15 sierpnia 2016

I’m sorry you make me so crazy.


Han Hyun
szósty rok w Ravenclawie | ścigający
12 cali | wiśnia | włos jednorożca
piętnasty sierpnia – 19 lat

Myśląc o Tobie nie szczędziłem języka, nie przebierając w słowach rzucałem w Twoją stronę wszystkie swoje żale. Nawet nie zastanawiając się nad tym, co mogłoby się stać, gdyby którekolwiek z moich pragnień spełniłoby się. Co noc wyrzucając ze swojej głowy Twój obraz i tak miałem nadzieję, że może jeszcze kiedyś wszystko się ułoży. Dzisiaj… Nie mogę spojrzeć w lustro nie czując przy tym wyrzutów sumienia, w końcu były takie momenty, w których życzyłem Ci wszystkiego najgorszego. Gdybym tylko wtedy wiedział, zastanowiłbym się sto razy nim cokolwiek bym powiedział. A teraz? Jest już za późno. Pewnie nigdy nie powiem tego na głos, ale to wszystko i tak jest Twoją winą, Seo. Gdybyś tylko powiedział mi prawdę… Nie mówiłbym o Tobie w ten sposób, nie nienawidziłbym Cię, cały czas, mimo wszystko byłbym obok, ale Ty nie dałeś mi szansy. Wykreśliłeś mnie ze swojego życia, nie dając mi nawet możliwości wykazania się… a później miałeś pretensje. Do ostatniej chwili traktowałeś mnie jak zabawkę, a ja głupi wierzyłem, że to rzeczywiście może być miłość. Znając jednak całą prawdę, pomimo żalu cieszę się, że właśnie tak się stało. Jestem świadomy, jakiego to czyni ze mnie człowieka. Tak, możesz mnie śmiało nazwać potworem… ale ja już nie umiem nic z tym zrobić, Seo. W tym momencie, jestem najszczęśliwszym człowiekiem na świecie, ale jednocześnie nienawidzę siebie, a wszystko to jest Twoją zasługą…


Próbujemy przywrócić tego pana do żywych, dlatego też ponownie pojawiamy się na głównej. Zwyczajem kultury Azjatyckiej w pierwszej kolejności podaje się nazwisko. Hyun jest Koreańczykiem, dokładnie pierwszego września minie rok, jak uczy się w Hogwarcie. Niedługo pojawi się opowiadanie wyjaśniające kilka spraw z życia tego pana. Tym czasm tutaj, znajdziecie jego poprzednią kartę. Ta obecna będzie zmieniana z biegiem czasu. czekoladowamasa@gmail.com

120 komentarzy:

  1. [Chciałam nabrudzić tutaj zaczęciem, ale jeszcze go nie mam, ale napiszę tylko, że biorę go <3]

    OdpowiedzUsuń
  2. [Cześć :) Czekam z opublikowaniem karty na komentarze u Ciebie, ale skoro się nie pojawiają to może zapytam. Czy nie miałabyś nic przeciwko, żebym już opublikowała kartę? Oczywiście w zamian proponuję wątek ;) ]
    Julia Jones

    OdpowiedzUsuń
  3. [ojaaa, kocham go <3 dawaj go do żywych, pączuszku!]

    OdpowiedzUsuń
  4. [ Jasne, że nadal jestem chętna na wątek. Masz może jakiś pomysł na relację między nimi czy będą po prostu znajomymi z drużyny, bez niczego głębszego. Bo jak dla mnie mogą być przyjaciółmi, mogą się nie dogadywać (chociaż moim zdaniem prowadzenie takich wątków jest trochę bez sensu, bo jak się ludzie nie lubią to się raczej unikają), mogą być znajomymi, którzy tylko czasem mają momenty, kiedy spędzają czas razem, a czasem nawet się przed sobą otwierają. W sumie jestem otwarta na pomysły, bo fajnie by było zacząć od czegoś konkretnego :) ]

    Julia Jones

    OdpowiedzUsuń
  5. [ Odpisałam na maila :) ]

    Julia Jones

    OdpowiedzUsuń
  6. [Oj, napisałabym coś, napisała. Pomysły mnie nie lubią. Ja z tych zaczynających raczej jestem. Kusi jednak stworzenie czegoś wspólnie, więc pogłówkujmy. Zróbmy im jakiś dramat, z którego się nie otrząsną. To by było na tyle w kwestiach błyskotliwości, wybacz.]
    Francis

    OdpowiedzUsuń
  7. Od tygodni wiedziała, że coś nie gra. Pewnego razu jej jasnoszara sowa wróciła bez odpowiedzi, a sowa Hyuna nie przyleciała żadnego kolejnego dnia. Długie godziny poświęciła na zastanawianie się nad tym, co napisała w ostatnim liście, ale nie znalazła w swojej pamięci żadnej wskazówki, która powiedziałaby jej, że to ona sprawiła, że kolega nie chce z nią rozmawiać. W międzyczasie wysłała do niego jeszcze dwa listy. Przez wiele dni martwiła się, pytała znajomych, nikt nie wiedział nic konkretnego. Niektórzy powiedzieli, że dostają od niego tylko bardzo krótkie, wymijające odpowiedzi. Czuła się strasznie. Było jej smutno i przykro, bo myślała, że bardziej jej ufa. Że ufa jej na tyle, aby chcieć z nią rozmawiać nawet wtedy, gdy coś jest nie tak. Pod koniec wakacji, kiedy myślała o Hyunie, jedyne co czuła to żal.
    Później nadszedł wrzesień. Nie spotkała go ani na stacji King's Cross ani przez większość podróży pociągiem. Nawet o nim nie myślała. Zdążyła lekko zapomnieć. Może jakiś mechanizm obronny kazał jej zapomnieć. Aż do chwili, gdy wpadła na niego na korytarzu. Wszystkie złe uczucia minęły na chwilę. Uśmiechnęła się promiennie i przywitała. Ale on nawet się nie zatrzymał. Nic nie powiedział. Minął ją, jakby jej nie widział. Łza pojawiła się w jej oku, kiedy patrzyła na jego oddalającą się sylwetkę.
    Najgorsza w tym wszystkim była ta okropna niewiedza. Gdyby przynajmniej wiedziała o co chodzi. Gdyby ktoś mógł jej z całą pewnością powiedzieć, że to nie jest jej wina, że nie ma na to wpływu i powinna odpuścić. Odpuściła sama, ale nadal nie wiedząc nic.

    Kilka treningów obyło się bez spięć. Hyun nadal nie zwracał na nią uwagi, za to nagle zaczął zauważać wszystkie niedociągnięcia i problemy w drużynie, nawet takie, które nie istniały. Ostatni trening przed meczem był świetny. Robili bardzo niewiele pomyłek, kapitan był dumny. Nikt nie miał się do czego przyczepić. Poza Hyunem, który na pożegnanie rzucił komentarzem, że jak tak będziemy grać w meczu ze Ślizgonami to o wygranej możemy zapomnieć. Vinay obiecał, że z nim porozmawia, ale wieczorem oznajmił Julii, że po prostu się nie da.
    Sam mecz przebiegał w nerwowej atmosferze. Drużyna nie czuła się zgrana, nikt nie mógł poczuć, że innym zależy. Hyun ciągle rzucał niepotrzebne komentarze. Julia starała się o tym nie myśleć, grać najlepiej jak potrafi, ale Krukoni ciągle przegrywali. W końcu Vinay zarządził przerwę.
    – Gdybyście po prostu grali, a nie tańcowali na miotłach to już byśmy dawno wygrali – warknął stojący obok Julii Hyun, po tym jak kapitan powiedział kilka zdań, aby zmotywować drużynę. Tego już było za wiele.
    „Czy ten kretyn nie widzi, że to przez niego wszystko się sypie?” – pomyślała, spojrzała ze zrezygnowaną miną na Vinaya, zacisnęła zęby i odleciała w stronę pętli. Zimne powietrze trochę ją uspokoiło. Nie mogła uwierzyć, że pogodny i zawsze wspierający członek drużyny, teraz tak się zmienił. To już nawet nie chodziło o nią. Chodziło chyba o wszystko.
    Mecz szybko się skończył. Krukoni oczywiście przegrali i atmosfera w grupie nigdy nie była gorsza. Julia szybko się przebrała. Chciała jak najszybciej uciec z szatni, nie musieć słuchać dalszych uwag. W zamku od razu poszła do łazienki i wzięła długą kąpiel. Zupełnie się uspokoiła, przemyślała cały mecz, uznała, że dała z siebie tyle ile potrafiła, wiedziała, co ewentualnie naprawić na przyszłość. Chciała już tylko pójść spać.
    Pech chciał, że w drzwiach do Pokoju Wspólnego Krukonów wpadła na Hyuna. I to dosłownie wpadła, bo gdyby chłopak nie przytrzymał jej za ramię, z pewnością już leżałaby na ziemi.
    – Przepraszam – powiedziała cicho, patrząc mu w oczy. Nie była w stanie się odsunąć. Przypomniało jej się wszystko co czuła w minione wakacje. Ale także przed nimi.

    OdpowiedzUsuń
  8. [Hej! Wracam tu i tam to znowu mnie tutaj przywiało :D]

    Adam

    OdpowiedzUsuń
  9. [Śliczna, nowa karta :D I jeszcze... opowiadanie? Jakie opowiadanie? Jaaak fajnie, zdecydowanie za mało opowiadań się pojawia. Aigoo... Ale sama nie jestem lepsza, więc już nie narzekam, bo ze mnie wstrętny, mały leniuch, który nie może się zebrać do żadnej notki ^^' ]

    — Pergamin i pióra, powiadasz — zaczęła otwierając pierwszą szufladę biurka. — No tak, jak zwykle wybyły mi gdzieś wszystkie kartki, może jeszcze gdzieś są — mruknęła trochę do siebie, a trochę do Hyuna. Otworzyła kilka kolejnych szuflad, a w końcu zajrzała do tej umieszczonej z drugiej strony, wyciągając tryumfalnie dwa kawałki czystego pergaminu. — Jest — oznajmiła dumnym głosem. Na szczęście pióro i atrament znajdowały się na wierzchu. — Co powiesz na:
    Omma, Appa,
    z dumą muszę was powiadomić, że Hyun dostał się do konkursu skierowanego wyłącznie dla najlepszych uczniów w kategorii zaklęć. Naprawdę bardzo chcielibyśmy wziąć udział w tegorocznym spotkaniu rodzinnym, ale nieszczęśliwie czas obu wydarzeń jest identyczny, a ja, z racji możliwości obiektywnej oceny naszych podopiecznych, a także sporych umiejętności w rzucaniu uroków zostałam członkiem komitetu organizacyjnego. Niemożliwe jest, bym opuściła tak ważne wydarzenie w dniu, w którym się odbywa.
    Jestem przekonana, że będziecie świetnie się bawić bez naszego udziału w rodzinnej uroczystości.
    Kocham Was,
    Chaerin

    — Chyba, tak mniej więcej, o to by nam chodziło. Teraz twoja kolej — podała mu pergamin i pióro.
    — Och, mam wrażenie, że taki uczeń, który łamie regulamin, byłby ostatnim, który by naskarżył na nauczyciela, używającego magii w samoobronie. Nie chciałby, żeby profesor powiedział innym, co próbował zrobić. Sprawa pewnie zostałaby między nami — mrugnęła. Rzeczywiście, Chaerin nie skrzywdziłaby z rozmysłem nawet przysłowiowej muchy, ale danie nieszkodliwej w skutkach nauczki przemądrzałym studentom Hogwartu uważała za pewien rodzaj konieczności w sytuacjach kryzysowych. Mimo, że oczywiście, odczuwała przed tym wewnętrzny opór i miała nadzieję, że sytuacja, w której musiałaby zastosować takie metody, nigdy nie zajdzie.
    — Oczywiście, że zdasz — powiedziała pewnym tonem. Wierzyła w umiejętności Hyuna i w to, że jeżeli się naprawdę przyłoży, pokona wszelkie trudności. Nie tylko ze względu na powierzone jej tajemnice, przejmowała się losem chłopaka i traktowała jak kogoś w rodzaju młodszego brata, inteligentnego, ale leniwego w sprawach wymagających otworzenia książki. Wiedziała jednak, że ostatnio zależy mu na skończeniu Hogwartu, a talentu do osiągnięcia celu z pewnością mu nie brakowało. — Kto, jak nie ty — mrugnęła.
    — Oczywiście, że by chciała. Przyda im się każdy, kto jest solidny i wykazuje talent w lataniu na miotle. Nie chodzi nawet o to, co robiłeś w przeszłości. Nikt nie jest kryształowy, a już zwłaszcza gracze quidditcha. Cała magia braku poważnych plotek polega na pieniądzach wydawanych w celu przekupienia zbyt wścibskich reporterów. Tak więc, głowa do góry i… hwaiting. Goń za marzeniami i nie przejmuj się, co myślą o tym inni — takiego pokazu entuzjazmu nie wykonała już dawno, ale młodość jest przecież od tego by próbować swoich sił w różnych dziedzinach i nie chciała by Hyun stracił swoją szansę. — Nawet jeżeli to trudne — westchnęła. — Ale pamiętaj, że cokolwiek by się potem działo, ja w ciebie wierzę — uśmiechnęła się.

    Park Chaerin

    OdpowiedzUsuń
  10. Próbuje znaleźć odpowiednie słowa, ale z przerażeniem odkrywa, że takie nie istnieją. Wpada w panikę. Gdzie ma znaleźć odpowiedzi na postawione przed nim pytania? Skąd wziąć objaśnienia spraw, z którymi styka się po raz pierwszy w życiu? Jego bezradność przypomina olbrzymi ciężar, który zmusza go do chodzenia na czworakach w świecie dwunożnych istot. Hyun jest mu bliski i Vincent chciałby wymknąć się z kokonu własnego zagubienia, aczkolwiek nie umie pozbyć się poczucia, że pełznie za przyjacielem poruszającym się na dwóch nogach.
    Boisz się, boisz,dudni mu w czaszce, jakby przystawiono mu do ucha nagranie składające się z zaledwie trzech słów. Jest boisz, jest się, znowu boisz i nic więcej, bo czego stało się pięcioma literami, które zawsze sprowadzają zgubę. Odrywa c od z, gniecie e, depcze g, o rozdziera na strzępy. Gdyby skonfrontował się ze źródłem swojego strachu, stałby się jeszcze mniejszy i jeszcze bardziej drżący, kto wie, może skurczyłby się do rozmiaru ziarna grochu i zniknął pośród innych ludzi-ziaren.
    — Ja — zaczyna, ale nie kończy. Nie kończy dlatego, że przy ich stoliku materializuje się kelner, stawiając przed Vincentem prawdopodobnie coś na kształt wyrobu alkoholowego.
    Jak zwykle nie reaguje w sposób, w jaki powinien zareagować. Najpierw patrzy na Hyuna, licząc, że pomoże mu uporać się mężczyzną o czerwonych włosach, aliści Hyun milczy. Niepewnie podnosi wzrok na poplamioną koszulę i wpatrując się w jedną z rozległych plam, próbuje powiedzieć, że niczego nie zamawiał. Mruczy coś pod nosem, aż w końcu kelner — wygląda na kogoś, kogo zdołał pocałować dementor — stawia sprawę jasno:
    — To na koszt tego pana po lewej.
    I znika. Vincent zerka we wskazanym kierunku, niemal natychmiastowo dostając sekundowego zawału serca. Przejęty na tyle, by zlekceważyć własną strefę komfortu, obiema dłońmi chwyta rękę przyjaciela. Czuć w jego ruchu wielkie poruszenie — w pewnym sensie wołanie o pomoc.
    — On, on, o mój boże — plącze się i ledwo łapie oddech. — Co on tutaj robi? Schowaj mnie! — Przydałby mu się jakiś środek na uspokojenie. — To kapitan ślizgońskiej drużyny! Boję się! Znaczy boję i nie, znaczy, boże, co mam robić? Ta impreza jest za godzinę, Hyun. Sądzisz, że Viggo po mnie przyszedł? A co jeżeli do nas podejdzie? Boże, o mój boże!

    OdpowiedzUsuń
  11. [Cześć czekoladko <3 Nie wiem co tam u Hyuna ciekawego ostatnio, ale jeśli chcesz możemy jeszcze dokończyć jakoś tamten wątek albo uznać, że nastąpiło lekkie ocieplenie relacji na linii Ethel-Hyun. Możemy też pokombinować nad czymś zupełnie nowym, w wolnej chwili dawaj może na maila albo na gg to coś wymyślimy :>]

    OdpowiedzUsuń
  12. Nieunikniony gwizdek sędziego jasno zasygnalizował zakończenie meczu między Krukonami a Gryfonami, który swoją drogą nie zwiastował okrzyków radości i wieczornego świętowania zwycięstwa tych pierwszych. Co więcej jego wynik popsuł całkowicie humor Faradyne’a, o czym wyraźnie świadczyły mocno zaciśnięte ze sobą zęby, który po wylądowaniu na twardym podłożu skierował się wprost do szatni, nie oglądając się za siebie, by wzrokiem odnaleźć zawiedzione lub wściekłe miny kolegów z drużyny. Szczerze powiedziawszy Deucent nie był w nastroju do tego, aby z kimkolwiek dyskutować o przebiegu meczu, bo i cała przyjemność czerpana z rozgrywki uleciała z niego całkowicie. Nie w tym momencie – nie zdążył bowiem jeszcze należycie ochłonąć. Smak porażki wprawił go w najwyższy z możliwych stan irytacji i nikomu w związku z tym nie zalecało się do niego zbliżać. Fakty pozostawały takie, że Faradyne’owi prezentował się powierzchownie jako osoba, którą nic nie interesuje, ba!, której na niczym i na nikim nie zależy. Nie było to w rzeczywistości prawdą, ale Deuce nie zamierzał zrywać ze starannie utkaną siecią nieodpowiedzeń czy też legendarnych wręcz wierzeń szkolnej społeczności na przestrzeni minionych lat, gdyż on sam nie dbał szczególnie o czyjeś opinie, pouczenia zaś kierowane w jego stronę zbywał lekceważącym spojrzeniem. Faradyne znany był z prowokacyjnego zachowania, dwuznacznych słów czy podrywania nauczycieli, co spotkało między innymi Winrose’a. Odjętymi w związku z tym punktami Krukonom zbytnio się nie przejmował, a nawet jeśli – to skutecznie to maskował ironicznym uśmiechem. Wciąż jednak pozostawało to pajęczyną pozorów na podstawie, której nie sposób dawał się tak naprawdę poznać.
    W pierwszej kolejności, kiedy tylko znalazł się w szatni, rzucił miotłę na bok, nie bacząc szczególnie na wiążące się z tym faktem, pozornie opcjonalne konsekwencje. W środku Deucenta Faradyne’a aż się gotowało i planował czym prędzej zrzucić z siebie strój sportowy do Quidditcha. Na pierwszy ogień poszła niebieska szata z herbem domu Roweny Ravenclaw, potem ochraniacze na ramiona. Kiedy szatnia zaczęła się zapełniać i od ścian odbijały się dźwięki pierwszych rozmów, choć poprawniej – niechętnych pomruków, Deucent wówczas usiadł na drewnianej ławie, na której zajął się ściągnięciem ochraniaczy z nóg, które rozpiął całkiem szybko, wykazując się brakiem jakiejkolwiek cierpliwości w tej materii. Zapewne gdyby zrobił to prędzej lub od razu skierował się do zamku, zostając w stroju krukońskiej drużyny nie wbiłby nieprzychylnego spojrzenia w skośnookiego kolegę z drużyny. Gracza na tej samej pozycji, automatycznego rywala Deuce’a i zarazem jedynej osoby, której on sam nie znosił. Widok tego młotka podniosło mu ciśnienie do tego stopnia, że rzucił obok siebie ochraniacze na nogi tuż obok tych na ramiona, które w trakcie gry miały chronić kończyny. Niemniej jednak to z jego powodu – wykluczając inne czynniki na czele z porywistym wiatrem – stracili punkty niezbędne do osiągnięcia ostatecznego zwycięstwa. Wystarczył tylko wyraz jego twarzy i jakieś rzucone na odwal słowa skierowane do kapitana drużyny Krukonów.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Pewny siebie i przekonany o własnej zajebistości Deuce nie był żadnym poszukującym sprawiedliwości, wypełnionym rozgoryczeniem osobnikiem. Hyun wyzwalał w nim agresję w pełni tego słowa znaczeniu i działał mu na nerwy, tak jakby połączyła ich nienawiść od pierwszego wejrzenia. Podniósł się w odruchu impulsu, ręce zacisnęły mu się w pięść do tego stopnia, iż pobielały mu knykcie, a w jego żyłach krew się zagotowała. W błyskawicznym tempie pokonał dzielącą ich odległość, a niedługo potem pięść Faradyne’a przeżyła bliższe spotkanie z nosem Azjaty. Ożywiona nagle tym aktem agresji drużyna ze strony kogoś tak obojętnego i ponoć biernego w stosunkach międzyludzkich jak Deucent, który zazwyczaj prezentował się niczym klasyczny przykład stoika – przykuł uwagę wszystkich zebranych jeszcze w tym jednym miejscu zawodników. W szatni zapadła cisza jak makiem zasiał. Obecnie wszyscy przyglądali się temu uważnie, jakby zapomnieli o własnym zmęczeniu na murawie i okazało się to jakimś nieoczekiwanym zjawiskiem, a nuż i anomalią. Deuce wykazał się jednak tym, że na czym jak na czym, ale na Quidditchu wyjątkowo mu zależało – wszystkie negatywne, bądź co bądź, mieszane emocje od razu wymalowały się na jego twarzy. Gracze wykazywali się pewnego rodzaju gotowością na wypadek konieczności rozdzielenia Faradyne’a i Hyuna w razie, gdyby ten pojedynczy incydent przerodził się w bójkę.
      — Przegraliśmy przez ciebie, tępaku, i to twoje cholerne rozkojarzenie — zarzucił z jawną pretensją, choć z wyrazem twarzy całkiem wyniosłym, nawet jak na własne standardy. Dla podkreślenia tego został uniesiony nawet podbródek. Wpatrywał się z wyższością w Hyuna, chociaż niedługo trzeba było czekać aż ich spojrzenia się ze sobą skrzyżują, krzesząc tym samym iskry. Na ogół Deucent Faradyne ignorował istnienie Hana. Co więcej nie uważał go nawet za osobę godną do rywalizowania z nim. — Lepiej, abyś do następnego meczu zdążył się ogarnąć. Inaczej sam zrzucę cię z miotły. — dorzucił chłodno, odwracając się do niego plecami z zamiarem opuszczenia pomieszczenia.

      [Wyśrodkuj sobie kartę w wolnej chwili, Czeklo. Czekam na te zaczęcia ;>]

      Deucent, który wręcza pomeczowy prezent Hyunkowi

      Usuń
  13. [Myślę, że z tym panem będzie najprościej. Bardzo ale to bardzo chciałabym Ci podziękować za to, że tak miło napisałaś o karcie. Dziękuję!
    Myślę, że Romèo nie przepadałaby z początku za Han'em, po pierwsze jest on Ścigającym, a mój pan nienawidzi Qudditch'a a po drugie jest Krukonem, co jest dość sprzeczne, no ale Romèo nie lubi Krukonów, mimo że sam nim jest. xdd
    Po pewnym czasie mogliby się polubić. Tylko z jakiego powodu? Możemy też wskoczyć na typowo przyjacielską relację.]

    OdpowiedzUsuń
  14. Minął ją w drzwiach. Otworzyła lekko usta, zdziwiona jego komentarzem i zmarszczyła brwi. Żal i smutek zaczął mieszać się ze złością. Odwróciła się gwałtownie za odchodzącym w stronę dormitorium Hyunem.
    - Przestań się zachowywać jak kretyn! - krzyknęła za nim. - Porozmawiaj ze mną! I powiedz mi w końcu, do cholery, co ja Ci takiego zrobiłam!
    Skupiła na sobie uwagę wszystkich uczniów zgromadzonych w Pokoju Wspólnym, ale nawet nie zwróciła na to uwagi, bo w tym momencie była zbyt zła i... rozczarowana, żeby ją to obchodziło. Czuła się odtrącona, a to było uczucie znane jej zbyt dobrze. Teraz, kiedy się pojawiało, reagowała na nie mocniej niż powinna. Jedno potrafiło przywołać wspomnienia wszystkich innych. Zbyt wielu. Łzy zaczęły zbierać jej się w oczach. Nie chciała płakać. Była zła, zdenerwowana, chciała rzucać przedmiotami, zaklęciami, krzyczeć. Ale pod tym wszystkim zwyczajnie czuła ból. Kłucie w sercu, którego nie chciała. Ale było poza jej kontrolą.
    Musiała przestać przywiązywać się do ludzi, bo oni mogli ranić zbyt mocno. Na przykład wtedy, kiedy odchodzili, a ona nie potrafiła ich gonić. Nigdy nie umiała krzyknąć za nikim, żeby został. Nie umiała walczyć. Pozwalała im iść w swoją stronę, nawet czasem nie wyjaśniając niczego. Teraz miała dość. Chciała przynajmniej znać powód, bo kompletnie nie miała pojęcia dlaczego Hyun tak ją odtrącił.

    Julia

    OdpowiedzUsuń
  15. Kolejny dzień zawsze Niemiec zaczynał od wstania lewą nogą na dzień dobry użądlony w dupsko przez jakieś kosmiczne zwierze rzucając wszystkim dookoła piorunujące spojrzenia nie odpowiadając nawet na dzień dobry. Ci co lepiej go znali wiedzieli, że Mathias do rozmownych nie należał i lepiej było go nie denerwować jeśli nie chciało się mieć zepsutego całego dnia, a w najgorszym wypadku całego roku szkolnego. Miał swoje zasady i morale, których sztywno się trzymał i nie należało ich kwestionować. Idąc przez korytarz mogło się wydawać, że niektórzy uczniowie wstrzymywali oddech na jego widok obawiając się, że zaraz do czegoś się doczepi, jednak ten kto chciał umiał żyć dobrze z profesorem Rathmannem. Wystarczyło nie odpuszczać jego zajęć, systematycznie odrabiać prace domowe, a co najważniejsze nie spóźniać się, nawet nie wymagał ciągłego siedzenia z nosem w książkach. Jeśli te wszystkie warianty zostały spełnione można było liczyć na szczery uśmiech ze strony Mathiasa, który był zmienny jak babka w ciąży. Po wejściu do klasy na poranne zajęcia z Transmutacji większość uczniów siedziała już na swoich miejscach, w zasadzie to tylko jedno miejsce pozostało wolne. Mathias w duchu modlił się, by młodzieniec, który odważył się spóźnić nie zjawił się o odpowiednim czasie na jego zajęciach już tutaj się nie pokazał inaczej nie będzie mu do śmiechu. Przywitał się z klasą zmuszając się na lekki uśmiech mając dziś o dziwo lepszy humor niż zwykle, obiecując klasie, że wypuści ich dziś z zajęć dziesięć minut wcześniej, a następnie rozsiadł się wygodnie na swoim miejscu za biurkiem czekając aż uczniowie otworzą książki na odpowiednich stronach, by wreszcie mógł zając się omawianiem tematu dzisiejszej lekcji.
    Niemiec już otwierał usta, by zakończyć swój dziesięciominutowy wykład z zamiarem przejścia do tak bardzo wyczekiwanej przej uczniów praktyki, gdy nagle drzwi otworzyły się, a do klasy wszedł owy, spóźniony delikwent. Rysy twarzy profesora wyraźnie się wyostrzyły, a w klasie zapadła cisza.
    Mathias wstał ze swojego miejsca.
    - Masz mi coś do powiedzenia, panie Han? - warknął w stronę ucznia uważnie na niego patrząc. - Wstań, gdy do Ciebie mówię - nakazał nie zmieniając nawet na moment tonu głosu. Głupiec, skończony głupiec, chłopak nawet nie wiedział jak bardzo spieprzył sobie sytuacje na lekcjach z Transmutacji. - Wiesz, że to nie jest Twoje pierwsze spóźnienie, chłopcze? Powinienem Cię teraz wywalić klasy, ale to byłoby zdecydowanie zbyt proste. Minus pięćdziesiąt punktu dla Ravenclaw'u, dodatkowo cała klasa napisze szczegółowy referat na temat dzisiejszej lekcji na jutro, a pan panie Han przyjdzie dziś do mnie wieczorem, zaś rano pogadamy z dyrektorem, zrozumiano? Siadaj i radzę Ci chłopcze więcej razy mi nie podpadać.
    Przez chwilę jeszcze milczał, po czym powrócił do prowadzenia lekcji. Nie widział sensu tracić kolejnych minut lekcji skoro wyraził się jasno.

    Mathias

    OdpowiedzUsuń
  16. Obrona przed czarną magią, była jednym z tych przedmiotów, które Laura naprawdę bardzo lubiła. Co prawda nie uwielbiała go jak transmutacji, ale niewątpliwie udzielała się na tych zajęciach częściej, niżeli inni. O dziwo, siedziała jednak na jednych z ostatnich ławek, ukrywając się między uczniami mniej zainteresowanymi tematem. Nie wiedziała, dlaczego wybierała to miejsce, chyba wyłącznie z powodów jej poczucia bezpieczeństwa. Tutaj więcej uczniów oddzielało ją od profesora. Docierając na miejsce, Laura odłożyła swą torbę na stół i opadła z niemałym hukiem na krzesło, tym samym zwracając uwagę kilku osób, które to odkręciły się patrząc na nią krzywym wzrokiem. Wypuściła powietrze z ust i wzruszyła ramionami. Była lekko zmęczona po zajęciach z historii magii, gdzie wylądowała gdzieś na początku sali. Spóźniona musiała zająć miejsce tuż przed profesorem, co wiązało się z całolekcyjnym słuchaniem opowiadań. Słuchanie niewątpliwie było dla Laury Zdunk męczące. Krukoni powoli wlewali się do pomieszczenia, co rusz mieszając się z jakimiś Puchonami, którzy najwyraźniej mieli poprzednie zajęcia trochę dalej, niż oni, skoro pojedyncze okazy ukazywały się dopiero teraz. Blondynka z braku lepszego zajęcia zaczęła przygotowywać się do nadchodzącego wykładu, dlatego też ściągnęła swoją torbę z blatu i oparła się o niego łokciami. Więcej nie potrzebowała. Kilka osób z drużyny mignęło dziewczynie przed oczami, między innymi jej brat, który po chwili znalazł się po lewej stronie, zajmując krzesło obok. Z potrzeby bycia dobrą siostrą zapytała, jak minął mu dzień, bo był to pierwszy raz, kiedy widziała go w tym dniu. Nie dowiedziała się jednak za wiele, bo jak zwykle jego życie było znacznie nudniejsze, niż jej. Westchnęła ponownie, opierając swoją brodę o dłonie, dalej czekając na pojawienie się nauczyciela. Przed nią usiadł Hyun, do którego uśmiechnęła się przyjaźnie, kiedy jeszcze nie zajął miejsca. Najprawdopodobniej z owej nudy zaczęłaby robić zdjęcia, niestety aparat zostawiła w dormitorium, gdy rzucała się biegiem w stronę drzwi wyjściowych na poranna historię magii. Właśnie z tego powodu zaczęła rozglądać się po całym pomieszczeniu, przyglądając się rzeczom, ludziom, jak i architekturze. W taki sposób Laurze wpadł w oko kawałek pergaminu, który to wystawał z książki, zachęcając obserwatorów do zajrzenia w jego treść. Dziewczyna wychyliła się w przód, próbując rozczytać pierwsze zdanie, bo z daleka wyglądało to jak początek listu. Była ciekawa, bo sama lubiła je pisać, ale i z chęcią dowiedziałaby się, do kogo Hyun chciał go wysłać. Miała nadzieję, że nie natknie się na las chińskich znaczków, z których nie będzie potrafiła rozczytać kompletnie nic. Uśmiech jednak zbladł jej natychmiast po dojrzeniu wszystkich słów, a w szczególności po imieniu adresata owego tekstu. Droga Lauro. Zamurowało ją kompletnie i do tego stopnia, że przestała panować nad tym, co robi.
    - Hyun? – cichy szept wydobył się z ust blondynki, ale kiedy zdała sobie z tego sprawę było już trochę za późno. Właśnie przed sobą miała osobę, która wiedziała o niej zdecydowanie o wiele za dużo, niż jakikolwiek uczeń Hogwartu powinien wiedzieć.

    krótko, ale udało mi się

    OdpowiedzUsuń
  17. Mathias wstał ze swojego miejsca słysząc głos chłopaka. Odłożył szklaneczkę soku dyniowego na parpet, po czym spojrzał na ucznia wskazując na stolik, by Hyun przy nim usiadł. Zdjął z siebie bluzę odsłaniając białą koszulkę oraz dresowe spodnie, co zastąpiło codzienną szatę, w której najczęściej go można było zobaczyć. Położył przed nim regulamin Hogwartu oraz parę kartek pergaminu wraz z piórem. - Pomyl się choć raz, a będziesz musiał przepisywać regulamin raz jeszcze od nowa. Będziemy się spotykać tak długo aż uporasz się z całością. Dodatkowo wyrecytujesz mi go na pamięć, a ja osobiście tego dopilnuję i pamiętaj, że jutro o ósmej widzimy się pod gabinetem dyrektora - wydukał Niemiec będąc cały czas śmiertelnie poważnym. Może po raz kolejny wychodził na sztywnego buca, jednak miał to głęboko gdzieś. Chłopak sam sobie był za to odpowiedzialny, a przepisywanie regulaminu może czegoś wreszcie go nauczy. Postawił przed nim czystą szklankę soku dyniowego na wypadek, gdyby zachciało mu się pić, a sądził, że tak się stanie, po czym pozwalając mu przystąpić do pracy zabrał się za rozpalanie w kominku. W przypadku Mathiasa nie było przebacz, co oznaczało, że Hyun naprawdę był skazany na tak obszerną karę, która wymagała wielu pokładów cierpliwości, czego wielu, by nie przetrwało, a Niemiec będzie pastwił się nad nim tak długo aż naprawdę ten skończy pisać.
    - Pamiętaj, by niczego nie pominąć. - Zasiadłszy wygodnie na kanapie tuż przed rozpalonym kominkiem zabrał się za czytanie ulubionej książki, do której wracał za każdym razem, gdy męczyła go migrena. Z migreną nie rozstawał się od w prawdzie zawsze, a w zasadzie to ona nie dawała mu spokoju. Dzisiejszego wieczoru profesor był nieco blady oraz trochę go mdliło, jednak dało się żyć. Odwrócił głowę w stronę chłopaka, by móc go skontrolować. Jak na razie cała kara zapowiadała się bezproblemowo.
    - W szufladzie obok masz więcej pergaminu oraz tuszu, gdyby Ci czegoś brakło - oznajmił odkładając książkę na bok, gdy na jego kolanach pojawił się ukochany kocur Snow. Pogłaskał mruczącego kociaka za uchem z delikatnym uśmiechem na twarzy.

