18 kwietnia 2016

Ja nigdy nie przegrywam.

 
Marcin Madey
ur. 05 maja 1996 roku || szukający polskiej reprezentacji w quidditchu || obecnie a właściwie to chwilowo nauczyciel latania w Hogwarcie || gwiazda reprezentacji  Polski jak i klubu - Gobliny z Grodziska || półkrwi
Patronus || Bogin 
Różdżka: 10 i pół cala, włókno smoczego serca, ostrokrzew, sztywna 

Jeden z najlepszych graczy Quiddicha w Polsce, który zrezygnował z dalszej kariery szukającego, przez wypadek (a bynajmniej tak powtarza ciekawskim). Absolwent Durmstrangu, zwycięzca jednego Turnieju Trójmagicznego. Swego czasu okrzyknięty „objawieniem polskiego Quidditcha”.
Może znajdziesz sobie żonę? - pytają: rodzina, znajomi, przyjaciele, koledzy z drużyny, media…jednym słowem wszyscy. Odpowiedź jednak będzie brzmiała zawsze tak samo: "Nie!".
Człowiek, na którego można liczyć. Zawsze miły i pomocny, szczególnie dla graczy Quidditcha. Często pomaga młodszym, mniej doświadczonym graczom, jeśli go o to poproszą, czasem nawet, jeśli ma dobry humor to i autograf da. Wiecznie uśmiechnięty i zadowolony z życia, raczej spokojny, chociaż czasem i wybuchnie. Bardzo często można go zobaczyć jak biega rano przed śniadaniem po hogwarckich błoniach.
Mówi bardzo dobrze po angielsku jak i po polsku oraz niemiecku. Na pierwszy rzut oka można przyjąć, że to osoba, która niczego się nie boi. Jednak ci którzy znają go bardzo dobrze wiedzą co spędza mu sen z powiek i śni się w koszmarach. Są to… obrączki ślubne, a właściwie ich przeznaczenie. Tak… pan Madey boi się zawrzeć związek małżeński.

Wielki fan mugolskiego rocka i metalu. Ogólnie mugolskiej muzyki. Czasem można usłyszeć z jego gabinetu dobiegające dźwięki Rammsteina, czy klasyki samej w sobie jaką jest zespół Queen.
Prawdopodobnie niezrównany w pojedynkach i zaklęciach jednak nigdy  nie przyznaje się aby był w tym mistrzem. Po prostu to mu wychodzi lepiej, podobnie jak miotanie zaklęciami niewerbalnymi.

73 komentarze:

  1. [Witam :)) Wyłapałam gdzieniegdzie brak przecinków lub ich nazbyt, ale myślę, że są to błędy małe i dopuszczalne, które zdarzają się każdemu.
    No, tak jak panna Kathryn, to nikt nie miota zaklęciami, zarówno werbalnymi jak i niewerbalnymi.]

    Paris

    OdpowiedzUsuń
  2. [ Widzę, że do Hogwartu zawitała nowa ulubiona postać Astorii. Dziewczyna lata na miotle, jakby się do tego urodziła i ogólnie uwielbia grać w quidditcha. Z zaklęciami też radzi sobie świetnie, więc mogą się pojedynkować w powietrzu xD
    Cześć i dobrej zabawy oraz wielu ciekawych wątków :) ]

    Silas Mulciber/Astoria Macnair

    OdpowiedzUsuń
  3. [jejku, toż to Polak! dzień dobry, miłej zabawy życzę i zapraszam do siebie!]

    L.Cavendish | O.Wardhill | L.Weasley | O.Sheppard

    OdpowiedzUsuń
  4. [Dobrze wiedzieć, że grono naszych nauczycieli trochę ożywa. Miło zobaczyć jakiś nasz krajowy akcent na blogu. Życzę powodzenia i samych ciekawych wątków! ;)]

    Jemma/Molly/Maxine/Fanney

    OdpowiedzUsuń
  5. [Chętnie, ale z racji braku czasu muszę dobrze selekcjonować swoje wątki, dlatego albo wymyślimy coś bardzo wciągającego, albo poczekamy na trochę luźniejszy okres w moim życiu i wtedy do Ciebie wpadnę.]

    Paris

    OdpowiedzUsuń
  6. [Dzień dobry! Oj, z panem od latania (do tego Polakiem!) aż szkoda nie mieć wątku, dlatego zgłaszam się i dziękuję za powitanie, chociaż to ja powinnam powitać Ciebie. (Ale jak się wraca po treningach o 21 do domu, to się myśli tylko o jedzeniu i łóżku ;p). Arielka pewnie go uwielbia, nie tylko ze względu na quidditch, ale też strach przed zawarciem związku małżeńskiego (bo po co się wiązać na całe życie, skoro na świecie jest tylu pięknych ludzi, w których można się zakochać?). I jako szukająca czuje z nim więź. tak żeby było troszkę konkretniej: może Arielka łaziłaby za profesorem Marcinem i zamęczała go pytaniami o to, jak sfaulować przeciwnika, by nikt tego nie zauważył. W końcu jako członek polskiej reprezentacji powinien coś o tym wiedzieć. ;p]

    ARIELKA

    OdpowiedzUsuń
  7. [cieszę się niezmiernie, gdyż Orlaith Mae jest nowa i wątki z pewnością się przydadzą. c: hm, hm. w sumie Sheppard nie gra ani specjalnie się nie interesuje... aczkolwiek profesor Marcin mógłby ją kiedyś uratować przed gronem uczniów, którzy upodobali sobie ją na cel swoich złośliwości. co Ty na to?]

    Orlaith Mae Sheppard.

    OdpowiedzUsuń
  8. [ Bardzo chętnie zechcę wątek, tylko trzeba wymyślić im coś ciekawego. Mam już jeden wątek nawiązujący do quidditcha, więc fajnie by było, gdybyśmy postawili na coś innego. Masz jakieś pomysły czy robimy burzę mózgów? ]

    Astoria Macnair

    OdpowiedzUsuń
  9. [jeśli możesz, to będę wdzięczna. :) co do długości, to ja się spokojnie dopasowuję, a poza tym nie robi mi to różnicy, czy ktoś walnie 300 słów na moją epopeję, bo i mnie się to zdarza, gdy brak weny. c:]

    Sassy.

    OdpowiedzUsuń
  10. [Myślę, że może połączy ich Quidditch, w końcu Albert gra i, w moim zamyśle, miał być całkiem niezłym obrońcą!]

    Albert

    OdpowiedzUsuń
  11. [Hm, myslę, że możemy od tego zacząć, choć trzeba pomyśleć, co dalej, co by nam się wątek nie urwał po kilku odpisach.]

    Albert

    OdpowiedzUsuń
  12. [Pewnie! Zacznę coś w najbliższym czasie. Muszę się zebrać. ;D]

    Albert

    OdpowiedzUsuń
  13. [Cześć, dziękuję! Fanny ma, niestety, tyle wspólnego z quidditchem, co Crabbe i Goyle z baletem, więc musimy pomyśleć nad czymś innym, jeśli chcemy wykombinować wątek.]

    Fanny

    OdpowiedzUsuń
  14. [hm, Lola chyba nie ma zbyt wielkiej styczności z panem Marcinem, gdyż Quidditch to nie jej bajka, ale... może, skoro jest taki spokojny i cierpliwy, panna Crouch upodobałaby go sobie jako cel do wyprowadzenia z równowagi? co równałoby się mniej więcej tym, że przykładowo - zakradłaby się do schowka na miotły przed ważnym meczem i przypadkiem coś tam przy nich pokombinowała, wskutek czego mogłaby podczas meczu trafić się jakaś kontuzja. ewentualnie coś mniej drastycznego. :)]

    Lola Crouch

    OdpowiedzUsuń
  15. [A witam, zawsze miło, gdy polskie akcenty pojawiają się na grupowcach :) To może, skoro pan Marcin lubi sobie rano pobiegać po błoniach, to mógłby spotkać Chaerin jak sobie spaceruje, bo fanką biegania to ona nie jest. Albo może któryś z uczniów wybije jej szybę w bibliotece podczas treningu lub meczu quidditcha i spotkają się na mniej przyjaznej stopie ;)]

    Park Chaerin

    OdpowiedzUsuń
  16. [Potem mogłoby się okazać, że jakieś niesforne książki dostała. Z tych, co wyczuwają słabość i dobry charakter u człowieka, i tym miłym nie dają się włożyć na półkę. Oczywiście czary na nie nie działają i umiejętności dosiadania miotły przez Marcina mogłyby się przydać, bo książki naturalnie umieją latać. Albo coś innego, na razie tyle mi przychodzi do głowy :)]

    Park Chaerin

    OdpowiedzUsuń
  17. [Mogę zacząć, ale jeżeli ja, to dopiero jutro :)]

    Park Chaerin

    OdpowiedzUsuń
  18. Praca w bibliotece zawsze zaliczała się raczej do tych spokojniejszych, nic nie mąciło idealnej ciszy, prócz szelestu kartek i czasami skrobania piór po pergaminach. Kilkoro uczniów przyszło odrabiać swoje zadania domowe, Chaerin podejrzewała, że reszta młodzieży, rzadziej przybywająca do biblioteki, przepisze potem skróconą wersję w swoich dormitoriach. Nie należało jednak do jej obowiązków informowanie nauczycieli o tym, kto na pewno nie spisał pracy domowej, ponieważ siedział w bibliotece. Nie ingerowała też w przepisywanie wypracowań w swojej obecności. Uważała po prostu, że nie należy to do jej obowiązków, chętnie za to pomagała, gdy ktoś potrzebował pomocy w znalezieniu odpowiednich źródeł.
    Zaczęła właśnie zastanawiać się, z jakim pytaniem podąża do niej ciemnowłosa krukonka, gdy rozległ się dźwięk tłukącego się szkła, brzmiący w bibliotecznej ciszy, jak huk wystrzału.
    Obiecuję, że nie omieszkam poinformować o tym incydencie profesor Paris, jeżeli twoim zadaniem było odwrócenie mojej uwagi - pogroziła krukonce.
    Przysięgam, że to nie my - usłyszała w ramach odpowiedzi, rzeczywiście, okno w pobliżu grupy krukonów było całe.
    Okej, przepraszam - odparła w ramach poprawności.
    Proszę pani, tutaj! - dosłownie kilka sekund później usłyszała krzyk od strony grupki gryfonów.
    No tak, pomyślała, oczywiście od strony boiska do quidditcha. Dlaczego nie wpadłam na to wcześniej. Wychyliła się przez okno, zauważając, że drużyną trenującą byli, podobnie jak jej informator, gryfoni.
    Minus dziesięć punktów dla gryffindoru. Bądź uprzejmy przekazać waszej drużynie, że tłuczek jest do odebrania w bibliotece - zwróciła się do chłopaka, uśmiechnęła się jednak na końcu, żeby złagodzić efekt. - I proszę, żeby odpowiedzialny za ten incydent przybył tu w obecności profesora Madeya albo przyniósł mi od niego pisemną odpowiedź, że poinformował go o wypadku.
    Tak jest, proszę pani - chłopak wypadł z biblioteki, nie oglądając się na kolegów. Wyglądał na drugoroczniaka, w tym wieku uczniowie jeszcze nie kombinowali tak bardzo, powinien dostarczyć wiadomość.
    Zostawiła na razie kwestię okna, tłuczka schowała pod biurko i wróciła do pracy.

    [Tak, mniej więcej widziałabym początek, mam nadzieję, że jest okej :) ]

    Park Chaerin

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. [Ups, zjadło mi gdzieś myślniki przy dialogach. Następnym razem już będą :) ]

      Park Chaerin

      Usuń
  19. Brwi bibliotekarki uniosły się w górę, kiedy zobaczyła pana Madeya z młodym gryfonem, wchodzących do jej świątyni wiedzy z miotłami i w strojach do quidditcha. Błoto , jęknęła w duchu. Postarała się jednak, żeby nie zdradzić się ze swoimi uczuciami zbyt bardzo i skinieniem głowy potwierdziła słowa trenera, odsyłając małego na lekcje.
    - Reszta też, już, już, zajęcia zaczynają się za kilka minut. Jeżeli chcecie zdążyć, to najwyższy czas na was - odezwała się, przyjmując ton kwoki na podwórku, wyganiającej swoje młode. - Dalej, dalej, hej, widzę was tam, za tym regałem, wynocha.
    Kiedy biblioteka opustoszała, ponownie zwróciła uwagę na dwóch osobników, z gatunku wielbicieli quidditcha, stojących przed nią. Uczeń usiłował schować się za nauczycielem, Chaerin jednak wciąż go widziała. Przecież nie jestem taka straszna
    - No dobrze, tłuczek odzyskacie po obejrzeniu okna, za mną - ruszyła w stronę wysokich regałów - miotły zostają tutaj - obróciła się szybko, kiedy zrozumiała, że mogą je wziąć ze sobą. W końcu miotła to część życia gracza. - Nie jest bardzo źle, na szczęście nikt tam nie siedział, bo mogłoby się skończyć bardzo pilną wizytą w skrzydle szpitalnym. Proszę bardzo - zatoczyła łuk ręką, pokazując szkło na posadzce, wymyślnie odgrodzone od reszty biblioteki dwoma stołami i kilkoma krzesłami. O bezpieczeństwo uczniów zamierzała zadbać, ale nie poczuwała się do posprzątania bałaganu, który powinien wybitnie uzmysłowić, jakim niebezpieczeństwem są tłuczki latające gdzie popadnie oraz, że odpowiedzialny gracz myśli o tym, gdzie go odbija.
    Nie oczekiwała oczywiście zrozumienia, zostawiła szczątki na wszelkie wypadek. Gdyby się okazało, że uczeń jest zdolny do poczucia się winnym. Nie wątpiła, że mocne odbicie, dowodzące o znacznej sile i umiejętnościach, przeszły niezauważone wśród kolegów. Młody gryfon był więc pewnie z siebie dumny. Miała tylko nadzieję, że wybijanie okien w bibliotece nie przejdzie do tradycji tego sportu. , pod wpływem myśli uśmiechnęła się lekko, szybko się jednak zreflektowała.
    - Kwestię kary zostawiam, panu, panie profesorze. Rozumiem, że wykluczenie z treningów nie wchodzi w grę, liczę więc, że znajdzie się jakieś inne, równie sprawiedliwe rozwiązanie.

    Park Chaerin

    OdpowiedzUsuń
  20. Kiedy uczeń zmył się z prędkością światła, Chaerin zastanowiła się, czy do klasy wpadnie tak samo, jak zjawił się w bibliotece: z miotłą i w tym samym stroju. Podejrzewała raczej, że zaryzykuje zmianę stroju i spóźnienie, niż krzywe spojrzenie nauczyciela przez całą lekcję. Nim się spostrzegła, szyba była z powrotem cała, w dodatku dodatkowo zabezpieczona. Gdyby nie jej improwizowane ogrodzenie, nie byłoby śladu po wcześniejszym incydencie. No właśnie, trzeba je będzie umieścić z powrotem na miejscu. Z ukontentowaniem śledziła dalszy ciąg wypowiedzi kolegi z pracy, do momentu, w którym stwierdziła, że zamierza rzucić cennym woluminem o antidotach napisanej dwa wieki wcześniej - niezbyt aktualnej zresztą. Uczeń raczej nie popisze się w wypracowaniu najświeższymi wynalazkami. - Wyciągnęła rękę w geście szybkiego zaprzeczenia, odetchnęła jednak, gdy Marcin odłożył ją z powrotem i opuściła ją powoli. Postanowiła jednak zdwoić czujność, ze sportowcami to mimo wszystko nigdy nic nie wiadomo.
    Myślę, że na samobójstwo wybrałabym jakąś bardziej odludną wieżę, niż okna biblioteki, ale kto wie… Młodzież jest nieprzewidywalna - uśmiechnęła się, ciekawa, czym mężczyzna zamierza rzucić w szybę, żeby udowodnić jej wytrzymałość albo co innego zamierza zrobić.
    I pewnie doczekałaby się szybkiego rozwiązania zagadki, gdyby nie delikatne pukanie do drzwi i wejście kilku osób, wymachujących różdżkami, żeby przelewitować do środka spory stosik wielkich pudeł.
    Przepraszam na momencik - szybko wychyliła się za regał, poszukując źródła zamieszania.
    Trzeba jej było przyznać, że sprawnie odnalazła się w pozornym chaosie wyławiając kierownika zamieszania i ściągając jego spojrzenie na siebie.
    Dzień dobry - usłyszeli oboje - ja z tym zamówieniem z Esów i Floresów z Pokątnej. Takie duże przesyłki dostarczamy osobiście, zamiast stadem sów, rzucałyby się w oczy.
    Och, to świetnie, proszę je ułożyć tutaj - wskazała ręką kawałek wolnego miejsca przy swoim biurku. Była to właściwie jedyna wolna przestrzeń w zasięgu wzroku, wszędzie indziej stały regały z książkami, stoliki oraz krzesła.
    Podpisanie niezbędnym poświadczeń o odbiorze zabrało kilka sekund, kurierzy wyszli i Chaerin mogła się na powrót zająć swoim gościem.
    To na czym skończyliśmy? Aaa, miał mi pan udowodnić, że szyby nie wybije już żaden tłuczek - uśmiechnęła się. Nawet jeżeli coś znowu rozbiłoby szybę, uznałaby to urozmaicenie spokojnej atmosfery biblioteki. Właściwie, od kiedy rzuciła poprzednią pracę, nieoczekiwane zdarzenia się… nie zdarzały.

