Pomyliłaś niebo z gwiazdami odbitymi nocą na powierzchni stawu

Chyba właśnie po tym można poznać ludzi naprawdę samotnych... Zawsze wiedzą, co robić w deszczowe dni. Zawsze można do nich zadzwonić. Zawsze są w domu. Pieprzone „zawsze”…
—————————— S. King

13 XII 2002, Boscastle –––––– dwudziestojednoletnia pielęgniarka

Nie jesteś typem kogoś, kto lubi być w centrum uwagi – dziwne, prawda? W końcu twoja matka była czystej krwi wilą, a ty odziedziczyłaś po niej niewątpliwą urodę. Szkoda tylko, że sama nigdy nie czułaś się atrakcyjna i może też dlatego, w przeciwieństwie do kobiety, która obdarowała cię swoimi wspaniałymi, idealnymi genami, nigdy nie umiałaś nawiązywać kontaktów międzyludzkich. Jesteś zwyczajnym introwertykiem, trochę cieniem umykającym w zaułkach rodzinnej, kornijskiej wsi lub w korytarzach Hogwartu – co gorsza, żadne z tych miejsc nie przyniosło ci ukojenia i ludzie wciąż patrzą, na Merlina, jak ty nienawidzisz, kiedy oni patrzą. Nie wiedzieć czemu, całe swoje życie, czy to jedenaście lat, jako córka latarnika, czy kolejne długie miesiące, zamieniające się finalnie w dekadę, bałaś się spojrzeń – jakby ktoś mógłby cię prześwietlić, zerknąć do twojej duszy i serca, dostrzegając, że jesteś inna. Akceptacja przez rówieśników zaś była zawsze twoim własnym, głupim celem.
Nie jesteś typem kogoś, kto się poddaje, nieważne, jak beznadziejna byłaby sytuacja – ty zwyczajnie walczysz do końca, niemalże za każdą cenę, oprócz zdrowia, szczęścia i życia innych; jeśli chodzi o siebie samą: jesteś gotowa do najwyższych poświęceń, szczególnie w imię czegoś, w co wierzysz lub swoich ukochanych bliskich. Prawda jest jednak taka, że gdyby właśnie nie twoja wytrwałość – oraz niekiedy chorobliwa ambicja – nigdy nie znalazłabyś się pierwszego września w Wielkiej Sali, jako nowa pielęgniarka: to tylko twój upór, inteligencja oraz ciężka praca – a także zwyczajnie zapisane w informacji genetycznej umiłowanie do wiedzy medycznej – sprawiły, że mogłaś pochwalić się, jako była Puchonka, najlepszymi wynikami w nauce w chwili zakończenia szkoły przed trzema laty. Szkoda, że nie miało to znaczenia w obliczu tego, co czekało cię w rodzinnej wiosce; szkoda, że tak naprawdę chciałaś tylko zaimponować matce, która porzuciła cię w dniu urodzenia.
Nie jesteś typem kogoś, kto chowa urazę, czy daje się ponieść smutkowi, mimo że ten swoimi bezbrzeżnymi falami błyszczy w twoich nienaturalnie wielkich oczach cały, dosłownie czas – potrafisz to ukryć, ale nie grasz. Jesteś więc chodzącym paradoksem; potrafisz być kompletnie załamana, a jednocześnie nieopisanie wręcz radosna. Twoim złotym środkiem okazało się być pogodzenie ze wszystkim: wiesz, że na wielu rzeczy w swoim życiu nie masz wpływu – na przykład na to, że rodzicielka nie chciała cię znać; że ojciec okazał się być mordercą; że straciłaś najlepszą przyjaciółkę; że nikt nie widzi w tobie nic poza ładną buzią. Nie walczysz więc już z tym werbalnie, marnując wątłą energię, tylko to akceptujesz, a później pokazujesz swoim zachowaniem, jak bardzo ludzie się mylą – chyba jednak oszukujesz nawet samą siebie, że jesteś w stanie chwycić swoje życie we własne ręce. Chyba też nigdy więcej nie poczujesz już, jak serce bije ci w piersi tak szczerze wesoło, beztrosko i spokojnie.
Nie jesteś też typem kogoś, kto tak naprawdę istnieje – całe twoje jestestwo zbudowane jest na kłamstwach, niedopowiedzeniach, niedomówieniach, zmianach tematu, przerzucaniu rozmowy na dalekie od prawdy tory i na zwyczajnych bajaniach, klechdach, legendach o pięknych księżniczkach i biednych szewczykach. Twój wygląd w związku z tym nie jest jedynym, co jest w tobie nierealne, zwiewne, niczym chmurka, czy podmuch ciepłego wiatru w letnie, słoneczne popołudnie, delikatne, subtelne i zwyczajnie oniryczne – ulotne, niczym właśnie marzenie senne. Ty sama zbudowana jesteś z cienkich niteczek, z bardzo słabiutkich splotów, gdzie gdy tylko jedno ogniwko pęka – ty rozpadasz się całkowicie. Jesteś po prostu słaba: samotna, opuszczona przez wszystkich, na których tobie zależało tak, że gotowa byłaś dla nich i za nich zabijać, a twoje ramiona nie mają ochoty nieść ciężaru życia, wspomnień i piętna, jakie na ciebie nałożono w obu światach, w których ledwie, każdego dnia na nowo, egzystujesz.
Och, Vercia, dziecino, po co ty więc w ogóle  j e s z c z e  żyjesz?

więcej ————— skrót ————— miejsca ———— więzi
        •   •

W tytule sparafrazowany Vilgefortz z Czasu pogardy Andrzeja Sapkowskiego, na zdjęciach przepiękna Ola Rudnicka, w imieniu i nazwisku zalinkowany liryczny Jaymes Young. Wolę wymyślać, niż zaczynać, ale oczywiście honoruję handel wymienny, łatwo mnie przekupić, lubię dramaty, krew, pot i łzy oraz wątki i odpisy średniej długości. Nie lubię kalafiora i mam DO ODDANIA PRZYJACIELA oraz ewentualne siostry od strony mamusi (do wymyślenia i ugadania – uderzajcie na smerfowa.krolowa@gmail.com). Od zawsze bujam się na Hogłartach albo z Rosjankami, albo pielęgniarkami – tym razem jednak nie z Francji, a z Kornwalii, no i fajnie, bo tęskniłam za światem magii. Vera jest w Hogwarcie od 1 IX 2023 roku.  Pod kropeczkami stare karty. Nie gryziemy, czasem trzeba nas kopnąć w rzyć, ale się ogarniamy. Cześć wszystkim – bawmy się! ; D

