14 lutego 2016

ja już tak będę jechał do ciebie w nieskończoność

Vincent Vanlaanen
wychowanek domu Helgi Hufflepuff 
prefekt naczelny — brudna krew — wężousty

Mamo, matuniu, mateczko, nie przygotowałaś mnie dla świata. Świata nie przygotowałaś dla mnie i teraz świat przed oczami mi wiruje. Te twoje bajki o rzeczywistościach innych, o krainach przeróżnych i wróżek pyle przed snem spijałem z ust twoich, ale w głębi serca wcale im nie dowierzałem. W twoich opowieściach byłem smokiem ziejącym ogniem, byłem rycerzem na lśniącym rumaku. Ale potem gasło światło, drzwi się zamykały i sam ze sobą zostawałem aż do rana. Wydawało mi się wtedy, że tak wygląda życie, że życie nie jest niczym innym jak bajką, gdzie smok przegrywa, a rycerz zawsze triumfuje i te zwątpienie moje na bok spychałem, trochę, po trochu i jeszcze odrobinę. Nie przygotowałaś mnie dla świata, wiesz, bo kochałaś mnie zbyt mocno, żeby wspomnieć, że takiej miłości od świata nie dostanę. A ja, chociaż wątpiący, oczekiwałem, że ja dla świata i świat dla mnie umrze z kochania.


Vincent to nieśmiały chłopak, który lubi książki, samotne spacery i czarną magię. Jak tu takiego nie pokochać?
Witajcie!

130 komentarzy:

  1. [O mamo, jaka karta! Tekst jest krótki, ale bardzo... hm, mocny, że tak powiem. W każdym razie do mnie trafił, chciałabym tak pisać. Cieszę się, że przybywa nam Puchasiów, w końcu to takie miłe stworzonka. Trochę jestem onieśmielona kartą, ale... skusisz się na wątek?]

    Jemma Simmons/Molly Weasley

    OdpowiedzUsuń
  2. Ten komentarz został usunięty przez autora.

    OdpowiedzUsuń
  3. [ Przyszłam z entuzjazmem witać nowego Puchona (<3), ale ta karta jest po prostu zbyt wzruszająca, żeby tak normalnie powiedzieć "Cześć". Swoją drogą... co on kombinuje z tą czarną magią? Fuj, niech zostawi, bo jeszcze się skrzywdzi.
    Anyway, w razie jakiegoś wolnego miejsca w Twoich powiązaniach - przyjmę każde. I każdy wątek :D ]
    T. Bowen

    OdpowiedzUsuń
  4. [ Nie wiem, czy jego relacja z matką jest wzruszająca, czy może bardziej niepokojąca. Swoją drogą, ona żyje? I czy Vincent (uwielbiam to imię) mówiąc, bawi się inwersją? ;D Myślę też, że chociaż świat zapewne nie umrze dla niego z kochania, to on dla świata jak najbardziej może to zrobić. Ale szkoda byłoby Puchona, niech chociaż Hogwart skończy, zanim się na to zdecyduje.
    Cześć! ]

    Jacca/Valancy

    OdpowiedzUsuń
  5. [Bardzo podoba mi się treść karty, jest ciekawie napisana :) A Vincent musi być trochę niestereotypowym Puchonem skoro interesuje się czarną magią :D Ale masz rację, jak tu go nie pokochać?
    Cześć, cześć! Zapraszam do siebie na wątek, wspólnymi siłami na pewno coś ciekawego wymyślimy.]

    Maisie

    OdpowiedzUsuń
  6. [Naprawdę ciekawy opis charakteru - muszę przyznać, że jak na tego typu dzieła, dobrze ujawnia on niektóre cechy Vincenta - dopasowane do borsuków :) A i czarna magia mu pasuję, bo nie powiedziane, ze Puchoni się jej brzydzili aż nad to :) Zaprosiłabym do siebie, ale nie mam nic, co nie urwałoby się nam po sekundzie - jeśli coś Ci wpadnie do głowy, wpadaj pod kartę!]

    Vladimir Karkarow

    OdpowiedzUsuń
  7. [ Na pewno codziennie jest się bliżej tej śmierci, jeśli już jesteśmy przy wyświechtanych kwestiach. Chyba że jest się Flamelem bis, ale i on ostatecznie wyzionął ducha.
    Przydatna mateczka, przynajmniej Vinnie ma pewnie gustowne sweterki, które może nosić w zimniejsze dni, zazdroszczę szczerze. I ciekawa jestem, co kryje się za nienormalnymi myślami, ale nie pytam o to, bo odpowiadając na kolejne z pytań zabrzmiało, jakby wścibstwem się naprzykrzała. :D
    I nie, słowo parszywy jest mi w zasadzie obojętne, nie darzę go jakąś szczególną sympatią, ale najwyraźniej musiało mi ugrząźć w głowie w okresie, w którym pisałam kartę, skoro użyłam go aż dwa razy na przestrzeni tak krótkiego tekstu. Będę to musiała zmienić, jak nie zapomnę, dzięki za uwagę. ]

    OdpowiedzUsuń
  8. [ Vincent nie musi się zgadzać, a już na pewno Tia nie potrzebuje jego zgody, żeby mu się naprzykrzać. Po prostu nie ma wyboru - kiedyś będzie musiał ją wpuścić w swoje życie :D
    W zasadzie... jeśli nie masz żadnego specjalnego powiązania, to nie twórzmy go. O wiele bardziej wolę budować relację od podstaw, więc jeśli nie masz nic przeciwko, to wolałabym teraz właśnie tak zrobić. Może tak być? ]

    OdpowiedzUsuń
  9. [Przy czytaniu takich kart mam szczerą ochotę obsypać ich autorów złotem. :v]

    Georgina/Ellen

    OdpowiedzUsuń
  10. [Ja go kocham całym swym sercem. Witam i zapraszam, bo nie daruje, jak nie zjawisz się pod którąś z kart.]

    Solene // Aaron // Lorelle

    OdpowiedzUsuń
  11. [ Moja kreatywność leży w kałuży krwi i dogorywa, więc jak mam ci wątek zaproponować? ;v Mógłby Vincent być z Ravenclaw, wtedy by z Jaccą dormitorium dzielił i już byłby już jakiś punkt zaczepienia, ale nie, należało wszystko utrudnić!
    Ale nie, mogliby wyhodować piękną męską przyjaźń i sporządzać plany przejęcia władzy nad światem, żeby potem kazać mu umrzeć z kochania, hłehłe. :D ]

    Jacca Radley

    OdpowiedzUsuń
  12. [Co tam, Gwiezdny Pyłku? Pan faktycznie bardzo nieśmiały, ale chyba nie masz zamiar trzymać go w takim stanie przez cały czas, co? :) No, Twoje karty zawsze mają w sobie jakiś urok. Dlatego powodzenia i tu i witaj w szeregach :)]

    M. Harrison/L. Scamander

    OdpowiedzUsuń
  13. [Spokojnie, wspólnymi siłami damy radę. Wydaje mi się, że mogliby się lubić, innej opcji nie widzę. Jemma ogólnie rzecz biorąc, jest ciekawską osobą, a wyczytałam, że Vincenta interesuje czarna magia, więc mogliby wspólnie szukać czegoś na ten temat, oczywiście posiadając nieco odmienne cele. Simmons mogłaby się jednak spostrzec, że jego fascynacja tą dziedziną magii jest trochę niezdrowa, więc zaczęłaby się martwić i ograniczyła ich spotkania, bojąc się o niego, a on chciałby z nią o tym porozmawiać czy coś. Mogliby się nawet pokłócić, o.]

    Jemma Simmons

    OdpowiedzUsuń
  14. [Właśnie sobie przez cboxa zdałam sprawę, że się nie przywitałam. Najlepsze jest to, że byłam święcie przekonana o tym, że jednak to zrobiłam... Świetnie napisana karta. Co prawda jest krótka, króciuteńka ale dość treściwa. Och no i te zdjęcie. Wszystko pasuje jak ulał.

    Chwilowo strasznie boli mnie głowa i nie wymyślę raczej nic ambitnego, ale zawsze możemy połączyć siły i wspólnie coś wymyślić. Albo po prostu chwilę poczekać, tabletki niedługo powinny zacząć działać ;)]

    Hyun & Avalon

    OdpowiedzUsuń
  15. [Pytanie tylko, z którą z moich dziewczyn lepiej nam wyjdzie (chociaż zakładam, że skoro odpisałaś pod kartą Ellen, to ona bardziej ci leży.
    Jeżeli chodzi o Ridley, to ona mogłaby utwierdzić go w przekonaniu, że świat jest bardzo be - na przykład wplątując go w jednej ze swoich planów, w których to ona ma zarobić, a reszta może się, brzydko mówiąc, chrzanić. Z tym, że podobne działania same w sobie nie byłyby zbyt "pouczające", toteż proponuję, aby plan dotyczył osoby z najbliższego otoczenia Vincenta, która to koniec końców jego uzna za winnego i się od niego odwróci.
    A jak nie, to może być co innego!]

    Ellen

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. *"wplątując go w JEDEN ze swoich planów", oczywiście.

      Usuń
  16. [Cześć, przyszłam po znajomości, jak nie masz mnie dość to zapraszam na jeszcze jeden wątek. :D]

    Rose Weasley

    OdpowiedzUsuń
  17. [Ranisz moje uczucia w tym momencie, a Rose jest taka kochana. :<
    Cięzko mi jest rzucić powiązaniem, bo nie wiem, jakie już masz, jeszcze coś zdubluję i będzie klapa.]
    Rose

    OdpowiedzUsuń
  18. [Tak to ja jestem tym złym człowiekiem... Naprawdę chciałam dla niego jak najlepiej, ale jakoś nie możemy dojść do porozumienia.
    Hm... Co do wątku. Rozumiem, że odezwanie się pod kartą Hyuna świadczy, że wolisz wątek z nim niż z Avalon, tak? Tak. Oboje są samotnikami co prawda każdy z nich ma ku temu inny powód. Mogliby sobie razem wieść samotne, hogwarckie życie tylko jeszcze nie wiem jak dokładnie miałoby te ich samotne życie wyglądać.
    Z drugiej strony w sumie, nim przeszłabym do jakichś konkretów... Wolisz pozytywne relacje? Negatywne? Chcesz im namieszać w życiu czy może jednak nie? :D]

    Hyun

    OdpowiedzUsuń
  19. [ Komu niby ja tak te wątki proponuję? ;D Tobie za to zaproponowałam sporządzenie wspólnych planów na przejęcie władzy nad światem, a ty nie dość, że odmawiasz (Jacca przyjemnie się śmieje, Vince na pewno z radością wsłuchiwałby się w jego chichotanie), to jeszcze wyzywasz od okropnych ludzi, dzięki! Weny na wątek mi nie brakuje, brakuje tylko inwencji twórczej na jego wymyślenie, więc... Może weźmiesz ode mnie tę pałeczkę? (Tylko nie zgub tak, jak robili to niektórzy lekkoatleci w sztafetach. ;/)
    Do soku pomarańczowego, mówisz. W sumie w Hogwarcie to towar ekskluzywny, z pomarańczowych rzeczy to wolą dynie i takie paskudztwa piją, nie znają się na niczym. ]

    Jacca R.

    OdpowiedzUsuń
  20. [Chęci mam bardzo dużo, a i karta Vincenta jest bardzo urzekająca, także zgłaszam swą - Zachary'ego również - gotowość do wątków. Czy masz już jakiś zarys w głowie?
    Ps. Muszę przyznać, że Puchon lubiący czarną magię to dla mnie ciekawe połączenie.]

    Zachary

    OdpowiedzUsuń
  21. [A wygląda? :D
    Lżejszego... Czy czasem zdarza się, że pomimo funkcji prefekta, Vincentowi dokuczają? Mogłybyśmy założyć, że oprawca Vince'a byłby sporo winien Ridley, więc pierwszą częścią przysługi byłoby odwalenie się do niego (tyle że wtedy Vince zostałby kolejnym dłużnikiem i biznes się kręci niczym karuzela śmiechu).
    A jak w ogóle marzysz o wadze superlekkiej, to może łatwiej poszłoby z Georginą.]

    OdpowiedzUsuń
  22. [Kurcze, a propo tego zrozuzumienia to nie byłabym taka pewna. Zachary faktycznie jest mugolakiem i jakoś nie ukrywa tego skrzętnie, ale z drugiej strony trochę się od tego odcina. Jest w niezbyt wygodnym położeniu niczym Harry u Dursley'ów - niby ma gdzie wracać, własny pokój, ale nikt go tak naprawdę nie rozumie (z ą różnicą, że jest raczej kochany i Addlingtonowie go utrzymują). Poza tym magia tak go wchłonęła, że widzi siebie tylko w kategorii obecnego czarodzieja, a nie mugolskiego dzieciaka, którym jeszcze tak niedawno był. Poza tym złoty chłopak. Trochę za szybko wpada w złość i wyżywa się na innych, ale za to potrafi to robić na milion różnych sposobów (czyt. jest kreatywny i bardzo zaradny). W przyszłości chce zawodowo łamać klątwy, co nieco teraz już praktykuje z mniejszym lub większym powodzeniem. Myślę że jakaś nutka fascynacji czarną magią mogłaby ich połączyć. Co Ty na to?]

    Zachary

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. [Poza tym wybacz mi nagminne używanie poza tym. :D]

      Zach

      Usuń
  23. [Georgie jest romantyczką, nie zaprzeczę, ale ślizgońska duma nakazuje jej zbytnio tego nie pokazywać (oprócz tego ma też głupiego, pompatycznego brata, który udaje twardziela i to samo każe robić jej). Da się z nią jednak wytrzymać, bo nikogo bez powodu nie atakuje, a kolegów-prefektów z reguły lubi. Wątpię, by Vincent miał być od tej reguły wyjątkiem, także może nie będą bliskimi przyjaciółmi (chyba że stawiamy na kompletne łamanie stereotypów), ale obejdzie się bez dużej niechęci.
    Pytanie tylko, czy wątek będzie takim w stylu "nudny patrol zakończony ganianiem dzieciorów po Zakazanym Lesie", czy czymś jeszcze innym?]

