21 stycznia 2016

oh dear, act your age and try another year

VII KLASA ◊ GRYFFINDOR ◊ PÓŁKRWI ◊ KLUB POJEDYNKÓW ◊ ZASTĘPCA PRZEWODNICZĄCEGO KZWP
CEDR, 11 I PÓŁ CAŁA, WŁOS Z OGONA JEDNOROŻCA, GIĘTKA
OPCM ◊ ZAKLĘCIA ◊ TRANSMUTACJA ◊ ELIKSIRY
PATRONUS NIEZNANY ◊ ONA SAMA ZAKUTA W KAJDANY

Ze wszystkich preferowanych u Gryfonów cech, ona mogła odznaczać się co najwyżej pochwałą dla sprawiedliwości. I zupełnie nie było istotne, jakiego typu to sprawiedliwość ─ jeden zasługuje na ostrzeżenie, inny na ropę z czyrakobulwy zamiast kremu do rąk, wszystko zależy od przewinienia i ilości ofiarowanych galeonów.
Decyzja Tiary od pewnego czasu budziła jej wątpliwości, bo nawet jeśli gdzieś głęboko w Ridley skrywa się lew, to nie wyjdzie, o ile nie zapłacą mu odpowiednio dużo. Ogólnie ─ w przypadku Ellen ─ sporo kręci się wokół pieniądza, skłonność do materializmu i pogoni za bogactwem wyniosła z domu i wcale się tego nie wstydzi. Edward Ridley wszystkie głębokie myśli o tym, że forsa szczęścia nie daje, kwitował ironicznym "Och, tak, stabilność finansowa to taka tragiczna rzecz!". Może on akurat nie nadawał się na wzór do naśladowania, ale mając do wyboru jego albo matkę, która histerycznie reagowała na wszelkie sprzeciwy, decyzja Ellen była oczywista. Ojciec, pomimo wielu wad i ─ co, o dziwo, w ogóle nie zmieniło nastawienia córki względem niego ─ zbliżającego się procesu o czynny udział w szeregach Mrocznych, nauczył ją wielu przydatnych rzeczy. Między innymi tego, jak nie brudzić sobie rąk.
Może ostatnia bitwa powinna coś zmienić. Powinna była, ale tego nie zrobiła ─ wspomnienie nagłej chęci ocalenia żyć kosztem ryzykowania własnego stało się najbardziej żenującym pod słońcem. Na szczęście słodki dźwięk pobrzękujących monet poprawia jej humor, wszystko dzięki tym, którzy prędzej daliby się pociąć rozżarzonym do białości mieczem, niż pozwolili mieć ostatnie słowo dopiero co zyskanemu wrogowi!
A mówią, że ocenianie innych swoją miarą zupełnie nie popłaca.



Obiecuję, że to już ostatnie odświeżenie karty!
Nie wiem już, z kim miałam mieć wątek, czy stare są jeszcze aktualne, więc jeśli ktoś chciałby się upomnieć, prooszę dajcie znać! Na nowe też jestem otwarta, a jakże.
cogito.ergo.rekin@gmail.com | gg: 51169145 | Georgina
Starocie.

106 komentarzy:

  1. [Lepiej nie obiecywać. Ja tez ciągle sobie mówię, że to już ostatni raz... I nic z tego nie wychodzi :D
    Cześć i zapraszam na wątek do któregoś z moich ;)]

    Angel, Sorcha, William

    OdpowiedzUsuń
  2. [Witam, witam! Karta mi się podoba, a panna materialistka na pewno się wybija z tłumu :) Chęci na wątek pewno są, dlatego zapraszam do mnie.]


    Bane, Jare i Aria

    OdpowiedzUsuń
  3. [Aktualne! To gdzie zaczynamy? Pamiętam, że było coś z listem miłosnym... :D]
    James

    OdpowiedzUsuń
  4. [Jestem nowa, jednak na innych blogach już bywałam. Może trochę podramatyzujmy i zróbmy z nich nielubiących się znajomych? Na przykład Bane'a bardzo irytuje w dziewczynie to, że dziewczyna tak bardzo patrzy na pieniądze i kiedyś z tego powodu został, nie wiem, wyśmiany przez Ellen? I teraz w ogóle im się nie uśmiecha bycie razem, a któregoś pięknego dnia dostali razem szlaban i musieli ze sobą współpracować?]


    Bane

    OdpowiedzUsuń
  5. [Świetny pomysł :D Chciałabyś zacząć, czy dasz mi chwilę?]

    Bane

    OdpowiedzUsuń
  6. [No to witamy ponownie :)
    Niech wena tym razem nie spłata za dużo figli ;)]

    Vladimir Karkarow

    OdpowiedzUsuń
  7. [Hej, Ridley! Juz sie balam, ze nie wrocisz :D]

    OdpowiedzUsuń
  8. [W sumie to potrzebuję takiej best friend z Gryffindoru, a nie wydaje mi się, żeby ludzie jakoś bardzo chętnie przejmowali postacie Gryfonów, także... Ellen jest mile widziana ;)]

    William

    OdpowiedzUsuń
  9. [ Zdecydowanie jestem za łamaniem stereotypów. Tutaj jest to równie ciekawe, taka materialistka i egoistka Gryfonką. No super. Aż chciałabym jakiś wstrętny wątek pomiędzy nimi, ale jak na razie nie mam konkretnego pomysłu, jak wpadnę na jakiś wątek, który zbyt szybko nie umrze, to się zgłoszę :) Chyba, że chodzi Ci coś po głowie. No dobra, to Cześć!]

    Amanda

    OdpowiedzUsuń
  10. [Hym, to może być ciężko :D Nie no, on też raczej nie z takich. Ta pierwsza opcja brzmi fajnie. Co do wątku... Czym zajmują się jej rodzice?]

    William

    OdpowiedzUsuń
  11. [Ja bym zaczęła od jakiejś innej sytuacji. Może załóżmy, że z tym listem James sobie odpuścił i tematu nie drążył, a wykmińmy coś nowego. Co ty na to?]

    OdpowiedzUsuń
  12. [Boże, to zdjęcie. <3 Zakochałam się w nim! Twoja pani rzeczywiście jest nietypową Gryfonką i w ogóle zaskoczyła mnie ta jej miłość do pieniążków, ale oczywiście było to zaskoczenie jak najbardziej pozytywne. Z tego co wiem, Ellen tu już była, dlatego życzę ci powodzenia i obyś teraz miała więcej zapału, czasu i weny do tworzenia! ;)]

    Jemma Simmons

    OdpowiedzUsuń
  13. Sprawa z Ridley i tym listem miłosnym była co najmniej dziwna. James miał swoje głupie podejrzenia, ale w końcu stwierdził, że przecież niemożliwe, by ktoś taki jak Ellen wysyłał listy miłosne. To nie było w jej stylu. Postanowił odpuścić, chociaż rzadko się poddawał. Lubił się przekomarzać z Ridley, ale nie chciał, by pomyślała sobie, że mu jakoś przesadnie zależy. Wolał to zachować dla siebie.
    Przez kilka dni widywał ją na korytarzach, ale się nie odzywał. Starał się nawet na nią nie patrzeć, bo wywoływała w nim dziwne uczucia i nie miał pojęcia, jak ma się zachować. Jamesowi rzadko brakowało słów i ciętych ripost, ale z jakiegoś powodu ostatnimi czasy w jej obecności trudno było mu coś sensownego powiedzieć. Na pewno nie mógł dopuścić do sytuacji, która śniła mu się ostatnio po nocach. Sprzeczają się z Ellen, on otwiera już usta, żeby coś odpysknąć, i nagle... Głos więźnie mu w gardle i zapada cisza.
    Najgorszy koszmar.
    - Na Merlina, Potter, albo coś chlapnąłeś bez nas, albo wpadłeś po uszy. - z zamyślenia wyrwał go głos jednego ze Ślizgonów, z którymi wybrał się do Hogsmeade.
    - Że co? - spojrzał na chłopaka jak na idiotę.
    - Bujasz w obłokach, Potti. Która ci zawróciła w głowie?
    - Odwal się.
    Wcisnął dłonie do kieszeni płaszcza i przyspieszył kroku. Wkrótce dotarł do miasteczka, i ignorując wołania kolegów, wszedł do Trzech Mioteł. Rozejrzał się po pubie w poszukiwaniu wolnego stolika i zaklął pod nosem, gdy koledzy wpadli do pomieszczenia zaraz za nim. Rzucił im znudzone spojrzenie i skierował się do najbliższego stolika, gdy nagle... Zauważył Ellen. Naprzeciw niej siedział jakiś chłopak.
    James poczuł, jak zapłonęło w nim dziwne uczucie, które oczywiście było zazdrością. Nie przyznał się do tego jednak, nawet przed samym sobą. Uśmiechnął się pod nosem i ruszył w kierunku zajętej swoim towarzyszem Ellen.
    - Jakiż miły wieczór. - westchnął, siadając obok chłopaka. - Mniemam, że mogę się dosiąść?
    Spojrzał na Ellen spod uniesionych brwi.

    James

    OdpowiedzUsuń
  14. [Hm, to może jakoś przez ojca ich połączymy? Nie wiem, czym on się konkretnie zajmuje, ale może było to coś, co w jakiś sposób zbliżyło go do rodziny Williama ileś lat temu? Mogli wtedy się z Ellen poznać i utrzymywać do tej pory kontakt.]

    William

    OdpowiedzUsuń
  15. [ Oo tak, gorąca głowa widzę! Zaczynam. ]
    Może i urok wili był utrapieniem, niekiedy nawet nad nim nie panowała na tyle ile powinna. Jednak nie zawsze mogła narzekać, czasem jej potencjalni adoratorzy stawali na rzęsach, dając jej różne drobiazgi. Najczęściej były to czekoladki, jednak odwagi nie miała by ich spożywać, lekcje eliksirów śledziła jak nic innego, doskonale zdawała sobie sprawę, co mogłoby się w nich znajdować. Tym razem był ten sam schemat. Natarczywy szóstoklasista chodził za nią krok w krok, w końcu w pokoju wspólnym dostrzegła paczuszkę z listem adresowanym do jej osoby. Papier był srebrny, staranie poskładany, wręcz żal było go rozerwać. Jednak gdy już to zrobiła, jej oczom ukazał się piękny, różowy flakonik i cieczą tego samego koloru. „Słodki pocałunek” skrzywiła się z obrzydzeniem, widząc napis na butelce perfum.
    Nie mogła jednak zapanować nad ciekawością, bardzo szybko rozpyliła płyn na nadgarstkach. Spodziewała się zapachu słodkiego (jak zresztą wskazywał napis na opakowaniu), może owocowego, jednak to co uderzyło w jej nozdrza, w żaden sposób nie kojarzyło się z owocami, wręcz przeciwnie smród, który rozniósł się w pokoju przypominał prędzej kubeł popsutych śmieci, nie słodki pocałunek.
    - Fuj, Montgomery co ty tam masz – zawołał jakiś Ślizgon, zatykając przy okazji nos z obrzydzenia. Przyłożyła z ciekawości rękę pod twarz, mając jednak nadzieje iż na jej skórze, smród perfumu jednak się nie utrzyma. Oczywiście była naiwna. Pobiegła szybko do dormitorium, biorąc ze sobą bieliznę i jeszcze szybciej poleciała do łazienki. Jeden prysznic, drugi i trzeci – nic nie pomagało. Nawet wieczorem w dormitorium, została wydelegowana do pokoju wspólnego na noc, nikt nie mógł przebywać obok niej dłużej, bo groziło wymiotami lub utratą przytomności. Furia wzrastała w niej z godziny na godzinę, smród nie mijał, a jej samopoczucie równało się zeru. Była wściekła i wiedziała, że się zemści.
    Następnego dnia, na zajęciach śladowe ilości smrodu dalej były wyczuwalne. Miała dość tych krytycznych spojrzeń w jej kierunku, ba, miała ochotę schować się w lochach i już nigdy z nich nie wychodzić. Na przerwie obiadowej dopadła winnego. Siedział jakby nigdy nic przy stole i zajadał się ziemniakami z sosem grzybowym. I wtedy wybuchła. Zirytowana podbiegła do niego, oparła dłonie na stole i schyliła się nad przerażonym, ale co gorsza i podekscytowanym chłopakiem. Jakież musiało być jego zdziwienie, gdy krzyk wydobył się z jej ust. Wyzwiska na przemian rzucała po angielsku, raz po francusku. Chłopak malał nad nią z słowa do słowa co raz bardziej. Aż w końcu pękł.
    - Ja naprawdę nie rozumiem – wybąknął przerażony – Chciałem dać Ci coś ładnego, poprosiłem o pomoc Ellen Ridley, załatwiła podobno jeden z najlepszych zapachów tego sezonów. Myślałem, że się ucieszysz… Podrzuciłem Ci… - mówił szybko, blondynka ledwo zdążała za jego słowami. Jednak, wyłapała to nazwisko. Nazwisko, które odpowiadała na wszystkie pytania. To była odpowiedź, wytłumaczenie na to wszystko co wydarzyło się w ciągu tych dwóch dni. Podniosła głowę i spojrzała po wielkiej Sali, tu jej nie było. Wybiegła na korytarz, kierując się w stronę wyjścia ze szkoły. Zamierzała przeszukać całe błonie, potem cały zamek z jego podziemiami, byleby znaleźć tą krowę.

    [ale się rozpisałam…]

    Była parę metrów przed wyjściem ze szkoły. Wciskała coś podejrzanego, niewinnemu trzecioklasiście z chabrowym szalikiem na szyi. No dawaj Mendy, pokaż jej gdzie raki zimują. Podeszła do niej hardym krokiem, wystawiła ręce przed siebie, jakby chciała popchnąć dziewczynę.
    - Ty wredna prukwo – zawołała do niej – Ridley, zobaczymy kto się będzie śmiał ostatni – i wtedy się poślizgnęła, bezwładnie poleciała do przodu. Wyprostowane ręce popchnęły Gryfonkę, tak, iż ta robiąc krok do tyłu, również nie utrzymała równowagi na śniegu i runęła do tyłu jak kłoda.

    Amanda

    OdpowiedzUsuń
  16. Roześmiał się, słysząc jej słowa. Swoją drogą, spodziewał się dokładnie takiej odpowiedzi. W końcu właśnie przerwał im słodką randkę. No cóż, o to właśnie mu chodziło. Nie mógł patrzeć na Ellen w towarzystwie jakiegoś żałosnego chłoptasia. Wcale nie jestem zazdrosny. - pomyślał, odpędzając tę myśl. Po prostu był z natury złośliwy, dlatego usiadł przy tym cholernym stoliku.
    - Wstałaś lewą nogą, czy co? - uśmiechnął się do niej sarkastycznie. - Zobacz, jaki tłok. Nie ma gdzie nogi postawić. Chyba nie skażecie mnie na podpieranie ściany? Nie będę przeszkadzał.
    Zerknął na kolegę Ellen, rozsiadając się wygodniej na krześle. Zaczynał się coraz lepiej bawić. Ridley wyglądała na bardzo wkurzoną, a jej chłoptaś na nieco zakłopotanego. Oboje milczeli krótką chwilę, co James wykorzystał.
    - Ładny mamy dziś dzień, prawda?

    OdpowiedzUsuń
  17. [Pojawiam się tylko na chwilkę, żeby odpisać. Cieszę się, że zastępczyni Arsa jest już na posterunku! :D Zostajemy przy tym co ustalałyśmy wcześniej czy dorzucamy do tego coś jeszcze? „Mroczny” – brzmi tutaj trochę zobowiązująco, więc to byłoby bezpośrednio przy rozwoju akcji, więc jeśli cokolwiek wpadło Ci do głowy to śmiało, bo zaczęcie podrzucę albo jutro albo dopiero w sobotę wieczorem lub w nocy c:]

    Ars

    OdpowiedzUsuń
  18. [Dobra, pomyślę i dodam do zaczęcia jak wpadnie mi coś ciekawego :D Jutro mam egzamin z lektoratu, więc jestem tylko z doskoku i najpewniej w weekend odżyję sobie twórczo, tak tylko uprzedzam, że mogę się ślimaczyć c:]

    A. L.

    OdpowiedzUsuń
  19. [Oczywiście w ogóle nie miałam tego na myśli, pisząc to określenie. Mogło to tak zabrzmieć, ale nawet nie chce myśleć o dilerach w murach szkoły, no proszę ja Ciebie, dzieciństwo bym sobie popsuła :D Przepraszam za źle dobrane słowa.]
    Podparła się rękami na śniegu, gdy zrzucona przez dziewczynę wylądowała na plecach. Sama nie planowała takiej kolejności zdarzeń, chciała tylko trochę pokrzyczeć, może też poprzezywać na Ridley. Jednak ubrana tylko w szatę swojego domu, bez cieplejszego ubrania czy głupich rękawiczek, na pewno nie chciała wylądować w tym lodowatym i białym puchu. Skierowała oburzony wzrok na dziewczynę.

    - Po pierwsze nic tu nie jest tlenione, to mój naturalny kolor – zaznaczyła, tego najbardziej nie lubiła w tych wrednych dziewuchach, ciągle wypominały sztuczność jej urody, zasłaniając tą krytyką swoją wieloletnią zazdrość. Koślawię podniosła się z ziemi. Stanęła prosto, wytrzepując szatę ze śniegu, który na niej osiadł – Zresztą za nim zaczniesz zwracać uwagę na czyiś wygląd Ridley, zadbaj o lepiej dobrany podkład i maluj prościej te kreski, wygląda to wręcz détestablement (wstrętnie).

    Potarła parę razy zaczerwienione z zimna dłonie, po czym krzyżując ręce na piersi, jak obrażone dziecko, schowała je pod pachami. I wtedy dopiero przyjrzała się dziewczynie. Dobra może koloryt jej skóry na twarzy był całkiem okej, ale te kreski zdecydowanie mogłaby zmienić. Zresztą tak naprawdę jej nie znała, wiedziała o niej dużo, zresztą jak prawie cała szkoła. Każdy chyba kojarzył jej nazwisko, a co najważniejsze dużo różnych plotek kręciło się wokół jej imienia. Tak naprawdę, nawet nie wiedziała o co może jej chodzić, przecież nigdy nie miały ze sobą styczności. Jednak jeżeli Gryfonka zaczęła wojnę, to i Montgomery nie zamierzała podkulić ogona, w końcu była Ślizgonem, dość różniącym się od innych, ale w dalszym ciągle dumnym dzieciakiem z domu zielonych.

    - Domyślam się, że wzięłaś te perfumy z własnej kolekcji, ale pozwolisz, iż nie będę już ich używać – uderzyła czarnym wiązanym butem o drugi, pozbywając się tym samym warstwy śniegu uczepionego na nim – Nie chce pachnieć podobnie do Ciebie – jakby chcąc zaznaczyć wypowiedziane słowa, nachyliła się lekko i pociągnęła ostentacyjnie powietrze.

    Amanda

    OdpowiedzUsuń
  20. [No, hej z powrotem ;) Obyś już została i nigdzie nie uciekała :D I nowa karta to w sumie nowa wena, nie?]

    M. Harrison/L. Scamander

    OdpowiedzUsuń
  21. [No w tym wypadku już nie przeproszę, bo w karcie takiej informacji nie było, a logiczne jest to, że sugeruje się zdjęciem bohatera :<. Postaram się to jednak zapamiętać, no i w razie czego daj mi tu więcej informacji, które mogą być potrzebne, a które mogę sknocić.]

