26 września 2016

ultraviolence

Joshua Cepheus Yaxley
klasa VII ▪ Slytherin ▪ komentator meczów Quidditcha

Przyłożenie palców do wystającej żyły na nadgarstku i czucie pulsowania krwi pod skórą. Jest to w pewien sposób relaksujące, a świadomość braku skazy napawa go dumą i zuchwalstwem. Lepszy sort, większe możliwości. Nawet nie stara się kryć obrzydzenia, gdy obcuje z czarodziejami pochodzenia mugolskiego. Rodzinne tradycje i konserwatywne wychowanie nie pozwoliły mu zachowywać się inaczej. Gwiazda młodego pokolenia rodu Yaxleyów, od której wymaga się więcej, niżby mogła udźwignąć na swych barkach. Jako najstarszy z czwórki rodzeństwa musi dawać przykład, prowadzić młodziaków drogą czystości i wyższości. Przecież kiedyś było lepiej. Kiedyś był porządek. Przynajmniej tak mówią rodzice i dziadkowie, szychy w Ministerstwie Magii, a oni mają rację. Głos melodyjny i głęboki, ze szkockim akcentem, wpadający do ucha i zostający tam na bardzo długo. Potrafi być energiczny, kiedy chce, co umożliwiło mu objęcie posady komentatora meczów Quidditcha. I tylko czasami rzuca nieodpowiednie docinki w stronę graczy domów innych niż Slytherin. I tylko czasami Gryffindor obrywa najbardziej. Spojrzenie przeszywające, zaglądające daleko, czasami trochę niekomfortowe i zimne. Głowa uniesiona, jakby długie nogi nie wystarczyły, aby wyższość podkreślić również w aspekcie fizycznym. Żyły na dłoniach, smukłe palce. Czasem nawet uśmiech, bo nie jest aż tak niemiły, jakie sprawia wrażenie. Nie jest ignorantem. Interesuje się wieloma rzeczami, wieloma osobami. Gdy coś go zaabsorbuje, może spędzić całą noc z nosem w książkach, studiując dane pojęcie i wyglądając wtedy jak dziecko, które dostało wymarzoną zabawkę na święta. Jego codzienną dietę wypełniają góry biszkoptów i kwaśnych żelków oraz mleko z miodem. Kocha psy i w wieku jedenastu lat zanosił się płaczem, gdy zabroniono mu zabrać Oriona w szkolne mury. Czasem ucieka na cichego papierosa na błonia lub okolice sowiarni. To jego sposób na odstresowanie się. Wtedy, z papierosem między palcami, widać jak jego dłonie drżą. Nie może pochwalić się licznym gronem przyjaciół, ale wcale mu to nie przeszkadza. Szuka najlepszych osób do znajomości, jednocześnie starając się, aby nie stali się lepsi od niego. Historia magii i transmutacja są jego specjalnością, a czarnoksięstwo darzy ogromnym zainteresowaniem i szacunkiem. Lektury książek z Działu Ksiąg Zakazanych często kończą się szeroko otwartymi oczami, uśmiechem na ustach i pragnieniem powrotu do rygorystycznych czasów, gdzie wszystko było na swoim miejscu. Nie umie wyczarować patronusa, gdyż przywołanie jakiegokolwiek szczęśliwego wspomnienia jest dla niego nie lada wyzwaniem. Życie pod twardą ręką i chęć bycia jak najlepszym uniemożliwia mu skupienie się na tym, co w życiu najszczęśliwsze. Jego boginem jest rozgniewany ojciec, który się go wyrzeka. Włada czternastocalową, akacjową różdżką z łuską smoka. Czasem ma ochotę rzucić to wszystko w cholerę i wyjechać w Himalaje.
Twórzmy coś pokręconego.
Jakby cuś, to gg: 6295139

132 komentarze:

  1. [Intrygujący Pan i nieco mają wspólnego z moją Sierrą :) Życzę udanej zabawy na blogu, wielu owocnych wątków oraz zostań z nami jak najdłużej! Zapraszam do siebie. :3]

    Adam/Mathias/Sierra

    OdpowiedzUsuń
  2. [Dzień dobry. Mam słabość do potomstwa Śmierciożerców i do ładnie napisanych kart, więc nie mogłam ominąć Twojego pana.
    Życzę miłej zabawy, weny i wątków. A jeżeli masz ochotę, to wpadnij do mnie.]

    U. DeVere | D. Rottley | ktoś w roboczych

    OdpowiedzUsuń
  3. [ Uuuuu, Ślizgon z prawdziwego zdarzenia, bardzo fajnie. Czarnoksięstwo, jak zwykle u mnie, sprawia że postać dostaje ogromnego plusa. W końcu nie ma nic lepszego, niż wiedza zakazana. Ciekawie wykreowana postać, podobają mi się jego poglądy. Życzę dobrej zabawy i morza weny. Jeśli masz ochotę, to zapraszam do siebie, może coś wymyślimy. ]

    Karol Zdunk/Louis Wallsh

    OdpowiedzUsuń
  4. [Chciałam nic nie pisać na temat zdjęcia, ale spodobało mi się bardzo. Co do karty, fajnie, lekko napisana. Przyjemnie się ją czyta no i można poznać kilka rzeczy o bohaterze c:
    Oczywiście zapraszam na wątek... Nie wiem tylko kto najlepiej by się nadał do wątku z Yaxleyem (Yaxley'em? zawsze mam problem z tymi apostrofami). Jedno jest pewne - jeżeli chodzi na astronomię i się będzie na zajęciach wywyższał to mu łatwo nie będzie. Może to przez to, że mam mało wątków u Avalon z chęcią wplątałabym ich w jakąś sprzeczkę. Może rodzina Yaxleya wiedziałaby co nieco na temat mamy Avalon i chłopak coś by wspomniał na ten temat? Ojciec Avalon ukrywa przed nią prawdę o matce... Och, wybierz może sobie kogoś a ja postaram się wymyślić coś ciekawego :)]

    Lourdes, Avalon, Vinay i Hyun

    OdpowiedzUsuń
  5. [Cześć! Lubię takie klimatyczne karty jak Twoja ;)
    Witam na blogu i jeżeli masz ochotę na wątek to zapraszam serdecznie. Wątpię, że Joshua i Julia się lubią, ale zawsze możemy to zmienić ;) ]

    Julia

    OdpowiedzUsuń
  6. [ Gryffindor obrywa najbardziej? No cóż, Freddie musi mieć się na baczności ;>>> Cudowny, prawdziwy ślizgon, który ma trochę wspólnego z moim panem. Ciekawych wątków i zapraszam do siebie ;>> ]

    Freddie

    OdpowiedzUsuń
  7. [Mam słabość do imienia Joshua i prawdziwych Ślizgonów, więc nie mogło mnie tutaj zabraknąć. Josh pewnie za samą Addie przepadać nie będzie, ale za jej braćmi uwielbiającymi ideę czarnej magii i wyższości czystokrwistych czarodziejów nad innymi pewnie dawno temu uganiał się niczym zakochany młokos ;)
    Nie wiem, kto mu dał stanowisko komentatorskie, lecz moje dziewczę pewnie często będzie rzucało w niego kaflem, gdy za bardzo zacznie faworyzować swój dom xD W każdym bądź razie witamy serdecznie, życzymy mnóstwo zabawy i oczywiście zapraszamy do siebie na jakiś skomplikowany, może trochę toksyczny wątek, który trzeba będzie wymyślić.]

    Addison

    OdpowiedzUsuń
  8. [ Karta przywołuje mi na myśl podręczniki szkolne. Jest w niej coś takiego, co sprawia, że po przeczytaniu ma się wrażenie, że poświęciło się czas czemuś bardzo konkretnemu.
    Cześć i oby Joshua komentował mecze jak zawodowiec!]

    Viggo

    OdpowiedzUsuń
  9. [ O jaaa, gdyby Freddie przeżył pobyt w schowku (co wcale nie jest takie pewne - znając życie dostałby ataku paniki) to chciałby Joshue zabić za taki numer, naprawdę. Ale w ramach zemsty może go okraść z żelków XD Proponuję więc to jakoś połączyć i ewentualnie zrobić przeskok w czasie między jednym, a drugim :D ]

    Freddie

    OdpowiedzUsuń
  10. [ Byłabym wdzięczna za zaczęcie, bo mnie właśnie zasypały odpisy i muszę się odkopać C: ]

    OdpowiedzUsuń
  11. [ No nie wiem... Julia raczej na nikogo by się nie wkurzała za to, że pali i zanieczyszcza środowisko. Niech sobie każdy robi co chce, jej nic do tego.
    Możemy zrobić tak, że albo bardzo wczesnym rankiem albo późno w nocy Julia siedziałaby sobie na stadionie Quidditcha. Człowiek na trybunach o tak chorej porze to ciekawy widok, więc Josh, będąc na spacerze z papieroskiem, podszedłby do niej i tak by sobie siedzieli, rozmawiali (lub co tam nam wyjdzie), ignorując już nawet fakt, że normalnie się nie znoszą, bo przecież okoliczności nie są całkowicie normalne. Co Ty na to?
    Może to się ewentualnie jeszcze przerodzić w wątek romansowy, bo na to też mi chodzi po głowie jakiś pomysł, więc jakby Cię interesował to mogę rozwinąć ;) ]

    Julia

    OdpowiedzUsuń
  12. [Wpadłam przywitać, zatem cześć! Powielam opinie wyżej i także przyznaję, iż pan to Ślizgon z prawdziwego zdarzenia (w oparciu o tekst w karcie postaci), poza tym bardzo ciekawa kreacja bohatera z nutą tajemniczości. Bawcie się tutaj świetnie! :)]

    Cedar Grindelwald

    OdpowiedzUsuń
  13. [Możemy zrobić tak, że jako dziecko Josh mógł odreagować i trochę się rozluźnić jedynie przy pełnej energii i życia Addie. Załóżmy, że ze względu na to, iż mamy do czynienia ze starymi, czystokrwistymi rodami związanymi ze Slytherinem często się spotykali, bo jednak takie rodziny obracają się w swoich kręgach. Jej starsi bracia zawsze byli przykładnymi synami reprezentującymi ideologię charakterystyczną dla podobnych czarodziejów, Addison nie do końca, dlatego też nigdy nie została wtajemniczona w plany Mrocznych. W każdym bądź razie, Josh czuł ogromną presję, by zachowywać się tak, jak wymagał od niego tego ojciec i nazwisko, ale przy Addie mógłby odsłaniać swoją inną twarz. Problem w tym, że im więcej czasu spędzał w ich dworze, tym większy wpływ na niego mieli Jeremy oraz Damien – coraz bardziej oddalał się od dziewczyny i coraz mocniej fascynował się czarną magią. Na pewno próbowałaby go od tego odciągnąć, widząc, że drastycznie się zmienił i zaczynał się dla niej stawać obcym człowiekiem. Josh, tak jak mówisz, nie zgodził się i ich kontakt osłabł, mimo że dziewczyna wciąż się o niego martwiła. Problem w tym, że Yaxley mógłby ją tak skutecznie od siebie odpychać i odciąć się od tego dzieciaka, którym niegdyś był i którego tylko ona znała, że Addie zupełnie straciłaby nadzieję na poprawę ich relacji. Pasowałoby ci takie drobne rozbudowanie?
    Co do wątku to mam dwa pomysły (które może nawet uda się połączyć w jeden). Numer jeden: Josh próbował rzucić jakieś czarnomagiczne zaklęcie lub przygotować eliksir, ale coś poszło nie po jego myśli i został poważnie ranny. Addison przypadkowo by go znalazła, jednak nie mogłaby go zabrać do Skrzydła Szpitalnego, bo dowiedzieliby się o jego zamiłowaniu do zakazanej wiedzy. Numer dwa: Damien jest wciąż na wolności i się ukrywa. Nie może się z nią kontaktować ani poprosić o pomoc, bo Ministerstwo cały czas jej pilnuje, ale może byłby na tyle zdesperowany, by zwrócić się do Yaxleya. Addie jakoś by się o tym dowiedziała i śledziłaby Josha. Te pomysły na wątek są tylko zaczątkiem, który możemy dowolnie rozbudować :) ]

    Addison

    OdpowiedzUsuń
  14. [Chcę jej matkę wplątać w czarno magiczne sprawy. Ojciec Avie wie o tym, ale nie chce córce niczego mówić bo wie dobrze, jak bardzo dziewczyna nie trawi czarnoksięstwa itp. itd. Ogólnie wszyscy są pewni, że pani Moore nie żyje, ale w opowiadaniu chcę napisać, że to była zwykły spisek, a kobieta w ten sposób postanowiła się ukryć, ponieważ maczała palce w bardzo nielegalnych sprawach. Wyjdzie na jaw, że miała swój udział w III wojnie czarodziejów. Rodzina Yaxleya może coś wiedzieć na ten temat, może kobieta mogłaby mieć jakiś kontakt z jego rodzicami?]

    Avalon

    OdpowiedzUsuń
  15. [ Z romansem pomysł jest taki:
    Josh wkurza Julię za całokształt - za to, że faworyzuje swój dom jako komentator, za to, że się wywyższa, za to, że wydaje się bardzo arogancki, a ona po prostu lubi pozytywnych ludzi, a nie takich buców jak Yaxley. Potem go lepiej pozna i wszystko się zmieni, bo zauważy, że on nie jest taki zły, jak się wydawał.
    W tej koncepcji, antypatia jest jednostronna. Josh właściwie nic do Julii nie ma i poza tym, że jest Krukonką to jest mu raczej obojętna.
    Kiedy porozmawiają, okaże się, że coś między nimi zaiskrzyło, nawet jeżeli jeszcze nic poważnego i oboje nie wiedzą co to jest. Później będzie ich do siebie ciągnąć, zaczną się czasem spotykać i w jakiś sposób będzie im na sobie zależeć, bo przy Julii to już nie będzie ten sam Joshua co zawsze. Przy niej stanie się najlepszą wersją siebie, nawet jeżeli nie na stałe, a tylko gdy jest obok. Czasem i tak będzie ją ranił, ale jej nie przestanie zależeć.
    W międzyczasie to przerodzi się w coś więcej niż przyjaźń i nawet lęk Julii przed związkami, nie będzie mógł tego zatrzymać.
    No, to takie coś mniej więcej wyszło. Typowe dla niej będę lepszym człowiekiem. Co Ty na to? Oczywiście nie musimy teraz decydować, tylko zobaczymy jak nam się będzie wątek układał i czy w ogóle chemia między nimi nam wychodzi ;) ]

    Julia

    OdpowiedzUsuń
  16. [Dobry wieczór! :) Tatiana chętnie zostanie jedną z jego dobrych znajomych, bo myślę, że pomimo różnic mogą się nawet dogadać. No i te kwaśne żelki <3 Tatia chętnie może mu je podrzucać i samej trochę od niego podebrać tych dobrych smakołyków :D]

    Tatiana

    OdpowiedzUsuń
  17. [Podsunęłaś mi pomysł...
    Skoro rodziny się znają i szanują, to co Ty na to, by ich rodzice planowali zrobić z nich małżeństwo?
    Od razu na wstępie zaznaczę, że to z pewnych powodów nie ma racji bytu, aczkolwiek Una nie ma odwagi sprzeciwiać się matce i ojczymowi.]

    Una DeVere

    OdpowiedzUsuń
  18. [Co powiesz na dość banalne, ale spotkanie w bibliotece? Joshua mógłby być pewien, że biblioteka jest pusta, ale w części czytelniczej Avalon mogłaby się zaszyć otoczona książkami i przygotowywać się do jakiejś pracy. Chyba, że masz już coś w bibliotece... Może jakieś spotkanie na błoniach? Lub, lepiej. Hogsmeade? Avalon często zajmuje się dzieciakami z młodszych klas. Mogliby przechodzić koło jakiegoś podejrzanego sklepu z niekoniecznie legalnymi produktami, Av coś by mruknęła potępiającego tę dziedzinę magii no i pojawiłby się Yaxley, a co dalej... To już się po prostu zobaczy, jak pójdzie akcja :)]

    Moore

    OdpowiedzUsuń
  19. [Jak najbardziej może go uspokajać, bo ona to z natury taka wyciszona osoba. A chwila odpoczynku na błoniach z łakociami, aby trochę pobawić się magią brzmi świetnie! :) Zacząć czy masz ochotę zrobić to ty?]

    Tatiana

    OdpowiedzUsuń
  20. [Nie ma problemu :) To jutro jakoś zacznę.]

    Tatiana

    OdpowiedzUsuń
  21. [Mogłoby być tak, że wręcz będą się dogadywać: tego a tego dnia mamy się spotkać z rodzicami, więc trzeba poudawać zakochaną parę. Co z pewnością ze strony Uny będzie przychodziło z coraz wyraźniejszą sztywnością, jako, że powoli godzi się z tym, jaka jest i kim jest i z lekka obrzydza ją taka sytuacja. Mogłaby pewnego dnia wybuchnąć na jakimś zjeździe rodzinnym (nie wygadałaby się przed rodziną, o co dokładnie chodzi; zwyczajnie wybiegłaby wściekła z domu), Joshua może pójść za nią, a ta mu się wygada, o co tak naprawdę chodzi. Co o tym sądzisz? Tacy przyjaciele, zmuszeni przez sytuacje rodzinne do gry. To bardzo zbliża ludzi.]

    Una DeVere

    OdpowiedzUsuń
  22. [Trochę późno się witam, ale jak to mówią - lepiej późno niż później. Pan sam w sobie uwagę przykuwa, nazwisko również, drżące dłonie i pies także. Lucy, choć zapewne nie wygląda na pierwszy rzut oka, również szuka rzeczy i ludzi interesujących i, jak pewnie każdy, ma w tym swój interes. Oczywiście zapraszamy do siebie i witamy serdecznie, oby Josh został z nami jak najdłużej.]

    Lucy Wood/Ethel Covel

    OdpowiedzUsuń
  23. Lubiła ten głos. Nie lubiła jego właściciela. Uniosła głowę i spojrzała na Josha ze zmarszczonymi brwiami, ale zaraz uśmiechnęła się bardzo delikatnie. Było jej wszystko jedno. Wyciągnęła jednego papierosa z paczki i odpaliła różdżką zanim chłopak jej w tym pomógł. Cholerna Pani Samodzielna. Zaciągnęła się mocno, zastanawiając dlaczego właściwie jeszcze tu siedzi.
    W nocy nawet nie spała. Druga to była normalna godzina na władowanie się do łóżka, ale nie tego dnia, bo sterta książek leżała przed nią w oczekiwaniu na użycie ich do odrobienia pracy domowej, żeby zapewnić sobie wolną resztkę weekendu. W nocy pracowało jej się najlepiej, więc dość szybko się z tym uporała i poszła pod prysznic, ale przez to zupełnie odechciało jej się spać, więc opuściła dormitorium i od razu udała się w stronę wyjścia z zamku. Nie było pełni, więc mogła spacerować w miarę bezpiecznie. Dotarła na stadion Quidditcha, przeszła się chwilę po boisku, po czym skierowała się w stronę trybun i tam usiadła na kolejne kilkadziesiąt minut. Nie chciało jej się spać nawet przez moment. Organizm musiał przyzwyczaić się trochę do jej głupot – nieregularnego snu, zarywania nocy, jedzenia w biegu, trenowania ponad granice rozsądku i rozchwiania emocjonalnego. Czasem się buntował, ale było okej. Dało się wytrzymać.
    Odetchnęła głęboko i spojrzała na nowego towarzysza. Ciekawie się dobrali – oboje na czarno od stóp do głów i to jeszcze w trampkach. Taki dzień.
    - Dobra, Yaxley, co Ty tu robisz? - spytała ze szczerym zaciekawieniem i zaciągnęła się, odwracając jednocześnie wzrok. - Wyglądasz na takiego, co śpi do dwunastej w weekendy.
    Świetna obserwacja. Prawie wszyscy spali do dwunastej w weekendy. Tylko ona była taką wariatką. Chociaż dzisiaj nie tylko. Ale to był w ogóle dziwny dzień. Normalnie pewnie wstałaby i wróciła do zamku, żeby tylko nie rozmawiać z tym kretynem, który prędzej czy później wytrącał ją z równowagi na każdym meczu. Bardziej faworyzującego swój team komentatora to chyba w historii Hogwartu nie było, ale nie dało się go zmienić przez ten jego wspaniały, wyjątkowy głos i brak innych chętnych. Także Joshua Yaxley miał monopol, a Julia mimo szczerych chęci, naprawdę nie potrafiła go obdarzyć ani jednym ciepłym uczuciem. Ale to był dziwny dzień. Z braku snu i sporego zmęczenia, było jej już wszystko jedno i dzięki temu mogła lekko zignorować swoje antypatie i dać Ślizgonowi kolejną szansę. Czysta karta.

    Julia

    OdpowiedzUsuń
  24. [Jak tu ładnie wszystko opisane, aż miło się czyta. Wybacz, że tak prostolinijnie, ale zdjęcie jest cudowne. (To już takie moje zboczenie zawodowe, zwracam uwagę na zdjęcia). Powodzenia po przerwie, zostań na dłużej, a ja zapraszam do siebie.]

    Laura // Aaron // Lenard

    OdpowiedzUsuń
  25. Spojrzała na niego, marszcząc brwi i zaśmiała się krótko.
    - Pewnie. - odparła tylko i rozsiadła się wygodniej na krzesełku.
    Papierosa dokończyła w ciszy, patrząc na góry, których łagodne szczyty odbijały się w tafli jeziora. Robiło się coraz jaśniej, ale powietrze wciąż było zimne i niepozwalające nawet myśleć o zaśnięciu. Kochała takie poranki. Kiedy można było prawie zamarznąć w oczekiwaniu na kolejny, jeszcze ciepły, dzień. Coś niesamowitego.
    Otuliła się szczelniej grubym, czarnym szalem, wiszącym wcześniej na szyi i spojrzała na chłopaka, który o dziwo wciąż siedział obok. Kolejną szansę, z której nie zdawał sobie pojęcia, marnował z każdym wypowiadanym słowem. Ale trudno.
    - Nie byłbyś w stanie rzucić mi zaklęciem w plecy. - powiedziała nagle, przyglądając mu się uważnie. - Nie jesteś tchórzem.
    To było widać. Może i stereotypowi Ślizgoni byli nadęci, wredni i często okrutni, ale czasem też mieli zasady. A Yaxley miał w sobie ten rodzaj arogancji, który sprawiłby, że wolałby patrzeć ofierze w oczy, kiedy już będzie ją torturował. Chociaż Julii generalnie ciężko było wyobrazić sobie taką sytuację w rzeczywistości. Teraz, kiedy siedział obok i mogła mu się lepiej przyjrzeć, widziała, że to nie są oczy typowego, bezwzględnego Ślizgona. Znała wielu. Jej brat był jednym z nich i wspaniałym człowiekiem, bo jak się okazywało dom nie znaczył aż tak wiele. Miał sporo ślizgońskich cech, ale tych pozytywnych, jak ambicja, upór, zawziętość, samodzielność. Od Yaxleya też było to czuć. Że nie jest złym człowiekiem. Jest pogubiony, jak każdy, nawet jeżeli cholernie głęboko to ukrywa.
    Dobra, stop. Jeszcze moment i uznasz, że Joshua Yaxley to dobry chłopak i tylko udaje takiego złego.
    A dlaczego nie?


    Julia

    OdpowiedzUsuń
  26. Addison wracała do dormitorium z jednej ze swoich nocnych przechadzek – tylko po północy czuła się w zamku wystarczająco bezpiecznie, by swobodnie poruszać się korytarzami uwielbianego przez nią Hogwartu. Kiedyś wszędzie było jej pełno, teraz tylko po zmierzchu pozwalała sobie na podobne spacery w samotności. Z zamyślenia wyrwało ją głośne przekleństwo, które zwielokrotnione echem odbijało się od ścian zamku. Zamarła. Znała ten głos. Szybko ruszyła w stronę dźwięku, mimo że nie powinna tego robić. Nic już ich nie łączyło. Nie można było ich określić nawet mianem znajomych, chłód, który wkradł się w ich relację, utworzył między nimi dystans nie do przeskoczenia. To nie była jej sprawa. A jednak nie zasnęłaby spokojnie, dopóki nie upewniłaby się, że nic mu się nie stało.
    Addie bardziej czuła niż wiedziała, że stało się coś złego. Ujęła twarz w chłopaka dłonie, zmuszając go, by spojrzał jej w oczy. Na widok dojmującego bólu, strach zakłuł ją w żołądku, ale musiała być opanowana, jeśli chciała mu pomóc.
    – Josh, skup się na mnie. Nie odpływaj – warknęła tonem nieznoszącym sprzeciwu. Gdy upewniła się, że jego wzrok koncentruje się na jej twarzy, ostrożnie ujęła chłopaka za zdrową część przedramienia i uniosła do światła, by lepiej widzieć. Jego skóra na palcach i nadgarstku była dosłownie zwęglona, czarne strupy sięgały niemal do połowy przedramienia, przechodząc następnie we wściekle czerwone oparzenie pokrywające się pierwszymi bąblami. Addison syknęła przez zęby, uświadamiając sobie, że ta rana zadana przez czarnoksięstwo znacząco wykraczała poza jej uzdrawiające zdolności. Była jedną z najlepszych adeptek Zaklęć od kilku lat, mimo to wciąż była uczennicą, a czarnomagiczne uroki znacząco wykraczały poza zasięg jej wiedzy. Brzydziła się wszystkim, co miało związek z zakazanymi czarami, bo w końcu to właśnie ta wiedza pozbawiła ją nie tylko rodziny, nie tylko teraźniejszości, ale także przyszłości. Przez umiłowanie jej wielowiekowego, czystokrwistego rodu do idei wyższości skończyła bez dachu nad głową i bez grosza przy duszy; Ministerstwo pozbawiło ją tych dwóch rzeczy, aby przypadkiem nie zapewniła schronienia Damienowi, który wciąż się ukrywał. Przez wakacje tułała się między mieszkaniami znajomych, bo jej krewni nie chcieli się do niej przyznać. Część uciekła za granicę w obawie przed oskarżeniami, druga część wolała trzymać się z daleka, by nie wzbudzić podejrzeń. Przez społeczność czarodziejów została wyklęta, w szkole wielu uczniów szukało na niej zemsty za własne krzywdy podczas III wojny czarodziejów, a drużyny Quidditcha, które do tej pory zabiegały o to, by mieć ją w swoich szeregach po ukończeniu szkoły, nagle zupełnie się wycofały. Czarna magia odebrała jej wszystko. Już jako mała dziewczynka musiała przeczuwać, że to się źle dla niej skończy, bo unikała wszelkich wzmianek o zakazanej wiedzy, próbowała też trzymać Joshuę z daleka od tego całego bagna. Na początku jej się to udawało, ale potem... Zawsze podziwiał jej starszych braci i to oni mieli ogromny wpływ na kształtowanie jego charakteru, gdy dorastał. Chciała powstrzymać go przed zanurzeniem się w tym świecie, uratować dobrą cząstkę jego osobowości, ale Yaxley odepchnął ją. Addie rzadko się poddawała, przez długi czas nie ustępowała, jednak z roku na rok chłopak stawał się dla niej coraz bardziej obcy i wiedział, co powiedzieć, by najbardziej ją zranić. Odpuściła.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. A teraz musiała patrzeć, jak jego zwęglona rana powiększa się, szybko pochłaniając kolejne połacie skóry. Jeśli nie zadziała szybko, jego rękę trzeba będzie amputować. Na samą myśl o tym zadrżała. Yaxley zmienił się w podłego drania i sam na siebie ściągnął to nieszczęście, eksperymentując z czarną magią, jednak nikt na to nie zasłużył.
      Addison wyciągnęła z kieszeni różdżkę i zaczęła pod nosem mamrotać długą inkantację. Powinna nieco osłabić ból Josha i spowolnić nadpalanie dalszych tkanek, prawda była jednak taka, że sama nie była w stanie wyleczyć jego obrażeń. Zaklęła pod nosem, czując, jak panika zaczyna przejmować nad nią kontrolę.
      – Oprzyj się o mnie – zaproponowała, starając się nie pokazywać po sobie, jak bardzo była zdenerwowana. – Musimy jak najszybciej dotrzeć do Skrzydła Szpitalnego.

      Addison

      Usuń
  27. Nie miała pojęcia, że gdyby nie nacisk ze strony rodziców matki, dziś mogłaby żyć zupełnie inaczej – jej biologiczny ojciec pochodził z upadającego czystokrwistego rodu, który stracił cały majątek, a w świecie wysoko postawionych czarodziejów wytykany był palcami. Niemniej jednak w takiej rodzinie, zamiast pieniędzy królowałoby ciepło, bo w myśl powiedzenia, że stara miłość nie rdzewieje, Amy DeVere wciąż wzdychała do swojego dawnego chłopaka i ojca jej dziecka. Gdyby jednak wiedziała, przyzwyczajona do życia w luksusie, miałaby spory problem z wyborem swojej dalszej ścieżki. Choć może o wiele łatwiej jest żyć tam, gdzie można być sobą?
    Bo tutaj nie mogła. W tradycjonalistycznym środowisku, między bogatymi rodami i zjazdami rodzinnymi – wszak czystokrwiste rodziny są ze sobą spokrewnione i nie obchodzi ich, czy jest to pierwsza czy piąta linia – musiała być aktorką. Zakładała maskę grzecznej, ułożonej i dobrze wychowanej dziewczyny z domu, gdzie wszystko jest w porządku, i nie ma innych marzeń, niż marzenie o małżeństwie z przystojnym, młodym potomkiem identycznej familii. Wszystko w środku natomiast wrzało w niej, jak w kociołku z gotującym się eliksirem; Una DeVere nie zdawała sobie sprawy, że z czasem druga skóra, której pozwoliła przyrosnąć do tej pierwszej, może stać się za ciasna.
    Miała wrażenie, jakby kostium najlepszej córki świata tak mocno opinał jej żebra, że wręcz uniemożliwiał oddychanie. Czuła, że z minuty na minutę blednie coraz bardziej i coraz bardziej się dusi, nie może złapać tchu, zwłaszcza, gdy matka wraz z matką Joshui wkroczyła na najbardziej zakazany temat: małżeństwo.
    Cholerne, aranżowane, znienawidzone małżeństwo.
    Pocieszał ją odrobinę fakt, że przyjaciel również nie znajdował w tym nic, prócz niesmaku – wszak nie zniosłaby, że go rani swoją obojętnością – niemniej jednak fakt pozostawał faktem: byli młodzi, zakochani po uszy i szczęśliwi – a przynajmniej starali się sprawiać takie wrażenie, doskonale wiedząc, co kryje się pod powierzchnią.
    Znali się od dziecka, co z ciągnięcia za warkocze i uderzania po głowie książką do Transmutacji przerodziło się w końcu w prawdziwą przyjaźń, lecz nic poza tym, wbrew temu, co chcieli widzieć i czego oczekiwali rodzice. Una dobrze wiedziała, że Joshua, tak jak i ona sama, nie jest w stanie otwarcie przeciwstawić się swojej rodzinie, podejmując jedynie niewielkie akty buntu, gdy oboje znajdowali się w murach Hogwartu.
    Za każdym razem, gdy któraś z licznych ciotek-od-strony-wujka-ojca wspominała cokolwiek o dzieciach, najmłodsza DeVere czuła, jak zbiera jej się na wymioty. Nawet, gdyby dla świętego spokoju spróbowała pokochać swojego przyjaciela, nic nie wpłynęłoby na jej decyzję o bezdzietności: zwyczajnie nie znosiła tych małych, wrzeszczących potworków. Sama o siebie nie umiesz zadbać, Una, powiedziała jej kiedyś jedna dziewczyna, z którą swego czasu była blisko. Jak niby miałabyś poradzić sobie z takim niemowlęciem? I miała rację. Miała przeklętą rację.
    Ale milczała. Nie odezwała się ani słowem, by zaprzeczyć lub potwierdzić; co najwyżej uśmiechała się uprzejmie, łapiąc wrogie, pełne nacisku spojrzenie swego ojca, niechybnie oznaczające kłopoty.
    – Koniecznie trzeba zaprosić Averych i Carrowów – dodała Amy, wystudiowanym gestem poprawiając jasne włosy – jej córka w żadnym wypadku nie przypominała własnej matki i całe szczęście, że Julius również miał ciemne kosmyki – a Una wychwyciła w jej głosie jakąś dziwną, niepasującą tutaj nutę. Zerknęła na Joshuę; nie była pewna, ale wydawało jej się, ze chłopak ma ochotę wbić trzymany w dłoni widelec w czyjeś oko. Posłała mu współczujące spojrzenie, podejrzliwie przyglądając się rodzicom i dopiero po chwili dotarło do niej, co to był za fałszywy ton: to żal, nuta wybijająca się zawsze w najmniej oczekiwanym momencie.

    [Jest super!]
    Una DeVere

    OdpowiedzUsuń
  28. Dzisiejszy dzień nie był niczym specjalnym. Porozrabiał na lekcji, oddał esej z historii magii, nad którym siedział przez ostatnie wieczory i otrzymał zaproszenie na kolejne spotkanie Klubu Ślimaka. Podczas obiadu, usiadł jak zwykle obok swojego współlokatora i jednocześnie najlepszego przyjaciela. Lincoln jednak, o dziwo, nie wydawał się jednak zbyt chętny do wesołych rozmów, jakie odbywali niemal każdego dnia. Rzucił mu zwykłe 'cześć', wyglądał, jakby Dementor wyssał z niego wszystkie szczęśliwe wspomnienia. Freddie nałożył sobie trochę makaronu, patrząc na kumpla spod uniesionych brwi. Ta cisza mu się nie podobała.
    - Dobra, stary. Widzę, że coś nie gra. Co jest, zobaczyłeś profesora Longbottoma nago czy jak? - Trącił go ramieniem, uśmiechając się delikatnie. Blondyn rzucił mu ponure spojrzenie, świadczące o tym, że nie ma dziś ochoty na takie żarty.
    - Chodzi o Fionę Sherpad. - burknął pod nosem, wbijajac gniewne spojrzenie w stół i zaczynając tym samym krótką opowieść o tym jak to Fiona dała mu kosza na oczach całej Sali. Freddie zmarszczył mocno brwi. Nie miał pojęcia, co Lin widział w tej szpetnej żmii, ale nigdy nie dyskutował z nim na temat jego gustu, więc przemilczał fakt, że ta dziewczyna wyglądała jak połączenie testrala i druzgotki. Charakter zresztą też miała paskudny.
    - Stać cię na więcej, stary. Wolałbym pocałować Jęczącą Martę niż Sherpad. - klepnął go po ramieniu w pocieszającym geście.
    - Wiem, ale wiesz jak to jest...Nigdy nie czułem się tak...upokorzony. - wymamrotał smętnie. Wayland milczał przez chwilę, myśląc nad odpowiedzią, kiedy nagle oczy Lincolna rozbłysły, a na jego ustach pojawił się szatański uśmiech.
    - Ale wiem, jak sie na niej odegrać...- zaczął tajemniczo, nim przystąpił do przedstawienia swojego planu.
    Freddiego bardzo często kojarzono z takimi wybrykami. Niby powinien się już ogarnąć, skupić na nauce, a nie głupich dziecinnych żartach. Ale on przecież miał siedemnaście lat, nadal był dzieckiem, do cholery, wszyscy byli. Poza tym, to Lincoln wpadł na ten głupi pomysł, żeby zrobić ślizgonkom plagę ropuch. W końcu jedna z nich upokorzyła go na oczach całej Wielkiej Sali, miał chyba prawo do małej, nieszkodliwej zemsty prawda? Wojna między Gryffindorem i Slytherinem trwała od zawsze i chyba nikt nie potrafił jej zakończyć. Mieli to we krwi.
    Śmiejąc się głośno razem z Lincolnem, opuścili miejsce zbrodni i skierowali się ku jednemu z okien, pod którym czekała już na nich grupka znajomych. Niestety, nie zdążyli nawet opowiedzieć im całej historii, bo po paru chwilach pewien ślizgon zaszczycił ich swoją obecnościa. Freddie zerknął na rywala, unosząc brwi, z tym aroganckim uśmieszkiem przylepionym do twarzy. Na korytarzu rozległo się chóralne 'uuuu'. Gryfon prychnął, zerkoczył z parapetu i ruszył za Joshuą. Ciekawy był, co za interes ma do niego Pan-Pozwól-Na-Słówko.
    - Co jest, Yaxley? Stęskniłeś się? A może jednak doszedłeś do słusznego wniosku, że poniosłeś życiową porażkę i postanowiłeś poprawić mi tym humor?

