15 listopada 2015

Dashiell Vaughn

If you go looking for answers, you just might find them

klasa: VII
prefekt, szpieg, brzuchomówca
Od najmłodszych lat słyszał, że jest bardzo grzecznym dzieckiem. W gościach trzymał się babcinej spódnicy, na co dzień potrafił zamknąć się w swoim dziecięcym pokoju i przerywać mówienie do siebie dokładnie w momencie, w którym ktoś z dorosłych otwierał drzwi. Był bardzo poprawny – umiał zachować spokój, kiedy starsze kuzynostwo próbowało wytrącić go z równowagi. Przez większość czasu sprawiał wrażenie, jakby mało co stanowiło dla niego jakąkolwiek wartość i chociaż potrafił bić się o swoje, o wiele więcej sensu widział w wycofaniu się z kłótni, zanim zdążył w niej wygrać lub przegrać. Kiedy wychodził na dwór, miał swoje zabawki i bawił się nimi, ale czasem męczyło go granie roli wszystkich uczestników zabawy. Ta samotność zaczęła mu doskwierać, ale nie potrafił znaleźć na nią lekarstwa, a dom dziadków, w którym mieszkał od zawsze, był tak bezpieczny i spokojny, że właściwie głupstwem byłoby wpuszczać do niego – tak jak do stabilnego i ułożonego życia - kogoś, kto krzyczałby i piszczał, tak jak robiły to dzieciaki, do których on był porównywany. Dziadek miał zakład stolarski. Normą dla jego wnuka były klocki i figurki do zabawy, wykonane z drewna. Dash nigdy nie był strachliwy, ale drewniane kukły, które siedziały na półce naprzeciw jego łóżka, zawsze go przerażały. Ponieważ mimo wielkiej powagi jak na tak młodego człowieka, nie potrafił pozbyć się wyobrażeń o ożywających lalkach, postanowił oswoić swój strach.
Teraz jest mistrzem nie tylko w oswajaniu własnego strachu, ale również odkrywa i wykorzystuje swój talent w straszeniu innych. Do końca nie zna powodu, dla którego bawi go żartowanie sobie cudzym kosztem, ale nie widzi w tym niczego złego, dopóki na usta sam ciśnie mu się uśmieszek. Osobiście wiecznie jest bardzo ciekaw tego, co może czaić się za rogiem, w ciemnościach, w zaułkach ulic o złej reputacji. Puchon, który w obliczu zagrożenia zachowuje zimną krew, a w czasach pokoju zawsze jest na tropie czegoś większego. Przez lata jego sposób zawiązywania więzi międzyludzkich się nie zmienił – wciąż pojawia się w czyimś życiu i szybko z niego znika, jeśli nie udaje mu się wystarczająco szybko odczytać cudzych intencji. Jest kolekcjonerem informacji o innych, ma świetną pamięć i bardzo wyczulony zmysł słuchu, co oczywiście wykorzystuje, chociaż wiele razy zdarzyło mu się usłyszeć więcej niż powinien. Przepada za muzyką jazzową, miejskimi legendami i niepokoją go pierwsze siwe włosy, które odkrył na głowie w dniu siedemnastych urodzin. Ostatnimi czasy trapi go jedno, zasadnicze pytanie – czy jest już za późno?

19 komentarzy:

  1. [ Nie wstyd ci, Dashu V.?
    (robiły do dzieciaki – to) ]

    Valancy Edgeworth

    OdpowiedzUsuń
  2. [Za późno na co – na ponowną zabawę dziadkowymi kukłami czy może na zaprzestanie tej gry? :) Dash jest tajemniczy, bardzo niepuchoński, a my to lubimy. Chcę wątek, acz konkretnego pomysłu nie mam, więc jeśli Tobie tylko coś w głowie świta, zaproponuję handel wymienny i zacznę, jeżeli mi cokolwiek podsuniesz. No i witam, zostań z nami na dłużej!]

