Pomyliłaś niebo z gwiazdami odbitymi nocą na powierzchni stawu

Chyba właśnie po tym można poznać ludzi naprawdę samotnych... Zawsze wiedzą, co robić w deszczowe dni. Zawsze można do nich zadzwonić. Zawsze są w domu. Pieprzone „zawsze”…
————— S. King
21 XII 2002, Boscastle ––––– dwudziestojednoletnia pielęgniarka

Nie jesteś typem kogoś, kto lubi być w centrum uwagi – dziwne, prawda? W końcu twoja matka była czystej krwi wilą, a ty odziedziczyłaś po niej niewątpliwą urodę. Szkoda tylko, że sama nigdy nie czułaś się atrakcyjna i może też dlatego, w przeciwieństwie do kobiety, która obdarowała cię swoimi wspaniałymi, idealnymi genami, nigdy nie umiałaś nawiązywać kontaktów międzyludzkich. Jesteś zwyczajnym introwertykiem, trochę cieniem umykającym w zaułkach rodzinnej, kornijskiej wsi lub w korytarzach Hogwartu – co gorsza, żadne z tych miejsc nie przyniosło ci ukojenia i ludzie wciąż patrzą, na Merlina, jak ty nienawidzisz, kiedy oni patrzą. Nie wiedzieć czemu, całe swoje życie, czy to jedenaście lat, jako córka latarnika, czy kolejne długie miesiące, zamieniające się finalnie w dekadę, bałaś się spojrzeń – jakby ktoś mógłby cię prześwietlić, zerknąć do twojej duszy i serca, dostrzegając, że jesteś inna. Akceptacja przez rówieśników zaś była zawsze twoim własnym, głupim celem.
Nie jesteś typem kogoś, kto się poddaje, nieważne, jak beznadziejna byłaby sytuacja – ty zwyczajnie walczysz do końca, niemalże za każdą cenę, oprócz zdrowia, szczęścia i życia innych; jeśli chodzi o siebie samą: jesteś gotowa do najwyższych poświęceń, szczególnie w imię czegoś, w co wierzysz lub swoich ukochanych bliskich. Prawda jest jednak taka, że gdyby właśnie nie twoja wytrwałość – oraz niekiedy chorobliwa ambicja – nigdy nie znalazłabyś się pierwszego września w Wielkiej Sali, jako nowa pielęgniarka: to tylko twój upór, inteligencja oraz ciężka praca – a także zwyczajnie zapisane w informacji genetycznej umiłowanie do wiedzy medycznej – sprawiły, że mogłaś pochwalić się, jako była Puchonka, najlepszymi wynikami w nauce w chwili zakończenia szkoły przed trzema laty. Szkoda, że nie miało to znaczenia w obliczu tego, co czekało cię w rodzinnej wiosce; szkoda, że tak naprawdę chciałaś tylko zaimponować matce, która porzuciła cię w dniu urodzenia.
Nie jesteś typem kogoś, kto chowa urazę, czy daje się ponieść smutkowi, mimo że ten swoimi bezbrzeżnymi falami błyszczy w twoich nienaturalnie wielkich oczach cały, dosłownie czas – potrafisz to ukryć, ale nie grasz. Jesteś więc chodzącym paradoksem; potrafisz być kompletnie załamana, a jednocześnie nieopisanie wręcz radosna. Twoim złotym środkiem okazało się być pogodzenie ze wszystkim: wiesz, że na wielu rzeczy w swoim życiu nie masz wpływu – na przykład na to, że rodzicielka nie chciała cię znać; że ojciec okazał się być mordercą; że straciłaś najlepszą przyjaciółkę; że nikt nie widzi w tobie nic poza ładną buzią. Nie walczysz więc już z tym werbalnie, marnując wątłą energię, tylko to akceptujesz, a później pokazujesz swoim zachowaniem, jak bardzo ludzie się mylą – chyba jednak oszukujesz nawet samą siebie, że jesteś w stanie chwycić swoje życie we własne ręce. Chyba też nigdy więcej nie poczujesz już, jak serce bije ci w piersi tak szczerze wesoło, beztrosko i spokojnie.
Nie jesteś też typem kogoś, kto tak naprawdę istnieje – całe twoje jestestwo zbudowane jest na kłamstwach, niedopowiedzeniach, niedomówieniach, zmianach tematu, przerzucaniu rozmowy na dalekie od prawdy tory i na zwyczajnych bajaniach, klechdach, legendach o pięknych księżniczkach i biednych szewczykach. Twój wygląd w związku z tym nie jest jedynym, co jest w tobie nierealne, zwiewne, niczym chmurka, czy podmuch ciepłego wiatru w letnie, słoneczne popołudnie, delikatne, subtelne i zwyczajnie oniryczne – ulotne, niczym właśnie marzenie senne. Ty sama zbudowana jesteś z cienkich niteczek, z bardzo słabiutkich splotów, gdzie gdy tylko jedno ogniwko pęka – ty rozpadasz się całkowicie. Jesteś po prostu słaba: samotna, opuszczona przez wszystkich, na których tobie zależało tak, że gotowa byłaś dla nich i za nich zabijać, a twoje ramiona nie mają ochoty nieść ciężaru życia, wspomnień i piętna, jakie na ciebie nałożono w obu światach, w których ledwie, każdego dnia na nowo, egzystujesz.
Och, Vercia, dziecino, po co ty więc w ogóle  j e s z c z e  żyjesz?

więcej ————— skrót ————— miejsca ———— więzi
     •

W tytule sparafrazowany Vilgefortz z Czasu pogardy Andrzeja Sapkowskiego, na zdjęciach przepiękna Ola Rudnicka, w imieniu i nazwisku zalinkowany liryczny Jaymes Young. Wolę wymyślać, niż zaczynać, ale oczywiście honoruję handel wymienny, łatwo mnie przekupić, lubię dramaty, krew, pot i łzy oraz wątki i odpisy średniej długości. Nie lubię kalafiora i mam DO ODDANIA PRZYJACIELA oraz ewentualne siostry od strony mamusi (do wymyślenia i ugadania – uderzajcie na smerfowa.krolowa@gmail.com). Od zawsze bujam się na Hogłartach albo z Rosjankami, albo pielęgniarkami – tym razem jednak nie z Francji, a z Kornwalii, no i fajnie, bo tęskniłam za światem magii. Vera jest w Hogwarcie od 1 IX 2023 roku.  Pod kropeczkami stare karty. Nie gryziemy, czasem trzeba nas kopnąć w rzyć, ale się ogarniamy. Cześć wszystkim – bawmy się! ; D

199 komentarzy:

  1. [<3]