    Park Chaerin

    OdpowiedzUsuń
  21. Chaerin wstrzymała oddech, gdy Marcin dosłownie rzucił się w stronę okna. Co prawda człowiek miał świadomość, że nic nie powinno się stać, ale naturalne odruchy nie dbały zazwyczaj o to, co uważa na ten temat zdrowy rozsądek. Na szczęście szyba pozostała cała, jednak siniak po uderzeniu o stół pewnie zostanie.
    - Rzeczywiście, jak nowy rok w styczniu - uśmiechnęła się, przepuszczając trenera do drzwi wyjściowych z biblioteki.
    Uporządkowanie stołów wymagało kilku Wingardium leviosa, więc Chaerin uporała się z tym dość szybko, zwłaszcza, że życie archeologa wymaga częstego używania tego typu zaklęć. Westchnęła cicho i usiadła ciężko przy biurku, spoglądając z niechęcią na stos kartonów w pobliżu. Miała do wyboru albo przenieść je tymczasowo w jakieś odludne miejsce, albo prędko uporać się z ich zawartością. Niestety gwarancja, że uczniowie nie naruszą pozostawionych samych sobie pudeł była znikoma. A więc magazyn - wygrała opcja schowania ich w odludne miejsce. Wstała z fotela i ruszyła w stronę swojego podręcznego schowka na wszystko, co można odłożyć na później. Postanowiła najpierw otworzyć sobie drzwi, żeby później, tym łatwiej przenieść kartony do magazynu. Nacisnęła klamkę i ze zdziwieniem odkryła, że drzwi są zamknięte. Gdzieś na obrzeżach świadomości kołatała się niespokojna myśl, że o czymś zapomniała. Musiał przecież istnieć jakiś racjonalny powód, dla którego zablokowałyby wejście do tego miejsca. Musiał. A jednak nie mogła sobie przypomnieć.
    Raz się żyje, pomyślała wesoło, po czym machnęła różdżką. Ciche “Alohomora” i kilka dodatkowych zaklęć odbezpieczających załatwiło sprawę. Pierwsza zasada bibliotekarza brzmiała przecież: Nigdy nie ufaj uczniom, zawsze znajdą się tam, gdzie nie powinni się znaleźć. Stąd nie tylko magicznie zamknięty zamek, ale również dodatkowe zaklęcia. Po chwili wahania ponownie nacisnęła klamkę i otworzyła pomieszczenie. Chmara uwolnionych książek powaliła ją na ziemię i zaczęła latać pod sufitem, jak stado rozwrzeszczanych dzieci. Dzieci na miotłach, które zamiast krzyczeć, szeleściły kartkami.
    - Zlatywać, natychmiast! - krzyknęła do największej, którą uważała przywódcę tego harmideru. - Zobaczycie, tym razem pożałujecie, jeżeli nie ustawicie się grzecznie na półkach. Hej, ty, nie - w porę zamknęła okno szybkim machnięciem różdżki.
    W dodatku lekcje za chwilę miały się skończyć. Niedługo wejdzie tu kilkoro uczniów i zapewne zostanie dla zabawy zaatakowanych przez pikujące woluminy. Nie, żeby chciały kogoś skrzywdzić, Chaerin była tego pewna, lubiły jednak robić psikusy. Leżały w końcu spokojnie przez kilka dobrych lat, kiedy poprzedni trener quidditcha, kobieta nie mogła sobie przypomnieć , jak się nazywał, zagonił je wszystkie po prostu wznosząc się w powietrze. Wydawało jej się, że księgi poczuły się zaskoczone i większość z nich grzecznie wróciła na swoje miejsce. Kilka pozostało na wolności wesoło latając po bibliotece, ale i te udały się na półki pod wpływem czego właściwie, tego Chaerin nie wiedziała. Może sportowe okrzyki i machanie pałką do odbijania tłuczków właściwie na nie podziałało. Nie była pewna. I w końcu jakiś miesiąc temu, któryś z uczniów postanowił przeczytać Wielką historię krwawych wojen goblinów i na dźwięk otwieranej okładki, to chyba było to, cała reszta rozbrykanych woluminów potrafiących unosić się w powietrze przypomniała sobie, że można sobie trochę poszaleć. Panna Park miała na ten temat swoją własną teorię, sądziła, że książki stojąc na półkach zapadają w sen, a kiedy ktoś je z tego snu obudzi dokazują, na ile tylko im się pozwoli. Niestety jakoś aura jej autorytetu zawodziła w stosunku do znacznej większości ksiąg i tylko nieliczne wpakowała z powrotem na półki. Nie wiedziała, jakim cudem, ale machając różdżką w jednej ręce i miotłą w drugiej udało jej się zagonić je do magazynu. Z chęcią dogoniłaby je na miotle, niestety jej zdolności utrzymania się na kijku od szczotki, jak ją nazywały, ograniczały się do niecałych dwóch metrów wysokości i bolesnego lądowania na ziemi.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. - Dzień dobry, pani Park, aaała - prędkość z jaką Chaerin znalazła się przy uczniu, jednocześnie zamykając drzwi na korytarz z pewnością zasługiwały na jakąś nagrodę, jednak nikt takich nie rozdawał. Na pewno nie w Hogwarcie.
      - One po prostu lubią się bawić, nic ci nie jest? - zapytała ucznia. Wyglądał na całego. Niestety wyglądał też na jakiś drugi rok i z pewnością skutecznie zniechęcił się do przychodzenia do biblioteki.
      - W porządku, proszę pani. Ale odjazd - czyli jednak się nie zniechęcił - Są lepsze, niż nasz drużyna quidditcha.
      Właśnie, quidditch, to było to, czego potrzebowała, a właściwie profesor Madey był tym, kogo potrzebowała.
      - Skarbie, mógłbyś poprosić pana Madeya do biblioteki? Ja w tym czasie dopilnuję, żeby nikt więcej nie naraził się na ich wściekły atak - uśmiechnęła się.

      [nie zmieściło się w jednym komentarzu, ale... tym razem pamiętałam o myślnikach :)]

      Park Chaerin

      Usuń
  22. [a może i tak być. Lola to złe dzieciątko, niegrzeczne takie.
    mogę prosić o zaczęcie? c:]

    Lola Crouch

    OdpowiedzUsuń
  23. Pilnowała drzwi tylko chwilę, ale zdołała spotkać dziesiątki zaciekawionych spojrzeń. Tak jakby wypadki w bibliotekach się nie zdarzały. Okej, ktoś powinien sprawić, żeby się nie zdarzały. W mugolskich świątyniach wiedzy pewnie tak było. Mimo wszystko, Chaerin cieszyła się tym drobnym urozmaiceniem, zwłaszcza, że ciekawiło ją, jak poradzi sobie z tym kryzysem profesor Madey. Był dużo młodszy od poprzedniego trenera, nie miała więc pewności, czy księgi nie postanowią go zlekceważyć. Jak na zawołanie w tej chwili pojawił się Marcin, oczywiście z miotłą w ręce.
    Nie zapytał, o co chodzi, tylko zaczął działać, uśmiechnęła się w duchu, ale na zewnątrz pozostała niewzruszona, nie chciała go zniechęcać, ani wyśmiewać. Niestety zadziałał mechanizm stary jak świat. Nawet najlepsi przyjaciele najpierw się śmieją przy upadku drugiego, a dopiero potem pytają, czy nic mu nie jest i czy mogą jakoś pomóc.
    Zanim zdołała coś mu odpowiedzieć, zniknął i wrócił ponownie uzbrojony, jak na wojnę.
    - Och, to nie od nich. Szczerze mówiąc, zupełnie zapomniałam o tej złośliwej gromadce zamkniętej w magazynie i cóż - nastąpiła chwila przerwy - zamierzałam schować tam kartony z nowymi książkami, a te małe chochliki wykorzystały okazję i uciekły - dodała zakłopotana.
    Oczywiście, gdyby nie chłopak, który wszedł do biblioteki w nieodpowiedniej chwili pewnie zamknęłaby pomieszczenie na cztery spusty i zajęła się tym, jak już uczniowie pójdą spać. Ostatnim razem zajęło jej to całą noc, ale woluminy wylądowały w magazynie - nie były to jeszcze regały, ale zawsze to jakiś początek. Nie wątpiła jednak, że tym razem nie dałyby się tak łatwo podejść.
    - A jeżeli chodzi o sposób, to potraktuj je jak gromadę pierwszoroczniaków. Wyjątkowo rozpuszczonych i nieznośnych pierwszoroczniaków, w dodatku umiejących latać. I mogących zaatakować, chociaż widzę, że jesteś przygotowany - uśmiechnęła się, wskazując na ochraniacze i okulary. - Większość z nich jest bardzo stara, co przekłada się na ich doświadczenie i zdziecinnienie, trochę jak przy staruszkach. Kiedy zobaczą, że nie mają szans, same się poddadzą i wrócą na półki. Ewentualnie, jeżeli zapomniały, gdzie jest ich miejsce, powinny podlecieć do mnie i dać się ułożyć - poczuła się, jakby wykładała strategię kolejnej bitwy w jakiejś wojnie. I nie mogła się pozbyć wrażenia, że brzmi po prostu głupio, opowiadając o książkach, jak o żywych stworzeniach. - Cóż, zanim zaczniemy, ostatnio wystarczyło po prostu podlecieć w powietrze, niestety ja niezbyt dobrze latam - dodała tonem usprawiedliwienia.

    Park Chaerin

    OdpowiedzUsuń
  24. Wślizgnęła się do biblioteki za profesorem Madeyem i obserwowała szybki start oraz początkową ucieczkę książek.
    - Oczywiście, przecież mają za zadanie przekazywać wiedzę - odpowiedziała. - Chociaż tylko tą napisaną - dodała.
    Z zapartym tchem oglądała dalsze zmagania trenera z jej małymi, nieznośnymi podopiecznymi. Z pewnością można to było uznać za dyscyplinę sportową. Woluminy były trochę jak znicz w quidditchu, a przynajmniej takie odnosiła wrażenie. Z bojowych okrzyków Marcina nie zrozumiała ani słowa, ale podejrzewała, że albo przeklina, albo wykrzykuje groźby pod adresem ksiąg.
    Co jakiś czas zdarzało się, że któraś z ksiąg wylądowała u niej na rękach, część samodzielnie udała się na swoje miejsce. Na szczęście nie były rozmieszczone daleko od siebie na regałach i w sposób łatwy i szybki można było odnaleźć ich miejsca.
    - Rozpieszczone pierwszoroczniaki, ale dużo starsze od nas - mrugnęła porozumiewawczo. - Podejrzewam, że najstarsze w wieku samego Hogwartu albo i starsze z prywatnych bibliotek którychś z założycieli. Oczywiście powinno się je zamknąć, przecież to właściwie zabytki, ale sam widzisz, że wykazują się niezwykłą autonomią. Na szczęście atrament, papier i okładki są chronione magicznie, więc raczej się nie rozlecą - zanim włożyła ostatnią trzymaną księgę na miejsce, pogładziła ją po okładce. - Są trochę jak my. Nie wiem, czy zauważyłeś, ale niektóre z nich są bardziej… autorytatywne, niż inne. Osobiście uważam, że ten czarny, największy i najgrubszy z tomów, ten, co tam lata w okolicach nad biurkiem jest kimś w rodzaju ich szefa - machnęła ręką w tym kierunku, a księga energicznie zamachała okładkami, jakby wiedziała, że to o niej jest mowa. - To właśnie ten tom jako pierwszy wyleciał z magazynu. A ostatnim razem, dopiero, kiedy złapaliśmy właśnie tę księgę, pozostałe oporne woluminy udały się na półki. Mam szczerą nadzieję, że te tomy z “Esów i Floresów” nie są nasycone taką ilością magii, żeby mogły samodzielnie myśleć.
    Zaczęła się przechadzać po bibliotece, obserwując sufit i cicho licząc, ile jeszcze niesfornych ksiąg pozostało na wolności. Co prawda zawsze istniała możliwość, że część pochowała się po jakichś kątach, ale nie sądziła, żeby tak się stało. Przewodniczący woluminów zachęcająco przefrunął jej przed oczami.
    - Hej - machnęła na niego ręką, jakby chciała go strącić, jednak nie zdążyła. Tom wprawnie usunął się poza jej zasięg.
    - I to chyba jest myśl, jak tam u ciebie z rzucaniem i trafianiem w ruchome cele, to chyba trochę jak odbijanie tłuczków w przeciwników, prawda? - uśmiechnęła się.

    Park Chaerin

    OdpowiedzUsuń
  25. Panna Park z entuzjazmem przyglądała się, jak Marcin sprytnie złapał kłopotliwy tom. Zgodnie z oczekiwaniami, pozostałe woluminy poszły grzecznie za przykładem prowodyra zamieszania i samodzielnie trafiły na półki.
    - Jasne, to bardzo miło z twojej strony - uśmiechnęła się. - Rzeczywiście kilku uczniów na pewno się pojawi, ale tłumów to bym się nie spodziewała.

    Reszta popołudnia minęła Chaerin w mniejszym lub większym stopniu spokojnie. Uczniowie wchodzili i wychodzili, kilku ciekawskich pojawiło się, żeby zobaczyć stan szyby po wcześniejszej katastrofie. Ponieważ jednak niewidoczne były żadne oznaki minionych wypadków, powłóczyli się chwilę między regałami, żeby nie wzbudzać podejrzeń i wyszli. Pudła z przesyłką z “Esów i Floresów” wylądowały bezpiecznie w magazynie i tam miały pozostać, aż do wieczora. Nie spodziewała się żadnych rewelacji, książki, które miała dostać w dużej części składały się z podręczników, które w jakiejś ilości musiały znajdować się w bibliotece. Podręczniki, z kilkoma wyjątkami, zazwyczaj były bezpieczne i napisane tak, żeby czytający nie musiał obawiać się o swoje bezpieczeństwo, ale cieszyła się, że będzie miała kogoś do pomocy - oznaczało to trochę więcej czasu dla siebie. I właśnie kiedy z przyjaznym uśmiechem oddawała się podobnym rozmyślaniom, przez otwarte okna wleciała sowa i siadła przed nią na biurku. Chaerin z umiarkowanym zainteresowaniem otworzyła kopertę i jęknęła, kiedy zobaczyła pierwszą linijkę.

    Park Chaerin-ssi

    W ten sposób pisała do niej tylko jedna osoba, z jej rodzinnego kraju. Dodanie końcówki “ssi” znaczyło zatytułować kogoś per “pani” i nieprzyjemnie się składało, że przypomniało jej o bliskiej wizycie tegoż pana, nadawcy listu.

    dziękuję bardzo za zarezerwowanie pokoju w Hogsmeade. Przybędę na stację, pociągiem kursującym do Hogsmeade jutro wieczorem. Jak pewnie dobrze wiesz, jest to ten sam kurs, który odwozi uczniów do szkoły. Byłbym wdzięczny, gdybyś wyszła po mnie na stację. Niezbyt dobrze orientuję się w rozkładzie miasteczka. Na pewno byłabyś mi niezwykłą pomocą w odnalezieniu mojego miejsca noclegu. Słyszałem, że na dole sprzedają dobre trunki. Oczywiście odprowadziłbym Cię potem do zamku.

    Chaerin westchnęła cicho i kontynuowała lekturę.

    Bardzo proszę, daj znać przez tą samą sowę, będzie wiedziała, gdzie mnie szukać, czy się zgadzasz.

    Nie musiała nawet patrzeć na podpis, żeby wiedzieć, że brzmi on Choi Taesan, potomek bliskich znajomych jej rodziców. Ograniczyła się do krótkiego Tak na odwrocie listu i zawiązała na nóżce sowy, która wyleciała w ciemniejące niebo. Odmowa byłaby niegrzeczna, nie wchodziła więc w grę.
    Krótko po tym, kilkoro uczniów, siedzących w bibliotece do późna, wreszcie udało się do swoich dormitoriów, a z ponurych rozmyślań wyrwał ją profesor Madey.
    - Aż tak widać? - uśmiechnęła się blado. - Krótko mówiąc przyjeżdża syn bliskich znajomych moich rodziców i hmm… to trochę krępujące, poczekaj chwilę - machnęła różdżką, przed biurkiem pojawiło się dodatkowe krzesło, a na stoliku obok butelka Ognistej i dwie szklanki. - Pozwolisz - nalała do obu i jednym haustem opróżniła swoją. - W Korei małżeństwa aranżowane nie są niczym niezwykłym, zwłaszcza jeżeli rodzina jest majętna. Nietrudno się domyślić i pewnie już zgadłeś, że nasi rodzice życzyliby sobie naszego małżeństwa. A przecież żyjemy w dwudziestym pierwszym wieku, prawda? - zakończyła.

    [No to dramat wymyśliłam ^^' Ale Marcin sam się prosił, zadając takie pytanie xD]

    OdpowiedzUsuń
  26. Wysłuchała rady Marcina, patrząc gdzieś w kąt biurka. Nie miała zamiaru się wyżalać, ale cóż, wyszło jak wyszło. Powiedziała, co jej leży na sercu i nie mogła tego cofnąć. Ale teraz było jej tak bardzo głupio. Miała wrażenie, że nie spojrzy mu więcej w oczy po dzisiejszym dniu. Z drugiej strony, nie mogła się oprzeć myśli, że anegdotka o facecie, który nie chciał się ożenić, jest opowieścią o nim samym. Nie miała zamiaru pytać, skoro opowiedział ją w ten sposób, pewnie miał powód.
    Kraj też odwiedzała raczej z punktu widzenia turysty. Tyle tylko, że wszyscy brali ją za miejscową, języka na szczęście nauczyła się od rodziców. W domu mówiło się po koreańsku, poza tym, kiedy odwiedzała dziadków, nie miała wyboru, oni nie mówili po angielsku.
    - Och, Hogwartu - uśmiechnęła się. - Rodzice przenieśli się do Anglii, kiedy byłam jeszcze mała. W Korei zazwyczaj spędzamy wakacje, odwiedzając raz jednych, raz drugich dziadków.
    Spojrzała w stronę magazynu, kiedy profesor Madey wspomniał o książkach.
    - Nie ma obawy. Dopóki ktoś znowu nie spróbuje ich przeczytać, będą spokojne. Oczywiście dają się czytać, jeżeli osoba wykazuje tyle determinacji, żeby najpierw złapać księgę.
    Rzeczywiście, bibliotekarki, które znała Chaerin też okazywały się takimi osobami, o których wspominał Marcin. Dziwne, jak los decyduje o typach osobowości, które znajdują zatrudnienie w określonych zawodach.
    - Powiedzmy, że miałam dość poprzedniego zawodu. Byłam archeologiem. Też siedzieliśmy dużo w książkach, żeby przygotować się na wyprawę. Miesiące badań w bibliotekach i archiwach, a potem tyle samo czasu w terenie. Zwiedziłam więc naprawdę mnóstwo miejsc na świecie, ale nigdzie nie osiadaliśmy na długo. Wreszcie miałam dość tego ciągłego jeżdżenia, chciałam w końcu zostać gdzieś na stałe. No i szukali bibliotekarki w Hogwarcie, nie miałam pojęcia, jak bardzo chciałam tu wrócić. I zostałam. Nie żeby jeżdżenie nie było fajne, ale spanie w namiotach, ciągłe przygotowywanie posiłków w stylu kempingowym. Magia ułatwia życie podróżnikom, ale i tak nie zastąpi domu. A ty? Hogwart? Czy inna akademia?
    Zamyśliła się na chwilę.
    - Dlaczego właściwie rzuciłeś quidditch? - może pisali gdzieś o tym w gazetach, ale Chaerin niezbyt interesowała się sportem. Była raczej typem osiadłym.