    Jihoon/Abigail/Alexander/Seunghyun

    OdpowiedzUsuń
  3. [Ale fajnie- puchon, który jak dla mnie wygląda na nieco szurniętego. Jak zabawnie. Cześć i czołem :)]

    Bo

    OdpowiedzUsuń
  4. [ Co się wydarzyło, Marksonowie wpadli do jakiegoś eliksiru odmładzającego? ;D
    Obronić mógłbyś się wątkiem czy coś... ]

    Valancy Edgeworth

    OdpowiedzUsuń
  5. [Cześć. Dobrze dobrane zdjęcie... Jestem mistrzem komplementów. :D]

    Caelan

    OdpowiedzUsuń
  6. [ Raz przystałeś i już jak zwykle!
    Spoko, jeśli będę chciała wykorzystać nasz poprzedni wątek w jakichś wspomnieniach, notce, czymkolwiek, to po prostu uznam, że to nie był Delmare, tylko jakiś inny hogwartczyk, no i w tym skłocie tak naprawdę nie mieszkali żadni sekciarze, tylko po prostu bezdomni czarodzieje, czarodzieje-anarchiści i czarodzieje-wariaci.
    Bardzo ciekawa historia, ale w sumie dla wątku mało przydatna, ponieważ Valancy zapewne nic na ten temat nie wie. :D Może się znać z Billym, jeśli mają jakieś wspólne zajęcia, ale jest to czysto szkolna znajomość, więc niewiele wnosi w cokolwiek. Równie dobrze może znać się z Dashem (właściwie to jego na pewno kojarzy, skoro to prefekt), ale też na jakiejś płytkiej stopie, skoro on ludzi poznaje głębiej tylko po to, by móc ich potem porzucić.
    Poprzednim razem wymyśliłam, teraz też mam? Naprawdę nie masz żadnego pomysłu? ]

    OdpowiedzUsuń
  7. [ Widzę skłonność do straszenia ludzi, zainteresowanie rzeczami, które dla innych mogłyby się wydawać przerażające i samotnika z pasją do łażenia po najmroczniejszych zakamarkach.
    Albo mnie mój wzrok myli, albo w końcu znalazłam odpowiednią osobę do wątku, który chodzi za mną od bardzo, bardzo, bardzo dawna. Odezwij się pod kartą, jeśli naturalnie masz ochotę na interesujące powiązanie z moim panem.
    I oczywiście jeśli masz zamiar zostać na blogu dłużej <3
    Chcemy trochę pograć na emocjach Fredziaka. ]

    Freddie Weasley

    OdpowiedzUsuń
  8. [A ja bym chciała wiedzieć, jak on straszy ludzi... wyskakuje z kąta przebrany za smutnego klauna? Polewa wodą? :D Cześć, szkoda, że już nie ma Delmare'a, nie udało nam się wcześniej skleić wątku, może teraz się uda...? Miłej zabawy!]

    Sorcha Tobin

    OdpowiedzUsuń
  9. [Jak ładnie to wszystko opisane. Witam bardzo serdecznie i życzę udanych wątków na blogu! Zapraszam również do siebie, proszę się nie bać starych dat w komentarzach - ożywam :) ]

    Solene // Ashton // Lorelle

    OdpowiedzUsuń
  10. [Oj, można. Ja akurat często je knocę, co jest dosyć dziwnym zjawiskiem.
    W każdym bądź razie... życzę udanych wątków i w razie popełnienia jakiegoś pomysłu (albo pojawienia się samych chęci) — zapraszam do Caelana. :D]

    OdpowiedzUsuń
  11. [ Jeśli nic nie wymyśliłeś, to mi wpadło do głowy kilka pomysłów, więc może je przedstawię, chociaż fenomenalne to one nie są.

