24 kwietnia 2016

To szansa jedna na milion, ale może się udać


Park Chaerin
01.07.1999r.
Dostałam list ze “Szkoły Magii i Czarodziejstwa”. Przyniósł go taki dziwnie ubrany człowiek. Appa i Omma nic nie chcą mi powiedzieć. Minsaeng też nic nie wie.

15.07.1999r.
Idę do nowej szkoły, tej, z której dostałam list. Pojechaliśmy do Londynu kupić potrzebne rzeczy. Najfajniejsza jest różdżka, udało mi się puścić kilka kolorowych iskier w sklepie. Hurra~

01.08.1999r.
Jeszcze tylko miesiąc, nie mogę się doczekać…

01.09.1999r.
Przepłynęliśmy łódkami przez olbrzymie jezioro. Jedzenie na kolacji przepyszne. Od dzisiaj jestem Krukonką, to dobrze?

15.05.2005r.
Nie mogę uwierzyć, że ten czas tak szybko leci, SUMY są takie wyczerpujące. Ogrom nauki, naprawdę, a wydawało mi się, że do tej pory trzeba się było dużo uczyć. Myliłam się. Colin jest uroczy

13.11.2006r.
To mój ostatni rok w Hogwarcie. Domyślam się tylko, jak bardzo będzie mi go brakować, kiedy już opuszczę szkolne mury. Dostałam propozycję pracy jako badacz i archeolog dla wydawcy podręczników do historii magii. Wszystko jednak pod warunkiem, że zaliczę OWUTEMY z historii magii na wybitny. Nie sądzę jednak, żeby mi się udało.

27.07.2007r.
A jednak, pracuję jako historyk. Praca jest wyczerpująca, ale ciekawa, daje dużo satysfakcji. Sporo podróżujemy, nigdzie nie jesteśmy na stałe.

18.12.2010r.
Mam dość. Zwiedziłam pół świata, a nigdzie nie udało mi się osiąść na dłużej, niż dwa, trzy miesiące. To chyba jednak praca nie dla mnie. Ostatnio marzy mi się własne mieszkanie, dzieci, ogień na kominku i trochę spokoju.

31.07.2011r.
Postanowiłam pracować jako bibliotekarz w Hogwarcie, pojawił się wakat i nie mają chętnych. Naprawdę z rozkoszą tam wrócę. Widziałam mnóstwo duchów podczas swoich podróży, ale były zdziczałe i niechętnie rozmawiały z czarodziejami. A te w szkole… Czasy, kiedy nauka historii i poznawanie faktów nie kosztowały nas prawie w ogóle. Hogwarckie duchy tak chętnie opowiadały o swoich epokach i o tym, co je zabiło, chociaż akurat to ostatnie zawsze mnie dziwiło.

24.04.2012r.
Czuję, że nareszcie trafiłam tam, gdzie jest moje miejsce. Uczniowie są cudowni, nie tyle ci, którzy z konieczności przychodzą szukać czegoś do prac domowych, ale ci, którzy rzeczywiście szukają wiedzy. Już zapomniałam, jak piękna jest wiosna w Hogwarcie.

Całkiem miła – cierpliwa do czasu, była Krukonka, obecnie bibliotekarka w Szkole Magii i Czarodziejstwa w Hogwarcie. Pochodzi z mugolskiej, koreańskiej rodziny. Jej rodzice przenieśli się do Wielkiej Brytanii, gdy była mała i tak już pozostało, w wakacje odwiedza dziadków w Korei Południowej. Kocha swoją pracę, każdemu zajęciu, którego się podejmuje, stara się poświęcić wszystkie siły i cały swój czas.
PS: Chaerin to imię. Park to nazwisko. 
______________________
Cytat z książki "Straż! Straż!" Terry'ego Pratchetta. Miałam naprawdę długą przerwę od blogów grupowych i od blogów w ogóle, ale ostatnio postanowiłam wrócić do tej rozrywki. Zapraszam do wątków, mam nadzieję, że będziemy się dobrze bawili ^_^

107 komentarzy:

  1. [cześć! :) bardzo ładnie napisana karta, no i sama postać też świetna. ja i Kendall życzymy udanej zabawy, a w razie chęci zapraszamy do nas. c:]

    Kendall Young

    OdpowiedzUsuń
  2. [o, dziękuję. :)
    wydaje mi się, że możemy też doszukać się tutaj powiązania. skoro Chaerin pracuje w bibliotece, a Zephir (kiedy jeszcze była Zephir) spędzała tam sporo czasu, choćby ukrywając się przed swoimi prześladowcami, jak również zaczytując i pogrążając w marzeniach, może nasze panny w jakiś sposób zaprzyjaźniłyby się ze sobą? hm... przy okazji właśnie doszłam do wniosku, że dwójka piętnastolatków miałaby spory problem z upozorowaniem samobójstwa samodzielnie - może więc, zamiast wspomnianego u mnie w karcie przyjaciela, to Chaerin pomogła Kendall i przyjaciółce dziewczyny w upozorowaniu owej śmierci? c:]

    Kendall Young

    OdpowiedzUsuń
  3. [no to super. <3 w takim razie czekam z niecierpliwością!]

    Kendall Young

    OdpowiedzUsuń
  4. [Hej, cześć i czołem:) Ciekawa postać, bardzo mi się podoba styl napisania karty:D Może jakiś wątek z panem od latania?]

    Marcin Madey

    OdpowiedzUsuń
  5. [Pomysł z wybitą szybą mi pasuje. Wiadomo, że się muszą z nazwiska znać, bo w końcu pracują w tym samym miejscu :D Marcin zaproponuje pomoc (w końcu Polak potrafi wszystko xD), a co potem? Bo tak to nam się wątek skończy po kilku odpisach. Myślałem, że może po tym wszystkim jakoś aby odkupić (niekoniecznie swoje) winy, Marcin mógłby jakoś pomóc Chaerin, jak…tego jeszcze nie wiem:)]

    Marcin Madey

    OdpowiedzUsuń
  6. [Ciekawe...byłoby przy tym śmiechu co niemiara. Mam zacząć? Czy wolisz ty?]

    Marcin Madey

    OdpowiedzUsuń
  7. [Witam :)) Ciekawie napisane karta, jak widzę, w formie pamiętnika. Mam nadzieję, że Chaerin dobrze przyjmie się w naszych (skromnych) progach. Zaproponowałabym wątek, jednak nie masz szczególnego pomysłu, a i z miejscem oraz czasem jest u mnie krucho.]

    Paris

    OdpowiedzUsuń
  8. [Jeżeli zwolni mi się jakiejś miejsce lub po prostu będę mieć więcej czasu, od razu do Ciebie wpadnę :) ]

    Paris

    OdpowiedzUsuń
  9. [Wolałbym jeśli ty byś zaczęła. Ostatnio rozpoczynanie coś mi nie idzie.]

    Marcin Madey

    OdpowiedzUsuń
  10. Było wiele rzeczy, za którymi tęskniła, kiedy porzuciła Hogwart. Wiedziała, że tak było lepiej, lepiej dla wszystkich ― dla niej, bo nie musiała znosić innych uczniów, a dla braci, bo nie musieli znosić jej ― ale myśl ta ani trochę nie pomagała jej odnaleźć się w nowej rzeczywistości bez poczucia dojmującego żalu i smutku.
    Wiedziała, że już nigdy tam nie wróci.
    Nawet pod fałszywym nazwiskiem nie skusi się, by ukończyć szkołę. Tamto życie zniknęło, zaczęło się inne ― życie włóczęgi, którego co chwilę gdzieś niesie, który tak naprawdę nigdy nie osiada na stałe w jednym miejscu. Parę razy przyszło jej do głowy, że być może nie przemyślała wszystkiego dostatecznie mocno... bo w końcu czym była taka egzystencja, kiedy wciąż i wciąż musisz uciekać? Nie zagrzejesz miejsca, nie założysz rodziny, nie poznasz przyjaciół. A jednak Zephir wiedziała, gdzieś w głębi serca była po prostu pewna, że nie mogła postąpić inaczej.
    Co wcale nie znaczyło, że nie było jej z tego powodu przykro. W chwilach najgłębszej depresji siadała na oknie i marzyła, że to wszystko potoczyło się inaczej.
    Mała, ruda dziewczynka. Idzie korytarzem. Na głowie ma szpiczastą tiarę, pod pachą książki. Do wszystkich się uśmiecha. Wszyscy odpowiadają. Nikt jej nie wyzywa. Nikt nie zaczepia.
    Przypominała sobie, że bywały momenty, w których planowała zabić się tak naprawdę, nie tylko pozornie i czasem przychodziło jej na myśl, że może to byłoby jednak najlepszym rozwiązaniem. Owszem, zawiodłaby braci, zawiodłaby rodziców ― ale czy teraz tego nie zrobiła? Prawdopodobnie nigdy więcej z nimi nie porozmawia. Sirius jej nie przytuli na pocieszenie, Rubens nie przybiegnie ucieszony, kiedy wróci do domu na wakacje. Tata nie powie jej, że jest jego najukochańszą córeczką. I nie pokłóci się z mamą o to, czy różowa sukienka jest brzydka czy nie, albo czy dżinsy z zaszytymi kieszeniami to naprawdę dzieło diabła.
    Powiedzcie mi, myślała czasem Zephir, wpatrując się swoimi zielonymi oczami w okno, powiedzcie, po co żyć, jeśli straciło się wszystko?
    Kiedy było już naprawdę źle i nie mogła czekać do nocy, zakładała wielki, czarny płaszcz z kapturem, którym zasłaniała swoje rude włosy ― charakterystyczny znak rozpoznawczy ― i wychodziła, dreptając od jednego baru do drugiego i raz po raz kosztując kolejnych drinków. Uparcie nie chciała przyznać, że w takich momentach jest zdesperowana jak rasowy alkoholik. Przytłaczał ją jednak smutek, smutek i bezbrzeżny żal, a jako wrażliwa, nawet nadwrażliwa dziewczyna, kompletnie nie umiała sobie z nim poradzić w racjonalny sposób.
    Tego dnia padało. Deszcz strumieniami spływał z nieba, mocząc roślinność, która miała zazielenić się jeszcze bardziej; moczył chodniki i ludzi, bezdomne zwierzęta szukały suchego schronienia, a dzieci radośnie wskakiwały w szybko powstające kałuże, rozchlapując na boki brudne, ciemne błoto. Jakaś matka złapała swojego jasnowłosego synka za rękę i poirytowana pociągnęła go za sobą do sklepu z odzieżą. Maluch darł się wniebogłosy. Zephir uśmiechnęła się pod nosem ― blado i cynicznie, ale jakby ze zrozumieniem ― ona też nienawidziła tego typu kobiecych rozrywek. Dziewczyna skręciła w zaułek, gdzie zaraz niedaleko znajdował się malutki, acz bardzo przyjemny bar, prowadzony przez wesołego Szkota. Jimmy zawsze do niej zagadywał i dowiadywał się, co tam słychać, jakby naprawdę go to interesowało. Był życzliwym, złotym człowiekiem i Zephir miała do niego pewien sentyment. Gdyby nie słuszne wrażenie, iż ten człowiek nie zna znaczenia słowa "sekret", z całą pewnością powierzyłaby mu swoją tajemnicę, byleby tylko przestała jej zalegać gdzieś w okolicach płuc, utrudniając oddychanie. Oparła się o ścianę przy wejściu, nerwowo odpaliła papierosa i uniosła głowę w górę, wpatrując się w zasnute chmurami niebo. Kaptur spadł jej z głowy, odsłaniając gęste, rude kosmyki; krople deszczu kapały jej na bladą twarz. Wyglądała, jakby płakała.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Zmieniła zamiar; wypaliła fajkę do końca i skierowała kroki w przeciwną stronę. Wzrok uparcie wbijała w ziemię aż do momentu, gdy z impetem weszła pod nogi jakiejś kobiecie.
      ― Boże, przepraszam, ja... ― zaczęła i urwała, spotykając się z nią wzrokiem.

      Kendall Young

      Usuń
  11. - Brawo!- ostentacyjnie zaklaskałem, kiedy wybity przez pałkarza tłuczek wpadł do jednej z zamkowych komnat. Miałem nadzieję, że nikomu nic się nie stało.- Nie wiem w jaki sposób mam ciebie ukarać. W sumie jakby na to nie patrzeć to tłuczek wybity i nie zagraża drużynie. Wyjątkowo przymknę na to oko.- zwróciłem się do pałkarza. Prowodyra całego zamieszania.- Koniec treningu.
    Pewnie wylądowałem na ziemi, kiedy przybiegł drugoroczniak griffindoru. Uśmiechnąłem się słabo w jego stronę.
    - Pani Park, prosi sprawcę i pana profesora.- powiedział na jednym wydechu. Chciałem zawołać pałkarza, ale członek drużyny już był obok.
    - No to idziemy.- powiedziałem. Musiało to wyglądać dziwnie, kiedy szliśmy korytarzami Hogwartu w szatach od quidditcha i z miotłami w ręku. Na szczęście droga do biblioteki minęła bardzo szybko, nie obyło się bez cichych szeptów i komentarzy, ale można to przeboleć. Jako pierwszy przekroczyłem próg biblioteki. Miałem wrażenie, że pachnie tutaj co najmniej setką książek i kilogramami zakurzonych zwojów. Strasznie senna atmosfera. Zasłoniłem dłonią usta w momencie, gdy ziewałem, przestałem w samą porę, gdy zza regałów wyłoniła się pani Park. Uśmiechnąłem się lekko w jej stronę. Żeby tylko nie krzyczała, albo nie przemieniła w potwora żądnego krwi. Boże zachowuje się jak dzieciak, bojący się kary.
    - Dzień dobry. Prosiła pani o moje przybycie i prowodyra całego zamieszania.- zacząłem.- Proszę o zaginionego tłuczka.- prawy kącik moich ust lekko powędrował ku górze. – Proszę pokazać mi szkody wyrządzone przez trenujących. Nie może być aż tak źle.- powiedziałem to lekkim tonem. W sumie to większość zawsze denerwowało, że zdaję się być wiecznym chłopcem, że nigdy nic nie biorę na poważnie. Świetnie, że wszyscy patrzą się na nas. Zauważyłem, że młody gryfon nadal stoi tutaj.
    - Mały idź na lekcje, czy odrób prace domową, poucz się. Na dzisiaj nie jesteś już potrzebny.- powiedziałem w jego stronę.

    [Spoko jest dobrze. I nic się nie stało, że myślniki się zgubiły.]
    Marcin Madey

    OdpowiedzUsuń
  12. -Wykluczenie z treningów?! Nawet mi to przez myśl nie przeszło. Ale fakt. Jest zbrodnia, musi być i kara.- uśmiechnąłem się lekko w stronę bibliotekarki i gracza. – Jak rozumiem punkty zostały już odjęte. Mody idź się przebrać i na lekcje. Później obaj będziemy mieć problemy u profesora Lupina. Idź, ja się tym zajmę.- powiedziałem ze spokojem. Spojrzałem z lekkim politowaniem na kawałki szkła walające się po podłodze.
    - Dobrze panie profesorze. Do widzenia, przepraszam za kłopot. Obiecuję, że to się już więcej nie powtórzy.- powiedział na jednym wdechu. Nawet nie zwracałem uwagi że zmył się z prędkością światła. A może i nawet szybciej? Uśmiechnąłem się w stronę bibliotekarki.
    - Ja będę ostrożniejszy i nie złożę obietnicy bez pokrycia. Nie obiecam, że się to nie powtórzy, ale dołożę wszelkich starań aby kolejny tłuczek nie wybił szyby.- cicho westchnąłem kontemplując dziurę i kawałki szyby. Szkło układało się w rozmaite kształty, jakby w kolorową mozaikę, czy coś podobnego. Nawet nie wiedziałem, ze chłopak ma taki potencjał artystyczny. Zdjąłem z prawej ręki ochraniacz i wyciągnąłem swoją różdżkę.
    - Reparo.- mruknąłem i machnąłem różdżką. Przez chwilę obserwowałem jak za pomocą zaklęcia kawałki szkła układają się w całość i wypełniają dziurę. Wypowiedziałem jeszcze zaklęcie ochronne przed wszystkim co lata lub nie. Ogólnie przed ponownym potłuczeniem szyby.
    - Teraz gdybym miał zamiar popełnić samobójstwo skacząc z wysokości, wybijając tym samym szybę, powinno mnie odrzucić na drugi koniec biblioteki i wybić samobójstwo z głowy.- powiedziałem chwytając leżącą obok mnie dosyć grubą książkę. Podniosłem ja na wysokość twarzy- Proszę się odsunąć bo nie jestem w stanie przewidzieć, gdzie poleci.- wziąłem zamach i szybkim ruchem odłożyłem książkę na miejsce.- Nie rzuciłbym książką. Mam do nich szacunek, nie potrafiłbym nawet jej zniszczyć.- powiedziałem. Chyba się tego nie spodziewała. Już miałem wychodzić, kiedy stwierdziłem, że należy jednak zademonstrować skuteczność mojego zaklęcia.- Może zademonstruję? Nie mam zamiaru rzucać w szybę tłuczkiem, bo zdemolowałby całą bibliotekę, albo jej większą część nim zdążyłbym go złapać.- mój kącik ust lekko powędrował ku górze. Miałem mimo wszystko dobry humor. W sumie to ja zawsze miałem dobry humor, więc nie był to najlepszy przykład.

    Marcin Madey

    OdpowiedzUsuń
  13. [Koreańczycy, łączmy się!]

    Oh Hyuk

    OdpowiedzUsuń
  14. - D-dzień dobry - zająknęła się Zephir, nerwowo rozglądając się dookoła, by się upewnić, czy nikt ich nie usłyszał. Bardzo lubiła bibliotekarkę; była jedną z osób, które pomogły jej upozorować własną śmierć. Zaś w czasach, kiedy jeszcze tkwiła w szkole, często wpuszczała ją do biblioteki nawet w czasie swojej przerwy albo pozwalała ukryć się między półkami w podczas lekcji, jeśli nie mogła wytrzymać docinków innych uczniów.
    Kiedy Chaerin zwróciła jej uwagę na ociekający wodą płaszczyk, Kendall dopiero wtedy odczuła, jak bardzo jest jej zimno. Lekko drżała, rude kosmyki kleiły się do bladej buzi. Dziewczyna kiwnęła głową.
    - Dobrze, chodźmy - zgodziła się nieśmiało, wciąż rozglądając się na boki. Ciągle się bała, że ktoś ich podsłucha. - Na co ma pani ochotę? - spytała, marszcząc rude brwi i wpatrując się w menu. Westchnęła, zsunęła kaptur z głowy i potrząsnęła nią lekko. Włosy zafalowały wokół jej policzków.
    - Kremowe piwo, proszę - Zephir uśmiechnęła się blado do kelnerki. Czuła się odrobinkę dziwnie, nieswojo. Bądź co bądź spotkała osobę z poprzedniego życia w nowym ciele. - A... tak właściwie, to jak mnie pani rozpoznała? - zagadnęła w końcu. Co prawda nie zadała sobie trudu, by całkowicie zmienić wygląd, jednak zmiana była wyraźna i zauważalna. Zniknęła uśmiechnięta, miła dziewczynka - na jej miejsce pojawiła się wychudzona, nerwowa, smutna nastolatka; wielkie oczy, zapadnięte policzki, wystające kolana i obojczyki.

    Kendall Young

    OdpowiedzUsuń
  15. Wyjrzałem zza regału, kiedy pojawili się kurierzy. Nawet usłyszałem jak szeptali między sobą, na mój temat. „Ej to on. Mówię ci. To ten Polak”, „ Niee… facet jest tylko podobny do Madeya”, czy oni myśleli, że tego nie słyszę. Czy co? Bo nie wiem już, jak mam reagować na takie szepty. To jest co najmniej denerwujące i w pewnym sensie nie smaczne. Uśmiechnąłem się z politowaniem w ich stronę. Odczekałem, aż wszystkie sprawy biurokracyjne zostaną uregulowane i kurierzy sobie pójdą.
    - A faktycznie. Proszę się tylko odsunąć kilka kroków w prawo.- uśmiechnąłem się tajemniczo. Wziąłem szybki rozbieg i skoczyłem w kierunku okna. Jednak nie było spodziewanego brzdęku tłuczonego szkła i mojego krzyku podczas spadania, tylko cichy jęk, kiedy szyba „odrzuciła” mnie na stojący w pobliżu mocny dębowy stół.
    - Moja gwarancja…jest pewna jak nowy rok w styczniu.- powiedziałem rozmasowując lewą rękę, o którą się uderzyłem upadając na stół.- Może wezmę już tłuczek i zostawię panią samą ze swoim najnowszym nabytkiem. Za chwilę zaczynam lekcje .- wyminąłem ją z tłuczkiem w ręku- Jeśli potrzebna byłaby jakaś pomoc to służę.- lekko się skłoniłem, co musiało wyglądać komicznie z miotłą w ręku, tłuczkiem pod pachą i w szatach do quidditcha.
    Powoli wróciłem na boisko, gdzie czekała na mnie chwilowa pustka, gdyż wszyscy uczniowie przebierali się. Odniosłem więc tłuczka do schowka i czekałem na pierwszorocznych na boisku. Obiecałem im pewne urozmaicenie nauki. Chociaż w sumie nazwałbym to doskonaleniem umiejętności w szybkim locie. A właściwie to w średnim tempie.
    *****
    - Dobrze Clark. Spróbuj się jeszcze trochę pochylić, aby ograniczyć opór powietrza.- powiedziałem do jednego.- Emilly spokojnie…nie leć za wysoko ani za nisko. Znajdź sobie odpowiednią wysokość. Świetnie. Wszystkim bardzo dobrze idzie. Damien! Nie zamykaj oczu podczas lotu, bo uszkodzisz siebie i kogoś z kolegów!- Jezu…co ja z nimi mam? Chyba wrócę do regularnych treningów i wybiorę się na zgrupowanie. Mimowolnie spojrzałem w dół. Stał tam jakiś uczeń i przyglądał się lekcji. Gdy mnie zauważył pomachał i krzyknął:
    - Panie profesorze! Panie profesorze!
    - Przerywamy ćwiczenia. Wszyscy na ziemię!- krzyknąłem do uczniów. Sam wylądowałem na końcu i podszedłem do ucznia wołającego mnie.
    - Co się stało?- zapytałem spokojnie. Nie wiedziałem w jakiej sprawie mnie wzywał.
    - Pani Park, prosi profesora.- powiedział szczerząc się.
    - Dobrze. Przyjdę za kilka minut.- zwróciłem się do drugoroczniaka.- Idźcie się przebrać i na następne lekcje. Na dziś kończymy.- powiedziałem do pierwszaków.
    Sam prawdopodobnie z przyzwyczajenia udałem się z miotłą do biblioteki.

    Marcin Madey

    OdpowiedzUsuń
  16. Znalazłem się przed biblioteką. W sumie nie zdziwiłoby mnie nic, gdyby nie to, ze Chaerin stała przed drzwiami, zamkniętymi na cztery spusty. Przyjrzałem jej się z lekkim zdziwieniem.
    - Co się stało? Książki ożyły i mordują ludzi, pomiędzy swoimi stronnicami? Czy jak?- zapytałem ewidentnie rozbawiony.- zresztą sam zobaczę cóż się tam święci.- powiedziałem po czym szybko otworzyłem drzwi i wszedłem do środka. Od razu zaatakowało mnie stado książek. Próbowałem się od nich w jakiś sposób uwolnić, głównie to machałem rękami i rzucałem przekleństwami w rodzinnym języku. Przez chwilę stałem tak i machałem tymi rękami, nim zdecydowałem się wrócić. Natychmiast po powrocie oparłem się o drzwi i uspakajałem oddech. Scena podobna jak z jakiegoś niszowego horroru, w którym bohaterowi udało się uciec przed potworem.
    - Łoo kurwa…- mruknąłem po polsku. Nie mogłem się powstrzymać, aby nie użyć rodzinnej mowy, która tak wiele wyjaśniała.- Co. To. Było?- każde słowo było jak oddzielne zdanie.- Książki mnie zaatakowały jak Japończycy Amerykę.- spojrzałem na Chaerin. Nie wyglądała jakby zrobiła to specjalnie. Uśmiechnąłem się słabo, co musiało wyglądać dziwnie, zważywszy na małe i liczne zadrapania na twarzy, powstałe przy dzielnej i mężnej ucieczce przed książkami. Spojrzałem na swoją miotłę opartą o parapet. Już wiedziałem jak z tym mam walczyć.
    - Zaczekaj kilka minut. Zaraz wrócę.- powiedziałem po czym pobiegłem do swojego gabinetu.
    Musiało upłynąć kilka minut nim znalazłem swoje ochraniacze i okulary ochronne. Ogólnie najchętniej to wziąłbym jakąś maskę czy coś, ale takowej nie posiadałem. Wróciłem więc spokojnym krokiem do biblioteki. Założyłem ochraniacze na ręce. Okulary na razie spokojnie zwisały na pasku na szyi.
    - Powiedz mi co mam z tym zrobić. Jak to okiełznać. Co jest ich słabym punktem?- zapytałem- Istnieje jakiś sposób na złapanie tego? I czy będziesz zła jeśli w obronie własnej, w ostatecznej ostateczności zniszczę je?- zapytałem spokojnym tonem. Musiałem się powstrzymywać aby nie uśmiechnąć się i nie palnąć czegoś głupiego.- Czy to- wskazałem na drzwi biblioteki, a właściwie na to co było za jej drzwiami- jest ta przesyłka z „Esów i Floresów”?- uniosłem do tego pytająco brew. Jeśli tak, to powinni umieścić jakieś ostrzeżenie typu: „Otworzenie grozi śmiercią bądź trwałym kalectwem”.

