21 kwietnia 2016

nie musieć nic, powoli żyć, niedzielnym leniem być

Albert Blythe
V rok w Hufflepuffie, mugolak, ścigający, koło zielarskie i historyczne


Urocze z Ciebie dziwadło - tak brzmiała pierwsza walentynka, którą dostał w trzeciej klasie. Do dziś nie wie od kogo i, mimo użycia przymiotnika uroczy, nie wie, czy powinna go cieszyć jej treść. Urodził się w Boże Narodzenie i mama mu co roku powtarza, że był najlepszym prezentem, jaki kobieta może sobie wymarzyć, co zawstydza go co roku bardziej. Środkowe dziecko i jedyny czarodziej wśród pięciorga dzieci fizyka Arthura Blythe i jego żony Eleanor. Od najmłodszych lat zakochany w książkach; początkowo tych obrazkowych, jednak szybko zaczął irytować go fakt, że nie rozumie podpisów, więc po prostu nauczył się czytać. Jak ognia unika konfliktów, które powodują, że źle się czuje sam ze sobą, ale kiedy jeden Ślizgon nazwał go szlamą i obraził jego rodzinę, nie zastanawiał się nawet chwili i wybił mu zęba. Na co dzień uśmiechnięty i skory do pomocy, o ile nie prosi się o nią przed dziewiątą rano. Mimo że kończy piąty rok nauki w Hogwarcie, ciągle zdarza mu się robić wielkie oczy, jakie robił na każdym kroku pięć lat wcześniej. Wciąż ciekawi go wszystko, co związane z magicznym światem, choć najbardziej fascynują go rośliny i zwierzęta. Jego największym dylematem życiowym jest ogromne pragnienie ujrzenia testrali, jednak niekoniecznie oglądanie wcześniej czyjejś śmierci. 
Witam! Mam nadzieję, że mój mały Bertie jakoś się tutaj przyjmie i uda nam się wymyślić jakieś ciekawe wątki. Na zdjęciu Robert Laby, w tytule Marcelina. Zapraszam!

35 komentarzy:

  1. [Ojej, jakie urocze z niego stworzonko. <3 Puchasiów trzeba chronić za wszelką cenę, żeby nam tu nie wyginęli, dlatego zapraszam do wątku, tym bardziej, że mam w nich spory deficyt. Poza tym baw się z nami dobrze!]

    Jemma/Molly/Maxine/Fanney

    OdpowiedzUsuń
  2. [Dzień dobry, cześć i czołem! Co prawda dopiero wracam powoli do życia blogowego, ale nie mogłam przejść obojętnie obok takiego dziwadła, bo ja lubię dziwadła, wiesz. Chyba go trochę kocham, więc zapraszam do moich pań, na pewno skonstruujemy jakiś fajny wątek. Może nawet Lucy była autorką walentynki te dwa lata temu? W końcu, choć starsza o rok, to z jednego domu i na pewno doceni uroczość dziwadła :)]

    Lu Wood / Ethel Covel

    OdpowiedzUsuń
  3. [ Każdy Puchon jest jak miód na moje serce, bo coraz mniej nas i mniej, a przydałoby się coraz więcej i więcej.
    Czy Albert na miano dziwadła zasługuje — nie wiem, ale w byciu dziwakiem zła wielkiego nie ma, więc powinien się ze swojej walentynki jak najbardziej cieszyć.
    Cześć i czołem, mam nadzieję, że ten jego dylemat życiowy w końcu zostanie rozwiązany!]

    Vincent

    OdpowiedzUsuń
  4. [Fajna postać:) Zapraszam do siebie, może uda nam się coś wymyślić:D]

    Marcin Madey

    OdpowiedzUsuń
  5. [Och, to dziwadło jest cudowne i nie dziwię się Roxanne, że właśnie ono zostało jej pierwszym zauroczeniem. To co, myślimy razem nad wątkiem i piszemy! <3]

    Zauroczona Roxanne

    OdpowiedzUsuń
  6. [ Cześć, spotykamy się na kolejnym blogu. Życzę dobrej zabawy z postacią i wielu ciekawych powiązań oraz wątków. Każdy Puchon jest fajny :) ]

    Silas Mulciber/Astoria Macnair

    OdpowiedzUsuń
  7. [No tak quidditch jest jak piłka nożna, łączy ludzi (zazwyczaj). Może po jednym z treningów Puchonów, Albert zechciałby aby profesor Madey rzucił okiem i podpowiedział coś przed zbliżającym się meczem? Jak to widzisz?]

    Marcin Madey

    OdpowiedzUsuń
  8. [ Vincent ma to do siebie, że kradnie cudze serce, a potem nie ma zamiaru zwrócić ich właścicielom. :D
    Żartuję, rzecz jasna, bo V. jest tak nieśmiały, że go wszystko onieśmiela i kradzież (jakże podły występek!) w jakiejkolwiek postaci pewnie przyprawiłaby go o ból głowy. Ale myślę sobie, że Albert jest mu odrobinę bliski i na pewno znajdzie się mały, malusieńki aspekt, dzięki któremu da się ich w jakiś sposób połączyć bez uszczerbków na zdrowiu dla żadnego z nich. Musimy go tylko odnaleźć.]

