11 czerwca 2016

We are the key to paradise


Finley Adam Lester
30.09.2006r.


Dla potrzeb wywiadu imiona i nazwiska zostały usunięte. 
"Finley był moim pierwszym chłopakiem. Tego się nigdy nie zapomina. Na początku był kochany., a razem robiliśmy szalone rzeczy. Wielu z nich żałuję, ale ten okres wspominam najlepiej. Nigdy się przy nim nie nudziłam. Do dzisiaj jednak pamiętam jak całował się z moją przyjaciółką. Zdradliwa małpa!" 

"Lester jest moim najlepszym przyjacielem. Znamy się od pierwszego roku i przeżyliśmy nie jedno. Budzi respekt wśród innych uczniów. Gdyby nie on nigdy nie odważyłbym zagadać się do Naveen. Uwielbiam go i wiem, że mogę mu zaufać w każdej sprawie. Ale powinien oddać mi w końcu te 5 galeonów, które kiedyś mu pożyczyłem. Rada na przyszłość? Nie dawajcie mu żadnych pieniędzy."

"Ma w sobie niezwykły potencjał. Pamiętam czasy kiedy jeszcze przykładał się do nauki. Teraz tylko dziewczyny i zabawa mu w głowie, ale jeśli chce coś osiągnąć musi się postarać. Myślałam nad jakimiś korepetycjami, ale ten nigdy nie przychodził. Zero szacunku. Przydałby się ktoś, kto zmotywował go do pracy. "

"Lester? Zmora mugolów. Kolejny ślizgon zakochany w swoim odbiciu "

"Nikomu o tym nie mówiłem, ale wydaję mi się, że wszyscy w Hogwarcie już o tym słyszeli. Finley rozpuszczał o mnie plotki. Wmówił wszystkim, że mam pchły! To znaczy kiedyś miałem, ale to było wieki temu i nie miał prawa tego rozpowiadać. Chodził z grupką kolegów i mi dokuczał. Wszystko dlatego, że nie jestem czystej krwi. Kiedy jednak spotkałem go samego przeprosił mnie i wręczył mi zaklęcie, które pomogło mi uporać się z pchłami. Powiedział, że musi stwarzać pozory, a im dłużej to robi tym bardziej mu się to podoba i to go przeraża.Tylko nie mówcie, że ja to powiedziałem!"

"Byliśmy ze sobą dość krótko. To on ze mną zerwał. Powiedział, że do siebie nie pasujemy i nie czuje tego co dawniej. I tak zawsze więcej czasu poświęcał swoim kolegom i siostrze. Mimo to nie miałam mu tego za złe. Nie potrafiłam się na niego gniewać. Do dziś jesteśmy przyjaciółmi."

"Byłem z nim kiedyś w parze podczas zajęć z Eliksirów. Gdyby nie on wysadziłbym całą salę. Dobrze odnajdywał się w roli przywódcy. Nigdy jednak za nim nie przepadałem. Zawsze zabierał mi najlepsze dziewczyny sprzed nosa, a w dodatku zawsze otrzymywał lepsze oceny. Głupio mi to przyznać, ale chyba mu zazdroszczę."


Slytherin ~ VI ~ Czysta krew ~ Patronus jako Kapibara ~ Ścigający ~ Klub Ślimaka ~ KZWP


 Witam serdecznie z tą oto skromną kartą.
Zapraszam do wspólnych wątków, 
które jak mogę obiecać będą owocne i ciekawe.
Koniec z nudą!
Mamy dużo znajomości również poza szkołą
 więc nie wszystkie wątki muszą się w niej skupiać
Siostrzyczko chodź do mnie :)
Twarzostan : Diego Barrueco

39 komentarzy:

  1. [Kocham Kapibary ponad życie!!! Doskonały wybór patronusa, płaczę z zachwytu, bo one zawsze są takie niedoceniane, a tu ktoś w końcu dostrzegł ich potencjał! Pokłony! No i witam kolejnego złośliwego Pana w szeregu Ślizgonów, wierzę, że coś kryje się pod tą warstwą wredoty.]

    Adalyn

    OdpowiedzUsuń
  2. [Dzień dobry! Postać mnie zaintrygowała, zwłaszcza ta wzmianka, że przeprosił mugolaka za swoje zachowanie. Podoba mi się to, nawet bardzo! I teraz nawet zaproponuję wątek z jedną z moich postaci: panią, która wisi w szkicach i czeka na publikację. Mugolaczka z Hufflepuffu, córka tego Dudleya Dursleya, która kocha cały świat i jest na tym samym roku, co Finley. Bo jej przydałby się jakiś wróg, którego ona i tak usprawiedliwiałaby w myślach i udawała, że przecież od wcale nie znęca się nad nią psychicznie, bo to taki typ człowieka, który wierzy w dobro ludzi. Ale jeśli nie z nią, to mam jeszcze nauczycielkę i inną mugolaczkę, do których również zapraszam. :)]

    ARIELKA I ADRIANNE

    OdpowiedzUsuń
  3. [ Na początku muszę pochwalić śliczne zdjęcie, jakie wstawiłaś. ;) Nie dość, że taki przystojny pan, to jeszcze pasuje do ogólnego zamysłu na postać Finleya. Sposób na napisanie karty też jest świetny!
    Z chęcią wpadnę po wątek, kiedy już opublikuję swoją Ślizgonkę. :) ]

    jeszcze w roboczych Orlaith

    OdpowiedzUsuń
  4. [dobry wieczór i dziękuję! ten pan jest taki uroczy, bardzo lubię takich Ślizgonów, choć raczej nigdy nie umiałabym stworzyć. :< na wątek jak najbardziej mam chęć: nie wiem, czy to w stylu Finleya, ale może chłopak upodobałby ją sobie na obiekt kpin, jako pokazówka przed kolegami? :)]

    Charmaine McLein.

    OdpowiedzUsuń
  5. [ Świetny pomysł! :) Chyba im obojgu przydałaby się rozmowa o przeszłości, tak myślę. Zwłaszcza Orlaith czegoś takiego by potrzebowała.
    Możemy urządzić im spotkanie w pokoju wspólnym Ślizgonów, kiedy każdy się gdzieś rozejdzie, i zostaną tylko oni. Pasuje Ci tak? ;) Czy mam zacząć? ]

    Orlaith

    OdpowiedzUsuń
  6. [Jeśli tylko masz ochotę mieszać Finleyem w jej życiu, to serdecznie zapraszam. Faktycznie, są wychowani w tym samym środowisku i sądzę, że znaliby się od dzieciństwa, bo prawdopodobnie uczęszczaliby razem z rodzicami na obiadki, brunche i bankiety. A co dalej?]

    Adalyn

    OdpowiedzUsuń
  7. [ Oczywiście, że to nie problem. ;) ]

    Orlaith rozłożyła się na wygodnym, ciemnozielonym fotelu w pokoju wspólnym Slytherinu. Nogi przerzuciła przez jego oparcie, głowę podparła jedną dłonią, w drugiej zaś trzymała podręcznik do transmutacji. Musiała nauczyć się materiału z kilku poprzednich lekcji, ponieważ stanowiły one dla niej problem... A dziewczyna nie znosiła tego, kiedy sobie z czymś nie radziła.
    Ostatnio jednak cały czas sobie nie radziła. I bynajmniej nie chodziło tutaj o transmutację, eliksiry czy jakikolwiek inny przedmiot szkolny. Powoli przestawała ogarniać własne emocje i uczucia, gdzieś w jej głowie budziło się poczucie winy za wszystko, co do tej pory zrobiła czarodziejem, którzy nie mieli tego szczęścia i nie posiadali całkowicie czystej krwi. Jej duma nie pozwalała jednak na przyznanie się do tego, więc Orlaith dalej unosiła głowę, rzucała aroganckie uśmieszki i chowała uczuciowy chaos za kolejnymi ostrymi słowami, których jednak nie wypowiadała już tak często, jak kiedyś. Słowa rodziców ciągle obijały się jej po głowie, powtarzając jej, że jest lepsza, ale dziewczyna sama już nie wiedziała, co ma o tym wszystkim myśleć.
    Przez wzgląd na późną porę pokój wspólny zaczął pustoszeć — Ślizgoni i Ślizgonki opuszczali pomieszczenie, kierując się do swoich dormitoriów w celu wyspania się przed jutrzejszym dniem i zajęciami. Orlaith ciągle zaś siedziała na fotelu, wpatrując się w podręcznik. Przyłapywała się jednak na tym, że zamiast zagłębiać się w kolejne polecenia, zaczynała odpływać w swoje myśli. Co chwila musiała potrząsać głową i ponownie skupiać się na słowach i zdaniach, których powinna się nauczyć. W końcu stwierdziła, że coś takiego po prostu nie ma sensu, więc odłożyła książkę gdzieś na bok, po czym przeniosła wzrok na prawo.
    Kiedy zauważyła siedzącego na drugim fotelu Finleya Lestera, od razu odwróciła wzrok. Zaledwie kilka lat temu można było ich nazwać dobrymi znajomymi — oboje znajdowali świetną zabawę w ubliżaniu szlamom i mieszańcom, jednak w końcu coś się zmieniło. Orlaith nie odnajdywała już w tym takiej satysfakcji, jak kiedyś... Możliwe, że Finley też. Codzienne rozmowy przemieniły się w kilka zdań, a te w niemrawe cześć rzucone w biegu na korytarzu. Przestali spędzać ze sobą czas, oddalili się od siebie. Dziewczyna czasem przyłapywała się na tym, że brakowało jej towarzystwa chłopaka, nigdy jednak nie podeszła do niego pierwsza. Po prostu nie potrafiła.
    — Hej — powiedziała po chwili wahania, po czym powróciła do poprzedniej pozycji, tym razem jednak nie biorąc do ręki podręcznika. Odchyliła głowę do tyłu, pozwalając rudym włosom spłynąć na dół. Czekała na jakieś słowa chłopaka, będąc ciekawą, czy znowu poprzestaną na zwykłym przywitaniu.

