23 lipca 2016

Flame so bright make the daylight look dark


Addison składa się z drobnych przyzwyczajeń i nawyków, które dają o sobie znać w najmniej odpowiednim momencie. Z obgryzionych skórek wokół prawego kciuka, które pojawiają się tam magicznie przed każdym testem. Ze śpiewu piosenki zespołu Banshee’s Scream na całe gardło, aż ochrypnie i nie jest w stanie mówić tuż przed meczem Quidditcha. Z trzykrotnego pocierania trzonka miotły przed wzniesieniem się w powietrze i wysyłanego w powietrzu całusa w kierunku stanowiska komentatora, gdy przelatuje obok niego po raz pierwszy. Z niezdrowej słabości do pałkarzy, choć serce oddała jedynemu ścigającemu zdolnemu dotrzymać jej kroku. Z poruszania się po korytarzu niczym mała torpeda rozpychająca się łokciami na boki i taranująca każdego, kto pojawi się na torze jej ruchu. Z robienia mało śmiesznych żartów co tydzień innej osobie. Z chęci bycia wyjątkową raz na jakiś czas, więc ubiera szaty na lewą stronę, po dwóch godzinach dochodząc do wniosku, że wyróżnianie się jest zbyt męczące i wszystko wraca do normy. Z czytania podrzędnych romansideł dla czarownic, przy których nie potrafi opanować płaczu. Z tendencji do przekazywania swoich racji pięściami, choć z wiekiem nauczyła się nad tym lepiej panować. Z paskudnego nawyku do ignorowania i uciekania od swoich problemów. Z nazbyt chętnego podejmowania się zakładów i głupich wyzwań, przez które pakuje się w poważne tarapaty. Z głupiego ryzyka. Z wiercenia się i podrygiwania, bo nie potrafi usiedzieć zbyt długo w jednym miejscu. Z podkradania słodkich wypieków z kuchni w środku nocy. Z nadmiernej ekspresyjności. Z zapominalstwa. Z nałogowego spóźniania się. Z dopatrywania się drugiego dna tam, gdzie go nie ma. Z odwracania wzroku, kiedy gdzieś na korytarzu wyłapie swoje nazwisko nieustannie wypowiadane z nienawistną nutą. Z naruszania przestrzeni osobistej innych ludzi bez ich zgody. Z najlepszej bitch face w szkole. Z sarkastycznego poczucia humoru. Z cytrynowych tenisówek, których sznurówki każdego dnia mają inny, odblaskowy kolor. Ze śmiechu, który od niemal roku zamiera na ustach, bo tej Addison Hallaway już nie ma. 

Addison Hallaway
KIEDYŚ ADDIE — HUFFLEPUFF — VII ROK — ŚCIGAJĄCA W DRUŻYNIE QUIDDITCHA — CZYSTA KREW — WYKLĘTY RÓD WPŁYWOWYCH CZARODZIEJÓW — PATRONUSEM RYŚ — BOGINEM UTONIĘCIE — PODOBNO ZAPRZEDAŁA DUSZĘ DIABŁU — MECHANIZMY OBRONNE — ODROBINĘ NIEREFORMOWALNA — TO SKOMPLIKOWANE


Nowa niekoniecznie mi się podoba, ale i tak musiałam odrobinę odświeżyć Addie, więc mam nadzieję, że nie jest koszmarnie. Ukochamy za wszystkie skomplikowane powiązania i wątki wypełnione akcją.
Wizerunek: Josephine Skriver. Tytuł: Kingdom Come Demi Lovato.  

80 komentarzy:

  1. [Chodź klusko na wątek ♥]

    Tiberius

    OdpowiedzUsuń
  2. [Nie miałam okazji się chyba wcześniej przywitać, więc robię to teraz! ;) Dobrze widzieć na blogu taką iście puchońską postać; w końcu ci z reguły są bardziej złożeni i niejednoznaczni, niż przypuszczają członkowie innych Domów :]
    Bardzo ciekawa ta twoja Addison, a karta sama w sobie - nic dodać, nic ująć. Naprawdę nie masz czym się przejmować ;)
    Dziękuje za pomoc w punktach dla Hufflepuffu; jest nas najmniej, więc czasami trudno o większą ilość punktów przy najliczniejszych Krukonach ;)
    Życzę wielu ciekawych wątków oraz czasu i weny na nie, a w razie chęci, zapraszam do siebie :)]

    Ted Teddy Lupin

    OdpowiedzUsuń
  3. Nie sądził, że ich bańka pęknie tak szybko. Że pocałunek będzie miał gorzki smak, mimo całej nieprzyziemności. Ich usta złączyły się w słodkim akcie, tworząc mieszankę wybuchową, wywołując w organizmie Leo eksplozję gorąca, wraz z którą natychmiast pojawiło się pragnienie. Gorycz w połączeniu z rozkoszą owego doznania paliła jego wnętrze. Delikatność, z którą znaczył jej wargi, następnie niepozornie je przygryzając, kompletnie nie zgadzała się z tym, co czuł w środku. Pozostawiał jej jednak otwartą drogę. Addison nie była już jego własnością – jeśli w ogóle kiedykolwiek nią była, niezależność stanowiła bowiem jedną z najsilniejszych cech jej charakteru, w każdej chwili mogła się wycofać, dając mu jasny znak, co myśli na temat jego postępowania. Ale wbrew wszystkiemu nie zrobiła tego, pozwalając nadziei ponownie rozgościć się w jego sercu. Skupił się na subtelnych pieszczotach, zapominając o bólu. Wyparł z siebie tę wrzeszczącą z tęsknoty cząstkę i przymykając powieki, zatracił się w dotyku. Zapamiętywał sposób w jaki jej oddech łaskotał jego skórę, rejestrował powolny ruch dłoni, niepozorne szarpnięcia za włosy i bez opamiętania, dając pochłonąć się temu momentowi w całości, jakby znaczyła ona dla niego znacznie więcej niż zwykły, krótkotrwały moment zbliżenia, cieszył się przeciągającymi w nieskończoność, wyzwalającymi sekundami. Malejący między nimi z każdą chwilą dystans budził w nim świeżo wyparte uczucia i tłumione przez miesiące dzikie instynkty. Jego dłonie przemierzały doskonale znajome mu szlaki, wargi cudem powstrzymywały się przed smakowaniem jej skóry, walcząc jednocześnie z rodzącym się w gryfońskim wnętrzu pożądaniem. Ignorował jej słowa, ignorował rany, które ponownie mu zadawała, oddając się temu niepozornemu momentowi, tym kilku oddechom wytchnienia, które pozwalały choć na chwilę uwierzyć mu, że znów wszystko wróci do normy, że będzie toczyło się dawnym, prawidłowym, choć nieidealnym rytmem. Nie chciał słyszeć o zdradach, których rzekomo się dopuścił. Nie chciał rzucać w jej twarz oskarżeń, w które do samego końca nie potrafił uwierzyć. Pozwolił sobie na krótką chwilę zapomnieć, stać się głuchym na zadające ból słowa, jakby były nic nieznaczącymi uwagami. Jedną dłonią objął ją w pasie, przyciągając bliżej siebie, drugą niespiesznie przesunął nieco niżej, delikatnie zaciskając palce na jej pośladku. Jego serce zaczęło bić niespokojnym rytmem, oddech stał się bardziej nerwowy, tęsknota powoli przejmowała kontrolę nad jego ciałem. Dostrzegł cień rumieńca na policzkach Addie i mimowolnie się uśmiechnął, nie zdając sobie sprawy z tego, co tak naprawdę on sygnalizuje. W jednej chwili był szczęśliwy. W jednej chwili stał pośrodku przestronnej szafy, trzymając w ramionach osobę, która za sprawą kilku spojrzeń potrafiła wywrócić jego świat do góry nogami i cieszył się z tego. W następnej powoli umierał. W następnej stał samotnie, opierając się o drzwiczki nagle dziwnie ciasnego mebla, ze złością zaciskając pięści, by ukryć ich drżenie. W ustach mu zaschło. Próbował pozbierać się po bolesnym zderzeniu z rzeczywistością.
    — Po co my to w ogóle zaczynamy?
    Cisza, która zawisła w powietrzu po jego słowach była ciężka i przesycona jadem. Cierpienie, które towarzyszyło Leo od kilku miesięcy, od momentu ich rozstania, przebijało się nad rodzącą się w jego wnętrzu pretensję. Zaśmiał się cicho pod nosem, bez cienia wesołości i nerwowym gestem przeczesał włosy palcami, wbijając w Addie oskarżające spojrzenie.
    — Po jaką cholerę ciągniemy tę gierkę, która tak naprawdę prowadzi nas do nikąd? Spójrz na siebie. Stoisz zamknięta w magicznej szafie, zmacana przez chłopaka, którego uważasz za najgorszą osobę, jaka tylko mogła stanąć na twojej drodze i bijesz się z myślami, nie wiedząc jak na to wszystko zareagować. Kłamiesz w żywe oczy, by osiągnąć sukces.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Jesteś podstępna, ale zapominasz, że ja czasami również. Mam się nabrać na postawę zranionej dziewczynki? Mam podejść i cię objąć tylko po to, byś ponownie mogła wbić mi nóż w plecy, tak jak to robisz za każdym, pieprzonym razem, kiedy do siebie wracamy? Jak możesz oskarżać mnie o to, że się ciebie brzydzę? Jak możesz w ogóle myśleć, że mógłbym coś takiego napisać? Addie, do jasnej cholery, myślisz, że po co zaciągnąłem cię do tej szafy? Przez całe wakacje nie dostałem od ciebie żadnej wiadomości. Liczyłem, że się odezwiesz — prychnął — nawet byłem tego przez krótki czas pewien. Ale nie dostawałem od ciebie znaku życia, a po naszym zerwaniu dałaś mi jasno do zrozumienia, że tym razem mam nie wracać. Nie przychodzić z kwiatami. Więc tego nie zrobiłem, niczego do ciebie nie pisałem, chociaż wbrew temu jak mnie potraktowałaś, miałem nadzieję, że może jednak kiedyś coś do mnie czułaś. Po powrocie do Hogwartu również nie odezwałaś się do mnie ani słowem. Wymienienie z tobą powitania na korytarzu graniczyło z cudem. Miałem nadzieję, że ściągnięcie cię na tę imprezę odrobinę otworzy ci oczy, a tymczasem okazuje się, że przez ten cały czas robiłem z siebie sentymentalnego idiotę, paradując na wszystkie mecze i treningi z głupią zawieszką w kieszeni, podczas gdy ty wolałaś wysyłać w wakacje sowy do mojego brata. Pożaliłaś mu się, jakim niedobrym chłopakiem byłem? Umówiłaś się z nim na spotkanie w dormitorium i nadrobienie straconego czasu? Znalazłem stare bilety na mecz Quidditcha w jego pokoju. Zgadnij na czyje nazwisko były rezerwowane — oblizał spierzchnięte wargi, czując jak złość przejmuje nad nim całkowitą kontrolę. Nie potrafił zapanować nad szalejącymi w jego wnętrzu emocjami, kłócił się z tym, co chciał, a co powinien zrobić, co chciał, a co powinien powiedzieć. — Myślałaś, że się nie dowiem? Oskarżasz mnie o bawienie się twoim kosztem, a tymczasem to ty cały czas starannie pociągasz za sznureczki. Jesteś przebiegła i okrutna, ale ja niestety nie jestem już twoją marionetką, Addie. Od trzech miesięcy próbuję wymyślić sposób, by się od ciebie uwolnić, od trzech miesięcy próbuję przestać cię kochać. Ale nie potrafię. To jak klątwa. Nie umiem o tobie zapomnieć.
      Kłykcie jego dłoni zbielały, jego głos ochrypł od ciągłego mówienia. Przed oczami przesuwał mu się obraz pamiętnego meczu, ich pierwszej, choć nie do końca zaplanowanej randki. Doskonale pamiętał jak w szóstej klasie złapał ją w przerwie między trzecią i czwartą lekcją, niemalże dosłownie rzucając w nią wolnym biletem. Zamykając oczy, widział jej mokre od deszczu włosy i roześmianą twarz, którą potem w drodze powrotnej miał ochotę jedynie całować. Pamiętał kolor i kształt biletów, ale nie potrafił sobie przypomnieć jak wyglądała gra. Pamiętał śmiech Addie, kiedy drąc się na pół stadionu, próbował zwrócić na siebie uwagę mężczyzny sprzedającego prażoną kukurydzę, ale nie potrafił sobie przypomnieć słów komentatora. Pamiętał ból, który odczuł, gdy wchodząc do pokoju brata, dostrzegł właśnie te wejściówki, nieśmiało wychylające się spod sterty pergaminów z porozpoczynanymi pracami wakacyjnymi. Pamiętał, że chciał je podrzeć. Pamiętał, że prawie zaczął krzyczeć. Pamiętał, że prawie podpalił jego zadania domowe. Pamiętał, jak się czuł, gdy uświadomił sobie, co to oznacza. Dystans. Ponowną nienawiść. Wtedy właśnie zdał sobie sprawę z tego, że nie chce tego kończyć. Nie chce tracić z nią kontaktu. Była w pewnym sensie jego lekarstwem, sposobem na przełamywanie lęków. To właśnie z nią mógłby odbyć rejs statkiem dookoła świata po najdzikszych morzach tej planety, nie obawiając się śpiewu syren, bo był pewny, że ona skutecznie skradłaby jego uwagę. To ją mógłby ratować przed utonięciem. To dla niej mógł pisać najbardziej tandetne, miłosne ballady, jakie tylko był w stanie wymyślić, bo wiedział jak dobrze poprawiają jej humor. To dla niej potrafił się poświęcić. Tracąc to wszystko, tracił cząstkę siebie bezpowrotnie. To właśnie to sprawiło, że zapragnął ją odzyskać. Znowu. Nie umiał tracić jej nieodwracalnie.

      Usuń
    2. Zaczerpnął powietrza, oddychając coraz bardziej nerwowo. W jednej chwili zrobiło mu się zbyt ciepło i chociaż nigdy nie miał problemu z niewielkimi przestrzeniami, poczuł jakby miał zaraz zacząć się dusić. Ruchem ręki odpiął dwa górne guziki koszuli i wyprostował się, wykonując niepewny krok w stronę Addison. Nie dotykał jej, chociaż stał tak blisko, iż wyraźnie czuł gorąco bijące od jej ciała. W głowie mu się kręciło i bał się, że zaraz zemdleje. Ponownie zacisnął dłonie w pięści, wzrokiem odnajdując jej spojrzenie.
      — Chcesz to kończyć? Zróbmy to teraz. Jeśli tego właśnie pragniesz, pożegnamy się. Pocałuj mnie tylko po raz ostatni. Nic więcej nie stoi ci na przeszkodzie.

      one and only lion
      nie pierwszy, nie ostatni komentarz, ale wyjątkowy, o!

      Usuń
  4. [Nie ma za co dziękować, napisałam jedynie samą prawdę! :) Również uwielbiam Puchonów, Hufflepuff jest moim ulubionym Domem, nawet jeśli według testu na pottermore pasuję do innego ;) Denerwujące jest to, jak często są niesprawiedliwie oceniani i zupełnie niedoceniani... Zresztą, Ślizgoni też łatwo nie mają; większość kieruje się stereotypami przy ich tworzeniu, niestety :-/ Niemniej Puchoni zawsze muszą walczyć o swoje, nawet na Kronikach jest to widoczne ;) Ale hej, nie bez powodu są w końcu najbardziej zdeterminowani i nieustępliwi ze wszystkich Domów :D I najszczersi, choćby do bólu ;)
    Daleka jestem tutaj od nowych, przyznaję bez bicia. W sumie za jakiś miesiąc minie rok odkąd dołączyłam, jednak miałam zawirowania w życiu i nie mogłam przez długi czas Tedem pisać... Będąc technologiczną sierotą, usunęłam sobie też tekst poprzedniej karty, ale i tak miałam zamiar go zmienić, więc teraz wyszło to, co wyszło :P
    O jejku, nie planowałam nikogo swoją kartą onieśmielić, jednak dziękuję bardzo za przemiłe słowa! Niezmiernie się cieszę, że Teddy aż tak ci się spodobał :] Choć zdradzę ci, że starsze postaci z reguły idą mi lepiej... Sama nie wiem, dlaczego; od zawsze tak miałam - pisałam postaciami znacznie starszymi od siebie. Ted jest w sumie drugą najmłodszą, jaką kiedykolwiek miałam ;)
    Jeśli chodzi o Damiena; w sumie bardzo by mi odpowiadało coś takiego. Ba, miałabym do ciebie sporą prośbę, ale nie chcę ci pod KP śmiecić, więc gdy znajdziesz chwilę, napisz do mnie, proszę. Albo na maila, albo na gg - znajdują się w KP Teda, w części 'Od Autorki słów kilka'. Z góry bardzo dziękuję!
    Co do samego wątku, na pewno coś wymyślimy! Tym bardziej, że chyba jeszcze nigdy nie udało mi się z uczniem Hufflepuffu popisać, niestety, więc jestem jak najbardziej za :]
    Jeśli chodzi o Puchar Domów, jak się wszyscy zmobilizujemy, to i z przewagą liczebną Krukonów możemy dać radę. Nie będzie łatwo, ale hej, Borsuki się łatwo nie poddają ;) I skoro już wróciłam, to na pewno będę w miarę możliwości pomagać punkty dla nich zdobywać :)]

