26 grudnia 2016

sometimes to stay alive you've got to kill your mind


Czasami warga jest zagryziona do krwi. I to jest w porządku, bo przecież świat nigdy nie będzie gładki i zaróżowiony jak usta, które powinny wyginać się w uśmiechu, a zamiast tego zaciskają się w cienką linię. Wiele rzeczy jest w porządku, ponieważ stały się rutyną i codziennością, do której człowiek się przyzwyczaja i nie widzi w niej już żadnych wad. Samotność i chłód nie są już niczym negatywnym w życiu Joshuy Yaxleya. Ojciec opowiadał mu wiele rzeczy, które na początku wydawały się czymś wielkim i niesamowitym, czymś niepowtarzalnym i godnym naśladowania. Jak ślepiec podążający za kimś jeszcze bardziej ociemniałym, jak zagubiona owca, która odłączyła się od stada i padła ofiarą drapieżnika, Joshua brnął w bezwład ciemności i sadyzmu, pielęgnując stare wartości szanowanego rodu Yaxleyów. Długa i wyboista ścieżka nagle stała się rozstajem dróg, a Joshua stanął przed ciężkim wyborem, jakim było posłuchanie siebie czy ojca, serca czy rozumu. Pierwszy raz wygrał on i serce. Jego triumf później przeistoczył się w remis z rozumem. Wtedy szare tęczówki przestały świecić, a dach nad głową po prostu zniknął. Rodziny już praktycznie nie ma, oprócz rodzeństwa mijanego na szkolnych korytarzach i krótkich listów od matki, która wysyła sowy w tajemnicy przed swoim mężem. Joshua już dawno odzwyczaił się od miłości, szacunku i tłumu ludzi. Pozostaje mu zatracenie się w opasłych tomach z Działu Ksiąg Zakazanych, zabawianie ludzi swoim melodyjnym głosem podczas meczy Quidditcha, obrona ciętym językiem, zakrycie się wredotą, puszczenie oczka do chichoczących dziewcząt (chłopaków zresztą też) i pomaganie dzieciakom w zaklęciach i transmutacji. Zimno, ciepło, zimno, apatia. Kolejny wypalony papieros i zagryziona warga. Bezsilność.
VII klasa | Slytherin | komentator meczy Quidditcha
brak patronusa | boginem jego ojciec
sznurki | więcej
_________________________________________________________________
Trochę się zagapiłam i zniknęłam, ale tęskno mi było i Josh wrócił, trochę zmieniony, ale wrócił.
Jeśli ktoś by chciał zajrzeć do starej karty, coby ta nowa stała się trochę bardziej przejrzysta, to proszę: <klik>
Twarzyczki użyczył Billy Vandendooren, a w tytule twenty one pilots.
gg: 6295139
Wątki: Soleil, Avalon, Olivia, Lisa, Millie, Amelia
(sesja idzie, więc będę odpisywać troszeczkę wolniej, przepraszam)

79 komentarzy:

  1. [Dzień dobry!
    Ach, zatracanie się w książkach Marcy jak najbardziej popiera, dlatego jest opcja, że Joshua podskoczy w rankingu do roli najlepszego Ślizgona, o ile jej wcześniej nie wyzwie. Ale za palenie by go okrzyczała, bo to niezdrowe i fuj! (Nie żeby przejmowała się czyimś zdrowiem, nie!, po prostu strasznie śmierdzi). ;)
    Zapraszam do siebie i życzę Ci wspaniałej zabawy!]

    Marcy

    OdpowiedzUsuń
  2. [Kocham Yaxelyów z sentymentu i przyznam się, że miałam ciarki, kiedy czytałam opis. A z racji tego, że traktuję je jako wyznacznik porządnie napisanej karty, tak więc zostawiam ślad po sobie i zapraszam tego Ślizgona do jakiegoś burzliwego wątku, jeśli pojawią się chęci. Świetna postać.
    Mamy nadzieję, że pan długo pobędzie na blogu, w międzyczasie da się trochę oswoić i będzie bawił się świetnie :D Wielu wątków, pomysłów i przede wszystkim weny oraz czasu!]