    Orlaith :)

    OdpowiedzUsuń
  8. Charmaine wydawała się unikać przebywania w towarzystwie innych, co wyjątkowo objawiało się podczas posiłków. Siedziała jak na szpilkach, nerwowo podskakując, ilekroć komuś upadł widelec czy też przypadkiem potrącił talerzyk. Grzebała w swoim jedzeniu, bawiła się nim, ale nie wyglądało na to, żeby cokolwiek jadła. Ludzie zrzucali to na karb jej nieśmiałości i niepewności, kiedy to znajdowała się w tłumie znajomych-nieznajomych twarzy i mimo, że kwitowali ów fakt stwierdzeniem "McLein jest jakaś dziwna", dużo bardziej wolała, żeby tkwili sobie w tej swojej nieświadomości, przekonani, że wiedzą wszystko najlepiej. Wolałaby więc raczej unikać posiłków, aczkolwiek zbyt dobrze zdawała sobie sprawę, że jakkolwiek mocno nie pragnęłaby odciąć się od dawnych znajomych, koleżanki z dormitorium nie odpuszczą tak łatwo: wezmą ją między siebie i spokojnie sprowadzą do Wielkiej Sali. W głębi serca czuła, że powinna być wdzięczna dziewczynom, w końcu to był jeden z wielu przejawów troski wobec niej, ale mimo to potrafiła czuć tylko, jak gardło zaciska jej się coraz mocniej, automatycznie nie pozwalając dziewczynie przełknąć ani odrobiny. Była zestresowana, nie czuła się dobrze i z całych sił zaciskała drobne dłonie w pięści, żeby się tylko nie zacząć mazgaić. Po obu jej stronach koleżanki paplały zadowolone i chociaż Charmaine myślała, że są całkowicie pochłonięte rozmową, one od czasu do czasu zerkały na nią, zaniepokojone, zastanawiając się, co, u licha, stało się z tą dziewczyną.
    Również i tego wieczoru nie obyło się bez przyciągnięcia jej na kolację i zwyczajowej przemowy "Jak nie jesteś głodna, to nie musisz jeść, ale chodź, posiedzisz z nami!" Krukonka miała już tego serdecznie dosyć, ale nie potrafiła przeciwstawić się dziewczynom. Była przyzwyczajona do robienia tego, czego oczekiwali od niej inni. Przyzwyczajona do działania na żądanie.
    – Już się najadłam, dzięki – uśmiechnęła się blado do koleżanek, udając, że nie zauważa ich niepewnych spojrzeń i ukradkowych zerknięć na siebie wzajemnie. Charmaine odsunęła swój talerz z rozsmarowanym na całej powierzchni jedzeniem, którego nawet nie tknęła i zaczęła oddalać się od stołu.
    – Char, może na nas zaczekasz? – nieśmiało zapytała jedna z nich, jak gdyby bała się narazić dziewczynie.
    – Jestem zmęczona – wymówiła się McLein, nerwowo wyłamując palce. – Idę się położyć. Do zobaczenia.
    Szybkim krokiem ruszyła wzdłuż Wielkiej Sali, wbijając wzrok w ziemię i powtarzając sobie w myślach, że zaraz będzie przy drzwiach. Jeszcze tylko dziesięć kroków. Pięć, cztery, trzy, dwa...
    – Przepraszam – mruknęła niewyraźnie, masując sobie obolałe ramię, którym z impetem przywaliła w twardą klatkę piersiową jakiegoś chłopaka.

    Charmaine McLein.

    OdpowiedzUsuń
  9. [cześć, braciszku! <3 to ja od razu polecę z rozpoczęciem, chodźmy na żywioł!]

    Geraldine Lester zawsze dawała jej do zrozumienia, że mogłaby nie istnieć. Dla tej kobiety liczył się tylko Finley – ukochany, rozpieszczany nieprzyzwoicie chłopiec – co skutkowało nadmierną troską, niepodzielną uwagą i tym, że brat jak gąbka chłonął wszelkie uwagi matki, stając się tym, kim się stał. Forsyth nie była zazdrosna; mimo wielu niepochlebnych cech charakteru, zazdrość nigdy nie zagościła w ich gronie, jednakże nieodmiennie zastanawiało ją, czy gdyby to ona okazała się równie upragnioną córeczką, co Finn syneczkiem – czy wówczas byłaby taka, jak brat? Żądna czystości krwi, posłuszne dziecko, grzeczna dziewczynka, którą można pochwalić się na salonach? Czy może przewrotna natura i tak wzięłaby górę, czym sama siebie zrzuciłaby z tronu? Albo może, to byłby cud, matka akceptowałaby wszystkie jej wady i kochała bezwarunkowo, tak, jak powinna?
    Ojciec był inny i Forsyth doskonale zdawała sobie sprawę z tego, że choć najwidoczniej nie przepadał za małymi brzdącami, teraz zależało mu na dobrej relacji z rodzeństwem; a z nią przede wszystkim. Wyczuwała tą nutę w tonie jego głosu, kiedy zwracał się do niej – inny dźwięk, którego nie słyszała w żadnych okolicznościach. Te spacery, przechadzki, na które tak chętnie ją zabierał. I nawet to, że nie potępiał jej z powodu obojętności na status krwi. Bez wątpienia Gerald był dumny ze swoich dzieci i gotów wybaczyć córce nawet to, czego nigdy nie byłby w stanie wybaczyć nikomu innemu.
    Z czasem zaczęła odczuwać coś na kształt przywiązania do adopcyjnego ojca, mimo, że to uczucie w żadnym stopniu nie dorównywało jej szczerej, gorącej miłości, jaką darzyła brata – jedyną rodzinę, jaka pozostała przy życiu. Tak naprawdę, i dobrze o tym wiedziała, miała tylko jego i chociaż ich tak różne, a tak podobne charaktery raz po raz prowadziły do sprzeczek i awantur, nie wyobrażała sobie, by i Finna mogło zabraknąć. Choć niejednokrotnie wściekała się, widząc któregoś z jego kolegów z podbitym okiem, co świadczyło, że ów chłopak był nią w pewnym stopniu zainteresowany, co, trzeba przyznać, dość jej schlebiało; choć irytujący zwyczaj uwydatniania przez brata swego dziesięciominutowego starszeństwa napsuł jej wiele nerwów – nigdy nie życzyła mu źle i wiedziała, że jeśli by się od niej odwrócił, mogłaby śmiało skończyć swój żywot. To było dziwne uczucie, tak gorące i płomienne, niby początki miłości dwojga młodych kochanków, jak to tylko nastoletnie uczucia potrafią oddziaływać z podwójną mocą; czasem się tego bała i gdzieś w podświadomości tłukło jej się, że może nie powinno tak być. Jak można kochać kogoś, kto tak bardzo działa ci na nerwy? Jej trudność w rozumieniu relacji międzyludzkich nie ułatwiała pojęcia sedna tego problemu.
    Dlatego też nie przepadała za kręcącymi się wokół Finleya ludźmi. Czy to byli koledzy, czy koleżanki, czy właściwie ktokolwiek – w głębi duszy patrzyła spod byka, czując gdzieś na dnie serca uczucie zawodu, paniczny strach przed zrzuceniem z piedestału najważniejszej finnowej kobiety. Nie chciała tego zmieniać; całe życie wychowywali się razem i polegali głównie na sobie, chociaż ich dzieciństwo było pasmem szarpania się wzajemnie za włosy i okładania pięściami, przy czym brat górował w ciosach, bo zawsze była od niego drobniejsza; odgryzała się jednak jak tylko mogła i to dosłownie, bo ostre, dziecięce ząbki stanowiły jej najsilniejszą broń. Och, już dawno przestała liczyć, ile razy po takiej potyczce ona miała siniaki na ramionach, a Finn bezlitośnie pogryzione ręce i plecy.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Forsyth z westchnieniem odebrała od małej sówki dwie koperty i przeleciała wzrokiem po grzbietach. Naturalnie, matka napisała do Finleya, ją olewając z góry na dół. Ale i ona dostała list. List od ojca. Nie był on człowiekiem, który lubił rozpisywać się na papierze, jak i nigdy nie uchodził za gadatliwego, wręcz przeciwnie, aczkolwiek zawsze podczas roku szkolnego starał się pisać do dzieci chociaż kilka linijek. Tym razem koperta była znacznie grubsza i Sissy zastanawiała się, co takiego mogła zawierać.
      – Hej, Finn! – zawołała brata, ujrzawszy na końcu korytarza jego ciemną czuprynę. – Matka do ciebie napisała – powiedziała, dość niemiłym tonem głosu, wciskając mu do ręki kopertę.

