17 sierpnia 2016

The night is dart and full of terrors


Karol Zdunk

Ravenclaw
VI klasa
ścigający
czysta krew
KLUB POJEDYNKÓW
KOŁO WRÓŻBIARSTWA

Urodził się w Krakowie, jednak całe swoje życie spędził w lasach niedaleko Łysej Góry w dworku ukrytym przed wzrokiem mugoli za pomocą specjalnych zaklęć. Jego rodzice są znanymi w Polsce jak i za granicą hodowcami kugucharów, które ze względu na swoje umiejętności w szukaniu przestępców wykorzystywane są nawet przez aurorów w Ministerstwie Magii. Oprócz tego państwo Zdunk są współwłaścicielami jednej z największych polskich hodowli smoków położonej w Tatrach. W wieku jedenastu lat Karol został przyjęty do Hogwartu i przydzielony do Krukonów.
Przez sześć lat nauki Karol odkrył w sobie zdolności wróżbiarskie. Przepowiadanie przyszłości z kart, dłoni czy kryształowych kul idzie mu bardzo dobrze. Od dłuższego czasu interesuje się również czarną magią, ale nie praktykuje jej. W przyszłości chciałby zostać aurorem, dlatego uważa, że znajomość czarnej magii przyda mu się do lepszej obrony przed nią. Bardzo dobrze radzi sobie z zajęć z Zaklęć i Obrony przed czarną magią. Jest osobą spokojną, którą trudno wyprowadzić z równowagi. Warto jednak zaznaczyć, że pomimo łagodnego usposobienia, Karol potrafi zaciekle walczyć o swoje, zwłaszcza gdy jest pewny, że ma rację. Jest ciekawy otaczającego go świata, nierzadko wtyka jednak nos w nieswoje sprawy. Jest indywidualistą, który woli swoje własne towarzystwo niż męczyć się w tłumie. Nie jest wyrzutkiem i ceni sobie obecność ludzi, którzy mogą wnieść coś do jego życia. Ambicja w pewnych sprawach nierzadko go przerasta. Przez niektórych uważany jest za osobę wyniosłą, oschłą i egocentryczną, przy bliższym poznaniu okazuje się, że są to tylko pozory. Niezwykle wymagający nie tylko dla siebie samego, ale i dla osób ze swojego otoczenia. Gdy pracuje w grupie, to zdarza mu się narzucać swoją wizję innym. Lubi gdy wszystko idzie zgodnie z jego myślą, często negując pomysły i rady innych, czym nie przysparza sobie przyjaciół. Bywa złośliwy, jeśli ktoś bardzo mu podpadnie. Dla przyjaciół jest zdolny do największego poświęcenia. Trudno zdobyć jego zaufanie i jeszcze trudniej je odzyskać.
Czas w szkole spędza zazwyczaj na opiekowaniu się swoim kugucharem, treningach quidditcha i pakowaniu się w kłopoty. Uwielbia herbatę i bułeczki cytrynowe, którymi się objada w swoim dormitorium. Przy jego łóżku można zobaczyć wiele podręczników do Wróżbiarstwa i Zaklęć. Jest zmarzluchem, dlatego w jego szafie aż roi się od ciepłych swetrów i bluzek. W ubiorze dominuje kolor czarny przełamany czerwienią.


ciekawostki


fc: Sam Harwood a w tytule George R.R. Martin - Nawałnica mieczy.
Lubię ciekawe i długie wątki. Im dziwniej tym lepiej. Lubię absurd, komedię, tragedię i dramat, więc nie jest się ze mną ciężko dogadać. Stosuję handel wymienny - Ty wymyślasz, ja zaczynam i na odwrót. Szukamy kogoś do ciekawych powiązań.


21 komentarzy:

  1. [Mam na ciebie focha, więc zaczniesz wątek. Ciao~]

    twój najgorszy koszmar

    OdpowiedzUsuń
  2. [Myślę, że niedługo pojawi się odpis ♥]

    Jeszcze nieistniejący Belzungovich

    OdpowiedzUsuń
  3. [Dobry wieczór, zacznę niebawem ;>]

