29 października 2016

Quality does not know compromise.


Artair Iver Avery
Slytherin | klasa VII | różdżka bardzo sztywna o długości dwunastu i pół cala, mahoniowa z łuską chimery | wpisani do Skorowidzu Czystości Krwi od wielu pokoleń | boginem on sam | patronusa wyczarować nie potrafi w ogóle
Ponownie ścigający, kapitan drużyny Ślizgonów.*

Były ścigający, któremu zdarzy się doglądać treningów drużyny. Nigdy nie powstrzymuje się od komentarzy na temat przerażająco niskiego poziomu gry zawodników, tłumacząc swoje odejście właśnie tym faktem. W końcu był za dobry, aby grać z dzieciakami, które nie potrafią odróżnić przodu miotły od jej końca, chociaż tak naprawdę nie to było powodem jego rezygnacji… Wszyscy dobrze pamiętali, po którym meczu oznajmił, że już więcej na miotłę w Hogwarcie nie wsiądzie. Dziwnym trafem krótko po nim, swoją drużynę opuścił chłopak, który z pewnością nie miał wpływu na decyzję Avery’ego. Przecież ten zrezygnował tylko i wyłącznie z powodu niskiego poziomu rozgrywek, znajdując sobie w zamian inne zabijacze czasu, bo tak właśnie nazywał wszelkie zajęcia poza lekcyjne. Klub Ślimaka był jego ulubionym, do momentu gdy nie trafiło tam zbyt wiele nieodpowiednich nastolatków, którym wydawało się, że faktycznie mają prawo do znajdowania się w gronie nielicznych farciarzy. Tak naprawdę z przynależności do klubu nie zrezygnował, jednak na spotkaniach nie pojawia się regularnie, najchętniej po prostu przestałby na nie chodzić, wiedział jednak jak zareagowałby jego ojciec, chociaż z drugiej strony nie raz słyszał jego komentarze na temat niektórych nazwisk, wciąż przywiązując uwagę do elitarności ślimaka, nie przyjmował do wiadomości aby jego pierworodny do owego klubu nie należał. Artair był posłusznym synem i spełniał wszystkie zachcianki ojca, nawet jeżeli te wydawały mu się absurdalne. Robił wszystko aby mu się przypodobać, starał się z całych sił by ojciec w końcu zauważył go jako tego dobrego syna. Niestety… To wciąż pozostawało w sferze marzeń, a sam Artair zaczął lawirować pomiędzy złem a dobrem, jak gdyby chcąc sprawdzić grunt, po którym może stąpać. Za każdym razem sprawdzając reakcję ojca i to, jak bardzo interesują go czyny własnego syna… dopiero niedawno jednak zorientował się, jak bardzo przeraża własnego ojca, wciąż jednak nie rozumie jakim prawem dochodzi do tych cholernych epizodów, o których ojciec zabronił mu mówić komukolwiek. Sam Artair zdawał sobie sprawę, że jego… pewnego rodzaju zdolności nie powinny mieć miejsca, nawet w świecie czarodziejów. Tak, jak gdyby ktoś rzucił na niego klątwę, której nie da się pozbyć, o której nie może powiedzieć słowa aby nie stać się przypadkiem okazem zamkniętym w klatce i wytykanym palcem.
Artair? Jego nikomu nie trzeba przedstawiać… to Avery, przecież wiesz. 



fc; Jordy Baan, przyjmiemy wszystko.
* ZARAZ PYKNIE 200 KOMENTARZY TO ZAKTUALIZUJĘ KARTĘ BO MI SIĘ TERAZ NIE CHCE, ALE TAK. WRÓCIŁ DO GRY.

169 komentarzy:

  1. [Wiesz, bierz kogo chcesz <3]

    Ethel, Julek i Lu

    OdpowiedzUsuń
  2. [Ale przepraszam bardzo, co się tu dzieje? Czeklo i Ślizgon? Dlaczego ja nic nie wiem? Co to jest? Miałam się burzyć tą pewnością siebie Twojej postaci, ale bardziej jest oburzana na moją niewiedzę!]

    wiesz kto

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. *jestem oburzona

      WIDZISZ, NAWET NIE POTRAFIĘ PRZEZ TO NORMALNIE PISAĆ

      Usuń
  3. [Witam kolejną z twoich postaci! :)
    KP, jak zawsze, ciekawa, podobnie jak i młody Ślizgon sam w sobie ;)
    Bogina nie zazdroszczę, a tobie samej życzę niekończącej się weny i czasu na pisanie! :]]

    Teddy

    OdpowiedzUsuń
  4. Jeszcze w zeszłym roku Lucy stałaby otoczona grupką śmiejących się ludzi albo latałaby to do Krukonów, to do Ślizgonów, przy czym do tych drugich zdecydowanie częściej, z uwagi na Jamesa (ewentualnie z uwagi na Malfoya, ale do tego tematu wracać nie zamierzała). Nic więc dziwnego, że niejednokrotnie potrafiła zjednać sobie w jakiś dziwny sposób ślizgońskie dusze. Teraz stopniowo grono przyjaciół się topiło – jedni pokończyli szkoły, inni znaleźli sobie parę, jeszcze inni zajęci byli szeroko pojętym życiem. Wbrew pozorom nie działo się to samo z siebie. Lucy zwykle uchodziła za wolnego ducha, którego, jeśli go nie dogonisz, najpewniej stracisz z oczu, który patrzy gdzieś poza horyzont w sobie znany tylko punkt. Jak to wprawnie określiła Julia – Lucy była jak mgła, a z mgły nikt nie budował filarów.
    Od jakiegoś jednak czasu sprawiała wrażenie zamyślonej, jakby przez wakacje dojrzała szybciej, niż jej dotychczasowe koleżanki z domu. De facto nic nie było przypadkowe i Wood wiedziała o tym aż za dobrze. Dokładnie ważyła czas potrzebny na treningi, by nie zwrócić uwagi nieprzygotowaniem drużyny do zawodów, ten na naukę, by nie zawalić z przedmiotów jej najbliższych, a jednocześnie podciągnąć się z tych, w których orłem nie była, dla znajomych (ten ważyła najostrożniej), gdy musiała być jednocześnie obecna i nieobecna. Tak, by ostatecznie nikt nie mógł powiedzieć o niej więcej niż fajna była. Swoim starym zwyczajem musiała rzucać się w oczy i jednocześnie gasnąć coraz bardziej.
    Dlatego też wszelkie komplikacje były jej wyjątkowo nie na rękę i sprawiały, że musiała poświęcić czemuś więcej uwagi, niż z początku planowała. Równowaga, którą starała się zachować, chwiała się zatem niebezpiecznie w sytuacjach takich jak ta. Avery. Chłopak, którego od kilku lat poznawała dość boleśnie – starcia na miotłach, ślizgońska natura, uszczypliwe komentarze po meczach, na spotkaniach Klubu Ślimaka, gdy wyraźnie dawał do zrozumienia, że niektórych nie powinno na nich być. Powiedzenie jednak, że go nie lubiła, byłoby byt płaskim stwierdzeniem. Nie istniał otwarty konflikt, ale gdy w jednym pomieszczeniu znajdowała się Wood i wchodził Avery, Lucy wyraźnie czuła, jak powietrze gęstnieje, jakby niewypowiedziane uszczypliwe słowa zawisły, ciążąc jej na ramieniu.
    Zastanawiając się jednocześnie nad tym, jak skupić uwagę Artaira na spotkaniach w klubie, szperała w książkach z transmutacji. Nie musiała tego robić po nocy, w końcu nie zaglądała nielegalnie do działu ksiąg zakazanych. Jeszcze. Ale słońce już dawno schyliło się ku zachodowi. Wieczorem zdecydowanie lepiej się jej myślało. Cholera jasna, czy ktoś w ogóle o tym napisał? Nawet nie wiem co mogłoby skupić jego uwagę. Tylko eliksir wielosokowy? Wierzyć się nie chce. A może on wcale nie jest taki ważny, jak się wydaje? Nie transmutacja ludzi w zwierzęta, szukam zmiany wyglądu! Czym interesują się siedemnastoletni chłopcy?
    Pochylając się nad książką, tkwiąc gdzieś między regałami opuszczonej biblioteki, westchnęła ciężko. Zamierzała przeczekać sprytnie moment wyjścia bibliotekarki, manewrując między regałami, gdy robiła obchód. Robiła to zawsze tak samo i Lucy w mig pojęła ten schemat.
    - Szlag by to trafił – zaklęła pod nosem, orientując się, że po raz trzeci czyta to samo zdanie o zmianie człowieka w słonia. – Jakby komukolwiek było to w życiu potrzebne. – mruknęła jeszcze, odkładając na półkę nieszczęsną księgę i biorąc nową. Gdy tylko zdjęła drugą z półki, spojrzała przez regał, napotykając dobrze znajome chłodne spojrzenie ciemnych oczu. Przez chwilę widać było na jej twarzy odbitą konsternację, zaskoczenie i całe skupienie oraz zniecierpliwienie, z którymi przeglądała księgi, ale niemal odruchowo uśmiechnęła się lekko, jakby zmęczona. Zmęczenie było dobrą cechą, której pojawienie się zawsze można było łatwo i logicznie wytłumaczyć. Odwróciła wzrok, jednocześnie zastanawiając się, czy właśnie nie przepuściła okazji. Ostatecznie spojrzała między książkami raz jeszcze, podążając za nim wzrokiem.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. -Avery – zagadnęła cicho, nie chcąc burzyć spokoju, w którym tkwiła wieczorem biblioteka. – Nie widziałeś przypadkiem tam czegoś o transmutowaniu wyglądu? – zapytała, przygryzając lekko dolną wargę. Ten gest mógł oznaczać skrępowanie, była gotowa, że chłopak pomyśli (i najpewniej jej wytknie), że w jej przypadku i tak nie ma czego ratować, bo tragiczny wygląd nie ulega transmutacji, ale tak naprawdę serce zabiło jej mocniej i w myślach trzymała kciuki, by nie ukrócił tej rozmowy krótkim nie.

      Luśka

      Usuń
  5. [ Fajny Ślizgon! Ale z karty wydaje się mniej demoniczny niż myślałam, że będzie ;p Chociaż pewnie Ty i tak masz na niego demoniczny plan. Powodzenia z kolejną postacią i jakbyś miała jakiś pomysł na wątek to oczywiście zapraszam ;) ]

    Julia

    OdpowiedzUsuń
  6. [ A to jakby Cię olśniło to zapraszam ;) ]

    Julia

    OdpowiedzUsuń
  7. [Ty wiesz, co ja sobie o nim myślę ;> ❤]

    OdpowiedzUsuń
  8. [Dobry wieczór! Jej, podziwiam za pięć postaci, serio *,* I nie miałam pojęcia, że pojawiło się dużo postaci, które czują się lepsze od innych, niestety nie czytałam poprzednich kart :) Ale mimo to, każda postać i tak zapewne wyjdzie inaczej.
    A ja ciekawa jestem co to za zdolności panicz Avery posiada :D Czytając kartę wpadłam jedynie na pomysł, aby znali się dzięki rodzicom, którzy mogliby mieć ze sobą nawet dobry kontakt. Ogólnie zbytnio by się nie kolegowali, każde miałoby własnych znajomych, ale mogliby się trzymać razem podczas tych całych spotkań w Klubie Ślimaka. A jako, że wczoraj było Halloween, w Hogwarcie Klub Ślimaka mógłby właśnie organizować jakieś spotkanie w związku z tym wydarzeniem. Każdy członek mógłby zabrać osobę towarzyszącą i albo nasze postacie zabrałyby ze sobą kogoś pierwszego lepszego, a później spędzali cały wieczór w swoim towarzystwie, unikając swoich partnerów albo by się dogadali i poszli razem :) Boru, mam nadzieję, że z sensem piszę, bo ledwo dzisiaj myślę.]

    Kalia

    OdpowiedzUsuń
  9. [Pewnie dziwnie to zabrzmi i tak najprawdopodobniej będzie, ale jestem zaszczycona Twoją niemożnością wypowiedzenia się na temat mojej karty. Dziękuję serdecznie za cichą pochwałę, takie też są cenne.]

    Clementynka

    OdpowiedzUsuń
  10. [O, będę wdzięczna za zaczęcie :3 I w sumie też wolę opcję, w której przychodzą z kim innym, a później ich ignorują :)]

    Kalia

    OdpowiedzUsuń
  11. [Dziękuję za miłe słowa! Przyznam, że Twoim postaciom nie przyjrzałam się w całości, skupiając się bardziej na trzech, a już przede wszystkim na Loudres (ta piosenka z Igrzysk Śmierci... serduszko). Jednak to co zauważalne w Twoim przypadku, to fakt nadawania każdemu z bohaterów pewnego, specyficznego haczyka. Uwielbiam, gdy detale tworzą z postaci niepowtarzalne jednostki.
    Czekoladowa Maso, tak dobrych wątków jak milka z orzechami!]

    Francis

    OdpowiedzUsuń
  12. [Dziękuję bardzo!
    Jeśli mogę liczyć na zaczęcie, by się wczuć, to będzie mi bardzo miło. Zacząć natomiast możemy od... momentu, w którym Avery widzi niewinny flirt Quinn, może?]

    Quinn Scabior

    OdpowiedzUsuń
  13. Uczyła się zręcznie lawirować między prawdą a kłamstwem, przygotowując się, grając, nawet przed przyjaciółmi. I o ile z osobami takimi jak Julia nie miała większego problemu, bo trwały przy niej nie zadając zbyt wielu pytań, akceptując ulotną naturę Lucy Wood, to z Freddiem już zdążyła się pokłócić. A ona była jak mgła. Niby gęsta i żywa, obecna i widoczna, ale niemożliwa do uchwycenia, rozpływająca się przy podmuchu wiatru. Ale takie niuanse pozostawały dla wprawnego obserwatora, na szczęście, nie dla buca, który nie widzi dalej niż czubek własnego nosa.
    Szczerze mówiąc była w podobnej sytuacji, co Avery. Nie była prymuską, nie mogła chęci odwiedzin w dziale ksiąg zakazanych wytłumaczyć swoim pociągiem do nauki. Była córką Wooda, była niejako wklejona w rzeczywistość sportową, była wygadana, niejednokrotnie pewna siebie i impulsywna, musiała zatem świetnie odnajdywać się w społeczeństwie. Jednocześnie miała wrażenie, że to wszystko, co ją otacza, jest niesamowicie płaskie, a jej osoba została sprowadzona do fajnej dziewczyny, na temat której niewiele więcej można powiedzieć. Któregoś razu popłynęła więc z tym nurtem, a rzeczy takie jak powaga, rozwaga, analizowanie rzeczywistości, umiejętności matematyczne i numerologiczne, rzeczowość i odwaga, zeszły gdzieś na drugi plan jej duszy, dając o sobie znać w samotności.
    Spojrzała na niego spod uniesionych z powątpiewaniem brwi. Jemu też przydałoby się zmienić to i owo, przemknęło jej przez myśl. Zgodnie z przyzwyczajeniem, pozwalała rzeczom i ludziom powierzchownym trwać i spłycać rzeczywistość, więc szybko nauczyła się przyjmować uwagi chłopaka z obojętną pobłażliwością. Jakby słowa, które wypowiadał i tak nie niosły ze sobą znaczenia. Zwykle odpowiadała na jego zaczepne słowa, jakby podtrzymywanie rzeczywistości, w której demony nie istnieją, było czymś naturalnym, bezpiecznym. I już miała pojawić się po drugiej stronie regału, by przytaknąć mu pozornie gorliwie, powiedzieć, że wie o beznadziejności swojego przypadku i poprosić, by jeśli zwróci na coś uwagę (wcale nie przypadkiem, bo przecież jest taaaaki uważny) to żeby dał jej znać.
    A jednak może dobrze się stało, bo takie wystąpienie mogłoby zaburzyć dziwną równowagę ich relacji, w której wzajemne komentarze służą właściwie jedynie utrzymaniu chybotliwej rzeczywistości w ryzach. Lucy aż za dobrze wiedziała, że jedno słowo, inne od tych zwyczajowych, inne spojrzenie może spowodować lawinę, zaburzającą rzeczywistość i okazywało się, że człowiek nagle nie potrafi się odnaleźć. Jej uwagę nagle przykuł ruch za pulpitem bibliotekarki, która powoli zaczęła wypraszać uczniów i rozpoczęła swój obchód. Wood wiedziała doskonale, kiedy bibliotekarka będzie najdalej od wejścia do działu ksiąg zakazanych i miała zamiar się tam wślizgnąć. Z bliżej nieokreślonym uśmiechem, który mógł być tak samo pewny siebie, sympatyczny, złośliwy i zadziorny spojrzała jeszcze na Ślizgona i niespotykanie cichym krokiem ruszyła między regały. Zniknęła gdzieś między magicznymi roślinami wodnymi, a pustynnymi, pozostawiając chłopaka samego.
    Może tym uśmiechem odsłoniła więcej niż powinna. Może w nim zamknął się jej plan na dzisiejszy wieczór, ale chwilowo o to nie dbała. Nie miała go za aż tak bystrego, by to zauważył. Z resztą, on zapewne również miał jakiś ambitny biblioteczny plan, bo jego znudzony wyraz twarzy raczej nie wskazywał na zainteresowanie książką, którą złapał. Nie obawiała się więc, że ją wyda. Skupiłby tym samym uwagę na sobie. Przemykała powoli między regałami, czujnym wzrokiem obserwując bibliotekarkę. Nie zakładała (a być może powinna), że chłopak ma plan bardzo podobny do jej osobistego planu. I gdy ostatecznie wślizgnęła się do działu ksiąg zakazanych, wcale nie spodziewała się, że za chwilę będzie miała towarzystwo.

    Luśka

    OdpowiedzUsuń
  14. [Pewnie, że się uda, musimy się tylko na coś ostatecznie zdecydować :D
    Jeśli chodzi o Avalon, możesz mi rozpisać tamto powiązanie, ale możemy też stworzyć własne, jeśli chcesz ;) Mój Jamie jest chyba inną osobą, od tamtej wersji Jamesa Pottera, więc nawet nie wiem, czy by nam się to pierwotne sprawdziło :P Nie mam jednak, niestety, obecnie żadnego pomysłu, więc jeśli tylko wpada Ci coś do głowy, dawaj śmiało :D
    Ale mniej przyjemny w sensie atmosfery wątek między Artairem i Jamesem też by mi pasował, pewnie :D W obu przypadkach nie wiem jednak za bardzo, jak i gdzie ich zgrać... Jamie w końcu w Hogwarcie już raczej nie bywa :P]

    Jamie

    OdpowiedzUsuń
  15. Kalia za to z przyjemnością pojawiała się na spotkaniach Klubu Ślimaka, często też się chwaliła, że jest jego członkinią. W końcu należeli do niego wyłącznie wybitne jednostki, które są lepsze od pozostałych uczniów w Hogwarcie, a Kalia za taką się uważała. Myślała, że należy jej się więcej i musi mieć wszystko co najlepsze, a wszystko dlatego, że rodzice i dziadkowie rozpieszczali ją do granic możliwości od samego początku. Nigdy nie usłyszała od nich nie, chociaż trzeba też zaznaczyć, że nigdy o wiele nie prosiła. Nie miała dziwnych fanaberii, które kosztowały sporo pieniędzy, a jej drogie ubrania zazwyczaj kupowała jej matka, twierdząc, że jej jedyna i ukochana córka musi zawsze pięknie wyglądać. Często więc było tak, że zanim zdążyła o coś poprosić, już to miała, co było jej zdecydowanie na rękę. Nie lubiła bowiem prosić o cokolwiek, toteż kiedy poinformowała Maxima, że chce, aby poszedł z nią na najbliższą imprezę organizowaną przez Klub Ślimaka, nie brzmiało to Czy będziesz mi towarzyszył na najbliższym spotkaniu Klubu Ślimaka? tylko Zabieram cię tam i koniec, nie masz nic do gadania. Szczególnie, że wcale nie chciała z nim iść, ale musiała kogoś wziąć, a on był pierwszym chłopakiem, którego spotkała, a do którego nie czuła niechęci. Całkiem jednak zapomniała, że Maxim potrafi być naprawdę nudny, o czym przypomniała sobie dopiero siedząc przy stole i próbując wciągnąć chłopaka w jakąś rozmowę. Ten jednak tylko odpowiadał półsłówkami, zbyt zajęty przypatrywaniem się kilku gościom spoza Hogwartu, którzy w świecie czarodziejów zdobyli odrobinę sławy.
    Z niezadowoloną miną przypatrywała się ozdobom wiszącym i latającym pod wysokim sufitem, zastanawiając się kiedy w końcu coś zacznie się dziać. Żałowała, że zabrała ze sobą akurat Maxima, mogła bardziej przemyśleć tę sprawę i wziąć kogoś, z kim lepiej się dogadywała. Była pewna, że nikt nie zlinczowałby ją za to, że zabrałaby ze sobą swoją najlepszą przyjaciółkę, ale już było za późno. Mogła mieć tylko nadzieję, że znajdzie sobie lepsze towarzystwo niż chłopak, który obok niej siedział i ślinił się do znanej piosenkarki, która niedawno zasłynęła w czarodziejskim radio. Kalia prychnęła tylko na ten widok, swoje spojrzenie przenosząc na parę, która postanowiła usiąść obok niej. I choć dziewczynę kojarzyła jedynie z widzenia, chłopaka znała doskonale.
    — Artair, ty żyjesz — mruknęła z lekkim przekąsem, uśmiechając się w stronę znajomego, którego ostatnimi czasy brakowało na spotkaniach klubu. Cieszyła się jednak, że się pojawił, bo choć do przyjaciół było im daleko, na swój sposób go lubiła i wiedziała, że w jego towarzystwie nie będzie aż tak bardzo się nudziła. Dziewczynie zaś posłała jedynie krzywy uśmiech, szybko wracając spojrzeniem do swojego znajomego. — Brakowało cię na ostatnich spotkaniach klubu. Przez chwilę zastanawiałam się czy może cię nie wydziedziczyli z rodziny i przez to opadłeś, ale skoro tutaj jesteś to musi być jakiś inny powód — powiedziała, wpatrując się w niego uważnie, jakby chciała wyczytać odpowiedzi na wszystkie pytania z jego spojrzenia.

    Kalia

    OdpowiedzUsuń
  16. [Chciałam dać znać, że rezygnuję z Kalii, więc z naszego wątku nici :c Ale Gwen zostaje i niedługo zacznę u Vinaya :)]

    OdpowiedzUsuń
  17. [Mamusiu, pięć postaci! Podziwiam Cię mocno, ja czasem z jedną nie daję sobie rady. :D
    Dziękuję bardzo za miłe słowa i nieśmiało zapytam – czy nie szukasz może powiązania w stylu aranżowanego małżeństwa? :)]

    Opal Yaxley

    OdpowiedzUsuń
  18. [Więc podziwiam umiejętność organizacji! Ja to roztrzepana jestem i sklerotyczka w dodatku, tak więc mogę pojawiać się tutaj czasem nieregularnie, ale zniknąć nie zamierzam! Pokochałam Opal całym serduszkiem i już jestem do niej przywiązana bardzo. <3
    W takim razie co Ty na to, by cofnąć się do czasów końca września/przenieść do świąt, gdy rodziny spotkałyby się w większym gronie i rodzice któregoś z naszej parki oznajmiliby, że ustawili im ślub po zakończeniu szkoły przez Opal?]

    Opal Yaxley

    OdpowiedzUsuń
  19. [Żeby było ciekawiej czy coś, poszłabym w stronę, gdy nasze postacie za sobą nie przepadają, a później muszą współpracować, by ów ślub odkręcić, jednakże resztę pozostawię improwizacji. c:]

    Opal Yaxley

    OdpowiedzUsuń
  20. [Ajajaj, dziękuję bardzo! To miłe, kiedy ktoś mnie docenia, nawet w sytuacjach, kiedy ja sama uważam ową "twórczość" za jakiś totalny niewypał. c:
    Artair jak najbardziej mi pasuje, głównie przez śmierciożercze nazwisko... I historię mogę wyjawić na mailu, bo na pewno dałoby się ich powiązać. Zapraszam!
    zjemciserce@gmail.com]

    Cirilla Ainsworth

    OdpowiedzUsuń
  21. [ Hej, to piszemy coś w ogóle? :) ]

    Dante

    OdpowiedzUsuń
  22. [Och, dlaczego tutaj tak cichutko? Świetnie wykreowana postać, a ja wstać z Amelią z ogromną przyjemnością poznam jego sekrety! Wymyślmy coś fajnego :)]

    Amelia Mulciber

    OdpowiedzUsuń
  23. [Siemanko!
    Widzę, że szukasz kogoś do wątku, a więc zapraszam do siebie! Na pewno coś razem wymyślimy. Romèo też zawsze chciał być takim jakim ojciec chciał go widzieć. Myślę, że by się dogadali. :)
    Zapraszam!]
    Romèo Molière

    OdpowiedzUsuń
  24. [Jasne, wątki nie zawsze muszą być przyjacielskie. Po prostu tak zaproponowałam, bo mi pasowało. Ale jeśli tylko chcesz mogą być nawet wrogami. xd
    Przyjaźn konkurentów? c"]

    OdpowiedzUsuń
  25. Zrobiłam wyliczankę, lekko oszukiwaną - bo pan Ślizgon <3 - i jestem. Dziękuję ślicznie za miłe słowa. Twój pan przeuroczy (cokolwiek w moich ustach to znaczy). Zróbmy coś!

    Casilda

    OdpowiedzUsuń
  26. [jak naajbardziej. Zacznę tylko napisz od czego mam zaccząć?]

    OdpowiedzUsuń
  27. Piątki zdecydowanie były najgorszym dniem tygodnia dla Romèo. Obrona Przed Czarną Magią z Ślizgonami. To najważniejsza lekcja, na której przez tych debili nie potrafi się skupić. Krukon nigdy nie przykładał większej uwagi do przedmiotów szkolnych, nie uczył się. W tym roku szkolnym nie zrobił tego ani razu. Miał to szczęście, że posiadał wielki dar do zapamiętywania przeróżnych pojęć, wzorów, zaklęć. On to wszystko zapamiętywał i miał w głowie, na testach wystarczało, że sobie to przypominał i miał dobre oceny. Wkurzony usłyszał nagle głos pana profesora.

    — Romèo Molière, a może ty zdefiniujesz nam pojęcie Bogin? — zapytał nauczyciel. Krukon przez chwilę się zastanawiał, cała klasa była pewna, że odpowie, ale nie zrobił tego, nie potrafił wyciągnąć tej wiadomości ze swojej głowy.

    — Nie? W porządku, minus pięć punktów dla Ravenclaw za nie uważanie na lekcji. — warknął. Paru krukonów fuknęło ze złości. Odwrócił się do tyłu, Artair Avery zaśmiał się z innymi Ślizgonami. Uśmiechnął się do niego sarkastycznie. Avery zawsze uwielbiał się z nim droczyć, zresztą robili to obustronnie. Gdy tylko któremuś coś nie wyszło kolejny od razu się śmiał i wykorzystywał upadek swojego wroga, chociaż wrogami ich nazwać nie było można. Ich relacja była.. specyficzna.

    — Co Cię tak śmieszy gnojku? — zapytał z szerokim uśmiechem. Poczuł mocne uderzenie w tył głowy, odwrócił się. Profesor patrzył na niego spod okularów.
    — Molière, znowu nie uważasz! — krzyknął nauczyciel do chłopaka i odjął kolejne pięć punktów. Ravenclaw spadnie na same dno w tym roku. Gdy lekcje dobiegły konca Krukon czekał na Artair'a pod klasą, na holu. Uśmiechnął się do niego, gdy wychodził ze szkoły. Uwielbiał śmiać się i górować nad Avery'm, ostatnio niestety nie szło mu to aż tak dobrze. Podczas, gdy Avery był górą, on spadał na dół.
    — Avery! Co tam, co tam, przyjacielu?! — zapytał śmiejąc się i popychając go lekko na ścianę. Nie chciał, aby mu uciekł. Uwielbiał go wkurzać. Zawsze się ze sobą droczyli i konkurowali, uwielbiali to, przynajmniej Krukon to uwielbiał.
    — Co ty taki chichy dzisiaj? — droczył się z nim dalej.


    Romèo

    OdpowiedzUsuń
  28. a co powiesz na przyjaźń, taką luźną, z częstymi żartobliwymi momentami flirtu, co by matka dziewczyny buchała z radości czując zbliżające się małżeństwo, choć tak naprawdę dziewczynie uczucia skradł już ktoś inny ale ona oczywiście tego nie ujawni, a Artair na pewno eż czerpałby z tego jakieś korzyści

    OdpowiedzUsuń
  29. zależy gdzie to chcemy osadzić, w szkole, na jakimś przedświątecznym spotkaniu, już w ferie, no nic mi konkretnego nie przychodzi do głowy, żeby było ciekawie

    OdpowiedzUsuń
  30. Boże muszę pisać od nowa bo poprzedni komentarz mi wywialo gdzieś. Moze zrobimy tak ze będą na przyjęciu klubu i oboje będą się nudzić więc dwa gołąbeczki wyruszą na zimową wyprawę poszukiwaczy jakichś zaginionych skarbów odwiedzając Las i wpakowujac się w jakieś tarapaty bądź spotykając niezwykłe stworzenia, wyszloby w praniu, co ty na to?

    OdpowiedzUsuń
  31. Zdecydowanie ilość korzennych ciastek jakie Casilda tego dnia pochłonęła, przekraczał jakiekolwiek ustalane sobie przez nią limity. Dziewczyna zawsze starała się kontrolować swoje życie, wszystko miała ułożone i zaplanowane, nawet posiłki na następny dzień planowała sobie poprzedniego dnia, leżąc w łóżku przed snem. Ktoś inny uznałby to za dziwactwo, jednak brunetka czuła się stabilniej i bezpieczniej, czując że wszystko ma pod kontrolą. Nic jednak nie potrafiło zatrzymać ją przed niekontrolowanym podjadaniem pysznych ciasteczek/ Im po prostu nie dało się oprzeć, zwłaszcza że było to dla niej najbardziej ciekawe zajęcie na przyjęciu, do którego nie pałała wielkim entuzjazmem.
    Klub Ślimaka sam w sobie nie był dla niej nieprzyjemnym obowiązkiem. Dziewczyna była zbyt ambitna, żeby nie należeć do tego elitarnego zgromadzenia. Jednak wszystkie eventy z nim związane, nie były już tak satysfakcjonujące. Ona po prostu nie lubiła tego typu spotkań, strojenia się i milutkich pogaduszek. Dlatego też siedziała teraz niewzruszona przy stole, w prostej czerwonej sukience nad kolano, zamiast wystrojona w świecidełka szczerzyć się do facetów na parkiecie, bądź uczestniczyć w tylko na pozór inteligentnych i głębokich dyskusjach innych gości.
    Usłyszawszy dobrze znany jej niski głos, który poprzedziło pytanie młodszego z siedzących obok niej Ślizgonów, spojrzała się na sprawców zwrócenia jej uwagi, przerywając beznamiętne wpatrywanie się w migoczące na suficie gwiazdki. Przymrużyła lekko oczy i po raz kolejny przegryzła ciastko, a odgłos chrupania rozniósł się w jej głowie.
    — Święta stają się marnym przykładem pseudotradycji — mruknęła, czując zmieszanie młodszego z nich. Dobrze wiedziała, że jej odpowiedź nie usatysfakcjonuje go, o ile oczywiście zrozumie, co dziewczyna ma na myśli. — Ale mam nadzieję robaczku, że nie zniszczę ci dzieciństwa, mówiąc że to rodzice dają prezenty pod choinkę a nie leśne skrzaty. — prychnęła lekko ironicznie, zwracając się do chłopaka, który tak usilnie chciał dowieść, że święta nie są złe.
    Casilda nie miała nic do świąt, jednak uważała, że stają się one coraz bardziej sztuczne i wielu przestaje rozumiesz ich prawdziwy sens. Natomiast ogólnikując, lubiła zimę. Lubiła zapach iglastych drzewek i skrzypienie śniegu pod stopami. Jednak nie przyzna się do tego, wolała nie satysfakcjonować młodego.
    Zwróciła wzrok na starszego Ślizgona i spojrzała mu głęboko w oczy, czując jego wymuszony uśmiech. Wstała z krzesła i przysiadła się do niego, zakładając nogi na jego kolana i opierając się o jego ramię.
    — Pierniczka? — zapytała, śmiejąc się i widząc zmieszanie chłopaka.