    OdpowiedzUsuń
  24. [Raczej w drugą stronę. Zainteresowanie czarną magią (czyli czymś złym) przeniesione na zainteresowanie przyszłym zawodem (łamacz klątw brzmi lepiej niż czarnoksiężnik). Co tu dużo mówić, kręci go ciemna strona mocy, ale się trochę wstydzi i jeszcze z tym chowa. :D]

    OdpowiedzUsuń
  25. [Cześć :) Niesamowita karta, jedyna w swoim rodzaju :D Miłej zabawy życzę i jeśli masz ochotę, zapraszam do którejś z moich postaci :D]

    William/Amelie/Sorcha

    OdpowiedzUsuń
  26. [ A co, Vinnie może chce, aby Jacca go sportretował jak jedną ze swoich francuskich dziewczyn? ;D W sumie... skoro Vincent siedzi w skorupie, to pewnie jest jajkiem, Jacca może zrobić pisankę. (Wiem, mam wyborne żarty, trzeba zatrzymać tę karuzelę śmiechu.)
    Jacca mógłby podjąć próbę pokazania Vincentowi, że wysokości są spoko – i metoda jego działania byłaby odrobinę subtelniejsza niż zrzucenie go z najwyższej wieży, bo to w gruncie rzeczy dobry chłopak jest, delikatny. Albo można by pokombinować z połączeniem artystycznych talentów Jakki i czarnomagicznych upodobań Vincenta. ]

    Jacca Radley

    OdpowiedzUsuń
  27. [ Zacznę nam wątek, jestem już w połowie i pojawi się jutro. Wybacz, że musisz tyle czekać :< ]
    Bowen

    OdpowiedzUsuń
  28. [Przeszedł, przeszedł.Myślę, że dobrym miejscem na próby jest zakazany las, tylko jeszcze nie wiem czego. :<]

    OdpowiedzUsuń
  29. [Myślę, że miałby niemały dylemat gdyby ktoś zaproponował mu członkostwo w takim stowarzyszeniu, aczkolwiek przy dobrej argumentacji pewnie by się nie oparł. Jeszcze ciężko mi stwierdzić, bo póki co nie miałam jeszcze okazji sama go do końca poznać (brak toczących się wątków, you know). Ale wracając do naszego planowania - powiedzmy, że Zach dostosowuje się do comiesięcznych zmian działów, w sumie wszystko mu jedno w jakiej kolejności z czym się zapozna, oby wszystko zdążył przerobić. Chcę zakazany las, więc wysunę nieśmiałą propozycję by próbowali uśmiercić w nim jakieś (nie)winne zwierzątko. No i niech coś im pokrzyżuje plany. :D
    Btw. idealne zdjęcie masz w karcie, takie mroczne.]

    OdpowiedzUsuń
  30. [ Mogłoby być i tak, ale pomyślałam raczej o sztuce nieco innego rodzaju. Wiesz, machnięcie jakiegoś obrazu, który z pomocą czarnej magii kogoś by opętał. Albo jakiegoś Graya numer dwa uczynił. Takie tam zabawy.
    Nie wiem, skąd ten szalony pomysł, że mam ochotę zacząć. Wiesz, że jak zaczniesz pięć wątków, to dostaniesz punkty dla Hufflepuffu? Nie kusi cię to? :D ]

    J.

    OdpowiedzUsuń
  31. [Hm, wymyśliłam coś jeszcze, ale nie wiem co ty na to. Bo jeśli mowa o planach w założeniu jakiegoś tam klubu, to można by to urzeczywistnić i wspólnie mogliby coś takiego założyć. W sensie, nie do końca fanatyków czarnej magii, bo Jemma do takich osób nie należy, ale bardziej na zasadzie: "dowiadujemy się czegoś nowego, żeby móc się przed tym bronić", a skoro Vincent nie jest zbyt dobry w przemawianiu przed ludźmi i w ogóle, to właśnie Jem mogłaby to za niego robić. Tyle, że po kilku spotkaniach V. lekko odszedłby od pierwotnych idei klubu, co Simmons w końcu by odkryła, bo powiedzmy, urządzał spotkania bez jej wiedzy, a skoro cała ekipa się lepiej znała, to lepiej mu było mówić. Nie wiem na ile ten pomysł pasuje do osobowości Vincenta, ale skoro narodziło się w mojej głowie, postanowiłam się nim podzielić.]

    Jemma Simmons

    OdpowiedzUsuń
  32. [Bój się, bój. I bardzo ładnie poproszę o maila to się rozpiszę z propozycjami, albo napisz do mnie na mojego lub gadu (mam podane w karcie) - jeżeli nie chcesz podawać publicznie XD]

    Hyun

    OdpowiedzUsuń
  33. [A czy Vincent gotowy jest na uciekanie przed centaurami? Nie są raczej zbyt przyjaźnie nastawione. :D]

    OdpowiedzUsuń
  34. [W pełni rozumiem miłość do Hufflepuffu, to mój ukochany dom i zupełnie nie rozumiem, dlaczego ludzie tak umniejszają jego rolę. <3
    Nie, Claudius narkotyków nie zażywa, ale podejrzewam, że gdyby miał ku temu okazję, to by się nie wahał. Po prostu jest dziwny.
    Panowie są na innym roczniku, ale dom ten sam, to warto jakiś wątek skombinować, nie sądzisz? Ażeby udowodnić innym wyższość Hufflepuffu nad innymi domami. :D Claudius jest kapitanem, Vincent (like za imię) prefektem, więc mogliby się spotkać w łaźni prefektów.]

    claudius

    OdpowiedzUsuń
  35. Wieczory spędzane w pokoju wspólnym Hufflepuffu kojarzyły się Tii głównie z górą ciastek zabranych skrzatom z kuchni, włochatymi, jasnofioletowymi skarpetkami, których nie ubrałaby nigdzie indziej oraz błogim lenistwem. Tego dnia jednak była tak zawalona pracą, że ledwo było widać czubek jej głowy znad stosu książek, pergaminów, przyborów do pisania i gotowych prac na eliksiry, transmutację, ONMS, a także kilka innych, mniej ważnych dla Bowen przedmiotów, z których chciała mieć ocenę dostateczną do wypuszczenia ją z murów zamku. Już za niedługo miała zdawać egzaminy podsumowujące siedmioletnią naukę w Hogwarcie, ale wcale nie czuła się do tego przygotowana; spała bardzo mało, bo stresowała się nadchodzącymi obowiązkami, dorosłym życiem, zwłaszcza, że nie wiedziała, czym mogłaby się zająć w przyszłości. Chciała mieć jak najlepsze wyniki po skończeniu szkoły, lecz brakowało jej czasu, żeby nadrobić wszystkie zaległości, więc zarywała noce. Tak było i tym razem: po szybkim odwiedzeniu kuchni, zabraniu szklanki soku dyniowego oraz kilkunastu pasztecików, była gotowa do działania. Dwie godziny później całe jedzenie zniknęło, zostało tylko trochę napoju, a ona musiała rozłożyć się na dodatkowy stolik ze swoim rozgardiaszem, bo zdecydowanie za dużo rzeczy przed nią leżało. Nie zauważyła, że pod stertą jej książek wylądowała jeszcze jedna, zupełnie inna niż podręczniki, bo pięknie oprawiona i ozdobiona złotymi elementami. Chwilę później, gdy pragnęła wydobyć z samego dołu stosu opasłych tomów cienką książeczkę o jednorożcach, pociągnęła za mocno, a owa książka, która tak ładnie wyglądała, wypadła z impetem spod wszystkich innych, po czym… wpadła wprost do kominka.
    Z początku Bowen zajęła się zbieraniem podręczników z podłogi, bo cała wieża z nich skonstruowana zawaliła się, ale dosłownie kilkanaście sekund później wypuściła je z rąk na rzecz ratowania innej od śmierci w płomieniach. Wydała z siebie okrzyk przerażenia, na który grupka dziewcząt, plotkujących w kącie, odwróciło się w jej stronę, a potem w amoku chwyciła różdżkę i machnęła nią wściekle w kierunku ognia, chcąc go ugasić. Niestety, zamiast wody z końca drewnianego patyka wyleciał kolejny gorący język, a Tia przeklęła bardzo głośno i bardzo brzydko. Uspokoiła się trochę, a następnie dużo spokojniej zakręciła nadgarstkiem, więc tym razem udało jej się stłumić mały pożar.
    Pochyliła się nad tym, co zostało ze ślicznej okładki, a wtedy odkryła, że to wcale nie był podręcznik. To egzemplarz „Baśni Barda Beedle'a”, chyba wydany dosyć dawno, bo teraz już nie robili takich książek. Wyjęła to, co z niego pozostało, położyła na podłodze przed kominkiem, uklękła obok i… rozpłakała się. I właściwie chodziło o wszystko, tylko nie o ten przeklęty tomik: o samotność, o złe oceny, o brak celu w życiu i o milion innych spraw, z którymi Tia sobie nie mogła ostatnio poradzić. Doprowadzenie siebie do porządku zajęło jej dobrą chwilę; wtedy zaczęła powoli naprawiać baśnie, a raczej czyścić je z sadzy, suszyć i próbować doprowadzić do porządku. Jeszcze nie wiedziała, do kogo należały, ale zaraz miał zjawić się ich właściciel, który pewnie poszukiwał zgubionego tomu.

    [ Proszę, jest i niespodzianka: Tia-niszczycielka. Musi wyglądać żałośnie >: ]

    OdpowiedzUsuń
  36. [Koteczkę :3]


    William Stanford

    OdpowiedzUsuń
  37. [ Możemy ciągnąć losy! ;D
    Mam miękkie serce (w ogóle mam serce, to niesamowite), więc zacznę. Ale nie wiem, ile to może mi zająć, może za kilkanaście godzin dostaniesz wątek, a może za dwa miesiące – jeśli czekanie ci nie przeszkadza albo jeśli czekać wręcz lubisz, to jestem genialną inwestycją. Ale to jeszcze powiedz, jak daleko ta Vinsowa fobia sięga – spacerek po wysoko zawieszonym moście liniowym by go przerażało? No i czy jednak lepiej skorzystać z metody małych kroczków i zacząć od przekonywania go, by wszedł na drabinę – albo nawet nie na drabinę, ale na takie podwyższenie, na jakie wchodzą małe dzieci, by móc umyć zęby (normalnie nie sięgają głową ponad umywalkę)? ]

    kornwalijski Jack

    OdpowiedzUsuń
  38. [Powiem tak - wybywam na weekend, więc jeśli będziesz się nudzić przez najbliższe dwa/trzy dni to droga wolna, a jeśli nie to możesz spodziewać się wątku w okolicach poniedziałku/wtorku.]

    Zach

    OdpowiedzUsuń
  39. [Głaszczmy! :D
    A tak serio: jakie jest podejście Vincenta do kotów (i zwierząt w ogóle?)]

    William Stanford

    OdpowiedzUsuń
  40. [Nie sugeruję. xd No chyba, że wyrazisz chęć. *wink*
    Może być przypadek. To by było zabawne. Aczkolwiek Claudius mógłby wywabić jakimś tajnym kodem Vincenta właśnie do łaźni prefektów, żeby potem go męczyć w kwestii szlabanu, którego sam niedawno zarobił. W końcu Vincent jest prefektem, więc na pewno musi mieć jakąś władzę na tej płaszczyźnie i mógłby go odwołać. Albo chociaż przesunąć. A potem wpadliby do tego basenu pełnego kolorowych baniek mydlanych. Nikt nie wie, dlaczego był w ogóle napełniony (może to sprawka Jęczącej Marty, kto wie).]

    claudius

    OdpowiedzUsuń
  41. [Właściwie to tam powinno być „mondrzem” na podkreślenia sytuacji XD Dziękuję za wytknięcie błędu. :3
    Motyw z jego winą bądź niewinną zostanie przeze mnie wyjaśniony w notkach, a przynajmniej tak sobie to wyobrażam. Pozostawię Cię więc w słodkiej niewiedzy.
    Vincent to bardzo ładnie imię. I piękna karta. Podoba mi się styl, w jakim została napisana.]

    Johan

    OdpowiedzUsuń
  42. [Cii, chciałam by miało lepszy wydźwięk :3
    Ja też lubię wyzwania. No i siostra zaszczepiła we mnie miłość do Puchonów, więc bardzo pragnę wątku. Tylko boję się, że Johan zrobi krzywdę Vinsowi. Uczyni z niego swojego prywatnego misia do kochania… znaczy tulenia i co wtedy? On lubi zaborczość. Nawet bardzo.]

    Johan

    OdpowiedzUsuń
  43. [Z tym kochaniem to trochę żartowałam. Nie zgwałci go, obiecuję. Czasem go pomaca. Zaburzy jego przestrzeń osobistą. Ponarzuca się, itp., ale wszystko w granicach "dobrego smaku". I raczej będzie to wynikało z faktu, że Johan jest po prostu bezczelny, a nieśmiałość Vincenta będzie go tylko nakręcać do drażnienia go. Romansu, seksu i dzieci z tego nie będzie. Obiecuję :D
    Johan z miłą chęcią pobawi się z nim w berka, a nawet w chowanego! xD

    Johan

    OdpowiedzUsuń
  44. [Dobry pomysł. Masz ochotę zacząć? :)]

    William Stanford

    OdpowiedzUsuń
  45. [Nie będzie musiał płacić alimentów, ciesz się :D
    Możesz zacząć ty, a czekanie mi absolutnie nie przeszkadza i daję Ci wolną rękę, choć byłoby miło gdyby to nie był ich pierwszy kontakt ze sobą. A jeśli zapomnisz, przypomnę się, bo taki fajny Vins nie może mi przejść koło nosa ;>]

    Johan

    OdpowiedzUsuń
  46. [Tak, dokładnie tak! Może nawet w te ostatnie walentynki. Może nawet próbowała być dyskretna. I może Vincent ją nakrył, jak próbowała mu ją wsunąć w płaszcz, książkę czy położyć na łóżku.]

    Jesse

    OdpowiedzUsuń
  47. [Nie wiem, czy dziwne, chyba raczej odrobinę smutne, bo ja nigdy w życiu nie prowadziłam męskiej postaci i nie sądzę, żeby to się szybko miało zmienić, więc to raczej nadzieje płonne. :<
    Vincent ma cudne imię, lubię je bardzo, ale ma w sobie sporo z bohatera tragicznego. To, co opisałaś w karcie jest wprost boleśnie szczere, a niestety się zdarza. Za każdym razem, kiedy myślę o takich ludziach, jest mi potwornie przykro, bo ich nieprzygotowanie do życia musi być dewastujące, przynajmniej dla mnie pewnie by było. No ale ma przecież czarną magię i jest Puchonem, Puchoni górą! <3 Jakoś sobie poradzi, niech tylko dla świata nie umiera z miłości, bo szkoda by go było, a nie warto się tak bez wzajemności poświęcać.
    Ciekawa jestem zawsze, ale nie mam w zwyczaju nikogo poganiać, więc nie masz co się na MC spieszyć i pisz spokojnie w swoim tempie. Dopóki nigdzie nie uciekasz, krzyczeć nie zamierzam. ;) Jakby Ci jednego wątku było mało, to daj znać, że tu też chcesz coś kombinować, a jak nie to tylko ładnie dziękuję za powitanie i grzecznie czekam na początek od Toma. Cześć znów! :D]

    Milliesant

    OdpowiedzUsuń
  48. [Nie mów mi tak, bo jeszcze złamię moje żelazne postanowienia i za jakiś czas (jak już go znajdę) zamiast puścić w obieg moją ukochaną Puchonkę stworzę jakiegoś oszołoma.
    Okej, lubię sprawiedliwość. A jeśli już o niej mowa — planować nie musimy, ale pomysłu na wątek wciąż potrzebuję, wcale nie byłoby przecież fair, jakbym tu odwaliła całą brudną robotę za nas dwie! Także zarzuć mi czymś, czego Ci tu brakuje, a ja i moja zawrotna prędkość postaramy się coś zacząć w tempie nieco szybszym niż u żółwia polującego na sałatę. Podpowiem, że niegłupim punktem zaczepienia mogłoby tu być coś związanego z ni do końca białą magią, Działem Ksiąg Zakazanych albo nawet lekko szemranymi interesami w Świńskim Łbie.]