    Rosalie Bright, Freddie Weasley, Leonard Blueberry

    OdpowiedzUsuń
  3. [ Ojojoj <3 Fajna karta. I dobrze, że Joshua w końcu się ogarnął i odciął od ojca. Zawsze w niego wierzyłam ;) To zapraszam do Julki jak chcesz tam jakoś kontynuować albo do Olivii i może uda się nam wymyślić coś nowego ciekawego i najlepiej emocjonującego. Kto wie, kto wie... ]

    OdpowiedzUsuń
  4. [Dzień dobry ponownie, ja się powoli ogarniam ze wszystkim więc... W razie czego, możemy kontynuować tamten wątek lub pomyśleć nad czymś nowym. A nowa karta... No, czyta się ją naprawdę przyjemnie i muszę przyznać, że robi wrażenie :)]

    Avalon i reszta

    OdpowiedzUsuń
  5. [Bardzo, bardzo mi się podoba. Życzę samych dobrych wątków, tych nie rozpadających się po dwóch zdaniach]
    |-/
    Adam Lee

    OdpowiedzUsuń
  6. [Zwykle trzeba mi bardziej rozbudowanego pomysłu, ale o dziwo widzę przyszłość dla tego wątku, mam nawet pewien pomysł i czuję, że pójście na żywioł będzie spoko opcją. Niech akcja w wątku będzie się toczyła już w momencie kolejnego spotkania w związku z transakcją. Wcześniej szło wszystko spoko, ale teraz jest przestój, Rozalka jest zaniepokojona tym, co się dzieje i postanawia delikatnie sprawdzić o co tak naprawdę chodzi i z czego wynikły problemy. Nie gwarantuję, że Yaxleyowi się nie oberwie po uszach ;)
    Ech, nie lubię tego, ale skoro to handel wymienny, wiszę ci zaczęcie. Postaram się je dzisiaj machnąć, jeśli ruszę tyłek do pozostałych odpisów. Masz jakąś preferowaną długość wątków - krótsze, dłuższe - czy mam wolną rękę? :)]

    Rozalka

    OdpowiedzUsuń
  7. Dzień dobry!
    Tak chciałam poprosić: czy możesz odezwać się do mnie na maila? C: Mam pewną sprawę.
    kto.sie.zgubi.w.dolinie.cieni@gmail.com
    Z góry pięknie dziękuję!

    OdpowiedzUsuń
  8. [ Palenie papierosów jest takie niemagiczne! Zawsze dziwią mnie postaci czystokrwiste palące mugolskie używki, ale kto komu zabroni. Tylko skąd on je bierze? :D

    Anyway, to taka poboczna kwestia. Cześć! Witaj z powrotem na blogu (chyba każdy prędzej czy później wraca; ja również). Miło widzieć kolejnego potomka rodzin Śmierciożerców, jakkolwiek sam Joshua się do tego odnosi. Życzę powodzenia i weny. :D ]

    Sloane

    OdpowiedzUsuń
  9. [Dobry wieczór! Ogarnęłam się i nareszcie przychodzę Was przywitać. Cieszę się, że zakryła nas przynajmniej tak ładna karta, bardzo ciekawa, a Joshua jest naprawdę intrygujący. My nie pouczamy i tematu papierów nie drążymy, ale Lisa zaprasza kiedyś na wspólne palenie, ma jagodowe, jedyne w swoim rodzaju. No nic, nawet ona czasami bywa hm, niegrzeczna. Samych ciekawych wątków oraz powiązań, dużo weny i jeszcze więcej czasu. Baw się dobrze. Ach, dziękuję za ten odnośnik do karty, to naprawdę miłe, że o czymś takim pomyślałaś:)]

    Lisa // Pollyanna

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. [Ja już widzę To przerażenie Lisy. Ktoś ją nakrył, na paleniu przechwyconych p a p i e r o s ó w. W sumie, mogliby się polubić, a Lisa coraz częściej musiałaby zapalić. Ustalamy coś jeszcze czy ryzykujemy i zaczynamy z tym, co mamy? :D

      Usuń
  10. [Cześć! Zabini też coś wie o sprzeciwianiu się rodzicom... Najważniejsze to żyć w zgodzie ze sobą!
    Miłej zabawy, wielu ciekawych wątków, szalonych powiązań, weny i czasu!]

