27 grudnia 2016

Moja psiapsióła mówi, że budzisz w niej lęk i obrzydzenie.


Więc jakbyś chciał ją zaprosić na jakąś studniówkę, czy coś tam to… się zgodzi.

Harvey Campbell
VII klasa / Ravenclaw / pałkarz / koligacje
Campbellowie mieli to do siebie, że ─ z uwagi na wątłe ramiona ─ mioteł mogli używać co najwyżej do zamiatania. Stąd w rodzinie pojawiło się przekonanie, że członkowie drużyn to tępe osiłki, a jedyną słuszną drogą była praca umysłowa i przyczynianie się do rozwoju świata czarodziejów. Okazyjne przyłapywanie młodzieży na kibicowaniu tuszowano, by seniorzy nie dowiedzieli się, jak ogromną porażkę wychowawczą ponieśli, wypuszczając spod swych skrzydeł fanów ─ tfu! ─ quidditcha.
A to jest Harvey Campbell, wyrodny syn, który zamiast skupić się na nauce ma tylko P z transmutacji, zero perspektyw na karierę naukową i bezczelnie został członkiem drużyny, przyprawiając biedną matulę o migrenę. Nie był pewien, czy zdolny jest wziąć na swoje barki ciężar w postaci ogromnej odpowiedzialności za sprawowanie funkcji czarnej owcy rodziny, ale myśli pozytywnie ─ wszak niecodziennie miarę sukcesu wyznacza ilość otrzymanych wyjców.

W sumie wolę zaczynać, ale jak dzień dobry, to i pomysł wpadnie.
Shrek is love, Shrek is life. Na zdjęciu Louis Ball.
Do przejęcia dwie postaci męskie, szczegóły możemy obgadać mailowo: rhughues@gmail.com.
Wątki z: Lisa, Viggo, Millie

43 komentarze:

  1. [Dzień dobry, dobry wieczór! Cóż mogę powiedzieć, Campbell to całkiem sympatyczny chłoptaś, a tak przynajmniej śmiem sądzić po przeczytaniu karty. Chętnie skuszę się na wątek, o ile uda nam się coś ciekawego wymyślić ;)]

    Artair, Avalon, Hyun i Vinay

    OdpowiedzUsuń
  2. [ Yeah! Mamy pałkarza! Dzień dobry :) Życzę udanej zabawy, wspaniałych wątków i wytrwałości! ]

    Julia

    OdpowiedzUsuń
  3. [Hehehe, zniknęło się to teraz musi pocieszyć się samą przynależnością do drużyny :D poszłabym chyba w tę rywalizację, może być znacznie ciekawiej, tak myślę na ten moment. Tym bardziej, że w szkole Fred Weasley znajduje się jako przedstawiciel drużyny Strzał z Aplebby do spraw rekrutacji, inaczej mówiąc łowca głów z niego jest. Możemy to sobie śmiało wykorzystać jako kolejny powód do rywalizacji między chłopakami. Mało tego, skoro wcześniej Campbell był kapitanem, jeżeli masz jakiś pomysł możemy coś pokombinować dlaczego stał się nim Vinay i w jaki sposób, Harvey będzie walczył o swoje poprzednie stanowisko :D]

    Belzungovich

    OdpowiedzUsuń
  4. [Hej hej! Baw się dobrze na blogu i życzę wątków tyle ile warstw ma cebula ehhh]
    Adam Lee

    OdpowiedzUsuń
  5. [Dobry wieczór! Karta wprawdzie krótka, ale miło się ją czytało i Harvey również wydaje się być całkiem sympatyczną osobą. Cytat i zdjęcie świetnie do siebie pasują. Dużo weny, czasu oraz samych ciekawych wątków. Bawcie się dobrze!:)]

    Lisa Bassett, Pollyanna Bailey

    OdpowiedzUsuń
  6. [ Shrek Trzeci w tytule! Dawno nie oglądałam. :< Zdjęcie jest genialne. Bardzo ekspresyjne. Sloane również bezczelnie dołączyła do drużyny, co nie spodobało się jej matce. Dlatego nawet jeszcze mocniej polubiła ten sport.

    Nie wiem, czy reflektujesz na wątek, ale jeśli tak, to chętnie pokombinowałam coś w związku z Quidditchem. Jakiś wypadek, łzy, krew... Sloane też może uronić jedną łezkę. ;v Anyway, cześć! Witam na blogu i życzę mnóstwa pomysłów na wątki. ]

    Sloane

    OdpowiedzUsuń
  7. [Witam serdecznie na blogu :)
    Życzę wielu ciekawych wątków, a przede wszystkim udanej zabawy młodym Krukonem :] W razie chęci zapraszam do swoich panów...]

    Teddy Lupin || James Potter

    OdpowiedzUsuń
  8. [Shrek w tytule! Do tego Gwen! Już Cię uwielbiam, dla mnie też Shrek jest życiem. <3
    I dzień dobry! Cieszę się, że pan z Ravenclawu, bo takich lubimy, no i do tego czarna owca rodziny! Czego chcieć więcej? Co prawda Marcy za pałkarzami nie przepada, ale i tak do niej zaproszę, może jakoś przekona się do kolegi z domu. :)]

    Marigold

    OdpowiedzUsuń
  9. [Wchodzę w to. To co... Zacznę nam jakoś spontanicznie coś, może jeszcze dziś, a jak nie to jutro wieczorem z pewnością ;)]

    Vinay

    OdpowiedzUsuń
  10. [ Zdjęcie dobrane w taki sposób, iż człowiek automatycznie wyobraża sobie Harveya z pałką w dłoni, który idzie obdarować poniektórych jej magicznym działaniem. Groźny zawodnik!
    Witaj na pokładzie.]

    V.V x2

    OdpowiedzUsuń
  11. [Jak najbardziej podoba mi się taki pomysł! Marcy pewnie teraz szczerze nienawidzi Harveya i uważe, że zrobił to specjalnie, więc w kontaktach może być nieco... problematyczna. :D No i na pewno za każdym razem, gdy się będą mijać, odwróci głowę ostentacyjnie, by mu pokazać swą pogardę.
    Ja bym ich wplątała w jakieś kłopoty, żeby Marcy musiała przełknąć dumę i zacząć współpracować, tylko nic konkretnego nie chodzi mi po głowie. :c]

    Marigold

    OdpowiedzUsuń
  12. [ Mam nadzieję, że miewasz dobre pomysły.]

