Pomyliłaś niebo z gwiazdami odbitymi nocą na powierzchni stawu

Chyba właśnie po tym można poznać ludzi naprawdę samotnych... Zawsze wiedzą, co robić w deszczowe dni. Zawsze można do nich zadzwonić. Zawsze są w domu. Pieprzone „zawsze”…
————— S. King

21 XII 2002, Boscastle –––– dwudziestojednoletnia pielęgniarka

Nie jesteś typem kogoś, kto lubi być w centrum uwagi – dziwne, prawda? W końcu twoja matka była czystej krwi wilą, a ty odziedziczyłaś po niej niewątpliwą urodę. Szkoda tylko, że sama nigdy nie czułaś się atrakcyjna i może też dlatego, w przeciwieństwie do kobiety, która obdarowała cię swoimi wspaniałymi, idealnymi genami, nigdy nie umiałaś nawiązywać kontaktów międzyludzkich. Jesteś zwyczajnym introwertykiem, trochę cieniem umykającym w zaułkach rodzinnej, kornijskiej wsi lub w korytarzach Hogwartu – co gorsza, żadne z tych miejsc nie przyniosło ci ukojenia i ludzie wciąż patrzą, na Merlina, jak ty nienawidzisz, kiedy oni patrzą. Nie wiedzieć czemu, całe swoje życie, czy to jedenaście lat, jako córka latarnika, czy kolejne długie miesiące, zamieniające się finalnie w dekadę, bałaś się spojrzeń – jakby ktoś mógłby cię prześwietlić, zerknąć do twojej duszy i serca, dostrzegając, że jesteś inna. Akceptacja przez rówieśników zaś była zawsze twoim własnym, głupim celem.
Nie jesteś typem kogoś, kto się poddaje, nieważne, jak beznadziejna byłaby sytuacja – ty zwyczajnie walczysz do końca, niemalże za każdą cenę, oprócz zdrowia, szczęścia i życia innych; jeśli chodzi o siebie samą: jesteś gotowa do najwyższych poświęceń, szczególnie w imię czegoś, w co wierzysz lub swoich ukochanych bliskich. Prawda jest jednak taka, że gdyby właśnie nie twoja wytrwałość – oraz niekiedy chorobliwa ambicja – nigdy nie znalazłabyś się pierwszego września w Wielkiej Sali, jako nowa pielęgniarka: to tylko twój upór, inteligencja oraz ciężka praca – a także zwyczajnie zapisane w informacji genetycznej umiłowanie do wiedzy medycznej – sprawiły, że mogłaś pochwalić się, jako była Puchonka, najlepszymi wynikami w nauce w chwili zakończenia szkoły przed trzema laty. Szkoda, że nie miało to znaczenia w obliczu tego, co czekało cię w rodzinnej wiosce; szkoda, że tak naprawdę chciałaś tylko zaimponować matce, która porzuciła cię w dniu urodzenia.
Nie jesteś typem kogoś, kto chowa urazę, czy daje się ponieść smutkowi, mimo że ten swoimi bezbrzeżnymi falami błyszczy w twoich nienaturalnie wielkich oczach cały, dosłownie czas – potrafisz to ukryć, ale nie grasz. Jesteś więc chodzącym paradoksem; potrafisz być kompletnie załamana, a jednocześnie nieopisanie wręcz radosna. Twoim złotym środkiem okazało się być pogodzenie ze wszystkim: wiesz, że na wielu rzeczy w swoim życiu nie masz wpływu – na przykład na to, że rodzicielka nie chciała cię znać; że ojciec okazał się być mordercą; że straciłaś najlepszą przyjaciółkę; że nikt nie widzi w tobie nic poza ładną buzią. Nie walczysz więc już z tym werbalnie, marnując wątłą energię, tylko to akceptujesz, a później pokazujesz swoim zachowaniem, jak bardzo ludzie się mylą – chyba jednak oszukujesz nawet samą siebie, że jesteś w stanie chwycić swoje życie we własne ręce. Chyba też nigdy więcej nie poczujesz już, jak serce bije ci w piersi tak szczerze wesoło, beztrosko i spokojnie.
Nie jesteś też typem kogoś, kto tak naprawdę istnieje – całe twoje jestestwo zbudowane jest na kłamstwach, niedopowiedzeniach, niedomówieniach, zmianach tematu, przerzucaniu rozmowy na dalekie od prawdy tory i na zwyczajnych bajaniach, klechdach, legendach o pięknych księżniczkach i biednych szewczykach. Twój wygląd w związku z tym nie jest jedynym, co jest w tobie nierealne, zwiewne, niczym chmurka, czy podmuch ciepłego wiatru w letnie, słoneczne popołudnie, delikatne, subtelne i zwyczajnie oniryczne – ulotne, niczym właśnie marzenie senne. Ty sama zbudowana jesteś z cienkich niteczek, z bardzo słabiutkich splotów, gdzie gdy tylko jedno ogniwko pęka – ty rozpadasz się całkowicie. Jesteś po prostu słaba: samotna, opuszczona przez wszystkich, na których tobie zależało tak, że gotowa byłaś dla nich i za nich zabijać, a twoje ramiona nie mają ochoty nieść ciężaru życia, wspomnień i piętna, jakie na ciebie nałożono w obu światach, w których ledwie, każdego dnia na nowo, egzystujesz.
Och, Vercia, dziecino, po co ty więc w ogóle  j e s z c z e  żyjesz?

więcej ————— skrót ————— miejsca ———— więzi


W tytule sparafrazowany Vilgefortz z Czasu pogardy Andrzeja Sapkowskiego, na zdjęciach przepiękna Ola Rudnicka, w imieniu i nazwisku zalinkowany liryczny Jaymes Young. Wolę wymyślać, niż zaczynać, ale oczywiście honoruję handel wymienny, łatwo mnie przekupić, lubię dramaty, krew, pot i łzy oraz wątki i odpisy średniej długości. Nie lubię kalafiora i mam DO ODDANIA PRZYJACIELA oraz ewentualne siostry od strony mamusi (do wymyślenia i ugadania – uderzajcie na smerfowa.krolowa@gmail.com). Od zawsze bujam się na Hogłartach albo z Rosjankami, albo pielęgniarkami – tym razem jednak nie z Francji, a z Kornwalii, no i fajnie, bo tęskniłam za światem magii. Vera jest w Hogwarcie od 1 IX 2023 roku. Nie gryziemy, czasem trzeba nas kopnąć w rzyć, ale się ogarniamy. Cześć wszystkim – bawmy się! ; D

201 komentarzy:

  1. [Witam na blogu :)
    Twoja KP jest jedną z dłuższych, jakie ostatnio czytałam, przyznaję. Pogubiona ta twoja Vera, momentami przecząca sobie tak bardzo, że niemalże bezsensu, ale zakładałam, że taki był twój zamiar - pokazanie jej sprzeczności ;)
    Plus za Sapkowskiego w karcie; tego zawsze się przyjemnie czyta. Życzę wielu ciekawych wątków i weny na ich pisanie ;)
    Miałabym jednak małą prośbę; mogłabyś, proszę, zmienić wizerunek Rachel Weisz w swoich powiązaniach? Miałam ją u siebie w relacjach Teda odkąd tylko na Kroniki dołączyłam, blisko rok temu. Na jej wizerunku, dla tej konkretnej postaci, bardzo mi zależy.]

    Ted Teddy Lupin || James Potter

    OdpowiedzUsuń
  2. [ Ach te cytaty Sapkowskiego w zakładkach <3 Poza tym, jestem pod ogromnym wrażeniem rozbudowania karty. Wow! Życzę miłego pisania, emocjonujących wątków i duuużo czasu na odpisy ;) ]

    Julia Jones

    OdpowiedzUsuń
  3. [Mimo że nie mam jeszcze żadnego pomysłu na wątek albo chociażby powiązanie, wpadam się przywitać. :) Tak samo jak Ted mam wrażenie, że Twoja pani jest odrobinę pogubiona, ale mimo wszystko ma to w sobie jakiś swoisty urok. :)
    Podziwiam za tak świetnie dopracowaną postać, dopieszczoną niemal w każdym calu w zakładkach. Aż trochę zazdroszczę. Zawsze myślałam, że moje postacie są dopracowane, a tutaj... :)
    Życzę udanych wątków. Chciałabym coś zaproponować, ale nie wiem czy Vera i Rose by się dogadały. Za to, na pocieszenie, dodać mogę, że tworzę kolejną postać, z którą już coś można by pomyśleć... :)]

    Rose Weasley

    OdpowiedzUsuń
  4. [Ależ nie miałam nic złego na myśli poprzez owe określenie, moja droga! :) Przeciwnie; dla mnie Puchoni, jak żaden inny Dom, są bardziej złożeni i przez to często przeczą samym sobie ;) I tak, dokładnie dlatego określiłam ją jako 'bezsensu', nie mając przy tym na myśli, że jest absurdalna sama w sobie :P Każda postać ma sens; nie każdy to po prostu dostrzega ;) Poza tym, karta to jedno, ale to poprzez wątki najlepiej poznaje się postaci :)
    Rozumiem; nie każdy Potterów lubi, to normalne. Mnie zrozumienie i polubienie Harry'ego zajęło sporo czasu, ale gdy już to zrobiłam, to nie bez powodu ;) Poza tym, to, że James jest jego synem, nie czyni go kopią Wybrańca, czy Ginny, albo jego imienników; jest własną, indywidualną i niezależną pod tym względem osobą :]
    Cieszę się, że kreacja Teda przypadła ci do gustu ;) Co do myślników; ich, niestety, moja klawiatura bardzo nie lubi o.O Poza tym, nie do końca stylistycznie wyglądają na moim komputerze, więc pozostały mi dywizy ;) A co do owego fragmentu; jest tam napisane "od zawsze", choć w sumie nie jest to nawet konieczne, gdyż można to sformułować w inny sposób :P Dzięki, przy okazji coś zmienię :)
    I jeszcze raz się cieszę, że doszłyśmy do porozumienia, życząc ci wielu wątków twoją młodą panią! ;)]

    Teddy

    OdpowiedzUsuń
  5. [ Dziękuję bardzo za miłe słowa ;)
    Julia oczywiście czasem obrywa na meczu, albo nawet na treningach. Jakby miała oberwać znowu to dam znać, może coś naskrobiemy, chociaż muszę przyznać, że sceptycznie podchodzę do wątków damsko-damskich. Zazwyczaj ciężko mi się w nich odnaleźć, bo trudniej mi wpaść na jakieś emocjonalne powiązanie :/ ]

    Julia

    OdpowiedzUsuń
  6. [Dobry wieczór! Gdybym nie miała już tylu wątków, to pewnie bym coś zaproponowała, bo bardzo mi się kreacja Twojej pani podoba, ale nie podołam, więc pozostaje mi życzyć wielu ciekawych wątków!]

    Joshua

    OdpowiedzUsuń
  7. [Och jak ja lubię rozpadające się postacie. Są pokruszone jak wazoniki, które mimo siateczki pęknięć, cały czas trzymają się razem, póki ktoś źle palcem nie tyknie. Egzystowanie jest cechą, którą aż nazbyt często przypisuję również swoim postaciom, więc cieszę się, że i u innych się to pojawia. Witamy serdecznie i cieplutko, zapraszamy do nas, jeśli któryś z moich potworków przypadłby Ci do gustu!]

    Ethel Covel, Lucy Wood, Julien Skehan

    OdpowiedzUsuń
  8. [ Nie no, mam nawet lekki zarys pomysłu, ale nie mam do niego pretekstu i jakiegoś elementu, który by sprawił, że również dla Twojej postaci byłby jakkolwiek emocjonalny. Pomyślę jeszcze i dam znać. Bo jak nie będzie emocji, to nie będzie wciągający i się tylko zanudzimy i wymęczymy ;D ]

    Julia

    OdpowiedzUsuń
  9. [ Och, dziękuję za te wszystkie miłe słowa!
    Mam wrażenie, że mamy ze sobą coś wspólnego: żadna z nas nie lubi, kiedy jej postać istnieje w próżni i nie ma przeszłości. Przynajmniej takie wrażenie odniosłam po przeczytaniu Twojej karty.
    Słowo "szalone" działa na mnie jak rzucenie rękawicy i oto pojawiam się z mniej więcej gotowym pomysłem na wątek. Jeden z bliższych znajomych Dory, Matthew Murphy jest ścigającym, ale na ostatnim treningu dostał za mocno tłuczkiem w głowę i wylądował w skrzydle szpitalnym. Jest cały, ale został zakwalifikowany jako "do obserwacji", bo w końcu uraz głowy. Jak tylko można było go odwiedzać, pojawiła się Dora i wykazała troskę godną siostry, jeśli nie matki. Tak mogła na siebie zwrócić uwagę Very. Teraz zaczyna się szalone, choć może trochę łamiące kanon. W skrzydle szpitalnym na pewno jest jakaś substancja o silnym zapachu, której opary mogłyby wprowadzić jasnowidza w stan szczególnej wrażliwości. Wobec czego Dora zobaczyłaby coś z niedalekiej przyszłości i zaczęła na przykład przekonywać Verę, że powinna ustawić wszystko alfabetycznie, żeby inspektorowi ze świętego Munga było łatwiej sprawdzać. Co Ty na to?]

    Theodora Harth

    OdpowiedzUsuń
  10. [A mi to coś się wydaje, że mój Lenard to ma rozdwojenie jaźni. Ewentualnie za swojego 20letniego życia nakłamał Twojej pannie, że pracuje w św. Mungu ;) Witaj, w razie czego mój Hiszpan zaprasza!]

    Lenard // Aaron // Laura

    OdpowiedzUsuń
  11. [Dziękuję bardzo i cześć! Jestem za to ciekawa co to masz za pomysł :) Owy obiekt westchnień na blogu niestety się nie znajduje i jest jak najbardziej poszukiwany.]

    Kalia

    OdpowiedzUsuń
  12. [Ah, takie coś. To chyba będziecie musiały poczekać na odpowiedź, bo autorka Lenarda pytała się co to za mężczyzna i napisałam, że jak chce wpakować w to swojego pana to może. Na razie nie dostałam odpowiedzi, ale jako, że w zasadzie była pierwsza, poczekam aż się odezwie i wtedy dam znać, ok? :)]

    Kalia

    OdpowiedzUsuń
  13. [ Brzmi bardzo dobrze! Tylko muszę poprosić Cię o wskazówki odnośnie tego, jak ma się jasnowidzenie do historii Very i profesora od zwierzątek. ]

    Theodora

    OdpowiedzUsuń
  14. [To głupota, ale chyba najbardziej urzekła mnie wzmianka o ojcu latarniku. Muszę sobie zapisać ten smaczek i na tej bazie napisać kiedyś postać! Mam nadzieję, że nie będziesz miała nic przeciwko?

