6 lipca 2016

Hi, I'm Vermilion, how are you?

 Ugh, whatever... Bitch, I'm fabulous.
Halliwell Vermilion, zawołaj do niego po imieniu albo skróć go do złośliwej wersji, która krąży po szkolnych korytarzach — Holly lub Hallie, a okaże się, że ból i cierpienie to tylko niewielki odsetek tego, co cię czeka. 
Czystokrwisty Ślizgon pełną gębą z brakiem licencji na bycie sarkastycznym dupkiem, lecz to nie wyklucza faktycznego bycia nim. Liczy sobie na karku osiemnaście wiosen, co klasyfikuje go w efekcie na ucznia ostatniego roku. Jest wybredny jak mało kto, a przy tym i też brutalny w dążeniu do celu; z tego tytuł niemal wszystko robi po łepkach. W pierwszej kolejności w ruch idzie jego kaprys, a dopiero zdrowy rozsądek zdeptany przez ego, które rozrosło się do rozmiarów muru chińskiego. W ogóle zachowuje się tak, jakby rozumy postradał, a jego przekonanie o własnej zajebistości przekroczyło dopuszczalne normy, przez to wrogów ma po pęczki. Gdy skończyły mu się palce w obu dłoniach, przestał liczyć. Lubi też przeklinać, bo sam uważa, że to przywilej osób cechujących się nietuzinkowym intelektem. Różdżka w stu procentach określa jego stosunek do życia i wyznacza dominujące cechy charakteru. Warto napomknąć przy tej okazji, że hasło „Cel uświęca środki” jest jego dewizą życiową, a w skrajnych przypadek nawet świętością. Jak przystało na pełnoprawnego wyznawcę hedonizmu została wykonana z tabebuja, mierzy sobie dodatkowe 12 i pół cala, jest odpowiednio sztywna i ukrywa w sobie rdzeń w postaci pióra świertognika. Bywa kapryśna, a przez pewien czynnik, który powoduje stopniowy zanik magicznych umiejętności swojego właściciela, coraz częściej zdarza się jej odmówić mu posłuszeństwa. Samego zainteresowanego to irytuje i bawi jednocześnie, choć w większości przypadków jest to śmiech przez łzy, ale ujrzenie go w takim stanie przez osoby trzecie graniczy z cudem.
Zapach amortencji zmienił się na przestrzeni lat, a ten dawny, zapchany w odmęty zapomnienia, przestał wywierać na niego jakiekolwiek wpływ. Obecny to imitacja metalicznego posmaku krwi, do której skądinąd czuje coraz większy pociąg, z subtelnym dodatkiem zapachu gorącego piasku, co jest właściwie paradoksem w jego naturze. Skóra z miesiąca na miesiąc coraz bardziej drażliwa na słońce, wykazuje wręcz zerową adaptację na nie, w efekcie czego ramiona Halliwella zwykle są skrywane przez długie rękawy w upalne dni, a oczy są oprawione okularami przeciwsłonecznymi. Przez wystawianie jakiegokolwiek skrawa skóry na ich kontakt, może szybko dorobić się pieczenia skóry i wysypki. Oczywiście czasem to wykorzystywał, bo to najprostsza droga do wymigania się od zajęć. Niska temperatura ciała może być tego bezpośrednią przyczyną. Sam twierdzi, że jego termoregulacja znacznie na tym ucierpiała, choć niedokrwistość sama w sobie towarzyszyła mu od dziecka. Przez to wieczne lodowate dłonie były zmartwieniem jego rodziców, bo jak przystało na jedynaka – był rozpieszczany do granic możliwości. Można jednak śmiało powiedzieć, że jeden incydent z okresu wakacyjnego wstrząsnął nim i zmienił, co w zasadzie jest mało widoczne dla uczniowskiej społeczności. Jego skóra zbladła o kilka tonów, wada wzroku skutecznie ukrywana przez soczewki rozpłynęła się jak one, a dźwięki o wysokim natężeniu stały się dla niego czymś w rodzaju czerwonej płachty na byka. Łatwo się więc domyślić, że w takim wypadu w głównej mierze przez dźwięk gwizdka i krzyków jego kondycja podczas treningów czy samych meczów, gdzie piastuje pozycję pałkarza, zależała, a on sam w kontakcie z miotłą stał się jakiś taki ociężały, jakby wcześniejsza lekkość bytu wyparowała razem z tą całą delikatnością w ruchach, bo na pewno nie w usposobieniu.
Ostatnią rzeczą, którą warto o nim wiedzieć, to też, że jest właścicielem Muscata. Kota, który złamał już nie jedno zniewieściałe serce i poniekąd jest oczkiem w głowie swojego właściciela, choć w ostatnim czasie wykazuje się niską tolerancją na jego obecność.
s u c h e    i n f o r m a c j e    –    p o w i ą z a n i

Trudno w zasadzie stwierdzić czy  Halliwell wchodzi w zastępstwie za Akina, bo jest całkiem inny od niego, więc zostawiam to waszej interpretacji.  Powtórzę, wizerunek i zalinkowana piosenka to kwestia indywidualna każdego autora. Jeśli ktoś jednak będzie tak miły i skomentuje albo jedno, albo drugie, nie odwdzięczę się tym samym (w domyślę nie będę miła). Halliwell jest trudny w obyciu, co widać i czuć, a więc nie każdemu jego charakter może przypaść do gustu.  
4/6 {Arsellus, Ducent, Jovan, Viggo.} 

46 komentarzy:

  1. [ No to teraz już chodź :P ]

    Louis Wallsh

    OdpowiedzUsuń
  2. [A ja Ci powiem kochana, że gdyby Cece wołała za nim Holly, to by jej wybaczył. Na pewno.]

    cecilia

    OdpowiedzUsuń


  3. taka jestem dla Ciebie dobra, o borzy

    OdpowiedzUsuń
  4. [W sumie to nie wiem czy Agnes potrafiłaby wymówić jego imię więc pewnie by skracała, ale może Hall? xd
    Na pewno z Agnes by się nie polubili, choć troszkę są może i podobni, ale nie na tyle by się przyjaźnić, tolerować prędzej. Może zrobimy im wątek?]

    OdpowiedzUsuń
  5. [Ależ ona jest taka wspaniała i urocza. Cece by nie wybaczył?]

    cecilia

    OdpowiedzUsuń
  6. [Najważniejsze są chęci, a to już mamy za sobą.
    Trzeba teraz wymyślić powiązanie, myślę, że zdecydowanie stawiamy na nienawiść, no chyba, że coś w stylu wyniszczającej miłości?xd
    Ale gdy stawiamy na nienawiść warto byłoby znaleźć powód ich nienawiści. Wybacz, ale ja nigdy nie mam do tego głowy. :P]

    OdpowiedzUsuń
  7. Ah jaką ja mam słabość do takich uroczych cukiereczków <3

    autorka Casildy, bo ona to już raczej nie podziela mego zdania

    OdpowiedzUsuń
  8. [ Mam plan. Cudny plan. Zaraz Ci go przedstawię. Z Akinem miałem negatywną relację, więc z tym panem chcę mieć pozytyw. Ogólnie zauważyłem, że na każdym blogu nasze postaci za sobą nie przepadają i tutaj to zmienimy. Zaczniemy wątek od tego, gdy tuż przed zakończeniem roku nasi panowie postanowią włamać się do pokoju woźnego, by odzyskać jakieś zabrane im rzeczy, no i oczywiście sprawy się poknocą.
    Zaczynaj ♥ ]

    Louis Wallsh

    OdpowiedzUsuń
  9. [Tylko w gronie męskim, w grupie żeńskiej najcudowniejsza jest zdecydowanie Cece. Może zamiast tak mamrotać, to napiszemy coś, co?]

    cecilia

    OdpowiedzUsuń
  10. A moja pannica niesamowicie napawałaby się jego niezadowoleniem ;3

    OdpowiedzUsuń
  11. [Tak chciałam tylko napomnieć, że chyba miałaś na myśli dewizę życiową, nie dywizję. Poza tym to fajny chłopak, jakbym chodziła z nim do szkoły, to pewnie bym się skrycie podkochiwała.]

    Adalyn Daugherty/Alastair Alexander

    OdpowiedzUsuń
  12. [Dlatego to byłoby zwyczajne zauroczenie złośliwym chłopcem, aczkolwiek nie wierzę, że jest aż tak zły. Na pewno ma jakieś słabości, na pewno zdarza mu się być uroczym, tylko dobrze to ukrywa :>]

    Adalyn

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. [Btw. mogę wiedzieć co to za pan na zdjęciu?]

      Usuń
  13. [Dziękuję bardzo, poleciał już do mojego folderu z przystojnymi panami.
    Ojoj, mam wrażenie, że między nimi to będzie ogień, jak nie wybuchy. Oboje są święcie przekonani o swojej zajebistości, każde w zupełnie inny sposób i oboje są zupełnie zapatrzeni w siebie. W dodatku oboje czystej krwii. Hmm, mam pewien pomysł, ale nie wiem czy Ci się spodoba. Otóż wydaje mi się, że Adalyn i Vermillion mogliby się znać od dziecka, skoro oboje pochodzą z rodzin o czystym statusie krwii. Pewnie spotkali się niejednokrotnie na obiadku, gdzie przy rodzicach musieli udawać, że się znoszą, ale jak tylko znaleźli się w odosobnieniu stawali się dla siebie istnymi żmijami, jak na dom węża przystało. Potem ich relacja mogła się przenieść do szkoły. Vermillion to typ awanturnika i obiboka, więc żeby rozbawić siebie i kolegów wielokrotnie mógł wkurzać Adalyn na zajęciach, sabotować jej pracę i podstawiać jej nogę. Ją to niezmiernie irytuje, ale niewiele może z tym faktem zrobić, oprócz okazywania wiecznej pogardy i rzucania niegroźnych klątw. Aż do czasu, kiedy przypomni sobie jakiś sekrecik z ich wspólnej dziecięcej przyszłości, który może potencjalnie oczernić Vermilliona i którym będzie go mogła szantażować na wszystkie możliwe sposoby, a także wykorzystywać do swoich niecnych celów (oczywiście bez przesady, nie jestem okrutna). Co ty na to? :>]

    Adalyn

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. [Aaa! Napisałam źle Vermilion, i to kilka razy! Przepraszam!]

