23 lipca 2016

Flame so bright make the daylight look dark



ADDISON HALLAWAY
KIEDYŚ ADDIE – HUFFLEPUFF – VII ROK – ŚCIGAJĄCA W DRUŻYNIE QUIDDITCHA – CZYSTA KREW – PATRONUSEM RYŚ – PODOBNO ZAPRZEDAŁA DUSZĘ DIABŁU – MECHANIZMY OBRONNE – ODROBINĘ NIEREFORMOWALNA – TO SKOMPLIKOWANE


Wszędzie podążają za nią szepty.
Krzywe spojrzenia. 
Drwiący śmiech odbijający się od ścian zamku i wnikający do jej umysłu, zwielokrotniony przez jej pogardę do samej siebie.
Obelgi wypowiadane za jej plecami, bo nikt nie ma odwagi spojrzeć jej w oczy. 
Addison nie wie, ile osób zamordował jej najstarszy, niegdyś ukochany brat Damien będący Mrocznym oprawcą. Nie wie, od kiedy jej rodzina szczycąca się czystą krwią od wielu wieków karmiła ją kłamstwami, ukrywając przed nią prawdziwe intencje. Od kiedy praca jej ojca w Ministerstwie Magii przestała być dyktowana jego poczuciem obowiązku, a stała się sposobem na zaspokojenie sadystycznych zapędów Mrocznych wspierających swojego przywódcę w dążeniu do pomszczenia śmierci brata. Od kiedy jej matka, zamiast leczyć swoich pacjentów w Szpitalu Św. Munga, podtruwała poważanych aurorów. Od kiedy jej brat Jeremy planował pomoc w uwolneniu skazańców z Azkabanu. 
Powinna była się domyślić. Czy to nie oczywiste? Nie mogła być aż taką idiotką. A może tak naprawdę ona również należy do Mrocznych? Może za tym figlarnym spojrzeniem niebieskich oczu, uśmiechem zawsze chowającym się w kącikach jej ust, niepozorną sylwetką kryje się zdrajczyni czekająca na odpowiedni moment, by zaatakować? 
Addie, której zawsze było bliżej do tornada niż do ludzkiej istoty, teraz znajduje się w stanie połowicznego uśpienia. Wciąż zostawia za sobą chaos, lubi krzyczeć i wymachiwać rękoma, ubiera szatę na lewą stronę, zanosi się płaczem podczas czytania kiepskich romansideł dla czarownic, uprzykrza życie pierwszakom jak tylko może, wymyśla nowe sposoby na odegranie się na Irytku, słucha łomotu błędnie uznawanego za muzykę w wykonaniu zespołu Banshee's Scream, nie potrafi obrazić się na kogokolwiek na dłużej niż piętnaście minut, nie ma do niczego cierpliwości, ale jest szczera do bólu, sprawiedliwa i lojalna aż do śmierci. Jednak to nie jest już ta sama dziewczyna. Jej uśmiech przygasł i nie sięga oczu. Zgubiła gdzieś tę niezwykłą, dziecięcą naiwność, którą ukrywała pod ambicją i dość wojowniczą pozą. Brakuje jej impulsywności i beztroski, jakby ciężar świata przygniatał jej ramiona do ziemi.
Wszystko zmienia się dopiero w powietrzu, gdzie ma szansę naprawdę się wykazać. Znikają wszystkie mury i fasady, które wokół siebie zbudowała, zostaje tylko ona, miotła i kafel. Tam nie ma miejsca na błędy czy osobiste refleksje. Jedyny moment, gdy może być naprawdę sobą. Addie. Nie Addison Hallaway, Hallaway, siostrą ukrywającego się mordercy, córką Mrocznych, wielką niewiadomą. Enigmą. Może być po prostu Addie.

***
Cześć ponownie! Do iluś tam razy sztuka ;) Mam nadzieję, że nie wyszłam z wprawy. Addie w nieco odświeżonej odsłonie, ale liczę, że nie straciła drygu i będziemy się razem świetnie bawić. Przyjmę wszystkie możliwe wątki i powiązania, im bardziej skomplikowane, tym lepiej!
Wizerunek: Josephine Skriver. Tytuł: Kingdom Come Demi Lovato.
Mistrzu Gry, zapraszamy!

202 komentarze:

  1. [Cześć siostrzyczko! ♡]

    przyrodni braciszek

    OdpowiedzUsuń
  2. [Uuu, tajemnicza ta Hallaway troszkę - karta ciekawa. A ja i Chaerin życzymy miłej zabawy na blogu i ciekawych wątków :)]

    Park Chaerin

    OdpowiedzUsuń
  3. [ Cześć. Miłej gry na blogu i wielu ciekawych wątków ^^

    OdpowiedzUsuń
  4. [Pamiętam masz nieprzyjemny incydent z nazwą użytkownika, ale mam nadzieję, że nie żywisz do mnie zbyt wielkiej urazy, bo jestem zdania, że Puchoni są na wagę złota i nie mogę tak po prostu udawać, że nie widzę, iż Addie istnieje.]

    Vincent

    OdpowiedzUsuń
  5. [ No w końcu. Piszemy coś w końcu, bo ostatnim razem nie wyszło. ]

    Silas Mulciber/Louis Wallsh/Rhys Skeeter/Audrey Miller

    OdpowiedzUsuń
  6. [Co prawda ja za Hufflepuff nie bardzo przepadam, a z Addison wątku nigdy nie prowadziłam, ale... czuję się zobowiązana do zaproponowania czegoś w zamian – stawiam w ciemno, że przyjdzie mi opcjonalnie zacząć – w ramach tego, że na Obozie Herosów mi się zniknęło i nie odpowiedziałam na rozpisane pomysły. Uprzedzam jednak lojalnie, że ostatnimi czasy moje tempo jest iście ślimacze, ale zapewniam, że Kronik nie uciekam c;]

    Arsellus Langhorne/Deucent Faradyne/Vane Pollock

    OdpowiedzUsuń
  7. [ W sumie to żałuje, że w komentarzu wyżej nie poprosiłam Cię o wątek :< jest jeszcze jakaś szansa na niego?]

    Delilah

    OdpowiedzUsuń
  8. [Czołem, siło nieczysta. Już jestem, dłużej tęsknić nie musisz ♥]

    Najwspanialszy, jedyny i niepowtarzalny

    OdpowiedzUsuń
  9. George nie odwiedzał filii sklepu specjalnie często. O wiele regularniej Verity jeździła do szefa i zdawała mu wszelkie raporty, robiła zamówienia i załatwiała wszelkie papierkowe sprawy. Zabini więc zazwyczaj miał zupełny luz i bez szczególnych problemów radził sobie z prowadzeniem sklepu praktycznie na własną rękę. Wiedział, że już zapracował sobie na zaufanie i że jego nowe pomysły przynosiły firmie zyski, wykorzystywał więc tę swobodę jak tylko mógł. Oczywiście z pożytkiem i dla siebie, i dla Weasleyów.
    Za szybą szalała typowa listopadowa ulewa, ulicami przemykali czarodzieje z wygiętymi od wiatru parasolkami i przemokniętymi pelerynami. Kałuże stale rosły, tworząc małe potoczki między brukiem, by z chlupotem rozbijać się o buty przechodzących. Zabini nie spodziewał się zbyt wielu klientów przy takiej pogodzie. Mało który mieszkaniec Hogsmeade decydował się wyściubić nos poza próg, jeśli nie musiał. On sam też gdy tylko wyjrzał na zewnątrz, od razu zarzucił pomysł, by po pracy wybrać się na spacer czy do pubu. Spokojny samotny wieczór na poddaszu z butelką Ognistej i jakąś książką wydawał się jednak o wiele bardziej kuszący niż przemoczenie do suchej nitki i ciśnięcie się między tłumem podchmielonych Pod Trzema Miotłami. Zabini kręcił się więc po sklepie przez większość dnia bez większego celu, od czasu do czasu obsługując pojedynczych klientów. Próbował znaleźć sobie jakieś sensowne zajęcie, wszystkie towary na półkach jednak były nienagannie ustawione, wszystkie przeliczone i rozpisane. Z braku laku po raz trzeci w tym tygodniu zabrał się wobec tego wszystkiego za ponowne ustawianie wystawy. Kiedy po raz kolejny prawie dostał prosto w nos zwodną miotłą, charakterystyczny dźwięk oznajmił przybycie gościa do sklepu. Chwycił gadżet, odłożył go na bok i ruszył przywitać klienta.
    – Witam. W czym… o. Pan Weasley… Dzień dobry. Cześć, Verity. – Zmarszczył brwi zaskoczony ich przybyciem. Niepewnie chwycił szmatkę tkwiącą dotąd w tylnej kieszeni spodni, przetarł nią ręce i podał dłoń szefowi. – Coś się stało? – zapytał niepewnie.
    George jednak zbył go jedynie skinięciem głowy i powrócił do rozmowy z kierowniczką filii. Verity potakiwała szeptom szefa zawzięcie, a Zabini nagle poczuł się osobliwie niepotrzebny. Podrapał się po karku i po chwili wahania wrócił do ustawiania towarów na wystawie, jednym uchem przysłuchując się ich rozmowie. Krążyli po sklepie, niby wszystko kontrolując, ale stale szeptem dyskutowali. Chris zajął strategiczną pozycję przy ladzie, kiedy zarejestrował znane sobie aż za dobrze nazwisko. Addison Hallaway. Siódmoroczna Puchonka. Przyjaciółka Freda. Siostra Mrocznego, który był gotów zabić Weasleyów. Dziewczyna, która wstawiła się za nim u George’a, chociaż zupełnie tego nie potrzebował. Jego przyrodnia siostra. Ustawił się tak, by wyglądało, że dostawia towar na jednym ze stojaczków przy kasie, tymczasem dzięki tej pozycji doskonale słyszał każde słowo George’a. Zmarszczył brwi, próbując zrozumieć kontekst. Nie docierało do niego to, co szef opowiadał Verity. Nie mógł uwierzyć, że Addison tak naprawdę nie ma gdzie mieszkać, że jest praktycznie pozbawiona środków do życia. Nie do pomyślenia było dla niego to, co dziewczyna musi przechodzić. Ta Hallaway... Nie przyznałby się, ale gdzieś w głębi nawet zrobiło mu się jej żal. Zaraz jednak Verity zauważyła brak bombonierek Lesera na półce i wysłała podsłuchiwacza na zaplecze.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Reszta dnia upłynęła bez specjalnych niespodzianek. W sklepie nie było zbyt wielkiego ruchu, George pochwalił jego pracę, odebrał od niego kilka projektów pomniejszych gadżetów. Rozmowa z nim zawsze napawała Zabiniego dumą – było to w końcu spełnienie jego dziecięcych marzeń. Zadowolony więc na koniec dnia wlókł się mimo wszystko zmęczony do swojego mieszkanka na poddaszu, by oddać się niewątpliwej przyjemności popijania Ognistej nad jakąś chociaż przeciętną książką. Skrzypienie stopni było zadziwiająco przyjemne dla ucha, a trzask źle przykręconej deski w podłodze wywoływał jedynie pobłażliwy uśmiech. Zabini kochał to miejsce o wiele bardziej niż kiedykolwiek swój pokój w rodzinnym domu. Urządził je na wzór sypialni babci, w której od małego kochał spędzać czas. Jasne meble, puchate dywany, drobne dekoracje w kolorach Domu Węża – mimo wszystko nie wyrósł z dumy typowego Ślizgona. Miał zamiar zalegnąć na wygodnej jasnej sofie i spędzić wieczór, wsłuchując się w deszcz równo pukający o okno dachowe tuż nad jego łóżkiem. Przestrzenie były otwarte, jedynym oddzielonym pomieszczeniem była łazienka, bo mimo wszystko czasem potrzeba było nieco prywatności, zwłaszcza że jego małego mieszkanka od zaplecza nie oddzielały żadne drzwi, a jedynie skrzypiące schody. Gdy znalazł się na ich szczycie i przeciągał leniwie, nie spodziewał się niczego nadzwyczajnego. Nic nie zapowiadało tego, że na środku jego „salonu” będzie stać pewna dobrze mu znana blondynka, a na mięciutkim dywanie będzie spoczywać kufer. Zabini mało nie spadł ze schodów, pewien że patrzy na jakąś fatamorganę.
      – Addison? Co ty tu do cholery jasnej robisz? – wydukał niepewnie, opierając się w niby nonszalanckiej pozie o poręcz. Zupełnie nie rozumiał, co się tu wyprawia.

      Braciszek

      Usuń
  10. – Nigdy więcej nie mów do mnie po imieniu – wysyczał, przeczesując włosy palcami.
    Zacisnął wargi, rozglądając się powoli po swoim mieszkanku. Żółte barwy go gryzły, wszędobylskie borsuki zdawały się go obserwować. Chyba jedynie czerń był w stanie bezwarunkowo zaakceptować. Słuchał jej jednym uchem, nie skupiając się specjalnie na wydobywających się z jej ust słowach. Tak naprawdę nie bardzo go to wszystko interesowało. Mimo wszystko spędził z nią już trochę czasu i znał jej gierki. Wiedział dobrze, że potok słów ma go tylko zdezorientować, postanowił więc go zignorować. Wciąż jednak nie do końca rozumiał, co właściwie się tu dzieje i czego ma się spodziewać. Był zmęczony i marzył jedynie o spokojnym wieczorze, a tu na głowę próbuje mu się ni z tego, ni z owego zwalić przyrodnia siostra, z którą od dłuższego już czasu starał się utrzymywać jak najmniejszy kontakt. Wyciągnął różdżkę i machnął nią od niechcenia, tym samym usuwając wszelkie puchońskie ozdoby. Zamiast nich pojawiły się stylowe biało-czarne dekoracje, dopełniając elegancki wystrój całego jasnego mieszkania. Powolnie zaczął krążyć po pomieszczeniu, rozglądając się, czy nie pominął żadnego żółtego elementu, żadnej borsukowej podobizny. Chociaż jedną noc. Potem postaram się coś wymyślić. Stale milczał, na twarz przywołał obojętność, maskę typowego zimnego Ślizgońskiego dupka, której od jakiegoś już czasu nie wyciągał. Zmierzył ją chłodnym spojrzeniem, przekrzywiając lekko głowę, by zaraz obdarzyć ją lodowatym, kpiącym uśmieszkiem.
    – Kociołkowe pieguski są George’a. Nie lubi, jak się mu je wyjada. – rzucił, wsuwając dłonie do kieszeni i nie spuszczając z niej wzroku.
    Nie pamiętał, żeby kiedykolwiek widział Hallaway w takim stanie. Może nie byli ze sobą blisko jako rodzeństwo, jednak podczas tych wszystkich rodzinnych obiadków zdążył ją nieco poznać. Może nie znał jej tak jak Fred, ale… Z zastanowieniem i zaraz westchnął, przeczesując włosy palcami. Wyrósł z zachowywania się jak ostatni palant i głupio byłoby mu wyrzucić kogokolwiek na bruk – nawet jeśli jego stosunki z Addison nie należały do najprostszych, nie mógłby jej tego zrobić.
    – Zacznijmy od początku, Addie. Co się stało? – To, jak szybko potrafił zrzucać maski i z zimnego dupka stać się troskliwym bratem, upodabniało go do kameleona. A kameleonom nie powinno się ufać, prawda? – Napijesz się czegoś? – rzucił bezwiednie, chwytając jej kufer i przenosząc go gdzieś w kąt. – Mam tylko kawę i jakąś marną herbatę. No i paszteciki, które ci nie smakują. – Jego uśmiech znów nabrał jakiejś drapieżności. – Możesz skoczyć po jakieś porządne zakupy. Skoro się tu wprowadzasz, powinnaś przejąć część obowiązków, jak myślisz? To chyba uczciwy układ? – Oparł się nonszalancko o kanapę i spojrzał na nią zupełnie niewinnie.

    tak bardzo kochający i troskliwy braciszek

    OdpowiedzUsuń
  11. [ To bardzo ciekawy pomysł, ale problem z Vincentem jest taki, że kiedy nie zna kogoś dobrze i nie darzy go zaufaniem, prawie się nie odzywa. W pojedynku marmurowa rzeźba vs. Vanlaanen na bycie najbardziej skamieniałym, rzeźba miałaby problemy z odniesieniem zwycięstwa.
    Dlatego jeżeli to ma płynąć gładko, muszą się już trochę znać. Oczywiście niech Addie nie oczekuje, że uczyni z niego duszę towarzystwa, bo prędzej zgaśnie Słońce, ale na pewno jej – prawdopodobnie bezowocne – próby uczynienia z niego kogoś innego będą interesujące.
    Z akcją zapierającą dech w piersiach raczej nie polecimy – chyba że Addison ma ochotę być jakimś herosem w sytuacji stanowiącej zagrożenie dla życia. Lub cokolwiek. Słabo wymyślam. Umiem za to zaczynać.]

    Vins

    OdpowiedzUsuń
  12. [ Na wszystko się zgadzam, ale nie pozwolę, żeby nienaganna opinia o Vincencie została zachwiana. Przykro mi, chłopak ma swoje priorytety. :D
    Na dniach powinnam zacząć.]

    OdpowiedzUsuń
  13. — Możesz mi w końcu powiedzieć, za co tak właściwie twój ojciec tak bardzo cię nie znosi? — Głos Addison był natarczywy i ciekawski.
    Wlepiała w niego wzrok, jakby był co najmniej najrzadszym okazem dinozaura, i to w dodatku żywym. Wywrócił oczami, skubiąc źdźbło trawy, na której siedzieli.
    — Bo jestem Ślizgonem — mruknął, pomijając bardzo dużą część prawdy. — Wiesz, Potterowie mają to do siebie, że lepiej im w czerwonym, mówiłem ci.
    — Kiepski z ciebie kłamca.
    Westchnął cicho i wzruszył ramionami. Nie musiał jej nic mówić, nie powinien. O jego ,,darze”, o ile w ogóle tak to można było nazwać, wiedziała garstka osób. Jego rodzina oraz Martine. I znaczna większość z nich wolała go unikać albo kontrolować, jakby myśleli, że zostanie najgorszym czarnoksiężnikiem, następcą Voldemorta czy jeszcze kimś innym. Samego Albusa po jakimś czasie po prostu przestało to obchodzić. Umiał gadać w wężami, to tyle. Rzadka i mroczna umiejętność, a jednak dało się do niej przyzwyczaić.
    — Nie ufasz mi — dodała Addison, marszcząc brwi. — Po prostu przyznaj, że mi nie ufasz. Jesteś okropny, powiedziałam ci wszystko o mojej rodzinie, a ty wciąż masz jakieś durne tajemnice. Nie jesteś taki wyjątkowy, jak ci się wydaje!
    Trafiła w czuły punkt. Nie próbował być wyjątkowy, właściwie to pozostawał w ciągłym ukryciu przed wścibskimi spojrzeniami uczniów Hogwartu szepczącymi między sobą: „To ten Potter? Z TYCH Potterów?” i myślącymi, że ich nie słyszy. Nie chciał być definiowany przez swoje nazwisko, nie pragnął sławy ani rozgłosu. Chciał jedynie spokoju, świętego spokoju od tych wszystkich obowiązków, od brzemienia związanego z nazwiskiem. Zamilknął na dłuższą chwilę, wpatrując się w swoje buty, by następnie wlepić spojrzenie zielonych oczu, tak podobnych do oczu Harry’ego, w Addison.
    – Ja cię nie oceniam, ty też nie będziesz, tak? – Zmarszczył brwi.
    Mówił całkowicie poważnie, jednak Addison chyba tego nie zauważyła, bo z zapałem pokiwała głową. Niczym mała dziewczynka, której oferuje się pudełko cukierków. Rozejrzał się, upewniając się, że nikt na nich nie patrzył. Wszyscy uczniowie byli w środku i jedli kolację. Chłopak sięgnął po różdżkę i wypowiedział odpowiednią formułkę. Przez ułamek sekundy zaświeciło się srebrzyste światło, a zaraz potem z końca różdżki Pottera wypełznął niewielki wąż, który wylądował na trawie. Al zacisnął zęby i po chwili przygryzł wargę, po raz ostatni spoglądając na dziewczynę. Zaraz potem skoncentrował się na wijącym się po ziemi zwierzęciu, a spomiędzy jego warg wydobyły się niezrozumiałe dla nikogo innego, niż on sam, syki.
    – Mówi, że chce iść na wolność – mruknął w stronę Addie i uśmiechnął się lekko, ale kiedy na nią popatrzył, był w stanie zobaczyć jedynie jedną emocję wypisaną na twarzy Hallaway.
    Strach.


    Addie nie odezwała się do niego słowem już od kilku dobrych dni. Szczerze mówiąc, nie spodziewał się tego po niej, ale cierpliwie czekał. Wiedział, że prędzej czy później otrzeźwieje i sama wróci. W końcu była z rodziny Mrocznych, sama nie miała najłatwiej, a jej kartoteka była pełna zabrudzeń i niejasności. Mimo to gdzieś w głębi serca czuł się zdradzony. Nie spodziewał się, że Hallaway tak szybko weźmie nogi za pas i zacznie go unikać do tego stopnia, że nie będzie w stanie znaleźć jej na korytarzach Hogwartu podczas przerw, mimo że byli w równoległej klasie.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Smażony kurczak nie smakował już tak dobrze, jak wcześniej. Może to dlatego wyszedł z uczty wcześniej, mając zamiar po prostu iść do dormitorium i spróbować zasnąć. Wiedział, że i tak mu nie wyjdzie, jego bezsenność przylgnęła do niego jeszcze mocniej niż łatka z napisem „Potter”.
      Po drodze do lochów usłyszał jakieś krzyki. Przyspieszył kroku, marszcząc brwi i schodząc na najniższe piętro, które z jakiegoś powodu pogrążone było w kompletnych ciemnościach. Zacisnął palce na różdżce – odruch ten pozostał mu po wojnie – i wyjął ją z kieszeni.
      – Lumos – szepnął.
      Tuż przed nim zamajaczyło niebieskawe światło. Rozejrzał się wokół, gdy nagle ujrzał sylwetki trzech chłopaków idących prosto w jego stronę. Jeden z nich zaklął pod nosem i skierował w jego stronę wściekłe spojrzenie.
      – Gdzie ona jest, Potter?!
      – Co? – spytał zdezorientowany.
      – Gdzie jest ta suka Hallaway?! – ryknął Parrish, mierząc Ślizgona wzrokiem przepełnionym czystą nienawiścią.
      Dopiero teraz Albus zauważył, że blondyn nieco seplenił.
      – Nie wiem, o czym m… – nie dokończył bo jeden z członków szajki bez ostrzeżenia złapał go mocno za ramię, a następnie wykręcił rękę, w której trzymał różdżkę, sprawiając, że Albus zgiął się w pół.
      Potter syknął cicho z bólu.
      – Gadaj, Potter!
      – Spieprzaj – mruknął, po czym skierował różdżkę trzymaną za plecami prosto w twarz Parrisha. – Aqua Eructo.
      Strumień wody powalił dryblasa na podłogę. Albus wywinął się z uścisku Ashtona i pobiegł korytarzem. Nie spodziewał się jednak, że ktoś znienacka złapie go od tyłu, zakrywając mu usta, po czym zaciągnie w ciemny zaułek.
      – Zgaś to światło – znajomy szept rozległ się tuż przy jego uchu, sprawiając, że wszystkie włoski na jego ciele stanęły dęba.

      Albus

      Usuń
  14. [Mogliby się znać właśnie poprzez ojców pracujących w Ministerstwie. :> Addie wydaje się bardzo sympatyczna, a Marcusowi przydałaby się taka przyjaciółka. Jak wymyślisz nam coś super, to zobowiązuje się do zaczęcia. :)]

    Marcus Travers

    OdpowiedzUsuń
  15. Mało brakowało a wylądowałby jak długi na podłodze. Reakcja Addison zupełnie go zaskoczyła. W życiu nie spodziewałby się tak entuzjastycznego i bezpośredniego zachowania po wychowance jednego z rodów czystej niczym łza krwi. Bardziej przypominało mu to swobodę Weasleyów. Mimowolnie zacisnął wargi, na ułamki sekundy odwzajemniając uścisk. Jakby nie patrzeć jednak łączyły ich więzi krwi, a jedna z zasad, które babka wtłaczała mu od małego, głosiła wyraźnie, że rodzinie trzeba pomagać. A skoro jedyna osoba na świecie, którą poważał w stu procentach tak twierdziła – nie miał wyjścia.
    Kiedy Puchonka odsunęła się od niego z zawstydzeniem, jego usta mimowolnie wygięły się w nieco drwiącym uśmieszku. To, że zgodził się, by u niego mieszkała nie znaczyło w końcu, że będzie dla niej miły. Jej krótki monolog wywołał u niego kpiące prychnięcie. Powinna pamiętać, że zaczepiając się w jego mieszkaniu, jest w pewnym sensie zdana na jego łaskę i niełaskę. Gdzieś jednak z tyłu głowy stale słyszał słowa George’a, które tego samego dnia podsłuchał. Chyba najbardziej właśnie to i ciekawość powstrzymywała go od przerzucenia sobie dziewczyny przez ramię i przeniesieniu na kanapę. Albo jeszcze lepiej – jeden z tych starych materaców Weasleyów z wystającymi sprężynami, które wciąż walały się gdzieś po zapleczu sklepu.
    – Po pierwsze mówiłem o porządnych zakupach, skarbie. Raz dwa, przecież nie możesz jeść tych marnych pasztecików, czyż nie…? Może ugotujesz coś odpowiedniego? – Jego głos wręcz ociekał słodyczą. Zaraz przysiadł na brzegu łóżka i zerknął w jej stronę. – Drobne leżą w szarym słoiku na blacie w kuchni. Płaszcz i parasol masz tuż przy wyjściu. Radziłbym ci ruszyć się, póki deszcz trochę ustał. – Klepnął ją lekko w ramię i leniwie się przeciągnął. – A łóżka nie oddam. To nie ty pracujesz – prychnął na koniec, zaraz wstając i trącając ją różdżką w żebra.
    Spokojnym krokiem ruszył zaraz w stronę kuchni, by nastawić wodę. Był wyjątkowo zmęczony, a nagłe zjawienie się Hallaway w jego mieszkaniu zdecydowanie nie poprawiło jego stanu. Jej słowa wciąż brzęczały między jego myślami, budząc w nim stanowcze oburzenie. Jak ostatni hipokryta miał ochotę wyłożyć każdemu, kto dokuczałby Addison, że nie można karać niewinnej dziewczyny za to, co zrobiła jej rodzina. Co z tego, że sam zrobił to samo kilka miesięcy wcześniej?
    – Słodzisz? – Otworzył wieko cukiernicy i wywrócił oczami. – Cukier też kup, skończył się. Verity sypie sobie do kawy chyba z dziesięć łyżeczek – westchnął rozdrażniony. Nie miał nic przeciwko kierowniczce sklepu, chociaż czasem jej nazbyt swobodne zaglądanie do jego mieszkania stawało się irytujące. – Zrobić ci listę zakupów, czy sama sobie poradzisz?
    Niepewnie zaczął pukać palcami w blat, czekając aż woda się zagotuje. Dwa kubki z torebkami podrzędnej herbaty czekały jedynie na zalanie wrzątkiem. Powoli podniósł wzrok na Addison, zastanawiając się, przez jakie piekło musiała przechodzić przez ostatnie miesiące. Chciał ją zapytać o wszystko. Czuł jednak, że wymigałaby się od odpowiedzi, że to stanowczo za szybko na zupełnie szczere rozmowy między rodzeństwem. Wiedział, że tamta kłótnia postawiła między nimi gigantyczny mur nie do przeskoczenia. Musieli na nowo spróbować zbudować jakąś sensowną relację. W końcu wyglądało na to, że przez jakiś czas przyjdzie im być na siebie skazanym…

    braciszek okazujący podejrzanie dużo serca jak na niego ♡

    OdpowiedzUsuń
  16. Ciepła dłoń Addison lekko drżała. Przełknął ślinę, odwracając się w jej stronę i patrząc na dziewczynę przez dłuższą chwilę. W otaczającej ich ciemności nie widział zbyt wiele, ale mógł wyczuć lekkie dygotanie jej ciała. Była spanikowana, nie musiał nawet się nad tym zastanawiać. Po prostu wiedział. Sam nie wiedział, kiedy objął ją ramionami i przytulił do siebie. W głębi serca bał się, że jednak do niego już nie wróci. Że po tym, co usłyszała, zostawi go na pastwę losu i sprawi, że utraci kolejną bliską sobie osobę – a tych wielu nie było.
    Przekleństwa poniosły się echem po ciemnym korytarzu, sprawiając, że Albusowi dreszcz przeszedł po plecach. Mimo że Parrish i jego szajka minęli zagłębienie, w którym się schowali, adrenalina buzowała w jego żyłach jeszcze bardziej niż chwilę temu, kiedy Ashton wykręcił mu rękę. Wzdrygnął się lekko, czując, jak Addie wyswobadza się z jego objęć i dopiero teraz zdał sobie sprawę z tego, co zrobił. Przygryzł lekko wnętrze swojego policzka, ciesząc się w tym momencie, że dziewczyna nie widzi zażenowania na jego twarzy.
    – Chodźmy – szepnął w odpowiedzi i ruszył za nią na korytarz.
    Zapomniał, że gdzieś tam na górze uczniowie bawią się na uczcie. Czuł się tak, jakby był środek nocy, otaczała go nieprzenikniona ciemność. W dodatku czuł, że ktoś mu depcze po piętach. Ktoś, kto na pewno nie miał dobrych zamiarów. Światło dochodzące z klatki schodowej wydawało się przysłowiowym światełkiem w tunelu. Zmrużył oczy i obrócił się przez ramię, jakby chciał się upewnić, że Parrish, Ashton i ten trzeci grubas, którego imienia nie pamiętał, odeszli.
    Gdy odwrócił się z powrotem, jego oczom ukazał się dobrze znajomy poltergeist. Żołądek podskoczył mu do gardła, a prawa ręka zacisnęła się mocniej na różdżce – doskonale wiedział, że teraz zrobi się tylko bardziej niebezpiecznie.
    – Cholera jasna – przeklął i popatrzył na Addie proszącą Irytka o uciszenie się. – To nie ma sensu, w nogi! – Pociągnął ją za rękę i ruszył korytarzem.
    Trzeszczący głos Irytka poniósł się po lochach, niknąc gdzieś poza granicą świadomości Albusa. Widział jedynie drogę przed sobą, widział schody, które po chwili zostały zasypane przez sterty gruzu. Szkło z jednej z latarenek ni stąd, ni zowąd, wystrzeliło w ich stronę, tnąc skórę na jego podbródku oraz szyi. Nie oglądał się za siebie, choć słyszał męskie głosy i tupot stóp, ciężko stawiane kroki. Seplenienie Parrisha rozchodziło się po ciemnych korytarzach, zdawało się tak głośne, że rozsadzało Potterowi czaszkę. A jednak wiedział, że nikt w Wielkiej Sali tego nie słyszy, że oficjalna kolacja z powodu Dnia Magicznej Czapki potrwa jeszcze dobre dwie godziny. Kolejne zaklęcia świsnęły mu nad głową i w pewnym momencie przypomniał sobie wojnę. Czuł się dokładnie tak samo, jak wtedy, gdy był ścigany przez Mrocznych. Profil Addison mignął mu gdzieś z boku. Jak wiele ona straciła przez tę cholerną bitwę?
    Oddychał ciężko, próbując rozeznać się w sytuacji. Al, wyprowadź nas stąd. Jak? Nie miał pojęcia, gdzie powinien się teraz kierować. Klął w duchu na Irytka, na Parrisha, na siebie, na całą tę szkołę, jednocześnie próbując unikać kolejnych zaklęć rzucanych przez trzech dryblasów. W pewnym momencie przyszło mu do głowy rzucenie na nich Cruciatusa, ale ten pomysł szybko usunął mu się z głowy. Nawet nie zauważył, kiedy pojawiła się przed nimi ściana i brak dalszej możliwości ucieczki.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Odwrócił się w stronę napastników, czując, jak chłodny mur zamczyska przylega do jego pleców. Popatrzył w prawo, w lewo – nie było więcej korytarzy. Zapędzili ich w kozi róg. Przełknął ślinę, zacisnął na chwilę powieki, po czym wycelował różdżką w ścianę po lewej stronie.
      – Bombarda! – Wiązka światła wystrzeliła w stronę kamiennego muru.
      Osłonił Addie, obejmując ją dwoma rękami i odwracając się plecami do źródła wybuchu. Syknął cicho, gdy grad kamieni obił mu kręgosłup i głowę. Był pewien, że krew spływa mu po karku, moczy czarne włosy i niczym strumień dostaje się pod koszulkę. Nie miał jednak czasu na zastanawianie się. Zignorował lekkie mroczki przed oczami i pociągnął Addison za rękę prosto w stronę stworzonego przez siebie otworu, nie mając pojęcia, gdzie się znajdą. Chciał jedynie wejść na wyższy poziom zamczyska, na którym Parrish i pozostała dwójka nie czuliby się tak swobodnie – mieliby na ogonie woźnego i masę nauczycieli, którzy łatwiej by ich usłyszeli z Wielkiej Sali.

      Profanator pracy murarzy

      Usuń
  17. [ Miałem do wyboru Skeeter albo Umbridge, jednak w ostateczności zdecydowałem się na dziennikarkę, bo była dość ciekawa. Podoba mi się Twój pomysł, ale musiałabyś mi zdradzić co się wydarzyło i jakie to te smakowite kąski są. Pojawia się jednak pewien problem. Rhysa trudno zranić, jeśli chodzi o niego, bo on raczej nie robił nic takiego, co mogłoby mu zaszkodzić i największą jego tajemnicą jest to, że jest animagiem, jednakże nie wyjawiłby tego Addison, bo nie czułby takiej potrzeby. Jeśli Twoja panna szykowałaby coś na Skeetera, to może się spodziewać, że i on nie pozostanie jej dłużny i przy najbliższej okazji wepchnie ją w paszczę akromantuli xD Pomysł jednak bardzo mi się podoba :) ]

    Rhys Skeeter

    OdpowiedzUsuń
  18. [ Cześć! Chęci oczywiście są, trochę gorzej sprawa ma się z pomysłami, bo tak na pierwszy rzut wygląda na to, że orbity zainteresowań Addie i Waltera krążą po innych Układach, więc ciężko ich jakoś połączyć. Chyba że wyjść z wątkiem od czegoś mniej spersonalizowanego. ]

    Walter Knightley

    OdpowiedzUsuń
  19. Przeszedł przez dziurę w ścianie, dysząc ciężko i schylając się, aby nie uderzyć się w głowę. Syknął cicho, macając ranę na głowie. Lepki płyn pokrył jego palce, zlepiał i tak mokre już od potu włosy. Popatrzył za siebie, próbując odnaleźć wzrokiem Addison, jednak brak jakiegokolwiek źródła światła nie ułatwił mu zadania. Wzdrygnął się i niemal odskoczył, kiedy czyjaś dłoń złapała go za ramię. Dopiero po chwili zorientował się, że była to ręka Puchonki, która szybko odnalazła jego palce i splotła je razem ze swoimi. Przełknął ślinę. Adrenalina sprawiała, że niemalże czuł swój puls, serce biło mu jak szalone, a oddech wcale nie chciał się uspokoić, mimo że starał się być tak cicho, jak tylko się dało.
    Zacisnął zęby, przypomniawszy sobie o stąpającym ich po piętach Parrishu. Ruszył wolno przed siebie, jedną dłoń mocno zaciskając na dłoni Addison, a drugą dotykając zimnych i mokrych ścian tunelu. Wiedział, że gdziekolwiek trafili, przejście to zostało zamurowane dawno temu i na pewno nikt z uczniów go jeszcze nie odkrył. Im dalej szli, tym bardziej klaustrofobicznie się czuł, mury zdawały się ściskać ich niczym wszechobecne imadło. Ciemność była tak głęboka i nieprzenikniona, że Albusowi zdawało się, iż zaraz postrada zmysły. Słyszał jedynie oddechy – swój oraz Addison – szybkie i urywane, niepewne i przepełnione strachem. Szedł jako pierwszy, prowadząc przyjaciółkę podążającą jego śladami. Odwracał co chwilę wzrok, upewniając się, że Addie wciąż tam jest, mimo że przecież doskonale mógł wyczuć jej pulsującą dłoń. Był to odruch bezsensowny – i tak nic nie był w stanie zobaczyć.
    Nie mówili nic. Czasami jedynie mruczał krótkie komunikaty w stylu „uważaj, kamień” albo „wciąż tu jesteś, tak?”. Powoli dostawał paranoi. Czuł, że zaraz nie wytrzyma, że to kilkanaście minut to cała wieczność, że już nigdy się stąd nie wydostaną.
    Pochodnie zapaliły się bez żadnego ostrzeżenia, sprawiając, że Albus stanął jak na komendę i zasłonił sobie oczy ramieniem, klnąc pod nosem. Skrzywił się lekko, mrużąc powieki i próbując przyzwyczaić się do światła.
    Właz z wizerunkiem węża udało mu się dostrzec dopiero po paru sekundach i była to jedyna rzecz, na której się skupił. Rozpoznał go od razu. Stał jak wryty, czując, jak panika przepełnia jego ciało, wlewa się do niego niczym do wazonu, powoli, od stóp do czubka głowy zajmując każdą wolną przestrzeń pod skórą chłopaka.
    Przejrzał wszystkie notatki ojca, wszystkie jego książki, zaraz po tym, jak dowiedział się, że jest wężoustym. Podkradał się do biblioteczki Harry’ego po nocach, studiując jego spostrzeżenia, ucząc się całego drzewa rodzinnego, które prowadziło w końcu do Voldemorta. Komnatę Tajemnic narysowaną magicznym atramentem odwzorowującym wspomnienia widział nie raz. I zdawał sobie sprawę, że właśnie stał przed wejściem do dawnego gniazda bazyliszka.
    Otrząsnął się z zamyślenia, gdy usłyszał za sobą piskliwy krzyk. Ciarki przeszły mu po ciele. Czuł, jak jeżą mu się włosy na karku, jak zadrżały mu dłonie. Odwrócił się gwałtownie, próbując dostrzec cokolwiek w pogrążonym w ciemnościach tunelu. Zrobiło mu się niedobrze, nawet nie chciał wiedzieć, co teraz działo się Ashtonowi. Spojrzał w górę, próbując dostrzec sufit pomieszczenia. Gdzieś tam powinno być przejście do toalety Jęczącej Marty… Gdzieś powinno być ukryte przejście. Chyba że właśnie stał przed jeszcze nieodkrytym wejściem do Komnaty Tajemnic. Na tę myśl kolejny dreszcz wstrząsnął jego ciałem.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. – Wiem o tym – mruknął cicho w stronę przyjaciółki, jednak nie zdążył powiedzieć nic więcej, bo kolejny wrzask dobiegł jego uszu.
      Nawet nie wiedział, skąd wziął się tu Parrish. Cofnął się o krok, patrząc na Addison machającą różdżką i ponaglającą go. Pokręcił głową, zaciskając zęby i wyciągając różdżkę z kieszeni, mimo że wszystkie zaklęcia, jakie znał, uleciały mu z pamięci i zniknęły w niebycie.
      – Nie mogę, dowie się – odparł z przerażeniem.
      Nie mógł dopuścić do tego, by szkoła dowiedziała się o jego darze. Zaczęliby szperać, zniszczyliby jego i rodzinę Potterów. Prorok rozdmuchałby całą sprawę, dodałby do tego historię wyssaną z palca, wygrzebałby drzewo genealogiczne prowadzące do Toma Riddle’a…
      Kątem oka widział, jak wąż wygrawerowany we włazie spogląda na niego swoimi szmaragdowymi, świecącymi oczami. Cichy syk dobiegł jego uszu. Na co czekasz, jesteś wybrany, możesz wejść Pokręcił głową, starając się skupić na Parrishu, który właśnie cisnął w niego zaklęciem. Albus odskoczył w ostatniej chwili i, dysząc ciężko, próbował odgonić od siebie cichy głosik węża. Nie dobiegał on do jego uszu, dudnił mu w głowie, coraz głośniej i głośniej.
      – Zamknij się – warknął. – Zamknij się, rozumiesz?! – Musiał wyglądać jak nawiedzony, z wściekłością mówiąc do kamiennej żmii.
      I mógłby przysiąc, że uśmiechnęła się do niego chytrze, podczas gdy Addison i Parrish zniknęli gdzieś poza jego świadomością.
      – Jest inny sposób, musi być inny sposób…
      Cóż… – zabrzmiało mu w głowie –Nie ma. Ale skoro już postanowiłeś ze mną porozmawiać, to proszę bardzo. Wrota otworzyły się. Dopiero teraz wrócił do rzeczywistości i zauważył, że Parrish przyciska dyszącą Addison do ziemi. Blondyn gapił się jednak na Albusa z szeroko otwartymi oczami, zupełnie zapominając o Puchonce.
      – Co… – jęknął.
      Zaschnięta krew na jego karku zdawała się ciągnąć go za skórę, za każdy włosek, bardziej niż wcześniej. Użył mowy węży i nawet o tym nie wiedział.

      Albus

      Usuń
  20. Potrzebował kilkunastu sekund, żeby zorientować się w sytuacji. Jego usta były suche, wargi zlepiały się ze sobą nieprzyjemnie. Patrzył z roztargnieniem na Addie uderzającą Parrisha w szczękę i zaraz potem paraliżuje go odpowiednim zaklęciem. Chłopak padł jak długi na ziemię, a głuchy dźwięk uderzenia rozległ się echem po wysokim pomieszczeniu. Albus spojrzał kątem oka na otwarty właz i węża posyłającego mu lekki uśmiech. Przełknął ślinę i wypuścił ze świstem powietrze. Miał wrażenie, że znajduje się w środku nocnego koszmaru. Dopiero krzyki Addison przypomniały mu o rzeczywistości całej tej sytuacji. Wlepił wzrok zielonych oczu w dziewczynę, która kopnęła Parrisha w brzuch. Zaraz potem zaczęła okładać blondyna pięściami, wrzeszcząc bez opamiętania. Przez dłuższą chwilę tylko patrzył. Wiedział, że Krukon zasłużył na takie traktowanie, że wszystko to mu się należało. Dlatego coś powstrzymywało go przed złapaniem Puchonki za ramiona i odciągnięciem jej od swojej sparaliżowanej ofiary.
    Pamiętał uczucie, które towarzyszyło mu, gdy użył Cruciatusa na Hectorze. Pamiętał, jak czysta przyjemność i spełnienie wypełniały każdą komórkę jego ciała, kiedy mógł ujrzeć czyste cierpienie w oczach Mrocznego. Wijące się ciało mężczyzny stanowiło wtedy istne dzieło sztuki, coś godnego podziwu. A zaraz potem przypomniał sobie strach, z jakim patrzyła na niego Ginny, odrzucenie, którego doświadczył od strony Jamesa oraz dziwne wycofanie Lily. I zawód ojca.
    Przełknął ślinę i przestąpił z nogi na nogę, po czym pewnym krokiem ruszył w stronę Addison i mocno złapał ją za ramiona, po czym odciągnął do tyłu. Szarpała się, jednak nie zwalniał uścisku, próbując zmusić odrętwiałe i zmęczone mięśnie do kolejnego wysiłku. Stał za nią w bezruchu, nie mówiąc kompletnie nic i jedynie przyciskając jej plecy do swojej klatki piersiowej, czekając, aż sama się uspokoi. Drżała.
    Wypuścił powietrze nosem tuż przy jej uchu, przymykając na chwilę powieki. Fala płaczu nadeszła nagle i niespodziewanie, jednak nie zamierzał jej powstrzymywać. Znalazł jedną z dłoni Addison i splótł swoje palce z jej. Wiedział, jak się czuła, bo był w dokładnie tym samym stanie po wojnie. Z tym, że on płakał nocą w swoim pokoju, a kolejne dni zajął sobie szperaniem w notatkach ojca, aby nie myśleć o tym, co zrobił.
    Gdy dziewczyna odwróciła się w jego stronę i zarzuciła mu rękę na szyję, jego pierwszym odruchem był mały krok do tyłu. Jakby wciąż bał się cudzego dotyku, kontaktu z innymi ludźmi. Zaraz jednak stłumił w sobie te uczucia i objął ją pewnie ramionami, kładąc jedną rękę na jej plecach, a drugą na głowie.
    – Już wszystko w porządku – powiedział ledwie słyszalnie i odetchnął.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. I nie spodziewał się, że z ciemnego korytarza zaraz wyczołga się… on sam. Z poharatanymi rękami i krwią zalewającą mu twarz. Albus wstrzymał oddech, wlepiając wzrok w czarnowłosego chłopaka patrzącego na niego zielonymi oczami pełnymi bólu i błagania o litość. Dopiero teraz zauważył, że noga drugiego Pottera ciągnęła się za nim, trzymając się jedynie na kilku włóknach skóry.
      Odsunął się gwałtownie od Addison, cofając się o kilka kroków. Wielka gula ugrzęzła mu w gardle, kiedy kolejnych kilku Albusów wyłoniło się z ciemnego korytarza. Bez kończyn, z głębokimi ranami, jęcząc z bólu, zmierzali w ich stronę.
      Chwycił za różdżkę i wyciągnął przed siebie drżącą rękę.
      – Riddiculus! – Zaklęcie trafiło w jednego z boginów.
      Zły pomysł – wężowy syk dobiegający jego uszu sprawił, że ciarki przeszły mu po plecach. Zaraz potem poczuł okropny ból na ramieniu. Taki sami, którego doświadczył, gdy Clemence rozszczepiła mu rękę, próbując się teleportować. Stłumił swój własny krzyk.
      – Addie? – Odnalazł wzrokiem Addison, która celowała różdżką w stronę kolejnych boginów, tych, które przyjęły postać jej samej, ociekającej wodą.
      Martwej.
      Puchonka zdawała się dusić. Kaszlała i trzymała się za szyję, a jej oczy nabiegły łzami.
      – Addie, przestań, to iluzja, im więcej ich pokonasz, tym gorzej! – wrzasnął, po czym zdrową ręką chwycił ją mocno za ramię.
      Pociągnął dziewczynę w stronę otwartego włazu i wbiegł razem z nią do Komnaty Tajemnic, dysząc ciężko. Patrzył, jak wężowe wrota zatrzaskują się za nimi, po czym usiadł na wilgotnej podłodze, z przerażeniem spoglądając na swoje ramię. Było nienaruszone.
      – To tylko iluzja – szepnął, próbując przekonać siebie samego. – Tylko iluzja…

      Pan cykor

      Usuń
  21. Usiadł przy zimnej ścianie, opierając się o nią plecami. Wypuścił ze świstem powietrze i oblizał suche wargi, by następnie odchylić głowę do tyłu. Syknął cicho, przypominając sobie o ranie ukrytej gdzieś w jego włosach, kiedy czaszka chłopaka zetknęła się ze ścianą. Popatrzył na Addison, która usadowiła się tuż obok niego, sprawiając, że ich ramiona stykały się ze sobą. Uśmiechnął się ponuro.
    Dopiero teraz przypomniał sobie o Parrishu zostawionym na pastwę losu przed wejściem. Przez krótką chwilę zastanawiał się, czy po niego nie wrócić, jednak jego ślizgoński charakter szybko wygrał z chęcią zgrywania bohatera. Kącik ust Pottera uniósł się ku górze na myśl o tym, jak bardzo blondyn musi się teraz bać, jak wiele strachów pożerało go od środka. Miał to głęboko gdzieś. Nie wiedział, co takiego zrobił Addison, ale mógł się tylko domyślać po tym, co dziewczyna zrobiła jeszcze parę minut temu. Widok Puchonki bijącej innego człowieka niemalże do nieprzytomności, bezbronnego i sparaliżowanego ucznia… Wzdrygnął się lekko, mimo że widok krwawiącej twarzy Parrisha był niczym najpiękniejsze dzieło sztuki.
    Odwrócił wzrok od Addie, gdy tylko zadała pytanie. Była bystra i nie raz mógł zobaczyć, że doszukuje się w jego słowach i zachowaniu wskazówek. Jakby pragnęła wiedzieć wszystko, nawet to, o czym nie chciał mówić. Miała jednak większą siłę rażenia, niż mu się to zdawało. W końcu powiedział jej o tym, że jest wężoustym. Właściwie zawsze prędzej czy później zdradzał jej kolejne sekrety. A jej zawsze było mało, zawsze naciskała, wgłębiała się w umysł Albusa niczym wielkie ludzkie wiertło. Cieszył się, że dziewczyna nie poznała sztuki legilimencji, bo gdyby tak było, nie miałby już kompletnie żadnych tajemnic.
    Wzruszył ramionami, gapiąc się na swoje buty. I tak już tu byli, a raczej nie zatai prawdy przed Addie, gdy ta zobaczy wielki szkielet bazyliszka.
    – Komnata Tajemnic – odparł, patrząc na dość sporych rozmiarów tunel, który ciągnął się przed nimi.
    Musieli wejść innym wejściem, bo w zapiskach ojca nie było mowy o niczym takim. Po przejściu przez właz miał znajdować się duży korytarz z rzeźbami po bokach. Przypominał sobie, że prowadził do sporej sali, gniazda bazyliszka. Miejsce, w którym się znajdowali, wyglądało inaczej i wiedział, że czeka ich przeprawa na drugą stronę, aby mogli wydostać się przez łazienkę Jęczącej Marty.
    – Podkradłem ojcu notatki, rysunki z włazem wyglądały identycznie jak ten tutaj. – Spojrzał przez ramię na zamknięte już przejście.
    Westchnął. Pragnął jedynie wrócić do dormitorium i położyć się w spokoju spać. Tymczasem wizja przeprawy przez całą komnatę sprawiała, że wzdrygał się lekko. Nie chciał wiedzieć, co ich czekało, co napotkają po drodze. Chociaż wątpił, że będzie to coś więcej niż pozostałości po ogromnym wężu i zniszczony puchar Helgi Hufflepuff, jakiś cichy głosik z tyłu głowy podpowiadał mu, żeby trzymać się na baczności.
    – Nie wiemy, jak długo będziemy musieli iść – stwierdził. – Ruszajmy się, bo zostaniemy tu na zawsze i kolejne pokolenia odkryją nasze trupy razem z bazyliszkiem.
    Wyciągnął różdżkę i nadstawił wolną dłoń, po czym wyszeptał zaklęcie. Z końca patyka zaczęła lać się wąskim strumieniem woda. Zaraz potem ochlapał ją sobie twarz, a następnie nalał w dłoń jeszcze trochę i wypił, zwilżając usta i palące go gardło.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Podniósł się z ziemi i wyciągnął rękę do Addison, posyłając jej delikatny uśmiech. Nawet nie zdawał sobie sprawy z tego, że była dla niego na tyle ważna. Bał się, gdy biła Parrisha. Nie jej, a o nią. Bał się, gdy zobaczył, że zmaga się z boginami. I martwił się za każdym razem, gdy widział w jej oczach smutek lub strach. Dopiero teraz zorientował się, jak trudno było mu stać pewnie na nogach, gdy dziewczyna wypłakiwała oczy. Szloch Addison po prostu go bolał.
      – A tak w ogóle, to wybaczam – dodał.
      Złapał jej dłoń i ruszył wolno korytarzem. Wyglądał, jakby właśnie wrócił z wojny. Miał rozciętą brodę i szyję, twarz brudną od pyłu i włosy lepiące mu się do czoła. Zielony kołnierz szaty był brudny na karku, pokrywała go spora plama krwi, która wypłynęła z rany na jego głowie. Mimo to adrenalina sprawiała, że zapomniał o bólu, o zawrotach głowy, o mroczkach przed oczami i kamieniach, które obiły mu kręgosłup oraz żebra. Mógłby jednak przysiąc, że jego skórę zdobią pokaźnych rozmiarów siniaki.

      Sama wiesz kto

      Usuń
  22. [ Pomysł jest dobry, dlatego głupio mi odmówić, ale... Uczestnictwo w wypadku, w którym ginie twój przyjaciel, chyba zawsze negatywnie na człowieka wpłynie, podejrzewam, że jeszcze mocniej na piętnastolatka niż na już w pełni ukształtowanego człowieka. Raczej wolałabym nie fundować takiej traumy Walterowi.
    Ale można po prostu zrobić coś takiego, że kiedy Addison i Walter byli jeszcze Addie i Wallym, czyli w okresie przedhogwarckim, ich rodzice przyjaźnili się – no, może przyjaźń to za dużo powiedziane, ale w każdym razie byli dobrymi znajomymi i w związku z tym czasami zapraszali się na jakieś popołudniowe herbatki. Dzieciaki siłą rzeczy zapoznały się ze sobą. W tych spotkaniach często brał udział także ekscentryczny mag, który jednak cieszył się sympatią zarówno wśród dorosłych, jak i tych małoletnich czarodziejów, możemy roboczo nazwać go Johnem Smithem.
    I teraz – wakacje 2023, John Smith wraca z jakiejś niebezpiecznej podróży. Addie jest w dość skomplikowanym położeniu rodzinnym, tak? Więc może ten Smith mógłby być jednym z niewielu (?) ludzi, w którym ma oparcie, którym ufa, a więc logiczne, że w czasie lata spędza z tym człowiekiem trochę więcej czasu. Smitha zna i Walter, który pewnego dnia postanawia odwiedzić znajomego rodziców, żeby posłuchać ciekawych opowieści o jego doświadczeniach. W domu Smitha nie zastaje jednak gospodarza, za to uświadczy Addison oraz... psychicznego skrzata domowego, który postanowi zamknąć w ekscentrycznym jak jego właściciel domu dwójkę hogwartczyków i rozpocznie się coś w stylu Escape Room. :D ]

    Walter Knightley

    OdpowiedzUsuń
  23. Tunel zdawał się ciągnąć w nieskończoność, poddając w wątpliwość wytrzymałość fizyczną Albusa. Było ciemno, choć nie aż tak, jak w wąskim korytarzyku, który pokonali przed dostaniem się do wrót Komnaty Tajemnic. Pokręcił głową, patrząc na kolejną rzeźbę węża. To miejsce miało być niedostępne dla nikogo, zadbali o to najwięksi czarodzieje i aurorzy. Nie przewidzieli jednak tego, że znajdzie się kolejny wężousty, jakby fakt, że Voldemort mógł mieć bardzo daleką rodzinę został całkowicie zmazany z kart historii i drzew genealogicznych wielkich magicznych rodów. Albus zdążył przyzwyczaić się do bycia rodzinnym wyrzutkiem, do siedzenia cicho podczas obiadów z dziadkami, do uśmiechania się, gdy wuj Percy pytał, czy wszyscy Ślizgoni są tak ułomni, na jakich wyglądają. Zabawne było to, że Weasleyowie i Potterowie starali się kreować na tolerancyjnych i miłych, tymczasem niektórzy z nich wykluczali członków Slytherinu w ten sam sposób, jak wychowankowie Domu Węża nie tolerowali mugolaków i charłaków.
    Nie mówił Addie, że nie ma pojęcia, gdzie się znajdują. W notatkach jego ojca znajdowała się zupełnie inna część komnaty, ta, do której wchodziło się od strony łazienki. Albus stawiał na to, że weszli tu zupełnie od drugiej strony, co wyjaśniałoby niesamowicie długi korytarz, którego pokonanie zdawało się zajmować im już kilka godzin. Chłopak nie zdziwiłby się jednak, gdyby ten czas okazał się kilkudziesięcioma minutami spędzonymi na słuchaniu własnych kroków. Otaczający ich półmrok nie pozwalał mu zorientować się, czy naprawdę ma mroczki przed oczami, czy to tylko brak światła sprawiał, że jego umysł zaczynał płatać mu figle. Cisza i jednostajny oddech Addison wcale mu nie pomagały, ale nie miał siły z nią rozmawiać. Chyba obydwoje nie mieli. Czuł jednak jej chłodną dłoń pewnie trzymającą go za rękę i to była chyba jedyna rzeczywista rzecz. Jedyna, której był pewien.
    Gdy myślał o tym, że to właśnie tutaj odbyła się jedna z potyczek jego ojca z Voldemortem, czuł dziwne rozgoryczenie przemieszane z obojętnością. Harry Potter dawno przestał kojarzyć mu się z bohaterem. Wszyscy widzieli w nim Chłopca, Który Przeżył, podczas gdy Albus miał wgląd do prywatnego życia Wybrańca. Widział, jak zasypia na swoim biurku, nie dokończywszy kolejnych zapisków, jak w sobotnie wieczory sięga po kieliszek Ognistej Whisky na rozluźnienie. Widział zawód w zielonych oczach, gdy spoglądały na swego młodszego syna. Przed wojną nie było aż tak źle. Harry zdawał się pogodzić z faktem, że Albus był w Slytherinie i nawet próbował zrozumieć. Wszystko wywróciło się do góry nogami, kiedy do Ala przykleiła się kolejna łatka, ta z napisem „Wężousty”. Chłopaka dziwiło zachowanie ojca, w końcu sam był w identycznej sytuacji, sam posiadał dar rozmowy z wężami. Szybko jednak przypomniał sobie, że Harry zrzucił wszystko na dawno zabitą cząstkę Voldemorta, która żyła w nim przez siedemnaście lat jego egzystencji.
    Potter przystanął i popatrzył na rozwidlenia, czując, jak żołądek zwija mu się w ciasny supeł. Zacisnął zęby, ze skupieniem próbując wypatrzeć cokolwiek w ciemnych korytarzach, ale nie był w stanie. Z dziwnego marazmu wyrwał go dopiero głos Addison. Popatrzył na nią zdezorientowany, gdy dotknęła rany na jego głowie. Skrzywił się lekko.
    – Nic mi nie jest – powiedział. – Myślałem, że byłoby słabo, gdybyś przeze mnie dostała gruzem po oczach – dodał sucho.
    Głos Addie był głośny i dudnił mu między uszami, sprawiając, że chłopak czuł się bardziej poddenerwowany. Dopiero teraz zauważył, jaki był zmęczony. Kropelki potu pokrywały jego twarz, ręce lekko mu drżały, podobnie nogi zdające się nie być w stanie do utrzymania ciężaru reszty jego ciała ani chwili dłużej. Przełknął ślinę, ocierając czoło wierzchem dłoni.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. – Możemy na chwilę… – zaczął, jednak zaraz zobaczył Addie podnoszącą biały odłamek z ziemi i zmarszczył brwi, wyraźnie zaniepokojony – usiąść? – dokończył ledwie słyszalnie.
      Spojrzał w stronę jednego z tuneli. Ktoś coś szeptał, albo mu się wydawało. W pewnym momencie dobiegł go jednak wyraźny, nieznajomy głos. Intruzi. Cofnął się o parę kroków, potykając się o własne nogi i niemalże przewracając na mokrą posadzkę.
      – Addie – powiedział spokojnie, obserwując parę żółtych ślepi, które zabłysły w ciemności. Były zdecydowanie większe, niż normalny wąż powinien posiadać. – Addie, nie jesteśmy tu mile widziani. – Wyciągnął ostrożnie rękę, próbując odnaleźć jej dłoń.
      Gdy tylko splótł ich palce ze sobą, bez ostrzeżenia ruszył na łeb, na szyję, do najbliższej odnogi tunelu. Nie patrzył za siebie, starał się jedynie utrzymać tempo, w którym stawiał kroki, gdy pokonywał kolejne metry. Mimo że wcale nie biegł tak szybko, jak chciał. Nie miał siły.
      – Kurwa – syknął, obracając się przez ramię i zataczając. – Kurwa – powtórzył z paniką w głosie, dysząc ciężko.
      Para błyszczących oczu podążała za nimi, a głośne intruzi powtarzane przez węża dobiegało jego uszu w równych odstępach czasu, w tej samej intonacji, doprowadzając go na skraj szaleństwa. Próbował przypomnieć sobie jakiekolwiek przydatne zaklęcia, ale nic nie przychodziło mu do głowy. Brakowało mu tchu i wiedział, że coraz bardziej zwalniał. Zresztą Addie też nie miała już siły biec.
      Pierwszy raz od dawna oczy Albusa wypełniły się łzami paniki.

      Usuń
  24. Biblioteka przypomina mu przystań, w której od dawna nie widziano statku. Jest pozostałość po wielu rufach i burtach, kilka mglistych wspomnień o tysiącach, a nawet milionach łodzi i gruba warstwa kurzu pokrywająca zbutwiałe deski — nie ma jednak kotwicy przecinającej morską toń. To tak, jakby wszyscy wypływający chcieli odnaleźć Atlantydę i zgubili drogę powrotną.
    Nie zna piękniejszego miejsca. Lubi stałość, z jaką toczy się tutaj życie. Dzień po dniu, tydzień po tygodniu. Książki są zawsze na tej samej półce, poukładane alfabetycznie i według daty stworzenia, bibliotekarka, siwiejąca już dama, niezmiennie cieszy się na jego widok, częstując go własnoręcznie wypiekanymi ciasteczkami. Ma uczulenie na orzechy, ale nie chce sprawiać jej przykrości. Zrobiła dla niego o wiele więcej, niż mógłby oczekiwać. Dała mu swój uśmiech, swoje zrozumienie i na tyle odległy od drzwi wejściowych stolik, że nim doszedł do wprawy, odnalezienie wyjścia zajmowało mu kilka kwadransów.
    Do tej pory pamięta chwilę, w której zapytała, czego mu trzeba, a on myślał o tych wszystkich rzeczach, które mógłby jej powiedzieć, doskonale zdając sobie przy tym sprawę, że nie stać go na wypowiedzenie żadnej z nich. Tyle uwag na końcu języka, tyle odmalowanych w pamięci konwersacji! I poczucie, że świat nie zamierza go słuchać, więc nie powinien podejmować ryzyka.
    Czasem chciałby je podjąć. Kątem oka patrzy na innych — śmieją się, zaczepiają obcych, wykrzykują głupstwa na środku korytarza — i zastanawia się, jakim sposobem wystrzeliwują z siebie słowa bez zastanowienia. Vincent zwykle nie odzywa się niepytany z wyjątkiem sytuacji, w których, jako PN, powinien zareagować. Mówi wtedy cicho i niewyraźnie, jest mu wstyd znacznie bardziej niż parze, którą przyłapał na schadzce po północy. Oni śmieją mu się w twarz i odchodzą, a on czuje się jak w imadle.
    Żyje w stanie permamentnego wstydu. Wytchnienie dają mu jedynie samotne spacery, studiowanie ksiąg i spotkania z przyjaciółmi, za których oddałby życie. Byli na tyle cierpliwi, żeby znieść wielomiesięczne przyzwyczajanie się Vincenta do ich obecności, jego milczenie i towarzyskie nieobycie. Nie wie, czemu zmarnowali na niego tyle czasu — mimo że jest ponadprzeciętnie wysoki, łatwo przeoczyć go na zatłoczonym korytarzu. To nie wina obserwującego, a obiektu obserwacji, który sztukę bycia niewidzialnym opanował niemal do perfekcji.
    — Hmm? — mruczy zza opasłego tomu historii magii. Jeszcze nie ufa Addison do końca. Unika zbyt długich zdań.

    Vincent

    OdpowiedzUsuń
  25. Zachowanie Hallaway niesamowicie go bawiło. Spokojnie podniósł poduszkę z podłogi i rzucił ją niedbale na kanapę, zbywając tę drobną zaczepkę jedynie kpiącym uśmieszkiem. Zaraz jednak jego usta wygięły się mocniej, kiedy tylko usłyszał jej słowa. Tak szybko zapomniała o tym, co mówiła na temat zawartości jego lodówki? Pokręcił lekko głową, śmiejąc się cicho.
    – Addie, skarbie… – Czułe określenie specjalnie przeciągnął, tylko po to, by podziałać siostrze na nerwy. – Zdaje się, że to nie ja narzekałem na to, że nie mam co jeść, hm? Czyżby paszteciki już były zadowalające...? – Oparł się o blat i posłał jej złośliwy uśmiech. Z pobłażaniem patrzył, jak ta beztrosko zaczyna zaglądać do jego szafek. – Raczej czasopisma o pielęgnowaniu lemingów. Wiesz, ile te maleństwa potrzebują uwagi? – Wzruszył lekko ramionami, uśmiechając się wciąż lekko. - Potem pokażę ci mojego.
    W pewnym sensie śmieszyła go świadomość tego, jak postrzega go Addison. Wiedział aż za dobrze, że mimo wszystko ma go zapewne za arystokratycznego dupka, włażącego do łóżka komu popadnie, za kameleona o tysiącu twarzy. Widziała go tak, jak i wszyscy inni. Znała go jedynie takim, jakim dawał jej się poznać. Z drugiej strony gdzieś głęboko gryzła go ta świadomość. W końcu jedyna siostra jaką miał, miała go za skończonego kretyka myślącego kroczem - a to zdecydowanie nie mogło napawać dumą.
    Westchnął cicho, kiedy woda się zagotowała. Zalał herbaty i zaraz przeniósł dwa parujące kubki na stolik tuż przy kanapie, na którą opadł z ulgą wyraźnie widoczną na twarzy. Praca w Dowcipach Weasleyów i owszem, była spełnieniem marzeń, ale całodzienna samodzielna obsługa bywała wykańczająca. Rozłożył się wygodnie i posłał jej nieco wyzywające spojrzenie.
    – Jak tak bardzo zależy ci na łóżku zawsze możemy spać razem. – Uśmiech, jaki jej zaraz posłał wręcz ociekał słodyczą. – Chodź tu, napijesz się tej marnej herbaty. – Tym razem uśmiechnął się już szczerze, mrugając do niej leciutko. - Poudajemy, że jesteśmy całkiem normalnym rodzeństwem - dodał cicho pod nosem, tak naprawdę bardziej sam do siebie.
    Kiedy już podnosił kubek, by upić łyka, dotarło do niego głośne stukanie. Rozejrzał się i po chwili dostrzegł przemoczonego puchacza siedzącego na parapecie i uparcie uderzającego dziobem o szybę. Leniwie wstał i wpuścił sowę, zaraz podsuwając jej pokruszone ciasteczko. Zwinnym ruchem odebrał od ptaka kopertę i ze zmarszczonym czołem przeleciał wzrokiem informacje o adresacie.
    - Do ciebie, Addie. Z Ministerstwa... Jest coś, o czym powinienem wiedzieć? - Jego głos momentalnie stał się wręcz lodowaty. Chłodnym spojrzeniem zmierzył dziewczynę, opierając się o najbliższą szafkę niby niedbale.

    nieufny brat, który końcówkę pisał na telefonie i szczerze ufa, że nie ma tam za wiele błędów

    OdpowiedzUsuń
  26. Gdy wbiegli do cuchnącej gnijącym ciałem bazyliszka komnaty, Albus niemalże zatoczył się od smrodu. Czuł, że to, co zjadł na kolacji, podchodzi mu do gardła. Obejrzał się za siebie, napotykając na wielkie, błyszczące ślepia, co wcale nie poprawiło sytuacji. Zakrył wolną dłonią usta i nos oraz zmrużył załzawione oczy. Spojrzał na cielsko bestii, którą niegdyś pokonał jego ojciec. Miał wtedy dwanaście lat… Albus przełknął ślinę, orientując się, że przemawia przez niego respekt dla Harry’ego Pottera. Nie chciał podziwiać swego rodzica tak samo, jak cała masa czarodziejów. Po prostu nie chciał, już dawno założył sobie, że Harry Potter zostanie dla niego zwykłym aurorem ze swoimi problemami. I nie zawsze dobrym ojcem.
    A zaraz potem pomyślał o tym, jak potężny musiał być Voldemort, skoro obudził coś takiego… Był w stanie zawładnąć stworzeniem, które teraz leżało przed nimi. Żołądek Albusa zwinął się w supeł i nie był pewien, czy było to spowodowane coraz silniejszym smrodem, czy dziwnego rodzaju podziwem dla Tego, Którego Imienia Nie Wolno Wymawiać. Zacisnął zęby, po czym zerknął na Addison. Nie był pewien, czy zrozumiałaby to, co czuł. Mimo wszystko z jakiegoś powodu trafiła do innego domu niż Slytherin. Z jakiegoś powodu wyłamała się z pochłoniętej obsesją rodziny i stała przed nim, taka niewinna i zwykła, jak każdy inny uczeń Hogwartu.
    Nie dla niego. Nie była wcale zwykła.
    Intruzi! – głos węża rozległ się echem po wielkim pomieszczeniu, zadudnił chłopakowi w uszach tak głośno, że Ślizgon aż się skulił. Włoski na całym ciele stanęły mu dęba. Panika przemawiała przez każdą komórkę w organizmie chłopaka. Serce zdawało się pompować do żył adrenalinę, nie krew. Przełknął ślinę, nie mając pojęcia, co robić.
    – To już jest obrzyd… – mruknął, jednak widząc, co Addie wyprawia z cielskiem bazyliszka, wybałuszył oczy. – Popierdoliło cię do reszty, tak?
    Spojrzał za siebie. Kolejna bestia zbliżała się do nich w zatrważająco powolnym tempie. Czuł się niczym zaszczute zwierzę przyparte do muru i niemające drogi ucieczki. Łzy zbierające się w oczach Pottera przybrały na sile, gdy Addie przekroiła gnijące mięso węża. Zakrztusił się okropnym odorem i pokręcił głową, próbując powiedzieć dziewczynie, że nie da rady, ale miał wrażenie, że gdy tylko otworzy usta, cała zawartość jego żołądka wyląduje na podłodze.
    Stał przez kilka sekund w miejscu, kiedy Addison zniknęła we wnętrzu zwierzęcia. Nie dowierzał. Miał ochotę wyjąć różdżkę i próbować zwalczyć bestię, jednak uderzyła w niego świadomość, że nie dałby rady. Jego ojciec pokonał prawdziwego bazyliszka, podczas gdy on nie umiał poradzić sobie z marną podróbką stworzoną w celu odgonienia intruzów. Strach zżerał go od środka, wypalał wielką dziurę w poczuciu własnej wartości i siły.
    I nim się obejrzał, prześlizgnął się przez gnijące mięśnie martwego węża. Zaraz jednak tego pożałował, bo zgiął się w pół, próbując opanować torsje. Zatkał sobie nos, jednak niewiele to dało. Spojrzał na resztki pokarmu bazyliszka chrzęszczące im pod stopami i zrobiło mu się jeszcze gorzej. Nawet się nie obejrzał, a udko z kurczaka zjedzone niechętnie na uroczystej kolacji wylądowała w postaci papki na śliskiej powierzchni, po której stąpali. Łzy kapały Albusowi z oczu, gdy jego ciało zbuntowało się do tego stopnia, że zwymiotował praktycznie wszystko.
    – Addie… – wychrypiał. – Nie wyczuje nas, wyjdźmy stąd.
    Kręciło mu się w głowie. Odór był nie do zniesienia, a produkty procesów gnilnych stanowiły zdecydowanie zbyt dużego przeciwnika dla ciała Ślizgona. Nawet nie wiedział, że jego żołądek jest tak wrażliwy. Ignorując zaprzeczenia Puchonki, wyszedł na zewnątrz, wciąż jednak trzymając się blisko cielska.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Wielki wąż krążył po Komnacie Tajemnic, raz po raz wystawiając długi język i starając się znaleźć dwoje intruzów. Nie ma sensu się ukrywać, więc po prostu wyjdźcie – w głosie zwierzęcia można było usłyszeć swego rodzaju rozbawienie i niekrytą wyższość. Albus starał się opanować drżenie i wciąż targającą nim chęć ponownego zwymiotowania. Wolnym krokiem zaczął sunąć po podłodze, przesuwając się w stronę szerokiego korytarza z rzeźbami po bokach – doskonale wiedział, że prowadzi on do wyjścia.

