18 lutego 2016

leave it all behind you

Sullivan Mulciber
lat siedemnaście, klasa VII, Slytherin, czysta krew, bogin nieznany, patronusem ryś
Najmłodszy z trojaczków, robiący najwięcej bałaganu. Wiecznie stara się być od wszystkich lepszy, ze wszystkimi rywalizuje, a w szczególności ze swoim bratem i co chwilę pakuje się w kłopoty, z których wychodzi obronną ręką, zawsze dzięki pomocy starszej o kilka minut siostry. Jako jedyny z rodzeństwa trafił do Slytherinu, znalazł sobie nowe towarzystwo, z którym hula po Hogwarcie, a kontakty z Silasem i Solene ograniczył do zbędnego minimum. Wredna z niego menda z dziwnym poczuciem humoru, które rozumie tylko on i jego mała banda. Jest wszędzie tam, gdzie coś się dzieje, a jak nic się nie dzieje to sprawi, że coś dziać się będzie. Lubi być w centrum uwagi, lubi jak wszyscy o nim mówią, a jeszcze bardziej lubi jak wzdychają do niego dziewczyny. Lubi też manipulować, mieszać w głowach innych i jak wszystko idzie po jego myśli. A jak nie idzie to się złości, bo nerwus z niego okropny i to z bardzo małymi pokładami cierpliwości. Od czasu do czasu więc wda się w bójkę, czasami coś zdemoluje, a niekiedy po prostu będzie wydzierał się na cały korytarz dopóki się nie uspokoi. Miewa jednak dobre dni, kiedy to potrafi szczerze się uśmiechnąć, można z nim normalnie porozmawiać, a czasami nawet komuś pomoże, jeśli nie będzie wymagało to od niego wiele wysiłku. Bo powiedzmy sobie szczerze, Sullivan zawsze idzie po linii najmniejszego oporu, gdyż zwyczajnie mu się nic nie chce.


Cześć wam! Zapraszam na wątki ;) GG: 55386115
Wizerunek: RJ King, cytat: Cult To Follow.

82 komentarze:

  1. [Dobry! Powinnam się rozpisywać na temat tego, jaki on to zły i niedobry, ale kurcze, to zdjęcie. To zdjęcie mnie stosownie uciszyło, bo chociaż kartę przeczytałam, to w głowie ciągle myślałam o tym, jakie to zdjęcie jest wspaniałe. I właśnie dlatego mój komentarz nie ma w sobie zbyt wiele sensu. Przepraszam. No, ale to zdjęcie...]

    Jemma Simmons/Molly Weasley

    OdpowiedzUsuń
  2. [Przede wszystkim - świetne zdjęcie. No i kolejny dobrze wykreowany Ślizgon, z nerwusami zawsze więcej zabawy, tylko się cieszyć i witać serdecznie :). Zapraszam do siebie po wątek.]

    Judy

    OdpowiedzUsuń
  3. [Uwielbiam RJa! Miłej zabawy życzę i wielu wątków (i zapraszam do siebie, jakbyś miał/a ochotę).]


    William/Sorcha

    OdpowiedzUsuń
  4. [ Płaczę ze szczęścia <3

    Chwalić za zdjęcie nie będę, ale przyznam że jest idealnie dobrane do Sulivana i cech opisanych w karcie. Pozostaje mi nic innego jak powitać, życzyć długiego pobytu i wielu ciekawych wątków. Oczywiście zapraszam do siebie, bo naszym panom obowiązkowo trzeba coś stworzyć :) ]

    Silas Mulciber

    OdpowiedzUsuń
  5. [Współczuję tym, którzy stoją obok niego, kiedy sobie trochę pokrzyczy. :D Cześć, czołem i zostań z nami jak najdłużej!]

    Georgina

    OdpowiedzUsuń
  6. [heej, maleńki. :>
    dobra, mała Carrie nie pakuje się w żadne podrywanie, bo jest małą Carrie, ale ja się przywitam i zaproszę na ewentualny wątek, jeśli tylko masz ochotę. :)]

    Caroline Moore.

    OdpowiedzUsuń
  7. [Ach, jest idealny! Sully taki uroczy :3 chcesz ustalić coś konkretnego, czy widzimy na żywioł?]

    Siostrzyczka

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. *idziemy, wybaczyć autokorekta :(

      Usuń
  8. [E, chętnie wezmę jeszcze jeden. :D Masz może jakiś pomysł? U mnie ostatnio z tym kiepsko i wolę zaczynać. :<]

    OdpowiedzUsuń
  9. [Zdjęcie jest świetne :3 I witam kolejnego Mulcibera]
    Aris

    OdpowiedzUsuń
  10. [Ja też nie grzeszę talentem do tego. No ale spróbujmy. Czy Sullivan traktuje z góry mugolaków? Jeżeli tak relacja byłaby negatywna, jeśli nie - to myślę, że mogliby się lubić, może nawet nie otwarcie, ale na pewno nie mieliby nic przeciwko własnemu towarzystwu. Moja Judy jest wszędzie - każdy ją zna, chociaż nikt nie przypiąłby jej etykietki "popularna". Ma bardziej śmiałych i całkowicie wycofanych znajomych, można jej ufać, ale w każdym środowisku pojawia się tylko przelotnie. Mówisz, że jest śliczna - może i Sullivanowi by się podobała. Kiedyś mógł jej się zwierzyć z czegoś bardzo osobistego, co było oznaką nie tyle zaufania, co znaczenia dla niego tej relacji, dlatego naturalnym stanem rzeczy byłaby jego frustracja zachowaniem Judy, która słucha, ale się nie przywiązuje. Jej nieumiejętność bycia na wyłączność mogłaby go na tyle urazić, że nadszarpnięta duma spowodowałaby zmianę nastawienia w stosunku do dziewczyny. Akcja mogłaby się rozgrywać dwa tygodnie po tych wydarzeniach, gdy Judy chce prosić go o przysługę, jednak on jest dla niej wyjątkowo wredny. Ona się jakoś odszczeknie i odejdzie, przy czym Sullivan powie na nią coś do swojej grupki - J. to usłyszy. Porywczość Gryfona odezwie się w niej niezwłocznie - w jednej sekundzie wyjmie różdżkę i rzuci zaklęcie. Chłopak nie będzie na to obojętny. Zaklęcia zaczną latać na szkolnym dziedzińcu, aż w końcu całą sytuację przerwie nauczyciel. Deal? :D jak się na to zaopatrujesz?]

    Judy

    OdpowiedzUsuń
  11. [hm, hm. powiedz mi najpierw, jakie relacje by Cię interesowały, to coś nam wymyślę. :>]

    Caroline.

    OdpowiedzUsuń
  12. [dzień dobry, najmłodszy trojaczku! zdjęcie niesamowicie mi się podoba, no i mam słabość do takich niegrzecznych chłopców. powodzenia w wątkowaniu i w razie chęci zapraszam do siebie. :)]

    Zaria/Faith/Sura

    OdpowiedzUsuń
  13. [Jakby przystać na to, że staje się dla niej wredny, to w sumie na jedno wychodzi, bo wymienianie się zaklęciami już nie będzie robić zgrzytu z jego charakterem? ;) Chodzi tylko o zmianę genezy jego uszczypliwego zachowania i zamiast zwierzenia będzie kosz? :)]

    Judy

    OdpowiedzUsuń
  14. [no to może Laine byłaby zafascynowana Sullivanem, a ten mógłby ją traktować trochę jak młodszą siostrę? taką do demoralizowania albo taką - nie wiem, czy jest tym typem z charakteru, więc wybór należy do Ciebie - od której odgania się chłopaków, a z racji uroku wili jest ich... trochę? :D jako gorzkawy posmak można więc wrzucić sytuację wyżej, albo jeśli stawiamy wariant z demoralizowaniem, to Carrie mogłaby czasem nieco szybciej robić, niż myśleć, chcąc się chłopakowi przypodobać i pakowałaby ich w kłopoty. :D]

    Carrie.

    OdpowiedzUsuń
  15. [Słuchaj Sully, sprawa jest taka. Twoja postać jest tą, która demoralizuje moją. W dodatku miłość Sol, to Ignis, który jak dobrze pamiętam, powinien być przyjacielem Sullivana. Sprawa wygląda tak, że Ignis trochę ją wykorzystał, więc za Solene mogłaby przyjść do brata o zrobić mu niemałą awanturkę, że nic jej o tym nie powiedział. W sumie byłaby taka, jak ją nauczył. Nie ma to jak dwójka zdenerwowanych bliźniąt przeciwnej płci :") mogą nawet coś tam rozwalic, ale pamiętajmy, że to jednak dwójka z trojaczkow, kochają się nad życie.]

    OdpowiedzUsuń
  16. [No to oficjalnie witam na blogu, miałam Ci podesłać maila ale zupełnie zapomniałam. Fajnie jednak, że udało Ci się znaleźć odpowiednią dla siebie postać.
    Karta jest naprawdę przyjemna, krótka ale treściwa - wszystkie potrzebne informacje są w niej zawarte. Jeżeli jeszcze nie zostałaś zasypana wątkami to zapraszam do którejś z moich postaci. Z tym, że chwilowo sama nic nie zaproponuję. Jestem totalnie wyprana z pomysłów, ale możemy nad czymś wspólnie pogłówkować ;)]

    Avalon, Hyun

    OdpowiedzUsuń
  17. [Wątek, powiadasz? Okey, chociaż przyznam, że z Jemmą to nie będzie nic przyjemnego. Ja wiem, że ona na taką nie wygląda, ale nie cierpi Ślizgonów, chyba że Sullivan zdąży ją jakoś do siebie przekonać, o ile będzie chciał. Dlatego to, w jaką stronę posunie się ta relacja, zależy teraz głównie od ciebie, w sensie czy Jem zainteresuje go na tyle (no bo ona niby taka zdolna, taka jakaś dziwna i w ogóle), żeby jakoś do niej zagadywał, czy jednak nie i wtedy wkroczą na wojenną ścieżkę, o. Albo pozornie wojenną, tak też można.]

    Jemma Simmons

    OdpowiedzUsuń
  18. [ Tak długo na niego czekałam, dziękuję Ci z całego serduszka <3
    Wiesz, że nasze dzieci się przyjaźnią? ]
    Ignis Femoris

    OdpowiedzUsuń
  19. [ Chodź na gg - 2219544 ]
    Ignis Femoris

    OdpowiedzUsuń
  20. [ Chcę im zrobić wątek, w którym nasza dwójka musiałaby połączyć siły i współpracować razem. Niech na przykład jadą gdzieś katalogować magiczne stworzenia. Pewnie istnieje coś takiego jak magiczne zoo. Hogwart może urządzić wycieczkę do takiego miejsca, co myślisz? ]

    Silas Mulciber

    OdpowiedzUsuń
  21. [Z pomysłami w początkowej fazie prowadzenia tego eksperymentu mogę mieć problem, więc mogę nie zaproponować niczego interesującego. Dlatego w razie czego i gdyby ta beznadziejnie to śmiało możesz podsunąć mi pomysł, a ja wtedy zacznę c:
    1. Jeśli Sullivan uwielbia rywalizować z każdym i w każdej okoliczności to możemy zrobić z nich rywali. Teraz są dwie możliwości. Rywalizacja wsparta na przyjaźni typu kto się czubi, ten się lubi, czyli dogryzają sobie, ale jednak wspierają się w osiąganiu celów, chociaż przewija się tam walka o to kto będzie lepszy. Możemy też postawić na rywalizację wspartą na wzajemnej niechęci – mogą się nie znosić, czasem pojawią się brudne triki, aby kogoś osłabić i tutaj też będą sobie ripostować.
    2. Możemy zrobić im przyjaźń taką z prawdziwego znaczenia. Rosier ufa Mulciberowi, a on jej. Mogą podejmować się organizacji głupich akcji. Averyll, bo tak pewnie, by się do niej zwracał mogłaby ciągnąć go do Zakazanego Lasu. Na pewno uczestniczyłby w tej porządnej imprezie w posiadłości rodzinnej Rosierów i wszelkich zakrapianych ogniskach. Trochę taki wieczny frendzone.
    3. W karcie nie zostało to uwzględnione, ale panna Rosier toczy wojnę ze swoim ojcem, ale nie równa się to oczywiście wyrzeknięcia się wszystkich wartości rodzinnych. Na złość staruszkowi uczęszcza jednak na mugoloznawstwo, chętnie opowiada o znajomych, ale łączy się z tym również fakt, że w wakacje nieźle wojowała i takim sposobem miesiąc wakacji spędziła w rozjazdach u swoich znajomych i najbliższych przyjaciołach.
    4. Mogliby też kiedyś ze sobą kręcić, a dzisiaj pewnie będą sobie uprzykrzać życie na każdym kroku.
    5. Twoja propozycja, nie mam już asów w rękawie.]

    Cressida Rosier – jeszcze kiepska w wymyślaniu

    OdpowiedzUsuń
  22. [ja to chętnie wplątałabym ich w jakąś skomplikowaną relację. może, z racji wiedzy Lukrecii, Sullivan trochę powykorzystywałby dziewczynę, żeby pomogła mu w zadaniach domowych, czytaj: odwaliła je za niego? :D no a ona, wiadomo, zawsze chce pomóc, więc się na to godzi...]