      Adalyn

      Usuń
  14. [A jakoś tak wyszło... xd Wątek chętnie, tylko pomysłu za bardzo nie ma ;p]

    Zabini

    OdpowiedzUsuń
  15. [ Nie obrażę się, jak zrobimy podmiankę na Holly.]

    Viggo

    OdpowiedzUsuń
  16. [ Ale ja nie umiem!
    No dobra, chciałabym coś szalonego. Viggo jest jeszcze świeży, a marzy mi się zaprezentowanie w pełni jego barwnej osobowości, więc przystanę na wszystko, co pozornie może nie mieć sensu.
    Wiem, nie pomagam, ale najwyżej możemy nad czymś razem pogłówkować.]

    OdpowiedzUsuń
  17. Jestem! Zniknęłam na tydzień, a miałam coś zacząć z tym słodkim cukiereczkiem, to tylko się jeszcze spytam, jaka długość preferujesz? Bo ja się lubię dostosowywać ;3

    Casilda

    OdpowiedzUsuń
  18. Dziwnym byłoby, aby Faradyne okazał się w ostatecznym rozrachunku na tyle zobojętniały, że nie zauważyłby pewnych zmian, które zaszły. Nie tylko tych, które odznaczyły się na ich znajomości, ale przede wszystkim na tych widocznych oznakach świadczących o tym, że coś jest nie tak. Od miesiąca Holly go unikał, a to nie podobało się ani trochę Deucentowi. Mieli co prawda bardzo złożoną relację, bo nikt nie pomyślałby, że Vermilion i Faradyne są w czymś co wprost można, by śmiało określić mianem związku. Nie, nie takim, z którym się nosi, trzyma za rączki i wzdycha na przerwach, bo żaden z nich nie zamierzał się z tym ujawniać. Coś było jednak podejrzane, a dla Krukona nie było to zbyt trudne do wyłapania ze względu na to, że zdecydowanie za dobrze znał tego ślizgońskiego pacana, żeby tego nie dostrzec. Nie był głupi, ani tym bardziej aż tak zapatrzony w siebie i swoją zajebistość, choć ta należąca do wychowanka domu Roweny Ravenclaw już dawno przyćmiła tę mieszkańca lochów.
    Jeśli chodzi o nietypowe wydarzenia, które kwalifikowały się do grupy nie tak, którą tworzył we własnym umyśle Deucent zaliczała się przede wszystkim kiepska gra w drużynie. Chodził na mecze Ślizgonów, to prawda, ale jako ścigający Krukonów ciągnął ze sobą zawsze humorzastego Winrose’a, który miał tak skrzywioną minę, jakby coś dziabnęło go w tyłek. Niemniej jednak Hollie nie grywała tak jak zwykle, a może trafniej – szło jej gorzej, aniżeli tragicznie. Tak jakby latanie na miotle było dla niego kłopotliwe. To już samo w sobie wydawało się podejrzane. Potem jego uwagę przykuły – bardziej niż Winrose, rzecz jasna – poważne problemy z rzucaniem zaklęć i uroków, jak gdyby niezawodna różdżka Vermiliona strzeliła na niego focha. Nietypowe. Najbardziej drażniące i irytujące Krukona okazało się unikanie go przez Ślizgona, a bo i w tym doszedł chyba do perfekcji. Nie przewidział jednak, że podrywanie wszystkich uczniów, w tym bezczelnie rzucanie dwuznacznościami w kierunku Winrose’a w trakcie zajęć było umyślne. Szkoda tylko, że Hollie nie przewidział, że zmiany w jego wyglądzie również zostały szybko zarejestrowane przez właściciela upstrzonego w cętki Aydena – chorobliwie blada cera, sine usta i cienie pod oczami. W dodatku te dziwne golfy, które były czymś dotychczas niepodobnym dla tego osobnika i wydawały się wręcz dziwaczne.
    Wbrew wszelkim pozorom Deuce mógł prezentować się jako klasyczny leń, który ma wszystko gdzieś, a jego poczuciu własnej zajebistości nie sposób było dorównać, ale był też uparty jak przysłowiowy osioł. Kiedy chciał czegoś dowieść lub sprawdzić swoje własne przeczucia to potrafił się wykazać jak mało kto. Wystarczyło tylko, aby wystarczająco mu na tym celu zależało. A skoro sprawa już na tym etapie wydawała się bardziej podejrzana niż powinna to ignorowany Faradyne nie zamierzał puścić tego płazem. Śledził Vermiliona, wiedząc że coś jest nie tak, ale nie pomylił się, czując cholerne poirytowanie jego zachowaniem, kiedy odkrył jego sekret, który tak usilnie pragnął ukryć przed światem. Co więcej dotychczas wyprowadzał cierpliwość, wytrzymałość i zazdrość Holly do możliwych granic. Grał mu niewątpliwie na nerwach, umyślnie. Miał w tym swój własny ukryty cel i zamierzał wyprowadzić Ślizgona z równowagi na tyle, że nie będzie się już zbytnio kontrolował, a opamiętanie pójdzie sobie na dłuższy spacer i sam się sprzeda – ze wszystkim.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nieszczęśliwym zbiegiem okoliczności dla Halliwella okazał się fakt, że po zajęciach kręcił się po korytarzu w okolicach Wieży Krukonów. Wyłapanie tego kretyna już z pewnej odległości nie stanowiła dla Deucenta żadnego, nawet najmniejszego problemu. Przyspieszenie kroku i wkopanie go w sytuację bez wyjścia stało się tylko kwestią kilku metrów, a także znajdującym się nieopodal tajnym przejściem, który wykorzystywał sprytnie w obliczu ich nocnych schadzek. Deuce zacisnął rękę na nadgarstku Holly w żelaznym uścisku, dbając bowiem o to, aby nie próbowała mu się przy okazji wyrywać. Zresztą – było na akty ewakuacji zdecydowanie za późno. Krukon zaskoczył go, co dało mu przewagę i szansę na wciągnięcie go do wąskiego przejścia, co tak swoją drogą – nie przeszkadzało zbytnio Deucentowi.
      Kiedy przycisnął Ślizgona do ściany, uniemożliwiając mu tym samym ewentualne próby ucieczki. Może i Vermilion miał całkiem zbliżone poczucie o własnej zajebistości – podobnie co Faradyne, to fakty pozostały niezmienione – w pewnym niezaprzeczalnym sensie na tej podstawie pasowali do siebie.
      Krukon wbił wypełnione wyższością spojrzenie w zielone tęczówki Halliwella, którego bezczelnie zwykł nazywać po imieniu, postawionego w niezbyt wygodnej pozycji. Ręce oparł o nieco chropowatą w dotyku ścianę, zatrzymując tym samym Holly między nimi. W kącikach ust wychowanka domu Roweny Ravenclaw tkwił szyderczy uśmieszek. Dotychczas go bowiem unikał i miał ku temu swoje powody, a Faradyne nie biegał za nim, jakby zupełnie mu to nie przeszkadzało. Deucent odkrył sekrety Hallie, będąc o dwa kroki do przodu przed nim. Na dodatek dostrzegł zaskakująco szybko zmiany w zachowaniu, jak i stylu ubieraniu, a teraz miał pewność, że to nie był zbieg okoliczności.
      — To chyba ty powinieneś tęsknić za mną, a nie ja za tobą, Holly. Coś ci się chyba pomieszało z powodu tej izolacji między nami — odparł nieco kąśliwie z wyraźnym rozbawieniem Krukon, choć wcale nie było mu zbytnio do śmiechu. Widział bowiem wystarczająco, aby postawić tego osła przed faktem, że wie o wszystkim, dosłownie wszystkim. Zaśmiał się krótko, kiedy padła wzmianka o belfrze od zaklęć i uroków. Oczywiście, że obstawiał, że zapadło to bardzo dobrze w pamięci Vermiliona. — Na pocieszenie mogę zawsze mieć drugiego Winrose’a, jeśli jednak Alastair nie zostanie oczarowany moim urokiem osobistym. Nie martw się nie będziesz musiał ocierać mi łez. Mogę poprosić o to Louisa, który i tak od jakiegoś czasu wpieprza mi się do łóżka w dormitorium.... — odpowiedział lekkim tonem, tak jakby opowiadał jakąś historyjkę, choć wcale nie zakłamaną czy wymyśloną, wręcz przeciwnie. Mówił z coraz to szerszym uśmiechem, choć była to tylko poza, kiedy to z miną udawanego luzaka cofnął ręce od chropowatej powierzchni ściany. Lewą ręką chwycił Holly za nadgarstek, mocno, żeby mu się nie wyrwał, choć wiedział, że w akcie desperacji chciałby mieć więcej przestrzeni. Przycisnął przeramieniem pewnego siebie Ślizgona do ściany tajnego przejścia — Wydawało ci się, że jestem idiotą, Holly, że niczego się nie dowiem i niczego nie zauważę? Jesteś kiepski w ukrywaniu czegokolwiek przede mną. Unikanie mnie szło ci o wiele lepiej, ale chętnie wysłucham co masz do powiedzenia na ten temat. — Krukon zgubił jednak po drodze wcześniejszy ton, przeskakując płynnie na ironię. W tym samym momencie Deucent lewą ręką podsunął materiał aż do zaczątków ramienia, żeby odsłonić przedramię i siniaki po wkłuciach. — Co takiego dajesz sobie w żyłę? Zacząłeś ćpać, ty kretynie, czy po prostu masz pierwsze oznaki wampiryzmu? — zmrużył oczy, wpatrując się w niego wyczekująco. Tej rozmowy nie dało się przeskoczyć, a jeśli Halliwell Vermilion wierzył naiwnie, że wykiwa Faradyne’a to grubo się pomylił.