    Park Chaerin

    OdpowiedzUsuń
  27. - Och, było fajnie, nawet bardzo - uśmiechnęła się z zakłopotaniem - ale co za dużo wycieczek, to niezdrowo. Czyli Durmstrang i brałeś udział w turnieju, a potem zostałeś graczem quidditcha. Chyba bardzo nie lubisz nudy?
    Otworzyła jedno z pudeł i wyciągnęła kilka książek, upewniwszy się, że wszystkie są o tej samej tematyce, przeniosła je do odpowiedniego działu.
    - Rzeczywiście, Ravenclaw, wygląda na to, że domy mają jakieś uzasadnienie - otworzyła kolejną paczkę - trucizny i antidota, to pójdzie tam - posłała pudło różdżką w daleki kąt biblioteki. - Chociaż bycia kujonem nie można mi było zarzucić, krukonom też zdarza się uciekać z lekcji.
    Ustawiła na półce książki z kartonu, który przenieśli tu wcześniej.
    - Rzeczywiście, nauczyciele czasami mają dziwny zwyczaj wysyłać tutaj uczniów w celu odbycia przez nich kary. Nie mówię, że pomoc przy jakichś drobnych pracach porządkowych nie jest wskazana. Jednak wolę, kiedy pomocnik jest chętny do współpracy.
    Kilka następnych książek wylądowało na półkach.
    - A tak, mugolska literatura bywa bardzo pomysłowa w tej dziedzinie. Zdarzyło mi się kilka razy mieć takową w rękach. Krwiożercze wampiry, całkiem zabawny koncept. W końcu czarodzieje zapraszają ich nawet czasami na przyjęcia. Chociaż w dzisiejszych czasach trochę rzadziej, niż kiedyś. Po kilku wykopaliskach doszliśmy do wniosku, z współpracownikami, że w większej grupie łatwiej było się ochronić przed prześladowaniami ze strony mugoli. Mimo, że na stosach lądowały zazwyczaj biedne zielarki.
    Chaerin wydawało się, że praca zbliża się do końca. Zostało ostatnie pudło.
    - Muzyka klasyczna, Krwawy Baron czasami grywa w lochach na fortepianie. Ostał się tam chyba ostatni niezniszczony instrument w tej szkole. Całą resztę zniszczył Irytek, ale do ulubionych miejsc barona raczej się nie zakrada - uśmiechnęła się.
    W pewnym momencie ciszę zakłócił jakiś szelest. Chaerin myślałaby, że jej się wydawało, gdyby nie to, że profesor Madey też coś podejrzewał.
    - Chyba tak. Pytanie, szczur, kot czy uczeń? - rozejrzała się za krzesłem, na które mogłaby wskoczyć, gdyby wydarzyło się to pierwsze.

    Park Chaerin

    OdpowiedzUsuń
  28. [Cześć, cześć! Niestety, męsko-męskie mi nie idą, więc zakończę na przywitaniu się :)]

    Theodore

    OdpowiedzUsuń
  29. - Rzeczywiście, Nick jest bardzo wygadany, czasami mam wrażenie, że połowa wiedzy uczniów na temat Hogwartu pochodzi właśnie od niego - pokiwała głową. - W końcu zachowuje się, jak ich starszy kolega, ktoś pokroju prefekta.
    Jeszcze raz pokręciła głową. Rzeczywiście w jej szkolnych latach Nick był nieocenioną pomocą w znajdowaniu odpowiednich sal, źródłem niesamowitych legend i najnowszych plotek. Chaerin zawsze się zastanawiała, jak można być duchem i jednocześnie być tak… na czasie. Właściwie był jedynym duchem, który tak otwarcie integrował się z żywymi. Inne trzeba było najpierw trochę zachęcić, oprócz Irytka, rzecz jasna.
    - Trochę głupio, ale tak, nie przepadam za szczurami - odparła zakłopotana. - Na szczęście w ekipie archeologów jest też zawsze kilku mężczyzn, którzy pozbywają się tych… obrzydliwych gryzoni - wzdrygnęła się. - Dzięki.
    Oślepiło ją trochę nagłe pojawienie się światła na końcu różdżki profesora. Sama szukałaby niespodziewanych gości w panującym półmroku, do którego właściwie była przyzwyczajona. Ale rozumiała, że nauczyciele działają trochę bardziej jawnie, niż bibliotekarze, chociaż to pewnie zależało od osób na tych stanowiskach. Chaerin była raczej ugodowa, chociaż rozumiała, że jak raz odpuści, to potem nie będzie miała spokoju, dlatego dla zasady odejmowała trochę punktów, wysyłała w celu odbycia kary za poważniejsze wykroczenia do nauczycieli i czasami udzielała jakiejś wymyślnej reprymendy. Zazwyczaj jednak chodziła z szerokim uśmiechem na ustach, witając radośnie uczniów w świątyni wiedzy.
    Marcin powiedział coś w obcym języku, a Chaerin domyśliła się, że było to po polsku. Właściwie w jakim innym języku mogłoby być. Sama też często, w chwilach większych emocji, przechodziła na koreański, chociaż zdarzało jej się to coraz rzadziej, zapewne ze względu na fakt długiego przebywania w krajach anglojęzycznych.
    - Co tam jest? - powtórzyła. - No, powiedzmy, że woluminy dużo ciekawsze od tych, które znajdują się w głównym pomieszczeniu Działu Ksiąg Zakazanych - urwała. - I pewnie nie muszę ci tłumaczyć, co się mieści pod “dużo ciekawsze”. Właściwie dostęp do nich mają tylko nauczyciele, to dziwne, bo… zazwyczaj są zamknięte i dodatkowo chronione dość silnymi zaklęciami - zakończyła z niepokojem.
    Pierwszy raz od bardzo długiego czasu doświadczyła tego uczucia. Od niepamiętnych czasów, wypraw archeologicznych, nic nie przyprawiło jej o prawdziwy strach. Z drugiej strony, to biblioteka, nawet jeżeli jakiś uczeń okazał się wyjątkowo zdolny i przełamał zaklęcia, to w dalszym ciągu tylko uczeń. Nie zrobi im krzywdy, narazi się za to na poważne kłopoty. Chaerin miała zamiar osobiście tego dopilnować.

    Park Chaerin

    OdpowiedzUsuń
  30. - Część z nich i tak ponoć została zabrana stąd jeszcze za czasów Dumbledore’a. Ale wielu uważa, że tak, że Voldemort spędzał bardzo wiele czasu wśród tych ksiąg. Właściwie wiele się z nich można dowiedzieć - powiedziała cicho, żeby nie słyszał jej nikt, prócz Marcina. A jak wiadomo, czarna magia jest dużo ciekawsza, niż ta biała - dodała w myślach.
    W pomieszczeniu panował niesamowity rozgardiasz, Chaerin od razu pomyślała o tym, że ktoś to będzie musiał rano posprzątać. I nie będzie to bynajmniej szybka robota. Rzuciła okiem na tytuły porzuconych ksiąg, ktoś tu miał bardzo szerokie zainteresowania albo nie mógł znaleźć obiektu swoich poszukiwań.
    - No, no - mruknęła. - Niezły z ciebie Sherlock. Mogę być Watsonem.
    Właściwie była pod wrażeniem. Po numerze buta mogli jednak odgadnąć co najwyżej orientacyjny wzrost niepokornego i żądnego wiedzy ucznia. Podążała cicho za profesorem Madeyem z powrotem, w kierunku, z którego przyszli. W pewnym momencie trener zgasił różdżkę i gdzieś zniknął. Po odgłosie rozpoznała, że ruszył biegiem.
    - No świetnie - westchnęła i pobiegła za nim.
    Długa szata bynajmniej nie ułatwiała zadania, buty na obcasie również. W końcu zdyszana dogoniła profesora i… jak się okazało, przyłapanego ucznia. Nie od razu odpowiedziała na pytanie Marcina, musiała uspokoić oddech. Zdecydowanie, od jutra zaczyna trenować. Niewiarygodne, że mogła w tak krótkim czasie stracić kondycję. Żeby krótkie biegi tak na nią działały. Zganiła się w myślach i skupiła wzrok na zwisającym uczniu.
    - Zaproponowałabym posprzątanie bałaganu, ale ciekawa jestem, czego tam szukał. Zrobię więc to sama, chyba, że nam powie… Jednak nie sądzę.
    Mimo, że tytuły wskazywały tylko na szerokie zainteresowania, to spis treści i pobieżne obejrzenie zawartości może wiele jej powiedzieć. Niestety orientowała się w tematyce woluminów na tyle, żeby wiedzieć, że nie będzie to nic legalnego.
    - Ale skoro lubi nocne wycieczki, wysłałabym go do gajowego, słyszałam, że ostatnio ma jakieś nocne zajęcia w Zakazanym Lesie. Plus oczywiście rozmowa z opiekunem domu i minus, powiedzmy dwadzieścia pięć punktów dla… Kim właściwie jesteś, dziecko? - zwróciła się bezpośrednio do ucznia, mimo, że wcześniej zwracała się wyłącznie do Marcina tak, jakby chłopaka tam nie było.

    Park Chaerin

    OdpowiedzUsuń
  31. - Tak myślę, że minus dwadzieścia pięć punktów dla Slytherinu wystarczy - Chaerin po tonie głosu chłopaka uznała, że musi pochodzić z którejś z arystokratycznych, starych rodzin czarodziei. Polecenie wypuszczenie padło tonem przywykłym do wydawania rozkazów. Młody ślizgon wydawał się również nieco zastraszony i zdominowany przez swoich rodziców. Panna Park westchnęła, szykowała się uprzejma, aczkolwiek stanowcza rozmowa z opiekunem domu, w celu wybadania, czy nie da się czegoś zrobić z relacjami rodzinnymi.
    Kobieta obróciła w rękach trzymaną księgę. Ważyła swoje i pewnie trudno było z nią uciekać. Chaerin uważała, że jeszcze kilka lat i wolumin dołączyłby do tych posiadających zdecydowanie zbyt wiele swobody i własnej woli. Był naprawdę bardzo stary i powoli pochłaniał magię, którą emanowało otoczenie dookoła. I jak wszystkie wiekowe tomy z pewnością zawierał jedną z trzech rzeczy: kroniiki, niesamowicie przydatne rady dotyczące zdrowia i urody albo również rady, ale dotyczące raczej tego, jak sprawić, by zdrowie i uroda nie trwały za długo. Niestety okoliczności wskazywały raczej na to ostatnie. A jeżeli tak, z pewnością nie była to lektura, jaką człowiek czyta przed spaniem. Chyba, że chce mieć potem koszmary.
    - Szczerze mówiąc, nie sądzę, by były to opowieści odpowiednie dla uczniów w tym wieku - dla pewności zerknęła do środka. Fragment obszernie opisywał wymordowanie wioski mugoli w 495 roku przez pewnego sławnego czarnoksiężnika za pomocą wyszukanych i trudnych do wytropienia przez innych czarodziei metod. Chaerin szybko zamknęła wolumin. - Dla dorosłych zresztą też, jeżeli chcemy dzisiaj spać bez koszmarów. Jestem ci ogromnie wdzięczna, że zaprowadzisz naszego ciekawskiego do pana Pollocka. Sądzę, że rano będę miała dość czasu, by dokładniej zapoznać się z treścią tego dzieła, tak pożądanego przez młodzież - starała się, żeby ton jej głosu brzmiał poważnie. - Mogę ci potem streścić wrażenia po lekturze, jeżeli zostanie ci jeszcze jakiś czas po zajęciach - dodała ciszej ze swoim zwykłym uśmiechem.

    Park Chaerin

    OdpowiedzUsuń
  32. Chaerin właśnie zastanawiała się, czy zwrócić uwagę, rozmawiającym uczniom, czy zostawić ich w spokoju, kiedy do biblioteki wszedł profesor Madey. Westchnęła w duchu nad przyniesionym błotem, ale przynajmniej przyszedł bez miotły, stwierdziła z ukontentowaniem.
    - Dzień dobry - skinęła mu głową, wieczny uśmiech nie schodził jej z twarzy, pewnie dlatego przychodziło do biblioteki dość dużo uczniów. Na pewno więcej, niż zapamiętała to ze swoich szkolnych lat.
    - Nie zostawił jakichś widocznych szkód, oprócz tego bałaganu, który mieliśmy okazję oglądać w nocy. W sumie uprzątnięcie go nie zajęło mi tak wiele czasu, jak się spodziewałam. Na szczęście nie zginęło nic więcej albo o czymś nie wiem. Ale w tamtym dziale znajduje się niewiele książek i większość z nich stoi tam nieużywana, wyłącznie zbierając kurz - omiotła spojrzeniem bibliotekę. Nie łudziła się, że uczniowie nie wiedzą o nocnej eskapadzie kolegi. Takie rzeczy miały tendencję do rozprzestrzeniania się po zamku szybciej, niż szarańcza. Chaerin nigdy do końca nie pojęła, jak to działa.
    - Cóż, tytuł brzmiał naprawdę sugestywnie, Wielkie dzieła Herpona Podłego, podczas lektury wybranych fragmentów miałam wrażenie, że autor był jego wielkim fanem. Szczegółowo też opisywał metody przeprowadzania rozmaitych rytuałów potrzebnych do klątw i uroków. Raczej byśmy się z nim nie polubili, takie odniosłam wrażenie - mrugnęła - ale może był miłym człowiekiem o dziwnych upodobaniach. W każdym razie, księga pewnie omyłkowo trafiła do działu z historią starodawną, mimo tych metod i sposobów. Ale teraz spoczywa bezpiecznie, gdzie indziej, więc już raczej nikt jej nie wykorzysta. Co do reszty ksiąg w tamtym dziale, wydaje mi się, że muszę dodać do swoich obowiązków przeczytanie ich fragmentami, żeby zobaczyć, czy czegoś jeszcze niebezpiecznego można się z nich dowiedzieć zakończyła. - Nie chcielibyśmy chyba tutaj młodocianych czarnoksiężników - dodała ciszej po chwili.
    - Tak, wyspałam się, dzięki, ooo - zwróciła uwagę na sowę - prześliczna - pogłaskała ją po piórach, po odebraniu listu przez profesora wyleciała. - Twoja?
    - Myślę, że wieczór mogę uznać za wolny - spojrzała groźnie w stronę grupki krukonów, którzy zaczęli się przepychać między stolikami. - Nie otworzysz? - wskazała na list.

    Park Chaerin

    OdpowiedzUsuń
  33. - Bardzo wdzięczne stworzenie - uśmiechnęła się w kierunku, w którym odleciał ptak. - Niestety niektóre sowy ze szkolnych traktują ludzi z dużą rezerwą, podejrzewam, że uczniowie bywają nie dość wyrozumiali i delikatni.
    - Rozumiem - przytaknęła w kontekście listu, dalej piorunując krukonów wzrokiem do czasu reakcji Marcina. - Ojej, to musiał być dla nich szok - uśmiechnęła się widząc ich zdziwione miny. - Raczej nie krzyczę, ale nie wątpię, że coś takiego im się przyda.
    - Hogsmeade? - powtórzyła. - Pewnie, już dawno nie miałam czasu, żeby odetchnąć innym powietrzem, niż to szkolne. Zresztą na ulicach wioski nie jest tak bezpiecznie, jak na szkolnych korytarzach. Słyszałam nawet, że ostatnio nocą kogoś napadnięto. - Ale dwójka ludzi powinna być bezpieczna. - Ale nauczycieli Hogwartu zostawią chyba w spokoju. No i w kupie siła, zawsze to nie będzie samotna wycieczka.
    - Och, błoto - zastanowiła się chwilę. Może po prostu nie którzy nie zwracają na to uwagi. - Nie ma problemu - machnęła różdżką i wszystkie brązowe, mokre plamy zniknęły. Nie wierzyła dotąd, że w Hogwarcie będzie tak często używać domowych zaklęć gospodarskich. Okazało się jednak, że nic nie brudzi się tak szybko, jak podłoga w bibliotece. Zwłaszcza w okresie deszczów i śniegu. I co ciekawszych lekcji eliksirów. Niektóre niestety nie chciały tak łatwo opuszczać podłogi.

    Pozostała część dnia upłynęła sennie i leniwie. Uczniowie woleli spędzić dzień na dworze, pogoda stawała się coraz ładniejsza i nikt nie chciał tkwić w bibliotece, jeżeli nie musiał. Chaerin obserwowała więc przez okno grupki uczniów rozkładające się pod drzewami, część z nich ukradkiem przepisywała swoje zadania domowe. Oczywiście chowali rozsądnie pergaminy, gdy w polu widzenia pojawiał się jakiś nauczyciel. Sama niejednokrotnie dała się głupio złapać, podczas tego typu urozmaiceń. Wszyscy przepisują od czasu do czasu wypracowania i eseje, krukoni również, wbrew powszechnie krążącej opinii. Zwłaszcza, że w pewnym okresie każdy poświęcił się tym dziedzinom, które zamierzał w przyszłości wykorzystywać i pozostałym poświęcał znacznie mniej czasu, co przekładało się na zaangażowanie w wykonywaniu prac zadawanych przez nauczyciela. Urwała przyglądanie się szkolnym błoniom, gdy zauważyła jednego ze stażystów zbliżających się do uczniów. Wyglądało na to, że udzielił im tylko słownej nagany, niestety takowe działały bardzo krótko. Zaraz po zniknięciu stażysty z horyzontu, uczniowie znowu wyciągnęli pióra i pergaminy. Co bardziej przenikliwi nauczyciele zabierali częściowo przepisane referaty i przekazywali profesorowi, który zlecił zadanie. Jednak nie tym razem.

    Wieczorem biblioteka była prawie zupełnie pusta. Siedziało w nich tylko kilkoro uczniów, którzy nie załapali się już na wiosenne słońce.
    - Och, to już tak późno. Cześć - Chaerin oderwała wzrok od dokumentów na biurku. Część z nich stanowił list, który przypominał, że zapewne po dość przyjemnym wieczorze z profesorem Madeyem, czeka ją jeszcze odebranie przyjaciela ze stacji. - Za pięć minut uczniowie powinni stąd zniknąć, więc możemy się powoli zbierać - uśmiechnęła się. - Po drodze wstąpimy tylko jeszcze po mój płaszcz, bo na dworze jest już chyba dosyć zimno - zaczęła zgarniać papiery w jeden dość nieporządny stosik i jej wzrok prześlizgnął się po ręce Marcina. - Co ci się stało? Wszystko w porządku?