    Marcin Madey

    OdpowiedzUsuń
  17. Zephir uśmiechnęła się nieśmiało, zawstydzona, jak zawsze, kiedy ktoś mówił jej coś miłego. Brat, Rose i kilkoro nauczycieli było właściwie jedynymi osobami w szkole, które okazywały dziewczynce trochę sympatii. W domu miała jeszcze rodziców, młodszego braciszka, Rubensa i kochającą rodzinę, aczkolwiek... Nie wystarczyło to w zmaganiach z prześladowaniami, które wciąż i wciąż poszerzały swój krąg.
    – Ja... właściwie... – zająknęła się nieco, niepewna, co powinna właściwie mówić. Odetchnęła, chcąc się trochę uspokoić. – Wyleciałam stąd na miotle... ukradzionej miotle – spuściła wzrok, zażenowana własnym postępkiem, wiedziała jednak, że Chaerin nie będzie jej osądzać. – Leciałam i leciałam, aż zatrzymałam się w Londynie, na przedmieściach. Stamtąd musiałam się szybko wyrwać, bo mogłam spotkać swoją rodzinę; trochę dziwnie było zachowywać się jak mugol, ale na szczęście w dzieciństwie spędzałam dużo czasu z tatą, on mi wszystko pokazał. No więc zakradłam się nocą do domu, podwędziłam trochę pieniędzy ze swoich mugolskich oszczędności... w końcu dotarłam do Kanady, tam spędziłam parę tygodni. Poznałam chłopaka – Zephir zarumieniłaby się, gdyby tylko potrafiła. – Pojechał ze mną do Szwecji i tam szwendaliśmy się trochę, przez jakiś czas. Na początku roku wróciłam tutaj – westchnęła w końcu. – I teraz jestem Kendall Young. Przekonałam ojca chrzestnego, żeby nic nie mówił rodzinie, ale jest z nimi skłócony, więc to nie było trudne – wzruszyła ramionami. – A coś... co mówili o mnie w szkole?

    Kendall Young

    OdpowiedzUsuń
  18. - To co? Wpadamy tam z bojowym okrzykiem i działamy?- zapytałem szczerząc się przy tym. Już wyobrażałem sobie jak będę mówić na korytarzach: „Profesor Madey pogromca książek”. Poruszyłem głową na boki aż mi coś strzyknęło w szyi i poruszyłem barkami jak bokser przygotowujący się do walki o mistrzostwo. Otworzyłem drzwi i wślizgnęliśmy się do środka. Uśmiechnąłem się pod nosem zakładając okulary i wzbijając się w powietrze. Książki były jednak na tyle cwane, że postanowiły uciekać w drugą stronę.
    - Mówiłaś, że to bardzo proste. Że ostatnio…-przerwałem na chwilę- One się uczą. Są jak uczniowie przed egzaminem.- powiedziałem. Podleciałem ze sporą szybkością do grupy książek i pochwyciłem jedną z nich. Podałem ją Chaerin i wróciłem do dalszej waliki o mistrzostwo biblioteki w łapaniu książek.
    Papierowe skubance się wycwaniły. Uczą się w jednym tempie. Przez chwilę „goniłem” je po bibliotece. Kilka sobie odpuściło i wróciło na swoje miejsca. Pozostały tylko te najbardziej żywe.
    - Kończymy to, wy małe papierowe istoty.- powiedziałem po polsku i poszybowałem w kierunku najbardziej ruchliwego. Poleciał pode mną. Uniosłem się więc troszkę wyżej i leciałem idealnie nad nim. Jednym szybkim ruchem znalazłem się pod miotłą, tylko nogi były na trzonku i to one mnie utrzymywały w powietrzu. Cała reszta ciała zwisała bezwładnie nad książką, wystarczyło ją chwycić. Drugiej szansy nie będzie. Złapałem ją za okładki, ruchem jakbym zamierzał klasnąć. Wylądowałem i przekazałem książkę pani Park.
    - Reszta już na swoje miejsca!- ryknąłem pokazując głową magazyn. A to skurczybyki, nie poddają się tak łatwo. Spojrzałem na bibliotekarkę.- No co? Mówiłaś, że są jak rozpieszczone i nieznośne pierwszoroczniaki. Zazwyczaj ten cudowny krzyk, który działa jak miód na uszy, stawia je do pionu i wykonują polecenia.- powiedziałem po czym ściągnąłem swoje gogle. Westchnąłem i spojrzałem na grupę latających wciąż ksiąg.- Jakieś rady pani trener? Może krzyknę coś po niemiecku to przerażone wizją spalenia się wrócą na swoje miejsca.- zaproponowałem po czym lekko uniosłem brew. Uśmiechnąłem się słabo.- Jak się uda je zagonić to chyba pomogę ci z tym zamówieniem z „Esów i Floresów”. Jakby i te książki miały latać, to…chyba popełnię samobójstwo wyskakując z tamtego okna.- wskazałem na okno, które wcześniej tego dnia leżało w kawałkach.

    Marcin Madey

    OdpowiedzUsuń
  19. - Moja najstarsza książka była z początków XX wieku.- powiedziałem odnośnie szacowanych lat ksiąg.- Z trafianiem? Nie najgorzej, mój dziadek na drugie miał Mauser.- uśmiechnąłem się.- Ale chyba szybciej złapię go w tradycyjny sposób, niż polując na niego tłuczkiem.
    Podleciałem najszybciej jak potrafiłem, zamachnąłem się prawą ręką, jakbym chciał go złapać, więc tom odbił nieco w lewo, zbliżając się do mojej lewej ręki. Dzięki zamarkowanemu chwytowi, złapałem go lewą ręką. Reszta książek gdy to zobaczyła, jak za dotknięciem różdżki wróciła na swoje miejsca. Podleciałem, ściskając prawdopodobnie najstarszy tom z tej wesołej kolekcji, do Chaerin.
    - Proszę- powiedziałem przekazując jej książkę.- Na wszelki wypadek pomogę ci z najnowszym nabytkiem. Bo nie mam zamiaru, abyś znowu musiała mnie wołać.- spojrzałem na zegarek zbliżał się koniec lekcji.- Może przyjdę wieczorem i pomogę? Bo teraz to chyba przyjdzie chmara uczniów łaknących wiedzy i pomocy przy pracach domowych.- uśmiechnąłem się nikle. Po czym wyszedłem z biblioteki. Miałem jeszcze kilka rzeczy do zrobienia, ale najpierw chciałem się przebrać, w coś bardziej swobodnego. Z tego co się orientowałem, to nie miałem już, żadnych lekcji ani treningów. W swoim gabinecie sprawdziłem, czy wszystko jest na swoim miejscu i czy wszystkie sprzęty są całe. Wyszedłem z gabinetu i pokierowałem się do swojej komnaty. Cieszyłem się, że miałem całkiem przyjemną i przestrzenną komnatę z widokiem na boisko do quidditcha. Przebrałem się w najzwyklejsze jeansy i t-shirt, rzuciłem lekko ubłoconą szatę na łóżko i tam też powędrowały ochraniacze. Szybko przemyłem twarz i uczesałem włosy. W między czasie jeszcze ogarnąłem komnatę i zjadłem cos nim zdecydowałem się przyjść do biblioteki. Na korytarzu jeszcze zamieniłem po kilka słów z niektórymi uczniami i nauczycielami. Wszedłem spokojnym krokiem do biblioteki i widząc zamyślona Park cicho podszedłem do niej. Usiadłem naprzeciwko i oparłem się o biurko.
    - Witam, znowu.- powiedziałem uśmiechając się słabo.- Jak tam, z grupami uczniów złaknionych wiedzy? Po minie sądzę, że coś się wydarzyło nie zbyt ciekawego.-rozejrzałem się po pomieszczeniu- Okna całe, tłuczek nigdzie nie lata, drużyna quidditcha nie zakłóca jako takiej ciszy. Więc mów mi jak na spowiedzi co się stało.- zachęcałem ją. Mimo wszystko potrafiłem słuchać i dochować tajemnicy. Może na takiego nie wyglądałem, ale też nie wyglądałem jak ktoś kto non stop plotkuje. Nie rozumiałem nigdy plotkar.

    Marcin Madey

    OdpowiedzUsuń
  20. [Aż mi głupio, że witam się z tą panią prawie tydzień po opublikowaniu karty, dlatego przepraszam. :< Biblioteka to świetne miejsce, miło, że ktoś postanowił się nim zaopiekować. Życzę dobrej zabawy razem z nami i samych ciekawych wątków!]

    Jemma/Molly/Maxine/Fanney

    OdpowiedzUsuń
  21. - Rozumiem.- upiłem łyk ognistej. Nie za dużo, ale i nie za mało. Nie chciałem się upić, bo z pomocy nici a jutro z samego rana zaczynam lekcje.- Opowiem ci pewną historię…- opróżniłem całą szklankę. Jak na prawdziwego Polaka przystało nie skrzywiłem się, tylko dolałem sobie i rozmówczyni więcej trunku.- Był sobie pewien facet, który swego czasu był dosyć znany… Wszyscy którzy go znali, mówili mu, żeby się ożenił. Jednak on chciał korzystać z życia i nie wiązać się z nikim na stałe.- podniosłem do ust szklankę napełnioną po brzegi i jednym haustem opróżniłem ją.- Generalnie chodzi mi o to, że powinnaś sama zdecydować. W końcu jesteś dorosła, a ja osobiście uważam, że nie ma sensu wiązać się z kimś jeśli nie kocha się tej drugiej osoby.- przetarłem swoją twarz dłonią i na chwilę odchyliłem głowę. Przez chwilę kontemplowałem sufit nim zdecydowałem się spojrzeć na Chaerin.- Bynajmniej ja tak zrozumiałem z twojej wypowiedzi. Nie kochasz go, traktujesz bardziej jako przyjaciela…? Dobrze myślę?- zapytałem unosząc brew.- Zresztą, nie jestem chyba najlepszym doradcą do spraw sercowych. Ale taka już natura Polaka, chociażby nie wiedział to i tak się wypowie, nawet na najgłupszy temat.- uśmiechnąłem się słabo. Uśmiechnąłem się słabo. – Kiedyś byłem w Korei, dawno temu. Nie zwiedzałem co prawda kraju, ale miło wspominam spędzone tam kilka dni. Na początku, trochę ciężko mi było się porozumieć, głównie poprzez „krzaczki”, czy „chrabąszcze”, jak wybieraliśmy się po coś do sklepu, to braliśmy tłumacza, albo pytaliśmy się ludzi.- uśmiechnąłem się słabo. Niezmiernie rzadko wspominałem o mich podróżach, w sumie to nic ciekawego. Zwiedziłem co prawda trochę globu, ale nie tyle ile bym chciał i nie tak jak bym chciał. Wymownie spojrzałem na książki.
    - Może się zajmiemy tym wszystkim?- powiedziałem ze spokojem.- Najlepiej byłoby mieć już to z głowy.- wstałem powoli z krzesła i rozprostowałem się. Nie miałem zamiaru spędzić całej nocy w bibliotece. Chociaż, w sumie… biblioteka Hogwartu, była dosyć spora i zapewne, gdybym był obecnym uczniem wywinąłbym jakiś numer.
    - A ty jesteś absolwentką Hogwartu, czy jakiejś innej szkoły?- zapytałem Chaerin idąc w kierunku magazynu. Niepewnie spojrzałem na zamknięte drzwi.- Czy tek książki nie wylecą znowu? No wiesz, niby się uczą i tak dalej, to mogą nas wykiwać. I sobie uciec…hen, hen, daleko…-machnąłem w bliżej nieokreślonym kierunku.- A tak właściwie to dlaczego zdecydowałaś się pracować w bibliotece? No, jakoś mi nie pasujesz z wyglądu do bibliotekarki. Moja bibliotekarka była straszna.- powiedziałem.- Baba była wielkości trzydrzwiowej szafy, a z twarzy chyba była tylko odrobinę ładniejsza od gnoma. W sumie to była jakaś krzyżówka pomiędzy gnomem a ropuchą. Wszyscy jej się bali.- powiedziałem śmiejąc się.

    Marcin Madey

    OdpowiedzUsuń
  22. - Archeolog.- rozmarzyłem się na chwilę.- Musiało być fajnie. Ja osobiście, nie wytrzymuję zbyt długo w jednym miejscu, ale to zapewne tylko kwestia przyzwyczajenia. Ja uczyłem się w Durmstrangu. W Hogwarcie byłem kiedyś. Podczas organizowanego tutaj Turnieju Trójmagicznego.- powiedziałem. Ludzie różnie reagowali, kiedy wspominałem o Durmstrangu i turnieju. Większość pamiętała ten feralny, z 1995 roku. Ale później było lepiej, w końcu żyję i reszta uczestników też.
    - Dlaczego rzuciłem quidditch?- zapytałem, co było zbyteczne. Przecież właśnie się o to zapytała.- Dosyć długa historia. Swego czasu miałem wypadek, dosyć okropnie to wyglądało. Jak oglądałem powtórkę meczu, to w życiu nie dawałbym sobie szans na przeżycie. Po tym została mi pamiątka w postaci blizny, na prawym przedramieniu. Może kiedyś wrócę. Jednak teraz staram się o tym nie myśleć. A przestałem grać, bo muszę w pewnym sensie odsapnąć.- uśmiechnąłem się słabo. Taka sama historia, jaką sprzedawałem ciekawskim dziennikarzom.
    - A tak właściwie, to do jakiego domu należałaś? Czekaj…niech zgadnę… Ravenclaw?- zapytałem przenosząc jedną ze skrzyń. Przy pomocy jednego z zaklęć przeniosłem jeszcze kilka innych. Uśmiechnąłem się słabo.- W życiu bym nie uwierzył, że pomagam w bibliotece. Dla mnie i kilku znajomych pomoc w bibliotece, była najgorszą karą. Głównie dlatego, że „Ropucha” jak nazywaliśmy bibliotekarkę, strasznie wyglądała i ogólnie była odpychająca.- powiedziałem. – A tak poza tym to lubię czytać. Najciekawsza według mnie jest mugolska literatura. Fajnie jest czytać o wilkołakach i wampirach, kiedy wiesz, że one istnieją, a mugole wymyślają je tylko po to aby było ciekawiej. – uśmiechnąłem się słabo. Zastanawiałem się, czy coś może się stać w tak cichym miejscu. W końcu, biblioteki słyną z ciszy, spokoju, nudy, stosów zakurzonych ksiąg i zwojów. – W jakiej muzyce gustujesz?- zapytałem. Może podzielaliśmy jakieś wspólne zainteresowania. Tym bardziej, że Chaerin była bardzo miłą osobą.
    Ustawiłem na półce jeszcze kilka ksiąg i zwojów. Kątem oka dostrzegłem, jak ktoś przemyka pomiędzy półkami, w części głównej biblioteki.
    - Czy widziałaś to samo co ja?- zapytałem Chaerin.- Ktoś chyba urządza sobie nocny maraton wśród książek.

    Marcin Madey

    OdpowiedzUsuń
  23. [Dużo miłości za Pratchetta! Dziękuję za powitanie. Wątek bardzo chętnie, ale obecnie nie mam zbyt wielu pomysłów, a wolałabym zacząć pisać coś, co mogłoby się w przyszłości rozwinąć, a nie skończyć po kilku odpisach.]

    June

    OdpowiedzUsuń
  24. – Mój brat... – Zephir gwałtownie uniosła głowę i spojrzała na nią okrągłymi oczami, jak u pluszowego misia. Jej spojrzenie było przesycone bólem. – Jak... Jak on się trzyma?
    Tęskniłam za Sirim tak bardzo, iż czuła niemal fizyczny ból, podobnie było z Rubensem, z którym jednak kontakt miała dość ograniczony, ze względu na szkołę, którą zaczęła, gdy chłopczyk przyszedł na świat. Mimo to kochała obydwu swoich braci i wiedziała, że zrobiła im ogromną krzywdę; a jednak nie chciała zdradzać prawdy. Nie mogła pozwolić, by żyli w świadomości, że ich siostra kiedykolwiek cierpiała tak bardzo, że doprowadziło ją to niemal do obłędu. Że musiała uciec, bo wydawało jej się to jedynym sensownym rozwiązaniem, bo pozwoliło udawać, że problemy nigdy nie istniały. Że nie byli (w każdym razie Sirius) dość odpowiedni, by mogła im się z czegokolwiek zwierzyć.
    Bolało. Bolało tak bardzo, że aż zapierało dech w piersiach.
    – Nic nie szkodzi – wyjąkała, słuchając, ale nie do końca rozumiejąc znaczenie słów, jakby nie mogły przebić się przez swoistą warstwę ochronną i dotrzeć do niej w całości. – Nikt niczego się nie domyślił? – spytała w końcu, otrząsnąwszy się z letargu.
    Gdyby umiała, zarumieniłaby się po same czubki uszu, kiedy Chaerin wspomniała o jedzeniu i podrzucaniu jej pożywienia ze szkolnej kuchni. Kimkolwiek by nie była, Zephir czy Kendall, tak samo głupio czuła się, kiedy ktoś otaczał ją swego rodzaju troską; miała wrażenie, że co i rusz sprawia tej osobie problemy i zajmuje jej myśli, a tego nie chciała.
    – Jest w porządku, serio – zapewniła, kiwając potakująco głową. – Mieszkam u ojca chrzestnego. Trochę gorzej było, kiedy podróżowaliśmy z Chesterem, wie pani, pieniądze i tak dalej... – uciekła spojrzeniem w bok, jakby wstydząc się tego, co się wtedy działo.

    Kendall Young

    OdpowiedzUsuń
  25. - Klasyczna. Bach, Mozart, Chopin i te sprawy.- powiedziałem.- Nie wiedziałem, że Krwawy Baron gra na fortepianie. Myślałem, że skoro jest duchem to…no sama wiesz, przenika, przez wszystko co materialne. A że Irytek boi się Barona wiem od Prawie Bezgłowego Nicka. Chyba nie znam bardziej rozgadanego ducha niż Nick.- uśmiechnąłem się patrząc dookoła, czy przypadkiem mi się gdzieś rzeczony duch nie zmaterializuje.
    - Boisz się szczurów?- zapytałem, kiedy wymieniła to zwierzę.- Myślałem, że archeolog, powinien być przyzwyczajony do tego, że szczur przebiegnie mu drogę. Ale nie martw się ja ciebie obronię, przed tym brzydkim i złym gryzoniem, który tylko trochę jest mniejszy od kota.- powiedziałem wypinając pierś. Wszystko oczywiście było powiedziane w żartach. Spojrzałem na pudła. Wszystkie były już puste.– Szybko nam poszło. To już wszystko.- mruknąłem.
    Wyszliśmy i zamknęliśmy drzwi od magazynu. Rozejrzałem się po bibliotece, w poszukiwaniu nocnego Marka. Przeszedłem się jeszcze między regałami i zobaczyłem to…
    - Czy do działu ksiąg zakazanych nie powinny być zamknięte drzwi?- zapytałem, szukając wzrokiem buszującego w zwojach. Nie podobało mi się to.- Powinniśmy to sprawdzić.
    - Lumos.- mruknąłem i koniec mojej różdżki zaświecił się. Światło nie było mocne, ale wystarczające do poszukiwań. Przemierzałem ze spokojem korytarze i rozglądałem się z lekkim zaciekawieniem po półkach. Były na nich niektóre pozycje, znane mi ze szkoły jak na przykład „Najsilniejsze eliksiry”, czy „Diabły piętnastego wieku”, a także kilka książek związanych z Czarną Magią. Po co trzymać coś takiego w szkole? I do tego w pilnie strzeżonym miejscu? Przecież człowiek jest przekorny i tak czy siak się jakoś dostanie. Zagłębiając się coraz bardziej w ten dział, stwierdziłem, że ma w sobie coś…strasznego? Cos co nie pozwala się czuć tutaj bezpiecznie. Może to tylko moja podświadomość? Może to tylko ten półmrok powoduje takie uczucie? Może jestem po prostu przewrażliwiony?
    - Jak znajdę tego, któremu zachciało się buszować po tym dziale to mu nogi z tyłka powyrywam. Przecież tu jest chyba wszystko o Czarnej Magii. A później dziwić się, że raz na jakiś czas trafi się jakiś walnięty i zechce cały świat wymordować.- mruknąłem pod nosem. Ostatnie zdanie umyślnie powiedziałem po polsku. Chyba nikt nie mówił w tym języku z wyjątkiem mnie. Czułem się więc pod pewnym względem bezpiecznie, nikt nie musiał wiedzieć o moich poglądach, na ten temat. A i mnie się lżej zrobiło gdy to powiedziałem na głos. Usłyszałem jakiś szmer z mojej lewej strony, natychmiast się odwróciłem w tym kierunku. Przede mną było ścieżka skręcała w lewo.
    - Co tam jest?- zapytałem szeptem i podbródkiem wskazałem odnogę.

    Marcin Madey

    OdpowiedzUsuń
  26. - Czarna Magia.- cicho podsumowałem. Było to na dobrą sprawę zbyteczne. To oczywista oczywistość. Zastanawiało mnie tylko, czy Lord Voldemort też urządzał sobie w szkolnych latach takie eskapady w poszukiwaniu ksiąg z Czarną Magią. Po cichu się zbliżyłem do tego miejsca. I wyjrzałem zza regału, było pusto, ale ewidentnie ktoś tu był.
    - Ktoś tu był.- wskazałem ręką na nieład na półce i niewielkim stoliku. Wszystkie książki i woluminy były porozrzucane bez ładu i składu.- Ciekawe kto tu myszkował?-zapytałem ni to jej, ni to siebie. Poświeciłem sobie aby móc się lepiej przyjrzeć temu istnemu pobojowisku.- Coś zabrał.- stwierdziłem cicho- Inaczej nie zostawiłby takiego bałaganu. Ktoś bardzo nie chce, abyśmy się za szybko dowiedzieli.
    To nie wróży niczego dobrego. Jasnowidz i wróżbita ze mnie słaby, ale tak sądzę. W pewnym sensie zadał sobie sporo trudu, aby tutaj dotrzeć i zrobić bałagan. Machnąłem różdżką i wymruczałem jedno z zaklęć, dzięki któremu powinny się pojawić ślady. I pojawiły się…ślady stóp.
    - No to wiemy, że ktoś jest tutaj. I nie jest to bynajmniej Irytek. Ani żaden z tutejszych duchów.- Uklęknąłem aby przyjrzeć się śladom.- But rozmiar…-spojrzałem na swoje buty i lekko przystawiłem, aby je porównać.-Rozmiar około 38. Męski. Czyli mamy pana.- podsumowałem, swój wywód detektywa. Scherlock Holmes byłby ze mnie dumny. Uśmiechnąłem się pod nosem i zacząłem podążać za śladami. Przy okazji spoglądałem też po półkach zapełnionych książkami ociekającymi złem… To szataństwo samo w sobie. Idąc tak korytarzem spoglądałem przed siebie.
    - Nox.- światło wydobywające się z różdżki momentalnie zgasło. Przyspieszyłem swoje kroki. Miałem irracjonalną nadzieję, że uda nam się złapać tego ucznia. Zauważyłem, że wracamy się do wyjścia, przy bramie mignęła mi jakaś postać. Rzuciłem się do sprintu. Osoba też, miałem szczęście, że nie zamknął za sobą bramy. Biegł przez bibliotekę.
    -Levicorps.- mruknąłem, a uczeń w momencie wisiał w powietrzu unosząc jedną nogę do góry. Uwielbiałem to zaklęcie, za prostotę samą w sobie. Spokojnie zbliżyłem się do ucznia i podniosłem leżącą książkę. Nie miałem zamiaru na razie uwalniać ucznia. Kucnąłem na wysokości jego twarzy.
    - Mogłem przez ciebie dostać zawału.- powiedziałem- Żeby zmuszać mnie do takiego biegu. Powinienem ci nogi z tyłka powyrywać.- nie byłem zmęczony tym biegiem, ani nic podobnego. Codzienne bieganie rano skutecznie niwelowało taką zadyszkę. Co nie zmienia faktu, że kara mu się należy.- To jaka ma być kara dla naszego lunatyka Chaerin?- zapytałem lekko unosząc brew.