    Freddie

    OdpowiedzUsuń
  29. Podejście jej rodziców najwyraźniej bardzo różniło się od podejścia państwa Yaxleyów. Julius nie odezwał się ani jednym słowem, biorąc za pewnik, iż córka nie będzie narzekać i wydziwiać, gdy dostała jej się tak świetna partia; matka przytakiwała na prawo i lewo, uśmiechała się do starszych pań i eksponowała ukradkiem swe wdzięki panom. Wydawałoby się, iż ojciec, zaślepiony posiadaną kontrolą każdego aspektu życia członków rodziny, na jakiś czas stracił czujność. Una jednak zauważyła. Miała ich za żałosnych, słabych ludzi, którzy ukrywają swe prawdziwe oblicza za fasadą pięknego domu i sporej sumy pieniędzy u Gringotta, ale wystarczyło trochę pomieszkać w posiadłości państwa DeVere, by zrozumieć, że wszystko wokół ocieka tu fałszem i ignorancją.
    Nie potrafiła niczego przełknąć, a rozmowa z minuty na minutę stawała się coraz mniej komfortowa. Joshua ewidentnie był blisko okazania jakiegokolwiek sprzeciwu, i pewnie nawet by się do tego posunął, gdyby nie jego ojciec. Pan Yaxley budził respekt samym wyglądem, ale to w Juliusu, własnym ojcu, Una widziała coś na kształt biorącej się znikąd potęgi. Był wysoki i szczupły, ale z jego gestów, płynnych ruchów wyzierała się tajemnicza władczość. Gdyby miała określić go jednym słowem, powiedziałaby właśnie: władczy.
    Drobna i niepozorna Amy była zupełnie inna. Milkła tylko pod wzrokiem swego męża, jak gdyby zawstydzona, że nie przynosi mu chluby, gdyż wyznawał zasadę, iż kobiety powinno być widać, ale nie słychać; niczym mała dziewczynka, niepoprawna optymistka, wiecznie roześmiana i rozszczebiotana, i tylko czasem, w chwilach cichej zadumy, w jej oczach – oczach Uny – pojawiała się tęsknota.
    Zawsze bawiło ją, gdy wszystkie te starsze panie wzdychały z lubością nad głowami jej i Josha; czy to teraz, czy kiedy mieli po siedem lat, a ona pierwszy raz uderzyła go w twarz, bo wylał na nią sok dyniowy. Oboje dostali wtedy burę, a później śmiali się w krzakach z głupiego gadania starych plotkarek: "Będzie z nich prześliczna para."
    Dobrze znała ten stan, kiedy coś, ogromny ciężar przygniata ci płuca i nie jesteś w stanie już dalej walczyć, nie jesteś w stanie nic mówić, bo wydaje ci się tylko, że jesteś nędznym, małym robaczkiem – jeden zły ruch i będzie po tobie. Wiedziała, że powinna się odezwać, obronić przyjaciela, ale sama nie miała siły na tę grę, grę w którą grali już tak długo, a której żadne z nich nie brało na poważnie. I chociaż nie należała do osób, które wylewnie okazują uczucia, w tym momencie niemalże czuła cisnące się do oczu łzy rozpaczy i bezsilności.
    Jedynym uczuciem które znam, oprócz złości, jest mdłość. Jedno i drugie wypełnia mnie od środka, aż w końcu przestaję je odróżniać.
    – Uno – przemówił wreszcie Julius swoim cichym, groźnym głosem myśliwego, polującego na ofiarę. – Czyż nie uważasz, że byłoby wspaniale, gdyby sam Minister zaszczycił was wizytą?
    Przełknęła ślinę, zastanawiając się, czy wszyscy tutaj zgromadzeni słyszą, jak mocno bije jej serce. Bo ona słyszała. Miała wrażenie, jak gdyby zamierzało wyskoczyć na zewnątrz i w obrzydliwym geście potoczyć się po stole, wprost pod nos ojca, plamiąc po drodze jasny obrus krwią.
    Wstała powoli, na drżących nogach, uparcie wbijając wzrok w ziemię. Wiedziała, że pogrzebie tym wszystko, co osiągnęła; a jednocześnie wiedziała, że gdzieś tam są ludzie, którzy zaakceptują ją bez względu na przeszłość.
    – Żadnego ślubu nie będzie.

    Una DeVere

    OdpowiedzUsuń
  30. Julii nigdy nie ciągnęło do czarnej magii. Zawsze była po tej dobrej stronie - prymuska z OPCM. Czasem coś mrocznego wpadło jej w ręce, przeczytała z ciekawości, ale temat ten nigdy nie był jej fascynacją, a tylko pogłębianiem wiedzy o przeciwniku. Ewentualnym przeciwniku, bo Julia nie była pewna czy chce zostać autorem. Niczego nie była pewna. Na siódmym roku realizowała przedmioty, które dawały dużo możliwości, bo zupełnie nie mogła się zdecydować w wyborze życiowej drogi. Nadejdzie jej czas. Albo po prostu zda się na przypadek. Jak zwykle. 
    Spojrzała na niego z mieszaniną zaskoczenia i zaciekawienia, a chwilę później uśmiechnęła się niepewnie, jakby nie była pewna czy dobrze go zrozumiała. Jesteś przeze mnie za bardzo tolerowana brzmi prawie jak Za bardzo Cię lubię. Prawie. Bo Julii ciężko by było uwierzyć w tę drugą opcję. Nigdy nie odczuła, żeby chłopak jakkolwiek ją lubił. Raczej albo był obojętny, albo jej dogryzał przez moment, na przykład po meczu i to tyle. Zero ciepłych uczuć. Po obu stronach. 
    A teraz, kiedy siedział obok, nie mogła pozbyć się cichego głosu w głowie, który mówił jej, że zawsze się myliła, a w tym człowieku jest coś jeszcze. Coś ponad to, co dostrzegała wcześniej. 
    Odwróciła wzrok, bo chyba wpatrywała się w niego o kilka sekund za dużo i zaczęło się robić nieco krępująco. 
    - Dzięki. - odparła szybko, wciąż zdziwiona, ale z uśmiechem na ustach. - Chyba.
    Rozglądała się wokół powoli, wciąż nie patrząc na nic konkretnego, zatopiona w myślach analizujących tę dziwną sytuację. Rzadko myliła się co do ludzi. Umiała obserwować i słuchać. Ale najwidoczniej opinie wydawane na podstawie pozorów, stereotypów, plotek i strzępków konwersacji, niekoniecznie musiały być słuszne. Musiała spojrzeć mu w oczy, żeby to wiedzieć i w takich chwilach zdecydowanie lubiła się mylić.
    - To co? Powiesz mi jakim cudem się tu znalazłeś? Bo przecież nie dla mnie. - prychnęła i spojrzała na niego z tym swoim całkowicie urzekającym uśmiechem.

    Julia

    OdpowiedzUsuń
  31. Czuła się tak, jak gdyby wędrowała przez labirynt. Znam drogę, mówiła sobie uparcie, znam drogę. Ale jej ruchy, ospałe, powolne i niepewne, wskazywały na coś całkiem odwrotnego. Była zagubiona jak mała dziewczynka w mlecznej mgle, cicha i przestraszona, a jednocześnie zdeterminowana, by skończyć to, co zaczęła tym jednym, niefortunnym, lecz jakże prawdziwym zdaniem. Wiedziała, że nie mogłaby tego zrobić. Żadne z nich by nie mogło; taka wymuszona relacja nie przyniosłaby im w życiu nic więcej, poza obustronnym żalem.
    Dlaczego istniejesz?, wydawał się pytać wzrok ojca, pociemniały z gniewu; dlaczego nam to robisz?, wyczytała z zarumienionej z zażenowania twarzy matki. Upadłaby niechybnie, osłabiona pokonywaniem narastającego, niewidzialnego oporu, gdyby czyjeś ręce nie złapały jej i nie odciągnęły od źródła toksycznych substancji, przenikających do jej organizmu.
    Joshua zamknął drzwiczki, a Una poczuła, że jest jej odrobinę lepiej. Mimo to bała się spojrzeć mu w oczy. Nie wiedziała, jak zareaguje. Miał święte prawo być na nią wściekły, że popchnęła go do gry w otwarte karty, do konfrontacji z tradycjonalistycznymi rodzicami; gdyby nie zaczęła, gdyby potrafiła zamilknąć, nie doszłoby do tego. Ojciec co i rusz powtarzał jej, że ma niebywały talent do paplania i ustawicznego mielenia językiem, choć tak naprawdę dziewczyna należała do wyjątkowych milczków, odzywając się tylko wtedy, gdy miała cokolwiek do powiedzenia. Coś mądrego.
    Jak teraz.
    Nie chciała pozwolić im się zastraszyć. Pozwolić, by decydowali o jej życiu. Przecież to ona będzie musiała mierzyć się ze skutkami tych wszystkich decyzji – oni tylko kulturalnie (bądź mniej) umyją rączki i tyle ich świat widział. Przyślą kartkę na urodziny, zaproszenie na święta i padnie milion pytań: o dom, o męża, o dzieci, których żadne z nich nie zamierzało mieć. Żadne z nich nie zaangażuje się osobiście, jak gdyby nastolatkowie byli wyłącznie klientelą salonu ślubnego i ot, z grzeczności wymieniliby na ulicy podziękowania wraz z krótkim "Co tam u was".
    – J-ja... – zaczęła niepewnie i równie niepewnie urwała, nie wiedząc, co powinna powiedzieć. Bo tak właściwie jakie słowa oddadzą bezsilność, gniew i rozpacz całej tej sytuacji? Westchnęła tylko, kryjąc twarz w dłoniach i wsłuchując się w swój oddech. Cicho, cichutko, cichuteńko. Jej serce, przedtem rozszalałe jak dzikie zwierzę, teraz biło nierówno, mocno, powoli, jakby w każdej chwili groziło zatrzymaniem. Serce odpowiada za życie, nie za uczucia, przypomniała sobie Una, starając się racjonalizować wynikłą przed momentem sytuację, ale wcale nie zrobiło jej się od tego lepiej. Czuła zalegający na żołądku ciężar. Potworny, mdlący ciężar.
    – Przepraszam. – Tyle mogła powiedzieć. Tylko czy to miało teraz jakiekolwiek znaczenie?

    Una DeVere

    OdpowiedzUsuń
  32. Powoli osunęła się po ścianie, siadając obok. W środku nie było zbyt dużo miejsca; ich kolana dotykały się i Unie przyszło do głowy, że może gdyby wszystko z nią było jak trzeba, teraz siedzieliby tutaj z zupełnie innego powodu, a jego dotyk działałby na nią jak najlepszy narkotyk.
    Tymczasem nie czuła nic. Nic, prócz żalu, który wolno odpływał i ogarniającego ją otępienia, które ów żal zastępowało. Nie chciała, by brał winę na siebie. Wszak oboje byli sobie równi; świadczył o tym sam fakt, że do tej pory żadne nie zareagowało. Una miała ochotę się rozpłakać, choć od kiedy skończyła pięć lat udawała, że nigdy tego nie robi – i naprawdę się starała, w końcu nikt jej nie nakrył – ale jednocześnie odnosiła wrażenie, jakby brakowało jej łez. Coś w środku niej umierało wolnym, spokojnym tempem, by odpaść, jak zeschnięty kwiat.
    – Nie jesteś beznadziejny. – Przewróciła oczami i pokręciła głową, usiłując się uśmiechnąć, ale nie wyszło. Przyszło jej na myśl, jak bardzo nie ma swojego miejsca w życiu: w domu musi grać, chociaż możliwe, że wszystko zepsuła; w szkole musi grać, bo ktoś może donieść rodzicom; jej przyjaciele to tak naprawdę ludzie, którzy jej nie znają od podszewki, jedynie to, co chce im pokazać. Dotarło do niej, że jeden głośno wypowiedziany sekret dzieli ją od tego, by tu, przy swoim prawdziwym przyjacielu, jedynym, który rozumiał to wszystko i tego nie akceptował, poczuć się jak u siebie.
    – Czy ty... – zaczęła, przygryzając wargę aż do krwi. Nie była pewna, czy dzisiaj powinna się w ogóle odzywać. Może to klątwa dnia dzisiejszego, która zniszczy wszystko? – Jest jakiś powód, dla którego... Uważasz, że nie powinniśmy być razem? – wydusiła wreszcie, oddychając głęboko i mocno zaciskając pięści. Niemalże błagała o to, by nie popełnić kolejnej gafy. – Czy to tylko chęć przeciwstawienia się ojcu?
    Bo ona wiedziała, czego chce i czego nie chce. I dopiero teraz w pełni zrozumiała, że musi do tego dążyć. Nie może pozwolić rodzicom podejmować za siebie żadnych decyzji, bo to nie oni przeżyją życie za nią. Bo to chore. Bo nie powinno tak być.
    Czy w tym domu kiedykolwiek coś było tak, jak powinno?, westchnęła Una w myślach, bawiąc się niesfornym kosmykiem, który opadł jej na blade czoło. Czekała. Cisza przedłużała się nieznośnie.

    Una DeVere

    OdpowiedzUsuń
  33. Mało komu potrafiła naprawdę podpaść. Raczej starała się być miła, a jeżeli się nie dało to chociaż nie niemiła. Każdy miał prawo do własnego zdania i robienia co mu się podoba, dopóki nie krzywdzi tym innych. Zatem Julia, jeśli tylko ktoś nie podpadł jej, nie podpadała też innym. Yaxley może i był wkurzający, ale zawsze uważała go za niewartego zachodu, bo po co się za takim drzeć i rzucać kaflem, jak niektórzy, skoro i tak nic do niego nie dotrze i będzie robił swoje? Niereformowalny typ. A przynajmniej takie sprawiał wrażenie.
    Julii nigdy nie było łatwo odpuszczać sobie ludzi. To całe ludzie przychodzą, poznają się i odchodzą wydawało się jej największą głupotą i niesprawiedliwością w dziejach wszechświata, bo nie raz się jej przytrafiło, że straciła bardzo ważną osobę w swoim życiu przez zwykłe zaniedbanie, zapomnienie i w końcu obojętność. Zawsze ciężko jej było się z tym pogodzić, nawet jeżeli nie zawsze miała jeszcze siłę walczyć. Wiedziała, że to dość naturalne. Czas odkrywa prawdę, ludzie poznają się lepiej, zmieniają się i zdarza się, że w tym wszystkim już przestają do siebie pasować i ich drogi się rozchodzą. Co chwilę ktoś wypadał z tej karuzeli, ktoś nowy wpadał, ale nie było osoby na ziemi, która mogłaby tę machinę zatrzymać. I Julia też nie. Dlatego nawet jeżeli te wszystkie stracone po drodze, ważne osoby wciąż zajmowały maleńkie miejsce w jej sercu i niełatwo jej było o nich zapomnieć, to musiała dać im odejść, bo taka była kolej rzeczy.
    Spojrzała na Yaxleya i paczkę fajek, którą wyciągał w jej stronę. Zmarszczyła brwi, jakby się jeszcze zastanawiała, ale zaraz pokręciła lekko głową. Dosyć tego psucia sobie zdrowia. Chociaż bierne palenie to też nie jest szczególnie wspaniały pomysł dla sportowca. Właściwie powinna szybko się ewakuować z tej strefy śmierci dla dobra drużyny i sukcesów w Quidditchu. Dobra, koniec żartów. Julia nie była taką sztywniarą i nie podążała ślepo za wyznaczonymi zasadami. Właściwie czasem wydawało się, że jest tak niesamowicie normalna, jak tylko się da. Ale wystarczyło ją lepiej poznać, żeby zauważyć, że coś ją jednak z tłumu wyróżnia.
    Wpatrując się w niebo, słuchała głosu Yaxleya i zupełnie nie dziwiła się, że chłopak jest komentatorem. Był to głos tak głęboki i przyciągający uwagę, że na sam jego dźwięk można było stracić resztki skupienia w czasie meczu. Julia zdążyła się na szczęście na to uodpornić, ale teraz musiała przyznać, że jego spokojna, nie-komentatorska wersja podobała jej się jeszcze bardziej. Czysta karta zaczęła w końcu zapełniać się czymś pozytywnym. I to nie jest tylko koleś ma przecudowny głos.
    - Oh! Jak romantycznie! - powiedziała i zasłoniła usta dłonią, aby ukryć ziewanie. Może jednak powinna pójść spać.

    Julia

    OdpowiedzUsuń
  34. Niemoc.
    To słowo zawierało w sobie wszystko. Wszystkie uczucia Uny, wszystkie pragnienia, potrzeby. Ta cholerna niemoc, która ograniczała jej ruchy jak łańcuch, która nie pozwalała się zerwać z niewidzialnej smyczy. Pragnęła tylko zasmakować w życiu szczęścia, rozkoszy, wolności. Móc wreszcie być sobą i oznajmić to całemu światu. Nie kryć się ze wszystkim; z tym, jaka jest naprawdę, z tym, jaka chciałaby być, bo żadna z tych opcji nie podpasuje osobom trzecim, co wymagają i nic poza tym. I chociaż dorastała w miejscu przesyconym takimi sytuacjami, w teatrze żywych lalek, wciąż nie potrafiła sobie z tym poradzić.
    – Nie... – przyznała mu rację, czując jednocześnie, jak świat rozpada się pod nią: twarda ziemia, o którą opiera stopy jest tylko złudzeniem. – Nie wybiera.
    Nie wiedziała, czy w takiej sytuacji powinna zdradzić mu swoją tajemnicę, to coś, ten maleńki diamencik, który nadał jej osobowości wyraźniejsze rysy; coś niemalże nieistotnego, o co nikt nie zapyta, dopóki nie przyjdzie tworzyć głębszych relacji. Coś niewidocznego, a jednak najważniejszego na świecie. Może nie powinna mówić już nic; może dzisiejszy dzień był skazany na porażki.
    Mimo to ulżyło jej, gdy usłyszała wyraźny, twardy powód Joshuy i nie musiała się zamartwiać, że może jednak będzie w stanie go zranić.
    – Jo.
    Uniosła swoje duże, ciemne oczy na jego twarz, próbując doszukać się w niej jakichś oznak, choćby najmniejszych oznak potępienia, złości czy żalu, ale nie znalazła nic. Przed sobą miała tylko pytający wzrok, swoje odbicie w jego spojrzeniu, jego odbicie w swoim. Nie wiedziała, jak zacząć. Nie wiedziała, co zrobić. Czy w ogóle powinna?
    – Jestem... Jestem lesbijką – wyrzuciła wreszcie z siebie, czując niepohamowaną ulgę i jednocześnie paraliżujący strach. Nikt o tym nie wiedział. Co się teraz stanie? Czy brat z wyboru wyrzuci ją z hukiem za drzwi, krzycząc, że nie chce jej znać? Czy ją znienawidzi? Ale za co? A może to samo w sobie jest powodem?
    Zawsze starała się być twarda i kreowała się na stalową skałę, której nic nie ruszy. Nigdy nikomu nie przyznałaby się do tego, że zasypia z pluszowym kotkiem ani że czasem nie może spać, gdy pada deszcz, bo kiedy była dzieckiem, matka opowiedziała jej historię o bezdomnych kropelkach, szukających schronienia i teraz za każdym razem serce ściska jej się z żalu. Tłumiła w sobie uczucia i emocje, co z czasem przerodziło się w nawyk, albo nawet prawdziwą drugą naturę, ale bywały takie momenty, gdy czuła się przerażająco odsłonięta, bezbronna, wystawiona na cel jak zając na pożarcie.
    – Proszę... – powiedziała błagalnie, przyciskając się plecami do ściany i marząc o tym, by ktoś ją po prostu przytulił. – Po-powiedz coś.

    Una DeVere

    OdpowiedzUsuń
  35. Dało się go polubić? Hmm... Mimo, że zawsze irytował Julię to teraz, gdy już od kilkunastu minut siedziała w tym romantycznym składzie ja, ty i dym papierosowy, była skłonna uwierzyć, że Joshua Yaxley rzeczywiście nie jest taki zły i może nawet dałoby się go polubić. Dziwne, chociaż właściwie nie co końca. Przecież już od dawna wiedziała, że to w rozmowie w cztery oczy dopiero można kogoś poznać. Kiedy aż tak się nie udaje, bo nie ma takiej potrzeby. W tym wypadku na szali była tylko jedna, nawet nierozpoczęta znajomość, więc do stracenia nie było nic. Można było sobie pozwolić przynajmniej na cień szczerości.
    Zaśmiała się lekko na słowa o dziewczynie, bo jakoś jej samej ciągle trudno było w ten romantyzm uwierzyć. Na jego kolejne słowa uśmiechnęła się tylko delikatnie, nawet nie próbując sobie wyobrazić jak Joshua Yaxley - najbardziej denerwująca wszystkich szkolnych graczy Quidditcha nie-Ślizgonów osoba, niesie ją - obrońcę Krukonów, do zamku w swoich ramionach. Ten dzień był coraz bardziej absurdalny.
    - Jasne. - odparła beztrosko i poruszyła brwiami w taki uroczy, łobuzerski sposób. - Trzeba ćwiczyć ten Twój romantyzm.
    Nie no, jeszcze moment i zacznie z nim flirtować! O ile już nie zaczęła. Nieświadomie oczywiście, bo Julia była ostatnią osobą do celowego flirtowania z kimkolwiek, bo uważała to za niesprawiedliwe, żeby dawać komuś coś, co było niemalże obietnicą bez pokrycia. Nie chciała być w związku i od lat uparcie nie zmieniała zdania w tej kwestii.

    Julia

    OdpowiedzUsuń
  36. [Dawno nie pisałam, więc przepraszam za to na górze :c]

    Nie była z natury człowiekiem leniwym, aczkolwiek przez kilka ostatnich dni nie chciało jej się pójść do Hogsmeade, choć jej zapas słodyczy powoli się kończył. Dopiero kiedy zjadła ostatnie cukrowe pióro i nic jej nie zostało, postanowiła wybrać się do Miodowego Królestwa i nakupić kolejną porcję łakoci, szczególnie kwaśnych żelek, które uwielbiała nie tylko ona, ale i Joshua. Zakupiła ich więc jak zwykle trochę więcej, razem z mnóstwem różnych lizaków, gum, innych żelków oraz czekolad. Całe szczęście, miała na to pieniądze, gdyż rodzice byli tak wspaniałomyślni, że dawali jej całkiem pokaźne kieszonkowe, które podczas roku szkolnego wydawała jedynie na owe słodycze oraz czasami kremowe piwo, gdy wraz ze znajomymi spotykała się w którymś z lokali w Hogsmeade. Wszelkie inne rzeczy jak pergaminy, pióra czy atramenty wysyłali jej rodzice, więc ona nie musiała się martwić, aby odkładać kilka galeonów na takie rzeczy. Oczywiście, nie wydawała wszystkiego na łakocie, zawsze coś tam odkładała, aby na święta kupić znajomym i rodzinie niewielkie prezenty, a podczas wakacji, aby móc kupić sobie jakieś książki, nowe ubrania czy coś innego, co było jej potrzebne. Nie zawsze rodzice chcieli jej wszystko kupić, więc czasami sama musiała odłożyć z kieszonkowego lub pójść do jakiejś dorywczej pracy podczas wakacji i coś zarobić. Bo może i jej rodzina biedna nie była, w zasadzie była całkiem zamożna, to nie widziała przeszkód, aby w wakacje trochę popracować. Nie lubiła siedzieć bezczynnie na tyłku przez dwa miesiące, więc zawsze szukała sobie jakiejś roboty.
    Po powrocie z miasteczka, najpierw udała się do swojego dormitorium, aby większość zakupionych rzeczy zostawić w ogromnej walizce. Ze sobą wzięła tylko papierową torbę wypełnioną kwaśnymi żelkami w różnych smakach, po czym ruszyła do lochów, gdzie znajdowało się dormitorium Ślizgonów. Nie znała hasła, wątpiła też, aby jakiś nieznajomy Ślizgon jej to hasło podał, ale może chociaż ktoś ją wpuści, przykładowo jakiś pierwszoroczny. Nie wszystkie dzieciaki z tego domu były wredne, stawały się takie dopiero na przestrzeni lat, choć była garstka, która nawet po sześciu latach była całkiem przyjazna. Według Tatii Joshua się do tych osób zaliczał, choć może sądziła tak dlatego, że był miły dla niej. Mimo to, potrafił czasami się bez powodu denerwować i rzucać, ale dziewczyna dość dobrze opanowała już sztukę uspokajania go. Sama nie była wybuchowym człowiekiem, nie była też jednym z tych energicznych chochlików, które są wszędzie i sieją spustoszenie w całej szkole swoim pozytywnym nastawieniem do życia. Była przeciętna, spokojna i zrównoważona, ale czasami zdarzało jej się wybuchnąć, choć szybko jej mijało.
    Udało jej się wślizgnąć do dormitorium Ślizgonów wraz z jakąś młodziutką dziewczyną, która tylko obrzuciła ją spojrzeniem. Zignorowała inne spojrzenia osób, które już ją znały, po czym skierowała się do pokoju Joshuy, mając nadzieję, że go tam zastanie.
    — Patrz co mam! — powiedziała z uśmiechem, machając w powietrzu torbą, gdy już odnalazła Ślizgona siedzącego na swoim łóżku.

    Tatiana

    OdpowiedzUsuń
  37. Niepewnym ruchem złapała jego ręce, jak gdyby chwytała się koła ratunkowego, jakby tylko bliskość jej przyjaciela, jej brata mogła ją uratować, ocalić od niechybnej zagłady, czającej się za drzwiami. Zawsze pilnowała się, by przypadkiem, jakimś drobnym ruchem czy słowem nie zabrnąć zbyt daleko. Była to ślepa uliczka, prowadząca do nieuniknionej afery, awantury z wrzaskami i przemocy. Nie potrafiłaby przyjąć bez protestów kary za to, że jest sobą i nie ma już siły udawać.
    – Nikt o tym nie wie – wyszeptała, zastanawiając się, czy to aby na pewno jest prawda, czy nigdy nikomu nie powiedziała czegoś, co mogło go nakierować na dobry trop. Chociaż nie – był ktoś, kto wiedział i przed kim drżała ze strachu do tej pory, nie mając pewności, że się nie wygada. Tak naprawdę wcale nie planowała mówić o tym Joshui, ale... z drugiej strony nie planowała również swojego niespodziewanego wyznania przed zgromadzonymi przy stole gośćmi.
    Mogliby sobie już pójść, rozmarzyła się Una, przygryzając wargę w bolesnej świadomości tego, co czeka ją po wyjściu nadprogramowych osób. Ojciec na pewno będzie wściekły. Gdyby do tego wiedział... Zadrżała od tych swoich myśli, zagubiona i przestraszona jak sarna w otoczeniu drapieżników. I tak się czuła – bezbronna, wystawiona wprost na atak. Nie potrafiła się obronić, nie umiała nawet oddać, choćby zwyczajnym, niemagicznym ciosem w twarz, bo różdżki nie mogła jeszcze używać poza szkołą. Mogła się tylko chować, skryć w mysiej dziurze, ale zdarzało się tak, że i na to nie wystarczyło jej czasu ani odwagi.
    Czy ja w ogóle mam jakieś minimum odwagi w czymkolwiek?
    I przyszło jej do głowy, że nie; z tego powodu i wielu innych znajdowała się w Domu Węża, a nie Lwa, i z tego samego powodu tak bardzo do nich wszystkich pasowała. Oni również byli tchórzami.
    – Co my teraz zrobimy? – Pytanie, kiedy zadała je głośno, w jej ustach zabrzmiało tak bezradnie, tak niewinnie, jak wypowiedziane przez dziewczynkę, która przypadkiem stłukła wartościowy wazon matki i nie ma pojęcia, jak ukryć bądź naprawić szkodę. Tylko, że tutaj nikt nic nie zepsuł; tutaj, za cenę własnej wolności, musiała rzucić się wprost pod nadjeżdżający pociąg. Był tylko taki jeden mały haczyk: miała pociągnąć za sobą najlepszego przyjaciela.
    Nie powinna była i dobrze o tym wiedziała, ale nie umiała się powstrzymać. W tamtym momencie czuła, że etykietka Ślizgona-egoisty jak najbardziej pasuje do niej, Uny DeVere, materialistki i egocentryczki wszech czasów. Była gotowa poświęcić wszystko, jak się okazało, dla ratowania własnej skóry, w tym człowieka, którego traktowała jak brata. Czuła się podle: winna całego zamieszania i jeszcze wściekłości, którą rodzice Yaxleya wyładują zapewne również na nim; bo że Julius jest zły, nie było wątpliwości.
    – Co zrobimy... ?

    Una DeVere

    OdpowiedzUsuń
  38. Spędzanie czasu z młodszymi uczniami było dla Avalon czystą przyjemnością. Uwielbiała to, w jaki sposób chłonęli wiedzę, jaką miała im do przekazania. Istotnie, była dla nich niczym starsza siostra do której zawsze mogą przyjść. Z mniejszymi lub większymi problemami. Była taką ciocią dobrą radą, która najchętniej przygarnęłaby pod swoje ramiona wszystkie zbłąkane dusze. Czasami Avalon zachowywała się, jak pani w średnim wieku, która to przeszła już wiele w swoim życiu i próbuje teraz przekazać swoje spostrzeżenia młodszym pokoleniom. Tak naprawdę, Avalon nie różniła się wiele od tych wszystkich dzieciaków. Sama była, jak takie dziecko, które zagubiło właściwą drogę. Szczególnie, kiedy spojrzy się we wstecz. Wszystkie te kłótnie z ojcem i dziadkami. Tocząca się, cicha wojna w domu, w niczym nikomu nie pomagała, a panienka Moore nie stawała się przez nią dojrzalsza. Miała zaledwie szesnaście lat, marzyła o pójściu na koncert swojej ulubionej rockowej grupy, która robiła ogromny szum w magicznym świecie. Chciała zdobyć autograf lidera, zjeść tak dużo wiśniowego ciasta, aż by ją zemdliło i pomimo strachu, wznieść się tak wysoko na miotle, aby dotknąć gwiazd… Była tylko dzieckiem, przed którym stawiano przeszkody, z którymi niekoniecznie była w stanie sobie poradzić. W dodatku sama ich sobie szukała i za wszelką cenę chciała je pokonać, bez niczyjej pomocy. Chcąc udowodnić wszystkim, że jest dokładnie taka sama jak jej matka. Jak matka, którą zapamiętała. Dobra, kochana… Najlepsza. W końcu pani Moore nie mogła być złym człowiekiem.
    W Hogsmeade często spacerowała z uczniami z trzeciego roku, którzy po raz pierwszy wybierali się na wyjścia do miasteczka. Podpowiadała im gdzie najlepiej spędzić ten wolny czas, a które miejsca zdecydowanie powinni omijać szerokim łukiem. Właśnie znajdowali się koło jednego z tych miejsc, do których lepiej nie zaglądać. Avalon doskonale kojarzyła te miejsce, chociaż bardzo chciałaby wyprzeć ze swojej pamięci ten mały incydent, który doprowadził ją do tego… sklepiku.
    — A tam? Co tam jest? — Zapytał jeden z chłopaków, wskazując ręką na owy biznes. Srebrnowłosa spojrzała na sklepową wystawę, a samo jej spojrzenie mówiło wszystko. Gardziła takimi miejscami. Najchętniej wytępiłaby wszystkich, interesujących się tą stroną magii. Była jednak świadoma, że wówczas wcale nie byłaby lepsza od nich.
    — To jest jedno z tych miejsc, które lepiej omijać. No… Chyba, że chcesz słynąć z nieczystych interesów… — Mruknęła wystarczająco głośno, aby usłyszał ją Joshua, który właśnie opuszczał sklep. Prychnęła cicho pod nosem niczym rozwścieczony kot. Kojarzyła go. W końcu był ślizgonem, a ona sama swego czasu pojawiała się nadzwyczaj często w pokoju wspólnym Slytherinu. Wcześniej, gdy do Hogwartu chodził jeszcze jej przyjaciel i jednocześnie przymusowy narzeczony. Teraz, bywała tam znaczniej rzadziej chociaż i tak się to zdarzało. W końcu jej chłopak, Arsellus był Ślizgonem. Wracając jednak do Josha… Niejednokrotnie wdawała się z nim w dyskusje, które nie wnosiły niczego nowego do życia, żadnego z nich. — Widzicie go… To Joshua Yaxley. Nic dziwnego, że to właśnie on, był w takim miejscu jak to... — Powiedziała, mierząc starszego o rok chłopaka chłodnym spojrzeniem swoich ciemnych oczu.

    Avalon Moore

    OdpowiedzUsuń
  39. – Nic. Nic nie dotrze – przytaknęła cicho, a ponieważ gardło miała niebywale ściśnięte, zabrzmiało to, jakby się topiła. Spróbowała przełknąć ślinę, zastanawiając się nad wszystkimi możliwościami, nad tym, co ewentualnie mogłoby w jakikolwiek sposób zmienić bieg wydarzeń i przerażała ją panująca w głowie pustka. Wielka, biała plama, jak materiał zalany wybielaczem. Tyle tylko, że tego, w przeciwieństwie do pobrudzonego ubrania, nie dało się już naprawić. Żadne zaklęcie by tu nie pomogło. Chociaż...
    – Możemy wyczyścić im pamięć – stwierdziła z niejaką nadzieją w głosie; mały, delikatny płomyczek, natychmiast zgaszony przez falę niechęci. Nie, powiedział jej ten głos w głowie, wygłaszający czasem różne uwagi – raz mądre, raz nie. Nie po to zrujnowałaś wszystko, chcąc wolności, by się teraz wycofać. – A w każdym razie ty możesz... – dodała, już o wiele mniej pewnie, za to z wyraźnym wahaniem w głosie i cichą nadzieją, że jednak usłyszy "nie". Z tej sytuacji nie było dobrego wyjścia. Mogli wybrać między złem i złem, a mając szesnaście czy siedemnaście lat raczej nikt nie powinien być postawiony przez takim wyborem. Jaki nastolatek potrafiłby zdecydować?
    Oparła się głową o ścianę i przymknęła oczy. W głowie czuła znajome pulsowanie nadchodzącego bólu, jak zawsze w cięższych sytuacjach, a ta przecież znacznie przerosła wszystkie, w których znajdowała się do tej pory. Pomasowała sobie czoło, wzdychając ciężko i usiłując myśleć.
    Myśl, myśl, myśl.
    – Możemy też uciec.
    W jej głosie pobrzmiewała dzika nadzieja i Una zastanowiła się przez chwilę, czy kiedykolwiek jej emocje ulegały takim zmianom, jak w kalejdoskopie. To chyba niemożliwe; do tej pory zawsze wiedziała, czego chce; ale z drugiej strony nikt nie kazał jej wybierać sposobu, w który zniszczy własną przyszłość. Pokora czy bunt? Zło czy inne zło?
    Nie umiała wybrać jednej z tych opcji. Nie chciała tego. Marzyła, że kiedyś znajdzie szczęście u boku jakiejś kobiety, która nie weźmie jej za totalną ofiarę losu; zamieszkają razem gdzieś daleko, gdzie nie ma upałów, a sąsiedzi są życzliwi, zamiast bezczelnie wtykać nos w cudze sprawy, i może nawet wreszcie będzie jej w stu procentach dobrze, nie tak, jak teraz. Nigdy jednak nie spodziewała się, że sprawy przybiorą taki obrót.