    V.V

    OdpowiedzUsuń
  9. [Och, dziękuję, naszukałam się dla niej dobrego wizerunku i ten pokochałam <3

    Hmmm... Właściwie nie mam nic konkretnego. Lubię jednak wplątywać postacie w kłopoty i niezręczne sytuacje, o. Ogólnie jestem dość słaba w wymyślaniu, więc zwykle zaczynam.
    Tak ogólnie to wpadł mi jeszcze do głowy pewien pomysł. W trakcie wojny w październiku Roxanne była uwięziona na płonącym stadionie i można dodać taki mały smaczek, że to Albert ją tam znalazł i wyniósł. Opowiadanie o tym się pisze i pierwotnie miał to być Fred, ale czemu by nie pozmieniać? No, od tamtego czasu ich przyjaźń mogła się jeszcze bardziej zacieśnić. Tyle w sumie mam w głowie, tylko jakoś pomysły na konkretny wątek mi kuleją.]

    Roxanne

    OdpowiedzUsuń
  10. [To niech się wspólnie pozajmują roślinkami. <3 Fay w ogóle tu nie ma żadnych kumpli, a przydałby jej się jakiś przyjaciel, więc co ty na to, żeby ich ze sobą zaprzyjaźnić? Skoro oboje chodzą na dodatkowe zajęcia z zielarstwa, to nie powinno to być problemem. Fay może go dopingować podczas meczy, bo z niej wtedy taki mały diabełek wychodzi.]

    Fanney Caulfield

    OdpowiedzUsuń
  11. [To nam od razu zacznę, bo mi się ten pomysł bardzo bardzo podoba <3]

    Hogwarckie mistrzostwa quidditcha były dla Roxanne swoistym priorytetem, odkąd tylko wstąpiła do drużyny. Mecz z Puchonami miał być pierwszym od miesiąca, cała szkoła była więc niesamowicie podekscytowana. Drużyna Gryffindoru prawie w połowie składała się z Weasleyów, dlatego też nikt nie dawał jej zapomnieć o zbliżającej się rozgrywce. Bez przerwy słyszała od brata i kuzynki, że muszą ciężej trenować, ba, gdy tylko trafiała na nich w pokoju wspólnym, od razu zgarniali ją na „rodzinne pogaduchy”, które w ciągu kilku sekund przeradzały się w obmyślanie taktyki. Była podekscytowana, a adrenalina pompowana w jej żyłach osiągnęła krytyczny poziom, gdy stała w stroju, z pałką w jednej dłoni i miotłą w drugiej, gotowa do wyjścia na stadion. Ten sam stadion, na którym niespełna pół roku temu prawie zginęła w płomieniach. Przełknęła ślinę i pokręciła głową. Nie, nie mogła sobie teraz pozwalać na takie myśli. Nie teraz, kiedy liczyła na nią cała drużyna, podobnie jak ona liczyła na nich.
    – Ej, młoda, nie daj ciała – usłyszała nad sobą, po czym spojrzała ku górze, napotykając na łobuzerski uśmiech Freda.
    – Nie szczerz się tak, bo tłuczek ci wybije zęby – odparła i przełożyła pałkę do tej samej ręki, w której znajdowała się jej miotła, by przybić bratu piątkę.
    – To lepiej odbijaj te tłuczki, a nie myśl o niebieskich migdałach.
    Prychnęła i spojrzała w stronę stadionu. W momencie, gdy obie drużyny wyszły, rozległy się gromkie wiwaty. Zebrała się praktycznie cała szkoła, a na trybunach zdawało się nie być ani jednego wolnego miejsca. Roxanne zmarszczyła brwi, a kąciki jej ust uniosły się w wyzywającym uśmieszku. Serce biło jej mocno z podekscytowania, a palce Gryfonki zaciskały się na pałce tak mocno, że zbielały jej kostki.
    Rozległ się gwizdek i po chwili wszyscy byli w powietrzu. Wypatrzyła Alberta, który zajął swoje miejsce przy pętli. Zaraz jednak spuściła wzrok, zdając sobie sprawę z tego, że coś łaskocze ją w żołądek, jak to było za każdym razem, gdy miała go w zasięgu wzroku. Przygryzła dolną wargę.
    – Głupia – skarciła siebie samą.
    Nie sądziła, że kiedykolwiek będzie w stanie zakochać się w jakimś chłopaku, a jednak nawet dla Roxanne te czasy nastąpiły i to zbyt szybko. Przynajmniej według niej, bo w końcu każda z uczennic Hogwartu na jej roku swoje pierwsze miłostki miała już dawno za sobą. Weasleyówna natomiast nie miała pojęcia, co ma zrobić z dziwnymi motylami w brzuchu, które tylko sprawiały, że miała ochotę zapaść się pod ziemię. I nie wiadomo, jak bardzo próbowała wymazać te, w jej mniemaniu, głupkowate myśli, nie mogła zapomnieć chwili, gdy Albert wyniósł ją spod trybun, pod które spadła, by ratować życie kosztem mocno poparzonej nogi i złamanej ręki.
    Usłyszawszy głośny sygnał wydany przez pana Madeya oraz ujrzawszy piłki wypuszczone w powietrze, rzuciła się ku jednemu z tłuczków, którego od razu odbiła w kierunku ścigającej Hufflepuffu. Zaklęła pod nosem, kiedy ta go uniknęła, a piłka chwilę potem została skierowana w stronę jej brata.
    – Mam go, Fred! – zawołała, w ostatniej chwili dosięgając pędzącego tłuczka i wybijając go w górę.
    Uśmiechnęła się łobuzersko w stronę pałkarza Puchonów, który posłał jej wściekłe spojrzenie i zaklął pod nosem.

