27 czerwca 2016

Roxanne


     Śmiała się od zawsze najgłośniej. Biegała najszybciej i skakała najwyżej ze wszystkich. Zrywała jabłka i od razu pchała je sobie do buzi, nie racząc nawet zejść z gałęzi drzewa. Machała wtedy nogami w powietrzu i patrzyła na ciebie z góry, unosząc jedną brew i nie słuchając twoich ostrzeżeń dotyczących upadku z dużej wysokości. Prześcigała cię na miotle, wtedy jeszcze nie zdając sobie sprawy z tego, że dajesz jej fory. I to cię zgubiło, bo nawet nie zauważyłeś, kiedy faktycznie stała się szybsza i zwinniejsza od ciebie. Niewielki domek, w którym mieszkaliście, nie był w stanie pomieścić jej energii i temperamentu, a jednak zawsze wydawał się taki pusty, gdy wyjeżdżała. Jej śmiech rozbrzmiewał gdzieś w ścianach, zdawało ci się, że zaraz zawita w progu twojego pokoju i spyta, co kombinujesz.
     Bolało cię, gdy zobaczyłeś jej poparzenia, gdy zdałeś sobie sprawę, że twoja mała siostrzyczka niemalże umarła w pożarze pod trybunami szkolnego stadionu. Bolał cię jej uśmiech, gdy trzymała nieprzytomną od kilku miesięcy matkę za rękę w szpitalu Świętego Munga. I bolało cię za każdym razem, kiedy widziałeś rozległą bliznę na jej łydce, kiedy słyszałeś jej przekonywania, że wszystko będzie dobrze. Kiedy raz usłyszałeś, jak płacze. I jednocześnie napawasz się płynącą z jej ust nadzieją, gdy próbuje sprawić, aby każdy dzień bez obecności matki był normalny. „Mama się obudzi, zobaczysz, Fred”.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz