17 maja 2016

Wężową mową język wężowi się wił


Leah Rebecca Canning
Slytherin| VI | Klub Ślimaka| Klub Pojedynków| czysta krew
boginem android| patronusem wilk czarny| właścicielka (od dwóch miesięcy) Petry

Córka aurora i pisarki. Wychowywana wśród skrzatów domowych i barwnych fiolek z solami trzeźwiącymi Pani Canning, która swoje ciągłe omdlenia tłumaczyła artystycznym usposobieniem. Pan Canning zdaje się zupełnie nie przejmować stanem zdrowia żony, bo zbyt zajęty jest podróżami, pracą i karmieniem córki miłością do Czystej Krwi. Bo jej ojciec w głębi duszy wciąż wierzy, że nadejdzie dzień, w którym do Hogwartu przestaną być przyjmowani mugole, że w końcu Czysta Krew zatriumfuje, a on sam będzie tego świadkiem. Pani Canning umie jedynie ubrać codzienność w ładne słowa i kiwać głową na każde słowo męża.
Leah nie jest inna. Zdominowana przez silną osobowość ojca, ukrywa się z własnym zdaniem i przemyśleniami. Tak, jak on przed laty, jest chłodna i na pozór wyrachowana, bezwzględna i pewna siebie. Prawdopodobnie każdy wiedziałby o tym, gdyby odzywała się częściej i zadawała z ludźmi ze swojego rocznika. Rok temu, kiedy absolwenci opuścili Hogwart, a wśród nich ukochany kuzyn, Leah jakby straciła wszystkich znajomych i od tamtej pory udaje osobę poza zasięgiem.
Matka wytyka jej, że pozbawiona jest pasji, jakby ktoś odebrał jej ważną część człowieczeństwa i jest zwyczajnie rozczarowana posiadaniem córki, która przypomina ją jedynie z wyglądu. Ojciec jest dumny z wybitnych wyników i złudnego posłuszeństwa jedynej pociechy, która w tajemnicy przed światem zdążyła sobie zrobić mały tatuaż na wysokości paska od stanika tak, że ten całkowicie zakrywa Insygnia Śmierci. Popala mugolskie papierosy, czyta ich książki i stara się zrozumieć, skąd w jej ojcu ta nienawiść do inności, oraz czemu ona sama reaguje na mugoli alergicznie. 
W jej głowie wszystko ma swoje miejsce, wszystko jest idealnie zaplanowane i przemyślane. W swoim planie zapomniała uwzględnić tylko jednego- że wciąż jest człowiekiem.

-zasłoniłam i polecam

16 komentarzy:

  1. Witam serdecznie na blogu :)
    Nieco smutna ta twoja Leah... Niby nic szczególnie tragicznego się jej w życiu nie przydarzyło, a jednak, przez swojego uroczego inaczej ojczulka, chyba nie do końca pozwala sobie na bycie sobą.
    Mamy z Tedem nadzieję, że ulegnie to zmianie, dla jej własnego dobra, o :P
    Życzę udanej zabawy i niekończącej się weny :)]

    Teddy Lupin

    OdpowiedzUsuń
  2. [Oj dogadałaby się z Finem, dogadała. Miłego pobytu na blogu i samych ciekawych wątków!]

    Finley Lester

    OdpowiedzUsuń
  3. [Twoja Panna i moja Lishka to byłoby idealne połączenie, są bardzo podobne, mogłyby razem współpracować nad czymś bardzo złym. Wspólna nauka czarnej magii? Zainteresowanie śmiercionośnymi zaklęciami? ]

    Lishka Dołohow / Lily Rose

    OdpowiedzUsuń
  4. [Cześć i czołem! Od razu muszę ci dać dużego plusa za nadanie swojej postaci jednego z moich ulubionych imion. Dzięki temu w pewien sposób Leah wzbudziła moją sympatię. Sama w sobie wydaje się być postacią ciekawą - z jednej strony typową Ślizgonką, ale z drugiej nie do końca. ;) Życzę powodzenia!]