    Zaśmiała się głośno, a jej śmiech przepełniony był kpiną. Doskonale wiedziała, że dziewczyna zareaguje w taki, a nie inny sposób. W końcu tchórze zawsze kłamią, a tym bardziej nigdy się do żadnego swojego błędu nie przyznają, bo po co. Pokręciła z dezaprobatą głową, bo właśnie tak myślała.

    - Proszę Cię, mały puchon wszystko mi powiedział, najwidoczniej nie jesteś na tyle straszna – wzruszyła ramionami – Wszyscy Twoi klienci są w stanie w końcu Cię wsypać.

    Tajemnicą nie było, że w tej akurat sprawie największy problem miała Ellen, nie wiadomo skąd wzięły się w niej jakiekolwiek uprzedzenia. Amanda nie była złym półczłowiekiem, to, że unikała swoich natarczywych adoratorów, lub szczerze mówiła, iż nie podoba jej się to jak za nią chodzą – nie mówiło o niej źle. No dobra, może inna dziewczyna mogłaby to odbierać źle, wręcz okrutnie, ale tym blondynka już nie zamierzała się przejmować. Każdy miał swoje życie, a jak zakrzątał sobie głowę cudzym to zdecydowanie miał problem.

    - Zresztą ciekawe czy to co znajdywało się w tym flakoniku – uśmiechnęła się lekko – Jest substancją legalną, jak myślisz Ellen, w końcu jesteś takim znawcą w wszelakich dziedzinach – i wtedy nawet nie zdawała sobie sprawy chyba z tego co robi, schyliła się nabierając w zmarznięte dłonie garść śniegu, dość szybko ugniotła mała kulę i rzuciła ją w stronę dziewczyny. Widząc jej zaskoczoną minę, gdy ładunek wylądował na jej czole, poczuła dziwną satysfakcję. Zaraz potem oczy dziewczyny powiększyły się lekko, przecież doskonale wiedziała że Ridley nie zostawi tego bez odzewu.

    [jak dziecko, ale za to jak sympatycznie :D]

    Amanda

    OdpowiedzUsuń
  22. [Dziękuję ślicznie :) Twoja Ellen zawsze miała w sobie coś tajemniczego jak na nią patrzyłam ;D]

    Lysander

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. [Ale to prawda z głębi serca, moja droga ;) I wgl dopiero teraz się skumałam, że to Gryfonka. Nie wiem czemu byłam pewna, że jest od Zielonych...]

      Usuń
    2. [My tu gadu gadu, a nie miałyśmy chyba jeszcze wątku... A przynajmniej z tego co pamiętam. Jeśli chętna, to zapraszam ;)]

      Usuń
    3. [Postaram się coś ogarnąc, ale w tej chwili mam w głowie nic, a nie chcę rzucać banałami xd muszę pomyśleć.]

      Usuń
    4. [Kochana Ellen. Nie mam nic, bo dopiero co wbiłam na salony po 3h matematyki ;D Jeny! Tak! Chcę to! Piszmy! Jej! <3 Już sobie to wyobraziłam! Tak! Tak!]

      Usuń
    5. [Hah powiem Ci, że długo czekałam ostatnio na entuzjazm ze swojej strony xD Chyba przytłoczyły mnie niektóre wątki i straciłam ochotę na pisanie. Dlatego tak się cieszę, że jest coś fajnego. Zacznę, ale nie wiem czy jeszcze dziś, bo mam trochę do nadgonienia/ Nie ma CIę 3h i już wpada 5 odpisów -_-]

      Usuń
    6. [Widzę, że się rozumiemy. Obyśmy tak nie skończyły xD A jeśli nawet to stawiam na szczerość, więc wal jak coś spapram albo zacznę mendzić. Ołkej. To się nie spieszę.]

      Usuń
  23. [ Powiem Ci szczerze, że też o tym myślałam jak pisałam tamten odpis, ale stwierdziłam aa poczekam jak się to rozwinie. Oczywiście zgadzam się! ;)]

    Uniosła wysoko brwi, jednak kąciki ust drgały widocznie, chciało jej się śmiać , oj bardzo. Jeszcze przed chwilą miała ochotę ją udusić, zamordować i wrzucić do jeziora. Jednak teraz, gdy stała przed nią obrzucona śniegiem, była po prostu rozbawiona. Nie była głupia, doskonale wiedziała, że wybuchnięcie śmiechem mogłoby skutkować jeszcze większą wojną, a nawet i bitwą. Uchyliła lekko usta, gdy dotarły do niej słowa dziewczyny.

    - Żabo co? – warknęła w jej kierunku, jakby na znak sprzeciwu kierując w nią palec wskazujący – Nie życzę sobie żebyś tak do mnie mówiła, szczególnie TY, ty prostaczko ze wsi, oszustko i materialistką.

    Aż ją ręce świerzbiły, by zebrać jeszcze więcej śniegu i wsmarować jej śnieg prosto w twarz, gdyby była twardsza i bardziej agresywna, za pewne rzuciłaby się na nią i zatopiła jej głowę w śnieżnej ścieżce. Bardzo rzadko się denerwowała, była często nie miła, może też po prostu zbyt szczera. Nigdy nie ukrywała przez nikim swoich myśli, ale rzadko się denerwowała, była wręcz oazą spokoju. Jednak ta dziewucha wyprowadzała ją z równowagi z każdym słowem, jakie wypadało z jej ust. Te wszystkie kłamstwa, oszustwa, udawanie niewinnej i zwalanie całej winy na biednego puchona – byleby mieć czysty tyłek.

    - Jak ci nie wstyd, okrutna vache (krowa), dwulicowy betterave (buraku). Umywasz ręce, mimo, że są dowody – Palec wycelowany w jej stronę opadał powoli wzdłuż jej tułowia. – Wypominasz mi okrucieństwo, a nie jesteś lepsza – uniosła wyżej brodę, zaznaczając swoją dumę i oburzenie – Jeżeli jesteś niewinna to choć do wielkiej Sali, konfrontacja z tym „niepoważnym puchonem” wśród tak wielkiej widowni – w końcu była pora obiadowa, prawie cała szkoła znajdowała się w tej chwili, właśnie tam.

    Amanda

    OdpowiedzUsuń
  24. [Cześć! :)
    Jasne, jeśli tylko masz ochotę, kontynuujmy :) Chyba że wolisz spróbować inną postacią (jeśli takową masz), albo obmyślić nowy wątek między Ellen i Teddym? x]

    Teddy Lupin

    OdpowiedzUsuń
  25. Lysander siedział we wnęce okna jednego z pięter Hogwartu i obserwował korytarz, który prowadził z dormitorium dzielnych wychowanków domu Godryka Gryffindora do tego tak ukochanego przez uczniów miejsca – Wielkiej Sali. Czekał na kogoś. A dokładnie tym kimś była Jemma Simmons. Dokładnie ta sama, której wskoczył do przedziału po tym jak pociąg ruszył z peronu dziewięć i trzy czwarte. Ich pierwsze podróż tą trasą i pierwsze spotkanie. Lysander rozdzielił się wtedy z Lorcanem, bo chciał przejść cały pociąg i dotrzeć do lokomotywy. Zapobiegliwy brat powiedział, że w takim razie przypilnuje mu miejsca. No, tak. Bliźniak stresował się tą podróżą, jednak przyzwyczajony do koczowniczego trybu życia, Lys niezbyt się tym przejmował. W byle jak narzuconej czarnej szacie biegł korytarzem, gdy wydawało mu się, że słyszy śmiech chochlika irlandzkiego. Uczepiły się go od wyprawy do Irlandii i nie chciały dać spokoju! Dlatego blondyn wskoczył do pustego przedziału i usiadł na miejscu. No, prawie pustego, bo przy oknie siedziała mała dziewczynka z torbą na kolanach. On ją zagadał i zaczął się śmiać z byle czego, a potem poczęstował zrobionymi własnoręcznie cukierkami. I tak to się zaczęło.
    Nic się nie zmienili. Lysander dalej miał blondwłosą czuprynę, w której bardzo często zamieszkiwały skrawki papieru i w ogóle wyglądał jakby nie spał, bo szamotał się z tajfunem. Albo po prostu kopnął go prąd. W Jemmie widział tę samą małą dziewczynkę z pierwszej podróży do Hogwartu tylko nieco mniej zlęknioną i nieśmiałą. Bardzo często upominała go, że nie może tak szaleć, bo doniesie na niego profesorom. I to nie przez złośliwość, a troskę o jego bezpieczeństwo. Scamander zawsze głośno się śmiał i dalej robił to, co wcześniej, nie przejmując się upomnieniami dziewczyny. Nie zawsze łamał zasady, jednak Simmons uparcie unikała wszystkiego, co powodowało choć skrawek ryzyka.
    Blondyn żuł dalej gumę balonową i poprawił gogle, które tkwiły na jego szyi jak jakaś cenna ozdoba. Jedną nogę podkurczył i oparł na parapecie, a druga luźno zwisała mu w powietrzu. Przy okazji Lysander machał nią sobie, zupełnie jakby znajdował się na dworze, a nie w szkole, której należał się szacunek. Już wyobrażał sobie jak Jemma krzyczy na niego oburzona Znowu, Lysandrze Scamander?! Znowu?! Zrobisz sobie krzywdę! Złaź natychmiast!. Patrząc w głąb, chłopak korytarza uśmiechnął się do siebie pod nosem na tę myśl.
    - Hej, ho. Ciągnąć razem, podnieśmy wysoko banderę. Dźwigajmy, złodzieje i żebracy, śmierć nigdy nie dotknie nas - zamruczał cicho pod nosem jedną z pirackich pieśni, których nasłuchał się w przeróżnych portach. Uwielbiał za to swoich rodziców – za te wszystkie podróże i możliwość poznania tylu kultur, których w rodzinie bez takowych zainteresować w życiu nie miałby szans doświadczyć. Teraz nie było inaczej, a państwo Scamander nie zawiedli swojego syna. Ferie zimowe spędzili z rodzicami, tropiąc nieznany wcześniej gatunek zwierzęcia w lasach Rosji. Lysander śpiewał jeszcze dobrą chwilę, wypatrując sylwetki na horyzoncie i dostrzegł kogoś biegnącego w jego kierunku dopiero po kilku minutach. Podskoczył delikatnie, uśmiechając się szeroko. Nie wiedział, jednak, że tym kimś nie jest jego długoletnia przyjaciółka.


    Lysander
    [Trolololo mam nadzieję, że nie zrąbałam czegoś xd]

    OdpowiedzUsuń
  26. [Hej, zastępco jest sprawa! Podrzucam sówkę na maila zaraz w pewnej nowej i nieznoszącej sprawie :D]

    Arsie

    OdpowiedzUsuń
  27. [Hm, hm. Powiem ci, że nawet jeśli, to nie mam żadnego konkretnego pomysłu i nie za bardzo wiem, jak by tu je spiknąć. Punktem zaczepienia mógłby być Klub Pojedynków, ale ja ogólnie w pomysłach jestem cienka. :<]

    Jemma Simmons

    OdpowiedzUsuń
  28. - Jeżeli chce Cię obrażać, będę to robić w jakikolwiek sposób, który mi się spodoba – wzruszyła ramionami widząc jej cyniczny uśmiech – A to co pojawi się w Twojej małej główce, to już twój problem. Możesz nawet myśleć, że jestem Twoją wielką fanką.
    Pokręciła rozbawiona głową, podobała jej się ta waleczność dziewczyny, może to winna tego, iż każdy wychowanek domu Salazara, lubił w jakimś tam stopniu otaczać się takimi ludźmi. Może. Jednak jak na razie złość, pulsująca jak wielki guz na czole, nie potrafiła minąć ani na chwilę. Śmierdziała przez pełne dwa dni, spała na tapczanie w pokoju wspólnym, a na zajęciach zajmowała miejsca w ławce kompletnie sama. Jednak była w dużym szoku, gdy dziewczyna zgodziła się iść z nią do Wielkiej Sali. Czerwona, ostrzegawcza lampka zapaliła się w jej głowie. Może ona jednak coś planuje, knuje paskudztwa za plecami blondynki, i to znowu ona wyjdzie na głupia, tępą i dodatkowo złośliwą istotę. Zdecydowanie za dużo tego „może”.
    - Ook – mruknęła niepewnie, wbijając w nią uważnie niebieskie spojrzenie. Miała świadomość, że dzięki mocy mogłaby z łatwością wyciągnąć prawdę z ust młodego Puchona. Jednak nie chciała tego robić, rzadko stosowała swój urok*, a przynajmniej nieumyślnie. Klęską byłoby tym bardziej, gdyby urokiem nie trafiła w odpowiednią osobę. Zamrugała parę razy powiekami, zresztą dlaczego o na w ogóle o tym myśli, przecież nie mogła postępować w ten sposób, ale czy na pewno nie mogła? Przecież nikt nie musi się o tym dowiedzieć. Ruszyła za nią w półbiegu, jednak teraz już zdecydowanie ostrożniej, by tym razem nie wylądować twarzą w śniegu.
    - kogo z chęcią powiadomię, że bezpodstawnie mnie oskarżasz - zacytowała dziewczynę, teatralnie unosząc głos – Czyżbyś dopiero z nieba spadła, przecież wszyscy Cię tu znają Ridley – zakpiła, przechodząc przez drzwi wejściowe zaraz za dziewczyną. Jakoś nie chciało jej się wierzyć, że ktokolwiek uwierzy brunetce. Połowa szkoły miała z nią chociaż jeden interes, doskonale zdawali sobie sprawę co ta dziewczyna potrafi załatwić, czyli dosłownie wszystko, nawet śmierdzący perfum. Zresztą nauczyciele też nie byli ślepi, dość sporo potrafi dostrzec, jednak za nic Mendy nie rozumiała dlaczego tak dużo uchodzi dziewczynie płazem.
    Weszła do wielkiej Sali od razu za Ellen, dość prędko i zwinnie ją wyminęła, i jak na zawołanie dostrzegła chłopaka siedzącego tam, gdzie ówcześnie go zostawiła – Sam! [dajmy na to xD] – zawołała w jego kierunku, chłopak na dźwięk jego głosu, aż podskoczył – Koleżanka – cynizm, czysty cynizm i ruch ręką w stronę Ellen – Uważa, iż mnie oszukałeś, a co gorsza bezpodstawnie ją oskarżasz.

    Amanda

    OdpowiedzUsuń
  29. [Zastanawiałam się czy nie dołączyć Jemmy do KZWP, ale wydaje mi się, że to nie dla niej, przynajmniej na razie! Ale dziękuję za zaproszenie! c:]

    Jemma Simmons

    OdpowiedzUsuń
  30. [Co do dormitorium i pokoju wspólnego to wiem jaka jest różnica, ale nawet nie zwróciłam uwagi, że napisałam to zamiast tamtego xD]

    Nie znał Ellen. Jedynie z tego, co słyszał i z widzenia. Dlatego lekko się zdziwił, gdy zawołała go po nazwisku. Podniósł głowę, jednak zamiast Jemmy zobaczył ową dziewoję i nie wiedział zbytnio jak zareagować. Siedział dalej, patrząc na nią zaciekawiony i zbity z tropu zarazem. Czego ona mogła od niego chcieć? Jeszcze wyglądała jakby goniła ją sama śmierć.
    - Witaj – rzucił tylko blondyn i dalej zajęty był wypatrywaniem przyjaciółki. Dlaczego czekał właśnie tu? Dobre pytanie. Może dlatego że znudziły go ciągle te same strategiczne miejsca i chciał zerwać z monotonnym działaniem? Każdy powód był dobry, ale tak naprawdę nie zależnie od tego ile byś myślał, ile głowił i załamywał ręce, nie zdołałbyś przeniknąć umysłu młodszego z bliźniaków Luny i Rolfa. Niektórzy nawet mówili, że widzieli go w kilku miejscach na raz i że posiada czasozmieniacz. Albo jest najsilniejszym młodym czarodziejem swojego pokolenia i pewnie niedługo opanuje świat. A ten niewinny wyraz twarzy to kamuflaż.
    Dziewczyna nie dała mu czasu na odpowiedź tylko wepchnęła chłopakowi jakieś kartki w dłonie i pobiegła do portretu, za którym zaraz zniknęła. Lyss wydął wargi, po czym przeniósł uwagę na dokumenty. Obejrzał je uważnie i w ten właśnie sposób zapomniał o spotkaniu z Jemmą. Nie robił tego specjalnie. Po prostu tak się działo… czasami… Hałas na schodach kazał mu spojrzeć w tamtą stronę i Scamander zobaczył woźnego i profesora od eliksirów biegnących w jego stronę.
    - Przebiegała tu Ellen Ridley? – zaczepiali każdego z tym samym pytaniem. Niektórzy wskazywali im drogę, inni kręcili głowami. Gdy woźny zobaczył siedzącego Lysandra, zmarszczył brwi i od razu skierował się w jego stronę. Nie żeby mieli na pieńku, ale wożny zdecydowanie nie przepadał za młodszym bliźniakiem, mając go za nieodpowiedzialnego chłopaka, który nie bierze nic na poważnie. Nie była to do końca prawda, a dzieciak zawsze miał szacunek do starszych. W sumie to do każdego bez względu na wiek. Widząc to, pokręcił głową, roztrzepując włosy, z których oczywiście musiały wypaść przynajmniej dwa skrawki papieru i ołówek zza ucha. Tak. Bo mało kto wiedział, że Lysander bazgrał przeróżne komiksy na wszystkim, na czym tylko mógł pociągnąć kreskę. Dlatego czasami w łazienkach na kabinach męskich toalet można było zobaczyć poruszające się rysunki z nowymi przygodami niezłomnego Kapitana Sówki, ratującego dla przykładu ucznia przed utonięciem w klozecie. Wszyscy znali te historyjki, ale nikt nie wiedział, kto jest ich autorem. Profesorowie musieli chodzić i rzucać zaklęcia znikające, bo zmazać tych bazgrołów się nie dało. Ołówek z czarnego bzu miał naprawdę wielką moc. Z jednej strony to nie było śmieszne, ale jak sobie pomyślisz, że Lord Voldemort dla innych Czarny Pan równie dobrze mógł rzucać zaklęcia kredką… Dla kogoś kto znał jego postać, dzięki rodzicom, którzy widzieli go praktycznie twarzą w twarz, było to dość komiczne. Chłopaczek złapał ołówek i zaczął rysować po pustej stronie kartek, które trzymał w dłoniach. Miał nadzieję, że to odwróci od nich uwagę dorosłych.
    - Widziałeś tu Ellen Ridley? – warknął mężczyzna, tykając swoim palcem w ramię blondyna.
    - Tak. Weszła do Pokoju Wspólnego – odparł, uśmiechając się szeroko. – Jest pan karateką? Uczy się pan karate? – spytał nagle ni z tego ni z owego i zaczął nawijać o książce, którą niedawno przeczytał. Woźnemu zrzedła mina i poszedł dalej, mamrocząc przekleństwa pod nosem. Zadowolony Zander bujał sobie nogą dalej, rysując kolejne przygody Kapitana.