    Roxanne

    OdpowiedzUsuń
  12. [ To pierwsze zdanie kojarzy mi się z pewną moją postacią. Był dziwadłem, ale nigdy nie dostał żadnej walentynki. Jakaś jego, ekhm, miłość, zakpiła sobie z niego w inny sposób. Ale Alberta coś takiego raczej nie spotkało? Przynajmniej jeszcze? ;v

    Cześć! Witam na blogu, fajnie widzieć jakiegoś Puchona, szczególnie płci męskiej, bo tych jakoś zawsze mało. I... nie wiem, chętnie zaprosiłabym do wątku, których też w ostatnim czasie niewiele. :D Pytanie tylko: Caelan czy Enfys? O ile oczywiście znajdzie miejsce! ]

    Caelan/Enfys

    OdpowiedzUsuń
  13. Powinna celować tłuczkami również w Alberta, jednak tego nie robiła. Zawsze miała problem w meczach z Hufflepuffem – ilekroć próbowała wybić tłuczek w stronę chłopaka, jej ciało po prostu się blokowało. Zauważył to jej brat, który już raz zwrócił jej na to uwagę, jednak na pytanie, czy coś ma się na rzeczy, stanowczo zaprzeczyła.
    Teraz było tak samo. Strzelała w dwóch ścigających, omijając Alberta i oddając przyjemność uganiania się za nim drugiemu pałkarzowi z jej drużyny. Zacisnęła zęby, gdy Puchoni strzelili im gola, nawet jeśli sami nie pozostawali im dłużni. Spojrzała w kierunku obrońcy, który jedynie spokojnie przyjął pozycję na nowo, skupiając się na dalszej grze. Uśmiechnęła się lekko, by następnie odbić kolejny tłuczek i dać Molly możliwość odebrania kafla. Tak! – zawołała w duchu. Nie dopuszczała innej opcji niż wygrana.
    Wielu nie doceniało Roxanne jako pałkarza, jednak drużyna Gryfonów zdawała sobie sprawę z jej wartości. Mogła wyglądać na słabą, ale muskuły nie stanowiły wszystkiego. Mimo wszystko nie była małym chucherkiem, a jej refleks i technika sprawiały, że mogła mierzyć się chociażby z Chrisem Zabinim, pałkarzem Slytherinu, z którym już nie raz wymieniła serię odbić tłuczkami, nie dając za wygraną i broniąc ścigających Gryffindoru niczym lew noszony przez nią na szkolnych szatach.
    Jej serce stanęło jednak w momencie, gdy ujrzała, jak Albert dostaje tłuczkiem w ramię, a następnie głowę, po czym zsuwa się z miotły i spada w zastraszającym tempie. Gwizdek sędziego przerywający grę rozległ się po stadionie jeszcze zanim Puchon upadł na ziemię. Nauczyciele zadbali o bezpieczeństwo, bo jeden z nich natychmiast podniósł się z miejsca i machnął różdżką, sprawiając, że Albert łagodnie opadł na zieloną murawę pokrywającą boisko. Odprowadzała chłopaka wzrokiem, gdy wynoszono go ze stadionu, by oddać go pod opiekę pielęgniarek w skrzydle szpitalnym. Nie rozumiała, czemu tak bardzo się martwiła. Takie rzeczy zdarzały się niemal na każdym meczu, ktoś a to łamał rękę, a to nogę, a to tłukł sobie czaszkę czy nos.
    A jednak gra toczyła się dalej, choć bez jednego ścigającego szanse Puchonów znacznie zmalały. Nie była w stanie się skupić, chyba po raz pierwszy w życiu chciała zejść z miotły. Dlatego ucieszyła się jak małe dziecko, które właśnie dostało ogromnego loda, gdy ujrzała, że Maxine trzyma Złotego Znicza i wznosi rękę z nim ku górze. Wiwaty rozległy się na stadionie, jedynie żółta część widowni siedziała nieco przygnębiona na swoich miejscach.
    Nie przybiła nawet zwyczajowej piątki z innymi członkami drużyny, zamiast tego wyfrunęła prosto w stronę zamczyska, by następnie wparować w pełnym stroju do quidditcha do skrzydła szpitalnego. Odnalazła wzrokiem Alberta, który leżał nieprzytomny na łóżku. Skarciła sama siebie w duchu za to, że czuje się w ten, a nie inny sposób. Jej żołądek znowu fiknął małego koziołka, co inne dziewczyny nazywały „motylami w brzuchu”. Nienawidziła tych cholernych motyli i najchętniej wszystkie przyszpiliłaby do ściany w swoim dormitorium. Westchnęła cicho i usiadła na krześle obok łóżka Puchona. Nie musiała czekać długo na jego przebudzenie, bo dosłownie kilka sekund później otworzył oczy i zamrugał parę razy, jakby nie wiedział, gdzie jest.
    Po chwili przyszła pielęgniarka, obejrzała go i uśmiechnęła się.
    – No, zuch chłopak, wszystko będzie w porządku. – Odwróciła się na pięcie i poszła, zostawiając Weasleyównę samą.
    – Hej, Al, dobrze się czujesz? – spytała niepewnie.