    Viggo

    OdpowiedzUsuń
  13. [Internety drżą, gdy wybieram się na poszukiwania zdjęć. Odnalezione gdzieś w głębi google grafiki pomiędzy zdjęciami supermodelek w vintage kapeluszach, a słodkimi kotkami pozującymi w cudownych nakryciach głowy. Było ciężko. Jednak również się w nim zakochałam i wszystko skończyło się dobrze, tylko jego jakość trochę mnie martwi. No nic, jakby Ci brakowało jakiegoś słodkiego i prawie niewinnego stworka w wątkach, to zapraszamy, bo wcześniej zapomniałam. Niesympatyczność mnie urzekła i to jeszcze zdecydowana, ach. :D]

    Lisa

    OdpowiedzUsuń
  14. [Witam bardzo serdecznie na blogu i życzę wielu udanych wątków, oraz niekończących się pokładów weny! :D]

    Matias Rathmann/Adam Lebiediew

    OdpowiedzUsuń
  15. [Po pierwsze Shrek, po drugie świetna postać, po trzecie tak mega przyjemnie opisany ten Twój pan! Cześć i czołem!
    Życzę mnóstwa ciekawych wątków, szalonych powiązań, mniej (a może właśnie więcej?) wyjców dla Harveya, weny i mnóstwa czasu!
    Ahoj, witamy na pokładzie ponownie!]

    Scarlett Bell i Zabini

    OdpowiedzUsuń
  16. [ Pamiętasz? A ja z kolei Harveya nie kojarzę, chociaż, jak tak patrzę na odautorski dopisek, może powinnam...?
    Cześć, dzięki, Harvey także jest śliczny jak pieron, chociaż nie wiem, czy to najfortunniejsze słowo na określenie jego urody! ;D (Ale je lubię.) ]

    Morgan Demerritt

    OdpowiedzUsuń
  17. [Lisa bądź co bądź nie jest jednak aż tak uparta, chociaż pewnie jej się zdarza.
    Ja to bym jednak zrobiła z nich takich kumpli, coś jak z Felixem, ale pomijając uczucie i dokładając może trochę więcej sprzeczek oraz mniej zrozumienia — po prostu znajomi, tacy trochę lepsi i bardziej energiczni. To jednak nie to, co z Felixem, ale mieszam, eghXDD Nie musimy oczywiście startować już od takiej relacji, może nawet lepiej byłoby do niej powolutku dążyć w wątku. I tu daję swój mały pomysł: Lisa zostałaby wysłana na wybadanie sytuacji miłosnej Campbella przez jedną ze swoich psiapsiółek i trochę tak by latała za tym biednym Harveym, bo to przecież dobre stworzenie i chcę pomóc zakochanej, a zarazem bardzo nieśmiałej koleżance. Tu w międzyczasie możemy wykorzystać Twój pomyślik ze zrażaniem upartej dziołchy. Z tego wszystkiego Lisa by była zapewne w małej konsternacji, bo on jest przecież taki przeprzecudowny, co niezbyt zdołała zauważyć. On z kolei byłby zawiedziony, bo dziewczyna wciąż nieugięta.
    Kluczowa akcja — już sobie podokuczali, wywiad prawie skończony, nie wiadomo kto bardziej wściekły, nie no wiadomo w sumie — trening drużyny Harveya, tłuczek i upierdliwa Lissa Basset na boisku, choć głównie interesuje nas jej głowa. Trochę — oczywiście całkiem przypadkowo — niecelne odbicie, acz pod pewnymi względami bardzo trafne i mamy BUM! Oraz obitą twarz, dramatyczny upadek, wielkiego guza, nawet może być złamany nos, a bo czemu nie. Myślę, że Harvey mógłby trochę się przejąć, bo irytowała go bardzo, ale ostatecznie nie była taka zła...i ciastka obiecała.
    Odpowiadając na nasuwające się pytania: to tylko luźna propozycja i tak jest trochę dziwna, oczywiście, że zainspirowałam się tytułem i wydaje mi się, że jednak ani Lisa, ani jej koleżanka w tym wypadku nie pójdą z nim na studniówkę czy coś w tym stylu. Z niecierpliwością czekam na Twoją opinie :D]

    Liska

    OdpowiedzUsuń
  18. [ Specjalnie zerknęłam, kto jest kapitanem krukońskiej drużyny i bogatsza w tę wiedzę, odrzucam pierwszą opcję. Pomoc Harveyowi będzie czystą przyjemnością.
    Zagłębiłabym się jednak bardziej w pobudki kierujące V. Chciałabym wierzyć, że jest bezinteresownym człowiekiem, który pragnie uszczęśliwić całą ludzkość, ale te wspaniałe walory powierzyłam swojej drugiej postaci, tak więc pozostaje nam jedynie chęć zyskania czegoś, czego nie umiem na chwilę obecną sprecyzować.
    Nie wiem również, czy utracenie posadki przez Harveya, zostało przez V. przyjęte entuzjastycznie, gdyż wszystkie drużyny, poza rzecz jasna swoją, uważa za ciepłe kluchy, które nie mają nawet krztyny pojęcia o dyscyplinie, według niego będącej kluczem do zwycięstwa. Nie będę się rozwodzić o katordze, jakiej doświadczają jego zawodnicy na treningach i innych aspektach czyniących go kapitanem rodem z piekła, bo zdaje mi się, że rozwinęłam się na ten temat w życiu Vigga zbyt wiele razy, aczkolwiek niech Harvey wie, że nie zyskuje pomocy od byle kogo.
    Dobra, a teraz najważniejsze. Gdzie sytuujemy magiczny czynnik, który sprawia, że V. bez zawahania eliminuje przeszkody z drogi byłego kapitania? Niby człowiek lubi niedomówienia, ale zawsze skusi się na jakiś smaczek. Wszystkie chwyty dozwolone!]

    OdpowiedzUsuń
  19. [ Tak sobie pomyślałam, że Sloane jako stworzenie potrafiące być złośliwe, mogła nie tak dawno rozpowiadać jakąś plotkę na temat Harveya albo rzucić na niego kompromitujące, lecz niegroźne zaklęcie, kiedy nonszalanckim krokiem podchodził do dziewczyny, z którą planował się umówić albo... tak po prostu, na oczach kilkunastu uczniów. Oczywiście miałaby swój motyw w postaci chęci odwetu na kimś, kto przypadkiem zniszczył superważny projekt na zielarstwo. A że akurat z tego przedmiotu średnio jej idzie, to później musiała dwukrotnie dołożyć starań, by tę pracę ponownie wykonać. Tylko pytanie, jak miałby tego dokonać? Może, gdy boisko było zajmowane przez ćwiczących na nim Puchonów, Harvey koniecznie pragnął poodbijać tłuczek ze swoim mało rozgarniętym kolegą. :D W pewnym momencie tłuczek wpada do cieplarni, gdzie w tym samym czasie mogła przebywać Sloane i niszczy małą roślinkę Rosier. Wkurzona Ślizgonka raczej nie chciałaby jego pomocy (o ile chciałby pomagać ;v) i szybko by ich wygoniła. Powstrzymała łezkę napływającą do oka, a w duchu poprzysięgła mu zemstę. :DD To mogłoby być dłuższy czas temu, ba!, sam Harv na pewno by zapomniał o całym zajściu. Z tego względu uznałby, że go atakuje w celu wyeliminowania z najbliższego meczu. ;v No i... Możemy zacząć od momentu, w którym właściwie dopiero planuje go skompromitować albo przejść do tego wypadku na boisku. Ale czy byłby aż tak zły?