      chamski niż zazwyczaj, aczkolwiek nadal ociekający zajebistością Deuce

      Usuń
  19. Gdyby to Deucent Faradyne zaczął coś kręcić to prawdopodobieństwo, że nabierze Halliwella Vermiliona po takim czasie znajomości graniczyło z cudem, choć trafniej – byłoby po prostu niemożliwe, czego Krukon rzecz jasna świadomy. Kto wie czy jedno spojrzenie nie mogłoby powiedzieć więcej niż tysiąc słów skrywane w notorycznie reklamowanych w mugolskim szklanym ekranie czekoladek o jakże dumnej nazwie Merci. Ograniczenie kontaktu z Deucentem i sprytne unikanie go musiało w ostateczności zaowocować podejrzeniami, a także uważniejszym przyglądaniu się Ślizgonowi. Nie było na to innej możliwości. Choć Faradyne potrafił zachowywać obojętność i umowny stan nie-wcale-mnie-to-nie-rusza to jednak tylko wówczas, kiedy tyczyło się to większości uczniowskiej społeczności odnosiło to niewątpliwy sukces. Jeśli chodziło o przypadek Hallie sprawa miała się różnie, ale umownie uszanował wolę swojego byłego kochanka, grając mu w odwecie na nerwach i wyciągając zazdrość nawet z najgłębszych odmętów. Z kolei rozdrażnienie, które stało się od dłuższego czasu nieodłączną częścią Krukona i zdarzało mu się wyjść na co najmniej nieuprzejmego czy źle wychowanego to zawsze musiał postawić na swoje. Nawet kosztem innych i całe szczęście, że nie był ambitny, tylko leniwy, bo pewnie w takim stanie dążyłby do niego po machiavellowskich trupach.
    Fortuna nie sprzyjała jednak Ślizgonami, bo oczywisty fakt, że Deuce zauważy nieprawidłowości w zachowaniu czy wyglądzie zewnętrznym – o problemach natury magicznej już nawet nie wspominając – okazały się tylko kwestią czasu. Jeśli D. na początku zaciągnięcia go do wąskiego, tajnego przejścia nie zamierzał grać mu aż tak na emocjach to teraz zdecydowanie zmienił zdanie. Choć zauważył reakcję na swoje słowa nie mógł mieć stuprocentowej pewności, że nie ma to związku z temperaturą w miejscu, do którego wciągnął Holly, dlatego powstrzymywał się skutecznie od wyciągnięcia jakichkolwiek wniosków z tego tytułu. Krukon zmrużył jednak na moment oczy, jakby pewnego rodzaju słabość Vermiliona została w porę wychwycona, a sam wychowanek Raveclaw wiedział doskonale, że granie na emocjach czy nerwach, a także stosowanie dwuznaczności, które już dawno temu weszły mu w krew, w towarzystwie niezachwianej pewności siebie, okazywały się wyjątkowo silną i skuteczną bronią. Tak jakby powiedzenie, że najlepszą obroną jest atak miało jednak w tym swoje potwierdzenie.
    — Ależ, złotko, czy otwarte podrywanie Winrose’a w trakcie zajęć śmiesz nazwać kryciem się? — zapytał trafnie, wybierając jedno słowo, które wystarczało w zupełności, aby obrócić sens wypowiedzi Holly przeciwko niemu samemu. Kto, by pomyślał, że zabawy słowne będą sprawiały mu aż tak frajdę. Teraz jednak nie był on bowiem skupiony na czerpaniu satysfakcji, ale drążeniu tematu i to tak, aby dokręcać śrubę coraz bardziej. Deucent Faradyne miał jeden prosty cel – zamierzał doprowadzić Vermiliona do limitów, kiedy emocje wezmą nad nim górę, a tego najłatwiej było dokonać poprzez jawne prowokacje, których dopuszczał się Krukon. — Mogę nie mówić tym uroczym zdrobnieniem, Holly, nie ma sprawy – będę mówił po imieniu. — zapowiedział zupełnie niewzruszony tym, że cokolwiek Ślizgonowi w tym układzie nie pasuje. Na jego twarzy wymalował się niby to pogodny, niczym niezmącony uśmiech. Doskonale zdawał sobie sprawę, że tego nie znosił, ale nie zamierzał z tego rezygnować. Był to pewnego rodzaju środek do celu – im mniej stabilny Halliwell Vermilion, tym lepiej. Wcześniejszy uśmiech powiększył się nieco.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Zanim Deuce zdążył cokolwiek odpowiedzieć na dalsze słowa Ślizgona – ten wyrwał mu się z niemałym sukcesem. Deucent czując jednak zimno znajomych palców i towarzyszące mu naznaczenie paznokciami – niemalże od razu skrzywił się z niezadowoleniem. Bardziej w efekcie różnic temperatury między nimi, niż poczucia jakiejkolwiek krzywdy. Krukon był jak na ironię – wyjątkowo wrażliwy na chłód przez co wrażenie tego drugiego, zostało nieco stłumione przez całkiem nieprzyjemny, choć lekki dreszcz wzdłuż kręgosłupa. Kiedy jednak zapanował nad sobą posłał mu wyzywające spojrzenie, ale nie odpowiedział nic, co nie było równoznaczne z tym, że do tej kwestii nie wróci. Nie przerywał, pozwalając tym samym na zamianę ról – tym razem on słuchiwał, ale i przy okazji analizował, mieląc to przez dostrzegane reakcje i zachowanie Holly. Odepchnięty na ścianę, pozostał przy niej na dłużej z uniesionym wysoko podbródkiem. Wypuścił powoli powietrze z płuc, żeby samemu nie rozegrać tego nierozsądnie, o co rzecz jasna miałby później do siebie żal. Odchylił nieco głowę w tył, nadal patrząc na niego w ten sam sposób.
      — I miałbym niby uwierzyć, że to komu się oddam — Krukon umyślnie zrobił w tym miejscu stosowną pauzę, robiąc wcześniej nacisk na to słowo, które jego były kochanek wycedził przez zaciśnięte zęby. Ton miał lekceważący, jakby wyszukany na tę specjalną okazję, choć wypada zaznaczyć, że wrodzona pewność siebie nie zniknęła. — ma dla ciebie jakiekolwiek znaczenie? — dokończył niby to z niedowierzaniem, ciągnąc pewną strunę. — Jeśli dać wiarę temu, że nie ćpasz ani nie posiadasz widocznych gołym okiem i wyczuwalnych oznak wstępnej, książkowej wręcz fazy wampiryzmu... Mam rozumieć, że umyślnie mnie unikasz i ignorujesz przez ten czas, bo nie masz odwagi przyznać się, że już nic do mnie nie masz? Nie powinienem czuć więc wyrzutów sumienia, bo pewnie już się z kimś spotykasz, co? No dalej, panie zajebistość, teraz masz okazję, aby powiedzieć wprost jak sprawa wygląda. Nie krępuj się i przyznaj się, że te topy to tylko po to, aby zakrywać liczne malinki, a nie siniaki w miejscach po wkłuciach. Śmiało, Halliwell — wzruszył niby to z obojętnością ramionami, jakby wydawało się to jasne od pewnego czasu. Deucent niczym wprawiony pokerzysta zachowywał kamienny wyraz twarzy jak dawno temu wykuta rzeźba, ale w tej chwili posuwał naprzód swoją obmyśloną strategię, pchając pewnego siebie Ślizgona wprost w kąt, w którym poczuje się osaczony. Deucent dla dopełnienia całej tej scenerii – skrzyżował ramiona.
      Faradyne nie był idiotą, żeby wierzyć w tę desperacką próbę uratowania swojego tyłka, ale jeśli chciał w ten sposób pogrywać sobie z Deucentem – proszę bardzo. Krukon zamierzał trzymać się zasad tej rozgrywki, obracając wszystko przeciwko swojemu byłemu kochankowi. Kłamał mu prosto w oczy i oczekiwał, że pokiwa głową i odpuści, a tym samym przestanie wiercić mu przysłowiową dziurę w brzuchu. Wypada jednak wspomnieć, że Holly w sypaniu kłamstwami wyjątkowo kiepski, kiedy nie potrafił w pełni panować na emocjami. Zresztą nie ukryłby ich przed Deucem – znał go zbyt dobrze i czytał z niego jak z otwartej księgi.


      mistrz strategii, Deuce

      Usuń
  20. Na jego barkach spoczywają ciężkie obowiązki. Musi obmyślać doskonałe taktyki latania, czuwać nad sprawnością zawodników i być tym, który stanowi pierwiastek spajający całą drużynę. Chwilami bywa trudno. Jest bowiem tylko człowiekiem — miewa dni, w czasie trwania których lepiej nie wchodzić mu w paradę.
    Zdaje sobie sprawę, że czasem przesadza. Ma choleryczne usposobienie. Krzyczy i wymachuje rękoma, zdarza mu się — w ostateczności — wyciągać z tylnej kieszeni różdżkę. Nie należy do najpilniejszych uczniów, bo mimo że darzy respektem mądrość i trud wiążący się z jej zdobywaniem, nie umie poświęcić nauce wystarczającej uwagi. Zakres jego umiejętności nie wykracza poza podstawę programową — nie ma jednak wątpliwości, że różdżką, którą w chwilach napięcia niemal wtyka w oko rozmówcy, da radę wyrządzić komuś krzywdę.
    Po ostrzegawczym okazaniu broni, konfrontacja zazwyczaj się kończy. Na korzyść Vigga działa kilka czynników. Przede wszystkim jest Ślizgonem, a więc, jak głośno przemawiają stereotypy, ma czarną dziurę zamiast serca i nie zna litości. Ponadto to kapitan drużyny. Ba! Wysoki osiłek, któremu dadzą radę jedynie inne wysokie osiłki, a i co do tego nie ma pewności. No i — o tym zapomnieć się nie da — chodzą słuchy, że przed paroma miesiącami pewien wychowanek Slytherina trafił do Skrzydła Szpitalnego na trzy tygodnie, co stało się przyczyną tego, iż pana Vallberga na miesiąc zawieszono w prawach ucznia. Przecież to logiczne, daje się słyszeć na korytarzach do tej pory, musiał być zawieszony, skoro nie było go w zamku. Nie ma innej opcji! Viggo pozostawia to bez komentarza.
    Komentuje natomiast fakt, że słusznie uważa się go za kapitana-tyrana. Quidditch to nie gra w szachy, krzyczy do ucha zawodnikom na każdym treningu i zmusza ich do przymusowych pięćdziesięciu pompek pomnożonych przez trzy serie. Dla nikogo nie ma litości — w tym siebie. Haruje za dziesięciu, wylewa siódme poty, a kiedy jeden ze ścigających myśli, że czterdzieści osiem pompek wystarczy, Viggo robi dwie dodatkowe.
    Dba o drużynę. Może jest bezwzględny, może ma w oczach szaleństwo, kiedy podczas deszczu zamęcza wszystkich specjalnym sposobem działania w przypadku niesprzyjającej pogody, może popycha, podstawia nogi i strąca z miotły, ale nie wyobraża sobie tygodnia bez treningu w towarzystwie ludzi, przez których często i gęsto wyrywa sobie włosy z głowy.
    — Zaraz ci nakopię, Holly — warczy. Jest środa, zaczyna zmierzchać. Vermilion znowu ani razu nie odbił piłki. — I to pałką, której nawet nie potrafisz utrzymać.