    Milliesant

    OdpowiedzUsuń
  49. [ Właściwie dzięki Rowling :p Potter stinks!

    Podejrzewam, że chodzi o potrzebę bycia dla kogoś ważną, a jak wiadomo, gdy ktoś cię kocha, to jesteś dla niego ważna. Na dodatek Enfys jest wyjątkowa wrażliwa, mimo usilnych prób, by tak nie było, więc jej miłość należy do... intensywnych. Nie mogłaby żyć nie będąc kochaną, ale również nikogo nie kochając. Temat rzeka. :D

    Cieszę się, że kartę dobrze się czytało, bo miałam pewne obawy przed publikacją. Nawet prosiłam o opinię mojego prywatnego doradcy. ;v Także cześć. Vincent ma ładne zdjęcie i... Cóż, oboje są prefektami, Enfys znać go musi. ]

    Enfys

    OdpowiedzUsuń
  50. [Z dłuższych form wychodzi bełkot straszliwy (potwierdzone info!).
    Huehuehue, świetny sucharek, należy się za niego wąteczek. Ale odstawiając te żarciki na bok: uwielbiam, kocham i nawet wielbię ostatnie zdanie w karcie. Przepiękne.]
    Son Min-hee

    OdpowiedzUsuń
  51. Suszyła każdą stronę po kolei, trochę się przy tym uspokajając. Nie była w stanie zrekonstruować spalonych ubytków, jednak gdyby trochę lepiej nad tym pomyśleć, to można było uznać zwęglone części za element staromodnego wyglądu. Takie książki pewnie wiele już przeszły, więc dlaczego nie miałyby nosić także piętna nieuwagi jakiejś głupiej Puchonki z siódmego roku? Tia stworzyła jej historię, przynajmniej tak sobie to tłumaczyła, gdy prostowała zgniecioną kartkę z tytułem jednej z kilku baśni zawartej w zbiorku. Nie chciała wiedzieć, kto był jego właścicielem, wolała po prostu naprawić to, zostawić książkę w pokoju wspólnym i mieć nadzieję, że nikt nigdy nie powiąże jej ze zniszczeniem. Przemknęło jej nawet przez głowę, żeby pobiec do dormitorium po czekoladki, które zostawiłaby w ramach przeprosin lub zamówić nowy egzemplarz tomiku i zastąpić nim stary, ale zamiast tego wciąż klęczała przy kominku, starając się doprowadzić do porządku zarówno papier, jak i siebie.
    Nie zauważyła, gdy tuż obok niej wyrósł chłopak, którego kojarzyła z jakichś zajęć. Może to była transmutacja? A może eliksiry? W każdym razie na pewno mignął jej raz czy dwa przy stole Hufflepuffu, chyba kojarzyła go nawet z odznaką z dużą literą P, ale to tylko dodatkowo determinowało omijanie go szerokim łukiem. Bowen nie przepadała za uczniami posiadającymi jakąkolwiek dodatkową władzę, uważała nadawanie specjalnych uprawnień niektórym za niesprawiedliwe, więc zwyczajnie nie nawiązywała kontaktów z żadnymi prefektami. Może też dlatego na widok Vincenta podskoczyła trochę, rozdzierając trzymaną właśnie w dłoni stronę. Przyłożyła do pęknięcia różdżkę i szybko naprawiła nową szkodę, a potem zamknęła baśnie i podniosła się z podłogi, asekuracyjnie chowając rękę za plecami.
    – Nic – odpowiedziała, wysoko uniósłszy brodę. Nie miała pojęcia, że to właśnie Vanlaanen był właścicielem książki, więc postanowiła przyjąć postawę obronną, jak gdyby przewidywała, że chłopak zaraz wlepi jej karę za przesiadywanie na dywanie przed kominkiem. – Co cię tak to interesuje?
    Ściskała kurczowo tom, nie chcąc go pokazywać prefektowi za wszelką cenę. Nie wyglądała już na zrozpaczoną, nawet oczy nie były wcale zaczerwienione, tylko szata w niektórych miejscach bardziej czarna, bo mokra. I baśnie też nosiły ślady rozpaczliwego wybuchu Bowen, ale tego już Vincent nie mógł zobaczyć.
    – Daj mi spokój. Chciałabym się uczyć w spokoju – warknęła w końcu, niezadowolona z faktu, że ktoś ją zaczepiał. Nie robiła niczego nielegalnego, tylko popsuła komuś książkę i próbowała to naprawić, więc dlaczego ją niepokoił? Pewnie nawet nie znał jej imienia, a tak bez żadnego wstępu potrafił ją wypytywać o jej zajęcia.
    Siadła na fotelu, lekko zwęglony tomik kładąc za stertą podręczników, żeby Vanlaanen nie mógł do dojrzeć.

    [ To teraz już wie. I chyba nie jest zadowolony z jej stanu :| ]

    OdpowiedzUsuń
  52. Często się obawiał. Bał się, że pewnego dnia, cała jego przeszłość ujrzy światło dzienne. Wypłynie na ląd niczym morska fala podczas sztormu i zaleje, niszcząc wszystko to co udało mu się tutaj zbudować. Co prawda nie było tego wiele… Hyun układał najmniejsze elementy swojej układanki dłonią pewną, taką jaką chirurg trzymał mocno skalpel. Powoli, mocno ale precyzyjnie, doskonale wiedząc, mając zaplanowany każdy krok, a w sytuacjach wyjątkowych miał przygotowane kilka rozwiązań dla danej chwili. Musiał być przecież przygotowany na wszystko. Hyun-ah był powściągliwy, albo takim właśnie chciał być. Często musiał zaciskać mocno zęby i pięści, czasami musiał zamknąć się w jakimś opustoszałym pokoju i walnąć, z całej siły w już i tak ledwo stojący w pionie regał. Yoochang go tego nauczył, nauczył go w jaki sposób powinien wyładowywać swoją złość i wściekłość, chociaż Chang-ah namawiał go do różnych czynności, do różnego rodzaju wyzwoleń, Hyun przyjął w swoim życiu tylko tą jedną. Zdarzało się więc, że chodził z poodzieranymi kostkami lub opuchniętymi torebkami stawowymi, które po cichu mówiły światu, że coś jest na rzeczy, że coś jest nie tak jak być powinno.
    Bał się, że kiedyś nie będzie umiał zacisnąć zębów, że kiedyś pięści zostawi rozluźnione i pozwoli… To się właśnie teraz działo, doprowadzając go z jednej strony do szaleństwa, a z drugiej. Z drugiej strony cieszył się, minimalnie, ale cieszył się. Był nawet odrobinę szczęśliwy, że w końcu pozwolił komuś zbliżyć się odrobinę bardziej niż do tej pory, że miał w końcu kogoś z kim mógł usiąść, kogo mógł posłuchać i komu mógł coś powiedzieć, chociaż Hyun nie mówił dużo. Nie o sobie, nie o przeszłości. Dla Koreańczyka istniała teraźniejszość i przyszłość, to o nich mówił najwięcej. Z całej siły wypierając się czasu przeszłego. Czasem może tylko wspominał coś o Mahoutokoro, bo ten temat pomimo, że należał do przeszłości uważał za ciekawy. Oczywiście tylko do pewnego momentu. Ogólnie, był raczej słuchaczem. Słuchanie szło mu znacznie lepiej niż mówienie, bo wówczas nie musiał się obawiać, że powie coś, czego później mógłby żałować. Kontrolowanie jednak było już czymś, bez czego chyba nie mógł żyć. Swoje myśli, musiał kontrolować ciągle, non stop. Szczególnie w tych momentach, gdy przed jego oczami stała postać Vincenta. Musiał wtedy zaciskać pięści i kontrolować każdy swój, nawet ten najmniejszy, gest. Pilnować się, aby przypadkiem nie powiedzieć czegoś nieodpowiedniego, aby nie zachować się w sposób niewłaściwy. To było trudne, bo za każdym razem gdy widział Vincenta nie mógł oprzeć się wrażeniu, że spotkał kogoś, kto byłby w stanie sprawić, że zapomniałby o przeszłości, że na jej miejsce mógłby postawić jego obraz. Tysiące, najróżniejszych jego obrazów. Szybko zdawał sobie jednak sprawę, że to wcale nie było tak. Nie mógł być pewien tych myśli, które krążyły po jego głowie, za to mógł być pewien jednego. Vincent miał dokładnie taki sam odcień oczu jak Chang-ah, dokładnie tak samo przechylał głowę na bok gdy opowiadał o czymś z zafascynowaniem.
    Hyun wcale nie znalazł kogoś, kto sprawiłby, że przeszłość mogłaby zniknąć. Wręcz przeciwnie. Hyun znalazł kogoś, kto sprawiał, że przeszłość ożywała na nowo. Za każdym zetknięciem się ich spojrzeń, za każdym gestem podczas burzliwych dyskusji.
    Hyun czuł jak umiera, kiedy musiał spoglądać w te oczy, nie mogąc nic zrobić. Umierał z szaleństwa, w które powoli popadał, za każdym razem gdy spotykał się z Vinsem. Ale jednocześnie cieszył się, cieszył się i był nawet trochę szczęśliwy. Wszystko przez te oczy. Gdyby ich nie było, Hyun dalej funkcjonowałby normalnie, a tak… Tak siedział przy stoliku z dłonią mocno zaciśniętą na szklance i próbował jej nie zgnieść, jednocześnie nie pozwalając sobie na rozluźnienie.

    To ten, też krzycz jakby co. Tylko głośno, żebym usłyszała ;d
    Hyun-ah

    OdpowiedzUsuń
  53. [Oj to prawda, ten ubiór jest nieziemski. :D To chyba najbardziej przykuło moją uwagę przy przeglądaniu zdjęć, no może jeszcze makijaż... No nieważne xD W każdym razie ja lubię tworzyć normalne postacie, choć jak w praniu się okazuje normalne potrafią nie być.
    Twoja karta urzekła mnie minimalizmem, a takie kocham najbardziej. Bardzo przyjemnie się ją czyta!]
    Lisa

    OdpowiedzUsuń
  54. [Spoko, sama jestem wybitnie beznadziejna w wymyślaniu, ale udaję że nie. Więc jak coś będzie głupie lub niezrozumiałe, to proszę się tylko z tego śmiać a nie zabijać mnie.
    Zahaczyłabym o tę czarną magię, ale w zupełnie innym kontekście. Dziadek Son Min-hee swojego czasu miał niewielką kolekcję różnych ksiąg na temat czarnej magii i wiele z nich przetrwało w nienaruszonym stanie w domowej biblioteczce. Przyrodni brat Min-hee przejawia jednak niezdrową fascynację wszystkim, co jest zakazane, więc dziewczyna w obawie że może on się zainteresować również i czarną magią, postanowiła powoli likwidować pozostałości po dziadku. Zamiast jednak zniszczyć księgi, postanowiła je sprzedać na czarnym rynku (czarna magia na czarnym rynku hehe). I tak na ich trop wpadłby Vincent. Z racji tego jednak, że obieg takich materiałów pewnie jest nielegalny, używaliby pośrednika z Hogsmeade (pewnie wiele typów spod ciemnej gwiazdy tam się kręci), używali pseudonimów i posługiwali się pocztą sowią. Żadne z nich nie miałoby bladego pojęcia, że mają do czynienia z uczniem Hogwartu.]
    Son Min-hee

    OdpowiedzUsuń
  55. Dość cichy, ale wysoki pisk wyrwał go z długiego zamyślenia.
    Od samego rana szukał swojej kotki. Sprawdzał wszędzie, pytał wszystkich, posunął się też kilku niezbyt godnych czynów w celu zdobycia informacji o domniemanym zamachu na życie koteczki. Wszystko na nic. Księżna zniknęła, wsiąkła lub gdzieś się rozpłynęła. Jej brak wpędził go w naprawdę podły nastrój. Chciał, żeby wróciła, chciał tego bardzo, jak chyba niczego innego na świecie. Obiecał sobie, że kupi jej nowe legowisko, zatrudni nową panią od kąpania i czesania futra i że w ogóle będzie tak przykładnym opiekunem, jakiego jeszcze ten świat nie widział.
    Kiedy usłyszał pisk, od razu poznał, że to jego Księżna. Ktoś sprawiał jej ból. William poderwał się i jak szalony zaczął pędzić korytarzem w stronę miejsca, z którego dobiegał dźwięk.
    - Już pędzę, kiciu! - zawołał i chwilę później stanął oko w oko z jednym z prefektów, niejakim Puchonem Vincentem. Stał jak wryty i patrzył to na chłopaka, to na zwierzę, z szerokimi ze zdziwienia oczami.


    William Stanford

    OdpowiedzUsuń
  56. [Milliesant-superbohater go obroni, nic się nie bój! Ślizgonka, ale większe powinowactwo wykazuje do uczniów Hogwartu niż bezzębnych typów w za dużych kapturach. Jak go bardzo nie chcesz wysyłać do Świńskiego Łba, zawsze możemy nasłać na niego młodszego brata Milliesant. Smarkacz jest dopiero w drugiej klasie, ale ma niewyparzoną gębę i smykałkę do wybrednych dowcipów, szczególnie ludziom o brudnej krwi. Mógł magicznie zaplątać Vincentowi sznurówki na środku korytarza, Milliesant stanęłaby niby w obronie młodszego brata (jeśli Vins próbowałby się jakoś dzieciakowi odgryźć), ale koniec końców pomogłaby się pozbierać Twojemu Puchonowi i podejrzanie zaczęłaby się nim interesować, bo na przykład dostrzegłaby wystającą z jego torby jakąś czarnomagiczną księgę, którą jakiś czas wstecz chciała wypożyczyć z Działu Ksiąg Zakazaych, ale jej akurat nie było. Wybierz sobie, czy wolisz Vanlaanena przyprawić o zawał, czy o siniaka i grzecznie biorę się za zaczęcie. c:]

    Milliesant

    OdpowiedzUsuń
  57. [A masz może jakieś pomysły?]
    Lisa Farewell

    OdpowiedzUsuń
  58. [Przed chwilą ktoś pisał mi pod kartą, że chyba wpada w paranoję i właśnie mi się udzieliło. Ten styl pisania jest mi jakby dziwnie znany, nie potrafię jeszcze rozszyfrować z kim dokładnie, ale coś zaczyna mi w głowie mrugać. A tak poza tym, jejku, jaki on... świetny *.* normalnie mój i Isena typ <3 ]
    Isengrim Rosehemmel

    OdpowiedzUsuń
  59. [Mam. Znam. Już wiem. Zamrugało! Ale nie wiem czy nagłos się chwalić odkryciem. Pomysł dopracuję, wrócę i skonsultuję, ale wiem już co Cię kręci w wątkach ;) ]
    Isengrim

    OdpowiedzUsuń
  60. [Kurczę,dużo rzeczy mnie interesuje. :D To może być jakaś bliższa relacja/przyjaźń lub coś całkowicie odwrotnego, np. uznajmy ich za wrogów. Możemy też zacząć tak banalnie - uznać, że wcześniej nie znali się, Vincent przyłapał ją na nocnych spacerach i nie wie, co z nią zrobić. Banał, bo banał, ale zawsze jakieś rozpoczęcie.XD]
    Lisa Farewell

    OdpowiedzUsuń
  61. [Nie mam pojęcia, jak można go nie kochać. Ja pokochałam. I wątku chcę, ale ja się nie lubię z pomysłami, więc może... może uda mi się to zrzucić na Ciebie? Tak przez wzgląd na poetyckie nazwiska?]