      Albusek rzygusek

      Usuń
  27. Od smrodu bolała go głowa. Przełknął ślinę, obserwując sunącego po podłodze komnaty wielkiego węża, który raz po raz zbliżał się do nich na niebezpieczną odległość. Jednocześnie próbował wyprowadzić ich na zewnątrz, choć miał co do tego pomysłu coraz większe wątpliwości. Jego pusty już żołądek wciąż był ściśnięty w ciasny supeł, a gula w gardle powiększała się za każdym razem, kiedy głowa zwierzęcia zastygała nad nim i Addie. Wąż co chwilę wystawiał język, próbując wykryć intruzów, powtarzał, że i tak się nie ukryją. Słyszę was – szepnął pogardliwie, sprawiając, że Albusowi zjeżyły się włosy na karku.
    Starał się ignorować trajkotanie Addie, jednak w końcu odwrócił się i spojrzał na nią z niekrytą wściekłością.
    – Jak się nie zamkniesz, to na pewno wylądujemy w kolejnym żołądku, tego chcesz? – szepnął przez zaciśnięte zęby. – Jakoś teraz, jak potrzebujesz, to ci wężoustość nie przeszkadza – warknął.
    Był zdenerwowany, przestraszony, a w dodatku wciąż czuł smak wymiotów na języku. Dopiero po kilku sekundach zdał sobie sprawę z tego, co powiedział. Może w głębi serca jednak był zły i miał jakiś żal do Addie za to, że go zostawiła, poznawszy sekret, który tak bardzo chciała znać. Bywało tak, że Albus czuł się przeklęty. Dlatego utrzymywał swoją umiejętność w tajemnicy przed wszystkimi. To samo robiła jego rodzina. I nie był pewien, czy ta cała otoczka stanowiła wynik wstydu Potterów, czy naprawdę próbowali chronić go przed wielką medialną burzą i nienawiścią płynącej od większości świata czarodziejów. Tacy jak on nie mieli przyszłości, nie mieli zbyt wielu przyjaciół.
    Nie zdążył dodać żadnych słów wyjaśnienia czy przeprosin, bo wąż otoczył zwinięte truchło bazyliszka i teraz zwrócił się pyskiem prosto do nich. Żółte ślepia bestii patrzyły na nich uważnie.
    Naprawdę sądziliście, że cokolwiek wam to da? – Albusowi zaszumiało w uszach. Jego serce biło jak oszalałe, a drżące ręce starały się wymacać różdżkę. Zwierzę było rozumne niczym człowiek, pokręciło głową z dezaprobatą. A może to tylko Potter to widział?
    Trafiliśmy tu przypadkiem – odparł, uważnie obserwując każdy ruch bestii.
    Sunął powoli w stronę korytarza, zastanawiając się, jak przeskoczą przez ogromne cielsko zwierzęcia. Byli niczym w zagrodzie dla owiec, nie mieli żadnej drogi ucieczki. Pułapka, w jaką wpadli, zdawała się być wyjęta z najgorszego koszmaru. Chłopak starał się opanować przyspieszony oddech i chęć rzucenia się do ucieczki. Instynkt mówił mu, że powinien zwiewać najdalej, jak się tylko dało, jednak umysł co chwilę przypominał, iż nie ma żadnej drogi ucieczki.
    Wąż kłapnął pyskiem tuż przed twarzami Ala i Addison, a następnie wysunął język i pomachał nim kilka centymetrów od ich twarzy. Potter wiele nie myślał. Znów pociągnął przyjaciółkę za rękę, z jakiegoś powodu sprawiając, że ta krzyknęła rozpaczliwie i zaszlochała. Nie wiedział, że aż tak się bała, choć brzmiało mu to bardziej na okrzyk bólu. Trzymał różdżkę w gotowości, mając zamiar po prostu wysadzić lub wyciąć zaklęciem dziurę w cielsku węża, jednak nagle stracił grunt pod nogami.
    Wrzasnął, gdy zorientował się, że spada. Otoczyła go ciemność, a zaraz potem runął z łoskotem na twardą powierzchnię, obijając sobie żebra i uderzając w i tak już obolałą głowę. Zakrztusił się chmurami kurzu, które wzniosły się wokół niego oraz Puchonki leżącej tuż obok. Jęczała z bólu i miał wrażenie, że niemalże zanosiła się płaczem.
    – Addie? – wyciągnął rękę, próbując znaleźć ją we wszechogarniających ciemnościach, ale w tym momencie rozpaliły się pochodnie wiszące w równych odległościach od siebie na ścianach.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Znajdowali się w kwadratowej, ogromnej sali o niskim sklepieniu. Wyglądała jak lochy i prawdopodobnie kiedyś nimi była, bo oprócz pochodni w ścianach znajdowały się okratowane wejścia do niewielkich cel. Albus był pewien, że w oczy rzucił mu się jeden szkielet, choć nie miał czasu się nad tym zastanawiać, gdyż ujrzał wielką ranę na ramieniu Addison.
      – Cholera jasna, Addie, co to jest?! – spytał, podrywając się z podłogi i przysuwając się do przyjaciółki.
      Wypalona skóra na ramieniu Puchonki zdawała się wrzeć. Al bez ostrzeżenia zdarł rękaw z szaty dziewczyny. Żołądek podskoczył mu do gardła, kiedy odkrył, że rana stopniowo powiększała swoją powierzchnię, milimetr po milimetrze pożerając bladą rękę Hallaway.
      Popatrzył jej w oczy, odgarniając włosy z twarzy przyjaciółki. Była bladozielona i wyglądała, jakby zaraz miała zemdleć. Podtrzymał delikatnie jej brodę, próbując zwrócić jej uwagę i zmusić ją, aby spojrzała mu w twarz.
      – Ej, nie mdlej mi tutaj. Co się stało, kiedy ty to… – Był zdezorientowany.
      I czuł się winny, że nawet nie zauważył, iż Addie coś sobie zrobiła.

      Albus, który niedługo pobawi się w małego chirurga

      Usuń
  28. [Dziękuję! No wątek musi być i będzie! Zaraz zobaczymy jak bardzo szalony nam wyjdzie :) Jakieś pomysły?]
    Phil

    OdpowiedzUsuń
  29. [dziękuję za bardzo, bardzo miłe słowa, podnoszące samoocenę. <3 Twoja karta jest taka super, że ja również nie mogłam się naczytać. po prostu wow.
    dziękuję, mam nadzieję, że wytrwam. :)]

    Delilah Rottley.

    OdpowiedzUsuń
  30. Wiedział, że jej zachowanie jest wynikiem tego, jak sam zareagował na niespodziewany list. Mimo wszystko oschłość Addison w jakiś sposób go zabolała. Był po prostu w szoku. Chłód w jego głosie, nagłe spięcie – to wszystko było wynikiem totalnego zaskoczenia. W końcu o jej problemach dowiedział się jedynie tyle, ile podsłuchał z rozmowy George’a i Verity. Przecież powinna mu to wszystko powiedzieć sama, od tego zacząć. Jako osoba, która znienacka się do niego wprowadza. Jako ktoś, kto ot tak ma zmienić jego codzienne życie. Jako jego siostra. Jakkolwiek skomplikowana nie była ich relacja.
    Przeczesał nerwowo włosy, zbywając jej odpowiedź milczeniem. Próbował się uspokoić. List z Ministerstwa w jej wypadku raczej nie mógł oznaczać niczego dobrego. Nie miał pojęcia, czego się spodziewać. Uczucie, które go opanowało, nie przypominało niczego, co dotąd czuł. Uścisk w żołądku i gula w gardle były czymś nowym, nieznanym. Może i przez całe życie był egoistycznym dupkiem, teraz jednak martwił się. Fala niepokoju, która zdawała się go zalewać nie miała jednak niczego wspólnego z jego tyłkiem. Obawiał się tego, że to Addie może się coś stać. Wpatrywał się w jej plecy ze skupieniem, niepewnie pocierając kark. Nie miał pojęcia, czego się spodziewać.
    Przygryzł wnętrze policzka, niepewnie przejmując list. Nim go przeczytał, spojrzeniem uważnie zlustrował Hallaway. Nie tylko ona potrafiła czytać ludzi. Zabini może nie był specjalistą, ale w postawie Addie dostrzegł bez większego trudu dostrzegł ogrom ukrywanych przez nią emocji. Wzrokiem pobieżnie przeleciał treść pisma, mimowolnie wpadając w coraz większy popłoch. Ten dzień zdawał się być najdziwniejszym i najbardziej opływającym w skomplikowane wydarzenia mieszające w jego głowie oraz życiu od kiedy dostał pracę u Weasleyów. A nie oszukując się, dużo się w tym czasie zdążyło zdarzyć. Zastanawiał się, co mogło ściągnąć Damiena do prawdopodobnie najlepiej strzeżonego obecnie miejsca na kontynencie. Z tego, co zdążył usłyszeć od szefa, rezydencja Hallawayów była obserwowana stale, dwadzieścia cztery godziny na dobę.
    – Mam robić za opiekuna? – Uniósł lekko brew, niepewnie oddając jej list.
    Z wahaniem ruszył z powrotem w kierunku kanapy. Musiał się zastanowić. To wszystko było niesamowicie przytłaczające, za dużo działo się na raz. Rozsiadł się wygodnie i zerknął na dziewczynę. Wydawała się okropnie spięta, prawie że zaszczuta. Prawie wcale nie przypominała tej arystokratki, z którą próbował odgrywać ku uciesze matki parę. Nie wyglądała na tą, z którą udało mu się przyłapać ojca na zdradzie. Brakowało w niej dawnej radości, którą jeszcze kilka chwil temu wypełniała po brzegi małe mieszkanie.
    – Siadaj tu i masz mi opowiedzieć wszystko. Skoro mam się tam pojawić z tobą, nie chcę wyjść na kogoś, kto nie ma o wszystkim pojęcia. – Chwycił kubek i nieco nerwowo upił łyk obrzydliwej herbaty. – Tylko nie myśl, że robię to dla ciebie. Mojej matce przyda się nauczka. Pora, żeby to wyszło na jaw. – Wzruszył ramionami, zerkając na nią beznamiętnie.
    Znów grał. Nie chciał się przyznać, że sytuacja jego siostry w jakikolwiek sposób go ruszyła. Chciał uchodzić za arystokratycznego dupka w jej oczach. Bo tak było łatwiej.

    mięknący braciszek chowający się w skorupce dupka ♡

    OdpowiedzUsuń
  31. [Coś mi właśnie podpowiadało, że i tak weźmiesz Arsellusa, ale odkąd Ars wskoczył na pozycję Przewodniczącego KZWP to z biegiem czasu jego charakter samoistnie się rozmył, choć trafniej można, by to nazwać tym, że do pewnych kwestii zyskał spojrzenie z nieco innej perspektywy. Wynika to w pewnej mierze z tego, że swojego czasu jego zastępcą była pewna półkrwi Gryfonka, w tym miejscu podupadło ucinanie znajomości na podstawie filozofii krwi. Owszem, w dalszym ciągu ma ją na uwadze, ale nie oddziałuje na niego w taki sam sposób jak wcześniej. W ten sposób zmierzam do tego, że on już nie nienawidzi Puchonów, a po prostu przeszło to w lżejszą formę – niechęć. Możemy jednak podtrzymać to, że wtedy jeszcze był na pierwszym etapie i obecność Addison działałaby mu skutecznie na system nerwowy. Po tym jak Addie zrezygnowałaby z zajęć – zapewne konieczność przebywania w jednym miejscu i spędzanie ze sobą czasu w KZWP przeszłoby do przeszłości, a tym samym ich znajomość, by się urwała. Wątpię, że któreś z nich chciałoby utrzymywać ze sobą kontakt, jeśli darli przysłowiowe koty. Chyba że… no właśnie tutaj ryzykujemy tym, że rywalizują na Zaklęciach i urokach u Winrose’a, a stamtąd przeniosło się to z czasem na wszystko inne. Co do wykorzystania konwencji frenemies ostateczną decyzję zostawię Tobie, bo masz na to konkretny zamysł, więc łatwiej będzie Ci to ocenić, wiedząc, że obecnie stosunek Arsa względem wielu kwestii jest mniej lub bardziej odmienny niż było to pierwotnie. Motyw z braćmi Addison wykorzystałabym w nieco inny sposób – widzisz, Arsellus jest taką osobą, której zainteresowanie i wiedza z Zaklęć i uroków wykracza poza tę wykładaną na zajęciach. On od zawsze chce zostać Twórcą Zaklęć, a samo zainteresowanie czarną magią zrodziło się ze zwykłej ciekawości. Co Ty na to, aby to bracia Addie podsuwali mu w tylko sobie znanych celach te pierwsze informacje, nawet w formie zagadek? W taki sposób zyskujemy coś co bardziej odpowiada mi kanonowi tej postaci – ciekawość wygrała i przez ten czynnik sam przekroczył pewną granicę, od której nie można się już, ot tak cofnąć c:]

    Ars

    OdpowiedzUsuń
  32. Wpatrywał się w nią, z uwagą obserwując jej wybuch. O tyle, o ile o pierwszych dwóch sprawach wiedział, o tyle trzecia była dla niego sporym szokiem. Dziwka Mrocznych?! Przygryzł wnętrze policzka, powstrzymując się przed dopytaniem o szczegóły. Nieprzyjemne uczucie rozlało mu się po piersi, gryząc go od środka. Jak ktoś śmiał...? Zacisnął dłonie mocniej na kubku, nie spuszczając wzroku z Addison. George wspominał, że dziewczyna ma teraz ciężko w szkole, że jest nękana. Zab jednak nigdy nie spodziewałby się, że mogłoby to pójść w takim kierunku.
    Gdzieś zaświtało mu, że jako starszy brat powinien ją teraz jakoś wesprzeć. Nie mógł się jednak zdobyć na żaden gest, nie wiedział, jak ma się wobec niej zachowywać. Miał wrażenie, że między nimi stoi swojego rodzaju bariera – może jeszcze ta, która pojawiła się, gdy ich rodzice usiłowali ich ze sobą połączyć. A może chodziło o maskę, którą wciągnął na twarz. Egoistyczny, bezuczuciowy dupek. Zachowywanie się w jakikolwiek inny sposób wobec Hallaway wydawało mu się... dziwne.
    Westchnął cicho i odstawił kubek na stolik, by zaraz założyć ręce za głowę, zamknąć oczy i zacisnąć usta. Musiał się zastanowić. Tego dnia wszystko działo się tak szybko. Sytuacja była zdecydowanie niecodzienna, a cały dzień – pełen niespodzianek – zdążył zmęczyć byłego Ślizgona. Przymknął oczy i zaczął dokładnie analizować słowa dziewczyny.
    – Doszły mnie słuchy o twojej nieciekawej sytuacji... Daj mi to wszystko przemyśleć, dobra? Opowiesz mi wszystko dokładnie i… pomyślę, co z tym wszystkim zrobić – westchnął, zerkając na nią z wahaniem. – Co konkretnie mnie czeka? Czego mam się spodziewać?
    I co z tego będę mieć? – wyuczona kwestia typowego arystokraty przeleciała mu przez głowę. Zdążył jednak zacisnąć wargi, by ta się nie wydostała. Mimo wszystko się zmienił, a poza tym nawet on umiał czasem dostrzec pewne granice. Addison zdecydowanie potrzebowała pomocy, a nie idiotycznych, wbijanych do głowy od małego, gadek. Dodatkowo domyślał się, że dziewczyna musi być zmęczona. On sam padał na twarz po pracy, a rewelacje tego dnia dodatkowo go dobiły.
    – …albo wiesz co? Zostawmy tę rozmowę na jutro. Pomożesz mi w sklepie? Mamy mieć dostawę. Nie powinno być za wiele ludzi, także im szybciej się z tym uwiniemy, tym szybciej porozmawiamy. – Wzruszył ramionami, po czym sięgnął po kubek i dopił swoją herbatę. – Dziś możesz spać na łóżku. Niech stracę, prześpię się na kanapie.
    W zasadzie nie potrafił powiedzieć, dlaczego mimo trzymania się postawy dupka, z taką łatwością oddał jej swoje łóżko. Może główną rolę grało tu to, co usłyszał od George’a, a może to co sama dotąd mu powiedziała. Może obudził się w nim jakiś opiekuńczy instynkt, może samo zachowanie Hallaway dało mu do myślenia. A może po prostu był zbyt zmęczony na jakiekolwiek kłótnie.
    – Będziesz potrzebować łazienki? Mam zamiar wziąć porządny gorący prysznic, więc trochę mi to zajmie... – Podniósł się leniwie i przeciągnął, rzucając w jej kierunku lekki uśmiech. – Rozmowa nas nie ominie, będziesz musiała opowiedzieć mi wszystko, jasne? A tymczasem... muszę odpocząć. Ty pewnie też jesteś wykończona.

    troskliwiec łaskawie oddający łóżko

    OdpowiedzUsuń
  33. Ciepła woda spływała po nim strumieniami, zmywając zmęczenie, sklepowy kurz i rozluźniając napięte mięśnie. Mimo wszystko prysznic zdawał się nie przynosić tak oczekiwanej ulgi. Przez głowę Zabiniego przepływały miliony myśli, nie potrafił się na żadnej konkretnie skupić. Nie miał pojęcia, czy nie zgodził się pochopnie, czy przyjęcie Addison pod swój dach było rozsądne, czy nie narażał w ten sposób siebie czy Weasleyów. Chciał jej pomóc, ale wszystko wydawało się tak pogmatwane, że nie wiedział od czego zacząć. Próbował ułożyć sobie plan pytań, które zada dziewczynie następnego dnia, ale nawet na tym nie potrafił skupić całej uwagi.
    Przed oczami co chwilę stawał mu obraz wybuchającej ze złością siostry, mówiącej o próbie gwałtu. Jej czerwonych policzków, dłoni przyciśniętych do twarzy, niespokojnego oddechu. Wizja ta była jednak zaraz zastępowana falą myśli dotyczących spokoju i rzeczowości Addison. Mimo tego, jak bardzo różniła się od członków rodów, wciąż miała w sobie coś z niego, coś z arystokratycznego kameleona. Była jednak o wiele bardziej impulsywna, szczera i prawdziwa niż oni wszyscy. Była taka, jaki gdzieś w głębi siebie chciał być i Zab.
    Pośród jego myśli przebił się ostry ton Addie i gniewne spojrzenie, które posłała mu, gdy wspomniał o tym, że co nieco wie o jej kłopotach. Nie mógł przecież zdradzić dziewczynie, że George rozmawiał o niej z Verity i że sam Chris pozwolił sobie nieco z tej dyskusji podsłuchać. Nie wyobrażał sobie jednak nawet, co by było, gdyby powiedział jej, że tak gdzieś usłyszał. Widział jej strach i nie chciał go pogłębiać. Był pewien, że wprowadziłby niepotrzebny popłoch w jej i tak skomplikowane obecnie życie.
    Z cichym westchnieniem zakręcił wodę i złapał ręcznik, by nieco niedbale się nim wytrzeć. Dłonią niedbale roztrzepał włosy, zerkając w lustro. Jedno było niezaprzeczalne, chociaż dotarło to do niego dopiero teraz. Mieli takie podobne oczy. Westchnął cicho i z przyzwyczajenia ruszył ku drzwiom. Zatrzymał się z dłonią na klamce, cicho przeklinając pod nosem. Kiedy mieszkał sam, nie musiał się niczym przejmować, teraz jednak miał dzielić lokum z dziewczyną, co oznaczało zdecydowaną zmianę nawyków takich jak chociażby spanie nago. Nie przemyślał tego wcześniej. Idąc do łazienki nie poświęcił nawet sekundy na krótkie spojrzenie w stronę szafy. Nie zastanowił się nad piżamą – których de facto nie miał – czy nawet chociażby nad bielizną. Poszedł tak jak stał, jakby w jego codzienności nie miała zajść żadna zmiana.
    Z niezadowolonym westchnieniem okręcił ręcznik wokół bioder, wziął głęboki oddech i wyszedł z łazienki, bosymi stopami lekko tupiąc po podłodze. Nieco niepewnym wzrokiem omiótł kanapę, na której Puchonka zwinęła się z kocykiem. Podrapał się po karku i ruszył wprost do szafki, w której trzymał bieliznę. Nie zdążył przyjrzeć się nawet jej minie, szybko schylił się do odpowiedniej szuflady. Kiedy się wyprostował, na jego ustach gościł beztroski uśmiech, jakby wcale nie stał przed przyrodnią siostrą wciąż mokry po prysznicu, jedynie w samym ręczniku.
    – Wiesz, nie spodziewałem się gości – rzucił, wzruszając ramionami. Zaraz jednak pokręcił głową, stwierdzając, że nie musi się jej tłumaczyć z tego, w czym śpi. – Zimno ci…? – Zmarszczył brwi. – Zaraz znajdę dla ciebie pościel. Kołdra jest zdecydowanie cieplejsza niż ten koc. – Kiwnął głową i zaraz ruszył do łazienki, żeby założyć chociaż te bokserki.

    niby praktycznie bezwstydny, ale jednak mu głupio

    OdpowiedzUsuń
  34. Spanie na kanapie okazało się całkiem niezłe. Kiedy wybierał wyposażenie mieszkania, co prawda nie zwracał przesadnie uwagi na wygodę mebli, jednak udało mu się dobrze trafić. Zwykle wszystko przychodziło mu bez większych trudności, nie musiał się nawet specjalnie starać. Całą noc przespał jak kamień. Był tak wykończony poprzednim dniem, wszystkimi rewelacjami, które do niego dotarły, że padł jak zabity, gdy tylko przyłożył głowę do poduszki. Kolejny dzień nie zapowiadał się o wiele łatwiej, głęboki sen był mu więc potrzebny.
    Obudził go dopiero zapach kawy i stukot sztućców o naczynia. Niechętnie uchylił jedną powiekę, a kiedy zobaczył krzątającą się po kuchni dziewczynę, dłuższą chwilę musiał zastanowić się, co się właściwie dzieje. Wciąż zaspany przysiadł przy stole, przetarł oczy i wbił wzrok w przygotowane przez Addison śniadanie. Musiał przyznać, że był totalnie zaskoczony. Poprzedniego wieczoru nie wydawała się chętna, by mu gotować – a tu taka niespodzianka z samego rana.
    – Jesteś tą samą Addie czy ktoś cię podmienił? Dzięki… – Rzucił jej nieco podejrzliwe spojrzenie, uśmiechając się krzywo pod nosem i niepewnie biorąc się za tosta. – Jak ci się spało?
    Jeśli mieszkanie z Hallaway miało wyglądać tak codziennie, był coraz bardziej dumny ze swojej decyzji. Tosty były pyszne, a rozmowa nad nimi wydawała się w miarę kleić. Wyznawał starą dobrą zasadę babci – trudne tematy po śniadaniu, więc nie zadręczał jej tymczasowo ciężkimi pytaniami. Po chwili przysunął do siebie talerz jajecznicy i zabrał się do jedzenia. Przegryzł kęs, a na jego twarzy odbiły się wszelkie odczucia, które ten kęs mu zapewnił: zadowolenie z doskonałego smaku dobrze przyrządzonej jajecznicy, podejrzenie związane z dziwnie chrupką kiełbaską, zaskoczenie, kiedy odczuwany smak diametralnie się zmienił, irytacja, gdy rozpoznał w tym posmaku produkt z Dowcipów Weasleyów i bez wahania odkrył winnego.
    – Addison, co to do cholery jasnej ma być?! – sapnął, zrywając się z miejsca i pędząc do łazienki.
    Ostatnimi czasy Frykasy dzięki małemu projektowi George’a i Chrisa zyskały o wiele intensywniejszy smak. Podeszwy do butów wraz z rzygowinami i brudem zza paznokci niestety odcinały się od cudownego smaku ciepłej jajecznicy. Słyszał śmiech dziewczyny, kiedy płukał usta, próbując pozbyć się ohydnego posmaku. Z jednej strony nieco mu ulżyło, że w blondynce wciąż jest coś zupełnie beztroskiego, chęć przekomarzania się i zabawy… z drugiej jednak bycie obiektem czyichś żartów nigdy nie było przyjemne. Z irytacją otarł usta i zerknął w lustro. Uniósł brew, zauważając rysunki na swojej twarzy, po czym warknął pod nosem z niezadowoleniem.
    – ADDISON?! – huknął, zaciskając dłonie na umywalce. – Jak ja niby z tym na twarzy mam obsługiwać klientów? Na Merlina! – burknął, próbując zmyć ślady markera ze skóry, trąc ją ze zdenerwowaniem. – Chciałaś wojny?! To ją będziesz miała!
    Mała diablica. Wpuścił ją do swojego mieszkania, ustąpił łóżka… a ta wyskoczyła mu z takim psikusem. W jego głowie pojawiło się kilka możliwych planów zemsty i miał zamiar wykorzystać je wszystkie, nie oszczędzając Addie. Co z tego, że była jego siostrą?

    wkurzony Zab z penisem na czole

    OdpowiedzUsuń
  35. Uniósł brew, ściskając jej dłoń. Sama chciała tej wojny. Miał w zanadrzu całkiem sporo gadżetów, których nie pokazywał George’owi, nie były póki co dostępne w sprzedaży, których jeszcze nie zdążył nawet podsunąć Lucy do przetestowania – a tu proszę, nadarzała mu się okazja, by wypróbować je na nowej współlokatorce. Mógł potem bez przeszkód pokazać szefowi Addison jako dowód na to, że jego nowe pomysły działają. Uśmiechnął się pod nosem chytrze, odprowadzając wzrokiem siostrę. Wyglądała o wiele lepiej niż poprzedniego wieczoru. Cienie pod oczami wciąż były widoczne i był prawie że pewien, że nie była to wina łóżka – w końcu było tak wygodne. W jej postawie jednak było coś zupełnie innego niż przy ich wczorajszej rozmowie. Wydawała się bardziej przypominać dawną wesołą, pełną radości, tak bardzo irytującą Puchonkę niż kupkę nieszczęścia wybuchającą niespodziewanie, która wczoraj siedziała na jego kanapie.
    Postukał palcami w umywalkę, obserwując w lustrze penisa tańczącego na jego czole. Rysunek wyginał się na wszystkie strony, prężąc się co chwilę dumnie. Kojarzył te magiczne markery. Znalezienie antymarkera graniczyło z cudem, skoro nie miał zielonego pojęcia, jakim urządziła go Addison. Pokręcił jedynie głową, przywołał na usta firmowy uśmiech i przejrzał się w lustrze jeszcze raz. Będzie musiał jakoś sprytnie się tłumaczyć z tego dość niepoważnego żartu klientom.
    – Mam nadzieję, że pamiętasz, że dziś pomagasz w Dowcipach? – rzucił spokojnie, jak gdyby te kilka minionych minut wcale nie miało miejsca. Naprawdę szybko potrafił zmieniać maski. Wydawało się, że po jego wybuchu nie ma już śladu, że ten wcale się nie wydarzył, że Zabini nie stracił nad sobą panowania nawet na parę sekund. – Czeka nas naprawdę cudowny dzień – rzucił nieco zgryźliwie pod nosem, ruszając do szafy po ubrania.
    Kilkanaście minut później praktycznie gotowy stanął znów przed stołem, nieufnie przyglądając się już chłodnemu śniadaniu. Z wahaniem chwycił kolejnego Tosta, by zaraz nieco nieufnie go ugryźć. Podejrzliwie spojrzał na jajecznicę i westchnął z irytacją. Sama jajecznica była przepyszna, ale Okropne Frykasy Birdfly’a zamiast porządnych kiełbasek odebrały mu na nią apetyt, chociaż w głębi duszy był wielkim wielbicielem jajecznicy. Chwycił kubek kawy i powąchał go uważnie, marszcząc brwi.
    – Co dodałaś do kawy, mała spryciulo? – mruknął, zerkając na dziewczynę z lekkim rozbawieniem.
    W sumie wizja bitwy na psikusy wydawała się elektryzująca. Od jakiegoś czasu jego życie w Hogsmeade zaczynało robić się nieco nudne. Codzienna rutyna pożerała jego dawny zapał, a opcja wycinania numerów i testowania swoich własnych wynalazków na współlokatorce zdawała się dodać kolorów, rozbić szarą monotonię nadchodzących dni. Odstawił kubek z podejrzaną kawą do zlewu, poprawił kołnierzyk koszuli i rzucił Addie pytające spojrzenie. Sam był gotów zejść już na dół do sklepu i przygotować go do otwarcia. Nie czekając na jej odpowiedź ruszył po schodom i już zaraz znalazł się na zapleczu sklepu, z przyjemnością wdychając zapach będący mieszanką magii, kurzu i drewna. Kochał to miejsce.
    Dzień mijał wyjątkowo szybko. Verity załatwiła dość dużą dostawę gadżetów ze względu na powoli zbliżającą się Gwiazdkę, więc mieli sporo towarów do rozstawienia i segregacji. Klientów nie było zbyt wiele, Zabini więc z każdym, kogo przyszło mu obsługiwać, bez większych problemów żartował na temat rysunków na własnej twarzy i tym sposobem zwiększył sprzedaż tego typu gadżetów.
    – Niezłą reklamę nam zrobiłaś – westchnął z rozbawieniem, opadając w połowie dnia na krzesło za ladą tuż obok niej. – Skoro już mamy większość rzeczy zaplanowanych na dziś odhaczoną… może zaczniesz mi opowiadać co i jak? – Podparł twarz pięścią i posłał jej ciekawski uśmiech.
    Doskonale wiedział, że w porze obiadowej sklep odwiedza wyjątkowo mało ludzi, uznał więc, że ten czas będzie idealny na rozpoczęcie poważnej rozmowy, która – jakby nie patrząc – ich czekała.

    może jednak trochę troskliwy brat

    OdpowiedzUsuń
  36. Powoli popijał kawę, uważnie jej słuchając. Lubił gorzkawy posmak w ustach, ciepło spływające mu przez gardło i samą świadomość tego, że napój bogów miał działanie pobudzające. Zdecydowanie potrzebował skupienia. Noc na kanapie może i nie była taka zła, jednak dzień w sklepie zdążył go nieco zmęczyć. Życie Addie obróciło się o 180 stopni. Z bogatej dziedziczki czystokrwistego rodu stała się zastraszoną dziewczyną z kufrem mieszczącym cały jej dobytek. Zabini wiedział dobrze, jak to jest. Ich rodzina dzięki sprytowi babki oczyściła się ze wszelkich podejrzeń tuż po zakończeniu wojny, chociaż Chris doskonale wiedział, że rodzice maczali palce w sprawach Mrocznych. Milczał jednak na ten temat i nie miał zamiaru ich wydawać, nawet jeśli prawie go wydziedziczyli. Rozumiał jej sytuację bardziej, niż mogła myśleć. Tylko w jego wypadku to własna matka praktycznie wyrzuciła go z domu i gdyby nie testament babki, zostałby bez niczego. A wobec dokumentu to on miał przejąć rodzinną rezydencję. W przyszłości.
    Dwukrotnie przeleciał wzrokiem list, dokładnie go analizując. Podniósł na nią spokojnie wzrok, upił łyk kawy i podrapał się po karku, dokładnie jej przypatrując. Nie miał pojęcia, czego będzie od niego wymagało zadanie prawnego opiekuna, ale kiedy widział ją w takim stanie, budziła się w nim ta drobna empatyczna część, która nie pozwalała przejść obojętnie obok problemu. Zwłaszcza, że w jakiś pokręcony sposób byli związani przez geny. Delikatny dotyk jej dłoni tylko utwierdził go w przekonaniu, że dziewczyna naprawdę potrzebuje pomocy. Nie miał dużo czasu do namysłu, ale też i niewiele go potrzebował.
    Już miał jej odpowiedzieć, kiedy ta nachyliła się w jego kierunku. Zmarszczył brwi, przez chwilę zupełnie nie rozumiejąc, o co chodzi. Zerknął w jej oczy nieco nieufnie, a jego serce na kilka sekund zgubiło rytm z zaskoczenia. Zaraz jednak uśmiechnął się nieco krzywo, kiedy dziewczyna zaczęła wodzić po jego twarzy antymarkerem. Przez te kilka chwil miał okazję dokładniej przyjrzeć się twarzy Hallaway, na której nagle odkrył kilka kolejnych podobieństw do własnego lustrzanego odbicia. Nie ma co, zdecydowanie zgarnęła dobre geny. Kącik jego ust lekko drżał, kiedy Puchonka odsunęła się dumna z siebie.
    – Dzięki. – Zmarszczył brwi i zaśmiał się cicho. – Ty też czasem jesteś nawet do zniesienia.
    Poprawił się na miejscu i wrócił do dopijania kawy, która zdążyła już praktycznie wystygnąć. Rozejrzał się po sklepie w zastanowieniu, mimowolnie stukając palcami o blat. Trochę się bał tego, co może spotkać ich na wzgórzu Mapleton. Jeśli Damien rzeczywiście znalazł sposób, by dotrzeć do domu Hallawayów mimo tego, że ten był stale strzeżony, nie wiadomo było, czego się spodziewać. Jeśli jakieś czarnomagiczne przedmioty w domu Hallawayów wzmogły aktywność – co właściwie dla niego to oznaczało…? Dopił kawę i zerknął na Addison, odstawiając kubek na ladę.
    – No dobra, Addie. Ufam ci i mam nadzieję, że to nie jest jakaś cholerna zasadzka. Czeka nas pewnie wieczór pełen wrażeń, co? – Rzucił jej niewesoły uśmiech, po czym wstał z krzesła, by odnieść naczynie do zlewu.
    Mijając dziewczynę żartobliwie trącił ją w ramię i drażniąc się z nią, poczochrał jej włosy. Czuł potrzebę rozluźnienia atmosfery. W Dowcipach Weasleyów rzadko kiedy robiło się tak poważnie, zwłaszcza w godzinach, w których sklep był otwarty. Co prawda na horyzoncie póki co nie było widać klientów, ale jednak zdecydowanie lepiej czuł się, widząc uśmiech na ustach Puchonki.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. – Denerwujesz się? – zapytał niby beztrosko, opierając się jak gdyby nigdy nic o ladę i nachylając delikatnie w jej stronę. – Co tak właściwie będziemy musieli tam zrobić? Czego mam się spodziewać? – Uniósł lekko brew, przechylając głowę i przyglądając jej się uważnie. Nigdy jeszcze nie był wzywany przez Ministerstwo w żadnym celu. Wszelkie takie rzeczy zawsze załatwiała u nich babcia… – Myślisz, że twój brat rzeczywiście się tam pojawi…? – Zagryzł wargę, mimowolnie splatając palce i ściskając je tak, że nieco zbielały mu kłykcie.
      Nie potrafił zapomnieć o tym, przez co Damien kazał przechodzić Fredowi. Zacisnął wargi, spoglądając z lekkim wyzwaniem prosto w oczy Addison. Wciąż świeża rana po ich wielkiej kłótni zdawała się znów zaczynać boleć. Nie chciał tym razem w żaden sposób urazić dziewczyny, ale myśl o jej bracie doprowadzała go do szaleństwa, chęci zemsty. Nie był w stanie zrozumieć, dlaczego ta stale jest w stanie go kochać i bronić. Zupełnie nie potrafił tego pojąć.

      nagle niepewny Zab

      Usuń
  37. Patrzył, jak ta się wycofuje. Widział w jej postawie ból i wyrzut. Kłótnia wciąż była między nimi żywą raną, wytworzyła barierę, której żadne z nich nie umiało zbytnio przekroczyć. Damien zdawał się być punktem zapalnym, wielką przeszkodą na drodze zbudowania w miarę sensownej relacji między przyrodnim rodzeństwem. Zacisnął wargi, słysząc jej chłodny ton. Jego ojciec pracował w Ministerstwie. Wciągnął jednak jedynie powietrze, powtarzając sobie w myślach, że powinien się uspokoić. Krew w jego żyłach już wrzała, już był gotowy do skoku, do bronienia urzędników ścigających Damiena, do wyrzucenia z siebie kolejny raz oskarżeń na temat brata Addison. Nie chciał jednak pogarszać i tak dość napiętej sytuacji między nimi, więc jedynie odprowadził ją wzrokiem, po czym zacisnął powieki, próbując się uspokoić. Zaraz z irytacją uderzył pięścią w ladę, warknął pod nosem, próbując odsunąć od siebie myśli o Hallawayu. Zupełnie nie potrafił zrozumieć, jak Addie może go bronić.
    Reszta dnia upłynęła w miarę spokojnie. Klientów nie było zbyt wielu, jednak na tyle dużo, że Zabini nie miał czasu za bardzo zastanawiać się nad tym, co czekało go wieczorem ani o prawie kłótni z siostrą. Z kolejnymi interesantami żartował, namawiał na kolejne przedmioty, zachwalał towary. Nawet w dość trudnych okolicznościach, na dodatek z blaknącym penisem na czole potrafił robić za doskonałego ekspedienta. Kupujący jak zwykle wychodzili obładowani torbami z logiem Dowcipów Weasleyów z zadowoleniem wypisanym wyraźnie na radosnych twarzach. Kiedy Zabini zamykał sklep zaklęciem, był dość zmęczony ciągłym wyginaniem warg w firmowy uśmiech. Potarł szczękę, rozglądając się po sklepie. Kiedy on obsługiwał, Addie kręciła się po pomieszczeniu, dostawiała towar i dbała o jego ustawienie, dzięki czemu teraz czekało go tylko szybkie zamiatanie.
    Kiedy w końcu dowlókł się na górę, uśmiechnął się z widocznym wahaniem do siostry, przeczesując ręką włosy. Stresował się. Ten wieczór był jedną wielką niewiadomą, a świadomość tego, że mają przy okazji ujawnić romans ich rodziców, wcale nie poprawiała jego humoru. Zaraz opadł na kanapę, której rano nawet nie zaścielił i zerknął na Addison.
    – Jak się podobał dzień w Dowcipach Weasleyów? – rzucił niezobowiązująco. Chciał jakoś rozluźnić atmosferę i zatuszować tę krótką wymianę zdań dotyczącą Damiena. Oboje byli wyraźnie spięci i zdenerwowani tym, co ich czekało. Nie wiedzieli przecież nawet, czego mają się spodziewać. W liście od Ministerstwa było mało informacji. – Verity cię tam nie zanudziła? – Wyszczerzył się. Widział, że kierowniczka sklepu kilkakrotnie opowiadała coś Puchonce z wielkim zaangażowaniem.
    Sielanka po pracy nie mogła jednak trwać wiecznie. Nie mieli zbyt wiele czasu, więc Zab zaraz podniósł się niechętnie z kanapy i podszedł do szafy, by wziąć z niej coś cieplejszego. Jakby nie było wieczory bywało dość chłodne, a nie wiedzieli, ile im zajmie spotkanie na wzgórzu. Narzucił na siebie bluzę i chwycił płaszcz, zaraz zerknął na Addie z zastanowieniem. Podszedł do niej powoli i wyciągnął w jej kierunku dłoń.
    – Teleportacja chyba będzie najszybsza, co?
    Wziął ją za rękę i delikatnie ścisnął, by zaraz z wahaniem spleść z nią palce. Zawsze bał się, że w łączonej zdarzy mu się w jakiś sposób zgubić osobę, z którą miał podróżować. Tym razem z pewnością nie mógł sobie na to pozwolić. Zerknął kątem oka na siostrę, rzucając jej nieme pytanie: „gotowa?”, po czym bez chwili zawahania chwycił różdżkę, w myślach przywołując obraz wzgórza, na którym mieli się stawić, ze wszystkimi szczegółami, które pamiętał.

    no to fru!