    Teddy Lupin

    OdpowiedzUsuń
  5. Szedł ciemnym korytarzem, którego koniec wbrew pozorom nie błyskał jasnym światłem. Słyszał kapanie wody, jakby znajdował się w jakiejś jaskini, gdzie strumienie drążyły kolejne zawiłe korytarze. Nie widział jednak żadnych stalaktytów ani stalagmitów. Nie widział nic prócz wszechobecnej ciemności. Nie czuł niczego oprócz przeszywającego zimna i strachu. Szedł po omacku, próbując nie potknąć się o luźne kamienie i nie wpaść w niewidoczną dziurę. Nie znał celu swojej wędrówki. Miał poczucie, że musi iść, aby przeżyć – zależało mu na tym. Był za młody, aby kończyć swoje życie, a myśli krążące po jego głowie nie należały do tych samobójczych. Miał jeszcze tyle do zdobycia, do osiągnięcia…
    Coś szturchnęło go w ramię. Gwałtownie obrócił się w prawą stronę i zobaczył siebie, młodszego o dziesięć lat. Mały Josh nic nie mówił, po prostu patrzył na starszego dużymi, szarymi oczami, które z każdą kolejną sekundą stawały się coraz ciemniejsze, aż w końcu całkowicie zaszły czernią. Siedmioletni Joshua Yaxley umierał.
    Czy to oznaczało, że siedemnastoletni również kończył żywot?
    Tym razem zaczął biec, próbując uciec od rozpływającego się w ciemnych oparach dziecka. Nie chciał skończyć tak jak on. Musiał być silniejszy. Nie mógł się poddać.
    Coś uszczypnęło go w ramię. Spojrzał na sczerniałą rękę, szukając źródła niewielkiego bólu. Cisza, ciemność, brak odpowiedzi na nurtujące pytania. To nie miało sensu.
    Widział całe życie przed oczami. Widział pierwsze przyjaźnie, uśmiechy. Widział płacz, nienawiść. Widział wiele twarzy, znajomych jak i tych zupełnie nieznanych. Widział . Dlaczego widział Addison? Pustka w głowie nie dawała za wygraną.
    Przeszywający ból w ręce ujawnił przed nim światełko w tunelu. Tyle razy słyszał, że nie powinien iść w jego kierunku, ale pokusa okazała się zbyt duża. Skoro koniec był jasny, nie mógł oznaczać śmierci.
    Woda przestała kapać. Ciemność przeistoczyła się w półmrok.
    Co właśnie działo się w jego głowie?
    Z głośnym krzykiem usiadł na posłaniu, na którym wcześnie leżał i próbował uspokoić oddech. Nie wiedział, gdzie się znajduje. Był to zwyczajny pokój, który nie odznaczał się niczym specjalnym. Klatka piersiowa Josha unosiła się niespokojnie, oddech był przerywany. Czuł kropelki potu na swoim czole. Niepewnie przeniósł wzrok na rękę, która była powodem jego omdlenia. Ktoś zabandażował ją w całości. Nie czuł już bólu, jedynie osłabienie. Gdzie był i co się z nim stało? Co się z nim dzieje?
    - H-halo? – wychrypiał niepewnie, nie mając siły na głośniejsze wydanie jakiegokolwiek dźwięku. Jego spierzchnięte usta potrzebowały wody, a umysł odpoczynku.

    Joshua

    OdpowiedzUsuń
  6. Nie była tą, która spędzała mu sen z powiek każdej nocy, gdy leżał ze wzrokiem wbitym w baldachim nad swoim łóżkiem. A jednak była równocześnie tą, która leniwie potrafiła wydłużyć wieczór, sprawiając, że jeszcze długo nie położy się spać. Jakby tymi nieśpiesznymi ruchami pozostawiała mu miejsce na wszystkie niewypowiedziane emocje, które kłębiły się gdzieś z tyłu jego głowy. I każdy dotyk stęsknionych ust, każde zaciśnięcie niecierpliwych dłoni, każdy ruch dłoni wplecionych we włosy był wydłużeniem o jedną sekundę tej prawdy, która za chwile miała tak bardzo piec w rozgrzane usta.
    I gdy odsunęła się od niego niemal od razu poczuł dziwne ukłucie w okolicy mostka, jakby właśnie odstawiono mu lek przeciwbólowy, choć jednocześnie wiedział, że nie może wziąć więcej. Doskonale wiedział jak to jest nie dzielić się z kimś swoją uwagą. Wiele razy patrzył na Julię niewidzącym wzrokiem, jakby była jedną osobą z wielu w tłumie na korytarzu. Addie nie skrzywdziła go w żaden sposób, więc odpowiadał spojrzeniem na jej chwytający go wzrok. I również obiecywał sobie, że któregoś dnia się to odwróci. Tylko, któryś dzień wcale nie nadchodził.
    Była zlepkiem sprzeczności, zupełnie jak i on, a razem stanowili destrukcyjną mieszankę osobowości, w której każdy jednocześnie chciał wziąć jak najwięcej, nie dając od siebie zbyt dużo. Spojrzał na nią uważnie, podczas gdy na jego ustach błąkał się bliżej nieokreślony uśmiech. Wiedział. Doskonale wiedział, że nie może jej zatrzymać, co więcej, w tej chwili nie wyobrażał sobie, by wyciągnął po nią rękę, by poprosił żeby została.
    - Czyżbyś się bała, że nie oddam? – zapytał, unosząc lekko jedną brew. Oddawał wszystko, nawet z nawiązką. Oddawał, nie chcąc by to ona pojawiła się przed jego oczami, gdy zasypiał. Z drugiej strony minę miał, jakby wiedział, że brutalną siłą, zaborczą tęsknotą i niecierpliwą zachcianką wyrwać potrafi to, co chce. Na potwierdzenie tego odsunął się od niej, zabierając ze sobą to wszystko, co jeszcze przed chwilą między nimi było. Miał wrażenie, że odsunął się, mając to, czego chciał i, że zostawił ją z pustką. Było to dla niego boleśnie satysfakcjonujące, mimo wbitych przed chwilą palców w jego ramiona. Odwrócił się w stronę jeziora, pocierając dłonią lekko swoje usta, jakby chciał zatrzeć wspomnienie, które zaraz wróci.
    - Nie mogę, nawet nie chcę – przytaknął jej, gdy jego wysoka, ciemna sylwetka rzuciła cień w świetle księżyca drżącego w wodzie. – Zwrócę. – rzekł wyglądając, jakby wcale nie chciał jej uspokoić. Patrzył na nią przez ramię, opierając się drugim o pobliskie drzewo. – Ale każde przywłaszczenie sobie czyjegoś ja, zostawia ślad – mruknął, odwracając wzrok. To nie brzmiało jak ostrzeżenie, to brzmiało jak wyrok. I nie wiedział, czy właśnie nie poszedł ten jeden krok za daleko. Czy właśnie mówiąc to dopiero po tym, jak zabrał tak dużą i nikłą zarazem część jej życia, nie zdmuchnął tego chybotliwego domku z kart. Ale teraz, gdy to on stał z rękoma w kieszeniach, a ona została na murku z pustymi rękoma, gdy zabrał jej coś i przygryzając lekko usta odczuwał dziwną satysfakcję, nie chciał o tym myśleć. Wyrwał jej coś i wyraźnie, z bijącym sercem czekał, aż przyjdzie wziąć co swoje.

    Julien

    [Cieszę się szalenie :D]

    OdpowiedzUsuń
  7. [Witaj, dziękuję za powitanie...
    Mam zamiar zostać dłużej, zobaczymy czy reszta też będzie chciała.
    A pomysły... Hmmm... Addison może wycinać komuś psikusa i Jonathan może ja na tym przyłapać i jej pomóc w dokończeniu działa lun na odwrót. Podczas nocnej przechadzki do kuchni może go spotkać wpatrującego sie z utęsknieniem w gwiazdy, a potem rzem będą zajadać ciastka czekoladowe na dachu.
    To luźne pomysły na sam początek, a potem może nas ponieść i mogą gdzieś nawet walczyć o życie, bow tej szkole rożnie bywa :D]

    Jonathan

    OdpowiedzUsuń
  8. Z wdzięcznością odebrał szklankę i niemal od razu pochłonął całą jej zawartość. Jego wargi i przełyk natychmiast mu podziękowały i przestały nieprzyjemnie piec. Przyłożył wierzchnią część zdrowej dłoni do ust, krzywiąc się przy tym. Można było stwierdzić, że zaraz by zwymiotował, bo wyglądał blado, a grymas na jego twarzy mówił sam za siebie. Joshua jednak nie miał zamiaru zwracać zawartości swojego żołądka, przynajmniej nie w tej chwili. Jego samopoczucie nie sięgało zenitu, wręcz przeciwnie, tkwiło w głębokim dole i ktoś przysypywał je ziemią. Tym kimś był sam Joshua Yaxley, idiota dnia dzisiejszego.
    Na początku w jego głowie była pustka, lecz z każdą kolejną chwilą przypominał sobie wydarzenia dzisiejszego wieczoru. Pamiętał znalezienie książki, zabranie ciastek, ach, ciastka. Miał na nie wielką ochotę w tym momencie, ale obawiał się, że jakiekolwiek dostarczenie pokarmu organizmowi skończy się jego zwróceniem. Przypomniał sobie trochę czytania, wypróbowania zaklęć, a na końcu ten ból, okropny, przeszywający ból. Teraz, gdy ręka była już uleczona i bezpiecznie tkwiła w bandażu, nie czuł już nic prócz delikatnego swędzenia, które dało się przeżyć. Nie chciał ponownie przechodzić przez podobne boleści. Nie życzył tego największemu wrogowi.
    Pod spojrzeniem Addison czuł się jak mały chłopiec. Wiedział, że spieprzył i gdyby nie głowa na karku dziewczyny, prawdopodobnie nadal leżałby na zimnej posadzce gdzieś w zamku i powoli umierał. Zawiódł ją, zrobił to po raz kolejny. Jego przeprosiny trwałyby cały dzień, gdyby kiedykolwiek się ich podjął. Wiedział, że powinien to zrobić, powinien spróbować wyrzucić z siebie wszystko, co siedzi w nim od tak dawna, ale był zbyt wielkim tchórzem, aby to zrobić.
    - Bywało lepiej – wychrypiał, nie siląc się nawet na wzmocnienie głosu. Wiedział, że niczym by nie poskutkowało, nie był na tyle silny.- Możesz mnie zabić, psychicznie i tak już jestem skończony.
    Emocjonalnie i psychicznie czuł się jak zżuta guma przyklejona pod ławką. Nie wiedział, co czuje prócz wstydu i złości. Był mądrzejszy, dlaczego tego nie wykorzystał? Dlaczego był na tyle głupi, żeby bawić się na granicy życia i śmierci? Czy nie nauczono go więcej?

    Joshua

    OdpowiedzUsuń
  9. Brał każde słowo Addison do serca. Wiedział, że dziewczyna ma rację i nawet nie próbował oponować. Był idiotą, szczeniakiem, nie myślał logicznie. Jego duma i chęć bycia lepszym synem i kolegą przerosła rzeczywistą osobę Josha, który nie poradził sobie z ambicją. Miał ochotę sam dać sobie po twarzy, uziemić się, jak to zawsze robili rodzice, dać sobie jakąkolwiek karę, która dałaby mu do myślenia. Zapewne do tego nie dojdzie – po jakimś czasie duma Ślizgona wymaże mu z pamięci ten niefortunny wypadek i nakaże podjąć kolejne próby „doskonalenia” swoich umiejętności. Będzie to zapewne głupim pomysłem, jak w większości przypadków, ale Joshua rzadko uczył się na błędach. To była jego wada. Zapatrzenie w siebie i swoje umiejętności oraz ambicje. Nie wszystko było do osiągnięcia, a Yaxley nie chciał dopuszczać do siebie tej świadomości.
    Nie wiedział, jak to zdarzenie wpłynie na jego relację z Addison. Jaka część jego popychała go do zakopania topora wojennego, jeśli jakikolwiek w ogóle istniał, lecz druga w kółko powtarzała, iż sprawa już dawno była stracona i nie ma o co walczyć. Joshua sprzeczał się z samym sobą. Uważał, że było o co walczyć. Po prostu był zbyt tchórzliwy i słaby, aby to zrobić.
    Oczekiwał reprymendy, którą dostał. Oczekiwał mocnego wstrząsu, psychicznego jak i fizycznego, lecz odetchnął w duchu, gdy Addie jednak go nie walnęła. Przeżył niewielki szok, gdy Puchonka po prostu się do niego przytuliła. Gest był teoretycznie mały, lecz niósł ze sobą wielkie ciepło i konsekwencje. Joshua objął dziewczynę zdrowym ramieniem i przysunął do siebie, nie chcąc puszczać. Czuł się bezpiecznie, mimo że siedzieli w ciemnym i nieznanym pomieszczeniu. Gdy odsunęli się od siebie na chwilę, nienaruszona dłoń chłopaka delikatnie spoczęła na boku twarzy Addison. Kciukiem lekko potarł jej policzek. Oczy Josha przepełnione były skruchą i bezradnością. Wiedział, że musi coś powiedzieć. Nie miał pojęcia, jak się za to zabrać.
    - Przepraszam – mruknął, gdy już zdał sobie sprawę, że to najtrafniejsze słowo.- Przepraszam, że jestem kretynem. Przepraszam za to wszystko. Za to, że prawie przyprawiłem cię o palpitacje serca i… Przepraszam za wszystko. Za wszystko, Addie. Wszystko, rozumiesz?
    Jego ton przeplatany był błaganiem i smutkiem. Już sam nie wiedział, co tak naprawdę czuł.

    Josh

    OdpowiedzUsuń
  10. Jonathan nie spał, z resztą znowu. Był już typem człowieka, któremu było szkoda życia na sen, a określenie "późno zasypiam, wcześnie wstaje" pasowało jak d nikogo innego.
    Może to była bezsenność, ale raczej nie, przecież nie miał zmartwień czy kłopotów aby z nią się użerać. Carroll po prostu czasem, no dobra, częściej niż czasem, lubił poświęcić nocne godzinny na oglądanie granatowego nieba czy rozmyślanie o tym co będzie, o odległych krajach, może o przyszłych podróżach...
    Tak też było tego wieczoru. Najpierw siedział z nosem wlepionym w szybę w sypialni, potem znużony już tym zajęciem udał się do salonu, aby przy płomieniach kominka powyobrażać sobie wyprawy na smoki, aż w końcu sam nawet nie wie kiedy, znalazł sie na korytarzu, wygodnie rozsiadając się na jednym z parapetów. Jakoś nie bał się, ze jakiś nauczyciel go złapie, opiekun puchonów znał go na tyle długo, aby wiedzieć że nic nie kombinuje, a reszta... A resztą sie jakoś nie przejmował.
    Wypatrywał w skupieniu kolejnych świetlnych punkcików na niebie, gdy usłyszał że z pokoju wspólnego ktoś wychodzi i kieruje sie szybko korytarzem w przeciwnym kierunku. To była Addison, kojarzył ją od dawna, z resztą głównie z tego powodu że razem wpadali często w kłopoty. Dziewczyna go nie zauważyła, ale Carroll zaraz ruszył za nią bo dobrze wiedział gdzie może iść o tej porze - do kuchni po ciastka. Hmmm, oby były te z kawałkami czekolady.
    Nathan szedł za nią spokojne, obserwując jak jej bystre oczy wpatrują sie w ciemność, a uszy nasłuchują, słysząc w końcu pewnie i jego, bo gdy wyszedł za kolejnego zakrętu nigdzie nie widział blondynki, nawet nie wiedział gdzie i kiedy mogła się schować. Zdezorientowany ruszył mrocznym korytarzem, puki para drobnych dłoni nie wciągnęła go w jedną z wnęk.
    Ja , co?- zapytał oszołomiony chłopak poprawiając szatę i z szeroko otwartymi oczami zerkając na Addison- Ja nie chciałem Cię przestraszyć, po prost tez chce ciastka dodał powoli odzyskując normalny wyraz twarzy- I nie udawaj dobrze wiem gdzie idziesz o tej porze. Bo raczej typem lubiącym nocne schadzki nie jesteś.- dodał, pokazując jej końcówkę języka- To co, idziemy?- wyszczerzył zęby w uśmiechu, który pasował mu jak nic innego.