    Marcin Madey

    OdpowiedzUsuń
  27. [Zaproszenie chętnie przyjmę, aczkolwiek brak mi pomysłu na połączenie naszej dwójki. Zdecydowanie wolę zaczynać, więc jak wpadnie ci coś do głowy to mogę coś nam nabazgrolić :3]

    Theodore

    OdpowiedzUsuń
  28. - Chyba interesował się tym.- podałem jej trzymaną książkę.- A ile punktów ujemnych dla Slytherinu?- zapytałem i gestem wskazałem na szatę. – Drugi Voldemort, czy Grindelwald? Chcesz co powiedzieć?- zapytałem ucznia
    - Proszę mnie uwolnić. Nie ma pan prawa…- powiedział. Jego głos był lekko zachrypnięty. Miałem wrażenie, że znam ten głos, a bynajmniej gdzieś mi się obił o uszy, był charakterystyczny.
    - A ty powinieneś leżeć już w łóżeczku i spać. Jest już po dobranocce.- mruknąłem ironicznie i uwolniłem go. Zaraz natomiast chwyciłem go za rękę i szarpnąłem do góry. Uśmiechnąłem się z lekka szyderczo. Dawno tego nie robiłem. Ten uśmieszek zarezerwowany był tylko dla szukających innych drużyn i ogólnie przeciwników. W pewnym sensie miałem wrażenie, że przynosił mi szczęście.
    - Czego tu szukałeś?- zapytałem ostrym głosem. Jak się cieszę, że swego czasu musiałem przybierać groźne miny i ton głosu. Teraz było to przydatne.
    - Niczego panie profesorze… Bo ja tylko… Proszę mnie nie wyrzucać ze szkoły…Rodzice mnie zabiją.- wyłkał. Musiał wiedzieć co grozi za takie eskapady i miał niejakie pojęcie odnośnie tematyki książki. Zastanawiało mnie co zabrał.
    - Co zabrał?- zapytałem Chaerin i lekko zezowałem aby dostrzec tytuł. Było to jednak zbyteczne, ze względu, że okładka była obita w poszarzałą skórę. Widać było, że książka była dosyć stara. Tym bardziej mnie to interesowało.- To ja może zaprowadzę naszego lunatyka do pana Pollock. Sądzę, że będzie podzielał nasze zdanie i kara będzie podobna. I dzięki niej odechce ci się buszowania w nocy po dziale ksiąg zakazanych. Pomyślałeś w ogóle dlaczego są zakazane? I co dzieje się z ludźmi praktykującymi Czarną Magię? Odpowiem ci, nie musisz się przemęczać myśleniem. Odpowiedź brzmi: lądują w Azkabanie lub są w ekstremalnych przypadkach z miejsca poddawani „pocałunkowi dementora”. O ile to pierwsze jest całkiem „humanitarne” o tyle to drugie nie należy do najprzyjemniejszych rzeczy.- powiedziałem wyprowadzając go z biblioteki. Może pomogę Chaerin jak wrócę? Albo nie będę jej już niepokoił. Rano przyjdę po swoich lekcjach. Zapewne się czegoś dowiem.

    Marcin Madey

    OdpowiedzUsuń
  29. Rano na pierwszej przerwie postanowiłem odwiedzić Chaerin. Zastanawiało mnie czy coś zaginęło, i czy ogarnęła ten bałagan. Przekraczając próg biblioteki lekko się uśmiechnąłem do przesiadujących tam uczniów. Zawsze się dziwiłem, że niektórzy do tej pory czasem proszą mnie o autograf, przecież nie jestem jakimś cudownym i wspaniałym czarodziejem. Tylko zwykłym graczem.
    - Dzień dobry.- powiedziałem stając przed panią Park. Mam nikła nadzieję, że mnie nie zabije za to, że naniosłem błota. Ale co miałem zrobić? No owszem, mógłbym doprowadzić się do porządku jakimś zaklęciem, jednak mijałoby się to z celem. Za chwilę powróciłbym do poprzedniego stanu.
    - Jak tam sprawa z „naszym nocnym czytelnikiem”?- zapytałem siadając na brzegu biurka. – A w sumie co to dokładnie za książka była? I czy zaginęło coś jeszcze?- uśmiechnąłem się i rozejrzałem po bibliotece. Cisza i spokój. Jakoś zbyt cicho…ale przecież to nie jest boisko do quidditcha! Tutaj musi być cisza i spokój bo inaczej zła bibliotekarka ciebie wywali za drzwi i zmuszony będziesz przepisywać pracę domową w dormitorium od kolegi. Uśmiechnąłem się widząc, jak jakaś grupka uczniów żywo gestykuluje i rozmawia o czymś ściszonymi głosami, więc nie przeszkadzali zbytnio innym. Takie było przynajmniej moje skromne zdanie.
    - Wyspałaś się? Czy siedziałaś tutaj i czatowałaś całą noc, w obawie przed kolejnym lunatykiem?- odwróciłem się w stronę drzwi wejściowych. W samą porę bo nadleciał w moją stronę puchacz, znany też jako sowa profesora Madeya. Tak właściwie to nie jest moja sowa, w pewnym sensie ją przygarnąłem ze szkolnej sowiarni i tak już została. Średniej wielkości brązowo-czarna sowa zatrzymała się na biurku. W dziobie trzymała kopertę z listem.
    „Szanowny pan profesor M.Madey”
    Odebrałem list i przez chwilę trzymałem go w rękach. Nie chciałem go otwierać, nie teraz.
    - Co robisz dzisiaj wieczorem?- zapytałem ni z tego ni z owego. Chyba po prostu przeczuwałem, że ten list nie wróży niczego dobrego i chciałem sobie za czasu znaleźć jakiegoś kompana do ognistej.

    Marcin Madey

    OdpowiedzUsuń
  30. -Nie do końca. Powiedzmy, że ją „zaadoptowałem” ze szkolnej sowiarni. Teraz jakoś tak wyszło i można zaryzykować stwierdzeniem, że jest moja.- uśmiechnąłem się słabo. Spojrzałem niepewnie na list. Przyglądałem się przez chwilę starannie kreślonym literom, czarny atrament wyglądał całkiem ładnie na lekko pożółkłej kopercie. Cała ona…z jednej strony…ale z drugiej…
    - Może nie teraz. Później. Coś czuję, że nie są to najlepsze wieści.-powiedziałem machając listem. Uśmiechnąłem się zdawkowo.
    - Ej, spokój tam!- krzyknąłem w stronę grupki krukonów. Ich miny bezcenne, wyrażały mniej więcej coś takiego ”Co on tu robi? Kiedy przylazł?”. Cudownie…Pięknie wręcz. Spojrzałem na zegarek, zaraz powinni dzwonić na kolejne lekcje.
    -Miałabyś coś przeciwko krótkiej wizycie w Hogsmade?-zapytałem unosząc jedną brew- Dzisiejszego wieczoru?-sprecyzowałem
    -Mam za chwilę lekcje. I przepraszam, że tyle błota naniosłem.- uśmiechnąłem się przepraszająco, zrobiłem szybki w tył zwrot i wyszedłem z biblioteki. Oby nic się poważnego nie stało, podczas moich lekcji. Ani uczniom ani mnie.
    ****
    Chyba powinienem zająć się wróżbiarstwem, czy czymś co nie pozwoli mi się uszkodzić. Podczas treningu ze ślizgonami, pałkarz przez przypadek odbił tłuczka we mnie. Ze sporą prędkością uderzył mnie w klatkę piersiową, co spowodowało, że osunąłem się z miotły. Na szczęście długo nie spadałem i nie musieli mnie zdrapywać z murawy. Więc przez jakiś czas sobie byłem w skrzydle szpitalnym, bo uderzając o ziemię moja lewa ręka dosyć mocno się obtłukła. No dobra była złamana. Jednak co to dla naszych medyków? Wprawnie rzucone zaklęcie, opatrunek usztywniający i wracam do domu…znaczy się do komnaty. Przebieram się w zwykłe ubrania i nic nie robię dzisiejszego i jutrzejszego dnia.
    ****
    Wieczorem zgodnie z obietnicą udałem się do biblioteki. Była prawie pusta. No może nie licząc kilku krukonów siedzących nad książkami. Uśmiechnąłem się słabo.
    - Witam się znowu.-powiedziałem w stronę Chaerin i pomachałem zdrową ręką. Ciekawe czy zauważy opatrunek na mojej lewej? W sumie był to bandaż i spod bluzy wystawał tylko fragment bandaża zawiniętego na dłoni. To dziwne, że zachowałem dobry humor po tym wypadku i przeczytanym liście. No cóż…najwidoczniej można.

    Marcin Madey

    OdpowiedzUsuń
  31. [I również witam po raz pierwszy! No, nie było mnie jakiś czas, ale czego się nie robi dla rodzinki. Historię pisało mi się niezwykle szybko, a widzę, że trochę historii jest też w tej niecodziennej karcie. Powiem Ci, że znudziły mnie ciągle te same schematy kart, więc Twoją czytało mi się bardzo przyjemnie :) Z założenia nie zostały przyłapane, chociaż kto wie czy pan W. wiedział o ich obecności... Jeszcze raz dziękuję.]

    Luke W.

    OdpowiedzUsuń
  32. - Tak, to nic poważnego. Zresztą- machnąłem zdrową ręką- Bywało już w życiu gorzej. Nie raz nie dwa, byłem w szpitalu jako pensjonariusz.- uśmiechnąłem się słabo. Spojrzałem na grupkę już wychodzących uczniów.- Czy ja wiem? Dla mnie jest całkiem ciepło, ale lojalnie uprzedzam, że nie jestem idealnym wskaźnikiem temperatur. W zimie, mogę wyjść w samym ciepłym swetrze, więc sama widzisz.- powiedziałem i wskazałem na swoją bluzę z kapturem.
    Poszedłem razem z Park do jej komnaty po płaszcz. Pomogłem jej go założyć i powoli błoniami Hogwartu opuściliśmy tereny szkoły. Gdy minęliśmy bramę prowadzącą do zamku odwróciłem się na pięcie i zobaczyłem jak z pojedynczych okien komnat wydobywa się światło.
    - Zawsze to robiło na mnie wrażenie. A w szczególności podczas mojej pierwszej wizyty w tym miejscu.- niemrawo się uśmiechnąłem. I cicho westchnąłem jakby, rozmyślając nad starymi czasami. Szliśmy kilka minut, opowiadałem jakieś żarty i ogólnie rozmawialiśmy. W całkiem dobrym humorze weszliśmy do trzech mioteł.
    - To co zawsze.- powiedziałem w stronę madame Rosemary i obdarzyłem ją najszczerszym uśmiechem na jaki mnie było stać w tej chwili. Po nie długim oczekiwaniu przyniosła nam dwa piwa kremowe.
    - To może powiesz jak ci minął dzień?- zapytałem- Bo chyba i w bibliotece, coś się czasem dzieje.- mrugnąłem porozumiewawczo i zaśmiałem się cicho. Miałem nadzieję, że żaden z klientów madame Rosemary nie podejdzie i nie będzie o autograf prosić. Chciałem miło spędzić ten wieczór.
    - Może by tak nie wracać na noc do zamku tylko pobalować i nie przejmować się tym wszystkim? Jutro wolne, więc…- uśmiechnąłem się słabo i uniosłem pytająco brew.- Chyba że zachowujemy się jak odpowiedzialni dorośli ludzie i wracamy do Hogwartu trzeźwi i uśmiechnięci.- zaśmiałem się cicho. Mimo wszystko byłem w bardzo dobrym humorze. Ręka trochę pobolewała więc położyłem ją na blacie i starałem się ograniczyć jej ruchy do minimum.
    - A tak właściwie, to dzisiaj chyba masz spotkanie z tym swoim znajomym, prawda?- zapytałem- O której godzinie? Wolę wiedzieć, żebym ciebie nie upił.- żeby wszystko to całkiem dobrze wyglądało uśmiechnąłem się. Tak właściwie to cały czas się uśmiechałem, jednak teraz bardziej.- No co? Jestem Polakiem, a Polacy lubią wypić i upić innych, sami przy tym pozostając trzeźwi. Wolałem Ciebie o tym uprzedzić.- upiłem łyk piwa. Rozejrzałem się po pomieszczeniu. Klientów było sporo, jednak większość była pochłonięta rozmową w swoim towarzystwie, raczej nie miałem powodów do obaw, że któryś wyskoczy z prośbą o autograf.

    Marcin Madey

    OdpowiedzUsuń
  33. – Młodsza – machinalnie poprawiła ją Kendall, opuszczając wzrok i nieuważnie mieszając łyżeczką swój napój. Było jej przykro; nie cierpiała zawodzić. Nie chciała, żeby brat przez nią cierpiał. Żeby ktokolwiek przez nią cierpiał.
    Ale i ona nie chciała cierpieć z niczyjej winy.
    Zephir westchnęła ciężko. Cała ta sytuacja trwała już tak długo i czasem zastanawiała się, czy nie byłoby łatwiej popełnić prawdziwe samobójstwo, niż fałszować... właściwie wszystko wokół. Była już zmęczona, nie miała siły, by dłużej udawać; to dlatego bywało, że nie zawracała sobie głowy zarzucaniem kaptura na wyraziste, długie włosy; dlatego czasem nie obchodziło jej, że może zostać rozpoznana. A może wręcz tego chciała? Uwolnić się od wszystkiego, co dobrowolnie porzuciła, a co ciągnęło się za nią jak cień, niewidzialny, a ciężki i przygniatający do ziemi raz po raz?
    – Ja chyba... – urwała wpół zdania. Pytanie o przyjaciela, chłopaka, czy towarzysza podróży kompletnie zbiło ją z tropu. Ale co właściwie miała powiedzieć? – Ja nic z nim... nic nie kombinowałam – zaczęła się nieudolnie bronić, próbując jednocześnie zawiązać sobie supeł na języku, by nie powiedzieć za dużo. Jeszcze nikomu się z tego nie zwierzyła; nie chciała tego zawalić.
    Jednocześnie narastało w niej nieodparte pragnienie, by wreszcie to komuś wyznać. Wspomnienia potrafiły ciążyć jak kamienie. Nie wiedziała, co ma zrobić; nieśmiało, niepewnie zerknęła na Chaerin, jakby szukając podpowiedzi.
    – Był taki moment – zaczęła cichutko. Uparcie wbijała wzrok w podłogę. – Ale nie wiem, czy coś do niego... albo on... – zacięła się. Wzięła głęboki oddech. – Sama nie wiem, co powinnam o tym wszystkim myśleć. To trudne – powiedziała, patrząc jej w oczy.

    [dziękuję za naprawdę miły komentarz u Nessie. :) cała sprawa powinna się wyjaśnić w opowiadaniu, ale jakoś nie mogę się do tego zabrać... zresztą, żal mi psuć aurę tajemniczości. :D]

    Kendall Young

    OdpowiedzUsuń
  34. Spojrzałem w kierunku pijaczków. No nie. Po co ona się teraz odzywała? Zabraliby kilka flaszek i poszliby gdzieś w plener, albo na koniec sali, zaszyliby się w najciemniejszym kącie i słychać byłoby tylko ich pijackie śmiechy i sprośne żarty.
    - Nie. Nie ma żadnego problemu.- powiedziałem spokojnym aczkolwiek stanowczym głosem.
    - Nie do ciebie mówię chłoptasiu.- mruknął przez lekko zaciśnięte zęby. Od niego i jego kompanów roztaczała się nieprzyjemna woń taniego alkoholu. Lekko odwróciłem głowę aby ograniczyć wdychanie takiej ilości oparów.
    - Człowieku nie chcę kłopotów i nie mam zamiaru ciebie uszkodzić. Idź zamów sobie coś, wypij i wróć do domu.- spokój mnie nie opuszczał. Chociaż cierpliwość była już na wyczerpaniu. Jednak przybrałem dobrą minę do złej gry.
    - Co? Grozisz mi?!- chwycił mnie za ubranie i szarpnął ku górze. Przez chwilę moje stopy nie dotykały ziemi. Jednak facet zaraz mnie postawił. Miałem wrażenie, że każdy patrzy się na mnie i tego faceta. Co to? Główna atrakcja? Bójka wieczorna?
    - Nie. Ja ciebie tylko ostrzegam.- w porę odchyliłem głowę. Całkiem szybko wyprowadził cios, jednak na tyle wolno abym zdążył się uchronić przed podbitym okiem. Uśmiechnąłem się cynicznie. Sam prawą ręką uderzyłem go w splot słoneczny i kiedy schylił się pod wpływem uderzenia potraktowałem go z łokcia pomiędzy łopatki. Upadł na podłogę i cicho jęknął.
    - Pozbierajcie kolegę i zaprowadźcie go do domu. Po mojemu już mu starczy, tyle wypić…że aż bije przede mną pokłony…- powiedziałem po czym usiadłem i jak gdyby nigdy nic chwyciłem za stojący na swoim miejscu kufel i upiłem kilka łyków piwa. W międzyczasie pijaczki pozbierały swojego kompana.
    - Nie chciałem aby to tak się potoczyło. Nie miałem zamiaru nawet go bić, ale to była obrona konieczna. Nie tak wyobrażałem sobie ten wieczór…- mruknąłem cicho. Jakoś było mi z lekka wstyd… Nie tyle, że sklepałem tego pijaka, tylko, że Park musiała to widzieć. No cóż, pozostaje mi tylko modlitwa o to abym jutro z samego rana nie wylądował u dyrektora na dywaniku.
    Spojrzałem na madame Rosemary, nie wyglądała jakby chciała nas wyrzucić. Zresztą sama widziała całą sytuację. Upiłem w milczeniu trochę piwa.
    - To co robimy Chaerin? Siedzimy dalej, czy idziemy gdzieś?- zapytałem patrząc na współpracownicę. Raczej, kiedy była archeologiem nie doświadczała takich sensacji. Tylko ze mną takie sensacje i sytuacje. Ale jest swego rodzaju plus tej sytuacji, wiem że nie wypadłem z formy i potrafię unieszkodliwić kogoś jedna ręką.
    - Wiesz myślałem, że to będzie miły wieczór bez takich akcentów. Gdybym wiedział to zabrałbym ze sobą rękawice bokserskie.- spróbowałem obrócić całą sytuację w żart. Jednak z bardzo marnym skutkiem. Równie dobrze mógłbym sobie wyjść i nie wracać. Zapewne straciłem w oczach Chaerin.

    Marcin Madey

    OdpowiedzUsuń
  35. W odpowiedzi Kendall uśmiechnęła się tylko niewyraźnie, jakby zabrakło jej odwagi, by podziękować, powiedzieć, że rozumie, że ma tak samo. Tylko czy jej świat będzie kiedykolwiek lepszy? Ostrożnym, wyważonym ruchem wbiła widelczyk w miękkie ciastko.
    – Byliśmy wtedy w Szwecji – zaczęła cicho. Nie czuła się pewnie, rozmawiając o tego typu sprawach, chociaż dobrze wiedziała, że w końcu spotyka to wszystkie dziewczyny. Niejednokrotnie o wiele wcześniej. – I on mi, wie pani... Pomógł... A to jest taka moja słabość, że bardzo się... tego... przywiązuję do ludzi, którzy są dobrzy dla mnie... Chociaż wcale nie chciałam... Bo potem to się zawsze źle kończy – wzięła głęboki oddech, chcąc się uspokoić. Dłonie jej się trzęsły, widelec zadzwonił o talerzyk, więc Zephir odłożyła go na bok i splotła palce pod stołem. Czuła się idiotycznie. Westchnęła ciężko. – Wie pani, to był chyba lipiec, strasznie gorąco... I nie mieliśmy gdzie spać. No to któregoś dnia włamaliśmy się do takiego jednego opuszczonego domku... a przynajmniej tak się nam wydawało.
    Kiedy zaczęła mówić, słowa sypały się z jej ust jedno po drugim, nieprzerwanym potokiem, który nie chciał przestać płynąć.
    – Strasznie tam było dziwnie, tak jakby właściciele się wynieśli w pośpiechu. Porozrzucane przedmioty i tak dalej – umknęła wzrokiem. – No ale było czysto i my tam... wie pani... – gdyby Zephir umiała się rumienić, jej policzki pokryłaby intensywna czerwień. Jako, że nie posiadała tej umiejętności, tylko mocno zaciśnięte palce na krawędzi stolika zdradzały jej zdenerwowanie. – Tylko, że nagle coś uderzyło o podłogę. Na górze ktoś był.

    [jak miło. będę wiedzieć, że przynajmniej ktoś przeczyta! <3]

    Kendall Young

    OdpowiedzUsuń
  36. – Nie szkodzi – odparła automatycznie Kendall, próbując wymacać w którejś kieszeni klucze do niewielkiego domku ojca chrzestnego. – Wujek Henry wyszedł.
    Otworzyła drzwi i niepewnie wpuściła Chaerin do środka. Niespodziewanie przytulne mieszkanko wydało jej się jakieś takie zaniedbane. Kiedy właściwie ostatni raz zmusiła się, by tu sprzątnąć?
    – Przepraszam za bałagan – wyszeptała niemal niesłyszalnie; ludzie na ogół oburzali się, gdy to mówiła, ale czasem czuła, jakby po prostu musiała to robić. Nie potrafiła inaczej. Uważnie zamknęła za nimi drzwi, przekręcając dwukrotnie klucz. Czasami czuła się tak, jakby miała jakąś paranoję, albo manię prześladowczą. Lubiła "zabezpieczać tyły" o wiele bardziej, niż normalni ludzie.
    Nastawiła wodę na herbatę i sięgnęła do szafki.
    – Czarna, biała, zielona, owocowa? – wyrecytowała niemal z pamięci. Matka kładła duży nacisk na to, by nauczyć swoje dzieci odpowiednich manier, w tym gościnności. Zeszła z taboretu i zerknęła na pannę Park. – Może lepiej, żeby została pani na noc – zaproponowała nieśmiało. – Chyba zbiera się na ogromny deszcz, a poza tym... jakoś... nie chcę, żeby te typki się przyczepiły.
    Zaparzyła dwie herbaty, postawiła na niewielkim stoliku filiżanki i cukier, po czym usiadła naprzeciwko, mocno zaciskając dłonie na swoim naczyniu.

    [ileż komplementów zbiorę, ach, zarumienię się. :D]

    Kendall Young

    OdpowiedzUsuń
  37. – Nie, to żaden problem – zapewniła Zephir, nieuważnie wodząc wzrokiem wokół, po ścianach i wiszących szafkach, jakby spodziewała się coś tam znaleźć. – Henry pewnie nie wróci aż do południa – dodała, jakby z zawstydzeniem opuszczając głowę. Nic jednak nie powiedziała; nie chciała kontynuować tematu.
    Jej wiecznie zimne dłonie ogrzewały się na gorącym kubku. Poczuła niejaką ulgę, siedząc w bądź co bądź bezpiecznym miejscu, w którym prawdopodobieństwo zagrożenia (rozpoznania lub ataku) było naprawdę znikome.
    – Tak... Nie... Sama nie wiem – stwierdziła niepewnie, jak gdyby nie mogła się zdecydować. Podjęła jednak przerwany wątek. – Chester kazał mi tam zostać, ale ja nie chciałam być sama, no to zgodził się, żebym poszła z nim. Było strasznie ciemno, bo nie mogliśmy znaleźć kontaktu, a zapadła już noc – dodała, nerwowo pocierając blade policzki, jakby się obawiała, że wystąpi na nie zdradliwy rumieniec. Przecież sama w myślach czerwieniła się na wspomnienie scen z opuszczonego domku. – Wziął mnie za rękę, kazał być tak cicho, jak to tylko możliwe i poszliśmy na górę. To znaczy nie zdążyliśmy tam wejść, bo w momencie, kiedy wkradliśmy się do połowy schodów, rozległ się tak okropny odgłos, że, przysięgam, widziałam, jak włosy Chestera stanęły dęba – Kendall spojrzała poważnie na Chaerin, co zdarzało jej się nader rzadko, bowiem nie potrafiła patrzeć ludziom w oczy. – Ktoś tak strasznie krzyczał. Jakiś mężczyzna.