    Wyrzucenie tego z siebie było w pewien sposób oczyszczające. Do tej pory Connor nie miał bowiem z kim o tym porozmawiać: szanował decyzję swojej żony o tym, aby te sprawy były wyłącznie między nimi i nie zastanawiał się nad innymi opcjami. Felix zresztą nawet przy swoich najszczerszych chęciach nie mógłby go zrozumieć, natomiast każda inna dusza krążąca po tym świecie zwyczajnie nie była mu bliska za wyjątkiem Very. Znalazł się więc w tej patowej sytuacji, że jego najlepsza przyjaciółka była jednocześnie tą, z którą nie umiał się porozumieć i która nie chciała go do siebie dopuścić na tyle blisko, aby mogli opowiedzieć sobie o tym, co działo się w ich sercach. Nie czuł się jednak w żaden sposób pokrzywdzony – w głębi serca wiedział, że nadejdzie dzień, w którym wszystko sobie opowiedzą. Nie spodziewał się tylko, że przyniesie mu to aż tak wielką ulgę i okaże się dla niego tak bardzo istotne. Jedynym, co mu nie odpowiadało, były nieprzemijające słowa jego ukochanej o tym, że to ona jest wszystkiemu winna.
    Wysłuchał jej bowiem uważnie i zwrócił uwagę na wszystko, co chciała mu przekazać. Był jej zresztą przy tym ogromnie wdzięczny za to, jak wielką czułością go obdarowywała i jak bardzo udowadniała, że go kocha, ale nie mógł znieść tego, jak mówiła o samej sobie. Nie wierzył bowiem, aby zrobiła cokolwiek źle. Owszem, zdawał sobie sprawę z tego, że na pewno czasem ignorowała to, co mówiło jej ciało, ale nie była nieodpowiedzialną matką – kochała ich dziecko całym swoim sercem i nigdy nie zagroziłaby jego życiu. Tymczasem, Vera wydawała się wierzyć, że to jej ciało leżało u źródła tego wszystkiego – zupełnie tak, jakby nie zdawała sobie sprawy z tego, jak mocno ją uwielbiał i kochał taką, jaką była. Z cukrzycą czy bez, była dla niego równie mocno wartościowa i nic nie zmieniało potęgi jego uczuć.
    W końcu więc nie wytrzymał.
    — Czy kiedykolwiek świadomie zaryzykowałaś życiem naszego dziecka, Vero? – Zapytał ją wprost, stanowczo i pewnie, wpatrując się w jej fiołkowe oczy . – Czy kiedykolwiek ty sama uznałaś, że jego życie jest mniej ważne niż cokolwiek innego i zignorowałaś je? – Pytał, być może dość okrutnie, ale miał w tym swój cel. – Bo ja wiem – podkreślił – że tego nie zrobiłaś. Nie postawiłaś jego życia na szali, bo jesteś najwspanialszą matką, jaka chodzi po tej ziemi. Kochasz i prędzej poświęcisz własne życie, niż pozwolisz komuś sobie bliskiemu cierpieć, więc… więc jak możesz próbować mi wmówić, że czymkolwiek zawiniłaś? – Spojrzał na nią ciepło. – Jasne, kiedy się źle czułaś, nie dałaś mi się położyć do łóżka na dziewięć miesięcy – rzucił gorzko, bo jego chęć przywiązania jej wówczas do kaloryfera albo innego przedmiotu, od którego nie zdołałaby się tak łatwo uwolnić, nie była powodem do dumy – ale nie ignorowałaś jego potrzeb. Nie zachowywałaś się nieodpowiedzialnie. Po prostu nie dałaś się traktować jak niepełnosprawna, bo ciąża to nie jest choroba – zauważył ciepło i sięgnął dłońmi, aby otrzeć jej łzy. – Kocham cię, maleńka, ale obiecuję ci, że cię przełożę przez kolano i zleję, jeśli będziesz powtarzać, że to twoje ciało zawiniło. Przy tak silnym stresie nawet mnie trudno było zachować zimną krew, o czym dobrze wiesz. Ja zawiodłem, więc co musiałaś przeżywać ty? – Zauważył głośno, dzieląc się z nią swoimi myślami. – I jak ten maluch, któremu i tak było już ciężko, miał się z tym uporać? – Ciągnął, pewien że ma rację. – Nikt z nas nie mógł tego przeczuć ani zauważyć, Vero. Nikt – podkreślił. – Przydarzyła nam się straszna tragedia. Coś, czego życzyłbym jedynie temu skurwysynowi – jasnym było, że mówił o swoim ojcu – ale nie innym wrogom. Coś, co nie jest sprawiedliwe i nigdy nie będzie. Ale przede wszystkim: coś, czemu nie mogliśmy zapobiec. To Fenrir ma go na sumieniu i mam nadzieję, że spłonie za to w piekle. Ty jednak – pokręcił głową – nie zawiniłaś, Vero. Nie – podkreślił.

    wilczek, który za mocno ją kocha, żeby pozwolić jej tak mówić

    OdpowiedzUsuń
  2. [Skazałaś nas na opóźnione (względem powstania odpisu) wstawianie komentarzy, bo ilekroć patrzę na tę kartę, zamieram oczarowana zdjęciem... Zrobiłaś przy nim magię i jestem tym totalnie zachwycona! <3]

    — No właśnie. Nie zaryzykowałaś – podłapał prędko odpowiedź ukochanej.
    Tak jak bowiem przypuszczał, nie mogła sobie niczego zarzucić: była dobrą matką. Jasne, znalazła milion powodów, dla których można to wszystko było zwalić na cukrzycę i może by na to pozwolił, gdyby nie miał pewności, że to w żaden sposób nie ma się do prawdy. Wiedział jednak, że ich problemy zaczęły się po pojawieniu się jego ojca i nie łudził się, że wilkołak nie miał nic wspólnego z tragedią, która miała miejsce czternastego czerwca. Czuł, że gdyby nie ilość stresu, z którym nagle musiała sobie poradzić Vereena, wszystko wyglądałoby inaczej, a to zaś sprawiało, że jeszcze bardziej nienawidził skurwysyna, którym był jego ojciec. Miał ochotę – dosłownie! – ożywić go i sklonować, a potem zabijać raz po raz, żeby dokonać swojej zemsty. Szkoda, że nie było to ani trochę możliwe, bo wcale by się nie krępował. Fenrir sobie na to zasłużył.
    — Nie zawiniło – stwierdził zatem z niezachwianą pewnością, kiedy po długiej utarczce zaczęła przyznawać mu rację, a raczej przychylać się do jego teorii, co on uznawał już jako swoją wygraną. – Zdecydowanie nie ono zawiniło – powtórzył jednak, aby wykluczyć wszelkie wątpliwości, nim spojrzał na nią z uwagą, wsłuchując się w jej słowa. Musiał zresztą, bo przecież dotknęła jego twarzy, czym kompletnie go oczarowała i sprawiła, że ochoczo władował się jej do łóżka, wzdychając cicho, gdy się do niego przytuliła. – Brakowało mi tego, wiesz? – Wyrwało mu się wówczas, ale słuchał jej dalej, spokojnie analizując, co miała do powiedzenia.
    Kiedy zapytała go o wybaczenie, nie musiał się wcale zastanawiać nad odpowiedzią. Był w stu procentach pewien swego i ani trochę nie wahał się nad tym, jak bardzo ją kocha i jak mocno mu na niej zależy. To zaś, że przez miesiąc nie chciała z nim rozmawiać ani nawet to, ile razy w tym czasie na niego warczała albo przed nim uciekała, nie miało znaczenia. Liczyło się tylko to, że do niego wróciła: była gotowa wszystko naprawić i uporała się ze swoimi demonami, przez co mogli stanąć do walki z tymi, które nawiedziły ich małżeństwo.
    — Myślę… myślę, że tak – odparł, wcale nie trzymając jej przy tym w niepewności: nie był okrutny ani okropny, on po prostu na moment stracił wątek. – Obawiam się jednak, że będzie cię to słono kosztowało – dodał z uśmiechem, przechylając głowę tak, aby na nią spojrzeć. – Wiesz, przeczuwam tutaj jakieś rodzinne wakacje na początku września albo pod koniec sierpnia… – Nie krępując się, udał niewiniątko. – Bo wtedy z chęcią z Rosie zapomnimy, że nie mamy – podkreślił – ci czego wybaczać i że możemy się z tobą w pełni cieszyć wspólnym wyjazdem – dodał, specjalnie w tym wszystkim zaznaczając, że bynajmniej nie uważa, aby potrzebował jej cokolwiek odpuścić. Nie zrobiła w jego oczach nic złego. – Ale to tylko wtedy, gdy pojedziesz z nami, bo inaczej, to możesz zapomnieć o tym, że wybaczymy ci coś, czego nie musimy ci wybaczać… – Spojrzał na nią z poważną miną, świetnie się przy tym bawiąc. – Zasługiwałaś na czas dla siebie, kochanie – dodał potem, już nie żartując. – I jasne, całe szczęście już do nas wróciłaś – mrugnął do niej tak, aby miała pewność, że nic złego nie miał na myśli – ale wiesz. Rzadko miewasz chwile tylko dla siebie. Należało ci się – zapewnił ją czule, nim pochylił się, aby musnąć ją w czoło. – Możesz coś dla mnie zrobić, jeśli chcesz mi to wynagrodzić? – Zapytał jednak niespodziewanie, patrząc na nią z miną niewiniątka. – Nigdy więcej się za to nie obwiniaj – szepnął następnie czule, przytulając ją do siebie mocno. – Jesteś moim wszystkim. Nie rób tego, dobrze? – Poprosił cichutko. – Ale… na wakacje i tak musisz mnie zabrać – wtrącił po chwili czułostek ze śmiechem. – Nie myśl sobie! – Pokiwał żartobliwie palcem.