201 komentarzy:

  1. [Wiesz, co Ci powiem w związku z tymi zdjęciami? Najdobrzejszy wybór! Zrobiłaś tutaj istną magię z tymi zdjęciami, panieboże, te oczy! *____________* Kocham, uwielbiam, nikomu nie oddam! <3]

    — Dobrze mówisz? – Niewiarygodnie mu ulżyło, gdy odkrył, że Vera nie jest zła o to, jak się zachowali, tylko wręcz się cieszy; jej pocałunek wywołał więc na jego twarzy uśmiech. – W takim razie musimy chyba robić to częściej… – zauważył roztropnie, zanim zapytała go co dalej. – Teraz? – Powtórzył zmysłowo po swojej żonie. – Teraz, kochanie, czas się upewnić, czy nasz prysznic na dole jest wciąż tak samo wygodny, jak kiedyś… – wyznał jej z pomrukiem, po czym bez słowa ostrzeżenia podniósł ją i wciąż w niej tkwiąc, postąpił zgodnie ze swoimi słowami. Dwie godziny później więc, gdy wreszcie udało im się dotrzeć do łóżka po namiętnym seksie w strugach ciepłej wody, opadali już z sił, ale byli szczęśliwi. I jasnym było, że najgorsze mają za sobą.
    Najlepszym dowodem na to, że naprawdę rozwiązali swoje problemy i przepracowali to, co ich do tej pory zżerało od środka, było to, że kiedy we wtorek pierwszego lipca Vereena obudziła się, Connor był przy niej, wiedząc jak szczególny jest to dla niej dzień. Nie tylko więc zatroszczył się o nią rano, ale i po południu towarzyszył jej w wyprawie na cmentarz, gdzie przed wieloma laty spoczęła jej macocha, bez której być może nigdy nie zostaliby parą.
    Podziękowali jej więc odpowiednio, składając na jej grobie jej ulubione kwiaty, a potem długo spacerowali, po prostu ze sobą będąc i rozmawiając, w czasie kiedy Danielle opiekowała się Rosie – chętnie spędzała z nią czas, ucząc ją przy okazji wielu ciekawostek na temat zwierząt. Wrócili w związku z tym dopiero wtedy, kiedy byli na to gotowi i było w tym coś wspaniałego, bo czas ten tchnął w nich masę energii, której zdecydowanie potrzebowali. Nim się bowiem obejrzeli, już wypadał dziesiąty dzień lipca, kiedy na wieczornym niebie pojawił się księżyc w pełni, oznaczający dla nich przymusową rozłąkę, a trzy dni później – jedno z tych długo przez nich wyczekiwanych świąt, które przypomniało im, że już od dwóch lat są razem na dobre i na złe.
    Tego też dnia na farmie Trenwith pojawiło się dwóch nowych mieszkańców, którymi przy pomocy pani weterynarz, Greyback zdołał zaskoczyć swoją piękną żonę, gdy po porannym seksie i długich pieszczotach pod prysznicem, postanowił zaprosić ją na śniadanie w ogrodzie. Przy naleśnikach z syropem klonowym, w akompaniamencie ich ulubionej muzyki oraz przy zapachu bzu, który jak zwykle zdołał zorganizować, zza budynku nagle bowiem wypadły dwie, czarne jak noc kury, które gdacząc i biegając jak szalone, rozpoznawały właśnie teren. Danielle w określonym momencie je bowiem wypuściła z klatki i zachęciła, aby powędrowały w odpowiednią stronę – Connor zaś tym samym spełnił marzenie swojej żony o tych pięknych zwierzętach.
    Po takich przeżyciach niemożliwym w związku z tym było, aby reszta miesiąca w czymkolwiek im ustępowała, dlatego chociaż nie zrezygnowali z pracy i nadal dzień za dniem do niej chodzili, na ich twarzach i tak gościły uśmiechy. Być może miał w tym swój mały udział również fakt, że nie mieli zbyt wielkiego kontaktu z Hawthorne’ami, którzy wybrali się akurat na wakacje do Francji, gdzie podobno wypoczywali na Lazurowym Wybrzeżu i zacieśniali więzi między sobą. Wilkołak tak naprawdę podejrzewał jednak, że kłócili się tam dzień i noc, a w dodatku uprzykrzali życie innym turystom, ale pewności nie miał – faktem było natomiast, że kiedy wrócili, wcale nie wydawali się być szczęśliwsi czy bardziej uśmiechnięci. Greybackowie zaś i owszem, mimo pełni, którą rozpoczął się ich sierpień oraz upałów, które nadciągnęły do Boscastle.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Już od końca lipca planowali bowiem swoje wakacje, które – biorąc pod uwagę kalendarz faz księżyca oraz inne obowiązki – wyznaczyli na okres od ósmego września do dwudziestego pierwszego. W ten sposób z pełnią wypadającą na siódmy dzień miesiąca, mieli kilka pierwszych dni urlopu tylko dla siebie w domu na regenerację sił oraz spakowanie się i już w środę, dziesiątego, mogli wyjechać z Boscastle swoją przyczepą i skierować się na południowy-wschód: dokładnie do Penzance, miasta portowego znanego z powiedzenia „from Orkney to Penzance”, co w wolnym tłumaczeniu oznaczało „jak wyspa długa i szeroka”. Dotarli tam w półtorej godziny i spędzili niemal cały dzień na zwiedzaniu jego urokliwych uliczek, bo dopiero po południu mieli zarezerwowane miejsce na promie płynącym na wyspę St. Mary’s należącą do archipelagu Scilly.
      To właśnie tam bowiem postanowili spędzić tydzień swoich wakacji, jako że wyspy w pełni spełniały ich oczekiwania. Wyjeżdżali poza terytorium Boscastle, z którego chcieli się wyrwać, ale jednocześnie nie odjeżdżali gdzieś daleko – płynąć mieli zaledwie trzy godziny, co oznaczało, że przez cały czas mieli się znajdować w odległości około pięciu od domu. Było to też miejsce, którego jeszcze nie widzieli, no i sezon na wypoczynek dobiegł już końca, dzięki czemu nie mieli się tam natknąć na tabuny turystów, co również im wyjątkowo pasowało.
      Już od pierwszego wejrzenia zakochali się zresztą w tej części świata, która zachwycała nie tylko pięknem naturalnym, ale i tym, co stworzył tam człowiek. W zachwycie podziwiali więc widoki, które rozciągały się na prawo i lewo, gdy przemierzali wyspę, kierując się do Hugh Town, gdzie mieli spędzić noc na jednym z kempingów. Z samego rana zaś wybrali się na wycieczkę, którą rozpoczęli w muzeum Wysp Scilly, w którym zaznali się z bogatą i różnorodną historią wraków, rzymsko-brytyjskich artefaktów oraz środowiska. Potem skierowali się na północ, gdzie w klimacie dawnych czasów zapoznali się z Bant’s Carn: wejściem do podziemnego grobowca oraz wioską z pozostałościami po późnej epoce żelaza i czasach rzymsko-brytyjskich. Pojechali też nad zatokę Pelistry i w okolicy spędzili noc, aby kolejny dzień w pełni poświęcić Hugh Town.
      Trzeciego dnia zaś, pozostawiwszy przyczepę na płatnym parkingu, popłynęli na wyspę Tresco, na której nie wolno było poruszać się samochodami. Wynajęli więc rowery – Roselyn dostała fotelik księżniczki doczepiony do roweru Connora – i to właśnie na nich dotarli Tresco Abbey Garden, z którego wprost nie chciało im się wyjeżdżać i tylko konieczność pójścia gdzieś spać nakłoniła ich do przejazdu do New Grimsby. Stamtąd zaś rano pojechali na północ wyspy do zamku Cromwella z jego okrągłą, charakterystyczną wieżą i historią sięgającą siedemnastego wieku oraz do zamku króla Charlesa. Kolejnego dnia natomiast odwiedzili kościół świętego Mikołaja i wrócili na St. Mary’s, skąd we wtorek popłynęli już na ostatnią wyspę, Samson, chronioną prawem ze względu na szczególne odmiany roślin ją porastających. Zwiedzali tam kamienne wioski, w których jednak od połowy dziewiętnastego wieku nikt nie mieszkał.
      Siedemnastego września po raz ostatni położyli się więc na wciąż ciepłym po wakacjach piasku na St. Mary’s, aby odpłynąć z niej najpóźniejszym promem tego dnia i jeszcze tej samej nocy wrócić na farmę Trenwith, którą opiekowała się pani Thorton wraz ze swoim przyjacielem. W domu byli więc w czwartek po północy, co mocno im pasowało. Mogli bowiem wypocząć po podróży i piątek oraz sobotę spędzić na krótkich wypadach do ciekawych miejsc w okolicy, aby niedzielę od rana do wieczora spędzić w łóżku na słodkim lenistwie.