    I teraz jeszcze przyszło mi do głowy, że ich matki chyba są do siebie podobne i jeśli obydwie są czarownicami czystej krwi, to całkiem prawdopodobne, iż by się znały. Prowadziłyby rozmowy na temat tego, jaki ten Quidditch niebezpieczny. W tym przypadku matka Harveya albo matka Sloane, zaprasza na strasznie sztywne świąteczne przyjęcie. Na razie nic lepszego nie mam, bo prawie śpię. :c ]

    Sloane

    OdpowiedzUsuń
  20. [O tak, to jest to! Mam nadzieję, że nam wyjdzie, bo kocham już sam zamysł na ten wątekXDD Tylko coś łatwiejszego być musi, bo tak niezbyt widzę szesnastolatki spawające w szkole magii, chociaż tu jest przecież wszystko możliwe. Mogę zacząć i tak chyba będzie najlepiej, bo przedstawię (a przynajmniej spróbuję) tę akcję od początku.]

    OdpowiedzUsuń
  21. [ Szantaż nie jest dobrym pomysłem. Chcemy przecież, żeby Harvey zdołał ukończyć Hogwart cały i zdrowy, prawda? :P
    Niech więc na Twoich barkach spoczywa wymyślenie tego, czego mnie nie udało się wymyślić. Mam również nadzieję, że nie masz nic przeciwko zaczęciu.
    W sumie wolisz zaczynać.
    Viggs

    OdpowiedzUsuń
  22. Lisa zmarszczyła brwi, próbując zrozumieć podejrzane zachowanie oraz słowa szybko wypowiadane przez jedną z jej lepszych koleżanek. Abigail — bo tak na imię miała podekscytowana Krukonka — z wielką ekscytacją opowiadała o urodzie i ogólnej zmysłowości ich o rok starszego kolegi z domu. Gestykulowała przy tym energicznie, często piszcząc i wydając inne podejrzane oraz niezbyt miłe dla ucha odgłosy, typowe jednak dla zauroczonej, nastoletniej dziewczyny. Wielki szał, w którym blondynka niezbyt potrafiła się odnaleźć, bo sama swoimi sprawami sercowymi — w których miała zresztą niewielkie doświadczenie — nie lubiła dzielić z innymi, nawet z naprawdę bliskimi jej osobami. Zresztą żadna z jej koleżanek nie wpadła jeszcze nigdy tak mocno, a przynajmniej żadna podobna sytuacja nie przychodziła jej teraz do głowy.
    — Spojrzał na mnie, tymi swoimi pięknymi oczami i uśmiechnął się, ale tak cudownie — westchnęła rozmarzona, zajmując wolny fotel naprzeciwko przyjaciółki. — Nigdy jeszcze nie widziałam tak nieziemskiego uśmiechu, naprawdę.
    — Ale jesteś pewna, że to do ciebie? — blondynka zawahała się. Nie chciała martwić swojej niezwykle pozytywnie nastawionej rozmówczyni, ale w jej wyobrażeniach tuż za nią musiała stać inna dziewczyna, jego sympatia albo przynajmniej dobry kolega. Chociaż ona sama uśmiechała się przecież do wszystkich. Zresztą to tylko przyjazny, często nic nieznaczący gest. Zganiła się w myślach. Gdzie się podziało jej pozytywne nastawienie, teraz gdy naprawdę go potrzebuje, głównie po to, by nie zwariować.
    — Nie ma żadnego ale. Mówię przecież, ze w pokoju wspólnym byłam tylko ja i jacyś chłopcy z pierwszego roku, a nie sądzę, żeby to do nich się tak szczerzył — odpowiedziała z wyrzutem, spoglądając na rówieśniczkę — Zresztą widzę, że nie wierzysz w to, że jesteśmy sobie z Harveym przeznaczeni! Powinnaś mnie wspierać, jesteśmy przyjaciółkami.
    — Boli mnie głowa, Aby, wiesz przecież, że gorzej się czuje po kuligu. — Niesamowita zimowa przygoda skończyła się dla Lisy niezbyt dobrze, choć sama niczego żałuję. Kilka herbat z cytryną i miodem oraz krótka drzemka i byłaby jak nowa, gdyby tylko nie jazgot przyjaciółki. No, ale ona jest przecież ważniejsza. — I wierzę, że kiedyś będziecie świetną parą i życzę wam nawet tego, tylko czy on aby nie planuje już przyszłości z kimś innym?
    — Ale w jakim sensie?
    — No czy dziewczyny nie ma.
    — Dziewczyna nie ściana, da się przesunąć — stwierdziła, uśmiechając się promiennie. — Ale w sumie racja, warto byłoby się dowiedzieć czy aby na pewno jest wolny.
    — No właśnie — Lisa spojrzała na nią surowo, choć koleżanka swoim uporem zdołała ją rozbroić — Zresztą zachwalasz go tak, a przecież nawet go nie znasz. — To ewidentnie ona była dziś głosem rozsądku i sama siebie zadziwiała. Normalnie zapewne skakałaby z brunetką z radości i wybierała strój na ich wyimaginowaną randkę. Tymczasem niczym surowa matka siedziała w fotelu, opatulona grubym swetrem o intensywnej musztardowej barwie (własnoręcznie robiony!) z kubkiem herbaty w rękach, surowym okiem przyglądając się całej sprawie. Gorączka bywa jednak przydatna.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. — Gadasz głupoty, na poznanie go mam jeszcze bardzo dużo czasu — dziewczyna zmieszała się, tracąc chyba trochę optymizmu, którego ogromnymi ilościami jeszcze przed chwilą, darzyła całą sprawę.
      — No niezbyt — upiła łyk gorącego napoju.
      — Skoro tak uważasz, to mi pomożesz — Abigail ożywiła się nagle — Oczywiście w lepszym poznaniu mojego przyszłego męża. Ja nie chcę być nachalna, ale ty przecież nie masz nic do stracenia. Cudownie!
      — Wspaniale wręcz.
      — No przestań się boczyć, księżniczko, perełko. — Podeszła bliżej swojej rozmówczyni z niezwykle smutną miną — Popytasz o to, czym się interesuje, co chce robić po szkole, czego oczekuje od dziewczyny i co w nich lubo oraz ceni najbardziej, no sama dobrze wiesz co. Mój promyczku najdroższy, przyjaciółki muszą pomagać sobie w takich sytuacjach.
      — No nie wiem, nie wiem — Lisa spojrzała na nią zmartwiona — No dobra zrobię to, ale nie licz na wiele.
      — Uwielbiam cię! — Przytuliła swoją wybawczyni, przez co napój blondynki o mały włos nie wylądował na niebieskiej wykładzinie.
      — Od tego jestem. Zagadam do niego jutro, na śniadaniu — mimowolnie spojrzała na drzwi prowadzące do dormitorium chłopców — A w zasadzie to może być i teraz — ujrzała w nich nikogo innego, jak Harveya Campbella w całej okazałości.
      Gorączko, wróć.

