31 października 2016

Pomyliłaś niebo z gwiazdami odbitymi nocą na powierzchni stawu

Chyba właśnie po tym można poznać ludzi naprawdę samotnych... Zawsze wiedzą, co robić w deszczowe dni. Zawsze można do nich zadzwonić. Zawsze są w domu. Pieprzone „zawsze”…
—————————— S. King

13 XII 2002, Boscastle –––––– dwudziestojednoletnia pielęgniarka

Nie jesteś typem kogoś, kto lubi być w centrum uwagi – dziwne, prawda? W końcu twoja matka była czystej krwi wilą, a ty odziedziczyłaś po niej niewątpliwą urodę. Szkoda tylko, że sama nigdy nie czułaś się atrakcyjna i może też dlatego, w przeciwieństwie do kobiety, która obdarowała cię swoimi wspaniałymi, idealnymi genami, nigdy nie umiałaś nawiązywać kontaktów międzyludzkich. Jesteś zwyczajnym introwertykiem, trochę cieniem umykającym w zaułkach rodzinnej, kornijskiej wsi lub w korytarzach Hogwartu – co gorsza, żadne z tych miejsc nie przyniosło ci ukojenia i ludzie wciąż patrzą, na Merlina, jak ty nienawidzisz, kiedy oni patrzą. Nie wiedzieć czemu, całe swoje życie, czy to jedenaście lat, jako córka latarnika, czy kolejne długie miesiące, zamieniające się finalnie w dekadę, bałaś się spojrzeń – jakby ktoś mógłby cię prześwietlić, zerknąć do twojej duszy i serca, dostrzegając, że jesteś inna. Akceptacja przez rówieśników zaś była zawsze twoim własnym, głupim celem.
Nie jesteś typem kogoś, kto się poddaje, nieważne, jak beznadziejna byłaby sytuacja – ty zwyczajnie walczysz do końca, niemalże za każdą cenę, oprócz zdrowia, szczęścia i życia innych; jeśli chodzi o siebie samą: jesteś gotowa do najwyższych poświęceń, szczególnie w imię czegoś, w co wierzysz lub swoich ukochanych bliskich. Prawda jest jednak taka, że gdyby właśnie nie twoja wytrwałość – oraz niekiedy chorobliwa ambicja – nigdy nie znalazłabyś się pierwszego września w Wielkiej Sali, jako nowa pielęgniarka: to tylko twój upór, inteligencja oraz ciężka praca – a także zwyczajnie zapisane w informacji genetycznej umiłowanie do wiedzy medycznej – sprawiły, że mogłaś pochwalić się, jako była Puchonka, najlepszymi wynikami w nauce w chwili zakończenia szkoły przed trzema laty. Szkoda, że nie miało to znaczenia w obliczu tego, co czekało cię w rodzinnej wiosce; szkoda, że tak naprawdę chciałaś tylko zaimponować matce, która porzuciła cię w dniu urodzenia.
Nie jesteś typem kogoś, kto chowa urazę, czy daje się ponieść smutkowi, mimo że ten swoimi bezbrzeżnymi falami błyszczy w twoich nienaturalnie wielkich oczach cały, dosłownie czas – potrafisz to ukryć, ale nie grasz. Jesteś więc chodzącym paradoksem; potrafisz być kompletnie załamana, a jednocześnie nieopisanie wręcz radosna. Twoim złotym środkiem okazało się być pogodzenie ze wszystkim: wiesz, że na wielu rzeczy w swoim życiu nie masz wpływu – na przykład na to, że rodzicielka nie chciała cię znać; że ojciec okazał się być mordercą; że straciłaś najlepszą przyjaciółkę; że nikt nie widzi w tobie nic poza ładną buzią. Nie walczysz więc już z tym werbalnie, marnując wątłą energię, tylko to akceptujesz, a później pokazujesz swoim zachowaniem, jak bardzo ludzie się mylą – chyba jednak oszukujesz nawet samą siebie, że jesteś w stanie chwycić swoje życie we własne ręce. Chyba też nigdy więcej nie poczujesz już, jak serce bije ci w piersi tak szczerze wesoło, beztrosko i spokojnie.
Nie jesteś też typem kogoś, kto tak naprawdę istnieje – całe twoje jestestwo zbudowane jest na kłamstwach, niedopowiedzeniach, niedomówieniach, zmianach tematu, przerzucaniu rozmowy na dalekie od prawdy tory i na zwyczajnych bajaniach, klechdach, legendach o pięknych księżniczkach i biednych szewczykach. Twój wygląd w związku z tym nie jest jedynym, co jest w tobie nierealne, zwiewne, niczym chmurka, czy podmuch ciepłego wiatru w letnie, słoneczne popołudnie, delikatne, subtelne i zwyczajnie oniryczne – ulotne, niczym właśnie marzenie senne. Ty sama zbudowana jesteś z cienkich niteczek, z bardzo słabiutkich splotów, gdzie gdy tylko jedno ogniwko pęka – ty rozpadasz się całkowicie. Jesteś po prostu słaba: samotna, opuszczona przez wszystkich, na których tobie zależało tak, że gotowa byłaś dla nich i za nich zabijać, a twoje ramiona nie mają ochoty nieść ciężaru życia, wspomnień i piętna, jakie na ciebie nałożono w obu światach, w których ledwie, każdego dnia na nowo, egzystujesz.
Och, Vercia, dziecino, po co ty więc w ogóle  j e s z c z e  żyjesz?

więcej ————— skrót ————— miejsca ———— więzi
           •

W tytule sparafrazowany Vilgefortz z Czasu pogardy Andrzeja Sapkowskiego, na zdjęciach przepiękna Ola Rudnicka, w imieniu i nazwisku zalinkowany liryczny Jaymes Young. Wolę wymyślać, niż zaczynać, ale oczywiście honoruję handel wymienny, łatwo mnie przekupić, lubię dramaty, krew, pot i łzy oraz wątki i odpisy średniej długości. Nie lubię kalafiora i mam DO ODDANIA PRZYJACIELA oraz ewentualne siostry od strony mamusi (do wymyślenia i ugadania – uderzajcie na smerfowa.krolowa@gmail.com). Od zawsze bujam się na Hogłartach albo z Rosjankami, albo pielęgniarkami – tym razem jednak nie z Francji, a z Kornwalii, no i fajnie, bo tęskniłam za światem magii. Vera jest w Hogwarcie od 1 IX 2023 roku.  Pod kropeczkami stare karty. Nie gryziemy, czasem trzeba nas kopnąć w rzyć, ale się ogarniamy. Cześć wszystkim – bawmy się! ; D

26 komentarzy:

  1. [Ojejejejejejje, jakie piękności patrzą ze zdjęć! *____* Najcudowniej i najlepsiej, to zaszczyt być pierwszą. <3 Naucz znajdować takie perełki, naucz, prosza!]

    Gdyby nie świadomość tego, że każda ciąża była inna i nie można było ich do siebie porównywać, nawet jeśli chodziło o stan błogosławiony u tej samej kobiety, Connor niechybnie zamartwiałby się już na śmierć z powodu stanu, w jakim była jego ukochana. To, że zmagała się z tak silnymi mdłościami i to, że nic jej tak naprawdę nie pomagało, chociaż już parzył jej naprawdę niebywałe ilości imbiru, zdecydowanie było bowiem niepokojące. Widocznie jednak ich maluch potrzebował dużo uwagi i ani myślał ułatwiać rodzicom życia – szkoda tylko, że najmocniej cierpiała na tym ta najbardziej niewinna i ta, która absolutnie na to nie zasłużyła.
    Co grosza, nie tylko wpływało to na jej stan fizyczny, ale i na psychiczny – kobiecie czynu takiej jak srebrnowłosa trudno się było bowiem pogodzić z koniecznością odpuszczania sobie na różnych płaszczyznach. Jemu natomiast okropnie się na to patrzyło.
    — No zdarza mi się, zdarza – potwierdził z uśmiechem, chociaż miała rację: nie przestawał o niej myśleć i to nie tylko dlatego, że nosiła pod sercem jego dziecko, chociaż to było dla niego bardzo ważne, ale zwyczajnie z powodu miłości, którą od niej czuł. – Ech… – westchnął jednak już chwilę później, spoglądając na nią ze smutkiem. – Nie podoba mi się, że nic, wiesz? – Wyznał, odgarniając jej włosy z czoła i dobrze wiedząc, że wcale nie czuła się lepiej. – Może po prostu rzucę zaklęcie, żeby się pobyć tych moreli? – Zaproponował w końcu nerwowo. – Albo po prostu zarządzę koniec jedzenia przed obiadem – zastanawiał się głośno – i wyniosę owoce. Ja… nie chcę, żebyś się tak czuła – westchnął ze smutkiem, aby potem jęknąć w duchu, gdy jak zwykle postanowiła olać to, że nie było z nią najlepiej i skupić się na reszcie świata. Naprawdę nie znosił tego, że nie umiała myśleć o sobie. Nawet jednak nie zdążył jej odpowiedzieć, a już musiał ją łapać: pilnować, aby nie upadła, bo do tego to wszystko zmierzało. – Cholera, kochanie, uważaj – poprosił ją czule, bojąc się o nią i pomagając jej odzyskać równowagę. – Nie dziękuj, bo to normalne, wiesz? – Szepnął. – To normalne, że się tobą opiekuję. Ale… Vero, naprawdę powinnaś trochę zwolnić – zauważył łagodnie, chociaż wiedział, że jej się to nie spodoba i jest niemal niewykonalne. – Nic im się nie stanie, jeśli usłyszą o tym przy obiedzie. Nic im się nie stanie, jeśli nie zobaczą balonów z tej okazji. Nic im się nie stanie, jeśli obiad zjedzą kwadrans po, a nie punkt godzina – zapewniał ją z całego serca, bo przecież ich bliscy nie byli nie wiadomo jak wymyślnymi gośćmi. Byli swoi i nie trzeba było przy nich urządzać nie wiadomo jak wielkiego przyjęcia. – Będą się cieszyć razem z nami niezależnie od okoliczności, kochanie, bo tak działa rodzina – przypomniał jej z miłością, gładząc ją dłonią po ramieniu. – Przykro mi, że się tak źle czujesz – wyszeptał później i westchnął, bo naprawdę było mu z tego powodu źle. – Może naprawdę nie warto kosztem twojego zdrowia czekać z tym do deseru? – Zapytał ze szczerym przejęciem. – Albo możemy podać te balony i tę wieść do obiadu. Kochanie… nie chcę, żebyś się tak męczyła – oznajmił, a w jego głosie słychać było odrobinę buntu. Naprawdę ten układ mu się nie podobał.

    przejęty i taki ładny (specjalnie pod nową kartę) Connor

    OdpowiedzUsuń

  2. — A wiem – potwierdził radośnie. – Wiem i cholernie mnie to cieszy – dodał z dumą, ciesząc się jednak nie tylko z powodu jej miłości do niego, ale i przez jej podejście: przez te wszystkie jej zapewnienia o tym, że jest spokojna i pewna tego, co chce zrobić, a przede wszystkim szczęśliwa, bo ich rodzina się powiększy. – Nie – zaprzeczył jednak, kiedy stwierdziła, że jak zwykle ma rację. – Czasami bywam idiotą i popełniam błędy. Czasami częściej. Czasami rzadziej – stwierdził bez wstydu – ale no nieomylny nie jestem i wypraszam sobie kary cielesne, ej! – Obruszył się dość żartobliwie, gdy go uszczypnęła. Później zaś się zasłuchał w jej słowa. – Tak, moja śliczna – kiwnął głową, poruszony nimi dogłębnie – jasne jak słońce… – szepnął z oczarowaniem i miłością. – I nigdy nie ulegało wątpliwościom – dodał jeszcze, nim zasalutował jej i rzucił: – Tak jest!
    Jakby nie patrzeć: dała mu bowiem polecenie, które on popędził jak na skrzydłach wykonać. Duży wpływ na to miał fakt, że uwielbiał jej ser w sosie i mógłby się dać za niego pociąć. Poza tym jednak chciał, aby chwilę odpoczęła i naprawdę doceniał, że usiadła. Chociaż bowiem nie ulegało wątpliwościom, że troszczyła się o ich dziecko, wiedział, że nie jest jej łatwo zrezygnować z działania na taką skalę, jak normalnie.
    — Och, nie udał się – stwierdził z udawaną powagą. – Tak – pokiwał głową – zdecydowanie się nie udał – potwierdził swoje przypuszczenia. – Zdecydowanie więc – ponowił – trzeba go szybko zutylizować. Oj tak, tak – kiwał głową, uśmiechając się do Very szeroko, tak aby się nie martwiła. – Trzeba się go pozbyć. Trzeba. A ja się chętnie tym zajmę – zaoferował się z szerokim uśmiechem. – Baaardzo – zapewnił gorliwie – chętnie się tym zajmę – powtórzył, nim podszedł do niej, aby ją pocałować i dodać: – jest idealnie, kochanie. Kocham cię – szepnął.
    Potem zaś westchnął i poprosił ją, aby poczekała i przez chwilę odpoczęła, w czasie kiedy on powędrował, aby pozbyć się moreli ze strefy powietrznej domu. Zajęło mu to dosłownie moment, bo jakby nie patrzeć – argument o tym, że przed obiadem się nie podjada, był nie do zbicia i nawet Jo przyznała mu rację. Wziął więc miskę z owocami, mówiąc że później, jeśli będą chcieli, to się je przyniesie – przy czym miał nadzieję, że będzie dokładnie na odwrót – i poprosił, aby rozłożyli talerze, które pokazał w witrynce. To znów miało im dać parę dodatkowych minut na opanowanie stanu Vereeny i polepszenie jej samopoczucia.
    Na koniec poszedł jeszcze po różdżkę i wymruczał zaklęcie, dzięki któremu powietrze się oczyściło. Nie wiedział, co prawda, czy to coś zmieni, bo jednak kobiety w ciąży były wrażliwe, lecz przynajmniej się starał. Potem szybko popędził do ukochanej.
    — Miałaś siedzieć – rzucił od progu, z uśmiechem błądzącym na ustach, bo kochał ją, bez względu na wszystko. – Jest choć trochę lepiej? – Zapytał następnie i podszedł do niej, muskając ją w czoło. – Pozbyłem się tych pomarańczowych potworków i zabiłem ich zapach. Chyba wygrałem całą wojnę, ale no nie obiecuję… niemniej, nie poddaję się! – Zażartował, starając się humorystycznie podejść do całej sprawy, po czym ujął jej twarz w swoje dłonie. – I jak? – Zagaił wówczas. – Kiedy chcesz to zrobić, kochanie? – Pytał całkowicie poważnie. – Zgodzę się na wszystko, pamiętaj – zaznaczył czule. – Ściągnąłbym ci tutaj nawet chorwacki zespół pieśni i tańca, o ile takie są – zmarszczył na moment brwi – bylebyś była szczęśliwa i byleby było idealnie. Wystarczy słowo, maleńka. Słowo, ok? – Pogładził ją kciukiem po policzku.