    Roxanne

    OdpowiedzUsuń
  14. [Później może jakiś kilka treningów, pod okiem pana do latania. Później mógłby coś przeskrobać i jakiś szlaban pod okiem Madeya. A tak szczerze mówiąc, to nie wiem co dalej;) Zawsze można jakoś na żywioł pójść:)]

    Marcin Madey

    OdpowiedzUsuń
  15. [Oho, widzę, że nie tylko moja Milliesant ma tak nierzeczywiste marzenia, jak to tylko w świecie magii możliwe. :D Ujrzeć testrale bez oglądania śmierci ― niezły chwyt, trafnie i fajnie opisuje postać.
    Cześć! Miło mi strasznie móc powitać na blogu kolejnego Puchona, choć standardowo już chyba przychodzę spóźniona. Razem z Tobą mam nadzieję, że Albert przyjmie się tu nam wyśmienicie, obyś zgarnęła z nim mnóstwo wciągających wątków. Baw się dobrze, niech wena będzie z Tobą czy coś. A w razie chęci po urlopie mogę zaprosić do Milliesant, w razie potrzeby dziewczyna (niezbyt)chętnie pomoże, gdyby Bertie miał jakiś nurtujący go problem z zakresu zielarstwa. ;)]

    Milliesant Lloyd

    OdpowiedzUsuń
  16. [Witam gorącym, przyjacielskim uściskiem, jak to Puchoni mają w zwyczaju! Jeśli nie masz zbyt dużo wątków, to proponuję coś skrobnąć, mogę nawet zarzucić pomysłem, bo nasunął mi się pewien koncept c:]
    Off

    OdpowiedzUsuń
  17. [ Miewa. Tylko zdobywanie przyjaciół w jego wykonaniu to proces bardzo żmudny, bo on najpierw musi temu komuś zaufać, żeby mówić mu wszystko i dać mu siebie w pełni — mało jest takich, których czekanie nie przerosło.
    Prawdopodobnie ci, którym się spieszyło, stracili wiele, gdyż V. jest kochany ponad miarę, a do tego twierdzi, że nie ma wartości większej, niż uczynienie kogoś szczęśliwym albo przyczynienie się do jego szczęścia.
    Albert nie będzie żałował, że ma takiego przyjaciela. Bo chce mieć, prawda?]

    V.V

    OdpowiedzUsuń
  18. [ Też tak słyszałam i powiem, że plotki mogą się okazać pradziwe.
    Zależy jak Bertie będzie traktował Małą Paskudę Weasley. Bo wiesz, tu trzeba się mieć na baczności. Zmartwiony i zły Freddie to nic dobrego. Ale Albert fajny. Gdyby nie podrywał Roxie, może i Fredziak by go polubił. Może.
    Okażde się w wątku grupowym, hehe ]

    Freddie

    OdpowiedzUsuń
  19. [Może być wyprawa do Hogsmeade, ale skoro oboje interesują się zielarstwem to co ty na to, aby wybrali się na poszukiwania jakiegoś rzadkiego okazu, który rośnie tylko na tym obszarze? ;) Miałybyśmy dzięki temu jakąś małą przygodę!]

    Fanney Caulfield

    OdpowiedzUsuń
  20. [On jest taki dobry, taki kochany i taki ciepły, że aż nie wiem, jak na niego zareagować ^^ Życzę Ci wytrwania i masy wątków, żeby ten Albert miał komu pomagać - po dziewiątej rano rzecz jasna.]

    Paris

    OdpowiedzUsuń
  21. [No więc matka Off narzeka, że jej córka powinna zajmować się tylko przydatnymi przedmiotami, typu Eliksiry i OPCM i nawet nie chce słyszeć, że Offelia marnuje czas na takie bzdury jak dajmy na to zielarstwo. Można byłoby zrobić tak, że Offka, jako że lubi opiekować się wszystkim co żyje mogłaby potajemnie chodzić na te zajęcia i tam by się spotkali i dajmy na to zakolegowali, ale w tajemnicy przed dziećmi śmierciożerców, którzy znają rodziców Off, bo to kable i zaraz by wszystko doszło do famili Carrow, że dziewczyna nie dość, że chodzi na zielarstwo, to jeszcze przyjaźni się z mugolakiem, wstyd i hańba, hańba i wstyd etc. Można by opisać jakieś ich przygody albo to jak Offelia udaje, że nie zna Alberta przed donosicielami, taka drama. No coś tam by się w każdym razie wymyśliło, co Ty na to? c:]
    Off

    OdpowiedzUsuń
  22. [dobry wieczór! ten Puchon jest świetny! no i do tego Robert, ach. a ja go zawsze widziałam jako Ślizgona. :D]

    Lola Crouch

    OdpowiedzUsuń
  23. [ Niech będzie akcja. Chociaż nie obiecuję, że to wyjdzie jakoś zgrabnie, V. jest mocno nieprzewidywalny w sytuacjach grozy, ale jeżeli Albert ma głowę na karku, może obejdzie bez omdleń. :D
    Myślę tylko, w co ich wrzucić. Czy poszukiwanie czegoś (jakiegoś skarbu, czarnomagicznego obiektu, czegokolwiek interesującego) ma ręce i nogi? Z mapą pod pachą pewnie daliby radę dokonać wielkich rzeczy.]

