11 listopada 2015

Mówię: tak, tak i jeszcze raz - tak! I odwalcie się wreszcie ode mnie.



Sorcha Sally Tobin

VI klasa, Ravenclaw, siedem lat w sierocińcu, zaburzenia odżywiania, baletnica, pół-wila, ścigająca,
patronusem borzoj, bogin nieznany, Walter


1, 2, 3, 4, 5


Choć chcemy wierzyć, że jesteśmy istotami racjonalnymi, ciągle robimy rzeczy, które w ogóle nie mają sensu. 

Wstajemy każdego ranka z poczuciem misji, chociaż zdajemy sobie sprawę z tego, że świat obyłby się bez nas doskonale. Uczymy się pilnie, chociaż większość z nas skończy w kiepskiej pracy za marne pieniądze. Narzekamy na niesprawiedliwość, chociaż z uśmiechem na ustach gratulujemy synowi prezesa nowego stanowiska. Zakochujemy się w kolejnych osobach i wchodzimy w kolejne związki, chociaż nauczeni doświadczeniem wiemy, że za chwilę zapragniemy oddać serce komuś innemu. Rodzimy dzieci, chociaż wiemy, że za kilkadziesiąt lat będą one niczym więcej, jak tylko suchymi szkieletami. Płaczemy i ubolewamy nad ciężkim losem, łudząc się, że kogoś obchodzą nasze łzy. Wyruszamy w podróż, chociaż wiemy, że będziemy musieli z niej wrócić. Tworzymy, chociaż nas i nasze dzieła czeka niechybne zapomnienie. Karzemy surowo łajdaka, którego ojciec i dziad byli łajdakami. Modlimy się do bogów, choć żaden z nich nigdy do nas nie przemówił. 

A może racjonalizm to tylko nasz kolejny nieracjonalny wymysł?


z Esejów o Życiu, S. Tobin


trochę przeżytych dni

Avalon, Arsellus, Vlado, Teddy, Matthew, Elijah, Ashton, Jacca

Na zdjęciach Amelia Zadro, cytat w tytule pochodzi z utworu Starego Dobrego Małżeństwa. Sorcha jest specyficzna i problematyczna, ale chyba się nie boicie, co? Mistrz gry niech sobie przychodzi, damy radę.

http://every-beauty-body.tumblr.com/

75 komentarzy:

  1. [To ja się ładnie przywitam i powiem na wstępie, że bardzo podoba mi się zdjęcie. Co do treści karty to również bardzo mi się podoba, ale mam dziwne wrażenie, że kompletnie nic nie wiem o Sorsze (dobrze odmieniam?). Zaproponowałabym wątek z Avalon, są na tym samym roku i domu. W dodatku mojej panience przydałaby się osóbka, z którą mogłaby szczerze porozmawiać. Pytanie tylko, co na to Sorcha i czy takie przyjaźnie są w jej stylu bo po przeczytaniu tekstu nie jestem tego do końca pewna ;) ale zawsze możemy nad czymś wspólnie pomyśleć ;)]

    Avalon

    OdpowiedzUsuń
  2. [ Miałam ciarki, czytając kartę, dlatego pragnę wątku. Bo tak, mam taki kaprys.
    Wymyślmy im razem jakiś fajny dramat. ]

    Freddie Weasley

    OdpowiedzUsuń
  3. [ Cześć! Czytając kartę odniosłam wrażenie, że to bardzo tajemnicza, a za razem zagubiona osoba... Może jednak się mylę?
    Lubię takie charakterystyczne, wyróżniające się z tłumu postaci, dlatego zapraszam do siebie ;) Wydaje mi się, że może nam wyjść coś ciekawego :) ]

    Valentine Mailler, Slytherin

    OdpowiedzUsuń
  4. [Dziwne imię, mówisz? Nie wiem jaki ta panna ma status krwi, ale jeśli mój Ars jest nieuświadomiony w tym to i zbyt oporny w znajomości może nie być. Pytanie w jakim kierunku idziemy ;)]

    Arsellus Langhorne

    OdpowiedzUsuń
  5. [ Jakoś w ten weekend zamierzam się zabrać za opowiadanie, ale bardzo obawiam się tego, że będzie zbyt mocne emocjonalnie. Trochę więc z nim zwlekam...
    Co do powiązania- przede wszystkim nie chcę tworzyć romansu pomiędzy nimi. Obie osoby jak widzę mają dość ogromny bagaż i to wręcz mogłoby być masakrą, a niżeli romansem. Mimo to myślałam bardziej o czymś takim przyziemnym- Siedzenie razem, krótkie rozmowy. Taka milcząca para a'la przyjaciół, którym przyjemność sprawiałoby nawet jedyne siedzenie na błoniach, w bibliotece.
    Wydaje mi się, że niekiedy, gdy człowiek sam nie potrafi sobie poradzić ze swoimi demonami, to w takich chwilach właśnie potrzebna jest ta druga osoba. Przyjaciel. ]

    Valentine

    OdpowiedzUsuń
  6. [Przybywam! Jejku, jaka ona smutna :c i ma fajnego kotełka.
    Jakieś pomysły? Propozycje? Marzenia? :D]

    Scorpius

    OdpowiedzUsuń
  7. [Połączenie ich jest naprawdę trudnym zadaniem ze względu na to, że Scorp jest dupkiem, a ona biednym stworzonkiem i wydaje mi się, że on w każdej chwili może ją skrzywdzić jeszcze bardziej, nawet nieświadomie. No chyba, że robimy z nich przyjaciół od pierwszej jazdy pociągiem? :D Wtedy może nie byłby aż tak podły i wtedy też można by było pójść w stronę wspólnego uciekania z lekcji i tak dalej :D]

    Scorpius

    OdpowiedzUsuń
  8. [Śmierdzi mi tu pijackim wątkiem! :D Ale tak poważniej.. nie no, co ja gadam. Upijmy ich na brzegu Zakazanego Lasu, a potem niech się bawią w chowanego między drzewami! :D]

    Scorpius

    OdpowiedzUsuń
  9. [Pomyślmy razem bo niestety nie należę do tych osób, które mają łeb jak sklep i wymyślają miliony ciekawych pomysłów na minutę :c próbuję wymyślić w ogóle co by sprawiło, że mogłyby się zakumplować tak odrobinę bardziej niżeli tylko fakt, że są w tym samym domu ;d mogłyby sobie kiedyś jakoś wspólnie pomóc, albo odbębnić razem jakiś całkiem niesłuszny szlaban, przez jakieś głupie pannice ze Slytherinu albo nie wiem co... chyba wyczerpałam swoją kreatywność jak na tę noc ;d]

    Avalon

    OdpowiedzUsuń
  10. [Witam.
    Oczywiście, że jestem chętna na wątek.
    Ale nie lubię "zaczynać od zera". Wymyślmy jakieś tło. Wolisz wątki antagonistyczne, przyjacielskie, niedookreślone? Albo jakich Ci brakuje? Lubię dziwne pomysły. Może z racji tego, że Twoja postać jest pół-wilą była kiedyś obiektem westchnień Doriana i odrzuciła jego nieumiejętne próby zainteresowania jej swoją osobą, a teraz muszą, z jakiegoś względu, ponownie nawiązać kontakt. Co nie jest przyjemne ani dla jednej ani dla drugiej strony, oczywiście.
    Jestem otwarta na inne propozycje.]

    Dorian.

    OdpowiedzUsuń
  11. [Dla niej nie musi. Dla Langhorne'a to sprawa kluczowa – chyba to dziedziczne, skoro tak pielęgnowane w jego rodzinie :D Ars ma wielu wrogów, więc poszłabym w stronę litowania się nad nią, ale i tutaj nie mogłoby to tylko pozytywne. Co powiesz na to, aby ich relacja opierała się na zasadach – oczywiście, mój Arsellus lubi Krukonów, bo sam niemal wpadł do Niebieskich podczas ceremonii przydziału – kto się czubi, ten się lubi, czyli niby za sobą nie przepadają i Langhorne się nad nią lituje – może ją trochę pohejtować czemu nie – ale jednak gdyby zaszła potrzeba to drugie mogłoby ratować tyłek drugiemu :D]

    Arsellus Langhorne

    OdpowiedzUsuń
  12. [ Bardzo Cię przepraszam, ale temat zaburzeń odżywiania jest mi osobiście bardzo bliski i nie chciałabym w to zbytnio wkraczać... ]

    Maillet.

    OdpowiedzUsuń
  13. [W sumie, jestem w stanie wyobrazić sobie Avalon jako szaloną fankę, pragnącą być na każdym koncercie i wzdychającą z maślanymi oczami na widok swojego idola. Av, mogłaby jej czasem pomagać z tym kelnerowaniem, kiedy dziewczyna miałaby naprawdę dużo pracy. Ok, podoba mi się Twoja propozycja więc jestem jak najbardziej na tak. To teraz, jak zaczynamy wątek?
    Jakimiś przygotowaniami przed koncertem i nocnym wymykaniem się z zamku albo niezobowiązujące, tajne spotkanie największych fanek większych niż one dwie, z pewnością nie ma w całym Hogwarcie czy raczej coś zupełnie innego? Ale chwilowo nie wiem-nie mam pomysłu co, chociaż właśnie mi wpadło, mianowicie Sorcha mogłaby próbować namówić Av, żeby przystąpiła do drużyny, i znęcałaby się odrobinę nad nią, co by latanie wychodziło jej nieco lepiej niż w chwili obecnej (o ile są w ogóle jakieś miejsca wolne, aczkolwiek Av raczej nie dałaby się namówić ;d). Więcej na chwilę obecną nie wymyślę, wybacz. Może jutro... ;)]

    Avalon

    OdpowiedzUsuń
  14. [Szczerze? Wątku z kotami jeszcze nie miałam, ale biere to. Jak dorzucimy do tego, że ich futrzaki są tak samo humorzaste jak oni i jednym razem bawią się ze sobą, a drugim walczą przez co widac jedynie wirującą biało-czarną kulę to mamy szansę na to, aby się jeszcze w trakcie tych poszukiwań pokłócili albo powyrzucali sobie żale :D]

    Arsellus Langhorne

    OdpowiedzUsuń
  15. [Jestem za ;). Kto zaczyna?]

    Dorian

    OdpowiedzUsuń
  16. [Widziałam tu już smutniejsze i trudniejsze. ;) Z podejściem do życia Sanforda jeszcze wszystko da się pewnie naprawić, jak on się uprze, że ma być dobrze, to nie ma na niego mocnych.
    A miałabyś jakiś pomysł na ten ewentualny wątek? ;)]

    Sanford

    OdpowiedzUsuń
  17. [Witam bardzo!]