    wilczek, który wierzy, że będzie dobrze i jego zachwycona autorka, która kocha

    OdpowiedzUsuń
  3. Jak na realistę przystało, Connor wiedział, że nie przekona prędko żony do porzucenia okropnych myśli o tym, jakoby to ona najmocniej w tym wszystkim zawiniła. Podobnie zresztą miał świadomość, że nie od razu będzie między nimi idealnie – choć, jak miała pokazać zbliżająca się noc, ich ciała miały na to zupełnie inny pomysł – ale nie znaczyło to, że zamierzał się poddać albo że był gotów zrezygnować ze starań.
    — No dobrze, to w takim razie możemy się umówić, że teraz spokój i odpoczynek należy się mnie – stwierdził, bynajmniej nie dając się powstrzymać, choć srebrnowłosa próbowała go nie raz i nie dwa uciszyć, a najlepiej zmienić jego punkt widzenia – w związku z czym oznajmiam, że najlepiej będę się czuł wtedy, kiedy moja piękna żona spojrzy na siebie moimi oczami i zobaczy, jak wielkim jestem szczęściarzem bez względu na to, czy było jej ostatnio trochę mniej czy nie – oznajmił stanowczo, zanim zatonął w jej fiołkowych oczach. – Kocham cię, moja mała, czasami upierdliwa, ale kochana dziewczynko – szepnął z miłością, której nie dało się w żaden sposób zaprzeczyć ani okiełznać. – Kocham cię, choćby nie wiadomo co – zapewnił ją, a jednocześnie jej to przyrzekł, chcąc aby zapamiętała na dobre, że nic ich nie rozdzieli.
    W związku z tym, że naprawdę nie spodziewał się cudów, weterynarz zadowolił się tym, że ostatecznie zgodzili się co do wspólnego wyjazdu. Niczego więcej bowiem na ten moment nie potrzebował – cieszyło go najzwyczajniej w świecie to, że odzyskał swoją żonę i że znajdowała się blisko niego; że nie oddzielały ich osobne kołdry, a jedynie piżamy i że rozmawiali swobodnie, zamiast napotykać na mury, których nie umieli sforsować. Fakt więc, że pół-wila dołożyła do tego wszystkiego obietnicę, iż nigdy więcej nie znajdą się w takiej sytuacji, był równie nieoczekiwany, co miły, a przez to – niezwykle ważny. Uśmiech rozjaśnił więc twarz wilkołaka i nie opuszczał go ani przez chwilę – przeszedł w łzy dopiero wtedy, gdy wtuleni w siebie zdecydowali się poruszyć kilka ważnych tematów, czego obydwoje potrzebowali.
    Rozmowa o ich niewinnym maleństwie, które ucierpiało na skutek naprawdę strasznego zrządzenia losu, nie była bowiem łatwa, podobnie zresztą jak wyrażenie swoich uczuć. Zdołali jednak przepracować większość swoich problemów – jasne, do osiągnięcia stanu idealnego było jeszcze daleko, ale było już znacznie lepiej. Polała się masa łez, ich ciała zatrzęsły się od szlochu, ale w ostatecznym rozrachunku obydwoje wyszli na tym na dobre. Poczuli bowiem ulgę, której nic poza byciem ze sobą szczerym, nie mogło im dać – ulgę, która w dalszej kolejności poskutkowała tym, że resztę nocy spędzili leżąc blisko siebie pod jedną kołdrą. Rankiem zaś obudzili się wtuleni w siebie, tak jak przed tygodniami – tak, jakby miniony miesiąc w ogóle nie miał miejsca. Potrzebowali bowiem siebie bardziej niż powietrza, a po miesiącu tęsknoty za sobą łaknęli tego rozpaczliwie – tak, że gotowi byliby za to oddać wszystko. Nic więc dziwnego, że kiedy otworzyli oczy i ujrzeli, że są obok siebie, rozpoczęli ten dzień uśmiechem. To była przecież ich rocznica.
    Nieważne więc, jak źle było między nimi do tej pory, dzień ten rządził się własnymi prawami. Bez względu bowiem na wszystko, co się działo, był to czas dla nich ogromnie ważny i właściwie to najlepiej dowodziło, jak mocno i beznadziejnie byli w sobie zakochani. Nie rozmawiali przecież ze sobą przez cały miesiąc, a i tak przygotowali dla siebie niespodzianki, którymi pragnęli wywołać uśmiech na twarzy tej drugiej, nieskończenie bliskiej im osoby. Pośród życzeń szeptanych sobie w pościeli i czułych spojrzeń, w których utonęli bez nadziei na wydostanie się, połączyli więc ze sobą wargi, pozwalając swoim ustom spotkać się w namiętnym, powolnym tańcu, który ukazywał głębię ich oddania oraz uwielbienia względem siebie, a potem wyciągnęli z ukrycia podarunki, którymi pragnęli uprzyjemnić sobie dzień.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. On sprezentował ukochanej bukiet kwiatów – nieodłącznego bzu i białych róż – a ona ofiarowała mu wspaniały album, w którym jeszcze tego samego ranka wilkołak umieścił ich wspólne zdjęcia ze świąt oraz urodzin całej ich wesołej trójki. Roselyn zaś im obojgu postanowiła poprawić humory całusami, kiedy pomna obietnicy mamy przybiegła do nich o poranku, aby się władować do ich łóżka i zażyczyć sobie, niczym księżniczki z jej ulubionych bajek, śniadanka do łóżka. Connor chętnie je obsłużył.
      Potem zaś pojechał z nimi do Boscastle: najpierw na mszę, a potem na obiad do pani Thornton, której oczy dziwnie szkliły się na widok zjednoczonej na nowo rodziny. Postanowiła ich zatem rozpieścić, przygotowując im obiad, którym nacieszyłby się pewnie pułk wojska, ale nikt nie narzekał – szczęśliwie mieli bowiem pomoc w postaci pana Rocheforta, który ostatnimi czasy stał się postacią niemal na stałe obecną w życiu Roselyn. Jej rodzinę ogromnie to cieszyło, ale to z jego powodu między innymi nie zostali u staruszki na długo – nie chcieli przeszkadzać kiełkującej miłości. Mieli zresztą swoją, o którą musieli się zatroszczyć, choć najpierw, już po powrocie do domu, obydwoje zajęli się swoimi sprawami – pragnęli zwyczajnie móc sobie wieczorem poświęcić pełnię uwagi. Greybackowi przypadło w związku z tym w udziale dużo czasu spędzonego na zabawie lalkami z córeczką i wypijanie niezliczonej ilości herbatek, które przygotowywała, ale nie oddałby tych chwil za żadne inne – uwielbiał patrzeć, jak wspaniale Rosie się rozwija.
      Niechętnie więc pod wieczór opuścił małą na rzecz zwierząt pozostawionych w klinice na czas rekonwalescencji, których co prawda doglądała Zjawa – kotka przychodziła po niego, ilekroć działo się coś złego – przez co prędko uporał się ze swoimi obowiązkami i wrócił do domu niczym na skrzydłach, aby położyć ją razem z żoną do snu, a potem rozsiąść się ze srebrnowłosą w salonie, gdzie przy kominku pili wino i po prostu ze sobą byli. Jak jednak na nich przystało: długo w ten sposób nie wytrzymali i niemal na komendę wyciągnęli ponownie znikąd drugą część podarunków, które dla siebie mieli: tym razem był to przepiękny portfel, którego widok zaparł Connorowi dech w piersi oraz naszyjnik z pereł, który przed paroma tygodniami przykuł jego uwagę w sklepie z antykami, będąc absolutnym arcydziełem, a jednocześnie wyjątkowym elementem biżuterii, którego inne kobiety z całą pewnością nie miały. Skrycie dopasowywał go do swojego ulubionego rodzaju sukienek ukochanej – tego, w którym jej plecy odsłonięte były w kuszący sposób – a do którego ona nie miała niczego specjalnego. Jeden rzut oka na jej zachwyconą twarz podpowiedział mu, że to była dobra decyzja.
      — Kombinujesz coś? – Po takiej ilości wspaniałości, Connor zmrużył więc oczy, gdy nagle Vera poprosiła go, aby pierwszy poszedł do łazienki, ale słysząc jej odpowiedź, pokiwał głową. Wdrapał się z nią już bowiem na piętro i jasnym było, że któreś z nich musi się wykąpać jako pierwsze, a aż za dobrze znał swoją ukochaną, aby nie wiedzieć, jak bardzo lubi być przygotowana na każdą okazję. Nie dziwiło go więc ani trochę to, że pragnęła się upewnić czy niczego nie przeoczyła i nie podejrzewał, że kryje się za tym coś więcej. Zupełnie nieświadomy tego, jakie zmiany zachodzą w ich sypialni, brał więc prysznic i przycinał brodę, gwiżdżąc sobie cicho pod nosem, aby potem ze śmiechem uświadomić sobie, że kompletnie zakręcony nie zabrał ze sobą do łazienki dresów służących mu za piżamę. Musiał więc wbić się na nowo w ciemne, dość eleganckie spodnie i mając wciąż mokre kosmyki włosów, które ocierał ręcznikiem, otworzył drzwi do pokoju z zamiarem zabrania ich i szybkiego przebrania się. Zamarł jednak już w progu, bo pierwszym, co rzuciło mu się w oczy, był blask palących się świec, od których niespodziewanie zrobiło mu się gorąco. Zaraz potem usłyszał zmysłowy szept miłości swojego życia i nogi dosłownie się pod nim ugięły, gdy jego oczy błyskawicznie odnalazły ją przed toaletką.