    Una DeVere

    OdpowiedzUsuń
  40. Freddie nie uważał się za lepszego od innych. No, nie od wszystkich. Na swoich rówieśników takich jak Joshua patrzył z góry. Denerwował go jego sposób bycia, jego teksty, twarz i sam fakt, że należał do Slytherinu. A on zrobił tylko durny żart, który tak naprawdę nikogo nie skrzywdził i który był zemstą na ślizgońskich zołzach, myślących, że mogą wszystkimi pomiatać. Zdawał sobie sprawę, mimo wszystko, że dowcip z ropuchą nie jest najlepszą rzeczą jaką wymyślił, ale hej, liczy się efekt.
    Joshua za to zachowywał się, jakby Wayland kogoś podpalił, potraktował klątwą Cruciatus albo cholera wie, co jeszcze. Cóż, koleś zawsze wydawał mu się sztywny i zdecydowanie zbyt poważny. A na dodatek namolny. Powinien pilnować własnego nosa, a nie wtrącać się w życie gryfona, jakby to miało go zmienić.
    - Ow, biednego Joshusia zdenerwowało kilka popiskujących dziewczynek? Myślałem, że jesteś twardszy. - rzucił, zakładając ręce na piersi. No właśnie - nie chciało mu się z Freddiem gadać? To dlaczego nadal tu stał i nadawał jak katarynka?
    Na jego ostatnie słowa prychnął złośliwym głośnym śmiechem. Nie dość, że wkurwiający to jeszcze bezczelny.
    - Nie wierze. I ty mi to mówisz? Zabawne wiesz, szczególnie, że przychodzisz do mnie jak obrażony goguś i pierdolisz mi o niewinnym dowcipie, który nie jest twoją cholerną sprawą. Zajmij się sobą, masz sporo do poprawienia. - zmrużył niebieskie oczy, wkurzając się coraz bardziej. Nie obchodziło go, że kilka osób przystanęło, żeby posłuchać ich wymiany zdań, nie obchodziło go, że zza rogu w każdej chwili mógł wyjść nauczyciel. Jak zwykle dał się ponieść emocjom.
    [ Wybacz jakość i długość, coś mnie dzisiaj muli ;n; ]

    Freddie

    OdpowiedzUsuń
  41. Ona nigdy nie zwracała szczególnej uwagi na nazwisko Yaxley. Oczywiście słyszała plotki, urywki informacji oparte na stereotypach, ale nigdy nie oceniała Joshuy z perspektywy jego ojca i generalnie rodziny. Miał u niej taką opinię na jaką sam zasłużył. Czyli marną, ale teraz ulegającą zmianie z każdą chwilą w jego towarzystwie.
    Kiedy wstał, spojrzała na niego podejrzliwie, a później wybuchła śmiechem. Może i była śpiąca, ale nie aż tak, żeby ktokolwiek musiał ją nieść do łóżka.
    - Żartowałam. - powiedziała i wstała, żeby chłopak nie stał pochylony nad nią bez sensu. Teraz znalazł się bardzo blisko niej, tak, że musiała zadzierać głowę, żeby spojrzeć mu w oczy. Nie przeszkadzało jej to. W tej chwili tak wyszło i jakoś się nie przeciwstawiała. - Możesz dać mi kwiaty, jeśli chcesz ćwiczyć romantyzm.
    Uśmiechnęła się delikatnie i odsunęła na pół kroku.
    - Albo wciąć na spacer w świetle księżyca. - dodała, mrużąc lekko oczy. - Albo cokolwiek. Wiesz, takie typowe romantyczne tricki. Na rękach chyba nie musisz mnie nosić.
    To ciekawe. Dla niektórych ta sytuacja mogłaby wyglądać na regularny flirt, ale w Julii głowie nie paliła się żadna lampka bezpieczeństwa, dająca znać, że przesadza i przekracza jakąś granicę. A ona była mistrzem w lampkach bezpieczeństwa i panicznym strachu z ich powodu.
    - Ale może rzeczywiście powinnam już iść. - odparła, trochę jakby niechętnie i ominęła chłopaka. U szczytu schodów, po których miała zbiec i wrócić do zamku, zatrzymała się i odwróciła jeszcze. - Do zobaczenia, Yaxley.
    Życie to jednak zaskakuje.

    Julia

    OdpowiedzUsuń
  42. [ Okej, brakuje mi wątku związanego z zainteresowaniami Karolka. Bardzo chętnie pójdę na coś w stylu wspólnego przesiadywania nad tomami traktującymi o czarnej magii. Nasi panowie mogliby którejś nocy zakraść się do biblioteki i odnaleźć księgę nad którą podumaliby nieco dłużej. Możemy pobawić się w to, że któryś z nich przeczytałby jakąś inskrypcję i nałożył na siebie i towarzysza jakąś niezbyt szkodliwą, ale uciążliwą klątwę, którą trzeba odczynić. Oczywiście wszystko do ustalenia :) ]

    Karol Zdunk

    OdpowiedzUsuń
  43. Odwróciła głowę w stronę chłopaka, wpatrując się przez kilka sekund w jego oczu. Uśmiechnęła się połowicznie i zaczesała dłonią długie, srebrzyste włosy.
    — Dobre imię? Nie rozśmieszaj mnie Joshua, poza tym jesteś tutaj i sam widzisz… Wystarczy, że ktokolwiek usłyszy twoje nazwisko, opinia sama się wyrabia. — Odpowiedziała ze spokojem, zerkając na jeszcze chwilę temu szepczącą grupkę trzynastolatków. Wzruszyła delikatnie ramionami i przekręciła głowę na bok. Miała rację. Nic nie musiała robić, wszyscy i tak oceniali go jednakowo. Wszyscy, którzy mieli normalne poglądy, bo tacy sami jak Yaxley. Avie nie chciała mieć z takimi ludźmi nic wspólnego. Starała się odcinać od wszystkich, którzy chociaż odrobinę maczali palce w tej złej dziedzinie magii. Moore tak naprawdę nie znała Josha, ale nie miała nawet ochoty go poznać, chociaż zdawała sobie sprawę, że nie powinno nikogo oceniać się z góry, jednak w tym przypadku Krukonka nie miała zamiaru zapoznawać się bliżej z nim, nie miała ochoty dawać mu szansy na pokazanie się z dobrej strony, ponieważ z góry założyła, że jej nie ma. Tak po prostu.
    — Nie słuchajcie go, może i nazywa się Yaxley, ale nie jest, aż tak głupi i nic wam nie zrobi. — Dodała dla uspokojenia, widząc, dwie dziewczyny, które od razu znacznie pobladły. Avalon nie przepadała za Joshem, zdawała sobie jednak sprawę z tego, że nikogo nie skrzywdzi. Nie, dopóki uczęszcza jeszcze do Hogwartu, co później. Nie była w stanie nic powiedzieć na ten temat.
    — Joshua, nie masz przypadkiem czegoś gdzieś do załatwienia? Przecież nie będziemy cię zatrzymywać. Z pewnością masz swoje sprawy. — Mruknęła i machnęła delikatnie dłonią na trzecioklasistów, aby ruszyli dalej do przodu. W końcu dyskusja ze Ślizgonem nie doprowadzi do niczego sensownego. Co takiego niby mógłby jej powiedzieć? Że nie wie co jest właściwe, że powinna przeczytać jakieś odpowiednie księgi? Nic, ani nikt nie zmieni jej podejścia do czarnej magii. Nawet gdyby opowieści były ciekawe, Avie z góry była nastawiona na nie.

    Avalon

    OdpowiedzUsuń
  44. Te kilkanaście ostatnich minut było prawdopodobnie dla Julii najdziwniejszymi od długiego czasu. Bez zbędnych analiz sytuacji, zastanawiania się nad szczegółami. Po prostu wymienili ze sobą kilka zdań o świcie, na trybunach stadionu, zupełnie bez oczekiwań, z zaskoczenia i tak, że po tym czasie w jej głowie nie było żadnych wątpliwości. Tylko jakaś ciekawość rozwoju sytuacji. Bo nagle Joshua Yaxley jakby przestał ją denerwować. Tego się nie spodziewała po sobotnim poranku, dlatego jakoś umiała zaakceptować to, co niespodziewana spontaniczność ich obojga niosła za sobą.
    Odwróciła głowę i zaczęła zbiegać po schodach, kiedy usłyszała głos chłopaka za sobą. Nie zatrzymała się, ale zwolniła lekko.
    - I co? Wrzucisz mnie do jeziora? Już lecę! - zaśmiała się cicho pod nosem i przyspieszyła.
    Przez całą drogę do zamku nie mogła przestać się uśmiechać i sama nie wiedziała dlaczego właściwie tak się dzieje. Chłopak zrobił jej dzień, nie robiąc właściwie niczego szczególnego.
    Po powrocie do Wieży Zachodniej, od razu poszła pod prysznic, a później zasnęła, krotką chwilę po tym, jak przyłożyła głowę do poduszki, przykryta kołdrą aż po uszy. Obudziła się kilka godzin później, kiedy dormitorium było już puste. Była w prześwietnym nastroju.

    Następnego dnia było trochę gorzej. Miała dużo na głowie, ale ciągle w jej planie na dziś była wieczorna wyprawa nad jezioro. Nie była podekscytowana, nie przeżywała, nie myślała o tym za wiele. Zastanawiała się tylko czy w ogóle chłopak przyjdzie. Jej odpowiedź na zaproszenie Yaxleya brzmiało dość dwuznacznie. Ale trudno. Chwilę przed dziewiętnastą już siedziała na trawce niedaleko jezioro, zupełnie nie przejmując się tym, że właściwie to jest dość zimno. Typowa Julia - temperatura nie ma znaczenia, o ile nie jest zbyt ciepło. To ona była jedną z tych osób, które potrafiły położyć się w śniegu i leżeć kilka minut jak gdyby nigdy nic, wdychając arktyczne powietrze z uśmiechem na ustach.

    Julia

    OdpowiedzUsuń
  45. Freddie naprawdę nie miał ochoty na dyskusję ze ślizgonem, to psuło mu humor i jeszcze mogło wpędzić go w kłopoty. Zresztą, kłótnia z nim była bez sensu. Jego też denerwowało mnóśtwo nieciekawych spraw czy inni uczniowie, na przykład ślizgoni patrzący z góry na mugolaka, ale nie organizował pieprzonego protestu ani nie wołał kogoś na niby poważną, choć w rzeczywistości śmieszną rozmowę, która i tak nic by nie dała. Jeżeli wkurwiały go piski dziewczyn, mógł najpierw przemówić im do tych pustych łbów, że pewnych rzeczy się nie robi, potem kazać im się zamknąć, a na koniec, gdyby punkt numer dwa nie zdał egzaminu, wynieść się do biblioteki. Proste? Proste.
    Nie wspominając o fakcie, że gdyby Sherpad nie zraniła Lincolna, do niczego by nie doszło. I teraz Freddie miał oberwać za to, że pomógł kumplowi w zemście? Śmieszne. Ale jeszcze śmieszniejsze były słowa, które usłyszał od Josha. Koleś miał niezły tupet i na dodatek kiepską żyłkę komediową.
    - Sugerujesz, że mam się zmienić, bo cię wkurwiam? Och, Yaxley, skarbie, tatuś powinien cię nauczyć, że nie cały pierdolony świat kręci się wokół ciebie. Powiem ci jedno - założył ręce za piersiami, jakby miał właśnie wygłaszać motywującą przemowe i spojrzał chłopakowi prosto w oczy.
    - Mam szczerze gdzieś, co o mnie myślisz i nie mam zamiaru czegokolwiek w sobie zmieniać, nieważne ile będziesz torturował mnie swoim bezsensownym jazgotaniem, rozumiesz, kotek? - przy ostatnich słowach wyszczerzył zęby w szyderczym uśmiechu. To oczywiste, że go prowokował, ale w obecnej sytuacji po prostu nie mógł się powstrzymać. Miał jednak nadzieję, że smutna prawda szybko dotrze do jego spowolnionej umysłowo osoby. Nie przypuszczał jednak, co się zaraz stanie.

    Freddie

    OdpowiedzUsuń
  46. [Cześć i dziękuję!
    Niestety, nic mi nie przychodzi do głowy. :c Wątki o negatywnych relacjach "bo tak" zawsze średnio mi szły. Chyba, że to ma jakieś konkretne podłoże, ale w tym przypadku wydaje mi się, że on jej nie polubi przez status krwi, więc... :D]

    Amelia Riddley

    OdpowiedzUsuń
  47. – Nic ci nie będzie, nic ci nie będzie – powtarzała Addie pod nosem niczym mantrę. Ona i Josh przeszli wiele; ona wciąż czuła się zraniona, że tak ją odrzucił, on z kolei nadal był na nią wściekły, że próbowała wszelkimi możliwymi sposobami powstrzymać go przed przejęciem rodzinnego dziedzictwa, ale w tej chwili mogła myśleć tylko o tych szczęśliwych, wspólnych chwilach, gdy jako dzieci chowali się przed dorosłymi na wielkim terenie posiadłości i razem bawili albo po prostu leżeli przytuleni do siebie, rozmawiając na temat przyszłości. Był jednym z jej najlepszych przyjaciół i nie wątpiła, że kiedyś była dla Josha kimś ważnym; tylko przed nią się otwierał, pokazywał swoją drugą twarz, tak różną od pozy ślizgońskiego, wywyższającego się aroganta. Może te czasy już bezpowrotnie przeminęły, może Addison nigdy nie będzie w stanie wybaczyć mu tego, że poszedł wyznaczoną przez ojca ścieżką, zanurzając się w świecie czarnoksięstwa, jednak dziewczyna była do bólu lojalna. Z reguły jej wiara w ludzi była źle usytuowana, bo na końcu czekało ją tylko zranienie, ale nie potrafiła wymazać tego przywiązania do nieodpowiednich osób, nawet gdy z biegiem lat relacja przestawała być aż tak silna. Pamiętała Josha sprzed kilku kat i wierzyła, że nie zniknął on całkowicie.
    – Chyba oszalałeś! – krzyknęła Addison, nieco zbyt mocno łapiąc go za ramiona i wbijając paznokcie we wrażliwą skórę, by choć trochę go ocucić. – Josh, jesteś cholernym idiotą, ale nigdy nie miałam cię za aż takiego durnia! Posłuchaj, ta rana przerasta wszystko, co do tej pory widziałam. Nie znam się na leczeniu obrażeń zadanych przez czarną magię, a jeśli się nie pospieszymy, możesz stracić rękę, może nawet życie, kiedy oparzenie przemieści się w stronę serca. Naprawdę wolisz zginąć z powodu swojej chorej, rozdmuchanej dumy niż zostać wyrzuconym ze szkoły?!
    Tak naprawdę dziewczyna nie sądziła, by jej przemowa poskutkowała. Yaxley zawsze był uparty, a jego zawziętość przejawiała się w najmniej odpowiednich momentach jego życia. Czasami myślała, że dążył do autodestrukcji, podejmując decyzje będące podszeptami czystej krwi, niebezpiecznych ideologii oraz ego. Wielokrotnie próbowała go chronić przed sobą samym, jednak ostatecznie wyciął ją ze swojego życia, tworząc wokół siebie mur, przez który nie mogła się przedostać. Wiedziała, że nadejdzie dzień, w którym podejmie zbyt wielkie ryzyko na polu czarnoksięstwa, a teraz ze strachem w oczach musiała patrzeć na jego coraz bledsze oblicze. Kropelki potu zebrały się na jego skroni, pokazując, jak wiele kosztowało go utrzymywanie się na nogach, a wszelki kolor odpłynął z jego twarzy, upodabniając go do upiora.
    – Josh, proszę. – Addison Hallaway nigdy nie prosiła. Teraz jednak to słowo przyszło jej zupełnie naturalnie, zawarła w nim całą swoją desperację, rozpacz i żal, jakie teraz czuła. W końcu cofnęła się o krok z przekleństwem, wciąż podtrzymując go za ramiona w obawie, że gdy Yaxley straci w niej oparcie, upadnie na ziemię. – No dobrze, w takim razie powiedz mi, co mam zrobić, skoro nie chcesz pójść do Skrzydła Szpitalnego. Bo nie mogę stać bezczynnie i patrzeć!
    Addie z niepokojem spojrzała na jego opuchniętą dłoń. Co prawda jej zaklęcie spowolniło rozprzestrzenianie się oparzenia, jednak zwęglona, poszarpana rana wyglądała naprawdę paskudnie, powoli wypływała z niej również ciemnobrązowa ropa. Wiedziała, że z minuty na minutę będzie coraz gorzej. Nawet nie potrafiła sobie wyobrazić, jak bardzo chłopak teraz cierpiał, bo ręka musiała go palić żywym ogniem. Przegryzła wargę, w panice próbując przypomnieć sobie jakieś przydatne zaklęcia czy wywary, które mogłyby mu pomóc, ale prawda była taka, że dziewczyna była zupełnie bezsilna wobec czarnej magii.

    Addison

    OdpowiedzUsuń
  48. [Nie wiem, co ty na to powiesz, ale Yaxley byłby idealny na Timothy'ego, jakkolwiek dziwacznie może to brzmieć. Dałoby radę to obgadać na mailu?]

    Ruth Cavendish

    OdpowiedzUsuń
  49. [Wybacz, że odpisuję dopiero teraz i widzę, że masz już sporo wątków, więc jak już nie masz miejsca, to rozumiem. Ogólnie Twój pomysł mi się podoba :D Wzajemna niechęć wobec siebie, która w zasadzie może przerodzić się w nić porozumienia :)]

    Sierra

    OdpowiedzUsuń
  50. Julia nie myślała o tym jak o randce. Gdyby tak było to z pewnością by nie przyszła. Przeprosiłaby chłopaka, powiedziała, że nie jest zainteresowana i wieczór zajęłaby czymś innym. Na szczęście, tego nie odebrała jak randkę. Brzmiało to jak jakieś dziwne spotkanie, trochę na serio, trochę dla żartu, na którym mieli ćwiczyć romantyczną stronę Yaxleya. Tak. I to napewno nie jest randka. Nie ma mowy. I to nie był regularny flirt. Julio Jones, oszukuj się dalej.
    Wyglądała dość zwyczajnie jak na siebie. Do głowy jej nawet nie przyszło, żeby się stroić. Przyszła w tym, co miała na sobie cały dzień, czyli ciemnoszarych rurkach, granatowej koszulce , czarnych botkach. Na to narzuciła tylko skórzaną kurtkę i wielki melanżowy szal, który w razie wielkiego wiatru potrafił ogrzać jak nic innego.
    Siedziała na trawie chwilę, aż usłyszała za sobą ten charakterystyczny i zazwyczaj denerwujący ją głos. Teraz się ucieszyła. Odwróciła się i spojrzała na chłopaka, który wydawał się wyraźnie zdenerwowany.
    - Nie. Spokojnie, jesteś na czas. - odparła, wstała z ziemi i podeszła do chłopaka, który nagle wyciągnął zza pleców bukiet kwiatów i wręczył jej. A ona zrobiła coś, czego w życiu by się po sobie nie spodziewała w takiej sytuacji. Uśmiechnęła się. Nie przeprosiła i nie uciekła przerażona, że ktoś znowu oczekuje od niej więcej niż może mu dać. Wzięła kwiaty do ręki i ze spokojem i lekkim rozbawieniem patrzyła na chłopaka.
    Nawet nawet nie przyszło jej do głowy, że właśnie jest na randce. To była imitacja randki. Żart i nic poza tym. Zakładała, że oboje tak myślą, ale szczerze mówiąc sama nie analizowała tej sytuacji zbytnio. Po prostu przyszła i robiła to, co chciała w tym konkretnym momencie, bez ogromnych kalkulacji i przemyśleń.
    - Świetnie. Kwiaty. Ćwiczymy romantyzm. - podsumowała z rozbawieniem i puściła chłopakowi oczko. Później jej wzrok padł na butelki kremowego piwa w drugiej dłoni chłopaka. - To co? Teraz spacer w świetle księżyca? Czy normalnie, jak ludzie będziemy pić piwo pod drzewem, a o romantyzmie przeczytasz książkę, którą napisał ktoś, kto się zna, bo ja to raczej średnio.
    Uśmiechnęła się łobuzersko i troszkę ironicznie, po czym spojrzała w niebo. Na szczęście nie było pełni, więc jakby chłopak jednak wolał ćwiczyć na niej, to chyba wilkołak ich nie zabije.

    Julia

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. [ Muszę to napisać, chociaż przykro, ale jak umawiałyśmy się na wątek to pisałam, że jeszcze zobaczymy czy jest między nimi chemia i według mnie trochę nie ma (a przynajmniej nie taka romansowa) :/ Julia jest specyficzną osobą, jeżeli chodzi o jakiekolwiek zakochiwanie się i to mi jakoś nie do końca do niej pasuje, więc myślę, że romansu z tego nie będzie. Ale lubię ten wątek i chyba fajnie się pisze, więc mam dla Ciebie inne propozycje na jego rozwinięcie:
      1) po prostu zaczną się kumplować w typowo Ślizgońskim stylu, więc ze sprzeczkami o głupoty co najmniej raz w miesiącu
      2) Joshua się "zakocha" (no niekoniecznie zakocha, bo może zwyczajnie będzie mu się podobała i będzie chciał spróbować) i jej to powie (albo coś ;) ). Julia delikatnie go odrzuci i tutaj mogą wyjść z tego różne rzeczy:
      a) Josh się na nią wkurzy, bo uzna, że wysyłała mu sprzeczne sygnały i generalnie będzie drama
      b) zaakceptuje to, ale więcej gadać nie będą :(
      c) powie, że ok, że rozumie i potem będą się kumplować
      I oczywiście możemy też zrobić tysiąc innych rzeczy. Przepraszam Cię, że tak wyszło, ale wolałam napisać od razu. Mam nadzieję, że nie jesteś zła i jakoś to i tak ładnie zrobimy ;) ]

      Usuń
  51. Nieopatrzone żadnym tytułem księgi fascynowały najbardziej. Ta, którą Ruth wygrzebała z najdalszych zakątków antykwariatu podczas ostatniej wizyty roztaczała wokół siebie specyficzną energię, wywołującą na delikatnej skórze gęsią skórkę, a drobne włoski stawały dęba. Cavendish nie miała pojęcia, czy spowodowane jest to własnym podekscytowaniem, czy naprawdę potężną mocą skrywaną pomiędzy lekko poczerniałymi, jakby nadpalonymi stronicami. Skórzaną, znacznie naruszona już zębem czasu okładkę zdobiły pozornie roślinne ornamenty, którym wystarczyło się dobrze przyjrzeć, by dostrzec, że były one w rzeczywistości ludzkimi sylwetkami z potwornie powykręcanymi kończynami.
    Cavendish nie mogła się doczekać, aż zajrzy do środka księgi o tak przerażającej powierzchowności. Wiedziała jednak, że poznawanie jej sekretów w dormitorium jest wykluczone, w ogóle nie było mowy o przeniesieniu jej do szkoły. Antykwariat wypożyczał na czas określony i za kaucją jedynie materiały szkolne, a to z pewnością nie był podręcznik... Wyjście istniało jedno, myśl ta pojawiła się w głowie Ruth już wcześniej, lecz dziewczyna próbowała łudzić się, że znajdzie jakiś mniej radykalny sposób na zdobycie księgi.
    Brakowało jej Timothy’ego. Okazałby się pomocny, zwykle działali we dwójkę i wszystko się udawało, a teraz przez jego widzimisię czy tchórzostwo widmo porażki wisiało nad Ruth jak paskudny omen. Liczyła na to, że szybko się opamięta i przestanie udawać, że wcale za nią nie tęskni a życie króla boiska odpowiada mu bardziej, niż łamanie zasad białej magii u boku swej jedynej przyjaciółki... Co chwila przyłapywała się na tym, że odpływa myślami w stronę wszystkich wspólnych momentów, zupełnie jakby Timothy był kimś ważniejszym niż w rzeczywistości. Bez niego jest lepiej, mogę robić co chcę, pocieszała się buntowniczo.
    A wcale to prawdą nie było.
    Plan ─ tym razem uwzględniający samodzielne działanie, nie współpracę ─ był niezwykle prosty a jego główne motto brzmiało: „Nie wzbudzać podejrzeń”. Z tego powodu, przy kolejnej szkolnej wizycie w Hogsmeade, Ruth zwyczajowo udała się z koleżankami najpierw na małe zakupy, a później na piwo kremowe do Trzech Mioteł. Swoją rolę odegrała wręcz koncertowo, gdy w pewnej chwili szepnęła najbliższej koleżance, że nie zamierza wracać do Hogwartu, a iść do Wrzeszczącej Chaty, gdyż podobno jest tam niezwykle rzadka roślina, którą chciałaby zobaczyć. Koleżanka z początku odwodziła ją od tego pomysłu, ale Ruth przekonała ją, że wróci najdłużej godzinę po nich i nie musi się martwić. Nie minęło piętnaście minut, jak zebrała swoje rzeczy i wyszła, wymawiając się tym, że zapomniała czegoś kupić i żeby reszta na nią nie czekała, kierując swoje kroki do antykwariatu.
    Właściciel ją znał, właściwie ją i Yaxleya, a przez częste ich wizyty zdążył na tyle do nich przywyknąć, że pozwalał im na nieco więcej niż zwykłemu klientowi ─ na przykład na przesiadywanie między regałami do późnych godzin, czasem również po zamknięciu. Ów właściciel był samotnym panem w średnim wieku, który i tak nie miał co ze sobą zrobić, więc po godzinach zdarzało mu się zostawać i co chwila wyjmować ukrytą pod ladą butelkę z whisky, z której pociągał soczysty łyk raz po raz. Dlatego bywało, że żegnał ich rzewnym „Tacy klienci jak wy jak skarb, spędzam z wami więcej czasu niż z własną rodziną...”, co w mniemaniu Ruth było żałosne, ale nie mogła utracić sympatii tego człowieka, jeżeli miała na spokojnie robić swoje.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. ─ A co to, dziś sama? ─ spytał zdziwiony, poprawiając okulary w grubej oprawie.
      ─ Tak wyszło ─ odparła, siląc się na uśmiech i odeszła do półek poświęconych literaturze o zielarstwie, aby uśpić czujność właściciela. W efekcie spędziła niema godzinę na czytaniu „Teorii zielarskiej dla zaawansowanych”, która naprawdę ją wciągnęła i dopiero gdy zapadał zmierzch Ruth podniosła się z podłogi. Patrząc pomiędzy półkami sprawdziła, czy właściciel siedzi na swoim miejscu i faktycznie tam był, lekko przysypiając nad gazetą. Nie chcąc tracić czasu wyciągnęła różdżkę i również przez półki wycelowała w nieświadomego mężczyznę.
      Confundus ─ szepnęła, a gdy zaklęcie trafiło we właściciela, ten rozejrzał się tępo, wzruszył ramionami i oparł głowę na dłoni. Krukonka błyskawicznie wsadziła księgę do torby i podeszła do drzwi.
      ─ Nie widział mnie tu pan ─ rzekła twardo, na co on uniósł kciuk w górę i jeszcze pomachał na pożegnanie. Jego zachowanie było dowodem na to, że zaklęcie zadziałało i nawet jeśli będzie pamiętał, że Ruth go odwiedziła, nie będzie umiał skojarzyć, kiedy.
      Później poszło równie gładko ─ do Chaty dosłownie dobiegła, a dostanie się do środka nie było żadną przeszkodą, gdyż furtka została wyłamana, a drzwi praktycznie usunięte. Wiatr hulał pomiędzy obluzowanymi dachówkami i spróchniałymi, drewnianymi ścianami. Skrzypiące schody nie wydawały się straszne, gdy wiadomym już było, iż tego miejsca nie nawiedzają żadne duchy. Jeden pokój nadawał się idealnie na miejsce, w którym można wczytać się dokładnie w treść, światło księżyca oświetlało spory kawałek zakurzonej podłogi. Ruth nie zrażał brud, rzuciła swoje rzeczy na ziemię, wyjęła księgę z torby i rozłożyła ją na drewnianych deskach.
      Zdziwiła się, widząc angielszczyznę, wprawdzie starszą odmianę, ale wszystko było czytelne. Była pewna, że księgę zapisano runicznie i nie zdoła jej odczytać, dlatego na widok ojczystego języka serce mocniej jej zabiło. Grobowa cisza panowała w pomieszczeniu, nawet wiatr ucichł, gdy Ruth zaczęła czytać ostrzeżenie zawarte na pierwszej stronie, w którym autor przestrzegał, że wszystko robi się na własną odpowiedzialność. Nie odwodził od wykorzystywania zawartych dalej zaklęć czy przepisów, a jedynie rozważnego ich stosowania. Zupełnie jakby czarna magia kiedykolwiek służyła rozwadze...
      Bo Cavendish nie miała wątpliwości, że to czarnomagiczna księga. Atmosfera w pokoju momentalnie się zmieniła, gdy dziewczyna otworzyła sam środek grubego tomu. Ktoś atramentem narysował ogromny okrąg, a w środku napisał formułkę nijak przypominającą zaklęcie. Już, już miała ją przeczytać, gdy dostrzegła coś jeszcze, namazane w rogu kartki.
      POD ŻADNYM POZOREM NIE WZYWAĆ! NIE DAJ TEMU WEJŚĆ DO...
      Reszty wiadomości nie było, jedynie plama atramentu, jakby ktoś brutalnie przerwał pisanie. A więc miała do czynienia z czymś silniejszym, niż czarna magia.
      Chociaż czarna magia, podobnie jak TO, też musiała pochodzić z najdalszych czeluści piekieł...

      Ruth

      Usuń
  52. [Przepraszam, że tak późno, musiałam ogarnąć moją pierwszą postać, bo był tam bajzel jeszcze większy niż u Lu. Pozwoliłam sobie bezczelnie podpatrzeć pomysł na wątek od przyjaciółki Luśki - Julii. Myślę, że w takim wypadku ewentualna niechęć Wood do Yaxleya podyktowana byłaby oczywiście krwią, ale również zwyczajnym, ludzkim strachem o bliską jej osobę. Niespecjalnie będzie mu utrudniała życie, wciskała się tam, gdzie jej nie chcą, nie ma też w planie wyskakiwania z awanturą, bo w jej odczuciu to do niczego nie poprowadzi. Jednocześnie mogą, na przykład po pewnej nocy w bibliotece, gdzie spotkają się o porze, o której żadnego z nich nie powinno tam być, będą dzielić małą tajemnicę i nić dziwnego porozumienia. Luśka nie do końca będzie wiedziała co z tym faktem zrobić, ale myślę, że nada się nam tu coś na kształt Wszystko mi mówi, że nie powinniśmy się rozumieć, a jednak jest zupełnie odwrotnie. Daj tylko znać jak Ty to widzisz, oczywiście wszystko można ulepszyć, odwrócić, przekręcić i podkręcić.]

    Lucy Wood

    OdpowiedzUsuń
  53. Po jego słowach, spojrzała na niego takim uroczo kpiącym spojrzeniem, a po chwili zaśmiała się cicho.
    - Widzę to. - powiedziała z szerokim uśmiechem na ustach, otwierając szeroko oczy, jakby w podekscytowaniu. - Będę uważać.
    Odebrała od chłopaka piwo i mrugnęła do niego, ledwo powstrzymując się od śmiechu. Ta cała pseudorandka okazywała się jak na razie świetną zabawą, a Yaxley całkiem mało kretyńskim Ślizgonem, ale to już zauważyła wcześniej.
    Każdy normalny człowiek, stojąc obok, zauważyłby, że na tym spotkaniu flirt gonił flirt, ale ona wciąż tego nie czuła. Po prostu było zabawnie i niezobowiązująco, bo przecież to był Joshua Yaxley, on w życiu nie podrywałby całkowicie zwyczajnej Krukonki, a i ta Krukonka w życiu nie podrywałaby kogokolwiek świadomie, bo wydawała się tak daleka od zakochania się jak tylko było to możliwe. Nie flirtowała, nie chodziła na randki, kawę i inne takie, bo nie chciała robić komuś nadziei na coś, czego i tak nigdy mu nie da. Tyle że teraz ta pseudorandkowa atmosfera zabiła jej czujność i antyromansowy radar.
    Spokojnie pili piwo rozmawiając na różne, raczej lekkie tematy, aż wokół zrobiło się niesamowicie ciemno i zimno i chociaż Julia bawiła się świetnie, to chyba czas było wracać.
    - Dobra, chyba czas stąd zmykać. - powiedziała do chłopaka, drżąc lekko z zimna, klasnęła dłońmi o uda i wstała z ławki.

    Julia

    OdpowiedzUsuń
  54. [Sierra mi nie wyszła, a Ty mi i tak tam posadkę na wątek w razie czego trzymaj! :D]

    Wiktor, Adam, Mathias

    OdpowiedzUsuń

  55. Szczerze nie obchodziło go, czy Yaxley uważał go za gorszego, za chochlika, skrzata, olbrzyma czy cokolwiek. Po prostu o to nie dbał, bo dlaczego miałby? Ten chłopak nic dla niego nie znaczył, był tylko tym gnojkiem ze Slytherinu, z którym wdawał się czasami w sprzeczki. Zaczął poważnie zastanawiać się, po co w ogóle daje się wciągać w tą bezsensowną dyskusje.
    Poza tym, jeśli Joshua myślał, ze to niby to wielce groźne spojrzenie w jakikolwiek sposób go przestraszy to zdecydowanie za bardzo sobie schlebiał.
    I do cholery, przecież gdyby Yaxley do niego nie podszedł to nawet nie byłoby tematu. Mogliby nie wchodzić sobie w drogę, ale ślizgon najwyraźniej tego nie rozumiał. Nie żeby Freddiego to zabolało, lubił drażnić się z dupkami z domu węża. Właśnie dlatego poruszył kwestie jego ojca, choć rzeczywiście sam powinien zastanowić się nad relacją ze swoim. Joshua jednak tego nie wiedział, a Wayland miał zamiar dopilnować, żeby tak zostało.
    Nie cofnął się, wręcz przeciwnie, stał z założonymi rękami, wpatrując się w niego uporczywie. Bliskość mu nie przeszkadzała, sam inicjował ją tak często, jak tylko potrafił.
    - Oww, czyżby kotek się zezłoscił? - mruknął, jeszcze zanim ten wyciągnął ten swój śmieszny kijaczek. Nierozdąsny ruch, Joshuś, nierozsądny, pomyślał, krzywiąc się nieznacznie, gdy poczuł badyla wbijajacego mu się w policzek. Co to w ogóle było? Zmrużył oczy i jednym ruchem odepchnął od siebie ręke ślizgona, samemu sięgając po różdżkę.
    - Jestem mistrzem nieodpowiednich słów, chyba zdążyłeś się już o tym przekonać, prawda, kotku? - warknął, wyraźnie akcentując ostatnie słowo i spoglądając twardo w jego oczy. Zaczynał mieć szczerze dosć jego biadolenia, najchętniej przywaliłby mu w tę idealną buźkę albo trafił w niego miłym urokiem, nawet jeśli miałby skazać się przez to na kolejny szlaban. Ostatnio naraził się jednak aż za bardzo i właśnie z tego powodu powstrzymał się przed użyciem siły, chociaż ręka cholernie go świeżbiła, tak bardzo miał ochotę go uderzyć.
    - Wiem, że pragniesz mojego towarzystwa tak bardzo, że zniżasz się do gróźb, ale podryw zbytnio ci nie wychodzi - dodał jeszcze, a jego twarz przyozdobił nagle szeroki, bynajmniej nieprzyjazny uśmiech.