    Mathias

    OdpowiedzUsuń
  18. Mathias przepisania regulaminu i to w całości chłopakowi z pewnością nie odpuści, jednak nad resztą może się jeszcze zastanowić. Jedno było pewne, chłopak musiał odbyć karę za niesubordynację jaką się popisał, a raczej wygłupił. Cały czas siedział na kanapie, wstał jedynie po to, by dorzucić drewna do kominka i od razu wrócił na poprzednie miejsce głaszcząc kociaka za uchem zapominając nawet o obecności chłopaka, który zawzięcie skrobał piórem regulamin na papierze. Przeczesywał leniwie białe futerko pupila, który wyciągał pazurki wyraźnie zadowolony z prezentowanych mu pieszczot. Niemiec sam nie wiedział dlaczego padło akurat na białego kociaka. Może chciał się z nim utożsamić? Gdyby spojrzeć na to od tej strony, był większą wersją Snow i zdecydowanie bardziej groźniejszą. Oparł ciężką głowę na oparciu kanapy i westchnął cicho. Marzył o śnie i kolejnej gorącej kąpieli, jednak póki chłopak tutaj siedział musiał o tym zapomnieć. Chociaż gdyby zostawił go na moment samego chyba nic strasznego, by się nie stało, prawda?
    Uniósł brew ku górze słysząc dźwięk odsuwającego się krzesła. Odwrócił głowę w stronę ucznia, który chwilę później wylądował obok niego na kanapie. Zagryzł dolną wargę. Cóż czuł się słabo, ale niczyjej pomocy nie wymagał, więc obejdzie się bez jego troski.
    - Hyun, wracaj do pisania - mruknął Rathmann patrząc się na niego poważnie. Nie żartował. - Nic mi nie jest - dodał kiwając przy tym głową. Przeczesał palcami swoje kosmyki włosów ułożone w wiecznym nieładzie wstając z kanapy. Nalał sobie nieco soku dyniowego i upił ze szklaneczki parę łyków.
    - Na co czekasz? Chcesz przepisywać jeszcze podręcznik od Transmutacji? Im dłużej tam siedzisz tym dłuższy będzie twój szlaban.
    Mathias był bucem, to fakt, ale cóż, każdy był jaki był, a na całokształt każdego z nas składa się nie tylko otoczenie, w którym żyjemy, ale i również to co się wydarzyło na przełomie lat życia, a trzeba było przyznać, że Rathmann łatwo nie miał i łatwo mieć nie będzie. Cóż, nikt nie powiedział, że będzie łatwo, jednak mężczyzna przywykł do tego.
    - No, już. Na co czekasz?

    Mathias

    OdpowiedzUsuń
  19. Chłopak naprawdę zaczął działać Niemcowi na nerwy i to dość porządnie. Czy Hyun sądził, że ma przed sobą skończonego idiotę? Czy Rathamnn nie wyraził się jasno? Mathias nie wiedział co jest grane, jednak zachowanie chłopaka stale go pogrążało i zdecydowanie odciśnie na nim kolejne konsekwencje. Profesor uniósł zdumiony brew ku górze. Im dłużej go słuchał tym bardziej miał ochotę wybuchnąć śmiechem. Czy Han nie zdawał sobie sprawy z tego w jak żałosny sposób brzmi?
    - Poziomem inteligencji nie dorównujesz nawet pierwszakom, Hyun. Nie oszukujmy się. Niczym nie różnisz się od reszty, więc przestań pieprzyć - odparł Rathmann będąc coraz bardziej poirytowany. - Nawet nie wiesz na co mnie stać, więc radze Ci lepiej nie zgrywać chojraka i mnie nie denerwować. Rozmawiałem już z dyrektorem, więc wracaj do pisania.
    Mathias chciał wstać ze swojego miejsca, gdy poczuł palce chłopaka na swoim ramieniu. Spojrzał na niego gniewnie. Co on wyczyniał? Czy totalnie zdurniał przez te wakacje? Innego wytłumaczenia nie było. Rathmann złapał go za szatę w dość mało delikatny sposób i posadził na krześle przy stoliku przy którym wcześniej pisał regulamin Hogwartu.
    - Uważaj, chłopcze. Ze mną nie ma żartów. Jeszcze raz coś odstawisz, a zrobię coś czego nigdy byś się nie spodziewał. Minus piętnaście punktów dla Ravenclaw'u za kolejną dawkę niesubordynacji. Oby tak dalej, a pozbawisz swojego domu wszystkich ciężko zarobionych punktów. Pisz i milcz. - głos profesora nigdy nie był tak chłodny i jadowity. Mathias nie rozumiał zachowania chłopaka i wątpił, by zrozumiał. Co to miało w ogóle znaczyć? Dlaczego go dotknął? To było dziwne. Cholernie dziwne. Wziął głęboki wdech, po czym poszedł na moment do łazienki, a gdy wrócił usiadł przed kominkiem na dywanie z książką w ręku starając się odgonić od siebie niepokojące myśli na temat chłopaka. Miał wrażenie, że ten zamiast pisać ciągle się na niego gapi, jednak starał się skupiać na treści książki niżeli na niechcianym osobniku w pokoju. W końcu po dobrych czterdziestu minutach wstał i zbliżył się do Hyun;a, by skontrolować jego postępy. Zegar wskazywał 22.
    - Zgubiłeś jedno słowo w tym zdaniu - wydukał profesor wskazując palcem w odpowiednie miejsce. - Wiesz co to oznacza. Wracamy na start.

    Mathias

    OdpowiedzUsuń
  20. Nie mogła uwierzyć w to co usłyszała, dlatego, że Hyun nigdy by się tak nie zachował. Była pewna, ale tego było za wiele. Była tak zła, że nie myślała trzeźwo. Jego słowa jej nie skrzywdziły. Nie dotknęły jej. Jeszcze nie teraz. W tym momencie była wyłącznie zła. Podeszła do niego te kilka kroków i pięścią uderzyła w twarz. Była obrońcą. Jasne, że była silna, więc liczyła, że skończy ze złamanym nosem.
    Odwróciła się i opuściła pokój wspólny. Zbiegła po schodach, nawet nie trzymając się poręczy i cała roztrzęsiona usiadła przy ścianie na samym dole. Ukryła twarz w dłoniach i zaczęła płakać. Wszystko w niej wybuchło. Widziała przed oczami twarz Hyuna, jego oczy, w których zaczęły pojawiać się łzy, chwilę przed tym, jak go uderzyła. Czuła, że stało się coś złego, że nie odtrącił jej z jej winy, tylko u niego było coś nie w porządku. Prawie pojawił się w niej jakiś rodzaj współczucia, ale jednocześnie w głowie zaczęła słyszeć jego słowa. Po prostu nadal chodzisz po tej ziemi...

    Julia

    OdpowiedzUsuń
  21. Dobra. Chłopak był cholernie wkurwiający, ale takiego obrotu sprawy Mathias się nie spodziewał. Hyun nie wyglądał źle, więc profesor sądził, że wszystko jest dobrze. Mężczyzna złapał go w ostatniej chwili i mocno objął ramieniem. Nie było czasu na gadanie, trzeba było działać w sytuacji kiedy chłopak dosłownie padał twarzą prosto na podłogę. Mathias poklepał go delikatnie po policzku i położył na kanapie, po czym pomógł mu się napić soku. Uczeń nadal mizernie wyglądał, a Mathias mimo wszystko nie chciał, aby jego stan się pogorszył. Przecież gdyby wiedział, że ten się źle czuje, to z pewnością nie męczyłby go dzisiejszym szlabanem, przecież nie był w całości z kamienia. Odrobiłby to w innym terminie i obeszłoby się właśnie bez tego.
    - Hyun? - mruknął Rathamann ponownie klepiąc go po policzku. Miał wrażenie, że ten jeszcze bardziej odpłynął. W końcu zdecydował się zabrać go do Skrzydła Szpitalnego, gdzie udzielą mu fachowej pomocy. Nieco poirytowany stanem rzeczy ponownie go objął i podniósł do góry zmuszając, by ten stanął na nogi. Szedł powoli pustymi korytarzami aż w końcu dotarł w docelowe miejsce, gdzie pielęgniarka od razu zajęła się poszkodowanym.
    Rathamnn najchętniej, by sobie poszedł, ale nie mógł. Jako nauczyciel nie mógł zostawić ucznia w takiej sytuacji samego. Ktoś musiał z nim zostać, pielęgniarka się nie liczyła, a nikogo innego poza Mathiasem nie było. Pieprzone zasady. Przysiadł na łóżku obok obserwując jak kobieta skacze wokół Hyuna. W końcu stwierdziła, że najlepiej będzie, aby odprowadzić chłopaka do jego dormitorium oraz zwolnić z jutrzejszych zajęć. Był przemęczony i potrzebował odpoczynku. Mathias poirytował się nieco bardziej, ale w końcu zdrowie jest najważniejsze i nie było winą chłopaka to, że się źle poczuł.
    Chcąc nie chcąc ponownie go objął i pomógł wstać i tak jak nakazała pielęgniarka zaprowadził do jego dromitorium.
    - A niech cię tylko zobaczę jutro na szkole czy gdziekolwiek indziej to nie ręczę za siebie. Masz odpoczywać, zrozumiano? - wydukał pomagając wejść mu do łóżka. - Przyjdziesz do mnie w środę i dokończysz to co zacząłeś, a teraz najlepiej będzie jeśli zaśniesz. Rano ktoś przyniesie ci śniadanie. Dobranoc.
    Po tych słowach profesor opuścił pokój i udał się do siebie, gdzie po upragnionym prysznicu sam oddał się w spokojne objęcia Morfeusza.

    Mathias

    OdpowiedzUsuń
  22. [ O ja, mam słabość do azjatów ;n; Fajny pan, krukon, ścigający, skrzywdzony (?), więc przybywam! Wątek z nauczycielem już mam, więc wbijam tu. Zaproponowałabym jakąś fajną ciekawą relację (nw czy dobrze zrozumiałam, że Hyun interesuje się panami?) np. Freddie bywa okrutny i wredny, więc może założył by się z kumplem, że poderwie Hyuna? A potem jakoś się to pokomplikuje ;3 A jak nie to ee Freddie'mu przydałoby się małe szkolenie z Transmutacji, bo ostatnio trochę olał ten przedmiot, można więc iść w tę stronę. Co powiesz? ]

    Freddie

    OdpowiedzUsuń
  23. [Mm, to nawet dobrze, bo Freddie uwielbia wyzwania :D Hm, myślę, że Freddie mógłby go dorwać po meczu Quidditcha albo przy drzewie nad jeziorkiem. On raczej nie obnosi się z tym, że lubi facetów, bo jego matka chyba by go wydziedziczyła, jakby się dowiedziała, więc wolałabym, żeby to było miejsce, które nie jest zatłoczone. I jeżeli Freddiemu się uda, to Hyun mógłby się potem dowiedzieć o tym zakładzie. A jak Wayland naprawdę go polubi, to już w ogóle będzie drama XD ]

    OdpowiedzUsuń

  24. Mathias wyrzucił ze swojej pamięci, to co działo się poprzedniego wieczoru, choć momentami zastanawiał się jak chłopak się czuje i czy rzeczywiście posłuchał jego polecenia, aby został cały dzień w łóżku. Na korytarzach go nie widział, więc wszystko wskazywało na to, że Hyun odpoczywa. Rathmann nie spodziewał się, jednak, że cholernie się mylił. Nie uśmiechała mu się wizja pójścia z uczniami do Zakazanego Lasu, który krył w sobie wiele niebezpieczeństw przez co musieli być nadzwyczajnie ostrożni jeśli nie chcieli nabawić się kłopotów, a upilnowanie rozwydrzonej grupki była nie lada łatwym zadaniem. Z lekkim zażenowaniem wyszedł ze swojego pokoju upewniając się, że zamknął drzwi udał się na miejsce zbiórki, gdzie czekał na niego jeden z profesorów z towarzystwie delikwentów. Rathmann zacisnął usta w wąski paseczek gromiąc Hyuna wzrokiem. Niemiec sądził, że wyraził się jasno, a jednak nie.
    - Cóż, nie ma co przedłużać, chodźmy, a pan panie Hyun ma ze mną poważnie do pogadania i jednak wizyta u dyrekcji pana nie ominie. – mruknął Mathias, po czym pożegnawszy się z profesorem nakazał grupce uczniów iść gęsiego tuż przed nim nie wypuszczając nawet na moment różdżki z dłoni. Po przekroczeniu granicy Zakazanego Lasu można było wyczuć zagęszczającą się atmosferę.
    - Nie rozdzielać się - nakazał Rathmann. – I bez wygłupów – dodał poważnym tonem głosu. Niech tylko spróbują coś wywinąć, to popamiętają go do końca życia, a Rathmann nigdy nie rzucał słów na wiatr. Westchnął cicho rozglądając się na boki. Cisza, kompletna cisza i ciemność. Gdyby nie różdżki, które oświetlał im drogę za pewne połamaliby nogi o wystające z ziemi korzenie. Sam na dobrą sprawę jeszcze nie wiedział, co by im tu wymyślić, jednak była to kwestia czasu.

    Mathias

    OdpowiedzUsuń
  25. Freddie uwielbiał Quidditcha. Ta ciągła adrenalina, wiatr uderzający w twarz, szczypta zdrowej rywalizacji i uczucia z nią związane były wręcz nie do opisania. Od dziecka świetnie radził sobie na miotle, co udowodnił już na piątym roku, przystępując do szkolenej drużyny. Dzisiejszy mecz należał do tych naprawdę interesujących, mimo, że gryfoni nie brali w nim udziału. Trudno było cokolwiek wyłapać, bo na boisku każdy co chwilę zmieniał swoją pozycję, rodziło się tyle wspaniałych akcji, że aż ciężko było nie krzyczeć z ekscytacją, ale tym razem Freddie nie okazał się tym, który wrzeszczał najgłośniej. Wzrok chłopaka utkwiony był głównie w pewnym azjacie z krukońskiej drużyny. Nie znał go zbyt dobrze, kojarzył jego imię oraz fakt, że obejmował stanowisko szukającego w Ravenclawie. Wiedział jednak, że on już się postara, żeby poznali się trochę lepiej.
    Freddie nie był złą osobą. Po prostu czasem zapominał się w tym całym swoim małym szaleństwie i najpierw robił, potem myślał, nieświadomie raniąc tym innych. To dlatego nie wpadło mu do głowy, że konsekwencje jego działań mogą przynieść opłakane skutki. Miał misję i nie zamierzał z niej rezygnować, przynajmniej na razie. Właśnie dlatego podczas gry próbował w jakiś sposób zwrócić na siebie jego uwagę. A to pomachał z czarującym uśmiechem, a to puszczał oczko, choć gest ten zapewne był niewidoczny z takiej odległości. Jego działania nie przyniosły jednak żadnych skutków, o ile w ogóle zostały zauważone. Po przegranej krukonów stracił jakiekolwiek nadzieje, że uda mu się dzisiaj choć odrobinę posunąć się do przodu z niecnym planem, który przygotowywał w swojej jamie ostatniego wieczora. Stracił chłopaka z oczu, a poza tym tamten pewnie nie miał humoru na głupie przekomarzanki - Freddie dobrze wiedział, jak to jest przegrać mecz.
    Udał się nad jeziorko, tam, gdzie mógł zaczerpnąć inspiracji i popisać w spokoju bez głupich komentarzy kolegów z domu. Jak zwykle nie zasiadł na ziemi czy płaskim i zapewne wygodnym kamieniu, z którego miałoby się znakomity widok na gładką taflę wody. Wybrał drzewo, gałąź w miarę grubą i stabilną, znajdującą się nie za nisko ale też niezbyt wysoko. Siedział w milczeniu, oparty o pień, wsłuchując się w odgłosy natury i stukając niepewnie palcami w odkładkę starego, oprawionego w brązową skórę brulionu. Nie dane było mu jednak posiedzieć nad wierszem, bo zaledwie parę chwil po tym, jak umościł się na drzewie, do jego uszu doszedł miękkie stąpanie kroków. Wychylił się nieco przez liście, a gdy zobaczył ciemną czuprynę, uśmiechnął się szeroko i promiennie, myśląc sobie, że może dopisze mu jednak szczeście. Usiadł bokiem do pnia drzewa, zerkając jednocześnie w dół i zastanawiając się czy lepiej zeskoczyć czy bezpiecznie zejść na ziemię po niższych gałęziach. Wpadł jednak na inny, nieco popieprzony pomysł, który mógł okazać się najgłupszym w jego życiu, ale postanowił zaryzykować. Chciał najpierw zwrócić uwagę Hyuna, więc ostrożnie upuścił swój brulion na dół, tak by bezpiecznie i bez zbędnych zagnieceń opadł na trawę, a potem przechylił się do tyłu, z nogami nadal zaczepionymi o gałąź. Jakimś cudem nie spadł na ziemię, a zawisnął tak, głową w dół i głupim, szelmowskim uśmiechem na ustach
    - Wybacz, upuściłem coś. Mógłbyś proszę podać mi mój zeszyt? - spytał przyjaznym tonem, wpatrując się w niego intensywnie. Ich twarze znajdowały się na podobnej wysokości, choć gdyby Freddie patrzył wprost przed siebie, gapiłby się bezczelnie na usta krukona.

    Freddie

    OdpowiedzUsuń
  26. [Pewnie! I coś mi się kojarzy, ale jednak musisz przypomnieć, bo do końca nie pamiętam (ah, ta moja pamięć) :9]

    Tatiana

    OdpowiedzUsuń
  27. Dopiero, kiedy chłopak się obrócił, zdał sobie sprawę, że znajdowali się tak blisko siebie, że wystarczyłoby gdyby lekko wyciągnął ręke, by dotknąć jego włosów. Nie staracił jednak rezonu, nadal szczerzył się, jakby właśnie wcinał karpatkę z podwójnym kremem. Nie spodziewał sie wielce pozytywnej reakcji, więc nie przejął się za bardzo słowami krukona. Mógł sprawiać wrażenie odrobinę popieprzonego i nachalnego dziwaka. Cóż, poniekąd nie wydawało się to aż tak bardzo dalekie od prawdy.
    - Oczywiście, że bym mógł. Miałem tylko nadzieję, że podasz mi pomocną dłoń - stwierdził niewinnie i jakby odruchowo, całkowicie naturanie przesunął wzrokiem po sylwetce Hyuna. Nie musiał udawać, że spotkali się tu przypadkiem, bo tak właśnie było. Skoro los postanowił wyciąć mu taki numer, czemu miałby z tego nie skorzystać? Dopiero potem przyszło mu do głowy, że Azjata miał wyłożone jego tajmenice jak na tacy. No dobra, może niezupełnie, ale mógł przecież zajrzeć do środka, przeczytać wpisy, a przynajmniej ich fragmenty. Brulion był dla Freddiego pewną formą pamietnika, dość osobistą. Znajdowały się w nim wiersze i opisy najprzeróżniejszych osób i zdarzeń z jego życia. Nikt poza nim do niego nie zaglądał, nawet jego najbliźsi. Na te wszystkie myśli mina Freddiego nieco zrzędła, po kilku chwilach się jednak opanował i ponownie przybrał maskę figlarnego chłopaczka. Wzruszył ramionami na jego słowa, co musiało wyglądać komicznie, ponieważ nadal zwisał głową w dół. Okolicę wypełnił głośny śmiech, kiedy Hyun zaczął mówić do siebie.
    - Dzięki, słońce. Uratowałeś mi życie - puścił mu oczko, jak zwykle przesadzając i odebrał swoją własność. Mocno zacisnął rękę na gałęzi, by nie spaść, kiedy opuszczał nogi w dół. Zeskoczył na trawę, trochę sie przy tym chwiejąc. Stanął tuż za krukonem, tak, że gdyby ten się obrócił ponownie znaleźliby się blisko siebie.
    - Jestem Freddie. Chyba nie zostaliśmy sobie oficialnie przedstawieni - przekrzywił głowę, niczym niewinny szczeniaczek.

    [Wybacz tę długość, jeszcze się rozkręce. A i pomyślałam, że gdyby potem nasi panowie wylądowali w jakimś ciasnym pomieszczeniu to byłoby zabawnie, bo Freddie ma klasutrofobie :D ]


    Freddie

    OdpowiedzUsuń
  28. [Działamy, działamy :D Mam zacząć?]

    Tatiana

    OdpowiedzUsuń
  29. [ Czy mogę przyjąć, że grupa rosłych ślizgonów wrzuciła ich do kantorka i zamknęła w ramach zemsty na Freddiem? xd]

    OdpowiedzUsuń
  30. Każdy, kto znał Freddiego doskonale wiedział, że bez przerwy rzuca takimi tekstami. Niekiedy po prostu nie mógł się powstrzymać przed dorzucaniem głupich przezwisk typu słońce, skarbie czy kochanie. Raz nawet dostał w mordę za nazwanie postawnego ślizgona myszką. Czasem miało to aroganckie zabarwienie, czasem całkiem przyjazne, w tym wypadku chciał być po prostu miły w ten swój specyficzny sposób. On za to nie słyszał zbyt wiele o swoim nowym koledze, a nawet jeśli, nie wziął sobie do serca tych wszystkich pogłosek. Doskonale zdawał sobie sprawę, że przez te szkołę przechodziło mnóstwo plotek i większość z nich okazywała się kompletną bujdą.
    - Freddie Wayland - uściślił, przekrzywijając nieco głowę - Miło mi cię poznać - powiedział nawet szczerze, również się od niego nie odsuwając. Nie przeszkadała mu bliskość innych osób, nie znał i nie przyswajał pojęcia 'przestrzeń osobista'.
    - Ach tak. Rzeczywiście. Jednak Quidditch nie jest zbyt ciekawą formą zawarcia znajomości, nie sądzisz? - uniósł pytająco jedną brew. Freddie zawsze bardzo angażował się w grę, przez co na boisku mógł wydać się bardzo nieprzyjemny, ale on po prostu uwielbiał rywalizację. No, a dodatkowo chciał skopać tyłki tym beznadziejnym ślizgonom. Nie to, że przez całe życie był uprzedzony. Zwyczajnie nie podobało mu się zachowanie większości z nich. Nietolerancja, zuchwałość, obsesja na punkcie czystej krwi. Kogo w ogóle obchodzi czy rodzice jakiegoś puchona są dzianymi czarodziejami? Liczył się charakter, a nie pochodzenie. Zaśmiał się nagle na jego uwagę, odrzucając głowę w tył. Trafne spostrzeżenie, Hyun, pomyślał.
    - Czasem to robię, gdy ktoś jest w moim typie - walnął, jak zwykle prosto z mostu, nie szczypiąc się z żadnymi subtelnościami. W końcu był Freddiem. Myśli przelewał w słowa szybciej niż by sobie tego życzył. W tym akurat przypadku, doskonale wiedział, co chce powiedzieć. Pokiwał głową na jego wypowiedź, szczerząc się pod nosem. Musiał przyznać, że Hyun był nawet uroczy - Tak, dobrze się składa, bo też idę w tamtym kierunku - stwierdził z szatańskim błyskiem w oku i ruszył za krukonem. Nie chiał odpuszczać, nie teraz. Schował dłonie do kieszeni szaty, stąpając nawet cicho jak na niego. Już otwierał usta, żeby rzucić jakąś błyskotliwą uwagę, kiedy nagle drogę zastąpiło mu dwóch barczystych wyrostków z godłem Salazara Slytherina na szatach. Freddie zatrzymał się gwałtownie, mrużąc oczy w zdziwieniu i niezadowoleniu. Poznawał jednego z nich, tego ciemnego z wyłupiastymi oczami. Tego, który ostatnio oberwał od niego kaflem na meczu Quidditcha.
    - Cześć, Wayland, mam nadzieję, że twój dzień nie był zbyt przyjemny, bo za chwilę będzie jeszcze gorszy - odezwał się ślizgon, patrząc na chłopaka z góry. Freddie westchnął teatralnie - zdecydowanie nie miał teraz ochoty na przepychanki z małpoludami.
    - Mój dzień oficjalnie stał się okropny od kiedy pojawiła się w nim twoja twarz, Gabe, skarbie - powiedział głosem słodkim jak miód, mrugając niewinnie, jakby rozmawiał z nimi o pogodzie. Usłyszał pogardliwe prychnięcie za plecami, a kiedy zerknął do tyłu, okazało się, że za nimi czai się kolejna dwójka ślizgonów. Zostali otoczeni i najwyraźniej wpadli w ich pułapkę.
    - Zaraz zetrę ci ten bezczelny uśmieszek z twarzy, Wayland. A twój kolega pożałuje, że w ogóle się z tobą zadaje - warknął Gabriel, chwytając gryfona za szatę. Nie mieli za dużych szans z czwórką potężnych chłopaków, którzy zresztą dość szybko się uwinęli. Freddie nie zdążył nawet sięgnąć po różdżkę. Wylądowali na brudnej, nieco zakurzonej podłodze, jak się potem okazało, schowka na miotły. Odkaszlnął, warknął coś pod nosem i wbił wściekły wzrok w zamykające się drzwi.
    - Tylko na to cię stać, Cooper? - krzyknął na niego, dopiero sekundę później uświadamiając sobie swoje położenie. Rozejrzał się nerwowo po małym pomieszczeniu, czując, jak cała krew odpływa mu z twarzy. Zabluźnił pod nosem, mając wrażenie, że te cholerne ściany zbliżają się do siebie, jakby chciały ich zmiażdżyć.

    OdpowiedzUsuń
  31. Potrzebował coraz więcej powietrza, serce waliło niczym młotek, krew szumiała mu w uszach. Czuł się, jakby miał zaraz zemdleć, choć w rzeczywistości dopadł go mały atak paniki.
    - Nie, nie, nie...- mamrotał między kolejnymi głośnymi oddechami, zanim dopadł do drzwi i walnął w nie kilka razy, ale te ani drgnęły. Byli uwięzieni. Uwięzieni w pieprzonym kantorku na miotły.

    Biedny, spanikowany Freddie

    OdpowiedzUsuń
  32. W tamtym momencie nie potrafił jasno myśleć. W głowie miał tylko to jedno, ponure wspomnienie, jak to w wieku dziesięciu lat, zaledwie rok przed rozpoczęciem nauki w Hogwarcie, ktoś zamknął go w dziwacznej metalowej skrzyni. Było wtedy tak zimno i ciemno, tak cholernie się bał, do głowy przychodziły mu potworne wizje. Spędził w tym koszmarze całą noc. Dopiero nad ranem, ojciec znalazł go podczas poszukiwań. To jeden z niewielu razy, kiedy wydawał się szczęśliwy, gdy go zobaczył. Od tamtego wydarzenia ciasne pomieszczenia stały się jego słabością. To dlatego zwykle unikał jakichkolwiek żartów w schowkach na miotły i kantorkach.
    Zachowanie spokoju nie było dla niego takie łatwe w tej sytuacji, jakby się mogło wydawać. Nie dokuczało mu zwykły strach. Czuł się, jakby coś ciężkiego przygniotło mu klatkę piersiową. Nieraz już miewał ataki paniki, ale do tej pory zawsze ktoś bliski był obok, pomagał mu się uspokoić. Było mu duszno, brakowało powietrza, jakby nagle cały tlen wyparował. Oparł czoło o drewno, kiedy tak próbował uspokoić szaleńcze bicie serca, jakby chciało wyskoczyć mu z piersi. Miał tylko nadzieje, że nie padnie tutaj jak długi bo wtedy oboje mieliby kłopoty. Musiał wziąć się w garść. Odwrócił się, oparł plecami o ścianę i powoli usiadł na podłodze, bo poczuł, że zaczyna mu się kręcić głowie. Zamknął oczy, przyciągnął kolana do klatki piersiowej, oparł się łokciami o swoje nogi, a dłonie przycisnął do czoła, pochylając nieco głowę, jakby ta pozycja miała mu w jakiś cudowny sposób pomóc.
    Resztki zdrowego rozsądku podpowiadały mu, żeby pomyślał o jakimś miejscu albo zdarzeniu ze swojego życia, które kojarzyło mu się pozytywnie. Zupełnie jak przy wyczarowywaniu patronusa. Wrócił myślami do swoich trzynastych urodzin, najlepszego dnia w jego siedemnastoletnim życiu. Zobaczył wszystko, uśmiechnięte twarze rodziców, którzy pierwszy i ostatni raz zachowywali się jak na parę przystało, swoich przyjaciół, fajerweki, dom przyozdobiny tymi dziwnymi wstęgami. Przeniósł się do tamtego momentu. Odetchnął ciężko, czując jak powoli się odpręża.
    - Mam klaustrofobię - wymamrotał cicho, w zasadzie nie wiedząc, dlaczego mu to mówi. O jego lęku nie wiedział nikt poza ojcem, Julią i Lincolnem, osobami najważniejszymi w jego życiu. Uśmiechnął się słabo, unosząc na niego wzrok.
    - Chciałem cię gdzieś zaprosić, ale nie miałem tego na myśli - mruknął, przełknął ślinę i odgarnął włosy z czoła. Gdyby wiedział, że jego póki co nieudolne próby poderwania Hyuna skończą się ich uwięzieniem w schowku na miotły, dałby sobie dzisiaj spokój.