    OdpowiedzUsuń
  4. Chłopak leżący na jednym z łóżek znajdujących się w Szkrzydle Szpitalnym drgnął nerwowo, w tym samym czasie na jego twarzy pojawił się grymas.
    — Au — syknął cicho podnosząc się gwałtownie i otwierając oczy. Ruch ten jednak sprawił, że Belzungovich syknął głośniej, czując pulsujący ból głowy, a otwarte powieki szybko przymrużył. Ostre, rażące światło pogłębiało tylko dyskomfort. Przeklął cicho pod nosem, ponownie próbując otworzyć oczy. Tym razem jednak zrobił to znacznie wolniej, starając się przyzwyczaić do jasności. Westchnął cicho przyciskając dłoń do obolałej głowy, jakby ten gest miał spowodować zaprzestanie uporczywego pulsowania, które było na tyle silne i irytujące, że obudziło młodego chłopaka z kilkudniowego już snu. Obolały jęknął przeciągle, uważnie rozglądając się dookoła. Ostatnie co pamiętał to trening quidditcha, na którym zamierzał udowodnić wszystkim członkom drużyny, że tytuł kapitana który z dumą nosił nie został mu przydzielony bez żadnego, konkretnego powodu. Ciemnowłosy chłopak przez całe wakacje układał idealny plan treningowy, który mógłby poprowadzić drużynę Krukonów do zwycięstwa. Vinay należał do tych upartych i ambitnych, przez co mógł się wydawać kapitanem-katem, jednak nie zamierzał się poddawać. Skoro już obrał sobie jakiś cel, musiał do niego dążyć, nawet jeżeli miało to oznaczać rezygnację z całego swojego i nie tylko, wolnego czasu. Kiedy jego oczy przyzwyczaiły się w końcu do słonecznego światła, wdzierającego się do pomieszczenia przez średniej wielkości okna rozejrzał się dokładnie dookoła. Nie trudne było zorientowanie się, w jakim się znajduje miejscu. Widok siedzącego w pobliżu Karola i znalezienie odpowiedniego wytłumaczenia dla jego obecności było zdecydowanie ciężkie, a Belzungovich w chwili obecnej nie znajdował się w najlepszej formie, więc wpatrywał się tylko w siedzącego i pochłaniającego czekoladową żabę nastolatka. Uściślając chłopaka, z którym wspólnie reprezentował Krukońskie barwy, należąc wspólnie do szkolnej drużyny. Nastolatka, do którego niegdyś coś czuł, a który w obecnych chwilach potrafił go naprawdę mocno irytować i któremu sam ciemnowłosy lubił robić po prostu na złość, tak dla zasady.
    — Co tu… Co się stało? — Nie był pewien o co powinien zapytać w pierwszej kolejności. Równie mocno interesował go powód jego pobytu w szpitalu, jak i obecność Zdunka przy jego łóżku. Pomimo tego, że ciekawość i chęć poznania owej przyczyny były naprawdę mocne. Vinay nie chciał dać po sobie poznać, że naprawdę mogłoby go to zainteresować. — Dokończyliście trening zgodnie z planem? — Zapytał po chwili, w końcu quidditch i tegoroczne zwycięstwo było tym, co liczyło się najbardziej. Nawet, a może zwłaszcza w takiej sytuacji. W mniemaniu młodego Krukona drużyna pozbawiona chwilowo kapitana powinna sama z siebie trenować bardziej zawzięcie, chcąc udowodnić, że im równie mocno zależy na zwycięstwie. W myślach Belzungovicha tliło się jednak światełko, podpowiadające, że gdyby sami byli wystarczająco zmobilizowani, jego posada kapitana niekoniecznie byłaby niezbędna. W końcu to właśnie on miał być tym, który potrafi nad nimi w jakiś sposób zapanować i zmusić do współpracy, która ma doprowadzić ich po zwycięstwo. Spojrzał jednak ponownie na Karola, próbując skupić się na tym, co się właśnie dzieje dookoła jego osoby. Ból sprawiał, że nie był w stanie się na niczym skoncentrować a myśli wręcz przebiegały mu przez głowę, podając kolejne tematy rozmyślań: jak chociażby opakowanie po czekoladowej żabie. Skąd one się wzięło i czyje one było? Czy blondyn bezczelnie postanowił pożreć cudzą własność czy przyszedł już ze smakołykiem, a może chciał go zostawić dla Vinaya, ale poczuł nagły głód, który musiał prędko zaspokoić? Nie zamierzał się dopytywać, a tym bardziej kłócić o czekoladową żabę. Była to jednak jedna z tych nagłych myśli, które pojawiały się, mieszały i szybko znikały robiąc miejsce kolejnym.