    Jemma/Molly/Maxine/Fanney

    OdpowiedzUsuń
  5. [Cześć. Ciekawa, ale biedna postać, tak się dać zdominować, ale może rozwinie skrzydła w Hogwarcie, kiedy nie będzie pod wpływem rodziców. Tak się zastanawiam, boginem TEN android? Zielony, od smartfonów i tabletów? ;) Życzymy z Chaerin fajnej zabawy, a także wielu ciekawych wątków :)]

    Park Chaerin

    OdpowiedzUsuń
  6. [Oh!
    Widzę, że twoja karta musiała umknąć mojej uwadze. No cóż..jednak Cię wygrzebałam, więc się witam serdecznie! Twoja postać jest bardzo Ślizgońska, choć też nie do końca. Zdjęcie śliczne, kimkolwiek jest osoba na nim. Przykro mi, że ojciec ją zdominował. Mugolskie papierosy, to najlepsze papierosy! Życzę Ci jak największej ilości komentarzy, wątków, powiązań i wspaniałej zabawy! Zapraszam do mnie, jeśli masz taką chęć. :)]
    Agnes Dolor

    OdpowiedzUsuń
  7. [ Chciałabyś wątek? :) ]

    OdpowiedzUsuń
  8. [To prawda, że ciężko mówić o osobie, która do nikogo się nie odzywa, Delmare na pewno coś o tym wie. Tylko że wszystko jest do czasu, np. nawet o Marksonie przez chwilę było głośno, kiedy pewnego razu rozpłynął się bez śladu. Nawet najtajniejszy agent musi mieć swoją chwilę na ustach wszystkich, inaczej byłby podejrzany.
    Myślę, że Delmare nie dręczy ludzi ot tak. Za każdym jego działaniem musi stać motyw. Ja mam ochotę zacząć wątek i najpewniej zrobię to, tylko chciałbym, żebyś podrzuciła mi jakiś pomysł. Mam swoje, ale to tak wiesz, żeby było fair ;>]

    OdpowiedzUsuń
  9. [To ja zaczynam, ale zrobię to za sto lat, bo jem sorbet mangowy i nie umiem myśleć o niczym innym, kiedy to robię.]