    Freddie

    OdpowiedzUsuń
  33. Weekend miał to do siebie, że zamiast siedzieć w klasach, uczniowie wałęsali się po szkole i jej okolicach, szukając sobie czegoś ciekawego do roboty. Tatiana nie należała do wyjątków, bowiem gdy już napisała zadane prace, kompletnie nie miała co robić i szukała sobie jakiegoś zajęcia. Czasami zaglądała do biblioteki w poszukiwaniu jakiejś ciekawej książki, czasami chowała się w swoim dormitorium na krótką drzemkę, a jeszcze kiedy indziej męczyła kogoś, aby gdzieś z nią poszedł. Co prawda, zazwyczaj to ją ktoś gdzieś wyciągał, ale w skrajnych przypadkach, kiedy naprawdę, ale to naprawdę bardzo mocno się nudziła, to ona była tą, która truła innym dupę i jęczała nad uchem, że się nudzi i mogliby coś zrobić. W tej chwili jednak do takiej sytuacji jeszcze nie doszło, choć było blisko, ale na razie pałętała się po szkolnych korytarzach, przyglądając się mijanym uczniom i zastanawiając się gdzie im się tak śpieszy. Tatiana słyszała, że dzisiejszego wieczora w jednej z opuszczonych sal miała odbyć się jakaś niewielka impreza, więc może tam? Chociaż było to dość wątpliwe jako, że było dopiero przed siedemnastą, więc do zachodu słońca pozostała jakaś godzina, a co to za impreza przy świetle słońca?
    Szła właśnie drugim piętrem, gdy jej oczom ukazała się kolejna biegnąca gdzieś postać, choć ta wyglądała, jakby goniło ją stado rozwścieczonych hipogryfów. Mogło to być jednak związane z tym, że kilka sekund wcześniej, tuż koło jej nóg, przebiegła niewielka, futrzasta kulka – kot, którego Tatia doskonale znała, a którego właściciel właśnie biegł, prawdopodobnie go goniąc.
    — Gdzie tak pędzisz, Hyun? — spytała, zatrzymując się na środku korytarza i czekając aż chłopak do niej dobiegnie. Zastanawiała się tylko czy się zatrzyma, czy odpowie w biegu i popędzi dalej. W sumie, zawsze mogła do niego dołączyć, bo i tak nie miała nic lepszego do roboty, a trochę ruchu zawsze dobrze jej zrobi. Niestety, nie miała zbyt dobrej kondycji, więc oczami wyobraźni już widziała jak po dwóch minutach dostaje kolki i zadyszki.

    Tatiana

    OdpowiedzUsuń
  34. Czuł się już nieco lepiej, choć nadal był nieco spięty przez to, że zamknięto ich w schowku na miotły. Nie miał ochoty na kolejną noc w ciasnym pomieszczeniu, nawet jeśli tym razem miałby towarzysza. Nie przejął się za bardzo zdradzeniem mu swojego 'sekretu', choć pewnie powinien. Ich relacja potoczyć się mogła różnie, istniała opcja, że zostaną arcywrogami i Hyun będzie mógł wykorzystać klaustrofobię Freddiego przeciwko niemu. Pokręcił głową z lekkim niedowierzeniem. Siedział tak na brudnej ziemi, skulony i miał ochote wybuchnąć śmiechem na swoje idiotyczne myśli. Prawda była taka, że stało się, powiedział i tyle, teraz będzie musiał żyć z konsekwencjami czy tego chce czy nie.
    Posłał krukonowi krótkie spojrzenie, kiedy ten obok niego usiadł. Dopiero co go poznał i nie wiedział jeszcze nic o swoim nowym koledze poza tym, że gra w Quidditcha, należy do Ravenclawu i ma w sobie azjatycką krew. Kiwnął głową na jego słowa, również kwestionował ich prawdziwość. Docenił jednak, że Hyun chociaż próbował w jakiś sposób go pocieszyć. Odetchnął jeszcze raz, zanim dotknął swojej szaty w poszukiwaniu różdżki na którą niestety nie natrafił. Musiała mu wypaść gdzieś po drodze. Zemści sie na pieprzonych ślizgonach, naprawdę się zemści.
    - Mhm - mruknął, znowu wlepiając w niego spojrzenie - No wiesz. Spacer przy jeziorku, Hogsmeade czy coś takiego. No chyba, że niestraszne są ci przygody i zechcesz poszukać ze mną Pokoju Życzeń albo nielegalnie włamać się do Łazienki Prefektów - zaśmiał się krótko na taką myśl. Gadanie sprawiało, że czuł się z tym wszystkim lepiej, nie myślał tak intensywnie o swoim położeniu. Hyun miał jednak racje, najpierw powinni zastanowić się, jak wydostać się z ciasnego więzienia. Rozejrzał się wokół, nadal siedząc na podłodze jak ostatnia sierota. Do dyspozyji mieli jedynie pare mioteł.
    - Możemy..spróbować wyważyć drzwi. Nie mam przy sobie różdżki. - dodał, wzruszając ramionami, a potem uśmiechnął się nagle, niespodziewanie, jakby nagle zapomniał o wszystkich problemach. Podniosł ręke i sięgnął nią do włosów Krukona, by wyjąć z nich niewielki, zielonobrązowy listek.
    - To drzewo chyba naprawdę cie polubiło - zażartował odruchowo. Tak, Freddie był naprawdę zmienną osobą.

    Freddie c:

    OdpowiedzUsuń
  35. To pewnie wydawało się dość nienaturalne, ale wypowiedź krukona rzeczywiście podziałała. Freddie po prostu był otwarty, lubił towarzystwo, a siedzenie w samotności w zamkniętym pokoju mocno go dołowało. Silnie przeżywał interakcje z innymi, może dlatego rzeczywiście poczuł się lepiej po tych dwóch tak niepozornych słowach nieznajomego w zasadzie chłopaka. Pokręcił z rozbawieniem, nie zdając sobie z prawę z daleszego przebiegu opowieści Hyuna.
    - W sensie...zostałeś uwięziony z gadatliwym, nadpobudliwym gryfonem z klaustrofobią? - Zapytał w żartach, zaraz jednak zamknął jadaczkę, słuchając Azjaty uważnie. Ding ding. Kolejna informacja o Hyunie. Pochodził z Korei. To wcale nie było takie oczywiste jakby się mogło wydawać, nie dla Waylanda, który całe swoje życie spędził w Anglii. Jego wesoła mina powoli gasła, coś go tknęło. Dziwił się też, że krukon, pozornie nieśmiały, zwierza mu się z takich rzeczy, choć oczywiście nie miał nic przeciwko. Współczuł mu, to było oczywiste, ale mówienie tego na głos wydawało mu się tak cholernie sztuczne, że sobie darował. Jego brwi powędrowały ku sobie. Od zawsze nienawidził nietolerancji i starał się bronić inności, choćby ze względu na fakt, że sam do niej należał.
    - Oh - wymamrotał - Nie wiedziałem. Znaczy jak mógłbym wiedzieć, skoro cię nie znałem, ale mimo wszystko...Przykro mi. Naprawdę. Przepraszam, nie jestem zbyt taktowny. I uważam, że to niesprawiedliwe, że to cię spotkało...Przepraszam, już się zamykam. Rzeczywiście, powinni mi zakleić czymś buzię...- paplał jak najęty, jak zwykle w sytuacji w której nie wiedział co powiedzieć. Historia ta wydawała się przytłaczać Hyuna. Jego głos, spojrzenie, mina...To wszystko. Zupełnie jakby widział siebie mówiącego o problemach rodzinnych albo powodach swojej klaustrofobii. Uśmiechnął się, ale tym razem inaczej. Ciepło, jakby chciał go pocieszyć.
    - Wiesz, ja tak łatwo nie odpuszczam. Ale może porozmawiamy o tym, jak stąd wyjdziemy, co? - Powiedział tylko, zanim wstał za chłopakiem. Stanął zaraz za nim, przyglądając się jego poczynaniom. Pokiwał głową, słysząc propozycję krukona. Cóż, nie mieli nic do stracenia.
    - Dobra, spróbuję. - odezwał się, biorąc do ręki jakąś pożądniejszą miotłe. Oby nie narobili za dużo szkód, bo matka go zabije. Nie, wróć. Śmierć miał gwarantowaną. Może ewentualnie dostać w prezencie długie tortury przed egzekucją. Uniósł miotłę i jednym szybkim ruchem uderzył jej trzonem w miejsce, o którym mówił Hyun. Ciche chrupnięcie. Zamachnął się więc jeszcze raz, tym razem wkładając w to więcej siły. Drewno pękło, a w zasadzie zostało przebite na wylot.
    - Wow, niezły jesteś. Skąd wiedziałeś, że drewno jest słabe? - wyszczerzył się i poklepał Hyuna po ramieniu wolną ręką. Co za dzień. Jak już wróci do dormitorium chyba napisze o tym opowiadanie, naprawdę.

    Freddie

    OdpowiedzUsuń
  36. Freddie świetnie radził sobie w wielu sytuacjach - potrafił się kłócić, potrafił rozśmieszać, plotkować, zbywać, komplementować. Największą trudność sprawiała mu rozmowa na poważne tematy. Rzadko kiedy wracał do tego, co mu się zdarzyło w dzieciństwie i prawie nigdy nie poruszał kwestii rodzinnych, chyba, że wcześniej obalił pół butelki ognistej. Tylko wówczas odrobinę opuszczał swoją blokadę. Nie umiał dodać otuchy komuś, kogo nie znał, może dlatego poczuł się nieco skrępowany historią Hyuna, choć to dość szybko minęło. W końcu w ciągu minuty przez jego serce przewijało się tysiąc różnych emocji.
    - Och tak, jasne, każdy zna strukture drewna - rzucił sarkastycznie, przewracając oczami, choć był pod wrażeniem sztuczki krukona. On na pewno nie wpadłby na coś takiego, w ostateczności waliłby w drzwi aż do skutku.
    Odsunął się zgodnie z prośbą Hyuna, tym razem nie do końca przekonany, czy aby na pewno dobrze robi.
    - Może powinieneś...- urwał, bo w tym samym momencie ręka Azjaty wylądowała po drugiej stronie drzwi. A mówili, że to Freddie jest nieodpowiedzialny. Wszystko stało się tak szybko, że nawet nie zdążył zaregować. Westchnął ciężko, choć poczuł nieznaczną ulgę, a jego ciało całkowicie się rozluźniło, kiedy poczuł na twarzy powiew świeżego powietrza. Szkoda tylko, że Hyun przy otwieraniu drzwi musiał sobie zrobić krzywdę. Usłyszawszy krzyk, odruchowo doskoczył do niego, by zerknąć na jego ręke. Wyglądała dość kiepsko, z tego co zdążył wyłapać. Uniósł wzrok, spoglądając w oczy krukona, wymamrotał tylko ciche 'Ale', a potem został sam. Potrząsnął głową, otrząsajac się z szoku niewiadomego pochodzenia, by zaraz wyjść na zewnątrz. 'Zapomnij o tym co mówiłem'? Jasne, jakby się tak dało. Przecież nie mógł tak po prostu wywalić sobie z glowy jego słów. Nie miał w mózgu automatycznego śmietnika.
    - Czekaj - zawołał za Hyunem i przyspieszył, by dorównać mu kroku - Może powinienem iść z Tobą do skrzydła, żeby ktoś obejrzał twoją dłoń? No wiesz, jeszcze zemdlejesz i cała odpowiedzialność spadnie na mnie, bo cię nie przypilnowałem...- mruknął, a potem zatrzymał się nagle, łapiąc go za ramię.
    - Słuchaj - zaczął dość poważnym tonem, choć na jego ustach nadal gościł uśmiech - Nie powiem nikomu, co ci się przydarzyło. Buźka na kłodkę - udał, że zamyka swoje usta, a potem wyrzuca kluczyk. Mogło wydawać się to troche nieodpowiednie, żartowanie w takiej sytuacji, ale oczywiście, nie dla Freddiego - A ty za to nie piśniesz słówkiem o mojej...mojej małej słabości. Może być?

    Freddie

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. [ Zastanawiam się wgl co dalej z nimi zrobić. Tak, wiem, jestem niecierpliwa, no ale xddd ]

      Usuń
  37. Tamtego wieczora dał sobie spokój. Uznał, że co za dużo to nie zdrowo, ważne, że złapał z chłopakiem jakikolwiek kontakt, poza tym obaj byli chyba wstrząśnięci wydarzeniami, które miały miejsce wcześniej. Pomachał mu więc wesoło, szczerząc się, jakby właśnie przeżyli przygodę życia, doradził mu, żeby zajrzał do Skrzydła i poszedł w swoją stronę. Pytający wzrok Lincolna zbył sugestywnym uśmiechem, a potem skierował się pod prysznic. Zasnął wyjątkowo szybko, wyczerpany męczącym dniem.

    Zielarstwo było przedmiotem, który darzył lekką niechęcią. Grzebanie przy roślinach wydawało mu się zdecydowanie nieciekawe i mało ekscytujące, w porównaniu na przykład do Obrony Przed Czarną Magią czy eliksirami. Gdy więc ruszył w stronę szklarni nie emanował zbytnią radością, jego zainteresowanie wzrosło, kiedy Lincoln przypomniał mu, że w tym roku na lekcje tę uczęszczali z krukonami. Zauważywszy Hyuna, uśmiechnął się do niego szeroko i pomachał do niego. Nie przejął się wcale dość mierną reakcją chłopaka na swoją osobę, ale Lincoln oczywiście musiał dorzucić swoje trzy grosze.
    - Coś ci się ostatnio nie powodzi - trącił przyjaciela ramieniem, tłumiąc śmiech w rękawie szaty.
    - Och, zamknij się, stary. Pracuje nad tym - burknął Freddie, nie tracąc rezonu.
    Nie mógł uwierzyć swojemu szczęściu, kiedy dowiedział się, że będą pracować w parach, a gdy usłyszał imię swojego partnera, miał ochotę uściskać profesora. Los był dla niego dziwnie łaskawy. Nie przestając się uśmiechać, przystanął przy nowym stanowisku.
    - Cześć - odezwał się do Azjaty i poruszył brwiami - Chyba znowu jesteś na mnie skazany. Przeznaczenie? - mruknął, a potem zaśmiał się i poklepał go po ramieniu. Zielarstwo, mimo że nudne, znajdywało się na jego liście ważnych przedmiotów, więc nie mógł go sobie tak po prostu olewać.
    - Nieźle mi idzie, choć rośliny mnie chyba nie lubią - stwierdził wzruszając ramionami - Jak ręka? - spytał zaraz, przypominając sobie, że Hyun został ostatnio ranny. Obok nich postawiono sporej wielkości skrzynki, w których znajdowały się pomniejszone wersje diabelskich sideł. Ich zdaniem było ujarzmienie ich zanim zostaną zaplątani w ich macki. Chodziło głównie o refleks.
    - To co? Chcesz ją otworzyć? - spytał i wskazał na skrzynkę.

    Freddie

    OdpowiedzUsuń
  38. Marzenie o zostaniu aurorem to jedna z niewielu rzeczy, jaka łączyła go z ojcem. Matka zawsze życzyła sobie, by Freddie poszedł w jej ślady i został wysoko postawionym pracownikiem Ministerstwa, albo, najlepiej samym Ministrem. Kariera polityczna wydawała mu się jednak nudna, pozbawiona adrenaliny. Nie chciał władzy, ustanawianie praw dla większości wcale nie przynosiło mu satysfakcji, co innego obrona społeczeństwa. Quidditch też był jakiś rozwiązaniem, choć gra była dla Freddiego zwykłym hobby, czymś, co wprowadza w jego życie odrobinę rywalizacji.
    Patrząc tak na niego, uświadomił sobie, że Hyun miał ładny uśmiech, który chyba nie pokazywał się na jego twarzy zbyt często. Freddie lubił uśmiechy, niektóre naprawdę potrafiły sprawić, że jego dzień robił się lepszy. Sam zwykle chodził po korytarzach szczerząc się do prawie każdego, nie licząc większości ślizgonów, choć pewnie wyglądało to dosć niepokojąco dla osób, które go nie znały.
    - To wzajemna niechęć - zaśmiał się znowu, sięgając po różdżkę. Wbił spojrzenie w skrzynie, z której zaraz miały wypełznać zimne, wilgotne macki, zaciskające ofiarę w żelaznym uścisku. Z tego, co zrozumiał na lekcji, diabelskie sidła wystarczyło potraktować światłem. Ustawił się, może nieco teatralnie, unosząc różdżkę do góry i mrugając do niego porozumiewawczo.
    - Bardziej gotowy już nie będe - oznajmił tonem średniowiecznego rycerza i kiwnął głową na skrzynie. Chyba jednak trochę przesadził z tym dramatyzmem, bo nie skupił się ostatecznie, by zaklęcie ujarzmiło wszystkie wijące się pnącza. Zmarszczył brwi, kiedy macka oplotła się wokół dłoni krukona. Jasne, zranił się wczoraj, ale w Skrzydle Szpitalnym powinni go wyleczyć prawda? Nie była to jakoś wielce poważne okaleczenie, z pomocą czarów przez noc powinno się do końca wygoić. Z tej chwilowej zadumy wyrwał go głos Azjaty.
    - Lumos - odezwał się głośniej, bardziej stanowczo. Macki, potraktowane światłem, puściły dłoń chłopaka i z powrotem schowały się do skrzyni, którą Freddie szybko zatrzasnął. Szybkim ruchem złapał za nadgarstek Hyuna, by móc spojrzeć na jego dłoń.
    - Nie poszedłeś do Uzdrowicielki, prawda? - spytał z lekkim niedowierzeniem i pokręcił głową. Nie rozumiał, co trudnego było w udaniu się do Skrzydła i nawciskaniu kitu. A może to duma lub upór. Otaczały go naprawdę dziwaczne osobowości - W takim razie, idziemy teraz - oznajmił dobitnie, rzucając mu nieustępliwe spojrzenie i pociągając go w stronę profesora, by poinformować go o swoich zamiarach.

    Freddie

    OdpowiedzUsuń
  39. Ten komentarz został usunięty przez autora.

    OdpowiedzUsuń
  40. Przewrócił oczami. Zawsze się tak mówiło. 'Och, to nic wielkiego'. A potem okazyało się, że do małej ranki wdało się zakażenie, a bolący od kilku dni palec jest złamany. Już miał kiedyś taką sytuację, kiedy na meczu Quidditcha nadwyrężył nadgarstek. Olał to, a potem w konsekwencji nie zagrał w następnej rozgrywce, bo okazało się, że złamał sobie jakąś kostkę. Od tamtego momentu, nie lekceważył takich choćby i drobnych dolegliwości.
    - Nie marudź, słońce. Zobaczysz, wieczorem mi podziękujesz. - Stwierdził pewnie, trącając go lekko ramieniem. Najwyraźniej Hyun nie miał ochoty się z nim szarpać, nie próbował na Waylanda krzyczeć ani ogłuszać go ciężkim przedmiotem. To chyba był dobry znak.
    Uniósł brwi, po chwili wybuchając głośnym śmiechem, kiedy Hyun w ten dziwnie sarkastyczny sposób skomentował jego uwagę. Nie spodziewał się po nim takich słów, krukon wydawał mu się raczej cichym i poważnym typem. Cóż, kolejny dowód, że pozory potrafią jednak mylić. Podobała mu się żartobliwa odpowiedź chłopaka, więc kontynował tą ich małą, śmieszną wymianę zdań.
    - Cóż, jeżli tylko chcesz mogę użyć swojej niesamowitej mocy buziaków - odezwał się, kręcąc z rozbawieniem głową. Kto by pomyślał, że zejdą na taki temat.
    Przed pielęgniarką udawał niewinnego, skruszonego ucznia, choć ona zapewne wiedziała, że to tylko gra mająca na celu zamydlenie oczu. W końcu nieraz trafiał do Skrzydła z powodu obtłuczeń i złamań, spowodowanych jego przygodami. Zrobił te wielkie, słodkie oczka szczeniaczka i siedział tak spokojnie. Kiedy dobieta nie patrzyła zdążył tylko puścić Hyunowi oczko.
    Zasalutował, wydając z siebie pewne, ostre 'Tak jest!' i pociągnął swojego towarzysza w stronę wyjścia ze szpitala. Właśnie otwierał usta, by z nikłą nadzieją zaproponować urwanie się z lekcji, ale Hyun sam wyszedł z taką inicjatywą. Freddie był w prawdziwym szoku. Ten chłopak naprawdę potrafił go pożądnie zaskoczyć. Posłał mu swój popisowy uśmiech numer siedem, ukazujący dołeczki w policzkach.
    - Miałbym zrezygnować z jakże fascynującej lekcji zielarstwa na rzecz lekkomyślnej nielegalnej ucieczki? Hm, trudny wybór...- odezwał się, niby to sie zastanawiając, choć już po jego minie było widać, że doskonale wie, czego chce - No dobra, wygrałeś. Chętnie odwiedzę Hogsmeade. - powiedział po chwili, wzruszając ramionami. Na dworze panował niezbyt przyjemny chłodek, ale przecież to nie mogło zepsuć ich planów. Wioska znajdowała się niedaleko Hogwartu, więc wystarczyło parę minut szybkiego marszu, by dotrzeć do celu.
    - Kiedy przeniosłeś się do Anglii? - zapytał z czystej ciekawości.

    OdpowiedzUsuń
  41. Schował ręce do kieszeni szaty. Na dworze było naprawdę zimno, mróz szczypał w policzki, a na dodatek w ostatnich dniach padał śnieg, więc okolica pokryta była białym puchem. Freddie lubił zimę, ale tylko wtedy, gdy siedział pod dwoma kocami w ciepłym dormitorium z kremowym piwem i ciasteczkiem dyniowym. Mimo wszystko, drzewa przyozdobione lodowymi kryształkami. Musieli też uważać, by się nie poślizgnąć, gdy szli oblodzoną ścieżką. Może w te święta również zrobi bałwany przedstawiające większość pracowników Hogwartu? Ostatnio mu się nawet upiekło, żart rozbawił nawet dyrektore Longbottoma.
    Nadal pamiętał o zakładzie, którego celem było poderwanie Hyuna, ale musiał przyznać, że nie było to zbytnie poświęcenie. Spędzanie czasu z Azjatą wydawało sie całkiem przyjemną alternatywą codziennych dowcipkowań z Lincolnem. Zdąrzył go nawet polubić, dlatego gdzieś w głębi świadomości powoli zaczęło odzywać się sumienie.
    - Och - odezwał sie, a potem zamilknął, pozwalając mu mówić. Założył, że skoro Hyun chodził do Hogwartu, przeniósł się do Anglii z rodziną, tymczasem prawda okazała się inna. Kiwnął głową, idąc dość blisko niego tak, że przy niektórych ruchach muskali się ramionami.
    - Zazdroszczę, że masz tu kogoś z rodziny, kto może cie wesprzeć. Moja myśli tylko o tym, by utrzymać dobrą reputację - burknął, pochmurniejąc na kilka sekund. Temat rodziców był dla niego niezwykle męczący, a jego dalsi krewni mieszkali w Irlandii. Z nimi też prawie w ogóle się nie komunikował.
    Na pytanie o Quidditcha wyraźnie się rozpogodził.
    - Bo to uwielbiam. No wiesz, latanie, adrenalina, rywalizacja, możliwość zniszczenia kogoś w legalny sposób - zaśmiał się, a potem wzruszył ramionami jak gdyby nigdy nic. Póki co, Quidditch był jedyną rzeczą, jaka ich łączyła, dobrze by było odpowiednio to wykorzystać - A ty czemu grasz? Rozumiem, że to nie przez zamiłowanie do schowków na miotły? - wyszczerzył się, nawiązując oczywiście do ich ostatniej przygody.
    Znajdowali się mniej więcej w połowie drogi, kiedy Freddie wpadł na szatański pomysł. Przystanął i przyklęknął na chwilę, mrucząc coś pod nosem o zawiązywaniu buta. Ulepił ze śniegu niewielką kulkę i schował ją za plecami, prostując się jak gdyby nigdy nic. Uśmiechnął się w sposób sugerujący, że coś kombinuje, a potem, niecałą sekundę później, rzucił śnieżką w stojącego obok Hyuna.
    - Coś tu masz, Hyunnie - zaśmiał się, wskazując palcem na resztki śniegu na jego szacie. Tak, Freddie był niezwykle dojrzałym osobnikiem.

    Freddie

    OdpowiedzUsuń
  42. Chciałby, żeby jego rodzina mieszkała tysiące kilometrów stąd. Ojca i tak widywał raz na dwa lata, a matka...Freddie miał do niej straszny żal. Nie potrafiła zaakceptować do takim, jaki był, nie rozumiała, że jej przerośnięte ambicje tylko jeszcze bardziej go przytłaczały. On za to nie mógł pojąć jej radykalnych poglądów - obsesji czytości krwi i tej nietolerancji, którą okazywała w każdy możliwy sposób. To dlatego krył się ze swoją orientacją. Zawsze marzył o bracie czy siostrze albo chociażby kuzynostwie, ale rodzeństwa nie miał, a z dalszą rodziną nie utrzymywał kontaktu.
    - Ja męcze się z tym samym, z tym, że moja matka mieszka w Anglii, całkiem niedaleko - zaśmiał się, może trochę nerwowo. Jej ciągła kontrola absolutnie mu się nie podobała, czuł się jak dziesięcioletnie dziecko, trzymane pod stałym nadzorem. Jak zwykle jednak jego twarz szybko rozjaśnił uśmiech.
    - No, kiedy siedzi się tam z Tobą, to tak - stwierdził pewnie, licząc, że nie posuwa się za daleko. Wiele osób mogła zrazić jego bezpośredniość. Zorientował się, że właśnie po raz pierwszy usłyszał śmiech Hyuna. To znaczy, znali się krótko, wcześniej jakoś nie było okazji, ale mimo wszystko gdzieś w duchu się z tego ucieszył. Drugą rzeczą, jaką zauważył był fakt, że opowieści chłopaka go nie nudziły, jak to zdarzało się w wielu obiecujących znajomościach.
    - Nie słyszałem, ale nazwa brzmi obiecująco - przyznał rozbawiony. Zawsze chciał pozwiedzać świat, wyjechać do Ameryki, Azji, poznać tamtejszą kulturę, obyczaje i języki. Było to takie jego małe trywialne marzenie.
    Poważna atmosfera została jednak szybko rozwiana, o dziwo, z pomocą tego mokrego paskudztwa. Pokazał mu język niczym trzynastoletni łobuziak, a kiedy ten ruszył w jego stronę zaczął się powoli cofać. Nie zdążył odejść za daleko, właściwie nie zdążył w żaden sposób się obronić, bo zaraz w wyniku dosć komicznego zbiegu okolicznosci obaj wylądowali na ziemi. No, prawie, bo Freddie upadł na Hyuna. Śmiał się jednak tak bardzo, że nie poczuł stłuczonego kolana ani nie zauważył, że ich twarze znalazły się bardzo blisko siebie. Poczuł na skórze śnieg, wprawiło go to jednak w jeszcze większą radochę i zmotywowało do zemsty. Zimne krople spłynęły bo jego szyi za szatę przez co że zadrżał nieznacznie. To jednak nie mogło powstrzymać go od dalszej zabawy. Zgarnął trochę białego puchu, by cisnąć nim w twarz Hyuna, a potem błyskawicznie złapał za jego nadgarstki, by powstrzymać dalsze odruchy i przycisnął je do ziemi.
    - I co teraz? - niemal wyszeptał z tym olśniewającym uśmiechem i zadziornym błyskiem w oku.

    Fredzio :3

    OdpowiedzUsuń
  43. Wgapiał się w ciemne oczy Hyuna, które znajdowały się tak blisko niego jak nigdy. Freddie niezbyt często znajdował się w tak intymnych sytuacjach, zwłaszcza z osobami, które znał zaledwie jeden dzień. Związki, zakochanie to dla gryfona naiwne abstrakcje, wymyślone przez wiecznie gapiących się w okno, marzycielskich romantyków. Albo jego opinia wynikała z tego, że jeszcze nigdy nikt nie urzekł go na tyle, by mógł stwierdzić, że jest chociażby zauroczony. Nie wykonał żadnego gwałtownego ruchu, po prostu patrzył na chłopaka i spokojnie oddychał. Na chwilę zatrzymał się dla niego czas, jakby jego życie było filmem i ktoś wcisnął pauzę. Poczuł przyjemne motylki w brzuchu. Zauważył, ze Hyun gapi się na jego usta więc oblizał dolną wargę w naturalnym, niewinnym geście. Na jego ramionach pojawiła się gęsia skórka, spowodowana zapewne nie tylko zimnem.
    - Zawsze wygrywam - mruknął w odpowiedzi, przekrzywiając głowę niczym zaciekawiony szczeniaczek. W pewnym momencie, naprawdę sądził, że ten wykona jakiś ruch, choć było to raczej nieprawdopodobne. W końcu nie znali się za długo, prawie nic o sobie nie wiedziali. Zaśmiał się krótko, ciepło i po paru sekundach odsunął się od niego. Wstał, otrzepał spodnie z śniegu i wyciągnął ku niemu ręke, by pomóc mu wstać. Nie sądził, że niedoszła bitwa na śnieżki skończy się właśnie czymś takim, ale nie mógł powiedzieć, że go to nie satysfakcjonowało.
    - Nie wiem czy nas gdziekolwiek wpuszczą, wyglądamy jak bałwany - zaśmiał się znowu i wyciągnął ręke, by rozczochrać jego włosy. Gdzieś tam, w głębi serca czuł się jednak potwornie, jakby go wykorzystywał. Po raz pierwszy zaczął zastanawiać się, czy ten zakład jest dobrym pomysłem...Potrząsnął głową, by odgonić natrętne myśli.
    - Choć, mam ochotę na piwo kremowe - puścił mu oczko i pociągnął go za rękaw w stronę Hogsmeade.

    Freddie

    OdpowiedzUsuń
  44. chodź* do cholery jasnej, jak mogłam ;n;

    OdpowiedzUsuń

  45. Było mu zimno i wilgotno, śnieg stopił się, mocząc jego szatę, która w pewnych miejscach przylegała do jego ciała. Tak się właśnie kończą dziecinne zimowe zabawy. Cieszył się jednak z takiego przebiegu zdarzeń, nawet jeśli konsekwencjami okazało się brak czucia w dłoniach i czerwony nos. Puścił jego ręke, może troche później niż powinien, a potem chuchnął w swoje zdrętiwałe łapy, by choć odrobinę je ocieplić. Zawtórował mu śmiechem, a jego serce stanęło na chwilę, gdy ten zaczął otrzepywać go ze śniegu. Poczuł się trochę dziwnie, bo jego ciało nigdy nie zareagowało tak na dotyk na przykład Lincolna czy Julii. W zasadzie to nigdy nie reagowało w ten sposób na niczyj dotyk.
    - Jasne, ja w przekonywaniu potrafię być naprawdę niezły - odezwał się, jak zwykle skromny, by oderwać się od tych niepokojących myśli. Musiał przyznać, że Hyun wyglądał nawet uroczo z tymi roztrzepanymi włosami i nadąsaną miną. Przypominał wtedy trochę nastoletniego urwisa, któremu matka zabroniła wychodzić z domu. Puścił go dosłownie pół sekundy po tym, jak ten wspomniał o 'ciąganiu', bo chyba nikt nie lubił być szarpany w ten sposób, prawda?
    Rozmowa szła gładko i przyjemnie, Freddie opowiedział, że przepada za włoskim i azjatyckim jedzeniem, był na dwóch Mistrzostwach Świata w Quidditchu i nawet wyznał, iż czasem pisze coś w swoim nic nie znaczącym notatniku. Temat jego artystycznej strony to drugi zaraz po rodzinie wątek, którego wolał unikać podczas pogaduszek, jednak Hyun nie wydawał mu się osobą, która nabijałaby się z niego z tego powodu.
    Na pytanie o zwierzaka na jego twarzy zagościł dumny uśmiech.
    - Kiedyś miałem kota, ale ten paskudny sierściuch szczerze mnie nienawidził. Nadal mam bliznę na plecach po jego ataku. A teraz jestem właścicielem dwóch szczurów. Dużo bardziej do mnie pasuje - wzruszył ramionami. Szczury były, zarówno przez mugoli jak i czarodziejów, uważane za brudne i ohydne stworzenia, co wydawało mu się kompletną bzdurą. Szczury to bardzo inteligentne i przyjacielskie istotki, których obecność zawsze potrafiła podnieść go na duchu. A ich ogony wcale nie były obrzydliwe.
    Gdy wreszcie znaleźli się w pubie, okazało się, że nikomu nie przeszkadzają ich przemoczone szaty. Usiedli w rogu pomieszczenia, tuż przy oknie wychodzącym na uliczkę. Kiedy poszedła do nich na oko czterdziestoletnia kelnerka, Freddie od razu zamówił dla siebie piwo kremowe z odrobiną cynamonu, po czym zerknął pytająco na Hyuna. Kobieta przyjęła ich zamówienie, po czym odeszła z nieco znudzoną miną.
    - Kiepska sprawa z tym psiakiem, chociaż wiesz, z drugiej strony to spora odpowiedzialność. I uwierz mi, sprzątanie po jakimkolwiek stworzeniu nie jest zbyt miłe...- odezwał się, kręcąc głową.
    - Interesujesz się czymś poza Quidditchem i wypadami na kremowe piwo z niedawno poznanym chłopakiem? - spytał, zerkając w bok na szatynkę, która właśnie niosła ich zamówienie. Podziękował jej skinięciem głowy oraz małym uśmieszkiem. Sięgnął po swój kufel i przusunął go do ust, kosztując najlepszego napoju we wrzechświecie. Szkoda tylko, że nie poczuł śmiesznych śmietanowych wąsów, które pojawiły się nad jego ustami.