      Usuń
    2. Dwa tygodnie minęły więc jak z bicza strzelił i, co gorsza, nim się obejrzeli, tak samo stało się z ostatnim tygodniem września. Nagle w związku z tym odkryli, że jest już październik z urodzinami Iris wypadającymi szóstego oraz pełnią przypadającą na siódmy dzień miesiąca i jakoś się tak w tym wszystkim złożyło, że nie mieli ani chwili na spotkanie z Hawthorne’ami. Kiedy więc Felix zadzwonił do nich z propozycją, aby w sobotę poszli wspólnie do wesołego miasteczka, które przyjechało do Boscastle, a potem zjedli gdzieś obiad w restauracji, Greybackowie nie zastanawiali się długo, tylko się zgodzili, mając nadzieję, że przy innych ludziach będą się mocniej kontrolować, niż przy nich samych. I faktycznie: od samego początku tego wypadu było względnie dobrze, bo chociaż było widać, że Jo nadal nie widzi żadnego problemu u swojego dziecka czy w swoim zachowaniu, to się przynajmniej nie kłóciła z mężem. Nie licząc więc wiecznie szalejącego Jake’a, który przypominał trochę psa spuszczonego ze smyczy, naprawdę było przyjemnie – przynajmniej do czasu, aż uznali, że koniec zabawy i czas na obiad, bo wówczas chłopiec wpadł w histerię.
      To jednak wydawało się zrozumiałe, bo po prostu dobrze się bawił – nikt się w związku z tym nie spodziewał, że jego bunt, a później wielka obraza, eskaluje w coś poważnego. Pech jednak chciał, że Rosie zachowała się zupełnie inaczej: ona, choć smutna, przyjęła decyzję rodziców, wiedząc że jest czas na zabawę i jest czas na bycie grzecznym. Szalę goryczy przelało jednak to, że dostała w nagrodę pasek gumy rozpuszczalnej – Connor i Vera wiedzieli bowiem, że do obiadu jeszcze daleko, bo musieli nie tylko dojść, ale i zamówić – którym chciała się z Jacobem podzielić. On bowiem własnej nie dostał i to obudziło w nim diabła.
      Jego oczy zapłonęły gniewem, twarz wykrzywiła się w paskudnym grymasie, a z gardła wyrwał się wrzask, który dosłownie mroził krew w żyłach i szczęście w nieszczęściu, że tak się stało, bo dzięki temu przyciągnął na siebie uwagę dorosłych. Strach zaś pomyśleć, co by było, gdyby stało się inaczej…
      — IDŻ SOBIE! – Zawył bowiem i z całych swoich sił odepchnął od siebie chcącą dobrze Rosie, ale tak, że dziewczynka zachwiała się i cofnęła o parę kroków, próbując odzyskać równowagę, co udałoby jej się, gdyby nie krawężnik. Przez niego jednak nie uratowała się, tylko poleciała do tyłu, prosto na ulicę, co sprawiło, że serce Connora na kilka paskudnie długich sekund zamarło. Miał bowiem wrażenie, że wszystko to dzieje się w zwolnionym tempie i nie mógł uwierzyć własnym oczom, gdy nagle za plecami usłyszał charakterystyczny dźwięk silnika nadjeżdżającego samochodu.
      — ROSIE! – Rozległ się wówczas wrzask, który, jak miało się później okazać, należał do niego samego i nim zdążył się nad czymkolwiek zastanowić, rzucił się przed siebie, prosto na tę ulicę z jednym, prostym zadaniem: ochronić dziewczynkę za wszelką cenę.
      Nie myśląc więc nad niczym, nakrył ją swoim ciałem, chwycił w silny uścisk i przeturlał się z nią, nie wiedząc czy zdążył ani czy nic jej nie jest, czy nie uderzyła się w główkę i czy nie zrobił jej krzywdy. Był tak spięty i tak oszołomiony, że przez chwilę nie był w stanie się w ogóle ruszyć i nie zdawał sobie sprawy z tego, co działo się wokół. Nie miał więc pojęcia, że owy samochód, który nie miał szans ich wcześniej zobaczyć, wyjeżdżając zza zakrętu, zatrzymał się niedaleko z piskiem opon, a jego właściciel wyskoczył z niego przerażony. Nie zdawał sobie również sprawy z tego, że z jego rąk spływa krew, bo rozorał sobie skórę o asfalt ani że w jego ramionach drży jego córeczka. Leżał jednak tak, że była w pełni bezpieczna.

      przerażony tak jak jeszcze nigdy Connor, który nie ma pojęcia, co się dzieje, ale z miłości do córeczki oddałby własne życie...