    Viggo

    OdpowiedzUsuń
  21. Faradyne celował przede wszystkim w sprawienie, że Ślizgon poczuje dyskomfort w obliczu wypowiadanych masowo słów, które wcześniej nie znalazły możliwości na ujrzenie światła dziennego. Nie robił sobie żadnych złudnych nadziei na to, że Holly nie dostrzeże w jego tonie tej klasycznej mieszanki wybuchowej. Jeśli chciał go oszukiwać i udawać, że wszystko było w porządku, a Krukon jest zwyczajnie kretynem, który dramatyzuje w stylu jakże zajebistego Vermiliona, to dostał to czego oczekiwał i na co zarazem zasłużył. Gdyby ktokolwiek inny przysłuchiwał się tej rozmowie uznałby zapewne, że Deucent zgadza się z Halliwellem i idzie mu tym samym na rękę, ale przecież tak nie było. Krukon i Ślizgon znali się na tyle dobrze, co zapewnił im ich dwuletni związek, żeby całkiem szybko wyłapywać co drugi ma tak naprawdę na myśli, stylizując to na coś konkretnego. Vermilion wiedział, że Faradyne już dawno to sobie rozpracował, starannie kolekcjonując wszystko co świadomie obróci przeciwko niemu. Krukon nie miał bowiem najmniejszego powodu do bycia szczęśliwym z powodu podejrzanego zachowania swojego byłego kochanka i notorycznego ignorowania go, tak jakby wcześniej nic ich ze sobą nie łączyło, tak jakby w to co wierzy cała szkoła – ich wzajemną niechęć, tudzież nienawiść względem siebie – było faktem, a nie fikcją, w którą obydwaj pozwalali społeczności uczniowskiej swobodnie, acz naiwnie wierzyć.
    Wbrew wszelkim pozorom i tego jak traktowali się przy ludziach prawda okazywała się zupełnie inna. Dwa lata wystarczyły, aby poznali się doskonale, by móc ocenić predyspozycje drugiego czy wiedzieć do czego jest zdolny, a już tym bardziej jak na coś zareaguje. W parze z tym szło rozwijające się uczucie, rosnące z dnia na dzień przywiązanie, a także nieuniknione roszczenie sobie wszelkich praw do drugiego. Granie w przeciwnych drużynach, rywalizacja meczowa czy przynależność do innych domów nie miała na to większego wpływu. Obydwaj zaślepieni własnym poczuciem zajebistości, którego nie był w stanie pojąć żaden przeciętny uczeń, nadawali niewątpliwie na tych samych, niedostępnych dla pozostałych falach, kiedy przekonani o swojej niepodważalnej wartości karmili dodatkowo swoje rozdmuchane do kolosalnych rozmiarów ego. Choć sam Deuce był doskonałym strategiem, zdającym sobie sprawę, w który czuły punkt należy uderzyć, aby zagrać na emocjach. Nie bez powodu podrywał Winrose’a czy innych uczniów – po części robił to dla rozrywki, ale i niekoniecznie, gdyż świadomie wodził za nos Holly, sprawiając tym samym, żeby wymuszona przez niego izolacja okazała się iście niezapomnianym przeżyciem.
    Hallie miał pewną charakterystyczną cechę, którą jak na ironię mógł również pochwalić się Deuce, kiedy to jeden lub drugi byli zbyt dumni i pewni siebie, aby rozmawiać poważnie o wielu kwestiach, a na ich czele stała na ten przykład – kwestia tego co czują względem siebie. Zdawać, by się mogło, że obydwaj kierują się w swoich życiach obroną zasady – czyny mówią więcej niż słowa. Niewątpliwie w takim wypadku jak ten, to właśnie te drugie rozwiałyby wiele wątpliwości, które rozmnożyły się niczym przysłowiowe grzyby po deszczu przez najdłuższą rozłąkę, którą sobie zgotowali. Wypadłoby jednak stwierdzić wprost, że jej inicjatorem był nie kto inny jak Vermilion, a Deuce zaś równie uparty jak on – nie wymuszał kontaktu, ani tym bardziej nie naciskał. Czekał tylko na odpowiedni moment, aby wykorzystać wszystko co nie umknęło jego uwadze i uważnym obserwacjom Krukona.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Początkowe faza irytacji wywołane nie uzyskaniem dotychczas żadnych wartościowych czy w jakikolwiek sposób satysfakcjonujących odpowiedzi od Vermiliona, wzmocniły się na kilka sekund, zanim różnica temperatur nie wymusiła na nadwrażliwym Krukonie niemalże odruchowego wzdrygnięcia się, kiedy to nie odniósł nieprzyjemnego wrażeni, jakby wzdłuż kręgosłupa sunęła w dół kostka lodu, przytwierdzona do ciepłej skóry. I pomyśleć, że wszystko to wywołane bliskością Holly, której mu dotychczas cholernie brakowało, co gwarantowało rozdrażnienie czy fatalny humor, co skutkowało okolicznościowy – gorszym traktowaniem innych. Sam Deucent, by tego otwarcie nie przyznał, uznając to za niezbyt męskie. Mimo, że zdawał sobie sprawę, że w ten sposób Ślizgon zamykał mu z jednej strony usta, to z drugiej utwierdzał go jednocześnie w jego teorii o tym, że ma do czynienia z osobnikiem w pierwszym stadium wampiryzmu. To jednak wcale nie przeszkadzało Krukonowi w jakikolwiek w tym, aby z równym zaangażowaniem odwzajemnić pocałunek Halliwella. Niedługo potem standardowa, uznawana powszechnie za bezpieczną, słuszną odległość – co najmniej – łokcia odeszła w zapomnienie, kiedy to Faradyne przyciągnął Ślizgona jak najbliżej siebie. Okazało się to jednak zgubne, kiedy zimne palce Vermiliona postanowiły samoistnie oznaczyć rozgrzane ciało pod materiałem szkolnego mundurka. Prawie, że odruchowe cofnięcie się w tył zostało zagłuszone przez wzmożone pragnienie bliskości Pana-zajebisty-ja, wzmacniane dodatkowo przez tę rozłożoną czasowo rozłąkę. W momencie, kiedy Holly oderwał ich usta od siebie – Decent złapał się na tym, że byłby skłonny wznowić ich pocałunek, ale ostatecznie tego nie zrobił, przygryzając zębami dolną wargę.
      Może i przez dłuższą chwilę nic nie mówił, skupiając się jedynie na uspokajaniu oddechu i wysłuchiwaniu co ten kretyn ma do powiedzenia. Naprawdę – byłby zdolny mu już darować, ale z tą swoją umową przegiął pałę. Po całości, a i Deuce musiał przyznać, że udało mu się zagrać mu na emocjach – mniej lub bardziej świadomie, ale Faradyne nie zamierzał pozostać mu dłużny.
      — Skończ pieprzyć głupoty, Holly — rzucił oschle, jakby poirytowany jego postawą, a jego kąciki ust wygięły się w nagłym i nieoczekiwanym, acz złośliwym uśmieszku. Deuce bowiem odnosił wrażenie, że nagle cofnęli się do punktu początkowego, choć nie zamierzał dać tego po sobie poznać – pozostałość tego ujawniła się na krótki moment w jego spojrzeniu. Tym razem dla odmiany to Krukon pchnął Ślizgona na przeciwległą ścianę wąskiego przejścia, jakby nie zamierzał pozostać mu zbyt długo dłużnym. Deuce zrobił krok w jego stronę, jedną rękę oparł o chropowatą, chłodną ścianę. Utkwił chłodne, świdrujące spojrzenie w Halliwellu. — Właśnie udowodniłeś mi, że jesteś w pierwszej fazie wampiryzmu i owszem uznaję to za satysfakcjonującą odpowiedź. Nie zasłużyłeś sobie na moją troskę i nie myl tego z zainteresowaniem twoim losem, złotko — zaczął opanowanym tonem, w którym nie pobrzmiewała żadna dodatkowa emocja mogąca cokolwiek zdradzić, choć nagłe zobojętnienie stało się wyczuwalne niemalże od razu. — Widzę co najwyżej… — urwał umyślnie, pochylając się tylko po to, aby ucałować zimną szyję Ślizgona i następnie zbliżyć się na tyle, by kolejne słowa szeptać wprost do jego ucha. — jak marnie chcesz przede mną udawać, że wszystko jest w porządku, wiesz? Nie zauważyłeś jeszcze, że idzie ci to marnie? I to od samego początku roku, hm? — dokończył, odsuwając się powoli. Dopiero wówczas ich spojrzenia się skrzyżowały i to niewątpliwie z inicjatywy samego Krukona.