    OdpowiedzUsuń
  10. — Daj mi odpocząć, Markson — burknęła Penny. Jej złote loki w półmroku Pokoju Wspólnego przypominały sztuczne końskie włosie. Do tego stopnia, że przez chwilę miał ochotę własnoręcznie sprawdzić, czy Penny nosi blond perukę.— Wróć na kolację. Dzisiaj chyba zjemy później.
    — Później niż kiedy? — spytał, naiwnie licząc na poważną odpowiedź niepoważnej dziewczyny.
    — Później niż zwykle.
    — Nigdy jeszcze nie jedliśmy wspólnie kolacji — odważył się zauważyć Markson.
    — Nie dajesz mi odpocząć, Markson — odparła Penny.
    On też był zmęczony. Do tego stopnia, że nie chciało mu się tachać walizki do dormitorium. Wsunął ją pod kanapę i wyszedł z Pokoju Wspólnego, dokładnie wcześniej rozejrzawszy się, czy aby nikt niepożądany nie zobaczy go o tej porze poza szklarnią, w której powinien znajdować się o tej porze. Chwilę później stał znów na błoniach, z kieszenią pełną gryzków lukrecjowych ostrożnie podebranych Penny. Rozejrzał się po pustej okolicy. Na zewnątrz zamku miał więcej prywatności niż wewnątrz. A nawet jeśli nie, to łatwiej było wypatrzeć szpiega, który musiałby przywdziać zielony kamuflaż niż tego, który chował się za posągiem. Delmare, samemu będąc agentem (chociaż raczej niskiej klasy), cenił sobie prywatność, ale wciąż nie wiedział, czym zabić czas pozostały do kolacji, więc skręcił w bok i udał się w stronę wioski. Wydała mu się ciekawszą opcją od wszystkiego, co miał tutaj do dyspozycji.
    Był niespełna siedemnastoletnim młodzieńcem, spacerującym samotnie pustą drogą prowadzącą do Hogsmeade. Był tym, który jadł zwietrzałe gryzki, rozmyślając o dziwnej Ślizgonce, pojawiającej się w momentach najmniej do tego pożądanych. A wcześniej był dzieckiem nieświadomym, poniekąd nawet szczęśliwym, a jeszcze wcześniej — niemowlęciem, które podobno lubiło się przeglądać w lustrze i ssać palce własnych stóp. Był kiedyś tym młodzieńcem, tym dzieckiem i tym niemowlęciem - natomiast budynek, przed którym w końcu stanął, mógł być kiedyś magazynem Borgina lub Burkesa. Przed nim rozciągała się przyszłość człowieka dorosłego, a potem kościotrupa, a w końcu już niczego, poza może paroma niewyjaśnionymi zagadkami.
    W chwili obecnej jednak rozciągał się przed nim drewniany barak, przypominający nienormalnych rozmiarów karton ze względu na brak okien i drzwi, z wysokim metalowym pomnikiem, tak zniszczonym przez deszcze i upływ czasu, że Markson nie był w stanie odgadnąć, co przedstawia - nawet kiedy znalazł się odeń na wyciągnięcie ręki. Buda wyglądała jakby rozzłoszczony górski troll wmierzył mu kilka siarczystych klapsów.
    - Śpiący tryton - podał hasło, na co posąg ludzkich rozmiarów karpia mrugnął do niego. Znak ten wskazywał na to, że nikt nie zostawił mu wiadomości. Sekundę później posąg zamrugał znowu, dając Krukonowi znać, że nie stoją tam sami. Markson nie obrócił się od razu. Najpierw powoli wysunął różdżkę z kieszeni, gotów strzelić z niej zaklęciem w każdego, kto przypadkiem zjawił się w tym samym miejscu co on o tej samej porze.
    — Graj ze mną otwarcie. Kto cię nasyła?
    Patrzył na Ślizgonkę, która kolejny raz pojawiła się w momencie, w którym on coś kombinował. Nie wierzył w przypadki.
    — Nie ściemniaj tylko — ostrzegł, mierząc w nią różdżką.

    OdpowiedzUsuń
  11. Czasami śmierdząca kanapka z dna plecaka wcale nie musi być zepsuta. Być może wydziela taki, a nie inny zapach, bo między kromki chleba wciśnięto jej ser gorgonzola, którego zapach nie należy do najlżejszych. A może kanapka w ten sposób odstrasza wszystkich tych, do których nie jest zaadresowany tajny liścik w niej schowany. Delmare pod tym względem przypominał śmierdzący sandwicz — kiedy już ktoś zwracał na niego uwagę, Krukon sprawiał wrażenie złośliwego i nieprzyjemnego. Niektórzy uparci brnęliby dalej w poznawanie go i w przekonywanie się o jego szlachetnej duszy, w której posiadaniu, oczywiście, mógł się znajdować, ale bardziej prawdopodobnym było, że za jego odstraszającą maską kryło się coś dużo mroczniejszego. Tajemnice, które męczą człowieka codziennie, nie dając mu chwili wytchnienia, dzięki której może byłby odrobinę milszy dla innych ludzi.
    Markson, z całą gamą negatywnych cech charakteru, nie był naiwniakiem. Bujał wszystkich na każdym kroku, z powodu czego sam musiał mieć oczy dookoła głowy, aby samemu nie paść czyjąś ofiarą. Leah miała szczęście, że przy pierwszej okazji nie rzucił na niej paskudnego uroku, którego ostatnio się nauczył. Była jednak na tyle głupia, że nie zdawała sobie sprawy z beznadziejności swego położenia. Wyczuwał w ludzkim głosie fałsz, nawet jeśli dana osoba miała najczystsze intencje pod słońcem. Fakt, że dziewczynę widywał już wiele razy w dziwnych miejscach, stanowił przeciwko niej. Delmare miał nieustające przeczucie, że ktoś go śledzi, a w tamtym momencie był przekonany, że znalazł swojego prześladowcę.
    Nie opuścił różdżki.
    — Miałaś nie ściemniać - upomniał ją po raz drugi. Był gotów rzucić zaklęcie Drętwoty albo nawet usunąć jej pamięć, gdyby zrobiła jeden fałszywy ruch. Nagle przyszło mu coś do głowy. — Byłaś tu wcześniej?
    Przychodził tutaj od momentu, kiedy razem ze swoim tajnym informatorem ustalili sposób komunikacji poza sowią pocztą. Sowy są wygodne, jeśli chodzi o przesyłanie listów i paczek, ale nie, jeśli ma się komuś do zakomunikowania ważną wiadomość, która może zmienić losy życia bliskiej osoby. Wtedy przechwycenie takiego listu równałoby się porażce, na którą z oczywistych względów, Delmare nie mógł pozwolić. Tak więc Tajny Informator od kilkunastu miesięcy pozostawiał Krukonowi liściki, ukrywając je w posągu karpia pod porzuconą budą w wiosce Hogsmeade. On nie chodził w to miejsce często, żeby nie wzbudzać podejrzeń, ale każdy wytrwały szpieg w końcu dostaje to, czego szuka. Jest to dobra i jednocześnie zła prawda o świecie.