    Freddie

    OdpowiedzUsuń
  56. Ruszyli w stronę zamku, dyskutując jeszcze o irlandzkiej drużynie Quidditcha i ich głupiej tegorocznej strategii. Nagle Joshua zatrzymał się przy samych drzwiach, a do Julii dopiero po krótkiej chwili dotarło jak blisko niej się znalazł. Niebezpiecznie blisko.
    Zadrżała lekko już ewidentnie nie z zimna, bo dotarło do niej, że właśnie jest w najgorszej sytuacji jaką mogłaby sobie wyobrazić na zakończenie tego dnia. Joshua Yaxley chciał ją pocałować. Niespodziewanie, bo wcześniej ani przez moment nie pomyślała, że mu się podoba, że to jednak jest randka i że powinna od razu wiać i nie robić chłopakowi na nic nadziei.
    Westchnęła cicho i spojrzała mu w oczy, delikatnie marszcząc brwi. Serce biło jej jak szalone, ale nie mogła uciec, musiała być fair, bo zasłużył na to jak chyba nikt inny wcześniej. Polubiła go i to bardzo. Ale w jej głowie nic się nie zmieniło, blokada na miłość nie spadła. Wciąż nie była w stanie dać komukolwiek szansy. A patrząc w tej chwili na Yaxleya było jej tylko przykro. Serce nie biło jej z podekscytowania, nie chciała pokonać dzielącej ich odległości i zziębniętymi wargami musnąć jego wargi, nawet jeżeli to mogłoby być szalenie przyjemne.
    Westchnęła cicho i położyła dłoń na klatce piersiowej chłopaka.
    - Joshua... - szepnęła, pierwszy raz zwracając się do niego po imieniu i delikatnie przygryzła na moment dolną wargę. - Nie rób niczego głupiego.
    Wciąż nie oderwała wzroku od jego oczu. Chciała powiedzieć Nie psuj tego, ale słowa utknęły jej w gardle. Jakimś chorym sposobem zaczęło jej trochę na nim zależeć i nie chciała, żeby to się zakończyło w ten sposób. Intrygował ją. Zauważyła, że jest w nim coś więcej niż typowy, zimny i nieczuły Ślizgon. Chciała go poznać lepiej, a teraz wydawało jej się, że być może już nigdy nie będzie miała okazji. Bo przegra ze świętą męską dumą.

    Julia

    OdpowiedzUsuń
  57. Julia kategorycznie miała dość. I jakkolwiek nie chciała odsuwać od siebie Yaxleya w ten sposób, to musiała to zrobić, bo zaczynał przekraczać granicę, której teraz strzegła już bardzo uparcie. Uczyła się na błędach, tym razem wiedziała, że nie może mu pozwolić zbliżyć się do jej ust, bo wtedy być może już nie uda jej się tego kontrolować i się podda, żeby później tylko żałować. Nie może pozwolić mu znaleźć się zbyt blisko. Nie może pozwolić mu się pocałować.
    Widziała jak z każdą sekundą powoli przysuwa się do niej, co odbierało jej już resztki logicznego myślenia i powodowało dziwny ucisk podekscytowania w brzuchu. Krew dudniła jej w uszach. Już prawie chciała pokonać te dzielące ich centymetry, kiedy przypomniała sobie Vinaya i to jak bardzo jeden pocałunek może wszystko zepsuć. To była kompletnie inna sytuacja, ale przecież nie mogła pocałować Yaxleya tylko dlatego, że go lubiła i bo akurat znalazł się niebezpiecznie blisko jej ust z ewidentną chęcią złożenia na nich pocałunku. Właśnie dlatego, że go lubiła, nie powinna tego robić tak bez zastanowienia i możliwości zaproponowania mu czegokolwiek więcej. Chwila przyjemności nie była tego warta.
    Odetchnęła głęboko i odsunęła się o krok, wciąż nie puszczając zimnej dłoni chłopaka. Nie chciała go odtrącać, nie całkowicie, nie na zawsze, bo jakby nie patrzeć, nic się nie stało.
    - Jest. - powiedziała, uśmiechając się słabo i patrząc na Josha z zakłopotaniem. - To jest naprawdę strasznie głupi pomysł.
    Pokiwała głową na potwierdzenie swoich słów i zamknęła oczy, na krótką chwilę, jakby jeszcze tylko siebie musiała do tego ostatecznie przekonać. Wzmocniła nieco uścisk na dłoni chłopaka i znów spojrzała na niego, oczekując jakiejkolwiek reakcji.

    [ Super to nowe zdjęcie ;) ]

    Julia

    OdpowiedzUsuń
  58. Uścisk dłoni Josha sprawił, że odetchnęła z ulgą, ale prawdziwą ulgę poczuła dopiero, gdy zobaczyła uśmiech na jego twarzy. Było w nim coś, co w cudowny sposób zapewniało ją o tym, że to nie jest koniec i nie wrócą teraz do punktu startowego, w którym byli sobie w najlepszym razie obojętni.
    - To nie Twoja wina. - odparła, lekko unosząc jeden kącik ust. - To ja jestem chyba najgorszą osobą w tym zamku, którą mógłbyś chcieć pocałować.
    Wbiła wzrok w ziemię, bo było jej zwyczajnie głupio. Za to jaka jest i że nigdy nie potrafiła z tym walczyć. Nawet jeśli doskonale wiedziała, że to wszystko jest jej winą to i tak starała się wmówić sobie, że po prostu nie trafiła na odpowiednią osobę. Chciała wierzyć, że ten strach kiedyś zniknie. Jednak przez większość czasu żyła ze przeświadczeniem, że nie jest stworzona do miłości i nigdy, przenigdy się nie zakocha. Nie było jej źle z tą myślą. Zazwyczaj. Poza takimi chwilami jak ta.
    - Chodźmy już. - powiedziała i minęła chłopaka w drodze do drzwi.
    Kiedy weszła do zamku, aż zadrżała z powodu różnicy temperatur. Wewnątrz było przyjemnie ciepło, dla Julii zazwyczaj za gorąco, ale teraz była tak zziębnięta, że zupełnie jej to nie przeszkadzało.
    - Ryzykujemy szlabanem i kręcimy się jeszcze po zamku czy każdy grzecznie do siebie? - spytała, kiedy Joshua znalazł się obok i rzuciła w jego stronę ten swój uroczy łobuzerski uśmiech.

    Julia

    OdpowiedzUsuń
  59. Julia zauważyła, że Yaxley jest zupełnie inny niż do tej pory jej się zdawało, bo gdyby wcześniej ktoś jej powiedział, że ten chłopak może być naprawdę miły, już nie tak wredny i w końcu zabawny, a nie tylko ironiczny, nie uwierzyłaby z całą pewnością, mimo iż nie raz miała okazję się przekonać, że przecież pozory mylą. Wiedziała, że dopiero rozmowa w cztery oczy ma jakieś realne znaczenie, nawet jeśli świadczyła tylko o ułamku czyjegoś charakteru, a czasem mogła być odzwierciedleniem zachowania, na które normalnie ktoś się nie zdobywał. Ale to był jedyny ułamek, który nas dotyczy bezpośrednio i na nim należy skupiać się najmocniej. Bo czasem to nie ma znaczenia, że ktoś dla całego świata jest chamem, jeśli wobec nas jest w porządku. Czasem.
    Prawie niezauważalnie zmarszczyła brwi na odpowiedź chłopaka, zastanawiając się czy rzeczywiście chętnie by z nią poszedł czy po prostu tak mówi, a tak naprawdę chce ją spławić po tym co się wydarzyło przed chwilą pod drzwiami zamku.
    - Okej. - powiedziała krótko, kiwając głową i uśmiechnęła się lekko.
    Podeszła do Joshuy, szybko pocałowała go w policzek na pożegnanie, powiedziała dobranoc i ruszyła w stronę schodów. Po chwili stanęła i odwróciła się w stronę chłopaka, który już zmierzał do dormitorium Ślizgonów.
    - Yaxley! - zawołała za nim trochę jakby szeptem, bo nie chciała sprowadzić im na głowę Irytka, woźnego albo kogokolwiek, kto mógł sprawić, że wylądują na szlabanie. Podbiegła do chłopaka i z lekkim zaniepokojeniem spojrzała mu w oczy. - Ale między nami wszystko okej, prawda?
    Uśmiechnęła się słabo, ale trochę bała się usłyszeć odpowiedź. Nie zaczęło jej zależeć na Yaxleyu na tyle, aby nie mogła się teraz pozbierać po jego stracie, ale nie chciała tego wszystkiego wyrzucać do kosza, bo naprawdę czuła się dobrze w jego towarzystwie. Teraz jednak zdarzyć się mogło już wszystko. Albo nic.

    Julia

    OdpowiedzUsuń
  60. Z perspektywy nie znającego sytuacji przeciętnej inteligencji widza, ich rozmowa musiała się wydawać nudna. Gryfon i ślizgon, ciskający w siebie piorunującymi spojrzeniami nie byli czymś niezwykłym w murach Hogwartu. Niekończąca się wojna między tymi domami zaczęła się przy powstawaniu Hogwartu i raczej przetrwa z nim do końca. Coś jednak przyciągało tych wszystkich czarodziejów. Freddie mógł sie założyć, że ktoś się już założył. Pobiją się czy nie, zwycięży Freddie czy Joshua, który nauczyciel zmuszony będzie interweniować.
    Osobiscie, wolał, aby obyło się bez wszelakich bójek, ale przecież to nie zależało tylko od niego.
    Zaśmiał się na jego słowa, pogardliwie, głośno, niby to szczerze rozbawiony. Postanowił przyjąć podobną postawę do ślizgona, niech wie, że Freddie potrafi zapanować nad złością, jakkolwiek nieprawdopodobnie to brzmiało. W końcu był cholernie emocjonalnym typem. Serce nad rozumem i takie tam.
    - Och, Joshuś - odezwał się słodziutkim tonem, kręcąc głową i odstawiając przy tym niezłe przedstawienie. Szkoda, że ich publicznosć powiększała się z każdą chwilą. Patrzył mu prosto w oczy, z twarzą blisko jego twarzy.
    - Chętnie, ale dzisiejszy dzień nie jest dniem dobroci dla zwierząt, więc chyba spasuje. Poza tym, kiepski ze mnie wolontariusz - wzruszył ramionami, uśmiechając się niby uroczo i niewinnie, jakby w rzeczywistości zaczęli flirtować, choć za tym uśmiechem wyraźnie coś się kryło.

    Freddie
    [O jaaa, wiem, że chwalenie wizerunków jest takie tego, ale świetne nowe zdjęcie <3
    PS: Nie wiem, czy to zakończy się tak jak w planach, nie żeby mi to jakoś bardzo przeszkadzało XD ]

    OdpowiedzUsuń
  61. [ Wybacz zwłokę, pierwsze tygodnie na uczelni zrobiły swoje. Odpis pojawi się na dniach, prawdopodobnie nawet jutro :) ]

    Karol Zdunk

    OdpowiedzUsuń
  62. Addison krzyknęła, gdy chłopak nagle zemdlał, uderzając o podłogę. Wszystko wydarzyło się tak szybko, że nie zdążyła zareagować. Przykucnęła przy nim, potrząsając go za ramiona i powtarzając jego imię, jednak Ślizgon leżał sztywno na chłodnej, marmurowej posadzce. Dziewczyna zaklęła pod nosem, próbując powstrzymać cisnące jej się do oczu łzy. Joshua jeszcze nie umarł, a ona nie pozwoli na to, by cokolwiek mu się stało. Zrobi wszystko, co w jej mocy, by wyzdrowiał.
    Addie zacisnęła usta w wąską linię, huśtając się na piętach. Miała dwa wyjścia. Albo jak najszybciej przetransportować Josha do Skrzydła Szpitalnego, gdzie uzdrowicielom być może uda się go uratować (dziewczyna nie wierzyła, bo posiadali dużo bardziej rozległą wiedzę na temat czarnomagicznych uroków od niej), albo... skorzystać ze starych kontaktów. Większość znajomych jej rodziny po zdemaskowaniu przynależności Hallawayów do Mrocznych odwróciła się do niej plecami, by podejrzenie nie padło również na nich, jednak Addison wiedziała, że istniała garstka ludzi, do których mogła się zwrócić w razie największych kłopotów. Nie chciała ich widzieć, bo po III wojnie stało się jasne, czym tak naprawdę się zajmowali za zamkniętymi drzwiami, a ona brzydziła się czarnoksięstwem, ale puls chłopaka stawał się coraz wolniejszy i bardziej urywany... Wiedziała, że jeśli zabierze Joshuę do Skrzydła Szpitalnego, będzie musiała odpowiedzieć na wiele niewygodnych pytań, a on sam zostanie wyrzucony ze szkoły za używanie zakazanych zaklęć. Yaxley znienawidziłby ją. Ich relacja już teraz przypominała wrogość, ale zabierając go do szkolnych uzdrowicieli, zupełnie przekreśliłaby całą ich wspólną przeszłość. Mimo wszystko wciąż jej na nim zależało i nie chciała go stracić, nie w taki sposób. Gdyby nie miała innego wyjścia, bez wahania przetransportowałaby go do Skrzydła Szpitalnego, bo wolała, by odczuwał do niej pogardę niż był martwy, ale istniał jeszcze jeden sposób.
    Cichy głos Josha odbijał się zwielokrotnionym echem w jej głowie. Pomóż mi. Addie szepnęła pod nosem Wingardium Leviosa i nieruchome ciało Ślizgona uniosło się w powietrze. Pomóż mi. Biegiem ruszyła do najbliższego pomnika jednookiej wiedźmy i wymruczała hasło potrzebne do otworzenia tajemnego przejścia. Korytarz został zalany deszczem po ostatnich ulewach i woda chlupotała pod jej cytrynowymi trampkami, gdy kierowała się w stronę Hogsmeade, z niepokojem sprawdzając stan Josha, który wydawał się pogarszać z minuty na minutę. Pomóż mi. Naparła ramieniem na drzwi pokryte bluszczem, które po kilku sekundach ustąpiły z głośnym skrzypnięciem.
    – Jeszcze trochę, Josh. Wytrzymaj – poprosiła Addie, muskając opuszkami palców jego lodowaty policzek. Z niepokojem rozglądnęła się dookoła, jednak wioska czarodziejów wydawała się być opustoszała. Nikt nie powinien wiedzieć o tym, że przedostała się do Hogsmeade, a już zwłaszcza cel jej podróży powinien pozostać tajemnicą. Gdyby tylko to odkryli...
    Trzy razy zapukała do mosiężnych drzwi, zrobiła długą przerwę i ponownie zastukała trzykrotnie. Kiedy tylko się uchyliły, przepchnęła Josha przodem, wojowniczo unosząc podbródek i mierząc wysokiego, barczystego mężczyznę lodowatym wzrokiem.
    – Nie powinno cię tu być – wychrypiał niskim barytonem.
    – Gdyby to nie było ważne, nie byłoby mnie tutaj – warknęła dziewczyna, mrużąc niebieskie oczy. – To Yaxley. Jeden z naszych. Zrób dla niego wszystko, co możesz.
    Dłużej nie dyskutował. Położyli chłopaka na stole, a czarownik aż syknął przez zęby, widząc czerniejącą rękę. Przytknął dłoń do czoła Josha, mamrocząc pod nosem inkantację, a białka jego oczu błysnęły w ciemnościach. Addison na palcach wymknęła się z pokoju, wiedząc, że w tej chwili mogła tylko czekać. Nerwowo spacerowała po korytarzu, zaciskając i rozluźniając pięści, wyczekując na jakikolwiek znak. On musiał wyzdrowieć.

    Addison

    OdpowiedzUsuń
  63. Zafascynowanie czarną magią było tylko hobby. Nie można było tego nazwać obsesją. Studiowanie tajemnych i zakazanych praktyk było przyjemnym sposobem na spędzenie wolnego czasu, a to że było to zabronione sprawiało, że Karola ogarniała lekka fala adrenaliny, dzięki które jego serce biło szybciej. On sam zawsze uważał, że czyta stare księgi tylko dlatego, żeby lepiej móc się obronić, prze tą złą stroną magii. Wiedział o potencjale, jaki podobno płynął w jego żyłach. Jako członek jednego z najstarszych magicznych rodów w Polsce miał wielu przodków, którzy parali się czarną magią. Cóż, olbrzymia moc jaka wiązała się z tą dziedziną magii potrafiła zachęcić.
    Zazwyczaj przesiadywał w bibliotece. To właśnie tam czytał stare manuskrypty, zawierające potężne inkantacje, których chłopak bał się przeczytać nawet szeptem i przerażające rysunki, które nie raz nie mogły zniknąć z umysłu blondyna. Niemniej jednak lubił to wszystko. Z początku bał się wyjawić komukolwiek swoje zainteresowania, więc był w tym osamotniony. Nie przeszkadzało mu to w żadnym stopniu. Preferował samotność. Nie miał zamiaru męczyć się z osobami, które nie potrafiłyby go zrozumieć albo oceniałyby go za to, co robi.
    Wszystko to zmieniło się, gdy pewnego dnia, gdy Joshua znalazł go siedzącego na zimnej podłodze w Dziale Ksiąg Zakazanych. Zdunk nigdy nie przypuszczał, że uda mu się znaleźć wspólny język ze Ślizgonem. Krukon nie przepadał za ślizgońską wyniosłością i dumą. Yaxley był jednak inny. Dobrze było móc z kimś porozmawiać i nie musieć się ukrywać.
    Dzisiejszego dnia się spóźnił. Zazwyczaj, gdy ktoś się z nim umawia, to blondyn stara się być punktualnie, bo sam nie lubi spóźnialskich. Nieoczekiwany list od rodziców sprawił jednak, że spędził w pokoju więcej czasu niż planował. Pisanie listów nigdy nie było jego mocną stroną, jednak tym razem rozpisał się na ponad dwie strony. Słowa lały się z niego jak szalone. Ręka dzierżąca pióro niemal bolała od szybkiego tępa pisania, jednak chłopak nie miał najmniejszej ochoty przerywać.
    Do biblioteki wszedł szybkim krokiem. Był nieco zdyszany, bo śpieszył się na umówione spotkanie. Joshua był bardzo podekscytowany, gdy opowiadał o księdze, którą udało mu się znaleźć. Ślizgon jak zwykle siedział w dość ustronnym miejscu. Karol usiadł naprzeciwko Yaxleya.
    – Pokaż, co masz – powiedział podekscytowany.

    Karol Zdunk

    OdpowiedzUsuń
  64. [Jestem jakaś niedoogarnięta. Miałam pomysł na wątek i byłam pewna, że go tu w końcu wstawiłam, ale teraz widzę, że musiałam zrobić po drodze coś, co sprawiło, że sobie to wstawienie wymyśliłam albo dorobiłam w głowie. Teraz widzę, że masz wątkowe urwanie głowy, więc może po prostu uśmiechnę się do Ciebie po liście obecności, jakby się okazało, że masz czas na ogarnięcie dodatkowych odpisów ;)]

    Lucy Wood

    OdpowiedzUsuń
  65. [ Dziękuję ;) Jeszcze nie wiem. Masz jakiś pomysł? ]

    Julia

    OdpowiedzUsuń
  66. Machnąwszy ręką na trzecioklasistów sama powolnym krokiem ruszyła w ich stronę. Marnowanie cennego czasu na rozmowy z Yaxleyem według Avalon nie miało najmniejszego sensu. Zamiast stać, marznąć i denerwować się, mogła zrobić mnóstwo innych, pożytecznych rzeczy. Schowała więc ręce do kieszeni szaty i uniosła wysoko brodę, odwracając się plecami do chłopaka. Szybko jednak się zatrzymała. Odwracając gwałtownie głowę przez ramię, wprawiła w ruch srebrzyste włosy, które pod wpływem wiatru zawinęły się i wylądowały na jej twarzy. Odgarnęła je dłońmi ze swojej buzi i utkwiła spojrzenie ciemnych tęczówek w chłopaku.
    — Coś ty powiedział? — Nie spuszczała z niego spojrzenia. Miała ochotę go udusić, bo jakim prawem, ktoś taki jak on śmie w ogóle wspominać o jej mamie? Jakim prawem mówi o niej i to jeszcze coś takiego, skoro jej nie znał i takiej szansy mieć nie będzie? Czuła, jak krew się w niej gotuje. Była gotowa znieść naprawdę wiele, jednak temat rodziny stał się ostatnio bardzo drażliwy, o ile nie bardziej niż sama czarna magia. Wypuściła powoli powietrze przez lekko rozchylone wargi i wpatrywała się w twarz Ślizgona. — Powtórz to co powiedziałeś. — Zażądała, przełykając ślinę. Nie czekając jednak na jego ponowne słowa, ona sama szybko się jeszcze odezwała. — Nie masz prawa mówić o mojej mamie źle. Nie masz żadnego prawa, rozumiesz? Możesz zrobić wszystko, ale nie obrażaj martwego człowieka, Yaxley. — Burknęła, zaplatając ręce na klatce piersiowej. Rzadko, kiedy zachowywała się w taki sposób. Zawsze była opanowaną osobą, jednak temat poruszony przez chłopaka, sprawiał, że pani idealna, przestawała być idealna i nagle okazywało się, że też potrafi mieć swojego humorki, a uśmiech znika i z jej twarzy. Nie miała zamiaru przesiadywać z chłopakiem i z nim rozmawiać, jednak uśmiech, który pojawił się na jego twarzy sprawił, że Avalon miała pewnego rodzaju przeczucie, którego nie była w stanie, w żaden, racjonalny sposób wytłumaczyć.
    — Nie możesz powiedzieć czegoś takiego i tak sobie odejść. — Uniosła ton, widząc, jak chłopak szykuje się do swojej dalszej drogi. Nie chciała, a jednocześnie chciała usłyszeć wytłumaczenie jego słów. Ostatnio tyle się działo, że tak naprawdę byłaby w stanie uwierzyć w naprawdę wiele odnośnie osoby jej matki, ale z drugiej strony… on? Co on niby mógłby wiedzieć? Z pewnością nic, co byłoby prawdziwe.

    Avalon

    OdpowiedzUsuń
  67. Gapie byli zabawnym zjawiskiem – nie wiedzieli, o co chodzi w danym momencie, po prostu patrzyli, bo inni to robili. Nikt z zebranych wokół nich wianuszka wścibskich uczniów nie raczył odezwać się nawet słowem. Ciekawe, co kręciło im się po głowach, gdy oglądali tak nietypową scenkę.
    Freddie wiedział jedno - nie mógł byc tym, który pęknie pierwszy. Podpuszczał, nakręcał Josha, usiłując w ten sposób zmusic go do poddania się, ale koleś był twardy. Zamieniło się to w pewnego rodzaju grę pełną 'czułych' słówek, zalotnych spojrzeń i wymieniania sugestywnych uwag. Nie żeby jakoś bardzo mu to przeszkadzało, mimo całej niechęci, jaką żywił do ślizgona nie szło im wcale tak źle.
    Był pewień, że na twarz Yaxleya znowu wstąpi złośc - w końcu Freddie miał naturalną zdolnośc irytowania innych tylko za pomocą mimiki twarzy, gestów czy tonu głosu. Chłopak jednak nie dał sie jego złośliwym uwagą. Gratuluję, Joshus, przeszedłeś do drugiej rundy, pomyślał. Jego usta wykrzywiał szeroki, słodki uśmiech, a oczy zabłyszczały łobuzersko. Jeżeli jego drogi kolega chciał się z nim w ten sposób pobawic to proszę bardzo.
    - Jutro - powtórzył po nim i zaśmiał się pod nosem, kręcąc z rozbawieniem głową. Nie sądził, że ich pseudo-kłótnia skończy się właśnie w ten sposób - Jutro mi pasuje. To co lecimy na całośc? Kolacja przy świecach, truskawki z bitą śmietaną i łóżko obsypane płatkami róży? - spytał, mrużąc nieznacznie niebieskie oczy. Ich rozmowa wydawała mu się conajmniej dziwna, a mimo to postanowił dolac oliwy do ognia. Uniósł ręke i przejechał palcami po jego klatce piersiowej. Znajdowali się tak blisko siebie, że Wayland czuł na twarzy oddech swojego towarzysza. Zerknął błyskawicznie w stronę otaczających ich gapiów, którz teraz patrzyli się na nich z rozdziawionymi gębami i zaraz przeniósł wzrok z powrotem na Joshue.
    - Mm lubisz miec publikę, Yaxley? Ciekawe - wyszeptał i powolnym ruchem zakręcił sobie wokół dłoni krawat ślizgona - Jak bardzo jesteś w stanie się dla niej poświęcic? - spytał równie cicho, nie odrywając od niego wzroku. Czekał, aż którykolwiek z otaczających ich uczniów krzyknie, wtrąci się lub zacznie klaskać, w końcu wystawiali swoją własną, uniwersalną sztukę.

    Freddie XD

    OdpowiedzUsuń
  68. [ Ok, to ja w moim odpisie będę kontynuować wątek zgodnie z Twoim pomysłem ;) ]

    Julia

    OdpowiedzUsuń
  69. Byli cholernymi wrogami, a zachowywali się jak flirtująca czule parka, skupiona tylko na sobie, nie reagująca na otoczenie. Absurd. Abstrakcja. Komedia. A raczej komediodramat. Śmiać mu się chciało, z samego siebie, z ich publiczności i z Josha. Nie mógł jednak spalić ich małego, prywatnego show.
    - W końcu łóżko to naprawdę praktyczny mebel, można w nim robić wiele ciekawych rzeczy, Yaxley. Chętnie skorzystam z zaproszenia.
    Na chwilę spuścił wzrok...On miał wiele do stracenia. W końcu nie obnosił się ze swoją orientacją, wiedziała o niej zaledwie garstka osób. Inni mogli się domyślać, mogli o tym rozmawiać cichaczem w swoich dormitoriach, ale nie mieli pewności. Jakby w ogóle nie było innych tematów do rozmów... Wszystko po to, by żadne głupie plotki nie dotarły do jego matki. Nadal nie powiedział jej o swoich preferencjacjach, głównie dlatego, że bał się odrzucenia. To znaczy, ich relacje i tak można było zaliczyć do złych,a co by się stało, gdyby jeszcze się pogorszyły? Zostałby wyrzucony z domu, wydziedziczony, ogłoszony najgorszym synem miesiąca? A no tak, ten tytuł zdobył już dawno temu...
    Mimo tego, mimo wątpliwości, nie mógł tak po prostu dać mu wygrać. Freddie nie byłby sobą, gdyby teraz nagle się poddał, wycofał, nie porafił pozwolić mu triumfować. Dlatego dalej ciągnął przedstawienie, mając nadzieję, że Joshua się jednak szybko podda. Pociągnął lekko za krawat, by ten bardziej się nachylił.
    - Ja też nie - wyszeptał wprost do ucha ślizgona, ledwie muskając ustami jego płatek. Opuszkiem palca drugiej dłoni delikatnie przejechał po jego szyi - Możemy więc bawić się ile wlezie, co, Yaxley? - zapytał niskim głosem, jak gdyby naprawdę postanowił go uwieść.

    Freddie

    OdpowiedzUsuń
  70. Czekanie było najgorsze.
    Addie wiedziała, że nic nie mogła zrobić i ta bezsilność doprowadzała ją do szału. Jeszcze trudniej niż zwykle było jej usiedzieć w jednym miejscu; nerwowo spacerowała po niewielkim, mrocznym mieszkaniu, próbując zająć czymś myśli, ale za każdym razem, gdy nieruchome powietrze przeszywał cichy jęk ból chłopaka, spinała się i modliła do wszelkich znanych jej bóstw oraz duchów, by pomogły Yaxley'owi. Przez ostatnie lata stał się bardziej jej wrogiem niż przyjacielem, jednak nie mogła zapomnieć tych wspólnych momentów z przeszłości. Addison tęskniła za czasami, w których wszystko było prostsze, a presja czystokrwistych rodów na nich nie ciążyła. Znała Josha nawet lepiej niż on znał siebie i wtedy nie wyobrażała sobie przyszłości bez swojego przyjaciela, tymczasem od bardzo dawna nie byli w stanie nawet spojrzeć sobie w oczy na korytarzu i powiedzieć zwykłego cześć. On wybrał swoją drogę, a ona wybrała swoją i musiała się z tym pogodzić.
    Co nie zmieniało faktu, że nie mogła pozwolić mu umrzeć.
    Czarodziej w końcu wyszedł z pokoju. Nic nie powiedział, tylko skinął jej głową i zniknął za drzwiami gabinetu. Pozostałe godziny Addie spędziła u boku nieprzytomnego Yaxley'a, trzymając go za zdrową dłoń i chłodną ścierką ocierając jego czoło, gdy gorączka trawiła jego ciało, walcząc z zakażeniem. Robiła sobie jedynie krótkie przerwy, by rozprostować nogi, pójść do toalety lub przekąsić podejrzane produkty spożywcze w niewielkiej kuchni. Właśnie przeciągała się na korytarzu, gdy usłyszała krzyk Josha. Biegiem puściła się w tamtą stronę, po czym przystanęła na progu. Nie wiedziała, jak zareagować. W końcu wzięła głęboki wdech i prześlizgnęła się do środka.
    Addison przez kilka sekund z niepokojem patrzyła przez szparę w drzwiach na korytarz, ale wyglądało na to, że byli sami. Jak najciszej zamknęła za sobą drzwi, opierając się o nie plecami, marszcząc brwi w wyrazie zamyślenia. Nie byli w tym domu bezpieczni. Czarnoksiężnik im pomógł, bo dawno temu zaciągnął dług wobec jej najstarszego brata, a nazwisko Yaxley wciąż było szanowane i powtarzane szeptem przez potomków ofiar Śmierciożerców pochodzących z tego starego rodu. Dziewczyna nauczyła się jednak, by nikomu nie ufać. Pragnęła jak najszybciej opuścić to miejsce, w każdej chwili ktoś z opiekunów lub uczniów mógł zauważyć ich nieobecność, która stałaby się dla niej źródłem wielu problemów, jednak w pierwszej kolejności musiała się upewnić, że Joshowi już nic nie zagraża.
    – Powinieneś leżeć – zauważyła blondynka z cichym wyrzutem, podchodząc do niego. Nalała do wysokiej szklanki chłodnej wody i podała ją osłabionemu Ślizgonowi, drugą dłoń kładąc na jego plecach oraz zataczając na jego skórze uspokajające koła. – Wypij. To normalne, że jesteś odwodniony po przyjęciu takiej dawki czarnej magii. Gdybyś omal nie umarł, sama bym cię teraz ukatrupiła – poinformowała go Addie, posyłając mu zmęczony uśmiech. Niepewnie podciągnęła się na posłanie, siadając blisko koło niego i nieznacznie pochylając głowę, by nie mógł uciec wzrokiem od jej błękitnego, przeszywającego spojrzenia. W tęczówkach dziewczyny płonął jasny ogień złości, lśnił w nich także chłodny zawód oraz rozgoryczenie. Nie była pewna, czy z powodu ogarniającej jej ulgi chciała go przytulić, czy może przywalić mu w twarz i na niego nawrzeszczeć. Jej emocje były tak skomplikowane i poplątane, że zamiast tego milczała, po prostu wpatrując się w niego w skupieniu. – Jak cię czujesz?

    Addie

    OdpowiedzUsuń
  71. Zatrzymała się, wsłuchując się uważnie w jego słowa. Zacisnęła wargi w wąską linię i tylko pokręciła delikatnie, zaprzeczająco głową. Słowa, które usłyszała z pewnością nie mogły być prawdziwe. Przecież, gdyby ona żyła… Z pewnością nie chciałaby zostać swojego męża i córki. Przecież ona była dobrą osobą, a dobrzy ludzie nie zachowywali się w ten sposób, a gdy umierali to umierali naprawdę.
    — Przestań. — Odezwała się twardo, zerkając na twarz Ślizgona. Nie chciała więcej słuchać jego słów. Problem jednak polegał na tym, że ojciec w zeszłym roku delikatnie jej napomknął, że jej matka wcale nie była taką osobą, jaką sobie ją Avalon przez tyle lat wyobrażała. Słowa padające z ust Yaxleya bolały, cholernie mocno, bo jeżeli ona gdzieś faktycznie była… Oznaczało to, że wcale nie chciała Avalon, że ją zostawiła. Nie. Odepchnęła od siebie wszystkie te myśli, to z pewnością nie może być prawda. — To jest właśnie szczyt twoich możliwości, Josh? — Ponownie odezwała się delikatnie drżącym głosem. Niejednokrotnie dochodziło już pomiędzy nimi do słownych sprzeczek, jednak jeszcze nigdy nie przeszli na taki temat rozmowy i Avalon nie chciała wierzyć, że Josh byłby zdolny do takich słów, do takich kłamstw, ale z drugiej strony. Mogła mu tak po prostu uwierzyć? Nie miała podstaw. Zacisnęła pięści tak mocno, że knykcie delikatnie jej pobladły. Ton jego głosu nie wskazywał na żarty, dziewczyna jednak nie znała go na tyle by umieć stwierdzić czy jest w tym momencie poważny, czy postanowił wcielić się w jakąś rolę i odegrać komedię.
    — Ja, wiem. Znam prawdę, Josh. — Powiedziała zaraz po przełknięciu śliny. — Doskonale wiem jak jest i nie wmówisz mi żadnych kłamstw, Yaxley. Moja, mama nie żyje. Nie żyje od prawie dwunastu lat. Cokolwiek chciałeś osiągnąć tym zagraniem… Jesteś żałosny, Josh. — Oznajmiła, chociaż już zastanawiała się w jaki sposób mogłaby zweryfikować słowa Yaxleya, nie chcąc jednak mu pokazać, że tak naprawdę nic nie wie o swojej rodzinie. Musiała to sprawdzić, nie miała tylko pojęcia jeszcze w jaki sposób to zrobi, bo go z pewnością o pomoc prosić nie będzie. Nie mogła, nawet jeżeli okazałby się jedyną osobą, mogącą jej pomóc… Przecież nie mogła nagle zmienić swoje stanowiska i spróbować się z nim dogadać. Ale, jeżeli faktycznie był jedynym…? Zagryzła nerwowo wargę, wpatrując się w chłopaka, jakby próbowała odczytać z jego twarzy całą prawdę. Prawdę, którą tak bardzo pragnęła poznać.