      Usuń
    2. – Chryste… – sapnął, nagle czując jak zaschło mu w gardle. Najpierw bowiem jego wzrok padł na jej seksownie wydłużone dzięki butom na obcasie nogi, które uwielbiał czuć oplecione wokół swojego pasa; dalej ujrzał kończącą się w połowie ud sukienkę, która wzbudzała w nim fale pożądania i szczupłe plecy, na których błyszczały perły od niego, idealnie, tak jak przypuszczał, do niej pasującą. Gdy dotarł do koka, z jego ust wyrwał się zmysłowy pomruk, a kiedy pochwycił spojrzenie ukochanej w lustrze, dostrzegając przy tym jej karminowe wargi, zupełnie zapomniał przysłowiowego języka w gębie. Ręcznik opadł mu na ziemię, a płuca zupełnie przestały skupiać się na swojej powinności, nie mając pojęcia jak oddychać. Jak zaczarowany, przyciągany tajemnym zaklęciem, ruszył w jej stronę, a jego bose stopy poruszały się niemal bezszelestnie po ich podłodze: tak, jakby bał się, że najlżejszy szelest mu ją odbierze. Wreszcie, padł przy niej na kolanach i kiedy się ku niemu odwróciła, bez słowa ujął jej dłoń w swoją i złożył na niej pocałunek, długo się w nią wpatrując, nim odzyskał rezon. – Nieładnie okłamywać męża… – szepnął w końcu, choć wciąż miał z tym trudności. Niespodziewanie do oczu napłynęły mu łzy wzruszenia i uwielbienia, towarzyszące szerokiemu uśmiechowi. – Dziękuję, Vero – wymamrotał cicho, niemal z namaszczeniem – za to, że rok temu powiedziałaś „tak”, za to, że na mnie czekałaś… za to, że jesteś i… – powiódł spojrzeniem po jej ciele. – Mój Boże, odbierasz mi rozum, zapierasz dech w piersiach, oszołamiasz… zachwycasz… – wymieniał uszczęśliwiony. – J-ja… dziękuję, maleńka. – Spojrzał jej w oczy z miłością.

      wilczek, któremu brakuje słów, ale który osiągnął pełnię szczęścia

      Usuń
  4. — Też ci tak kiedyś powiem – przyrzekł Connor solennie, mimo zapatrzenia w nią, jak w obrazek, kiedy usprawiedliwiała swój haniebny czyn oszukania go. – Najpewniej wtedy, kiedy ci postanowię zrobić jakąś niespodziankę. Albo kiedy nie pozwolę ci wyjść rano z łóżka, bo akurat będę miał ochotę trzymać cię w ramionach – uprzedził lojalnie, ale jego oczy świeciły się radośnie, dopóki nie wzięło go na przekazanie jej wszystkiego, co czaiło się w jego sercu. Słowa popłynęły same: były najczulszym z możliwych wyznaniem, którego szczerości nie dało się poddać w żadną wątpliwość. Jasnym było bowiem, że wilkołak jest absolutnie oczarowany swoją kobietą i kocha ją ponad wszystko: że skoczyłby za nią w ogień, gdyby tylko zaszła taka konieczność. Była jego cudem, którego obecnie wysłuchał i z uśmiechem pełnym wdzięczności za jej miłe słowa, pokręcił głową. – Odpędzasz mrok, kochanie – szepnął. – Jesteś lekiem na każde cierpienie. Jesteś wszystkim, co się liczy. Za to właśnie dziękuję – nacisnął, nie chcąc słyszeć o tym, że nic takiego nie zrobiła. Odwróciła bowiem jego świat do góry nogami i zmieniła go na lepsze, a to była najwspanialsza rzecz, jaką ktokolwiek dla niego zrobił. Zaraz potem dała mu rodzinę, o której zawsze marzył. – Nie idź… – wymruczał więc z cichym jękiem zawodu, kiedy nagle się podniosła, ale nie było w tym żalu ani strachu, a jedynie potrzeba bycia jak najbliżej niej. Kiedy więc poprosiła, aby do niej podszedł, w mgnieniu oka spełnił jej prośbę. – Zawsze – powiedział przy tym, obiecując jej w ten sposób, że gdyby kiedyś było trzeba, podążyłby za nią nawet i na koniec świata. Biorąc zaś pod uwagę melodię, która rozległa się w ich sypialni, gdy Vereena uruchomiła wiekowy, ale uwielbiany przez nich gramofon, nie mógł zignorować jej prośby. Natychmiast więc wziął ją w ramiona, przytulając ją do siebie i wciągając, jak zawsze w takiej sytuacji, jej wspaniały zapach do płuc. Wystarczyło jednak, że się odezwała, a odsunął się, aby móc spojrzeć w jej szklące się obecnie od łez oczy. – Ja też cię kocham – wymruczał ciepło, gdy przylgnęła nagle do jego torsu – moja mała dziewczynko – zapewnił ją z miłością. – Nawet na sekundę mnie jednak nie straciłaś, wiesz? – Szepnął, przyciskając policzek do jej głowy i lekko się z nią kołysząc w rytm piosenki Edith Piaf. – Byłem tu, jestem i będę na zawsze – obiecał jej solennie, gładząc ją dłonią po jej plecach, aby pod koniec piosenki pochylić ją ku ziemi, nachylając się nad nią i zaglądając jej głęboko w oczy. – Masz mnie – powtórzył z powagą i szczerością – na wieki, moja śliczna – wyznał, po czym lekko musnął jej usta, zanim podniósł ją do pozycji stojącej i uśmiechnął się do niej czule. Stali tak przez parę chwil, po prostu trzymając się za ręce i patrząc na siebie intensywnie, aż nagle ich oddechy przyspieszyły, a usta mimowolnie się rozchyliły. Niczego nie mówili, niczego nie ustalali, niczego też nie próbowali na sobie wymusić. Atmosfera sama z siebie się pomiędzy nimi gwałtownie zmieniła i zgęstniała, ciągnąc ich ku sobie i wypełniając rozpaczliwą potrzebą bliskości. – Vero… – szepnął więc nagle Connor, w tej samej chwili, w której srebrnowłosa wypowiedziała jego imię i pół oddechu później przywarli już do siebie mocno, ujmując swoje twarze w dłonie i spoglądając sobie w oczy, nim ich usta odnalazły się w zmysłowym tańcu, który sprawił, że krew dosłownie w nich zawrzała. Nie pozwalali sobie na nic, poza pocałunkiem, a i tak każda komórka ich ciała została wprawiona w drżenie, każda z nich płonęła i każda z nich uświadamiała im, że są jednym, bo tylko będąc blisko, czują się pełni. Gdy się od siebie oderwali, wilkołakowi brakowało tchu, a jego policzki zarumieniły się z wrażenia. – Czujesz, co ze mną robisz? – Zapytał z trudem, przesuwając jedną z jej dłoni na swoją lewą pierś, gdzie mogła wyczuć wyraźnie, jak dzięki niej łomotało jego serce. – Jest twoje. Tylko twoje… – dodał z zachwytem, wdzięczny za to, że przyjęła je w podarunku już przed wieloma laty.