      Usuń
  2. Roselyn Irisbeth długo miała odczuwać skutki uderzenia: najpierw o asfalt, a później o ciężkie i masywne ciało ojca, które jednocześnie przyniosło jej schronienie, ale tych kilka siniaków – nawet jeśli sporych – oraz szok, były i tak relatywnie niską ceną za to, że miała wyjść z całej tej sytuacji bez większego szwanku. Faktem było jednak, że w tych pierwszych minutach była zbyt przerażona, aby z czegokolwiek zdać sobie sprawę czy jakkolwiek zareagować na głos mamy, mimo że bardzo, ale to bardzo potrzebowała jej bliskości. Chciała, żeby Vereena ją przytuliła, żeby pogłaskała ją po włosach i zapewniła, że wszystko jest dobrze, a potem zabrała do domku i ani przez chwilę nie wypuszczała ze swoich ramion. Nie potrafiła jednak w żaden sposób jej o tym powiedzieć, tak jak i nie umiała wydać z siebie choćby najcichszego dźwięku.
    Podobnie zresztą było z jej ojcem, któremu krew szumiała w głowie, a serce łomotało mu w piersi jak szalone, nie potrafiąc się uspokoić, mimo że bezpośrednie zagrożenie już minęło. Dopiero teraz bowiem zaczęło docierać do niego, co mogło się stać, a obrazy sytuacji, jakiej przed chwilą był świadkiem, zaatakowały go jeden po drugim, pokazując mu jego małą księżniczkę, lecącą wprost pod samochód wyjeżdżającego zza zakrętu samochodu, który nie pędził, ale nawet przestrzegając przepisów i tak mógłby bez wątpienia wyrządzić jej poważną krzywdę. Ogarnęły go mdłości, a z jego piersi wyrwał się żałosny jęk, który w jakiś sposób chyba podziałał na Rosie: jej drobne paluszki wpiły się w jego ciało z taką mocą, że błyskawicznie się opamiętał.
    — Jestem tutaj, córeczko… – szepnął, obejmując ją opiekuńczo. – Jestem, księżniczko. Tatuś nie pozwoli, aby coś ci się stało… nie pozwoli… – mruczał, jednocześnie podnosząc wzrok na ukochaną, która musiała w którymś momencie paść przy nim na kolana, ale naprawdę nie miał pojęcia, kiedy się to stało. – Oddycha… oddycha – powiedział jej, mając samemu trudności z mówieniem, ale pragnąc, aby Vera wiedziała, że nie doszło do najgorszego.
    — Cholera jasna, nic jej nie jest?! – Lucas Morrow, młody architekt, który przyjechał do Boscastle z powodu zlecenia i właśnie jechał na spotkanie z klientem, kiedy najsłodsze dziecko, jakie kiedykolwiek widział, wypadło mu z chodnika na drogę, dobiegł na drżących i słabych nogach do rodziców tej małej dziewczynki, porzuciwszy samochód bez namysłu po przeciwnej stronie ulicy. – Nic im nie jest?! – Poprawił się, widząc leżącego na ziemi mężczyznę. – Nie widziałem… nie widziałem… – Zaklinał się na wszystkich bogów, zupełnie, co prawda, niepotrzebnie, bo Greybackowie wiedzieli, że jego winy w tym wcale nie było. To jednak, jak się zachował, dobrze o nim świadczyło. – Przysięgam, nie widziałem. Nie jechałem szybko… – Zapewniał Verę i Connora, nerwowymi ruchami szukając swojego telefonu. – J-ja… ja wezwę pogotowie… wezwę, dobrze? Jezus Maria! – Pociągnął się spanikowany za włosy, przeżywając prawdziwy koszmar, ale niestety rodzina z farmy Trenwith nie miała chwilowo głowy do uspokojenia go czy wyjaśnienia, że żadne pogotowie do Boscastle prędko nie dojedzie: że trzeba się będzie zdać na doktora Cartera.
    — W-weź… weź ją… – Próbując się otrząsnąć i zacząć myśleć trzeźwo, wilkołak zwrócił się do ukochanej, bo jej jako jedynej ufał: choć więc instynktownie pragnął nie wypuszczać córki z objęć, poprosił żonę o pomoc, bo wiedział, że Rosie potrzeba teraz ciepła i spokoju, a nie krwawiącego i napiętego ojca. – Już dobrze, kochanie… już dobrze – zapewnił małą, otwierając swoje ramiona i oddając ją matce, przez co coś w dziewczynce pękło.
    — Mamusiu… – szepnęła i zaniosła się płaczem, szukając u niej schronienia.
    — Connor? Connor, nic wam nie jest?! – Obudził się w tym momencie Felix i rzucił w stronę przyjaciela.
    — Zejdź mi, kurwa, z oczu – syknął jednak w odpowiedzi wilkołak i ignorując go, podniósł się ze stęknięciem do pozycji siedzącej, rzucając zaniepokojone spojrzenie żonie. – Co z nią? – Dobro oraz bezpieczeństwo Rosie było na pierwszym miejscu.

