłę i ochotę. W końcu jednak nie dała ponieść się emocja i westchnęła, tylko by później uśmiechnąć się jeszcze i w końcu przemówić:
      - Gdybyś darował sobie ten tekst o ciąży, na pewno mielibyśmy o wiele mniej problemów, ale z drugiej strony nie przekonałbyś się o tym, jakie plotkary żyją w naszej szkole. Teraz na pewno będziemy ostrożniejsi. - powiedziała, niespokojnie obracając w palcach skrawek bluzki.
      - A ten incydent z Robertsem... to moja wina. Gdybym nie założyła tej przykrótkiej kiecki, nawet by na mnie nie spojrzał. Nie chciałby mnie i wtedy nie powiedziałby tego o twojej siostrze, a ty nie musiałbyś się wtrącać. Jest mi tak okropnie z tym, co się stało. Nie mogę sobie tego wybaczyć i nie potrafię przez to normalnie funkcjonować. Chyba utopie się jak Buckley — podniosła w końcu głowę i ponownie zaczęła przyglądać się chłopakowi, który był tak zadziwiająco spokojny, i niewiele można było wywnioskować po emocjach malujących mu się na twarzy. Ona natomiast cała się trzęsła i pewnie była jak świeży śnieg-przerażająco zimna i blada, co zawsze śmiesznie kontrastowało z ognistym kolorem jej włosów.
      - Wiesz, znajomość z tobą jest, jest — mówiła, powoli przysuwając się do chłopaka, a wcześniej jeszcze impulsywnie złapała go za rękę i splotła ich palce razem.
      - Niezwykle niebezpieczna i chyba przez to taka pociągająca — delikatnie uniosła jego podbródek i wreszcie spojrzała mu prosto w oczy. Właśnie w tamtym momencie pozornie nieszkodliwa mieszanka naprawdę zaczęła działać i Primrose niezbyt panowała nad tym, co robi, ale w żadnym wypadku nie chciała przestawać.
      - Nie chcę przestać się z tobą widywać — szepnęła i przysunęła się jeszcze bliżej, tak że ich twarze dzieliło teraz zaledwie kilka centymetrów. Choć bardzo chciała, aby wszystko rozwijało się, dokładnie tak jak zaczęło, to nagle zaświeciła jej się czerwona lampka. Przecież chyba nie chcesz niczego niszczyć, Prim?
      - Pójdę już — powiedziała i odsunęła się gwałtownie.

      Prim
      [Co tu się wyprawia :o]

      Usuń
  151. Wiedziała, czego w tej chwili pragnie i mimo wszystko czuła, że Matt chce tego równie bardzo co ona. Chciała, ale nie mogła, bo przecież już kiedyś popełniła podobny błąd i chyba jeszcze dotąd żałowała swojego śmiałego gestu względem dawnego przyjaciela, który, jak przypuszczała, wystraszył się jej miłości i postanowił bezwzględnie zakończyć ich kilkuletnią znajomość. Tym razem chyba jednak aż tyle nie ryzykowała, w końcu Matta znała nie cały tydzień, ale coś zwane rozsądkiem ją powstrzymywało i stale mówiło nie. Przypomniała sobie nawet słowa babcia o tym, że miłość nigdy nie idzie w parze z rozsądkiem i w pełni się z nimi zgadzała. Podniosła się więc z wielkim bólem i już zmierzała w kierunku wyjścia, by wrócić do siebie i po prostu bezradnie wypłakać się w poduszkę, ale chłopak nagle wstał, złapał ją za nadgarstek i zdążyła jeszcze powiedzieć - Co? - zanim ten przyciągnął ją do siebie.
    I wtedy stało się to, czego tak bardzo się bała. Spojrzała w jego oczy, dostrzegając w nich spokój i nutę podniecenia. Kiedy znowu chciała odejść ni stąd, ni zowąd przycisnął swoje usta do jej warg. Całował ją niezwykle czule, choć przez moment czuła się niepewnie. Nagle sama nie wiedząc co zrobić, zgłębiła pocałunek, dotykając lekko dłonią jego szyi. Stali tak i żadne z nich najwyraźniej nie chciało tego zakończyć. Ich ciała co rusz stawały się sobie bliższe. Ich usta delikatnie współgrały ze sobą jakby były do tego stworzone. I tak nagle z jej myśli odeszły wszelkie zmartwienia i myśli. Pozostało tylko przyjemne uczucie.
    - A musimy coś robić? - powiedziała, gdy wreszcie ochłonęła, a wszystko, co przed chwilą się wydarzyło, nagle dotarło do niej.
    - Jeśli tak, to na razie możemy dalej tak leżeć i się całować, a ty możesz jeszcze grać. Mi więcej nie trzeba — cmoknęła go jeszcze raz, a później przyjechała kciukiem po jego policzku i skierowała pocałunki na szyję.
    - Powiedz mi jeszcze, dlaczego to zrobiłeś? - wyszeptała mu na ucho, przygryzając jego płatek.