    Po pierwsze – kiedyś wymyśliłam sobie, że w hinduskim świecie magii funkcjonuje pewna baśń/legenda, która zawiera dużo prawdy. (Jak baśń Beedle'a o insygniach śmierci.) Jest sobie pierścień, który odpowiednio użyty powoduje, że czarodziej zyskuje całkowitą kontrolę nad jakimś zwierzęciem – nie nad każdym, ale takim... Hm, z którym ma coś wspólnego? W sensie – jak czarodziej próbuje stać się animagiem, to chyba nie wybiera postaci, którą będzie przybierał, na to akurat nie ma wpływu. I tak też to działa przy tym pierścieniu. I tak w zasadzie, to jego używanie jest bardzo niebezpieczne, ponieważ niesie za sobą ryzyko, że czarodziej upodobni się do zwierzęcia. I nie chodzi o przejęcie tych bardziej atrakcyjnych cech, jak na przykład szybkość itd., ale tych mniej komfortowych. Zacznie szczekać, drapać się po głowie nogą czy coś, ogólnie wariować.
    Valancy kiedyś, jeszcze przed Hogwartem, taki pierścień znalazła, ale ukryła, w te wakacje, kiedy była w Indiach, zabrała go z kryjówki i wzięła ze sobą do Anglii. Już nie nosi go ze sobą, ponownie go schowała, ale zanim to zrobiła... Kręciła się po Nokturnie, spotkała handlarza wilkołaków, który w klatce przetrzymywał i zarażonego likantropią człowieka, i towarzyszącego mu wilka. Valancy przestraszyła się i uciekła, ale pierścień zadziałał i między nią a tym wilczym szczeniakiem wytworzyła się więź.
    Jakimś cudem i zwierzę, i wilkołak uciekli handlarzowi i dostali się do Hogwartu, a właściwie nie tyle do zamku, co po prostu do Zakazanego Lasu. Człowiek (bardzo zdziczały) ukrywa się w głębi, wilczek miał tyle odwagi, aby zaczaić się na błoniach i wyśledzić Valancy, a potem zaprowadzić ją do ich kryjówki.
    Więc dziewczyna wie, że w Zakazanym Lesie ukrywa się zdziczały człowiek-wilkołak i wilczek, nie wie, co ma z tym zrobić. Nie chce informować dyrekcji, na razie tylko chodzi tam czasami, żeby przeszmuglować zachomikowane jedzenie, no i tuż przed pełnią zadbać (z pomocą srebra...), by wilkołak nie przedostał się do zamku.
    Pewnego dnia przydybać na tym wszystkim może ją pewien prefekt z Hufflepuffu.

    A jeśli nie to... Pozostańmy jeszcze w okolicach Zakazanego Lasu. Valancy i Dash spotkaliby się na ścieżce, on chciałby wiedzieć, co ona tam robi nielegalnie itd., aż tu nagle by kogoś spotkali. Trwa wojna, może byłby to jakiś zbieg, poszukiwany przez którąś ze stron czarodziej, który, sam nie wiedząc jak (lub tylko nie chciałby o tym mówić), dostałby się właśnie do Zakazanego Lasu.
    W jakiś sposób mógłby być powiązany z tą organizacją Dasha, ale to już nie jest konieczne.

    Wpadło mi jeszcze coś takiego, że któraś ze stron wojennych zdemolowałaby starą czarodziejską katedrę, a tym samym wygoniłaby stamtąd duchy, które przybyłyby do Hogwartu i akurat stałoby się tak, że po raz pierwszy pojawiliby się w pewnym miejscu, gdzie w tamtym momencie przebywałyby tylko nasze postacie. I coś tam, coś tam, duchy mogłyby być podejrzane, mogłyby być kultystami czy kim by tam chciały.