      L.

      Usuń
  23. Zanim chłopak spytał o książkę, Lisa nie miała zielonego pojęcia, jak w dość naturalny sposób mogłaby zacząć z nim rozmowę. Prośba o pomoc w zadaniu z astronomii byłaby niezwykle naiwna, uratować mógł ją jedynie Quidditch, o którym dzięki braciom, a szczególnie temu z Gryffindoru, wiedziała dość sporo. Dziewczyna niezbyt orientowała się jednak, jak to rozegrać, by wszystko skończyło się dobrze i nie została spalona od razu na starcie. Jak się okazało ulubiony sport czarodziejów i tak stał się jej jedynym wybawieniem, choć zapewne, gdyby już wtedy spostrzegła podejrzaną minę koleżanki, nie cieszyłaby się za wcześnie.
    Zanim zdążyła podnieść się z fotela, brunetka gwałtownie pociągnęła ją za rękaw, przyglądając się swojej rozmówczyni z przerażeniem. Uprzednio upewniając się, że Harvey zajęty jest przeszukiwaniem pokoju, przybliżyła usta do ucha Lisy i szepcząc przez dłuższą chwilę, przekazywała przyjaciółce jakąś ewidentnie bardzo ważną nowinę. Sama Abigail zniknęła w korytarzu prowadzącym do dormitoriów dziewcząt zaraz po poinformowaniu blondynki, która wyglądała teraz na naprawdę zdezorientowaną. Jednakże nie chcąc zawieźć kumpeli, otrząsnęła się szybko, upiła jeszcze łyk herbaty i z promiennym uśmiechem podeszła do klęczącego przed sporą biblioteczką chłopaka. Musiała postępować z wymyślonym w ciągu kilku sekund planem, który był przecież bardzo prosty do zrealizowania, a przynajmniej z takim nastawieniem chciała zacząć powoli go wypełniać.
    — A napisy na okładce też były pozłacane? — Spojrzała na Krukona, podnosząc kilka z rozrzuconych przez niego książek — Bo jeśli tak, to znalazłam jeden egzemplarz „Quidditcha przez wieki” w takim właśnie wydaniu dzisiaj po kolacji, niedaleko wielkiej sali.
    Jej słowa wydawały się zbawienne dla chłopaka, który chyba prawdziwie się ucieszył. Szkoda tylko, że sama tego konkretnego egzemplarza książki nigdy nie widziała na oczy i szczerze powiedziawszy, nie miała ochoty zobaczyć. Serce podpowiadało jej jednak, że pomoc, którą ofiaruje i jemu, i koleżance jest im naprawdę potrzebna i wróci do niej podwójnie. W tamtym momencie wdzięczna była jedynie Leonardowi, który jako niezwykle zafascynowany i wierny fan Quidditcha kolekcjonował wszystkie książki w różnorodnych wydaniach dotyczące tego sportu, nawet jeśli kilka z nich wyeksponowanych było przez pewien czas w jej pokoju. Doskonale pamiętała ten drażniący napis, nawet jeśli był bardzo ładny.
    — Mam ją chyba w dormitorium, chwileczkę — uśmiechnęła się do siedemnastolatka, szybko wycofując się do pokoju, który dzieliła między innymi również z Abigail. Widok, który zastała w środku spowodował, że zmuszona była policzyć do dziesięciu, po to, by nie zacząć krzyczeć. Naprawdę, wrzeszczała tylko w kryzysowych sytuacjach, a ta była o wiele bardziej kryzysowa niż kiedykolwiek. Malowniczy obrazek przedstawiający jej bezradną przyjaciółkę z różdżką w ręce, pochylającą się nad majestatycznym wydaniem „Quidditcha przez wieki”, który miał wielką, monstrualną wręcz plamę z atramentu na okładce.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. — To nie moja wina Lisa — dziewczyna spojrzała na nią zaszklonymi oczami — Nie mam już żadnych szans.
      — Spokojnie, tylko spokojnie — spośród stosu książek i podręczników znajdujących się na jej szafce nocnej szybko odnalazła obszerne tomisko — Na początku roku powtarzaliśmy zaklęcia wchłaniające czy coś w tym stylu. Pamiętasz, miały pomagać przy krwotokach czy powodziach, niezbyt przydatne, ale w sam raz na teraz — mówiła szybko, wertując kolejne kartki podręcznika.
      — To jest to — pokazała koleżance odpowiednie zaklęcie — Spróbuj, tylko spokojnie. Ja muszę iść, jeśli nie chcesz, aby twój ukochany się niecierpliwił. Zostaw książkę na parapecie okna w końcu korytarza, tego pierwszego po lewej stronie wielkiej sali. Masz nie więcej niż trzydzieści minut. Wierze w ciebie.
      Nie było najgorzej. Abi doskonale radziła sobie z zaklęciami, ale nie biegała zbyt szybko. Miała nadzieję, że przyjaciółka podoła zadaniu, a jej samej uda się opóźnić dotarcie Harveya na wyznaczone miejsce przynajmniej o pół godziny. Teraz musiała tylko wymyślić jeszcze tylko jakieś całkiem prawdopodobne kłamstewko.
      —Straszna skleroza ze mnie — podeszła bliżej chłopaka — Książkę zostawiłam na parapecie w korytarzu. Wiesz, ktoś mógł szukać swojej zguby. Nie miałam pojęcia, że to ktoś z naszego domu.
      — Chodź, pokażę ci gdzie jest, a przynajmniej gdzie ją odłożyłam. Mam nadzieję, że nikt sobie jej nie przywłaszczył — ciągnęła — Ale czy nie jesteś zbyt słabo ubrany na nocne wędrówki? Myślę, że koniecznie musisz pójść po jakiś sweterek. Stare mury, wiesz. — Próbowała zyskać jak najwięcej czasu, mając nadzieję, że drobny wypadek, którego wybuch przed chwilą usłyszała, nie miał miejsca w jej dormitorium.

      Przepraszam za tę długość, ostatnio jakoś bardzo się rozpisuję.
      L.