    OdpowiedzUsuń
  12. [Znajdę! I to z wielką chęcią, masz już może jakiś pomysł?]

    Ulf

    OdpowiedzUsuń
  13. Nie wiedział, kiedy znaleźli się w środku budynku odstraszającym od siebie wyglądem zewnętrznym, ale widocznie w takie miejsca nogi same pchały Marksona. Na ogół przecież każda decyzja (przynajmniej u niego, nie każdy ma tyle oleju w głowie) poprzedzona musi być odpowiednią kalkulacją, rozważeniem wszystkich niebezpieczeństw i pozytywów wynikających ze znalezienia jakiejś wartościowej rzeczy (których zwykle jest znacznie mniej niż negatywów; większość śledztw przecież ustaje w martwym punkcie). Z pominięciem chwil, w których nie ma czasu na myślenie, bo ktoś bliski jest w poważnych kłopotach. Albo wtedy, kiedy goni cię stado obrażonych przez ciebie centaurów, gotowych urządzić pogrzeb niesfornego ucznia w Zakazanym Lesie. Poza tymi sytuacjami, zawsze jest czas do chłodnego przemyślenia za i przeciw. Tym bardziej, jeśli wchodzi się do miejsca, w którym było się już tyle razy i bezpiecznie się wychodziło. Łatwo wtedy zaufać statystykom, że skoro tyle razy nikt nas nie zaatakował, to za setnym już na pewno tego nie zrobi. Niepokój towarzyszył Marksonowi zawsze i wszędzie, ze specjalnym uwzględnieniem momentów, kiedy było jakoś podejrzanie za spokojnie.
    Powód, dla którego wcześniej nie zauważył śladów obcych butów w środku budynku, był prosty: Krukon nie wchodził do środka, tylko odbierał wiadomość zawartą w posągu karpia przed budą, a potem umykał z tegoż miejsca jak najprędzej, aby nikt nie zdążył podążyć jego śladami i odkryć tajną skrytkę pocztową. Nie wchodził do środka, odkąd pod deskami podłogi został ukryty bardzo ważny przedmiot. Nie chciał kręcić się po opuszczonym magazynie Borgina lub Burkesa, żeby owy przedmiot nie wpadł w niepowołane ręce, tymczasem pewna Ślizgonka koniecznie musiała tam węszyć.
    — Nie wiem o co ci chodzi, ja tam nic nie słyszę — powiedział lakonicznie, wzruszając ramionami. Cały czas trzymał różdżkę w pogotowiu, ale nie celował nią już w Leah. Przechadzał się co i rusz po pokoju, sprawiając przy tym, że dźwięki, które wydobywał ukrytyprzedmiot, które tak naprawdę nie uszły jego uwadze, stawały się niesłyszalne wśród odgłosów skrzypiących desek. — Nie chciałem zabrzmieć nieprzyjemnie. Wcale nie uważam się za najbystrzejszego. Właściwie, uważam, że jesteś sprytniejsza ode mnie. Dlatego pewnie już wiesz, czego spodziewać się po sprawdzeniu tego miejsca.
    Mogli grać w gry słowne, ale, według niego, znaleźli się w sytuacji, w której Leah miała złe zamiary, a jego zadaniem było odciągnięcie jej od ukrytej pod deskami podłogi rzeczy.
    Odruchowo spojrzał na obraz wielkości człowieka, oparty o wschodnią ścianę magazynu. Właściwie można było odnieść wrażenie, że to nie obraz, tylko lustro, bo na płótnie brakowało postaci. Musiał grać na zwłokę.
    — Miałaś kiedyś sowę, która zdechła? — zagaił dziewczynę, przecierając ramę obrazu skrawkiem szaty.