      Forsyth Lester

      Usuń
  10. Złośliwe uwagi kojarzyły się jej z Lesterem niemal tak samo, jak z czarodziejem różdżka. Zawsze mu towarzyszyły i rzadko kiedy mógł się powstrzymać przed rzuceniem jakiejś w czyjąś stronę... Cóż, taki miał charakter.
    Orlaith uniosła kącik ust w ledwo rzucającym się w oczy uśmieszku, po czym spojrzała na niego, unosząc przy tym brew. Musiała się jakoś odgryźć.
    — Zapewniam cię, że nie muszę ćwiczyć zamiany fotela, na którym siedzisz, w podręcznik do eliksirów. Chcesz się przekonać? — zapytała, poszerzając swój uśmiech. Jednocześnie nadała swojemu głosowi irytująco słodki ton. Lubiła przekomarzać się z Lesterem, chociaż w życiu by się do tego nie przyznała... Tak samo, jak do tego, że się za tym stęskniła. — Ten pierwszoroczniak to pewnie mieszaniec albo szlama — dodała z pogardą w głosie. Zaraz jednak nerwowo przygryzła dolną wargę, spuszczając wzrok.
    Nie powinnam tego mówić, przemknęło jej przez myśli, zaraz jednak stwierdziła, że nie zrobiła nic złego. Przecież to naturalne, że nieczysta krew była gorsza, nic w tym dziwnego. Tyle wystarczało, by odnosić się do nich z pogardą... czyż nie?
    — Kiedy macie kolejny mecz? — zapytała jak gdyby nigdy nic, gładko zmieniając temat. Nie wiedziała, dlaczego zapytała akurat o to... nigdy nie interesowała się Quidditchem. Możliwe, że po prostu chciała podtrzymać rozmowę ze swoim dawnym kolegą. Od dawna nie prowadzili zwykłej, przyjaznej konwersacji, a teraz – w końcu! – nadarzyła się do tego okazja. Orlaith nie miała zamiaru jej zaprzepaszczać.

    Orlaith
    [ Sorki, że tak krótko. :( ]

    OdpowiedzUsuń
  11. [Dzień dobry! Był tu już jeden braciszek Lester i mam nadzieję, że ty ze swoim zostaniesz z nami dłużej. Na pierwszy rzut oka Finley wydaje się być typowym Ślizgonem, ale coś mi mówi, że kryje się za tym coś więcej. W każdym razie życzę dobrej zabawy na blogu i powodzenia! c:]

    Jemma/Molly/Maxine

    OdpowiedzUsuń
  12. Na moment uniosła wzrok i od razu, niemal automatycznie, jeszcze niżej opuściła głowę, widząc przed sobą dobrze jej znanego Ślizgona, Finleya Lestera, który to był niemal uosobieniem jej koszmarów. Chłopak upodobał ją sobie już w pierwszy dzień szkoły, kiedy była zaledwie przerażoną i zdezorientowaną pierwszoroczną: niejednokrotnie wrzucał jej żaby za kołnierz szaty czy próbował niemile zaskoczyć w inny sposób. Takie zachowanie jednak, choć nieprzyjemne, nie stanowiło dla niej groźniejszego ciosu, a po czasie mogła się nawet spodziewać, co następnym razem wykombinuje młody dziedzic. Dopiero z czasem, kiedy nad agresję fizyczną przełożył ostre słowa, Charmaine w którymś momencie doszła do wniosku, że zwyczajnie boi się tego sporo większego chłopaka. Od tamtej pory z całych sił próbowała go unikać, często z mizernym skutkiem, gdyż o ile przedtem były to żarty jakby od niechcenia, obecnie Lester wydawał się czerpać z tego okrutną satysfakcję. Zdarzało się, że sam jej szukał, specjalnie, byleby tylko podokuczać. I to akurat na niego musiała wpaść dzisiaj, akurat dzisiaj.
    Dlaczego, dlaczego.
    – Przepraszam, Finley, nie chciałam wejść ci w drogę – wymamrotała, czując wyraźnie, jak chłodne macki strachu powoli pełzną w górę jej drobnego ciała. Dobrze wiedziała, że przywódca grupy wraz z resztą swoich kolegów napawają się jej nieumiejętnie skrywanym przerażeniem. Wśród nich dostrzegła nową twarz – był to Henry West, chłopiec z Ravenclawu, jej rówieśnik, z którym kiedyś siedziała w ławce na Eliksirach. Już dawno jej unikał, ale dopiero teraz, gdy zobaczyła na własne oczy dlaczego, poczuła się, jakby dostała pięścią w brzuch.
    Grupa śmiała się perfidnie, a Charmaine nie zdążyła nawet zareagować, gdy wydawało jej się, że traci wzrok. Dobrze wiedząc, że w ten sposób poniży się jeszcze bardziej, zamachała rękami, by oprzeć jedną dłoń o ścianę i nie upaść. Czuła się okropnie, tak niepewnie i zażenowana, zawstydzona i upokorzona.
    – Boże, Finley, co ja ci zrobiłam? – westchnęła, mając ochotę się rozpłakać albo w jakikolwiek sposób skrzywdzić, zniknąć; byle znaleźć się jak najdalej stąd, od Lestera i jego bandy. W uszach dźwięczał jej śmiech innych Ślizgonów w Wielkiej Sali. Nie wiedziała, czym zawiniła. Nie chciała nikogo skrzywdzić.

    [F.A.Lester, robisz to dobrze. <3]
    Charmaine McLein.

    OdpowiedzUsuń
  13. [Dzień dobry, witam się ładnie, chociaż z lekkim opóźnieniem. Na swoje usprawiedliwienie mam jedynie to, że sesja się za mną ciągnęła (i teoretycznie wciąż ciągnie). Moja Lavena stara się dostać do KZWP, a Hyun jest w Krukońskiej drużynie, więc myślę, że śmiało możemy stworzyć wspólnie jakiś wątek. Coś się wymyślimy. No... Jest jeszcze Avalon, ale chwilowo tutaj nie widzę żadnego punktu zaczepiania dla tej dwójki. W każdym razie, wybierz sobie kogoś i chodź, ustalimy szczegóły ;)]

    Lavena, Hyun i Avalon

    OdpowiedzUsuń
  14. [Mam nadzieję, że zły pan Ślizgon nie planuje bardziej unieszczęśliwiać mojego Puchona. ;) Wątkom wszelkim mówię tak, więc pytanie, czy coś konkretnego chodzi Ci po głowie?]

    L. Murray

    OdpowiedzUsuń
  15. [Okej, możemy spróbować. Mogę Cię prosić o zaczęcie?]

    Adalyn

    OdpowiedzUsuń
  16. [Cześć! Z Finleyem zapoznałam się już wcześniej i myślę, że możemy znaleźć jakiś punkt zaczepienia dla nich obu. Myślisz bardziej o relacji przyjacielskiej, czy takiej na granicy wrogości? Bo chyba mam jeden pomysł, ale muszę go dostosować do twojej decyzji. I przy okazji serdecznie dziękuję za wszystkie słowa zachwytu nad Alem c:]

    Alastair

    OdpowiedzUsuń
  17. [Cześć, czołem! Miałam się witać po egzaminach, ale tyle Was tutaj, że nie mogłam się powstrzymać. Powinnam się teraz uczyć, ale pozwolisz, że dam mojej Lu się pozachwycać nowym kolegą (bo chyba nie było okazji wcześniej się poznać?). Mamy słabość do Ślizgonów i kochamy ich najbardziej na świecie, więc jeśli Lu jako tako do gustu przypadnie (albo nie przypadnie, bo w sumie negatywne relacje też są potrzebne) to zapraszamy cieplutko i witamy serdecznie raz jeszcze!]