    Vladimir Karkarow / Logan Sandoval

    OdpowiedzUsuń
  18. [Byłabym bardzo wdzięczna! :)]

    Scorpius

    OdpowiedzUsuń
  19. [No, jaki uroczy tytuł. Od razu przyciąga uwagę. Wgl jak dla mnie zdjęcie wpasowało się świetnie w klimat. Ja za to słucham psychodelicznego Suck z ich Season of the Witch i też pasuje. Naprawdę świetna karta, chociaż nie mam głowy do tworzenia takich postaci. Jeśli jest chęć, zapraszam do siebie :)]

    Matthew Harrison

    OdpowiedzUsuń
  20. [Zdjęcie trafione, esej cudowny. Nic tylko chwalić. Witam bardzo serdecznie i życzę udanych wątków na blogu! Zapraszam również do siebie, proszę się nie bać starych dat w komentarzach - ożywam :) ]

    Solene // Ashton // Lorelle

    OdpowiedzUsuń
  21. [Wątek chętnie, oczywiście, trzy razy tak! :D I pomysł na relacje już mi się podoba, nawet mogę powiedzieć, że i Vlado mógłby skrywać do Sorchy uczucie :) Bo czy on zakochany jest, to hm... Nie bardzo, wszystko się rozwija bardzo powoli, ale może nie nastąpić :) Zatem w jakiej sytuacji ich postawimy? :)]

    Vlado

    OdpowiedzUsuń
  22. Spojrzała na Sorchę znad kubka ciepłej herbaty i tylko cicho westchnęła na słowa przyjaciółki. Już kilka razy słyszała od niej aluzje na temat tego, że powinna się przyłączyć do szkolnej drużyny Quidditcha, jednak panienka Moore w ogóle nie czuła się na siłach. Nie umiała perfekcyjnie latać na miotle a poza tym bała się, że dostanie z tłuczka. Gdyby jeszcze spadła na zieloną trawę z tych kilkunastu metrów? Ta wizja przerażała Avalon. Przerażała ją gdy jej ukochany grał, gdy jej przyjaciółka grała i przerażała ją teraz, gdy tylko pomyślała, że i ona mogła by się znajdować wysoko nad ziemią, a tuż po chwili wylądować połamaną na dole.
    — Hm? Mówiłaś coś, ale… Co wspólnego mam z tym ja? — doskonale wiedziała co zaraz nastąpi, jednak wolała udawać całkiem nieświadomą. Chciała jeszcze przez chwilę, przez tych kilka sekund nie rozmyślać nad tym, jaki to straszny jest los bycia zawodnikiem. Przynajmniej w mniemaniu srebrnowłosej.
    — Ja? — i nastąpiło to, czego tak bardzo się obawiała. Według niej, kompletnie nie nadawała się do drużyny. Może i była drobna, przez co mogła odrobinę szybciej latać, ale… Jeżeli poruszając się na ziemi sprawiała wrażenie dziewczyny z gracją, cóż. Na miotle była raczej nieporadna, chociaż może to lęk ją doprowadzał do takiego stanu — nie rozśmieszaj mnie, przecież ja i miotła… My się nie kochamy — zaśmiała się cicho, odstawiając herbatę na znajdujący się przed nimi stolik i przykrywając się kocem pod samą szyję. Przysłuchiwała się uważnie słowom przyjaciółki, jednak naprawdę nie mogła sobie siebie wyobrazić w powietrzu, w granatowych barwach na miotle…
    — Nie Sorcha, ja nie jestem przekonana. Prędzej bym się połamała niż zdobyła jakiekolwiek punkty — miała nadzieje, że uda jej się w ten sposób zakończyć temat, jednak zerkając na siedzącą obok dziewczynę, od razu pozbyła się tych pozytywnych myśli.

    Avalon

    OdpowiedzUsuń
  23. [Jest dobrze, nie panikuj :D]

    Zmierzał właśnie do biblioteki, gdzie planował cieszyć się ciszą, spokojem i tym, że nikt nie zawraca mu głowy. Prawie. W głowie Arsellusa jednak rozjarzyła się pełnym blaskiem lampka ostrzegawcza, kiedy po wejściu do Pokoju Wspólnego Ślizgonów wokół jego nóg nie zaczęła ocierać się Lukrecja lub plątać na tyle mocno, że musiał uważać na to, aby nie przydeptać jej puszystego ogona. Zawsze tak robiła gdy pojawiał się po jakimś dłuższym czasie, a nawet jeśli udało jej się przedwcześnie z pomieszczenia wydostać biegała po korytarzu i warczała na wszystkich uczniów. Znalazła się arystokratka od siedmiu boleści. Lukrecja własne imię zawdzięczała przypadkowi. Biała, fustrzasta kotka była swoistym oczkiem w głowie Arsa i był nawet w stanie wybaczyć jej to, że była najbardziej upartym zwierzęciem świata oraz fakt, że wszelkie zadrapania zawdzięczał właśnie jej. Umyślnie strącał ją z łóżka w dormitorium z czego zadowolona nie była skoro wdrapywała się na nie tylko po to, aby zostawić po sobie liczne pamiątki. Ars po powrocie nie zastał jej ani w Pokoju Wspólnym ani tym bardziej w dormitorium co nie było typowe. Z zamyślenia wyrwał go głos jego koleżanki albo trafniej – mini-wroga i niemalże od razu Ślizgon zatrzymał się w miejscu. Zmierzył ją z góry na dół długim spojrzeniem i zmarszczył brwi. Mop? Zmrużył oczy, a w kącikach jego ust pojawił się ironiczny uśmiech.
    – Nie mam pojęcia gdzie znajduje się Lukrecja, ale niech zgadnę… – Grudniowy zrobił przemyślaną pauzę i uniósł spojrzenie ku górze niczym najprawdziwszy myśliciel obecnej epoki. – Wszystkiemu winna jest twoja maszkara, której zapewne też nie możesz znaleźć? – zapytał znaczącym tonem Arsellus. Nie ma to jak wymiana uprzejmości na początek dnia.
    Jedno było pewne – między samym Arsem, a Sorchą iskrzyło. Niby się nie lubili, a jednak trochę tak. Ciągle na siebie wpadali i ich koty najwyraźniej powielały schemat swoich właścicieli. Co prawda Langhorne nie wdawał się w żadne bójki z Tobin, ale już nie raz byli zmuszeni rozdzielać swoje koty. To, że teraz nie był pewny gdzie też Lukrecja może się znajdować przyprawiała go niezbyt optymistyczne myśli, ale starał się utrzymać maskę opanowania i nie zdradzić swoich prawdziwych uczuć względem tego, że martwi go zniknięcie białego kota. Maszkara interesowała go znacznie mniej czy Walter, jak kto woli. Słysząc stwierdzenie o składanie kota bogom sprawiło, że Ars roześmiał się mimowolnie.
    – Tak, próbowałem złożyć go w ofierze, ale jak zawsze zdążył uciec – zażartował, choć nie był to najlepszy moment na tego typu żarty, sądząc po minie koleżanki. Jego uśmiech wyraźnie się powiększył. Widząc jednak jej minę westchnął. – Chodź. Musiały pewnie na siebie trafić. Będziemy musieli ich poszukać. – dodał, ruszając przed siebie. Poszukiwania kotów można było uznać za rozpoczęte.

    Arsellus Langhorne

    OdpowiedzUsuń
  24. [Bardzo trafna karta; tylko pozazdrościć tak umiejętnego minimalizmu! :]
    Sorcha łatwo do końca nie miała, ale z ich pokolenia niejeden miał u progu życia niezły rollercoaster. Wojna już ma to do siebie, nieważne po której stronie walczy rodzina.
    A propos wątku... Hmm, sama nie wiem. Może Walter by się jej pewnego wieczoru wybrał na błonie lub coś w tym stylu? Wiem, nic ciekawego, ale mimo chęci nic mi w tym momencie do głowy innego nie wpada ;)]

    Teddy Lupin

    OdpowiedzUsuń
  25. [Ja w sumie mogę nawet zacząć wąteczek, nie ma żadnego problemu :)]

    Vladimir Karkarow

    OdpowiedzUsuń
  26. [Musisz wybaczyć mi zastój mózgowy, ale choroba zeżarła moją kreatywność. A przynajmniej chwilowo. Więc nieco Cię wykorzystam jeśli chodzi o zapodanie pomysłu. Stawiam na dobre relacje tudzież takie, w których oboje będą sobie dogryzać a przynajmniej Matt, który co chwila będzie jej wciskał kanapki, uważając, że jest za chuda i niedobra do rodzenia synów. Co do akcji nie róbmy jej w Hogwarcie, bo mnie to znudziło xD Jakieś pomysły wstępne?]

    Matt Harrison

    OdpowiedzUsuń
  27. [Już myślałam, że się rozmyśliłaś :D Podoba mi się! Zacznę wątek po 20:00, także oczekuj wpisu :)]

    Vlado

    OdpowiedzUsuń
  28. [A gdyby tak znali się właśnie z tego sierocińca, w którym to Ash mógł znaleźć się zupełnie na chwilę. Znając mojego Puchasia (bo w końcu kto zna go lepiej, niż ja sama?) trochę interesowałby się jej losem w szkole. Może zróbmy tak: Ashton to zabiegany chłopak, bardzo chciałby pogadać z Tobin, ale czas mu jakoś na to nie pozwalał, a tu hops są razem na szlabanie przez jakąś aferę quiddichową. Powiedzmy, że coś zaginęło, np znicz, ostatnia z szatni wyszła Sorcha, a następnie pierwszy był Ashton, co czyni ich głównymi podejrzanymi, potem się okaże, że to wina Irytka i po problemie :) ]

    Ashton Wardhill

    OdpowiedzUsuń
  29. Vlado punktualnie przybył na spotkanie, które wcześniej ustalił z uczennicą Tobin. Był w pozytywnym nastroju, zresztą spędzanie czasu z ową dziewczyną zawsze wprawiało go w dobry humor. Sorcha była jedną z niewielu osób w zamku, które Karkarow chętnie wspierał niemalże we wszystkim.
    Tego dnia zaprosił ją do swojej chatki na obrzeżach Hogsmeade. Czuł delikatne poddenerwowanie, najzwyczajniej w świecie chciał, by wszystko wypadło dobrze i tak jak sobie zaplanował. I choć dobrze wiedział, komu poświęca dzisiejszy wieczór - za każdym razem odczuwał podobny, mały stres, jakby działo się to pierwszy raz, jakby nigdy wcześniej nie rozmawiał z nią sam na sam.
    Vladimir był innym nauczycielem, niż wskazywał stereotypowy opis. Był przede wszystkim człowiekiem. Niektórych uczniów traktował jak przyjaciół i mimo, że różniła ich odległość wiekowa, to profesor czuł się w murach Hogwartu tak, jak za dawnych lat. Może dlatego zostawał w całym środowisku jako ten najbardziej lubiany i normalny.
    Nie czekał długo, bo nie minęło kilka minut nim jego wzrok napotkał Sorchę, podążającą jednym z marmurowych chodników. Na twarzy Vlado mimowolnie namalował się uśmiech, a oczy nabrały maleńkich iskierek szczęścia, które gdyby mogły, wyskoczyłyby niczym fajerwerki.
    - Witaj Sorcha, bardzo się cieszę, że zgodziłaś się odwiedzić moje skromne progi - Przywitawszy się, zmierzył dziewczynę wzrokiem od stóp do głów. Wyglądała dziś bardzo dobrze, poczynając od ubioru, a kończąc na skrycie promiennym wyrazie jej twarzy. Panienka Tobin miała w sobie wiele uroku; delikatne rysy twarzy, okalane warstwą czekoladowych włosów, które rozwiewane przez wiatr automatycznie mierzwiły się w eleganckim, pełnym blasku nieładzie. Malinowe, pełne usta i do tego bursztynowe, świecące oczy, w których Karkarow nie raz tonął jak rozstrzelony na wojnie statek. Miała bardzo drobną, filigranową posturę, o której Vlado wiedział wystarczająco dużo. I mógłby spokojnie stwierdzić, że z miesiąca na miesiąc jest co raz lepiej.
    - Mieszkam tuż za rogiem, na końcu alejki - Wskazując drogę ruszył wolnym krokiem w kierunku domku.
    Droga minęła bardzo szybko. Idąc prosto kamienną uliczką, a następnie na końcu, skręcając w lewo, pojawiła się leśna alejka prowadząca wprost w jego cztery ściany. Dom nie był przesadnie duży, można powiedzieć, że idealny swą wielkością. Z zewnątrz obudowany był szarym kamieniem z drewnianymi wstawkami, a przyglądając mu się wyraźniej, można było zauważyć jego niecodzienny kształt. Wyglądał jak dziwna bryła geometryczna, stojąca na niewielkim wzniesieniu tuż nad zieloną doliną.
    Wskoczywszy zwinnie po czterech schodach, otworzył przed nią drzwi i zaprosił do środka.
    Pierwsze co przywitało ich dwójkę, to przyjemne ciepło buchające z kominka, zaś drugie były dwa, rozweselone pieski. Lubiły, gdy ktoś ich odwiedzał, z natury były bardzo przyjaźnie nastawione. Od razu obleciały dookoła Sorchy, skacząc i obiegając jej nogi. Vlado nie chcąc by ją obśliniły, machnął ręką, a te w mgnieniu oka pobiegły do środka poszczekując i obijając się radośnie o siebie.
    - Szary to Faust, a biała to Runa - Zwrócił się do niej - Polubiły Cię - Dodając radośnie, puścił ją przodem.
    Dom był w środku wykończony od dołu aż po sam sufit drewnem. Krótki przedsionek był wprowadzeniem do salonu, do którego schodziło się po dwóch schodkach. Zaraz obok były kręte schody prowadzące na piętro, pod nimi znajdowały się drzwi toalety, a kawałek dalej wyłaniały się blaty kuchni. Za rogiem, po dwóch schodkach w górę stał fortepian i szafa grająca z niewielkimi ozdobami.
    Vlado zdjął kurtkę, pomagając także pannie Sally. Odwiesił je na dwa wieszaki i przeskoczył zwinnie schodki.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. - Tak mieszkam, podoba Ci się? - Rozprostował ręce wzdłuż, czekając na jej reakcję. W salonie były dwie kanapy, stolik i fotel w kolorze mahoniu, na których można było uraczyć ciepło kominka. Najbardziej w oczy rzucał się duży parapet, na którym spoczywały trzy poduszki. Zza okna wyłaniał się widok na małą dolinę. Stojąca obok kanapy lampka świeciła jasnym światłem, ukazując tym samym ścienne obrazy, które przedstawiały jego najlepsze chwile z dzieciństwa. Pod drugiej stronie wisiał długi, srebrny miecz, zaś środek podłogi okalał miękki czerwony dywan.
      Karkarow przez długi czas, starał się uzyskać idealne miejsce do życia. Takie, które będzie witało go przytulnym kątem za każdym razem, gdy będzie wracał zmęczony po pracy.