    Vincent

    OdpowiedzUsuń
  24. Wiedziała, jaki ból stanowiło uderzenie tłuczkiem. Na początku jej przygody z quidditchem zdarzyło jej się nie zdążyć odbić pędzącej w kierunku ścigających piłki i zamiast ich, dostawała ona. Również straciła wtedy przytomność, ale ocknęła się po kilku minutach na murawie boiska, więc nic poważnego się jej nie stało. Mimo to, gdy patrzyła na Alberta, zdawała sobie sprawę z tego, że ten prawdopodobnie nie do końca wie, co się wokół niego w ogóle dzieje.
    – Jesteś w skrzydle szpitalnym – powiedziała, zakładając nogę na nogę, by następnie oprzeć łokieć o kolano i położyć sobie brodę na otwartej dłoni. – Tłuczek nieźle cię zmasakrował.
    Chciałem wygrać mecz. Uśmiechnęła się delikatnie, słysząc te słowa. Za każdym razem, gdy szła w stronę stadionu, miała w głowie tylko myśl o wygranej rozgrywce. Czasem wkradały się inne, jednak ta odganiała je od siebie niczym natrętne muchy latające wokół jej głowy. Nie mogła rozpraszać się przed grą, nigdy.
    – Wygraliśmy – dodała po dłuższej chwili.
    Chyba pierwszy raz w życiu te słowa sprawiały, że było jej po prostu głupio. Widok nie do końca świadomego Alberta wprawiał ją w dziwny stan zatroskania. Przełknęła ślinę, odwracając wzrok. Podobno motyle żyły przez tydzień, jednak te w jej brzuchu wcale nie chciały tak szybko umierać, co okropnie ją denerwowało.
    Mimowolnie zaśmiała się, słysząc o ćmach. Może to, co znajdowało się w jej żołądku, również było rodzajem ciem? W takim razie musiała poczytać, ile są w stanie przeżyć. Z jednej strony tak bardzo chciała się ich pozbyć, a z drugiej… Uważała, że to uczucie jest całkiem miłe. Jedynie nie chciała się przed sobą do niego przyznać.
    Uniosła jedną brew, zerkając na chłopaka, gdy wypowiedział jej imię. Pokręciła głową z dezaprobatą, zdając sobie sprawę, że przez cały ten czas mówiła praktycznie do ściany, bo ten i tak nie słyszał ani jednego jej słowa i dopiero teraz zdał sobie sprawę z jej obecności. Już miała powiedzieć mu, żeby leżał spokojnie, gdy usłyszała kolejne zdania wypadające spomiędzy jego warg. Czuła się, jakby każde z nich uderzało w jej klatkę piersiową.
    Ładnie wyglądasz. Odwróciła szybko wzrok, próbując uspokoić wewnętrzne motyle (albo ćmy). Gdy Albert wypowiadał kolejne słowa, czuła gorąco na swojej twarzy. Na jej policzkach pojawił się wielki, różowy rumieniec. Ostatnio spaliła takiego buraka, kiedy przyłapała swojego brata na igraszkach z dziewczyną podczas wakacji.
    – Em… Dziękuję – bąknęła półgębkiem, nie do końca wiedząc, jak zareagować na komplement Puchona.
    Nikt nie mówił jej takich rzeczy i całkowicie jej to pasowało. Nie była po to, aby ładnie wyglądać. Nie obchodziło jej to. A jednak on stwierdził, że jest ładna, mimo tego, że siedziała przed nim w stroju do quidditcha, zmęczona od machania pałką, z ciasno związaną kitką z tyłu głowy.
    Czemu miała nogi jak z waty?
    – Hmm… myślisz, że ćmy mogą być jadowite?
    Jeśli tak, to jad zapewne już dostał się do każdej komórki jej ciała, bo nie mogła się ruszyć.