    Park Chaerin

    OdpowiedzUsuń
  34. Chaerin otuliła się szczelnie płaszczem po wyjściu na błonia Hogwartu. Zaczynało już zmierzchać, a wraz z zachodem słońca, przyszedł wieczorny chłód. Kilka razy miała ochotę krzyknąć, gdy zobaczyła jakieś cienie, poza zasięgiem wzroku, na szczęście okazało się, że wszelkiej maści rozbójnicy postanowili zostawić dwójkę idących w spokoju. Ubolewała w duchu nad swoim tchórzostwem, potrafiła wchodzić do opuszczonych, zamkniętych przez wieki i opatrzonych starożytnymi klątwami, grobowców, a bała się przejść kilkudziesięciu metrów drogi dzielącej Hogwart od Hogsmeade. Była więc wdzięczna Marcinowi za towarzystwo i rozmowę. Można było prawie zapomnieć o niebezpieczeństwach czyhających w ciemnościach.
    Po wejściu do Trzech Mioteł, pozostała w płaszczu, zawsze potrzebowała chwili, żeby oswoić się z ciepłem i trochę zagrzać. Z uśmiechem przyjęła kufel kremowego piwa od madame Rosemary.
    - Nie tak łatwo mnie upić, jak może się wydawać - rozejrzała się w poszukiwaniu uczniów, którzy mogliby podsłuchać i rozpowiadać potem tygodniami plotki w Hogwarcie. - Nie wiem, jakie opinie krążą o nas po świecie, ale Koreańczycy też są całkiem nieźli w piciu, zwłaszcza, gdy towarzyszy temu karaoke. Mimo, że znam rodzime picie tylko z wakacji. Na szczęście tradycję rodzice przenieśli do Anglii i podczas wizyt w domu mogę dotrzymać kroku tacie - roześmiała się. Wreszcie naprawdę szczerze, z dala od ciągle patrzących uczniów. - Ale mówię tylko o piciu - zawstydziła się i chwilę sączyła piwo w milczeniu.
    - Tak, dobrze pamiętasz - wspomniała list, który dostała tuż przed zamknięciem biblioteki. - Z tego, czego dowiedziałam w ostatniej chwili ekspres Londyn-Hogwart ma lekkie opóźnienie, jakaś mugolska impreza na dworcu i czarodzieje mieli trudności z dostaniem się na peron, więc planowane dotarcie wypadnie koło północy - popatrzyła na mechaniczny zegarek, który dostała od rodziców, gdy dowiedzieli się, że elektronika w szkole nie działa - więc mamy dobre kilka godzin przed nami. W sam raz, żeby się szybko upić i zdążyć wytrzeźwieć albo pić powoli i na koniec być tylko lekko wstawionym. Preferuję opcję drugą, na trzeźwo chyba nie zniosę widoku Taesana, a kto wie, może nie będąc trzeźwa, powiem mu, co naprawdę chodzi mi po głowie i co myślę na temat związku planowanego przez naszych rodziców - zamilkła na chwilę, a z zewnątrz słychać było, że niektórzy woleli opcję pierwszą i teraz dawali o tym znać całej ulicy. Chaerin miała nadzieję, że nie postanowią wejść do środka i robić awantury, kiedy wieczór zapowiada się tak miło. Niestety, wyglądało na to, że grupka kilku panów zaczęła picie w mieszkaniu i zabrakło im alkoholu, bo zataczając się, skierowali się do lady.
    - Och nie - westchnęła Chaerin. Jeden z nich chyba usłyszał, ponieważ odwrócił się w ich kierunku.
    - Jakiś problem, paniusiu? - zaczął zbliżać się w kierunku ich stolika.

    Park Chaerin

    OdpowiedzUsuń
  35. - Wszyscy na nas patrzą - powiedziała cicho, na czas zajścia zakryła rękami usta, żeby nie krzyknąć. W jej oczach wszystko potoczyło się bardzo szybko, powoli dochodziło do niej, że to koniec i że prawdopodobieństwo wystąpienia więcej, niż jednej pijackiej grupy w wiosce jest bliskie zeru, a więc żadnych więcej niespodzianek. W mugolskich filmach i serialach panny zazwyczaj mdlały w takich sytuacjach, ale ona była tylko zaskoczona. Postanowiła, że później zastanowi się nad całym zajściem.
    - Myślę, że lepiej będzie poczekać, aż pójdą do domu, niż być obiektem ich zainteresowania po wyjściu - pozostali klienci wracali powoli do swoich drinków i domniemanych filiżanek herbaty, Chaerin nie widziała, żeby ktoś zamówił choć jedną, ale nie mogło być mowy, żeby wszyscy pili alkohol. - Madame Rosemary chyba nie ma nic przeciwko - popatrzyła w jej kierunku, kobieta wróciła do swoich zajęć - chociaż to wspaniała i wyrozumiała kobieta pewnie i tak by nam nie powiedziała - dodała ciszej. Omiotła jeszcze spojrzeniem salę, ale nikt już nie zwracał na nich uwagi.
    - Moja wina - mruknęła nieśmiało - mam za długi język - przeczesała włosy rękami. - Więc to może być jeszcze miły wieczór - uśmiechnęła się. - Gdzie się tego nauczyłeś - wykonała nieokreślony gest rękami. - Wiesz, czarodzieje zazwyczaj wyciągają różdżki. U większości sztuki walki i instynkt samozachowawczy ograniczają się do zaklęć, chociaż rozumiem, że to też jakaś sztuka.
    Jak się nad tym zastanowić, to była świadkiem dobrego widowiska zazwyczaj oglądanego tylko w filmach akcji, a i do takich musiała czekać aż do wakacji. Czasami zastanawiała się, jak czarodzieje z tych starych, arystokratycznych rodów żyją bez wynalazków mugoli. Miała wrażenie, że zatrzymali się gdzieś w epoce sprzed rewolucji przemysłowej. Rozumiała rozrywki takie jak czytanie sobie nawzajem, spacery, quidditch, szachy i długie rozmowy przy świetle kominka. Ale w okresie roku szkolnego miała świadomość, że jej rozrywki w czasie wolnym są mocno ograniczone. Jeżeli jakiś czas wolny się zdarzył, zdecydowanie zbyt wiele poświęcała go na porządkowanie biblioteki. A będzie go poświęcać znacznie więcej po tym wypadku z uczniem. Westchnęła w duchu, szykowały się długie wieczory w bibliotece, w dodatku pewnie z Taesanem. Na szczęście zostawał tylko tydzień.

    Park Chaerin

    OdpowiedzUsuń
  36. - Na tydzień - odparła odrobinę zaskoczona. Nie była przyzwyczajona do pytań dotyczących jej prywatnego życia. Okej, może pytania o jej życie się trafiały, ale nie o znajomych. - Ale jak zrozumiałam nie jest to jakiś zamknięty i ostateczny przedział czasowy - miała tylko nadzieję, że nie przyjedzie z pierścionkiem. Obawiała się o swoją reakcję, a raczej o to, że może się zgodzić ze względu na rodziców, wbrew własnym uczuciom.
    - Mam nadzieję, że obejdzie się bez naszego osobistego potwora. Podejrzewam, że Taesan będzie raczej zajęty, w końcu pisał, że przyjeżdża w interesach - uśmiechnęła się. Zalety i wady pracy czarodziejskiego odpowiednika mugolskiego przedstawiciela handlowego. Chociaż mężczyzna zazwyczaj siedział w biurze, zdarzały się również wyjazdy służbowe do odległych miejsc, takich jak okolice Hogsmeade. Generalnie nie miał wtedy, musiał jechać. Chaerin dziwiła się tylko, dlaczego przyjeżdża pociągiem, w końcu mógł użyć teleportacji. Jedynym rozsądnym argumentem wydawało jej się podziwianie widoków, których nie widział od czasów Hogwartu.
    - Irytka obawiałabym się raczej ze względu na jego nieprzyjemny zwyczaj zjawiania się w najmniej odpowiednich momentach. Mógłby zaszkodzić nie tylko Taesanowi, ale i mnie, a to byłoby mniej zabawne. Tak sądzę - zastanowiła się - w końcu jestem poważaną bibliotekarką szanowanej instytucji jaką jest Szkoła Magii i Czarodziejstwa w Hogwarcie - na ustach pojawił się łobuzerski uśmiech. Oczywiście żartowała.
    - Może coś w samej naturze wilkołaka odpowiada na określony zew księżyca, którego żaden zwyczajny człowiek nie jest w stanie zauważyć, czy usłyszeć. W końcu psy też wyją do księżyca, a wiadomo, że zarówno wilkołaki, jak i nasi najlepsi przyjaciele mają dość wyczulone zmysły - zatrzymała się na chwilę, dając sobie czas do namysłu. - No i nauka idzie do przodu, istnieją przecież eliksiry łagodzące trochę objawy pełni, wilkołak jest dzięki nim bardziej świadomy. Podejrzewam, że szczegół tkwi w przytępianiu niektórych zwierzęcych instynktów.
    Zupełnie nie była przygotowana na pytanie zadane przez profesora Madeya na końcu. To było chyba najbardziej bezpośrednie pytanie w jej życiu, większość próbowała dowiedzieć się takich rzeczy dyskretnie albo skłonić ją, żeby sama poruszyła ten temat. Nigdy nie spotkała się z sytuacją, w której ktoś zapytałby ją o to wprost. Nie wiedziała, czy ma się czuć urażona, czy jedynie zaskoczona. Odpowiedziała jednak machinalnie.
    - Moi rodzice są mugolami - odpowiedziała z zakłopotaniem. - Czasami żałuję, że nie mogę im pokazać Hogwartu takiego, jakim widzą go czarodzieje. A ty?

    Park Chaerin

    OdpowiedzUsuń
  37. - Och, zdjęcia, rzeczywiście - jakoś nigdy nie była pasjonatką robienia zdjęć. Szczerze mówiąc nie miała nawet aparatu. Owszem, robiła zdjęcia do dokumentacji z wykopalisk, ale to nie było to samo, co robienie ich na własny użytek. W dodatku taki służbowy aparat, to nie miejsce na prywatne fotografie. Aczkolwiek pomysł Marcina się jej spodobał. Może przy następnej bytności na Pokątnej zainwestuje we własny aparat.
    - Skoro sam proponujesz - uśmiechnęła się - na pewno skorzystam z okazji, gdybyś przegiął - zakończyła. Chociaż zazwyczaj nie zdarzało się jej skrzywdzić nawet muchy, a gdy przyłapała jakiegoś robaka w swoim sąsiedztwie, nie miała serca go zabić, więc zamykała go pod jakąś przykrywką lub czymś podobnym i wzywała wsparcie, zazwyczaj męskie. Powszechnie wiadomym jest, że kobiety raczej pozytywnie na insekty nie reagują.
    Nie żeby nie dowierzała innym, ale taki miała nawyk i również spojrzała na zegarek. Rzeczywiście, północ zbliżała się wielkimi krokami i była coraz bliżej, a wraz z nią nieuniknione spotkanie. Westchnęła.
    - Jasne, czemu nie - pokiwała głową. Wsparcie na opustoszałych uliczkach na pewno się przyda. I chociaż głośno się do tego zazwyczaj nie przyznawała, była dość dobra w szybkim machaniu różdżką i rzucaniu skomplikowanych, aczkolwiek w dłuższym okresie czasu, nieszkodliwych klątw. Pomagały jednak zyskać trochę czasu na ucieczkę, a tylko tyle potrzebowała. - Samotna kobieta na pustej ulicy na pewno sprawia, że niektórym ludziom przychodzą głupie pomysły do głowy, które nie przychodzą, gdy owa kobieta znajduje się w obecności mężczyzny. W dodatku takiego, który wygrał bójkę w pubie - roześmiała się. - Oczywiście bez urazy - dodała po chwili.
    Zapłacili madame Rosemary i wyszli na zewnątrz. Ciepłe powietrze uciekło gdzieś bezpowrotnie, przynajmniej do poranka i nocny chłód robił swoje. Miało to oczywiście zalety, pomagało odświeżyć umysł po wypitym alkoholu. W lokalu robiło się już dosyć ciepło, liczba ludzi robiła swoje. Kiedy szli przez wioskę, otaczała ich właściwie doskonała cisza, mącona jedynie stukiem obcasów Chaerin. Wyglądało na to, że wszyscy wielbicieli alkoholu postanowili albo pić w domu, albo poszli już spać. Wreszcie dotarli na stację. Możnaby pomyśleć, że to miejsce całkiem opuszczone przez ludzi, w oddali kołysała się jedna lampa, rzucająca przyciemnione światło.
    - Nie ma co, scena jak z horroru - mruknęła cicho Chaerin. - Mam nadzieję, że ekspres Hogwart-Londyn nie będzie już miał dodatkowych opóźnień i przyjedzie punktualnie.

    [Przepraszam, że tak długo mi to zajęło. Na swoją obronę mam tylko fakt, że pisanie magisterki pochłania ostatnio cały mój wolny czas. Ale postaram się już odpowiadać na bieżąco :)]

    Park Chaerin

    OdpowiedzUsuń
  38. [Dziękuję bardzo za powitanie! Pan fajny i polak :D
    Może pan Marcin wspierałby Angie gdy ta doznała kontuzji, przychodziłby do Skrzydła Szpitalnego i spierał ją. Może on namówiłby ją, aby zgodziła się zostać komentatorką?;)]
    Angie Dolor

    OdpowiedzUsuń
  39. [Nie lubię zrzucać wszystkiego na innych, jednak przejrzałaś mnie - zacznij.
    Ogólnie to myślę, że pomysł, jak najbardziej dobry. Mogłyby być takie urywki, pochyłą czcionką, wspomnienia. Mogłoby się wszystko zacząć właśnie od tych wspomnien. Opisanie owej sytuacji oczami twojego pana i mojej pani. A potem przeszłybyśmy do meritum, hmm?;)]

    OdpowiedzUsuń
  40. - Czasami rzeczywiście fajnie pooglądać takie horrory, ale nie lubię brać w nich czynnego udziału. Teraz. Za czasów biegania po opuszczonych, starych obiektach przez nas badanych było inaczej - uśmiechnęła się. - Cały czas pamiętam moją babcię i jej tylko nie otwieraj tej szafy. Otworzyła . Śmialiśmy się całą rodziną.
    - Och, zimą pewnie było ciężko - powiedziała ze współczuciem. - Ale jest już lepiej? Coś z tym zrobili? - Raczej rzadko jeździła pociągami. Jej dziadkowie mieszkali w małej wiosce i raczej się stamtąd nie ruszała, kiedy już u nich była. Podziwiała widoki, odwiedzała sąsiadów. Raz, czy dwa razy wyprawiała się gdzieś dalej, ale teleportacja znacznie ułatwiała sprawę.
    - Taesan lubi podziwiać widoki - odpowiedziała, potwierdzając niewypowiedziane domysły Marcina. - Chociaż nie wiem, ile może zobaczyć jadąc w takich ciemnościach. Rozumiem, że uczniowie jeżdżą pociągiem, nie wolno im używać magii, ale w przypadku dorosłych czarodziejów to nie ma sensu - uzupełniła. - Chyba, że ktoś po prostu lubi podróżować w ten sposób i robi to dla przyjemności. Albo nie ma zdanego egzaminu na teleportację.
    Usłyszała gwizd pociągu i hałas w oddali. Czyli przyjechał. I będzie tu siedział cały tydzień. Nagle Chaerin wpadł do głowy pomysł, który widziała gdzieś w jakimś serialu, oglądanym razem z dziadkami podczas wakacji. Ledwo dotarły do niej wypowiedziane przez profesora Madeya słowa. Trener już się odwracał, żeby wrócić do zamku, gdy panna Park zawołała za nim.
    - Czekaj. Ja - zatrzymała się - wiem, że to nietypowy pomysł. Nie musisz, jeżeli nie chcesz - zawahała się. - To może być nawet zabawne - westchnęła, musi przejść do rzeczy. - Może udalibyśmy przed Taesanem parę, żeby go zniechęcić - wyrzuciła na jednym wydechu. Ufff. - Wziąłbyś mnie pod rękę. Nic więcej - uzupełniła. - W moim kraju to wystarczająca sugestia i powinno się udać. Wiesz… nigdy z nim nie rozmawiałam na ten temat, nic nie obiecywałam, ale wiem, jakie są wobec mnie oczekiwania - próbowała niezręcznie mu wytłumaczyć długą historię tradycji i patriarchatu. - Rodzice… - pokręciła głową. Miała wrażenie, że wygląda jak burak, próbując mu to wytłumaczyć. - Tylko tydzień. Wezmę odpowiedzialność za konsekwencje - wyrzuciła na koniec i nagle dotarło do niej, co powiedziała. - W sensie, jeżeli rodzice mnie wydziedziczą czy coś, dam sobie radę z tym, co będzie potem, jak się dowiedzą, że nie chcę być z kimś kogo wybrali i właściwie to nie bezpośrednio, ale dałam mu kosza. - Miała wrażenie, że tylko się pogrąża, a pociąg zdążył już podjechać na stację.

    [Nie ma za co :) Ja z kolei mam nadzieję, że pomysł na kontynuację nie jest zbyt... romantyczny ;) W serialach na ogół kończyło się romantycznie, ale tu może się skończyć super, mega przyjaźnią wypróbowaną w ciężkich chwilach ^_^ I tak, Taesan miał być przystojny. Ale raczej w sensie, że po prostu niebrzydki. Nie aż tak przystojny, żeby wszystkie panny za nim latały ;)]

    Park Chaerin

    OdpowiedzUsuń
  41. — Profesorze Madey, jak pan to robi, że oni wszyscy pana słuchają? — spytałam w półuśmiechu, zadowolona, że w końcu zacznie się mecz, na który tak długo czekałam. Każdy z nas miał nadzieję, że wygramy ten mecz i co najważniejsze, że za te wszystkie okropne lata przegranych, damy im wielkiego kopniaka w tyłek! Co jak co, ale profesor Marcin od zawsze potrafił poprawić mi humor. Nie usłyszałam nawet odpowiedzi profesora, gdy sędzia zaczął nawoływać moje imię. Jak zawsze się spóźniałam. Z ogromnym uśmiechem złapałam za swoją miotłę, uwielbiałam w niej wszystko, kochałam na niej jeździć. Gra w Qudditch' a, była dla mnie czymś niesamowitym. Jak tylko wsiadałam na miotłę, od razu czułam się świetnie, wszystkie smutne myśli ulatywały, aby została tylko jedna, muszę to wygrać. Podleciałam do góry, spoglądając wyzywająco w stronę szukającego Ślizgonów.
    — Wygramy to! — krzyknęłam do drużyny. Dźwięk gwizdka zachęcił mnie do działania. Szybko wyszukałam gdzie jest znicz, jak najprędzej podleciałam w jego stronę. Czułam, że już za chwilę go złapię, nie pozwalając drużynie dłużej grać. Jeszcze tylko dwa kroczki. Rękę unosiłam coraz wyżej i wyżej, jednak znicz zdawał się być coraz dalej. W momencie kiedy Pałkarz z Slytherin'u popchnął mnie w stronę trybun, krzyknęłam, to był koniec.