    Niezmiernie cieszy mnie, że Francis został odebrany jako oryginalny ekscentryk. Szczerze powiedziawszy nie robiłam wcześniej riserczu odnośnie stworzonych już tutaj bohaterów, ale jakimś cudem udało mi się wykrzesać coś nowego.
    Co do bycia introwertykiem. Owszem, jest nim, ale jego charakter nie opiera się na małomówności czy bycia zamkniętym w sensie relacji. Nie, to troszkę inny typ. Łatwo przychodzi mu nawiązywanie znajomości czy sama rozmowa - jedynie rzadko opisuje własne uczucia czy powołuje się na własną przeszłość. Wiąże się to z tym, iż nie znoszę tworzyć bohaterów, których aktywność ogranicza się do podniesienia kubka z kawą i wylania wrzątku na czyjeś nogi. Bawi mnie wprowadzanie dziwnych sytuacji, osób trzecich.
    Z panną Thorne możemy coś pomyśleć, ale na ten moment nie mam nawet iskry pomysłu, a Ty?]

    Francis

    OdpowiedzUsuń
  15. [Czemu od razy z politowaniem? Lenard jest najsympatyczniejszym i najbardziej pozytywnym Ślizginem jakiego portrety w Hogwarcie na oczy widziały. On by się tylko zaśmiał i zdziwił, że ktoś go jeszcze pamięta. Jak wątek alkoholowy to zapraszam do trzech miotel lub szklarni Lenarda :3 ]

    Lenard

    OdpowiedzUsuń
  16. [Dobra, wchodzę w twój pomysł! :D Zróbmy więc coś szalonego! Zaczęłybyśmy od momentu, w którym Vera już dowiedziała się, że Kalia podkochuje się w Connorze czy dopiero się dowie? I w ogóle pomyślałam sobie o takim wątku, że Kalia może wpaść do Skrzydła Szpitalnego w ramach szlabanu, aby pomóc coś wyczyścić czy poukładać różne eliksiry, maści i inne takie :)]

    Kalia

    OdpowiedzUsuń
  17. [Tak, chyba faktycznie to, że jest pełna sprzeczności wpływa trochę na to, że widzi się ją jako trochę "zagubioną"... :D
    Mówisz, że dałyby radę się zaprzyjaźnić? Hm, w sumie mam pomysł, jak mogłyby zacząć rozmawiać. Powiedzmy, że Rose oberwała jakimś wyjątkowo paskudnym urokiem podczas spotkania klubu pojedynków i została przeniesiona do Skrzydła Szpitalnego, żeby usunąć skutki działania zaklęcia. Powiedzmy, że stwierdzono też u Rose przemęczenie, więc postanowiono by ją parę dni w Skrzydle przetrzymać.
    Tylko pewnego dnia Vera może zauważyć, że Rose skądś wzięła książki, mimo iż zalecano jej wyraźnie odpoczynek. Tak też może wywiązać się dość nerwowa dyskusja, a Gryfonka być może, nawet niechcący, zwierzyłaby się z całej presji, z jaką do tej pory musiała żyć.
    Co Ty na to?]

    Rose

    OdpowiedzUsuń
  18. [Tak sobie czytam i czytam Twój komentarz, i wiesz co? Dochodzę do wniosku, że lubię, kiedy mnie odwiedzasz tak-o. Nawet bardzo, ale to bardzo lubię. :3
    Odwiedzaj mnie więc często: najlepiej jak najwięcej z Verą i nic się nie bój, bo nie jesteś odosobniona w piszczeniu na widok Dżejsona (jeszcze raz dzięki za grafiki! ♥). Connor natomiast mruczy z zachwytu na widok pięknej (omójboże, ja wciąż nie wiem, skąd wzięłaś taką piękność i tak cudowne zdjęcia, ale stałaś się jeszcze bardziej moim zdjęciowo-gifowym guru!) pani pielęgniarki, więc chyba wszystko jest w normie. :D Co prawda (mimo że solidaryzuję z Wami, babeczkami), mam nadzieję, że koniec końców nie zrobicie mu krzywdy, nawet jeśli z całą pewnością jest idiotą jakich na tym świecie mało, bo mogę solennie obiecać, że on zrobi co tylko będzie w jego mocy, żeby naprawić dawne błędy i odzyskać zaufanie Very. Nie daję jednak słowa w kwestii bezpieczeństwa Uxubala, bo wiesz – wilczki są bardzo terytorialne… :3
    Dziękuję za powitanie, za super życzenia, za to, że podzieliłaś się ze mną swoim super pomysłem na wątek i powierzyłaś mi Connora oraz za to, że znosisz mnie tak długo. Za to należy Ci się już chyba jakaś nagroda, ale póki co największe morze miłości zbierasz za kartę, która jest absolutnie genialna; za historię, której sam koncept powalił mnie na łopatki; za piękne powiązania i wszystkie te drobne rzeczy, które czynią ją tak niezwykłą. Kocham za Wieśka, za utwory, za tyle cudowności wplecionych w tekst i za to, że jak zawsze sprawiłaś, że czuję, że znam Verę od dawna – że stała się dla mnie rzeczywista i z miejsca podbiła moje serce.
    Zdecydowanie musi być super! Połączyła nas w końcu najwspanialsza historia miłosna w świecie magii, o jakiej można marzyć, więc szczerze mówiąc nie dziwi mnie, że wróciłyśmy do tych realiów. Może więc chore, a może szalone, a może wszystko naraz z domieszką piękna, cudowności i wspaniałości, ale wiesz co? Nie oddałabym tego za żadne skarby świata. ♥ Żadne, ale to żadne. Serioserio. ♥ I jeśli tak ma wyglądać coś chorego, to szczerze – masz mnie całą! ♥♥♥]

    póki co wiecznie zdołowany, trochę zgryźliwy i mocno stęskniony, ale w głębi serca kochający pewną pół-wilę o fiołkowym spojrzeniu, profesor Connor Greyback oraz jego autorka,a która chciała po prostu jeszcze raz zaznaczyć, że śle dużo miłości

    OdpowiedzUsuń
  19. [Nie ma czego wybaczać :) Jestem zdania, że zawsze lepiej spytać, niż mieć później niepotrzebne niejasności ;)
    O Puchonach wiemy stosunkowo niewiele, szczególnie z porównaniem do pozostałych Domów. Zresztą, niektórzy nawet książek HP nie czytali, więc nie zdają sobie sprawy z tego, jaki był naprawdę Cedric, czy Tonks. Nie chce się im z reguły również poszukać w internecie dodatkowych informacji o Hufflepuffie, które są dostępne i mówią jasno, że Puchoni dalecy byli od życiowych nieudaczników. Pod wieloma względami byli prawdopodobnie najsilniejszym i najbardziej racjonalnym z Domów. I mówi Ci to ktoś, kto na Puchona, niestety, się nie nadaje :( Zresztą, wystarczy spojrzeć na wszystkie wojny czarodziejów; ilu Puchonów walczyło, ilu zostało zamordowanych, także przez Toma Riddle.
    Sympatia dla Draco, powiadasz? Cóż, w książkach jej nie miałam, to na pewno. Był jednym z największych dup.ków w serii i to nie przez bycie Ślizgonem, a po prostu, podłą men.dą. Z czasem się zmienił, wiele rzeczy zrozumiał i przynajmniej swoje dziecko wychował na lepszego człowieka - według Rowling. A Ron był super, nie rozumiem ludzi, którzy go nie lubią, niczym tego nawet nie argumentując :-/
    Kochana, James Potter I może i był wielkim dup.kiem, ale przynajmniej się zmienił. Snape pozostał men.dą na całe życie i, niestety, jego bohaterskie czyny (które, gdyby nie jego zazdrość i głupota nie musiałyby nawet mieć miejsca) nie są w stanie tego wymazać. Dlatego był anty-bohaterem i takim go bardzo, ale to bardzo lubię. Wybielanie go przeczy aczkolwiek temu, jaką był osobą. I nie zrozum mnie źle, masz prawo do własnej opinii, od tego ona w końcu jest, ale... Cóż takiego zrobiła mu Lily? Ba, dziewczyna była mu nawet gotowa wybaczyć wszystko, co między nimi zaszło - głównie z jego winy - a James przeprosić za swoje szczeniackie zachowania względem Severusa. No ale, nie dane było im tego dnia dożyć.
    Filmowa Ginny również grała mi na nerwach, ale książkową z czasem polubiłam. Miała dziewczyna pazur, nawet jeśli związek jej i Harry'ego szczerze mnie zaskoczył, z jakiegoś powodu ;)
    Dziękuję za miłe słowa o karcie Jamiego i rozumiem; tak czasami bywa, że pewnych nazwisk człowiek nie jest w stanie znieść, to normalne xx
    Za odwiedziny Skrzydła Szpitalnego podziękuję, ale jeśli masz jakikolwiek inny pomysł lub propozycję na wątek, zapraszam do Teda :)]

    Teddy

    OdpowiedzUsuń
  20. [Ach, dziękuję! :D Ja wyznaję głównie zasadę pisz na ile masz wenę i tyle. ;) Za żadną długość się nie gniewam. :)]

    Rose

    OdpowiedzUsuń
  21. [ Roger that! Będę na pewno wykorzystywać. To jak, zaczynasz czy ja mam czynić honory?]

    Theodora

    OdpowiedzUsuń
  22. [Myślę, że mogą się lubić, będzie większa drama, gdy wyjdzie na jaw zauroczenie Kalii :D I niech będzie ten wybuch na Kole Eliksirów w takim razie :) Kto zaczyna?]

    Kalia

    OdpowiedzUsuń
  23. [ Pytania o długość zawsze są trudne. Najczęściej odpisy wypadają mi na jakieś 420 +/- 20 słów, ale też bez problemu dostosowuję się do krótszych niż to. Na pewno nie wychodzi mi pisanie na dwa pełne limity znaków.]

    Theodora

    OdpowiedzUsuń
  24. [Jasne, zacznę w najbliższym czasie :)]

    Kalia

    OdpowiedzUsuń
  25. [Ano Beth :D Co prawda, dopiero nadrabiam TWD, ale widząc jej buźkę, natchnęło mnie do stworzenia tej postaci :)
    Lepiej skupmy się na wątku Kalii i Very, który postaram się dzisiaj zacząć :3]

    Gwen

    OdpowiedzUsuń
  26. [Zgadzam się, że Puchoni są bardzo zróżnicowani i niejednoznaczni, jednak moim zdaniem, właśnie dlatego, tworzenie ich wcale nie jest takie proste ;) Wręcz przeciwnie; zrozumienie Domu Borsuka wymaga większej i głębszej analizy, niż pozostałych. Chyba że kierujemy się stereotypami, gdzie wszyscy Ślizgoni żyją chorą ambicją; każdy jeden Krukon przeświadczony jest o swojej nieomylności; wszyscy Gryffoni są aroganccy i unoszący się dumą; a Puchon to taki nijaki człowieczek, który trafił tam, gdzie trafił, bo żaden inny Dom go nie chciał. Dlatego jestem zdania, że wychowanków Hufflepuffu najłatwiej jest błędnie przedstawić. Wcale nie byli wybaczającym typem, to była prędzej domena Gryffonów. Nie byli wiecznie radośni i nie mieli głowy w chmurach; byli za to uparci i zdeterminowani jak żaden Dom, a przy tym do bólu szczerzy, w każdym tego słowa znaczeniu. Ba, Puchoni traktowali wszystko i wszystkich na równo, a przez to zdawali się z reguły obojętni na wszystko i wszystkich, chyba że uważali to za ważne. Gdy tak już było, nie potrzebowali przywódcy, lecz wstawali wspólnie do walki i walczyli do upadłego, bo wiedzieli, że to jedyny sposób w świecie, który był tworzony przez Toma Riddle, by cokolwiek zmienić. By uratować swoje rodziny, które w większości byłyby pierwsze do odstrzału w oczach Śmierciożerców. Zauważ, że większość znanych nam Puchonów była czystej krwi, lecz nie podzielali poglądów armii Riddle'a.
    Nie no, rozumiem słabość do 'złoczyńców', czy nie do końca 'dobrych' postaci. Te bywają ciekawsze od tej 'porządnej strony', lecz nawet wtedy, rzadko kiedy są przyjemniaczkami, w jakimkolwiek tego słowa znaczeniu. Szanuję Twoją opinię, masz do niej pełne prawo :) Draco był dla mnie jednak okropnym dzieckiem i nastolatkiem; takim, którym mam nadzieję, że moje własne nigdy nie będą. Oczywiście, przyczyniła się do tego w dużej mierze jego rodzina, która go w takich zachowaniach wychowała, lecz miał koniec końców własny rozum. Skoro wyraźnie się z czymś nie zgadzał, mógł spróbować zawalczyć, albo chociaż, no wiesz, zachować jak przyzwoity człowiek i nie poniżać i ranić innych tylko dlatego, że mógł.
    Severusa lubię jako postać, naprawdę. Nie jest moim ulubieńcem i nigdy nie będzie, lecz był niezaprzeczalnie ciekawy i intrygujący. Równocześnie był aczkolwiek skończonym bu.cem, którego nic, ani nikt nie tłumaczy. Dobry człowiek wziąłby płaczące dziecko, które właśnie pośrednio przez Snape'a straciło rodziców, i przytulił je do piersi. A lata później, widząc je w szkole, traktowałby z szacunkiem, jak człowieka, a nie poniżaj przy każdej okazji tylko dlatego, że ten wyglądał jak James, lecz śmiał mieć oczy swojej matki. I Lily nie była winna jego wyborom; to były jego decyzje, jego brzemię do niesienia. Były postaci w sadze Harry'ego Pottera, które miały tak samo ciężkie lub gorsze dzieciństwo od Snape'a i równie niełatwe życie, a wyszły na ludzi. Podobnie z Tomem Riddle, choć ten był od początku skrzywiony i jego prędzej idzie zrozumieć, acz nigdy usprawiedliwić. Syriusz miał równie ciężko, nietrudno się tego domyślić, ale koniec końców dojrzał, coś zrozumiał, mimo że na dobrą sprawę stracił życie w wieku dwudziestu dwóch lat. A Regulus? Ten był ostatecznie bohaterem; pogubionym dzieckiem, które zdawało się nie mieć wyboru, jak Draco, lecz koniec końców zrozumiało, że go ma i postąpiło właściwie.
    Zgadzam się, że Neville i Ron byli bardzo ciekawymi postaciami; o wiele mocniej, niż wielu zdaje się ich postrzegać. Neville jest jednym z moich absolutnych ulubieńców :D Harry, według mnie, daleki był jednak od papierowych, bo to było dziecko, które przez chore idee dorosłych, naprawdę nie miało wyboru. No, poza śmiercią, lecz jej nie wybrał, zamiast tego stając do słusznej walki, mimo że mógł mieć w końcu spokój... Poznać swoją rodzinę, być powieki szczęśliwy. Pamiętaj, że książki są z jego punktu widzenia, a w takim przypadku trudno poznać obiektywnie daną postać.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. O jejku, Hermiona i Harry; całe szczęście, że Jo się na to nie zdecydowała! Dla mnie zawsze byli jak rodzeństwo ;) I świetnie pasowała do Rona; szybko szło się zorientować, że tych dwoje się ku sobie ma :P
      No, dzieli ich niewiele, a Teddy był bardzo popularny, z różnych powodów, więc na pewno by go znała. Nie mam jednak pomysłów na wątek z Verą :/ Jakoś nie widzi mi się wizyta w Skrzydle Szpitalnym, a nie wiem, jakby ich inaczej zgrać... Jestem więc zmuszona obecnie odmówić... Ale jeśli masz pomysł, pisz śmiało.]