    Jeremiah

    OdpowiedzUsuń
  62. [Jakby nie patrzeć Lisa jest do Vincenta pod tym względem podobna, nawiązywanie relacji nie przychodzi jej łatwo. Bywa marudna, ale poczeka. :D Kurczę, jeżeli zapodasz mi jakąś sytuację, od której można zacząć, to chętnie napiszę pierwsza.]
    Lisa Farewell

    OdpowiedzUsuń
  63. [Jeśli Remik raz zrobi z siebie bohatera, nic mu się nie stanie, więc możemy spróbować. Wezmę się w garść i rozpocznę.]

    Remik

    OdpowiedzUsuń
  64. Ciemne lochy nie sprzyjają wczesnemu wstawaniu. Powietrze w dormitorium jest ciężkie i wywołuje jedynie chęć zakopania się w pościeli na kolejną godzinę, dwie albo siedem. Do wygrzebania się z ciepłego łóżka zmusza go jedynie samodyscyplina. Od lat rytuał jest przecież niezmienny: poranna toaleta, szybkie śniadanie, a potem trening. Kiedy potrzeba samozadowolenia nie pozwala na rezygnację, trzeba się dostosować. Remik wchodzi do łazienki i dopiero zimna woda rozbudza go całkowicie. Unika spojrzenia w lustro, doskonale wiedząc, że dolna warga wciąż jest opuchnięta po bliskim spotkaniu z pięściami innego ucznia Hogwartu. Dotyka jej językiem, zakłada sportowy strój, a w drodze na boisko, zachodzi jeszcze do wielkiej sali, by zabrać dwie grzanki. Przemierza korytarz, żując pieczywo i zupełnie o niczym nie myśli. Przez ten krótki moment ma pustą głowę, czyste konto, spokój.
    Chłodne, poranne powietrze muska go po twarzy i poprawia humor. Kończy śniadanie, otwiera schowek na miotły i odpina swoją, by kolejno przeciągnąć smukłymi palcami wzdłuż wypolerowanego, zadbanego drewna. Trening rozpoczyna od kilku okrążeń wokół boiska. Przyspiesza na zakrętach, choć doskonale wie, że i tak się utrzyma. Nie spadł z miotły od lat. Zatrzymuje się nagle, w oddali zauważając punkt, który nie pasuje do otoczenia. Mruży powieki, żeby lepiej przyjrzeć się temu, co dzieje się w dalekim krańcu błoni. Ludzka sylwetka staje się coraz bardziej widoczna, tak samo zresztą jak problemy nieznajomego z utrzymaniem się na miotle. Jest za wysoko i chybocze się na boki, jakby zaraz miał stracić przytomność.
    Nie zastanawiając się długo, zaciska mocniej dłonie na trzonie, by w następnej sekundzie już szybować w tamtym kierunku. Czym jest bliżej, tym bardziej tragiczne wydają się umiejętności chłopaka. Udaje mu się dotrzeć na miejsce w ostatnim momencie, bo dłonie nieznajomego ześlizgują się ze śliskiej powierzchni. Wszystko dzieje się w zaskakującym tempie. Remik łapie oddech, wychyla się do przodu, by złapać cudzy nadgarstek, jednocześnie słyszy głuchy łomot miotły uderzającej w ziemię. Nie patrzy w tamtym kierunku, wie że nic z niej nie zostało. Poza tym, bezpieczne wylądowanie z balastem ciągnącym go na bok nie należało do najprostszych już samo w sobie. Nie może sobie przypomnieć, kiedy tak się cieszył, że jego stopy dotykają powierzchni.
    Kręci z niedowierzaniem głową, opiera się o miotłę i wpatruje bez słowa w chłopaka, który postanowił chyba znaleźć bardzo idiotyczny sposób na śmierć. Wzdycha ciężko, przeciera twarz dłonią i unosi delikatnie brwi.
    - Nieźle latasz- mówi w końcu, unosząc kącik ust w górę. Emocje powoli z niego schodzą i robi się spokojniejszy. - Aż dziw, że nie grasz w Quidditcha.

    Remik

    OdpowiedzUsuń
  65. [Już jestem.]

    Johan szybko uzależniał się od przyjemności, może dlatego częstotliwość, z jaką sięgał po alkohol, drastycznie wzrosła. Fundowały urwania się do przylepionych do niego wspomnień, które czasem atakowały, przeobrażając się w istny huragan myśli, a on tracił zdolność do oddychania. Jedną z takich przyjemności był pewien osobnik, oddziałujący na Akina bardziej pobudzająco niż afrodyzjak. Pełnił rolę prywatnego paliwa napędowego, kiedy chęci do życia z Niemca wyparowały, a wrażenie, że ktoś uwiązał mu ciężki kamień u szyi pogłębiało się, choć niewątpliwie nigdy nie podzieliby się swoimi obawami z nikim na głos, zbyt skupiony na swoim indywidualizmie. Tak było dziś, gdy, budząc się w zimnym łóżku, nie zlokalizował Calla, a kogoś, kogo fizjonomia zdecydowanie nie była odbiciem lustrzanym tego, co prezentował w swojej całej rozciągłości drugi Ślizgon. Na sumieniu znów pojawiła się wyrwa, choć wiedział, że zostanie rozproszona przez nowy dzień.
    Zaiste, wyrzuty sumienia były tylko elementem przejściowym, utrzymywały się, towarzysząc kacowi, ale gdy ten znikał, stan przed depresyjny również. Miał wrażenie, że te dwie rujnujące go kawałek po kawałku rzeczy współgrały ze sobą i ostatecznie nie mogły bez siebie współistnieć. Niczym Ying i Yang, przy okazji rozbijając swojego właściciela na atomy. I tu właśnie wkraczał na scenę Puchon, alegoria lekarstwa przeciwbólowego, który był w stanie scalić w jedną całość rozerwane kawałki, paradoksalnie nie wkładając w to wysiłku. Jego rola ograniczała się do znoszenia Johana, co czasem wykraczało poza kompetencje kogokolwiek. Napisanie do niego krótkiej wiadomości było tylko kwestią czasu. Wylewność Akina nie znalazła zastosowania w listach, toteż świstek papieru zapełniony niedbałym pismem - piszesz jak kura pazurem w przypadku tego konkretnego osobnika to komplement - zawierał jedynie zwięzłą informacje, najprawdopodobniej czytelną jedynie dla adresata wiadomości.
    Vincent powinien docenić jego starania i to, że pofatygował się, by łaskawie go powiadomić o ich kolejnym spotkaniu. Czasem przecież się zdarzało, że brał go tak całkowicie ze zaskoczenia, zaciągał gdzieś i rozdrabniał się na części pierwsze. Dziś chciał cicho, bez świadków, sam na sam. Może niosła go ochota uzewnętrznienia się, a może po prostu jawna chęć podręczenia kogoś, kto nawet nie starał się zmienić tego stanu rzeczy. Powód nie był ważny. Fakt, że on tam był, czekał, był na to dobitnym dowodem. Jego wierność pobudzała wszystkie podstawowe zmysły Akina. Każdy normalny człowiek, już dawno podciąłby niewidzialne sznury, ale nie Vincent. Zawsze mógł na niego liczyć, a jednocześnie chłopaczek wykazywał się pozornym zdystansowaniem… Pocieszna sprzeczność.
    Opuszczona, zakurzona klasa, wciśnięta między składzikiem a schodami. Miejsce idealnie nadające się na intymne spotkania. Szybko pokonał dzielącą go odległość do drzwi do krzesła, na którym siedział obiekt jego zainteresowania. Oparł dłonie o blat stołu, tym samym już na wstępie rujnując obszar intymny.
    — Ulecz moją duszę, Vins — wyszeptał mu kurtuazyjnie w ucho, zahaczając zębami o jego płatek.
    Johan doskonale wiedział, co lubił w tym chłopaczku, acz nie mógł tego dokładnie nazwać. Pozostały tyko staranie, sprecyzowanie konkretnych elementów osobowości Puchonka, które go urzekły. I jedną z nich była właśnie ta emanująca od niego rozkoszna otoczka niewinności. Akin zawsze mógł na niego liczyć, a jednocześnie Vanlaanen zdawał się być taki odrealniony.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ślizgon nie mógł powstrzymać się od drobnego uśmiechu, kiedy zachowanie Puchona było przez niego obserwowane. Pruderia przepisana do jego każdego gestu, słowa, pobudzała bardzo wrażliwe rejony wyobraźni Johana w pakiecie dorzucając chęć na więcej i więcej.
      — Wpraw mnie w stan zapomnienia — wymruczał zachęcająco, a zaraz jedna z rąk znalazła się na pierwszym guziku zapiętej pod samą szyję koszuli. Nie to co ta należąca do Johana. Wiecznie niedopięta, wystająca ze spodni.
      Utkwił spojrzenie pełne adoracji na Vincenta. Rozpiął pierwsze trzy guziki, a wargi zetknęły się ze szyją chłopięcia. Zacisnął mocniej zęby na skrawku skóry, by pozostawić na niej niewyraźny ślad swojej obecności. Pod pewnymi względami traktował go jak swoje trofeum.
      Johan

      Usuń
  66. Czekał, ale nie wyczekiwał, albo wyczekiwał tylko nie chciał się do tego przed nikim, nawet samym sobą przyznać. Ponieważ, jakim byłby człowiekiem, gdyby rzeczywiście tak bardzo zależało mu na spotkaniu właśnie z tą osobą, z tym człowiekiem, z tą personą? Przecież… Dobrze wiedział, gdzie jest jego miejsce. Z pewnością nie koło tego Puchona. Nie mógł sobie pozwolić na takie szaleństwa, na nierozważne kroki, które… Może i czasami lubił łapać dzień, nie przejmując się niczym. Po prostu cieszyć się chwilą, ale nie teraz. Nie w takim momencie, nie w takim przypadku.
    — Przyszedłem tylko chwilę przed tobą, Vins — chciał patrzeć bezczelnie wprost w jego oczy, ale wiedział, że to przecież tak nie wypada. Dlatego też usilnie unikał kontaktu ich spojrzeń, chociaż… Zerkał w nie na chwilę jedną, lub dwie. Bardzo je lubił, ten odcień, ten kształt, całe te oczy. Mógłby wpatrywać się w nie godzinami nic nie mówiąc. Po prostu patrząc. Dopóki ktoś nie walnąłby go w głowę, albo nie odciągnął siłą. Wpatrywał by się w nie do końca swoich dni, gdyby tylko mógł. Gdyby tylko wiedział, że może. Nie miał jednak pojęcia co takiego mu przystoi, a co nie. Więc trzymał szklankę, zerkał do jej wnętrza niby kontrolnie, dla upewnienia, jak wiele napoju mu jeszcze zostało.
    Czasami miał wrażenie, że świat robił wszystko przeciwko niemu. Dlaczego postawił na jego drodze właśnie tego Puchona? Dlaczego obdarował go takim, a nie innym spojrzeniem? Przecież równie dobrze jego oczy mogły by być zupełnie inne, albo takie same jak jego własne, albo takie, jakich nie miał jeszcze nikt na tym świecie.
    Za bardzo się na nich skupiał, przyłapał się na tym. Jego twarz oblał różowawy rumieniec, który z łatwością był do wyłapania każdemu człowiekowi. Cera Hyuna była normalnie blada, wręcz porcelanowa, wszelkie przebarwienia i zmiany pojawiające się na niej, ich po prostu nie dało się ukryć.
    — Opowiadałem ci już o Wielkich Nawałnikach Burzowych? — Musiał coś powiedzieć, coś zrobić, coś… cokolwiek. Byleby tylko nie skupił się na tym rumieńcu na jego twarzy, na tym rumieńcu, który pojawił się przez niego i przez niego. Przez nich oboje.

    Hyun

    OdpowiedzUsuń
  67. [ W końcu się tutaj odzywam, bo trochę zabrakło mi Hogwartu :D Tak sobie myślę, czy nie zrobić z nich jakichś... dobrych kolegów przynajmniej? Choćby kiedyś, jeszcze z początków szkoły albo dopiero po otrzymaniu odznak prefektów. Zaczynaliby z tego samego miejsca, ale ostatecznie Enfys skończyła jako jego szef, hyhy. Miałby z tym problem, czy jednak nigdy za specjalnie wysoko nie mierzył w szkolnej hierarchii? Jeśli czułby jakąkolwiek zazdrość, to może objawiałaby się ona podważaniem autorytetu Howell? Na przykład na spotkaniu prefektów albo... podczas bójki uczniaków? Nie wiem!

    Być może masz już lepszy pomysł? ]

    OdpowiedzUsuń
  68. [Dzień dobry!
    W takim razie bardzo się cieszę, że karta Ci się spodobała (a przynajmniej jej zakończenie). Vincenta faktycznie nie da się nie pokochać, skoro jest Puchonem i interesuje się czarną magią. Lala approves. Niech się razem kiedyś spotkają na czarnomagiczne sesje! :)]

    LALA

    OdpowiedzUsuń
  69. [Cześć! Bercik pewnie nie czuje się źle z byciem dziwadłem, ale on czasami za dużo myśli. Na to też składa się jego bycie dziwadłem, dochodzi do bardzo dziwnych wniosków i podejmuje różne dziwne działania.
    Vincent za to skradł moje serce!]

    Albert

    OdpowiedzUsuń
  70. [Nie wiem więc co gorsze- gdyby kradł celowo, czy kiedy kradnie nieumyślnie! W końcu ciężko coś zwrócić, kiedy się nie wie, że się ukradło...
    Zbyt wiele w mojej głowie jest.
    Hm, nie wiem... V. miewa przyjaciół?]

    Albert

    OdpowiedzUsuń
  71. [Bardzo! Bertie bardzo chce mieć takiego przyjaciela jak Vincent. Posiadania przyjaciół nigdy by nie żałował, a jeśli Vincent naprawdę jest tak kochany - Albert będzie najszczęśliwszym przyjacielem w Hogwarcie.
    Co do samego wątku - zaczynamy jakoś zwyczajnie czy chcesz kombinować jakąś większą, hm, akcję?]

    Albert

    OdpowiedzUsuń
  72. [Na pewno tak! Może Albert, mól książkowy w końcu, wynalazł gdzieś jakąś starą, zapomnianą mapę? Czy to w książce, czy po prostu wetkniętą między jakieś stare tomiszcza? Stwierdził, że podzieli się tą wiedzą z przyjacielem, licząc, że zyska towarzysza podróży.
    Ewentualnie odwrotnie.]

    Albert

    OdpowiedzUsuń
  73. [O rany, spłonę z onieśmielenia, jak tak dalej pójdzie. Tego się nie spodziewałam!
    Wiem, że wątkujemy na Spring, ale może i tutaj uda nam się połączyć ładnie nasze postaci?]