    Jonathan

    (bardo dziękuje za rozpoczęcie, bardzo dobrze i ciekawie napisane, mam nadzieję że i mój odpis ujdzie :D)

    OdpowiedzUsuń
  11. To, co skrywał w sobie było dużo bardziej skomplikowane, niż w pierwszej chwili mogło się wydawać. Humor i prostolinijność, pragmatyzm i ciepło, kłamstwo i prawda, chłopięcość i odpowiedzialność, powaga i lekkoduszność, dominacja i uległość. I każdy krok głębiej w jego duszę był krokiem w coraz większy paradoks, w którym albo można się było odnaleźć, albo można było w nim przepaść, albo można było próbować go oswoić. Z tym, że te ostatnie próby mogły skończyć się jak zbyt szybkie podejście do najeżonego kota. Ostrym, piekącym zadrapaniem.
    Prawda była taka, że w całej swojej chłopięcości dopiero uczył się, jak być mężczyzną. Jak brać odpowiedzialność za to wszystko, w czym macza paluchy. Za słowa, za gesty, za myśli. Powoli uczył się tego jak w pewności zamknąć miejsce na lęki, jak w zakłopotanym spojrzeniu schować determinację, a dominującą postawą pokazać jednocześnie łagodność. I gdy tak stał przy drzewie z rękoma w kieszeniach, jedynie zmarszczone lekko brwi świadczyły o tym, że właśnie bierze odpowiedzialność za to, że brutalnie zabrał to, co miało zostać przy właścicielce, choć odsunięcie się od niej było jak spokojniejszy oddech podczas biegu. Niewielka odległość działała na jej korzyść i Julien doskonale o tym wiedział.
    Gdy poczuł jej dłoń z powrotem przy sobie, spojrzał na nią chyba po raz pierwszy tak uważnie tego wieczoru. Zupełnie tak, jakby stając przed nim teraz sama z siebie, wyszła z mgły rozmywającej jej sylwetkę. Ostrzejsze spojrzenie ciemnych oczu spod brwi drżących lekko w wyrazie lekkiej dezorientacji było tego najlepszą oznaką. Gdy jej palce dotknęły jego skóry, w jego oczach błysnęła niepewność. Ledwo zauważalnie przełknął ślinę, gdy prawdziwość jej słów zmroziła go od góry do dołu. Nie wygrasz. Czy to oznaczało, że nie wygra z własnym strachem? W momencie, gdy decyduje się na wyciągnięcie rąk do walki, w momencie, gdy czuje w sercu motywację, siłę, podpartą jednocześnie poczuciem władzy, dowiaduje się, że nie wygra z własnym odbiciem. Ale jednak… z jakiegoś powodu był Gryfonem. Choćby walczył z wiatrakami, choćby walczył z samym sobą, nie mógł się poddać.
    Jego samozagłada brała się z zapędów, podszytymi przecież dobrymi chęciami. Naprawdę chciał poukładać siebie i swoje troski, które w chwilach spędzonych z nią zdawały się wzniecać niczym kurz, a ulga, która temu towarzyszyła kojarzyła się z opadaniem tego kurzu, jak po bitwie. Teoretycznie moment ten niósł spokój, ale straty były niewyobrażalne. Mówiąc, że z nią nie wygra, nie bardzo wiedział, do którego momentu Addie chce doprowadzić, gdzie skończy się walka. Nie widział siebie w roli przegranego, klęczącego pokonanego, któremu można było wymierzyć cios ostateczny. A walcząc z nią, nie walczył po to, by pokonać właśnie ją. Walczył po to, żeby wygrać z samym sobą.
    Patrzył na nią z lekko zmrużonymi oczami, sprawiając wrażenie, jakby jej bliskość nie robiła na nim żadnego wrażenia, choć de facto czuł się niekomfortowo, jak ktoś przyparty do ściany. Nie uśmiechał się, ale łapał się na tym, że przejmują go dreszcze. Chwilę myślał nad odpowiedzią, nie spuszczając wzroku z jej czujnych oczu. Własność. Z jednej strony tak rozpaczliwie pragnął być czyiś, a z drugiej strony nie zamierzał zawierzać całego siebie. Szczególnie Hallaway, która z jednej strony nie zasługiwała by w jakikolwiek sposób się jej powierzył, w końcu nic takiego ich nie łączyło, a z drugiej przygarniała, gdy czymś skrzywdzony wracał z podkulonym ogonem.
    - Ty za to powinnaś wiedzieć, że łatwo skóry nie sprzedam – przyjrzał się jej uważnie, nachylając się lekko i ujmując delikatnie jej podbródek. Sam nie wiedział, czy robi to po to, by wyraźnie zapamiętała jego słowa, czy by wzbudzić u niej poczucie dyskomfortu, jednocześnie pozbywając się swojego. Jak zwykle potrafili przerzucić na siebie wszystko, co kłębiło się w nich negatywne. I te emocje wędrowały od jednej osoby do drugiej, a oni dziwili się, że nie mogą się z tego uwolnić.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. - Bawić się? Hallaway, ja jestem śmiertelnie poważny. – jego słowa kontrastowały z błąkającym się po jego twarzy nieokreślonym uśmiechem. Uniósł lekko brwi w lot pojmując sens jej słów. Spojrzał na nią, jakby dotarła do niego w całości jej osoba, jakby pojął wreszcie w niej to wszystko, co do tej pory pozostawało dla niego zagadką. Nachylił się nad jej uchem, owiewając jej szyję gorącym oddechem. – Ty naprawdę się boisz. – mruknął cicho, zwilżając sobie wargi. W tym momencie zyskał. Zyskał świadomość, która niejako podniosła go na duchu.

      Julek

      Usuń
  12. [Ja łączę ze sobą wątki, a widzę, że Addie gra na dwa, albo nawet więcej frontów, to tak jakby zdradzała Adama, a ja nie chce pogłębiać jego beznadziejnej sytuacji, więc chyba będzie lepiej jak wrócą do mocnej przyjaźni, tak jak było to na początku :)]

    Dobrze ją zrozumiał, jednak w jego głowie nagle zrodziła się jedna myśl, która zbiła go z pantałyku, co można było zobaczyć w jego oczach. A co jeśli uczucie, które ich powiązało, wiązało się, jedynie z cierpieniem oraz zgubą, które oboje teraz odczuwali? Co jeśli ich związek opierał się nie na prawdziwym uczuciu, a jedynie na wzajemnym pocieszeniu? Ta myśl sprawiła, że na ciele Adama pojawiła się gęsia skórka. Cholera. Słuchał jej, jednak uważnie, odganiając od siebie uporczywe myśli. Nadal mu zależało, a owe rozterki nie były mu w stanie namieszać w głowie, a przynajmniej usilnie próbował do tego nie dopuścić.
    - Mogłoby – przyznał szczerze i przeczesał powoli palcami jej mięciutkie kosmyki włosów. – Ale… - zaczął nieco niepewnie. – Co jeśli nasz związek opiera się jedynie na wzajemnym pocieszeniu? Addie…co jeśli to co nas łączy nie ma głębszego sensu i za jakiś czas wygaśnie, a my znowu będziemy cierpieć? Przepraszam, musiałem Ci to powiedzieć. Dopiero teraz nawiedziły mnie te myśli. Zależy mi tak cholernie mi zależy, ale boje się, że znowu będę musiał przez to wszystko przechodzić, że Ty również będziesz musiała cierpieć. Przemyśl to, dobrze? Oboje to przemyślimy i podejmiemy po moim powrocie odpowiednią decyzję.
    Gdy skończył mówić, pocałował ją czule, a wręcz namiętnie. Chwilę później już go nie było.
    Cały ten wyjazd okazał się być dla Adama niezwykle ciężki. Masa myśli nie dawała mu spokoju, co było uporczywie męczące. Nie miał chwili spokoju. Miał nadzieję, że ten wyjazd okaże się ucieczką od wszystkiego, co go gnębiło, a jedynie powiększyło dołek, w którym się znalazł. Pogrzeb wuja był niezwykle emocjonujący. Adam był u kresu sił. Dźwignął na swych barkach, zdecydowanie zbyt wiele, jednak jak to Lebiediew, zaciskał zęby, nie marudził, nie użalał się na sobą, a wręcz przeciwnie, brał kolejne rzeczy na swe plecy, by iść dalej mimo wszystko.
    Powrót do Hogwartu był dla niego wytchnieniem, nawet nie poświęcił czasu na odpoczynek, by nie myśleć o tym co się dotychczas zdarzyło. Od razu popędził na lekcje, które przyniosły mu chwilowe wytchnienie od natłoku myśli. Był nieco drażliwy, ale chyba uczniowie nie odczuli tego tak mocno. Na kolacji Lebiediew prawie wylądował twarzą w talerzy skrzydełek. Odpowiadał połowicznie lub wcale się nie odzywał. W końcu wyszedł z Sali bez jedzenia, by następnie zabrać się za nocny obchód, Abu sprawdzić, czy wszyscy siedzą w swoich dormitoriach.

    Adam

    OdpowiedzUsuń
  13. Chęć przeproszenia Addison i przyznania się do popełnionych błędów gnieździła się w Joshu od bardzo długiego czasu. Niepokonana duma nie chciała jednak ustąpić i postawiła wysoki mur między dobrymi zamiarami Yaxleya a samą sobą. Nic nie przedarło się przez tę barierę. Nic jej nie osłabiało, a Joshua męczył się naprawdę długo, sam nie potrafiąc się na nią wspiąć ani jej zniszczyć. Strata bliskiej osoby raniła go tak samo mocno, jak on zranił Addie. Nie powinien się usprawiedliwiać i udawać pokrzywdzonego, bo to on otworzył puszkę Pandory. To była jego wina, wina jego zainteresowań, wychowania i przekonań. Czy to czyniło z niego masochistę?
    Kołysanie się na krawędzi życia i śmierci powaliło mur, a duma schowała się w ciemnym kącie i obserwowała poczynania swojego właściciela. Nadal krzyczała, że nie powinien przepraszać, że jest na to za ważny i dobry, lecz tym razem serce odzywało się głośniej. Serce pchnęło Josha do działania. Decyzja została podjęta w ciągu kilku chwil, a teraz, po wypowiedzianych słowach, wszystko wróciło jakby na właściwy tor. Nie ruszyli jeszcze do przodu, jako że słowo przepraszam nie rozwiązywało żadnego problemu, lecz dawało nadzieję na lepszy start, na stworzenie czegoś mocnego od nowa. Joshua zdawał sobie sprawę, że Addison nie wybaczy mu nagle. Nie rzuci mu się na szyję. Nie zacznie go całować. Wiedział to, nie oczekiwał takiego zachowania z jej strony. Miał po prostu nadzieję
    - Nie wymagam od ciebie nagłego wylewu sympatii – odparł spokojnie.- To byłoby nieracjonalne z twojej strony.
    Addison nie była głupia. Joshua naprawdę ją podziwiał, nawet w czasie największego sporu między nimi. Mogła go zirytować, gdyż była tylko człowiekiem. Mogła go obrazić, negując jego słowa. Mogła narazić mu się w jakikolwiek sposób, lecz Joshua Yaxley nigdy nie nazwałby Addison Hallaway głupią osobą. W jego oczach nadal była tą uśmiechniętą, inteligentną i roześmianą dziewczyną, z którą spędzał godziny w wielkim ogrodzie za ich posiadłością. Mimo zwad i zgrzytów, nadal miał do niej szacunek, mimo iż jego czyny mówiły całkiem inną historię. Człowiek zauważa swoje błędy po popełnieniu ich, a żal uderza jeszcze później. Joshua nadal go czuje. Setki wbijających się w serce igiełek, próbujących oddać cierpienie, które on sam zadał innym.
    - Po prostu chcę… - Przełknął ślinę, lecz nie zdołał zrobić tego samego z formującą się w jego gardle gulą niepewności i strachu.- Chcę, żebyś dała mi szansę. Nie zasługuję na to, ale chciałbym, abyś to przemyślała. Może i proszę o zbyt wiele, ale naprawdę mi na tym zależy. Zależy mi na tobie. Tęskniłem.
    Były to słowa szczere, płynące prosto z serca, niezakryte dumą ani pychą. Joshua Yaxley postanowił się otworzyć, co nie zdarzało się zbyt często.

    Joshua

    OdpowiedzUsuń
  14. [Cześć! Dziękuję za miłe słowa. Osobiście widząc Lucky'ego od razu uznałam, że to perfekycjny Scorpius, ale wiadomo, o gustach się nie dyskutuje!
    Zastanawia mnie ten wyklęty ród - co się stało?]

    S. Malfoy

    OdpowiedzUsuń
  15. [Wybacz, nie wiem jakim cudem przeoczyłam link do starej karty, gapa ze mnie. Muszę przyznać, że Addie ma zdecydowanie gorzej niż Scorpius, w jego przypadku czas przynajmniej trochę zatarl stare rany. Póki co mogę tylko powiedziec, że S. na pewno by jej współczul. Jeśli zaś wpadnę na konkretny pomysł na wątek czy powiązanie na pewno się odezwę. ]

    S. Malfoy

    OdpowiedzUsuń
  16. [Dobra, bo się teraz zaczynam poważnie zastanawiać, czy highschool dropout to był na pewno dobry pomysł. Ale, jakby nie patrzeć, w Hufflepuffie swego czasu Vivian był. ;D

    (Serio, przez Ciebie mam teraz ogromne wątpliwości co do swoich wyborów, patrz, co narobiłaś.)]

    V. Calvert

    OdpowiedzUsuń
  17. Chciałby naprawić wszystko, co spieprzył. Gdyby mógł, zrobiłby to z kilka krótkich chwil, aby Addie już więcej przez niego nie cierpiała i nie uważała go za człowieka niegodnego uwagi oraz zaufania. Chciał pokazać się z jak najlepszej strony, lecz wiele wydarzeń przedstawiało go w bardzo negatywnym świetle, a on sam kopał pod sobą dołki. Niszczył wiele będąc sobą i nie potrafiąc porzucić pewnych idei niosących zgubę. Był wierny swoim ideałom – niemożliwym było zmienienie swoich poglądów i odrzucenie autorytetów dla kogoś innego. I mimo, że Joshua szanował Addison i zależało mu na ich przyjaźni, można powiedzieć tak bratersko-siostrzanej, to nie wyobrażał sobie obrócenia swojego dotychczasowego życia o sto osiemdziesiąt stopni. Był słabym człowiekiem, aktualnie nie miał siły nawet podnieść ręki i wstać z posłania, a co dopiero decydować i zmieniać swoją przyszłość. Siedemnaście lat obligowało go do spoważnienia, pokazania swojej dorosłej strony i podejmowania ważnych decyzji. W rzeczywistości nadal był uwięzionym w ciele mężczyzny dzieckiem, które niepewnie wyglądało zza rogu i upewniało się, czy droga jest wolna. Nie był pewny kolejnych stawianych kroków. Grunt trząsł mu się pod nogami.
    Nadal był Joshuą Yaxleyem, nadal śmieszyły go turlające się w błocie szczeniaki i nadal kochał obżerać się słodyczami, które trawił tak szybko, jak je spożył. Nadal chciał biegać po błoniach i chować się za wielkimi drzewami, aby potem wyskoczyć zza któregoś z nich i przyprawić swojego kompana o zawał. Nadal chciał być pozytywny. Chciał, bo aktualnie przychodziło mu to z wielkim trudem. Stracił tyle ważnych dla niego osób, że tracił wiarę w dobre relacje międzyludzkie. Odczuwał ogromną samotność, czuł zniesmaczenie innych uczniów jego osobą. Nie czuł się dobrze. Czasami ból psychiczny z łatwością pokonywał fizyczny i w takich momentach Joshua modlił się, aby kłucie umysłu i serca przeistoczyło się w ból nogi czy głowy. Był prostszy do zdzierżenia.
    - Nie mogę ci niczego obiecać, znasz mnie, prawda? – westchnął ciężko, nie chcąc wypowiadać pustych słów i kłamstw. – Ale się postaram. Nie zamierzam niczego spieprzyć. Jeśli będę zachowywał się jak kretyn, strzel mi w twarz, z całej siły, żebym się zatoczył. Mówię serio.
    To była Addison, to ich relację ratował i odnawiał. Dla niej mógł się poświęcić. Nie zmieni się całkowicie, ale postara się być po prostu lepszym człowiekiem. Kimś, na kogo ramieniu można się oprzeć.

    Joshua

    OdpowiedzUsuń
  18. [Ja też nigdy nie mam pomysłów, a burze mózgów rzeczywiście są fajne, skomplikowane powiązania jeszcze bardziej. Jaka relacja wchodzi w grę? :D]

    Tommy

    OdpowiedzUsuń
  19. [Vivian stwierdził, że za samotnie mu w Hogsmeade, odmłodził się i zapisał do Hogwartu. Także tego, wzbudzanie wątpliwości do takich rzeczy doprowadza, szaleństwo.
    Vivi zrobi poważną krzywdę komukolwiek, kto go tak nazwie, ale zgadzam się, w Puchonach siła, mam nadzieję, że z uczniakiem też zechcesz coś robić, prawda?]