    Lysander

    OdpowiedzUsuń
  31. [Ci, którzy oglądają, to wiedzą, ale jako ścigająca też raczej jakimś fejmem nie jest, więc część uczniów pewnie nawet jej nie kojarzy ;P A mówić nikomu nie mówi, grzecznie popyla na treningi, a potem udaje, że nie wie co to miotła :D (trochę przesadziłam, ale ogólnie stara się unikać tematu quidditcha przy rodzinie, nowych znajomych itp.)
    Dzięki za przywitanie, w razie chęci zapraszam na wątek ;)]

    Elizabeth

    OdpowiedzUsuń
  32. Wypadów do Hogsmeade nie dało się nie lubić. Pozwalały przynajmniej oderwać się myślami od zamku, nauki i pozwalały na przyjemne spędzenie weekednu. Co Langhorne wiedział odkąd pierwszy raz pojawił się tutaj? Najpewniej to, że w Hogsmeade również było wiele do odkrycia, czego przykładem byłaby Wrzeszcząca Chata. Grudniowy wcześniej spędzał swój czas z Duncanem i Quentinem, swoim najlepszym przyjacielem. Tak jak na swoim szóstym, a dla Arsa piątym roku coś spieprzyło się w relacjach z Tinem. Fakt, Brentwood dziwnie zachowywał się odkąd wrócił z wakacji. Unikał swoich znajomych. Znalazł się samotnik od siedmiu boleści i kiedy któregoś razu Arsellus wściekły ruszył za nim do Zakazanego Lasu, żeby się z nim rozmówić i po prostu obić mu mordę – zobaczył coś czego nie oczekiwał. W pełni jego przyjaciel zmienił się w wilkołaka. Na szczęście po ujawnieniu tego sekretu przyjaźń Arsa i Tina powróciła na odpowiednie tory. Konflikt, który narodził się między Grudniowym a Styczniowym to coś zupełnie innego. Tutaj żadnemu nie spieszyło się do wyjaśnień czy brania odpowiedzialności za słowa, które padły podczas największej kłótni jaka nawiedziła dom państwa Langhorne’ów w trakcie świąt. Teraz prawie bliźniacy mierzyli się pogardliwymi spojrzeniami i prychali sobie na powitanie. Dlatego od tamtej pory nie siedzieli w żadnym lokalu, gdzie podawano Ognistą czy Kremowe Piwo we trójkę.
    Na dworze śnieg sypał wprost w twarz idącym, osiadając nie tylko na płaszczach, ale i włosach. Grudniowy uwielbiał zimową porę, ale tym razem przeklinał sam siebie za pośpiech i rzucenie ciepłej czapki w kąt dormitorium. Teraz, by mu się przydała. Wiatr był zimny i szarpał za odzienie, pchając wszystkich w tył. Ars wraz z Tinem na tyle na ile pozwoliła im na to pogoda – czym prędzej wstąpili do Trzech Mioteł, gdzie zajęli jakiś wolny stolik. Niedługo potem dosiadł się do nich Natan Hutchel* i Rae Archer**. Trzech Ślizgonów i jedna Krukonka pochylało się nad drewnianym stolikiem, który przeżył wiele i lata świetności miał już dawno za sobą. Nie, żeby Ars lubił pogłoski, którymi żył Hogwart. Nie obchodziło go zbytnio to kto z kim był, a kto kogo z kim zdradzał, ale to co chciał im przekazać Hutchel z tym charakterystycznym błyskiem w oczach najwyraźniej było tego warte.
    – Znacie tego Ślizgona z ostatniego roku, który urządza wszystkim kawały w bazie Jęczącej Marty? – zaczął Natan z rosnącym uśmiechem. Wszyscy mu przytaknęli.
    – To Lucas Fowley***, mam rację? – wtrąciła szybko panienka Archer, która przechyliła głowę w bok, patrząc tym samym na Hutchela. Jej jasne włosy zsunęły się na prawe ramię. Ars wyraźnie zmrużył oczy na dźwięk nazwiska wspomnianego kretyna i uśmiechnął się nieco ironicznie półgębkiem.
    – Dokładnie – potwierdził szybko Ślizgon, wracając do swojej opowieści. – Pod koniec poprzedniego tygodnia ponoć grał z Ridley, tą od Gryfonów, co to ma lepkie łapki do brudniejszej roboty, w pokera i jak to Fowley oszukiwał na swoją korzyść. Sprawa się sypła i dostał w mordę przez co dzisiaj ma podbite oko. – Bardzo wyrozumiali zebrani prawie, że roześmiali się w tym samym momencie. Współczucie pełną gębą, a jakże. – Wiecie, że wszystkim tłumaczy na około, że oberwał miotłą od kolegi z drużyny. Nie wiadomo, która opcja jest prawdziwa. – dodał nieco ciszej Nathan, jakby chcąc wprowadzić napięcie.
    Nie musiał długo czekać na to, aż Arsellus Langhorne zainteresuje się całą sprawą. Wyprostował się w momencie, kiedy do opowieści wtrąciła coś Krukonka i spojrzenie Grudniowego napotkało osobę, o której opowiadano. Ridley była ponoć gryfońskim ziółkiem. Mało w niej tej sztucznej szlachetności, którą przypisuje się Czerwonym, ale Ars musiał się sam o tym przekonać na własnej skórze. Ironiczny uśmiech pojawił się w kącikach jego ust. W niezbyt długim czasie podszedł do baru, gdzie zamówił dwa piwa kremowe.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Gryfonka siedziała przy oknie. Sama. Tym lepiej dla Arsellusa, który postawił na kolejnym, okrągłym drewnianym stoliku dwa piwa kremowe. Nie, to nie była randka. Ars wiedział, że Ellen o ciemnych interesach może nie chcieć rozmawiać, ale jedno nie pozostawiało mu złudzeń – jeśli dobrze to rozegra to otrzyma odpowiednie informacje, których potrzebuje. A nuż, przyda mu się w zemście na tym tępaku…
      – Ponoć Fowley nosi prezent w postaci lima od ciebie. – powiedział spokojnym tonem Arsellus. Może zabrzmiał jako trochę znużony, ale o to mu właśnie chodziło. Spojrzał na nią uważnie, a ironiczny uśmiech przybrał wyraz bardziej prowokującego. – Jakoś nie chce mi się w to wierzyć. Za drobna jesteś, wyglądasz na grzeczną dziewczynkę, która z największą starannością dba o to, aby innym braciom i siostrom z Gryffindoru żyło się lepiej. Pewnie Lucas miał rację i dostał niefortunnie miotłą w oko. Zwykły wypadek na boisku, a nie walka o zakoszone pieniądze. – Ślizgon wzruszył ramionami, wciąż się jej przyglądając.


      [Dorzuciłam Ellen do powiązań, jakby co :D]


      * i ** – tych jegomościów dodam do wolnych, więc możemy ich sobie do woli wykorzystywać, bo będą sobie teraz w KZWP, a tak będą do przejęcia. + tego *** co dostał od Ellen wciry to możesz dodać sama ja mu tylko nadaję tymczasowe imię i nazwisko c;


      Arsellus Langhorne

      Usuń
  33. [Podrzucę Ci linki do całego zdjęcia – różnica będzie tylko w jakości i wysokości :D Jeden lub dwa.
    Teraz to i ja rozpisuję dwie postacie, a jak skończę to zabiorę się za odpis c:]

    A.

    OdpowiedzUsuń
  34. Nie ma co ukrywać – Langhorne niezbyt orientował się w zasadach, które wyznaczały mugolskie gry. Przez filozofię czystości krwi trzymał się od tego i innych dziwnych wynalazków mugoli z daleka. Tego co nie znał to i pewnie nie potrzebował, a co za tym idzie było mu lżej. Wiedział co prawda jak oszukuje się na grach ze świata czarów, ale nie ciągnęło go nigdy do hazardu. I całe szczęście, bo gdyby przyszło im współpracować w takich warunkach to nieszczęśnicy z KZWP za daleko, by nie zaszli, musząc męczyć się z wyzwiskami i wyzwaniami, a tak przynajmniej będą mieli swoje własne „prywatne sektory”.
    Ars miał wrażenie, że Fowley, ten sam, który był rezerwowym w drużynie Quidditcha, a którego w jego prywatnej opinii powinni już dawno wykopać – ma o wiele więcej za uszami niż pozornie przed wszystkimi to pokazywał. Nie chodziło o to, że Grudniowy nie załapał się na pozycję szukającego. Doszukiwał się winy Lucasa Fowleya zupełnie gdzieś indziej… Opowieść Hutchela miała teraz większy sens.
    Ależ Ars doskonale wiedział, że Ellen nie ma ochoty spędzać z nim swojego wolnego czasu. Zresztą jego akcja przyciągnęła niewygodne spojrzenia, a po wygodniej samotności i nie wadzeniu nikomu nie pozostało już ani śladu. Langhorne bywał przebiegły niczym wąż w herbie, który nosił dumnie na piersi. Pierwsze koty za płoty. Grudniowy dopiero się rozkręcał. Nie przepadał za słodyczami, ale kremowego piwa nie zwykł odmawiać i chyba większość uczniów zebranych w lokalu mogła uznać to za zwykłą pogawędkę. Szczerze powiedziawszy na to właśnie liczył, choć znał niektórych na tyle dobrze, żeby postawić piętnaście galeonów na to, że domysły pójdą w ruch, zmieniając się z latające po całej szkole plotki niczym wyjsce od rozwścieczonych rodziców.
    Roześmiał się krótko, a uśmieszek nadal pozostał ten sam.
    – Masz rację, Fowley sam je bierze – odpowiedział z rozbawieniem na jej słowa. Już widział tego cwaniaczka, który swoimi filozofiami potrafił wyprowadzić nawet najbardziej cierpliwego czarodzieja pod słońcem. Lucas Fowley od nadmiernej pewności siebie miał zbyt mocno rozdmuchane ego, a ten kto zadziera z Arsellusem nie może liczyć na spokojny los, a już szczególnie w tym samym Domu. – Żal? – powtórzył, unosząc jedną brew. To wystarczyło, by Ars uśmiechnął się znacznie szerzej. – Jego czy straconych pieniędzy? Wiesz, nie wyglądasz, jakby było ci go żal. – stwierdził Ślizgon, upijając łyk kremowego piwa i następnie wzruszając ramionami. Przyjrzał się bursztynowemu płynowi, by ponownie przenieść swoje spojrzenie na dziewczynę. Pochylił się bardziej nad stolikiem, tak jakby chciał, aby wszyscy którzy nastawiają teraz uszu byli wyciągnięci na jeszcze większą próbę przez własną nadmierną ciekawość. – Nie jesteś takim aniołkiem. Na pewno nie.
    Nie, nie lubił Fowleya. W zasadzie Arsellus tym pseudo-wężem po prostu wyjątkowo nie znosił i nie tolerował. Już nie raz ręka zatrzymywała mu się na różdżce z czarnego bzu, ale ostatecznie powstrzymywał się, by nie wywoływać jakiejś rozróby. Lucas nie zasługiwał na to, aby nosić herb Slytherinu. W opinii Arsa, oczywiście. Okradanie nie tylko swoich kolegów ze wspólnego Domu, ale i wszystkich innych było czymś co nie mogło umknąć nawet najbardziej zaślepionemu czarodziejowi w Hogwarcie.
    – Nie interesuje mnie jaki miałaś udział w tej sytuacji, bo pewnie po tym wszystkim obydwoje macie brudne palce. Mogę ci jednak zaproponować coś co Fowleya raz na zawsze nauczy tego, aby trzymał swoje zbyt długie łapy jak najbliżej siebie. – Arsellus przez cały czas wpatrywał się w blat drewnianego stołu. Podniósł spojrzenie na dziewczynę tylko na moment, ale nie mówił wcale głośniej. Im mniej wiedzą, tym lepiej śpią.


    [A jednak przed wolnymi postaciami :D]


    Ars

    OdpowiedzUsuń
  35. [Ellen ma pazurek, więc jestem pewna, że mogłoby coś z tego być! Tylko ja i mój mózg chyba się nie lubimy, bo ten mały gnojek ma problemy z wymyślaniem wątków. Może Ty byś coś miała? :3
    No i oczywiście dziękuję za powitanie! To zaskakujące i ogromnie miłe, że autorzy pamiętają Bellamy'ego, nawet jeśli z nim nie wątkowali.:3]

    Sangster Bellamy

    OdpowiedzUsuń
  36. James uniósł brwi, coraz bardziej rozbawiony tym, że tak ją rozzłościł. Czyżby aż tak zależało jej na randce z tym tutaj chłoptasiem? Wyglądała na wściekłą i spanikowaną zarazem. Coś więc tutaj nie grało. Ellen nie była typem dziewczyny, dla której najważniejszą rzeczą na świecie są randki i chłopcy. Z tego, co wiedział, ona była raczej... materialistką. Lubiła zakłady i nielegalne zdobywanie pieniędzy.
    - Oj, Ellen, nie wkurzaj się - uśmiechnął się do niej ironicznie. - Twój kolega chyba nie ma nic przeciwko, bym sobie tutaj posiedział, prawda?
    Zerknął na chłopaka, a ten odchrząknął z zakłopotaniem i wypił duszkiem resztę swojego piwa kremowego.
    - Chyba już pójdę.
    - Nie musisz, stary. Zmieścimy się. - James poklepał miejsce obok siebie, gdy ten wstał.
    Wbrew pozorom, to wcale nie było tak, że James chciał wkurzyć Ellen za wszelką cenę. W gruncie rzeczy nie podszedłby do niej, gdyby nie zobaczył jej z tym chłopakiem. Zwiałby z tego przeklętego baru szybciej, niż którykolwiek z jego znajomych zdążyłby zamówić piwo kremowe. Ale z jakiegoś powodu widok Ridley z jakimś innym chłopakiem strasznie go wkurzył. Nawet jeśli teraz nie był już tak pewien, czy byli oni na randce. Ellen była zbyt wkurzona, by chodziło tylko o randkę. Najwyraźniej rozchodziło się o pieniądze.

    James

    OdpowiedzUsuń
  37. [Chodź na wątek! :D
    Z reguły nie prowadzę z jednym autorem dwóch wątków, ale mogę zrobić dla ciebie wyjątek :3]

    Kai

    OdpowiedzUsuń
  38. — Widziałem... Nas — powiedział cicho, jakby z niedowierzaniem, patrząc przed siebie. Czuł się jeszcze niezbyt pewnie, zapewne nie oprzytomniał jeszcze do końca po tej krótkiej, dziwnej wizji, toteż stawiał małe kroki, choć już puścił rękę dziewczyny.
    Stratford nie lubił swoich wizji, nie rozumiał też ich zbyt dobrze, ale też nigdy nie zdarzyło się, by tak klarownie widział w nich swoją osobę — zazwyczaj jego przepowiednie dotyczyły ludzi, których po prostu nie znał, więc się nimi nie przejmował. Tym razem było inaczej.
    — Kłóciliśmy się o coś strasznie, ale nie mam pojęcia, o co chodziło. Było ciemno, ale nie zimno, jakby późną wiosną. I staliśmy na jakimś dziedzińcu, chyba transmutacji, bo kojarzę tę cholerną fontannę — wymruczał. Ruszył już w stronę wyjścia z trybun.
    Właśnie w tym momencie Ridley została delikatnie trącona ramieniem przez wychodzącą Katie. I rzeczywiście, nie wyglądało to, jakby ją atakowała, tylko bardziej dawała znak. Alexander pokręcił głową z rozbawieniem, zastanawiając się, czy można być jeszcze bardziej oczywistym, niż ta osobliwa Gryfonka. Z drugiej strony ucieszył się, że ją wtedy wystawił. Może nie zrobił tego w dobrym stylu, ale zapewne uniknął kolejnych miesięcy istnej udręki.
    — Ridley, to nieważne, zostawmy to na później. W końcu to na pewno nie może dotyczyć tej sprawy, bo wydarzy się to za jakieś trzy miesiące... Właściwie kto powiedział, że musi? Nie musi. — Uniósł lekko brwi, dołączając już do grupy kumpli z domu. — Do zobaczenia w Pokoju Wspólnym!

    [A co się stało z poprzednim zdjęciem? Było urocze! :D]

    OdpowiedzUsuń
  39. Imprezy Gryfonów z okazji wygranej meczu były w Hogwarcie znane od wieków, bo ich druzyna zazwyczaj przodowała, jeśli chodziło właśnie o rozrywki Quidditcha — wychowankowie innych domów mogli sobie marudzić, że ich gra po prostu nie bawi, ale mogli zaprzeczyć temu cudownemu faktu, że Gryffindor raził sobie całkiem nieźle, jeśli nie wspaniale. Spotkania w Pokoju Wspólnym uczniów trwały do białego rana, a przemycone chyłkiem butelki z kremowym piwem na tę specjalną okazję pozamieniano w kubki z parującą herbatą, by przypadkiem nie dać nauczycielom powodów do zmartwień. I szlabanów.
    Alexander spierał się o coś ze swoim kumplem, siedząc na dużej kanapie, kiedy dostrzegł blondynkę stojącą naprzeciwko, w rogu pokoju. Wpatrywała się w niego z nienawistnym spojrzeniem i kolejny raz dała popis swojej śmiesznej złości, kiedy obok Stratforda pojawiła się Ellen, bo przewracając oczami, wychyliła całkiem sporą część swojej herbaty.
    — Zdrowie — mruknął chłopak z uśmiechem, stukając delikatnie swoim kubkiem o naczynie, które w swoich rękach trzymała Ridley, po czym upił łyka piwa. Nachylił się kolejny raz w jej stronę, upewniwszy się, że Katie wszystko widzi, a był tak blisko, że gdy mówił, niemal muskał ustami szyję dziewczyny. — Jak tam wynik dzisiejszego meczu? Ślizgoni* dali popis, szastając pieniędzmi?

    *Zabij mnie, ja znowu nie wiem, z kim tam grali XD

    OdpowiedzUsuń
  40. Prychnęło głośno słysząc zdanie, na temat użerania się z jej osobą. Jedyne co sobie obiecywała po tej dość wyczerpującej nauczce, to fakt, iż już nigdy nie wypróbuje żadnych prezentów, które ktokolwiek jej podrzuci. Jeden mały flakonik różowych perfum, a problemów co nie miara. Westchnęła ciężko, widząc jak zdenerwowany chłopak ledwo układa zdanie, nerwowo zerknęła na brunetkę, która wbijała w chłopaka nienawistne spojrzenie. Ej chwila, jeżeli była taka niewinna, to po co te nerwy, bo co to nieme zastraszanie. Uśmiechnęła się krzywo, jakby dopiero co przestała żuć gorzką cytrynę. Mina jeszcze bardziej jej zrzedła, gdy chłopak na sto procent uniewinnił stojącą obok dziewczynę, a gdy poczuła niby to przyjacielskie klepanie po ramieniu, aż się zatrząsnęła z goryczy.

    - Po pierwsze weź te ręce – zaczęła spokojnie, jakby nigdy nic skupiła wzrok na chłopaku i podparła się rękami o drewniany stół. Ich spojrzenia się spotkały, a Montgomery uśmiechnęła się delikatnie – Jesteś w stu procentach pewny tego co mówisz? – zatrzebiotała głupiutko. Uśmiech nie znikał z jej ust, ale umysł pracował na najwyższych obrotach. Śmiało Sam, przecież mówienie prawdy nie zrobi Ci krzywdy, otwórz się i nie kłam słodziaku.