      Teddy

      Usuń
  27. Zimny pot zlał jego poznaczoną setkami blizn skórę.
    Po raz kolejny spróbował przełknąć ślinę, ale suche z przerażenia usta i napięte jak stal mięśnie nie chciały z nim współpracować. Język pozostawał zaś kompletnie bezwładny, nie dając mu nawet szans zawołać o pomoc. Był zdany wyłącznie na siebie i przerażony aż do szpiku kości.
    Bał się. Tak bardzo się bał…
    — Stęskniłeś się synu? – Chrapliwy, zniszczony latami spędzonymi w zamknięciu głos, poniósł się echem po okolicy. – No co, nie cieszysz się na widok staruszka? – Dociekał, zupełnie tak, jakby chorą satysfakcje sprawiało mu wbijanie szpili w jego serce. Tak, jakby czekał cały ten czas tylko po to, aby obserwować jego spektakularny upadek. Tak, jakby wręcz drżał z ekscytacji na myśl o tym, że doprowadzi go do ruiny. – Minęło tyle lat… – Głos znacząco się przybliżył, a jego serce przeszyła panika. Mózg krzyczał, że trzeba uciekać, ale ciało nie było w stanie: tak, jak niegdyś, całkowicie poddawało się woli tego silniejszego. Tego, który go stworzył. – Zawiodłeś mnie, synu, wiesz? – Ciągnął głos, a jego tętno znacząco przyspieszyło. – Ale już więcej tego nie zrobisz. Nie odwrócisz się od nas. Nie zmienisz własnego przeznaczenia – obiecywał złośliwie i podle, a jego ciało dygotało ze strachu. Uciekać, uciekać!, powtarzał sobie coraz rozpaczliwiej, w miarę jak brzydka, poniszczona milionami transformacji twarz, znajdowała się coraz bliżej. Tu, obok, zdecydowanie zbyt blisko, a nie tam: w Azkabanie. – Jesteś taki jak ja. Jesteś bestią. Jesteś zwykłym zwierzęciem, synu. Tacy jak my muszą się trzymać razem… – Głos sączył truciznę, jak zawsze idealnie trafiając w jego największe obawy. A potem zrobił coś, od czego skulił się w sobie: on, dwumetrowy facet, zwinął się w kłębek, niemal błagając o litość.
    Świst bicza zgrał się w czasie z jego przeraźliwym wrzaskiem.
    Ból jednak nie nadszedł, a paskudny śmiech przeszedł w inny, dobrze mu znany głos. Głos tej, która tysiące razy tuliła go do snu i tej, która tysiące razy odbierała mu wiarę w siebie. Tej, która powinna była być jego opoką, a koniec końców okazała się kotwicą ciągnącą go na dno.
    — Nie tak cię wychowaliśmy – odezwała się zimno, patrząc na niego pełnymi żalu i złości, brązowymi oczami. – Ojciec poświęcił dla ciebie wszystko – warknęła, odrzucając dumnie długie włosy w kolorze ciemnego blondu na plecy. – Wszystko! – Podkreśliła z irytacją. – Jak więc śmiesz odrzucać jego dziedzictwo?! – Zmrużyła oskarżycielsko oczy. – Jak śmiesz odwracać się od własnej natury. Jak śmiesz rezygnować z daru, jaki otrzymałeś?! – Ciągnęła, nie dając mu dojść do głosu, a on, mimo upływu tylu lat, wciąż stawał się małym, przerażonym chłopcem, ilekroć się tak do niego zwracała. Tym dzieckiem, które łaknęło miłości, jak niczego innego. – Dbanie o to, aby wasz ród nie zaginął, jest twoim obowiązkiem. Musisz – nacisnęła – myśleć o jego spuściźnie. Kiedy się wreszcie ożenisz?! – Ciągnęła, nie zwracając uwagi na to, jak mocno go unieszczęśliwia.
    Z każdego jej słowa wyzierała wściekłość i zawód, łamiące go na miliony małych kawałków. Z każdym jej słowem ból w jego sercu stawał się coraz wyraźniejszy. Z każdym jej słowem przestawał czuć cokolwiek poza nim – wyłączał się na inne bodźce.
    — Connor… – Cichy, tak bardzo przez niego wyczekiwany szept, wyciągnął go jednak z mroku, pomagając mu rozluźnić napięte mięśnie i poczuć się lepiej. Odegnał wspomnienie matki, sprawił, że myśli o ojcu przepadły bez wieści i przepełnił jego serce ulgą. Był bowiem miłością w czystym wydaniu i najpiękniejszą, kojącą melodią; jego ulubioną kołysanką…
    Szkoda, że zesłaną, aby dokończyć dzieła spustoszenia w jego sercu. Czułość ustąpiła bowiem miejsca trosce, ta zaś – podenerwowaniu i od tej pory wiedział już, co będzie dalej. Miał świadomość tego, że za moment dojdzie do tragedii, ale nie mógł zrobić nic, aby to powstrzymać.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Bezradnie, jak co noc, patrzył na doskonale znane sobie obrazy. Na niepokój lśniący w przepięknych fiołkowych oczach i na zagryzioną ze strachu dolną wargę jedynej kobiety, do której kiedykolwiek należało jego serce. Na jej coraz większe podenerwowanie i na próby dowiedzenia się, co się stało oraz na własne desperackie próby opanowania swoich nerwów i nakłonienia jej do opuszczenia jego chatki. Na jej upór i własny, coraz gorszy stan. Na jej łzy i swoje krzyki. Na jej strach i utratę przez siebie kontroli. Na ból we fiołkowych oczach, na swoje pazury, na krew, na zaskoczenie, na utratę przytomności, na koszmar, który się ziścił…
      — NIE! – Ni to wrzeszcząc, ni wyjąc, obudził się jak każdego dnia od trzech lat.
      Zlany potem, rozdygotany, z twarzą mokrą od słono-gorzkich łez rozpaczy po kolejnej niespokojnej, nieprzespanej nocy, pełnej okropnych obrazów – zawsze tych samych. Jak co dzień, przez kilkanaście sekund próbował złapać oddech i jak co dzień, przez kilkanaście minut nie był w stanie poruszyć się choćby o milimetr. Jego ciało przechodziło żałobę, odmawiało mu współpracy i nie pozwalało na ani sekundę szczęścia. Cierpiało tak, jak cierpiała jego dusza, a nawet mocniej – paliła go każda blizna zadana ojcowskim batem, każda szrama na sercu zrobiona matczynymi słowami i każdy skrawek jego skóry, którego niegdyś dotykała jego ukochana.
      Najgorsze było to, że obudził się z koszmaru tylko po to, aby wziąć udział w kolejnym – tym bowiem było jego godne pożałowania, beznadziejne i bezsensowne życie. Wegetacją.
      Connor Evan Greyback zwlókł jednak swoje zwłoki z łóżka, prychając cicho pod nosem na widok niewzruszonej, w ogóle nawet nie wykazującej jakichkolwiek oznak niepokoju, bo po prostu nieczułej na jego wrzaski Chloe, charłaczki, leżącej po jego prawej stronie. Wyjrzał przez okno na ten sam od kilku tygodni nudny widok uliczki w Hogsmeade, przeklinając tych samych czarodziejów, kroczących po niej każdego dnia i to samo, pieprzone życie, które musiał wieść. Nic to jednak nie zmieniło – świat zignorował jego bezskuteczny protest.
      W oddali, na wschodzie zamajaczyły pierwsze promienie słońca.
      Nadchodził świt.
      Wtargnął więc na kilkanaście minut do łazienki, biorąc długi, lodowaty prysznic w nadziei na to, że w czymkolwiek to pomoże. Jak co dzień jego marzenia okazały się złudne. Nic nie było bowiem w stanie zmyć paskudnego uczucia bycia złojonym przez ojca, zgnojonym przez matkę i bycia tym potworem, który niemal zabił najwspanialszą istotę na świecie, obdarzającą go bezgraniczną i bezkompromisową miłością. Od trzech lat nie spojrzał więc sobie w oczy – ani nie przejrzał się w lustrze, ani nie patrzył w taflę wody. Żył, żywiąc do siebie nienawiść.
      Szkoda, że nie miał odwagi z tym wszystkim skończyć.
      Wszelkie czynności wykonywał machinalnie – golił się za pomocą zaklęcia, jadł tyle, co kot napłakał, a potem wychodził, kierując się gdzieś przed siebie. Jak najdalej od źródła jego problemów, jak najdalej od ludzi, jak najdalej od samego siebie. Od kilku miesięcy lądował więc tam, gdzie nikt nie mógł go oceniać – pośród zwierząt, które od zawsze rozumiał lepiej niż innych.
      To dlatego w ogóle zdecydował się na pracę nauczyciela Opieki nad Magicznymi Stworzeniami w Hogwarcie – miejscu, które niegdyś było dla niego namiastką domu i poczucia bezpieczeństwa. Tam bowiem, pośród tych wszystkich fascynujących istot, które dyrektor pozwalał mu hodować w ramach zajęć, odzyskiwał choćby częściowo spokój i dawał radę opanować swoje emocje. Tam choć na chwilę zapominał o wszystkim, co go dręczyło – o demonach, przed którymi bezskutecznie uciekał już od kilku dobrych lat, coraz mocniej zatracając w tym siebie.
      Gdyby więc mógł, pozostawałby pośród nich na zawsze.
      I na ogół to robił. Pozostawał, mimo okresu wakacyjnego, na terenie szkoły od rana, do późnego wieczora, wymierzając czas tak, aby wyjść przed pobudką Chloe i wrócić już dawno po tym, jak położyła się spać. Wymawiał się koniecznością pracy, udawał, że to wszystko naprawdę jest koniecznością i że w normalnych okolicznościach wszystko wyglądałoby inaczej.

      Usuń
    2. Prawda była jednak taka, że non stop uciekał od odpowiedzialności i losu, który sam sobie zgotował.
      Tego dnia byłoby identycznie – byłoby, gdyby krążąc pomiędzy jednymi swoimi podopiecznymi, a drugimi, jego nozdrzy nie doleciał pewien charakterystyczny zapach. Zapach, którego był przekonany, że nigdy więcej nie poczuje, mimo że, o ironio, towarzyszył mu każdego dnia, będąc zarówno jego ratunkiem, jak i kolejnym z demonów. Teraz jednak naszła go pewność, że to nie jest wymysł jego wyobraźni – że to nie wspomnienia przywołały go do jego udręczonej głowy, lecz rzeczywistość w jakiś chory sposób postanowiła zabawić się jego kosztem.
      Nagle wszystko wróciło. Wraz z nutą agrestu i bzu – mieszanki równie słodkiej, co cierpkiej – wróciły wspomnienia dni, kiedy był najszczęśliwszy. Wróciły uśmiechy i pocałunki, wróciło poczucie przynależności i euforii; wróciły chwile namiętności, chwile czułości i chwile, kiedy życie naprawdę wydawało się czymś pięknym. Wróciły wspólne noce, wróciły popołudnia we dwoje, wróciły wspólne plany i marzenia. Wróciła Vera – największa i jedyna miłość jego życia.
      Nie panował nad tym, co robi. Rzucił się po prostu przed siebie, a jego nogi niosły go szybciej, niż kiedykolwiek, bo ciało rozpaczliwie pragnęło jej bliskości. Może gdyby się nad tym choć przez chwilę zastanowił, doszedłby do wniosku, że to idiotyczny pomysł. Może gdyby miał czas nad tym pomyśleć, nie zareagowałby aż tak odruchowo. Może gdyby nie był takim kretynem, wcale nie musiałby do niej biec, bo ona wciąż byłaby u jego boku…
      To wszystko jednak w tym momencie do niego nie docierało. Connor biegł, tak jakby go ścigało stado dzikich zwierząt i tak, jakby od tego zależało jego życie. Biegł, bo instynktownie czuł, że ów zapach nie jest przypadkiem i głupio pozwolił swojemu sercu zabić żywiej, mimo że od trzech lat próbował zapomnieć o tym, co przeżył, uważając że nie ma praw nawet do ulotnych chwil szczęścia, które zapewniało mu myślenie o srebrnowłosej dziewczynie z kornwalijskich klifów…
      Dobiegłszy do błoni, zatrzymał się i stanął jak wryty, na widok drobnej, jednocześnie tak znajomej i kompletnie nieznanej kobiety w kremowej sukience, pięknie podkreślającej jej naturalne piękno i urok, który tak jak kiedyś, tak tego dnia kompletnie rozłożył go na łopatki.
      W tej jednej sekundzie, w której na nią patrzył, pojął, że wciąż szaleńczo ją kocha.
      — Vera… – szepnął tęsknie i nieco rozpaczliwie, z trudem powstrzymując swoje ciało od rzucenia się w jej stronę. – Mój mały anioł… – westchnął, chłonąc jej widok, zupełnie jak ktoś szaleńczo od niego uzależniony, bojąc się, że mimo wszystko może to być tylko złudzenie. Wolał jednak przez tę sekundę żyć w krainie marzeń, niż spędzić kolejne lata z daleka od niej. Stał więc i się jej przyglądał, korzystając z tego, że ona go nie widzi, dopóki nie zaczęła go mijać, skupiona i zawzięta, najwyraźniej mająca jakiś cel. Wtedy bowiem, zupełnie tego nie przemyślawszy, znów zareagował intuicyjnie, zapominając się przy tym kompletnie. – Vera! – Wyrwało mu się ponownie i już w tej samej sekundzie, w której wybrzmiało echem po okolicy, pojął, jakim było błędem.
      To on przecież ją skrzywdził. To on ją zostawił. To on odszedł. To on…
      To on sprawił, że go dostrzegła.
      Cholera, cholera, cholera!
      — Tyle lat! – Zachowując się idiotycznie, ruszył przed siebie z głupawym uśmiechem na twarzy, nie wiedząc co robi; improwizował. – Zaraza, tak dawno cię nie widziałem! – Westchnął, tak jak gdyby nigdy nic i podchodząc coraz bliżej, z lubością zaciągał się jej zapachem. – Co tutaj robisz? – Rzucił z zaciekawieniem, w myślach siebie besztając, ale nie umiejąc się opanować.
      Zwariował. Kompletnie.

      bardzo głupi, bardzo porywczy, bardzo niewiedzący co tak właściwie wyprawia i bardzo stęskniony za ukochaną, Connor Greyback, którego serce już na zawsze należy tylko do Very i naprawdę się ogarnie oraz jego autorka, która przeprasza za fazę ze snem, ale tak jakoś wyszło...