    przerażony Connor, który za chwilę straci kontrolę

    OdpowiedzUsuń
  3. Architekt, który właściwie niczym w tej sytuacji nie zawinił, był tak roztrzepany, że faktycznie nie od razu pojął, co mówi do niego rozdygotana matka dziewczynki, którą nieomal przejechał, ale kiedy tylko się opanował na tyle, aby ją zrozumieć, od razu zapewnił ją, że zrobi dla nich wszystko, co będą chcieli. Zapomniał o swoim kliencie i tak naprawdę zlecenie nie miało już dla niego żadnego znaczenia – skoro bowiem poszkodowani chcieli dostać się do domu, on chciał zrobić dla nich chociaż tyle po stresie, na jaki ich naraził.
    Inaczej miała się sprawa z ich przyjacielem, który nie spodziewał się chyba takiej reakcji ani ze strony pół-wili, ani ze strony wilkołaka. Stanął jak wryty, nie mogąc nawet przełknąć śliny i czując jak z niepokoju wali mu serce, bo szczerze przejmował się losem Connora i Rosie, ale uszanował decyzję i pani Greyback i jej męża. Jeśli więc słowa Vereeny miały uspokoić Hawthorne’ów i otworzyć im oczy, to odniosły tylko połowiczny sukces: dotarły bowiem do Felixa, ale do Josephine już nie. Kobieta ta od razu bowiem podniosła głos, oburzona tym, że jej się grozi i że traktuje się ją w ten sposób, co było już jednak nie do wytrzymania przez Connora. Wilkołak podniósł się wówczas, mimo że powinien przez jeszcze co najmniej kilka minut posiedzieć po tylu gwałtownych ruchach, które wykonał i z wściekłością stanął między kobietą, a swoją rodziną.
    — Moja żona coś powiedziała – syknął z furią. – Zamknij się, Josephine. Zamknij się i nie kłap więcej tą swoją jadaczką, bo tak się składa, że to ty jesteś winna tej sytuacji. To ty ciągle się upierasz, że z twoim synem wszystko jest w porządku, ale zamiast zrobić cokolwiek: jakkolwiek go pouczyć, ty głaszczesz go po ramionkach, jakby próba zamordowania mojej córki była dobrym pomysłem! – Warknął, nie bacząc na to, że ktoś może ich usłyszeć na tej ulicy. – Więc nie, droga Jo. To nie ty jesteś tu poszkodowana, a Rosie. Moje niewinne dziecko, które nie zrobiło żadnej krzywdy twojemu, a od dawna jest przez nie bite. Moje niewinne dziecko, które wyciągnąłem spod samochodu, bo twojemu zachciało się agresji. Moje niewinne dziecko, które nie zasłużyło sobie na takie towarzystwo, więc niniejszym ją z niego zabieram. Na dobre, Josephine – warknął. – A tobie radzę opanować swoją rodzinę, zanim twój syn naprawdę kogoś zabije – dodał ostro i odwrócił się do ukochanej, błyskawicznie zmieniając nastawienie. Nagle stał się łagodny i cichy, kiedy brał od niej ich córeczkę, a później niósł ją do samochodu architekta, który wciąż błagał ich o wybaczenie.
    Im jednak zależało tak naprawdę tylko na tym, aby jak najszybciej trafić do domu, dlatego gdy tylko zamknęły się za nimi drzwi do auta, pokierowali mężczyznę i poprosili, aby już nic nie mówił – chcieli się w pełni poświęcić roztrzęsionej Rosie. Ta zaś znów milczała, po prostu kurczowo ich się trzymając i nie pisnęła ani słówkiem nawet wtedy, gdy mniej niż pół godziny później ojciec wynosił ją z pojazdu i przenosił na kanapę do salonu. Była w takim stanie, że nic do niej nie docierało i tylko o jedno była w stanie prosić – o to, aby jej nie zostawiali ani na sekundę. Nic dziwnego, że się bała: słyszała przecież pisk samochodu i wrzask swoich rodziców, a jej ciałko było odrętwiałe i obolałe od upadku.
    — Najpierw ona, dobrze? – Odesławszy architekta i uklęknąwszy przy córeczce, Connor odezwał się do swojej żony. – Najpierw jej pomóż. Proszę – wyszeptał, jednocześnie czując jak do oczu napływają mu łzy, które szybko popłynęły po jego policzkach. Uchodziło z niego napięcie i strach: wiedział bowiem, że tego dnia mógł stracić jeden ze swoich najcenniejszych skarbów i naprawdę nie miał pojęcia, jak ma się z tym emocjonalnie uporać.

    pewien tatuś, który nie pozwoli, żeby jego córce znowu coś zagroziło

    OdpowiedzUsuń
  4. — Nie chcę, żeby cierpiała… – odparł ukochanej.
    Wiedział bowiem, że Vereena ma rację: że niewiele ugrają, jeśli on będzie krwawił na oczach małej, ale naprawdę nie wyobrażał sobie sytuacji, w której jej potrzeby zejdą na dalszy plan względem tego, co działo się z nim. Po prostu się z tym nie zgadzał i nigdy by sobie nie wybaczył, gdyby tak się stało, co też nie było dziwne – był przecież jej ojcem i mocno ją kochał. Sprawa była więc dość patowa i naprawdę nie wiedział, co z tym począć, dlatego sugestia żony napełniła go ulgą i radością – jak zwykle udowodniła, jak mądrą i wspaniałą jest kobietą, która nawet w kryzysie umie się opamiętać i znaleźć rozwiązanie na dosłownie wszystko. Plan bowiem, który przedstawiła, był świetny i Connor nie miał innego wyjścia, jak tylko skinąć głową na znak, że się z nią zgadza, bo tak było. Stał za nią murem.
    — Co ty na to, księżniczko? – Zwrócił się do Rosie z uśmiechem: najnaturalniejszym, na jaki było go stać. – Chciałabyś pomóc mamie opatrzyć tatusia? – Patrzył na nią ciepło, a kiedy mała przytaknęła skinieniem głowy, dodał: – W takim razie poprosimy mamę o przyniesienie jakichś opatrunków, hm? – Zaproponował łagodnie. – A potem mamusia naklei plasterki tobie, a tatuś w tym czasie oczyści ręce, żebyś mogła mi pomóc, dobrze? Przecież mała pielęgniarka musi być w pełni sił, a na to można liczyć tylko wtedy, kiedy się ma księżniczkowe plasterki, prawda? – Upewniał się, jednocześnie zerkając na Verę w nadziei, że zrozumie o co mu chodzi: że zauważy, jak z całych swoich sił próbował nakłonić małą do poddania się zabiegom najpierw, zwłaszcza, że w jej przypadku miały być krótkie, a dopiero potem skupienia się na nim. Zwyczajnie, myśl o tym, że jej drobne ciałko miałoby być atakowane przez jakiekolwiek zarazki czy bakterie, które skryły się w zanieczyszczonych ranach, była dla niego zabójcza. Oczywiście, wiedział przy tym, że Rosie jako jego córeczka szybko się z tego wszystkiego wyliże, przynajmniej pod względem fizycznym, bo z psychiką mogło być różnie, biorąc pod uwagę to, jak wrażliwą była dziewczynką, ale dla własnego spokoju potrzebował pewności, że zrobili dla niej wszystko, co trzeba. – Wspaniale! – Uśmiechnął się do niej szeroko, kiedy zgodziła się na taki pomysł, a potem spojrzeniem przeprosił ukochaną, że każe jej chodzić: wiedziała jednak lepiej, gdzie trzyma wszystkie potrzebne rzeczy. Poczekał więc, trzymając córkę za rękę, aż Vera do nich wróci, a potem wziął od niej płyn antyseptyczny i zaczął obmywać lewe ramię, przez co Roselyn, skoro dotrzymał słowa, pozwoliła mamie się sobą zająć, podekscytowana tym, że niebawem sama będzie mogła być pielęgniarką. Ledwo więc pół-wila zdołała nakleić ostatni plaster na skórę córki, ta przysunęła się do ojca i z wielką radością sięgnęła po plasterki, które, pech chciał, w stu procentach były różowe, co nawet zdołało ją rozbawić ku uldze jej rodziców. – No nie! – Zawołał zresztą teatralnie Connor na ich widok. – Nikt mnie nie ostrzegał, że będą aż tak dziewczyńskie. Nie! – Piszczał żartobliwie. – Nie! Ratuj mnie, kochanie! – Spojrzał błagalnie na żonę. – Ratuj, zanim mnie oksiężniczkują! – Błagał z zaangażowaniem, wiedząc że i tak nic nie ugra, ale pragnąc, aby Rosie poczuła się swobodniej.
    Dla niej bowiem zrobiłby absolutnie wszystko.

    wilczek, który stara się dla swoich kobiet

    OdpowiedzUsuń
  5. W dużej mierze zarówno on, jak i pół-wila, działali po omacku. Jakby bowiem nie patrzeć, nie mieli pojęcia, co robić, mówić i jak się zachowywać wobec Rosie, bo doświadczenie z dziećmi po przebytej traumie mieli dosłownie zerowe, nie licząc własnych, nie najlepszych przeżyć. Mogli się zdać właściwie wyłącznie na instynkt rodzicielski, bo nawet możliwości porozumienia się z kimś i dopytania o poradę nie mieli – byli właściwie bezradni, ale jednocześnie kochali małą tak mocno, że nie mieli zamiaru dawać za wygraną ani w jakikolwiek sposób się poddawać. Robili więc to, co wydawało im się najlepsze i choć może z zewnątrz wyglądałoby to idiotycznie, biorąc pod uwagę to, że nie pojechali do żadnego szpitala, tylko siedzieli w domu, we własnym salonie i pozwalali, aby ich powypadkowe dziecko opatrywało tatę, ale szczerze nie widzieli innego wyjścia z tej patowej sytuacji. Connor wydurniał się więc, bo wydawało mu się, że tego typu zachowanie, choć idiotyczne, miało szansę oderwać myśli małej od tego, co się jej przydarzyło. To zaś obrali za swój priorytet, nie chcąc aby roztrząsała to wszystko teraz.
    — I ty, Brutusie, przeciwko mnie? – Pisnął więc z rozżaleniem, robiąc kocie oczka do swojej ukochanej, gdy oznajmiła mu, że nijak mu nie pomoże, wymawiając się tym, że władzę sprawowała obecnie ich córka. Wcześniej, na jej uwagę dotyczącą możliwej potrzeby założenia szwów, kiwnął tylko przecząco głową: bądź co bądź, był wilkiem, więc wszystko się na nim i tak błyskawicznie goiło. – Doktor Rosie wcale nie zna litości… pomóż mi, błagam, okaż łaskę! – Wołał zatem dalej do Very, ku uciesze małej, która specjalnie zużywała więcej plasterków na jego rany, aby miał na sobie masę księżniczek. – Raaatuuuunkuuuu! – Zawył wreszcie żałośnie, kiedy uwaga Vereeny wcale nie podniosła go na duchu i pociągnął żałośnie nosem wraz z chwilą, w której ostatnia, setna już chyba w jego pojęciu, kolorowa taśma z gazą została przymocowana do jego skóry. – Teraz będę panią Connorką… – zachlipał, asekurując jednak córeczkę, gdy wspinała mu się na kolana; usiadł bowiem na czas zabiegów na kanapę, podnosząc się z ziemi. – Będę musiał zacząć nosić sukienki… i buty na obcasie… i-i… i makijaż! – Wciągnął gwałtownie powietrze do płuc, jakby przerażenie w nim sięgnęło zenitu, co ogromnie bawiło pannę Greyback. – I nawet czekoladę na smutki mi proponujecie… ratunku! – Udawał płacz, referując do tego, że w ich domu kakao pod każdą postacią uznawane było za lekarstwo na każdy babski problem, co sprawiło, że Rosie tym bardziej chciała zaproponowany przez mamę napój i błyskawicznie potwierdziła, że tatuś i ona zamawiają po jednej. – Kawy, kawy! – Wołał więc wilkołak dla ratowania własnej skóry, a jego córka przekrzykiwała go radośnie, mówiąc: czekolady, czekolady!, co oczywiście miało zostać zrealizowane przez jej mamę. Od samego początku było bowiem wiadome, że weterynarz tylko się wygłupia i zajmuje jakoś myśli ich pociechy, ale jednocześnie stało się zadaniem na pełen etat, bo z chwilą, w której srebrnowłosa wróciła z dwoma parującymi kubkami, przedstawienie musiało trwać dalej. – No nie… – jęknął w związku z tym zawiedziony wilkołak, wyczuwając w powietrzu brak charakterystycznego zapachu kawy. Rosie była natomiast zachwycona i tym chętniej miała wypić kubek, który podała jej pół-wila, co także było ich zamiarem. Czekolada przecież wzmacniała i dodawała sił. – Ech… no jak muszę… – burczał dalej pan domu, gdy wciśnięto mu do rąk jego własną porcję, a potem z udawanym bólem i rozżaleniem, zanurzył usta w cudownym płynie, patrząc na żonę z wdzięcznością, aby później tak długo tulić do siebie córeczkę i gładzić ją po jej pleckach, aż usnęła z głową na jego kolanach, wyczerpana wrażeniami i strachem. – Powiedz, że to zły sen… – szepnął wówczas błagalnie wilkołak, nie musząc już udawać.