    czuły (i seksowny...) wilczek

    OdpowiedzUsuń
  3. Ze spokojem przyjął decyzję ukochanej, zamierzając ją uszanować.
    — A pewnie, że wiem – przytaknął z zadowoleniem, uśmiechając się mimowolnie, bo Vera nawet w takiej chwili przejmowała się nim mocniej niż sobą. – Pewnie, że wiem, maleńka. Tylko widzisz, moje szczęście to taki mały skubany cosiek, który zakochał się w twoim i już nie umie sobie bez niego poradzić. No nie istnieje bez niego, no! – Rozłożył bezradnie ręce, jakby naprawdę nie mógł z tym nic zrobić. – Także no, wychodzi na to, że zaczyna się od ciebie – wyszczerzył się, po czym pokiwał głową, kiedy zapewniała go, że chętnie wysłucha jego propozycji. – Nie, maleńka – odparł jej czule – nie mam innego pomysłu. Wiem, że będzie idealnie – szepnął, nie mogąc się powstrzymać przed skradnięciem jej jeszcze jednego pocałunku, skoro miał wytrzymać cały obiad bez miziania jej po brzuszku i adorowania jej. Szybko więc nadrobił również pieszczoty ze swoim dzieckiem, które już do szaleństwa kochał.
    Potem zaś zabrał się do roboty i pomógł ukochanej poprzekładać potrawy do naczyń, po kolei znosząc je do jadalni i ciesząc się jak dziecko, gdy za każdym razem, gdy wracał, widział Vereenę w coraz lepszym stanie. W końcu nie widać już było po niej żadnych kłopotów, z jakimi się nie tak dawno zmagała, a to była najlepsza wiadomość świata. Gdy więc wchodzili ramię w ramię do pomieszczenia, w którym była cała ich rodzina, wyglądali na najszczęśliwszych na świecie. On zaś trzymał w dłoniach ostatni półmisek z mięsem.
    — Do stołu: podano! – Oznajmił głośno i radośnie, nie kryjąc że mocno mu się to podobało, a potem wybuch śmiechem na widok dwóch dziecięcych, uśmiechniętych buziek, które minęły go prędko niczym wiatr, pędząc do stołu, żeby zająć najlepsze miejsca. – Halo, halo, uważamy na obrus, ejże! – Wołał, próbując ich jakoś ogarnąć, ale trudno było się burzyć na widok silnego dziecięcego apetytu. – Kochanie? – Zwrócił się następnie do Very, do której podszedł i pomógł jej z krzesłem, co zachęciło inne panie do skorzystania ze swojego przywileju. Felix i Thomas żartobliwie go więc zbesztali za dodanie im obowiązków, ale wszystko to odbyło się w przyjaznej, wspaniałej atmosferze. W dodatku, jedzenie pachniało cudownie i tak też smakowało, co chociaż było do przewidzenia, jako że Vera gotowała najlepiej na świecie, to i tak wywołało falę pochwał i miłych słów pod jej adresem. Connor zaś był jednym z najgłośniej je zachwalających. – Fellie, a gdzie z tymi łapkami, co? – Rzucił w pewnym momencie, patrząc na przyjaciela sięgającego po dodatkową polędwiczkę w boczku. – A weź te łapki schowaj, misiu. Nie można być zachłannym! – Żartował wesoło, do czego szybko przyłączyła się Josephine, szczypiąc męża w bok i mówiąc, że pójdzie mu w bioderka. Ostatecznie jednak wilkołak sam nałożył przyjacielowi porcję, wcale mu się dziwiąc: to było prawdziwe niebo w gębie. – Cholera, musicie do nas częściej wpadać – westchnął zaś po posiłku, odchylając się na krześle i klepiąc się po brzuchu. Jedno ramię miał przerzucone przez krzesło ukochanej. – Tyle pyszności! – Mruczał z zadowoleniem, spoglądając jednocześnie na żonę z uwielbieniem, któremu nie dało się zaprzeczyć pod żadnym pozorem. – Dobrze jest kolekcjonować szczęśliwe chwile w takim gronie, prawda? – Zapytał z uśmiechem.

    najszczęśliwszy pan domu ever

    OdpowiedzUsuń
  4. Nie żartował: naprawdę wspaniale było móc po prostu być w towarzystwie najbliższych, choć nie dało się ukryć, że fakt, iż mieli w zanadrzu pewną niezwykłą tajemnicę, również miał na to ogromny wpływ. Patrząc jednak na zebraną przy ich stole familię nie mógł nie zachwycać się tym, jak silna więź ich połączyła ani nie cieszyć się, że kolejne dziecko, które przyjdzie na świat na farmie Trenwith, będzie miało tak cudownych bliskich, gotowych zrobić dla niego absolutnie wszystko. Nic więc dziwnego, że postanowił się tym podzielić z nimi wszystkimi ani że na jego ustach gościł tak szeroki uśmiech – wcale też nie zaskakiwało, że Vera podzielała jego zdanie i tak samo mocno, jak on, nie mogła się już doczekać ich reakcji.
    — Nie lubisz płaczących ze wzruszenia mężczyzn? – Zaśmiał się tak jak i ona, referując do jej słów, a potem odsunął swoje krzesło od stołu i ruszył z pół-wilą do kuchni z częścią naczyń oraz półmisków, które musieli uprzątnąć. Powstrzymał przy tym stanowczo Hawthorne’ów i już w ogóle Rochefortów przed udzieleniem im pomocy. – Już? – Uniósł brew, kiedy żona go pogoniła, a potem uśmiechnął się, bo przecież sam przeżywał to samo. Czuł równie silną, co ona, euforię na myśl o tym, że lada moment ich radość podzieli cała rodzina. Bo co do tego, że dosłownie każdy się ucieszy, nie mieli żadnych wątpliwości: zarówno jedno jak i drugie małżeństwo życzyło im przecież jak najlepiej, a nie dało się ukryć, że Greybackowie stanowili wspaniałych rodziców. – Ale jeszcze nie wszystko sprzątnęliśmy! – Udawał zdziwienie, ale w końcu roześmiał się, pocałował i odpowiedział: – Już idę, idę. W obliczu takiego dramatu na horyzoncie nie mogę nie zareagować! – Oznajmił i dziarsko ruszył na poszukiwanie balonów, z którymi prędko, ukradkiem do niej wrócił. Nie chcieli przecież, aby niespodzianka została komuś przedwcześnie zdradzona, a nie dało się ukryć, że ich bliscy mieli ogromny talent do wtykania nosa w niekoniecznie swoje sprawy. – Gotowa? – Zapytał, zerkając na nią z czułością i raz jeszcze ją pocałować, nim ramię w ramię poszli do jadalni: on z balonami w ręku, ona u jego boku.
    — Tatuś! – Zapiszczała radośnie Rosie, dosłownie podskakując na krześle na ich widok; wiedziała dobrze, co oznaczają balony i już nie mogła powstrzymać podekscytowania. Jakimś cudem jednak nic więcej nie powiedziała: zacisnęła mocno usteczka, przez co wyglądała zabawnie i uroczo.
    Wilkołak zaś odchrząknął.
    — No, kochani – zwrócił się do ich rodziny, pozwalając aby część balonów podfrunęła pod sufit; była to sztuczka magiczna, ale łatwa do wyjaśnienia mugolom za pomocą wymówki o użyciu helu, więc mogli sobie na to pozwolić; coraz częściej jednak Connor się zastanawiał, czy nie powinni już wtajemniczyć Thomasa. W końcu był jednym z nich. – Możemy prosić o odrobinę uwagi? – Zapytał, uśmiechając się i wyciągając rękę ku żonie, aby spleść ze sobą ich palce. – Bo tak się składa, że chociaż uwielbiamy spędzać z wami czas i jeść w waszym towarzystwie – zaczął następnie – to dzisiaj zaprosiliśmy was tutaj nie tylko dlatego, że już się stęskniliśmy, chociaż stęskniliśmy się i to bardzo! – zaznaczył z radością – ale też dlatego, że chcieliśmy się z wami podzielić naszą radością – oznajmił i chociaż rozległy się pomruki, to nikt mu nie przerwał; Jo miała jednak szeroko otwarte oczy, a pan Rochefort wydawał się uśmiechać tak, jakby wszystko już wiedział. – W piątek oficjalnie zyskaliśmy potwierdzenie, że…
    — Będę starszą siostrą! – Nie wytrzymała Rosie, wołając to euforycznie, aby potem zrobić wielkie oczka i zakryć buzię dłonią. – Ups… – szepnęła, ale na widok uśmiechu ojca ośmieliła się.
    — Vera jest w ciąży – potwierdził z dumą, unosząc sobie jej dłoń do ust, aby złożyć na niej pocałunek.

    dumny (z siebie i z rodzinki) Connor

    OdpowiedzUsuń
  5. Chociaż nie do końca tak planowali powiedzieć rodzinie o cudzie, którego doświadczyli, to kiedy się nad tym później zastanawiał, Connor nie miał wątpliwości, że nie mogło wyjść perfekcyjniej. To, że Rosie wzięła bowiem udział w przedstawieniu dobrych wieści i tak naturalnie zgrała się ze swoimi rodzicami, było na swój sposób piękne i czarujące – nic więc dziwnego, że spotkało się szybko z zachwytem ich gości, którzy poruszeni na różne sposoby rzucili się im pogratulować. I choć Jo nie zachowywała się naturalnie, wilkołak wierzył, że jej przejdzie.
    — Potwierdzam! – Zawołał z uśmiechem, zwracając się do zachwyconej babci. – Wiemy dopiero od piątku, a że chcieliśmy, abyście wszyscy usłyszeli to przy nas… – rozłożył ręce – no to musieliśmy to zatrzymać w sekrecie i no oczywiście, że nic jej nie jest: czyżbyś wątpił w moją troskliwość? – Wyszczerzył się również do Thomasa, aby na koniec zdzielić przyjaciela w łeb za jego durne teksty. – Dzieci cię słuchają, pilnowałbyś się, cholera – mruknął, ale jasnym było, że nie jest zły. Wręcz przeciwnie: cieszył się, że wszyscy byli przy nich.
    W ten sposób mogli bowiem już kilka chwil później, przy kawie i cieście wyciągnąć zdjęcie USG, a potem pokazać je rodzinie i w tym niezwykłym gronie cieszyć się swoim szczęściem. To zaś było samo w sobie wielkie, a dzięki nim urosło do niebotycznych wręcz rozmiarów – stało się czymś, co przez kolejne dni sprawiało, że wszyscy budzili się z uśmiechem na ustach i szczęściem w oczach. Oczywiście, nie obyło się bez telefonów, aby się przekonać, czy wszystko w porządku ani bez miliona porad, ale to wszystko było miłe – Greybackowie nie mogliby być bardziej wdzięczni ani za dziecko, którego oczekiwali, ani za swoją rodzinę, ani za miłość, którą teraz niemal co noc celebrowali, kochając się czule.
    Powoli minął maj, a wraz z nim „May Day Celebrations” i pierwsze wspólne grille, robione za każdym razem gdzie indziej, łącznie z chatką górnika, z której rozpościerał się przecież piękny widok. W domek należało bowiem tchnąć odrobinę nowego życia, bo przecież rozpoczynał się sezon: pierwsi turyści mieli przyjechać już na początku czerwca, a potem terminy dziwnie mocno zabukowały się aż do października. Jednocześnie ich muzeum również rozkwitało: coraz więcej gości odwiedzało je każdego dnia, a wykład, jaki zorganizowali w połowie maja, na który zaprosili historyka z Uniwersytetu Londyńskiego, który opowiedział o Celtach, cieszył się tak wielkim zainteresowaniem również miastowych, że profesor musiał zostać na noc i kolejnego ranka go powtórzyć dla tych, co się zwyczajnie nie zmieścili. Wtedy też wspólnie z Hawthorne’ami postanowili, że muszą stworzyć warunki do przeprowadzania takowych wydarzeń na dworze, gdzie pomieściłoby się znacznie więcej ludzi.
    Rozpoczął się czerwiec: miesiąc gorących dni i ciepłych deszczów, na które wszyscy czekali, mówiąc że od nich wszystko najlepiej rośnie – nawet dzieci biegały w tym czasie po podwórkach, wierząc ufnie, że przybędzie im centymetrów. Było kolorowo, przyjemnie i radośnie, szczególnie na farmie Trenwith, gdzie każdy dzień oznaczał kolejne milimetry doliczane do brzuszka pięknej pół-wili i jeszcze więcej dzikiego szczęścia jej męża. Co prawda, ten przyrost był nieco zdumiewający, ale jeszcze się nie niepokoili – znane były przecież przypadki, kiedy to na początku ciąży działo się wiele, aby pod koniec wzrost brzucha matki kompletnie się zatrzymał, tak jak i bywało, że dopiero w ostatnich tygodniach ciąży zaczynało być coś widać. Nie podejrzewali, że to może wynikać z niezwykłości ich maluszka ani zwiastować kłopoty.
    Wciąż jednak bywały dni, kiedy potrzeba było mnóstwo cierpliwości, ciepła i wiary w to, że będzie lepiej, bo ciąża dawała się mocno we znaki srebrnowłosej. Prawdziwym pozostawało natomiast, że noszenie dziecka nie mogło być dla niej męką, więc nie wpływało to jakoś szczególnie na ich życie rodzinne – jedynie na humory, gdy się o nią martwili. To jednak wynikało z miłości, więc również nie było czymś niemiłym ani kłopotliwym.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Tak właściwie byli do tego stopnia zaaferowani swoim szczęściem – wzmacnianym dodatkowo pięknem okolicy i sukcesami, w tym tym jednym szczególnym, osiągniętym przez Danielle, która zdała egzaminy i mogła od tej pory odciążać Connora na różne dodatkowe sposoby, co było bardzo dobrą wiadomością przed narodzinami dziecka – że jakoś w ogóle nie docierało do nich, że coś mogłoby pójść nie tak albo że los szykuje dla nich coś nowego. I pewnie nawet gdyby ktoś im w tym momencie powiedział, że niebawem przeżyją niemały szok, to nie uwierzyliby, bo układało im się wręcz idealnie: pół-wila rozkwitała w ciąży, a jej mąż szalał za nią, nadal nie mogąc się nacieszyć jej cudownym brzuszkiem, który ciągle musiał dotykać i nawet pełnia, która wypadła dwudziestego dziewiątego maja im tego nie zakłóciła.
      Tymczasem do Boscastle zawitała kobieta, której Connor nigdy już nie spodziewał się ujrzeć.
      Lucille od lat wiedziała, gdzie szukać swojego syna. Wiedziała też, że w tym samym miejscu najpewniej odnajdzie zwłoki swojego męża, który przed kilkudziesięcioma miesiącami zniknął z domu, nic jej nie mówiąc. Ona jednak wiedziała i wtedy, czego chciał: znała go lepiej niż ktokolwiek inny, łącznie z Czarnym Panem i nie miała złudzeń, że ruszył podporządkować sobie Connora. Skoro zaś nie wrócił, to znaczyło, że młody wilkołak rzucił wyzwanie alfie. I wygrał.
      Długo nie była pewna, czy ją to cieszy, czy smuci. W końcu jednak ruszyła śladem męża i trafiła na kornwalijskie klify, prosto do urokliwego miasteczka, niosąc za sobą kolejną letnią, ciepłą ulewę, z której za kilka godzin miała powstać piękna tęcza, którą uwielbiała Rosie. Odnalezienie go nie zajęło jej wiele czasu: było banalnie wręcz proste, tak jak i podjęcie decyzji, że chce go zobaczyć, ale kiedy natrafiła na skraj posesji… poczuła blokadę. Nie umiała postawić kolejnego kroku, bo panika zżerała jej serce – strach przed odrzuceniem bolał, podobnie jak świadomość, że jej dziecko na pewno jest nią zawiedzione. Ona sama sobą była – doszła do tego przez te lata. Szkoda jedynie, że tak późno. Był bowiem dziewiąty czerwca dwa tysiące dwudziestego dziewiątego roku. Sobota.
      Mówiąc sobie jednak, że raz się żyje, ostatecznie wzięła głęboki wdech i ruszyła przed siebie, aby zastukać w drzwi i odsunąć się kawałek, wyłamując nerwowo palce ze stawów, kiedy przyszło jej czekać na jakąkolwiek odpowiedź. Nie wiedziała czy chce, aby otworzył jej syn, czy ktoś inny – nie była pewna, czy jest gotowa na to, aby trzasnął jej drzwiami przed nosem.
      Poczuła więc ulgę, gdy zamiast niego ujrzała zjawiskowo piękną, srebrnowłosą kobietę, której tożsamość wydawała się wręcz oczywista.
      — To ty… – szepnęła, nie musząc się nad tym zastanawiać: wystarczyło jej jedno spojrzenie na Verę, aby zyskała pewność, że to ona zawładnęła sercem jej syna, obecnie zajętego malowaniem córeczki na piętrze, bo wyraźnie sobie tego zażyczyła. – To ty, prawda? – Na jej ustach pojawił się smutny, tęskny uśmiech. Strugi deszczu jej nie przeszkadzały. – Od lat… od lat zastanawiałam się, jaka jesteś – mówiła cicho – a ty… nie dziwię mu się – wyznała szczerze i dość jasnym było, że mówi to jako komplement. Nie zmieniało to natomiast faktu, że całość jej wypowiedzi mogła brzmieć jak kompletnie oderwana od rzeczywistości, bo przecież się nie przedstawiła. Nie była nawet pewna, czy syn jest do niej choć trochę wciąż podobny.