    OdpowiedzUsuń
  32. WYbacz że nie odpisuję, strasznie mnie przytłoczyły obowiązki, postaram się odgrzebać jeszcze w ten tydzień i wrócę <3

    OdpowiedzUsuń
  33. [ Nawiedzam cię. Jak upiór i prześladowca w jednym. A tak na serio to jest spragniona wątków a ten pan tutaj wydaje mi się materiałem ( nie to nie uprzedmiotawiam go, broń mnie Merlinie) który można wrzucić w życie mojej jakże słodkiej Ronnie]

    Ronnie

    OdpowiedzUsuń
  34. [ Odważnie nie powiem. Konkretów jeszcze nie mam ( aktualnie w mojej głowie siedzą wzory na wektory i środek odcinka) ale postawiłabym na jakąś dramę związaną też poniekąd z rodzinami naszych postaci. Poniekąd absurdalne zachowanie rodziny Ronnie ma coś wspólnego z niejednoznacznym postępowaniem jego ojca- można to wykorzystać. Zróbmy burzę mózgów będzie fajnie!]

    R.

    OdpowiedzUsuń
  35. [Cześć! Jak obiecałam, tak przybywam <3 Tak się złożyło, że większość autorów, z którymi prowadziłam wątki, magicznie się deportowało z bloga, więc niemal każdy typ relacji jest wolny. Bierz co chcesz: jakieś zakazane miłości, kto się czubi ten się lubi, frenemies, rodzinne powiązania, nienawiść, przyjaźń, ramię do wypłakania, dosłownie wszystko. Możemy wykorzystać ten mecz, po którym Artair odszedł z drużyny: w trakcie rozgrywek przez niego mogłaby ucierpieć Addie i to jakoś wpłynęłoby na wybraną przez nas relację. Jeśli się przyjaźnili, Artair mógł próbować ją odepchnąć z tych samych powodów, dla których zaczął rezygnować z kolejnych aktywności pozalekcyjnych, ale Addison jest upierdliwa i na pewno przyczepiłaby się do niego jak rzep psiego ogona, żeby rozwiązać tę tajemnicę ;) Tutaj przeszłaby i przyjaźń, i dramatycznie coś, co się między nimi tworzyło, choć oboje pewnie temu zaprzeczali xD Możemy też pójść jakoś w ich rodziny, w końcu to Avery, a jej matka oraz ojciec zawsze mieli zapędy, by przypodobać się trzynastce rodów, więc mogliby ją zmuszać na tych cudownych spotkaniach do przebywania ze sobą i w ten sposób mogliby zawiązać jakiś pakt przeciwko swoim rodzicom. Udawaliby, że wszystko jest super, że się uwielbiają itd. na ich oczach, a gdy tylko schodziliby z widoku, zaczynaliby obrzucać się wyzwiskami xD Ogólnie rzecz biorąc, nie mam żadnego sprecyzowanego pomysłu, bo zawsze jak mam za dużo możliwości, nie potrafię się ogarnąć :/ Jednak może uda nam się wspólnymi siłami do czegoś dojść.]

    Addison

    OdpowiedzUsuń
  36. [*Miała tyle możliwości, a trafiła akurat na te, które czekoladka już ma, brawo ja xD*
    To znaczy teoretycznie mam podobną relację z Mads, ale Julien zdążył już sobie znaleźć dziewczynę, więc pewnie nic z tego nie będzie. Stara Addison na pewno nie poszłaby na taki układ, ale ta nowa... Na pewno czuła się samotna, nie miała za bardzo na kim się oprzeć, po ludzku brakowało jej czyjejś bliskości. Artair pochodzi ze znanej rodziny Śmierciożerców, w dodatku ostatnio sam zaczął się izolować, a znali się poza szkołą od dawna, więc mogła dojść do wniosku, że będzie idealnym kompanem, który nie będzie jej oceniał. Z czasem mogła go sobie owinąć wokół palca, bo nie wystarczała jej zwykła znajomość i chciała czegoś więcej, nie chciała czuć się taka słaba i bezsilna, a manipulowanie Artairem na pewno dawałoby jej jakieś poczucie kontroli nad własnym losem. To mogłaby być toksyczna relacja na zasadzie ona bierze od niego wszystko, w zamian nie dając mu od siebie nic. Może nawet z czasem zaczęłaby się z tym źle czuć, ale to byłoby tak uzależniające, że trudno byłoby jej z tego zrezygnować. Jeszcze nie wiem, czy z czasem faktycznie zaczęłaby go darzyć jakimś głębszym uczuciem, lecz na początku na pewno nie robiłaby tego z właściwych pobudek, a tak owinęłaby sobie Artaira wokół palca, że ten nawet by tego nie zauważał i zupełnie nie rozumiałby, dlaczego Addison czasami jest taka oschła i złośliwa w stosunku do niego. No nieźle, odkrywamy mroczną stronę Addie xD Zawsze można w to wplątać potem jakąś mocniejszą dramę, może związaną z epizodami Artaira albo rodziną, choć niekoniecznie. Ale chyba na razie zaczynamy i tak od niezłego, emocjonalnego bałaganu ;) ]

    Addison

    OdpowiedzUsuń
  37. [Tak sobie myślę, że mogłaby być jeszcze większa drama, gdyby wplątać w to starszego brata Addie, Damiena, i ogólnie Mrocznych. Po długim czasie ukrywania się Damien mógłby się skontaktować z siostrą i powiedzieć jej, że potrzebuje jakiegoś czarnomagicznego przedmiotu, który został ukryty w domu Avery'ego, a ona nie wpadła na lepszy pomysł niż zbliżenie się do Artiego i w ten sposób uzyskanie dostępu. Może nawet epizody Artaira byłyby powiązane z wystawieniem na działanie tego przedmiotu (o ile to nie psuje żadnego z twoich pomysłów), wiec potem Damien zainteresowałby się samym Avery'm i byłaby drama oraz wewnętrzne rozdarcie Addie, która musiałaby wybierać między braciszkiem a chłopakiem? Ale to na razie tylko luźna myśl ;)
    Hmm, a co powiesz na to, żeby Artair zaczął odrobinę się buntować? To znaczy byłby tak zmanipulowany, że w sumie po każdej kłótni dochodziłby do wniosku, że to jego wina, a Addie jest cudowna (zalety toksycznej relacji xD), ale mógłby być zdenerwowany tym, że dziewczyna nie chce przed nikim ujawnić się z ich związkiem, że wciąż się ukrywają, że nie chce z nim spędzić świąt, że Addie więcej czasu przesiaduje w dormitorium swojego najlepszego przyjaciela niż razem z nim. Więc możemy zacząć od tej sprzeczki, a później jakoś się pociągnie? *długie przerwy źle wpływają na jakość moich pomysłów, przepraszam!*]

    Addison

    OdpowiedzUsuń
  38. [Możesz połączyć te dwie sprawy. Czarnomagiczny przedmiot mógł zostać obciążony klątwą, a gdy Artie go dotknął, ta klątwa przeszła niejako na niego. Skoro robi wszystko, by zadowolić ojca, pewnie nie przyznałby mu się do tego, że wbrew jego woli zainteresował się tym przedmiotem i znalazł w jego pobliżu, dlatego jego ojciec faktycznie może sądzić, że na Artaira została rzucona jakaś klątwa. Ale to tylko sugestia, może akurat jakoś cię natchnie na historię epizodów Avery'ego :)
    Postaram się nam wkrótce zacząć, chociaż z góry uprzedzam, że zapewne nie będzie to najlepszej jakości xD]

    Addie

    OdpowiedzUsuń
  39. Spowolnione reakcje mogła przypisać zmęczeniu. Od rana do wieczora pracował najciężej jak mogła by tylko zasłużyć na premię bądź nawet podwyżkę, i to też tylko dlatego by móc pozwolić sobie na obdarowanie Tobiasa jakimś prezentem. W jej toku rozumowania zapodziało się gdzieś słowo „ona”- wszystko co robiła, robiła wyłącznie dla niego zupełnie zapominając o własnych potrzebach. Toteż nawet po powrocie z pracy od razu odbierała synka od sąsiadki i bawiła się z nim dopóki nie zasypiał ze zmęczenia. Dzięki temu i on przesypiał całą noc i ona mogła zaznać chociaż kilku godzin relaksu o ile relaksem można nazwać sen na niewygodnym materacu i to wszystko przy akompaniamencie pijackich ballad dochodzących z najbliższej karczmy. Nie były to warunki dobre, choć jak na razie starała się nie myśleć o tych wszystkich niewygodach związanych z dość słabą lokalizacją budynku w którym mieszkała z Tobiasem- ot co kolejny powód by pracować jeszcze ciężej i zarobić na przeprowadzkę do miejsca, gdzie będzie mogła bezstresowo wyjść z małym na późny spacer nie obawiając się towarzystwa lekko podpitych mężczyzn chętnych dobrać się do jej bielizny.
    Kolejne jej reakcje, również nienaturalne lekko nią wstrząsnęły. Zamiast krzyknąć bądź odsunąć się gwałtownie wpatrywała się swoimi wielkimi oczyma w dobre znanego jej chłopaka nie mogąc wydusić z siebie ani słowa. Gdzieś z tyłu głowy zapaliła jej się czerwona lampka. Miliony pytań i niezwiązanych z nimi odpowiedzi kłębiło się w jej myślach, dodatkowo utrudniając podjęcie jakiejkolwiek racjonalnej czynności. Nie miała pojęcia co zrobić- uciec, odpowiedzieć, udawać, że go nie zna czy też nic nie robić i zdać się na niego. Nigdy nie uważała się dobrą w kontaktach damsko męskich co zresztą nie było tajemnicą. W Hogwarcie nie należała do tych popularnych dziewczyn chodzących wszędzie w towarzystwie chłopców, śmiejąc się i żartując w ich towarzystwie tak beztrosko jak w towarzystwie płci pięknej. Trzymała się na uboczu otoczona kilkorgiem znajomych z całego swojego roku. A nawet wśród nich znalazł się tylko jeden mężczyzna, w dodatku był rasowym gejem z transseksualnymi zapędami, więc chcąc nie chcąc nie mogła go zaliczyć do mężczyzn z którymi wiązałaby swoją przyszłość.
    Ale Avery był kimś innym. Szczenięce zauroczenie którym go obdarzyła z czasem przerodziło się w coś co ją przerażało. Nikt nie mógł przypuszczać, że mimo różnicy wieku wytworzy się między nimi taka więź, dziwna i zawiłą której żadne z nich nie potrafiło do końca wytłumaczyć. Pewne było jedno- był jej bliski może nawet bliższy niż najlepszy przyjaciel, choć to też złe porównanie gdyż do najlepszego przyjaciela nie czuła żadnego fizycznego pociągu. Nadal nie pamiętała jak to się stało, że się ze sobą przespali. To były ułamki sekund które zostały przedłużone do kilkunastu minut wypełnionych jedynie odgłosami ich przyspieszonych oddechów i zderzających się ciał. Pamiętała jedynie żądzę i pragnienie a potem wstyd. Nie sądziła, że ich znajomość zatrzyma się w takim miejscu, jeszcze przez chwilę nawet myślała, że skłonna byłaby to kontynuować, gdyby nie Tobias. Nigdy nie żałowała, że urodziła syna, jednak pierwsze miesiące po usłyszeniu dobrej nowiny przeżyła w strachu wywołanym przez długą listę dylematów z jakimi musiała sobie poradzić: powiedzieć? Nie powiedzieć? Zostać? Uciec? Dokąd? Z kim? Jak? Do teraz nie wiedziała, czy postąpiła słusznie. Jednak do czasu spotkania Artaira nie zaprzątała sobie tym głowy. Dopiero teraz wszystkie pytania napłynęły do jej głowy ze zdwojoną siłą. I nie mogła nic powiedzieć. Nic nie chciało przejść przez jej gardło.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Patrzyła na niego z lekkim strachem. Chciała się cofnąć, jednak jej kończyny odmówiły jej posłuszeństwa. Zmienił się, zmężniał i urósł nieco, co zresztą ją nie zdziwiło, w końcu chłopcy w tym wieku zmieniają się. Zresztą, ona tez nie pozostała taka sama. Niegdyś długie włosy teraz sięgały jej do ramiona okalając zaokrąglone policzki na których niezmiennie gościł delikatny rumieniec. Urosnąć nie urosła jednak przybyło jej trochę ciałka w okolicach talii oraz bioder. Wyglądała dojrzalej choć na pewno nie przypominała matki rocznego dziecka. Nie miała nadwagi, obwisłych fałd skóry, wielkich worów pod oczami, plamy po kaszce na spodniach (choć posiadała w swoim skromnym arsenale i takowe kreacje) i chwała za to Merlinowi. Nie chciała, by dowiedział się o Tobiasie.
      - Avery- lekko piskliwy głos jakimś cudem wydostał się spomiędzy jej lekko spierzchniętych ust. Odruchowo założyła sobie kosmyk za ucho, na próżno jednak gdyż już po krótkiej chwili wrócił na swoje miejsce. Gorączkowo przełknęła ślinę szukając w głowie jakiegoś tekstu którym mogłaby szybko zakończyć ich rozmowę i uciec i zaszyć się u siebie w domu i nie wychodzić stamtąd dopóki wszyscy uczniowie Hogwartu nie znajdą się w szkole. Zazwyczaj była bardziej ostrożna wychodząc, starała się nie pokazywać w miejscach publicznych podczas wizyt uczniów w Hogsmeade. Dzisiaj jednak, po wcześniej skończonej pracy stwierdziła, że musi odpocząć. Chociaż chwilę, godzinę nie więcej. Jeden raz nie trzymała się swoich zasad. I ten jeden raz wystarczył by pokręcony los zrobił jej psikusa.
      - Tak, minęło- odpowiedziała niepewnie nerwowo zerkając w stronę barmana, który jak na zawołanie postawił przed nią kufel z kremowym piwem. Nie odwracając wzroku od chłopaka sięgnęła po naczynie, jednak nie zbliżyła go do ust, po prostu trzymała je za rączkę co chwila zaciskając i rozluźniając na niej palce, nie wiedząc co zrobić z druga, wolną ręką- Około dwa lata- dodała nieśmiało, zalewając się czerwonym rumieńcem. Dokładniej rok i dziewięć miesięcy, gdyż z Hogwartu uciekła będąc w drugim miesiącu ciąży, a i mały Tobias był wcześniakiem a niedawno skończył swój wielki roczek, dodała w myślach nadal obserwując chłopaka. Świdrował ja tymi swoimi oczyma…wiedziała, że w głowie kłębi mu się mnóstwo pytań, ale nie wiedziała od czego miałaby zacząć. Poza tym zagłębienie się w te pytania spowodowałoby rozwinięcie konwersacji a to na pewno nie sprzyjałoby szybkiemu zakończeniu rozmowy.
      - Co u ciebie?

      Ronnie

      Usuń
  40. Nigdy nie sądziła, że tak to się skończy, chociaż nigdy też nie przewidywała, że będzie to trwało wiecznie. Widziała ulotność tej relacji i mimo że istniała ona od lat to mogła rozpaść się w każdej chwili, trochę jakby nic się nie wydarzyło. Jakby wspólne wspomnienia, setki dzielonych ze sobą momentów, często naprawdę pięknych, już nie miało znaczenia. I minęło trochę czasu, mniej niż mogłoby się zdawać... I zgubiła to. Zgubiła te wspomnienia, jedno po drugim, wymknęły jej się z głowy tak szybko, że nawet ich nie zauważała, a z przyjaźni od dziecka pozostała tylko pustka, ukryta gdzieś, gdzie nawet nie chciała zaglądać, bo to przecież zamknięta sprawa. Zdała sobie sprawę, że dawny przyjaciel już nie wróci do jej życia, bo ani nie jest już jej przyjacielem, ani nawet nie jest tą osobą, którą znała i która była jej bliska, chociaż cholernie długo chciała go w nim widzieć. Przestała. Odcięła się. Może poddała. Ale naprawdę dużo się wydarzyło, chyba nawet zbyt wiele. Sprawy, które jakoś trudno było wybaczyć tak po prostu, bo z jednej strony zapomniała już o przeszłości, a z drugiej przeszłość sama przypominała czasem o sobie i bolała bardziej niż powinna. A mimo wszystko jego głos potrafiła rozpoznać wszędzie.
    Zwolniła lekko, jakby chciała się zatrzymać, ale jednocześnie wciąż szybkim krokiem iść do przodu. W końcu, gdy usłyszała krzyk, który był zupełnie pozbawiony agresywnej nuty, stanęła na środku korytarza i odwróciła się w stronę Artaira. Spojrzała na niego, marszcząc lekko brwi. Chciała powiedzieć po prostu „idź sobie i daj mi spokój”, ale zamiast tego stała tylko przed chłopakiem, patrząc na niego z całkowitą obojętnością.
    - O co chodzi? - zapytała po chwili, głosem zaskakująco cichym i jakby niepewnym. Była zmęczona, zupełnie nie miała siły, ani ochoty na kłótnie, sprzeczki i docinki. Może innym razem.

    Julia

    OdpowiedzUsuń
  41. Addison nie sądziła, że bycie egoistką okaże się tak trudne i wymagające psychicznie. Dawała Artairowi od siebie jak najmniej, by potem brać jak najwięcej, wykorzystując go w swojej popapranej iluzji szczęścia. Chociaż potrzebowała tego, uzależniając się od krótkich chwil wspólnej euforii, wiedziała, że łącząca ich relacja była niewłaściwa, głównie z jej winy. To mogło ją pogrążyć, czasami zbyt łatwo przychodziło jej zapominanie, że jedynie igrała z uczuciami Avery'ego, sama pozostając ukryta za murem zbudowanym z manipulacji, nierealnych oczekiwań, fałszywych nadziei oraz samotnych kłamstw. Gardziła sama sobą, kiedy po długich tygodniach odpychania Artiego, wymownego milczenia i odwracania wzroku na korytarzu znowu przywoływała Ślizgona słodkimi uśmiechami oraz znaczącym spojrzeniem, ale jej potrzeba bliskości była zbyt silna, by ją ignorować czy z nią walczyć. Addie podświadomie czuła, że chłopak nigdy nie będzie w stani w pełni zaoferować jej tego, czego najbardziej pragnęła, podobnie jak on nie znajdzie u niej poszukiwanych cech, mimo to ta namiastka mocnej więzi wydawała się im obojgu wystarczać, chociaż za każdym razem raniła Avery'ego nieco bardziej. Widziała, jak na nią patrzył, czuła, że się na nią otworzył, a ona za każdym razem odrobinę go niszczyła, rozrywała jego serce na strzępy, by potem znowu owinąć go sobie wokół palca i zrobić z niego posłuszną jej woli marionetkę. Sądziła, że będzie jedynie odnosić korzyści, nie ponosząc emocjonalnych strat. Więc dlaczego po każdym intensywnym okresie spędzonym w ramionach Artaira Addison kłuło w sercu dziwne poczucie straty?
    Addie była świadoma, że nie powinna tego ciągnąć, że na zawsze zatrzasnąć za sobą te przeklęte drzwi, obiecywała sobie, że to już ostatni raz, jednak nie potrafiła tego definitywnie zakończyć. Za bardzo podobało jej się to poczucie kontroli, świadomość, że w końcu ktoś był zależny od jej widzimisię, to ona zyskiwała. Przebiegła palcami po krawędzi miotły, w zamyśle przegryzając wnętrze policzka, przypominając sobie, jak to było wtulić się w jego bok, słuchać jego niskiego głosu pod kocem utkanym z nocnego nieba oraz gwiazd i udawać, że to wszystko działo się naprawdę, mimo że od poczatku tylko go okłamywała, mimo że jej uczucia były jedynie starannie utkaną iluzją, grą aktorską mającą na celu omamienie Artaira.
    Ciaśniej owinęła się płaszczem, osłaniając się przed przenikającym ciało chłodem. Boisko od Quidditcha było pokryte grubą warstwą śnieżnego puchu, lodowate podmuchy wiatru prześlizgiwały się przez ciepłe warstwy jej ubrań, sprawiając, że cała drżała. Jej policzki pokryły się rumieńcem z zimna, a spierzchnięte wargi posiniały, mimo to Addison uparcie unosiła się na miotle w powietrzu. Musiała być najlepsza, sam Artair również tęsknił za pozycją ścigającego w domowej drużynie Quidditcha, nawet jeśli udawał, że jest inaczej, dlatego dziewczyna uznała, że będzie idealnym partnerem do treningów. Było tak zimno, że miała pewność, iż nikt nie pojawi się na trybunach i nie zobaczy ich razem. To, co robiła Artiemu... No cóż, wykorzystywała go od początku do końca, ale miała w sobie na tyle przyzwoitości, by nie wystawiać go na ośmieszenie na oczach innych uczniów Hogwartu, dlatego starała się ukrywać ich układ. Bo właśnie tym był dla niej Ślizgon, biznesową inwestycją.
    Chłopak był jednak dzisiaj strasznie rozkojarzony, zupełnie nie zwracał uwagi na to, co się działo wokół niego. W końcu Addison stwierdziła, że to wszystko nie ma sensu i zleciała na ziemię.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi

    1. – O co chodzi? Jesteś dzisiaj zupełnie nieobecny – zauważyła z wyrzutem w głosie Addie, z ciężkim westchnieniem chowając kafel do przeznaczonej do tego skrzyni. Tak naprawdę podejrzewała, co gryzie chłopaka, jednak zdecydowała, że odgrywanie naiwnej i zupełnie nieświadomej postawi ją w lepszej sytuacji. Odkąd powiedziała mu, że nie pójdzie z nim na przyjęcie organizowane przez Klub Ślimaka, Artair wydawał się być dziwnie... odległy, a z reguły to ona go odpychała. Nie sądziła, że ta odmowa tak bardzo mu się nie spodoba, zwłaszcza że ostatnio tak niechętnie pojawiał się na spotkaniach klubu i cały czas narzekał, że najchętniej by z nich zrezygnował.

      Addie, której zaczęcie jak zawsze nie wyszło, ale postara się poprawić!

      Usuń
  42. Julia nigdy nie była na tyle krótkowzroczna, aby uważać Arta za jedyną przyczynę konfliktów. Wszyscy byli w jakiejś części winni i każdy miał ku temu swoje powody. Może mogli żałować, tłumić w sobie wyrzuty sumienia, skutecznie zabijać jakąkolwiek tęsknotę, ale nie wrócą już do tamtego momentu, nie naprawią błędów i nie sprawią, że znowu wszystko będzie jak kiedyś. Najłatwiej by było całą winę zwalić na Arta, ale Julia też się od niego odsunęła, a przede wszystkim pozwoliła jemu się odsunąć, obrócić na pięcie i odejść, zatrzaskując za sobą drzwi. Bo dla niej nigdy nie był wystarczająco ważny, nawet jeśli kiedyś była w stanie nazwać go swoim przyjacielem, chociaż żadne z nich nie umiało się z drugim przyjaźnić tak naprawdę. Relacja z Artem zawsze była dla Julii czymś oderwanym od rzeczywistości, od normalnego życia, jakby coś tak przedziwnego nie mogło się wydarzyć, bo oni po prostu nie powinni się przyjaźnić. Mimo pewnych podobieństw, wciąż byli jak ogień i woda, a z czasem zaczęło to być tylko coraz wyraźniej widoczne i zaczęli się wzajemnie niszczyć. Po co? Czy nie mogli odpuścić tak po prostu, bez kłótni? A może jakaś bezsensowna siła ciągnęła ich ku sobie i trzymała razem do ostatniej chwili? Bo kiedyś przecież było pięknie. Było naprawdę pięknie...
    Na widok jego delikatnego uśmiechu, zacisnęła lekko usta, a jej brwi skrzywiły się jeszcze wyraźniej. Bardziej by się spodziewała ironii, kpiącego spojrzenia i żartu, którego wolałaby nie usłyszeć, a jednak on patrzył na nią w zupełnie normalny sposób, jak gdyby nigdy nic. I chyba to zaniepokoiło ją jeszcze bardziej, bo przyzwyczaiła się do tego, że Artair Avery nie łączy się z niczym pozytywnym.
    - Okej. - powiedziała ledwie słyszalnym szeptem, jakby otaczała ich tylko cisza, a nie tłum pędzących gdzieś, nie wiadomo po co uczniów. Rozejrzała się i zorientowała, że rzeczywiście przeszkadzają niesamowicie, tarasując połowę przejścia. Odeszła na bok, zbyt zdezorientowana, by odsunąć się pod wpływem dotyku Ślizgona, chociaż powodował ścisk dyskomfortu w jej żołądku. A może to po prostu jego obecność?
    Oparła się ramieniem o ścianę, patrząc na Arta pytająco.
    - O co chodzi? - powtórzyła i odetchnęła głęboko. - Wybacz, ale chyba nie jestem... hmm... odpowiednim towarzystwem.
    Zmrużyła lekko oczy. Czego od niej chciał? Bo jakoś trudno jej było uwierzyć w to „po prostu pogadać”. Oni już nie gadali tak po prostu. Od wielu, wielu miesięcy.

    Julia

    OdpowiedzUsuń
  43. Julia miała problem z podejmowaniem ryzyka i nie ufała ludziom ot tak, bo też mało kto ot tak wpadał do jej życia. Większość istotnych dla niej relacji była budowana przez lata, sprawdzona w przeróżnych sytuacjach i pozwalająca na obdarowanie kogoś poziomem zaufania tak dużym, że może nawet niebezpiecznym, bo chyba lepiej jest nie wierzyć w ludzi aż tak. Nawet w przyjaciół. Ale Julia taka była. Po prostu. I niewiele się w tej kwestii zmieniało na przestrzeni lat. Może po prostu nigdy życie nie kopnęło jej w tyłek wystarczająco mocno i nikt, spośród niesamowicie bliskich dla niej osób nie zburzył w wystarczająco dotkliwy sposób całego zaufania, jakie w nim pokładała.
    A jak było z Artem? Ciężko powiedzieć, bo on zawsze był gdzieś na granicy. Na granicy zaufania, na granicy przyjaźni, na granicy jakkolwiek sensownej relacji. Czasem po jednej jej stronie, czasem po drugiej, a nic nigdy nie było pewne. Ale coś sprawiało, że trochę tęskniła za tym balansowaniem między czymś dobrym a złym, bo przecież Art nigdy nie był tylko czarną plamą w jej zatartych już wspomnieniach, nawet jeśli później starał się wszystko na ten kolor zamalować.
    Patrząc Ślizgonowi uparcie w oczy, chociaż wciąż z ogromną dozą niepewności, słuchała uważnie wszystkiego co mówił. I było to co najmniej interesujące. Najpierw uśmiechnęła się nieznacznie, ledwo zauważalnie, może nieco kpiąco, ale perspektywa siedzenia z Averym przy kremowym piwie naprawdę nie mieściła jej się w głowie. Potem lekko kiwnęła głową i odwróciła wzrok na moment, nieco rozczarowana. No tak. Rodzice. Zawsze chodzi o nich, tylko o nich i to z ich powodu musieli jakkolwiek się dogadywać. Przynajmniej od czasu do czasu i tylko na moment. a denerwowało to Julię bardziej niż cokolwiek innego, bo zawsze musiała udawać, że nie jest tak źle jak w rzeczywistości, a Art nadal jest jej dobrym kolegą. To było dziwne i w jakiś poplątany sposób nawet bolesne, udowadniając tym samym, że całkowita obojętność dla tego chłopaka jest darem, na który nigdy nie zasłuży.
    Już otworzyła usta, żeby powiedzieć, że wcale nie muszą wcześniej rozmawiać, bo właściwie nigdy tego nie robią, a zawsze na rodzinnych spotkaniach udawanie idzie im świetnie. Nikt przecież nie zauważał nieszczerych uśmiechów, nieszczerych słów, nieszczerych spojrzeń i gestów, tworzących labirynt nieprawdy, półprawdy, a może kłamstwa, w którym, o dziwo, jeszcze się nie gubili. Dlatego nie musieli wcześniej rozmawiać, bo właśnie na tym polegał ich dotychczasowy układ.
    Już otworzyła usta, kiedy dotarły do niej kolejne słowa Artaira. Przełknęła ślinę i pokręciła głową, patrząc w odległy koniec korytarza, ale zaraz jej wzrok powrócił na twarz chłopaka i od razu wychwycił ironiczny uśmieszek na jego ustach.
    - Nie możesz - powiedziała szybko i zacisnęła usta w wąski paseczek. Ta rozmowa z każdą chwilą męczyła ją coraz bardziej. Nie chciała, aby zmierzała w tym kierunku, dotyczyła Juliena nawet w najmniejszym stopniu. To był trudny temat i absolutnie nieprzeznaczony dla uszu Artaira. Po krótkiej chwili Julia w końcu zebrała się w sobie. - Słuchaj. Jeżeli chodzi Ci tylko o rodziców, to odpuść sobie. Nie wspominaj o czymkolwiek co mogłoby być nieodpowiednie i tyle. Wszystko bez zmian. Jesteśmy już całkiem nieźli w ten teatrzyk i nie potrzebujemy prób, serio.

    Julia

    OdpowiedzUsuń
  44. [O, nie wiem, czy coś takiego Ci leży, ale zrobiłabym z nich kolegów jeszcze z dzieciństwa, wszak w zasadzie nazwiska zobowiązują, by znali się już od dawna.
    Cześć i dziękuję za bardzo miłe słowa! c:]

    Sweeney Lestrange

    OdpowiedzUsuń
  45. [No tak, Sweeney też w zasadzie niespecjalnie dba o podtrzymywanie znajomości, tyle tylko, że kojarzy ludzi z rodzin takich, jak ona, "znanych i szanowanych", więc tam kiwnie głową na "cześć", czy na do widzenia.
    Coś pozytywnego się przyda, pewnie negatywnych relacji jeszcze zdążę nazbierać... Choć z drugiej strony Sween to wcielenie obojętności, więc może nie będzie tak źle. W takim razie... Jak to w sumie widzisz, ich znajomość? C:]

    Sweeney Lestrange

    OdpowiedzUsuń
  46. [Artair ma rodzeństwo? Szczerze mówiąc, to mi na takiego nie wyglądał, ale to tylko subiektywne odczucie. :D
    Sweeney nie dogaduje się z bratem, bo starszy z nich uchodzi za "lepsze dziecko", co strasznie mojego pana drażni. Niemniej jednak również do wielkich przyjaźni się nie pali... Osobiście poszłabym w relację, w której rozumieją się wzajemnie, bo pochodzą z podobnych rodzin. Aczkolwiek nie mam pojęcia, jaki mógłby być wątek ogólny między nimi...]

    Sweeney Lestrange

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. [ Mi też Art nie wygląda na takiego, co ma rodzeństwo ;D]

      Usuń
  47. - Tak po prostu. - powtórzyła po chłopaku i pokręciła głową z niedowierzaniem, uśmiechając się ironicznie. Zaraz jednak spoważniała nieco, patrząc mu uważnie w oczy i starając się znaleźć w nich odpowiedź na dręczące ją pytanie: „Kim jesteś i czego chcesz?'. Tak po prostu. Bo nie była pewna czy w Artairze widzi jeszcze Artaira, czy ten błysk w spojrzeniu jest jeszcze znajomym błyskiem czy już tylko zimnym odbiciem zimnego Ślizgona, który zawsze w jakimś stopniu w nim siedział. I wolałaby wiedzieć o co mu chodzi, z jakiego powodu zatrzymał ją tu, na tym zatłoczonym korytarzu i dlaczego po tym wszystkim zachowuje się tak... dziwnie. Jakby mieszały się w nim dwie twarze, dwie intencje, zimo, ciepło, zło i dobro, udowadniając tym samym, że świat nigdy nie będzie tak czarny albo tak biały, jakby się wydawało i może byłoby prościej.
    Rozejrzała się po korytarzu, podążając za wzrokiem Arta, ale jej to miejsce wydawało się tak samo dobre, jak każde inne. Albo tak samo złe.
    Zmarszczyła brwi i westchnęła cicho. I już miała odejść, kiedy nagle chłopak przysunął się do niej, a jej wzrok momentalnie spotkał się z jego wzrokiem, w którym zauważyła coś, co kazało jej stać w miejscu i nie ruszać się nawet na krok. Coś, co zawsze paradoksalnie ją do niego ciągnęło i trzymało obok, nawet jeśli było to działanie zupełnie pozbawione sensu.
    Sama już nie wiedziała co myśleć, a jej odczucia związane z tym, co mówił Artair zmieniały się co chwilę, ze złości w zdziwienie, ze zdziwienia w złość, w międzyczasie zaciekawienie, dezorientacja, nawet lekki smutek. Wydawało jej się, że jeśli chodzi o Arta to nie czuje już nic, ale chyba mocno się myliła. Skoro jednym, cichym „Próbuję naprawić to co zepsułem.” sprawił, że krew zaczęła jej głośniej dudnić w skroniach, to znaczy, że było jej to mniej obojętne niż chciała i niż powinno. Bo obojętność była w tej sytuacji dobra, zdrowa, najmniej destrukcyjna, oddalająca od ścieżki rozczarowań tak bardzo, jak to tylko możliwe. Niestety, nie ma tak łatwo, bo w przypadku Arta Julia zawsze była bliżej emocjonalnego masochizmu niż zdrowego egoizmu.
    Odetchnęła głęboko, gdy się odsunął, tak jakby dopiero odzyskała dostęp do powietrza, i przymknęła oczy na krótki moment. Wiedziała, że to nie jest jedna z jego gierek, a tym razem obdarował ją, mimo wszystko, paroma zdaniami szczerości. I widziała, że to dla niego trudne, bo naprawdę znała go dużo lepiej niż się jemu wydawało.
    Spojrzała na niego z niepokojem wyraźnie wymalowanym na twarzy.
    - Nie wiem, Art. - odpowiedziała cicho, głosem drżącym delikatnie, tak jakby zapomniał jak to jest wypowiadać to imię. - To jest strasznie skomplikowane. Zresztą sam o tym wiesz.
    Nie potrafiła jednoznacznie stwierdzić, czego chce. Chciała znów Artaira w swoim życiu i nie chciała jednocześnie. To brzmi banalnie, ale naprawdę serce mówiło jej jedno, a głowa drugie. Pochyliła się lekko, a książkę, którą trzymała w dłoni wcisnęła do torby.
    - Muszę lecieć. Nie mów nikomu o Julienie, dobrze? - poprosiła, zbliżając się do chłopaka nieznacznie. Nie wiedziała czy jest jeszcze w ogóle o czym mówić, ale tak czy inaczej, lepiej, żeby nikt się o tym nie dowiedział.
    Odetchnęła głęboko i minęła Arta, ruszając w stronę Wieży Zachodniej. Bo co mogła więcej powiedzieć? Co on mógł więcej powiedzieć?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Tego samego dnia wieczorem, w lochach odbywała się impreza urodzinowa jednego ze Ślizgonów. I normalnie Julia nigdy nie zastanawiałaby się czy będzie tam Artair i jak się wobec niego zachować, ale tym razem nie mogła wyrzucić tego tematu z głowy. Nie mogła, kiedy ciągle w jej myślach błąkały się jego słowa. „Próbuję naprawić to co zepsułem”. To było więcej niż kiedykolwiek spodziewała się od niego usłyszeć po tym wszystkim. Dlatego, kiedy impreza trochę się uspokoiła i każdy, zamiast błąkać się po sali bez sensu, znalazł sobie jakieś zajęcie, Julia podeszła do Artaira, siedzącego na miękkiej kanapie, ustawionej w kącie. Uśmiechnęła się prawie niezauważalnie, patrząc mu w oczy i podała mu jedną z trzymanych przez siebie butelek kremowego piwa, po czym usiadła obok, tak blisko, że ich ramiona stykały się delikatnie.