    przerażony Connor, który chciałby się obudzić

    OdpowiedzUsuń
  6. Gdyby cała ta sytuacja okazała się wyłącznie snem, wszystko zdecydowanie stałoby się prostsze dla rodziny Greybacków. Wydarzenia te pozostałyby bowiem wyłącznie w świadomości pół-wili i jej męża, gdzie nawet jeśli powodowałyby ich nadmierną opiekuńczość czy wręcz panikę, to przynajmniej nie obciążyłoby na resztę życia Roselyn. Connor zaś jako ojciec zdecydowanie o wiele bardziej wolał być tym, który cierpi i zmaga się z kłopotami, niż obserwować, jak zmuszone do tego jest jego dziecko. Stąd też się wzięła jego wielka nadzieja na to, że Vereena czule, jak to tylko ona potrafiła, zapewni go, że niebawem sprawy się ułożą i nic już nie będzie ich martwić, bo się obudzą i pójdą do wesołego miasteczka, a potem wszystko będzie już idealnie.
    Jęk żony uświadomił mu jednak, że nie ma co liczyć na taryfę ulgową. Co gorsza, jej słowa najdobitniej pokazywały, w jak poważnych tarapatach się znaleźli: jak mocno miała ich naznaczyć cała ta sytuacja i ile zmienić w ich codzienności. Niestety, nie było pewnym, czy na lepsze, skoro od tej pory zaufanie miało przychodzić im z trudem.
    — Nie wymawiaj tego imienia – poprosił cicho, jedynie na tę krótką chwilę urywając wypowiedź ukochanej: na samą myśl o dziecku, które nieomal zamordowało jego latorośl, robiło mu się słabo, a jednocześnie nóż mu się otwierał w kieszeni. – Nie wymawiaj… – powtórzył, a jego głos był zbyt lodowaty i zbyt przepełniony zawiścią, aby można było wątpić w to, co z nim zrobiły te wydarzenia. Spojrzał w zamyśleniu na córeczkę i pogładził ją po jej miękkich włoskach, w czasie gdy Vereena kończyła swoją myśl. – Nie byłabyś w tym sama – szepnął wreszcie z przekonaniem, które sprawiło mu potworny ból, bo wiedział, że tak nie wolno: że w ogóle snucie planów na temat zrobienia krzywdy małemu dziecku było okropne. – Ja… – zaczął, chcąc cokolwiek dodać, ale nie umiał: brakowało mu słów, aby odnieść się jakkolwiek do tej sytuacji. – Tyle razy… – jęknął wreszcie. – Tyle razy im mówiliśmy. Tyle razy powtarzaliśmy. Tyle, kurwa, razy, dawaliśmy im do zrozumienia, że muszą coś zmienić, a oni… – Gdyby nie nagły, niespokojny ruch dziewczynki, w tym momencie niechybnie by wybuchł. Tak jednak wziął głęboki oddech. – I jeszcze ta pewność – rzucił z frustracją. – Ta jej pieprzona pewność – referował do Josephine – że jej dziecko jest idealne i nie zrobiło nic złego… te jej próby bronienia go… cholera jasna! – Wybuchł, nie radząc sobie najlepiej z emocjami. Jedno zaspane oko Rosie spojrzało na niego z dezorientacją. – Ćśśś, kochanie, ćśśś… już dobrze… nic się nie stało. Nic… śpij dalej, maluszku. – Opamiętał się dla niej w mgnieniu oka i od razu zabrał za uspokajanie jej. – Tatuś przeprasza, kochanie. Nic złego się nie dzieje. Nic… – zapewniał ją, dopóki nie usnęła na dobre, a potem spojrzał z bólem na żonę. – Ja też bym się nie wahał… spójrz, co zrobili z naszym dzieckiem. Przecież… przecież… – Cała jego twarz wyrażała dezorientację, bo Connor nie umiał pojąć, jak ktokolwiek mógłby chcieć zrobić choćby najmniejszą krzywdę jego księżniczce. Roselyn była bowiem wspaniałym dzieckiem, które nie sprawiało problemów i było dla wszystkich miłe. – Nie chcę ich kiedykolwiek więcej w jej pobliżu, Vero – wyznał wreszcie żałośnie. Wiedział, że to nie będzie łatwe, choćby ze względu na to, do jakiego przedszkola chodziła ich pociecha, ale zupełnie sobie tego nie wyobrażał. – Nie chcę, żeby ten… ten… ten potwór – sapnął, nie umiejąc inaczej mówić o Jacobie – spojrzał na nią znowu. Nie chcę, bo nie ręczę za siebie. Ty nie darowałabyś, gdyby ją skrzywdził, ja… ja nie umiem już teraz. Nie umiem, Vero – wyszeptał ze skruchą i żalem, czując że czyni go to złą osobą.

    wilczek, który nie wie, co myśleć ani co robić

    OdpowiedzUsuń
  7. Do jej uszu doszedł gromki śmiech nieco bezczelnej a wręcz nieprzyjemnej klienteli, która żądała kolejnych dolewek ognistej whisky, która lała się wręcz strumieniami i hektolitrami. Mężczyźni byli całkowicie zalani, a towarzyszące im cichutkie kobieciny sączyły porzeczkowy rum, zachowując pozory trzeźwego umysłu. Chociaż Chloe Greyback będąc już w dziewiątym miesiącu ciąży z pewnością nie powinna pracować, to starała się wykorzystać ten czas, póki jej samopoczucie było względnie dobre a chciała także wykorzystać swój wolny czas na spędzenie go z Connorem, który często tu przebywał. Niestety, nie tylko on dzisiejszego wieczoru spędzał czas w Gospodzie Pod Świńskim Łbem. W jednym z kątów sali dostrzegała sylwetkę szczupłej, pięknej kobiety. Vera Thorne. Zupełnie jakby ktoś ją tutaj zapraszał... Chloe nie potrafiła powstrzymać tych złośliwych myśli, które jak nieznośne pszczoły bzyczały w jej głowie. Tak samo nie była w stanie powstrzymać zdenerwowania spowodowanego obecnością młodej kobiety w gospodzie. Nie chciała jej oglądać, tak samo jak nie chciała o niej słuchać. Nie wystarczyło jej, że pracowała w tym samym miejscu co jej małżonek? Czuła jak serce znacznie przyspiesza bicie, puls także. W jej głowie wciąż krążyły niejasne myśli i zastanawiała się czy rzeczywiście uczucia jej męża i hogwarckiej pielęgniarki się do siebie wypaliły, lecz szczerze w to wątpiła. Doskonale zdawała sobie sprawę, że Connor był z nią głównie przez wzgląd na dziecko, któremu oboje mieli zapewnić normalny dom i szczęśliwe życie. Pani Greyback była gotowa na wszystko, aby do tego doprowadzić. Chociaż pojęcie wszystko nie było tutaj tak dosłowne, bo Chloe nie była w stanie nikogo skrzywdzić.Jej serce było ze złota i okazywała dobro nawet tym, którymi powinna gardzić czy ich nienawidzić. Z pewnością na samym szczycie listy powinna znaleźć się panna Thorne, ale tak nie było. Młoda charłaczka czuła względem niej jedynie wszechogarniającą zazdrość, która momentami zabierała jej oddech.
    Zacisnęła mocno powieki, opierając się o blat i starając się odgonić zazdrość i brzydkie myśli, wkradające się do jej głowy.
    — Głęboki wdech i wydech. Oddychaj spokojnie... Nic się nie dzieje, nic się nie.. - urwała, klnąc siarczyście pod nosem co było do niej niepodobne. Byłą delikatna i subtelna, nigdy nie krzyczała nie wdawała się w żadne awantury, jedynie z pokorą przyjmowała to co los jej dawał, niezależnie czy było to dobro czy zło. Jednak w czasie ciąży emocje wręcz kipiały, hormony atakowały, nie pozwalając na zdolność logicznego myślenia, czy zachowania stoickiego spokoju. Wzięła tacę pełną kieliszków mocnego alkoholu i już się obróciła, wpadając na drobną postać. Przerażonymi oczami wpatrywała się w postać rysującą się tuż przed nią, przez chwilę nawet nie zwracając uwagi na stłuczone szkło i rozlany alkohol. Dłonią przesunęła po brzuchu, z trudem przełykając ślinę. Czuła jak dziecko zaczęło ją kopać, chyba wyczuwając stres przyszłej mamusi.
    — Zrobiłaś to specjalnie? Nie wystarczyło Ci wgapiania się w mojego męża? Próbujesz jeszcze doprowadzić do tego, aby mnie stąd wyrzucili? — syknęła cicho, bliska histerii. Ze złością zmieszaną z niepokojem wpatrywała się w Verę.