    Zaskoczony chłopak zamrugał parę razy powiekami, błogi uśmiech pojawił się na jego wąskich ustach, a źrenice powiększyły się znacznie. O dziwo trafiła dobrze i przede wszystkim w odpowiednią osobę, przez chwilę nawet czuła w pewnym sensie dumę z uroku, który właśnie rzuciła.

    - To jeżeli sprawdzałeś zawartość i zapach flakonika – jej miły wręcz przesłodzony ton, mógłby być w tym momencie wręcz odrzucający, ale nie dla Puchona. On z zachwytem wyłapywał każde słowo dziewczyny, wlepiając w nią rozmarzone ślepia – To jaki ta buteleczka miała kolor? – wiedziała, że to pytanie było wręcz idealne, przecież na pewno go nie wąchał, ale była pewna, iż jeżeli faktycznie go sprawdzał zapamiętałby kolor flakoniku. Puchon zmarszczył lekko brwi, głośno złapał powietrze do ust i wypuszczając je z podobnym świstem.

    - Chyba niebieski – mruknął Sam, choć mimo wszystko w jego głosie pobrzmiewała pewna niepewność – Albo srebrny – wymienił jeszcze parę kolorów, ani razu nie wpadając na kolor różowy. Dziewczyna zerwała kontakt wzrokowy, kierując zdumione spojrzenie w kierunku Ridley. Wiedziała doskonale, iż działanie Amandy jej się wcale nie spodoba, ale nie szczególnie ją teraz to obchodziło.

    - Widzę, iż przy wyborze perfum dałaś mu całą gamę kolorów i zapachów – rzuciła w jej stronę, tyle jej wystarczyło, nie potrzebowała żywego dowodu lub Tak jestem winna z ust Elleny. Jej dziwna, nic nie opisująca mina, ale też gdzieś w głębi ukrywająca się złość mówiła wszystko, czego Amanda w tym momencie potrzebowała.

    Amanda

    OdpowiedzUsuń
  41. Siedział na kanapie w Pokoju Wspólnym Gryfonów z wbitym wzrokiem w szybę. Błąkał oczyma gdzieś po błoniach, jednak był tak nieobecny, że nie rejestrował nic. Ręką podpierał głowę, a nogi miał zgięte w kolanach. Oddychał powoli, choć stres tak go zżerał, że nie miał zielonego pojęcia, co ze sobą zrobić. Udawanie, że coś go interesuje w tym wypadku było chyba najlepsze.
    Westchnął przeciągle, czekając aż Pokój Wspólny opustoszeje. Wiedział, że wtedy Ellen zostanie i nikt poza nimi nie będzie słyszał ich rozmowy.
    Im mniej osób zostawało, tym stres Bane'a się pogłębiał. Czuł, że to, co chce właśnie zrobić jest jednym z najgłupszych pomysłów, ale nie miał innego pomysłu. Żadna inna opcja nie przychodziła mu do głowy, a wiadome było, że Ellen jest w stanie mu pomóc. Czy to zrobi? Tego już nie mógł wiedzieć.
    Kiedy wybiła północ, zostali sami w Pokoju Wspólnym. Zrzucił nogi z kanapy i wstał. Przeciągle otrzepał szatę, jakby była naprawdę ubrudzona. Chciał kupić sobie więcej czasu, z nadzieją, że dziewczyna odejdzie.
    Podszedł do niej wolnym krokiem, zaciskając dłonie w pięści.
    - Ellen - powiedział pewnym głosem, choć na dobrą sprawę miał ochotę uciec gdzie pieprz rośnie. Zamknął oczy, by po kilku sekundach je otworzyć. Oddychał powoli, choć jego serce szalało. - Musimy porozmawiać.

    [Wybacz, że tak późno - nie miałam czasu na nic, kompletnie.]

    Bane

    OdpowiedzUsuń
  42. James zorientował się jak bardzo ją wkurzył, dopiero gdy siłą wyciągnęła go z baru na świeże powietrze. Nawet nie podejrzewał, że Ridley aż tak się wścieknie. Owszem, wiedział, że nie będzie wniebowzięta jego zachowaniem, ale chyba przekroczył właśnie pewną granicę, i teraz musiał się jakoś wytłumaczyć. Ellen nie wyglądała, jakby miała zamiar mu odpuścić. W jej oczach błyszczała wściekłość, i James miał dziwne wrażenie, że może od niej tego wieczoru oberwać.
    - Cóż, na początek może trochę się uspokój - odezwał się, starając się nie zwracać uwagi na to, że jej pięść może zaraz wylądować na jego twarzy.
    Nie to, żeby się jej bał, ale był na sto procent pewien, że by jej nie oddał, a oberwać od dziewczyny... Cóż, to odrobinę kompromitujące.
    - Czyżbym wkroczył w sam środek planowania jakieś nielegalnej akcji, po której miałaś się niebywale wzbogacić? - uniósł brwi, zbliżając się do niej o krok. - Bo chyba nie jesteś tak wściekła z powodu jakiejś... randki?
    Gdyby James Potter kiedykolwiek miał chociażby odrobinę instynktu samozachowawczego, uniknąłby wielu kłopotów. Nie straciłby niezliczonej ilości godzin na szlabanach, i może dorośli przestaliby wreszcie kręcić z rozczarowaniem głową na jego widok. Ale - niestety - James rzadko kiedy cofał się przed wyraźnie zaznaczonymi granicami. W tej obecnej sytuacji granica była wielką, grubą, czerwoną kreską, która mówiła mu, żeby przestał się drażnić z Ellen w tym momencie. W zasadzie, krzyczała do niego, że to się nie może dobrze skończyć.
    On jednak postanowił ją przekroczyć, bo czymże jest życie bez odrobiny ryzyka?

    James

    OdpowiedzUsuń
  43. [Oj doskonale zdaję sobie sprawę jak to jest :) Dziękuję bardzo za miłe słowa! Jeżeli masz jeszcze trochę wolnego miejsca, to z chęcią skorzystam! :)]

    OdpowiedzUsuń
  44. [Ahoj, mnie się podoba, więc chętnie się w taki wątek wkopie :) Tylko czym miałoby być to "coś"? Będzie mi prościej pisać z jakąkolwiek nazwą "tej" rzeczy :D Mam zacząć, czy Ty? :)]

    Vladimir Karkarow

    OdpowiedzUsuń
  45. [Dobrze, zbiorę się i zacznę pewnie maksymalnie za chwilę, albo jutro :)]

    Vladimir Karkarow

    OdpowiedzUsuń
  46. Alexander jeszcze raz rzucił okiem na stojącą w kącie pokoju blondynkę — właśnie rozmawiała z zawodnikiem drużyny Lwów, kompletnie przejęta, choć co kilka sekund zezowała w stronę kanapy, najprawdopodobniej po to, by ich sprawdzić. Ktoś, kto nie miał pojęcia o całej sytuacji, pewnie nie domyśliłby się, jakie Katie ma intencje, bo wyglądała po prostu na zawiedzioną i zranioną byłą dziewczynę. Oczywiście, którą nawet nie była.
    — Jaki masz plan? — zapytał, odwracając się w kierunku Ellen.
    Dopiero teraz zorientował się, jaką ładną twarz miała brunetka siedząca naprzeciwko. Okrągłe, duże oczy o kasztanowej barwie, a w dodatku okolone wachlarzem długich, czarnych rzęs. Kilka jasnych piegów na małym, kształtnym i dumnie zadartym nosie. Pełne usta, zazwyczaj ściągnięte w wąską linię, a teraz rozciągnięte w wesołym uśmiechu.
    Prawdopodobnie przez to, że Alexandrowi Ridley kojarzyła się z niewielkim zagrożeniem, albo przez to, że odrobinę nawet jej się czasem obawiał, nigdy nie zamieniał z nią więcej niż kilku słów w trakcie zajęć. Tym samym nie miał nawet okazji, by na nią spojrzeć dokładnie.
    — Hm, to jaki ten plan? — dodał po chwili. Nie miał pojęcia, czy dziewczyna cokolwiek mówiła w momencie, gdy odpłynął myślami, toteż uśmiechnął się do niej przymilnie. Upił łyka piwa.

    OdpowiedzUsuń
  47. [Jak nie idą damsko-damskie to nie będziemy się męczyć, bo mi również słabiej idą :) Miłego wątkowania!]

    OdpowiedzUsuń
  48. Karkarow zdążył już wypytać wszystkich znajomych o dojścia do świata mugoli. Owszem, znaleźli się tacy, którzy wciąż handlowali mugolskimi przedmiotami, rozstawiając się od czasu do czasu w centrum Hogsmeade, ale żaden z nich nie posiadał tego, czego profesor poszukiwał. I nie mógł zaprzeczyć, że to rzeczywiście dobry biznes by tak rozłożyć klamoty i sprzedawać je w kosmicznych cenach - można było dobrze zarobić. Tak czy siak, nie znalazł nikogo, kto miałby w posiadaniu tabakę. Po za zdaniem typu nic nie mam, albo Za stary jestem na prochy, nie usłyszał nic co mogłoby go zadowolić. Ale skoro naprawdę tutejsi handlarze byli za starzy, to może trzeba uderzyć do kogoś młodego?
    Przypomniawszy sobie o ostatnich doniesieniach, które doszły jego uszu, w głowie zaiskrzyła mu lampeczka. Panienka Ridley prawdopodobnie mogła by coś takiego dla niego sprowadzić, tylko pytanie brzmi, jak to wszystko zorganizować? Bo znając życie, Ellen nie będzie chciała współpracować, biorąc pod uwagę, że Vlado jest tutejszym nauczycielem. Nawet, gdyby poszedł do niej prywatnie, ubrany w dresy, tak czy siak mogłaby wyprzeć się całej tej działalności. On sam nie miał też pewności, że była to prawda - zauważył, że hogwarckie plotki momentami były nierealną bajką.
    Zastanowiwszy się chwilę postanowił, że spróbuje skontaktować się z nią pisemnie, jednakże nie podpisując się prawdziwymi danymi - to już na samym wejściu spaliłoby jego pozycję. Poszedłszy do zgromadzenia ptaków, czyli na Sowią Pocztę, zabrał kawałek pergaminu z piórem i zaczął obierać myśli w słowa:

    Cześć Ridley,

    Mam sprawę. Wiem, że dłuższy czas zajmujesz się sprowadzaniem do Hogwartu legalnych i nielegalnych rzeczy, a ja jestem właśnie jednym z klientów, który chętnie skorzysta z Twej usługi. Potrzebuję tabakę, dokładnie nie więcej niż trzydzieści gram. Czekam na odpowiedź - nie zawiedź mnie Ridley.

    Biały wilk


    Przywiązawszy wiadomość do odpowiedniej sowy, skierował ją w prost do wieży Gryfonów. Zdawało się to dziwne, ale przez chwilę poczuł się jak za dawnych czasów, kiedy trzeba było ukrywać wiele rzeczy, by nie wpaść jak śliwka kompot i nie wplątać się w kłopoty. Nauczyciele zawsze krzywo patrzyli na potajemne przemyty czegokolwiek.

    [Jeny, tabaka... Ale pomysł haha :D Ale nic innego nie przyszło mi do łba, więc jak chcesz, to zmień po swojemu :D]

    Vladimir Karkarow

    OdpowiedzUsuń
  49. [Hej! Aż jestem strasznie ciekawa co chodzi ci po głowie, skoro nie da się tego zawrzeć krótko w komentarzu. No nic! Za chwilkę się odezwę na mejlu i zamienię w “słuch”. (:]

    Gwendolyn

    OdpowiedzUsuń
  50. Szarpnięcie za ramię budzi ją. Na pewno nie jest pierwsze, bo chwilę później Gwendolyn czuje je ponownie. To jasny sygnał na to, że nie ma co liczyć na dłuższy romans z mięciutką poduszką i ciepłym łóżkiem. W zaspanym jeszcze umyśle Gwen wybija się jedna jedyna trzeźwa jak na ten moment myśl — weekend. Tak. Był weekend. Inaczej Tiffany nie byłaby dla niej taka łagodna. Przeszłaby od razu do drastycznych środków, których Gwenie bardzo, ale to bardzo nie lubi. Ściągnięcie jednym, mocnym szarpnięciem pościeli na ziemię i bezduszne pozwolenie na to, aby ciepełko uciekło. Najgorszym zagraniem Tiffany była jednak ciężka przeprawa mająca na celu zwalenie panny Reynolds z łóżka. Nie jest to łatwe. To grozi śmiercią, od której Tiff zawsze ratuje się ucieczką, chociaż wściekła tak brutalną pobudką Gwenie wygraża jej, machając ręką zaciśniętą w pięść. Nie wyraża się tak jak na młodą damę przystało. Na szczęście chmurka irytacji i porannej złości znika między każdym kolejnym kęsem śniadania.
    — Odczep się — burczy z niezadowoleniem Gwen, nie zamierzając się w ogóle ruszać z miejsca. Tiffany okazuje się głucha na wypowiedź swojej koleżanki z dormitorium, bo chwilę później wskakuje na łóżko. Panna Reynolds już wie, że nie skończy się to zbyt przyjemnie. Nie myli się, kiedy koleżanka usadawia się kolanami na jej plecach i robi na jej głowie gniazdo dla niedobitych tej felernej zimy ptaków. — Tiffany jesteś nienormalna!? — warczy Gwendolyn, podnosząc się i dokonując swojej zemsty, nim dziewczyna zdąży uciec przed obliczem sprawiedliwości.
    Tiffany patrzy na nią ze zmrużonymi oczami i broni się jak może.
    — Nie marudź, Gwen. Chciałaś, żeby obudzić cię wcześniej, pamiętasz? Koniecznie chciałaś kogoś złapać… i coś wyjaśnić... przestań! — I przestaje, jakby zmrożona. Tiff ma rację. Prosiła ją o to przed snem. Miała porachunki do wyrównania z Ellen. Na samą myśl o tym co porobiło się z ich znajomością czuje się skołowana. Ostatecznie zaprzestaje wymierzania sprawiedliwości. Zostawia to na kiedy indziej, gdy w międzyczasie szybko przebiera się w jasnoróżowy sweter i gdzieniegdzie poprzecierane jeansy.
    — Połamania nóg — rzuca Tiffany, uśmiechając się. Poprawia swoje ubranie. Niech cieszy się póki może…
    — Oby nie — odpowiada na odchodnym Gwenie.

    Spiralne schody pokonuje z zawrotną szybkością, zmierzając do Wielkiej Sali. Gwen liczy na to, że śniadanie nadal trwa — w innym razie będzie z niej kiepska rozmówczyni. Wita się po drodze z Grubą Damą, która jest dzisiaj w paskudnym humorze, bo w odpowiedzi strzela grymas urażonej królewny i przy krzyżowaniu ramion — prycha.
    Po przebyciu tej jakże morderczej drogi w narzuconym sobie tempie chyba pobiła swój własny rekord, gdy nikomu nie uda się jej w porę dobudzić i niesiona jest przez pragnienie zachowania własnej twarzy. Tuż przed Wielką Salą zatrzymuje się. Bierze głęboki oddech, aby uspokoić organizm. Wchodzi do ogromnego pomieszczenia. Śniadanie w tą sobotni czas dobiega powoli końca. Po drodze chwyta za jedynego ocalałego tosta i zjada go szybciutko po drodze, nim dotrze na koniec sali. Na początku stolika Gryfonów siedzi grupka graczy. Nie jej sprawa — tak sobie to wyjaśnia.
    Odchrząka, aby zebrani zwrócili na nią swoją uwagę. Wbija świdrujące spojrzenie tylko w jedną osobę. — Ellen, czy możemy porozmawiać w cztery oczy? — pyta pewnie Gwendolyn, krzyżując ramiona, jakby brała wzór z Grubej Damy.

    Gwendolyn

    OdpowiedzUsuń
  51. Dla Gwen świadomość tego, że Ellen aż tak skrajnie zdemoralizowana nie jest i nie przypuściłaby ataku na współlokatorki powinno być pewną nadzieją na to, że uda się jej przeciągnąć ją na stronę dla tych “dobrych”.
    Na początku miała wyrzuty sumienia, ale z każdą porcją plotek, które zaserwowano jej od znajomych Krukonów, tych od przechodzących grupek Ślizgonów, napomkniętych przez serdecznych Puchonów i Gryfonów, z którymi się identyfikuje, jej poczucie winy rosło w sile. Kiedy Ellen za każdym razem przy próbie rozmowy szybko ucinała temat albo stale ją ignorowała przestała robić sobie nadzieje na to, że coś z tego będzie. Powinna dać sobie spokój, co? Coś w środku Gwen nie pozwalało na to, aby sobie odpuściła i spisała ich znajomość na straty. Czasem chciała. Zwykle wtedy, kiedy zauważała jak wiele się w jej przyjaciółce przez ten rok zmieniło. Gryfonka miała Gwendolyn za złe to, że ta wyjechała. Do dzisiaj Gwen ma o to wyrzuty sumienia. Nie pożegnały się należycie, a i sama wie, że nie zrobiła wystarczająco, aby zostać. Nie zdążyła zaprosić byłej przyjaciółki do siebie, do nowego domu w Tokyo na te głupie wakacje, tylko dlatego, że Ellen już nie zawracała sobie głowy odpowiedziami na jej listy. Gwen liczyła wtedy na to, że Olly zabłądził albo co…
    Tym razem ryzyko tego, że Ellen ją oleje było duże. Tym razem nie zamierzała odpuścić. Tym razem chodziło o jakichś głupi żart, a tego… tego Gwendolyn nie mogła znieść. Ignorowanie uznaje za karę i przywykła. Ucinanie rozmowy także rozumiała i stara się zawsze zachowywać spokój. Nigdy nie zniszczyła niczego Ellen i tego tolerować nie może.
    — Powinnaś się cieszyć, bo nie będę zawracać ci głowy odnowieniem znajomości czy szczerej rozmowy. Zawsze się od tego migasz. — Jeśli chce to nawet i ona potrafi zagrać Ellen na nerwach. — Tym razem złośliwy żart ci się udał. Cała moja torba i książka od eliksirów są zalane atramentem. Gratuluję, Ellen, naprawdę. — Gwen mruży oczy z niekrytym w żadnym stopniu niezadowoleniem z takiej sytuacji. Niezwykle niekorzystnej. Zaciska jasne wargi w cienką linię. — Chyba się domyślasz, że oczekuję zwrotu pieniędzy za uszkodzone rzeczy. — dodaje poważniej i robi przy tym minę z serii nieugiętych.
    W jej osobistej opinii nie było nikogo kto mógłby jej wywalić taki złośliwy żart. Ellen nadal miała jej za złe. Prezentowała się teraz jak surowa pani biznesmen czy matka, która oczekuje zadośćuczynienia, ale gdzieś w środku obrót ich znajomości ciążył jej. BARDZO. Gwen męczy się z tym godnie i wydaje jej się, że w pewnym sensie, a może i bardziej — Ellen także.

