22 maja 2016

Oh, I lie now and then. Sometimes I'd tell them truth but they'd still wouldn't believe me so I prefer to lie



DELMARE MARKSON
VII rok
funkcje: rezerwowy ścigający
kluby: astronomiczny, szachowy

Kiedy miał lat osiem, po raz pierwszy zdarzyło mu się skłamać. Okazało się, że odkrył magię kłamstwa długo przed innymi dziećmi z podwórka, dlatego bardzo szybko miał okazję doskonalić tę technikę manipulowania ludźmi. Był głośnym dzieckiem. Głośno opowiadał nieprawdziwe historie o niestworzonych rzeczach, ale im głośniej mówił, tym bardziej odstraszał inne dzieci od swoich opowieści. Teraz jest niepozorny. Jakby jego obecność nie miała robić różnicy. Wydaje się, że nie szuka zwady, również nie widać go w pobliżu bijatyk i kłótni. Sprawia wrażenie flegmatyka – człowieka bez wyrazu, który nie ma i nie chce mieć wpływu na to, co go otacza. Jest sprytny. Nigdy nie miał problemów z liczeniem i czytaniem, ani z mieszaniem eliksirów i zapamiętywaniem zaklęć, natomiast zawsze powoli przesuwał granicę tego, co mu wolno. Swoje szkolne prawa zna na pamięć i korzysta z nich, ile wlezie, naginając regulamin do granic możliwości, ale umykając wczas ręce sprawiedliwości. Jest mistrzem zacierania śladów i wynajdowania dowodów niewinności tam, gdzie ich nie ma, oraz ostrożnym sportowcem w sporcie, który najbardziej go pociąga. Tak nawiasem mówiąc, jego ulubionym sportem nie jest quidditch, za to nie potrafi powstrzymać się od wywołania draki tam, gdzie widzi ku temu idealną okazję. Prowadzi grę, z której koniec końców zawsze wychodzi zwycięsko (czasami wypełza jak robak z ziemi po deszczu, żeby oglądać rezultat swojej pracy), natomiast na każdym kroku szuka nowych kozłów ofiarnych pod swoje pomysły, a roją się one w jego głowie jak pszczoły. Kręci się wśród ludzi jak duch. Słucha uważnie. Analizuje. Zapamiętuje i wykorzystuje, a jego nieprzewidywalność polega na tym, że we wszystkim co robi, nie szuka nic dla siebie. Krukon, o którym głośno było tylko raz, kiedy zniknął w środku semestru, ale od razu się odnalazł, więc cicho sza.
Każda relacja, którą utrzymuje, najprawdopodobniej jest fałszywa lub konieczna dla Marksona do bycia zawsze na bieżąco. Jeżeli jest ktoś, z kim wymienia co najmniej jedno zdanie dziennie, to może to być ktoś całkowicie przypadkowy. Ktoś, kto prawdopodobnie usłyszy coś na temat świata mugoli, kolejnej teorii spiskowej, albo coś o książce, której treścią jest tak podekscytowany, że ma ochotę podzielić się tym odkryciem z byle kim. Jest podejrzliwy, nieufny. Wszędzie widzi chęć oszukania go i wykorzystania, co jest głównym powodem dla trzymania się blisko miejsc, w których coś się dzieje i tłumów, wśród których zawsze jest coś do podsłuchania, ale daleko od prawdziwego życia. Widzi testrale, nosi okulary przeciwsłoneczne w nocy i chciałby nigdy nie poznać swojego bogina.

37 komentarzy:

  1. [O no to widzisz! Gdyby nie odejście jednego autora z bloga, to pewnie Martynka byłaby bardziej pozytywną postacią i nikt by jej nie umarł, no ale niestety - bywa. Tak czy inaczej można ten motyw jakoś użyć podczas wątku, na który mam nadzieję, masz chęci :)]
    Martynka

    OdpowiedzUsuń
  2. [O niej nie ma plotek. Raczej. W sumie ciężko jest pewnie mówić o osobie, która do nikogo się nie odzywa. Witam serdecznie i zapraszam do siebie, uwielbiam muzykę (serial do którego jest wstępem też ubóstwiam). Może chciałby z Leah zrobić swojego kozła ofiarnego? ]/Leah

    OdpowiedzUsuń
  3. [z tego, co wiem, ostatnia Lily pojawiła się tu pół roku temu, w listopadzie. niemniej dziękuję, miło mi niezmiernie. c:]

    Lily Potter

    OdpowiedzUsuń
  4. [Żeby było fair, to ja mogę zacząć, a ty podrzuć pomysł. Niestety, ale na chwilę obecną świta mi jedynie to, że mogła pójść plotka o ojcu Leah (dzięki niemu i zdolnej matce należy do KLubu Ślimaka), że ten jest niby aurorem, a jednak z czarną magią się lubi. Ale to nudna plotka, bez pikanterii. W sumie, to ciekawe plotki mogą być jedynie o rodzicach, chyba, że coś zupełnie wyssanego z palca o samej Młodej Canning. To wszystko, co na chwilę obecną przychodzi mi do głowy]/Leah

    OdpowiedzUsuń
  5. [a. w takim razie wybacz. moja wina.
    chętnie, chętnie. :> masz może jakiś pomysł? mi na chwilę obecną nic nie przychodzi do głowy, a bez sensu pisać wątek, który urwie się po paru odpisach.
    za to chętnie zacznę. c:]

    Lily Potter

    OdpowiedzUsuń
  6. [A on zjawia się i znika... ― aż chciałoby się zanucić. Jakie to przykre, że śpiew nigdy nie był moją mocną stroną i mimo szczerych chęci melodyjnego powitania nie mogę sobie na nie pozwolić. Powiem więc tylko krótko: cześć! Miło widzieć starych autorów powracających na bloga.
    Wcześniej nigdy nie było okazji się przyznać, ale Delmare zawsze mnie ciekawił i przerażał jednocześnie. Piekielna krukońska inteligencja, iście lisia przebiegłość i do tego uparte doszukiwanie się spisków, chęci wyrolowania go, co nieźle musi przekładać się na jego wyczulenie na najmniejsze, nawet nieświadome sygnały wysyłane przez otoczenie. Niebezpieczny z niego typ, choć pewnie nie jest mu łatwo żyć w pojedynkę. Jakby mu brakowało ludzi do wysłuchiwania jego teorii spiskowych, to zgłaszam Milliesant na ochotnika, na pewno chętnie pomoże mu jakąś zweryfikować.]

    Milliesant Lloyd

    OdpowiedzUsuń
  7. [ Czy tą wspomnianą ręką sprawiedliwości, przed którą Delmare umyka, są prefekci i nauczyciele? :D Tak sobie myślę, że jeśli Markson jakoś przypadkiem podzieliłby się swoją kolejną teorią spiskową z Enfys, bo akurat siedzieli na nudnej lekcji albo w opustoszałej Wielkiej Sali, to może ona zechciałaby ją sprawdzić. Ba, poczułaby się w obowiązku jako prefekt naczelny! :>

    Cześć. Delmare umiera i odradza się niczym feniks z popiołów. Widzę go już chyba trzeci raz na blogu :D Ale to dobrze. Hogwart zawsze przyciąga z powrotem. ]

    Enfys/Caelan

    OdpowiedzUsuń
  8. [cześć!
    hm... faktycznie, Ollivander specjalizował się w smoku, jednorożcu i feniksie... ale z tego, co mi wiadomo, jest kilku wytwórców różdżek, mylę się?
    to co, może masz ochotę na wątek? :>]

    Amelia Rice.