    romantyczny Connor <3

    OdpowiedzUsuń
  5. — A miałem nadzieję, że to przed tobą ukryję… – wymamrotał z rozbawieniem Connor w chwili, w której Vereena zachwyciła się jego rumieńcami. Jego dobry nastrój nie trwał jednak długo, bo zastąpił go moment obezwładniającej miłości: uczucia tak ogromnego, że bez wątpienia zdolnego do największych poświęceń i najbardziej imponujących cudów. – I całe szczęście… – skomentował więc słowa ukochanej o tym, że nie mogą się rozstać, bo sama myśl o tym, że mogłoby się tak stać, doprowadzała go do szaleństwa, po czym w milczeniu poszedł za nią, tak jak sobie tego życzyła. Aż do ostatniej sekundy nie spodziewał się jednak, że jej intencją będzie zainicjowanie zbliżenia, którego pragnął wręcz rozpaczliwie, ale nie śmiał o nim marzyć: sądził, że do tego będzie potrzeba im więcej czasu. Absolutnie jednak nie zamierzał narzekać, o czym zresztą najdobitniej świadczyło jego pełne pożądania i radości spojrzenie. – Twoje życzenie jest dla mnie rozkazem… – wymruczał, a jego oczy zaszły mgłą podniecenia, lecz coś kazało mu pozostać w bezruchu, mimo że na skutek jej działań leżał już nakrywając ją swoim ciałem i wpatrując się w nią intensywnie. Dobrze, że sam siebie posłuchał, bo to, co wydusiła z siebie później, było ważne.
    Szczerze nie przypuszczał, że temat kolejnego dziecka pojawi się pomiędzy nimi tak szybko. Wcale bowiem nie zamierzał doprowadzać do sytuacji w której utratę jednego dziecka spróbują sobie zrekompensować staraniem o drugie, bo nieważne z jakich powodów je stracili, było ono ich małym skarbem. Nie było czymś, co można łatwo zastąpić ani żadną zachcianką – było owocem ich miłości, który zasługiwał na szacunek. Nie chodziło jednak tylko o to – wilkołak zwyczajnie uważał, że na coś takiego należy być gotowym, a prawda była taka, że póki co on i jego ukochana musieli uporać się sami ze sobą oraz poświęcić trochę czasu ich rosnącej córeczce, zanim będą mogli pomyśleć o ponownym powiększeniu rodziny. Póki co ważni byli wyłącznie oni.
    — Vero? – Zagaił ją więc najłagodniej, jak tylko potrafił. – Vero, kochanie… – ponowił czule. – Masz mnie, maleńka. Masz mnie całym sercem i całym moim ciałem – wyszeptał, w ten sposób mówiąc jej, że uprawianie miłości jak na żonę i męża przystało jest i jego marzeniem. – I tylko to jest teraz ważne. Ty i ja, Vero – ciągnął z uczuciem. – Nasza miłość, nasze małżeństwo, nasza rocznica. My i nasze potrzeby – przekonywał, sięgając dłonią po to, aby delikatnie otrzeć jej łzy. – Żadnych oczekiwań, żadnych planów, żadnych nadziei. Tylko my – powtórzył, ujmując jej policzek w swoją dłoń i przesuwając kciukiem po jej skórze – i to, co nas łączy, dobrze? – Poprosił, dając jej do zrozumienia, że nie ma zamiaru na nic naciskać. – Mamy przed sobą całe życie. Dzisiaj skupmy się tylko na nas, hm? – Posłał jej pełen uwielbienia uśmiech, nim musnął króciutko jej wargi. Potem zaś uniósł się na przedramionach, a w ostateczności podniósł i zachęcił ją do tego samego, cofając ich o krok od łóżka, nim po kolejnym pocałunku, którym pragnął ją uspokoić, przesunął swoje pocałunki po jej żuchwie aż na szyję. Z niej natomiast skierował się na ramię, a potem obszedł ukochaną, stając za jej plecami; jego dłonie spoczęły na jej talii, po której przeciągnął je z głośnym westchnieniem. – Skąd wiedziałaś, jak bardzo chciałem zobaczyć na tobie tę sukienkę? – Szepnął wówczas, składając pocałunek na jej karku, nim jego palce odnalazły zamek od sukienki. – Skąd wiedziałaś, co mnie rozpali do czerwoności? – Ciągnął ochryple. – Skąd wiedziałaś, że jedynym prezentem, który ucieszy mnie mocniej, niż to, co mi dzisiaj dałaś, jest możliwość rozpakowania cię i adorowania aż do białego rana? – Dopytywał, składając pocałunek za pocałunkiem na jej skórze, w miarę jak odpinał materiał. – Mogę, kochanie? – Zapytał później, mrucząc jej to prosto do ucha, gdy dotarł aż do końca zamka i podniósł się, aby chwycić wymownie za górę materiału z intencją zsunięcia go z niej. Chciał jednak, aby była na to w pełni gotowa.

    czuły wilczek

    OdpowiedzUsuń
  6. — Niczego nie próbuję ci odebrać, kochanie – zapewnił ją łagodnie, czując w głębi serca wzruszenie spowodowane tym, co powiedziała: jej szczerymi chęciami posiadania jeszcze kiedyś pod sercem owocu ich miłości. – Chciałem jedynie powiedzieć, że dzisiaj odpuśćmy sobie jakiekolwiek plany: skupmy się na sobie i pozwólmy sobie czuć, stawiając na egoizm. Na resztę przyjdzie stosowna pora – szepnął, mając nadzieję, że tym razem trafniej to ujął, bo wcale nie miał intencji zasmucenia ukochanej. I to mu jednak nie wyszło. – Masz rację, Vero – przyznał jej, siląc się na spokój, chociaż miał ogromny żal do Boga, że pozwala, aby los rujnował im nawet taką chwilę – że napotykamy ciągle na nowe trudności, ale… ale nie zamierzam spędzić reszty życia oglądając się przez ramię ani martwiąc się, że naglę wszystko, co dla mnie ważne, stracę – wyznał jej szczerze. – Planuję za to cieszyć się każdą chwilą i traktować ją jak cud oraz prawdziwy dar, bo tak właśnie postrzegam nasze małżeństwo, naszą rodzinę, naszą przyszłość – nacisnął, patrząc na nią intensywnie i z przekonaniem. – Jeśli więc pytasz mnie: tak, maleńka. Mamy przed sobą całe życie i zamierzam czerpać z niego garściami – powiedział, jednocześnie składając jej przy tym swoistą obietnicę oraz ją ostrzegając: nie zamierzał bowiem jej oszczędzać, bo tak się składało, że miał dla nich masę ciekawych i emocjonujących planów aż do późnej starości.
    Z częścią z nich postanowił ją zapoznać już teraz, w związku z czym nie trwoniąc czasu zabrał się do rzeczy. Rozgrzanie ciała ukochanej do czerwoności nie zajęło mu jednak długo: choć bowiem ta noc w wielu aspektach przypominała ich pierwszą, nie byli w stanie ukryć, jak dobrze znają się ich ciała i jak bardzo siebie potrzebują. Siłą rzeczy roześmiał się więc gardłowo, kiedy Vera nie wytrzymała i postanowiła zmusić go do prężniejszego działania, kpiąc z jego słowotoku. Problem w tym, że on cholernie mocno lubił gadać i to najlepiej sprośnie w takich chwilach.
    — Ojjojojojoj… – Zacmokał więc z udawanym przejęciem. – Ktoś się tutaj robi trochę niecierpliwy, hm? – Wymruczał z rozbawieniem, rzucając jej za pomocą spojrzenia wyzwanie, aby aż zadrżeć z wrażenia, kiedy usłyszał jej cudowny śmiech. W sekundzie jednak, w której dała mu zgodę na zdjęcie z siebie ubrania, wszelkie jego tamy puściły i pożądanie wylało się z niego wielką falą, sprawiając że w dosłownie mgnieniu oka ciemny materiał zniknął z jej seksownego ciała. W tej samej chwili jego serce stanęło, a oddech ugrzązł w piersi. Oczy natomiast wytrzeszczyły się i chyba język wywiesił mu się niczym u zachwyconego psa, ale zupełnie nie był tego pewien: w głowie miał bowiem jedynie obraz tej niezwykłej kobiety w eleganckim koku i o karmazynowych ustach, której jędrne piersi kusiły swoimi sterczącymi sutkami, a koronkowe majteczki pobudzały jego męskość do granic możliwości. Prędko więc jego podniecenie stało się bolesne, ale jej to nie wystarczyło: musiała bowiem wspomnieć o pończochach, które momentalnie sobie wyobraził i aż nogi się pod nim ugięły. – Vero… – szepnął z namaszczeniem, nieświadomie oblizując łakomie usta, gdy lustrował ją raz po raz wzrokiem, kontrolując się resztkami woli jedynie do momentu, w którym ich oczy spotkały się ze sobą. Wtedy bowiem, gdy ujrzał we fiołkowych tęczówkach to samo pragnienie, które spopielało jego, zapomniał się kompletnie i jednym susem znalazł się przy niej, pchając ją na łóżko, a samemu padając na ziemię przy nim. Jego silne dłonie pochwyciły szybko jej biodra, pociągając ją na skraj mebla i niemal nie wystarczyło mu cierpliwości na zsunięcie z niej bielizny w cywilizowany sposób. Zapach jej podniecenia działał bowiem na niego jak najlepszy afrodyzjak. – Widzisz, co narobiłaś? – Zapytał więc drżącym głosem, nim z jękiem, nie będąc w stanie siebie dłużej hamować, przywarł do niej, zasypując jej kobiecość pieszczotami, od których jemu samemu zakręciło się w głowie. Cóż więc dopiero jej.

