15 września 2016

Me? Sarcastic? Never.

R o s e   W e a s l e y
2 października 2005 —— pół-krwi —— Gryffindor —— prefekt naczelna

Pozostali uczniowie Hogwartu widzą w niej wywyższającą się pannę, dumnym krokiem kroczącą po korytarzach zamku, na wypiętej piersi nosząc odznakę prefekta naczelnego wraz z herbem Gryffindoru. Wielu z nich mówi, że wszystko zawdzięcza swoim rodzicom – wystarczyła sławna matka i ojciec, a Rose Weasley, ich jedyna córka, pierwsze dziecko, dostaje wszystko, czego tylko zapragnie. Idealne oceny z wypracowań? Załatwione. Masa punktów za świetne odpowiedzi i pochwały nauczycieli? Jak najbardziej. Stanowisko prefekta, a później prefekta naczelnego? A co, należy się!
Otóż prawda była trochę inna. Już mało kto pamięta Rose taką, jaka była podczas pierwszego roku Hogwartu. Rokowała jako godna następczyni wujków Freda i George’a, wywijała naprawdę niezłe numery, żartowała, śmiała się do utraty tchu, a jej szkolna karta przyozdabiana była kolejnymi wpisami o szlabanach. Nie raz, nie dwa, nie sto razy straciła punkty Gryfonom. Mimo iż wszystko wskazywało na to, że będzie parła przed siebie nie zważając na resztę, była wrażliwą dziewczynką, która nagle zaczęła tracić grunt pod stopami.
Jej wytłumaczalna dotąd niesforność i poczucie humoru nagle zaczęło być przeszkodą w jej rozwoju. Matka przestała tylko cicho wzdychać pod nosem, a zaczęła mówić. Ojciec przestał tulić ją i śmiać się wraz z nią, a zaczął milczeć. Do rodziców leciała sowa za sową ze skargami na zachowanie Rose. Wszystko przez to, że była inna niż Hermiona. Wszystko przez to, że nie była idealna.
Przez kolejny rok bardzo przycichła. Skarg do rodziców już nie było, zamiast tego pojawiły się tylko kolejne wymagania i stawiane coraz wyżej poprzeczki. Ciągła nauka i siedzenie w książkach, aby tylko zadowolić nauczycieli, którzy mieli już na nią pomysł, powoli ją wykańczała. Chcieli widzieć drugą Hermionę – drugą, piekielnie zdolną czarownicę, która zdobywała punkt za punktem na kolejnych lekcjach i zawsze znała odpowiedzi na wszystkie pytania. Rose tak nie potrafiła, wieczna nauka nie sprawiała jej przyjemności. Bywało tak, że chowała się w łazience Jęczącej Marty i długo płakała, bo nie czuła się kochana, nie miała żadnego wsparcia. Czuła się samotna.
Na trzecim roku przyzwyczaiła się już do ciężkiej pracy i ślęczenia w książkach. Podczas gdy pozostali biegali po błoniach, ona siedziała i czytała kolejny tom  podręcznika do transmutacji, oczywiście dla rocznika starszego. Nauczyciele zaczęli być z niej zadowoleni, matka również była zadowolona. Wszyscy byli zadowoleni. A ona? A jej nikt nie pytał o zdanie.
Na czwartym roku w kopercie znalazła odznakę prefekta i została zaproszona do Klubu Ślimaka. Po piątym roku zyskała etykietę przemądrzałej, czepialskiej i kujonki, gdy okazało się, że wzorowo zdała SUMy i każda możliwa ścieżka kariery stoi przed nią otworem. W szóstej klasie, gdy dziewczyny żaliły się na złamane serce po raz trzeci w przeciągu miesiąca, ona wywracała oczami i studiowała skomplikowane receptury eliksirów, deklarując, że zostanie aurorem – bo będzie to godny zawód dla tak zdolnej dziewczyny.
A teraz? Teraz stoi u progu siódmego roku. I zastanawia się czy jakimś sposobem zdoła przerwać tą chorą maskaradę, do której została zmuszona jako dziecko. Chciałaby uchodzić za miłą i zabawną, kochaną i atrakcyjną – tak jak inne dziewczyny. Tymczasem sama łapie się na tym, że reaguje agresją na jakikolwiek negatywny komentarz dotyczący jej. Rzuca się jak zaszczute zwierzę w klatce, gdy usłyszy tylko coś niepochlebnego. To niezbyt dobry sposób, aby nareszcie zyskać jakichkolwiek przyjaciół. Nie sądzisz, Rose?

dodatkowe ———— powiązania

Na zdjęciu Luca Hollestelle. Poszukujemy: porzuconego przyjaciela, rozwijającej się przyjaźni, wielkiego zawodu miłosnego i rozwijającej się miłości. Kilku wrogów też się przyda. Toksyczne relacje też u nas są na tak. Nie bójcie się Rose, jest taką samą postacią, jak i inne.
Wątki: Lily Potter

77 komentarzy:

  1. [Rose!
    Uwielbiam ją, w każdej kreacji, chociaż Luca często się zdarza, chyba nawet zawsze.. ale no pewności nie mam. Nie przedłużając zapraszam do którejś z moich postaci. c:]
    Charlie/Romèo

    OdpowiedzUsuń
  2. [Głównie to przyjacielskich,jak zauważyłaś Romèo jest dosyć trudny, ale ma główną cechę, która może pomóc.. on uwielbia uczniów wszystkich domów, oprócz swojego własnego domu. Szczerze to nawet negatywnych relacji mi brakuje, więc pełen luz. Ale no przyjacielskich mam najmniej. A i tak z innej beczki.. nie lubię prowadzić luźnych prostych postaci, bo wtedy zawsze ciężko jest mi zrobić z nich kogoś ciekawego. xd ]

    OdpowiedzUsuń
  3. [Śliczna ta Rose *,* Witam serdecznie i życzę miłej zabawy, a w razie chęci zapraszam do siebie :)]

    Selene

    OdpowiedzUsuń
  4. [Charakterna ta Twoja pannica. Takie są fajne, zawsze kogoś do siebie przyciągną ;) Super opisana karta! Powodzenia na blogu!]

    Laura // Aaron // Lenard

    OdpowiedzUsuń
  5. [ Bardzo mi się spodobała ta postać. Gratuluję, witam na blogu serdecznie i zapraszam do wątków :) ]

    Julia

    OdpowiedzUsuń
  6. [Wspólna lekcja Transmutacji? Odebrany punkty za włóczenie się po szkole. c:]

    OdpowiedzUsuń
  7. [Okej.
    A więc kiedy by się poznali, na pewno na pierwszy roku, ale aż tak się cofać nie będziemy, no nie?]

    OdpowiedzUsuń
  8. [Dobre, jutro zacznę bo dziś już nie dam rady, szkoła! Ale naprawdę dobry pomysł. c:
    Tylko ostrzegam, że Romèo nie tak szybko jej wybaczy, szczególnie, że złamała jego malutkie serduszko w dziecinstwie. :P Ale będzie dobrze! ]

    OdpowiedzUsuń
  9. [Laura albo Lenard. Do drugiego coś bym miała. Mój Hiszpan jest bardzo przyjaznym człowiekiem, więc warczenie Rose na innych uczniów, może mu się średnio podobać. Może przez to trochę się do niej doczepi?]

    Lenard

    OdpowiedzUsuń
  10. [Cześć, czołem i kluchy z rosołem! Piękna pani, charakterna - lubimy takie. Lu też złota nie jest, więc jeśli na przykład szukasz dla Rose przyjaźni od małego, która ulegała przez rosnącą różnicę charakterów mniej lub bardziej wybuchowemu rozpadowi to zapraszam do nas! A jeśli będziesz wolała cokolwiek innego to śmiało pukaj :)]

    Lu Wood/Ethel Covel

    OdpowiedzUsuń
  11. [Jak dla mnie wszystko co Rude jest urocze i skromnie mówiąc Zajebiste :D Bardzo dziękuję za powitanie zaś Tobie życzę masy udanej zabawy i powodzenia w prowadzeniu postaci :)
    Myślę, że Mathias mimo wszystko polubiłby tą osóbkę :D]

    Mathias/Adam

    OdpowiedzUsuń
  12. Początku roku szkolnego zawsze były dla Romèo świetne, szczególnie teraz, gdy mamy nie było, gdy mieszkał z dziadkiem, a ojciec zamieszkał z kochanką i jej córką, szczególnie teraz, gdy brakowało mu tych wszystkich ludzi. Lekcje dobiegły końca o godzinie piętnastej. Jako uczniowie siódmej klasy mieli zdecydowanie dużo lekcji, Krukonowi to nie przeszkadzało. Od zawsze miał świetną pamięć i wszystkie substancje, eliksiry i zaklęcia wchodziły mu szybko do głowy. Coś jednak mu przeszkadzało, a raczej ktoś.. smutna Rose Weasley. Oczywiście myśl, że każdy piątek będzie spędzał z swoją byłą najlepszą przyjaciółką był bolesny. Dlaczego? Dlatego, że Romèo czuł ból za każdym razem, gdy ją widział. Dlaczego? Dlatego, że ona z dnia na dzień go zostawiła, małego potrzebującego jej przyjaźni. Olała go, tak po prostu, bo jej się podobało. Nienawidził jej z całego serca od tamtego czasu. Nigdy nie chciał o niej pamiętać, ona go zniszczyła, brakowało mu jej tak cholernie, jednak ona to miała głęboko gdzieś. Kompletnie jej to nie obchodziło. Jednak poczuł ból, gdy smutna Rose wyszła z sali eliksirów. Zaciekawiony zaczął pakować swoje książki. Przez chwilę poczuł, że musi za nią pójść, jednak już po chwili zmienił zdanie, nie zasługiwała na niego. Romèo nie chciał pierwszy wyciągać ręki, mimo, że tak bardzo mu jej brakowało. Ten ból był nie do opisania. Czuł się jakby chodził z tylko jednym butem na stopach, tak jakby nie miał drugiego.. tak jakby nie był uzupełniony. Wyszedł z klasy pewnym ostrym krokiem, jak to miał w zwyczaju. Paru chłopaków śmiało się i patrzyło w stronę odchodzącej rudowłosej. Krukon zmarszczył brwi podchodząc do nich bliżej i przytrzymując się niby od niechcenia ściany.Udało mu się wyłapać tylko dwa słowa. Dziewczyna ryczy. Jaka dziewczyna? Myślał przez chwilę, ale zaraz potem to olał. To na pewno nie była Rose, gdyby to była ona .. nie, to na pewno nie była ona! Przecież ona tak rzadko płakała, kiedyś. Skierował się w stronę dormitorium. Jedyne czego pragnął to położyć się w łóżku i spać już na zawsze. Wkurzał się, że akurat w piątki, kiedy są najlepsze imprezy on będzie przeżywał depresję, bo lekcje eliksirów były z Gryfonami. Mijał coraz większe grupy roześmianych ludzi, świetnie. Nienawidził gdy ktoś cieszył się, gdy on był zły. Z minuty na minutę jego smutek zmieniał się po prostu w złość. Był wkurzony, po prostu. Na Rose i na matkę i na nauczycielkę Transmutacji za to, że dała mu trolla, na którego on zdecydowanie nie zasłużył. Przechodząc obok łazienki Jęczącej Marty usłyszał czyjś płacz, bardzo głośny i pełen bólu.
    – Marta? – pytał sam siebie i już chciał odejść kręcąc głową, jednak przerwało mu głośne trzaśnięcie i uderzenie drzwiami. Ktoś palnął go prosto w twarz. Wkurzony spojrzał kto to. Nie potrafił uwierzyć, to była Rose. Zmartwił się widząc jej zakrwawione, czerwone od płaczu oczy. Widząc ją taką, poczuł ból, ale zaraz potem to ukrył pod maską obojętności. Stał cały czas w miejscu udając znudzonego, czuł jednak, że Rose go rozszyfrowała, sam usilnie starał się odnaleźć odpowiedź w jej oczach na nurtujące go pytanie. Co się stało, Rosie?

    Romèo

    OdpowiedzUsuń
  13. [Sam Matchias łatwo w życiu nie ma, boryka się z naprawdę ogromnym ciężarem, odpycha od siebie ludzi, ale no z Rose jakoś, by mu poszło dzięki czemu się dogadują :D Co do romansu nie mówię nie, zobaczymy jak to się rozwinie :3]

    Mathias

    OdpowiedzUsuń
  14. [Akurat gdyby nie był Krukonem, na pewno byłby Gryfonem. Chociaż ja, tworząc go, nie miałem wątpliwości do którego Domu go przypasować. Od początku do końca pasuje do Ravenclawu, przynajmniej jak dla mnie.
    Delmarek na pewno chętnie pomęczyłby jakiegoś smutnego rudzielca ;D]

    OdpowiedzUsuń
  15. [Pomysł fajny i dość obiecujący :D Myślę, że będzie okej i coś nam z tego wyjdzie, ale jak to mówią pożyjemy zobaczymy :D Podsumowując jestem jak najbardziej za :D]

    Mathias

    OdpowiedzUsuń
  16. [Słuchaj, z zaproszenia można korzystać nawet jak chce się zmodyfikować rzucony pomysł. Równie dobrze dziewczyny mogły znać się od zawsze, Lucy mogła obserwować przemianę Rose i pomimo różnic cały czas być dla niej wsparciem. Pytanie tylko, czy Rose zniosłaby dobre rady cioci Lu, która pewnie pocieszałaby ją, nie wiedząc i nie wyobrażając sobie w jakiej sytuacji jest Rose. Więc to zależy od Ciebie, jakich wątków Ci w danej chwili brakuje i na co masz ochotę. Nawet powiem Ci, że mogła się u dziewcząt rozwinąć zupełnie inna forma przyjaźni, gdzie w gruncie rzeczy skoczą za sobą w ogień, ale to nie przeszkadza im na co dzień rywalizować, dogryzać sobie, czy wręcz warczeć na siebie. Jak to widzisz, co bardziej Ci pasuje? :)]

    Lu

    OdpowiedzUsuń
  17. Słysząc słowa Rose przeszedł go dreszcz, tak po prostu mruknęła to jakby nic wcześniej się nie stało? Miał ochotę nią potrząsnąć, aby wreszcie zrozumiała co się dzieje.Przez chwilę czuł smutek z powodu Rose, martwił się co się z nią dzieje, jednak już po chwili jego smutek zmienił się w złość. Krukon prawie natychmiast szarpnął dziewczynę w swoją stronę.

    Nie chciał, aby odchodziła, nie chciał, aby znowu uciekała, nie chciał aby go zostawiła. Czuł jakby mógł ją zaraz stracić. Dlaczego do cholery ona próbowała go uniknąć? Dlaczego próbowała się go pozbyć?Przepraszam? Nic się nie stało Rosie, nic a nic!

    – Co? – warknął przysuwając ją bliżej siebie. Być może robił to za mocno, za mocno ściskał jej nadgarstek, jednak nie obchodziło go to. Ona go również zraniła, o wiele mocniej, boleśniej. To co ona zrobiła mu było zbyt trudne, aby po prostu to zostawić.

    – Przepraszam? Cholera, przepraszam? Tylko tyle masz mi do powiedzenia? – wysyczał zaciskając swoje zęby mocniej. Był wkurzony do granic możliwości. Zwykłe sorry i nie ma sprawy? Nie, raczej nie. Przynajmniej nie z Krukonem.

    Potrząsnął nią w szoku, wciąż nie rozumiał jakim prawem tak po prostu go zostawiła. Samego, zranionego wśród tych obcych ludzi. Nigdy nie wiedział co zrobił, że dziewczyna go zostawiła, nie rozumiał tego. Zwykle Gryfonka wszystko mu tłumaczyła nie chcąc potem się kłócić. Nie mieli między sobą żadnych tajemnic. To było właśnie najlepsze w tej przyjaźni, to, że mogli na siebie liczyć zawsze i wszędzie, nie dawno to się niestety skonczyło.