    Ewentualnie Ministerstwo, w związku z wydarzeniami Nocy Duchów, przysłałoby do Hogwartu swoich sługusów, a wśród nich byłby jakiś wróg Dasha, może powiązany z tą organizacją, w każdym razie – człowiek, na którego należy uważać. Dash mógłby wziąć swoje drewniane lalki i włożyć do nich fałszoskopy itd. z czymś, co jest magicznym odpowiednikiem naszej kamery. Porozstawiałby je po Hogwarcie, by śledzić tego gościa. A Valancy z jakiegoś powodu odnajdywałaby każdą lalkę i przestawiała ją tak, aby zamontowany fałszoskop nakierowany był tylko na pustą ścianę. ]

    Valancy Edgeworth

    OdpowiedzUsuń
  12. [no cześć, Dash. em, wiesz, jeśli o mnie chodzi, to ostatnio prowadziłam Lilę gdzieś w maju bieżącego roku. ale! poprzednia Autorka miała, o ile mnie pamięć nie myli, ten sam wizerunek... więc może po prostu nas mylisz. :)]

    Lily.

    OdpowiedzUsuń
  13. [a wiesz, że nie zwróciłam na to wcześniej uwagi? może to dlatego, że Ginny jest akurat jedną z postaci, których szczerze nie cierpię. nie mam pojęcia czemu, jakoś tak działała mi na nerwy; książkowej nie pamiętam za dobrze, a filmowa przypominała Bellę ze Zmierzchu. no, ale to tylko moje zdanie.
    wizerunki chyba zawsze mylą najbardziej, z tego co zauważyłam, parę razy spotkałam się z komentarzami typu "o, wielki powrót?", kiedy nieświadomie użyłam identycznego zdjęcia, co inny Autor wcześniej.]

    Lily.

    OdpowiedzUsuń
  14. W któryś z listopadowych poniedziałków późnym wieczorem jeden z prektów poinformował siódmiorocznych, którzy zamierzali zdawać owutemy z eliksirów, że jutrzejsze zajęcia zostają odwołane, ponieważ profesor nieoczekiwania zatruł się czymś tak poważnie, że nie będzie w stanie prawidłowo funkcjonować przez następne kilkadziesiąt godzin. Wtorkowe lekcje rozpoczynały się o ósmej, więc znakomita większość zwolnionych z nich uczniów postanowiła wykorzystać ten czas, śpiąc. Valancy miała jednak inne plany. Korzystając z faktu, że hogwartczycy albo byli na różnych zajęciach, albo pozostali w swoich łóżkach, poszła do opustoszałej o tej porze biblioteki. Wybrała najlepszy swoim zdaniem stolik, na którym rozłożyła własne przybory i podręczniki, do których kilkanaście minut później dołożyła pozabierane przed chwilą z półek książki.

    Ostatnimi czasy pozwoliła sobie na nieco zbyt częste nieobecności na zaklęciach, na szczęście profesor nauczający tego przedmiotu był przedstawicielem tego wspaniałego rodzaju nauczycieli, z którymi można było się dogadać. Poszła więc do niego i wspólnie ustalili, że w zadośćuczynieniu powinna napisać dodatkowy esej, tematem wykraczający poza podstawowy program. Za działanie zabrała się już wcześniej – sporządziła bibliografię, przeczytała istotne rozdziały, a na kartce zapisała strony z najważniejszymi fragmentami, poza tym przygotowała też plan pracy. Tego ranka zamierzała zasiąść do pisania. Na początku szło jej nader sprawnie, ale w pewnym momencie napotkała problem i zacięła się. Zastanawiając się, jak go rozwiązać, zamyślona pocierała podbródek piórem, a spojrzeniem błądziła po otoczeniu. W pewnym momencie jej wzrok napotkał podwieszoną pod rogiem sufitu lalkę.

    Chociaż zaskoczyło ją to, jeszcze nie poczuła się zaniepokojona. Jednak to wydarzenie sprawiło, że stała się uważniejsza na nietypowe dekoracje i wkrótce zaczęła zauważać na korytarzach więcej marionetek podobnych do tej, którą dostrzegła niegdyś w bibliotece. Na początku tylko dziwiła się, skąd one się tam brały i jaki był tego cel, ale, przyzwyczajona na osobliwości zamczyska, nie skupiała się na tym. Dopiero po jakimś czasie zaczęła patrzeć na nie baczniej i poważniej zastanawiać się nad ich istotą. Pewnego dnia zdawało jej się, że lalce lekko zadrżała głowa, jakby chciała ją obrócić, by móc zarejestrować ciekawe zdarzenie dziejące się na końcu korytarza. Innego razu Valancy mogłaby przysiąc, że widziała, jak jedna z marionetek poruszyła drewnianymi ustami, jakby zamierzała powtórzyć wypowiedziane przed chwilą przez kogoś słowo.