      Vladimir Karkarow

      Usuń
  30. [witaj, przyjaciółko! <3 wątek bardzo chętnie, o ile masz jakiś pomysł. jestem kiepska w wymyślaniu, ale może coś mnie jeszcze natchnie. :D]

    Ellen Rookwood.

    OdpowiedzUsuń
  31. [Halo halo koleżanko. Nie odpisałaś mi xD Nw czy czekać czy mnie zlałaś :P]

    Matt Harrison

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. [Można też dorzucić do tego jakiś alkohol i imprezka poniesie się sama. Co myślisz? Matthew raczej nie rozdziela się z Bellamym, ale może akurat tego dnia jego przyjaciel dostanie karę i z braku innych opcji pójdą razem xD]

      Usuń
  32. [Cześć!
    Tak, o czymś takim właśnie myślałam. Walter mógłby się postanowić tam właśnie powłóczyć :P Co do Teda, to tak; w trakcie roku szkolnego mieszka w zamku, jak i chyba zresztą większość nauczycieli ;)
    A propos ich relacji, to jest mi to naprawdę obojętne. Teddy niewiele osób nie lubi, ale też nie nawiązuje łatwo przyjaźni. Ogólnie jest aczkolwiek do wszystkich bardzo uprzejmy i skory do pomocy, choć jego brak angażowania się w nawiązywanie przyjaźni może być mylnie odbierany jako arogancja z jego strony. A jemu, po prostu, po usłyszeniu jednej historii za dużo, gdy był bardzo małym dzieckiem, ubzdurało się w główce - w sumie to słusznie - że lepiej mieć wielu znajomych lecz bardzo nielicznych przyjaciół, na wypadek gdyby kiedyś postanowili oni sprzedać ci kosę w plecy ;)
    Tak więc osobiście jestem jak najbardziej na tak, zarówno na relację pozytywną, jak i negatywną. Fakt, że Ted jest nauczycielem zawęża nam opcje, ale jego młody wiek na pewno by im ułatwił dogadanie się. Już co ci tam bardziej pasuje! :)]

    Teddy Lupin

    OdpowiedzUsuń
  33. [Z imieniem to w sumie nie wiem, co mnie natchnęło, bo teraz gdy o tym myślę przed oczyma mam postać z bajki "Wróżkowie Chrzestni" :P ale to nic. Wątek jakiś przydałoby się wyczarować.]

    Cosmo

    OdpowiedzUsuń
  34. [Wiesz co, taki mam dobry dzień, że ja zacznę!]

    OdpowiedzUsuń
  35. Vlado obserwował dziewczynę niemalże zawsze, gdy miał taką okazję. Szczerze? Nie mógł przestać zachwycać się jej urodą i sposobem bycia. Sorcha była jednym z piękniejszych żyć, jakie widział na tej ziemi. Miała w sobie coś, co przyciągało go jak magnez... A może specjalnie wchodził jej pod nogi? Czasami czuł, że jego uczucie do niej w jakiś sposób wzrosło, ale w trochę inna stronę. I nawet próbując nie dać po sobie tego poznać, bywało tak, że kompletnie mu to nie wychodziło. Dlatego bardzo ucieszył się, gdy zgodziła się go odwiedzić. Wiedział, że będzie mógł spędzić z nią trochę czasu i to ten fakt rozbudził w nim dzisiejszy humor i falę szczęścia, jaka zapanowała w jego głowie od samego rana.
    Dobrze pamiętał jak trzy tygodnie temu gnał z nią do skrzydła szpitalnego. Albo, jak kilka dni później ich spojrzenia wymieniły się subtelnie. Do dziś Karkarow przypomina sobie jej ciemne oczy i kilkusekundowy blask, który zalśnił niczym świeca. Dawno nie poczuł czegoś, co wydawało mu się bardziej magiczne od samej magii.
    Ze spokojem zauważył, w jaki zachwyt wprawiły ją jego cztery kąty. Uśmiechał się pod nosem, po czym związawszy włosy w niesforny kok, dał kilka kroków w przód, by stanąć obok Sorchy.
    - Mów mi po imieniu - Odparł luźnym tonem, widząc jej delikatne zdezorientowanie. W sumie nie dążył jej jeszcze obwieścić, jak ma się do niego zwracać, dlatego chciał to jak najszybciej sprostować. - Cieszę się, że Ci się podoba. Napijesz się czegoś? - Zapytał, wskazując jedną ręką na szklaną półkę z herbatami, a drugą na barek, który zaopatrzony był kilkoma alkoholami - zaczynając od kremowego piwa, a kończąc na ognistej. Nie chciał jej oczywiście namawiać do picia alkoholu, miała dowolność; tylko że biorąc pod uwagę, ilość herbat jakie stały za szybą, nie był pewien czy dałaby rade wypić wszystkie tego wieczoru. Miał także kawę i chociaż za nią nie przepadał, stała tam tylko i wyłącznie dla gości.

    OdpowiedzUsuń
  36. [Jakbyś mogła byłoby super miło :) Zalegam z odpisami, więc... xD]

    Matt Harrison

    OdpowiedzUsuń
  37. I z drugiej strony, Karkarow nie powinien namawiać jej na alkohol. Bo tak jak, na nauczyciela przystało - alkohol mógł być spożywany wtedy, gdy nikt nie patrzy. Może to lekka przesada, ale tak czy siak, nawet z czystej grzeczności nie wypadało mu lać jej do gardła czegoś z procentami.
    - Pozwól, że zrobię Ci coś, co ostatnio piję dość często - Uśmiechnął się i odwróciwszy na pięcie, udał się by wstawić wodę na czajnik. Z szafki wyciągnął niewielkie pudełeczko, które ukrywało w sobie mieszankę herbacianych liści i pąków. Wystarczyło delikatne uchylenie wieczka, by wydobył się z niego zapach okalany nutą dzikiej róży i żurawiny. Oczywiście Vlado nie wiedział, czy trafił w jej gust, ale miał nadzieję, że jej zasmakuje. A jeśli nie - piętnaście innych czeka na spróbowanie.
    - Wydajesz się dziś małomówna - Stwierdził po chwili. Przechylając głowę w lewą stronę, zrobił jedną ze swych zabawnych min, która - przynajmniej z nadzieją - mogłaby rozweselić Sorchę. Nie chciał, by czuła się niezręcznie, a wręcz przeciwnie - lepiej by było, gdyby czuła się, jak u siebie. Vlado by się nawet słowem nie uniósł, gdyby sama chciała ściągnąć coś z jego półek, albo zrobić cokolwiek innego. To nawet całkiem miłe, jeśli ktoś z zewnątrz zaciekawi się czymś, co ma w posiadaniu. A ma dużo staroci, zaczynając od ksiąg, a kończąc na starych fotografiach, notatkach i długopisie, którym pisał dekadę temu. To całkiem zabawne, ale profesor ma sentyment do rupieci.
    Po niedługim oczekiwaniu, Vladimir zalał dwa kubki gorąca wodą i z uśmiechem pozostawił je na stoliku, po czym rozsiadłszy się na kanapie, zawiesił jasnoniebieskie tęczówki na wysokości twarzy dziewczyny.
    - Kompozycja owoców głogu, żurawiny, dzikiej róży, jagód i czarnej porzeczki - Odparł, chcąc chociaż trochę zobrazować dziewczynie wywar. Chwilowo skupił się na jej ruchach, które były bardzo kobiece. I to mu się w niej podobało - bardzo wyrafinowany i subtelny sposób zachowania. Vladimir mógłby za każdym razem otwierać jej drzwi, puszczać przodem, zanosić śniadania do łóżka i co najlepsze - nigdy w życiu by nie narzekał.
    - Ach, pytałaś czy mieszkam tu sam; więc tak, mieszkam tu sam. Znaczy są jeszcze moi dwaj przyjaciele, którzy śpią tam, obok kominka. Po za tym, żadnej innej żywej duszy - Odpowiedziawszy, westchnął prawie niezauważalnie i uśmiechnął się, upijając łyk ciepłej herbaty.
    Od dawien dawna mieszkał sam. Przez pierwszą połowę jego życia, tuż po ukończeniu szkoły, Vlado bardzo rzadko tutaj bywał - czas spędzał głównie na wyjazdach i misjach związanych ze smokami. Dopiero po zostaniu nauczycielem w Hogwarcie ograniczył wyjazdy, dzięki czemu dom odżył na nowo. Musiał się trochę napracować, by przywrócić mu blask i sensowny wygląd, ale robił to z wiedzą, że tym razem nie opuści go na rok.

    OdpowiedzUsuń
  38. [Mnie odpowiada :)
    Mogę zacząć, nie ma problemu :P Mam tylko nadzieję, że nie będzie ci przeszkadzać nagła zmiana lokalizacji! xx]