      zajęty i niczego niepodejrzewający wilkołak oraz jego matka, która właśnie próbuje powiedzieć, że nie mogła sobie wyobrazić lepszej synowej, a przecież widzi ją po raz pierwszy na oczy i tak naprawdę nie chce źle, ale no zjebała wiele, więc wie, że jej tam wcale nie chcą

      Usuń
  6. Doceniając gest, jakim było wpuszczenie jej do wnętrza domu, starsza pani Greyback zyskała tym większy szacunek i sympatię do – jak słusznie przypuszczała – synowej. Co prawda, nie od razu weszła do środka, zaaferowana i przerażona tym, co miała zrobić, ale jednak świadomość, że ma taką możliwość, była naprawdę podnosząca na duchu. Wszystko to było bowiem tak skomplikowane i tak mocno na nią wpływało, że zupełnie nie zdawała sobie sprawy z tego, jak niejasno i wręcz dziwacznie mówi, do czasu aż pani domu zmieniła kompletnie sposób, w jaki się do niej odnosiła, przyjmując nagle pozycję obronną wobec rodziny. Postawa młodej kobiety wcale jej jednak nie zaskoczyła – wręcz przeciwnie: Lucille doskonale rozumiała jej skonfundowanie i potrzebę chronienia bliskich. W pełni je również popierała, choć na pytanie kobiety chyba nie umiała odpowiedzieć ani jasno, ani konkretnie.
    Sama nie wiedziała bowiem, co ją sprowadzało na farmę Trenwith. Może to była nadzieja, że jej błędy uda jej się naprawić, a może – że uzyska wybaczenie od syna. Być może była to kwestia tego, że łaknęła ciepła, a może – po prostu tęskniła. Nie wiedziała, co odpowiedzieć – od uczuć się w niej bowiem kotłowało do tego stopnia, że szalała.
    — J-ja… – Wciągnęła głośno powietrze do płuc. – To dom Connora Greybacka, prawda? – Jej głos nieznacznie zawahał się, kiedy wspomniała nazwisko wilkołaka; niestety, wspomnienie o mężu robiło w tym wypadku swoje. – Zależało mi na tym, żeby go zobaczyć i… – Nagle urwała i prędko wyminęła Vereenę, kierując się do ściany w korytarzu, na której niedawno rodzinka z Trenwith otworzyła małą galerię zdjęć. Wszystkie z nich oprawione były w ramki własnoręcznie zbite i ozdobione przez duet Connora oraz Rosie, a ponadto wisiało pośród nich kilka obrazów weterynarza. – Merlinie… – sapnęła, zatrzymując się przed nimi i wbiła wzrok w fotografię, która przedstawiała uśmiechniętego, potężnego pana domu, ze spojrzeniem wypełnionym taką euforią, jakiej Lucy nawet nie znała ze snów. Poczuła, jak wiele straciła, będąc lojalną wobec Fenrira i po jej policzkach ni stąd ni zowąd zaczęły płynąć łzy, których nawet nie ocierała. Po prostu przenosiła spojrzenie z jednego zdjęcia na drugie, z każdą chwilą mając coraz większe problemy z oddechem i z utrzymaniem się na nogach. Wreszcie, jej wzrok skupił się nie tylko na wilkołaku, ale i na tym słodkim, małym skarbie tkwiącym u jego boku. Nieświadomie wyciągnęła rękę, aby dotknąć Rosie przez szybkę. – Czy to… – wyszeptała z trudem, zerkając na Vereenę tak, jakby od odpowiedzi zależało jej życie, a potem znów utkwiła spojrzenie we wnuczce. Nagle zaszlochała i poleciała do tyłu, tracąc równowagę. Miała niemałe szczęście, że opadła na krzesło, które jej syn zniósł na dół, aby potem naprawić je, bo się rozkleiło. – Tyle lat… – wymamrotała z bólem. – Tyle chwil… – Kręciła głową. – Tyle utraconych szans! – Ubolewała cicho. – On… on nie zechce mnie zobaczyć, prawda? – Nie oczekiwała wcale odpowiedzi od pół-wili. – On… on mnie nienawidzi. Mój syn… mój syn mnie nienawidzi… – dopowiedziała głucho, mając wrażenie, że serce jej właśnie pękło, gdy to sobie w pełni uświadomiła.
    Connor tymczasem, słysząc poruszenie na dole, próbował przekonać córeczkę, że powinni na trochę przerwać. Czuł bowiem, jakiś dziwny niepokój – potrzebę zerknięcia do ukochanej i sprawdzenia, o co chodzi. Za nic w świecie nie przypuszczał jednak, że na dole jest jego matka – gdyby bowiem wiedział, nie dałby się przekonać córeczce, że jeszcze momencik, bo przecież prawie skończyłeś, tatusiu. Pognałby od razu na dół, aby ją wyrzucić ze swojego domu.

    smutna Lucille, która wie, że nie jest dobrze i Connor, który zaraz stanie się groźny (ale bez toporka!)

    OdpowiedzUsuń
  7. Po tonie przyjmującej ją w korytarzu kobiety poznała, że jej syn nie miał o niej nic dobrego do powiedzenia. Poczuła, jak nadzieja, którą pielęgnowała w sobie, zaczęła gasnąć.
    — Tak – przyznała ze wstydem, którego nie dało się zagrać: była szczera. – To ja – przyznała z westchnieniem, aby później pokręcić z bólem głową i spojrzeć na srebrnowłosą błagalnie, kiedy ta zaczęła ją wyrzucać ze swojego domu. – Nie przyszłam nikogo skrzywdzić – zapewniła spłoszona i smutna, ogromnie żałując popełnionych przez siebie błędów. – Wiem, że go zawiodłam i wiem, że ma prawo mnie nienawidzić, ale może gdybym tylko mogła mu powiedzieć… gdybym mogła wyjaśnić… przeprosić – szeptała z bólem. – Może… Merlinie! – Zachłysnęła się nagle powietrzem, słysząc ciche kroki na schodach i zerkając w tym kierunku, znów poczuła na policzkach łzy. Jej serce zabiło żywo i tęsknie na widok wnuczki, której dorastanie ją ominęło. Żal do męża wzrastał, podobnie jak do siebie samej: wiedziała, że nawaliła. – T-to… to moja… prawda? – Zapytała słabo, milknąc z wrażenia. Miała perfekcyjną wnuczkę, w której widziała odbicie swojego dziecka.
    — Mamo, mamo, patrz, co mi tat… – wołała Rosie, zbiegając po schodach, aby z dwóch ostatnich z uroczym śmiechem zeskoczyć, a potem zatrzymać się: zarówno w połowie słowa, jak i kroku. – Ooo… – Zrobiła duże oczy i spojrzała na gościa, od razu się prostując i poprawiając swoją sukienkę; nie wiedzieć czemu, chciała wyglądać ładnie. – Dzień dobry! – Uśmiechnęła się, nauczona kultury i bycia uprzejmą wobec starszych. Z uwagi jednak na swoją żywiołowość oraz na to, że Lucille wpatrywała się w nią na poły z zachwytem, na poły z bólem, którego jednak mała nie dostrzegła, skierowała swój wzrok na mamę. – A kto to jest? – Zapytała, ale przypomniała sobie nagle o trzymanym rysunku, który ogromnie jej się podobał i już wymogła na ojcu obietnicę, że zawiśnie u niej na ścianie w pokoju. – Mój tata to narysował. To znaczy mnie! – Pochwaliła się, wystawiając portret przed siebie. – Powiedział, że jestem jego muzą! – Dodała dumnie, choć nie do końca pamiętała, co to oznaczało. Tyle się działo, że się trochę pogubiła, zwłaszcza, że nagle coś ją mocno zaciekawiło. – Mamusiu, a dlaczego ta pani nic nie mówi? – Dociekała, marszcząc zabawnie nosek. – I dlaczego wygląda trochę jak tatuś? – Jej zdumienie było jeszcze większe, kiedy dostrzegła między nimi podobieństwo. Przekrzywiła główkę, przyglądając się starszej pani z uwagą i czekając na odpowiedź mamy.
    — I jak, kochanie? Pozwolisz mi się wreszcie namalować? – Zawołał z piętra Connor, rozciągając się u szczytu schodów, bo jego mięśnie stały się obolałe. Referował do tego, że od kilku dni próbował ją namówić na obraz, na którym wyeksponowałby jej brzuszek, a ona, drocząc się z nim, ciągle znajdowała sposób na wymówienie się, tylko po to, aby kiedy ostatecznie trafią razem do jednego pomieszczenia, namiętność między nimi sięgnęła zenitu. – Obiecuję, że nie zakłócę proporcji! – Dodał z rozbawieniem, chowając sztalugę w jednym z pomieszczeń. Zawsze od razu po malowaniu po sobie sprzątał, nie dopuszczając do tego, aby ich dom przez jego nowo odkrytą pasję, stał się pobojowiskiem. Przetarł jednak oczy, mówiąc sobie w myślach, że jego ukochana ma rację i powinien pójść do lekarza, załatwić coś na ich ból i zmęczenie. – Vero, coś się dzieje? – Zapytał zaraz potem, czując dziwne napięcie i gotów zerwać z tradycją, aby jej pomóc.
    Zapach matki jeszcze do niego nie doleciał, ale to była kwestia chwili, nim miał rzucić się na dół, aby bronić rodziny.
    — Connor… – rzuciła w tym momencie bezgłośnie i tęsknie Lucille.

    mama-teściowa-babcia, która nie chce wyjść; ciekawska Rosie i trochę zaniepokojony wilczek, któremu się to nie spodoba...

    OdpowiedzUsuń
  8. Po głosie ukochanej poznał, że nic nie jest w porządku. Rzucił więc wszystko, czym się zajmował i bez namysłu zaczął schodzić po schodach, aby już po dwóch stopniach, czując znajomy, lecz znienawidzony zapach, z warkotem w piersi rzucić się na dół biegiem. Aż do ostatniej chwili miał nadzieję, że się pomylił, ale los nie chciał być aż tak łaskawy. Parę sekund później stał bowiem naprzeciwko kobiety, której nienawidził kochać i kochał nienawidzić – naprzeciwko matki.
    Momentalnie przybrał postawę gotowości do walki.
    — Wszystko w porządku? – Wiedząc, że jest obok jego córeczka, spojrzał na Verę, upewniając się, że nic im nie jest i zmuszając się do zachowania spokoju. – Rosie – zawołał cicho, ale mocno stanowczo, wpatrując się w matkę ostro. – Weź Pigleta do salonu, dobrze? – Poprosił małą. – Nieładnie tak pozwalać, żeby piesek warczał na kogoś, kto przyszedł do naszego domu, wiesz? – Pouczył ją, chcąc żeby jak najszybciej wyszła z korytarza. – My zaraz do ciebie przyjdziemy, bo ta pani już też wychodzi. Pomyliła się – zapewnił z przekonaniem, które przemówiło do dziewczynki; nie miała powodów, aby nie wierzyć rodzicom.
    — Dobrze, tatusiu – odpowiedziała więc i podskakując chwyciła Pigleta za obróżkę, kierując się z nim w głąb domu. Po paru krokach się jednak zatrzymała i spojrzała na Lucille. – Do widzenia! – Pożegnała się jeszcze, nim zniknęła.
    Jak na zawołanie do korytarza przyszła Zjawa, kładąc się kilka metrów przed panią Greyback i wbijając w nią intensywne spojrzenie. Gdyby się nad tym zastanowić: blokowała jej drogę, którą poszła Roselyn. Czuwała.
    — Drzwi są tam – Connor wskazał szorstko na kawałek drewna – i tam też jest pani miejsce – oznajmił obco i głucho, jakby nie była jego matką. – Mam nadzieję, że więcej tu pani nie wróci – dodał, starając się zdystansować, ale na widok Lucy otwierającej usta, wybuchł: – Nie obchodzi mnie, czego tutaj szukasz. Nie obchodzi mnie, po co przyszłaś. Nie obchodzi mnie, czy umierasz, czy przyszłaś o coś błagać. Nie obchodzi mnie – zaznaczył, nie dając jej dojść do słowa. Uniósł przy tym głos, wkurzając się do granic możliwości. – Tam są, kurwa, drzwi – powtórzył – chyba że tęskno ci do męża – prychnął i było jasne, że jej groził i że by w to uwierzył.
    — Connor… – dorwała się wreszcie do głosu. – Wiem, że masz do mnie dużo żalu… – zapewniła, znosząc cierpliwie to, że jej syn żachnął się, powtarzając słowo żal. – Wiem, że mnie nienawidzisz i wiem, że nie masz powodów, żeby mi ufać, ale ja naprawdę nie przyszłam nikogo skrzywdzić – powiedziała, kuląc ramiona, gdy wrzasnął, że ma się wynosić. – Chciałam tylko przeprosić. Naprawić błędy. Ja… ja naprawdę… – Starała się przedrzeć przez jego wściekłość. – Naprawdę żałuję… – wydukała, ale było coraz gorzej. Nagle bowiem wilkołak zaczął iść w jej stronę i nie pozostało jej nic innego, oprócz cofania się do drzwi. – Błagam… tak bardzo się pomyliłam – szepnęła. – Tak bardzo chciałabym poznać synową, wnuczkę i… – zerknęła na brzuch Very.
    — Nie masz prawa nawet na nią patrzeć – wycedził wówczas Connor; warczał, bliski przemiany. – A co dopiero ją poznać. Nie masz, rozumiesz?! – Naparł na nią tak mocno, że przełykając ślinę, autentycznie bała się bólu, gdy wykonał w jej stronę kolejny ruch. On jednak otworzył drzwi. – Wynoś się z mojego domu. Wynoś się z mojego życia. Wynoś się najlepiej z tego świata – syknął, okazując nagromadzony w sobie przez lata żal i niemal wypchnął ją za próg.
    — Błagam… – Lucille spojrzała jeszcze z nadzieją na Verę, że ta zechce dostrzec jej intencje. – Ja naprawdę nie chcę źle… chcę tylko przeprosić, ja… – szeptała, ale tym razem zareagowała Zjawa. Krocząc dostojnie zaczęła się do niej zbliżać niczym drapieżnik z zamiarem dopilnowania, aby opuściła tereny do nich należące. Bez względu na deszcz, zamierzała za nią iść aż do bramy. 