    Lucy Wood/Ethel Covel

    OdpowiedzUsuń
  18. Charmaine usłyszała tylko głos nauczyciela gdzieś za sobą, na chwilę przed tym, zanim zobaczyła jego poirytowaną minę. Z pewnością był zdegustowany zachowaniem, które dane mu było zaobserwować: w końcu który z profesorów nie pragnie, nie marzy w skrytości ducha, by szkoła wykorzeniała tego rodzaju wybryki?
    Lubiła Dyrektora, chociaż prawdę powiedziawszy budził w niej niejaki lęk, swego rodzaju obawę przed władzą, którą dzierżył. Taka już była, że jakiekolwiek demonstracje swojej wysokiej pozycji lub choćby świadomość, że owa osoba na takiej się znajduje zdawały się szczerze ją przerażać, a na pewno – odrobinę wyprowadzać z równowagi. W jej świecie posiadanie władzy równało się z jej okazywaniem, najczęściej poprzez dręczenie młodszych lub gorzej postawionych: uczniów, podwładnych czy przypadkowych ludzi na ulicy.
    Kiedy Lester objął ją ramieniem, dziewczyna wzdrygnęła się zauważalnie, mając jednak nadzieję, że nauczyciel tego nie zauważył. Nie lubiła być dotykana; wydawało się, że sam dotyk sprawia jej ból. Gdyby jednak spróbowała wysunąć się z ściskających ją objęć Finleya, chłopak na pewno szybko zorientowałby się, co zamierza: na tyle szybko, by móc ją przytrzymać mocniej. Niespecjalnie również wiedziała, co powinna powiedzieć. Zaprzeczyć mu, poskarżyć się, czy może jednak udać wraz z nim? W pierwszym przypadku właściwie nie miałaby w szkole życia – chłopak z pewnością zamieniłby jej egzystencję w prawdziwe piekło. Podejmując ryzyko gry w jego grę, na jego zasadach, mogła naiwnie liczyć na odpuszczenie sobie tego typu dowcipów, albo na utwierdzenie prześladowców w przekonaniu, że mogą z nią robić, co chcą.
    No już, Charmaine, nie milcz jak ta idiotka.
    – On ma rację, Dyrektorze – odezwała się Krukonka cicho, wbijając wzrok w ziemię. – Tylko się wygłupialiśmy. Nic więcej. Nie ma z czego robić afery – dodała, mając nadzieję, że wypadła wystarczająco przekonująco.

    [a co teraz zrobi pan Lester? bo jeśli o mnie chodzi, to faktycznie może powykorzystywać władzę, jaką mu Charmaine dała do ręki. tak, lubię krzywdzić swoje postacie. i wiem, że Finley wcale nie jest złym chłopaczkiem. <3]

    Charmaine McLein.

    OdpowiedzUsuń
  19. W oczach Dyrektora dostrzegła coś na kształt żalu, że nie zdecydowała się wyznać prawdy, co było potwierdzeniem jej domysłów: nie uwierzył. Co prawda szybko wyszedł, nie oglądając się za siebie, ale Charmaine i tak poczuła się winna, że została przyłapana na kłamstwie. Ale cóż innego mogła zrobić? Nic nie mogła... A przynajmniej żyła w przekonaniu, że nic nie mogła. Serce waliło jej mocno, przygotowując się w duchu na jakąś wredną odzywkę Ślizgona, którego właśnie ocaliła przed szlabanem, za co jednak nie spodziewała się szczególnej wdzięczności: wiedziała, że najpewniej zachowa się po swojemu i nic nie ulegnie zmianie.
    Kiedy więc usłyszała jego słowa, przez moment jakby ją zamroczyło. Szok sprawił, że nie odczuła upadku, który zafundował jej Finley; cały czas nie była pewna, czy dobrze usłyszała. Faktycznie ją przeprosił? Ją? Pokręciła głową, zdezorientowana i w szoku, zbierając się z podłogi. To nie mogła być prawda.

    Na głowie miała sporego guza, którego nabiła sobie, upadając i uderzając prosto w ścianę, ale nie obchodziło jej to zbytnio. Ostatecznie przytrafiały jej się już gorsze rzeczy i wszystkie z nich przeżyła – uodporniła się na ciosy fizyczne i teraz tylko bardzo pragnęła tak samo mocno bronić się przed tymi psychicznymi.
    "Kije i kamienie mogą połamać mi kości, ale słowa nigdy mnie nie zranią."
    Zamyślona Charmaine równała się Charmaine, która kompletnie nie ma rozeznania w tym, co dzieje się dookoła, toteż nie zdziwił jej specjalnie fakt, że wkrótce usłyszała za sobą głośne "Patrz, jak chodzisz, łamago!".
    – Przepraszam – odpowiedziała cicho, kierując się w swoją stronę. Na wszelki wypadek uniosła głowę, by po raz kolejny nie wejść komuś pod nogi i stanęła oko w oko z Finleyem Lesterem. Po raz kolejny tego dnia.
    – Już ci schodzę z drogi, nie musisz się nade mną znęcać – powiedziała zrezygnowanym tonem, przesuwając się na tyle, by chłopak mógł przejść. O dziwo był sam, nie z grupką chłopców na posyłki.

    Charmaine McLein.

    OdpowiedzUsuń
  20. [dzień dobry i dziękuję. :) oho, moje oko dostrzega pana nietypowego-typowego Ślizgona – co Ty na to, by go połączyć jakoś z moją Majką? skusisz się na wątek? c:]

    Maya Weiner.

    OdpowiedzUsuń
  21. [ja tak sobie myślę, że może oni byli kiedyś parą? taką ognistą, co to wciąż wznieca wokół siebie wielki pożar: ciągle się kłócili, wrzeszczeli na siebie, może wyzywali, coś w tym stylu, aż ostatecznie doszli do wniosku, że mają siebie dość. i teraz do wyboru mamy dwie opcje: albo mówili prawdę i pałają do siebie w czasie teraźniejszym zapiekłą nienawiścią, dogryzając sobie na każdym kroku; albo... mimo wszystko coś ich do siebie przyciąga, raz po raz się "schodzą" bez zobowiązań, jakby nie mogli ze sobą wytrzymać, jednocześnie nie mogąc bez siebie na dłużej funkcjonować. co Ty na to? :>]

    Maya Weiner.

    OdpowiedzUsuń
  22. Jej związek z Finleyem Adamem Lesterem ciężko było nazwać udanym.
    Przede wszystkim dlatego, że zaczęli się spotykać pod koniec jej czwartej, jego – piątej klasy, jeszcze jako para dzieciaków, a zerwali w połowie kolejnego roku szkolnego; z pewnością nie było to najdłuższe "chodzenie" ze sobą, jakie ujrzał Hogwart i z całą pewnością nie byli zgraną parą. Odmienność osobowości powodowała, że jedno lub drugie po prostu musiało wywołać kłótnię, jeśli tylko było zbyt spokojnie. A kłócili się o wszystko: o poglądy, o formę spędzania wolnego czasu; o znajomych; o sukienkę Mayi, która rzekomo miała za duży dekolt i o domniemaną przyjaciółkę Finna, co to dziwnym trafem w kółko się wokół niego kręciła. Uczniowie, wydawałoby się, traktowali to jak sprzeczki celebrytów: bądź co bądź oboje należeli do tak zwanej śmietanki czystokrwistej, której członkowie byli mimo wszystko uznawani za swego rodzaju hogwarckie gwiazdeczki. I w tym również znalazł się powód do kłótni, bowiem Finleyowi to najwidoczniej odpowiadało i chłopak był w swoim żywiole; Maya natomiast miała ochotę wrzeszczeć za każdym razem, gdy tylko widziała skierowany w swoją stronę, pełen podziwu wzrok.
    Nigdy przedtem nie czuła się tak wolna i niezależna jak wtedy, gdy ze sobą zerwali. Upajała się tym, że może robić co chce i bez wiecznych obiekcji co do jej zainteresowań; bez wiecznych sprzeczek, że to robi źle, a tamto jeszcze gorzej, bo powinna obie rzeczy kompletnie odmienić. Szybko jednak poczuła coś dziwnego gdzieś na dnie siebie samej: jakąś pustkę, dziurę, której, mimo usilnych prób, żadna ludzka dusza nie była w stanie wypełnić. Ta dziura miała wyraźnie wycięty kształt Finleya Lestera.
    – Cześć – odparła, słysząc za sobą kroki. Nie odwróciła głowy. Wiedziała, że to on; w końcu się umawiali, a jednakowoż zaletą chłopaka było, iż nigdy nie zostawiał jej na lodzie... przynajmniej od czasu, kiedy nie byli już razem. Z rozkoszą zaciągnęła się papierosem i kąciki jej ust uniosły się w ironicznym uśmieszku, kiedy przypomniała sobie, jak bardzo Lesterowi nie pasowało, kiedy paliła. Wbrew wszystkiemu była bardzo zadowolona z ich obecnego układu.

    [jasne, że tak! pozwoliłam sobie troszkę wymyślić, o co mógł się "czepiać" zazdrosny chłopak, więc z góry przepraszam, ale musiałam jakoś zacząć. :)]

    Maya Weiner.