    To wystarczyło, aby Valancy zaczęła podejrzewać, że w lalkach schowane są jakieś (czarno)magiczne przyrządy magiczne, ale jako że nie miała pewności, postanowiła powęszyć. Poszła do dziwacznego Pete'a, wiecznie samotnego rówieśnika, z którym nikt nie chciał mieć żadnego kontaktu i trudno było się dziwić. Oprócz wielu odstręczających wad, Pete był bardzo neurotyczny i podejrzliwy, a jego mania prześladowcza sprawiła, że zaczął interesować się urządzeniami wykrywającymi nietypowe rzeczy, złe moce i wrogów. Valancy poszła do niego i poprosiła o pożyczonie jednego z takich przedmiotów. Gdyby była chłopakiem, Pete byłby odmówił bez wahania. Ale była dziewczyną, więc nie stała na straconej pozycji. Podejrzewała, że tak naprawdę nie jest w typie zdziwaczałego znajomego, ale ten miał tak mało kontaktu z kimkolwiek, a w szczególności już z przedstawicielkami płci pięknej, że nie wybrzydzał. Ze strony Valancy wystarczył tylko uśmiech, kilka pochlebnych słów i miły ton głosu, by urobić Pete'a. W efekcie przez kilkanaście godzin mogła korzystać z nowoczesnego, piekielnie drogiego fałszoskopu.

    Wsunąwszy go pod rękaw szaty, zaczęła krążyć wokół marionetek, a ilekroć znajdowała się bliżej którejś z nich, fałszoskop zaczynał wibrować, informując, że coś jest nie tak. Valancy już miała pewność, że lalki były czymś więcej niż nietypowymi dekoracjami.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. To ją zirytowało, ponieważ jej zdaniem oznaczało to, że uczniowie poddani są ciągłemu nadzorowi, że każde ich słowo i zachowanie jest w jakiejś formie zapisywane. Uważała inwigilację za naruszenie wolności i praw człowieka, co było dla niej świętością. Jeśli to był pomysł dyrekcji... Pewnie z podjęcia takich kroków mogliby się wytłumaczyć, ale z tego, że całe przedsięwzięcie było tajne, już nie. Postanowiła działać.

      Kiedy tylko zauważyła lalkę, zapisywała sobie jej położenie. Rysowała też mapy poszczególnych części Hogwartu, na których oznaczała właściwe miejsca. A kiedy korytarze pustoszały – czyli najczęstszych wtedy, kiedy miała okienka między zajęciami albo kiedy postanawiała opuścić obiad czy kolację, czasem też bardzo wczesnym rankiem lub późnym wieczorem – rozpoczynała akcje. Jeśli było to możliwe, zachodziła lalkę od tyłu, jeśli nie, to albo rzucała na siebie zaklęcie kameleona, albo stawała poza zasięgiem wzroku i za pomocą Leviosy przenosiła marionetkę tak, by ta twarzą była twarzą skierowana do ściany.

      Sprawnie jej to wychodziło. Nigdy jej nikt nie przyłapał, a i chyba podejmowane środki ostrożności wystarczały, bo nie miała żadnych kłopotów, więc pewnie lalki nie wyłapywały, kto je odwraca. To wszystko sprawiło, że chociaż wciąż uważała, pozwoliła sobie na pewną dozę nonszalancji.

      Tego wieczora zmierzała już do Pokoju Wspólnego, kiedy spostrzegła się, że korytarze są raczej puste. Chociaż nie planowała wcześniej poprzeszkadzać lalkom, spontanicznie postanowiła wykorzystać moment i skręciła we właściwą odnogę. Nawet nie dbała o to, by zachować ciszę, a że opustoszały korytarz miał dobrą akustykę, dźwięk pospiesznych kroków niósł się dobrze. Ale nie wyszła zza rogu, stanęła przy nim i upewniwszy się, że lalka jej nie wyłapie, wyciągnęła różdżkę i...