      Usuń
  24. [Cześć! Jak zawsze wpadam spóźniona, mój zapłon mnie dobija, ale przychodzę przywitać Harvey'a, bo uwielbiam to imię, a moja Addie z kolei ma słabość do pałkarzy (nawet tych z obcych drużyn, którzy teoretycznie są jej wrogami!), w dodatku sama jest taką czarną owcą w swojej rodzinie, więc mogą sobie przybić piątki i mentalnie się wspierać ;) Oczywiście życzę ci mnóstwo zabawy i przy okazji zapraszam na wątek do mojej szalonej Puchonki.]

    Addison

    OdpowiedzUsuń
  25. [ Jak uważasz – przyjęcie u Rosierów czy w domu Harveya? To sztywne świąteczne przyjątko można połączyć z promocją jakiejś kucharskiej książki jednej z redaktorek działu kulinarnego Czarownicy, więc zjawiło się parę osób z Proroka Codziennego do zrobienia kilku zdjęć. Jeśli ma dość do nieprzyjemnej sytuacji, to najlepiej na oczach ważnych osób! : D

    I rozumiem, że na razie tylko Sloane pała do niego niechęcią? :> Swoją drogą, wolisz, żebym ja zaczęła? ]

    Sloane

    OdpowiedzUsuń
  26. [Dzień dobry, widzę błyskawicę przy nazwisku, więc przybywam. Są na tym samym roku i w tym samym domu. Myślę, że z pewnością uda nam się coś wymyślić, jak nie razem to może sama jakoś się natchnę i rozpiszę jakieś propozycję ale przyznaję, że byłoby mi łatwiej wiedząc w jakim kierunku iść, czy raczej mogę napisać wszystko co mi do głowy przyjdzie... No i czy aby na pewno jest chęć na wątek z moją Melką :)]

    Amelia Mulciber

    OdpowiedzUsuń
  27. [Amelia ślicznie dziękuje za tyle pochwał, a ja się wypowiem odnośnie wątków... Z tymi pozytywnymi i negatywnymi relacjami to bywa różnie, różniaście. Wolę chyba dramaty, ale akcją też nie pogardzę. Wszystko też zależy jaka konkretnie akcja Ci się marzy. Jakieś czarodziejskie walki, wycieczki w niezbadane wcześniej miejsca w celu odkrywania wszystkiego co tylko wpadnie im do głowy? Dramat to w zasadzie można wplątać we wszystko więc... Kwestia dogadania. Powiem tylko, że nie musimy ograniczać się do akcji w samym Hogwarcie, możemy ich wysłać nawet na drugi koniec świata, jeżeli tylko masz taką ochotę :D]

    Amelia Mulciber

    OdpowiedzUsuń
  28. [Och, dziękuję, dziękuję! Essie odmachuje z całą mocą, potyka się o własne nogi, ale w ostatnim momencie udaje jej się złapać parapetu, o który pięknie wali łokciem. Niemniej – żyje, więc nie trzeba jej nieść do szpitala.]

    Essie Belzungovich

    OdpowiedzUsuń
  29. [Musimy tylko teraz ustalić czy się lubią, czy raczej się nie lubią. W sumie wycieczka gdzieś daleko i poznanie swoich lęków może sprawić, że zaczną się lubić jeżeli za sobą nie przepadają i sprawić, że coś się w nich może zmienić. Myślę, że to może być nawet ciekawsze. Jak myślisz? Zawsze można też pokombinować z czymś pozytywnym, przez co mogliby się zbliżyć jeszcze bardziej do siebie, zacieśnić przyjaźń lub coś więcej, ale rozpisałam kilka propozycji już jednej autorce i w razie konkretnych ustaleń odnośnie wersji bardziej pozytywnej musimy chwilkę poczekać, wolałabym aby nic mi się nie zdublowało :)]

    Amelia Mulciber

    OdpowiedzUsuń
  30. [To ja powiem tylko, że opcja z czymś więcej niż przyjaźń jest chwilowo niedostępna. Przyznam jednak szczerze, że moim zdaniem wersja z początkowym negatywem mogłaby być po prostu ciekawsza i bardziej rozwijająca postacie. Jeżeli Ci odpowiada, zaraz będę myśleć mniej więcej nad akcją wątku, aby to miało względnie ręce i nogi :D]

    Amelia Mulciber

    OdpowiedzUsuń
  31. [Ładne to nowe zdjęcie! :)]

    Mimo, że w głębi duszy cały czas łudziła się, że podchody Harveya wcale nie są głupim żartem, zdrowy rozsądek nie pozwolił jej się wplątać w jakąkolwiek głębszą relację z nim, gdyż była niemal pewna, że chłopak nie odwzajemnia jej uczuć. Postanowiła to uczucie więc zwyczajnie ignorować, jednocześnie z ulgą i bólem serca zauważając, że i on dał sobie spokój, co Millie tłumaczyła sobie tym, że albo w końcu się znudził, albo znalazł inny obiekt żartów. Na korytarzu mówiła mu więc jedynie uprzejme cześć i szła dalej w swoją stronę, w głowie jak mantrę powtarzając nie oglądaj się za siebie. I tak egzystowała kilka miesięcy, wmawiając sobie, że już nic do Harveya nie czuje i ostatnio nawet zaczęła w to wierzyć. Błędem jednak było, jak miało się niedługo okazać, nawiązanie kontaktu z kuzynem Campbella – Patrickiem. I choć doskonale wiedziała jaka atmosfera między nimi panuje, wcale nie chciała tym sposobem zemścić się na Harveyu. Dopiero kiedy Patrick zaprosił ją na rodzinne, noworoczne przyjęcie, na którym wiedziała, że drugi Campbell również będzie, pomyślała, że będzie to idealna okazja, aby zobaczyć co u niego słychać i jak zareaguje na wieść, że przyszła z jego znienawidzonym kuzynem. Bo przecież nie mogła go tym zranić, prawda? Przecież nic do niej nie czuł, chciał jedynie sobie z niej pożartować, ale ona doskonale zdawała sobie z tego sprawę i dzięki temu uniknęła upokorzenia i zranionego serca.
    Chociaż na co dzień chodziła w luźnych, powyciąganych swetrach i jeansach, na noworoczne przyjęcie nie wypadało tak przyjść. Wygrzebała więc z szafy zwiewną, bordową sukienkę z długim rękawem i odkrytymi plecami, która sięgała jej przed kolano oraz jedyne buty na wysokim obcasie, które założyła raptem jeden raz. Na dodatek matka ułożyła jej trochę włosy i niemal siłą nałożyła delikatny makijaż, więc w końcu wyglądała jak człowiek i nawet można było powiedzieć, że jest ładna. Ona jednak na swój widok w lustrze jedynie się skrzywiła, powstrzymując się przed zmazaniem ręką tuszu z rzęs. Chociaż w jej żyłach płynęła krew zarówno czarodziejska, jak i mugolska, zdecydowanie bardziej utożsamiała się ze światem magicznym, a w nim mało kto używał kosmetyków.
    Wchodząc tuż za Patrickiem do domu, w którym odbywało się przyjęcie, od razu zaczęła rozglądać się za Harveyem, którego jednak nigdzie nie było witać. Uprzejmie więc przywitała się z rodzicami swojego towarzysza, jak i jego dalszą rodziną, by po chwili zacząć siłować się ze swoim grubym płaszczem. Buty w szpilkach powoli zaczynały ją boleć, chociaż przeszła zaledwie kilka metrów, ale starała się o tym nie myśleć, gdy wspięła się na palce, aby powiesić czarny szalik na wieszaku. I choć już wcześniej usłyszała za swoimi plecami głos Harveya, dopiero kiedy Patrick wymówił jej imię, odwróciła się w kierunku chłopaków.
    — Cześć, Harvey — przywitała się z cieniem uśmiechu na wargach, które dzisiejszego dnia były lekko pociągnięte błyszczykiem. I chociaż na widok Campbella jej nogi jakby nieco zmiękły, podeszła do nich powoli, po chwili zatrzymując się tuż obok Patricka. Wzrokiem jednak uciekła gdzieś w głąb domu, udając, że przygląda się powieszonemu na ścianie obrazowi, który przedstawiał parę czarodziejów.