    Prime
    [Seksy są zakazane, pamiętaj xD]

    OdpowiedzUsuń
  152. [Dzięki za powitanie. Nie przywitam sie jakoś tak bardziej, bo nie kojarzę cię. Chyba że powinienem; wtedy mea culpa ]

    Duncan Langhorne

    OdpowiedzUsuń
  153. [Ok, mi jak najbardziej pasuje :)]

    Pearl

    OdpowiedzUsuń
  154. Najpierw trochę zaskoczona słuchała, jak Matt mówi coś o tym, że nie muszą się spieszyć i odsuwa ją od siebie. Nigdy nie lubiła czekać i wszystko zawsze starała się rozgrywać w taki sposób, by do minimum zmniejszyć czas oczekiwania, ale tym razem nie zamierzała niczego pośpieszać. To wszystko powinno rozwijać się w swoim tempie, a czas może być nawet ich sprzymierzeńcem, jeśli tylko dobrze go wykorzystają. Szkoda jedynie, że poznali się tak późno. Chcąc nie chcąc musiała zgodzić się z jego słowami, tylko w te o tym, że nikt im ich czasu nie zabierze, jakoś do końca nie mogła uwierzyć. Na ogół jednak bywało tak, że jedno Prim myślała, a w końcu i tak robiła drugie. Również tym razem nie było inaczej i gdy tylko poczuła, że znowu chcę być blisko chłopaka, jak gdyby nigdy nic przylgnęła do niego i co gorsza, nie zamierzała puszczać.
    - Niee, bo jeszcze wykorzystasz okazję i uciekniesz — powiedziała, ale w końcu odsunęła się i tym samym pozwoliła zamknąć chłopakowi drzwi. Przekonała ją do tego głównie niezbyt kusząca wizja spotkania się teraz ze znajomymi Gryfona, którzy jeszcze przypadkiem zobaczyliby za dużo i zaczęłoby się od nowa. Uśmiechnęła się, gdy chłopak znowu przyciągnął ją do siebie, a ona tak jak wcześniej oddała mu się całkowicie, sama mając jeszcze małe doświadczenie w całym tym całowaniu i innych sprawach. Wplątała palce w jego włosy, a zaraz po tym podskoczyła przerażona, kończąc tym chwilę uniesienia. Dopiero kiedy zobaczyła, że to ona, a raczej jej tyłek jest winny całemu zamieszaniu z adapterem, zawiedziona zaśmiała się tylko.
    - Dobrze to rozegrałeś — powiedziała, wciąż uśmiechając się, gdy Matt sprytnie odbił pytanie, które sama wcześniej mu zadała, a teraz opierając się o ścianę, udawała, że rozmyśla nad odpowiedzią.
    - Jak tak leżałam wczoraj i podziwiałam sufit, to doszłam do wniosku, że chyba mi na tobie zależy — mówiła, mrużąc oczy i starając się jakoś wyjaśnić swoje odważne poczynania.
    - Wiesz, nigdy wcześniej nie odmawiałam słodyczy i...to pewnie dlatego tak mi się przytyło kurde, ale wracając - kontynuowała, wcześniej jeszcze mimowolnie zerkając na swój brzuch. Musiała szybko uciąć temat wyglądu, bo Harrison chyba niezbyt lubił, gdy go poruszała, a bardzo nie chciała, by znowu potraktował ją jakimś ironicznym tekstem.
    - Nie owijając, byłam przerażona jak jeszcze nigdy. I co z tego, że wiedziałam, że niby nic ci się nie stało. Przecież jesteś taki nieprzewidywalny. No a dzisiaj, w zasadzie to przed chwilą stwierdziłam, że mam względem ciebie całkiem poważne plany — dodała i opadła na łóżko.
    - Tylko nie jestem pewna czy dobrze użyłam słowa poważne — zaśmiała się i zerkając na Matta, poklepała ręką miejsce obok.