    OdpowiedzUsuń
  9. [ Za szerzenie teorii spiskowych chyba nie przyznają szlabanów, no ale... Może trzeba zacząć! Enfys zawsze mogłaby podsłuchać — oczywiście przypadkiem — jak komuś coś mówi albo po prostu zauważyć, jak dziwnie gdzieś się skrada. Potem tropiłaby go jak zwierzynę, by wlepić szlabanik, hyhy. W sumie tak sobie tylko rzucam pierwsze, co mi do głowy przyszło. Czasem trafiam, czasem nie.

    W każdym razie życzę powodzenia i oby tym razem się udało. :D ]

    OdpowiedzUsuń
  10. [haha, dość trafne porównanie, myślę, że w istocie taka mniej więcej jest Lily, aczkolwiek sferę uczuciową pozostawiłabym jeszcze na poziomie zafascynowania osobą Delmare'a, gdyż toto takie niewinne i dość dziecinne w uczuciach. gdzie tam ją chłopcy obchodzą, skoro tyle ciekawych rzeczy dzieje się na świecie...
    a jako, że lubię akcję i intrygi, to wchodzę! tylko nie wiem, jakiej długości wątki lubisz – ja na ogół się aż tak nie rozpisuję.]

    Nie lubiła monotonii.
    Jej ciekawa świata osobowość wymagała, by wciąż coś się działo, coś się zmieniało. Nie była typową domatorką, najszczęśliwszą wtedy, gdy może co do minuty przewidzieć kolejny dzień; lubiła spontaniczność, przysłowiowe rzucanie się na wiatr i poddanie się mu, ciekawa, gdzie ją doprowadzi. Dlatego też dopiero w wakacje mogła odetchnąć pełną piersią, ożyć z męczącej, szkolnej rutyny. Sama sobie była sterem, organizowała zajęcia i nikt nie mógł się wtrącać w jej sposób spędzania wolnego czasu, co skutkowało wieloma spontanicznymi wyprawami w poszukiwaniu przygód... najczęściej jednak kończącymi się długimi tłumaczeniami przed zaniepokojonymi wielogodzinnym zniknięciem córki rodzicami. Nic nie planowała; ot co, leżąc na kocyku przed domem, jak grzeczna dziewczynka, nagle w jej głowie świtał pomysł, by zwiedzić okoliczne pagórki, których jeszcze nie zdążyła poznać, albo rozejrzeć się, czy do któregoś z sąsiadów nie przyjechały inne dzieciaki w jej wieku. Na ogół tego typu ekspedycje kończyły się zwyczajowym rozczarowaniem, jako, że w otoczeniu nie mieszkali ludzie starsi, a za dziećmi państwa Williamsów Lily nie przepadała. Ich córka, Mirabelle, próbowała kiedyś zepchnąć ją z drzewa, a jej brat, Richard, zachowywał się wyjątkowo napastliwie i agresywnie, ilekroć ją widział. Potterówna dała sobie więc święty spokój z poszukiwaniem znajomych – pojęcie nudy było jej obce, gdyż zawsze znalazło się coś, czego jeszcze nie robiła, albo miejsce, którego nie zdążyła zwiedzić, przeszukać wzdłuż i wszerz. Sama dla siebie stanowiła na tyle dobre towarzystwo, by nie działać sobie wzajemnie na nerwy.
    Wymknęła się po cichu z domu wczesnym rankiem, podniecona perspektywą dnia dzisiejszego. W torbie miała ukradzioną hogwarckiemu koledze paczkę jagodowych papierosów, które zwykła wsadzać sobie filtrem do nosa i intensywnie wdychać zapach, kilka wymiętych kartek, pogniecione chusteczki i list, który – schowawszy się za nieodległym od domu pagórkiem – wyjęła i jeszcze raz przeleciała wzrokiem. Lewe ramię miała całe w sińcach; od momentu, w którym dostała ów skrawek pergaminu, nie mogła być do końca pewna, że nie śni. Była podekscytowana. Przygody w tym guście jeszcze nie przeżyła, a nie należała do osób, które zadowalają się byle czym. Potrzebowała coraz więcej i więcej, przekraczać niewypowiedziane, nieustalone granice i badać reakcje ludzi
    – Na Nokturn to chyba tędy – mruknęła sama do siebie pod nosem, kierując się w lewo. Bracia opowiadali jej kiedyś, że nieopodal ich domu znajduje się świstoklik, dzięki któremu można przenieść się do Londynu, ale Lily nie była pewna, czy chce to zrobić. Nigdy sama nie korzystała z tego środka komunikacji; słyszała natomiast opowieści o tym, jak trudno ląduje się początkującym nowicjuszom, a nie chciała się skompromitować przed jakimś natrętnym mugolem. Nie lubiła czuć, że nie jest w czymś dobra.
    Wobec tego skierowała kroki do domu, w którym do niedawna mieszkała jej koleżanka, Lisa, ale jakiś miesiąc przed końcem roku szkolnego jej rodzice spakowali się i wyjechali, zabierając córkę za sobą. Nikt nic o nich nie słyszał, rodzice nie chcieli przy niej rozmawiać, a ona za wszelką cenę postanowiła sobie odkryć tajemnicę zniknięcia koleżanki... Kiedy tylko będzie ku temu sposobność. Na razie miała ważniejsze rzeczy na głowie.
    W domu Lisy był kominek.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi

    1. Lily otworzyła oczy i rozejrzała się dookoła. Ulica Śmiertelnego Nokturnu na pewno nie należała do tych, na których chętnie spotkaliby ją rodzice, gdyby, oczywiście, sami zapuszczali się w tego typu miejsca. Raz zagadnięta matka odparła tylko, że to nie miejsce dla małych dziewczynek w ślicznych sukienkach, a Lily, oburzona, odparła, że nie jest już małą dziewczynką i cała rozmowa przeistoczyła się w kłótnię na zupełnie inny temat.
      Tak czy siak, nigdzie nie mogła dostrzec autora tajemniczego listu.

      Lily Potter

      Usuń
  11. [najwyraźniej był to bardzo podstępny różdżkarz!
    wyobraża mi się, że Amelia mogłaby bardzo, bardzo chcieć Marksona rozgryźć, bo jest tajemniczym osobnikiem, a ona lubi poznawać tajemnice tajemniczych osobników. a jako, że wrodzona, niemal skrajna nieśmiałość uniemożliwia podejście i spytanie wprost "ej, ty, co ty knujesz?", to Rice mogłaby opierać się jedynie na próbach (udanych lub też nie) śledzenia chłopaka... ale to tylko taki delikatny zarys, bo ja wiem, opis relacji, wymyślanie nie jest moją mocną stroną; zaczynanie jednak idzie mi dużo lepiej, także jeśli przychodzi Ci do głowy, jak to można rozwinąć, to mów.]

    Amelia Rice.