    Lukrecia Anders

    OdpowiedzUsuń
  23. [chyba zdam się na Ciebie, jakoś mój mózg już wysiada o tej porze. :D]

    Lukrecia Anders

    OdpowiedzUsuń
  24. [wyjdzie na to, że wybrzydzam, ale ja po prostu nie chcę nam zepsuć wątku, a wiem, że prowadzenie zakochanej dziewczynki mi nie pójdzie, bo to nie moja bajka, przepraszam. :( aczkolwiek mam pomysł podobny do Twojego - po prostu Lukrecia usłyszałaby przypadkiem, jak Sullivan się chwali, że tak bardzo pozwala mu się wykorzystywać, w ramach zemsty jakąś pracę napisałaby mu źle, no i to doprowadziłoby do kłótni. a co dalej to się rozwinie. co o tym myślisz? :)]

    Lukrecia Anders

    OdpowiedzUsuń
  25. [ Jeśli masz jakiś pomysł, to ja bardzo chętnie. Napisz tylko jakie powiązanie Cię interesuje, a ja coś wymyślę :) ]

    Astoria Macnair

    OdpowiedzUsuń
  26. [Z Sorchą nie wiem, czy by mieli wiele wspólnego, chyba że jedno czuło kiedyś coś do drugiego. Z Williamem może poszłoby łatwiej - ten sam dom i ten sam rok. Ale Tobie pozostawiam wybór :3]


    Sorcha/William/Amelie/Jackson

    OdpowiedzUsuń
  27. [A można, wszystkie moje propozycje można łączyć. Cressida ma całkiem wojowniczy charakterek, więc te kłótnie i dogryzanie byłyby całkiem intensywne. Moja panna nie ma w zwyczaju obrażać się ¬– o ile nie byłoby to coś co uderzałoby godność jej rodzinę – więc mogło bywać nawet ostro. Poza tym mogła nawet początkowo wpaść na parę dni, ale tak się Sullem dobrze bawili, że zostałaby dłużej. W stanie nieważkości umysłów w zależności od spożycia mogło do czegoś dojść. Przyjmujemy, że puściły im zahamowania i po prostu coś tam wyszło. Mam jednak w planach wątek, w którym główną rolę gra właśnie może odegrać taka niezręczność po pocałunku, a nie chciałabym pisać tego samego – chyba indywidualnie podchodzę do pisania z każdym autorem. Dlatego też nieśmiało zaproponowałabym rezygnację z tego pocałunku i zostawiła ich w takich relacjach jak wcześniej – rywalizowania z dogryzaniem sobie i ewentualnymi kłótniami, a to czy weszliby z czasem w jakiś niezobowiązujący układ można wziąć odrębnie pod uwagę c:]

    Cressida

    OdpowiedzUsuń
  28. [aaa, jak Cię ładnie poproszę to zaczniesz? :3]

    Lukrecia Anders

    OdpowiedzUsuń
  29. [ona chyba prędzej traktowałaby go jak braciszka, niż jak chłopaka (bo mała, bo onieśmielona), więc poza fascynacją mogłaby się strasznie irytować, że odgania od niej tych małolatów, bo przez to dziwnie się na mnie patrzą! aleale! Carrie mogłaby się podkochiwać w pewnej osobie, starszej, no i chcąc jej zaimponować poprosiłaby Sullivana, by ją "nauczył" bycia niegrzecznym dzieckiem. :D co o tym sądzisz? zaczniesz nam? :>]

    Caroline.

    OdpowiedzUsuń
  30. [Okej, pasuje mi! :) A w jaką sytuację ich wrzucimy w wątku?]

    Sorcha Tobin

    OdpowiedzUsuń
  31. [Sully, jak wiem, to się z autorką Ignisa dogadałaś :) teraz zostało nam, bo jestem jeszcze ciekawa, co Sullivan zrobi, gdy dowie się, co tak naprawdę się działo.
    W sumie, to ja nawet zacznę :)]

    Siostrzyczka

    OdpowiedzUsuń
  32. [No hej :) Ano Puchonka, bo dlaczego nie miałabym zaludnić niego żółtków? :D Niedocenieni Puchoni haha Dzięki serdeczne za miłe słowa, a jeśli Twój manipulant chciałby wpaść to zapraszam.]

    Cameron

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. [Daj mi czas, a coś wymyślę. Ogólnie masz jakiś zamysł w sensie - dobre, złe relacje? Coś na czym mogłabym się oprzeć w wymyślaniu? :)]

      Usuń
    2. [Nie wiem czy coś takiego by wgl pasowało do Twojej postaci, ale mogę zaproponować już wcześniej wspomniane negatywne relacje, które mogą rozpocząć się jakimś niezbyt przyjemnym tekstem o ojcu Cameron, która pozbawiona hamulców, by uderzyła Twojego Ślizgona. Trochę by się pokotłowali i wylądowaliby na dywaniku. Można też w to włączyć rodziców, a za karę musieliby wybrać się do Zakazanego Lasu, by nazbierać jakichś specjalnych ziółek rosnących akurat tej nocy, czyli podczas pełni. A wiadomo wilkołaki wtedy wychodzą, więc można dać też coś z nimi, albo pająkami czy innymi śmierciożercami ;D Chaotycznie, ale jak nie leży, mogę pomyśleć nad czymś innym.]

      Usuń
  33. [Wpadłam na coś takiego – weźmy pod uwagę jedno z nielegalnych i nieoficjalnych ognisk gdzieś w Zakazanym Lesie czy gdzieś indziej. Może być również inne podobne spotkanie towarzyskie w jakiejś opuszczonej klasie lub Pokoju Wspólnym Ślizgonów to jest mi obojętnie. Z racji tego, że gdzieś w ruch poszedłby alkohol – Ognista, rum porzeczkowy czy nawet wino skrzatów wybłagane gdzieś z czeluści hogwarckiej kuchni. Przypadkiem do zabawy dołączyłby się Sull z paroma kumplami. Jeśli w towarzystwie znajdowałby się Lance Griffin (to akurat moja druga postać, idealna do wkręcenia w wymyślenie zakładu) i jego ślizgoński bimber to możemy brać pod uwagę grę w wyzwania i przy takim bimbrowym pongu. Albo Sull albo Cress, by przegrali, a w związku z tym, że są do siebie – widocznie – niechętnie nastawieni to łączą ich w parę do tego, aby włamać się do gabinetu jakiegoś profesora, żeby wykraść parę eliksirów lub innych składników. Oczywiście będą się w tym czasie te nasze dzieciaczki wykłócać, próbując udowodnić, które jest lepsze i nagle coś zostanie strącone. Pojawi się woźny i kończą na szorowaniu zbrój na błysk. Dodawaj, zmieniaj, poprawiaj :D]

    C.R. (bez siedem)

    OdpowiedzUsuń
  34. [Okey, jestem za! I możemy uwzględnić ten prawie pocałunek, bo to tylko zwiększy poziom zdenerwowania Jemmy. c: Hm, hm. Mogę zacząć, w sumie to powinnam, skoro twój jest pomysł, ale ostrzegam, że mogę tu z nim wpaść trochę późno, zależy czy dzisiaj uda mi się wszystkie odpisy ogarnąć, czy nie.]

    Jemma Simmons

    OdpowiedzUsuń
  35. Wszyscy Ślizgoni byli dla Jemmy Simmons naturalnymi wrogami, których starała się omijać szerokim łukiem. Przez całe sześć lat jej edukacji w Hogwarcie, żaden z nich nie dał jej powodu do tego, aby żywić do nich jakiekolwiek ciepłe uczucia, dlatego do każdego przedstawiciela domu Salazara Slytherina, dziewczyna podchodziła z pewną rezerwą, która potem i tak zmieniała się coś, co śmiało można było nazwać pełnym brakiem sympatii. Zresztą nie wyglądało na to, aby druga strona cierpiała z tego powodu, ponieważ większość z nich uważała ją za nudziarę, a do tego dochodziła jeszcze sprawa czystości krwi, która sprawiała, że Jemma była prze nich często obrażana. Kiedyś się tym bardzo przejmowała, ale po latach wyrobiła sobie odporność na ich słowa, dlatego teraz nie robiło to niej żadnego wrażenia, a jednak nadal nie mogła się do nich przekonać.
    Właśnie dlatego była niesamowicie zaskoczona, kiedy pewnego dnia podszedł do niej jeden z nich, zapraszając ją na Bal Walentynkowy. Jemma uznała, że to wyjątkowo głupi żart, spojrzała na chłopaka, jakby puknął się porządnie w głowę, a potem oczywiście odmówiła, nie rozważając nawet przystania na taką propozycję. Nie dość, że go nie znała, to jeszcze należał do domu, którego członków nie lubiła. Nie sądziła, aby był wyjątkiem. Na pewno był zepsuty tak samo, jak reszta jego kolegów, a kto wie czy któregoś razu nie rzucił w jej stronę jakimś kąśliwym komentarzem. Uważała, że po odmowie sobie odpuści, ale okazało się, że był o wiele bardziej uparty niż przypuszczała. Przynajmniej dwa razy w tygodniu pytał ją o to samo, przekonywał ją, nie dawał spokoju. Simmons, zirytowana faktem, iż nie może w spokoju nawet przeczytać książki, ostatecznie zgodziła się, dochodząc do wniosku, że może nie będzie tak źle, jak przypuszczała. Lucy miała wśród Ślizgonów kilku przyjaciół i wielokrotnie mówiła jej, że nie wszyscy są tacy źli, dlatego Krukonka postanowiła sprawdzić czy jest to prawda.
    I rzeczywiście wcale nie było tak okropnie, jak przypuszczała, że będzie. Musiała przyznać, że spędziła z tym chłopakiem kilka naprawdę przyjemnych godzin. Miło i swobodnie im się rozmawiało. Jemma aż chciała przyznać przed samą sobą, że nie powinna mieć takiego zdania o nim i wsadzać wszystkich wychowanków domu Węża do jednego worka, ale dobrze, że nie pośpieszyła się za bardzo z takimi wnioskami, bo po tych kilku godzinach okazało się, że sytuacja miała się zupełnie inaczej niż dziewczyna sądziła. Wszystko za sprawą kolegi chłopaka, który pewnie przez przypadek wygadał się, a ona to usłyszała i co oczywiste, nie była z tego powodu zadowolona. Była na siebie wściekła, bo uwierzyła w to wszystko, a na dodatek prawie pocałowała tego idiotę! Dzisiejszy wieczór był dla niej skończony, dlatego upewniła się, że ma ze sobą wszystko i opuściła Wielką Salę, w której odbywał się bal. Nie zdążyła jednak nawet skręcić, bo zauważyła, że Sullivan za nią idzie.
    – Możesz mi powiedzieć czemu za mną leziesz? – powiedziała te słowa, niesamowicie wściekła, co było słyszalne w jej głosie. – Właśnie uwalniam cię od tego nieprzyjemnego obowiązku spędzania ze mną czasu. Naprawdę przykro mi, że przegrałeś jakiś cholerny zakład, ale teraz możesz już sobie odpuścić!

    Jemma Simmons

    OdpowiedzUsuń
  36. [To cieszę się bardzo! Zacznij, od którego tylko zechcesz momentu. Nigdy nie narzucam niczego drugiemu autorowi, więc nie trzeba mnie nawet o to pytać – całe opisywanie można ominąć i nie będzie z tym problemu :D Nie obrażam się inicjatywy autorów, dlatego śmiało możesz rozpocząć od upatrzonej akcji c:]

    C.R.

    OdpowiedzUsuń
  37. [Cześć, cześć! Ja mam ostatnio małe opóźnienie z witaniem nowych postaci, dlatego wcześniej nie trafiłam do Sullivana, bo ktoś go już pewnie zasłonił xD On jest super, nie mam pojęcia czemu, ale bardzo mi się spodobał i trochę słabo, bo wiem, że on z Zoe się nie dogada. Nie mówię, że muszą się nienawidzić, raczej będą się specyficznie tolerować, bo lubić to jednak za duże słowo. Ja bym wpakowała ich może w jakieś spotkanie, na którym to od początku będą mieli ze sobą jakiś problem. Może niech się znają głównie z takich kolacji, na których towarzyszą rodzicom (powiedzmy, że ich rodziny się znają, czy coś) i może na początku bliższej znajomości nawet by się lubili, ale ani Zoe, ani Sullivan nie należą do tych typów, które lubią się podporządkowywać, wiec prędzej czy później doszłoby do sprzeczki (czyt. wielkiej kłótni [latające talerze, chowające się pod stołem dzieci]). Masz może jeszcze jakiś pomyślik albo coś, co można dodać, czy wstępnie Ci pasuję? :D]

    Zoe

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. [O tak, zawsze chciałam taki wątek xD Ja już sobie to wyobrażam, a zemsta Zoe, to też musi być coś świetnego! (muszę nad tym pomyśleć). To chyba zaczynam ja, bo Ty dałaś ostateczny pomysł. Choć jeśli masz ochotę, to możesz zacząć, ale też pewnie toniesz w odpisach:))]

      Usuń
  38. [Dobry pomysł! Kto zaczyna? :D]

    Sorcha Tobin

    OdpowiedzUsuń
  39. Wycieczka do magicznego zoo była jedną z tych wycieczek, których Silas nie mógł sobie odpuścić. Pamiętał już, że był w tym zoo razem z rodzeństwem i rodzicami, ale to było może po jego szóstych urodzinach, więc nie miał nic przeciwko odświeżeniu wspomnień. Zoo przeszło ostatnio porządną renowację i rzekomo wzbogaciło się o kilkanaście nowych okazów zwierząt, których Silas normalnie mógłby w życiu nie spotkać. Praca uzdrowiciela, którą chłopak sobie wymarzył, wiązała się z tym, że przez większość czasu chłopak miał być w zamknięciu, co nie wiązało się z możliwością podróżowania. Mulciber chciał zostać uzdrowicielem od urazów magizoologicznych, a to wiązało się z tym, że musiał mieć dużą wiedzę na temat istot magicznych by wiedzieć do czego są zdolne. Chłopak lubił zajęcia z Opieki Nad Magicznymi Stworzeniami, co prawda nie aż tak bardzo jak zajęcia z Eliksirów, ale zawsze był do nich przygotowany i dostawał same wybitne. Jeśli chciał do czegoś w życiu dojść, to musiał się przyłożyć. Jego wymarzonym miejscem pracy był Szpital świętego Munga, ale wiedział też, że żeby móc tam pracować musiał wykazać się umiejętnościami, dzięki którym dostanie posadę, a nie dzięki temu że pracę załatwiła mu jego matka, która jest tam dyrektorką.
    Silas trochę spóźnił się na zebranie, a wszystko było spowodowane śniadaniem. Nie chciał wyjeżdżać bez zjedzenia czegoś, bo wiedział, że zeka go długa podróż. Dzisiejszego dnia na śniadanie były placuszki dyniowe i maślane bułeczki. Obie te rzeczy były ulubionym jedzeniem Silasa, dlatego chłopak siedział tam dotąd, dopóki był pewien, że już nic więcej w siebie nie wciśnie. Po skończonym posiłku, był gotowy udać się na miejsce zbiórki.
    Na miejscu okazało się, że na wycieczkę jedzie więcej osób niż przypuszczał białogłowy. Nie spodobało mu się to i trochę się skrzywił widząc tyle ludzi. Szybko wypatrzył grupkę Krukonów, z którą miał się trzymać. Zaczął zmierzać w kierunku grupki uczniów, gdy nagle na jego drodze stanął Sullivan.
    – Ostatnimi czasy średnio mnie interesuje, co robi a czego nie robi Solene – odpowiedział wymijająco bratu. Nie miał pojęcia co robi ich siostra i czy zdecyduje się na wycieczkę czy też nie. Było mu to tak obojętne jak zeszłoroczny śnieg. Odkąd ich kontakt się zmniejszył Silas przestał interesować się średnią Mulciberką.