    Krukon szybko sobie poradził z odnalezieniem nowych przyjaciół, stał się zdecydowanie sławniejszy niż był do tej pory. Dziewczyny zaczęły za nim łazić. Świetnie sobie poradził, depresja po stracie Rose szybko mu minęła. Gorzej było z Gryfonką, ciężko było mu nie reagować, gdy widział Rose samą na holu, ciężko było mu nie reagować, gdy słyszał śmiechy z niej. Zawsze czuł, że powinien reagować na każdą wredną zaczepkę, czuł, że powinien bronić Rosie, gdy inni śmiali się z niej i nazywali ją Kujonką. Miał tego świadomość, jednak nie chciał wyciągać ręki pierwszy, bardzo tego nie chciał. Jakby nie było to Gryfonka go zostawiła samego, a nie on ją. On nigdy by tego nie zrobił, nie byłby wstanie jej tak zranić.
    – Ej, czekaj. Za co ty mnie przepraszasz? – wysyczał z złością i zacisnął swoje zęby mocno aż do bólu. Miał ochotę coś roztrzaskać, rozwalić byle tylko dać upust swojej złości. Był cholernie wściekły, to była jego pierwsza konfrontacja z Rose od czasu zakonczenia ich przyjaźni. Nie rozumiał dlaczego ruda wciąż zachowuje się jak podła idiotka, którą jego zdania była cały czas. Chociaż tą opinię zmieniał za każdym razem, gdy widział ją smutną.
    Romèo

    OdpowiedzUsuń
  18. [Nienawidzę zaczynać i zawsze przychodzi mi to opornie, więc ostrzegam, że zaczęcie tak szybko może się nie pojawić :)]

    Mathias

    OdpowiedzUsuń
  19. Cóż trzeba było przyznać, że Mathiasowi ciężko było zaimponować. Wszystko zawsze szło nie tak jak chciał tego Mathias. Nauczył się, że życie skazało go na wieczną porażkę oraz życie w niepewności. Stale odsuwa od siebie ludzi nie chcąc się do nikogo przywiązywać, by potem nie przeżywać kolejnego rozczarowania. Zerwał kontakty z pozostałymi członkami rodziny, a w zasadzie to oni zerwali wszelaki kontakt z nim zaraz po tym jak wydał własnych rodziców, narzeczoną oraz część rodzeństwa w ręce Ministerstwa, gdy ci w szeregach Mrocznych przegrali wojnę. Po dziś dzień jest mu za to wstyd i żałuje, cholernie żałuje. Stracił miłość swojego życia, co przeżywa każdego dnia na nowo stale uciekając przed czyhającym na jego życie starszym bratem pragnącym zemsty. Hogwart był dla niego swoistym schronieniem, które nieco zagłuszyło jego ból, jednak nie zlikwidowało męczących go co noc koszmarów. Grono nauczycielskie przyjęło go niezwykle ciepło, jednak uczniowska społeczność od razu nie polubiła. Ci co lepiej go znali wiedzieli, że Mathias do rozmownych nie należał i lepiej było go nie denerwować jeśli nie chciało się mieć zepsutego całego dnia, a w najgorszym wypadku całego roku szkolnego. Miał swoje zasady i morale, których sztywno się trzymał i nie należało ich kwestionować. Idąc przez korytarz mogło się wydawać, że niektórzy uczniowie wstrzymywali oddech na jego widok obawiając się, że zaraz do czegoś się doczepi, jednak ten kto chciał umiał żyć dobrze z profesorem Rathmannem. Wystarczyło nie odpuszczać jego zajęć, systematycznie odrabiać prace domowe, a co najważniejsze nie spóźniać się, nawet nie wymagał ciągłego siedzenia z nosem w książkach. Jeśli te wszystkie warianty zostały spełnione można było liczyć na szczery uśmiech ze strony Mathiasa, który był zmienny jak babka w ciąży.
    Rose zawsze wydawała się mu być ambitną osóbką, która zdecydowanie wyprzedzała uczniów swoimi umiejętnościami. Dlaczego nie można by było tego wykorzystać? Ona miała istny potencjał, który nie mógł się zmarnować. Nigdy nie sprawiała na lekcjach kłopotów, więc Mathias postanowił jej pomóc. Nie mógł pozwolić, by takie aspiracje się zmarnowały.
    - Rose, zostań proszę – wydukał, gdy po lekcji uczniowie kierowali się do drzwi. – Chciałem zaproponować Ci miejsce w kole transmutacji. Zdecydowanie przewyższasz klasę w wiedzy oraz umiejętnościach, więc nalegam byś dalej poszerzała wiedzę, dlatego też chcę byś dołączyła do mojego kółka.

    Mathias

    [Mam nadzieję, że nie urwiesz mi za to głowy ;c]

    OdpowiedzUsuń
  20. [Tak, tak, Lilka była, tylko musiałam ją odświeżyć. No i znalazłam takie piękne zdjęcia... aż żal było nie skorzystać. :) Twoja panna to już chyba też z piąty raz na Kronikach? :D
    Biedna ta Rose. Lila na pewno by zrozumiała niechęć do bycia porównywaną do rodziców, tyle, że ona totalnie się tym nie przejmuje, co najwyżej wścieka i wie, że ma być po prostu sobą... nawet, jeżeli cicho szepnęła Tiarze Przydziału słówko na temat odpowiedniego Domu, czego niejednokrotnie żałuje.
    Masz pomysł na jakiś konkretny wątek? c:]

    Lily Potter

    OdpowiedzUsuń
  21. [Hm, Lily na imprezy nie chodzi raczej, ewentualnie bardzo rzadko. Ale mogłaby namówić Rose, by wybrały się razem do Hogsmeade – załóżmy że młoda potrzebuje jakiegoś niezbyt legalnego składnika do któregoś ze swoich eliksirów i w związku z tym przyda się jej pomoc kuzynki, która jest już pełnoletnia. Choć, oczywiście, z początku nie będzie chciała powiedzieć, po co chce iść do wioski. Mogłyby potem zrobić razem ów Eliksir, jeśli Rose na coś takiego pojdzie. c:]

    Lily Potter

    OdpowiedzUsuń
  22. [John ma na prawdę ochotę ją przytulić i pocieszyć i powiedzieć, że wszystko będzie dobrze, że może być kim chce. On w zawodzeniu rodziców jest doskonały, bo nie wybrał kariery politycznej ani medycznej :)
    Co do powiązań, nie lubię niczego narzucać swojej postaci z góry, zwłaszcza romansideł, więc możemy zacząć rozwijać się od przyjaźni. Zwłaszcza przy pogadance na temat słynnych rodziców ze zbyt wysokimi oczekiwaniami :)
    I nie, nie było mnie tutaj nigdy :) ]

    John Hammond

    OdpowiedzUsuń
  23. [Myślę, że długotrwały projekt na Zaklęcia pt. Alternatywne użycie znanych zaklęć czyli dlaczego Alohomora będzie otwierała zaszyte rany? Spotkanie w bibliotece i wyszukanie jakichś dzieł na temat zaklęć podanych przez nauczyciela plus jej komentarz pt. masz średnie oceny, jak to zjebiesz, to ja zjebię ciebie. Przynajmniej tak to widzę :P ]

    John Hammond

    OdpowiedzUsuń
  24. [Bardzo fajna ta Twoja wersja Rose; aż chce się wierzyć, że taka była w kanonie, gdyż przecież miałoby to sens... Przynajmniej częściowo oczekiwano by od niej tego, aby była dokładnie taka, jak Hermiona lub by chociaż przypominała bardziej Rona... Nie mogło jej być z tym łatwo, niestety...
    Ted pod pewnymi względami doskonale by ją rozumiał, od niego też przecież zawsze czegoś oczekiwano, lecz w odróżnieniu od Rose, nawet gdy w rzadkich chwilach starał się udawać, kiepsko mu to wychodziło... Był, po prostu, zbyt inny od swoich rodziców, a przez to niejednokrotnie zawodem dla wszystkich wokół. Co prawda między Rose i Tedem jest przeszło siedem lat różnicy, ale gdybyś miała chęć, na pewno ich jakoś zgadamy ;)]

    Ted Teddy Lupin

    OdpowiedzUsuń
  25. [Oczywiście, że przypadła mi do gustu, nie widzę najmniejszego powodu, by było inaczej :) Naprawdę sensownie i ciekawie wyszła Ci jej kreacja; według mnie najbardziej właśnie, jak sama wspomniałaś, realnie ze wszystkich Rose Weasley, które dotąd widziałam na Kronikach :]
    O łamanie kanonu w nowym pokoleniu raczej nietrudno; niewiele o nim wiemy i mamy w większości przypadków zupełnie wolną rękę. Wiem jednak doskonale co masz na myśli ;) Czasami, czytając niektóre z kreacji kanonicznych postaci, trudno czegoś nie napisać. Ale hej, na tym właśnie polegają grupowce oparte na jakimś kanonie; wolna droga w indywidualnej interpretacji jakiejś postaci ;)
    Niezmiernie się cieszę, że Teddy Ci się spodobał, naprawdę! :] Kiedy dołączyłam z nim na bloga blisko rok temu, wahałam się z tym, jak go przedstawić. Wiedziałam, że wielu osobom może nie przypaść do gustu moja interpretacja jego osoby, ale... Zaryzykowałam, a choć tamten Ted był identyczny, co obecny - pomijając całkowitą apatię i, przyznajmy sobie szczerze, depresję, w której teraz jest - to pierwsza karta była... spokojniejsza, o. Ocenzurowana w pewnych kwestiach, albo po prostu na ich temat milcząca, choć i tak pisałam o nich wątkach. Po długiej przerwie zdecydowałam jednak, że skoro mam nim wróci, to niech się dzieje co chce - przedstawię go tak, jak sobie go zawsze wyobrażałam ;) I chyba jako-tako wyszło, o.
    Jak już się zapewne domyśliłaś, jestem dziewczyną :D Szczerze powiedziawszy, nad samym Teddym nie spędziłam sporo czasu; zawsze miałam jego wizję jego osoby w głowie i nigdy nie była on tak... beztroska i wiecznie radosna, jak większość zdaje się go widzieć. Zbyt wiele stracił, a osoby w jego najbliższym otoczeniu same były zbyt pokiereszowane przez życie, by mógł mieć idealne dzieciństwo. Nie miał złego, ale nie zawsze było szczęśliwe i w żadnym stopniu idealne. Dodawszy do tego jego charakter, pomieszaną, odziedziczoną osobowość i wszystkie przeżycia, które mu zafundowałam, i masz mojego Teda :D Tak w ogóle, strasznie cieszy mnie fakt, że ktoś w ogóle czyta wszelkie dodatki w mojej KP :] Jestem zdania, że te zawsze pomagają lepiej poznać daną postać i ułatwiają wątki, po prostu. Nad nimi spędziłam nieco czasu, przyznaję bez bicia; głównie dlatego, że jestem uzdolniona inaczej i dwukrotnie usunęłam sobie gotowe Relacje xxD Ok, kończę ten nudny wywód xx
    Możemy uznać, że Ted zawsze był za Rose :] W końcu, w kanonie jej drugim imieniem było Nimfadora, i może nawet był to jego pomysł, kto to tam wie ;) Masz rację, ze swoim 'młodszym' kuzynostwem siłą rzeczy nie zawsze się dogadywał, ale też ogólnie rzecz biorąc, nie nie lubił ich. Najlepiej rozumiał się z Victoire, najbliższą mu wiekiem i miał parę przyjaciół, którzy też byli mu mniej lub bardziej równolatkami. Tak więc, pomijając dzieci Potterów, które mimowolnie widywał bardzo często; raczej nie dawał z siebie robić niańki ;) Lubi dzieci i w ogóle, ale to taka niespokojna dusza, że chyba nikt o dobrze pracujących szarych komórkach, nie zostawiłby nastoletniego Teda z gromadką rozwydrzonych, czy rozbrykanych dzieci :P No, może właśnie poza Ronem, bo po nim wszystkiego można się spodziewać xxD
    Teddy wyjechał po raz pierwszy, gdy Rose miała jakieś 12/13 lat i wrócił dopiero na listopad zeszłego roku, tylko po to, by ponownie zniknąć w marcu, po śmierci Andromedy, i pojawić się przed paroma dniami. W dodatku w atmosferze powszechnej afery (także dzięki artykułom Skeeter na temat jego osoby), gdyż fakt pojawienia się ledwie żywego młodego Lupina z umierającym bratem z wyboru na rękach przed Świętym Mungiem, zrodził wiele plotek i wciąż utrzymujące się zainteresowanie sprawą. Tak więc, podobnie jak Rosie, nie ma łatwego okresu w życiu. I jestem jak najbardziej za wątkiem i tym, by ich na nowo połączyć ze sobą jako rodzinę. Teraz, gdy oboje są starsi i lepiej rozumieją ten dziwny świat, mogą się z czasem naprawdę dobrze dogadać :D
    Masz może pomysł na sam wątek? Jakiekolwiek propozycje? ;) Jestem otwarta na wszystko :D]

    Ted Teddy Lupin

    OdpowiedzUsuń
  26. [Cześć :)
    O, bardzo dobry pomysł, mnie jak najbardziej pasuje :D Co prawda w kanonie nowego pokolenia Jo zasugerowała, że Ted był najbliżej z Lily Luną, ale możemy uznać, że ma się to stricte do dzieci Potter, a jej całej jego przybranej rodzinki ;) Naprawdę jestem zdania, że z Rose mogliby się świetnie dogadywać; nie tylko w naszej wersji, ale i w samym kanonie.
    Tak, Teddy jest nauczycielem OPCM i opiekunem Klubu Pojedynków. Pomaga też czasami w Eliksirach, bo zawsze miał do nich niesamowity dryg, ale mniejsza z tym. Wyobrażam sobie, że jego zniknięcie - nawet, jeśli o śmierci Andromedy na pewno wiedziała - mocno nią poruszyło. Tym bardziej, że po obecnym powrocie, Ted nie tylko wygląda zupełnie inaczej, niż wielu sądziło (przez problemy z metamorfomagią przedstawia swój prawdziwy wygląd), to jeszcze zachowuje się inaczej. Nigdy nie był szczególnie wylewny i rzadko kiedy był wielkim rozmówcą, chyba że do czegoś tego potrzebował. Zawsze jednak charyzmatycznie motywował swoich uczniów, podchodził do nich z szacunkiem, ale na luzie, i nawet jeśli musiał udawać, to zawsze wydobył z siebie szczerze wyglądający uśmiech, gdy ktoś tego potrzebował. Teraz z kolei, przychodzi do klasy, prowadzi zajęcia, pomaga uczniom, gdy tego potrzebują i stara się udawać, że jest tak, jak dawniej, ale... Cóż, trudno nie wyczuć jego zobojętnienia niemalże na wszystko. Tak więc, ani trochę się nie zdziwię, jeśli zarobi od Rose w papę, acz życzę jej powodzenia, by go dosięgnąć, lol. Chyba że będzie się nad nią nachylał, po tym jak zatrzyma ją po klasie :D Gdyż, mimo obecnego stanu, jest brak integracji i aktywności na jego zajęciach na pewno rzuci się mu w oczy.
    A co do Nimfadory... Nie wiem, tak mi się kojarzy, że ktoś tak powiedział o.O Choć nie dam sobie ręki uciąć, że sama Jo; ta na pewno potwierdziła, że Ron nazywał ją 'Rosie', a nazwisko, podobnie jak Hermiona, miała z Hugo dwuczłonowe - Granger-Weasley. Ale to tam, takie szczegóły ;)
    No, to ustalamy jeszcze jakieś szczegóły, czy zaczynamy?xx]