      Julia

      Usuń
  48. - Ja też nie. - odparła, opadając na kanapę i uśmiechnęła się nieco szerzej, kiedy Artair szturchnął ją delikatnie ramieniem. Był to drobny, prosty gest, ale zmieniał dużo więcej niż mogłoby się wydawać, ponieważ w jakiś sposób burzył mur, który zbudowali między sobą i przez zdecydowanie zbyt długo stali po przeciwnych jego stronach. Wciąż jednak nie wiedziała. I wciąż było to niesamowicie skomplikowane. Ale cóż! Szła za swoją intuicją, nawet jeśli przez to wybierała najgorszą możliwą drogę. Musiała w końcu zaryzykować, bo już miała trochę dość odpuszczania. Przeżycia z ostatnich tygodni wiele zmieniły w jej myśleniu i wiele ją nauczyły. Na przykład, że chyba już pora przestać marnować szanse, kalkulować, tworzyć podświadomie hipotetyczny rachunek zysków i strat. Trochę nie warto, bo szanse naprawdę rzadko powtarzają się po raz kolejny.
    Jesteś sama? - niby zwykle pytanie, a zburzyło cały jej spokój, o który walczyła każdego dnia, w każdej chwili, po to, aby znowu się nie rozsypać na kawałki. Poczuła, jakby jej wnętrzności zmieniły się w galaretkę, a w serce wbiła się kolejna drzazga.
    - Tak. - odpowiedziała cicho i aby powstrzymać napływające do oczu łzy, uniosła butelkę kremowego piwa i wypiła z niej kilka małych łyków. Tak, była sama. A fakt ten nigdy wcześniej nie bolał tak mocno jak teraz, bo nigdy nawet nie chciała mieć porównania. Wszystko było źle w tym byciu samą. Myślała, że już będzie dobrze, a znowu nie było, znowu sprawy się komplikowały, a ona zupełnie nie wiedziała, co ma z tym zrobić i czy w ogóle coś powinna.
    Ale tym razem może dobrze, że nie była na tej imprezie z Julienem. Wtedy z pewnością nie podeszłaby do Arta, aby wypić z nim pierwsze kremowe piwo po długim czasie schodzenia sobie z drogi. A mimo to tęskniła za Julienem jak cholera i nie mogła się tego uczucia pozbyć, nawet jeśli bardzo mocno starała się je stłumić. Oh, wolałaby czuć mniej.
    - Nieważne. - westchnęła cicho. - A Ty? Jesteś sam?
    Zerknęła kątem oka na Ślizgona, po czym rozejrzała się po sali, jak gdyby to mogło jej powiedzieć cokolwiek.

    Julia

    OdpowiedzUsuń
  49. Wiele osób pewnie uznałoby to, co robiła za samolubne i okrutne, ale Addie pragnęła jedynie odrobiny bliskości i ciepła. Nie kochała Artaira, lecz lubiła sposób, w jaki sprawiał, że się czuła; dla niego była wyjątkowa, zrobiłby dla niej wszystko i Addison po raz pierwszy od bardzo dawna czuła się przez kogoś chciana, nawet jeśli to było tylko oszustwo z jej strony. Miała nad nim władzę, w końcu znalazła jakiś aspekt swojego życia, który zależał tylko od niej, który mogła kontrolować i dowolnie naginać do swojej woli, nie martwiąc się poważnymi konsekwencjami. Sprawiła, że Avery zakochał się w niej bez pamięci, oddał jej się w całości, obdarzył ją zaufaniem... Tak, ta manipulacja była przejawem egoistycznej oraz kapryśnej strony jej natury, ale przecież nikogo w ten sposób nie krzywdziła. Artair w końcu czuł się akceptowany, czuł, że jest dla kogoś wystarczająco dobry i powoli przestawał zadręczać się myślami o despotycznym, wymagającym ojcu, więc tak naprawdę Addie częściowo oddawała Ślizgonowi przysługę, a przynajmniej w ten sposób nieustannie uciszała swoje wyrzuty sumienia. Zawsze była w pewnym stopniu obojętna, nie potrafiła się uczuciowo zaangażować w niemal żadną relację, za bardzo obawiając się zranienia w przyszłości, a Avery okazał się być bezpiecznym wyborem. Na początku nie planowała, że to wszystko potoczy się w ten sposób, jednak gdy odkryła, jak łatwo przyszło jej zdobyć zaufanie chłopaka i zrozumiała, że wystarczy okazać mu odrobinę uwagi, by ten bez wahania odwdzięczył jej się nieskończonymi pokładami czułości i przywiązania, pozwoliła, by ta perspektywa ją skusiła, omamiła. Przed rokiem nigdy nie zrobiłaby czegoś podobnego, ale wojna i to, co zostało jej przez nią odebrane, zmieniły Addie. Zagubiła się w tym wszystkim, nie miała wpływu na nic, w tym również na swoją przyszłość, która do tej pory malowała się w jasnych barwach i zeszła ze ścieżki, którą wcześniej obrała, lecz w tej chwili to nie miało żadnego znaczenia. Dla Artaira była idealna i każdego dnia mogła się rozkoszować tą świadomością, nawet jeśli tak naprawdę były to myśli marionetki, którą chwilowo owinęła sobie wokół palca. Kiedy nie stawiano przed nią trudnych wyzwań, łatwo wpadała w rutynę i szybko się nudziła, a Avery ostatnio zaczynał stawać się... męczący.
    Addison odwróciła głowę, zrywając między nimi fizyczny kontakt. Czuła na skórze ciepły oddech chłopaka, a jej policzek wciąż palił w miejscu, w którym łagodnie musnął go wierzchem dłoni. Westchnęła ciężko, wywracając oczami, zirytowana faktem, że ponownie poruszał to samo zagadnienie, ale wiedziała, że jak zawsze postawi na swoim. Chłopak nie potrafił jej odmówić, zawsze w końcu ulegał jej namowom.
    — Art, rozmawialiśmy już na ten temat. Jestem pewna — powiedziała Addie, a zniecierpliwienie nadało jej głosowi ostrej, tak nienaturalnej dla niej nuty. Cofnęła się o krok do tyłu, zwiększając między nimi dystans i splatając dłonie na klatce piersiowej. Wydęła usteczka, a między jej brwiami pojawiła się pionowa zmarszczka; znak, że zbliżało się tornado w postaci drobnej, nieposkromionej blondynki. — Dlaczego w ogóle chcesz iść na to głupie, świąteczne przyjęcie? Przecież w ogóle ci nie zależy na tym klubie.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Istniało wiele powodów, dla których dziewczyna nie chciała się tam pojawić. Jej bracia należeli do Klubu Ślimaka, ona była jedyną, która odmówiła uczestnictwa w tym plugawym procederze wybierania pupilków i wywyższania ich ponad innych uczniów jedynie ze względu na znane nazwisko czy sławnych krewnych, których widziało się raz w życiu przy okazji setnych urodzin ciotki Griseldy. Nie chciała mieć nic wspólnego z klubem, który niejako musiał utwierdzić jej rodzeństwo w przekonaniu o swojej wielkości, o przewadze czystej krwi nad innymi czarodziejami i ukształtował ich jako zaślepionych chorą wizją morderców. Ale choć Addison mogła zasłaniać się swoją dumą, podniosłymi przesłankami czy poczuciem niesprawiedliwości, jakie od dawna wzbudzała w niej idea Klub Ślimaka, jej pobudki były również małostkowe oraz egoistyczne. Pójście na świąteczne przyjęcie z Artairem byłoby czymś w rodzaju deklaracji, a ona nigdy niczego nie obiecywała chłopakowi i wolała utrzymać ten stan rzeczy. Avery należał do niej, lecz ona nie należała do niego, a wspólne wyjście mogłoby zaburzyć ten dystans, który Addie usilnie starała się między nimi utrzymać.

      Addison

      Usuń
  50. Widziała zdenerwowanie w jego oczach i coś jeszcze, coś co jednak mogło być odbiciem jej własnych emocji, które w tej chwili zawładnęło jej ciałem. Niepewność. Lęk. Bezradność. Gdyby miała przy sobie mugolski klej to użyłaby go do sklejenia ich konwersacji w jedną logiczną całość tak aby mieć już ją z głowy, ale nie tylko. Męczyło ją poczucie winy. Nie tylko z powodu Tobiasa, ucieczki i wielu tajemnic. Były jeszcze gorsze rzeczy o ile mieli podobny system wartości, jeśli nie to jednak dziecko o którym nic nie wiedział lokowało się na pierwszym miejscu. Czy wiedział, że została wydziedziczona? Pewnie tak w końcu bądź co bądź jej rodzina należała do czarodziejskiej szlachty, której korzenie sięgały czasów Karola Wielkiego. Jej zniknięcie musiało być wielkim skandalem nagłośnionym w gazetach i to nie tylko w Anglii. Gdy koczowała niedaleko Dumstrangu słyszała plotki o zaginionej dziedziczce fortuny, jednak nie wzięła tego do siebie uporczywie wmawiając sobie, że przecież nie mogła być jedyną dziewczyną na ziemi która uciekła w tym okresie. Nie, to musiał być przypadek. Zresztą jej rodzina już by o to zadbała. Prasa nie mogła się dowiedzieć. Po jej zniknięciu wymyślili jakąś historyjkę, którą sprzedali za grube galeony i w którą wszyscy bez wyjątku uwierzyli. Dla nich umarła a teraz, gdy coraz więcej osób dowiadywało się o jej nieszczęściu musieli wymyśleć coś innego, co nie zaprzeczyłoby ich wersji wydarzeń ale i pokazało jaką była niewdzięczną istotą.
    Zawsze ta na najgorsza.
    Gorączkowo przełknęła ślinę. Raz, drugi, trzeci. Suszyło ją w gardle jednak wiedziała, że gdy napije się choć łyka będzie łaknąć więcej, a mimo iż piwo kremowe było trunkiem niemalże bezalkoholowym, znając swoje możliwości wolała nie ryzykować. Musiała zachować czystość umysłu o ile takie pojęcie nadal istniało w jej słowniku.
    ̶ Wiem, domyśliłam się. Zestresowany dorosłym życiem? ̶ To było głupie pytanie kompletnie nie na miejscu i miał prawo je pominąć. Nie była mu w żaden sposób bliska, nie wiedziała o nim nic więcej niżeli dwa lata temu. Jednak ciekawość wzięła nad nią górą i proszę jakoś udało jej się wypowiedzieć więcej niż trzy słowa na krzyż. Dziesięć punktów do dyplomacji.
    Słysząc wzmiankę o rodzicach odwróciła wzrok. Jej usta odruchowo zacisnęły się w wąską linię. Ale do oczu nie napłynęła nawet jedna łza. Kiedyś płakała często, teraz uronienie łez było dla niej luksusem na który jej nie było stać. Poza tym, gdyby rozryczała się w karczmie już nie miałaby do niej wstępu a jak na razie było to jedyne miejsce gdzie mogła spokojnie pomyśleć.
    ̶ Nie musisz się niczym przejmować. Twoi rodzice na pewno chcą dla ciebie jak najlepiej i mają mnóstwo pomysłów, choć niekoniecznie mogą ci one odpowiadać ̶ biła od niej gorycz, kumulowana przez lata. Czy rodzice takich jak oni chcieli dla nich dobrze? Na pewno tylko na swój własny pokręcony sposób. Pewnie gdzieś tam w głębi ich nawet kochali, jednak wyższe cele ukryły gdzieś głęboko to uczucie. W końcu miłość w tych czasach była oznaką słabości, która można było wykorzystać ̶ Może nie takie stare ̶ uśmiechnęła się delikatnie nieco przechylając głowę na bok ̶ w końcu wprowadziłam się tu kilka miesięcy temu…. ̶ miała ochotę walnąć się w łeb. Teraz to ona chwyciła kufel i wyżłopała całą jego zawartość do ostatniej kropelki. Głupia nawet przez chwilę się nie zastanowiła nad tym faktem. Może on myślał, że jest tu przyjazdem, może myślał że zaraz stąd od jedzie…nie miała pojęcia jak się zachowa wiedząc, że spędziła w Hogsmeade, nie jeden, nie dwa…ale ponad dziesięć miesięcy.
    Opróżniony kufel postawiła na ladzie i skinęła na barmana. Ten chwycił go i nalał jej kolejną porcję piwa, uśmiechając się przy tym tajemniczo.

    Ronnie

    OdpowiedzUsuń
  51. [No cześć, hej. Przyszłam do tej postaci, którą pierwszą zauważyłam w linkach :D A z Twojej karty też niewiele da się wyciągnąć :P Aczkolwiek hasło Quidduitch i miotła zawsze na Luelle działają, więc może coś z tym?]

    - Luelle

    OdpowiedzUsuń
  52. [Dziękuję. Z kolei mi po przeczytaniu wszystkich Twoich KP najbardzij podoba się kreacja Artaira, a już szzególnie te tajemne epizody, o którym nikomu nie mówi. Także jeżeli chciałabyś znaleź dla nich jakieś powiązanie, albo wpakować ich do jednego dormitorium (VII rok Slytherinu zobowiązuje) to ja się na to piszę!]

    Scorpius

    OdpowiedzUsuń
  53. [Dziękuję pięknie za powitanie! Mnie hate love story z naciskiem na hate jak najbardziej odpowiada, zwłaszcza że Artair jest niezwykle ciekawą postacią i bardzo mnie zaintrygował. Teraz będę się zastanawiać, jakie zdolności posiada, że są one tak nietypowe i przerażające. :D
    Myślę, że Marcy może go uważać za jednego z tych wybitnie irytujących osobników, bo nie dość, że Ślizgon, to jeszcze uważa się za lepszego od innych. I nawet mam jako taki pomysł, jak zacząć: Marcy wkręciłaby się na spotkanie Klubu Ślimaka, oczywiście bez niczyjej zgody, a Artair akurat tego dnia też postanowił się zjawić, i konflikt gotowy. Nie dość, że szlama, to jeszcze się wpycha między lepszych ;)]

    Marcy

    OdpowiedzUsuń
  54. No mi Pottermore podpowiedziało, że doritoria dzieliły się na roczniki, a każde dormitorium mieściło około 4-5 osób, no ale w sumie to sama też nie pamiętam nigdy takich rzeczy z książek, więc często posiłkuję się innymi źródłami. No w każdym razie, czy dzieliło się na roczniki czy nie, nasi chłopcy i tak mieli i będą mieć szansę się spotkać. W sumie możemy założyć, że chłopacy znają się też spoza szkoły. Oboje są z czystokrwistego rodu, oboje ze Slytherinu, więc pewnie mają wspólnych znajomych, chodzą na te same spotkania towarzyskie. Scorpius może pewnego pięknego dnia docisnąć Avery'ego i pytać, dlaczego tak naprawdę zrezygnował z Quidditcha. Wymówka pt. drużyna mnie nie zadowala, na pewno go nie przekonała. Oo Ty na to?

    Scorpius Malfoy

    OdpowiedzUsuń
  55. [To zależy, z kim by grali :D Bo jak z Puchonami, to na pewno nie, bo przecież każdy kibicuje swoim, nie?\Czy to, ze to przeszłość, oznacza, że kompletnie go nie ciągnie do tego, aby sobie polatać czasem troszkę po kryjomu?]

    - Luelle

    OdpowiedzUsuń
  56. Dla krótkiego momentu w raju nie było warto skazywać się na piekło. Tak jak było było dobrze, należało przy tym zostać, nie robić głupot, nie wyciągać ręki po więcej, nawet przez przypadek. Co nam przyszło do głowy? Kiedy głupie żarty zmieniły się w rzeczywistość i, do cholery, po co? Przecież obydwoje mieliśmy chyba swoje granice, których zdawało się, że nigdy nie przekroczymy.
    Art, idioto, dlaczego przestało Ci to wystarczać? Przecież ja nigdy... No dobra, może czasem, ale nigdy tak naprawdę niczego nie oczekiwałam. Nie chciałam od Ciebie niczego. Nigdy nie chciałam, żebyś zaczął wwiercać się w moje wnętrze, bo to głębiej niż ktokolwiek miał prawo dotrzeć. Nawet Tobie, a może zwłaszcza Tobie, nie było wolno. Nie miałeś prawa, bo Ci go nie dałam. Chociaż... Może... Czasem.... Może czasem chciałabym. Trochę się pozmieniało, wiesz?

    Olivia westchnęła cicho i pogłaskała swoją śnieżną sowę po jej miękkich piórach, drugą dłonią odczepiając od jej nóżki spory pakunek. Powoli, jakby w środku było najdelikatniejsze szkło na świecie, włożyła paczkę do torby i ruszyła w stronę zamku, próbując pozbyć się wątpliwości, które krzyczały do niej każdego dnia, a przecież zasada nie angażuj się i tak traciła już rację bytu. Wróciła do dormitorium, zdjęła buty, ustawiając je przy tym równo przy wejściu i, kiedy z ulgą zauważyła, że pomieszczenie jest puste, wyjęła paczkę na łóżko i rozpakowała, papier od razu składając równo i wrzucając do kosza. Zmrużyła lekko oczy i uniosła książkę w stronę światła. Złote litery na starej, skórzanej okładce lśniły w rzadkich promieniach zimowego słońca, potęgując tylko u Liv wrażenie, że ma do czynienia z czymś absolutnie wyjątkowym. I tak było, bo chyba obróciła niebo i ziemię i wydała kupkę galeonów, tylko po to, aby teraz potrzymać tę książkę przez moment, a zaraz oddać ją komuś, dla kogo była jeszcze bardziej wyjątkowa i bardziej magiczna niż każde zwykłe zaklęcie, którego uczyli się na zajęciach. Ale co jeśli znalezienie tej książki miało być trudniejsze niż to co po tym? Nie wiedziała jak ma mu ją dać. Tak po prostu, jakby nic nigdy się nie stało, a ich tradycja obdarowywania się świątecznym prezentem dalej istniała? Bez sensu... Włożyła książkę do najwyższej szuflady w nocnej szafce, narzuciła torbę na ramię, założyła buty z powrotem i ruszyła na zajęcia OPCM, pewnie już spóźniona, chociaż teraz nie wydawało się to już tak niesamowicie ważne.
    Do książki wróciła dopiero późnym wieczorem, kiedy dotarło do niej, że, cholera, tchórzy. Nie jest w stanie podejść i mu jej dać, bo może nawet nie była w stanie spojrzeć mu jeszcze w oczy, obawiając się tego, co w nich dostrzeże. Nie chciała widzieć w nich takiego zaangażowania, a jednocześnie jakoś bezsensownie jej go brakowało, bo tak, może i ją denerwował, ale wolałaby, żeby denerwował ją dalej.
    Ostrożnie opakowała książkę, obwiązała wstążką, z kawałka czerwonego papieru wycięła mały bilecik, napisała na nim imię adresata i delikatnie przytwierdziła do prezentu. Wiedziała, że Art pozna jej charakter pisma i nie była pewna, czy tego chce, ale ostatecznie nie rzuciła na bilecik już żadnego zaklęcia, a tylko zaniosła paczkę do Pokoju Wspólnego i ukryła pod choinką, pośród innych prezentów.

    Olivia

    OdpowiedzUsuń
  57. [Dziękuję bardzo! (: Mam ochotę na jakiś wątek męsko-męski, ale masz trzech świetnych panów i nie wiem z którym byłoby prościej coś wymyślić... Póki co wpadam do Artaira, jednak gdybyś widziała Hugona w relacji z którymś pozostałych to również się piszemy!]
    Hugo

    OdpowiedzUsuń
  58. [Ok, to uzbrajam się w cierpliwość :D]
    Hugo

    OdpowiedzUsuń
  59. Jak co roku Klub Ślimaka organizował świąteczne przyjęcie, na które zapraszano jedynie jego członków wraz z osobami towarzyszącymi. Jako że w Hogwarcie nie organizowano żadnych balów dla uczniów (czego Marcy do dzisiaj nie mogła przeboleć ani zrozumieć, bo przecież w mugolskich szkołach zawsze je organizowano), była to jedna z niewielu okazji do uczestniczenia w prawdziwej imprezie bez groźby szlabanu wiszącej nad głową. I Marigold miała pewność, że tym razem będzie na niej obecna. Tyle tylko, że się przeliczyła i jakimś cudem, wciąż nie wiedziała jak, nikt jej nie zaprosił. Na początku nie bardzo się tym przejmowała, ale czas mijał, sukienka już wisiała w szafie, a chętnego na zabranie ją ze sobą brakowało. I tym sposobem nadszedł dzień przyjęcia, a Marcy już nawet nie miała co liczyć na zaproszenie.
    To właśnie wtedy, stojąc przed szafą i wpatrując się w piękną, beżową sukienkę kupioną specjalnie na tę okazję, pomyślała, że skoro nie dostała zaproszenia, to będzie musiała pojawić się na przyjęciu nieoficjalnie. Nawet się dłużej nie zastanawiała nad konsekwencjami takiej decyzji, ani tym, co się stanie, jeśli zostanie przyłapana. W końcu jeden szlaban jej nie zaszkodzi, a życie bez ryzyka to nie życie.
    Kiedy już zbliżyła się do sali, w której przygotowano przyjęcie, zaczęła żałować, że nigdy nie nauczyła się zaklęcia kameleona, bo gdyby potrafiła je rzucić, nie miałaby problemów z wejściem do pomieszczenia bez zwracania na siebie uwagi. Teraz jednak musiała coś szybko wykombinować, bo stanie za rogiem i wpatrywanie się w drzwi nie należało do najbezpieczniejszych i na pewno wzbudzi podejrzenia w każdym, kto ją dostrzeże.
    Marcy mogła jedynie dziękować, że nie była jedyną osobą, która próbowała się wkręcić na przyjęcie. Jakaś para właśnie stała przy drzwiach i się o coś wykłucała, robiąc przy tym dużo hałasu i zamieszania. Marcy dostrzegła w tym swoją szansę i pewnym krokiem wyszła zza rogu i weszła do sali, podążając tuż za jedną z członkiń Klubu Ślimaka. Gdy już znalazła się w środku, mogła odetchnąć z ulgą. Najgorsze miała już za sobą, za to przed sobą wspaniały wieczór pełen muzyki (co z tego, że czarodziejskiej, jakoś to przeżyje), zabawy i dobrego jedzenia.
    Przy stole zajęła pierwsze lepsze miejsce, nawet nie zwracając uwagi, koło kogo siada, co było jej największym błędem tego wieczoru. Spokojnie rozglądała się po sali, podziwiając świąteczne dekoracje, kiedy usłyszała ten znajomy i znienawidzony głos. Niemal natychmiast obróciła się w stronę Artaira Avery'ego, mrużąc przy tym oczy. Po chwili uśmiechnęła się słodko, w myślach przeklinając samą siebie, że w swoich planach zapomniała o Ślizgonie. Chociaż pytanie nie zostało zadane bezpośrednio do niej, Marcy wiedziała, że to od niej oczekiwano odpowiedzi, dlatego spojrzała Artairowi prosto w oczy i odparła:
    - Siedzę, nie widać?
    Ostatnią rzeczą, jakiej pragnęła, było popsucie sobie tego wieczoru i zdemaskowanie właśnie przez Avery'ego, dlatego obiecała sobie, że zachowa spokój i nie da się sprowokować. Przecież potrafiła go ignorować, prawda?

    Marcy

    OdpowiedzUsuń
  60. [O, a ja mam trochę inny pomysł, ale muszę się dowiedzieć, jakiej pan Artair jest orientacji. :D]

    Sweeney Lestrange

    OdpowiedzUsuń
  61. [W sumie dobra, też będzie. :D Mój Sweeney jest niby hetero (przynajmniej on tak myśli; ja skłaniałabym się bardziej ku aseksualności), więc co powiesz na to, by ich rodzice, wielcy przyjaciele, zechcieli zostać rodziną i postanowili wyswatać synów z... No, Lestrange'a z jakąś kuzynką Artaira i na odwrót? Zaznaczam, że "kuzynką", bo Sweeney nie ma siostry, a przecież nikt nie może być "bardziej" rodziną... :D Oczywiście chłopcy niezadowoleni niezmiernie, bo to nie ich typ, poza tym w ogóle jakoś tak nie przystoi zadawać się z rodziną kumpla w ten sposób (Harry zepsuł).]

    Sweeney Lestrange

    OdpowiedzUsuń
  62. Może gdyby ktoś kiedyś wskazał jej miłość palcem i pozwolił poprzyglądać się wystarczająco długo to nauczyłaby się czym ona jest. Wiedziałaby jak rozpoznać te charakterystyczne iskry w oczach drugiej osoby i jak na nie reagować, tak żeby cały świat nagle przesłoniły wielkie okulary w słodkim odcieniu różu. Ale Olivia nigdy nie dostała wystarczająco dobrej lekcji o miłości i nie potrafiła wyczytać z twarzy Arta nic, co dałoby jej jakąkolwiek pewność. Ani wtedy, kiedy ich rozpalone ciała splatały się w tej przedziwnej rozkoszy o smaku whisky, ani kiedy następnego poranka obudziła się obok niego i mogła przyglądać mu się jeszcze przez moment, zanim ubrała się i wyszła, wiedząc tylko tyle, że to jest w jakimś stopniu koniec. Doszło do czegoś, co nigdy nie powinno się wydarzyć, dlatego później unikała chłopaka przy każdej możliwej okazji, czując się jakby uciekała z kąta w kąt. Musiała. Przekroczyli nieprzekraczalną granicę, zza której nie było powrotu, chociaż Olivia wolałaby, żeby był, bo może gdyby jeszcze raz znalazła się w takiej sytuacji, potrafiłaby to przerwać i spokojnie wytłumaczyć Artairowi, że cokolwiek przyszło mu do głowy, nie ma racji bytu, a jemu po prostu nie może zależeć w ten sposób. Nigdy jednak nie powiedziała mu nic takiego, bo łatwiej było go unikać, zrezygnować nie tylko z Arta, ale z całej, związanej z nim, grupy znajomych, za którymi szybko się okazało, że zupełnie nie tęskni. Tylko on miał spośród nich kiedykolwiek jakiekolwiek znaczenie. Tylko w nim widziała coś więcej niż tak przeraźliwie częstą ślizgońską pustkę. A mimo to z czasem zorientowała się, że potraktowała go tamtej nocy trochę jak zabawkę, bo po wszystkim jeszcze długo odczuwała lekką dozę beznadziejnie płytkiej satysfakcji, jak gdyby zdobyła coś niezdobywalnego, zupełnie niemożliwego i w wielu aspektach wyjątkowego, bo Artair właśnie taki był. Wyjątkowy. I ta wyjątkowość właśnie teraz do niej wracała, jakby przy skreśleniu z życia całego szeregu ludzi nieistotnych, ktoś paradoksalnie ważny, choć niemal zapomniany, wysunął się na jeden z pierwszych planów.

    Olivia nie odliczała dni do świąt. Nie wracała do domu, jak większość uczniów Hogwartu, aby spędzić choć trochę czasu z rodziną, upiec stertę przepysznych pierników, ozdobić je śnieżnobiałym lukrem i cieszyć się zimową atmosferą w towarzystwie bliskich sobie ludzi. Nie miała takich. Nie tak jak wszyscy. Wolała więc zostać w zamku i każdego dnia spędzać wieczory na ukrytej w rogu Pokoju Wspólnego miękkiej kanapie. Z książką i kubkiem pełnym parującej herbaty. Ze świeczką o zapachu goździków i ciepłymi skarpetkami. Ze spokojną świadomością, że w końcu już niczego nie musi, bo nie chce spełniać oczekiwań nikogo, może nawet siebie samej.
    Spędzała tak niemal każdy wieczór i codziennie widziała tę niewielką, zapakowaną przez siebie paczkę, którą z każdym dniem otaczało coraz więcej prezentów. Ale z tego powodu również nie odliczała dni do świąt. Nie liczyła na nic, nie czuła podekscytowania na myśl, że Art rozerwie w końcu delikatny papier prezentowy, a jego oczom ukaże się upragniona okładka. Właściwie wciąż nie była do końca pewna dlaczego zadała sobie tak ogromny trud, żeby zdobyć dla niego tę przeklętą książkę, mimo że nie rozmawiali od miesięcy. Trudno jej było wytłumaczyć samą siebie. Z resztą, nie miało to chyba większego sensu.
    A wigilijny poranek spała tak długo, że wszystkie jej współlokatorki dawno już zapewne pobiegły do Pokoju Wspólnego, okupować choinkę albo do Wielkiej Sali na świąteczne śniadanie, przy świątecznej muzyce, wśród świątecznych dekoracji i w otoczeniu nauczycieli, którzy, poza Hogwartem, zdają się zupełnie nie mieć swojego życia. Olivia za to wzięła długi, gorący prysznic i ubrała się w najnormalniejsze dżinsy i sweter, jakie tylko mogła. Zero reniferów, bałwanów i wszystkiego, co nie potrafiło dawać jej nawet cienia radości.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Rozłożyła się na swojej kanapie w Pokoju Wspólnym i zanim wyciągnęła powieść, którą planowała tego dnia dokończyć, rozejrzała się jeszcze po pomieszczeniu, ciesząc się z faktu, że ominęła ją głośna i nieznośna procedura podziału prezentów i publicznego ich rozpakowywania, bo przecież koniecznie trzeba pochwalić się nową miotłą, nowym obrzydliwym swetrem z reniferem, nowym atramentem w choinkowym kolorze, nową sukienką, nowym spełnieniem marzeń, o których może zapomni się za miesiąc czy dwa. W końcu otworzyła książkę i zaczęła spokojnie czytać, starając się zniknąć ze swojej rzeczywistości, po to by na kilka godzin znaleźć się w innym świecie. Wyrwał ją z niego dopiero głos, którego dźwięk sprawił, że serce jej mimowolnie nieznacznie przyspieszyło. Uniosła wzrok, delikatnie mrużąc oczy z zaciekawienia.
      - Art. - szepnęła ledwo dosłyszalnie i wstała z kanapy tak, że nagle znalazła się ewidentnie bliżej chłopaka niż chciała i powinna. Cofnęła się o krok, skrzyżowała ręce na piersi, tworząc tym samym wyraźny dystans, a wzrok skupiła na oczach Artaira, czym mogła go albo zaczarować, albo zupełnie zdezorientować. Bo Olivia miała w sobie coś takiego, że czasami jednym spojrzeniem potrafiła zmrozić komuś serce i przyjemnie je rozgrzać, czasem nawet jednocześnie. Tak jakby w całej tej idealnie zbudowanej masce obojętności było coś, co powodowało, że dało się jednak cokolwiek wyczuć.
      Kiwnęła lekko głową na podziękowanie, ale zaraz prychnęła cicho i pokręciła głową.
      - Nic nie musisz mi dawać. - powiedziała, wciąż przyglądając się z uwagą ciemnym tęczówkom Artaira i widząc jak plącze się wraz ze swoimi myślami.
      Po krótkim momencie ciszy wzruszyła ramionami w odniesieniu do jego ostatniego pytania. Nadal nie znalazła właściwej odpowiedzi.
      - Trafiła się okazja. Wiedziałam, że ją chcesz i tyle. - skłamała bez mrugnięcia okiem. To było pierwsze wydanie. Nie do zdobycia. Na takie rzeczy okazje nie trafiały się ot tak. Musiała przewrócić świat do góry nogami i wytrząsnąć z niego tę książkę. Dla Arta.
      Może dlatego, że z tej jednej tradycji świątecznych prezentów nie potrafiła zrezygnować. Może dlatego, że nie umiała dłużej przechodzić obok bez słowa. Może dlatego, że mogła i wcale nie oczekiwała, że zmieni cokolwiek. Może tylko chciała, aby w ten zimny dzień prawdziwie się ucieszył...