    Prim

    OdpowiedzUsuń
  155. [pewnie, że działamy. jestem za tym, żeby Faith wyczaiła, że jej siostrzyczkę i Matta łączy jakaś dziwna relacja i usiłowała chłopaka wkurzyć oraz coś od niego wyciągnąć. jesteś za? to dobrze, zaczynasz. ponoć Ci się nudzi. :*]

    Faith

    OdpowiedzUsuń
  156. [dobra, dobra. w Wielkiej Sali podczas kolacji Faith cicho jak ninja podejdzie do Matta i wsadzi mu na głowę miskę z budyniem czekoladowym. po czym mściwie zapyta, co chłopak ma do jej siostry. pasuje? :D]

    Faith

    OdpowiedzUsuń
  157. [oj no nie, błagam. XD ja dopiero jutro będę zdolna do odpisów i zaczęć. ;_;]

    Faith

    OdpowiedzUsuń
  158. [ugh, no dobra. po kolacji zaczai się za rogiem i podstawi mu nogę. o!]

    Faith

    OdpowiedzUsuń
  159. [bo to złe dziecko jest. ale, jak Ci tak zależy, może po prostu zaczaić się za rogiem i wyskoczyć na niego jak upiór. tzn. wyjść z cienia z groźną miną bandyty. lepiej? :D]