    June

    OdpowiedzUsuń
  74. Nie miał pojęcia kim jest on, ale już był gotów powiedzieć, że go nie lubi. Bo jak to tak, ktoś inny bierze na imprezę Vinsa? Był świadom, że nie ma żadnego, najmniejszego prawa do zazdrości, ponieważ nie wie nawet kim jest tajemniczy chłopak, nie wie też, jakie łączą go z Vincentem stosunki i co najważniejsze… Vincent w żadnym, nawet najmniejszym stopniu nie należał do Hana. Koreańczyk nie był nawet pewien czy faktycznie to co czuje w tym momencie, będzie odczuwał za minut pięć czy dziesięć. Zdawał sobie sprawę, że największą rolę w tym przedstawieniu odgrywały oczy. Te same oczy, w które potrafił wpatrywać się godzinami milcząc, nie mówiąc nic. Nawet najcichszego słówka. Potrafił siedzieć, podpierając brodę dłońmi i patrzeć. Obserwować, przyglądać i wpatrywać się… Oczom. Tylko i wyłącznie. Teraz, czasami zdarzało mu się robić podobnie. Siedział i spoglądał na młodszego od siebie chłopaka i myślał… O kimś zupełnie innym. Wspominając coś zupełnie innego. Przed sobą miał Vincenta, jednak we wspomnieniach było miejsce tylko dla Changa. Taki los okrutny i złośliwy, sprawił, że Han spotkał na swojej drodze drugi raz, takie same oczy. Oczy, których więcej nie chciał już nigdy widzieć, których listów, ich właściciela nie czytał, tylko niszczył od razu. Te same oczy, w innym ciele sprawiały, że ponownie mógł się w nie wpatrywać.
    — Imprezę? — Wydusił w końcu z siebie, zastanawiając się co takiego właściwie powinien powiedzieć. Był zazdrosny na samą myśl, że te cudowne oczy mogą wpatrywać się z zainteresowaniem w kogoś innego, kogoś, kto nie jest nim samym. Odruchowo zmarszczył brwi i odsunął się odrobinę, opierając się plecami o oparcie krzesła. Ręką chwycił porządnie szklankę z alkoholem i upił odrobinę, nie spuszczając spojrzenia z siedzącego naprzeciwko chłopaka. — Vins, masz jakichś innych kumpli poza mną? — zapytał próbując obrócić to w żart. Zaśmiał się nawet odrobinę, jednak nie był to śmiech szczery, radosny ani zadowolony.

    Nie umiem ostatnio pisać, sesja za bardzo mnie niszczy ;<
    Hyun-ah

    OdpowiedzUsuń
  75. [Hej, cześć. Czy ja Ci w końcu wysłałam to obiecane rozpoczęcie? Wiem, dałabym sobie rękę uciąć, że na pewno je pisałam, coś Ci chyba nawet obiecywałam odnośnie terminu, w jakim miało się pojawić i jestem święcie przekonana, że je we właściwym czasie wyprodukowałam, ale... czy ono ostatecznie do Ciebie dotarło?]

    Milliesant

    OdpowiedzUsuń
  76. Milliesant była pomocnym człowiekiem. Choć, żeby być bliżej prawdy, pewnie powinno się rzec, że lubiła innym wyświadczać przysługi. Ile w tym było dobroci serca to kwestia, z którą Lloyd nigdy nie czuła potrzeby się obnosić i poza oczywistymi przypadkami w miarę możliwości zachowywała ją dla siebie. W wyświadczaniu przysług o wiele istotniejszy był fakt, że dobry obyczaj kazał się za takowe odwdzięczać. Milliesant bardzo lubiła ten zwyczaj bynajmniej nie przez wzgląd na swoją chciwość, nie. Przyjmowała najróżniejsze formy zapłaty ― od czysto pieniężnej, poprzez przydatną informację, aż do zwrotnej przysługi ― najczęściej zależnej od stopnia zaawansowania składanej na jej barki prośby. I choć nie miała nic przeciwko kilku nadprogramowym galeonom pobrzękującym wesoło w jej skórzanej sakiewce, nie były one dla niej najważniejsze ― pisanie cudzych wypracowań, mimo że niekiedy bardzo czasochłonne, z dnia na dzień przynosiło coraz większe zyski, nie miała więc prawa uskarżać się na brak funduszy. To cudze słowo ― byle szczere ― miało większą wagę, nierzadko okazywało się być bardziej pomocne niż nadmiar ciężkiego złota. Ostatecznie nigdy nie mogła mieć pewności, kto i kiedy okaże się dla niej przydatny. Z tej prostej przyczyny, o ile czas, energia i umiejętności jej na to pozwalały, starała się nie odmawiać składanym jej propozycjom. Niektórych ten zapał dziwił, w innych, z uwagi na noszone przez nią barwy, wzbudzał podejrzliwość, ale Milliesant nigdy nie ukrywała, że za pomoc należy się odpłacić. Nie kantowała też, nie próbowała wymusić więcej niż jej obiecano (no, poza nielicznymi szczególnymi wypadkami) i zawsze stawiała sprawę jasno. Jak każdy swoje za uszami miała, lecz w ogólnym rozrachunku uważała się za usługodawcę raczej godnego zaufania.
    Kiedy Vincent Vanlaanen przyszedł prosić ją o przysługę, była, krótko mówiąc, zdziwiona. Prawdopodobnie gdyby nie odznaka prefekta, którą nosił, nie wiedziałaby nawet o jego istnieniu. Sprawiał na niej wrażenie tak cichego i spokojnego człowieka, że mimo iż wiedziała, że pozory to jedna z najbardziej zdradliwych rzeczy na tym świecie, z trudem przychodziło jej uwierzyć w to, o co ją prosił. Zdobyć choć jeden samotny owoc pewnej egzotycznej krzewinki nie było łatwo. Jako substancja o działaniu silnie toksycznym dawno został wycofany ze sprzedaży na terenie całej Wielkiej Brytanii. Zdobycie go nawet na czarnym rynku wymagało czasu i odpowiedniej sumy pieniędzy.
    ― Ile? ― spytała rzeczowo mężczyzny w głębokim kapturze siedzącego naprzeciw niej w najdalej wysuniętym stoliku Gospody Pod Świńskim Łbem. Jednocześnie rozsupłała sznurek, którym obwiązany był wykonany z czarnego szorstkiego materiału woreczek. Lloyd zajrzała do środka. Wewnątrz dostrzegła aż trzy soczyście czerwone owoce średniej wielkości. Wprost nie mogła uwierzyć we własne szczęście.
    ― Dwadzieścia pięć.
    Oderwała wzrok od zdobyczy i spojrzała na mężczyznę. Irytowało ją, że w mdłym świetle nie mogła dobrze dostrzec jego twarzy.
    ― Piętnaście.
    ― Masz pojęcie, ile to jest warte?
    Udało jej się zbić cenę do osiemnastu galeonów. Po sześć za sztukę, mogło być gorzej, pomyślała. Odliczyła starannie kwotę i przekazała ją mężczyźnie, który zaraz potem zniknął jej z oczu i Milliesant miała szczerą nadzieję, że nigdy więcej nie będzie musiała się z nim spotykać. Raz jeszcze zajrzała do owoców i po dłuższym namyśle wyjęła jeden, delikatnie owinęła chusteczką i schowała do kieszeni płaszcza. Starannie ponownie zasupłała sznurek wokół ciemnego materiału i czekała, uważnie wpatrując się w drzwi. Gdy tylko pojawił się w nich rok starszy Puchon, pospiesznym machnięciem dłoni dała mu znać, gdzie siedzi i obserwowała, jak zbliża się do jej stolika.
    Tak mocno skupiała się na Vincencie, tym, czy zechce zapłacić jej tak wysoką sumę i do którego z najbardziej paraliżujących eliksirów (po co w ogóle miałby go warzyć?) mógłby mu być potrzebny ten składnik, że nie zauważyła, jak kilka metrów dalej pewna postać obserwuje ją uważnie już od dłuższego czasu.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. [Huh, miałabym rękę... Następnym razem, jak będę tyle zalegać, to mi się przypomnij, bo jak widać mam poważny problem z rozróżnianiem rzeczy, które zrobiłam, od rzeczy, które myślałam, że już zrobiłam. Wybacz mi, proszę.]

      Milliesant

      Usuń
  77. [ Taka rola ma... dobra, nie będę śmieszkować, tylko kajam się, kajam się mocno i liczę na kontynuację wątku. Jak będzie? ]
    TB

    OdpowiedzUsuń
  78. [ Świetnie, znakomicie. Może coś więcej dasz od siebie? Mam odpisać na poprzedni wątek, zacząć nowy, stanąć na głowie? ]
    TB

    OdpowiedzUsuń
  79. [Wyrażam chęć. Dzięki, też mi się podoba to zdjęcie :)]

    OdpowiedzUsuń
  80. [Widziałam ogłoszenie na czacie i ja chcę schrupać, ale nie wiem jak wolisz - na słodko przez Lily Rose, czy bezwględnie przez Lishkę Dołohow? ;) ]

    OdpowiedzUsuń
  81. [Piękny? Nosz kurde, miał właśnie nie być piękny, raczej specyficzny! Ale trudno, bo mnie osobiście Mats też bardzo się podoba.
    Karta jest genialna, dlatego na wątek skuszę się z miłą chęcią. Nie bardzo wiem tylko, jak miałby on wyglądać, gdyż Vince i Harvs to zupełne przeciwieństwa...]

    Harvey

    OdpowiedzUsuń
  82. [Proponuję jakąś wspólną wyprawę. Załóżmy, że chętni uczniowie dostali możliwość otrzymania już na początku siódmego roku dobrej ocey, jeśli przygotują ciekawy materiał o typowym dla danego rejonu Królestwa stworzeniu. Załóżmy, że i Harvey, i Vince z jakiegoś powodu uwielbiają psidwaki chociażby, więc zdecydują się wspólnie poznać właścicieli największych hodowli (w tym Celestynę Warbeck :D).]

    Harvey

    OdpowiedzUsuń
  83. [Sprawa jest taka - niestety muszę na czas nieokreślony urwać nasz wątek, co wiążę się z rezygnacją z postaci Akina, bo najprościej świecie chyba się w stosunku do niego wypaliłam, a główny zamysł na postać przepadł. Zabieram się od odpisów od przeszło dwóch miesięcy i mój cały zapał kończy się na otwarciu worda. Najprawdopodobniej musi odsiedzieć swoje w folderze, bym mogła go ruszyć z nowym siłami. Mogłabym rzecz jasna nadal nieudolnie odpisywać, ale wiązałoby się to z całkowitym zatraceniem jego kanonu oraz pogłębieniem niechęci do niego, na co osobiście nie mogę sobie pozwolić, bo bardzo go lubię. Mam nadzieję, że w tym układzie zostanie mi to wybaczone. Zrekompensuję to. Jakoś.]

    OdpowiedzUsuń
  84. [Lubię banalne pomysły zmieniać tak, że mają w sobie to coś :)) Bardzo mi miło, że zostało to zauważone!
    Ja wątek z Vincentem jak najbardziej! Masz już może jakiś pomysł? :)]
    Holly

    OdpowiedzUsuń
  85. [ Dziękuję za powitanie i od razu mówię, że kocham ten tekst w karcie. I doceniam to zaufanie Vincenta. Jeśli przelejemy to jakoś na wątek, to będę jeszcze bardziej wdzięczna. Jeśli masz ochotę oczywiście.]

    Anton

    OdpowiedzUsuń
  86. [ Hmm, to może... Anton siedziałby w Wieży Astronomicznej nocą, a jako że Vincent to prefekt naczelny, to robiłby obchód po zamku i by go tam nakrył? Mało kreatywny pomysł, ale może coś do niego dorzucisz i stworzymy coś ciekawego (godzina pierwsza w nocy nie współgra aktualnie z moim mózgiem). ]

    Anton Molin

    OdpowiedzUsuń
  87. [Oo, podoba mi się. Może zrobią nawet wybory mistera mokrego podkoszulka. To kto zaczyna? Jeśli ja, to zrobię to dopiero późnym wieczorem i nie ukrywam, że byłabym wdzięczna za zaczęcie, bo mam do naskrobania kilka początków wątków i, cóż, teraz robię z siebie ofiarę :( ]

    Anton

    OdpowiedzUsuń
  88. [Kto wie, jakie mroczne sekrety skrywają psidwaki!
    Miałam na myśli, że Campbell zobaczy, że ktoś już wpisał się na listę obok psidwaków, a skoro Vincenta lubił (albo raczej - ten nie dał mu powodu, by go nie lubił), postanowił wykonać ten projekt z nim.]

    Harvey

    OdpowiedzUsuń
  89. [No dobra może być trochę banalnie, ale zawsze możemy podkręcić trochę mój pomysł. Holly znowu chowałaby się nocą w zakamarkach zamku, czytając książkę o czarnej magii (z działu ksiąg zakazanych oczywiście!). Zaczytałaby się tak, że w końcu wpadłby na nią Vincent. Jednak widząc ją czytającą, nie zganiłby jej od razu, tylko wpierw dopytywał, czemu czyta na korytarzu, skoro w dormitorium może też to robić. Mógłby zainteresować się książką, której dotychczas nie miałby w dłoniach. Nawiązaliby całkiem niezły kontakt, dywagowali na różne tematy i wtedy buum. Woźny. Szybka ucieczka korytarzami zamku, które nagle wydawałyby im się nieznane, aż w końcu zatrzaśnięcie się gdzieś w schowku, klasie etc. Co ty na to?]
    Holly

    OdpowiedzUsuń
  90. [Może w takim razie Vincent coś by spaprał z jednym zaklęciem, spanikował i właśnie poleciałby do Holly. Albo właśnie razem mogą coś zmajstrować co nieszczególnie wyszloby im na dobre.]
    Holly

    OdpowiedzUsuń
  91. [ To bardzo, bardzo nieładnie, zostawić mnie tak bez pomysłu. Gdy jeszcze Tia była w Hufflepuffie, to coś bym tam naskrobała dla Ciebie, ale teraz mam pustkę w głowie. Wesprzyj mnie >: ]
    TB

    OdpowiedzUsuń
  92. Pergaminy są. Atrament jest. Pióro obecne. Motywacji cały słoik. Szczęście aż wylewało się z ciała Krukona, a uśmiech na twarzy mówił sam za siebie. Ogarniała go taka euforia, takie nieopisane uczucie dające mu kopa w cztery litery. Wszystko sprowadzało się do jednego – do szybkiego wymknięcia się z wieży Ravenclawu, bezszelestne przedostanie się do Wieży Astronomicznej, a następnie zajęcie się najwspanialszym zajęciem pod słońcem (w tym przypadku może raczej księżycem). Anton zawsze uśmiechem reagował na wspomnienie o astronomii, gwiazdach, księżycu i innych ciałach niebieskich, które mógł zobaczyć na własne oczy dzięki niezawodnym teleskopom. Miał wrażenie, że przenosi się w pewien stan nieważkości, własny raj, który jest już wykreowany, ale w każdym momencie mógł dodać coś od siebie lub pogłębić swoją wiedzę i dowiedzieć się czegoś nowego. Do tego rysował piękne obrazy ukazujące ogrom i nadzwyczajność wszechświata, wieszał je przy łóżku i zachwycał się jeszcze dłużej. Cieszył się, że odnalazł pasję. Szkoda było mu ludzi, którzy jej nie mieli.
    Ta noc została zapisana w kalendarzu jako „rysuj, do cholery, będzie widać kilka supernowych” i Anton nie widział innego wyjścia niż spędzenie kilku godzin pod gołym niebem. Będzie nieprzytomny nazajutrz, ale był w stanie zrobić dosłownie wszystko dla nowych obserwacji i doświadczeń, które wykorzysta w dalszej walce o marzenia.
    Droga na Wieżę Astronomiczną nie sprawiła mu większych kłopotów – widział gdzieś tylko cień woźnego, ale szybko przemknął korytarzem i już go nie było. Anton rozłożył swój ekwipunek na podłodze, poustawiał wszystko według ważności i zabrał się za pracę. Czas leciał mu niewyobrażalnie szybko, kreślił nowe gwiazdy na pergaminie i był tak zaabsorbowany swoją pracą, że nie usłyszał, gdy ktoś wszedł na Wieżę. Dopiero gdy sięgał po nową fiolkę atramentu zobaczył postać i podskoczył na miejscu, upuszczając kałamarz na czyste (na szczęście!) pergaminy. Kilka kropel atramentu wylądowało na jego spodniach, ale nie przejmował się tym – skupił swój wzrok na prefekcie naczelnym, który ociekał wodą i, cóż, był półnagi, co zaintrygowało Krukona. Uniósł brew, nie próbując nawet się ukrywać, bo to nie miało sensu.