    Fredziak, huehuehue

    OdpowiedzUsuń
  46. Jeden dzień to mało czasu, ale od czegoś trzeba zacząć, prawda? A początek ich znajomości wydawał się naprawde obiecujący. Freddie czuł się przy nim dobrze, może nieco dziwnie, ale mimo wszystko przyjemnie spędzało się z nim czas. Lubił go, najwyraźniej z wzajemnością. No i fakt, że nawet nie musiał się starać, żeby się z nim widywać...to było podejrzane, choć z drugiej strony przypadki chodzą po tym świecie.
    - U nas są tylko jakieś raki, skorpiony i panny. - posłał mu szeroki uśmiech. Azja zawsze go interesowała. Kultura, jedzenie, język i zwyczaje wschodu były tak różne od tych prostych, europejskich.
    Za nic nie oddał by swoich milusińskich, za bardzo przyzwyczaił się do wieczorów z kołnieżami ze szczurków czy zimnych łapek biegających po jego plecach. A ponieważ gryzonie to małe zwięrzątka, bez problemu mógł zabierać je ze sobą do szkoły.
    - Może kiedyś będziesz miał okazje - odezwał się - Jak się przeprowadzisz czy coś... - dodał wzruszając ramionami. Na wieść o karate zrobił wielkie oczy. Zawsze chciał nauczyć się profesjonalnej walki wręcz, żeby móc się obronić, gdy ktoś odbierze mu różdżkę.
    - Wow, ale ekstra. Mogę liczyć na prywatne lekcje? - spytał puszczając porozumiewawcze oczko. Poza tym, lekcja karate byłaby idealnym pretekstm dla następnego spotkania.
    Zamarł w niemałym szoku, kiedy ten się ku niemu nachylił i starł śmietanę z jego wargi. Wspominał już, że Hyun często go zaskakiwał? Posłał mu najpiękniejszy ze swoich uśmiechów, który schował zaraz w kufle z kremowym piwem. Ciepło napoju przyjemnie ogrzewało jego ciało, czuł się jak po długim, gorącym prysznicu.
    - Jesteś uroczy - skomentował, nie mogąc się powstrzymać. Zawsze mówił na głos, co mu ślina na język przyniosła, nie myślał o możliwej konsekwencji swoich snów. To dlatego dość często sprawiał wrażenie wrednego, choć w zasadzie taki nie był. O jego orientacji wiedziało zaledwie pare osób w tym dwójka jego najlepszych przyjaciół i dwóch panów, z którymi niegdyś się 'zadawał'. Krył się z tym, choć może nie był tak ostrożny jak powinien. Wiedział, że pewnego dnia to będzie musiało się wydać, a wtedy wybuchnie skandal, a matka go wydziedziczy. W najlepszym przypadku.
    - Zastanawiałem się nad dołączeniem do Klubu Pojedynków...Dałeś mi kolejny argument. - zaśmiał się dźwięcznie, łokieć kładąc na stoliku i opierając brodę na ręce. Nie miał pojęcia czy udałoby mu się pogodzić treningi Quidditcha, lekcje, wszystkie szlabany, Klub Ślimaka i zawzięte poszukiwania Pokoju Przychodź-Wychodź, ale może warto było zaryzykować?
    - Co robisz wieczorem? - spytał, oblizując usta i wlepiając w niego niebieskie spojrzenie.

    Freddie

    OdpowiedzUsuń
  47. Miał świadomość, że na świecie jest tyle kultur, języków i obyczajów, że w swoim krótkim życiu nie zdąży o nich wszystkich usłyszeć, a co dopiero ich zaznać. Chciał jednak pochłonąć tego tyle, ile zdoła, a skoro siedział tu właśnie z uroczym Koreańczykiem, czemu miałby nie skorzystać? Chętnie posłuchałby fascynujących koreańskich legend, historii, a nawet opowiastki o tych znakach zodiaku.
    Zawsze lubił też wróżbiarstwo, mimo, że nie zawsze wydawało mu się całkowicie wiarygodne. Bawiły go dowcipy kolegów, którzy celowo zwiastowali złe wiadomości, bo podobno przez to dostawalo się lepsze stopnie. Freddie nie musiał jednak udawać, chyba dlatego, że czasem objawiał zdolności jasnowidzenia.
    - Uu nieładnie tak po nazwisku, Han. - zmrużył oczy, a potem położył ręke na piersi w teatralnym geście - Ranisz moją duszę takimi słowami. Mogę tylko zapewnić, że byłbym pilnym uczniem - puścił mu oczko. Nie wyobrażał sobie, gdzie mogliby trenować, nie wyobrażał sobie samego przebiegu treningu i dlatego chciał spróbować. Uwielbiał wyzwania. Zauważył też, że od pewnego czasu zaczął pewnie z nim flirtować, jakby podświadomie, nie myśląc o tym tak intensywnie, jak powinien.
    - Powinno się, choć a Anglii wdzięczność można wyrazić w różnoraki sposób - zacisnął usta, by nie wybuchnąć głośnym śmiechem. W końcu nie chciał zwrócić na siebie uwagę całego lokalu. Jego słowa miały wyraźny podtekst, choć pewnie nie każdy byłby w stanie to zauważyć.
    Słysząc propozycję Hyuna nieznacznie się ku niemu nachylił.
    - Stoi - uśmiechnął się olśniewająco, unosząc brwi, ciekawy, co ten ma mu do powiedzenia. Zawsze umiał kłamać, ale jak się okazało, w tym przypadku nie musiał. Był wyluzowany jak zwykle, jedną ręką nadal podpierał brodę, drugą ułożył na oparciu swojego krzesła. Upił łyk piwa, udając, że niby się zastanawia.
    - A co za różnica? - zapytał na początek, cicho, z błyskiem w oku - Jeżeli to przypadek, to szczęśliwy. Jeżli przeznaczenie, to i tak nie możemy nic z tym zrobić. Ważne jest tu i teraz, a mnie to tu i teraz odpowiada. Gdybym jednak się uparł, by odpowiedzieć konkretnie to pewnie powiedziałbym, że nie wierzę w przeznaczenie. A przypadki bywają bardzo miłe. - odezwał się, moze troche filozoficznym tonem i wzruszył ramionami.
    - Twoja kolej, Hyunnie.

    Freddie
    [Jeśli któreś zdanie jest bez sensu to przepraszam xd]

    OdpowiedzUsuń
  48. Mathias miał głęboko gdzieś opinię na temat Hyuna. Nie uważał go ani za idiotę ani za nikogo innego. Był to był, jemu nic do tego. Poza tym co go obchodzi jakiś uczeń? Uczeń to uczeń, ma go uczyć, a nie oceniać, choć przyznałby, że chętniej ukręciłby mu łeb.
    - Niejasno się wyraziłem? Gęsiego – warknął Rathmann, gdy chłopcy przestali go słuchać. – Nie rozdzielać się! – dodał zaraz równie srogim głosem, co wcześniej, jednak jego uwagę skutecznie zastąpił Hyun. Spojrzał na niego i cicho westchnął.
    - Jak się czujesz? – zapytał chcąc mieć pewność, że taka sytuacja jak tamtego wieczoru już się nie powtórzy. Zdrowie było ważne, a Rathmann nie zapominał o tej wartości nawet względem uczniów, których nie tylko powinien uczyć, ale powinien też o nich dbać. Hyun cholernie działał mu na nerwy, ale gdy chodziło o zdrowie Niemiec był zupełnie innym człowiekiem. Położył mu dłoń na ramieniu i nieco przyciągnął do siebie gdy chłopak prawie wydzwoniłby o wystający korzeń z nierównej ścieżki.
    - Nie myśl sobie, że odpuszczę Ci ten regulamin, będziesz go recytował w nocy o północy, zobaczysz, jeszcze jeden taki wybryk, a dyrektor naprawdę się o tym dowie, Hyun. Ze mną nie ma żartów, rozumiesz?
    Uniósł głowę do góry i przystanął. A gdzie podziała się tamta banda imbecylów?
    - Co jest do cholery? – wymamrotał unosząc wyżej różdżkę. – Co wy kombinujecie? – syknął w stronę Hyuna odwracając się przodem do nieco żądając natychmiastowych wyjaśnień, co okazało się być błędem. Poczuł jak coś ląduje pod jego nogami przewracając go boleśnie. Ciało Rathmanna sturlało się ze stromej ścieżki w dół obijając o wszystkie możliwe napotkane kamienie, korzenie aż wpadło w sidła młodej tentakuli, która owinęła jadowite pędy wokół jego ciała boleśnie je raniąc. Mathias zawył z bólu spowodowany nie tylko złamaną ręką, ale i również pędami, które coraz bardziej wbijały kolce w jego ciało. Wystraszona młodzież w sekundzie rozpierzchła się szukając wyjścia z Zakazanego Lasu.

    Mathias

    OdpowiedzUsuń
  49. [Cześć :] Dziękuję ślicznie za powitanie :P
    Pewnie, jak najbardziej! Powiedz mi tylko, z którą ze swoich postaci najprędzej widzisz w wątku Teda ;) Możemy spróbować z Lourdes, jeśli chcesz :D Albo z kimkolwiek innym, doprawdy; wszystkie Twoje postaci są ciekawe :)]

    Ted Teddy Lupin

    OdpowiedzUsuń
  50. Następnego dnia rano zupełnie nie miała ochoty opuszczać łóżka, przewracała się tylko z boku na bok, okrywając szczelniej kołdrą, aby stłumić rozmowy koleżanek z dormitorium, ale przecież nie mogła tak leżeć cały dzień. W końcu podniosła się, ogarnęła tak szybko jak była w stanie, spakowała i wyszła, aby zdążyć jeszcze na końcówkę śniadania. Próbowała nie myśleć o Hyunie, ale w głowie ciągle miała jego słowa. Współczucie, które wydawało jej się, że czuła poprzedniego dnia, zniknęło całkowicie. Teraz było jej tylko przykro, źle i była wkurzona, bo niezależnie od powodów, nie miał prawa się tak zachowywać i powiedzieć tego, co powiedział. To było przekroczenie granicy, zza której nie było powrotu, a przynajmniej tak jej się na ten moment wydawało.
    Zbiegła po schodach i wpadła do Wielkiej Sali, kiedy nie było tam już tłumów. Ruszyła w stronę stołu Krukonów, ale nagle przystanęła, bo zobaczyła plecy Hyuna, siedzącego na skraju stołu. Najpierw chciala odwrócić się i wyjść. Postanowiła jednak zostać, udawać przed samą sobą, że się nie przejmuje, jest ponad to i nie będzie już płakać z powodu idioty, który ewidentnie nią gardzi. Minęła chłopaka i usiadła kilka metrów od niego. Nie patrzyła w jego stronę, starała się utrzymywać wzrok skupiony na swoim posiłku i ewentualnie rozglądać po innej części sali. Jadła powoli jajecznicę, mimo iż ledwo przełykała każdy kęs. Na tak męczącym śniadaniu nie była dawno.

    Julia

    OdpowiedzUsuń

  51. Freddie czasem wpadał w taki nieco filozoficzny ton. Odpowiadał wtedy niejasno, niczym pustelnik, który swoimi słowami ma zmusić kogoś do refleksji, analizować odpowiednio sytuacje, wykrzesać z serca to co najcenniejsze i najbardziej istotne. Coż, cele Waylanda nie były tak patetyczne. Odpowiadał tak, by trudno było go zrozumieć zwykle wtedy, kiedy po prostu nie potrafił konkretnie wyrazić swojej opinii na dany temat.
    Obserwował Hyuna uważnie, starając się wyłapać wszelkie jego gesty i spojrzenia. Spodziewal się zwykłego 'nie wiem' bądź jakiejkolwiek innej uwagi, która opisywałaby jego plany, tymczasem dostał coś zupełnie innego.
    Posłał mu szeroki uśmiech, uniósł brew i odstawił swój kufel na stół. Ktoś tu się rozkręca, pomyślał zadowolony.
    - Miejmy nadzieje, że ten cholerny przypadek będzie cholernie miły, Hyunnie - odezwał się, a potem pomachał mu, odprowadzając go wzrokiem. Nie siedział w pubie długo. Dopił swoje piwo, zapłacił i wrócił do zamku.
    Udało mu się uniknąć konsekwencji 'ucieczki' z lekcji i nielegalnej wyprawy do Hogsmeade. Domyślał się, że Hyun też miał tyle szczęścia. Co dziwne, trudno było mu wyrzucić chłopaka ze swojej głowy. Nawet jego znajomi zaczęli zauważać, że jest podejrzanie cichy i bardziej zamyślony niż zwykle. Może złapał go jakiś ohydny wirus po tych wszystkich zabawach na śniegu? Po kolacji usiadł na łóżku w dormitorium, pilnując swoich szczurków i gawędząc z Lincolnem, kiedy do jgo uszu doszło stukanie. Po chwili zorientował się, że dochodzi zza okna, więc wstał i otworzył je, zerkając z zaciekawieniem na sowę. Przeczytawszy liścik uśmiechnął się od ucha do ucha, niczym podekscytowana nastolatka.
    - Co jest, stary? Dostałeś informację o nowej miotle czy co? - spytał blondyn, zerkając ze zdziwieniem na przyjaciela. Freddie pomiział Walliego za uchem i z powrotem włożył swoje szczury do klatki.
    - Nie - odezwał się dopiero po kilku sekundach - Ale mam małe spotkanie w bibliotece - dodał, unosząc znacząco jedną brew.
    - Kurde, ty chyba serio wygrasz ten zakład...
    - Co? - zareagował odruchowo, marszcząc brwi - A tak! - zawołał zaraz o wiele głośniej niż było to konieczne - Zakład, tak. Właśnie. - mruczał pod nosem, podciągając rękawy szarego swetra, w którego przebrał się po posiłku. Zmierzwił odruchowo swoje brązowe włosy i puścił oczko Lincolnowi, który patrzył na niego, jakby właśnie zobaczył ducha.
    - Zobaczymy sie potem - rzucił Freddie na pożegnanie, znikając w drzwiach ich dormitorium.
    Ostrożnie przemierzał ciemne korytarze, uważając na woźnego i nauczycieli, patrolujących okolicę. Do biblioteki dotarł bez większych ekscesów. Bezszelestnie poruszał się między regałami, wzrokiem szukając ciemnowłosego chłopaka. Gdy wreszcie go zobaczył, stojącego do niego tyłem, w głowie zaświtał mu pomysł. Zakradł się do Hyuna po cichu i przycisnął ręke do jego ust.
    - Ręce do góry, przyszło twoje przeznaczenie - wyszeptał blisko jego ucha a potem zaśmiał się perliście, to było silniejsze od niego.

    Freddie ;>

    OdpowiedzUsuń
  52. Biblioteka była miejscem, które Freddie odwiedzał tylko po to, by złapać kogoś znajomego albo zwinąć jedną z tych ciekawych książek na temat wróżbiarstwa. W skrócie, nie pamiętał kiedy przebywał tu więcej niż pół godziny, o siedzeniu i kuciu nie wspominając. Uwielbiał książki, ale takie, które miały w sobie jakąś wartość poza tą naukową. W końcu jego miłosć do pisania musiała się skądś wziąć prawda?
    Cóż, teraz miał okazję dostrzec to miejsce z całkowicie innej strony. Po nocy krążył niemal po całym Hogwarcie, ale do biblioteki jeszcze nie trafił. Może nie docenił pokoju pełnego zakurzonych, opasłych tomisk?
    Reakcja, jaką wywołał u Hyuna zdecydowanie go usatysfakcjonowała. Poczuł się jak w jakimś cholernym filmie kryminalnym, w ktorym mugole wyposażeni w nadludzkie zdolnosci ratują świat przed siłami zła.
    - Idiota, do usług - ukłonił się teatralnie, kładąc prawą dłoń na torsie, odwzajemniając jego jakże uroczy uśmiech. Oderwał od niego wzrok tylko na chwile, by zerknąć z zażenowaniem w dół i upewnić się, że nie przyszedł w starych spodniach od piżamy czy wielkich brązowych papuci-piesków. Dostał je na dziesiąte urodziny od Lincolna, jednak wtedy były one znacznie za duże na jego małe stópki. Mimo, że miał do nich sentyment, chyba nie wydawały się zbyt odpowiednie na taką okazję.
    Zlustrował Hyuna podobnym wzrokiem eksperta, nawet odruchowo przygryzł przy tym dolną wargę. Ciało zwykle zdradzało go w ten sposób.
    - Nazwajem, Hyunnie - odezwał się znacznie ciszej, a potem skierował się za nieco tajemniczo zachowującym się krukonem. Biblioteka skąpana jedynie w świetle księżyca, wpadajacym przez okno wydawała się ciekawsza i mrocznejsza niż za dnia.
    Jego oczy zrobiły się okrągłe jak spodki, gdy w jego ręce pojawił się ładnie zapakowany prezent.
    - Dziękuję. - odezwał się, przenosząc na chwilę mile zaskoczony wzrok na chłopaka, zanim ponownie spojrzał na paczuszkę. Najpierw spomiędzy sznurków wyciągnął kwiat o nieznanej mu nazwie, by na spokojnie otworzyć podarunek, nie uszkadzając przy tym papieru. Gdy wreszcie doszło do niego co jest w środku, jego zęby zabłysnęły w uśmiechu. Uważał to za niezwykle urocze, że Hyun postanowił podarować mu akurat nowy brulion.
    - Podoba mi się. Mój stary zeszyt powoli się kończy, teraz będe miał więcej miejsca na przelewanie własnej twórczości. - dodał i wyciągnął ręke, kładąc ją na jego ramieniu w niemej wdzięczności - I kwiat też jest piękny, nigdy takiego nie widziałem - dodał, zerkając na ususzoną roślinkę. Hyun okazał się jedną z tych osób, które zawsze robiły to, czego Freddie się najmniej spodziewał. Nagle w jego głowie zakwitł pewien, jak można było się domyślić, szatański pomysł.
    - Ty nie boisz się wyzwań, prawda? - spytał z podejrzanym i proszącym jednocześnie wyrazem twarzy, ale nie pozwolił mu odpowiedzieć - Co powiesz na pełen emocji spacer po Lesie?

    Freddie

    OdpowiedzUsuń
  53. [Oczywiście, się rozumie ;) Wiesz, że jestem otwarta na wszelkie propozycje; po prostu daj znać, gdy coś przyjdzie Ci do głowy i coś wspólnie sensownego wymyślimy :]
    A co do tego ile Ci to zajmie - kto, jak kto, ale ja z pewnością to rozumiem i będę czekać tyle, ile trzeba :]]

    Teddy Lupin

    OdpowiedzUsuń
  54. Freddie również chciał poznać bliżej Hyuna. Wcześniej, zaledwie tydzień temu, miał pewność, że raczej nie będzie za nim przepadał, od tak po prostu. Sądził, że będzie on raczej banalny i przemądrzały. Tymczasem prawda okazała się zupełnie inna. Zakład, który powinien być jego priorytetem powoli odchodził w niepamięć, całkowicie podświadomie wywalił go do najmroczniejszych odmętów swojego umysłu. A gdy już jego przyjaciel wspomni o umowie, którą zawarli, coś ściska go nieprzyjemnie w żołądku i nie chce puścić.
    W jego obecności był sobą. Całkowicie odruchowo wylewał z siebie świeże emocje i nie hamował się za bardzo. Nie przedstawiał mu maski, którą pokazywał większości swoich znajomych. Dlaczego? Tego nie wie nikt.
    - Nie mogę się doczekać - posłał mu szeroki uśmiech, a potem niemal podskoczył, gdy usłyszał zgodę chłopaka. Nie był najlepszy w odczytywaniu cudzych emocji, szczególnie, że jednak znał krukona naprawdę krótko, więc nie zauważyło, że coś może być nie tak. Poza tym, oznaczało to, że ten wieczór nie skończy się tak szybko.
    - Jasne - mruknął, skinąwszy głową na znak zgody, a potem zerknął na ręke Azjaty wyciągniętą w jego kierunku. Chciał, żeby Freddie go za nią złapał? Wydawało mu się to dość nieprawdopodobne, ale co innego mógłby przekazać przez taki gest? Nie mógł zaprzeczyć, że w jego głowie odezwał się cichy głosik mówiący coś o tym, iż przecież nie miałby nic przeciwko. Chyba że Hyun go zwyczajnie ponaglał? Zanim zdążył się zastanowić co zrobić dłoń czarnowłosego zniknęła w jego szacie. Pięknie, pewnie wyszedł na durnia. I dlaczego w zasadzie zastanawiał się nad tym, czy coś zrobić? Tyle pytań kłębiło się w umyśle Freddiego, że aż zabolała go głowa. Potrząsnął nią, by odgonić uporczywe myśli.
    - Poczekaj - złapał go za łokieć - Zahaczmy po drodze o mój pokój, co? Nie chcę zgubić kwiatka ani swojego nowego zeszytu. - posłał mu szeroki uśmiech i pociągnął go w boczny korytarz. Stanął przed portretem Grubej Damy, wymamrotał coś, że za chwile wraca i zniknął w pokoju wspólnym. Niespełna dwie minuty poźniej (biegł po schodach i o mało się nie zabił) znowu stał przy Hyunie. Ruszyli w stronę przejścia o którym mówił chłopak. Wayland nie potrafił pozbierać rozszalałych myśli, dawno nie próbował tego zrobić i stracił wprawę.
    - Gdybyśmy...- zaczął cicho, ale zamilknął raptownie, dostrzegając snop światła, wychodzącego zza rogu. Chwycił krukona za nadgarstek i pociągnął go za znajdującego się nieopodal gargulca, który stał we wnęce, niecały metr od ściany. Miejsca tam mieli tyle, że stykali się ciałami niemal na całej powierzchni. Na wszelki wypadek przycisnął ręke do ust Hyuna, a do jego uszu doszło echo ciężkich kroków, należących najprawdopodobniej do jednego z nauczycieli.

    Freddie

    OdpowiedzUsuń
  55. [ Coś zardzewiałam, dlatego tak krótko i mizernie, ale z czasem będzie tylko lepiej. Oby!]

    Najgorsza jest niemożność określenia własnych uczuć. Niemożność opisania czym są, znalezienia środków łagodzących i wzięcia kilku uspokajających oddechów. Jeżeli spróbuje policzyć do dziesięciu, dziesięć po chwili zamieni się miejscem z zerem, ale rozżarzone policzki wcale nie staną się bledsze. Albo gdyby zamknął oczy; odetchnął. Czy przysłonięcie powiekami świata przysłoniłoby również wszystko, do czego wciąż nie dorósł?
    Patrzy na Hyuna i próbuje przestać drżeć, jak liść na wietrze, który ledwo trzyma się gałęzi swojego drzewa. Drzewa, a więc źródła wszystkiego, co znane i dobre. Gdyby wiatr powiał zbyt silnie, gdyby liść uleciał w przestworza, utraciłby wówczas jedyną rzecz, przy której trwał w dziecinnym poczuciu bezpieczeństwa. Tym liściem jest Vincent, natomiast drzewem jego niewinność, czystość, zbyt łatwowierne spojrzenie na świat, któremu wymyka się, choć przecież wszechobecna, ludzka krzywda.
    Jesienny mróz po części zmywa z niego poruszenie. Zaczyna czuć się o wiele mniej rozgorączkowany, mija też niezdrowe podniecenie sytuacją, które, ze względu na swoją rzadkość, powoduje somatyczne zaburzenia.
    Naturze spokojnych myślicieli z rodu Vanlaanenów od pokoleń źle służyło jakiekolwiek napięcie. Zwykli wieść żywoty przepełnione wzajemną miłością i kontemplacją, izolując się wobec podniet codzienności. Nie znaczyło to, że ich życie nie miało w sobie polotu — znaczyło, iż konsekwentnie przekazywane w genach upośledzenie jednej z komór serca, niezagrażające nikomu w zbyt wielkim stopniu, aczkolwiek w dalszym ciągu budzące niepokój, wymagało zrównoważonego dawkowania wrażeń.
    — Co teraz? — pyta, nagle czując wielką potrzebę sprawdzenia, czy jego serce wciąż znajduje się na właściwym miejscu.

    Vincent

    OdpowiedzUsuń
  56. Uniosła głowę, kiedy Hyun znalazł się naprzeciwko niej. Zacisnęła zęby, a całe jej ciało napięło się od zdenerwowania.
    Po prostu nadal chodzisz po tej ziemi...
    Nie zapomniała. Nie umiała, a każde słowo wciąż bolało tak samo mocno, nawet jeśli nie potrafiła uwierzyć, że to co powiedział, było tym co miał na myśli. Znała go kilka lat i to zupełnie do niego nie pasowało. Coś musiało się stać, tak ważnego i tak trudnego, że albo Hyun zmienił się o sto osiemdziesiąt stopni albo potraktował ją jak emocjonalny worek treningowy, na którym trzeba się wyżyć. To były tylko ciche głosy z tyłu głowy, bo jakkolwiek sobie tego nie tłumaczyła to przede wszystkim było jej cholernie przykro i była zła.
    Po prostu nadal chodzisz po tej ziemi...
    Czy takie słowa w ogóle są wybaczalne? Bo może to już przekroczenie jakiejś granicy, zza której nie ma powrotu, bo słów także nie można cofnąć. Przeprosiny nic nie zmieniały, a Julia nie poczuła się nawet odrobinę lepiej.
    - Nie obchodzi mnie to. - odparła zimnym głosem, tak dziwnie brzmiącym w jej ustach. Kłamała. Wmówiła to sobie w obronie własnej, chociaż metoda ta nie działała prawie wcale.
    To było za dużo. Miała z ludźmi różne sprzeczki o większe i mniejsze sprawy, ale zawsze wina była po obu stronach i jakoś łatwiej było wybaczyć. A Hyun powiedział coś, na co na zupełnie sobie nie zasłużyła i trudno było o drugą szansę i odbudowane zaufanie. Było tylko jedno rozwiązanie. Odsunęła od siebie talerz z jajecznicą i spojrzała z obrzydzeniem na sok pomarańczowy, wiedząc, że dzisiaj już nawet tego nie przełknie.
    - Albo powiesz mi wszystko, od początku do końca i będziesz ze mną bardziej szczery niż kiedykolwiek, albo naprawdę nie chcę Cię znać. - powiedziała powoli i pokiwała delikatnie głową, na potwierdzenie swoich słów.
    Musiała go zrozumieć i to było jedyne wyjście.

    Julia

    OdpowiedzUsuń
  57. Nie potrafiła być zimną zołzą, która uparcie trzyma się swojego, niezależnie od okoliczności. Zołza powiedziałaby dobrze, nie chcesz to nie mów i wykreśliłaby go ze swojego życia. Tylko że to jest bardzo ograniczone podejście i tak zimne i pozbawione jakichkolwiek emocji, że aż nierealne. Julia nie umiała odpuszczać sobie ludzi ot tak, jak gdyby nigdy nic. I mimo iż w głowie wciąż miała jego okrutne słowa, to teraz łzy zaczęły napływać jej do oczu na widok jego łez. Zerwała się z miejsca i obeszła stół dookoła, aby szybko znaleźć się u boku Hyuna.
    - Chodź. - szepnęła, patrząc na jego mokre oczy.
    Delikatnie, jakby zaraz miał się rozpaść na miliony kawałków, objęła go ramieniem i szybkim krokiem wyprowadziła z Wielkiej Sali. Miał rację, to nie jest miejsce na takie rozmowy. Chociaż teraz już sama nie wiedziała czy jakiekolwiek rozmowy są potrzebne. Jego zachowanie aż zbyt dobitnie potwierdziło jej podejrzenia. To nie była jej wina. To nie chodziło o nią. To nie był personalny atak. Hyun miał w sobie więcej emocji niż był w stanie wytrzymać i wyładował je na niej, bo tak wyszło. Nie chciała go usprawiedliwiać, ale trochę musiała. Nie umiała być zimną zołzą i jakkolwiek ją nie zranił, to i tak nie byłaby w stanie pomyśleć, że to jej emocje są najważniejsze. Zawsze. Niezależnie od okoliczności.
    Opuściła z Hyunem Wielką Salę, nawet nie zwracając uwagi na uczniów rzucających w ich stronę ciekawskie spojrzenia. Zaprowadziła go do pobliskiego korytarza, na którego końcu znajdowało się duże okno z szerokim, obniżonym parapetem i usadziła na nim chłopaka. Sama jeszcze przez chwilę stała, nie wiedząc właściwie, co zrobić, ale zaraz usiadła niepewnie obok. Delikatnie wplotła palce w dłoń Hyuna, mokrą teraz od łez.
    - Obchodzi mnie to. - odparła cicho, bo to, co powiedziała wcześniej nie miało żadnego sensu. Nie wiedziała co więcej może dodać i jak się zachować.

    Julia

    OdpowiedzUsuń
  58. Zakazany Las był idealnym miejscem dla osób lubiących ryzyko i przygody, a Freddie się do takich zaliczał. Sam fakt, że w każdej chwili coś cudacznego mogło wyleźć zza drzew i ich zaatakować przyprawiało go o przyjemne dreszcze, wiążące się z adrenaliną buzującą w żyłach. Nie przemyślał oczywiście tego, że może stać im się coś złego albo mogli wpaść, przypłacić to punktami i wolnym czasem, który po raz kolejny zmarnowany by został na szlaban. Choć z drugiej strony, gdyby dostali wspólną karę, może nie byłoby tak źle. Dziwne dźwięki, nasłuchiwanie, schizy, niepokojące cienie...tak, to zdecydowanie jego klimaty. Gdyby był mugolem albo chociaż półkrwi z pewnością oglądałby mnóstwo 'horrorów' czy jak to się nazywało. Nie oznaczało to jednak, że nigdy nie widział żadnego filmu, choć ukrywanie przed matką zainteresowań mugolskimi rzecami było dosyć trudne.
    Ze swojej orientacji zdał sobie sprawę w wieku czternastu lat. Nie to, że nie lubił dziewczyn, wręcz przeciwnie, nawet przeżył z jedną takie swoje małe dziecięce zauroczenie. Odkrył jednak, że po prostu podobają mu się chłopcy. Ukrywał się ze względu na rodzinę, choć był pewien, że gdyby znalazł odpowiednią osobę, wyznałby prawdę całemu światu i wtedy byłby gotowy stawić czoła konsekwencjom. To dlatego flirtował z Hyunem, który powiedział mu o tym, że pociąga go płeć męska. Nie musiał obawiać się odrzucenia z serii 'odwal sie, jestem hetero, pieprzony pedale'.
    Do Hyuna wrócił z dziwną miną, a jak już odrobinę oddalili się od portretu Grubej Damy posłał mu tylko znaczący uśmiech i kiwnął głową.
    - Męczy nas każdego dnia - oznajmił z teatralnym dramatyzmem, bo przecież bądź co bądź ich dom był bardzo dobrze zabezpieczony. Niestety nie dane im było dalej rozmawiać.
    Freddie zagryzł warge, by powstrzymać się od śmiechu, kiedy upchnęli się za tym przeklętym gargulcem. Gdyby teraz wydał z siebie jakikolwiek głośniejszy dźwięk, cała zabawa poszłaby się walić. Ciszę przerywał tylko miarowy odgłos ciężkich kroków i ich oddechy, które w pewnym momencie się zmieszały. Nie mógł powiedzieć, że bliskość Hyuna nie wywarła na nim żadnego wrażenia. Poczuł, jak cieplo zalewa jego twarz, kiedy spoglądał tak w jego ciemne oczy, a na jego ramionach pojawiła się gęsia skórka, gdy usta krukona musnęły wnętrze jego dłoni.
    - Śmiałe przypuszczenie - wyszeptał, przkrzywiajac głowę tak, że niemal zetknęli się czołami, a drugą ręke zacisnął na jego ramieniu, jakby nie wiedział co z nią zrobić. Odwzajemnił jego uśmiech, czekając na to, co ma do powiedzenia. Kroki jednak wróciły i obaj zmuszeni byli się zamknąć. Po zapadnięciu całkowitej ciszy odczekał jeszcze parę sekund, by upewnić się, że są bezpieczni po czym nachylił się w stronę Hyuna, by jego usta znalazły się tuż przy uchu Azjaty.
    - Fred...co? - zapytał, nawiązując oczywiście do urwanej wypowiedzi krukona. Nie mógł się powstrzymać, choć wydawało sie to niewłaściwe i takie...cliche. Zaraz jednak powoli wysunął się spomiędzy Hyuna, a gargulca, by swobodnie stanąć na korytarzu.
    -Idziesz, Hyunnie? - zapytał, jak gdyby nigdy, jakby się nic właściwie nie stało. Typowy Freddie.