    Teddy

    OdpowiedzUsuń
  27. [Kyungsoo pozornie rzeczywiście wpasowuje się w charakterystykę domu Ravenclaw, ale uznałam, że uczynienie go Puchonem pozostawi mi furtkę, oferującą więcej możliwości rozwoju postaci, a tym samym oznaczy go pewną niejednoznacznością. W każdym razie, bo rozwodzenie się nad tłem mojej postaci nie jest moim głównym celem, podzielam Twoją opinię – nasze postacie z pewnością się dogadają. Nie wiem, czy zdążyło Ci do głowy wpaść coś konkretnego, ponieważ ja od razu podchwyciłam dopisek pod kartą Rose i pomyślałam, iż mogłybyśmy pójść w kierunku rozwijającej się przyjaźni, aczkolwiek łącząca ich więź, w zamyśle, stanowiłaby już dość mocny fundament poparty dłuższym kumplostwem. To byłby, moim zdaniem, całkiem logiczny wybór zważywszy na łatki prymusów oraz zaangażowanie w naukę obojga i pewien dystans zachowywany przez Parka wobec innych uczniów. W kontekście samego wątku, majaczy mi kilka pomysłów i osobiście skłaniałabym się ku czemuś nieco spontanicznemu niż regularnym spotkaniom w bibliotece i ślęczeniem nad książkami. Wiem, iż forma wrzucenia Kyungsoo i Rose w rolę miłośników zgłębiania wiedzy nasuwa się mimowolnie, ale oboje chyba wykazują zadatki na cokolwiek bardziej spektakularnego (?). Pozwól, że wyjaśnię, dodając od razu, iż to wyłącznie luźna propozycja, jaka, ot tak, się pojawiła. Zatem pewnego dnia Kyungsoo otrzymuje wiadomość, zaadresowaną niby przez Rose, choć w rzeczywistości liścik byłby stworzony przez przypadkowych żartownisiów. Zgodnie z jego treścią ma on spotkać się z rudowłosą w Izbie pamięci po wypełnieniu przez nią wieczornych/nocnych obowiązków prefekta naczelnego, bo ta chce koniecznie wyjawić mu jakąś niecierpiącą zwłoki informację (na przykład związana z kontrowersyjnym tematem projektu tudzież wypracowania, na którym wspólnie się pochylili). Koreańczyk, z racji braku okazji do skonfrontowania się z dziewczyną wcześniej, faktycznie decyduje się opuścić po zmroku pokój wspólny, chociaż jest typem porządnego ucznia skrupulatnie przestrzegającego regulamin i niezdobywającego się często na jego łamanie. Na Rose natyka się na długo przed dotarciem do celu, lecz nim zdoła zapytać ją o szczegóły, w pobliżu zjawia się Irytek, woźny lub jakiś wyjątkowo wrogo nastawiony duch i oboje zmuszeni są czmychnąć z miejsca. Później do fabuły możemy dodać jakiekolwiek rozwinięcie – przyznaję, w mojej wyobraźni całość prezentowała się lepiej, więc w gruncie rzeczy nie jestem pewna, czy po prostu nie zaproponować ich współpracy nad zadaniem grupowym. Oczywiście, otwarta jestem także na Twoje propozycje, byś przypadkiem nie wzięła mnie za jakąś wymądrzającą się zołzę, niedopuszczającej drugiej osoby do głosu. :D]

    Park Kyungsoo

    OdpowiedzUsuń
  28. [Cześć :)
    Pewnie, że zacznę ;) Tak tylko dla pewności; zaczynamy od klasy OPCM i tego, jak Teddy poprosi ją, by została po zajęciach, tak?
    Pozwoliłam sobie dodać Rose do powiązań(w Relacjach), tak w ogóle :] Nad podkładem muzycznym do niej muszę jeszcze pomyśleć, ale mam nadzieję, że zdjęcia i szczątkowy opis Ci pasują :)
    Postaram się zacząć wieczorem, a gdyby mi się nie udało, to najdalej w weekend xx]

    Teddy

    OdpowiedzUsuń
  29. [Zaglądam, choć nagły brak weny mnie przystopował ;c]

    Mathias/Adam/Wiktor

    OdpowiedzUsuń
  30. [Każdy człowiek jest inny, niezależnie od narodowości :D A Sonya moe i ma korzenie rosyjskie, ale bardziej czuje się Brytyjką, gdyż urodziła się i wychowała w Anglii, a w Rosji nigdy nie była :) W każdym razie, dziękuję ślicznie za miłe słowa i również witam!]

    Sonya

    OdpowiedzUsuń
  31. [Nic się nie zmieniło, jestem na tak w sprawie wątku. c:]

    Lily Potter

    OdpowiedzUsuń
  32. [Cześć! :)
    Bardzo się cieszę, że Rose w powiązaniach przypadła Ci do gustu :D
    I nie bij, postaram się rozpocząć wątek, gdy tylko dam radę xx Jak już coś robić, to porządnie :D]

    Teddy

    OdpowiedzUsuń
  33. [Odezwę się na GG za jakąś godzinkę, półtorej, więc wtedy wprowadzisz mnie w co i jak :)
    Wątek Rose-Teddy jest z mojej strony wciąż jak najbardziej aktualny, muszę go tylko jakoś sensownie rozpocząć ;) Ale na kolejny jestem jak najbardziej otwarta :]
    Dziękuję za miłe słowa o Jamesie i cieszę się, że jego kreacja, mimo różnic od poprzednich, przypadła Ci do gustu :) Do napisania niebawem na GG ;)]

    Teddy/Jamie

    OdpowiedzUsuń
  34. [Ojej, śliczna Luca! Dobry, dobry, dziękuję za miłe słowa, chociaż ja wciąż nie wiem, o co chodzi z „pogubieniem” Vereeny: o to, że naprawdę jest pełna sprzeczności i po prostu nieśmiała oraz naiwna? :c Mam wrażenie, że wychodzę na straszliwą grafomankę… Niemniej – nie o tym chciałam: bardzo podoba mi się to, że Rose nie jest idealna i fajnie jest to odcięcie od Hermiony. Jestem zachwycona tym, że pani idealna nie stworzyli czegoś perfekcyjnego, a zwykłą dziewczynę, która musi odgrywać powierzoną jej rolę – mam wrażenie, ze na tej płaszczyźnie nasze obie panie są podobne. Dlatego też zagubiona Vercia może być pierwszą przyjaciółką, bardzo chętnie się zgłasza! ; D]

    VERA THORNE

    OdpowiedzUsuń
  35. [ No straszna z niej kluska. Ale chyba się lubimy. Dzięki za przywitanie!
    Natomiast ten fakt z Ravenclawem... to dlatego, że mnie zawsze uparcie tam przydziela. Najwyraźniej to w jakiś sposób rzutuje na moją bohaterkę. ]

    Theodora Harth

    OdpowiedzUsuń
  36. [Straasznie cie przepraszam, że to zajęło tyle czasu, ale ostatnio nie miałam weny, a zaczęcia generalnie idą mi bardzo kiepsko. Jak się do tego doda moją przykrą sklerozę wyjdzie mieszanka wybuchowa :C ]
    Arthur bał się uczuć i to była rzecz, która nie zmieniła się w nim w ciągu tych ostatnich kilku lat. Kierował się raczej rozumem, chłodno kalkulował, patrzył na świat przez pryzmat zdrowego rozsądku. Emocje zagłuszały i oślepiały, emocje to niebiezpieczne, niedorzeczne i zbędne reakcje ciała na pewne czynniki z zewnątrz. Kiedy jednak już dopuszczał serce do głosu, kiedy pozwalał sobie na skok w tą mroczną otchłań, kończyło się to zwykle beznadziejną porażką. Tak było w przypadku Rose.
    Pałał do niej sympatią, połączyła ich głębsza relacja. Podobał mu się sposób, w jaki jej oczy błyszczały, gdy skomplementował jej nowe uczesanie, lubił jej uśmiech, nasuwający wspomnienie słonecznego dnia, lubił z nią rozmawiać, bo mógł jej powiedzieć o wszystkim. Szkoda tylko, że nie potrafił przyznać się, że zauroczył się w czarownicy, której matka ma brudną krew.
    Wtedy ich relacja wydawała mu się raczej normalna, dopiero po tym całym incydencie dostrzegł, że tak naprawdę była toksyczna. Zachowywał się jak egoista i ranił ją każdym kolejnym pogardliwym uśmieszkiem czy wredną uwagą rzuconą w jej stronę. Ślepe podążanie za innymi zesłało na niego porażkę. Dostał karę, został znienawidzony przez pół zamku, został porzucony i wyśmiany. Zasłużył na to, odpokutowywał...Więc czemu nadal czuł się tak beznadziejnie? Na codzień starał się o niej nie myśleć, bo świadomość, że tak bardzo spieprzył uderzała go tam, gdzie najbardziej bolało. Czasami bywały jednak chwile, kiedy widział przed oczami jej twarz i wtedy nawet codzienne manto od ślizgonów nie sprawiało, że czuł się wystarczająco ukarany. Bo to, co teraz przeżywał było niczym w porównaniu do krzywdy, jaką wyrządził Rose.
    Tego dnia spotkało go wiele nieprzyjemności, ale najgorsze dopiero miało mu się przytrafić.
    Przypadek to kolejna rzecz, której Arthur nie ufa. Taki nagły, dziwnie znajomy zbieg okoliczności, przychodzący wtedy, kiedy pragnie się jedynie spokoju i ciszy. Nie spodziewał się, że w ciasnej, rzadko używanej salce, w której zamknęli go ślizgoni upadnie na ziemie przed tą, której bał się spojrzeć w oczy.
    Kaszlnął, podniósł się ledwo i zerknął z niejakim szokiem na rudowłosą. Wyglądał koszmarnie - był potargany i blady, a pod jego oczami widniały ciemne sińce, świadczące o kolejnej zarwanej nocy.
    - Rose - wymamrotał głupio i zaraz spuścił wzrok. Nie wiedział, co powiedzieć. Spodziewał się raczej słusznego ciosu w pysk niż miłego przywitania.

    Arthur

    OdpowiedzUsuń
  37. [Cześć! Chętnie rozkocham w niej Scorpiusa jeśli się zgodzisz.]

    S. Malfoy

    OdpowiedzUsuń
  38. [Myślę, że wygodniej nam będzie na GG. 60977494]

    OdpowiedzUsuń
  39. Chyba nic nigdy nie sprawiało mu tak wielkich problemów jak prawidłowe uwarzenie nawet najprostszego eliksiru. Jasne, fajnie wiedzieć, że istnieje coś takiego jak Veritaserum czy Eliksir Wielosokowy, albo że bezoar może uratować życie w niejednej podbramkowej sytuacji, ale samo siekanie korzeni i mieszanie wszystkich składników w miedzianym kociołku zdecydowanie do niego nie przemawiało. Prawdopodobnie niechęć do tworzenia eliksirów sukcesywnie wmawiał sobie przez lata przy okazji kolejnej odniesionej porażki w tej jakże trudnej i wymagającej sztuce. Gdyby nie fakt, że ojciec wróżył mu od maleńkości błyskawiczną karierę w Ministerstwie Magii (do której to, jak Draco uważa, potrzebne jest wszechstronne wykształcenie) Scorpius już dawno rzuciłby całe te eliksiry w diabły. Prawdę mówiąc walczył z tym pragnieniem za każdym razem, gdy tylko przekraczał próg komnaty. Na sam widok tych wszystkich rozczłonkowanych zwierząt, kociołków i świrniętej Pani Profesor dostawał spazmów. Nic więc dziwnego, że na wszystkich zajęciach siedział dziwnie skwaszony ze wzrokiem wbitym w blat. Tak było zresztą i dzisiaj.
    Scorpius siedział ze spuszczoną głową i usilnie starał się nie okazać po sobie, że nie ma najmniejszego pojęcia, o czym mówi profesor. W myślach gorączkowo poszukiwał partnera do zadania przeczesując listę osób biorących udział w zajęciach pod kątem ich umiejętności i sympatii lub strachu, który potencjalnie mogli do niego czuć, a który mógłby wykorzystać, by nakłonić ich do współpracy. Nim jednak zdążył uporządkować w głowie wszystkie te dane ktoś stuknął swoim kociołkiem o blat. Ślizgon niechętnie podniósł wzrok na intruza i zamarł. Spojrzał na przybysza jak na kosmitę, podrapał się po jasnej czuprynie i próbował jakoś pozbierać myśli. Przecież to niemożliwe, że Rose Weasley dosiadła się do niego z własnej nieprzymuszonej woli!
    Rozejrzał się nieśmiało po sali szukając jakiś dowodów na to, że właśnie padł obiektem czyjegoś niezbyt smacznego żartu, ale mimo usilnych starań i pełnego skupienia nie dostrzegł nic nadzwyczajnego. Inni uczniowie siedzieli już dwójkami dookoła jednego kociołka i na zmianę do siebie szeptali.
    - J-jasne, siadaj – wyrzucił w końcu z siebie. Rose siedział obok niego już od kilkunastu sekund, ale jego mózg miał lekkie opóźnienie w przyswajaniu i analizowaniu nowych bodźców. Znowu podrapał się po jasnej czuprynie i zaczął przeglądać podręcznik w poszukiwaniu instrukcji do uwarzenia dzisiejszego eliksiru. W głowie miał chyba z milion pytań. Jednocześnie chciał spytać Rose, czemu się do niego tak nagle dosiadła, czy powodem tej decyzji była zmiana zdania o jego osobie, czy może litość, albo zwykła pomyłka, ale z drugiej strony obawiał się, że zadając którekolwiek z tych pytań nagle ją spłoszy i zostanie ze wszystkim sam. – Wiesz może, na której stronie jest instrukcja?

    Scorpius

    OdpowiedzUsuń
  40. [Och, Vercia jest bardzo – w zasadzie, niemalże ktoś może ją wziąć za chorą na schizofrenię, a to w sumie ciekawie, jest w końcu moim eksperymentem, który w zasadzie od pierwszych zdań karty pokochałam na maksa (na początku miała iść do szuflady, ale no…). ; D O, dobrze! To ja w takim razie w okolicach weekendu zacznę, bo pomysł mi odpowiada – powiedz mi tylko, jakie długości preferujesz i będzie pjenknie. No i piękne nowe fotoł! ;]

    VERA

    OdpowiedzUsuń
  41. - Siedemdziesiąt sześć… siedemdziesiąt sześć… - mamrotał pod nosem próbując znaleźć odpowiednią stronę. Ręce mu trochę drżały z jakichś nieznanych przyczyn, a palce zaczęły się nadnormalnie pocić. Scorpius spojrzał na nie zdziwiony i szybko, ukradkiem – a przynajmniej miał taką nadzieję – wytarł opuszki w kawałek swojej szaty. W końcu otworzył podręcznik na odpowiednim eliksirze i prześledził wzrokiem wszystkie składniki w rytm wypowiadanych przez Rose słów. Szczerze mówiąc połowy z nich za bardzo nie znał – nie miał pojęcia jakie mają zastosowanie, gdzie je znaleźć ani jak się z nimi obchodzić. Całe szczęście miał podręcznik w wersji dla opornych no i naczelną kujonkę z siódmego roku do pomocy. Mimowolnie się uśmiechnął i wziął do roboty.
    Figami zajął się raczej sprawnie – przynajmniej w swoim mniemaniu. Na szczęście żadna nie uciekła mu spod noża, więc nie zbłaźnił się przed Gryfonką totalnie. Oczywiście, żeby wykonać powierzone przez Rose zadanie cały czas musiał powtarzać w myślach daną wcześniej instrukcję, ale to nic. Jest Malfoyem. Nie pierwszy raz wykonuje cudze polecenia.
    - Zrobione – rzucił niedbale w jej stronę. W skupieniu studiowała kolejny krok warzenia eliksiru w podręczniku. Była tak pochłonięta tekstem, że nawet nie zauważyła kiedy kilka z niesfornych kosmyków uciekło zza jej uszu i opatuliło delikatnie twarz. Scorpius przez chwilę podziwiał ten niecodzienny widok, aż zdał sobie nagle sprawę, że zaraz ich spojrzenia się spotkają, i co wtedy? Jak się wytłumaczy? Spłoszony wbił wzrok z powrotem w figi. Postanowił się jakoś ratować i zmienić tor biegnących myśli.
    – Weasley, warzyłaś już kiedyś ten eliksir czy tylko wykułaś na pamięć wszystkie składniki? – spytał trochę ostrzej niż zamierzał. – Znaczy… tam jest napisane jak to wszystko zrobić, czy strzelasz? Bo wiesz… nie zawsze są takie jasne instrukcje i trzeba zgadywać.. – zamilkł na chwilę, próbując wymyślić sposób, jak wybrnąć z tego bałaganu. – Wrzucamy te figi, czy jak?