    Kendall Young

    OdpowiedzUsuń
  38. - Tego?- zapytałem nieco zdziwiony.- Zapraszam po zmroku na warszawską Pragę. Przez jakiś czas tam mieszkałem i chodziłem na boks, więc coś tam umiem i pamiętam.- powiedziałem po czym uczyniłem nieznaczny uśmiech.
    - Też tak sądzę.- pomachałem zabandażowaną ręką.- W razie czegoś to może się nie najlepiej dla mnie skończyć. Tylko zyskałem na tym, że facet był pijany i zaskoczyłem go. Tak to zapewne posiłkowałbym się magią.- przyznałem. Zastanawiałem się co sobie teraz om mnie myśli. To nie było nic wielkiego…odruch, po prostu odruch. Jak …nie wiem. Ciekawe czy wyglądało to jak na filmach? Raczej nie…wszystko jest całe i w ogóle.
    - Pozwolisz że zapytam, czy ten twój znajomy to na długo zostaje?- poprawiłem się na krześle i uśmiechnąłem się słabo.- Nie żeby coś ale pragnę zauważyć, że w razie czegoś to ten stworek, który sobie pływa w jeziorze Hogwartu może być głodny i zechce go sobie zjeść.-uśmiechnąłem się w jej stronę. I zaśmiałem się cicho.- Ja tylko podaję pomysł. W razie czegoś to…-nachyliłem się i zniżyłem głos do szeptu, do tego konspiracyjnie się rozejrzałem- To możemy poprosić o pomoc Irytka. Uwierz mi, uprzykrzy mu życie z największą przyjemnością. Opcjonalnie upijemy twojego znajomego, zapakujemy w paczkę i wyślemy do Abu-Dhabi. To tylko takie luźne propozycje. Nic zobowiązującego.- zaśmiałem się słabo.
    Księżyc powoli odbywał swoją niezmienną wędrówkę po nieboskłonie. Zawsze w taki sam sposób, nie zależnie od pory roku, niezależnie od pogody. Droga taka sama.
    - Zawsze się zastanawiałem w jaki sposób księżyc działa na wilkołaki. Co w nim jest, że tylko i wyłącznie podczas pełni, wilk dochodzi do głosu.- powiedziałem tak zupełnie mimochodem. – A pozwolisz że zapytam, ale jakiej jesteś krwi? Tak z ciekawości pytam, ja nie mam nic do tego, ale chciałbym wiedzieć. Jeśli mogę.

    Marcin Madey

    OdpowiedzUsuń
  39. – My... po prostu... Chester złapał mnie za rękę. Byliśmy cicho, bardzo cicho i wchodziliśmy dalej po schodach, jak tylko najciszej się dało.
    Odetchnęła, chcąc się uspokoić. Pierwszy raz opowiadała komuś o przeżyciach tamtej nocy; na samo wspomnienie całe jej drobne ciało pokrywała gęsia skórka. Kendall bała się, bała się wspomnień. Zawsze ją przerażały. Wypływały na powierzchnię nieoczekiwanie, niechciane, niepożądane i powodowały jeszcze większy chaos w umyśle.
    – Tam, na górze... były takie drzwi. Takie z desek, wie pani, i te deski były jakby... jakby ktoś próbował wybić dziurę pięścią. Ale od wewnątrz, od strony tamtego pokoju. Chester nic nie mówił, ale dał mi do zrozumienia, że ta wypukłość jest zbyt duża jak na pięść. I przyłożył palec do ust. Nasłuchiwaliśmy.
    Czuła bicie swojego serca, tak mocne, jakby zaraz miało wyskoczyć z piersi. Miała ochotę krzyczeć, błagać chłopaka, żeby zbierali się stamtąd jak najprędzej. Jednocześnie tkwiła w miejscu, niezdolna do najmniejszego ruchu, jakby jej nogi wrosły w ziemię.
    – I wtedy te drzwi się otworzyły. Z takim przeciągłym skrzypnięciem, jak w mugolskich horrorach. Naprzeciwko była pustka i otwarte na oścież okno. Wiał lekki wietrzyk; było ciepło, ale cała się trzęsłam. Przysięgam, że Ches czuł to samo. Nie wiedziałam, co mam robić.
    Zephir upiła łyk herbaty, która zdążyła już ostygnąć. Nie mogła się uspokoić; nie miała pojęcia, jak w ogóle się uspokoić. Czy można, kiedy jest się w takiej sytuacji.
    – W pokoju było... Chester tam zajrzał, ale było strasznie ciemno... i tam w kącie... tam... Tam było ciało. Leżało, tak strasznie bezwładnie. W kałuży krwi.

    Kendall Young

    OdpowiedzUsuń
  40. - Ja jestem półkrwi. Ojciec czarodziej, a matka mugolaczka. I jakoś to tak sobie wyszło.- wzruszyłem niedbale ramionami. Nigdy nie wstydziłem się swojego pochodzenia, ani tym kim byli moi przodkowie. Wiadomo nikt nie jest kryształowy, ale jakoś nie kojarzę czarnej owcy w mojej rodzinie.
    - Przepraszam jeśli pytanie ciebie uraziło czy coś, ale nie jestem dobry w zbytnim kluczeniu. W zamian za to ty możesz mi zadać jakieś pytanie.- skrzyżowałem ręce na piersi i oparłem się o krzesło. Uśmiechnąłem się słabo i spojrzałem na widoki za oknem.
    - To ja chyba miałem jakiegoś upośledzonego psa. Nigdy do księżyca nie wył.- powiedziałem.- Zwierzak tylko szczekał na kota sąsiadów.- uśmiechnąłem się na samo wspomnienie psa i uciekającego Persa sąsiadów. Nigdy ich nie lubiłem, i ich dzieci też, byli dziwni, nawet jak na czarodziejów.
    - A próbowałaś zrobić zdjęcia? Może dzięki temu…- nagle mnie olśniło. Przecież mogłaby zrobić zdjęcia i pokazać efekt swojej pracy rodzinie. Jesteś geniuszem Marcin. Nie no dobra, nie jesteś. Jesteś debilem do kwadratu. Grunt to myśleć o sobie pozytywnie.
    - Mam nadzieję, że moja bezpośredniość ciebie nie uraża. Bo jeśli tak to kopnij mnie w kostkę i powiedz o tym prosto z mostu. Przepraszam ale ja tak już działam.- uśmiechnąłem się na poły przepraszająco, na poły łobuzersko.
    Może jakoś minie jej ten wieczór? Zastanawiałem się, czy gdyby była pod wpływem silnych emocji to, zgodziłaby się na cos wbrew swojej woli? To znaczy na coś czego nigdy by w normalnej sytuacji nie zrobiła. Zastanawiałem się jak wygląda ten cały Taesan. Może jest brzydki, stary i z niezliczoną ilością zmarszczek? Nie no, na pewno jest młody, ładny i szarmancki. Chociaż właściwie to po co mam to wiedzieć? Nie obchodzi mnie to.
    Mimowolnie spojrzałem na swój zegarek.
    - Powoli zbliża się północ. Odprowadzić cię na peron, czy masz na jakiś czas dosyć mojego towarzystwa?- uniosłem pytająco brew i podparłem głowę o zdrową rękę.- Pragnę uprzejmie zauważyć, że w razie czegoś mogę cię obronić. Nawet przed rozwścieczonym pięknym, słodkim i puchatym królikiem, gdyby taki chciał cię zaatakować.
    - Znam karate, judo, kung-fu i jeszcze kilka innych japońskich słów.- uśmiechnąłem się słabo. Do wypowiedzi jeszcze machnąłem jak na niektórych filmach.

    Marcin Madey

    OdpowiedzUsuń
  41. [Dziękuję! Bardzo urocza bibliotekarka. :)]

    May

    OdpowiedzUsuń
  42. Zaśmiałem się na temat uwagi Chaerin. Zapłaciliśmy, a następnie wyszliśmy na zewnątrz. Temperatura spadła. Zatęskniłem za ciepłym pomieszczeniem pubu. Chociaż ja dosyć lubiłem te syberyjskie klimaty.
    Kiedy szliśmy przez wioskę czułem się dziwnie…jak w tanim horrorze. Jeszcze do tego ten stukot obcasów Chaerin… Wreszcie jednak dotarliśmy na stację. Rozejrzałem się po okolicy. Wokół ani żywej duszy, a światło dawała kołysząca się lampa. Taka samotna, jak palec lampa.
    - Freddy Krueger się chowa, przy tej scenerii.- zaśmiałem się cicho.- Normalnie za horrorami nie przepadam, w żadnej postaci, ale „Koszmar z ulicy wiązów” lubię czasem obejrzeć. Podobnie jak „Piątek, trzynastego”, czy „Teksańską masakrę piłą mechaniczną”- uśmiechnąłem się słabo, co przy tym świetle nie wyglądało za wesoło.- Ale to nie czyni ze mnie wariata, czy psychopatycznego mordercy.- dodałem szybko na swoje usprawiedliwienie.
    Zawiał zimny wiatr. Poprawiłem swoją bluzę przy szyi.
    - Wiesz, w Polsce swego czasu, to przychodziło się pół godziny po odjeździe na pociąg i czekało się godzinę, bo były opóźnienia.- powiedziałem ze spokojem. Nie przesadzałem aż tak bardzo, kiedyś miałem taką sytuację, chociaż wszyscy tak naskakiwali na PKP, ale nie było tak źle i non sto.
    - Ja osobiście to bym się aportował.- powiedziałem.- Nie męczyłbym się w pociągu. Chwila i jestem na miejscu.-mruknąłem. Chociaż mógł chcieć podziwiać piękne widoki, malowniczej Szkocji. Tylko dlaczego o północy? Fuck logic. Uśmiechnąłem się nijako i przeszedłem kilka kroków do torów i z powrotem. Z oddali dobiegał miarowy stukot kół pociągu.
    - No to chyba się raczej nie spóźni.- powiedziałem lekko się uśmiechając.- Zapewne zechcesz zostać sama ze swoim przyjacielem, więc nie będziesz mieć mi za złe, jeśli wrócę do Hogwartu.- powiedziałem i porozumiewawczo się uśmiechnąłem.

    [Rozumiem. Magisterka ważna sprawa :) Przepraszam, że tak mało, ale jakoś nie miałem pomysłu jak to dalej pociągnąć.]
    Marcin Madey

    OdpowiedzUsuń
  43. – Z początku nie było nikogo. Tylko taka pustka, ten pokój z łóżkiem jedynie i martwym człowiekiem obok. W takich momentach wydaje się, że i dom również ma serce – Kendall zastanowiła się przez moment, wsłuchana w bicie swojego. – Słychać jego uderzenia, wyraźny rytm.
    Wstała, by dogotować więcej wody na kolejną porcję herbaty. Wprawdzie było już dosyć późno, ale dziewczyna wiedziała, że po prostu nie zdoła na razie zasnąć. Zaproponowała jednak, by przeniosły się na kanapę, wygodniejszą od twardych krzeseł, gdzie wcisnęła się w odległy kąt i ścisnęła w dłoniach poduszkę.
    – Chester podszedł do tego martwego człowieka. Poszłam za nim, bo nie chciałam stać sama w drzwiach, kiedy ktoś mógłby mnie zaskoczyć od tyłu. Potem on... – urwała, a na jej twarzy obrzydzenie mieszało się ze strachem. – On... dotknął tego trupa. Boże. Gość w ogóle się nie ruszał. Nawet nie drgnął.
    Zephir zatonęła we własnych rozmyślaniach, nie będąc pewna, czy chce mówić dalej. Zerknęła niespokojnie na Chaerin i ujrzawszy jej zachęcający wzrok, zebrała się w sobie i kontynuowała.
    – Ches szepnął do mnie, że nie rozumie, jak ten człowiek mógł zginąć: nie ma żadnej rany od noża, od kuli, nie wyczuwa śladów po uderzeniu ciężkim przedmiotem i na pewno nikt go nie udusił; on, wie pani, chce być lekarzem, więc się trochę na tym zna. Ale ja już wtedy wiedziałam, że to było Niewybaczalne. "Chester, wynośmy się", powiedziałam mu. A potem usłyszeliśmy za sobą kroki.

    Kendall Young

    OdpowiedzUsuń
  44. [cześć! jej, jak fajnie napisana karta, dawno takiej nie widziałam. <3
    notka w planach jest, ale czy się uda? zobaczymy, bardzo na to liczę. :D]

    Forsyth Lester

    OdpowiedzUsuń
  45. Zephir pokręciła głową.
    – Z początku tylko stał i patrzył. Myślałam, że nas widzi, ale najwyraźniej nie, bo wcale nas nie atakował. Jego oczy... były całkowicie białe.
    Długie włosy ma pozlepiane ciemną substancją. Jego szata jest podarta, niechlujnie zwisa w strzępach z ramion i pleców. Robi jeden krok, drugi, trzeci. Wpatruje się w coś za oknem; coś poza zasięgiem wzroku jej i jej towarzysza.
    – Potem zaczął mówić coś... tak niewyraźnie... i uniósł różdżkę. Nie wiedziałam, co robić, więc złapałam Chestera za kaptur bluzy i pociągnęłam w dół. Schyliliśmy się, możliwie jak najbliżej brudnej, podziurawionej podłogi, a on rzucił jakieś zaklęcie i... – Zephir wzięła głęboki oddech, zaciskając drżące ręce na swoim kubku z gorącą herbatą. Upiła łyk. – Na niebie pojawił się, wie pani. Mroczny Znak.
    Zamyśliła się głęboko, patrząc w okno. Księżyc świecił tak mocno, że chociaż nie zapaliła światła, wszystko w domku było widać nadzwyczaj wyraźnie.
    – Potem odwrócił się i wyszedł. Tak po prostu. No to złapałam Chestera za rękę i wyskoczyliśmy z okna. Nie mogę jeszcze czarować, no bo... bo nie mam ukończonych siedemnastu lat – przyznała ponuro. – I muszę uważać, żeby się nie zdradzić, bo wtedy wszystko wyjdzie na jaw. W każdym razie – podjęła przerwany wątek – wyskoczyliśmy przez okno i Chester, idiota, podłożył się na ziemię, żebym spadła na niego. I wtedy złamał rękę – dodała, zawstydzona.

    Kendall Young

    OdpowiedzUsuń
  46. To co usłyszałem niemalże zwaliło mnie z nóg. W pierwszym odruchu chciałem parsknąć śmiechem i powiedzieć: „Dobry żart, Chaerin.” Jednak wiedziałem, że nie żartuje, a to jak sama określiła mogło być zabawne. Zbliżyłem się więc i chwyciłem ją pod rękę.
    - To co kochanie?- zapytałem z lekką zadziornością w głosie. Kiedy pociąg się zatrzymał na stacji, zbliżyłem swoją twarz do jej ucha i wyszeptałem:
    - Pokaż mi który to ten Taesan. Wolałbym wiedzieć, kiedy ewentualnie mam cię pocałować.- spojrzałem jej w oczy.- No wiesz, dla wiarygodności.- puściłem jej oczko. Ciekawe, czy przewidziała to, że w Hogwarcie podczas wizyt u niej w bibliotece też będę musiał jakoś ją przytulić czy coś. Jednak wolałem jej o tym nie mówić. W razie czegoś zyskam efekt zaskoczenia.
    - Czy mogę liczyć na ewentualną nagrodę, za takie poświęcenie?- zapytałem i uśmiechnąłem się.- Wiesz, w razie gdyby cię wydziedziczyli, to służę pomocą.- powiedziałem ze śmiertelną powagą. Obróciłem się przodem do stacji, nadal trzymałem Chaerin pod rękę. Puściłem jej oczko i uśmiechnąłem się dla otuchy. Nie wiem czy to na coś się zda. Jednak w razie czegoś, to zawsze mogę powiedzieć, że się starałem i pomogłem uciec koleżance z pracy do ślubnego kobierca.
    Wreszcie zjawiło się kilku podróżujących. Pytająco spojrzałem na Chaerin, i prawdopodobnie podświadomie zezowałem na w miarę wysokiego Koreańczyka, który zmierzał w naszą stronę. Uśmiechnąłem się słabo w jego kierunku. Boże spraw aby ten tydzień szybko minął. Chociaż Chaerin jest ładna i w ogóle. Więc jakaś przyjemność z tego będzie, gorzej gdyby była wyglądu Trola Jaskiniowego, albo Krakena, wtedy zapewne unikałbym jej jak ognia, jednak na szczęście nie była żadnym z tych dwóch stworzeń.
    - Dobry wieczór.- powiedziałem do stojącego w lekkim osłupieniu Koreańczyka.- Jak minęła panu podróż.- mam nadzieję, że nie zabije mnie żadne z nich, za chwilowe przejęcie pałeczki. Co teraz powinienem zrobić? Przedstawić się ciućmoku!- Marcin Madey. Bardzo mi miło pana poznać.- powiedziałem po czym wyciągnąłem w jego kierunku rękę. Uśmiechnąłem się przy tym nieznacznie. Jednak sam nie wiedziałem, czy to dlatego, że Chaerin ma u mnie swoisty dług wdzięczności, czy dlatego, że liczę na jakąś dobrą zabawę. Jednak miałem nikłą nadzieję, że nie będzie to zabawa kosztem bibliotekarki. I że rodzice nie wydziedziczą jej. Byłaby pewno podłamana, a ja najlepszym pocieszycielem nie jestem. W sumie to ja nie potrafię pocieszać, ani nic z tych rzeczy. Słaby jestem w te klocki. Jednak dziewczyna ma w pewnym sensie szczęście bo w udawaniu zauroczenia, miłości, czy podobnych rzeczy jestem całkiem dobry. Jednak, tylko jeden raz udawałem zauroczenie pewną osobą i to nie skończyło się najlepiej.

    Marcin Madey

    OdpowiedzUsuń
  47. Taesan Choi. Ciekawie, nie powiem. Uśmiechnąłem się w kierunku towarzyszy.
    - Jestem nauczycielem latania w Hogwarcie i trenerem quidditcha.- powiedziałem z lekkim uśmiechem. Kokosów nie zarabiałem na tej posadzce, w porównaniu do moich poprzednich zarobków, to są to jakieś nędzne ochłapy. – Czy będzie to duża niestosowność jeśli zapytam, czym pan się zajmuje i jak idą interesy?- uniosłem pytająco brew. Ciekawiło mnie to cóż pan Choi odpowie. Czy będzie to rzeczowe zdanie, czy po usłyszeniu mojej profesji, da mi do zrozumienia, że jestem nikim w porównaniu do niego i w ogóle, to powinienem się zabić dla dobra ludzkości. Zapewne wpadłbym na jeszcze kilka innych opcji, ale zmęczenie i późna pora nie pozwalały mi na to. Do tego jeszcze to badawcze spojrzenie. Przeszywające na wskroś niczym promienie Roentgena. Uśmiechnąłem się pod nosem na samo porównanie. Jakież zacne porównania Marcinie.
    - Pozwoli pan iż zapytam, jakież to sprawy sprowadzają do Hogsmade?- czy może do Chaerin? Tak przejrzałem ciebie. Nie trudno nie dostrzec, jak na nią patrzy, jak patrzy na mnie. Mam nadzieję, ze nie wpadnie na pomysł z zabiciem nie, dla spełnienia swoich marzeń i żądz. Oby nie był psychopatycznym mordercom.
    - To wszystko wygląda jak sceneria taniego horroru. Brakuje tylko jakiegoś potwora, albo psychopatycznego mordercy, który najpierw zabija ludzi, a później gotuje sobie ich wnętrzności, a ze skóry robi nowe tapicerki bądź abażury.- uśmiechnąłem się aby nieco złagodzić charakter wypowiedzi.- Przepraszam…naoglądałem się za dużo „Hannibala” i „Eksperymentów SS”. Tak jakoś mi to wszystko się skojarzyło…- próbowałem się nieudolnie tłumaczyć. W oddali zaskrzypiał jakiś szyld wprawiony w ruch przez wiatr. Gdybym był młodszy, to zapewne wpadłbym na pomysł z przestraszeniem kilku dziewcząt, jednak szczeniackie czasy minęły bezpowrotnie. Jednak jestem chyba takim dużym dzieckiem. Tak to na pewno to.
    - To już tutaj.- stwierdziłem, kiedy zatrzymaliśmy się przed jednym z pensjonatów, nad którym widniał napis: Wolne pokoje. Czy wypadało jeszcze coś powiedzieć? Czy raczej powinienem się zamknąć i nie odzywać do końca życia i jeden dzień dłużej?
    - Życzę dobrej nocy.- niech cię zjedzą potwory ukrywające się pod łóżkiem i straszące małe dzieci.- Na pewno chce pan odpocząć po podróży.- powiedziałem lekkim i przyjaznym tonem, uśmiechając się nieznacznie.
    - Później mnie zabijesz.- powiedziałem kiedy Taesan zniknął za drzwiami.

    [Mam nadzieję że nie masz mi tego za złe, że nie kierowałem Taesanem.]
    Marcin Madey

    OdpowiedzUsuń
  48. - Powiedziałem, że później możesz mnie zabić.- powtórzyłem i lekko wywróciłem oczami. Nie miałem jej jednak za złe, że nie słuchała.- Nie masz za co dziękować. Naprawdę. Pewnie większość robiłaby to samo.- przyznałem. Nie czułem się jak jakiś bohater.
    - Powstrzymało. Jednak nie na dłuższą metę.- przyznałem.- Nie ten typ człowieka.- Podrapałem się po głowie.- Co o nim myślę? Facet nie jest przyzwyczajony do porażek, zaryzykowałbym stwierdzenie że jest gburem. Jednak po dłuższym przemyśleniu myślę, że niechętnie rozmawia z obcymi a i w towarzystwie przyjaciół jest raczej milczkiem. Stąpa twardo po ziemi, nie przyzwyczajony do wybiegania myślami w innym kierunku.- począłem wymieniać. Nie miałem jakoś ochoty ciągnąć dalej tej psychoanalizy.- Nie zrobiło na nim to większego wrażenia, że jestem nauczycielem i raczej się sportem nie interesuje.- stwierdziłem.
    Podniosłem lekko głowę ku górze. Gdzieniegdzie nadal świeciły się światła. Najwidoczniej, nie wszyscy śpią o takiej porze. Ja padałem z nóg.
    - Nie wiem jak ty, ale ja padam z nóg.- powiedziałem cicho śmiejąc się.- A teraz pozwolisz, że zapytam o sprawy organizacyjne, mianowicie, czy mam się zjawić w bibliotece? Czy dasz sobie radę?- zapytałem i uniosłem lekko brew. Minęliśmy próg murów szkolnych. Szliśmy w kierunku komnaty Chaerin. Korytarzami echem pobrzmiewały nasze kroki. Tylko one zakłócały ciszę.
    - Swego czasu, kiedy byłem w Hogwarcie, to raz albo dwa razy urządziłem sobie takie nocne zwiedzanie zamku. Każdy szmer przyprawiał mnie niemalże o palpitację serca. Ale dogadałem się z kilkoma duchami i miałem taki cichy układ z nimi. Przynajmniej na czas nocnych wędrówek.- nie mogłem się powstrzymać aby nie puścić jej oczka.
    - No to miłej nocy życzę.—powiedziałem, przed drzwiami jej komnaty. Uśmiechnąłem się szarmancko i poszedłem do swojej, która była położona wyżej. Miałem piękny widok na boisko od quidditcha, więc nie narzekałem.
    ****
    Z samego rana po śniadaniu poszedłem do biblioteki. Miałem nadzieję, że Chaerin się wyspała.
    - Dzień dobry Chaerin. Wyspałaś się?- zapytałem. Przyjrzałem się jej twarzy, nie wyglądała najlepiej.- Chyba nie najlepiej wypoczęłaś. Cóż cię gryzie?- zapytałem po czym oparłem się o biurko bibliotekarki i skrzyżowałem ręce na piersi. Uśmiechnąłem się zachęcająco.- No śmiało, mnie możesz powiedzieć. Postaram się ci pomóc.