    Scarlett Bell i Zabini

    OdpowiedzUsuń
  11. [W zasadzie, to mogę ja, ale jeśli bardzo chcesz, to się przecież nie będę upierać ;D Nie no zacznę i mam nadzieję, że dość sensownie mi to wyjdzie.]

    OdpowiedzUsuń
  12. [Jaka ładna karta! <3
    Cześć, cześć, chyba po raz drugi, zgadza się? Cieszy mnie fakt, że postawił się ojcu (bo to, co z tego wynikło, jest już inną kwestią), cieszy mnie, że Ślizgon, bo toż to Ślizgoni u mnie przodują, więc pozostaje mi życzyć miłej, owocnej zabawy i w razie chęci zaprosić do siebie... Może do Forsyth?]

    Forsyth Lester / Lily Potter

    OdpowiedzUsuń
  13. [A może by to jakoś połączyć z pomocą dzieciakom? Jak wiesz, Avie cały czas starała się być pomocą dla każdego, ale dla tych młodszych w szczególności. Moore z pewnością nie będzie chciała rozmawiać, ale widząc, że chłopak się zmienił może dać mu szansę, co myślę, że i tak bardzo szybko nie nastąpi. Nie wiem jak się zaopatrujesz, ale z czasem mogliby się zaprzyjaźnić. Jeżeli powiedziałby jej w końcu prawdę o jej matce, Avie mogłaby zacząć go traktować wyjątkowo, ze względu na to że e czasie tej trudnej dla niej sytuacji okazał się jednak dobry, ale to oczywiście z biegiem czasu i akcji w wątku :)]

    Avalon

    OdpowiedzUsuń
  14. [Och, kogo moje oczy widzą, Josh Yaxley.
    Z powodów zdrowotnych wciąż urlopuję, ale już spisałam nas na straty. Tęskniłam.
    Piszemy coś od nowa, czy kontynuujemy tamto?]

    Una DeVere

    OdpowiedzUsuń
  15. Lisa uśmiechnęła się i wytarła zewnętrzną częścią dłoni oczy. Powoli podniosła się z zimnej posadzki i założyła szatę, która zsunęła jej się z ramion podczas szaleńczego biegu na wieżę. Spojrzała na zegarek. Ostatnia lekcja powoli dobiegała końca. Wracanie na kilkanaście minut do sali, wydawało jej się głupim pomysłem, zresztą wywołałaby tylko niepotrzebne zamieszanie wokół swojej osoby. Nie była pewna czy zostawanie na wieży jest jednak dobrym pomysłem, więc bez zbędnego zastanawiania ruszyła w kierunku Pokoju Wspólnego Krukonów. Ręce włożyła w kieszenie, próbując w ten sposób choć trochę je ogrzać. Głowę wciąż zaprzątały jej nieznośne myśli, dotyczące sytuacji, która rozegrała się zaledwie przed godziną. Chyba trochę wyolbrzymiła jej tragizm albo po prostu nie potrafiła poradzić sobie z mimowolnie napływającymi do oczu łzami i być może właśnie dlatego niewinna sprzeczka z przyjacielem skończyła się prawdziwą dramą. Miała okropne wyrzuty sumienia i delikatny lęk przed spotkaniem nauczyciela Starożytnych Run, na którego zajęciach nie raczyła się pojawić. Mężczyzna ją przerażał, a w szczególności jego piorunujące spojrzenie. Lisa wzdrygnęła, niemal jednocześnie wygrzebując w kieszonce, coś bardzo przydatnego w tej chwili. Stwierdziła, że to dobra metoda na odstresowanie, dlatego całkiem szybko zbiegła na trzecie piętro i dostała się na drewniany most. Niezauważalnie. Ostatnie piętnaście minut absolutnej ciszy, do której nie musi się uśmiechać. Błogość. Oparła się o jedną z jego kolumn i przy pomocy różdżki odpaliła papierosa. Jagodowe, cudem zdobyte podczas świątecznej przerwy. Głupia fascynacja, którą od czasu do czasu musi powtórzyć, sama nie wiedząc dlaczego. Przymknęła zapłakane oczy. Musiała wyglądać dość zabawnie. Z chwili relaksu wyrwał ją czyjś głos, podskoczyła ze strachu. Spojrzała na stojącego przed nią chłopaka, który zjawił się jakoś nagle, znikąd. To nie prefekt, a już na pewno nie żaden profesor. Odetchnęła z ulgą. Nie wyrzucą jej, żyje. Chyba.