    OdpowiedzUsuń
  42. Scorp nie należał raczej do grona osób, które łatwo wyprowadzić z równowagi i musiał przyznać, że naprawdę niewiele osób posiadało tajemną moc, z pomocą której byli w stanie tego dokonać. Oczywiście do szanownego kręgu podjudzaczy zaliczali się zacofanie dziadkowie (z obydwu stron), którzy najchętniej wymienialiby się tylko średniowiecznymi poglądami i eliksirami zapobiegającymi reumatyzmowi i ich znajomy, emerytowany nauczyciel. Byli także rodzice, którzy czasem jednym słowem potrafili wywołać w nim falę gniewu godnego Boga z czasów starego Noe’go, albo ten głupi Thomas z dormitorium obok, który co jakiś czas próbował go okraść. No i teraz była też Rose.
    Naprawdę nie wiedział co mu strzeliło do głowy, żeby być dla niej miłym. Jasne, przysiadła się do niego z własnej, nieprzymuszonej woli i początkowo myślał, że to nawet dobrze, bo przecież mu pomoże, ale z każdą kolejną sekundą coraz bardziej żałował, że nie pogonił jej w diabły na samym początku. Powinien był znaleźć sobie jakąś sensowniejszą parę a nie przystawać na pierwszy lepszy ochłap, który zalęgł mu się na blacie. Pewnie wybrałby tą niską czarną dziewczynę trzy ławki dalej – wyglądała na całkiem ogarniętą, no i nie miała na piersi naszytego gryfa tylko kruka, a to przecież zobowiązuje. Pewnie bałaby się odezwać do niego w taki sposób. Tak, następnym razem od razu zgarnie ją do swojej ławki. Przynajmniej obędzie się bez ubliżających monologów.
    Wziął głęboki wdech i podniósł wzrok znad kociołka. Zdecydowanie za często wlepiał się dzisiaj we własne buty i właśnie postanowił, że dzisiaj już więcej tego nie zrobi. Zacisnął lekko pięści, żeby oprzeć się pokusie dziecinnego wyładowania złości w sposób co najmniej uwłaczający jego dobremu imieniu (czyt. Ciągnięciu za włosy. Notabene jak mógł myśleć, że te rude strąki są nawet ładne. Ładne to mogą być zdjęcia, albo nowe meble, a nie pomarańczowe siano wyrastające z głowy) i lekko się uśmiechnął.
    - A Ciebie matka nie nauczyła trzymać języka za zębami? – syknął, wrzucając figi do kociołka. Już mu było wszystko jedno, czy eliksir się uda, czy eksploduje mu prosto w twarz. Na szczęście po dodaniu pierwszego składnika nie stało się nic złego. Woda lekko zabulgotała i figi utopiły się w jej ramionach. Scorp zamieszał całość trzykrotnie z pomocą różdżki i przesunął w jej stronę chitynowe pancerzyki, a w swoją moździerz i piołun. Zaczął ugniatać go tak szybko i mocno, że hałas który przy tym powodował na pewno było słychać na drugim końcu sali, przez co niezamierzenie pozyskał kilku ciekawskich obserwatorów. Rzucił im swoje wściekłe spojrzenie i to wystarczyło, by momentalnie wrócili do swoich zajęć. – Jakbym miał ochotę wysłuchiwać Twoich sfrustrowanych żali to bym o nie poprosił. A poprosiłem o nie, Weasley? Nie poprosiłem. Więc zamknij się na litość boską i zajmij tymi pancerzykami.

    OdpowiedzUsuń
  43. Sam nie wiedział do końca – albo tylko dobrze udawał – co go tak właściwie zdenerwowało w jej wypowiedzi. Przecież nie raz padł ofiarą zostawionych przez ojca stereotypów i jakoś, raz lepiej, raz gorzej, sobie z tym radził, ale chyba pierwszy raz w rolę oprawcy wcieliła się któraś z tych rudych pokrak. Stwierdził jednak, że nie jest to ani miejsce, ani czas na roztrząsanie uprzedzeń zakorzenionych ponad dwadzieścia lat temu w murach zamku, a lepiej zająć się bulgoczącym w najlepsze niepełnym jeszcze eliksirem.
    Scorp wsypał zmiażdżony piołun do kociołka zupełnie nie zważając na komentarze nauczycielki. Nie przepadał za tą starą raszplą już od dawien dawna i gdyby tylko nie musiał zdać OWUTEM-ów przynajmniej na Powyżej Oczekiwań na pewno starałby się jej w jakiś sposób dogryźć. Zamiast jednak obmyślać plan zemsty na wiekowej profesorce, blondyn zerknął na podręcznik. Wyglądało na to, że wszystkie składniki znalazły się w kociołku, wystarczyło jeszcze zamieszać, wrzucić potem mięte i gotowe.
    - Weasley, Malfoy, skończyliście już – mruknął pod nosem przedrzeźniając nauczycielkę. Wziął różdżkę w dłoń i zaczął mieszać eliksir w kociołku. – Sam się o to nie prosiłem, przecież. Już chyba lepiej posz…
    Nie dokończył. Reszta słowa została zagłuszona przez nagły wybuch. Z kociołka buchnęła para, woda w środku przybrała odcień zgnilizny, a potem zaczęła strzelać dookoła razem z odłamkami miedzianego kociołka. Scrop dostał breją prosto w lewe oko i przez chwilę myślał, że oślepł albo umarł, ale wtedy do rozsądku przywołał go okropny smród unoszący się chyba w promieniu piętnastu metrów. Ich wywar nie tylko przypominał zgniły ser pod względem koloru, ale także i zapachu. Przesunął ręką po twarzy pozbywając się zasłaniającej widzenie brei i rozejrzał po sali. Zdecydowanie nie było najlepiej.
    Największa część kociołka leżała właśnie u stóp oniemiałej nauczycielki. W jej włosach znajdował się jeden zielonkawy glut świadczący o zbliżającym się szlabanie. Jej mina wyglądała jak połączenie strachu, złości i obrzydzenia. Scorp żeby uniknąć niezręcznego milczenia spojrzał w prawą stronę, na Rose. Ona nie wyglądała lepiej. Zielone gluty wplątały jej się nie tylko we włosy, miała je dosłownie na całym ciele – od twarzy począwszy, a na butach skończywszy i zdecydowanie nie wyglądała na zadowoloną.
    Nikt nie wyglądał. Wszyscy patrzyli na nich z wyraźną odrazą i chęcią mordu.

    OdpowiedzUsuń
  44. [Jak tylko twoja kolejna postać pojawi się na blogu, daj znać! Marjorie na pewno chętnie ją pozna, chociaż wydaje mi się, że Rose równie dobrze mogłaby być w kręgu jej zainteresowań. No, ale nic, poczekam na tą twoją tajemniczą personę.]

    Marjorie

    OdpowiedzUsuń
  45. Po ostatnich wydarzeniach Scorp długo nie mógł dojść do siebie z kilku powodów.
    Po pierwsze - mimo upływu czasu i zażyciu jakichś sześćdziesięciu trzech magicznych kąpieli ciągle śmierdział spleśniałym serem. Próbował wszystkich znanych sobie sposób by usunąć nieprzyjemny zapach, ale cały czas miał nieodparte wrażenie, że drobinki smrodu wtopiły mu się w skórę i nic z tym się już zrobić nie da. Pomału zaczynał oswajać się z myślą, że odór spleśniałego sera zostanie z nim do końca życia i wkrótce stanie się jego znakiem rozpoznawczym.
    Po drugie – na każdym kroku towarzyszyły mu śmiechy rówieśników i durne komentarze. Po trochu stał się obiektem żartów, po trochu nieustraszonym bohaterem, który przytarł nosa przemądrzałej Gryfonce. Osobiście za bardzo nie wiedział jak się do tego odnosić – początkowo próbował warczeniem ukrócić plotki, ale gdy to nie przyniosło pożądanych efektów po prostu sobie odpuścił.
    I po trzecie (najważniejsze) – Rose. Zupełnie nie rozumiał co jej strzeliło do głowy, by całą winę wziąć na siebie. Jej zachowanie było tak abstrakcyjne i nielogiczne, że Scorp autentycznie pierwszy raz w życiu nie wiedział co na ten temat sądzić. Z jednej strony cholernie chciał poznać powody tej decyzji, z drugiej był po prostu dozgonnie wdzięczny za ocalenie dupska. Domyślał się, że Weasley musiało nie być teraz łatwo i odczuwał przez to lekkie wyrzuty sumienia. Przez pierwsze dni skutecznie je ignorował, bo najzwyczajniej w świecie nie miał pojęcia co z nimi zrobić, ale w końcu doszedł do wniosku, że wieczne zadręczanie nigdzie go nie zaprowadzi i jakoś trzeba temu zaradzić.
    Postanowił zrobić rudej prezent.
    Oczywiście w ogóle jej nie znał i nie miał bladego pojęcia z czego mogłaby się ucieszyć, więc drogą prostej dedukcji doszedł do wniosku, że jest babą, a baby lubią kwiaty i czekoladki. Do czekoladek obecnie nie miał dojścia, bo znowu został z nich bezczelnie ograbiony, a najbliższy wypad do Hogsmeade miał się odbyć dopiero w przyszłym tygodniu, więc chcąc-niechcąc padło na kwiaty. Tylko skąd je teraz wziąć? Był październik, na dworze nie panowały zbyt sprzyjające dla roślin warunki atmosferyczne, ale przecież od czego jest magia. Scorp nazrywał parę nadwiędniętych stokrotek z błoni, kilka fioletowych kwiatków przypominających fiołki i ze dwa czerwone i zrobił z nich coś na kształt bukietu, który szybko odświeżył z pomocą zaklęcia. Teraz tylko pozostawało przyczaić się w jakimś ustronnym miejscu i poczekać aż pojawi się w nim również Rose.
    Scorp wybrał okolice pokoju wspólnego Gryfonu, bo wiedział, że prędzej czy później w tym miejscu na pewno uda mu się ją złapać. Najpierw myślał o Wielkiej Sali, ale doszedł do wniosku, że gdyby pojawił się pod nią z kwiatami to raczej nie mógłby liczyć nawet na sekundę prywatności, a co za tym idzie z misternego planu nic by nie wyszło. Wziął też pod uwagę bibliotekę, ale nie chciał ryzykować całego dnia przesiedzianego wśród zakurzonych książek i olbrzymiej nudy. Usadowił się więc za jedną z kolumn otaczającą wejście do Pokoju Wspólnego Gryfonów i w skupieniu wypatrywał Rose. Jak tylko pojawiła się na horyzonie poderwał się z ziemi jak oparzony i czym prędzej do niej pognał chowając kwiaty za plecami.
    - Ej! Weasley – krzyknął widząc, że dziewczyna stoi już przed obrazem Grubej Damy. Odwróciła się w jego kierunku i Scorp dałby sobie rękę uciąć, że zaraz go zamorduje. Stanął kilka kroków przed nią, zachowując bezpieczną odległość i wyciągnąć zza siebie bukiecik. – Przepraszam.

    OdpowiedzUsuń
  46. Mathias nigdy nie przyjmował odmowy, dlatego też, gdyby Rose mu odmówiła z pewnością osiągnąłby zamierzony cel. Potencjał, który drzemał w Rudowłosej, zdecydowanie nie mógł się zmarnować. Uśmiechnął się nieco, gdy wreszcie przystała na jego propozycję, dzięki czemu stała się pełnoprawnym członkiem, koła transmutacji.
    - Cieszy mnie Twoja decyzja – wydukał schylając się nieco, a z czeluści starego biurka wyciągnął dwie nowiusieńkie książki, które wręczył Rose. – Myślę, że może Cię to zaciekawić. Tekst jej bardzo przyjemnie napisany, nic skomplikowanego. Nie oczekuję, że to przeczytasz, ale sądzę, że powinnaś. Zrób to w wolnych chwilach, a zwrócisz mi je kiedy tylko zechcesz. Ja już zdążyłem się z tym zaznajomić prawie na pamięć, a Ty dopiero się kształcisz, więc ta wiedza może Ci się przydać.
    Zebrał kartkówki oraz wypracowania z biurka i wsunął je do swojej czarnej torby, którą nie zawsze ze sobą nosił. Wsunąwszy krzesełko, skierował ponownie wzrok na Rose.
    - To co? Widzimy się dziś po kolacji u mnie w pokoju? – zapytał przestępując pare kroków do przodu. Nie lubił się gnieździć z uczniami w zakurzonej Sali, gdzie często bywało chłodno. Zdecydowanie lepiej pracowało się w czystym i przyjemnie ciepłym pomieszczeniu. Choć uczniowie z początku czuli się skrępowani, to całe zawstydzenie mijało równie szybko, co się pojawiało. Skupienie na zaklęciach czy teoretycznych zadaniach, nie pozwalało na rozmyślanie, gdzie się właśnie znajdują, poza tym członkom koła Rathmann pozwolił się poznać z tej nieco przyjemniej strony. Nie rzucał ujemnymi punktami, wręcz przeciwnie, nawet nimi nagradzał. Nie krzyczał, nie straszył, ale doceniał. Nie przyjmował do swojego koła byle kogo, a członków traktował niezwykle poważnie, w końcu posiadali nie lada małą wiedzę. Momentami nawet potrafili zaskoczyć samego profesora informacjami jakie zagłębiali w indywidualnych książkach jakie czytali.