    <3

    OdpowiedzUsuń
  7. — Jak widać, samo to, że jesteś, doprowadza mnie do szaleństwa… – wymruczał, ale nie ciągnął już tematu, zbyt zajęty adorowaniem jej wspaniałego ciała. Uśmiechnął się tylko i dodał – moja dziewczynka! – kiedy wrzasnęła przeciągle, wyginając się dla niego i oferując mu lepszy dostęp do swojego ciała, a potem zaklął, gdy wbiła mu obcasy w barki, choć ból, który mu tym sprawiła, był wyjątkowo podniecający. Trudno mu było sobie bowiem wyobrazić coś lepszego, niż tak dobitny dowód na to, że Vereena przestała nad sobą panować dzięki niemu. – Nie krępuj się, kochanie. Krzycz… – kusił ją cicho, zajmując się nią tak długo, jak mu na to pozwoliła.
    Jak zawsze bowiem to ona rządziła w ich zbliżeniach i to od niej tak naprawdę wszystko zależało. Kiedy więc pociągnęła go za włosy, Connor posłusznie się podniósł i pozwolił, aby połączyła ich usta w namiętnym pocałunku, który był cholernie przyjemną alternatywą dla tego, czym był tak zaaferowany jeszcze przed paroma chwilami. Wystarczyło jednak, że poczuł jej dłonie wciskające się pomiędzy nich, aby poczuć, jak zaczyna mu wirować w głowie, a jego serce rozpoczyna szaleńcze łomotanie w piersi – już bowiem wiedział, czego może się spodziewać. Ani trochę go pod tym względem nie zawiodła, szybko wywołując u niego jęk zachwytu, gdy dobrała się do jego spodni. Jej komentarz jednak sprawił, że na jego twarzy pojawił się ponownie dziwny rumieniec – nie chciał, żeby coś sobie pomyślała, bo przecież nie miał złych intencji, dlatego nagle, w ogóle nie myśląc racjonalnie, wyrzucił z siebie potok słów.
    — Zapomniałem piżamy… miałem się tylko przebrać… j-ja… ja niczego… nic… o Boże! – Sapnął, na moment zapominając o wszystkim: jego myśli skupiły się wyłącznie na posuwistych ruchach jej wspaniałej, choć nieco chłodnej, a przez to doprowadzającej go do szaleństwa, dłoni. To, co próbował jej powiedzieć, to rzecz jasna wyłącznie zapewnienie, że wcale nie liczył na taki obrót spraw i nie miał zamiaru jej uwodzić. Zdał sobie bowiem sprawę z tego, że poniekąd na to właśnie wszystko wskazywało, ale prawa była taka, że Vereena mocno go zaskoczyła. Była to jednak jedna z najwspanialszych niespodzianek, które mogła dla niego zorganizować i całe szczęście doskonale o tym wiedziała, bo inaczej naprawdę spaliłby się ze wstydu w związku z tym brakiem bielizny. – Kochanie – jęknął jednak teraz, zupełnie nie pamiętając o tym, co chciał powiedzieć. – Boże, maleńka… ja… Jezu, Vero! – Zawył, kiedy z miną niewiniątka udowodniła, że dobrze wie, jak ma doprowadzić go do szaleństwa i w mgnieniu oka sprawiła, że z jego ust wyrwała się plątanina nieparlamentarnego słownictwa, zdradzającego jego olbrzymią frustrację. – T-ty… j-ja… – Kręcił głową, jednocześnie ledwo utrzymując się na ramionach, nie chcąc jej skrzywdzić, ale też nie będąc zbyt długo w stanie tego znieść. – Cholera jasna, masz czego chciałaś! – Warknął więc w końcu i nie trwoniąc czasu, przesunął nieco biodra, a potem w mgnieniu oka, tonąc w jej fiołkowym spojrzeniu, wbił się w nią zdecydowanie, czym obydwoje ich doprowadził do jawnego szaleństwa. Oczy na moment uciekły mu w głąb głowy, powieki się przymknęły, a przez ciało przetoczyła się fala ekstazy. – W-wydaje mi się… ż-że… że potrzebuje chwili… – sapnął wówczas, nim cichy śmiech wyrwał się z jego piersi, a on uraczył ukochaną spojrzeniem pełnym uwielbienia. – Wariuję, przez ciebie, wiesz? – Zagaił ją cicho, dotykając czule jej policzka, nim pochylił się i musnął jej usta. Potem zapytał: – Wszystko w porządku? – Chciał bowiem mieć pewność, że mimo upływu czasu i paru innych czynników, Vera nie czuje się źle i że w żaden sposób jej nie skrzywdził, zanim rozpocznie miarowe ruchy bioder prowadzące ich do orgazmu. Bądź co bądź, nie był zbyt delikatny, choć wcale nie planował, aby to zbliżenie przebiegło w ten sposób.

    wilczek

    OdpowiedzUsuń
  8. — Twoje życzenie jest dla mnie rozkazem, moja śliczna – szepnął uroczyście, kiedy Vera zachęciła go, aby zabrał się do roboty. – Szczególnie, kiedy chodzi w nim o coś tak przyjemnego… – dodał, powoli rozpoczynając penetrację jej wnętrza i z każdą mijającą sekundą wchodząc w nią coraz głębiej, a potem najzwyczajniej w świecie się temu poddał, zdając się na instynkt, który doskonale wiedział, jak doprowadzić ich do orgazmów. Cały czas przy tym pamiętał o umowie, którą zawarli z pół-wilą, dotyczącej unikania sytuacji, w której mogłaby tej nocy zajść w ciążę i był pewien, że kiedy przyjdzie co do czego, zachowa się odpowiednio. – Hm? – Wybąkał jednak zupełnie oderwany od rzeczywistości, gdy na krótko przed ekstazą zwróciła jego uwagę na to, co się z nimi działo, odkrywając przy tym, że wcale nie jest tak silny, jak mu się wydawało. – Już, maleńka… już – szepnął bowiem, szczerze pragnąc dotrzymać słowa, ale jego ciało nie chciało go słuchać: potrzebowało pozostać w niej i poczuć ją całym sobą.
    Nie przypuszczał, że okaże się to tak trudne, ale dosłownie w ostatniej chwili z głuchym jękiem opuścił ciało ukochanej i pozwolił, aby jego nasienie rozlało się po jej płaskim brzuchu, a oddech ugrzęzł mu w piersi. Nie do tego był bowiem przyzwyczajony: uwielbiał czuć, jak mięśnie Vereeny zaciskają się wokół jego męskości i wywołują u niego dodatkowe spazmy rozkoszy; lubił mieć świadomość, jak wspaniale wilgotna i gorąca staje się w tym kluczowym momencie i czuć, że ich soki mieszają się na ich udach, pokazując dobitnie, iż należą wyłącznie do siebie. Nie zamierzał jednak marudzić, bo był z nią absolutnie szczery: tego dnia miało chodzić wyłącznie o nich, a nie o jakiekolwiek oczekiwania względem czegokolwiek. Przyszło mu jednak do głowy, że na dłuższą metę ten układ nie będzie im odpowiadał – że w pewnym momencie pożądanie z nimi wygra, co oznaczało, że musieli znaleźć tego rozwiązanie.
    Póki co jednak ważne było tylko to, jak się czują, dlatego to na tym się skupił, od razu po uspokojeniu swojego rozdygotanego ciała skupiając się nad tym, jak się czuje Vera oraz nad okazaniem jej czułości, na którą w pełni zasługiwała. W ciągu kilku kolejnych minut została więc przez niego obmyta ciepłym ręcznikiem i porwana do czułego pocałunku, który poprowadził do następnego i następnego, aż wreszcie ich jęki ponownie rozbrzmiały na farmie Trenwith, dowodząc że miłość tak silna, jak ta ich, nie zna żadnych przeszkód. Aż do białego rana bowiem kochali się, całowali i adorowali na zmianę, nieszczególnie wiele mówiąc – przekazywali sobie wszystko za pomocą spojrzeń i gestów, o poranku jednak nie żałując absolutnie niczego, a szczególnie niewyspania, mimo że obydwoje tego dnia musieli podołać obowiązkom zawodowym.
    Byli najzwyczajniej w świecie szczęśliwi i szczerze wątpili, aby cokolwiek mogło to zmienić, dlatego nawet wizyta u doktora Cartera, na którą udali się po południu, nie okazała się być dla nich taka straszna. Owszem, denerwowali się ogromnie i przejmowali tym, co usłyszą, ale gdy od niego wyszli, ich serca były o parę kilogramów lżejsze – ten bowiem miał dla nich same dobre wiadomości, tak jakby naprawdę wiszące nad nimi jeszcze do niedawna czarne chmury zniknęły.
    Każdego kolejnego dnia udowadniali sobie zresztą, że nawet po najgorszej ulewie przychodzi taki czas, że musi zaświecić słońce i nie krępowali się z niego korzystać. Na nowo udało im się wbić w swój poprzedni plan działania, godząc chodzenie do pracy z życiem rodzinnym oraz tym towarzyskim, które już w piątek rozkwitło, gdy Hawthorne'owie odwiedzili ich, odpowiadając na zaproszenie. Nie obyło się, rzecz jasna, bez kilku niezręcznych chwil ani odrobiny łez, zwłaszcza gdy widok Very nie mającej już ciążowego brzuszka boleśnie uświadomił im, że ta tragedia, o której coś niecoś już usłyszeli, naprawdę się zdarzyła, ale w gruncie rzeczy nigdy nie przestali się przyjaźnić i takie krótkie zakłócenia nie mogły im w żaden sposób zaszkodzić. Nikt nie chował więc urazy i nikt nie wracał do tego, co złe, tylko wspólnie spojrzeli w przyszłość, wierząc że będzie ona lepsza i szczęśliwsza.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Na wszelki zaś wypadek postanowili jej pomóc, przywracając do życia ich tradycyjne już grillowanie i spotkania w ogrodach, garściami czerpiąc z lata i umacniając łączące ich więzi, co wszystkich ich napełniało poczuciem szczęścia.
      Mijały więc dni, a potem tygodnie i życie Greybacków zaczęło wracać do normy – stało się tak piękne, jakim je pamiętali sprzed czerwcowej tragedii i nie dało się już po nich poznać, że choćby przez chwilę było między nimi okropnie. Nawet jeśli bowiem Connor zostawał z córeczką sam, to teraz już wyłącznie na takiej zasadzie, jak drugiego sierpnia, gdy jego żona z samego rana pojechała do Boscastle na zakupowy szał, którego on wolał ominąć, nawet na rzecz przemiany w kurę domową i zaszycia się w kuchni podczas przygotowywania lasagne w asyście półtorarocznej dziewczynki, z którą gawędził sobie wesoło, dopóki z oddali nie dobiegł go dziwny dźwięk pojazdu zmierzającego w stronę farmy Trenwith.
      — A kogo to diabli niosą, co? – Wymamrotał pod nosem, odkładając drewnianą łyżkę, którą mieszał sos, na blat i zerknąwszy na córeczkę, podszedł do niej, aby wyjąć ją z krzesełka i wspólnie z nią sprawdzić, kto postanowił ich odwiedzić.
      — A kogo to… – Jego mała księżniczka z uroczym uśmiechem postanowiła powtórzyć nowe, zasłyszane od tatusia powiedzonko i już zabierała się za nieładne słówko, kiedy przycisnął w panice palec do jej drobnych usteczek, kręcąc głową i już przechodząc z nią przez dom w stronę wyjścia do ogrodu, jednocześnie wpatrując się w nią z powagą.
      — Tak nie mówimy, dobrze, księżniczko? – Poprosił ją prosto z serca. – Mamusia nie będzie szczęśliwa, jeśli usłyszy, że któreś z nas tak mówi – szepnął, dotykając nosem jej noska, nim pchnął drzwi i pozwolił, aby promienie sierpniowego słońca oraz gorące powietrze uderzyły w nich silną falą. – Bardzo by natomiast chciała, żebyśmy witali wszystkich gości, dlatego musimy zerknąć kto to, dobrze? – Ciągnął, wciąż patrząc na małą, która z uwagą go słuchała, nim zaalarmowany naprawdę dziwnym łoskotem, zerknął w stronę bramy wjazdowej na farmę i w tej samej chwili nie tylko zapomniał języka w gębie, ale także i tego, jak się nazywa.
      Jego oczom ukazał się bowiem widok ich pomarańczowego pickupa z doczepionym do niego czymś, co po zatrzymaniu się pojazdu okazało się być przyczepą kempingową. Wielką, trochę wiekową i kompletnie niepasującą do koloru samochodu czy czegokolwiek wokół, a przez to idealnie pasującą do ich rodziny przyczepą, która wręcz wydawała się tętnić własnym życiem – oni przecież przygarniali wszystko, co nie potrafiło sobie znaleźć miejsca nigdzie indziej i przyjmowali do swojej rodziny. Widok ten był jednak tak niespodziewany, a wręcz abstrakcyjny, że Connor nie był w stanie zrobić nic więcej, ponad stanie w miejscu i z rozdziawioną buzią przyglądanie się jak z pickupa wysiada jego zadowolona z siebie żona. Nie czuł nawet, że jego córka w tym czasie za świetną zabawę uznała podnoszenie mu rączką żuchwy i obserwowanie jak opada, kiedy ją zabierała, zanosząc się przy tym śmiechem. Widział wyłącznie Vereenę i ten niezwykły sprzęt, który ze sobą przywiozła, a który był jednym z jego najskrytszych marzeń – zawsze pragnął móc po prostu pojechać przed siebie, zatrzymać się na każdym klifie, który mu się tylko spodoba i żyć pełnią życia, nie przejmując się absolutnie niczym.
      Już miał zapytać Rosie, czy mu się przypadkiem nic nie przywidziało, kiedy mała także ją dostrzegła i wołając mamusia, zaczęła się ku niej wyrywać. Postawił ją więc na ziemi i puścił wolno, samemu jeszcze przez chwilę walcząc z zaskoczeniem, dopóki i jego nogi same nie poniosły w stronę pomarańczowego pickupa i niespodzianki za nim.
      — C-czy to… czy… czy ja… t-to? – Wyrzucił z siebie bez ładu i składu, ledwo znalazł się tuż obok ukochanej, z miną pełną zachwytu przyglądając się raz jej, a raz temu, co znajdowało się za jej plecami.