    - Słucham? - zapytała, nie usłyszawszy słów, które wypowiedział wcześniej. Wyprostowała się, chowając rękę z papierosem za siebie, a tak na wszelki wypadek.

    [Trochę krótko, ale to tak tylko na razie.]

    Lisa

    OdpowiedzUsuń
  16. [O! Może tak być, powiedz mi tylko czy zaczynamy od gro szoku na spotkaniu czy dnia rozmowy, a nam zacznę (chyba, że wolisz rozpocząć wątek od innego momentu?) bo to byłaby moja kolej na odpis :D]

    Avalon

    OdpowiedzUsuń
  17. Pełnoletniość ma swoje zalety. Uświadamiasz to sobie, kiedy w końcu do Ciebie dotrze, że coraz mniej Cię ogranicza. Możesz wyciągnąć różdżkę i w końcu w pełni ją wykorzystać. Możesz wejść do każdego baru i kulturalnie pić Ognistą, bez chowania się po kątach. Możesz brać odpowiedzialność za swoje decyzje i wiedzieć, że teraz są już tylko Twoje. Możesz wyjść z domu i nikt nie będzie miał prawa Ci mówić, że musisz wracać. I to było w tym najwspanialsze. Możesz nawet nie mówić, że nie wrócisz. Możesz odejść zupełnie bez słowa, tylko dlatego i aż, że nie chcesz już tam być. Ani chwili dłużej.
    Olivia mogła godzinami błąkać się po ulicach Londynu, idąc przed siebie szybkim krokiem, tak jakby bardzo się gdzieś spieszyła, a jednak nie szła donikąd. Chciała po prostu na czymś się skupić i oderwać od swoich myśli, nauczyć się jak je wyłączyć, bo było ich za dużo, żeby znieść je bez problemu. Na pewno ktoś kiedyś próbował wychodzić problemy. Na bank! Olivia jeszcze próbowała je przespać, przetańczyć, przepić, przemilczeć, przegadać, przebiegać, przesunąć najdalej jak tylko się da. W pewnym stopniu skutecznie. Choć nawet nie zauważała, jak bardzo z każdą wyrywaną z siebie emocją wyrywa również fragment samej siebie i może już mniej jest Olivią, może nigdy nie będzie.
    Do baru Hubertusa Fawleya zaglądała kilka razy w tygodniu. Czasem na jednego drinka, ale to nie był ten dzień. Ujęła wręczoną jej przez barmana szklaneczkę z whisky na lodzie i od razu wypiła sporego łyka, po czym skierowała swój wzrok na ofiarodawcę tego cudu.
    - Witaj, Yaxley. - powiedziała krótko i przyjrzała się chłopakowi z uwagą. Zdecydowanie był kilka kolejek przed nią, a że nie lubiła być nierówno pijana w stosunku do towarzystwa to opróżniła szklankę do dna. - Dziękuję, cudownie. A u Ciebie?
    Uśmiechnęła się delikatnie, choć nawet to było idealnym kłamstwem i uniosła lekko brwi, sprawiając dodatkowo wrażenie autentycznie zainteresowanej. Cóż! Nie była zainteresowana. Gówno ją obchodziło co dzieje się u innych ludzi i najchętniej wyrwałaby się z tego wszystkiego.