    Chociaż nie było jeszcze bardzo późno, w Hogwarcie panowała całkowita cisza. Mogło to mieć coś wspólnego z faktem, że był środek tygodnia i wszyscy byli zawaleni pracą. Trudno było jednak oprzeć się wrażeniu, że woleli oni zachować rozwagę i nie kusić niepotrzebnie losu. Zupełnie jak gdyby do zamku miały wkroczyć jakieś mroczne siły. Był jednak w zamku ktoś, kto nic sobie z tego robił. Zbyt niewiele w życiu stracił przez fanatyków czarnej magii, by dać się im teraz w jakikolwiek sposób zastraszyć. Skoro ceną za pokój miało być dorastanie jako sierota, zamierzał zrobić wszystko, by owy pokój utrzymać.
    Teddy Lupin. Tak, ten Lupin. Nie żeby spotkał w życiu innego, ale ludzie mieli tendencję do zadawania głupich pytań. Chociaż miał świadomość tego, że był nauczycielem i powinien świadczyć dobrym przykładem, nie zamierzał spędzać nocy w swoim pokoju, z podkulonym ogonem. Zresztą, pełnia i tak nie pozwalała mu spać. Mimo że nie był wilkołakiem i nie odczuwał żądzy krwi w trakcie jej trwania, wychodziło na to, że odziedziczył po ojcu więcej, niż tylko rozum i głos. Bezsenność od dzieciństwa nie była mu obca. Mógł jednak ten czas wykorzystywać na inne, bardziej pożyteczne niż spanie, sprawy.
    Nie był mistrzem eliksirów, to na pewno. Od zawsze miał z nich jednak najlepsze oceny, a jedynie potęgowana z wiekiem chęć pomocy wilkołakom, jeszcze bardziej zachęcała Teda do próbowania swoich sił. Właśnie dlatego zamiast spróbować zasnąć, wybrał się do szkolnej biblioteki.
    Zwinne palce przeglądały sprawnie wielką księgę, starając się przy tym robić jak najmniej hałasu. Zapewne mógł poczekać do rana. Był jednak dorosły, co więcej, uczył teraz w Hogwarcie, nie musiał więc bynajmniej prosić o zgodę na dostęp do Działu Ksiąg Zakazanych. Od zawsze nieposłuszny choć zdolny i pomocny absolwent Hogwartu, nie miał złych zamiarów. Nie zamierzał praktykować czarnej magii, ani wyrządzić światu lub Mugolakom niewyobrażalnej krzywdy. Wiedział, że byłby w stanie. W jego żyłach płynęła krew Blacków, a dodatkowo był dzieckiem i wychowankiem jednych z najpotężniejszych czarodziejów, jakich widział świat. Jego różdżka i dodatkowe zdolności zapewne nie świadczyłyby na jego korzyść, gdyby kiedykolwiek był podejrzewany o nielegalne praktykowanie czarnej magii. Prawda była jednak taka, że Teddy pragnął jedynie pomóc. Być może czuł irracjonalną potrzebę odpłacenia się swojemu ojcu, bowiem niemalże od dziecka pragnął pomóc wilkołakom. Zdawał sobie doskonale sprawę z tego, że niektóre z nich były już zbyt bardzo skrzywdzone przez los, by wyrwać się ze swojej dzikości; inne z kolei, jeszcze jako ludzie; były w jakiś sposób psychopatyczne. Znaczna większość jednak była jedynie grupą nieszczęśników, którzy co każdy cykl pełni tracili nad sobą jakąkolwiek kontrolę. Eliksir z Wilczego Jadu wciąż był trudno dostępny i często nieporównywalnie drogi do zarobków wilkołaków. I pomyśleć, że od dość niedawna mieli one wszystkie, konstytucyjne prawa obywatelskie. Szkoda tylko, że w praktyce wyglądało to wciąż zupełnie inaczej.
    – Wreszcie – wyszeptał, wymachując delikatnie swoją różdżką, gdy znalazł w końcu szukaną przez siebie stronę. Znikąd pojawiło się przy księdze kilka kartek pergaminu i pióro, które zaczęło przepisywać wiernie treść zaznaczonych przez Teda stron. Miał dwadzieścia cztery lata, był niezwykle oczytany i miał już całkiem spore doświadczenie w walce z czarną magią. Lecz i tak, sam o sobie wiedział niewiele. Wychowany przez babcię i weekendowo przez znanego wszystkim ojca chrzestnego, nigdy nie poznał swoich rodziców. Oczywiście, wszyscy wiedzieli, kim byli; niektórzy mieli mu nawet do opowiedzenia o nich zabawne i ciekawe historie. Nie równało się to jednak ze znaniem ich; tym bardziej, że tak naprawdę prawie nikt ich nie miał okazji się z nimi zaprzyjaźnić. No, przynajmniej jeśli chodziło o wciąż żywych.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. - Świetnie - mruknął, gdy pióro skończyło przepisywać potrzebne mu strony. Już miał sięgnąć po kolejną księgę, gdy poczuł jak coś ociera się mu o nogę. Niemalże podskoczył, zupełnie się tego nie spodziewając, w mgnieniu oka jednak stał, mając w ręku gotową do ataku różdżkę. Zobaczył czarnego kota lub kuguchara, nie był nie pewien. Ten, na Merlina, niemalże arogancko przyglądał się chłopakowi swoimi wielkimi, błyszczącymi oczami. - Też nie możesz spać, co? - mruknął cicho, wypuszczając ciężko powietrze i opuszczając różdżkę. - Wybacz, mam jedynie czekoladę. Wątpię, by ta ci odpowiadała - dodał, gdy kot nie spuścił z niego po kilku chwilach wzroku. I bądź tu, na Merlina, mądry. Nie znał się na magicznych stworzeniach - pomijając wilkołaki, oczywiście - nie wiedział więc, o co chodzi jego niespodziewanemu towarzyszowi. Nim jednak zdążył się nad tym głębiej zastanowić, kot żałośnie zamiauczał, a po chwili do małego kąta w zakazanym dziale, weszła prędko nieco zadyszana dziewczyna. - Mniemam, że to jego szukasz? - spytał ją, wskazując głową na stworzenie, które jak gdyby nigdy nic, czyściło sobie teraz łapy, nie zwracając uwagi na ludzi. Kojarzył dziewczynę jako uczennicę jednej ze starszych klas; jak jej było? Sonia? Nie, chyba Sorcha. - Czekolady? - spytał z uśmiechem, wyciągając do niej tabliczkę zakupionej w Hogsmeade szwajcarskiej słodyczy.

      [Mam nadzieję, że ujdzie :)]

      Teddy Lupin

      Usuń
  39. - Harrison! Harrison, do cholery!
    Matt zamierzał odpowiedzieć na wołanie Bellamy’ego, ale był bardzo zajęty rozmową z Angie Stark. Właśnie mówiła mu o tym jak to bardzo chciałaby zobaczyć The Rolling Stones na żywo, a nie było lepszego sposobu zaimponowania starszemu bratu Elody jak właśnie wspomnienie o dobrych starych klasykach rock n rolla. Jeszcze gdy zaczęła wymieniać ich trasy bez zająknięcia, Harrison czuł się jak w niebie. Dla takiej dziewczyny mógłby nawet przeboleć nieprzyjemny fakt w postaci jej beznadziejnej najlepszej przyjaciółki. Gdy tylko patrzył na Helen, chciało mu się wymiotować. Już kilkanaście próbował wyciągnąć gdzieś Stark w pojedynkę, ale gdy się zgadzała, okazywało się później, że przychodziła z obstawą w postaci właśnie naburmuszonej Helen. Ta dziewczyna wyglądała jakby miała wiecznie okres. Gryfon nie mógł jej przeboleć i zawsze zmywał się, gdy tylko dwie Krukonki pojawiały się razem na horyzoncie. Dziś udało mu się złapać Angie samą. Ale nawet tę chwilę musieli mu zniszczyć.
    - To ja już pójdę. Do następnego, Matt – rzuciła dziewczyna, po czym zadowolona odeszła korytarzem.
    - Harris…
    Ale Sam nie dokończył, bo dostał od przyjaciela z pięści w ramię.
    - Ał! – wrzasnął Bellamy, chociaż Matt wiedział, że tej góry mięsni raczej to nie zabolało. – Za co, łajzo?
    - Następnym razem cię zastrzelę, Sam. Przysięgam – warknął niezadowolony, patrząc za odchodzącą Krukonką. – Mam nadzieję, że to co chcesz powiedzieć, jest warte tego widoku – dodał, odprowadzając Angie wzrokiem. – No to co jest, kretynie?
    - Dziś nie będzie picia. Uziemili mnie. Znowu – dodał Sam, wzruszając ramionami. – Ale spotkałem Sorchę. Wiesz, chyba się napaliła na dzisiejsze wyjście, bo chyba jej też się wszyscy powykruszali. Wspomniałem, że nie masz z kimś iść…
    - Nie. Nie! – zaoponował Matt, podnosząc palec wskazujący. – Stary… Wiesz jak to z nami jest. Ostatnio znaleźli mnie w damskim kiblu jak dobijałem się do jej kabiny. Sądzili, że jestem jakimś zbokiem, a po prostu wisiała mi kasę. Pewnie jest zła. – Machnął ręką, posyłając sztuczny uśmiech jakiemuś przechodzącemu nauczycielowi. – Jak tam? – spytał, ale nauczyciel zmierzył go tylko i poszedł dalej. – Nie, stary. Nie ma mowy.
    Pól godziny później Matthew siedział w Trzech Miotłach nad kuflem piwa i słyszał jakichś szarpidrutów, na których Sorcha wyraźnie się napaliła. Całe szczęście nie siedzili tam długo, bo jakieś znajomki wpadły do pubu i zaciągnęli ich w różne ciekawe miejsca. Ciekawe dla nich, ale Harrison w sumie szukał od razu jakiegoś alkoholu albo jego zamiennika. Niezbyt interesowały go wystawy najnowszych mioteł. Do zamiatania?, spytał, za co został zmierzony jak ostatni wieśniak, próbujący wpasować się do salonów królowej Anglii.
    - Co ty masz do cholery na głowie? – spytała jedna z dziewczyn, a Matt uniósł brwi. Jakieś koleżanki dziewczyny gapiły się na niego, śmiejąc od czasu do czasu.
    - To moja czapka wjebka. Coś nie pasuje? – spytał, obrzucając ją niezrozumiałym spojrzeniem. W końcu jednak wesoła kompania poszła w drugą stronę, a on z Sorchą skierowali się do punktu wyjścia, czyli Trzech Mioteł. Trochę dziwnie się czuł, gdy zdał sobie sprawę, że picie wygląda tu nieco inaczej niż jego legendarne imprezy w dormitorium Gryfonów siódmego roku. Dawno nie szwendał się po miasteczku bez celu. W pubie wszystko było pozajmowane, ale Matt wybadał jakiś stolik w samym rogu. Gdy przyszło zamawiać, kazał Sorsze milczeć, a sam rzucił:
    - Amerykańskie frytki na podwójnym tłuszczu. Rozumiemy się?
    - Za rodzinę Potterów! – wołała po kilku minutach Sorcha.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. - Za wolność dla kobiet i świnek morskich! – krzyknął chłopak i złapał frytkę w zęby, szczerząc się równocześnie do dziewczyny. - Będziemy tu tak długo siedzieć, aż wepchnę ci je wszystkie do gardła. Serio. Zjedz jakąś pieprzoną kanapkę czy coś, bo nikt się za tobą nie obejrzy. Nawet nie mam na czym oka zawiesić, bo od razu widzę ścianę za tobą.
      O dziwo nie było tak źle. Jego znajomość z Sorchą była.. Cóż. Skomplikowana i nie równocześnie. Raz kłócili się o byle gówno, by potem uważać, że świat jest beznadziejny i wspólnie marudzić jak stare pierdziele nad piwkiem. Niektórzy sądzili, że powinni być rodzeństwem albo nawet parą. Oboje wybuchali wtedy śmiechem, nie szczędząc szczerych słów pod adresem jakiegoś kretyna. Harrison nigdy nie nazwałby Tobin przyjaciółką. Jedynym człowiekiem zasługującym na to miano był Bellamy, a reszta mogła się pocałować w tyłek.
      - Wiesz, że ten kretyn. Opiekun Gryffindoru powiedział, że byłbym dobrym Aurorem? – rzucił ze śmiechem. – Ludzie to mają wyobraźnię… A w ogóle ty kim chcesz zostać jak się stąd wyniesiesz, hm? – spytał, łapiąc kolejną frytkę. – Ja nie mogę się doczekać, aż w końcu mnie wypuszczą.

      Matt Harrison

      Usuń
  40. Uśmiechnęła się jedynie lekko na słowa przyjaciółki. Ona sobie wyobrażała, że umiera próbując quidditcha i właśnie dlatego nie miała zamiaru zbliżać się do stadionu z miotłą w dłoni. Bynajmniej nie wtedy, gdy miałaby uczestniczyć w treningach lub rozgrywkach. Bała się. Poza tym wcale nie była taka dobra w lataniu.
    – Świetna? Przyznaj się, po prostu tak bardzo mnie lubisz, że już quidditch nie sprawia ci przyjemności, kiedy nie ma mnie obok – zaśmiała się melodyjnie, zdając sobie sprawę, że wcale nie o to chodzi Sorsze. Na kolejne słowa dziewczyny, policzki Avalon lekko się zarumieniły – chyba nie myślisz, że przekonasz mnie do mojej własnej śmierci jakimś przystojnym obrońcą! Poza tym… Tylko bym się ośmieszyła. Przecież ja nie potrafię latać w odpowiedni dla rozgrywek sposób – miała nadzieję, że chociaż na najbliższy czas temat ten zostanie zakończony. Może i rzeczywiście mogłaby spróbować, spiąć się i poćwiczyć… Ale kiedy Moore się na coś uparła, tak szybko i łatwo nie zmieniała swojego zdania. Nie, kiedy chodziło o jej życie.
    Wychyliła się lekko, wyciągniętą ręką sięgając po kubek stojący na stoliku. Uśmiechnęła się lekko czując ciepłą parę na swoim nosie. Przygryzła delikatnie wargę, czekając, aż herbata odrobinę przestygnie.
    – Nie – odpowiedziała ze spokojem na pytanie przyjaciółki, przeklinając ją dziś w duchu. Już chyba wolała wysłuchiwać pojękiwań i próśb Sorchy o dołączenie do drużyny – i raczej to się prędko nie zmieni – wzruszyła lekko ramionami, upijając łyk gorącej herbaty. Zmarszczyła delikatnie czoło, jednak mimo wszystko upiła jeszcze odrobinę parzącego gardło napoju – wiesz jak jest… To chyba byłoby zbyt szybko. Poza tym… Moje serce należy teraz do Terry’ego! Zobaczysz on będzie moim mężem! – zaśmiała się, starając się jak najsprawniej zmienić temat na ten przyjemniejszy. A wspomnienie o najlepszym na świecie gitarzyście zdaniem Avalon było najlepszym sposobem na porozmawianie o czymś innym niżeli jej miłosne problemy – Albo lepiej powiedz jak to jest z Twoim serduszkiem – dodała po chwili, chwytając dwiema dłońmi ciepły kubek i spoglądając na przyjaciółkę, tymi swoimi wielkimi, ciemnymi oczami.