    Lucille za drzwiami i Connor, który słabo nad sobą panuje

    OdpowiedzUsuń
  9. Problem polegał na tym, że wilkołak naprawdę tak uważał. W tym bowiem momencie nie widział stojącej przed sobą matki, tylko oprawcę, który wielokrotnie nie reagował ani na jego płacz, ani na jego błagania, kiedy Fenrir Greyback się nad nim znęcał. Była wówczas obojętna i bez względu na to, jak usilnie prosił ją o litość, ona pozostawała głucha na jego potrzeby. Nie było więc ani krztyny przesady w tym, że obecnie Connorowi trudno byłoby zapłakać nad jej losem, nawet gdyby ten był najpotworniejszy z możliwych.
    Nie zmieniło to jednak tego, że ostry ton ukochanej nieco go opanował. Nawet jeśli bowiem nie czuł do niej nic dobrego, to nie takim chciał być człowiekiem dla Very i ich rodziny.
    — Przepraszam – powiedział więc szczerze, ale jasnym było, że kierował te słowa do żony, a nie do płaczącej z bólu i żalu Lucy, która po raz pierwszy na własne oczy dostrzegła, jak wiele zła wyrządziła. Wiedziała w związku z tym, że mogła winić tylko siebie za nienawiść jej dziecka do niej; niestety, nie ułatwiało jej to poradzenia sobie z tym. – Masz rację – przytaknął jej, odnosząc się do tego, że nie był sobą. – Przepraszam – powtórzył, mocno tego wybuchu żałując. Nie był przecież kimś, kto życzył komukolwiek śmierci.
    To, że pocałowała go w ramię naprawdę mu pomogło i sprawiło, że szczerze zaczął się zastanawiać nad kolejnymi słowami ukochanej.
    — T-tak… tak, oczywiście, tak. Chwilkę – przytaknęła jej w tym czasie ochoczo Lucille i w jej oczach widać było dosłownie iskierki radości: znów jej serce wypełniła nadzieja, że może jednak nie przybyła na marne na farmę Trenwith i zyska szansę porozmawiania z synem. – W-wszystko… cokolwiek sobie życzycie – zapewniała i nie kłamała: była gotowa przystać na każde warunki, byleby otrzymać szansę. I nie, nie była to desperacja samotnej kobiety, lecz matki, która pewnego dnia obudziła się i zrozumiała swoje błędy. – Connor, proszę. Tylko o kilka minut. Ja… ja naprawdę nie chcę źle – wyszeptała. Wilkołak, kompletnie zagubiony, patrzył to na nią, to na Vereenę i już miał się zgodzić, ufając żonie, gdy nagle Lucy dodała: – Synku, proszę…
    I choć nie chciała źle, choć nie zamierzała go zranić, choć zachowała się po prostu jak stęskniona matka, która najbardziej chciałaby w tym momencie pogładzić go po włosach i przeprosić, to i tak sprawiła, że coś w nim pękło. Dosłownie zmniejszył się w oczach, znów stając się tym małym chłopcem, którego skrzywdziła, a który wciąż nie umiał się z tym pogodzić. Przez lata zdołał zapomnieć, owszem, bo miał swoją wspaniałą rodzinę, na której mógł się skupić i pół-wilę za żonę, która go wspierała, ale w gruncie rzeczy bycie odrzuconym przez matkę dalej bolało.
    — Przepraszam – powtórzył więc łamiącym głosem i cofnął się. – A-ale… ale nie mogę. Nie mogę. N-nie… nie mogę, nie – mówił coraz szybciej i coraz bardziej nerwowo, spinając się na całym ciele. W jego oczach pojawiły się łzy, które prędko ukrył przed Lucille; odwrócił się od niej odruchowo, bo przecież kiedyś za to groziła chłosta. – Nie dam rady. J-ja… Chcę, żeby wyszła – szepnął do Very, kompletnie się rozpadając. – Proszę. Chcę tylko, żeby stąd wyszła. Ja… proszę, kochanie… proszę – powtarzał, czując jakiś dziwny, irracjonalny strach, że pół-wila będzie nim zawiedziona, jeśli nie porozmawia z Lucille, a przecież on naprawdę nie był w stanie. – Dość już zrobiła. Dość… dość krzywd wyrządziła. Niech… niech zniknie, błagam. – Przypominał coraz mocniej tego zastraszonego chłopca i chyba nim obecnie był.
    Zamiast ucieszyć się na widok matki, poczuł, jak wszystkie złe wspomnienia wracają. Nie wierzył, że ona może chcieć dobrze i Lucille uświadomiwszy to sobie, aż zachłysnęła się z wrażenia. Uniosła dłoń do ust i stłumiła szloch, już wiedząc, że jest tragicznie. I tak jednak spojrzała na Verę.

    załamany wilczek, który potrzebuje miłości i pomocy, a potem wincyj miłości, bo spotkanie mamy boli

    OdpowiedzUsuń
  10. [Coraz piękniejsze te zdjęcia! <3]

    Osobiście Chloe nie widziała żadnych podobieństw pomiędzy sobą a Vereeną Thornton, no może jedyną: mianowicie łączyło je to, że obie miały urodzić dziecko Connora. Przez ułamek sekundy zastanawiała się czy pod sercem pielęgniarki także rozwija się chłopiec czy raczej piękna jasnowłosa wyda na świat podobną do niej urodą dziewczynkę. Zagryzła nieco nerwowo wargę, bowiem myśl o urodzie Very budziła w niej głęboką zazdrość. Pomimo że była od niej starsza to czuła się milion razy gorsza, pod każdym możliwym względem. Kompleksy charłaczki mocno ją uwierały; wystarczyło jedno spojrzenie na kobietę którą bądź co bądź powinna nienawidzić i potępiać, nie powinna była nawet zamienić z nią jednego słówka a jednak los wyjątkowo sobie z nich zakpił i połączył je w tejże chwili. O dziwo Chloe nie czuła nienawiści, nie potrafiła jej czuć; była jedynie rozczarowana i rozżalona; czuła także wszechogarniający ból, którego wyzbycie się z duszy było praktycznie niemożliwe co napawało ją jedynie poczuciem wielkiej bezsilności, bo tak naprawdę nie mogła nic zrobić ze swoimi uczuciami. Nie potrafiła ich ani uśpić, ani zabić, ani zatrzymać. Kiedy więc znalazła się w "Gospodzie Pod Świńskim Łbem" w tak absurdalnej, niezręcznej i żałosnej sytuacji; nie miała żadnej deski ratunku której mogła się chwycić. Cóż, właściwie to właśnie Vera podała jej pomocną dłoń za co charłaczka była jej wdzięczna lecz pomimo tego uważała że odprowadzenie jej do domu przez hogwarcką pielęgniarkę; cóż, nie było zbyt dobrym pomysłem. Słysząc jednak władczość w jej głosie i stanowczość; Chloe nie potrafiła zaprotestować, nawet nie próbowała tego zrobić. Tak więc ruszyła ramię w ramię z jasnowłosą pół wilą ze wzrokiem wbitym w ziemie, powłócząc ledwo co nogami. Nie chciała wdawać się w żadne dyskusje, jednak kiedy Vera zahaczyła o temat jej męża który był zaiste drażliwy, blondynka zacisnęła mocno zęby. Nie czuła nawet złości; choć musiała przyznać że zaskoczyła ją śmiałość towarzyszki. Przełknęła głośno ślinę podnosząc swój wzrok. Patrzyła jednak w przestrzeń, w widok który malował się przed nimi; w potężne drzewa i okalane iskrzącymi gwiazdami granatowe niebo.
    — Słucham? — mruknęła z przekąsem. W końcu spojrzała na pannę Thorne, jednak w jej wzroku nie było ani cienia pewności siebie. — Kto? — wymamrotała słabszym głosem, który drżał. Wolała udawać idiotkę niż otwarcie przyznać, że jej małżeństwo istniało jedynie na papierze; że tak naprawdę prócz rosnącego w jej łonie dziecka, jej i Connora n i c nie łączyło; że byli sobie tak cholernie, boleśnie obcy; że ona go kochała całym swoim sercem a on... Tu zacisnęła mocniej bladoróżowe wargi, przerywając własne rozmyślenia. — Ja.. nie wiem.. — urwała, jednak zaraz szybko dodała nie chcąc by Vera źle ją zrozumiała. — Naprawdę nie wiem o co ci chodzi. — wyjęczała bezsilnie. Nigdy nie umiała kłamać, tudzież nawet teraz wychodziło jej to beznadziejnie.

    bezsilna, trochę podłamana i niepewna CHLOE i jej autorka która baaaaardzo przeprasza za obsuwę <3

    OdpowiedzUsuń
  11. Najważniejszym, co tego dnia miało miejsce na farmie Trenwith, bez dwóch zdań było to, że reakcją wilkołaka na słowa jego ukochanej nie było zawstydzenie ani irytacja – bo pewnie dla niektórych wyglądałoby to tak, jakby był pod pantoflem Very – czy strach – zupełnie racjonalny, skoro niegdyś za okazywanie emocji go bito – lecz niewysłowiona ulga. Pokazywało to bowiem, że matka – niezależnie od jej chęci – nie miała już na niego żadnego wpływu. Owszem, przywołała złe wspomnienia, ale nie była w stanie mu niczego zepsuć. Nie mogła również sprawić, że zacznie się czuć znów mały i bezradny na dłuższą metę, bo miał obok pół-wilę: tę wspaniałą, srebrnowłosą kobietę, która stała za nim murem i pomogła mu odnaleźć bezpieczeństwo w swoich fiołkowych, wypełnionych miłością do niego oczach. Była wspaniała i zdecydowanie niezastąpiona: gdyby nie ona, nie mógłby z takim spokojem powędrować do salonu, do córeczki – tak jak sugerowała.
    Wygrał ze swoimi demonami tylko dzięki niej.
    — Zmieniłaś go – szepnęła więc kilkanaście długich sekund później Lucille, odprowadziwszy syna spojrzeniem. – I kochasz go – stwierdziła następnie, znosząc jej ostry ton i patrząc na nią z podziwem. – To dobrze – dodała i mówiła szczerze. – To naprawdę dobrze. Tego dla niego chciałam – kontynuowała cicho, wcale nie ignorując poleceń srebrnowłosej. Po prostu zbierała myśli. – Niczego nie chcę – odpowiedziała w końcu i spojrzała żonie swojego syna głęboko w oczy, tak aby mogła to sobie zweryfikować. – Niczego – podkreśliła. – Ja tylko… pragnę – przełknęła głośno ślinę; miała rozbiegany wzrok, bo się denerwowała. – Nie, to złe słowo – poprawiła samą siebie. – Ja przyszłam tu z marzeniem – stwierdziła w końcu – o tym, że będę mogła stanąć przed swoim dzieckiem i… i powiedzieć mu, że go przepraszam – wyznała, opierając się o ścianę, bo nagle zabrakło jej sił. – Byłam okropną matką – spojrzała na synową – i nie da się z tym dyskutować. Nie ochroniłam go przed… przed moim mężem – nie powiedziała jego ojcem, bo chyba trudno było w ten sposób nazwać Fenrira z jego sadystycznymi zapędami – i nie zapewniłam mu bezpieczeństwa. Byłam… byłam potworem – przyznała z bólem – i nie zasługuję na to, aby w ogóle stać u progu jego domu i wiem, że to było niewłaściwe, ale… – Łzy znów popłynęły po jej policzkach. Otarła je wierzchem dłoni. – Ale obudziłam się z tego złego snu, w którym tkwiłam i nagle… Vera, tak? – Zapytała, nie będąc pewną, jak się zwracać do pół-wili. Kiwnęła głową. – Vero, ja pewnego dnia się obudziłam i… i zrozumiałam, że straciłam wszystko. Nie zrozum mnie źle – zaznaczyła – nie mówię o jego ojcu, bo… bo wiem, że on już nie wróci – w ten sposób dawała jej do zrozumienia, że domyśla się, co mu się stało – i tyle lat mi to nie przeszkadzało. Ale spojrzałam na te wszystkie matki, które są wokół. Na ich radość, gdy odwiedzają je ich dzieci i wnuczęta i zrozumiałam, że nie mam tego tylko na własne życzenie. Że to ja i tylko ja – zaznaczyła tonem bliskim samobiczowania się – jestem winna tego, że mój syn nie chce mnie znać. A potem zaczęłam nad tym myśleć i… im bardziej myślałam nad tym wszystkim, tym bardziej uświadamiałam sobie swoje błędy. To, że go krzywdziłam, zamiast być dla niego oporą. To, że byłam dla niego podła, zamiast być dla niego matką. To, że byłam potworem, zamiast przyjaciółką – ledwo już mówiła z żalu. – Chciałam mu to wszystko powiedzieć i… przeprosić. Przeprosić z całego serca, bo nawet jeśli nigdy mu tego nie okazałam, to go kocham. Kocham moje dziecko i… i bardzo chciałabym naprawić swoje błędy. Może nie być matką i babcią, bo na to chyba już za późno, ale chociaż obok – szepnęła z bólem, ale i nadzieją.