    Avalon

    OdpowiedzUsuń
  72. Puchonka sądziła, że potrafi zapanować nad swoimi emocjami, ale cichy ton głosu chłopaka rozbudził w niej prawdziwy ogień.
    – Tylko na tyle cię stać?! Naprawdę?! Pomyślałeś w ogóle, co mogłoby się wydarzyć, gdybym tamtędy nie przechodziła i cię nie znalazła?! To było skrajnie nieodpowiedzialne, Joshu Cepheusie Yaxley'u! Przestań zachowywać się jak szczeniak wpatrzony we właściciela i oczekujący nagrody, a zacznij nareszcie myśleć! Sądziłam, że jesteś wystarczająco mądry, by przewidzieć konsekwencje! – Addison wiedziała, że powinna zamilknąć. To nie jej rolą było robienie mu wykładu. Wielokrotnie próbowała go odwieść od podobnych pomysłów, ale chęć zaimponowania ojcu oraz przyjaźń z jej starszymi braćmi były zbyt głęboko zakorzenione w duszy Ślizgona, by potrafił zrezygnować ze swoich eksperymentów z czarną magią. Nie była jego przyjaciółką, sojuszniczką, nawet znajomą, jednak wciąż jej na nim zależało. Addie była świadoma, że to przywiązanie do kogoś, kto w ogóle jej nie chciał i odpychał na każdym kroku było głupie, lecz nie potrafiła nic na to poradzić. Wciąż był dla niej ważny. W końcu stanowił dużą część jej życia, zanim postanowił ją od siebie odciąć.
    – Jestem na ciebie wściekła. Nigdy więcej mi tego nie rób! – warknęła dziewczyna, dźgając go palcem wskazującym w mostek przy każdym słowie. Odczekała, aż sens jej wypowiedzi do niego dotrze, po czym bardzo niepewnie otoczyła ramionami jego szyję, przytulając go do siebie. Czuła się... dziwnie. Addison nie była na tyle naiwna by wierzyć, że ta noc cokolwiek zmieni w ich relacji, ale przez chwilę miała wrażenie, że cofnęła się w czasie i wszystko znowu było między nimi w porządku. Schowała nos w zagłębieniu między jego szyją a obojczykiem, wzdychając cicho i przymykając powieki, pozwalając sobie na chwilę odprężenia. Była wykończona emocjonalnie, ale podejrzewała, że chłopak wcale nie czuł się lepiej od niej. To on ściągnął na siebie cały ten ból i mógł mieć pretensje jedynie do samego siebie, a jeśli pozostało w nim cokolwiek ze starego Josha, którego znała w dzieciństwie, wiedziała, że sam będzie dla siebie wystarczająco ostry. Do jej ruchów przeniknęła wrodzona łagodność, gdy chłodnymi palcami głaskała go po rozpalonym karku, bawiąc się przydługimi, wilgotnymi od potu kosmykami włosów. Addison nigdy nie potrafiła się długo gniewać i z reguły zbyt szybko wybaczała, przez co łatwo było wykorzystać jej zaufanie, jednak w tej chwili była zbyt zmęczona, by się tym przejmować. Delikatnie trąciła go w bok, a do jej głosu niespodziewanie przedostało się rozbawienie – Jesteś strasznym idiotą, wiesz? Już dawno temu powinnam była skopać ci tyłek i wbić trochę rozumu do tego pustego łba.

    Addie

    OdpowiedzUsuń
  73. Mimo, iż nigdy nie uważała swojej rodziny za najwspanialszą na świecie, zwłaszcza biorąc po uwagę czystokrwistą obsesję ojca i całkiem poddaną mu matkę, ani razu nie przeszło jej przez myśl, by się buntować albo marzyć o innym życiu. Była poniekąd przyzwyczajona do takiego stanu rzeczy, jako, że od piętnastu lat trwała w tym stanie; a jednak zdarzało się jej wyobrażać sobie, jakby to było, przyjść na świat zupełnie gdzie indziej. Wymyślała na podstawie tego historyjki, zazwyczaj na najnudniejszej lekcji świata – Historii Magii, oczywiście – i spisywała je w podniszczonym zeszycie o pozaginanych rogach. Nigdy nie myślała, że pisanie stanie się dla niej ucieczką od rzeczywistości; nigdy też nie miała się za boga w tym, co robi, więc skrzętnie ukrywała te swoje nabazgrane drobnym pismem notatki, nie pozwalając cudzym oczom na wpatrywanie się w pojedyncze, równe litery.
    W pewien sposób czuła się związana z rodzicami – wszakże żyła pod ich dachem od urodzenia, to oni ją karmili, kupowali potrzebne przedmioty, raczej nie szczędząc pieniędzy, i to oni zajmowali się w dużej mierze jej wychowaniem – nawet, jeśli sprowadzało się to do wbijania córce do głowy podstaw niejakiego obnoszenia się z czystością krwi. Choć to ukrywała, specjalnie nie zależało jej na statusach i powrocie dawnych czasów; lubiła słuchać opowieści o poszanowaniu wielkich i wspaniałych rodów, ale nie chciałaby dorastać w okresie równie wielkich wojen i bitew. Nie przeszkadzał jej pokój, panujący w obecnej chwili, bo wiedziała, że gdyby to wszystko wróciło – ona musiałaby wybrać, a każda z dwóch opcji niosła ze sobą tak samo dużo zła.
    Najsilniej związana była ze starszym bratem, którego nieustannie w skrytości ducha podziwiała i z niebywałą łatwością przychodziło jej cieszyć się z jego sukcesów, która to cecha średnio przystoi rasowemu Ślizgonowi. Lisa jednakże do tej pory nie rozumiała, co takiego dostrzegła w niej Tiara Przydziału tamtego dnia, kiedy była jeszcze zasmarkaną jedenastolatką, ani odrobinę nie myślącą o przyszłości, a jedynie cieszącą się z faktu, że nie będzie już siedzieć w domu z młodszymi dziećmi. Bardzo chciała pójść do szkoły, przynajmniej do momentu, w którym okazało się, że Hogwart wcale nie uratuje jej od paraliżująco mocnego wpływu ojca. Ale system nagród zastąpił niejako system kar; wszak zamiast dawać dziecku nagrody za dobre sprawowanie, można je bić za złe. To, od czego mogła odpocząć w domu, zastąpiły obowiązki szkolne, wymagania urosły do rangi "ważniejszych niż ważnych", a przede wszystkim kładł nacisk na znajomości – i miały to być tylko szanowane, poważane rody, jak ich ród.
    Lubiła wiatr huczący za oknem i prószący delikatnie śnieg, przysypujący dobrze znany świat i zmieniający go w coś zupełnie innego, jak z bajki, którą mama czytała im w dzieciństwie. Święta nie zaczęły się jeszcze na dobre, ale ona już czuła przedświąteczny smak na języku: dziecięcą radość połączoną z gorzkim rozczarowaniem. Najchętniej zostałaby w Zamku, jak te nieliczne etatowe sierotki, które mówiły, że chciałby być gdzie indziej – ale w tym "gdzie indziej" nie były mile widziane.
    Siedząc przy stole naprzeciwko rodziców, obok siebie czuła ciepło bijące od brata i w duchu uśmiechała się, szczęśliwa, że ma sojusznika w swoich załamaniach. On nigdy by jej nie wydał, nigdy nie opowiedziałby ojcu o niepewności młodszej siostry co do własnej tożsamości i pochodzenia. Byli ze sobą blisko, bliżej nawet, niż którekolwiek rodzeństwo, jakie znała – Camilla Rookwood i jej brat non stop donosili na siebie rodzicom i wdawali się w mugolskie bójki ˜– głównie ze względu na trudności, spotykające ich w domu.
    To właśnie jego Lisa złapała za rękę pod stołem, zanim jeszcze pełny sens wypowiedzianego przez głowę rodziny zdania dotarł do jej mózgu. Jakiego męża?, tłukło się jej po głowie. Nieśmiało odważyła się odezwać.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. – A-ale ja mam dopiero piętnaście lat – zaczęła niepewnie, przerażona wizją wyświetlającą się przed oczami: ślub w stylu arabskim, ona i bogaty, czystokrwisty czterdziestolatek. Wiedziała, że Joshua przeciwstawił się ojcu i matce, niwecząc aranżowane małżeństwo z Uną, ona jednak nie potrafiła być tak silna psychicznie, mimo, iż kompletnie nie miała zamiaru kontynuować postanowień rodziców. Dość nasłuchała się, jak to miłość nie wybiera i trzeba patrzeć na przedłużenie linii rodu; mimo to wcale nie chciała pozwolić, by ktokolwiek inny decydował za nią.

      [Ach, bo się zarumienię! c:]
      Siostrzyczka

      Usuń
  74. Nie sądził, że publika aż tak zaangażuje się w ich małe, urocze przedstawienie. Podobnie jak Joshua, ściągnął brwi, zerknął na niego, a gdy napotkał jego spojrzenie, uśmiechnął się kwaśno i lekko go od siebie odsunął. Obaj chyba przesadzić nie chcieli, obojgu mogło to zaszkodzić. Przyszedł czas na zabawę, którą teraz należało dorośle zakończyć. No, prawie dorośle. Już wiedział co robić.
    Rzucił niby to zszokowane i wściekłe spojrzenie rosnącemu tłumowi.
    - Hola, hola! Co tu się dzieje?! - zapytał, żywo gestykulując, jakby jakimś cudem dopiero teraz go dostrzegł. No tak, wcześniej 'zapatrzony był w pewnego ślizgona'. Kika dziewczyn zachichotało z odrobinę zbytnim entuzjazmem. Szczerze mówiąc, trochę Freddiego przerazoły.
    - W tej szkole trudno o odrobinę prywatności - dodał, kręcąc z niedowierzeniem głową. Nadal nie wychodził z roli, komediodramat jednak poszedł w inną stronę niż wszyscy oczekiwali. Cóż, mimo wszystko mówił prawdę. Wystarczyła tylko mała sprzeczka bądź inne jakże 'interesujący' incydent, by cała szkoła zeszła się, by pogapić się z rozdziawionymi gębami na załatwiających prywatne sprawy uczniów.
    - Akysz! Wnocha! Sio mi stąd! - wrzasnął i machnął ręką, ponaglając potężną czeredę, która w końcu, z zawiedzionymi minami, zaczęła się rozchodzić.
    Odwrócił się z powrotem do Josha, gdy większość sobie poszła. Posłał mu sarkastyczny uśmieszek, zupełnie inny od tego, jakim obrzucił go jeszcze kilka minut temu. Dziękujemy za uwagę, koniec i bomba czy co tam.
    - Och, Yaxley. Niestety, randka chyba nie wypali. Jesteśmy z dwóch różnych światów, rozumiesz - mruknął, zakładając ręce na piersi.

    Freddie

    OdpowiedzUsuń
  75. Po jego słowach wciąż była nie do końca przekonana, czy rzeczywiście wszystko okej, ale kiwnęła głową i uśmiechnęła się lekko, kiedy w dość uroczy sposób odsunął z jej twarzy zbłąkany kosmyk włosów.
    - Dobranoc. - odpowiedziała cicho i patrzyła jeszcze moment na oddalające się plecy chłopaka, po czym odwróciła się i ruszyła w stronę Wieży Zachodniej. Niczego nie była pewna, ale miała nadzieję, że może kolejny dzień rozjaśni wszystko. Następny dzień nie rozjaśnił nic. Nie spotkała Yaxleya ani razu, nawet podczas posiłków musieli się minąć. W kolejnych dniach zaczęła zauważać dziwną prawidłowość. Zawsze, gdy mijała Josha, on zagłębiał się w rozmowę z kimś. Zawsze, gdy kierowała spojrzenie w jego stronę, on odwracał wzrok. Przez niemalże dwa tygodnie nie zamienili ze sobą nawet słowa, a mimo że dla Julii nie było to wszystko aż tak istotne, to nie lubiła takich niewyjaśnionych sytuacji, a przecież polubiła tego chłopaka. Powiedział, że wszystko jest okej, a ona chciała w to wierzyć, nawet jeśli on jej nie pozwalał. W końcu postanowiła działać. Po eliksirach ze Ślizgonami, kiedy Joshua pakował jeszcze swoje rzeczy do torby, ona przepchnęła się przez zmierzający do wyjścia tłum uczniów i stanęła przy ławce Yaxleya.
    - Oczywiście, że wszystko jest okej? - spytała, głosem kipiącym od ironii, cytując jego słowa. Oparła się o blat i uniosła brwi, patrząc na chłopaka wyczekująco.

    Julia

    OdpowiedzUsuń
  76. Czasami zdarzało jej się marzyć, by wejść na zamarznięte jezioro.
    Nigdy się na to nie zdobyła, mając w pamięci ostrzeżenia rodziców, że lód jest zdradliwy i zbyt cienki, by utrzymać ciężar takiego ciała, choć przecież dobrze wiedziała, że i ona jest zbyt cienka, by utrzymać swój własny ciężar. Była z natury posłuszna, ale czasem zwyczajnie nie mogła znieść wszechobecnych wymuszeń prowokowanych przez matkę, przez ojca. Wyobrażała sobie – niepokojąco pożądając adrenaliny w żyłach; zatrzymywanie się tuż nad przepaścią kręciło ją jak mało co i nie była pewna, czy to tylko niezbyt bezpieczna fanaberia, czy faktycznie przymierza się do skoku – jak stoi pośrodku jeziora, a lód wokół niej momentalnie zamienia się w sieć pajęczą, kruchą i niewytrzymałą. Czuła pulsującą pod skórą panikę, szybsze bicie serca, ciepło w dłoniach, w żyłach, na twarzy. I zetknięcie gorącej powierzchni z przerażająco zimną wodą.
    I śmierć.
    Tak samo czuła się słysząc słowa przyjaciela; te słowa, ta odmowa, dosłownie rozrywała jej serce na pół.
    – Co my zrobimy – wyszeptała tak cicho, że nie była pewna, czy właściwie ją usłyszał. Było to skierowane w przestrzeń, w tą nieskończenie mikroskopijną przestrzeń powstałą między nimi w wyniku aranżowanego małżeństwa, której, jak się obawiała, już nigdy nie uda im się pokonać.
    Zamiast pytania wypowiedziane twierdzenie zawisło pomiędzy nimi, własnymi lustrzanymi odbiciami, twarz przy twarzy, ciało przy ciele. Unie wydawało się, że nieomal widzi unoszącą się w powietrzu parę, jak czająca się w atmosferze zdrada. Rozumiała Josha, naprawdę; nie wiedziała, skąd w niej samej tyle siły i determinacji, by uciec. Miała ochotę biec przed siebie, biec, dopóki kolana jej nie zmiękną, dopóki serce będzie współpracować i bić, dopóki będzie mieć moc, dopóki... Dopóki nie zechce się zatrzymać.
    – Co teraz będzie? – wyszeptała niemo, nie wiedząc, czy on ją w ogóle zrozumiał, ani czy ktokolwiek kiedykolwiek będzie w stanie odpowiedzieć jej na niewypowiedziane słowa. Nie mogłaby uciec sama; mimo wszystko myślała racjonalnie, wiedząc, że sobie nie poradzi. Potrzebny był ktoś silniejszy od niej, chociażby, ktoś, kto mógłby legalnie używać różdżki, by ona nie musiała... Nie umiałaby posługiwać się tym wszystkim, o czym opowiadały jej koleżanki z mugolskich rodzin. Była czarownicą z krwi własnych rodziców i wielu, wielu pokoleń wstecz – nie potrafiła radzić sobie w takich sytuacjach.

    [Przepraszam. Naprawdę. Mam problemy zdrowotne, ale nie mogłam dłużej ignorować weny, wrzeszczącej "Odpisz, no odpisz!". Postaram się częściej tu zaglądać. Kocham nasz wątek. <3]
    Una DeVere

    OdpowiedzUsuń
  77. Odetchnęła z ulgą, gdy Josh mocniej ją do siebie przytulił, otaczając zdrowym ramieniem. Bała się, że wyjdzie na idiotkę, ale potrzebowała w tej chwili jego bliskości i wyglądało na to, że on również.
    – Nie masz pojęcia, jak długo czekałam na te słowa – wyznała cicho Addie, zaciskając palce na materiale jego koszulki na wysokości serca, jakby chciała się upewnić, że ta sytuacja jest rzeczywista, że Josh nie jest tylko iluzją utkaną z jej najskrytszych pragnień. Trudno było jej uwierzyć, że w ogóle się obudził; starała się być optymistką, jednak jego skóra była trupio blada i lodowata, a oddechy urywane i coraz rzadsze, przez moment myślała... To był cud, że przeżył, udało się też uniknąć amputacji ręki, która obandażowana spoczywała na jego kolanie. Była w szoku, zupełnie oniemiała, a teraz po tylu latach Yaxley w końcu zdecydował się na to małe słowo, które znaczyło tak wiele. Przepraszam. Bezwiednie wtuliła policzek w jego dłoń, przymykając oczy, gdy czuła ten subtelny dotyk na skórze. Roześmiała się cicho, krótko, ale w jej śmiechu brakowało charakterystycznej wesołości. – Musiałeś omal nie zginąć, żeby w końcu umieć przyznać się do błędu? Tyle razy próbowałam cię przekonać... – Addison pokręciła lekko głową, jakby sama nie mogła uwierzyć w to, jak długo o niego walczyła, mimo że on przecież tego nie chciał. Z goryczą wspominała jego wyniosłe słowa i lodowate spojrzenie, którym ją zmierzył podczas ich ostatniej kłótni zanim odszedł. Powoli oderwała palce od jego koszulki i odwróciła wzrok, jakby to było dla niej za dużo, za szybko. Musiała oglądać go umierającego, bo nie potrafił trzymać się z daleka od czarnej magii, przed którą go przestrzegała, była przekonana, że to już koniec i każde ich wspólne wspomnienie w jej duszy zaczynało obumierać razem z Yaxley'em, a teraz on... – Czego ode mnie oczekujesz, Josh? Natychmiastowego wybaczenia? Sądzisz, że tym jednym słowem, wypowiedzianym o wiele za późno nagle wszystko naprawisz? To tak nie działa.
    Addison zdążyła się nauczyć, że ludzie rzadko mieli na myśli to, co mówili. Kłamali jej w żywe oczy, roztaczali przed nią ułudną rzeczywistość, w którą wierzyła, aż wszystko rozpadało się niczym domek z kart przy najlżejszym drżeniu. Joshua potrafił być mistrzem kłamstwa, jeśli tylko tego chciał i nie miała żadnej gwarancji, że mówił szczerze. Mógł jedynie poprzeć to czynami, a może wtedy... Może wtedy uda im się naprawić to, co czarna magia zepsuła przed wielu laty. Addie miała do niego ogromny żal, mimo to nie potrafiła się od niego odsunąć. Ostrożnie pocałowała go w policzek, po czym oparła czoło o jego szczękę. Była na niego wściekła, jednak bała się, że gdy zwiększy między nimi dystans, to wszystko okaże się tylko snem, a Josh wciąż będzie walczył o życie. Cholerny Yaxley. Przez niego miała mętlik w głowie. Nie potrafiła zignorować negatywnych emocji związanych z jego osobą, ale wciąż się o niego troszczyła.

    Addison

    OdpowiedzUsuń
  78. To nie do końca tak, że Joshua Yaxley był dla niej nieodpowiedni lub niewystarczający. To ona miała mocno popaprane w głowie i poza jedną osobą w jej życiu, nikt nie był nigdy odpowiedni, a nawet ta jedna osoba okazała się w jakiś sposób niewystarczająca, bo i tak nie udało jej się zburzyć grubego muru, którym Julia się otoczyła. Więc skoro nie była w stanie być z kimś, kogo kochała, to Joshua od razu był na straconej pozycji. Miłość nie pojawia się w dwa dni.
    Zmarszczyła brwi, kiedy na nią spojrzał. Nie wyglądał dobrze. Poczuła się trochę winna, chociaż miała nadzieję i była prawie pewna, że nie chodzi o nią, albo przynajmniej nie tylko o nią.
    - Chcesz pogadać? - spytała po chwili zastanowienia, w czasie której przyglądała się chłopakowi uważnie. - Mam godzinę do następnych zajęć.
    Nie dbała o to, że może czuć się urażony po tym jak go odrzuciła i przez to może powinna dać mu przestrzeń i pozwolić decydować. Po jej stronie nie było problemu i nie chciała zachowywać się inaczej niż zanim Joshua w ogóle spróbował ją pocałować. Dla niej wszystko było w porządku i jeśli on chciałaby z nią porozmawiać i być może opowiedzieć co tak złego i okropnego się stało, ona była obok, gotowa go wysłuchać.

    Julia

    OdpowiedzUsuń
  79. Była na niego zła. To oczywiste! Nigdy nie brała pod uwagę takiego rozwoju sytuacji. Nawet gdy ojciec wspomniał jej, że jej matka jest zupełnie inną osobą niż jej się wydaje, nigdy, ani przez sekundę nie pomyślała o niej, w taki sposób. Przez myśl by jej nie przeszło, że jej mama mogłaby się okazać zwolennikiem czarnej magii. Nie, to było wręcz śmieszne. W dodatku miałaby udawać martwą? Dla Avalon nie miało to najmniejszego sensu, nie widziała w tym żadnej logiki. Żaden z elementów układanki, jakie miała przed sobą, żaden z nich do siebie nie pasował. Jak gdyby miała przed sobą rozsypane kilka pudełek puzzli i nagle, miała nie dość, że je ułożyć to jeszcze wybrać, który z nich przedstawia obraz prawdziwy. Zagryzła nerwowo wargę, odwracając na chwilę spojrzenie z twarzy Josha. Czy powinna mu uwierzyć? Czy powinna pozwolić mu odejść, zapominając o wszystkich jego słowach? Nie była w stanie zapomnieć, już teraz dobrze wiedziała, że będzie je niejednokrotnie analizować, próbując znaleźć też coś w wypowiedziach ojca, co mogłoby ją nakierować na prawidłowy trop.
    — Zaczekaj. — Powiedziała w końcu, chyba nie do końca wierząc we własne słowa. — Skąd niby to wiesz? — Zapytała, wpatrując się zawzięcie w Josha, jak gdyby to miało jej w jakikolwiek sposób pomóc. Chciała poznać prawdę o swojej rodzinie, ale im bardziej próbowała się w to zagłębić napotykała coraz większe trudności. Nauczyła się już, że mieszkając u dziadków nie może słowem wspomnieć o swojej matce, specjalnie unikali tego tematu, co było widać od razu. Moore wiedziała, że musiał być tego jakiś powód i chociaż bardzo nie chciała aby to okazało się prawdą, może to był właśnie powód? Nabrała powietrza do płuc i wstrzymała je na chwilę. — Rozmawiałeś… — Nie chciała mu wierzyć, nie chciała brać tego wszystkie na poważnie, nie chciała dopuścić tego do siebie. — Jestem świadoma, że za sobą nie przepadamy. — Zmieniła nagle ton na odrobinę chłodniejszy, automatycznie prostując sylwetkę. — Ale… Myślę, że w takim przypadku powinniśmy porozmawiać. Powinieneś mi powiedzieć dokładnie wszystko co wiesz. Nawet, jeżeli w to nie wierzę i uważam, że to kłamstwo. Powinieneś mi opowiedzieć… — Nie chciała mu pokazać, że jest w stanie w to uwierzyć, chociaż proponując tę rozmowę chyba dała wyraźnie do zrozumienia, jak bardzo jest zdesperowana i jak bardzo, przeraża ją niewiedza na temat własnej rodziny.

    Avalon

    OdpowiedzUsuń
  80. Uścisk dłoni brata jakby dodał jej odwagi. Była posłusznym, grzecznym dzieckiem, które nigdy nie wychylało się z szeregu i nie robiło rzeczy absolutnie nie do przyjęcia według rodziców – tyle tylko, zastanawiała się, dlaczego oni mogą robić to, co jest nie do przyjęcia według niej? Miała zaledwie piętnaście lat. Po ukończeniu szkoły chciała zostać uzdrowicielem lub... lub właściwie kimkolwiek. Wydawało jej się, że ma przed sobą całe życie, a oni potrafili to w jednej chwili zniweczyć.
    Nigdy przedtem nie myślała, że będzie musiała się postawić; teraz, gdy przyszło co do czego, nie miała odwagi, wymaganej, by móc powiedzieć "nie". Żałowała, że nie ma w sobie więcej gryfońskich cech, nawet tej siły, która za bronienie swoich praw często prowadziła na manowce – wówczas przynajmniej mogłaby być zgubiona i szczęśliwa, że wolna jej się zgubić.
    Bo teraz nie było wolno.
    Nie chcę!, czuła na końcu języka te dwa słowa, gładkie, okrągłe i lśniące, niczym mugolskie cukierki, którymi w pierwszej klasie częstowała Charlotte Westmore, blondyneczka z włosami splecionymi w warkoczyki; a mimo to nie potrafiły jej one przejść przez gardło. Czuła się tak potwornie zagubiona w świecie dorosłych ludzi, sama będąc przecież zaledwie nastolatką, nawet jeszcze nie wkraczającą w dojrzały świat, w którym podejmowanie decyzji oznaczało większe lub mniejsze zło.
    Powstrzymała się od syknięcia, gdy palce brata za mocno ścisnęły jej rękę.
    Och, Josh, proszę, pomóż mi.
    Na niego mogła liczyć, ale nie wiedziała, jak mu przekazać to, co tłukło się jej po głowie. Wprawdzie nie miała pojęcia, co mógłby zdziałać w takiej sytuacji, zwłaszcza, że poniekąd sam to zaostrzył, uciekając od swojego "przeznaczenia" – ale bardzo, bardzo chciała, by posiadł moc magiczną, która uwolniłaby ją od przykrego obowiązku.
    Czując, jak tonie w czymś stworzonym z odpowiedzialności i bezbronności skinęła ledwie zauważalnie głową, nie patrząc przy tym na rodziców.
    – Kim on jest? – spytała cicho, wbijając wzrok w zastawiony świątecznymi potrawami stół i zastanawiając się nad tym, jak niewiele potrzeba, by zwykły dzień stał się tragedią, rosnącą z każdym wypowiedzianym słowem. Zastanawiała się, czy tak samo czuła się koleżanka z Hufflepuffu, którą oficjalnie nie zaszczyciła ani jednym spojrzeniem, a z którą niejeden raz przegadała całe noce – czy tak samo czuła się, wracając na święta w zeszłym roku i słysząc, że ojciec nie żyje.
    – Proszę... – nie mogła powiedzieć nic więcej, czepiając się ostatniej resztki nadziei: że przynajmniej nie jest to żaden z jej wujków, a przynajmniej ktoś w zbliżonym wieku. O tyle zazdrościła Joshowi – nie znaleźliby mu potencjalnej żony starszej od niego, bo nie byłaby zdolna urodzić mu syna, a najlepiej kilku; ona zaś była młodą dziewczyną, prawie kobietą, na którą z pewnością starszy, bogaty czystokrwisty czarodziej chętnie by się połasił. Nie mogła znieść tej myśli.

    Kochająca Lisa

    OdpowiedzUsuń
  81. Zmarszczyła brwi na jego słowa. Chciała mu powiedzieć, że ten atak w jej stronę jest zupełnie niepotrzebny, a ona nie pyta, bo jest ciekawska i chce usłyszeć jakąś mroczną historię życia. Zapytała, bo w jakiś bezsensowny sposób zaczęło jej przynajmniej trochę zależeć na tym chłopaku i kiedy jej mówił, że u niego jest źle, nie mogła odpowiedzieć tak po prostu „Okej, to do zobaczenia jak będzie lepiej”. Jeśli nie chciałby rozmawiać to w porządku, ale nie mogłaby nie zapytać. Tylko on właściwie nie powiedział jednoznacznie, że nie chce.
    - Jasne. - odparła tylko ironicznie i odwróciła na chwilę wzrok, aby zaraz znowu skupił się na Yaxleyu. Chwilę przyglądała mu się uważnie, po czym westchnęła cicho i ponownie zarzuciła na ramię torbę, którą wcześniej położyła na ławce. - Po zajęciach idę do biblioteki. Jakbyś chciał mnie stamtąd porwać dla butelki Ognistej to zapraszam.
    Uśmiechnęła się słabo i ruszyła w stronę wyjścia. Zatrzymała się jeszcze pół kroku od Ślizgona i niepewnie dotknęła jego ramienia, jakby bała się, że jej nie wolno, a jednocześnie wiedziała, że to ma jakiś sens.
    - Nie daj dać sobie po głowie. - poprosiła cicho i wyszła z sali.
    Nie miała pojęcia o kontaktach Josha z ojcem, nie rozmawiali o tym nawet przez moment. Domyślała się jednak, że słynny i dumny ród Yaxleyów różni się diametralnie od jej rodziny, w której było dość spokojnie. Nigdy nie czuła żadnej presji od strony rodziców i jej brat też nie. Mogli robić to, czego chcieli, podejmować własne decyzje, a za ewentualne przykre konsekwencje winić jedynie siebie. Rodzice byli zawsze wsparciem, nigdy przeszkodą i była im za to wdzięczna.

    Julia

    OdpowiedzUsuń
  82. Miał ochotę ukłonić się po tym jakże spektakularnym widowisku. Sądził naiwnie, że jeszcze podziękują sobie za współpracę z Joshuą, w najgorszym przypadku chwilę posprzeczają się niewinnie, a potem odejdą, ale oczywiście spojrzenie jakim zmierzył go ślizgon sprawił, że uśmieszek Freddiego momentalnie zniknął. No tak, wszystko jasne. Publiczność odeszła, więc Yaxley mógł wrócić do bycia nieuprzejmym, aroganckim dupkiem. Cóż, powinien chyba bardziej uważać na to, co dzieje się wokół niego.
    Pokręcił lekko głową. Oczywiście dał się sprowokować, dwulicowość irytowała go do tego stopnia, że naprawdę miał ochotę się na niego rzucić, znacznie większą niż wcześniej. Myśl, że Josh może nie jest aż tak zły jak zawsze sądził odpłynęła do ciepłych krajów na wakacje, z których chyba już nigdy nie wróci.
    - Dam, dam, dam - zanucił, rozkładając ręce, jak gdyby nic nie mógł poradzić na tak beznadziejne zachowanie swojego rozmówcy - Wracamy do starego 'porządku', co? - burknął sarkastycznie pod nosem, odruchowo zaciskając dłonie w pięści. Był odrobinę zawiedziony, ale przede wszystkim wściekły. Naturalne rozbawienie i lekkość ducha, zwykle towarzyszące Freddiemu, zniknęły. Nie zaatakował go jednak bezpośrednio ani nie cisnął żadnym zaklęciem. Zamiast tego chwycił niewielką, oprawioną w skórę książkę, którą jakaś dziewczyna ściskała w dłoniach i rzucił nią w ten pusty łeb ślizgona. Był pewien, że zaraz dojdzie do niego echo, jakie rozprzestrzenilo się po jego czaszce.
    - Nie odwracaj się do mnie plecami, kiedy mam Ci coś do powiedzenia - warknął na niego, robiąc krok w jego stronę i ignorując pretensjonalne 'Hej!', wykrzyczane przez puchonkę, której własność uderzyła w Joshue.

    Freddie

    OdpowiedzUsuń
  83. Opuściła salę od eliksirów i skierowała swoje kroki do dormitorium, gdzie od razu rzuciła się na łóżko i sięgnęła po wybitnie nadprogramową i z pozoru niepotrzebną lekturę z transmutacji. Dopiero po dłuższym czasie zorientowała się, że nie zrozumiała nic z tego co przeczytała na ostatnich kilkunastu stronach, bo jej poplątane myśli krążyły wokół Yaxleya, jego ojca i tego, co mogło się wydarzyć podczas ich spotkania. W końcu odłożyła książkę, wypiła sok dyniowy i ruszyła na zielarstwo, gdzie oczywiście była trochę przed czasem. I siedząc na zimnej podłodze przed cieplarnią numer jeden doszła do wniosku, że powinna przestać się martwić, Joshua pewnie i tak nie będzie chciał z nią porozmawiać, wyjdzie z niego typowy, zimny Ślizgon, który, kiedy coś mu się dzieje, schowa się w lochach albo denerwuje się na cały świat. Ale nie będzie chciał rozmawiać. I mimo że zobaczyła na jego twarzy delikatny uśmiech, usłyszała dziękuję to może zwyczajnie chciała sobie wmówić, że to nic nie znaczy, bo i tak jej nie zaufa. Zbyt krótko się znali. Ona... ona chyba nie zaufałaby jemu. Ale Julia miała niemałe problemy z zaufaniem i nadal była w szoku, że udało jej się znaleźć jakichkolwiek przyjaciół i utrzymać te relacje. Tyle że poza grupkę tych bliskich ludzi wcale nie było jej łatwo wyjść, a wyjątki zdarzały się rzadko. I była bardziej zamknięta, niż niektórym się wydawało. Na szczęście jej samej nie było z tym jakoś szczególnie źle.
    Zielarstwo przeżyła we względnym spokoju, odsuwając od siebie myśli o Yaxleyu, a zaraz po zakończeniu zajęć zgodnie z planem udała się do biblioteki. Nie zdążyła nawet wyjąć pergaminu i pióra, kiedy ktoś do niej podszedł i usłyszała nad sobą szept znajomego głosu. Uniosła głowę i zobaczyła Josha i świeżą ranę na jego policzku. Mogłaby przysiąc, że jej oddech zatrzymał się na moment, a przez jej głowę przeleciał tysiąc trudnych do zidentyfikowania myśli, ale wyraz twarzy nie zmienił się prawie wcale. Poza ledwie zauważalnym zmarszczeniem brwi. Kiwnęła głową, wstała od stołu, zarzucając torbę na ramię i ruszyła w stronę wyjścia. Machnęła jeszcze tylko różdżką, aby książka, którą wcześniej wzięła, wróciła na swoje miejsce.
    Gdy tylko znaleźli się za drzwiami biblioteki, Julia zatrzymała się, odwróciła w stronę chłopaka, a jej wzrok na dłuższą chwilę skupił się na jego rozciętej skórze. Westchnęła cicho.
    - Chodź. - szepnęła ciepłym głosem, kiwnęła głową w bok i szybkim krokiem ruszyła w stronę Wieży Zachodniej. Zatrzymała się przed wejściem do sali, która znajdowała się tuż przy schodach prowadzących do dormitorium Krukonów i nacisnęła klamkę. Było otwarte.
    - Dzisiaj nie ma tu żadnych zajęć. Poczekaj na mnie. Wrócę za moment. - uśmiechnęła się słabo, a kiedy Joshua wszedł do środka, zamknęła drzwi i pobiegła na górę. Niepotrzebne rzeczy z torby wymieniła na Ognistą Whisky, a z szuflady w szafce nocnej wyjęła mały słoiczek maści gojącej rany, która w przeciwieństwie do prostego zaklęcia, zapobiegała bliznom, po czym wróciła do klasy na dole. Wyjęła butelkę i postawiła na stole, obok Yaxleya. W oczy spojrzała mu dopiero, gdy odkręciła słoiczek, który przyniosła.
    - Nie ruszaj się. - poprosiła cicho i powoli, niepewnie przesunęła palcem po ranie pod okiem chłopaka, nakładając tym samym na nią grubą warstwę maści. Wytarła dłoń o chusteczkę i usiadła na ławce, tuż obok Ślizgona. Nie chciała nic mówić, powtarzać, że może z nią pogadać, jeśli potrzebuje. Już to wiedział.