      Liv

      Usuń
  63. Okej, ja sobie cierpliwie czekam, bo i tak muszę się odkopać spod swoich zaległych odpisów.

    S. Malfoy

    OdpowiedzUsuń
  64. Marigold nie oczekiwała, że Artair tak po prostu da jej spokój. Zbyt długo go znała i zbyt długo dochodziło do sprzeczek między nimi, by mogła mieć chociaż cień nadziei, że na tym ich rozmowa się skończy i każde zajmie się sobą. W Averym było coś, co niezmiernie ją irytowało i powodowało, że miała ochotę złamać wszystkie swoje zasady i uciszyć go jakimś zaklęciem raz a porządnie. Najlepiej, żeby bolało. Zawsze jednak coś jej podpowiadało, że wtedy zniżyłaby się do jego poziomu, a do tego nie chciała dopuścić, nawet jeśli tym sposobem mogłaby pozbyć się go ze swojego życia.
    Odwróciła się i wbiła wzrok w talerz, powtarzając sobie w myślach, że będzie go ignorować. Przecież potrafiła wystarczająco nas sobą panować, by przetrwać ten wieczór bez wdawania się w niepotrzebne wymiany zdań z kimś, kto najwyraźniej miał tak wąskie horyzonty myślowe, że uważał ją za niegodną nawet oddychania tym samym powietrzem, co on. Była Krukonką, potrafiła zachowywać się z rozwagą! Jednej rzeczy jednak nie potrafiła: powstrzymać pogardliwego parsknięcia, kiedy po raz kolejny w swoim życiu usłyszała jego gadkę o wyjątkowości.
    — W takim razie co ty tutaj robisz? — spytała, niemal natychmiast zapominając o swoim postanowieniu spędzenia wieczoru w spokoju. Już się nie uśmiechała. Nienawidziła, kiedy Artair wspominał o swojej wyższości nad innymi, którą — we własnym mniemaniu — zawdzięczał czystości krwi. Jakby to, kim się urodził, naprawdę miało jakiekolwiek znaczenie dla kogokolwiek! Nie miał prawa nazywać ją gorszą ani tym bardziej traktować z pogardą tylko dlatego, że nie podobało mu się, że pochodziła z rodziny mugoli. Wcale nie był od niej lepszy, nawet w najmniejszym calu!
    Chociaż Marcy nigdy nie przyznałaby się do tego na głos, cholernie bolał ją fakt, że przez własne pochodzenie nie była akceptowana w świecie, do którego przecież należała. Nigdy wcześniej też nie stała się ofiarą rasizmu i dopiero w Hogwarcie zrozumiała, że może on dotyczyć także jej. Mogła nienawidzić Artaira za jego dumę i zbyt wysokie ego, ale bez względu na to, ile razy powtarzała sobie, że jego opinia nie miała najmniejszego znaczenia, takie słowa wciąż bolały. I jedynym, do czego Marcy była zdolna w takiej chwili, to odpowiedzieć atakiem na atak.
    — Och, ja uważam, że to idealne miejsce dla mnie! — powiedziała pewnie, nawet nie zwracając uwagi na Anę, która zza pleców Artaira próbowała jej coś przekazać na migi. — Za to obawiam się, że dla ciebie i twojego przerośniętego ego nie ma już miejsca, Avery. Może powinieneś poszukać jakiejś sali tylko dla siebie? Zrobiłbyś nam wszystkim przysługę.
    Spojrzała z autentycznym obrzydzeniem na dłoń wyciągniętą w jej kierunku; musiałaby całkowicie oszaleć, żeby kiedykolwiek ją przyjąć i nawet jadowity ton głosu Artaira, nieznoszący sprzeciwu, nie mógł tego zmienić.
    Wstała powoli ze swojego miejsca, nie spuszczając wzroku ze Ślizgona, i uniosła nieco wyżej głowę.
    — Nigdy w życiu nie zaryzykowałabym utratą dobrej opinii, pokazując się z tobą komukolwiek. — Jej ton był równie jadowity, co jego i przepełniony czystą nienawiścią. — Jesteś dupkiem nie dostrzegającym niczego poza czubkiem własnego nosa i nawet sklątki tylnowybuchowe wzbudzają więcej szacunku od ciebie. Wolałabym przesiedzieć cały ten wieczór tutaj, niż pójść z tobą gdziekolwiek!
    Zamierzała usiąść z powrotem, ale zmieniła zdanie, gdy kolejna myśl przyszła jej do głowy.
    — Poza tym — zaczęła, nawet przez chwilę nie zastanawiając się nad swoimi słowami — żeby kogoś komuś przedstawić trzeba najpierw samemu tę osobę znać, a obawiam się, że ciebie nikt tu nie zna. I wiesz co? Nikogo to nie obchodzi.
    Nie miała zamiaru dać mu wygrać. Nie jemu.

    Marcy

    OdpowiedzUsuń
  65. [Rozumiem doskonale, ta uroczość aż bije z gifa :D Pomysł mi odpowiada, Artair jest starszy, w dodatku jest Ślizgonem i pewnie na co dzień przebywa w innym towarzystwie, więc Hugonowi mogłoby to imponować gdyby nieoczekiwanie zaczął ot tak z nim rozmawiać. Nie wiem czy Hugo traktowałoby go jak wzór do naśladowania, kogoś przy kim mógłby się po prostu wybić czy może chłopak po prostu byłby takim jego pierwszym, oczywiście nieodwzajemnionym i ukrywanym w wielkim sekrecie zauroczeniem. Wtedy nie miałby najmniejszego problemu by robić to co on mu każe, nie dostrzegłby w tym żadnego wykorzystywania czy czegoś w tym stylu. To jedno z zadań(?) mogłoby okazać się przesadą niosącą za sobą jakieś grubsze konsekwencje i ta sytuacja między nimi trochę by się obustronnie pokomplikowała. To też tylko taka luźna propozycja.
    Ale skoro Artair nigdy oficjalnie nie odmówił uczestnictwa w Klubie Ślimaka, mogłoby po raz pierwszy dojść do konfrontacji między nimi właśnie tam, jeśli chcemy zaczynać wszystko od podstaw. Święta byłyby dobrą okazją do zorganizowania jakiegoś kameralnego przyjęcia w tym elitarnym składzie.]
    Hugo

    OdpowiedzUsuń
  66. [Możemy zacząć od zera, już wcześniej siłą rzeczy musieli się kojarzyć, ale teraz będą mieli okazję do porozmawiania :D To mogłaby być pierwsza Artaira wizyta w Klubie od dawna, wizja świątecznego przyjęcia mogłaby go skusić, więc Hugo będzie tym bardziej zaintrygowany :D]

    OdpowiedzUsuń
  67. [ Jestem pod tą kartą, bo jakiś czas temu zastanawiałam się nad nazwiskiem Avery, nawet je zarezerwowałam, ale coś mi wypadło i musiałam odłożyć blogowe plany na później. W tym przypadku akurat wyszło nam to obydwu na dobre, jak sądzę, gdyż ty stworzyłaś Artaira, a ja wnuczkę Rosiera, którego postać od dawna mnie ciekawi. Niestety... Próbowałam coś wymyślić; coś mającego ręce i nogi, jednak nic konkretnego nie przychodzi mi do głowy. Oboje należą do starych szanowanych rodów i tego samego domu, więc teoretycznie powinni wiedzieć o swoim istnieniu. Ba, są nawet w Klubie Ślimaka.

    No, ale konkretnych pomysłów brak :< Cześć, dzięki za powitanie. Dobrze wrócić po kilkumiesięcznej przerwie. :D ]

    Sloane

    OdpowiedzUsuń
  68. Kłamała. Jasne, że kłamała i właściwie nawet zdawała sobie sprawę z tego, że Avery o tym wie, ale mimo to wolała udawać. Może głupio jej było przyznać się, nawet przed samą sobą, jak wiele zrobiła, żeby zdobyć książkę, do której Artair próbował dotrzeć od miesięcy. I zrobiła to, z nieznanych jej powodów, tylko dla niego. Pomimo że nie rozmawiali tak długo. Wolała o tym nie myśleć, bo w takich chwilach zaczynała sobie uświadamiać, że jej go brakuje, że potrzebuje go w jakiś beznadziejny i zupełnie dla niej niekomfortowy sposób, że siedzenie na Wieży Astronomicznej z nim było o wiele lepsze niż siedzenie tam samemu, że jego cisza daje więcej niż potok słów ze strony kogokolwiek innego. To nie znaczyło, że zaczęło zależeć jej bardziej, a jej emocje wyskoczyły za ustanowioną wcześniej granicę. To znaczyło, że tak jak było, było dobrze i chciała do tego wrócić, nawet jeśli nic w tym kierunku nie robiła. Chociaż może właśnie zrobiła, mimo iż nadal nic od niego nie chciała. Nie wymagała od niego prezentu dla niej, nie wymagała, aby teraz wrócił do jej życia. Chciała tylko zdobyć dla niego tę książkę! Więc pociągnęła za wszelkie możliwe sznurki, teleportowała się w dziesiątki miejsc i niemal zaprzedała duszę, żeby tego dokonać. Nie wiedząc nawet czy istnieje jakiś ukryty cel tej chwilowej obsesji, od którego może powinna uciec.
    Wzruszyła tylko ramionami na jego słowa, wciąż patrząc mu w oczy. Nie czuła, żeby toczyła się między nimi jakakolwiek walka. Patrzyła na niego spokojnie obojętnym wzrokiem, w którym od miesięcy zbierał się smutek i teraz wydawał się zagnieździć już na stałe. Jakby kąciki jej ust miały już nigdy nie unieść się w zupełnie szczery sposób. Jakby wszystko przykryła trująca mgła, zmieniająca ludzi w cienie. Pojawiające się i znikające ślady istnienia, które nic nigdy nie znaczyło i znaczyć nie będzie.
    Westchnęła cicho po jego kolejnych słowach i spuściła nieznacznie wzrok. Nie dlatego, że speszył ją uporem w wytrzymywaniu jej spojrzenia. Chodziło o to, że tak niepodobnie do samej siebie, nie była w stanie wzruszyć na to ramionami. Było jej głupio, bo nigdy nie chciała stawiać Artaira w niewygodnej sytuacji. Chciała, żeby ich znajomość zawsze znajdowała się na poziomie zero. Bez spychania się w dół ani wyrzucania do góry. Miała być stała, niezmienna, tak żeby zawsze móc do niej wrócić, kiedy wszyscy inni oczekują za wiele.
    Uniosła głowę dopiero, gdy chłopak powiedział, że nie może przyjąć jej prezentu. Zmarszczyła brwi, ale była to jedyna zmiana, jaka zaszła na jej twarzy. Tak jakby tylko dla jasności przekazu postanowiła wyrazić jakiekolwiek emocje, zamiast zbierać je i zabijać w sobie.
    - Jeśli pragniesz tego choć trochę to go przyjmij. - powiedziała tonem, jakby to było najbardziej oczywiste rozwiązanie na świecie, po czym zmierzyła go szybko wzrokiem od stóp do głów. - Z resztą... Nawet nie masz tej książki przy sobie. Świetna metoda oddawania niechcianego prezentu!
    Prychnęła, unosząc kpiąco jeden kącik ust. Gdyby teraz to zrobił, popełniłby prawdopodobnie największy błąd w życiu, a jego marzenie wylądowałoby w płomieniach kominka, bo jeśli Art nie chciałby tej książki to ona też nie. I raczej nie bawiłaby się w oddanie jej światu z powrotem.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. - Słuchaj, nie chciałam stawiać Cię w jakkolwiek niewygodnej sytuacji. Chciałam, żebyś to miał i tyle. Nie musisz dziękować, a tym bardziej dawać mi czegokolwiek w zamian. - znów spojrzała mu w oczy, znów z tą samą obojętnością - A już na pewno nie chcę tej książki z powrotem. Jeśli chcesz, możesz to potraktować jak zaległy prezent pożegnalny.
      Zamarła, bo zaraz zdała sobie sprawę ze znaczenia swoich słów, z tego, że właśnie wróciła do tematu, który nawet we własnych myślach omijała bardzo szerokim łukiem. Nie powinna tego mówić, być może w ogóle nie powinna z nim rozmawiać. Chociaż... Przecież właściwie Art nic od niej nie chciał i być może zawsze tak było. Może dla niego tamta noc też była błędem i nie tylko ona obawiała się, że druga strona nagle będzie wymagała czegokolwiek więcej. Jej usta rozchyliły się delikatnie, ale za moment wysuszyły się od przepływającego między nimi powietrza, więc oblizała je szybko, wciąż nie mogąc oderwać wzroku od oczu chłopaka, jak gdyby one były odpowiedzią. I wolałaby to usłyszeć niż się domyślać. I nie zadawać niepotrzebnych pytań. I uprościć wszystko jak tylko się da. I na pewno była jedyną dziewczyną na świecie, która marzyła o tym, żeby usłyszeć od chłopaka „Było fajnie, ale to nic dla mnie nie znaczyło.”.

      Usuń
  69. Hugo jako wielki miłośnik wszelakich przyjęć, odbywających się w większych grupkach spotkań czy innego tego typu imprez, oczywiście za nic w świecie nie mógłby opuścić jakiegokolwiek zebrania Klubu Ślimaka, które jego zdaniem były świetną okazją do zawierania nowych znajomości. Kwestia elitarności interesowała go akurat najmniej i po części szczerze ubolewał nad tym, że tak wąskie grono osób miało szansę przekroczyć próg wybranej przez opiekuna Klubu sali. Wbrew temu wolał po raz kolejny nie apelować o zmianę zasad, pamiętając iż pierwsza próba wszczęcia małej rebelii nie zakończyła się powodzeniem, a wizja wyrzucenia również nie wydawała się być pokrzepiająca. Zawsze mógł w takich przypadkach zasłonić się nazwiskiem, od czego poniekąd stronił przez większość swojego życia, jednak zamiast tego siedział cicho w nadziei, że któregoś dnia do pomieszczenia wkroczy ktoś nowy. Ktoś, kto nie znał go na tyle dobrze by kazać mu się zamknąć, odsunąć czy zniknąć z zasięgu jego wzroku, dostrzegając w nim potencjalne źródło nieuniknionych kłopotów.
    Ciężko było mu ukryć podekscytowanie na widok tylu świątecznych dekoracji, niezmiennie wprawiających go w dobry nastrój. Podobało mu się wszystko, począwszy od niedużej choinki a skończywszy na zalegających na stołach potrawach, jednakże to właśnie mieniące się różnymi kolorowe światełka przykuły jego uwagę najbardziej. Do tego stopnia, że o mały włos nie staranował dobrze znanego mu Gryfona, a Krukonowi z piątego roku nie zafundował darmowej kąpieli w wazie z zupą, przez dobre kilka minut muszą tłumaczyć im, że po prostu się zagapił. Tak samo jak wtedy, gdy tuż obok niego usiadł chłopak często widywany przez Hugona na szkolnych korytarzach bądź meczach Quidditcha, gdzie w porównaniu do Weasleya ograniczał się on do cichszego i mniej emocjonalnego zagrzewania zawodników do gry. Hugo nie wiedział co myśleć o tej niecodziennej acz intrygującej prowokacji, przez moment wodząc wzrokiem od jednego do drugiego – Ślizgona i nauczyciela. Ręka, którą w tym samym czasie sięgał po zachęcająco przystrojonego pierniczka zawisła na chwilę w powietrzu w połowie drogi do talerza, ale zdążył zreflektować się na tyle szybko, by nie dawać zebranym uczniom powodów do komentowania. Wychylił się nieznacznie do przodu i powoli otworzył usta, dłużej nie mogąc powstrzymać się od zawarcia głosu. Już wystarczająco długo przesiedział w ciszy, co jak dla niego było całkiem sporym osiągnięciem.
    — Wow — podsumował, spoglądając na wychowanka Salazara z czymś co na pierwszy rzut oka mogłoby skojarzyć się z podziwem. Bezwzględność nigdy mu nie imponowała, ale nie mógł być pewien, czy chłopak najzwyczajniej w świecie nie mijał się z prawdą. Zdołał już poznać wszystkich zapraszanych na spotkania i zrozumieć, że konkurowanie było w tym miejscu czymś powszechnym; wprawdzie część z nich była tutaj wyłącznie dzięki własnym zasługom, jednak nie dało się ukryć, że to wpływowi rodzice i znane nazwisko od lat było wyznacznikiem otrzymania przepustki do wrót Ślimaka. — Nie boisz się do niego pisać? No wiesz, gdyby sowa zgubiła drogę, spóźniła się z dostarczeniem listu… strach pomyśleć co mogłoby się z tobą stać — uśmiechnął się szeroko, co jak dopiero później pojął mogło zostać źle zinterpretowane. Nie chciał sobie z niego zażartować, kpić czy co gorsza podważać jego słów. Był naprawdę ciekaw, a nad utrzymaniem zobojętniałego wyrazu twarzy najczęściej trudno mu było pracować. — A my chyba nie mieliśmy jeszcze okazji się poznać, opuściłeś kilka spotkań — kontynuował, obracając głowę w jego kierunku — Hugo — dodał z entuzjazmem, wyciągając ku niemu rękę w celu uściśnięcia jego dłoni.
    Hugo

    Moje następne też powinny być lepsze!

    OdpowiedzUsuń
  70. Uważnie obserwowała zmieniającą się mimikę Artaira, a z każdą chwilą jej serce biło szybciej, chociaż wydawała się naprawdę opanowana. Pewnie dopiero, gdy chłopak podszedł bliżej mógł dostrzec jak jej klatka piersiowa drży, unosząc się przy każdym głębokim i z pozoru spokojnym oddechu. Chociaż może zupełnie nie zwrócił na to uwagi, bo niezmiennie wpatrywał się w jej ciemne oczy z taką intensywnością, że chyba pierwszy raz Olivia poczuła się przy nim mała. I słaba. I mimo że ostatnimi czasy czuła się tak o wiele częściej to w tej sytuacji miała ochotę z tego powodu krzyczeć i rzucać zaklęciami na wszystkie strony. Tak jakby wszelkie zasoby obojętności się skończyły. Ale mimo wszystko stała tylko przed nim i nawet nie drgnęła i nie spuściła wzroku. Tylko tonęła w jego tęczówkach, wiedząc że powinna coś powiedzieć. Coś co sprawi, że nie będzie musiała znosić tej konfrontacji. Wróci na kanapę, pod kocyk i będzie udawała, że właśnie tam jest dobrze, ciepło i bezpiecznie.
    Otworzyła usta, żeby coś powiedzieć, ale w końcu wstrzymała oddech na moment i pokręciła tylko głową. Brakowało jej odpowiednich słów, za pomocą których mogłaby wyrazić to co tkwiło w bałaganie jej umysłu, gdzie naprawdę sama już się gubiła i to coraz częściej. Nie mogąc dłużej znieść tego spojrzenia, zerwała kontakt wzrokowy, a dłonie wcisnęła do tylnych kieszeni spodni. Czuła się bezbronna, jak gdyby Artair atakował ją naprawdę ciężkim orężem, a ona nie miała nawet tarczy. Chciała spokoju i jednocześnie jakoś bezsensownie chciała też Arta, ale nie dało się tak po prostu znaleźć się w tym punkcie, przeskakując przez wszystkie problemy, trochę jakby nigdy nie istniały. Może i byli mistrzami zamiatania spraw pod dywan, ale bez przesady. Nie wszystko się tam mieści z łatwością. Niektóre problemy trzeba po prostu posprzątać. Chyba na tym polega dorosłość. Ale jeśli tak, to ja dziękuję.
    Nigdy nie zastanawiała się co by było gdyby, bo tamtego poranka decyzję podjęła w jednej krótkiej chwili. Niemal czule odsunęła zbłąkane kosmyki włosów z twarzy Arta, opuściła wygrzane ich gorącymi ciałami łóżko, ubrała się i wyszła, godząc się ze wszystkimi konsekwencjami i gorzko śmiejąc się w duchu z własnej głupoty. Nigdy nie żałowała. Ani tej nocy, ani poranka. I może wystarczyłoby, żeby porozmawiali, ale zdecydowanie łatwiej było odpuścić i nie zmuszać się do tłumaczenia kumplowi, że jest tylko kumplem i nic poza tym. Tylko, że być może on wcale tak nie myślał i taka wizja miesięcy zmarnowanych na ucieczki, lekko kuła w serce. O ile to serce nie zamarzło jeszcze do reszty...
    Musisz się ze mną żegnać? Zmarszczyła brwi, kiedy usłyszała to ciche pytanie i z prawdziwą konsternacją znów spojrzała na Arta, w którego oczach kryło się coś więcej niż poprzednia złość. Jakby coś bliżej smutku, coś bliżej niej. Kiwnęła delikatnie głową niemal automatycznie, ale prawie niezauważalnie. Wolała, żeby był na nią zły, żeby nie wysyłał jej nawet tak bladej i chyba podświadomej informacji, że jakkolwiek, nawet w najmniejszym stopniu mu zależy, bo jeśli komuś zależy to trzeba go odsunąć. Według takich schematów działała od dawna i trochę się w tej kwestii zmieniło, ale nie tak znowu wiele. Trzeba się było pożegnać. Bo Olivia nie chciała nic wyjaśniać. Chciała godzić się na tę idiotyczną rzeczywistość, ale mieć zapewniony względny spokój, stabilność i szklaną kulę, do której nikogo nie wpuszczała.
    Zadrżała, kiedy chłopak nagle mocno złapał ją za nadgarstek. Skóra niemal paliła ją w tym miejscu przez dyskomfort dotyku, fizycznej bliskości, do której nie dała mu prawa.
    - Puść mnie, Art. - wycedziła przez zęby, chcąc wyszarpnąć rękę, ale jego zimna i agresywna odpowiedź sprawiła, że jak marionetka wyszła za nim z Pokoju Wspólnego Ślizgonów.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Doskonale wiedziała, gdzie ją prowadzi, bo chodzili tamtędy dziesiątki, jeśli nie setki razy. Tym razem jednak nie była zrelaksowana, gotowa na picie wina z kumplem, a... bała się. Była niepewna, zgubiona pośród wszystkich swoich myśli i wytrącona z równowagi dotykiem, który palił jej skórę, chociaż nie powinien. Kiedy w końcu puścił jej rękę, odwróciła się od niego plecami i ujęła nadgarstek drugą dłonią, masując go delikatnie, mimo że niemal nie bolał. Odeszła na kilka kroków i usiadła na zakurzonym parapecie, tak jakby jej pedantyczna natura została przyćmiona przez wszystkie te idiotyczne emocje. Spojrzała na Artaira z lekkim wyrzutem. Chociaż może miał trochę racji. Mieli sobie coś do wyjaśnienia.
      Rozejrzała się po pomieszczeniu, korzystając z ciszy i dając sobie moment na oddech, na próbę jakiegokolwiek pozbycia się nadmiaru wszystkiego – emocji, myśli, gestów, dźwięków, czegokolwiek co sprawiało, że tylko mocniej chciała oddalić się od rzeczywistości. Tak mocno, że może w końcu byłaby nie do znalezienia. Jej wzrok przesuwał się ze szklanych, zakurzonych fiolek, poprzez rząd niezdatnych do użytku kociołków, pojemników po ingrediencjach, miarek, aż do wielkiej, czarnej tablicy na samym końcu sali. Tej, na której kiedyś tworzyli różne szalone dzieła sztuki. Uśmiechnęła się mimowolnie i wzrokiem wróciła do Artaira. I chciała wrócić w ogóle. I nie chciała. Westchnęła ciężko i zamknęła na moment oczy. Nagle usłyszała cichy trzask, więc wzdrygnęła się i rozejrzała wokół. Kominek. Nawet nie zorientowała się jak bardzo było tu zimno. Zeskoczyła z parapetu i podeszła powoli do Arta. Musieli pogadać, ale ona cholernie bała się zacząć, więc tylko patrzyła na niego z łagodnym wyczekiwaniem, wymalowanym na twarzy. W końcu się odezwał, odwracając wzrok, więc mogła przyglądać mu się zupełnie swobodnie.
      - Przepraszam. - powiedziała cicho, chyba pierwszy raz wypowiadając to słowo w jego kierunku, chociaż on zapewne nie zdawał sobie sprawy z tego, jakie to dla niej trudne i jakie ważne. Olivia nie miała w zwyczaju przepraszać ani żałować, a teraz wydawała się mniej sobą niż kiedykolwiek była, bo nigdy nie była osobą, której zależy, żeby dobrze czuł się ktokolwiek poza nią samą. Artair zawsze miał dla niej jakieś znaczenie, ale nie aż takie. Nigdy. A teraz już sama nie wiedziała co się dzieje.
      Co mogła więcej powiedzieć? Przeprosiła, w tym jednym słowie zawierając wszystko. To, że wyszła wtedy bez słowa, że nie wróciła później, żeby to wyjaśnić, to że unikała go przez wiele tygodni, że pozwoliła, aby prawie stał się dla niej obcą osobą, że śmiała myśleć, i nadal się obawia, że będzie oczekiwał od niej więcej, więcej niż może i chce mu dać. I w końcu to, że rozgrzebała to wszystko, dając mu książkę, która miała zbyt duże znaczenie, udowadniając tym samym, że oni też mieli kiedyś dla siebie znaczenie. Jakieś.
      Patrzyła na chłopaka w ciszy przez dłuższą, wydawało się, że niekończącą chwilę, którą przerwała cichym westchnieniem. Pokiwała głową, a jej wzrok przeniósł się na drzwi.
      - Pójdę już. - odparła, znów zerkając w oczy Arta. - Nie przejmuj się tym wszystkim. Chyba jednak... żadne z nas nie chciało się angażować, prawda? Ja nie chciałam. Ale teraz jest już chyba trochę za późno, żeby sobie to wszystko wyjaśniać.
      Zacisnęła usta w cienki paseczek i odwróciła się, ruszając powoli w stronę wyjścia. To była najlepsza opcja. Wrócić do poziomu zero. Nowego poziomu zero, którym był brak kontaktu. Wrócić i utrzymywać stałą pozycję, dbając aby przypadkiem nic się w życiu znowu nie wymknęło spod kontroli.

      Olivia, która coś się nie może ogarnąć...

      Usuń
  71. Nie wierzyła, że Artair po prostu chciał pojawić się na świątecznym przyjęciu Klubu Ślimaka. To wydawało się być zupełnie nie w jego stylu i denerwowało ją, że chłopak próbował coś przed nią ukryć.
    — Od kiedy potrzebujesz utrzymywać znajomości? Myślałam, że twój tatuś sam doskonale sobie z tym radzi, ustawiając twoją przyszłość — zauważyła zjadliwie Addison. Wiedziała, że to był cios poniżej pasa, jednak zupełnie nie spodziewała się ataku ze strony Avery'ego, a przezwyciężanie własnych nawyków było trudne; zawsze na atak odpowiadała agresją. Wiedziała, że Artair zrobi wszystko, by zadowolić swojego despotycznego ojca i z jednej strony nie mogła go za to winić – sama miała okazję poznać mężczyznę i wywierał on naprawdę piorunujące wrażenie – ale z drugiej irytował ją fakt, że Ślizgon wszystko podporządkowywał zachciankom tatusia.
    Jakiś cichy głosik w jej głowie podpowiadał, że wcale nie była lepsza od Avery'ego seniora.
    — Och, czyli teraz to ja jestem tą złą, bo za każdym razem zmuszam cię do treningów? Biedny Artair, strasznie mi cię szkoda — wysyczała Addison przez zaciśnięte zęby, ze złością mrużąc oczy. — Kogo próbujesz oszukać? Uwielbiasz Quidditch, kochasz latanie na miotle, więc teraz nie rób z siebie cholernego męczennika, który się tylko dla mnie poświęca! Sam byłeś zbyt dumny, by znowu zacząć trenować, a ja ci to umożliwiłaby. Zrobiłam to dla ciebie, więc przestań zachowywać się tak, jakbym nigdy cię w niczym nie wspierała! Albo, wiesz co, rób co chcesz, jak dla mnie możesz dalej kreować się na ofiarę losu i udawać, że cierpisz katusze z powodu wspólnych treningów, do których podobno cię zmusiłam, choć tak naprawdę wiele dla ciebie znaczą!
    Być może jednak nie wszystko, co było związane z Artairem, było dla niej jedynie egoistyczną zabawą. Lubiła go i to była chyba najbardziej tragiczna część całej tej relacji: gdyby nie mogła go znieść, nie miałaby wyrzutów sumienia z powodu tego, jak wodziła go za nos, ale Ślizgon nie był taki, jak go początkowo oceniała. Na spotkaniach czystokrwistych rodzin był wyniosły, zdystansowany i zimny, bo tego od niego wymagano. Tak miał prezentować się każdy Avery. Nie sądziła, że Artair okaże się być zupełnie inny w bliższych kontaktach, a kiedy już zorientowała się, że wcale nie jest snobistycznym dupkiem, było już za późno, zdążyła za bardzo uwikłać się w cały ten układ. Dlatego drobnostkami starała się uciszyć własne wątpliwości i pogardę do samej siebie. Gdyby miała więcej siły woli oraz determinacji, może udałoby jej się to wszystko szybko, w miarę bezboleśnie zakończyć, jednak z każdym dniem czuła się coraz bardziej samotna w tłumie ludzi i Artie okazał się być jej jedyną ostoją, nawet jeśli tylko chwilową, fałszywą, iluzoryczną. Nie chciała wypuścić go z rąk, nie chciała, by jakakolwiek inna dziewczyna korzystała z głębi uczucia, jaką potrafił otaczać Avery, dlatego od czasu do czasu posiłkowała się rzeczami, które miały mu sprawić drobną przyjemność. Zachowywała się trochę jak zapracowany rodzic, który próbuje zagłuszyć swoje wyrzuty sumienia z powodu braku czasu dla dziecka drogimi zabawkami. Bo choć nim manipulowała, jednocześnie jej na nim zależało w jakiś dziwny, niezrozumiały sposób.
    Popaprane? Bardzo. Ale taka była prawda.
    — O co ci tak naprawdę chodzi, Artair? Bo jak na razie cały dzień wciskasz mi samo gówno — zauważyła chłodno Addie, oplatając się ramionami w pasie. W ten sposób wydawała się być jeszcze drobniejsza niż w rzeczywistości, jej sylwetka niemal ginęła wśród wysokich zasp śnieżnych. Przez nieustanny stres ostatnio dużo schudła; rysy jej twarzy niezdrowo się wyostrzyły, a pod oczami widniały ciemne sińce. Wyglądała tak, jakby przy najmniejszym podmuchu lodowatego wiatru miała zamienić się w pył i zniknąć.