      Usłyszała, że coś upadło, więc spojrzała w stronę hałasu. Ujrzała toczącą się po podłodze metalową kulkę, która po chwili doturlała się do niej i Valancy zatrzymała ją czubkiem buta. Użyła niewerbalnie zaklęcia przywołania i mały przedmiot znalazł się w jej dłoni. Zerknęła na niego nieuważnie, a potem nie całkiem świadomie schowała ją do kieszeni. Nie zrobiła nic złego, ale poczuła, że i tak lepiej byłoby się wycofać. Nikt nie szedł w jej kierunku, więc wtuliła się w ścianę i opierając się o nią plecami, zaczęła powoli wzdłuż niej się po cichu przesuwać. Kiedy znalazła się w nieco lepszej pozycji, zaczęła iść już normalnie, a już po chwili robiła to tak szybko, że prawie biegła.

      Chyba było już po ciszy nocnej... Wydawało jej się, że ktoś za nią podąża i nie była pewna, uda jej się uciec, będąc niezauważoną. Dostrzegła ogromny portret niedawno zmarłego czarodzieja, przed którym – obrazem, nie magiem – postanowione były liczne kwiaty, spośród których niektóre stały na cokołach. Valancy zatrzymała i bez wahania weszła w to roślinno-marmurowe otoczenie. Skryła się za nimi i ukucnęła, w pośpiechu rzucając zaklęcie kameleona.

      Stwierdziła, że za jakiś czas ktoś pewnie ją minie, a wtedy odczeka jeszcze kilka chwil, żeby wyjść potem i skierować się w stronę przeciwną, gdzie znajdował się inny portret, za którym krył się ciekawy skrót.

      Valancy Edgworth

      [ Więc cierpiałam, mówisz... Ale to nie ja z rozpaczą wspominałam o tobie na shoucie. ;D ]

      Usuń
  15. [W końcówce o genach u Lukrecji chodziło mi o to, że uroda, inteligencja i zdolności są niezależne od niej samej. Faktycznie, teraz brzmi to trochę ,,od czapy".]

    lukrecja.

    OdpowiedzUsuń
  16. Jak daleko sięgała pamięcią, od zawsze była mistrzem w zabawie w chowanego. Nawet we wspomnieniach z najwcześniejszego dzieciństwa, w tych latach, w których mieszkała z mamą w jednej z uznawanych za najbardziej snobistyczne części Londynu, pojawiały się przebłyski świadczące o tym, że już wtedy doskonale wychodziło jej skrywanie się przed innymi ludźmi. Dzieciaki z sąsiedztwa wkrótce przestały chcieć się z nią bawić w tę grę, wiedząc z doświadczenia, że Valancy zawsze wygrywała. Później, gdy przeprowadziła się z Fentonem do Shimli, doskonaliła nabyte wcześniej umiejętności. I chociaż dawno zaprzestała już uczestniczenia w tej zabawie, nie zapomniała, jak powinno się zachowywać, żeby nie zostać zauważonym.

    Gdyby Dash był zdany na samego siebie, nie miał możliwości korzystania z jakichkolwiek innych pomocy poza prawidłowym używaniem zmysłów, prawdopodobnie byłby skazany na porażkę – chyba że był jednym z tych słonecznych dzieci, do których szczęście wciąż się uśmiechało i które przez to nie mogły przegrywać, bo wszystko przychodziło im z łatwością i często też przypadkowo. Takich ludzi było jednak niewielu, więc Valancy naprawdę wierzyła, że prefekt z Hufflepuffu nie zdoła jej ujrzeć. I myślała tak prawie do samego końca.