    Anton

    OdpowiedzUsuń
  93. [Jak widać, Puchni jeszcze istnieją :D
    Cześć, cześć! Znajdzie się czas i ochota na wątek? Hope nigdy nie miała styczności z czarną magią, bo to grzeczne dziecko jest, ale może Vincent trochę ją zdemoralizuje pod tym względem? ;)]

    Hope

    OdpowiedzUsuń
  94. [Hope czasami wścibska jest i wpycha nos w nie swoje sprawy, więc któregoś razu może przyłapie Vincenta jak po północy siedzi w Pokoju Wspólnym i czyta jakąś podejrzanie wyglądającą książkę? Dziewczyna może mu ją zabrać, zobaczyć co czyta i się nieźle zaperzyć, że Puchon, do tego prefekt, interesuje się czarną magią. Na dodatek, może przekonywać go, że nie powinien takich książek czytać, a on jej zacznie opowiadać różne rzeczy, na początku trochę wbrew jej woli, ale później trochę sama się tym zainteresuje :)]

    Hope

    OdpowiedzUsuń
  95. [Jestem jak najbardziej za! Zacznę jakoś niedługo c:]

    Hope

    OdpowiedzUsuń
  96. Istniały dziewczyny, które mimo możliwości, nigdy nie wchodziły do męskiego dormitorium. Hope takich problemów nie miała i dość często wpadała do niektórych swoich kolegów, szczególnie, gdy czegoś od nich potrzebowała. Czy to pożyczyć książkę, czy poprosić o pomoc w napisaniu eseju, a nawet poprosić o kupienie kilku cukrowych piór, gdy będą w Miodowym Królestwie. Oni w końcu często chodzili do Hogsmeade, a Hope pojawiała się tam bardzo rzadko, gdyż nie lubiła tłumów, które zazwyczaj w weekend oblegały miasteczko. Jeśli już chciała wybrać się do Hogsmeade, robiła to tylko z samego rana, kiedy większość jeszcze leżała sobie w ciepłych łóżkach. Zachodziła wtedy do sklepów po małe zakupy, a później odwiedzała Jamesa w Trzech Miotłach lub szła do Herbaciarni Pani Poddifoot na kubek herbaty. Lubiła te wypady, aczkolwiek nie zawsze chciało jej się wstać tak wczesnym porankiem, więc czasami zostawała w zamku i kiedy większość uczniów szła do miasteczka, ona siadywała pod drzewem na błoniach i czytała książkę.
    Do weekendu jednak było daleko, za to nieuchronnie zbliżał się niewielki test z OPCM, na który Hope musiała się nauczyć. Pech chciał, że nie miała zapisanych wszystkich zagadnień, więc postanowiła poprosić kogoś o pomoc. W Pokoju Wspólnym jednak nie widziała niestety nikogo z jej rocznika, a nie chciało jej się latać po całym zamku w poszukiwaniu kogoś, kto te zagadnienia mógł mieć, więc postanowiła odwiedzić Marcela w jego własnym dormitorium. Niestety, kiedy tam weszła, pokój świecił pustkami. Zamiast jednak wyjść i poszukać gdzieś indziej, klapnęła na łóżku chłopaka i zaczęła grzebać wśród książek na jego nocnym stoliku, aczkolwiek tej, której szukała, tam nie było. Westchnęła cicho i rozejrzała się po pomieszczeniu, krzywiąc się nieznacznie na widok panującego tu bałaganu. Może i straszliwą pedantką nie była, ale lubiła ład i porządek, zaś w dormitorium chłopaków panował wielki chaos, przynajmniej na pewnej jego powierzchni.
    Pokręciła głową ze zrezygnowaniem, po czym wstała z łóżka i ruszyła do drzwi, gdy jej uwagę przykuła niewielka, niewinnie wyglądająca książka. Hope miała wrażenie, że znała większość książek w biblioteki, gdyż często różnych używała, ale tą widziała po raz pierwszy. Z ciekawości podeszła do łóżka, na której się znajdowała i po chwili wahania wzięła ją do ręki. Przez kilka sekund nie działo się zupełnie nic, ale kiedy Puchonka chciała ją otworzyć, ta nagle się szarpnęła i zaczęła latać po całym pokoju, jednocześnie zrzucając wszystko co spotkała na swojej drodze. Hope krzyknęła i upadła na podłogę, zasłaniając się rękoma, kiedy książka poszybowała w jej stronę, dzięki czemu nie trafiła w nią, a w znajdującą się za nią ścianę, zrzucając przy okazji jakiś obraz. Reeves nie miała pojęcia co zrobić, aby ten latający potwór się uspokoił, ale tak wyjęła z kieszeni różdżkę i wyczarowała w księgę, z całych sił starając przypomnieć sobie jakieś zaklęcie.
    — Immobilus! — krzyknęła, celując w książkę, ale ta szybko się uchyliła, zaś zaklęcie rozbiło stojący na szafce flakon z jakimś kwiatkiem. Hope zaklęła pod nosem i wycelowała jeszcze raz, krzycząc tę samą formułkę. Na szczęście, tym razem trafiła i księga opadła z głuchym łoskotem na podłogę. Dziewczyna odetchnęła z ulgą i podniosła się na nogi, nieufnie spoglądając na leżącą niedaleko książkę. Nie zamierzała jej ponownie ruszać i znowu narażać się na atak, więc cofnęła się dwa kroki do tyłu. Teraz musiała tylko zrobić w dormitorium porządek, zanim ktoś wróci.

    Hope

    OdpowiedzUsuń
  97. [Niedoceniani przez 98% czytelników Puchoni jednoczmy się! :D Oni wszyscy nie wiedzą, co tracą.
    Podejrzewam, że przez większą część wspólnego czasu w Hogwarcie Vincent i Addie się nie dogadywali. On jest nieśmiały, w dodatku to prefekt i mugolak. Ona przebojem zwracała na siebie uwagę, będąc jednym z naczelnych psotników w szkole i z powodu wychowania podświadomie patrzyła z wyższością na osoby z nieczystą krwią, mimo że starała w sobie zwalczyć to uprzedzenie, więc ich ścieżki niekoniecznie się ze sobą krzyżowały. Aż do teraz *dramatyczna muzyka*. Z powodów wymienionych w karcie Addison nie jest zbyt mile widziana wśród rówieśników, na pewno nie przywitali jej ciepło z otwartymi ramionami. Mogły się w szkole zdarzać nawet różne incydenty ze strony poszkodowanych w III wojnie, ostatnio ich zachowanie stawało się coraz śmielsze, więc dla bezpieczeństwa Addie została ona poproszona, by trzymać się Prefekta Naczelnego, którego obecność powinna osłabić ataki. Vincent raczej nie był z tego zadowolony, podobnie jak Addison, ale nie mieli wyjścia i musieli pójść na ten układ. Pytanie tylko, co z tym zrobić dalej. Może stworzyć relację na zasadzie symbiozy? Ona uważa, że jego życie jest w dużej mierze żałosne, bo nie próbuje z niego czerpać garściami i chowa się za książkami, więc próbuje nieco otworzyć go na świat i nowe doświadczenia, a on – nieudolnie bo nieudolnie, ale jednak – stara się wspierać ją w tych ciężkich dla niej chwilach? I malutkimi kroczkami zacznie się między nimi tworzyć nić porozumienia, choć w zasadzie są pustelnikami i we dwójkę przesiadują w zupełnie odludnych miejscach? On narzeka na to, że przez jej gadulstwo nie może pracować, ona wytyka mu jego gburowatość, ale ogólnie przyzwyczailiby się do swojego towarzystwa? Coś na takiej zasadzie. A potem to wszystko runie jak domek z kart, bo gdyby Addie dowiedziała się o jego zabawach z czarną magią, wpadłaby w furię, ale to chyba bardzo odległa przyszłość. Pytanie, czy coś takiego ci odpowiada i czy spróbujemy im wymyślić jakąś akcję :) ]

    Addison

    OdpowiedzUsuń
  98. [Są na jednym roku i w jednym domu, więc w sumie muszą się trochę znać. Możemy uznać, że choćby w czwartej klasie nawet się dogadywali, ale potem Addison odkryła uroki psikusów i wstąpiła do KZWP, więc ta więź naturalnie się rozluźniła. Właśnie podejrzewałam, że Vincent jest beznadziejnym przypadkiem i jakakolwiek próba wyciągnięcia go do ludzi jest skazana na porażkę, jednak to dziewczę jest uparte i lubi wyzwania, w dodatku wybitnie jej się nudzi po porzuceniu niemal wszystkich pozalekcyjnych zajęć.
    Oj tam, akcję zapierającą dech w piersiach da się wszędzie wymyślić (chociaż trudno mi sobie wyobrazić biednego Vincenta w środku totalnego chaosu, więc może zaczniemy łagodniej). Co powiesz na coś takiego: Addie i Vins siedzą w bibliotece. Ona jest oczywiście śmiertelnie znudzona i nie ma ochoty tam przesiadywać, ale Vincent ani drgnie, zupełnie ignorując jej słowotok i marudzenie. Będą schowani za regałami w jakimś ustronnym kącie, bo oczywiście nieśmiały Vanlaanen zna takie miejsca, w których jest najmniejsza szansa na spotkanie innych uczniów. Właśnie wtedy zza regału dobiegną ich głosy Ślizgonów należących do domowej drużyny Quidditcha, którzy planują sabotaż na drużynie Hufflepuffu, chcą się włamać do ich szatni i zniszczyć miotły czy coś w tym rodzaju. Więc Addison wyciąga Vincenta z biblioteki, na szybko planując zemstę, która oczywiście okaże się porażką. Możemy wykorzystać Świstohuki, które okażą się być wadliwym produktem - wyrwą się spod kontroli, spalą jakiś wielowiekowy gobelin wiszący na ścianę, ugryzą przechodzącą nauczycielkę w pośladek, przypalając jej szaty, ogólnie jedno wielkie zamieszanie. Z ich szczęściem zostaną złapani i zaciągnięci na dywanik, co na pewno będzie dla wszystkich szokiem, bo Vincent nie tylko nigdy nie załapał szlabanu, ale pewnie nie stracił nawet jednego punktu dla Puchnów przez te wszystkie lata. A potem będziemy jakoś improwizować :) Co ty na to?]

    Addie

    OdpowiedzUsuń
  99. Kiedy Addison dowiedziała się, że ma spędzać swój wolny czas z prefektem naczelnym, którego obecność miała powstrzymać kolejne incydenty, nie potrafiła powstrzymać kpiącego prychnięcia. Nikt nie poważał Puchona, a już na pewno nie wzbudzał on strachu, jednak swoje wątpliwości zatrzymała dla siebie; Vincent stał się częścią układu, dzięki któremu mogła pozostać w szkole, mimo to początkowo podchodziła do niego ostrożnie i z chłodną wyższością, z jaką podchodzi się do ludzi, których postępowanie jest tak odmienne oraz niezrozumiałe dla danej jednostki. Z czasem jednak ta swojego rodzaju protekcjonalność przerodziła się w fascynację. W większości osób Addie potrafiła czytać jak w otwartej księdze, wynajdywanie słabych punktów stało się czymś w rodzaju wciągającego hobby, ale Vincent był tak skryty i ostrożny w wyrażaniu swoich emocji, że złamanie jego szyfru okazało się być jednocześnie frustrującym oraz intrygującym zajęciem. Początkowo wbrew sobie spędzała z nim tyle czasu, ale teraz odnalazła drobną przyjemność w rozróżnianiu jego hmmm czy dopatrywaniu się zmian w jego twarzy. Było hmmm pytające, hmmm rozdrażnione, hmmm zdziwione i hmmm zadowolone, wystarczyło odkryć klucz jego intonacji. Mimika Vincenta była jednak jeszcze mniej ekspresyjna niż jego głos, ale powoli odkrywała także jej sekrety. Lekkie napięcie mięśni policzków świadczyło o jego niezadowoleniu, dezaprobatę prezentowało za to uniesienie brwi o dwa milimetry w górę. Twarz Puchona stała się swoistą mapą, po której Addison uczyła się poruszać.
    Była niemal pewna, że Vincent zaczynał ją mimo wszystko lubić. Z przewagi nieartykułowanych dźwięków przeszli do pojedynczych słów, co w jej mniemaniu oznaczało, że w końcu pojawiła się między nimi nić porozumienia. Chociaż chłopak i tak rzadko odpowiadał na jej zaczepki. Vincent posiadł niesamowitą umiejętność wyłączania się, gdy tylko dziewczyna otwierała usta, a Addie było naprawdę trudno ignorować z jej ADHD. Odkąd pojawili się w bibliotece dwadzieścia minut temu, oczywiście zajmując ulubione miejsce Vinsa, czyli to najbardziej oddalone od uczniów, zdążyła już trzy razy zmienić pozycję i wyrzucić z siebie milion propozycji o wiele zabawniejszych aktywności niż przesiadywanie nad opasłym tomiskiem opisującym historię procesów czarownic między 1229 a 1474 rokiem w Anglii. Huśtała się na tylnych nogach krzesła, po czym oparła się łokciami na stole, kładąc podbródek na dłoni i patrząc wymownie na chłopaka, który jakby przebudził się z transu, swoim hmmm w końcu przyjmując jej obecność do wiadomości. Był chyba jedyną osobą w całym Hogwarcie zdolną do ignorowania Addie, która miała naturalny talent do zwracania na siebie uwagi.
    — Nie rozumiem, jak możesz to czytać. W dodatku dla przyjemności. Wiesz, że tracisz swoje najlepsze lata życia, chowając się przed ludźmi? Przy okazji marnujesz też moje najlepsze lata życia, bo tak się składa, że na razie jesteśmy na siebie skazani. Nie, żeby bardzo mi to przeszkadzało, bo na swój nerdowski sposób jesteś uroczy, Vins, ale jednak moglibyśmy dla odmiany zrobić coś, na co ja mam ochotę, bo na razie tylko przesiadujemy w bibliotece. — Jakby dla podkreślenia tego faktu, dramatycznie wskazała na stos książek pietrzących się obok niej na stoliku. Po tygodniach spędzonych wśród starych woluminów i w towarzystwie milczącego Puchona nagromadziła w sobie ogromne pokłady energii, które tylko czekały na spożytkowanie. Treningi Quidditcha okazały się niewystarczające, brakowało jej gwaru, śmiechu i przepływu adrenaliny. Została wykluczona ze szkolnej społeczności i chociaż udawała, że szykanowanie, wyzywanie, wręcz prześladowanie ze strony rówieśników nie robią na niej wrażenia, tak naprawdę coraz gorzej znosiła izolację. Vincent stał się jej jedynym towarzyszem, ale Addie rzadko potrafiła odgadnąć, co działo się w jego głowie, dlatego nie mogła być pewna, czy jej wierzył i czy miała w nim sojusznika. Na razie cierpliwie próbowała go wybadać oraz zrozumieć, dlaczego tak bardzo zamyka się w sobie i w swojej strefie komfortu.