    Vinay

    OdpowiedzUsuń
  5. [ Cześć, masz może jakiś pomysł na wątek/powiązanie? Chętnie zacznę :) ]

    Julia Jones

    OdpowiedzUsuń
  6. [Z chęcią, ale powiedz mi co.]

    będę dobra, ale tylko z wytycznymi

    OdpowiedzUsuń
  7. Padało. Cały dzień lało jak z cebra. Drużyna siedziała w Pokoju Wspólnym od obiadu i nie mogła się zebrać, żeby wyjść na trening, bo już ostatni odbył się w deszczu i na kolejny nikt nie miał ochoty. Kafel wyślizgiwał się wtedy z rąk, tłuczki pojawiały się znikąd w ostatniej chwili, o złotym zniczu już nie wspominając. Łatwo było w takiej sytuacji o wypadek, a mecz zbliżał się nieubłaganie i gdyby jeden z członków wylądował w skrzydle szpitalnym na dłużej, szanse drużyny wisiałyby na włosku. Dopiero po szesnastej pogoda nieco się uspokoiła i w końcu zmotywowali się, żeby wyjść na boisko. Oczywiście już po pół godzinie znowu zaczęło lać, wszyscy byli skrajnie przemoczeni, ale trening szedł całkiem nieźle. Skończył się około osiemnastej.
    Julia sfrunęła na dół i wolnym krokiem ruszyła w stronę szatni. I tak nie mogła już bardziej zmoknąć, bo nawet w butach woda chlupała jej przy każdym kroku. Ktoś rozpalił w kominku, więc gdy tylko weszła do szatni od razu uderzyło ją przyjemne ciepło. Cześć drużyny już brała prysznic, a część zdejmowała z siebie wierzchnie części stroju, żeby nie ociekając wodą, usiąść później przy ogniu. Julia szybko została w samych getrach i topie, a resztę ubrań odłożyła na ławkę i rzuciła na nie zaklęcie wysuszające. Poskładała w równą kostkę i włożyła do szafki oznaczonej jej nazwiskiem. Usiadła niedaleko kominka obok Karola i oparła na chwilę głowę o jego ramię.
    - Jestem wykończona. - mruknęła, robiąc smutną minkę i zaraz znowu się wyprostowała. Ponad połowa drużyny już poszła do zamku.

    Julia

    OdpowiedzUsuń
  8. Zignorował ostrzeżenie chłopaka, dźwignął się tylko na dłoniach i uniósł, opierając się plecami o miękkie poduszki. Przełknął ślinę i otworzył szerzej oczy, gdy dzięki Karolowi w pomieszczeniu zapanował półmrok. Zdunk był jednak jedną z ostatnich osób, które Vinay pragnął zobaczyć w tym momencie. Szczególnie, odkąd ich relacja znacznie się ochłodziła. Od długiego czasu, tak naprawdę spędzali ze sobą czas tylko podczas treningów i meczów quidditcha. Na szczęście nie dzielili ze sobą wszystkich zajęć i mieli szansę na odpoczynek od swoich osób. W dodatku, każdy z nich z łatwością znalazł sobie innych znajomych, którzy zajmowali im czas. Belzungovich czasami, w pokoju wspólnym Krukonów obserwował swojego… dawnego przyjaciela, zastanawiając się nad tym jak mogłaby wyglądać ich znajomość obecnie, gdyby nie pewne wydarzenia z przeszłości.
    — A co innego, według ciebie, miałoby mnie interesować? — Burknął natychmiastowo, oczekując odpowiedzi od Zdunka. Quidditch zawsze był dla Vinaya ważny, odkąd został kapitanem stał się najważniejszy. Już jako mały chłopiec marzył o tym by grać narodowej drużynie. Marzenie go nie opuściło, ale dołączyła do tego świadomość, że nie on jeden jest takim chłopcem z pragnieniami, a tu w Hogwarcie, co trzeci marzy o tym samym. Dlatego też musiał być cholernie ambitny. To również było wyjaśnieniem jego bezwzględności podczas treningów, nie akceptował sprzeciwów. Tłumaczenia się z nieobecności na treningu dużą ilością zadań domowych, lub szlabanem były po prostu nieakceptowane. Groźby wyrzuceniem z drużyny również padały z ust Vinaya dość często, ale chłopak dobrze wiedział, że zespół który udało mu się w tym momencie skompletować był najlepszy. Brakowało w nim tylko drugiego pałkarza, na którego rekrutacja miała rozpocząć się na kolejnym treningu. Dla dobra drużyny był w stanie nawet przeboleć fakt, że ten cholerny Azjata, z którym za nic w świecie nie potrafi się dogadać, należał do grupy. Gdyby tylko znalazł kogoś wystarczająco dobrego na jego miejsce i udałoby mu się znaleźć jakiś sposób na pozbycie się go z drużyny – zrobiłby to bez chwili zastanowienia. Nie mógł jednak tego zrobić, nie miał ani godnego zastępcy, ani wystarczająco dobrego powodu, stwierdzenie nie lubię go nie wchodziło w grę. Opiekun domu w życiu, nie przyjąłby takiego uzasadnienia.
    — Spróbowaliby nie… — mruknął cicho pod nosem do siebie. Gdyby tylko dowiedział się o ominięciu treningu zaraz po powrocie na boisko odegrałby się na nich, rozkazując im odpracować to, co wcześniej zignorowali. — Ta, wrócić do wieży. — Odpowiedział na pytanie Krukona i nie czekając na jego reakcję, przesunął się na szpitalnej kozetce, zsuwając z siebie kołdrę i opuszczając nogi w dół. Bosymi stopami dotknął zimnej podłogi, wstał i rozejrzał się za swoimi ubraniami. Chciał jak najszybciej pozbyć się tej okropnej piżamy i wrócić na miotłę. Dokładnie tego pragnął w tym momencie. Gdy postanowił odnaleźć swoją szatę, ruszając w stronę biurka uzdrowicielki, zakręciło mu się w głowie, a przed oczami pojawiły się mroczki. Kolana ugięły się lekko, a on sam wyciągnął dłoń w celu chwycenia czegokolwiek co będzie w stanie pomóc zachować mu równowagę.