    OdpowiedzUsuń
  14. Delmare nie dzielił się z otoczeniem nawet jedną setną tego, co wiedział. Co prawda, dla dobra jakiejś sprawy albo dla odciągnięcia czyjejś uwagi od ukrytego przedmiotu, mógł cały dzień gadać o książkach, które ostatnio przeczytał lub o zwierzakach, którymi się zajmował, ale w żaden sposób takie głupoty nie mogły nikomu przybliżyć jego postaci, która miała pozostać enigmą. Nawet rodzina nie znała Delmare'a na tyle, żeby scharakteryzować jego usposobienie w choćby kilku słowach, co dopiero Leah, która, biorąc pod uwagę jej pierwsze słowa (stwierdzenie, że Krukon ma się za najbystrzejszego), skłonna była do wyciągania pochopnych wniosków i oceniania pierwszego wrażenia, które ktoś sprawiał. Niestety, ocenianie książki po okładce zwykle kończy się marnie dla oceniającego. Tę kwestię można pominąć. Aczkolwiek warto zauważyć, że prawdziwy szuler nigdy nie odsłania kart, tak jak obserwator świata nigdy nie dzieli się swymi spostrzeżeniami. A przynajmniej nie powinien.
    Widocznie Leah również chciała grać otwarcie, skoro tak łatwo przychodziło jej dzielenie się swoimi myślami. Delmare mimo wszystko nie był introwertykiem, przynajmniej nie miał się za jednego, ale zdziwiła go ta otwartość w stosunku dziewczyny do jego osoby. Trochę zastanawiał się, co w rzeczy samej może stać za obraniem przez nią takiej taktyki.
    — Nie wydaje mi się, żeby to było lustro — odparł lekceważąco. Za chwilę dodał: — Nie wydaje mi się też, żeby to było ważne. Przecież ludzie z obrazów często przemieszczają się między nimi. Jeśli bywałaś tu już wcześniej, powinnaś wiedzieć, kto jest bohaterem tego obrazu.
    Niefrasobliwymi ruchami, które można podciągnąć pod zachowanie typowego flegmatyka, otwierał szuflady szerokiej szafki, ale w większości z nich było pusto (poza karaluchami i pajęczynami i kurzem).
    Już wiele razy Markson wzięty był za złego człowieka, zbira. Był czas, kiedy musiał się ukrywać niczym wyklęty Black, bo wypisano o nim bzdury w Proroku Codziennym. Otarł się o wyrok na procesie przed Wizengamotem, to też nie przemawiało na jego korzyść. Kiedy komuś przyszywa się łatkę przestępcy, to pozbycie się jej nie trwa krótko. Krukon wątpił, czy uda mu się całkiem oczyścić z postawionych przez Ministerstwo zarzutów do ukończenia szkoły, zresztą Ministerstwo Magii nie pierwszy raz dopuszcza się fałszowania rzeczywistości. Teraz miał już za pewnik, że "ci z góry" chcą go zniszczyć. W każdym razie, wyjęty spod prawa Markson w pewnym sensie swoją nieostrożnością i impulsywnością sam zasłużył sobie na te wszystkie podejrzenia, chociaż zarzucanych mu czynów się nie dopuścił. Trudno żyje się będąc niesłusznie osądzanym na każdym kroku, ale taka gorycz życia badacza. On nim był, badał wszystko, co popadnie, od zawodowej satysfakcji płacąc podatek.