      Usuń
    2. — Umowa stoi? — powtórzył z rozbawieniem, by chwilę potem roześmiać się dźwięcznie, co odbiło się od ścian wąskiego, tajnego przejścia. Zmierzwił drugą ręką ciemne włosy, jakby w ten sposób rozładowywać tę ciężką atmosferę, która bez cienia wątpliwości zgęstniała w tym małym, dusznym pomieszczeniu. — Jeśli tak bardzo chcesz rozpatrywać listę tych swoich kandydatów, to ja bardzo chętnie ci pomogę, Holly, złotko. Byłbym skłonny kilku dla ciebie sprawdzić, żebyś nie musiał potem żałować, że popełniłeś wielki błąd, by ktoś niegodny znajdował się w pobliżu twojej zajebistości, kiedy ja więcej nawet na ciebie nie spojrzę. Zadbam starannie o to, abyś dostał to co najlepsze, złotko. Komu przecież możesz ufać tak bardzo, jak nie mi? Skoro już ci się znudziłem, to przynajmniej do czegoś mogę się jeszcze przydać — I właśnie w tym miejscu uśmiech Krukona urósł całkiem lekceważąco, a on sam puścił Halliwellowi perskie oczko, jakby byli już w tym ugadani. Czy w tym momencie Krukon grał na emocjach i wciągał Vermiliona w swoją sieć złożoną z pułapek? Ależ oczywiście i to na jego własne życzenie.

      ciągnący za wszelkie możliwe – a im bardziej wrażliwe, tym lepiej – sznurki Deuce

      Usuń
  22. Ma w zwyczaju zaczerpywać świeżego powietrza dokładnie wtedy, gdy przeciągły gwizd oznajmia początek treningu przeciwnej drużyny. Nie afiszuje się ze swoją obecnością. Wie, że jego widok podziałałby na większość graczy dekoncentrująco, a i niekoniecznie chciałby zostać uznany za nieporadnego trenera, który chowając się między ławkami, próbuje podejrzeć cudzą strategię. Wieki temu opracował niezawodny plan działania — wychowankowie Salazara wygrywają średnio dwa na trzy mecze, co z perspektywy długoterminowej daje zwycięstwo za zwycięstwem. Nie w taktyce więc rzecz, nie w odpowiednim kącie odbijania piłki przez krukońskiego pałkarza. Viggo kieruje się zupełnie innymi pobudkami.
    Jego ciemna czupryna zlewa się z trybunami zazwyczaj przez kilka minut. Tyle wystarcza, aby podsłuchał, w jaki sposób odzywają się pomiędzy sobą zawodnicy albo zaobserwował, co robi kapitan, kiedy nadaremnie próbuje ukierunkować jednego z pałkarzy. Nie do wiary, szepcze, a potem zazwyczaj odchodzi. Widok składu, który przypomina ciepłe kluchy i kompletnego braku dyscypliny, wywołuje w nim przede wszystkim oburzenie. Dopiero później nadchodzi ukłucie zazdrości spowodowane łatwością, z jaką płyną relacje wyższej instancji z niższymi.
    — Dupek — mruczy. Czasem naprawdę żałuje, że nie przypadło mu w udziale stadko posłusznych Puchonów.
    Łamanie nosów albo powodowanie trwałych urazów zdecydowanie nie należy do jego ulubionych czynności, ale nie ma wyboru. Przez chwilę patrzy w ślad za Vermilionem i postanawia dać mu parę minut pozornego spokoju. Sam zajmuje się swoim rozwiązanym butem, włosami opadającymi na oczy i zdjęciem z siebie przepoconej górnej części stroju. Bez zbędnego balastu czuje się niemal rześki.
    Ma przyjemne dla oka ciało. Szerokie ramiona, opalona skóra, dobrze widoczne mięśnie przy najmniejszym wysiłku. Docenia swoje atuty — umie je zauważać — aczkolwiek nie szczyci się nimi ani nie pręży muskuł przed lustrem. Jest zdania, że przy codziennych treningach i samozaparciu można osiągnąć to, co udało się już osiągnąć jemu, a nawet znacznie więcej. O wiele większą dumę wyzwalają w nim jego tatuaże. Większość skrywa przed światem — lubi je pokazywać jedynie wybranym. Natomiast ten w okolicy serca głoszący love will tear us aparat widzieli prawdopodobnie wszyscy z drużyny i wielu spoza niej. To do ciebie nie pasuje, usłyszał pewnego razu, podobno jesteś ponad miłością. Odpowiedział wówczas, że nie istnieje nic, co lepiej określałoby jego osobę. Kto bowiem wie, kogo może kochać Viggo Vallberg albo przed czyją miłością się wzbraniać.
    — Kochaniutki — zaczyna, kiedy w końcu przekracza próg szatni — powinieneś darzyć swojego kapitana większym szacunkiem. Niestety, to nie przedszkole, a ja nie daję drugich szans. — Pompatycznie kładzie dłoń na klatce piersiowej i udaje, że szlocha. — Łamie mi się teraz serce. Gdybym tylko mógł tego zapobiec! Przykro mi, Halliwell, musisz odejść z drużyny. — Wyciera nieistniejącą łzę. — A teraz wypierdalaj.

    współczujący Viggo

    OdpowiedzUsuń
  23. Nagłe, zupełnie nieoczekiwane urwanie kontaktu z Krukonem i zręczne unikanie go już samo w sobie wydawało się podejrzane, a Faradyne nie mógł, ot tak pozostać na to zobojętniały, nawet gdyby chciał. Deucent był jednak zbyt dumny i przekonany o własnej zajebistości, by zeskoczyć do tego poziomu, by otwarcie przyznać się, że oczekuje jakichkolwiek wyjaśnień, do których Vermilionowi najwyraźniej nie było zbyt śpieszno. Nie zamierzał w związku z tym okazywać swojej słabości względem Holly, ograniczając się z trudem jedynie do obserwacji swojego byłego kochanka, a poprawniej – zmian widocznych gołym okiem i zajmując się w międzyczasie chwilowymi podbojami miłosnymi, które umyślnie demonstrował na oczach Ślizgona. Sprawa ta tyczyła się zarówno czułości czy otwartego podrywania i sam Deucent Faradyne doskonale wiedział, że podsyca tym samym zazdrość Hallie, tak jakby mimowolnie liczył na to, że nie wytrzyma w tej pozornej masce obojętności. Obydwaj znali się na wylot, by mieć świadomość tego w jaki czuły punkt należy uderzyć, by uzyskać oczekiwaną reakcję, nawet jeśli okazywało się to bliskie ciosu poniżej pasa. Trudniej było im też się wzajemnie oszukiwać czy utrzymywać coś w tajemnicy, gdyż niewiele bowiem potrzeba, by wzbudzić w drugim podejrzenia.
    Faradyne skrzywił się machinalnie, kiedy ten ślizgoński palant ponownie pchnął go na ścianę – chyba w tej kwestii ta dwójka urządzała sobie prywatną rywalizację, następnie zaciskając rękę na jego mundurku, odwdzięczając mu się tym samym. Nawet gdyby Holly zdecydował się na konfrontację swojej pięści z twarzą Krukona ten zapewne do ostatniej chwili wpatrywałby się w niego z tą samą mieszaniną prowokacji i wyższości, gdyż sytuacja malowała się teraz jako jawna próba sił między wychowankiem Roweny Ravenclaw a Salazara Slytherina. Deucent Faradyne, choć nie przyznałby się do tego otwarcie – nawet za największe skarby i sekrety skrywane w Banku Gringotta, to mimo satysfakcji czuł również coś na wzór rozgoryczenia sytuacją, w której zarówno on, jak i Halliwell się znaleźli. Ten dumny, zapatrzony w czubek własnego nosa Krukon z rozrośniętym ego nie przyznałby się przecież za nic w świecie do tego, że poczuł dotknięty faktem, że Ślizgon, który plasował się na miejscu jego byłego kochanka nie zamierzał się z nim podzielić prawdą, planując kontynuować tę szopkę aż do świąt, kiedy najpewniej po tym czasie miał nie powrócić na drugi semestr edukacji w Hogwarcie. Gniew wymieszany starannie z wyniosłością ujawniający się w jego minie, jak i wyprostowanej jak struna postawie był jedyną oznaką tego, że był w tym momencie niespotykanie wzburzony i jednocześnie zawiedziony, kiedy to na co dzień wykazywał się kompletnym zobojętnieniem na wszystko i wszystkich. Nie zmieniało to jednak faktu, że starał się utrzymać fałszywe oznaki radości wciąż żywe.
    — Satysfakcjonuje — potwierdził kąśliwym tonem, w którym pobrzmiewała nieunikniona frustracja. Na moment na jego twarzy pojawił się półuśmiech, który niedługo potem wyparował. W trakcie wzburzenia ciężko byłoby oczekiwać od Deucenta jakiejkolwiek formy wyrozumiałości. Czara goryczy została przelana i od złośliwości czy uszczypliwości w stopniu maksymalnym nie było ucieczki, a i sam Krukon nie okazałby się nią w żadnym stopniu zainteresowany z wiadomych względów. — Tak samo jak to, że mój eks-chłopak to najpospolitszy tchórz i brakowało mu jaj, aby wcześniej postawić sprawę jasno i powiedzieć jak jest naprawdę. Ja za to jestem dogłębnie wzruszony twoim naiwnym przeświadczeniem albo i nawet pewnością, że jestem taki tępy i niczego nie zauważę. Chciałeś sobie zniknąć bez zbędnego pożegnania, huh? Szkoda, że się przeliczyłeś i nie poszło po twojej myśli – miałbyś mnie z głowy. — ostatnie zdanie wręcz wysyczał w złości, w której pobrzmiewała pogarda. Dodatkowo atmosferę podsycała wspomniana wcześniej lista kandydatów do rozpatrzenia, która za chwilę miała okazać się tylko rzuconym na wietrze słowem bez żadnego pokrycia w rzeczywistości, co tylko odrobinę ukoi wyrwane na ciężką próbę nerwy Faradyne’a.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Jeśli dotychczas Krukon spoglądał na niego nieprzychylnym okiem z niezmiennie uniesionym podbródkiem, to już samo zaszklone spojrzenie Holly, jeszcze zanim łzy znalazły się na bladych policzkach – zbiły skutecznie Deucenta Faradyne’a z pantałyku, osuwając mu spod stóp pewny grunt. Zmarszczył od razu brwi, wpatrując się w Ślizgona ze zdumieniem. Zupełnie nieoczekiwanie znalazł się w samym środku niezręczności, a wcześniejsza złość, która się w nim koncentrowała raptownie uleciała w tym wszystkim, jakby została wypuszczona wolno. Krukon mimo trwającego całkiem długi okres czasu związku z tym samolubnym palantem, który obaj starannie ukrywali przed światem, nie miał nigdy szansy zobaczenia jak po pewnym siebie Ślizgonie widać całą paletę emocji, w tym swoistą bezsilność. Wówczas do wychowanka Roweny Ravenclaw dotarła jedna, acz kluczowa sprawa – inne spojrzenie na to, choć wcześniej nie dopuściłby tego do siebie. Wąskie, tajne przejście zdawało się w obliczu tego przytłaczające i jeszcze bardziej duszne, niż powinno. Deuce czuł się w związku z tym cholernie nieswojo, widząc łzy na policzkach Holly. Początkowo nie odsunął się od chropowatej, zimnej ściany, stojąc przy niej, jakby zamrożony w czasie, lecz niedługo potem odczuł nawet ukucie wyrzutów sumienia ze względu na wyrzucone niczym seria z karabinu w akcie wściekłości słowa.
      Holly okazał się niestabilny emocjonalnie do tego stopnia, że wprawił Deuce’a w kompletnie zdumienie i Krukon na samym początku nie wiedział co ma zrobić w tak nietypowej sytuacji, w której się znalazł ze swoim byłym kochankiem. Dopiero wypowiedziane słowa przez tego ślizgońskiego kretyna sprawiły, że w pierwszym odruchu Faradyne przytulił jedynie tego bałwana do siebie, nie mówiąc nic więcej, jakby potrzebował dłuższej chwili, aby otrząsnąć się z tego co właśnie zobaczył u pana Zajebistości, a mianowicie kompletnie obnażonych nieumyślnie emocji. Deucent nie spodziewałby się nigdy takiego widoku u Halliwella, ale nie bardzo wiedział jak teraz ugryźć ten temat, gdyż zdawał sobie sprawę, że dla Vermiliona kwestia wampiryzmu i wymuszona chwila szczerości nie były niczym przyjemnym.
      — Wcale mnie to nie bawi i nie jest mi w żadnym wypadku do śmiechu, Halliwell — odparł wyjątkowo poważnie, niby to spokojnym głosem, choć wyraźnie stracił rezon. Nie zaprzestał jednak przytulania tego skończonego matoła, choć sam ten gest nie był wcześniej planowany i mógł zdradzać swoiste poczucie bezradności Faradyne’a. — Holly, tylko weź nie zarycz mi szaty. — dodał, siląc się na nieco luźniejszy ton, jakby miał wybrzmieć bardziej żartobliwie i przyczynić się do rozłożenia gęstej atmosfery na czynniki pierwsze. Nie wierzył jednak, aby to się udało, dlatego nie zamierzał na tym zakończyć swojej wypowiedzi. — Nie powinienem był naciskać. Nie planowałeś mi tego mówić, tak jak innych rzeczy… — w tym momencie Deucent westchnął ciężko, robiąc sobie chwilową przerwę, jakby chciał zebrać wirujące w różnych kierunkach myśli. — Więc nie powinienem się wpieprzać na siłę z buciorami. Jeśli dobrze rozumiem to mam dać ci teraz święty spokój, bo przez cały czas od wakacji dałeś mi wystarczająco do zrozumienia, że to zamknięty rozdział, z którym nie planujesz mieć nic więcej wspólnego. — dodał, choć gdyby miał powiedzieć, że taki układ mu odpowiada to zwyczajnie, by skłamał. W tym momencie był w stanie zagryźć własną dumę i odpuścić sobie, ale trudno było stwierdzić czy w rzeczywistości zamierzał się tego trzymać.