    V. Calvert

    OdpowiedzUsuń
  20. [Cześć <3 Przybyłam poniekąd wtajemniczona już w historię Damiena (kochana T.L mnie wciągnęła z racji powiązania <3), toteż nie mogę sobie odmówić wątku z jego młodszą siostrą. Myślę, że może z tego wyjść coś naprawdę ciekawego. Z tego co uzgodniłam z autorką Teddy'ego, Tori na pewno znała Damiena skoro był on jednym z najbliższych przyjaciół Lupina, nigdy co prawda nie zastanawiałam się nad naturą ich relacji, ale myślę, że raczej nigdy nie podejrzewała go o takie rzeczy jakich się dopuścił. Chyba, że wolisz zrobić jakieś powiązanie przez Teresę? Ona również walczyła w ostatniej bitwie ;D]

    TORI WEASLEY/TESSA IVES

    OdpowiedzUsuń
  21. [Kocham długowłosych chłopaków, najlepiej właśnie fanów Metalliki. <3 Aczkolwiek nie lubię, gdy okazuje się, że facet niespodziewanie ma dłuższe włosy ode mnie (a jest to naprawdę spory wyczyn :). Niemniej Lys jednak woli coś spokojniejszego, coś... coś, co pozwala na odpłynięcie duchem gdzieś daleko, wycisza, wyrywa z szarego otoczenia. O, właśnie tak.
    Aj, nie przepadam za Puchonami spod mojej ręki; moje postacie to rozbieżność między Ravenclawem a Slytherinem, bo takowe idą mi najlepiej, chociaż nic absolutnie do uczniów Hufflepuffu nie mam! (Tylko Gryfonów nie lubię, Rowling za bardzo ich faworyzowała, a ja nie cierpię faworytów :D).
    Wpadam więc na wątek, mam nadzieję, że Cię nie zraziłam i pytam grzecznie, czy masz jakiś konkretny pomysł bądź poszukujesz powiązania, do którego Lysander pasuje, czy trzeba będzie trochę pokombinować. c:]

    Scamander

    OdpowiedzUsuń
  22. Zostawiła go w najtrudniejszych chwilach. Zostawiła go samego sobie wtedy, gdy najbardziej jej potrzebował. W momencie, gdy nie potrafił poradzić sobie z otaczającym go światem, w momencie, gdy do jego idealnie poukładanego życia wtargnęły dwie, całkiem obce osoby i bezczelnie nabrudziły w nim swoimi buciorami, nie przejmując się kompletnie tym, jak do tej pory żył Vinay. Najgorsze w tym wszystkim było to, że dwie najważniejsze osoby, które powinny go spierać w trudnych chwilach byłby za bardzo zafascynowane nowymi członkami rodziny. Belzungovich nie był wówczas najmniejszym dzieckiem i doskonale rozumiał co takiego się działo. Rozumiał też, że nie może zachowywać się jak zrozpaczona księżniczka, której odebrano ulubione ciastko. Starał się zaakceptować swoje, nowe rodzeństwo jednak uwaga, jaką poświęcali im rodzice sprawiała, że nie potrafił tego, od tak zrobić. Może i był egoistom. Może i przez chwilę nie widział dalej, niż czubek własnego nosa przez nie umiał zorientować się, że i Addison ma swoje problemy, że i ona potrzebuje również jego. Żal, że nie ma dla niego wystarczająco dużo czasu sprawił, że ich drogi po prostu się rozeszły, bo właśnie w taki sposób było po prostu łatwiej. Łatwiej było wstać, założyć klapki na oczy i po prostu iść na zajęcia, nie rozmyślając o sytuacji w domu, nie przejmując się panną Hallaway. Tak naprawdę trafiali na siebie na meczach Quidditcha, gdzie toczyli prawdziwą wojnę, nawet wtedy gdy jeszcze śmiało mogli nazwać się przyjaciółmi. Oboje uwielbiali rywalizacje, a Vinay w szczególny sposób przeżywał wszystkie swoje porażki. Od początku roku, było ich niestety coraz więcej… Krukońska drużyna Quidditcha z pewnością nie była w najlepszej formie. Prywatne konflikty tworzące się pomiędzy poszczególnymi graczami drużyny, miały wpływ na ich wspólną grę. Doskonale było widać, kto z kim ma na pieńku. Każdy z nich, chciał pokazać, że jest tym najlepszym graczem i dodatkowo nie mieli wciąż pałkarza. Na jego miejscu grał chwilowo rezerwowy ścigający, który również nie był szczególnie zadowolony z tego faktu. Belzungovich starał się naprawić relacje w drużynie, jednak to nie było tak łatwe. Tym bardziej, że sam nie potrafił zdzierżyć kilku z jej członków, przez co wszystko było tylko trudniejsze. Na szczęście miał oparcie w Julii, chociaż wcześniej i tutaj pojawił się problem, przez jego idiotyczne zachowanie i myśl, że może spróbować wszystkiego. Miał się spotkać na boisku z Julią, która miała przyprowadzić ze sobą Hyuna, aby spokojnie porozmawiać na temat konfliktu pomiędzy dwójką ścigających. Vinay początkowo miał zamiar zamknąć Faradynea i Hana w jednym pomieszczeniu, ale Julia uświadomiła mu, że wówczas z pewnością by się pozabijali. Mieli więc spotkać się pierw we trójkę pierw z Hyunem, następnie z Deucentem, a przy kolejnym spotkaniu mieli być już we czwórkę. Gdy pojawił się przy stadionie Quidditcha, po Julii i Hyunie nie było ani widu, aby słychu. Rozejrzał się dookoła i ruszył w stronę trybun, dokładnego, docelowego miejsca w którym mieli się spotkać. Oczywiście, jak można było się domyślić mieli być w tej, ozdobionej krukońskimi barwami, która znajdowała się tuż obok tej należącej do Puchonów. Wszedł do wnętrza drewnianej konstrukcji i już miał skręcić w prawo, kierując się w umówione miejsce, gdy przed jego oczami ukazał się nie kto inny, jak ścigającą Hufflepuffu, Addison. Pierwotnie miał zamiar całkowicie ją zignorować i po prostu ruszyć dalej w swoją stronę. Zatrzymał się jednak na chwilę, uważnie przyglądając się sylwetce dziewczyny. Miał już rzucić w jej stronę jakiś komentarz na temat wtrącania nosa w nieswoje sprawy (bo przecież co innego miała tu robić, jak nie podsłuchiwać o problemach jego drużyny? To nic, że nie miała pojęcia o ich spotkaniu, ponieważ nikt poza ich trójką nie miał o nim pojęcia), nie zdążył jednak tego nie zrobić. Od razu, gdy tylko usłyszał męski, niski głos rozpoznał w nim kapitana Ślizgońskiej drużyny.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nie zastanawiając się długo, chwycił Addie za nadgarstek i pociągnął za sobą do małej wnęki, w której znajdowały się drewniane schody na szczyt wieży, teoretycznie przeznaczonej dla kibiców Ravenclawu.
      — Siedź cicho. — Uciął tylko cicho, gdyby dziewczyna chciała wygłaszać jakieś protesty. Z drugiej strony zdawał sobie sprawę, że Hallaway należy do tych mądrych i przebiegłych. Z pewnością nie chciałaby wydawać swojej obecności przy żywo, dyskutujących Ślizgonach.

      Belzungovich

      Usuń
  23. [Jakoś był we mnie taki strach przed prowadzeniem ucznia, ale potem Hogsmeade wydało mi się jednak za mało zaludnione, żebyśmy się tam razem z Vivianem odnaleźli. Tym bardziej się cieszę, że Tobie również się to spodobało. ;)
    Z tą utratą blaszki to możemy coś przykombinować, bo generalnie, long story short, on ją stracił, ale w dość tajemniczych okolicznościach i generalnie jeszcze nie mam tego do końca obmyślonego, ale coś tam mi się zaczęło układać, że coś zmusiło go do znaczącego naginania regulaminu na boku, ktoś doniósł, mleko się rozlało, opiekun domu się wściekł i trzeba było się pożegnać ze stołkiem, ale sam Vivi nikomu jeszcze niczego konkretnego o tym nie mówił i generalnie do zwierzeń w tym temacie skłonny nie jest. A skoro mówisz, że Addie jest jaka jest, to można jakoś by to pociągnąć. Ale jakby co ja dramaty z przeszłości bardzo lubię, fakt, nasze postacie dużo już ich mają w życiu, ale co tam, zawsze można dorzucić kolejny. ;D]

    V. Calvert

    OdpowiedzUsuń
  24. [W tę część z utratą najlepszego przyjaciela i późniejszym szukaniem sposobu na zemszczenie się raczej sugeruję nie iść, ta część mnie nie pociąga zbytnio. Vivian to nie typ człowieka, a jego motto to ogółem I don't do friends (no, wiadomo, że tak tylko gada). Ale gdyby jego przymykanie oka na wybryki Addie wyszło na jaw przy okazji siedzenia na dywaniku u dyrektora i spowiadania się, co tak naprawdę przeskrobał, to pewnie potem mógłby przez przypadek powiedzieć coś w stylu to też twoja wina, albo coś.
    Co do drugiego pomysłu - niestety, Vivian ma fatalne relacje z rodzicami, którzy uważają, że powinien się cieszyć, że w ogóle może jeszcze z nimi pod jednym dachem mieszkać.
    Więc Vivi jako pomocnik Addie i ta cała sprawa z tym, że mógłby się na nią wściec, że to ja ci pomagam, pytań nie zadaję tylko oko przymykam, a ty takie coś odwalasz, późniejsze przyczynienie się tej sprawy do utraty blaszki i teraźniejszy żal o to, choć w sumie to sam sobie biedy napytał - jak najbardziej. Możemy zacząć od czegoś niezobowiązującego, wolę, kiedy wszystko wychodzi już w wątku bez planowania. ;)]

    V. Calvert

    OdpowiedzUsuń
  25. [Nie no, skądże! Jednak osobiście nie trawię osób, które wiecznie narzekają "bosze, jak mało Puchasiów, chlip", mając przy tym np. cztery postacie u Ślizgonów/Krukonów... No i mimo wszystko twierdzenie, że Puchoni niedoceniani i biedni, a mają zadatki na wspaniałych czarodziejów – chyba czegoś tu nie rozumiem, ale z tego, co ja się dopatrzyłam w książkach, żaden z Domów nie był prawdziwie doceniony, poza Gryfonami, a Ślizgoni wręcz zostali ukazani jako wredne mendy, co też jest dosyć krzywdzące, gdyż nie jest to cecha wiodąca tegoż Domu. c:
    W każdym razie myślę, że można im zrobić relację typu dobrzy znajomi/wręcz przyjaciele, którzy sobie nawzajem dokuczają, choć oboje wiedzą, że to wszystko tylko żarty; ot, taka natura. Lys z całą pewnością nie patrzyłby na Addison krzywo, bo jego mało co rusza, poza tym przyjmuje zasadę domniemanej niewinności oraz braku odpowiedzialności zbiorowej, więc jeśli takie coś Ci pasuje, to możemy się tak pobawić. c:]

    Lysander Scamander

    OdpowiedzUsuń
  26. Vivian wiedział, że jego ostatni rok w Hogwarcie będzie okropny jeszcze zanim skończył się poprzedni. Nieodwracalne pozbycie się — po części przez własną głupotę, po części przez starania osób trzecich, źle życzących takim szlamom, jak — odznaki prefekta, na którą tak ciężko pracował i którą planował zamienić na blaszkę prefekta naczelnego, oznaczało dla niego większą tragedię, niż ktokolwiek mógłby pomyśleć. Czarodziej był z niego tak naprawdę byle jaki — gubił się przy zbyt skomplikowanych zaklęciach, zawsze sto razy wykonał zły ruch ręką, zanim nauczył się tego poprawnego, potrafił się zapomnieć i zamieszać eliksir w złą stronę, choć jeszcze przed chwilą czytał w podręczniku dokładny przepis. Nie był zdolny, ale był wytrwały. Miał jedenaście lat, kiedy uparł się, że nie zmarnuje swojej szansy i przez pięć następnych twardo się tego postanowienia trzymał.

    Z jakiegoś powodu teraz, kiedy dawno było już po wszystkim, nie potrafił określić, kiedy tak właściwie zaczął dążyć spadnięcia z własnego stołka. Czy było to wtedy, kiedy chęć wyrównania osobistych porachunków posunęła go do poznęcania się trochę nad własnymi wrogami? Zaczynał wtedy swój drugi rok jako prefekt, poczuł się zbyt pewnie i głupio myślał, że nikt się nie dowie, jeśli troszeńkę nadużyje swojej władzy. Potem, z czego nie był dumny, wpadł na pomysł, że mógł wykorzystać też swój stołek do innych celów, z których czerpałby jakieś korzyści. Ot, przymknął czasem oko na to, że ktoś włóczył się po korytarzu, kiedy dawno powinien siedzieć pod kocem we własnym dormitorium, nie poleciał na skargę, kiedy jakiś dobry znajomy zabłądził na trzecim piętrze albo pilnie potrzebował odbyć wycieczkę na błonia w środku nocy.

    Może gdyby był odrobinę bystrzejszy, nikt by się o niczym nie dowiedział, ale Vivian, choć często go za takiego brano, zupełnie nie rozumiał czemu (czy to dlatego, że był rudy, a w pierwszej klasie nosił okulary?) . Bystry nie był. Był uparty, zawzięty, potrafił stawiać sobie cele i wyzwania, ale zwyczajnie zabrakło mu talentów, co boleśnie odczuł, kiedy najpierw został zupełnie niespodziewanie wezwany przez opiekuna domu na dywanik, a potem odkrył, że niczego nie potrafił ukrywać. Tyle było z tego dobrego, że większość szczegółów pozostała między nim, a opiekunem domu, któremu, bliski płaczu, oddawał wtedy swoją odznakę. Wszyscy inni, w tym bardzo zaciekawieni nietypową sytuacją, jaka było wywalanie na zbity pysk najdumniejszego prefekta, uczniowie, dowiedzieli się tylko, że Vivi próbował fikać i ktoś się postarał, żeby przestał.

    W związku z tym dwa tygodnie pozostałe do zakończenia szóstej klasy Vivian spędził ukrywając się po kątach przed każdym, kto próbował z nim porozmawiać albo chociaż zwyczajnie się przywitać, później zaszył się na całe wakacje w domu i, nie przyznawszy się rodzicom ani słowem, że teatralnie spierniczył jedyną rzecz, jaka mu się w całej uczniowskiej karierze udała, przemęczył jakoś te dwa miesiące. I znowu był w Hogwarcie, ledwie trzeci miesiąc, a już wiedział, że ma zwyczajnie przerąbane.

    Tego wieczora wracał z prywatnej audiencji w gabinecie u nauczycielki astronomii, którą od pierwszego spotkania z tym przedmiotem szczerze adorował i właściwie to do tej całej astronomii chyba miał głowę, bo nie wymagała zbyt wielkiego udziału magii. Tyle, że teraz jakby wszystkiego mu się odechciało, a nauczyciele, niestety, to zauważali. Poszedł więc przed ósmą, żeby zdążyć wrócić do swojego pokoju wspólnego przed dziewiątą, ale kiedy zaczęła się rozmowa na temat jego stopni i podejścia do przedmiotu, który sam sobie wybrał na siódmy rok i z którym jeszcze niedawno tak dobrze sobie teraz radził, a tymczasem od września złapał już Trolla i dwa Okropne... Dorzuciwszy jeszcze do pretensji ze strony nauczycielki własne biadolenie i słabe tłumaczenia, Vivian spędził w gabinecie prawie dwie godziny, ale i tak nic z tego nie wyniósł, bo wszystko sprowadziło się do prostego: Calvert, weź się w garść, bo jak tak dalej pójdzie, to zawalisz sobie semestr.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Słowa profesorki tłukły mu się po głowie, kiedy wracał słabo oświetlanym korytarzem do pokoju wspólnego Puchonów i rozmyślał o tym przeklętym eseju na eliksiry, który miał jutro oddać, a jeszcze nawet się za niego nie zabrał. Już widział na horyzoncie kolejnego Trolla, kiedy zobaczył coś, a raczej kogoś jeszcze: znajomą jakby postać, skradającą się kilka metrów dalej.

      Nie mógł ukryć, że wściekł się, kiedy rozpoznał w tej postaci nikogo innego, jak Addison Hallaway, którą mógł nazwać jedną z przyczyn swojego upadku, bo, choć nie chciał się do tego przed sobą przyznać, to swego czasu CHYBA miał do niej słabość i przymykał oko na jej podejrzane nocne eskapady, za co potem dostało się mu przy oddawaniu odznaki za to i inne przewinienia. Nie wiedział, czy ona też wylądowała za to w końcu na dywaniku, przestali się praktycznie do siebie po tym wszystkim odzywać.

      — Nie zgubiłaś się przypadkiem? — zapytał głośno, kiedy Addison już myślała, że bezpiecznie przekradła się do schodów, przy których z cienia nagle wyłonił się Vivian i zastąpił jej drogę. Mógł sobie na to pozwolić, w razie kłopotów z woźnym albo którymś z cierpiących na bezsenności profesorów miał się powołać na niespodziewanie przedłużone spotkanie z nauczycielką astronomii, czego na pewno nie mogła powiedzieć o sobie Addison. Znał ją nie od dziś — właściwie to ona podczas przeprawy pierwszoroczniaków przez jezioro nawrzeszczała na niego, bo za bardzo wiercił się w łódce. — Zapomnij o tym — powiedział, kiedy Addison zerknęła na niego tak, jakby przez chwilę zastanawiała się, czy by go nie odepchnąć na bok i nie rzucić się do schodów. — Wracasz do łóżka i idziesz spać.

      Usuń
  27. [Jaka z niej ślicznotka! Cześć :D
    Ja to może zrobiłabym z nich kuzynostwo, które spotyka się podczas świąt, a czasami też podczas wakacji i spędza ze sobą wtedy sporo czasu, zaś w szkole ledwo się do siebie odzywają. Albo mogą być zwykłymi znajomymi i Daniel często ratowałby ją przed wplątaniem się w jakieś kłopoty :)]

    Daniel

    OdpowiedzUsuń
  28. [No i to jest super pomysł! :D Postawiłabym jednak na kuzynostwo. I mogło być tak, że ich wspólna rodzina ogólnie nie przepada za Westwoodami, gdyż matka (czarownica) Daniela wyszła za zwykłego mugola. Mimo to, mogli czasami spotykać się na świętach, ale tylko tyle. No ale rodzice Daniela to dobrze ludzie, więc kiedy usłyszeli o historii Addie, zapewne bardzo chętnie przygarnęli ją pod swój dach :) No i nie sądzę, aby była między nimi niechęć, ale jakoś tak nie sądzili, że się dogadają, więc ze sobą nie rozmawiali, aż do czasu, kiedy Hallaway u nich zamieszkała właśnie.
    No, czyli pomysł na powiązanie jest, teraz wątek. Pomyślałam sobie, że jakichś dwóch idiotów ze Slytherinu mogłoby ją zaatakować, o ile lubisz znęcać się trochę nad swoją postacią :D Daniel mógłby jednak szybko się pojawić i ją uratować, a później spędzić z nią pół nocy, aby uspokoić i pocieszyć :)]

    Daniel

    OdpowiedzUsuń
  29. [Mogłabyś ty? Ja mam już kilka wątków do zaczęcia.]