    Millie

    OdpowiedzUsuń
  32. W końcu nadszedł okres świątecznych przygotowań i związanych z nimi towarzyskich spotkań. Był to jeden z ulubionych miesięcy Ellis Rosier — organizowano wówczas najwięcej przyjęć, a Elis, jako kobieta odczuwająca silną potrzebę nawiązywania dobrych kontaktów międzyludzkich, pragnęła wybrać się na każde z nich. W tym roku, tak jak i w poprzednim, planowała również zaprosić wszystkich znajomych do własnego domu. Z tej okazji zagoniła skrzaty do wytężonej pracy. Wzmożony wysiłek w doprowadzeniu sędziwej posiadłości do względnej perfekcyjności, nie ominął także jej najmłodszych dzieci, przebywających na tygodniowej przerwie od szkoły. Sloane musiała dwukrotnie wyczyścić kryształowe kieliszki przy użyciu zaklęcia czyszczącego, a potem koordynować pracę małych domowych pomocników, jako iż jej matka otrzymała pilną sowę z redakcji Czarownicy. Brat-bliźniak wykorzystał okazję i wbrew zakazowi wymknął się z domu, by odwiedzić kolegę mieszkającego po sąsiedzku. Ojciec zaś — tylko udając przed żoną entuzjazm — wrócił do czytania najnowszego wydania Proroka Codziennego w imponującym swą wielkością fotelu.

    Sloane spędziła kilka godzin obserwując drobne istotki niemalże prześcigające się w szybkości powierzonych im zadań. Już dawno temu odkryła, iż choćby próba udzielenia pomocy, jest przez nich odbierana jako zniewaga. Po jakimś czasie rodzicielka młodej Roser powróciła do domu, obwieszczając radośnie, że przybędzie kilkunastu dodatkowych gości z okazji promocji bestsellerowego poradnika kucharskiego redaktorki działu kulinarnego Czarownicy. Ponoć miał przybyć fotograf z Proroka, by uwiecznić parę twarzy na łamach tej słynnej gazety. Ślizgonka jedynie westchnęła w duchu na myśl o przyszłym nagromadzeniu czarodziejów w obszernym salonie (i na pewno poza nim).

    Na godzinę przed przybyciem pierwszych gości, otrzymała polecenie przebrania grubego swetra i spranych jeansów na bardziej odpowiedni strój. Długo zwlekała z wyborem, mając nadzieję, że może nikt nie będzie zwracał na nią uwagi. Założyła najładniejszą sukienkę w kolorze kremowego piwa, a zanim zdążyła sięgnąć po szczotkę, żeby rozczesać niesforne pasma ciemnokasztanowych włosów, do pokoju zapukała Ellis. Postanowiła uprzedzić córkę o kilku uczniów mających ich dzisiaj odwiedzić wraz z rodzicami. Niestety nie podała konkretnych nazwisk i szybko wyszła, by odnaleźć tego nieco kłopotliwszego bliźniaka. Reece Rosier, nawet pomimo wewnętrznego buntu, dla świętego spokoju założył na siebie czarną szatę wyjściową. Zasiadł gdzieś w kącie, nie planując odzywać się słowem do nikogo. Przynajmniej do czasu aż nie dostrzeże któregoś ze swoich dziwacznych kolegów, którzy zapewne, tak jak i on, zasiądą niczym młodzi panicze rzucający niewymowne komentarze.

    Zeszła na dół z miną cierpiętnicy, którą szybko zakamuflowała delikatnym uśmiechem pełnym fałszywego spokoju. Choć rzadko to przed sobą przyznawała, zawsze odczuwała pewną obawę przed spotkaniami towarzyskimi; przed przyjęciami z dorosłymi czarodziejami, mówiąc klarowniej. Często popełniała jakieś gafy, a zdaniem matki nie potrafiła zachować się przy stole, chociaż według własnego mniemania, była pod tym względem znacznie lepsza aniżeli Reece. Z drugiej strony każde takie przyjęcie pozwalało poznać nowych ciekawych ludzi — dwa lata temu rozmawiała ze słynnym autorem książek o astronomii, a rok temu został jej przedstawiony przyjaciel najstarszego brata: początkujący smookolog. W drugim przypadku słuchała mniej uważnie z racji jego przystojnej aparycji. Ale któż wiedział z kim tym razem przyjdzie jej rozmawiać?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Rodzicielka wspomniała o uczniach Hogwartu. Sloane była więc ciekawa, kogo — poza nieszczęsnym Llewynem, ukochanym pupilkiem Ellis Rosier — zobaczy w swoim salonie. Przez pierwsze pół godziny nie dostrzegła nikogo znajomego, oczywiście za wyjątkiem tego nieszczęsnego Llewyna oraz dziwanych kolegów Reece'a, na których zawsze miała ochotę rzucić nieszkodliwe zaklęcie byle tylko się uciszyli. Ku wielkiemu zaskoczeniu, niespodziewanie kątem oka spostrzegła pewnego Krukona... Och, faktycznie! Przecież nasze matki się znają, przypomniała sobie w myślach, ale równie szybko przywołała w pamięci sytuację sprzed dwóch miesięcy, kiedy to Harvey Campbell bezczelnie targnął się na życie roślinki Sloane Rosier, a czego ta po dziś dzień mu nie wybaczyła. Owa roślinka zginęła śmiercią tragiczną przygnieciona przez tłuczek odbity przez Krukona, i żadne zaklęcie nie było w stanie jej pomóc. Ślizgonka doskonale pamiętała wściekłość, którą wówczas poczuła, a której wciąż jeszcze (słowo klucz!) nie dała ujścia.