    Mathias

    OdpowiedzUsuń
  47. Gruba Dama, która jeszcze przed chwilą smacznie spała zaplątana w kilka winogronowych lian, teraz ciekawie spoglądała na rozrywającą się tuż pod jej nosem niecodzienną scenę. Gdyby na miejscu Scorpiusa i Rose stała para Gryfonów od razu wtrąciłaby się do ich rozmowy, ale widok tej dwójki zupełnie zbił ją z tropu, więc tylko badawczo śledziła tę krótką wymianę zmian. Co tu dużo mówić, para taka jak ta to naprawdę niezła gratka. Już zacierała ręce z radości na myśl o najgorętszych ploteczkach, które zaraz rozpuści po całym zamku, gdy ku jej wielkiej rozpaczy rudowłosa wychowanka jej własnego domu odmówiła przyjęcia kwiatów od Ślizgona! Na brodę Merlina, to się przecież w głowie nie mieści!
    - Bierz kwiaty, albo nigdy więcej nie przekroczysz progu tego domu! – wrzasnęła, zanim zdążyła ugryźć się w język. Po jej spanikowanej minie było widać, że nie tak wyobrażała sobie własną rolę w tym całym zamieszaniu. Natychmiast na jej pliczkach wykwitł olbrzymi, czerwony rumieniec. Gruba Dama próbowała jeszcze jakoś ratować sytuację dukając kolejne, chyba losowe, słowa, ale nim udało jej się złożyć choć jedno sensowne zdanie, Scorp wkroczył do akcji. Obdarzył ją chyba najbardziej lodowatym spojrzeniem jakie kiedykolwiek dane było jej otrzymać, i niewiele myśląc złapał Rose za rękę, a potem szybko pociągnął w stronę kolumny, za którą jeszcze kilka minut temu się chował. Na szczęście wszystko działo się tak szybko, że nie miała nawet czasu na oponowanie. Nim do któregokolwiek z nich dotarło, co tak naprawdę się właśnie stało, Scorp już dawno ją puścił. Teraz stali na wprost siebie w lekkim półmroku.
    - Posłuchaj, Wea… Rose – zaczął najdelikatniej jak umiał, choć w środku zaczynał się już gotować. Powinna przecież wiedzieć, że tacy jak on nie spędzają wolnego czasu na bieganiu po łąkach i szukaniu kwiatów, a potem nie robią z nich bukietów i nie czekają jak kołki pod jakimś tam Pokojem Wspólnym, żeby je wręczyć takim jak ona. Powinna wiedzieć, że te pięć kwiatków na krzyż to swoista gałązka oliwna, którą on, dumny Malfoy, pragnie wręczyć zarozumiałej Weasley. I powinna je wziąć i mu przebaczyć. – Nie jestem swoim ojcem, potrafię przyznać się do błędu. Doskonale oboje wiemy dlaczego ten kociołek wybuchnął i czyja to była wina. Jeśli mam być szczery to zupełnie nie rozumiem czemu zachowałaś się w ten sposób, wzięłaś całą winę na siebie i sprzątałaś tę zgniłą maź, ale naprawdę jestem ci za to wdzięczny – powiedział, wysuwając raz jeszcze w jej stronę bukiet. – Naprawdę – dodał głośniej i bardziej stanowczo, podsuwając go już prawie pod jej nos. – Więc na litość boską weź te kwiaty i nie rób sceny, bo czuję się chwilowo jak przenośny wazon, którym na pewno nie jestem.

    OdpowiedzUsuń
  48. Nie sądził, że pójdzie mu tak łatwo. W głowie układał już kolejną, jeszcze dłuższą przemowę między innymi o tym, jak ciężko było zdobyć te kwiaty i jak bardzo szkoda byłoby, żeby się zmarnowały i samotnie dogorywały w koszu na śmieci. Miała zamiar ten wspomnieć, że odkupi jej cynowy kociołek, który ostatnio uśmiercił, albo wypierze szaty z tej śmierdzącej brei lub kupi nowe. I już miał otwierać usta z zamiarem wylania z siebie tego całego słowotoku, gdy nagle usłyszał ciche dziękuję i zobaczył…. Uśmiech? Czy Weasley właśnie się do niego uśmiechała? Scorp przetarł sobie lekko ręką oczy, jakby nie wierzył w to co właśnie widzi, ale ku swojemu zdziwieniu, gdy znów na nią spojrzał, dalej się uśmiechała. Niesamowite.
    - Nie ma za co – bąknął, nie bardzo wiedząc co teraz zrobić. Czekając na Rose rozgrywał tę scenę w głowie chyba z milion razy i nigdy, przenigdy, w żadnym scenariuszu, nie zgadzała się przyjąć bukietu już za drugim razem. Zupełnie pokrzyżowała mu plany.
    Z głębi korytarza słychać było podniesione głosy młodszych uczniów. W ich stronę dosyć szybko zbliżała się grupka rozbawionych dziewczyn z Gryffindoru. Wyglądały na całkiem młode, Scorpius dałby im maksymalnie 14 lat. Między nimi toczyła się naprawdę żywa dyskusja o zbliżającej się Nocy Duchów. Jeszcze nie wszystkie atrakcje tej magicznej imprezy zostały wyjawione uczniom, ale najwyraźniej już sam fakt, że grono pedagogiczne potwierdziło to wydarzenie wystarczył, by w sercach małoletnich czarownic rozbłysła nadzieja na poznanie tej nocy swojego księcia.
    - Kate, Fred ostatnio się na ciebie gapił na transmutacji. Daję słowo, wgapiał się w ciebie jak w obrazek tymi swoimi maślanymi oczkami – piszczała jedna do drugiej. – Jestem pewna, że jak będziesz się koło niego kręcić, to zaprosi Cię na bal!
    - Naprawdę? – spytała Kate, a wszystkie dziewczyny dookoła zaczęły kiwać głowami i potakiwać. Były tak zajęte potencjalnym romansem koleżanki, że żadna z nich nie zwróciła uwagi na stojących tuż obok nic Rose i Scorpiusa. Minęły ich prędko i skierowały się w stronę Grubej Damy. Jedna z nich wypowiedziała hasło, obraz się odsunął i wszystkie czmychnęły do środka. Jeszcze przez chwilę było słychać coraz to cichszy głos Kate. – Ah! Cóż to będzie za noc! Nawet sobie nie wyobrażacie jaką mam sukienkę! Jest niebieska, z kornakami… I mam diadem do niej… I zrobię czarne włosy… I… - aż w końcu całkiem umilkły.
    W głowie Scorpa zapaliła się czerwona lampa.
    - Weasley, mówiłaś coś o plotkach. Właśnie znalazłem genialny sposób, żeby je zdementować – rzucił, lekko się uśmiechając. Był tak pewny swojego planu, ze nawet nie dał jej dojść do głosu. – Słuchaj, pójdziemy razem na Noc Duchów. No bo wyobraź sobie, że jakbym chciał ci utrzeć nosa i upokorzyć, to przecież bym się z tobą potem publicznie nie pokazywał, no nie? A tym bardziej nie zabierałbym cię gdziekolwiek jako moją parę. Więc sama widzisz, że jeśli pójdziemy razem to wszystko ucichnie. To plan idealny – dodał, badawczo się jej przyglądając. – To jak, pójdziesz ze mną na Noc Duchów?

    OdpowiedzUsuń
  49. Od pamiętnej lekcji eliksirów minął już tydzień, jednak uczniowie obecni podczas wybuchu wydawali się odporni na zbawienne działanie czasu. Na korytarzach posyłali mu groźne, mordercze wręcz spojrzenia; co odważniejsi próbowali je nawet w jakiś sposób komentować. Zdarzało się, że podczas jedzenia śniadania komuś niechcący coś eksplodowało na wzór ich cynowego kociołka. Malfoy regularnie też znajdował w swoim dormitorium niebotycznie wysokie rachunki z okolicznej pralni, które podrzucali mu koledzy z domu, a które zamiast zapłacić natychmiast podpalał lub wyrzucał. Choć poczuwał się do odpowiedzialności za ostatnie wydarzenia nie miał zamiaru ujawniać nikomu roli, jaką w nich odegrał. Był wdzięczny Rose za uratowanie tyłka i szczerze wierzył, że tymi kwiatkami wyżebrał u niej odrobinę dyskretności. Co prawda dalej nie poznał powodów jej dziwnego zachowania i niekiedy późno nocą, leżąc już w łóżku, próbował odgadnąć motywy tajemniczego postępowania, ale raczej nie odnosił na tym polu sukcesów. Wiedział jednak doskonale, że mały bukiecik nie spłaci olbrzymiego długu, który właśnie u Weasley zaciągnął i trzeba coś na to poradzić.
    Od pamiętnego wieczoru kiedy to postanowił ją przeprosić minęło już kilka dni, podczas których nie wpadli na siebie ani razu. Malfoy sądził, że w dużej mierze jest to zasługa Rose, która najzwyczajniej w świecie musiała go unikać. Sam zresztą też się trochę do tego przyczynił - przez weekend praktycznie nie opuszczał swojego dormitorium, w którym studiował opasłe tomiszcze noszące jakże genialny tytuł Eliksiry dla debili, czyli jak uwarzyć miksturę i nie umrzeć. Część I oraz szkolny podręcznik. Scorp miał kolejny genialny plan odkupienia swoich win. Postanowił wykuć się na blachę przepisu na ten nieszczęsny eliksir szczęścia a następnie uwarzyć go s-a-m-o-d-z-i-e-l-n-i-e(!) obok siedzącej Rose. Miał nadzieję, że dzięki temu przestanie traktować go jak skończonego debila i może będzie mu dalej pomagać na następnych zajęciach, dlatego też po wejściu do Sali odczekał chwilę, aż Gryfonka zajmie miejsce i szybko się do niej dosiadł. Nie odezwał się nawet słowem z dwóch powodów: po pierwsze nie chciał jej drażnić, a po drugie nie wiedział co powiedzieć. Pierwszy raz dostał kosza i to jeszcze od dziewczyny, której normalnie w życiu by nie zaprosił. Jego męska duma trochę na tym ucierpiała, ale Ślizgon nie miał zamiaru dać tego po sobie poznać.
    - Cisza – zażądała profesorka, podnosząc się z miejsca. Scorp postawił na środku stołu nowy kociołek i wlepił w nią spojrzenie. – Dzięki uprzejmości pani Weasley i pana Malfoya mamy dziś przyjemność jeszcze raz warzyć eliksir szczęścia. Mam nadzieję, że tym razem obejdzie się bez większych niespodzianek… - dodała, posyłając im znaczące spojrzenie. Po Sali przetoczyło się kilka szeptów i śmiechów. – Cisza! Bierzcie się do roboty.
    Scorpius wziął figę abisyńską i zrobił z nią dokładnie to samo co wcześniej. Rozciął, powyciskał i odsunął na bok. W międzyczasie machnął różdżką i napełnił kociołek wodą, a chwilę później ustawił pod nim odpowiednią temperaturę.
    - Rozgnieć to proszę – rzucił do Rose, przesuwając w jej stronę piołun i moździerz. Dzisiaj to on wydaje polecania i tym razem nic nie spierdoli!

    OdpowiedzUsuń
  50. Nie miał pojęcia jak Rose zareaguje na jego nową postawę bardziej w stylu wszystkowiedzącego Krukona niż młotkowatego Ślizgona, którą niezaprzeczanie reprezentował do tej pory. Był przygotowany na drobne starcie i chwilę oponowania, może nawet na lekką wymianę zdań, ale zdecydowanie nie na to, co właśnie mu zaserwowała. Jej reakcję usprawiedliwił chwilowym szokiem i mózgowym paraliżem, bo tylko to przychodziło mu obecnie do głowy. Zresztą, nie miał czasu na zagłębianie się w motywy kierujące Weasley, gdy trzydzieści centymetrów od niego, w cynowym kociołku wesoło plumkałą woda przyprawiając go tym samym o dreszcze.
    Musiał przyznać, że choć wykuł na pamięć całą instrukcję warzenia eliksiru szczęścia i raczej nie miał problemu z odtworzeniem jej kolejnych kroków, to i tak cholernie się stresował. Po ostatnich wydarzeniach nabawił się urazu do wszelakich magicznych substancji i obawiał się, że mimo nabytej w ostatnim czasie wiedzy, uda mu się to wszystko w jakiś sposób znowu spierdolić. Dlatego też bardzo ostrożnie zajmował się kolejnymi składnikami eliksiru, jednocześnie upewniając się przy każdym z nich, że wykonuje daną czynność przepisowo. Samo rozgniecenie fig zajęło mu chyba z pięć minut.
    Następnym krokiem było znalezienie chitynowych pancerzyków. Malfoy błądził wzrokiem po blacie w poszukiwaniu odpowiedniego słoju jednocześnie lekko zezując w stronę trzymanego przez Gryfonkę moździerza. Po coraz to cichszych odgłosach dobiegających z tamtej strony wywnioskował, że zaraz skończy swoje zadanie, czyli pomału zbliżają się do końca. Scorp namierzył szybko pancerzyki i wrzucił je do kociołka.
    - Nie, dzięki – rzucił tylko do Rose, zabierając od niej namoczony piołun. Dla pewności zerknął jeszcze do podręcznika, a potem dodał do gotującego się w kotle wywaru przekrojone na pół fasolki i wytworzoną przez Weasley papkę. Następnie trzymając w myślach kciuki i szepcząc cichutko pod nosem kolejną instrukcję przystąpił do mieszania. Podnosząc z blatu różdżkę modlił się, aby tym razem kociołek nie wybuchnął. Zamknął oczy, wstrzymał oddech i zamieszał eliksir czterokrotnie w przeciwną do ruchu wskazówek zegara stronę. Po sekundzie niepewnie otworzył jedno oko i rozejrzał się po sali. Chwilę później otworzył drugie oko i odetchnął z ulgą. Kociołek stał na swoim miejscu, w jednym kawałku. Zwiększył więc pod nim ogień i opadł na krzesło. Zostało tylko odczekać kwadrans, dodać mięte, zamieszać dwa razy i gotowe.
    - Teraz musimy czekać. Piętnaście minut – powiedział nie kryjąc swojego zadowolenia. Był z siebie dumny; tak naprawdę, bardzo dumny.

    OdpowiedzUsuń
  51. To było prawdopodobnie najdłuższe piętnaście minut w życiu Malfoy’a. Przez cały czas intensywnie wpatrywał się w cynowy kociołek, jakby próbował go zaczarować, albo przynajmniej do niego przemówić i choć wiedział, że wykonał całą instrukcję perfekcyjnie w stu procentach, to w głębi ducha modlił się, by woda z kotła nie zaczęła przybierać zielonkawej barwy. Raz nawet podniósł się z zajmowanego miejsca i z lekką dozą niepewności zajrzał do jego środka - woda bulgotała coraz głośniej i szybciej, przybierając lekko żółtawą barwę. Scorpius odetchnął więc po raz drugi i uśmiechnął się lekko pod nosem. Wyglądało na to, że osiągnął swój cel. Uwarzył ten cholerny eliksir całkiem poprawnie i to bez niczyjej pomocy, w rekordowym czasie.
    Po upływie kwadransa doszedł do wniosku, że miał rację. Nad zajmowanym przez nich stolikiem zaczęła pojawiać się kolorowa tęcza. Był z siebie cholernie dumny, chyba jak nigdy. Jego wisielczy humor z miejsca skoczył na dziesięciostopniowej skali z jednego końca w okolice drugiego, co skutkowało nieświadomym uśmiechem i lekkim pogwizdywaniem. Po raz pierwszy udało mu się skończyć zajęcia eliksirów z pochwałą i fakt ten tak nim zawładnął, że zupełnie zapomniał o siedzącej obok niego Gryfonce. Po prostu spakował swoje rzeczy i wyszedł na korytarz, kierując się w stronę Pokoju Wspólnego Slytherinu, a jego myśli popłynęły w stronę dzisiejszej Nocy Duchów. Początkowo nie miał zamiaru się na nią wybierać, bo ani nie miał przebrana, ani dziewczyny (Dzięki Weasley, to twoja wina. Mogłem zaprosić jaką młodszą Ślizgonkę, która z wdzięczności całowałaby mnie po stopach, ale postanowiłem zrobić dla ciebie coś miłego, a ty tego gestu nie przyjęłaś), ani nastroju, ale skoro jedną z tych trzech pozycji odzyskał w zaledwie kilkanaście minut, to czemu by z tego nie skorzystać? Dziewczynę zawsze może znaleźć jakąś na miejscu, w końcu jest Malfoyem, a przebranie na pewno wymyśli, do imprezy zostały jeszcze dwie czy trzy godziny. Wystarczy, że ruszy głową (a dzisiaj miał dobry dzień i nawet mu to sensownie wychodziło), machnie parę razy różdżką i gotowe! Mógłby na przykład przebrać się za wampira, albo topielca, albo…
    - Ała – wystękał, czując że czyjaś dłoń zaciska się na jego ramieniu. W myślach przeklinał idiotę, który ważył się przerwać jego wewnętrzny monolog, gdy nagle został odwrócony w jego stronę i stanął twarzą w twarz z… Weasley? Ale co ona tutaj robi? I czego od niego chce? I… czy właśnie zwróciła się do niego po imieniu?
    Malfoy stał oniemiały w miejscu i po prostu wlepiał w nią spojrzenie. Nie bardzo rozumiał co się właśnie dzieje i skąd to nagłe ocieplenie stosunków, a z każdym wypowiadanym przez nią słowem czuł się coraz bardziej skołowany.
    - Czekaj… - powiedział bardzo powoli, próbując przetrawić całą sytuację. Jeśli dobrze zrozumiał, że Gryfonka właśnie zaproponowała mu wspólne wyjście na Noc Duchów, ale… przecież kilka dni temu miała zupełnie inne zdanie. Niebywałe. – Rose Weasley, czy ty właśnie zaprosiłaś mnie na randkę?