      chyba źle interpretujący, nadal trochę zmieszany łamane na zszokowany i może dlatego gadający głupoty – Deuce

      Usuń
  24. [Trochę głupio brzmi to co napisałaś, bo z tego, co mi się wydaje, moje pierwsze podejście z Delmarkiem trwało co najmniej kilka tygodni, a przynajmniej w tym czasie udało mi się zebrać pod jego kartą ponad sto komentarzy z wątkami. Nie, żebym się tłumaczył, ale swego czasu brałem udział w życiu bloga, a ciebie z "wtedy" nie kojarzę.
    Pewnie wybrnąłbym jakoś z tej propozycji, jeśli jestem choć po części tak śliski za jakiego mnie uważasz ;P]

    OdpowiedzUsuń
  25. Louis lubił ciepło. Nie przeszkadzało mu nawet to, że temperatura sięgała ponad trzydziestu stopni, co w samym sercu Londynu, dało się odczuć jeszcze bardziej w związku z nagrzanym asfaltem. Ucieszył się, że pogoda dopisywała w dzień, w którym wybrał się na szkolne zakupy. Lubił przygotowania do rozpoczęcia nowego roku szkolnego. Co prawda do września zostało jeszcze trochę czasu, jednak Wallsh nie przepadał za zbyt długim przesiadywaniem w domu rodzinnym. Nie to, że mu to przeszkadzało tylko w Hogwarcie miał więcej ciekawszych rzeczy do roboty. Z drugiej jednak strony długa rozłąka z rodzicielką też dawała się we znaki. Matka Krukona i on sam mieli ze sobą świetny kontakt. Kobieta wychowała chłopaka, gdy jego biologiczny ojciec ich zostawił. Nigdy nie zdarzyło im się narzekać i jakoś wiązali koniec z końcem. Wszystkie chwile wzmocniły ich relację tak bardzo, że teraz rozumieli się bez słów.
    Przechodził właśnie przez jedną z uliczek. Normalnie nikt nie chciałby się zapuszczać w takie rejony. Dziurawy Kocioł jak zwykle nie przyciągał uwagi zwykłych londyńczyków, którzy raczej woleli trzymać się od niego z daleka. W sumie chłopak wcale im się nie dziwił. Lokal nie wyglądał zachęcająco. Mogłoby się wydawać, że budynek za chwile runie albo, że za chwile wybiegną z niego narkomani i zaczną okładać przechodniów strzykawkami, kradnąc ich portfele. Każdy kto kręcił się w pobliżu takiej lokacji, mógłby z automatu być posądzony o szemrane interesy. Louis doskonale pamiętał, gdy za pierwszym razem bał się wejść do środka baru. Na szczęście przed rozpoczęciem edukacji zdążył poznać rodzinę czarodziejów, którzy mieszkali kilka przecznic od niego. Dzięki nim jakoś udało mu się znaleźć odwagę, by znaleźć się wewnątrz pubu.
    Zanim wszedł do środka, to pożegnał się z matką, która tak jak i on nie przepadała za Dziurawym Kotłem. Kobieta szybko poszła załatwiać swoje sprawy, zostawiając syna pod drzwiami. Louis delikatnie pchnął drzwi, które solidnie stawiały opór. Chłopakowi nie udało się wejść niepostrzeżenie, gdyż zaraz rozległo się głośnie skrzypnięcie. Skrzywił się lekko pod naporem wzroku zgromadzonych wewnątrz czarodziei. Patrzyli na niego tak, jakby zrobił coś strasznego, a to przecież nie jego wina, że dzień wcześniej spili się Ognistą i teraz zdychali z bólu głowy, który nasilał się przy każdym głośnym dźwięku i ostrym snopie światła. Wallsh jako przeciwnik picia bez umiaru specjalnie zostawił rozchylone drzwi. Niech mają nauczkę. Niestety, gdy właściciel nieszczęsnego przybytku syknął na niego, to Krukon musiał się wrócić i zamknąć drzwi. Mężczyzna spojrzał na niego spode łba, na co ciemnowłosy pokazał różdżkę. Z gracją wyminął siedzących czarodziejów i znalazł się na ogrodzonym ceglanym murem podwórku. Znalezienie właściwych cegieł zabrało mu nieco czasu, jednak w końcu udało mu się je odnaleźć.
    Po chwili znajdował się już na Ulicy Pokątnej. Była to jedna z największych i najczęściej uczęszczanych przecz czarodziejów uliczek. Wallsh lubił to miejsce, chociaż w jego opinii było zbyt tłoczne. Zwłaszcza o tej porze roku, gdy roku szkolnego było już tuż tuż. Czarodzieje nagle dostawiali kopa i przypominali sobie o tym, że trzeba kupić pociechom wyprawkę.
    Louis zaopatrzony w sakiewkę wypełnioną galeonami, mógł bez problemów pozwolić sobie na rundkę po wszystkich sklepach. Spojrzał na wcześniej przygotowaną listę, na której wypisał sobie wszystkie potrzebne rzeczy. Na początek musiał kupić nowy kociołek, gdyż jego poprzedni uległ wypadkowi podczas jednego z eksperymentów. Krukon miał szczęście, że ucierpiał tylko kociołek i szata, którą tamtego dnia miał na sobie, a nie on sam.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Wybór odpowiedniego kociołka był prosty, więc Krukon nie zmarnował w sklepie zbyt dużo czasu. Kolejnym punktem było kupno książek i podręczników. OWTMy zbliżały się nieubłaganie i szybko. Louis nie wiedział, jak będzie wyglądać jego ostatni rok w Hogwarcie, ale był pewny, że poświęci znacznie więcej czasu na naukę niż do tej pory. Zamierzał kupić nie tylko potrzebne książki ale i kilka lektur z literaturą dodatkową, by móc przygotować się jeszcze lepiej.
      Esy i Floresy był ulubionym budynkiem Louisa na Pokątnej. Lubił czytać książki, a nie znał lepszej księgarni. Gdy tylko zobaczył znajomy szyld, od razu uśmiech wkradł mu się na twarz. Po przekroczeniu progu, od razu wyczuł przyjemny zapach nowych książek. Nie było dla niego lepszego zajęcia niż czytanie czegoś przed kominkiem w Pokoju Wspólnym popijając herbatę. Było to idealne zakończenie męczących dni. W zamku nie zawsze wszystko szło z górki. Wiele rzeczy mogło zepsuć dzień, począwszy od Irytka i na upadku ze schodów skończywszy. Wallsh w swoim życiu zdążył już odhaczyć wiele z nieprzyjemności, jednakże wiedział, że ciągle coś tam na niego czyha.
      Skręcił w alejkę, w której znajdywały się nowości. Kilka książek rzuciło mu się w oczy, a przeglądanie ich zajęło mu nieco czasu. Trzymał w dłoniach podręcznik pod tytułem Krótkie rozprawki o istotach latających. Krukon wczytując się w drobny druk nie zauważył, że ktoś podszedł niedaleko. Odwrócił się.
      – Szukam podręczników – odpowiedział, odkładając trzymaną książkę na półkę. – Po co chcesz tam iść? – zapytał z nutą zainteresowania w głosie. Podniósł z ziemi siatkę z kociołkiem, a pod rękę wziął podręczniki, które udało mu się znaleźć. Podszedł do kasy, by móc zapłacić za wszystko.