    Gwendolyn

    OdpowiedzUsuń
  52. [ O! No właśnie. Jak weszłam teraz w kartę Artura to zobaczyłam, że zaczęłam wątek z Amelią wiec zaczęłam szukać postaci, a tu lipa. Jasne, że jestem chętna. Co więcej, myślę, że z Ellen są w stanie nawiązać wspólny język. Jednakże, jestem strasznie chora i po dwóch egzaminach więc nie mam bardziej precyzyjnego pomysłu na powiązanie. Jeśli Ty coś masz, śmiało pisz. Ewentualnie jutro mogę nad czym pomyśleć, naiwnie licząc, że mi się poprawi :D ]

    Arthur

    OdpowiedzUsuń
  53. [Nie chciałam, żeby Scorpius był taki jak wszyscy, którzy zostali wykreowani. Stąd jego niestereotypowość. :3 Jeśli wolisz wątkować ze Scorpiusem zamiast Bellamy'ego - jasna sprawa. Z chęcią na to pójdę. :)]

    Scorpius/Bellamy

    OdpowiedzUsuń
  54. [Matthew jest bardzo przystojny, ale przywiązałam się do Logana, także wybacz, ale zostanę przy Lermanku :D Ale dzięki za sugestię <3
    Mam dla Ciebie propozycję. Jako że nie udało nam się z tą akcją świąteczną, którą razem miałyśmy pisać, możemy spróbować z akcją walentynkową :) Nie wiem, czy dobrze zrozumiałam, że można pisać w parach, ale jeśli tak, to dla nas idealnie. W sumie tematyka walentynkowa jest świetna dla Jamesa i Ellen :D Wchodzisz w to?
    Niedługo Ci podeślę odpis <3]
    James

    OdpowiedzUsuń
  55. Był tak bardzo pewien właśnie tego typu odpowiedzi, że od razu po tym kiedy wysłał list, nawet nie myślał o jakimkolwiek załatwieniu sobie tabaki od uczennicy. Oczywistym było, że Ellen nie napisze mu tak, już wysyłam!, a on będzie szczęśliwy - o pewne rzeczy w życiu trzeba było powalczyć. Szczególnie, kiedy wiek przekraczał granice wieku handlarza.
    Uśmiechnąwszy się na jej odpowiedź postanowił, że wybierze się na to spotkanie, które najprawdopodobniej nieco ją zaskoczy. W pewnym sensie pozwolił sobie na zidentyfikowanie własnej osoby poprzez podpis, który świadczył o jego czworonożnej postaci. Nie wszyscy o tym wiedzieli, ale pewne osoby ze szkoły miały okazję widzieć go w skórze wilka na własne oczy - jak wiadomo, plotki roznoszą się w Hogwarcie z prędkością światła, stąd nie zdziwiłby się gdyby Ellen zwróciła na to uwagę.
    Do dwudziestej było jeszcze troszeczkę czasu, w związku z tym Karkarow wrócił do pracy, by przyspieszyć tykanie wskazówek. Sprawdzanie wypracowań było na ten czas idealne.

    Zabrawszy stertę papierów w ręce, udał się w stronę zamku. Uczniowie powoli zbierali się do dromitoriów, korytarze zaczynały owiewać pustką. Echo ciężkich kroków odbijało się od zimnych murów zamku, szczególnie w okolicy przestarzałej sali, gdzie kiedyś odbywały się lekcje wróżenia. Pamiętał, jak uczęszczał do tej sali będąc jeszcze buntowniczym szesnastolatkiem - od tamtej pory nic się nie zmieniło, jedynie kurz zalegał coraz to grubszą warstwą na najwyższych regałach, gdzie kiedyś stały rzędy bladych ksiąg. Ostatnimi czasy nie miał okazji nawet mijać tejże sali, dlatego udał się tam także w celu sprawdzenia, czy ktoś zdarzył tam cokolwiek pozmieniać.
    Otworzywszy wielkie drzwi, które ciężko zaskrzypiały starocią, wszedł do sali dość wyluzowany jak na kogoś, kto chciał zdobyć coś drogą nielegalną. Jego oczom ukazała się tylko pusta, szara sala - Ellen jeszcze nie dotarła. Spojrzawszy na zegarek, który wskazywał za dziesięć dwudziestą, pokiwał głową i postanowił rozejrzeć się tutaj nim zjawi się panienka Ridley.
    Pozostało w niej jeszcze nawet kilka przedmiotów służących do wróżenia przyszłości; pęknięta kula, której odłamek zagubił się gdzieś we wszechświecie, stała na środku zakurzonego biurka. Nie dało się w niej dobrze przejrzeć - zapewne straciła swoją moc. Z boku walało się także kilka gałązek lauru, dwie suche kości i podarty pergamin z gwiazdozbiorem.
    Całkiem ciekawe artefakty.

    Vladimir Karkarow

    OdpowiedzUsuń
  56. Może i było to trochę samolubne i bezduszne, ale James w miarę dobrze się bawił, dokuczając Ellen. Nijak miało się to do jego uczuć względem tej dziewczyny, bo naprawdę bardzo ją lubił, chociaż trudno było mu się do tego przyznać. Stojąc przed rozzłoszczoną Ridley w samym środku szalejącej śnieżycy, nie do końca wiedział, dlaczego jeszcze sobie nie odpuścił. Dopiął swego - jej towarzysz sobie poszedł, najwyraźniej zirytowany pojawieniem się nieproszonego gościa. James mógł teraz najzwyczajniej na świecie również zniknąć. Ellen i tak już miała go za dupka, tak jak cała reszta świata. Nie byłoby to dla niego żadną ujmą na honorze, tylko kolejnym typowym zachowaniem Jamesa Pottera. Nigdy nie obchodziły go uczucia innych. Może właśnie dlatego ludzi tak do niego ciągnęło - wydawało im się, że jest zimny niczym lód i nieczuły jak roboty, które zaczęły ogarniać współczesny świat. Szukali zabawy, która nie będzie za nimi chodziła kolejnego dnia, a może po prostu lubili być źle traktowani?
    Mimo wszystko, James nie zachował się tak, jak zachowałby się, gdyby nie chodziło o nią. Tylko stał, wpatrywał się w Ellen i przez kilka chwil nie odezwał się ani słowem. To była właśnie scena z jego koszmaru. Nie mógł znaleźć słów, nie wiedział, jak ma się wytłumaczyć. Zrezygnowanie w jej głosie uderzyło w niego ze zdwojoną siłą. Naprawdę chciał sprawić, by myślała, że on się na niej mści? Naprawdę? Przez ten cały czas próbował jej powiedzieć coś zupełnie odwrotnego. Że ją lubi, że jest pierwszą dziewczyną, którą polubił na tyle, by chcieć ją spotkać kolejnego dnia.
    - Nic mi nie zrobiłaś. Nie chodzi o ciebie, tylko o mnie. Sam siebie nie rozumiem, robię głupie rzeczy... - przeciągnął dłonią po włosach, sfrustrowany tym, co właśnie miał zamiar powiedzieć. - Przepraszam, okej? Jeśli chcesz, pójdę do tego gościa i namówię go, żeby nie rezygnował z twoich ,,usług". Chociaż jestem pewien, że sama sobie z tym poradzisz.
    Sam nie mógł uwierzyć we własne słowa. Ale nie mógł już dłużej ciągnąć tej kłótni. Poczuł się zmęczony samym sobą. Swoimi głupimi gierkami i tym, że był tak beznadziejny. Próbował udawać, że nic go nie obchodzi, a tymczasem wszystko analizował i kalkulował po tysiąc razy, chociaż inni przechodzili obok tego obojętnie.
    James spojrzał na Ellen jeszcze raz, starając się nie wyobrażać sobie, co by było, gdyby był normalny i nie grał w jakieś głupie gierki. Może powiedziałby jej, że ją lubi i ich relacja nie wyglądałaby tak, jak teraz.
    Potem się odwrócił z zamiarem powrotu do Hogwartu. Ten dzień był zdecydowanie bardzo dziwny i miał ochotę na utopienie tego wszystkiego w alkoholu.

    James

    OdpowiedzUsuń
  57. [Prawdę powiedziawszy nie wiem - Scorp jest zdecydowanie bardziej otwarty i mamy więcej perspektyw. :) Decyzja należy do Ciebie. :3]

    Scorpius/Bellamy

    OdpowiedzUsuń
  58. [Wybaczę...]

    Alexander przepadał za tańcem — prawdę mówiąc, w swoim siedemnastoletnim życiu przetańczył tyle wieczorów, że teraz pewnie nie umiałby ich zliczyć. Z lekkim uśmiechem na ustach przysunął się odrobinę bliżej, by móc swobodnie spleść obie dłonie na talii dziewczyny, a potem oparł delikatnie głowę o jej skroń. Kołysał się w rytm muzyki, starając się nie myśleć o niczym, a po prostu cieszyć tym momentem. W końcu mieli co świętować.
    Dziewczyna stojąca naprzeciwko nie mogła powiedzieć jednak tego samego. Już bez żenady wpatrywała się w nich z mieszaniną szaleństwa i złości, przez co Alexander po krótkim zerknięciu w jej stronę rozszerzył usta w uśmiechu. To dziwne, że można być zażenowanym czyimś zachowaniem.
    — Ridley... — zaczął i odsunął się. — Teraz proszę cię, żebyś nie rzucała się na mnie z pazurami, okej? Pomyśl o tym jak o części naszego planu. Wyjdzie nam na dobre, zobaczysz.
    By uniknąć tłumaczenia, po prostu przystąpił do działania. Nachylił się nad brunetką, a szelmowski uśmiech wciąż błądził mu na ustach, gdy zbliżył się do niej na odległość kilku centymetrów. I zanim Ellen mogła odezwać się lub go zwyczajnie od siebie odepchnąć, pocałował ją. Na środku Pokoju Wspólnego, przy tych wszystkich ludziach, a co najważniejsze, właśnie przy Katie, która ruszała już w ich stronę z mordem w oczach.
    — Jak śmiecie?! — krzyknęła, zmuszając Alexandra do odskoczenia w bok. Kilka Gryfonów zarechotało, ktoś nawet klasnął w dłonie, a w grupie drugoklasistów rozległo się głośne "wow".
    I oto punkt kulminacyjny.

    [... jeśli Ty wybaczysz mi :D]

    OdpowiedzUsuń
  59. O dziwo twarz Ellen pozostała w kamiennym wyrazie, z którego dało się wyczytać naprawdę niewiele. Możliwe, że gdzieś głęboko w duchu była szczerze zaskoczona, jednak na zewnątrz wydawało się, jakby nauczyciele byli jej rutynowymi klientami.
    Nie znał jej właściwie w ogóle, prócz mijania od czasu do czasu w zamku - Gryfonka nie uczęszczała na żadne z jego zajęć i choć powód był mu nie znany, to nie nalegał by kiedyś opowiedziała mu dlaczego. Każdy sam wybierał sobie drogę w dążeniu do przyszłego szczęścia życiowego, na które ludzie z boku mieli naprawdę niewielki wpływ.

    Przyglądał się jej badawczo i odłożywszy pękniętą, bladą kulę, wyciągnął różdżkę by zamknąć drzwi do klasy na dobry zatrzask. Dlaczego miałby ktoś im przeszkadzać? Ani on, ani Ridley nie chcieli aby bezsensowne plotki obiegły całą szkołę. Mieli do załatwienia interes, na którym najbardziej zależało samemu profesorowi, choć nikt nie mógł zaprzeczyć, że i dziewczyna będzie miała z tego zysk.
    - Zgadza się, panno Ridley - stanąwszy tyłem do biurka, oparł się o nie wygodnie krzyżując niedbale nogi. Poszperał ręką w kieszeni i wyciągnąwszy niewielki woreczek, który zabrzęczał chaotycznie, podrzucił go delikatnie w górę by złapać całą zawartość ponownie.
    - Uda się, czy nie uda? Zaznaczam, że zależy mi na czasie - powiedział spokojnie, rzucając zapakowane galeony na biurko. Zabrał je, bo nie znał etapów jej handlu; nie był pewien czy nie będzie musiał wpłacić zaliczki, albo czy konieczna będzie w tym wszystkim najpierw zapłata. Choć on z reguły wymieniał rzecz za pieniądz w tym samym momencie, tutaj jakimś trafem mógłby zrobić mały wyjątek - pod pretekstem ewentualnego puszczenia ploty w taki sposób, by doszła do Longbottoma.
    Nie był tutaj, żeby wsypać ją w jakiekolwiek bagno, albo dać znać całemu personelowi, że ktoś tu bawi się w nielegalnego handlarza. Po pierwsze miał z tego zysk, pod drugie szczerze miał koło nosa to, czy dziewczyna zarabia tak czy inaczej. Nie chciał wiedzieć co przemyca, jak przemyca i po co - zależało mu tylko na zdobyciu trzydziestu gram tabaki, co nie było chyba niczym trudnym.
    Po całej tej wymianie mogą o wszystkim zapomnieć, a Karkarow może zaprzysiąc, że nie piśnie ani słówka. Pod warunkiem, że i Ridley zamilczy jak grób w tej sprawie - sądził, że się tak czy siak dogadają.

    Vladimir Karkarow

    OdpowiedzUsuń
  60. Domyślał się, że interes nie będzie prosty do załatwienia. Nie miał konkretnych argumentów, którymi mógłby ją przekonać, że nie przybył aby ją szpiegować i wydać całemu światu. Mało obchodziło go to, co dziewczyna robi; dużo większe znaczenie miał dla Karkarowa fakt, że tylko ona - przynajmniej na razie - mogła załatwić dla niego to, co chciał.
    Nie chciał też żeby go niewłaściwie zrozumiała, bo nie uważał, że dziewczyna strasznie ociąga się ze swoim interesem. Właściwie to nawet nie wiedział ile czasu może zając jej takowe sprowadzenie tabaki na tereny Hogwartu. Ale mniejsza o to. W liście przeczytał, że Ellen jest w stanie to zrobić, dlatego przybył tu dziś, by w głównej mierze przybić z nią tak zwaną sztamę.

    Nie zdenerwował go też w żaden sposób ton z jakim się do niego zwracała; był na niego uodporniony przez tego typu rozmowy na co niektórych ulicach Hogsmeade, gdzie pewne osoby walczyły o swoje. Zresztą nie dziwił się jej niepewności - ciężko prowadzić interesy z kimś, kto należy do grona nauczycielskiego, on jednak nie miał zamiaru prawić jej setek zasad moralnych na temat czego wolno, a czego nie. Nie po to się tu przywlekł.

    - Słuchaj Ellen - Podparł się wygodnie o blat biurka - Tym bardziej nie mam czasu i chęci na babranie się w takich sprawach. Przyszedłem tu tylko po to, o czym napisałem Ci w liście i normalnie, grzecznie pytam, czy jesteś w stanie to dla mnie sprowadzić, czy nie. Nic więcej - wyjaśniwszy westchnął ciężko.

    Nie miał planu, jak ją przekonać. Owszem, mógł obiecać, stanąć na głowie, mógł także przysiąc na odcięcie ręki, że nie jest tu po to by ją sprawdzić i dowieść jej nielegalnym przemytom. Ale czy to nie było głupie? Prościej byłoby, gdyby jednak zaufała mu na słowo; mogła nawet znaleźć na niego podobnego haka w razie, gdyby czuła się niepewna.

    Vladimir Karkarow

    OdpowiedzUsuń
  61. [Jak zwykle każda będzie żyła swoim życiem :) i dziękuję serdecznie za miłe słowa :)]

    Solene // Lorelle // Aaron

    OdpowiedzUsuń
  62. Obserwował ją wyraźnie zadowolony, kiedy z jej ust padło zdanie, które zapieczętowało ich słowną umowę. Mógł stwierdzić, że to całkiem dobry interes, przy okazji udało mu się choć trochę wyczuć charakter Ridley. Wiedział, że popełniał błąd nie pytając jej o wartość takowej przesyłki, jednak wolał dać dziewczynie trochę więcej luzu z nadzieją, że nie będzie miała problemów z ewentualnym kolejnym zamówieniem. Bo dlaczego by nie korzystać, skoro jako takie drogi właśnie się utorowały? Vladimir nie miał dostępu do pewnych rzeczy zza magicznego świata - nie miał tam nikogo bliskiego, prócz starych sąsiadów, którzy nie byli w stanie załatwić samodzielnie już niczego. Tutaj, dzięki młodej Gryfonce, mógł dostać prawie wszystko - oczywiście w ramach godnej zapłaty.

    - Nie pozostało mi nic, tylko czekać - odparł, odprowadzając wzrokiem Ellen, która właśnie udała się w stronę korytarza. Właściwie całkiem szybko się to wszystko rozegrało, włącznie z terminem dostarczenia mu przesyłki. Obawiał się, że potrwa to co najmniej tydzień, a tu proszę - trzy dni i sowa powinna zapukać w jedno z okien jego domku.

    - Jaka rozmowa, panno Ridley? - unosząc jedną brew nieznacznie w górę, wzruszył ramionami. Oparty wygodnie o przestarzałe biurko, postanowił chwilę odczekać, aż dziewczyna zdąży przejść najbliższy korytarz, w razie gdyby ktoś się na nim przez przypadek pojawił. Choć godzina była taka, że większość uczniów siedziała w pokojach wspólnych, warto było poświęcić dziesięć minut, by uniknąć bezsensownego rozgłosu.

    Vladimir Karkarow

    OdpowiedzUsuń
  63. [Wiesz co? Obie opcje mi się podobają i myślę, że możemy je nawet połączyć. Niechaj ktoś ich zauważy, a przy okazji dostawca schrzani sprawę haha :D Jak już pech to pech :D]

    Vladimir Karkarow

    OdpowiedzUsuń
  64. [Piękne zdjęcie, sama miałam go kiedyś użyć do jakiejś postaci. Widzę, że Ellen i Alastaira, mimo różnych charakterów, coś łączy. I to nie bylejakie coś, bo sytuację rodzinną mają identyczną. Może by się nawet dogadali? :3]

    Alastair

    OdpowiedzUsuń
  65. [insomnie0@gmail.com wal śmiało :)]

    Alastair

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. [to jest zero, nie o, gwoli ścisłości]

      Usuń


  66. James, odwracając się z zamiarem odejścia w swoją stronę, nie oczekiwał wcale, że Ellen go zatrzyma. Był pewien, że to ich ostatnia rozmowa, że przekroczył pewną granicę i Ellen już mu nie wybaczy. Poza tym, czemu miałaby? Zachował się jak dupek, w sumie cały czas się tak zachowywał, a ona najwyraźniej nie pałała do niego wielką sympatią. A więc wielkie było jego zdziwienie, gdy poczuł jej dłoń na swoim nadgarstku. I odwrócił się z powrotem, chociaż rozum podpowiadał mu, że powinien odejść; że dalsza rozmowa może doprowadzić go do jeszcze większej kompromitacji w jej oczach. W końcu już pokazał jej coś, co zazwyczaj chował głęboko w sobie - niepewność. Nie chciał pokazywać nic więcej... Nie, to nieprawda. Tak naprawdę chciał tego bardziej niż czegokolwiek - wreszcie pokazać komuś wszystko, wszystkie wady, wszystkie obawy. Ale bał się. James Potter był pieprzonym tchórzem, i wiedział to, odkąd zrozumiał, co znaczy być Potterem. Od kiedy uświadomił sobie, że cały świat magii na niego patrzy i zastanawia się, jakim cudem jest on synem wielkiego Harry'ego Pottera. Jakim cudem z miłości ludzi stworzonych do bohaterskich czynów powstał największy tchórz, jakiego widział świat.
    Z twarzy Ellen zniknęła wściekłość. A James, chociaż uchodził za nieczułego dupka, przez chwilę miał ochotę się rozpłakać jak małe dziecko. Bo w najśmielszych snach nie spodziewałby się, że Ellen Ridley go przeprosi. I to na dodatek za coś, czemu nie była winna nawet w najmniejszym stopniu - w końcu każdy wściekłby się na jej miejscu.
    Uśmiechnął się delikatnie, słysząc jej słowa. Nie brzmiała jak ktoś, kto uważa go za dupka. Może jednak chociaż trochę go lubiła. Może nie zaprzepaścił jeszcze wszystkiego. Nie było mowy, by powiedział jej o swoich uczuciach, był na to zbyt dumny i zbyt tchórzliwy, ale nie chciał przestać z nią rozmawiać. Nie chciał, by zaczęli mijać się na korytarzach jak kompletnie obcy sobie ludzie, chociaż może technicznie rzecz biorąc nimi byli.
    - Nie oceniam ludzi po kolorach szaty. I nie, nie ma między nami nic złego, Ellen. Tak mi się wydaje. - spuścił głowę, odrobinę zakłopotany swoimi słowami; nie do końca wiedział, co powinien powiedzieć. - Nie musisz mnie przepraszać. Nie zrobiłaś nic złego. Po prostu się wkurzyłaś, ale chyba już tak masz, jak się pojawiam.
    Rzucił jej sarkastyczny uśmiech. Był zdecydowanie za bardzo zadowolony z przebiegu sytuacji. Ale cóż mógł poradzić? Ta dziewczyna w jakiś sposób poprawiała mu humor, nawet jeśli wmawiał sobie, że jej nie lubi, bo jest taka wkurzająca i w ogóle.