    Addison

    OdpowiedzUsuń
  72. Nie chciała, ale musiała przyznać, że trochę zabolał ją brak reakcji Arta na jej przeprosiny, ponieważ to jedno słowo było prawdopodobnie najbardziej szczerym i wyrażającym największe zaangażowanie słowem, jakie wypowiedziała od wielu tygodni. Ostatnio jej codziennością było kłamstwo, ułamki prawdy, oczy wyrażające tak niewiele poza zupełnie nieuchwytnym smutkiem, że wydawało się jakby w ogóle nie istniała. Krążyła, niczym duch po zamku i nie interesowała się nikim i prawie nikt też nie interesował się nią. Nie potrafiła już tak naprawdę być. Teraz umiała tylko pojawiać się i zaraz znikać.
    Patrzyła na Arta przez moment, oddychając spokojnie, aż w końcu chłopak przesunął się w bok, umożliwiając jej wyjście. Chciała jeszcze coś powiedzieć. Cokolwiek. Chociażby do widzenia, ale miała wrażenie, że nawet to już by było za dużo. Wystarczy słów, gestów, upartych spojrzeń i wystarczy Arta, bo ta znajomość nigdy nie miała tak wyglądać. Nigdy przecież nie miała wymagać niczego. Nawet do widzenia, a już na pewno nie przepraszam.
    Szybkim krokiem wróciła do Pokoju Wspólnego i naprawdę wolałaby się nie przejmować, ale pod maską braku jakichkolwiek uczuć była jednak Olivia Greengrass. Dziewczyna, która niemalże wyłączyła swoje uczucia, a teraz odblokowała je jedna, niezbyt długa rozmowa. Co poszło nie tak?
    Później, gdy tylko usiadła na swojej ulubionej kanapie w kącie, poczuła, jakby wszystko spadło jej na ramiona, przygniatając ją tak mocno, że niemal leżała na ziemi. Każdy, nawet najmniejszy ból ostatnich miesięcy, każda beznadziejna decyzja, a nawet te kretyńskie wyrzuty sumienia, od których zawsze starała się uciekać. Poczuła się wtedy jednocześnie jakby była najgorszym człowiekiem na świecie i jakby to świat był zły i odpowiedzialny za wszystkie krzywdy. Wolałaby nie być winna, ale ona też robiła mnóstwo głupot i chyba nawet więcej niż mogła zliczyć, a co już mówić unieść.
    I siedziała tak prawie bez ruchu, z podkulonymi nogami, przykryta miękkim, czarnym kocem, wpatrując się najpierw w jeden nic nieznaczący punkt, potem w kolejny i kolejny i nawet nie czuła głodu, ani znużenia, po prostu siedziała tak, krzycząc wewnątrz siebie i wylewając więcej łez, niż kiedykolwiek, ktokolwiek mógł zobaczyć. I chyba wolałaby nie istnieć, niż istnieć w ten sposób.
    Co się dzieje?
    Uniosła wzrok i nieznacznie skuliła, tak jakby zamiast pytania, dostała właśnie kubłem zimnej wody w twarz. Nie mogła, nie chciała, ale musiała udawać, bo to było za dużo, aby wyrzucić to na zewnątrz, a już na pewno nie do niego. Mimo, że był pierwszą to jednocześnie również ostatnią osobą, której chciałaby dać prawo do choćby delikatnego dotknięcia jej wnętrza. Sama starała się od niego uciekać, uparcie goniąc do przodu i potykając się o własne nogi, ale zazwyczaj dawała radę. Tylko nie dziś.
    - Nic. - odpowiedziała krótko i uśmiechnęła się. Jak gdyby nigdy nic. - Wszystko w porządku.
    Dobrze, że chociaż kłamać umiała całkiem nieźle. Zazwyczaj. Bo w jednej chwili z nawet przerażająco smutnej dziewczyny, zmieniła się w dość normalną. Taką, która potrafi obdarować szczerym uśmiechem, może trochę zamyślonym spojrzeniem, ale wygląda normalnie. Bo ma tak wyglądać. Bo chce, żeby wszyscy tak myśleli. I jeśli nie masz mocy, żeby wejść do jej głowy to nie odkryjesz, że coś nie gra. Zazwyczaj. Przeważnie. Teoretycznie.
    Zastanawiała się tylko dlaczego do niej podszedł, bo przecież skończyli rozmowę. 'Ustalili', że nie wchodzą sobie w drogę, nie angażują się, nie wyjaśniają nic między sobą. Koniec. Baw się sam.

    Olivia

    OdpowiedzUsuń
  73. Mogła się wyrwać. Artair nie trzymał jej dłoni na tyle mocno, by nie mogła tak po prostu wyrwać jej i odejść. Ale tego nie zrobiła, bo jakaś masochistyczna część jej osobowości chciała zobaczyć, co się stanie dalej, jeśli jednak da się poprowadzić. To była zaledwie chwila, kiedy ciekawość zwyciężyła nad pozostałym rozsądkiem, a siedząca tuż obok przerażona Ana ze swoim chłopakiem straciła jakiekolwiek znaczenie.
    I Marcy niezmiernie żałowała tej chwili słabości.
    Z niedowierzaniem wpatrywała się w stojącego przed nią mężczyznę — którego nazwiska nawet nie znała i który najwidoczniej był dyrektorem któregoś z departamentów w ministerstwie — i nie dowierzała własnym uszom. Przyzwyczaiła się do pogardliwych słów na temat mugolaków padających z ust Avery'ego i jemu podobnych, ale nie spodziewała się ich usłyszeć z ust wysoko postawionego urzędnika Ministerstwa Magii. Myślała, że czasy, kiedy nawet rząd pogardzał mugolami i czarodziejami mugolskiego pochodzenia przeszedł już do przeszłości i co najwyżej można było poczytać o nim w książkach. Nawet nie przypuszczała, jak bardzo się myliła.
    Nie dość, że została całkowicie zignorowana (co mocno ugodziło jej ego) i stała koło Avery'ego jak idiotka, to jeszcze dowiedziała się, że mugole, a wraz z nimi ona, byli uważani za ludzi drugiej kategorii.
    Z trudem powstrzymała wszystkie przekleństwa cisnące się na usta, które pragnęła wygłosić pod adresem mężczyzny. Zamiast tego, zaciskając mocno zęby, powtarzała w myślach wszystkie klątwy, o których kiedykolwiek czytała, i liczyła, że któraś zadziała i szanowny pan dyrektor zginie w męczarniach, na jakie jej zdaniem zasłużył. I niech weźmie ze sobą Avery'ego.
    Nie odwzajemniła uśmiechu; straciłaby szacunek do samej siebie, gdyby to zrobiła. Dopiero po chwili przestała wwiercać się wzrokiem w plecy dyrektora i ruszyła za Artairem, Gdy tylko się odezwał, spojrzała na niego, wściekła i całkowicie wyprowadzona z równowagi poprzednią rozmową.
    — I to uważasz za odwagę? — spytała, pełna niedowierzania. — To, że obrzucasz innych błotem, by podnieść własną samoocenę? To żałosne! Obaj jesteście żałośni!
    Nawet nie zwróciła uwagi, że podniosła głos na tyle, by zaciekawić kilka najbliższych osób.
    — Jak można być tak ograniczonym umysłowo, by uważać mugoli za gorszych? Jak można mówić, że sprawiają kłopoty, kiedy to ci czarodzieje narażający świat magii na wydanie są im winni. Ale nie, łatwiej ukrywać przed mugolami wszelkie informacje i zwalać winę na nich za każdym razem, gdy coś pójdzie nie tak. Bo przecież i tak się nie obronią. — Mocno zaciskała dłonie i wpatrywała się Artairowi prosto w oczy. — Jesteśmy takimi samymi ludźmi jak wy i nie masz żadnego, żadnego prawa twierdzić, że jest inaczej. Ani ty, ani żaden inny idiota zajmujący stołek w Ministerstwie Magii!
    Nie zamierzała tolerować postawy Avery'ego i była gotowa walczyć w imieniu własnym i innych mugolaków. Bo to już nie chodziło tylko o nią i jej urażoną dumę: tu chodziło o jej rodziców, najcudowniejszych ludzi na świecie, którzy zasługiwali na szacunek i którzy zrobili o wiele więcej dobrego niż wszyscy wyznawcy czystości krwi razem wzięci; tu chodziło o jej znajomych, którzy stykali się z tą samą nienawiścią co ona. I chociaż Marcy nigdy nie należała do osób gotowych skoczyć w ogień za tych, których kochała, to była gotowa w każdej chwili stanąć do walki o prawa mugoli i mugolaków.
    — To kogo jeszcze mi przedstawisz? — spytała, gdy jej gniew nieco opadł. Splotła ręce na piersi i przysunęła się do Artaira o jeden krok. — Pochwal się, kogo jeszcze zna twój tatuś.

    Marcy. Spokojnie, ja też miewam słabsze dni ;)

    OdpowiedzUsuń
  74. [Super. W takim razie czy mogę liczyć na zaczęcie? Bez pośpiechu, oczywiście. c:]

    Sweeney Lestrange

    OdpowiedzUsuń
  75. Święta Bożego Narodzenia oficjalnie straciły dla Olivii wszelką magię. Nawet nie zajrzała do Wielkiej Sali, pięknie przystrojonej i rozbrzmiewającej świątecznymi piosenkami. Nie zjadła ani jednego lukrowanego pierniczka, które zawsze uwielbiała. Nie czekała na prezenty, a sama miała ochotę dać tylko jeden i to z jakichś zupełnie dziwnych powodów. Nie siedziała w Pokoju Wspólnym, wpatrując się w srebrno-zieloną choinkę i chłonąc ciepłą atmosferę świąt. Siedziała w Pokoju Wspólnym, starając się czuć jak najmniej, ale czuła za dużo, a z każdą chwilą zarówno zewnętrznie jak i wewnętrznie robiło jej się coraz zimniej, tak jakby zaraz miała zmienić się w kostkę lodu. Może wtedy przynajmniej mogłaby się od tego wszystkiego odciąć.
    Art zburzył całą równowagę, jaką wypracowała sobie przez ostatnie miesiące. A może sama ją zburzyła? W końcu to ona to zaczęła i może normalnie zrzuciłaby wszystko na Arta, wytłumaczyłaby to jakkolwiek, byleby nie przejmować winy na siebie, ale teraz była w takim stanie, że wszystko, co negatywne chłonęła jak gąbka, jednocześnie odbijając te dobre rzeczy.
    Zmarszczyła brwi, patrząc na Artaira, łapiąc kontakt wzrokowy tylko na krótki moment. Zdziwiło ją to co słyszy. Skąd, do cholery, miała wiedzieć, że gdyby coś się działo, a działo się, to może mu powiedzieć? Kiedyś mu ufała. Wierzyła, że są po tej samej stronie, a jeśli będzie musiała skakać to on ją złapie, ale bardziej w dosłownym niż metaforycznym tego słowa znaczeniu. Nigdy nie był powiernikiem jej sekretów, nigdy nie wiedział dokładnie, co siedzi jej w głowie. Znał ją i to dość dobrze, ale bardziej z obserwacji i powierzchownych informacji niż rzeczywistego dotarcia do niej nieco głębiej. Teraz chciał tam dotrzeć. Widziała to, bo nie miał klasycznej miny Avery'ego, którego nic wokół nie interesuje i jeśli o coś pyta to na pewno nie z troski. Teraz coś w jego oczach szeptało cicho, że mu zależy. Nawet jeśli tak niesamowicie trudno było w to uwierzyć i nawet jeśli wcześniej zupełnie nie zachowywał się, jakby tak było. Nie odpowiedziała mu ani słowem i już myślała, że teraz po prostu odejdzie, tak jak powinien, tak jakby było najprościej, ale on podniósł najbliższą pufę, postawił ją obok kanapy i usiadł, nie odrywając niemal wzroku od Olivii. Czuła na sobie jego wzrok, ale uciekała od niego. Patrzyła na jego dłonie, splecione ze sobą smukłe palce, które kiedyś błądziły po jej nagiej skórze, wplatały się w jej ciemne włosy i przyciągały jej ciało do jego ciała, rozpalając ich obydwoje w tej pustej przyjemności. Chciała wyrzucić te wspomnienia z głowy, ale teraz wracały, bo były ostatnimi wspomnieniami z nim. Po tym była tylko cisza.
    Dopiero, gdy zaczął mówić, uniosła wzrok. Wydęła lekko usta i słuchała go z największą uwagą i zainteresowaniem, na jaką mogła się teraz zdobyć. To brzmiało, jakby zupełnie nic nie zrozumiał. Jakby wtedy, w ich sali od eliksirów nie dotarło do niego żadne słowo, które wypowiedziała. A przecież powiedziała mu wyraźnie, że nie chciała się wtedy angażować. Czy nic do niego nie dotarło? Tylko czy ona miała ochotę mówić to jeszcze raz i cokolwiek tłumaczyć? Łatwiej było wierzyć, że wszystko już jest stracone.
    Podniosła się ciężko, jakby sprawiało jej to ból, zsunęła koc z kolan na bok i usiadła po turecku, opierając łokcie o uda. Przeczesała włosy palcami i spojrzała na Arta spojrzeniem zamglonych, przymrużonych oczu.
    - Możesz udawać, jeśli chcesz, ale nie musisz. Możesz udawać, że to miało znaczenie, ale nie miało. Możesz mówić wszystko, ale możesz też nie mówić nic. Niczego od Ciebie nie oczekuję i nigdy nie oczekiwałam. - mówiła powoli, spokojnie, chcąc aby każde słowo do niego dotarło, bo nie chciała powtarzać ich po raz kolejny. - Masz rację. Było cholernie dobrze, może nawet najlepiej. Ale nie było to warte wszystkiego, co potem. I teraz. Może wydawało mi się, że chcę wrócić do tego, co było przed i dlatego dałam Ci tę książkę.
    Ale tak naprawdę wcale nie chcę do tego wracać, bo nie chcę Ci tego robić. Jestem teraz większym bałaganem niż kiedyś i lepiej, żebyś w tym nie uczestniczył. Dla własnego dobra.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Patrzyła mu jeszcze przez krótką chwilę w oczy, po czym odwróciła wzrok. Ta niespodziewana chwila szczerości dużo ją kosztowała, ale zrobiła to po to, aby już nie musieć nic wyjaśniać. Arta nie dało się spławić byle kłamstwem, bo on też był w tym dobry. Poza tym była mu winna prawdę i może chociaż ona sprawi, że zrozumie i znowu się od niej odsunie, aby mogła sama dusić się w swoich problemach, błędach, kłamstwach i wątpliwościach. I może z nimi wygrać.

      Olivia

      [W końcówce pierwszego komentarza enter przed "Ale tak naprawdę..." jest oczywiście niepotrzebny i to też część dialogu :) ]

      Usuń
  76. Ona też poczuła ulgą. Zapłaciła za nią niemałą cenę, bo na początku miała wrażenia, jakby miała za moment rozpaść się na kawałki i zniknąć, ale zaraz było lepiej, przecież wszystko zmierzało do czegoś. W końcu miało nie tkwić w zawieszeniu niedopowiedzeń, a jakoś się wyjaśnić. I może do tego potrzeba było odrobinę zaangażowania, ale trudno, chyba tym razem lepiej było po prostu to znieść. Tylko, że zaraz okazało się, że to jednak nie jest takie proste, bo podczas gdy ona zamyka jakieś drzwi, Artair zaraz je otwiera, zostawia uchylone i odchodzi, a tylko do niej należy decyzja co dalej. Cholernie trudna, wbrew pozorom, decyzja, bo wszystko ciągnęło ją do tego chłopaka, a jednocześnie wiedziała, że to źle i powinna odseparować się od niego jak tylko się da. Tyle że on też nic od niej nie chciał i nie powiedział tego, ale między słowami słyszała jeszcze jeden przekaz – że chce żeby była.
    Już po pierwszym zdaniu jakie wypowiedział, znów uniosła głowę i spojrzała w jego oczy, które wydały jej się zupełnie inne niż kiedyś. Były ciepłe, spokojne, skupione i szczere, ale wciąż znajome. Nie mogła oderwać od nich wzroku, a na jej twarzy mimowolnie pojawił się ledwie zauważalny uśmiech. Tak jakby trochę mu wierzyła, że chce jej dać dokładnie i tylko to czego potrzebuje – spokoju, przestrzeni i, inaczej niż kiedyś, również ciepła. On miał to dla niej i zaoferował to tak po prostu, jak zwykły prezent gwiazdkowy. Ale jej naprawdę zrobiło się od tego wszystkiego nieco lepiej, bo w końcu miała wybór i dużo miejsca na oddech, a oddechu ostatnio brakowało jej najbardziej, kiedy każdy kolejny problem przyciskał ją do ziemi coraz mocniej.
    Odwzajemniła uśmiech i pokiwała głową. Może to właśnie on i właśnie taka relacja były tym czego potrzebowała, czego szukała po całym świecie i nie potrafiła znaleźć. Relacja tak prosta i niewymagająca, że aż piękna. Relacja, w której można dać sobie nawzajem dokładnie to czego się potrzebuje i nic więcej. I odsunąć na bok wielkie emocje i wielkie słowa, tylko być, bo samo to jest wartością i sensem.
    Uczucie ciepła rozlewało się po jej wnętrzu i nie zmarszczyła nawet brwi na widok jego wzruszenia ramion, a przecież najbardziej na świecie nie znosiła wzruszania ramionami, widziała tego zdecydowanie za dużo. Tym razem nic, było tylko lepiej. Wystarczająco dobrze, żeby istnieć, a przynajmniej funkcjonować. Siedziała na sofie jeszcze przez krótki moment, ale zaraz podniosła się, złożyła koc w idealną kostkę, zaniosła go do dormitorium i od razu wróciła do Pokoju Wspólnego. Bez nawet sekundy wahania podeszła do leżącego na kanapie Artaira i kucnęła tuż przy jego głowie.
    - Pójdziemy na kolację? - spytała cicho, jakby nie chciała przeszkadzać. - Cały dzień nic nie jadłam.
    Zacisnęła usta w wąski paseczek, oblizując powoli wargi, a zaraz uśmiechnęła się delikatnie. Nawet po jej lekko zmrużonych oczach, mimo że wciąż smutnych, widać było, że jest lepiej. I w końcu dotarło do niej, że jej organizm potrzebuje jakichkolwiek kalorii, bo ledwo trzyma się na nogach.

    Olivia

    OdpowiedzUsuń
  77. Odetchnęła głęboko, kiedy chłopak zaczął wstawać z kanapy i ruszyła za nim do wyjścia z Pokoju Wspólnego, nawet nie zwracając uwagi na jego dłoń, ściskającą jej dłoń. Gest, który zazwyczaj powodowałby jakiś dyskomfort, teraz w jednej chwili stał się dla niej tak naturalny, że aż niezauważalny. Stanęła przed Artem zaraz za drzwiami i uniosła brwi słysząc zadane przez niego pytanie.
    - Ostatnio wszystko jest chore, Art. - odparła tylko, cicho westchnęła i po krótkiej chwili patrzenia chłopakowi w oczy, ruszyli razem do Wielkiej Sali. Miała wrażenie, jakby ostatni posiłek zjadła co najmniej tydzień wcześniej, chociaż było to poprzedniego dnia, i naprawdę zaczynało mocno kręcić jej się w głowie. W końcu dotarli na kolację, ale kiedy Olivia zmierzała już do stołu Ślizgonów, Art zatrzymał się w drzwiach i rozglądał po sali. A właściwie nie rozglądał, bo patrzył tylko w jedno miejsce. Liv momentalnie zorientowała się, że chłopak już nie idzie obok niej, więc odwróciła głowę i skinęła do niego. Nie umknęło jednak jej uwadze, że oczy Artaira skierowane były na stół Puchonów i tylko tam. Zaraz jednak znów do niej dołączył i już chwilę później siedzieli obok siebie, oddaleni od innych uczniów o co najmniej trzy talerze.
    - Tarta grzybowa. - odpowiedziała krótko, nałożyła sobie kawałek i wzięła się do jedzenia.
    Co jakiś czas zerkała jednak kątem oka na Avery'ego, który to skupiał się na zupełnie innej części sali. Ale nawet to nie powstrzymało go od typowych artairowych komentarzy.
    - Pamiętasz co mówiłeś o milczeniu? Bo właśnie teraz totalnie go potrzebuję. - powiedziała od niechcenia, nie przerywając uważnego odkrajania mniejszego trójkąta z dużego kawałka przepysznej tarty na kruchym cieście, wypełnionej farszem śmietanowo-grzybowym z wyraźną, ale delikatną nutą rozmarynu. Perfekcja. Jak na pierwszy posiłek dnia, idealnie.

    Olivia

    [ Mało wyszło i chyba najlepiej by było gdzieś teraz przeskoczyć, więc jak masz pomysł to dawaj, a jak nie to obgadamy sobie i albo ja coś jeszcze dopiszę, albo Ty już zaczniesz, to ustalimy potem :) ]

    OdpowiedzUsuń
  78. Kiwnęła głową na jego odpowiedź i rozsiadła się wygodniej na kanapie. Zapewne we dwójkę musieli na niej wyglądać jak klasyczna loża szyderców – siedząca sobie w mało elegancki sposób, z butelkami piwa w dłoniach, wpatrując się w tłum z minami nie wyrażającymi dość niewiele. Zaśmiała się na zadane przez chłopaka pytanie, ale pokręciła głową, patrząc na niego.
    - Myślę, że wciąż istnieje spora grupka dziewcząt, które chętnie by z Tobą przyszły. - powiedziała rozbawiona, pół żartem, pół serio, bo Art zawsze cieszył się powodzeniem u dziewcząt, zwłaszcza u tych, dla których był absolutnie poza zasięgiem i nawet nie wiedział o ich istnieniu. Na szkolnych korytarzach dyskretnie wzdychały za młodym Averym, a Julia zawsze tylko śmiała się z tego, naiwnym dziewczynom życząc w duchu, dla ich dobra, by ich marzenia nigdy się nie spełniły. Bo one, w przeciwieństwie do Jones miały bardzo mgliste pojęcie o tym, jakim człowiekiem jest Artair Avery. Julia to wiedziała. W mniejszym lub większym stopniu, ale od dziecka nauczyła się rozpoznawać jego emocje, nawet jeśli starał je w sobie tłumić. Zawsze wiedziała, kiedy coś nie gra, choć czasem nie śmiała pytać o co chodzi. Naprawdę zdążyła go dość dobrze poznać i starała się akceptować to wszystko, bo zawsze był kimś ważnym, pomimo że lepiej by było, gdyby nie miał znaczenia. Ale wciąż uważała, że wchodzenie w związek z Averym to masochizm, a każda kobieta, która się na coś takiego zdecyduje jest nienormalna. Oczywiście była to opinia mocno z przymrużeniem oka, bo poza licznymi wadami Ślizgona, Julia widziała również zalety i wiedziała jak Artair się zachowuje, kiedy mu na kimś szczerze zależy. Takiej relacji już mogłaby komuś życzyć. Gdyby to tylko było takie proste. Sprawić, żeby Artairowi zależało wystarczająco mocno...
    - To co? Zostajesz moją tymczasową randką. - bardziej stwierdziła niż spytała, wzruszając ramionami i stuknęła szyjką, trzymanej przez siebie butelki w butelkę Arta. - Po prostu pilnuj, żeby mnie nikt nie porwał do tańca.
    Puściła oczko w stronę chłopaka i wypiła kilka kolejnych łyków z butelki.

    Julia

    OdpowiedzUsuń
  79. Okej,w takim razie zacznę, tylko ostrzegam, że przez te święta (rodzina na głowie, wyjścia ze znajomymi itp.) mam taką obsuwę w odpisach, że pewnie dopiero po Sylwestrze się ogarnę.

    Scorpius Malfoy

    OdpowiedzUsuń
  80. Było dobrze. Zadziwiająco dobrze. Po prostu. Bez komplikacji, wyjaśnień, wracania do przeszłości, bo przecież i tak nie mogli jej zmienić, więc tym razem, zamiast znowu od niej uciekać, postanowili ją zaakceptować i po prostu żyć ze wszystkimi głupotami, które zrobili. Co ciekawe, okazało się, że tak jest łatwiej, bo razem było lepiej niż osobno, a choć Olivii wydawało się, że zupełnie nikogo nie potrzebuje to naprawdę Art był tą osobą, która sprawiała, że było jej łatwiej. Bo był obok, dawał jej choćby niewielkie poczucie bliskości, które było jej potrzebne, ale nic nie wymagał. Po prostu był, a naprawdę trudno jest znaleźć taką relację. Każdy tylko chce więcej i więcej i w pewnym momencie orientujesz się, że wisi nad tobą wielka, czarna, gęsta chmura czyichś oczekiwań, którym być może wcale nie jesteś w stanie, a nawet nie masz zamiaru sprostać, bo wolisz, żeby było łatwo. Co niekoniecznie oznacza płytko.
    - Dzień dobry, panie Avery. - powiedziała Olivia, kłaniając się lekko i ze sztucznie poważną miną patrzyła chłopakowi w oczy. - Przyniosłam Panu czarną, indyjską herbatę z malinami w syropie i plastrem cytryny. Ale niech sobie Pan nie wyobraża. Sobie też przyniosłam.
    Postawiła oba kubki na podkładkach z logo Slytherinu i usiadła na kanapie naprzeciwko Artaira, wciskając zmarznięte stópki, ubrane w szare skarpetki z wizerunkiem uroczego białego misia, między biodro chłopaka a oparcie kanapy.
    - I co? Kacyk? - spytała, otwierając już książkę, którą przyniosła ze sobą pod pachą.
    Była sobota. Poprzedniego dnia naprawdę nieźle zabalowali, bo w dokładnie tym pomieszczeniu, w którym siedzieli teraz, odbywała się chyba najhuczniejsza impreza w dziejach. Wszystkich Ślizgonów od piątego roku włącznie wysłano do łóżek, a Pokój Wspólny odgrodzono od świata kilkoma zaklęciami, przez co głośna muzyka nie docierała do nauczycieli. I dobrze, bo w przeciwnym przypadku, zabawa skończyłaby się zanim by się zaczęła.

    Liv

    OdpowiedzUsuń
  81. Nawet nie zerknęła na trzymaną przez siebie książkę, a tylko patrzyła na Arta z lekkim uśmiechem na ustach. Rzadkość. Ostatnimi czasy na jej twarzy widać było tylko smutek lub obojętność, a kąciki ust unosiły się niesamowicie rzadko. Nawet jeśli wszystkie emocje starała się zepchnąć na bok, a każdą myśli momentalnie się pozbyć. Lepiej było nie myśleć i teraz niewiele się zmieniło. Tak jakby zamknęła wszystko, co do tej pory okropnie ją zgniatało w wielkiej, metalowej skrzynce z potężną kłódką i wrzuciła ją pod łóżko, licząc, że szybko tam znowu nie zajrzy. Nie chciała do tego wracać, męczyć się, zastanawiać kim tak naprawdę był jej ojciec i rozmyślać co by było gdyby. Łatwiej było skupić się na 'przeżyciu', w miarę normalnej egzystencji i Arcie. Bo to on sprawiał, choć nie do końca to zauważała, że jej oczy przestawały być takie puste i nieszczęśliwe. Jakby robiąc tak niewiele tchnął w nie życie, którego wcześniej się pozbawiła na własne życzenie, woląc tylko istnieć.
    - Jestem aniołem. - powiedziała, unosząc brwi i wzięła w dłonie swój kubek z herbatą. - I szatanem też.
    Uśmiechnęła się, wyglądając przy tym jak niewiniątko i spuściła wzrok na książkę, spoczywającą na jej kolanach. Zauważyła też co czytał Art i była z tego powodu wyjątkowo zadowolona. Widziała,, jak nosi tę książkę wszędzie ze sobą, jakie skupienie maluje się na jego twarzy, kiedy tylko zabiera się do czytania, jak zaznacza w niej ważne fragmenty. Wiedziała, że ta książka jest dla niego ważna, ale nie wiedziała, że ma aż takie znaczenie, więc teraz cieszyła się z każdego knuta i z każdej sekundy, poświęconej na jej zdobycie.
    - Sam dobrze wiesz. - dodała jeszcze cicho, śpiewnym tonem i wypiła łyk herbaty. Była cudowna.
    Nic więc dziwnego, że kiedy Artair skomentował to dzieło jako całkiem dobre, Olivia uniosła wzrok i obdarzyła go najbardziej szatańskim spojrzeniem, na jakie było ją stać.
    - Całkiem dobra? - powtórzyła po nim z niedowierzaniem. - To człowiek się stara, wygrzebuje dla Ciebie malinki ze słoika, robi pyszną, gorącą herbatę, żebyś nie zamarzł w tych lochach, a Ty mówisz, że jest tylko całkiem dobra. Nieładnie, panie Avery. Niech Ci czaszka wybucha z bólu od Twojej własnej głupoty.
    Sprzedała mu typowy uśmiech nr 5 i już skupiła się na książce. Oboje doskonale wiedzieli, że i tak herbata to zawsze będzie jej działka i nie da wrednemu Artairowi Avery się do niej dotknąć. A też nie powie nagle „nie zrobię Ci”, kiedy poprzedniego dnia wywleka go na dwugodzinny spacer na mrozie. Jakby nie patrzeć – nie miała wyjścia.
    Podniosła jeszcze głowę na chwilę, bo przypomniała sobie zadane przez chłopaka pytanie.
    - A mi nic nie jest. - powiedziała szybko, wróciła do książki, ale zaraz jeszcze dodała szeptem: - Tysiąc razy Ci powtarzałam, żebyś przynajmniej kładł się spać w miarę trzeźwy i będzie dobrze. Ale nie! Po co mnie słuchać?

    Liv i jej szatański wzrok

    OdpowiedzUsuń
  82. Nie zdziwił się słysząc, że nowo poznany kolega nie ma pojęcia z kim rozmawia. Pochodzenie odkąd tylko pamiętał stanowiło dla niego kwestię drugorzędną, a on sam nie przywiązywał wagi do nazwiska, które te kilkadziesiąt lat wcześniej mogło coś znaczyć, aktualnie pozostając co najwyżej zbitką paru liter, ewentualnie kojarzonych z charakterystycznymi płomienno-rudymi włosami. Nie za bardzo interesował się dokonaniami ojca, mając gdzieś to, że również jego matka brała udział w jego osławionych przygodach. Coś podpowiadało mu, że i tym razem powinien poprzestać na przedstawieniu się wyłącznie za pomocą imienia, które stanowiło o wiele bardziej neutralny grunt niż dodanie do niego nazwiska. Zwłaszcza jeśli tylko przypomniał sobie o zasłyszanym niegdyś rodzie Averych, którego przed laty jego własna rodzina nie darzyła ani sympatią ani szacunkiem. Zresztą z wzajemnością. Hugo nie miał zielonego pojęcia dlaczego chciał poznać go bliżej i dostać szansę na odkrycie tego, co jego zdaniem Ślizgon umiejętnie maskował, ale wiedział że stanie się to niewykonalne jeśli powie o jedno słowo za dużo. A to zdarzało mu się aż nazbyt często, głównie kiedy zaczynało mu na czymś zależeć.
    — Chyba po prostu jestem jednym ze szczęściarzy — odpowiedział, przez chwilę spoglądając na niego w milczeniu. Przeczesał palcami opadające mu na oczy delikatnie falujące kosmyki włosów, jednocześnie próbując skoncentrować się na czymś innym. Czymś, co w późniejszym czasie nie zesłałoby na niego kłopotów, a te czasami były wręcz nieuniknione. W tym konkretnym momencie nie działo się jednak nic na tyle interesującego, by zdołać go zaciekawić; przy długim stole nie toczyły się żadne dyskusje, nikt nie poruszył jakiegokolwiek przejmującego tematu, a opiekun Klubu również najwyraźniej postanowił podtrzymywać trwającą względną ciszę. Poza tym nikt nie zdobył się na uatrakcyjnienie im czasu wniesieniem do środka nowej porcji jedzenia, a to zazwyczaj ono aprobowało czas Hugona w większości. — Mam znanego wujka. Rozumiesz, znajomości z Ministrem Magii i te sprawy… — sprecyzował, właściwie nie mijając się z prawdą. Posiadanie w rodzinie ochrzczonego mianem wybawcy czarodziejskiego świata człowieka mogło stać się bezpośrednią przepustką do otrzymywania zaproszeń na poszczególne spotkania Klubu, a większej liczby szczegółów póki co zdradzać mu nie musiał. To powinno wystarczyć, a jeśli ta lakoniczna odpowiedź nie zaintrygowałaby chłopaka na tyle żeby zdecydował się na wyniesienie tej świeżej znajomości poza salę zebrań Ślimaka… dopiero wtedy Hugon mógłby pomyśleć nad wdrożeniem w życie planu b bądź całkowitym odpuszczeniu, przychodząc tam tylko po to, by niczego nie przegapić. — Więc dlatego tu jestem — podsumował, posyłając w jego kierunku dosyć nieśmiały jak na siebie uśmiech. Miał ochotę zapytać go o powody ignorowania spotkań, sądząc że w tym czasie w Zamku, z daleka od zasięgu wzroku profesorów rozgrywały się równie emocjonujące – o ile nie bardziej – wydarzenia, w podobnie ograniczonym i skrupulatnie wybieranym jak tutaj składzie. Powstrzymał się jednak w ostatniej chwili, zmieniając taktykę by nawiązać do czegoś, co przypomniało mu się nagle i niespodziewanie. — Widziałem cię kilka razy na stadionie, kibicujesz? Pojutrze Puchoni będą mieć ostatnie trening przed meczem, jakbyś chciał przyjść popatrzeć — nie był pewnien czemu mu to zaproponował. Sam oczywiście tradycyjnie wybierał się na trybuny, a skoro wiele wskazywało na to, że wśród członków Klubu znajduje się ktoś zainteresowany Quidditchem… Nie robił sobie jednak zbytnich nadziei, nieznacznie spuszczając wzrok i przenosząc go na przeciwległy koniec stołu, porozumiewawczo mrugając do Krukona z piątego roku.
    Hugo

    OdpowiedzUsuń
  83. [ Biorąc pod uwagę sposób, w jaki V. przeprowadza treningi i generalnie, jak wielkim tyranem bywa, jeżeli chodzi o sport, muszę przyznać, że strata dobrego zawodnika z pewnością sprzyjałaby pojawieniu się na jego czole pulsującej żyłki.
    Mało tego, gdyby Artair, wiedząc, iż ślizgońskie treningi przypominają obóz przetrwania i w porównaniu ze swoją konkurencją są bardziej katorgą, aniżeli przyjemnością (choć, rzecz jasna, katorgą opłacalną, bo któż wygrywa mecze, jeśli nie właśnie Slytherin), miałby czelność przychodzić na boisko i podważać umiejętności V., cóż, to nie mogłoby skończyć się dobrze.
    Póki Viggo jest kapitanem, Slytherin to przede wszystkim dyscyplina, gra z najwyższej półki i zawodnicy w kwiecie sprawności fizycznej. Dlatego na pierwsze zdania Twojej karty spoglądam sceptycznie, bo mają niewiele wspólnego z prawdą. :P]

    OdpowiedzUsuń
  84. Olivia nigdy nie była zaskoczona, widząc Artaira z książką, bo zazwyczaj to właśnie z nim zwykła uczyć się do egzaminów. Olewali wtedy wszystkich kumpli, ich głupie, a może po prostu typowe, propozycje wyjścia na kremowe piwo czy coś i chowali się w bibliotece, aby przynajmniej raz w roku porządnie się pouczyć. Może w obojgu drzemała uśpiona przez większość czasu kujońska natura. A może nie. Może po prostu racjonalnie wiedzieli, że ich przyszła kariera też jest ważna i co jakiś czas również na niej należy się skupić.
    - Kłam, Avery. Po prostu czasem kłam. Mów mi, że jestem wyjątkowa, jestem aniołem i robię najwspanialszą herbatę na ziemi. Bo doskonale wiesz, że tak jest. - uniosła brwi i kiwnęła głową, jakby chciała go do swoich słów przekonać. - A ja będę w zamian kłamała, że płakałabym, gdyby Twoja wspaniała główka wybuchła z bólu.
    Uśmiechnęła się szerzej, po czym spuściła wzrok na książkę, tym razem rzeczywiście się na niej skupiając. Oderwały ją od tego dopiero słowa Arta. Słowa podziękowania. Największy dowód na to, że było warto się męczyć. Spojrzała mu w oczy i uśmiechnęła się ciepło.
    - Cieszę się. - powiedziała tylko i wróciła do lektury.

    Kilka dni później stało się dokładnie to czego Olivia nie chciała i od czego tak bardzo starała się myślami uciekać. Wolałaby ani przez moment już nie myśleć o swoim ojcu, czyli dokładnie tym o czym zawsze marzyła, a teraz już miała nie mieć okazji chociażby go spotkać. To tak cholernie bolało, chociaż może nie powinno. Ale bolało i nic nie mogła z tym zrobić. Nie chciała do tego wracać, zwłaszcza teraz, kiedy udało jej się... znormalnieć. Posprzątać nieco bałagan, który miała w głowie. Tyle, że po prostu musiała wrócić, załatwić już wszystko raz na zawsze i zamknąć ten rozdział. Sowę z Gringotta dostała w poniedziałek wieczorem, a już we wtorek rano zamiast udać się ze wszystkimi na śniadanie, transmutację, eliksiry, drugie eliksiry, numerologię i zielarstwo, wyszła z zamku do Hogsmeade, aby stamtąd teleportować się do Londynu. Oczywiście wcześniej udało jej się uzyskać potrzebne pozwolenie od opiekuna domu, ale to tyle. Poza tym nie wiedział nikt. Jak zwykle.
    Wróciła do zamku późnym wieczorem, wyraźnie zmęczona, z oczami podkrążonymi i czerwonymi od płaczu w drodze z miasteczka. Dlaczego zamykanie niektórych rozdziałów jest tak cholernie trudne? Weszła do Pokoju Wspólnego Ślizgonów, w którym panował dość duży harmider, bo ktoś urządzał jakieś dziwne gry i zabawy, a niektórzy po prostu siedzieli gdzieś z boku i zajmowali się... czymś. Odwróciła głowę, jakby dzięki temu nikt miał jej nie rozpoznać i ruszyła w stronę dormitorium.

    Liv

    OdpowiedzUsuń
  85. Uciekłaby. Przemknęłaby i nikt nie zwróciłby na nią uwagi, bo może nawet nikt nie zwrócił uwagi, że jej nie ma. Przynajmniej tak jej się zdawało, bo ostatnio bardzo skutecznie ukrywała się w cieniu, unikając wszystkich starych znajomych. Prawie wszystkich. Bo jeden nie mógł wyjść z jej głowy i tylko z nim czuła, że nic nie musi. Nie musi się starać, udawać i może grzać sobie stópki o jego plecy nawet bez pytania. I tylko jego czasem chciała w swoim życiu, bo cała reszta wydawała się wymagać, aż boleśnie, zbyt wiele. Tylko, że tym razem wolałaby uciec od wszystkich.
    - Art. - powiedziała cichutko, kiedy zjawił się przed nią, ale nawet nie spojrzała mu w oczy, uciekając gdzieś wzrokiem, jakby to miało odgrodzić go od niej i sprawić, że nic nie zauważy. Nie dostrzeże cieni pod zmęczonymi oczami, do których znowu powrócił ten potworny smutek co wcześniej, ten sam, który wyglądał, jakby nie miał już nigdy odejść.
    Kolejne słowa chłopaka ledwo do niej dotarły. Niby wpadły jednym uchem, a drugim wypadły, a jednak w połączeniu z jego melodyjnym, kojącym głosem sprawiły, że niemal przez łzy, delikatnie się uśmiechnęła. Prawie niezauważalnie, ale kąciki jej ust rzeczywiście drgnęły ku górze. Odetchnęła głęboko i spojrzała na Arta, starając się znaleźć w sobie wystarczająco dużo siły, aby to spojrzenie utrzymać. Niestety, na udawanie, że wszystko jest w porządku nie miała już siły. Rozejrzała się wokół, nieco dłużej przyglądając się drzwiom do dormitorium dziewcząt. Zaraz jednak znów powróciła wzrokiem do Arta.
    - Chodź. - poprosiła cicho i ruszyła w stronę niewielkiej kuchni dla uczniów, tuż przy wejściu do Pokoju Wspólnego*. Torbę powiesiła na wieszaku za drzwiami, Artairowi wskazała jeden z barowych stołków, a sama wzięła się za przygotowywanie herbaty. Zupełnie bezmyślnie, jakby automatycznie, i nie odezwała się ani słowem, aż gotowy, gorący napój przelała do dużego termosu i wręczyła chłopakowi. Sama wyjęła z szafki dwa świąteczne kubki. - Możemy pójść do salki? - spytała, nieco drżącym głosem, a potem ruszyła w tamtą stronę. Gdy w końcu znaleźli się w środku i kilkoma zaklęciami ogarnęli przestrzeń wokół siebie, usiedli niedaleko kominka, opierając się plecami o szafkę i z kubkami w dłoniach milczeli jeszcze przez kilka długich chwil.
    - Mój ojciec nie żyje. - powiedziała w końcu, a był to pierwszy raz, kiedy słowa te wyszły z jej ust, a Art był pierwszą osobą, z którą chciała się tym podzielić. Chociaż może nie powinna, bo nie na tym chyba polegał ich układ idealny, w którym nikt się nie angażuje. To było przeciwieństwo braku zaangażowania i postanowienia o tym, że nie otworzy się przed Artairem Avery nigdy przenigdy. Trudno. Potrzebowała go. I mogła się ze sobą kłócić, mówić, że nie chce, udawać, że wcale tak nie jest, ale było. Potrzebowała go obok siebie i to jego obecność sprawiała, że było lepiej. Miał nie być wyjątkowy, ale był. Cholera jasna, był.

    *Nie wiem czy takie coś istnieje, ale no... Ma istnieć!

    Liv

    OdpowiedzUsuń
  86. [ No skoro sam się prosi o kłopoty...
    Z grzeczności powinnam zaproponować, że ja rozpocznę, biorąc nawet pod uwagę fakt, iż wyraziłaś chęć zaczęcia na SoW, ale nie byłabym sobą, gdybym nie zapytała, czy nie ciągnie Cię do klecenia początków.]

    OdpowiedzUsuń
  87. [ Kiedyś więc zacznę. Ale nie wiem kiedy.]

    OdpowiedzUsuń
  88. Kiedy poczuła na sobie jego ramiona, wzdłuż jej kręgosłupa przeszedł niekoniecznie przyjemny prąd i odsunęła się od chłopaka momentalnie. Tak nie powinno być. To było daleko poza granicą. Ich granicą. Ich nieprzekraczalną granicą, którą już kiedyś przekroczyli, udało im się grzecznie za nią wrócić i powinni ją teraz traktować jak największą świętość. Bo przecież było wspaniale tak jak było. Nie ma sensu stawiać tego pod znakiem zapytania.
    - Nie rób tak więcej. - powiedziała cicho, ale zdecydowanie, po czym podeszła do stolika, na którym Art postawił termos i dwa kubki i powoli, ostrożnie napełniła je herbatą.
    I tak właśnie powinno to wyglądać. Idealny układ, idealnie utrzymany w bezpiecznych ryzach beztroski, braku zaangażowania i uczuć sprowadzonych do minimum. Bo miało być łatwo!
    Nie było.
    Kiedy powiedziała mu co się stało, momentalnie odwróciła wzrok. Nie wiedziała co zobaczyłaby w jego oczach, ale nie chciała tego widzieć. Nie chciała widzieć współczucia, nie chciała widzieć obojętności, nie chciała widzieć złości, bo może właśnie był zły, że w ogóle mu to powiedziała. Ale tak właściwie, w tej chwili nie do końca nad tym myślała. Po prostu uciekła wzrokiem, tak samo jak chciała uciec od tych emocji, które w niej wybuchły, a jednocześnie pragnęła je z siebie wyrzucić na zewnątrz i pozwolić komuś je poukładać.
    Uniosła lekko głowę, kiedy Art delikatnie wyjął z jej dłoni kubki, aby odstawić je na bok i z uwagą obserwowała każdy jego ruch. To jak zbliżał się do niej, pchając się poza granicę, którą sami sobie wyznaczyli i to jak jego ramiona zaczęły obejmować ją tak mocno, a zarazem łagodnie, że aż westchnęła cichutko. Trochę ze zdziwienia, trochę z powodu tego cudownego ciepła, które rozlało się po całym jej ciele. Nawet na moment nie pomyślała o tym, aby się odsunąć, bo po raz pierwszy tego dnia czuła się nie tylko potwornie źle, ale także niesamowicie dobrze.
    Wtuliła twarz w jego szyję, a subtelny, znajomy zapach jego perfum powoli ją uspokajał, tak samo jak wzmacniany z każdą chwilą uścisk i delikatne ruchy dłoni chłopaka po jej głowie i plecach. Czuła jak z każdym momentem coraz bardziej zbliża się do stanu, w jakim była wcześniej. Kiedy potrafiła nie myśleć zbyt wiele, funkcjonować w miarę normalnie, a nawet uśmiechnąć się, tak po prostu. Tylko dlatego, że on był obok, chociaż chyba nigdy nie powinien tak na nią działać. To zbyt wiele.
    - Nie będę płakać. - odparła cicho w odpowiedzi, wciąż nie odsuwając się od Artaira nawet na centymetr. - Nigdy, przy nikim nie będę płakać.
    Od wielu lat było dokładnie tak samo. Płakała rzadko, a jeśli już to w samotności, tak żeby nikt nie mógł tego dostrzec, bo płacz to słabość i zbyt wiele, aby pokazać światu. A teraz zwłaszcza Arta nie chciała w to angażować. Przecież powiedziała mu to. Powiedziała, że jest bałaganem, w który lepiej, żeby nie wchodził. Dla jego dobra, wolała utrzymywać dystans. Tyle, że teraz szlag trafił i dystans, i granice, i wszelkie ich postanowienia, i niepisane układy. Po prostu szlag trafił to wszystko i może to, co do tej pory było w ich relacji takie piękne, właśnie waliło im się na głowę. Oni jednak wydawali się tego nie widzieć, a jeśli widzieli to nie zwracali na to uwagi, a jeśli zwracali to nie robili z tym zupełnie nic, bo zachowywali się, jakby nie widzieli. Właściwie zachowywali się tak, jakby ich relacja miała wyglądać dokładnie w ten sposób i zawsze tak było, bo zawsze byli dla siebie wsparciem i ratunkiem. Nie byli. To był wielki krok w nowym, nieznanym kierunku. Czemu żadne z nich nie wydaje się w tej sytuacji ani trochę przerażone?
    - Chcę Ci o tym powiedzieć, Art. - mruknęła cicho, podkreślając pierwsze słowo i odsunęła się bardzo powoli. Stanęła maksymalnie kilkanaście centymetrów od chłopaka i spojrzała mu łagodnie w oczy, jakby tam chciała odnaleźć pozwolenie. Dowiedzieć się, czy może, bo przecież niby nie ma prawa. Teoretycznie nie ma prawa i teoretycznie nawet nie chce.

    Liv

    OdpowiedzUsuń
  89. Ich relacja była prosta i stabilna. Zawsze trzymali ją na stałym poziomie i nawet bez większego starania udawało im się unikać wszelkich odchyleń od normy. Olivia nigdy tego nie analizowała, bo nie było takiej potrzeby, mogła działać całkowicie intuicyjnie, nie zastanawiać się i wszystko było absolutnie w porządku, działało bez zarzutu, dokładnie tak jak chcieli. Jedyne, czego oczekiwali od tej relacji to, żeby nic się w niej nie zmieniało. Zawiedli obydwoje, bo przecież w jedną noc wywrócili wszystko do góry nogami, a po tym już nic nie było takie samo. Teraz wydawało się, że udało im się wrócić na dawne tory, ale mimo wielu podobnych momentów ciągle coś było inaczej, coś w nich się zmieniło i nie była to tylko kwestia Olivii. Ona się nad tym nie zastanawiała, ona nadal niczego nie oczekiwała, nadal nie chciała niczego ponad ten ich stabilny poziom. Zaczęło jej wyraźniej zależeć, ale czy kiedykolwiek tak naprawdę mogłaby powiedzieć, że zupełnie jej nie zależy? Przecież był jej kumplem, człowiekiem, który żył tak blisko niej, to oczywiste, że zawsze jej w jakiś sposób zależało. Tylko... Tylko teraz to było wyraźne. Kiedyś po prostu istniało, a teraz dawało jeszcze dowody na swoje istnienie. Zaczynając od książki. Ale nie tylko Olivia wywracała tę relację do góry nogami, w podejściu Arta też coś się zmieniło. Oboje się zmienili i, na brodę Merlina, czy naprawdę chcieli jeszcze to dłużej ukrywać? Może powinni usiąść, zaakceptować fakty i dostosować idealny układ do nowych realiów? Panta rhei!
    Kiedy Art splótł ręce na klatce piersiowej, odsunęła się na dodatkowe pół kroku, jakby ten drobny gest ostatecznie odciął ich od siebie. Bo może powinien. Olivia chciała to wszystko w końcu z siebie wyrzucić i żeby tę historię usłyszał to właśnie Artair, bo wiedziała, że tylko z nim to wytrzyma. Nawet jeśli w idealnym układzie nigdy nie powinna dopuścić do takiej sytuacji, bo tak byłoby prościej. Ale... To chyba nie był ten dzień, chociaż właśnie teraz tak bardzo go potrzebowała.
    - Przepraszam, masz rację. - powiedziała w końcu, kiwając lekko głową, ze wzrokiem błądzącym wokół chłopaka, ale zupełnie nie trafiającym w jego oczy.
    Zauważyła, jak jego dłonie zaciskają się w pięści. Zawsze tak robił, kiedy było ciężko. Czemu ona zupełnie tego nie czuła? Poza tym dziwnie rozdzierającym smutkiem, towarzyszącym jej przez cały dzień, nie czuła wiele więcej. Nie miała wrażenia, jakby stała na rozstaju dróg i musiała cokolwiek wybierać. Nie zastanawiała się czy robi słusznie, czy powinna i czy nie za bardzo się wychyla. Może tak było, ale nie zapalało wielkiej, czerwonej lampki w jej głowie. Tak jakby wszystko było w porządku, jakby wciąż było normalnie.
    - Ale ja nie chciałam Ci o tym powiedzieć po to, by cokolwiek między nami zmieniać. - powiedziała cicho, nie potrafiąc ukryć rozczarowania tym, że mógł tak to odbierać. - Myślałam, że to wiesz.
    Mówiąc ostatnie słowa spojrzała na chłopaka, a później delikatnie przygryzła dolną wargę, marszcząc nieznacznie brwi. W końcu uśmiechnęła się gorzko i minęła Arta, aby nalać im obojgu herbaty. Ostatnio jak byli w tym pokoju, nie trwało to więcej niż kilka minut, bo zwiała, zanim cokolwiek sobie wyjaśnili. Tym razem nie planowała nigdzie iść i znowu uciekać. Mogli posiedzieć w ciszy, wypić najlepszą zimową herbatę Olivii Greengrass i oszukiwać siebie nawzajem oraz siebie samych, że zupełnie nic się nie zmienia. A potem rozejść się i krzyczeć we własną, zimną poduszkę, zamiast w ramię kogoś, kto może powinien być przyjacielem.

    Liv - nikt ważny!!!

    OdpowiedzUsuń
  90. Pospiesznie nalała herbatę do kubków, jakby ta czynność miała odwrócić jej uwagę od słów, które wypowiadał Artair. Tych, których zupełnie nie chciała do siebie dopuścić, a tylko akceptowała je, automatycznie się oszukując, że mają sens. Nie miały. Dla niej nie powinny mieć, bo jak mógł mówić „nie wymagaj ode mnie wsparcia”, kiedy chwilę wcześniej okazał to wsparcie w najbardziej jednoznaczny sposób? To wszystko nie miało sensu. Miało im nie zależeć, a teraz tak naprawdę oboje tylko się oszukiwali, że jeszcze tak jest, bo z każdą, najmniejszą chwilą w swoim towarzystwie byli bliżej, znacznie bliżej niż byli kiedykolwiek i niż kiedykolwiek chcieliby być. A przecież miało im nie zależeć...
    Nie odpowiedziała. Cały arsenał ripost, jakie normalnie Art mógłby teraz od Olivii usłyszeć, zdążył przez ostatnie miesiące znacznie się uszczuplić i chował się, gdy tylko zaczynało robić się nieco poważniej. Tak jakby właśnie poważnie w końcu powinno być. Bo przez ostatnie lata udało jej się stworzyć naprawdę mnóstwo pustych relacji, relacji dla zabawy, dla żartu, dla przyjemności, dla, tylko i wyłącznie, własnych korzyści. Miała dość. Chyba. Starała się uciec od siebie sprzed wakacji, od bycia osobą, która zachowuje się zupełnie jak jej matka i sieje zniszczenie chyba nawet gorsze niż ona. Nie chciała już być drugą Dafne Greengrass, bo na pierwszą nie mogła patrzeć.
    Odwróciła się tylko, kiwnęła lekko głową i podała Artairowi kubek z gorącą herbatą. Drugi ujęła w dłonie, usiadła na ławce, zakładając nogę na nogę i nawet nie zwróciła uwagi na to, że chłopak się oparzył, bo wydawała się całkowicie tonąć w swoich myślach i dopiero jego głos wytrącił ją z tego dziwnego świata, w którym nie umiała się odnaleźć. Potrzebowała wsparcia, i otuchy, i czegokolwiek co nie byłoby tak przeraźliwie puste. A otrzymała dokładnie nic, jak zwykle tylko nic i słowa bardziej puste niż kiedykolwiek. Tak jakby ona zupełnie się nie liczyła.
    Coś w niej pękło. Znowu. W jednej chwili cały pozorny spokój zniknął, a zastąpił go... ból, psychiczny dyskomfort i wszystkie te emocje, od których ciągle starała się odgrodzić grubym i wysokim murem. Uniosła kubek i szybkimi łykami wypiła połowę jego zawartości, nie zwracając uwagi na to, że gorący płyn pali jej przełyk. Chciała wtedy tylko zniknąć. Przecież i tak rozpadała się już na kawałki.
    Odstawiła kubek na stół i podeszła do Arta. Spojrzała mu w oczy z wyraźnym bólem wymalowanym na twarzy, a nie był to już ten sam ból co wcześniej, bo nie powodowały go tylko jej problemy, ale również człowiek, który miał być na nie, choćby niewielkim, lekarstwem. On.
    - Musisz się na czymś skupić? Serio? - niemal wysyczała, po czym pokręciła głową, przewracając oczami, jakby z niedowierzania. - Mam opowiedzieć Ci o tym kiedy i jak umarł mój ojciec? Jak się o tym dowiedziałam? Jak się czułam? Mam opowiedzieć Ci o wszystkim co się wydarzyło, bo TY musisz się na czymś skupić? Art, kurwa, świat naprawdę nie kręci się wokół Ciebie!
    Odwróciła się plecami do niego, odeszła na dwa kroki i schowała twarz w dłoniach. To wszystko to było zbyt wiele jak na jeden dzień. Zdecydowanie zbyt wiele.
    - Nie chciałam Ci o tym mówić, aby cokolwiek między nami zmieniać. - powtórzyła zaskakująco zdecydowanym głosem, odwracając się, ale nie podchodząc bliżej. - Niczego od Ciebie nie wymagam. Ile jeszcze razy będę musiała to powtórzyć?
    Patrzyła mu w oczy, przez krótki moment nic nie mówiąc.
    - Ja naprawdę nie potrzebuję wsparcia, ani słów otuchy. Dam sobie radę. - dodała cicho, ale całkiem przekonująco. Nawet jeśli jej słowa zupełnie mijały się z prawdą, chociaż sama bardzo chciałaby w nie wierzyć.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Znów podeszła do Arta. Tym razem tak blisko, że być może mógł dostrzec, jak jej ciało drży, jakby rzeczywiście miało się zaraz rozpaść na miliony kawałków. Mógł dostrzec jak jej lśniące, ciemne oczy patrzą na niego z bólem, rozczarowaniem i trochę ze złością. Może nawet zwrócił uwagę na jej usta, które rozchyliły się delikatnie, jakby chciała coś jeszcze dodać, a jednak spomiędzy nich przez dłuższą chwilę nie wypłynęło nawet jedno słowo.
      - Po prostu bądź, Avery. - szepnęła w końcu, tak cicho, jakby wcale nie chciała, żeby ją usłyszał. - Nic więcej od Ciebie nie chcę. I wolałabym, żebyś o tym pamiętał.
      Odetchnęła głęboko i spuściła wzrok. Wystarczy już tych poważnych, szczerych słów, chociaż tak naprawdę nie były szczere. Oszukiwała nimi nie tylko Arta, ale również samą siebie, bo już podświadomie wiedziała, że nie powinna czuć tego co czuła, a już na pewno nie powinna o tym mówić. Bała się. Tak cholernie się bała, że znowu go straci i zrobiłaby wszystko, aby do tego nie dopuścić. Powiedziałaby najpiękniejsze kłamstwa, wyhamowała własne emocje, zignorowała potrzeby, poświęcając samą siebie dla iluzji spokoju, a może nawet szczęścia. Dla niego.

      Liv

      Usuń
  91. Przyjęła wszystkie jego ostre słowa, tak jakby w stu procentach na nie zasłużyła, chociaż wcale nie. I tylko bez mrugnięcia okiem udawała, że nie czuje jak każde z nich uderza w nią i sprawia, że coraz łatwiej jest się przewrócić, a potem nigdy nie wstać. W żywe oczy kłamała jemu i wewnątrz siebie też kłamała, wierząc, że to uprości wszystko i będzie czuła już tylko to, co powinna, bo tak naprawdę czuła znacznie więcej. Zbyt wiele. Tak dużo, że nie potrafiła ruszyć się z miejsca. Kiedyś nigdy nie pozwoliłaby Artairowi się tak traktować. Gdyby mówił do niej cokolwiek takim tonem, już po pierwszym zdaniu wyszłaby z pokoju albo dała mu w twarz, a teraz znosiła to niemal bez reakcji. Kłamiąc, udając, przymykając na wszystko oko, byle tylko nie dopuścić, żeby serce pękło na pół. I sama już nie wiedziała, co jest prawdą. Może nic.
    Uniosła wzrok i z bezbarwną miną spojrzała mu w oczy, otwierając delikatnie usta, by zaraz wypowiedzieć największe kłamstwo ze wszystkich do tej pory.
    - Obiecuję.

    Liv

    OdpowiedzUsuń
  92. [Dziękuję za powitanie! Kartę postaci nieco zmieniłam, utemperowałam Hunter i teraz jest bardziej taka, jaka powinna być. Jeśli chęć na wątek wciąż by była, ja bardzo chętnie... Hunter kontra Artair - może być ciekawie. ;]

    Hunter.

    OdpowiedzUsuń
  93. [Poważnie? No proszę ;D Widzisz to jakoś konkretnie?]
    Hunter

    OdpowiedzUsuń
  94. [Hunter na piątym roku odwidziało się to wszystko tak naprawdę, szybciej była smarkulą, która podkreślała to, że jest półkrwi, a nie szlamą i szczerze żałowała, że nie jest w Slytherinie. Do jej zachowania pasowałoby mi szukanie sobie znajomych wśród czarodziejskiej 'arystokracji' - w świecie mugoli miała czego chce, tutaj zmarła matka i niemagiczny ojciec z niemagicznymi milionami nie pomagał. Mogła się zakręcić kiedyś obok Averego, a potem już po prostu tak zostali, wiecznie kombinując coś razem. Mimo jej zmiany ogromnej w kwestii postrzegania magii i całego świata. Myślę, że to jest dobrą podstawą do ich znajomości - przeszłość. A wspólny interes może być czymś na teraz; idziemy w stronę quidditcha, zakładów, czy po prostu zemsty? czegokolwiek innego? dostosuję się :D]

    Hunter

    OdpowiedzUsuń
  95. Liv prawie zawsze umiała trzymać się planu. Bardzo często działała w pełni intuicyjnie, ale jeśli tylko coś sobie założyła to potrafiła się to realizować, bez najmniejszego problemu. Nawet jeśli to zadanie mogłoby wydawać się najgłupsze, najtrudniejsze albo nawet niemożliwe, i tak walczyła. Ain't no mountain high enough... Tym razem plan był prosty. Miało być tak jak wcześniej i nic nie mogło się zmienić. Nie mogli poczuć nawet odrobinę więcej, bo to zepsułoby wszystko, a właśnie wszystko chcieli sobie zatrzymać. Tak było prościej, łatwiej, być może lepiej i nie tylko Art zdawał sobie z tego sprawę, bo Liv też i naprawdę miała zamiar trzymać się planu. Przecież jej też zależało tylko na tym, żeby wrócić do tej 'przyjaźni' bez zobowiązań, oczekiwań i większej głębi, tej która tak naprawdę przyjaźnią nie była, ale jednocześnie potrafiła sprawić, że wszystko wokół wydawało się lepsze, bo zawsze gdzieś był ktoś, kto niczego nie chciał, a zwyczajnie był. Potrzebowali takiej wolności i przestrzeni na oddech. Oboje.
    Siedziała w Pokoju Wspólnym tuż przy kominku i przeglądała podręcznik od historii magii, starając się przygotować do testu, chociaż przedmiot ten dawno już zniknął z listy jej priorytetów. Przerzucała kartki, bardziej udając przed samą sobą, że się uczy niż rzeczywiście to robiąc, więc odetchnęła z ulgą, kiedy usłyszała nad sobą znajomy głos. Uniosła głowę i zmarszczyła brwi, widząc Arta w takim stanie. Był cały przemoczony, zmarznięty i wyraźnie zdenerwowany. Nawet się nie zastanawiała nad tym wszystkim. Muszę się napić wystarczyło. Nie potrzebowała wyjaśnień ani żadnych dodatkowych słów. Mieli być. I tyle.
    - Idź do salki. Zaraz przyjdę. - powiedziała, jeszcze przez chwilę licząc, że złapie jego spojrzenie, ale w końcu wstała i ruszyła w stronę dormitorium chłopców.
    Sypialnia VII roku była pusta. Na szczęście, bo Olivia naprawdę nie miała ochoty na jakiekolwiek tłumaczenia i wysłuchiwanie głupich pytań, dlaczego grzebie nie w swojej szafie. Szybko wyjęła z niej czyste, ciepłe ubrania, spod łóżka wygrzebała butelkę whisky i opuściła pokój, aby jak najszybciej wrócić do Arta. Weszła do opuszczonej sali do eliksirów i rozejrzała się wokół, nieco zdziwiona. Nawet nie rozpalił w kominku, chociaż było przeraźliwie zimno, a tylko siedział na kanapie, którą udało im się tam ukraść w zeszłym roku. Podeszła do niego powoli i wręczyła mu mały stosik jego ubrań oraz whisky.
    - Przebierz się. - poprosiła tylko i odwróciła się by usiąść przy kominku i zająć się rozpalaniem ognia, chociaż była to kwestia jednego zaklęcia.

    Liv

    OdpowiedzUsuń
  96. Nie podglądała. Słowo. Lepiej nie kusić losu, zwłaszcza gdy butelka whisky leży obok, więc Liv siedziała grzecznie przy kominku i wpatrywała się tylko w trzaskający w nim ogień. Odwróciła się dopiero, kiedy usłyszała podziękowanie Arta i uśmiechnęła się do niego lekko, po czym skinęła głową, aby usiadł naprzeciwko. I bardzo nie chciała się martwić, ale widząc jak szybko spora butelka Ognistej jest opróżniana, coś w niej drgnęło. Już miała zapytać co się dzieje, kiedy nagle dostała odpowiedź, która na długą chwilę zamknęła jej usta. Podejrzewała, mogła się domyślić, ale Art nigdy jej nie powiedział wprost, że ma dziewczynę. W dodatku taką, która mogłaby rzucić jego, bo ona i Liv byli w tej kwestii nieco podobni. To nie ich rzucano. Oni mieli swoje związki w swoich rękach, kontrolowali je w pełni i kończyli wtedy, kiedy chcieli. Najwidoczniej nie tylko u Liv coś się pozmieniało.
    Odebrała od Arta butelkę whisky i wypiła z niej dwa duże łyki. Na prawie pusty żołądek. Niedobrze. Od razu poczuła jak przyjemne ciepło rozlewa się po jej wnętrzu i wolała nie zastanawiać się nad tym jak szybko dotrze do głowy. Postawiła butelkę na podłodze i spojrzała na chłopaka. Bez współczucia, zaciekawienia, po prostu w skupieniu.
    - Chcesz o tym pogadać czy po prostu pijemy? - spytała i uniosła lekko kąciki ust, choć ciężko byłoby to nazwać uśmiechem.
    Szczerze mówiąc, była trochę zdziwiona. Nie spodziewałaby się, że Artowi mogłoby zależeć na kimś aż tak i aż tak by to później przeżywał, bo przecież on, tak jak i ona, chciał w życiu tylko prostych relacji, które nie wymagają zbyt wiele, a już na pewno nie wymagają wielkich uczuć. Chyba, że się myliła. Albo wszystko się zmieniło.

    Liv

    OdpowiedzUsuń
  97. - Okej. - powiedziała tylko i z uwagą patrzyła jak wlewa w siebie kolejne porcje alkoholu. Martwiła się, chociaż nie chciała, więc pozwalała mu pić więcej niż powinien i koić swój ból, złość czy cokolwiek, o czym nigdy nie rozmawiali i tylko obiecała samej sobie, że nie pozwoli mu zrobić głupot i tym razem nie dopuści by następnego ranka obudził się z bólem głowy.
    Zmarszczyła brwi, kiedy zaczął mówić, jakby chciała mu powiedzieć, że przecież nie powinien, ale tak naprawdę chciała, żeby mówił, więc sama nie odezwała się ani słowem. Tylko podniosła butelkę, którą przed chwilą Art rąbnął o stół i wypiła z niej kilka małych łyków trunku. Patrzyła na niego, również ze skronią opartą o dłoń, a kiedy wpadł na ten idiotyczny pomysł, uniosła tylko wysoko brwi.
    - Nigdzie nie idziesz. Po alkoholu i tak nic już nie załatwisz. - powiedziała tak, jakby to było zupełnie oczywiste i uśmiechnęła się lekko, patrząc mu w oczy. - Co się właściwie stało?