    Fredziak

    OdpowiedzUsuń
  59. Nic nie zrozumiała z tego co powiedział, ale chyba już nie musiała. W jakiś dziwny sposób czuła się mu potrzebna, bo wiedziała jak bardzo czasem przydaje się ramię, w które można się wypłakać, nawet nic nie tłumacząc, z tego co się stało. Puściła dłoń Hyuna i przytuliła go do siebie, delikatnie głaszcząc po plecach.
    - Spokojnie. - szepnęła kilkukrotnie, starając się uspokoić chłopaka choć trochę.
    Coś było cholernie nie w porządku. Najwyraźniej w te wakacje stało się więcej niż Hyun mógł znieść, a później wyżywał się przez to na wszystkich wokół. Aż do teraz, kiedy to wszystko w nim pękło. A Julia, nawet jeśli wciąż w jakiś sposób była na niego zła, czuła, że powinna być obok niego i nigdzie indziej. Czasem łatwiej byłoby być zimną zołzą, ale ona nią nie była. Zdarzało się, że się tak zachowywała, ale potem znowu wychodziły z niej pokłady empatii i wtedy już nie umiała stać z boku. Ostatnio miała okazję przekonywać się o tym coraz częściej, bo to ona się obrażała, a potem wyciągała rękę. I jakkolwiek ktoś jej nie ranił, ona w końcu i tak starała się go zrozumieć i jakoś wybaczyć, przynajmniej spróbować zapomnieć, bo nie była osobą, która bez trudu skreślała ludzi ze swojego życia. I Hyuna też nigdy nie chciała skreślić. Chociaż już była bardzo blisko.

    Julia

    OdpowiedzUsuń
  60. Westchnęła cicho i wstrzymała oddech na dłuższą chwilę, mocno zaciskając powieki, pod którymi zbierały się łzy. Wplotła palce we włosy chłopaka, przyciskając go mocniej do siebie. Nie umiała mu pomóc. Czuła się tak cholernie bezsilna, niemalże czując ból Hyuna, chociaż sama nigdy nie doświadczyła tak ważnej straty, jaka dotknęła jego. Nigdy nie czuła takiej pustki, której nie dałoby się cofnąć, wypełnić z powrotem. Nie wiedziała co robić. Cała drżała od emocji, które się w niej kotłowały.
    Chciała zapytać Hyuna o kim mówi, ale nie chciała naciskać. Może nie był gotowy, potrzebował czasu albo ona nie była odpowiednią osobą do tej rozmowy. Nigdy się przecież nie przyjaźnili. Byli dobrymi znajomymi z drużyny i mimo iż nie rozmawiali tylko o quidditchu i głupotach, to nie zwierzali się sobie nawzajem. Oczywiście, byłaby w stanie go wysłuchać, mogła być tym ramieniem do wypłakania się, ale to nie zależało od niej. To on musiał tego chcieć.
    - Nie wróci. - dokończyła jego zdanie, zaciskając zęby na dolnej wardze. - A Ty musisz z tym żyć, jakkolwiek beznadziejne i trudne by to nie było.
    Jej głos drżał, ale była pewna swoich słów, nawet jeśli wciąż zastanawiała się czy milczenie nie byłoby teraz lepszą opcją. Odetchnęła głęboko, nadal czując ucisk w klatce piersiowej. To nie był łatwy dzień.
    - Jeżeli chcesz to możesz powiedzieć mi o wszystkim. Jestem tutaj. Dla Ciebie. - westchnęła i pocałowała chłopaka w czubek głowy. Nie musiał teraz. Nie musiał nigdy. Ale musiał wiedzieć, że może to zrobić.

    Julia

    OdpowiedzUsuń
  61. Nie miał pojęcia, o co mogło mu chodzić, ale poczuł pewnego rodzaju niedosyt przez wymijającą odpowiedź Hyuna. Nie zamierzał na niego jednak naciskać, to by chłopaka tylko zniechęciło do dalszych wyjaśnień. W końcu nikt nie lubił namolnego zachęcania do udzielenia odpowiedzi, ktorej wyraźnie się nie chce udzielić prawda? Freddie może i nie miał taktu, ale czasem, bardzo rzadko udawało mu się uniknąć niegrzecznego zachowania.
    Obdarzył krukona olśniewającym uśmiechem, a potem pociągnął go w kierunku przeciwnym do tego, który obrał profesor. Skoro stamtąd przyszedł, to znaczy, że sprawdził już te korytarze, więc nie powinni wpaść na nikogo więcej. Brzmiało to bardzo logicznie, ale nie tracił czujności - w każdej chwili ktoś mógł ich przyłapać - i to chyba to było najfajniesze w łamaniu szkolnego regulaminu (ostatnio dowiedział się, że coś takiego naprawde istnieje) - ryzyko.
    - Spokojnie, Hyunnie. Raz dwa i wyjdziemy na dwór - puścił mu oczko, po chwili orientując się, że nadal trzyma go za ręke. Czym prędzej zabrał od niego łapy, burcząc pod nosem jakieś ciche 'przepraszam'. Skręcili dwa razy, przeszli obok ogromnego, ciemnego gobelinu, powoli zbliżając się do jednego ze znanych mu tajnych wyjść z zamku. Dla Waylanda takie wycieczki to nic specjalnego - urządzał je sobie od drugiej klasy.
    - Hmm - mruknął, choć odpowiedź na to pytanie znał od urodzenia - Myslę, że pokuszę się na drugą opcje. No wiesz, nieznane zawsze jest ciekawe - sprzedał mu kuksańca w bok, żeby jakoś wynagrodzić mu wcześniejszą żenującą wpadkę z ręką. Gryfon nigdy specjalnie się nie wstydził, zaledwie raz czy dwa peszył się sam z siebie, ale w tamtym momencie po prostu nie potrafił tego zatrzymać. Doszli do pozornie ślepego zaułka, choć, jak odkrył dwa lata temu, wystarczyło różdżką stuknąć w dwie znajdujące się naprzeciwko siebie cegły, by przejście bez probkemu sie otworzyło. Nie minęło kilka minut, kiedy znaleźli się gdzieś na tyłach szkoły. Do Zakazanego Lasu bezpiecznie byłoby przejść jakąś mało widoczną dróżką, na takich czaiło się mniej niebezpieczeństw.
    - Jak się wystraszysz to możesz się przytulić - zażartował, zerkając na niego z ukosa, kiedy dochodzili do lasu.

    Fredziak

    OdpowiedzUsuń
  62. Gdyby zobaczył taką scenkę w romantycznym filmie, pewnie by go to nie ruszyło, ewentualnie stwierdziłby, że to jest takie tandetne, typowe czy coś w tym guście. W prawdziwym życiu wyglądało to jednak zupełnie inaczej, bardziej nietypowo, zaskakiwało. Nie to, że przeszkadzała mu jego ręka, co o to nie. Po prostu pamiętał o tym, że tak właściwie poznali się wczoraj, nawet jeśli mieli za sobą kilka meczów, osobiste wyznania, miłą rozmowę przy kremowym piwie, bitwę na śnieżki i łamanie zasad. Wszystkie te rzeczy uwielbiał, traktował jako wyjątkowe zrządzenie losu, a przecież ich spotkania powinny być przez niego zaplanowane.
    Jak tylko przypomniał sobie o zakładzie, tak ucichł na moment, usiłując nie dopuścić do zbyt intensywnych przemyśleń. Hyun nie powinien dowiedzieć się, że coś jest nie tak. W zasadzie, Freddie nie mógł mieć pewności, czy aby na pewno jest między nimi jakaś chemia. Oczywiście sam ją wyczuwał, ale przecież krukon niekoniecznie, choć wiele na to wskazywało. To niewiarygodne, że swoją nabytą i kształtowaną przez lata pewność siebie zgubił przy czymś tak irracjonalnym.
    Las go jakoś bardzo nie przerażał, a świadomość, że może stać im się coś poważnego zeszła na dalszy plan. Taka była cena ryzyka.
    Spojrzał na niego w niemal całkowitej ciemności i wyszczerzył zęby w szerokim uśmiechu.
    - Cóż...wtedy będe skłonny dotrzymać słowa...Potrafie nieźle rozgrzać tymi przytulankami - puścił mu oczko w mimowolnie flirciarskim geście, zanim ruszył dalej. Zatrzymali się kawałek przed lasem i Wayland już miał wsuwać się pomiędzy drzewa, ale niespodziewanie Hyun go wyprzedził. Może to tak go w nim interesowało, to jak wiecznie wprawiał go w zdumienie? Pokręcił głową z rozbawieniem i ruszył za chłopakiem, cały czas trzymając się blisko niego. Z początku szli w ciszy, ciesząc się nocnym powietrzem. Dopiero pytnie Koreańczyka wyrwało go z zadumy.
    - Ścieżka. Może i jestem popieprzony, ale masochistą mnie nazwać nie można - zaśmiał się cicho, prawie potykając się o jakiś korzeń. Od zderzenia z ziemią uratowało go ramie Hyuna, za które odruchowo się złapał. Mruknął jakieś 'sorry', a potem zatrzymał się gwałtownie, wpatrując się w rozciągającą się po prawo niewielką polankę. Machinalnie złapał chłopaka za przedramię, aby się zatrzymał, tak na wszelki wypadek.
    - Testrale - odezwał się nieco innym, smutniejszym głosem niż zwykle. Jako świadek śmierci potrafił dostrzec te niezwykłe, choć cudaczne stworzenia.

    Fredziak

    OdpowiedzUsuń
  63. Uniósł brwi na jego niby to poważne słowa. Chłopak miał w zasadzie sporo racji - mógł trafić na jakiegoś cholernego pedofila albo psychopatę z piłą łańcuchową i hakiem zamiast dłoni...Tak, nierealistyczną wizję przysłowiowego psychola wyciągnął z mugolskich horrorów, do których miał taką słabość. Kiedy tak o tym myślał to zaczął zastanawiać się też, czy Hyun oglądał kiedyś jakiś mugolski film, czy jakiś mu się podobał, a może tak jak on został fanem? Może kiedyś, w wakacje albo święta mogliby spotkać się i zażyć niepochwalanej przez jego matkę odrobiny rozrywki? Kusząca, niezwykle kusząca wizja.
    - Sugerujesz, że chciałbyś mnie w jakiś sposób wykorzystać? - poruszył sugestywnie brwiami, a w jego oczach pojawił się zadziorny błysk. Chyba rzeczywiście powinien na niego uważać, w koncu Hyunie zaskakiwał go nie raz, może zamiast uroczego chłopaka kryje się w nim bestia z piekła rodem? Nie, to chyba było niemożliwe.
    - Hej! - zawołał, ale zaśmiał się na uwage o 'Gryfonie' i trącił go łokciem w bok - Odezwał się wielce rozsądny krukon. Grzeczny, przykładni uczniowie powinni już spać, a ty co? - pokazał mu język, marszcząc przy tym nos.
    Testrale były niezwykłymi stworzeniami, ale zwykle przywodziły mu do głowy okres swojego dzieciństwa, którego nie chciał pamiętać. Minęło tyle lat, cierpienie zmalało, a może się do niego przyzwyczaił, choć nadal coś ściskało go w żołądku na samą myśl o tamtym dniu. Zamrugał, zerkając na ich złączone dłonie i uśmiechnął sie niemrawo do krukona. Szczerze, nie miał pojęcia, co chce zrobić, ale jego usta zadecydowały za mózg i zaczęły mówić, zanim się zorientował.
    - Ja...To nic. - zaczął cicho, patrząc na stworzenie, spacerujące po łące - Mój brat...Mam z nim dobre wspomnienia, chociaż nie jest ich zbyt wiele. Zginął w nieszczęśliwym wypadku. Miałem osiem lat. - mruknął jeszcze, uświadamiając sobie, że właśnie zdradzał mu coś, o czym nie wiedzieli nawet jego najbliźsi znajomi. To wydarzenie wiele zmieniło w jego życiu...zbyt wiele. Zagryzł wargę, westchnął ostatecznie, znowu zamrugał i spojrzał na Hyuna.
    - To nic...naprawdę. Nieważne. Przepraszam, nie powieniem zanudzać się takimi historiami. Chociaż w zasadzie co to za historia...zwykłe wyznanie i tyle. Tak...Nieważne. Możemy już iść - paplał, jak zwykle dużo i szybko, kiedy się denerwował i pociągnął Hyuna gdzieś dalej w las. Coś nieprzyjemnie zaczęło drapać go w gardle, był wdzięczny losowi, że w lesie panowała ciemność, przez co Krukon być może nie widział jego miny. Być może...

    Fre - shippuje ich - ddie

    OdpowiedzUsuń
  64. Przewrócił oczami, nie z irytacją, a bardziej teatralnie i w rozbawieniu. Coś ściskało go delikatnie w sercu, kiedy słyszał śmiech Hyuna i zastanawiał się, czy to może coś oznaczać, na przykład wyraźne skłonności do zawału. Bo co innego to by mogło być?
    - Moj bohaterze! - zaśmiał się, rozkładając ramiona, jakby chciał go przytulić. Niezła szopka się tam odstawiała. Sam nigdy nie zastanawiał się nad swoim przydziałem do domu. Gryffindor mu pasował, choć jego matka, była ślizgonka zdecydowanie preferowałaby syna, dumnie reprezentującego Dom Węża. Szkoda tylko, że nie zawsze dostajemy to, czego chcemy, prawda?
    W końcu sam się zaśmiał, nie potrafiąc tego w żaden sposób powstrzymać. Jakby na przekór jego słowom znów pokazał mu język, ale tym razem zrobił to z premedytacją, a nie odruchowo. Ludzie często żartowali z tego jego infantylnego gestu, ale nie przeszkadzało mu to za bardzo.
    Dobry humor pękł jak bańka mydlana. Oczywiście gdzieś tam, głęboko w podświadomości zdawał sobie sprawę, że mogą natknąć się na Testrale, które biegają wolno po lesie. Po prostu nie brał takiej ewentualności pod uwagę.
    Poniekąd mówił prawdę, jego brat zmarł dawno temu, minęło tyle lat, a wspomnienia zaczęły blaknąć. Więc dlaczego nadal czuł się źle? Dlaczego przyzwyczaił się, choć nie do końca?
    - Dzięki, Hyun - odezwał się, posyłając mu delikatny uśmiech. Jego oczy zabłyszały, gdy zerknął w jaśniejący na niebie księżyc, którgo światło przebijało się przez gęstą roślinność. Było dziwnie cicho, nawet sowy zamilkły, przenikające milczenie zagłuszał tylko odgłos ich kroków. Dobrze, że ciepło się ubrał, inaczej mógłby nieźle zmarznąć. Robił wszystko, by ogonić od siebie przykre myśli.
    Prychnął, trącił go łokciem ręki, za którą Azjata nadal ją trzymał.
    - Kamienie? Jasne. Przydałyby mi się takie - dodał, niby to w żartach i puścił mu oczko. Nadal był odrobinę przygnębiony, ale powoli odpływało to na dalszy plan. Rozejrzał się uważnie po borze, próbując wychwycić coś nazwyczajnego, ale chyba wszystko, co chciałby zobaczyć uciekło w inną część lasu. Spojrzał na niego, kiedy ten zaproponował powrót. Wydawało mu się, że minęło góra pół godziny odkąd weszli do lasu, w końcu przez pewien czas szli w milczeniu.
    - Już masz mnie dosć, Hyunie? - zaśmiał się krótko, uniósł brwi i skinął głową - Dobrze, wracajmy. Liczyłem na bardziej ekscytującą wyprawę, może następnym razem się nam poszczęści - odezwał się, wyraźnie sugerując następne spotkanie.
    Kiedy zaczęli powoli kierować się do wyjścia z lasu, Freddie na moment zamknął swoją wiecznie pracującą jadaczkę. Myślał o wszystkim, głównie o pewnym krukonie, ale jego rozmyślania rozchodziły się w różne strony. Już otwierał usta, już miał zadać mu pytanie, ale po raz kolejny tej nocy coś mu przerwało. Coś, a mianowicie niegłośny trzask łamiącej się gałązki. Zatrzymał się, żeby się upewnić, że to oni, ale do jego uszu doszedł podejrzany szelest. Zerknął kątem oka na towarzysza z dziwnie podekscytowaną miną i na wszelki wypadek sięgnął po różdżkę.

    Freddie

    OdpowiedzUsuń

  65. On sam nie wypytywał go o życiowe doświadczenia z dwóch powodów. Po pierwsze, jak bardzo często musiał sobie wypominać, nie znali się zbyt długo. Co prawda podczas oficialnego pierwszego spotkania, kiedy to zamknięto ich w schowku na miotły, wyznali sobie dość nietypowe szczegóły ze swojego życia, ale zadziałały wtedy emocje, stres i tak dalej. Mimo wszystko nachalność nie odcisęła się w jego charakterze, choć z początku można było odnieść takie wrażenie. Przynajmniej w ciekawy sposób zaczęli swoją znajomość. Po drugie, nie chciał na niego naciskać. Miał nadzieję, że Hyun zdawał sobie sprawę, że Freddie też był tam dla niego, gdyby go potrzebował, chciał się mu wygadać czy coś w tym stylu. Jeżeli ich znajomość dalej by się utrzymała, z pewnością doczekaliby momentu poważnej rozmowy. Freddie też mial sekret, mroczny, taki o którym chciałby zapomnieć, ale w tym momencie nie było mowy, by powiedział o tym komukolwiek, w końcu nie chodziło o rzecz tak niewinną jak na przykład skrywana orientacja.
    - Niee - pokręcił głową, jakby chciał podkreślić swoje słowa - Na Tobie chyba nie muszę niczego wypróbowywać - dodał pod nosem, przygryzając dolną wargę. Zerknął na niego z błyskiem w oku i nieznacznie się ku niemu nachylił.
    - Mam takie...przeczucie. Nie mów mi, że się myle...- poruszył brwiami i potarł kciukiem wierzch jego dłoni. W koncu nadal trzymali się za ręce, niczym zakochane nastolatki, okazujące swoją miłość każdemu i w każdym możliwym miejscu. Nie żeby ciepło Koreańczyka go denerwowało, wręcz przeciwnie - dzięki niemu czuł się lepiej, bezpieczniej.
    Już miał pewność, że w jakimś sensie im się upiekło. Że znudzeni wrócą do zamku, tygodniami wspominając tę nieszczęsną wycieczkę do Zakazanego Lasu, w którym dane im było spotkać jedynie pare Testrali. Spiął się nieco na słowa Hyuna i zerknął w górę, mrużąc oczy. Gapił się wcześniej na księżyc i nie skojarzył faktów! Był idiotą, po prostu. Odetchnął, starając się uspokić szaleńcze bicie serca. Krew szumiała mu w uszach, a niebieskie spojrzenie z wyczekiwaniem obserwowało gęste ściany lasu, jakby z drzew miało zaraz coś wyskoczyć.
    - Spokojnie, to może tylko sowa... - szepnął, jakby mógł w ten sposób pocieszyć i jego i siebie, choć, oczywiście, ta śmieszna w takiej sytuacji uwaga nie pomogła. A potem między ciemnymi krzakami dostrzegł dwa niewielkie punkciki, złowrogo jarzące sie w nocnym świetle księżyca...Przez moment stał sparaliżowany, jakby nie mógł uwierzyć w to, co zobaczył.
    - Uciekaj - odezwał się, pociągając go w stronę ścieżki, kiedy zorientował sie, że owe punkciki są niczym innym jak ślepiami krwiożerczego wilkołaka. Teraz odgłosom ucieczki towarzyszył jeszcze przerażający skowyt, biegnącego za nimi potwora. Nie miał pojęcia ile tak pędzili, choć wydawało mu się, że droga powrotna nie ma końca. Nogi go bolały, wiatr uderzał w twarz, a oddech przyspieszył tak bardzo, że z każdym wydechem słychać było cichy świst. To niewiarygodne, że gonił ich wilkołak, a Freddie myślał tylko o tym, że Hyun może być na niego zły, jeżeli jakimś cudem uda im się zwiać.

    Freddie

    OdpowiedzUsuń
  66. Jakiego musieli mieć pecha, żeby wybrać sobie akurat tę noc na nielegalną wyprawę do lasu pełnego zabójczych stworzeń! Pecha albo jak kto woli farta, choć takich pojebańcow jak Freddie, którzy za szczęśliwe zrządzanie losu uważali spotkanie wilkołaka było pewnie mało. Pełnia, cholerna pełnia. Nadal ciężdko mu było w to uwierzyć, choć przecież spieprzał jak cholera przed wyjącym stworem.
    Serce chciało wyskoczyć mu z piersi, kiedy stanęli w końcu przed zamkiem, zdyszeni, zmęczeni i najpewniej jeszcze wystraszeni. Nachylił się i oparł się dłońmi o kolana, usiłując się uspokić. Freddie mimo tego całego strachu i ryzyka, poczuł adrenalinę przyjemnie mrowiącą w żyłach. Wilkołak. Pieprzony wilkołak. Wspominal już, że wydawało mu się to totalnie abstrakcyjne? Dlatego zaśmiał sie cicho pod nosem, czując te nieznaczą ulgę, a może przez ironię, która go dopadła. Tak oto żalił się sobie samemu w myślach, że nie natknęli się na nic ciekawego, a minutę później wpadli na wilkołaka...
    Pokiwał głową na pytania Hyun, przełknął ślinę i w końcu się wyprostował.
    - A ty? Wszystko z tobą dobrze? - spytał, kładąc mu ręke na ramieniu. Odrobinę spoważniał. Czuł się jak debil, Hyun patrzy na niego w ten sposób i martwi się o jego zdrowie, a głupi Freddie się ze wszystkiego chichra jak bezmyślny bachor. Poza tym, co uświadomił sobie z niejakim opóźnieniem, ale jednak, on również martwił się o Hyuna. Przesunął wzrokiem po jego sylwetce, jakby chciał upewnić się, że ten nigdzie nie krwawi. Spojrzał mu w oczy, które podejrzanie się świeciły, dlatego obie dłonie ułożył na jego ramionach.
    - Spokojnie, Hyunie, spokojnie. Oddychaj. Na pewno, nic mi nie jest. Jestem niezniszczalny - uśmiechnął się delikatnie, mając nadzieje, że jakoś go tym uspokoi. Podążył zanim do środka, z ulgą zamykając za nimi drzwi. Korytarze ziały pustkami, a to dobry znak. Istniała spora szansa, że uda im się wrócić bezpiecznie do dormitoriów. To jak krukon się nim przejmował...to było miłe. Więcej niż miłe, wywoływało w sercu Freddiego przyjemne ciepło, rozchodzące się po całym ciele.
    - Hej - ścisnął mocniej jego dłoń - Nic mi nie jest, przysięgam. Możesz mnie nawet obbadać, jeżeli masz ochotę - zażartował, trącając go łokciem i pociągnął go w głąb szkoły. Nie wiedząc czemu, ponownie skierował się do biblioteki. Jakoś ciężko było mu się z nim rozstawać, po tym wszystkim co dzisiaj wspólnie przeżyli.
    Gdy znaleźli się w bilbliotece oparł się o jedną z chłodnych ścian i powoli usunął się po niej na podłogę. Był wykończony, nogi same się pod nim uginały.
    - To było coś. Nie każdy ma tyle farta, żeby przeżyć spotkanie z wilkołakiem - powiedział cicho, wpatrując się w ciemną przestrzeń przed sobą - Tworzymy zgraną drużynę, co, Hyunie?

    Freddie

    OdpowiedzUsuń
  67. Prychnął, kręcąc głową.
    - Nie muszę czytać wiem wszystko - rozłożył ręce, jakby chciał pokazać swój jakże wielki zakres wiedzy na temat tych stworów. Owszem, prawie zginęli i owszem Hyun dowiedział się o jego bracie, ale mimo wszystko warto było się z nim spotkać. Czuł się przy nim rozluźniony, był sobą, jakby znał go od lat. Kiedy Azjata przy nim ukucnął, spojrzał mu w oczy z niejakim rozbawieniem.
    - Jestem pewien, że wykażesz sie większą kreatywnością niż ja - wyciągnął rękę i poczorchał jego włosy w podobnym geście co rano. To mizianie włosów to taki jego sposób na pokazanie, że kogoś lubi. Oczywiście robił to całkowicie nieświadomie i tak dalej, co nie zmieniało faktu, że miało to swoje, dość istotne można powiedzieć znaczenie. Uniósł brwi na ekscytację Hyuna, a jego usta wykrzywił tak szeroki uśmiech, że zabolały go policzki. Wydawał się sobie żałosny, że tak reagował na jakiekolwiek słowa czy gesty krukona. Nie był zakochaną, pustą nastolatką do cholery!
    - No wiesz, masz zamiar potraktować moją opowieść jak bajkę na dobranoc? - zaśmiał się cicho, w duchu zastanawiając się, co właściwie powienien mu powiedzieć. Miał dużo w miare zabawnych przygód, ale żadna nie wydawała się dostatecznie komiczna, by móc ją opowiedzieć komuś takiemu jak Hyun. W końcu te mógł uznać jego wybryki za nieudolne, infantylne żarty. Coś jednak opowiedzieć musiał. Zanim zaczął mówić zerknąl jescze na niego z małym uśmiechem na ustach.
    - Kiedyś...Jak miałem dwanaście lat mnie i mojemu kumplowi Licolnowi naraził się jeden chłopak. Był wredny, irytujący i dokuczał mugolakom, w tym innym gryfonom. Byliśmy szalonymi dziećmi, nie mieliśmy zamiaru najzwyczajniej w świecie iść poskarżyć się nauczycielowi, bo ewidentnie wzięliby nas za 'kabli' - tu zrobił tak zwane 'króliczki' w powietrzu - więc postanowiliśmy dać mu nauczkę. Z sali eliksirów podstępem wykradliśmy maleńką buteleczkę Felix Felicis i dolaliśmy kilka kropel do jego pucharka. Pech chciał, że chłopak nie napił się ani łyka - urwał znacząco, jakby to był koniec tej krótkiej historii.
    - Za to ja się przez przypadek do tego dorwałem. No i wiesz, zaczęło się. Rzuciłem się z uściskami na dyrektora, mówiąc mu jaki jest piękny i takie tam - zaśmiał się cicho pod nosem na samo wspomnienie tego wydarzenia. Całe szczęście Longbottom go nie wywalił ani nie przyłożył mu żadnym zaklęciem.

    Freddie
    [Następny odpis będzie dłuższy i lepszy jakościowo, wybacz xd]

    OdpowiedzUsuń
  68. - Hyun, o kim Ty mówisz? - zapytała w końcu cicho, bo urywane zdania chłopaka nijak składały się w jej głowie. Przecież najwyżej nie odpowie. Nie musi, miała nadzieję, że to wie. Julia nie była osobą, która zasypuje innych milionem oczekiwań i jeśli Hyun chciałby wyznaczyć gdzieś granicę to ona z pewnością będzie w stanie to uszanować i nigdy jej nie przekraczać.
    Spojrzała na widok za oknem, kiedy chłopak odwrócił głowę. Pogoda była straszna. Nawet za grubymi murami zamku, słychać było szalejący wiatr i deszcz stukający o szyby. To było jak hipnoza. Natura nie raz potrafiła niesamowicie oczyścić umysł. Nawet jeśli tylko na moment. Z tej chwili oddechu wyrwał ją głos Hyuna. Odsunęła się odrobinę, oparła plecami o ścianę i podciągnęła kolana pod brodę, obejmując je ramionami.
    Miałaś, kiedyś tak, że bardzo się bałaś jutra?
    Westchnęła cicho. Miała. Bardzo często. Kładła się do łóżka, jak zwykle w środku nocy i bała się, że kolejnego dnia już nie da rady, znowu rozczaruje samą siebie, nie wykona planu, a przede wszystkim nie zrobi nic, co sprawi, że będzie lepiej, że będzie wiedzieć więcej, że będzie bardziej pewna, że będzie silniejsza. Bała się, że zmarnuje czas. W końcu zasypiała z tym strachem i budziła się z nim. Był to strach idiotyczny, bo ani nie motywował do działania, ani go nie hamował. Julia i tak robiła swoje.
    Ale to nie był taki rodzaj strachu jak u Hyuna.
    - Nie wchodzi się dwa razy do tej samej rzeki. - odparła, patrząc na krople deszczu, uderzające o witrażową szybę. - Nigdy nie będziesz dokładnie w tym samym miejscu, co na początku.

    Julia

    OdpowiedzUsuń
  69. Słuchała go uważnie, czasem uśmiechając się lekko, czasem marszcząc brwi. Widziała jak trudne jest to dla niego, jak miota się pomiędzy swoimi emocjami a prawdą i sam chyba nie do końca wie, co o tym myśleć. Julia na początku nie za bardzo mogła w to wszystko uwierzyć. Ciężko jej było wyobrazić sobie Hyuna jak bije, pije, kradnie i robi wszystko, co sprawiało, że łatwo go było zaszufladkować i nazwać tym złym chłopakiem, z którego nigdy nic nie będzie. Na szczęście w niego ktoś uwierzył, pomógł mu i jako tako wyprostował. Poza tym, że ten przeklęty Chang ciągle siedział mu w głowie i mieszał wszystko.
    Julia uśmiechnęła się lekko, kiedy okazało się, że jako pierwsza słyszy tę historię. Było jej miło, że obdarzył ją takim zaufaniem, ale z drugiej strony wiedziała jak to jest tłumić w sobie różne przeżycia i emocje, nie rozmawiając o nich z nikim, a Hyun robił to naprawdę długo. To było jak wirus, który, jeżeli go nie wyrzucisz z organizmu, będzie się rozwijał z czasem może bolał nawet bardziej.
    Po kolejnych słowach Hyuna zmarszczyła brwi i uśmiechnęła się delikatnie.
    - Nigdy nie wiesz jak to się skończy. - odparła. - Nie możesz z góry zakładać, że ktoś Cię skrzywdzi.
    Świetnie. I mówi to dziewczyna, która nigdy nie była w związku, bo zawsze z góry zakłada, że to ona kogoś skrzywdzi. Tak jakby dzięki temu nie krzywdziła nikogo. Eh, ta to dopiero umie doradzać innym. Tylko nie sobie.
    - Ja nie wyobrażam sobie życia bez moich przyjaciół. I ufam im w stu procentach. - uśmiechnęła się szeroko na myśl o tych wspaniałych perełkach, na które udało jej się trafić. - Tak, to jest ryzyko, ale nie miałabym ich, gdybym kiedyś nie zaryzykowała, nie schowała czasem dumy do kieszeni, nie dała kredytu zaufania, nie wyciągnęła pierwsza ręki. To czy wyjdzie to jest loteria. Ale według mnie warto grać. Jest o co.