    James

    OdpowiedzUsuń
  67. [Mistyczna zagadka osobowości Stevena rozgryziona. Projekt wytapetowania pokoju zdjęciami małych kotków w toku. Cześć, cześć! :)]

    Steven C.

    OdpowiedzUsuń
  68. [Nie najszczęśliwsze dzieciństwo, kiepska sytuacja materialna oraz przekonanie, że i tak skończy się w Magicznym Personelu Technicznym Ministerstwa, jak jego ojciec-nieudacznik (osobista opinia Stevena, ja tam sądzę, że głupol przesadza i nie docenia swego staruszka). Myślę, że dałoby się to jakoś powiązać, zamiłowanie Ellen do pieniędzy i potrzebę ich posiadania, jaką w głębi duszy żywi Cornell, ale nie robi nic w kierunku poprawy swego statusu materialnego.]

    Steven C.

    OdpowiedzUsuń
  69. [Myślę, że szansa na zainteresowanie się celem podróży Ellen jest nikła, jednakże nasze postaci mogą mieć całkowicie różne wizje wysokości zapłaty za wykonaną usługę. Steve mógłby zostać perfidnie zbyty, pozostawiony sam sobie z nieadekwatną według niego sumą, więc podjąłby cichociemny-tajny-skryty pościg za Gryfonką, by dosłownie rzucić się za nią w ogień. Musieliby chyba jednak wpaść w sam środek tych szemranych biznesów, ażeby nie dało się ot tak Cornella odesłać z powrotem, jak gdyby nic.]

    Steven C.

    OdpowiedzUsuń
  70. Wychodząc z opustoszałej sali na równie pusty korytarz, nie zauważył nikogo, ani niczego, co mogłoby wydać się podejrzane. Zresztą Karkarow nie wyglądał wtedy na takiego, po którym można byłoby cokolwiek poznać - tak jak zwykle, szedł spokojnie z zamysłem udania się do domu. Fakt faktem, nie było po za tą dwójką na korytarzu żadnej innej żywej duszy, stąd dla kogoś,kto ich zauważył, mógł być to temat do plotki numer jeden.

    Nazajutrz, Karkarow miał sporo wolnego, dlatego postanowił spędzić resztę dnia przy typowych dla domu pracach. Posprzątał to, co wydało mu się nie potrzebne, przy okazji wyrzucając kilka uwierających go staroci. Zrobił sobie smaczny obiad, a gdy uwinął się z naprawą starego regału, zrelaksował się z odrobiną muzyki.

    Cholernie głośne pukanie postawiło go na nogi jak strzał z pistoletu. W pośpiechu zarzucił na siebie leżącą nieopodal bluzę, gdyż koszulka zapodziała się w okolicach sypialni - zdjął ją tuż po powrocie z zamku, a nie wypadało witać gościa pół nago. Faust i Runa pośpiesznie poleciały pod drzwi, szczekając głośno na powitanie, jednak Vladimir szybko zagonił je do salonu. Nie spodziewał się nikogo.

    Otworzywszy drzwi, zachwiał się delikatnie, zasypany szybkim monologiem Ellen, którą zdążył właśnie ujrzeć. Przepuścił przez mózg jeszcze raz to, co usłyszał sekundę temu i stojąc w bezruchu przyglądał się dziewczynie, próbując zrozumieć to, co właśnie mu przekazała.

    - Ktoś nas widział - powtórzył właściwie sam do siebie i wciągając ją do środka poczuł, jak przypływ adrenaliny daje mu o sobie znać - Jak to ktoś nas widział? - zatrzasnąwszy za nimi drzwi, czekał na wyjaśnienia.
    Co jeśli o nielegalnym towarze dowie się grono nauczycielskie? Spalą go na stosie za takie wybryki. Nie mógł w to uwierzyć, bo nie zauważył nikogo, kto mógłby im tamtego wieczoru zaszkodzić.
    Albo ten ktoś po prostu nie dał się zauważyć.

    Vladimir Karkarow

    OdpowiedzUsuń
  71. Kurde, kurde, kurde!
    Znowu się do niej uśmiechnął, i jego myśli zaczęły krzyczeć jak jakaś nadpobudliwa nastolatka. Co, jeśli ona się domyśli? Na pewno już się domyśliła, że ją lubisz! Za bardzo! Poczuł, jak uścisnęła jego dłoń, i nie był pewien, jak powinien to rozumieć. Na szczęście zaraz ją puściła, bo jej dotyk działał na niego dziwnie i mogło się to skończyć źle. Na przykład mógł zaraz zacząć wykrzykiwać pod niebiosa, że... Och, lepiej nawet o tym nie myśleć.
    W jej towarzystwie zamieniał się w jakąś inną, dziwną wersję siebie. Nie do końca mu się ona podobała. Ta część wieczoru, kiedy zniszczył Ellen szansę na dobry dil i zachowywał się jak dupek, zdecydowanie pasowała do obrazu Jamesa, którego wszyscy znali, ale te przeprosiny później, i... Teraz nie mógł zdjąć z twarzy uśmiechu, na Merlina.
    - Nie dlatego? - uniósł brwi, nie mogąc przestać się uśmiechać. - A więc dlaczego? Chyba nie zawsze jestem aż tak wkurzający?
    Pewnie z perspektywy kogoś z zewnątrz wyglądali dość dziwnie. Od prawie dziesięciu minut stali w szalejącej zamieci, najpierw rzucając się sobie do gardeł, potem szczerząc się do siebie niczym para idiotów. Co ta miło... Ekhem, nienawiść robi z człowiekiem.

    [Też je kocham :D A jak już mówimy o zdjęciach, podesłałabyś mi jakieś ładne zdjęcie, żebym wrzuciła Ellen do powiązań?]

    OdpowiedzUsuń
  72. [Nie taki ostatni, co? :D]

    Lance Griffin – chłoptaś

    OdpowiedzUsuń
  73. Niezręcznie.
    Normalnie Alexander roześmiałby się z całej sytuacji, machnął ręką, a potem rzuciłby, że jeśli tak dobrze wychodziło im całowanie, to może powinni spróbować jeszcze raz, tylko tym razem bez świadków, ale teraz... Teraz też roześmiał się, choć nie brzmiało to zupełnie szczerze, o ile w ogóle krótkie parsknięcie mogłoby być uznane za coś szczerego. Machnął nawet ręką, spoglądając w kierunku Ellen z lekkim uśmiechem i otworzył usta, by rzucić jakimś żarcikiem, ale nie wydobył się z nich żaden dźwięk. Po prostu patrzył na brunetkę, nie bardzo wiedząc, co powinien zrobić. Było jakoś dziwnie.
    — Wiesz co, Ridley, chyba muszę iść na chwilę do dormitorium — rzucił, kiwając głową, po czym dopił resztę herbaty i zostawił kubek na pobliskim stoliku.
    Zatrzymał się na górze schodków, by jeszcze raz spojrzeć w kierunku Ellen, która już zniknęła w tłumie, torując sobie drogę do zajmowanego wcześniej miejsca. Nie wyglądała na złą, ani smutną, bo w zasadzie nie miała żadnego powodu, by tak się czuć. To dlaczego on zachowywał się tak śmiesznie, jakby wstąpił w niego... Na pewno nie diabeł. Jakiś żałosny małolat.
    Alexander Stratford nigdy nie czuł się niezręcznie. Był mistrzem braku taktu.
    Owym brakiem taktu wykazał się przez następny tydzień, kiedy znikał z pola widzenia, gdy tylko na drodze stawała mu Ellen, co było najtrudniejsze w trakcje zajęć, jako że dzielili ze sobą większość przedmiotów. Wyzwaniem okazały się być eliksiry, bo właśnie na tych lekcjach byli dobrani w parę, kiedy odbywały się zajęcia praktyczne.
    Przez moment Stratford po prostu stał przy ławce, nie mogąc wydusić z siebie słowa. Coś nowego, z czym nie spotkał się od... Nigdy? Nawet nie mógł sobie przypomnieć, kiedy ostatnio wydarzyło się coś podobnego — dwa lata temu przy ciotce opłakującej stratę ulubionej peruki potrafił powiedzieć, jak bardzo było mu przykro, a teraz? Na Merlina, z dziewczynami uwielbiał konwersować!
    — Hej, Ridley — mruknął, podchodząc bliżej. Zerknął do kociołka, mamrocząc coś pod nosem o nauczycielu, któremu brak wyobraźni. — Jak tam twój ukochany?
    Dlaczego to powiedział, nie miał pojęcia; tak jakby przez moment ktoś inny zapanował nad jego umysłem.

    OdpowiedzUsuń
  74. [Pewnie, że może być. :) Zacznę w najbliższym czasie.]

    Steven C.

    OdpowiedzUsuń
  75. [Ślizgonkę, powiadasz? :D To w takim razie będę wypatrywać tej Twojej nowej pani w międzyczasie przygotowywania odpisów. Możliwe, że jakieś miejsce się znajdzie w tym tłumie c:]

    Lance Griffin

    OdpowiedzUsuń
  76. — Coś mi się obiło o uszy, Ridley — mruknął z przekąsem.
    Może to przez to obruszenie brunetki, a może po prostu przez dźwięk jej głosu — Alexander poczuł, że znów może w jej towarzystwie normalnie rozmawiać. Przynajmniej gdy otwierał usta, wydobywały się nich jakieś słowa. Nie dostrzegał jednak, że mimowolnie wezbrała w nim złość, chociaż, podobnie jak Ellen, nie miał żadnego powodu, by się wściekać.
    Nie kłamał, dziewczyny z dormitorium rzeczywiście tego ranka ostro plotkowały o jakiś nowym ukochanym panny Ridley, pewnie z czystej zawiści albo po prostu dla zabawy. Normalnie Alexander nie przejąłby się tym ani trochę, ale przystanął wtedy na moment, pod pretekstem zawiązania sznurówki, by usłyszeć wszystko, co miały do powiedzenia. Z tego, co mamrotały, udało mu się ustalić, że Ellen podobno spotyka się z jakimś ciemnowłosym zawodnikiem Quidditcha — prychnął wtedy głośno, podnosząc się z miejsca i ruszył w kierunku wyjścia z portretu.
    — Ale chyba wyjaśnia to zainteresowanie meczami, nie? — dodał. Uniósł lekko brwi.
    Nie rozliczał jej z niczego. Nie mógł i nie miał prawa. To dlaczego tak bardzo miał ochotę rzucać następne wredne komentarze o jakimś zawodniku, który najprawdopodobniej w ogóle nie istniał?
    — Nie oceniam cię, Ridley. W końcu Quidditch to całkiem fajny sport.

    zazdrośnik

    OdpowiedzUsuń
  77. Kiedy przewertował dokładnie w myśli w celu odnalezienia choć namiastki kogoś, kto mógłby ich zobaczyć, wszedł w głąb chatki, prowadząc ich prosto do salonu. Środek wykończony był drewnem w karmelowym kolorze, który nieco przybladł w związku z użytkowaniem. Na podłodze rozpościerał się czerwony, miękki dywan, na którym stały dwa fotele, sofa i niewielki stolik. Tuż obok, ognistym odcieniem odbijał się ceramiczny kominek, nieopodal którego wisiały różne obrazy. Kawałek dalej, przy wyjściu na taras, ulokowany był podest gdzie mieszkał stary, czarny, matowy fortepian, a nad nim i obok niego zwisało kilka kwiatów, regałów z książkami i barek ozdobiony złocistymi trunkami.

    Nie potrafił zrozumieć za nic w świecie, jak mogło do tego dojść - był pewien, że korytarz był pusty, dodatkowo wyszedł z półtorej minuty za Ellen, kierując dalej w inną niż ona stronę. Nie miał pojęcia, kto za tym stoi, ale jeśli się dowie, przestanie być tym miłym nauczycielem.

    Rozwinąwszy niewielką karteczkę, przeczytał kilkakrotnie zanotowane zdanie i poczuł, jak opanowanie stopniowo przekształca się w rozszalały wulkan, który właściwie był już gotów do wybuchu. Usłyszawszy wypowiedziane przez nią zdanie, zmrużył oczy podchodząc do uczennicy na odległość niespełna pół metra.

    - Słuchaj, Ridley - zaczął nieco zirytowany - Nie ma i nie było żadnego układu. Jak myślisz, może jednak prościej było załatwić wszystko za pierwszym razem w liście? - wypowiedział, nie oczekując żadnej odpowiedzi.

    Oczywiście, że tak byłoby prościej. Tak czy siak, skoro takie informacje jakimś cudem wyszły po za magiczny świat, wcale go to nie ucieszyło - wiązało się z tyloma problemami, że Karkarow postanowił na razie odłożyć owe przemyślenia na bok.
    Przeszedł kilka kroków w stronę okna i złożywszy ręce, wlepił wzrok w jakiś martwy punkt.

    - Co zamierzasz z tym zrobić?

    Vladimir Karkarow

    OdpowiedzUsuń
  78. Steven wpadł właśnie w nastrój, w który zdarzało mu się wpadać co najmniej kilka razy dziennie. Stał, oparty lewym barkiem o jakąś poszarzałą, marmurową kolumnę. Z miną wkurzonego brakiem szczęścia w loterii dziadka przyglądał się grupce czwartoklasistów, którzy podziwiali jakiś hiperwypasiony gadżet należący do jednego z nich. Jakże szczerze nie znosił tych wszystkich małoletnich szpanerów. Gdyby on w ich wieku posiadał jakieś fajne rzeczy, to nikomu by ich nie pokazywał, tylko cieszyłby nimi oczy w samotności.

    Tak, na pewno, Steve.

    Ślizgon westchnął i zerknął na mocno sfatygowany zegarek po dziadku Arnoldzie. Skórzany pasek był powycierany, a szkiełko zdobiło kilka wyraźnych rys. Dodatkowo Steven miał czasami wrażenie, że wskazówki poruszają się już tak wolno, że jeszcze trochę i zaczną się cofać. Gdyby jeszcze zadziałało to jak zmieniacz czasu, pomyślał Cornell, to mógłbym cofnąć się do dnia, w którym moi inteligentni przodkowie przegrali ten swój cały zasrany majątek.

    Pamiątkowy zegarek wskazywał godzinę siedemnastą pięćdziesiąt, co oznaczało, że jeszcze tylko dziesięć minut dzieli Stevena od podreperowania aktualnego budżetu. Chłopaczyna żywił skromną nadzieję, że wystarczy mu na te kilkanaście kartek walentynkowych, które planował powysyłać do interesujących go niewiast i jeszcze będzie mógł kupić sobie trochę karmelkowych muszek w Miodowym Królestwie.

    Bawełniany woreczek z proszkiem Fiuu, który był przedmiotem dzisiejszego biznesu, zaczynał ciążyć Cornellowi w kieszeni. Chłopak obiecał sobie, że nie pozwoli poczuciu winy dojść do głosu, więc tylko zacisnął zęby i skupił myśli na Krukonce, którą wczorajszego wieczora oprowadzał po uroczych zakątkach szkolnych błoni. Nie udało mu się jednak zbyt długo utrzymać się w ryzach. No, Merlinie słodki, półki uginały się od ciężaru tych wielkich worów!

    Steve święcie wierzył, że na pewno nikt nie zauważył, iż zniknęło jakieś w przybliżeniu pół kilo transportującego pyłu, a już w szczególności sam ojciec Stevena nie mógł się zorientować, gdyż dostatecznie zaaferowany był niespotykaną dotąd chęcią ze strony syna na odwiedzenie jego miejsca pracy.

    Steven C.

    [Za chaotyczność przepraszam. ._.]

    OdpowiedzUsuń
  79. — Ała — mruknął z ironią, układając prawą dłoń na piersi, a na jego usta wpłynął złośliwy, szelmowski uśmieszek. — Czyżbym trafił na twój czuły punkt, Ridley?
    Odwrócił się od niej plecami, by nie musieć dłużej wykrzywiać twarzy, bo tak naprawdę wcale mu do śmiechu nie było. Słowa dziewczyny nie tyle go zraniły, co zdenerwowały jeszcze bardziej, a operowanie kilkoma szklanymi butelkami, które brzdękały głośno przy każdym zetknięciu z kociołkiem, doprowadzało go niemal do szaleństwa.
    — Zresztą, dlaczego jesteś taka zgryźliwa, co? Chciałem ci zwyczajnie pogratulować nowej miłości, w końcu jest co świętować.
    W tym momencie Alexander dostrzegł to, co mu w tej sytuacji nie pasowało. To nie sama dziewczyna stanowiła problem, tylko jej nowa miłość, a przede wszystkim fakt, iż podczas gdy tydzień temu stali na środku Pokoju Wspólnego i się obściskiwali, ten chłoptaś biegał sobie po Hogwarcie zupełnie nieświadomy. Albo to, że on sam był tego nieświadomy. A już najbardziej wkurzał go fakt, że podczas wcześniejszego meczu Quidditcha ten baran mógł być na trybunach, ewentualnie, co gorsza, na boisku.
    — Na randki też chodzisz z sakiewką? — rzucił, wlewając do kociołka glutowatą, srebrną masę.
    Coś chyba poszło nie tak — winę za to ponosiła tylko niedokładność tej dwójki — bo składnik zamiast rozpuścić się w ciągu kilku sekund, wciąż wyglądał tak samo. No, prawie tak samo, bo wyglądał, jakby mógł w każdej sekundzie wybuchnąć.

    OdpowiedzUsuń
  80. Właściwie to oboje nie byli niczemu winni w tej sprawie. Ani Ellen, ani Vladimir nie mieli w planach zorganizowania tego typu sytuacji. Ponosiły go trochę nerwy w obawie tutejszych plotek, które nikogo nie oszczędzały - a to,że były totalną bzdurą, to już inna sprawa. Każdy, kto uczył się w Hogwarcie wiedział, jakie skutki przynoszą tego typu brednie; zarówno on jak i ona mogli mieć w tym wypadku spore kłopoty - nie z własnej winny. W końcu im zależało tylko na pewnej wymianie towaru.