      Usuń
  28. Była piękna.
    Zdecydowanie inna, niż ją zapamiętał, bo znacznie poważniejsza, mniej beztroska, bardziej zdeterminowana i generalnie doroślejsza, ale niezaprzeczalnie piękna – do tego stopnia, że nie tylko odbierała mu dech w piersiach, ale i rozum. Oszałamiała jego zmysły, tak jak kiedyś to potrafiła i w mgnieniu oka sprawiła, że świat wokół przestał istnieć. Nagle, mimo tylu lat, które upłynęły, znów byli tylko oni i uczucie, które ich niegdyś – a właściwie wciąż, lecz żadne z nich póki co się do tego nie przyznawało – łączyło.
    Connor znów bezkarnie jej się przyglądał, nie mogąc uwierzyć we własne szczęście: nie sądził, że jeszcze kiedykolwiek ujrzy ją na własne oczy, a tak bardzo tego pragnął…
    — Cholernie dobrze cię widzieć, Vero – przyznał z odrobiną rozmarzenia; nieważne, jak bardzo chciałby ukryć to, że nadal miała na niego ogromny wpływ, nie był w stanie przejść obojętnie wobec jej naturalnego piękna. Był więc pewien, że jego maślany wzrok i tęsknota, która z pewnością z niego biła, wcale nie umknęły jej uwadze. Cóż jednak miał na to poradzić, skoro się bał, że widzi ją być może po raz ostatni w całym swoim życiu?
    Jakież było jego zdziwienie, gdy dowiedział się, że będzie pracować tak blisko niego…
    — Pracę? – Powtórzył, wybałuszając oczy, choć gdy się nad tym chwilę zastanowił, doszedł do wniosku, że ma to sens: znajdowała się przecież na terenie zamku w lipcu, czyli w czasie, kiedy nikogo oprócz kadry w nim nie było, a i ona pozostawała w dość mocno okrojonym składzie osobowym. – Och, ty… jako, jako… – wytężył umysł, próbując sobie przypomnieć, jakie miejsce pracy z dostępnych mogłoby jej odpowiadać i połączyć to z planami, o jakich mu kiedyś opowiadała. – Jako pielęgniarka? – Dopytał w końcu, szczerze tym zaintrygowany i pełen dumy: od zawsze bowiem wiedział, że pewnego dnia uda jej się spełnić swoje marzenia.
    Nie dało się jednak ukryć, że ich rozmowa nie wyglądała normalnie, a gest, jakim go wkrótce potem uraczyła, odnosząc się do jego mięśni, bynajmniej mu się nie spodobał. To bowiem wcale nie byli oni – oni nigdy się w ten sposób nie zachowywali. Niczego nie udawali, z niczym się nie kryli, nigdy nie próbowali siebie wzajemnie oszukać – cóż, aż do tego dnia…
    Kiwnął więc tylko głową, niemo potwierdzając jej przypuszczenia – wysiłek był jedną z nielicznych rzeczy, która trzymała go przy życiu każdego kolejnego dnia z daleka od niej. To jednak najwyraźniej miało się zmienić, biorąc pod uwagę jej nowo otrzymaną pracę i jego etat w szkole.
    — Ja? – Wybąkał, zaskoczony tym, zapytała go o to samo, co on ją i wciąż mocno skonsternowany z powodu ich nieoczekiwanego spotkania. Wszystko w nim bowiem skakało z radości, a wiedział, że nie ma do tego żadnego, najmniejszego nawet prawa… – Zwierząt doglądam – odparł bez zastanowienia. – Ja… eee… no wiesz, znasz mnie, zawsze bliżej mi było do rozmaitych stworzonek niż do ludzi – uśmiechnął się krzywo, zerkając w stronę zamku. – Dyrektor potrzebował kogoś do Opieki nad Magicznymi Stworzeniami, no to, hm, jestem – wzruszył ramionami, powracając spojrzeniem do Very. – Wygląda więc na to, że będziemy kolegami po fachu – zaśmiał się jakoś nerwowo i dziwnie, kompletnie jak nie on i sam nie wiedział, z czego to właściwie wynikało. Sam przecież narzucił ten absurdalny ton rozmowy, udając że nie zostawił jej nieprzytomnej i zakrwawionej w szpitalu, aby potem przepaść bez wieści. Mógł więc mieć żal wyłącznie do siebie o to, że nadal popełnia idiotyczne błędy i o to, że nagle pomiędzy nimi zapadła dziwna, niezręczna i zdecydowanie nieprzyjemna cisza.
    Zaszurał podświadomie butem w trawie, którą obydwoje obecnie deptali, zdając sobie sprawę z tego, że jeśli prędko czegoś nie zrobi, miłość jego życia prawdopodobnie lada moment się odwróci i rzucając zdawkowe to cześć!, zniknie mu z oczu, być może na dobre. Choć więc wiedział, że prawdopodobnie zdrowiej dla nich obojga byłoby, gdyby nie utrzymywali ze sobą żadnego kontaktu po tym, jakiego aktu bestialstwa się względem niej dopuścił i po tym, jak teraz zachował się jak prawdziwy dupek, jego serce nie pozwoliło mu na brak działania.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Domagało się, aby natychmiast powstrzymał to, co nieuniknione i uciszyło w nim głos rozsądku. Zadziałał więc.
      — Ej, bo… hm, tak sobie pomyślałem – wyrzucił z siebie naprędce, zerkając na nią z nadzieją – że skoro los nas zetknął po latach i zanosi się na to, że będziemy razem pracować, to… to może skoczymy razem na jakiś kufel piwa, żeby nadrobić stracony czas? – Zapytał poważnie, ale w głębi serca zbeształ samego siebie za ten idiotyzm od góry do dołu.
      Tylko on mógł bowiem po porzuceniu swojej kobiety, zaproponować jej nadrobienie czasu, który stracili i oczekiwać, że się zgodzi. Tak właściwie powinien był się modlić o to, żeby już na samym wstępie nie zdzieliła go po mordzie, a teraz – żeby nie postanowiła się poznęcać nad jego jajami, choć biorąc pod uwagę to, że nawet nie miał odwagi stawić czoła konsekwencjom swoich czynów, sam zaczął powątpiewać w to, czy w ogóle je posiada.
      Wszystko bowiem wskazywało na to, że nie koniecznie – no może za wyjątkiem osoby Chloe, ale o ciężarnej charłaczce szczerze w tym momencie nie chciał myśleć i nawet nie próbował.
      — Moglibyśmy się zaszyć gdzieś w Hogsmeade – dodał, ale tak właściwie nie wiedział dlaczego, bo z każdą chwilą miał wrażenie, że kopie sobie coraz głębszy dół pod nogami.
      Naprawdę mu odbiło na jej widok.

      pan wilkołak, który zachowuje się kompletnie irracjonalnie i generalnie przydałoby mu się dać porządnego kopa w tyłek, żeby się ogarnął, ale który kocha najmocniej i to wszystko dlatego...

      Usuń
  29. — Myślę, że bezpieczniej jest stwierdzić, że to ja pałętam się za nią… – stwierdził z uśmiechem, ale i czułością, jak zawsze, kiedy chodziło o Zjawę. – Dziękuję. – Kąciki jego ust uniosły się jeszcze wyżej, gdy z ust srebrnowłosej usłyszał tak ważne dla siebie słowa, oznaczające że była z niego dumna. – Długo szukałem swojego miejsca… – dodał cicho, drżąc mimowolnie pod wpływem jej dotyku, aby w chwili, w której zabrała dłoń, z trudem powstrzymać jęk zawodu. Chciał bowiem, aby ten cudowny moment trwał znacznie dłużej.
    Między innymi dlatego też tak bardzo nalegał na to, aby ich spotkanie nie dobiegało jeszcze końca, tylko przedłużyło się, zahaczając o zimne piwo w jednej z gospód w Hogsmeade. On naprawdę nie zdołał nacieszyć się jej widokiem, a poza tym był niemal pewien, że odwrócenie się od niej po raz drugi, dosłownie by go zabiło. Już za pierwszym razem było przecież tak cholernie ciężko i trudno, że niemal tego nie zniósł. Był jednak bestią, która na nią nie zasługiwała…
    — Gadanie! – Zbył jej argument machnięciem ręki. – Zwierzęta zdążyłem już obejść dzisiejszego ranka, a do jutra spokojnie wytrzymają – stwierdził pewnym głosem – więc mam dużo czasu na spotykanie się z pięknymi kobietami – spojrzał na nią wymownie – a szkoda tracić dzień, skoro będziesz tutaj tak krótko – przekonywał, podświadomie odrzucając od siebie prawdę, jaką było to, że Vereena zwyczajnie starała się go spławić. Nie chciał tego widzieć i zupełnie tego do siebie nie dopuszczał, niczym narkoman będąc gotowym na wszystko, aby spędzić z nią czas.
    Kolejne minuty poświęcił więc na to, aby przekonać ją do swojego pomysłu i gdy tylko się zorientował, że namówienie jej na wspólny wieczór nie będzie łatwe, z determinacją godną podziwu uparł się, że przynajmniej odprowadzi ją do zajazdu, w którym się zatrzymała. W tej też kwestii nie zamierzał przyjąć absolutnie żadnej odmowy i szczęśliwie odniósł zamierzony efekt, bo jego piękna towarzyszka wreszcie zdradziła mu, gdzie dokładnie planuje spędzić noc.
    — Wyśmienicie się składa! – Stwierdził radośnie. – Czeka nas wspaniały spacer, a to zawsze powód do radości, tym bardziej, że sam miałem się właśnie – nagiął nieco prawdę; jedynie o jakieś pięć do ośmiu godzin – wybrać do miasteczka – oznajmił, po czym bez zbędnego tracenia czasu, położył ostrożnie dłoń na jej plecach i szarmanckim gestem zaprosił ją do tego, aby poszła jako pierwsza. – Kto by się spodziewał takiego spotkania? – Rzucił przy tym idiotycznie, jeszcze nie wiedząc że i bez tego cała ich wycieczka do Hogsmeade będzie dziwaczna.
    O tym się jednak przekonał stosunkowo szybko – mniej więcej po kilku minutach drogi, gdy niemal stawał na głowie, aby zachęcić ją do rozmowy, a ona pozostawała na to obojętna. Nie należał jednak nigdy do osób, które łatwo się poddają, więc nie dał za wygraną – robiąc, co tylko było w jego mocy, opowiadał jej zabawne historie o swoich uczniach czy zwierzętach, ale mimo wszystko cały czas miał wrażenie, że śmiech jego towarzyszki nie jest do końca szczery. Mógł się jednak w tej kwestii całkowicie mylić, ale coś mu mówiło, że to nie złudzenie.
    — Hmm… no to… no… – wybąkał za to, gdy tylko zabrakło mu już pomysłów na to, jak sobie poradzić z oziębłością ukochanej. Przechodzili akurat obok „Gospody Pod Świńskim Łbem” i widząc jej wielki szyld, nie mógł się powstrzymać. Znów spojrzał na srebrnowłosą. – Naprawdę nie dasz się zaprosić do środka? – Zapytał, wskazując na lokal. – Jestem pewien, że tam by się dla nas znalazło jakieś miejsce i że tutejsze zimne piwo podbije twoje serce – zapewnił ją z błyskiem w oku, szczerząc się do niej bezwstydnie i wierząc, że jakoś się wszystko ułoży.
    Póki co chciał po prostu być blisko niej – reszta kompletnie się nie liczyła.

    pewien uroczy idiota, który po prostu nie może znieść myśli o rozstaniu

    OdpowiedzUsuń
  30. — Nie szkodzi – odparł szczerze, patrząc na nią z uwagą, aby na widok jej gestu, wręcz cicho jęknąć. Nic nie było go w stanie przygotować na to, jaki urok rozrzucała wokół siebie ta piękna i niezwykła kobieta. Wybaczyłby jej dosłownie wszystko już za sam jej uśmiech: to więc, że na chwilę się zamyśliła naprawdę nie było ważne. Istotniejsza była jej reakcja na wspomnienie o sercu, ale Connor nie miał szansy dowiedzieć się, o co chodzi: jego towarzyszka szybko bowiem powzięła decyzję o wstąpieniu do gospody, a jego zalała niekontrolowana fala szczęścia.
    Szczerzył się jak głupi, gdy ustępując jej miejsca w drzwiach, wchodził za nią do środka i kiedy zamawiał dla nich dwojga alkohol, po tym jak usiedli przy jednej ze ścian, zachowując w ten sposób względną prywatność. Potem zaś skupił swoją uwagę całkowicie na niej: na kobiecie, która nawet obracając butelkę w palcach, promieniowała niezwykłą gracją.
    — Prawdopodobnie właśnie dlatego wyszłaś na ludzi – skomentował ciepło, wpatrując się w nią z oczarowaniem. Szczerze też miał na myśli to, co mówił: biorąc pod uwagę to, w jakich warunkach przyszło jej żyć i z czym się w życiu zmagać, miała wszelkie prawo, wyrwawszy się z domu, rzucić się w wir imprez i zbuntowania. Ona jednak wybrała zupełnie inną ścieżkę, za co zawsze, ale to zawsze ją podziwiał. No, przez pewien czas był jej nawet niebywale wdzięczny, bo zazdrość dosłownie pożarłaby go, gdyby wiedział, że imprezuje z innymi chłopakami. Właściwie jednak nadal myśl o innych mężczyznach doprowadzała go do szaleństwa i zabiłby każdego, kto kręciłby się wokół… – Trzymałaś się tych zasad, których należało, a te, które można było lekko nagiąć… cóż, od tego były, prawda? – Zaśmiał się, upijając łyk Ognitej Whisky w nadziei, że to rozsupła jego zaciśnięty z nerwów żołądek i rozładuje napięcie. – Boscastle było w końcu najpiękniejsze nocą i nie sposób było odmówić sobie przyjemności wycieczek tamtą porą, nawet jeśli obowiązywała jakaś godzina policyjna… – szepnął, uśmiechając się do swoich wspomnień.
    Tęsknił za tymi czasami. Tęsknił za tamtą beztroską, z jaką rozpoczynał każdy kolejny dzień i za poczuciem stałości, stabilizacji i bezpieczeństwa, jakie stale mu towarzyszyło. Tęsknił za świadomością, że o określonej porze dnia z oddali dobiegnie go cichy głos jego ukochanej, a fakt ten poprzedzi zapach bzu i agrestu, którym wypełni się okolica. Tęsknił za jej uśmiechem, za jej ciepłym spojrzeniem, za śmiechem, za melodyjnym głosem, którym czytała mu wieczorami i za jej niekończącymi się pomysłami, którymi umilali sobie czas. Konstatacja była prosta: tęsknił za nią.
    Mimo że tego dnia przekroczył już wszelkie granice, wiedział, że tej jednej rzeczy nie może – a przynajmniej jeszcze – jej powiedzieć. Zagryzł więc język, aby się powstrzymać, ale nie mógł znieść ciszy, która między nimi zapadała – czuł bowiem, że ta go dosłownie zabija.
    — Jak się czuje twoja babcia? – Zapytał zamiast tego ze szczerym zainteresowaniem, bo Roselyn zawsze była dla Very ważna. On zaś darzył tę kobietę ogromnym szacunkiem, bo nikt inny na świecie nie miał w sobie tak wiele dobra i bezinteresowności, co ona. Niestety, teraz, gdy o niej pomyślał, uświadomił sobie, że prawdopodobnie byłaby pierwszą osobą, która pogoniłaby go jak najdalej od swojej wnuczki i fakt ten niebywale go zranił. Nigdy nie chciał bowiem zawieść ani jej zaufania, ani swojego małego aniołka… – No i – dodał szybko, żeby ukryć nutki żalu i bólu, które przypałętały się do jego głosu – co nowego u ciebie? – Wbił w nią ciekawskie spojrzenie.
    W jego sercu kotłowały się zaś niezadane pytania: o jej zdrowie, o jej rękę, o jej życie i o relacje. O to, czy tęskniła za nim równie mocno, co on za nią i czy kiedykolwiek mu wybaczy…
    Pytania, do których na własne życzenie nie miał najmniejszego prawa.