    Właściwie już wcześniej powinna się zaniepokoić. Niewiele szło po jej myśli – sądziła, że Dash po prostu szybkim krokiem przemaszeruje obok, nie zaszczycając nawet pomnika i kwiatów szczególną uwagą, ale Puchon zachowywał się inaczej. Kiedy kichał, Valancy cieszyła się tylko z tego, że to nie jej nos jest podrażniony. W takiej chwili nie mogła pozwolić sobie na wydawanie jakichkolwiek głośniejszych od oddychania dźwięków. Uśmiechnęła się w duchu, wyobrażając sobie, że odruchowo rzuca na zdrowie! i z powodu przejawu dobrego wychowania sprowadza na siebie zgubę. To dopiero byłaby farsa! Na szczęście nie była na tyle nierozważna.

    Wiedziała, jak powinna była się zachowywać. Zanim jeszcze Dash wszedł na korytarz, przyjęła odpowiednią pozę. Musiała przykucnąć, żeby nie wystawać ponad kwiaty, donice i cokoły, ale zrobiła tyle, ile mogła, by to położenie było choć trochę wygodne. Musiała wytrwać w bezruchu, nawet najdrobniejszy gest mógł ją zdradzić. Mrugała oczywiście oczami, bo zbyt trudno było się powstrzymać, ale patrzyła tylko w jeden punkt, co wbrew pozorom miało duże znaczenie. Statyczna postawa w połączeniu z rzuconym wcześniej na siebie zaklęciem kameleona sprawiały, że niemal stała się częścią otoczenia, zespoliła z tłem.

    I wszystko byłoby dobrze, gdyby nie ta przeklęta marionetka! Valancy najchętniej winę za niepowodzenie zrzuciłaby na własnego pecha lub też na szczęście Dasha, ale jeśli chciała pozostać w zgodzie z sobą samą, nie mogła tego uczynić. To nie było tak, że do chłopca bawiącego się lalkami uśmiechnęła się fortuna – to, co teraz się wydarzyło, bardziej niż ślepemu losowi zawdzięczał sobie samemu, bo przecież to on stworzył te wszystkie małe paskudy i rzucił na nie odpowiednie czary, by jakoś ożywić. Przynajmniej tak teraz Valancy uważała (po co inaczej by ją ścigał i to jeszcze z lalką w rękach?), ale nie mogła mieć pewności, bo przecież nie była świadkiem procesu tworzenia specyficznych urządzeń szpiegujących.

    Nawet nie zadrżała, kiedy usłyszała jego głos. W normalnych okolicznościach zapewne ta bezwarunkowa reakcja organizmu by zaszła, ale nie teraz. Później lubiła myśleć, że powstrzymała ją samą tylko siłą umysłu, ale więcej prawdy było w tezie, która mówiła o tym, że zahamowanie pewnych zachowań było wynikiem adrenaliny. Wiedziała, że nawet jeśli Dash nie ma całkowitej pewności, że ktoś się skrywa między kwiatami, to może szybko ją zyskać, po prostu tam wchodząc, ale nie straciła nadziei.

    Fenton, choć zwykle wolał mówić nieco bardziej odkrywcze rzeczy niż tylko głosić truizmy, zawsze mawiał, że najważniejsze to nie tracić głowy – dla nikogo, dla niczego i w żadnej sytuacji. Valancy przyswoiła sobie to zdanie i było ono w niej zakorzenione już tak od dawna, że dzięki niemu wyrobiła sobie odpowiedni odruch.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Być może z natury była człowiekiem nieskłonnym do panikowania, a może było to tylko wynikiem wychowania, ale w każdym razie potrafiła zachowywać zimną krew. Więc prawie od razu stworzyła kolejny plan działania.

      Cały czas zaciskała palce na różdżce, a rękę miała uniesioną w ten sposób, że celowała przed siebie. Nie było najgorzej, ale mogło być lepiej. Żeby zrealizować to, co wymyśliła, musiała delikatnie skorygować położenie dłoni, a tym samym złamać najważniejszą zasadę skutecznego chowania się – przełamać bezruch. Nie widziała jednak innej możliwości, jeśli chciała wyratować się z opresji. Szybko policzyła w myślach do trzech, nakierowała różdżkę na Dasha i machnęła nią, jednocześnie używając niewerbalnego zaklęcia.