    Daniel

    OdpowiedzUsuń
  30. [ Chętnie, bardzo chętnie a nawet szalenie chętnie.
    Masz jakąś myśl? Chętnie zacznę, jeśli podrzucisz jakiś pomysł :) ]

    Dante

    OdpowiedzUsuń
  31. I wtedy się uśmiechnął, ponieważ nieco uszczypliwe, ale przepełnione humorem wypowiedzi Addison przypomniały mu ich starą relację, którą kiedyś zakopali. Nie oczekiwał od niej rzucenia mu się na szyję i obdarowania policzków milionem pocałunków, na które zareagowałby wytarciem twarzy rękawem. Oczekiwał skinięcia głowy, zrozumienia faktu i chęci postarania się. Bo Joshua Yaxley naprawdę chciał się postarać. Chciał zrobić wszystko co w swojej mocy, aby znów poczuć ten wiatr we włosach, który czuł kilka lat temu, gdy oboje biegali po wielkim ogrodzie. Zmiany w jego życiu pojawiały się rzadko, więc nie bardzo wiedział, od czego powinien zacząć, aby stać się kimś lepszym, lecz na wszystko przyjdzie jeszcze czas. Potrzebował pomocnej dłoni. Addison chyba taką miała.
    Jego ręka nadal nieco mu przeszkadzała, ponieważ miał uczucie, że coś bez przerwy się w nią wbija, jakby małe dziecko uderzało nią z nudów w twardy obiekt. Ten ból jednak nie mógł być porównywany do tego, który czuł wcześniej. Jeszcze kilka godzin temu miał ochotę ukrócić swoje cierpienie natychmiastową śmiercią, jakby nie widział innego rozwiązania problemu. Miał ogromne szczęście, że to przeżył i zdawał sobie z tego sprawę. Był jednak na tyle głupi, że w przyszłości prawdopodobnie nie wyciągnie z tego żadnych wniosków. Znów zamknie się w swoim małym, ciemnym świecie, z którego trudno będzie mu wyjść. Zasunięte żaluzje zatną się, a klucz od drzwi gdzieś się zapodzieje.
    Siedział cicho, nie odzywając się w ogóle. Najpierw patrzył, jak Puchonka zapinała guziki jego koszuli, każdy po kolei. To trochę go uspokajało, a dotyk Addie był kojący i przypominał mu, że ona rzeczywiście tu jest i niczego sobie nie ubzdurał. Później podążył za nią wzrokiem, zaciskając zdrową dłoń na słoiczku z maścią, aby o niej nie zapomnieć. Nie chciał, aby Addison zostawiała go tu samego – to miejsce przepełniało go niewiedzą i niepewnością. Nie czuł się tu komfortowo.
    Gdy dziewczyna wróciła do pokoju i rzuciła w jego stronę szatę wierzchnią, Josh schował słoiczek do kieszeni okrycia i nieco obolały wstał z posłania. Nie był w pełni sił, ale był w stanie iść.
    - Dam radę – powiedział pewnie, bo kim on był, żeby nie dać rady? – Stało się coś? Jest źle? Powinniśmy uciekać?
    Z pewną trudnością całkowicie się ubrał i nieco wolniej niż zwykle podszedł do dziewczyny, patrząc na nią pytająco, jakby naprawdę się denerwował. Sęk tkwił w tym, że on nie miał siły na szalone pościgi i pojedynki. Ostatnie dwadzieścia cztery godziny przyniosły mu o wiele za dużo wrażeń i niespodzianek.

    Joshua

    OdpowiedzUsuń
  32. [Ja bardzo chciałam podziękować, za wspólny wątek, który był naprawdę magiczny i pisało mi się go z zainteresowaniem i pełnym oddaniem, ale Adam niestety został zeszkicowany, ponieważ straciłam do niego całkowitą wenę, jednakże z pewnością kiedyś wróci. Jeszcze raz dziękuję i kto wie może jeszcze coś tutaj ze sobą napiszemy, zapraszam :)]

    Wiktor/Mathias

    OdpowiedzUsuń
  33. [Powoli wracam do żywych, jeśli tak można, by to nieskromnie nazwać, stąd też moje zasadnicze pytanie — czy nadal jesteś zainteresowana wątkiem z Arsem?]

    OdpowiedzUsuń
  34. [Hm, no to może jakiś mały wypad do Hogsmeade w celu... Ot, może po jakieś podstawowe przedmioty typu "Pióro mi się złamało". Mogliby później, w trakcie swoich przekomarzanek, dotrzeć do Wrzeszczącej Chaty i, powiedzmy, natknąć się na jakieś niedobitki Mrocznych, których nie aresztowano... Co Ty na takie rozwiązanie? (:]

    [Przepraszam za tą zwłokę, miałam trochę problemów i blogowy kryzys, ale... Po wczorajszym seansie Fantastycznych zwierząt aż zatęskniłam za moim Lysanderem. <3]
    Lys Scamander

    OdpowiedzUsuń
  35. [Cześć. Przepraszam bardzo Addison, ale tamte dwa stereotypy pasowały mi w tym miejscu bardziej. :D Co do Puchonów, to ich również lubię i już kilku na swoim koncie miałem, więc to nie tak, że całkowicie ich pomijam. :)
    Poza tym bardzo podoba mi się Twoja karta i to, że Addison ma słabość do pałkarzy (pomijając czy i komu oddała swoje serce :>). Niech założą się z Blaisem o coś głupiego, a potem robią kompromitujące rzeczy, które były stawką w zakładzie. Zero granic, dużo zabawy. :D]

    OdpowiedzUsuń
  36. [Relacje na zasadzie paktu między rodzicami mam, więc coś takiego po prostu odpada z przyczyn wiadomych. Ale pewnie możemy kombinować. Ostatnio sunie myślałam, żeby Artaira wpakować w coś niekoniecznie zdrowego i z przyszłością. Dokładnie myślałam, aby koło Arta pojawiła się dziewczyna, która perfekcyjnie będzie potrafiła owinąć go sobie wokół palca, jednocześnie bawiąc się nim i wykorzystując dla swoich celów. Jeżeli uważasz, że Addie by się nadawała to mów, możemy to też modyfikować.
    Co do meczu, to tutaj mam już niby omówione z Mads. Zawsze można wykorzystać zdolności Artaira i przyjaźń rodzin, dodając do tego jakąś dramę :D Artair tak naprawdę robi wszystko, patrząc na ojca... To też można wykorzystać w jakiś sposób. Maski za dużo możliwości :D]

    Avery

    OdpowiedzUsuń
  37. [No widzisz, bo to takie chyba najbardziej rozchwytywane powiązania. O dokładnie, bo Artie to miałby być odrobinę zaślepiony i w ogóle nie zdający sobie sprawy z tego co się właściwie dzieje. No, rozwijać będzie można tą na wiele sposobów, a fakt że znali się wcześniej mógł sprawić, że Artair miał uśpioną czujność i po prostu dał się w to wszystko wplątać. To teraz tylko kwestia od czego sobie zaczniemy wątek i lecimy z tym :D]

    Artair

    OdpowiedzUsuń
  38. [Świetnie piszesz, naprawdę i już uwielbiam ten wątek. :D]

    Blaise dał się ponieść chwili, a potem kolejnej i jeszcze jednej. Zwycięstwo z Puchonami potraktował jako idealny pretekst do picia, a kiedy okazało się, że przenoszą się z imprezą do Hogsmeade – i to całkiem legalnie – kompletnie stracił głowę. Nic nie mógł poradzić na to, że uradowane towarzystwo i zabawowy klimat wpływały na niego niczym gilotyna. Po wstępnym toaście w pokoju wspólnym udali się do Trzech Mioteł, bo było w niej wystarczająco dużo miejsca, żeby pomieścić całą drużynę wraz z najwierniejszymi fanami i doprawdy uroczymi fankami. Poza tym serwowali tam również prawdziwy alkohol, nie jakieś tam kremowe piwo, które swoją drogą z piwem nie miało wspólnego nic, oprócz niezwykle mylącej nazwy. Już sam fakt, że podawali je w szkole do posiłków był bardzo podejrzany, lecz kiedy Martell spróbował go po raz pierwszy, wszystko wydało się jasne. Taki też byłby jego umysł po jednym, siedmiu czy nawet dwudziestu tychże piwach. A przecież nie o to w tym wszystkim chodziło.
    Mało wiedziała na ten temat Addison Hallaway, a przynajmniej tak mu się początkowo wydawało. Co o niej wiedział na pewno to to, że łatwo ją było sprowokować – mieli więc ze sobą trochę wspólnego, a Blaise dodatkowo za dużo gadał, co błyskawicznie spowodowało rozpoczęcie się bitwy, w której kolejność zdarzeń zaczęła mu się później mieszać.
    Siedzieli naprzeciwko siebie, a między nimi na starym stole leżało kilkanaście pustych kieliszków, kilka kufli i parę butelek. Wokół zebrał się pokaźny tłumek, by głośno kibicować swojemu faworytowi. Blaise mógł mieć w tym momencie przewagę, jako że przyszedł tu z drużyną, aczkolwiek ci, których kiedyś uważał za kumpli, zaczęli dopingować jego przeciwniczkę, by śmiać się z wyzwań, które mu wymyślała, a on musiał wykonywać. Postanowił, że najpierw zrówna z ziemią Addison, a później poprzestawia im nosy. Teraz jednak musiał się skupić na bieżącym wyzwaniu…
    – Tylko tyle? Robię tak w każde święta. – Blaise wstał, strącając jeden z kieliszków na podłogę i szczerząc przy tym zęby, po czym zaczął się rozbierać. – Może chcesz mi pomóc, Hallaway? – zapytał, zmniejszając dzielącą go od dziewczyny odległość. Zanim jednak Puchonka zdążyła jakkolwiek zareagować, zrzucił na ziemię szatę, bluzę, buty, koszulkę, aż w końcu spodnie, by stanąć przed wszystkimi zgromadzonymi w samych bokserkach w pingwiny.
    Zatarł ręce, szybko wypił trzy shoty, które kelnerka przyniosła do ich stołu i ruszył w kierunku drzwi. Wypadł na zewnątrz jak tornado i ignorując zimno, które kąsało go z każdej możliwej strony, zaczął biec.
    – You'd better watch out, you'd better not cry! – wydarł się na całe gardło tak, że z pewnością usłyszała go połowa Hogsmeade, próbując w alkoholowym upojeniu nadać piosence odpowiedni rytm. Nigdy nie był zbyt dobry w śpiewaniu. – You'd better not pout, I'm telling you why! Santa Claus is coming to tooooown!
    Pięć okrążeń, dwie powtarzane w kółko zwrotki i paręnaście refrenów później, Blaise wrócił do pubu. Od razu dopadł się do szklanki z Ognistą Whiskey, wypił całą jej zawartość na raz i przystąpił do ubierania, zaczynając od skarpetek, bo stopy ucierpiały mu w tym zadaniu najbardziej.
    – Zadowolona? – rzucił do Addison, strzepując z włosów płatki śniegu, które zaczęły się już roztapiać, kapiąc mu przy tym na klatkę piersiową. Gdzieś w tłumie usłyszał swoje imię, więc podniósł rękę i pomachał, dla jego lepszej lokalizacji. Chwilę później jeden z Gryfonów podał mu talerz z piramidą, zrobią z lodów, bitej śmietany, owoców i kleistego sosu. – Twoja kolej. Wyzywam cię, żebyś zjadła to wszystko w pięć minut… – Z uśmiechem podsunął jej talerz, ignorując liczne uwagi, że zadanie jest zbyt proste. – Używając tylko ust.
    Dopiero teraz doczekał się aplauzu.

    OdpowiedzUsuń
  39. [Jaka ta karta jest świetna!! No aż jeden wykrzyknik to za mało.
    Niestety, nie mam czasu, w tym momencie już krytycznie. Jak się trochę ogarnę to może się odezwę, bo Addison jest ujmująca. Ale nie wiem jak mogłoby wyglądać połączenie jej i Axela. Ale się zobaczy.]

    Axel

    OdpowiedzUsuń
  40. [A powiem Ci, że ten czarnomagiczny przedmiot to dobra sprawa. Chciałam jego epizody wytłumaczyć tak naprawdę klątwą, ale nie mam na to całej historii przygotowanej, więc jak najbardziej mogę to jeszcze modyfikować. Muszę to sobie tylko jakoś ładnie ułożyć, ale spoko ogarnę. Addie od razu o jego epizodach i tak się nie dowie, a ja Ci później, jak już to ładnie obmyślę wszystko Ci wytłumaczę :v będę zła jak poproszę o rozpoczęcia? Wiesz... Ostatnio ja to robiłam, a mam jeszcze dwa do napisania i kilka zaległości, w tym nawet dla Ciebie :D W każdym razie, byłabym wdzięczna, a jak nie to będziesz musiała chwilkę poczekać ;)]

    Artair

    OdpowiedzUsuń
  41. [Rozumiem, że miota Tobą chęć wygrania zakładu, ale z tego, co widzę w zakładce od quidditcha, wynika, że drugim pałkarzem Gryffindoru jest Roxanne Weasley. :D Czy na pewno taką przysługę chciałaś zrobić Blaise'owi? A może Addie jest już na tyle pijana, że nie rozpoznaje ludzi? :>
    Spokojnie, ogarnę to, chociaż odpis zapewne pojawi się dopiero jutro. :)]

    OdpowiedzUsuń
  42. [Cieszy mnie to niezmiernie. Uwielbiam szalonych profesorków, a mój Quentin jest odrobinę podobny do mojego ulubionego nauczyciela, z którym po dziś dzień mam kontakt :)
    Oczywiście, pragnę wątków. Czy masz może jakiś pomysł?]

    Quentin

    OdpowiedzUsuń
  43. [Mi pasuje. W takim razie spróbuję już zacząć, a najwyżej jakieś poprawki będziemy stosować w trakcie. Dobrze? :)]

    Chwycił w dłoń parujący kubek, z którego unosiła się słodka woń kremowego piwa. Pamiętał bardzo dobrze, jak każdego dnia, gdy wracał z podróży, chodził do kuchni i prosił skrzatów o gorącą przekąskę i coś, co zapobiegnie migrenie. Ugryzł kawałek dyniowego pasztecika, który popił napojem, a ból głowy powoli zaczynał ustępować. Niczego się nie dowiedział - ani nie znalazł trolli, żadnych poszlak. Również nie znalazł dziewczyny ze zdjęcia, choć tego nawet nie oczekiwał. W końcu szuka jej już od ponad czterech lat, więc dlaczego miałby ją spotkać dziś? Jednak wciąż żył nadzieją, że w końcu ją zobaczy. Będzie mógł dowiedzieć się kim jest, jak dorastała. Przede wszystkim chciał wiedzieć kim dziewczyna jest dla niego. Siostrą, a może kuzynką? Nie chciał pozwolić, aby jej nigdy nie poznać, choć nie miał żadnego punktu zaczepienia. Chodził po miasteczkach czarodziejów, szukając jakichkolwiek podobieństw.
    Westchnął przeciągle i podszedł do okna. Powoli zapadał zmrok, a to oznaczało, że musiał iść spać - w końcu następnego dnia czeka go strasznie ciężki dzień, więc nie może być zmęczony. Właściwie, to każdy dzień był trudny. Szczególnie te, kiedy musiał zniknąć i nie pozwolić się przyłapać. Przejechał kilkukrotnie dłonią po niesfornej brodzie. W drugiej ręce trzymał prawie pusty kufel.
    Odwrócił się plecami do okna i oparł o wąski, betonowy parapet. Poczuł silny niepokój, lecz miał wrażenie, że zupełnie bezpodstawnie. W końcu wszystko leżało na swoim miejscu - jego szarobrązowa gitara stała w kącie, tam gdzie zawsze, gdy jej nie używał. Drobinki kurzu tylko go utwierdziły w przekonaniu, że nikt się do niej nie dobierał od dłuższego czasu - nawet on. Różdżka wciąż leżała na małym stoliku, a płaszcz nadal wisiał na drzwiach.
    Spojrzał w stronę niepościelonego łóżka i uniósł wzrok na ścianę. Zdjęcie nieznajomej również dalej wisiało w tym samym miejscu, lekko przekrzywione. Te cztery rzeczy były dla niego bardzo ważne, więc jeśli one były na miejscu, to dlaczego nie potrafił oprzeć się wrażeniu, że coś jest nie tak?
    Odłożył kufel i usiadł na łóżku. Włożył długie, chude palce pod uda. Wciąż było mu zimno, a migrena dalej, choć zdecydowanie słabiej, dawała mu o sobie znać. Zamknął oczy i ponownie zaczął analizować dzisiejszy dzień. A może faktycznie gdzieś spotkał dziewczynę, choć nawet o tym nie pamiętał? W końcu zdjęcie, które posiadał było zrobione ponad dwadzieścia lat temu, więc kobieta mogła się bardzo zmienić. Zafarbować włosy, stać się mniej zadowoloną z życia niż zdjęcie na to wskazywało. Mogła nawet przeprowadzić się na drugi koniec świata, zniknąć, albo, nie daj boże, zupełnie odejść z tego świata. Quentin nie pozwalał sobie na takie myśli - w końcu po to żyje, aby ją odnaleźć. Musiał, choć zupełnie nie wiedział dlaczego.