    Connor, który wie, że zachowuje się kompletnie nieracjonalnie i że to wszystko bardzo, bardzo źle rozegrał, ale nie wie, jak ma to odwrócić i bardzo nie chce, żeby to spotkanie dobiegło końca...

    OdpowiedzUsuń
  31. [Chciałam powiedzieć, że jednak rezygnuję z Kalii, bo jakoś mi nie podeszła. Zapraszam jednak do Gwen, może tam coś wymyślimy :)]

    OdpowiedzUsuń
  32. — Nie masz pojęcia, jak dobrze to słyszeć – skomentował szczerze, kiedy Vera opowiedziała mu o stanie swojej babci, bo jeśli los miał w sobie cokolwiek ze sprawiedliwości, to Roselyn z całą pewnością zasługiwała na szczęście. Kolejne słowa srebrnowłosej wcale nie były jednak pocieszające, a widok jej smutku dosłownie łamał mu serce. – Ale to nie znaczy, że któraś z was się podda, prawda? – Zauważył mimo wszystko z uśmiechem, wiedząc że determinacji nie można odmówić srebrnowłosej ani jej babci; że te dwie niezwykłe kobiety mogłyby spokojnie osiągnąć absolutnie wszystko, czego zapragną. – W Mungu? – Otworzył szeroko oczy, kiedy odpowiedziała mu na kolejne jego pytanie. – Zaraza, Vero, to wspaniale! Gratuluję! – Podekscytował się, całym sobą okazując jej jak mocno jest z niej dumny. – Zawsze wiedziałem, że osiągniesz sukces – dodał ciepło, już mając na końcu języka pytania o jej podróże, które mocno go zainteresowały, gdy nagle los postanowił się okrutnie z nim zabawić. – Bea – zawarczał zimno i groźnie na widok kelnerki, która pojawiła się dosłownie znikąd. – Dziękujemy za zainteresowanie, ale nie potrzebujemy – nacisnął, chcąc uprzedzić potok słów, który miał opuścić jej usta – twojej pomocy. – Zmrużył oczy, usiłując jak najszybciej się jej pozbyć.
    O tym mógł jednak zapomnieć.
    Bea należała bowiem do osób tyleż samo głupich, co upierdliwych i na tyle skupionych na sobie, że choć usiłował jej przemówić do rozsądku, ona z uporem maniaka brnęła w to, co sobie zaplanowała – a tym najwyraźniej był sabotaż najlepszej rzeczy, jaka mu się zdarzyła od trzech lat: spotkania z Verą. Nieważne, że dosłownie wychodził z siebie, warcząc i gromiąc ją spojrzeniem – ona paplała dalej: o Chloe, o ciąży, o jego związku z nią i o wszystkim innym, co przyszło jej do jej pozbawionej mózgu, o czym Greyback był przekonany, głowy. Tym samym stawiała go w coraz gorszej sytuacji i wprawiała w irytację tak wielką, że gdyby nie obecność ukochanej, już dawno na jej oczach przemieniłby się w wilkołaka i rozszarpałby ją na strzępy.
    Widział bowiem, jak twarz srebrnowłosej staje się coraz bledsza, a jej oczy pozbawione blasku i zaczynał odchodzić od zmysłów. Nie tak wyobrażał sobie to popołudnie…
    — Ostrzegam cię po raz ostatni, Beo – wycedził więc przez zęby, bliski rękoczynów i gdy nie zareagowała, po prostu wybuchł, nie mając sił powstrzymywać swojego gniewu. – WYNOŚ SIĘ, DO CHOLERY! – Wrzasnął wreszcie, waląc pięścią o stół i posyłając ją do czorta, aby potem przez kilka sekund łapać oddech i na nowo skupić się na ukochanej. Jego wzrok nie był jednak wypełniony gniewem, jak w przypadku kelnerki, która prędko uciekła skryć się za ladą, ale czułością i troską, której nie dało się pomylić z niczym innym. – Nie, Vero… – Pokręcił głową w odpowiedzi na jej reakcję. – Nie wierz we wszystko, co widać na pierwszy rzut oka – zwrócił się do niej błagalnie, już mając świadomość tego, że wcale go nie słucha i pogrąża się w domysłach, czego wcale sobie nie życzył. – A już na pewno nie w to, co może ci się wydawać na mój temat – przekonywał ją łagodnie, wpatrując się w nią pełnym desperacji spojrzeniem. – Proszę, nie wychodź – szepnął, wiedząc że jeśli go pozostawi, jego serce, które nieco się zregenerowało na jej widok, ulegnie całkowitemu zniszczeniu. – Porozmawiajmy, dobrze? Minęło tyle lat – zauważył – a ja chciałbym… chciałbym móc ci to wszystko wyjaśnić – wyszeptał, szczerze licząc, że otrzyma ku temu szansę. – Proszę, Vero – ponowił, cierpiąc katusze na widok tego, w jakim stanie się znalazła z powodu tych wszystkich rewelacji. – Proszę, zostań ze mną – powtórzył żałośnie i z rozpaczą. Nie wiedział bowiem, jak ją nakłonić do dalszej rozmowy ani jak jej powiedzieć, że wciąż, mimo że zachował się jak dupek, kocha ją tą samą, a nawet silniejszą miłością, która nie zna granic.
    Widok jej roztrzęsienia bolał jak skurwysyn, ale choć marzył o skryciu jej w swoich ramionach, wiedział, że nie może. To zaś bolało nawet mocniej.

    Connor, który żałuje, że nie dowiedziała się inaczej i bardzo chciałby ukoić jej ból...

    OdpowiedzUsuń
  33. [Gwen to raczej spokojna i pokojowa osoba, więc jeśli ktoś nie jest dla niej wredny lub jej nie skrzywdził, czego pewnie Vera nie zrobiła, to jest bardzo miła. Myślę więc, że mogą się przyjaźnić, szczególnie, że panna Walsh to osóbka, która przez przypadek robi sobie krzywdę częściej niż powinna i pewnie w SS pojawia się dość często. Co więcej, Gwen nigdy nie miała rodziny, więc może nawet Verę zacząć traktować jak taką starszą siostrę, do której przychodzi, gdy ma jakiś poważny problem :)]

    Gwen

    OdpowiedzUsuń
  34. [No i super :D To ja bym zaczęła od kolejnej wizyty w SS, a później zobaczymy jak się to potoczy. Chyba, że masz lepszy pomysł. Jeśli nie, mam zacząć czy chcesz mnie wyręczyć? :)]

    Gwen

    OdpowiedzUsuń
  35. [Ach, dziękuję za tak miłe słowa! Mnie tutaj urzeka King, no i całość karty... Jak Ty to robisz, że wychodzą takie długie, rozbudowane, a przy tym tak świetne i nie nudzące? Szacunek, pokłony, co tam jeszcze do głowy wpadnie – podziwiam!
    Owszem, Opal nie jest "typową" Ślizgonką, chociaż faktycznie, nie sama czystość krwi i tradycja do owego Domu ją przywiodła. Niemniej jest jednak dziewczyną-tajemnicą i wyżej wspomnianym widmem; nie czuje potrzeby, by się ujawniać, woli pozostać wtopiona w tłum. c:
    Możemy iść w stronę zajęć z Chóru – moje nieśmiałe dziewczątko dostanie, powiedzmy, jakąś małą rólkę i faktycznie, może wziąć Verę za uczennicę, co pociągnęłoby za sobą dalsze skutki, mianowicie (a jednak Skrzydło Szpitalne, choć może w dość niecodziennym odcieniu) – mała, do swojego ekseprymentalnego eliksiru próbowałaby wykraść ze szpitalnej apteczki jakiś lek (bądź coś innego; chodzi głównie o składnik substancji, który byłby jej potrzebny, ewentualnie coś w tym rodzaju) i zostanie przyłapana przez panią pielęgniarkę. Co o tym sądzisz? Chciałabym wymyślić jakieś ciekawe powiązanie, aczkolwiek musiałaby się nam chyba najpierw rozwinąć historia, gdyż tak od podstaw ciężko mi to jakoś wykombinować...]

    Opal Yaxley

    OdpowiedzUsuń
  36. Prawdopodobnie wszystko to byłoby prostsze, gdyby Connor faktycznie kpił z Veereny. Być może bowiem sprawiłoby to, że wydarzenia następujące po jego próbie nakłonienia jej do pozostania w gospodzie, nie byłyby dla niego takim zaskoczeniem, a wręcz przeciwnie: byłby w stu procentach przekonany, że sobie na to zasłużył. Biorąc jednak pod uwagę to, że naprawdę z całych sił starał się to wszystko naprawić i ani przez sekundę nie odnosił się do srebrnowłosej bez szacunku, bo to zwyczajnie było niemożliwe, jej słowa były dla niego niczym uderzenie obuchem.
    Jeśli jednak myślał, że to najgorsze, co go tego dnia z jej strony spotka, grubo się mylił – to, jak bardzo Vera deprecjonowała siebie, było tysiąc razy gorsze niż jego conocny koszmar.
    — Jak możesz tak mówić?! – Nie wytrzymał więc, nie mogąc tego słuchać, bo każde jej słowo, w którym atakowała samą siebie, łamało jego serce i kompletnie go wyniszczało. – Jak możesz mówić o sobie w ten sposób?! Jak możesz… jak możesz tak mówić o nas?! – Wpatrywał się w nią z ogromnym niedowierzaniem. – Cholera jasna, Vero, chyba sama w to nie wierzysz! – Uniósł się zupełnie niepotrzebnie, co szybko sobie uświadomił i natychmiast spuścił z tonu. – Proszę… zostań, dobrze? Właśnie dlatego… właśnie z powodu tych wszystkich rzeczy, o których mówisz. Zostań, błagam cię. – Patrzył na nią z nadzieją. – Nawet nie masz pojęcia, jak bardzo się mylisz, a ja… ja naprawdę chcę to naprawić. Proszę, nie idź, ja… – Nie zdołał dokończyć, bo w tej samej chwili jego twarz zalała słodka ciesz, którą srebrnowłosa chlusnęła mu prosto z butelki, upokarzając go na oczach zebranych w gospodzie.
    To jednak jej późniejsze słowa bolały najmocniej.
    Choć bowiem pomimo piwa na twarzy i koszuli, był gotów zrobić wszystko, aby nie pozwolić Verze opuścić lokalu, z chwilą, w której jej warkot dobiegł jego uszu, poczuł, jak uchodzi z niego całe nagromadzone w nim powietrze. Nawet nie zauważył, kiedy nogi się pod nim ugięły, a jego twarz pobladła do tak wielkiego stopnia, że zdawał się być o krok od śmierci. To zresztą wcale nie było nieprawdą – wewnętrznie czuł się bowiem tak, jakby wykonano na nim właśnie wyrok, którym było pozbawienie go życia. Nie było w nim nic: pustka wypełniła go od stóp do głów, a w niej echem odbijały się słowa pielęgniarki – te o nienawiści, o byciu potworem i zrujnowaniu jej życia, czego przecież wcale nie chciał. Odszedł, aby ją chronić, a nie żeby ją zranić…
    Miał wrażenie, że jego serce wypadło mu z piersi wraz z chwilą, w której Vera się od niego odwróciła i potłukło się na brudnej podłodze, gdy drzwi za nią zamknęły się z trzaskiem.
    — Czego wrzeszczysz?! – Zawył, patrząc z nienawiścią na Beę, która szlochała tak, jakby to jej właśnie ktoś odebrał dosłownie wszystko, podczas gdy to ona zniszczyła jego. – Donieś mi, kurwa, Ognistej, psiakrew! – Warknął, ciskając pustą szklanką przez stół i nawet nie usłyszał, że parę sekund później spadła na ziemię i rozbiła się w drobny mak. Był otępiały z bólu.
    Kolejną kolejkę wypił na jeden raz, podobnie jak następną podaną natychmiast po niej – demony w jego głowie ponownie się bowiem odezwały, tym razem żywiąc się cierpieniem, jakie zadała mu Veerena. Raz po raz słyszał na nowo to, co mówiła i sekunda po sekundzie coraz bardziej pogrążał się w mroku – tam, gdzie było miejsce potworów – powtarzając sobie, że to wszystko było prawdą – że zasłużył na każde jedno słowo, które tak mocno go zniszczyło.
    Rzecz w tym, że mimo wszystko nie potrafił z niej zrezygnować. Nie był w stanie ani na moment zapomnieć wyrazu zawodu w jej fiołkowych oczach ani cierpienia, jakie wprost z niej biło – cierpienia, które jawnie wskazywało na to, że żywi do niego również inne uczucia. Nie umiał też tak po prostu wyrzucić z pamięci tego, jak naciskała na jego rzekome szczęście jak wielki miała na nią wpływ wiadomość o istnieniu Chloe. Wszystko to zaś sprawiło, że być może idiotycznie i z całą pewnością kompletnie nie przemyślanie, poderwał się od stołu, rzucając na niego pieniądze i wybiegł z gospody, nawet nie myśląc o tym, gdzie się kieruje – nogi same niosły go do „Lusterka”.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Po raz pierwszy w życiu był wdzięczny za swoją odmienność – zapach bzu i agrestu doprowadził go bowiem prosto przez hol i korytarz pełen luster do drzwi, za którymi mieszkała i choć pewnie powinien był się jakoś zapowiedzieć, zupełnie o to nie dbał. Jak burza wpadł do zajazdu i tak też przez niego przeleciał, aby z siłą tornada wtargnąć do wynajmowanego przez Verę pokoiku. W chwili, w której to robił, nie wiedział jednak jeszcze, co tak właściwie zamierza. Odkrył to dopiero wtedy, gdy odwróciła się ku niemu zaskoczona i ujrzał jej zalaną łzami twarz.
      Jednym susem znalazł się przy niej. Jednym zdecydowanym gestem przyciągnął ją do siebie tak blisko, jak to tylko było możliwe. Jednym pewnym, choć delikatnym ruchem ujął jej twarz w swoje dłonie i zajrzał jej głęboko w oczy z determinacją nie znającą żadnych granic.
      — To nie była żadna ułuda, aniele – zawarczał, lecz był to zupełnie inny warkot niż ten, którym zwracał się do Bei; ten bowiem wynikał z miłości i podniecenia. – Istnieliśmy – nacisnął i w tej samej chwili wpił się gwałtownie w jej usta, nie dając jej ani szansy na odpowiedź, ani na żadną ucieczkę. Trzymał ją bowiem mocno, w namiętny pocałunek wkładając całą swoją miłość, tęsknotę, ból i rozpacz, jakie przez wszystkie te dni odczuwał.
      Całował ją tak, jakby cały świat nie istniał – tak, jakby nie było jutra.