    brat :3

    OdpowiedzUsuń
  40. - Zoello, cieszysz się, że święta spędzimy w towarzystwie państwa Muliciber i ich dzieci? - spytał, stojący przed lustrem Thaddeus, który właśnie sprawnie wiązał bordowy krawat. W domu państwa Harvey od samego rana panowało niezwykłe poruszenie, a wszystkim domownikom dopisywał świetny humor. W kuchni, gdzie zwykle działo się najwięcej, teraz cudownie pachniało cynamonem i słychać było szepczące między sobą głosy Desiree i starej kucharki. Nikt bowiem nawet najbliżsi nie powinni wiedzieć, że piernik, którym kobieta zaraz będzie się szczycić, nie jest jej wypiekiem.
    - Tak — krótko, odpowiedziała schodząca ze schodów Zoe, która znowu o mały włos nie wylądowałaby tyłkiem na jednym z marmurowych stopni. Kreacja, a raczej buty, które na dzisiejszy dzień przygotowała dla niej babcia były stanowczo za wysokie. Gdy tylko dziewczyna w całości dostała się na parter, odetchnęła z ulgą, a zaraz po tym stanęła obok dziadka i położyła mu głowę na ramieniu. - To miło z ich strony, że nas zaprosili — rzuciła, spoglądając na swoje odbicie w lustrze. Sukienka była o wiele za krótka.
    - Bagaże są już na miejscu. Chodźmy moi drodzy, bo się spóźnimy, więcej niż zamierzam — powiedziała, wchodząca do korytarza pani Harvey, która dzisiejszego dnia prezentowała się naprawdę oszałamiająco. Zoella zawsze miała nadzieję, że po babce odziedziczyła również ten gen, odpowiadający za wolne starzenie się, bo kobieta bez najmniejszych pomocy lekarza medycyny estetycznej wyglądała na co najmniej o kilka lat młodszą, niż była w rzeczywistości. - Wyprostuj się Zoe, wyglądasz bardzo ładnie — mówiła, podczas gdy mąż podał jej płaszcz, a zaraz potem otworzył drzwi przed kobietami jego życia, jak często mawiał. Sam wziął jeszcze bukiet kwiatów, dla gospodyni domu, a gdy już wyszedł na zewnątrz i wziął żonę pod rękę, powiedział: - Trzymajcie się kochane, lecimy na święta.
    Po chwili całą trójką w nienaruszonym stanie, stali przed drzwiami domu Muliciberów. Teleportacja jest jednak bardzo wygodna.
    - Zoello, stosuj się do moich rad, a na pewno będzie miło — powiedziała babcia, uśmiechając się do niezbyt zadowolonej wnuczki. - Wiem, miło spędzimy czas — odpowiedziała Gryfonka, siląc się nawet na radosny ton. Oddała kobiecie opakowanie z ciastem, które ta wcześniej jej wręczyła i obciągnęła sukienkę. Dziadek w tym czasie zadzwonił do drzwi.
    Zoella nie chciała tu być, nie chciała spędzać tych dni w gronie ludzi znanych sobie jedynie z kolacji, na których towarzyszyła dziadkom. Mimo wszystko to nie wizja spędzenia świąt w gronie sztywnych ludzi sukcesu ją przerażała, a fakt, że oprócz przyjaciół rodziny i oczywiście państwa Muliciber, których osobiście bardzo lubiła, przy stole zasiądzie również gromadka ich dzieci, jej rówieśników, których nie dążyła dużą sympatią. Byli jej oni po prostu obojętni, ale wydawali się jacyś tacy niepokojący. Ci chłopcy szczególnie, bo z dziewczyną, jak to z dziewczyną, zwykle da się dogadać. Bardziej kojarzyła tego ze Slytherinu, kiedyś towarzyszył rodzicom na spotkaniu, gdy pozostali się rozchorowali i nawet dobrze im się rozmawiało, tylko potem coś się zepsuło.
    Ktoś właśnie podszedł do drzwi, które po chwili otworzyły się przed nimi szeroko, a do środka zaprosili ich uśmiechnięci gospodarze.
    - Dobry wieczór — wchodząc, powiedziała Zoella. Rozejrzała się po pomieszczeniu i gdy właśnie podziwiała wiszący w holu obraz, do pomieszczenia w paradowały słynne trojaczki. Westchnęła, zaraz jednak siląc się na uśmiech. To tylko trzy dni dasz radę.

    Zoella

    OdpowiedzUsuń
  41. Nie wiedział czemu, ale czuł się fatalnie. Każda myśl ważyła ponad tonę i nie potrafił ich udźwignąć. Nie interesowała go kwestia zranienia brata, to było szczerze mówiąc najmniej istotne, ale ta lawina, którą zapoczątkowała mina Solene. Jej pusty wyraz oczu, kiedy potwierdzał wersję Malene, tej przebiegłej Ślizgonki, która swoją drogą zrobiła na nim wrażenie swoją determinacją w dążeniu do celu, którym był on we własnej osobie. Nic jednak nie przebijało wagą jego upadku, który miał miejsce zaraz po przyznaniu się do winy. Mocne zaklęcie rzucone przez Sol uderzyło prosto w klatkę piersiową Ignisa powalając go na ziemię. Niefortunny upadek doprowadził do częściowego zaniku słuchu, który był mu zdecydowanie niezbędny do gry na ukochanym fortepianie. Nigdy nie spodziewał się po Krukonce takiej zemsty. Nie zdawała sobie z tego sprawy, ale zniszczyła jedyną rzecz, która kiedykolwiek łączyła się z jasnym światłem w jego ciemnym scenariuszu życia.
    Nie mógł zostawić tej sprawy bez jakichkolwiek starań. Spotkał się ze Ślizgońskim kujonem specjalizującym się w Eliksirach. Chłopak niestety nie potrafił mu pomóc mimo przestudiowania kilkunastu ksiąg.
    Widok Sullivana go nie zdziwił. Czekał aż w końcu przyjaciel pojawi się z pretensjami odnośnie Solene. Ignis nie miał najmniejszej ochoty słuchać chłopaka zważywszy na sytuację, w której się znalazł. Mógł śmiało stwierdzić, że nie żałuje swojej decyzji. Gdyby mógł cofnąć czas zrobiłby to jeszcze raz. Krukonka okazała się tą niewierną, mściwą zołzą, która odebrała mu jedyną rzecz, na której mu zależało.
    Musimy porozmawiać. - usłyszał stłumiony głos Sullivana. Odwrócił się do niego prawą stroną, by lepiej go słyszeć i uśmiechnął się pod nosem widząc jego skwaszoną minę. Znał go nie od dzisiaj, żeby bez problemu zauważyć, że targają nim sprzeczne emocje.
    Dowiedziałeś się zapewne o moim wybryku co? - stwierdził mówiąc nieco podniesionym tonem. - W każdej innej sytuacji śmiałbyś się z tego i nie zwracał uwagi, na to że podobno zachowuję się jak dupek. - mocno zaakcentował słowo podobno i wzruszył ostentacyjnie ramionami. - Ale mów co masz mi do powiedzenia, bo wiem że mi tego nie odpuścisz i idź w swoją stronę, ja mam coś do załatwienia. - dał mu jasno do zrozumienia, że jego reprymenda nie da większych skutków. Ignis miał jeszcze spotkanie z kolejnym kujonkiem, tym razem ku jemu nieszczęściu chłopak ten był Gryfonem. Musiał uzbroić się w pokaźną sakiewkę galeonów, żeby jego tajemnica nie wyszła na jaw, jednak to nie stanowiło większego problemu.

    ignisiątko

    OdpowiedzUsuń
  42. - Ale co ty robisz, do cholery! - Warknęła na chłopaka, kiedy pociągnął ją za łokieć i poprowadził za sobą. Posłała przepraszające spojrzenie koleżankom, układając usta w zdanie "dam sobie radę", ale w głębi duszy była potwornie wściekła. Nie dość, że zachował się jak świnia, to teraz dodatkowo miał do niej pretensje. Doskonale wiedziała, o co chłopak jest na nią zły, ale uznała, że w tym wypadku ma prawo tak zareagować. Na ogół nie pozwalała ponieść się emocjom, jednak była niesamowicie mściwa, kiedy ktoś zalazł jej za skórę. Potrafiła wykazać się niebywałym sprytem, niejednokrotnie niemal ślizgonśkim, a jako inteligentna jednostka umiała w odpowiedni sposób wykorzystać ową umiejętność, przez co jej zemsta zawsze była przemyślana, zaplanowana i niełatwa do wykrycia.
    - Jakbyś choć odrobinę wysilił ten swój móżdżek i choćby przeczytał wypracowanie przed oddaniem, może załapałbyś szybciej - odparła, krzywiąc się mocno, na pół ze złości, na pół dlatego, że Sullivan wciąż ściskał jej rękę. Z pewnością będzie miała siniak. - Nie uważasz, że sobie na to zasłużyłeś?
    Widząc nierozumiejący wzrok chłopaka, Lukrecia przewróciła oczami i westchnęła ciężko, jak matka, zmęczona marudzeniem swojego małego synka.
    - Co, skleroza cię dopadła? Już nie pamiętasz, co naopowiadałeś Rookwoodowi? "Taka łatwa, wystarczy trochę naściemniać, ładnie się pouśmiechać i wszystko mam jak na tacy!" - Przypomniała mu, parodiując głos najmłodszego z trojaczków. - Możesz mnie, z łaski swojej, puścić? - Dodała, szarpiąc się mocno. - To trochę boli.
    Fakt, nieraz odrabiała za chłopaka zadania domowe, ale wydawało jej się, że jest naprawdę miłym i uroczym siedemnastolatkiem, co zadziałało na jego korzyść. Uważała, że jeśli ma wiedzę, może ją wykorzystać przy pomocy innym uczniom, co ci niejednokrotnie wykorzystywali, bo dziewczyna miała zbyt dobre serce, by odmówić. Tamci jednak nigdy nie ośmieszali jej przed innymi hogwartczykami. Lukrecia była naprawdę wściekła: wprost miała ochotę przyłożyć mu w tą bezczelnie uśmiechniętą twarzyczkę.

    Lukrecia Anders

    OdpowiedzUsuń
  43. Tu nawet nie chodziło o to, że zaprosił ją na ten cholerny bal tylko ze względu na to, że przegrał zakład. Nie chodziło o to, że prawie ją wykorzystał, że przez cały ten czas pewnie myślał sobie, jaka to ona nie jest nudna i jak bardzo wolałby spędzać czas z kimkolwiek innym. Chodziło o nią. O to, że tak łatwo dała się podejść, chociaż przecież lepiej od innych powinna wiedzieć, że takich typów powinno się unikać, a nie zgadzać na ich propozycje, nieważne jak przekonywający by nie byli. Dała się mu podejść, z czego musiał mieć naprawdę niezły ubaw, tak samo jak przez cały ten wieczór, kiedy ze sobą rozmawiali. Przecież jakoś musiał zdzierżyć jej towarzystwo, a idealnym sposobem do tego wydawało jej się wyśmiewanie z jej stroju, sposobu mówienia czy czegokolwiek innego. Powodów było przecież mnóstwo. Jemma nie należała przecież do osób, które wszystko robią tak, jak oczekują od niej tego inni. Miała przecież swoje dziwne powiedzenia, reakcje, często śmiała się z rzeczy, które nie były dla innych ani trochę śmieszne. Już wyobrażała sobie, jak Sullivan mówi o tym wszystkim swoim znajomym, którzy także będą mieli z tego niezły ubaw. Czego innego mogła spodziewać się po Ślizgonie? Oni wszyscy byli tacy sami. Bez wyjątku.
    Na samym początku nie chciała z nim nigdzie iść, miała ochotę po raz kolejny wybuchnąć zamiast siedzieć cicho, ale szczerze mówiąc, chciała usłyszeć, jak bardzo ten wieczór był zakłamany, dlatego pozwoliła mu prowadzić się do pustej klasy. Simmons czuła obrzydzenie na myśl o tym, że w innej sali prawie go pocałowała. Chciała wymazać to wspomnienie z pamięci. Gdy o tym myślała, czuła się jeszcze gorzej. Już słyszała te śmiechy jutro na korytarzu, a także kąśliwe uwagi ze strony wychowanków domu Węża. „Chciałaś kogoś poderwać, Jajogłowa? Naprawdę myślałaś, że ci się uda z tą twarzą?”. I chociaż wiedziała, że postara się puścić te słowa mimo uszu, to i tak będzie czuła wstyd, chcąc wrócić do swojego łóżka i nie wychodzić z niego przez najbliższy tydzień. Dlaczego była taka głupia?
    Gdy weszli do klasy, Jemma oparła się o najbliższą ławkę i złożyła ręce na piersi, patrząc na niego wyczekująco. Żadne wyjaśnienia nie były wystarczająco dobre, aby Simmons zmieniła swoje nastawienie do niego, zresztą wcale nie były wymagane, przecież wszystko było jasne.
    – W takim razie słucham – powiedziała, nawet nie siląc się na jakiekolwiek uprzejmości. Tak wściekła nie była już od dawna, a to zdarzało się naprawdę rzadko. Z reguły trudno było ją doprowadzić do takiego stanu. – No chyba, że jest jeszcze do zrobienia jakaś jedna rzecz, bez której twoi koledzy ci nie darują, bo naprawdę nie uwierzę, że chcesz mnie przepraszać. To nie w waszym ślizgońskim, parszywym stylu. Wszyscy jesteście tacy sami.