    Teraz wiem, że cała ta gra była bzdurna i bezcelowo się nią tak zachwycałam. Ludzie biegną za szalonymi piłkami i co im to daje?! Po cholerę w ogóle w to grałam. Ale ja była idiotką. Nikt nawet nie jest wstanie mnie zrozumieć, niby tu jestem, ale bez Qudditch' a, czuję się jakby mnie tu nie było.

    Upadek, tak to się dla mnie skończyło. Byłam spokojna z strachem spoglądając w stronę Szukającego Ślizgonów, na Merlina ten idiota złapał znicz! Cholercia, jestem skończona w tej drużynie. Nawet nie czułam bólu, gdy tak myślałam nad tym wszystkim. W mgnieniu oka reszta drużyny znalazła się obok mnie, paru nauczycieli też się tu znalazło. Czułam, że zaraz odlecę. Profesor Maney znalazł się obok mnie znikąd. Uniósł mnie do góry.
    — Panie profesorze, Ślizgoni, oni mają znicz! Ja przepraszam, ale nie mam pojęcia co się stało. — jęknęłam nie słuchając jego słów. Byłam w szoku. Gdy spojrzałam w stronę zakrwawionej nogi, krzyknęłam z powodu bólu, był nagły i bolesny, spojrzałam do góry w stronę nieba, oczy powoli mi opadały, jednak jeszcze nie pozwoliłam im spaść, w końcu nie wiedziałam w jakim byłam stanie. Jęk wyrwał mi się, gdy spojrzałam w rozradowanych Ślizgonów.


    Angie, kaleka.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. [Jak najbardziej wszystko pasuje;)]

      Usuń
  42. — Noga już mnie wcale nie boli. — skłamałam na pytanie trenera. Nie chciałam go martwić no i w końcu nie jestem żadną kaleką, aby się nade mną rozczulać. — Ale czy zdążę się jeszcze odegrać? — spytałam po słowach nauczyciela, ale tak cicho, aby mnie nie usłyszał. Byłam zła na siebie, że dałam się tak złapać. Jęknęłam, gdy poczułam palenie w kolanie. Ból w końcu ustąpi, ale czy ja kiedykolwiek wrócę do gry? — mówiłam do siebie w myślach. Mojej złości nie dało się opisać słowami. Złość na siebie, na drużynę, na trenera, na grę? Nie mam pojęcia, o co byłam zła. Cieszyło mnie, że Szukającemu Ślizgonów się dostało, pan trener zawsze walczy o nas. Zaczęłam sie głośno śmiać, na słowa nauczyciela, tsa już do widzę. Pstryk i znicz jest w mojej ręce!

    Wtedy tak wiele rzeczy wydawało mi się ważnych, ale teraz odkąd, mam trudności nawet z bieganiem, nic się dla mnie nie liczy. Qudditch stracił na wartości, to staram sobie cały czas wmówić. Patrzenie jak inni uczniowie lecą na miotłach z uśmiechami, męczy mnie i czasem nawet doprowadza do łez. Z trener Madey coraz rzadziej się widujemy, a jest to dziwne, jak na nas. Kiedyś bez przerwy rozmawialiśmy na przerwach, o Qudditch'u , no właśnie, o Qudditch'u.

    — Panie profesorze. Myśli pan, że ja będę jeszcze kiedyś grała? — wyrzuciłam w końcu z siebie, któregoś dnia ze smutkiem spoglądając w oczy trenera. Kto jak kto, ale pan Marcin jako nauczyciel latania, musiał mi wszystko powiedzieć. — Nikt mi nic nie mówi. — jęknęłam z oczami pełnymi łez. — Podobno drużyna chce, abym została komentatorką, myśli pan, że mam się zgodzić?

    Zdanie trenera na temat tego czy jest sens, abym komentowała mecze Qudditch'a, było ważne dla mnie. W końcu już nigdy nie zagram, więc czy jest sens, abym się wciskała do komentowania. Nigdy nie zagram, ta myśli niszczy mnie od środka. Rozpruwa mi serce i wstrząsa wątrobą. Koniec ze mną, koniec z treningami, koniec z drużyną, która teraz nie jest w stanie nawet spojrzeć mi w oczy.

    [Wybacz, że tak krótko.;)]
    Angie.

    OdpowiedzUsuń
  43. [dzień dobry i dziękuję! :)]

    Forsyth Lester

    OdpowiedzUsuń
  44. - Och - zarumieniłaby się pewnie jeszcze bardziej, jeżeli byłoby to możliwe. Jednak wszystkie możliwości wyczerpały się już wcześniej. Nie pamiętała jednak, kiedy ostatnio, prócz rodziców, ktoś tak się do niej zwrócił. Zapowiadał się ciężki tydzień, Taesan nie uwierzy w tę bajeczkę, jeżeli będzie rumieniła się jak nastolatka.
    - Pocałować? - jęknęła. Odwróciłaby się zaskoczona, ale w tym momencie zauważyła przyjaciela wysiadającego z pociągu. Jej uwaga więc lekko się rozproszyła. Koreańczyk rozglądał się w poszukiwaniu znajomych twarzy i kiedy w końcu ich dostrzegł, skierował się w odpowiednim kierunku.
    - Masz u mnie dożywotni, całodobowy wstęp wolny do biblioteki i dostęp do najbardziej, najpilniej strzeżonych ksiąg o quidditchu. Chyba, że mnie zwolnią i następna bibliotekarka nie będzie przychylnie usposobiona, to wtedy trochę krótszy - uśmiechnęła się. Zastanawiała się, w jakim domu byłby Marcin, gdyby chodził do Hogwartu. Na mola książkowego nie wyglądał, ale kto wie.
    - Dziękuję - odpowiedziała z wdzięcznością na informację o wydziedziczeniu. Naprawdę obawiała się takiej decyzji rodziców. Jej ojciec był bardzo tradycyjny, jeżeli chodziło o pewne sprawy i miała podstawy do strachu. Wiedziała jednak, że ją kocha i być może, cofnąłby decyzję po jakimś czasie. Ale początek awantury i tak musiałaby jakoś przetrwać.
    Taesan sztywno przywitał się z profesorem Madeyem, patrząc przy tym pytająco na Chaerin. Kobieta błagała w duchu los, by wieczór skończył się szybko, by mężczyzna był zmęczony i nie miał ochoty na dłuższe pogawędki. A przede wszystkim, skoro już zaczęli brnąć w tę komedię, by wszystko do końca się udało, ponieważ miała wrażenie, że zapadłaby się pod ziemię, gdyby sprawa wyszła na jaw. Może potem, po latach, będą się z niej jeszcze śmiali.
    - Taesan Choi - przedstawił się po europejsku stawiając nazwisko za imieniem. - Mnie również. Przyjemnie, aczkolwiek długo. Jednak dzięki temu przypomniałem sobie szkolne czasy. Pierwszy dzień szkoły zawsze był bardzo… ekscytujący.
    - Witaj Chaerin-ssi - zmierzył ją wzrokiem od stóp do głów, zatrzymując dłużej spojrzenie w miejscu, w którym kobieta trzymała pod ramię Marcina. - Cieszę się, że nie chodzisz sama po nocy. Wiele niebezpieczeństw czyha na takim odludziu - wpatrywał się jej w oczy pytająco i intensywnie. Kiedy panna Park przegrała tę bitwę, znowu się odezwał. - Ale nie stójmy tak na tym zimnie, może pokażecie mi, gdzie jest ten uroczy obiekt, w którym zamierzam się zatrzymać - mówił powoli i dobitnie. Był biznesmenem, pasował idealnie do tej roboty, większość klientów dawała się przekonać albo władczej postawie, albo trafnym argumentom. Mało kto nie dał się nakłonić do proponowanej decyzji.
    - To… zaraz za rogiem - Chaerin wskazała kierunek drugą ręką i pociągnęła Marcina za sobą.
    - Więc, czym się pan zajmuje? - Taesan, skierował pytanie do profesora, obrzucając go badawczym spojrzeniem.

    Park Chaerin

    OdpowiedzUsuń
  45. Teasan przeszył Marcina spojrzeniem, z którego niestety nie dało się odczytać, co sądzi o profesji nowo poznanego mężczyzny. Ze spokojnej odpowiedzi można było jedynie stwierdzić, że fakt ów na pewno nie robił na nim wrażenia.
    - Jestem dyrektorem wydziału zajmującego się projektowaniem i sprzedażą magicznie wzmacnianych elementów budowlanych w Magtech - odparł, skupiając dla odmiany spojrzenie na kołysanych wiatrem elementach krajobrazu, które niektórym przywodziły na myśl horrory, a jemu jedynie wspomnienie innych, podobnych wieczorów. Wypowiedź zabrzmiała jak z ulotki wspomnianej firmy, wyrecytowana bezbłędnie i bez emocji.
    - Interesy - odpowiedział lakonicznie - kilka magicznych miejscowości w pobliżu jest zainteresowanych budową nowych budynków i zastosowaniem w nich naszych najnowszych wynalazków - dodał po chwili, a wprawny obserwator z pewnością wychwyciłby nutkę zainteresowania i podekscytowania tymi tematami Taesana. Dla większości rozmówców jednak brzmiało to jak rozmowa o pogodzie. Przez lata doskonalone niezdradzanie się ze swoimi myślami dawało efekty.
    Chaerin oczywiście zdawała sobie z tego częściowo sprawę, ale tylko z powodu bezpośrednio zadanych pytań, czy przyjaciela te tematy rzeczywiście interesują. Kobieta była niezrównana w wyszukiwaniu informacji w książkach, wydobywania ich z wioskowych plotkar sprawdzała się więc jako archeolog, ale zupełnie nie dawała sobie rady z ludźmi w codziennym życiu. Ufna i zadowolona z codzienności nie zastanawiała się, jakie niewypowiedziane myśli kryją inni ludzie.
    Taesan twardo stąpał po ziemi, nie miał co prawda mani czystości krwi, ale z mugolami i ich wynalazkami raczej się nie spoufalał, o ile nie zmusiły go do tego okoliczności, nie powinno dziwić więc, że na wspomnienie przez profesora Madeya horrorów wyrzucił tylko krótkie “Możliwe” i kontynuowałby dalszą drogę bez zbędnego odzywania się, gdyby nagle nie dotarli na miejsce.
    A przynajmniej Chaerin miała wrażenie, że dopiero przed chwilą wyruszyli ze stacji. Rozmowa mężczyzn docierała do niej przez mgłę. Zanadto zestresowana była zaistniałą sytuacją. Gdyby jednak ktoś zapytał ją o tok wypowiedzi z pewnością umiałaby ją powtórzyć słowo za słowem.
    Z letargu wyrwało ją dopiero życzenie dobrej nocy przez obydwie strony. Przy czym obaj panowie wypowiedzieli je niezbyt życzliwie.
    - Tak myślę, że pojawię się jutro w bibliotece, jeżeli masz wolny wieczór - dodał jedynie Taesan, zanim zniknął w głębi budynku. Niewypowiedziane potwierdzenie zawisło w powietrzu, jako że druga strona nie oczekiwała odpowiedzi, gdyż uważała ją z góry za twierdzącą.
    - Co powiedziałeś? - zapytała Chaerin Marcina, gdy zniknęło dodatkowe towarzystwo. Rzeczywiście nie dosłyszała słów wypowiedzianych przez profesora na zakończenie spotkania.
    - Bardzo ci dziękuję, że dotrzymałeś mi towarzystwa - powiedziała, gdy ruszyli w drogę powrotną do zamku. - Nie mam pewności, ale na pewno powstrzymało to Taesana od wielu niebezpiecznych tematów - uśmiechnęła się słabo, stres po spotkaniu dalej pozostał. Trzymała Marcina pod rękę tylko bramy wiodącej na błonia Hogwartu.
    - I co o nim myślisz? - zapytała, kiedy w zasięgu wzroku pojawiła się bijąca wierzba i kilka oświetlonych okien w wieżach szkoły. Najwidoczniej nie wszyscy jeszcze poszli spać.

    [Nie ma za co, dało mi to okazję przybliżenia trochę jego charakteru :)]

    Park Chaerin

    OdpowiedzUsuń
  46. [Ja wszelakie wątki bardzo chętnie! Lucy ostatnio została kapitanem Puchonów, więc siedzę i myślę jak to się mogło stać, wiesz, chcę wpleść trochę dramatyzmu do jej życia. Co myślisz? Poprzedni kapitan, pewnie jakiś siódmoklasista, może jakiś wypadek w trakcie treningu, ktoś rąbnął go specjalnie tłuczkiem nie na meczu, a w trakcie treningu, co jest niedozwolone, chłopaka trzeba było ratować, Lu poleciała do nauczyciela, który potem wziął ją na trening sprawdzający jej umiejętności? Albo jakieś inne niebezpieczne zdarzenie na przykład na meczu? Jak to widzisz?]

    Lu Wood

    OdpowiedzUsuń
  47. [Mam nadzieję, że nie masz mi tego za złe, ale wątek leci nam tak szybko, że trochę spowolnię odpisywanie. Oczywiście bardzo mnie cieszy, że tak prędko odpisujesz, bo nikt nie lubi czekać. Ale nie chcę, abyśmy potem nie miały o czym pisać.:)]

    OdpowiedzUsuń
  48. - Analiza niczym układana przez Sherlocka Holmesa - uśmiechnęła się. - Ale dosyć trafna, rzeczywiście Taesan niewiele mówi. Chociaż kiedyś tak nie było - przyznała, przypominając sobie nagłą zmianę, jaka zaszła w przyjacielu w którymś roku, już po zakończeniu szkoły. Nie chciał powiedzieć, co się wydarzyło, Chaerin więc nie naciskała. Podejrzewała jednak, że miało to znaczący wpływ na zmianę niektórych elementów charakteru mężczyzny.
    - Rzeczywiście, jest późno, a to był długi dzień - zamyśliła się. - Bardzo długi dzień - dodała po chwili.
    - Właściwie… jeżeli masz chwilkę czasu rano, możesz przyjść, to ułożymy jakiś konkretniejszy plan działania - założyła potargane przez wiatr przez ucho - Bo nie wiem jak ty, ale ja już dzisiaj nie myślę - stłumiła ziewnięcie.
    - Rzeczywiście, bycie nauczycielem ma swoje zalety - uśmiechnęła się. - Na przykład ciche przyzwolenie na szwendanie się po zamku w nocy - zdjęła pelerynę nawet się nie zatrzymując. - Ale to miłe ze strony hogwarckich duchów, że wszystkie zgodziły się na to samo w jednym momencie. Podejrzewam, że zazwyczaj nie są takie zgodne - zatrzymali się przed drzwiami do jej komnat.
    - Dobranoc - odparł również z uśmiechem i nie zwlekając weszła do siebie. Postanowiła nie rozpamiętywać i nie analizować wydarzeń wieczoru, tylko iść spać. Zdecydowanie to trzeba było zrobić, żeby rano wstać wypoczętym i gotowym na to, co miał przynieść nadchodzący tydzień.

    Rano wstała nie do końca wyspana, ale była w stanie funkcjonować po wypiciu porannej kawy. Dlatego zdziwiła się trochę, gdy zaraz po otwarciu biblioteki przyszedł Marcin i zauważył, że mimo tego wygląda nie najlepiej.
    - Dzień dobry, owszem.
    Zrobiła szybki przegląd czynności, które robi zawsze rano - Twarz i zęby umyła, włosy uczesała, krem nałożony. Zamrugała zdziwiona. Owszem gnębiły ją trochę i martwiły sprawy związane z Taesanem i chwilową komedią odgrywaną z Marcinem, ale chyba nie było tego aż tak widać. A może było…
    - Naprawdę, aż tak widać? - odpowiedziała więc zdziwiona. - Właściwie nic nowego się nie wydarzyło, oprócz… sam wiesz czego.

    Park Chaerin

    OdpowiedzUsuń
  49. Agnes roześmiała się na słowa trenera Marcina, lubiła go słuchać, szczególnie tego jak sobie żartował, a w tym od zawsze był dobry. Na lekcjach latania na miotle zawsze miała ubaw, ciężko było powstrzymać się od śmiechu, gdy profesor z taką zajadłością wymyślał coraz to nowsze żarty. Uwielbiała go, chyba od zawsze. Uśmiech wparował na jej usta, gdy nauczyciel usiadł tuż obok niej. Czuła, że ma wsparcie i to bardzo mocne. Wiedziała, że gdy powie coś naprawdę głupiego, nauczyciel zacznie się głośno śmiać, powodując, że reszta uczniów zareaguje tym samym.
    - Okej, czyli zabawę czas zacząć. - mruknęła w stronę nauczyciela. Była nieco zdenerwowana, ale kto by nie był, to jej pierwszy raz z mikrofonem i z tłumem ludzi, których przy najmniej w jakiś drobny sposób musi rozbawić. Przełknęła z trudem ślinę i spojrzała w stronę boiska. Ravenclaw-Hufflepuff, kto okaże się lepszy? Najgorsze jest to, że w tej części Hogwartu miała wielu przyjaciół, nie chciała więc kogokolwiek obrażać. Zaśmiała się ze zdenerwowania. Wszystkie drużyny wparowały już na boisko. Tylko spokojnie - mówiła do siebie z trudem. Chciała być spokojna, musiała taka być, w końcu trzeba się pokazać z najlepszej strony. Znała się na Qudditch'u lepiej niż ktokolwiek inny, oczywiście - tylko w tej szkole. Pokiwała głową w stronę opiekuna Gryffindor'u, czyli ktoś jej kibicuje? Świetnie! Teraz to już nikogo nie może zawieść. Z boku niej, siedzieli Ślizgoni, widać, że wielką radość sprawiał im strach w oczach Angie. Spojrzała w stronę boiska. Nie robiła jeszcze próby mikrofonu, jednak gdy się odezwała, okazało się, że nie była ona konieczna.
    - Krukoni, jak widać zaczynają pełną parą, miejmy nadzieję, że Puchoni dadzą z siebie jeszcze więcej, aby wyrównać wynik. - zaczęła swoim melodyjnym głosem. Spojrzała po widowni, nikt się nie śmiał - to chyba dobrze, pomyślała. - Steven McQreuf, ścigający drużyny Ravenclaw'u chyba stara się uciec przed goniącym go tłuczkiem, radzę Ci się pośpieszyć, szukający Puchonów już prawie ma złoty znicz! - krzyknęła głośno, sama była zdziwiona, że aż tak bardzo zaciekawiona była wynikiem meczu, stąd widok był o wiele lepszy, nigdy tak na to nie patrzyła, zazwyczaj przychodziła tylko na swoje mecze, w których uczestniczyła, nic poza tym. A możliwość mówienia dodatkowo dawała jej jeszcze więcej radości. Usłyszała śmiech Ślizgonów, przestała mówić, mimo, że było teraz wiele do powiedzenia, pałkarz Hufflepuff'u odpadł, dosłownie, spadł z miotły! Jednak ona nic na to nie powiedziała. A tak dobrze jej szło, spojrzała pytająco w stronę trenera, mając nadzieję, że jakoś jej pomoże skleić zdanie lub sam coś powie.