    Roxanne

    OdpowiedzUsuń
  25. Dziwnie było czuć coś do Alberta. W końcu był jej wieloletnim przyjacielem, a warto wspomnieć, że Roxanne była całkowitą przeciwniczką teorii mówiącej, że przyjaźń damsko-męska nie ma prawa się udać. Była chodzącym przykładem na to, że się da – zadawała się głównie z chłopcami i wcale jej to nie przeszkadzało. Po prostu lepiej się z nimi dogadywała, jakby miała męską mentalność. Może dlatego stan zakochania był dla niej uciążliwy. Nie czuła, że wzlatuje pod niebiosa albo że mogłaby iść za kimś w ogień, byle tylko zdobyć jego serce. Nie warzyła amortencji w dormitorium, nie szykowała czekoladek, aby obdarować obiekt swoich westchnień. Zamiast tego klęła za każdym razem, gdy budziła się po kolejnym śnie z Albertem w roli głównej, spuszczała wzrok, starając się ukryć rumieńce towarzyszące jej, gdy był obok i udawała, że po prostu nic nie ma się na rzeczy. I zapychała żołądek jedzeniem, aby nie czuć tych głupich motyli czy też ciem.
    Wzdrygnęła się lekko, czując dłoń chłopaka zaciskającą się na jej ręce. Spojrzała na niego kątem oka. Miał siniaka z boku głowy i przekrwione jedno oko. Oprócz tego był strasznie blady i wyglądał jak siedem nieszczęść. W dodatku nie przetwarzał informacji tak, jak powinien. Przypominał Roxanne pijanego Ślizgona po całonocnej imprezie w pokoju wspólnym. A mimo to wciąż coś powodowało, że z jej policzków nie znikały różowe rumieńce, na szczęście kryte przez śniadą cerę piętnastolatki.
    – Wygracie następny mecz – powiedziała. – Zresztą, pod koniec sknociłam na całej linii, nie mogłam się skupić na tłuczkach – wypaliła. – Na szczęście Maxine złapała znicza, bo byłoby kiepsko. Macie dobrą drużynę. – Uśmiechnęła się delikatnie, odgarniając niesforny, kręcony kosmyk włosów za ucho.
    Sama nie wiedziała, czemu czuła tak silną potrzebę bycia tutaj. Może dlatego, że zawdzięczała Albertowi życie? Przełknęła ślinę, przypominając sobie jego twarz, rozmazaną i niewyraźną, otoczoną dymem. I jego ręce, które podniosły ją z ziemi i wyniosły w bezpieczne miejsce. Prawda była taka, że nie chciała pamiętać tego zdarzenia, ale nie mogła nic na to poradzić. Po prostu siedziało w jej głowie, zakorzeniło się w mózgu niczym chwast, przysłaniając każde inne wspomnienie z Albertem w roli głównej. Na przykład zabawę w berka na błoniach, gdy była w drugiej klasie. Albo budyń, który na nią wywalił, gdy szedł przez Wielką Salę i potknął się o własne sznurówki. Zaśmiała się pod nosem, jednak słysząc jego słowa, natychmiast umilkła.
    Usiądź bliżej, Roxie. Jej serce zabiło mocniej w piersi, co wcale się jej nie podobało. Nawet jeśli z jakiegoś powodu sprawiało jej to przyjemność. Rodzice powtarzali jej coś o hormonach, ale nie mogła sobie nic z tego przypomnieć. Może trzeba było ich słuchać, kiedy jeszcze była ku temu okazja.
    Odchrząknęła i podniosła się z krzesła, by usiąść na skraju łóżka. Zaczerpnęła powietrza, wsłuchując się w bełkot Puchona. Wiedziała, że nie jest sobą i że nie ma pojęcia, o czym gada. A jednak każde jego słowo zdawało się mieć wartość sztabki złota. Tylko dlaczego? To pytanie zadawała sobie przez cały czas. Dlaczego nie mogła się po prostu odkochać?
    – Ćmy by uciekły szybciej, jakbyś wypił lekarstwo – powiedziała, wskazując na kubeczek z pomarańczowym płynem, który na pewno nie był sokiem z cytrusów.
    Wzięła go i podsunęła chłopakowi pod nos, chwytając jego rękę i wciskając w nią naczynie.