    bardzo, ale to bardzo smutna mama Connora (który wciąż jeszcze uważa trochę tak

    OdpowiedzUsuń
  12. Nie miała żalu. Nie czuła nawet krztyny złości ani nie miała poczucia niesprawiedliwości w związku ze słowami, które skierowała do niej Vereena, bo wiedziała, że nie ma do tego prawa. Miała również świadomość, że pół-wila robiła wszystko, jak należy: owszem, nie była dla niej uprzejma i wyraźnie zarysowała granicę, której Lucille nie mogła przekraczać, ale jedynym powodem, dla którego to zrobiła, było to, że chciała chronić swoją rodzinę, kochając ją i dbając o nią tak, jak starsza pani Greyback powinna była przed laty.
    — Przysięgam – szepnęła, ale nie dokończyła; kiwnęła tylko głową, tłumiąc płacz, bo czuła, że jej ból jest wręcz obrazą dla domu, w którym się znajdowała. W ten sposób dawała jednak Verze do zrozumienia, że nie ignoruje jej słów. Że rozumie ich powagę. – Sama to sobie zrobię, jeśli coś znowu zepsuję – dodała szczerze, a potem pokornie zniosła wszystko inne. Każde jedno ostrzeżenie ze strony srebrnowłosej przyjmowała sobie prosto do serca i kiedy ta zadała jej pytanie o miłość, po prostu uniosła na nią spojrzenie swoich smutnych, zmęczonych oczu. – Rozumiem – przyznała cichutko, czując jednocześnie odrobinę żalu, że sama jej nigdy wobec siebie nie miała okazji doświadczyć. Niestety, wiedziała, że to wcale nie usprawiedliwiało jej czynów. Zmarszczyła brwi, widząc nagły ruch Very gładzącej się po brzuchu. – Rozumiem – powtórzyła więc nieco mniej zaaferowana ich rozmową, a bardziej odmiennym stanem synowej, bo zalały ją wspomnienia z czasu, kiedy to ona nosiła Connora pod sercem. Pamiętała tę katorgę, ale i wielką radość, gdy go po raz pierwszy ujrzała. Jak mogła dopuścić, aby to gdzieś przepadło? – Mam nadzieję, że zechce dać mi choćby szansę na rozmowę. Ja… ja nie oczekuję niczego, naprawdę – ponowiła swoje słowa – i nie śmiem niczego żądać. Chciałabym po prostu… chciałabym mu to po prostu powiedzieć – westchnęła i zaśmiała się smutno. – Byłam beznadziejną matką – przyznała w związku z uwagą synowej o wychowaniu wilkołaka. – Ma szczęście, że trafił na ciebie. Na kochającą rodzinę. I że… – powiedzenie kolejnego zdania kosztowało ją naprawdę wiele. – Że zdołał od nas uciec – dokończyła jednak, chociaż bezgłośnie, bo wiedziała, że taka jest prawda. Bolało, ale nie dało się temu zaprzeczyć. – Dziękuję – kontynuowała głośniej i pewniej, zerkając na kobietę z wdzięcznością: mówiła zarówno o jej oddaniu względem jej syna, jak i o tym, co dla niej miała zamiar zrobić. – Naprawdę bardzo dziękuję – zapewniała prosto z serca, podając jej kartkę z danymi, o które prosiła. – I przepraszam za to, że zakłóciłam wasz spokój. Że go zraniłam, choć… choć naprawdę chciałam tylko wszystko naprawić – westchnęła i skierowała się do drzwi, raz jeszcze dziękując. – Vero? – Zatrzymała się jednak. – Jeśli kiedykolwiek coś będzie nie tak – spojrzała na jej brzuszek – możesz się do mnie odezwać. Przechodziłam to samo i… ja naprawdę chcę dobrze – powtórzyła żałośnie cicho, nim pożegnała się i wyszła.
    W sąsiednim pomieszczeniu z piersi wilkołaka wyrwało się westchnienie pełne ulgi. Nawet nie zdawał sobie sprawy z tego, że przez cały ten czas wstrzymywał oddech. Teraz jednak, gdy patrzył jak jego matka się oddala, odprowadzana przez Zjawę, naprawdę mocno mu ulżyło.
    — Tyle lat – wyszeptał, kiedy usłyszał, że za jego plecami pojawia się Vera. – Tyle lat nie chciała kontaktu. Dlaczego… dlaczego teraz? – Zapytał z bólem i odwrócił się; jego twarz zdradzała, jak bardzo nie rozumie, co się stało. – Dlaczego teraz, gdy ruszyłem do przodu? – Był kompletnie zagubiony.

    Connor, który sobie nie radzi (nie bije nikogo, ale no...)

    OdpowiedzUsuń
  13. To, z czym się mierzył Connor, w gruncie rzeczy nie miało szans go zniszczyć. Lucy i zamieszanie, jakie wywołała, przywołały bowiem wspomnienia, których nie chciał i przypomniały mu, że niegdyś wiódł życie kompletnie pozbawione miłości, ale przecież wtedy było zupełnie inaczej. To były czasy, kiedy nie miał z kim podzielić się swoim cierpieniem ani komu o nim w jakikolwiek, choćby najbardziej skrótowy sposób powiedzieć. Jakkolwiek to brzmiało: nie istniał nikt, kto by go przytulił i przypomniał mu, że ma po co żyć i sobie ze wszystkim radzić, bo był zupełnie sam. Mógł polegać wyłącznie na sobie i wówczas cholernie trudno przyszło mu ogarnięcie burdelu, który jego rodzice stworzyli w jego głowie. Potem jednak pojawiła się Vereena i wszystko się zmieniło: on się zmienił, stając się najszczęśliwszym człowiekiem na świecie.
    Teraz więc tak naprawdę potrzebował tylko i wyłącznie ukochanej. Dlatego też w chwili, w której go dotknęła, od razu poczuł się o niebo lepiej. Nie trwało więc długo, nim zdołał się opanować na tyle, aby przestać się trząść. Wszystko dzięki niej. Nawet się bowiem uśmiechnął.
    — Dziękuję – szepnął następnie, spoglądając głęboko w jej piękne, fiołkowe oczy. – Co ja bym bez ciebie zrobił, moja mała dziewczynko? – Zapytał, szczerze nie mając pojęcia. Wszystko, co mu bowiem powiedziała, mimo że nie znała odpowiedzi na jego pytanie, miało dla niego na tyle olbrzymie znaczenie, że momentalnie ukoiło jego ból. Bez niej pewnie zaś rozpadałby się dalej na miliony małych kawałków. – Moja dzielna, waleczna, mała dziewczynko – poprawił się, patrząc na nią nie tylko z wdzięcznością, ale i uwielbieniem oraz miłością. – Jesteś najlepszym, co mnie kiedykolwiek spotkało, wiesz? – Wyznał prosto z serca. W końcu westchnął i oparł czoło o jej czoło. – Nie ufam jej – zwierzył się jej wówczas cicho. – Nie ufam. Nieważne, co mówi, ja… ja jej nie ufam. Potrzebowałem jej kiedyś. Wtedy, gdy mnie krzywdzono i nic nie mogłem na to poradzić – tłumaczył cicho – a nie teraz. Nie w chwili, w której moje życie jest idealne – westchnął. – J-ja… nie chcę jej tutaj. Nie chcę, żeby zrobiła znowu to samo, co zrobiła kiedyś. Nie naszej córce. – W jego głosie wyraźnie było słychać, że szczerze się tego obawia. Zapominał przy tym, że ludzie się zmieniają i on sam jest tego najlepszym dowodem; i że gdyby pewnego dnia nie otrzymał drugiej szansy, nie miałby w tym momencie ani tak wspaniałej rodziny, ani pięknego domu, ani najpewniej nawet kliniki weterynaryjnej, która przecież tak wiele dla niego znaczyła. – Kocham cię, maleńka – otoczył ją mocno ramionami i do siebie przyciągnął, bardzo potrzebując jej ciepła i bliskości; cieszył się przy tym, że ich córeczkę udało się zaaferować zabawą do tego stopnia, że wydawała się niczego nie zauważać. – Byłem dla niej za ostry, prawda? – Zapytał po chwili. – J-ja… nie wiem, co we mnie wstąpiło, Vero – wyznał. – Nagle… nagle poczułem tak silną złość. Tak wielką potrzebę pozbycia się jej. J-ja… – urwał, coś sobie mocno uświadamiając. – Cholera – zwiesił głowę i znów zadrżał. – Chciałem żeby cierpiała tak samo mocno, jak ja cierpiałem przez nią – stwierdził w końcu i poczuł ogromny zawód względem siebie samego. Nie takim chciał być człowiekiem i nie takim wzorem dla swoich dzieci. – Chciałem, Vero – powtórzył. – Myślałem, że jestem silniejszy – westchnął z rozżaleniem – i gdyby nie ty, pewnie bym to ciągnął – zerknął na nią z miłością.

    Connor, który jeszcze chwilę temu był tak zdenerwowany, a teraz jest super szczęśliwy dzięki swojej super żonie <3

    OdpowiedzUsuń
  14. — Ty – nie zgodził się z ukochaną, patrząc na nią stanowczo. – Ty i tylko ty mi pomogłaś. Gdyby nie ty… ja naprawdę byłem bliski przemiany. Chciałem… chciałem być dobry tylko dla ciebie i to dlatego, że mi o tym przypomniałaś. Tak… tak bym się nie wahał. Nie wahałbym się jej zranić, żeby poczuła to, co ja – mówił ze szczerą skruchą. – Dlatego dziękuję. Za to, co zrobiłaś i za to, co robisz teraz. Za podnoszenie mnie – spojrzał na nią z miłością – kiedy nie wiem, jak poradzić sobie samemu. Naprawdę to doceniam, kochanie – wyznał czule, aby później tym większą poczuć do niej miłość, gdy okazała mu swoją czułość i troskę, oferując mu wolny czas. – Zrobimy razem herbatę, a ja z nią pójdę na górę, dobrze? – Zaproponował, po czym spojrzał na ukochaną z miłością i szybko wyjaśnił: – Nie chcę, żebyś musiała przeze mnie biegać po schodach z tym słodkim nadbagażem – oznajmił i musnął jej brzuszek dłonią, odnajdując jak zawsze siłę w potędze ich miłości. – Kocham was – dodał jeszcze cichutko, nim faktycznie poszli sobie zaparzyć po kubku aromatycznej herbaty, a potem rozeszli się: ona zająć się ich córeczką, a on najpierw zapalić na balkonie, a później położyć się na chwilę i przespać ze swoimi myślami.
    Pół-wila miała bowiem rację: potrzebował tych paru chwil spokoju na ułożenie sobie tego w głowie i opanowanie się, a także na przemyślenie wielu spraw. Musiał sam dojść ze sobą do ładu i do wniosku, czego chciałby dalej – jak wyobraża sobie przyszłość i czy na pewno chce z niej wyrzucić Lucille. Nie było łatwo, bo wiązało się to ponownie z masą wspomnień, które sprawiały mu olbrzymi ból, ale chyba dobrze się w gruncie rzeczy stało, bo miał przynajmniej szansę raz na dobre się z tym uporać. I choć bardzo chciał nienawidzić swojej matki, bo naprawdę wiele rzeczy w ich relacji spieprzyła, to im dłużej tak leżał, tym bardziej docierało do niego, że on kiedyś też był potworem – że wobec swojej żony zachował się paskudnie, a ona i tak przyjęła go do siebie z powrotem i po dziś dzień był to najwspanialszy moment jego życia.
    —Nie umiem jej wybaczyć – oznajmił więc kilka godzin później ukochanej, kiedy przyszła zerknąć, co u niego; ich córeczka akurat poszła do łóżka, wyczerpana zmienną pogodą. – Nie umiem tak po prostu zapomnieć – ciągnął, wpatrując się w miłość swojego życia i wiedząc, że go zrozumie; wcześniej naprawdę mocno ją przytulił na powitanie i po raz kolejny podziękował za to, że jest; jego przemyślenia uświadomiły mu bowiem, że miał wielkie szczęście. – Nie umiem – ponowił – i chociaż wiem, że powinienem, bo sam wiem najlepiej, jak boli bezsilność, gdy się chce pokazać bliskim, że już się więcej nie popełni tych samych błędów, to… – urwał. – Boję się jej zaufać – wyartykułował nagle. – Ale to chyba nie znaczy, że powinienem ją od razu skreślać, prawda? – Zastanawiał się głośno; wciąż był w tym pogubiony. – To nie znaczy, że mogę… mogę tak po prostu ją zignorować – kontynuował drżącym głosem. – Ale… ale mogę być sceptyczny, prawda? – Szukał u niej oparcia. – Mogę nie wierzyć jej od razu, mogę oczekiwać dowodów, mogę… mogę domagać się, aby naprawdę pokazała, że jest dla mnie, a nie dla mojej krzywdy? – Wyrażał swoje obawy, wiedząc że ukochana mu pomoże. – Ja naprawdę nie umiem, tak po prostu… no nie umiem – wyznał bezradnie.