    Julia

    OdpowiedzUsuń
  70. Hyun był uroczy, aż za bardzo i Freddie nie mógł w żaden sposób powstrzymac sympatii do krukona, jaka zakiełkowała w nim już przy pierwszym spotkaniu. A z chwili na chwilę było tylko coraz lepiej...
    - Myślę, że do swojego dormitorium zaprosiłbyś mnie na coś innego - zaśmiał się, nie mogąc się powstrzymac od dwuznacznego żartu. Miał tylko nadzieję, że nie urazi nim azjaty, w końcu ten chybą zdążył co nieco zapoznac się z nietypowym poczuciem humoru Waylanda.
    Zrobiło mu się naprawdę miło, jeszcze bardziej niż wcześniej, choc kilka sekund temu sądził, że to niemożliwe. Mało kto tak naprawdę chciał go poznac, większośc poddawała się publicznej opinii. Uważała go za wiecznie wyluzowanego rozrabiake bez problemów, co oczywiście nie do końca było prawdą. Skoro Hyun szczerze chciał poznac prawdziwego Freddiego, a nie jego stereotypową otoczkę, to gryfonowi pozostało nic innego jak dopuszczenie go do siebie. Bo przecież mu ufał, bo przecież go lubił mimo, że nie znali się od dawna.
    Zdawał sobię sprawę, że jego historia nie należy do tych epickich, ale jak na złośc nic lepszego nie chciało mu wpaśc do głowy...Chociaż jak się nad tym głębiej zastanowic wizja kogokolwiek skaczącego w ramiona dyrektora i wyznającego mu dziwne rzeczy była nawet zabawna. Żalował tylko, że to nie Lincoln padł ofiarą ich diabelskiego żartu, miałby powód, żeby z niego żartowac przez lata, szczególnie, że ten uważał się za stuprocentowego heteryka.
    - Ha, ha, bardzo zabawne, Hyunnie - odezwał się i zerknął na niego, kiedy ten tak ułożył się na jego ramieniu. Freddiemu również powoli urywał się film, ten dzień był dla niego ekscytujący, ale też wyjątkowo męczący. Ziewnął jeszcze raz, przymknął oczy i oparł się skronią o głowę Hyuna. Na wpół siedzieli na twardej, zimnej podłodze, ale nie było mu tak niewygodnie, jakby się mogło wydawac.
    - Tak? - spytał szeptem, oddychając spokojnie, jakby miał zaraz zasnąc. Nie obchodziło go, że najprawdopodobniej rano dostaną niezły opierdziel od osoby, która ich znajdzie. ``Wracanie do dormitorium nie wydawało mu się teraz ważne, w końcu było mu bardzo dobrze.

    Freddie

    OdpowiedzUsuń
  71. Ziewnął ponownie, mrugając sennie, ale jego usta nadal wykrzywione były w ciepłym uśmiechu. Zwykle nie brakowało mu energii, ale tym razem był naprawdę wyczerpany.
    - A teraz nie jestem? - zerknął na niego z ukosa, robiąc popisowe smutne oczy zbitego szczeniaczka, ale krukon najprawdopodobniej nie widział jego miny, w końcu praktycznie na nim leżał. Próbował walczyć z sennością, by porozmawiać jeszcze z Azjatą, by dowiedzieć się o nim więcej, zapytać o jego ojczysty kraj, ale niezbyt mu to wychodziło. Powieki miał jak z ołowiu, a jego ciało całkowicie się zrelaksowało mimo niezbyt wygodnych warunków.
    - Tak...Nie mogę się nie zgodzić - szepnął jeszcze na dobranoc, zaledwie kilka minut później przenosząc się do słodkiej krainy Morfeusza.
    Z pięknego, przyjemnego snu, którego treści autor nie zdradzi, wybudziło go uderzenie w brzuch. Stęknął pod nosem, otwierając gwałtownie oczy. Co do cholery? Zdjął opasłe tomisko ze swojego ciała, mrucząc coś pod nosem. Lubił książki, chyba, że akurat brutalnie go atakowały. Dopiero sekundę później zarejestrował, że Hyun dyskutuje z bibliotekarką, która nakryła ich w tej uroczej pozycji. Mięśnie go bolały od całej nocy spędzonej na podłodze, ale mimo wszystko był zadowolony, nawet jeśli zostali nakryci. Uśmiechnął się szelmowsko pod nosem, kiedy podnosili się z ziemi. Biedny Hyun.
    Zaśmiał się na jego słowa, kiedy wyszli już na korytarz. Kuzynka Hyuna odrobinę go przerażała, ale nie miał zamiaru mówić o tym na głos. Kobieta i tak pewnie nim gardziła, bo jak już zjawał się w bibliotece, robił tyle hałasu, że musieli go stamtąd wyrzucać. Cały Freddie.
    - Tak słodko ziewałeś, nie miałem serca - poruszył znacząco brwiami, trącając go łokciem. Chcąc nie chcąc, musiał się z nim w końcu rozstać, poza tym jego biedny żołądek kategorycznie zażądał od niego solidnej porcji jajecznicy.
    - Do zobaczenia, Hynie. Wkrótce. I powodzenia..no wiesz z czym - powiedział cicho, puszczając mu oczko i na pożegnanie po raz kolejny zmierzwił mu włosy. Zrobił to, by jeszcze raz go dotknąć, ale tę myśl zepchnął w głąb swojej podświadomości. Zasalutował i z szerokim uśmiechem pomachał mu jeszcze, krocząc niemrawo w stronę swojego Domu.

    Impreza trwała w najlepsze i mimo, że tym razem to nie gryfonią ją organizowali, musiał przyznać, że do tej pory oceniłby ją na udaną. Niezła muzyka, jedzenie, ognista i kremowe piwo walające się po kątach to tylko jedne z nielicznych atrakcji, jakie tu spotkał. Siedział właśnie w fotelu, rozmawiając z jakąś rudą puchonką, kiedy kątem oka dostrzegł znajomą sylwetkę. Przeprosił dziewczynę, przerywając jej w połowie zdania i ruszył ku ciemnowłosemu z szerokim uśmiechem na ustach. Zanim się zorientował już zamykał Azjatę w niedźwiedzim uścisku.
    - Hyunie, nie sądziłem, że się zjawisz - odezwał się wprost do jego ucha, mile zaskoczony i odsunął się od niego tak, by móc spojrzeć mu w oczy. Był już odrobinę wstawiony, zacisnął nawet palce na jego ramieniu, aby na pewno nie stracić równowagi.
    Spotkali się parę razy, Freddie coraz bardziej zapominał o zakładzie, o racjonalnym podejściu i tak dalej i tak dalej. Jak mógł o tym myśleć, kiedy patrzyły na niego te piękne ciemne oczy? Od ich przygody w Zakazanym Lesie minęło kilka tygodni, a Freddie z każdym kolejnym dniem lubił Hyuna coraz bardziej.

    Freddie ♥

    OdpowiedzUsuń
  72. Freddie zawsze był chętny na wszelkie balangi, dlatego z ochotą przystał na zaproszenie, które dostał od puchonów. W końcu nigdzie nie czuł się tak dobrze, jak między innymi, samotne siedzenie w pokoju i gapienie się w książkę to nie jego bajka. Jego humor uległ jeszcze większej poprawie, gdy zobaczył Azjatę.
    To nie tak, że schlał się do nieprzytomności. Walnął kilka porządnych kieliszków Ognistej, poprawił tym pysznym rumem przyniesionym przez kolegów z jego dormitorium i przez to czuł się weselej niż zwykle. Lekko kręciło mu się w głowie, ale nie na tyle, żeby zaraz musiał lecieć do toalety albo zaliczyć nieprzyjemne spotkanie z podłogą.
    - Oj tam, nie wypiłem aż tak dużo - objął go ramieniem, zdecydowanie naruszając jego przestrzeń osobistą, ale w tamtej chwili nie myślał o konsekwencjach. Zamrugał, przekrzywił głowę i rozejrzał się po pokoju wspólnym Huffelpuffu. No tak, to była impreza haloweenowa! Zaczął żałować, że wypadło mu to z głowy, mógł sobie skołować jakiś odjazdowy kostium. No cóż, mówi się trudno. Ważne, że dobrze się bawił w ciekawym towarzystwie. Kiedy Hyun spytał o jego niedawną rozmówczynię, Freddie zerknął tylko w jej stronę i wzruszył ramionami.
    - Koleżanka - odpowiedział spokojnie, wzdychając. Nie zachował się w stosunku do niej jak należało, można nawet powiedzieć, że trochę ją olał, ale nie mógł nic poradzić, że na widok krukona włączała mu sie zielona lampka. Na trzeźwo pewnie bardziej przejąłby się uczuciami dziewczyny, no ale cóż.
    Zaraz jednak jego twarz rozjaśnił szelmowski uśmieszek, a oczy zabłyszczały z ekscytacją.
    - A co? Zazdorsny? - zażartował, poruszając znacząco brwiami. Ostatnio coraz śmielej okazywał swoje niewinne uczucia względem Hyuna, choć nadal nie wiedział, czy robi dobrze. W końcu tyle spraw mogło się teraz posypać. Już miał powiedzieć coś jeszcze, kiedy nagle jedna, wyraźnie podpita laska weszła na taboret, unosząc do góry szklanką butelkę po Ognistej i zarządziła mugolską grę o nazwie (a jakże by inaczej) Butelka. Freddie dołączył do entuzjastycznej zgody tłumu i złapał krukona za ręke.
    - Zagramy? - spytał, ciągnąc go w stronę sadowiących się w kółeczku rówieśników.

    Freddie ♥

    OdpowiedzUsuń
  73. Mathias sam nie wiedział czy był bardziej wściekły niż obolały. Złamana ręka dawała mu w kość, jednak pędy owijającej się wokół jego ciała rośliny były znacznie gorsze. Nawet nie miał siły na to, by dać znak, że żyje, że jest gdzieś niedaleko ucznia. Mocne łodygi zaciskały się coraz mocniej przez co Mathias nie mógł normalnie oddychać, gdyż pnącza zaciskały się również na jego żebrach. Z trudem łapał oddech starając się wyrwać, jednak to było na marne. Przez chwilę nawet sądził, że tak skończy się jego żywot. Zabawne. Uczniowie wreszcie dopięliby swego. Zamknął oczy i ponowił próbę uwolnienia się, jednak i to było na nic. Zamknął oczy oddychając ciężko. Czuł zapach krwi, było to dość intensywne odczucie. Gdy sądził, że to wszystko naprawdę skończy się w ten sposób, nagle poczuł ulgę, niewyobrażalną ulgę. Cały ucisk zniknął, choć ból pozostał, ale mógł normalnie nabrać powietrza do płuc. Jęknął cicho nie mogąc się zorientować czyj tak naprawdę głos słyszy. W końcu udało mu się otworzyć oczy i wrócić na ziemię. Było ciemno, bardzo ciemno, ale oczy Niemca szybko dostosowały się do panującego mroku. Dostrzegłszy Hyuna nie ukrywał zdziwienia.
    - Co? Przyznaj się, że ten widok Cię cieszy – warknął Mathias nie oczekując nawet pomocy. Niczego nie chciał. – Macie przesrane, wszyscy – dodał obrzucając chłopaka mało sympatycznym wzorkiem. Odchylił głowę do tyłu i zacisnął zęby. Cholera jak bolało. Starał się oddychać głęboko i nie zamykać oczu, jednak to było tak cholernie trudne nie tylko przez panujący chłód, ale i również senność, która stale brała nad nim górę.

    Mathias

    OdpowiedzUsuń
  74. I ona jeszcze jakiś czas temu czuła się tu jak w domu. W domu, w którym każdy ma swoje własne problemy, a jednak daje się wszystko jakoś poskładać. Wszystko udawało się, do momentu, w którym otrzymała list o stanie zdrowia ojca. Nagle przeszłość stała się teraźniejszością i Ethel zdała sobie sprawę, że gdzieś w przeszłości tkwił jakiś łańcuch, jakiś supeł, który nierozwiązany, trzymał ją za nogi i ręce, nie pozwalając ruszyć do przodu. Długo wahała się, czy wracać do szkoły, ale ostatecznie zdecydowała, że musi dokończyć staż, choćby miał być to wyraz ucieczki przed samotnością w ziejącym pustką i strachem domu.
    Nie można było powiedzieć, że nic się nie zmieniło. Ethel wydawała się jeszcze drobniejsza niż zwykle, niespecjalnie dbała o makijaż, ale dzięki temu, że pozwoliła sobie jakoś przeżyć śmierć i strach, nie popadła w apatię, którą częstował teraz współpracowników Lupin. Doskonale pamiętała, jak pozwalając sobie na krzyk i płacz, okładała pięściami ściany w pokoju. Szczerze powiedziawszy nie była teraz w stanie myśleć zbytnio o swoich relacjach międzyludzkich, gdy czuła się, jakby wracała do zamku jako gość. Jedyną chyba osobą, której mogła w tej sytuacji zaufać, na którą mogła liczyć, był Hyun. W wakacje Lupin leżał w szpitalu, a gdyby nie czysty przypadek pewnie nawet by się o tym nie dowiedziała. Coś pękło, a ona nie wiedziała gdzie powinna łapać żeby się nie rozleciało.
    Hyun-ah,
    mój ojciec nie żyje. Niedługo wracam. Coś tu nie gra.
    Uważaj na siebie,
    Ethel

    Na całe szczęście okazało się, że od tego roku jej ścieżki skrzyżowały się również z Mathiasem. Choć mężczyzna dźwigał swoją winę, to przynajmniej relacja ich łącząca była na tyle prosta, by przynieść kobiecie przynajmniej połowiczne poczucie jako takiej stabilności emocjonalnej. Również współpraca z Cortezem była dla niej świetną terapią rutynową. Nie opowiadała o sobie swojemu opiekunowi, najczęściej pracowali razem w milczeniu, a wieczorami on siadał przy szklarni z gitarą i alkoholem, a ona słuchała, odsuwając od niego butelkę nieco dalej. Te mechaniczne działania były jak lekarstwo. A skoro już o profesorze mowa… mógłby sam któregoś dnia przejść się i sprawdzić, czy sadzonki blekotu już dotarły do sklepu zielarskiego, prawda?
    - Cholerny blekot – mruknęła, wychodząc ze sklepu i niemal trzaskając drzwiami. Już któryś raz szła do Hogsmeade, a okazywało się, że kolejny tydzień trzeba czekać. Gdy poprawiała szalik, otulała się szczelniej czarnym płaszczem, niemalże wpadła na chłopaka. A właściwie młodego mężczyznę, który w jej oczach przeszedł stanowczo zbyt dużo jak na osiemnastolatka. Nerwowym odruchem odgarnęła z czoła kosmyki rozwiane przez nagły podmuch wiatru.
    - Jesteś… - powiedziała cicho, jakby przez ułamek sekundy przez myśl przeszło jej, że nie widziała go w tym roku. Może rzeczywiście nie widziała? Jakby się ukrywał. Gdzieś w okolicy mostka poczuła ulgę, choć przecież, poza spojrzeniem dwojga dziwnie pojmujących swoje krzywdy ludzi, nic takiego się nie stało.

    Ethel

    OdpowiedzUsuń
  75. Freddie zawsze był dość uczuciowym typem, zatem objęcie Hyuna pewnie nie zwróciło szczególnie czyjejś uwagi. Przez sekundę lekki zawód ściskał jego serce, jednak natychmiast został zastąpiony rozbawieniem. Nawet na trzeźwo był pykającą maszyną do zmieniania emocji, a gdy procenty pojawiały się w jego krwi, proceder ten przyspieszał dwukrotnie. Może dlatego był jak chodząca bomba zegarowa, która w każdej chwili mogła wybuchnąć pozytywnie lub negatywnie. W towarzystwie Hyuna drugiej opcji nie brał pod uwagę.
    - Sugerujesz, że nie umiem? - niemal się oburzył, zakładając ręce na piersi i patrząc na niego niczym obrażone dziecko. I że niby on nie potrafił pić? Wayland, nieoficjalny mistrz w przemycaniu alkoholu za mury Hogwartu? Niedorzeczność. Zmarszczył brwi na sformuowanie, które sugerowałoby, że Hyun ma dziewczynę...Nie. To chyba niemożliwe, nie po tym wszystkim, co mu powiedział, nie po tym wszystkim co przeszli...Prawda? Mimo racjonalnych argumentów, słowa krukona zasiały w nim ziarenko zwątpienia, które zaraz zostało przesłonięte entuzjazmem spowodowanym grą w butelkę.
    - Nie. Ale słyszałem od kumpla, na czym to polega - mruknął, sadowiąc tyłeczek między Hanem, a jakimś jasnowłosym puchonem. Po krótkim objaśnieniu zasad tym, którzy ich nie znali rozpoczęła się zabawa. Pierwszą ofiarą okazał się jakiś brunet z Gryffindoru, którego Wayland kojarzył z wyglądu. Cóż...pierwsza runda nie wydała mu się zbyt ekscytująca, co innego druga. Uważnie obserwował butelkę, które kręciła się coraz wolniej i wolniej, by w końcu wskazać na Hyuna. Zaśmiał się wesoło, kilkukrotnie klaszcząc w dłonie. Tłum zamruczał aprobująco. Razem z innymi graczami kibicował krukonowi, który mimo świetnego początku, ostatecznie poległ. Podczas tej króciótkiej chwili, gdy inni zajęci byli śmiechem i przekomarzeniem się, Freddie sięgnął ręką do twarzy Hyuna, by zetrzeć z jego brody resztki wina. Posłał mu przy tym niewinny uśmiech, a potem jak gdyby nigdy nic powrócił do wcześniejszej pozycji.
    - Jakbyś już nie wiedział, Han - pokazał zęby, puszczając mu oczko i ułożył dłoń na klatce piersiowej, jakby ten go uraził - Ja miałbym wybrać pytanie? Oczywiście, że wyzwanie. - stwierdził i spojrzał wyzywająco w jego oczy. Ciekaw był, co takiego Hyunie mu wymyśli.

    Fredziak ♥

    OdpowiedzUsuń
  76. Wpatrywał się w niego wyczekująco, z nutą ciekawości kryjącą się w jego niebieskich tęczówkach. Był gotów przyjąć na klatę każde wyzwanie, jakie tylko przyjdzie Hyunowi do głowy. Nie miał pojęcia, co ten mu wymyśli, ale nie sądził, żeby kazał mu zrobić coś wybitnie potwornego czy zagrażającego życiu. Zmrużył nieznacznie oczy, kiedy usłyszał pierwsze wyzwanie. Kilka osób zaśmiało się pod nosem, z ust innych wyrwało sie chórelne 'Uuu'. Z pewnością cała szkoła pamiętała jego dość stary, ale nadal często wypominany mu wybryk, Cóż, przynajmniej Hyun wybrał profesora Longbottoma, który wydwał mu się jednym z łagodniejszych pracowników szkoły. Mimo wszystko niejakie wyznanie mu uczuć, choćby i nieszczere napełniało go obawą.
    - Jestem z Waylandów - oznajmił, jakby z dumą, choć wszyscy jego bliźsi znajomi dobrze wiedzieli, że specjalnie dumny to on z tego nie jest - My nie tchórzymy - dodał jeszcze, uśmiechając się tajemniczo. Na odwagę chlapnął sobie jeszcze małą szklaneczkę whiskey.
    - To co, pomidorku - zaczął i dźgnął Hyuna w zaczerwieniony policzek - Pójdziesz sprawdzić jak mi pójdzie? - spytał, unosząc jedną brew i wstał, pozornie emnując niezwykłą pewnością siebie. Najwyżej wcisnie później kit, że koledzy dolali mu czegoś dziwnego do pucharka podczas kolacji.
    - Nie wiedziałem, że taki z ciebie kawalarz, Hyunie - oznajmił tylko, wyraźnie rozweselony, kiedy wyszli z pokoju wspólnego puchonów. Po kilku minutach dotarli do celu. Wayland przyłożył sobie palec do ust, dając krukonowi znać, żeby ten był cicho.
    Zapukał do gabinetu dyrektora, a kiedy ten udzielił mu pozwolenia, wszedł do środka, robiąc niewinną minę.
    - Dzień dobry, profesorze...- odezwał się, przygryzając dolną wargę i zakładając ręce za plecami. Wzrok utkwił w Longbottomie, który siedział za biurkiem i najwyraźniej coś notował.
    - Och, witaj Freddie. Coś sie stało? - zapytał mężczyzna, jak zwykle uprzejmie się uśmiechając i wstał, by stanąć twarzą z twarz z Waylandem. Zawsze lubił dyrektora za to, że nie traktował uczniów, jak lalki, którymi można było pomiatać ze względu na wyższą pozycję w 'hierarchii'.,
    - Nie, wszystko dobrze - uśmiechnął się i przekrzywił głowę. Sprawiał wrażenie całkowicie normalnego, miłego ucznia. Właśnie dlatego nikogo nie należy oceniać po wyglądzie.
    - Po prostu chciałbym panu coś powiedzieć - dodał, zaciskając wargi, by powstrzymać się od śmiechu - Otóż...szaleje za panem i nie mogę nic na to poradzić - walnął prosto z mostu, mając wrażenie, że zaraz zacznie chichotać tak bardzo, że postawi na nogi poł zamku. Oczy Longbottoma się rozszerzyły, a Freddie bąknął tylko jakieś 'Chyba nie powinienem tego mówić, do widzenia' i szybko wymknął się przez uchylone drzwi gabinetu. Dyrektor chyba był tak bardzo zszokowany jego nagłym wyznaniem, że nie ruszył za nim w pościg. Złapał Hyuna za nadgarstek i pociągnął go pustym korytarzem, tłumiąc śmiech w rękawie szaty. Zarechotał dopiero, kiedy znaleźli sie w względnie bezpiecznej odległości od gabinetu. Oparł się o ścianę, nie potrafiąc się w żaden sposób uspokoić. Wiele wyciął numerów, ale to chyba przejdzie do historii. Ogarnął się dopiero po paru minutach, chociaż nadal kręcił z rozbawieniem głową na wspomnienie miny Longbottoma.
    - Naprawdę jesteś szalony - odezwał się do Azjaty, a potem zmrużył nieznacznie oczy, układając ręce na ścianie po obu stronach jego głowy.
    - Zemszczę sie - szepnął, patrząc mu w oczy. Ich twarze znajdowały się tak niewielkiej odległości, że czuł na policzkach ciepły oddech Koreańczyka.

    Freddie
    HEHEHEH

    OdpowiedzUsuń


  77. Był zamroczony swoją dumą i alkoholem, nie myślał nad konsekwencjami swoich czynów. Zresztą jak zwykle. Teraz juz zawsze będzie 'Tym co podkochuje sie w Longbottomie' i miał nadzieję, że nikt nie weźmie tego na poważnie, bo gdyby podobna informacja dotarła do jego matki, nieźle by mu się oberwało. Mimo wszystko musiał pogratulować Hyunowi kreatywności - spodziewał się wiele, ale na pewno nie tego.
    Na jego ustach błąkał się tajemniczy uśmiech, kiedy mruknął w jego stronę ciche 'A chętnie bym się dowiedział'. Nie wiedział jednak, czy chłopak go usłyszał bo powiedział to raczej pod nosem do siebie. Po akcji z Dyrektorem mały stresik z niego zszedł i ustąpił rozbawieniu. Dawno nie śmiał się tak dużo, aż zaczął go boleć brzuch. Serce chciało wyrwać mu się z piersi, kiedy znajdował się tak blisko krukona. Nie żeby wcześniej nie ograniczali swojej przestrzeni osobistej, ale teraz było to take...intymne, wywoływało intensywne, przyjemne dreszcze na plecach gryfona. Przełknął ślinę, kiedy ten jeszcze bardziej zmniejszył dystans między nimi 
    - Dzieliła nas z Longbottomem znacznie większa odległość, niż Ciebie i mnie, Hyunnie - odezwał się ochrypłym głosem, patrząc w jego oczy. Mial cholerną nadzieje, że Neville jednak nie wyczuł od niego alkoholu, bo wtedy z pewnością wpadłby w kłopoty, które jednak zwykle go znajdywały. Miał wrażenie, że miejsca, w których ten dotykał jego skóry, płonęły. Może nawet zaczerwienił się delikatnie, choć w tych ciemnościach zapewne trudno to ocenić. I już byli tak blisko, tak blisko, kiedy nagle Hyun sprawnie przemknął pod jego ramieniem. Przez moment stał, gapiąc się tępo w ściane, prawą ręką dotykając klatki piersiowej w miejscu, w którym huczało jego serce.
    - Chyba oszalałem - wyszeptał do siebie, przymykając na chwilę oczy. Jego spostrzeżenie okazało się prawdą, kiedy zamiast odpowiedzieć Hyunowi, złapał go za nadgarstek, przyciągnął go do siebie jednym, pewnym ruchem i złączył ich usta w czułym, delikatnym pocałunku. Z początku było to tylko delikatne muśnięcie, ale po paru sekundach, Freddie ułożył dłoń na jego policzku, pogłębiając pocalunek. W jego brzuchu zawirowało tysiące motylków, przedramiona pokryła gęsia skórka. Zaryzykował: pytanie tylko, czy powinien to zrobić.

    Freddie ♡♡♡

    OdpowiedzUsuń
  78. Nie miał pojęcia, dlaczego to zrobił. To znaczy właściwie to miał - Hyun mu się podobał, chciał w końcu zasmakować jego ust, a jego mózg był przesiąknięty alkoholem na tyle, że w końcu się odważył bez wahania go pocałować. Z początku wydawało mu się to dziwne, krukon spiął się tak bardzo, że Freddiemu przeszło przez myśl, że się pomylił, że źle odczytywał jego znaki, że zaraz dostanie w gębe i zostanie na tym korytarzu całkiem sam. Od dawna nie czuł się tak niepewnie w tym, co robił.
    Dopiero kilka sekund później poczuł, że Hyun odzwajemnia pocałunek, a to dało mu tego niesamowitego kopniaka. Serce obijało mu się o żebra, w uszach słyszał szum własnej krwi, a skóra na jego karku i policzku przyjemnie mrowiła od delikatnych dłoni Hyuna. Pogładził go kciukiem po kości policzkowej, drugą ręką sunąc po jego ramieniu i ostatecznie umiejscawiając ją gdzieś na barku krukona. To było...niesamowicie przyjemne, zupełnie inne od pocałunków, które przyjmował do tej pory. Miał wrażenie, ze wszystkie jego narządy wewnętrzne się kurczą, by zaraz błyskawicznie wrócić do własnego rozmiaru. Pocałunek pozostał czuły, nienachalny, a mimo to uderzył mu do głowy bardziej niż powinien.
    Kiedy Hyun się od niego odsunął, nadal miał przymknięte oczy i najprawdopodobniej rozmarzony wyraz twarzy. Uchylił powieki dopiero w momencie, kiedy ten się odezwał. Milczał, czekał na jego słowa, jakiekolwiek. Przez nadal zamroczoną głowę przechodziło mu tyle opcji jego wypowiedzi, że nie potrafił złożyć ich w jedną racjonalną całość. Oddał jego pocałunek...ale to nie wszystko. Zostanie odrzucony czy wręcz przeciwnie? A może, na co liczył, doczeka się kolejnego buziaka zamiast wiązanki niepotrzebnych słów.
    Otrzymał odpowiedź, która sprawiła, że coś zacisnęło się w jego gardle w absolutnie dokuczliwy sposób. Patrzył tak na niego przez moment, niczym wystraszone zwierzątko, odetchnął i już już miał powiedzieć jakieś 'dobrze' i w ciszy wrócić na imprezę puchonów. Serce jednak jak zwykle wyprzedziło rozum.
    - Co? - rzucił głupio, zamrugał, a potem zacisnął wargi, bo takie głupie jednowyrazowe pytanie było nie na miejscu. Opamiętał się natychmiast.
    - Jeżeli tego chcesz - powiedzial powoli, gapiąc się w ziemię, choć tak naprawdę miał ochote wrócić do dormitorium i parę razy walnąć głową o ramę swojego łóżka. Ruszył powoli do Pokoju Wspólnego Puchonów z bałaganem w głowie. Bałaganem, którego nie będzie potrafił posprzątać samodzielnie.

    Wiesz kto ;n;

    OdpowiedzUsuń
  79. - Brzmisz jak pesymista. - oznajmiła śmiejąc się cicho i trochę gorzko, bo właściwie nie było zbyt zabawnie.
    Odetchnęła głęboko, nie wiedząc co powiedzieć, bo czy to w ogóle mogło cokolwiek zmienić? Ale przecież po to tu się znaleźli – żeby porozmawiać.
    - Zawsze się coś zmienia, Hyun. I nie muszę przestawać komuś ufać, żeby to wiedzieć. - odwróciła wzrok na widok za oknem, a między jej brwiami pojawiły się dwie pionowe zmarszczki. - Wiem, że w każdej chwili wszystko może się spieprzyć i to również z mojej winy.
    Zacisnęła zęby na dolnej wardze, a gdy zamknęła oczy na moment, w jej głowie pojawił się obraz Juliena. Pamiętała ból jaki wywołała na jego twarzy, ale także swój ból i wyrzuty sumienia, które od tych kilku miesięcy nie osłabły nawet w najmniejszym stopniu. W życiu nie jest się tylko krzywdzonym, rozczarowywanym, nie tylko Tobie są wbijane szpilki w serce. Ty też je wbijasz. Sobie i ludziom wokół.
    - Muszę wierzyć, że będzie okej. Nie chcę być zawsze sama, bo będę się bała tego, jak to się skończy. - znów spojrzała na Hyuna i uśmiechnęła się delikatnie. - W kwestiach przyjaźni, lubię wykorzystywać szanse i na razie zysków i strat jest całkiem w porządku.
    Puściła chłopakowi oko, trochę jakby dla otuchy i znów przeniosła wzrok poza mury zamku.

    Julia

    OdpowiedzUsuń
  80. Czuł się głupio, po prostu, miał wrażenie, że spalił wszystko to, co przeżyli do tej pory, a przecież wydawało mu się, że jest tak dobrze...Wolałby, żeby jeden głupi pocałunek nie zaważył na ich przyszłej relacji.
    - Nic się nie stało - posłał mu krzywy uśmiech i choc starał się, żeby wyglądał na szczery, wyglądało to bardziej jak grymas. Nie miał pojęcia, co go aż tak bardzo zabolało, w końcu będąc sobą, przeżył wiele odrzuceń, koszów i tak dalej i tak dalej.
    - Zapomnijmy o tym - dodał, zanim weszli do Pokoju Wspólnego Puchonów. Zaśmiał się, składając teatralny pokłon i przybijając kilka piątek. Nie dołączył jednak do ponownej gry, tłumacząc się pilnym zapotrzebowaniem na procenty. Zerknął jeszcze w stronę Hyuna, ale zaraz skarcił się w myślach i wbił spojrzenie w stoliczek z najprzeróżniejszymi alkoholami. Tym razem wybór padł na szklaneczkę rumu. Nawet nie zauważył, kiedy w ruch poszła kolejna i kolejna.
    Koło jedenastej, kiedy częśc uczniów spała skulona w fotelach albo zbierała się do dormitoriów, Freddie wpadł w szampański nastrój. Wypił więcej niż zwykle, pozwolił sobie rozsiąść się w jednym z foteli i obserwować tańczących albo rozmawiających uczniów. Oczy, nieco nieprzytomne, błyszczały zadziornie, a na ustach królował szeroki uśmiech wariata. Kątem oka dostrzegł znajomego koreańczyka. Do głowy wpadł mu głupi pomysł, który natychmiast wcielił w życie: złapał jedną z poduszek i rzucił nią w chłopaka, jak gdyby chciał sprowokować bitwę na poduszki. Nie pomyślał, że wytrąci tym szklanke z alkoholem, którą ten zdaje się trzymał w dłoni.
    - Oops - mruknął pod nosem i zerwał się, by podejść do Hyuna i potrzeć nadgarstkiem plamę, widniejącą na jego koszulce.
    - Sorki, Hyunie, na poduszka sama wyrwała mi się z rąk. Wiesz, jak to jest. - mówił, przygryzając przy tym wargę, jakby chciał powstrzymać napad śmiechu. Zachowywał się, jakby pocałunek nie miał miejsce, jak gdyby wszystko nadal stało w tym błogim, flirciarskim nastroju. Stał przy tym zdecydowanie zbyt blisko niego i zdecydowanie zbyt intensywnie skupiał się na tej cholernej plamie.

    Freddie <3

    OdpowiedzUsuń
  81. Freddie, wbrew pozorom, wcale nie bawił się tak dobrze. Jasne uśmiechał się, miał dobry humor, zachowywał się w ten typowy dla siebie szalony, gryfoński spokój. Z pomocą alkoholu wydusil z siebie odrobinę radości, jakby chciał się zmusić do nie przejmowania się tym pocałunkiem i słowami Hyuna. Gdzieś w głębi siebie jednak leżał zdołowany, nie mając ochoty się ruszyć. A potem znalazł sposób, by zwrócić na siebie jego uwagę i po prostu ro zrobił bez wcześniejszego zastanowienia się.
    To dlatego potem tak bardzo skupiał się na tej plamie, w rezulatcie chyba wcierając ją jeszcze bardziej w materiał. Ognista whiskey, powinna zejść. Krukon miał farta, że nie trzymał szklanki z winem albo rumem, których dopranie okazałoby się zapewne o wiele trudniejszym zadaniem. Podniósł wzrok, gdy ten się odezwał spojrzał mu w oczy i uśmiechnął się blado. Już nie chciało mu się śmiać.
    - Czasami tak jest, no wiesz, kiedy coś trzymasz i jakby nieumślnie ciskasz tym czymś w uroczego chłopaka - paplał bez sensu, ignorując fakt, że użył słowa 'uroczy' i zaśmiał się niepewnie. Jego pewność siebie wróciła, kiedy Hyun znowu zaczął z nim flirtować, a przynajmniej tak mu sie wydawało. Bądźm szczerzy - w tym stanie nie był w stanie odróżnić podrywu od obelgi. Nachylił się nad nim nieznacznie, zerknął na jego usta, aby zaraz ponownie spojrzeć mu w oczy.
    - Mogę zrobić z tym wiele rzeczy, Hyunie - wyszeptał, a potem złapał go za ręke, by wyciągnąć go z Pokoju Współnego puchonów. Na szczęście dla obojga, osoby, które pozostały na imprezie były tak pijane albo wciągnięte w swoje sprawy na tyle, że nie zwróciły na nich większej uwagi.
    Odetchnął kiedy wyszli na chłodny, wywietrzony korytarz.
    - To...gdzie jest twoje dormitorium? W końcu muszę cie przebrać, to moja sprawka - powtórzył jego wcześniejsze słowa i zaśmiał się krótko, twarz chowając w jego ramieniu. Jutro pożałuje swojej lekkomyślności, kiedy obudzi się z pustynią w ustach i cholernym marszem pogrzebowym w głowie. Nadal kurczowo ściskał rękę krukona, jak gdyby bez niej miał spaść w ciemną otchłań.