    OdpowiedzUsuń
  52. Malfoy poczuł się tak, jakby właśnie ktoś przywalił mu z pięści w twarz. Słowa Rose docierały do niego z oddali, lekko stłumione przez ogarniające go chwilowe oszołomienie. Krew zaczęła odpływać ze wszystkich kończyn i kierować się ku górze, do twarzy na której wykwitł czerwony rumieniec, mocno kontrastujący z bladą skórą. Nie miał pojęcia czy zawstydziła go pokrętna logika Rose, czy może fakt, że z boku cała ta sytuacja wyglądała jakby faktycznie chciał zabrać ją na randkę. A nawet jeśli, to co z tego? Czemu tak dziwnie na to zareagował? Przecież nie przywiązywał wielkiej wagi do plotek, a jednak na myśl o pokazaniu się z Weasley jako para (i pewności, że Hogwart o tym przed długi czas nie zamilknie) robiło mu się jakoś tak dziwnie, nieprzyjemnie. Jeszcze kilka dni temu, gdy składał jej dokładnie tę samą propozycje nie miał takich odczuć. Co się więc zmieniło? Czy nazwanie rzeczy po imieniu uświadomiło mu w co tak naprawdę się pakuje?
    Randka z Weasley huczał nieznany głosik w głowie, którego nie był w stanie zignorować, i któremu jednocześnie nie mógł odpowiedzieć, co bardzo go drażniło. Starał się nie dopuszczać do siebie żadnych scenariuszy nadchodzącej nocy, ale nie łatwo było ignorować na raz aż tyle myśli. Po chwili wiedział już, jak bardzo katastrofalne w skutkach może okazać się wspólne wyjście, ale jednocześnie zdawał sobie sprawę z tego, że kiedy powiedział A to musi też powiedzieć B (nawet jeśli zdrowy rozsądek każe mu zrobić coś odwrotnego). Malfoy więc, trochę wbrew sobie, ruszył się z miejsca
    - Poczekaj! – krzyknął za nią, stawiając pierwszy krok. Zupełnie nie czuł odrętwiałej nogi, ale nie przeszkadzało mu to w pokonaniu dzielącego ich dystansu. Dopadł Rose nim zdążyła zniknąć za zakrętem i zagrodził jej drogę. Nie miał zamiaru komentować w żaden sposób ostatnich rozważań, ale nie zamierzał też tak szybko odpuścić. Widział po twarzy Gryfonki, jak wiele kosztowała ją ta propozycja i zrobiło mu się cholernie głupio.
    - Będę czekać pod Pokojem Wspólnym Gryffindoru o dziewiętnastej – powiedział, patrząc jej w oczy. Przeskakiwał chwilę spojrzeniem z jednej brązowej tęczówki na drugą szukając w nich zrozumienia dla swoich słów, a potem nieznacznie się od niej odsunął i zaczął kierować się w stronę własnego dormitorium. – Nie wystaw mnie, Weasley. – dodał jeszcze przez ramię, a potem zniknął w czeluściach lochów.

    OdpowiedzUsuń
  53. Bywały takie chwile, gdy była naprawdę wdzięczna za swój młodziutki wygląd – szczerze mówiąc przypominała bardziej dwunasto- niż piętnastolatkę, co z całą pewnością innym dorastającym panienkom leżałoby na sercu. Ale nie jej. Ona cieszyła się niewymownie, gdyż w wielu przypadkach niezbyt legalnych przewinień wciąż utrzymywał się jej status "jeszcze małej" uczennicy, siostrzyczki dwóch starszych braci i najmłodszej z Potterowsko-Weasleyowskiej rodziny. Mogła dzięki temu korzystać do woli, kiedy tylko przyszedł jej do głowy jakiś głupiutki, dziecinny pomysł i nie obawiać się, że ktokolwiek, poza koleżankami z dormitorium; tymi, co to miały się za nader "dojrzałe", spojrzy na nią krzywo i z politowaniem. Lily, chociaż z zewnątrz przypominała dziecko i niejednokrotnie spontanicznością oraz prostym tokiem rozumowania wpędzała ludzi w zastanowienie, czy aby na pewno wiek w metryce jest zgody z realnym – mimo wszystko potrafiła wykazać się wprost niespotykanie dojrzałymi poglądami... jeśli było trzeba. Odznaczała się nadwrażliwością oraz przesadnie rozwiniętą empatią, co za wszelką cenę skrywała pod maską obojętności i niemyślącej, głupiutkiej dziewczynki, umiejętnie raniącej ludzi. Niemniej jednak pozbawiona została zdolności łatwego komunikowania się z osobnikami homo sapiens, zawsze jąkając się i łamiąc; brak możliwości dobierania odpowiednich słów zawadzał, przeszkadzał. Był jak drzazga tkwiąca tuż pod skórą – ostry i bolesny.
    Mimo, iż większość koleżanek udało się na imprezę do Pokoju Wspólnego Krukonów, Lily wolała zostać i zatopić się w książce, którą niedawno wypożyczyła ze szkolnej biblioteki. Chociaż może "wypożyczyła" nie było odpowiednim słowem – podebrawszy starszemu bratu pelerynę-niewidkę, młoda panna Potter pod osłoną nocy zakradła się do Działu Ksiąg Zakazanych i cichutko jak myszka wydobyła spod rosnącego stosu (zdarzyło jej się obserwować siódmoklasistów rzucających tomy byle jak) wydobyła pożądany przedmiot.
    Zaczytaną, pochłoniętą we własnym świecie i kombinacjach, jak zdobyć pewien składnik, z zamyślenia wyrwał ją jakiś okrzyk dobiegający z dołu. Zmarszczyła brwi; brzmiało to znajomo, ale nie mogła skojarzyć, skąd właściwie zna ów głos. Cicho zeszła po schodach, niepewnym krokiem podchodząc do kuzynki, równie rudowłosej jak ona sama. Unikała fizycznych zbliżeń, ale przełamała się, by zapytać:
    – Em... Wszystko w porządku?

    [Wybacz, że to tyle trwało!]
    Lily Potter

    OdpowiedzUsuń
  54. Prawdę mówiąc Malfoy robił tylko dobrą minę do złej gry. Gdy adrenalina opuściła jego organizm, a prowizoryczny opatrunek znalazł się na ramieniu (bo przecież nie pomyślał, że można się uleczyć zaklęciem), rana nagle zaczęła szczypać. Najpierw delikatnie, potem coraz mocniej i mocniej… Scorp starał się powstrzymać grymas bólu wypływający na jego twarzy, ale bezskutecznie. Na szczęście dookoła nich dalej panował mrok, a Rose ruszyła już naprzód. Zagryzł mocno zęby i podniósł się z ziemi. Zbędny miecz odrzucił w bok, który po zetknięciu z posadzką wydał z siebie głośny brzdęk. Miał już dosyć tej zabawy. W myślach przeklinał całe grono pedagogiczne, które najwyraźniej tworząc tor przeszkód miało nadzieję na straty w ludziach. Na pewno siedzieli teraz bezpiecznie w jakimś gabinecie i z Ognistą Whiskey w rękach oglądali ich zmagania zakładając się, które zginie pierwsze.
    - Pieprzenie… - szepnął pod nosem sam do siebie, pomału powłócząc nogami. Był zmęczony i obolały, co owocowało niezbyt dobrym nastrojem. Malfoy miał zupełnie inne plany na ten wieczór. Chciał się napić, najeść, ponabijać trochę z Weasley, może nawet z nią zatańczyć by pomóc jej odzyskać twarz w oczach uczniów a potem pójść do swojego wielkiego łóżka i spać jak najdłużej. Zamiast tego plątał się po jakimś dziwnym labiryncie, gdzie na każdym kroku coś chciało go zabić…
    Korytarz zaczął się nagle rozszerzać i Scorp wszedł do czegoś na wzór sali. Na pierwszy rzut oka komnata była pusta (nie licząc stojącej na środku Rose i jakiegoś chłopaka, chyba z Ravenclawu). Powietrze stało się gęstsze, ale jednocześnie otaczający ich mrok się rozrzedził, więc Malfoy mógł dostrzec więcej szczegółów w otaczającym go pomieszczeniu niż na korytarzach, którymi jeszcze przed chwilą plątał się wspólnie z Gryfonką. Nie miał pojęcia kim był ani skąd wziął się ten obcy chłopak, ale ewidentnie z rozmowy dało się wywnioskować, że Rose go znała, i to chyba nawet dobrze.
    Scorp przysłuchiwał się ich wymianie zdań w milczeniu, bo co innego mógł zrobić? Nie wiele z niej rozumiał i nie miał zamiaru jej przerywać. Zawsze sądził, że prywatne sprawy innych osób nie są jego zmartwieniem, a jednak jakiś cichutki głosik z tyłu głowy cały czas powtarzał mu, że coś tu jest nie tak, że to może być kolejne zadanie.
    Rozejrzał się uważnie po Sali i… Tak! W lewym rogu komnaty coś migotało, jakby odbijało się w nim światło? Scorp po cichu przeszedł w te stronę, dotknął opuszkami palców dziwnej powierzchni i ze zdziwieniem stwierdził, że to lustro. Niechcący wcisnął na nim jakąś przekładnie i lustro zaczęło zmieniać kolor i fakturę… Po kilku sekundach stało się meblem.
    - Bogin – szepnął, odwracając się w stronę stojącej na środku Sali Rose i chłopaka. Gryfonka wyglądała na zdezorientowaną. Słowa Kurona stawały się coraz ostrzejsze z każdą sekundą i Weasley w końcu nie wytrzymała… Zaczęła płakać.
    Łzy Rose podziałały na niego jak czerwona płachta na byka. Malfoy nie myślał. Nim Krukon zdążył wypowiedzieć kolejne słowa, Scorpius stanął między nim a Gryfonką. Chłopak przez chwilę przeskakiwał wzrokiem po stojących przed nim postaciach, a potem zmienił się w Dracona Malfoya. Scorp podniósł różdżkę do góry i wycelował w ojca.
    - Riddiculus – powiedział w momencie, w którym Draco otwierał usta. Po chwili bogin z Dracona Malfoya zamienił się w białą fretkę. Scorpius za pomocą kolejnego zaklęcia umieścił go w starym meblu, a wtedy otaczający ich labirynt po prostu zniknął. Malfoy odwrócił się w stronę Gryfonki by powiedzieć jej, że to już koniec, ale odwracając się zobaczył tylko kawałek jej czerwonej sukienki znikającej za dzrwami.

    OdpowiedzUsuń
  55. Nim zdążył cokolwiek powiedzieć Rose zniknęła mu z pola widzenia niemal tak szybko, jak przed sekundą pokonany bogin. Scorpius stał w ciemności jeszcze przez kilka sekund, próbując przenalizować całą sytuację od początku, gdy nagle wszystkie otaczające ich do tej pory ściany zaczęły się poruszać i znikać wraz z przygotowanymi atrakcjami. Nie wiedział, czy zamknięcie ostatniego przeciwnika w starym meblu oznaczało wygraną i jednocześnie wywołało rozstąpienie się labiryntu, czy była to jednak zasługa Rose i jej rezygnacji z dalszej rywalizacji…
    Pobieżnie rozglądał się dookoła siebie po zimnym lochu, próbując zlokalizować coś na wzór nagrody, ale (nie)stety niczego takiego nie odnalazł. Za to kątem oka zaczął dostrzegać gromadzące się w pobliżu osoby, które pochłonięty własnymi myślami, zupełnie ignorował. Cały czas przed oczami miał wydarzenia sprzed kilku sekund – bogina, w przebraniu Krukona i zapłakaną Rose. Nie miał pojęcia kim był ten chłopak, ani co dla niej znaczył, ale zdążył się już domyśleć, że to jego słowa, tak ostre i lodowate, spowodowały nagłe zniknięcie Gryfonki. Sam miał z tego powodu wyrzuty sumienia. W końcu to za JEGO namową rudowłosa pojawiła się dzisiejszego wieczoru w Wielkiej Sali i prowokowana JEGO zaczepkami przystąpiła do tej durnej konkurencji... Przecież chciał tylko jej pomóc, chciał ukrócić krążące po zamku plotki, a jak zwykle wszystko spieprzył i znowu musiał coś na to poradzić.
    - Myśl, myśl, myśl… - szeptał do siebie pod nosem, próbując odnaleźć w głowie jakieś miejsce do którego mogła uciec Rose. To musiała być jakaś komnata, która zapewniłaby jej prywatność, najlepiej taka, gdzie nikt się nie wchodzi, gdzieś na uboczu, by nikt z korytarza nie mógł usłyszeć tego, co dzieje się w środku…
    Malfoy wytężał swoje szare komórki najbardziej jak tylko potrafił, aż w końcu przypomniał sobie kawałek wypowiedzi bogina - Słyszałem o tej rudej, która zamykała się w łazience Jęczącej Marty, żeby ryczeć - i czym prędzej, jak oszalały, pognał na pierwsze piętro i z hukiem wparował do łazienki. Początkowo myślał, że jest zupełnie pusta, ale ciche pociąganie nosem zdradziło jej pozycję – siedziała skulona w rogu, wyglądając jak mała kupka pełna nieszczęścia. Zrobił w jej stronę kilka powolnych kroków, jakby bał się ją spłoszyć i ze zdziwieniem spostrzegł, że jej wygląd uległ znacznej zmianie – znowu była ruda. Zmarszczył brwi zastanawiając się co właściwie ma jej teraz powiedzieć. Spytać, czy wszystko w porządku, kiedy widzi, że dalej stoi zapłakana? Powiedzieć, że to nic takiego, gdy oboje wiedzą, że bogin obrazuje jedynie największe lęki? Nie, nie mógłby.
    - Rose… - powiedział cichutku, wyciągając w jej stronę rękę. Znowu zrobił kilka powolnych kroków. Chciał ją przeprosić, otrzeć te głupie łzy, pocieszyć – ale zupełnie nie wiedział jak. Wszystkie słowa, które przychodziły mu teraz do głowy wydawały się być nieodpowiednie. – Ja… - wydukał, przeskakując spojrzeniem z jej brązowych tęczówek na spływające po twarzy łzy. Zbliżył się jeszcze bardziej i delikatnie ułożył swoją dłoń na jej ramieniu. – Przepraszam…