    OdpowiedzUsuń
  12. [ Witam ponownie największego paranoika Hogwartu. Dobrze widzieć stare twarze i znane postacie. Rhys chętnie dowiódłby, że Delmarek jest szalonym człowiekiem, którego dla dobra ogółu najlepiej byłoby zamknąć w specjalnym ośrodku, ale boję się, że gdyby mój pan zaczął węszyć wokół Marksona, to sam wplątałby się w jakąś intrygę. Niemniej jednak jeśli masz ochotę na wątek, to zapraszam i życzę dobrej zabawy. ]

    Silas Mulciber/Rhys Skeeter

    OdpowiedzUsuń
  13. [ Rhys może być kotem, w końcu to animag. W czasach gdy niemal wszyscy są podatni na uroki tych futrzaków, możliwość wcielenia sią w jednego jest niczym wygrana na loterii, zwłaszcza gdy chodzi o zwęszenie jakiejś ciekawej plotki. ]

    OdpowiedzUsuń
  14. [Moją znajomość z tą postacią określiłabym jako "znam tylko z widzenia", bo o ile słyszałam o Delmare (matko kochana, kto tu by nie słyszał?), to jednak nigdy bliższego kontaktu nigdy z nim nie miałam. Dlatego nieco nieśmiało witam ponownie na blogu i oprócz standardowej paczki życzeń, życzę ci również długiego pobytu razem z nami! ;)]

    Jemma/Molly/Maxine/Fanney

    OdpowiedzUsuń
  15. [Charakterystyczna karta. Na tyle, że jej styl mogłabym podpiąć pod nick jednego z autorów, który w czasie starego Ulfa też działał. Ktoś Ty? : D]

    OdpowiedzUsuń
  16. W byciu Ślizgonką było dużo plusów, jak i minusów. Kąśliwe uwagi, złośliwość, arogancja i dogryzanie innym, wydawało się być wpisane w cechy charakterystyczne Domu Węża, tak samo jak spryt i ambicja. Temu, kto wskazałby Leah niepewnego siebie Ślizgona, ta byłaby winna przynajmniej jedną czekoladową żabę. Nawet ona, milcząca i przyczajona, jak modliszka czyhająca na ofiarę, wiedziała ile jest warta i jak dużo umie.
    -Leah, idziesz na kolację?- spojrzały na nią zielone oczy, na które spadała niemalże biała grzywka. "Szwedzkie dziecko"- przyszło na myśl Młodej Canning, kiedy pokręciła przecząco głową.
    -Przyniesiesz mi dwa paszteciki dyniowe?- to był z kolei jej głos. Trochę zachrypnięty i zbyt cichy, żeby wychodząca dziewczyna mogła usłyszeć jej prośbę, więc była skazana na brak posiłku aż do rana. Niech to szlag.
    Nie dochodziła na kolację od dobrych dwóch tygodni, czyli dokładnie od dnia, kiedy dostała interesujący list od ojca. Prócz grzecznościowych gratulacji za dobre oceny, pozdrowień od matki i reszty rodziny, dopisał coś zielonym atramentem, co zdarzało się bardzo rzadko, a znakowało to szczególną wagę słów koloru trawy. Ostatnim razem, kiedy dostała list z kleksem w kształcie i kolorze krzewu, razem z paczką motylich skrzydeł w cukrze, dowiedziała się o nowej publikacji matki. Tego dnia została także zaproszona, pierwszy raz, na spotkanie Klubu Ślimaka, chociaż najbardziej i tak ucieszyły ją ulubione słodycze.
    Była wtedy jeszcze na wskroś przepełniona dziecięcą naiwnością, jakby dopiero otarła usta z matczynego mleka i nie rozumiała, na ile wyjątkowa się staje. W końcu należała do elity, najlepsi z najlepszych- najbardziej wpływowi, najbystrzejsi, mający modnych w towarzystwie rodziców. Pan Canning był wpływowy, Leah była całkiem bystra, za to Pani Canning była modna aż do bólu kości.
    Zielony dopisek dotyczył ciekawego miejsca, które Pan Canning radził córce odkryć w wolnym czasie, bo uważał, że może znaleźć tam coś, co mogłoby zainteteresować jego pupilkę. Naiwnie, tak jak Leah za dziecka, sądził, że może mieć zwierzątko na własność, tyle tylko, że jego córka chciała kota na wyłączność, a on sam swojej córki. Brakowało tylko, żeby stworzył dla niej kuwetę, albo zaczął jej aportować. Auror wiedział jednak doskonale, w jaki sposób zasiać w córce ciekawość, przez którą miała dojść do obranego przez neigo celu. Dwa tygodnie zajęło jej znalezienie budynku, przez co spuściła z oczu Krukona, którego z początku mimowolnie, przyłapywała na łobuzowaniu (w ostatecznym rozrachunku psując mu plany), a którego postanowiła dokładniej przebadać, coby nie narobił jej kłopotów. Przebadanie nie można było nazwać podglądaniem, bo prócz samego zerkania na niego, postanowiła podpytać się kilku znajomych o to i owo, sprawdzić kim są jego rodzice i dowiedzieć się, czemu jego nazwisko brzmi znajomo.
    Po pięciu minutach sławy zostało mu nazwisko, które nawet młodsza Leah kojarzyła, a które w tej chwili niemalże cisnęło się jej na ustach. A czy on, wiedział kim ona jest? Trzymała różdżkę w dłoni, palcami wyobraźmi wyczuwając bijące w niej serce smoka, chętne nawet do najłagodniejszego pojedynku.
    -Nie ty mnie interesujesz, tylko miejsce.

    /Leah

    OdpowiedzUsuń
  17. [A to nie, jednak Ciebie nie kojarzę. Eden Rainier - tak się jego ostatnia postać nazywała, z którą miałam styczność.
    Wychodzi na to, że autorzy na kronikach mają coś, oprócz płci, wspólnego: bardzo podobające mi się karty tworzycie. well done : D
    Zaproponowałabym wątek, ale muszę się skupić i lepiej wczytać w Twoją kartę, żeby przyjść z czymś lepszym. No!]

    Ulf

    OdpowiedzUsuń
  18. [Smutne to bardzo, z Ulfem jest tak samo. Kiedyś był taki super i w ogóle. Coś się stało, nie wiem czy dobrego, przez ten rok. :C
    Skupić jest się trudno przez temperaturę, wszystko ze wszystkim się łączy. Tylko objawy u mnie gorsze niż u Ciebie.
    To Ty wymyśl, a ja zacznę. Sprawdzę samą siebie. :3 ]

    Ulf

    OdpowiedzUsuń
  19. [No proszę, proszę, kto tu do nas wrócił. Cześć ponownie. Zostań tym razem z nami na dłużej :D]

    Avalon, Hyun, Lavena

    OdpowiedzUsuń
  20. [Przeszkadza? Też mi pomysł. Adalyn jest zarozumiałą jędzą, i taka miała być, ale i Markson nie jest wcale aniołem. Tym bardziej jest wiarygodny (o ile można tak powiedzieć o patologicznym kłamcy) i całkiem, całkiem ciekawy. Generalnie fajny chłopak. Jakby kiedyś chciał mieć z Adalyn coś wspólnego, to koniecznie daj znać. Cześć!]

    Adalyn

    OdpowiedzUsuń
  21. [O, pamiętam Delmare'a. Szczególnie to zdjęcie zapada w pamięć. Witam ciepło!]