    Jemma Simmons

    OdpowiedzUsuń
  44. Silas współczuł osobom, które nie wiedziały co robić w życiu. Uważał, że siódma klasa to odpowiedni czas, by dowiedzieć się, czym chce się zajmować. W końcu chyba każdy wybiera takie przedmioty na zaliczenie, które są mu potrzebne do podjęcia wymarzonej pracy. Z resztą takie były tylko przemyślenia chłopaka, a że okazało się iż nie znał się na ludziach tak dobrze jak myślał, to mógł się spodziewać, że większość ludzi nie posiada planów. Silas jednak nie umiał inaczej i chociaż większość rzeczy robił spontanicznie, to swoją przyszłość wolał zaplanować. Czuł się w ten sposób pewniej i bezpieczniej. Czasem jednak chciałby móc nie przejmować się przyszłością i robić wszystko, co przyszłoby mu do głowy. Niestety nie potrafił.
    Westchnął. Owszem, na pewno miał lepszy kontakt z siostrą niż ich brat. Niestety i to mogło się zepsuć. Zgodnie z powiedzeniem nic nie może wiecznie trwać, relacja między nim a Solene nie była teraz zbyt ciekawa. Cóż, dziewczyna sama się o to prosiła. Silas nie czuł się odpowiedzialny za zburzenie więzi między nimi. Cała wina leżała po stronie siostry. Brakowało mu jej, nie potrafił sobie wmówić, że jest inaczej.
    – No cóż – mruknął – to też twoja siostra, mógłbyś się nią zainteresować – powiedział z wyrzutem. Miał uraz do brata o to, że ich kontakt urwał się tuż po rozpoczęciu nauki w Hogwarcie. Nie mógł zrozumieć tego, że Sullivan wybrał nowe znajomości ponad własne rodzeństwo. Owszem, wiedział, że brat pozna nowych znajomych, z którymi zacznie spędzać więcej czasu niż z rodziną. Nie spodziewał się jednak, że stanie się tak, jak się stało.
    Odwrócił się w stronę nauczyciela, który zaczął mówić co wolno im robić, a czego nie. Silaz znał tę gadkę na pamięć, więc nawet nie udawał że słuchał. Podążył za tłumem, który zaczął zmierzać w kierunku Hogsmeade. Wiedział, że czeka ich długa droga pociągiem, a tego nie lubił. Zupełnie tak, jakby nie mogli się tam transportować. Większość osób uczestniczących w wycieczce miała już jakieś tam szkolenia z teleportacji. Co prawda istniała szansa, że uległby rozszczepieniu. Nie, chyba nie chciał podejmować takiego ryzyka.
    – To były okropne żelki – odpowiedział, przypominając sobie okropny ryk, jaki wydobył się z jednego z cukierków, gdy wkładał go sobie do ust. – Mam szczerą nadzieję, że już ich nie ma.

    Silas Mulciber

    OdpowiedzUsuń
  45. Kiedy usłyszała, że Sullivan nie ma zamiaru jej przepraszać, chciała powiedzieć sobie, że rzeczywiście miała rację. Nie pomyliła się, od samego początku miała co do nich wszystkich rację, naprawdę nie powinna dawać im żadnej szansy. Gdy jednak padła kolejna część wypowiedzi chłopaka, nie była już tak pewna co do swoich ustaleń, bo wcale nie wyglądało to tak, jak myślała, że będzie wyglądać. Obstawiała dwa scenariusze: albo będzie próbował ją przekonać do tego, że się przesłyszała, pomyliła czy cokolwiek, albo po prostu przyzna jej rację, po czym zaśmieje się z jej głupoty i wyjdzie stąd, opowiadając o tym swoim znajomym. Taka wersja, której teraz stała się świadkiem, nie wchodziła w ramy wyobrażeń dziewczyny, dlatego stała przed ogromnym problemem do rozwiązania, a to dlatego, że rozum podpowiadał jej, iż powinna stąd wyjść i zerwać wszelkie kontakty z nim, a dobre z natury serce mówiło, że może wypadałoby mu dać kolejną szansę i uwierzyć w jego wersję wydarzeń. Tylko, że już raz się na tym sparzyła, czyż nie? Podjęła złą decyzję i dostała za swoje, bo nieważne jak na to nie spojrzeć, na początku jej towarzystwo miało być tylko przykrym obowiązkiem.
    Westchnęła cicho, patrząc na niego, jakby to właśnie w wyrazie jego twarzy miała znaleźć odpowiedź. Nie znalazła, chociaż z drugiej strony nie doszukała się tam niczego złego, co tylko utrudniło jej ten wybór. Westchnęła po raz kolejny, chowając na chwilę twarz w dłoniach.
    – Nie zamierzam uciekać do dormitorium… – mruknęła, czując, że w końcu musi coś powiedzieć, bo ta cisza stawała się nie do zniesienia. – Ale sam rozumiesz… albo nie, że trudno mi tak po prostu o tym zapomnieć. Nie mam zbyt dobrych wspomnień, jeśli o was chodzi. Wiesz, Ślizgonów. A dla mnie ta sytuacja to tylko potwierdzenie tego, co sądziłam od zawsze. Zresztą… Sam wiesz jak to jest. Gdybym w waszych kręgach była osobą lubianą, nie musiałbyś spędzać ze mną teraz czasu – uśmiechnęła się nieco smutno, spuszczając wzrok. – Nie, żebym rozpaczała z tego powodu, nie o to chodzi. To kwestia tego, że bardzo chciałabym wrócić z tobą na ten bal, gdyby nie to, że wszystko oprócz mojej naiwności podpowiada mi, że jednak nie powinnam tego robić. Bo to wcale nie brzmi tak głupio, te twoje wytłumaczenia. W sensie, wiem, że jestem wspaniałą dziewczyną i po rozmowie ze mną wszyscy chcą poznać mnie jeszcze bardziej i to dlatego zmieniłeś zdanie – parsknęła śmiechem. Sama nie była pewna swoich reakcji, ale najpewniej były one spowodowane faktem, iż zazwyczaj pogrążona w książkach, niewiele spędzała czasu na tego typu zabawach.

    Jemma Simmons

    OdpowiedzUsuń
  46. Solene bardzo lubiła myśleć. Zajmowało jej to sporo czasu, bo przez głowę przewijały się dziewczynie różne tematy. Głównie jednak dotyczyły one nauki i życia. Długo toczyła ze sobą walkę, czy aby uczenie się czarnej magii i narażanie się na zdemaskowanie, było tego warte. Myślała nad tym, dlaczego jej relacja z braćmi uległa tak strasznemu zniszczeniu, a wręcz upadkowi. Z Silasem śmiało mogła stwierdzić, iż przyczyną zerwania więzi, był nie kto inny, niż sam Ignis Femoris. Zmora Solene, która śni się jej w każdym koszmarze, gdzie zazwyczaj budzi się z krzykiem, a następnie wpada w długi płacz. Tym razem również płakała wtulona w kołdrę na łóżku. Od kilku dni nie ruszała się z miejsca, a wyjątki robiła tylko dla własnego starszego o kilka minut brata. Był na tyle dobry, by sprawdzać czy wszystko z nią w porządku.
    Jednak nic nie było w porządku.
    Od kilku dni Mulciber leżała na łóżku i myślała. Zastanawiała się nad tym, jak mogła nie zauważyć żadnego dziwnego zachowania Ignisa. Jakiegoś małego haczyka, który wystawałby i pozwolił się pociągnąć, a to ujawniłoby prawdziwe zamiary Ślizgona. Przede wszystkim Sol obwiniała siebie i swoją niestałość miłosną, bo gdyby była wierna Anthony’emu nic tak przykrego nigdy by ją nie spotkało. Dziewczyna miała w zwyczaju analizowania każdej rozmowy i rzeczy, kiedy coś nie szło po jej myśli i tak właśnie doszła do kolejnego smutnego faktu. Najlepszym przyjacielem Ignisa był Sully, z którym to ostatnio widywała się całkiem często. Głównie z powodu jego kłopotów, a wyciągnąć z nich mogła go jedynie jego własna siostra. Gdy ten wniosek do niej dotarł zerwała się nagle z łóżka, kierując się w stronę drzew do dormitorium. Zdążyła w locie jeszcze złapać własną różdżkę. W nerwach robiła wiele głupot. Biegła przez pół zamku, by po dłuższej chwili znaleźć się w lochach, a następnie w Pokoju Wspólnym Ślizgonów. Gdy przecinała go wzdłuż, ktoś chciał powstrzymać ją od dalszej wycieczki. Ta jednak zdążyła się wyszarpać niezidentyfikowanej ręce, która najprawdopodobniej należała do jakiegoś chłopaka. Nie interesowało ją nic, po za własnym bratem i jego zdrady własnego rodzeństwa. Wpadła do jego własnego dormitorium, a odnajdując go wzrokiem na łóżku po prostu rzuciła się w kierunku Mulcibera.
    - Takim pieprzonym bratem jesteś? – krzyknęła spychając go z materaca na podłogę. Nie wiedziała, która godzina, ale najwyraźniej jej brat właśnie drzemał. Złapała za poduszkę, która znajdowała się obecnie najbliżej jej rąk, po czym zaczęła odkładać nią leżącego na podłodze chłopaka. – W przeciągu ostatniego semestru ratuje ci ten cholerny tyłek za każdym razem, gdy tylko poprosisz, a ty odwdzięczasz się czym? Milczeniem?
    Głos miała w połowie załamany i ochrypnięty od płaczu. Z tego samego powodu oczy miała przekrwione, a pod nimi widniały sine podkrążenia. Była zmęczona płaczem i to dosyć mocno, ale w szale własnych nerwów miała dość siły na to, by uświadomić bratu, jak bardzo pośrednio skrzywdził ją samą.

    siostrzyczka

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. *drzwi do dormitorium - coś mi autokorekta w telefonie szaleje i mnie ośmiesza :c

      Usuń
  47. Mimo że Zoe o wiele bardziej zainteresowana była tym, co właśnie działo się wokoło niej niż wystrojem wnętrza domu, w którym była gościem, jakby od niechcenia odwróciła głowę i spojrzała na stojącego przed nią Sullivana, zupełnie nie odwzajemniając uśmiechu, który ten jej posłał.
    - Wiem — odpowiedziała, nie namyślając się długo, zaraz jednak ugryzła się w język i jak przystało na dobrze wychowaną panienkę, podziękowała chłopakowi, w razie, gdyby pozornie zajęta rozmową babcia, przyglądała jej się kątem oka. Trochę zdziwiona spojrzała na panią Mulciber, która misję pokazania przydzielonego jej pokoju o dziwo nie powierzyła swej córce, tak jak dziewczyna przypuszczała, a synowi, co mogło być całkiem ciekawe. Pewnie spanikowała, - przyszło na myśl Gryfonce, nie chcąc jednak tracić czasu, poszła za chłopakiem, wcześniej jeszcze uśmiechając się do dziadków. Na chwilę zatrzymała się przed schodami, które wyglądały niezwykle zdradziecko, chwyciła się jednak barierki i w momencie, gdy Sullivan spojrzał na nią pytająco, jak gdyby nigdy nic pewnie ruszyła za nim. Szło jej całkiem dobrze, tylko stopnie wydawały się nie kończyć, a nawet coraz bardziej poszerzać i gdy już widziała korytarz na piętrze, i zaczęła być z siebie dumna, w końcu chodzenie na szpilkach wcale takie łatwe nie jest, a ucząc się w Hogwarcie nie ma wiele okazji, by je założyć, coś poszło nie tak i dziewczyna wylądowała na kolanach. Syknęła, nie do końca wiedząc, czy to ze złości, czy bólu, jednak od razu nie zwracając uwagi na nic i mrucząc pod nosem znane sobie przekleństwa, zaczęła się z powodzeniem podnosić. Jeszcze tego brakowało, żeby ktoś zobaczył, jak ona niczym prawdziwa niezdara przewraca się na schodach.
    - He he he — dopiero po chwili przypomniała sobie, że tuż nad nią nadal stoi chłopak, a gdy uniosła głowę, posłała mu nienawistne spojrzenie. - Mogłeś mi pomóc, zamiast tak bezczynnie stać — powiedziała, gdy sama stanęła na nogi i znowu zaczęła iść w górę.
    - Mam nadzieję, że już zapomniałeś o moim wypadku i nikomu o tym nie powiesz — rzuciła, gdy stanęła naprzeciwko Ślizgona, tuż obok drzwi, które prawdopodobnie prowadziły do pokoju przygotowanego dla niej — To tu? — spytała.