    OdpowiedzUsuń
  15. Markson był bardzo zabieganym czarodziejem i w dwudziestu czterech godzinach, którymi dysponował w dobie, potrafił jednorazowo zawrzeć wiele czynności, nie zdradzając przy tym oznak zmęczenia. W jednej godzinie niejednokrotnie upchnął tyle rzeczy do zrobienia i tyle miejsc odwiedził w krótkim czasie, że niektórzy powątpiewali, czy faktycznie nie zdał tego egzaminu na teleportację. W innym wypadku niemożliwym bez użycia zmieniacza czasu wydawało się, aby w prawie tym samym czasie widziano go w dwóch różnych okolicznościach. Mawiał, że prawdziwy detektyw nie lubi spać, więc sypiał snem bardzo płytkim i krótko, aby nie zmarnować ani chwili, którą z tych dwudziestu czterech godzin każdą poświęcał na swoje śledztwa, w taki czy inny sposób. Przeprowadzał sprytne wywiady, śledził uczniów i nauczycieli Hogwartu, wściubiał nochal w cudzy interes - ogólnie był bardzo aktywny poza lekcjami (na lekcjach tylko bywał). W każdym razie, na liście aktywności brakowało mu miejsca na zaczytywanie się w czasopismach.
    Delmare należał do grona sceptyków Proroka Codziennego, który wypisywał brednie, a po upadku Sami Wiecie-Kogo, pod nadzorem odbudowanego Ministerstwa Magii, umniejszył rolę bohaterów Hogwartu do zwykłej pomocy w pokonaniu Voldemorta. Był to wystarczający dowód na to, że prasa kłamie, a odkąd naczelnym redaktorem Proroka mianowano niejakiego Fernalda Cattermole'a, dziennik zupełnie zszedł na psy. Żongler prowadzony przez Lunę Lovegood mógł z nim śmiało konkurować w kwestii popularności i poczytności, ale Krukon i tak miał problem z wierzeniem mediom. Kiedy był dzieckiem, przez krótki czas uważał, że Ziemia jest idealnie okrągła jak piłka, bo tak przeczytał w jakiejś parszywej gazetce. Tymczasem, jak się później okazało, Ziemia kształtem przypomina elipsę, a młodego chłopca wystrychnięto na dudka. Prawie dorosły Markson nienawidził czuć się głupio. Pomijając sytuacje, w których po prostu się wygłupiał dla rozbawienia lub pocieszenia kogoś, kto tego potrzebował, nie lubił okazywać się czyjąś ofiarą. Ofiarą żartu, ale też poważnego fałszu. Tym wszystkim usprawiedliwiał swoją niechęć do masowych środków przekazu. Czuł, że jeśli chce znać prawdę, musi obserwować świat, a nie próbować go przejrzeć przez strony gazet lub, jeszcze gorzej, szkiełka telewizyjnego.
    On nigdy nie miał uprzedzeń wynikających z podziału uczniów na Domy. Właściwie uważał, że przydział dokonywany przez Tiarę odbywał się zbyt wcześnie, dlatego nie brał go na poważnie. W równym stopniu podejrzliwie wypał na Ślizgonów, jak i na Gryfonów. Starał się doceniać Puchonów i nie bagatelizować nikogo, oczywiście, ze strachu przed przejechaniem się na tym. Z Krukonami, przez przynależność do wspólnego Domu, znał się trochę bliżej, ale oni znali jego postać tak samo jak wszyscy inni - czyli, w większości przypadków, wcale.
    — Jesteś jakimś medium? — zapytał zaskoczony. Od pierwszego momentu nie miał złudzeń, że Leah będzie próbowała się go pozbyć. — Rozumiem, że to dlatego moja obecność cię rozprasza?

    OdpowiedzUsuń
  16. [Jasne, z wielką przyjemnością. Masz jakiś pomysł na powiązanie/relacje pomiędzy naszymi paniami? :)]

    Avalon

    OdpowiedzUsuń