      trochę impulsywny, ale bardzo szczery w tym, co robi, Connor

      Usuń
  37. To, co zrobił Connor, z całą pewnością było niemądre i nie trzeba było być geniuszem, aby dojść do takiego wniosku. Nie trzeba nim było również być, aby przewidzieć, że to wszystko nie skończy się dobrze i że w gruncie rzeczy zamiast naprawić ich relacje, tylko jeszcze bardziej je w ten sposób komplikuje. Greyback doskonale więc zdawał sobie z tego sprawę, bo choć jego serce leżało nadal pogruchotane na podłodze w „Gospodzie pod Świńskim Łbem”, a jego rozum pozostał za drzwiami wejściowymi do „Lusterka”, przytrzaśnięty nimi porządnie i kompletnie w związku z tym otumaniony, instynkt nie zawsze go zawodził. Nie zmieniało to jednak faktu, że decyzja, którą podjął, była nieodwołalna i jeśli czegoś był pewien, to tego, że nie będzie jej żałował.
    Przez trzy lata uciekał przed tym, czego naprawdę pragnął, łudząc się, że w ten sposób chroni przed samym sobą Verę, ale miał już tego serdecznie dość. Tego konkretnego lipcowego dnia zabrakło mu zwyczajnie sił i nie miał już najmniejszej ochoty walczyć sam ze sobą. Ten jeden raz chciał być słaby i się poddać, nie martwiąc się o nic.
    Zapach bzu i agrestu otoczył go delikatną mgiełką, osiadając na nim i wypełniając go sobą tak, że po raz pierwszy od kilkudziesięciu miesięcy poczuł, że naprawdę jest w domu. Jego uszu dobiegło znajome bicie serca – pełnego bólu, ale mimo wszystko dobrego i zawsze skorego do pomocy. Dłonie zaś odnalazły znajome miejsca, trafiając bezbłędnie na tak doskonale sobie znane – choć nieco mocniejsze – krągłości, zagłębienia i strefy erogenne; miejsca, na których kiedyś grał z wielką wprawą, mając Verę za swój ulubiony, idealnie do niego dopasowany instrument.
    Cholera, ależ mu jej brakowało!
    Na tych kilka ulotnych sekund znów byli tam, w Boscastle, szczęśliwi, beztroscy i pełni nadziei na to, że nic ich nie rozłączy. Znów czuł na twarzy chłodną, morską bryzę i sól na swojej skórze, a włosy jego ukochanej pachniały świeżym powietrzem i ogniskiem, które palili niemal każdego dnia – czy to na dworze, czy to w zaciszu jego domu, w kominku. Znów czuł, że jest na swoim miejscu, nawet jeśli świat zdawał się sprzysięgać przeciwko nim.
    Ten jeden, nieskończenie namiętny i słodki pocałunek, przywrócił mu życie i nawet to, że ni stąd, ni zowąd Vera wyrwała mu się z objęć, nie zdołało tego zniszczyć.
    Kochał ją całym sobą – po prostu.
    — Nic? – Pełnię swojej silnej woli wkładał w to, aby zachować spokój i nie rzucić się za srebrnowłosą w jednym, prostym celu: przyciągnięcia jej do siebie i wybicia jej z głowy prób protestowania przeciwko czemuś, czego oboje chcieli. I nie, nie była to z jego strony oznaka pychy: on dobrze wiedział, jak odczytywać znaki jej ciała. Zaczął od zamknięcia drzwi. – To dlaczego na sam twój widok poczułem, że po raz pierwszy od trzech lat naprawdę żyję? – Zapytał, postępując ku niej krok. – Dlaczego sam twój zapach sprawił, że po raz pierwszy od trzech lat naprawdę zacząłem oddychać? – Ciągnął, robiąc kolejny – Dlaczego sam twój głos sprawił, że szczerzę się jak głupi, mimo że od trzech lat nikt ani nic nie było w stanie do tego doprowadzić? Dlaczego samo to, że ciebie dotknąłem sprawia, że nie mogę myśleć o niczym innym, jak o cieple twojej skóry i tym, jak cholernie dobrze jest ciebie mieć w swoich ramionach: tam, gdzie pasujesz? Dlaczego ten pocałunek był tak kurewsko dobry? – Raz po raz pytał, aż wreszcie zaszedł jej drogę i oparłszy się dłońmi o ścianę po obu stronach jej głowy, spojrzał jej głęboko w oczy. – Powiedz mi, że tego nie czułaś, aniele – szepnął, pochylając się do niej blisko. – Powiedz mi, że ten pocałunek to nie było dla ciebie coś – prosił, patrząc na nią intensywnie. – Powiedz mi, że tego nie chcesz… Powiedz mi, że mam wyjść. Powiedz, że to tylko ułuda… – kusił, znajdując się tak blisko niej, że oddychali tym samym powietrzem, a ich usta leciutko się ze sobą stykały. – Nie uwierzę – zakończył, ryzykując jeszcze jeden pocałunek: tym razem powolny i czuły, ale przede wszystkim krótki.
    Taki, po którym oderwał się od niej i spojrzał na nią uważnie, sprawdzając co czuje.

    Connor, który kocha najmocniej

    OdpowiedzUsuń
  38. Nie powinien był igrać z ich uczuciami ani osaczać Veereny w ten sposób, ale w tamtej chwili nie myślał racjonalnie. Gdzieś tam w tyle głowy pamiętał powody, dla których unikał jej tak długo i odmawiał sobie tej przyjemności, jak również powody ich spięcia z tego dnia: Bea, Chloe i błędy, za które nigdy nie przeprosił. To wszystko wydawało się jednak nie mieć w chwili obecnej żadnego znaczenia – ważne było tylko to, aby nie tracić już czasu, który otrzymali od losu.
    Szaleństwo czy nie – Connor nie zamierzał się wahać.
    To dlatego nie czekał ani chwili dłużej, tylko skradł srebrnowłosej czuły pocałunek, po którym upewniał się czy jej wcześniejsze prośby o to, aby wyszedł, faktycznie były jedynie ostatnią próbą zachowania zdrowego rozsądku, podczas gdy jej serce pragnie czegoś innego. Zyskawszy taką pewność, nie zastanawiał się nad niczym, tylko przywarł do niej ponownie: tym razem dużo bardziej zdecydowanie, choć nadal z delikatnością i uwielbieniem, od których powoli zaczęły się w nim budzić jego pierwotne instynkty. To one sprawiły, że niedługo potem pochylił się i ująwszy Verę pod pośladkami, przeniósł ją w stronę łóżka, nakrywając ją momentalnie swoim ciałem.
    Nie odrywał się od niej ani na chwilę – po części ze strachu, że mogłaby się rozmyślić, a po części i to tej dużo większej, z powodu tęsknoty, która aż do tego dnia dosłownie go zabijała.
    Nawet nie musiał się zastanawiać: jego ciało doskonale pamiętało, w którym miejscu i w jaki sposób dotknąć ukochanej, aby jego uszy znów wypełniła najrozkoszniejsza melodia, którą kiedykolwiek słyszał – ta, na którą składały się szepty, westchnienia i jęki pół-wili. Błądził więc ustami po jej skórze, pozostawiając na niej wilgotny ślad i doprowadzając ją do wrzenia, ilekroć posyłał na niego strumień powietrza. Na przedramieniu lewej ręki opierał się o materac tuż przy jej głowie, a prawą błądził zaś po jej idealnym ciele: sunął po jej ramionach, żebrach i wąskiej talii, nie dotykając jej piersi, ale przekradając się na tyle blisko niej, aby wzbudzać w srebrnowłosej tęsknotę i pragnienie zaznania jego pieszczoty – z satysfakcją przyglądał się, jak wygina się w łuk, ale odmawiał jej tego, czego potrzebowała. Jeszcze nie nadeszła bowiem na to pora.
    — Nie duś tego w sobie, aniele – wymruczał w odpowiedzi na jeden z jej jęków, gdy akurat zassał delikatnie skórę na jej szyi. – Pozwól mi siebie usłyszeć… pozwól mi siebie poczuć… pozwól, abym się tobą zaopiekował – szeptał błagalnie, wzdrygając się i skowycząc z rozkoszy, gdy dotknęła jego nagiej skóry na torsie swoimi chłodnymi palcami. W tym samym czasie jego dłoń dotarła do skraju jej sukienki, ale nie zakasał jej: naprawdę nie chciał się spieszyć. Zamiast tego uniósł się nieco i przesunął tak, aby pocałunkami móc sunąć po jej prawej ręce, pokrywając każdy jej centymetr oznakami swojej czułości, aż dotarł do jej palców. – Zrelaksuj się… poddaj się temu, kochanie – prosił, obejmując jej drobne palce ustami i zassawszy je lekko, przyglądał się, jak jej oczy powoli zachodzą mgłą. Potem zaś przeniósł się do jej drugiej ręki i na moment czas dla niego stanął w miejscu, a zimny pot zlał jego skórę na widok ogromnych szram, które jemu jednak wcale nie jawiły się jako paskudne, tylko piękne. Symbolizowały bowiem siłę i determinację Veereny, choć jednocześnie wzbudzały w nim ogromne poczucie winy. Przełknął z trudem ślinę, nie mogąc w pierwszej chwili opanować emocji, ale gdy tylko spróbowała zabrać rękę, nie pozwolił jej. Zamiast tego uniósł na nią pełne uwielbienia, zachwytu i miłości spojrzenie, jednocześnie pochylając się, aby musnąć czule ślad za śladem po krzywdzie, jaką jej wyrządził.
    Nie było to wiele, ale pragnął choć trochę ukoić jej ból.

    bardzo, bardzo smutny wilkołak, który bardzo, bardzo chciałby ukoić jej ból

    OdpowiedzUsuń
  39. Bez względu na to, jak bardzo całowanie jej blizn – dobitnego dowodu na to, że powinna się trzymać od niego z daleka… – wydawało mu się odpowiednie i słuszne, bo nie znał innego sposobu na pokazanie jej, jak bardzo ją podziwia, szanuje i ceni, Connor nie mógł w tym momencie myśleć wyłącznie o sobie. Pod jego ciałem drżała w końcu najwspanialsza kobieta na świecie, która zasługiwała na to, aby brać pod uwagę to, czego pragnęła – tak, jak to robił kiedyś, do czasu podjęcia przez niego decyzji za nich oboje. Decyzji, której żałował po dziś dzień.
    Greyback posłusznie więc odpuścił i odsunął się nieco, pozostawiając jej ramię, tak jak sobie tego życzyła, choć najpierw rzucił mu tęskne i smutne spojrzenie – naprawdę bowiem marzył o tym, aby móc cofnąć czas. To jednak było niemożliwe, mimo że żył w świecie magii, który ponoć nie znał pojęcia jakichkolwiek ograniczeń. Niestety, jak pokazywała rzeczywistość, zarówno to, co dolegało Roselyn, jak i to, czego dopuścił się on sam, było nieodwracalne. Na ten moment mógł więc jedynie robić wszystko, absolutnie wszystko, co było w jego mocy, aby wynagrodzić to w jakikolwiek sposób ukochanej i taką też taktykę przyjął, rozpaczliwie pragnąc jej szczęścia.
    Poddał się w związku z tym jej woli, pozwalając jej zedrzeć z siebie koszulę i już w tym samym momencie, w którym odrzucała ów materiał na bok, wiedział, że jest zdany na jej łaskę. Nie minęła bowiem minuta, a jej palce już idealnie trafiły tam, gdzie ich potrzebował i gdzie kryło się jego tłumione przez lata pożądanie wymieszane z tęsknotą. Vera bowiem jako jedyna na świecie była w stanie pobudzić w nim tak silne emocje i doprowadzić go niemal do wrzenia samym swoim dotykiem, nie mówiąc już o kompletnie oszałamiającym go zapachu, spojrzeniu czy jej cieple. Nie zatraciła tej umiejętności i właśnie tego dowodziła: pozbawiała go zdrowego rozsądku, dowodząc że nadal, mimo upływu czasu, sprawuje nad nim całkowitą i niepodzielną władzę.
    — Cholera jasna… – sapał, gdy drażniła go swoimi paznokciami i jęknął, kiedy zrobiła mu miejsce pomiędzy swoimi udami, a zapach jej podniecenia na dobre odebrał mu silną wolę. Od tej pory nie był już delikatny ani subtelny: owszem, nadal każdy jego ruch pełen był oddania oraz szacunku, które żywił do swojej partnerki, ale jednocześnie zupełnie tego nie kontrolował. Warczał, wzdychał i mruczał, szarpiąc za jej sukienkę, aby wydobyć z niej jej cudownie krągłe piersi, które natychmiast obdarzył atencją, a zaraz potem szukając dłońmi chaotycznymi gestami jej bielizny, czym prędzej zerwał z niej delikatną tkaninę, jeszcze mocniej rozkładając jej nogi na boki. – Vera… – wydyszał z utęsknieniem na sekundę przed tym, jak zamknął usta wokół jej sutka, ssąc go i lekko podgryzając, a jego palce musnęły wrażliwy kłębek jej nerwów, wzbudzając u niej fale rozkoszy. Zaraz potem zsunął je nieco niżej, rozchylając wargi jej kobiecości i z westchnieniem zachwytu odnalazł nieco już wilgotne wejście do jej ciała, na którym skupił swoją uwagę. – Moja… – Cicho zawarczał, przenosząc usta na jej drugą, nabrzmiewającą pod wpływem jego pieszczot pierś, aby idealnie zgrywając w czasie moment, w którym otoczył zębami jej sutek i wsunął w nią palec, z dumą samca zaobserwować jej żywą reakcję. Ta jednak była już zdecydowanie ponad jego siły. Z głośnym warkotem, miarowo ją stymulując, zsunął się w mgnieniu oka jeszcze niżej i czując, jak świat zaczyna mu wirować przed oczami z powodu jej intensywnego zapachu, z lubością wpił się w jej kobiecość, bez trudu odnajdując językiem każdy jeden punkcik jej ciała, który prowadził ją prosto ku niebywałej rozkoszy. – Moja… – powtórzył zaborczo, wsuwając w nią drugi palec.
    Wszystko w nim szalało z pragnienia znalezienia się w niej – musiał być jednak pewien, że jest na niego gotowa.