    V.

    OdpowiedzUsuń
  9. [ Postaci z polskimi korzeniami jakoś zwykle mnie nie zachwycają, ale od każdej reguły są wyjątki, prawda? C: Poczytałam o tej ambicji, wróżbiarstwie i coś mnie ruszyło, że wpadłam na pomysł, a nawet dwa. Otóż, bywa, że Freddie swoje pokłady energii przelewa na papier w swoim małym zeszyciku. Gdyby go coś tchnęło, mógłby napisać ładny wiersz o tym uroczym, ubranym w niebieskie szaty graczu Quidditcha o dziwnym nazwisku :D A potem tez jego brulion zaginąłby w akcji i jakoś tak przypadkiem mógłby trafić w ręce Karola. Pomysł nr 2 jest trochę bardziej ogólny. Jako, że Freddie jest jasnowidzem, mógłby zobaczyć jak coś złego (lub bardzo złego) przytrafia się Karolowi. I wtedy pewnie będzie chciał go w jakiś sposób ostrzec. Pomysły niezbyt oryginalne, ale cóż. I jeśli Karol jest zainteresowany panami, może mogłoby potem z tego wyniknąć coś więcej? ;3 ]

    Freddie

    OdpowiedzUsuń
  10. [ Mam zamiar zostać na dłużej, więc jestem jak najbardziej za! Chcesz mi to przedstawić na blogu czy mailu? Bo jak coś to pewnie zaraz dodam go do KP, żeby ludzie mieli się jak ze mną porozumieć C: Proponuje, żeby poznali się przez brulion Freddiego i połączyłoby się to z tą wizją, a potem można lecieć z akcją z lustrem. Freddie uwielbia takie 'przygody'. Przed tym wszystkim mogą się znać z widzenia, bo w końcu obaj reprezentują swój dom w Quidditchu C: ]

    Freddie

    OdpowiedzUsuń
  11. [ Poczytałam na wikipedii, jak zasugerowałeś i muszę przyznać, że coraz bardziej mi się to podoba. Freddie będzie jak najbardziej za odnalezieniem lustra nawet, a może szczególnie kiedy nie będzie to proste. A gdyby już je znaleźli i zobaczyli w nim coś d z i w n e g o, to już w ogóle zrobiłoby się ciekawie.
    To co, zaczynamy w końcu od wiersza w zeszycie Freddiego czy jakoś inaczej? I ty zaczynasz czy ja? ;> ]

    Freddie

    OdpowiedzUsuń
  12. [Odczułam wewnętrzną potrzebę stworzenia prawdziwego Ślizgona z krwi i kości, więc oto powstał ten pan.
    Postanowiłam napisać pod kartą Karola, po przeczytaniu dwóch, i tak sobie myślę, że można ich gdzieś razem posadzić przy księgach, aby wcześniej wspomnianą czarną magię studiowali. Nie mówię od razu o wielkich przyjaźniach, ale o znajomych ze wspólnymi zainteresowaniami, a z czasem by się zobaczyło, czy panowie mają podobne poglądy, czy wręcz przeciwnie.]