    Connor, który bardzo chce szczęśliwej przyszłości

    OdpowiedzUsuń
  15. — Wybacz, kochanie – szepnął ze skruchą, bo szczerze było mu głupio, że się tak znikąd odezwał; jakoś tego nie przemyślał. Po prostu, widząc ją pozwolił sobie, aby słowa z niego wyleciały i do niej dotarły. Od dawna dzielił się z nią wszystkim, dlatego i teraz nie było inaczej. – Tak jakoś… no, tak jakoś mi się wymsknęło… – skulił ramionka, udając niewiniątko i mając nadzieję, że ona mu odpuści. Zaraz potem zaś uśmiechnął się z ulgą, gdy pojawiła się obok niego i pocałowała jego kłykcie, jak zawsze okazując mu uczucie, co szalenie cenił. – Wiem – westchnął po chwili jej wypowiedzi, bo faktycznie: nie miał wątpliwości co do tego, że nie wymagała od niego niczego. Wiedział, że chciała dla niego jak najlepiej i zawsze stała za nim murem. – Mówisz? – Zastanowił się nad jej kolejnymi słowami.
    Te bowiem były o wybaczeniu: o tym, że czasami przychodzi ono z czasem, nawet jeśli się na początku w ogóle tego nie podejrzewa. Siłą rzeczy pomyślał o tym, jak mogłoby wyglądać jego życie – a przy okazji ich, jako rodziny – gdyby Lucille faktycznie udało się go przekonać i sprawić, że jej na nowo zaufa, a z czasem – zapomni o popełnionych przez nią błędach i doznanych z jej rąk krzywdach. Przede wszystkim jednak w tej sytuacji czerpał niewysłowioną wręcz przyjemność z tego, że jego ukochana się w niego wtulała – to zaś, że dodatkowo go chwaliła, tylko dodawało tej chwili magii. Pod tym względem przypominał bowiem trochę bardziej psa niż wilka: uwielbiał być głaskany i w ten sposób zapewniany o miłości do niej.
    Najcudowniejszym – co jednocześnie świadczyło o głębi ich uczucia – było to, że ni stąd, ni zowąd, z trudnego tematu udało im się przejść do droczenia się ze sobą.
    — Jednak? – Powtórzył z zainteresowaniem. – Halo, halo! – Zawołał. – Ale jak to: jednak? – Uniósł się na łokciach tak, aby i ona musiała się nieco podnieść i spojrzeć na niego. – CO to ma w ogóle znaczyć, co? – Pytał z lekko uniesioną brwią; tą, w której miał bliznę. – Sugerujesz, że był ktoś inny na oku? – Dopytywał się otwarcie, przyjmując bojową postawę. – Chcesz mi powiedzieć, że się wahałaś, tak? To próbujesz mi powiedzieć? – Widać było po nim, że żartuje. – Tyle lat małżeństwa, tyle lat troszczenia się o ciebie i tyle lat bycia cudownym mężem, a ty co? Ładnie to tak? – Szczerzył się do niej jak szalony, gdy przewracał ją na plecy i zaczął nad nią górować. – Też cię kocham, maleńka – wyznał jej następnie z czułością, uważnie jej się przyglądając. – I też się cieszę, że mnie wybrałaś – dodał czule, pochylając się, aby skraść jej pocałunek. – Zwłaszcza, że jesteś najcudowniejszą kobietą na świecie – szepnął, znów dając jej pieszczotę w nagrodę. – I jesteś najwspanialszą żoną, o jakiej nigdy nawet nie śmiałem marzyć – wyznał z miłością – i bez ciebie nic bym nie znaczył, i… i szaleję za tobą, Vero, wiesz? – Oparł czoło o jej czoło. – To, że jesteś ze mną na dobre i na złe, jest moim największym błogosławieństwem – mówił z wdzięcznością. – A ty sama w sobie jesteś moją największą inspiracją – poinformował ją jeszcze, nim podniósł głowę i spojrzał na nią z uwielbieniem. – Przed laty pokazałaś mi, jak wybaczać. Gdyby nie to, w ogóle nie wiedziałbym, że odpuszczenie komuś czegoś takiego… – zacisnął na moment szczęki, nie chcąc mówić o tym, co robiła mu matka, ale mimo wszystko to pamiętając – jest w ogóle możliwe. Dziękuję, kochanie – szepnął więc. – Dziękuję za wszystko. Ale najbardziej: za twoją miłość i za to, że każdego dnia jesteś dla mnie podporą – wymruczał i pogładził ją po policzku, a potem znowu ją pocałował: tym razem długo i czule, wkładając w to wszystkie swoje uczucia.

    Connor w super humorze i kolejna część marzeń o przyszłości

    OdpowiedzUsuń
  16. Najwyraźniej nigdy nie mieli dojść do ładu z tym, kto komu i w jaki sposób powinien dziękować mocniej. Ewidentnie mieli z tym niemały problem, bo za każdym razem, kiedy jedno z nich usiłowało powiedzieć drugiemu, jak bardzo jest mu wdzięczne, to kończyło się właśnie tak: przepełnioną miłością przepychanką, w której żadne z nich nie chciało odpuścić. Nie była to jednak kłótnia i chyba to było najważniejsze.
    — Może po prostu uznajmy, że każde z nas dziękuje drugiemu? – Zapytał w końcu, nieco kapitulując w całej tej sprawie i kręcąc głową nad tym, że ukochana nawet nie dawała mu się porządnie skomplementować. Był jednak szczęśliwy i wesoły, temu nie dało się zaprzeczyć.
    On sam zresztą również nie żartował: nie wyobrażał sobie, że zdołałby przez całe to piekło przejść bez niej u boku, bo to ona dodawała mu sił. Nawet jeśli więc upierała się temu ciągle zaprzeczać, to on i tak wiedział swoje. Był jej jednak wdzięczny za to, że na miliony sposobów pomogła mu się uporać z jego niepokornymi myślami, które po owej sprzeczce znów skutecznie zajęła sobą: tym razem w postaci wspaniałego zbliżenia, podczas którego skupić się potrafił tylko i wyłącznie na niej. Co prawda, nie było mu szczególnie łatwo, bo czuł, że powinien hamować siebie i swoje pożądanie, co w wypadku posiadania tak seksownej żony było niemal torturą, ale ani myślał narzekać. Nie wybaczyłby sobie, gdyby skrzywdził bądź to Verę, bądź ich dziecko, a nie miał zamiaru brać na siebie tak wielkiej odpowiedzialności wyłącznie dlatego, że mocno jej pragnął.
    W ten sposób jednak sprawili, że ten dzień w gruncie rzeczy okazał się być miły, a tego Connor naprawdę potrzebował. Dzięki temu bowiem kiedy przyszło mu podjąć jakieś decyzje, było mu o wiele łatwiej – do tego stopnia, że rozmawiając z ukochaną potrafił jej spokojnie wyłożyć swoje racje i myśli, a ona, wysłuchawszy go, zdołała go przekonać, że rozmowa z matką może się dla niego okazać kojąca. Długo się nad tym, co prawda, zastanawiał, ale to nie była kwestia tego, że nie wierzył srebrnowłosej, bo zdawał sobie doskonale sprawę z tego, że życzyła mu jak najlepiej i nigdy by go nie naraziła umyślnie na ból. To była bardziej kwestia tego, że nie był pewien, czy on sam jest na to gotowy – czy zdoła siedzieć przy jednym stole z Lucille i nie zaatakować jej za to wszystko, co mu zrobiła. W ogóle też nie wiedział, czy on chce ją oglądać i dawać jej szansę.
    Bił się więc ze swoimi myślami naprawdę długo, aż we wtorkowe popołudnie był nie tylko pewien, że postąpi tak, jak sugerowała jego ukochana, ale i przygotowany na to do tego stopnia, że od razu jej o tym powiedział. Dobrze zrobił, bo kolejna poważna rozmowa, która się z tego wywiodła, była mu potrzebna: raz jeszcze rozważył wszelkie za i przeciw, jednocześnie powoli ustalając plan działania. Znów przy tym błogosławił fakt, że ma tak wspaniałą żonę, dzięki której to wszystko stało się o niebo prostsze. Ona bowiem pomogła mu odpowiednio do tego podejść i zasugerowała po raz kolejny słusznie, że „Osin’s Fishes” w Boscastle będzie najbardziej odpowiednie do tego typu spotkania. Miała rację: fakt, że siedząc tam z Lucy mógł w każdej chwili spojrzeć na ukochaną, która planowała się bawić z ich córeczką na plaży nieopodal, jak również to, że i ona mogła w każdej chwili zareagować, gdyby coś się działo, był dla niego bardzo ważny.
    Im bliżej jednak było szesnastego czerwca – czyli tego dnia zero – tym bardziej Connor się denerwował i niepokoił. Owszem, w międzyczasie jego zdanie się nie zmieniło i nadal był pewien, że robi dobrze, ale nagle zalały go myśli takie jak to: o czym będą właściwie rozmawiać, jak ma się do niej zwracać i jak ma udawać, że nie zrobiła mu poważnej krzywdy. Zdeterminowany był jednak do tego, aby jej nie odpuszczać i nie pozwolić się omamić. Na to, jak sądził, był już zbyt silny – nie podlegał dłużej ani jej woli, ani jej gierkom. To zaś, że to on narzucał zasady, również pomogło mu się poczuć swobodniej: był przy tym niewysłowienie wdzięczny ukochanej, że się zajęła poinformowaniem teściowej o dacie i godzinie.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Chciał, aby to matka chociaż raz w życiu pokazała mu, że naprawdę to dla niej ważne. Zawiodła go tyle razy w życiu, że chyba miał do tego prawo.

      Niestety, już od samego sobotniego ranka Connor czuł, że jego żołądek stanowi jeden wielki, paskudny supeł, który nie chciał mu pozwolić spokojnie funkcjonować. Siłą rzeczy: nic nie zjadł, wypił za to kilka kaw i wypalił masę papierosów, tracąc nad tym kontrolę.

      — Szkoda, że wcale się tak nie czuję – odpowiedział więc kompletnie zagubiony i dość mocno spłoszony swojej żonie, kiedy pół-wila próbowała go uspokoić. Od rana starał się na nią nie patrzeć za dużo, bo wiedział, że robi to trochę tak, jakby chciał ją lada moment błagać, żeby pozwoliła mu wrócić do jego pokoju i schować się pod kołdrą. Obecnie więc walczył ze swoją koszulą i próbował sam nad sobą odzyskać władzę. Ostatecznie jednak skapitulował i dobrze: bo właśnie wtedy Vera do niego podeszła i sprawiła, że znów zapomniał o tym, co złe, skupiając się na niej, posłusznie jej słuchając: zarówno pod względem rozkazów, jak i tego, co chciała mu spokojnie przekazać. Kiwał głową, próbując zapamiętać to, co mówiła i przemówić samemu sobie do rozsądku. – Ja dyktuję warunki. Ja zaczynam. Ja kończę. Ja – powtarzał po niej niczym mantrę, aby potem wziąć głęboki oddech i spojrzeć na nią z miłością. – Wierzysz we mnie bardziej, niż czuję, że na to zasługuję, wiesz? – Posłał jej słaby uśmiech, ale był jej wdzięczny za wszystko, co zrobiła i było to widać. Szczególnie kiedy pozwoliła mu dotknąć swojego brzuszka, a potem poprowadziła go z domu i do restauracji, sama siadając za kierownicą, bo on nie był w stanie. Poszedł za nią, bo miała rację: nie mogli złościć swojej córeczki, a jednocześnie czas było się wziąć w garść. Skoro to on dyktował warunki, nie powinien okazać matce, że się boi. Szkoda tylko, że łatwo to było mu powiedzieć, a trudniej zrobić i koniec końców na widok restauracji poczuł skrajną panikę. – Vero – zawołał wówczas zduszonym głosem i momentalnie do niej przylgnął i to tak mocno, jakby zaraz miał się skończyć świat. Jej słowa zaś tym razem wcale nie niosły ukojenia. Trząsł się. – Nie… nie wiem… nie wiem, czy potrafię. Nie wiem. Nie chcę… nie możesz być ze mną? J-ja… – Wiedział, że plecie trzy po trzy, ale nie potrafił jej puścić. – Vereeno, a jeśli się nie uda? – Zapytał w końcu ze skrajną paniką. – Kochanie, co jeśli… jeśli… – Miał rozbiegany wzrok, naprawdę się bał. – Co jeśli to wszystko się nie uda. Co jeśli ona kłamie. Co jeśli… co jeśli znów sprawi mi ból? Co jeśli ona… ona chce wam zrobić krzywdę? – Miał już kompletnie czarne myśli, ale nic na to nie mógł poradzić: nagle bowiem jego szramy na plecach, które kiedyś zrobił mu ojciec, znów zapiekły z olbrzymią mocą. – Powiedz mi, że mnie kochasz – poprosił i to nie dlatego, że w to wątpił, co było widać: on po prostu musiał to usłyszeć, żeby mieć się czego trzymać. Kurczowo. – Proszę. Powiedz mi, że mnie kochasz, nawet kiedy jestem tak… tak roztrzepany i że… powiedz, że to nie sen – poprosił ją naprawdę błagalnie. – Powiedz, że na to zasługuję. Że… że matka… że naprawdę to może być prawda – wyznał jej w końcu swoją największą, wpajaną mu od dzieciństwa obawę o tym, że miłość Very była cudem, podczas gdy tak naprawdę nie zasługiwał na żadną inną. Dlatego całe życie był sam. – Że ona może mnie chcieć… – wyszeptał z bólem.

      spłoszony wilczek, który potrzebuje kopniaka i autorka która przeprasza za brak obrazka ale internet chujszy:<

      Usuń
  17. Potrzebował tego. Pociągnięty przez ukochaną na ławeczkę po tym, jak stanowczo mu powiedziała, że zabije Lucille Greyback, jeśli ta w jakikolwiek sposób zrobi mu krzywdę, słuchając jej z wielką uwagą i równie wielkim podziwem – między innymi dlatego, że zdawała się zawsze znać odpowiednie słowa, a jednocześnie wspaniale zajęła się ich córeczką, odsyłając ją z daleka od źródła tego problemu i sprawiając, że poczuł się naprawdę pewnie – doszedł do wniosku, że to – tak szczera rozmowa, a jednocześnie zapewnienia ze strony ukochanej i wszystko, co mu zaoferowała – było mu cholernie potrzebne. Napełnił się w ten sposób siłami: doskonale bowiem wiedział, że jego rodzina zawsze poradzi sobie z absolutnie wszystkim, a dzięki drobnemu przypomnieniu ze strony Very – odgonił na bok wszelkie zmartwienia i troski. Przyjął do wiadomości, że może sobie poradzić z matką i naprawdę w to uwierzył: zaufał temu, co srebrnowłosa miała do powiedzenia i spojrzał na siebie jej oczami. To zaś, że na koniec przytuliła go do swojej piersi i dała mu tyle czasu, ile tylko potrzebował, tylko dopełniło efektu.
    — Zawsze wiesz, co powiedzieć… – westchnął zachwycony, korzystając w pełni ze swojego prawa do tulenia jej ile tylko się da. – Zawsze wiesz, jak podnieść mnie na duchu i jak mnie uszczęśliwić – referował tutaj do jej wyznania miłości, o wiele piękniejszego niż prosił i sobie wyobrażał – a co ważniejsze: jesteś obok. Chyba nigdy nie zdołam ci w pełni powiedzieć, jak mocno dziękuję za to, że cię mam, wiesz? – Spojrzał jej głęboko w oczy i chociaż ten temat raz za razem do nich powracał, wcale nie przesadzał. Dokładnie to czuł. – Dziękuję, że tu jesteście… – szepnął i pochylił się tak, aby głowę móc położyć na jej piersiach, jego dłoń wylądowała zaś prosto na jej cudownie zaokrąglonym brzuszku i jeszcze długo tak trwał, gładząc ją po nim. – Kocham was – dodał w pewnym momencie i tak właściwie: tę chwilę mógł uznać za idealną.
    To właśnie dlatego, gdy wreszcie wstał i po raz ostatni przed spotkaniem z matką mocno podziękował Verze, namiętnie ją całując, a potem składając całusa również na jej brzuszku, był mentalnie gotowy na to, co miało nadejść. Chociaż wewnątrz nadal trochę się trząsł, z zewnątrz sprawiał pozory nie tylko opanowanego, ale i spokojnego – był dosłownie i w przenośni panem sytuacji do tego stopnia, że to Lucille na jego widok w siebie zwątpiła, a nie on. Zrobiła zresztą dość krępujący ruch w jego stronę, chcąc go powitać, ale zignorowana, usiadła naprzeciwko niego. Zapanowała między nimi cisza, podczas której Connor po prostu zapalił, a ona zbierała słowa i nagle, po dobrym kwadransie, kiedy już sądził, że czas iść do domu, zaczęła mówić.
    Opowiadała długo. Mówiła o swoich błędach i o pomyłkach; opowiadała o życiu z Fenrirem i o tym, jak to się w ogóle stało, że zaczęła go głucho słuchać; wspominała jego narodziny i doszukiwała się momentu, w którym po raz pierwszy zawiodła jako matka. W końcu zaczęła też mówić o swoich wątpliwościach, kłótniach z wilkołakiem i o żalu, który nie opuszczał jej od dnia, w którym utraciła swoje jedyne dziecko. Doszła również do ulgi, którą poczuła w momencie, gdy – nie umiała tego wyjaśnić – zdała sobie sprawę, że Fenrir nie żyje, aż wreszcie: do chwili, w której pojęła, że musi działać, jeśli chce naprawić jedyną cenną relację w jej życiu. Tym sposobem dotarła do przeprosin i zapewnień, że niczego nie oczekuje ani niczego się nie domaga – że po prostu chciałaby mieć szansę udowodnić mu, jakim naprawdę jest teraz człowiekiem. Że się zmieniła.
    On zaś jej słuchał, obserwując swoje kobiety bawiące się ze sobą w oddali i palił, pijąc jednocześnie kawę, aby wreszcie, gdy historia Lucy dobiegła końca, zamachać do nich.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. — Rozszarpię cię, jak tego skurwysyna, jeśli tylko spróbujesz je skrzywdzić – ostrzegł w tej samej chwili i była to pierwsza rzecz, jaką tak de facto powiedział. – Niczego ci nie wybaczyłem. Niczego nie zapomniałem. W nic nie uwierzyłem – ciągnął, dziwnie pewny tego, co robi i mówi; może to była kwestia tego, że jego ukochana już do niego szła? – ale dam ci szansę. Jest jedna i jedyna. Wykorzystaj ją, albo zniknij z mojego życia na dobre – poinformował ją, aby potem przeprosić na moment, wstać i ruszyć w stronę swoich kobiet, mając wrażenie, że sił mu wystarczy już tylko na parę sekund. Potrzebował objęć ukochanej, w które niemal bez słowa wpadł. Szepnął tylko: – Vero… – A potem mocno się w nią wtulił, traktując ją jak swoją opokę.