    rozzłoszczona charłaczka

    OdpowiedzUsuń
  8. Gdzieś tam hen głęboko w zakamarkach swojego umysłu, Connor miał świadomość, że jako ojciec, który ochrzcił swoją córkę, nie powinien zachowywać się w ten sposób. Wiedział, że jako osoba wierząca, był niejako zobowiązany do wybaczania i dawania innym drugiej szansy, ale chociaż bardzo, bardzo chciał w tym wypadku być mniej kategorycznym, po prostu nie potrafił ot tak zapomnieć o tym, co się wydarzyło i jakkolwiek usprawiedliwić Jacoba czy jego rodziców. O ile bowiem to, jak zareagował – a przecież był to z jego strony regularny atak histerii – kiedy dobra zabawa się skończyła, mogło być w jakiś sposób wyjaśnione – zawinili jakby nie patrzeć Felix i Jo, którzy po prostu przyzwyczaili go do tego, że zawsze dostaje wszystko, czego chce – tak to, co zrobił małej pannie Greyback było nie tylko niedopuszczalne ale i niewybaczalne. Zachował się tak, jakby szczerze chciał, żeby zniknęła i choć był tylko dzieckiem, a więc jego świadomość tego, co dobre a co złe była jeszcze mocno zachwiana, to nie sprawiał wrażenia niezdającego sobie sprawy z konsekwencji jego działań. Przypominał raczej dziecko, które doskonale wiedziało, co się stanie i wręcz na to czekało: na cierpienie, ból i krzywdę Roselyn.
    Tego zaś nie dało się po prostu zignorować.
    — Nie musisz przepraszać – zapewnił w związku z tym wilkołak swoją żonę, gdy mówiła o tym, jakich niedopatrzeń dopuścił się pan Hawthorne, bo w tym momencie nie było miejsca na sentymenty ani na przyjaźnie. Błąd był błędem i tym razem nie chodziło o powiedzenie czegoś nie tak, czy zranienie wzajemnie uczuć, co zdarzało się nawet najbardziej oddanym przyjaciołom. Ta sprawa dotyczyła dziecka, które mogło zginąć, gdyby Connor znajdował się choćby pół metra dalej. – Spieprzył na całej linii… spieprzył i… – Wziął głośno powietrze do płuc, nie mogąc tego pojąć ani nie umiejąc uzmysłowić sobie, jak można być aż tak zaślepionym, aby dopuścić do czegoś podobnego. – Nie usłyszeliśmy nawet głupiego „przepraszam”, prawda? – Szepnął, nie potrzebując jednak potwierdzenia. Niestety, z tej jednej rzeczy zdawał sobie w pełni sprawę, mimo że większość wydarzeń z miasteczka pozostawała dla niego za mgłą.
    Pewnie gdyby w grę nie wchodziły emocje, traktowałby to nieco inaczej – trzeźwo bowiem patrząc, Hawthorne’ów też spotkała nie lada niespodzianka i mieli prawo być w szoku, co oczywiście nie znaczyło, że nie powinni byli się zachować inaczej. Wilkołak jednak patrzył na to przez pryzmat miłości do swojej córeczki, a ten nie pozwalał mu na miłosierdzie. Wątpliwym było więc to, czy fakt, że w tym samym czasie w domu Felixa i Josephine trwała wielka kłótnia, która okraszona była masą łez i przerażenia z powodu tego, czego dokonał ich syn, cokolwiek by dla niego zmieniło. Obecnie Greyback bowiem po prostu widział w nich zło i zagrożenie dla Rosie – jako ojciec zaś uznawał za swój obowiązek chronić przed tym córkę.
    — Nie zasłużył – stwierdził więc tylko, kiedy Vera wspomniała o prezencie, ale rozumiał jej punkt widzenia i nie zamierzał odwodzić od tego pomysłu. – Nie wiem, kochanie – szepnął później ze szczerym żalem i smutkiem. – Nie mam pojęcia, moja śliczna, bo nasza mała ksieżniczka niczym na to nie zasłużyła. T-to.. to… – urwał, kręcąc głową, wdzięczny jednak za tę bliskość, którą zainicjowała pół-wila, a która mocno mu pomagała. – Powinienem był cię słuchać. Powinienem był zareagować dobitniej… powinienem był… – Connor nagle poczuł, jak zalewa go fala wyrzutów sumienia, zrozumiała w takim wypadku, choć irracjonalna. – Powinienem był temu jakoś zapobiec. Przecież… przecież to nie powinno się było w ogóle wydarzyć! Nie jej! – Jęknął żałośnie. – Nie naszej córeczce – dodał z bólem. – Przepraszam... przepraszam, Vero. J-ja... nie dopuszczę ich do niej więcej, nie dopuszczę! – Przysiągł nagle.

    bardzo, bardzo smutny wilczek, który nie wie, jak się z tym uporać

    OdpowiedzUsuń