    Liv

    OdpowiedzUsuń
  98. [A dziękuję. Choć nie sama to imię swojej postaci nadałam - również mam do niego sentyment. Cieszę się, że Winnie przypadła komuś do gustu. ;)]

    Winnie Dickson

    OdpowiedzUsuń
  99. [Chęci mam zawsze, w końcu po to tu jestem, żeby wątkować, ile się da. ;) Odpisałam pod Artairem, bo nawinął mi się pierwszy, ale widzę, że z Vinayem mogłoby nam być łatwiej. Chyba że wolisz inaczej. ;D]

    Winnie Dickson

    OdpowiedzUsuń
  100. Czas mijał nieubłaganie, choć z początku wlókł się wolniej niż mały winniczek na suchym chodniku. Te lata były ciężkie, może nawet za ciężkie z pewnością dla jej rodziny, która już na starcie wyklęła ją i poddała się. Inaczej tego nie można nazwać. Przestała im przynosić przychody, przestała być korzystna transakcją to się jej pozbyli. Wyrzucili na śmietnik. Jak zwykły zużyty papier. Śmieć.
    A on…a on miał wyrzuty, że mu nie powiedziała. Że znów nie stała się taka jak w dzień gdy to wszystko się zaczęło. Słaba. Bezbronna. Wiecznie płacząca. Delikatna. Nic nie warta. O nie, może nie było tego widać na pierwszy rzut oka, może trzeba było jej się lepiej przyjrzeć, trochę dłużej zawiesi oko na lekko wychudzonej twarzyczce, makijażu, który miał zasłonić jej wory pod oczami oraz nienaturalna bladość. I ten błysk w oku, ten widoczny zawsze gdy zaczynała się denerwować. Tak, on mówił więcej niż jej wygląd, niż tysiące niewypowiedzianych i wypowiedzianych przez nią słów. Zmieniła się.
    Nie chciała jego żali. Od razu przyjęła obronną postawę, cofnęła się delikatnie, odwróciła wzrok i wbiła go w pełny kufel. Po chwili znów był pusty a ona znów skinęła na barmana. Ten jak jej marionetka szybko napełnił naczynie z lekkim uśmiechem trochę dłużej wpatrując się w jej dekolt. Udała, że tego nie widzi po czym znów odwróciła się do chłopaka. Bił od niej chłód.
    - Szczerze? Nie masz prawa mi nic wyrzucać- warknęła łypiąc na niego groźnie, a przynajmniej tak jej się zdawało. Nie widziała swojej miny. Może zbyt delikatne rysy uczyniły ją jedynie bardziej śmieszną niż była zazwyczaj. A może na odwrót- Uwierz mi miałam tysiące ważniejszych spraw niż ściąganie na siebie tłumu żądającego ode mnie tysiąca odpowiedzi na pytania, na które nie chcę odpowiadać, a rozmowa z tobą i tak zapewniła mi już nie małą widownie i ściągnęła wzrok niepowołanych ludzi. A znając ciebie…zaraz moja rodzina będzie wiedzieć, że tu jestem. Nie chcę tego. Nie chcę by ktokolwiek wiedział, że tu jestem- znów złapała za kufel z zamiarem opróżnienia jego zawartości jednak w połowie drogi do ust zatrzymała rękę i cofnęła naczynie, stawiając je na barze- Nie zrozum mnie źle, ale naprawdę miałam ważniejsze rzeczy na głowie niż informowanie wszystkich o moim powrocie.
    Drżał jej głos. Niezauważalnie ale to wystarczyło by pozbawić ją resztek odwagi. Adrenalina, która jeszcze przed chwilą buzowała w jej żyłach schowała się gdzieś głęboko pozostawiając ją sama sobie. Może trochę za ostro zareagowała…ale bała się. Bała się że zaraz odkryje jej sekret, małego Tobiasa. I jej go zabierze. A raczej jego rodzina. W końcu stare rodziny dbają o swoich nawet jeśli są to bękarty.

    Ronnie, która chyli czoła za poślizg, ale głupi laptop nie chce współpracować, i nie obchodzi go zdanie jego włascicielki

    OdpowiedzUsuń
  101. [Mnie i Rose bardzo interesuje, cóż to za epizody mają miejsce w życiu Artaira!
    Jeśli Avery sam z siebie chce się obrzucać wszystkim, co tylko możliwe, to my z Weasley jesteśmy bardzo chętne! :D]

    Rose Weasley

    OdpowiedzUsuń
  102. [O jejku, dziękuję za jakże miłe słowa! :)
    Niestety, nie pomogę Ci w wymyślaniu, choć również z chęcią bym coś popisała :( Niemniej jedyne, co przychodzi mi do głowy, to właśnie jakiś wątek na linii uczeń-nauczyciel. Konkretów jednak nie mam, więc w niczym nam to nie pomogło :(
    No nic, pozostaje mi podziękować za powitanie i życzyć dalszej, udanej zabawy! x]

    Ed Bones

    OdpowiedzUsuń
  103. — Dwadzieścia dodatkowych pompek — krzyczy, a jego ślina staje się pożywką dla, o dziwo, wolnej od śniegu murawy. Skok temperatury, rozpogodzenie czy nawet cisza przed burzą; jakkolwiek by tego nie nazwać, oznacza jedynie wzmożoną intensywność przeprowadzanego treningu.
    Nie zna litości. Nie zna jej dla siebie ani dla swoich zawodników; od wszystkich wymaga tego samego stopnia zaangażowania, tego samego bólu w słaniających się kończynach i jednakowego poczucia, że nie istnieje nic, co równałoby się z satysfakcją, która wieńczy ciężkie starania. Wie, że kiedy wszyscy stoją przed nim na boisku, nie jest już niczym przyjacielem. Po pięciu okrążeniach staje się denerwujący, po dziesięciu zaczyna przypominać magnes na wulgaryzmy, z kolei po piętnastu zamienia się w obiekt nienawiści — cholerny tyran, który zawsze biegnie pierwszy.
    Od samego początku na pierwszym miejscu stawiał dyscyplinę. Chciał widzieć postępy i mieć pewność, że to, w co wkłada swoje spętane perfekcjonizmem serce, nie pójdzie na marne. Ileż to razy zakradał się na treningi przeciwnych drużyn, obserwując rozleniwionych zawodników, którzy od niechcenia wsiadali na miotły! Ileż razy z niedowierzaniem przypatrywał się kapitanom dającym wejść sobie na głowę! Nie godził się na uszczęśliwianie innych kosztem własnej ambicji. Nie, Viggo, za cenę potu i krwi, doprowadzał swoich zawodników do zwycięstwa.
    Czy są mu za to wdzięczni? Głęboko w to wierzy. W związku z emocjonalnym zobojętnieniem większości wychowanków Salazara, wcale nie oczekuje od nich napadów histerycznej radości albo zalewania się łzami szczęścia. Wystarcza mu jedno spojrzenie — to, kiedy właśnie wybija ostatnia sekunda rozgrywki, a Slytherin ponownie triumfuje.
    — Kapitanie? — słyszy i trzy sekundy później, gdy dostrzega, co wskazuje dłoń jednego ze ścigających, jego twarz tężeje.
    Nikt nie ma prawa wstępu na boisko, gdy Viggo Vallberg przeprowadza swój trening.

    OdpowiedzUsuń
  104. [Dziękuję bardzo! Cieszę się, że Jemima się spodobała :)
    Okej, w takim razie dalej czekam cierpliwie na zaczęcie!]

    OdpowiedzUsuń
  105. [Kłaniam się w pas za miłe słowa Pana Tajniaka! Będę od teraz Artaira tak nazywać. Artair-Pan-Tajniak-Avery. Całkiem pasuje. Zwłaszcza, że to bardzo interesujący Pan. Ma w sobie coś podobnego do Mercy. Nie, żeby był świrem. Co to, to nie.
    W związku z tym, że przebywasz na urlopie, to poproszę Cię o rozpoczęcie wątku, kiedy tylko będzie ku temu sposobność.
    Powiązań jest cała masa, choćby ze względu na ojczulka Howarda, który coś tam w swoich przodkach z czystości krwi ma, choć raczej nie chętnie.
    Może po prostu Pan Tajniak usłyszał w przerwie świątecznej od ojca coś o tym, że córeczka zdrajcy wróciła do swoich korzeni i jakie to nie jest wspaniałe, że młode pokolenie wraca do umysłowego zdrowia? Co Ty na to? :)
    Czekam niecierpliwie na odpowiedź!]

    Mercedes

    OdpowiedzUsuń
  106. [Mercy i ja jesteśmy chętne n ataki układ. Ich relacje mogą być nie do końca jasne. No bo, powiedzmy, że Artair mógłby być nie do końca zadowolony, że jego tatuś każe mu się Mercedes zając, ale tylko dlatego, że sam się już nią wcześniej zainteresował.
    A Mercedes będzie tak łaknąca życia, jakie wiedzie Artair (życia jako czarodziej Czystej Krwi), że będzie chciała się do niego (i całej jego rodzinki) zbliżyć jak najmocniej. Oczywiście Pan-Tajniak będzie też jej imponował. I ją kusił, bo to przystojna chłopczyna! :)
    Co Ty na to? ]

    Mercedes

    OdpowiedzUsuń
  107. [Żadna tam okropna, zła i wredna, tylko na urlopie! :D Zacznę, zacznę, ale musisz uroczyście przysiąc, że gdyby coś było nie po Twojej myśli, to po prostu pominiesz, czy zmienisz. Rozpoczynanie jest takie frustrujące, hihi! :)]


    Kiedy Mercedes trafiła do Slytherinu była najszczęśliwszą osobą na świecie. Oczywiście doskonale wiedziała, że tak się stanie. Nie wiedziała jednak, iż inne dzieciaki tak bardzo potrafią obnosić się ze swoją Czystą Krwią. Tak, tak. To był właśnie najbardziej czuły punkt Mercedes Howard. Z biegiem lat potrafiła już nad tym zapanować, ale nie ułatwiało jej to kontaktów z innymi ludźmi.
    Zawsze wolała stać z boku i obserwować. Analizować zachowania ludzi, by potem móc latwiej nimi manipulować, co wiązało się bezpośrednio z czerpaniem przez Mercy różnorakich korzyści.
    Największy jednak problem miała z jednym człowiekiem. Mijała go kilkanaście razy dziennie. To w Pokoju Wspólnym, to na korytarzu, to znów w Wielkiej Sali, kiedy w akompaniamencie śmiechów ogromnej ilości znajomych zjadał kolacje, by potem z dokładnie tymi samymi znajomymi udać się gdzieś w odległe zakątki Hogwartu, by coś zbroić.
    Artair kusił ją jak Zakazany Las w pierwszej klasie. Bardzo, ale to bardzo chciała poznać jego myśli, pragnienia i rodzinę. Prawdziwą Czystokrwistą rodzinę uznanego w świecie czarodziejów rodu Avery.
    Tuż po kolacji, kiedy tylko poczuła niesamowitą chęć przespacerowania się po lochach, wstała i otrzepując szatę z okruszków tosta, ruszyła ku wyjściu z Wielkiej Sali


    [ Pomyślałam, że tutaj przerwę i pozwolę Ci działać. Jeśli brakuje Ci jeszcze czegoś, albo nie tak to sobie wyobrażałaś, to daj znać, poprawię :) ]

    OdpowiedzUsuń
  108. Daniel wygiął usta w triumfalnym uśmiechu, gdy siedzący przy stole kuzyn zapytał o esej z eliksirów.
    - Mówisz do prymusa naszej szkoły, Avery. Nie zapominaj o tym – zaśmiał się Dan. Zajmując miejsce tuż obok chłopaka. – Napisałem go już drugiego dnia jak tylko był zadany. Co to za idiotyczne pytanie, kuzynie?
    Zmieniające temat. Tak krótko mógł opisać je Macnair, gdy tylko je usłyszał. Ostatnimi czasy zauważył, że Artair nie przepadał za jego towarzystwem. Ten moment zmiany równoznaczny był z jego wizytą w posiadłości rodu Averych, kiedy to całą rodziną zjawili się u wujostwa. Pamiętał, jak przemierzał korytarze domu, gdy usłyszał jakieś uniesione szeptania. Z ciekawości i własnej nudy postanowił przysłucha się rozmowom, które okazały się nadzwyczaj interesujące, ale o dziwo przebiegające w dość specyficznej formie. Daniel nie mógł pojąć postawy wuja, gdy ten upominał syna o należyte zachowanie i nie korzystanie z niezwykłej zdolności, jakim było czytanie w ludzkich umysłach. Ślizgon oburzył się do tego stopnia, że chwilę po wyjściu Artaira z pomieszczenia, wciągnął go ukradkiem do jakiejś pralni, czy czegoś w tym rodzaju. W normalnej sytuacji zignorowałby całą rozmowę swojej rodziny, gdyby nie ten nadzwyczajny fakt możliwości jego kuzyna. Od razu wyjawił mu, że wie wszystko, przekonując jakim wielkim darem został obdarzony. W końcu nie musiał spędzać żmudnych godzin na nauczaniu siebie samego czymś takim, czym była legilimencja. Avery miał po prostu wrodzoną zdolność, z której Dan nie ukrywał, że chciałby skorzystać.
    - Jak się miewa twoje czytanie? – zapytał z chwilą, gdy jakiś pierwszoroczniak usiadł naprzeciwko nich. Daniel utkwił w nim swoje spojrzenie, co poskutkowało szybką ewakuacją młodego w inne miejsce. Zdawał sobie sprawę z tego, że nikt nie może dowiedzieć się o zdolnościach Artaira. Po pierwsze rodzina była dla niego ważna, a kuzyn był kimś, kogo naprawdę lubił. Po drugie mógł wykorzystać to w nagłych przypadkach, między innymi takich, jak obecny problem Dana. – Miałbym dla ciebie świetną książkę do przeczytania, wiesz? Bardzo zależałoby mi na tym, żebyś znał jej treść – zaczął lawirować między dziwnymi porównaniami, a świadomością ich obojga. Był bardziej, niż pewny, że kuzyn zrozumie jego zaszyfrowany przekaz.
    Prawda była taka, że dziewczyna w której skrywał pewne nadzieje nagle próbowała trzymać go na dystans. Problem w tym, że kilka dni temu mówiła mu zupełnie cos innego. Zaczynało go to irytować, szczególnie gdy jego wrodzony spryt z jakiegoś względu zaczął go zawodzić.
    - Okładka też niczego sobie – zaśmiał się Daniel, zatrzymując wzrok na opowiadanej dziewczynie. Chwilę później go zauważyła, więc ze śmiałością uśmiechnął się szeroko i pomachał. Szatynka zawstydziła się i odwróciła wzrok. Czasem był kobieciarzem, ale cóż począć. Taki miał charakter.

    pomusz pan kuzynowi

    OdpowiedzUsuń
  109. Irytujące było to, że ludzie tak po prostu po lochach IDĄ. Że wcale a wcale się im nie przyglądają. Że ciemne korytarze tak starego budynku, jakim był Hogwart, nie fascynują ich tak, jak obrazy, czy zbroje na korytarzach wyższych pięter.
    Mercedes kiedyś usilnie próbowała namówić jedną ze ślizgonek, żeby się z nią przeszła, ale ta najwyraźniej, biorąc pod uwagę, jaką wariatką jest i na co można się w lochach natknąć, stwierdziła, że Mercy chce ją zabić. Cóż, nie ma się jej w sumie co dziwić. Czasami Howard była niepokojąco dziwna, trzymając się na uboczu i zakopując się w bibliotece książkami o niezrozumiałych tytułach.
    -Mercy... Mercy... Show me mercy, From the powers that be, Show me mercy... - nuciła, ponownie skręcając w lewo.
    Różdżka, która oświetlała drogę przed nią, dziwnie rozbłysła, a po sekundzie pojawiła się przed nią postać.
    Wedle obliczeń nie powinna natknąć się na nikogo, bo tą częścią lochów nikt oprócz niej nie spacerował. Cóż, tak myślała. Widocznie nie tylko Mercy lubiła czasem skorzystać z przejść, o których istnieniu niewielu miało pojęcie.
    Kiedy uniosła różdżkę, sennie wpatrując się w napotkanego chłopaka, zauważyła, przed kim właśnie stoi. Artiar Avery nawet w nikłym świetle różdżki prezentował się, jakby właśnie zszedł z okładki "Czarownicy".
    - Nie jest, kiedy wcale się nie boisz - odpowiedziała, opuszczając różdżkę.
    Pewnie trzy czwarte osób, widujących go z tym jego wzrokiem bazyliszka, uciekało, gdzie pieprz rośnie, ale Mercedes wcale nie miała takiego zamiaru. Po przestudiowaniu biblioteki matki, psycholożki, nie było już raczej osoby, której zachowanie by ją zdziwiło, czy przeraziło.

    OdpowiedzUsuń
  110. [Dziękuję Ci serdecznie za pochwałę. Co do wspólnego wątku - z wielką chęcią :) Jestem pewien że lawirując na granicy dobra i zła chłopcy nie raz się stawali sobie na drodze. Uważali na siebie, skrycie obserwując kroki drugiego, jednak nigdy nie zawarli jakiejś bliższej relacji. W ramach polepszenia ich stosunków nieśmiało zaproponuję wywinięcie jakiegoś psikusa w Klubie Ślimaka bądź też w sali eliksirów. Może podmiana napojów na eliksir zmniejszający? ]

    Narcissus

    OdpowiedzUsuń
  111. Wiem, że dawno już miałam zacząć nasz wątek, ale jednak mi to nie wypali. Głowie się od jakiegoś czasu jak tu sensownie rozpocząć, a skoro pomysłów wciąż brak, to nie wróży to dobrze dla dalszej gry. Wątki Ślizgońskie męsko-męskie chyba jednak nie są pisane Scorpiusowi. Mam nadzieję, że nie będziesz miała mi za złe. Wolę jednak uprzedzić teraz, że nie potrafię się wczuć, niż potem przerywać w połowie.

    Scorpius Malfoy

    OdpowiedzUsuń
  112. [Dobry wieczór! Dziękuję ze miłe słowa i przychodzę do Artaira śmiało mówiąc, że pragnę wątku z nim, czego to nie potrafiłam uczynić z Lisą, a bo i powiązanie ich wydawało mi się trudniejsze, niż tej dwójki. Marzenia trzeba spełniać, no nie. No więc, jeśli mówisz, że może zdołasz coś wymyślić to chętnie zapoznam się z Twoimi propozycjami, ewentualnie później dorzucając swoje, bo też coś tam bym miała. Miłego wieczoru! :)]

    Aurelia

    OdpowiedzUsuń
  113. [Kajam się...wybacz, że porzuciłam Ronnie tak bez słowa. Po prostu mi z nią nie wyszło, i niestety nie cieszyła się szczególny zainteresowaniem...poza tym pojawiła się okazja na stworzenie Rose, więc chcąc spełnić swoje ukryte pragnienie musiałam z czegoś zrezygnować no i padło na Ronnie (znowu pokrzywdzona przez los, sierotka Marysia normalnie). Kajam się raz jeszcze! ]

    Rose&Ronnie

    Rose&Belauh

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. [Dokładnie. Z podwójnym podpisem aby zaakcentować mój żal. Ot co!]

      Usuń
  114. [ Sama się jakoś bardzo nie spodziewałam ;) W każdym razie dziękuję Pani bardzo za życzenia, postaram się podołać, a Pani życzę czasu na odpisy (Cóż za egoistyczne życzenia!) ]

    OdpowiedzUsuń
  115. [Jestem, jestem (jeszcze kaja się za usunięcie Ronnie) i bez problemu go stworzę, w sensie wymyślę i podam ci na tacy do poprawek, uwag, modyfikacji a nawet jestem skłonna wysłuchać twoich najgłębszych, najmroczniejszych marzeń i stworzyć coś za nasz poprzedni :) ]

    Rose&Belauh oraz ich kajająca się autorka

    OdpowiedzUsuń
  116. Trochę zdziwił się słysząc, że Ślizgon bez oporów przystał na jego propozycję, której w gruncie rzeczy do końca nie przemyślał. Wątpił, by chłopak w późniejszym czasie zechciał wykorzystać którąkolwiek z podejrzanych puchońskich taktyk donosząc o niej kapitanowi przeciwnej drużyny, ale jednocześnie nie miał bladego pojęcia dlaczego tak naprawdę się zgodził. Hugo już wielokrotnie odwiedzał boisko Quidditcha by po cichu pokibicować kolegom z domu borsuka i chcąc nie chcąc musiał przyznać, że nie było w tym nic fascynującego. Oczywiście bardzo lubił uczestniczyć w treningach i rzadko kiedy opuszczał chociażby jeden z nich, jednak domyślał się, że osoby pokroju Avery’ego na co dzień preferują nieco inne, bardziej zajmujące rozrywki. Nie był tego pewien i mógł co najwyżej spekulować, czekając na umówione spotkanie by przekonać się o tym na własnej skórze. Mimo wszystko jak zwykle wierzył, że po prostu będzie fajnie. W końcu każda okazja była dobra na zawieranie nowych znajomości, a skoro im obu podziwianie miotlarskich wyczynów sprawiało przyjemność to siłą rzeczy musiało się udać.
    Spiął się nieznacznie słysząc te z pozoru niegroźne obelgi rzucane pod adresem Ślizgonów, z którymi jak dotychczas sądził Hugon nowo poznany kolega powinien się solidaryzować. Sam Puchon nie twierdził, że ich gra utrzymywała się na faktycznie tak niskim poziomie na jaki wskazywały słowa Artaira, ale nie jemu było to oceniać. Miał tylko nadzieję, że podniebne popisy jego znajomych nie zostaną skrytykowane w podobny sposób, ale tak czy siak na wszelki wypadek postanowił przypomnieć im, żeby nie zapomnieli się postarać. Może i trening nie równał się meczom, aczkolwiek i to i to było ważne i miało dość istotny wpływ na późniejsze wyniki. A od wyników zależało już wszystko i o tym doskonale wiedział każdy, włączając w to największych sportowych ignorantów.
    — Tylko kibicuję — odpowiedział zgodnie z prawdą, w międzyczasie popijając dyniowy sok. Mógł mu opowiedzieć o swoich marnych staraniach podczas pamiętnych eliminacji, które ostatecznie dały mu do zrozumienia, że pomimo chęci powinien pozostać w skórze kibica. Nie podcięło mu to skrzydeł i dalej co jakiś czas dosiadał swoją starą, wysłużoną acz wciąż sprawną błyskawicę i ciekawiło go, czy odejście ze składu zaowocowało tym, że Artair raz na zawsze pożegnał się z miotłami.
    — Kiedyś myślałem o tym żeby dołączyć do drużyny, ale tak się złożyło, że wybrałem wlepianie szlabanów i zabieranie punktów — uśmiechnął się szeroko na znak, że po części żartuje, kątem oka wskazując na przypiętą do szaty odznakę prefekta. W końcu sam stosunkowo często nie stosował się do tych zasad, więc nie mógł wymagać tego od innych, przynajmniej nie tak mocno jak powinien.
    — To co, zobaczymy się na boisku? — spojrzał na niego by sekundy później przenieść wzrok na ostatniego z dwójki Ślizgonów, ciesząc się przy tym czegoś, co dopiero miało się wydarzyć.
    Przybył na stadion niedługo przed czasem, wybierając sobie najlepsze z miejsc, stanowiące jednocześnie świetny punkt obserwacyjny. Trybuny świeciły pustkami, ale i tak spacerowanie wzdłuż rzędu długich ławek w celu wybrania tego jednego, jedynego miejsca było niezłą zabawą. Przynajmniej dla kogoś takiego jak on. W końcu jednak rozsiadł się wygodnie i zaczął rozglądać daleko przed siebie, gwałtowanie zrywając się z miejsca zaraz po tym, jak ujrzał zarys dwóch sylwetek.

    OdpowiedzUsuń
  117. [To wybiorę za Ciebie, jeśli pozwolisz :D Wydaje mi się, że Freya i Artair to może być ciekawe połączenie i kto wie, co za dramy i tym podobne z tego wyjdą. A kto nie lubi dobrej dawki nastoletnich dramatów z magią w tle, haha. To co, jeśli zgadzasz się ze mną, to możemy ustalić jakieś szczegóły. Wolisz zacząć wątek od jakichś retrospekcji, może z czasów, jak Freya i Artair dopiero się zaczynali poznawać bliżej, czy jednak wskakujemy od razu w teraźniejszość?]
    Freya Collins

    OdpowiedzUsuń
  118. [ Emocjonalne rozterki to to co owce i liliputy lubią najbardziej! Tutaj się Rose bardziej nada bo ona w przeciwieństwie do Belauh ma jakieś uczucia więc można będzie je wykorzystać.
    Mam pomysł taka lampka mi się zapaliła ....
    Ja widzę to tak. Ta akcja będzie odgrywać w zakazanym lesie ( wow jak oryginalnie, chce Oskara). Zamysł będzie taki że Rose lunatykowała. Dlaczego w ogóle Artair się tym zainteresował? Powiedzmy ze a. ma do laski sentyment ( tu dopisujemy jakies fajne emocjonalne powiazanie) b. Rose lunatykując teleportowała się do jego łóżka i właśnie z niego w swojej uroczej piżamie ruszyłaby na tą nocną eskapadę. Wiadomo lunatyków się nie budzi więc mądry Artair poczekałby az sama się obudzi....no a zadzieje się dopiero w zakazanym lesie. Tam mogą na trafić na jakąś, właśnie bogina i uciekając przed nim zapuszcza siw za daleko właśnie w miejsce gdzie przebywaliby dementorzy. Któremuś z nich zaczną robić wode z mózgu i tutaj wkracza akcja patronus! Yeyey wielkie brawa dla owcy, fajerwerki, ciaska i cola. Co myślisz?]

    Rose&Belauh

    OdpowiedzUsuń
  119. [ No i bajlando rzeknę- teraz tylko musimy uzupełnić luki, czyli oddaje w twoje ręce uczucia Rose wobec Artaira i w drugą stronę bo to też ważny element naszej akcji ]

    OdpowiedzUsuń
  120. [Masz rację, czyli zaczynamy od przeszłości. Masz ochotę zacząć, czy ja mam coś podrzucić? I tylko jeszcze zapytam - robimy coś w rodzaju retrospekcji, w sensie opisujemy te wydarzenia z perspektywy teraźniejszości, czy całkiem cofamy się do przeszłości i zakładamy, że nie znamy jeszcze dalszego przebiegu zdarzeń?]
    Freya

    OdpowiedzUsuń
  121. Nie mogła nic poradzić na to, że przyciągał jej uwagę. Chociaż próbowała to ignorować, bo ludzie różne rzeczy mówili, a Freya zawsze była pierwsza w kolejce, jeśli chodziło o plotki. Poza tym, patrząc na Avery’ego widziała typowego Ślizgona, a przecież nikt z krukońską inteligencją nie powinien się łudzić, że ze złego chłopca można zrobić bohatera. Coś jednak sprawiało, że ciągle zerkała w jego stronę. Musiała przyznać przed samą sobą przynajmniej to – niezłe z niego ciacho. Każda dziewczyna obejrzałaby się dwa razy za takim chłopakiem, prawda? Gdyby to było takie proste. Widziała w nim coś, co ją do niego przyciągało, i wcale jej się to nie podobało. W końcu miała dopiero piętnaście lat. Nie powinien pociągać ją osobliwy mrok w jego oczach, tajemnica otaczająca jego postać.
    - Nasza kolej na trening, Avery – podeszła do niego wolnym krokiem, powtarzając sobie w myślach, że zrobiła to tylko dlatego, że była kapitanem swojej drużyny i musiała załatwić boisko. – Wasz czas skończył się jakieś dziesięć minut temu.
    Przechyliła głowę i zmierzyła go uważnie wzrokiem. Może i nie chciała się przyznać do swojego dziwnego zauroczenia Avery’m, ale to nie zmieniało faktu, że wciąż była Freyą Collins. Niewinny flirt był jej naturalnym odruchem. Nie mogła nic na to poradzić. Czasami robiła to nawet nie zdając sobie z tego sprawy. Nie tym razem, Collins, odezwał się wredny głosik w jej głowie. No dobrze. Doskonale wiedziała, co robi. I nie miała zamiaru przestać.
    - Poza tym – podeszła bliżej do niego i zmrużyła oczy – I tak skopiemy wam tyłki na meczu, więc tracicie tutaj swój cenny czas.
    Uśmiechnęła się ironicznie, wciąż jednak nie spuszczając z niego wzroku.

    [Wyszło marnie, bo zorientowałam się, że w sumie nie do końca wiem, jak powinny na początku wyglądać ich relacje. No cóż, jakby coś było nie tak, to mów śmiało :)]
    Freya Collins

    OdpowiedzUsuń
  122. – Tym właśnie się różnimy kochany kuzynie. Nie muszę tykać tych książek, ale akurat mam taką ambicję, żeby je poznać – wytłumaczył się, jak najlepiej mógł. To akurat było prawdą w obu znaczeniach. Daniel naprawdę lubił się uczyć, przez co na początku swojej edukacji Tiara Przydziału sprawiła mu zawód. Jednak z biegiem czasu stał się jej bardzo wdzięczny, bo w końcu zrozumiał, że Ravenclaw nie był domem dla niego, a ślizgońskie lochy stały się dla niego drugim domem.
    Co do płci przeciwnej Daniel akurat też bardzo upodobał sobie zdobywanie jej względów. Sądził, że to bardzo rozwija zdolność przemawiania, pewność siebie, a przede wszystkim spryt, który bardzo sobie cenił. Niestety zdarzały się skomplikowane przypadki, jak właśnie ten ówcześnie przedstawiony przez Macnaira, gdzie wszelakie wyuczone sposoby nie działały, a sam Dan musiał uciekać się do środków cięższego kalibru. Tym środkiem był właśnie Artair.
    – Ciszej! – Daniel syknął przez zaciśnięte zęby, zwężając powieki i z istną wściekłością spoglądając na ironicznie uśmiechającego się kuzyna. Nie do końca bał się samego odrzucenia, a samego faktu, że nie rozumie co się stało i w jaki sposób zmienić zachowanie owej dziewczyny. Najzwyczajniej w świecie zżerała go ciekawość, a nie chciał dowiadywać się o całej sprawie w rozmowie z szatynką. On chciał już to wszystko mieć we własnych myślach, gdy rozmawiać z nią właśnie będzie. Za to wodzenie go za nos, będzie zastanawiała się skąd wie, tylko że właśnie musiał się najpierw dowiedzieć, żeby nie wyjść na idiotę. No i może trochę faktycznie bał się, że dostanie tego kosza.
    – Wiesz, Artair? Dokładnie tak to widziałem. A wiesz czemu? – zapytał spoglądając na siedzącego obok Averego. Ślizgon nie odpowiedział jednak od razu, bo sięgnął ręką po pasztecik, które to zajadał sam towarzysz. Wepchnął pół do ust, by odgryźć kawałek i w spokoju go przeżuwać, tym samym dalej odciągając dalszą cześć swojej wypowiedzi. – Po prostu sądzę, że prędzej przeczytasz te książkę dla mnie, niż pójdziesz z tym całym zajściem do profesorów – Daniel uśmiechnął się triumfalnie, następnie prawie wrzucając sobie resztę przekąski do ust.
    Taka była prawda, w końcu nikt nie miał dowiedzieć się o tej niesamowitej zdolności Arta i sam Dan jak najbardziej to rozumiał. Jednak jak już nikt o tym nie wiem, to nie rozumiał dlaczego nie wykorzystać tego do własnych celów.
    Przez głowę przeszła mu myśl, że skoro z taką łatwością Avery może rozczytać umysł siedzącej stół dalej szatynki, to czy jego własny jest narażony na to samo? Dokładnie w tym momencie nawiedziła go lawina wspomnień, rozmyślań, jak i własnej wiedzy. Zupełny chaos i mętlik nad którym Dan chwilowo nie mógł zapanować.
    – To jak będzie? Pomożesz kuzynowi? – Macnair uśmiechnął się do Artaira, ukrywając pod tym to, co działo się obecnie w jego głowie.

    coś to chyba jednak krótkie, dunno

    OdpowiedzUsuń
  123. [Cześć. Dziękuję za powitanie i w razie chęci i pomysłu na wątek zapraszam z powrotem pod kartę Vithara, bo mnie na ten moment żadne połączenie naszych postaci nie przychodzi do głowy.]

    OdpowiedzUsuń
  124. [Hej! Ja tak bardzo nie lubię, jak komuś brak weny, bo ja bym się chętnie podzieliła. ;) Bo u mnie tak, że wena jest, ale gorzej ze zmianą tego w literki i zdania, a bywa też problem z czasem. A ja spróbuję coś pomyśleć i rzucić propozycją, ale daj mi chwilę, jeśli oczywiście byłaby szansa by jakoś się to później dało poskładać. I dziękuję za powitanie.]