      Miała przewagę nad Dashem. On na pewno się tego nie spodziewał, ona oczywiście wiedziała, co robi, więc nie zamierzała zmarnować efektu zaskoczenia, który udało się wywołać. Czar, który rzuciła, był zaklęciem zamraczającym. Rozbłysło oślepiające światło, które trafiło w twarz Puchona, więc na pewno na jakiś czas – niestety bardzo krótki, bo zaklęcie działało tylko około minuty – nie miał możliwości korzystania ze zmysłu wzroku. Valancy nie traciła czasu, więc od razu po tym, co zrobiła, wyskoczyła z ukrycia i zaczęła pędzić w stronę, z której Dash przybył. W biegu rzuciła jeszcze kilka zaklęć, dzięki którym rozrzuciła rzeczy, za którymi wcześniej się chowała, tym samym tarasując przejście. Wiedziała, że Dash z tą przeszkodą upora się bez problemu, ale przynajmniej kupowała sobie kilkadziesiąt dodatkowych sekund. Po drodze wyrzuciła jeszcze zabraną wcześniej kulkę. Zrobiła to nie dlatego że przestraszyła się słów Puchona, tylko dlatego że zabranie jej było lekkomyślne. Przelotnie zastanowiła się, dlaczego w ogóle to zrobiła. Lepiej było nie kusić losu, jeszcze w przyszłości, jeśli teraz udałoby się zbiec, okazałoby się, że zapomniałaby wyjąć z kieszeni ten przedmiot i wypadłby on w obecności Dasha, co na pewno wzbudziłoby jego podejrzenia.

      Gdyby ktoś zmierzył jej czas, na pewno okazałoby się, że pobiła własny rekord w biegu na te kilkadziesiąt jardów. Kiedy dopadła do portretu, za którym znajdował się skrót, nawet nie była specjalnie zmęczona, chociaż powinna. O, zbawienna adrenalino! Czarodziej z obrazu drzemał, czym zirytował Valancy. Dziewczyna obudziła go głośnymi słowami. Mag już chciał, jak to miał w zwyczaju, zacząć marudzić, ale widząc minę Krukonki, nawet nie otworzył ust. Przyjął wypowiedziane przez nią hasło i portret odskoczył od ściany, ukazując otwór.

      Valancy weszła do środka, a przejście zamknęło się. Korytarzyk był niski i ciasny, więc dziewczyna musiała iść pochylona, co nie było zbyt komfortowe, ale przecież nie była tutaj dla przyjemnych doznań. Wciąż była niesiona emocjami, ale zaczęły on powoli opadać, robiąc miejsce dla ulgi, którą poczuła. Już myślała, że jest uratowana, już cieszyła się, widząc wyjście. Pchnęła obraz znajdujący się po drugiej stronie, ale zamiast wyjść, cofnęła się i znowu chwyciła za ramy, tym razem po to, by przyciągnąć je do siebie i zasłonić przejście.

      Na korytarzu w tej części Hogwartu kręcił się nauczyciel, z którym spotkania Valancy wolałaby uniknąć. Nawet nie chodziło o to, że było już po ciszy nocnej i wędrówki po zamku groziły szlabanem, ale o to, że z tym profesorem miała już wystarczające kłopoty, więc nie chciała pogorszyć sytuacji.

      Była w pułapce.

      Valancy Edgeworth

      Usuń
  17. [Ginny i Cho, dwie osoby, których nienawidzę szczerze najbardziej na świecie. <3
    u mnie to różnie bywa. czasem musi być ruda, no i jest ruda. czasem mam konkretne założenie co do danego fragmentu wyglądu, czasem określone zdjęcie, do którego trzeba dopasować charakter postaci. czasem odwrotnie.]

    Lily.

    OdpowiedzUsuń