    OdpowiedzUsuń
  38. Buty ślizgały mu się na rozmokniętym gruncie, kiedy powoli schodzili ze wzgórza. Próbował asekurować Addie, ale sam miał problem z utrzymaniem równowagi. Chłód zdawał się przenikać przez warstwy ubrań i zimnymi podmuchami muskać skórę. Zagryzł wargę i z wahaniem zarzucił dziewczynie swój płaszcz na ramiona, posyłając jej ukradkiem cieplejszy uśmiech. Musieli grać dwójkę wyniosłych arystokratów, chociaż wiedzieli, że w sercach obojga jest o wiele więcej ciepła niż u reszty rodziny. Ścisnął dłoń blondynki nieco mocniej, kiedy stanęli naprzeciwko jej rodzinnej rezydencji. Zagryzł wargę i szybkim spojrzeniem omiótł budynek, w którym bywał wielokrotnie na uroczystych obiadach i bankietach. Teraz wyglądał przerażająco ponuro, kiedy nie płynęła z niego spokojna muzyka, gdy w oknach nie było widać przepychu, tańczących par i arystokratów jedzących finezyjne dania. Zabini zmrużył oczy, przyglądając się zaskoczonemu urzędnikowi. Przypominał mu teraz surykatkę, rozglądającą się za niebezpieczeństwem. Mimowolnie przyciągnął Addie nieco bliżej do siebie, kiedy mężczyzna potknął się i wylądował w błocie. Nagle uderzyła go dość nieprzyjemna myśl – czy nie było to dość lekkomyślne, że wyszedł do nich sam? Chris na jego miejscu bardziej zadbałby o swoje bezpieczeństwo. Jakby nie było, mieli do czynienia ze sprytnym czarodziejem, który z pewnością potrafił świetnie wykorzystać takie luki. Z zaskoczenia ze świstem wciągnął powietrze, kiedy zobaczył ciała aurorów i ich puste oczy wyrażające czyste przerażenie. Niepokój zaczął gryźć go w gardle. Od początku czuł, że to spotkanie może pójść w jakiś sposób nie po myśli Ministerstwa, nie spodziewał się jednak, że przy rezydencji Hallawayów może czekać na nich coś takiego.
    Nie podobała mu się opcja wejścia do środka budynku. Na zewnątrz mimo wszystko czuł się bezpieczniej i miał świadomość tego, że będąc na otwartym terenie teoretycznie w każdej chwili mogliby uciec. Przekroczenie progu oznaczałoby zamknięcie w klatce i odcięcie się od najprostszych dróg wycofania się. Mimo wszystko jednak bez większych protestów wraz z Addie ruszyli za urzędnikiem. Ciała leżące na trawniku wyglądały dość groteskowo, na dodatek wszędzie było potwornie ciemno. Kiedy zaklęcie śmignęło tuż przed rodzeństwem, Zabini przyciągnął siostrę jeszcze bliżej siebie i instynktownie wraz z nią przykucnął. Zbliżenie się do gruntu zawsze kojarzyło mu się z mugolskim sposobem uniknięcia pocisków, ale z własnego doświadczenia w Klubie Pojedynków wiedział, że wtedy jest ciężej trafić do przeciwnika.
    – Co się tu, na cholerne gacie Merlina, dzieje? – warknął retorycznie, bardziej sam do siebie niż w celu uzyskania odpowiedzi. Nachylił się do ucha blondynki, rozglądając się uważnie wokół nich, szukając osoby będącej źródłem śmiertelnej błyskawicy. – Ten płaszcz ma odbijać zaklęcia. Nie waż się go zdejmować, jasne? – burknął, wzrokiem stale próbując przejrzeć ciemność.
    Myślał, że będą uczestniczyć w jakiś sprawach aurorów, że będą mieli możliwość przyjrzeć się ich pracy. Spodziewał się raczej przesłuchania przy użyciu veritaserum, wypytywania o Damiena, prób wyciągnięcia od Addie informacji lub odgadnięcia, gdzie jej brat się ukrywa. Tymczasem wylądowali kilkadziesiąt metrów od wejścia do domu Addison otoczeni przez ciała martwych czarodziejów.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. – Jest jakaś szansa, że to sprawka Damienia. Nie zaprzeczaj – wycedził przez zęby, rozglądając się stale wokoło. – Miałaś rację, w Ministerstwie pracują idioci – westchnął rozdrażniony, próbując naprędce wymyślić jakiś sensowny plan. – Próbujemy przedostać się do środka, dzięki czemu może będziesz miała szansę zobaczyć brata czy zwijamy się stąd jak najszybciej? – Zerknął na nią, dosłownie na sekundę spuszczając wzrok z otoczenia. I tyle wystarczyło. Nagły ból w prawym ramieniu wyrwał z niego cichy jęk i nakazał instynktownie chwycić różdżkę mimo rwania w całej ręce. Nie wiedział, czego się spodziewać, starał się bez większego namysłu osłonić Addie swoim ciałem od strony, z której ruszyło w ich kierunku zaklęcie. – Czyli chyba jednak sobie porozmawiamy – warknął pod nosem, szukając pośród cieni ich przeciwnika.

      uhuhu dzieje się!

      Usuń
  39. Rana niemiłosiernie go piekła. Nawet nie chciał wiedzieć, jak to wygląda, jego wyobraźnia podsuwała mu niezbyt optymistyczne wizje podkręcane nieprzyjemnym odorem spalenizny. Serce waliło mu w piersi, czuł adrenalinę coraz szybciej pompowaną do krwiobiegu. Zapewnienia Addison niezbyt dodawały mu otuchy, wciąż miał ochotę rzucić się w jej kierunku z płaszczem. Nie powinna mu go oddawać. Nie mogła mieć przecież pewności, że za całością ataku stoi jej brat, a nie banda Mrocznych tylko czyhających na jej beztroską ufność. Zacisnął pięści, ignorując ból prawej ręki. Wzrokiem nerwowo odprowadził blondynkę, próbując kurczowo uchwycić się jej słów i uciszyć własne instynkty. Miał ochotę rzucić się natychmiast w kierunku, w którym ta poszła, przedrzeć się przez krzaki i udowodnić jej, że jej zachowanie było totalnie bezmyślne i skrajnie nieodpowiedziane. Nie mógł pozwolić, by coś się jej stało. Był w końcu jej przyrodnim bratem i obecnie robił za jej prawnego opiekuna. On, a nie Damien.
    Powoli, sycząc cicho z bólu, podniósł się na nogi. Najdrobniejszy ruch ramieniem sprawiał mu nieopisany ból, ale mimo wszystko wyciągnął dłoń z różdżką przed siebie i ruszył przed siebie. Zacisnął zęby, przedzierając się wytrwale przez krzaki. Przed oczami wciąż miał żywe spojrzenie dziewczyny pełne wiary, a na policzkach czuł dotyk jej chłodnych palców. Nie mógł pozwolić, by ktokolwiek coś jej zrobił. Czuł się za nią odpowiedzialny.
    Niepewnie wyjrzał między gałązkami, obserwując dwie osoby obejmujące się jak gdyby nigdy nic. Uderzyła go naturalność ich uścisku. Zmarszczył brwi, przyglądając się im. Damien nie wyglądał już tak imponująco jak dawniej na bankietach. Wyglądał na zmęczonego i zaniedbanego. Jego życie w ukryciu widocznie nie należało do najprzyjemniejszych. Zabini mocniej ścisnął różdżkę w dłoni i powoli postawił bezgłośnie kolejne dwa kroki, zbliżając się tym samym do rodzeństwa. Miał ochotę trzasnąć Hallawaya jakimś porządnym urokiem, jednak w jakiś sposób postawa Addie go przed tym powstrzymywała. Jej wiara w brata wydawała się być niezachwiana mimo świadomości ogromu zła jego czynów. W pewnym sensie ją podziwiał. Przejechał językiem po zębach, nasłuchując ich rozmowy. Chłodny wiatr niósł ich słowa, mimo że były zaledwie szeptem.
    – A ty na co zasłużyłeś, Damien? – warknął, podchodząc o kilka kolejnych kroków. Różdżkę trzymał w pogotowiu przed sobą, wzrok utkwił w mężczyźnie. – Wiesz, przez kogo na Addie spadł taki los? Wiesz, przez kogo straciła dom i dostęp do skrytki w Gringotcie? Nie jesteś głupi… zawsze miałem cię za inteligentnego. Bez problemu odpowiesz sobie na to pytanie, co? – Zmrużył oczy i nieco nerwowo oblizał górną wargę. Stał naprzeciwko jednego z najbardziej poszukiwanych przez Ministerstwo czarodziejów, któremu jakimś cudem jego przyrodnia siostra i obecna współlokatorka ufała bezgranicznie, mimo że ten chociażby kilka chwil wcześniej ugodził Zabiniego zaklęciem, dość poważnie go raniąc. Chris jakby nie patrzeć miał powody do niepewności i niepokoju. Zdecydowanie nie czuł się komfortowo, mimo że w Klubie Pojedynków zdecydowanie wiódł prym. – Po cholerę to wszystko? – warknął, lekko wzruszając ramionami i ignorując rwanie w prawej ręce.
    Patrzył wprost w oczy Damiena, czując coraz większy strach. Brat Addison napawał go nieprzyjemnym niepokojem, na dodatek rana dawała o sobie znać. Mimo wszystko stał na pewnych nogach, wyciągając przed siebie dłoń, w której dzierżył dumnie swoją cisową różdżkę.
    – Dasz jej kiedyś spokój? Czy ty i to co zrobiłeś będzie za nią chodzić do końca życia? – wycedził przez zęby, mierząc się z nim spojrzeniami.

    taki bohater czekający na ciosy :’)

    OdpowiedzUsuń
  40. Z autopsji wie, że tylko jeden na dziesięciu uczniów faktycznie przykłada się do nauki, chcąc wynieść jak najwięcej z wertowanego w danej chwili materiału. Pozostała dziewiątka dzieli się na trzy grupy, zwykle trzyosobowe, które przy pomocy różnych środków zmierzają do tego samego celu. Naucz się (albo nie), ściągaj (albo nie), nie ucz się wcale (bez żadnego albo) i w efekcie miej na tyle szczęścia, żeby z większym lub mniejszym wysiłkiem zaliczyć egzamin i oddać się temu, od czego przykre obowiązki, wbrew twojej woli, zdołały cię odciągnąć.
    Vincent zdaje sobie sprawę, że ma przeciwko sobie aż dziewięciu nastolatków, który w zależności od tego, czy domyślają się jego istnienia czy nie, nie patrzą lub nie patrzyliby przychylnym okiem na człowieka, któremu napisanie wyczerpującego referatu kojarzy się z mile spędzonym popołudniem. Powszechnie wiadomo, że wiedza może przynieść zdumiewające korzyści — ułatwić znalezienie pracy, pomóc w poszerzeniu magicznych praktyk, otworzyć oczy na wcześniej niewidziane aspekty — ale mimo całego przekroju dobrodziejstw, trudno jest pogodzić się z myślą, że wyuczenie się na pamięć ponad dwustu lat historii magii może dla kogoś nie być równoznaczne z byciem kozłem ofiarnym systemu oświaty.
    Sytuację prawdopodobnie ratowałaby przynależność do domu Roweny. Mądry, bo w końcu Krukon,rzecze się z niezbitą pewnością, taka kolej rzeczy. Nie wyklucza się, rzecz jasna, że inne domy nie pielęgnują cnót swoich podopiecznych, aczkolwiek schematyczny tok rozumowania nie omija nikogo. Odważni są Gryfoni, Ślizgoni z kolei wredni, a w Hufflepuffie można spotkać same niezdary, które od biedy trzeba było gdzieś umiejscowić. Automatycznie eliminuje się indywidualne cechy, przegrupowuje, uogólnia. Gdybyś był naprawdę inteligentny, na pewno trafiłabyś do Ravenclawu, mógłby zarzucić ktoś Vincetowi i wówczas Vincent, choć inteligentny, zwątpiłby w swój intelekt. Przywdziewając Tiarę Przydziału nie prosił ani nie wymagał, przywitał się tylko drżącym głosem i próbował wierzyć, że Tiara Przydziału została Tiarą Przydziału nie bez konkretnego powodu.
    Prawdę powiedziawszy, w Hufflepuffie czuje się na swoim miejscu. Owszem, marzą mu się czasem krukońskie szaty wraz z brakiem wątpliwości, ale czy tu, gdzie jest, czy tam, gdzie mógłby być, niewykluczone że grono pedagogiczne widziałoby w nim potencjał wprost do siebie proporcjonalny.
    — Lubię czytać.
    Wielokrotnie spotkał się z pomyślnymi wróżbami na temat swojej przyszłości. Profesorowie go lubią. Mają świadomość, że szanuje ich w klasie i poza nią, że nie obwiesza murów zamku plakatami o negatywnym zabarwieniu i że radość w jego oczach, gdy szepną mu dobre słowo, jest na tyle autentyczna, na ile tylko się da. On niesie im przekonanie, że umieją uczyć, oni z kolei niosą mu pociechę. To symbioza, korzystny związek, który czasem jednak przypiera Vincenta do muru.
    Addison spadła na niego jak grom z jasnego nieba. Nie wiedział, kim jest i w jaki sposób miałby się jej przysłużyć, ale nie potrafił odmówić, gdy wytłumaczono mu trudną sytuację, w jakiej się znalazła. Nie był pewien, czy to dobry pomysł — zupełnie nie nadawał się na kogoś ratującego damę w opresji. Dopiero po pewnym czasie, gdy szedł korytarzem i po raz pierwszy usłyszał, jak bardzo Addison jest nielubiana, ba, jak pogardzą się nią w wielowiekowym zamku, dopiero wtedy przepadł z kretesem, wiedząc, że zrobi wszystko, by ją wspomóc.
    — Czas minął — dodaje i zerka na zegar wiszący na przeciwległej ścianie. Właśnie skończył się jego codzienny dyżur. — Idź się wyszaleć.

    OdpowiedzUsuń
  41. Krzyk Addison wydawał się mu przez kilka sekund jedyną rzeczywistą rzeczą na świecie. Kręciło mu się w głowie, ramię niemiłosiernie bolało, nogi drżały od usilnej walki z grawitacją i deszczem zaklęć. Miał wrażenie, że wszystko wokół niego się kręci, że grunt wiruje. Czuł pot spływający mu po czole, ze świstem łapał powietrze wycieńczonymi płucami. To zupełnie nie przypominało pojedynków w Klubie. Damien nie dał mu nawet kilku chwil na reakcję i gdyby nie płaszcz już dawno leżałby jak długi w mokrej trawie, błagając żałośnie o litość. Nerwowo przetarł oczy, przed którymi zdawały się tańczyć mu mroczki, rozglądając się. Przez kilka kolejnych sekund próbował zrozumieć, co właściwie się dzieje, czemu Hallaway przestał bombardować go kolejnymi zaklęciami. Dosłownie odebrało mu dech, gdy zobaczył furię w oczach mężczyzny ściskającego własną siostrę za gardło. Krew zdawała się zamarznąć w jego żyłach, dodatkowo spowalniając ruchy rannego chłopaka. Warknął pod nosem, wyciągając pewnie różdżkę przed siebie. Widział walkę Addison o chociażby najdrobniejszy oddech, jej szamotaninę i brak zawahania w postawie Damiena. Nie mógł pozwolić, by ten idiota coś jej zrobił. Inkantacja sama wyrwała się z jego ust, lekki ruch nadgarstka posłał drobną błyskawicę precyzyjnie w nadgarstek Mrocznego. Dysząc, obserwował jak ten łapie się za rękę, jednocześnie puszczając dziewczynę. Chciał do niej podbiec, objąć ją, pomóc stanąć pewnie na nogach. Problem polegał na tym, że on sam ledwie był w stanie ustać. Czuł słabość każdego drobnego mięśnia, drżenie każdej komórki wycieńczonej trwaniem w deszczu magicznych pocisków.
    – Co się z tobą stało, Damien? – wycharczał cicho, opierając się zdrową ręką o udo. Prawe ramię zdawało się promieniować nieznośnym bólem, trzymanie różdżki przed sobą zdawało się być niesamowitym wyczynem. – Wydawałeś się być normalny. Nigdy nie wziąłbym cię za narwańca gotowego dusić własną siostrę! – Ryk zdawał się wydobywać gdzieś z głębi byłego Ślizgona. Ledwie stał, a mimo tego rzucał kolejnymi oskarżeniami w stronę niebezpiecznego czarodzieja. Wściekłość, którą obudziło w nim zachowanie Hallawaya, była nie do opisania. Nigdy nie czuł się tak wzburzony. – Ilu ludzi masz na sumieniu?! – Splunął na trawę, mierząc mężczyznę rozgoryczonym spojrzeniem.
    Zdarzało im się wspólnie jeść podczas rodzinnych bankietów. Może ich relacja nigdy nie należała do wybitnie gorących i to z Addison dogadywał się lepiej, jednak znali się. Człowiek, którego miał przed sobą w żadnym wypadku nie przypominał mu dawnego Damiena śmiejącego się beztrosko z niezdarnej kelnerki. Czysty szał w oczach brata Addie przerażał go i zdawał się odbierać mu wszelką pewność siebie.
    – Po co to wszystko? – wydyszał bezradnie, obserwując jak mężczyzna powoli rozciera swój nadgarstek.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Zabini przełknął ślinę nieco nerwowo, ścierając pot z czoła. Chwiał się na nogach i zdecydowanie nie wyglądał na godnego przeciwnika pojedynku, co bez trudu wyczytał w pogardliwym spojrzeniu Damiena. Starał się uspokoić oddech i zebrać siły na odpieranie kolejnych ataków, ramię jednak stale dawało o sobie znać i wątpił, by był w stanie bronić się przed kolejnymi zaklęciami. Widział, że Hallaway powoli postępuje w jego kierunku, że na jego ustach gości kpiący uśmiech tak charakterystyczny dla arystokratów. Wygiął usta w drwiącym wyrazie, mierząc mężczyznę od stóp do głów. Nie miał z nim szans, ale starał się sprawiać pozory. Świat zdawał się wirować coraz bardziej, obraz zamazywać. Zamrugał w panice, próbując wrócić sobie zdolność wyraźnego widzenia. Czubek hebanowej różdżki przejechał gwałtownie po skórze jego szyi, zatrzymując na kilka sekund wszelkie czynności życiowe Zabiniego. Za moment poczuł jednak przypływ adrenaliny we krwi i zmierzył mężczyznę wściekłym spojrzeniem. Miał ochotę wytrącić mu różdżkę z ręki, ale wiedział, że w obecnym stanie może mu to nie wyjść. Oblizał nerwowo usta, mrużąc oczy. Był na łasce Damiena zbyt słaby i roztrzęsiony, by realnie móc jakoś z nim walczyć. Skrzywił się, czując jak ten chwyta go za prawą rękę i wykręca mu ją bezlitośnie na plecy. Zacisnął jednak zęby i nie wydał z siebie nawet najcichszego jęku, chociaż ramię zdawało się palić go żywym ogniem. Słyszał kiedyś, że psychopaci karmią się cudzym bólem. Hallaway jednym ruchem wyrwał mu różdżkę z dłoni i popchnął go z pogardą. Zabini zachwiał się, jednak siłą woli udało mu się ustać. Bez różdżki czuł się jednak totalnie bezużyteczny. Jak niby miał teraz chronić Addison i pomóc jej się stąd wydostać?

      bezbronny i ranny

      Usuń
  42. Kojarzył te drzwi. Kiedy bywał w domu Hallawayów zdarzało mu się błądzić korytarzami tylko po to, by wyrwać się z tej sztywnej arystokrackiej śmietanki. Lubił brylować pośród towarzystwa, zakładanie kolejnych masek zdawało się jego ulubioną rozrywką, zgrywanie ślizgońskiego dupka zdążyło mu wejść w krew, więc teoretycznie takie spotkania powinny sprawiać mu wyłącznie przyjemność. Prawda była jednak taka, że o ile zachowywanie się jak typowy członek czysto krwistego rodu przychodziło mu z wielką łatwością, o tyle nie potrafił pogodzić się z poglądami rodzin. Nie chciał myśleć tak jak oni. Któregoś wieczoru, kiedy już towarzystwo zdążyło wychylić kilka głębszych, wymknął się i błądząc po korytarzach, dotarł aż do tych zachwycających drzwi. Pamiętał dobrze delikatny dotyk ciemnego drewna, chłód diamentów i przenikające uczucie, że za nimi kryje się jakaś wielka tajemnica. Nie spodziewał się jednak nigdy, że będzie mógł ją odkryć. Tym bardziej nigdy by nie pomyślał, że znajdzie się za nimi w takich okolicznościach.
    Żar, który poczuł na policzkach, był nieporównywalny z niczym innym. Zacisnął powieki, już godząc się ze swoim marnym losem i próbując nie myśleć o tym, że zostawi Addie na pastwę jej brata, kiedy poczuł zdecydowane szarpnięcie w tył. Jęk zaskoczenia i bólu – ramię stale dawało o sobie znać – wyrwał mu się z gardła, mimowolnie zacisnął pięści. Miał wrażenie, że Damien się nim bawi, co zupełnie mu się nie podobało. Delikatnie obrócił głowę, już chcąc rzucić jakimś złośliwym komentarzem – tym samym pokazując, że rzeczywiście nie umie utrzymać języka za zębami – kiedy zobaczył, kto tak naprawdę trzyma jego płaszcz. Ciepło gwałtownie zalało mu serce, było jednak zupełnie inne niż żar ognistej ściany. Kącik jego ust mimowolnie drgnął ku górze, na kilka sekund odbierając jego uśmiechowi kpiącego charakteru. Addison. Uratowała go. Zaraz jednak zacisnął zęby i zmrużył oczy. Nie miał zielonego pojęcia, w co dziewczyna pogrywała i wcale mu się to nie podobało. Nie wiedział, jak powinien się zachowywać. Postępowanie Addie był w stanie uzasadnić tylko jakimś genialnym planem, który musiał zaświtać w tej blond główce, chociaż zupełnie nie potrafił zrozumieć, co ta wymyśliła. Przełknął ślinę i zerknął na Mrocznego.
    – Na twoim miejscu, planując wiele z pewnością miłych niespodzianek, nie robiłbym ze ściany ognia pierwszej z nich. Jestem pewien, że masz tam wiele ciekawszych, co, Damien? – wycedził przez zęby, próbując ignorować uporczywy ból ramienia. Nigdy nic go tak nie bolało, jednak nie miał zamiaru dać mężczyźnie satysfakcji. Nie pozwolił, by z jego ust wyrwał się najmniejszy jęk, chociaż rana wciąż paliła go żywym ogniem.
    Kiedy znów poczuł czubek różdżki na kręgosłupie, potulnie obrócił się w stronę korytarza, który odsłoniła ognista ściana. Był bezbronny. Zdany na łaskę dwójki Hallawayów nie miał pojęcia, czego się spodziewać. Koniuszek różdżki zdawał boleśnie wciskać mu się między kręgi, zaciskając więc uporczywie zęby, by powstrzymać jakiekolwiek dźwięki mogące świadczyć o bólu, ruszył ostrożnie do przodu. Nie wiedział, jakie jeszcze niespodzianki ma dla niego Damien, rozglądał się więc nieufnie, szukając kolejnych pułapek. Domyślał się, że na końcu korytarza musi się kryć coś naprawdę cennego, jeśli już na początku ktoś próbujący się tu dostać narażony był na spotkanie z żywym ogniem. Korytarz był ciemny, więc jego oczy dopiero po kilku chwilach przyzwyczaiły się do mroku. Każdy kolejny krok stawiał pewniej, jednocześnie czując rosnący niepokój. Im dłużej nic na niego nie wyskakiwało, tym bardziej był pewien, że ten stan nie może trwać zbyt długo. Coraz mocniej zaciskał pięści, ignorując rwanie w ramieniu i uporczywe dźganie czubkiem różdżki. Szedł powoli, spokojnie, szukając kolejnego podstępu.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nie spodziewał się, że z niepozornej ściany może wystrzelić w jego kierunku coś na kształt macki. Kiedy ta zacisnęła się na jego prawym nadgarstku, pociągając całą rękę do góry, nie mógł powstrzymać jęku pełnego bólu. Macka była oślizgła, trzymała go jednak pewnie, bez wysiłku unosząc go do góry, jakby ważył tyle, ile piórko. Zawisł zaledwie kilkanaście centymetrów nad podłogą, jednak rwanie w ramieniu było nie do zniesienia. Nie był w stanie ukrywać bólu. Jego jęk odbił się echem po ścianach.

      jestem sadystką, uhu

      Usuń
  43. Jego ciało płonęło. Mikroskopijne igiełki gorąca ślizgały się po jego skórze, wbijając się w najbardziej czułe punkty, rozpalając ogień do granic możliwości, by następnie stopnieć, pochłaniając ze sobą fragmenty ludzkiego organizmu. Nie mógł krzyczeć. Coś ścisnęło mu gardło, ciemny materiał owinął się wokół jego szyi, a potem naprężając się, zaczął go podduszac. Przed oczami tańczyły mu czarno-czerwone iskry, przesłaniając widok na zawalający się tuż nad nim sufit. Kawałki stropu opadały z hukiem na ziemię, wywołując drżenie podtrzymujących ostatnie fragmenty zadaszenia kolumn. Świat dosłownie rozpadał się na kawałeczki, a on wiercił się w miejscu, mając wrażenie, że w plecy wbija mu się tysiąc mieczy. Z każdym opadającym odłamkiem podłoga trzęsła się, wywołując jeszcze większy ból. Czarny materiał nareszcie pękł, umożliwiając mu zaczerpnięcie powietrza. Podniósł się gwałtownie z podłogi do pozycji siedzącej, biorąc głęboki oddech i natychmiast mrużąc oczy. Blask niezliczonej ilości monet poraził go bardziej niż widok płomieni, które rozpłynęły się w mgnieniu oka. Miecze również zniknęły, zastąpione przez niewygodny materac sykli i galeonów.
    Fred zamrugał kilka razy, z trudem gramoląc się do góry i jęcząc wystarczająco głośno, by ktoś (jeśli nie znajdował się sam w tym pomieszczeniu) mógł go usłyszeć. Dźwięk spadających na podłogę pieniędzy odrobinę otrzeźwił jego zmysły. Przetarł oczy wolną dłonią, rozglądając się dookoła i próbując przypomnieć sobie cokolwiek. Jak się tu znalazł? Sala była ogromna. Zdawała się ciągnąć w nieskończoność. Kady fragment zajmowały drogocenne obrazy, wazy i nafaszerowane diamentami błyskotki. Weasleyowi zdawało się, że poznaje to miejsce, że ktoś musiał mu o nim wcześniej chociażby wspomnieć. Przesunął wzrokiem po górze monet, popieścił spojrzeniem figurkę jakiejś - prawdopodobnie greckiej - bogini i westchnął, robiąc niepewny krok na przód, by rozejrzeć się odrobinę po okolicy.
    W tej samej chwili zza pieniężnego stosu wyłoniła się tak doskonale mu znajoma blond czupryna, a jego serce zamarło, jakby ktoś z całej siły ugodził w nie sztyletem. Widok smukłego ciała odzianego w czarny kostium sprawił, że kącik jego ust nieśmiało powędrował do góry, ale natychmiast opadł, gdy tylko Fred dostrzegł zmieszanie i przerażenie odbijające się na delikatnej twarzy dziewczyny. Nie widział Addison przez tyle czasu, że nie miał pojęcia, jak powinien zareagować. W pierwszej chwili miał ochotę do niej podbiec. Miał ochotę ją przytulić. Przecież od tak dawna tak po prostu nie porwał jej w ramiona. Chciał się jej wypłakać. Chciał ją przeprosić. Niegdyś nie potrafił sobie wyobrazić, że ich kontakt może osłabnąć. Że ich relacja może stać się tak chłodna. Że mogą przestać ze sobą rozmawiać, przestać dzielić się babeczkami babci Mołły w środku nocy na wieży astronomicznej, zacząć mieć przed sobą sekrety. Byli nierozłączni i wiedział o tym cały Hogwart. Kiedy zdążyli się tak od siebie oddalić?
    Freddie... Jej cichy szept sprowadził go na ziemię. Nie zdawał sobie sprawy, że od dłuższego czasu po prostu stoi, wpatrując się w coś, co sam trzyma w ręce prawdopodobnie już od momentu, kiedy się przebudził. Znajdował się w skarbcu Hallaway'ów, ubrany w taki sam obciachowy strój jak jego najlepsza przyjaciółka (z tą różnicą, że wyglądała w nim o wiele lepiej), trzymając w dłoni jakaś antyczną, hebanową szkatułę o dziwnej, hipnotyzującej, przyciągającej do siebie mocy. Dzierżył ją w dłoni niczym największy skarb i wcale nie czuł potrzeby, by się jej pozbywać. Nie chciał jej otwierać. Miał jednak wrażenie, że musi ją ze sobą zabrać, że musi stać się jej strażnikiem. Zdobione brzegi szeptały do niego i nawoływały go. Uniósł niepewne spojrzenie na Addie, po raz kolejny uważnie jej się przyglądając. Od początku... jak się tam znaleźli?
    - Na wstępie wyjaśnij mi, proszę, co my tu robimy.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Odchrząknął, ruszając przed siebie. Wyminął pieniężną górkę i podszedł do Puchonki, delikatnie mrużąc oczy. Zmierzył ją wzrokiem po raz kolejny, a następnie ostrożnie pogładził opuszkami pokrywę szkatułki. Jego dłoń zadrżała, oddech stał się nieco bardziej urywany. Wbił spojrzenie w jasne tęczówki dziewczyny i westchnął jakby ostentacyjnie, wyciągając wolną rękę przed siebie i palcami łagodnie muskając jej nadgarstek. Jego gardło zacisnęło się, zupełnie jakby miał się rozpłakać. Nie czuł wściekłości, chociaż w głębi serca wiedział z kim powiązana musi być ta historia. Spuścił jedynie znowu wzrok na czarnomagiczny przedmiot i pokręcił delikatnie głową.
      - W coś ty nas znowu wpakowała, skarbie?
      W tej samej chwili zza drzwi rozległ się dźwięk gramolących się z podłogi ciał. Fred sapnął, jednym ruchem popychając przed siebie Puchonke i przyciskając ją swoim ciałem do kamiennej ściany tuż za mierzącą ponad dwa metry, pozłacaną zbroją. W innym życiu Addie z pewnością już by go za to zabiła. Jego niespokojny oddech musnął jej policzek, a na usta wkradł mu się figlarny uśmiech. Odruchowo jeszcze skulił się, spodziewając się ciosu w brzuch albo kopniaka wycelowanego w drogocenne miejsce i zacisnął zęby, by w razie potrzeby powstrzymać się od jęku. Stłumił śmiech, czując jak tęsknota zalewa jego serce, ale zaraz prędko potrząsnął głową, starając się powrócić do rzeczywistości. Dwa nieprzytomne ciała przed drzwiami skarbca w banku Gringotta nie oznaczały dla nich niczego dobrego. Dwa nierzytomne ciała, które nagle ocknęły się przed drzwiami skarbca w banku Gringotta mogły znaczyć już tylko jedno. Mieli przechlapane.
      Fred przycisnął się bardziej do Hallaway, ignorując jej mordercze spojrzenie i wyciągnął rękę ze szkatułką w bok, próbując umożliwić im obu swobodniejsze poruszanie się. Trącił nosem jej ucho, chcąc zwrócić jej uwagę, gdy kroki z korytarza zaczęły zbliżać się w stronę wnętrza krypty.
      - W tylnej kieszeni powinienem mieć różdżkę - szepnął najciszej jak potrafił, starając się nie wykonywać żadnych gwałtowniejszych ruchów. Dłoń z czarnomagicznym przedmiotem powoli zaczynała drętwieć. - Byłabyś tak miła, żeby ją wyciągnąć? Może się przydać - uśmiechnął się, próbując uspokoić bijące szybciej w miarę narastających odgłosów serce. - A to cacko - kiwnął głową w stronę szkatuły - ma jakieś czadowe moce, które pomogłyby nam się stąd wydostać? Robi BUM albo coś? Cokolwiek?
      Jego szept powoli przeradzał się w ponaglające błaganie. Nie wiedział jak się tam dostali, ale z pewnością nie zrobili tego legalnie. Zbliżający się w ich kierunku strażnicy zdecydowanie nie mieli przyjaznych zamiarów. A drętwiejąca ręką powoli dawała się we znaki. Fred miał wrażenie, że drewniany przedmiot wkrótce wyślizgnie mu się z dłoni. Czy mogło być jeszcze gorzej? Z pewnością mogło.

      Jedyny i niepowtarzalny

      Usuń
    2. Ten komentarz został usunięty przez autora.