      Widząc Harveya, nieświadomie zmarszczyła brwi. Bezczelny zabójca roślin, pomyślała, kiedy chwilę później zauważyła, że jej matka wita się z nim i jego rodzicami. Po słowie przywitania przywołała córkę do siebie, a ta — przez moment skupiając całą uwagę na młodym Campbellu — nie zdążyła subtelnie uciec.

      — Tak, mamo, pamiętam Harveya ze szkoły — odpowiedziała pośpiesznie na pytanie. Przywołała na twarz jeden z tych swoich najmilszych uśmiechów, nie chcąc tak od razu dać po sobie poznać niechęć. Nie w pobliżu matki i jego rodziców! Do tej pory była tak subtelna, że pewnie poza nią, nikt nie dostrzegł, iż Harvey Campbell od dwóch miesięcy widniał na czarnej liście Sloane Rosier.

      [ Dobra, jakoś zaczęłam. Musisz mi wybaczyć, nie pisałam wątków przez kilka miesięcy. A, i zapomniałam spytać, jakiej długości komentarze lubisz... Nie spodziewałam się rozpisywać po tak długiej przerwie, ale widać nawyk silniejszy. :D

      PS Zmieniłaś zdjęcie! Też fajne. :> ]

      Sloane

      Usuń
  33. Wydawało jej się, że widok jej i Patricka wcale nie zrobił na nim wrażenia, co utwierdziło ją w przekonaniu, że nie była dla niego nikim wyjątkowym, jedynie obiektem zabawy i żartów. Mimo to, wciąż reagowała na jego widok tak samo, miękkimi kolanami i przyśpieszonym biciem serce. Była jednak mistrzynią w ukrywaniu emocji, czego nauczyła ją jej własna matka, więc nie dała nic po sobie poznać. Skoro dała radę ukrywać swoje uczucie przez ostatnich kilka miesięcy, da radę i teraz, prawda? Nie mogło to być takie trudne, szczególnie kiedy dookoła kręciło się mnóstwo obcych osób, a szansa, że zostaną sam na sam była mało prawdopodobna. Nie sądziła bowiem, że Patrick zostawi ją chociaż na chwilę z Harveyem, z czego w sumie się cieszyła, bo nie miała ochoty na konfrontację z chłopakiem. Nie teraz i, prawdopodobnie, nigdy.
    Wzięła głęboki oddech, poprawiła sukienkę, po czym ruszyła za resztą do przestronnego salonu, w którym na samym środku został rozłożony sporych rozmiarów stół. Nawet nie zauważyła, że Patrick z Harveyem na chwilę zostali z tyłu, a kiedy Millie obejrzała się za siebie, pierwszy z nich był już za nią. Uśmiechnęła się lekko w jego stronę, po czym zajęła wskazane miejsce, po chwili zdając sobie sprawę, że dokładnie naprzeciw niej zasiada Harvey. Zaklęła w duchu, rozglądając się na wszystkie strony, jakby szukała ucieczki, ale kiedy żadnej nie znalazła, zrezygnowana przysunęła się do stołu.
    — Och — mruknęła zaskoczona, przenosząc spojrzenie na Evę Campbell, matkę Harveya. — Cóż, nie powiedziałabym, że wybitna… Jedynie z eliksirów idzie mi całkiem dobrze — powiedziała zmieszana, wzruszając delikatnie ramionami. W zasadzie, eliksiry szły jej bardzo dobrze, była wręcz z nich małym geniuszem, ale nie należała do osób, która chwalą się swoimi osiągnięciami. Była raczej dość skromna, nie lubiła też mówić o sobie, ani być w centrum uwagi, toteż nie na rękę jej było pytanie pani Campbell. Rzuciła więc Harveyowi błagalne spojrzenie, mając nadzieję, że jak najszybciej zmieni temat. Doskonale wiedział, że Millie nie lubi, gdy rozmowa toczyła się wokół jej osoby.
    Na szczęście, chwilę później na stole pojawiło się jedzenie i Walker liczyła na to, że wszyscy zajmą się spożywaniem posiłku, a rozmowa zostanie przełożona na później. Szczególnie, że w chwili, w której do jej nozdrzy doleciał zapach pieczonego kurczaka, poczuła jak jej żołądek cicho daje o sobie znać. Nie wiedziała tylko od czego zacząć, gdyż stół został naprawdę suto zastawiony, do czego Millie zdecydowanie przyzwyczajona nie była. Pochodziła z rodziny raczej średnio zamożnej, więc już od progu sam dom zrobił na niej wrażenie, a co dopiero kolacja na kilka różnych dań, na dodatek tak wykwintnych. Zauważyła więc kilka dziwnie wyglądających potraw, których wolała nie tykać, ciesząc się na widok tych zwykłych, jak kurczak i schab w sosie oraz różne sałatki.