    Alaric Graves

    OdpowiedzUsuń
  125. Czuła się trochę tak, jakby czekała w kolejce na coś niewiadomego, i nie mogła robić nic – poza czekaniem, poza zamartwianiem się, że to, co jest na końcu drogi, okaże się wielkim cierpieniem, wielkim rozczarowaniem. Nie wiedziała, jaki właściwie będzie przebieg wizyty Artaira w ich domu; przez całą noc rozważała wielorakie opcje. Przyjdzie, wejdzie. Jak zareagują rodzice? A Eden? Pamiętała przecież, choć nigdy nie powiedział jej o tym wprost, ten list do rodziców, przysłany ze szkoły, gdy ich idealny syn, niesprowokowany, uderzył pięścią w twarz innego ucznia. Wiedziała, była pewna, że chodziło właśnie o Niego. Pamiętała też, jak rodzice załamywali ręce i jak ona sama starała się ich unikać, żeby przypadkiem nie wypowiedzieli tego, co całej ich trójce chodziło po głowie – że jej zły gen, przez który zmarnowała sobie świetlistą przyszłość, zaatakował też brata. I że to wyłącznie jej wina: bo przecież to ona rzuciła szkołę i spędzała dni na żmudnym oczekiwaniu.
    Nikomu się nie zdradziła, gdy pierwszy raz padło podejrzenie, że coś jest na rzeczy. O zgrozo, jak na ironię to koleżanka rzuciła żartobliwy tekst o ciąży, kiedy któryś z kolei raz zastała Eulalię wymiotującą w łazience. Hoppes zaśmiała się wtedy tylko – na nic więcej nie było jej stać – jakby podzielając wesołość koleżanek. Jakby wierzyła, że to wszystko i tak nie ma możliwości zaistnieć. Szybko, zanim ktokolwiek mógł wysnuć podobne podejrzenie, napisała do rodziców. Spakowała się i pozwoliła ojcu zabrać się z powrotem do domu, jakby była małym dzieckiem i narozrabiała w przedszkolu. Pamiętała, że uparcie wmawiała sobie wówczas, że to tylko na trochę, przecież to wszystko minie, tydzień, góra dwa.
    Bo to nie mogła być w żadnym wypadku prawda.
    Mimo braku zmian w wyglądzie zewnętrznym, kiedy tak stał na korytarzu wydał jej się sporo młodszy, niż był naprawdę. Może to efekt dziwacznej zamiany ról – ktoś, kogo postrzegaliśmy jako niezłomnego, nieustraszonego, twardego niczym skała sypie się nagle, jak uschnięty liść – niemniej odważnie zrobiła pierwszy krok, podchodząc i nieśmiało wyciągając rękę. Wiedziała, że Eden zacisnął szczęki, zamiast odpowiedzieć i nie potrafiła być na niego zła – a jednak bardzo chciała, żeby wszystko potoczyło się jakoś tak... płynniej.
    – Cześć, Artair – powiedziała słabo, czując uporczywą suchość w gardle. Odrobinę mocniej przycisnęła do siebie Holly, zasłaniając twarz kosmykiem włosów, który wykradł się z niedbale spiętego koka. – Miło, że przyszedłeś.
    Domyślała się, że jej brat ma na ten temat kompletnie inne zdanie, niemniej równie dobrze wiedziała, jak ważne jest, by dać możliwość poprawy każdemu, nie tylko wybranym. Początkowo była sceptycznie nastawiona – wydawało jej się, że Avery nalegał na spotkanie z córką tylko po to, by móc wytknąć, że nie jest do niego podobna, choć tego pewna być nie mogła – ale pragnienie osoby, która zawsze będzie obok, okazało się znacznie silniejsze. Nie była głupia – wiedziała, że są najpewniej zbyt młodzi, by udało im się stworzyć stały, stabilny związek, oparty na zaufaniu, przywiązaniu, miłości; jednakże wbrew i mimo wszystko zależało jej, by Holly miała możliwość spotkań z ojcem tak długo, jak sama będzie tego chciała. Bo kiedyś podrośnie. Kiedyś zapyta.
    – Wejdź, salon jest tam – wskazała na lewo, na wnękę, w której nie było drzwi, a z której na sąsiednią ścianę padały różnokolorowe, choinkowe światełka.

    Eulalia Hoppes

    OdpowiedzUsuń
  126. Ostrożnie, trzymając się z tyłu, byleby tylko nie narzucać mu swojej obecności, ruszyła za chłopakiem w stronę przystrojonego salonu. Matka i ojciec od zawsze dbali, by święta obchodzono należycie, nawet wówczas, gdy ona i Eden mieli te czternaście, piętnaście lat i największym pragnieniem był święty spokój, z dala od przynudzających staruszków. Dopiero z perspektywy czasu była skłonna przyznać im rację, i zrobiłaby wszystko, żeby Holly też tak to zapamiętała. Choinka mieniła się od pokrytych brokatem bombek, które Avila wieszała z samego ranka, zawsze czekając z tym do Bożego Narodzenia; pod sufitem kolejna porcja światełek, tym razem białych, stwarzała nastrojową atmosferę. Świątecznie ubrane drzewko mieściło pod sobą kilka okazałych paczek.
    – To dzieło mamy – odparła w odpowiedzi na jego komplement, i sama zdziwiła się, jak płytko to zabrzmiało. Miała wrażenie, że wyparowały z niej wszelkie emocje, poza strachem i stresem. – Zawsze... Zawsze lubiła się w to bawić.
    Czuła się tak potwornie nieswojo z byłym chłopakiem w jej salonie, z rodzicami z tyłu, którzy poza zdawkowym powitaniem nie odezwali się ani słowem, z bratem, co zaciskał zęby tak mocno, że Eulalia była gotowa przysiąc, iż w końcu któryś mu się złamie. Wolałaby przeżywać taką chwilę na osobności, bez oczu, śledzących pilnie każdy jej ruch, tylko, wydawałoby się, czekających, aż zrobi coś nie tak i będzie można na nią nakrzyczeć, jakby znowu miała cztery latka.
    – Tato... Możecie nas na chwilkę zostawić? – Poprosiła, spoglądając na ojca błagalnie. Odkąd sięga pamięcią, była jego oczkiem w głowie, podobnie jak Eden był oczkiem w głowie matki, i zawsze wiedziała, do kogo udać się z każdą swoją niedorzeczną prośbą. Był na nią zły, kiedy dowiedział się o Holly, bo nie dość, że zawaliła szkołę, to jeszcze musiał pogodzić się z jej utraconą niewinnością; ale nie wątpiła, że w końcu minie mu żal i wszystko będzie jak dawniej. Tęskniła za ojcem, którego znała i który nieodmiennie trzymał jej stronę. Bo teraz jakby utworzyli przeciwko niej front – i tylko brat był tym, na którego mogła bezapelacyjnie liczyć.
    – Rowan, chodź – Avila Hoppes pociągnęła męża za rękę, usuwając się i posyłając córce dyskretny sygnał. Eulalia wiedziała, że będą tuż za ścianą, nie chcąc przeszkadzać, a móc zapobiec ewentualnej tragedii. – Ty też, synu – zwróciła się teraz do Edena, który z wściekłą miną powlókł się za nimi.
    Eulalia wzięła głęboki oddech, próbując się uspokoić, ale serce waliło jej co najmniej dwa razy szybciej niż normalnie. Nie umiała, nie wiedzieć czemu, wziąć się w garść i po prostu podać Artairowi dziewczynki. Była taka ciepła, tak spokojnie siedziała w ramionach, grzała ją swoim małym ciałem; a co, jeśli gdziekolwiek indziej stanie jej się potworna krzywda?
    – Tak, proszę – powiedziała po chwili wahania, pomagając mu ułożyć ramiona tak, by Holly z nich nie wypadła. Bacznie przyglądała się przy tym córce i chłopakowi, chcąc wyłapać jakiekolwiek złe intencje.

    Eulalia Hoppes

    OdpowiedzUsuń
  127. [ Szczerze, twoje postaci tak mi się podobają, że aż nie wiedziałam do kogo przyjść. Podziwiam: prowadzisz aż trzy urocze osóbki, dla mnie jedna to ciężka sprawa, a dwie - istny koszmar.
    Artair jest pod pewnymi względami nieco podobny do Clancy'ego. No i ciekawią mnie bardzo wspomniane w tekście epizody. Myślę, że nasi panowie mogą się znać, w końcu obaj należą do domu węża no i poniekąd do klubu ślimaka. Zaproponowałabym ustalenie jakieś ciekawej relacji, dzięki której łatwiej wymyśli się wątek. Stawiałabym na coś mocnego, bo żaden z nich do łatwych nie należy. Pytanie tylko czy idziemy w czysty negatyw, pozytyw, a może...mieszankę?]

    Clancy

    OdpowiedzUsuń
  128. [Zastanawiam się nad bardziej konkretnym pomysłem relacji jaka mogłaby łączyć Avery'ego i Josie. Mimo wszystko do głowy przychodzi mi najbanalniejszy banał czyli przypadkowe spotkanie w bibliotece... Może masz pomysł na bardziej zaawansowaną relację?]
    Josie Coelho

    OdpowiedzUsuń
  129. [ Cóż, przyszła mi przez myśl jedna mała rzecz. Otóż, Clancy mógł być odrobinę zauroczony twoim panem za młodu, kiedy był znacznie bardziej niewinny niż aktualnie, a nieco pozytywnej energii wlewał w niego teraz nieżyjący już dziadek Lodge'a. Można uznać, ze Artair się o tym dowiedział i wyśmiał go, dał mu do zrozumienia, że nie ma szans czy cokolwiek. No i biedny Clancy dałby sobie z nim wtedy spokój. I teraz nagle bach, kilka lat później wychodzi niezręczne spotkanie na jakimś szlabanie, przy pokoju życzeń lub po prostu na korytarzu w środku nocy. Nie jest to zbyt ambitny pomysł, ale niestety o tej porze nic lepszego nie przychodzi mi do głowy ;c ]

    Clancy

    OdpowiedzUsuń
  130. [A dziękuję, dziękuję.]

    jak zawsze taktowny Akin

    OdpowiedzUsuń
  131. [Od dupia strony.
    Zacznij od niej.]

    niecierpliwy Akin

    OdpowiedzUsuń
  132. Uśmiechnęła się mimowolnie, patrząc na chłopaka, którego twarz przybrała zupełnie inny wyraz, niż kiedykolwiek miała okazję zobaczyć. Zupełnie tak, jakby Holly zaczarowała tego dobrze jej znanego Ślizgona, nie używając nawet różdżki.
    – Już nie jest taka mała – powiedziała cicho, cały czas czuwając w pogotowiu. Wierzyła, że Artair nie zrobi dziecku krzywdy, jednakże zdawała sobie sprawę, iż córka różnie reagowała na ludzi, do których nie była przyzwyczajona. Przynajmniej na początku; niejeden raz zdarzyło się, że po chwili oswojenia zaczynała radośnie prezentować rzeczy, których się już nauczyła. – Czasem staje na dwóch nogach, ale chodzić jeszcze nie umie. Mimo wszystko przemieszcza się całkiem sprawnie...
    Sama nie wiedziała, po co opowiada mu to wszystko. Nigdy nie była typem, który lubiłby dzieci i rozczulał się nad kolejnymi maluchami w wózkach, nad którymi tak gruchała jej matka. Ale to dziecko – ich dziecko – wydawało się mieć w sobie coś, co kazało jej do upadłego walczyć o szczęście Holly. Być może chciała opowiedzieć Artairowi te kilka miesięcy, które przeoczył, by wiedział, co go ominęło i miał jeszcze czas nadrobić to, co go ominęło, ale nie była idiotką, przypuszczała, że za jakiś czas po prostu odda jej dziecko i wyjdzie, nigdy więcej się do niej nie odzywając.
    Za każdym razem, kiedy słyszała jej płacz, czuła się wyjątkowo bezradna, jak gdyby nie potrafiła pomóc, choć nade wszystko pragnęła uspokoić małą. Tym razem jednak stłumiła uśmiech, widząc przerażenie chłopaka i odebrała od niego dziewczynkę.
    – Ma dziewięć miesięcy, czasem staje się taka marudna – stwierdziła tylko, układając sobie Holly w ramionach tak, by mogła oglądać przystrojony salon. Gestem odprawiła zaniepokojoną matkę, która zajrzała do pokoju, pełna najgorszych przeczuć. – Nic nie szkodzi. Po prostu jeszcze cię nie zna – wytłumaczyła, boleśnie zdając sobie sprawę, że najpewniej i tak nigdy nie będzie miała szansy poznać. Ale póki co szło nieźle – więc ona też zamierzała się starać.
    Chciałaby, tak bardzo marzył jej się dobry kontakt tego dziecka z ojcem, ale miała świadomość, iż najprawdopodobniej ich ścieżki nigdy się nie skrzyżują – może za kilka, kilkanaście lat, gdy dziewczynka będzie już nastolatką i z własnej woli zapragnie Avery'ego odszukać. Wówczas żadne z nich już jej nie przeszkodzi, a jedynie może sama wyrobić sobie opinię o rodzicach. Nie myślała jeszcze, jak jej wytłumaczyć, dlaczego nie są razem, choć powiedzenie prawdy wydawało się dobrą opcją. Byliśmy młodzi. Jakże to smutno brzmiało, kiedy ta młodość odeszła wraz z pojawieniem się dziecka na świecie.
    A przynajmniej jej młodość.

    Eulalia Hoppes

    OdpowiedzUsuń
  133. Oczy ma po tobie, cisnęło się jej na usta, ale nie była w stanie wypowiedzieć tego na głos. Jakkolwiek bardzo nie pragnęła, by udało im się nie zepsuć doszczętnie tego, co powołali na świat, tak zdecydowanie nie chciała chłopaka spłoszyć. Pamiętała, jak ona sama reagowała na rzekome podobieństwo Holly do niej samej – poczuciem nieustającego niepokoju. Irytowało ją to; jak kilkudniowe, zaślinione dziecko może być podobne do kogokolwiek? Lecz mimo to z biegiem czasu zaczęła je zauważać: różnice i podobieństwa.
    – Tak – przytaknęła, nie patrząc mu w oczy, dokładnie takie same, jak te leżącego w jej ramionach dziecka. Czuła ciężar córki, moment, w którym będzie musiała odstawić ją na ziemię, gdyż nie wytrzyma dłużej kilkukilogramowego ciała na swoich drobnych dłoniach. – Mama mówi, że to może się zmienić.
    Istotnie, matka była zachwycona wnuczką i tym, że staje się małą kopią córki; a jednak to ona uprzedzała, że wszystko może jeszcze ułożyć się zupełnie inaczej. Pamiętaj, Eulalio, zwykła mawiać, już wiele lat temu, gdy bliźniaki wkraczały dopiero w jedenastą wiosnę życia. To, że coś w danym momencie wydaje się być znajome, za jakiś czas może okazać się całkiem obce.
    – Pieniędzy? – Uniosła głowę, zdumiona, jakby wyrwana ze świata wspomnień, w którym całkowicie się pogrążyła. Jej oczy nabierały dopiero przytomnego wyrazu. – Och, nie, dziękuję – dodała spokojniej, muskając palcami delikatne, jasne włoski na głowie Holly. Zerknęła na Artaira z nieodgadnionym wyrazem twarzy. – Nie wszystko da się załatwić pieniędzmi, wiesz? To ciebie potrzebuję – wyrzuciła z siebie na jednym wydechu, jakby od tego miało zależeć jej życie.
    Chciałaby móc cofnąć czas i pokazać mu wszystko, te zdarzenia, w których nie było go obok; nawet drobnostki, pierwszy ząb, raczkowanie, pierwszy twardy pokarm. Wspomnienia, być może nieistotne, a jednak składające się na dziewięć miesięcy nowego życia. Gdyby tylko mogła cokolwiek zmienić, cały sens potoczyłby się zupełnie inaczej. Nie miała pojęcia, czy wolałaby nigdy nie urodzić Holly, nie spotykać się z Avery'm, czy żeby po prostu był obok – myślenie o tym było zbyt ciężkie, poza tym i tak nie miało już najmniejszego znaczenia.
    – To ciebie potrzebuję – powtórzyła znacznie ciszej, zwieszając głowę, by na niego nie patrzeć. Było jej wstyd, całkiem, jakby zrobiła coś okropnego; a ona przecież chciała tylko mieć u boku kogoś, kto zdoła pomóc, gdy rodzice nie będą już w stanie.

    Eulalia Hoppes

    OdpowiedzUsuń
  134. [A dziękować :> Jakby Ci tam dla Artaira trzeba było kuzynki, cioci dobra rada, która bije po głowie, wrednej przyjaciółki, byłej dziewczyny, sympatyczno-złośliwej koleżanki z klubu ślimaka, która odeszła i jego na odejście namawia to pukaj :3]

    Anna

    OdpowiedzUsuń
  135. [To ja Ci opowiem bajkę, a Ty mów czy Ci się podoba. Dawno, dawno temu, na czwartym, czy piątym roku w Hogwarcie, dwójka Ślizgonów z bardzo szanowanych rodzin zaczęła się spotykać ku uciesze rodziców. Ale tak właściwie to nie przepadali za sobą i po prostu dzieciakom wydawało się, że tak ma być, więc cały ambaras zakończył się szybciej niż się zaczął. Co ciekawe dopiero jak się zakończył ten dziwny epizod, do dorastających dzieciaków dotarło, że właściwie lepiej się dogadują bez żadnego podtekstu. I de facto zaczęli się "lubić" o ile lubieniem nazwać można słodko-wredną relację, w której żadne nie ma ani grama skrupułów by wytknąć drugiemu błędy, zmobilizować, walnąć w łeb i dać kopa na szczęście. Tak właściwie, to żadne z nich nie powie o tym głośno, ale w ogień by skoczyli za drugim. Bo akceptacja przychodzi dopiero wtedy, gdy poznamy człowieka w całości, w raz z wadami i wtedy go polubimy, a nie, gdy lubimy nasze wyobrażenie o drugim człowieku, koniec :3]

    Anna

    OdpowiedzUsuń
  136. [Ależ oczywiście! Już nie tak dawno temu, dzisiaj właściwie, Anna postanowiła ostatni raz pójść na spotkanie klubu ślimaka. Ponieważ zwykle i tak na spotkaniach rozmawiała z tymi samymi, wartymi uwagi ludźmi, to nie widziała dłużej sensu taplać się w kółeczku wzajemnej adoracji. Ostatecznie zabawia ją jakiś Puchon, choć wcale nie wydaje się jej zabawny. Ku swojej radości spotyka Avery'ego, więc może uciec od bycia poproszoną do tańca. Namawia go na wymknięcie się, przy wykorzystaniu sztuczki teatralnej, gdy wielce zrozpaczona scenicznym głosem powie, że Artair jest okropny i jak on w ogóle mógł jej to zrobić (wymyśli coś na poczekaniu), zaleje się krokodylimi łzami i wyjdzie, a on jak na szlachetnego męża przystało, pójdzie ją uspokoić. W ramach wdzięczności za asystowanie w jej przedstawieniu, Anna wyciągnie go nad jezioro celem kradzieży (bądź pożyczenia bez pozwolenia) łódki. Przy okazji wypyta go o różne... nowości w jego życiu (o ile ja dobrze widzę, że niedawno dowiedział się o małej... niespodziance). c:]

    Sayre

    OdpowiedzUsuń
  137. [ Halo, halo! Czy Ty może o mnie zapomniałaś? :) ]

    OdpowiedzUsuń
  138. Błoto rozpryskiwało się na wszystkie strony, okropnymi plamami ozdabiając spodnie i buty gnającej opustoszałą aleją dziewczyny. Serce waliło jej w piersi. Dźwięk pospiesznie stawianych kroków echem odbijał się od ścian budynków, mieszając się z jej ciężkim oddechem i tworząc tym samym przerażającą linię melodyczną brzmiącą niczym podkład sceny ucieczki prosto z jakiegoś horroru. Ale jej oprawcy nie było nigdzie widać.
    Skręciła w jedną z wąskich uliczek i stanęła w miejscu, dysząc ciężko. Oparła się plecami o ścianę któregoś z murowanych domków i ruchem ręki odgarnęła wilgotne kosmyki włosów z twarzy. Widok mieszkalnej części Hogsmeade, której nikt z turystów nie odwiedzał nawet w ciągu dnia lub o której żaden z nich zwyczajnie nie miał pojęcia, zwykle piękny i urokliwy, łapiący ją za serce, w tamtym momencie przyprawiał ją o dreszcze. Ciężkie krople deszczu odbijały się z głuchym stukotem o brukowaną ulicę, zmywając z niej naniesiony przez wiatr brud i piach. Kaptur płaszcza niemalże przywarł już do czoła Rosalie, ograniczając pole jej widzenia do koniecznego minimum i dość nieskutecznie chroniąc ją przed ulewą. To miała być łatwa akcja. Księżyc schował się za chmurami, jeszcze bardziej utrudniając dziewczynie dostrzeżenie czegokolwiek w prawie całkowitej ciemności. Wytężyła wzrok i słuch, wsuwając dłoń do kieszeni i ściskając w palcach niewielki srebrny kluczyk, który dopiero co udało jej się zdobyć. Nie spodziewała się, że pies właściciela owego drobiazgu, który każdej nocy sypiał na jego podwórku i zdawał się być już stary, i lekko przygłuchy, okaże się animagiem. W dodatku bardzo szybkim, młodym i zwinnym animagiem.
    Prawie go nie zauważyła. W ostatniej chwili uchyliła się przed pyskiem zwierzęcia, kopiąc go w bok i pędem ruszając przed siebie. Kaptur zsunął się jej z głowy, niewielka torba z ziołami boleśnie obiła się o jej biodro. Buty ślizgały się na błotnistej nawierzchni. Od głównej ulicy Hogsmeade dzieliło ją jeszcze kilka przecznic. Musiała jakoś zmylić goniącego za nią człowieka, dokopać się do różdżki leżącej na dnie torby i zaklęciem wyczyścić mu pamięć, inaczej mogła pożegnać się z dodatkową zapłatą za dyskrecję. Skręciła w lewo, następnie w prawo, potem jeszcze raz w lewo. Odgłos łap uderzających o chodnik zmienił się w stukot stawianych przez rosłego mężczyznę kroków. Powoli zaczynało brakować jej sił. Zwolniła. Chciała bezszelestnie wsunąć się w którąś z alejek i tam przyczaić się na oprawcę, ale w tej samej chwili, w której wykonała taktyczny zwrot, ktoś niespodziewanie stanął na jej drodze. Nie wiedziała czy chłopak jej nie zauważył, czy zrobił to celowo. Wyrósł przed nią dosłownie jakby spod ziemi. Zachwiała się, wpadając na niego z impetem i chwytając się go jak ostatniej deski ratunku, przewróciła go ze sobą na bruk. Serce waliło jej jak oszalałe. Syknęła cicho z bólu, zaciskając mocno powieki i kurczowo trzymając się płaszcza czarodzieja, jakby miało jej to w czymś pomóc. Czuła ciepło jego ciała pod swoim własnym, słyszała jęk, który z pewnością musiał wyrażać zaskoczenie i zauważyła, że nieświadomie wzdycha z czystej bezradności. Nie miała na to czasu. Nie mogła okazać słabości. Nie mogła się poddać. Potrząsnęła głową, wymamrotała ciche przepraszam i zgramoliła się z chłopaka, obrzucając go tylko jednym, krótkim, chłodnym spojrzeniem. Nie miała pojęcia, że ten trwający sekundę kontakt wzrokowy będzie tak ogromnym błędem.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Zmienił się. Bardzo. Ciemność deformowała idealny kształt jego twarzy. Wychodzący zza chmur księżyc odbijał się blaskiem w jego oczach, ale wszędzie, niestety wszędzie by go rozpoznała. Na pełnych ustach brakowało uśmiechu. Włosy były rozczochrane, plątały się pod wpływem szalejącego wiatru i padającego deszczu. Jeszcze rok temu sama by je poczochrała. Schyliłaby się, żeby pomóc mu wstać lub usiadła na nim okrakiem, ze śmiechem przyciskając go do ziemi. Nawrzeszczałaby na niego, że ma czelność pojawiać się znikąd i straszyć ją tak jak zawsze albo że znowu nie pomyślał, żeby zerwać dla niej parę ziół rosnących koło jego domku letniskowego. Ale to działo się teraz. W jego oczach dostrzegała jedynie zmieszanie i niezrozumienie tak podobne do tych, które widziała w dniu ich rozstania. W dniu, kiedy poprzysięgła sobie o nim zapomnieć. W dniu, w którym zniknęła i ukradła mu kota. Nigdy więcej nie mieli się spotkać. Musi uciekać. Jak najszybciej.
      Odwróciła się na pięcie, zarzucając kaptur na głowę.

      NARESZCIE. Jest fuj, be, meh i nie podoba mi się. Ale i tak kochamy.

      Niesforna Rozalka

      Usuń
  139. – Po prostu... Bądź – wyszeptała niepewnie, nie wiedząc, co innego mogłaby mu powiedzieć, czego oczekiwać. Nie byli milionerami, ale pieniędzy nigdy im nie brakowało; rodzice nie chcieli oszczędzać na dzieciach, potrzebach i przywilejach. Wyrosła na niematerialistycznie nastawioną do życia i wiedziała zbyt dobrze, że pieniądze nie zastąpią jej córce ojca. – Bądź – powiedziała, już nieco pewniej, nieco głośniej. – Tak, żeby mogła cię poznać, jeśli zechce.
    Miała wrażenie, że jest tyle rzeczy, które chciałaby mu powiedzieć, a jednak gubiły się gdzieś w okolicach strun głosowych, wprawiając ją w zakłopotanie, jakby same nie chciały, by później żałowała.
    – Nic mi nie jesteś winien, Artair – westchnęła ciężko, zastanawiając się, jakim cudem mając tak niewiele lat, można się czuć tak potwornie staro. – Nie będę naciskać, naprawdę. Po prostu myślałam... – urwała, sama tak do końca nie wiedząc, jak ubrać w zdania to, co siedzi jej w głowie. – Myślałam, że może da się coś naprawić. Jeżeli się pomyliłam, to przepraszam, serio. Nie chcę cię do niczego zmuszać.
    Z każdym kolejnym słowem czuła, jak wokół jej płuc zaciska się utrudniająca oddychanie obręcz. A jednak była zrezygnowana. Nic innego nie mogła zrobić.

    Doskonale Cię rozumiem. :<
    Eulalia Hoppes

    OdpowiedzUsuń
  140. Już było dobrze, wszystko sobie mniej więcej ustalili, poukładali, więc nastał wręcz idealny moment, żeby to rozpieprzyć z hukiem. To było jak domino, jeden nieuważny ruch i wszystko już leci po kolei, doprowadzając do zniszczenia całej konstrukcji. Zaczęło się jednego spojrzenia – długiego i ciepłego, połączonego z delikatnym uśmiechem na ustach, które od dawna już przywoływały wspomnienia pewnej majowej nocy, którą wciąż nazywali pomyłką. I może tym razem nie mogli się oprzeć, może po prostu tak wyszło, ale stało się.
    Otworzyła powoli oczy, słysząc jego zaniepokojony głos.
    – Cześć. – mruknęła cicho i odetchnęła głęboko, zsuwając głowę na dywan leżący tuż przed kominkiem, w którym już dawno zgasł ogień.
    Nie miała kaca, aż tyle nie wypiła albo po prostu zdążyła wytrzeźwieć przed snem, ale pamiętała wszystko.
    – To co? Teraz też nie będziemy gadać przez parę miesięcy? – spytała, podnosząc się i zaczęła zbierać ubrania, porozrzucane po salce.
    Nie chciała zaakceptować takiego scenariusza, nie tym razem, bo jakoś nie potrafiła tak po prostu żałować. Nic takiego nie poczuła, nie chciała teraz cofnąć czasu, nic z tych rzeczy. Jasne, wiedziała, że to nie było najmądrzejsze, może nie powinno się stać, ale się stało, a w dodatku w jakiś dziwny sposób już od dawna wydawało się to nieuniknione.
    Wręczyła Artairowi jego ubrania, tylko przez ułamek sekundy patrząc mu w oczy, po czym odwróciła się i ubrała w pośpiechu, bo dla obojga byłoby teraz lepiej, gdyby jednak nie rozmawiali nago. Tylko co potem?

    Liv

    OdpowiedzUsuń
  141. [ O, serio? Dzięki, nie spodziewałabym się! A co to za dizajnerskie emotki? ;D ]

    Jim Ryer

    OdpowiedzUsuń
  142. [ Ok, przychodzę na wątek – zostajemy przy Artairze czy wyciągasz inną swoją postać? Z nim byłoby przynajmniej prościej w tym sensie, że przynajmniej są na tym samym roku, więc coś wspólnego już na pierwszy rzut oka. ]

    Jim Ryer

    OdpowiedzUsuń
  143. Chodziła na spotkania. I ona, i jej dwie siostry, choć to ta najmłodsza była duszą towarzystwa, która zaskakująco jak na Gryfonkę odnajdywała się w świecie zwolenników czystości krwi. Dla Tei, średniej z nich, która wdała się w jakieś dalekie ciotki żyjące w Stanach, krew nie miała właściwie żadnego znaczenia. A Anna? Anna tkwiła gdzieś pomiędzy, po prostu otaczając się konkretnymi ludźmi, niejako przyciągając osoby, których przyciągać chyba nie powinna. A może powinna właśnie? Miała zaraz kończyć osiemnaście lat, a nawet nie wiedziała, którą Anną jest. I czy w ogóle którąś jest. Nie robiła tego z premedytacją, nie miała żadnego wielkiego celu w udawaniu, chyba nawet nie udawała w ogóle. Czuła się dobrze i tam, i tu, ale wiedziała, że będąc pośrodku nie miała szans na odnalezienie się gdziekolwiek.
    I ten jeden ostatni włożyła na siebie ciemnozieloną sukienkę, pomalowała usta kolorem ciemnej czerwieni i pojawiła się w sali niedługo po Artairze. Powiodła wzrokiem po zebranych, wyłapała kilka par oczu skierowanych w jej stronę. Zmarszczyła nieco piegowaty nos.
    - Dobry wieczór panno Sayre! Zapraszamy, przyszła panienka w samą porę. - została przywitana przez profesora, który uśmiechem próbował zakryć pewnego rodzaju dyskomfort. Przez chwilę zastanawiała się co mogło go wprowadzić w tą mieszaninę niepewności oraz konsternacji, ale zaraz potem jej wzrok padł na Artaira. Uniosła kąciki ust w nikłym, przeźroczystym, nijakim uśmiechu.
    - Oczywiście. - odparła jedynie, sprawiając, że zebrani nie bardzo wiedzieli czy po prostu z grzeczności odpowiedziała na zaproszenie, czy słowem oczywiście wyraźnie zaznaczała, że zawsze jest obecna w samą porę.
    Rozejrzała się za wolnym miejscem i zlokalizowała jedno obok jednego z Puchonów, bardzo zaangażowanego w sprawy wytwórstwa różdżek. Wiedziała, bo nie raz i nie dwa wypytywał o jej praprapra....prababkę. Nie był jednak zbyt lotny w kwestii kurtuazji. Stanęła przy wolnym krześle przysuniętym do stołu. Odczekała kilka sekund aż chłopak raczy się podnieść i odsunąć jej krzesło, ale jak już zostało wspomniane... nie wszyscy zostali dobrze wychowani. Przystawiła zaciśniętą pięść do ust i chrząknęła cicho. Na jej twarzy wymalowało się zniecierpliwienie, dodatkowo zaznaczone uniesionymi brwiami. Już miała poirytowanym tonem zwrócić swojemu sąsiadowi uwagę i poprosić by odsunął jej krzesło, gdy po prawej stronie skrzypnęło inne. Któryś ze Ślizgonów raczył pokazać co po niektórym jak powinno się zachowywać.
    Z jednej strony właśnie dlatego miał być jej to ostatni raz w klubie. Niektórzy po prostu nie potrafili się zachować. Z drugiej strony, ci sami ludzie uważali, że złapali Merlina za kostki i, że mogą w klubie zachowywać się jakkolwiek, byleby wiedzieć którym widelcem dziubnąć ślimaka. Kółko wzajemnej adoracji, które nie wiedziało nawet co powinno być przedmiotem tejże adoracji. Spojrzała w prawo, by podziękować za odpowiednie maniery Ślizgonowi, który wstał. Spodziewała się, że był to Marcus, ale kto wie? Być może jej ulubiony cham i prostak stanął na wysokości zadania?

    Anna, wymagająca dama

    OdpowiedzUsuń
  144. [Cześć! Dziękuję bardzo ❤ I jeśli nie masz mnie jeszcze dosyć to mogę zaprosić Cię na wątek i tutaj.
    Poza tym, fajny Ślizgon!]

    Arielle L.

    OdpowiedzUsuń
  145. [Więc jak chciałabyś tu połączyć nasze postacie? Masz jakiś pomysł, zalążek, cokolwiek? Zrobimy burze mózgów? c:]

    OdpowiedzUsuń
  146. [ Mam takie marzenie, żeby ktoś mi zaczął spontaniczny, interesujący wątek. ;> Cóż za perwersja! ]

    Jim Ryer

    OdpowiedzUsuń
  147. [Może by coś z Quidditchem? Ariel uwielbia tą grę, ale nie jest w drużynie bo jest totalną łamagą i kiepsko radzi sobie na miotle... Tak czy inaczej, fanka numer jeden. Po meczu mogłaby do niego zagadać, załóżmy że razem świętowaliby zwycięstwo i Art obiecałby, że ją trochę poduczy w lataniu. c: Co o tym myślisz? Może być czy wolisz coś innego?]

    OdpowiedzUsuń