    Zoe

    OdpowiedzUsuń
  48. Zerknął na mugolski zegarek. Miał jeszcze trochę czasu, więc oparł się o ścianę kiwając głową na każde słowo Sullivana. Obserwował jego zachowanie, jakby był zwierzęciem w zoo. Gest zaciśnięcia dłoni świadczył o jego zdenerwowaniu. Niemałym warto zaznaczyć. Westchnął przyglądając się przyjacielowi, który robił mu wyrzuty jakby wcale go nie znał. Może i tak było skoro przez długi okres czasu nie udało mu się go rozszyfrować. Może Ignis był naprawdę dobrym aktorem, albo nie wszystko z tego co mówił i robił było kłamstwem. Przeczesał dłonią włosy myśląc nad jakąś strategią. Nie mógł przecież stracić jedynej osoby, która wytrzymała z nim przez siedem lat akceptując wszystkie jego wady, których nie było możliwości zliczyć na palcach obu dłoni.
    Co tak naprawdę znaczyła dla Ignisa przyjaźń? Codzienne posiedzenia przy butelkach Whisky? Żartowanie ze słabszych od nich jednostek i wytykanie ich palcami przez okres dzieciństwa? A może rozumienie się bez słów i rozmowy o bezsensownym sensie życia. Ślizgon zdawał sobie sprawę tylko z jednego faktu. Bez Sullivana nie miałby tutaj niczego wartego uwagi.
    Na jakiego Merlina Anthony musiał wybrać sobie akurat Solene jako drugą połówkę. Nie pasowali do siebie ani trochę zważywszy chociażby na to, że Krukonka była cudowną dziewczyną. Stop! Cudowną dla każdego oprócz Ignisa. A tak przynajmniej starał się sobie wmawiać.
    Femoris walczył ze swoimi sprzecznymi uczuciami znacznie bardziej niż powinien. Obalenie przydomku najlepszy przyjaciel przez Sullivana było dla Ślizgona wystarczającym ciosem, żeby zacząć kontrofensywę. Mimo, że w jakiś sposób zależało mu na nim nie mógł sobie pozwolić na takie znieważenie.
    - Bronisz tej swojej idealnej siostrzyczki jakby była całkowicie bez winy. – warknął odbijając się od ściany. Stanął tuż przed swoim przyjacielem oko w oko i mierzył go wzrokiem. – Gdyby spojrzeć na to z innej strony ona też zraniła mojego brata. Znacznie bardziej niż ja ją. Może też chciałem go bronić. – wyrzucił mu prosto w twarz po czym znów oparł się o ścianę splatając ręce na piersi. Zaśmiał się pod nosem ponownie wracając do swojego cynicznego wyrazu twarzy i sarkastycznego tonu. – Nie no skąd, chciałem się po prostu zabawić. Taki ze mnie zimny drań. – stwierdził ponownie zerkając na zegarek. – Jeśli nie masz ochoty mnie uderzyć to pozwól, że sobie pójdę. Jak już wspominałem mam coś do załatwienia. – mruknął rozglądając się na boki. – Wieczorem tam gdzie zawsze? – spytał próbując wrócić do poprzedniego stanu rzeczy. W końcu był jego najlepszym przyjacielem. Powinien zrozumieć. Czekał na jego reakcję mając nadzieję, że na twarzy Sulla pojawi się ten sam uśmiech, przybiją piątkę i każdy z nich pójdzie w swoją stronę.

    [nie bij. oni przecież się kochają.]

    OdpowiedzUsuń
  49. W pewnym momencie Jemma zdała sobie sprawę z tego, że ona również nie była bez winy. Przecież ona również nie zgodziła się na to wspólne pójście na bal ze względu na swoje czyste intencje. Poszła z nim nie dlatego, że chciała spędzić z nim czas, tylko dlatego, że chciała, aby się od niej odczepił, a nie był to do końca szlachetny powód. Aż zrobiło jej się głupio, a cała złość, a przynajmniej jej część, gdzieś uleciały, stając się na zapomnianym i niezbyt istotnym teraz uczuciem. Nie oznaczało to jednak, że Simmons miała zamiar rzucić mu się w ramiona. Gdzieś z tyłu jej głowy ciągle paliła się czerwona lampka, która mówiła, że wciąż powinna być ostrożna, nawet jeśli słowa Sullivana wydawały jej się być prawdziwe.
    – Dla mnie Ślizgoni szczególnie nie są wzorem cnót. Powiedziałabym nawet, że dla mnie nie reprezentują sobą nic dobrego, ale dzisiaj przekonałam się, że nie do końca miałam rację. Wybacz mi moje radykalne poglądy, to kwestia moich doświadczeń, a ty nie wydajesz mi się być osobą, za jaką cię miałam, oczywiście w tym dobrym znaczeniu – odparła, uśmiechając się delikatnie. Miała nadzieję, że dzięki temu uśmiechowi atmosfera między nimi nieco się rozluźni, bo Jemma miała już dosyć tego napięcia. Gdyby tylko umiała opowiadać żarty, to wszystko stałoby się łatwiejsze, ale niestety nie została obdarzona taką umiejętnością. – Ale oczywiście ja też mam swoje wady, co nie ulega wątpliwości i też jest ich całkiem sporo. Zresztą gdyby ich nie było, pewnie nie musiałbyś mnie zapraszać, także jest to chyba wystarczający dowód. W końcu każdy popełnia błędy – westchnęła cicho, z zainteresowaniem przyglądając się, jak Sullivan zaczyna majstrować coś wraz ze swoją różdżką. Zaskoczył ją widok róży, którą wzięła od niego z rumieńcami policzkach, chociaż starała się je ukryć. Chyba jeszcze nikt nigdy nie wręczył jej kwiatów. – Cóż… – zaczęła, nie wiedząc tak właściwie, co powinna powiedzieć. – Bardzo dziękuję. No i… dobrze zaczynasz, oby tak dalej – zaśmiała się cicho, mając nadzieję, że może to zmyje ogromne zawstydzenie, jakie teraz odczuwała. Aż trudno było jej wydusić z siebie jakiekolwiek sensowne słowa. – To może wróćmy na imprezę? Siedzenie tutaj przez resztę wieczoru mija się przecież z celem!
    Wciąż z różą w dłoni, przestała się opierać o ławkę i ruszyła w stronę wyjścia z klasy. Obejrzała się jeszcze za chłopakiem, żeby upewnić się czy Ślizgon popiera jej pomysł, po czym nacisnęła na klamkę i opuściła pomieszczenie. Gdy znalazła się na korytarzu, rozejrzała się po nim, a potem ruszyła w stronę Wielkiej Sali, gdzie odbywała się uroczystość. Może jednak nie skończy się ona tak źle, jak sądziła.

    dająca biedulkowi drugą szansę Jemma Simmons

    OdpowiedzUsuń
  50. Weszła do pokoju za chłopakiem i zadowolona rozejrzała się po pomieszczeniu. Nie jest źle. Babcia jednak tym razem wyjątkowo przesadziła z ilością bagaży, które zapewne mieściły o wiele za dużo niepotrzebnych jak na te kilka dni ubrań. Chyba że to ona o czymś nie wiedziała i wizyta miała delikatnie się przedłużyć albo czekały na nią zupełnie niespodziewane wrażenia. Podeszła do łóżka i usiadł na nim, pochylając się do tyłu, i lekko asekurując się łokciami. Odrzuciła włosy na plecy i spojrzała na Sullivana.
    - Brałeś coś? - uśmiechnęła się, unosząc pytająco brew — Na uspokojenie oczywiście. Jesteś jakiś nienaturalnie uprzejmy, nie wiem, o co chodzi — ciągnęła, przyglądając się chłopakowi. Przez moment wydawało jej się nawet, że chce on całkiem miło i bezproblemowo spędzić te kilka dni, ale po chwili świadomie wyrzuciła tę myśl z głowy, później nawet już nie biorąc jej pod uwagę. Nie chciała się przecież zanudzić, a to właśnie z nim (i chyba tylko z nim) miała szanse dobrze się tu bawić.
    - Możesz już iść, dam sobie radę — po tym, jak chłopak wyszedł, już całkowicie opadła na łóżko i po krótkiej walce z opadającymi powiekami, mimowolnie zasnęła. Może i dobrze, przynajmniej przez te dwie godziny snu, które w innym wypadku zmuszona byłaby spędzić na samotnym siedzeniu w pokoju, albo głupiej rozmowie, stała się wypoczęta i nawet humor trochę jej się poprawił.
    Obudziło ją uporczywe pukanie do drzwi i choć normalnie spałaby dalej, teraz musiała zachowywać się nienagannie, tak by wszyscy dalej myśleli, że jest przedstawicielką wszystkich istniejących cnót i idealną partnerką dla ich pierworodnych synów. Bijcie się, jestem tylko jedna. Z niebywale sztucznym uśmiechem otworzyła drzwi i udała zdziwienie na widok pani Mulciber.
    - Zoello mam do ciebie pewną sprawę — mówiła kobieta, wchodząc do pokoju — Może wyszlibyście razem z Sullivanem na spacer? Mamy dziś naprawdę piękny wieczór, a wy tak bezczynnie siedzicie. Nie mam siły już siły do tego chłopaka, zresztą nie tylko ja. Może ty go gdzieś wyciągniesz - Gryfonka uśmiechnęła się, nie bardzo wiedząc co robić.
    - Myślę, że ma pani racje i świeże powietrze dobrze nam zrobi — odpowiedziała, postanawiając wybrać jednak bardziej ryzykowną opcję — A teraz pani pozwoli, ale muszę się przygotować — zamknęła za rozradowaną kobietą drzwi, a po chwili usłyszała, choć mogło jej się tylko wydawać śmiechy również swojej babci.

    ***

    Za kilkanaście minut stanęła przed pierwszymi drzwiami po lewej stronie i mocno w nie zapukała.
    - Niespodzianka — rzuciła, gdy zza drzwi wyłonił się Sullivan. Miała nadzieję, że wie o wszystkim, choć nie wyglądał na wtajemniczonego — Wychodzimy, zbieraj się.

    Zoe

    OdpowiedzUsuń
  51. [Cześć! Cieszę się bardzo, że Milliesant się spodobała i dziękuję ładnie za powitanie. :) Przyznaje jednak bez bicia, że ciężko przychodzi mi wybrać którąś z postaci do wątku — każda jedna ma w sobie pewien osobisty urok. Tatia jest cudownie ludzka mimo swojej animagii i fenomenalnej pamięci, choć nie mam nawet zalążka pomysłu, wątek zapewne byłby przyjemny. Max być może jest odrobinę za stereotypowym Puchonem, przynajmniej takie odniosłam wrażenie (nie wykluczam, że mylne), ale historia jego ojca jest interesująca. No i miałam tu wcześniej dwie Puchonki, więc darzę Borsuki ogromnym sentymentem. :) Nawet Milliesant nie pochwala karania dzieci za czyny rodziców, więc raczej nie oceniałaby Greavesa przez pryzmat tego, co się stało, aczkolwiek mogłaby się nim dzięki temu zainteresować. Jest ciekawa, zwłaszcza tak ekscytujących zdarzeń, więc nie zdziwiłoby mnie, gdyby zamiast od Maxa uciekać, przeciwnie zaczęłaby kombinować, jak tu się do niego zbliżyć i dowiedzieć jak najwięcej. Co do Sullivana, myślę, że miałybyśmy z nim chyba największe pole do popisu. Spędzili sześć lat w jednym Pokoju Wspólnym, więc chciał, nie chciał pewnie się znają. Lloyd mogłaby nawet załapać się do jego bandy, choć byłaby raczej tym człowiekiem, co to głównie przygląda się z boku i tylko uśmiecha półgębkiem. Zdecydowanie nie piszczałaby z zachwytu nad Mulciberem, sprzeciwić mu też by się nie bała, ot, choćby z czystej przekory, podejrzewam, że nielicho by go to irytowało, co? Więc szykowałaby nam się u tej dwójki trochę emocji, tak sądzę.
    To takie pierwsze myśli, które uchwyciłam po przeczytaniu wszystkich kart. Nie wiem, co już masz, czego Ci brakuje, w czym czułabyś się najlepiej, więc ostateczną decyzję w wyborze postaci do wątku zostawię jednak Tobie. ;> Daj znać, którą postać widziałabyś w wątku z Milliesant najchętniej i wtedy będziemy myśleć nad czymś konkretnym.]