      Louisek

      Usuń
  26. [ Czystokrwisty ślizgon, którego imienia lepiej nie skracać? W takim razie sam w sobie byłby prowokacją dla Freddie'go C: Tak się zastanawiałam, czy twój pan byłby może zdolny do szantażowania Waylanda, gdyby przez przypadek poznał jego wielki sekret? Całość podsyciła by wieczna nienawiść z serii gryfon-ślizgon i kto wie, może coś by się skomplikowało i wyszłoby coś fajnego? Freddie ma trochę smacznych sekretów ;> ]

    Freddie

    OdpowiedzUsuń
  27. [ Hmm, no okeeey, jak pomysł średnio ci przypadł do gustu to można zawsze wymyślić coś innego, jeśli są chęci C: ]

    Freddie

    OdpowiedzUsuń
  28. [Przebrnęłam przez całą treść karty i zgadzam się, że pan jest trudny w obyciu, ale i tak z chęcią przychodzę po wątek :D Masz może jakiś pomysł czy robimy burzę mózgów?]

    Wiktor

    OdpowiedzUsuń
  29. [Podejmuję wyzwanie i chcę złamać duszę Vermiliona. Może nie za bardzo spodoba się ten pomysł samemu Jovanowi, ale odpowiednio chłopca przymuszę. Wiem, że masz urlop, ale ładnie poczekam na jakąkolwiek odpowiedź. Brakuje mi wątków z silnymi, pewnymi siebie bohaterami. Kiedyś był ich przesyt, a teraz o wiarygodnego drania trudno. To jak, idziemy na ognistą whisky?]

    Jovan Hamilton

    OdpowiedzUsuń
  30. [Chcesz całkiem w ciemno? Dobrze. Jeśli Ci się nie spieszny, mogę zacząć. Ale to pewnie pod koniec tygodnia. I ostrzegam, że będę improwizować.]

    Jovan Hamilton

    OdpowiedzUsuń
  31. [Wylądowałam w szpitalu, ale wrócę. Nie wiem tylko kiedy. Jeśli nie masz cierpliwości, na spokojnie zrezygnuj z wątku.]

    Jovan, Virginia, Francis

    OdpowiedzUsuń
  32. [ Długość marna, jakość marna i tyle z tej marności może wyjść dobrego, że powinno być już tylko lepiej.]

    — Masz rację — kwituje, odcinając się od poprzednio zasłyszanych słów. — Co pocznę bez tak wielkiego talentu? Przecież tak trudno znaleźć teraz pokrakę, która nie potrafi odbić piłki i utrzymać się na miotle. Twoje odejście to niepowetowana strata, kochanie — kąciki jego ust unoszą się niemal szyderczo. — Chcesz dostać pożegnalnego całusa?
    To, co burzy mu właśnie krew, nie zasługuje na miano złości. Określiłby to prędzej jako uczucie pośrednie między zniesmaczeniem a zawodem; dopełnienie podejrzenia, że nie da rady dłużej pokładać wiary w kogoś, kto w swoim egotycznym uniesieniu wiarę przyrównuje do ufności typowej dla głupca.
    Stojąc naprzeciwko Halliwella, nie pamięta już, kiedy w parze z kolejnym przegapionym rzutem nie szły mowy pochwalne dotyczące jego ponadprzeciętnych umiejętności. Słowa, tyle słów. Ileż nasłuchał się o jednym ze swoich pałkarzy, tak zdolnym, że mógłby w mgnieniu oka zgasić Słońce. Ileż starć miał z nim podczas wielogodzinnych treningów!
    Myśli o sobie jak o drapieżniku i nie oczekuje od sobie podobnych przeistoczenia się w zwierzynę łowną. Mają przede wszystkim znać swoje miejsce w szeregu i wiedzieć, że w każdym stadzie może być tylko jeden przywódca — okrutny, ale sprawiedliwy. W stadzie nie ma miejsca na buntowników, na knujących po cichu, na tych, którzy nie respektują woli tego, który stoi nad nimi. Halliwell od zawsze był burzycielem, lecz póki mógł zapewnić swojej drużynie zwycięstwo, Viggo starał się widzieć w nim kogoś więcej, aniżeli tylko zbyt dumnego z siebie aroganta.
    Teraz wie, że wszystkie starania poszły na marne.
    — Wraz z dniem dzisiejszym masz zakaz wstępu na boisko — odpycha go od siebie. — Zabieraj stąd swoje śmieci i nie pokazuj mi się więcej na oczy. W mojej drużynie nie ma miejsca dla bezużytecznych łamag.

    Viggo

    OdpowiedzUsuń
  33. Powiedzieć, że Faradyne czuł się w tej niecodziennej i zarazem niespotykanie niezręcznej — jak na liczną serię minionych spotkań z Halliwellem Vermilionem, które miał już na koncie na przestrzeni dokładnie dwóch lat — sytuacji swobodnie byłoby najzwyklejszym zakłamywaniem rzeczywistości. Nigdy nie widział łez u tego egoistycznego i egocentrycznego palanta, a i sam Krukon bowiem nie spodziewał się, że we własnej złośliwie i cierpliwie zaplanowanej akcji bazującej na jego własnych uważnych, acz skrupulatnych obserwacji, przy mocniejszym nacisku złamie go, a tym samym obnaży prawdziwe i skrywane przed światem oblicze tego konsumowanego przez poprawnie zdiagnozowany przez Deuce’a wampiryzm kretyna. Wypada zaznaczyć, że tego się zupełnie nie spodziewał i został kompletnie zaskoczony takim obrotem sprawy. Dlatego też podjęte przez Faradyne’a ruchy mogły wyglądać z drugiej ręki całkiem niezdarnie, choć bez wątpienia zostały poczynione nad wyraz spontanicznie. Wymuszona przez Krukona bliskość sprawiła, że on sam nieco przez to złagodniał, spuszczając z twardego, złośliwego tonu, chcąc tym samym uspokoić lub choćby minimalnie przywrócić Holly do względnej używalności, lecz bez wątpienia nie był tym, któremu mogło się to udać. Ślizgon nie potrafił bowiem przed nim niczego udawać. Zresztą… Obydwaj znali się na wylot, a ich zarówno słabe, jak i mocne strony nie okazywały się żadnym zaskoczeniem dla jednego i drugiego.
    Nie sądziłem, że jesteś taki sentymentalny. Jeszcze pomyślę, że coś do mnie czujesz — na dźwięk tych słów Hallie wypowiedzianych z pozornie łatwą ironią, kąciki ust Deucenta uniosły się w iście cynicznym uśmiechu. On? Sentymentalny? Dobre sobie. Oczywistą oczywistością pozostawał jednak fakt, stający co prawda w opozycji do wypowiadanych przez nich słów, iż ci dwaj zapatrzeni w czubki własnych nosów narcyzy będą względem siebie zbyt dumne, do takiej otwartości, choć jak na ironię — obydwaj wiedzieli jak się to miało w praktyce, a to co ich łączyło nie pozostawiało żadnych zbędnych wątpliwości, choć nie nazywali tego wprost, uznając to zapewne poniekąd jako własną słabość.
    — Pomyślisz? — podłapał Krukon kąśliwym tonem. Uśmiech nadal pozostawał na swym poprzednim miejscu, a to stosowny znak mówiący o tym, że łagodność Faradyne’a tak jak była, tak samo się zmywała… Stopniowo. Za sprawą uroku osobistego Holly, a jakże. Niezręczność tym samym ustępowała pewnej rosnącej drażliwości. — Nie przypuszczałbym, Vermilion, że myślenie może być twoją mocną stroną. — dodał kpiąco, obdarowując tego palanta stosownym do rozwoju sytuacji prychnięciem, wciąż go obejmując. Chyba ten kretyn nie sądził, że nagle w obliczu tej sytuacji usłyszy jakieś głębokie wyznanie miłosne, które sprawiłoby, że Ślizgonowi zwyczajnie zmiękłyby kolana, a rumieńce wkradły się mimowolnie na wampirze, bo blade, policzki. Jasne, już Deucent pędził odegrać mugolskiego Romea swojej Holly, istne niedoczekanie. Jednak wspomnienie o marnotrawstwie czasu na trupa, jak określił to ten pacan, sprawiło, że Deucent przewrócił oczami, mając ochotę sprzedać mu coś co pozwoli mu zamknąć tę jakże parszywą ślizgońską mordę, ale ograniczył się jedynie do tego drobnego gestu, co i tak było sporym osiągnięciem.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Kiedy Halliwell przełamał się na tyle, by nareszcie powiedzieć to, co Deucent wydedukował już sam — mimowolnie wciągnął głośno powietrze, darując sobie zbędne komentarze. Wiedział jak sprawa wyglądała — potrzebował jedynie potwierdzenia. Wbrew wszelkim pozorom Faradyne rościł sobie prawa do szczerości — w końcu dwa lata ich burzliwej znajomości poniekąd do tego zobowiązywały, a Krukon przecież jak mało kto nie przepadał za ignorowaniem jego osoby, ale on jednak cierpliwie czekał, doprowadzając przy okazji Holly do zazdrości, kiedy musiała obserwować jak podrywał poszczególnych nauczycieli w trakcie zajęć czy uczniów między nimi. Faradyne okazywał się szczwaną bestią — robił to przecież z pełną premedytacją, oczekując z niemalże stoicką postawą i powściągliwością na pożądaną reakcję, czerpiąc z tego najczystszą satysfakcję.
      Jednakże Deucent przyglądał się Holly uważnie, kiedy usłyszał o jego wampirycznych pragnieniach względem swojej osoby i ich również nie skomentował — i nie, nie dlatego, że czuł się lepszy czy cokolwiek w ten deseń. Faradyne najzwyczajniej na świecie nie miał zielonego pojęcia co mógłby powiedzieć. Będzie dobrze albo wcale, że nie? Krukon musiał zwyczajnie przełknąć tę oto gorzką prawdę, na którą nie miał nawet najmniejszego wpływu, dlatego ograniczył się do obserwacji. Wzmianka o rzucaniu avadą odbiła się wyraźnym niezadowoleniem, a może i nawet rozgniewaniem na twarzy bruneta, który w tym momencie uniósł dumnie podbródek. Halliwell jeszcze nie wiedział, że dolewa tym samym oliwy do ognia, a dotychczasowa próba zrozumienia i odnalezienia się w nowej rzeczywistości, gdy jego wszelkie obawy okazały się dotkliwe dla jego osoby — nagle wyparowały, a w ich miejsce wkradła się śmiało szyderstwo wraz z ciętością.
      — Ach, tak? Tchórz, z którym sypiałem nie miał jaj, aby przez minione miesiące powiedzieć mi wprost co się zmieniło, a teraz tak bardzo pragnie avady? Jakiś niezbyt dorobiony i przemyślany ten twój żart, Vermilion, nawet mnie to już nie bawi. — odparował oschłym, pozbawionym współczucia tonem Deucent, wlepiając w niego oziębłe spojrzenie zmrużonych oczu, by następnie pokręcić tylko z politowaniem głową. Złość, którą stopniowo podgrzewał mniej lub bardziej umyślnie Ślizgon rosła z każdą kolejną sekundą, sprawiając tym samym, że w samym Krukonie aż się kotłowało.
      Vermilion chciał go wyprosić z tego ciasnego, dusznego pomieszczenia, stanowiącego zarazem tajemne przejście, ukrywające ich prywatną rozmowę przed zbyt ciekawskimi oczami innych, którzy chętnie napędziliby jakieś zbędne w ocenie Deuce’a plotki. Jednak… Całkiem pobożne marzenia, Holly. Deucent uparcie nie ruszył się z miejsca — nawet na moment skrzyżował ramiona, by chwilę później zmniejszyć specjalnie stworzoną przez Ślizgona odległość i to chyba tylko dla stworzenia jego prywatnej sfery komfortu, w której miałby się ogarnąć — Krukon pchnął go na chropowatą ścianę, dbając o to, by zdeptać jego wszelkie nadzieje na to, że to on tutaj rozdaje karty. To nie Holly zainicjowała to spotkanie, więc nie będzie go kończyć. W obliczu ponownie zmniejszonej między nimi odległości Deuce chwycił mocno za jego podbródek, zmuszając go do kontaktu wzrokowego.