    Avalon

    OdpowiedzUsuń
  41. Skierowanie się na błonia nie było na pewno złym pomysłem zwłaszcza, że ich koty najwyraźniej nie cieszyły się ciepłem zamku. Arsowi jednak nie przeszkadzało w zupełności to, że Sorcha wyprzedza go znacząco. Grudniowy choć lubił zimę i to jak śnieg sypał z nieba, pokrywając białym puchem wszystko. Skucie jeziora lodem uważał za najlepszy moment. Zawsze miał jednak wrażenie, że jesienne podmuchy wiatru, jak i tym razem były o wiele bardziej nieprzyjemne niż w okresie zimowym i dlatego uznał Lukrecję za dziwne stworzenie. Wzdrygnął się, kiedy zimny powiew wiatru pociągnął go za szatę i wiatr przebiegł po karku. Cholerna jesień. Na zewnątrz zaczynało się już robić ciemno, dlatego na ich liście miejsc, które wypada sprawdzić w pierwszej kolejności nadawały się właśnie te, gdzie po zmroku lepiej się nie zapuszczać. Ars mógł być miłośnikiem wałęsania się po nocy w zamku, wynajdywaniu coraz to nowych przejść i zaszywaniu się na dłużej w Dziale Ksiąg Zakazanych, ale jedno nie ulegało wątpliwości – do Zakazanego Lasu się tak chętnie, by nie zapuścił. Nie to, że odczuwał przed tym lęk.
    Nie sądził, że ich koty, które często walczyły ze sobą nawet o najzwyklejsze miejsce przy oknie czy w zasadzie gdziekolwiek się znalazły zapuściłyby się właśnie do Zakazanego Lasu. Chyba, że na coś ich pupile wspólnie polowały i w pościg rzuciłyby się nawet między wysokie drzewa. Zmarszczył brwi wyraźnie zamyślony. Domyślenie się gdzie podziały i podążyły wolne koty nie należało do najłatwiejszych zadań. Na dobrą sprawę Lukrecja i maszkara mogły być wszędzie. Nie dało się żadnej z tych opcji od razu odrzucić.
    – Proponowałbym… – zaczął, idąc już przed siebie i nie marnując czasu i tym samym nie denerwując swojej koleżanki. Jeśli będą chodzić i się rozglądać to Ars nie będzie miał okazji dłużej obserwować jakiegokolwiek wyrazu zmartwienia czy rezygnacji. Ono może pojawić się później, ale nie teraz, gdy istniała spora szansa na jakiekolwiek powodzenie. – Najpierw rozejrzeć się przy lesie, póki nie jest zbyt ciemno. Bardziej obstawiałbym, że znajdują się w Sowiarni, gdzie drażnią się z sowami albo podejmują próby zjedzenia ich. – wzruszył ramionami i spojrzał na nią, a że nie nadawał się zbytnio do pocieszania, tylko uśmiechnął się półgębkiem, nie dodając żadnych zbędnych słów. – Nie wiem czy zapuściłyby się w stronę Bijącej Wierzby. Cieplarnią byłyby zainteresowane, gdyby rosło tam coś co mogłyby potraktować całkiem podobnie jak sowy. – wsunął ręce do kieszeni i sprawiając wrażenie zupełnie opanowanego. Piękne pozorny, panie Langhorne.

    Ars

    OdpowiedzUsuń
  42. [Czyli co, Sorcha podprowadza wszystkie paszteciki ze stołu przy kolacji, a potem wieczorem umawiają się na wspólne jedzenie, kiedy tylko Charlie je? :D]

    Charlie

    OdpowiedzUsuń
  43. [Zobaczymy czy Ethel podoła ;) Dziękuje ślicznie za powitanie! Tak na marginesie, bardzo podoba mi się Sorcha, wydaje się być niesamowicie ciekawą osobą.]

    Ethel

    OdpowiedzUsuń
  44. Nie pamiętał, aby Sorcha mówiła mu o czymś takim, jak Klub Literacki. W sumie, mógł domyślić się, że interesuje ją pisanie, ale nie sądził, że zamierza brać udział w eliminacjach. Oczywiście Karkarow popierał jej decyzję ponad wszystko i nawet ucieszyłby się, gdyby zdołała przejść takowe eliminacje i dostać się do klubu.
    Bardzo pasowało do niej pióro - niemalże identycznie, jak różdżka. Tym bardziej, jeśli bardzo tego chciała, to Vlado byłby w stanie nawet wyłamać swe kciuki dopingując jej.
    - Nie wspominałaś, że chciałabyś pisać prawie zawodowo - Zauważył z uśmiechem - Myślę, że powinnaś dostać się bez obaw. Chociaż, jeszcze nie miałem okazji nic Twojego przeczytać, ale mogę się założyć, że na pewno nie zmarnowałbym czasu - Oświadczywszy, upił kolejny łyk ciepłej i smacznej herbaty.
    Lubił gdy się uśmiechała. Za każdym razem podziwiał w myślach urocze, pojawiające się dołeczki. Jej szczupła twarz i wyraziste rysy twarzy niekiedy ujawniały garść zabawnych i godnych podziwu mimik. Pasowałaby na aktorkę - na castingu Vlado, dostałaby się na pewno.
    Natomiast miecz był faktycznie dla niego ważny. Wiele razy ochronił go przed smokiem, w momencie gdy zabrakło mu różdżki. Każdy, kto wyjeżdżał na taką wyprawę musiał zabierać ze sobą broń białą, w razie utracenia swej jedynej, magicznej broni. Po za tym, Vladimir często oddawał go do kowala, który czyścił go i ostrzył, gdy pojawiły się na nim ślady po ogniu lub ostrych, smoczych pazurach.
    Skinął głową w potwierdzeniu jej słów - Dużo ze mną przeżył, raz prawie go straciłem; ale jest i odpoczywa na ścianie - Uśmiechnął się po raz kolejny. Dawno nie był na żadnej z wypraw odnośnie wyszukiwania smoków. Ale ostatnimi czasy Ministerstwo Magii ma ich tyle w zanadrzu, że głównie skupia się na ich oswajaniu. Tak czy siak, za jakiś czas, na pewno jakaś tego typu wycieczka mu się przydarzy.

    Vladimir Karkarow

    OdpowiedzUsuń
  45. [Chwalę wizerunek :)]

    Zdawał sobie sprawę, jak ważne było dla niej dostanie się do takiego Klubu. Zyskała by na tym bardzo dużo możliwości związanych z pisaniem, a biorąc pod uwagę jej zdolności, faktycznie byłoby to jak wygrana na loterii.
    - Mogę Ci jakoś pomóc się tam dostać? Kto to organizuje? - Zaciekawiony ściągnął nieznacznie brwi i upił łyk herbaty, która robiła się coraz chłodniejsza. Może gdyby mógł coś zrobić, wszystko przebiegłoby dużo szybciej, a może znał kogoś z klubu? Chyba, że byłby to ktoś, kto zdążył zajść mu za skórę, ale Karkarow nie orientował się, aby ktokolwiek z tego grona interesował się literaturą. Westchnąwszy cicho, podniósł kąciki ust w górę. Czasami, jak naszła go chęć pomagania, to był tak uparty, że naprawdę trzeba nawrzeszczeć by dał sobie spokój. A niekiedy nawet sprzedać mu jakiś cios w ramię.
    - Nie znam wielu pisarzy mugolskich, a czytam ostatnio dużo na temat magicznych stworzeń. Muszę dobrze przygotować uczniów do zdania egzaminów - Odparł z uśmiechem.
    Bo tak też było - nie miał za wiele czasu chcąc, aby jego podopieczni dobrze spisali się trzymając w ręku pióro. Byli zdolni - swoją drogą - ale niektórym towarzyszył całkiem spory stres przed tak ważnym wydarzeniem. Dlatego w jego głowie głownie siedziało dobre i dokładne przygotowanie ich.
    Jego wzrok podążał tuż za dziewczyną, która zainteresowała się wcześniej omawianym mieczem. Oczywiście roześmiał się ochoczo, gdy napomknęła o drżeniu ze strachu, ale wiedział, iż była pewna, że było odwrotnie.
    - A Ty nie boisz się pisać? - Utkwił wzrok w źrenicach dziewczyny - No własnie, dla mnie to też coś w stylu opanowanego żywiołu. Owszem, są momenty, które sprawiają, że moje ręce drżą, ale gdybym się bał, to pewnie nie siedziałbym teraz obok Ciebie, Sorcha - Odpowiedziawszy, po raz kolejny wrzucił na swą twarz delikatny uśmiech.
    Nigdy nie było tak, że Vlado spanikował i postanowił wrócić. Choć w momentach, w których rzeczywiście brakło mu sił, a przez głowę przewijały się czarne myśli, nigdy nie dał za wygraną. Bo niby dlaczego jakiś smok miałby odebrać mu życie? Nie ma takiej opcji. Jak zginąć to tylko i wyłącznie w czymś, czego warte jest to życie.

    Vladimir Karkarow

    OdpowiedzUsuń
  46. [Nie ma sprawy, Sorcha już dawno widnieje u Vlado :D]

    Faktycznie, może dostanie się poprzez znajomości jest bezsensu. Dużo większą satysfakcję zyskuje się, kiedy człowiek zostaje zauważony tylko i wyłącznie dzięki własnym umiejętnościom. Po za tym Karkarow też nie był mimo wszystko osobą, która kierowała się powiedzeniem po trupach do celu, ale chciałby jej pomóc w jakikolwiek inny sposób, gdyby było to możliwe. Wiedział, że samo trzymanie kciuków na wiele się nie zda, ani żadne inne modlitwy skierowane chociażby do św. Munga.
    Opieka Nad Magicznymi Stworzeniami nie była co prawda aż tak ważna, jak przedmioty obowiązkowe, dlatego profesor nie ganiał swych uczniów do nauki na siłę. Ci, którzy chcieli łaknąć wiedzę, tak naprawdę sami wypytywali go o różne ciekawostki - i to dla nich własnie był w Hogwarcie, dla tej gromadki osób, która będąc na jego zajęciach nie liczyła czasu do końca dnia. I nie ważne, czy to uczniowie lepsi czy gorsi - dla samego Karkarowa wszyscy stali w jednym rzędzie.
    -Nie będą to smoki - Zaśmiał się - Żartowałem, jasna sprawa, że wykonując taki, a nie inny zawód, smoki musza mieć dla mnie większe znaczenie.
    I tak tez było. Vlado pałał się uwielbieniem do skrzydlatych bestii, które musiał chwytać, a niekiedy zabijać - ale nie to sprawiało mu największą przyjeność, a po prostu obcowanie z nimi.
    - Po za nimi, szczerze cenię sobie Feniksy oraz Hipogryfy. To bardzo mądre stworzenia, jedne z mądrzejszych w świecie magii - Uznał, wysłuchując pytania o Testrale.
    -Tak, są w stanie zabić, bo jeśli nie zabiją, to nigdy ich nie zobaczą. A najciekawsze jest to, że nawet jeśli zabiją i tak ich nie zobaczą, póki nie uświadomią sobie o śmierci tego człowieka - Powiedziawszy, pokiwał głową. Niestety czasami czarodzieje robili naprawdę wielkie głupstwa, uganiając się za tymi stworzeniami. Wiele z nich żałowało tego wyboru, ale co poniektórzy szczycą się tym po czasy dzisiejsze.
    - Testrale są właściwie jak smoki, tyle że łagodne. Oczywiście pod warunkiem, że ich nie obrazisz, bo szczękościsk mają silny. Ja osobiście nie uważam je za niebezpieczne, niestety Ministerstwo Magii cały czas do końca nie przekonało się, że te zwierzęta nie są niczemu winne. Oczywiście starsze grono - Wzruszył ramionami bezsilnie. Czarne smoki miały co prawda pochodzenie owiane tajemnica, ale wbrew pozorom są to z natury łagodne i pożyteczne zwierzęta. Są prawie jak kompas, który odnajdzie się zawsze i wszędzie, znajdując do tego drogę powrotną.
    Mógłby się wiele rozwodzić na temat magicznych stworzeń, ale nie wystarczyło by im na to wieczoru. A czas w dobrym towarzystwie niestety leciał bardzo szybko i nim obaj się zorientują, wybije późna godzina, godna udania się pod pierzynę.
    - Masz może na coś ochotę?