    Julia

    OdpowiedzUsuń
  84. Myślała o Joshu i o tym czy kiedykolwiek będzie żałowała swojej decyzji, która teraz wydawała jej się jedyną słuszną. Lubiła go, ale to było zdecydowanie za mało. W końcu kiedyś już się zakochała i nawet to nie wystarczyło. Julien był drzazgą w jej sercu, która od miesięcy tkwiła tam uparcie i co jakiś czas dawała o sobie znać. Nie potrafiła zaryzykować dla najlepszego przyjaciela. Jak mogłaby się udać z kimś kogo nie zna od kilkunastu lat?
    Głos Yaxleya wyrwał ją z zamyślenia. Uśmiechnęła się lekko na jego podziękowanie, chociaż i tak tego nie widział, bo oboje nie patrzyli na siebie, a na jakieś, wydawałoby się, że przypadkowe, punkty. Za plecami chłopaka sięgnęła po butelkę Ognistej, odkorkowała ją szybko zaklęciem, jakby robiła to już dziesiątki razy, a pewnie tak było, i podała Joshowi. Bez uśmiechu, bez słowa, jakby nie miała prawa zaburzać ciszy.

    [ Wybacz długość, ale ja serio nie wiem, co więcej napisać :D ]

    Julia

    OdpowiedzUsuń
  85. Odebrała butelkę od chłopaka, ale nie wypiła nawet łyka, bo nagle ich spojrzenia się spotkały, a wzdłuż kręgosłupa Julii przeszedł dziwny dreszcz. Może nie nieprzyjemny, ale dziwny i niepokojący. W oczach Yaxleya było coś, obok czego w jakiś sposób nie dało się przejść obojętnie. Jakby wszystkie emocje, które w sobie nosił, koncentrowały się w tych zimnych tęczówkach, a nie były to emocje pozytywne. Trochę bólu, trochę bezsilności... Nagle jego słowa, wypowiedziane głosem, brzmiącym zupełnie inaczej niż wtedy, gdy rozbrzmiewał na szkolnych trybunach, dotarły do jej uszu. Mów do mnie. Odetchnęła głęboko i uniosła lekko jeden kącik ust, co w tym przypadku bynajmniej nie wyglądało jak uśmiech. Przełknęła ślinę.
    - Josh... - szepnęła, a kolejne słowa jakby utknęły jej w gardle. - Nie wiem co mam powiedzieć. Myślałam, że to Ty będziesz chciał mówić. Na przykład o Twoim ojcu, który jest głównym sprawcą tego bagna. Albo o sobie, bo wyglądasz jakby to wszystko miało w Tobie wybuchnąć, albo co najmniej Cię mocno przygnieść.
    W końcu uniosła butelkę i wypiła z niej spory łyk napoju, który zgodnie z nazwą, zdawał się, niczym ogień, wypalać przełyk. Chyba Julia alkoholizowała się ostatnio trochę zbyt często, bo zdążyła przyzwyczaić się do tego uczucia, a na jej twarzy nie pojawił się najmniejszy grymas. Może powinna zacząć pić tylko od święta, a nie z każdej możliwej okazji. Bo spotkanie z przyjacielem, bo kolejne spotkanie z przyjacielem, bo wesoło, bo smutno, bo zimno... Powody się nie kończyły.
    - Jak nie chcesz to mogę mówić, ale to chyba bez sensu. Żadne z nas nie jest w nastroju na rozmowy o niczym. - dodała cicho, postawiła butelkę na stole, między nimi i przeniosła wzrok na okno, w które właśnie zaczęły uderzać solidne krople deszczu.

    Julia

    OdpowiedzUsuń
  86. Julię interesował Joshua. Prawie zawsze mówiła do niego po nazwisku, ale teraz nie o to chodziło. Interesował ją on. Tak jakby teraz nie był swoim nazwiskiem. Nie zależało jej na tym, aby poznać historię Yaxleyów, usłyszeć ciekawą opowieść o znanej rodzinie ze złą lub dobrą opinią, w zależności od tego kogo zapytać. Miała to gdzieś. Obchodziło ją to tylko dlatego, że dotyczyło to jego. A on ją, mimo wszystko, obchodził.
    Obserwowała uważnie jak przeniósł się na ławkę naprzeciwko i ułożył na niej wygodnie. Wtedy ona usiadła na swojej ławce po turecku i oparła łokcie o kolana. Byli gotowi. Na zagęszczenie tej i tak potwornie gęstej atmosfery, jaką stworzyli w tym pomieszczeniu. Ciszą i oczekiwaniem na, być może zbyt trudną, rozmowę. A może łatwą, bo czasem słowa wypływały zupełnie bez trudu, bo myśli w końcu musiały znaleźć jakiekolwiek ujście.
    Słuchała go, na początku z delikatnym uśmiechem, poszerzającym się w niektórych momentach, ale po chwili zupełnie spoważniała, jej brwi zmarszczyły się, a zęby zacisnęła na dolnej wardze dużo mocniej niż normalnie. Bolała ją ta wszechobecna, mniejsza lub większa, niesprawiedliwość ich świata. Niemal każdy miał z mugolami jakiś problem. Jakby zupełnie nie mieli prawa żyć obok, jakby byli gorsi. Niektórzy czarodzieje starali się tego nie okazywać, ale w głębi duszy czuli, że to oni są lepsi. Niestety byli też tacy, którzy okazywali to bardzo dobitnie, gardząc wszystkim co niemagiczne i przekazując nienawiść z pokolenia na pokolenie, jakby miał to być stały element DNA, nienawiść płynąca w krwi. Julia starała się akceptować świat takim jaki był. A był różnorodny. Była magia i był brak magii, a oba światy były ciekawe, choć z pozoru zupełnie niepodobne. Ale człowiek był człowiekiem, nieważne czy miał w kieszeni różdżkę.
    Chciała wstać i podejść do Josha, zdjąć jego własną dłoń z jego karku, jakby to miało odebrać mu to okrutne wspomnienie, od którego wszystko się zaczęło. Nie lubiła dystansu. Wolała być blisko, dokładnie widzieć zmieniający się wyraz twarzy drugiej osoby, ale teraz czuła, że nie powinna się ruszać nawet na krok i dać Joshowi przestrzeń, której być może potrzebował.
    - Mów dalej. - poprosiła ledwie słyszalnym szeptem, który jednak z pewnością dotarł do chłopaka.

    Julia

    OdpowiedzUsuń
  87. [ Ojej! Nie mogłam wymyślić sobie przyjęcia, które bardziej by mnie ucieszyło. Stokrotnie dziękuję za te wszystkie komplementy, postaram się odwdzięczyć jakością wątku. Bo tak, jasne, jak najbardziej pragnę wątku. A z Joshem z TYCH Yaxleyów... będę zaszczycona.
    Miałam z miejsca zgodzić się na to, żeby zrobić z nich parę, ale powstrzymały mnie resztki rozsądku. To jednak wypadałoby nieco przegadać.
    Mam pomysł na początek ich znajomości. Wiązałoby się trochę z pochodzeniem Dory, bo Harthowie to był kiedyś dumny i prężny ród, ale nieszczęśliwie jego członkowie podzielili się między zwolenników Voldemorta i zagorzałych przeciwników tegoż. Co doprowadziło do bratobójczej walki, z której niewielu wyszło cało i byli to Śmierciożercy. To, że ojciec Dory został przemycony i uratowany to inna historia. Słusznie trzymana w sekrecie przez lata, nigdy nie przebiła się do powszechnej świadomości. Co Ty na to, żeby Josh, znający historię Harthów, na samym początku był dość entuzjastycznie nastawiony do Dory, ale szybko dała mu powód do zmiany zdania i skończyło się na słowach "Myślałem, że jesteś fajniejsza"? ]

    Theodora Harth

    OdpowiedzUsuń
  88. Julia nie wierzyła w ludzi idealnych. Wszyscy składali się z wad i zalet, a każda relacja była decyzją dotyczącą tego na czym chcemy się skupić. Czasem wszystko co złe wygrywało, sprawiało, że zalety były niezauważalne. Czasem widzieliśmy obie strony medalu, ale i tak nie potrafiliśmy kogoś polubić tak po prostu. Opcji było wiele. Ale jeżeli Julia miałaby analizować swoich przyjaciół to pozostawała tylko jedna. Akceptacja niezależnie od wszystkiego. Niekończący się splot zalet i wad, z których doskonale zdawała sobie sprawę, a mimo to zalety zawsze wygrywały. Bo nie chodzi o to, żeby znaleźć idealną osobę. Chodzi o to, żeby znaleźć nieidealną osobę, która idealnie do nas pasuje. My też nie jesteśmy idealni.
    Słuchała Josha w spokoju, ale pytanie, które zadał zupełnie wybiło ją z rytmu. Z pewnością oczekiwał szczerej odpowiedzi, a ona czuła się nieuprawniona, aby mu jej udzielić. Jak mogła go tak po prostu oceniać? No ale cóż, sam tego chciał. Wiedział, że jej słowa będzie musiał przesiać przez sito zbyt słabej znajomości.
    - Jeszcze niedawno powiedziałbym, że tak. - odparła, a jej twarzy wyrażała bardzo niewiele emocji. - Że jesteś uosobieniem stereotypu Ślizgona, który gardzi całym światem, jeśli tylko ten nie chce działać według jego reguł.
    Zrobiła chwilę przerwy, w czasie której zeskoczyła z ławki i podeszła do Josha. Usiadła tuż za jego głową i delikatnie odsunęła mu z twarzy niesforne kosmyki włosów.
    - Teraz zdążyłam poznać Cię odrobinę lepiej. - uśmiechnęła się lekko. - I widzę, że coraz mniej chcesz być tym człowiekiem. Że wiesz, co nie gra i co chciałbyś zmienić, ale zupełnie nie wiesz jak.
    Wzruszyła lekko ramionami i oparła się na wyciągniętych z tyłu rękach o blat ławki. Czuła się niekomfortowo. Nie lubiła oceniać ludzi, których słabo znała, a zwłaszcza tak otwarcie. Miała wrażenie, że wchodzi komuś zbyt mocno w prywatność, a ani trochę nie ma do tego prawa.

    Julia

    OdpowiedzUsuń
  89. Poczuła delikatne ukłucie na jego słowa, ale, o dziwo, zupełnie nie odebrała ich jak personalny atak. Wydało jej się to po prostu przykre i krzywdzące. Nie umiała jednak jednoznacznie winić za to Josha, jakby głównym sprawcą takiego stanu rzeczy był jego bezwzględny ojciec. Ale wciąż młody Ślizgon miał w tym swój udział, bo ostatecznie to on powinien decydować o swoim życiu i o tym jak postrzega świat, nawet jeśli w takiej rodzinie nie było to proste, bo z każdej strony czuł presję na bycie idealnym synem, a przez to również złym Ślizgonem. Stereotypem, który w tym przypadku w zbyt dużym stopniu się urzeczywistniał.
    Oparła dłoń tuż przy głowie Yaxleya, a drugą uniosła i delikatnie dotknęła rany pod jego okiem, wsmarowując w nią tym samym resztki maści, która osadziła się na skórze wokół i nie wchłonęła.
    - Nie, tak nie powinno być. - powiedziała cicho i zaraz wytarła palec o chusteczkę, którą wcześniej wcisnęła do kieszeni spodni.
    Dla Julii to było niewyobrażalne, że ojciec może bić swoje dziecko, a dziecko po tym wszystkim wciąż ma do niego szacunek. Chyba była zbyt naiwna, żyjąc w prawie idealnej rodzinie, gdzie zawsze mogła decydować za siebie i nie musiała myśleć o tym, co rodzice powiedzą. Joshua miał najwidoczniej inaczej. Chciałaby mu przypomnieć, że to nie jest jedyna opcja. I wcale nie najlepsza.
    - A czułeś się lepszy, kiedy bawiłeś się z tym chłopczykiem w piaskownicy? - zapytała retorycznie. To powinien być punkt odniesienia. Moment, w którym jeszcze nie dotknął go gniew ojca za mieszanie się z błotem. Bo mugole nie byli dla niego niczym więcej.
    Odwróciła wzrok, oddychając powoli i zastanawiając się nad każdym słowem, które wypowiedział chłopak.
    - Łatwiej Ci jest być lepszym od innych. - poprawiła go w końcu. Trudno jest z tym walczyć. Kiedy całe życie ktoś wypycha cię przed innych, a ty nagle miałbyś wrócić do szeregu. Tak po prostu? Łatwiej było stać w miejscu.

    Julia

    OdpowiedzUsuń
  90. Theodora Harth uporczywie wpatrywała się w podręcznik OPCM, starając zainteresować się przedmiotem. Przynajmniej na tyle, żeby poradzić sobie na najbliższym sprawdzianie. Siedziała w bibliotece, więc tylko bezgłośnie poruszała ustami nad czytanym tekstem. Bardzo chciała, żeby to jakoś pomogło. Ach, gdyby istniał sposób, żeby wlać sobie tę wiedzę do głowy... Na przykład przez włosy. Gdyby przyswajanie wiadomości łączyło się wprost proporcjonalnie z kręceniem kosmyków na placu, Dora znałaby już cały ten podręcznik. A tak, łapała się co jakiś czas, że po prostu bezmyślnie wpatruje się w stronę. Albo wodzi wzrokiem za tekstem. Cóż, nie istniała inna możliwość niż znalezienie po obiedzie miejsca, w którym będzie mogła to poćwiczyć. Zostało niewiele czasu. Dwa dni. Zadowoli się każdą zaliczającą oceną.
    Wysiłkiem woli zmusiła się do tego, żeby nie spojrzeć na drzwi, które otworzyły się energicznie. Książka. Książka to w tej chwili dla niej najważniejsza rzecz.
    Okazało się jednak, że nowi goście biblioteki nie przyszli po książki. Przyszli do niej. Zorientowała się po tym, jak jedna z dziewczynek pociągnęła ją za szatę.
    – Dora – zachlipiała ta druga. – Oni znowu to robili.
    - Co się stało? – zapytała Puchonka, szukając w torbie chusteczek, żeby podać dziewczynce.
    Odpowiedział jej jeszcze głośniejszy płacz dwunastoletniej Ślizgonki.
    – Nazywają Frankie Szczurzycą – powiedziała Andrea, ściskając przyjaciółkę za rękę. Obie należały do jednego domu i przyjaźniły się od pierwszej klasy.
    Francesca Churchill ryknęła głośnym płaczem, przez który wszystkie trzy zostały stanowczo wyproszone z biblioteki. Dora, nie przestając przepraszać, zgarnęła swoje książki i szybko wyszła. Skierowały się do najbliższej damskiej łazienki, żeby Frankie mogła doprowadzić się do porządku.
    – Znów ci Krukoni? – upewniła się półgłosem Dora, kiedy dziewczynka myła twarz.
    – Dwóch – uściśliła Andrea. – I dwóch Gryfonów.
    Francesca odwróciła się. Wyglądała już lepiej, choć oczy nadal miała lekko zapuchnięte. Niektórzy nazywali ją Szczurzycą ze względu na bardzo długie, sięgające bioder, ale cieniutkie włosy. Splecione w warkocz... cóż, nie prezentowały się najlepiej. Do tego dziewczynka nie należała do najszczuplejszych i jej sylwetka przypominała ludzika z kasztanów. Theodora była pewna, że Frankie z tego wyrośnie.
    – Powiedz im o książce.
    – I zabrali mi książkę od eliksirów – powiedziała niechętnie Andrea. – Powiedzieli, że nie oddadzą, dopóki nie wyczaruję Mrocznego Znaku. Chciałam, żeby mi oddali, bo to było zaraz przed eliksirami, więc... – zapowietrzyła się. Nie patrząc na Dorę, sięgnęła do torby i wyjęła parę wydartych stron.
    – Powiedzieli, że to ma jej wystarczyć – uzupełniła Francesca. – Profesor był innego zdania.
    Dora poczuła, jak zbiera w niej wściekłość. Rzuciłaby przekleństwem, ale miała na uwadze, że słuchają jej dwie dwunastoletnie dziewczynki. No i patrzyły na nią z taką nadzieją...
    – Komuś jeszcze o tym powiedziałyście?
    – Powiedziałam mojemu bratu – wyznała szczerze Andrea.
    – Dobra, słuchajcie... Załatwię to z nimi, a potem dopilnuję, żeby was przeprosili – obiecała. – Ale potem będziecie musiały mi odpowiedzieć, dlaczego oni zdołali zabrać ci ten podręcznik. To tylko trzecioklasiści...
    *

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Była słowna. Wojowniczo podwinęła rękawy koszuli i czekała aż uczniowie należący do dręczącej dziewczynki grupy będą wracać z zajęć Opieki Nad Magicznymi Stworzeniami. O tyle dobrze się złożyło, że uczniowie wracali luźną grupą i szybko mieszali się z innymi na korytarzu. Od razu wypatrzyła dwójkę Gryfonów, którzy mogli iść tylko na spotkanie swoich przyjaciół z Ravenclawu. Dora szła w pewnej odległości za nimi, nie chcąc wzbudzać podejrzeń. Potrzebowała miejsca, w którym nie będzie wielu świadków.
      Oni skręcili i po chwili usłyszała zaskoczony okrzyk Gryfonki. Przyśpieszyła kroku.
      Zobaczyła coś, czego się nie spodziewała. Cała czwórka dręczycieli w komplecie i do tego jeden Ślizgon, który...
      No tak, Andy mówiła, że powiedziała bratu. Ale takiej reakcji Dora się nie spodziewała.
      - Ej, to ja miałam tutaj interweniować – powiedziała, przywołując do siebie całą pewność siebie. Wyjęła różdżkę i mężnie przeszła blisko Joshuy. Pozornie tak, jakby chciała urządzić mu awanturę. Ale tak naprawdę, cóż, dwoje przeciw czworgu to zawsze lepiej. Nawet jeśli miałoby nie dojść do rękoczynów.

      Theodora Harth

      Usuń
  91. Poczuła rozczarowanie. Nie mniej, nie więcej, tylko rozczarowanie. Myślała, chciała wierzyć, że Joshua jest kimś więcej, że pierwsze wrażenie było błędne i to jaką miała o nim opinię przez ostatnie lata również. Tyle że najwidoczniej wmówiła sobie to wszystko. Naiwnie sądziła, że ona poznała prawdziwego Yaxleya, który nie chce być stereotypem, kopią ojca i po prostu jest normalny. Ale on nie chciał być normalny. Chciał być ponadprzeciętny.
    I o ile wcześniej nie czuła się dotknięta, to teraz zwyczajnie ją to zabolało. Odwróciła wzrok. Nie zgadzała się z nim nawet w najmniejszym stopniu. To, że ktoś od urodzenia miał lepszą pozycję nie znaczyło, że był lepszy, a często wręcz przeciwnie. Miał łatwiej w wielu kwestiach, ale to nie sprawiało, że mógł stawiać siebie ponad kimkolwiek. Poza tym nigdy nie miał całkowitej wolności, nie mógł z pełną świadomością powiedzieć, że wszystko co osiągnął, zawdzięcza sobie.
    Zeskoczyła z ławki, podeszła do tej, na której siedzieli wcześniej, podniosła butelkę whisky i lekko wcisnęła w nią korek. Odetchnęła głęboko, odwróciła się i wcisnęła ją Yaxleyowi.
    - Nie warto zadawać się z kimś gorszego sortu. - powiedziała cicho, powtarzając jego słowa. Jej twarz nie wyrażała niemal żadnych emocji. Patrzyła chłopakowi w oczy przez krótką chwilę, po czym złapała pasek swojej torby i ruszyła w stronę wyjścia. - Miłego wieczoru, Yaxley.
    I pierwszy raz jego nazwisko zabrzmiało w jej ustach jak obelga.

    Julia

    OdpowiedzUsuń
  92. Znając historię wcześniejszych rozmów między Theodorą a Joshuą, można by pomyśleć, że dziewczyna po takich słowach rzuci uwagą „Ja tu widzę samych idiotów”. Pewnie gdyby była trochę młodsza, gdyby to działo się rok, dwa lata temu, nie zastanawiałaby się dwa razy. Teraz nawet jej to przez myśl nie przeszło. Miała swoje powody.
    Miała też swoje wyrzuty sumienia. Nawet nie zdawała sobie sprawy z tego, jak mocno wpływa na nią poczucie winy. Żal, że nie może wrócić do początków drugiej klasy i zatkać ust młodszej wersji siebie. Żeby nie padły z nich mocne słowa.
    W tej chwili nie miało to najmniejszego znaczenia. Czterej trzecioklasiści byli zbyt młodzi, żeby wiedzieć, że kiedyś dwójkę starszych uczniów łączyły przyjazne stosunki. W tej chwili byli prawdopodobnie zbyt zaskoczeni, żeby w jakikolwiek sposób powiązać ze sobą ich przyszłych... oprawców? Całkiem możliwe, że po niedawnym pokazie siły Josha, tak o nich myśleli.
    – Moi drodzy – spojrzała na dwóch Krukonów, którzy próbowali się ukradkiem wycofać. Różdżka zatańczyła między jej palcami jak u magika cyrkowego. Zabawne, czego człowiek uczy się, słuchając wykładów z run. – Ostatnio potraktowałam was jak poważnych i odpowiedzialnych ludzi. Rozczarowaliście mnie. – Postąpiła krok w ich stronę.
    Chłopak się cofnął, ale dziewczyna o ciemnej karnacji go zatrzymała.
    – Weź, to tylko Puchonka.
    Theodora usłyszała te słowa. I nagle na jej miejscu nie stała uczennica Hogwartu. Stała czyta furia. To było widać po jej oczach, ściągniętej twarzy, przyśpieszonym oddechu, nawet jej włosy jakby same się uniosły i nastroszyły.
    – Ja jestem miła – powiedziała powoli, tonem, który zupełnie nie pasował do tego stwierdzenia. – Pan Yaxley od razu przechodzi do czynów. – Choć bardzo chciała, nie mogła się odwrócić, żeby spojrzeć, co właśnie robi Joshua. – Może powinnam brać z niego przykład.
    Krukonka wyszarpnęła różdżkę i drążącą dłonią trzymała przed sobą.
    – Na pewno? – jedna brew Theodory uniosła się lekko. Myśli dziewczyny galopowały jak szalone. Nie stali tak daleko od uczęszczanych korytarzy. Ktoś na pewno zwróci uwagę. Nauczyciele się dowiedzą. A ta sytuacja nie stawia w korzystnym świetle jej oraz Joshuy.
    – Dowiedzą się nauczyciele – szepnął chłopak. Niski, już teraz przystojny brunet.
    – Wiecie, czym grozi dręczenie uczniów i żartowanie ze Śmierciożerców, prawda? – zapytała Dora, zadzierając lekko podbródek, żeby dodać sobie autorytetu. W odróżnieniu od Ślizgona, ona nie budziła szacunku samym wyglądem.
    Krukonka opuściła różdżkę.
    – Czyli jednak się dogadamy. Wyjmijcie książki.
    Oboje zaczęli posłusznie opróżniać swoje torby i układać na podłodze ich zawartość. Gwar z dalszych korytarzy cichł, bo przetoczyła się już po nich największa fala uczniów. Teraz będzie spokojnie. Puchonka uważnie patrzyła na woluminy pojawiające się na podłodze. Normalnie wygłosiłaby tyradę na temat nieszanowania książki z biblioteki (jeden z wysłużonych egzemplarzy „Rok z Yeti”), lecz to nie było normalnie.
    - Ja to mam – odezwał się za nimi głos Gryfona, pierwszej ofiary Josha.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dora odwróciła się i sięgnęła po leżącą na ziemi torbę, którą musiał upuścić tamten. Mimo nieporządku wewnątrz, bez trudu znalazła podręcznik do eliksirów dla klas drugich. Wyjęła książkę. Okładka niemal rozlatywała się jej w rękach, chociaż wydanie było porządne. Niedawne przejścia zniszczyły podręcznik.
      Chciała się wyprostować, kiedy coś uderzyło ją w plecy i zwaliło z nóg. A potem szarpnęło za włosy tak mocno, że Theodora mimowolnie pisnęła z bólu. Jednak zareagowała szybko: przeturlała się na plecy, co przygniotło Krukonkę do podłogi. Należąca do Ravenclawu dziewczyna wyrwała przy tym Dorze sporo włosów. Dalsze kilkanaście sekund kotłowaniny sprawiło, że różdżka Krukonki została odrzucona na kilka metrów, ale Theodora nie mogła sięgnąć po swoją. W dodatku coraz bardziej było widać, jak bardzo brakuje jej wprawy w walce. Chciała się z niej wyrwać, ale za każdym razem przeciwniczka wykorzystywała taką próbę do zdobycia lekkiej przewagi.
      Tymczasem kolega narwanej dziewczyny zebrał torbę Gryfona i podręcznik Andrei. Wyglądał jak ktoś, kto bardzo chce go oddać, ale w obecnej chwili nie bardzo ma komu.

      Theodora

      Usuń
  93. [„Lepszy sort” – jestem oczarowana. XD Czeeeść! Dzięki wielkie za powitanie i ja również żałuje – Twoja postać jest świetna: nie dość że Yaxley, to jeszcze bez szczęśliwych wspomnień i cudowny Orion. Mam jednak nadzieję, że jak coś Ci się zwolni, to będziesz o mnie pamiętała i wymyślimy coś szalonego. ;]

    VERA THORNE

    OdpowiedzUsuń
  94. Podniosła się z kolan. Wiedziała, że teraz strój i włosy ma w nieładzie, ale nie mogła tak po prostu się zatrzymać i zatroszczyć o wygląd. Lubiła oglądać mugolskie filmy, nawet te nieszczególnie dobre, więc wiedziała, że bohaterowie nie oglądają się na wybuchy. Co prawda coś jej podpowiadało, że ona nie wygląda w tej chwili dumnie ani groźnie. Wygląda jak potargana dziewczyna.
    Która ma potężnego sojusznika.
    Musiała zachować się wbrew sobie arogancko. Tak, jakby wcale nie musiała dziękować Yaxleyowi. Przyszło jej to z trudem. Ciekawe, czy większym od tego, jaki cię czeka, kiedy będziesz mu faktycznie dziękować? Zadrwił jakiś cichy głos w jej głowie, ale odgoniła go mrugnięciem.
    Wyciągnęła rękę po książkę Andrei. Trzynastolatek prawie wepchnął podręcznik Dorze. Bardzo chciał się go pozbyć, jakby okładki parzyły go w dłonie.
    – Jest zniszczony – stwierdziła Harth, przerzucając kartki. – Oprócz przeprosin Andrei należy się jakieś zadośćuczynienie. Lubi kociołkowe pieguski, nadziewane toffi i choco-loco.
    Pozwoliła sobie spojrzeć na Joshuę, żeby potwierdził albo ewentualnie zaprzeczył. Sama mogła wyliczyć słodycze tylko dlatego, że w ostatni weekend spotkała Andreę i Francescę w Miodowym Królestwie. Obie były bardzo zdziwione, że Theodora omija szerokim łukiem czekoladowe żaby, ale lubi Pixie Puffs bez mleka.
    – Rozumiesz? – zwróciła się znowu do Krukona.
    Przytaknął tak zagorzale, jakby od tego zależało jego życie.
    – To zmykaj. I przemyśl dobór przyjaciół. – Odwróciła się w stronę dwóch Gryfonów. Jeden pachniał... dziwnie. Theodora skrzywiła się. – Ty też idź. Doprowadź się do porządku. Co wy w ogóle chcieliście tym zyskać?
    – Myśleliśmy... Myśleliśmy, że to będzie śmieszne – wystękał drugi Gryfon, nie spuszczając wzroku z Joshuy. Zachowywał się jak ktoś, kto wierzy, że powstrzyma atak tygrysa, jeśli będzie patrzył mu w oczy. – Proszę – powiedział i głos mu się załamał do nieprzyjemnie wysokiego. – Nie róbcie mi krzywdy. Ja przeproszę obie dziewczynki... To był pomysł Janett.
    Końcowe słowa mówił przez ściśnięte gardło. W oczach już błyszczały mu łzy. Theodora poczuła nieprzyjemne ukłucie na karku. Czy nie posunęli się za daleko? Przecież żadne z nich nie zamierzało wyrządzić krzywdy młodszym uczniom. Żadne, prawda? A ten chłopiec może mieć przez nich koszmary. Nie tak chciała postępować. Nie była typem mścicielki.
    Tak naprawdę chciała, żeby wszystkim żyło się ze sobą lepiej. Godziła się z faktem, że od czasu do czasu musi dać komuś kilka wskazówek.
    – Nie rozklejaj się – powiedziała znacznie łagodniejszym, wręcz miłym tonem. – Przyjmij to na klatę. W końcu nie chcesz, żeby Tiara żałowała, że przydzieliła cię do Gryffindoru. No, leć już. Pan Yaxley nie będzie cię gonił.
    – Do... do widzenia, panie Yaxley – powiedział tamten, jakby Joshua rzeczywiście był kimś ważnym, co najmniej tak, jak nauczyciele. Po kilku krokach chłopak zebrał się do biegu.
    – Tak, uciekaj – zawołała za nim Janett. – Pokaż wszystkim, że powinieneś być w Tchórzopuffie.
    Harth westchnęła ciężko. Rękę z różdżką i książką oparła na biodrze, drugą przeczesała włosy. Nadal czuła miejsca, w których tamta ją ciągnęła. Inna sprawa, że miała wrażenie, że na podłodze leży gdzieś tak połowa jej włosów, a głowa świeci łysymi plackami.
    – Co z nią robimy? – zapytała, lustrując wzrokiem dziewczynę zaciskającą już ręce w pięści.

    Dora

    OdpowiedzUsuń
  95. [Dziękuję! Nie chcę wyjść na sztampową userkę, której czytanie kart jest obce, ale na wstępie rzucę, że kocham zdjęcie Josh'a. Mam słabość do surowych fot chłopców w zdezelowanych, białych koszulkach. Możliwe, że na sam odbiór postaci wpłynęło również imię, które niegdyś należało do bohatera prowadzonego przeze mnie przez trzy lata. Dobre, stare dzieje.
    A co ciekawsze, ważniejsze i na co zdecydowanie częściej zwracam uwagę - tekst. Z tego Twojego aż wypływa jakaś nieopisana tęsknota. Zastanawiam się tylko za czym. Wbrew pozorom smutny ten Twój Yaxley. Mam nadzieję, że prócz żelków, ktoś mu również osłodzi życie!
    Miłego pisania!]

    Francis

    OdpowiedzUsuń
  96. - To byłoby bardzo... – urwała. Słowo, które cisnęło się jej na usta brzmiało „ślizgońskie”. Otwierała już uta, żeby to powiedzieć, kiedy zrozumiała, że bardzo nie chce. Z dwóch powodów.
    Po pierwsze, była już na to zbyt dorosła. Przed szóstą klasą zrobiła poważny rachunek sumienia i obiecała sobie, że od tego momentu będzie się starać traktować innych po równo. W końcu tego chciała patronka jej domu, czyż nie? Przyjmować do szkoły magii wszystkich i uczyć ich jednakowo. Do takiej tolerancji Theodorze brakowało naprawdę wiele, mogła za to zacząć od niepatrzenia na ludzi przez pryzmat stereotypów ich Domów.
    Drugi powód wydawał się ważniejszy, ale nie umiała powiedzieć dlaczego. Chodziło o to, że nie mogła powiedzieć tego w obecności Yaxleya. Prędzej udławiłaby się tymi słowami. Tak bardzo nie chciała tego powiedzieć. A nie chciała tego powiedzieć, ponieważ...
    Musiał istnieć jakiś powód, który dałoby się opisać, ale umysł Dory zachowywał się tak, jakby nie połączył jeszcze wszystkich kropek. Istniała w nim jakaś dziwna bariera, która nie pozwalała przywołać w tej chwili wspomnień czasu, kiedy byli przyjaciółmi. Tama powstrzymująca wylew żalu, który doprowadziłby ją do płaczu. Tak, była dorosła. Ale nie na tyle, by jej … hormony uspokoiły się na tyle.
    – To byłoby bardzo radykalne rozwiązanie – powiedziała wreszcie. – Nie w stylu Harthów.
    Uśmiechnęła się przy tym i mrugnęła okiem. Zaraz potem przeszedł ją dreszcz, bo przecież to mogło wyjść zbyt zalotnie. Tego nie chciała. Chciała, żeby Joshua przypomniał sobie historię o jednym z krewnych Ruby, który rzucił na swojego przeciwnika klątewkę: co trzy minuty na czubek jego głowy spadała kropla wody. Po tygodniu wył z bólu.
    Theodora podniosła różdżkę dziewczyny i obejrzała pod światło. Dość prosta w wykonaniu, ale polakierowana tak, że prawie błyszczała jak lustro. A w każdym razie błyszczałaby, gdyby nie była zatłuszczona. Dora przesunęła długim paznokciem po lakierze. Powstało zadrapanie.
    Janett szarpnęła się.
    – Przestań – powiedziała Puchonka chrapliwym tonem. – Pójdziesz do opiekuna swojego Domu i mu się do wszystkiego przyznasz.
    Ten głos... nie chodziło tylko o to, że nie znosił sprzeciwu. To był głos, którego nie można było nie posłuchać. Słowa wręcz uciskały człowieka do momentu, w którym nie spełnił polecenia. Trudno powiedzieć, kwestia charakteru czy dryg do legilimencji.
    – Pójdę do opiekuna Ravenclawu i do wszystkiego się przyznam – powtórzyła Janett tak, jakby to ona pierwsza wpadła na ten pomysł. – Mogę moją różdżkę?
    Dora oddała dziewczynie własność. Krukonka nawet nie spojrzała na rysę. Zaraz potem odeszła, jakby nie było tu żadnego zajścia.
    Harth wypuściła ze świstem powietrze. Poprawiła podkolanówki i wygładziła koszulę oraz pulower.
    Dłużej nie dało się odwlekać rozmowy.
    – Proszę – podała chłopakowi podręcznik. – Ty powinieneś oddać to Andrei. Wyrwali parę stron, ale ona ma brakujące, to da się naprawić w maks dwa zaklęcia. - Rozejrzała się dookoła, czy oby nie pojawi się coś, co przeszkodzi jej w następnym wyznaniu. Nie, byli tylko oni. Przeniosła wzrok na oczy Josha. – Dobrze, że tutaj byłeś. Sądziłam, że sobie poradzę, ale nie wiedziałam, że ta Janett... Dziękuję – powiedziała i natychmiast rozpromieniła się. Wypowiedzenie tego słowa zdjęło z niej jakiś ciężar. – To bardzo rycerskie z twojej strony. Aż zazdroszczę Andrei.