    Freddie <3

    OdpowiedzUsuń

  82. Gdzieś w duchu ucieszył się, że Hyun nie protestował, że nie wyrwał ręki z jego uścisku ani nie zaczął wrzeszczeć, co on najlepszego wyrabia. W końcu wokół nich znajdowali się pozostali imprezowicze, którzy mogli wyciągnąć podejrzliwe wnioski. Ruszył za chłopakiem z cwaniackim uśmiechem na ustach. Nie żeby coś planował, po prostu cieszył się, że po tych kilku godzinach znowu normalnie rozmawiali. Nie zdawal sobie sprawy, że ich śmiałość spowodowana jest zapewne wypitym alkoholem. Następnego dnia ich spotkanie mogło przecież wyglądać zupełnie inaczej.
    - Dobrze, dobrze, panie mądraliński - zaśmiał się, krocząc blisko krukona. Zerkał na niego raz po raz, puścił mu nawet oczko, kiedy stanęli na schodach, które oczywiście wywiozły ich nie tam gdzie powinny. Zmarszczył brwi. Siódme piętro. No tak. Siódme...z czym mu się to kojarzyło? Ach tak! Dormitoria gryfonów. Cóż, Lincoln urzędował jeszcze na imprezie, Thomas też, Marcus był u rodziców w Irlandii...nie miał pojęcia co z ostatnim współlokatorem, ale co z tego. W tamtym momencie średnio go to obchodziło.
    - Mhm. To siódemka - odezwał się, a potem przeszedł przez kamienny łuk, machając ręka na koreańczyka - No chodź, pożyczę ci jakąś koszulkę - mruknął wyraźnie zadowolony i powolym krokiem doszedł do portretu Grubej Damy. Zanim wypowiedział odpowiednie hasło, zasłonił Hyunowi uszy, ot tak, dla zasady, chociaż w tej ciszy i tak pewnie usłyszał 'tajne słowo'. Tak jak przypuszczał, w Pokoju Wspólnym nikogo nie było. Jak dobrze w końcu znaleźć się u siebie, pomyślał.
    Powinien go chyba zostawić w spokoju i dać mu wrócić do Wieży, ale pijany Freddie jeszcze rzadziej słuchał rozsądku niż ten trzeźwy. Skinął więc głową, będąc już na schodach, by go popędzić. Gdy znaleźli się już w swoim dormitorium, okazało się, że Daniel już śpi, zawinięty w koc i kołdre. Jak dobrze, że łóżko Waylanda znajdowało się w dość sporej odległości od tego blondyna. Mimo to położył palec na ustach, dając dość oczywisty znak, żeby Hyun był cicho. Prawie bezszelestnie podszedł do komody i wygrzebał z niej szarą prostą koszulkę bez rękawów.
    - Powinna pasować - wyszeptał z uśmiechem, z powrotem podchodząc do swojego towarzysza. W końcu obiecał mu, że zajmie się tą plamą prawda?

    Pijany Freddie, który 'nie' chce zobaczyć Hyuna bez koszulki

    OdpowiedzUsuń

  83. Na uwagę Hyuna tylko rozszerzył oczy i wystawił język w jego kierunku, robiąc przy tym niemiłosiernie głupią minę. Tak, od zawsze był w gorącej wodzie kąpany - każdy wiedział, że cierpliwość nie jest jego najmocniejszą stroną. Na szczęście krukon nie próbował robić mu na złość i skierował się za nim do dormitorum. O konsekwencjach tak nieodpowiedzialnych poczynań w tamtym momencie nie myślał - jego głowa zajęta była pewną osobą.
    Przewrócił oczami, kiedy dowiedział się, że ten i tak słyszał, a potem zatrzymał się gwałtownie na pare sekund, by posłać mu sugestywne spojrzenie zza ramienia.
    - Nie miałbym nic przeciwko - wymruczał z łobuzerskim uśmiechem, puszczając mu oczko. Mimowolnie wyobraził sobie Hana, który zakrada sie w środku nocy do jego dormitorium i budzi go krótkim buziakiem...Tak, ponosiła go fantazja. Kiedy oddał Hyunowi koszulkę, wsunął ręce do kieszeni dresów i patrzył tak na niego, jakby na coś czekał. Nie przejmował się pogrążonym w śnie kumplem, bo z doświadczenia wiedział, że tego nie obudzi nawet wielka orkiertra, maszerująca w butach do stepowania po drewnianej desce.
    - Może. Nie mów, że to ci przeszkadza - odpowiedział, przekrzywiając figlarnie głowę. Odruchowo przygryzł dolną wargę, kiedy ten się w końcu rozebrał. Zdecydowanie podobał mu się ten widok. A blizna mu nie przeszkadzała, sam miał mniejszą, podłużną na plecach - była to pamiątka bo wydarzeniu z dzieciństwa, którego nie chciał wspominać. Zrobił mały kroczek do przodu, patrząc mu prosto w oczy. A potem kolejny i kolejny, aż znalazł się tak blisko niego, że niemal stykali się nosami. Dosłownie na sekundę wzrok Freddiego przeniósł się na usta Hyuna.
    - Za ciepło ci? - spytał ledwo słyszalnym szeptem i nachylil się leciutko, jakby chciał go pocałować, ale ostatecznie złapał na leżącą na sąsiednim łóżku poduszkę i niezbyt mocno uderzył nią w chłopaka
    - Jak coś zacząłem to muszę skończyć! - zaśmiał się wesoło, przypominając sobie, jak to kilka tygodni temu zaaranożował bitwę na śnieżki, kiedy to wybierali się na nielegalną schadzkę w Hogsmeade.

    Freddie ;>

    OdpowiedzUsuń
  84. Zaśmiał się pod nosem, ale w porę się opamiętał i zakrył przy tym usta. Mimo twardego snu swojego współlokatora, wolał nie kusić losu. Hyun nieco zaskoczył go swoimi włosami. Wyczuwał za nimi jakąś sugestię, choć to może tylko i wyłącznie przez jego nieco spaczony już mózg. Mimowolnie uwolnił swoje zaplątane myśli za pomocą słów.

    - Twierdzisz, że chciałeś, żebym cie rozebrał? - spytał, unosząc jedną brew i uśmiechając się szelmowsko. Może chciał go trochę zawstydzić, ale jednocześnie miał zamiar zobaczyć jak ten zareaguje na taki nie do końca przyzwoity tekst. W końcu niektórzy nie lubili gier słownych.

     Wtedy...pragnął go pocałować. Pragnął go objąć, złączyć razem ich usta, ale coś go zatrzymało. Podniósł się jakiś mały alarm, z tyłu jego głowy, raz w życiu go posłuchał, chociać nie zyskał pewności, czy aby na pewno był to dobry ruch. Więc bardzo inteligentnie uderzył go poduszkę, chcąc nie chcąc rozpoczynając tym ta małą wojnę. Na jego pytanie odpowiedział niewinnym wzruszeniem ramion w pakiecie z miną grzecznego aniołka.

    Zmarszczył nos w rozbawieniu, wypinając dumnie pierś

    - Jestem Waylandem, kochanie, zawsze wygrywam - zaśmiał się, zanim dostał poduszką, która jeszcze bardziej roztrzepała mu jego włosy. Lubił Hyuna, ale również nie miał zamiaru poddać się bez walki, to byłoby totalnie nie w jego stylu. Przyjmował kolejne 'ciosy', sprzedawał własne, niczym radosne małe dziecko, cieszące się z głupiej gry na placu zabaw. Rozejrzał się uważnie dookoła, gdy Hyun zapędził go w pułapkę i ostatecznie upuścił poduszkę, unosząc ręce do góry,

    - Poddaje się, Hyunie. - oznajmił niby to zawiedzionym tonem i zwiesi głowę w pozorowanym skutku. Zaraz jednak doskoczył do krukona jednym susem, by się na niego rzucić...Szkoda tylko, że jak szybko się przy nim znalazł, tak przycisnął wargi do jego ust w szybkim, spontanicznym pocałunku, który chyba zaskoczył ich oboje. Na trzeźwo by tego nie zrobił, na trzeźwo obawiałby się kolejnego odrzucenia...trzeźwy jednak nie był, jak widać. Buziak jednak go ocucił, uderzył w niego niczym kubeł lodowatej wody. To dlatego odsunął się od niego tak gwałtownie, że odruchowo zrobił kilka kroków w tył, wywracając się przy tym na dywan.

    - Przepra...aaaa - zaczął, ale niestety spotkanie z ziemią zamknęło mu usta.

    Sierotka Freddie

    OdpowiedzUsuń
  85. Puścił mu oczko, jeszcze wtedy emanując pewnością siebie. I kto by się spodziewał, że w zaledwie kilka sekund jego mózg zamieni się w wate, a nogi ugną się pod jego własnym ciężarem.
    Pokój troche wirował, w ustach miał sucho, alkohol nadal wirował w jego żyłach. Nie czuł się sobą, choć przecież fizycznie tu był i wymieniał z nim różne interakcje. Jego usta mrowiły, na przedramionach widniała gęsia skórka, w serce waliło tak bardzo, że chyba cała szkoła je słyszała. Przełknął głośno ślinę i wyciągął ku ręke, by złapać za jego dłoń i wstać z jej pomocą. Ten chłopak wyprawiał z nim coś dziwnego, coś zupelnie nieznanego, ale jednocześnie miłego.
    Oblizał wargę, patrząc na jego usta, od których nie mógł oderwać wzroku. A potem ten go pocałował, a Freddie miał wrażenie, że odrywa się od ziemi. Z początku, zszokowany, nie zareagował, ale po kilku sekundach rozluźnił się, poruszył ustami, oddał pocałunek. Przesunął palcami po jego nagich plecach, westchnął cicho, drugą ręke wplątując w jego ciemne włosy. Kompletnie się zapomniał, a kiedy się od niego oderwal dosłownie brakowało mu oddechu.
    - Woah... - zdołał z siebie wykrztusić, otworzył oczy, spoglądając na niego niebieskimi oczami. Uśmiechnął sie zaraz w ten charakterystyczny dla siebie szelmowski sposób. Gwałtownie nabierane powierze ocierało sie o jego płuca, oddychał ciężko, jakby właśnie przebiegł maraton.
    - Ale ja myślałem, że nie jesteś gotowy - wymamrotał niemal szeptem, natychmiast żałując, że w ogóle o tym wspomniał. Powinien siedzieć cicho i cieszyć sie z takiego obrotu sytuacji. Pokręcił szybko głową i korzystając z okazji zrobił kilka kroków do przodu zmuszając Hyuna, żeby cofnął się pod ścianę i wtedy znowu złączył ich usta. Nie potrafił się opanować, nie w takim momencie.

    Freddie ♥

    OdpowiedzUsuń
  86. Debil. Po co to powiedział? Naprawdę powinien panować nad tym, co mówi, bo czasami jego mózg się zdecydowanie zawieszał. Pocalowali sie drugi raz, powinien się uśmiechnąć i rzucić jakimś typowym dla siebie dowcipnym tekstem, ale nie. Właśnie w tak naprawdę ważnej dla niego chwili musiał mieć zwarcie. Westchnął krótko, skinął głową, jakby całkowicie go rozumiał i popierał, choć to przecież totalna bujda. Nie mógł się jednak powstrzymać, unikanie tego chłopaka byłoby teraz dla niego za dużym utrapieniem.
    Lubił go, naprawdę go lubił, w jego obecności zapominał o tym, ż ma się ukrywać, zapominał, że istnieje coś takiego jak dystans. Hyun go zauroczył, sprawiał, że serce Freddiego przyspieszało, że jego ciało przyjemnie drżało za każdym razem, kiedy ten go dotykał. Przez ten miesiąc odrobinę się poznali i chyba zdążyli się do siebie przyzwyczaić. A zakład...ten głupi zakład był dla niego nieważny i naprawdę nie miał pojęcia, jak mógł być tak głupi by zgodzić się na coś takiego. Trudno, przegra, podda się i przebiegnie Hogwart w fikuśnych bokserkach w małpki w środku zimy, bo koreańczyk był tego wart. Obiecał sobie, że powie rodzicom prawde o sobie, kiedy pozna odpowiednią osobę i może się spieszył, może podrywał się bez sensu, ale naprawdę poczuł kiełkującą nadzieję, że krukon może być tym, dla którego będzie w stanie zaryzykować wszystko co ma.
    Oddawał pocałunki, całkowicie zatracając się w bliskości i ciepłu, jakie płynęło od ciała Hyuna. Jedną ręką objął jego twarz, kciukiem głaszcząc go po policzku, drugą oparł o ścianę, w pobliżu jego ciała, jakby w każdej chwili chciał go łapać. Oderwał się od niego z przyspieszonym oddechem i rozmarzonym uśmiechem na ustach.
    - Ja ciebie też, Hyunie - wyszeptał, spoglądając prosto w oczy chłopaka. A potem zaśmiał się cicho, może nieco smutno.
    - Ale chciałbym, żebyś mi to jeszcze powiedział, jak będziemy trzeźwi - dodał niby to w żartach, ale z drugiej strony na serio. Zsunął ręke w dół jego ciała by złapać go za dłoń i pociągnąć bardziej na środek pokoju. Był już nieco zmęczony, ale naprawdę nie chciał się z nim rozstawać, nie teraz, nie w takiej chwili.
    - Chcesz...wrócić do siebie? - spytał tylko cicho i podrapał się po głowie - Nie żebym cię wyganiał, wręcz przeciwnie, zostań ile chcesz - posłał mu swój popisowy uśmiech, zerkając na niego spod rzęs.

    Fredziak <3

    OdpowiedzUsuń
  87. - Nie jestem. - szepnęła z przymkniętymi oczami, kręcąc głową. Nawet nie wiedział jakim tchórzem potrafiła okazać się dziewczyna, która siedziała obok i wydawała mu się tak odważna. To ona przecież odrzucała wszystkich chłopców, którzy się nawinęli, bo się bała, a ostatecznie odrzuciła nawet tego idealnego, tego którego w jakiś dziwny sposób, a jednocześnie tak naturalny, udało jej się pokochać. I siedząc wtedy, na początku września, na parapecie jednego z zamkowych okien, myśląc o tym jak bardzo daleka jest od odwagi, nie miała pojęcia o tym, że za trochę ponad miesiąc w końcu ją w sobie znajdzie.

    Był środek października, a Julia miała wrażenie, że od miesiąca nie zmieniło się w jej życiu nic, a jednocześnie wszystko. Julien w jakiś tam sposób był wszystkim i mimo że ukrywali to co jest między nimi, to każdy kto dobrze znał Julię, dostrzegłby w jej czekoladowych oczach drobne iskry szczęścia. Ale jej świat nie zaczął się kręcić wokół tego absurdalnie zakochanego Gryfona. Była nauka. Byli przyjaciele. I było wszystko, co zawsze było ważne i nie zapomniała o tym tak po prostu. Freddie był ważny. A Julia wciąż pamiętała o tym, co powiedział jej Hyun i teraz, gdy wiedziała co jest między nimi, odrobinę zaczęła się martwić. Chciała poruszyć ten temat przy najbliższej okazji, ale długo tej okazji nie było, bo czas uciekał przez palce jak szalony. W końcu pewnego deszczowego wieczoru, kiedy Julia wróciła późno z biblioteki, zastała Hyuna siedzącego samotnie przy kominku w Pokoju Wspólnym. Uśmiechnęła się szeroko na jego widok i podeszła bliżej.
    - Mogę? - spytała, wskazując na miejsce obok niego, a kiedy się zgodził, usiadła po turecku, opierając się plecami o kanapę. - Słuchaj... Chciałam pogadać o Tobie i Freddiem.
    Skrzywiła się lekko, bo jakoś trochę niezręcznie jej było się wtrącać, ale no... w jakiś dziwny sposób musiała i koniec. I nie z ciekawości. Raczej z troski. Odetchnęła głęboko.
    - Mówiłeś, że nie chcesz ryzykować, nikogo nie potrzebujesz i nikomu nie zaufasz. Ale jemu na Tobie zależy. Serio.

    Julia

    OdpowiedzUsuń
  88. - Okay - szepnął pod nosem, uśmiechnął się delikatnie i zanim go puścił podszedł bliżej niego złożył na jego policzku krótki pocałunek. Oczywiście nie był zbyt szczęśliwy, że ten zadecydował, że jednak sobie pójdzie, ale nie miał nic gadania. Hyun miał trochę racji, po pierwsze ktoś (niekoniecznie chrapiący na łóżku obok chłopak) mógłby ich przyłapać, a po drugie chyba jednak powinni wrócić do tego na trzeźwo. Aż dziwne, że Freddie zaczął racjonalnie myśleć i to pod wpływem alkoholu!
    - Dobranoc, Hyunie - mruknął jeszcze, kiedy ten wychodził z jego dormitorium.
    Freddie miał prawdziwy mętlik w głowie. Pamiętał, co działo się tamtego wieczora, oczywiście, że tak, ale nie potrafił dopasować tego do rzeczywistości. Nawet nie porozmawiał z Hyunem. Przez te kilka dni jedynymi rzeczami, jakie ich łączyły były ukradkowe spojrzenia i uśmieszki, rzucanie w Wielkiej Sali podczas posiłku albo na korytarzach pomiędzy jedną lekcją a drugą. Odrobinę obawiał się rozmowy, która wyraźnie wisiała w powietrzu - przecież nie mogli teraz tak po prostu przestać rozmawiać, szczególnie, że...tęsknił za nim. Naprawdę za nim tęsknił i to go przerażało, ale i napełniało podekscytowaniem jednocześnie. Obiecał sobie więc, że porozmawia z nim po meczu w piątkowy wieczór.
    Gra w Quidditcha była dla niego samą przyjemnością, dlatego jak zwykle dawał z siebie wszystko na boisku, mimo, że do jego myśli wkradał sie pewien krukon, przeciw któremu zresztą teraz grał. Kafel latał pomiędzy członkami obu drużyn, czasem trafiając w obręcze, a czasem nie. Ostatecznie nie pograł za długo, ponieważ po zaledwie trzydziestu minutach meczu, kiedy to inteligentnie zagapił się w przestrzeń (no dobra, tak naprawdę w Hyuna) i dostał kaflem, nieszczęśliwym trafem spadając z miotły.
    Obudził się w szpitalu z potwornym bólem w okolicach barku i przy głowie. Stęknął cicho, poruszajac się na szpitalnym łóżku i otworzył oczy. Z początku zaślepiło się światło, na co zamrugał nieco zirytowany złośliwością matki natury, ale zaraz uśmiechnął się delikatnie, dostrzegając znajomą twarz.
    - Cześć, Hyunie - odezwie się cicho jak na siebie i znowu westchnie - Bardzo się potłukłem? - zapytał, rzucajac mu słaby uśmiech na ten kiepski i zapewnie niezrozumiały żart.

    Freddie

    OdpowiedzUsuń
  89. Rzeczywiście, Hyun nie wspomniał jej o tym ani słowem. Freddie to zrobił. Powiedział jej, że ociupinkę się zauroczył, a ona w życiu nie widziała, żeby kiedykolwiek mówił o tym w ten sposób. Co jakiś czas zdarzało się, że Freddiemu ktoś się podobał, ale Julia nigdy nie dostrzegła w jego oczach tak wyraźnych iskierek podescytowania i lekkiego zdenerwowania. Tym razem to wszystko było inne, a sam Gryfon powiedział, że jeszcze nie czuł się w ten sposób.
    Julię to cieszyło, a z drugiej strony trochę się bała o przyjaciela, bo nieco ponad miesiąc temu Hyun mówił jeszcze, że nie chce się w nic angażować. Musiała się upewić czy zmienił zdanie, bo jeśli nie to... Eh, po prostu nie chciała, żeby Freddie cierpiał, angażował się w coś, co nie prowadzi donikąd.
    Nie jestem pewien czy jest o czym konkretnie rozmawiać. Zadrżała lekko na te słowa, bo może jednak dla chłopaka to było nic. Dla niego nie działo się nic. Albo po prostu nie chciał o tym z Julią rozmawiać, nie zdając sobie nawet sprawy, jak dobrze mogłaby go w tej kwestii zrozumieć. Bo znała te motyle w brzuchu, to uczucie, kiedy patrzysz w czyjeś oczy i chcesz w nich utonąć, te momenty, kiedy ktoś kręci cię tak bardzo, że uginają się pod tobą nogi. Znała to wszystko. I też bała się o tym mówić. Ukrywała to przed wszystkimi poza Freddiem, bo miała wrażenie, że gdy świat się dowie to to zniknie. Zderzy się ze zbyt realną rzeczywistością i nie będzie chronione przez tę mydlaną bańkę, w której ona i Julien unosili się nad ziemią. Tak jakby wewnątrz niej nic nie mogło się zepsuć. To nie było zbyt sensowne i logiczne, ale bała się tak bardzo, że nie potrafiła o tym wszystkim mówić tak po prostu. Nawet nie wiedziała jak zacząć.
    W końcu Hyun zaczął mówić więcej. Słuchała go uważnie, bo każde słowo mogło okazać się ważne. Nie chodziło o głupoty, a o Freddiego – jedną z najważniejszych osób w jej życiu. Uśmiechnęła się lekko, kiedy usłyszała lubię go. Tak jakby tego głupka dało się nie lubić... Jednak chyba nie o takie zwykłe lubić tu chodziło.
    - Hyun, przepraszam Cię... Was przepraszam, że się wtrącam, ale... martwię się. - odetchnęła głęboko. - Nie dawaj mu nadziei, jeśli jej nie ma. Ale jeśli jest choć trochę to walcz, ryzykuj, próbuj. Chyba warto.
    Nie była taka znowu pewna czy warto. Jeżeli chodzi o Freddiego to zdecydowanie tak, bo on był super, cudowny, najlepszy, ale jeżeli generalnie o związki... Skąd, do cholery, miała wiedzieć, skoro na razie siedziała w misternie stworzonej bańce mydlanej, która istniała dopiero kilka dni?
    - Poznaj go lepiej, jeśli potrzebujesz. - dodała jeszcze. - Bo w sumie możesz zrobić wszystko. Co Cię powstrzymuje?
    Eh! Dawała najgorsze najlepsze rady na świecie. Może i miały sens, ale sama zupełnie nie umiała się do nich stosować. Julia Jones – mistrz hipokryzji, część czterysta osiemdziesiąta.

    OdpowiedzUsuń
  90. Był odrobinę zdezorientowany, ponieważ jedyne co pamiętał to cholerny ból po uderzeniu kafla, a potem po prostu otoczyła go ciemność. Nie miał pojęcia, kto go walną, czy jego drużyna wygrała mecz, jak długo tutaj leży i czy...Hyun towarzyszy mu przez cały czas? Zrobiło mu sie ciepło na sercu na taką ewentualność. Co prawda, ostatnio jedynie się mijali, ale przecież nadal mu na krukonie zależało. Ten jeden wieczór nie mógł ich przekreślić, na pewno nie. Mimo wszystko, Hyun tu przyszedł, siedział przy nim i uśmiechał się w tak niesamowity sposób, że Freddiemu brakowało oddechu. Nigdy nie myślał o nikim na poważnie, oczywiście dopóki nie zjawił się Han, ale przecież nie mógł mu tego powiedzieć. Sam nie do końca rozumiał swoich uczuć, więc nie miał zamiary zmuszać do tego i ciemnowłosego, szczególnie, że ten pewnie również nie wiedział, co się dzieje.
    Uśmiech Waylanda się poszerzył, kiedy Hyun ścisnął jego dłoń.
    - Teraz mi trochę lepiej, ale strasznie boli mnie głowa. Może mały buziak na złagodzenie mojego cierpienia? - zażartował i zaśmiał się, czego natychmiast pożałował. W boku, gdzieś nad żebrami coś zakłuło go nagle, więc rozbawiona mina zaraz przerodziła się w grymas. Nie był też do końca pewien, czy powinien taki wesołym tonem mówić o całowaniu, szczególnie, że właśnie to było przyczyną ich ostatniego zachowania. Zawsze myślał, że uczucia są proste, że wystarczy po prostu dać się ponieść. Okazywało się za to, że to skomplikowane, humorzaste potwory, którym ludzie się poddają czy tego chcą czy nie. Miał wrażenie, że głowa mu pęknie. Przymknął na moment oczy, odetchął i znów na niego spojrzał.
    - Żyje, Hyunie. Nic mi nie jest. - Wymamrotał, puszczając mu nawet oczko - Jak dlugo to jesteś? Pozwolili Ci przyjść w nocy? - spytał, unosząc jedną brew, bo mimo, że był ranny i raczej nieogarnięty, zauważył panujące za oknami ciemności.

    Freddie <3333

    OdpowiedzUsuń
  91. - O Ciebie też się martwię. - wypaliła od razu, bo właściwie tak było. Miłość umiała nieźle krzywdzić i to obie strony, nawet przy dobrych intencjach. A Freddie być może nie zdawał sobie sprawy z przeżyć Hyuna, który w jakiś sposób był tykającą bombą, wypełnioną traumą przeszłości, tylko czekającą by wybuchnąć. Mógł zrobić coś, nawet nieświadomie, co uruchomi ten mechanizm. Z bombą trzeba delikatnie.
    Dla Julii to było oczywiste, że chłopcy znali się jeszcze za krótko. Może dlatego, że sama nie byłaby w stanie być z kimś, kogo nie jest pewna i takie uczucie nagłego zakochania, zupełnie od podstaw było jej obce. Pierwsze wrażenie potrafiło zmienić się jeszcze wielokrotnie z biegiem czasu. Ludzie się zmieniali, odsłaniali kolejne warstwy, które niekoniecznie mogły nam się podobać. Ona była w komfortowej sytuacji. Juliena znała od dziecka. Znała go kilkanaście lat, przyjaźnili się i naprawdę miała wrażenie, że niewiele może ją zaskoczyć, jeżeli chodzi o charakter chłopaka. Ale i tak nie mogła być pewna w stu procentach. Najmniej była pewna siebie samej. Jemu ufała czasem bardziej niż sobie.
    Chang. No tak. Może było za wcześnie, bo on nadal tkwił Hyunowi w głowie i sprawiał, że o wszystkim myślał, biorąc wspomnienie o nim pod uwagę. I porównywał.
    - Freddie to nie Chang. - odpowiedziała tylko szeptem. Tu nawet nie chodziło o to, że wierzyła w przyjaciela bezgranicznie, bo on też był skłonny robić różne głupoty i jak każdy popełniać błędy, ale... nie był nim. Każda sytuacja jest inna i nie można na nią patrzeć w kontekście błędów przeszłości. Łatwo powiedzieć. Julia przez lata patrzyła na wiele sytuacji, biorąc pod uwagę demony przyszłości. Bała się zaryzykować, bo bała się tego co będzie. Nie mogła nawet spróbować. Więc w ogóle nie powinna się w tej kwestii wypowiadać. Nie wiedziała jak to jest, kiedy przeszłość powstrzymuje Cię przed postawieniem kroku w przód i ciągnie w swoją stronę tak mocno, że zaczynasz się, chcąc nie chcąc, wycofywać. Hyun wiedział, a ona mogła sobie tylko wyobrazić jak bardzo było to trudne.
    Do jej uszu dotarło pytanie chłopaka i poczuła na sobie jego wyczekujące spojrzenie.
    - Miałam. - szepnęła, nie wiedząc co powiedzieć więcej.
    Były słowa i słowa, a jedne było wypowiedzieć łatwiej, drugie trudniej. Dla Julii łatwiejsze wciąż okazywało się powiedzenie kocham Cię niż kocham go. Tak podobne, a różniło je wszystko. Kiedy pierwsze mówiła do Juliena, była pewna, świadoma i było to proste, a jeśli tylko zmieniał się odbiorca i miała powiedzieć o tym samym komuś innemu... była przerażona. Jakby Ci wszyscy ludzie wokół mieli wszystko między nimi zniszczyć, rozerwać na strzępy, chociaż sama nie wiedziała w jaki sposób.
    - Chyba na wypowiedzenie niekórych słów po prostu trzeba zaczekać. - powiedziała cicho, brzmiąc trochę, jakby mówiła do siebie, a nie do Hyuna. Zaraz jednak jakby przypomniała sobie o jego obecności i odwróciła głowę w jego stronę. - Nie spiesz się. Ale też uważaj, bo może nadejść moment, w którym już będzie za późno.
    A sama bała się tego za późno jak cholera. W ogóle ostatnio zbyt wielu rzeczy się bała. I jednocześnie była bardzo szczęśliwa.

    Julia

    OdpowiedzUsuń
  92. Uśmiech Hyuna zawsze wywoływał chmarę motylków, wirujących w jego brzuchu i gęsią skórkę na przedramionach. Miał ochotę podnieść się, objąć go, pocałować i trzymać go za ręke całą noc, choć brzmiało to strasznie cukierkowo i nierealnie. To niesamowite, że zdążył przywiązać się do tego chłopaka tak bardzo w zaledwe miesiąc: kilka głupich tygodni wypełninych rozmowami, uśmieszkami i czasem nieco dwuznacznymi sytuacjami. Wiadomo, nie wiedzieli jeszcze o sobie wszystkiego, ale chyba to właśnie było miłe, to, że jeszcze nie znali się na wylot, wiele rzeczy czekało na odkrycie. Co prawda Freddie skrywał przynajmniej jeden sekret, którego Hyunowi nie chciałby wyjawić, głownie ze wzgląd na jego dobro i wcale nie chodziło o ten durny zakład, który oczywiście dawał o sobie znać w najmniej odpowiednim momencie.
    Zobaczenie Hyuna było dla niego niemałym szokiem: mimo ich wcześniejszej przygody z wilkołakiem w Zakazanym Lesie, wiedział, że do hobby chłopaka raczej nie należy łamanie regulaminu, ale to sprawiało, że poczuł się znaczący. W końcu dla byle kogo Hyun raczej nie mógłby ryzykować, prawda?
    - Nikt ci nie kazał łamać dla mnie przepisów, Han - odgryzł się, ale jego spojrzenie mówiło wszystko. Niby się z nim droczył, choć tak naprawdę był mu cholernie wdzięczny za samą obecność. Westchnął krótko, niezadowolony, gdy ten zabrał dłoń. Zaraz jednak zostało mu to wynagrodzone czułym dotykiem na policzku Waylanda. Miał ochotę zamruczeć na to niczym rasowy kot, powstrzymał się w ostatniej chwili, chcąc jednak zachować resztki godności.
    - Nie - odpowiedział trochę zbyt szybko niż powinien - Nic mi nie jest. Naprawdę, nie idź - dodał zaraz, posyłając mu szeroki uśmiech. W istocie, ból nie dokuczał mu tak mocno, kiedy miał obok Hyuna. Poza tym, wolał by ten nie wpadł przez niego w kłopoty - dopóki nie zwijał się z cierpienia, dało się wytrzymać. Słuchał go uważnie, a każde wypowiedziane przez koreańczyka słowo zalewało przyjemnym ciepłem jego serce. Rozumiał go, choć pewnie nie do końca. Wiedział na pewno, że zna uczucie tego strachu przed przyznaniem się do jako takiego przywiązania. Z tą różnicą, że Freddie nie miał pojęcia co jest przyczyną jego obaw.
    - Chodź tu - mruknął czule, mając nadzieję, że Hyun nie weźmie go za sentymentalnego mięczaka. Podniósł nawet ręke, musnął nią dłoń, która nadal znajdowała się w okolicach twarzy Freddiego. Chciał poczuć go tuż przy sobie, chciał bez problemu zajrzeć w jego oczy. Nigdy nie pragnął tak niczyjej bliskości.