    OdpowiedzUsuń
  23. Miała ochotę zaprotestować, kiedy chłopak zabrał jej papierosa, a potem w typowy dla siebie sposób zdeptał, choć ten ciągle się jeszcze żarzył, ale najwyraźniej Finley przewidział taki obrót sprawy, gdyż skutecznie jej to uniemożliwił. Zareagował na tyle szybko, że Maya nie zdążyła nawet wydać z siebie ani jednego dźwięku. Odwzajemniła jego pocałunek, pozwalając Ślizgonowi na moment zawładnąć swoim ciałem. Nic nie umiała poradzić na to, że wciąż działał na nią tak, jak przedtem; nie rozumiała dlaczego i jak temu zaradzić. Spojrzała mu prosto w oczy. Na jej twarzy nie było ani śladu uśmiechu.
    – Przyszedłeś jednak – bardziej stwierdziła, niż spytała, zerkając na niego spod długich rzęs. Posłała mu wystudiowany półuśmiech, nie chcąc, by się domyślił, że i jej również zależy na podtrzymaniu relacji.
    Nie wiedziała, dlaczego tak jest. Przecież od dawna nie byli już razem, a mimo to była zazdrosna o każdą jego nową dziewczynę. Nawet, jeśli rzucał ją po tygodniu; nawet, jeśli widziała, że wyłącznie się nią bawi. Kompletnie nie rozumiała swojego zachowania i poniekąd było to dla niej przerażające uczucie – do pewnego stopnia nie móc się kontrolować, wpływać na swoje ciało, na swoje emocje. Czuła bicie swojego serca gdzieś w głowie: tak silne, że aż praktycznie zwalało ją z nóg, kiedy tak na nią patrzył, z tym swoim charakterystycznym uśmieszkiem; kiedy kładł jej rękę na plecach; kiedy nachylał się i szeptał do ucha rzeczy, przeznaczone tylko dla niej, których reszta świata nie miała prawa usłyszeć, a które przyprawiały ją o dreszcz biegnący wzdłuż kręgosłupa.
    Znał ją, a ona znała jego. Byli swoim wzajemnym przekleństwem, a jednocześnie jakby nie umieli bez siebie istnieć.
    – Więc... co teraz? – zaczęła z wahaniem w głosie, uśmiechając się jednak łobuzersko. Nie dowierzała, że to się dzieje naprawdę. Nie dowierzała. – Co będziemy robić?

    [jest dobrze! <3]

    Maya Weiner.

    OdpowiedzUsuń
  24. [ Hej, dzień dobry ;) Pewnie, spotkać się mogą zawsze. Liamowi raczej dziewczyny nie poderwie, bo go żadna nie kręci, toteż raczej się dogadają :)]

    L. Stewart

    OdpowiedzUsuń
  25. [Nie przejmuj się opóźnieniami, bywa się w kratkę i dla mnie jest to naturalne, a nawet zdrowe! Byłoby dobrze, jakby mi ktoś tego rudzielca ukochał trochę, żeby się taka straszna nie wydawała, ale też nie chcę psuć autentyczności charakteru Finley'a, który te serduszka łamie. Dlatego mam taki kochany pomysł, którego nie udało mi się tu jeszcze na blogu zrealizować, a bardzo bym chciała. Powiedzmy, że Fin uznał Lu za taki mały, uroczy klejnocik do korony podrywacza, więc jeśli chcesz na poważnie, to możemy ich spiknąć na treningu, albo po meczu, niech potrenują razem, albo niech Fin jakimś tajemniczym liścikiem wyciągnie wieczorem Lucy na spotkanie. A jeśli chcesz wpleść w to trochę humoru, to mogą podczas meczu niefortunnie na siebie wpaść, jedno wylądowałoby na drugim, ku uciesze widowni. Fin mógłby się Lucy spodobać, ale swoim zwyczajem złamałby jej serduszko. Zależnie od tego, jakby się nam razem pisało, oczywiście można pociągnąć to dalej, Lucy traktowałaby go jako wroga numer jeden, ale jednocześnie kręciłaby nosem widząc go z nową dziewczyną. Zaczęliby mocno rywalizować w Quidditchu, robiliby sobie mocno na złość, ale cały czas coś by ich ku sobie mocno ciągnęło. Mogliby spotkać się na jakiejś imprezie w Klubie Ślimaka, jakby wszystko szło fajnie to można by ich było wplątać w coś bardziej romantycznego, może połączonego z jakimś niebezpieczeństwem lub przygodą, ale to już ewentualne, dalekosiężne wizje. Krzycz głośno jak coś Ci nie pasuje, można wszystko jakoś połączyć, pozmieniać, udoskonalić albo dostosować, bo lubię jak postacie są autentyczne i wpasowują się w autorską wizją. W końcu dzięki temu można tworzyć zawiłe wątki.]

    Lu Wood

    OdpowiedzUsuń
  26. Zastanawiała się, czy pociągałby ją równie bardzo, gdyby był wiernym, grzecznym i ułożonym chłopcem, takim z naprawdę kulturalnego domu, gdzie nade wszystko stawiało się maniery, nie czystość krwi. I chociaż jej samej nie obchodził status krwi ludzi, z którymi się zadawała – odnosiła wrażenie, że bez tej pogardy wobec mugolaków, na której demonstrację Maya zawsze przewracała oczami, Finley nie byłby sobą. Nie byłby takim chłopakiem, którego bezczelny uśmiech powoduje zawroty głowy; którego głos wywołuje na ciele gęsią skórkę, a pod całym sobą kryje się, co widać, zakazana, gorąca przyjemność. Weiner nie należała do dziewcząt, które mdleją na widok szkolnych przystojniaków, nie była też romantyczką i tego typu ludzi uważała za dość nudnych, a przy tym skrzywionych psychicznie. Była zadowolona, że Lester nie bawi się w tego typu finezje; nie lubiła owijać w bawełnę, konkrety były jej przyjaciółmi i to nimi najchętniej się posługiwała, bez zbędnego zamieszania.
    – Może nie – odparła prowokująco i bezczelnie, unosząc brew i spoglądając na chłopaka wyczekująco. Zastanawiała się, czy umiałby być o nią zazdrosny, teraz, kiedy już nie są razem, tak jak wtedy, gdy byli parą i potrafił zwyzywać dowolnego osobnika płci męskiej, który się do Mayi odezwał, co, bądź co bądź, wówczas ją denerwowało; teraz mogłoby bawić.
    Ślizgonka westchnęła, niby to zrezygnowana, niby poddana, a w środku jednak dało się wyczuć, że bardzo interesuje ją, co też zamierza zrobić Finley. Pokornie pozwoliła więc chłopakowi poprowadzić się w kierunku chatki gajowego, gdzie w pierwszej klasie Maya z kuzynami włamali się i ukradli kilka śmiesznych, zakazanych przedmiotów, ale gdzie nigdy nie była po tamtym wydarzeniu. Zdziwiło ją, że wybrał akurat to miejsce, choć, oczywiście, nie była zaskoczona. Lester miał wyjątkowy dar, który określała: spodziewaj się niespodziewanego.
    Maya przysiadła obok i przysunęła się bliżej, po czym, jakby z wahaniem, położyła mu głowę na ramieniu. Nie była pewna, czy powinna tak robić; wszakże nie byli już parą i spotykali się głównie w wiadomym celu... a jednak coś, jakby magnesy, wciąż raz po raz ich do siebie przyciągało. Nie potrafiła tego zrozumieć.

    Maya Weiner.

    OdpowiedzUsuń
  27. Charmaine spięła się cała, w oczekiwaniu na to, co zrobi teraz chłopak. Nie potrafiła się bronić, wiedziała o tym i wiedziała również, że i on jest tego świadomy. Gdyby tylko była silniejsza, gdyby umiała sprawnym ruchem wyciągnąć różdżkę i choćby odrzucić raz rzucone zaklęcie, być może nie stałaby tutaj teraz i nie trzęsła się ze strachu przed obliczem Finleya Adama Lestera, tak potężnego w swojej świadomości władzy, w wysokiej samoocenie.
    Twierdził, że nie zrobi jej krzywdy, ale ona pozostała czujna: jej oczy uważnie śledziły każdy jego ruch, podświadomie przygotowywała się na kolejne upokorzenie z jego strony, chociaż nie było przy nim kolegów, przed którymi mógłby się popisać. Z niewielkim opóźnieniem dotarło do niej, że korytarz jest puściutki, a oni stoją naprzeciw siebie, mierząc się spojrzeniami, z których w jednym pogarda miesza się z czymś na kształt zakłopotania, a w drugim wyczuwa się wyraźny strach. Ona i on, tylko ich dwoje w maleńkim korytarzu; bez nadziei na jakąkolwiek pomoc z zewnątrz, gdyby postanowił zrobić jej coś naprawdę paskudnego.
    Odruchowo przyłożyła rękę do swojego czoła, jak gdyby wierzyła, że pod palcami poczuje brak powstałego wcześniej siniaka. Z niedowierzaniem pokręciła głową, wpatrując się nieufnie w Lestera, niepewna tego, czy przypadkiem w ramach głupiego kawału nie wyczarował jej an skórze jakiegoś upokarzającego napisu.
    – Nie spodziewałam się, że się zmieni – mruknęła pod nosem Charmaine, jednak na tyle głośno, by usłyszał, po czym wyminęła go zręcznie z jednej strony i rzuciła tylko: – Do zobaczenia – wypowiedziane tonem, w którym nie było ani odrobiny wcześniejszej uległości. Była zła. Upokorzył ją, choć nikt tego nie widział, popisując się swoimi umiejętnościami magicznymi, żeby ewidentnie dać jej do zrozumienia, że jest od niego gorsza.
    Nienawidziła się za to, że nie potrafiła mu się przeciwstawić.