      Usuń
    2. – C-czy… czy m-mogę? – Wybąkał zaraz potem z podekscytowaniem godnym małego dziecka i pełnią szczęścia w oczach, przechodząc ze skrajności w skrajność, bo teraz nie mógł już ustać spokojnie w miejscu. Nawet więc nie powitał stosownie ukochanej: gdy tylko dała mu znać, że wcale oczy go nie mylą, rzucił się przed siebie i w kilka sekund obiegł przyczepę, sunąc po niej dłonią, odchodząc od niej i doskakując na zmianę, aby zanosić się przy tym śmiechem i raz po raz podnosić ręce do twarzy, ciesząc się jak dziecko. – Zakupy ciuchowe, tak? – Zagaił w pewnej chwili, aby znów roześmiać się jak mały chłopiec. – A-ale… ale jak? – Zapytał, nie mając pojęcia, jak to się właściwie stało.

      wilczek w totalnym zachwycie

      Usuń
  9. — Jeszcze pytasz?! – Spojrzał na nią płomiennie, kiedy zastanawiała się, czy mu się podoba. – Jest… jest… jest idealna! – Wyrzucił z siebie oczarowany. Widząc zaś klucze, które podawała mu ukochana, nie mógł nie parsknąć śmiechem. To, co pełniło przy nich funkcję breloczka, było bowiem wyjątkowo komiczne, sięgając więc po nią, patrzył na nią zarówno sceptycznie, jak i z rozbawieniem. – Chyba nie chcę wiedzieć… – stwierdził wreszcie z szerokim uśmiechem, kręcąc przy tym głową, a potem zapomniał o bożym świecie, gdy uświadomiwszy sobie, że trzyma w dłoniach klucze do swojego nowego królestwa, natychmiast postanowił przypaść do drzwi. Problem polegał na tym, że te wcale nie były mu posłuszne. – Nie otwiera się… – jęknął więc ze smutkiem, troszeczkę jak zawiedzione dziecko i spojrzał z nadzieją na ukochaną, że coś zrobi i mu pomoże. Był zaś tak pełen radości, że kiedy oddała mu Rosie i zdzieliła przyczepę barkiem, nie poczuł się niemęsko, nie będąc w stanie wykonać tak prostej czynności. On zwyczajnie tryskał energią. – Jej! – Wykrzyknął więc z zachwytem, a ich mała księżniczka podłapała owe zawołanie i ledwo uświadamiając sobie przed czym przestrzega go żona, wskoczył zaraz za nią do pojazdu, rozglądając się po nim, podczas gdy srebrnowłosa opowiadała o tym, co trzeba było w nim zrobić.
    Jasne, roboty było od groma, bo wnętrze samo w sobie nie prezentowało się jakoś szczególnie zachęcająco, ale wystarczyło podejść do tego z otwartym umysłem, zupełnie tak, jak to zrobił wilkołak, aby dostrzec czające się w niej piękno. Była bowiem przestronna i bardzo jasna, dzięki sporym oknom, które wpuszczały mnóstwo światła – a raczej miały to robić, gdy tylko się je oczyści z brudu. Miała osobną część do codziennego funkcjonowania w postaci uroczego saloniku i drugą, w której pierwsze skrzypce grała przestrzeń do spania. Był także aneks kuchenny, a więc tak naprawdę wszystko, czego potrzebowali do szczęścia. Cóż bowiem z tego, że trzeba było niemal wszystko wymienić albo wyczyścić; co z tego, że materace wyglądały tak, jakby miały się rozpaść pod wpływem najlżejszego dotyku, a podłoga ewidentnie nadawała się do całkowitej wymiany; co wreszcie z tego, że przyczepa ta wiązała się z ogromem pracy, jeśli miała być ich?
    Odpowiedź brzmiała: nic. To było wszystko, czego potrzebowali.
    — Razem… – wyszeptał więc nagle Connor, biorąc głęboki wdech i przenosząc wzrok na żonę. – Razem – powtórzył z większą mocą, coraz mocniej się rozjaśniając. – Razem, cholera, pewnie, że razem! – Wykrzyknął ostatecznie, korzystając z tego, że tuż po wejściu do przyczepy ich córeczka zaczęła się domagać postawienia na ziemi i porywając pół-wilę w objęcia. – Masz w ogóle pojęcie, jak cię kocham? – Tchnął jej po nim w usta, nie mogąc nabrać powietrza z wrażenia. – J-jak… jak bardzo… ile… jak długo… cholera jasna, ja… – pogubił się, pragnąc wyrzucić z siebie zbyt wiele myśli naraz. – Dziękuję – wyszeptał jednak wreszcie, patrząc jej głęboko w oczy. – Od tej pory już ci nie zaufam w kwestii zakupów ani jakiegokolwiek wyjścia z domu – ostrzegł żartobliwie, co było jasno słychać w tonie jego głosu – ale… Boże – sapnął, cofając się o krok i mierząc to miejsce spojrzeniem. – Będziemy tu cholernie szczęśliwi, wiesz? – Wyjawił radośnie, nim jego wzrok stał się bardziej intensywny i skoncentrowany na tym, co wokół. – Widziałem ostatnio materace w Bude, gdy byłem tam po zaopatrzenie – oznajmił – a w tym antykwariacie, no wiesz, tym – machnął ręką, nie mogąc wpaść z przejęcia na nazwę, ale referując do ich ulubionego – były ostatnio cudowne szafki… no i podłoga. Myślisz, że położymy deski? Mógłbym skorzystać z naszych zapasów, chyba że chcemy położyć jakieś linoleum albo… – zapędzał się coraz bardziej, mówiąc praktycznie bez oddechu, aż odkrył, że Vereena w odróżnieniu od niego milczy i ewidentnie się z niego śmieje. – No co? – Zapytał bezradnie, nie zdając sobie sprawy z tego, że przez cały ten czas żywiołowo gestykulował i łaził po przyczepie z miną uszczęśliwionego szczeniaczka, który nie może usiedzieć w miejscu z podekscytowania.