    mocno, mocno szczęśliwy i podniecony Connor

    OdpowiedzUsuń
  40. Nie było ani jednej rzeczy, której nie uwielbiałby w tej kobiecie – tak przed trzema laty, jak i teraz, bo pomimo upływu czasu wszystko było tak jak dawniej. Vera wciąż więc była niewinną i dobrą osobą, w której czaił się ogrom empatii i ciepła, a jednocześnie seksowną, kuszącą i mocno świadomą swojej władzy nad męską częścią społeczeństwa – szczególnie nad pewnym wilkołakiem – damą, która zdecydowanie wiedziała, czego chce i pragnie. O ile jednak w życiu codziennym często na nim polegała, nie biorąc na siebie podejmowania konkretnych decyzji i po prostu ufając mu, że się o nią zatroszczy, tak zawsze podczas ich zbliżeń, kiedy była czegoś pewna, potrafiła tak zdecydowanie tego zażądać, że Connorowi nawet przez myśl nie przechodziło sprzeciwienie się jej.
    Teraz było więc identycznie: wystarczyło jedno jej zdanie i aż nadto jasny gest, aby nie zwlekając ani chwili dłużej oderwał się od niej i wbił w nią badawcze, spojrzenie, które naprawdę upodabniało go do pełnego oddania wilka, wyczekującego na dalsze rozkazy. Gotów był bowiem na spełnienie dosłownie każdej jej zachcianki i kiedy tylko informowała go o czymś, nasłuchiwał bardzo uważnie, w porę reagując na każde polecenie. Nie cierpiał jednak z tego powodu ani trochę i nie zmuszał się do niczego. Wręcz przeciwnie: Greyback podniecał się coraz mocniej, słysząc jak bez wahania nim dyryguje, więc nie trwało długo, nim stał się kompletnie od niej zależny.
    Od tej pory robił bez szemrania wszystko, o co go prosiła w szaleńczym tempie, łaknąc jej równie mocno, co ona jego, lecz to Vera dzierżyła w garści władzę. To na jej życzenie zamilkł, pozwalając jej się rozebrać i to zgodnie z jej prośbą, dygocząc i oddychając nerwowo nakrył ją swoim ciałem, nie myśląc ani trochę trzeźwo z powodu swojego podniecenia. Coraz rozpaczliwiej łaknął spełnienia i oddychał już z niemałym trudem,gdy zagoniła go do namiętnego pocałunku, ale choć przede wszystkim starał się być posłusznym, z chwilą, w której wypchnęła ku niemu biodra, nawet jej wola zeszła na dalszy plan, ustępując miejsca niebywałej frustracji i pożądaniu.
    Z głuchym jękiem przyjął gorąco promieniujące z okolic jej lędźwi, gdy przycisnęła je do jego ciała, a potem z tym większą pasją odwzajemnił jej szaleńczy pocałunek. Jego dłonie zaś raz po raz gładziły jej ciało, zachwycając się jego krągłościami, podczas gdy jego penis już dawno został pobudzony do działania i tylko strach przed skrzywdzeniem jej, powstrzymywał Connora. Wystarczył jednak jeden ruch palcem i jedno przeciągnięcie dłoni po całej długości jego męskości, aby świat wokół na dobre przestał istnieć, a wszystko w nim skupiło się na jednej, prostej potrzebie: zaznania spełnienia w ramionach ukochanej kobiety i zaspokojenia jej.
    Nie potrzebował wiele: ot, jednego pchnięcia biodrami, aby zaznać tego nieba, którego tak bardzo łaknął, a już jego przeciągły krzyk poniósł się echem po pomieszczeniu – dobrze więc, że wyciszonym za pomocą zaklęcia – czarne oczy zaś zaszły mgłą, podczas gdy mięśnie zadrżały, gdy stymulujących go bodźców zrobiło się zbyt wiele. Gorące wnętrze Very zaciskające się wokół jego męskości niczym imadło, jej słodko-cierpki zapach, jej ostre paznokcie drażniące jego skórę i jej smak w jego ustach… – tego było dla niego zdecydowanie zbyt wiele.
    Nie było więc już mowy o odwrocie: chwycił biodra Veereny w żelaznym uścisku i naparł na nią mocniej, z każdym kolejnym kawałeczkiem coraz głośniej dysząc i jęcząc, aby znalazłszy się w niej w pełni, dosłownie załkać z przyjemności. Ta była bowiem nie do opisania.
    — Cholera jasna, Vero… – wyjąkał, zanim dał się porwać pożądaniu: gwałtownym i mocnym pchnięciom, warkotom, jękom i westchnieniom, którym towarzyszyły grzeszne słówka.
    Niebu, którego zaznawał tylko z nią…

    Connor

    OdpowiedzUsuń
  41. To nie był tylko seks. To, co przeżywali, zdecydowanie nie miało w sobie bowiem nic ze zwykłego pełnego namiętności aktu ani nawet nie stało obok prostej potrzeby zaspokojenia swoich żądz. Było czymś o wiele, wiele większym, bardziej znaczącym i po prostu: wspanialszym – czymś, co docierało do ich dusz, łącząc je ze sobą w pełnym miłości i oddania tańcu, sprawiając że przepadali dla siebie coraz mocniej. W ten sposób przybliżali się do siebie, okazując sobie uczucie na najwyższym, cudownym poziomie zaangażowania i bliskości.
    Czas, jaki upłynął, odkąd po raz ostatni zgrali się i zjednoczyli w ten sposób, nie był jednak ich sprzymierzeńcem. Sprawiał, że z każdą mijającą sekundą Connor czuł coraz silniejszą potrzebę przyspieszenia tempa swoich ruchów i znaczącego ich pogłębienia, czego oboje całymi sobą pożądali, ale nie byli zdolni znieść. Uczucia, jakie to bowiem za sobą niosło, były tak bardzo obezwładniające i do tego stopnia odbierające im nad sobą kontrolę, że nawet nie nie mieli pojęcia, jak głośni, niegrzeczni i szaleni są. Istniała dla nich wyłącznie plątanina ich ciał, przynoszących sobie nawzajem rozkosz tak uzależniającą, że z każdą chwilą potrzebowali więcej i więcej.
    Dobrze, że ich ciała same wiedziały, co robić: inaczej Greyback całkowicie by zgłupiał.
    — VERO! – Zawył, zdzierając sobie gardło w tym ekspresyjnym błaganiu. Sam jednak nie wiedział, o co tak naprawdę ją prosi: czy o litość w sprawie spełnienia, którego wręcz od niego wymagała, a którego nie był pewien czy przeżyje, biorąc pod uwagę to, jak się przy niej czuł; czy może o to, aby mu pomogła. – Cholera jasna… cholera, Vero… ja… ja… – Łkał, warczał, syczał i dyszał: jak szaleniec miotał się pomiędzy kolejnymi uczuciami, kompletnie nie wiedząc, co robić, podczas gdy jego ciało wypełniało się z wolna ekstazą, której żaden śmiertelnik nie był w stanie znieść. – Ja… – Kręcił głową, kompletnie pozbawiony sił, a jednak opierający się o wezgłowie ich łóżka i w dalszym ciągu napierający na jej cudowne ciało, które przyprawiało go o zawroty głowy. Nie wierzył, że przetrwa spełnienie, które już zapowiadało się na najintensywniejsze, jakie do tej pory przeżył, ale gdy wrzask jego ukochanej zgrał się z tym rozkosznym bólem, który mu sprawiła, rozorawszy jego plecy swoimi paznokciami, nie miał już nic do gadania.
    Orgazm przyszedł gwałtownie i przetoczył się przez jego ciało z wielką, niszczycielską siłą, której nic nie mogło powstrzymać. Mógł jedynie się temu poddać, drżąc jak osika i skowycząc przeciągle, gdy szczytował z imieniem ukochanej na ustach, która w słodkiej torturze przedłużała jego rozkosz, zaciskając się z nagła wokół jego męskości we własnym wybuchu ekstazy.
    Miał wrażenie, że umiera, ale jednocześnie nigdy nie był szczęśliwszy…
    Opadł bez sił na materac, odrobinę przygniatając przy tym srebrnowłosą, ale nawet nie mając sił się poruszyć czy przerwać ich bliskości. Jego ramię tkwiło więc przerzucone przez klatkę piersiową kobiety, a nogi splotły się z jej nogami, podczas gdy serce tłukło się mu w piersi tuż obok jej własnego. Twarz miał natomiast wtuloną w zagłębienie jej szyi, przez co mógł wdychać jej cudowny zapach i z tym większą radością dochodzić do siebie.
    — Nic ci nie jest, moje maleństwo? – Zapytał wreszcie z pomrukiem, choć nie miał pojęcia, ile minęło czasu, odkąd tak padli bez życia. Odnalazł jednak w sobie siły do tego, aby się unieść na rękach, musnąwszy uprzednio skórę jej szyi i spojrzeć na nią z troską. – Trochę… – Jego wzrok powędrował ku połamanemu wezgłowiu łóżka; nawet nie pamiętał, kiedy to zrobił. – Trochę mnie poniosło… – westchnął, przenosząc ciężar na jedną rękę, drugą zaś dotknął jej twarzy w ogromnie czułym geście, któremu towarzyszyło jego pełne ciepła spojrzenie, które w niej utkwił.

    Connor

    OdpowiedzUsuń
  42. — Mmm? – Chociaż chciał się dowiedzieć czy nic jej się nie stało, nie był z kamienia: jej subtelne pieszczoty, za którymi tak tęsknił, mocno na niego działały i rozpraszały go na tyle, że zapominał własnego imienia. – Cóż… taki był chyba plan, hm? – Zaśmiał się tak, jak lubiła: cicho, gardłowo i seksownie, nie przypuszczając, że za parę chwil nie będzie mu do śmiechu. Najpierw ze względu na to, że pobudziła go na nowo do działania, co skwitował pomrukiem, a potem z powodu zadania, jakie mu przydzieliła. Ono jednak początkowo bardzo mu się podobało. – Oczywiście, najdroższa – odszepnął miękko, pieszcząc ją spojrzeniem. – Nie pozwolę żeby cię bolało – dodał obiecująco, po czym ochoczo zabrał się do rozbierania jej, tak jak go o to prosiła.
    Zaczął od opuszczenia jej ciała, mimo że ani ona, ani on nie mieli na to ochoty – ich organizmy ewidentnie się przeciwko temu buntowały, przynajmniej do czasu, aż wzrok Connora padł w okolice zbiegu ich ud, gdy wreszcie się z niej wysunął.
    Kilka cholernie długich, okropnych i dobijających sekund wpatrywał się w zupełnym otępieniu na czerwone plamy tak doskonale widoczne na jasnej skórze jego ukochanej, miękkiej pościeli, po której się tarzali i jego ciele, które dopiero co stanowiło jedność z Verą. Spoglądał na to, czując jak w gardle pojawia mu się ogromna gula podenerwowania, a jego serce zaczyna jeszcze szybciej kołatać, niż chwilę temu w największym uniesieniu i powoli kręcił głową, nie chcąc tego do siebie dopuścić. Prawda jednak i tak zdołała go uderzyć, siejąc w nim spustoszenie.
    Znowu ją skrzywdził.
    Tyle obietnic, tyle zastanawiania się nad tym czy mogli tego uniknąć, tyle marzeń, które snuł przez te wszystkie miesiące i tyle nadziei na to, że to był zwykły przypadek – wypadek, który nie powinien się był w ogóle zdarzyć – przepadło. Prawdę było bowiem widać jak na dłoni: Connor naprawdę był potworem, z którym Veerenę czekało wyłącznie cierpienie…
    Nagle jego umysł zalały obrazy zupełnie innego krwotoku u dziewczyny: tego, którego nie zdołał wówczas powstrzymać, a który na dobre ich od siebie oddzielił.
    Jego strach przybrał monumentalne wręcz rozmiary.
    — Cholera jasna! – Wyrwało mu się, gdy wreszcie zdołał opanować otępienie. Od momentu, w którym zauważył krew ukochanej do chwili, w której zaczął działać, minęło, co prawda, jedynie parę sekund, ale i tak wyrzucał sobie zwłokę. – Ja… cholera jasna, Vero… wszystko w porządku?! – Spojrzał na nią z udręką i tak wielką troską, że nie dało się zwątpić w szczerość jego uczuć. – Nic ci nie jest? Nic… ja… kurwa mać! – Jęknął, poddając się panice i nie mogąc uwierzyć, że to działo się ponownie. – Skrzywdziłem cię, j-ja zrobiłem ci krzywdę. J-ja wiedziałem, j-ja… – plątał się, wsuwając dłoń we włosy i próbując się opanować za pomocą oddechu, ale marnie mu to szło. – Przepraszam, kruszyno, nie chciałem. Nie chciałem, żebyś cierpiała. Ja… ja muszę ci pomóc, muszę coś zrobić! – Wbił w nią przerażone spojrzenie, zupełnie nie mając pojęcia, że jawnie przesadza. Dla niego bowiem nawet kropla jej krwi w tym momencie byłaby powodem do histerii, a wcale nie było źle. – Błagam, powiedz mi, c-co mam robić. Powiedz jak mam ci pomóc – wpatrywał się w nią intensywnie. – I wybacz mi, błagam. Ja nigdy bym… – urwał, walcząc z własnymi emocjami. – Na pewno nic ci nie jest? – Spojrzał na nią bliski szaleństwa z niepokoju: dygoczący, przerażony i zupełnie niemający pojęcia, co robić.
    To było dużo gorsze niż jego koszmar…

    szalejący wilczek

    OdpowiedzUsuń
  43. Tak, Connor miał na końcu języka stwierdzenie, że nigdy by jej nie skrzywdził i chociaż bardzo chciał to jej powiedzieć, całym sobą czując, że tak właśnie przedstawia się prawda, nie mógł – to jedno wspomnienie sprzed trzech lat mu na to nie pozwoliło. To zaś, co odpowiedziała mu jego ukochana, tylko przelało czarę goryczy – był bowiem potworem, który znów wyrządził krzywdę najwspanialszej istocie, jaka chodzi po Ziemi.
    Świadomość tego była doprawdy wyniszczająca – tak bardzo chciał móc się więc w tym momencie poddać jej czułej, przeczącej jej słowom pieszczocie i zapomnieć o wszystkim…
    Na to jednak nie miał szans. Wiedział, że widok jej kolejnego krwotoku, który u niej w ten wieczór spowodował, będzie mu towarzyszył przez resztę dni i nie da mu już spokoju. Nawet jeśli bowiem twierdziła inaczej, dla niego to nie było nic. To była krew związana z urazem, którego doznała z jego powodu, a tego nie potrafił i co ważniejsze nie chciał sobie wybaczyć.
    Pocałunek, który złożyła na jego ustach, tylko zwiększył mętlik w jego głowie.
    Po jednej stronie barykady stało bowiem jego serce, cierpiące z powodu krzywd, które ją przez niego spotkały i z powodu jego własnych, cholernie głupich błędów, których nie umiał ani trochę naprawić. Po drugiej zaś znajdowało się jego ciało, potrzebującej jej bardziej niż podmuchu świeżego powietrza i reagujące na jej słowa i gesty. Rozum zaś stał pomiędzy nimi dwoma, mając świadomość tego, że w dalszym kontakcie fizycznym i w jej namowach kryje się coś złego, jak i tego, że bez niej sobie nie poradzi – że potrzebuje jej, aby dalej funkcjonować.
    Toczyła się w nim więc zaciekła walka o wygraną, ale szanse od samego początku były nierówne. Nieważne bowiem jak bardzo pragnął być dobrym facetem, który zachowuje się tak, jak należy, nie miał najmniejszych szans w zestawieniu z kokietującą go, półnagą Veereną, stanowiącą spełnienie jego najgłębszych marzeń. Nieważne więc, jak bardzo było to złe i jak mocno się z tym nie zgadzał, nie potrafił się jej oprzeć – jego ciało, wbrew woli, poddawało się jej rozkazom.
    Czuł więc do samego siebie nienawiść, gdy zsuwał z siebie spodnie i odrzucał je gdzieś daleko na bok, bo wiedział, że to nie jest właściwe – że ryzykuje jej dobrem, a nawet życiem – ale nie był dostatecznie silny, żeby się z tym zmagać. Kiedy zaś zbliżył się do srebrnowłosej, nie był już w stanie myśleć o czymkolwiek poza nią i pragnieniem uszczęśliwienia jej. Odebrał więc sercu i rozumowi prawo do jakiegokolwiek głosu, a potem w milczeniu zbliżył się do niej, zachodząc ją od tyłu, aby ostrożnie rozpiąć zamek jej sukienki, całując ją w ramię i powoli ściągnąć ją z niej.
    — Unieś ręce, najdroższa… – poprosił przy tym, sunąc ustami po jej skórze, aż pozostał na niej jedynie ślad po kotłującej jej się do niedawna w pasie części ubrania. Patrzył na nią jeszcze przez dobrą chwilę, podziwiając ją w niemym milczeniu i przełknąwszy głośno ślinę, odważył się jej dotknąć: położył dłonie na jej barkach i powoli, bardzo delikatnie zaczął nimi sunąć wzdłuż jej kręgosłupa, przesuwając je później na jej boki i podziwiając zgrabną talię. – Jesteś idealna… – szepnął z oczarowaniem, odwracając ją do siebie twarzą i okazując jej jeszcze dobitniej uwielbienie oraz pełen szacunek, gdy pomagał jej się ułożyć z powrotem na materacu. Sięgnął przy tym po swoją koszulę, która wciąż leżała wraz z nimi na łóżku i ostrożnie, samym jej końcem, przesunął po jej smukłych udach, wycierając je z krwi i ich soków. – Absolutnie perfekcyjna… – westchnął, całkiem już zapominając o swoich rozterkach, gdy pochylił się, żeby ją pocałować.
    Czule, długo i subtelnie.