    Dora

    OdpowiedzUsuń
  97. Panna Harth miała już jednego, osobistego starszego brata. Nazywał się Jasper Harth i urodził się dziewięć lat wcześniej niż ona, co oznaczało, że nigdy nie spotkali się w szkole. Przez różnicę wieku czuła się jak jedynaczka, nawet jeśli nauczyciele pytali czasem, czy Jasper został już kimś wielkim albo wylądował w Azkabanie, bo do obu rzeczy miał równe predyspozycje. Wypowiadali pytanie żartem, ale Dora czuła, że humorem maskują prawdziwe obawy. Jasper jako czarodziej miał niesamowite możliwości. Ciekawe, czy nauczyciele mieli pojęcie, że już jako uczeń Slytherinu uczył się na własną rękę legilimencji? To właśnie on w ostatnie wakacje pokazał Dorze pewne podstawy. Przekazał jej jedynie okruch wiedzy, sposób na ukierunkowanie naturalnych predyspozycji, jak sam to określał. Tylko tyle, żeby w razie problemów uznano ją za nieświadomie korzystającą z potężnej i zakazanej magii. Oczywiście nie powiedział tego głośno. Ale Dora nie miała pięciu lat. Domyśliła się, o co chodzi. I przez kilka nocy nie mogła z tego powodu spać.
    Miała jednego starszego brata i ta ilość w pełni zaspokajała jej potrzeby. Chociaż i tak uważała, że Andrea była w lepszej sytuacji niż ona lata temu. Nikt tak się nie garnął do pomagania jej. Owszem, było kilkoro zmuszonych do tego uczniów, ale tylko dlatego, że dyrektor obawiał się o szczególne zdolności Theodory.
    – W takich chwilach możesz na mnie liczyć, panie Yaxley. No wiesz, wróg mojego wroga... – zaczęła zadziornie. W następnej sekundzie uświadomiła sobie coś ważnego, co oszołomiło ją na moment nie dłuższy niż parę uderzeń serca.
    On wcale nie miał na myśli tego, że na kilka minut połączyli siły, żeby walczyć w imieniu dwóch przestraszonych dwunastolatek. To był tylko pretekst. Ważny, oczywiście, że ważny, ale blednący wobec tej... innej rzeczy, która się stała.
    Nie znalazła dobrych słów, ale wiedziała, że jeśli czegoś nie zrobi, straci go. Kilka lat temu w podobnej pełnej napięcia chwili zaatakowała go słowami. To był błąd. Równie wielki popełni, jeśli teraz nic nie zrobi. Stchórzy.
    Theodora zawsze umiała znaleźć odwagę, żeby stanąć w obronie dobra innych. Gorzej wychodziła jej walka o własne dobro.
    Nie znalazła dobrych słów, ale Joshua stał blisko. Na tyle, że mogła szybko sięgnąć ku jego dłoni i ścisnąć. W ten sposób mogła pokazać mu, że ona tutaj jest. Tu. Przy nim.
    Przełknęła ślinę.
    – Powinnam powiedzieć to już dawno, ale jakoś nie było okazji – mimowolnie mocniej uścisnęła go za rękę, żeby dodać sobie odwagi. – To wszystko, co kiedyś ci powiedziałam. No wiesz, w drugiej klasie... To było głupie. Przepraszam.
    Nie powiedziała „nie miałam tego na myśli”. Wtedy chciała wykrzyczeć każde z tamtych słów. Nadal żyło w niej to wspomnienie. To, jak była pewna wygłaszanych epitetów. To, jak ochoczo przypisała chłopakowi, wtedy zaledwie chłopcu, wiele przymiotów. I w jak wielu przypadkach się pomyliła. To, jak lekką ręką zerwała ich wcześniejszą przyjaźń.
    Kiedy jechali do Hogwartu, oboje marzyli o Slytherinie. Przydział do Huffelpuffu trochę zaskoczył Dorę, ale na początku nie było jeszcze źle. Dopiero później przesiąkła tym, co wpychali jej do głowy inni.

    Dobra

    OdpowiedzUsuń
  98. Addison pochyliła głowę, wpatrując się w swoje cytrynowe, niemal odblaskowe tenisówki, dzisiaj z malinowymi sznurowadłami. W milczeniu machała nogami tuż nad podłogą, jakby kopała niewidzialne kamyczki. Nigdy nie potrafiła pozostać dłużej w bezruchu, który niezwykle ją męczył; nierzadko doprowadzała innych do szału swoim nieustannym wierceniem się, stukaniem i kołysaniem, ale pomagało jej się to skupić. Między jej brwiami pojawiła się pionowa zmarszczka, gdy intensywnie myślała nad słowami wypowiedzianymi przez Josha. Wiedziała, że nie wymagał od niej w tej chwili żadnych deklaracji czy obietnic, chciał jedynie, by zastanowiła się nad daniem mu kolejnej szansy. Addie czuła, że Yaxley dałby jej tyle czasu, ile tylko by potrzebowała, aby podjąć decyzję, czy ponownie wpuści go do swojego życia, ale wcale nie chciała tego czasu. Miała jedną zasadę: wszystko albo nic. Nie uznawała żadnego pomiędzy. Łatwo wpadała w złość, łatwo wypełniało ją szczęście, łatwo się obrażała, ale też łatwo wybaczała.
    W końcu uniosła głowę, a jej promienny uśmiech wydawał się rozpraszać mrok panujący w pomieszczeniu.
    – A czy ja kiedykolwiek zachowywałam się racjonalnie? – spytała Addison, mrugając do niego. To nie znaczyło jeszcze, że pozwoli Joshowi się do siebie zbliżyć, jednak na pewno stanowiło to krok w dobrym kierunku. Pewnie powinna dłużej go męczyć swoim niezdecydowaniem. Pewnie powinna pozwolić mu odczuć, co to znaczy cierpieć, gdy osoba, która znaczyła dla ciebie tak wiele, odwraca się do ciebie plecami. Pewnie powinna zareagować w sposób wyniosły i okrutny, by chłopak zrozumiał, jak bardzo krzywdził ją podobnym postępowaniem przez ostatnie lata. Jednak nie była w stanie tego zrobić. Addie obiecywała sobie, że dłużej nie będzie naiwna i nie pozwoli, by ktokolwiek wykorzystywał jej skłonność do wybaczania, ale ona również tęskniła za Joshem. Trochę się bała, że nie odnajdzie w obecnym Yaxley'u cech chłopaka, z którym w dzieciństwie spędzała tak wiele czasu, lecz im dłużej z nim rozmawiała, tym łatwiej było jej uwierzyć, że to wciąż ten sam idiota, który ciągnął ją za włosy i uciekał przed nią tak długo, aż im obojgu brakowało tchu i ze śmiechem padali na trawę. Addie bała się tego, co się stanie, gdy ponownie zaczną się do siebie zbliżać. Nie była na tyle łatwowierna, by sądzić, że Josh porzuci swoje przekonania oraz zainteresowania, że zapomni o wychowaniu i wpływie, jaki na jego charakter mieli rodzice oraz jej starsi bracia, a ona po prostu nie mogła zaakceptować jego oddania czarnej magii i idei czystości krwi. Ale cholernie za nim tęskniła i w tej chwili różnice w ich poglądach przestawały się liczyć.
    – Tylko nie spieprz tego, Yaxley? Słyszysz? – spytała, przegryzając wnętrze policzka. Wiedziała, że nie będzie idealnie. Ba!, na początku pewnie nie będzie nawet dobrze. Ale na razie musiało im to wystarczyć.

    Addison

    OdpowiedzUsuń
  99. Nie to, że polubił Yaxleya, nie to, że wyobrażał sobie jakimi f a j n y m i kumplami bedą i jak to wesoło pohasają na tęczowej łące jednorożcow i różowych, puchatych króliczków, trzymając się za łapki. Nie był przecież głupi, a Joshua był ślizgonem, którego szczerze nie znosił przez te wszystkie lata, a tego nie dało się przekreślić małym przedstawieniem. Najbardziej zirytowała go ta dwulicowość, to jak szybko ten przeszedł z uroczego flirciarza na aroganckiego bufona. Cóż, jak widać miał w tym doświadczenie. A Freddie chciał po prostu odejść, choć raz rozstać cie w pokoju, nie, nawet nie w pokoju, w obojętności. Sądził, że to możliwe, po tym jak jeszcze przed chwilą wspólnie wrobili pół szkoły, ale najwyraźniej się mylił.
    Może i rzut książką nie był najmądrzejszym posunięciem, ale za to jedynym, które w tej jednej szybkiej sekundzie przyszło mu do głowy. Miał ochotę zaśmiać się na wściekłą minę ślizgona. Czyżby ktoś znowu stracił fason?
    - Znakomicie, dziękuję za troskę, mój drogi - odpowiedział sarkastycznie, zmuszajac się do nieszczerego uśmiechu, który wyglądał bardziej jak obnażenie zębów. Nadal był wściekły, mimo, że złosć na chwilę wyparło to słabe rozbawienie.
    - O nie, przejrzałeś mnie! Kurczę, co ja teraz pocznę... - rzucił jeszcze, w teatralnym geście łapiąc się za serce. Nie mógł powstrzymać tej swojej frederickowatej, ironicznej strony od wtrącania się. Dlatego zrobił krok w jego stronę, kręcąc głową.
    - Potraktuję to jako komplement...- zaczął jeszcze lekko, ale zaraz wyraz jego twarzy zrobił się poważniejszy - Jesteś zepsutym, fałszywym bucem, który myśli, że może wszystkimi dyrygować i wtrącać się w cudze życia, tylko dlatego, że mu się nie podobają. Ale..a to pech, kotku. Świat nie należy do ciebie, więc choćbyś mnie torturował, dał mi w twarz czy cokolwiek nadal będe cie wkurwiać swoim zachowaniem, bo taki właśnie jestem, Joshuś. Skończyłem. Możesz już uciekać.

    Freddie

    OdpowiedzUsuń
  100. Julia nim nie gardziła. W pewnym momencie poczuła jednak jakby to on gardził nią. Jakby rzeczywiście czuł się lepszy od wszystkich tylko ze względu na pochodzenie i jeszcze był z tego poglądu dumny. I ona oczywiście rozumiała jego punkt widzenia, ale nie zgadzała się z nim tak bardzo, że jego słowa były niemal bolesne. Wymazywały wszystko, co działo się do tej pory. Nić porozumienia, która się między nimi wytworzyła. Joshua przeciął ją bezceremonialnie kilkoma zdaniami. I tak, może rzeczywiście skreślała go przez jego sposób postrzegania świata i wyobrażenie odpowiedniej hierarchii społeczeństwa, ale też nie mogła przeskoczyć siebie i po prostu tego zaakceptować. Jej tolerancja kończyła się tam, gdzie coś okazywało się krzywdzące dla innych, a poglądy Yaxleya takie były, nawet jeśli nie krzywdziły fizycznie.
    Na jego słowa odwróciła się i zaśmiała gorzko.
    - A gdybym urodziła się w mugolskiej rodzinie? - spytała i wzruszyła ramionami. - Miałbyś w dupie to jaka jestem. I tak byłabym dla Ciebie gorszym sortem.
    Pokręciła głową z niedowierzaniem i wyszła z sali. Miała dość. Nie chciała się kłócić, dyskutować bez sensu, bo i tak miała wrażenie, że to absolutnie nic nie da. Koniec. Koniec głupiego pomysłu przyjaźni między Krukonką a Ślizgonem. Może stereotypy jednak istniały i to nie powinno się wydarzyć.

    Julia

    OdpowiedzUsuń
  101. Gdyby potrafiła, podskoczyłaby teraz i zrobiła radosnego koziołka w powietrzu. I miałaby gdzieś, że takie wyrażanie emocji jest mało eleganckie. Jej wnętrzności zrobiły tego koziołka i wcale nie poczuła od tego mdłości.
    Nawet w najśmielszych snach nie przypuszczała, że ich godzenie się może wyjść tak dobrze. Spektakularnie dobrze. Nieziemsko dobrze. Lepiej niż dobrze. Lepiej niż najlepiej.
    Theodoro, odetchnij. Znowu odjeżdżasz.
    Tylko jak miała nie odjeżdżać, kiedy Joshua stał obok niej i wreszcie wyglądało na to, że będą mogli ze sobą spędzać czas. Od teraz będzie mogła bez narażania własnej reputacji posyłać mu uśmiech. Będzie mogła nawet z nim rozmawiać. Bo znowu byli po jednej stronie barykady.
    Dora już prawie wykrzyknęła, że tak, że ma czas, że może spotkać się z nim gdziekolwiek choćby i w tej chwili. Jednak jej spojrzenie padło na podręcznik Andrei. Euforia Puchonki osłabła.
    - W poniedziałek mam sprawdzian z transmutacji – powiedziała ze słyszalnym zawodem w głosie. – Nie wiem, jak kiedyś mogłam rozumieć ten przedmiot. Naprawdę powinnam się uczyć. Ale spacer po błoniach... W zasadzie każdy potrzebuje przerwy od nauki, prawda? – Pytanie nie było do końca retoryczne. Dużo lepiej radziła sobie z dawaniem rad innym niż sobie samej. To mogło mieć coś wspólnego ze starą zagadką „kto strzeże strażników”.
    Wiedziała, że sprawia wrażenie osoby godnej zaufania. Od zawsze starała się taką być, mądrze dobierać słowa i naprawdę pomagać innym. Działało. Ludzie jej ufali. Inaczej przecież Andrea i Frankie nie prosiłyby o pomoc. Druga strona monety była taka, że Dora nie miała nikogo, na kim mogła w pełni polegać. Nie chciała ich obciążać swoimi problemami. Bała się, że nie podołają. Nie ufała im na tyle.
    Cóż, Harth, chyba najwyższa pora zaufać Yaxleyowi w tej drobnej sprawie i przekonać się, ile jest prawdy w powiedzeniu „lepiej późno niż wcale”.
    – Będę mieć czas – zdecydowała. – Pójdę się uczyć już teraz. Umówiłam się z Piętką, że po kolacji nauczy mnie robić maślane ciastka. Te kwadratowe.
    W zasadzie nikogo nie powinno dziwić, że Theodora Harth była w dobrych układach ze skrzatami z kuchni. Spora część Puchonów była. Szczególnie ci, którzy nie należeli do najbardziej lubianych tak we własnym Domu, jak i w całej szkolnej społeczności.
    – A, kiedy będziesz oddawał siostrze podręcznik, nie zachłyśnij się chwałą i podsuń jej pomysł, żeby pogadała z Frankie na temat ścięcia włosów. To może rozwiązać niektóre problemy.
    Długość włosów Franceski była imponująca, lecz w końcówkach rozdwajających się na dziesięć centymetrów nie imponowało zgoła nic.

    Dora

    OdpowiedzUsuń
  102. Zegarek. Transmutacja. Zegarek. Transmutacja. Zegarek...
    Tak wyglądała większość wolnego czasu Theodory po spotkaniu z Joshuą. Była naprawdę zmobilizowana i do ideału brakowało jej tylko utrzymania koncentracji na nauce. Coś się zmieniło. Nie umiała sobie znaleźć miejsca, chociaż usiłowała. Momentami wygrywała tę wewnętrzną walkę, momentami tylko oszukiwała samą siebie, że się uczy. Jej wyobraźnia szalała.
    Robiła w głowie listę rzeczy, o których mogliby porozmawiać. Rzeczy, o których chciałaby mu powiedzieć. Znalazło się na niej znacznie więcej niż zdążą przedyskutować. Ale to przecież nie szkodzi. Będą inne spacery.
    Od początku roku Dorę gryzła niepewność tego, co będzie dalej. Nie była do końca przekonana, że istnieje życie pozahogwartowe. Nareszcie wątpliwości odeszły. Ważne stało się to, co działo się obecnie. Aż miała ochotę wypowiedzieć słynne słowa przywołujące diabła. I to wszystko zanim jeszcze nadeszła sobota.
    W piątek po południu pod czujnym okiem skrzatki przygotowała ciastka. Żadne się nie przypaliło, a dwa połamane zostały natychmiast pożarte. Nie ma dowodów, nie ma zbrodni. Piętka nawet ją pochwaliła za tę jedną blaszkę równiutkich ciastek zrobioną w czasie, kiedy skrzaty przygotowały już pięć. Ich było więcej. Poza tym Dora nigdzie się nie śpieszyła, kiedy wyrabiała ciasto. Lubiła tak tradycyjne podejście do kuchni i całkiem jej to wychodziło. Jak zresztą wszystkie czynności, które wymagają dodawania i mieszania. Na przykład eliksiry, w mniejszym stopniu zielarstwo.
    Ale to na wróżbiarstwie była prawdziwą królową balu. Cóż, w odróżnieniu od większości uczniów, ona miała dużo okazji, żeby szlifować umiejętności. Do tego dochodził słynny instynkt Harthów. W jej przypadku dużo więcej niż zwykły instynkt.
    Miewała też przykre napady poczucia obowiązku. Gorsze niż wyrzut sumienia, równie bolesne jak skurcz wątroby. Powinna zająć się nauką. Dlatego tak strasznie poczuła się w piątek wieczorem, kiedy położyła przy łóżku błyszczyk, który miał odcień ciemnego złota. W sam raz na jesień, do tego praktycznie niewidoczny na pierwszy rzut oka. Nagle zakuło ją sumienie i uznała, że jeszcze się pouczy.
    W rezultacie zasnęła w wygodnym fotelu w pokoju wspólnym Puchonów nad podręcznikiem do transmutacji. Obudziła się, kiedy tuż po świcie dwoje amatorów zdrowego stylu życia wychodziło pobiegać. Zwlokła się, obolała, jakby ją w nocy okładali pałkarze i przeniosła do swojego łóżka. Nie mogła jednak zmrużyć oczu, więc skończyło się na dokładnym posypywaniu wcieraniu we we włosy pudru „Lwie loki”, żeby, jak obiecywało opakowanie „unieść i nadać fryzurze objętość”.
    Podczas śniadania i później nie dało się z nią rozmawiać. Jej myśli już zajmowało południe, które...
    O mało co przegapiła. Za długo rozmawiała z Mattem, który od trzech dni leżał w skrzydle szpitalnym i wzbraniał się, gdy przynosiła mu pracę domową.
    Część drogi pokonała biegiem. Potem zwolniła, żeby nie pokazać się Joshowi z zadyszką.
    - Josh! – zawołała, kiedy tylko wypatrzyła go w tłumie. Przy jej wzroście nie było to najłatwiejsze, wysocy ludzie co chwilę zasłaniali pole widzenia. Szybko przebiła się przez gromadę uczniów i stanęła obok Ślizgona.
    – Dobrze cię widzieć. Chodź, póki jeszcze świeci słońce. – W istocie, dzień nie należał do najcieplejszych, ale za to był pogodny. – Jesteś stanowczo zbyt blady. Planujesz zimą maskować się w śniegu?

    Dora

    OdpowiedzUsuń
  103. [ Lana w tytule, Lana w tytule!
    Hej! ]

    Andra

    OdpowiedzUsuń
  104. [Trochę późno to piszę, bo pamięć mam dobrą, ale krótką. Nic nie szkodzi, że sobie trochę poczekam. Wyczekany wątek smakuje lepiej.
    Życzę udanego wyjazdu! ]

    Dora

    OdpowiedzUsuń
  105. Dobry!
    Mam takie pytanie, czy któreś z rodzeństwa młodego Yaxleya jest może do przejęcia? Bardzo proszę o odpowiedź na maila: szaramarionetka@gmail.com c:

    OdpowiedzUsuń
  106. [Kajam się i proszę o wybaczenie. Odpis będzie jutro około południa. Naprawdę nie chciałam kazać Ci czekać, ale kończyłam szalik. Myślałam, że skończę w okolicach 18, potem musiałam pruć, naprawiać i zszywać. Skończyłam po 23.]

    Dora

    OdpowiedzUsuń
  107. W zasadzie mogła się spodziewać, że Yaxleyowie są już genetycznie przystosowani do bycia arystokratycznie złowieszczymi. Tak przecież działa natura: drapieżnik jest pełen gracji, dumny, ofiara szara i malutka. Theodora była genetycznie przystosowana... do roli wróżki chrzestnej Kopciuszka. Umiała nawet śpiewać. Wszystkim, absolutnie wszystkim kojarzyła się z dobrą postacią z bajki. Nie walczącą w słusznej sprawie, nie pragnącą dobra, ale po prostu dobrą. Niewinny, jasnowłosy aniołek w każdym bożonarodzeniowym przedstawieniu.
    Zawsze zazdrościła ludziom, na których wystarczy raz spojrzeć, żeby wiedzieć, że mają charakter.
    – Tak, upieczone. Wyrabiałam ciasto rękoma. Gdybym miała przetransmutować mąkę w ciastka, straciłabym tam pół życia.
    Wyjęła z kieszeni rękawiczki bez palców. Naturalnie, były żółte z biało-czarnym borsukiem. Ale nie należały do szczególnie udanych. Tak naprawdę powinna je spruć i zrobić jeszcze raz, jednak miała sentyment do pierwszej pary, jaką udało się jej skończyć.
    Nie byli jedynymi, którzy spędzali czas na błoniach. Inni młodzi czarodzieje, w większych lub mniejszych grupkach rozmawiali, kłócili się, dopingowali kogoś o imieniu Zachariasz, kto najwyraźniej przegrał zakład i musiał przebiec ileś okrążeń wokół jeziora. Wszystkie te czynności nie były jednak na tyle zajmujące, by uczniowie nie zwrócili uwagi na Ślizgona i Puchonkę, którzy zdawali się być w jak najlepszej komitywie.
    Theodora przez chwilę wpatrywała się w boisko do quidditcha. Widziała wśród ćwiczących Matta, który najwyraźniej już pozbierał się po tym, jak dostał tłuczkiem w głowę. Przyglądała się mu tylko dlatego, że nie wiedziała, jak ma rozmawiać z Joshem.
    Zacząć od streszczenia ostatnich kilku lat? Rozmawiać tak, jakby nigdy się nie pokłócili?
    Nie zanudzić go. To dobry plan.
    – Mama się obawia, że nasz Renfield zamarznie – powiedziała. I nagle dotarło do niej, że się wkopała. Rano dostała list od rodziców. Właściwie to od matki, która na dobre wróciła do mieszkania w Londynie. Lato i część jesieni spędzała w nowej-starej posiadłości w Northamptonshire. Co... też było długą historią.
    – Zresztą nieważne. To skomplikowane. Odpiszę jej, żeby wysłała mu jakiś sweter, jeśli tak się martwi. Do tej pory jakoś sobie radził. Renfield, nasz... rezydent.
    Czuła, że policzki jej płoną. Musiały być czerwone jak podszewki peleryn Gryfonów. Już nie tylko zaróżowione od chłodnego wiatru. Paląco czerwone. Zawsze się tak działo, kiedy mówiła o czymś, czego trochę się wstydziła. A odzyskany przez brata majątek Pemberley był w końcu majątkiem po Śmierciożercach. Ojciec Dory włożył dużo wysiłku, by przekonać ją, że powinna udawać, że jej rodzina zawsze walczyła po stronie tych dobrych. Częściowo mu się udało.
    – Mam ze sobą te ciastka. Chyba są jadalne – zmieniła temat.

    Dora

    OdpowiedzUsuń
  108. [Hm, hm.
    O, ja wiem. Z Autorką Trixie knujemy właśnie powiązanie – jej postać jest półkrwi, więc pewnie z lekka pogardliwie ojciec naszego rodzeństwa podchodziłby do takich czarodziejów (choć nie tak, jak do mugolaków, oczywiście), natomiast moja Opal bardzo nie chce tej znajomości urywać. Ktoś mógłby donieść państwu Yaxley o tym, że młoda znalazła sobie nieodpowiednią przyjaciółkę i wysłałby do Josha list, w którym informuje go, że ma przypilnować córki, by nigdy więcej nie miała kontaktu z "tą dziewuchą". Natomiast dobry starszy braciszek pewnie by jej o tym powiedział, znając sytuację rodzinną i próbowałby jakoś obronić młodszą siostrę, gdyby wrócili do domu na święta... Co Ty na to? c:]

    siostrunia

    OdpowiedzUsuń
  109. [Nie ma sprawy! <3]

    Opal Yaxley

    OdpowiedzUsuń
  110. Głęboko odetchnęła, kiedy się zatrzymali. Przymknęła na moment oczy, pozwalając sobie na słodkie dwie sekundy, podczas których jej umysłu nie zaprzątała żadna myśl. Jeszcze raz, od początku, świeży start.
    Poczuła się tak, jakby olbrzymi ciężar spadł jej z pleców. Taki, o którym nawet nie wiedziała, że tam jest. Który był tam tak długo, że już się do niego przyzwyczaiła. Na jego miejscu pojawiła się lekka jak ptasie mleczko ulga, że może naprawdę pobyć sobą. W końcu Joshua znał ją jako jedenastolatkę i na pewno tak, jak ona pamiętał kilka wspólnych, nazwijmy to, przygód, które opowiedziane w towarzystwie nieźle by ich oboje skompromitowali.
    – Poczekaj, mogę o tym powiedzieć – powiedziała, chichocząc. Lekko się opierała ciągnięciu za rękę, ale tak, by nie opierać się wcale. – Po prostu... zapomniałam, że ty i tak wiesz o przeszłości mojej rodziny.
    Pozostawała krok, może dwa za nim i mówiła właściwie do jego pleców, ale nie miała wątpliwości, że chłopak jej słucha. Już wcześniej zauważyła, jaką uwagę Joshua zwraca na rozmówców. Ten fakt mile ją łaskotał.
    – Przed wojną, właściwie obiema, Harthowie mieli sporo majątku. Jasper udowodnił, że jesteśmy jedynymi, którzy maja prawo dziedziczyć po innych liniach rodu. I to wszystko powoli do nas wraca. Zeszłej wiosny Jasper zdobył akty własności posiadłości w Northamptonshire. A kiedy tam pojechał, okazało się, że w Pemberley mieszka Renfield. On naprawdę ma tak na nazwisko, jest Amerykaninem i...
    Ręka dziewczyny wyślizgnęła się z rękawiczki, która została w dłoni Josha. Dora gwałtownie się zatrzymała. W nienaturalny sposób, jakby coś ją spetryfikowało. Odwrócony do niej tyłem chłopak nie mógł zobaczyć, jak źrenice dziewczyny rozszerzają się tak, że tęczówki pozostają tylko delikatną orzechową obwódką wokół czarnych pól. Trwało to tyle, co mrugnięcie, choć gdyby uważnie się przypatrzeć, można było w tym krótki momencie dostrzec odbite w jej oczach obrazy.
    Sługa pozbawiony pana będzie szukał zemsty na tych, którzy go zgubili. Wywar z belladonny i łuski rogatego węża będzie gotowy w noc zimowego przesilenia. To stanie się, kiedy zapłonie fioletowy płomień.. – Głos Theodory Harth brzmiał przerażająco. Niski, chrapliwy, ale w dziwny sposób twardy. W słowach, które wypowiadała tkwiła siła. Każde z nich rozbrzmiało w powietrzu z taką samą mocą, jak gdyby chciało wpisać się w pamięć słuchających. Dziewczyna miała wzrok utkwiony gdzieś w dali. Nie po prostu w horyzoncie, ale w miejscu jeszcze bardziej odległym.
    Skończyła. Głowa opadła jej na piersi, ciałem wstrząsnął dreszcz. Podniosła czoło. Na twarzy miała wypisany wyraz lekkiego zagubienia.
    – I przedstawił się jako nadzorca Pemberley – dokończyła niemal tak, jakby nic się nie stało.
    Niemal, bowiem poczuła ciepłą strużkę spływającą w stronę wargi. Dotknęła palcami. Krew. Z nosa.
    – Josh, przepraszam – powiedziała, chwiejąc się, choć stała na dwóch nogach. – Chyba nie czuję się dobrze.

    Dora

    OdpowiedzUsuń
  111. [Cześć! Jako że wątków nie mam zbyt wielu, a moja Trixie zaczyna być powodem kłopotów siostry Joshui, pomyślałam sobie, czy może by ten fakt wykorzystać jakoś i stworzyć wątek z Tobą? ;D Jeśli masz jeszcze na takowy czas, miejsce, ochotę. ;D]

    Trixie

    OdpowiedzUsuń
  112. Rzadko kiedy schodziła na śniadania.
    Nie bywała głodna przed dziesiątą czy jedenastą, a przy tym niezbyt uśmiechało jej się jedzenie w pełnej sali, gdzie możesz przypadkowo napotkać nieprzychylne spojrzenie jakiegoś rosłego Gryfona z siódmej klasy; nie lubiła jeść wśród ludzi. Wydawało jej się, jakby miliony oczu wpatrywały się w nią i tylko w nią, jakkolwiek irracjonalny nie był ów strach – miała wrażenie, że tonie w ich wzroku, w ich mocno wyczuwalnej niechęci. Nigdy nikomu by się do tego nie przyznała, aczkolwiek najczęściej potajemnie kradła pozostałe resztki ze stołu, starannie zawijała w czysty papier i chowała do kieszeni, z zamiarem przegryzienia czegoś później, gdy będzie już sama, bez wścibskich spojrzeń.
    Lubiła jednak być z Trixie – obecność dziewczyny działała na nią nader uspokajająco, więc, zamiast ociągać się ze wstaniem, tego ranka szybko wciągnęła przez głowę ciepły, szary sweterek, zawiązała buty i jak strzała wybiegła z Pokoju Wspólnego. Stanowczo wolała przyjemny, kojący chłód, niż upalne słońce, i w duchu dziękowała, że urodziła się mała i chuda, bo zbyt dobrze zdawała sobie sprawę, iż gdyby było inaczej, gorąc dawałby się jej we znaki jeszcze mocniej.
    Złapała więc koleżankę za rękę, co było z jej strony śmiałym gestem – zbyt śmiałym – i pociągnęła ją za sobą do Wielkiej Sali, dopiero przed drzwiami reflektując się i puszczając jej dłoń. Tego tylko by brakowało, zostać oskarżona o homoseksualizm. Ojciec byłby wściekły, niezależnie od tego, gdzie leżałaby prawda. Uśmiechnęła się tylko nieśmiało do dziewczyny, przy której potrafiła naprawdę się rozluźnić i powoli weszła, kierując się do stołu Krukonów. Niekiedy były momenty, w których siadała razem z resztą Węży – ale nie dziś. Panująca tam sztuczność, chęć przypodobania się rodzinom (takim, jak ich rodzina), zaburzała koncepcję piękniejszego, nieplastikowego dnia.
    Mimo to, nieustannie oglądała się, by złapać spojrzenie brata. Był jedynym dzieckiem Yaxleyów starszym od niej i to wystarczyło, by czuła do niego dozgonną wdzięczność – w przeciwnym razie wszystkie pytania i obowiązki spadłyby na nią jak grad. Joshua dawał jej wsparcie, którego potrzebowała, a na które nie mogła liczyć od rodziców, i przygnębiająca była tylko świadomość, że jemu nie ma kto pomóc; miał tylko ich, trójkę młodszego rodzeństwa, w tym dwoje wymagające większej opieki, niżeli mogło dać ciepła i zrozumienia.
    – Co się stało? – spytała zdumiona, niepewnie wstając od stołu. Porozumiewawczym gestem wytłumaczyła Trixie sytuację i podążyła za Joshem na korytarz. Odgłosy uczty ucichły; tu, w ciemnym kącie, było o wiele spokojniej. Mimo to czuła, jak jej serce przyspiesza w obawie przed nieznanym, przed uczuciem, którego nie mogła nazwać. Oddychała płycej, jak gdyby płuca doznały niespodziewanego skurczu i dopiero po dłuższej chwili skojarzyła – to strach.
    – Co to jest? – Zmarszczyła brwi, spoglądając na trzymaną przez brata w dłoni kartkę papieru.

    kochająca siostrzyczka

    OdpowiedzUsuń
  113. [Wymyślać mogę, nie ma problemu, jednak pomysł zależy od stanowiska Joshui w tej sprawie. Mógłby, wiedząc, że Opal nie da się przekonać do zerwania tej znajomość, próbować porozmawiać z Trixie, by wyszło to z jej strony - spróbowałby wytłumaczyć jej, że tak będzie lepiej dla Opal, że ta przyjaźń może jej bardzo zaszkodzić; spokojnie, rozsądnie, bez agresji. Chyba że nie zdołałby się powstrzymać. ;D]

    Trixie

    OdpowiedzUsuń
  114. [Trixie jest uparta, pewnie nie chce stracić Opal, poza tym jest przeświadczona o inteligencji i rozsądku przyjaciółki, więc uważa, że ta jest w stanie decydować sama za siebie. :D Będę więc pamiętać, że musi trzymać różdżkę w pogotowiu.]

    Trixie

    OdpowiedzUsuń
  115. Mocno walczyła z ogarniającym ją zmęczeniem i uczuciem bezwładności. Rzeczywistość docierała przez niej zakłócona, jakby wokół głowy miała owinięty gruby dywan. Oddychała przez usta, głęboko. Dopływ tlenu trochę pomógł, mogła skoncentrować się na tyle, żeby zrozumieć słowa chłopaka.
    – Nie, nie do skrzydła szpitalnego – powiedziała słabym głosem. – Zaraz mi przejdzie. Muszę tylko... Usiąść. – Rozejrzała się dookoła. Najlepszym miejscem do siedzenia byłyby trybuny. Tyle, że tam na pewno ktoś zwróciłby na nią uwagę. Albo nawet jeszcze wcześniej, gdy szłaby w stronę boiska, zataczając się przy tym. Pół biedy, jeśli ktoś zainteresowałby się kierowany współczuciem i instynktem niesienia pomocy. Na błoniach było wielu uczniów. Wśród nich na pewno ktoś, kto doniósłby nauczycielom na pijaną Puchonkę. I miał z tego dziką radość. Dora, mimo najszczerszych chęci, równie łatwo zdobywała przyjaciół, jak i wrogów.
    Usiadła w miejscu, gdzie stała. Było całkiem sucho, poza tym od ziemi dzielił ją jeszcze materiał płaszcza. Powinna poczuć się lepiej zanim zacznie wsiąkać weń wilgoć. Oparła się plecami o drzewo. Jedną ręką przyciskała chusteczkę do nosa, drugą trzymała zebrane włosy, żeby nie wpadały jej do oczu, gdy pochylała głowę.
    – Co się stało? – zapytała. Bardzo powoli łączyła fakty, ale powoli z plątaniny myśli wyłaniała się jedyna możliwa wersja tego, co musiało się zdarzyć.
    Miała już pewnie doświadczenie w byciu Theodorą Harth. Zorientowała się, że nie może przywołać z pamięci ostatnich kilku minut. To plus wyczerpanie mogło oznaczać tylko, że rodzinna skaza dała o sobie znać. A Joshua był tego świadkiem. I tylko ten ostatni fakt lekko przerażał dziewczynę. Przywykła już do tego, że nie wie, co dzieje się z nią podczas wieszczenia. Pierwszy raz przepowiedziała przyszłość w drugiej klasie i prawie spadła wtedy ze schodów. Za pierwszym razem nie umiała się pozbierać. Drugi szok przyszedł, kiedy okazało się, że opiekun Huffelpuffu i dyrektor wiedzieli o jej darze jeszcze zanim ten się ujawnił.
    – Ach, rozumiem – powiedziała bardziej sama do siebie niż do Josha. – Chciałabym obiecać, że to wytłumaczę, ale... Chyba się nie da. Przed chwilą powiedziałam coś okropnego, prawda? Coś co dotyczyło ciebie? Zraniłam cię?
    Kiedyś to zrobiła. Zupełnie nieświadomie, ale do dziś czuła się winna. Nawet, jeśli nie miała żadnych wspomnień z tego, jak przepowiedziała jednemu z uczniów Hogwartu śmierć jego bliskiej przyjaciółki. Jako Dora potrafiła mówić o trudnych rzeczach w delikatny sposób. Jako jasnowidz nie miała żadnych skrupułów. Po prostu mówiła.
    – Naprawdę nie chciałam. Przepraszam, bardzo przepraszam!