    Joshua Yaxley

    OdpowiedzUsuń
  13. Freddie rzadko kiedy zachowywał się spokojnie. Zwykle był wielką, rażącą kulą energii która psocąc latała jak szalona po szkole i denerwowała bądź rozbawiała wszystkich naokoło. Nie pozwalał monotonii wkradać się do swojego życia. Zdarzały się jednak chwile, kiedy siadał cicho, otwierał swój brulion, a jego ręce jakby samoczynnie, współpracując z umysłem, zapisywały kolejne słowa. Pisanie. Poezja, proza, darzył uwielbieniem oba te rodzaje, choć to w wierszach miał największą wprawę. Wszystko potrafiło go zainspirować, od liści tańczących wokoł drzew przez jesienny wiatr po zwykły, nieciekawy kawałek pergaminu. Czasem natchniony siadał przy stoliku i po pięciu minutach podziwiał obszerny poemat, czasem godzinami główkował nad jedną linijką. Ale tacy juz byli artyści. Kapryśni, zmienni, niezdecydowani.
    Jego brulion, prosty zeszyt oprawiony w brązową skórę z małym zapięciem i imieniem oraz nazwiskiem Freddiego nabazgranym na pierwszej stronie, zawierał sporo opisów z życia jego właściciela. Opowiadał o t a m t e j nocy, o licznych wygranych i przegranych, rodzinnnych rozterkach, ale zawierał także krótsze, niby nic nie znaczące utwory, napisane pod wpływem weny.
    Właśnie nad takim wierszem pracował, siedząc na boisku Quidditcha i z zaciekawieniem oglądając trening krukonów. Nie przebywał tu w jakimś konkretnym celu, nie próbował odkryć żadnej tajnej taktyki ani nic w tym rodzaju, choć niektórzy zapewne by tak pomyśleli. Otóż tego dnia jego jego małym natchnieniem okazał się pewien
    tajemniczy blondyn, szybujący teraz na boisku w niebiesko-brązowym stroju. Nie znał go, nie osobiście, wiedział jednak, jak ten ma na imię, które wydawało mu się dziwne, niepasujące do brytyjskiej kultury. Wiersz nie miał zbyt mocnego zabarwienia, pisało mu się go przyjemnie, ale Freddie i tak by nie chciał, żeby ktokolwiek
    inny go przeczytał. Jeszcze nikomu nie udało się dorwać brulionu i miał zamiar dopilnować, żeby tak pozostało. Skończył wcześnie, a wisiał nad nim jeszcze esej z historii magii, który musiał oddać następnego dnia. Wolał nie doprowadzić do kolejnego ochrzanu od profesora. Uśmiechnął się jeszcze pod nosem, jakby na pożegnanie
    swojej twórczości i owego jasnowłosego, który go do niej popchnął, zanim niemal zbiegł z trybunów i nie do końca szczęśliwy spakowawszy zeszyt do torby, ruszył w stronę zamku. Ruszył przez błodnia, po drodze witając się z kilkoma znajomymi, zatrzymał się nawet raz na krótką pogawędkę, w efekcie czego w dormitorium znalazł się później niż powinien. Rozsiadł się na łóżku z miną męczennika i sięgnął do torby, by wyjąć z niej w połowie zapisany pergamin. Jego ręka natknęła się na dziwną pustkę. Zmarszczył brwi i nerwowo zaczął przeszukiwać torbę, wywalając z niej wszystkie rzeczy. Nie. To niemożliwe.
    - Thomas! - krzyknął, zrywając się z materaca. Stanął nad łóżkiem współlokatora, przypatrując mu się groźnie - Gdzie jest mój brulion do cholery? Rudzielec zerknął na przyjaciela z niejakim zdziwieniem i wzruszył ramionami.
    - Nie mam pojęcia, stary. Może go gdzieś zapodziałeś? - spytał z takim uśmiechem, że Freddie zacisnął dłonie w pięści.
    - To nie jest zabawne! W tym zeszycie znajdują się rzeczy, których nikt nie może zobaczyć. - warknął spięty, wyrzucając ręce w góre. Przecież nie mógł tak po prostu zniknąć.
    - Stary, dopiero wróciłeś, nawet nie miałbym ci jak go zabrać. Poza tym, wiem, jaki jest dla ciebie ważny...- mówił, ale Freddie go juz nie słuchał. Wypadł z dormitorium jak szalony, po drodzę prawie wpadając na jakąś dziewczynę. Pewnie go zgubił, gdzieś po drodze z boiska. Teraz musiał, po prostu musiał go odnaleźć, choćby miał szukać całą noc.
    [Pozwól, że oszczędze Ci bólu i sam wiersz pozostawię twojej wyobraźni, jestem beznadziejną poetką :D ]