    June

    OdpowiedzUsuń
  22. Wieża Astronomiczna nigdy nie była ulubionym miejscem Milliesant. Przez pięć długich, ciężkich lat pojawiała się na niej regularnie z racji obligatoryjnych zajęć Astronomii, lecz gdy po zaliczeniu SUMÓW nareszcie raz na zawsze mogła zakończyć swoją przygodę z tym przedmiotem, odetchnęła z ulgą. Od tamtej pory po znienawidzonych schodach wspinała się jedynie w wyjątkowych sytuacjach, najczęściej wtedy, gdy po raz kolejny przygotowywała młodszemu bratu wypracowanie. Za każdym bowiem razem, gdy zbliżała się do krawędzi na szczycie Wieży, nogi w iście magiczny sposób (mimo całkowitej pewności, że nie rzucono na nią żadnego zaklęcia!) uginały się pod nią niczym dwa cienkie patyki, żołądek podchodził do gardła, a w głowie zaczynało wirować. Tak, Milliesant Lloyd, oglądnie mówiąc, nie najlepiej znosiła przebywanie na dużych wysokościach. Bardziej jednak od własnego komfortu psychicznego ceniła sobie zaspokojoną ciekawość.
    Nie wiedziała wiele o Marksonie. Poza tym, że był mistrzem kamuflażu, z pewnością mogła powiedzieć o nim ledwie tyle, że bywa przewrażliwiony i miewa interesujące teorie. Najprawdopodobniej gdyby któregoś dnia nie znalazła się zupełnym przypadkiem w tym samym pustym korytarzu co Delmare i nie wysłuchała jego równie niewiarygodnej, co interesującej opowieści, aż do tej pory nie miałaby pojęcia o jego istnieniu. Ale była tam, wysłuchała, dała się zaciekawić. Najwyraźniej z wzajemnością, skoro to ją teraz przywoływał na Wieżę Astronomiczną, nie chcąc jednak zdradzać żadnych szczegółów. Zdążyła zarejestrować jedynie tyle, że chyba był przejęty... A może tylko jej się wydawało, skoro, na ile go poznała, mogła powiedzieć, że Krukon przez większość czasu sprawiał wrażenie spiętego. Czego mógł od niej potrzebować ktoś taki jak Delmare Markson? Nie miała pojecia, za to była zdecydowana się dowiedzieć. Zatrzymując się w progu, spodziewała się raczej usłyszeć „cześć” albo przynajmniej „co tak długo”, bo nieprzewidziane pojawienie się wieczornego patrolu zmusiło ją do wybrania okrężnej drogi, znacznie wydłużając czas jej wędrówki z lochów na miejsce spotkania. Zamiast tego otrzymała czekoladowe żaby i niewidzialnych prześladowców. Zamrugała zaskoczona, w pierwszej chwili nie potrafiąc złączyć tego w spójną całość.
    ― Nie i nie ― odpowiedziała w końcu spokojnie. Ostatniego płaza z czekolady widziała mniej więcej tydzień temu, kiedy jej młodszy brat napchał się nimi aż do mdłości i jak zwykle musiała przyjść mu z pomocą, a jedyną osobę, jaką miała za plecami w trakcie wędrówki z lochów na Wieżę był upierdliwy prefekt, którego zostawiła gdzieś na piątym piętrze. O nim jednak wolała Marksonowi nie wspominać. Na krótką chwilę zawiesiła wzrok na chłopaku. Życie w ciągłym napięciu musiało dawać mu się we znaki, skoro skłonny był do tak paranoicznych reakcji już na dzień dobry. To było przykre i niepokojące jednocześnie, ale z drugiej strony, czy sama nie wiedziała, jak to jest? Każdego dnia przecież bladła i martwiała na myśl, że ktoś wśród uczniów mógłby wreszcie rozgryźć, czym jest. To nie mogło być takie trudne, a sygnały wydawały się aż nazbyt oczywiste, by przez tyle czasu nikt nie zdołał jej przejrzeć. ― Teraz powiesz mi już, w czym rzecz? Po co chciałeś się spotkać i dlaczego akurat tu, o tej porze? ― spytała ciekawie, szczelniej otulając się czarną szatą, bo wieczór nie był najcieplejszy. Rozejrzała się dookoła, a gdy jej spojrzenie padło na porozrzucane na podłodze karteczki, zmarszczyła brwi w skupieniu. Postąpiła kilka kroków naprzód uważając przy tym, by zanadto nie zbliżyć się do krawędzi, schyliła się i podniosła jedną z nich. Dokładnie ją obejrzała, przewracając kilka razy w palcach, po czym popatrzyła pytająco na Delmare'a, unosząc znacząco świstek papieru, czekając na jakąkolwiek odpowiedź z jego strony.

    Milliesant

    OdpowiedzUsuń
  23. [Ponieważ nie wiesz za co się bierzesz, postanowiłam wynaleźć Ci krótkie zadanie przeczytania mojego komentarza. Nie było okazji wcześniej się poznać, bo ja i moje dziewczyny jesteśmy raczej młode stażem na blogu, ale miło wiedzieć, że ludzie wracają, to sympatyczne. Podoba mi się ten Twój pan, nawet bardzo. Choć moja Lu jest zupełnie inna, ja gdzieś tam w sobie noszę fascynację zblazowanymi skubańcami. Myślę, że znajomość z Lucy mogłaby być podyktowana czystą intencją bycia na bieżąco, a on wydawałby się jej po prostu inny, taki, do kogo chce się rękę wyciągnąć. Myślisz, że mógłby chcieć jakoś wykorzystać znajomość z Lu?]

    Lucy Wood/Ethel Covel

    OdpowiedzUsuń
  24. [Właśnie jestem pewna, że tak, choć to pewność irracjonalna, bo nie jestem sobie w stanie przypomnieć, która z moich postaci zetknęła się z Delmarkiem.
    No nic, jeśli tak - możemy to powtórzyć. Jeśli nie - możemy to zmienić!]

    June

    OdpowiedzUsuń
  25. oczuła się przez chwilę, jakby znowu siedziała na kanapie w pelikany i formowała z bawełnianych wacików małe płatki. Marnowała czas, całkowicie niepotrzebnie (można było od razu kupić płatki) i czuła dyskomfort, przez niektórych uznawany za strach. Czuła się jak w domu dziadków, gdzie wolała się nie sprzeciwiać nawet najgłupszym poleceniom. Była zbyt niepewna reakcji Charlesa Seniora, stanowczo zbyt lubiącego Starą Ognistą Whisky Ogdena i nie mającego pod koniec życia dobrej kontroli nad różdżką i tym, jakimi zaklęciami się posługuje.
    Narastająca niepewność sprawiła, że włosy na karku stanęły jej dęba, zaś ona sama ugięła delikatnie kolana, jak drapieżnik gotowy do skoku. Wąż, gotowy do ukąszenia nie mruga, nie oddycha widocznie, tańczy, wije się. Ona była nieruchoma, nastroszona i oddychała spokojnie. W myślach mogła zgrywać chojraka, który to miałby z nim szanse w pojedynku, prawda była jednak taka, że rok różnicy między dwójką uczniów mógł być decydujący. Delmare rok dłużej uczył się w Hogwarcie i wydawał jej się być osobą dobrze zorientowaną z "dawaniem sobie rady" z takimi jak ona. Intruzami. Jego pewność siebie mogła być pozorem, tak samo jak niepozorne było to miejsce.
    Ściany pokryte były zakurzoną tapetą, pamiętającą jeszcze lata młodości McGonagall, zaś na podłodze widać było pozostałości drewnianego parkietu. Prócz zapachu stęchlizny, dało się wyczuć coś jeszcze, co tylko czarodziejowi mogło wydawać się znajome. Śmierdziało, jak w lochach, w okolicy sali eliksirów, jednak nie aż tak mocno jak w jej środku. Zmarszczyła lekko brwi, nie pozwalając, aby ta myśl zbyt długo się jej uczepiła- nie mogła pozwolić sobie na takie rarytasy, jak myślenie o takich rzeczach (przynajmniej nie w tej chwili).
    -Uważasz się za takiego bystrego, a nie umiesz zauważyć śladów stóp?- spytała spokojnie, wymownie zerkając na zakurzony parkiet. Całą uwagę poświęcała na obserwowanie jego ust i różdżki i obawiała się, że ta chwilowa dekoncentracja może ją słono kosztować, dlatego też tak szybko, jak zerknęła pod nogi, tak samo szubko znowu skierowała spojrzenie na jego twarz.
    -Nie wiem, w co takiego bawisz się Markson i średnio mnie to interesuje. Chciałam się tylko rozejrzeć, zobaczyć czy można znaleźć coś ciekawego, bo w takich ruinach pogrzebane są różne historie- wyrzuciła z siebie szybko i ucichła, uważnie nasłuchując. Zrobiła krok do tyłu, bardzo powoli, unikając jak ognia gwałtownych ruchów, nagle przystanęła. Przełknęła nerwowo ślinę i rozejrzała się. Czuła adrenalinę, działającą na nią jak słodki afrodyzjak, dobrze wiedząc że reakcję tą warunkowały geny, których nie mogłaby się wyrzec. Z dziada, pradziada Aurorzy, podróżujący po całym świecie.
    -Nie jestem jedynym, niechcianym gościem. Słyszysz?-wyszeptała.