    [Wybacz, że tak późno, jednak akcja szła nam tak szybko, a na dodatek ja naprawdę nie mam żadnych pomysłów jak śmiesznie mogłaby Angie komentować mecze. :c Wybacz.]
    Agnes Dolor

    OdpowiedzUsuń
  50. - Dobrze, bo już myślałam, że wszyscy uczniowie też się domyślą, a tego bym nie chciała - uśmiechnęła się nerwowo. Dla osób, które znały ją chociaż trochę było bardzo dobrze widoczne, że ostatnie wydarzenia wytrącają ją ze spokojnej, codziennej równowagi, powodując, że atmosfera w bibliotece była bardziej senna, niż zwykle.
    Na zapytanie Marcina odetchnęła głęboko.
    - Proponuję spotkanie wieczorem, nic wielkiego, w zamyśle jakaś herbata, czy coś. Taesan ma raczej dużo pracy, więc nie powinien przyjść wcześniej, niż tuż przed zamknięciem biblioteki. Możemy pójść we trójkę do Hogsmeade albo zostać tutaj. Chociaż mam nadzieję, że Taesan zmyje się, jak odkryje, że nie będziemy we dwoje - miała ochotę zapaść się pod ziemię. I wiedziała, że to dopiero początek.
    Po kolejnych słowach Marcina uznała, że ma nadzieję, że na “Jak ci kochanie mija dzień?” pozostaną. Niemożliwe, żeby zostali zmuszeni do czegoś więcej. Miała nieodparte wrażenie, że w przypadku pocałunku, ze wstydu zrezygnowałaby z pracy.
    - Myślę, że możemy się umówić za kwadrans godzina zamknięcia biblioteki dla uczniów - powiedziała tak, by zabrzmiało to rzeczowo. - Powinno wystarczyć - zdążyła jeszcze powiedzieć i Marcin zniknął tak szybko, jak się pojawił, a Chaerin opadła ciężko na krzesło. Kolejny raz pomyślała, że to będzie naprawdę ciężki tydzień. Z każdym kolejnym razem, wydawało jej się, że zdanie stanie się mottem tygodnia.
    Przez cały dzień starała się nie myśleć o tym, w co się wpakowała. Poukładała więc wszystkie zaległe książki, uzupełniła katalog o nowe pozycje. Posprzątała na półkach we wszystkich działach. Odnosiła wrażenie, że uczniowie są zadziwieni jej niezwykłą aktywnością, ale hałasowali mniej, niż zazwyczaj i nie było ich zbyt wielu. Chaerin przyłapała się na tym, że chce, żeby coś się wydarzyło i oderwało jej myśli od wydarzeń wieczoru.
    Niestety godziny płynęły zbyt szybko i wreszcie w bibliotece pozostał tylko jeden uczeń, pannie Park wydawało się, że widziała go przy stole puchonów. Chłopak zerknął nieśmiało w stronę drzwi i zaczął zbierać porozrzucane po stoliku pergaminy, starając się widocznie szybko ulotnić z biblioteki. Zdziwiona Chaerin obejrzała się przed kim uczeń tak bardzo chciał uciec. Pobladła i wbiła spojrzenie w Taesana. Która mogła być godzina, nie miała pojęcia. Miała nadzieję, że do zamknięcia i umówionej z Marcinem pory pozostało niewiele czasu.
    - Witaj, Taesan-ssi, jak minął dzień? - chciała by zabrzmiało to naturalnie, jednak od pewnego czasu nie czuła się swobodnie w towarzystwie przyjaciela. Właściwie dokładnie od momentu poważnej rozmowy na ten temat ze swoim ojcem.
    - Dobry wieczór, Chaerin-ssi - odpowiedział z cieniem uśmiechu. Nie uszło uwadze kobiety, że był zmęczony. Zastanawiała się, czy trudno było mu dostać się do Hogwartu. - Mam nieodparte wrażenie, że - rozległ się odgłos otwieranych drzwi, ale Taesan nie zwrócił na to uwagi i kontynuował: - to będzie cięższy tydzień, niż myślałem - dokończył i wbił nieprzyjazne spojrzenie w Marcina, który właśnie dotarł i się przywitał. Zdecydowanie wybrał idealny moment.
    - Dzień dobry, panu - odpowiedział niechętnie, a zmęczenie sprawiło, że ton nie krył emocji tak dobrze, jak powinien.
    - Cześć - zawahała się, ale “skarbie” nie przeszło jej przez gardło - wspaniale. Wyobraź sobie, że udało mi się skończyć te porządki w katalogu, które zaczęłam w zeszłym tygodniu - postarała się włożyć w to tyle entuzjazmu, ile zdołała, więc wyszło dość optymistycznie.
    - Mam nadzieję, że uczniowie nie dokuczali za bardzo… - uśmiechnęła się. - Co powiecie na herbatę?

    Park Chaerin

    OdpowiedzUsuń
  51. Kiedy na stole pojawił się imbryk z herbatą, Chaerin lekko drgnęła, cały dzbanek napoju i cenne woluminy. Wyciągnęła różdżkę, a regały z książkami przesunęły się kilka centymetrów.
    - Przepraszam - mruknęła i skupiła się na napełnianych filiżankach. Mimo wszystko, perspektywa napicia sie gorącej herbaty napełniała otuchą. Uśmiechnęła się i przyciągnęła własny spodek do siebie i zaczęła się przysłuchiwać konwersacji panów.
    - Dziękuję - odpowiedział Taesan na zadane pytanie - rzeczywiście, nie napotkałem na żadne istotne problemy dzisiejszego dnia - dokończył. Wyglądał jakby wspominał szczegółowo spotkania i wydarzenia do obecnej chwili. Wyglądało jednak, że nie przypmniał sobie niczego istotnego, ponieważ po chwili dodał: - Jednak dzisiejszy dzień był pierwszym, więc nie mogę spodziewać się, że każdego będzie tak samo - jeden kącik ust uniósł się nieznacznie. Najwidoczniej napięcie dnia poprzedniego związane z nieoczekiwaną obecnością Marcina zostało zmniejszone. Nie powodowało jednak przyjaznych stosunków, ale raczej zaprzestanie stosunków typowo wrogich.
    - Jednakże w szerszym spojrzeniu ktoś musi te zawody wykonywać. Gdyby nie firmy, które wykonują różne zlecenia na rzecz prywatnych czarodziejów, czy ich przedsiębiorstw, pracami musieliby się zająć inwestorzy osobiście, a nie każdy z nich jest na tyle obrotny, czy ma tyle znajomości, żeby podołać wyzwaniu. Pomagamy takim ludziom. Oczywiście za odpowiednią opłatą, ale - Taesan zrobił krótką przerwę - na tym świecie nie ma nic za darmo - spojrzenie przesunęło się po Chaerin i spoczęło na Marcinie. - Każdy, panie Madey, jest stworzony do czegoś innego. Liczy się to, żeby zarobić wystarczająco wiele, żeby zapewnić rodzinie życie na dostatecznie wysokim poziomie, dać wykształcenie dzieciom i móc wyjechać na wakacje w jakieś ciekawe miejsce. Rzecz jasna, nie są to małe kwoty, ale rozsądny człowiek nie potrzebuje zarabiać więcej, niż to konieczne - mówił powoli i dobitnie. Widać było, że wierzy w to, co mówi. Jasne było, że chce dać do zrozumienia Chaerin, co traci nie wybierając jego.
    Bibliotekarka starała się nie wtrącać do dyskusji, jednak wydawało jej się, że wkraczają na dość niebezpieczne tematy, chociaż ciekawie było wysłuchać, jakie podejście do tych spraw mają jej towarzysze. Zwłaszcza, że tego typu tematy nie wychodziły zazwyczaj na światło dzienne, jeżeli wcześniej strony nie raczyły się alkoholem.
    - Ale - wtrąciła więc nieśmiało - nie rozmawiajmy o interesach. - Miała nadzieję, że panowie uznają, że powiedziała to, by dać im do zroumienia, że te tematy ją nudzą. Nie przeszkadzało jej też, jeżeli uznaliby ją za głupią przedstawicielkę płci pięknej, ponieważ w tej chwili właśnie o to jej chodziło. Mimo pozornej dobroci i naiwności, potrafiła czasami zwodzić rozmówców. - Słyszałam, że zbliżają się zawody w quidditchu. Którym drużynom kibicujecie?

    [Nie ma za co, zdarza się :) Ja też trochę krócej, tymczasowo nie mam dostępu do komputera ;)]

    Park Chaerin

    OdpowiedzUsuń
  52. - Och, drużynie uniwersyteckiej z Korei, chociaż grają raczej na małą skalę - odpowiedziała zdziwiona. Nigdy nie interesowała się quidditchem na tyle, żeby sprawdzić, jak nazywa się drużyna. Od czasu do czasu interesowała się wynikami, ale nie śledziła postępów na bieżąco. Nic więc dziwnego, że nie wiedziała, jak szczegółowo przebiegały mecze rozegrane przez drużynę, toteż nie mogła o tym opowiedzieć. - Zdaje się, że nie zakwalifikowali się do światowych mistrzostw w zeszłym roku, ale może w tym będzie inaczej - uśmiechnęła się słabo. Ale sama była sobie winna, to ona przecież zaczęła ten trudny temat, o którym właściwie nie miała pojęcia. Była więc wdzięczna Marcinowi, że skierował rozmowę na inne tory.
    Zajęła się swoją filiżanką i powoli upijała herbatę, kierując wzrok raz na Taesana, raz na Marcina. Zbyt długo nie mogli tu siedzieć we trójkę, podejrzewała, że atmosfera zrobiłaby się niepokojąco zagęszczona, na szczęście dnia następnego odbywały się normalne zajęcia i pójście spać stanowiło dobrą wymówkę w razie jakichś kłopotów. Na razie jednak pogawędka odbywała się gładko i bez przeszkód.
    - Jak co roku, kilka tygodni spędzę w swoim rodzinnym domu w Korei, a pozostały czas przeznaczę na zwiedzanie jakiegoś miejsca, w którym jeszcze nie byłem - zatrzymał się. Wyglądał, jakby dawał sobie czas do namysłu. - Niestety nie mam dwóch miesięcy wakacji, rozumiem, że praca w szkole daje taki dodatkowy bonus - wtrącił więc i dokończył: - myślałem o Australii. Słyszałem, że znajdują się tam starożytne ruiny, warte odwiedzenia. Za wartościowe uznaję poznawanie magicznej historii nie tylko własnego kraju, ale również innych. Różnice kulturowe i płynące z tego zróżnicowane zasady dotyczące posługiwania się magią są… interesujące - upił łyk herbaty. - Nie wspominając o ciekawych, czasami pożytecznych, nowych zaklęciach, których możemy się nauczyć. Staram się nie myśleć podczas urlopu o pracy, dlatego nie prowadzę negocjacji na wakacjach, ale zwracam uwagę na rynek w czasie podróży - przeniósł spojrzenie najpierw na Chaerin, potem na Marcina. - A pan? Gdzie się pan wybiera podczas urlopu?
    Panna Park wydawała się zdziwiona wypowiedzią Taesana. Nigdy wcześniej nie zauważyła u niego zainteresowania historią, owszem jeździł zawsze w jakieś egzotyczne, dziwne miejsca, których ona nie odwiedzała z własnej woli, chyba, że jako archeolog, ale nie przypuszczała, że motywacją stojącą za wyborem tego typu wakacyjnych punktów było zainteresowanie historią. Zastanawiała się, czy odkrył tę pasję niedawno, czy może dużo wcześniej. Ona lubiła spędzić spokojne miesiące u swoich dziadków, nie w gronie turystów, aczkolwiek czasami narzekanie starszeństwa rodziny na jej stan bywały męczące i irytujące. W takie dni wybierała się w jakieś spokojne, zaciszne miejsce i oddawała lekturze albo spotkaniom ze starymi przyjaciółmi.
    Chaerin jednak interesowała odpowiedź Marcina. Chciała wiedzieć, czy jako sportowiec wakacje też woli spędzać aktywnie, czy raczej odpoczywa wtedy od codzienności, którą narzuca bycie nauczycielem i trenerem quidditcha.

    Park Chaerin

    OdpowiedzUsuń
  53. Chaerin uśmiechnęła się na odpowiedź Marcina. Wyglądało na to, że ludzie aktywni nawet czas odpoczynku spędzali w biegu. Sama nie lubiła zbyt bardzo się przemieszczać, pakowanie zawsze ją przerastało. Niewiarygodne jak przywiezione rzeczy mogą się porozstawiać przez tydzień po całym mieszkaniu, w którym się zatrzymywała. Nie mówiąc o tym, że nie mogło być mowy o tym, by pamiętała o zabraniu wszystkiego. Zawsze okazywało się, że czegoś brakuje. Albo zapomniała tego wziąć ze sobą, albo nie spakowała tego wracając. Na szczęście magiczne przemieszczanie się nie było tak czasochłonne jak mugolskie i umożliwiało szybkie przedostawanie się w tę i z powrotem.
    Trochę szkoda jej było znajomości z profesorem Madeyem. Jeżeli wróciłby do drużyny, na pewno zrezygnowałby z posady w Hogwarcie. A kontakt przez sowy to nie to samo, co wspólne herbatki w szkole. Odkryła jednak, że nie chce go tu zatrzymać za wszelką cenę, cóż, każdy ma przecież realizować swoje marzenia, a rozumiała, że nie każdy marzy o tkwieniu w miejscu i użeraniu się z cudzymi dziećmi - nie zawsze zresztą chcącymi przyswoić przekazywaną im wiedzę. Stwierdziła więc w duchu, że pewnie cieszyłaby się z sukcesu przyjaciela i być może wreszcie znalazłaby jakąś motywację, żeby pójść i obejrzeć mecz quidditcha, nie robiła tego od czasów szkolnych, kiedy wyniki meczów były częścią rywalizacji między domami Hogwartu.
    - Dobranoc - odpowiedzieli kolejno, a Chaerin miała ogromną nadzieję, że Taesan pójdzie w ślady Marcina. Niestety tak się nie stało, zwłoka na szczęście nie była zbyt długa, nie uniknęła jednak pytań i opowieści o swoim współpracowniku. Streściła więc pokrótce jak się spotkali i poznali bliżej - dzięki niefortunnemu wypadkowi z oknem - umieściła jednak zdarzenie trochę bardziej w przeszłości, wiedziała, że najlepsze kłamstwa to te z nutą prawdziwych wydarzeń. Łatwo przyszło wytłumaczyć, że wydarzenie spowodowało wspólne spotkania, powodując znajomość bliższą, niż standardowo między współpracownikami. Na szczęście późna pora uniemożliwiła dalsze rozmowy i nie była zmuszona wymyślać więcej historii, nie wiedziała też o Marcinie zbyt dużo i łatwo prawda mogła wyjść na jaw.

    - Cześć - uśmiechnęła się i streściła wczorajszą rozmowę. Właściwie ważne, by w razie czego ich wersje wydarzeń się zgadzały. Taesan nie zamierzał przychodzić tego dnia, wymówił się natłokiem obowiązków i pism do wypełnienia i wysłania. - Dobrze się czujesz? - zapytała na koniec, mając na myśli jego wygląd.

    [Całkiem dobrze to wymyślił z tym błotem ;) Ale niech tylko poczeka, aż Taesan pojedzie, pani bibliotekarka zrobi z tym porządek :P Oczywiście żartuję :D]

    Park Chaerin

    OdpowiedzUsuń
  54. Dla Chaerin dzień obył się bez większych niespodzianek. Pomogła kilku uczniom znaleźć książki do wypracowania na eliksiry. Potem niektórzy szukali wsparcia przy wynajdowaniu informacji o wojnach między goblinami na historię magii. Generalnie było spokojnie i cicho, młodzież nie hałasowała - Chaerin pewnie określiłaby atmosferę jako senną, zwłaszcza w momencie, w którym deszcz zaczął bębnić o szyby. Na szczęście dość szybko się wypogodziło. Panna Park nie była ekspertem od niespodziewanych wydarzeń i nie przeczuwała, że to, co teraz przeżywała stanowiło, tak zwaną “ciszę przed burzą”. Los uspokajał i dawał do zrozumienia, że nic złego nie może się stać, próbując tym bardziej zaskoczyć niespodziewającą się istotę na końcu.
    Spojrzała na Marcina i szybko odwróciła wzrok, rumieniąc się, kiedy odkryła, że jest bez piżamy. Weź się w garść - rzuciła sobie w myślach.
    - Cześć… ja… przepraszam - odetchnęła, usiłując się skupić na tym, z czym przyszła, zwłaszcza, że nie mogli tak długo stać przy otwartych drzwiach na korytarzu, którym mógł przejść też każdy inny. - Ktoś znowu buszuje po bibliotece, większa liczba osób i… jakoś, gdy pomyślałam o wsparciu, tylko ty przyszedłeś mi do głowy. Nie mam pojęcia, co mam z nimi zrobić… Z uczniami oczywiście - wypowiedziała na jednym tchu.
    Właściwie miała już zamykać bibliotekę, gdy usłyszała hałasy w odległej części działu zakazanego. Podkradła się niezauważona i zauważyła grupkę uczniów ze starszych roczników, którzy znani byli ze sprawiania problemów. W dodatku potrafili umiejętnie wyłgać i wykręcić się prawie ze wszystkiego. Nim pomyślała więc, co robi, przekradła się z powrotem do głównej części biblioteki, zamykając za sobą drzwi kilkoma dodatkowymi zaklęciami, których nauczyła się podczas wykopalisk. Żaden uczeń nie miał szans ich znać, chyba, że jego przodkowie mieli coś wspólnego ze starożytnymi grobowcami. Uczniowie tkwili więc, być może nawet nieświadomi zamkniętych drzwi, w dziale zakazanym. Można było ich spokojnie przyłapać, ale wolała mieć dodatkowego świadka na to, co tam robią. Być może nie będzie im wtedy tak łatwo wyłgać się z sytuacji, a nieumiejętność otwarcia przez nich drzwi, w razie gdyby odkryli, że są zamknięci, można było zrzucić na ich niekompetencję w rzucaniu zaklęć.
    - Dasz radę mi pomóc? - zapytała na końcu.