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. coś dziwnego stało się z akapitami wtf ;n;

      Usuń
  14. — Daruj sobie, Karol. — Odezwał się całkiem mocnym głosem, jak na kogoś kto właśnie przebudził się po upadku. Uniósł się odrobinę, jednak tym razem nie zamierzał od razu wstawać z łóżka. Nie miał ochoty po raz kolejny wylądować na ziemi. Faktycznie nie powinien się ruszać już wtedy, za pierwszym razem, ale Vinay był człowiekiem, który nie potrafił usiedzieć w miejscu. Tym bardziej w Skrzydle Szpitalnym i to jeszcze w obecności Karolka. Wmawiał sobie często, że to co czuje do Zdunka to żadne, głębokie uczucie, że tak naprawdę to tylko wspomnienie, sentyment po pierwszym odwzajemnionym zakochaniu. Próbował tłumić w sobie emocje, które budziły się w nim gdy Polak znajdował się w pobliżu. Niestety przebywali ze sobą zbyt często, można by ośmielić się stwierdzić, że przez to powinno wychodzić mu to całkiem sprawnie, było jednak wręcz odwrotnie. Owszem, nie pokazywał, że mu nadal zależy bo męski honor po prostu mu na to nie pozwalał. Zamiast tego okazywał często swoją niechęć względem kolegi z roku i dziwną łatwość wprowadzania się wzajemnie w ciągły stan irytacji. Ta dwójka zdecydowanie nie powinna spędzać ze sobą tyle czasu, a fakt, że należeli razem do szkolnej drużyny quidditcha, tylko to wszystko pogarszało. Na boisku musieli nie tylko się tolerować, ale jeszcze współgrać. Być jedną drużyną, która zrobi wszystko aby wspólnymi siłami zdobyć zwycięski puchar. Właśnie to liczyło się najbardziej dla bruneta. Wygrana. Gotowy był zrobić dla niej wszystko. Ciężki trening w wichurze z deszczem nie był dla niego przeszkodą, w końcu zdarzało się, że grali w gorszych warunkach atmosferycznych, więc gdy tylko pogoda się pogarszała Belzungovich z większą chęcią organizował treningi. Uważał, że powinni być przygotowani na wszystko. Czasami zdawał sobie sprawę z tego, że dla pozostałych graczy ten sport nie jest na tyle ważny, a każdy z nich ma inny plan na swoją przyszłość. Krukon nie potrafił jednak wyobrazić sobie siebie w jakimś innym miejscu. Ojciec z przyjemnością załatwiłby mu jakąś ciepłą posadkę w Ministerstwie Magii, ale to nie było to o czym marzył. Nawet jeżeli owa posadka znajdowałaby się w Departamencie Magicznych Sportów i Gier. — Poza tym, co ty niby możesz zrobić? — Burknął, spoglądając w oczy blondyna po raz pierwszy od długiego czasu. Zazwyczaj nie utrzymywał z nim kontaktu wzrokowego. Bał się, że gdy będzie za długo zerkał w te oczy, wszystkie uczucia, które do tej pory udawało mu się względnie ujarzmiać wyrwą się i sprawią, że przestanie postępować według tego, co sobie wcześniej obmyślił względem kontaktów z Karolem. — Naskarżysz trenerowi, że cię nie słucham? Nie rozśmieszaj mnie. Poza tym, trener dobrze wie, że bez kapitana gówno zrobicie, a on też chce wygrać. W dodatku niedługo mamy pierwszy mecz i to jeszcze z Gryfonami. Musimy go wygrać, a beze mnie nie dacie rady. — Oznajmił dumnie, napuszony niczym paw.