    Vladimir Karkarow

    OdpowiedzUsuń
  47. [Z Adamem nie mam za bardzo pomysłu, więc przybyłam tutaj :) jestem ciekawa w jakim sensie Sorcha może być problematyczna dla takiej Ethel, chyba miałabym ochotę na troszkę mniej pozytywną relację, ale nie za bardzo wiem jak to ukleić. Nie za bardzo chcę żeby Ethel chodziła i strzelała szlabanami, ale może uda się nam je postawić w jakiejś napiętej sytuacji, albo Ethel będzie świadkiem jakiegoś problemu Sorchy i będzie chciała jej pomóc. Sorcha pewnie nie będzie chciała pomocy jakiejś gówniary ze stażu, więc może Ethel sie nieco pozłości? Chyba, że nie lubisz takich nerwusów, to możemy poszaleć nieco w inną stronę, mogły mieć dobry kontakt od początku, co doprowadziło je do pewnej więzi, mimo sprzeczności charakterów i skutkuje wspólnymi, mało oficjalnymi wypadami do Hogsmeade?]

    Ethel

    OdpowiedzUsuń
  48. [ Tak można by napisać o (prawie) każdym kierunku. U ciebie coś się pozmieniało, ale ha!, dobrze pamiętałam. ;D

    Sorcha lubi bawić się w pisanie i tak dalej, tak? Mogłaby wpaść na pomysł napisania anonimowego paszkwila albo wściekłej filipiki i wpadłoby jej do głowy, że przydałaby się karykatura/ilustracja osoby czy zjawiska, przeciw któremu występuje. A tak się składa, że Jacca jest utalentowany plastycznie i tworzy różne maziaje, Sorcha więc mogłaby do niego przyjść.
    A potem... potem okazaliby się na przykład niezbyt mądrymi Krukonami, którzy nie zadbali o dostateczną anonimowość, przez co wyszłoby na jaw, kto stworzył takie potworne rzeczy. ]

    Jacca Radley

    OdpowiedzUsuń
  49. Matthew słuchał dziewczyny jednym uchem, ale drugim zaraz mu jej słowa wypadały, bo do Trzech Mioteł weszła grupa ludzi. Harrison uniósł brew w górę, obserwując jedyną dziewczynę wśród chłopaków. Wyglądali na parkurowców, z którymi lepiej nie zadzierać, chociaż zapewne w swoim gronie zachowywali się jak rodzeństwo. Dosłownie patrzył jak gdyby nigdy nic przez Sorchę, nie odrywając spojrzenia od dziewczyny. W zdecydowanie czerwono-czarnej flaneli w kratę, skórzanych spodniach i niezawiązanych martensach była zdecydowanie w jego typie. I nie była jakąś tam pozerską blondynką. Nawet nie była pomalowana, jednak czarne otoczki jej błękitnych oczu wyglądały naprawdę kosmicznie z czarnymi, mocno skręconymi lokami. Harrisonowi wydawało się, że patrzy właśnie na córkę Slasha. Zupełnie nie wbijała się w jakikolwiek schemat współczesnej dziewczyny, która albo przypominała chłopaka, albo przesadnie dbała o wygląd. Miał za złe światu, że wykreował taki obraz kobiety, a nie inny. Wychylił się nieco ze stolika w bok, śledząc ruchy grupy.
    - Masz może chusteczki higieniczne?
    - Co? – Głos dziewczyny sprowadził go gwałtownie na ziemię, nakazując swoim tonem, żeby przestał gapić się na innych i skupił na Sorsze. Spojrzał więc na towarzyszkę z wyrazem twarzy, który zdradzał jedynie zdezorientowanie. – Co mówiłaś? Nie słyszałem.
    Gdy powtórzyła pytanie, pokręcił przecząco głową. Nie posiadał czegoś takiego. Równie dobrze mogła sobie je wyczarować czy coś w tym guście. Matt nie brał nigdzie swojej różdżki prócz zajęć. Po co mu ona? Co to za życie bez ryzyka, co? Podciągnął nosem, odchylając się w tył i wyciągając na krześle.
    - Nudno tu – mruknął, bawiąc się swoim kolczykiem w lewym uchu. – Czemu ten ostatni rok tak się cholernie dłuży? – spytał na głos sam siebie. – Zwijamy się? – rzucił nagle do Sorchy. – Jeśli jeszcze chwilę tu posiedzę, rozsadzi mi tyłek.
    Dzisiaj nie miał nastroju na upijanie się do nieprzytomności i urwanie filmu. Wolałby połazić po sklepie muzycznym, podotykać gitary, poczuć ich zapach i usłyszeć delikatne dźwięki. Spojrzał przelotnie na swoją towarzyszkę. Nie. Nie spali ze sobą. Sorcha nie była w jego typie to po pierwsze, a po drugie nie był aż takim gnojem, żeby coś takiego odwalić. Miał swój honor i mimo, że większość miała go za dupka, nie był nim. A przynajmniej nie w tych sprawach. Miał zresztą kogoś na oku, a sypianie z ludźmi na prawo i lewo nie było w jego stylu. Szczerze gardził takimi ludźmi.
    Kopnął lekko dziewczynę, starając się wpłynąć na szybszą decyzję o wyjściu.

    Matt Harrison
    [Co myślisz, żeby wprowadzić do wątku jakiś atak Śmierciożerców, a nasza dwójka będzie musiała uciekać świstoklikiem gdzieś do jakiegoś miasta w Anglii? Bo takie pitu pitu w barze to nie moja specjalność xD]

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. [A kto powiedział, że musimy się trzymać historii i zasad? xD]

      Usuń
  50. [ Zacznij, zacznij, to by było nawet logiczne, skoro to Sorcha potrzebuje czegoś od Jakki. ]

    OdpowiedzUsuń
  51. [Ellen może trochę miauczeć, żeby Sorcha dała jej spisać lekcje, ale to dopiero w bliższym kontakcie wychodzi, więc zakładam, że coś trochę bliżej. :)]

    Ellen.

    OdpowiedzUsuń
  52. Gdy wyszli z pubu, dziewczyna ruszyła przodem, a Matt naciągnął tylko na uszy czapkę i patrzył na Sorchę. Było już naprawdę zimno, a przynajmniej w tej części Anglii. W Londynie podobno można było chodzić na samym swetrze pod czas gdy oni kisili się tutaj w kurtkach. Czemu ten cholerny Hogwart nie mógł być na jakichś Karaibach czy coś w tym rodzaj? Matt zawsze zadawał to pytanie w myślach, kiedy miał dosyć magii. W sumie to ciągle miał jej dosyć, a jedynym motorem, który go powstrzymywał przed rzuceniem się z wieży była wizja Akademii zaraz po zakończeniu siódmej klasy. Albo mógłby się przeprowadzić do Los Angeles. To był świetne miasto. Raz tam był. W zeszłe wakacje. Spotkał grupę postrzelonych młodzików, u których się zatrzymał na czas pobytu. Imprezowali non stop.
    - Nie ma kamieni? – spytał, patrząc za Sorchą tańczącą sobie przy strumieniu. Cóż. Każdy miał swoje zboczenia. – Widocznie ktoś podjebał wszystkie kamienie – rzucił, zbliżając się do dziewczyny. Ta rzuciła mu spojrzenie, mówiące więcej niż tysiąc słów, jednak nie przejął się tym zbytnio. Jakoś na dziś humor mu zjechał do stopnia głupich odzywek bez polotu. Gdy Tobin oznajmiła, że coś jest pod mostem, wyjrzał zza niego i przez chwilę gapił w wodę. – Może to ten jaskiniowy troll, który nie chciał przepuścić kózek na drugą stronę, hm? – mruknął, po czym poprawił szalik. Minął dziewczynę i przeskoczył mur mostka. Gdy wylądował na stromym zboczu, prowadzącym zaraz pod most, obejrzał się. – No, co? Idziesz czy nie? – pogonił towarzyszkę i ruszył naprzód. Jakoś coś mu się ostatnio zdarzało prowadzić dziewczyny w niebezpieczne miejsca bez jego wiedzy. Cóż. Przynajmniej nie mogły marudzić na brak adrenaliny i rozrywki. Co z tego że ostatnio prawie wykitowali z Potter w jednej z jaskiń, gdy szukali zagubionego ucznia?
    - Nic tu nie ma – oznajmił, zaglądając pod półkuliste sklepienie. – Halo? – rzucił, ale tylko echo spotęgowało jego głos. – Widzisz – zaczął, odwracając się do Sorchy. – Nic tu nie…. – Nie dokończył, bo coś złapało go za kaptur i pociągnęło w ciemność pod mostem.

    Matt Harrison

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. [Równie dobrze może to być ten jaskiniowy troll xD]

      Usuń
  53. – Ale Ty, jako moja najlepsza przyjaciółka będziesz mnie wspierać w moim cierpieniu i mu powiesz, żeby się do ciebie nie zbliżał – uśmiechnęła się szeroko, wyobrażając sobie tę absurdalną sytuację – bo ja, gdyby to pierw wybrał ciebie próbując później zbliżyć się do mnie kopnęłabym go w tyłek, albo dostałby ode mnie w twarz. W tę piękną, słodką, najukochańszą twarz na świecie – zaśmiała się melodyjnie, a przed oczami miała jedynie obraz gitarzysty. Mogłaby o nim opowiadać na okrągło, zachwycać się cudownymi rysami twarzy, ostrymi kośćmi policzkowymi, ciemnymi oczami i włosami sięgającymi ucha, na każdym kolejnym koncercie będącymi w innym kolorze. Avalon kochała go całym swoim sercem tak jak można kochać swojego idola. Jej platoniczna miłość, która nigdy się nie spełni. Jej i wielu innych.
    Zmarszczyła delikatnie brwi wsłuchując się w słowa siedzącej obok niej dziewczyny. Trzymając wciąż kubek w obu dłoniach, czując nadal ciepłą parę na twarzy, nawet nie myślała o tym, aby odwrócić teraz wzrok od Krukonki. To był ten moment, w którym oczy Avalon po prostu świdrowały rozmówcę, z nadzieją, że w ten sposób dziewczyna dowie się więcej niżeli z samych słów.
    – Oh, my nieszczęśliwe – zaśmiała się cicho – rzeczywiście, jeżeli nie będziemy chciały być starymi pannami będziemy musiały podzielić się Terry’m. Nie pozostaje nam już nic innego – uśmiechnęła się, chociaż tym razem jej uśmiech nie był tak szeroki i promienny jak dotychczas.
    Przeklęła siarczyście po koreańsku, zdając sobie sprawę, że w ogóle jeszcze nie zabrała się za zadaną pracę domową. Głowa zaprzątnięta innymi myślami w ogóle nie przyjęła do wiadomości, że musi zrobić zadanie.
    – Na kiedy to? Całkiem zapomniałam! – mruknęła przerażona, odkładając natychmiast kubek na stolik.

    Av

    OdpowiedzUsuń
  54. [jakby co: służę pomocą przy wyjaśnianiu, wiem, że moje karty są dość specyficzne. :)
    ano trudny temat, ale trudne tematy to moje żywioły, przyznam bez bicia. i bardzo, bardzo dziękuję!]

    Sura

    OdpowiedzUsuń
  55. Mawia się, iż opinię o człowieku kształtować powinny jego czyny - to, czy z uprzejmością odnosi się do kelnerów, czy z życzliwością patrzy na kasjera, czy z sercem podchodzi do zwierząt. W końcu słowami tak prosto manipulować, wystarczy spojrzeć na uginające się pod ciężarem woluminów półki z nieustannie rozrastającą się kolekcją literatury. Przecież nie są one niczym więcej jak mieszanką tych samych liter w odmiennej kolejności. Lecz nie zamierzam negować ich istnienia. Potrzebowałam wstępu, który pozwoliłby mi przykuć twą uwagę.

    Dlatego wyznam ci skrycie, iż Elijah podobną filozofię w życiu wyznawał. Nie patrzył po okładkach książek, gdyż nie ich treść narzucała ludziom drogę prawości lub hańby. Ten-Którego-Imienia-Nie-Wolno-Wymawiać zagłębiał te same księgi, które figurowały w aktualnym spisie lektur siódmoklasity i dla Puchona był to dostateczny dowód na to, iż wartości człowieka nie powinna definiować wiedza ani wybitny wykaz ocen. Czytasz piąte wydanie Historii Magi Bathildy Bagshot? To świetnie. Mimo to nie poklepię cię w geście sympatii, chyba iż dostrzegę w tobie tę iskrę dobroci jawiącą się w oczach podczas bezinteresownego gestu.