    Marcin Madey

    OdpowiedzUsuń
  49. [a możliwe. albo po babci-imienniczce.
    Lily na pewno chętnie odwiedza bibliotekę, by nigdy nie skończyły jej się powieści do czytania. ale... może Chaerin przyłapałaby ją gdzieś w nocy, jak próbuje się dostać do któregoś nielegalnego działu?]

    Lily Potter

    OdpowiedzUsuń
  50. [oj, pikantne romanse, w ogóle jakiekolwiek romanse i sprawy sercowe to nie dla Lilki! ona jeszcze krzywi się niewymownie na tego typu rzeczy. :D
    aczkolwiek mogłaby szukać jakiejś książki o podejrzanych eliksirach... powiedzmy, żeby znaleźć "zemstę odpowiednią" dla jakiejś nieznośnej dziewuchy/wrednego chłopaka.]

    Lily Potter

    OdpowiedzUsuń
  51. [jeśli możesz zacząć, to będzie mi bardzo miło. c: nie idzie mi to najlepiej.]

    Lily Potter

    OdpowiedzUsuń
  52. [Cześć, co powiesz na wątek? Może jakoś połączymy pannę Park z moim Hyunem? Możemy jakoś połączyć ich rodziny. Co Ty na to? ;)]

    Hyun, Avalon i Lavena

    OdpowiedzUsuń
  53. [To może tak... Hyun jest pół na pół. Jego mama jest mugolką i dopóki Hyun nie dostał informacji o szkole Mahoutokoro, oboje nie mieli pojęcia kim jest. Ojciec Hyuna jest magicznym chaebolem i próbował "przekupić" młodego Hana, ale ten został z matką. Hyun-ah jest jedynakiem, a jego mama jest dość wiekowa. Jeżeli Ci to nie przeszkadza, moglibyśmy przyjąć, że jego mama i dziadkowie Chaerin są jakoś spokrewnieni :D O ile to oczywiście nie wpływa na historię, jaką masz dla swojej pani ;D]

    Hyun

    OdpowiedzUsuń
  54. [Ja sobie liczyłam mniej więcej, żeby matka Hyuna była w przedziale wiekowym 40-50 więc, możemy uznać, że może jest właśnie przyrodnią siostrą któregoś z rodziców Chaerin? Będąc w Korei z pewnością się spotykali, więc Hyun i Chaerin pomimo dużej różnicy wieku dobrze się znają - w końcu spędzali ze sobą sporo czasu podczas takich spotkań. Możemy uznać nawet, że Han dostał się do Hogwartu z małą pomocą Twojej pani, która mu poleciła tę szkołę. Możemy nawet uznać, że Hyun przez jakiś czas u niej mieszkał, podczas jego "ciężkich chwil", kiedy nie radził sobie z życiem? Niby było ok, ale jak wrócił do matki to znowu wszystko runęło. Chaerin jako jedyna w rodzinie może wiedzieć, że Hyunah jest homoseksualistą i dobrze wie, kim dla chłopaka był Chang - o którym wszyscy myśleli jako przyjacielu Hyuna.

    A co do samej akcji wątku... Może właśnie jakieś rodzinne spotkanie? Albo próba wywinięcia się z takowego? Kurczaki, nie mam za wiele pomysłów chwilowo.]

    Hyun

    OdpowiedzUsuń
  55. [W takim razie zacznę nam, ale to pewnie dopiero jutro lub w poniedziałek. Dzisiaj jestem tu tylko przelotem :) Chyba, że chcesz coś jeszcze ustalać? Bo jak dla mnie to resztę w trakcie wątku się dopowie, jakby okazało się, że coś jeszcze jest do ustalenia :)]

    Hyun

    OdpowiedzUsuń
  56. - W sumie to nie do końca się zgodziły w tym samym momencie. I nie byłem jeszcze nauczycielem. Nawet nie myślałem o takiej posadzie.- cicho się zaśmiałem.
    ****
    - Nie, nie widać aż tak bardzo. Tak tylko wyczułem twoją aurę.- rękami zatoczyłem nieznaczne koło, jak robią mugolscy iluzjoniści.- Ogólnie to wyczuwam złe fluidy i tym podobne.-powiedziałem i uśmiechnąłem się.
    - Przyszedłem się zapytać, czy robimy jakąś szybka naradę bojową? No bo wolałbym wiedzieć, czy mam przywdziać rodzinne barwy wojenne, czy raczej mam sobie darować.- zaszczyciłem ją kolejnym uśmiechem.
    - Bo raczej nie unikniemy spotkania z Taesanem. Tym bardziej, że nie mogę ciebie unikać, bo pracujemy w tym samym miejscu i w ogóle.- powiedziałem ze spokojem i niejakim zamyśleniem.- Skoro „jesteśmy razem” to nie powinno nikogo dziwić, że przychodzę do ciebie, wyszeptam jakieś czułe słówka, pocałuję, czy po prostu zapytam: „Jak ci kochanie mija dzień?”.- wyjaśniłem. Bo ja na miejscy Taesana zdziwiłbym się, że skoro ktoś jest z kimś i tego nie okazuje to jaki nietakt, albo coś podobnego.
    - Wiarygodniej by to wyglądało.-dodałem. Po czym spojrzałem na zegarek.- Za jakiś czas zaczynam lekcje. O której ma być Taesan? Wspominał coś o wieczorze, prawda?- podpytałem
    Poczekałem chwilę aż odpowie i wyszedłem na lekcję. Byłem lekko poddenerwowany, tym wszystkim. Jakoś nie wyobrażałem sobie tego wszystkiego na dłuższą metę. Jeszcze ludzie pomyślą, że naprawdę mam zamiar się żenić. A tego byłoby już zbyt wiele.
    ***
    Wieczorem poszedłem do biblioteki. Na szczęście zapewne ku uciesze Chaerin przebrałem się w najzwyklejsze ubrania, które nie były zabłocone, ani nic. Założyłem nowy śnieżnobiały niemalże opatrunek na rękę i uśmiechnięty przekroczyłem próg miejsca zgłębiania wiedzy wszelakiej.
    Miałem nadzieję, że jeszcze nie było Taesana. Usłyszałem jego głos dobiegający zza któregoś regału. Zbliżyłem się więc do źródła dźwięku.
    - Dobry wieczór państwu.- powiedziałem i wysiliłem się na lekki uśmiech w stronę Taesana.- Jak ci skarbie minął dzień?- zapytałem Chaerin i mrugnąłem lekko w jej stronę, w taki sposób, że jej znajomy nie mógł tego zobaczyć.

    Marcin Madey

    OdpowiedzUsuń
  57. Bał się Hogwartu. Po rzuceniu nauki w poprzedniej szkole przez długi czas nie myślał nawet o powrocie do swojej, dalszej edukacji. Wszystkiego jego wielkie plany runęły. Nie stało się tak, że gdy Yoochang zniknął nagle z jego życia, Hyun postanowił wszystko rzucić i zakończyć swój żywot. Wręcz przeciwnie, początkowo walczył, starał się. Ciągle myśląc o swoim przyjacielu, chciał zrobić wszystko aby go odnaleźć i pokazać mu, że nawet bez niego potrafi coś osiągnąć. Nie dostrzegając jednak żadnych rezultatów, zrezygnował. Nadal szukał sobie wyzwań, jednak wyglądały one już zupełnie inaczej. Han zaczynał odczuwać wszystko inaczej, potrzebował mocniejszych doznań, co nie było ani łatwe, ani przyjemne. Ból, który sobie zadawał sprawiał jednak, że Hyun-ah czuł się nieco lepiej, robiło mu się lżej. Wracając ponownie do codziennej rzeczywistości, czuł się gorzej. Każdego kolejnego dnia. Pani Han widziała, że z jej synem dzieje się coś złego, dlatego zaproponowała mu wyjazd do jego kuzynki, Park Chaerin. Chłopak powoli wracał do siebie, a z każdym kolejnym dniem był w coraz lepszych relacjach ze swoją wcześniej wspomnianą kuzynką. Świetnie się dogadywali, a Hyun-ah był pewien, że może jej całkowicie zaufać. Dlatego właśnie zdradził jej swoją największą tajemnicę. Pamiętał tamten wieczór do dziś dnia i pewnie nigdy go nie zapomni. Doskonale widział w głowie obraz wspomnień. Pamiętał, jak bardzo się denerwował, jak gardło same, mimowolnie zaciskało mu się, utrudniając wyjawienie swojego największego sekretu. Od tamtej pory, było mu łatwiej budzić się każdego kolejnego ranka, myślał, był pewien, że może już wrócić do Korei, jednak gdy znalazł się ponownie na tamtych ulicach, wspomnienia związane z Seo powróciły ze zdwojoną siłą, sprawiając, że młody Koreańczyk nie był w stanie normalnie funkcjonować. Wciąż jednak miał obok siebie Chaerin, wiedząc, że może na nią liczyć w każdej, najgorszej chwili.
    Hyun-ah,
    Mam nadzieję, że uda Ci się dotrzeć na spotkanie rodzinne, organizowane przez dziadków. Będzie cała rodzina, musisz się pokazać Hyun. Poza tym, tęsknie już za Tobą synku… Mam nadzieję, że u Ciebie wszystko dobrze? Ostatnio rzadko do mnie piszesz, Hyun-ah. Chaerin pewnie też już dostała list, od swoich rodziców. Czekamy na Was wszyscy.
    Kochająca Omma.

    Hyun-ah kochał swoją matkę, jednak wielkie, rodzinne spotkania doprowadzały go do szału. Nie przepadał za nimi, nienawidził momentu, gdzie po zbyt dużej ilości wypitego soju, któryś z wujów poruszał temat jego ojca. Dla młodego Hana, ten mężczyzna nie istniał i chłopak nie miał zamiaru utrzymywać z nim żadnego kontaktu, nie chciał go szukać, nie chciał pisać mu listów, nie chciał od niego niczego. Dowiadując się więc o kolejnym rodzinnym spotkaniu, Hyun miał zamiar jak najszybciej wykręcić się z tego. Dobrze wiedział, że jego Noona będzie zainteresowana ominięciem owej kolacji. Szybko więc chwycił kawałek pergaminu i pióro.
    Noona,
    Domyślam się, że dotarła już do Ciebie sowa z Korei.
    Spotkajmy się po kolacji, musimy się jakoś z tego wykręcić.
    Hyun-ah


    Wybacz mi tę marną jakość, ale dawno nie pisałam Hyunem. Muszę się ponownie w niego wczuć. Będzie już tylko lepiej, obiecuję!
    Hyun

    OdpowiedzUsuń
  58. – Jego starsza siostra była czarownicą, wyznał mi po tym wszystkim... Był, no, jakby to powiedzieć... Trochę podekscytowany, przestraszony, choć nie chciał tego pokazać, a przy tym wściekły, że jemu nie dostały się magiczne zdolności, bo wiedziałby... Mógłby coś zrobić, gdyby wszystko nie skończyło się w ten sposób – dodała, uciekając wzrokiem w bok. Nigdy nikomu nie mówiła o Chesterze, a już tym bardziej o zdarzeniach tamtej nocy, ale uznała, że skoro już zaczęła opowiadać tak, jak to było naprawdę, nie powinna kłamać na końcówce.
    – Tak – wyznała niechętnie, nerwowo poprawiając włosy. – Był taki jeden.
    – Szybko, Ginger, wiejemy – zarządził Chester, ciągnąc ją za rękę i wyskakując przez okno. Dziewczyna pisnęła tylko cicho, kiedy upadła na jego plecy, z pewnością boleśnie przygniatając ciało chłopaka do ziemi, ale on nawet nie jęknął. Podniósł ją, siebie, otrzepał brudną kurtkę i z powrotem wsunął swoją dłoń w jej rękę. Początkowo biegli, potem, zbyt zmęczeni, pokonywali kolejne kilometry lasu w takim tempie, jak tylko pozwalały im obolałe nogi. Czuła, jak krew z rozbitego podczas szaleńczego skoku kolana powoli przesiąka jej dżinsy; Chester miał rozległy siniak na policzku. Przystanęła, zmuszając go, by się zatrzymał i ostrożnie dotknęła ciemnego, fioletowo-czarnego miejsca.
    – Boli cię?
    – Nie tak bardzo, jak tamten strach o ciebie – mruknął tak cicho, jakby wcale nie miała go usłyszeć. Chciał coś jeszcze powiedzieć, ale zamarł, przyciągając do siebie rudowłosą i usiłując zasłonić jej oczy dłonią.
    – Chester, przestań, puść mnie – Kendall szarpnęła się; w końcu odpuścił i pozwolił jej stanąć obok siebie. Wciąż jednak trzymał jej rękę w żelaznym uścisku.

    – ... unosiło się nad lasem. Jakiś mężczyzna stał tam, był do nas odwrócony plecami, więc nie byłam pewna, czy to na sto procent ten sam z tego domku. Ale potem odwrócił się i... spojrzał prosto na nas.

    Kendall Young

    OdpowiedzUsuń
  59. - No nie wierzę w to co słyszę.-powiedziałem i lekko się uśmiechnąłem. Zignorowałem zupełnie spojrzenie Taesana, nie miałem najmniejszej ochoty na „zaszczycenie” go podobnym spojrzeniem.
    - Uczniowie byli nad wyraz skorzy do współpracy.- powiedziałem i lekko się oparłem o regał z książkami.- Herbata? Jak dla mnie może być. Osobiście wolałbym zostać tutaj, na dworze pogoda jest nie najlepsza. Pada i zimno.- oznajmiłem spokojnie. A na potwierdzenie tych słów kilkanaście kropel zaczęło uderzać o okna biblioteki, tworząc tym samym dosyć osobliwą atmosferę. Półmrok w bibliotece, dźwięki kropel zimnego szkockiego deszczu oraz dwóch gniewnych ludzi a pomiędzy nimi pani bibliotekarka. Chociaż, czy ja i Taesan jesteśmy skazani na dosyć irracjonalną nienawiść, albo chłód? Przecież mogłoby być zupełnie inaczej. Jednak nie jestem specjalistom od kontaktów międzyludzkich i nie mam zamiaru takowym zostać.
    Przeszliśmy w część biblioteki, gdzie uczniowie zazwyczaj ślęczą nad książkami i przepisują zadania domowe. Było tam najwięcej miejsca oraz krzeseł. Usiedliśmy przy najbliższym stole. Wyczarowałem niemalże natychmiast filiżanki ze spodeczkami, imbryk wypełniony ciepłą herbatą. Zaraz do tego wszystkiego dołączyła cukierniczka. Wprawnym ruchem schowałem różdżkę i wygodniej się rozsiadłem na krześle, obok Chaerin. Tak właściwie to siedzieliśmy s swoistym trójkącie równobocznym. Chaerin pomiędzy mną a Taesanem, ja naprzeciwko Koreańczyka. Będzie to bardzo udane spotkanie. Wypadałoby wymyślić coś i zarzucić jakąś inteligentną rozmową.
    - Jak minął panu ten piękny dzisiejszy dzień? Mam nadzieję, że interesy poszły panu dosyć gładko.- powiedziałem w końcu przy nalewaniu herbaty do filiżanek. Dziwiło mnie, że emanowałem spokojem, oraz zachowałem w sobie cały „luz” na jaki mnie było w tym momencie stać.
    Kątem oka obserwowałem jak po szybie spływają krople deszczu. Kolorowe szkło pełne małych, dużych i średnich kropel deszczu, nadawało temu miejscu niepowtarzalny klimat, do tego od jakiegoś czasu pojawiają się błyskawice na niebie, które rozświetlają na kilka sekund pomieszczenie niemalże nienaturalnym białym światłem.
    - Wie pan. Życie jest zdecydowanie za krótkie aby poświęcać je wyłącznie na pracę.- powiedziałem- Sądzę, że taki biznesmen jak pan wie o czym mówię. To bycie w ciągłym ruchu w sprawach firmy, planowanie co do minuty całego dnia musi być męczące. Podziwiam że wytrzymuje pan w tym, jak by na to nie patrzeć dosyć niewdzięcznym zawodzie. W końcu ludzie biznesmenów i właścicieli firm uważają za krwiopijców, wyzyskiwaczy i oszustów.- uniosłem lekko brew i szukałem przez chwilę czegoś w rodzaju potwierdzenia na twarzy Taesana.
    - Ja raczej nie spełniałbym się w takim zawodzie…jest to na dłuższą metę zbyt…monotonne.- wyjaśniłem.

    [Przepraszam, że musiałaś tyle czekać. I przepraszam, że tak krótko, obiecuję poprawę.]
    Marcin Madey

    OdpowiedzUsuń
  60. - Mówią, że pieniądze szczęścia nie dają…jednak wolałbym płakać w ogromnym zamku niż w przytułku dla bezdomnych.- podsumowałem, po czym nieznacznie się uśmiechnąłem. To była jakże trafna uwaga panie Madey. Nic tylko pogratulować. Byłbyś świetnym filozofem.
    - No tak. Zbliżają się. W rozgrywkach ligowych, to kibicuję Goblinom z Grodziska. Poprzedni sezon zaczęli i skończyli całkiem dobrze, kadra niemalże się nie zmieniła, a zawodnicy dają z siebie podczas każdego meczu sto procent, szkoda tylko, że poprzedni sezon zakończył się na drugim miejscu. A w rozgrywkach kadrowych, sądzę iż do zbliżających się mistrzostw całkiem nieźle pójdzie reprezentacji Polski, Niemiec oraz Hiszpanom. Chociaż mogą nas zaskoczyć Bułgarzy, ostatnio poczynili spore zmiany kadrowe, więc z niecierpliwością czekam na najbliższe mecze.- wyjaśniłem po krotce. O quidditchu mogłem rozmawiać godzinami. A wiedziałem, że Chaerin raczej za quidditchem nie przepada. Wolałem więc na moment zamilknąć. Nie chciałem przecież tak bardzo do siebie zrazić Taesana...no dobra chciałem. Bardzo chciałem. Chociaż, czy… A mówi się trudno.
    Podparłem swoją głowę o rękę zwiniętą w pięść. Zastanawiałem się co powie Taesan. Czyżby był kolejnym „znafcom kłidicza”? Już w swojej karierze spotkałem takich znawców, niektórzy nawet nie wiedzieli kiedy się mecz kończy, a na pytanie czy zna główny skład reprezentacji, tylko wzruszali ramionami. A to przecież nie wiele wymienić siedmiu graczy głównych z nazwiska.
    Chwyciłem filiżankę i upiłem niewielki łyk herbaty…uważnie przy tym obserwując rozmówców. Dziwne, że Chaerin, nie licząc tego wtrącenia nie odzywa się. Czas to zmienić!
    - A ty, Chaerin? Komu kibicujesz? Zapytałem, po czym nieznacznie uniosłem brew. Uśmiechnąłem się słabo, częściowo przeczuwałem odpowiedź, jednak wolałem się nie zdradzać, z tym wszystkim. Nawet nie zauważyłem, kiedy zupełnie zignorowałem aurę pogodową. Uśmiechnąłem się pod nosem i upiłem kolejny łyk herbaty. Zastanawiałem się, co by tu teraz powiedzieć. Może powiedziałbyś coś inteligentnego Marcin?
    - Jako, że zbliżają się wakacje, to pozwoli pan, że zapytam, w jaki odległy zakątek świata się pan wybiera? Oczywiście, może pan nie mówić, nie obrażę się z tego powodu.- powiedziałem i uśmiechnąłem się słabo.
    Ja sam z chęcią bym powiedział niemalże od razu, jednak wolałem się nie chwalić. Przecież jeśli wyskoczyłbym jako pierwszy, to pewnie przebiłby mnie. Myślisz irracjonalnie. Zachowujesz się jakbyś naprawdę walczył o względy Chaerin. Chyba że mam rację i ona ci się podoba? Z lekkiego zdenerwowania nieświadomie począłem poprawiać bandaż, którym była owinięta moja ręka. Dzięki temu całemu „poprawianiu” poluzowałem go… No brawo…teraz będę musiał, go zawiązać na nowo. Chociaż, na noc i tak bym go zdjął, więc, chyba nic się nie stanie jeśli dłużej będzie ręka bez bandaża.

    Marcin Madey

    OdpowiedzUsuń
  61. - No cóż, jako nauczyciel oraz trener, nie mam dwóch miesięcy wakacji. Właściwie to żaden pracownik szkoły nie ma pełnych dwóch miesięcy.- odpowiedziałem i lekko się uśmiechnąłem. – Australia…ładnie tam jest. Radzę tylko uważać na: kangury, węże, pająki, skorpiony, rekiny oraz inne stworki, które mogą zabić, bądź okaleczyć. Oraz na miasto Wittenoom, tam raczej nie zazna pan spokoju. Chyba że lubi pan patrzeć na świecące w nocy przechadzające się po okolicy dzikie stworzenia.- uśmiechnąłem się słabo. Miasto co prawda zostało usunięte przez rząd Australijski z map i drogowskazów „X” lat temu, ale jednak znajdzie się kilku chętnych na wycieczkę po mieście azbestu.
    - Ja natomiast wybieram się na tydzień do Polski, w moje rodzinne strony, później na tydzień do Francji w odwiedziny do mojej siostry. Na dwa tygodnie do Chorwacji. A w sierpniu wybieram się na testy i badania, planuję wrócić do gry w quidditcha, może przyjmą mnie na powrót. Jednak to ostatnie to nic pewnego, jednak jest pewne to że wybieram się na zgrupowanie, na kilka treningów. Koledzy z drużyny męczyli mnie od kilku dni. A odmówić nie wypada.- uśmiechnąłem się po czym słabo się zaśmiałem. Chyba się nie spodziewał tego, że kiedyś byłem graczem. Albo nie spodziewał się tego, że ktoś taki jak ja ma znajomości w reprezentacji Polski. No cóż, życie lubi zaskakiwać panie Choi. Upiłem łyk herbaty, która zdążyła już lekko wystygnąć. Nie przeszkadzało mi to jednak.
    Z przyzwyczajenia spojrzałem na zegarek. Robiło się późno, a jutro cały dzień miałem nieźle zabiegany.
    - Przepraszam najmocniej, ale muszę niestety już państwa opuścić. Jutro dzień zaczynam wcześnie rano, a kończę późno wieczorem. Do widzenia, życzę dobrej nocy.- powiedziałem po czym wstałem i spokojnym krokiem wyszedłem z biblioteki. Miałem nadzieję, że Chaerin nie będzie mi miała tego za złe. Powinna zrozumieć, potrzebuję snu… Nie jestem maszyną, a w trakcie dnia nie będę w stanie uciąć sobie najkrótszej drzemki.
    ****
    Rano wyglądałem okropnie, jakbym balował całą noc. Podkrążone oczy i w ogóle… jakiś taki blady byłem.
    Podczas pierwszej przerwy poszedłem do biblioteki. Chciałem się dowiedzieć jak wyglądała dalsza rozmowa Chaerin Z Taesanem. Zastanawiało mnie to, czy na dzisiaj też się umówili. W razie czegoś to, będę musiał coś wykombinować.
    - Serwus Chaerin. Jak ci mija dzień?- zapytałem. Wbrew pozorom jakie stwarzał mój wygląd, czułem się świetnie i rześko. – I jakie są efekty wczorajszej rozmowy?- zapytałem nieco ciszej, kiedy znalazłem się wystarczająco blisko bibliotekarki. Na szczęście Chaerin mnie nie zabije, za to że naniosłem trochę błota. Jeśli by to zrobiła, to nie miałaby z kim udawać pary przed Taesanem i skończyłaby w Azkabanie.