    Olivia

    OdpowiedzUsuń
  18. [Witam serdecznie na blogu :) Nie wiem, czy miałam okazję powitać cię poprzednim razem, ale cieszę się, że do nas wracasz ;)
    Życzę wielu ciekawych wątków oraz udanej zabawy, mając nadzieję, że tym razem zostaniesz z nami jak najdłużej :)]

    Teddy Lupin || James Potter

    OdpowiedzUsuń
  19. Wypowiedziane przez Ślizgona słowa utwierdziły ją w przekonaniu, że może być spokojna i bez zastanowienia wzięła się za przeszukiwania kieszeni szaty, w celu znalezienia lnianego woreczka, jednocześnie starając się, aby jej niedawno odpalony papieros, nie został w żałosny sposób stracony, czego przecież bardzo by żałowała.
    — Jeszcze moment. — Zacięcie próbowała zwalczyć złośliwość rzeczy martwych, powoli niestety tracąc cierpliwość, którą dzisiaj nadszarpnęła już i tak wystarczająco mocno. W końcu jednak udało jej się wyłowić niewielkie zawiniątko, a całe przeszukiwanie ostatecznie nie trwało wcale tak długo, jak początkowo myślała. Chłopak wciąż przednią stał, na szczęście.
    — Proszę uprzejmie i nie ma za co — uśmiechnęła się, podając mu już rozwiązaną oraz noszącą ślady dość częstego użytkowania sakiewkę. — Uważam, że paczki są nieporęczne, znacznie łatwiej przenosić to świństwo w czymś takim. Jeśli coś ma ładne opakowanie, to trudniej sobie wyobrazić, ze w środku jest okropne. — Włożyła papierosa do ust, ponownie opierając się o stabilną barierkę drewnianego mostu.
    — A tak bez filozofowania, to po prostu straszny tchórz ze mnie, jeśli o papierosy chodzi. Choć w zasadzie to nie wiem, czy bardziej boje się konfrontacji z profesorem, który by mnie przyłapał czy wyjca od matki. — Wzruszyła ramionami. W głębi duszy wiedziała, że wrzask rodzicielki byłby o wiele bardziej przerażający no, chyba że na tym haniebnym czynie zauważyłby ją nauczyciel starożytnych runów. Nie miała pojęcia czy chłopak ma już dość jej paplaniny, bo dopiero się rozkręcała, ale wciąż tu był - zapewne nie miał ciekawszych zajęć, albo czaił się na kolejną fajkę - więc uznała to za pewnego rodzaju pozwolenie na jeszcze trochę bezcelowego mówienia, ot tak na rozluźnienie.
    — Masz gorszy dzień? — zapytała, spoglądając na niego — Oblany test? Zerwanie z drugą połówką czy może kłótnia z przyjacielem? A może papieros to dla ciebie po prostu forma relaksu? — nie potrafiła ugryźć się w język w odpowiednim momencie — No wiesz, jak oboje w tym siedzimy, to warto się poznać.