    Addison

    OdpowiedzUsuń
  100. Spogląda na chłopaka, niecierpliwie wyczekując jego odpowiedzi. Gdy ta jednak dociera do jego uszu, marszczy brwi i automatycznie zaciska ciaśniej dłoń na szklanym naczyniu. Wpatruje się w Vincenta i zastanawia się, czy kiedykolwiek zdarzyło mu się powiedzieć coś na temat jego oczu. Szybko przypomina sobie jednak, że nic takiego nie miało zdarzenia. Domyślił się? Niemożliwe. Chce powiedzieć, że to głupi zbieg okoliczności, że ktoś jeszcze musi widzieć w tych oczach coś ze swojej przeszłości, ale czy to możliwe? Nie… Wzdycha cicho, zapierając się stopami o brudną podłogę pubu odsuwa odrobinę swoje krzesło od stolika i opiera się plecami o drewniane oparcie mebla.
    Rozmyśla gorączkowo co powinien w tym momencie powiedzieć, na policzkach czuje gorące rumieńce, które z pewnością już sprawiły, że jego twarz jest teraz po prostu czerwona. Odkłada szklankę na stolik i przeczesuje gęstą czuprynę czarnych włosów bladą dłonią, która na tle kosmyków wydaje się być jeszcze bledszą niż w rzeczywistości. Bierze kolejny głęboki wdech i powoli wypuszcza powietrze przez delikatnie rozchylone wargi. Tysiące myśli przechodzi przez jego głowę, a on sam nie potrafi się w tym momencie skupić na niczym innym, niż na słowach Vincenta, które wciąż słyszy gdzieś w tle.
    — Boisz się, czego? — Pyta, mimowolnie zaciskając palce drugiej dłoni, którą trzyma pod stolikiem, wygodnie ułożoną na swoim udzie. — Czy jest coś złego w tym, że komuś podobają się twoje oczy? — Ponownie zadaje pytanie, jednak tym razem to on się boi. Nie jest pewien czy odpowiedź, którą dostanie będzie taka, jaką chciałby usłyszeć. Zagryza nerwowo wargi i po raz kolejny tego wieczoru wpatruje się w te cholerne oczy, przez które wszystko się zaczęło. Przechyla delikatnie głowę na bok i przypomina sobie wreszcie o dłoni utkwionej w ciemnych włosach. Drapie się lekko po czubku głowy i kładzie dłoń na stoliku. Niepewnie przesuwa ją po powierzchni okrągłego, starego już mebla w stronę przyjaciela.
    — Vins, kto to jest? — Paznokciem zahacza o wystającą nitkę w spodniach i wyczekuje. Wyczekuje, aż jego świat ponownie się rozpadnie na tysiące kawałeczków. Nie może stracić Vinsa, nawet jeżeli ich spotkania są tak specyficzne, a rozmowy tak chaotyczne. Nie może pozwolić sobie na to, by kolejna osoba wybrała kogoś innego niż on sam, w dodatku… Nie taka osoba.

    Hyun

    OdpowiedzUsuń
  101. Addison poderwała się z miejsca, przerzucając sobie torbę przez ramię i przechylając się przez stolik, by otoczyć szyję chłopaka ramionami i krótko go do siebie przytulić. Niektórzy ludzie byli dobrzy w sztuce tulenia; potrafili to robić całą swoją istotą, nie tylko ramionami. Ich ciepło otulało, sprawiając, że ktoś czuł się cenny i ważny. Mimo że uścisk trwał zaledwie kilka sekund, za każdym razem tuliła Vincenta w ten sam sposób, chociaż wiedziała, że chłopak źle reagował na tak swobodną bliskość fizyczną. Nie mogła z niego wydusić zdań złożonych z ponad trzech słów, więc naruszanie jego przestrzeni osobistej zapewne wprawiało go w duże poczucie dyskomfortu, ale Addie nie potrafiła zrezygnować z tego prostego gestu za każdym razem, gdy się żegnali. Najchętniej przedłużyłaby ten moment, jednak bała się przesadzić, za łatwo mogłaby go spłoszyć.
    Odsunęła się, rzucając mu promienny uśmiech.
    — Pewnego dnia, Vincencie Vanlaanenie, sprawię, że uwolnisz tę imprezową bestię, którą ukrywasz w najgłębszych zakamarkach duszy i razem zaszalejemy na parkiecie! Słyszę, jak tkwiący w tobie król tańca mnie woła. Obiecuję ci, że pewnego dnia to się stanie! — poinformowała go konspiracyjnym szeptem, mrugając do niego. Nawet jeśli w tej chwili brzmiało to niedorzecznie, Addison była przekonana, że pewnego dnia Vins wyjdzie choć na chwilę ze swojej skorupy i zrobi coś nieoczekiwanego.
    Choćby podniesie głos o dwa decybele w swojej ukochanej bibliotece, przyprawiając poczciwą bibliotekarkę o zawał.
    — Nie siedź do późna. Chyba że w końcu planujesz złamać kilka punktów regulaminu. Wtedy masz moje pozwolenie. — Nie była pewna, czy chłopak usłyszał cokolwiek z tego, co powiedziała, bo z powrotem zagłębił się w lekturze. Hallaway z rozbawieniem pokręciła głową, kierując się w stronę wyjścia, kiedy uświadomiła sobie, że zapomniała zabrać ze stolika kałamarz i pióro. Zawróciła, nucąc pod nosem najnowszą piosenkę witchbandu, który wdarł się na Czarlistę Przebojów w ostatnim tygodniu, deklasując łzawą balladę o porzuceniu autorstwa Czarodziejek Miłości. Muzyka była okropna, ale kiedy wpadła do głowy, zupełnie przejmowała kontrolę nad umysłem.
    Addie wrzuciła przedmioty do torby, machając do Vincenta, który albo postanowił ją zignorować, albo naprawdę przepadł w świecie średniowiecznych polowań na czarownice, ponieważ nawet nie drgnął. Znowu ruszyła do wyjścia, lecz zamarła w pół kroku, słysząc znienawidzony głos Eugene'a Monroe'a, oślizgłego kapitana drużyny Ślizgonów oraz Warrena Abercombie'ego, ich tępego pałkarza, który tyle razy oberwał w głowę, że obecnie potrafił porozumiewać się jedynie trudnymi do rozszyfrowania pomrukami. Dziewczyna poklepała Vincenta po ramieniu, starając się zwrócić jego uwagę na odgłosy za regałem.
    — Musimy wygrać z tymi ofermami. Po wygranej z Ravenclaw zajmują pierwsze miejsce i jeśli przegramy, mogą zwinąć nam Puchar Quidditcha sprzed nosa. Nie możemy do tego dopuścić, Abercombie. Nie zniosę, jeśli ta dziwka Mrocznych, Hallaway będzie śmiała mi się w twarz na boisku.
    Addison na palcach zbliżyła się do półki, starając się skryć w najbardziej zacienionym rogu za książkami. Eugene znany był z tego, że stosował wszystkie możliwe, niedozwolone chwyty na i poza boiskiem, ale nigdy go nie złapano. Już od dawna chciała dać mu nauczkę, jednak jej własna kapitan powstrzymywała impulsywny temperament Hallaway za każdym razem, obawiając się kary dla drużyny Puchonów. W końcu miała szansę odegrać się na tym dupku za wszystkie lata.
    Warren wymamrotał coś niezrozumiale.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. — Wiem, że tym razem eliksir natłuszczający nie zadziała. Myślałem o czymś bardziej... ostatecznym. Musimy ich wyeliminować z gry na dobre.
      Addie bezwiednie zacisnęła mocno dłonie w pięści, wbijając paznokcie we wrażliwą skórę. Pod wpływem złości zaczęła oddychać szybciej, jej policzki pokryły się szkarłatem. Miała ochotę wyskoczyć zza regału i trzasnąć Eugene'a w głowę, jedynie milcząca obecność Vinsa powstrzymywała ją od aktów przemocy. Zawsze była prostolinijna i skomplikowane intrygi nie były w jej stylu, wolała otwarcie załatwiać swoje sprawy, podobna okazja mogła się jednak nigdy nie nadarzyć. Miała szansę przechytrzyć wyjątkowo złośliwego Ślizgona, a przy okazji się zemścić.
      Musiała tylko poczekać, aż Monroe wyjaśni, co planuje.

      Addie

      Usuń
  102. [ Cześć, masz może ochotę rozpocząć wątek między Julią a Vincentem albo Viggo, albo obojgiem? Jeżeli tak to zapraszam do mnie pod kartę albo na maila. Może uda nam się znaleźć pomysł na powiązanie albo wątek. ]

    Julia Jones

    OdpowiedzUsuń
  103. [ Witam! Bardo zauroczyłam się Twoją postacią :) Czy jest szansa na wątek? Jeżeli tak to zapraszam do siebie, może uda się wspólnie coś wymyślić ]

    Emma Stanford

    OdpowiedzUsuń
  104. [ Ja też chyba nie jestem wspaniała w wymyślaniu ;) Mam wrażenie, że mój pomysł może bardziej pasować do Viggo, ale może mi się wydaje. Ten pomysł to właściwie dwa pomysły, ale bardzo podobne.

    1) Viggo i Julia bardzo lubili się w pierwszych dwóch czy trzech latach w Hogwarcie. Później ich bliska znajomość rozpadła się z hukiem (powód do ustalenia) i po pewnym czasie zaczęli traktować się, jakby nigdy nic ich nie łączyło. I teraz, w ostatnim roku szkoły wszystko miałoby się zmienić. Spotkaliby się gdzieś przypadkiem, zaczęli rozmawiać i trochę tak wszystko od nowa, jakby nic się nie stało.
    2) Viggo i Julia bardzo lubili się aż do niedawna. Powiedzmy, że niedługo przed wakacjami doszło między nimi od poważnego spięcia (powód też do wymyślenia) i tak jak w poprzedniej opcji, znajomość rozpadłaby się z hukiem, a każde ich ewentualne spotkanie kończyłoby się kłótnią. W wątku wróciliby po wakacjach, kiedy każdy już sobie wszystko przemyślał i jedno z nich (pewnie to bardziej winne tej aferze) chciałoby wszystko naprawić. Drugie by się wkurzało, opierało, ale potem by się jakoś dogadali.

    Także napisz mi jak się na to zapatrujesz i która Twoja postać bardziej Ci do tego pasuje, bo może tylko mi się wydaje, że Viggo. Oczywiście wszelkie szczegóły trzeba by jeszcze ustalić ;) ]

    Julia Jones

    OdpowiedzUsuń
  105. [W związku z tym ląduje na liście łaski u Cyda.
    Nie wiem, wydaje mi się, że jest za bardzo spooky scary, ale sam chciał taki być. Jak on się uweźmie, to mam niewiele do gadania.
    PS Chcesz wątek? Bo mi się Vins szalenie podoba.(Viggo też, tylko jest zbyt mroczny jak dla Cyda.)]

    Cyd

    OdpowiedzUsuń
  106. [Cześć. Mam nadzieję, że nie znielubisz mnie do reszty, ale od ponad miesiąca siadam do odpisu dla Vincenta, zaczynałam go już niezliczoną ilość razy i jak widać nic mi z tego nie wyszło. Chyba jest chłopak za nieśmiały i niewinny jak dla Milliesant. Szkoda, ale nie widzę sensu dalej walczyć z odpisem, skoro ewidentnie mi nie idzie. Ale obiecuję się zrekompensować pełnym pakietem przy najbliższej okazji, w razi gdybyś miała chęci!]

    Milliesant

    OdpowiedzUsuń
  107. [Jedyna okazja w tym miesiącu, powiadasz? To się muszę zebrać, bo miesiąc się nam powoli kończy.
    Teraz nie mam żadnych marzeń, można mnie zaskoczyć dosłownie wszystkim. Siedzę też już drugą godzinę nad Vincentem i w sumie nie wiem, co Cyd by z nim albo jemu zrobił, ale na pewno byłoby to coś ciekawego. Nie wiem, naprawdę, nie wiem, ustalenie tu relacji mnie przerasta, głupio się przyznawać, kiedy człowiek próbuje udawać pomysłowego, ale cóż, lepiej tak, niż marnować twój czas. Wydawało mi się, że coś wymyślę.]