      Usuń
  44. [Dziękuję za miłe powitanie! Addison wyszła perfekcyjnie i chętnie coś bym razem naskrobała, ale pomysły nie są moją mocną stronę. Pomyślę jednak, jeżeli na coś wpadnę, przybędę!]
    Francis

    OdpowiedzUsuń
  45. [Oh, wraz z Beau współczujemy Addie rodziny! A Beau chętnie zostanie kimś w rodzaju przyjaciela, który wyglądał jakby miał uciec pierwszy, a został przy niej jako jeden z niewielu, choć zapewne i tak będą się kłócić, dogryzać i bić, ale czasami mogą też się poprzytulać :D]

    Beau

    OdpowiedzUsuń
  46. [Jeśli Beau będzie bardziej poszkodowany to tylko dlatego, że sam na to pozwoli, bo w zasadzie dziewczyn nie bije, tylko czasami szturcha nie robiąc krzywdy :D
    Bijatyki brzmi spoko! Beau będzie mógł poudawać bardziej poszkodowanego, aby tylko Addie się nim zajęła ;) To teraz pytanie — kto zaczyna?]

    Beau

    OdpowiedzUsuń
  47. [Dzień dobry! Bardzo dziekuje za powitanie :3 Pewnie, że coś im wymyślimy! Chodzmy w strone pozytywu :3 Będą sie razem dobrze bawic!]

    Adam

    OdpowiedzUsuń
  48. [Starałam się zrobić taką przyjazną bułeczkę, bo takie nigdy nie były moją mocną stroną, a dobre wyzwanie to zawsze przygoda. Bardzo dziękuję za powitanie i gdyby Addie potrzebowała faktycznie kogoś przytulić, to Milo bardzo chętnie. c:]

    #Milo

    OdpowiedzUsuń
  49. [To jest dobre! Bardzo dobre :D Jestem jak najbardziej za :3 Co powiesz na nocke nabłoniach?]

    Adam

    OdpowiedzUsuń
  50. [Podeśle wieczorem zaczęcie, najpózniej jutro :)]

    Adam

    OdpowiedzUsuń
  51. [Dziękuję za komplement, bardzo to miłe.
    Racja - takie dwie zagubione dusze mamy, chociaż jak zapytać Cyda, to powie, że jemu z tym nie jest aż tak źle. I jeszcze mi tu kazał napisać, że on bardzo lubi wszelkiego rodzaju eksplozje.
    Wysadzamy coś? Kogoś? Siebie? Ich? Bo skoro Addison bliżej to tornada, a Cyd lubi robić podejrzane rzeczy, to tak, gdyby tych dwoje znalazło siebie nawzajem, to eksplozja murowana.]

    Cyd

    OdpowiedzUsuń
  52. Skołatane myśli pozwoliła mu ukoić chwila na błoniach w towarzystwie Addison. Leżał obok niej trzymając głowę na jej brzuchu gapiąc się w bezchmurne niebo. Rosjanin był dziś wyjątkowo cichy i małomówny. Zdecydowanie o dzisiejszym dniu chciał zapomnieć jak najszybciej. Wszelkiego rodzaju myśli atakowały go ze wszystkich stron przez co wydawał się być dodatkowo markotny, zamyślony, nieco nawet nierozgarnięty i nieobecny. Strata ukochanej odcisnęła na nim naprawdę niemałe piętno, które pozostanie z nim na dość długi czas. Oddał się w całości uczuciu, które ich połączyło. Otworzył się i pozwolił, by Wiera w pełni poznała jego wnętrze na co wcześniej nikomu, by nie pozwolił, jednak Wiera była jedyna w swoim rodzaju, ufał jej bezgranicznie. Sądził, że będzie to coś co zespoli ich na całe życie. Doczekają się dzieci, zestarzeją się razem. Tak cholernie się mylił. Zdecydowanie powinien być ostrożniejszy. Teraz to wiedział, teraz to do niego dotarło. Ciężko będzie teraz zaufać jakiejkolwiek kobiecie. Nie chciał o tym rozmawiać, nie lubił się zwierzać, odpychał od siebie myśl, która podpowiadała mu aby jednak z kimś o tym szczerze porozmawiał, wtedy cała zgromadzona w nim frustracja dałaby mu spokój, byłoby mu znacznie lżej, jednak wybrał milczenie. Westchnął cicho przymykając powieki. Nie mógł się doczekać końca dnia. Marzył o gorącej kąpieli, kolacji, śnie i świętym spokoju. Przeszedł do pozycji siedzącej strzepując ze swojej szaty jakieś paprochy, po czym odwrócił się w stronę dziewczyny siadając po turecku.
    - Co powiesz na urwanie się z jutrzejszych lekcji? Ja mam jutro tylko dwie godziny potem mogę cię porwać na kremowe piwo, huh? - zapytał z z nadzieją na to, że się zgodzi. Nie musiał jej mówić o tym co się dzieje, jednak czuł, że jeśli spędzi choć jeden dzień wśród pieprzonych murów Hogwartu, które swoją melancholią, jedynie z dnia na dzień coraz bardziej dobijają człowieka, to nie wyjdzie z tego nic dobrego. Najprawdopodobniej odbije się to na, którejś klasie w postaci ujemnych punktów czy nawet kolosalnej pracy domowej, z której nie wygrzebią się do końca roku szkolnego, a oddać ja będą musieli.
    - W razie czego usprawiedliwię cię. Coś się wymyśli - dodał przeczesując przy tym swoje ciemne kosmyki włosów, które stale spoczywały na jego głowie w totalnym, artystycznym nieładzie. Nie chciał wykorzystywać za bardzo swojego stanowiska w Hogwarcie, które pozwalało mu na więcej, jednak ten jeden jedyny raz nikomu nie zaszkodzi. Ponownie westchnął wracając do poprzedniej pozycji układając wygodnie głowę na jej brzuchy tym razem leżąc bokiem w jej stronę, aby móc ją lepiej widzieć.

    Adam

    OdpowiedzUsuń
  53. Zaśmiał się. Dobrze ją znał i z dumą stwierdzał, że była jego małym chochlikiem, którego obecność uwielbiał. Prawda była taka, że Adam nigdy nie wymagał niczego od drugiego człowieka. Akceptował każdego takim jakim jest. Przecież nikt nie ma wpływu na to jakim będzie człowiekiem, jakie zostanie nadane mu imię, kolor skóry, płeć czy nawet cechy charakteru.
    - Piwa kremowego nigdy za wiele! - rzucił i klasnął w dłonie z uśmiechem na twarzy, który w tym momencie oraz w sytuacji, w której się znalazł bardziej przypominał grymas niżeli coś wesołego. - Kłopotów? - uniósł brew ku górze tkwiąc wyraźnym zamyśleniu. Nawet jeśli to miał to gdzieś, nawet kłopoty byłyby teraz lepsze niż pustka, którą czuł. - Daj spokój, dobrze wiesz, że tak nie jest, a ty mi to uparcie wpierasz! Ta babka wcale się we mnie nie zakochała, mały uparciuchu i nie uważa mnie za geniusza. Nie różnie się niczym od normalnych czarodziejów.
    Szturchnął ją nieco zaczepnie w bok. Addison nieco poprawiła mu humor, zawsze wiedziała co zrobić, co powiedzieć, by nie było nudno. Jej obecność była lepsza niż jakakolwiek rozmowa, choć w zasadzie mogła o ty nie wiedzieć, gdyż Rosjanin nigdy jej o tym nie powiedział.
    - Obrzydliwy? Odezwała się światowa piękność! - fuknął udając oburzonego dźgając ją tym razem palcem w sam środek brzucha. Ponownie się zaśmiał - Paskudo Ty.
    Nie dało się nie zauważyć wielu spojrzeń, które wodziły za nim nie tylko po korytarzu i również w klasie, a miłosne liściki były niezłą alternatywą na zapachnie wolnego czasu. Czytanie ich potrafiło doprowadzić człowieka do łez, jednak Adam nadal nie wiedział co było w nim tak interesującego. Nie uważał siebie za osobę godna naśladowania czy osobę z wyjątkową urodą, która przyciągała tak wiele spojrzeń. Zamruczał z zadowolenia przymykając powieki, gdy poczuł jej palce błąkające się wśród jego kosmyki włosów, co po prostu uwielbiał. Momentami sam podstawiał się do małego miziana. Był niczym duży, rasowy kocur. Źdźbło trawy zaczynało go powoli łaskotać, jednak momentami było to naprawdę przyjemne. Gdyby nie nagłe pytanie dziewczyny Liebiediew z pewnością, by usnął. Słabo sypiał w nocy od momentu rozstania, bardzo słabo, można było rzec, że prawie wcale. Przewracał się jedynie z boku na bok nie mogąc sobie poradzić z nagromadzonymi myślami.
    - To nic takiego. Ni zaprzątaj sobie tym głowy - poprosił nieco się poprawiając. Naprawdę nie miał ochoty o tym mówić choć powinien wreszcie komuś o tym powiedzieć. Wiedział, że nie wywinie sie tak łatwo i prędzej czy później będzie zmuszony powiedzieć dziewczynie co się stało. Addison zawsze była słowna i zawsze osiągała to co chciała. Tyle, że nie wiedział jak ma jej to powiedzieć, jak ma się do tego zabrać. Odpowiednim rozwiązaniem chyba będzie przekazanie jej listu, który dostał o byłej, w którym wyraźnie było napisane, że ta go już nie kocha i nie chce mieć z nim nic wspólnego. Dlaczego?

    Adam

    OdpowiedzUsuń
  54. Pokręcił na boki głową w rozbawieniu. Dziewczyna momentami przechodziła samą siebie, dosłownie, ale za to ją uwielbiał. Wzajemne docinki w ich przypadku akurat były na porządku dziennym. Chyba żadne z nich nie umiało się bez tego normalnie obejść. Aż kusiło, by w jakikolwiek sposób podszczypać się dla zabawy. - Jutro mam z Tobą lekcje, moja droga panno, więc uważaj co mówisz - zagroził jej robiąc przy tym groźną minę. Zaśmiał się cicho. - Miss Piękności? Chyba ślepy musiał głosować. - Uszczypnął jej delikatnie uśmiechając się przy tym zawadiacko. Adam umiał robić dobrą minę do złej gry, zawsze mu to wychodziło, jednak teraz nawet się nie starał. Strata ukochanej za pewnie zmieni wiele rzeczy w jego życiu, zmieni jego pogląd na tle kobiet. Może teraz będzie ostrożniejszy i z większą rozwagą podejdzie do miłości nim z kimś się podzieli tym uczuciem, kto wie? Jednego był pewien, mianowicie nie podaruje jej tego. Wyjedzie na parę dni z Hogwartu, by móc się z nią spotkać. Zmusi Wiere to wyjaśnień w cztery oczy. Forma listu nie jest odpowiednią formą na załatwianie takich rzeczy. Może kogoś miała? Im dłużej o tym myślał tym gorzej się czuł. Zmarszczył zabawnie czoło, gdy poczuł na nim usta przyjaciółki. Musiał przyznać, że lubił to, ale wolał dla świętego spokoju się do tego nie przyznawać.
    - Wiem o tym - odparł z delikatnym uśmiechem na twarzy, po czym przyciągnął ją do siebie. Jak na sierpień wydawało się mu być dość chłodno, a nie chciał, by dziewczyna zmarzła. Jego wyraz nagle stał się poważny. Wsadził rękę do kieszeni, z której wyjął poskładany papier. Nosił ten list ze sobą odkąd go dostał. Czytał go wielokrotnie, aby zrozumieć postępowanie Wiery, jednak to było na nic. Niepewnie wyciągnął dłoń w stronę przyjaciółki podając jest list. Nie wiedział co go tak nagle pchnęło do tak diametralnej zmiany decyzji, jednak chyba lepszej okazji na rozmowę nie będzie, a wygadać i tak będzie się musiał.
    - Opowiadałem ci kiedyś o niej - mruknął nim ta zaczęła czytać. Westchnął cicho, po czym oparł czoło na jej ramieniu przymykając przy tym powieki. Czekał aż ta skończy czytać. Nie miał ochoty jej tego wyjaśniać, dlatego też wolał, by przeczytała to co dostał od Wiery, to pozwoli jej lepiej zrozumieć całą sytuację.
    - Poświęciłem jej okrągłe siedem lat, Addison. Siedem pieprzonych lat - wydukał bawiąc się źdźbłem trawy. Ciężko mu było to znieść. Przetarł twarz dłońmi. Może nie bolałoby aż tak bardzo, gdyby Wiera nie zamydlała mu oczu obietnicami, które w końcu sama zerwała, których nie dotrzymała i od tak go porzuciła. Chciał, jedynie wiedzieć dlaczego.

    Adam

    OdpowiedzUsuń
  55. [Cyd kazał przekazać, że bardzo cieszy się, że w Hogwarcie znajdują się dziewczęta o zainteresowaniach zbliżonych do jego.
    Ja myślałam o czymś w stylu - ty znasz moją tajemnicę, ja znam twoją, co ty na to, żeby trzymać sztamę. Bo, skoro sama wspomniałaś, że Addie zdarza się spędzić trochę czasu w skrzydle szpitalnym... Plus Cyd się ze swoim jasnowidztwem męczy okrutnie, trafiła mu się jakaś podła forma, z którą sobie w ogóle poradzić nie może, a wszystko to ukrywa pod przykrywką właśnie warzenia podejrzanych eliksirków w męskim kiblu, więc, tutaj sprowadzamy się do twojego pomysłu, mogły mu się zupełnie niechcący jakieś składniki pomylić. Przenoszenie się dwadzieścia lat wstecz wydaje mi się jednak zbyt naciągane, przy okazji Cyd źle by to zniósł, źle a wręcz fatalnie, wiesz, to, w jaki sposób wojna obeszła się z jego rodzinką... Ale niewinna zemsta z udziałem źle wymieszanego eliksiru i jakieś inne konswekwencje, na przykład zniknięcie któregoś z dryblasów, który potem znalazłby się na trzecim piętrze cały pokryty czyrakami i później ewentualny szlaban... Rozmawiajmy nad tą ideą, warto rozmawiać!]

    Cyd

    OdpowiedzUsuń
  56. Ostatnie ciepłe promienie wrześniowego słońca wpadły przez okno do męskiego dormitorium Gryfonów, zatrzymując się na łóżku Beau, który mimo godziny jedenastej wciąż spał. I zapewne spał by jeszcze przez kilka godzin, gdyby owe promienie nie padły mu prosto na twarz i go nie obudziły. Rzecz jasna, sporo było w tym jego winy, gdyż wczorajszego wieczora niezbyt dokładnie zasłonił swoje łóżko, a było ono ustawione akurat tak, że na wprost miał duże okno, przez co słońce zawsze na nie świeciło. No cóż, trudno się mówi, przynajmniej nie zmarnuje pół dnia na spanie, a bardzo często właśnie tak robił. W końcu był weekend, nie musiał iść na zajęcia, a zadane eseje mógł napisać wieczorem, kiedy większość już wróci do dormitorium i ktoś będzie mógł mu pomóc. Rzadko kiedy korzystał z pomocy innych, zazwyczaj jednak pisał wszystko sam, ale dzisiaj czuł się ledwo żywy i miał wrażenie jakby mózg mu wyparował. Liczył na to, że po późnym śniadaniu i jakimś spacerze mu to przejdzie, bo nie lubił łazić przez cały dzień, nie mając na nic siły.
    Schodząc na śniadanie, czuł się już nieco lepiej. Szkoda tylko, że w Wielkiej Sali nikogo już prawie nie było i nie miał z kim porozmawiać. Miał nadzieję, że może jacyś jego znajomi siedzą przy stole, ale widocznie wszyscy gdzieś poszli, zostawiając Beau samego. Chociaż to i dobrze, bo wręcz nienawidził, gdy ktoś go budził, a mógł się w końcu wyspać i po tych sześciu latach jego znajomi doskonale o tym wiedzieli.
    Tuż po szybkim, i dość skromnym, śniadaniu, Beau postanowił się przejść. Wcisnął więc dłonie w kieszenie spodni i wyszedł na szkolne błonia, z ulgą przyjmując na twarzy powiew chłodnego wiatru. Nie lubił, gdy było za ciepło, a gdyby nie owy wiatr, zapewne po dziesięciu minutach zacząłby się pocić, gdyż temperatura na zewnątrz na pewno przekraczała dwadzieścia pięć stopni.
    Ledwo ruszył się z miejsca, na horyzoncie zauważył znajomą postać kierującą się w stronę jeziora. Od razu ruszył biegiem w jej stronę, dopadając do niej minutę później.
    — Gdzie to się panna wybiera? Na spacer beze mnie? Ładnie to tak? — spytał wesoło, obejmując Addison jedną ręką w pasie. Naprawdę lubił dziewczynę i wcale nie przeszkadzał mu fakt, że jej rodzina była kim była. To wcale nie oznaczało, że i ona taka jest, choć większość ludzi w szkole tak właśnie myślała i odsunęła się od dziewczyny. Beau był jednak jedną z tych osób, które przy niej zostały i denerwował się za każdym razem, gdy ktoś na nią krzywo spojrzał. Trzeba było być skończonym chujem, aby obwiniać niewinną dziewczynę o to, co robili jej rodzice, tak jakby ona kazała im to zrobić. Lawson naprawdę nie rozumiał logiki niektórych ludzi i klął na ich głupotę, czasami mając nadzieję, że ci idioci dostaną kiedyś nauczkę od losu.

    Beau

    OdpowiedzUsuń
  57. Adam po przeczytaniu listu po raz pierwszy czuł się jakby dostał w twarz, dosłownie. Za pewne każdy na jego miejscu czułby się tak samo, jednak nikomu tego nie życzył. Gdy Addison wdrapała się na jego kolana pozwolił się przytulić, sam również objął ją cała szerokością swoich ramion. Miał się poczuć lepiej? Dlaczego nie czuje się lepiej? Westchnął cicho cały czas milcząc. Nie wiedział co ma powiedzieć, nie chciał tez słyszeć, że wszystko będzie dobrze. Nic nie będzie dobrze, nie będzie dobrze póki nie wyjaśni sobie tego z Wierą w cztery oczy. Musiał usłyszeć prawdę. Opierając głowę na ramieniu przyjaciółki sunął delikatnie dłonią wzdłuż jej pleców. Po paru kolejnych minutach wziął od niej list i schował do do kieszeni.
    - Jak widać nic nie trwa wiecznie - odparł zmuszając się na lekki uśmiech, który bardziej przypominał grymas. Potrzebował czasu, tylko czas był teraz w stanie mu pomóc. Nie zapomni z dnia na dzień o dziewczynie, jednak z upływem czasu będzie coraz lepiej, a przynajmniej miał taką nadzieję. Rana musiała się zagoić. Zdjął z siebie długą, czarną pelerynę przypominającą płaszcz, po czym zarzucił materiał na ramiona przyjaciółki dokładnie ją nim okrywając nadal trzymając ją blisko siebie na swoich kolanach dzięki czemu sam nie zmarzł. Upił łyk dyniowego soku, którego dwie sztuki przytargał ze sobą z pokoju. Uwielbiał ten sok i nigdy, ale to nigdy nie zabrakło mu jego zapasów, które znikały w dość szybkim tempie.
    - Pomożesz mi jutro przed lekcją? - zapytał nie chcąc drążyć dalej tamtego tematu. Przeczesał palcami jej kosmyki włosów. Za pewne jej dom zyska parę dodatkowych punktów za pomoc ze strony dziewczyny, które za pewne im się przydadzą, a w najgorszym wypadku to co zyskali szybko też stracą. Różnie bywa.
    - Przygotowałem dla was trochę kart z powtórkami od pierwszej klasy. Pomogłabyś mi to rozłożyć na stolikach. Nie nadaje się do machania różdżką, więc przynajmniej powtórzycie sobie trochę wiadomości, a ja w zasadzie z wami - wyjaśnił, a by uprzedzić jej pytanie, które za pewnie dotyczyłoby formy pomocy. Ponownie przeczesał palcami jej kosmyki włosów.
    - Chcesz wracać? - spytał. robiło się coraz bardziej chłodniej, a przynajmniej tak mu się wydawało. Siedzieli na błoniach już dość spory czas i w każdej chwili mogli się przenieść do zamku wybierając pokój Adama lub pokój wspólny. Rosjanin miał do sprawdzenia dwie prace domowe, które dostarczono mu w późniejszym terminie, ale jakoś nie było mu do tego śpieszno, choć był ciekaw czy i tym razem, któraś z dziewczyn dołączyła mu miłosny liścik. Przynajmniej miałby z czego się pośmiać.

    Adam

    OdpowiedzUsuń
  58. Westchnął cicho głaszcząc ją po włosach co jakiś czas przesuwając dłoń również po całej długości jej pleców. Pocałował ją czule w skroń. - Wcale nie mam zamiaru od Ciebie uciekać - odparł z uśmiechem dając jej lekkiego pstryczka w nos. Wiedział jak wiele dziewczyna przeszła i nadal nie rozumiał, dlaczego to ona dźwiga cały ciężar winy swoich bliskich na swych plecach, cierpiąc, cierpiąc za ich chore błędy. Przecież Addison nie była taka jak oni...Nie mógł patrzeć na to jak spostrzega jej osobę szkolna społeczność. Czy do nich naprawdę nie dociera, że Addie jest Bogu ducha winna? Nie oceniał jej, akceptował taką jaką jest ze względu na wszystko. Uwielbiał ją, troszczył się o nią i kochał jak brat. Starał się być dla niej oparciem, chciał, by u jego boku czuła się wyjątkowa oraz bezpieczna. Nie pozwoli, aby stała się jej jakakolwiek krzywda, a każda osoba, która spróbuje ją w jakikolwiek sposób skrzywdzić będzie skazana na wiecznie potępienie ze strony Rosjanina, który co jak co, ale był cholernie pamiętliwy oraz mściwy. W obronie przyjaciółki nie cofnie się przed niczym.
    - A może zasłużyłem? Może gdybym ostatnimi czasy poświęcał jej więcej czasu to do tego, by nie doszło? - wydukał unosząc przy tym jedną brew ku górze. Nie mógł się obwiniać, dobrze wiedział, że nie mógł jednak takie wnioski same uparcie nasuwały mu się na myśl. Przesunął powoli nosem po policzku Addison mając przymknięte powieki. Słysząc o tym, że dziewczyna czuje się jak intruz wyraźnie się spiął.
    - Nie mogą Cię tak traktować, nie możesz brać odpowiedzialności za to w jaki sposób żyła twoja rodzina - mruknął jakby to była najoczywistsza rzecz na świecie. - Zabiorę Cię ze sobą, gdy skończysz szkołę. Na święta raczej nie wracam do domu, więc myślę, że ten czas spędzimy razem - stwierdził pewny tego co mówi. Pokiwał głową wtulając ją w swoją pierś. Cmoknął ją w czubek nosa. Nie mógł jej tak zostawić. Może i w luksusach nie mieszkał, ale krzywda dziewczynie się tam nie stanie. Będzie miała bezpieczny dach nad głową, własny pokój, to najważniejsze. - Uśmiechnij się - poprosił głaszcząc ją po policzku. Uniósł gwałtownie głowę do góry słysząc to samo co ona. Na jej pytanie kiwnął głową, ale sam niczego nie dostrzegł, choć musiał przyznać, że czuł iż nie są sami. Sięgnął dłonią po różdżkę. Lepiej dmuchać na zimne i być w pogotowiu. Zaczął się rozglądać.
    - Lumos Maxima - szepnął, a wielka kula światła rozbłysła wokoło odrywając się od różdżki.

    Adam

    OdpowiedzUsuń
  59. Chociaż Knightleyowie uchodzili za czarodziejską od wielu pokoleń rodzinę, nie uznawało się ich za jeden z tych starodawnych rodów, które od zawsze hołdowały zasadom i wyznawały ideologie powiązane z czystością krwi (i wśród których praktykowany był chów wsobny) – skądinąd słusznie, ponieważ bez specjalnego wysiłku w przepastnym drzewie genealogicznym można było rozpoznać jednostki niebędące powiązane ze światem magii. Tam, gdzie wielkie nazwiska, tam również pieniądze, spiski, skandale i polityka. Chociaż Knightleyom daleko było do największych, zwykle byli ludźmi cieszącymi się poważaniem w środowisku i niemałą sumą galeonów w skrytce bankowej – aż do czasu, ponieważ w pierwszej połowie dwudziestego wieku, wskutek kilku konfliktów, złych decyzji i przetasowań na scenie politycznej, ich pozycja spadła i z regularnych bywalców salonów (byli w dodatku rodziną o artystycznych tradycjach, więc ludzi noszących ich nazwisko nierzadko traktowano jak beniaminkowe maskotki) stali się zubożałą arystokracją. Ponowna zmiana nastąpiła dopiero w latach powojennych. Dobrze wykorzystali czas świeżo po zakończeniu drugiej wojny z Voldemortem, kiedy tuzy magicznej Anglii traciły majątki i lądowały na procesach w Wizengamocie. Mozolne odbudowanie utraconego statusu zostało zakończone sukcesem przez ojca Waltera, który wżenił się w jeden z najznamienitszych rodów hiszpańskich – wszystko to sprawiło, że jego jedyny syn wychowywany był zgodnie z wzorem panującym w tak zwanych, nieco zbyt już staromodnych, może nawet zatrzymanych w czasie, dobrych domach i od najmłodszych lat zapoznawany był z dzieciakami sobie podobnymi.

    Znał Addison od tak dawna, że nie potrafił przywołać ich pierwszego spotkania. A to wszystko dlatego że jego rodzice pozostawali w przyjaznych stosunkach z Hallawayami, więc czymś naturalnym zdawały się wzajemne odwiedziny na popołudniowe herbatki (i nie tylko). Kontakty jednak z czasem zaczęły się rozluźniać, między innymi z przyczyny Knightleyów, którzy, kiedy zaczęły krążyć plotki o podejrzanych zachowaniach ich znajomych, zaczęli się od nich odsuwać w obawie przed łączenie ich z ciemnymi sprawkami, mogącymi doprowadzić do powtórki z historii, czyli ponowną utratą dobrego imienia. Ochłodzenie się stosunków Waltera z koleżanką z lat dziecięcych nie było jednak podyktowane posunięciami ojca i matki, ale Hogwartem, gdzie znalazł nowych znajomych, z którymi mógł się snobować i pozować na dojrzalszego oraz mądrzejszego niż kiedykolwiek był – słowem, uwłaczałoby mu zadawanie się z Addison, której w głowie były zabawy*.

    Nie było to równoznaczne temu, że w szóstej klasie, po skandalach, wojennych nastrojach i ogólnym zamieszaniu z przyczyny Mrocznych, miałby dołączyć do tych uczniów, którzy szykanowali i obrażali Hallawayównę, obarczając ją winą za zbrodnie jej krewnych. Takie zachowanie i taka ocena sytuacji nie leżała w jego naturze, ale jednocześnie był na tyle zajęty sobą i własnymi, urojonymi lub nie, problemami, że nie zwracał uwagi na to, co działo się wówczas z osobą, z którą w przedhogwarckich czasach tak nieźle się dogadywał.

    Nie uległo to również zmianie w czasie wakacji. Po powrocie ze szkoły na letnie ferie Walter rozpoczął walkę o zyskanie niezależności, co wiązało się z rozpoczęciem pracy zarobkowej, a także czegoś, co nazywał terminowaniem u pewnej niezwykle przez niego cenionej artystki. Gdy do tych zajęć dochodziło prowadzenie jako-takiego życia osobistego, a także przymus sypiania, okazało się, że czas drastycznie mu się skurczył, więc kiedy otrzymał list od Falviusa Bulstrode'a zawierający informację o powrocie maga do Anglii, Walter nie od razu poszedł go odwiedzić. Dopiero po upływie kilkunastu dni wreszcie mógł złożyć wizytę.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Okalający posiadłość płot (płot! nie mury, nawet nie mocna siatka, a zwykły płot!) wyglądał niemal tak ekscentrycznie, jak człowiek, który go postawił – chociaż, Merlinem a prawdą, wizualnie bardziej niż dzieło sprawnego czarodzieja przypominał robotę pijanego stolarza, ponieważ sztachety były nieregularnej długości, szerokości i dziwacznie się przechylały w różne strony świata, a w tym przypadku można było podejrzewać, że tych było stanowczo więcej niż cztery. Pomimo kuriozalnego efektu wizualnego ogrodzenie było zaporą nie do przejścia dla niechcianych gości, ale niegdyś gospodarz zdradził Walterowi sposób na bezpieczne wejście do ogrodu. Właściwie wyglądało to podobnie do wkroczenia na Pokątną przez Dziurawy Kocioł – wystarczyło odnaleźć odpowiedni fragment płotu, wykonać pewną sekwencję ruchów i... Ekhm, opowiedzieć żart, a gdy drewno uznało, że jest on wystarczająco zabawny (o czym dawało znać piekielnym chichotem), rozsuwało się na tyle, aby mówiący mógł przejść przez szparę. Walter, aby nie kusić losu, nie szedł dalej po trawie, ale wszedł na ścieżkę prowadzącą do drzwi wejściowych, jak to powinien zrobić kulturalny człowiek, którym bez wątpienia był – lub za którego pragnął uchodzić. Zadzwonił do drzwi i w cierpliwości czekał, aż profesor Bulstrode mu otworzy – ale zamiast niego ujrzał Addison Hallaway, co bez wątpienia było niespodziewanym obrotem sprawy.

      Nawet jeśli w tym momencie wyglądał jak nieodrodne dziecko swojej matki – opalony po wielu dniach spędzonych na pracy w słońcu, z rozwianymi ciemnymi włosami i wciąż jeszcze lekko zaczerwieniony po niedawnym wysiłku fizycznym – tak, jakby buzowała w nim stereotypowo gorąca hiszpańska krew, to przecież był nieodrodnym synem państwa, w którym się urodził, kraju picia herbaty punkt siedemnasta i spleenu. Więc zamiast pełnym emocji krzykiem wyrazić zdumienia, stanąwszy na sztywnych nogach, powiedział:

      – Dzień dobry, Addison, co u ciebie?

      Powinna była odpowiedzieć W porządku, dziękuję, a u ciebie?, więc nawet nie poczekał na odpowiedź, tylko zadał kolejne pytanie:

      – Czy wiesz, kiedy profesor Bulstrode planuje wrócić? Dawno wyszedł?

      Jeśli Bulstrode miałby powrócić dopiero za kilka godzin, nie było sensu czekać, dlatego wolał zapytać, zanim wszedł do domu. Z drugiej strony, wielką szkodą by było, gdyby nie dane mu było spotkać dzisiaj profesora – nie miał przecież pewności, kiedy (i czy zdąży przed powrotem do szkoły) znowu znajdzie czas na spotkanie.

      Walter Knightley
      [*tak wywnioskowałam po twoich komentarzach, karcie itd., jeśli coś tam źle napisałam o Addison, to przepraszam!!!
      I nie ma za co, jak widzisz, nie jestem demonem prędkości. ;D ]

      Usuń
  60. Rosjanin nie sądził, aby powodem rozstania była właśnie Addison, o której Adam opowiadał swojej dziewczynie, aby wyjaśnić jej sytuację, w której razem z przyjaciółką się znalazł. Wiera nie wyglądała na zazdrosną oraz akceptowała relacje łączące go z Addie, no chyba, że nie było z nim szczera, to już w pełni zmienia postać rzeczy. Lebiediew miał już dość. Nie chciał o tym myśleć. Chciał wreszcie w spokoju odpocząć z daleka od uporczywych myśli, to wszystko zdecydowanie zbyt mocno zaczęło go przytłaczać. Proponując Addison wspólne mieszkanie był pewny tego co mówi, jednak uszanuje każdą jej decyzję w tej sprawie. Nie chciał jej do niczego zmuszać, choć wolałby, aby ta się zgodziła inaczej czuł, że będzie się cholernie o nią martwił. Nie mogła zostać sama i już. Hallaway zawsze akceptowała go takim jakim jest, nie wymagając niczego w zamian. To przy niej Adam mógł w peł i być sobą nie martwiąc się o to co sobie o nim pomyśli, co cholernie sobie cenił i był jej niezmiernie za to wdzięczny. Dla niego w pewnym sensie nadal była małą, bezbronną dziewczyną, która potrzebuje kogoś kto się nią zaopiekuje, a Adam właśnie czuł się za to odpowiedzialny.
    Adam musiał przyznać, że to co się właśnie działo było cholernie dziwne. Miał wrażenie, że ktoś zaraz wywierci mu wzrokiem dziurę w brzuchu, jednak nikogo nie mógł dostrzec. Ewidentnie coś było nie tak. Ścisnął delikatnie dłoń przyjaciółki w uspokajającym geście.
    - Nic ci nie grozi - szepnął wstając na równe nogi. Przytulił ją do swojego boku obejmując przy tym ramieniem. Wrzask, który oboje usłyszeli narobił im wiele strachu. Adam zgasił różdżkę, by nie przyciągać dalej wzroku. Zrobiło się ciemno, cholernie ciemno. Zacisnął mocniej palce na dłoni przyjaciółki w drugiej ręce kurczowo ściskając różdżkę. Wrzask się powtórzył, tym razem zdecydowanie bliżej nich. Adam starał się zachować spokój. Z pewnością ni byli obserwowani przez człowieka, Rosjanin domyślał się co to może być i jeśli żadne z nich się nie ruszy i będą nadal tak stać to z pewnością nie skończy się to dobrze.
    - Biegnij i pod żadnym pozorem masz się nie odwracać - pociągnął ją ruszając w stronę zamku, a następnie pozwolił jej biec przodem. W ciągu kilku sekund można było usłyszeć dodatkowe kroki przypominające bieg. Lebiediew zrozumiał, że wpadli w kłopoty. Adam nawet nie zorientował się kiedy ich dłonie się rozłączyły. Wszystko działo się tak cholernie szybko. Miał wrażenie, że im szybciej biegną tym bardziej zamek się oddala.
    Nagle nastąpiła ogromna chwila dezorientacji, a jego ciało zderzyło się ziemią. Jęknął krzywiąc się. Wszystko go bolało. Nim zdążył się podnieść poczuł na sobie czyjś ciężki oddech. Serce podeszło mu do gardła, a chwilę później poczuł ogromny ucisk na klatce piersiowej uniemożliwiający mu normalne zaczerpnięcie powietrza. Było zbyt ciemno, by mógł się zorientować z czym przyszło mu się zmierzyć, na dodatek różdżka wypadła mu z ręki. Nie starał się wyszarpnąć, nie krzyczał. To było cholernie dziwne uczucie, czuł się tak słabo, słabo jak nigdy.

    Adam

    OdpowiedzUsuń
  61. Wszystko działo się tak cholernie szybko, zdecydowanie za szybko, aby można była zastanawiać się nad odpowiednimi działaniami w sytuacji w jakiej się znaleźli. Adam czuł na sobie oddech zwierzęcia, które dokładnie wodziło wzrokiem po całym jego ciele przygotowując się do ostatecznego ataku. Lebiediew zdecydowanie bardziej martwił się o przyjaciółkę niżeli o samego siebie. Miał gdzieś co się teraz z nim stanie, najważniejsze było dla niego to, aby Addison nie spadł nawet pojedynczy kosmyk włosów z głowy. Nie zaprzestał poszukiwania różdżki po omacku, która zapadła się jak kamień w wodę. Przełknął ślinę, gdy mantykora chciała przystąpić do ataku, który jednak nie nastąpił. Addison skutecznie odwróciła jej uwagę na tyle, aby Adam mógł stanąć na równe nogi, jednak nieskutecznie, aby obronić samą siebie. Rzucane przez nią uroki pozwoliły Adamowi dostrzec swoją różdżkę, która leżała niedaleko niego. Od razu ją pochwycił w dłonie, a gigantyczny strach o Addie zawładnął jego ciałem. Widząc jak bestia zbliża się do niej w ciągu paru sekund wyciągnął przed siebie różdżkę.
    - Incendio! - krzyknął, a z różdżki wydobył się mocny strumień ognia, który dosięgnął bestię, jednak nie dało to w pełni oczekiwanego rezultatu. Ruszył biegiem w stronę przyjaciółki. - Immobulus! - ponowił atak, który tym razem dodał im więcej szansy na ucieczkę. - Expulso!
    W oddali można było usłyszeć głosy należące do innych nauczycieli. Adam czuł, że dostanie mu się po uszach od dyrekcji i to w dość mocny sposób, jednak to nie było ważne. Zrównawszy się ramieniem z Addie, złapał ją mocno za rękę. Zdążył się na chwilę odwrócić, a bestia już odzyskała pełną sprawność, co znowu postawiło w ich cholernie trudnej sytuacji.
    - Bombarda Maxima! Incendio! - starał się jeszcze spowolnić zwierzynę odwracając się co jakiś czas, jednak miał wrażenie, że rzucane przez nich zaklęcia coraz bardziej ją złoszczą niżeli im w czymkolwiek pomagają.
    - Nie puszczaj mojej ręki, choćby nie wiem co - wydukał cały czas biegnąc, jednak obojgu kończyły się siły, a mantykora była nich coraz bliżej. Adam ponownie się odwrócił w momencie, gdy bestia odbijała się od ziemi, aby dokonać ostatecznego soku. Lebiediew wiedział, że nie wygrają. Popchnął Addie na ziemię w mało delikatny sposób i zaraz sam wylądował na niej obejmując ją mocno ramionami, by mantykora nie miała szans się do niej dostać, no może do czasu, póki nie zabije jego. Jego ciało stanowiło ochronę dla przyjaciółki. Wolał poświęcić samego siebie niż dopuścić do jej krzywdy. Wrzask zwierzyny ponowił się, a szata Rosjanina w miejscu odcinka lędźwiowego i barku nasiąkła brunatną cieczą.