    Prawdopodobnie ta mądrość wytyczyła mu ścieżkę życia przez dom Helgi Hufflepuff. Elijah był nieszkodliwym potomkiem czarnoksiężników. Wśród białych Gryfonów i czarnych Ślizgonów prezentował skalę szarości.

    Najwyraźniej z jaśniejszymi plamami, gdyż mając pierwszeństwo do ksiąg przypisanych dla uczniów na siódmym roku nauki, zapamiętał słowa bibliotekarki o młodszej uczennicy z Rawenclaw, która od dwóch tygodni walczy o dostęp do uzupełnienia podręcznika na temat "Roślin użytecznych, neutralnych i wyselekcjonowanych na bluźniercze okazje". Być może zachowywał się nie w porządku wobec rówieśników wciąż zalegających z wypracowaniem na Zielarstwo, lecz termin oddania zwojów przypadał na dzień jutrzejszy, więc na chłopski rozum klamka tak czy inaczej zapadła.

    Dlatego też wczesnym wieczorem krążył po korytarzach wieży, poszukując Krukona na tyle zorientowanego, aby wskazał mu miejsce pobytu rzeczonej dziewczyny. A na skrawku pergaminu zapisane miał "Sorcha Tobin", który wystawał poszarpanym końcem spod kartek pożółkłej i wyświechtanej książeczki przypominającej poradnik dla grzybiarzy. Spacer zakończył się sukcesem w momencie, gdy ujrzał jasnowłose dziewcze o gabarytach tak wątłych, że przez moment obawiał się, iż połknie ją jak tylko otworzu usta, aby zacząć rozmowę. Podszedł do niej niepewnie, poczekał aż zakończy rozmowę z inną Krukonką i dopiero położył dłoń na jej ramieniu. Szybko jednak ją cofnął.

    - Przepraszam - zaczął. - Nazywasz się Torbin?

    [No siema z zaskoczenia.]

    OdpowiedzUsuń
  56. Odwrócił się na sekundę, by zajrzeć przez ramie na kuchenny barek.
    - Mam piwo kremowe, sok z dyni, jakieś słodkie, czerwone wino... I wiele innych ciekawych rzeczy - Uśmiechnął się, skończywszy wymieniać część swego asortymentu.
    Vlado chyba tez nie był najlepszym towarzyszem. Odzwyczaił się od tego, że ktoś go odwiedza - bo działo się to rzadko. To on częściej wychodził gdzieś, spotykając się ze znajomymi z zamieszkałej wspólnie wioski. Tam zwykle rozmawiali, śmiali się, ale temat głównie dotyczył Ministerstwa Magii, albo jakiś wydarzeń obracających się wokół magicznej otoczki. Często wydawało mu się, że to tylko namiastka i złudzenie spotkań z przyjaciółmi, z którymi można było poruszyć każdy temat. Dlatego własnie spotkanie z Sorchą, było dla niego czymś takim, jak spotkanie z osobą, do której można otworzyć gębę i pogadać o wszystkim. Bo co miałoby stać na przeszkodzie? Zresztą Sorcha, tak jak i on, nie mieli w zanadrzu planu, który miałby na celu puszczenie plotki o tym spotkaniu.
    - Niebawem będzie dwudziesta - Odrzekł, zerknąwszy na wskazówki zegara.
    Czas w doborowym towarzystwie, zawsze pędził jak szalony. Zdawał sobie sprawę, że dziewczyna będzie musiała wrócić o normalnych godzinach do zamku, chcąc uniknąć jakichkolwiek potyczek ze strony woźnego i nauczycieli. Gdyby zobaczyli ją późnym wieczorem, stąpającą po hogwarckim korytarzu, zapewne nie uniknęłaby nudnego szlabanu w gronie pustych ławek i krzeseł. Oczywiście, była jeszcze opcja, że gdyby została, to nikt by się nie zorientował; ryzyko było takie, że jedynie koleżanki z dormitorium mogły zorientować się, że kogoś im brakuje. No ale z drugiej strony, dla profesora pewną rzeczą było, że nie ma takiej możliwości. Nawet nie chciał wyobrażać sobie, jak bardzo czułaby się niezręcznie.
    - O czym pomyślałaś? - Zapytał znienacka, chcąc czy nie chcąc, ale zauważając jej zabawną minę. Sorcha miała w sobie coś, co mieli wszyscy aktorzy teatralni - przy swej mimice, mogłaby spokojnie odgrywać przeróżne role, poczynając od komediowych, a kończąc na dramatycznych. Było to naprawdę coś przezabawnego.

    OdpowiedzUsuń
  57. [Nie pogubię się, mam ją całkiem nieźle rozpracowaną. Poza tym, nie wymyśliłem całego Harrego Pottera jak Rowling, żeby gubić się w zeznaniach :D
    Btw, Sally to skrót od Sorcha, czy jej drugie imię?
    Cześć po raz kolejny!]

    OdpowiedzUsuń
  58. Dawno tego nie było. Ashton Wardhill dostał szlaban. W okolicach trzeciego roku nauki w Hogwarcie byłoby to zupełnie normalną oznaką nieuwagi Puchona, kiedy to wyczyniał kolejną, jego zdaniem szaloną i zabawną rzecz, jak nagłe wybuchy umywalek w łazienkach. Pamięta dobrze swoje usprawiedliwienie: „Ja na miejscu pani profesor cieszyłbym się, że nie były to toalety.” Szlaban pamięta równie dokładnie, co te właśnie słowa, a może i lepiej. Nie zmienia to jednak faktu, że na ostatnim roku szkoły było to wielkim oburzeniem opiekunki Hufflepuffu, jak i kilku nauczycieli. Chłopak oskarżony o kradzież złotego znicza dostał szlaban od nauczycielki latania. Mógł kłócić się, błagać, krzyczeć, ale nie zmieniło to zdania profesor. W czwartek wieczorem, cała kartoteka woźnego ma być ułożona alfabetycznie, w odpowiedniej kolejności, co do lat, a również i domu. Innymi słowy żmudna i nudna praca na kilka godzin. Prawdziwa robota za karę. Większą jednak była jego nieobecność na treningu. On – kapitan pozostawał nieobecny na jednym z ostatnich ćwiczeń przed kolejnym meczem. Cierpiał przez to ogromnie i z tym samym cierpieniem w oczach szedł przez korytarz, nie podnosząc głowy choćby na chwilę. Przy drzwiach do gabinetu woźnego zastukał i zaraz wszedł. Był pierwszy, a wiedział, ze miała pojawić się jeszcze jedna osoba podejrzana o ową kradzież. Ash wiedział, że nie był to on, dlatego czekał z niecierpliwością na przybysza, by na osobności powiedzieć mu kilka męskich słów. Ominął trening. To był wystarczający powód dla jego złości.

    [Wiem, że krótkie, ale to dopiero początek!]

    Ashton

    OdpowiedzUsuń
  59. - Boże, jak tu śmierdzi.
    Matthew rozglądał się właśnie po czymś co wyglądało jak jaskinia, ale bardziej przypominało leżę jakiegoś paskudztwa.
    - Goblinie łajno już lepiej cuchnie – mruknął pod nosem, zdając sobie sprawę, że daleko się nie pomylił. To gdzie wylądował naprawdę wyglądało jak grota potwora Frankensteina - wszędzie walały się kości, na skałach było rozmazane błoto lub coś czego Harrison wolał nie identyfikować i dodatkowo smród, jaki się roznosił wewnątrz był nie do opisania. Gryfon potrząsnął głową, próbując odrzucić spadającą mu na twarz grzywkę, jednak nie dało się tego zrobić ze związanymi na plecach rękoma. Jego zirytowanie było tym większe, im mocniej zaciskały się z każdym kolejnym ruchem więzy na jego nadgarstkach. Jak on się tutaj znalazł? Widział Sorchę, a potem? No, właśnie. Co było potem… Coś nim szarpnęło, zdawało mu się, że dyndał głową w dół i że ktoś go niósł. I że ten ktoś śmierdział. Okropnie. A teraz został walnięty koło tak samo związanej jak on sam owcy pod skałę. Matt spojrzał ukradkiem na zwierzę, nie poruszając głową i w tym samym czasie owca też na niego spojrzała jakby z żałością. Harrison potrząsnął głową, próbując wyrzucić z siebie myśl, że oto czeka w kolejce na obiad. Ale tym razem to on będzie daniem głównym. Z owcą włącznie. – Nie martw się – mruknął do niej. – Wydostanę nas stąd.
    Po czym zaczął się poruszać w stronę wypatrzonej niedaleko wystającej części skały. Mogła być na tyle ostra, że może jakimś cudem przeciąłby więzy. Zawsze warto było spróbować. Jednak zanim to nastąpiło, Matt przypomniał sobie o swojej różdżce. Zaczął oglądać się na tyle, na ile mógł, jednak nigdzie jej nie wyczuł ani nie zobaczył. Cholera! Cholera, cholera! W takiej chwili?!, darł się na siebie w myślach. Nigdy nie używał magii poza Hogwartem, bo nawet nie chciał. A teraz… Choć raz by mu się przydała, ale nie było różdżki! Pewnie wypadła mu gdzieś po drodze albo co gorsza złamała się i leżała w cieniu jaskini.
    - Nie, nie, nie… - mruczał błagalnie pod nosem, gdy nagle znieruchomiał. Podniósł wzrok, zdając sobie sprawę, że coś słyszy. Owca zabeczała, a Harrison spojrzał na kałużę przed sobą. Woda delikatnie drgała wraz z krokami zbliżającego się gospodarza. Co mówili na zajęciach? Troll rzeczny… Rasa trolli zamieszkująca tereny wodne. Jeśli to był właśnie on miał krótkie rogi i fioletową skórę, która była okropnie owłosiona. Często czaiły się pod mostami lub na środku rzeki… Świetnie. A on był tu tylko z owcą i dodatkowo bez różdżki.
    - Matt?
    - Sorcha? – wyszeptał, a potem zauważył światło różdżki dziewczyny. – Sorcha! Nie!

    Matt Harrison

    OdpowiedzUsuń
  60. [Jestem więc! Tak sobie myślę, że Ridley nie ma przyjaciółki albo co najmniej kogoś, z kim mogłaby pogadać o bzdetach i nie byłby to facet. :D Jeśli taka relacja ci pasuje, możemy pomyśleć nad jakąś akcją.]

    Ellen

    OdpowiedzUsuń
  61. – Narysowałbym to lepiej – mruknął, uśmiechając się niezbyt wyraźnie. Przez chwilę w milczeniu przyglądał się podsuniętemu przez Sorchę rysunkowi, a potem odsunął przed siebie kartkę.

    Nie spał przez pół nocy, więc tak ranna pobudka nie podziałała na niego dobrze. Miał wrażenie, że jego percepcja jest przyblokowana, jakby pomimo tego, że już nie spał, wciąż pozostawał w królestwie Morfeusza. Przez to potrzebował więcej czasu na zrozumienie, czego konkretnie Sorcha od niego potrzebuje, co w normalnych okolicznościach nie trwałoby tak długo. Zebrało mu się na potężne ziewnięcie, więc zasłonił usta dłonią, a potem potrząsnął głową i klepnął się w oba policzki, licząc na to, że lekki ból choć na chwilę go orzeźwi.

    Nie znał Amber Forthville, nie był nawet pewien, czy ta dziewczyna rzeczywiście istnieje, czy jest tylko wytworem fantazji Sorchy, a Jacca zdążył zauważyć, że wyobraźnia dziewczyny jest tak bogata, że gdyby ją spersonifikować, z pewnością przybrałaby postać szejka śpiącego na galeonach. Tak czy inaczej, nie miało to większego znaczenia. Musiał przyznać, że wizerunek Amber ze stworzonego przez Sorchę opisu prezentował się potwornie i Radley z pewnością nie chciałby z takim człowiekiem wchodzić w bliższą relację, ale z tego, co wiedział, nic takiego mu nie groziło. Wszelkie niesnaski między dwiema dziewczynami były tylko i wyłącznie ich problemami, a Jacca nie zwykł wtrącać się w nieswoje sprawy. Chyba że jedna ze skonfliktowanych stron byłaby mu wyjątkowo bliska, ale tutaj nic takiego nie miało miejsca.

    Nie chodziło o to, że nie chciało mu się przygotować karykatury Lubił rysować czy malować albo czerpać z innych artystycznych technik, więc bez problemu mógłby spełnić prośbę Sorchy, jeśli chodziło tylko o to, czy dysponował odpowiednimi umiejętnościami. Problemem było co innego – nie był przekonany o tym, że chce, by jego praca została wykorzystana w takim celu i mimo wszystko nie miał pewności, czy Amber na takie potraktowanie zasługuje.