    Vinay

    OdpowiedzUsuń
  15. Czasem się zastanawiał, czy jego zafascynowanie czarną magią nie wykraczało poza przeciętne hobby zwykłego nastolatka. Ilość czasu, jaką potrafił zmarnować na siedzeniu nad opasłym tomem pełnym tajemniczych inkantacji i przeraźliwych rysunków, sięgała zenitu, a on nie miał zamiaru przestać przesiadywać w towarzystwie ksiąg. Wśród nich czuł się jak ryba w wodzie i mimo, że ciężko było ćwiczyć niektóre zaklęcia, to starał się je zapamiętać do późniejszego użycia. Nie wiadomo, kiedy przyjdzie mu ich użyć, więc lepiej dmuchać na zimne. Czasy mogą się zmienić.
    Jednak nie zawsze w bibliotece przebywał sam. Oprócz błądzących po labiryncie regałów uczniów i bibliotekarki, która pilnowała porządku, Joshua miał swojego rodzaju towarzysza do poznawania tej dostojniejszej sztuki magii. Karol Zdunk spadł mu z nieba. W końcu miał do kogo gębę otworzyć i podzielić się swoimi spostrzeżeniami. Nikt inny nie chciał go słuchać, uważając czarną magię za coś niedopuszczalnego i obrzydliwego. Ludzie byli tacy płytcy i ignoranccy. Nic dziwnego, iż Joshua Yaxley wolał samotność od tłumów niewyedukowanych ludzi.
    Dzisiejszy dzień zaliczał się do spędzonych wśród ludzi, a raczej stricte z jednym człowiekiem. Nie musieli nawet do siebie mówić. Zawsze rozumieli się jakby bez słów, czytając te same zdania na pożółkłych kartkach papieru i wymieniając się spojrzeniami pełnymi zrozumienia. Dzisiaj Joshua planował spędzić to popołudnie w podobny sposób. Do tego wziął z antykwariatu opasłą księgę o dawno zapomnianych i niekoniecznie rozprzestrzenionych zaklęciach, które warto przecież poznać. Teraz pozostało mu tylko poczekać na Karola, któremu dał znać, że dorwał takie cudo.
    Joshua siedział w kącie biblioteki, przy osamotnionym stoliku, do którego nie docierały wścibskie oczy uczniów i ich cięte, ale jakże nieelokwentne języki. Potrzebował spokoju. Nie mógł pozwolić na to, aby ktokolwiek widział jego zdobycz, a już tym bardziej ją przeczytał.
    Oczywiście, mógł umówić się z Karolem w bardziej ustronnym miejscu, ale gdzie w tym ryzyko? Warto było spróbować dać się złapać, chociaż dotychczas nikomu się to jeszcze nie udało. Ślizgon miał nadzieję, że tym razem również do tego nie dojdzie.

    Joshua

    OdpowiedzUsuń
  16. No i esej z historii magii poszedł się...walić. Nie mógł uwierzyć, że spotkało go coś tak okropnego. Nie chodziło już o te cholerne, infantylne wierszyki, o sam fakt, że pisze, o inspiracje, które pochłaniał olbrzmimi ilościami i przelewał na papier. Gdyby ktoś przeczytał jeden z tych mrocznych, pełnych dziwnych rzeczy poematów, które wyraźnie nawiązywały do jego własnego życia...zaczęłyby się pytania. Pytania, które ustawiłby go w zdecydowanie nieciekawej pozycji. Zadrżał na myśł, że brulion mógł wpaść w ręce nauczyciela. Nie, nie i jeszcze raz nie! Nie było takiej opcji...musiał go odnaleźć i to jak najszybciej.
    Niestety, jak to u Freddiego bywało emocje przejęły nad nim kontrolę. Nie potrafił się dostatecznie skupić, latał po korytarzach podenerwowany i przeszywał wzrokiem każdego, kto śmiał na niego spojrzeć. Miał też niepokojące wrażenie, że wszyscy się na niego gapią, nie pomyślał, że powodowało to szaleństwo, czające się w jego oczach. Szaleństwo i strach. Co było groźniejsze od przerażonego wariata?
    W końcu zatrzymał się gdzieś pod ścianą, oparł się o nią plecami i odetchnął głęboko, przymykając oczy. W ten sposób niczego nie załatwi, powinien zacząć myśleć racjonalnie. Zeszyt mógł zgubić prz trybunach, gdzieś na błoniach bądź w drodze do dormitorium...nieciekawa wizja. W każdym z tych miejsc kręciło się mnóstwo uczniów. Musiał więc wrócić swoim śladem i mieć szeroko oczy otwarte. I już ruszył, już miał biec na błonia, kiedy dosięgnął go nieznajomy męski głos. Przystanął, obrócił się na pięcie, by zlustrować wzrokiem jasnowłosego krukona. Z początku poczuł ulgę, zeszyt był bezpieczny, nikt go nie pożarł, nie rzucił w ogień ani nie oddał profesorowi. Zaraz jednak ulga ta przeistoczyła się w niedowierzenie zmieszane z zawstydzeniem. No tego to się nie spodziewał - miał wrażenie, że szczęka opadła mu do samej ziemi. Tak oto, jego niedawna inspiracja dorwała brulion,w którym ostatnią formą twórczości był wiersz, który o tajemniczym blondynie grającym w krukońskiej drużynie Quidditcha...lepiej być nie mogło nie ma co. Starając się zachować choć resztki godności, uśmiechnął się pod nosem, przybierając maskę beztroskiego gryfona. Zachowywał pozory, jakby nic się nie stało.
    - Zdunk - odezwał się, niby to pełnym ulgi głosem i podszedł do chłopaka. Każdy, kto go dobrze znał z pewnością od razu zauważyłby, że jest spięty.
    - A już myślałem, że go zgubiłem. Koszmar. To znaczy zgubiłem, ale ty go znalazłeś, więc zaginiony już nie jest, wiesz o co chodzi. Nie muszę już pisać zrozpaczynych listów typu 'Smutny gryfon szuka swojego smutnego zeszyciku. Nagroda dla znalazcy.' Taa..właśnie. Ostatnio strasznie jestem roztrzepany, normalnie biegający pojebaniec. Właśnie miałem wracać na dwór, żeby go poszukać, zmartwiony, że ukradły go trolle czy co, a tu, bum, zjawiasz się niczym dobra wróżka, stary - jak zwykle gadał jak najęty, zamaszyście gestykulując. Zaraz jednak zamilknął, a jego uśmiech nie wydawał się już tak promienny jak kilka sekund temu.
    - To...gdzie go masz?