    Marcin Madey

    OdpowiedzUsuń
  62. - Tak. Wbrew pozorom czuję się świetnie.- na potwierdzenie tego uśmiechnąłem się w jej stronę. – Pierwsze co to uczniowie zapytali: „Kiedy, gdzie i z kim piłem”. Oczywiście pojawiły się też pytania odnośnie ile wypiłem i dlaczego nie zabrałem ich ze sobą.- przytoczone słowa były jak najbardziej autentyczne. Czasami nie wiedziałem, czy to dobrze, że przekraczam granicę między nauczycielem a uczniem? Może nie powinienem tego robić i muszę trzymać ich na dystans? Było się martwić tym wcześniej Marcine. Teraz Wisły kijem nie zawrócisz.
    - Wiesz co, dzisiaj na koniec dnia pewnie będę zasypiał na stojąco.- powiedziałem po czym się lekko zaśmiałem.- Urobię się chyba po same łokcie.- tym razem byłem najzupełniej w świecie poważny. Akurat sobie nie żartowałem, jak sobie przypomnę, że to dopiero początek dnia, to mam ochotę wyskoczyć z tego okna, które zostało stłuczone.
    - Ja powoli będę się zbierać. Wolałbym być przed uczniami.- uśmiechnąłem się przepraszająco.- Miłego dnia.- powiedziałem na odchodne.
    Spokojnym krokiem doszedłem na błonia i czekałem na najmłodszych uczniów. Czułem, że te lekcje będą bardzo trudne. Dzisiejszy dzień będzie bardzo trudny.
    ****
    Nie pomyliłem się tak bardzo. Na mojej lekcji doszło do bójki…to tragedia, dal nauczyciela. Jednak na szczęście udało mi się dosyć szybko rozdzielić bijących się. W efekcie skończyło się „tylko” na siniakach i lekkich podrapaniach. Dobrze, że nie wpadli na pomysł aby pojedynkować się na miotłach, albo rzucać w siebie zaklęciami. Jednak chyba pierwszoklasiści nie znają tak wielu zaklęć, prawda?
    Do tego jeszcze treningi z drużyną gryfonów, gdzie wszystko było całkiem dobrze i miałem okazję sobie z nimi pograć. Byłem więc trochę zmęczony przed następną lekcją z pierwszakami, która na szczęście obyła się bez sensacji. Następnie był trening, z drużyną puchonów. Trening w deszczu, byłem więc przemoczony do granic możliwości, głodny, przemęczony, a w dalszym efekcie zły.
    Po zakończonym treningu, jak na złość pogoda się jakoś umiarkowała. Musiałem jeszcze zostać i uporządkować kilka rzeczy. Miałem jeszcze nadzorować dwóch uczniów odbywających karę za jakieś przewinienie.
    Koniec końców wróciłem do swojej komnaty o równiutkiej 21. Widząc wskazówki na zegarku cicho się zaśmiałem. Wziąłem szybką kąpiel, aby zmyć z siebie wraz z błotem, trudy dzisiejszego dnia.
    Przepasany ręcznikiem szukałem po swojej komnacie piżamy, zapewne byłem blisko celu, kiedy ktoś zapukał w drzwi. Cicho westchnąłem i wywróciłem oczami. Jednak zdecydowałem się otworzyć.
    Lekko uchyliłem drzwi i wyjrzałem na zewnątrz. Przede mną stała Chaerin.
    - Coś się stało?- zapytałem lekko sennym głosem. Resztkami sił próbowałem nie ziewnąć, co jakoś mi wychodziło. Miałem nadzieję, że nie potrzebna jest jej moja pomoc w schwytaniu latających książek, czy zwojów. Już chyba wolałbym wlepić karę jakiemuś rozrabiającemu uczniakowi.

    Marcin Madey

    OdpowiedzUsuń
  63. [Dzięki :) No, cóż... Ale jak widać wyrósł na człowieka, a nie jakiegoś fana kucyków Pony xD Jeszcze raz podziękuję i w sumie życzę tego samego! :D]

    T. Yaxley

    OdpowiedzUsuń
  64. [Spoko. Nic się nie stało]
    - Aż tak źle wyglądam?- zapytałem obracając całą sytuację w żart. Chciało mi się śmiać, kiedy Chaerin odwróciła wzrok lekko się rumieniąc. Takiego obrotu sytuacji to się raczej nie spodziewała.- No weź…- przyjrzałem się sobie- Fakt. To nie jest ciało kulturysty, ale nie mam brzuszka. Powiem więcej, jakieś tam zarysy sześciopaku są.- westchnąłem – Dobra… tylko założę coś na siebie, bo trochę głupio paradować po całym zamku tylko w ręczniku.- zamknąłem za sobą drzwi. Szybko przywdziałem na siebie jakieś ubrania, pierwsze lepsze. Na nogi założyłem najbliżej stojące buty, padło na te od biegania. Przyjrzałem się sobie w lustrze…nie było aż tak źle. Najzwyklejszy biały T-shirt i czarne jeansy. Zabrałem ze sobą jeszcze różdżkę i wyszedłem na korytarz. Zamknąłem za sobą drzwi od komnaty.
    - Kończymy to szybko i idę spać, bo naprawdę padam z nóg.- powiedziałem i zakryłem usta w momencie ziewania. To był bardzo męczący dzień. Jednakże moje modły zostały wysłuchane… Nie były to latające zwoje. A uczniakom taką karę wlepię, że odechce im się buszować w nocy po dziale ksiąg zakazanych. – Nawet nie wiesz jak ja się cieszę, że to nie są latające zwoje.- powiedziałem do Chaerin.
    Wreszcie dotarliśmy do biblioteki. Poczekałem aż pani Park usunie wszystkie zaklęcia zabezpieczające. Ja muszę przyznać, że słabo się znałem na takich „zaawansowanych” zamknięciach. Chociaż, jak to kiedyś powiedział mój nauczyciel: „Madey, ty to jesteś niemalże uosobieniem stereotypowego Polaka… jeśli chodzi o te pozytywne stereotypy.” No cóż…czasem się opłaca być jednym z niewielu przedstawicieli danej narodowości w szkole.
    Wszedłem za Chaerin do biblioteki i podeszliśmy do działu ksiąg zakazanych. Zawędrowaliśmy w idealnym momencie, akurat grupka uczniów wychodziła, z jakimiś książkami pod pachą.
    - Dobry wieczór państwu.- powiedziałem z lekko aroganckim uśmieszkiem.- A co tutaj się wyprawia?- uniosłem pytająco brew. Jeden z uczniów próbował ucieczki, rzuciłem więc w jego stronę zaklęcie Levicorps, więc zbyt daleko nie uciekł.- Ktoś jeszcze?- zapytałem lekko zdenerwowany.- Radzę wymyślić wam jakieś dobre usprawiedliwienie, w które byłbym skłonny uwierzyć. – powiedziałem spokojnym już tonem, jednakże przepełnionym chłodem. Wpatrywałem się na nich niczym sokół na swoją ofiarę. Wiszący uciekinier zaczął coś przebąkiwać o uwolnieniu, jednakże zignorowałem to.
    - Trzeba było nie uciekać, za błędy się płaci.- powiedziałem w jego stronę.- Słucham więc waszych usprawiedliwień.- skrzyżowałem ręce na piersi i spoglądałem wyczekująco.

    Marcin Madey

    OdpowiedzUsuń
  65. [dzień dobry i dziękuję bardzo! :) może masz chęć skusić się na wątek? Chaerin pewnie znała Scar, siostrę Faith, bo dziewczyna często przesiadywała w bibliotece, jak zresztą jej młodsza siostrzyczka. c:]

    Faith September

    OdpowiedzUsuń
  66. [oj, regulaminu to raczej nie przestrzega. mimo wszystko jest jednak nieco mniej niepewna siebie i nieśmiała niż Scar, a w każdym razie bardzo dobrze udaje. c:
    niemniej jednak ja mam taki pomysł, że być może starsza siostra Faith była dość mocno zżyta z Twoją panią i to u niej zostawiła swój ostatni list do młodej September? mogłybyśmy przenieść akcję już na wrzesień, bo planowana śmierć Scar jest na koniec wakacji (skończyła ona wtedy szóstą klasę). założyłam również, że nauczyciele wiedzą o wszystkim, bo byłoby dziwnie, gdyby jedna uczennica nagle nie wróciła, więc Chaerin mogłaby dopaść Faith po kolacji pierwszego dnia i wręczyć jej ten list, a potem interesować się stanem dziewczyny, jako, że znała jej starszą siostrę... :)]

    Faith September

    OdpowiedzUsuń
  67. Nie chciała wracać w tym roku do Hogwartu. Bez siostry, bez kogokolwiek, do kogo mogłaby się zwrócić o pomoc, gdy złapie ją kryzys, bo nikt poza Scar nie wiedział nic o tych problemach, a ona przecież nawet dzieliła je z młodszą September. Nie przyjmowała do wiadomości faktu, że już jej nie ma, chociaż przecież widziała jej sine ciało, martwe ciało, z krwią zatrutą alkoholem i masą leków. Nigdy przedtem nie zetknęła się tak bezpośrednio ze śmiercią, nawet sąsiadki, choć jak przez mgłę pamiętała pogrzeb babci Miny Davies, kiedy obie miały po kilka lat. Była zrozpaczona i załamana, bo siostra dawała jej siłę do istnienia, trwania i mierzenia się z problemami – a teraz Scarlyn nie było, zniknęła, umarła. Umarła. Te słowa bezlitośnie dźwięczały jej w głowie, naprzemiennie z sarkastycznym i niecierpliwym parskaniem ojca. Nienawidziła go. Nienawidziła ich wszystkich.
    Na pierwszej kolacji tego roku siedziała z pochyloną głową, twarzą ukrytą w dłoniach, ukradkiem ocierając co chwilę płynące z oczu łzy. Nie chciała, by ktoś ją widział, a z drugiej strony było jej już wszystko jedno. Niech sobie patrzą. Niech się śmieją. Oni nigdy, nigdy nic nie zrozumieją.
    Wyglądała kiepsko, gorzej niż zwykle – jeszcze mocniej podkrążone oczy, twarz kredowobiała, o chorobliwym odcieniu. Ręce i nogi, jakby miały się zaraz złamać, sine usta, przerażająco puste spojrzenie lalki. Widziała się w lustrze. Na miejscu innych uczniów czy nauczycieli pomyślałaby sobie, że stoi przed nią narkomanka. Miała jednak nadzieję, że ktokolwiek, kto zwróci na nią uwagę, w swej głupocie i egoizmie nie zarejestruje okropnego wyglądu najmłodszej panny September. Wiedziała, że uwaga innych zapewne będzie skupiona na Scar, chociaż i ona nie miała zbyt wielu przyjaciół, bo była tak chorobliwie nieśmiała, tak delikatna. Faith nigdy w życiu nie umiałaby się przyznać, że sama również taka jest i tylko udawanie twardzielki wychodzi jej znacznie lepiej niż siostrze.
    Przelotnie zerknęła na stół nauczycieli, natykając się na wbity w swoją osobę wzrok bibliotekarki. Kobieta przyglądała się jej uważnie i Faith przyszło do głowy, że być może szuka jakichś śladów załamania na jej twarzy, w związku z czym bardzo, bardzo chciała udać silną dziewczynę, a jednak... Jakimś cudem nie potrafiła. Wiedziała, że z bibliotekarką łączyły jej siostrzyczkę silne więzy, więc postanowiła w przypadku ewentualnej rozmowy odnosić się do niej z szacunkiem, aczkolwiek wolałaby jednak uniknąć czyjegokolwiek towarzystwa, choć dzisiaj... a najlepiej już zawsze.
    Kiedy inni uczniowie zaczęli wstawać, ona utkwiła wzrok w swoim talerzu i nie ruszyła się z miejsca. Nie miała zamiaru mieszać się z tłumem i odpowiadać na zasypujący ją grad pytań; po prostu chciała wreszcie odrobinę samotności. W pociągu próbowała usiąść samotnie, jednak kilka koleżanek Scarlyn błyskawicznie dosiadło się do niej i zaczęły pocieszać, pytać, mówić. I patrzeć. Nie lubiła, kiedy ktoś się jej tak uważnie przyglądał. Można by śmiało powiedzieć, że miała fobię.
    Z ociąganiem podniosła się z ławki i niechętnie ruszyła w stronę wyjścia. Po głowie chodziło jej, by wziąć dyrektora na litość i poprosić o jakąś maleńką, osobną komnatkę, w której mogłaby się w spokoju wypłakać, gdyby przyszła jej taka potrzeba, bez narażania się na pełne znienawidzonej litości, wymowne milczenie. Wszak nie chciała, by ktokolwiek ją słyszał. By ktokolwiek wiedział, że cierpi, bo cierpienie można banalnie łatwo wykorzystać przeciwko zranionemu.
    Pogrążona we własnych myślach niemal nie zwróciła uwagi na to, że ktoś ją wołał. Ledwie zarejestrowała własne imię, wypowiedziane przez Chaerin.
    – To pani... – wymamrotała nieprzytomnie, podnosząc na nią swoje oczy o przerażająco bezbronnym wejrzeniu i przyglądając się jej, jakby w szoku. – Skąd... Skąd to pani ma? – wyszeptała, przejmując od niej list. Koperta była chropowata w dotyku, pod palcami wyczuwała wszystkie nierówności materiału. Czuła, jakby płuca stanęły jej w ogniu.

    [jest super. <3]
    Faith September

    OdpowiedzUsuń
  68. Wzruszyłem ramionami, w momencie, kiedy wiszący uczeń mówił, że jego ojciec się o wszystkim dowie. Nie obchodziło mnie to, niech się cieszy, że pozwoliłem mu się przyglądać całej tej scenie. Wyczekująco spoglądałem na młodych lunatyków.
    Posłuchałem co powiedzieli. Podzielałem wybuch Chaerin, jednakże próbowałem się nie unosić i nie krzyczeć. Natomiast uśmiechnąłem się lekko w ich stronę.
    - Moglibyśmy nie robić tego „przedstawienia”… jednakże cóż…od razu na zbity pysk ze szkoły was nie możemy wywalić. Przykro mi.- odezwałem się. Przejrzałem nawet pobieżnie woluminy, które dzięki wprawnie rzuconemu niewerbalnemu Accio znalazły się obok nas. Czarna magia; ale czego innego miałem się spodziewać? Książki z cyklu „Jak oswoić jednorożca?” a może „ Oswajanie kucyka w tydzień.”
    - Kpisz, czy o drogę pytasz?- zapytałem po polsku, zaraz jednak zreflektowałem się i odezwałem się po Angielsku.- Żartujesz sobie? JA miałbym wam podpisać zgodę po fakcie? Coś mi się tu nie podoba.
    - Puśćcie mnie! Mój ojciec zna mini….- nie dokończył poprzez zaklęcie Jęzozlep, które rzuciłem w jego stronę. Powoli mnie denerwował, najwyżej później będę miał problemy… jednak chyba warto.
    - Mówiłeś coś? Nie dosłyszałem…- powiedziałem w jego stronę po czym próbowałem nie zaśmiać się, kiedy próbował coś powtórzyć.- Coś nie jesteś zbyt rozmowny.- podsumowałem.
    Spoglądałem to na woluminy, to na Chaerin, to na młodych arystokratów buszujących w książkach zakazanych. Zastanawiałem się nad karą.
    - Wiecie… jest taka jedna prawda… Z Polakiem nie powinno się zadzierać, w szczególności, kiedy jest głodny, zmęczony, bądź gdy jego cierpliwość jest na wyczerpaniu… Muszę przyznać, że złamaliście trzy prawa w przeciągu pięciu minut.- mój głos był monotonny. Nigdy nie lubiłem mówić w taki sposób, czułem się wtedy jak lektor filmowy.- Same punkty ujemne dla Slytherinu nie wystarczą…
    - Skąd pan wie, że….
    - Macie wypisane na czole. Tuż obok winy.- uciąłem.- Myślę, że pięćdziesiąt punktów będzie odpowiednie…-powiedziałem. Zobaczyłem nikłe uśmieszki ze strony winowajców, zaraz więc dodałem dalszą część- Od łebka. Pięćdziesiąt za każdego z was.- Uśmiechnąłem się w ich stronę, czym pewnie jeszcze bardziej ich rozzłościłem.

    Marcin Madey

    OdpowiedzUsuń
  69. [Cześć c:
    Myślę, że coś by się udało, tylko masz jakieś konkrety? Żeby nie skończyło się na kilku odpisach c:]

    OdpowiedzUsuń
  70. Uwolniłem wiszącego ucznia i sprawiłem, że mowa mu wróciła. Westchnąłem cicho kiedy otrzepał się. Jeszcze bezczelny gówniarz powiedział, że będę miał pogadankę z jego ojcem i wyrzucą mnie ze szkoły. Bardzo się tym przejąłem, nie ma co.
    - Ty poinformujesz.- poprawiłem Chaerin, kiedy uczniowie wyszli.- Ja padam z nóg i nie mam zamiaru jeszcze tłumaczyć Pollockowi co tutaj zaszło.- wyjaśniłem. Zastanawiałem się, który to już raz mówię, żem zmęczony.
    - Nie masz za co dziękować. To nic takiego.- powiedziałem, po czym ziewnąłem. Jednakże zdążyłem zasłonić swoje usta. Usiadłem obok niej. Właściwie to oparłem się o stojący za mną stół. – Nic się nie stało. Rozumiem, że byłem pierwszą osobą, o której pomyślałaś w takiej chwili.- uśmiechnąłem się nieznacznie. Przyjrzałem się bibliotekarce.- Czy ty się rumienisz?- zapytałem z lekkim rozbawieniem.
    - No słyszałaś…będę na dywaniku u dyrektora i mam zamiar błagać o przebaczenie ojca tego dzieciaka.- zironizowałem.- A jak już mnie wyrzucą ze szkoły to będę cały twój i będę mógł udawać twojego chłopaka przed wszystkimi.- zażartowałem.- A tak na poważnie, to nie mam jakoś sprecyzowanych planów. Jednak z tego co mi się kojarzy to rano mam lekcję z pierwszakami później trening z puchonami, po południu Gryffindor poprosił mnie abym zobaczył jak im idzie, wieczorem trening z krukonami.- wyliczyłem na palcach.- Chociaż może uda mi się zerwać wcześniej, albo odpadnie mi jakiś trening. Jak ja już chciałbym weekend.- powiedziałem spokojnie.
    - Ja powoli będę wracał do siebie. Dobranoc.- powiedziałem po czym uśmiechnąłem się serdecznie i wyszedłem z biblioteki.
    *****
    Większość się zapewne zdziwiła, że nie biegałem rano, ani że nie zjawiłem się na śniadaniu. Takie rzeczy były niemalże rutyną tej szkoły, pewniaki. Zaspany zjawiłem się na lekcji z pierwszakami. O niczym innym tak nie marzyłem jak o wygodnym łóżku i chwili spokoju oraz jakiejś godzinki snu.
    Cieszyłem się, że nic się nie stało. Wszyscy cali i zdrowi. W porze lunchu odwiedziłem bibliotekarkę.
    - Cześć. Jeszcze na dywaniku u dyrektora nie byłem.- powiedziałem na wstępie.- A rozmawiałaś już z Pollockiem?

    Marcin Madey

    OdpowiedzUsuń
  71. Zanim zdążyłem odpowiedzieć, przede mną stała już filiżanka z kawą. Jej zapach był…pobudzający. Uśmiechnąłem się nikle.
    - Mnie? Nic. Piję najzwyklejszą czarną bez dodatków.- powiedziałem. Wydychałem aromat kawy, nawet zaryzykowałem poparzeniem języka aby spróbować odrobinę czarnego płynu. Rozejrzałem się po pomieszczeniu. Biblioteka nie licząc nas świeciła pustkami. Właściwie to nie dziwiłem się zbytnio, pogoda była zbyt piękna aby siedzieć w zamku, no chyba że ktoś był alergikiem, to był skazany na męki w murach pośród tony chusteczek. Chyba, że bierze silne leki i jakoś to wszystko znosi.
    - No właśnie widzę. To chyba są jedne z uroków pracy w bibliotece. Pustki i cisza.- powiedziałem rozmarzonym głosem. Uśmiechnąłem się słabo mówiąc to.- Kłopotliwe towarzystwo… powinienem się jakoś specjalnie przygotować?- zapytałem
    - A uczniowie? Dzisiaj byli niemalże do rany przyłóż. Zero problemów, nie wiem czy widzieli, że źle wyglądam, czy po prostu tylko tak jest u mnie na lekcjach.- zaśmiałem się.- Wiesz, nigdy bym nie przypuszczał że zostanę nauczycielem.- uśmiechnąłem się lekko. Była to najprawdziwsza prawda z najprawdziwszych prawd.- Prawdopodobnie po zakończeniu kariery sportowej zostałbym komentatorem meczy, albo menadżerem klubu.- przyznałem cicho.
    Upiłem łyk kawy, która już nieco ostygła. Jednakże teraz nie ryzykowałem poparzeniami i mogłem w spokoju wypić czarny płyn, za którym większość szaleje i go wręcz ubóstwia.
    Odwzajemniłem ciche uczniowskie Dzień dobry. Po czym zorientowałem się, że powoli będę musiał się zbierać, chociaż zanim się przebiorą to minie jakieś pięć minut, więc z czystym sumieniem będę mógł wyjść troszkę później niż zamierzałem.
    - Ile jeszcze twój przyjaciel będzie siedział nam na głowie?- zapytałem powoli już straciłem rachubę w tym wszystkim.- Powoli już wszystko mi się miesza. Chciałbym już weekend i porządnie się wyspać, bo ostatnimi czasy coś mi przeszkadza.- powiedziałem. Jednakże bez urazy, oznajmiłem to nawet dosyć beztroskim tonem. Uśmiechnąłem się do Chaerin.
    - Szybko ten rok szkolny minął.- powiedziałem patrząc gdzieś przed siebie.- Właściwie to jeszcze nie minął, ale… wiesz o co mi chodzi.- uśmiechnąłem się słabo. Nagle spoważniałem i lekko się wyprostowałem, bo przypomniało mi się, gdzie Chaerin spędza wakacje.
    - A co jeśli Taesan powie twoim rodzicom? Też będę musiał udawać?- zapytałem ściszonym głosem. Mogła wyłapać swego rodzaju przerażenie.- Bo wiesz…w razie czego to się poświęcę i napiszę jakiś list.- powiedziałem. Nie przepadałem za pisaniem listów, jednakże mogę się poświęcić aby coś na ruski rok naskrobać.

    Marcin Madey

    OdpowiedzUsuń
  72. - Nie, sędzią raczej nie. Nie potrafiłbym być obiektywny.- przyznałem.- A bycie komentatorem nie przeszkadza w niczym. Pewnie trenowałbym dalej, tyle że amatorsko.- powiedziałem.- A ja z największą przyjemnością bym wyszedł gdzieś… nawet nie ważne gdzie.
    - Lekcje? A no tak, mam trening z Hufflepufem.- powiedziałem. I będę się powoli zbierał.- powiedziałem po czym odłożyłem filiżankę na stoliku.- Aha. To po kolacji przed zamkiem!
    Wyszedłem z biblioteki równo z dzwonkiem.
    ****
    Dzień minął całkiem, całkiem. Nie miałem zamiaru narzekać. Szybko się odświeżyłem i przebrałem w coś luźniejszego. Niczym nastolatek wybiegłem na błonia szkoły, w oddali zobaczyłem Chaerin siedzącą na schodach. Uśmiechnąłem się wiedząc, że jest do mnie plecami. Podbiegłem do niej. Kiedy byłem wystarczająco blisko zdecydowałem się odezwać.
    - Hello it’s me.- powiedziałem śmiejąc się. Przypomniała mi się piosenka Adele i nie mogłem się powstrzymać aby tak jej nie powitać.
    - Z tego co mi wiadomo, to w bibliotece tłumów nie było.- uśmiechnąłem się słabo. Po czym niemalże natychmiast znalazłem się przed bibliotekarką i wyciągnąłem rękę w geście pomocy przy wstaniu. Spojrzałem na niebo. Uśmiechnąłem się.- Będzie ładna pogoda, trochę się ochłodzi, jednak nie będzie padać. Chociaż pogoda na wyspach rządzi się swoimi prawami.- powiedziałem po czym nieznacznie się uśmiechnąłem.
    - Myślałem, że Taesan już będzie. Może wyjdziemy mu naprzeciw?- zaproponowałem. Uśmiechnąłem się po raz kolejny. Może dzisiejszy dzień nie będzie aż tak zły? Chociaż mógłby być lepszy, gdyby nie to, że spędzę go razem z Koreańczykiem, który ma smykałkę do biznesu. Nie żebym zazdrościł…ale trochę zastanawiałem się dlaczego Chaerin nie chce za niego wyjść. Przecież mogłaby później wziąć rozwód i zagarnąć połowę majątku. Wolałem jednak się nie wychylać z tym pytaniem.
    - Tak właściwie to wracasz pociągiem do Londynu, czy aportujesz się do mieszkania twojej rodziny?- zapytałem z ciekawości.- I wiesz co… chyba się poświęcę i napiszę nawet dwa listy w ciągu miesiąca.- powiedziałem.- A to będzie cudowne osiągnięcie… nie cierpię pisać listów. Jakoś głupio się czuję wtedy. Co nie znaczy, że pisanie sprawia mi trudność. Po prostu nie lubię.