      ten oto wilczek, który mocno to przeżył i bardzo potrzebuje ukochanej

      Usuń
  18. Wpadł w objęcia ukochanej, bo wrażeń, z którymi się zmagał, było po prostu zbyt wiele. Słowa Lucille stanowiły przecież to, o czym tak naprawdę od zawsze marzył: były nie tylko wyjaśnieniem, co kryło się w jej głowie, ale i upragnionymi przeprosinami, dzięki którym teoretycznie mógł wreszcie ruszyć naprzód. Tak naprawdę jednak czuł się przez nie mocno zagubiony: balansował gdzieś na granicy niedowierzania, a szaleńczego pragnienia sprawienia, aby to wszystko działo się naprawdę i siłą rzeczy, ostatecznie potrzeba mu było czegoś, co z powrotem ściągnie go w dół i sprawi, że Connor wróci na ziemię, uświadamiając sobie, co jest ważne, a co nie. Vereena była jego bezpieczną przystanią i wcale tego nie ukrywał: nic więc dziwnego, że to do niej się zwrócił i to jej potrzebował w tak kluczowym dla siebie, jak i całej ich rodziny momencie.
    Żałował jedynie, że tym samym sprawił wrażenie, jakby Lucille zrobiła mu niewypowiedzianą krzywdę, a potem nieumiejętnie to wszystko ukochanej wyjaśnił. Ona bowiem zachowała się absolutnie wspaniale: zrobiła każdą jedną rzecz, jaka była w jej mocy, żeby mu pomóc i na koniec w cudowny sposób ujęła go za rękę, aby następnie powędrować z nim prosto do restauracji, gdzie wzięła sprawy w swoje ręce, widząc że on nie potrafi.
    Naprawdę był jej szalenie wdzięczny: zarówno za to, jak i za fakt, że zadbała również o Rosie, pokazując po raz kolejny, że działanie na kilku frontach nie stanowi dla niej absolutnie żadnego problemu. Była po prostu idealna.
    — Dzień dobry… – odpowiedziała jej zresztą cicho jej teściowa, przyjmując postawę pełną pokory, gdy tylko usłyszała jej stanowczy ton głosu. – T-to… – Spróbowała się następnie zebrać na odwagę – wygląda tak, że… – Spojrzała niepewnie na syna, właściwie nie wiedząc, czy do czegokolwiek tak naprawdę doszli. – Poprosiłam Connora – nawet nie próbowała dawać sobie do niego praw poprzez nazwanie go swoim synem, chociaż oczywiście cisnęło jej się to na usta; była przecież jego matką – o szansę. A on… – Pozostawiła mu pole do odpowiedzi, nie do końca pewna, czy się nie przesłyszała albo czy jej nadzieja nie przesłoniła jej widoku na rzeczywistość.
    — Odpowiedziałem, że rozszarpię ją, jeśli to spieprzy – odezwał się wilkołak, rzucając matce ostre spojrzenie, które jasno poświadczało, że nie były to absolutnie czcze pogróżki. – Że ma jedną i tak naprawdę jedyną szansę. Jedyną – podkreślił. – Albo to naprawi, albo dla mnie nie istnieje – dodał i chociaż starał się to zrobić gorzko, trzeba było być doprawdy ślepym, aby nie domyślić się, że liczył na nią w tym momencie naprawdę mocno. Chciał, żeby go przekonała.
    Z gardła Lucille wyrwał się natomiast szloch pełen ulgi.
    — Nie zawiodę – wyszeptała gorączkowo. – Nie zawiodę – powtórzyła, patrząc to na niego, to na nią i okazując swoją wdzięczność. – Naprawdę was nie zawiodę – mówiła tak długo, aż Connor warknął; nie chciał słuchać zapewnień, tylko pragnął zobaczyć ją w akcji. Szczęśliwie, zrozumiała, a jej wzrok pobiegł do małej dziewczynki, która właśnie składała zamówienie. – Ona nie wie, prawda? – Zapytała głucho kilka sekund później. – Nie ma pojęcia, że… że… – Nie sądziła, że to będzie tak trudne. – Że istnieję, prawda? – Pytała, ale właściwie nie potrzebowała odpowiedzi. – Tyle straciłam… – Ledwo powstrzymała szloch, ale jednocześnie podjęła pewną decyzję. – Wiem, że pewnie nie mam prawa o to prosić – zwróciła się do młodych – ale czy moglibyście jej o mnie nie mówić? – Spojrzała na syna i jego żonę. – Chciałabym na to zasłużyć – uściśliła. – Chciałabym zasłużyć na bycie matką – powiedziała wilkołakowi – teściową – kontynuowała, przenosząc wzrok na Verę – a wreszcie babcią, bo zawiodłam całą tę rodzinę. Nie czuję, że zasługuję, aby być w tych rolach. A chciałabym… – poprosiła cicho, lecz szczerze.
    Connora zamurowało.

    wiedząca, czego chce teściowa i zaskoczony wilczek plus autorka, której gify się nie ładują i nie ma jak dodać :<

    OdpowiedzUsuń
  19. Odnosił wrażenie, że wszystko idzie nie tak, jak miało i że Vereena w gruncie rzeczy nie popiera tego, co zrobił – dotychczas bowiem wydawało mu się, że chce, aby dał matce szanse. Teraz zaś nie był już tego taki pewien i gdyby nie to, że chwyciła go za rękę, niechybnie by oszalał. Naprawdę jednak niczego nie był już pewien, więc na cały czas trwania rozmowy pomiędzy Lucille a Verą, on zamilkł, po prostu to wszystko w ciszy rozważając.
    Jego matka natomiast również ucichła, skutecznie zbita z pantałyku przez dość ostrą reakcję pół-wili na to, co ta miała jej do powiedzenia. Nie prosiła bowiem o wiele: zaledwie o to, aby przez jakiś czas w ogóle nie mówić małej, kim jest, o ile ta zapyta, bo po prostu chciała zasłużyć zarówno na jej szacunek, jak i sympatię. Nie miała tym zamiaru nikogo urazić, ale chyba na pewno jej się to nie udało, biorąc pod uwagę reakcję srebrnowłosej.
    W pewnym sensie odetchnęła więc z ulgą, gdy pojawiła się Roselyn, którą matka porwała do rozmowy – nie była pewna, czy jeszcze moment, a by się kompletnie nie załamała. Tymczasem nie miała przecież do tego prawa.
    — Tak! – Zameldowała radośnie, patrząc na nią z dumą. – Pan Osin powiedział – dodała wesoło – że doda specjalnie dla mnie duuuuużo – przeciągała samogłoski, naśladując mężczyznę – ketchupu i że będzie duuuuużo – ponowiła – ziół i że w ogóle przyniesie nam też świeżo wyciśnięty sok z pomarańczek. Fajnie, prawda? – Cieszyła się, jak zawsze, kiedy dostawała ważne, dorosłe zadanie i spisywała się z niego na medal. Zaraz potem jednak posmutniała, martwiąc się o mamę. – Dobrze – kiwnęła jednak główką i poszła do Connora, ale wciąż patrzyła na nią z niepokojem. – Co się dzieje, tatusiu? – Zapytała ojca, wsuwając mu się na kolana, a on pocałował ją w czółko.
    — Vero? – Spojrzał na ukochaną, nie kryjąc troski i sięgając ku niej dłonią. Położył ją na jej brzuszku, okazując nie tylko czułość, ale i miłość. – Kochanie, co się dzieje? – Całym sobą prosił ją o szczerą odpowiedź.
    Siedząca naprzeciwko nich Lucille poruszyła się niespokojnie na krześle. Jej synowa wyraźnie bowiem zaznaczyła granicę, której nie wolno jej było przekraczać i wiedziała, że porównanie siebie do niej zostałoby źle przyjęte, ale miała dziwne wrażenie, że to, z czym zmagała się pół-wila, było jej aż nazbyt dobrze znane z autopsji. Mogło minąć niemal pół wieku od czasu, gdy była w ciąży, ale czegoś takiego się nie zapomina. Uchyliła usta, ale bała się coś powiedzieć.
    — Kochanie? – Ponaglił pół-wilę wilkołak i pogładził ją po brzuchu, naprawdę mocno się o nią niepokojąc. – Co się dzieje, maleńka? – Dopytywał, nie odrywając od niej wzroku i jedną ręką obejmując Rosie, aby drugą móc nie przestawać obdarzać czułościami żony. – No, maluszku? – Zwrócił się w końcu do dziecka skrytego pod jej sercem. – Co tam wyczyniasz, hm? – Zagajał, a w jego sercu narastała panika. Nie przypominał sobie bowiem, aby wcześniej było z nią tak źle na tak wczesnym etapie ciąży. Tymczasem miał wrażenie, że problemy z ciążą pojawiają się już niemal każdego dnia i to w różnych momentach. – Może powinniśmy wrócić do domu? – Zapytał w końcu, bardzo nerwowo.
    Matka nie obchodziła go ani trochę. Nie w takiej chwili.

    dwa zmartwione wilczki i teściowa!

    OdpowiedzUsuń
  20. — Okej – odpowiedział spokojnie, łagodnie i przede wszystkim z miłością, przyjmując w pełni to, co Vereena powiedziała, choć jednocześnie wiedział, że jej wybuch wcale nie zwiastował niczego dobrego.
    To był jednak ten moment, w którym Connor zyskał pewność, że lepiej będzie, jeśli odpuści temat i nie będzie dalej naciskać, bo nie mogło się to skończyć w żaden sposób dobrze. Wiedział, że był pewien próg wytrzymałości, którego w jej przypadku nie wolno było przekraczać i to w pełni rozumiał. Widząc więc nadchodzącego Osina Juniora kompletnie już odpuścił temat, zwłaszcza, że ich córeczka zapiszczała radośnie na widok jednej, szczególnie ozdobionej – specjalnie dla niej, jak głosiła wieść; kawałkami pomarańczy i rozmaitymi duperelami, które dodawało się do szklanek, aby klient poczuł, że jest rozpieszczany. Rosie zdecydowanie to kupiła.
    Tematu natomiast nie porzuciła jego matka.
    — Macie przepiękną córkę, więc to, że i maluch jest zdrowy nie ulega wątpliwościom – wtrąciła bowiem miło i widać było, że nic się za tym nie kryło. Na swój, może odrobinę nieudolny sposób, starała się pomóc i wesprzeć małżeństwo. W głębi serca czuła jednak olbrzymią troskę, mając wrażenie, że pół-wila powiedziała jedynie pół-prawdę. Jeśli przeczucie jej bowiem nie myliło, to, co czuła, wcale nie było wynikiem przeforsowania, lecz trudnej ciąży.
    Wyczuła jednak, że nie powinna nic takiego mówić. Poczuła wręcz, że nieco przeszkadza w tej – co nie ulegało wątpliwościom – dość ważnej i intymnej, bo rodzinnej chwili – a przecież ona do familii wcale nie należała – więc szybko wymamrotała przeprosiny i pod pozorem potrzeby pójścia do łazienki, ukryła fakt, że w niej zaniosła się łzami. Była to ulga i był to strach, jak również była to gama innych, trudnych do opisania przez kogoś, kto tyle lat był zamknięty w świecie bez uczuć, emocji. Tak czy inaczej, wszystko wydawało się zmierzać ku dobremu i tego planowała się trzymać. Nawet gdyby tonęła – to było jej jedyną nadzieją.
    — Powiedziałem jej, że jej nie ufam. Że nie wierzę. Że jest dla mnie obca – szepnął w tym czasie Connor, korzystając z nieobecności Lucille i z tego, że Rosie zajęta była sokiem, a raczej: tym, co do niego dołączono. – Powiedziałem, że ma mnie przekonać – mówił półszeptem – i się postarać, bo drugiej szansy nie będzie. Ale nie wybaczyłem. Nie wpuściłem do życia. Nie zapomniałem – wyjaśnił, nie wiedząc, co prawda, czy nie oszukuje sam siebie, ale mówił to wszystko z przekonaniem. – Źle robię? – Zapytał cicho, szukając u niej oparcia i potwierdzenia, że się nie pomylił; że to wszystko nie jest jednym wielkim błędem.
    Nie zapomniał jednak, że to właśnie Vereena okazała się dla niego największą opoką i że to ona przed paroma chwilami potraktowała jego matkę tak, jak należało i tak jak on wcześniej – nie dała jej ani odrobiny sympatii, wsparcia czy jakiegokolwiek innego ciepłego uczucia. W gruncie rzeczy ta głupia myśl, że nie stała po jego stronie, przepadła już bez wieści i było mu wstyd, że w ogóle sobie na nią pozwolił. To naprawdę było z jego strony idiotyczne.
    — Zjedzmy te frytki i jedźmy do domu, co? – Zaproponował więc zaraz potem, chcąc się wyrwać z tego szaleństwa. – Chyba wszyscy tego potrzebujemy – dodał, w ten sposób próbując się upewnić czy to, co powiedziała o powrocie do domu, było ze względu na niego, czy naprawdę czuła się na tyle dobrze, aby pozostać u Osina na dłużej. Potem pochylił się i chwycił jej dłoń, ściskając ją mocno. – Kocham cię, wiesz? – Szepnął.