    Adam

    OdpowiedzUsuń
  62. Nic go nie bolało, czuł dziwny spokój. Czuł jak zaczyna mu się kręcić w głowie, a ciało odmawiało posłuszeństwa zaś język nieco mu się plątał przeszkadzając w złożeniu jednego zdania. Wziął kilka głębokich wdechów zupełnie nie reagując na słowa przyjaciółki. Skrzywił się, gdy ta go podniosła. Totalne odrętwienie zastąpiło cholerne szczypanie pleców, a każdy kolejny krok przychodził mu z coraz większym trudem, jednak wiedział, że musieli uciekać i jeśli miałby ponownie osłonić dziewczynę swoim ciałem z pewnością to zrobi bez żadnej chwili wahania o ile pozwolą mu na to siły. Zacisnął palce na szacie przyjaciółki jakby szukał w niej oparcia. Przyciągnął ją do siebie znacznie bliżej bojąc się, że znowu zostaną rozdzieleni. Zostawiał niewielkie ślady krwi na trawie, co jakiś czas upewniając się, że bestia nie zdołała się jeszcze uwolnić.
    - Addison - szepnął potykając się o własne nogi. Jęknął cicho krzywiąc się, wziął kilka głębokich wdechów. Zacisnął wolną dłoń na różdżce. - Salvio Hexia, Repello Mugoletum - wydukał choć wątpił, by te zaklęcia im jakoś pomogły, jednak musieli spróbować wszystkiego. Musieli zrobić wszystko, by jakoś się z tego wywinąć. Głosy pędzących ku nim nauczycieli stale stawały się głośniejsze, jednak to wszystko zagłuszył znacznie głośniejszy ryk zwierzęcia niż dotychczas. Musiało być nieźle rozwścieczone. Lebiediew poruszał nogami najszybciej jak umiał. Nagle przystanął i uważnie się rozejrzał. - Chodź - mruknął cicho ciągnąc ją w inną stronę, choć przy jego spadku siły przypominało to bardziej lekkie muśnięcie szaty niżeli jakieś szarpnięcie. Wskazał dłonią na niewielką jaskinię, w której niedawno znalazł obściskującą się parkę pierwszorocznych. Będą mogli się tam schować i pozwolić aby grono nauczycielskie, które przybyło im z odsieczą rozprawili się z bestią, co łatwym zadaniem nie będzie.
    Lebiediew padł od razu tyłkiem na ziemię, gdy tylko znaleźli się w ciemnych czeluściach. Szata na plecach była w strzępach, zaś skóra była pokryta trzema, głębokimi dość długimi ranami, z których stale sączyła się krew. Zwykłe zaklęcia leczące nie zdadzą się tu na zbyt wiele, potrzebna była interwencja pielęgniarki ze Skrzydła Szpitalnego. Adam przytulił się do Addie starając się nie zasnąć, wtedy sprawa obrałaby totalnie dramatyczny obrót. Rosjanin ponowił zaklęcia ochronne.
    - Ciekawa noc, nieprawdaż? - wydukał i zaśmiał się cicho. Choć do śmiechu było mu daleko. Jęknął cicho ponownie się krzywiąc oddychając przy tym ciężko. Jego skóra czego oboje zobaczyć nie mogli przybrała cholernie blady odcień. Adam dostał gorączki. Naprawdę miał już dość tego co się działo. Brakowało mu sił.

    Adam

    OdpowiedzUsuń
  63. Otwarcie mógł się przyznać, że nie żałował tego co zrobił i jeśli, by mógł zrobiłby to ponownie. Spojrzał jej w oczy zmuszając się na pocieszający uśmiech. Widział jak ta się boi, jednak on nie miał zamiaru się poddawać, nie odda się tak łatwo w szpony wiszącej nad nim śmierci, nawet mimo tego, że każdy kolejny oddech przychodził mu z coraz większym trudem, a gorączka stale rosła.
    - Nie zasnę - obiecał cicho walcząc z ogarniającą go sennością. Będzie dobrze, musiało być dobrze. Adam silnie trzymał się tej myśli nie pozwalając, aby panika ogarnęła jego ciało. Pozwolił Addison zająć się samym sobą, choć za każdym razem, gdy obwiązywała jego plecy kawałkami materiału miał ochotę krzyknąć, by przestała to robić.
    - Hej, Addie - szepnął i dotknął jej policzka. - Będzie dobrze, obiecuję ci to. Nie płacz - poprosił głaszcząc ją kciukiem po twarzy. - Złego diabli nie biorą - dodał chwilę później wplątując palce w jej dłoń. - Będzie dobrze...
    Nawet nie wiedział kiedy zapomniał o bólu, po prostu go nie czuł. Ciało stało się dziwnie odrętwiałe. Miał wrażenie jakby wsadzili go do wielkiej lodówki z cholernie niska temperaturą. Okropnie chciało mu się pić, a jego wargi stały się spierzchnięte. Stracił poczucie czasu. Nie wiedział ile tutaj siedzieli, a wszystko zaczynało docierać do niego jak przez mgłę. Zacisnął palce na dłoni przyjaciółki, by dać jej do zrozumienia, że walczy, że nadal nie ma zamiaru się poddać.
    - Możesz się na mnie wściekać, wyzywać od najgorszych, ale nie żałuję Addie. Naprawdę nie żałuję tego co zrobiłem i gdyby istniała konieczność ponownego osłonienia Cię własnym ciałem, zrobiłbym to, bo choć jesteś niezłą zołzą, która denerwuje mnie jak nikt inny, to oddałbym za Ciebie wszystko - wymamrotał i zakasłał, gdy nagle nastała cisza. Jedna, wielka, przerażająca cisza, której towarzyszyły, jedynie blaski światła wydobywające się na zewnątrz jaskini. Czyżby było po wszystkim. Adam z delikatnym grymasem zdołał się nieco dźwignąć na rękach. Cóż, nierówne podłoże jaskini nie było zbyt wygodne do dłuższego leżenia. Kręciło mu się w głowie, było mu cholernie zimno, a do tego wszystkiego doszły mroczki przed oczami. Resztę pamiętał jak przez mglę, dosłownie. Ściskał jedynie dłoń przyjaciółki, co mogło ją nawet nieco boleć. Jakieś głosy, kolejna partia światła i ciemność, jedynie delikatne przebłyski, momentami czuł na sobie czyjś dotyk, jednak nie mógł się zorientować co tak naprawdę się dzieje. Wyłapywał, jedynie pojedyncze słowa.

    Adam

    OdpowiedzUsuń
  64. Adam z pewnością przeżyłby szok, gdyby był świadom pocałunku, jednak z pewnością byłoby to dla niego bardzo pozytywne i dające mu wiele do myślenia uczucie, które jednak byłoby nadal zastawione szerokim murem w postaci Wiery, do której czuł ogromny żal przez co nie mógł wyzbyć się jej ze swojego serca oraz umysłu. Choć od rozstania minął już dość spory czas i Lebiediew pod wpływem alkoholu pocieszył się w ramionach jednego z uczniów Hogwartu, to chwila wytchnienia nie trwała długo. Musiał wyjaśnić sobie to z Wierą twarzą w twarz, by móc w pełni uwolnić się ze szponów emocjonalnego rozchwiania.
    Adam był silny, silniejszy niż się niektórym wydawało. Da radę i tak też się stało. Choć uzdrowiciele krążyli wokół niego przez dość spory czas, co mogło wydawać się bardzo niepokojące to Rosjanin powoli wychodził na prostą. Czuł jakby dryfował w nicości. Chciał się odezwać, ale nie mógł. W końcu! W końcu się udało! Uchylił powoli powieki, a koniuszkiem języka przesunął po mocno spierzchniętych wargach. Wziął głęboki wdech. Trochę mu zajęło nim zorientował się, gdzie jest i co tak naprawdę się stało. Przekręcił delikatnie głowę, a na jego twarzy pojawił się lekki uśmiech czując przy sobie przyjemnie ciepłe ciałko przyjaciółki. Pocałował ją w czubek głowy, która spoczywała na jego nagim, zabandażowanym torsie.
    - Jestem - szepnął słabo odnajdując jej dłoń, w którą wplątał swoje palce, drugą zaś zawędrował do jej policzka, który czule musnął. - Jestem - powtórzył i odwrócił głowę słysząc kroki zmierzające ku nim. - Obudził się Pan, Panie Lebiediew. Miałeś naprawdę dużo szczęścia! Cudem cię odratowaliśmy. - odezwała się pielęgniarka posyłając Addie karcące spojrzenie będąc niezadowoloną z tego, że nie leży na własnym łóżku, jednak nie śmiała tego komentować, odpuściła. Zwilżoną ściereczką przetarła rozgrzane policzki Adama oraz czoło upewniając się, że wszystko jest okej. Zostawiła kubeczek z wodą na stoliku nim odeszła.
    Lebiediew nieco się przekręcił obejmując przyjaciółkę ramieniem. Westchnął cichutko, zamykając oczy. Cholernie chciało mu się spać.
    - Widzisz? Mówiłem, że będzie dobrze - wydukał głaszcząc ją po plecach. Czuł się zdecydowanie lepiej mając ją u swojego boku. Teraz był pewien, że nic im już nie grozi. Nawet nie wiedział kiedy ponownie zasnął.

    Adam

    OdpowiedzUsuń
  65. Zranione ramię potwornie bolało. Rwanie nie ustawało, a pozycja w jakiej się znajdował zdecydowanie w niczym nie pomagała. Miał wrażenie, że jeśli potwór potrzyma go w górze przez parę chwil, ręka dosłownie mu odpadnie. Nachodziło go coraz większe zwątpienie w to, że ma jeszcze jakiekolwiek szanse na przetrwanie. Miał ochotę się poddać, pozwolić mackom na oplecenie go, zgniecenie, pożarcie. Nie widział dla siebie już żadnej nadziei. Okrzyk Addie obudził w nim jednak wolę walki. Zaczął na nowo próbować się wyszarpnąć, uwolnić z morderczego uścisku. Macka jednak była o wiele silniejsza od uszkodzonego osiemnastolatka. W uszach zaczęło mu dzwonić, przed oczami tańczyły mu mroczki. Rozpaczliwie łapał powietrze, próbując nie odpłynąć. Jego stan stanowczo się pogarszał, a świadomość zdawała się odpływać, widok przed oczami coraz bardziej rozmazywać.
    Kiedy macka zaczęła uderzać nim o sufit, poczuł dosłownie każdą najmniejszą kość. Przytomność gwałtownie mu powróciła wraz z bolesną świadomością, że sam sobie z potworem nie poradzi. Miał wrażenie, że jeszcze trochę i zostanie pogruchotany w drobny maczek. Zacisnął powieki i błagał w duchu o uwolnienie lub przynajmniej dość szybką śmierć. Nigdy nie marzył o zginięciu poprzez zmiażdżenie przez jakąś przerośniętą magiczną ośmiornicę, ale długotrwałe tkwienie w jej mackach wydawało mu się jeszcze gorsze. Z jego gardła wydobywały się ciche jęki, ból zdawał się rozdzierać go na kawałki, a ranna ręka sprawiała wrażenie, jakby już przestała do niego należeć, zupełnie tracił w niej czucie.
    Kiedy macka nagle rozluźniła uchwyt na jego nadgarstku, przez kilka sekund zupełnie nie rozumiał, co się dzieje. Czuł, że mięśnie potwora drętwieją, że zaczynają opadać. Ramię, które go trzymało, gwałtownie zbliżało się ku ziemi, ciągnąc go ze sobą. Zdrową ręką próbował złapać się oślizgłej skóry potwora, by chociaż trochę zamortyzować upadek, jednak palce zsuwały mu się, nie znajdując zaczepienia. Upadek na zimną podłogę wyrwał mu oddech z płuc, a z jego gardła wyrwał się bolesny jęk. Zacisnął powieki, próbując uspokoić walące mu gdzieś w gardle serce, ale nie miał na to zbyt wiele czasu. Zaklął pod nosem, kiedy został dość gwałtownie podciągnięty do góry. Nogi mu drżały, ranne ramię zdawało się być ciężkie niczym wykonane z ołowiu. Powoli otworzył oczy i z lekkim zaskoczeniem odkrył, że opiera się o siostrę. Czuł, że ta delikatnie ale stanowczo obejmuje go w pasie, pomagając mu utrzymać się na niepewnych nogach. Zmarszczył brwi, dostrzegając w jej oczach zdecydowaną determinację ale również troskę. Musiał wyglądać naprawdę fatalnie, skoro Addison wyraźnie wbrew Damienowi mu pomagała.
    – Dzięki – wysapał cicho, siląc się na krzywy uśmiech.
    Zaraz przeniósł spojrzenie na Mrocznego, który nie wydawał się specjalnie zadowolony sceną rozgrywającą się przed nim. Hallaway wywrócił oczami z wyraźną dezaprobatą i obrócił się na pięcie, by ruszyć dalej oświetlonym na zielono korytarzem. Zabini mimowolnie zacisnął w pięść zdrową rękę, nagle czując obrzydzenie do koloru, którym okrywał się z dumą tyle lat. Nie potrafił zrozumieć, jakim cudem chłopak, z którym dawniej całkiem przyjemnie mu się rozmawiało i którego Addie tak ceniła, mógł być tak okrutny. Ciemny korytarz z pewnością skrywał jeszcze wiele nieprzyjemnych tajemnic, których Chris z pewnością nie chciał poznać, jednak spojrzał na siostrę ze zdecydowaniem. Nie mieli jednak szczególnego wyboru. Zacisnął wargi i wraz z Addison ruszył za Damienem, próbując zapanować nad swoim wykończonym po spotkaniu z zaklęciem i Bambim ciałem, by odciążyć blondynkę.
    – Czego on od ciebie chce? – szepnął z wahaniem, pochylając się delikatnie do jej ucha. – Wiesz, gdzie nas prowadzi…?

    brat połamaniec

    OdpowiedzUsuń
  66. Reszta nocy upłynęła gładko, nie licząc lekkiej gorączki, która nieco męczyła Adama, jednak obudziwszy się koło godziny dziesiątej czuł się znacznie lepiej. Plecy go nie bolały, a zakres ruchów nieco się zwiększył. Wziął głęboki wdech. Chciał przejść do pozycji siedzącej, jednak gwałtowny zawrót głowy mu na to nie pozwolił. Odwrócił się w stronę przyjaciółki i pocałował ją w skroń. Kątem oka dostrzegł nowe, czyściutkie szaty na stoliku wraz z paroma słodkościami i bułeczkami za pewne ze śniadania, jednak najbardziej zadowolił go sok dyniowy. W jego spojrzeniu znów można było dostrzec wesołe ogniki, poza tym przydałby mu się prysznic. Uzdrowiciele wykonali kawał dobrej roboty. Chwycił butelkę, z której upił parę naprawdę porządnych łyków, cholernie chciało mu się pić. Ściskając szkło w dłoni ponowił próbę wstania. Miał nieco odrętwiałe nogi, jednak zdołał podejść do okna, które otworzył, a Skrzydła wpadło przyjemne, ciepłe powietrze zwiastujące naprawdę piękną jesień. Uśmiechnął się, starając się nie myśleć o wczorajszych wydarzeniach, które pozostaną w ich pamięci na naprawdę bardzo długi czas. Choć wszystko wydawało się mieć dramatyczne zakończenie, to skończyło się lepiej niż się mogło wydawać. Wrócił do łóżka po dobrych 15 minutach.
    - Addison - mruknął odgarniając jej z twarzy kosmyki włosów. Wyglądała tak uroczo podczas snu. Zrezygnował z budzenia jej. Zagarnął ją w swoje ramiona okrywając szczelniej kołdrą i sam przymknął powieki z zamiarem ponownego oddania się w objęcia Morfeusza, co przyszło mu bardzo łatwo. Oddychał spokojnie i miarowo. Jego organizm potrzebował teraz naprawdę wielu godzin snu, tak samo jak Addie.
    Nie sądził, że obudzi się aż tak późno. Na zewnątrz było już ciemno, a zegar wiszący na ścianie niedaleko niego wskazywał na parę minut po 19. Rozejrzał się po Skrzydle, ale nikogo nie dostrzegł. Był sam i na dodatek umierał z głodu, więc zjadł jedną bułkę z czekoladowym nadzieniem, która okazała się być całkiem świeża mimo wielogodzinnego leżenia bez żadnego przykrycia. Zmarszczył czoło widząc zmierzającą ku niemu postać. Myślał, że mu się przewidziało, był w szoku.
    - Wiera? - wydukał patrząc na dziewczynę jak na idiotkę. Jasnowłosa zbliżyła się do łóżka, jednak zachowała wyraźny dystans. Jej spojrzenie pozostało chłodne i obojętne. Adam kompletnie jej nie poznawał. To nie była już jego Wiera.
    - Dowiedziałam się o tym incydencie od znajomej. Cała szkoła już wie. Przyjechałam do Hogwartu bo nie byłam pewna czy dotarł do Ciebie list, który Ci wysłałam, Adamie. Wyjeżdżam, nie szukaj mnie, zapomnij o mnie, nie kocham Cię, rozumiesz? Z nami koniec.
    Lebiediew zdębiał. Wstał ze swojego łóżka podchodząc do niej.Uważnie na nią spojrzał.
    - Przychodzi ci to z taką łatwością? Tyle dla Ciebie poświęciłem! Zrobiłem dla Ciebie tak wiele! A Ty od tak mnie zostawiasz! - z każdym kolejnym słowem coraz bardziej unosił głos. Przestał nad sobą panować, nawet tego nie chciał.
    - Mam kogoś, kocham go i to z nim chce spędzić resztę życia - odparła twardo patrząc się mu w oczy. W Adamie aż się zagotowało. Jego mięśnie się napięły, a rysy twarzy znacznie wyostrzyły.
    - A ja Ci zaufałem! Byłaś dla mnie wszystkim! A okazało się, że jesteś zwykłą suką! - krzyknął za co oberwał w twarz. - Wynoś się - wycedził przez zaciśnięte zęby. Nie chciał zrobić niczego głupiego, więc lepiej będzie jeśli ona sobie pójdzie.

    Adam ♥

    OdpowiedzUsuń
  67. Adam kompletnie jej nie poznawał. Postawa Wiery zmieniła się tak diametralnie. Coś musiało się stać i nie chodziło tutaj o nową połówkę, czuł to. Działo się coś bardzo złego, co zmuszało Wierę do krzywdzenia, choć w głębi tego nie chciała. Choć z drugiej strony mógł się też mylić. Nie wiedział co ma o tym sądzić. Gdy ta położyła wisiorek należący do ciotki Adama, który jej podarował Rosjanin poczuł się jakby po raz drugi dostał w twarz. Wziął głęboki wdech robiąc się nieco pobladłym. Przeniósł wzrok na Addison czując się beznadziejnie. Wiera widocznie nie miała nic do powiedzenia, więc od tak odwróciła się na pięcie z zamiarem odejścia. Adam chwycił poskładaną pelerynę identyczną jak jego poprzednia i udając się za jasnowłosą zarzucił ją na swoje nagie ramiona ignorując zawroty głowy. Nie powinien się forsować ani denerwować, jednak czuł, że Wiera nie mówi mu wszystkiego.
    Dogonił ją na korytarzu tuż przed otwartymi drzwiami od Skrzydła Szpitalnego.
    - Wiera! - załapał ją za ramię i gwałtownie odwrócił w swoją stronę. Spojrzał na nią uważnie, a przed jego twarzą machnęła różdżka. Wzrok Rosjanki był zimny i zdecydowany. Twardo zaciskała palce na różdżce dając do zrozumienia, że ten naprawdę ma się od niej odczepić.
    - Czego nie rozumiesz, Lebiediew, co? - warknęła. Dobre pytanie. Sęk w tym, że Adam niczego już nie zrozumiał. Złapał ją za nadgarstek i odwrócił do siebie plecami, które przywarły do jego torsu. Był silniejszy, zdecydowanie silniejszy poza tym nie bał się jej. Przytknął usta do jej ucha muskając je swoim ciepłym oddechem. Teraz sam poczuł wściekłość, która napięła jego mięśnie i znacznie wyostrzyła rysy twarzy.
    - Jeśli odejdziesz nie będziesz miała już do czego wracać. Zastanów się - wydukał poważnym tonem głosu nim jeszcze ta się wyszarpnęła. Blondynka nie obrzuciła go nawet najmniejszym spojrzeniem od razu ruszyła zdecydowanym krokiem przez korytarz. Stał tak dobre parę minut ignorując mijające go na korytarzu osoby patrzące się na niego jak na totalnego idiotę. W końcu wrócił do skrzydła, jednak nie miał zamiaru wracać do łóżka. Zabrał resztę rzeczy ze stolika, by móc się przebrać. Nie było z nim aż tak źle, by musiał tu siedzieć. Wypocznie w swoim pokoju. Zbliżył się w stronę Addie i ucałował ją w czoło. Westchnął cicho.
    - Chcę pobyć trochę sam. Widzimy się jutro na zajęciach lub wpadnij do mnie z samego rana jeszcze przed śniadaniem - wyjaśnił cicho. Musnął delikatnie jej policzek nim wyszedł, co spotkało się z oburzeniem pielęgniarki, która nie była zadowolona z postępowania Adama, jednak miał to głęboko gdzieś. Musiał to sobie przemyśleć w samotności.

    Adam

    OdpowiedzUsuń
  68. Rosjanin nie chciał jej zranić, po prostu czuł się pogubiony w tym wszystkim co się działo. Potrzebował chwili samotności, by móc w spokoju wszystko przemyśleć i jakoś sobie to poukładać. Nawet na moment nie zmrużył oka. Ciepły prysznic pozwolił mu na chwilę wytchnienia, jednak musiał uważać na opatrunku nadal pokrywające jego tors wraz z plecami, które momentami, jednak nadal dawały o sobie znać. Nie mógł znaleźć sobie miejsca. Nawet własny pokój wydawał się być dziwnie obcy. Włóczył się po Hogwarcie dosłownie przez całą noc, a na śniadaniu prawie niczego nie tknął oprócz soku dyniowego, z którym musiał chyba, jednak nieco przystopować. Miał wrażenie, że Addison go unika, jednak nie wiedział dlaczego skoro nie chciał jej w żaden sposób urazić swoim zachowaniem. Gdyby wiedział, że to ona stoi za przybyciem Wiery do Hogwartu nie wiedziałby jakby zareagował, choć do spotkania musiałoby i tak dojść, więc nawet lepiej, że tak się stało za sprawą Addie niż poza Hogwartem, do którego podczas impulsu Adam mógłby już nie wrócić.
    Pielęgniarka nadal go gnębiła naciskając na powrót do Skrzydła z powodu dalszej bladości skóry Rosjanina oraz zawrotów głowy, jednak ten nie chciał o tym słyszeć. Da radę, nie czuł się aż tak źle jak przedstawiała to kobieta. Za dwa góra trzy dni znowu będzie tryskał zdrowiem. Zapomniał nawet o naszyjniku pozostawionym na stoliku. Nie chciał o nim pamiętać. Wiązało się z nim zdecydowanie zbyt dużo wspomnień.
    Adam nie ukrywał zdziwienia, gdy na lekcji nie zastał Addison. Postanowił, że poszuka dziewczyny po zajęciach, które cholernie mu się dłużyły. Myślał, że oszaleje, jednak w końcu zaraz za uczniami wyszedł z klasy. Nie musiał długo jej szukać. Westchnął cicho widząc ją na boisku. Podszedł do niej po cichu, a następnie objął ją od tyłu ramionami jak to zwykle miał w zwyczaju, a twarz schował w jej mięciutkich włosach. Nie musiał nic mówić, oboje nie musieli nic mówić. Adam stał tak przez dłuższą chwilę, aż w końcu odwrócił ją w swoją stronę.
    - Dlaczego nie byłaś na zajęciach? - zapytał odgarniając jej włosy z twarzy. Spojrzał na nią uważnie, wyraźnie wyczekując odpowiedzi. Zrobił coś nie tak? Nieświadomie ją zranił? Kompletnie się w tym wszystkim pogubił. Najpierw Wiera rzuca go od tak bez rzetelnych wyjaśnień, które mimo wszystko mu się należały, a teraz Addie od tak sobie go unika. Cała ta sytuacja stała się chora.
    - Addie? - mruknął cicho.. Westchnął przymykając na chwilę oczy, a dłońmi przetarł wyraźnie wymęczoną twarz.
    - Co się dzieje? - zapytał. Miał wrażenie, że ta coś przed nim ukrywa, jednak nie wiedział co.

    Adam

    OdpowiedzUsuń
  69. Te drobne muśnięcie w zadziwiający sposób napełniło go nową siłą. Był tym gestem jaki i przeprosinami zupełnie zaskoczony, jednak zachowanie Addison dało mu nadzieję, której pozbawiał go z każdą chwilą jej brat. Westchnął głębiej, jakby obecność siostry u jego boku zrzuciła jakiś ciężar z jego piersi. Nie chciał jej obciążać, jednak nie było szansy, by bez jej wsparcia przeszedł więcej niż kilkanaście metrów. Mimo to starał się jak mógł iść o własnych siłach, jak najmniej korzystając z pomocy siostry. Wiedział, że sytuacja i dla niej nie jest prosta, że ona także ucierpiała przy spotkaniu z mackami.
    Zabini zmrużył oczy, kiedy zatrzymali się przed falującym czerwienią przejściem. Zielarstwo zdecydowanie nie należało do jego szczególnych zainteresowań, zmarszczył więc jedynie brwi, obserwując nieufnie pnącza. Nie miał pojęcia, czego się spodziewać, kiedy więc Addison odepchnęła go na bok, wydał z siebie cichy jęk, uderzając barkiem w ścianę. Dopiero po kilku sekundach zrozumiał, z czym mają do czynienia, kiedy roślina zdążyła już owinąć się wokół nogi dziewczyny. Chciał skoczyć w jej kierunku, znaleźć sposób, by jej pomóc, jednak brak wiedzy na temat kolczastych pnączy stawiał go na przegranej pozycji. Tak samo jak brak różdżki. Zacisnął wargi, oparł się, próbując zebrać siły i opracować na szybko jakiś sensowny plan. Wzrokiem prześlizgnął się po całym korytarzu, przez owinięte kolczastą rośliną udo Addison po wijące się na końcu szkarłatne pnącza. Szybkim spojrzeniem zmierzył Damiena, który wydawał się wahać, zerkając na zaatakowaną siostrę. Jego niezdecydowanie w pewien sposób wzbudziło w Zabinim gwałtowne oburzenie i czystą wściekłość. Jak ten mógł się zastanawiać nad ratowaniem Addie? Cichy jęk, który dotarł do niego wzmocniony echem, zdawał się rozdzierać mu serce. Blondynka była zupełnie blada, jej włosy odcinały się wyraźnie rozsypane na ciemnej posadzce, delikatnie rozchylone usta przypominały niemy krzyk o pomoc, roślina zdawała się pulsować owinięta wokół jej uda. Straciła przytomność. Wyrwało mu się zaskoczone westchnienie, serce zdawało się zgubić rytm. To był zaledwie moment. Jego myśli popłynęły w zaskakującym kierunku, gdzieś na dnie świadomości pojawiło się ogłuszające przerażenie. Musiał się skupić, trzeźwo myśleć i szybko coś wymyślić. Zacisnął pięści i zmierzył wzrokiem Damiena, który wyraźnie stracił rezon na widok nieprzytomnej siostry. Kiedy ten ruszył w kierunku dziewczyny, Zabini w ciągu ułamków sekundy opracował ryzykowny plan i postanowił wcielić go w życie. Gwałtownie odepchnął się od ściany i ignorując ból w każdej najdrobniejszej komórce ciała, pomknął w stronę Mrocznego. Owszem, był od niego słabszy, ten miał zdecydowaną przewagę, ale na korzyść Chrisa stanowczo mogło przemówić zaskoczenie. Poruszał się bezszelestnie, obserwując pochylającego się nad dziewczyną Damiena, szukając słabych punktów i wypatrując różdżki. Stanął cicho tuż za młodym mężczyzną, przypatrując się jak ten uwalnia nogę siostry z uścisku pnącza i unieruchamia wściekle wijącą się roślinę. Zabini zacisnął wargi, wybrał odpowiedni moment i bez większych skrupułów chwycił Mrocznego za szyję z wyczuciem – na tyle mocno, by ten miał problem z uwolnieniem się, jednak na tyle delikatnie, by go nie udusić. Domyślał się, że Addison nie byłaby zadowolona ze śmierci brata, nawet jeśli ten w ciągu kilkudziesięciu ostatnich minut swoim zachowaniem zdecydowanie musiał stracić w jej oczach. A przynajmniej Chris miał taką cichą nadzieję. Jednocześnie pewnie wsunął dłoń drugiej ręki pod jego szatę, by odnaleźć swoją różdżkę. Znajome żłobienia w cisowym drewnie podziałały na niego uspokajająco, dając poczucie, że wszystko z pewnością wróci na swoje miejsce. Chwycił różdżkę i zaraz zastąpił nią swoją dłoń, czubkiem wodząc po jego skórze.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. – Następnym razem zastanów się porządnie kilka razy nim postanowisz wystawić Addie na… coś takiego – warknął, odnajdując dziwną satysfakcję w zaskoczonym spojrzeniu chłopaka, z którym dawniej pojedynkował się dla zabawy i pił marne drinki na bankietach. – Pamiętasz? Nigdy nie lekceważ przeciwnika, co? – syknął mu do ucha, po czym wyszeptał inkantację. – Petrifikus Totalus.
      Sztywne ciało Mrocznego odepchnął na bok i przypadł do blondynki. Nagle opuściła go cała pewność w to, że jednak z tego wyjdą. Ta wciąż leżała nieruchomo blada jak ściana. Nachylił się niepewnie, przysuwając policzek do jej warg, nasłuchując jej oddechu.
      – Addie, proszę, nie rób mi tego – burknął nerwowo pod nosem, rozglądając się z desperacją po korytarzu.
      Nie miał pojęcia, czego mogą się spodziewać po żadnej ze stron tajemniczego skrzydła rezydencji Hallaway’ów. Najprostszym wyjściem Zabiniemu wydawał się powrót tą samą drogą. Ignorując ból ramienia, spróbował wziąć siostrę na ręce. Powoli podniósł się, przyciskając dziewczynę opiekuńczo do piersi. Musieli się stamtąd wydostać i to jak najszybciej. Oddychał ciężko, wyraźnie czując obrażenia będące wynikiem tej nocy, jednak z uporem parł do przodu tak szybko jak tylko mógł.

      próbujący chociaż raz zrobić za bohatera Zab

      Usuń
  70. Westchnął cicho. Nie chciał, by tak było. Czuł między nimi dziwne napięcie, co cholernie go bolało, jednak nie wiedział jak ma to zmienić. Każde z nich potrzebowało chwili spokoju oraz wyciszenia.
    - Nic mi nie będzie, Addie. Zdążę wypocząć - odparł cicho wymuszając na twarzy lekki uśmiech. Co prawda plecy bolały go teraz znacznie mocniej niż zwykle, ale ból był do zniesienia. Najbardziej się, jednak obawiał blizn, które tam zostaną i za każdym razem będą mu o tym wszystkim przypominać mimo tego, że nadal nie żałował tego co zrobił i tak jak już zdążył wspomnieć o tym parę razy zrobiłby to raz jeszcze bez najmniejszego zawahania. Miał zamiar zaraz po kolacji iść do siebie i porządnie się wyspać, by mieć siły na kolejny za pewne ciekawy dzień.
    - Rozumiem - westchnął. Nie chciał jej przeszkadzać, po prostu się o nią martwił. Wiedział jak bardzo było jej ciężko. Miał nadzieję, że Addie nie zapomniała o tym, że nadal może na niego liczyć o każdej porze dnia i nocy bez względu na to czego będzie jej potrzeba. Czuł się dziwnie odepchnięty, co powoli zaczęło go przytłaczać.
    - Wiesz, że możesz na mnie liczyć, prawda? - przypomniał jej uważnie się na nią patrząc, gdy ta nie ośmieliła się obdarować go nawet jednym spojrzeniem. Odwrócił nagle głowę w stronę wyjścia ze stadionu, gdy usłyszał jak ktoś go woła. Okazało się, że Rosjanin jest pilnie wzywany do gabinetu dyrektora. Ponownie przetarł twarz dłońmi i ucałował Addison czule w czoło, tak jak zawsze miał to w zwyczaju, gdy chciał ją pocieszyć lub sprawić jej przyjemność. - Nie zapominaj, że nie jesteś sama.
    Po tych słowach chcąc nie chcąc udał się do gabinetu. Spodziewał się, że góra Hogwaru będzie chciała poruszyć z nim sprawę dotyczącą felernej nocy, jednak chodziło o coś zupełnie innego. Dotarła do niego cholernie smutna wiadomość. Parę lat temu pożegnał ukochaną ciotkę, która poświęciła mu dosłownie wszystko, zastąpiła matkę, a teraz jego pierwszorzędny wzór do naśladowania; wujek zmarł parę godzin temu w swoim mieszkaniu w dość godnym podziwu wieku jak na staruszka. Adam czuł się podle, czuł, że powinien przy nim być w ostatnich chwilach życia skoro wiedział w jakim on jest stanie, a mimo to wybrał siedzenie w Hogwarcie. Tak wiele zawdzięczał mężczyźnie. To było jak kolejny cios w serce. Wyszedł z gabinetu na miękkich nogach wpadając na jedną z nauczycielek będąc znacznie pobladłym niż dotychczas. Wymamrotał ciche przepraszam i ruszył dalej nie zwracając uwagi na szeptających między sobą uczniów, którzy byli zaciekawieni zachowaniem stażysty, co w dość ekspresowym tempie rozniosło sie po szkole wymyślając masę nieprawdziwych plotek. Lebiediew zamknął się w swoim pokoju mając wszystkiego po dziurki w nosie.