    Faith

    OdpowiedzUsuń
  160. - Ten Stratford musi być niezłym popaprańcem skoro zauważa wgniecenia na pościeli, a walających się po podłodze resztek jedzenia już nie. Coś kręcisz skarbie — rzuciła, widząc jak Matt na przekór wszystkiemu, a głównie jej kładzie się na przeciwległym łóżku i naśladuje jej wcześniejszy ruch. Wstała więc, bo po co komplikować sobie życie i wczynać niepotrzebne sprzeczki o takie głupoty, gdy sytuacje można rozwiązać w o wiele lepszy i ciekawszy sposób.
    - A masz i cierp! - zaśmiała się równie szyderczo, co czarne charaktery w kreskówkach i rzuciła się na chłopaka, ostatecznie zaliczając lądowanie na jego torsie. Przez chwilę leżała w takiej pozycji, zupełnie ignorując fakt, że Gryfon może nie czuć się zbytnio komfortowo, ale przecież sam tego chciał. - Nie zapominaj o gromadce drących się całe życie dzieci i o psie. To jest dopiero poważny związek, ale myślę, że ostatecznie wystarczy tylko pies. - dodała ześlizgując się na pościel, a tylko głowę nadal pozostawiając na ramieniu chłopaka. Słuchała tak jego kolejnych słów, nie przerywając i jednocześnie coraz mocniej utwierdzała się w tym, że wcześniej podjęta decyzja, której tak bardzo się bala, nie była błędem. Bo to, co mówił Matt, było wręcz wyjęte z jej głowy. Powiedziane równie chaotycznie i pewnie między innymi dlatego tak ujmujące. Prawdziwe. Było tym, co zawsze chciała usłyszeć i wreszcie się doczekała.
    - Nawet nie wiesz, jak dobrze Cię rozumiem - podparła się na ręce i przez chwilę przyglądała się chłopakowi. Gdy pokazał jej język pokręciła tylko głową i wstała, a następnie przeszła się po pomieszczeniu, zbierając przy tym porozrzucane papiery i wszystko inne co napotkała na drodze.
    - Bo wiesz Matt, myślę ze my chyba nie potrzebujemy wzniosłych słów, sztucznych wyznań, ustawionych kolacji przy świecach czy drogich prezentów — powiedziała w końcu i podeszła do okna.
    - Za to potrzebujemy rzeczy prostych. Pozornie łatwych do zdobycia, ale chyba jednak trudnych, bo nie wiele osób wybiera tę drogę. Możemy przecież jeździć po świecie okazją albo starym gratem, jeść kanapki z topionym serem, w kieszeni mieć parę groszy, nie wiedzieć co przyniesie jutro, a i tak być szczęśliwymi, jak cholera. Też tak czujesz, czy to jednak nie to ci w duszy gra? - dodała po chwili, przyglądać się spływającym po szybie kroplom deszczu. Poczuła się trochę nie pewnie, gdy przez kilka minut nie otrzymała żadnej odpowiedzi i ponownie zaczęła szwendać się po dormitorium.
    - A co to? - nachyliła się, widząc pod łóżkiem, na które wcześniej się walnęła, coś różowego. - Z nim to serio jest coś nie tak — parsknęła śmiechem, gdy wyciągnęła stanik, który jednak od razu z powrotem wrzuciła na swoje miejsce, słysząc jak ktoś próbuję otworzyć drzwi.

    Prim
    [Przepraszam, że tyle czekałaś, ale mam dzisiaj koszmarny dzień ;-;]

    OdpowiedzUsuń
  161. [No cześć ponownie :D No przecież Ci nie powiem bo wtedy Matt będzie świadomym dzieciakiem, a takich już Joe nie lubi. Ogólnie czuje, że tutaj możemy mieć jakiś wątek. W sensie mam nawet zalążek pomysłu, ale muszę go dopracować. O ile oczywiście masz chęć :D]

    Joseph

    OdpowiedzUsuń
  162. [Dobrze gadasz, koleżanko, specjalnie cię pominęłam, bo jakoś nie mogłam się zebrać do odpisu. Chyba trzeba będzie sklecić coś innego, ale po sesji. Jak ci się widzi?]

    Willow

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. [Uwierz mi, rozumiem to. Mam do zrobienia 3 prezentacje do jutra i raport na czwartek, a jakby było mało wszystkiego, to laptop mi się zepsuł i jedna prezentacja przepadła. Jestem wściekła]

      Usuń
    2. [A rzućmy to w cholerę i za studencką biedotę lećmy na kanary ;___;]

      Usuń
    3. [Poważnie? To już nie taka studencka biedota. Zazdroszczę...]

      Usuń
    4. [Oj stara, weź nie kuś...]

      Usuń
    5. [Denerwujesz mnie. Nie dość, że hajs za studiowanie dostajesz, to jeszcze sobie na Alaskę śmigasz, jesteś okropna ;___; Ale coś fajnego przywieść możesz :D]

      Usuń
    6. [Życzę. A ty mi o 18:30 i jutro od 9:45 XD]