    Quentin

    OdpowiedzUsuń
  44. [Ojej, a to dlaczego? :<
    Cieszę się niezmiernie, właśnie taki miałam zamiar, ale nie byłam pewna, co mi z tego wyjdzie (i czy w ogóle coś). Lubię nieszablonowe postacie, skomplikowane, złożone, trójwymiarowe i bardzo mnie śmieszą niektóre karty... Ale o tym to już może zamilczę, bo ktoś weźmie to do siebie i mnie znienawidzi. c:
    Dziękuję bardzo i przybyłam więc, aczkolwiek z pomysłami u mnie kiepsko... Szukasz może czegoś? Od razu pozwolę sobie zaznaczyć, że romanse odpadają i nie, nie jest gejem. :D]

    Sweeney Lestrange

    OdpowiedzUsuń
  45. Był jednym z Averych. Powinien być twardą jednostką o wybitnie silnej osobowości. Według wygórowanych oczekiwań swojego ojca powinien być kimś wyjątkowym, niepowtarzalnym. Jedynym w swoim rodzaju i chociaż taki właśnie był ze względu na swoje skryte umiejętności, ojciec nie tego od niego oczekiwał, a za każdym razem gdy Artairowi wydawało się, że właśnie uda mu się zaimponować ojcu, zawsze działo się coś, co wszystko pieprzyło. To właśnie dlatego Artair zrezygnował z grania w domowej drużynie Quidditcha, o czym oczywiście nikt poza nim i winowajcą, który szybko poznał na sobie gniew Avery’ego nie miał prawa wiedzieć, co tak właściwie wydarzyło się podczas meczu pomiędzy Slytherinem ,a Gryffindorem po którym Artair uroczyście poprzysiągł, że miotły więcej na terenie Hogwartu nie chwyci w swoje dłonie. A teraz, unosił się w powietrzu, zaciskając mocno dłonie na trzonku miotły, czując ten niesamowity powiew wiatru na swojej już zaczerwienionej od szczypiącego zimna twarzy. Cholernie mu brakowało tego uczucia, jednak obiecując coś sobie za wszelką cenę nie mógł złamać własnego postanowienia… Ale Addison. Ona potrafiła sprawić, że Artair był w stanie zrobić prawie wszystko, o co go poprosiła. Początkowo nie chciał się zgodzić na wspólne trenowanie jednak myśl, że przez swoją własną upartość mógłby ją stracić sprawiła, że szybko zmienił zdanie, jednocześnie sprawiając sobie małą przyjemność. Możliwość ponownego poczucia wiatru we włosach była czymś niesamowitym i chociaż w wakacje zasiadał swojej miotły, to nie było to samo co tutaj, podczas rozgrywek. Bezcelowe krążenie nad dachami było po prostu nudne.
    Był gotowy zrobić dla Addie wszystko. Nie widział w niej żadnej wady, nie dostrzegał również niczego nieodpowiedniego w ich związku, chociaż coraz częściej denerwował się, gdy nie mógł swobodnie podejść do niej na korytarzu i objąć ją swoimi ramionami. Szukał usprawiedliwienia dla ciągłego chowania się po kątach i spotykania się zdecydowanie po policyjnych godzinach i za każdym razem potrafił znaleźć coś, co powodowało, że przyjmował to wszystko. Godził się z faktem, że może mieć dla siebie pannę Hallaway tylko wtedy, gdy nie ma nikogo innego w pobliżu. Akceptował to, nie pytając o jej powody, ponieważ znajdował sobie własne. Mimo wszystko co jakiś czas, coś kuło go w serce. W takich momentach, szukał w sobie winy zamiast w niej. W Addison widział ideał, który z pewnością nie miał złych intencji. Zdawał sobie sprawę, że dziewczyna nie należy do tych grzecznych dziewczynek, które nie mają własnego zdania, ale to tylko sprawiało, że chciał spędzać z nią jeszcze więcej czasu i nie traktował tego jako wady, wręcz przeciwnie. Wady i zagrożenia dla ich dwójki szukał jedynie u siebie i zawsze miał jakiś powód by obwiniać jedynie siebie.
    Chciał dać Addison jak najwięcej, chciał oddać jej całego siebie. Dziewczyna zdobyła jego zaufanie niezwykle szybko, biorąc pod uwagę, że Artair raczej był sceptycznie nastawiony do ludzi, zawsze szukał powodu, dla którego mógłby ich od siebie odepchnąć, ale Hallaway… Ona miała w sobie te coś. Coś co sprawiało, że czuł się akceptowany, a właśnie tego Avery’emu brakowało najbardziej. Poniewierany przez ojca, który na każdym kroku udowadniał mu, że nie jest wystarczająco dobry, sprawiło, że oddał jej siebie bez chwili zastanowienia.
    Na niczym mu tak nie zależało, jak na Addison. Przy niej nawet problemy z ojcem schodziły na drugi plan. Liczyła się tylko ona. Tylko ona była potrzebna mu do szczęścia, a raczej marnej imaginacji szczęścia, w którą tak bardzo chciał wierzyć.
    Widząc, jak dziewczyna kieruje się w stronę murawy boiska zacisnął dłonie na miotle i sam ruszył w stronę ziemi. Niczym zawodowy gracz wylądował na ziemi, zwinnie zeskakując z miotły wciąż trzymając ją w dłoniach ułożył ją w pozycji pionowej.
    — Nieobecny? Tylko ci się wydaje. — Mruknął, zastanawiając się nad powodem, dla którego dziewczyna nie chce iść z nim na świąteczne spotkanie w Klubie Ślimaka. Nie zależało mu na samym klubie, na jego spotkaniach pojawiał się sporadycznie.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Głównie właśnie na tych okazjonalnych, na których mieli pojawiać się również wielcy czarodzieje znani nie tylko w Agnlii. Mówił jej przecież, że nie muszą iść tam jako para, ale chociażby jako przyjaciele. Nabrał powietrza do płuc i uśmiechnął się delikatnie, unosząc wargę. Podszedł do dziewczyny, zdecydowanie przekraczając granicę jej przestrzeni osobistej.
      — To pewnie przez zmęczenie, dużo się dzisiaj działo na zajęciach. — Oparł się delikatnie czołem o jej czoło i uśmiechnął się wesoło, wierząc, że gdy zapyta ją o wspólne pójście na przyjęcie jeszcze raz, może się w końcu zgodzi. Wyciągnął dłoń i delikatnie musnął jej wierzchem policzek dziewczyny. — Jesteś pewna swojej decyzji, Addie? — Zapytał, wpatrując się w jej oczy, nadal będąc przyklejonym do jej czoła, które robiły się coraz większe i wciąż się do siebie zbliżały, niczym u sowy. — To dobra okazja, by pokazać się odpowiednim ludziom, Addison. — Dodał, po chwili łudząc się, że może ten argument na nią zadziała.

      Artair

      Usuń
  46. Wciąż w ciuchach, położył się na łóżku. Dłonie z powrotem włożył pod uda, wypuszczając wcześniej różdżkę obok siebie. Zawsze zasypiał ze świadomością, że szybko może się obronić. Nikt nigdy nie mógł mieć pewności, że jego sen nie zostanie przerwany - w końcu żyje w takich czasach, a nie innych. Dzisiejszego wieczoru naprawdę było mu zimno. Czuł, że powoli zaczyna chorować - pociągał nosem, oddychał nierówno i drapało go w gardle. Nie potrafił porządnie odchrząknąć, chociaż kremowe piwo odrobinę mu pomogło.
    Zamknął oczy i kolejny raz analizował dzisiejszy dzień. Był pewien, że uczniowie wyciągnęli z jego zajęć wszystkie informacje, którymi się z nimi podzielił. No, przynajmniej ci uczniowie, którzy naprawdę tego chcieli. Resztą się nie przejmował - zapewne mieli inne pomysły na przyszłość, niż bawienie się z eliksirami. Nie miał do nich żadnych zastrzeżeń - w końcu nie każdy marzy o reszcie swojego życia wśród murów Munga czy byciu aurorem.
    Chciał być dobrym nauczycielem. Wydawało mu się, że właśnie takim jest, aczkolwiek wiele skarg, które wpłynęły na niego do dyrektora podważały jego autorytet. Niektórzy uczniowie nawet nie traktowali go na poważnie - naśmiewali się z niego, albo wytykali palcami, komentując za plecami. A on się temu nie sprzeciwiał - bardzo dobrze pamiętał czasy szkolne, kiedy nie trawił jakiegoś nauczyciela i wraz z przyjaciółmi wciąż go podpuszczali. A było ich kilku - wredna zołza z Wróżbiarstwa, która nie potrafiła zrozumieć, że nie każdego interesuje wróżenie z fusów, czy ten niemiły psor z Obrony przed Czarną Magią. Na szczęście, ani jeden, ani druga już nie zajmowali miejsca w kadrze nauczycielskiej.
    Nagle usłyszał dźwięk otwieranego zamka. Drzwi powoli się otworzyły, lecz Cavarow postanowił udawać, że śpi. Przewrócił się na bok tak, by przymkniętymi oczyma widzieć cały gabinet. Ktoś chodził po nim, próbując być niezauważonym. Jednak w momencie, gdy usłyszał soczyste przekleństwa, podniósł się.
    - Panna Hallaway nie powinna używać takich słów. Wydaje mi się, że kobiecie nie przystoi używać wulgaryzmów - rzekł, a jego ton głosu był spokojny, jakby nikt nie wszedł nieproszenie do jego gabinetu. Jednym ruchem różdżki zaświecił wszystkie świeczki stojące na stoliku i komodzie. - Co panna tutaj porabia? Nie powinna już spać?
    Obdarował dziewczynę promiennym uśmiechem. Czuł, że coś się święci. Jakiś podstęp, bądź ktoś chciał Addison wykorzystać. Bardzo dobrze wiedział, że ma ostatnią szansę, przez co nie chciał od razu iść do dyrektora. Poza tym, był bardzo ciekawy, co dziewczynę podkusiło. Nie dość, że już dawno powinna siedzieć w dormitorium i liczyć owce, to na dodatek szwenda się i włamuje do gabinetu profesora.

    Quentin

    OdpowiedzUsuń
  47. - Oczywiście - rzekł spokojnym tonem - sądzę nawet, że zdecydowanie więcej niż ty, panno Hallaway. Żyję na tym świecie odrobinę dłużej, przez co usłyszałem wiele ciekawych historii o kobietach, które chcą być traktowane na równi z mężczyznami. Szkoda tylko, że żadna z kobiet nie chce tresować smoków, a z ogromnym kartonem pełnym fiolek, cieczy i kociołków, żądają od nas, mężczyzn pomocy. W momencie, kiedy ktoś chce wybudować dom, kobieta przeważnie wybiera tylko, co powinno się w nim znaleźć, a to mężczyzna musi budować. Widziałaś kiedykolwiek budowlańca, który byłby kobietą? I nie chodzi mi tutaj o żadnych kierowników, tylko najzwyklejszych mugolskich budowniczych. Poza tym, po prostu nie wypada ładnej dziewczynie wypowiadać takich słów.
    Uśmiechnął się delikatnie i oparł nonszalancko o ścianę. Był ciekaw dalszego toku wydarzeń, przez co nie chciał w nie ingerować. Może Addison miała naprawdę poważny powód, żeby się włamywać do jego gabinetu, kiedy on prawie spał, po czym tak wulgarnie go powitać.
    Bawiło go to, jak dziewczyna próbowała grać. Wyglądała tak, jakby to on ją zmusił do tego, by wparowała nieproszona do jego małej klitki i żądał od niej wmówienia mu, że to nie ona. Bo tak to wyglądało - jakby próbowała pokazać, że wcale jej tutaj nie ma, a tylko mu się to przyśniło.
    - Stój - zażądał, świdrując wzrokiem dziewczynę. - Musiałaś naprawdę się zmęczyć, skoro całkowicie pomyliłaś schody. Jestem pod wrażeniem, że tak bardzo zależy ci na ocenach i przesiadujesz do nocy w bibliotece.
    Powstrzymywał wybuch śmiechu i z całych sił starał się, aby jego słowa naprawdę brzmiały wiarygodnie. Miał niezły ubaw, choć nie chciał go pokazywać. Jego wewnętrzne ja nakazywało mu, aby powiedzieć dziewczynie, że zaraz pójdzie do dyrektora. Była to jednak jego broń ostateczna, którą, był pewien, wystraszy dziewczynę nie na żarty.
    - Pytanie jednak brzmi: gdzie twój pergamin, pióro, atrament czy chociażby torba, gdzie schowałabyś wszystkie przyrządy? Nie widzę nic z tych rzeczy, a to chyba jest potrzebne do odrobienia prac domowych, prawda?
    Z niechęcią podniósł się z łóżka. Dłonie założył na piersiach, a na jego czole pojawiły się zmarszczki. Chciał wyglądać groźnie łapiąc dziewczynę na kłamstwie, jednak sądził, że wygląda przynajmniej śmiesznie. No nic, Cavanar, udawaj przynajmniej złego.

    Quentin

    OdpowiedzUsuń
  48. Zmarszczył brwi, a usta wygiął w grymas niezadowolenia gdy poczuł pieść dziewczyny, wciskaną w jego brzuchu. Zupełnie się tego nie spodziewał w tym momencie i nie był przygotowany, przez co nie zdążył napiąć mięśni brzucha, aby zmniejszyć odczucie jej gestu. Zacisnął tylko wargi, powstrzymując się w ten sposób od komentarza. Oboje dobrze wiedzieli, że nie mogą wydać swojej obecności, bo członkowie drużyny Ślizgonów, a już z pewnością sam ich kapitan Monroe nie zawahałby się ani chwili by porazić ich jednym z zaklęć, które niekoniecznie należały do łagodnych. Wszyscy wiedzieli, że Eugene gra nie czysto – zawsze. Widząc, jak Hallaway zbliża się do wnęki, przewrócił tylko oczyma dookoła. Nawet nie próbował jej zatrzymać, bowiem wiedział, że i tak zrobi to co będzie chciała. Sam napiął wszystkie mięśnie i wytężył słuch, skupiając się na rozmowie Ślizgonów.
    — Chcesz zaczarować im miotły? — Marcus zapytał, cały podekscytowany spoglądając na swojego kapitana, jednak ten pokiwał tylko przecząco głową.
    — Idioto, gdybyśmy to zrobili od razu wiedzieliby, że to nasza sprawka i by nas zdyskwalifikowano, a tego nie chcemy. Mamy wygrać, a nie wylecieć spoza tabeli punktowej. — Mruknął zirytowany Monroe trzepiąc Marcusa ręką w głowę, jakby chciał mu w ten sposób wybić głupkowaty pomysł z głowy. Vinay zmarszczył brwi i przysunął się cicho bliżej, Addie jakby nie mógł uwierzyć w to co słyszy, a jego przybliżenie miało sprawić, że nagle wszystko okaże się bardziej realistyczne, co oczywiście było rozumowaniem pozbawionym logiki. — Chcę doprowadzić do kontuzji ich najlepszego zawodnika jeszcze przed meczem, a na samym meczu po prostu zaczarujemy którąś z piłek. — Oznajmił dumny, a po chwili zaśmiał się skrzecząco, jak gdyby obmyślił właśnie najlepszy plan na świecie.
    — Kto niby jest ich najlepszym zawodnikiem? — Zapytał Marcus, a zaraz później wychrypiał coś z siebie Warren, czego Vinay za żadne skarby świata nie potrafił odszyfrować. Najwyraźniej Ślizgoni nie mieli z tym żadnego problemu, bo już po chwili Eugene odpowiedział mu, że stawiałby na Amandę, bo samą Hallaway chce widzieć na boisku i powiedzieć jej kilka niecenzuralnych słów. Belzungovich spojrzał kątem oka na Addison, chcąc sprawdzić jej reakcję i upewnić się, że nie ruszy się zaraz ze swojej kryjówki i nie wymierzy ciosu w któregoś z chłopaków. Dla upewnienia pociągnął delikatnie za jej szatę.
    — Marcus, masz z nią eliksiry. Dodasz do jej kociołka coś wybuchowego i po sprawie. Jedną będziemy mieli z głowy, a że jest szukającą… Wygraną mamy jak w banku. — Ponownie zarechotał, a po upływie kilku sekund dołączyli do tego stojący obok niego członkowie drużyny. Wymyślili plan, który może i faktycznie mógłby się sprawdzić, jednak teraz Addie i Vinay mają szansę przestrzec Amandę i coś zdziałać. — Zawsze, gdy to nie wyjdzie, możemy zaczarować którąś z piłek, albo… Kije pałkarzy. — Ponownie zaczęli się śmiać i po przybiciu sobie piątek opuścili drewnianą konstrukcję trybun.
    Belzungovich wyminął Addison i wyszedł z ciasnej wnęki. Schował ręce do kieszeni szaty i spojrzał na dziewczynę, unosząc delikatnie brew.
    — Musimy coś z tym zrobić. Nie chcę, żebyście wygrali ale zwycięstwo Ślizgonów wkurzy mnie bardziej. Szczególnie takie. — Wymruczał, zastanawiając się co takiego mogliby zrobić. Oczywiście mogli pójść do opiekuna domu Hufflepuffu, aby porozmawiał z tym Slytherinu, ale to nie miało najmniejszego sensu. Może by i nie wykonali wówczas swojego planu, ale wyparliby się wszystkiego i jeszcze nie dostali by żadnej kary czy nauczki. Krukon zmarszczył brwi i zaczął małym krokami krążyć w tę i z powrotem, zastanawiając się nad najodpowiedniejszą zemstą. Przystanął na chwilę i spojrzał badawczo na Hallaway, zastanawiając się czy mają grać w tym momencie razem. Oczywiście, że tak byłoby im łatwiej. Gdyby dwie drużyny tymczasowo połączyły swoje siły, ale Belzungovich nie był pewien czy chce współpracować z dziewczyną. Wciąż trzymał w sobie urazę do niej i spodziewał się, że i tym razem mogłaby go zostawić. Dokładnie tak, jak wcześniej.