    - Dostałaś pieniądze za towar - wypowiedział, odwracając się ponownie w jej stronę - Chcesz czegoś więcej, Ellen? - pokiwał głową z niedowierzaniem. Poważnie jej nie znał, ale zaczynał zdawać sobie sprawę w jaki charakter dziewczyna została ubrana. Nie chciał zagłębiać się, czy takie cechy dziedziczyło się w genach, czy ostatecznie przyjmowało się je na zasadzie z kim przystajesz, takim się stajesz.

    Kiedy dała mu jasno do zrozumienia, że jest w stanie wyciągnąć z tej sytuacji siebie, a jego wpakować w jeszcze większe bagno, ścisnął odruchowo usta, powstrzymując się od zbyt pochopnych słów. Cały czas stała przed nim uczennica, nie mógł pozwolić sobie na zbyt wiele.

    - Uwierz mi, szczerze nie chcę zawierać z Tobą żadnej współpracy, ale jeśli nie mam wyboru, to proszę, przedstaw mi choć skrawek jakiegoś sensownego wyjścia - oparłszy się o parapet, wbijał w nią puste spojrzenie - Nie zapomnij poinformować mnie o najważniejszym, czyli o kosztach - dodał z nutą kąśliwej ironii.

    Z jednej strony chciał się dowiedzieć, w jaki sposób Ellen byłaby w stanie ich z tego wyciągnąć, ale z drugiej, nie miał zamiaru płacić za to niewyobrażalnej sumy, której najpewniej Gryfonka zażąda. Jeśli się nie dogadają, będzie musiał poradzić sobie sam - do czego zdążył przez całe życie przywyknąć.

    Vladimir Karkarow

    OdpowiedzUsuń
  81. Najpierw zauważył, jaki ładny uśmiech ma Ellen. A później zorientował się, że od dłuższego czasu przyglądają się sobie, co pewnie z zewnątrz wygląda dziwnie. Albo tak, jakby byli w sobie zakochani. Ugh, nawet o tym nie myśl. Ale, kurczę, naprawdę miała ładny uśmiech. Inny, niż wszystkie dziewczyny, co pewnie nie brzmi zbyt oryginalnie, ale właśnie tak było. Nie uśmiechała się tylko ustami, nie machała rzęsami. Uśmiechała się całą twarzą, i po prostu patrzyła. Z jakiegoś powodu sprawiało to, że James nie miał zielonego pojęcia, co powiedzieć, jak się zachować. Pierwszy raz w życiu ktoś przyglądał mu się tak intensywnie, i peszyło go to (dlatego dziękował w duchu za tę śnieżycę, która i tak powoli odchodziła), ale jednocześnie nie chciał, żeby przestawała.
    Zauważył kosmyk włosów (które swoją drogą też miała bardzo ładne), który przez wiatr wymknął się z mniej więcej uporządkowanej fryzury dziewczyny i spoczywał teraz na jej czole. I zapragnął go stamtąd odgarnąć, bo strasznie go to dezorientowało. Nie był to wcale pretekst, żeby jej dotknąć. Wcale. Nie rób tego, idioto. Wyjdziesz na jakiegoś psychola. Ten gest wydawał mu się być tak oklepany, tak wprost mówiący o jego uczuciach, że przez chwilę się zawachał. Ale w końcu uniósł dłoń, odgarnął jej kosmyk włosów za ucho i szybko cofnął rękę.
    Pięknie. Brawo, James.
    Nie mógł już dłużej tak po prostu się jej przyglądać.
    - Mam coś na twarzy, że tak patrzysz? - uśmiechnął się zadziornie, jak to miał w zwyczaju.
    Z Jamesem Potterem zdecydowanie działo się coś niedobrego.
    Tracił głowę dla dziewczyny.

    [Jednak nie szukaj zdjęcia, wzięłam to z Twojej karty <3 I przepraszam, że cały odpis jest o kosmyku włosów. Uznałam, że dla faceta to istotne, no wiesz, odgarnianie włosów :D]

    OdpowiedzUsuń
  82. Poczuł się nieco lepiej, kiedy dziewczyna skrycie podjęła współpracę. Choć wciąż nie darzyli się przychylnością, czy wspólnym uznaniem, w tym wypadku Vladimir musiał polegać na jej słowach i czynach. Nie był w stanie rozszyfrować pisma, bo dziennie widział tyle różnych, uczniowskich czcionek, że zapamiętanie ich graniczyło z cudem - Ellen w tej sytuacji miała spore rozeznanie.

    Zadziwiającym było to, z jaką naturalnością Gryfonka rozpoznała kawałek kartki pergaminu - jakby od zawsze zajmowała się produkcją materiału piśmienniczego, albo jakby los zgotował jej w zanadrzu pracę śledczego. Oni, chcąc nie chcąc, mieli pojęcie niemalże o wszystkim z czego składał się świat. Ale dzięki temu, byli w stanie dojść krok po kroku do winnego.

    - Wyczuwam w tym Ślizgońskie łapy - powiedział, mimo wszystko trochę niepewnie. Równie dobrze mógł zrobić to jakiś Puchon, czy Gryfon - w tych czasach hogwarckie domy odbiegły od stereotypowych cech, które kiedyś królowały nad czterema godłami. Dodatkowo, Tiara przydziału mając już swoje lata, zaczynała powoli nawalać.

    - A może ktoś za Tobą nie przepada, Ellen? Dlatego wykorzystał sytuację - uniósł jedną brew w górę - Wydaję się dość prawdopodobne - dodał ciszej, lekko złośliwie.

    Może przeginał, może nie, ale dziewczyna miała naprawdę trudny charakter. Karkarow wcale nie zdziwiłby się, gdyby ktoś ją znienawidził; co mogło mieć, albo nawet miało miejsce - może nie chciała kiedyś czegoś dla kogoś załatwić i od tamtej pory, owy ktoś, szuka na nią haka? A ta sytuacja była wręcz idealna, niestety musiała koniecznie pociągnąć za sobą osoby trzecie.

    [Mnie też się bardzo fajnie pisze! Mogłam wcześniej wyciągnąć Cię na wątek :D]

    Vladimir Karkarow

    OdpowiedzUsuń
  83. Ten jeden krok, którym zbliżyła się do niego, wiele mu powiedział. Po pierwsze, nie odsunęła się, gdy jej dotknął. Po drugie, nie spojrzała na niego jak na wariata. I nie uciekła. Przysunęła się bliżej. James nigdy nie stronił od kontaktów z dziewczynami, mówiło się o nim, że jest jednym z największych kobieciarzy i podrywaczy Hogwartu, więc zdawał sobie sprawę z tego, co takie gesty mogą oznaczać. Jeśli byłaby to inna dziewczyna, wiedziałby doskonale, co robić. Ale to była Ellen Ridley. Co jeśli robiła sobie z niego żarty? A może powinien wreszcie przestać widzieć wszystko w czarnych barwach i przyjąć do wiadomości, że ona mogłaby odwzajemniać jego uczucia? Nie zachowywała się jak ktoś, kto chce sobie pójść. Stała z nim na tym zimnie, i wcale nie próbowała się wymigać od rozmowy.
    - Według mnie powinnaś - uśmiechnął się ponownie, zastanawiając się, czy niedługo nie rozboli go od tego twarz. - Tylko jeśli to jakieś obelgi, to uprzedź. Nie lubię obelg z zaskoczenia.
    Na Merlina, co ty gadasz, James? Ellen stała chyba za blisko, żeby był w stanie rzucić jakiś sensowny komentarz. Przypomniał sobie nagle dzień, w którym Ellen odwiedziła go w Skrzydle Szpitalnym po tym, jak dostał w głowę tłuczkiem. Dlaczego wtedy przyszła? W sumie się nad tym nie zastanawiał. Nie kupił tej wymówki o pracy domowej, nie był aż tak naiwny. Ale przestał się nad tym zastanawiać. Aż do dzisiaj.
    Co jeśli przyszła wtedy, bo go... lubi?
    Może cały ten czas tańczyli wokół siebie, udając, że się nie znoszą, uprzykrzając sobie nawzajem życie, a tak naprawdę byli idealnym przykładem trafności przysłowia kto się czubi, ten się lubi.
    Zauważył, że odwróciła wzrok, i nie mógł uwierzyć, że najwyraźniej była tak samo speszona tą rozmową, jak on. Coraz bardziej wierzył w to, że jego uczucia wcale nie są nieodwzajemnione. Ale wciąż nie potrafił zdobyć się na odwagę i jej tego wyznać.
    Ostatecznie, nigdy nie był zbyt odważny.

    [<3]

    OdpowiedzUsuń
  84. Z ulgą przyjął propozycję Ellen udania się w bardziej ustronne miejsce, gdyż z Wielkiej Sali wyłoniła się właśnie niejaka Fanny i gdyby tylko go przyuważyła, z pewnością rozpętałaby kolejną scenę rodem z podrzędnego harlequina. Steven posłusznie podążył za Gryfonką.

    Nie poświęcił ani chwili na kontemplację miejsca, w którym się znaleźli, choć prawdopodobnym było, iż odwiedza łazienkę Jęczącej Marty po raz drugi, czy trzeci w swej szkolnej karierze. Cóż, przed kobietami raczej głupio byłoby chować się w damskiej toalecie, prawda…?

    - Tak, mniej więcej, moja waga na eliksiry jest dość leciwa, więc to takie trochę plus-minus - odpowiedział beznamiętnie i na dokładkę wzruszył ramionami. - Dla jednej osoby to zapas na wiele podróży - dodał ostrożnie. Nie żeby próbował wyniuchać, po co dziewczynie taka ilość proszku Fiuu, jednakże cała ta dealerska atmosfera wzbudzała w Stevenie różne podejrzenia.

    Wysupłał z kieszeni swej wypłowiałej szaty całkiem niewinnie wyglądającą sakiewkę. Niespieszno było mu jednak do oddania przedmiotu w ręce Ellen.

    - Nie umawialiśmy się na konkretną kwotę, więc to może dobra chwila, żeby kulturalnie ponegocjować - rzucił w eter Ślizgon, siląc się na jakąś taką niedbałość w głosie. Jakkolwiek ton miał błahy, tak jego spojrzenie uważnie świdrowało pannę Ridley. Nie zamierzał dać się zrobić w bambuko, choć, prawdę powiedziawszy, wcześniej nie wpadł na to, by sprawdzić, ile taki najwyższej klasy, ministerialny proszek Fiuu w ilości pół kilograma może być warty.

    OdpowiedzUsuń
  85. [Jejku, jak mi głupio, że odpisuję dopiero teraz. Nawet nie wiem, czy będziesz w ogóle chciała mi odpisać, ale pogubiłam się we wszystkich komentarzach i teraz, sprawdzając komu jeszcze nie odpisałam, złapałam się za głowę. Taki zły człowiek ze mnie. Przepraszam! Pomysł dla mnie - jak najbardziej w porządku! I obiecuję, że zacznę jutro, bo teraz mój mózg nie działa już najlepiej po serii odpisów od Bellamy'ego. Także spodziewaj się jutro szturmu w postaci lexiakowo-scorpiusowego zaczęcia! :)]

    Scorpius

    OdpowiedzUsuń
  86. Karkarow nie miał pomysłu, kto mógłby być, aż tak głupi by zadzierać z tą dwójką - w szczególności z Ridley, która do aniołków nie należała. Właściwie ciekawa sprawa, że Tiara wpakowała ją do Gryffindoru - dziewczyna miała sporo Ślizgońskich cech, jednak najprawdopodobniej była według niej za cwana na to, by nosić przy sobie odznakę węża.

    Jemu raczej nie groziło to, aby ktokolwiek miał się na nim za coś mścić. Nie wnikał w życie uczniów, pomijając tych, których uczył i którzy byli mu w jakiś sposób bliscy. Po za tym, nie miał też z nikim na pieńku - naprawdę mało interesowały go tutejsze rywalizacje. A nawet jeśli czas pozwoliłby mu na wtajemniczenie się w tego typu przepychanki, to własne chęci nie bardzo.

    - To mamy odpowiedz - zaznaczył, rozkładając ręce nieco rozbawiony jej słowami - Skoro uważasz, że lubiących można policzyć na palcach jednej ręki, a nielubiący cię, nie mieszczą się w żadnej skali... Mnie możesz zupełnie wyeliminować - dając kilka kroków, usiadł wygodnie na kanapie i przeniósł wzrok na Gryfonkę - Ja nie biorę udziału w żadnych tutejszych potyczkach - Objaśnił stanowczo, krzyżując ręce na wysokości klatki.

    Warto było się zastanowić nad dalszym tropem, który mógłby wskazać winnego. Bo to, że któryś ze Ślizgonów maczał w tym łapy było prawie jasne, ale dotarcie do konkretnej osoby płci męskiej niestety jeszcze nie.

    - Widziałaś kogoś na korytarzu nim weszłaś do sali?

    Zapytawszy znienacka, nachylił się nieznacznie. Przyszło mu do głowy, że któreś z nich mogło widzieć kogoś, kto kręciłby się tam ówczesnego wieczoru - ktoś na kogo nie zwrócili uwagi będąc za bardzo skupionym na spotkaniu w ciemno. Niemożliwe, że jakiś Ślizgon spadł tam nagle z nieba.

    Vladimir Karkarow

    OdpowiedzUsuń
  87. Przez ostatnie dni, w życiu Scorpiusa pojawił się dziwny kryzys. Błąkał się bez życia po hogwarckich korytarzach, opuściła go ochota na niewinne flirty, a co gorsza – na Ognistą. Działo się coś naprawdę złego, aczkolwiek jak nagle się pojawiło, tak nagle zniknęło, przywracając go do życia. A wszystko to, przez nieoczekiwany napływ idiotycznych pomysłów, dzięki którym jego lenistwo z najwyższego poziomu, spadło niemal o połowę.
    I miał dziwne wrażenie, że jeśli nie zrealizuje choćby jednego, ze swoich projektów, wróci do tego melancholijnego stanu, przy którym nie miałby ochoty na nic. Musiał wziąć się w garść i na powrót zająć się kształtowaniem swojego nie-malfoyowego wizerunku. W końcu chciał zostać zapamiętany w Hogwarcie. Wydawało mu się to niesamowicie ważne, by następne pokolenia pamiętały go tak, jak w dzisiejszych czasach pamięta się o niesamowitych bliźniakach Weasley, jedynych w swoim rodzaju, którzy w ciągu kilkunastu minut potrafili rozpętać małe piekło w samym sercu zamku.
    W jego głowie formował się plan, ale nie był w stanie doprowadzić go do skutku bez niczyjej pomocy. Przede wszystkim – potrzebował osoby, która posłużyłaby mu jako pomoc w zorganizowaniu potrzebnych rzeczy, potrzebował osoby z ciekawymi znajomościami i kogoś, kto pomógłby mu z eliksirami, bo sam leżał na tej płaszczyźnie. Niestety.
    Wędrując szkolnymi korytarzami, podrzucał w ręku małą piłeczkę kauczukową, od czasu do czasu odbijając ją od kamiennej posadzki. Nie miał pojęcia skąd się u niego znalazła, ale stanowiła chwilowe zajęcie dla rąk, którymi wiecznie ruszał, jakby w nerwowym tiku. Skierował swoje kroki ku Wielkiej Sali, będąc niemal pewny, że spotka tam osobę, której szukał. W końcu była pora obiadowa, kto normalny byłby gdzie indziej?
    Przewędrował pół sali, obok stołu Gryfonów i na widok poszukiwanej, wrzucił do kieszeni piłeczkę. Szybkim krokiem podszedł do ławki i rozpychając się łokciami, opadł na siedzenie obok panny Ridley. Podparł głowę ręką i spojrzał na nią z uroczym uśmiechem aniołka.
    – Potrzebuję pomocy – rzucił bez żadnego powitania, sięgając po leżącą na talerzu nóżkę kurczaka.
    Inni uczniowie zdążyli już zauważyć, że zajął nieodpowiednie miejsce. Zaczęli szturchać się po bokach i szeptali cicho o zwariowanym Malfoy'u, który najwyraźniej pomylił domy.

    Scorpius

    [Zasnęłam wczoraj, pisząc to zaczęcie – więc po raz kolejny przepraszam! Prawdę powiedziawszy – sama jeszcze nie mam pomysłu na wielką akcję Scorpiusa, ale coś mi się uda wymyślić – I hope so :D]

    OdpowiedzUsuń
  88. Karkarow za wiele o Ellen nie słyszał, ale od czasu do czasu dobiegały go różniaste plotki. Teraz, kiedy ją troszeczkę poznał - jeśli można tak w ogóle powiedzieć - był w stanie przyznać co niektórym pogłoskom rację. Ridley wydawała się na poważnie zdolna do wszystkiego i zaczęcie z nią wojny nie skutkowało niczym dobrym.

    Przyglądał się jej, kiedy zwinnie odwróciła się do fortepianu. Przez chwilę namalował mu się rozbawiony wyraz twarzy, kiedy zauważył, że Ellen czuje się w jego chatce całkowicie swobodnie. Ponosiły ją nerwy, ale nic dziwnego - sprawa dotarła do jej ojca, a wieści w niej przekazane były wyssane z palca. Jak tu się nie wkurzyć? Poza tym, Vladimir zastanawiał się chwilkę, czy Gryfonka potrafi grać. Fortepian mu jakoś pasował do jej urody, szczególnie kiedy przy nim siedziała.

    - Cóż, ja też nikogo nie widziałem - westchnął cicho, jednak szybko się rozchmurzył, kiedy Ellen powiedziała mu o pułapce.

    - Domniemany romans, który jest kompletną bzdurą - odparł twardo, zerkając na kawałek pergaminu - Całkiem możliwe, że będzie Cię śledził, więc proponuje, abyś przyszła tu za kilka dni. Możliwe, że ten ktoś bujnie się tutaj za Tobą w celu zdobycia innych, potwierdzających jego list haków - nie było to ani pytanie, ani zaproszenie; ale taka opcja wydała mu się najbardziej chwytliwa. Skoro komuś zależało na kopaniu przed Ellen dołków, na pewno nie zawaha się, jeśli Gryfonka znów się tu wybierze. Szpiegując ją, mógłby szybko wpaść w zastawione wcześniej sidła.

    - Chyba, że coś innego chodzi Ci po głowie w ramach pułapki.