    /Leah

    OdpowiedzUsuń
  26. [Prawda, nie wyczuwa sarkazmu i nie zna się na żartach, biedaczyna. Trudne ma życie, ale co poradzić, nie każdy ma łatwo. I zapewne byłaby bardzo dobrym ścisłowcem, ale wylądowała w Hogwarcie. Ale kto wie, może i w świecie magii znajdzie coś, czym się będzie mogła zająć.
    Myślimy nad jakimś wątkiem? Co prawda, inny rok i dom, ale oboje uczęszczają na koło astronomiczne, więc znać się na pewno muszą :)]

    Alyssa

    OdpowiedzUsuń
  27. Amelia nudziła się niemiłosiernie.
    Tego roku rodzice wymyślili sobie wycieczkę do nadmorskiej wioski, gdzie aż roiło się od zapalonych amatorów połowów, a powietrze przesycone było zapachem soli i ryb, co przyprawiało dziewczynę o mdłości. Wszelkiej maści owoce morza wprawiały ją w stan daleki od błogości, w przeciwieństwie do ojca, który wręcz za nimi przepadał. Bardzo blisko hotelu było morze, ale od ich przyjazdu na to zadupie na drugim końcu świata, wciąż lał deszcz i nie zanosiło się ani trochę na poprawę pogody. Amelia codziennie uważnie śledziła pogodę w małym telewizorku, stojącym na stoliku w ich pokoju – nie, żeby była fanką smażenia się na słońcu i pluskania w zimnej, brudnej wodzie, ale wszechobecna nudna powodowała chęć najmniejszej nawet zmiany. Chciałaby chociaż wyjść na spacer; tymczasem rodzice bezwstydnie wykorzystywali ją do pilnowania młodszej siostry i uganiali się za wszelkimi atrakcjami, które mogli tutaj znaleźć, co w dużej mierze ograniczało się do połowu ryb i zwiedzania sklepów z pamiątkami. Te sklepy przypominały rozpadające się rudery, a zaopatrzenie z całą pewnością pozostawiało wiele do życzenia, ale Amelia przywykła do tego, że rodzice na każdym wyjeździe zmieniają się w prawdziwych turystów i nawet nadopiekuńcza względem swojej młodszej córki matka nagle zapominała o tym, jak w domu drżała na samą myśl o zostawieniu Melanie pod opieką nastolatki.
    – Przecież nie jestem dzieckiem – upierały się obie; młodsza, urażona niemowlęcym traktowaniem swojej osoby, starsza – totalnym brakiem zaufania.
    – Melciu, wiesz przecież, że Melly jest chora – tłumaczyła raz po raz matka, dopóki ojciec nie wtrącił swoich trzech groszy i nie kazał jej trochę wyluzować.
    Owszem, Melly była chora. Obarczona została wrodzoną łamliwością kości, co w teorii może nie brzmiało zbyt okrutnie, w praktyce zaś przedstawiało następujący obrazek: złamana ręka u Melanie nie musiała być wynikiem upadku z drzewa czy popchnięciem przez kolegę. Wystarczyło, że kichnęła. Albo przekręciła się z boku na bok podczas snu. Wobec tego nie miała co nawet marzyć o tym, że kiedykolwiek dane jej będzie wspiąć się na drzewo albo pobiegać wraz z koleżankami ze szkoły.
    Tego dnia, całkowicie wbrew zakazowi matki, Amelia zabrała wózek z młodszą siostrą na przejażdżkę po hotelowych korytarzach. Było to niewygodne – nie wszędzie bowiem dało się wózkiem wjechać, ale żadna z nich nie mogła znieść siedzenia w tym ciasnym pokoiku i gapienia się przez okno, albo w ekran telewizora. Wszędzie czuć było zapach ryb i szesnastolatka skrzywiła się z niesmakiem. Przyszło jej do głowy, że nie dalej jak wczoraj, matka ostrzegała całą ich trójkę, by przypadkiem nie próbowali jeść ryb podczas posiłków, gdyż słyszała, iż wiele osób ostatnio się od nich pochorowało. Amelia nie żałowała specjalnie – doskonale mogła się bez nich obejść, natomiast ojciec był wyjątkowo zawiedziony. Trochę ją ciekawiło, co rybacy wykombinowali, że potruli tyle ludzi.
    – Och, przepraszam – mruknęła, potrącając jakiegoś chłopaka wózkiem Melanie i dopiero, gdy podniosła wzrok, rozpoznała w nim o rok starszego Marksona. – O... cześć?

    [wybacz zwłokę i jakość, ale bolące zęby nie pomagają wenie.]
    Amelia.

    OdpowiedzUsuń
  28. [ O tym że Rhys jest animagiem wiedzą tylko najbardziej zaufane osoby. Myślę, że zdolność ta nie przydałaby się mojemu chłopakowi podczas podsłuchiwania, bo wszyscy uważaliby na to co mówią, gdy na horyzoncie pojawia się jakiś kot. W karcie niestety muszę mieć zaznaczone, że chłopak jest animagiem, żeby nie było problemów. Teraz o gównoburze nietrudno. ]