    Charmaine McLein.

    OdpowiedzUsuń
  28. Maya już w wieku siedmiu lat przekonała się o tym, jaki wpływ ma roztaczany przez nią urok wili na chłopców z sąsiedztwa. Była bystra, do tego obdarzona sprytem i skłonnościami manipulatorskimi, co w połączeniu czyniło z niej niebezpieczną przeciwniczkę. Kiedyś: dziewczynkę, obecnie – kobietę, nadal uwięzioną w ciele dziecka. I za to najgoręcej dziękowała matce: za urok wili, który skutecznie zamazywał jej dziecięcą twarzyczkę. Już jako jedenastolatka była świadoma swoich walorów, przez co mogła poszczycić się sporą liczbą związków, w których była, jednakże nie zwykła opowiadać o tym na prawo i lewo. Andrew Weiner był bogatą, medialną osobą, więc siłą rzeczy niektóre ekscesy jego córki wciąż były wspominane szeptem między uczniami Hogwartu.
    Nie, żeby Maya co i rusz robiła jakieś głupie wyskoki. Przyzwyczajona do trzymania się bezpiecznej granicy, jako córka znanego i szanowanego mężczyzny, na ogół raczej skrywała się w cieniu i nie wystawiała na medialne popisy. Nie dla niej były te wszystkie światła, kamera, akcja.
    Uśmiechając się połową twarzy, dziewczyna przyjęła piękną różę. Znała Finleya, temu nie dało się zaprzeczyć. Wiedziała, co mu chodzi po głowie. Odwzajemniła pocałunek, przez moment przesuwając swoją drobną dłonią po jego klatce piersiowej.
    – Czemu nie – wzruszyła ramionami, po czym prychnęła śmiechem. – Kurczę, ta kobieta musi mnie naprawdę bardzo lubić.
    Lester kiedyś wspominał, że jego siostra nie ma z przybraną matką najlepszych relacji, więc Mayę bardzo zastanawiało, co spowodowało ich konflikt. Była ciekawa, czym dziewczyna naraziła się pani Lesterowej; choć były na jednym roku, poza "cześć" rzuconym przelotnie w drodze na lekcję lub przerwę obiadową, nie zamieniła z nią przez pięć lat ani jednego słowa.
    – Wybieracie się gdzieś, czy zaprasza mnie do swojego wypieszczonego domu? – uśmiechnęła się złośliwie, acz bez wrednej nutki. – Nie wiem, czy tata zgodzi się zostać sam. Może i jest zapracowany, ale samotność mu odrobinę dokucza – wyznała, wzruszając ramionami. Nie lubiła okazywać słabości, a według niej przywiązanie do śmiertelnej istoty było nad wyraz słabe.
    Weiner patrzyła na niego spokojnie, bez cienia zazdrości, której oczekiwał. Nie byli już parą, wiedziała o tym i chociaż nadal się spotykali, co samo w sobie było dość osobliwe, nie uważała, by mogła wyskakiwać mu z pretensjami o jakąkolwiek dziewczynę, z którą sypiał gdzieś pomiędzy lekcją Eliksirów, a kolacją.
    – Cóż to za mecz? – spytała obojętnie. Nie lubiła Quidditcha, za co dziękowała niebiosom, gdyż przy swojej niezbyt ciekawej przypadłości źle skończyłyby się dla niej jakiekolwiek próby gry. Niesamowicie zainteresowały ją nagle własne paznokcie, które oglądała i oglądała, dopóki chłopak znów się nie odezwał.
    May...
    Wzdłuż kręgosłupa przebiegł jej znajomy dreszcz podniecenia, który tak silnie ogarniał ją tylko w jego towarzystwie. Była jak wosk, miękka i tak łatwa do urobienia, kiedy tylko mówił i mówił tym swoim głosem. Miała wrażenie, jakby stawała się nagle pozbawiona kręgosłupa, cała do jego dyspozycji, bez możliwości wymknięcia się ukradkiem, co czyniło zabawę jeszcze bardziej nasiąkniętą adrenaliną. Ostatnim wysiłkiem woli oparła się pokusie, by zamknąć oczy.
    – Co takiego masz na myśli? – Uśmiechnęła się lekko, wyobrażając sobie, o czym może myśleć chłopak w jego wieku i jego pokroju. Nie przeszkadzało jej to ani trochę, przeciwnie; sama czuła się z tym dziwnie, ale była to całkiem przyjemna świadomość, że jest obiektem czyjegoś pożądania. – Chodź – wstała i władczo pociągnęła go za rękę, na obrzeża Zakazanego Lasu, gdzie było wyjątkowo cicho, pusto i spokojnie.

    [nie krępuj się, Adasiu.]
    Twoja kochanka.

    OdpowiedzUsuń
  29. Cała roztrzęsiona po niespodziewanym spotkaniu z tym padalcem, Charmaine dość gwałtownie weszła do Pokoju Wspólnego, natykając się na trzy koleżanki, malujące sobie wzajemnie paznokcie. Nie zaszczyciwszy ich spojrzeniem i udając, że nie widzi zakłopotanego wzroku każdej dziewczyny, McLein pobiegła do dormitorium i w złości rzuciła się na łóżko.
    – Nienawidzę cię, nienawidzę cię, nienawidzę, podły, podły, wstrętny Lester – mamrotała do siebie pod nosem, tak, by nikt inny przypadkiem jej nie usłyszał. Niezbyt na rękę byłoby jej teraz mieć koło siebie wianuszek koleżanek, wypytujących o wszystko i oferujących, że staną w jej obronie; jakby w ogóle to coś dało! Poza tym, że, oczywiście, pan Finley miałby jeszcze większe używanie. Patrzcie tylko, szlamowata dziewucha znalazła sobie tarczę! Charmaine z tajonej wściekłości mocno zatopiła zęby we własnej ręce, by nie zacząć wrzeszczeć.
    – Char? – Rita Griffith niepewnie zajrzała do niej, nie bardzo wiedząc, jak się zachować. – Ehm... Wszystko w porządku?
    Obok Rity stała również rok starsza Jessamy Bridges, którą to Charmaine skrycie darzyła ogromnym szacunkiem i Abigail Williams; wszystkie trzy wpatrywały się w nią, zatroskane i zaniepokojone. McLein zmusiła się do uśmiechu, gratulując sobie w duchu, iż nie rozbeczała się jak jakaś płaksa. Ależ byłoby tłumaczenia... I na pewno by nie uwierzyły, że jest w porządku.
    – Jest spoko – zapewniła, starając się nadać swojemu głosowi pogodne, może nieco poirytowane brzmienie.
    – To przez to, co zrobił Lester na śniadaniu? – ze współczuciem zapytała Abigail. Charmaine nade wszystko nienawidziła tak otwarcie okazywanego współczucia, bo sprawiało to, iż dziewczyna czuła się jak nieudacznica, której w kółko trzeba bronić i pomagać.
    – Nie – warknęła, co zabrzmiało nieco ostrzej, niż początkowo zamierzała. – Naprawdę jest w porządku, serio.
    – Aha. – Koleżanki wydawały się nieprzekonane; nie miały jednak innego wyjścia, niż zaakceptować zaserwowaną im wersję wydarzeń. – Idziesz na mecz?
    – Że co?

    Niespokojna Krukonka, usadzona siłą między dziewczynami, rozglądała się nerwowo wokół, upewniając się, czy aby siostra Lestera nie czai się w pobliżu i nie planuje zemsty. Wprawdzie z dziewczyną kontakt miała nader znikomy, jednakże nie wiedziała, czego się spodziewać. Może chłopak nagadał jej jakichś bzdur; tak, to byłoby bardzo w jego stylu.

    [ależ jest dobrze! <3]

    Charmaine McLein.