    zagubiona Roxanne

    OdpowiedzUsuń
  26. Spojrzała na swój plan lekcji, skrzętnie przerobiony ręką jej matki. Numerologia, Wróżbiarstwo, Zielarstwo i Opieka Nad Magicznymi Stworzeniami zostały wykreślone równą, jednostajną kreską, wyglądającą tak, jakby ręka, którą ją prowadziła, robiła to już milion razy, aż do znudzenia. Przy Mugoloznawstwie linia pogrubiała się, nabierała krzywizn i żmijowatych zygzaków, ciągnięta była z premedytacją. Przy nazwie lekcji widniał koślawy dopisek "Po moim trupie!". Kartka po drugiej stronie posiadała wklęsłe żłobienia w miejscu, gdzie pióro kreśliło słowa.
    Offelia westchnęła ze zrezygnowaniem. Według planu jej matki powinna skończyć zajęcia na dziś.
    Przygryzła dolną wargę i zaczęła skubać usta w zamyśleniu. Zawsze ciągnęło ją do Zielarstwa i ONMS. Mogła okłamywać matkę, rodzinę, znajomych i całą szkołę, ale nie potrafiła oszukać swojej puchońskiej natury. Babranie się w ziemi, czesanie kugucharów, słuchanie kłaposkrzeczek, przesadzanie fruwokwiatów, hodowanie gromoptaków - to była tylko część jej ulubionych zajęć. Całkowite oddanie się naturze, która nie oceniała człowieka ze względu na rodzinny herb czy arystokratyczne rysy twarzy - to było przeznaczenie Offelii.
    Nie chciała być aurorem (chociaż gdy była młodsza myślała o tym) ani żadną ogólnie poważaną w środowisku personą; wystarczyłyby jej jakieś drobne zajęcia, które uwielbiałaby wykonywać i mały domek z wielkim ogrodem i wysokim na dwanaście metrów magicznym żywopłotem, gdzie mogłaby w końcu być sobą, ukryta przed wzrokiem matki, wiszącą nad jej głową niczym sęp z biczem w szponach.
    Powinna skończyć lekcje.
    Powinna.
    Nie zdawała sobie sprawy z tego, że się zraniła, a krew rozmazuje się po jej zębach. Spojrzała na przekreślone Zielarstwo i złapała torbę leżącą na łóżku.
    - Powodzenia w planowaniu mojego życia, mamusiu. - mruknęła ponuro, zamykając za sobą drzwi do dormitorium.
    ---
    Na błonia. Na błonia. Prędzej!
    Do cieplarni. Do cieplarni. Szybko!
    Czuła się jak zbieg-kryminalista, poszukiwany przez miejscową policję, która rozesłała już listy gończe i rozwiesiła wszędzie plakaty z jej podobizną w szarych odcieniach. Żołądek podszedł jej do gardła, gdy nagle jakiś pierwszoroczniak wychynął zza drzewa i rzucił przed siebie szyszką.
    Z sercem łomoczącym jak dzwon przemknęła niczym cień przez pagórek i dobrnąwszy do cieplarni wślizgnęła się przez szklane drzwi do dusznego środka. Parne powietrze przesycone zapachem roślin uderzyło jej do głowy i spłynęło na zszargane nerwy niczym kojący balsam. Odetchnęła głęboko i zanurzyła się w pierwszą alejkę. Liście pochłonęły ją i ukryły; w końcu poczuła się bezpiecznie.
    - O, tu jesteś! No chodź, zajęcia już się zaczęły! - nauczyciel pojawił się nagle i właściwie nie wiadomo skąd. Uśmiechnął się życzliwie i położył jej rękę na ramieniu, wskazując kierunek, w którym miała iść.
    Dotarli na mały placyk pośrodku szklarni, gdzie wokół wielkiego, drewnianego stołu zastawionego doniczkami zebranych było kilkunastu uczniów. Offelia dołączyła do nich; kilka z dziewcząt, chyba Krukonki, najwidoczniej poznały ją, bo zmarszczyły nosy i wymieniły między sobą porozumiewawcze spojrzenia.
    Wzruszyła ramionami. Wcale się im nie dziwiła - gdyby była kimś innym też nie lubiłaby siebie w kreacji swojej matki.
    Stanęła obok wysokiego chłopaka o ciemnych włosach i po dłuższym, niezamierzenie wścibskim zerknięciu rozpoznała w nim o rok młodszego Puchona. Jak miał na imię? Adam? Archie? Aidan? Szlag niech trafi pamięć złotej rybki!

    [Wysokich lotów to to nie jest, wybacz]
    Off

    OdpowiedzUsuń
  27. [ Może być i tak. Zaczniesz?]

    Vincent

    OdpowiedzUsuń
  28. [Zakazany Las może być! Haha, już widzę panikę w oczach Fay, kiedy okaże się, że się zgubili. <3 Zaczną nam, może dzisiaj, może jutro, w każdym razie w najbliższym czasie!]

    Fanney Caulfield

    OdpowiedzUsuń
  29. [Cześć, cześć! Właściwie chciałam już zaczynać nasz wątek, ale ogólnie chciałam opublikować kartę Fay jeszcze raz i zmienić kilka rzeczy, dlatego zrobię to dopiero wtedy, kiedy się ona pojawi. Będzie to miało więcej sensu, bo jednak coś ulegnie zmianie i nie chciałabym, aby później doszło do jakiegoś nieporozumienia. Niemniej jednak nasz wątek wciąż jest aktualny! ;)]

    Fanney Caulfield

    OdpowiedzUsuń
  30. [oo, jaki on jest uroczy. <3
    Ellen pewnie wściekałaby się o ten instynkt, chociaż z drugiej strony mogłaby go bardzo potrzebować, bo jako prawie najstarsza siostra przywykła do tego, że to ona musi otaczać rodzeństwo opieką. czy Albert chciałby zostać jej prawie-starszym braciszkiem?]

    Ellen Sinclair

    OdpowiedzUsuń
  31. [Właściwie to o ile Albert jest w stanie polubić taką wersję Fay, to sądzę, że wszystko możemy pozostawić bez zmian! c:]

    Fanney Caulfield

    OdpowiedzUsuń
  32. [ On miałby im uprzykrzyć życie? Jest na to zbyt uroczy, hyhy. Dla Caealana byłby tylko puchońskim smarkiem, nic konkretnego raczej nie mogłoby ich połączyć, ale... Enfys mogłaby go podejrzewać o przemyt. :D Kiedyś w caelanowym wątku wspominałam o grupie małoletnich Puchonów, którzy na imprezę przemycili ognistą whisky. Nie wiadomo, skąd ją wzięli, nie wiadomo jak schowali, ale narobili sporo zamieszania. No i zastanawiam się, czy Albert byłby w to uwikłany, czy może zostałby niesłusznie podejrzany. Enfys jako prefekt naczelny, miałaby za zadanie wybadać sytuację. :>