    kochający wilczek

    OdpowiedzUsuń
  44. On naprawdę nie potrafił się jej oprzeć.
    O tym, jak bezradny był wobec jej pragnień, uśmiechu czy seksownego ciała, Connor tego dnia miał okazję wyjątkowo dobrze się przekonać – wystarczyło bowiem, że oczyścił ją z ich soków, a potem powiódł spojrzeniem po jej krągłościach, aby wszystko w nim skupiło się na tym, jak bardzo jej pożądał. Mimo zaś tego, że wiedział, że nie powinien – poddał się temu pragnieniu i nim się obejrzał, przeżywał już swoją najlepszą noc w życiu, tkwiąc w jej ramionach i raz po raz naznaczając ją jako swoją: najpierw od tyłu, tak jak uwielbiał, potem własnymi ustami, aby na sam koniec udowodnić jej, że jest jego wszystkim, gdy czule kochali się, zapominając o całym świecie.
    Nic nie mogło się równać z uczuciem, które towarzyszyło zasypianiu w jej objęciach czy spełnieniu, którego tej nocy zaznał – obudziwszy się następnego ranka, Greyback uśmiechał się więc jak szaleniec, wciąż czując wokół cudowny zapach bzu i agrestu, będący jego ukochaną mieszanką i synonimem prawdziwego szczęścia. Otworzył więc oczy, przekręcając się na bok z euforią, która nie znała granic, aby sekundę później poderwać się z łóżka i z dziwnym przeczuciem rozejrzeć się w panice po pokoju. Niestety, nie było w nim już śladu po srebrnowłosej.
    Fala agonalnego bólu zalała go od stóp do głów, odbierając mu dech w piersiach i chęć do życia, ale to maleńki zwitek papieru, który dostrzegł na jej poduszce, był jego końcem. To on bowiem sprawił, że ten dwumetrowy facet osunął się na kolana, obijając je sobie o podłogę i wydał z siebie najbardziej rozpaczliwy, bo zwierzęcy i pierwotny skowyt bólu, jaki świat kiedykolwiek usłyszał, gdy prześledził wzrokiem drobne, eleganckie pismo, łamiące mu serce. Czytał je jednak raz po raz w nadziei na to, że znajdzie jakiś ukryty w nim sens, ale oprócz gorzkich łez, które zalały jego przystojną, obecnie wykrzywioną cierpieniem i niedowierzaniem twarz, nic nie znalazł.
    Jeszcze tego samego popołudnia przedłużył rezerwację pokoju Veereny o tydzień.
    Siedem dni – tyle właśnie w nim spędził, niemal z niego nie wychodząc, chyba że akurat skończyła mu się Ognista Whisky, co w jego stanie emocjonalnym urastało do rangi kryzysu większego niż powrót Voldemorta do władzy w latach dziewięćdziesiątych. Blisko sto siedemdziesiąt godzin rozpaczy, szaleństwa i cierpienia, które parokrotnie zaprowadziło go na skraj wytrzymałości – tylko jeden krok dzielił go więc od całkowitej destrukcji – którego jednak nie zdołał przekroczyć – nie mógł tego zrobić Verze, która nie zasługiwała na poczucie, że to przez nią coś mu się stało, choć to oczywiście nie byłoby prawdą: sam sobie nawarzył tego piwa. Ponad dziesięć tysięcy minut poświęconych na chlanie, użalanie się nad sobą, roznoszenie pokoju w zajeździe w napadach przyćmiewającego jego umysł gniewu i naprawianie go, aby później znowu móc doprowadzić go do ruiny. Sześćset cztery tysiące osiemset sekund bezsenności i masochizmu w czystej postaci: odtwarzania sobie raz po raz w myślach ich ostatnich wspólnych chwil razem oraz tych, które były dla nich początkiem końca.
    Tydzień wegetacji, narastającej w sercu nienawiści do samego siebie i zrezygnowania.
    Tydzień ciągłego katowania się zapachem bzu i agrestu unoszącemu się w powietrzu, wyczuwalnego w pościeli, obecnego na pergaminie pozostawionym mu przez srebrnowłosą.
    Tydzień nieustannej tęsknoty.
    Pewnie zostałby tam na dłużej, powoli wyniszczając swój organizm, gdyby Eretein, właściciel „Lusterka”, nie potrzebował jego pokoju dla kogoś innego. Niechybnie doprowadziłby w nim wtedy siebie do upadku i wcale by się tym nie przejął, ale los, jakby nie mogąc sobie odmówić kolejnej szansy na upodlenie go, nie pozwolił mu na to. Zmusił go do podniesienia się i wyjścia do ludzi – do świata, w którym słońce go raziło i doprowadzało do szaleństwa, ale wszelkie barwy były wyłącznie w odcieniach szarości. Nie dał mu innego wyboru jak tylko żyć, mimo że to było ostatnim, na co Connor Evan Greyback miał aktualnie ochotę.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Chcąc więc czy nie, siłą rzeczy znów popadł w rutynę, jaką żył dawniej, z tą drobną różnicą, że od spotkania z Vera jego koszmary nie tylko przybrały na sile, ale i wzbogaciły się o to niezwykłe i tak ważne dla niego wydarzenie, które w krainie snów zawsze dawało mu złudną nadzieję na to, że będzie dobrze, aby kończyć się w wyłącznie jeden sposób – słowami: drogi kolego, po których zrywał się przerażony i łaknący śmierci bardziej, niż czegokolwiek innego.
      Tym, co trzymało go przy życiu, były więc zwierzęta i Zjawa, która z właściwym sobie wyczuciem zawsze odnajdywała go w najtrudniejszych momentach, nie pozwalając mu popełnić żadnych głupstw. Przerywała jego prawie-próby samobójcze i głupie decyzje o tym, że teleportuje się do Kornwalii, aby dowiedzieć się, dlaczego Vera go pozostawiła. Czasami przewracała łapą – niby przypadkiem! – jego butelki z alkoholem, a czasami po prostu zwijała się w kłębek na jego kolanach, patrząc na niego ze zrozumieniem w swoich pięknych oczach i zwyczajnie była – tak, jak tego przede wszystkim wówczas potrzebował.
      Nie zostawała przy nim jedynie w jednej sytuacji: wtedy, gdy wokół kręciła się Chloe, bo z nieznanych mu przyczyn kotka nienawidziła jej towarzystwa. Tłumaczył to sobie czasem tym, że po prostu obecność charłaczki ją wyprowadza z równowagi, a czasem zwierzęcym instynktem, bo sam miewał problemy ze zniesieniem tej kobiety – w gruncie rzeczy dobrej, ale irytującej i dość mocno domagającej się uwagi, a przy tym naiwnej i nachalnej – lecz nie bardzo wiedział, co miałby z tym zrobić. Mówił tylko z westchnieniem: trzeba mnie było ostrzec wcześniej, maleńka…
      Z matką swojego dziecka – jakoś trudno mu było nazywać ją inaczej w obliczu tego, co się wydarzyło się w to wyjątkowe, lipcowe popołudnie – niewiele natomiast rozmawiał. Ona była zajęta w „Gospodzie pod Świńskim Łbem”, on zaś pilnował, aby wiecznie mieć coś do roboty i tak naprawdę rzadko kiedy dochodziło między nimi do czegoś więcej. Czasem jedynie uprawiali dziki – kochanie się nie było w opcji – seks, po którym zawsze przez parę dni źle się czuła i martwiła o dziecko, a on w milczeniu pomagał jej dostać się do kolejnych Uzdrowicieli, którzy ciągle mówili to samo: nic pani tak właściwie nie dolega.
      W gruncie rzeczy cieszył się więc, gdy lipiec dobiegł końca, a za nim przeleciał sierpień bo już ciągnęło go do Hogwartu i jego komnaty, w której spędzać miał dni robocze, aby być zawsze do dyspozycji uczniów i dyrektora, a na weekendy opuszczać ją na rzecz wspierania Chloe, mogącej od przedostatniego tygodnia wakacji nazywać siebie dumnie jego żoną – on zaś wierzył jej i innym obecnym na ceremonii na słowo, bo szczerze mówiąc jej nie pamiętał; kaca po Ognistej, którą wlał w siebie przed ślubem oraz po nim, natomiast i owszem. Bądź co bądź, choć pragnął uciec od życia, które miał na własne życzenie, czuł się odpowiedzialny za nią i za dziecko rozwijające się pod jej sercem. Nawet jeśli wkurzał się, że nie jest Verą, wiedział, że to nie ona przed trzema laty zawiniła i to nie ona odpowiada za to, że kiedy w ubiegłym semestrze było mu źle, wyobrażając sobie, że jest jego ukochaną, spędził z nią upojną noc, po której jednak nie czekał na niego wyłącznie kac moralny, ale i niespodzianka od losu.
      Im bliżej jednak było do pierwszego dnia zajęć, tym trudniej mu się oddychało i tym gorzej się czuł. Nie spał, nie jadł, nie potrafił się skupić i nie mógł opanować drżenia rąk, wtedy jeszcze nie wiedząc tak właściwie dlaczego. Dopiero pierwszego września, kiedy dotarł do zamku i jego wzrok padł na Skrzydło Szpitalne, gdy obchodził wczesnym rankiem swoich podopiecznych, zrozumiał, że jest przerażony i stęskniony jednocześnie. Prawdę powiedziawszy, nawet swojego ojca nie bał się tak bardzo, jak ponownego spotkania z Veereną, nie wyobrażając go sobie – nie po tym, jak porzuciła go w „Lusterku” i nie po tym, jak ożenił się z Chloe, co nagle zaczęło mu się jawić jako najgorsza decyzja jego życia…

      Usuń
    2. Sam nie wiedział, kiedy dokładnie postanowił, że nie weźmie udziału w uroczystości rozpoczęcia nowego roku szkolnego, ale nim się obejrzał, już był w swojej komnacie znów chlejąc, a następnego dnia i przez kilka kolejnych odkrył, że omija posiłki…
      Miał świadomość tego, że jest żałosny, ale jego strach miał naprawdę wielkie oczy.
      To więc, co wydarzyło się w poniedziałek, jedenastego września, zakrawało niemal o absurd, a już z całą pewnością było ponurym chichotem losu.
      Zajęcia z czwartym rokiem miały być bowiem błahostką. Ot, zwykłą przyjemnością, bo przecież znali już wszelkie potrzebne ku opanowaniu chochlików kornwalijskich zaklęcia, a i wydawali się nie być skończonymi idiotami, którzy nie panują nad tym, co robią. Rzeczywistość okazała się zaś zupełnie odmienna od tej teorii, bowiem od samego początku wszystko szło na opak: najpierw te cholerne stworzonka uparły się piszczeć właściwie równocześnie, potem zaś jego uczniowie zaczęli się zachowywać tak, jakby zupełnie niczego nie pamiętali. Nim się więc obejrzał, jeden z nich leciał już ku sufitowi i szarpiąc się, zamiast poczekać aż ktoś pomoże mu zaklęciem, gwałtownie spadł na ziemię, obijając się o jeden ze stolików. Wszystko jednak pewnie skończyłoby się dobrze, gdyby nie był taką ofermą i nie natrafił na jeden jedyny wystający z mebli gwóźdź, który rozorał mu skórę, a przy tym nie należał do szczęśliwców, którzy mdleją na widok krwi.
      No, kurwa, wyśmienicie! – sapnął w myślach Connor, ale znając obowiązujące zasady, zapanował nad chochlikami, wciskając je zaklęciami do klatek, a uczniów pozostawił z książką, aby nikt więcej się nie pochlastał, po czym poprowadził nieszczęśnika z Gryffindoru do pielęgniarek.
      Dopiero stojąc pod Skrzydłem Szpitalnym i otwierając doń drzwi uświadomił sobie, co to oznacza – wtedy było już jednak o wiele za późno. Jego spojrzenie zetknęło się prosto z tym tak bardzo przez niego uwielbianym fiołkowym, gdy Veerena, stojąc przy pacjencie, obróciła się, aby sprawdzić, kto przybył. Nagle zaschło mu w gardle, a nogi odmówiły mu posłuszeństwa.
      — Ja… e-e… – wymamrotał otępiały, a jego twarz przybrała ten sam blady kolor, co twarz Troy'a, jego ucznia. – E-e… dzień dobry, bo ten-tego… – Podrapał się po głowie. – Doszło do małego wypadku i my e-e, przychodzimy, bo może, hym, dałoby się… – mruczał dalej, czując jak ziemia coraz mocniej osuwa mu się spod stóp – coś z tym e-e, zrobić. – Dokończył wreszcie i choć bolało jak cholera, utkwił pełne nadziei spojrzenie w Verze.
      Była tak cholernie piękna…

      pewien najpierw bardzo pijany, potem bardzo smutny, a na koniec bardzo nieswój wilczek, któremu wciąż w głowie rozbrzmiewa drogi kolego i to dlatego jest taki dziwny...

      Usuń
  45. Wystarczył sam widok Veereny, aby ciąg odnalezionych przez niego w lipcowy poranek słów zawitał w jego myślach, doprowadzając go w ciągu sekundy do stanu znacznie gorszego niż ten, który przedstawiał sobą jego uczeń oraz wszyscy pacjenci Skrzydła Szpitalnego razem wzięci. To zaś, jak się do niego odniosła – cały ten chłód bijący z jej głosu i zdystansowanie; rzecz o wiele gorsza niż udawanie, że nic się nie stało, bo kompletnie pozbawiona uczuć – tylko dodatkowo go dobiło – cudem było więc, że zdołał jakoś ustać na nogach, nie rozpadając się u jej stóp na miliony małych kawałków. Nie ułatwiała mu tego jednak, choć szczerze wątpił, aby robiła to umyślnie.
    To działo się mimowo