    kochający muczos bardzos Connor, który na Lucille patrzy z taką rezerwą, o

    OdpowiedzUsuń
  21. Argument o Robercie faktycznie był świetny, bo jak mało co przemówił do Connora, uświadamiając mu, że doskonale zna czucie, z którym mierzy się jego ukochana. Niestety – albo stety, biorąc pod uwagę to, że właściwie podobały mu się dalsze wydarzenia – nie zdołał w żaden sposób na to zareagować, bo jedynym, co mógł zrobić, było uśmiechnięcie się do ukochanej, nim ona wróciła do tematu jego matki. A potem cudownie władowała mu się na kolana, próbując go – jakby to było możliwe! – przekonać, że ma się nią nie przejmować.
    — Kocham cię, moja mała dziewczynko – wyznał jej więc i uśmiechnął się do niej. – Kocham szalenie i trochę mi przykro, że wydajesz się o tym zapominać – zmrużył lekko oczy, ale nie był zły. – Bo hej, przypominam, że nie umiem przejść obojętnie nawet wobec twojego kichnięcia, a co dopiero złego samopoczucia! – Zauważył nieco żartobliwie, aby potem jednak skupić się na tym, co ważne. Oczywiście, wziął sobie do serca wszystko, co powiedziała, ale nie mógł tego tak zostawić. – Nic się nie zmieniło, Vero – oznajmił i spojrzał na nią poważnie. – Ani moja miłość do ciebie, ani moje priorytety, ani to, kogo kocham, za co i dlaczego. A już na pewno nie moje uczucia wobec Lucille, która bynajmniej nie zasługuje na to, aby przedkładać ją ponad ciebie, rozumiemy się? – Zajrzał jej głęboko w oczy. – Więc zostaniesz teraz na moich kolanach, potem zjesz dużo frytek, żebym wiedział, że macie siły, a na koniec zabiorę cię do domu, bo i ty, i ja, i nasza córka tego właśnie potrzebujemy. Dość już rozmów na dzisiaj. Dość – zaznaczył stanowczo. – Bo szansa nie oznacza, że z miejsca jest wspaniale. Długo nie będzie – wyjawił, uśmiechając się na widok dużego talerza frytek, który w tym samym momencie postawiony został przed Rosie. Podobne stanęły przed nimi. – Jedz i wracaj do sił, dobrze? – Poprosił ukochaną, aby potem na moment zamilknąć, rzucając badawcze spojrzenie swojej matce, która przystanęła przy krześle, które do tej pory zajmowała. Nie usiadła jednak. – Coś się stało? – Zapytał więc z napięciem, dość oschle i obco, nie okazując jej ani sympatii, ani zrozumienia, ani dobroci.
    — Nic – odparła Lucille, która przez ostatnich kilka minut wpatrywała się w rodzinę, o jakiej chciałaby mówić swoja i widziała, jak silne łączą ich więzi. Poczuła zazdrość, ale nie taką złą: taką, która sprawiała, że naprawdę chciała poprawić swoje błędy. – Ale obawiam się, że na mnie już pora – stwierdziła ostrożnie, nie ukrywając, że słyszała sporo ze słów syna. – Powinniście odpocząć, a ja… a już i tak zabrałam ci dzisiaj wystarczająco dużo czasu – kontynuowała miło, absolutnie nie mając żalu: ona po prostu starała się zrobić dobrze. – Chciałabym ci jednak podziękować… Connorze – powstrzymała się od nazwania go synem – za to, co dzisiaj dla mnie zrobiłeś i prosić, abyście dali mi znać, kiedy… kiedy będziecie mieli – podkreśliła, biorąc pod uwagę zdanie ich obojga – ochotę na ponowienie tego. Mogłabym… mogłabym coś upiec. Ale… ale no, to wasza decyzja – zapewniła i ani trochę nie kłamała: w tym momencie zachwyciłaby ją nawet propozycja wyskoczenia razem do sklepu po warzywa, a co dopiero obiad. – Ja naprawdę dziękuję i życzę wam smacznego. To weekend. Czas rodziny. A wy macie się kim i czym zająć – dodała szczerze i ciepło, nim pożegnała się z nimi równie spokojnie i z równie wielkim zaangażowaniem.
    Potem zaś z godnością wyszła i dobrze zrobiła, bo w tym momencie Greybackowie bardzo potrzebowali tego czasu tylko dla siebie. Zjedli frytki, wypili sok, a potem poszli jeszcze na krótki spacer i wrócili do domu, w którego zaciszu skupili się wyłącznie na sobie, tego dnia nie mówiąc już ani słowem o Lucille. To była bowiem pora tylko dla nich: dla ich miłości i szczęścia, o które mocno się troszczyli. Był to też czas opiekowania się źle się czującą Vereeną i leniwego oglądania filmów do późnej nocy, aby potem wylądować w łóżku, w którym ich ramiona obojgu im przyniosły pociechę.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Tak naprawdę o żonie Fenrira porozmawiali więc dopiero kolejnego dnia i wtedy też doszli do wniosku, że nie należy się spieszyć. Miała ona dobry pomysł ze wspólnym obiadem, ale nie z dnia na dzień – tym bardziej, że już umówieni byli z Hawthorne'ami i Rochefortami na spotkania. Gdy więc przyszło co do czego, ustalili pierwszy weekend lipca za dobry termin. Connor miał mieć dzięki niemu czas na przemyślenie wszystkiego, a Lucille – na przygotowanie się do spotkania. Wilkołak zresztą i tak przez najbliższe dni miał ważniejsze problemy, niż jego matka. Jego myśli non stop zajmowała bowiem jego ukochana, której dyskomfort wcale nie mijał.
      W nadchodzącym tygodniu mieli na szczęście wizytę u ginekologa, co do której miał siłą rzeczy bardzo dużo oczekiwań. Liczył na zapewnienie, że wszystko jest dobrze i na jakieś wskazówki, jak sobie poradzić z dolegliwościami Vereeny, ale jedynym, co doktor miała im do powiedzenia, było to, że chociaż z ich maluszkiem wszystko jest fizycznie bardzo dobrze, to jednak rozwija się on w zdumiewającym tempie. Tyle zaś niestety wiedzieli sami z siebie i niewiele to im pomogło – podobnie jak jej rady dotyczące radzenia sobie z trudnościami, bo wszystkie je już znali. O to jednak nie można było winić kobiety, która ponownie przyjęła ich z ciepłym uśmiechem i okazała mnóstwo zrozumienia, troski oraz zaangażowania. Niestety, odpowiedzialne za to były geny wilkołaka i było mu z tym cholernie ciężko.
      Po podróży do lekarza wszystko się jednak uspokoiło i niemal do końca czerwca było spokojnie, aby wraz z początkiem lipca uderzyć ze – wydawałoby się – zdwojoną siłą. Już w czwartek, piątego, było źle. W piątek było wręcz okropnie i to do tego stopnia, że Connor poprosił Danielle o podrzucenie Rosie – przed którą jakoś udało mu się ukryć, że z mamą jest naprawdę niedobrze – do Rochefortów, bo sam bał się zostawić ukochaną bez opieki. A sobotę powitali jednym, przerażającym stwierdzeniem: tragicznie.
      — Jestem tutaj, kochanie – szeptał od wczesnego ranka, będąc na nogach jeszcze nim słońce zdążyło wstać, bo Vereena dosłownie zwijała się z bólu, torsji, gorączki i wszystkiego naraz. Nic nie było w porządku, nic też jej nie pomagało i chociaż starał się, błagał i prosił ich maleństwo, aby jej ulżyło, godzinami gładząc ją po brzuszku, zanosząc ją do wanny i wynosząc z niej, a nawet robiąc jej każdą miksturę, jaką miała zapisaną w swoim notatniku pod hasłem ciąża, na niewiele się to zdawało. – Jestem, maleńka – powtarzał, ze wszystkich sił starając się, aby nie wyszło to płaczliwie, ale prawda była taka, że nie pamiętał, kiedy po raz ostatni był tak przerażony. Pamiętał bowiem, że kiedy po raz ostatni Vera tak cierpiała, oboje stracili tego dnia dziecko. Tę myśl jednak od siebie odrzucał, panicznie się jej jednocześnie bojąc. – Wszystko będzie dobrze, obiecuję – szeptał, gładząc ją po plecach, gdy leżała skulona na boku na ich łóżku i trzęsła się, bardzo blada i zmęczona. – Mogę coś ci przynieść? Masz na coś ochotę? Mogę… mogę zrobić cokolwiek, Vero? – Pytał z rozpaczą, która była wręcz namacalna. – Tak mi przykro, maleńka… tak mi przykro… – szeptał, pochylając się i wtulając w jej plecy. Jego dłoń wylądowała na jej brzuszku. – Tak bardzo cię przepraszam… – dodał jeszcze. – To moja wina, że cię tak dręczy. To niechybnie syn. Spójrz, jaką mamy idealną córeczkę – przekonywał, desperacko próbując ją rozproszyć. – A przecież to wiadome, że to facet odpowiada za płeć. To ja zjebałem. Moja wina… och, kochanie, tak bardzo, bardzo cię kocham… – westchnął, całując ją prosto w szyję.
      W tym samym czasie, o czym kompletnie zapomnieli, jego matka wyciągała z piekarnika obiad, który własnoręcznie przygotowała, zaproszona przez nich na ten konkretny dzień na obiad. Chciała, aby było idealnie, więc mocno się do tego przyłożyła i odetchnęła z ulgą, widząc piękną skórkę, która zdecydowanie miała wspaniale chrupać.

      mocno zmartwiony wilczek, który bardzo chciałby móc coś zmienić

      Usuń
  22. Nie przypuszczał, że jego rzucone – tak właściwie w skrajnej rozpaczy – słowa o synu przyniosą tak niebywały efekt: że jego ukochana nagle rozmarzy się i przez kilka wspaniałych sekund, co do których zaczął się gorliwie modlić, aby trwały jak najdłużej, wydawała się nie cierpieć. Owszem, nadal wyglądała na ekstremalnie wyczerpaną i wycieńczoną osobę, nadal też było widać, że ledwo oddycha i nadal nie dało się mieć wątpliwości co do tego, że jej udręka trwa, ale w tej krótkiej chwili wyglądała wręcz na szczęśliwą, a Connor miał ochotę łkać z radości. Był bowiem tak spragniony jakichkolwiek dobrych oznak ze strony jej organizmu, że obecnie już się zadowalał dosłownie nawet najdrobniejszym gestem. Nie przestał się przy tym obwiniać o to, że zaszła w ciążę, bo to jednak on powinien był być mądrzejszy: nie dochodzić w niej bez opamiętania, nim to poważnie przegadali i wspólnie podjęli tę decyzję. Nie żałował – bo zdarzył się wspaniały, mały cud – i żałował tego – bo patrzenie na ból Vereeny go zabijało – jednocześnie.
    W głowie miał niemały mętlik.
    Vera była jednak najważniejsza. Trochę więc jak tonący, chwycił się tematu, który choć na krótko – modlił się, aby było inaczej; aby to polepszenie i oderwanie od cierpienia trwało jak najdłużej – pozwolił jej się poczuć lepiej. Przynajmniej psychicznie.
    — Halo, halo, bo się zazdrosny zrobię! – Zawołał niby to w proteście, ale wprost biła od niego miłość, czułość i radość. – Nieładnie tak się rozmarzać na myśl o innym facecie, wiesz? – Wyszczerzył się, desperacko próbując trwać w tej szczęśliwej atmosferze i odepchnąć od siebie złe, bardzo niepokojące myśli. A przede wszystkim strach. – Zwłaszcza, kiedy obok siedzi ten podobno – podkreślił z rozbawieniem – twój jedyny – zauważył, pochylając się do niej i pogładziwszy ją po policzku, musnął czule jej usta. Potem położył swoją dłoń na jej brzuszku i znów spróbował zrobić to, co z Rosie zawsze działało: uspokoić malucha za wszelką cenę.
    Niestety, sztuczka ta nie działała, tak jakby jego więź z nim była zupełnie inna; to też przywiodło mu na myśl podejrzenie, że pół-wila może nosić pod sercem chłopczyka. Córka dla ojca zawsze była czymś szczególnym, pewną perełką, o którą troskliwie zabiegał. Syn zaś obowiązkiem i zaszczytem, odpowiedzialnością i wielką radością, ale bardziej towarzyszem, niż skarbem, o który trzeba pieczołowicie dbać, bo ten sam próbował być autonomicznym bytem. Nową alfą, w tym ich konkretnym przypadku. To jednak znów były tylko jego domysły – szczerze tylko miał nadzieję, że się nie myli i nie chodzi o coś gorszego.
    — Nie robię się młodszy, a ciebie dziwnie cieszy moja lepsza, nowocześniejsza wersja – ciągnął dalej, ale nie można było ani przez sekundę pomyśleć, że faktycznie czuje się on choćby w najmniejszym stopniu zagrożony. Wiedział bowiem, że czym jak czym, ale miłością skrytą w ich sercach to bez wahania można by było obdarować cały świat, a i tak byłoby jej nadal mnóstwo. Po prostu: próbował rozproszyć uwagę srebrnowłosej. – Jesteś pewna, że zniesiesz dwa wilczki w jednym wielkim domu? – Ciągnął, patrząc na nią z uwagą i uwielbieniem. – To dwa razy więcej biegania, dwa razy więcej pilnowania, czy twoi chłopcy nie robią głupstw i… – urwał na moment, znów patrząc na nią tak, jakby była najcudowniejszym skarbem tego świata, bo przecież dla niego tak właśnie się prezentowała. – I dwa razy więcej bezwzględnej miłości, zapatrzenia w ciebie, gotowości dla ciebie na wszystko i przekonania, że świat się bez ciebie zawali. Jesteś pewna, że zniesiesz tyle oddania, moja piękna, dzielna, mała dziewczynko? – Wymruczał, modląc się do Boga w myślach, aby dał jej jeszcze chwilę wytchnienia i jednocześnie nie przestając gładzić jej po brzuszku, na którym niestety widniały sine oznaki tego, jak bardzo wszystko się komplikowało.
    Walczył więc przy tym z beznadziejnie silnym poczuciem bezradności, nie wiedząc już, co jeszcze mógłby zrobić, aby oszczędzić tego Verze, bo choć mówiła, że noszenie jego dziecka to nie męka, trudno mu się było pogodzić z takim stanem rzeczy.

    Connor, który bardzo się stara jej ulżyć

    OdpowiedzUsuń