    Millie

    OdpowiedzUsuń
  34. Czekała na chłopaka w ogromnym stresie, próbując wymyślić ciąg dalszy poszukiwań książki, która o ironio prawdopodobnie wciąż znajdowała się w jej dormitorium i to jeszcze w opłakanym stanie. Pewna jednak być nie mogła, bo woląc nie ryzykować, nie udała się po raz kolejny do pokoju, a Abigail w tym krótkim czasie może i zdołała coś zdziałać. Szczerze w to wątpiła, ale przecież dobrze jest mieć nadzieję, ku pokrzepieniu serca. Dopiero gdy ujrzała nadchodzącego Harveya, uświadomiła sobie, że mogła jednak zmienić te ukochane różowe, a ponadto zdobione wypranymi już serduszkami spodnie od piżamy na coś bardziej wyjściowego, ale kto by się tym teraz przejmował. Poza tym będzie ciemno.
    — Co? Nic się nie zmieniło, idziemy — odpowiedziała, ruszając w kierunku wyjścia z pomieszczenia. Chcąc nie chcąc, musiała jak najbardziej wydłużyć ich wspólną wędrówkę, coby zakochana brunetka miała jak najwięcej czasu. Spostrzegając, że chłopak kieruje się, do jak najkrótszego przejścia prowadzącego wprost do schodów, postanowiła wykorzystać jedną z wcześniej wymyślonych wymówek — Musimy iść na około, w tej części ma dzisiaj dyżur prefekt naczelna, okropnie surowa z niej osoba ostatnio, a ja mam już dość szlabanów na kolejny rok — powiedziała, ruszając w przeciwną stronę — Serio mówię, szkoda tracić cenny czas na zastanawianie się.
    Szli ciemnym korytarzem oświetlanym jedynie przez księżyc, który nieśmiało wychylał się zza chmur. Lisa chcąc przerwać trochę niezręczną, choć chyba bardziej przerażającą, jak dla niej, ciszę zagadała niemalże szeptem:
    — Jesteś fanem Quiddticha? - po zadaniu tego jakże genialnego pytanie, miała ochotę uderzyć się otwartą dłonią w głowę, najlepiej trochę mocniej. Brawo Lisa, znowu błyszczysz.
    — Bo ja jestem — westchnęła, próbując szybko zapomnieć o gafie sprzed kilku sekund, mając nadzieję, że chłopak postąpi tak samo. Choć w zasadzie, czy granie w szkolnej drużynie musi świadczyć o tym, że lubi się ten sport? Może jest zmuszany przez nadgorliwego ojca, czy coś.
    — Mój brat jest ścigającym u Gryfonów — ciągnęła, próbując zwinnie zmienić temat, na coś ciekawszego, może nie koniecznie dla niej, ale dla Abi na pewno — A masz jakieś zainteresowania poza sportem?
    Trochę niepewnie spoglądała, a to na Krukona, a to znowu na posadzkę czy przed siebie. Była jakoś dziwnie zdenerwowana, być może powodował to powrót gorączki lub obawa przed atakiem wkurzonego Campbella, ewentualnie Lewisa. Nie wiedziała, co byłoby gorsze. Chociaż przy tym drugim może zdołałaby zdziałać coś, płynąca w jej żyłach krew wili, a co za tym idzie naturalny wdzięk i urok. Lisa jakoś niezbyt się w tym widziała, ale lepsze to niż dostawanie wyjca codziennie rano.
    Otrząsnęła się w idealnym momencie. Właśnie mieli wchodzić na ruchome schody, gdy Krukonka — która szła przodem — dostrzegła w dole swoją przyjaciółkę z dumnie trzymaną w ręce książką, która o dziwo znowu była w idealnym stanie! Lisa mogłaby w tamtej chwili cieszyć się wniebogłosy, jednak wewnętrzny głos podpowiadał jej, że spotkanie tej dwójki w takich okolicznościach może skończyć się hektolitrami łez wypłakanych w jej ramię. Musiała działać szybko i skutecznie. Próbując odegrać szopkę jak najbardziej realistycznie, potknęła się o własne nogi i z impetem runęła na zimną posadzkę, szepcząc tylko ciche . Miała nadzieję, że choć na chwile odwróciła uwagę Harveya.

    Lisa

    OdpowiedzUsuń
  35. [Rodzice zdecydowanie w tym przypadku muszą zainterweniować, a Twój pomysł jest dobry. Mogliby w ten sposób pomyśleć, że dzieciaki w końcu się polubią, albo chociaż zaczną się tolerować :D dobra, to tylko musimy ustalić gdzie ich wysyłamy i można zacząć, chyba, że wolisz stworzyć szczegółowy plan co ma się wydarzyć (ja to jednak lubię trochę improwizacji w wątkach!)]

    Amelia

    OdpowiedzUsuń
  36. [No dobra, a więc przybywam z pomysłem! Addie ma słabość do pałkarzy, ale możliwe, że Harvey zostanie wybitnym wyjątkiem od reguły ;) Mam jeden niewykorzystany do tej pory pomysł z Quidditchem i być może razem z tobą uda mi się go wcielić w życie. Otóż wpadłam na ideę Quidditch Qampu, czyli obozu treningowego dla młodych, wschodzących gwiazd tego sportu prowadzonego przez znanych trenerów. Zarówno Addie, jak i Harvey mogli otrzymać na niego zaproszenie, jednak nigdy się nie dogadywali i od początku mogli robić drobne zamieszanie, zwłaszcza gdy byli razem w drużynie, bo nie potrafili ze sobą współpracować. W końcu miarka się przebrała i za karę zabrali im różdżki, po czym kazali pójść do lasu nazbierać chrustu na grupowe ognisko. Po drodze mogliby się ze sobą tak kłócić, że zupełnie straciliby orientację w terenie, zgubiliby się, a potem zaczęłaby się zabawa w postaci dzikich zwierząt, wpadania do lodowatej wody w rzece, gdy załamałby się pod nimi lód, skręcone kostki i Merlin wie co jeszcze ;) Pasowałoby ci coś takiego?]

    Addison

    OdpowiedzUsuń
  37. [Ej, chcesz nauczyć Charles machać pałką? Podobno dręczą ją jacyś Ślizgoni, może jak po dobroci nic nie wskóra, to pójdzie siłą? Albo możemy spróbować jakoś burzliwie, do wyboru, do koloru.]

    Charlie H.

    OdpowiedzUsuń
  38. [Miałyśmy mieć wątek, ale ja się zgubiłam w życiu i nie pamiętam czy ja go miałam zacząć czy coś jeszcze miasto być ustalane? Och, no i czy to aktualne? :)]

    Amelia Mulciber

    OdpowiedzUsuń
  39. [ Opóźnienia to moja domena. A i wybacz za długość. Nie chciałam, by Harvey pomyślał, że nie doczeka się Vigga. Potem będzie już z górki.]

    Zdaje się, że jego podkrążonym oczom nie przysługuje żadne inne wytłumaczenie poza niewystarczającą ilością godzin doby w stosunku do spraw, którymi trzeba się podczas niej zająć. Snuje się więc sennie po hogwarckich korytarzach, a na głowie ma, prócz wyczerpującego życia, niekończącą się ilość podpunktów do odhaczenia.
    Przede wszystkim myśli o swojej drużynie; układa strategie, porównuje szanse, precyzyjnym okiem kapitana ocenia wydajność zawodników. Za wszelką cenę próbuje znaleźć uniwersalne rozwiązanie w niekończącej się walce charakterów i bywa, że czuje się jak kat, który dzierży w dłoni topór — świat nie wynalazł jeszcze sposobu, by dogodzić wszystkim.
    Myśli również o nauce. Zaniedbuje ją i wie, że jeżeli nie weźmie się w garść, nie odnajdzie wymówki, którą mógłby zapełnić dziurę w edukacji. Jego natura perfekcjonisty każdego dnia kłóci się z nieperfekcyjnym tokiem nauczania; czuje, jak każda książka, którą powinien przeczytać, a na którą nie zdołał nawet rzucić okiem, sprawia mu wewnętrzny ból.
    Jest tylko człowiekiem, zatem nie może mieć wszystkiego. To odwieczne starcie; drużyna i poświęcenie się jej w pełni, gdy po drugiej stronie majaczy wciąż nienapisany referat.
    Z drzemki, och, jakże jej potrzebował, wybudzają go dziewczęce głosy. Z perspektywy czasu już wie, że kanapa w Pokoju Wspólnym nie była dobrym wyborem; jego zdrętwiałe mięśnie wołają o pomstę.
    — W porządku — odpowiada. — Pójdę do niego.
    I idzie. Nie ma nic do stracenia.

    OdpowiedzUsuń