      Usuń
  163. [To ja tak uczciwie na wstępie powiem, że ja i wymyślanie ogólnie nie jesteśmy najlepszymi przyjaciółmi. Często się nie dogadujemy i takie tak, zero współpracy. Ale wpadło mi coś takiego do głowy, że Matt i Joe mogą się całkiem dobrze dogadywać. Mogliby poznać się w Trzech Miotłach, albo w samych Gadżetach Zonka. Joe obeznany w asortymencie mógłby polecić Mattowi jakiś szczególnie świetny produkt, którego ten akurat by potrzebował do nie wiem czego. Aczkolwiek wydaje mi się, że jeżeli chodzi o poznanie to jakoś lepiej w tych Miotłach. Później mogliby się ponownie spotkać w pracy Joego. Ale przejdźmy do dalszej części. Po poznaniu ich (nie wiem czy od tego rozpoczęłybyśmy mniemany wątek czy już od dalszej części) moglibyśmy wpakować ich dwóch w jakieś ciekawe kłopoty. Matt mógłby wprowadzić Joego do Hogwartu, jakiś nauczyciel nakryłby ich, ogarnąłby, że to jakiś obcy dzieciak i Matt zarobiłby szlaban a Joego po prostu by wywalili poza mury i nie wiem, usunęli z pamięci mu drogę do zamku czy coś, aj dont noł. Coś by się ogarnęło. Ale ogólnie ja bym tu widziała taki bardziej spontaniczny wątek niżeli jakoś specjalnie układany :D w ogóle czytam to co napisałam wyżej i stwierdzam, że to nie ma sensu, naprawdę nie umiem wymyślać xD]

    Joseph

    OdpowiedzUsuń
  164. [I Ty i Matt dowiecie się wszystkiego w swoim czasie :D nie bądź taka w gorącej wodzie kąpana! :D Wydaje mi się, że nie. Podstawy mamy - pomysł z imprezą jest idealnym pretekstem aby Joe pojawił się tam gdzie pojawiać się nie powinien. Najwyżej w trakcie, będziemy się konsultować co do dalszego rozwoju akcji. Dobra, ja wymyślałam Ty zaczynasz, tralalala.]

    Joseph

    OdpowiedzUsuń
  165. [Ocho, Joe mógł tak po prostu sobie tam wbić. Wiesz, nowy w mieście nie zna zbyt wielu ludzi, a siedzenie w małym pokoju z łóżkiem i szafą nie działa dobrze na ludzką psychikę :D]

    Joseph

    OdpowiedzUsuń
  166. [Co to to nie. Wszystko zaplanowane. Joseph i Hyun to moje pierwsze postacie, które mają zaplanowane życie od początku do końca. Dowiesz się wszystkiego, obiecuję! :D co do rozpoczęcia luzik, nawet mi to na rękę bo może ogarnę się z pozostałymi odpisami i będę mogła Ci już później na spokojnie, bez poczucia winy odpisać :D]

    Joseph

    OdpowiedzUsuń
  167. [Hahaha dobra, trzymam Cię za słowo! :D Mam jeszcze Avkę i Angusa. Wcześniej był Ajrun, ale próbował zabić Twoją siostrę i chyba go zamknęli w Azkabanie, albo zwiał gdzie pieprz rośnie... W sumie nie wiem co się z nim stało, rozpłynął się w powietrzu :D]

    Joe

    OdpowiedzUsuń
  168. [Mam jutro jeszcze 2 prezentacje i teraz muszę ułożyć 4 dialogi. cho na gadu i pomusz ;c]

    Willow

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. [Mam, ale w sumie już ogarnęłam trochę, więc niepotrzebnie truję dupę ;___; Ale dalej trzymaj kciuki, bo to nie koniec masakry ;c]

      Usuń
  169. [Z koreańcami to Ty uważaj bo widzisz... Tutaj powoli tworzy się ich mały gang, taka mafia! Załatwisz jednego, reszta ruszy na Ciebie :D Co do Josepha to mi też i Nick też! A trzeciego imienia nie pamiętam :D będzie wątek dobry, wierzę w nas!]

    Joe

    OdpowiedzUsuń