    Co o tym myślisz? Zawsze możemy wymyślić coś lepszego! :D ]

    Enfys

    OdpowiedzUsuń
  33. [Cześć i czołem, wybacz, że tyle mi to zajęło, ale nadrobienie zaległości po urlopie zajęło mi sporo czasu :< Myślę, że możemy ten nasz wątek oprzeć na tym, że jeszcze te dwa lata temu Lucy zazwyczaj mówiła (bądź w tym wypadku pisała) po prostu co myśli i szybko zapominała. Teraz jest trochę bardziej ogarnięta, więc możemy wrzucić Alberta w środek nieco nerwowej rozmowy, w której ktoś szantażowałby Lu wstydliwym faktem walentynki. Nie chciałaby powiedzieć Albertowi o co chodzi, nie bardzo chcąc robić z siebie idiotkę. Lu może się wkurzyć na szantażystę, wycelować w niego różdżką i wywołać zmieszanie. Skończy się szlabanem w Zakazanym Lesie, podczas którego spotkają jakiegoś wielkiego i strasznego stwora, a Lucy będąc przekonana, że umrze, powie mu o wszystkim :D Co o tym myślisz?]

    Lu Wood

    OdpowiedzUsuń
  34. Nie czuła się komfortowo z faktem, że w kimś się zakochała. Nie przyznała się do tego nikomu, zresztą nie miała takiego zamiaru. Nie dziwiła się, że niektóre koleżanki za jej plecami zastanawiały się, czy Roxanne przypadkiem nie jest lesbijką, w końcu kompletny brak zainteresowania płcią przeciwną musiał być czymś spowodowany, prawda? Cóż, sama Weasleyówna do pewnego momentu sądziła, że to przez fakt, iż całe życie mieszkała ze starszym bratem i przyzwyczaiła się do męskiego towarzystwa w formie przyjacielsko-braterskiej. Potem pojawił się on. Albert, który z jakiegoś powodu poruszył jej pozornie kamienne serce i sprawił, że nie mogła wyrzucić z głowy jego zatroskanej twarzy na tle płonących trybun. Karciła się za to. W końcu było to tak oklepane i głupie, i mimo że była mu wdzięczna za uratowanie życia, nie uważała, aby to był wystarczający powód do zakochania.
    – Merlinie – szepnęła ledwo słyszalnie, czując, że żołądek podchodzi jej do gardła. – Przeceniasz mnie – stwierdziła, uśmiechając się dobrodusznie.
    Spędziła ostatnio w szpitalu zbyt dużo czasu. Łóżko matki stało się dla niej przekleństwem i jednocześnie źródłem nadziei, bo w końcu każdy liczył na to, że się obudzi. Wciąż się to jednak nie stało. Czasem obwiniała się za to, że Angelina biegła, aby ją ratować. W końcu gdyby nie była wtedy na trybunach, nic by się nie stało. A teraz znowu ktoś, kto był jej bliski, leżał na niewygodnym, białym łóżku, mamrocząc coś pod nosem. Westchnęła cicho, zaciskając jedną rękę na swoim kolanie, a drugą na dłoni Alberta. Dopiero po chwili zorientowała się, co właściwie robi, na co jej twarz od razu oblała się soczystym rumieńcem.
    – Em, nie, to drugi pałkarz. – Odwróciła wzrok, gapiąc się na ramę łóżka.
    Powinna była jak najszybciej wyjść i nie ciągnąć tego cyrku ani minuty dłużej, jednak nie potrafiła. Odgarnęła niesforny kosmyk z twarzy, zakładając go za ucho. Zerknęła w stronę pielęgniarki, która ponownie przyszła i surowym głosem kazała chłopakowi wypić lekarstwo. Roxanne zaśmiała się cicho, widząc skrzywioną twarz Puchona, i pokręciła głową z dezaprobatą.
    – Nie jest gorszy niż napar ze skarpetek mojego brata – powiedziała z powagą. – Przynajmniej szybciej złoży cię do kupy i będziemy mogli stąd wyjść – dodała z lekkim uśmiechem. – W ramach zadośćuczynienia za postępowanie mojej drużyny zabieram cię do Hogsmeade na kremowe piwo i szarlotkę – oznajmiła w końcu, by następnie popatrzeć na pielęgniarkę. – Za ile będzie mógł wyjść?
    – Za jakąś godzinę będzie wolny – odparła kobieta, idąc w stronę wyjścia. – O ile nie zwymiotuje tego, co właśnie wypił – dodała, by następnie opuścić salę.
    Roxanne skrzywiła się lekko. Miała nadzieję, że Albert nie pozbędzie się zawartości swojego żołądka na nią, chociaż być może spowodowałoby to natychmiastowe odkochanie się, a przecież tego właśnie chciała, prawda? Sama nie była pewna.

    [Wybacz, że tyle musiałaś czekać! <3]

    Roxanne

    OdpowiedzUsuń
  35. [Dobrze kojarzę, że to do Ciebie miałam zgłosić się po jakiś super wątek po powrocie z urlopu? :>]

    Milliesant

    OdpowiedzUsuń