    Freddie <3333

    OdpowiedzUsuń
  93. [ Miło mi.
    Dawno nie pisałem żadnego wątku pana z panem właściwie. Jeśli masz na to oczywiście ochotę to ja bardzo chętnie :D
    Jakiś pomysł się znajdzie na pewno. Choćby na przykład taki że twój pan mógłby przypadkiem zobaczyć jak mój udaje się do Zakazanego Lasu i uratować mu dupsko, zapewne nie otrzymując za to większej wdzięczności ]

    Dante Faust

    OdpowiedzUsuń
  94. Nie było mu do śmiechu, zwłaszcza, gdy chłopak sprawnie podniósł go do góry, tak że cały ciężar ciała Rathmanna spoczywał na młodym chłopaku, co wcale tak łatwym wyzwaniem nie było. Mathias przymknął na moment powieki i wziął głęboki wdech, uważając na załamaną rękę, która chyba z tego wszystkiego najbardziej dawała mu w kość, dosłownie. Słuchał chłopaka, cały czas milcząc.
    - Zagadałeś mnie – warknął Mathias. Wrogie nastawienie było w gruncie rzeczy spowodowane przez ogromne, złe samopoczucie, które odpierało profesorowi siły. Jad tej cholernej rośliny, zaciekle krążył po ciele nauczyciela, co powodowało nieciekawe zawroty głowy, momentami chciało mu się nawet wymiotować. W końcu nawet się zamknął, nie mając ani ochoty, ani siły rozmawiać, co w zasadzie działało na korzyść Hyuna. Taki widok jak ten; słaby, blady i ogromnie obolały profesor Rathmann, należał do dość pożądanych widoków przez uczniów, których Mathias nieco w całym roku szkolnym zdążył pomęczyć.
    Robiło się coraz zimniej i nawet gruby płaszcz Niemca wraz z szalem, nie były w stanie zatrzymać panującego chłodu. Mathias wyraźnie trwał w gorączce, starając się stawiać normalne kroki, by wreszcie wyszli z tego pieprzonego, Zakazanego Lasu, choć tak naprawdę miał wrażenie, że im dłużej szli, tym bardziej oddalali się od granicy lasu, która pozwoliłaby im wyjść na błonia.
    - Poczekaj – wydukał i tym razem przeniósł ciężar ciała na pobliskie drzewo. Musiał chwilę odsapnąć. Przymknął na moment powieki. Marzył o cieplutkim łóżku, kremie z groszku, ewentualnie szklaneczce ukochanego rumu, a to wszystko cudownie dopełniłby gorący prysznic, jednak jak na razie nie mógł liczyć na żadną z tych rzeczy, póki nie wydostaną się z Lasu. Mógłby nawet zmienić się w swoją zwierzęcą postać, jednak wymagało to niezłych pokładów siły, a gdyby mu się udało za pewnie jego wielkie cielsko padłoby ze zmęczenia przemianą, więc wolał zachować resztki energii na ludzkie wyjście z lasu.
    - Nie jesteśmy tu sami – odezwał się w końcu Rathmann, sięgając zdrową dłonią do kieszeni, a następnie podał chłopakowi swój szal, by ten pomógł mu podwiązać złamaną rękę, co nieco ułatwi Rathmannowi zakres ruchów. Nie było to nic przyjemnego, jednak uchroni go przed dalszym przesunięciem się złamanej kości.
    - Gdyby coś, masz uciekać, jasne? - rzucił cicho patrząc na chłopaka uważnie. – A co najważniejsze nie oglądać się za siebie – dodał i odepchnął się od drzewa. Choć mroczki przed oczami stawały się coraz intensywniejsze, to żadne z nich nie mogło stracić teraz czujności. – Idziemy dalej.

    Mathias

    OdpowiedzUsuń
  95. W tamtym momencie czuł sie...wspaniale. Po prostu. Hyun tu był, dla niego, z nim, wytrzymywał jego bezczelne teksty i wrodzoną, zapewne irytującą gadatliwość. Nie potrafił tego opanować, mimo, że z racjonalnego punktu widzenia to całe zauroczenie wydawało się takie idiotyczne i kojarzyło mu się z przesłodzonymi, mugolskimi filmami, jakie czasami oglądali dla śmiechu z Lincolnem, kiedy to Wayland przyjeżdżał do niego w wakacje albo na święta.
    Kiedy Hyun położył się obok niego, Freddie uśmiechnął się tak bardzo, że zabolały go policzki. Odsunął się jeszcze na drugi koniec łóżka, by obaj bezproblemowo się na nim zmieścili. Uniósł zabandażowaną dłoń i dotknął nią tej Koreańczyka, znajdującą się na jego twarzy.
    - Ja też cie bardzo lubie, Hyunie. Cholernie. Nawet nie zdajesz sobie sprawy...- mamrotał i urwał nagle, uraczony buziakiem od krukona. Może się zarumienił, może nie, w tamtym momencie nie zwracał na to uwagi.
    - Rozkaz przyjęty. - Stwierdził ciszej niż zazwyczaj, nadal czując przyjemne gorąco w miejscu, w którym usta Hyuna zetknęły się z jego skórą. Obaj tak bardzo bali się tej rozmowy, a okazało sie, że przebiegała ona nawet łatwo i...zdecydowanie miło. Przysunął się do niego odrobinę, niemal, ze opierając się głową o jego ramię. Może ta krótka, choć jednocześnie ciągnąca się w nieskończoność przerwa jednak im coś dała? Może pokazała im, że za sobą tęsknią? Może...Nie, teraz nie pora na takie rozmyślania, skarcił się w myślach.
    - Zdecydowanie. I chyba wiszę ci wielką czekoladę z Miodowego Królestwa. I powinniśmy powtórzyć wyprawę do Lasu. Tyle do roboty, a ja muszę siedzieć w głupim Szpitalu - uśmiechnął się do niego, podnosząc się na łokciu, by zaledwie na dwie sekundy musnąć jego usta swoimi. Patrzył przez moment w jego oczy, wisząc tak nad nim, jakby nie wiedział, co zrobić.

    <3333333333

    OdpowiedzUsuń
  96. Pierwszy płatek śniegu ląduje na jego rękawie. Drugi, nieco większy, kończy swoją wędrówkę na brązowych włosach, a kolejny osadza się na jednej z rzęs, by po paru sekundach spłynąć po policzku jako imitacja łzy, która wcale nie potrzebuje wzruszeń. To pierwszy śnieg w tym roku. Nim minie noc, zamieni się w błotnistą kałużę, ale póki stoją w miejscu, które równie dobrze mogłoby się zwać końcem świata, aspiruje do bycia czymś pięknym.
    Vincent kierowany przez swoją chłopięcą wrażliwość, ma ochotę zatrzymać czas, umożliwiając sobie tym samym zastygnięcie w tym, wedle jego postrzegania, idealnym momencie. Idealnym dlatego, że całkowicie przypadkowym, dlatego, że znaleźć coś a być przez coś znalezionym, nie mają porównania w niesionym ze sobą ładunku emocjonalnym.
    Czy powinien więc uznać, iż został odnaleziony przez Hyuna? Czy może role się odwróciły; to on znalazł go któregoś dnia?
    — Nie rozumiem — mówi. Nie pragnie niczego innego, jak tylko zdjęcia brzemienia z barków przyjaciela, ale w swym prostym rozumowaniu nie potrafi dojść do wniosku, że sam odgrywa rolę wgniatającego w ziemię ciężaru.
    W międzyczasie stara się odnaleźć sens w zasłyszanych słowach, uporządkować je w taki sposób, aby nie zakłócały więcej jego spokojnego i zrównoważonego życia; aby nie przypominały sztormu, który wdziera się pod pokład, zatapiając statek.
    Trudno powiedzieć, od jak dawna Vincent utrzymuje się na powierzchni, bezpieczny poza granicami idei o utonięciu, lecz tak jak i on, granica między tym czego nie ma, a tym, co może się wydarzyć, jest krucha, na poły niewyraźna. Bycie czyimś koszmarem to pierwsza nieszczelna deska w konstrukcji zbudowanej z chęci uczynienia ludzkości szczęśliwą, w tej śmiesznej walce nieśmiałego chłopca, któremu zwykle brakuje słów i odwagi, by się odezwać, przypominając światu, że istnieje, z podłą rzeczywistością, jakiej nie umie znieść. Bycie czyimś koszmarem to unicestwienie każdej podjętej próby, z kolei bycie koszmarem Hyuna to zawód rozciągający się po całej długości kręgosłupa.
    Jeżeli moja obecność sprawia mu ból,myśli, jestem okropnym przyjacielem.
    Pomału zamyka się w swojej strefie komfortu.
    — Kogo widzisz w moich oczach?

    Vincent

    OdpowiedzUsuń
  97. [Cześć czekoladko <3 Jakby którejś z Twoich postaci zapragnęło się wątku z Bellkiem, to zapraszam ^^]

    OdpowiedzUsuń
  98. [Oczywiście! Zaczekamy z Bellkiem tyle, ile będzie trzeba c; ]

    OdpowiedzUsuń
  99. [Najpierw podziękuję za komentarz pod kartą Lou, aż mi się cieplutko na serduszku zrobiło! ♥
    A teraz co do wątku z Bellsem - chyba wybieramy Hyuna, bo wolimy coś bardziej coś pozytywnego! A na co mam ochotę? Nie wiem .-. Naprawdę nie wiem, powiedz mi, jakie Ty masz oczekiwania, o czym marzy Hyun, a my z Bellkiem postaramy się to spełnić ♥]

    OdpowiedzUsuń
  100. [Bel też jest po niezbyt miłych przejściach, ale to może uda mi się wyjaśnić w wątku, albo może do tego czasu napiszę kolejną część o tym całym porwaniu! Prawdę powiedziawszy myślałam na początek o relacji, w której oboje będą ludzkimi wrakami, które na zmianę powstrzymują się przed utonięciem. A później? Zobaczyłoby się, jeśli skończyłoby się na przyjaźni, okay, jeśli popłynęłybyśmy dalej i skończyłoby się na miłości - dla mnie jeszcze bardziej okej, choć z Bellem też jest ciężko jeśli o to chodzi, ale z czasem.. kto wie? Tylko nie wiem jak by doprowadzić do tego, że nawiążą ten kontakt i staną się dla siebie kimś ważniejszym .-.]

    OdpowiedzUsuń
  101. [Hmm, czekaj, bo mi tu zaczyna teraz coś świtać, po tym jak przeczytałam o szlabanie. Także ten - Bell i Hyun muszą się kojarzyć. Jako były pałkarz Gryfonów, pewnie nieraz rywalizował z Hyunem na boisku, a przyjaźń Bellamy'ego z Deuce'm zbliża go do Krukonów. (Aż nie wierze, że Bell teraz ma lepszy kontakt z Krukonami niż ze Ślizgonami!). Szlaban wydaje się być w porządku, ale obawiam się, że Bell pomimo wszystko nie zainicjowałby rozmowy, a raczej by od niej uciekał. Ale co powiesz na zmianę kolejności? Najpierw impreza, chociażby świętowanie wygranej Krukonów w meczu z Puchonami, na której pojawiłby się Bell, bo Deuce by go zmusił, żeby spędził trochę czasu wśród ludzi. Pijany Bellamy prędzej zainicjowałby rozmowę, później możemy pomyśleć o czymś na zasadzie, że podczas tej konkretnej imprezy zabrakłoby żarcia, więc pijany Bell zgłosiłby siebie i Hyuna na ochotnika, a skończyłoby się to rozluźnieniem atmosfery i bitwą na jedzenie w Hogwarckiej kuchni! Zawsze chciałam zrobić bitwę na jedzenie! I to własnie przez nią wylądowali by na szlabanie XD (Lexie myśli o tej porze.. Nie powinna myśleć o tej porze!)]

    Bellek♥

    OdpowiedzUsuń
  102. [Proponuję po prostu zacząć od przechylania butelki, Hyun może gdzieś z boku sączyć jakiś alkohol, a podchmielony Bellek, trochę za bardzo podchmielony Bellek się do niego dosiądzie i zacznie nawijać ♥]

    Bellamy

    OdpowiedzUsuń
  103. Niegdyś uśmiechnięty i wstydliwy, teraz z przyklejonym na twarz krzywym uśmiechem i pozbawionymi blasku oczami wędruje szkolnymi korytarzami, nie zwracając większej uwagi na otaczających go ludzi. W końcu przestał patrzeć pod nogi z obawy przed upadkiem, zamiast tego lawiruje wśród tłumów, idealnie balansując ciałem, poruszając się zgrabnie i zwinnie niczym skradający się kot. Bellamy Sangster, ten uroczy chłopiec, który kiedyś rozczulał, teraz wywołuje dziwnego rodzaju obawę wśród rówieśników. Niepewność zastąpiona przez chłodną arogancję i wysoko uniesioną głowę stała się jego znakiem szczególnym. Stał się zupełnie innym człowiekiem i tylko nieliczni mogli dowiedzieć się, co do tego doprowadziło, co spowodowało tak drastyczne zmiany zarówno w jego wyglądzie fizycznym jak i zachowaniu.
    Przyzwyczajony do szeptania za plecami i wytykania palcami, nauczył się ignorować je w zupełności, nie pozwalając aby coś tak błahego jak plotki i szmery zakłóciły jego czujność. Mimo świadomości, że w szkole nic mu nie grozi, nie potrafił przełączyć się z trybu czuwania, na ten, który pozwoliłby mu w spokoju wypocząć. Nawet teraz, siedząc w pokoju wspólnym krukonów, gdzie w gruncie rzeczy nie powinien przebywać, wodził spojrzeniem po nieznanych mu twarzach, doszukując się w nich wszelkich możliwych oznak zbliżających się problemów. Nie potrafił inaczej i nie uważał, aby to dało się tak łatwo wyłączyć; zamiast zachowywać się jak swawolny uczeń, siedział w jednym z foteli, zachowując się jak auror spodziewający się nadciągającego zagrożenia.
    Okazało się, że picie w tak dużym towarzystwie w pewnym stopniu powoduje rozluźnienie – choć pomimo szumu w głowie, nadal działał w trybie czuwania –, przynajmniej na tyle, by uśmiechał się tajemniczo, co automatycznie pomogło zmienić punkt widzenia rówieśników, którzy zaczęli zamieniać z nim po kilka słów. Nawet jemu samemu te rozmowy zaczęły się podobać. Nakręcony działaniem alkoholu, jednym łykiem opróżnił poł szklanki whisky. Złoty płyn spłynął w dół jego przełyku, pozostawiając po sobie przyjemne uczucie rozgrzania i dobrze znany posmak alkoholu.
    Pomimo braku przynależności do Krukonów, nie czuł się w tym miejscu niekomfortowo. Znał część ludzi, poza tym jego przyjaciel krążył gdzieś dookoła, zawsze gotów, by się z nim napić, lub zamienić kilka słów. Nie zważając zbytnio na swojego druha, Bellamy podniósł się ze swojego miejsca i ruszył przez pokój, uprzednio napełniając szklankę alkoholem. Pomimo zupełnie prostego chodu, niepozbawionego swojego rodzaju gracji, Bellamy czuł, że alkohol w jego organizmie sieje zamęt. Nie do końca kontrolował wypływający na usta uśmiech.
    Zasłyszawszy rozmowę między jednym z członków drużyny krukonów, a ciemnowłosą dziewczyną, której nie kojarzył, spojrzał na tę dwójkę, uśmiechając się pod nosem.
    — Błagam was – odezwał się pewnie — Na Igrzyskach Irlandia rozgromi każdą drużynę, osiągając tytuł mistrza — oznajmił z przekonaniem. —Nikt nie ma z nimi szans! — Nigdy nie był specjalnym fanem ligi światowej, bardziej skupiając się na lidze krajowej i kibicowaniu Zjednoczonym z Puddlemere, jednak po ośmiu miesiącach, które spędził w irlandzkich lasach, zapałał miłością do Irlandzkiej drużyny Quiddtcha.

    Nie martw się, też muszę się wprawić! I wybacz, że dopiero teraz, ale jakoś nie mogłam się do tego zabrać. Obiecuję poprawę! <3

    OdpowiedzUsuń
  104. [Cześć. Dziękuję za przywitanie, ale niestety muszę odmówić. Dzięki za propozycję. :)]

    Theo

    OdpowiedzUsuń
  105. Tego dnia wyjątkowo późno trafiła na obiad. Mogła sobie na to pozwolić, bo na jej szczęście miała wolną godzinę między zajęciami. Clementine pogrążona w myślach wychodziła razem z kilkoma innymi uczniami z Wielkiej Sali. Większość wyraźnie się śpieszyła najprawdopodobniej będąc spóźnionymi na kolejne zajęcia. Po prawej stronie wyprzedził ją chłopak, który chwilę później w pośpiechu zderzył się z kimś swoją torbą. To wyrwało Rookwood z letargu, bo natychmiast wróciła na szkolne korytarze, obserwując całe zajście. Nic nadzwyczajnego. Krukon rzucił przeprosinami na szybko oddalając się od miejsca zdarzenia. Bardzo możliwe, że Clementine ruszyłaby w drugą stronę, gdyby nie jasny świstek pergaminu opadający na podłogę.
    - Hej! – krzyknęła dziewczyna odruchowo, gdy tylko spostrzegła zgubę. Chłopak jednak nie dosłyszał, a może nie zrozumiał, że woła właśnie jego. Z tej racji szatynka podbiegła, by schylić się do własności ucznia domu Ravenclaw. Najprawdopodobniej zaraz po podniesieniu zaczęłaby biec przed siebie, co aby nie zgubić chłopaka i oddać mu to, co wypadło z jego torby. Tymczasem Clementine sięgając po pergamin zamarła na chwilę w bezruchu, gdy brązowe oczy przeczytała dość zamaszysty i krótki podpis.
    Hyun
    Chociaż nie powinna, odwróciła list na przednią stronę, by z autentycznym zaskoczeniem odnaleźć tam swoje imię. Ileż to razy zastanawiała się z kim tak naprawdę pisze te dziwne listy? W pewnym momencie przyjęła do wiadomości fakt, że najprawdopodobniej nigdy nie będzie jej dane spotkać tego kogoś, kto równie szybko, co ona, odpisywał zgrabnie ujętymi myślami. Jednak co najważniejsze, miała nadzieję i tak myślała do tamtego momentu, że wszystkie historie, którymi dzieliła się ze swoim rozmówcą zostaną daleko od Hogwartu, a tymczasem…
    Clementine zadarła głowę do góry, prostując się już zupełnie. Ciemnowłosy chłopak jeszcze szedł przez ten sam długi korytarz, ale lada chwila mógł zniknąć za zakrętem.
    - Hyun? – dość donośny głos wyrwał się z gardła szatynki, jakby z niedowierzaniem używając wypowiedzianego imienia. A potem zamurowało ją ponownie, gdy Krukon gwałtownie odwrócił się w jej stronę, zatrzymując się w miejscu podobnie jak ona.
    Nie wierzyła. Przez krótki czas jeszcze stała, ale próbując nie wyglądać na zdziwioną czy podejrzaną wykonała ruch. Najpierw powolny, kilka kroków, który przemienił się w trucht. Gdy już dotarła do domniemanego Hyuna wyciągnęła rękę w przód, podając mu zgubiony list.
    - Wypadło ci to z torby. Hyun, tak?

    [Średnio mi idzie z długością ostatnio. Mam nadzieję, że będziesz dla mnie wyrozumiała.]

    OdpowiedzUsuń
  106. [Cześć, dzięki za powitanie! Oczywiście jestem chętna na wątek, sama nawet nie wiem, z kim – czy z Hyunem, czy z Artairem. Oboje są super! Jeśli chodzi o Hyuna, to punktem zaczepienia byłaby, tak jak wspomniałaś, drużyna quidditcha, są również razem z Freyą w jednej klasie; nie wiem, w kierunku jakich relacji wolisz pójść, koleżeństwo czy może coś całkiem przeciwnego, jak na przykład rywalizacja? Jeśli chodzi o mnie, to chyba wszystko jedno. Z kolei w przypadku Artaira mam taką szaloną wizję, że mogli się znać z Freyą z czasów, kiedy on jeszcze grał w drużynie, coś się między nimi działo, a teraz ona próbuje dociec, dlaczego on zrezygnował i tym podobne. Mogą też zwyczajnie się nie lubić i próbować zaleźć sobie nawzajem za skórę :D]
    Freya Collins

    OdpowiedzUsuń
  107. [Czuję się jak na dywaniku, kochaj mnie trochę nooooo. Cześć <3 Pomału wracam, odżywam rzekłabym. Nie wiem jak stoisz z czasem, ale możemy wrócić do tego, co działo się tam u nas kilka miesięcy temu :>]

    pączek

    OdpowiedzUsuń
  108. Ostatnimi czasy najbardziej dziwiło ją, że trudne sytuacje zamiast ludzi łączyć, dzielą ich. Wydawało jej się wręcz, że nie są przystosowani to tego, by być przez kogoś wspieranym. A przynajmniej ona chyba nie była. Fakt, otrzymywała niezbędną pomoc, ale musiała przeskoczyć góry w swojej głowie, by niczym małe dziecko, szarpnąć kogoś za rękaw i przyznać się do lęku. I choć zrobiła jak na siebie ogromny krok naprzód, to jednak po powrocie do szkoły zamknęła się z książkami, jakby tylko stamtąd mogła teraz popłynąć pomoc. Jej tajemnica wisiała na jej szyi jak wisielczy sznur, codziennie przypominający jej, że nie wie, gdzie postawić następny krok.
    Chyba. Chyba jesteś. To określenie, choć tak w swojej istocie smutne, świadczące o lawirowaniu gdzieś między tu a tam, teraz i wtedy, ruszyło jakąś ciepłą strunę w sercu Ethel. Bo ona też chyba była. Spojrzała na niego, jakby zaszła w nim jakaś nagła zmiana. Jakby jego uśmiech nie był wcale tym, co spodziewała się, co chciała zobaczyć. A w każdym razie nie taki uśmiech. Nie ze sztucznego tonu rozmowy o pogodzie. Przez chwilę patrzyła na niego, jakby zobaczyła pierwszego lepszego ucznia, który zaczepił ją, żeby zapytać jakie to kwiatki właśnie kupiła i co będą robić na kolejnych zajęciach.
    - Niemyślenie. - odparła wprost, patrząc na chłopaka, jakby po prostu wiedziała, że zrozumie jej potrzebę. Nie myśleć. To tak wiele i tak mało zarazem. Popatrzyła na ściskane w rękach sadzonki, na które pomału robiła się pora. Niektóre rośliny były na tyle kapryśne, że zimą nie wystarczało im ogrzewanie szklarni i stawanie na rzęsach, żeby miały jak w domu. Musiała przyjść wiosna i koniec. Złapała się na chwilowym zakłopotaniu, jakby nie bardzo wiedziała, czy powinna go o cokolwiek pytać. Postanowiła zareagować zupełnie tak, jak on, choćby miałoby to wyjść koszmarnie sztucznie. Nie znalazła jednak lepszego wyjścia na środku ulicy, co chwilę wymijana przez uczniów. Ale dla niej czas bardzo często się zatrzymywał ostatnimi czasy, był nad wyraz łaskawy i brutalny jednocześnie.
    - Jak nie jesteś zajęty po południu to wpadnij na herbatę. – uśmiechnęła się nikle, starając się, by jej wewnętrzna troska nie wyszła za bardzo na światło dzienne. Już miała się odwrócić, gdy pierwszoklasiści wpadli na nią z impetem, wytrącając z rąk sadzonki. Przystanęli przerażeni, patrząc to na stażystkę, to na rośliny. Ethel zmrużyła lekko oczy.
    - Rozwaga jest cnotą, którą szczególnie sobie cenię. Jeżeli następnym razem się nią nie wykażecie, ucierpi na tym punktacja. - oświadczyła spokojnie, acz stanowczo, od lat będąc zwolenniczką jasnych komunikatów o wyraźnie zaznaczonym wymaganiu, jak również konsekwencji jego nie spełnienia. Chyba podziałało, gdyż dzieciaki zaczęły solennie zapewniać, że to się nie powtórzy. Dłonią dotknęła okolicy mostka, sprawdzając czy zmieniacz schowany pod ubraniem jest na swoim miejscu. Machnięciem różdżki doprowadziła do porządku cały ten bałagan. Spojrzała na Hyuna, zastanawiając się na czym stanęło. Nie lubiła być wyprowadzana z równowagi.
    - Przyjdziesz?

    <3

    OdpowiedzUsuń
  109. Czekam na ten zaległy odpis, czekoladowy chamie, nie spapraj tego~

    OdpowiedzUsuń
  110. [ Nie mogłam nie przyjść pod jego kartę, bo raz wspomnienia, dwa Szkoła 2013 i trzy to po prostu Hyunnie <3 Wpadłabym Freddie'm, ale niestety póki co nie mam jak go przywrócić, czekam aż zwolni się FC ;-;
    To co, kombinujemy coś naszymi panami? ;>> ]

    OdpowiedzUsuń
  111. [ Wrócę jak tylko zwolni się buźka ;3
    A co do naszych koreańczyków, to ja bym troche pokombinowała z ich przeszłością ;> Jak nie w Korei, to chociaż w Hogwarcie. Nie mogę się pozbyć z głowy pomysłu byłych przyjaciół, ugh, ale to by było takie pościągane xd O albo może Eden byłby przyjacielem Seo i teraz dręczyłby Hyuna? :D ]

    <3

    OdpowiedzUsuń
  112. [To co im czarujemy? <3]

    Luben ♥

    OdpowiedzUsuń
  113. [ Rozumiem, że mówimy o dręczeniu? ;> Kim Woo Bin nękający innych tak pasuje <3 Eden może go zaczepić na treningu Quidditcha albo gdzieś przy jeziorku jak będzie rano biegał i może wyjść mała awanturka ;d O, o, o! Albo spotkają się jakoś podczas burzy i Hyun zobaczy przerażonego Edena hehe...]

    OdpowiedzUsuń
  114. Eden w swoim siedemnastoletnim życiu posmakował dwóch bolesnych romantycznych rozstań. Oba całkowicie się od siebie różniły, łączyła je jedynie ta cienka nić, przebijająca się przez ściany sarkazmu, zlośliwości i wiecznego roztrzepania, które zwykle wokół siebie budował. Trudno go było zranić - mało kogo do siebie dopuszczał. Nie dlatego, że był głęboko wrażliwym romantykiem z depresją i traumatycznymi przeżyciami na koncie. Po prostu taki miał charakter. Mało kto mu pasował, a i on zrażał do siebie wielu osobników.
    Pierwszego zawodu doświadczył jakieś 3 lata temu, jeszcze w Korei. Był młody, głupi i nawet się prawdziwie nie zakochał. Owe doświadczenie okryte było zdradą dobrego kumpla i pewnego rodzaju poniżeniem. Eden po raz pierwszy w życiu poczuł, że coś poszło nie tak. Po raz pierwszy coś poważniejszego mu się w życiu zawaliło, bo - choć było mu przykro przy rozwodzie rodziców - rozumiał ich i podszedł do ich rozstania niezwykle dojrzale. Może dlatego tak dobrze to zapamiętał, może dlatego nadal go to w pewien sposób ruszało. Tamto rozstanie smuciło, ale nie tak mocno, bo owe cierpienie spowodowane było upokorzeniem, rozżaleniem, poczuciem wykorzystania.
    Drugie bolało bardziej, głębiej sięgało do jego kruchego jak szkło serduszka. Miało miejsce zaledwie rok później, kiedy to w tym swoim małym szalonym świecie wkręcił się w kogoś na poważnie i na poważnie został połamany i zakopany w zimnej ziemi. Zakochał się, tak po prostu, a przynajmniej tak mu się wydawało. Nieodwzajemniona miłość, jaki banał. Po tym wszystkim doszedł do wniosku, że jego może po prostu nie da się pokochać i jakoś średnio przejął się taką wizją. Wystarczało mu to, co miał teraz.
    Trening Quidditcha przebiegał pomyślnie. Eden dawał z siebie wszystko zupełnie jak na meczu, wkładał w swoją grę całą swoją energię. I wszystko byłoby wspaniale, gdyby nie pewna osoba, latająca nieopodal jego osoby. Z początku starał się go ignorować, tak jak zwyczajowo zresztą, ale tym razem coś nie dawało mu spokoju. Może dlatego w pewnym momencie w ostatniej chwili znalazł się przed Hyunem, złapał za niego kafla, a potem odrzucił go do kapitana drużyny.
    - Co jest, Han? Nie nadążasz? A może nie chcesz wykorzystać mojej słabości? A to nowość! - zawołał sztucznie wesołym tonem i zwolnił odrobinę, by móc na spokojnie wyrzucić ręce do góry. A potem ujrzał tłuczka, szybującego w jego stronę. Eden nie pomyślał. Pozwolił, by zalały go wspomnienia, a jego ręka z kijem uniosła się i odbiła kulę w stronę Hyuna.

    Eden
    [Nie wiem, co wyszło po padam na ryjek i nie umiem w zaczynanie, ale przynajmniej jest!]

    OdpowiedzUsuń
  115. [A kto inny chamem Cię mógł nazwać jak nie ja? Jak to brzmi, haha, jakbyśmy nie rozmawiały od wieków, a piszemy ze sobą prawie codziennie XD]

    czekam na odpis, czekolado nie-słodka

    OdpowiedzUsuń
  116. Waylandowi święta kojarzyły się z jedną wielką katastrofą emocjonalną. Odkąd skończył dwanaście lat grudzień widział tylko pod pryzmatem niezręcznej 'rodzinnej' kolacji, tanich prezentów i samotnych wieczorów spędzanych pod kołdrą w jego pokoju. Koszmar. Jego jedyne udane Święta od tego czasu to te które miały miejsce rok temu, kiedy pojechał do rodziny Julci. Wtedy przekonał się jak powinny wyglądać prawdziwe Święta.
    Tym razem jednak jechał do Korei i musiał przyznać, że dawno nie odczuwał takiego podekscytowania. Z początku nie sądził, że to wszystko się uda - stało przed nim tyle paskudnych przeszkód. Ku jego zdziwieniu rozmowa z matką poszła jak po maśle, podobnie poinformowanie Julii o jego zamiarach. Słowem jakimś niewyjaśnionym cudem siedział sobie w mugolskim środku transportu, nieco zestresowany całą tą podróżą. Rozluźnił się dopiero gdy zobaczył Hyuna.
    Freddie pomachał mu z szerokim uśmiechem ukazującym dołeczki w policzkach. W jego oczach błyszczały zadziorne iskierki, a nogi aż same prowadziły go pospiesznie w kierunku znajomego koreańczyka. Zaśmiał się pod nosem, gdy w końcu się zderzyli, gdy w końcu złączyli się w tym dość intymnym przytulasku.
    - Siemka, Hyunie. Zdaje mi się czy urosłeś? - zażartował i zaraz znowu zachichotał, wtulając twarz w zagłębienie szyi chłopaka. Kiedy się od siebie odsunęli, spojrzał na niego cały rozpromieniony. Był naprawdę szczęśliwy i podekscytowany na te Święta. Już wiedział, że będzie wspaniale.
    - Ja za tobą też. - odpowiedział, mimowolnie zerkając przelotnie na jego usta. Oczywiście zachowywali umiar, to wszystko było nowe, świeże, ale niektórych myśli po prostu nie potrafił powstrzymać. A w tamtym momencie myślał, że ma ogromną ochotę by go znowu pocałować. Ogarnij się, Wayland, ty cholerny gnojku, skarcił się w myślach i zaraz przeniósł spojrzenie na oczy krukona. Na szczęście udało mu się trzymać łapki przy sobie.
    - Tu jest zupełnie inaczej niż w Anglii. Ale podoba mi się. Too..gdzie teraz? - rozejrzał się niepewnie, jakby miał zaraz rozpoznać to miejsce, chociaż nigdy przenigdy nie był w Korei.
    - Strasznie się stresuje wiesz? Nie chce zrobić z siebie głupka przed twoją mamą. Czy...Ile wie? - spytał w końcu, nie mając pojęcia jak odpowiednio dobrać słowa, by nie palnąć cholernej gafy.

    Freddie

    OdpowiedzUsuń