    – Jednego nie rozumiem – odezwał się wreszcie, patrząc poważnie na koleżankę z domu. – Skoro ona nie umie pisać, a ty wręcz przeciwnie, to chyba sprawa jest jasna, nie? Nie masz czego się z jej strony obawiać, więc po co ją publiczności obrzydzać?

    Nie powiedział tego dlatego – przynajmniej nie tylko dlatego – że szukał wymówki, dzięki której mógłby odmówić udziału w całym tym przedsięwzięciu. Naprawdę go to dziwiło. Jeśli on by chciał dalej rozwijać się w tej dziedzinie artyzmu, którą był zainteresowany, żeby na przykład dostać jakieś stypendium, skupiałby się przede wszystkim na sobie, ćwiczeniu umiejętności i stawaniu się lepszym, a nie na rywalach, bez względu na to, czy prywatnie by ich lubił, czy nie. Jeśli byliby słabsi, jego pozycja byłaby niezagrożona. Jeśli byliby lepsi... Cóż, musiałby przełknąć gorycz porażki, ale wygrywać powinni najlepsi.

    – Chyba że... – zawiesił głos i spojrzał badawczo na Sorchę. – Chyba że Amber jest jednak lepsza, niż to by wynikało z twoich słów.

    W gruncie rzeczy był dobrym dzieciakiem i nie chciałby zaszkodzić niewinnej osobie, a póki co Amber, pomimo tego że chyba do najprzyjemniejszych osób nie należała, taka mu się zdawała. Nie znał jej oczywiście, a całą wiedzę, którą o niej miał, zyskał z bardzo jednostronnej, stronniczej relacji, a na takiej podstawie nie czuł się w stanie wysnuć jakiekolwiek wnioski. W tej sytuacji przyjął zasadę domniemania niewinności, a więc nie zamierzał przyczynić się do ukarania Amber.

    Chyba że Sorcha nie powiedziała jeszcze wszystkiego, a to, co przemilczała, byłoby w stanie przekonać Jaccę do sporządzenia karykatury.

    Jacca Radley

    OdpowiedzUsuń
  62. Najtrudniejsze w pracy pedagoga wydawały się jej konflikty na linii uczeń-nauczyciel. Konflikty wynikały zaś z kompletnie nieudanej komunikacji. Z obserwacji Ethel wynikało, że najczęściej nauczyciel chciał dobrze, uczeń chciał dobrze, a wyszło jak zwykle. Nawet zwyczajny, niespecjalnie skomplikowany, a nawet zupełnie neutralny komunikat mógł wydawać się dla drugiej strony niemalże obraźliwy. A urażona osoba się broni - to jasne jak słońce. Ethel była osobą dość wrażliwą na swoim punkcie i automatycznie gotowało się w niej, gdy tylko poczuła złość innej osoby, skierowaną (jej zdaniem) bezpodstawnie w jej stronę. Nie znaczyło to oczywiście, że nie jest cierpliwa, czy że nie pracuje nad tym. Naprawdę niezwykle rzadko zdarzało się, by ktoś wyprowadził ją z równowagi, a jej oczy zaczynały miotać piorunami.
    Doskonale wiedziała też, że nie jest pierwszą osobą, do której idzie się z jakimkolwiek problemem. Oczywiście, wzbudzała sympatię, często żartowała, le jednocześnie dużo oczekiwała, uważnie obserwowała uczniów i nie była zbyt wylewna w kontaktach pozalekcyjnych. Może stwarzała pewnego rodzaju barierę, która uniemożliwiała jej do końca zostanie pedagogiem idealnym? A tak, lubiła być najlepsza w tym, co robi, co niejednokrotnie było przekleństwem.
    Starała się gromadzić w pamięci jak najwięcej zaobserwowanych informacji o swoich uczniach. Nie prowadziła jakichś dziwnych dzienników, bardziej zależało jej na dobieraniu na tej podstawie pomocy naukowych, organizowaniu projektów, wycieczek czy innych aktywności. Zawsze cieszyła się w duchu, gdy widziała uśmiech na twarzy ucznia, gdy okazywało się, że Ethel zapamiętała jego zainteresowanie smoczym zielem i skierowała do nauczyciela Opieki nad Magicznymi Stworzeniami, by mógł się więcej o samych smokach dowiedzieć i podzielić się tym z innymi uczniami na zajęciach.
    Nigdy nie udało się jej przegiąć w kontaktach z uczniami, możliwe że byłą po prostu jeszcze niedoświadczona i tak naprawdę nigdy nie przeżyła poważnego konfliktu. Z jednej strony się tego bała, z drugiej bardzo tego chciała, bo była przekonana, że wiele ją takie doświadczenie nauczy.
    Ze schowka zawierającego różniste różności związane z eliksirami zaczęły ostatnio znikać woda z rzeki Lete, co całej kadrze wydawało się dość niepokojące ze względu na jej magiczne właściwości. Nikt nie był pewny, w jakim celu, kto i jak go podbiera. Nauczeni doświadczeniami z lat ubiegłych co jakiś czas sprawdzali łazienki, szczególnie te chwilowo (bądź wiecznie) niefunkcjonujące.
    Ethel wydawało się, że z końca korytarza widziała szczupłą, dość bladą postać, wchodzącą do jednej z takich łazienek. Zmarszczyła lekko brwi, nie bardzo mając ochotę na bycie świadkiem warzenia eliksiru zapomnienia i na karanie kogokolwiek. Zbliżyła się więc do łazienki, zastanawiając się, czy to jej przypadnie w udziale przydzielenia winowajcy szlabanu w postaci czyszczenia doniczek jego własną szczoteczką do zębów.

    Ethel

    OdpowiedzUsuń
  63. [Najkrócej ─ porównywany z kimś Ethan próbuje udowodnić, że jest od tego kogoś lepszy, nie patrząc na sposób, w jaki tego dokona. Bezwzględny taki. Drań!]

    OdpowiedzUsuń
  64. Ted nigdy wagą szczególnie nie grzeszył; z tego co jednak słyszał o swoich rodzicach, było to stricte związane z odziedziczonymi przez niego genami. Dodatkowo, jakby nie spojrzeć, był w połowie wilkołakiem; świetny metabolizm był więc zarówno skutkiem ubocznym bycia Lupinem, jak i niezmiernym tego plusem. Przez lata był drobny i niski, a nieustanne wydłużanie sobie kończyn zazwyczaj nie kończyło się dobrze dla jego nastoletniego, bardziej niż nieco niezdarnego ja. Dopiero mając około szesnastu lat, niemalże wystrzelił w górę, w przeciągu następnych dwóch lat przerastając znaczną większość swoich rówieśników i, poza Hagridem, wszystkich profesorów. Dawniej drobna postawa nabrała bardziej dorosłego wyglądu, a chociaż wciąż był bardzo szczupły i prezentował ludziom raczej chłopięcą twarz, był również naturalnie barczysty.
    Stojąca jednak przed nim uczennica była niemalże chorobliwie chuda i blada. Prawie tak samo blada jak on tuż przed, w trakcie i krótko po każdym superksiężycu. Jako nowy profesor wciąż się ze wszystkimi poznawał; mimo dobrej pamięci do imion i twarzy, nie wiedział o swoich podopiecznych jeszcze tyle, by zawsze wiedzieć, gdy coś jest nie tak. W tym przypadku nie trzeba jednak było być Hermioną Weasley, czy pedagogicznym weteranem, by wiedzieć, że dziewczyna musiała cierpieć na zaburzenia pokarmowe. Zapewne zaproponowanie jej czekolady nie było więc najmądrzejszym ruchem, Ted miał jednak nadzieję, że sprawiło, iż uwierzyła, że nie patrzył na nią przez pryzmat jej niezdrowego wyglądu. I rzeczywiście, nie patrzył, gdyż rzadko kiedy skory był do osądzania kogoś, kogo nie znał; niezależnie od sytuacji. I miał nadzieję, że dziewczyna reprezentowała podobną postawę, nieszczególnie bowiem widziało mu się tłumaczenie przed dyrekcją, co robił o późnej porze w Dziale Ksiąg Zakazanych. Owszem, był nauczycielem obrony; siłą rzeczy musiał więc wiedzieć jak najwięcej o czarnej magii, by umieć ją odeprzeć. Niektórzy wciąż jednak różnie reagowali na tego typu zainteresowania; koniec końców Tom Riddle też początkowo chciał jedynie się czegoś więcej nauczyć. Ted był więc w stanie zrozumieć ewentualną podejrzliwość, tym bardziej po wydarzeniach z poprzednim profesorem obrony.
    - Jesteś pewna? No cóż, trudno. Muszę ci jednak powiedzieć, że czekolada jak nic innego wpływa na dobry nastrój - powiedział do swojej uczennicy, przyjaźnie się do niej uśmiechając. - Usiądź, proszę - dodał, wskazując głową na jedno z dwóch krzeseł, po czym stuknął lekko różdżką w stojący z boku czajniczek i lekkim ruchem dłoni przywołał do siebie małe pudełko z herbatnikami. Spędził tutaj w końcu sporo czasu, a chociaż często zapominał o regularnych posiłkach, zawsze miał przy sobie jakąś małą przekąskę. - Masz ochotę na herbatę? Zapewniam cię, jest bardzo dobra - czując, że coś znowu ociera mu się o nogi, spojrzał w dół i ujrzawszy kota Sorchy, uklęknął przed nim, wyciągając powoli w jego stronę dłoń. Nie był Vlado i do zaklinacza magicznych stworzeń i istot było mu bardzo daleko; poza wilkami i wilkołakami, oczywiście. Wiedział jednak, że kluczem do przekonania ich do siebie, była cierpliwość i pozwolenie im, by same do człowieka podeszły. A kociak Sorchy wyraźnie miał na to ochotę, pomimo swojej rezerwy. Zresztą, najgorsze co mogło się Tedowi stać, to kilka zadrapań. - Rozumiem, że to ten łobuziak nie pozwolił ci spać? - zwrócił się ponownie do swojej uczennicy. A nuż, uda mu się ją jakoś zagadać.

    [Cześć! Co u ciebie?
    Gratuluję zmiany zdjęcia, wydaje się pasować do karty jeszcze bardziej, niż poprzednie :] A, no i w powiązaniach, dziękuję za dodanie Teda! :)]


    Teddy Lupin

    OdpowiedzUsuń
  65. - Naprawdę mnie przestraszyłaś! – mruknęła, obrzucając dziewczynę gniewnym spojrzeniem. Avalon zawsze była pilną uczennicą i nie pozwalała sobie na żadne drugie terminy. Prace domowe oddawała zawsze na czas, zazwyczaj starała się je robić z dużym wyprzedzeniem chociaż zdarzało się też tak, że nie przesypiała całej nocy bo przecież musiała napisać esej – wezmę się za to dzisiaj, z pewnością! Nie pozwolę, aby było jak ostatnio… - uśmiechnęła się lekko, wracając wspomnieniami do tamtego pamiętnego dnia. Chyba nikt, nie zapomni tego wydarzenia za szybko.
    Avalon zmarszczyła jednak delikatnie brwi i uważnie przyglądała się siedzącej obok niej dziewczynie. Skupiła się na jej oczach i policzkach. Przyglądała się im uważnie, jakby poszukiwała jakiegoś znaku. Czegoś, co jej podpowie dlaczego akurat teraz rozpoczęła temat opieki nad magicznymi stworzeniami.
    - Co cię tak nagle wzięło, hm? Ja to pytałam o twoje miłosne przygody, a nie o onms! – mruknęła cicho, ze zmrużonymi oczami.

    Avalon

    OdpowiedzUsuń
  66. [Dziękuję bardzo! Sorcha i jej magiczny Walter są na tyle hipnotyzujący, że z pewnością nie jeden raz Voss, wraz z kolegami, się przy niej zakręcił. Wszystko tylko zależy od tego, czy taki pozornie błahy wątek mógłby Cię zainteresować. Bo wbrew wszystkiemu, lubię jak się emocję wylewają. I chętnie sprawdziłabym jak mógłby zachować się Voss w sytuacji, w której złe traktowanie dziewczyn wydałoby mu się niemoralne. ]

    Voss

    OdpowiedzUsuń
  67. [Ej, przypomnij mi kto wisi komu wątek, bo wracam do gry po dłuższej przerwie :D]

    Ars

    OdpowiedzUsuń