    Dora

    OdpowiedzUsuń
  116. Addison wiedziała, że nie mogła od niego wymagać więcej. Tak jak w jej krwi płynęła potrzeba błyszczenia na boisku od Quidditcha, gdzie nierzadko efektowność akcji przedkładała nad efektywność, tak we krwi Josha płynęła potrzeba sprostania oczekiwaniom, jakie na jego barki nakładało znane nazwisko. Martwiła się o niego, bo po bladości jego wychudzonych policzków widziała, ile te próby go kosztują, jednak wiedziała, że nie mogła być dla niego zbyt dobra. Na razie postaram się jej wystarczało.
    – Nie kuś tak – mruknęła Addie z uśmiechem, dając mu lekkiego pstryczka w nos, gdy poprosił, żeby przywaliła mu w twarz z całej siły. – Kiedy będziesz zachowywał się jak kretyn, tak? Czyli mniej więcej sto razy dziennie?
    Zsunęła się z posłania, sięgając po jego koszulę, leżącą na fotelu. Zakażenie tak szybko obejmowało jego rękę, że musiała go rozebrać, by odsłonić czerniejące ramię oraz bark. To prawdziwy cud, że klątwa cofnęła się teraz jedynie do obandażowanej dłoni i nadgarstka, a według czarownika po tygodniu kończyna powinna być już w pełni sprawna. Addison wróciła do Josha i pomogła mu naciągnąć koszulę na ramiona, po czym położyła dłoń na jego nagiej klatce piersiowej na wysokości serca, by poczuć jego bicie przez chłodną, przyjemną w dotyku skórę. Jeszcze kilka godzin temu chłopak był rozpalony, a gdyby czarnomagiczne zaklęcie dosięgło serca, byłby martwy. Wciąż nie była pewna, czy Yaxley w pełni rozumiał powagę sytuacji, jednak na razie zrezygnowała z kolejnego kazania, w milczeniu zapinając guziki jego koszuli.
    – Nie powinieneś nadwyrężać ręki – poinformowała go, kładąc mu na kolanie słoiczek z ciemną, oleistą maścią. – Musisz to wsmarowywać w dłoń trzy razy dziennie przez najbliższy tydzień. Strasznie śmierdzi, ale działa błyskawicznie.
    Addie odwróciła się w kierunku drzwi, jakby oczekując, że zaraz pojawi się w nich uzdrowiciel, jednak dom wydawał się być dziwnie cichy. Przecież powinien usłyszeć ich podniesione głosy i przyjść do pokoju Josha, żeby sprawdzić jego stan. Zmarszczyła brwi w zastanowieniu, po czym posłała chłopakowi kojący uśmiech.
    – Zaraz wracam – mruknęła, wymykając się z pomieszczenia. Sprawdziła kolejne pokoje, ale nigdzie nie znalazła ich tajemniczego wybawiciela. Dziwne. Wróciła do Josha, mocno zagryzając wargi i rzucając na jego posłanie wierzchnią szatę. – Pośpiesz się. Musimy stąd spadać, coś jest nie tak. Dasz radę iść?

    Addison

    OdpowiedzUsuń
  117. [ Nic nie szkodzi. Jako dziecko służby zdrowia doskonale rozumiem Twoją sytuację.]

    Dora nie wzruszała się łatwo, a smutek nie powodował u niej płaczu. Jednak jak na człowieka nieskorego do wzruszeń, łzy pojawiały się w jej oczach zaskakująco często. Zupełnie jakby niektóre emocje nie mogły pomieścić się w raczej niewielkiej dziewczynie i musiały przelać się na zewnątrz. Tak było też tym razem. Czuła, jak szybko bije jej serce, kiedy domyślała się, co zaszło. Tętno uspokoiło się szybko, ale oczy zwilgotniały.
    Miała bladą twarz i brązowe oczy połyskujące od łez. A twarz Josha znajdowała się tak blisko jej. Głowę Theodory zajmowały myśli o wiele ważniejsze od zastanawiania się, co on teraz sobie myśli.
    – To brzmiało jak przepowiednia, bo... – zaczęła, ale urwała, gdy padł na nich cień.
    Zadarła głowę do góry. Nawet nie miała chwili na sformułowanie życzenia, żeby okazało się, że to przygnana wiatrem chmura zakryła na chwilę słońce. To zresztą byłoby oszukiwanie się. Cień był zbyt punktowy jak na chmurę. I za duży jak na ptaka.
    Był akurat takim cieniem, jaki mógłby rzucić czarodziej na miotle.
    Matthew Baltazar Murphy. Od siedmiu lat wychowanek domu Helgi Hufflepuff, z czego pięć jako obrońca w drużynie quidditcha, do czego miał doskonałe warunki. Dora podniosła się niezgrabnie, kiedy ciężko wylądował. Wyglądała przy nim jak skrzat domowy.
    – Wszystko w porządku? – zapytał, patrząc na nią, ale rzucił to jakby z automatu. Silnym ramieniem przesunął dziewczynę tak, żeby schowała się za nim. Miotłę bezceremonialnie rzucił na trawę.
    – Przyglądałem się wam – powiedział swoim niskim głosem. – Ale to nie jest w porządku, Yaxley.
    Wcisnął się między Dorę a Ślizgona. Choć wcisnął nie było tu najbardziej adekwatnym określeniem. Matthew miał posturę dorosłego mężczyzny i to z tych bardziej postawnych. Zagarnął sobie przestrzeń i zmusił dziewczynę do przyklejenia się plecami do pnia drzewa.
    – Cokolwiek jej robisz, przestań. Nic do ciebie nie mam, ale zrobiłeś coś Dorze.
    Nie wymachiwał pięściami. Nie groził. Po prostu stał i spokojnie wykładał swoje racje. Puchonka od razu zauważyła, że Murphy jest spięty. Wyprostował się jak nigdy, a mięśnie na ramionach napinał tak mocno, że widziała to mimo rękawa.
    – Matt, naprawdę nic się nie stało – odezwała się, sięgając po swoje wciąż osłabione siły.
    – Gdyby nic się nie stało, nie broniłabyś go – odparował z ujmującą prostotą zawodnik quidditcha.
    Dora rozejrzała się. Trening quidditcha odbywał się dalej, ale w oczywisty sposób był wymuszony. Wszyscy ćwiczący musieli słyszeć donośny głos Matthew. Możliwe też, że ktoś poprawił jego słyszalność zaklęciem.
    Uwaga Puchona odebrała jej argumenty. Do przed chwilą sądziła, że może łatwo na niego wpłynąć. Zwykle był podatny na jej sugestie, a ten przejaw samodzielności nie należał do zachować charakterystycznych dla Murphy'ego. Mogła użyć na nim sztuczki, której nauczyła się od brata, ale... Ale to był Matthew. Nie chciała tego na nim robić. Nie potrafiłaby się zmusić.

    Dora

    OdpowiedzUsuń
  118. Matthew nie był wybitnym czarodziejem. Obrońcą.. dobrym, ale nie na tyle, by zapewniło mu to miejsce w najlepszej krajowej drużynie, gdy skończy szkołę. Ale miał zdolność, która czyniła go wyjątkowym. Nie tylko na boisku.
    Potrafił stanąć murem.
    Zwykle przeszkodę nie do pokonania może stworzyć dopiero kilka osób. On robił to w pojedynkę. Tak stało się również tym razem. Można było odnieść wrażenie, że ziemia sapnęła ciężko, kiedy Murphy zaparł się mocniej nogami.
    Dora z trudem przełknęła ślinę. To nie był dobry znak.
    – Posłuchaj, przyjacielu. Nie jestem tu niepotrzebny – oznajmił. – Jeszcze mi za to podziękujesz.
    Coś w jego słowach nie pasowało do reszty obrazka. Dopiero po kilku sekundach Theodora zrozumiała, skąd ten dysonans poznawczy.
    Murphy nie przyszedł wszczynać awantury. Mimo bojowej postawy, wszystkie jego słowa były zgodne z intencjami. Tak zgodne, że można byłoby zatrudnić go do czytania bajek dla dzieci. Stał nieprzejednany między nią a Joshuą, ale... Czy na pewno dobrze przyjęła, że próbował ją bronić?
    Puchon spojrzał na nią.
    – Odprowadzę cię do pokoju wspólnego – zapowiedział, po czym schylił się po swoją miotłę. Położył rękę na ramieniu Dory w opiekuńczym, ale jednocześnie zaborczym geście. Posłała mu wściekłe spojrzenie, które zignorował.
    Dlaczego akurat on? Dlaczego ktoś, na kim nie potrafiłaby użyć swoich sztuczek? Wcisnęła zakrwawioną chusteczkę do kieszeni i poszła za nim. Zbyt zdenerwowana, żeby pomyśleć o tym, że została z jedną rękawiczką. Albo zauważyć, że Matthew przyjął na siebie praktycznie cały jej ciężar. Chłopak miał usta zaciśnięte w wąską kreskę.
    – Dlaczego to zrobiłeś?! – pytała raz za razem, ale on odezwał się dopiero, gdy miał pewność, że Yaxley ich już nie usłyszy.
    – Przecież powiedział, że nic mi nie zrobił!
    – Wiem. I nie kłamał. Tylko ty powinnaś trochę posiedzieć wśród uczniów swojego domu.
    – Bo co?
    – Bo chodzą plotki, że na jednej Krukonce użyto legilimencji. I plotki, że jakiś Ślizgon pomagał ci pacyfikować tych kretynów z trzeciego roku. Jak myślisz, jak zareagują nauczyciele, gdy zorientują się, że lubisz towarzystwo Yaxleya?
    Zwiesiła głowę. Miał rację. Trzeba poczekać aż plotki ucichną. Inaczej Josh oberwie za jej winy.
    Pożegnała się z Mattem w pokoju wspólnym. Pierwszą rzeczą, jaką zrobiła po zdjęciu kurtki, było napisanie krótkiej wiadomości i znalezienie Andrei, żeby przekazała ją bratu. Miała szczęście, że dziewczynka akurat grała w Eksplodującego Durnia z jakimś Ślizgonem w jej wieku.
    Josh, jestem ci winna sporo wyjaśnień. Będę czekać za kwadrans północ w wieży astronomicznej na drugim piętrze. W załomie obok portretu Ślepego Rycerza. Wybacz Matthowi, miał rację.
    Pozostawało czekać do końca dnia. I mieć nadzieję, że Joshua nie postanowił rozliczyć się z Murphym.

    Dora

    OdpowiedzUsuń
  119. – Ej, przytrzymaj drzwi.
    Dora prawie podskoczyła w miejscu. Było już dawno po ciszy nocnej i przekradła się przez pokój wspólny, kiedy usłyszała za plecami głośny szept.
    Dwóch szóstoklasistów niosło pełną rycerską zbroję. Jeden za ramiona, drugi za nogi. Pancerz nie posypał się na podłogę, więc albo trzymało go zaklęcie, albo... Albo ktoś był w środku. Normalnie zajęłaby się tym problemem. Normalnie musiałaby się dowiedzieć, czy ten w środku nie mdleje z braku powietrza. Ale teraz miała ważniejsze rzeczy na głowie.
    Przytrzymała drzwi dwóm szóstoklasistkom wynoszącym pełną rycerską zbroję i przez chwilę patrzyła, jak kierują się w stronę lochów.
    To drobne wydarzenie zaskakująco uspokoiło młodą czarownicę. Dało jej poczucie, że tej nocy ktoś inny ma większe szanse zdemaskowania.
    Stanęła we wnęce jeszcze przed umówioną porą i w myślach ćwiczyła, co powie Yaxleyowi, kiedy ten się pojawi. Jeśli się pojawi. Narastające z każdą sekundą wątpliwości przeszkadzały jej w wygłaszaniu w myślach tych wszystkich ważnych kwestii, które wymyśliła za dnia.
    Jest! Przyszedł! Mimo wszystko przyszedł.
    Na moment straciła panowanie nad sobą. Raptem chwilkę, ale wystarczająco długą, żeby zdążyła przytulić się do chłopaka. Zaledwie na tyle, żeby przez swoją bluzę i jej sweter z polarem poczuł ciepło jej ciała. Żeby dotarł do niego słodki zapach morelowego szamponu. Potem Dorze wrócił jej rozsądek i odsunęła się. Na twarzy miała wymalowany zawstydzony uśmiech.
    W nerwowym geście nawinęła na palec kosmyk włosów i zakręciła lok.
    – Ja... nie tak chciałam zacząć – powiedziała, wbijając wzrok w podłogę. Odwróciła się, dłonią dając znak Joshowi, żeby szedł za nią. Nie był to daleki spacer, zaledwie do załomu schodów, pod którym można było usiąść (ktoś, zapewne uczeń, przytargał tam nawet dywan) i ani schodzący ani wchodzący nie dostrzegali tego miejsca.
    – Przepraszam cię za Matthew.
    Znów nie powiedziała tego, co zaplanowała (choć tym razem miała dobry start), bo w pobliżu rozległy się kroki. Dwóch osób, co było wyraźnie słuchać, bo obie nosiły buty. Jedna nawet na lekkim obcasie. Dorze zrobiło się trochę głupio, że sama założyła grube wełniane skarpetki, żeby tłumiły kroki.
    – O, zajęte – odezwał się dziewczęcy głos.
    Czerwona z zażenowania Dora podniosła wzrok na dwójkę Ślizgonów.
    – Sorry – powiedział jasnowłosy przystojny chłopak. – Już stąd idziemy. Powodzenia, Yaxley.
    Zgodnie z obietnicą, natychmiast odeszli. Theodora słyszała, że rozmawiają szeptem i miała nieodparte wrażenie, że ją obgadują.
    Odczekała aż ucichną kroki. Doszła do wniosku, że jeśli natychmiast nie przejdzie do sedna, los obdaruje ją kolejnym najściem.
    – Josh, to, co mówiłam, wiesz, dziwnym głosem. To, co brzmiało jak przepowiednia. – Głęboko nabrała powietrza. – To była przepowiednia. Bo jestem jasnowidzem.

    Dora

    OdpowiedzUsuń
  120. Gdyby nie była tak zaaferowana nakryciem, może zdołałaby połączyć imię z nazwiskiem i rozpoznać Aidena. Ślizgona, dla którego urody dziewczyny z różnych domów były gotowe zapomnieć o podziałach i uprzedzeniach. A także zostać mistrzyniami zaklęć poprawiających wygląd. Z drugiej strony, gdyby go poznała, zaczęłaby się obawiać, czy on rozpoznał ją. Mieli pewien nierozwiązany konflikt z trzeciej klasy, kiedy dostał przez nią hojną karę od nauczyciela zielarstwa.
    Wcześniej tego dnia chciała jeszcze zamienić parę słów z Mattem, ale on jakby specjalnie wybrał sobie ten dzień na najdłuższy trening quidditcha, po którym jak stał, tak padł spać. Dora powinna być na niego zła. Ale nie potrafiła. Przyniosła mu obiad. Co prawdopodobnie było z jej strony koncertowym pokazem hipokryzji. Obiecała też sobie, że się z nim rozliczy. Ale w głębi serca wiedziała, że nie wytrwa w tym postanowieniu.
    Miała wrażenie, że widzi na twarzy Josha rumieńce. Jednak była rozemocjonowana. Równie dobrze mogła zaczynać widzieć na czerwono.
    Mechanizm wyparcia jest zawsze na posterunku i pilnuje, żeby do świadomości nie dotarły niewygodne fakty.
    – Tylko przy poważnych przepowiedniach. – Wierzchem dłoni otarła nos, jakby chciała przekonać się, że nie krwawi w tej chwili. – Wiesz, takich, które nadają się do zapisania przez Ministerstwo. Co zdarzyło mi się trzy razy. Cztery, licząc dzisiejszy. Moją specjalnością są wizje. Ten... – Przygryzła wargę, przypominając sobie, co jej ojciec zawsze mówił o talencie córki. – Ten dar jest u Harhtów rodzinny. Nie wiem, ile wiesz o roli mojej rodziny w Wojnach Czarodziejów, ale były dwie obławy na Harthów. Dlatego jest teraz nas tak mało.
    Przez chwilę chciała opowiedzieć więcej. Po raz pierwszy powiedzieć komuś to, co niechętnie opowiedział jej ojciec. O jej ciotce, po której dostała imię. Ciotka Theodora poświęciła swoje życie, żeby jej młodszy brat, ojciec Dory, mógł ujść z obławy. Jednak przed tą otwartością wzbraniała się duża część jej osobowości. Ta dobrze wyuczona przez Victora Hartha, który przecież aż do narodzin Dory wzbraniał się przed używaniem prawdziwego nazwiska w obawie, że ktoś z dawnych sympatyków Voldemorta przyjdzie i zabije go Avadą.
    – Zaraz ci odpowiem na wszystkie pytania – zapowiedziała, po raz pierwszy w życiu mając wrażenie, że może komuś zaufać na tyle, żeby to zrobić. Mało tego! Że może wybrać człowieka, któremu zaufa. Słodkie uczucie. – Ale jak będę zwlekać jeszcze chwilę, to skończy mi się odwaga. – Zawiesiła głos, zręcznie budując napięcie. – Matthew rozdzielił nas wcale nie dlatego, że uznał cię za... za nieodpowiednie towarzystwo dla mnie. Tylko, wiesz, dlatego, żebyś nie miał przeze mnie problemów. – Oblizała językiem nagle suche wargi. – Kiedy rozwiązywaliśmy problem tych dzieciaków, które dręczyły twoją siostrę, trochę mnie poniosło i zrobiłam coś, czego nie powinnam robić. – Potrząsnęła głową. Dotarło do niej, że Joshua na pewno rozpoznał tę magię. – Użyłam na Janett legilimencji. Nauczyciele już wiedzą, że to się stało. Nie wiedzą tylko, kto to zrobił. Ale jeśli jakoś dojdzie do nich wiadomość, że my zaprowadzaliśmy porządek, to w pierwszej kolejności wezmą na celownik ciebie. Rozumiesz? Matthew nie chciał, żebyś oberwał za mnie.

    Dora

    OdpowiedzUsuń
  121. Theodora nie mogła w dzieciństwie liczyć na opowieści o historii rodziny. Co najwyżej połowy rodziny, tej od strony matki. Selwynowie nie należeli do rodów, które mogą się popisać spektakularną autobiografią. Co prawda należeli do tych dwudziestu ośmiu o nieskazitelnie czystej krwi, ale w większości skończyli jako naukowcy i badacze. Średnia rozrywka dla małej dziewczynki. Pewnie to sprawiło, że zapytała raz, dlaczego ma tylko jednych dziadków. W efekcie... cóż, kiedyś strzaskała pół porcelanowej zastawy i chryja była mniejsza.
    Większości dowiedziała się dopiero od Jaspera. Ojciec, zapewne w pełnym zaufaniu, opowiedział mu o prawdziwym nazwisku. Nastoletni Ślizgon na własną rękę przeprowadził poszukiwania, w domu urządził popisowy bunt młodzieńczy, a w finale powiedział siostrze wszystko. Łącznie z tym, że druga obława na Harthów wynikała z głębokiego pragnienia poznania przepowiedni o Voldemorcie.
    Dora kochała swojego brata. Naprawdę go kochała. Ale kiedy mówił z taką pogardą o tych członkach ich rodziny, którzy mieli odwagę stanąć przeciwko Śmierciożercom... Albo o ciotce Theodorze. Coś się w niej gotowało. Szczególnie, że Jasper i ojciec byli podobni w pewnej niechęci do swojego pochodzenia. Z tym, że Victor żałował, że w ogóle urodził się Harthem. Jasper żałował, że urodził się jako potomek tych Harthów, którzy nie stanęli po stronie Śmierciożerców.
    Rzeczywistość nie do końca wzięła poprawkę na ten ostatni fakt. Jasper Harth trafił do Slytherinu i zachowywał się jak dawni Harthowie jeszcze zanim dowiedział się, że jest jednym z nich.
    Był też uczniem, który w szkolnych latach nauczył się legilimencji.
    – Nie jest mistrzem relacji międzyludzkich – powiedziała, czując się trochę winna, że wygłasza taką uwagę o swoim przyjacielu. Z drugiej strony, wybaczali już sobie poważniejsze rzeczy niż kąśliwe uwagi. Ta nawet nie była szczególnie złośliwa.
    – Zazdrosny? – Jej głos niespodziewanie powędrował w stronę wysokiego tonu. – O mnie? Dlaczego miałbyś....
    Nie dokończyła pytania. Po czerwieni jej policzków było widać, że zrozumiała.
    – Nie, Josh. Matthew i ja... po prostu trzymaliśmy się razem. A potem nagle on urósł przez wakacje, wzięli go do drużyny i stał się popularny. Jestem chyba ostatnim, co go łączy z pierwszymi latami nauki. Ale to teraz nie jest ważne.
    Przekręciła się lekko. Tak, żeby móc bez skręcania się patrzeć chłopakowi w oczy.
    – Posłuchaj, Jasper kiedyś mi mówił, że słaba legilimencja niewiele różni się od naturalnej reakcji na silne uczucia. Nie wiemy, co zrobią nauczyciele. Czy w ogóle uwierzą, że ktoś z uczniów używa zakazanej magii. Jeśli ktoś z tamtych trzecioklasistów się wygada, przyjdą najpierw do ciebie. I nie zapytają czy takich i owakich zaklęć. Zapytają, czy groziłeś uczniom. Albo zapytają ich, czy widzieli ciebie, używającego takich a owakich zaklęć. Wiesz, co mogą odpowiedzieć... A jeśli... jeśli od razu przyjdą do mnie. I mnie sprawdzą.
    Nie dokończyła. Nie musiała. Wszyscy wiedzieli, co dzieje się z uczniami, którzy używają czarnej magii w szkole. W dodatku na innych uczniach.
    – Równie dobrze to może ucichnąć. Za dwa tygodnie nikt nie będzie pamiętał. Ale do tego czasu... Chyba będzie dla ciebie lepiej, jeśli nie zobaczą cię w moim towarzystwie. Na wszelki wypadek.

    Dora

    OdpowiedzUsuń
  122. Jakże pięknie się dobrali!
    Albo było im to pisane, albo los postanowił okrutnie zadrwić z dwójki młodych czarodziejów. Pewnie w tej chwili największe stężenie zakazanej magii na metr kwadratowy w szkole wypadało właśnie na metrze, który zajmowali oni.
    Z jednej strony, problem zrobił się dużo poważniejszy. Z drugiej, dobrze, że Joshua nie drążył tematu Matthew. Przyciśnięta, Dora opowiedziałaby całą historię. O tym, jak w czwartej klasie była jedną z tych dziewczyn, które nagle zaczęły skakać wokół Murphy'ego. W dodatku nie cierpiała wszystkich pozostałych. Uważała, że ma przed nimi pierwszeństwo, w końcu zadawała się z Mattem od pierwszej klasy. Sytuacji nie poprawiał fakt, że chłopak miał do niej więcej cierpliwości niż do pozostałych. To dawało Theodorze złudną nadzieję. Mało brakowało, a zniszczyłaby ich znajomość. Bohaterem dnia został, nie po raz pierwszy i nie ostatni, Matthew. Wyłącznie dzięki niemu skończyło się na przyjaźni. Dziś Dorze było głupio na samo wspomnienie tamtego zadurzenia. Najgłębszego, jakie przeżyła w szkole.
    Do tej pory.
    Kiedyś obiecała sobie, że będzie łamać regulamin tylko w sytuacjach najwyższej wagi. Dzisiejszej nocy znalazła się w Wieży Astronomicznej z Joshuą Yaxleyem. I wcale nie miała przy tym uczucia, że robi coś wbrew swoim zasadom. Wręcz przeciwnie – wszystko było w jak najlepszym porządku.
    – Po prostu muszą nas nie zobaczyć – powiedziała, odsłaniając zęby w szelmowskim uśmiechu. Uśmiechu, który zdradzał, że ma plan. Powstały chwilę temu. Kiedy Josh mrugnął i sprawił, że w jej myślach pojawiło się kilka odpowiedzi, które... Które mogłyby sprawić, że sytuacja stanie się niezręczna albo nazbyt dwuznaczna.
    – Wydaje mi się, że wystarczy, jeśli zagramy przed resztą. Wiesz, dogadamy się tak oficjalnie. Będzie jak w bardzo długiej sztuce teatralnej. Wtedy ominą nas podejrzenia związane z tym, co stało się Janett. I będzie wiarygodne, że ze sobą rozmawiamy.
    Lubiła teatr. Jeszcze bardziej lubiła musicale. A najbardziej Nędzników. Zawsze myślała, że jej piosenką jest „On my own”, ale sytuacja najwyraźniej się zmieniła.
    Parę razy ścisnęła wysłużoną rękawiczkę w dłoni.
    – Ale nie mam też nic przeciwko spotykaniu się w sekrecie – dodała. Jeśli on zbędzie ją śmiechem, przynajmniej powie sobie, że próbowała. Musiała podjąć tę próbę w ramach odwetu na życiu. Dzisiejszy dzień miał wszystko naprawić między nimi. Wciąż nie wybiła północ, to wciąż mogło się spełnić. Jeśli nie wtedy, na błoniach, to tutaj, w ciemności za załomem schodów.

    Dora

    OdpowiedzUsuń
  123. Nie wiedziała, czy fakt, że chłopak tak ochoczo zareagował na jej propozycję bardziej ją ucieszył czy zdziwił. Za słowem „ucieszył” kryło się znacznie więcej niż Theodora chciała przyznać. Mimo dorosłego w świetle magicznego prawa wieku, wciąż była jedynie dziewczyną. I to znacznie mniej doświadczoną w niektórych płaszczyznach życia niż jej rówieśniczki. Nie umiała nawet nazwać tego, co wywołało w niej nagły fajerwerk radości, od którego poszły iskierki. Czuła pod skórą ich łaskotanie, które wbrew wszystkiemu było przyjemne.
    Nawet nie zauważyła, że sweter zsunął się jej z jednego ramienia w sposób, jaki nie przystoi dobrze wychowanej czarownicy. Trzeba przyznać, świat czarodziejów był w tej materii dużo bardziej konserwatywny niż mugolski. Doskonale potwierdzał to fakt, że nadal nosili mundurki, a własne ubrania jedynie od czasu do czasu. To był pierwszy raz w tym roku, kiedy włożyła tę jasną bluzkę na cienkich ramiączkach. Cóż, może dlatego, że jesienna pogoda niekoniecznie pasowała do noszenia ubrań bez rękawów.
    – To będzie dobra wprawka przed rzeczywistym uciekaniem przed okiem rodziców, wiesz. – W jej głosie zadrżała struna wątpliwości. Jeśli kiedykolwiek zaprosi Josha do Pemberley (a bardzo chciała to zrobić, pokazać mu, że po tych wszystkich latach Harthowie mają coś więcej niż mieszkanie w niemagicznym Londynie), nikt jej nie zabroni. Ojciec nic nie powie, ale nie wybaczy. Mimo upływu czasu i tego, jak zmienił się świat, on nadal czuł się ofiarą. Nie chciał być w tym samotny, ale jego dzieci nie wyrosły na ludzi podobnych do niego.
    Zapisała w myślach, żeby wysłać sowę do Renfielda. Zapytać, czy da się jakoś szybko wyhodować bluszcz pod jej oknem. Żeby miała którędy wychodzić w tajemnicy przed ojcem.
    – Musiałabym mieć twoją książkę już przy śniadaniu, żeby to się udało. A jutro... Właściwie już prawie dziś – poprawiła się. Wskazówki zegarka na jej nadgarstku właśnie spotkały się na dwunastce. Wybiła północ. Nie zmieniło się zupełnie nic w ich otoczeniu. Żadna karoca nie zmieniła się w dynię. Żaden duch nie wyrósł spod ziemi i nie pogroził jej palcem.
    – Dziś jest niedziela – podjęła przerwany wątek. – Nie ma lekcji. Możemy co najwyżej, czy ja wiem, zamotać coś z tymi podręcznikami w bibliotece. Musi być wiarygodnie. Intryga jak z powieści.
    W jej głowie roiły się mało realistyczne myśli o scenariuszu na te dwa tygodnie. Albo o miejscu, w którym będą zostawiać dla siebie wiadomości.

    Dora

    OdpowiedzUsuń
  124. Julii żołądek przewracał się do góry nogami na myśl o meczu w takich warunkach, bo w gorszych jej drużyna nie grała od dawna. Padał okropny śnieg z deszczem, a w dodatku było tak zimno, że w ciągu kilku minut na dworze, przemarzało się do szpiku kości, bo niby ciepłe i niby wodoszczelne ubrania zaraz przemakały. Na szczęście zawodnicy krukońskiej drużyny przestali w końcu rzucać się sobie do gardeł, więc przynajmniej ta kwestia była jako tako uregulowana, co nie zmieniało faktu, że ich szanse na wygraną wciąż były dość niewielkie. A potrzebowali tej wygranej. Po przegranym meczu z Puchonami na początku semestru, w którym Laura, na moment przed złapaniem znicza, oberwała tłuczkiem, nie mieli zbyt dobrego miejsca w tabeli, ale byli zdeterminowani, aby je zdobyć. Pogoda mogła jednak wszystko zepsuć. Widoczność była okropna, a w takiej sytuacji mecz może ciągnąć się godzinami, bo wyjątkowo ciężko jest szukającym dostrzec gdziekolwiek złoty znicz. Zawodnicy grają na skraju psychicznego i fizycznego wyczerpania, niemal wpadają na siebie co chwilę i naprawdę cud jeśli wszyscy z tego wyjdą bez poważnych uszkodzeń. Julia od razu wiedziała, że Joshua ma rację. Może kogoś trafi błyskawica...
    Zajęła pozycję przy pętlach i spojrzała w górę na niebo, całkowicie przykryte gęstymi chmurami, z których dosłownie wylewały się strugi deszczu. Odetchnęła głęboko, zamknęła oczy, starając się odciąć na moment od tego wszystkiego wokół, a przynajmniej do chwili, gdy usłyszała gwizdek. Otworzyła oczy i całą swoją uwagę skupiła na grze.
    Było strasznie. Zawodnicy pojawiali się jakby znikąd, a Julia broniła niemal przypadkowe rzuty. To wszystko było bez sensu. Nie wiedziała już nawet jaki jest wynik, ale gra trwała zdecydowanie zbyt długo, a ona była na skraju wyczerpania, chociaż nie dawała tego po sobie poznać. Nagle z mgły pojawiła się pędząca w jej stronę grupka ścigających i zanim ktokolwiek zdążył skręcić lub wyhamować, Julia zderzyła się z jednym z Gryfonów. Poczuła silny ból w ramieniu, ale wciąż mocno trzymała trzonek miotły, próbując walczyć z siłą, odrzucającą ją do tyłu. Nie udało się. W ułamku sekundy wpadła na jedną z pętli, potworny ból zaczął rozsadzać jej plecy i głowę, aż przestała czuć cokolwiek. Miotła wyślizgnęła się z jej bezwładnej już dłoni i zaczęła opadać obok, zbliżając się nieuchronnie ku ziemi.

    Julia

    OdpowiedzUsuń
  125. [ Wybacz, że tyle to trwało ]

    – Nie chciałem cię wystraszyć – mruknął cicho, odsuwając sobie krzesło, na których chwilkę później usiadł. Lubił siedzieć w bibliotece. Ta cisza i brak innych osób, sprawiała, że każdy mógł sobie tutaj odpocząć. Chłopak był pewny, że w tym miejscu można byłoby zrobić wszystko, bo każdy był zbyt zajęty czytaniem i zapewne nawet nie przypuszczałby, że w bibliotece mogą się dziać niecne rzeczy. Nawet bibliotekarka nie interesowała się niczym innym poza czytaniem owego magazynu Czarownicy.
    Rozsiadł się wygodnie i spojrzał na księgę. Olbrzymie tomisko wyglądało na takie, które nie często ktokolwiek otwierał. Jemu się to podobało, bo znaczyło to, że wiedza, którą zawiera była znana nielicznym lub zbyt potworna, by ktokolwiek chciał się jej uczyć. Oczywiście Karol nie chciał się tego uczyć, tylko znać, by móc się przed takimi okropnościami uchronić.
    Powoli przekładał lekko pożółkłe już stronice. Z każdą kolejną kartką było coraz ciekawiej i mroczniej. Niektóre kartki zapisane były dziwnymi znaczkami, niepodobnymi w żaden sposób do znanych mu run. Powodowało to, że rosła w nim ekscytacja, a po plecach przebiegał lekki i przyjemny dreszcz adrenaliny.
    – Dziwne te znaczki – powiedział, przerywając swoją lekturę. Westchnął i skierował swój wzrok na drobne literki, które ktoś musiał napisać, podczas czytania. Być może były to notatki właściciela księgi. Nie miał zamiaru tego czytać, jednak nie mógł się powstrzymać i zerknął na kilka pierwszych wyrazów. Niestety nic mu one nie mówiły. Zatrzymał się i spojrzał na swojego towarzysza, w tym samym momencie usłyszał huk. Zaskoczony dźwiękiem roztargał jedną ze stron księgi.
    – Na Merlina – krzyknął, trzymając w dłoni oderwany kawałek jednej z kartek. Przyłożył ją do pozostałej części, jakby chciał, by magicznym sposobem połączyły się ze sobą niczym dwa kawałki puzzli. Spojrzał na Yaxleya, jakby to on spowodował hałas, który wystraszył Zdunka. Opamiętał się jednak, bo doskonale wiedział, że to nie była wina Ślizgona.
    Nie zdążył uzyskać odpowiedzi lub jakiejkolwiek reakcji ze strony towarzysza, gdyż usłyszał kroki. Zapewne bibliotekarka szła do nich zwabiona jego krzykiem. Gwałtownie zatrzasnął książkę i podsunął ją w ręce Joshuy. Oderwany fragment schował w kieszeni szaty.
    – Zmywamy się – zarządził i zerwał się z miejsca.

    Karol Zdunk

    OdpowiedzUsuń
  126. Freddiego nigdy nie ciągneło do tego, co inni nazywali szczytem. Co to właściwie oznaczało? Jasne, uwielbiał wygrywać podczas meczow Quidditcha, lubił, kiedy dostawwać najwyższe stopnie, zwyciestwa były dla niego przyjemnością, zresztą jak dla każdego. Najważniejsze jednak jest to, żeby być szczęśliwym, po prostu. Dla jednych oznaczało to założenie rodziny i spokojne życie w domu, dla innych wieczne podróżowanie albo osiągnięcie sukcesu w karierze politycznej. Nie obchodziła go władza, sława czy cokolwiek innego, dlatego nie mógłby dogadać się w tej kwestii z Joshuą, bo dla Waylanda, żeby osiągnąć 'szczyt' wcale nie trzeba zachowywać się jak postępny, zimny drań.
    Nie bał się wyrazić własnej opinii, dlatego patrzył mu w oczy i po prostu mówił. Tamten mógł wywracać oczami, mógł traktować go jak śmiecia i patrzeć na niego z góry, ale Freddie miał niemal stuprocentową pewność, że prędzej czy później świat odwróci się do niego plecami i wtedy być może będzie potrzebował czyjeś pomocy. Wierzył w jako taką sprawiedliwość na świecie. Karma wraca i jest suką, dlatego należy postępować ostrożnie.
    Odetchnął głęboko, przymknął oczy, przywołał na twarz delikatny uśmiech.
    - 'Mi', 'mnie' i 'moje' to twoje ulubione słowa, co? - Zakpił - Powtarzam. Nie wszystko kręci się wokół ciebie, Yaxley. Ale ty chyba nigdy tego nie zrozumiesz, co? Twoi rodzice cie skrzywdzili, kiedyś to zrozumiesz, gnojku. - dodał, marszcząc brwi, jakby było mu przykro z tego powodu. On również miał ochote sobie pójść, ale coś trzymało go w miejscu, ale nie był w stanie określić co, dokładnie.
    - Mierze jak chcę, a ty, jako osoba o którą nie dbam, nie będziesz do kurwy narzucał mi swoich popieprzonych ideałów.

    Freddie

    OdpowiedzUsuń