    wilczek

    OdpowiedzUsuń
  10. Uśmiechnął się z zadowoleniem, kiedy zapewniła go, że wie, iż gotów jest zająć się wszystkim, co trzeba, bo choć wiedział, że chciała, aby się uciszył, to cieszył się, że tak mu ufała. W związku z tym posłusznie zamilkł, decydując się jej wysłuchać, czego absolutnie nie pożałował, szczególnie gdy parę sekund później do ręki dostał karteczkę, która otwierała drzwi do ich wymarzonych wakacji. Takich, podczas których mógłby rozpieszczać ją i Rosie bez granic.
    — Mówiłem ci kiedyś, że jesteś niesamowita? – Spojrzał na nią z zachwytem, równie zdumiony tym, jak wiele spraw zorganizowała, niczym się nie zdradzając, co oczarowany tym, jak wspaniałą ma żonę. – Brukselę, Wiedeń i Budapeszt powiadasz? – Rozmarzył się w związku z jej opowieścią o planowanej podróży, aby zaraz potem zachłysnąć się powietrzem, kiedy omamiła go wizją swojej półnagości na każde jego życzenie. Zamarł na moment, przełykając głośno ślinę, gdy jego wyobraźnia wzięła nad nim górę. – Gdzie masz telefon? – Niemal warknął, tak bardzo tym podekscytowany, że gotów był to załatwiać teraz, zaraz, bez jakiegokolwiek przemyślenia. Gdyby więc nie błyskawiczna reakcja srebrnowłosej, która uświadomiła mu, że muszą to przedyskutować, a pięć minut ich nie zbawi, już dobrałby się do jej kieszeni i dzwoniłby. Westchnął ciężko, ale zgodził się z nią. – A możemy tutaj? – Zapytał jednak z nadzieją i pewnie tak by zrobili, gdyby nie ich księżniczka, która coraz mocniej się denerwowała tym, że musi być na rękach. – Dają i nie pozwalają się nacieszyć, no… – Pociągnął udawanie nosem, gdy stało się jasne, że muszą wyjść chociażby do ogrodu, ale długo jeszcze zwlekał z opuszczeniem przyczepy po tym, jak zrobiły to jego kobiety. Z chwilą jednak, w której znalazł się na zewnątrz, przypomniał sobie, o co toczy się gra i bez wahania podszedł do ukochanej, która już wypuściła ich córeczkę na ziemię, aby poderwać ją na ręce i bez pardonu się z nią skierować w stronę domu; Rosie zaś rzuciła się ze śmiechem za nimi. – Nie… nie postawię cię. Nie, nie proś. Nie. Nie. Nie. Nie – mamrotał przy tym, maszerując pewnie. – Nie zmarnujemy ani chwili dłużej, bo czeka na nas Dalmacja, psiakrew! – Oświadczył z drżącym z podniecenia głosem, nie mogąc nic poradzić na to, że już sama sugestia Vereeny podziałała na jego wyobraźnię. Postawił ją więc dopiero w salonie, aby odsunąwszy się od niej jęknąć żałośnie, gdy wyobraził sobie ją w skąpym kostiumie kąpielowym. To jednak szybko przeszło w warkot, wraz z chwilą, w której sobie przypomniał o innych mężczyznach. – Wiesz co? – Wymamrotał więc z zaciśniętymi szczękami, bo bardzo niewiele powstrzymywało go od rzucenia się na nią w biały dzień; była to wyłącznie postać ich córki, która kręciła się przy ich nogach, obecnie bawiąc się ze Zjawą. – Mam taki pomysł. Z tej twojej wyprawy usuniemy innych, cholera, facetów – niemal syknął – a dodamy etap… hm… przygotowawczy. Już dzisiaj. Teraz. W domu. Nawet ci wyczaruję, cholera, drzewko. Będzie super, zobaczysz! – Zapewnił ją z zapałem, mówiąc pół żartem, pół serio, ale i tak skończyło się to czymś, co można było przewidzieć: pocałunkiem. – Jasna cholera… – jęknął po nim, uświadamiając sobie, jak słabo jest z jego silną wolą. – To kiedy ta przeklęta pełnia?! – Jego głos był pełen frustracji, kiedy spoglądał głęboko w jej piękne oczy. – Potrzebuję jej Vero. Naprawdę, cholernie mocno jej potrzebuję… – szepnął, gdy tak stał przed nią podekscytowany i podniecony, zupełnie niemający pojęcia, jak poskromić własne zapędy. – Nie wiem jak to zrobiłaś ani kiedy, ale… ale nie rób mi tak więcej, bo moje serce już tego nie zniesie. Niebawem pęknie od miłości i zachwytu i oczarowania i… wdzięczności – dodał miękko – za tak wspaniałą żonę… – Jasnym było, że nie mówił poważnie: że tak naprawdę ta niespodzianka najzwyczajniej w świecie wprawiła go w stan euforii. – Wiesz, że spełniłaś kolejne z moich marzeń, prawda? – Dodał cichutko na sam koniec, ogromnie tym faktem przejęty.

    wilczek, który kompletnie oszalał na punkcie tego pomysłu <3

    OdpowiedzUsuń
  11. Postanowił zignorować jej przytyk w jego stronę związany z jego rzekomym byciem porywaczem i skupić się na znacznie ważniejszych sprawach, takich jak choćby to, żeby okiełznać wzbudzone w nim pożądanie. To natomiast wcale nie było łatwe, bo nie od dziś było wiadomym, że pół-wila potrafiła go sobie okręcić wokół palca zaledwie za pomocą jednego spojrzenia. Cóż więc dopiero paru idealnie dobranych słów…
    — Uroczy? – Powtórzył jednak z zaskoczeniem, gdy nieco zbiła go z pantałyku swoją reakcją na jego prośby i sugestie. – W-wyczaruję… no tak, wyczaruję – przytaknął, marszcząc brwi, dopóki nie uświadomił sobie, że Vereena najzwyczajniej w świecie się z niego śmieje. – Ej… – zareagował wtedy smutną miną i pełnym żalu tonem głosu. – Mówię poważnie. No ej! – Powtórzył, nieco poirytowany, ale nie zły, tym, że osiągnął zgoła inny efekt od oczekiwanego. Tak po prawdzie: wilkołak po prostu marudził, ale niewątpliwie robił to wystarczająco uroczo, żeby mu to wybaczyć. – Wszystkich – nacisnął tak jak ona – oprócz mnie. Da się. Znajdziemy jakieś miejsce tylko dla nas. Tylko – podkreślił znacząco. – No bo chyba nie oczekujesz, że będę spokojnie patrzeć, jak inni cię pożerają wzrokiem?! – Aż wzdrygnął się na samą myśl o tym i nawet to, że się do niego przytuliła, niewiele mu pomogło. Dopiero to, jak mocno się o niego troszczyła, co jasno wynikało z tonu, którym mu opowiedziała o pełni, nieco go udobruchało, przypominając mu, że dla niej liczy się wyłącznie on. Nie znaczyło to, rzecz jasna, że miał co do tego wątpliwości: po prostu, jak na faceta kochającego swoją żonę do szaleństwa przystało, nie umiał oderwać od niej wzroku i siłą rzeczy był zazdrosny o każdego, kto zachowywał się tak samo. Wiedział, na jak wielki dar trafił. – Czy ja coś mówię? – Zapytał więc czule z nutką rozbawienia w głosie, związaną z tym, jak szybko Vera zastrzegła, że mu nigdzie nie pozwoli iść na dzień przed i dzień po pełni. – Albo… czy ja sugeruję, że chciałbym być gdzieś indziej? – Uś