    Milliesant

    OdpowiedzUsuń
  52. Spojrzał na Sullivana z jeszcze większym wyrzutem niż miał w zwyczaju. Czy jego brat naprawdę musiał denerwować go w dniu, który Silas miał spędzić spokojnie i miło? Najstarszy Mulciber nastawiał się na to, że będzie mógł się wyciszyć i na chwilę zapomnieć o zbliżających się egzaminach końcowych, które chciał zdać jak najlepiej, ale ciągle nie był pewny swoich umiejętności. Pragnął również wyciszyć swój umysł od myśli związanych z Solene. Naprawdę miał już dość tego wszystkiego i pragnął przeciąć raz na zawszę tę pępowinę, która łączyła go z siostrą. W końcu każde z nich powinno żyć swoim życiem i nauczyć się radzić ze swoimi problemami samemu. Środkowa zabierała zbyt wiele czasu w jego życiu i należało to zmienić.
    Będąc na stacji Silas miał nadzieję, że Sullivan się odczepi i przestanie go męczyć samą swoją obecnością. Śmieszne było to, że zaczęło mu się wydawać, że poprawa kontaktów z bratem nie jest możliwa dlatego, że Silas sam na to nie pozwalał, bo w końcu teraz nadarzyła się wspaniała okazja na to, żeby chociaż trochę podreperować relację, ale Krukon i tak nastawiał się negatywnie. Westchnął i ustawił się w kolejce do wejścia do odpowiedniego wagonu. Zdziwiło go to, że jego brat nie usiadł ze swoimi znajomymi tylko polazł za nim i usiadł naprzeciwko, przez co znajomi Krukona nie mogli usiąść z nim.
    – Jeśli jedzenie wyje komuś w ustach, to strach jest w pełni zrozumiały – odpowiedział patrząc przez okno na kotłujących się na stacji ludzi. Następnie przeniósł wzrok na półprzeźroczyste odbicie swojego brata – Nie wiem z czemu jest ci tak wesoło – zastanowił się na chwilę, przenosząc wzrok na sylwetkę brata. – Zobaczymy kto będzie się śmiać, gdy tych przeklętych żelków nie będzie – uśmiechnął się, nie powiedział jednak nic więcej, bo nagłe szarpnięcie pociągu spowodowało, że uderzył głową o tył siedzenia. Zaklął cicho pod nosem, rozcierając obolałe miejsce na potylicy.
    Pierwsze piętnaście minut drogi minęło w ciszy i spokoju. Krukon przyglądał się, jak krajobraz zza szyby zmienia się. Po jakimś czasie wszystko zaczęło stawać się dla niego obce. W końcu nigdy tędy nie przejeżdżał, a nawet jeśli to już tego nie pamiętał. Zaczął być śpiący, dlatego był wdzięczny, gdy do jego przedziału zajrzała miła pani sprzedająca magiczne przekąski. Chłopak nie czekał na to czy Sullivan coś kupi czy nie. Zanim kobieta się odezwała, to białowłosy zaczął składać swoje zamówienie. Kupił kilka czekoladowych żab, fasolki wszystkich smaków i kilka innych słodyczy.
    – Huhu, mam złotą kartę – powiedział zadowolony, gdy z opakowania po czekoladowej żabie wydostał kolekcjonerską kartę. Silas ich nie zbierał, ale cieszył się, gdy znajdywał złote karty. – Więc, gdy już będziemy w tym zoo, to co zamierzasz zrobić?

    braciszek

    OdpowiedzUsuń
  53. [Miałam szczerą ochotę się od tego wymigać, bo prawdę powiedziawszy myślenie idzie mi ostatnio opornie jak próba zatrzymania czołgu w pojedynkę w arsenale mając jedynie krótką, wierzbową gałązkę, a nawet gorzej. :/ Ale coś tam wymodziłam, nic górnolotnego, ale może się nada.
    1. Jeśli Sullivan ma w zwyczaju od czasu do czasu dręczyć młode mugolakowe dusze, któregoś wieczoru Milliesant mogła go na tym przyłapać. Nie jest promugolska, ale jak ma człowiek gorszy dzień to różne rzeczy robi, wiadomo, więc stanęła w obronie dzieciaka dla samego ulżenia własnej frustracji i przyjemności podpuszczenia Mulcibera. Wywiązała się mniej lub bardziej ostra sprzeczka, a że było już po ciszy nocnej i teoretycznie wszyscy powinni już być w łóżkach, ściągnęło im to na głowę jeśli nie jednego z nauczycieli, to któregoś z prefektów. Mimo dzielnych prób ucieczki/uniknięcia kary sporny mugolak rozwiał się w powietrzu, a oni zostali przyłapani, zarabiając jakiś wyjątkowo paskudny szlaban. Przy okazji mogli znaleźć jeszcze coś, czego nie powinni.
    2. Wycieczka do Hogsmeade, tłum rozemocjonowanych uczniów na ulicach i jakiś obszarpany chłystek zabierający Milliesant sakiewkę z jej jakże ciężko zarobionymi pieniędzmi. Może Sullivan wykrzesałby z siebie odrobinę dobrej woli i pomógł ująć sprawcę. Nie łudzę się, że robiłby to bezinteresownie, ale to jest wątek z potencjałem do obicia czyjejś buzi. :D Mały złodziej mógłby potruchtać i schować się za swoim równie barczystym, co pijanym ojcem albo zaprowadzić naszą dwójkę w złe miejsce w złym czasie, wiesz jak jest.
    3. Milliesant lubi babrać się w eliksirach i ziemi, a wiadomo, sporo roślin jest składnikiem najróżniejszych mikstur. Lloyd mogła mieć potrzebę zdobyć jakąś sadzonkę dostępną w Zakazanym Lesie (uznamy, że to byłaby jakaś wyjątkowa roślina kwitnąca w luty pod śniegiem...? Co tam, jesteśmy przecież w świecie magii!), przydałby jej się ktoś, kto ochraniałby jej plecy w tak niebezpiecznym miejscu, więc z braku lepszego kompana zabrała ze sobą Sullivana. Mogła też potrzebować jaja/pisklęta/pióra jakiegoś ptaszyska, wtedy gratisowo otrzymujemy w pakiecie rozwścieczone, zapewne nieziemsko krwiożercze zwierzątko.
    Jak mówiłam, nic odkrywczego, ale może na początek wystarczy. Co się tyczy zaś relacji – starsza koleżanka jak najbardziej. Próby podrywania Mulciber i jego urażona duma mogą czynić, ale raczej dla czystego sporu niż na poważnie, z zastrzeżeniem, że efektu obiecać nie mogę i za Milliesant nie ręczę. Nieszczególnie przepadam za umawianiem się na podobne relacje z góry, bo nie mamy pewności, czy postaci się zgrają, tak samo jak i my jako autorki, więc Sullivanowi zabronić nie zabronię się starać, ale w tej kwestii popłyńmy z nurtem rzeki i zobaczymy po prostu, co nam z tego w końcowym efekcie wyjdzie. :D]

    Milliesant

    OdpowiedzUsuń
  54. [W poprzednim komentarzu powinno być oczywiście *pisklęcia, mój mózg odmawia już współpracy o tej porze, przepraszam. W każdym razie pozostałe dwa pomysły możemy zostawić na kiedyś tam, jeśli nic innego nam nie wpadnie, a na zaczęcie poczekam ile będzie trzeba, także nie spiesz się i już teraz dziękuję!]

    Milliesant

    OdpowiedzUsuń
  55. Wywróciła oczami, słysząc wszystkie pytania, którymi chłopak uraczył ją od razu po otworzeniu drzwi. Po chwili jednak uznała, że mogła sobie tego teatralnego gestu oszczędzić i później nie mówiąc nic, poczekała, aż ten wyjdzie na korytarz.
    - Chcą, abyśmy wyszli z domu, na jakiś spacer czy coś — szczerze odpowiedziała, na zadane przez Ślizgona pytanie — Bezsensu byłoby, gdybym się nie zgodziła, bo i tak rozegrałyby to tak, że wylądowalibyśmy razem na dworze, a kłótnie teraz nie są nikomu na rękę — ciągnęła, spoglądając na niego spod długich rzęs. - Poza tym możemy fajnie spędzić te kilka godzin, na pewno lepiej niż na bezczynnym siedzeniu na łóżku i czytaniu jakiejś książki, co? - odkręciła się i ruszyła w kierunku schodów, by później tylko szybko oznajmić nadal siedzącym w salonie gościom, że wychodzą i niedługo wrócą. Kątem oka zauważyła jeszcze, że dziadek zerka na nich, uśmiecha się nieznacznie i śmiejąc się mówi coś do pana Mulcibera. Babcia jednak mimo wcześniejszej radości doskonale wiedziała, że Zoe to nie ten kochliwy typ i teraz pewnie trochę, żal było jej Sullivana, którego wprawdzie nie znała, ale najchętniej zabrałaby od wnuczki, bo wyglądał na całkiem miłego chłopaka.
    - Świetna lokalizacja — odezwała się, gdy wreszcie wyszli na zewnątrz, a zimny wiatr rozwiał ich włosy. Rozejrzała się, jednak przez panującą ciemność nie zobaczyła zbyt dużo i tylko wysokie drzewa przykuły jej uwagę. - Do najbliższego miasta dwie czy trzy godziny drogi? - uśmiechnęła się ironicznie, odwracając się do swojego towarzysza. Nie zamierzała spacerować, zresztą chyba nawet ich rodzice nie myśleli, że będą urządzać sobie jakieś grzeczne i przy tym nudne przechadzki.
    - Jakby nie patrzeć, to jednak ja jestem twoim gościem, więc to ty powinieneś mnie gdzieś zabrać — dźgnęła go palcem w ramie, chcąc, aby wreszcie się rozluźnił i przestał być tak negatywnie nastawiony, do tego spotkania, a i również do niej. Sama stwierdziła, że powinna mu dać szansę i że on powinien postąpić tak samo względem niej. Chyba że był zbyt ograniczony, ale była przekonana, że akurat o tym jeszcze będzie miała szansę się tego wieczoru przekonać.
    - Całkowicie zdaje się na ciebie i dzisiaj postaram się nie być też zbytnio wybredna. No już, bo zimno — położyła mu rękę na łokciu, oczekując, że Sullivan prze teleportuje ich, chociażby do Londynu, gdzie będą mogli miło spędzić czas w jednym (choć po co się ograniczać?) z tamtejszych pubów.

    Zoe

    OdpowiedzUsuń
  56. [Dziękuję pięknie za powitanie. :D Myślę, że z Sullivanem się najlepiej będzie dogadać, w końcu są rówieśnikami. c:]
    Aida

    OdpowiedzUsuń
  57. [W zasadzie czemu nie, można by spróbować czegoś takiego. ;) Tylko ustalmy może ich początki, bo jestem pewna, że Sullivan z dnia na dzień nie przekonał się, że jest "fajna" i może się nadać do jego "bandy", jak to nazwałaś. Coś musiało go skłonić, że zaczął postrzegać ją jako wartościową osóbkę do kolekcji znajomych (większość Ślizgonów raczej tak ma. :D)
    I jak by się dowiedzieli, że między nimi po ognistej coś było? Któreś z nich by miało jakieś przebłyski czy dowiedzieliby się z plotek? I jak by się dalej zachowywali - nie wiem, zaczęli unikać czy też zrobiłaby się z tego awantura?]
    Aida

    OdpowiedzUsuń
  58. Mieszając w kociołku za pomocą różdżki, wolną ręką sięgnęła do kufra na ingrediencje i zaklęła głośno. Dwa dni temu, kiedy robiła jego dokładny przegląd, miała odpowiednią ilość kory drzewa Wiggen do sporządzenia eliksiru. Dałaby sobie rękę uciąć, że nie używała jej od tamtego czasu, powinna więc grzecznie zajmować stosowną dla niej przegrodę, tymczasem jedyne, co znalazła Lloyd, były resztki marnego pyłu i kilka drzazg, na które boleśnie nadziała się jej dłoń. Syknęła wściekle, wyciągając je z palców. Kora w iście magiczny sposób rozpłynęła się w powietrzu jakby nigdy jej tam nie było. Któraś ze współlokatorek Ślizgonki znów musiała pożyczyć brakujący składnik, jakże uprzejmie zapominając o tym szatynkę poinformować. Milliesant ze wszystkich sił starała się żyć w zgodzie z każdą z dziewczyn dzielących z nią dormitorium, ale czasem miała ich serdecznie dość. Do pełni co prawda pozostawały jeszcze trochę ponad dwa tygodnie, ale potrzebowała tego eliksiru, aby na miarę możliwości zminimalizować jej nieprzyjemne skutki. Nie chciała warzyć go, gdy wejdzie w stan permanentnego rozdrażnienia ― dni bezpośrednio poprzedzające pełni bywały uciążliwe, gdy największa pierdoła potrafiła wyprowadzić ją z równowagi, a rzeczy, które normalnie nie sprawiały jej trudności, w tym okresie nie chciały za nic wychodzić poprawnie. Poza tym mikstura wymagała czasu, by dojrzeć i osiągnąć największą skuteczność. Musiała zdobyć tę cholerną korę. Zerknęła na zegarek na przegubie. Na wycieczkę do magicznego miasteczka było już stanowczo za późno ― wszystkie sklepy, w tym także Derwisz i Bangs, były już pozamykane, a jedynymi czynnymi o tej porze lokalami były zapewne same knajpy. Milliesant westchnęła ciężko. Wiedziała, że drzewo Wiggen na pewno rośnie w Zakazanym Lesie, z całkiem dobrym przybliżeniem mogła nawet określić, w którym miejscu. Problem polegał na tym, że po zmroku robiło się tam niebezpiecznie, a ona nie miała ochoty stawać oko w oko z żadnym krwiożerczym zwierzęciem. Mimo to wciąż potrzebowała tego kretyńskiego drewna. Nie miała wyboru. Zgasiła ogień tlący się pod kociołkiem, oplotła srebrno-zielony szal wokół szyi, a na ramiona zarzuciła ciepły płaszcz. Do jednej z jego kieszeni wrzuciwszy różdżkę, do drugiej natomiast niewielki nóż otrzymany od dziadka po pierwszej pełni, opuściła dormitorium.
    Uwielbiała te momenty, kiedy zamek pustoszał, a przeważająca część rozkrzyczanej zgrai znikała w magicznej wiosce nieopodal. Szkoła zmieniała się niemal nie do poznania, momentalnie cichnąc, jakby zyskując przestrzeni. Ciekawskie oczy przestawały zerkać zza każdego zakrętu, najlepsze miejsca w Pokoju Wspólnym pozostawały wolne, a ona miała przynajmniej kilka godzin dla siebie, nie musząc martwić się, że lada chwila ktoś może przyłapać ją na studiowaniu nieodpowiednich ksiąg bądź próbach pewnych zaklęć, których bez wątpienia nie wyniosła z zajęć ani nie znalazła w ogólnodostępnym dziale szkolnej biblioteki. Skupiona na własnych myślach nie dostrzegła chłopaka rozciągniętego na kanapie. W połowie drogi do wyjścia zatrzymał ją dopiero jego głos ― znany, lecz jeszcze niedopasowany do konkretnego osobnika. Jak zwykle przystanęła wtedy, marszcząc nos w sposób, który zdecydowanie nie pasował do ślicznotki. To jedno słowo wystarczyło jednak, by już po chwili zrozumiała, z kim ma do czynienia. Głupkowaty uśmiech i pewne swego spojrzenie jedynie utwierdziły ją w przekonaniu, że to Sullivan ją zaczepił. W pierwszym odruchu zamierzała odpowiedzieć w równie zadziornym tonie, jak to zwykle reagowała na jego końskie zaloty, ale w porę ugryzła się w język. Mógł jej się przydać. Jeśli będzie dla niego miła, może zgodzi się jej pomóc. Nie była zachwycona towarzystwem tego konkretnego Ślizgona, ale nikogo innego niestety nie miała pod ręką. Chciała wierzyć, że może zaufać Mulciberowi na tych kilkadziesiąt minut, bo nawet on był lepszą alternatywą dla samotnego wieczornego spaceru po Zakazanym Lesie. Co dwie różdżki to nie jedna.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. ― Możliwe ― odpowiedziała spokojnie, uśmiechając się nieco tajemniczo, ale (w jej przekonaniu) wciąż przyjaźnie, może nawet odrobinę zalotnie. ― Wszystko zależy od tego, jak dobrze ty i twoja różdżka radzicie sobie z zaklęciami obronnymi ― dodała, przysiadając na brzegu fotela naprzeciw kanapy, na której półleżał chłopak. Oparła łokcie na kolanach, tym samym pochylając się lekko wprzód i delikatnie przechylając głowę na lewo, wlepiła spojrzenie w kolegę. Przez krótki moment zatrzymała zaskoczony wzrok na trzymanej przez niego książce, lecz chwilowo powstrzymała się od wszelkich złośliwości. Potrzebowała dotrzeć do drzewa Wiggen, potrzebowała więc i pomocy Sullivana. Jeśli będzie uprzejma i pozwoli mu wierzyć, że w końcu zaczyna ulegać jego (wątpliwemu) urokowi, może zgodzi się ochraniać jej tyłek. Na standardowe złośliwości przyjdzie jeszcze czas.