    OdpowiedzUsuń
  30. [dziękuję! mam nadzieję, że się przyjmie. Pan tutaj z kolei wygląda na typowego Ślizgona, jeśli mam być szczera. :D]

    Offelia Ramsey

    OdpowiedzUsuń
  31. [W zasadzie będzie to dobry punkt zaczepienia. :) Tylko Anie nie będzie się za bardzo podobało, jakim się Finley stał człowiekiem, aczkolwiek zawsze mu pomoże przez wzgląd na relacje.
    Ustalamy coś jeszcze czy tyle na chwilę obecną nam wystarczy? :)]

    Anastasiya Dołohow

    OdpowiedzUsuń
  32. [Wybacz, że tyle to trwało, ale już biorę się do roboty, niech się dzieje! Zakładam, że to nasze zamieszanie na meczu nadal aktualne mimo, że teoretycznie mamy wakacje, ale to nic! Jeśli się nam wątek skończy, to coś będzie można w razie chęci dalej pokombinować]
    Ostatnio była naprawdę nieswoja. Tuż przy końcu roku przeżyły z Jemmą naprawdę tajemniczą i dość niebezpieczną przygodę. Spotkały dziwne i groźne istoty, których Lucy nigdy wcześniej nie widziała, ale nie miała teraz czasu na przesiadywanie w bibliotece, czy zaczepiania profesora Lupina, czy profesora Karkarowa. Trwały ostatnie rozgrywki w Quidditchu, ostatnia szansa na zdobycie punktów i być może zmienienie nieco tabeli wyników. Do tego, większość jej przyjaciół właśnie kończyła szkołę i, choć Lucy nie chciała dać po sobie tego poznać, bardzo to przeżywała. Wszystko to skrywane było pod wykrzykiwaniem poleceń swojej drużynie i byciem jeszcze bardziej surową panią kapitan, niż kiedykolwiek wcześniej (a staż miała nieduży).
    Najbardziej bolało ją to, że był to jej ostatni mecz ze Ślizgonami i, że jest to ostatnia jej szansa, na pokazanie Potterowi, że w końcu go dogoniła. Zawsze starszy, zawsze autorytet, zawsze niedościgniony, przynajmniej w oczach małej, rudej Lu. W związku z powyższym nie bardzo miała głowę, do rozglądania się za chłopakami, choć przecież codziennie przy kolacji dziubała widelcem jedzenie, czując wiszącą na ramieniu samotność. Co z tego, że nadchodziły wakacje? Co z tego, skoro od września nie będzie tu jej przyjaciół? Nie potrafiła jakoś się od tego odciąć.
    Spojrzała na swoją drużynę w szatni. Koledzy i koleżanki oddychali nieco ciężej, czując adrenalinę, dzięki której latali jak sokoły. Lucy do dziś pamiętała dzień, w którym pierwszy raz zobaczyła swojeo patronusa – to było jak wyrocznia. Sokół wędrowny, ptak, który w locie nurkowym osiąga obłędną prędkość. Lucy, oczywiście stuknęła trzonkiem miotły w podłogę trzy razy i wzięła kilka głębokich oddechów. Wyszli na zalane słońcem boisko. Każdemu graczowi sprzedała silne, pokrzepiające klepnięcie w ramię, po czym wyszła jako ostatnia. Uważnie przyjrzała się składowi Ślizgonów. Żadnych niespodzianek. Choć jej głównym przeciwnikiem był James Potter, Lucy starała się zawsze obserwować grę innych członków drużyny.
    Stanęła na środku boiska wraz z sędzią i z Potterem. Jej wzrok padał po kolei na każdego ze ślizgońskich graczy. Na chwilę zatrzymał się przy Finley’u Lesterze. Lucy nie miała problemów z większością Ślizgonów, ba, nawet największego buca potrafiła udobruchać, to jej drogi nie skrzyżowały się z drogami Fina. Może na razie to i lepiej? Tyle się mówiło o tym, że chłopak sprawia problemy każdej dziewczynie, która się z nim spotka. A jednak Lu miała swój charakterek i nie uginały się jej nogi pod spojrzeniem każdego przystojniaka, który miał cechy przywódcze. W końcu i ona była przywódcą, co nie każdemu mogło się podobać. Mimowolnie uśmiechnęła się lekko, bardziej do siebie, niż do niego, choć pewnie to zauważył.
    Uścisnęła rękę Jamesowi po raz ostatni, usłyszeli gwizdek i wszyscy wystrzelili w powietrze. Zajęła pozycję bardzo wysoko, oceniając ustawienie drużyn. Ślizgoni przejęli kafla. Poniżej latały już tłuczki, a ona kątem oka, niby niezbyt uważnie obserwowała szukającego i kapitana Ślizgonów. Zleciała nieco niżej, gdy nagle koło jej głowy przeleciał kafel. W tym samym czasie do jej oka dotarł złoty błysk. Znicz znajdował się niebezpiecznie blisko Lestera. Podleciała spokojnie, teoretycznie oceniając sytuację na boisku, w każdej chwili gotowa by ruszyć szybciej.
    -Hej, Fin! Pilnuj kafla, to nie tłuczek – przeleciała obok niego, puszczając mu oczko. Jak na zawołanie pojawiła się najbardziej upierdliwa z piłek. Lucy spojrzała na Lestera. On polował na kafla, ona na znicza, obie piłki były całkiem niedaleko, a do tego zbliżał się tłuczek. Trzeba było jednocześnie uciekać, gonić i utrudnić przeciwnikowi jego ruch. Lucy czuła jak serce wali jej coraz mocniej. Patrzyła na Fina i miała niejasne wrażenie, że chłopak czuje to samo napięcie i adrenalinę.

    Lu Wood

    OdpowiedzUsuń
  33. [Ojej, jak miło :) Cześć, cześć! Plus za Diego, uwielbiam go <3
    Co do wątku, wyczytałam, że Fin albo zdradzał dziewczyny, albo je rzucał, a czy jakaś rzuciła jego? Albo czy któraś odrzuciła kiedyś jego zaloty? Bo Hope chętnie będzie taką, która mu trochę utarła nosa :D Chyba, że masz ciekawsze pomysły ;)]

    Hope

    OdpowiedzUsuń
  34. [Hmm, możemy akcję umiejscowić już we wrześniu, kiedy jest jeszcze ciepło i Hope któregoś dnia zapewne wybierze się na błonia, usiądzie gdzieś pod drzewkiem i zacznie czytać książkę. Wtedy właśnie może pojawić się Finley :) A tak to idziemy na żywioł!]

    Hope

    OdpowiedzUsuń
  35. Trzeba było to przyznać, Hope była beznadziejna w sprawach damsko-męskich. Nie umiała flirtować, zazwyczaj nie wiedziała kiedy ktoś flirtuje z nią, a słysząc komplement albo udawała, że go nie słyszy, albo robiła się cała czerwona. Nigdy nie miała chłopaka i tylko raz się całowała, o czym najchętniej by zapomniała, gdyż nie było to przyjemne doświadczenie, bowiem Gryfon, z którym schowała się w piątej klasie w jednej z pustych sal strasznie się ślinił, a na dodatek śmierdział alkoholem i Hope czym prędzej od niego uciekła. To był też jej ostatni intymny kontakt z chłopakiem, gdyż nieśmiałe było z niej stworzenie, pomimo tego, że naprawdę lubiła towarzystwo innych ludzi. Nie przeszkadzało jej podejść do obcego człowieka i zagadać, ale kiedy zauważyła, że ktoś stara się z nią flirtować, momentalnie spieprzała gdzie pieprz rośnie, zazwyczaj dlatego, że osobnik ten jej się nie podobał, a nie chciała sprawiać mu przykrości, ale też dlatego, że była okropnym tchórzem. Właśnie dlatego siedziała cicho, gdy zorientowała się, że zauroczyła się w Jamesie Potterze. No i dlatego, że wiedziała, iż nic z tego nie będzie. Byli przyjaciółmi i chłopak traktował ją jak młodszą siostrzyczkę, nie chciała tego psuć jakimś durnym, chwilowym uczuciem. Miała tylko nadzieję, że szybko jej przejdzie, gdyż naprawdę denerwowało ją to, że była zazdrosna o każdą kręcącą się obok niego dziewczynę, a także o dziewczyny, wokół których kręcił się James. Dlatego też nieco rzadziej ostatnio do niego wpadała, wykręcając się tym, że chce pobyć trochę sama. I w zasadzie wcale nie było to jakieś wielkie kłamstwo, bowiem Hope w ostatnich dniach naprawdę potrzebowała ciszy i samotności.
    Dzisiejszy dzień znowu chciała spędzić jak najdalej od Jamesa, Jemmy czy innych przyjaciół. Spakowała więc książkę do torby i wyszła na dwór, postanawiając spędzić kilka najbliższych godzin na błoniach, jednocześnie korzystając z ostatnich ciepłych dni w tym roku. Na szczęście, większość uczniów albo została w zamku, albo wybrała się do Hogsmeade i na błoniach spacerowało tylko kilka osób, dzięki czemu Hope bez problemu znalazła skrawek przestrzeni tylko dla siebie. Spod drzewa, pod którym usiadła, nie słyszała ani chichoczących dziewczyn, ani wygłupiających się chłopaków, więc mogła się odprężyć i w ciszy dokończyć mugolskie romansidło, którego zakończenia nie mogła się doczekać. Historia ta naprawdę ją wciągnęła i już dawno by ją przeczytała, gdyby dzień wcześniej nie musiała uczyć się do dzisiejszego testu z Zielarstwa, który nie poszedł jej wcale najgorzej. Całe szczęście, gdyż naprawdę chciała zdać ten rok z dobrymi ocenami, jako, że był to jej ostatni rok w Hogwarcie. Oczywiście, przede wszystkim i tak liczyły się SUMY, ale ucząc się po trochu do każdego testu, przynajmniej będzie już coś wiedziała na egzaminy. Na szczęście, wrzesień był jeszcze luźnym miesiącem, więc bez problemu mogła w wolnych chwilach czytać mugolskie książki, a nie podręczniki, z czego właśnie korzystała.
    Ledwo zauważyła cień, który padł na książkę, gdy usłyszała za sobą czyjś głos. Zirytowana oderwała wzrok od książki, po czym spojrzała na chłopaka, który oparł się o drzewo, pod którym siedziała.
    — Czy to nie ironiczne, że akurat wtedy, gdy chcę poczytać w samotności, ktoś musi mi zawracać głowę? — odpowiedziała pytaniem na pytanie, ignorując ukryty w słowach Ślizgona komplement. — Ty też nie musiałeś, znam cię, chodzimy razem na niektóre zajęcia — dodała po chwili, zamykając książkę. W przeciwieństwie do niektórych, Hope pamiętała imiona wszystkich osób ze swojego rocznika. Może i czasami miała słabą pamięć, ale jej pamięć do imion była wręcz niewiarygodna.
    Westchnęła cicho, gdy Finley cały czas stał tam, gdzie stał. Zrozumiała, że najwidoczniej nie ma zamiaru odejść i dać jej świętego spokoju, a przynajmniej nie dostanie tego, czego chce, cokolwiek to było.
    — Czego chcesz? — mruknęła, odgarniając z oczu kilka brązowych kosmyków. Owszem, Hope lubiła większość osób, aczkolwiek nauczyła się, że Ślizgoni są tymi najmniej sympatycznymi osobnikami, szczególnie dla takich jak ona.