    OdpowiedzUsuń
  29. Czuła, że ojciec znów poprowadził ją dokładnie tam, gdzie chciał aby się znajdowała. Wraz z wiekiem, rosła jej świadomość o manipulacjach których ojciec dopuszczał się na niej od najmłodszych lat, jednak wciąż się na to nabierała, jak jej kot na zajączki puszczane srebrną bransoletką. Diabli by to wzięli. Zapomniała nakarmić Petry, cwaniara pewnie podwędzi jedzenie jakiemuś mniej zaradnemu kotu, zaś Leah znowu będzie musiała słuchać o tym, jak nieodpowiedzialna jest i niezdolna do zajęcia się innym, żywym stworzeniem. Olivia była prawdziwym wrzodem na tyłku.
    Nie miała złych zamiarów, a wręcz przeciwnie. Obawiała się, że to Markson chce jej coś zrobić, dlatego wciąż utrzymywała różdżkę na wysokości jego postaci i uważnie obserwowała jego poczynania. Musiałaby być głupia, nie domyślając się, że chce odwrócić jej uwagę; w głowie uformowała prowizoryczny plan, który uwieńczony miał być sukcesem- miała odnaleźć to/tę/ tego, co/którą/którego ukrywał. Zagłuszał dźwięki, które wcześniej usłyszała, chciał ją rozproszyć i do tego podejrzewał ją o jakiś zamiar. A ona znalazła się tu przypadkowo, prawie niespecjalnie.
    Z drugiej strony ciekawość. Dlaczego on wiedział coś, czego ona nie wiedziała? Oboje zbierali informacje, tyle tylko, że Leah zostawiała je wszystkie dla siebie i niespecjalnie przejmowała się regulaminem, bo jak można było zauważyć kogoś, kto był niewidzialny? Gdyby nie dobre oceny, wysoce prawdopodobnym byłoby, że sami nauczyciele nie kojarzyliby jej imienia i nazwiska. No i gdyby nie ojciec. Ojciec przetarł jej drogę w Hogwarcie, nim ta zdążyła do niego dojechać i był niesamowicie zadowolony, że trafiła do Domu Węża. Jedynie dołączenie do Krukonów mogłoby ucieszyć go w podobnym stopniu, jednak do żadnego innego Domu.
    -Zwierze zdycha ze starości. Moja rodzina miała dwie sowy. Jedna została ustrzelona przez jakiegoś mugola, a druga miała przekazać wiadomość mojemu ojcu... Niefortunnie trafiło w nią zaklęcie niewybaczalne. Nie, sowy które miałam były zamordowane przez ludzką głupotę- powiedziała spokojnie i również zaczęła się przemieszczać po pomieszczeniu.
    Poczuła delikatne drżenie, jakby ciepło bijące od podłogi, kiedy stanęła pod pozostałością rozety, która była tam jeszcze przez tym, jak w tym miejscu powstał magazyn.
    -Czyje to lustro? Na co...- nie dokończyła. Osoba, która je zamieszkiwała była prawdopodobnie jednocześnie strażnikiem tajemnicy, która została tu ukryta. Jeśli jednak ktoś postawił tutaj lustro, to czy nie stanowiło to o wadze tej tajemnicy? Co, jeśli to było coś złego? Jeśli Markson zabłądził, tak jak robili to Ci, których jej ojciec kierował do Azkabanu, albo którzy nie mieli nawet tyle szczęścia? Co jeśli...
    Zbyt dużo myślała. Zbyt bardzo nie chciała, by skądinąd nieco podobny do niej chłopak, podobnie wycofany do niej, popadł w fascynację czarną magią, od której ona z trudem uciekała. Bo miała chęci, miała w sobie także niezdrowe pokłady wścibstwa i ciekawości, co potęgowane było przez tą samą fascynację u reszty członków rodziny. Oni jednak zadowalali się jedynie czytaniem.
    Założyła kosmyk włosów za ucho, czując narastający niepokój. Przedmiot, który miała pod nogami raczej nie należał do tych dobrych.

    /Leah

    OdpowiedzUsuń
  30. Gdyby przywiązywał większą uwagę rubryce towarzyskiej i wywiadom z czarodziejami, wiedziałby, dlaczego mówi o zmarłych zwierzakach z taką łatwością. Pierwszą tragedię jej matka opisała w jednej ze swoich książek, mocno umiłowanych przez czarownice-karierowiczki i zakompleksionych czarodziei, zaś sam wycinek opisujący ból po utracie ukochanego ptaka został uznany za dobry fragment do promocji. Zabicie drugiego zwierzęcia poruszyło ludzi nie ze względu na samo zwierze, co na zaklęcie, które było wobec niego użyte, a które skierowane było w Pana Canninga. Zaklęcia Niewybaczalne przypominały mroczne czasy, uświadamiając ludzi, że zło wciąż jest obecne i tylko czeka na swoją kolej.
    Podobno była wyrachowana i głęboko w to wierzyła, jednak tak jak i ojciec umiała się zdenerwować. Oddech jej wtedy nawet odrobinę nie przyspieszał, wszystko wydawało się być na swoim miejscu, jednak myśli, które buszowały w takich momentach w jej głowie, nie należały do pozytywnych, czy chociaż neutralnych. Były przesycone jadem złośliwością i podłą satysfakcją czerpaną z cudzego nieszczęścia. W tej chwili jednak nie była zła, ani rozdrażniona. Była niepewna i najzwyczajniej w świecie się bała. Chciała jak najszybciej opuścić miejsce, w którym sama nie wiedziała co robi i jak najszybciej wrócić do Domu Wspólnego, wziąć Petrę na kolana i przeczytać dzisiejszego Proroka Codziennego. Chciała skończyć tą rozmowę i pewnie nby to zrobiła, gdyby nie to hipnotyzujące ciepło i dziwna obawa, że jeśli się ruszy, to coś się stanie.
    -Ktoś, kto pozostał w tym obrazie musiał mocno zajść komuś za skórę, skoro stoi w takim miejscu- wzruszyła ramionami z obojętnością, jakby właśnie mówiła, że niebo jest niebieskie. Wlepiła w niego spojrzenie, tym razem jednak bardziej przenikliwie, z większym jeszcze zaciekawieniem, bo strach powoli zaczynał ustępować.
    Była naiwna i o tym wiedziała zarówno ona, jak i reszta jej znamienitej rodziny. Była w stanie szukać w każdym odrobiny dobra, przejawiającego się chociażby ambicją, czy determinacją. Nic nie miała do Puchonów i miała nadzieję, że jej małe warknięcia pierwszoklasiści odbierali jako jakąś normę, a nie personalną obrazę.
    Upraszczając- nie do końca była pewna swojego stanowiska w większości rzeczy (za wyjątkiem niechęci do piwa korzennego- według niej powinno być zakazane.
    -Możesz sobie pójść? Chciałam się tu sama rozejrzeć, a ty mnie rozpraszasz...-powiedziała cicho, obserwując jego reakcję na jej głupi tekst, który głupim okazał się być dopiero wtedy, gdy zamknęła usta i przestała się odzywać.
    Czytała artykuły o nim. Wiedziała też, że prasa zawsze podkolorowuje, przekłamuje i robi z osoby, która za pomocą magii podgrzewała sobie herbatę w mugolskiej kawiarni, kryminalistę i degenerata. Nawet nie wyglądał na złego człowieka, pomijając słabe dowody, jeszcze słabszą obronę i beznadziejność mediów, można byłoby uznać, że nie zrobił nic złego (co prawdopodobnie było prawdą), a cały proces potraktować jako zwykłą farsę. Zastanawiała się jedynie, komu byłoby potrzebne takie przedstawienie.