    OdpowiedzUsuń
  56. Sam nie wiedział, czego się spodziewał. Całą ta sytuacja była tak komicznie abstrakcyjna, że jedyne na co mógł w tej chwili się wysilić to stanie z otwartymi ustami i łapanie powietrza. Miał ogromny mętlik w głowie, którego nie potrafił nijak właściwie rozwiązać. Z jednej strony coś mówiło mu, że to nie jest odpowiednie dla niego miejsce, że powinien stąd uciekać gdzie pieprz rośnie, mieć w nosie skuloną i zapłakaną Weasley; że powinien wrócić na Wielką Salę i bawić się w najlepsze, tańczyć z najpiękniejszymi dziewczynami, szeptać im słodkie słówka, a potem pławić się w ich wdzięczności; że to nigdy nie mogło wyjść i czego on się właściwie spodziewał zapraszając ją na tę cholerną Noc Duchów. Jakiegoś magicznego uzdrowienia ich relacji? Po co? Wmawiał sobie już od tygodnia, że to wszystko przez te głupie eliksiry i po trochu naprawdę czuł się zobowiązany do zdementowania plotek krążących po zamku, ale w większej części, którą skrzętnie ukrywał na samym dole swojej świadomości, polubił jej towarzystwo. Może i była przemądrzała, ruda i niezbyt sympatyczna, ale właściwie jako jedyna ani się go nie bała, ani nie szydziła w wybitny sposób z czynów jego rodziny. I to właśnie spowodowało, że w jego głowie pojawił się drugi głosik, który cichutko, ledwie zauważalnie, powtarzał mu jedno słowo - zostań.
    - Nie zostawię cię – powiedział już głośniej i pewniej. Nie wiedzieć czemu posłuchał tej cichej, wewnętrznej prośby, dlaczego postanowił zostać…
    Nim się zorientował, co właściwie robi, siedział już koło niej. Najpierw w milczeniu, wsłuchując się w jej płacz, delikatnie przesuwał leżącą na ramieniu Gryfonki dłonią po czerwonej sukience. Serce waliło mu jak oszalałe, był jednocześnie onieśmielony i zakłopotany tą nagłą bliskością.
    – Nie jesteś taka – dodał, po chwili zastanowienia, patrząc na jej bose stopy. Chciał jej powiedzieć coś bardziej odpowiedniego, coś co mogłoby jakoś pomóc, ale nie bardzo wiedział, czy takie słowa w ogóle istnieją. Zamiast tego dalej lekko głaskał ją po ramieniu i przez kilka sekund milczał desperacko pragnąc by ten okropny dzień się już skończył.
    - Spójrz na mnie – poprosił, odwracając się w jej stronę, lecz Rose nie zareagowała. Chwycił delikatnie jej podbródek i uniósł go do góry tak, by musiała na niego spojrzeć. Ich oczy były teraz na tej samej wysokości, spojrzenia się spotkały. Scorp drugą, drżącą dłonią ogarną z jej twarzy kilka niesfornych kosmyków, a potem pobieżnie otarł spływające po piegowatych policzkach łzy. W jej oczach widział, że nikt nie powinien wiedzieć o tych głęboko skrywanych lękach, a już na pewno nie on. Nie Scorpius Malfoy. – Nikomu o tym nie powiem. Obiecuję.

    OdpowiedzUsuń
  57. Gdyby dwie godziny temu ktoś powiedział mu, że skończy w łazience Jęczącej Marty próbując pocieszać zapłakaną Rose Weasley najprawdopodobniej by go wyśmiał. Bo przecież to nie jest możliwe, żeby Malfoy nawiązał jakąś pozytywną relację z jednym z potomków Świętej Trójcy, a tym bardziej by dobrowolnie służył ramieniem do wypłakania!
    Scorp mimowolnie odczuwał jakąś wewnętrzną niechęć do spoufalania się z Rose i doskonale wiedział, z czego to wynika – z ostatniego spotkania z boginem, a raczej z podobizną ojca. Chyba od zawsze czuł wobec niego olbrzymi szacunek, a jednocześnie dystans. Mimo podejmowanych przez Dracona prób wychowania syna w duchu nowych, lepszych poglądów żaden z nich nie dążył do ocieplenia ich relacji. Draco nie wyniósł z domu umiejętności okazywania uczuć swoim najbliższym, a tym samym nie był w stanie nauczyć tego Scorpiusa. Ten zaś, wrażliwszy i delikatniejszy od swego ojca, niezwykle na tym ucierpiał. Będąc jeszcze małym chłopcem zdał sobie sprawę, że jedyne momenty, w których Dracon poświęca mu swoją drogocenną uwagę to chwile, w których jest z niego dumny. Scorp wypełniał więc pieczołowicie wszystkie polecenia ojca od najmłodszych lat nieświadomie stając się najposłuszniejszym synem na świecie. Z biegiem lat ten niezbyt korzystny model funkcjonowania tylko się pogłębiał – młody Malfoy pragnął za wszelką cenę zadowolić ojca, chciał widzieć w jego oczach dumę, którą – jako jedyną okazywaną emocje – utożsamiał z miłością. A skoro tak strasznie pragnął uznania ojca, oczywistym było, że największą porażką jaką mógłby w życiu osiągnąć to jego rozczarowanie. Teraz, siedząc obok Rose w pustej łazience walczył sam ze sobą. Z jednej strony wiedział, że przyczynił się do jej obecnego stanu i pragnął to naprawić, z drugiej zaś zdawał sobie sprawę z tego, że ojciec nie byłby zadowolony słysząc o ich nagłym zbliżeniu, a to oznaczałoby, że nie wywiązał się dobrze z roli syna, że go zawiódł.
    - Rose… Decyzje podjęte w wieku jedenastu lat nie determinują całego twojego życia – zaczął powoli, ostrożnie dobierając słowa. – Ich konsekwencje na pewno są… trudne do przyjęcia, ale siedzenie w dormitorium, udawanie że to wszystkie się nie wydarzyło, użalanie się nad sobą… to nie rozwiąże problemu… Masz jedno życie, na pewno chcesz je zmarnować próbując uszczęśliwić innych? – spytał, zdając sobie sprawę, że może nieco przesadził. Pokręcił lekko głową jakby na znak, żeby siedziała jeszcze cicho i dała mu zebrać myśli. – Chodzi mi o to, że to zależy tylko od ciebie czy będziesz tą dziewczyną o której mówił bogin. Jeśli będziesz uciekać od swoich wcześniejszych decyzji to na pewno tak się stanie, ale Rose… - tu spojrzał na nią i lekko się uśmiechnął – nie wyglądasz na kogoś, kto tak łatwo się poddaje.

    OdpowiedzUsuń
  58. Miał wrażenie, że mówił bardzo chaotycznie i Rose zupełnie nie zrozumie co chciał jej przekazać, ale ku swojemu wielkiemu zdziwieniu spostrzegł, że wcale tak nie było. Spokojnie wysłuchała jego bełkotliwego monologu i chyba nawet po części się z nim zgadzała, ale… sama też miała rację. Dwa tygodnie temu widział w niej przemądrzałą Gryfonkę, którą jedyną radość w życiu daje studiowanie ksiąg, zupełnie jak jej matce. Z drugiej zaś strony niecałe czternaście dni wystarczyło, by ta opnia uległa diametralnej zmianie. Chciał jej nawet o tym powiedzieć, położyć kamień węgielny pod dalszą motywację, ale najpierw musiał to wszystko sam przetrawić. Rose zalała go falą informacji z którą zmęczony nie do końca był sobie w stanie poradzić. Zamiast więc kontynuować odpieranie argumentów Scorpius podniósł się z miejsca w ślad za Gryfonką. Przez chwilę nawet zastanawiał się czy nie zaoferować jej swojej pomocy do walki z demonami przeszłości, ale stwierdził, że w tym momencie nie był to najlepszy pomysł. Po pierwsze Rose na pewno by go wyśmiała, a po drugie w życiu by się na to nie zgodziła. Postanowił więc, że załatwi to w taki sposób, by nie miała wyjścia.
    - Pozwól, że sam podejmę decyzję na co zasługuję – odparł, uśmiechając się tajemniczo. Wydawało mu się, że jego obecność i ten nieskładny do końca bełkot, który wygłosił parę minut temu faktycznie przyniósł jakieś pozytywne skutki. Oczywiście zachęcony małym sukcesem postanowił na tym nie kończyć. Nie zrażając się chichoczącą gdzieś w odpływie Jęczącą Martą zdjął z siebie w końcu porwaną pelerynę i cisnął w drugi kąt pomieszczenia. Następnie wyciągnął z kieszeni różdżkę i choć nie był może najlepszym czarodziejem w tej łazience, to z jej pomocą wyczarował cichą, spokojną muzykę. Rose chyba nie zdawała sobie do końca sprawy, co właściwie zamierza zrobić. Nie miał zamiaru schodzić na dół i bawić się z innymi uczniami, udając że wydarzenia dzisiejszego wieczoru zupełnie na niego nie wpłynęły. Nie miał też zamiaru w tym stanie puszczać jej samej do dormitorium Gryfonów, gdzie pewnie pogrążyłaby się w rozpaczy.
    - Zatańczysz ze mną? – spytał, wyciągając dłoń w jej stronę. Chciał podnieść ją na duchu, jakoś wynagrodzić kolejne złe wspomnienia do których utworzenia się przyczynił. Chciał jej podarować choć kilka chwil beztroski. – Milczenie oznacza zgodę – dodał, gdy nie doczekał się żadnej rekcji. Zbliżył się do Rose powoli, znowu starając się jej nie spłoszyć. Jedną dłoń umiejscowił na jej talii, w drugą zaś wsunął jej rękę. Przez chwilę tkwili w bezruchu jedynie wymieniając się pytającymi spojrzeniami, aż w końcu Scorpius przyciągnął ją do siebie mocniej i zaczął delikatnie kołysać w rytm muzyki. – Spokojnie, nie zrobię ci krzywdy.

    OdpowiedzUsuń
  59. Kojąca muzyka była teraz zdecydowanie tym, czego oboje potrzebowali. Scorpius wsłuchując się w kolejne takty zaczynał się nieco relaksować, jednocześnie prowadząc Rose w tańcu po całej łazience. Teraz nie myślał już o pulsującej na ramieniu ranię, ani o skretyniałym gronie pedagogicznym, które do tego dopuściło – po prostu cieszył się pierwszą spokojną chwilą tego wieczora.
    Scorpius trzymał Rose w swoich ramionach delikatnie, acz pewnie i w duchu dziękował rodzicom za te wszystkie lata, przez które zmuszali go do chodzenia na lekcje tańca do grubej panny Higgins. Co prawda swoje taneczne umiejętności wykorzystywał bardzo rzadko i niezbyt chętnie, ale tym razem – ku swojemu zdziwieniu (znowu!) – zdał sobie sprawę, że taniec z Gryfonką sprawia mu… radość? Przyjemnie było trzymać rękę na jej talii, czuć bliskość jej ciała, oddech na szyi… Nawet smaganie kosmykami włosów po twarzy w tej chwili zdawało się nieść ze sobą jakoś dozę przyjemności, choć jeszcze kilka miesięcy tańcząc z inną siódmoklasistką marzył o tym, by je wyrwać i spalić. Zupełnie nie rozumiał, dlaczego właśnie przy niej czuł się tak dobrze i dlaczego od pamiętnej lekcji eliksirów postępował cały czas wbrew sobie. Żadnej kobiecie, nie licząc własne matki, w życiu nie przyniósł nawet zwiędłego kwiatka, a dla Rose przyszykował cały bukiet. Nigdy też żadnej nie pragnął zaimponować, a specjalnie dla niej poświęcił cały weekend na wkucie durnego przepisu i uwarzenie eliksiru. Nie zdarzyło mu się też żadnej z dziewcząt prosić do tańca i nie oczekiwać niczego w zamian, a jednak tańczył z nią tylko po to, by jeszcze raz wywołać na tej piegowatej twarzy uśmiech.
    Zamiast szukać odpowiedzi na te pytania po prostu kołysał się wraz z Rose w rytm muzyki, co chwilę zerkając w jej oczy. Gdy w końcu udało mu się złapać jej spojrzenie na dłużej niż pół sekundy i gdy chciał już otworzyć usta i powiedzieć, że teraz wygląda nawet pięknie, że chętnie jej pomoże uporać się ze wszystkimi problemami, że…
    - Ał – wyjąkał, czując mocne ukucie. To Rose, wbiła szpilkę centralnie w jego stopę. – Nic się nie stało – bąknął, zawstydzony własnymi myślami, jednocześnie czując, jak szkarłatny rumieniec wkrada mu się właśnie na policzki. Szybko starał się znaleźć jakiś neutralny temat, który odwróci uwagę Weasley od soczystego buraka na jego twarzy, ale nic nie przychodziło mu do głowy. Speszony wbił więc wzrok w ziemię, czując że ręce zaczynają mu się właśnie pocić. Z jego pewności siebie nie zostało już wiele i żeby ratować resztki dumy, Scorpius dosłownie złapał się pływającej przy brzegu brzytwy i odbił piłeczkę. – Więc… jak się bawisz?

    OdpowiedzUsuń
  60. Pierwszą myślą, jaka się u niego pojawiła, gdy ją zobaczył to wspomnienia tych wszystkich złych rzeczy, jej łez i swojej własnej szkaradnej twarzy, odbijanej w lustrze. Niemal usłyszał te wszystkie skierowane do niej słowa, uderzył w niego jego własny pogardliwy chichot, choć tym razem nie naśmiewał się z dziewczyny, a z niego samego. Karma jednak istniała, w końcu dostał coś na co zasłużył, a ona się od niego uwolniła. Choć gdyby miał być szczery, dostał lżejszą karę niż powinien. Życie to paradosk. Cierpiał, ale nie dostatecznie, nie chciał tak o tym myśleć i nie chciał czuć bólu, ale wierzył, że powinien. Ale jakie to miało teraz znaczenie? Teraz, kiedy praktycznie padł przed nią na kolana? Kiedy spotkali się po raz kolejny, a on miał wrażenie, jakby nawet się nie znali?
    Sam nie wiedział, co kierowało nim, że przez tyle lat wszystkich okłamywał. Wydawało się to dla niego bezsensowe, abstrakcyjne i po prostu głupie. Przecież kochał swoją matkę, kochał i brata, choć wcześniej zachowywał się wobec nich paskudnie. Wybaczyli mu jednak tę nieprzyjemną fazę - byli jego rodziną, znali go od zawsze, lepiej niż on znał siebie. Osoby z zewnątrz jednak nie widziały takiej potrzeby i wcale im się nie dziwił. Powinien wpaść na to wcześniej, powinien opamiętać się, póki istniał cień szansy, że uda mu się wszystko naprawić. Jakby odebrało mu rozum i oddano go dopiero, kiedy wszystko się zawaliło.
    - Rose - powtórzył głupio, krzywiąc się i przytrzymując się ławki, aby nie upaść. Nieźle go poturbowali, zapewne skóre na jego klatce piersiowej i brzuchu ozdabiała nowa kolekcja siniaków. Dawał się im, nie oddawał, nie chciał już taki być, nie chciał używać przemocy. To dlatego uznali, że mogą wszystko, stał się ich ofiarą numer jeden.
    - Nie mógłbym zapomnieć, jak się nazywasz - wymamrotał mimowolnie. Powinien siedzieć cicho. To co powiedział, jego słowa można by uznać za bezczelnie ironiczną uwagę, choć wcale taka nie była. Mimo tego, jak ją traktował, zawsze uważał ją za kogoś bliskiego serca. Przełknął ślinę, wzdychając i cofnął się aż do drzwi. Odruchowo sięgnął po różdżkę, ale wymacawszy wszystkie kieszenie w szacie, okazało się, że jej przy sobie nie ma. Nie chciał tu dłużej zostawać, to nie było zdrowe ani dla niego ani dla niej.
    - Ja...Nie wziąłem różdżki - mruknął i zrobił krok w tył, bardziej wgłąb sali, jakby chciał zrobić jej trochę miejsca przy drzwiach.