    Hope

    OdpowiedzUsuń
  36. Forsyth zerknęła na niego nieprzychylnie, z ukosa.
    – A co to ciebie obchodzi? – warknęła, ostentacyjnie chowając list do kieszeni szaty. Tak naprawdę nie przepadała za paradowaniem w przepisowym mundurku, ale musiała mu przyznać, że kieszenie miał niebywale fantastyczne. Duże i głębokie, odpowiednie do przemycania nielegalnych składników eliksirów lub innych substancji. Albo do chowania listów.
    Brat zawsze chciał wszystko o niej wiedzieć, jak gdyby była małym dzieckiem i trzeba było jej pilnować na każdym kroku, by nie zrobiła czegoś głupiego. W dzieciństwie faktycznie, całkiem miło robiło jej się, gdy Finley skutecznie odstraszał chłopaków z podwórka, czepiających się jej włosów, stylu mówienia czy ubrań. Forsyth jednak już od dawna nie miała siedmiu lat, tylko szesnaście, i nie wymagała – a wręcz było to niepożądane – takiej opieki. Nadopiekuńczości. Zupełnie, jakby brat wziął na siebie obowiązki rodziców, z których Geraldine nie wywiązywała się absolutnie, natomiast przybrany ojciec... wywiązywał się w dość specyficzny sposób.
    To był fakt, kobieta nigdy do niej nie napisała, odkąd dziewczyna rozpoczęła szkołę. Wiedziała, że jest tylko gratisem do ukochanego synka, którego sama nie mogła mieć, i że nigdy nie pragnęła małej, niesfornej dziewczynki, której nie udało się wychować na damę z wyższych sfer.
    – Co ty jesteś taki ciekawski? Czytaj sobie swoje listy! – mruknęła, trącając go łokciem, by wiedział, że tak naprawdę wcale nie jest zła na niego; ma tylko ogólnie gorszy humor i wstała lewą nogą z łóżka. Wiedziała, że zrozumie – Finn rozumiał ją, jak nikt inny. Byli prawie-bliźniętami, nie dzielił ich nawet rok, a jedynie jedenaście miesięcy, i Sassy uwielbiała mawiać, że łączy ich taka sama, bliźniacza więź.

    [wybacz za tą okrutną zwłokę... nie mogłam się zebrać.]

    Forsyth Lester

    OdpowiedzUsuń
  37. Nie było niczym nowym, że Lucy Wood najczęściej widywana była wśród chłopaków. Ogólnie postrzegana jako roztrzepana chłopczyca, zwykle nie miała problemu z nawiązywaniem kontaktu z chłopakami. Z tym, że tak bliski kontakt rzadko kiedy wychodził, a tak właściwie to do tej pory miała… jednego chłopaka. Oczywiście, miała mnóstwo kumpli, ale jak czas pokazał jej parę miesięcy wcześniej – z kumpla nigdy nie wyjdzie chłopak, z platonicznej znajomości nagle nie wybuchnie zauroczenie, to nie kociołek z eliksirem. Akurat Malfoy też tak do tego podchodził, więc nie było niczym dziwnym, że z nią zerwał. Wściekła się na niego, to jasne, jak słońce, w końcu musiała przeboleć urażoną dumę, ale jakoś to odchorowała i na szczęście, Scorpius właśnie kończył szkołę. Prawdopodobnie ta dwójka szukała czegoś podobnego w innych, tęskniąc za kimś, kto po prostu zrozumie, ale żadne z nich nie potrafiło iść na żadne ustępstwa, więc skończyło się złośliwym tolerowaniem drugiej osoby.
    Lucy jeszcze nie wiedziała jak wiele będzie musiała się nauczyć i żyła w swoim małym, wolnym świecie, z dala od wielkich trudności, w swojej małej bańce mydlanej, której nikt nie mógł dosięgnąć chyba, że… chyba, że latał na miotle, jak ona. Choć po cichutku marzyła, że ktoś nagle pojawi się w jej życiu i bezszelestnie, delikatnie pstryknie bańkę, otwierając oczy Lucy na wiele spraw, to chwilowo w tą bańkę wtarabanił się ślizgoński gnom.
    Zapatrzona w znicza, jedyne, na co zwróciła uwagę to wypsnięte przeprosiny. Przepraszam? Przepraszam?! Zanim Finley w nią uderzył, zdążyła jeszcze zerknąć na Pottera. Durna Wood, choćby leciała na kark, musiała wiedzieć, czy szukający przeciwnika wykorzysta sytuację. Była to ostatnia rzecz jaką widziała, zanim zrobiło się jej ciemno przed oczami. Na szczęście, bądź nieszczęście, cały stadion zamarł w bezruchu – prawdopodobnie wyglądało to dość niebezpiecznie, ale tego Lucy niestety nie była w stanie określić. Zakręciło się jej w głowie, mimo zamkniętych oczu i zdała sobie sprawę, że coś jej nie pasuje. Zupełnie jakby… jakby coś przygniatało ją do ziemi. Zmarszczyła lekko brwi, mruknęła coś średnio zrozumiałego i otworzyła oczy.
    Patrzyła na chłopaka, w pierwszej chwili nie rozumiejąc zupełnie co do niej mówi, zamrugała parę razy. Uśmiechał się, ładnie się uśmiechał tylko… tylko czemu tak blisko? W pierwszej chwili miała ochotę uciec, ale nie widziała się w roli panikary, a w dodatku poczuła lekki ból głowy, nic wielkiego, ale dotknęła swojej skroni.
    -Jeżeli masz zamiar mnie jeszcze zapytać, czy bolało, jak spadłam z nieba to… tak, bolało – mruknęła, nie bardzo będąc w stanie powstrzymać się od lekkiego uśmiechu. Halo, halo, ziemia do Lucy Wood? Z zażenowaniem swoją osobą stwierdziła, że robi się jej gorąco i serce zaczyna jej łomotać nie wiedziała tylko czy to kwestia tego, że chłopak przygniata ją do ziemi, czy tego, że jego twarz jest tak blisko. Pewnie nie wiedziałaby co zrobić, zawstydziłaby się strasznie (w końcu mało kto wiedział, że Lucy tak naprawdę nie jest taka hop do przodu, jeśli chodzi o relacje damsko-męskie), gdyby nie fakt, że z widowni popłynął pomruk zadowolenia, który wybudził ją z lekkiego transu i sprawił, że rumieńce na policzkach zaczęły znikać.
    -Gorzko, gorzko! - wrzasnął ktoś z widowni, najwidoczniej widząc, że żadnemu z poszkodowanych nic się nie stało, a nawet wgapiają się teraz w siebie, jakby widzieli się po raz pierwszy w życiu. Lucy zamrugała zdezorientowana. Na widowni i na boisku zapanowało poruszenie. Prawdopodobnie ktoś zaczął biec przez płytę boiska żeby sprawdzić, czy nic im się nie stało.
    -Wood i Lester, kto by pomyślał! - krzyknęła kolejna osoba z uciechą w głosie. Lucy jeszcze o tym nie wiedziała, ale uczniowie jeszcze długo nie dadzą jej zapomnieć o tym, że wylegiwała się z chłopakiem na boisku na oczach całej szkoły. Uczniowie skandowali, a Lucy patrzyła zapowietrzona to w oczy to na usta Fina, nie bardzo wiedząc, co i czy cokolwiek powinna teraz zrobić.

    Lu Wood

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. [Niczym się nie przejmuj, my stale jesteśmy na stanowisku!]

      Usuń