    Belzungovich

    OdpowiedzUsuń
  49. Uniósł brwi w zdziwieniu, kiedy dziewczyna wciąż była niemiła wobec niego. Tak, to była jedna z tych uczennic, które nie przepadały za Cavarowem. No cóż, zdarzały się i takie, choć były one nieliczne.
    Jednym ruchem różdżki sprawił, że drzwi wypadły z zawiasów. Wskazał chudym palcem w ich stronę, wciąż świdrując wzrokiem nieproszonego gościa.
    - W takim razie, skoro jesteś taka cwana, napraw te drzwi bez użycia magii, albo... - Ugryzł się w język w samą porę. Już prawie wypowiedział słowa, że pójdzie do dyrektora, jeśli tego nie zrobi, lecz chciał mieć jeszcze przez chwilę ubaw.
    Czuł się, jakby miał władzę. Właściwie, to ją miał - jeśli dziewczyna nie będzie posłuszna, on jednym skinięciem palca jest w stanie wydalić ją ze szkoły. Mimo wszystko, nie zrobiłby tego - jest zbyt mocno przywiązany do uczniów. Nawet do tych, którzy nie ukrywają tego, że za nim nie przepadają.
    - Oczywiście, że miałbym. Właściwie, to nikt nie powinien używać wulgaryzmów - dodał po krótkim namyśle.
    Delikatny uśmiech wciąż widniał na jego ustach. Był ciekawy, co dziewczyna ma zamiar zrobić, zanim naprawi drzwi. W końcu zechciała zostać feministką - a przynajmniej tak chciała być traktowana - więc dlaczego nie miałaby naprawić tego, co on właśnie zepsuł?
    - Szkoda tylko, że nie przykładasz się w ogóle do moich zajęć. Wiem, że mogą cię nie interesować, aczkolwiek chciałbym, żebyś chociaż trochę się na nich skupiła - rzekł, chcąc zabrzmieć przekonująco. - Wiesz, panno Hallaway, że nigdy w życiu nie uwierzę, iż byłaś w bibliotece, chcąc odrobić prace domowe. Może jestem młody i niekoniecznie mnie lubisz, aczkolwiek nie możesz traktować mnie jak jakiegoś idiotę. Pamiętaj, że nie jestem uczniem tej szkoły i mogę przeszkodzić ci w twoich niecnych planach. Zresztą, już chyba to zrobiłem, kiedy wtargnęłaś do mojego gabinetu, a ja wcale nie spałem, prawda? - zapytał, robiąc krok w jej stronę.
    Delikatna smuga światła, która przedostawała się przez małe okienko, oświetliła jego twarz. Jego zmarszczone czoło powodowało, że wyglądał na zmartwionego, jednak jedyne, co czuł, to kiełkującą irytację. Zaczynało go denerwować to, że dziewczyna go kłamała. Była bezczelna.
    - Napraw te drzwi. Dopóki tego nie zrobisz, panno tryskająca feminizmem, nie wrócisz do swojego Pokoju Wspólnego, a co za tym idzie, nie zdążysz odrobić pracy domowej na jutrzejsze Eliksiry, a, obiecuję ci, jutro już nie będzie żadnej ulgi.

    Quentin

    OdpowiedzUsuń
  50. [Haha, nie, to z powodu ogromnej plagi homoseksualnych mężczyzn na blogach wszelkiego rodzaju. Co wchodzę na jakieś miasto i przeglądam postacie, to prawie połowa facetów jest typem "rozwodnik-gej", "kryptogej", "gej" itd., okropnie mnie to bawi, więc wolałam zaznaczyć, że nie orientacja jest powodem niechęci Lestrange'a do romansów. :D
    Z tym Quidditchem, to Sweeney, choć jest naprawdę dobry, zapisał się do drużyny tylko ze względu na ojca, więc raczej wolałby już wrócić do domu, przynajmniej do matki, z którą ma dobry kontakt. Ale wszakże można założyć, że rodzice wyjechali, a Sween po prostu musi zostać w Hogwarcie, gdzie nauczyciele spróbują urządzić im miłą, domową atmosferkę? :) Bo ogółem pomysł mi się bardzo podoba!]

    Sweeney Lestrange

    OdpowiedzUsuń
  51. Tak naprawdę jemu nie zależało na przyjęciu i pojawieniu się na nim. Wiedział jednak dobrze, jaka byłaby w domu awantura wywołana przez ojca w przerwie świątecznej, gdyby dowiedział się, że jego syn nie pojawił się na tym przyjęciu. Wiedząc już na czym polegają jego ataki i w jaki sposób do nich dochodzi, po prostu nie chciał by to się ponownie stało. Dlatego tak bardzo ulegał ojcu, dlatego zawsze robił to czego ten chciał i pomimo wszystkich odrzuceń, wciąż starał się naprawić to… Czego już chyba naprawić się nie dało. Artair nie wiedział dlaczego dokładnie pojawiają się te przeklęte chwile, ale kojarzył kiedy mniej więcej się to zaczęło. Nie umiał jednak, powiedzieć co takiego się wtedy wydarzyło. Ważne było dla niego to, że wiedział już kiedy mogą wystąpić. To dawało mu jakąś szansę powstrzymania ich, mógł starać się nie doprowadzać do czynników uaktywniających ich.
    — Po prostu chcę. — Powiedział, nie chcąc przyznawać się, że to przez wzgląd na ojca. Niejednokrotnie chciał już opowiedzieć Addison o swoich wyjątkowych zdolnościach, jednak bał się odrzucenia. Bał się, że gdy zdradzi jej ten sekret oddali się od niego, zostawi go i wszystko co do tej pory udało im się stworzyć po prostu się rozpadnie. Z jednej strony umiał zrozumieć ten lęk drugiej osoby. Sam, nie chciałby spotkać takiej osoby jaką był on sam. Z drugiej zaś strony wiedział, że to epizodów dochodzi tylko podczas głębokiego zaangażowania uczuciowego i silnie przeżywanych emocji. W przypadku jego i ojca, dochodziło do tego podczas kłótni. Zawsze i wyłącznie. Kiedyś wydawało mu się, że to przez to, że ojciec go kocha jednak z każdym kolejnym epizodem wiedział o ojcu coraz więcej… Chociaż wcale wiedzieć nie chciał. Zdobył wiedzę, która nie podniosła go na duchu. — Chcę poznać ludzi, którzy mogą przydać się w przyszłości. Nie mówi mi tylko, że to nie jest wystarczający powód. Ojciec ciągle powtarza, że znajomości trzeba zdobywać i utrzymywać. — Wspomniał o ojcu mimowolnie, jednocześnie odkrywając tak naprawdę swój jedyny powód. Na znajomościach mu nie zależało w ogóle, bo je po prostu miał dzięki rodzinie. Dzięki uroczystym obiadom i bankietom, które były przepełnione przez nadętych pracowników Ministerstwa Magii i nie tylko. Prawdą było, że chciał tam zabrać Addison, żeby się z nią pokazać. Męczył go fakt, że wciąż się ukrywali. Zawsze spotykali się wtedy, gdy nikt nie widział i zobaczyć nie mógł. Nigdy nie przyszłoby mu do głowy, że Addie mogłaby go nie kochać. W końcu spędzali ze sobą nie mało czasu, a on z każdym kolejnym spotkaniem zakochiwał się w niej coraz bardziej i bardziej. Pragnął mieć ją już zawsze obok siebie. Chciał mieć pewność, że go nie opuści, że będzie mógł na niej polegać na dobre i złe, i że przyjdzie w końcu taki moment gdy jej dokładnie wytłumaczy co się z nim dzieje, co takiego może się z nim stać.
    — Mogłabyś chociaż raz zrobić coś dla mnie. — Odezwał się odrobinę zbyt ostro niż początkowo planował, jednak upartość dziewczyny zaczynała go denerwować. W końcu on dla niej robił wszystko. O cokolwiek tylko go prosiła, zawsze jej ustępował i zgadzał się na każde jej marzenie, życzenie czy zachciankę. Dlaczego ona, nie mogła poświęcić mu chociaż jednego wieczoru? — To tylko jedno wyjście, jeden wieczór… Naprawdę nie możesz tego zrobić? — Spojrzał na nią, obserwując jak się od niego cofa. Nie chciał być nachalny więc stał cały czas w miejscu, czując jak chłodny wiatr zaczyna przybierać na prędkości. Nie zamierzał jednak wracać do zamku, nie dopóki nie rozwiążą swojego problemu, ponieważ Artair zaczynał uważać tę sprawę, jako prawdziwy, pierwszy konflikt w ich związku.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. — Za każdą twoją prośbą, biorę tę pieprzoną miotłę i idę z tobą trenować, nawet jeżeli nie widać żadnych efektów. Staram się jak mogę, a ty naprawdę nie możesz poświęcić dla mnie jednej godziny, Addie? — Może reagował za bardzo emocjonalnie i zbyt gwałtownie, jednak to było dla niego naprawdę ważne. Zależało mu na tym, by pomiędzy nimi wszystko było w porządku. Nie chciał żegnać się z nią trzaskając drzwiami, chciał wszystko wyjaśnić i mieć pewność, że dobrze go rozumie, ale tym razem. Tym razem było inaczej.

      Artair

      Usuń
  52. [Hej, hej!
    Puchoni najlepsi, chociaż ja bym tam nie przesadzała aż tak z tym, że Luelle jest cudowna, bo podejrzewam, że nie jest :D Aczkolwiek dziękuję pięknie za wszystkie miłe słowa :)]

    - Luelle

    OdpowiedzUsuń
  53. [Nie chowaj się z kartą przypadkiem, bo nie masz ku temu żadnych powodów. Charlie i ja z pewnością ją polubimy. Nie da się nie lubić obgryzających skórek, latających w żółtych tenisówkach bestyjek. Masz może jakiś pomysł na wątek?]
    Charlie

    OdpowiedzUsuń
  54. Mój Scorpius czuje się ciut smutny i samotny, bo właśnie przyćmił go Alexei. ;c Sądząc po komentarzach współautorów (które niezwykle mnie cieszą) jest łatwiejszy do polubienia, co w sumie mnie nie dziwi. A z Addison zdecydowanie coś tutaj chcę. Krum dręczy wszystkich swoich kolegów z drużyny treningami, więc spędzają ze sobą bardzo, BARDZO dużo czasu, a do tego wyczytałam w KP, że "serce oddała jedynemu ścigającemu zdolnemu dotrzymać jej kroku" i tak sobie myślę, że chwilowo na blogu nie ma innego ścigającego, a Alexei ma latanie we krwi, więc... istniałaby możliwość, że oddałaby serce swojemu kapitanowi? To może być nawet metaforyczne, taka wierność drużynie i serce u kapitana, bo to w końcu jej lider. No i w ogóle to witam cię cieplutko. Jesteś jedną z tych przyjemnych niespodzianek, bo nawet kiedy mnie tutaj nie było, lubiłam sobie przeglądać zakładki bloga, a jak widziałam moją ulubioną Puchonkę, to mi się zawsze chciało wracać, albo chociaż uśmiechać. Serio, bez słodzenia. Jesteś dobrą stałą tego bloga.

    Alexei Krum

    OdpowiedzUsuń
  55. Westchnął, główkując. Z jednej strony mógłby jednym ruchem dłoni naprawić drzwi, jednak, nie wiedząc dlaczego, bardzo go bawiła ta sytuacja. Pewnie dlatego, że w środku wciąż był młodym dzieciakiem, który uwielbiał wywijać różne kawały z przyjaciółmi. Chciał choć na chwilę powrócić do czasów, kiedy przymykano oko na jego małe podstępy i pozwalano mu na nie, usprawiedliwiając go młodym wiekiem. Teraz powinien zmądrzeć i dawać dobry przykład swoim podopiecznym, lecz, nie wiadomo dlaczego, robił wszystko na przekór wszelkim zasadom.
    - Masz rację, nie mogę cię więzić. Na szczęście, jestem bardzo cwany, przez co właśnie w tym momencie daję ci szlaban za włamanie się do mojego gabinetu, nieudanej akcji i wybicia mnie z rytmu - rzekł, uśmiechając się podstępnie. - Normalnie o tej porze liczę dziewięćdziesiątą dziewiątą owcę, która źle wymierzy i zderzy się z metalowym płotkiem. Kolejna, ta setna i ostatnia sprawia, że zasypiam jak małe dziecko. A dzisiaj? Skończę liczyć dopiero za godzinę. Przez ciebie, moja panno.
    Uwielbiał mieć władzę. Kochał w sobie to, że potrafił wyjść z prawie każdej sytuacji zwycięską ręką, a bycie nauczycielem po raz pierwszy mu się poszczęściło. Z drugiej jednak strony, kiedy dziewczyna spuściła wzrok, jego serce odrobinę zmiękło. Wydawało mu się, że choć w pewnym stopniu przyjęła swoją porażkę, wyciągając w jego stronę białą chorągiew. Jednak to była Hallaway. Gdyby nie słyszał na jej temat tylu negatywnych opinii ze strony rady pedagogicznej, zapewne puściłby ją do łóżka. Jednak to była Addison - czy Cavarow naprawdę wierzył, że odejdzie i skieruje się od razu do swojego dormitorium? Szczerze w to wątpił.
    - Pójdziesz w momencie, gdy naprawisz drzwi. Tylko nie mów, że się poddajesz, bo wtedy uznam to za twoją porażkę.
    Był pewien, że słowa, które właśnie wypowiedział, zmuszą dziewczynę do działania.
    - Odrobinę ci pomogę, lumos.
    Promyk światła, wydobywszy się z jego różdżki, pokonał niewielką odległość i zaaklimatyzował się w lampie, która rozjaśniła małe pomieszczenie. Quentin był pewien, że na jego twarzy wymalowane jest zmęczenie i kolejna porażka, którą odniósł dzisiejszego dnia.

    Quentin

    OdpowiedzUsuń
  56. [Uwielbiam Puchonów, a uważam, że są bardzo niedoceniani :D Lecimy, pędzimy do wątku - może jakiś wspólny trening?]
    Adam Lee

    OdpowiedzUsuń
  57. [Dziękuję za powitanie! Zawsze się musi trafić czarna owca w rodzinie, nawet u Luny, co zrobić... Niech sobie przybijają piątki, czemu nie, szkoda tylko, że od tego nie da się wątku zacząć, byłoby nam dużo łatwiej z tym wymyślaniem...]
    Lorcan

    OdpowiedzUsuń
  58. [Trochę mi to zajęło, ale dzięki liście obecności niczego nie trzeba było zmieniać i pałkarz Gryfonów mógł nim pozostać. :D]

    Blaise skręcał się ze śmiechu na małym stołku barowym, żałując, że nie działa mu tutaj telefon. Gdyby mógł, z pewnością nagrałby to żenujące zadanie, a potem męczyłby nim Addie przy każdej możliwej okazji, zwłaszcza przed ważniejszymi meczami quidditcha, żeby taktycznie wytrącić ją z równowagi. Z jakiegoś jednak względu magiczna część świata postanowiła być na tyle zacofana, że w swojej historii pominęła wynalezienie elektryczności i normalnych ubrań. Chłopakowi pozostawało więc jedynie dokładne zapamiętanie tego niecodziennego widoku lodów cieknących nosem i posklejanych słodkim sosem brwi. Można powiedzieć, że w tamtym momencie jego znajomość z Addison Hallaway weszła na wyższy poziom, zupełnie tak jak wtedy, gdy dziewczyna po raz pierwszy pokazuje się chłopakowi bez makijażu, tyle że w tym przypadku Puchonka miała na swojej twarzy więcej różnych specyfików, a nie mniej.
    – Dziesięć, dziewięć, osiem... – Otaczający ich tłum ekscytyował się jak na rozpoczęcie nowego roku. Martell sięgnął po piwo, uniósł je na znak toastu i pociągnął spory łyk. W momencie, gdy odstawił butelkę na stół, Addison skończyła jeść. Ktoś pełnym zadowolenia głosem krzyknął mu nad uchem "zero!", lecz zamiast wystrzału fajerwerków, w akompaniamencie śmiechów wystrzeliła Addison, zwracając część deseru prosto na szatę Blaise'a.
    – Aż tak bardzo podobałem ci się bez niej? – zapytał bez cienia złości, po czym ściągnął zabrudzone ubranie i zwinięte w kulkę rzucił na długą ławę obok. Może w innej sytuacji by się zdenerował, ale teraz był na to zbyt rozbawiony i zdecydowanie za bardzo pijany.
    Skrzywił się za to nieznacznie, kiedy usłyszał, jak brzmi jego kolejne zadanie. Nie pozwolił jednak, by Addie nacieszyła się tym widokiem, szybko wracając do wcześniejszego szczerzenia zębów. Wypił kilka szybkich łyków piwa i przeszedłszy przez tłum, który posłusznie rozsuwał się na boki, by go przepuścić, stanął przed Pearsonem. Wysmarowany lodami i bitą śmietaną patrzył na Blaise'a, jakby ten był przybyszem z innej planety. Gra stała się nieczysta – i to całkiem dosłownie – a on został jej pierwszą ofiarą. Niemniej Blaise nie miał zamiaru go uratować, gdyż to oznaczałoby jego porażkę, a on w ogóle nie brał jej pod uwagę.
    – Patrz i ucz się, Hallaway – rzucił przez ramię do Puchonki, wyobrażając sobie, że zamiast drugiego pałkarza ich drużyny, ma przed sobą aktorkę filmów... akcji i nim ktokolwiek zdołał go przekonać, że jest inaczej, zamknął oczy i zaczął zlizywać z szyi Persona roztapiające się lody. Początek nie był trudny, zwłaszcza, że alkohol na tyle przytępił jego zmysły, iż nie był w stanie rozpoznać, czy szyja, po której wiódł ustami, należy do kobiety, czy do mężczyzny, nawet jeśli miała na sobie lekkie wybrzuszenie. Gorzej było, gdy dotarł do brody, na której zaczął go drapać kilkudniowy zarost chłopaka. W myślach przeklął na wszystko i wszystkich ze szczególnym wyróżnieniem w tych wyszukanych obelgach Addison Hallaway i z uporem godnym Syzyfa skończył swoje zadanie, zostawiając Persona i kilkanaście innych osób – w tym głównie dziewcząt – w ciężkim szoku. Przedostał się do stołu, jednym haustem opróżnił swoją butelkę, zapijając to jeszcze kieliszkiem Ognistej. Najchętniej wyszorowałby sobie zęby Domestosem, ale z braku takowego wysokoprocentowy alkohol musiał mu wystarczyć.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. – Addie, Addie, Addie – powiedział, stukając palcami w stół i próbując wymyślić coś, czego dziewczyna by się nie podjęła. – Skoro już tak wykorzystałaś mojego biednego kolegę to może teraz odpłacisz mu się jakoś i... pocałujesz go namiętnie? W samej bieliźnie?
      Wszyscy zgromadzeni przenieśli wzrok z Blaise'a na dziewczynę. Kilka osób zagwizdało, jakieś Puchonki obrzuciły Martella oburzonym spojrzeniem i z wyczekiwaniem wpatrzyły się w swoją domowniczkę. Ktoś zaśmiał się cicho, ale nikt nic nie powiedział. Wszyscy czekali na to, co się wydarzy.
      – Wiele dziewczyn zabiłoby za możliwość, którą ci daję, skarbie. – Blaise uśmiechnął się tryumfalnie.