    /Leah

    OdpowiedzUsuń
  31. Nieco zażenowana Amelia, dziękując w duchu niebiosom, że nie potrafi się rumienić, wzruszyła tylko ramionami.
    – No wiesz. Pada, a ja tkwię w jakiejś dziurze, wrobiona w pilnowanie dziecka – uśmiechnęła się nerwowo. – Trochę nudno.
    Prawdę mówiąc, nie przypominała sobie, by w szkole zamieniła z nim kiedyś choćby jedno słowo, chociaż, oczywiście, kojarzyła go z tego głośnego zdarzenia o jego chwilowym zniknięciu. Nie wtykała nosa w nie swoje sprawy, bo wiedziała, że to niesie ze sobą chęć, by odpłacić się tym samym, a ona bardzo nie chciała mieć na karku szpiega, więc dała całej sprawie spokój, czasem tylko wracając do niej myślami, do czego nigdy by się nie przyznała. Chłopak do pewnego stopnia ją ciekawił. Wprawdzie widywała go rzadko, nawet mimo dzielenia tego samego Domu, bo chyba żadne z nich nie przepadało za tłumami i imprezami, i wolało chodzić własnymi ścieżkami, niczym koty. Nie zmieniało to jednak faktu, iż Amelia nieodmiennie na jego widok miała wrażenie, że otacza go aura tajemniczości. Zastanawiające.
    – A co u ciebie?
    Nigdy nie udało jej się opanować sztuki swobodnego rozmawiania z ludźmi, wszędzie usiłowała zwęszyć podstęp nawet wtedy – a może zwłaszcza wtedy – gdy go tam nie było, co zdecydowanie negatywnie wpływało na kontakty międzyludzkie czerwonowłosej Krukonki. Mimo wszystko nie odczuwała jakoś nadmiernie braku towarzystwa. Była samotnikiem; taka się urodziła i nie czuła potrzeby, by to zmienić. Od ludzi wolała zwierzęta i rośliny, od imprez – wygodne łóżko i stos ciekawych książek, a ponad szczerą rozmowę z przedstawicielami gatunku homo sapiens stawiała przelewanie własnych myśli na kartki papieru. Miała tylko nadzieję, że nikt o tym nie wie; nie była pewna, czy w świecie czarodziejów zachowanie tego typu jest czymś, z czego można się nabijać, podobnie, jak u mugoli.
    Sceptycznie przyjrzała się pływającym w akwarium stworzeniom morskim.
    – Ponoć jakieś nieświeże są, czy coś – rzuciła. – Słyszałam, że ludzie od nich chorują.
    Na ogół była małomówna, ale nie chciała po raz kolejny wyjść na idiotkę, zwłaszcza w obecności młodszej siostry, która przyglądała się starszej dwójce uważnie i chłonęła każde słowo jak gąbka. Amelia, nie wiedzieć czemu, uparła się, że tym razem nie pozwoli samej sobie się skompromitować i pogrążyć.

    Amelia.

    OdpowiedzUsuń
  32. Lily wprawdzie zdarzało się cierpieć na sklerozę, ale była to tak zwana skleroza wybiórcza, selektywna, pozwalająca pamiętać o rzeczach dla dziewczyny ważnych, a zapominać o tych, które w jej mniemaniu nie były wcale takie istotne. I nie liczyło się wtedy, że komuś innemu bardzo na danej sprawie zależało – ona zapomniała i już. Nie czuła potrzeby, by się jakoś głębiej tłumaczyć, bowiem wychodziła z założenia, że jeśli już ktoś wysługuje się nią, jak sową, powinien liczyć się ze wszystkimi konsekwencjami bycia zawodnym człowiekiem, a jak mu coś nie pasuje, to niech na drugi raz sam sobie załatwia swoje brudne sprawki. Panna Potter miała niejasne przeczucie, że niektórym ludziom zdecydowanie zbyt często udziela się pomocy, w dodatku dając im wszystko na srebrnej tacy, zamiast pokazać, jak powinni sobie na to zapracować. Nie podobało jej się, że niektórzy ciężko harują na siebie samych, zaś inni pstrykną palcami i już mają podstawione pod nos. Wyznawała zasadę ograniczonej sprawiedliwości, bo to, co sprawiedliwe, nie zawsze było tym, co dobre, zwłaszcza, jeśli mogło kogokolwiek skrzywdzić, a ona nie lubiła celowo krzywdzić ludzi, którzy nie byli jej nic winni, choć, trzeba przyznać, odznaczała się wysokim poziomem mściwości, kiedy ktoś zalazł jej za skórę. O tym jednak również zdarzało jej się zapomnieć.
    Hasło za to pamiętała doskonale.
    – Złośliwy hipogryf – odparła, z bijącym mocno sercem czekając na rozwój wydarzeń. Nie wiedziała dokładnie, czego chce od niej ten chłopak, ba, w życiu zamieniła z nim może ze trzy zdania, polegające głównie na "Gdzie jest kibel dziewczyn?" oraz "Aha, dzięki". Aczkolwiek cała sprawa wprost ziała tajemnicą, a Lily uwielbiała tajemnice, intrygi, zagadki. Markson ciekawił ją od zawsze; było w nim coś, co przyciągało jej wzrok, ilekroć przechodził korytarzem, choć, oczywiście, nie miała zamiaru bez sensu go zagadywać. Wychodziła z założenia, iż obserwując widzi się o wiele więcej, niż gadając, gadając i gadając: i miała rację, bowiem zaobserwować udało jej się znacznie ponad to, czego mogłaby się dowiedzieć w rozmowie... a przecież wiadomo, że wszyscy kłamią, choć kłamstwo kłamstwu nierówne. Gesty są natomiast żywe, naturalne; w gestach nie ma kłamstwa, bo jest to tylko i wyłącznie moment, w którym na parę sekund przestajemy się pilnować. Trzęsące ręce, gdy sięgamy po czajniczek z herbatą. Nieuważne spojrzenie, wzrok błądzący po ścianach korytarza. Każdy, najdrobniejszy gest bezlitośnie zdradzał po maleńkim fragmencie osobowości danego człowieka. Coś zawsze udawało się skleić.
    Przyjrzała mu się teraz uważnie. Wyglądał na opanowanego, nic nie zdradzało jego emocji przed tym, co mieli za chwilę zrobić. A nawiasem mówiąc, Lily była niesamowicie ciekawa, czy on w ogóle, po wytłumaczeniu, na czym polega owo zadanie, zamierza się do niej odezwać w innym celu, niż wydać polecenie, co powinna teraz zrobić. Zastanawiało ją również, dlaczego wybrał akurat ją; przychodziło jej tylko do głowy, że była mała, sprytna i zwinna, więc nadawała się wyśmienicie do różnego rodzaju włamów, kiedy dziura, przez którą dało się przejść, miała średnicę dużego talerza. Odkąd pamiętała, bracia zawsze wysługiwali się nią w ten sposób; raz jeden kazali jej wejść do szopy starego pana Bakera, kiedy, poirytowany hałasami na podwórku, zabrał miotłę Jamesa i schował w tamtym budynku. Skończyło się to potłuczonymi kolanami i siniakiem pod okiem, ale było warto. James wreszcie przestał uważać ją za dzidziusia, a dodatkowo, wracając na święta do domu, przywiózł jej wielką torebkę słodyczy z Hogsmeade.
    – Więc... o co tu właściwie chodzi? Czemu ja? I co mam robić? – Ugryzła się w język, zanim zadała kolejne pytanie.