    Adam

    OdpowiedzUsuń
  71. Adam wyładowywał całą swoją złość na wszystkim co wpadło mu w ręce nie zwracając uwagi na swój przeforsowany stan zdrowia. Chciał się wyzbyć wszystkich negatywnych emocji, które kłębiły się w nim od dłuższego czasu. Wypił chyba ze trzy butelki z kremowym piwem, które na sam koniec wylądowały rozbite na podłodze. Nigdy nie dawał się ponosić emocjom, jednak teraz tego było za wiele. Oparł się rękoma o stolik stojący na środku pokoju biorąc głębokie wdechy pod wpływem silnych zawrotów głowy. Nie na tym rzecz polega. Nie mógł siedzieć zamknięty w swoim pokoju i wiecznie się nad sobą użalać, jednak gorycz którą czuł nie pozwalała mu na dalsze twarde stąpanie po ziemi, tak jak robił to zwykle. Każdy miał swoje granice wytrzymałości, a granica Lebiediewa została przekroczona, brakło mu cierpliwości.
    Ubrany jedynie w długie, czarne spodnie uniósł głowę, gdy usłyszał pukanie do drzwi zaraz po tym jak kolejna butelka wylądowała na ziemi, a następnie głos przyjaciółki. Przymknął powieki. Nie wiedział czy dobrym rozwiązaniem będzie jeśli pozwoli jej wejść, ale nie mógł też izolować się od ludzi. Pozbierał szkło najnormalniej w świecie nie wiedząc gdzie w tej chwili znajduje się jego różdżka, która zastąpiłaby jego obecne zajęcie odrobiną magii.
    Zacisnął delikatnie dłoń na klamce i otworzył zamek. Powoli otworzył drzwi i spojrzał na Addison. Zacisnął usta w wąski paseczek nie wiedząc co ma jej powiedzieć, jednak pozwolił jej wejść. Przesunął dłonią po swoim boku, który jakiś czas temu pokryty był bandażem. Na jego lędźwiach pozostały jedynie pokaźne szramy, wokół których skóra była nieco zaczerwieniona oraz podpuchnięta. Nie chciało mu się rozmawiać na temat tego co się działo, a działo się zdecydowanie zbyt wiele. Zamknął za dziewczyną drzwi. Zbliżył się do Addison pozwalając zatopić sobie palce w jej mięciutkich włosach, wziął głęboki wdech i przytknął rozgrzane wargi do jej czoła.
    - Zbyt dużo się dzieje - szepnął przymykając powieki delikatnie przeczesując przy tym jej kosmyki. - Zbyt dużo - oparł głowę na czubku jej głowy oplatając ja ramionami przyciskając przy tym do swojego rozgrzanego torsu. Chciała być sama, potrzebowała samotności, a mimo to zdecydowała się tutaj z nim być.
    - Zostaniesz ze mną? - spytał cicho. Będąc samym czuł, że oszaleje, dosłownie. Przesunął leniwie w dół dłonią po jej plecach i wróciwszy tą samą drogą do karku delikatnie go pomasował. Liczył się z odmową, którą uszanuje, jednak naprawdę oboje siebie teraz potrzebowali.

    Adam

    OdpowiedzUsuń
  72. Wyraźnie odetchnął, gdy ta zgodziła się zostać. Naprawdę jej potrzebował. Potrzebował jej mocniej niż kiedykolwiek indziej. Westchnął z przyjemności, gdy poczuł jej wargi na swojej twarzy. Musiał przyznać, że było to cholernie przyjemne i takie nowe wart swego powtórzenia. Po jego ciele rozlała się przyjemna fala ciepła, a kąciki ust drgnęły ku górze. Również rozejrzał się po pokoju i dopiero wtedy do niego dotarło, co takiego zrobił. Pomieszczenie wyglądało jakby przeszło po nim potężne tornado. Nawet nie zwrócił uwagi na zranioną dłoń, która zaczęła o sobie dawać znać, gdy Addie o niej wspomniała. Pozwolił zaprowadzić się do łazienki czując w sobie nadal dość potężną dawkę gniewu, która tak łatwo z pewnością go nie opuści. Panująca między nimi cisza napawała go jeszcze większym napięciem. Miał wrażenie, że zacisnęła się ciasno wokół jego szyi uniemożliwiając mu wypowiedzenie jakiegokolwiek słowa. Powoli uniósł zbolały wzrok na przyjaciółkę słysząc jej cuchy głos i ucałował ją czule w czoło. Wziął głęboki wdech.
    - To nic. Zagoi się - mruknął patrząc na swoją dłoń. Pogłaskał ją po policzku i chcąc nie chcąc zabrał się za sprzątanie pokoju, by zająć czymś rozchwiane myśli. Nie mógł żyć w takim bałaganie, który sam sobie zgotował.
    - Reparo - szepnął i machnął delikatnie różdżką w stronę rozbitego lustra. Reszta rzeczy była dosłownie drobnymi drobiazgami wymagającymi powrotu na poprzednie miejsce, co udało mu się osiągnąć w dość szybkim tempie. Cisza nadal narastała. Tym razem miał wrażenie jakby dźwigał ją na swoich osłabionych barkach będąc coraz bardziej dociskany do ziemi. W końcu usiadł wśród pościeli przesiąkniętej własnym zapachem na rozłożonym łóżku. Pociągnął za sobą Addison opierając swoje czoło o jej. Uśmiechnął się nieco.
    - Damy radę - obiecał nie wiedząc czy chce pocieszyć bardziej samego siebie czy też ją. Głaskał ją po włosach chłonąc jej bliskość bojąc się, że kiedyś może jej zabraknąć. Przesunął powolnie wargami po jej czole. Od zawsze go do niej ciągnęło, a ich znajomość stale była wiązana coraz grubszym sznurem, który w końcu zacisnął mocny węzeł. Czując jej oddech na swojej twarzy przymknął powieki. Addie działała na niego zarówno kojąco jak i uspokajająco, była dosłownie jego własnym lekiem na wszystko.
    - Mogłabyś? - zapytał cicho, gdy po dłuższej chwili delikatnie się od niej odsunął. Podał jej małe pudełko z zieloną mazią sporządzoną przez pielęgniarkę, która wcisnęła mu to niedawno. Odwrócił się w jej stronę plecami ponownie zamykając oczy. - Pojedziesz ze mną do Moskwy? - zapytał nagle. Nie musiała się zgadzać, nie wymagał tego, jednak dzięki jej obecności będzie lepiej mu znieść pogrzeb wujka.

    Adam

    OdpowiedzUsuń
  73. [ Może zmienimy koncept na ten wątek? Zostałam postrzelona w kolano. :D]

    Vincent

    OdpowiedzUsuń
  74. Nie musiała czuć się winna z powodu braku swojej obecności u boku Adama. Nie miał jej tego za złe. W zasadzie nawet dobrze wyszło, że nie widziała go w fazie pierwszej złości, nie chciał, by oglądała go jak demoluje swój pokój. Za pewne, by ją zranił poprzez słowa, których nie chciał powiedzieć, a przez rozszalałe emocje wypadłyby z jego ust. Czując jej mięciutkie i ciepłe wargi na swoich plecach westchnął z przyjemności. Gdzieś w środku poczuł przyjemny uścisk. Właśnie takie najmniejsze pieszczoty sprawiały, że Adam się uśmiechał nawet w najgorszych chwilach. Addison znała go lepiej niż ktokolwiek inny i za pewne wiele osób nie wierzyło im, że są tylko bardzo bliskimi przyjaciółmi. Prawda była taka, że ta granica dawno się zatarła, a oboje niewidomi tego co się dzieje brną w to dalej przywiązując się coraz bardziej do siebie. Można rzec, że już teraz nie umieli bez siebie normalnie funkcjonować. Dlaczego Adam nie dostrzegł wcześniej tak cennego skarbu, który miał przy sobie prawie od zawsze?
    - Nie jestem idealny Addie - zaśmiał sie cicho biorąc od niej pudełeczko, które wylądowało na stoliku. Maść od razu zaczęła działać przynosząc mu niemałą ulgę.
    Słysząc jej pytanie odwrócił się w jej stronę. Miała racę, musiał z nią porozmawiać. Poprosił ją o coś nie racząc jej nawet najprostszym słowem objaśnienia. Położył głowę na jej kolanach, a place wplątał w jej dłoń robiąc zdecydowanie dobrą minę do złej gry coś w rodzaju śmiechu przez łzy.
    - Zmarł mój wujek - zaczął patrząc się jej w oczy. - Po tym jak rodzice mnie porzucili, opieki podjął się brat mojej matki wraz ze swoją żoną. Poświęcili dla mnie wszystko, zapewnili mi dom, godne warunki, a co najważniejsze masę miłości. A ja? Ja nigdy nie miałem okazji się im za to odwdzięczyć. Wspierali mnie na każdym kroku. Mój wujek miał opiekę, obiecałem mu, że przyjadę, że się zobaczymy wiedząc, że on w każdej chwili może odejść, a mimo to nie spakowałem się, nie wsiadłem do pociągu i nie dotarłem do niego. Siedziałem w pieprzonej klasie sprawdzając durne wypracowania, gdy on mnie cholernie potrzebował! Nawet się z nim nie pożegnałem. Nie rozumiem Addie tego co mną pokierowało, przecież miałem tą cholerną świadomość jak bardzo jest cenny czas, a mimo to pozostałem w zamku łudząc się, że jeszcze zdążę. Idiota. - wyjaśnił, a po jego policzku pociekła leciutka, pojedyncza łza. Zamknął oczy przechodząc do pozycji siedzącej. Wziął głęboki wdech.
    - Dam radę, będzie dobrze - szepnął bez przekonania. Brzmiało to niezwykle żałośnie i tak też się czuł, jednak czasu nie zdoła cofnąć. Spojrzał na Addison i pogłaskał ją po policzku. Opadł na pościel pociągając ją za sobą. Byli tak blisko siebie. Jej obecność wiele dla niego znaczyła. Czuł jej delikatny oddech na swojej twarzy, którą od jej drobnego oblicza dzieliło zaledwie parę centymetrów. Pogłaskał ją czule po policzku.
    - Cieszę się, że Cię mam, Addie. - wyznał patrząc się jej w oczy. - Naprawdę się cieszę. Tak wiele Ci zawdzięczam.

    Adam

    OdpowiedzUsuń
  75. Starł się myśleć pozytywnie, starł się jakoś to sobie wytłumaczyć, jednak poczucie winy okazało się być znacznie cięższe przez co czuje się tak jak się czuje. Słuchał uważnie słów dziewczyny, które niestety w pełni nie dotarły do Adama, potrzebował czasu, aby w spokoju sobie to uporządkować. Przymknął powieki czując jej drobną, przyjemnie ciepłą dłoń na swoich żebrach. Westchnął cichutko. Jej bliskość zawsze działała na niego kojąco. Przy nie czuł się inaczej, tak wyjątkowo. Czuł się potrzebny, kochany i doceniany, czego nie zawsze doświadczał w ramiona Julii, która była dość specyficzna mimo to kochał ją taką jaką jest, a Addie była dopełnieniem każdego dnia czasem nocy, jego wiecznym uśmiechem, radością i niekończącą ilością wspólnych docinek. Dopiero czas pokazał kto tak naprawdę pozostał lojalny i kto tak naprawdę zasługuje na uwagę ze strony Lebiediewa, który wreszcie to dostrzegł.
    - Addie - wydukał uważnie na nią patrząc, gdy ta zadała pytanie na tema Moskwy. - Jestem pewien. Nie obchodzi mnie Twoja reputacja, naprawdę. Dla mnie jesteś wspaniałą osobą zasługującą na wiele, a zdanie moich bliskich na Twój temat mało mnie interesuje.
    Uśmiechnął się nieco. Naprawdę nie liczyła się dla niego opinia innych, zwłaszcza, że nie znali Addison, więc nie mieli prawa zabierać głosu na jej temat. Znał ją bardzo dobrze, wiedział jaka jest i za to ja kochał. Przesunął powoli dłoni po jej ramieniu czując przyjemne mrowienie pod palcami, gdy skóra zetknęła się z kawałkiem materiału przesiąkniętym jej zapachem. Spięte mięśnie wyraźnie się rozluźniły, rysy twarzy stały się lżejsze, co jedynie uwydatniło sine worki pod oczami nieco zaczerwienione oczy z powodu braku snu. Ponownie przymknął powieki czując jej dotyk na swoim policzku. Mógł śmiało przyznać, że każdy najmniejszy włosek na jego ciele stanął na baczność, a serce nieco mocniej zabiło. - Zostań - szepnął słysząc jej propozycję. Jej obecność odgrywała cholernie ważną rolę nie tylko dla jego stanu zdrowia. Był świadom wszystkich plotek, które latały mu koło nosa. To co łączyło go z Addie było tylko i wyłącznie ich prywatną sprawą, a tego co gadają inni nie należało słuchać, jednak prawda była taka, że każdy był rządny nowych ploteczek, które stale przekształcały się w coś nowego momentami wręcz absurdalnego. Nie wiedział co nim kierowało, gdy tak uparcie lgnął do dziewczyny szukając w niej odrobiny bliskości. Był jednym wielkim kłębkiem emocjonalnym, który pogubił się w tym co siedzi w środku jego umysłu. Nie chciał za bardzo narzucać się dziewczynie, ale czuł, że ewidentnie coś ich do siebie przyciąga coś jest na rzeczy. Nie chciał jej zranić, ani nie chciał, by poczuła się wykorzystana, a co najgorsze nie chciał, aby poczuła się jak zwykła pocieszająca zabawka, która przyniosła mu chwilę rozrywki i została rzucona w kąt kompletnie już nikomu nie potrzebna.
    Spojrzał jej w oczy, gdy ich nosy wręcz sie stykały wcześniej naciągając na siebie oraz na nią koc. Przestał myśleć o tym co się działo ostatnimi czasy, kompletnie zatracił się w obecności przyjaciółki, której bliskość cholernie mąciła mu w głowie, a moment, w którym zaczęła za pomocą kciuka zwiedzać jego zarysowane wagi znacznie przyśpieszył rytm jego serca. Na jego twarzy ponownie pojawił się uśmiech.
    Zdecydowanie to wszystko było od niego silniejsze, zbyt silne, by mógł nadal się powstrzymywać. Czuł, że jeśli tego nie zrobi oboje będą żałować. Ułożył dłoń na jej talii i uniósł się delikatnie na łokciu, aby móc ją lepiej widzieć zaś na jej wargach złożył pełen czułości pocałunek na jej mięciutkich wargach, sunąc delikatni po nim językiem będąc gotowym na odrzucenie czy cokolwiek i innego. To było coś zdecydowanie cudownego.

    Adam

    OdpowiedzUsuń
  76. Kraina do której wszedł dzięki bliskości Addison wprowadziła go w naprawdę cudowny stan, który spowodował iż nie chciał, aby ich usta się rozdzielały. Wszystko przestało mieć jakiekolwiek znaczenie. Wziął głęboki wdech, gdy ich ciała zażądały chwili wytchnienia. Przesunął delikatnie wargami po linii jej szczęki uśmiechając się przy tym delikatnie. Nie sądził, że sprawi mu to aż tak wiele radości. Zaśmiał się słysząc słowa dziewczyny i wziął głęboki wdech. Przysunął ją jeszcze bliżej siebie jakby chciał się upewnić w tym co go kierowało. Pogłaskał ją po policzku i pocałował czule w czoło chowając ją następnie w swoich ramionach, które od zawsze stanowiły dla niej swoiste schronienie. Przesunął powoli koniuszkiem języka po swoich wargach jakby nie dowierzał chwili, która parę minut temu miała miejsce.
    - Trudno będzie się powstrzymać - odparł poruszając przy tym zabawnie brwiami, po czym ponownie musnął delikatnie jej usta nie mogąc nasycić się ich smakiem. Odwrócił głowę, gdy poczuł delikatne, mięciutkie otarcie na swoim ramieniu.
    - Mamy gościa - wydukał zagarniając do siebie kota, któremu wyraźnie zebrało się na pieszczoty. Adam pogłaskał go po łebku na co kocur zamruczał wyraźnie zadowolony, a chwilę później wcisnął się między nich zwijając się w kłębek z zamiarem ucięcia sobie drzemki. Szymon tak samo jak dwa Puszki Pigmejskie były oczkami w głowie Liebiediewa. Szymona zwykle nie było, a Puszki siedziały w osobnych klatkach stojących na komodzie znajdującej się niedaleko łóżka. O tych małych istotkach wiedziała mała ilość osób i lepiej aby tak pozostało.
    Rosjanin w końcu znowu skupił całą swoją uwagę na dziewczynie. Przesunął wargami wzdłuż jej policzka, zatrzymał się na moment na jej szyi, którą w końcu obsypał wianuszkiem delikatnych, subtelnych pocałunków. Oderwał się od niej dopiero po dłuższej chwili i mocno do niej przywarł uważając na śpiącego kota. Plecy znowu zaczęły mu dokuczać, jednak to co się teraz działo przejmowało punkt centralny jego myśli w pełnym stopniu, co pozwalało mu zapomnieć o bólu. Wplątał palce w dłoń Addie układając wygodnie głowę na poduszce.
    - To było idealne - skwitował leniwie kreśląc wzorki opuszkami palców na jej ramieniu. Przymknął powieki wyraźnie odprężony. Potrzebował tego, tak cholernie tego potrzebował. Nawet nie wiedział kiedy złapała go senność, z którą starał się walczyć, jednak przegrał. Jego organizm potrzebował teraz odpoczynku.

    Adam

    OdpowiedzUsuń
  77. [Cześć! Chciałam poinformować, że usuwam Beau i odchodzę z bloga, więc niestety nasz wątek przepada. Na wszelki wypadek zostawiam jednak kontakt, gdybyś coś chciała c:
    doyoulovemeornah@gmail.com]

    OdpowiedzUsuń
  78. Dobra, takiej pobudki nie spodziewałby się dosłownie nikt i z pewnością żadna z osób nie byłaby z tego zadowolona, tak jak było w przypadku Adama. Poderwał się do pozycji siedzącej wybudzony z błogiego snu, a dłońmi przetarł mokrą twarz.
    - Addie! - warknął gromiąc ją spojrzeniem. Odgarnął z twarzy mokre kosmyki włosów, które przylepiły mu się do czoła. Co jej odbiło? No tak, przecież dziewczyna należało do osób dość nieprzewidywalnych. Westchnął cucho, gdy ta wcisnęła mu w dłoń butelkę soku dyniowego. - Nie znasz dnia ani godziny kiedy się zemszczę - zagroził patrząc na nią uważnie, a następnie wygrzebał się z pościeli ulegając pokusie wypicia soku, którego zapasy powoli mu się kończyły. Musiał udać się do miasteczka po parę potrzebnych rzeczy.
    - Moje plecy są w dość dobrej kondycji - odparł z delikatnym uśmiechem. Nie umiał się na nią długo gniewać. Wstał powoli odkładając butelkę na stolik, po czym przeciągnął się strzelając nawet najmniejszymi kostkami. Od razu lepiej. Widząc kota pogłaskał go pod pyszczkiem, gdy wylądował w ramionach przyjaciółki. Kocur zdecydowanie zbyt mocno był rozpieszczany, co było z resztą widać. Parsknął śmiechem słysząc słowa Addie kręcąc przy tym na boki głową, jednak, gdy z jej usta padło pytanie od razu spoważniał.
    - Nie. Nie żałuję - odpowiedział wręcz od razu świdrując ją wzrokiem. Taka była prawda i nie miał zamiaru tego ukrywać. - Podarowałaś mi coś czego Wiera nie była w stanie mi podarować nigdy. Naprawdę Addie nie żałuję. - pocałował ją czule w czoło i spojrzał na zegarek. Musieli niedługo iść na śniadanie, którego żołądek Rosjanina wyraźnie się domagał.
    Adam miał dziś zabrać Addie z trzech ostatnich lekcji. Była mu potrzebna, choć poradziłby sobie sam, ale skoro może wykorzystać do tego dziewczynę, to czemu nie? Puchnonom przyda się parę dodatkowych punktów, jednak na razie nie miał zamiaru mówić jej o tym. Lebiediew skoczył szybko pod prysznic, który od razu postawił go na nogi i w samych bokserkach wrócił do pokoju, gdzie wdział na siebie czyściutkie szaty. Na jego głowie jak zawsze panował artystyczny nieład, który był co jakiś czas poprawiany zwykłym muśnięciem palców.
    - Od jakiej lekcji dziś zaczynasz? - zapytał zbliżając się do dziewczyny. Pogłaskał ją po policzku z delikatnym uśmiechem na twarzy. Adam wyglądał lepiej niż wczoraj i to zdecydowanie, jednak żrąca pustka, gdzieś w środku nadal pozostała ściskając go niemiłosiernie. Potrzebował czasu, aby wszystko sobie ułożyć. - Leć do siebie się przebrać i spotkamy się na śniadaniu.
    Nachylił się delikatnie i ucałował ją w kąciki ust z delikatnym uśmiechem.

    Adam

    OdpowiedzUsuń
  79. [Szczerze? :D Nawet nie myślałam, że nam się coś takiego wywinie, ale przyznam, że nawet się cieszę ^.^ Adam naprawdę potrzebował takiej osóbki :)]

    Mimo wszystko to było coś nowego i cholernie przyjemnego. Sznur, którym oboje zostali powiązani zacisnął nowy supeł, który zbliżył ich bliżej siebie niż zwykle. Adam czuł się na swoim miejscu, naprawdę. To uczucie było tak lekkie, a przywiązanie do drugiej osoby tak cholernie przyjemne. W związku z Wierą czuł się trwać u jej boku z obowiązku. W końcu zobowiązał się chronić ją i kochać, coś w rodzaju uczuciowej umowy. Nie czuł tej lekkości, ba momentami czuł się nawet niedoceniany, a mimo to uparcie trwał u jej boku oszukując samego siebie przez całe siedem lat. Stracił siedem lat życia na przywiązanie do zupełnie nieodpowiedniej osoby. Dzięki Addison to dostrzegł i zrozumiem na czym polega prawdziwe uczucie.
    - Zawsze jestem grzeczny, Addie - mruknął dając jej lekkiego kuksańca w bok.
    Odprowadził dziewczynę wzrokiem z szerokim uśmiechem na twarzy, który nie schodził mu z twarzy przez dość długi czas. Mógł z dumą przyznać, że dziewczyna była fantastyczna i lepiej trafić nie mógł, zdecydowanie. Napawała go nadzieją, pogodą ducha i wiarą na lepsze jutro. To było wręcz niesamowite ile radości może sprawić człowiekowi druga osoba. W końcu otrząsnął się z czegoś w rodzaju transu i wyszedł ze swojego pokoju w pełni gotowy na rozpoczęcie zajęć. Wszedł do Wielkiej Sali podczas, gdy uczniowie z zadowoleniem pałaszowali wśród stołów napełniając swoje żołądki masą pyszności. Odnalazł wzrokiem Addison i od razu ruszył w jej stronę.
    - Smacznego - mruknął całując ją w czubek głowy. Tak, zdecydowanie to było dziwne, ale Lebiediew chciał brnąć w to dalej. Niestety jeśli sam chciał zjeść musiał udać się do stołu nauczycieli, gdzie czekało na niego jego miejsce. Puszczając jej oczko udał się po swoje nakrycie. Dosłownie umierał z głodu, Dawno nie zjadł niczego porządnego.
    W pełni najedzony po dobrych dwudziestu minutach udał się do sali, gdzie miał poprowadzić swoją pierwszą lekcję w gronie pierwszorocznych Ślizgonów. Większość lekcji minęła w zasadzie na tym z czym się wiąże Czarna Magia. Nie mógł się doczekać trzeciej lekcji, więc gdy ta wreszcie nastała jak strzała ruszył przez korytarz, gdzie bez problemu odnalazł salę, w której lekcje miała Addison. Zapukał do drzwi, które chwilę później otworzył. Nie patrząc na gapiących się uczniów podszedł do nauczyciela prosząc go na bok. Chwilę później mężczyzna spojrzał na Addie.
    - Pozwól panienko Addison z panem Lebiediewem, zabierz ze sobą również swoje rzeczy - oznajmił mężczyzna, po czym od razu powrócił do prowadzenia lekcji, a Adam poczekał na nią na korytarzu, gdzie od razu obdarzył ją pełnym namiętności pocałunkiem. Nie mógł się powstrzymać, to było silniejsze od niego.
    - Idę do Hogsmeade z pierwszorocznymi Krukonami i Ślizgonami, a ty razem ze mną - oznajmił, gdy się od niej oderwał.

    Adam

    OdpowiedzUsuń
  80. [A dziękuję :D Mam tendencję do szybkiej zmiany zdjęć ;3]


    - Jesteś niemożliwa, panienko Addison - zaśmiał się, gdy się od siebie oderwali. Czasami się jej dziwił jak udawało jej się znaleźć wolny czas na sianie psikusów. Jemu samemu po jakimś czasie pewnie, by się to znudziło, choć kto wie. Addie było dość specyficzną osobą i chyba za to ją uwielbiał. Ne zewnątrz panował lekki chłód i zaczynało się chmurzyć. Adam miał nadzieję, że nie złapie ich deszcz. Na jego twarzy pojawił się uśmiech, gdy poczuł jej palce wplątujące się w jego dłoń, a chwilę później poczuł przyjemny ciężar na swoich plecach.
    - Idziemy do Pubu pod Trzema Miotłami - odparł łapiąc ją nieco pewniej i przekręcając tak, że znalazła się przodem do niego oplatając go nogami w pasie. Objął ją ramionami, aby nie spadła i czule pocałował ją w czoło, po czym wtulił w swój tors. Tak było zdecydowanie lepiej niż niósł ją na plecach, które jednak nieco mu jeszcze doskwierały. - Ten wpływ mi się podoba - dodał poruszając przy tym zabawnie brwiami obserwując pierwszorocznych niecierpliwie idących tuż przed nimi. Przesunął powoli dłonią wzdłuż jej pleców ciesząc się z jej bliskości, która naprawdę wiele dla niego znaczyła. Zaciągnął się jej słodkim zapachem cały czas niosąc ją na rękach. Ani mu się śniło, by wypuszczać ją nawet na moment ze swoich objęć. Przesunął powoli wargami po jej policzku zaczepiając płatek jej ucha, który delikatnie zassał, a następnie przygryzł w zaczepnym geście.
    Tak jak postanowił tak też się stało. Niósł ją aż do samego miasteczka. Postawił ją dopiero, gdy pierwszoroczni wysłuchali ponownie regulaminu wycieczki. Od razu objął ją ramieniem przyciągając do siebie i cmokając w czubek nosa.
    - Mam ochotę na rum porzeczkowy lub grzany miód z korzeniami, ale co powiesz na syrop wiśniowy z wodą sodową, lodem i parasolką? - uniósł jedną brew ku górze otwierając jej drzwi od lokalu. Przepuścił ją w progu jako pierwszą i zamknął za nimi drzwi. Wybrał stolik najbardziej oddalony od wszystkich gości, aby mieli więcej swobody do rozmowy i nie tylko. Od razu do niej przywarł. Matko to było tak cholernie dziwne. Nie umiał usiedzieć nawet sekundy bez dotykania jej. Jej bliskość, cała jej osoba stała się jego prywatną odmianą najbardziej uzależniającego narkotyku. Kochał to. Ucałował ją w skroń z największą czułością co jakiś czas przeczesując palcami jej kosmyki włosów.
    - Śpisz dziś u mnie - szepnął jej na ucho, którego płatek ponownie przygryzł, a po jego ciele ponownie rozeszło się przyjemne ciepło. Nie miał zamiaru się budzić bez niej, a to co powie reszta, czy przyłapią ich czy też nie, miał głęboko gdzieś. Niech lepiej nie wściubiają nosa w nieswoje sprawy inaczej Rosjanin taki potulny nie będzie bo umiał nieźle zaleźć za skórę. Uczniowie woleliby nie mieć go sobie za wroga. Adam nieźle potrafi zatruć życie i nic nie stanie mu na drodze jeśli go do tego zmuszą. - Jutro także i po jutrze - dodał rozbawiony. - A za cztery dni jedziemy do Moskwy, chyba, że naprawdę chcesz zostać, Addie, ja to zrozumiem.

    Adam

    OdpowiedzUsuń
  81. Od zawsze do niej lgnął. Uwielbiał czuć jej subtelny dotyk na swojej skórze zmieszany ze słodkim zapachem. Objął ją szczelnie ramionami, gdy ta wpakowała mu się na kolana. Westchnął wyraźnie zadowolony czując jej miękkie wargi na swojej twarzy, a po jego ciele rozlała się fala przyjemnego ciepła. Odchylił nieci głowę do tyłu szukając znacznie bliższego kontaktu. Przy Addison zapominał o tym jak się nazywa, liczyła się tylko dziewczyna, nic więcej, dosłownie. Przesuwał powoli dłońmi po jej plecach kreśląc na nich różnorakie wzorki. Z cichym westchnieniem pocałował ją czule w policzek i pozwolił sobie oprzeć głowę na jej ramieniu. Już zdążył się od niej uzależnić, nie umiał wytrzymać bez niej nawet najmniejszej sekundy i to było cholernie cudownie.
    - Nie myśl o tym, naprawdę - poprosił leniwie przeczesując palcami jej kosmyki włosów. - Zobaczysz, że będzie dobrze, spodobasz im się, obiecuję ci to - dodał z uśmiechem, a następnie złączył ich usta w krótkim aczkolwiek pełnym żarliwości pocałunku nie mogąc się powstrzymać. Zassał delikatnie jej dolną wargę, a dłońmi przesunął wzdłuż jej ud. Addison cholernie mocno na niego działa. Była piękną i mądrą kobietą, o której większość mogłaby jednie pomarzyć.
    Zamówił dla siebie oraz dla niej po kuflu kremowego piwa, które jej z resztą obiecał, a do tego tiramisu. Musiał przyznać, że od czasu śniadania nieco zgłodniał, a słodkości były jego oczkiem w głowie.
    - Jak tam twoje ramię? - zapytał uważnie się na nią patrząc, po czym delikatnie ucałował miejsce, w którym skrywane pod szkolną szatą szramy po zadrapaniach z feralnej nocy musiały jej doskwierać. - Boli Cię? - zadał kolejne pytanie przenosząc się z pocałunkami na jej szyję i z powrotem. I kto, by pomyślał, że Lebiediew ma w sobie nutkę czułości, miłości i troski? Za pewne osoba, która, by tak powiedziała z pewnością zostałaby wyśmiana. Rosjanin jeszcze w wielu sytuacjach potrafił człowieka zaskoczyć zaskakując przy tym również samego siebie.
    - Jesteś śliczna. Moja śliczna - stwierdził wpatrując się w jej drobną twarzyczkę jak w obrazek. Kciukiem przesunął po jej wargach oraz policzkach zatrzymując się na drobnym nosku, który uwielbiał akurat w momencie, gdy przyniesiono im do stolika ich zamówienie, a które Adam nie zwrócił większej uwagi. Wolał wpatrywać się w cudowne oczy ukochanej, w których tonął za każdym razem, gdy tylko w nie spoglądał. Czysta magia. Ucałował ją czule w kącik ust i podał kufel, a następnie chwycił swój.
    - No to zdrówko! - powiedział radośnie, choć jego wzrok nadal iskrzył się smutkiem po stracie wujka. Upił parę małych łyków i zabrał się za tiramisu. - Miałaś świetny pomysł - przyznał odkładając na moment łyżeczkę.

    Adam

    OdpowiedzUsuń
  82. - Zrobię - obiecał z delikatnym uśmiechem nie ukrywając ile przyjemność przynosi mu bliskość dziewczyny. Uwielbiał ją całować, głaskać, zaczepiać i chyba ta ochota prędko mu nie minie. Była jego i tylko jego, a myśl na ten temat przyprawiała go o dumę, naprawdę. Tiramisu było bajecznie i Addison chyba nie sądziła, że pozwoli jej zjeść większość ciasta samej? Tak łatwo nie odpuści, nie ma takiej opcji. Zamruczał bezwstydnie zadowolenia czując jej wargi na swoich ustach, a jego ciało nieco drgnęło. Pogłaskał ją po policzku z delikatnym uśmiechem na twarzy. Zdecydowanie powinna robić tak częściej, ot co. Zrobił urażoną minę, co bardziej wyglądało jak słodki grymas, gdy nie pozwoliła mu tknąć ponownie tej małej tak cholernie kuszącej słodkości w postaci tiramisu. Poruszył zabawnie brwiami słysząc jej słowa, po czym wsunął delikatnie dłonie pod jej pośladki i delikatnie je ścisnął. Planował kontynuować swój niecny plan przekonania Addie do podzielenia się ciastem, jednak widząc to jak ta nagle się spina zaciskając palce na jego barkach powędrował wzrokiem w ta samą stronę co ona. Z początku nie rozumiał o co jej chodzi, jednak nie musiał długo czekać aby do niego dotarło w czym tkwi problem.
    Słowa owej trójki cholernie go zdenerwowały, jednak nim cokolwiek zdążył zrobić dziewczyna go wyprzedziła. Cholera jasna! Rosjanin poderwał się ze swojego miejsca wyciągając różdżkę, po czym podbiegł do Addison i odciągnął ją od wyraźnie wkurzonych mężczyzn. Boże, ileż to dziewcze miało siły! Sam miał ochotę nieźle pokiereszować ich mordki. Nie mieli prawa mówić w ten sposób i z pewnością jeszcze nie raz to odszczekają.
    - Addison, spokojnie, nie warto - szepnął obejmując ją ramieniem, by ta pod wpływem impulsu mu się nie wyrwała. Nie warto było pogarszać sytuacji, nie kiedy trójka rozwścieczonych do granic możliwości dryblasów spoglądała na nich morderczym wzrokiem. Zacisnął mocniej dłonie na różdżce słysząc kolejne wyzwiska z ich strony.
    - Expelliarmus - krzyknął Adam, gdy jeden z nich wycelował w ich dwójkę różdżkę, która wypadła mu z ręki. - Albo sobie stąd grzecznie pójdziecie przepraszając pannę Hallaway albo to ja pogadam sobie z wami inaczej - warknął Lebiediew nawet na moment nie opuszczając różdżki na wypadek ponowionego ataku. - No co ta stoisz, pacanie! Ruszaj dupe razem z koleżkami i spieprzaj stąd nim naprawdę się zdenerwuje! - syknął przez zaciśnięte zęby Rosjanin zaciskając palce wolnej dłoni na szacie Addison.