    Marcin Madey

    OdpowiedzUsuń
  73. [ Cześć, cześć! Trochę zaprawiona, faktycznie, ale ostatnio jakoś długo tu nie zabawiłam, zwaliło się na mnie za dużo obowiązków :'( Anyway, dziękuję za powitanie i jeśli chciałabyś sklecić jakiś wątek, to zapraszam. ]
    TB

    OdpowiedzUsuń
  74. - No w pewnym sensie uczniowie mogą się czuć niekomfortowo.- powiedziałem.- Bo to ani nie idzie zrobić szalonej imprezy w przedziale, ani nie można się uchlać do nieprzytomności.- wzruszyłem ramionami- Nie żebym tak robił w czasach szkolnych, czy coś…
    - No, dwa. Poświęcę się. Może nawet dobrze mi zrobi napisanie jakiś listów od kilku lat. Takich dłuższych listów…- powiedziałem po czym się zaśmiałem.
    Poczekałem aż Chaerin upora się z otwieraniem drzwi. Zastanawiałem się czy ostatnio Taesanowi pomógł woźny, czy jakiś inny nauczyciel. A no cóż…nie będę pytał, to nie wypada. Chociaż, czy ja wiem? Przecież nic się nie stanie jeśli się zapytam, ot tak z czystej ciekawości. Ale zrobię to później.
    - Dzień dobry.- powiedziałem i lekko się uśmiechnąłem w jego stronę. Swoją drogą, to chyba za każdym razem, kiedy zwracałem się do niego, albo byłem w jego towarzystwie to się uśmiechałem. Ale mogę się mylić, przecież, wcale tak nie musiało być. Mogło mi się tylko tak wydawać.
    - To się cieszę, że pasuje panu taki układ. Później proponuję udać się do Madame Rosemary. Może nas nie wyrzuci po ostatnim.- porozumiewająco mrugnąłem do Chaerin. Trzymałem ją pod rękę i lekko zluzowałem z uśmiechem, jednakże nadal byłem wesolutki. Spoglądałem kątem oka na Taesana, jednakże jego twarz nie wyrażała żadnych emocji. Coś tak czuję, że bardzo rozmowne towarzystwo mi się trafiło. Nie tyle ile chodzi o Chaerin, tak tyle ile chodzi o Taesana. Facet był… dziwny. Chociaż jeśli kocha Chaerin a nagle zjawia się facet, który stanowi zagrożenie, to mu się nie dziwię. Jednakże skąd on może wiedzieć, że ja nic z Chaerin. Tak przynajmniej myślę, że nic.
    - Jak minął panu dzień? Interesy idą pomyślnie?- zapytałem. Ktoś wreszcie musiał się odezwać. Ta cisza była pod każdym względem dołująca. Miałem jej już powoli dosyć. Modliłem się o to aby ten wieczór szybko się skończył. To było na chwilę obecną moje jedyne marzenie, które musiało się spełnić. Wieczór mógł też minąć nam w miłej atmosferze, w co mimo wszystko do końca nie wątpiłem.
    - Pozwoli pan, że zapytam z ciekawości… przy ostatnim spotkaniu wspominał pan, że sporo pan podróżuje. Chciałbym się dowiedzieć, gdzie według pana jest najładniej i z wielką przyjemnością dowiedziałbym się też, czy kiedykolwiek był pan w Polsce?- zapytałem po chwili namysłu. Zastanawiałem się szczerze nad jego odpowiedzią. Dlaczego ja musiałem się przy nim tyle gimnastykować? Przecież na pewno udałoby nam się znaleźć wspólny temat. Chociaż…w jego przypadku może być ciężko. Raczej się nie dogadamy, będą oklepane pod każdym względem pogadanki o pogodzie.
    Dzisiejszego wieczoru emocje sięgną zenitu. Chyba tylko na grzybach mogą być większe.

    Marcin Madey

    OdpowiedzUsuń
  75. - Czy coś polecam? Hmmm…- zastanowiłem się przez chwilę.- W Polsce jest dużo ładnych miejsc. To zależy jak się chce spędzić czas… jeśli chodzi o wyciszenie się z dala od wielkomiejskiego zgiełku polecam Bieszczady, jeśli chce się wrócić pogryzionym przez komary to idealne będą Mazury. Ale jeśli chce się poznać co nieco historii kraju, to koniecznie trzeba udać się do Krakowa oraz Warszawy. Wrocław jest pięknym miastem, a jeśli lubi pan morze i wodę, w takim razie można się wybrać do Trójmiasta albo Szczecina… mógłbym opowiadać godzinami o swoim kraju…- powiedziałem z niejaką dumą. Nigdy nie wstydziłem się swojej narodowości.
    - Najbardziej podobało mi się, jeśli chodzi o atmosferę to w Brazylii. Najciekawsi ludzie, największe ewenementy to tylko i wyłącznie w Rosji. Kuchnia Francuska, bądź Włoska, pogoda idealna była w Chorwacji i Hiszpanii. Ale za to najlepiej jak się ucieka prze australijskim kangurem.- powiedziałem.- Nie żebym uciekał jak ostatni tchórz, czy coś…ale to zwierzę mnie przeraża.- dodałem z pełną powagą. Do tego zrobiłem taką minę, która świadczyła o tym, że jednak uciekałem.
    - W Korei byłem. Nawet w obu. W tej „nienormalnej” było jak sama nazwa wskazuje- nienormalnie.- uśmiechnąłem się do nich.- I stwierdziłem, że Korea Południowa jest o niebo lepsza. Począwszy od Kuchni skończywszy na ludziach. Poza tym kiedyś ci wspominałem o tym Chaerin, ze byłem w Korei.- uśmiechnąłem się lekko.
    - Musze się kiedyś na weekend do Rosji wybrać, na jakiś dłuższy weekend, bo w dwa dni nie zdążę dojść do siebie.- taka prawda, z ruskami najlepiej się wódkę pije. Nie zapomnę jak wybrałem się ze znajomym z Rosji na wódkę… prawdopodobnie przez całą noc mnie szukali.
    - A ty Chaerin? Jako archeolog zwiedzałaś tylko antyczne miasta?- zapytałem ciekaw jej odpowiedzi. Powoli zbliżaliśmy się do Madame Rosemary. Ciekawe, czy Taesan ma mocną głowę? Czy jednak ja wypiję więcej i będę bardziej trzeźwy.

    Marcin Madey

    OdpowiedzUsuń
  76. – Ten sam – przytaknęła, wpatrując się w jakiś punkt za Chaerin; jej oczy były jakby utkwione w czymś niewidzialnym dla wszystkich, poza nią samą. Czuła, że nie potrafi myśleć o tym wszystkim, jednocześnie nie będąc oderwaną od rzeczywistości; nie chciała po raz kolejny odczuć mrożącego krew w żyłach strachu, pełznącego wzdłuż jej drobnego ciała.
    – Nie, nie dlatego – pokręciła głową, a jej oczy nabrały normalnego wyrazu. – Ja tylko... Nie umiałam znieść tego, że nie będę widywała brata – wyznała, opuszczając wzrok. – A naprawdę za nim tęskniłam.
    A teraz tęsknię za Chesterem, miała na końcu języka, ale nie odważyła się wypowiedzieć tych słów, jakby z obawy, że wtedy nabiorą prawdziwego, przerażającego wydźwięku. Przez te kilkanaście miesięcy udało jej się stłumić to uczucie... ale ilekroć pomyślała o chłopaku, coś ją bolało od środka. Na początku pisał do niej listy. Nie odpisała na żaden; w konsekwencji przychodziły coraz rzadziej, aż wreszcie przestały. Tęskniła, tęskniła, tęskniła. Nie rozumiała, po co i dlaczego robi to wszystko, tak bardzo chciała się zwierzyć, ale nie wiedziała, jak to zrobić. Jej zachowanie nie było racjonalne i dobrze zdawała sobie z tego sprawę.
    – A moi... moi rodzice? – spytała nieśmiało, unosząc lekko głowę. – Oni tu byli, prawda? W zeszłym roku. Co... co mówili?

    Kendall Young

    OdpowiedzUsuń
  77. Widząc Noonę, uśmiechnął się tylko i na jej przywitanie pochylił się lekko do przodu i skinął głową. Miał nadzieję, że we dwoje uda im się wymyślić jakąś sensowną wymówkę, którą jednocześnie nie zaniepokoją całej rodziny, a sami owy wieczór spędzą w swoim, lub nie, towarzystwie.
    — Jeżeli dobrze pamiętam to poprzednim razem użyliśmy mojego wypadku na miotle, Noona — odezwał się po chwili. Poza tym, nie chciał ponownie martwić w ten sposób matki. Za każdym razem wysyłała mu później listy przepełniony matczyną troską, a jego samego pożerały wyrzuty sumienia. Nie chciał okłamywać rodziny, jednak napisanie wprost, że po prostu nie chcą uczestniczyć w tym spotkaniu w ogóle nie wchodziło w grę. Na samą myśl, do głowy przychodziły mu słowa członków rodziny, na jego i Chaerin niechęć do spotkania — myślę, że nie sprawdziliby tego. Myślisz, że komuś w ogóle by się chciało? — Wzruszył lekko ramionami, rozglądając się uważnie po pomieszczeniu — no i szczerze mówiąc, nie chciałbym znowu martwić mamy… Pamiętasz po ostatnim? Dostawałem od niej przez cały miesiąc, codziennie sowy z pytaniami czy już ze mną dobrze i czy przypadkiem czegoś nie potrzebuję — zagryzł wargę, zaciskając nerwowo pięści. Nie lubił sytuacji, w których musiał okłamywać tę kobietę, ale z drugiej strony… Oboje z Nooną wiedzieli, że nikt ich nie sprawdzi, a jej rodzice na pewno uspokajali by matkę Hyuna.
    — Jeżeli nie wymyślimy nic innego, to będzie trzeba znowu tego użyć, albo napiszę, że podczas zajęć klubu pojedynków dostałem jakimś mocnym zaklęciem… Słyszałem, że ma być organizowana wycieczka dla najlepszych uczniów z roczników. Ale nasza rodzina chyba nie uwierzy, że mógłbym być takim uczniem — kąciki ust uniósł mimowolnie do góry. Chociaż, gdzieś w głębi serca chciał, aby uwierzyli w to, że jeszcze potrafi zadbać o swoją przyszłość, to był świadom, że po jego wybrykach w Seoulu, mało kto będzie wierzył w niego w taki właśnie sposób. On sam czasami miał chwile niepewności, kiedy stał pod gabinetem dyrektora i zastanawiał się czy nie powinien przypadkiem zrezygnować z nauki. Oczywiście nikomu się do tego nie przyznał, nawet Chaerin-ah. Chyba bał się jej reakcji. W końcu znalazł się tutaj dzięki niej, zawdzięczał jej bardzo dużo. Bał się, że zarzuci mu, iż nie potrafi docenić tego, co dostaje od najbliższych.
    — Noona… — zaczął niepewnie, siadając na drewnianym krześle — jak ci minął dzień? — dokończył, zmieniając jednak zdanie i nie mówiąc tego, co początkowo zamierzał. Przechylił delikatnie głowę na bok i posłał jej jeden ze swoich ciepłych uśmiechów — uczniowie dobrze cię traktowali? Jakbyś miała z jakimiś problem to wiesz… Powiedz mi, ja już z nimi pogadam — dodał, wciąż z uśmiechem na twarzy.

    [Przepraszam za tak długi czas oczekiwania, ale miałam egzaminy... Na szczęście, jestem już po. Kolejna porcja w lipcu ;)]
    Hyun

    OdpowiedzUsuń
  78. [o mamo. ja kompletnie przegapiłam Twoje zaczęcie, za co najmocniej Cię przepraszam! już się poprawiam!]

    Lubiła wymykać się po nocy i wędrować po Zamku, zwłaszcza, od kiedy wykombinowała, jak podkraść Jamesowi pelerynę niewidkę, a potem zwrócić tak, by się nie zorientował. Najczęściej droga wiodła ją do biblioteki, gdzie tak czy siak spędzała większość czasu, jako, że książki bez reszty pochłaniały jej uwagę; a kiedy jeszcze czuło się na języku smaczek, że czyta coś zakazanego... Lily uwielbiała wszelkiego rodzaju tajemnice, rzeczy dla niej niedozwolone, zabronione, z których owoców sok był jednak najwspanialszą, najsmaczniejszą rzeczą pod słońcem. Dobrze się kryła, więc większość rzeczy uchodziło jej na sucho, aczkolwiek czasem zdarzała jej się godna pożałowania wpadka. Tak, jak tym razem.
    Książka z potwornym hukiem spadła na podłogę i dziewczynie wydawało się przez moment, że zaraz zleci się tutaj cały Zamek, wyrwany ze snu. Spanikowana, zamiast podnieść książkę i włożyć na półkę, a potem zarzucić sobie pelerynę na ramiona i zwiewać, po prostu zostawiła wszystko, tak, jak się rozsypało i uciekła między wysokie półki, z mocno bijącym sercem modląc się, by nikt jej nie zauważył.
    – Wiem, że ktoś tam jest! – Doleciało do jej uszu. Lily zadrżała, bo wizja szlabanu za nocne włóczenie się nie była najprzyjemniejsza, aczkolwiek jej oddech nieco się uspokoił, uświadomiwszy sobie, że to tylko panna Park, bibliotekarka, o której nigdy nie usłyszała niepochlebnych opinii. No, może poza tą grupką Ślizgonów z przedostatniego roku, Lestera i jego kompanii, ale ich zdanie obchodziło Lily tyle, co zeszłoroczny śnieg.
    Mimo to miała nadzieję, że bibliotekarka jej tutaj nie zaskoczy. Przylgnęła plecami do ściany, w myślach układając plan, jak odzyskać porzuconą pelerynę. Wiedziała, że lada moment Chaerin tam dotrze i nie daj Merlinie zobaczy leżący na podłodze materiał...
    Wizja ta przestraszyła Lily na tyle, że dziewczynka z powrotem rzuciła się w tamtą stronę, nie bacząc na to, że biegnąc robi sporo hałasu; podeszwy jej ciężkich butów uderzały o podłogę. Pod samym nosem bibliotekarki panna Potter dopadła pelerynę, uśmiechnęła się niewyraźnie, rzuciła jakieś "dobranoc!" i uciekła z powrotem między półki, z zamiarem wyjścia z biblioteki.

    Lily Potter

    OdpowiedzUsuń
  79. Uniosłem lekko brew, na wzmiankę o pijących koreańskich biznesmenach. Nie powiem, brzmiało ciekawie.
    - No cóż, różnie to w życiu bywa. Ja za młodu to tylko i wyłącznie po strychach chodziłem.- powiedziałem. Podążyłem za Chaerin, właściwie to zamykałem pochód. Co było dziwne, zaraz po moim wejściu niemalże natychmiast wstało kilku klientów i wyszło omijając mnie szerokim łukiem. Przez chwilę stałem w lekkim osłupieniu i wpatrywałem się to w niedawno zajmowane miejsca, to w drzwi.
    - Szklankę ognistej...-powiedziałem osłupiały.- Przepraszam, że ci klientów straszę.- zwróciłem się do Madame Rosemary. A ona tylko pokiwała głową. Uśmiechnąłem się w jej stronę, po czym odebrałem zamówienie i zapłaciłem od razu, w razie czegoś, gdyby ktoś chciał mnie zabić, to będę uciekać z czystym sumieniem.
    Usiadłem obok, znajomych, którzy też mieli swoje zamówienia. Uśmiechnąłem się do Chaerin.
    - Widziałaś tych gości?- zapytałem. No bo chyba trudno nie było nie zauważyć, że po zobaczeniu mnie kilku klientów natychmiast wyszło, nawet nie dopili swoich zamówień. Cóż za marnotrawstwo! – Czy dobrze mi się wydaje, że to nasi „dobrzy” znajomi byli?- uniosłem pytająco brew i upiłem łyk ognistej. Ciepło przyjemnie się rozlewało po ciele.
    - Za niedługo koniec roku, szybko to wszystko zleciało.- powiedziałem.- Później prawie dwa miesiące odpoczynku, jakikolwiek by on nie był.- uśmiechnąłem się lekko.- Chyba to mi się podoba w pracy nauczyciela…wakacje, które trwają dosyć długo i można podróżować. Bo będąc sportowcem, to marzy się tylko o tym aby zostać na tydzień w domu.
    - A mogę zapytać tak z ciekawości, czy taki biznesmen to zna wiele języków?- zapytałem.- Większość mówi co prawda po angielsku w większym lub mniejszym stopniu, ale ciekawi mnie czy kiedykolwiek natknął się pan na kogoś, kto nic nie rozumiał po angielsku.

    Marcin Madey

    OdpowiedzUsuń
  80. Przytłoczona nagłymi, mdlącymi wyrzutami sumienia, Zephir opuściła głowę. Nigdy nie chciała, by ktokolwiek cierpiał z jej powodu, jednak sama również nie chciała już cierpieć... i skłaniała się ku stwierdzeniu, że wpadła w szpony czegoś na kształt depresji, która zasłoniła jej inne drogi ucieczki. Sama już nie wiedziała, czy cieszyć się, że samobójstwo było upozorowane, nie prawdziwe, czy żałować. Bo w końcu straciła wszystko. Bo tak naprawdę Zephir Fawn Ainsworth, która żyła, musiała umrzeć, gdy nic jej nie zostało. Przybrać skórę kogoś innego, skórę Kendall Young, która była obcą osobą, a musiała stać się nią samą.
    Dziewczyna sama wymyśliła sobie nową tożsamość, włącznie z imieniem i nazwiskiem, jednakże wcale nie pocieszał jej fakt, że nie musiała wcielić się w istniejącą już osobę. Czasem z całych sił pragnęła cofnąć się do tego feralnego maja i naprawdę popełnić samobójstwo. Bywało, że miała wrażenie, iż brakuje jej sił, by wciąż udawać, a tak przecież miało odtąd wyglądać całe jej życie: na udawaniu, jeszcze większym udawaniu, niż przedtem.
    – Czy to było nieprzemyślane? – spytała nagle, spoglądając na Chaerin, jakby szukała u niej potwierdzenia, że jest tylko impulsywną smarkulą. – I czy to normalne, że teraz mi żal...? – spytała ciszej, o wiele ciszej, jakby bojąc się odpowiedzi.

    Kendall Young

    OdpowiedzUsuń
  81. - Czy ja wiem, czy on był taki niesamowity?- zapytałem ni to ich ni to siebie.- W końcu jakby na to nie patrzeć, to trochę byłem wtedy kontuzjowany. – wzruszyłem niedbale ramionami. Wcale nie zauważyłem spojrzenia Taesana. Wcale… Przecież to całkiem normalne, że człowiek mojego pokroju potrafi się bić. Całkiem normalne…najnormalniejsze na świecie.
    - Oczywiście. Ze mnie jest chyba największy poliglota na świecie.- cała wypowiedź miała charakter humorystyczny, mimo że mówiłem to śmiertelnie poważnym głosem.- Biegle mówię w trzech językach polskim, ale to nie powinno nikogo dziwić w końcu jestem Polakiem, angielskim, ale jak widać mam okropny akcent, oraz niemieckim. Do niemieckiego nie będę się przyczepiał bo mówię prawie jak rodowity Niemiec. Potrafię jeszcze wydukać kilka słów po szwedzku, ale bardzo okropnie mi to idzie i mam straszny akcent.- wyjaśniłem po czym zaśmiałem się słabo widząc minę Taesana. Chyba się nie spodziewał tego.- I uprzedzając pytanie, jeszcze nigdy nie spotkałem się aby nikt nie mówił w żadnym z tych języków. I tak…bardzo często spotykam swoich rodaków w różnych częściach świata i czasami proszę ich o pomoc, jeśli nie znam języka. Taka sytuacja miała miejsce w Japonii, trafiłem do jakiejś zapomnianej przez Boga wioski, gdzie spotkanie kogoś młodego kto zna język graniczyło z cudem. Spotkałem Polaka, który pomógł mi wydostać się z wioski.- uśmiechnąłem się nieco.
    - Za udane wakacje.- zawtórowałem.- Abyśmy wrócili w jednym kawałku.- dopowiedziałem niezmiernie ważną rzecz. Bo chyba najważniejsze było to aby wrócić po wakacjach całym, prawda?
    Rozejrzałem się po miejscu, kurczę będzie mi tego wszystkiego brakować, jak uda mi się wrócić do drużyny Quidditcha, to chyba nie będę pracował już w Hogwarcie. Chociaż… mógłbym pogodzić posadkę nauczyciela z graniem. W końcu występy reprezentacji nie są tak często, a klubowe rozgrywki i treningi o takich porach, że jest już po lekcjach. A poza tym mogę się aportować, więc nie jest tak źle. Najwyżej zrezygnuję z czegoś. Pytanie nasuwa się, z czego? Z czego zrezygnuję? Z nauczania w Hogwarcie, czy z gry w quidditcha?

    Marcin Madey
    [Przepraszam, że tak długo musiałaś czekać. Dopadło mnie lenistwo i brak weny.]

    OdpowiedzUsuń
  82. - No chyba mogą.- powiedział i spojrzałem po nich.- Jak byłem w Hogwarcie parę ładnych lat temu, to przychodziliśmy tutaj. Nie mam pojęcia jak jest teraz.- upił łyk ognistej.- Posłuchaj, mówisz jakbyś co najmniej kradła, albo coś podobnego… Tylko pijesz i do tego w małych ilościach.- Marcin niedbale wzruszył ramionami.
    Marcin jednym uchem słuchał, a drugim puszczał to gdzieś przed siebie. Uśmiechnął się słabo. Spojrzał na Taesana i Chaerin.
    - I to nie raz nie dwa.- uśmiechnął się nieco na samo wspomnienie.- Raz w Rosji… z takim Saszą i Jurijem. Jechaliśmy równo, tradycyjną ruską wódkę, wypiliśmy ze trzy flaszki i mieliśmy dość, no to wstajemy i idziemy powoli przed siebie, i tak idziemy i idziemy…i nawet nie wiedzieliśmy gdzie żeśmy konkretnie doszliśmy, ale obudziliśmy się w moskiewskim zoo tuż obok hipogryfów. Do tej pory nie wiem w jaki sposób tego dokonaliśmy.- powiedział śmiertelnie poważnym głosem, ale jednakże cała sytuacja była śmieszna.- I raz w szkole, nie nazwałbym tego libacją alkoholową w czystej postaci, ale w kilku geniuszy wybraliśmy się nad jeziorko, w plenerek…koniec roku, w miarę ciepło, wieczory długie, noce krótkie. Czwórka uczniów i dwie flaszki przemycone z wioski znajdującej się niedaleko. Do tego ognisko, do tej pory się zastanawiam jakim cudem po tamtym wieczorze nie wywalili nas ze szkoły pod koniec edukacji.- westchnął cicho. To była chyba jedna z wielu tajemnic nad którymi się zastanawiał.
    - A mieliście jakieś takie bardzo przypałowe sytuacje?- zapytał- Nie muszą być te, których się wstydzicie, ale jakieś takie głupie, śmieszne…coś w tym stylu.- zapytał Marcin z ciekawości. Uśmiechnął się nieco w ich stronę. Spoglądał raz na Taesana, raz na Chaerin. Zastanawiało go, które z nich najpierw opowie swoją historię.