      Usuń
    2. — Pozwól, że wyjaśnię ci jedno, ty skończony kretynie – zawsze zajmowałeś mój czas i jakoś nigdy nie próbowałeś mnie spławiać, a to działa mi tylko na nerwy. Od paru miesięcy, wiesz? Poza tym dałem ci wystarczająco dużo czasu na to, aby dać mi przejrzyste odpowiedzi, więc ponawiam pytanie, które zignorowałeś, Halliwell — zaczął szorstko, nie bawiąc się już w zbędne kurtuazje i miłe słowa. Chciał wiedzieć na czym stoi, bo przez minione miesiące jego sytuacja i niepewność stanu rzeczy do stabilnych zaliczyć pod żadnym względem nie można było. Ignorowanie Deucenta weszło w nawyk Vermiliona i teraz – czy ten tego chciał czy nie – zamierzał dostać to co potrzebował. Potrzebował odpowiedzi. — Mam traktować cię i to co między nami było jak zamknięty rozdział, a to spotkanie traktować jako pożegnanie i więcej nie wchodzić ci w drogę? I lepiej dobrze to przemyśl, Vermilion. — dodał stanowczo, opierając prawą rękę o ścianę, nieopodal Ślizgona.



      Wyprowadzony z równowagi, lecz nadal kochający — Deuce


      Niech zgadnę… czyżbyś troszeczkę tęskniła? ♥
      PS Wybacz błędy, poprawię się~

      Usuń
  34. Pogoda na zewnątrz zdecydowanie nie zachęcała do siedzenia w lochach przez cały ciągnący się w nieskończoność dzień, dlatego też Arsellus postanowił w całym swoim jakże świetlistym geniuszu wyjść na zewnątrz. Co oczywiste — odział się w kurtkę, bo sama ślizgonśka szata ze względu na panującą porę roku nie spełniłaby roli ochrony przed zimniejszymi temperaturami. Zima w tym roku się zbytnio nie popisała, ale najwyraźniej strzeliła wybitnego focha, nie chcąc się pokazać, ale… Grudniowy dawał jej jeszcze szanse na popisanie się, niż spisze ją otwarcie na straty. W końcu kto jak kto, ale on uwielbiał śnieg skrzypiący pod butami, mróz szczypiący w policzki i przede wszystkim — wojny na śniegu, którego w chwili obecnej uraczyć nie mógł, więc temu paskudnemu Vermilionowi nie sprzedałby też kulki w twarz… za największą niegodziwość jakiej ten drużynowy dupek mógł się dopuścić. Dla samego Arsa taka akcja byłaby bardzo satysfakcjonująca.
    Ten stale noszący się parszywiec ośmielił się zaniedbać swojego jakże urodziwego, dumnego kota i nie, nie było to jednorazowe zajście, lecz tym razem miarka się przebrała. Smutne, acz wybredne w pełni tego słowa znaczeniu stworzenie wyraźnie przykuło uwagę byłego Przewodniczącego KZWP, gdyż porzucony Muscat błąkał się po Pokoju Wspólnym Ślizgonów, mrucząc żałośnie, co Arsowi jako miłośnikowi tych puchatych, mruczących istotek podpowiadało jedno — ten kretyn go wygłodził. Dlatego też w pierwszej kolejności postanowił nakarmić go w towarzystwie swojej śnieżnobiałej kotki — Lukrecji. Grudniowy jako przyjaciel tego egoistycznego popaprańca — Hallie musiał się Muscatem zaopiekować w należyty sposób, czuł taką powinność, ale doskonale zdawał sobie sprawę, że nie uraczy żadnych wyrazów wdzięczności. Szkoda byłoby, aby takie stworzenie zmuszone było do żebrania się o jedzenie u naiwnych uczniaków Hogwartu, których przebiegły kocur wyjątkowej urody obdarowywał zadrapaniami wszelkiej maści, tak jakby polowanie na nich było uprzednio uknutym podstępem na miarę jego właściciela.
    Wraz z rozwojem sytuacji Arsellus nie porzucił ochoty na wyjście na zewnątrz, po zabraniu i ubraniu swojej kurtki, wziął na ręce zarówno swoją ukochaną Lukrecję, jak i oswojonego po kilku cierpliwym podejściach, które o dziwo nie skończyły się krwawo, Muscata. W blasku świecącego, ciepłego słońca rozsiadł się na błoniach w tym jakże doborowym, mruczącym uspokajająco towarzystwie, bo pogoda choć chłodna, jak na porę roku przystało — przypominała jednak jesień, aniżeli zimę. Dlatego nie dziwił go widok wielu uczniów wychodzących na zewnątrz, aby skorzystać z uroków złotej jesieni, bo i sam wiatr nie okazywał się w żadnym razie zimny jak jasna cholera. Ars oczekiwał jednak tak nędznego wyczucia jak dom Ronalda Weasleya z czasów młodości, że to właśnie ten dzień kiedy Halliwell postanowi polepszyć swoje stosunki ze swoim kotem. Pan-wielkie-ego przybył, kiedy to właściciel różdżki wykonanej z czarnego bzu tarmosił uległego kociaka za uchem, co prawda słysząc jego lament, posłał mu jedynie krzywe spojrzenie, obdarowując go grymasem.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. — Twoją ohydną gębę też miło widzieć, ale niestety… zepsułeś mi dzień swoim pojawieniem się. Nawet słońce schowało się za chmurami... Powiedziałbym, abyś zszedł mi z oczu, ale jak znam życie pewnie twój chłoptaś dał ci właśnie kosza, dlatego przypominałeś sobie o Muscacie, czyż nie? — odparł złośliwym tonem na powitanie, obdarowując go ironicznym uśmiechem czającym się w kącikach ust. Przytyk Vermiliona nie zrobił na nim wielkiego wrażenia – poniekąd był do tego przyzwyczajony. Machnął na niego krótko lekceważąco lewą dłonią, by przejechać nią po miękkiej sierści Muscata. Prawą zaś głaskał nieprzerwanie swoją wspaniałą kotkę o zniewalająco niebieskich oczach – Lukrecję. — Zaopiekowałem się tym twoim ósmym cudem świata, więc oczekuję pokłonów dla mego geniuszu, ciężko będzie ci spłacić ten dług i co oczywiste – chcę twojej dozgonnej wdzięczności, Hallie. Gdyby nie ja… Twój kot mógłby nadal czuć się porzucony, a ja nie dość, że go nakarmiłem, to i obdarowałem uwagą, której ty mu nie dajesz. Wolisz zajmować się jakimś przychlastem z domu Roweny Ravenclaw i latać za nim jak zakochana nastolatka, robiąc przy okazji maślane oczy. Jak sam widzisz masz u mnie dług wdzięczności. — dorzucił tym samym tonem z wyraźną wyższością niezbędną w zachowaniu należytej równowagi między nimi. Nie od dziś wiadomo, że ich przyjaźń nie mogła bazować w żadnym razie na samych słodkościach, bo Halliwellowi nie wypadało słodzić i to pod żadnym pozorem, gdyż obrastał wówczas w pawie piórka, popadając zarazem w samozachwyt. Najgorsze w takim czasie było niewątpliwie wysłuchiwanie tego mądrującego się matoła. W takim sytuacjach sam Arsellus miał ochotę wyczarować jakąś szmatę i następnie wsadzić ją swemu ukochanemu przyjacielowi ją do paszczy, by wreszcie się zamknął, a to wszystko w ramach ich przyjacielskich relacji.

      Arsie, władca kotów, czeka na oklaski~

      Usuń