    Lily Potter

    OdpowiedzUsuń
  33. Nigdy nie patrzyła na ojca, jak na mężczyznę. Zawsze, gdy myślała o Panu Canningu, miała przed oczami dwa obrazy- tatusia i ojca/tatę. Tatusiem był, kiedy lekarstwem na wszystkie bóle był buziak, a krzykiem można było osiągnąć każdy wymierzony cel- od dostania upragnionej zabawki, po wyjazd do Włoch. Był tatusiem i jednocześnie uosobieniem rycerza, który pilnował spokój domowego ogniska i walczył z tymi, którzy chcieli cokolwiek zniszczyć. Ojcem stał się, kiedy wróciła w pierwszej klasie na Boże Narodzenie i powitała ją wiadomość o jego pobycie w Świętym Mungu. Zestarzał się w trakcie tych kilku dni, przestał głaskać ją po włosach i opowiadać o magicznych zwierzętach; zaczął wymagać i manipulować- tym razem to on wywierał presję krzykiem. Początkowo krzyczał z bólu, jaki sprawiało mu leczenie trudno gojących się ran, później krzyczał przez narastającą frustrację i przez cały okres trwania krzyku oduczył się mówić cicho.
    Zawsze widziała w nim kogoś lepszego, niż w rzeczywistości był, a mimo to nie umiała zrozumieć, jak jej matka mogła związać się z takim człowiekiem. Zawsze mówił niewiele, jednak od wypadku zrobił się lakoniczny, zimny i przez bliznę na policzku wydawał się być jeszcze groźniejszy. Jej matka była drobna, niższa od Leah prawie o głowę, ciepła, wręcz gorąca, mówiła milion słów na minutę i denerwowała się w ciągu sekund.No i nie miała żadnego wpływu na wychowania Leah. Możliwe, że gdyby chociaż raz zainteresowała się tym tematem, pokazałaby jej, że nie należy kierować się schematami, że ludzie nie zawsze kłamią, oraz że nie wszystko jest czarno-białe. Przez lata oduczała się poruszania drogą oznaczoną stereotypami, jednak wciąż to one stanowiły bazę pod jej życiową ścieżkę. Nie była żadnym detektywem, Krukonem niesamowicie zaciekawionym światem, ani aktywnym człowiekiem. Była dzieckiem wybitnych rodziców, które chciało znaleźć swoją drogę i potrzebowało być w tej drodze najlepszym jak się da. No i chciała dowiedzieć się, co u diabła kryje się pod podłogą, a Markson irytował ją coraz bardziej.
    -Nie przepadam za czyimkolwiek towarzystwem. Tym bardziej jakiegoś Krukona, o którego istnieniu dowiedziałam się tylko przez to, że stanął przez Wizengamotem- tak było najłatwiej. Najbardziej schematycznie, bo kiedy jest się wężem i na przeciw ma się ptaka, najlepiej potraktować go jadem- Wyjdź, albo pomóż mi podważyć deski na których stoję- powiedziała cicho, celując w niego różdżką, gotową w każdej chwili potraktować go jakimś zaklęciem. Może wreszcie paranie się nauką pojedynkowania na coś się jej przyda?

    /Leah

    OdpowiedzUsuń
  34. [ Nie chciałbyś? Być może też masz syndrom zbuntowanej siedemnastki. Zastanów się nad tym. ]
    TB

    OdpowiedzUsuń
  35. [ Na tym polega bunt. Może, chce, będzie ładnie wyglądać, ale na przekór światu tego nie zrobi. Prędzej założy gumofilce!
    Jak mi dacie wątki, to zabawię długo. A co? Chcesz mi coś napisać? :> ]
    TB

    OdpowiedzUsuń
  36. Na czole Milliesant wykwitła podłużna bruzda, zdecydowanie nie dodająca jej uroku, kiedy usłyszała pytanie Delmare'a. Oczywiście, że to on chciał się tu z nią spotkać, na Merlina! Z samego rana czekał ją paskudnie trudny praktyczny egzamin z eliksirów, który zamierzała zdać i to zdać bardzo dobrze. Miałaby z własnej woli pójść na niego niewyspana i rozkojarzona, powierzając wynik sprawdzianu własnemu szczęści albo ― co gorsza ― na wpół przezroczystej fiolce o mętnej, obrzydliwej zawartości mającej dodać jej sił i poprawić koncentrację? Niedoczekanie! I tak ostatnimi czasy pochłaniała ich zdecydowanie więcej niż powinna. Poza tym, dokładnie pamiętała nazwisko na końcu wiadomości, która przyleciała do niej, gdy popołudniu była w jednej ze szklarni. Kartkę spaliła zaraz po przeczytaniu, popiół zagrzebując w ziemi akurat przesadzanych przez nią roślin, nie miała więc czym potwierdzić swoich racji, ale pamięć miała dobrą i w każdej chwili gotowa była założyć się o trzy palce lewej doni, że to Markson wzywał ją dziś na Wieżę Astronomiczną.
    ― Bo nie znam żadnego innego Delmare'a w murach tej szkoły, który miałby dostęp na Wieżę w środku nocy. I który mógłby chcieć mieć do mnie jakikolwiek interes ― odpowiedziała. Skrzyżowała ręce na piersi, przypatrując się Krukonowi podejrzliwie. Nie rozumiała, o co mu chodzi. Najpierw ściąga ją tu enigmatycznym liścikiem, a potem udaje, że to ona wyciągnęła z łóżka jego, nie mając w tym zupełnie żadnego celu. Albo miał ją za skończoną idiotkę sądząc, że się na to nabierze, albo to on był niespełna rozumu. Nie uwierzyła mu nawet wtedy, gdy wreszcie z roztargnieniem zgodził się na jej wersję wydarzeń. Nie przypominała sobie, aby kiedykolwiek dała mu powód do tego, żeby chciał z nią w ten sposób pogrywać, choć z drugiej strony nie wiedziała, czy Markson jest człowiekiem, który takowego powodu w ogóle potrzebuje. Mimo to poczuła się urażona tą próbą nabicia jej w butelkę. Jeśli próbował uczynić z niej kogoś, komu brakowało piątej klepki, powinien postarać się bardziej.
    Ostrożnie zbliżyła się do stolika zasypanego starymi wydaniami najróżniejszych gazet. Lloyd rozgarnęła je lekko, próbując dojrzeć w nich jakąś wskazówkę odnośnie celu tego spotkania, ale wyglądały jak najzwyklejszy w świecie stos nikomu niepotrzebnej makulatury. W oczy rzucił jej się artykuł starego wydania Czarownicy okraszony zdjęciami, z których czarująco uśmiechała się do niej jej własna matka. Bez wahania odwróciła gazetę przodem do blatu, w ostatnim momencie rejestrując jeszcze oburzone spojrzenie rodzicielki w pięknej, balowej sukni. Nie pamiętała, czy postaci ze zdjęć mogą się kontaktować ze sobą tak samo jak te z obrazów, ale wolała nie ryzykować, że cokolwiek zdoła dzisiaj dotrzeć do jej rodziców.
    ― Ściągnąłeś mnie tu, bo postanowiłeś zostać cukiernikiem? ― mruknęła, kręcąc z niedowierzaniem głową. W pierwszym odruchu miała ochotę trzepnąć go w potylicę tak, jak robiła do z Zackiem, kiedy ten wpadał na jakiś wyjątkowo idiotyczny pomysł. Tyle że Delmare nie był jej figlarnym młodszym bratem, a zaskakująco poważny ton jego głosu, sprawił, że nie zdecydowała się odejść z wielce obrażoną miną. Zamiast tego bez słowa zaczęła przeglądać gazety, oszczędnym gestem dziękując za podsunięte jej paszteciki. Nie miała ochoty na jedzenie. ― Mogę spytać po co to? ― odezwała się po dłuższej chwili. ― Tylko bez ściemy, Markson ― ostrzegła, posyłając mu krótkie, ale twarde spojrzenie. Gdyby chodziło o same desery, o wiele prościej byłoby podpytać hogwarckie skrzaty. Za dnia. Nie przepadała za tymi małymi kreaturami, dlatego też nieczęsto odwiedzała szkolną kuchnię, ale nie miała wątpliwości, że z wprost nieprzyzwoitym zapałem wyświadczyłyby Delmare'owi tę przysługę, gdyby tylko zechciał je o nią poprosić. Za całą tą farsą musiało więc kryć się coś więcej. W każdym razie taką miała nadzieję. A jeżeli się nie myliła, coraz bardziej chciała się dowiedzieć, co to takiego.

    [Czym Cię przekupię, żebyś nie krzyczał na mnie za tę okropną zwłokę? Przepraszam, nie wiem, gdzie ja mam ostatnio głowę.]

    Milliesant

    OdpowiedzUsuń