    OdpowiedzUsuń
  83. Droga od rezydencji Hallawayów na wzgórze nigdy nie wydawała mu się równie długa. W głowie huczały mu pytania aurorów, ich nieufne spojrzenia, ramię wciąż paliło. To, co wydarzyło się za zapieczętowanymi drzwiami, miało na zawsze zostawić w nim jakiś ślad, zmienić w nim coś nieodwracalnie. Czuł delikatny oddech Addison na szyi, upewniający go, że siostra żyje. Co chwila na nią zerkał, mając nadzieję, że ta się obudzi. Nie darowałby sobie, gdyby stało się jej coś poważnego. W końcu przedarł się przez błoto na szczyt wzgórza, przyciskając dziewczynę do piersi, w myślach błagając wszelkich bogów, jakich tylko znał, by ta dała jakikolwiek konkretniejszy znak życia. Kiedy więc poczuł chłodny dotyk palców na policzku i usłyszał delikatny szept, poczuł, że kamień spada mu z serca. Miał wrażenie, że jego nazwisko w ustach Addie jest jakąś nieznaną dotąd inkantacją, która miała sprawić, że teraz już wszystko się ułoży. Zagryzł wargę, próbując powstrzymać łzy ulgi cisnące mu się pod powiekami. Nie miał czasu na rozczulanie się. Westchnął jedynie cicho, poprawiając ją sobie w ramionach i przywołując w myślach własne mieszkanie nad sklepem. Musieli się stąd wynieść jak najszybciej. Zacisnął powieki, odcinając się od widoku domu Addison, by zaraz poczuć pod stopami doskonale znany miękki dywan.
    Kiedy otworzył oczy, pokój zdawał się szaleńczo wirować. Adrenalina zaczynała go opuszczać, nagle zaczął odczuwać zupełne wycieńczenie. Z cichym westchnieniem ułożył Addie na kanapie, by zaraz usiąść tuż przy meblu, kładąc głowę na oparciu. Oddychał ciężko. Sporo wysiłku kosztował go cały ten wieczór i nie był w stanie tego ukryć, założyć maski niewzruszonego dupka. Nie miał siły niczego udawać. Zerknął na siostrę, uśmiechając się nieco krzywo.
    – Jak się czujesz? – zapytał. Jego głos był nieco schrypnięty od wyczerpania. – Ładną przygodę zgotował nam twój braciszek, co? – burknął, wbijając wzrok we własne poranione dłonie. Nawet nie potrafił powiedzieć, w którym momencie dorobił się tych zadrapań.
    Nie chciał w żaden sposób jej tym dobijać. Wiedział dobrze, że może ją to zaboleć, ale ciężko było ukryć, że to właśnie jego wina. To on zaciągnął ich do zachodniego skrzydła, wystawiając na spotkanie z czarnomagicznymi przedmiotami i głodnym potworem. Pokręcił głową, rzucając jej przepraszające spojrzenie. Nie miał pojęcia, co aurorzy zrobią z Damienem, chociaż miał pewne domysły. Zaraz westchnął cicho i ze zdławionym jękiem podniósł się z miejsca. Powolnym krokiem udał się w stronę kuchni, zostawiając na podłodze brudne ślady. Zaraz z jednej z szafek wyciągnął pudełko, w którym ciasno upchane stały fiolki z najróżniejszymi eliksirami na nagłe wypadki. Zabini lubił być przygotowany na każdą sytuację, a taka podręczna apteczka zdecydowanie mogła pomóc im w tamtej chwili. Podzwaniając szkłem, wrócił do Addison.
    – Zabawimy się w uzdrowicieli, co ty na to? – mruknął pół żartem. – Nie każdemu to proponuję. – Silił się na lekki ton zwykłego Ślizgońskiego dupka, ale jęk, jaki wyrwał się z jego gardła, gdy oparł się prawą ręką o kanapę, zdradził go. Był w fatalnym stanie i potrzebował natychmiastowej pomocy. – Masz, wypij to. Powinno przyspieszyć oczyszczanie organizmu z trucizny i chociaż trochę cię wzmocnić – westchnął, przysuwając się do niej z jedną fiolek w dłoni.

    no to zabawmy się w uzdrowicieli
    I ZAMYKAM PIERWSZĄ SETKĘ! XD

    OdpowiedzUsuń
  84. Adam sam zadowolony nie był z zaistniałej sytuacji, która niosła ze sobą poważniejsze konsekwencje niż się mogło wydawać. Wziął parę głębokich wdechów odprowadzając wzrokiem ową trójkę aż do samych drzwi pubu. Nie da im spokoju, popamiętają go raz na zawsze i nauczą się szacunku do innych zwłaszcza do kobiet, jednak ten zamiar pominie w rozmowie z Addison. Rozumiał jej wściekłość i całą frustrację zgromadzoną w jej wnętrzu, która wreszcie wyszła na wierzch owocując zaistniałą bójką. Nie dziwił się jej ani przez chwile. Powstrzymując ją miał na celu, jedynie jej dobro zarówno fizyczne jak i psychiczne, jednak to nie poskutkowało. Tego wszystkiego było zdecydowanie za wiele. Addison nosiła na swoich barkach zdecydowanie zbyt ciężki ciężar, który stale coraz mocniej wgniatał ją w ziemię, a najgorsze w tym wszystkim było to, że Lebiediew nie był do końca pewien jak ma jej pomóc, w końcu zapewnienie, że wszystko będzie dobrze, że da sobie radę na nic się nie zda, wręcz przeciwnie jeszcze bardziej ją zdenerwuje. Mógł trwać u jej boku udowadniając każdego dnia, że może na nią liczyć, że jest dla niego wszystkim.
    Pocałował ją w czubek głowy, gdy nagle pojawił się obok nich znienawidzony przez Adama stażysta. Typowy lizus i kapuś. Rosjanin miał wrażenie, że zaraz odwinie mu w mordę, jednak dość było im kłopotów. Wzrok Lebiediewa zapłonął świdrując nim o rok młodszego chłopaka.
    - A ty co? Taki święty jesteś? - wysyczał Adam mocno się spinając. Stażysta wyraźnie otwierał usta, jednak Rosjanin od razu mu w tym przeszkodził. - Przemyśl sobie co chcesz zrobić, dobrze? Chyba nie chcesz sobie zniszczyć przyszłości w Hogwarcie, huh? Wszyscy dobrze wiemy, że stukasz córkę woźnego, więc uważaj. Wiesz co to oznacza. Piśnij tylko słówko, jedno maleńkie słówko, a dowiesz się na co mnie stać. I żeby było jasne, nie grożę ci ja cię chłopie ostrzegam i obym nie musiał robić tego po raz kolejny.
    Po tych słowach Adam schował różdżkę do kieszeni, a następnie zdecydowanie obejmując ramieniem dziewczynę zostawił pieniądze za zamówione przez nich rzeczy i pociągnął ją za sobą. Świeże powietrze pozwoliło mu się nieco rozluźnić. Spojrzał na zegarek, który nosił na swoim nadgarstku. Jeszcze trzydzieści minut do końca wizyty w miasteczku, miał nadzieję, że zleci im to szybko.
    Ścisnął mocno nasadę nosa biorąc głęboki wdech, po czym spojrzał na Addie i przytulił ją do siebie. Schował ją w swoich ramionach chroniąc przed całym otaczającym ją światem. - Jesteś cudowną, silną i mądrą osóbką, nie zapominaj o tym - poprosił całując ja w czoło. Taka była prawa. Głaskał ją po głowie, plecach oraz policzku. Robił dosłownie wszystko co mógł, by poczuła się lepiej, jednak z drugiej strony miał wrażenie, że dziewczyna woli zostać sama i nie chce być dotykana.
    - Addie, powiesz coś, maleńka? - zapytał odrywając się od niej na dosłownie milimetr, aby móc spojrzeć na jej drobna twarzyczkę. Zbierało się na deszcz, a pierwsze krople już powoli zaczęły spadać z nieba. Westchnął ciężko. Nienawidził burzy. Objął ją ramieniem i zaprowadził do maluteńkiej, przyjemnej knajpki aby nie zmokli.
    - Może zostaniemy parę dni dłużej w Moskwie, co? Pokażę Ci to i owo. Odpoczniesz od Hogwartu, to Ci dobrze zrobi - zaproponował z nadzieją, że to dobry pomysł. Naprawdę starał się jej pomóc, a na jego twarzy malowała się czysta troska.

    Adaś

    OdpowiedzUsuń
  85. Przez chwilę zupełnie nie rozumiał, co ta robi. Wpatrywał się zupełnie zaskoczony, jak siostra ściąga spodnie, dopiero po chwili rozumiejąc powód. Jego wzrok padł na spuchnięte udo dziewczyny i przez kilka sekund nie czuł zupełnie bólu. Jedyne, co do niego docierało to strach. Bał się, że przez to, że rzuciła mu się na ratunek, teraz będzie miała problemy z nogą. W myślach uparcie przypominał sobie wszelkie sposoby na jad, podczas gdy dziewczyna kuśtykała w jego stronę. Z westchnieniem oparł się o nią i dał poprowadzić do łazienki. Opadł na „półeczkę”, zerkając co chwila mimowolnie na jej udo. Powinni je jakoś oczyścić. Instynktownie chwycił ręcznik i go namoczył, czując na sobie jej wzrok. Doskonale wiedział, że musi wyglądać tragicznie.
    – Wiem, że jestem zachwycający nawet w takim stanie, siostrzyczko – rzucił nieco sarkastycznie. Kąśliwe uwagi były jego pancerzem obronnym. Tylko dzięki temu z bólu póki co nie klął jak szewc i nie jęczał jak mała dziewczynka.
    Jej spojrzenie o dziwo podziałało na niego kojąco tak samo jak dawniej wzrok babci. Momentalnie się rozluźnił, gotów jej zaufać. Potrzebował pomocy, a chwilowo tylko ona mogła mu ją zapewnić. Gdyby zjawili się chociażby w św. Mungu nie uniknęliby ognia pytań, z którego ledwie udało mu się wykręcić w rezydencji Hallawayów. Pokiwał lekko głową, bez wahania wychylając fiolkę eliksiru. Skrzywił się delikatnie, czując nieprzyjemny posmak, jednak nie narzekał. Mimowolnie zmarszczył brwi na jej słowa. Była to dość osobliwa sytuacja. Jego praktycznie półnaga siostra rozsadziła mu się na kolanach, pąsowiejąc uroczo. Zagryzł wargę, układając mokry ręcznik na jej udzie. Przynajmniej tak póki co mógł jakoś ją wesprzeć. Miał nadzieję, że w ten sposób chociaż trochę oczyści rany po kolcach. Na jej słowa tylko lekko kiwnął głową, by zaraz odwrócić wzrok. Był gotów.
    Wiedział, że Addison chciała mu pomóc. Doskonale zdawał sobie sprawę z tego, że wszystko, co robiła było konieczne. Nie potrafił jednak powstrzymać jęków i błagań. Miał wrażenie, jakby ramię płonęło, jakby każdy ruch dziewczyny w okolicach rany jeszcze bardziej ją rozdrapywał, jakby proszek wżerał mu się w skórę, niszcząc wszelkie tkanki na swojej drodze. Nawet nie zauważył, kiedy łapiąc się kurczowo pierwszej wystającej rzeczy obok niego, wygiął kran. Nie zwrócił uwagi na to, że z bólu zaczął ściskać jej udo. Gdzieś na dnie świadomości zamajaczyła mu myśl, że w ten sposób może rozetrzeć źródło trucizny, dzięki czemu organizm dziewczyny będzie mógł poradzić sobie z nią szybciej. Przede wszystkim jednak zawładnął nim tak silny ból, jakiego nie czuł nigdy wcześniej.
    Dyszał ciężko wymęczony, kiedy Addie przeszła do wypowiadania zaklęcia. Powtarzana niczym mantra inkantacja coraz głębiej wchodziła mu do umysłu. Miał wrażenie, że za każdym powtórzeniem kilka nadszarpniętych tkanek czy nerwów wraca na swoje miejsca. Ból był coraz lżejszy, wibrowanie w czubkach palców w dość nieprzyjemny sposób oznajmiało przywracanie całkowitej sprawności jego ręce. Kilkukrotnie zacisnął dłoń w pięść, nie sprawiając sobie tak silnego cierpienia jak kilkanaście minut wcześniej. Owszem, wciąż go bolało, ale nieporównywalnie mniej niż kilka chwil wcześniej. Wydał z siebie szczere westchnienie zupełnej ulgi. Naprawdę wszystko mogło być dobrze.
    – Dziękuję – szepnął jedynie, zerkając na siostrę z wdzięcznością.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Wciąż ciężko dyszał. Wspomnienie niedawnego bólu uparcie odbijało się echem po jego ciele, stopniowo jednak słabło. Był pewien, że żadne inne obrażenia tego wieczoru nie mogły sprawić mu tyle cierpienia co ramię. Z westchnieniem oparł tył głowy o kafelki i zerknął na Addie, oblizując pot znad górnej wargi.
      – Zajmę się teraz twoim zgrabnym udem, co ty na to? – Wysilił się na krzywy uśmieszek, po czym sięgnął po fiolkę zawierającą połyskującą zagadkowo w świetle łazienkowej lampki ciecz. – Łagodzi opuchliznę. Pozwolisz…? – Zawahał się.
      Nie miał drugiej siostry, nie potrafił się wobec niej zachowywać. Nie czekał jednak na jej odpowiedź. Wiedział, że często szybkie działanie jest najważniejsze. Zabrał z jej uda ręcznik, który zdążył już przesiąknąć krwią wymieszaną z ropą i trucizną, po czym wylał na dłoń nieco substancji z fiolki. Delikatnym ruchem, uważnie omijając rany, zaczął wsmarowywać eliksir w jej opuchniętą skórę.
      – Boli…? – rzucił niepewnie, szukając wzrokiem jej spojrzenia.

      soł profeszynal pielęgniarz

      Usuń
  86. [Chodziło mi o element zaskoczenia i najwyraźniej się udało. :D Bardzo chętnie byśmy coś z Addie wykminili, czy to na boisku, czy w jakimś innym miejscu, jednak ostrzegam, że płeć i uroda nie powstrzymają Sandersa przed przesadną brutalnością!

    Mnie to wygląda na siatkę jakiegoś pomieszczenia. XD]

    Reece

    OdpowiedzUsuń
  87. Podziwiał ją, była naprawdę dzielna. Mógł się jedynie domyślać, jaki ból sprawia jej poranione udo. Z jej ust nie wyrwał się praktycznie żaden dźwięk mogący świadczyć o tym, jak cierpi, czuł jednak paznokcie wbijające się w jego ramię. Wiedział doskonale, że oboje wychowywali się w podobnych środowiskach, które nie tolerowały słabości. Pamiętał dobrze karcące spojrzenia matki, gdy jako mały dzieciak przybiegał zapłakany z głęboko obdartymi kolanami. Żadnych słów otuchy, zaledwie chłodne upomnienia i wyrachowana pomoc. Zabini jednak wiedział, że – tak samo jak Addie – naprawdę posiada serce, które wbrew pozorom było dość kruche i gorące. Wewnętrzna wrażliwość i empatia, które chował głęboko pod maskami cudownej Ślizgońskiej latorośli. Teraz więc, kiedy widział skrywane cierpienie siostry, nie mógł powstrzymać ciepłych słów pokrzepienia. Zupełnie inaczej niż jego chłodna matka.
    Kiedy kończył, z wahaniem przyglądał się skórze dziewczyny. Wciąż nie wyglądała dobrze, ale nie za bardzo wiedział, czy w jakikolwiek sposób może jej jeszcze pomóc. Rany były zaropiałe i zdecydowanie nie wyglądały najprzyjemniej. Nieco zaskoczony zmarszczył brwi, czując jej zgrabne chłodne palce na podbródku. Czując wilgotną gazę, mimowolnie się skrzywił. Rany i zadrapania piekły, ale oczyszczenie ich, jakby nie patrząc, było naprawdę ważne. Serce łomotało mu w piersi, kiedy, zaciskając powieki, oparł tył głowy o chłodne kafelki, szukając w nich ukojenia wszelkiego bólu. Siostra zgrabnie poruszała gazą po jego poranionej twarzy, zbierając zaschniętą krew i pył. Jej cichy ton zwrócił jego uwagę. Uniósł powieki i spojrzał na nią łagodniej niż dotąd.
    – To była moja decyzja. Zawsze mogłem zostawić się na jego pastwę, nie? – Uniósł kącik ust w parodii zwykłego zawadiackiego uśmiechu. W jego oczach zaraz jednak błysnęła złość. – Damien chyba uważa inaczej, co? – westchnął. – Według niego nikt nie tęskniłby za takim skurwielem jak ja – dodał, parodiując nieco głos jej brata. – Wiesz, że jeśli go złapią, pewnie wsadzą go do Azkabanu? – szepnął łagodnie. Nagła troska w jego oczach i głosie była zupełnie nieudawana. Nawet jeśli był cholernym kameleonem, teraz odrzucił wszelkie maski i pokazywał siostrze swoje prawdziwe oblicze. Może nieco niezrównoważone, ale przynajmniej szczere. – No dobra, moja pielęgniareczko… Chyba więcej sami nie zdziałamy. – Uśmiechnął się do niej krzywo, zerkając z wahaniem na jej dłoń wciąż ułożoną na jego torsie. – Myślę, że nam obojgu prysznic dobrze zrobi, a sen z pewnością pomoże nam się zregenerować. Jeśli opuchlizna nie zejdzie ci do rana, mam coś silniejszego, ale póki co nie ma co się faszerować eliksirami.
    Czuł się już o wiele lepiej. Ramię wciąż dawało o sobie znać, ból był jednak do zniesienia. Miał wrażenie, że całe jego ciało ma dość tego dnia i myśl o łóżku zdawała się być czymś niezwykle cudownym. Westchnął cicho, gdy siostra zeszła z jego kolan i posłał jej delikatny uśmiech. Mimowolnie zerknął na jej udo z zadowoleniem zauważając, że te już wydawało się nieco mniejsze. Ale to mogła być jego wyobraźnia. Z wahaniem zwlókł się z „półeczki”, opierając się o ścianę. Jakby nie patrząc stale był osłabiony.
    – Przynieść ci coś? Możesz się kąpać pierwsza, w końcu jesteś gościem – obdarzył ją ciepłym uśmiechem, powoli kierując się do drzwi łazienki.

    kuniec z pielęgniareczkami

    OdpowiedzUsuń
  88. [O jeju, ale mi się ten pomysł podoba! Widzi mi się scena, jak Addie skręca kostkę i Reece jest zmuszony do tego, aby ją nieść i cały czas jedno na drugie psioczy, on grozi jej pozostawieniem na środku lasu albo rzuceniem do bajora, zostawiając ją na pastwę dzikich zwierząt. :D
    Myślę, że powodem takiej niechęci mogłoby być nieudane randkowanie, nawet nieistotnym jest, z czyjej winy nie wyszło, ale zrazili się do siebie na tyle, by nie umieć wytrzymać ze sobą bez obrzucania się pretensjami.]

    Reece

    OdpowiedzUsuń
  89. Gdy zaczęła łkać wtulił ją w siebie nieco kołysząc na boki. Starał się ją uspokoić, by poczuła się lepiej. Nie martwił się o samego siebie, umiał o siebie zadbać, więc z pewnością da sobie radę. Wiedział również, że łatwo nie będzie, ale nie pozwoli zniszczyć tego na co sobie zapracował przez tyle lat pobytu w Hogwarcie. Odgarnął jej twarzy kosmyki włosów i pocałował czule w czoło.
    - Wiem, Addie, wiem, ale spokojnie. Tak łatwo się nie dam. Nie mam zamiaru pozwalać, aby Cię tak traktowano, rozumiesz? - wydukał z wyraźną powagą w głosie. Nie obchodziło go jak to wszystko się zakończy, chciał jak najlepiej dla Addison. Oczywiście myślał również o sobie, jednak to ona w całej zaistniałej sytuacji została pokrzywdzona, a Lebiediew przysiągł sobie, że nie pozwoli aby już więcej razy cierpiała. Dyrektor nie był głupcem, był człowiekiem, takim samym jak reszta czarodziejskiego społeczeństwa, zwłaszcza, że znał sytuację Addison, nie mógł jej wylać, musiał się za nimi wstawić. Adam czuł, że musi z nim porozmawiać i to w naprawdę szczery sposób.
    Chciał ponownie się odezwać, jednak to co usłyszał ze strony dziewczyny wprawiło go w osłupienie i nie obwijając w bawełnę poczuł przykrość, cholernie wielką przykrość. Oczywiście nie wyobrażał sobie czegoś wielkiego, wiedział, że to jeszcze za wcześnie, jednak wyjazd do Moskwy na pogrzeb wujka i to jeszcze w towarzystwie Addison wiele dla niego znaczył.
    - Rozumiem - mruknął nie zamierzając jej do niczego zmuszać, ani naciskać, by zmieniła zdanie. Uszanuje każde jej zdanie. Wziął głęboki wdech zsuwając ją ze swoich kolan, jednak nadal obejmował ją ramieniem. Przetarł dłonią twarz, Pogubił się w tym wszystkim, naprawdę się pogubił. Tego było zdecydowanie za wiele. Oboje mieli dość. Mimo wielu przeciwności losu oboje zasługiwali na prawdziwe szczęście i wreszcie powinni je w pełni wykorzystać mają gdzieś to kim są, co się działo. Każdy zasługiwał na to co najlepsze, jednak w niektórych sytuacjach było to zdecydowanie zbyt ciężkie, aby móc to osiągnąć.
    - Chodźmy - odezwał się po dłuższej chwili wstając ze swojego miejsca. Musieli się już powoli zbierać, aby wracać do szkoły. Znowu czuł się przybity. Musiał sobie to wszystko na spokojnie przemyśleć.
    Po zebraniu dzieciaków od razu ruszyli w drogę powrotną, która minęło im w ogromnie krępującej ciszy, to jeszcze bardziej dobiło Rosjanina. Tak nie powinno być. Zaraz po wejściu do zamku można było dostrzec małe zamieszanie.
    - Lebiediew! - usłyszał głos jednego z nauczycieli. - Zaprowadź wszystkich do Wielkiej sali i pilnuj, aby nikt stamtąd nie wyszedł. Mam dwóch intruzów na terenie Hogwartu.
    Adam nie czekał na resztę wyjaśnień. Od razu chwycił różdżkę i oficjalnym tonem nakazał iść za sobą nawet na moment się nie rozłączając. Czy mogło wydarzyć się coś jeszcze? Oby nie? Kto był tak chorym człowiekiem, aby wkraść się na teren szkoły? Nie mogli jednak ignorować zagrożenia.

    Adaś

    OdpowiedzUsuń
  90. [No trochę tak, coś z szowinisty na pewno w sobie ma, zwłaszcza jak dziewczyna dobrze gra!
    Pewnie, że zacznę, właściwie miałam to zaproponować w poprzednim komentarzu. Powiedz mi tylko, w którym momencie?]

    Reece

    OdpowiedzUsuń
  91. [Okej, niech to będzie niespodzianka. :D]

    OdpowiedzUsuń
  92. Quidditch Qamp. Na dźwięk tych dwóch słów niejeden zapalony młody gracz czarodziejskiej gry czuł, jak pot wkracza na skronie, a ręce trzęsą się bezwiednie. Wiadomym było, że co roku w Hogwarcie pojawia się łowca talentów, aby wybrać najlepszych graczy i dać im szansę spędzenia dwóch tygodni na doskonaleniu umiejętności pod okiem specjalistów. Nikt jednak nie wiedział, jak ów człowiek wygląda, jakiej jest płci i czego tak naprawdę szuka. I, co najważniejsze, kiedy dokładnie można się go spodziewać. Oczywiście, każdy, kogo było stać, mógł wykupić pobyt na obozie, jednak oczywistym wydawało się, że milej jest zostać dostrzeżonym.
    W tym roku wybrani mieli korzystać z nauk pod okiem Salamander z Southwark, dwukrotnych mistrzów Europy i wicemistrzów świata, oraz Niemca Hansa Lindera, najskuteczniejszego trenera ostatnich czasów. Dlatego gdy Sanders otrzymał list opieczętowany herbem ze skrzyżowanymi literami „Q”, pisnął z radości jak mała dziewczynka. Nie spodziewał się tak przyjemnego początku wakacji, całkiem trzeźwo podchodził do faktu, że w drużynie Slytherinu jest jeden lepszy od niego gracz, ale najwyraźniej szansę dano akurat jemu! Uhu!
    Uśmiech nie schodził mu z twarzy a do momentu, gdy na położonym gdzieś pośrodku lasu obozowisku nie zobaczył JEJ. Addison Hallaway, wrednego babsztyla, który kiedyś wydawał mu się urodziwy i całkiem uroczy, a którego teraz po prostu nie mógł znieść. I sam zapomniał, dlaczego aż tak się między nimi zepsuło, lecz mało go to obchodziło. Wiedział, że gdy tylko staną bliżej siebie, rozpęta się piekło, zgrzytanie zębami i rzucanie obelgami.
    Mecz sparingowy okazał się po-ra-żką. Sędzia dwa razy przerywał, aby ich uspokoić, ponieważ notorycznie jedno drugie próbowało zabić albo co najmniej uszkodzić. Reece miał nieco ułatwione zadanie, w końcu był pałkarzem, ale Hallaway też radziła sobie nieźle w dyscyplinie Szturchnij I Zrzuć. A przecież grali w tej samej drużynie!
    Ostatecznie Linder, samozwańczy szef obozu (który przecież sponsorował minister, noale), uznał, że takie karygodne zachowanie już pierwszego dnia jest niedopuszczalne i zarządził, że po kolacji, na dwie godziny przed powitalnym ogniskiem, mają oddać różdżki, udać się do lasu i uzbierać chrustu. Plus, jakby tego było mało, nazajutrz wyręczą osoby od sprzątania i we dwójkę zaścielą wszystkie łóżka, zamiotą podłogi i zmyją naczynia po śniadaniu, jeżeli nie chcą zostać odesłani do domu.
    — Jestem tu przez ciebie, głupia bździągwo — wycedził, gdy o zmroku dotarł na skraj lasu i zastał już tam Addison. Przy tym Zakazany Las wydawał się śmieszną polanką nawiedzaną przez leśne duszki i nimfy drzewne.

    [WYBACZ.]

    OdpowiedzUsuń
  93. Adam po raz pierwszy od długich lat czuł się tak cholernie dobrze u boku kogoś kto w pełni odwzajemniał jego uczucia. Nie chciał zaprzepaścić tego wszystkiego z powodu paru kłopotów, jednak nie chciał również narzucać się Addison, ale czuł, że powinien o nią zawalczyć. Pokazać, że tak łatwo nie odpuści, a żadne komplikacje nie pozwolą mu zaprzestać w zdobyciu w pełni jej serca. W końcu razem nawet śmierć nie jest straszna, prawda? Konsekwencje konsekwencjami, byli ludźmi którzy wiecznie uczą się na błędach, byli ludźmi którzy zasługują na takie samo szczęście jak reszta. Domyślał się co może nią kierować o bardzo dobrze ją rozumiał, w końcu ochrona drugiej osoby była priorytetem w każdym jakimkolwiek związku, jednak prawda była taka, że osobno byli narażeni na ataki zdecydowanie mocniej niżeli byli ze sobą. Towarzyszył mu mocny ścisk w sercu, nigdy nie czuł się tak bardzo zagubiony. Addison zajęła centralny punkt jego umysłu oraz serca. Przy niej czuł się sobą, prawdziwym Lebiediewem, pełnym radości, głupich pomysłów i uśmiechu, a teraz miałby to od tak stracić? Nie było nawet takiej mowy.
    Gdy ta wplątała palce w jego dłoń spojrzał na nią unosząc jedną brew ku górze. Powinna teraz zadbać o swoje bezpieczeństwo, a on powinien zadbać o bezpieczeństwo wszystkich zgromadzonych w Wielkiej Sali w tym również Addie, ale wiedział jak bardzo ta uparta była i tak łatwo się od niej nie odpędzi. Nie chciał tego, jednak musiała się słuchać, by nie wpakować się w kolejne niepotrzebne kłopoty. Adam musiał w sekundzie pozbyć się z głowy upierdliwych myśli, aby móc skupić się w pełni na poważonym zadaniu. Na pytanie dziewczyny kiwnął jedynie głową obserwując zbierającą się młodzież.
    - Nie mam pojęcia, Addie kto to może być, jednak musimy zachować najwyższe środki ostrożności - odparł i cicho westchnął. Czuł, że ten dzień jak i noc będzie ciężkim czasem pełnym niepewności i strachu. Otwierał właśnie usta, gdy nagle usłyszał swoje imię, a chwilę później w ich stronę biegła rudowłosa dziewczynka z pierwszego rocznika.
    - Florence - mruknął porywając ją z czułością w swoje ramiona. Florence była córką znajomej Rosjanina, którą poznał na samym początku znajomości z Wierą. Dziewczynka wyciągnęła się nieco i ucałowała Addie czule w policzek w ramiach przywitania. Adam niegdyś przyprowadzał małą czasem ze sobą na spotkania z przyjaciółką, a Rudowłosa naprawdę ją polubiła.
    - Boje się - wyznała na co Adam pogłaskał ją po mięciutkich włosach.
    - Nie bój się, nic nikomu się nie stanie - obiecał stawiając ją na ziemi, gdy dostrzegł przy drzwiach małe zamieszanie. Ucałował Addie w czoło. - Zostań z nią, proszę - poprosił patrząc się jej w oczy , w których znowu utonął w pełni oczarowany. Zamrugał kilka razy i zaśmiał się cicho, a następnie ruszył w stronę zbiorowiska, by rozwiązać problem. Hallaway kompletnie mąciła mu w głowie. Lebiediew był dość surowy, więc migiem rozwiązał problem, gdy Gryfoni kłócili się ze Ślizgonami i nakazał aby wszyscy zgromadzeni w sali odsunęli się od drzwi, które następnie zamknął. Nauczyciele poradzą sobie z ich otworzeniem.
    Zadbano również o koce dla uczniów, by w razie konieczności mieli pod czym spać. Wróciwszy do Addie usiadł na ziemi pociągając ją za sobą tak, że wygodnie leżała na jego torsie. Okrył ją swoją peleryną.
    - Nie zostawiaj mnie - szepnął jej na ucho przymykając powieki. Nie zniesie tego. - Nie możesz tego zrobić, Addie. Zależy mi na Tobie, maleńka.

    Adaś

    OdpowiedzUsuń
  94. Sanders niejednokrotnie po tej całej farsie z randkowaniem, jak zwykł nazywać przelotną i — jak widać — mało owocną znajomość z panną Hallaway, zastanawiał się nad swoimi powódkami, które kierowały nim, gdy postanowił zaprosić ją na randkę nad jeziorem. Czy naprawdę nie zauważył, że choć aparycją przypominała wróżkę, wewnątrz była starą, zgryźliwą babą jagą z haczykowatym nosem?! Co jeśli by się w niej zakochał i pojął za żonę?!
    Jak dobrze, że w porę się znienawidzili!
    — Ooo, no pewnie, ty natomiast zachowywałaś się wzorowo, szczególnie gdy we mnie wleciałaś! „Przepraszam, panie sędzio, nie zauważyłam go, musiałam poprawić to, czego i tak już naprawić się nie da!” — zaświergolił, trzepocząc rzęsami i wydymając usta jak do pocałunku. Puścił jej płazem jedynie rzucanie w niego gałązkami, ale jeżeli wyprowadzi go z równowagi, co na pewno nastąpi w przeciągu pół minuty, przywiąże ją własnymi sznurówkami do drzewa w najciemniejszym zakątku tego potwornego lasu.
    Ruszył przodem, uprzednio naciągnąwszy kaptur niemalże na oczy tak, aby nie musieć przejmować się tą małą zołzą drepczącą mu po piętach. Nie miał pojęcia, jak powinien wyglądać zbierany chrust, wszechobecne patyki nie nadawały się do rozpalenia ogniska dla przeszło dwudziestu osób, z drugiej strony nie zamierzał targać sam jakichś wielkich gałęzi. Przecież Hallaway na pewno mu się na nic nie przyda, mógł się założyć, że zaraz zacznie jojczyć, że jej zimno, obtarła sobie stópki albo zepsuła fryzurę!
    — Powiedz ty mi, o wielki Merlinie, czymże sobie zasłużyłem na taką karę? Nie ma gdzieś jakiegoś nundu, które pożarłoby mnie żywcem i skróciło me męki? — zapytał w eter, wzdychając przy tym ciężko i próbując dostrzec w ciemnościach patyki większe od słomki. Podszedł do drzewa, które musiało paść ostatnio ofiarą pioruna, gdyż jego podnóży leżało kilka dość sporych gałęzi, takich w sam raz. Wybrał trzy konary, które z pewnością zapłoną, a których taszczenie nie przyprawi go o przepuklinę.
    Postanowił ignorować Addison, zająć się zbieraniem patyków i wrócić tą samą drogą. Inaczej skończy w przytułku dla obłąkanych, już zaczynał słyszeć dźwięki, których normalnie w lesie nie powinno być.
    A może to tylko jego brzuch?

    [Coś mi się wydaje, że to będzie cudowny wątek. :')]

    OdpowiedzUsuń
  95. Adam również obawiał się Mrocznych, jednak nie chciał od razu zakładać najgorszego ani siać paniki, dlatego też zachowywał się naturalnie, aby nie zdradzać swoich podejrzeń. Musiał zachować czujność oraz najwyższy stan gotowości wraz z paroma innymi nauczycielami którzy zostali w Wielkiej Sali, by pilnować podekscytowanej społeczności uczniowskiej pragnącej stale dowiedzieć się czegoś nowego na temat obecnej sytuacji, która stale stawała się coraz bardziej napięta. Lebiediew gładził delikatnie włosy Addison nie chcąc jej nawet na moment puścić. Nie obchodziło go to czy ich zobaczą czy też nie, obchodziła go tylko i wyłącznie bliskość dziewczyny, jej dotyk, zapach, wszystko co było z nią związane. Wysłuchawszy jej słów uważnie wpatrując się jej w oczy delikatnie ujął jej drobną twarzyczkę w swoje ciepłe dłonie zmuszając, by nie spuściła nawet na moment z niego wzroku. Pocałował ją w czoło i dopiero wtedy się odezwał. Z delikatnym uśmiechem głaskał jej policzek.
    - Wiem, że się boisz, Addie, ale nie możesz mnie odpychać tylko ze względu na swoje obawy, rozumiesz? Jeśli nie spróbujemy to nigdy się nie dowiemy jak to się rozwinie, jakie to będzie niosło ze sobą wydarzenia. I to wcale nie oznacza, że ciągle będzie spotykało nas coś złego. Tylko razem możemy przezwyciężyć to co staje nam na drodze - mruknął i cmoknął ją czule w czubek nosa. Naprawdę mu zależało na tym, aby stworzyli coś fundamentalnego, coś w co oboje w pełni się zaangażują oraz coś co pozwoli im na wzajemne szczęście. - Daj nam szansę - poprosił wpatrując się jej twardo w oczy. Nie przyjmował nawet odmowy, nie było takiej opcji. Jeśli Rosjaninowi na czymś mocno zależało osiągał swój cel, jednak oczywiście miał na uwadze zdanie Addie, z którym się liczył, jednak zawsze można polemizować, prawda?
    Odgarnął jej z twarzy niesforne kosmyki włosów i cicho westchnął, po czym przytulił się do jej piersi przymykając powieki. Była dla niego więcej niż wszystkim. Nieco niezadowolony uniósł głowę, gdy usłyszał swoje imię. W oddali dostrzegł dyrektora, więc chcąc nie chcąc musiał do niego się udać.
    - Bądź ostrożna - poprosił nim wstał patrząc się dziewczynie w oczy. Ucałował ją w kącik ust, a chwilę później już go nie było. W Sali zebrali się wszyscy nauczyciele, którzy wrócili z obchodu, aby wymienić się zebranymi informacjami i wysłać nową grupę zwiadowczą, do której zaliczał się Lebiediew wraz z dwoma innymi stażystami. Adamowi przypadła szkolna Wieża wraz z Błoniami. Posłał Addison uspokajające spojrzenie i ściskając w dłoni różdżkę wyszedł z sali na oświetlony korytarz. W zamku było tak cholernie cicho, zdecydowanie zbyt cicho. Cisza wręcz przywoływała na skórze mocne ciary, jednak Rosjanin nie czuł strachu. Jego obowiązkiem była ochrona Hogwartu w stanie zagrożenia, które właśnie wystąpiło i musiało być jak najszybciej zlikwidowane, aby obeszło się bez ewentualnych strat.
    Przeszedł ponad połowę wyznaczonej drogi i nic, dosłownie nic podejrzanego nie rzuciło mu się w oczy. Szkolna wieża była pusta, ani jednego śladu żywej duszy poza samym Adamem. Błonia również wydawały się być czyste.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Po godzinnym poszukiwaniu intruzów postanowił wrócić do Wielkiej Sali, gdyby nie donośny krzyk dochodzący z granic Zakazanego Lasu. Zawahał się, naprawdę się zawahał, jednak już po chwili zmierzał w tamtą stronę. Nie był tchórzem. Dostrzegł trójkę mężczyzn w tym drugoroczniaka zwijającego się na ziemi z bólu. Co robił tam ten chłopak? Czyżby Adam nie dopilnował aby nikt nie wyszedł z sali?
      - Expelliarmus! - krzyknął w stronę zamaskowanych mężczyzn, których różdżki wypadły z dłoni i upadły niedaleko nich. Wszystko działo się tak cholernie szybko. Mroczni bo sądził, że nimi byli o dziwo rzucili się do ucieczki, zostawiając ich samych, co było zdecydowanie zbyt łatwe. Adam nie miał zamiaru rzucać się za nimi w pojedynkę, to byłoby nieodpowiedzialne i to cholernie. Wziął majaczącego chłopaka na ręce i biegiem wrócił do zamku. Mocnym kopnięciem otworzył drzwi od Wielkiej Sali.
      - Zakazany Las! Są w Zakazanym Lesie! - wydukał wyraźnie zdyszany układając chłopaka na podłodze, by chwilę później zajęli się nim nauczyciele. Adamowi coś podpowiadało, że jest ich więcej na terenie Hogwartu, zdecydowanie więcej.

      Adaś

      Usuń
  96. [Cześć, dzięki za powitanie! Ja też jestem oczywiście chętna na jakiś szalony wątek :D Jakieś konkretne pomysły?]
    James Potter

    OdpowiedzUsuń