      Usuń
  59. [Dziękuję bardzo! (: Przyjmować go do Hufflepuffu nie trzeba, on już tam przebywa :D Decyzja Tiary była nieodwołalna. Na wątek bardzo chętnie się piszemy, najlepiej na coś z akcją, skoro Addie jest odrobinę niereformowalna, tylko problem tkwi w tym, że nie mam konkretnych pomysłów, musimy kombinować razem!]
    Hugo

    OdpowiedzUsuń
  60. [Według mnie to jest odrobinkę przesada, jakby była moda na tego typu postacie. Co ciekawe, z lesbijkami się nie spotkałam w takim natężeniu (chociaż moje panienki zawsze są przynajmniej bi :D). Ach, ta okropna ja! Nie wzniosę się na wyżyny, nie zostanę nigdy sławna i nie zbiorę najfajniejszych erotycznych wątków z innymi gejami! Jest mi bardzo-bardzo przykro. :<
    Ja to bym chętnie wprowadziła szalony pomysł, podsunięty przez... no, Neville mi nie pasuje na takiego "świra", ale może jakiś zwariowany nauczyciel? W każdym razie ktoś zorganizowałby biednym sierotkom imprezkę – w parach mieliby szukać jakichś paczek porozrzucanych po całym Zamku, dodatkowo, coby było trudniej, mury szkoły pogrążone byłyby w ciemności, a tu nasza parka zostaje... sparowana. Na pewno nie obejdzie się bez kłótni i nieprzyjemności, ale może nauczą się współpracować. :D Co Ty na to? C:]

    Sweeney Lestrange

    OdpowiedzUsuń
  61. [W porządku, nic się nie stało przecież :D Faktycznie Hufflepuff ma ostatnio niemałe oblężenie, ale to dobrze, każdy nowy borsuk na wagę złota.
    Pomysł mi się podoba, tak samo jak relacja, tylko to zauroczenie mogłoby zadziać się w przeszłości, kiedy Hugo był młodszy, nie myślał jeszcze do końca racjonalnie i po ujrzeniu w sklepie Addie uznał, że to musi być wielka miłość. Pewnie w tamtych czasach Hallaway traktowałaby go nieco pobłażliwie i nie poważnie, jak dzieciaka który nie daje jej spokoju i non stop się przy niej kręci, ale z czasem mogli się zaprzyjaźnić, kiedy ta różnica wieku powoli się zacierała, a uczucia Hugona odeszły w niepamięć. Ewentualnie traktowaliby się jak brat z siostrą/przybrane kuzynostwo. Możemy przenieść tę akcję którą zaproponowałaś na przerwę świąteczną, wtedy spotkaliby się już na Pokątnej, powiedzmy że przez pomyłkę odbierając towar, który nie został przez nikogo zamówiony. Po otwarciu przesyłki okazałoby się, że to coś wyjątkowo wadliwego, wytwarzającego dziesiątki skutków ubocznych - może to być jakiś eliksir, nowa porcja słodyczy z przedłużenia serii Krwotoczków (oczywiście o innym, gorszym działaniu trudnym do ujrzamienia), bądź cokolwiek innego. Akurat byliby wtedy jedynymi osobami w sklepie z grona personelu, w ich przypadku pomocniczego, więc musieliby sobie jakoś radzić. Później się pomyśli jakby to wpłynęło na ich sprawy w Hogwarcie]
    Hugo

    OdpowiedzUsuń
  62. — O co mi chodzi? — Burknął, zaciskając mocno dłoń na miotle. Prawda bolała zawsze najmocniej, bo trafiała prosto w sedno, a każde wypowiedziane przez Addison słowo godziło go właśnie w te otwarte rany, które z ledwością były w stanie się zasuszyć i chociaż wydawało mu się, że jest już blisko, Hallaway sprawiła, że ponownie zaczęły krwawić. Nie zamierzał jednak przyznawać się do tego, jak bardzo to wszystko boli. Wolał zacisnąć dłoń, zagryź mocno wargę i unieść głowę jeszcze wyżej. Najwyżej jak potrafił, to było chyba jedyne czego nauczył go ojciec. Unoszenie się ponad wszystkimi, nawet a może zwłaszcza wtedy, gdy próbowali cię zaatakować. Wyczuł, że dziewczyna właśnie to robi i momentalnie przybrał pozę obronną, wpatrując się w nią przez chwilę tym swoim spojrzeniem przeznaczonym dla wszystkich tych, których za wszelką cenę próbował od siebie odepchnąć, spojrzeniem pełnym pogardy. — Proszę bardzo. Chciałem cię tam po prostu ze sobą zabrać. Pokazać im wszystkim, że mają trzymać się od ciebie z daleka, bo jesteś moja. — Nigdy nie czuł, że jest jego. Nigdy nie dała mu wystarczająco wielu powodów by mógł tak uważać, wmawiał sobie jednak, że skoro on zawsze jest dla niej, cokolwiek by się nie działo, to i ona powinna być dla niego. Powinna czuć wszystko to samo, co czuł on. Powinna być jego, tak jak on był jej. Bo był. I nie bał się tych słów, nie bał się po raz pierwszy od długiego czasu przyznać, że na kimś mu zależy. — Zaczynam się tylko zastanawiać czy ma to jakikolwiek sens. Czy cokolwiek z tego, ma jakieś znaczenie, Addie. Ciągle tylko chowamy się po kątach, zawsze jesteś obok, gdy nikogo innego nie ma w pobliżu. — Warknął, nie próbując jej dogonić. Widział, jak się cofa, jak oddala się od niego, ale w tym momencie nie chciał bawić się w kotka i myszkę. Wiedział, że będzie jeszcze tego żałował, ale teraz się nad tym nie zastanawiał, a targające nim emocje zdecydowanie wzięły nad nim górę. Zawsze żałował, gdy traktował swoją Addie, nie tak jak powinien, żałował każdego wypowiedzianego słowa i zawsze przepraszał, błagając o wybaczenie bo wiedział, że to jego wina, że to jego osoba, jak zawsze jest wszystkiemu winna. Tak było z ojcem, tak było z wszystkimi innymi. Bał się, cholernie mocno, że któregoś dnia Hallaway mu nie wybaczy, jednak nie myślał o tym na bieżąco, zastanawiał się zawsze po fakcie, tak jak i tym razem.
    — Po prostu to powiedz… Powiedz, jeżeli chodzi o to, że nie chcesz się ze mną pokazać, bo nie jestem wystarczająco dobry. Powiedz co chcesz ,tylko daj mi w końcu, cholera, wystarczający powód, Addie. — Odezwał się po chwili, niby wciąż agresywnie, a jednak ton głosu miał już znacznie potulniejszy. Docierało do niego, że tym razem uniósł się za bardzo i faktycznie może ją stracić, a tego nie chciał. Najbardziej na świecie bał się tego, że ją straci. W końcu była dla niego taka dobra i wciąż była obok. Chociaż nie zawsze tak, jakby tego pragnął, ale była.

    Avery

    OdpowiedzUsuń
  63. [Uwaga, uwaga. Obwieszczam, że Gideon właśnie nabył nową misję życiową, jaką jest przekonanie Addison, że naprawdę jest jasnowidzem! Jak mu to wyjdzie, to ja nie wiem, ale może być zabawnie, powiem ci. No i dziękuję za każde miłe słowo <3]

    Gideon Finnigan

    OdpowiedzUsuń
  64. [Chyba jednak szczęście się do nas uśmiechnęło, bo uciekł mi znowu Gregorius, więc jeśli nadal chciałabyś pozostać przy tych ustaleniach, które dotychczas miałyśmy, to możemy przejść do konkretów c;]

    Ars

    OdpowiedzUsuń
  65. [To chyba ja powinnam być tą córą marnotrawną i błagać o wybaczenie, bo to ja chwilowo zniknęłam :D Ale już jestem i na razie nigdzie się z Joshem nie wybieramy.
    Co robimy z wąteczkiem? U Josha trochę się pozmieniało, więc myślę, że to może wpłynąć na ich wspólne relacje.]

    Joshua

    OdpowiedzUsuń
  66. [Cześć!
    Harvey też ma słabość do pałkarzy, zwłaszcza do siebie samego. A tak serio, mam jeszcze trochę wątków do nadrobienia i ciężko wymyślić mi coś nowego, ale jeżeli tobie coś wpadnie, byłoby super. :D]

    Harvey

    OdpowiedzUsuń
  67. Ten komentarz został usunięty przez autora.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. [Rozumiem Cię w stu procentach, ja jestem zawalona zaległymi odpowiedziami i rozpoczęciami, do których nie mogę się zebrać.
      Oczywiście nadal jestem chętna na wątek i przyznam, że mam ogromną ochotę napisać coś związanego z Kłykniczem. A jak z Tobą? Może masz jakieś pomysły, albo niespełnione marzenia?]
      Adam Lee

      Usuń
  68. [Tak tylko się upewniam (bo długo mnie nie było, jestem niedobry, wiem :D) - mogę kontynuować nasz wątek?]

    OdpowiedzUsuń
  69. [Cześć czołem
    jeżeli nadal jesteś chętna, to możemy coś napisać razem bo perspektywa poznania nowej Addison wydaje mi się bardzo ciekawa.
    Co do samego wątku to jeszcze nie mam pojęcia jak można zacząć, rozwinąć, ewentualnie zakończyć więc czekam na Twoją propozycję i nie przestaje myśleć.]

    Dołohow Fiodor

    OdpowiedzUsuń
  70. [Jeszcze jak na złość laptop ze mną nie współpracuje i usunął mi z połowę odpisu. :c Mam nadzieję, że pisanie tego drugi raz nie wyszło dużo gorzej.]

    Blaise zatarł ręce, dając wszystkim zebranym do zrozumienia, że jakiego zadania nie wymyśliłaby mu Addie, podjąłby się go bez wahania. Stopień trudności nie miał tu nic do rzeczy, zwłaszcza, że pod wpływem alkoholu każde wyzwanie spadało do rangi „bułka z masłem”, ewentualnie plasowało się gdzieś na poziomie „dla mnie to pestka”.
    – Tobie też mogłoby być do twarzy w różu – odparł bez krzty ironii, puszczając jej przy tym oczko. – Obawiam się tylko, że rozmiar nie będzie pasował.
    Parę osób się zaśmiało, część zaś zaczęła obstawiać, jakiej wielkości biust ma znana wszystkim właścicielka herbaciarni. Nieźle ze sobą przy tym współpracowali – męska strona była w stanie zarysować kształt na swojej klatce piersiowej, podczas gdy żeńska oceniała ich wyobrażenia i starała się podać odpowiadające tym kształtom literki i liczby. Pani Puddifoot pewnie nie zdawała sobie sprawy, że jej piersi są niemal tak sławne jak lokal sygnowany jej nazwiskiem.
    – To w drogę! – rzucił w tłum niby okrzyk bojowy i udał się do drzwi. Co prawda mógłby założyć jeszcze szatę, ale ta leżała brudna i niechciana gdzieś na podłodze, gdyż podczas występu Addison zsunęła się z ławy i świat o niej zapomniał. Poza tym prawdopodobnie przeszkadzałaby Blaise’owi w wykonaniu jego planu, a że chłopak był już na dworze w samych bokserkach, mróz nie był mu aż tak straszny.
    Gdy już wszyscy dotarli na miejsce, to jest: Wykonujący Zakład Blaise, Rzucająca Wyzwanie Addie, Szczęśliwy, Że Tym Razem To Pani Puddifoot, A Nie On Pearson i Wszyscy Postronni Obserwatorzy, Martell zaczął się dokładnie przyglądać budynkowi. Część mieszkalna w tym sypialnia, do której miał się zakraść, znajdowały się na piętrze, co nieco utrudniało sprawę. Z drugiej jednak strony, do jednego z pomieszczeń przylegał balkon, który prawdopodobnie nie był chroniony tak, jak drzwi wejściowe Herbaciarni, w końcu kto – prócz Blaise’a rzecz jasna – próbowałby je sprawdzać. Gryfon postanowił to wykorzystać.
    W ręce trzymał zabraną po drodze butelkę Ognistej, więc uprzednio pociągnąwszy z niej kilka łyków na rozgrzanie, podał ją jednemu ze swoich kolegów.
    – Możesz liczyć mi czas. – Blaise wyszczerzył się do Addie i jak na gwizdek, który niejednokrotnie słyszał na boisku, ruszył przed siebie.
    Pierwszą przeszkodą był niski płotek, który z łatwością przeskoczył, przytrzymując się go jedną ręką. Następnym elementem jego planu było drzewo, rosnące trochę krzywo, dlatego łatwo było wspiąć się na jego pień. Blaise wszedł tak wysoko, jak tylko mógł, przez co znajdował się niemal na równi z balkonem, ale – mimo wszystko – dosyć daleko. Gdyby nie był pijany, pewnie lepiej poradziłby sobie z tym zadaniem, chociaż niewykluczone, że wtedy nie byłby aż tak głupi, żeby w ogóle to robić, a tak… Zebrał w sobie całą swoją siłę i skoczył.
    To był punkt kulminacyjny, przez który większość obserwujących wstrzymała oddech albo zamknęła oczy. Być albo nie być Blaise’a. Coś bardzo ważnego. A tak naprawdę trwało tylko ułamek sekundy.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Czuł już grunt pod palcami, ten wąski pasek zabudowania, który miał utrzymać cały ciężar jego ciała, był tak blisko tego momentu, że zdążył już sobie wyobrazić, jak tryumfuje. Niestety rzeczywistość była bardziej okrutna – w momencie, kiedy miał się złapać rękoma, ześlizgnął się. Ten jeden mankament nie mógł go jednak pokonać. Zawisnął na balustradzie, a potem jak na komendę podciągnął się do góry i pokonawszy przeszkodę, stanął na balkonie. Jego ego wzrosło wraz z nim, więc żeby dać temu wyraz, ukłonił się swojej publiczności. Mimo że trochę się przy tym natrudził, to była ta łatwiejsza część. Spojrzał przez okno i zdał sobie sprawę, że patrzy na sypialnię. I źle, i dobrze, bo miał blisko, ale też większe ryzyko, że wpadnie. Nieco przedłużając ten moment, sięgnął po różdżkę. Nie czuł się pewnie, rzucając zaklęcia i nawet w obecnym stanie nie ufał sobie aż tak bardzo. Już prędzej włamałby się tradycyjnymi metodami, ale nie miał do tego środków.
      – Zostaje tylko czary-mary... – mruknął do siebie i skupił całą swoją uwagę na tym zaklęciu, bo to od niego zależało, czy ucierpi jego duma. Pewnie, gdyby chodziło o jego życie, coś by pokręcił, ale w tym przypadku stawka była o wiele większa. Może dlatego ten jeden raz coś wyszło mu od razu. Sam nie dowierzał, gdy zobaczył, jak drzwi faktycznie się uchyliły. Po raz ostatni spojrzał w kierunku Addie, posyłając jej uśmiech, którego i tak prawdopodobnie nie zauważyła w mroku nocy, po czym wszedł do sypialni pani Puddifoot. Potem wszystko działo się bardzo szybko.
      Pamiętał, że zdołał zakraść się do komody bez większych komplikacji, lecz przy otwieraniu jednej z szuflad, zrzucił figurkę porcelanowego kota, a przy próbie złapania go, narobił tylko więcej szkód i hałasu. Pamiętał przerażony krzyk pani Puddifoot i niespodziewaną wręcz zręczność kobiety, gdy dobywała różdżki, by obronić się przed „napastnikiem”. Pamiętał, jak używając ogromnego stanika jako tarczy, biegł w kierunku balkonu, ledwo unikając zaklęcia, które – jak Blaise wtedy przypuszczał – uczyniłoby go kaleką do końca życia. Jak na autopilocie rzucił się wtedy do ucieczki, a że nie miał zbyt wiele czasu na myślenie, po prostu działał. Wyskoczył z balkonu, licząc, że nabyte umiejętności wraz z instynktem samozachowawczym zrobią swoje. I zrobiły. Upadł na zaśnieżone podwórko, przetoczył się przez bark i błyskawicznie podniósł, żeby biec dalej. Niestety zdobyte trofeum w locie wyleciało mu z rąk, by zwieńczyć jedną z gałęzi drzewa. Nie miał więc już nic, co mógłby podarować Addie.
      – W nogi! – krzyknął, choć ludzie zdążyli się już zorientować, co się dzieje i ruszyć w kierunku Trzech Mioteł, by uniknąć konsekwencji nieswoich czynów. Dołączył do nich w biegu. – Chyba wygrałaś – rzucił ze śmiechem w stronę Hallaway.
      Sam się sobie dziwił, ale porażka jakoś go nie zabolała.

      Usuń