    [Przepraszam, że tak późno...]

    Park Chaerin

    OdpowiedzUsuń
  55. - Mój ojciec na pewno się o tym dowie* - rzucił ostrym tonem uczeń wiszący w powietrzu. Najwidoczniej miał pewność, że nauczyciele nie ośmielą się dłużej go tak traktować, a zaczęli tylko dlatego, że nie wiedzieli z kim mają do czynienia. Z pewnością nie oczekiwał, że występek zostanie surowo ukarany.
    - Dowie się również o nieudanym włamaniu do biblioteki. Mam wrażenie, że nie będzie zachwycony, że dał się pan złapać w tak prosty sposób. Na pewno nie przystoi to tradycjom rodzinnym, ceniącym profesjonalizm i perfekcjonizm we wszelkich podejmowanych działaniach - odpowiedziała chłodno Chaerin, nie zwracając uwagi na zaskoczone spojrzenia rzucane w jej stronę. Wśród uczniów uchodziła raczej za osobę nieszkodliwą, zwracającą co prawda czasami uwagę na hałaśliwe zachowanie, ale niezdolną do gwałtownych i podłych zachowań. Świadkowie jej gniewu zazwyczaj nie opowiadali o swoich przeżyciach głośno - przypuszczalnie i tak nikt by im nie uwierzył. Kobieta nieświadomie trzymała różdżkę w ręce i w pomieszczeniu lekko pochłodniało.
    - A teraz… - kontynuowała - jak powiedział już profesor Madey, chcielibyśmy usłyszeć jakieś wyjaśnienie. I rzeczywiście dobrze by było, gdyby okazało się przekonujące - miała nadzieję, że nie złapali żadnego członka którejś z domowych drużyn quidditcha. Rozumiała, że byłoby to przykre doświadczenie dla Marcina i wolałaby go uniknąć, jednak nie zamierzała pozwolić, żeby fakt przynależności uczniów do arystokratycznych, czarodziejskich rodzin utwierdzał ich w przekonaniu, że pozostają bezkarni.
    Wzrok grupy padł na trzech uczniów stojących na środku, którzy wydawali się próbować w milczeniu zdecydować, kto przemówi w imieniu całej grupy. Najwidoczniej pełnili funkcję przywódców młodocianej, arystokratycznej szajki.
    - Mam wrażenie, że niepotrzebnie robimy z tego takie przedstawienie - odezwał się wreszcie jeden z nich - w głosie pobrzmiewało źle ukrywane szyderstwo. Chaerin wydawała się nieporuszona, miała już doświadczenie z takimi bezczelnymi gnojkami. Tym razem jednak nie była sama, niektórzy nie zdawali sobie sprawy z korzyści, jakie niesie ze sobą przyprowadzenie świadka zdarzenia.
    - Naprawdę ma pan wrażenie, że to przedstawienie? - odpowiedziała Chaerin, nie tając ironii. - Bo ja mam wrażenie, że usilnie próbuje pan zdegradować znaczenie przyłapania was na gorącym uczynku. W środku nocy, z książkami - niewerbalne Accio zadziałało bez zarzutu i bibliotekarka złapała kilka woluminów - a jakże, o czarnomagicznych sztuczkach. Przypominam, że jeden z punktów regulaminu surowo zabrania uczniom, nieposiadającym pisemnej zgody któregoś z nauczycieli, do korzystania z woluminów znajdujących się w dziale ksiąg zakazanych.
    - Ależ, proszę pani - zaczął jeden z pozostałych uczniów - można to szybko naprawić - uśmiechnął się słodko. - Może profesor Madey byłby uprzejmy wystawić nam takie pozwolenie i byłoby po kłopocie. Każde z nas poszłoby w swoją stronę i zapomniało o tym przykrym incydencie…
    - To już bezczelność! - wykrzyknęła Chaerin, ale pytanie ucznia zawisło w powietrzu.

    Park Chaerin

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. [A tak, była gwiazdka. Jakoś nie mogłam się powstrzymać od Malfoyowego: "Mój ojciec się o tym dowie" ;)]

      Usuń
  56. - Oczywiście poinformujemy również profesora Pollocka o tym, co tu dzisiaj zaszło - dodała Chaerin. Chociaż nie miała zbyt wielkiej styczności z opiekunem domu Slytherina, miała nadzieję, że dopilnuje by takie wypadki więcej się nie zdarzały. - A teraz wynocha, wszyscy. Do końca roku nie chcę was tu więcej widzieć i nie interesuje mnie, czy macie jakieś wypracowania do napisania, czy nie. Całkowity. Zakaz. Wstępu - wyraźnie zaakcentowała każde słowo.
    - No. To by było na tyle - westchnęła, osuwając się na najbliżej stojące krzesło, gdy uczniowie prawie biegiem wypadli z biblioteki. - Nie rozumiem, dlaczego to zawsze Slytherin, dlaczego nie pozostałe domy. Wydawałoby się, że wszyscy uczniowie przejawiają jednakowy brak poszanowania zasad, to typowe dla młodzieży. Ale jednak, nigdy nie widziałam, żeby do działu ksiąg zakazanych zbliżali się uczniowie innych domów. Chyba, że po prostu robią to lepiej albo za krótko tu pracuję - popatrzyła na Marcina. - Naprawdę bardzo ci dziękuję za pomoc. Sama nie dałabym rady. Przepraszam, że przerwałam przygotowania do snu - delikatny rumieniec wpełzł na jej policzki, gdy przypomniała sobie w jakim stroju zastała profesora i było jej naprawdę głupio, że przez nią położy się później. Jutrzejszy dzień na pewno nie będzie mniej męczący, niż ten. W dodatku spodziewała się, że Taesan zawita do Hogwartu. Albo będzie chciał, by odwiedzić go w Hogsmeade. Tak czy siak, nie obejdzie się bez konfrontacji.
    - Masz na jutro jakieś plany? - zapytała po chwili. - Niby nic nie wiem na pewno - zaczęła - ale podejrzewam, że będzie trzeba spędzić trochę czasu z Taesanem. Chociaż to oczywiście wytłumaczalne, gdybyś nie dał rady - zakończyła z zakłopotaniem.

    Park Chaerin

    OdpowiedzUsuń
  57. - Cześć - uśmiechnęła się na jego widok, aczkolwiek nie umknęło jej uwadze, że był odrobinę niewyspany. - Tak, złapałam go przed pierwszymi zajęciami, nie wydawał się zdziwiony tym, co zaszło. Chcesz może kawy? - zapytała. - Wyglądasz jakbyś bardzo potrzebował czegoś na rozbudzenie…
    Nie czekając na odpowiedź przywołała potrzebne składniki. Podgrzała wodę w dwóch filiżankach i dodała kawy. Do swojej dolała trochę mleka, nie dosypała jednak cukru.
    - A tobie? Mleka, cukru? - zaproponowała.
    W bibliotece nikogo nie było. Najwidoczniej uczniowie postanowili cieszyć się ciepłymi dniami, których przybywało. Padało coraz rzadziej i zaczynało się prawdziwe lato. Jedni się cieszyli, inni nie, ponieważ zapowiadało to zbliżające się wakacje, ale również egzaminy kończące rok szkolny.
    - Jak widzisz mam dzisiaj prawie wolne - powiedziała wesoło. - Nasze kłopotliwe towarzystwo zjawi się pewnie dopiero wieczorem. Dostałam przed chwilą sowę.
    Rzeczywiście, okno dalej było otwarte, wpuszczając do chłodnego wnętrza odrobinę promieni słonecznych i trochę letniego ciepła. Chaerin jednak dalej nie zmieniła konwencjonalnej szaty czarodzieja na wersję lżejszą. Uważała, że jako bibliotekarkę obowiązują ją pewne konwenanse, których nie zamierzała łamać.
    - A jak tam lekcje? Sądząc po pogodzie nie było żadnych wagarów. Takie słoneczne, bezchmurne dni są chyba idealne na treningi i latanie na miotle…
    Jako, że kawa zdążyła już lekko ostygnąć złapała swoją filiżankę i zaczęła powoli upijać jej zawartość.
    - I chyba właśnie tego było mi trzeba - zajrzała z uśmiechem na pachnący napój - chociaż pewnie zdarzy mi się jeszcze jedna kawa, jakoś później - do biblioteki ktoś wszedł i z nieśmiałym Dzień dobry usiadł w jednym z kątów biblioteki i wyjął podręczniki z torby. Najwidoczniej słońce nie sprzyjało pisaniu wypracowań na kolanie. Jeszcze nie, chociaż panna Park przewidywała, że niebawem to się zmieni. Zawsze nadchodził taki okres, w którym uczniów przychodzących do biblioteki podczas dnia, można było policzyć na palcach jednej ręki.

    Park Chaerin

    OdpowiedzUsuń
  58. - Rzeczywiście, biblioteka pustoszeje o tej porze roku, ale zanim zrobi się ciepło, to właśnie tutaj przesiaduje większość uczniów, którzy chcą odrobić zadania domowe. Wiesz, w pokojach wspólnych nie ma zbyt dużo miejsca, nie wiem, czy kiedyś któryś widziałeś - przerwała na moment.
    - Komentatorem? To chyba dość ciekawe zajęcie. Ale człowiek raczej niewiele się rusza. To musiałby być szok po wielogodzinnych treningach - uznała. - A nie myślałeś o karierze sędziego? Niby większa odpowiedzialność, ale człowiek dalej lata na miotle. Chociaż zabawa z tym związana jest pewnie mniejsza. I praca trochę bardziej odpowiedzialna. Nie chciałabym mieć chyba do czynienia z wściekłą drużyną, która przegrała mecz.
    - Z tego, co wcześniej pisał, to do końca tygodnia - westchnęła. - Czeka nas więc jeszcze kilka wspólnych dni, ale w weekend będzie się zbierał z powrotem - uśmiechnęła się, podsumowując zebrane informacje. - Myślałam dzisiaj o wspólnym wyjściu gdzieś w teren, szkoda siedzieć w zamku przy tak pięknej pogodzie, chociaż wieczorem pewnie trochę się ochłodzi. Co ty na to?
    Na uwagę Marcina o wakacjach oprzytomniała nieco.
    - Hmm - zastanowiła się. - Rzeczywiście, nie pomyślałam o tym. Na pewno powie o tym swoim rodzicom, a ci pewnie powiedzą moim. Ale nie martw się, moja rodzina to mugole, nikt nie kontroluje sowiej poczty, która do mnie przychodzi - upiła kolejny łyk kawy. - Aczkolwiek, jeden list w miesiącu pewnie by nie zaszkodził - uśmiechnęła się. - Możesz wysłać nawet pustą kartkę - mrugnęła porozumiewawczo.
    - A z drugiej strony, jakaś kartka z twoich wojaży wakacyjnych, czemu nie - zerknęła na zegarek i dopiła kawę. - A teraz, wcale cię nie wyganiam, ale czy ty nie masz jakichś lekcji? - zapytała. - Możemy się umówić po kolacji przed zamkiem, Taesanowi nie uda się wejść tak, żebyśmy go nie widzieli.

    Leniwa atmosfera biblioteki utrzymywała się przez cały dzień, Chaerin nie miała więc wiele do roboty po zamknięciu biblioteki. Zarzuciła letnią peleryną i dość szybko pojawiła się na szkolnych błoniach. W oczekiwaniu na panów, usiadła na skraju schodów przed wejściem do zamku. Zajęła się obserwacją leniwie poruszających się liści na drzewach. Lekkie ochłodzenie po całodziennym słońcu, zdecydowanie było potrzebne. Miała tylko nadzieję, że nie zacznie padać. To by była dopiero niespodzianka.

    Park Chaerin

    OdpowiedzUsuń
  59. Odwróciła się przestraszona. Zaskoczył ją.
    - Och, to ty - uśmiechnęła się i chwyciła jego dłoń, żeby się podnieść. - Cześć - otrzepała szatę. - Ano mam nadzieję, że nie spadnie deszcz, pewnie wszyscy w pośpiechu wracalibyśmy do zamku. Ładnie byśmy wyglądali tacy przemoczeni na korytarzu. Wyobraziła sobie, jak ociekając deszczem wloką się po szkole roześmiała.
    - Jasne, czemu nie… - zgodziła i ruszyła powoli w stronę szkolnej bramy. Nawet do niej spacer był dość długi.
    - Aportuję się - pomyślała o tłumie wracających uczniów. - Nie żebym nie lubiła towarzystwa młodzieży, ale wiesz, niech się czują swobodnie. Po co im ktoś, przy kim nie będą mogli się zachowywać naturalnie. A jak wiemy oboje, każdy dorosły powoduje takie skrępowanie. Nieważne czy nauczyciel, czy po prostu pracownik szkoły - westchnęła na myśl o wszystkich rzeczach, które trzeba będzie spakować. Jakoś tak wychodziło, że same rozchodziły się po jej komnatach i potem znalezienie wszystkiego zajmowało bardzo wiele czasu, a część przedmiotów po prostu się nie odnajdywała. Natykała się potem na nie przypadkowo podczas kolejnego roku szkolnego, dziwiąc się, że znalazły się w takim, a nie innym miejscu.
    Chaerin z daleka widziała już skrzydlate dziki zwieńczające kolumny bramy.
    - Dwa? - to dawało całe dwa tygodnie na napisanie jednego listu. - Świetnie, w takim razie też nie będę mogła się obijać, tylko będę musiała odpisać - zatrzymała się, do bramy było niedaleko. Taesana dalej nie widzieli.
    - O, jak szybko, co myślisz o tym, żebyśmy na niego poczekali przed bramą, w Hogsmeade możemy… - nie dokończyła, znajomy mężczyzna zbliżał się z drugiej strony. Pociągnęła Marcina za sobą i chwilę później znaleźli się przy wrotach. Chaerin sprawnie uporała się z zaklęciami chroniącymi przejście, swoją drogą, była ciekawa, jak Taesan dostał się tu ostatnio bez ich pomocy. Widocznie woźny musiał go wpuścić uznała i zamknęła za nimi bramę na cztery spusty.
    - Cześć, Taesan-ssi… - powiedziała z udawaną wesołością. Nie po raz pierwszy, zaczęła się zastanawiać, czy zdarzy się jeszcze taki dzień, w którym znowu będą mogli normalnie porozmawiać.
    - Witaj, Chaerin-ssi. Witam pana, profesorze Madey - skinął mu sztywno głową.
    - Myśleliśmy o tym, żeby przejść się dzisiaj po okolicy - powiedziała energicznie, zerkając kątem oka na Marcina, szukając wsparcia. - Taka ładna pogoda. Co ty na to?
    - Oczywiście, szkoda zmarnować tak sprzyjający wieczór - odpowiedział. Chaerin nie miała pojęcia, czy wolał robić coś innego, czy nie. Ton był nieprzenikniony. Może wolał by przyszła sama.
    - Świetnie - Chaerin uśmiechnęła się i ruszyła dziarsko główną ulicą miasteczka.

    Park Chaerin

    OdpowiedzUsuń
  60. - Dziękuję, nieźle - odpowiedział. - Grunt, że jest możliwość realizowania interesów w ogóle. Że dalej jest zapotrzebowanie na to, co oferujemy - w kącikach ust pojawił się odcień uśmiechu. - Co do dnia, to określiłbym go jako pracowity. Z reguły tak jest podczas wyjazdów służbowych, zwłaszcza, że pracy w biurze w tym czasie nie ubywa i trzeba wszystko załatwiać listownie.
    - Nie ma problemu… Większość tych krajów odwiedziłem służbowo i miałem raczej mało czasu na zwiedzanie. W każdym kraju jest trochę inaczej, ciężko powiedzieć, gdzie jest najładniej. Jest po prostu inaczej - odparł. Wymijająca odpowiedź, uznała Chaerin. - Polskę odwiedziłem tylko przejazdem. Jeden dzień to zbyt mało, żeby poznać ludzi i ich zwyczaje, aczkolwiek kiedyś na pewno trafi nam się tam jakaś większa inwestycja, pozwalająca na dłuższy pobyt - zwrócił się bezpośrednio do Marcina. - A może zaproponuje pan jakieś miejsca, które warto zwiedzić. Miejsca, których nie zobaczenie, będąc w tym kraju, można uznać za stratę.
    Właściwie Chaerin również była ciekawa odpowiedzi Marcina. Sama chętnie zwiedziłaby cały świat, ale na razie cieszyła się chwilą spokoju, wolną od podróżowania. Sprawiało jej przyjemność życie bez pośpiechu i ciągłego pakowania walizek. Nie wątpiła jednak ani przez chwilę, że kiedyś wróci do poprzedniego zawodu. Potrzebny jej jednak najpierw czas na oddech w innym środowisku i przy innym zajęciu.
    - Ty pewnie też zwiedziłeś mnóstwo miejsc, przy okazji grania w quidditcha. Jakie ci się najbardziej podobały? - wtrąciła Chaerin. - I czy byłeś kiedyś w Korei? - dodała. - Tak w ramach rewanżu - uśmiechnęła się.
    Tak naprawdę każdy z wykonywanych przez nich zawodów był dobry do zwiedzania obcych krajów i dalekich miejsc. Przecież zarówno gracze quidditcha, jak i archeolodzy oraz biznesmeni podróżowali służbowo. Nieważne, czarodzieje czy mugole. Czarodziejom może szło to nieco sprawniej, dzięki możliwości teleportacji, aczkolwiek nie każdy przecież miał zdany egzamin.