    Arthur

    OdpowiedzUsuń
  61. [Hmm, eumm, uuuu, no sama nie wiem...
    JASNE, Jasne, że tak! Tylko może wymyślimy coś nowego czy wolisz kontynuację tamtego wątku? Mi to obojętne :) Wybieraj. Możemy zawsze spróbować wymyślić coś lepszego, tylko czy nam się uda? :/]

    OdpowiedzUsuń
  62. [Okej, a więc o jaką sprawę chodzi? :P]

    OdpowiedzUsuń
  63. [Spoko, pisz - miciakicia7@gmail.com ]

    OdpowiedzUsuń
  64. Był na siebie zły, że nie potrafił w żaden sposób powstrzymać rozprzestrzeniającego się po całej twarzy rumieńca. Nie należał przecież do osób, które lubią okazywać własne zawstydzenie (o ile w ogóle takowe istniały); uważał nawet, że pewnym ludziom konsternacja po prostu nie przystoi i chętnie zaliczał siebie do tego zaszczytnego grona. Nic więc dziwnego, że z wykwintnym burakiem na policzkach nie czuł się zbyt komfortowo - zwłaszcza teraz, gdy byli tak blisko siebie, że Rose bez żadnego wysiłku mogła spostrzec, jak jego skóra szybko zmienia barwę.
    Wbicie wzroku w ziemię niestety nie przyniosło oczekiwanego przez niego efektu, więc chcąc-nie chcąc Scorpius zmuszony był kontynuować rozmowę w obecnym stanie. Miał nadzieję, że Jęcząca Marta wynurzy się zaraz z którejś rury i drwiąc z ich tańca, przerwie tę niezręczną ciszę – na marne. Zamiast wesołego pluskania wody w jednej z umywalek do jego uszu dotarł nieśmiały szept Gryfonki. Machinalnie przerzucił spojrzenie ze swoich butów na jej usta i zmrużył lekko oczy, śledząc ich ruch. Co jakiś czas niekontrolowanie marszczył swoje brwi, jednocześnie próbując oszacować szczerość wypowiedzianych przed chwilą słów. Scorpius jeszcze nie patrzył na to wszystko przez pryzmat dzisiejszych wydarzeń, a jedynie przez nazbierane w ostatnich prawie siedemnastu latach uprzedzenia. I ku swojemu zdziwieniu doszedł do wniosku, że były one całkowicie chybione.
    - Dziękuję – powiedział równie cicho, lekko kiwając głową. Doskonale wiedział, że przyznanie się do błędu, zwłaszcza dla kogoś takiego jak Rose, nie jest łatwe. Chciał pokazać jej w jakiś jeszcze bliżej nieokreślony sposób, że docenia ten gest, lecz nic obecnie nie przychodziło mu do głowy oprócz śmiałej propozycji.
    – Mam pomysł – zaczął, nie bardzo wiedząc na jaką reakcję się przygotować. – Może odrzucimy poglądy naszych rodziców i damy sobie szansę na wypracowanie własnych? Co ty na to, Rose? Nie wolałabyś mnie sama poznać?

    OdpowiedzUsuń
  65. Śmiech nie był czymś, na co jeszcze chwilę temu Scorpius się przygotowywał, ale po chwili zastanowienia zdecydował się wziąć go za dobrą monetę (nawet mimo tego, że Rose wyglądała na rozbawioną złożoną przez niego propozycją). Nie był jednak do końca pewien, czy ta reakcja oznacza oficjalne zakopanie wojennego toporka, ale nie zamierzał kusić losu. Bądź co bądź przekonał się już na własnej skórze, że nie wszystko co o niej do tej pory wiedział jest stuprocentową prawdą. Rose stanowiła dla niego teraz jedną wielką niewiadomą, a on zawsze uważał, że ma w sobie coś z młodego Sherlocka Holmesa… Chciał za wszelką cenę rozwiązać zagadkę pod tytułem Rose Weasley i jej prawdziwe oblicze, ale żeby to uczynić musiał dać też coś od siebie.
    Zawsze mocno wystrzegał się przed ukazaniem swego największego lęku, bo najzwyczajniej w świecie się go wstydził, ale teraz, gdy Rose i tak poznała jego wielką tajemnice (jako pierwsza i miał nadzieję ostatnia) właściwie nie miał nic do stracenia. I choć szczerze mówiąc po opuszczeniu świątecznego labiryntu myślał, że mu się upiecze i kwestia wizerunku jego bogina nie zostanie nigdy poruszona, doszedł do wniosku, że może zrzucenie tak wielkiego kamienia z własnych barków może być nawet pomocne.
    - Mój ojciec… On jest… - zaczął powoli, szukając odpowiednich słów. – Moi rodzice bardzo długo starali się o dziecko, więc byłem chyba jednym z najbardziej wyczekanych dzieciaków na świecie… - rzucił, siląc się na marny uśmiech. Nie wiedział za bardzo jak przedstawić ogrom uczuć, który właśnie odczuwał na samą myśl o ojcu. - I matka, zanim zmarła, mocno to okazywała, ale on… On zawsze zwracał na mnie uwagę tylko wtedy, gdy byłem przydatny… No wiesz… Kiedy sprostałem oczekiwaniom. Kiedy był ze mnie dumny… A nie jest łatwo sprawić, by Draco Malfoy był z ciebie dumny… Ja wiem, że nie jestem takim synem, jakiego chciałby mieć. Nie umiem rządzić ludźmi, ani siać postrachu po całym zamku… Nie jestem nim…. – dodał ciszej, po czym znowu zamilkł, próbując opanować lekkie drżenie w głowie. – Ja po prostu… staram się go nie rozczarować.

    OdpowiedzUsuń
  66. [Mathias nie obraziłby się za odpis.]

    OdpowiedzUsuń
  67. Gdy tylko usłyszał jej prośbę, aby ją puścić, od razu to zrobił. Nie chciał jej krzywdzić, choć ona mu zafundowała wielką krzywdę, ranę, która nie była wstanie się zagoić. Zaśmiał się pod nosem widząc jej łzy w oczach. Może kiedyś by się zmartwił, ale teraz miał to gdzieś. Ona też miała, gdy tak po prostu go zostawiła. Ale czy naprawdę nie zwrócił na to uwagi? Czy naprawdę miał to głęboko gdzieś? Nie , zdecydowanie nie.

    – Jeżeli myślisz, że te łzy robią na mnie wrażenie, to jesteś w błędzie. — warknął do niej patrząc uważnie na każdy jej ruch. Kiedyś była tak znajoma, teraz zupełnie obca. Kiedyś potrafił odgadnąć każdą reakcję jej twarzy, teraz mógł o tym jedynie pomarzyć. – Ja też płakałem, wiesz? Każdego dnia, Gdy ciebie potrzebowałem, a ty miałaś mnie gdzieś. — syknął zgodnie z prawdą. Starał się rzucać w każde swoje słowo jak najwięcej jadu, jednak gdy widział wyraz jej twarzy nie było mu tak łatwo. Świadomość, że jej łzy płynęły przez iniego była bolesna.

    – Zostaw mnie, do cholery! — krzyknęła do niego , przecież nawet jej już nie dotykał. Spojrzał na nią z pewną dozą smutku. Czy ona się go bała? Czy uważała , że nie kontroluje się? Za kogo ona go miała? Nie miał pojęcia, nie znał jej, taka była prawda. Patrzył na jej piegowatą twarz i zastnaiał się jak wiele rzeczy nie wie o Rose Weasley, swojej byłej bardzo bliskiej przyjaciółce. Nie znał jej, była obca dla niego , a on dla niej. Cały czas miał nadzieję, że tak nie jest. Że te pół życia spędzonego z nią robiły swoje, jednak niestety, tak nie było. Wiele razy w swoim życiu zastanawiał się nad tym co robi teraz Rose, jak teraz wygląda jej życie. Gdy tylko myślał o niej od razu się za to karcił. Nie mógł o niej myśleć, ona na pewno już o nim nie myślała. Tyle razy płakał, po niej, nigdy nie zapomniał jej twarzy, gdy mówiłe te słowa: Nie chcę się już z tobą przyjaźnić.

    – Okej, spokojnie. — mówił sam do siebie. Zaraz potem spojrzał na towarzyszkę i znowu na swoje trampki. Ostatnie dni były bardzo męczące, odbiły na nim piętno. Usiadł na podłodze i poklepał miejsce obok siebie. – Co się stało? — zapytał ją nawet na nią nie patrząc. Chciał po prostu raz na zawsze wytłumaczyć tą sprawę i zakonczyć. Miał dość, nie chciał już brać udziału w głupich gierkach Rose. Wiele razy widział jak dziewczyna była smutna, przygnębiona i chciała po rprostu uciec. Martwił się o nią, ale nie pozwalał sobie na to. Ona się o niego nie martwiła, nigdy. Gdyby się martwiła na pewno nigdy by go nie zostawiła, a tymczasem zrobiła to bez żadnego pożegnania. Zraniła go bez żadnych wyrzutów sumienia. Tak myślał.

    Kto wie może ona wymusiła ten płacz, aby zrobić z siebie ofiarę? Nie znał jej, nie wiedział kim jest i czy nowa Rose ma w ogóle swoje zasady.

    Romèo

    OdpowiedzUsuń
  68. Zawsze myślał, że werbalizowanie własnych obaw może przynieść chociaż namiastkę ukojenia, ale teraz, gdy w końcu odważył się skorzystać z tej smutno się rozczarował. Ból w środku zamiast zacząć się zmniejszać – narastał, a Scorp zupełnie nie wiedział jak sobie z tym nadprogramowym odczuwaniem poradzić. Myślał jedynie o tym jak wielkim rozczarowaniem stał się dla swojego ojca w przeciągu ostatnich kilku dni. Z w miarę satysfakcjonującego syna zmienił się w pokraczną hybrydę Malfoya i jakiejś miękkiej kluchy, która chcę naprawiać świat, a wszystko to za sprawą rudowłosej Rose Weasley, córki rodzinnych wrogów. To ona przecież tydzień temu zaczęła mu mieszać w głowie. To jej wina.
    Spiął się lekko, czując dotyk dłoni Gryfonki na twarzy, ale posłusznie podniósł wzrok, w myślach powtarzając sobie, że to wszystko jej wina, choć nawet nie miał pojęcia czym to wszystko miałoby właściwie być. Chciał obdarzyć ją najbardziej lodowatym spojrzeniem jakie tylko posiadał w swoim repertuarze, ale gdy ich spojrzenia się spotkały od razu wymiękł. Nie potrafił już utrzymać swojej dawnej pozy, zwłaszcza teraz, gdy Rose delikatnie gładziła go dłonią po policzku. Nie pamiętał też, kiedy ostatni raz zaznał tyle czułości…
    - Dziękuję – odpowiedział po chwili, przygryzając lekko wargę. Położył swoją dłoń na dłoni Rose i nieznacznie ją ścisnął, a potem powoli odsunął od swojej twarzy. Cały policzek piekł i mrowił go jednocześnie, ale o dziwo było to nawet przyjemne. – Ale ten Scorpius Malfoy jest niewystarczający – dokończył.
    Wierzył w to.
    Wierzył w to tak mocno, że nic nie byłoby go teraz w stanie przekonać, że jest inaczej.

    OdpowiedzUsuń
  69. – Nie lubię imprez – wzruszyła ramionami, schodząc w podskokach ze schodów, nieco już onieśmielona. Chwilami, być może przez tą mizerną budowę ciała, faktycznie czuła się jak dwunastolatka, której jeszcze wypada zachowywać się nad wyraz n i e d o j r z a l e. Wpakowała się na fotel obok, w pozycji półleżącej, w poprzek, machając przewieszonymi przez podłokietnik nogami. – Wolałam poczytać książkę.
    Choć była dobra w kłamstwach i niejednokrotnie używała ich do zabawy, manipulacji ludźmi, w tym wypadku uznała, iż nie ma to najmniejszego sensu. W końcu raczej nikt z rodziny by jej nie wsypał, nawet, gdyby wyznała, co czytuje... Czego, oczywiście, nie miała zamiaru robić.
    – Uczysz się? – Zerknęła sceptycznie na porozrzucane wokół papiery. Sama również z całą mocą i pasją poświęcała się nauce, nawet w piątkowe wieczory, przez resztę uczniów uznawane za niemal święte. Ale tutaj, w tym chaosie i nieporządku, nie potrafiła doszukać się ani odrobiny zamiłowania do posiadania całej tej wiedzy. Nie była pewna, czy dobrze zrozumiała; zdarzało jej się mieć problemy z wyłapywaniem ludzkich intencji, choć zawsze była podejrzliwa i niezbyt ufna... na czym i tak zdążyła się już przejechać. Chwilę za długo zawiesiła wzrok na kuzynce, szybko uciekając wzrokiem, by nikt jej nie przyłapał.
    – Właściwie to miałabym do ciebie prośbę – zaczęła z wahaniem, niepewna tego, jak Rose zareaguje na rzuconą propozycję. Nie chciała jej zrazić, urazić, obrazić; w tym wypadku potrzebowała wyjątkowej przychylności starszej kuzynki.

    Lily Potter

    OdpowiedzUsuń
  70. [Cześć. :D Świetnie opisana Rose, więc jak mógłbym nie skorzystać z zaproszenia do wątku? Szkoda tylko, że wszystkie pomysły na powiązania są już zajęte, bo jako wrogów ich raczej nie widzę. :)
    Jest jakaś szansa, że Blaise zdoła wyciągnąć z niej tę starą, bardziej rozrywkową Rose? Chociaż na chwilę? :D]

    OdpowiedzUsuń
  71. [Powiedzmy, że jego problem jest genetycznie uwarunkowany... I może to jeszcze nie alkoholizm, ale istnieje niebezpieczeństwo, że się w niego przeobrazi. W każdym razie nie zamierzam z tym przesadzać, przynajmniej jak na razie. :D
    Tak czy siak możemy pomyśleć nad wątkiem w tym kierunku, zwłaszcza, że Rose jest prefektem naczelnym.]

    OdpowiedzUsuń
  72. [Nie chcę samych kontaktów nauczyciel-uczeń, bo to będzie wciąż i wciąż to samo. A może spróbujmy czegoś na zasadzie przyjaźni? To znaczy - Quentin może zawsze dostrzegał w niej inną osobę niż taką, za którą postrzegali ją wszyscy i chciałby ją rozgryźć?]

    Quentin

    OdpowiedzUsuń
  73. [Znikać nie planuję - chętnie przytulimy z Adamem wątek. Może powiązać go jakoś z obowiązkami prefekta Rose? Adam mógłby włóczyć się po zamku po godzinach dozwolonych i zostać przydybany przez panią prefekt. Trochę sztampa, ale czasami to jest najlepsze. A może masz inny pomysł?]
    Adam Lee

    OdpowiedzUsuń
  74. [Okazja do wątkowania jest, zapraszamy serdecznie, a jak się uda wydobyć od ciebie jakiś pomysł to w ogóle, będzie najlepiej!]
    Lorcan

    OdpowiedzUsuń
  75. No tak, nawet nie próbuję kryć się z tym, że Alexei jest i miał być przyjemniejszy w odbiorze. To dobrze, że tak też ozstał odebrany. Wprawdzie od ojca w wielu aspektach się różni (choćby w energii, jaką wkłada do kontaktu z ludźmi), ale fakt, on idzie jego śladami. Dziękuję za powitanie obu panów i życzę owocnych wątków! Nie proponuję nic od siebie tylko dlatego, że nie jestem pewna, czy nasze postacie miałyby rację bytu w grze jeden na jednego, ale gratuluję odwagi w prowadzeniu Rose. Dla mnie kanony zawsze są sporym wyzwaniem.

    Scorpius Malfoy & Alexei Krum

    OdpowiedzUsuń
  76. [Przybliżysz mi postaci opuszczonego przyjaciela oraz wielkiego zawodu miłosnego? Chętnie dowiem się więcej, wtedy łatwiej mi będzie rozeznać się w sytuacji i zdecydować.]
    Lorcan

    OdpowiedzUsuń
  77. [Myślę, że do Blaise'a pasowałaby zarówno rozwijająca się przyjaźń, jak i wielki zawód miłosny. Ciekawi mnie tylko, jak widzisz te relacje. :D]

    OdpowiedzUsuń