    Marcin Madey

    OdpowiedzUsuń
  83. [ Dziękuję za super miłe przywitanie ^^]

    Delilah

    OdpowiedzUsuń
  84. [dziękuję bardzo! c:
    za wątek niedługo się wezmę, jakoś odzwyczaiłam się trochę od Kronik. dasz mi jeszcze troszkę czasu? :)]

    Malvina Vance

    OdpowiedzUsuń
  85. [To prawda, nie jestem tu pierwszy raz. Cześć, dziękuję za powitanie i w razie chęci zapraszam na wątek :)]


    S. Tobin

    OdpowiedzUsuń
  86. - Ah, tak się sprawy mają. No nie spodziewałem się tego po tobie Chaerin.- uśmiechnął się i puścił w jej kierunku oczko.- Ani po tobie Taesan.- dodał i uważnie lustrował dwójkę towazyszy. Marcin spojrzał na nich i lekko przygryzł wargę.- To teraz pewnie wypadałoby, abym i ja opowiedział coś, prawda?- zapytał się. Nie widząc jakiś przeciwskazań upił łyk whisky i spojrzał na nich.
    - Hmm… to może opowiem o takim zdarzeniu, które spotkało mnie i kliku z drużyny. Dokładniej z reprezentacji narodowej. Ja i jeszcze czterech innych znajomych jeszcze z czasów szkolnych świętowaliśmy zwycięstwo nad reprezentacją Anglii we własnym gronie. Nie wypiliśmy co prawda dużo, ale wystarczająco aby włączył się nam w głowach tryb „głupie pomysły”. I zaczęliśmy grać w butelkę na wyzwania. No a jako że ja zaliczam się do takich ludzi z gatunku „Co? Ja nie dam rady?! Ja nie dam rady?! Weź no potrzymaj mi flaszkę.” I cóż trafiło mi się takie wyzwanie, abym sobie urządził wyścigi z jednym z kolegów w samej bieliźnie, po całym hotelu. Mieliśmy się też drzeć i pukać do drzwi kolegów z drużyny i trenera. Na końcu mieliśmy wskoczyć do basenu. A było to zimą. Dobrze, że basen z wodą termalną to był.- powiedział i uśmiechnął się słabo.- Ale cóż, startujemy z trzeciego piętra, przebiegamy przez całą resztę, aż na parter, mijamy recepcję i śpiącego stróża, wybiegamy na dwór i puściliśmy się biegiem do basenu. Kolega wskoczył do wody bez problemu a ja, niestety się potknąłem i prześlizgnąłem się kilka metrów po śniegu do wody. I wpadłem z krzykiem do basenu.- westchnął.- Ale cóż cieszę się, że gaci nie zgubiłem. Później przyszedł trener, opierdzielił nas na czym świat stoi, a reszta drużyny i jeszcze chyba drużyna narodowa Włoch pogratulowała nam pomysłu oraz wykonania.- wzruszył niedbale ramionami. Po chwili nieznacznie się uśmiechnął.- Jak tak sobie teraz myślę, kiedy już jestem taki stary, to ja współczuję moim znajomym…mieć takiego kumpla jakim byłem ja. To cud, że nikt nie skończył na oddziale zamkniętym w jakimś szpitalu bez klamek, albo na oddziale intensywnej terapii. Niebywałe szczęście, że jakoś większość po naszych wygłupach żyje i jest cała.

    Marcin Madey

    OdpowiedzUsuń
  87. [ Dziękuję bardzo za tyle miłych słów :3 szczerze, sama myślałam nad napisaniem notki i prawdopodobnie, jeszcze nic nie obiecuję, notka będzie :)
    Co do karty, pogrzebałam trochę w Kąciku Kodowania i coś udało mi się zrobić :)]

    Lizzie Harford

    OdpowiedzUsuń
  88. [ Dziękuję bardzo za tyle miłych słów :3 szczerze, sama myślałam nad napisaniem notki i prawdopodobnie, jeszcze nic nie obiecuję, notka będzie :)
    Co do karty, pogrzebałam trochę w Kąciku Kodowania i coś udało mi się zrobić :)]

    Lizzie Harford

    OdpowiedzUsuń
  89. [Twoja postać jest za to taka urocza. *.*
    będziesz mi miała bardzo za złe, jak się oprę o bibliotekę? Sage bardzo lubi tam przebywać, czytać, uczyć się nowych rzeczy, których nikomu nie opowie, bo jest zbyt nieśmiała i tak dalej. więc Chaerin mogłaby ją kojarzyć, jak to się zwykle kojarzy osóbki, widywane nieco częściej. któregoś razu mogłaby się panna Fletcher usiłować niepostrzeżenie przemknąć między półki tak, by Twoja pani jej nie zauważyła, co oczywiście by nie przeszło, w związku z czym panna Park poszłaby za Sage i zobaczyła ją nieco poobijaną; rozwalona głowa, malowniczy siniak pod okiem i tak dalej. co Ty na to? c:]

    Sage Fletcher

    OdpowiedzUsuń
  90. [Dzięki wielkie za miłe słowo, kolejny raz! Nie ma sielanki, nie mogę się powstrzymać od utrudniania moim postaciom życia, więc przykro mi :3 Ja też mam nadzieję, że uda mi się wszystko zgrać, ostatnio nawet myślałam o audycji, ale nie mogę się zebrać, chyba za dużo wzięłam sobie na głowę. W każdym razie trzymaj kciuki, może się uda! ;)]

    Lu Wood/Ethel Covel

    OdpowiedzUsuń
  91. [Dziękuję ślicznie! Notka na pewno się pojawi, bo to taki typ historii, o której po prostu muszę napisać :D]

    Charlie

    OdpowiedzUsuń
  92. Lily zamarła, słysząc z ust niewinnie wyglądającej bibliotekarki groźbę wysłania listu do rodziców. Jej szczupła buzia pobladła, ale górę wzięło poirytowanie. Nie lubiła, gdy ktoś obchodził się z nią, jak z uczniem, jakkolwiek absurdalnie to nie brzmiało, gdyż była dopiero w piątej klasie i zdecydowanie b y ł a uczennicą.
    – Niech pani nawet nie próbuje – ostrzegła zimno, przyciskając książkę do klatki piersiowej. Zmrużyła oczy, czego chyba Chaerin nie mogła zobaczyć, z racji, iż biblioteka była zacienionym miejscem o tej porze doby. Nagle jednak westchnęła, jakby zmęczona i uniosła jedną rękę do góry. – W porządku, poddaję się. Potrzebowałam tej książki, żeby dostać lepszą ocenę z eliksirów. Mamy napisać wypracowanie – wyjaśniła, zerkając na bibliotekarkę, jakby oceniając, czy jej historia była wiarygodna.
    Tak naprawdę po prostu chciała poćwiczyć warzenie eliksirów, ale ona nie musiała o tym wiedzieć. Wróć. Ona absolutnie nie powinna o tym wiedzieć. Rozpętałoby się prawdziwe piekło.
    – Mogę już sobie iść? Obiecuję odnieść książkę jutro – przyrzekła, starając się wyglądać na skruszoną i zawstydzoną. Ostatnie, czego teraz potrzebowała, to podejrzliwie przyglądająca się jej poczynaniom profesorka. Chciała mieć ciszę, spokój i czyste karty. Nie miała zamiaru się nikomu z niczego zwierzać.
    Lily ogólnie należała do nieufnych osób, takich z rodzaju tych, co najpierw muszą przeprowadzić szereg testów, by pojąć, czy naprawdę można danej osobie powierzyć jakiś swój mroczny sekret. Były jednak rzeczy, o których nie mówiła nikomu, nigdy.

    [wybacz okres oczekiwania i długość... muszę się rozkręcić. :)]
    Lily Potter

    OdpowiedzUsuń
  93. [możesz skrobać, ja nie lubię zaczynać. c:]

    Sage Fletcher

    OdpowiedzUsuń
  94. — W sumie… Może udałoby się — powiedział, słysząc propozycję kuzynki. W końcu, gdy ktoś z personelu szkoły potwierdzi, że Hyun faktycznie zdołał dostać się na wycieczkę organizowaną dla zdolnych uczniów. A to, że owym pracownikiem była jego kuzynka. Zastanawiał się, czy ich rodzina faktycznie domyśli się, że jest to tylko przekręt czy faktycznie im uwierzą — W zasadzie, to jak nam nie uwierzą to trudno. Spróbować trzeba. Sama myśl, że na pewno w trakcie wakacji coś zorganizują doprowadza mnie do szału.
    To nie było tak, że on nie lubił swojej rodziny. Wręcz przeciwnie. Za każdym razem dziękował, że otaczają go tak dobrzy ludzie, ale po prostu nie czuł się w pełni swobodnie. Cały czas czuł się winny względem matki, przed którą wciąż nie potrafił się przyznać co do swojej własnej orientacji. Ciągle pozwalał jej wierzyć, że w końcu doczeka się dnia, w którym jej syn weźmie ślub, a wkrótce po, pojawią się wnuki. Malował przed jej oczami złudną nadzieję, chociaż doskonale wiedział, że coś takiego nigdy się nie stanie. Zgryzł nerwowo wargi.
    — No tak — uśmiechnął się pogodnie — piękna pogoda nie zachęca do przesiadywania w bibliotece. Ale to chyba dobrze dla ciebie, co? Masz przynajmniej spokój. — Zdawał sobie jednak sprawę, że ten spokój nie będzie trwał długo. W końcu tak, jak sama wspomniała, za chwilę zaczynają się egzaminy a to oznacza tylko jedno. Wzmożony ruch w bibliotece. Walka o książki, najlepsze notatki. — Zaraz kłopoty… Przecież bym tylko rozmawiał — zaśmiał się. Nie używał już pięści, tak jak kiedyś. Bardzo się zmienił, odkąd opuścił Seoul. Zmienił się na lepsze, chociaż wciąż zdarzały się momenty, w których miał ochotę coś rozwalić i… Robił to, jednak nie wyżywał się już na ludziach, a na ścianach czy starych i tak rozwalających się już regałach.
    — Aish… Musisz mi przypominać? — Spojrzał na kobietę, przechylając delikatnie głowę na bok — wystarczy, że profesorowie ciągle nam o tym mówią. Noona, naprawdę ja wiem, że pracujesz w tej szkole, ale nie musisz się chyba względem mnie zachowywać, jak do innych uczniów, hm? — Mruknął z nadzieją. Zdawał sobie jednak sprawę, że mimo wszystko byli rodziną, może i nie byli powiązani krwią, ale w świetle prawa i tak stanowili rodzinę. To, co najbardziej mu się w tym wszystkim podobało, że właśnie pomimo braku powiązania krwi i tak traktowali się, jak prawdziwa rodzina. — Zdam je wszystkie, bez mrugnięcia okiem! — Zaśmiał się, chociaż zdawał sobie sprawę, że wcale może mu to wszystko nie pójść tak dobrze, jakby chciał.
    — Nie mam pojęcia jakie mam wybrać dalej przedmioty. W ogóle… Wiesz, nigdy nie myślałem, że uda mi się znowu wrócić do szkoły. Nie wiem, co chcę robić w przyszłości.

    Hyun

    OdpowiedzUsuń
  95. Marcin przytaknął. Fakt, należało dbać o moralność młodzieży…być tym, który strzeże prawilności, dobroci i innych podobnych rzeczy. Idąc przykładem Taesana i Chaerin domówił sobie alkoholu…tylko, że jakby to tak ładnie ująć…wziął całą flaszkę. A co się chłopak będzie rozdrabniał? Uniósł nieznacznie brew, kiedy usłyszał o weekendowym wypadzie.
    - Czemu nie? Jak dla mnie bomba.- powiedział z uśmiechem. Zaraz po tych słowach nalał sobie trochę alkoholu. Nie miał zamiaru ustępować im w ilości wypitego alkoholu. A poza tym zawsze miał mocną głowę, więc nie obawiał się tego, że wróci pijany i zataczający się do Hogwartu.
    W miarę wypijanych kieliszków i w miarę podnoszących się procentów w krwi, atmosfera stawała się coraz bardziej luźna. Cała trójka śmiała się i żartowała.
    - Taesan, a spróbuj powiedzieć coś po polsku. Zacznijmy od może czegoś łatwego… o powiedz „dzień dobry”.- Marcin się uśmiechnął. W głowie zaczął mu świtać plan. Da Koreańczykowi najbardziej znany polski łamaniec językowy. Poczekał jeszcze chwilę, aż Taesan odpowie.- Nie, no…stary masz talent do polskiego. A teraz trochę podniesiemy poprzeczkę, powiedz: „Grzegorz Brzęczyszczykiewcz”.- Madey całą siłą woli próbował się nie zaśmiać. Nie chciał się śmiać. Wiedział, że dal przeciętnego obcokrajowca wypowiedzenie tych słów jest niemożliwe. Nawet pewien polski aktor tak świetnie zagrał, tak świetnie udawał, że nie potrafi powtórzyć. Facet za to powinien dostać co najmniej Oscara.
    - A może ty Chaerin, spróbujesz?- zapytał z słabym uśmieszkiem.- To przecież nie jest nic trudnego. Proste dwa słowa.- uśmiechnął się w kierunku bibliotekarki. Bardzo miał ochotę aby Chaerin powiedziała polski łamaniec językowy.

    [Przepraszam, że tak długo musiałaś czekać, i że tak mało napisałem.]
    Marcin Madey

    OdpowiedzUsuń
  96. [a dziękuję. c: ja już lubię postać bibliotekarki, bo jest taka urocza. <3]

    Salilah Monroe.

    OdpowiedzUsuń
  97. [Charles za to na pewno będzie częstym gościem biblioteki :D Cześć, dzięki za miłe słowa i w razie chęci, zapraszam na wątek do któregoś z moich :)]

    Charles P./S. Tobin

    OdpowiedzUsuń
  98. [No niby racja… ale jakość odpisu też nie powala :/]

    Profesor Madey uśmiechnął się kiedy Chaerin próbowała wypowiedzieć polski łamaniec językowy.
    - Koreańskie… Why not?- odezwał się Marcin i upił łyk alkoholu. Uwielbiał takie łamańce językowe. Posłuchał i po kilku próbach wypowiedział, z lekkimi trudnościami ale powiedział. Właściwie chyba nie spodziewał się, że uda mu się to wypowiedzieć.- A że się tak zapytam, co ja powtórzyłem? Co oznacza to przysłowie?- zapytał się. Ciekawiło go to i też raczej nie należał do osób, których nie obchodziło co powiedzieli. W razie czegoś to mógł zaszpanować znajomością koreańskiego przysłowia.
    - Bo wiecie, wolałbym wiedzieć, co powiedziałem…albo co próbowałem powiedzieć.- zaśmiał się. Wypił jeszcze łyk whisky.- Później zaszpanuję przed znajomymi, znajomością obcych przysłów.- uśmiechnął się.- Ale nie będę kaleczył waszego języka i przetłumaczę na angielski albo jakikolwiek inny język.- wzruszył niedbale ramionami. Naprawdę nie rozumiał ludzi, którzy uparcie mówili w jakimś języku…i ewidentnie sobie z tym nie radzili. On nie był jakimś perfekcjonistom, ale osobiście sam nie robił w ten sposób, że uczył się pierdyliarda języków i później źle akcentował i robił błędy w składni. Nigdy nie zamierzał być poliglotom i rozmawiać z każdym w jego języku.
    - Szczerze mówiąc to słabo znam Hogwart i okolice…A właściwie to okolice, bo zamek trochę poznałem. Więc nie czuję się na siłach aby podawać jakieś przykłady…- westchnął. Mówił prawdę, nie znał zbyt dobrze okolicy. Uśmiechnął się słabo w ich stronę.- Naprawdę…sądzę, że wy lepiej odnajdziecie się w roli pomysłodawców. Jednak osobiście twierdzę, że jezioro brzmi obiecująco i osobiście nie mam nic przeciwko temu.- postukał palcami w blat.
    - Miejmy nadzieję, ze pogoda nam dopisze i nie będzie padać. Ja osobiście to nie mam nic do wyspiarskiej pogody, ale zdecydowanie za dużo u was pada.- powiedział.- Pierwsze co to musiałem się przyzwyczaić do panującej tutaj pogody.- wzruszył ramionami.- Nie należę do osób bardzo ciepłolubnych…ale raczej wolę kiedy nie pada…nie lubię deszczu.

    Marcin Madey

    OdpowiedzUsuń
  99. [Zdecydowanie uzależnia, miałam większą przerwę, bo zdenerwowałam się na grupowce, ale tęskno mi było już trochę i chociaż mówiłam sobie, że czas zakończyć, dałam się znowu skusić :D]
    Lee Taelyn

    OdpowiedzUsuń
  100. [dziękuję za miłe powitanie. c:
    oj, notki raczej nie będzie, bo obawiam się, iż nie zostałaby przyjęta ciepło i z otwartymi ramionami, poruszając taką tematykę...
    ale może kiedyś. kiedy nabiorę zaufania.]

    Jessamy Winston

    OdpowiedzUsuń
  101. — Naprawdę widzisz ich, gratulujących mi? — Zaśmiał się na same te wyobrażenie. Po prostu przyzwyczaił się do tego, że jest tym najgorszym z rodziny i że każdy, zawsze ma wiele do powiedzenia na temat jego osoby, sposobu jego życia i tego, że wychowanie ma tutaj niewiele wspólnego, bo z pewnością wszystko co złe to geny jego ojca. Gdyby tylko wiedzieli… Pewnie potrafili by spojrzeć na jego osobę inaczej, zrozumieć niektóre postępowania, ale Hyun nigdy nic nie powie. Woli dźwigać na swoich barkach brzemię czarnej owcy co w zasadzie po części mu pasuje, niż przyznać się komuś jeszcze do tego, co tak naprawdę dzieje się w jego życiu. Chociaż okłamywanie matki wcale nie przychodziło mu tak łatwo, jak mogłoby się wydawać, z każdym kolejnym kłamstwem wpadał w pewnego rodzaju pułapkę. Widział to, jak daleko już zaszedł i że powrót na właściwą drogę wcale nie będzie łatwy. Nic, tak naprawdę nie będzie już łatwe. — Masz rację, Noona i tak nie będą zdziwieni — dodał w końcu, przytakując na jej słowa. Kobieta miała rację. Nawet jeżeli cały ich misterny plan wyszedłby na światło dziennie, ktoś rodziny i tak w końcu powiedziałby, że właśnie tego się spodziewał od samego początku. Już zastanawiał się, jakich powinien użyć słów aby chociaż przez chwilę ktoś pomyślał, że to może być prawdą. Chociaż świadomość podpowiadała mu jak bardzo skrzywdzi swoją matkę, gdy wyjdzie to na jaw, nie zamierzał rezygnować. Siedzenie przy rodzinnym stole, przy którym znajduje się cała rodzina była chyba najbardziej nienawidzoną przez Hyuna czynnością. Naprawdę mógł znieść wiele, ale to… Przekraczało wszelkie granice.
    — Noona, przecież wiesz, że już nie pakuję się w kłopoty — uśmiechnął się łobuzersko do kuzynki, przekręcając głowę na bok — wyciągnij lepiej pergamin i pióra… Czas napisać list do ukochanej rodzinki — zaśmiał się odrobinę zbyt wymuszenie, chociaż spodziewał się, że Chaerin była w stanie odróżnić każdy jego sztuczny i wymuszony uśmiech od tego prawdziwego. — Poza tym, czy to aby na pewno jest legalne? Profesorowie nie mogą używać magii w ramach wychowywania uczniów — zaśmiał się, dobrze wiedząc, że Noona nikogo by nie skrzywdziła.
    — Nie martw się, wszystko zdam — sam nie był tego taki pewien, ale z drugiej strony chodził na zajęcia, słuchał profesorów i naprawdę starał się oddawać wszystkie zadania na czas. Nie ignorował nauki tak, jak robił to wcześniej. Naprawdę pragnął zakończyć już tę część swojej nauki. Dobrze też wiedział, że jeżeli teraz by mu się nie powiodło najprawdopodobniej odszedłby… Jak długo mógł się męczyć otoczony dzieciakami? Od kolegów z roku był starszy o trzy lata i doskonale wyczuwał tę różnicę. Nie wspominając już o tej kulturowej, przez którą wciąż miewa problemy z nawiązaniem jakichś bliższych relacji.
    — Quidditch jest tym co lubię najbardziej, ale raczej zmarnowałem swoją szansę… Myślisz, że reprezentacja Korei chciałaby kogoś takiego jak ja w swojej drużynie? Poznając powód moich szkolnych zaległości… Przecież reprezentanci muszą być idealni, a taki, który pakował się we wszystkie możliwe bijatyki z pewnością nie nadaje się do reprezentowania ojczyzny. — Zawiesił na chwilę głos. Z pewnością, gdyby tylko odezwał się do swojego ojca… Ale przecież sam sobie obiecał, że nie będzie z nim rozmawiać a tym bardziej prosić go o pomoc, w końcu przyrzekł i sobie i matce, że do wszystkiego dojdzie sam. Teraz widział, jak wiele kosztowała go relacja z Seo Yoochangiem. Zmarnował wiele i nie był pewien, czy kiedykolwiek uda mu się odrobić straty.
    — Co ty w ogóle mówisz, Noona. Przecież wszyscy marzą o karierze bibliotekarki w Hogwarcie — zaśmiał się, zaczepiając się w kuzynkę przez pstryknięcie jej w ucho.

    Hyun-ah

    OdpowiedzUsuń
  102. [Fakt, najczęstszym gościem biblioteki nie jest, a innych pomysłów na wątek na razie nie mam :c]

    Beau

    OdpowiedzUsuń
  103. [Dziękuję bardzo za powitanie! c: Ja dałabym się pociąć, ale Twojej pani Park nie kojarzę. :<
    Aczkolwiek możemy to naprawić i wymyślić jakiś wątek. ;)]

    Anastasiya

    OdpowiedzUsuń
  104. [On jest zbyt mroczny, żeby szukać miłych chwil. Owija się żółtym szalikiem i wtapia w tłum wesoło gruchających Puchonów, wtedy tylko jest mu miło.
    Dzięki wielkie.]

    Cyd

    OdpowiedzUsuń
  105. — Brzmi naprawdę dobrze, Noona — uśmiechnął się, po wysłuchaniu listu kuzynki, jaki napisała do swoich rodziców. Chwycił szybko pióro i pergamin, które wcześniej mu podsunęła pod nos i sam rozpoczął list do swojej matki.

    Oma,
    Nie uwierzysz co się stało! Zostałem zakwalifikowany do konkursu dla najlepszych uczniów z zaklęć. Jestem tak podekscytowany, ale… Konkurs jest w tym samym terminie co rodzinny zjazd. Wiem, że te spotkanie jest bardzo ważne. Prawdą jest, że chciałbym bardzo wziąć udział w tym konkursie. W końcu mógłbym wszystkim udowodnić, że jeszcze do czegoś się nadaję… Ale Omma, jeżeli bardzo chcesz to zjawię się na spotkaniu, rozumiem, że są rzeczy ważne i ważniejsze, a rodzina zawsze jest na pierwszym miejscu.
    Oma, saranghae!
    Hyun-ah


    — Jestem pewien, że świadomość wartości rodziny stawiana na pierwszym miejscu tak ją rozklei, że na list odpisze mi w trybie natychmiastowym z wiadomością, że mam się nawet nie zastanawiać tylko jechać na ten konkurs. — Uśmiechnął się odrobinę, chociaż świadomość oszukiwania matki nie była najprzyjemniejszym uczuciem. Dobrze jednak wiedział, jak skończyłoby się rodzinne spotkanie. One zawsze kończyły się w identyczny sposób. Jedną wielką kłótnią.
    — Przepraszam, Noona. Czy ty właśnie sugerujesz, że twój kuzyn jest łobuzem, łamiącym regulamin? Wypraszam sobie. — Zaśmiał się. Oczywiście, że nie był świętym uczniem i zdarzało mu się od czasu do czasu zrobić coś, co zdecydowanie wykraczało poza pewne zasady, ale bez przesady. Potrafił się zachować i nie łamał regulaminu notorycznie. Co oznaczało, że wciąż była jeszcze dla niego nadzieja. Wiedział też, że Chaerin żartuje. Zdążył ją poznać całkiem dobrze, kiedy mieszkał wraz z nią w celu, jak to określiła jego matka powrotu do równowagi, co strasznie go wówczas śmieszyło bo uważał się, za jak najbardziej zrównoważonego człowieka. Dopiero po czasie zdał sobie sprawę o co matce chodziło i jak się zachowywał. Teraz, po upływie odpowiedniej ilości czasu był w stanie zauważyć swoje własne błędy. Rozumiał też, że nie wszystkiemu jest winien Seo Chang-ah.
    — Możliwe, że masz rację — uśmiechnął się na słowa młodej kobiety. Wiara była ważna. W końcu gdy człowiek z góry zakłada, że nic mu się nie uda z pewnością nic nie osiągnie. Z drugiej strony, sama wiara nie wystarczyła. — Czyli według ciebie powinienem spróbować swoich sił? Nie wiem, Noona… Narodowa drużyna Korei jest strasznie wymagająca, tu w Anglii chyba jest się łatwiej dostać, ale. Jeżeli miałbym reprezentować jakiś kraj to tylko nasz.
    Pomimo, że po mieszkaniu zagranicami swojego kraju umiał dostrzec w nim wiele wad, to i tak ojczyzna była dla niego najważniejsza.

    Hyun

    OdpowiedzUsuń