    Park Chaerin

    OdpowiedzUsuń
  61. - Och, naprawdę, wspominałeś? - zastanowiła się. Znowu okazało się, że jej pamięć przypomina sito. Może coś do niej wpaść, ale bardzo szybko może również wypaść przez jedną z licznych dziur. Westchnęła. - Przepraszam cię bardzo, rzeczywiście. Wspominałeś - nie pamiętała. Ale głupio było jej się do tego przyznać otwarcie. Może kiedy indziej.
    - Nie widziałeś jeszcze koreańskich biznesmenów pijących na spotkaniach po pracy... - zamarła na widok miny Taesana, po czym dodała: - Ale archeolodzy podczas badań też nie mają łatwo. W końcu to taki dłuższy piknik.
    - Nie, nie tylko antyczne miasta. Jeszcze piwnice i stare ruiny w całkiem nowoczesnych miastach - uśmiechnęła się. - Ale rzeczywiście, odwiedzałam głównie opuszczone przez ludzi miejsca - zatrzymała się przed wejściem do Madame Rosemary. - To jak? Wchodzimy? - popatrzyła na obu mężczyzn, szukając wskazówki i gdy nikt się nie sprzeciwił, weszła do środka.
    W zatłoczonym pomieszczeniu znalazła akurat jeden stolik, przy którym usiadła, a gdy dołączyli do niej mężczyźni, zapytała: - I co zamawiamy?
    Można się było zastanawiać, co w środku tygodnia taka ilość ludzi robi w zamkniętym pomieszczeniu. Wydawałoby się, że większość z nich powinna siedzieć w ogrodach i popijać spokojnie trunki w zaciszu własnego otoczenia. W końcu pogoda była wspaniała i naprawdę zachęcała do wykorzystania wolnych przestrzeni na zewnątrz. Chaerin zastanowiła się dlaczego oni nie usiedli gdzieś na błoniach Hogwartu, po czym przypomniała sobie, że przecież nie mogli. Niedopuszczalne, by nauczyciele pili tak, by widzieli ich przy tym uczniowie. Westchnęła, była ciekawa, czy panowie zamierzają się dzisiaj upić, czy może raczej nie. Miała nadzieję, że raczej nie, ale zrozumiałaby, gdyby okazało się inaczej.
    - Ja chyba wezmę… - zastanowiłą się. - Myślę, że jeden kieliszek ognistej mi nie zaszkodzi - uśmiechnęła się.

    Park Chaerin

    OdpowiedzUsuń
  62. - No właśnie mi też się to podobieństwo rzuciło w oczy - aczkolwiek nie była pewna. Nie przyjrzała im się dokładnie, stąd nic wcześniej nie powiedziała. - Myślę, że na jeszcze długo będą pamiętali twój niesamowity cios - uśmiechnęła się. - Chociaż nie wiem, czy to dobrze, że ludzie wychodzą na nasz widok z baru. - Na pytający wzrok Taesana dodała jeszcze: - Zaczepiali nas kiedyś. Niegrzecznie. Na szczęście Marcin był na miejscu - mężczyzna pokiwał ze zrozumieniem głową i zmierzył nauczyciela dokładniejszym spojrzeniem.
    Widać było, że zastanawia się, skąd umiejętności walki u zwykłego trenera. Fakt, że kiedyś był graczem quidditcha wcale nie tłumaczył sprawy. Nie zapytał jednak o to.
    - Nie tak wiele, jak by się mogło wydawać - odpowiedział na pytanie Marcina. - Na co dzień rozmawiam z klientami po angielsku. Jeżeli ktoś przyjdzie z zagranicy też zwykle zna angielski. Oczywiście mówię również po koreańsku, w szkole uczyłem się japońskiego. Po przeprowadzce z rodzicami do Wielkiej Brytanii zacząłem naukę niemieckiego i włoskiego. Oczywiście nie wiedziałem wtedy, że będę… biznesmenem. Pan jako były członek drużyny quidditcha też pewnie dysponuje znajomością wielu języków, w końcu tyle podróży… tyle zwiedzonych krajów… - upił trochę ze swojej szklanki, a Chaerin poszła w jego ślady.
    - Za udane wakacje - zaczęła panna Park - oby nie skończyły się tak szybko jak zawsze - uśmiechnęła się.
    Chaerin skorzystała z okazji i rozejrzała się trochę. Większość czarodziejów wydawała się pogrążona w rozmowach i zajęta sobą nawzajem. Nie umknęło jednak jej uwadze, że niektórzy rzucają im od czasu do czasu ukradkowe spojrzenia. Zastanawiała się, czy przypadkiem ostatniej bójki nie zapamiętał ktoś jeszcze, oprócz opryszków. Wyglądało na to, że utkwili w pamięci mieszkańcom wioski. Albo może po prostu zwracali uwagę, ponieważ byli nauczycielami z Hogwartu i zapewne większość zdawała sobie z tego sprawę. Hogsmeade to w końcu mała wioska, uznała Chaerin na koniec swoich rozmyślań.

    Park Chaerin

    OdpowiedzUsuń
  63. [Cieszę się, że Lea przypadła do gustu :D I chęci są jak najbardziej!]

    Lea

    OdpowiedzUsuń
  64. [A mnie obrona pracy magisterskiej, egzamin dyplomowy i szukanie pracy wakacyjnej, więc jesteśmy kwita i wybaczone ^_^]

    Przez chwilę zarówno Taesan, jak i Chaerin wydawali się pogrążeni we własnych myślach, każde wpatrując się w swój napój i upijając maleńkie łyki.
    - A tak właściwie, uczniowie mają tutaj wstęp? - zapytała wreszcie Chaerin. - Zawsze się zastanawiam, czy dobrze robię, pijąc publicznie w Hogsmeade, w końcu nie mogę sobie zbytnio pofolgować, bojąc się, że spotkam potem jakiegoś ucznia. Już widzę te plotki na temat pijanej bibliotekarki wracającej do zamku - popatrzyła uważnie na obu panów. - A tak właściwie, skoro już o tym mówimy. Nigdy nie widziałam was tak naprawdę pijanych. Zdarzyło wam się kiedyś? - znowu przeniosła wzrok z jednego na drugiego, a Taesan delikatnie odkaszlnął. Zdecydowanie nie spodziewał się tak bezpośredniego pytania w towarzystwie. - Taesan-ssi, zdarzyło ci się? - dopytała, jako, że dźwięk zwrócił jej uwagę.
    - Naprawdę, Chaerin-ssi, wolałbym uniknąć odpowiadania na takie pytania - ale widząc jej spojrzenie kontynuował dalej. - Raz, na studiach, tuż po Hogwarcie, zdarzyło mi się. W szkole nigdy nie mieliśmy okazji zrobić prawdziwej libacji, nauczyciele byli zbyt czujni, więc nie znałem swoich możliwości. Był jeszcze drugi raz, na pierwszym pracowniczym spotkaniu. Potem okazało się, że spijanie nowego to taka tradycja - westchnął. - I to byłoby na tyle - oboje zwrócili wzrok na Marcina. - A pan? Profesorze Madey?
    Tym razem oboje skupili wzrok na Marcinie. Wydawało się, że rozmowa z tematów codziennych przenosi się na ciekawostki z życia, stwarzając okazję do opowiadania zabawnych historyjek, jeżeli któraś ze stron o to poprosi - przecież picie dla samego picia nie miało sensu, jeżeli nie poznało się przy tym niektórych szczegółów z życia współpijących. Chyba, że rzecz miała miejsce między partnerami biznesowymi. Wtedy całość rozgrywała się o korzystne warunki obustronnej umowy.

    Park Chaerin

    OdpowiedzUsuń
  65. Na początku żadne z nich nie odpowiedziało, ale można było wychwycić ukradkowe spojrzenie, jakie wymienili. Nie było co ukrywać, wspólna edukacja w Hogwarcie siłą rzeczy wymusiła również wspólne wieczorki alkoholowe z kilkoma innymi osobami, które były na tym samym roku, co one. W końcu Chaerin wzruszyła ramionami, ale z uwagi na brak reakcji Taesana sama zaczęła opowiadać.
    - Była taka jedna sytuacja w szkole - uśmiechnęła się na samo wspomnienie. - Poszliśmy całą ekipą świętować zaliczenie OWUTEMów do Hogsmeade. Kupiliśmy po kilka butelek kremowego piwa na osobę i poszliśmy znaleźć jakieś miejsce, gdzie nikt nie zwróciłby uwagi grupce małolatów, pijących alkohol. W końcu ktoś wymyślił, że Wrzeszcząca Chata spełnia wymagania i mimo sprzeciwu mojego i Vanessy, taka jedna koleżanka, nie wiem właściwie, co teraz robi, poszliśmy właśnie tam - zatrzymała się na chwilę, a Taesan wykorzystał moment, by wtrącić:
    - Możesz jej wierzyć. Zaciągnęliśmy je tam prawie siłą, grożąc, że opowiemy o ich niewinnych nocnych wycieczkach nauczycielom - uśmiechnął się. - Możesz uznać Chaerin-ssi za głos rozsądku naszej szkolnej grupy, który oczywiście zawsze ignorowaliśmy.
    - Rzeczywiście, już sobie przypominam. Nie odzywałyśmy się potem do was przez tydzień, ale przekonaliście nas robiąc za nas potem jakieś notatki. Nie bez znaczenia były również te czekoladki - mrugnęła. - W każdym razie okazało się, że Wrzeszcząca Chata nie jest taka stabilna, jakby się wydawało, a i chroniona była chyba w tamtym czasie jakimiś dodatkowymi zaklęciami, ponieważ co prawda weszliśmy do środka i zdołaliśmy wypić kilka piw, ale potem, kiedy żadne z nas nie było do końca trzeźwe, podłoga się załamała i Vanessa wpadła do piwnicy. Nie mogliśmy jej stamtąd wyciągnąć w żaden sposób. Magia zdawała się w ogóle nie działać. To było okropne. W końcu zdecydowaliśmy się pobiec po kogoś z wioski. Tylko Gospoda pod Świńskim Łbem była jeszcze otwarta. Na szczęście pan Aberforth nam pomógł. Gdyby nie on pewnie polecielibyśmy do któregoś z nauczycieli, ale czy skończylibyśmy wtedy szkołę? Nie mam pojęcia. W każdym razie, gdy kilka lat potem spotkaliśmy się w podobnej ekipie, prócz kilku osób, wypiliśmy kulturalnie w barze, za nic biorąc sobie wrogie spojrzenia starszej części klientów.
    - Cóż, od tamtej pory z większą, niż dotychczas ostrożnością, odrzucaliśmy przestrogi Chaerin-ssi. Aczkolwiek raczej rzadko spotykaliśmy się w gronie podobnym do tego ze szkolnych dni.

    Park Chaerin

    OdpowiedzUsuń
  66. - Największą zabawę to jednak chyba mieli obserwatorzy tego zdarzenia - zaczęła Chaerin. - Tak sobie myślę, że stróż to ma całkiem ciekawą pracę. Jak tak człowiek pomyśli, ile on rzeczy w życiu widział. Ile wygłupów nie do końca trzeźwych osób. Z pewnością budził się w najciekawszych momentach - uśmiechnęła się. - Chociaż - zastanowiła się - praca nauczyciela też należy do tych ciekawszych. Człowiek już myśli, że widział wszystko, a taki uczeń zawsze go zaskoczy.
    - Z pewnością - dodał Taesan - chociaż nie zazdroszczę wam całodobowych godzin pracy. Ponieważ, mimo wszystko, po skończonych lekcjach, czy zamknięciu biblioteki, wcale nie macie wolnego. Pomijając już brak możliwości swobodnego wyjścia do miasteczka na głębszego. Trzeba przecież dbać o moralność młodzieży - mrugnął.
    - Zwłaszcza, jeżeli młodzież po kryjomu pije więcej niż my - mruknęła Chaerin. - A my i tak nic z tym nie zrobimy… - upiła kolejny łyk ze swojej szklanki i powoli oboje sięgali dna szklanki.
    Taesan domówił alkoholu dla siebie, a Chaerin zrobiła tak samo. Zapowiadała się nocna posiadówa w miasteczku. Pozostawało mieć nadzieję, że każdy o własnych siłach wróci potem do swoich pokoi, przy czym okazywało się, że Taesan był w uprzywilejowanej pozycji, ponieważ mieszkał w Hogsmeade. Z pewnością miał najbliżej.
    - Tak sobie myślę - Taesan zrobił krótką pauzę - może byśmy wybrali się na jakąś małą wycieczkę w weekend? - zaproponował biorąc duży łyk. - Tak na… hmm… podsumowanie mojego pobytu. Zwłaszcza, że zbliżają się wakacje i każdy z nas pojedzie w inną stronę. Ostatnia okazja na taki wspólny wypad.
    Z punktu widzenia Chaerin propozycja wydawała się warta przemyślenia. Zawsze lubiła wycieczki. A przecież nie mogli jechać na długo, więc nie istniała możliwość zepsucia takiego wyjazdu. A jeden dzień to taki optymalny czas na przeżycie jakiejś przygody. Z dala od Hogwartu i wścibskich spojrzeń uczniów i pozostałej części grona pedagogicznego. Zwłaszcza, że przecież w weekendy oficjalnie mieli wolne, a biblioteka też nie straci jeżeli nie będzie mogła na specjalną prośbę uczniów pożyczyć im tego i owego podczas ostatnich dni tygodnia.

    Park Chaerin

    OdpowiedzUsuń
  67. [Nie ma za co i... tu przecież nie o długość chodzi ;)]

    Chaerin powoli zaczynała odczuwać ilości wypitego alkoholu i gdyby nie była w gronie bliskich osób pewnie zaczęłaby powoli wycofywać się z dalszego raczenia się trunkami. Upiła jednak jeszcze jeden łyk, nim spróbowała wypowiedzieć zaproponowane jej polskie wyrażenie. Można było jednak uznać, że Kszegosz Pszeszyszykiewisz brzmi dostatecznie blisko, jak na osobę, która z językiem polskim nie miała nigdy styczności.
    - To co powiesz teraz na jakieś koreańskie powiedzenie - uśmiechnęła się Chaerin. - Cheolsu cheol chaegsang - powiedziała na jednym wydechu, po czym powtórzyła trochę wolniej, żeby Marcin był w stanie powtórzyć wyrażenie.
    Taesan tylko uśmiechnął się w odpowiedzi na zabiegi Chaerin. Koreańskich łamańców było wiele, jednak większość długa i niezdatna do ćwiczenia dla obcokrajowców z powodu trudności w zapamiętaniu tak rozwlekłej frazy. Nie zdziwił więc go dobór tego konkretnego wyrażenia, które było krótkie, ale dość trudne do szybkiego wypowiedzenia.
    Po kilku następnych rundach podobnej zabawy, Chaerin stwierdziła, że zdecydowanie ma dość, mimo, że panowie nie wyglądali na zmęczonych, ani chętnych do przerwania spotkania. Właściwie wydawało jej się, że gdyby nie zaistniałe okoliczności ich trójka mogłaby zostać najlepszymi przyjaciółmi. Alkohol skutecznie rozwiał ukryte zastrzeżenia i zniwelował wzajemną ostrożność. Zamówiła szklankę wody i zaczęła zastanawiać się nad miejscem, do którego mogliby się wybrać.
    - A w kwestii miejsca, do którego się wybierzemy, macie jakieś pomysły? - zapytała i popatrzyła najpierw na jednego, potem na drugiego. - Może nad jezioro?
    Z doświadczeń młodości wynikało, że wyjazd nad wodę jest dobrym sposobem na złapanie chwili odpoczynku, w późniejszych latach związanego niezmiennie z alkoholem, a od zawsze z ogniskiem i kiełbaskami. A jeżeli ktoś chciał zażyć odrobiny ruchu, to również miał taką możliwość.

    Park Chaerin

    OdpowiedzUsuń
  68. - Och, naprawdę, nie masz się czym martwić. Powiedzenie mówi o przesuwaniu metalowego stołu, tak więc nic poważnego, ani niebezpiecznego - Chaerin mrugnęła. - No właśnie - jakby sobie przypomniała - a twoje przysłowie? Co próbowaliśmy z Taesanem powiedzieć?
    - W takim razie jezioro. Myślę, że to hogwarckie raczej odpada - uśmiechnęła się. - Już widzę miny i te miesiące plotek o tym, jak to nauczyciele wybrali się na piknik. Ale znam kilka miejsc w pobliżu, tak więc raczej nie będzie problemu.
    - Cóż, mieszkam tu dość długo, więc już się przyzwyczaiłam, ale rzeczywiście, dość dużo tutaj pada. Ale ma to swoje wady i zalety. Jak wszystko. Można bez żadnych wyrzutów sumienia spędzić godziny przed ciepłym kominkiem z książką w ręce, podczas gdy na dworze jest zimno, ponuro i deszczowo - rozmarzyła się. Owszem, lubiła ruch, ale nie w nadmiernych ilościach, a podczas deszczu nikt nie mógł jej zarzucić unikania spaceru.
    - Tak słyszałam, że ma być dość ciepło. Chociaż jakimiś deszczami też straszą, ale miejmy nadzieję, że nie wtedy kiedy będziemy smażyć kiełbaski. Och, musimy usmażyć kiełbaski, koniecznie. I ziemniaki. Ziemniaki prosto z ogniska są świetne. Myślę, że porządny piknik ze zwykłym mugolskim ogniskiem jest właśnie tym, co sprawi nam przyjemność, chociaż uważam, że możemy je magicznie rozpalić, jeżeli nikt nie ma nic przeciw - mrugnęła.
    Coraz śmielsze pogaduszki, spowodowane coraz większą ilością alkoholu trwały jeszcze kilkadziesiąt minut, ale w końcu zwyciężyła senność i chęć wstania nazajutrz w stanie umożliwiającym jakikolwiek piknik, zamiast leżenia z bólem głowy w łóżku.
    - To… jutro popołudniu? Przed główną bramą do Hogwartu?

    [Jest mi potwornie głupio, że tak długo musiałeś czekać. Przepraszam ^^']

    Park Chaerin

    OdpowiedzUsuń