      Milliesant

      Usuń
  59. Sorcha po raz setny tego dnia miała ochotę puścić obrzydliwą wiązankę najbrzydszych słów, jakie słyszała i wyczytała w książkach. Po raz setny nerwy jej puszczały i nie mogła odreagować w żaden sposób.
    Ona i Sullivan przeciskali się przez tłum złożony z uczniów i nauczycieli: on ledwie przytomny i ledwie poruszający się w postawie pionowej, ona podtrzymująca go z trudem i ze sztucznym uśmiechem odpierająca wszelkie pełne zdziwienia komentarze mijających ich ludzi.
    Musieli wyglądać jak idioci, była tego pewna.
    - Sullivan... jeśli podejdzie do nas jakiś profesor, pod żadnym warunkiem nie chuchaj mu prosto w twarz, okej? - Spojrzała na kolegę. - Chyba, że to będzie nauczyciel mugoloznawstwa. Wtedy chuchaj, ile sił w płucach - dodała, uśmiechając się krzywo.
    Ostatnie trzy godziny były istnym koszmarem. Dwa razy udało jej się powstrzymać kolegę przed podpaleniem sofy w pokoju wspólnym Krukonów; przy trzecim podejściu ktoś powiedział jej, że jeśli sobie go tu przyprowadziła, powinna go też wyprowadzić. Sorcha nie miała siły prostestować - choć to nie ona go zaprosiła, przez większość czasu stała przy nim i kontrolowała jego wybryki, dzięki czemu trudno było nie uznać, że ona i Sullivan się znają - i z miną zbitego szczeniaka ruszyła z chłopakiem przez hogwarckie korytarze w stronę ślizgońskiego dormitorium.


    Sorcha Tobin

    OdpowiedzUsuń
  60. [Hahaha, nie przewiduję takich rewelacji, ale kto wie, może mi się zmieni :D]
    Son Min-hee

    OdpowiedzUsuń
  61. Właściwie po podjęciu swojej decyzji, Jemma nie była jej do końca pewna, ale doszła do wniosku, że skoro zdecydowała, to nie ma już prawa się od tego wymigiwać. Zresztą w swoim życiu robiła tak wiele dogłębnie przemyślanych rzeczy, a tak niewiele tych spontanicznych, że od czasu do czasu potrzebowała zmian. Bolały ją nadgarstki od kajdan, które sama na siebie narzuciła i chciała uwolnić się od niego chociażby na chwilę. I kiedy to zrobiła, wcale nie czuła się źle, wręcz przeciwnie. Było to przyjemne uczucie, takie, do którego chciało się jak najszybciej wrócić, ponieważ sprawiało, że człowiek czuł, iż żyje naprawdę, a nie tylko na kartce papieru. Coś się zmieniało, coś nie było takie, jak zawsze. Wyrwała się z jakiejś swojej własnej rutyny, a fakt ten wywołał uśmiech na jej twarzy.
    Kiedy usłyszała o ognistej, na początku trochę się zmieszała. Simmons nigdy nie wzięła ani trochę tego napoju do ust, bo przecież zasady jasno mówiły, że nie wolno tego robić, a jeśli coś nie było dozwolone, Jemma nawet nie myślała o tym, aby to zrobić. Zresztą mając na uwadze jej szczęście w życiu, od razu zostałaby przyłapana przez jakiegoś nauczyciela i surowo za to ukarana. Dlatego na samym początku miała ochotę wybić chłopakowi z głowy ten irracjonalny pomysł, a potem wygłosić kazanie na temat tego, jak bardzo nie powinno się robić takich rzeczy. Jednak chwilę po tej myśli odezwał się w niej ten sam głos, który mówił do niej jeszcze w klasie. Jeżeli dzisiejszego dnia łamała większość swoich własnych zasad, dlaczego nie mogła zrobić tego z kolejną? Jeśli będzie miała przez to kłopoty, to trudno. Przynajmniej nie będzie żałowała, że nigdy nie spróbowała.
    – Zróbmy to teraz – odpowiedziała szeptem. Na początku nie docierało do niej, że te słowa są wypowiadane przez nią samą, ale potem przyswoiła do siebie ten fakt i nie miała już z tym żadnego problemu. – Nie ma co czekać – dodała po chwili, przyspieszając kroku, jakby bała się, że zaraz się rozmyśli. Prędko znalazła się w Wielkiej Sali, poszukując spojrzeniem jakiejś butelki ognistej, która mogłaby się gdzieś chować przed spojrzeniami nauczycieli. Nie ukryła się jednak przed spojrzeniem Jemmy, która zbliżyła się swobodnie do stolika i jednym sprawnym ruchem zabrała butelkę, którą schowała za sobą, a gdy tylko dołączył do niej Sullivan, podała mu ją i kazała schować za marynarką.

    Jemma Simmons

    OdpowiedzUsuń
  62. [Tak sobie czytam kartę Sullivana i myślę, że wątek dotyczący dawnego związku mógłby się udać. Oczywiście o ile jesteś chętna :D Myślę, że można jakąś wizję wspólnie sklecić i nawet fajny wątek mógłby się urodzić. xD]
    Lisa

    OdpowiedzUsuń
  63. [Określmy ich związek jako coś zakończonego. Biedaczka się zadurzyła w nim, byli przez jakiś czas w związku, a potem on zdradził ją/zranił (cokolwiek chcesz). Nadal nie pozbierała się po rozstaniu, jej kondycja psychiczna nie jest najlepsza. Sama nie wie jak ma się zachować w stosunku do swojego byłego. W sumie tyle zdążyłam wymyślić, masz jakieś pomysły?]
    Lisa

    OdpowiedzUsuń
  64. [Pasuje mi taki obrót spraw. Kto zaczyna? Przyznam się, że byłabym wdzięczna za zaczęcie...]
    Lisa

    OdpowiedzUsuń
  65. – No właśnie mam wrażenie, że coś kombinujesz. – Mruknął, gdy już przełknął czekoladową żabę. Odkąd chłopak nauczył się jak miał otwierać pudełko, by czekoladowy przysmak mu nie uciekał, to spożywanie go stało się o wiele bardziej przyjemniejsze. Silas nie był typem osoby, która objadała się słodyczami, przynajmniej już taki nie był. Dawniej potrafił jeść słodycze i jeść, ale jego zęby bardzo na tym cierpiały, na szczęście teraz mógł obejść się bez cukru dłużej niż pięć minut. Niestety zdarzały się momenty, których mógłby jeść bez przerwy i tera właśnie tak było.
    Silas spojrzał na brata, który rozłożył się wygodnie na siedzeniach. W jego umyśle zakwitła myśl, że gdyby pociąg nagle zahamował, to Sullivan z hukiem upadłby na ziemię. Mulciber jasno to sobie zobrazował i uśmiech sam wcisnął mu się na usta. Nie powiedział jednak bratu o co chodzi. W przedziale zapadła cisza. Najstarszy spojrzał przez okno i zaczął zjadać kolejną czekoladową żabę. Nawet nie zorientował się, kiedy zasnął. Takie nużące podróże zawsze go usypiały. Delikatne kołysanie działało na niego jak poruszanie kołyską na małe dziecko.
    Obudził się, gdy pociąg zahamował, a jego głowa uderzyła o szybę. Przetarł lekko opuchnięte i czerwone od kurzu oczy. Kurz źle na niego działał. Chłopak miał wrażenie, jakby w ogóle nie spał, a był aktywny przez całą noc. Ziewnął i spojrzał przez okno. Pociąg stał na peronie ukrytym w środku lasu. Spojrzał na śpiącego jeszcze brata. Chciał go zostawić ale...
    – Wstawaj – powiedział, szarpiąc Sullivana za ramię. Mógłby go też zrzucić z siedzeń, ale zanim o tym pomyślał, to było już po fakcie. Czasem żałował, że czasem się tak śpieszył ze wszystkim. Po tym, gdy zobaczył, że jego brat zaczyna się budzić, wyszedł z pomieszczenia i skierował się wzdłuż korytarza.
    Po opuszczeniu pociągu Silas od razu poczuł przyjemny sosnowy zapach. Było to przyjemną odskocznią od przepełnionego kurzem powietrza. Chłopak wątpił, że w pociągu ktoś w ogóle sprzątał. Nie miał jakiejś manii na punkcie czystości, ale lubił porządek, którego w środku transportu mu brakowało. Nim się spostrzegł Sullivan stał już u jego boku. Westchnął.
    – Miałem nadzieję, że cię zgubię – powiedział nieco rozżalony, chociaż w gdzieś tam w głębi zaczynał się cieszyć z tego, że spędzi z bratem trochę więcej czasu niż zazwyczaj.

    Silas

    OdpowiedzUsuń
  66. Co ona tutaj robiła? Sama się zastanawiała. Nie wiedziała jakim cudem jej znajomym udało się wyciągnąć ją na imprezę do Hogsmeade, na które zwykle nie chadzała. Nie lubiła tłumu, szczególnie upitego tłumu, który wrzeszczał w niebogłosy. W zasadzie teraz pod koniec zostało niewielu, niektórzy już dawno się ewakuowali. Ona obiecała dziewczynom, że wrócą razem, poza tym wypiła za dużo ognistej. Nie upiła się kompletnie, była raczej zamroczona i pozbawiona trzeźwego spojrzenia na świat. Miała mocną głowę do alkoholu, ale pić nie lubiła – być może wynikało to z faktu, że smak i zapach wielu napoi alkoholowych drażnił ją.
    A może potrzebowała odrobiny rozrywki? Wiele negatywnych wydarzeń skumulowało się w ostatnim czasie, a ona nie znosiła tego najlepiej. Presja ze strony rodziców, zerwanie z chłopakiem i kilka pomniejszych rzeczy powodowało spadek dobrego samopoczucia. Zbliżał się koniec siódmej klasy, a ona z ulgą dochodziła do wniosku, że czas najwyższy uciec z tego przybytku. Nigdy nie żywiła specjalnych uczuć do Hogwartu, traktowała to miejsce jako szkołę, obowiązek. Przebywała tu przez prawie siedem lat, lecz czerpała z tego niewielką przyjemność.
    Wyszła na zewnątrz, aby zapalić. Dawno przestała się kryć ze swoim nałogiem, a często można było wyczuć od niej zapach tytoniu, ponieważ zapominała o użyciu perfum. Papierosy koiły jej nerwy, dlatego ostatnimi czasy spaliła ich stanowczo za dużo. Mocno odbijało się to na budżecie, płucach pewnie też. Ostatecznie zamiast jednej fajki spaliła trzy. Postanowiła wracać do środka i ponaglić przyjaciółki, aby wróciły do zamku.
    Przed wejściem zobaczyła jego. Spojrzała mu prosto w oczy, ale nie bolało tak bardzo jak kiedyś. Wręcz miała to… gdzieś. Nienawiść do Sullivana Mulcibera zmalała radykalnie ostatnimi czasy. Był chamem, to fakt. A ona była głupia i zamroczona. Nie dość, że zdradził ją z jej koleżanką, to jeszcze nic sobie z tego nie robił. Popełniła błąd wiążąc się z takim typem, ale miłość nie wybiera. Czasu cofnąć nie mogła.
    - Cześć. – mruknęła, próbując wyminąć chłopaka.
    Lisa