    Freddie

    OdpowiedzUsuń
  17. Wertując kolejne strony księgi, stracił poczucie czasu. Nie pamiętał już, na którą dokładnie godzinę umówił się z Karolem – jakiekolwiek zegary przestały mieć dla niego znaczenie, ponieważ zatracił się w czymś znacznie ciekawszym niż czas. Jego oczy prawie nie nadążały za kolejnymi słowami, które przecież nigdzie nie uciekały. Nadal tkwiły na pożółkłych stronicach księgi, czekając tylko na ich poznanie. Ktoś kiedyś stwierdził, że zafascynowanie Josha czarną magią powoli zamienia się w obsesję. Może i tkwiła w tym odrobina prawdy, jej maleńkie ziarenko, lecz główny zainteresowany nie opisałby swojego hobby aż tak dobitnym słowem. Nie wiedział, jak to nazwać. Każdy interesował się czymś innym. On wybrał coś nietuzinkowego i mało popularnego.
    Prawie podskoczył na miejscu, gdy usłyszał głos Krukona, obawiając się, że ktoś go nakrył i będzie zmuszony oddać księgę. Zobaczywszy Karola, kamień spadł mu z serca. Lubił ryzyko, dlatego siedzieli tutaj, a nie w opuszczonej sali lekcyjnej, ale nie chciał stawiać czoła nieprzyjemnym konsekwencjom. Zdobywanie tego typu ksiąg wcale nie było łatwe, więc gdyby ktoś złapał go na gorącym uczynku, wszystko poszłoby na marne. Joshua nie lubił marnować swojego cennego czasu.
    Położył księgę przed Krukonem i spojrzał na niego z jednoznacznym uśmieszkiem. Miał nadzieję, że to popołudnie będzie wpisane pod hasłem „dobre”. Nie było innego wyjścia, skoro mieli do dyspozycję taką perełkę wśród literatury.
    - Przeglądałem już ją, jest niesamowita – powiedział, otwierając szerzej oczy, które niebezpiecznie zabłyszczały.- Jest tu tyle zaklęć, których wcześniej nie widziałem, coś świetnego.
    Być może brzmiał jak szaleniec, jak ktoś bezgranicznie zafascynowany czarną magią, ale nie potrafił z tym walczyć. Jego zainteresowania sięgały dalej niż tylko do lektur opasłych tomów. Chciał działać, a nie tylko siedzieć i czytać. To było trudne do zrealizowania, ale może kiedyś…

    Joshua

    OdpowiedzUsuń
  18. [ Wiem, zwaliłam strasznie, zgubiłam ten wątek, zapomniałam i w ogóle wszystko moja wina i naprawdę bardzo Cię przepraszam, głupio mi. No ale to jest wątek z września i tak sobie myślę, że może lepiej odpuścić albo jeżeli wolisz to możemy zacząć coś nowego, bo ja już nie wiem do czego to miało zmierzać :) ]

    Julia

    OdpowiedzUsuń
  19. [Witam, bardzo prawilny nick, pozdrawiam~]

    OdpowiedzUsuń