    Vladimir Karkarow

    OdpowiedzUsuń
  89. Dla Grudniowego stało się jasne, że ma do czynienia z niezłym ziółkiem. Ironiczny uśmiech bardziej mimowolnie uniósł jego kąciki. Sprytna – nie dała się łatwo wyprowadzić z równowagi i zważająca na wypowiadane słowa. Trudno było mu uwierzyć w wiadomość przekazaną przez Hutchela i krążące po Hogwarcie plotki. Arsellus nie chciał dać wiary temu, że taka drobna i względnie niepozorna uczennica, do tego z tak wzorowego domu jak Gryffindor może przywalić. Nie mógł jednak pozwolić, aby zwiodły go pozory.
    – A co jeśli biedaczek nie zrozumiał tego przekazu? – rzucił w odpowiedzi Arsellus. Pierwszy raz przyglądając się dziewczynie uważnie i mrużąc przy okazji oczy niczym wąż symbolizujący jego przydział do konkretnego domu. – Na miotłę w trakcie treningu, która przywaliła mu tak gdzie trzeba nie wyglądasz. – dodał nieco ironicznie Grudniowy, opierając podbródek na otwartej dłoni. Nie spuszczał z niej wzroku. Miał przeczucie, że Ellen Ridley jeszcze będzie miała szansę na to, aby go zaskoczyć.
    On sam nie dbał jednak jakoś szczególnie o Archer ani tym bardziej o Hutchela. Ani razu się nawet nie obrócił, chociażby po to, aby upewnić się, że nadal się tam znajdują. Równie dobrze mogliby wyjść, a w tym momencie Arsa w ogóle, by to nie ruszyło. Zainteresowała go ta podejrzana historia związana bezpośrednio z tym tępakiem – Fowleyem i nie zamierzał dać się tak łatwo spławić.
    Roześmiał się trochę złośliwie. Robiła na nim wrażenie przy utrzymywaniu jednej wersji. Mogła go oszukiwać. Wszystko przemawiało za to, że nie zrobiła tego, ale pozostawała ta kwestia – jeśli. Po tej wymianie zdań Langhorne miał wrażenie, że była w to zamieszana. Uśmiechnął się wyraźniej, ale nadal w ten sam sposób.
    – Racja, ciężko będzie mi współpracować z półkrwią od Gryfonów, bo cenię czystość krwi i jestem Ślizgonem. Nie zaprzeczę, że tak jest, ale nie widzisz podstawowej kwestii, że o dziwo, w przypadku Fowleya jesteśmy sojusznikami czy tego chcesz czy nie. Jak to się mówi wróg mojego wroga jest moim przyjacielem. – wzruszył ramionami i przesunął trochę do przodu piwo kremowe, którego nawet nie tknął. Nie przepadał za słodyczami i tylko dla tego trunku robił wyjątek od czasu do czasu. – Niby chciałem tylko rozwiać plotki i przekonać się czy faktycznie byłabyś do tego zdolna.
    Grudniowy pochylił się wyraźnie nad stołem, tym razem ściszając głos, aby zebrani nie nadstawiali tak uszu nie mogli niczego dosłyszeć, mimo najszczerszych chęci i nie wgapiali się w tę nietypową rozmowę przy jednym stole z wielkimi oczami.
    – Wydaje mi się, że oboje możemy sobie pomóc w zemście na Fowleyu. Znam praktycznie każde przejście w zamku i kusi mnie, aby w jednym z nich zamknąć tego pajaca, ale to tylko wstępna propozycja. – dodał z błyskiem w niebieskich oczach.

    Arsellus Langhorne

    OdpowiedzUsuń
  90. Bywał w różnych miejscach w Hogsmeade. Po zakończeniu pracy tak naprawdę mógł robić wszystko, na co tylko miał ochotę. Dlatego też zazwyczaj przesiadywał każdego dnia w innym miejscu. Samotne siedzenie w małym pokoju jedynie z łóżkiem, szafką, jednym krzesłem i stolikiem nie napawało nikogo optymizmem, ani większymi chęciami do dalszego działania. Po prostu siedząc zamkniętym w czterech ścianach prędzej czy później każdy człowiek zacząłby świrować. Dlatego właśnie Joseph tam tak naprawdę tylko spał. Całą resztę czasu dzielił na pracę i snucie się po miasteczku. Od czasu do czasu robił jeszcze coś ekstra. Dzięki czemu, miał nadzieje na szybsze wyjście na prostą.

    Sposób myślenia i działania chłopaka był zero jedynkowy. Albo robił wszystko, albo nie robił nic. Znacznie częściej wybierał opcję numer jeden, dlatego zawsze, wszędzie było go pełno. Nie bał się żadnej pracy. Chociaż łudził się wciąż, że w końcu zacznie normalne życie w głębi duszy doskonale zdawał sobie sprawę z tego, że nie ma już na to najmniejszej szansy; wciąż jednak odpychał to od siebie. Przecież szemrane interesy były tylko dodatkiem, z którego mógł zrezygnować w każdym momencie.

    Wparował do lokalu, w którym wcześniej umówił się z Ellen niczym huragan. Doskonale wiedział dokąd musi skierować swoje kroki, aby ją odnaleźć. Nie było tak, że zawsze spotykali się w tym samym miejscu, jednak Łuska Smoka była o tyle komfortowa w utrzymywaniu tajemnic, nie budząc przy tym żadnych podejrzeń, że to właśnie tam najczęściej omawiali wszystkie swoje, wspólne interesy.

    — Zamówić ci jeszcze jednego? — odezwał się, uśmiechając się szarmancko, siadając przed dziewczyną, uważnie przyglądając się, migoczącemu się na niebiesko w szklance drinkowi.

    Chciał się już dowiedzieć co takiego tym razem ma dla niej przygotować i jak wiele monet wesoło zabrzęczy w jego kieszeni po dobrze wykonanym zleceniu. Dobra motywacja była napędzającym go motorem do działania. Gdy zapłata była odpowiednia, Joseph był w stanie załatwić wszystko.

    — Jak tym razem mam cię uszczęśliwić? — zapytał, unosząc delikatnie brew. Pochylił się odrobinę nad stolikiem, nie odrywając spojrzenia od jej tęczówek.

    Też wyobrażasz sobie ten wątek w takich późnych latach 40, wczesnych 50? :D czy to tylko ja, mam coś nie tak z głową?
    Joseph

    OdpowiedzUsuń
  91. [ Możesz mnie obsypać, czym zechcesz. Naprawdę. Najlepiej pomysłem na wątek.]

    Vincent

    OdpowiedzUsuń
  92. Z jednej strony tę chwilę można nazwać największym zaskoczeniem w całym życiu Jamesa Pottera. Z drugiej strony nie jest to do końca prawdą, bo w jego mózgu nagle jakby zaświeciła się lampka i zaczęła dzwonić, krzycząc: dingdingding idioto, od początku miałam rację! Wszystkie jego podejrzenia się sprawdziły, ale zaskoczyło go to tak bardzo, że na chwilę znieruchomiał. I bynajmniej nie był to skutek przenikliwego mrozu, który panował na dworze. Przeciwnie, nagle zrobiło mu się dziwnie gorąco, jakby fakt, że jej usta znalazły się na jego ustach, gwałtownie podwyższył temperaturę. I przez jakieś pięć sekund stał tam jak słup soli, nie wiedząc, jak zareagować, dosłownie jakby w życiu się nie całował. A głupszej rzeczy nie można chyba powiedzieć, bo całowanie to trzecie hobby Pottera, zaraz po quidditchu i wkurzaniu ludzi, przynajmniej tak mówią.
    Gdy zaskoczenie minęło, natura Jamesa przejęła kontrolę i najzwyczajniej odwzajemnił pocałunek, nie zastanawiając się nad tym, co zrobi, gdy będzie musiał spojrzeć Ellen w oczy. Z nią wszystko było inne, niż z resztą dziewczyn - może dlatego, że ją naprawdę lubił. Był niemal pewien, że nic sensownego nie przyjdzie mu do głowy, gdy już zakończą pocałunek. Żadnego tekstu na podryw. Nic. Nie umiał nawet myśleć, kiedy była tak blisko. Może nawet nie chciał myśleć. Objął ją i przyciągnął do siebie, i zrobiło się jeszcze cieplej. W końcu jednak musieli się od siebie oderwać dla zaczerpnięcia tchu.
    I nadszedł ten przerażający moment.
    - To... - zająknął się, nie wypuścił jej jednak z objęć, chcąc jakoś zasygnalizować, że on czuje dokładnie to samo. - Ja też muszę ci coś powiedzieć.
    I to tyle, jeśli chodzi o inwencję twórczą Jamesa w tamtym momencie. Nie miał zielonego pojęcia, jak ubrać w słowa swoje uczucia. Sam nie wiedział nawet, co czuje. I chociaż gdzieś z tyłu jego głowy coś krzyczało, że przecież ona może robić sobie żarty, zignorował to.
    I zrobił to samo, co ona. Zademonstrował swoje uczucia. Nachylił się i pocałował ją znowu, pierwszy raz od bardzo długiego czasu czując, że robi coś, czego naprawdę pragnie.

    [Nie zabiję Cię :D]
    zakochany Jamie

    OdpowiedzUsuń
  93. - Ej, Scalmar! Co ty tu siedzisz?!
    Lysander nie podnosił głowy, bazgrając dalej, gdy ktoś szturchnął go w ramię.
    - Do ciebie mówię.
    Dopiero wtedy zauważył jakiegoś Gryfona z burzą nastroszonych włosów. Wyglądał jakby trafił go piorun. Zander chciał coś odpowiedzieć, ale nie miał pojęcia co. Czy ten chłopak o coś go pytał czy po prostu tak stał?
    - Daj spokój, Mark. Chyba nie chcesz, żeby nasłał na nas duchy, nie? - rzucił jakiś oddalony Krukon, którego Lyss widział po raz pierwszy.
    - Dziś ci odpuszczę - warknął Gryfon i odszedł dumnie. Lysander patrzyła jak odchodzi, po czym wzruszył ramionami, nie mając pojęcia, co się przed chwilą wydarzyło i szkicował dalej. Blondwłosy brat bliźniak nie dzielił tak ludzi. Zresztą nigdy się nad tym zastanawiał, a gdyby ktoś go o to spytał, pewnie otworzyłby szeroko oczy i spytał co ma na myśli. Tak. Bo Lysander Scamander w odróżnieniu od swojego brata Lorcana był zupełnie oderwany od rzeczywistości. I nikt go za to nie winił, nawet nikt się z niego nie śmiał, bo ci wredniejsi uczniowie Szkoły Magii i Czarodziejstwa w Hogwarcie nauczyli się, że z tym dzieciakiem nie ma co zadzierać. Znał chyba każdą tajemnicę zamku i wymykał im się z łatwością. Lysander robił to zresztą nieświadomie. Po prostu szedł z książką i akurat skręcił w ten korytarz, a osiłki za jego plecami wpadali na niewidzialne pole siłowe. Lub rozmawiał z duchami, a przyszli niedoszli prześladowcy zostali przerażeni na śmierć przez zjawy, gdy tylko wyczuwały niecny podstęp skierowany w ich przyjaciela. Być może jedynego w całym zamku. Nikt ze studenciaków nie rozmawiał z umarłymi. Zwyczajnie interesowały ich inne rzeczy. Ale nie Zandera, który wdał się w matkę. Blondynek z niesfornymi włosami lubił słuchać opowieści, które z wielką chęcią opowiadały mu duchy. Często też doradzali mu w lekcjach lub nawet podawali właściwe odpowiedzi. Tyle wieków w szkole ze wspaniałą biblioteką zrobiło swoje. Niekiedy też szeptały mu na ucho tajemnice z Działu Ksiąg Zakazanych, co rozdmuchiwało wyobraźnię Krukona na kolejną przygodę. 
    Nawet nie przeczytał tego, co miał w dłoniach, ale nawet jeśli to samemu markizowi di Beaz opadłaby szczęka!
    - Nic nie zniszczyłem - odparł Lysander, wzruszając ramionami i wkładając sobie ołówek za ucho. Oparł dłonie na kamienny gzymsie, na którym siedział i zwiesił nogę nad przepaścią. Nie przejmował się tym, że gdyby się przechylił lub ktoś go popchnął, mógłby spać kilka pięter w dół. O ile szybciej nie rozgniótłby się o ruchome schody. - I nie. Nikt o nic nie pytał. Tylko o ciebie - mruknął, zeskakując na ziemię i poprawiając włosy. - To trzymaj się w takim razie - rzucił z uśmiechem i skierował się do zejścia po schodach.

    Lysander

    OdpowiedzUsuń
  94. [ To Ellen nie jest tak naprawdę anielską duszyczką? Co za szok. :D
    Nie mówię pomysłowi nie (dobra, trochę mówię), ale nie dlatego, że jest zły, tylko dlatego, że Vincent nie dość, że nieśmiały, to jeszcze wrażliwy. Takie odwrócenie się od niego kogoś bliskiego, z kim pewnie budował relację przez długi czas, na pewno nie wpłynęłoby na niego dobrze. Kto wie, może zamknąłby się w dormitorium, jadł czekoladki i potwornie roztył?
    Masz coś lżejszego w repertuarze?]

    Vincent

    OdpowiedzUsuń
  95. [Cześć :) Miałyśmy mieć wątek, ale z mojej winy nie wyszło. Jeśli nadal masz ochotę, zapraszam. Niekoniecznie do Williama, może być Jackson lub Sorcha ;)]

    William/Jackson/Sorcha

    OdpowiedzUsuń
  96. To zabawne, że mimo tych wszystkich wątpliwości, które nie pozwalały mu powiedzieć Ellen o tym, co do niej czuje, jego podejrzenia - co do jednego - się sprawdziły. Sytuacja z listem była dziwna i podejrzana, ale James nawet nie śmiał myśleć, że to Ellen mogłaby go napisać. Gdzieś w głębi duszy to podejrzewał, ale wydawało się to być zbyt piękne, by mogło być prawdziwe. A jednak. Oboje tańczyli wokół siebie i udawali, że ta druga osoba ich nie obchodzi, a tymczasem...
    - Kto by pomyślał... Myślałem, że nie piszesz listów miłosnych - uśmiechnął się do niej; uśmiech miał wyjść ironiczny, taki w jego stylu, ale chyba znowu wyszło mu coś na rodzaj rozrzewnienia na widok małego pieska. - Tez nie będziesz pewnie zdziwiona, jak ci powiem, że dzisiaj... Trochę się wkurzyłem, kiedy cię zobaczyłem z tym chłopakiem.
    Cała ta sytuacja zmieniła się w mgnieniu oka: najpierw rzucali się sobie do gardeł, za chwilę się całowali, a teraz zebrało im się na wyznania. James pewnie powinien martwić się tym, co będzie, kiedy ktoś ich zobaczy... Bo jaka by Ellen nie była, należala do Gryffindoru, a Ślizgoni, mimo upływu lat, wciąż niezbyt się lubili z Gryfonami. Ale Jamesa nigdy nie obchodziło zdanie innych - raczej bawiło go obserwowanie reakcji. Miał nadzieję, że Ellen także nie zwraca większej uwagi na plotki.
    Nagle drzwi gospody się otworzyły, uwalniając dochodzące z pomieszczenia odgłosy rozmów. James z trudem rozpoznał kilku chłopaków, z którymi przyszedł do Hogsmeade. Zaklął pod nosem. Ostatnie, czego w tym momencie pragnąl, to towarzystwo tych idiotów. Nie miał ochoty na ich docinki i pytania, wiedział też, jaki mają stosunek do Ellen. Na sto procent wywiązałaby się mała kłótnia, zważając na to, że oboje z Ellen mieli dość... wybuchowe charaktery.
    - Hej, James! Gdzie jesteś? Ridley cię zjadła?
    James rozejrzał się dookola i w mgnieniu oka podjął decyzję. Pociągnąl Ellen za rękę i zaczął się szybko wycofywać. Miał nadzieję, że jego koledzy ich nie zauważyli. A nawet jeśli tak, że nie mieli zamiaru za nimi iść.
    Zatrzymał się dopiero, gdy pojawiła się możliwość zakrętu. Puścił dłoń Ellen i oparł się o ścianę jednego z budynków. Nagle poczuł zakłopotanie, bo cała ta ucieczka wyglądała, jakby próbował ukryć to, co się między nim a Ellen własnie wydarzyło. A absolutnie nie miał takiego zamiaru. Po prostu nie chciał jeszcze się z nią rozstawać, a jego kochani kumple na pewno by go do tego zmusili.
    Dopiero co, w jakiś tam pokręcony sposób, wyznali sobie z Ellen, co do siebie czują, a on już popełnił pierwszą gafę. Świetnie.
    - Więc... - przeciągnął dłonią po włosach, zakłopotany. - Chyba spanikowałem. Tak jakby... niezbyt ich lubię.

    James

    OdpowiedzUsuń
  97. Alexander też nic nie powiedział. Zwyczajnie zajął się usuwaniem resztek eliksiru z biurka, starając się za wszelką cenę nie patrzeć w bok, na Ellen.
    ***
    Nauczyciel nie wykazał się ani poczuciem humoru, ani innowacyjnością w wymyślaniu dla dwójki szlabanu — dzień później okazało się, że mają zaopatrzyć się w zwykłe, mugolskie środki czystości i wysprzątać salę eliksirów do czysta.
    — Czasu macie wiele — rzekł profesor ze złośliwym błyskiem w oczach. — Do pierwszej lekcji zostało wam jakieś czternaście godzin. I gwoli ścisłości, do czysta naprawdę znaczy do czysta. Każdy kociołek, każda szafka, a nawet żyrandole mają lśnić.
    Kiedy tylko mężczyzna wyszedł z sali, Stratford opadł na najbliższe krzesło i jęknął z wściekłości, by potem uderzyć otwartą ręką w stolik. Gdyby nie ta cała przepychanka słowna, w którą wpakowali się z jego powodu, nigdy nie doszłoby do tej sytuacji. Zerknął w kierunku dziewczyny, która też jeszcze nie ruszyła się z miejsca, po czym pokiwał głową.
    — Za wczoraj... przepraszam — wymamrotał. Rzadko kiedy na jego ustach nie gościł uśmiech, gdy wypowiadał te słowa.

    OdpowiedzUsuń
  98. — Wcale nie miałem takiego zamiaru, wiesz… Czasem mogłabyś nie łączyć wszystkiego z pieniędzmi i interesem — uśmiechnął się połowicznie, rozsiadając się wygodnie — nie daj boże wpadniesz nam w jakąś paranoję i ktoś cię przyłapie wtedy… będzie smutno, w końcu twoje szkolne interesy to pieniądz dla mnie. Niczego nie schrzań Ridley — puścił jej oczko. Doskonale wiedział, że dziewczyna wie co robi i, że nie wpadnie, nie da się przyłapać. Była za dobra w tym co robiła, a we dwójkę byli duetem idealnym. Tak przynajmniej on to widział.

    Słuchał uważnie jej słów, zapamiętując dokładnie wszystko. Czasami zastanawiał się czy dziewczyna przypadkiem nie działa na szerszą skalę. Niektóre zlecenia były naprawdę podejrzane, a wydawało mu się, że hogwarckie dzieciaki nie potrzebuję tego typu rzeczy. Mimo ciekawości, nigdy jednak nie wypytywał. Wiedział, że dla niego najważniejsze powinna być gotówka i fakt dostarczenia paczki. Trzymał się więc dokładnie tego, co było dla niego ważne, nie chcąc stracić dodatkowego, bardzo dochodowego źródła gotówkowego. W końcu nigdzie indziej, nie udałoby mu się zarobić tak wiele, w tak krótkim czasie.

    — W takim razie, kiedy ponownie chcesz się ze mną zobaczyć? — spojrzał na nią, przechylając delikatnie głowę na bok i uważnie jej się przypatrując. Doskonale wszystko zrozumiał, wiedział gdzie ma być, kogo szukać i komu przekazać to co dostanie. Musieli się teraz jedynie umówić na kolejne spotkanie, by spokojnie mógł rozpocząć swoją część zlecenia. Jak zawsze, ze spokojem, bez pospiechu. No chyba, że miało to być na wczoraj.

    Joseph

    OdpowiedzUsuń