    Cyd Harwood

    OdpowiedzUsuń
  108. [ Ah, no tak! Nie trafiłam. Trudno, jeżeli kiedyś wpadnie Ci pomysł na wątek to, tak czy inaczej, zapraszam :) ]

    Julia Jones

    OdpowiedzUsuń
  109. [ Przyjaciele z dzieciństwa, wspólne zamiłowanie do lubowania w samotności - w Hogwarcie coś się zmienia między nimi. Brak kontaktu, a każdy przypadkowy kontakt kończy się kłótnią. Na początku nowego roku szkolnego coś między nimi pęka, kiedy Vincent znajduje dziewczynę (albo Emma znajduje chłopaka). To doprowadza do rozmowy między nimi i próbują odbudować relację. Co Ty na to? ;) ]

    Emma Stanford

    OdpowiedzUsuń
  110. Unosi powoli spojrzenie w górę. Uważnie lustruje nieprzyjemnie wyglądającego kelnera i wsłuchuje się w jego słowa. Marszczy brwi i odwraca od razu głowę w stronę wskazanego młodzieńca. Ma ochotę poderwać się w górę i doskoczyć do wcześniej wspomnianego chłopaka. Ktoś próbuje mu ukraść Vinsa i to tuż sprzed nosa. Hyun-ah bierze głęboki wdech i zaciska tylko pięści, ułożone na swoich nogach. Stara się nad sobą panować, zawsze tak robi. Chce być tym rozważnym człowiekiem, który doskonale zdaje sobie sprawę z wszelkich konsekwencji swoich zachowań. Han chce być takim człowiekiem, który nie popełnia błędów. Nagle do głowy wpada mu myśl, mała, maleńka niczym ziarnko maku: Gdyby tak dać porwać się chwili? Nie myśleć o konsekwencjach. Słucha słów, które wypadają z ust Vincenta. Przypatruje mu się uważnie i zastanawia się co powinien zrobić. Zamyka oczy i próbuje sobie wyobrazić wizualną formę słów.
    — Aż tak bardzo mu zależy na twojej obecności? — Pyta i nie czekając na odpowiedź, zerka raz jeszcze na ślizgońskiego kapitana. Zagryza wargę i podrywa się ku górze. Nie zastanawiając się nad niczym sięga do kieszeni szaty, kładzie na stoliku monety dla kelnera i podchodzi do krzesła Vinsa. Chwyta mocno jego dłoń i ciągnie go pospiesznie w stronę wyjścia. Nie może pozwolić, aby ktoś mu go zabrał. Te piękne oczy. Przecież to oczy, na które tylko on może patrzeć, które tylko on może komplementować. To, chociaż należą do Vinsa, to traktuje je niczym własność.
    — Chodź szybciej. Nie oglądaj się tylko chodź. Chodź ze mną, Vanlaanen. — Mówi, przedzierając się pomiędzy stolikami, krzesełkami i zasiadającymi na nich ludźmi. Ludźmi, którzy nawet nie zwracają na nich uwagi. Nie dziwi nikogo nagłe zerwanie się dwójki młodych mężczyzn. Hyun czuje, jak jego serce wali. Zaciska mocno dłoń na dłoni Vincentego i idzie dalej, szybciej. Wypatrując już drzwi, do których gna tak, jakby za nimi miał znajdować się inny świat. Miejsce, w którym oboje będą szczęśliwi. Nie myśli nawet o tym, że Vincent może być szczęśliwy z Viggo. Nie dopuszcza do siebie takiej myśli, zamiast tego chwyta klamkę, otwiera na oścież drzwi i czuje na twarzy chłodne powietrze, opatulające jego policzki.

    Hyun

    OdpowiedzUsuń
  111. Zatrzymuje się w miejscu, cały czas trzymając dłoń Vincenta w swojej ręce. Policzki zaczynają go szczypać, a ten ciągle tylko stoi. Stoi i rozgląda się dookoła, jakby właśnie próbował obrać najlepszą drogę ucieczki. Jak najdalej stąd. Tak daleko, aż poniosą ich stopy. Dopóki nie będą boleć, będą szli. Tak przynajmniej jeszcze chwilę temu rozmyślał Hyun. Słuchając pytania chłopaka, powraca właśnie na ziemię. Odwraca się przodem do Puchona i wpatruje się w jego oczy. Przygląda się im z zaciekawieniem i powtarza za Vinsem jego pytanie.
    — Co teraz? — Zostawia rozchylone wargi i powoli wypuszcza przez nie ciepły oddech, który od razu paruje. Chwilę przygląda się swojemu własnemu oddechowi, po czym przypomina sobie, gdzie jest i z kim jest. Co robić? Co robić? Co robić? Robić co…ś? — Nie wiem. — Przyznaje zgodnie z prawdą. — Możemy dalej uciekać, możemy biec. Przyspieszać i zwalniać. Robić przerwy na pozbycie się kolek i dalej biec. Szybciej… Vincent nie wiem. — Puszcza w końcu jego dłoń, ale zamiast tego robi jeden krok w stronę Puchona i kładzie ostrożnie dłonie na jego torsie. Pcha go delikatnie, nie chcąc by ten w jakikolwiek sposób się zranił, nie o to mu chodzi. Robi jeszcze jeden krok i spogląda w te oczy, oczy, które robią z niego wariata.
    Myśli intensywnie nad tym, co właściwie teraz robi i czy robi dobrze. Co jeżeli to, co zamierza okaże się błędem? Jeżeli zrobi coś teraz źle, może już więcej nie mieć ani jednej szansy. Huczy mu w głowie, głowa go boli. Zamyka oczy i oddycha, próbuje oddychać powoli, równomiernie. Oblizuje szybko wargi i zagryza tą dolną, robiąc kolejny krok.
    — Nie wiem co teraz. Wiem, że doprowadzasz mnie do szału. Twoje oczy. One są tak piękne. Cudowne. Widzę w nich siebie, ale nie tylko siebie. Patrząc w nie, widzę nie tylko ciebie. Czasami… Czasami w nie patrzę i widzę przeszłość. To straszne. Straszne jest widzieć to co było kiedyś, w człowieku, którego zna się teraz. Nie znałem cię wtedy, ale widzę tamto. Nie chcę widzieć, Vins. Wolałbym zobaczyć przyszłość, lub teraźniejszość. Nigdy przeszłość. Ona jest niczym senny koszmar. Nie lubię koszmarów, Vins. Ty lubisz? — Śmieje się lekko. — Nikt nie lubi. Proszę, nie bądź moim koszmarem. — Szepcze błagalnie, ponownie patrząc w oczy. Tylko one pozostają jego drzwiami do przeszłości. Przeszłości, której wcale nie chce.

    Hyun

    OdpowiedzUsuń
  112. [W każdym przypadku trzeba rozpatrywać to indywidualnie i zależnie od aktualnych potrzeb obu stron. :>
    Jestem pod wrażeniem po przeczytaniu karty; ba, nawet zaproponowałabym wątek, gdyby nie obawa, że nie podołam i nie dorównam ci jakością.]

    Evan

    OdpowiedzUsuń
  113. [Nie stanowią; prawdę mówiąc byłabym wtedy trochę hipokrytką, bo również nie uważam, żeby ostatnie kilka miesięcy było moim złotym okresem literackim. Tak czy inaczej, chętnie!
    Nie do końca wiem, co z nimi zrobić. Pewnym ułatwieniem jest fakt, że łączy ich ten sam dom, więc nie musimy zaczynać od całkowitego zera. Ech, ciężko jest mi wymyślić coś konkretnego, bo na dobrą sprawę jeszcze nie znam swojej postaci.]

    Evan

    OdpowiedzUsuń
  114. [Z sentymentu odpisuję pod Puchonem. Przyznaję, wizerunek własnej postaci również wprawił mnie w zachwyt, a w kwestii wątków niczego konkretnego nie lubię obiecywać, ale kiedyś mi się wydawało, że coś tam umiem miło pisać. Dzięki!]

    V. Calvert

    OdpowiedzUsuń
  115. [Jeśli można go pokochać to ja chętnie się dogadam i kogoś stworzę!
    krolewna.spiaca.na.zawsze@gmail.com]

    OdpowiedzUsuń
  116. [My się już spotkałyśmy na SoW i tam z wymyślaniem szło ciężko, ale tutaj będę myśleć intensywnie, w końcu to dwójka Puchonów. Powiedz mi tylko jakie relacje/powiązanie mogłoby ewentualnie między nimi zaistnieć, bo nie wiem jak daleko mogę się posunąć w wymyślaniu]
    Hugo

    OdpowiedzUsuń
  117. [Powiem Ci, że dosyć tajemniczo to ujęłaś, a wymyślanie fabuły odnoszącej się do inności proste nie jest D: Podpowiedz mi jeszcze w paru kwestiach, bo nie chcę też przeciągać tego kombinowania w nieskończoność:
    Wolisz zaczynać od zera czy w przeszłości mieli już mieć coś ze sobą wspólnego? Do tego jego pragnienia uczynienia świata lepszym póki co przyszła mi tylko do głowy jedna rzecz, mianowicie: wspólne przedsięwzięcie Prefektów i Prefektów Naczelnych, jakieś większe kłopoty w szkole, podział na pary i przydzielenie dla nich odpowiednich zadań. Vincent i Hugo oczywiście działaliby razem, taka opozycja nieśmiałego chłopca i rozgadanego Puchona. Może w trakcie Hugo zacząłby go nakręcać, po podsłuchaniu fragmentu rozmowy i zinterpretowaniu jej na swój własny sposób, przekonując go, że muszą coś zrobić dla większego dobra etc. Co to będzie, gdzie, dlaczego i z jakimi konsekwencjami - tego nie wiem, ale może mogłoby dać to podłoże do udowodnienia tej ich inności, emocjonalności etc]
    Hugo

    OdpowiedzUsuń
  118. [Witam i dziękuję bardzo! Oh, faktycznie, nic tylko Vincenta ukochać, przynajmniej takie odniosłam wrażenie po przeczytaniu karty :) Nie wiem jak ty, ale ja zrobiłabym z nich przyjaciół, ale jeszcze takich w fazie pogłębiania relacji. Nocne patrole mogą ich do siebie mocno zbliżyć i może nawet staną się powiernikami swoich sekretów, kto wie. Piszesz się?]

    Millie

    OdpowiedzUsuń
  119. [Podołamy, podołamy, a jakże!
    Hmm, mam już kilka spokojnych wątków, więc chętnie wymyślę coś bardziej szalonego i skomplikowanego, tylko tutaj mój mózg odmawia współpracy. Przyszło mi też do głowy przypadkowego spotkanie w łazience prefektów i wspólna kąpiel, ale patrząc na charakter naszych postaci to to by się raczej nie udało :D]

    Millie

    OdpowiedzUsuń
  120. [Czarnomagiczne klimaty zawsze na tak, więc jak najbardziej możemy w to wejść. Hugo jak dotąd nie miał z tym zbyt wiele do czynienia, dział ksiąg zakazanych pewnie też omijał może nie szerokim, ale jednak łukiem, więc chętnie go w coś takiego wpakuję. Rzeczywiście operowanie aż tak nieśmiałą i zamkniętą postacią może być trudne i w takim wypadku stawiałabym na to, że jednak od czasu do czasu ze sobą rozmawiali od powiedzmy dwóch lat(?), akurat od roku kiedy Vincent został prefektem. Przy Hugo mógłby czuć się chociaż odrobinę bardziej swobodnie wiedząc, że chłopak nie przywiązuje dużej wagi do czyjegoś zachowania, nawet odbiegającego od normy i w jakimś tam stopniu H. sporadycznie próbowałby stopniowo otwierać go na ludzi, nawet na tak wąski jednoosobowy krąg.
    Można też połączyć ten wcześniejszy pomysł ze wspólnym patrolem, podczas którego trafiliby właśnie do działu z księgami zakazanymi, z ciekawości otwierając jedną z nich. Do rąk wpadłoby im jakieś mętnie opisane zaklęcie/recepta na eliksir...]
    Hugo

    OdpowiedzUsuń
  121. [Reakcją Millie byłaby ucieczka i unikanie go przez kilka najbliższych miesięcy, także tego... :D
    O, to jest pomysł! Dobry pomysł. Mogliby natrafić na jakiegoś niezbyt przyjaznego węża, który ośmieliłby się wypełznąć z Zakazanego Lasu i Vincent wykorzystałby swoją zdolność, jednocześnie ratując życie Millie, jak swoje. No i dodatkowo byłby to zapewne dla nich spory szok, a szczególnie dla Vincenta. Ale nie przedłużając, kto zaczyna?]

    Millie

    OdpowiedzUsuń
  122. [Świetnie, wchodzę w to! :) Uroku generalnie nie musimy wymyślać, albo wyjdzie nam już w trakcie, albo mamy dwie opcje: coś w stylu dziennika Riddle'a, który przeniesie ich lata wstecz bądź pod wpływem dotknięcia tej książeczki na każdego z nich spadnie fatum/seria niekończącego się pecha kontrolowanego przez owego właściciela. Luźne pomysły póki co, jeśli nie to stawiamy na rozwój wydarzeń już w trakcie. I żywię cichą nadzieję, że mogę zaczęcie zrzucić na Ciebie? Od razu uprzedzam, że czekanie mi nie straszne, zwłaszcza teraz w okresie przedsesyjnym]
    Hugo

    OdpowiedzUsuń
  123. [Przepraszam za to na dole, będzie lepiej :)]

    Dla większości prefektów nocne obchody nie były czymś przyjemnym, aczkolwiek Millie naprawdę je lubiła. Lubiła chodzić po zamkowych korytarzach, które pogrążone były w ciszy. Miała wtedy okazję odpocząć od codziennego zgiełku, zebrać myśli i przemyśleć kilka spraw. Zazwyczaj nie miała czasu tego zrobić, gdyż przez większość czasu miała naprawdę napięty grafik, a kiedy kładła się do łóżka, niemal natychmiast zasypiała. Takie nocne patrole więc umożliwiały jej zastanowienie się nad różnymi wydarzeniami, które miały miejsce w ciągu ostatnich tygodni. Nie było ich jednak wiele, prawdę mówiąc. Była normalną, nastoletnią czarownicą i prócz prawidłowego uwarzenia zaawansowanego eliksiru, nic ekscytującego w jej życiu się nie działo, co przyjmowała z niemałą ulgą. Pamiętała jak ktoś kiedyś zdała jej pytanie czy jest coś, co zmieniłaby w swoim życiu. Bez namysłu odpowiedziała, że nie i odpowiedzi tej wciąż się trzymała. Może i nie było ono idealne, ale jej w zupełności wystarczało. Przynajmniej na razie.
    Nocny patrol po zamku to jedno. Nocny patrol w okolicy Zakazanego Lasu to już jednak co innego. Szczególnie zimą, kiedy termometry wskazywały temperaturę poniżej zera. Na dodatek Millie była raczej osobą ciepłolubną, więc nic dziwnego, że na samą myśl o przechadzce po dworze od razu się krzywiła i zaczynała myśleć o ucieczce do swojego dormitorium. Niestety, była doskonale świadoma tego, że był to jej obowiązek, więc chcąc nie chcąc, ubrała się jak najcieplej się dało i ruszyła ku sali wejściowej, gdzie umówiła się wraz z Vincentem, który tej nocy miał jej towarzyszyć. Może dzięki temu skupi się na rozmowie i nie będzie myśleć o ciepłym Pokoju Wspólnym i trzaskającym ogniu w kominku, przy którym najchętniej by się ogrzała. Mimo, że miała na sobie kilka warstw ubrań, była niemal pewna, że wróci cała przemarznięta, nawet jeśli rzuci zaklęcie ogrzewające więcej niż raz. Całe szczęście mówiono, że pogoda niedługo ma się zacząć poprawiać i Millie miała nadzieję, że to prawda.
    Jednym skokiem pokonała dwa ostatnie schody, po czym ruszyła przez salę wejściową, aby po chwili dołączyć do stojącego przy wrotach Vincenta. Posłała chłopakowi uśmiech na przywitanie, jednocześnie naciągając rękawiczki, które wyciągnęła z kieszeni płaszcza.
    — Naprawdę nie rozumiem po co mamy patrolować las. Szczerzę wątpię, aby ktokolwiek chciał się do niego zakraść w taką pogodę — mruknęła niezadowolona. Na co dzień starała się nie marudzić zbyt wiele, ale jeśli chodziło o pogodę, nie potrafiła się powstrzymać. Nienawidziła mrozu, nienawidziła śniegu, a jak dodatkowo pojawiał się zimny wiatr to już w ogóle był dramat. Powtarzała sobie jednak, że nie potrwa to długo, a kiedy skończy szkołę, znajdzie sobie pracę w jakimś ciepłym kraju i nigdy więcej nie wróci do Anglii, na pewno nie podczas zimy.

    Millie

    OdpowiedzUsuń