    OdpowiedzUsuń
  67. To było dobre pytanie, które Jemma sama sobie zadawała, ale gdzieś daleko poza głosem, który wyraźnie mówił, że to wcale nie jest aż takie złe, jak jej się wydawało przez całe życie. Mówił, że miała do tego pełne prawo po tylu latach powstrzymywania się przed niektórymi rzeczami. Nie przypominała sobie, aby wcześniej łamała regulamin. Każdy jego punkt znała na pamięć i na co dzień nigdy nie robiła nic, co byłoby wbrew zasadom, które panowały w Hogwarcie. Nigdy wcześniej nie zaznała tego uczucia, a gdy teraz robiła to po raz pierwszy, nie odczuwała żadnych wyrzutów sumienia. Przecież nie robiła nikomu krzywdy. Nikt na tym nie cierpiał, a więc… to wcale nie było takie złe.
    – Nie zadawaj takich pytań, bo ja sama nie wiem – parsknęła śmiechem, chcąc jak najszybciej opuścić Wielką Salę. Była pewna, że jeżeli spędzą tutaj jeszcze chwilę dłużej, to zaraz ktoś ich przyłapie, a tego chciała uniknąć. Musiała wziąć wdech, bo chociaż niewielka dawka adrenaliny buzowała w jej żyłach, to jeszcze nie na tyle, aby mogła zignorować to zagrożenie.
    Kiwnęła głową na jego następne słowa, w pełni się z nim zgadzała, dlatego bez zbędnego komentarza, ruszyła razem z nim ku wyjściu z pomieszczenia. Gdy znaleźli się poza nim, od razu poczuła się lepiej. Stała się spokojniejsza. Wątpiła, aby przy takiej uroczystości ktokolwiek z nauczycieli wędrował sobie po korytarzach, a co do uczniów, nie trzeba było się bać. No chyba, że Jemma miałaby takiego okropnego pecha, że spotkałaby jakąś osobę, która nie odczuwała w stosunku do niej jakiejkolwiek sympatii. Starała się jednak nie myśleć w takich kategoriach.
    – Nie, nigdy nie miałam tej przyjemności – odparła, rozglądając się po ścianach zamku. – Ale bardzo chętnie się tam udam, jeśli wiesz coś na ten temat. Bo naprawdę przydałoby się nam jakieś miejsce, gdzie moglibyśmy… – nie dokończyła. Myśli wyprzedziły słowa i gdy akurat przechodzili obok właściwego miejsca, coś na ścianie poruszyło się, a ich oczom ukazały się drzwi. Jemma spojrzała zaskoczona na Sullivana. – Cóż, wygląda na to, że przez przypadek sama znalazłam ten pokój – zaśmiała się, po czym podeszła do drzwi i uchyliła je lekko, wsuwając się do środka.
    Pomieszczenie nie wyglądało wyjątkowo. Gołe ściany, zwykłe okna, jakby to była kolejna sala lekcyjna w szkole, chociaż nie znajdowały się w niej ławki. Zamiast tego na samym środku znajdowało się kilkanaście poduszek, ułożonych na sporym kawałku miękkiego materiału, a także koce. Jemma była lekko zaskoczona tym widokiem. To musiał być Pokój Życzeń, a ona właśnie po raz pierwszy się w nim znalazła. Posłała chłopakowi delikatny uśmiech, po czym podeszła do obozowiska.
    – W sumie to przeniosłabym to pod ścianę, co o tym sądzisz? – spojrzała na niego, zastanawiając się nad tą kwestią. – Powinno być lepiej, tak myślę.

    Jemma Simmons

    OdpowiedzUsuń
  68. Jęk brata nie wywołał na niej żadnego wrażenia, więc w dalszym ciągu okładała go poduszką po twarzy, którą zaczął w końcu osłaniać. Przez głowę dziewczyny przeszła myśl, by zamienić swoją broń na coś innego, ewentualnie użyć własnych pięści lub różdżki. Poduszka, zdaniem Solene, była zbyt miękka, ale w szale w jakim się znalazła myślenie nie przychodziło łatwo. Dlatego właśnie przez to zastanawianie i ogólny brak siły przedmiot, który ściskała w rękach nagle został wyrwany. Ujrzała stanowczy wzrok Sullivana i może zlękłaby się go trochę, gdyby nie krążące po jego twarzy zdezorientowanie. Na nadgarstkach blondynki zacisnęły się dwie obce dłonie, w pewnym momencie wręcz miażdżąc kości dziewczyny. Mulciber lekko skrzywiła się z bólu, ale nie trwało to długo, ponieważ słowa brata wezbrały w niej kolejną falę żalu i wyrzutów jako bezczynności i obojętności. – Już nie udawaj takiego niewiniątka, Sully. Nigdy nim nie byłeś, nie jesteś i nie będziesz – warknęła wściekła, mierząc się ze wzrokiem Ślizgona. Wciąż mówiła do niego w zdrobnieniu, bo w dalszym ciągu kochała go bezgranicznie i nawet taka sytuacja nie mogła przekreślić siostrzanej miłości, którą go darzyła. Była jedynie niesamowicie zdenerwowana, co spowodowało jej nagły atak złości, a w tej mogła zrobić wiele głupich rzeczy. Szarpnęła mocno ramionami, chcąc wyswobodzić się z uścisku, ale nie mogła porównywać swojej siły do tej należącej do Sullivana. – Co ci mam wytłumaczyć? Sam powinieneś najlepiej wiedzieć, bo to w końcu ty masz najlepszy kontakt z Ignisem – wciąż szamotała się przed Mulciberem z zamiarem wyrwania się bratu, ale nic nie skutkowało. Pchnęła nim po raz drugi tego dnia, dzięki temu uzyskała podobny efekt, co poprzednio. Jedyną różnicą był fakt, że zleciała z łóżka razem ze Ślizgonem. Przy upadku jęknęła, chociaż to nie ona wylądowała jako pierwsza na podłodze, to jednak dostała łokciem w żebra. Chwilowa dezorientacja chłopaka pozwoliła Solene na wyrwanie nadgarstka z potrzasku, a już sekundę potem ta sama ręka uderzyła w tors blondyna. – Pieprzeni przyjaciele. Jesteście identyczni, rozumiesz? – krzyknęła z lekko załzawionymi oczami. Przełknęła głośno ślinę, chcąc zniwelować uczucie narastającej guli w gardle, która łatwo wywoływała płacz. Szarpnęła trzymaną ręką ponownie, dalej usiłując znowu być wolną i niezależną. – Puść mnie, kłamco!

    siostrzyczka

    OdpowiedzUsuń
  69. Przewrócił oczyma słysząc oskarżycielski głos przyjaciela. Wzruszył ramionami nie bardzo wiedząc co odpowiedzieć. Sol była wspaniałą osobą i nie do końca zdawał sobie sprawę z tego jak dużo stracił. W jakimś stopniu zaczynało mu brakować jej wesołego, zaraźliwego śmiechu, cudownie pachnących blond włosów a szczególnie tego wyjątkowego wzroku, który miał w sobie coś, co Krukonka przeznaczała wyłącznie dla niego. Solene potrafiła sprawić, że szybciej biło mu serce i szczerze mówiąc ogromną trudnością dla niego było wytłumaczenie tego zjawiska.
    Kiedy Sullivan odmówił mu dzisiejszego spotkania miał zamiar zaszantażować go, albo wprawić w ruch swoją manipulację, ale przypomniał sobie, że kiedyś obiecał, że nigdy nie będzie stosował jakichkolwiek trików na nim. To zdarzenie zapoczątkowało ich długoletnią przyjaźń i Ignis pamięta je doskonale. Powstrzymał się przed westchnięciem i jedynie skinął głową.
    Spieszę się, do wieczora. - rzucił nie patrząc nawet na najmłodszego z Mulciberów i odszedł w swoją stronę.
    Cały dzień sprzeczne myśli kłębiły mu się w głowie. Kiedy usiadł obok Sullivana na kolacji ten nie miał zbytniej ochoty zamienić z nim chociaż słowa. Ignis udawał przed resztą kolegów, że wszystko jest w jak najlepszym porządku, tylko że jego przyjaciel stroi jakieś fochy, ot taka nowa zabawa. W myślach jednak zdał sobie sprawę, że Sull mówił poważnie. Dlaczego tak mu zależy na tym, żeby przemyślał to co zrobił. Przecież i tak nie może wrócić do tego co było. Z wielkim podkreśleniem nie może, bo to czego chce nie jest w tej kwestii istotne.
    Wieczorem stał w cieniu na dziedzińcu paląc fajkę i mysląc nad strategią dotyczącą odzyskania przyjaciela. Nie miał lepszego pomysłu niż przystanie na jego ultimatum. Znał Sullivana na tyle dobrze, że wiedział, iż chłopak nie odpuści.
    Rzucił papierosa na ziemię i ruszył szybkim krokiem w stronę Pokoju Wspólnego Ślizgonów. Zignorował głośne wołanie któregoś z prefektów gdzieś za jego plecami. Chyba jeszcze nie słyszał, że on nigdy ich nie słucha.
    Sullivan nie siedział w ich stałym miejscu spotkań. Ignis zdenerwował się, ale nie miał zamiaru rezygnować z przyjaciela. Podszedł do kolegów z którymi siedział Ślizgon i zawołał go na stronę uśmiechając się tak jak zwykle.

    Ignis

    OdpowiedzUsuń
  70. Gdyby ktoś zapytał Milliesant, dlaczego jeszcze spędza czas z Sullivanem i jego bandą, Ślizgonka nie potrafiłaby odpowiedzieć. Jako stworzenie stadne dawno już odnalazła swoją klikę, z którą spędzała większość czasu i w której czuła się dobrze; miała przyjaciół bliższych i dalszych, ale własnych, nie czuła wewnętrznej potrzeby szukania nowych. Z tym zawsze wiązał się problem zaufania, a tym nigdy nie szastała na prawo i lewo, z wyjątkową starannością selekcjonując ludzi, których nim obdarzała. Jak to się więc stało, że od czasu do czasu zaczęła pokazywać się w towarzystwie Mulcibera? Przypadkiem. Raz, drugi i piąty wybrała się ze swoją amerykańską przyjaciółką na kremowe piwo do Hogsmeade, pech chciał, że wolne miejsca były wyłącznie przy jego stoliku. Rezolutna i śliczna Kailee nie miała najmniejszego problemu z wkręceniem się w towarzystwo, wiedząc dokładnie, czym przypodobać się samozwańczemu liderowi. Na szczęście czy nieszczęście Milliesant, dla panny Sheehy przygoda była ledwie chwilowa ― obdarzywszy Sullivana umiarkowanym zainteresowaniem, zaspokajającym jego męskie ego, mogła spokojnie przemierzać szkolne korytarze, niepotrzebnie nie niepokojona ― dla Lloyd już mniej. Nie zamierzała wdzięczyć się i prężyć przed Ślizgonem, co najwyraźniej znacznie godziło w nastoletnią dumę chłopaka. Mniej więcej od tamtej pory, czy chciała czy też nie, była skazana na względnie regularne zaczepki z jego strony. Zważywszy na fakt, że dzielili w szkole dom, a co za tym szło ― także i Pokój Wspólny, unikanie go było niemalże niemożliwe. Czy jej to przeszkadzało? Nie była pewna. Upór, z jakim Sullivan próbował ją poderwać, bawił ją w równym stopniu, co potrafił irytować. Byłaby może nawet mu wreszcie uległa ― bo przecież nie mogła zaprzeczyć, że twarz miał całkiem przystojną ― gdyby tylko odrobinę lepiej zadbał o to, aby jego niewątpliwie zła sława go nie wyprzedzała. Nie raz już przecież oglądała zapłakane oblicza porzuconych dziewcząt, także w jej dormitorium plotkowało się o tym, z kim ostatnio był widziany ten z braci Mulciber. Zbyt często wzdychała bezgłośnie ponad głowami zrozpaczonych współlokatorek, jedynie siłą dobrego wychowania powstrzymując się od wypowiedzenia znudzonego „a nie mówiłam” po raz trzeci w tym samym pokoju, aby teraz pozwoliła się wciągnąć w poczet wykorzystanych okazji starszego Ślizgona. Mogła zagrać w jego grę, droczyć się i drażnić, w gorsze dni nawet wyładowywać na nim złość (czego nie powinien mieć jej przecież za złe; przy jego egoistycznych zapędach zakrawałoby to wręcz na hipokryzję, prawda?), ale głowę miała na karku i nie zamierzała mu ulegać. Liczyła, że kiedyś wreszcie się znudzi i pogodzi z myślą, że nie zawsze dostanie od życia to, czego pragnie na złotej tacy. Chciała mu to udowodnić.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. ― Potrzebuję... drobnej przysługi ― odparła, rozsiadając się wygodniej w fotelu, lecz nie zdołała powstrzymać cienia grymasu, jaki wkradł się na jej twarz, gdy wypowiadała ostatnie słowo. Nie lubiła prosić innych o przysługi, bo zazwyczaj wiązało się to z koniecznością odwdzięczenia się za nie, a forma zwrotnej uprzejmości nigdy nie była dość jasna, dopóki się o nią nie poprosiło. Milliesant nie lubiła podobnych nieścisłości. A szczególnie niebezpieczne były one w kontaktach ze Ślizgonami, z tym konkretnym Ślizgonem. ― W Zakazanym Lesie rośnie pewna roślina, której potrzebuję. Sęk w tym, że jest już dość późno, a o tej porze nie jest tam bezpiecznie, szczególnie w pojedynkę. Przydałby mi się ktoś, kto byłby moimi oczami, gdy będę zajęta. Ktoś zdolny. Dlatego od razu pomyślałam o tobie ― skłamała gładko ― ale skoro twoje umiejętności są tylko dobre i najwyraźniej nie masz ochoty na krótki spacer w miłym towarzystwie... ― mruknęła, znacząco zawieszając głos. Niby to obojętnie wzruszyła ramionami, po czym wsparta na podłokietnikach mebla, dźwignęła się ciężko, stając wyprostowana przed starszym chłopakiem. ― Poszukam innego chętnego. Nie wiesz może, czy Alan wybierał się do Hogsmeade? ― Uśmiechnęła się niewinnie. Nie miała pojęcia, czy obrała odpowiednią taktykę; nie znała Sullivana wystarczająco dobrze, by wiedzieć, co skłoniłoby go do niekoniecznie bezpiecznej wyprawy przy świetle księżyca. Ale innej alternatywy nie posiadała. Albo on, albo samotna wycieczka do ciemnego, pełnego nie zawsze przyjaznych stworzeń lasu. Pozostało jej jedynie modlić się w duchu, by połknął haczyk, a nadepnięcie mu na odcisk sprowokowało go do działania.

      [Dlaczego? To bardzo przyzwoita długość! ;D]

      Milliesant

      Usuń
  71. [Kiedy mogę liczyć na odpis?]
    Lisa Farewell

    OdpowiedzUsuń
  72. [Hej! Dość długo mnie nie było. Wciąż jesteś zainteresowana wątkiem? ;)]

    Aida

    OdpowiedzUsuń
  73. [Tak, nadal jestem chętna.]
    Lisa

    OdpowiedzUsuń