    Lisa

    OdpowiedzUsuń
  20. Olivia zawsze dostawała dużo przestrzeni i dużo wzruszeń ramionami od swojej matki. Mogła robić mniej więcej to, na co miała ochotę, jeśli tylko nie zaczynała robić największych głupot na świecie. Wtedy już była awantura. A potem kolejne wzruszenie ramionami. Wszystko zawsze od tego się zaczynało i na tym kończyło. Ileż można tego znieść? Zamiast troski – wzruszenie ramionami. Zamiast odrobiny ciepła – wzruszenie ramionami. Zamiast prawdy – wzruszenie ramionami. Serio, ileż można? W końcu można nie wytrzymać, trzasnąć drzwiami i zniknąć. Tak jest łatwiej. A życia lepiej sobie nie komplikować. Chociaż... Czy rzeczywiście było łatwiej? Gdyby było, to nie siedziałaby teraz w barze i nie piła jednej whisky na lodzie za drugą, myśląc jakby tu zniknąć.
    Uważnie, choć bez konkretnego celu obserwowała siedzącego obok Yaxleya, zastanawiając się ile ten właściwie wypił i ile sama wypije, aż go dogodni. Przydałaby jej się taka imitacja szczęścia, bo na razie kopała tymi szklankami tylko większy dołek pod sobą. I najchętniej jeszcze by się w nim zakopała.
    - Po prostu jest cudownie. - odpowiedziała, mając nadzieję, że utnie w końcu temat. Na to wszystko było zwyczajnie o pół butelki whisky za wcześnie.

    Olivia

    OdpowiedzUsuń
  21. Dla Avalon Moore pomaganie innym było czymś, co płynęło wprost z głębi jej serca. Problem polegał na tym, że odkąd życie, wcześniej srebrnowłosej dziewczyny, bardzo się pokomplikowało ona sama gdzieś zgubiła się w tym wszystkim, próbująco odnaleźć prawdę, próbowała zostawić wszystko za swoimi plecami. Rzucić za siebie i po prostu odejść, nie myśląc o niczym co było wcześniej, jak się okazało porzucenie wszystkiego, o co do tej pory się walczyło nie było tak łatwe jak mogło się wydawać na pierwszy rzut oka. Srebrna odznaka prefekta wciąż lśniła przyczepiona do jej czarnej szaty, na wysokości piersi a uniesiona głowa w górę świadczyła, że była z tego powodu dumna. W końcu cholernie o to walczyła i teraz, gdy w końcu jej się udało, miała to zostawić? Nie mogła. Tak, jak nie mogła pogodzić się ze zmianami do których sama doprowadziła. Patrząc w lustro na swoje ścięte do ramion, czarne włosy jedynie ze srebrzystymi końcówkami, wściekała się. Nie potrafiła być już tą samą panną Moore, która trzymała wszystkie swoje emocje na wodzy. Denerwowała się za szybko i za szybko wybaczała, zapominała o wielu ważnych sprawach i w pewnym momencie była nawet już gotowa oddać swoją lśniącą odznakę w cudze, obce i z pewnością nie tak zasłużone dłonie jak jej własne. Ilość emocji szargająca jej drobnym, filigranowym ciałkiem wychodziła znacznie poza określone normy, nawet jak na ten okres dojrzewania, w którym biorą udział hormony, przez które uczucia i emocje mają prawo… nasilać się. Avalon nie przechodziła jednak przez młodzieńczy bunt spowodowany dorastaniem. Avalon Moore nie wiedziała już kim jest i za wszelką cenę chciała się tego dowiedzieć, co wcale nie było proste.
    Gdy usłyszała o zajęciach dla młodszych uczniów, zgłosiła się, w końcu żadne z tych dzieci nie miało wpływu na jej życie, nie było niczemu winne… A ona wciąż trzymała się tej jednej myśli, że kiedyś była dokładnie taka sama jak te dzieciaki. Dlatego też musiała się zgłosić, musiała wziąć udział w kółku pomocy, by mieć pewność, że żadne z tych dzieci nie popełni takiego błędu, jaki popełniła ona. Udawać kogoś, kim się nie jest.
    — Cześć, jestem Avalon Moore z Ravenclawu. — Powiedziała uśmiechając się delikatnie do małej grupki pierwszaków i drugoroczniaków. — Jestem na szóstym roku, będę wam pomagać z zaklęciami i eliksirami. — Uśmiechnęła się pogodnie do grupy dzieci i rozejrzała po pomieszczeniu. Gdy napotkała na Joshuę Yaxleya, mina jej zrzedła, a oczy i usta otworzyła szeroko. — Co ty tutaj robisz? — Burknęła znacznie mniej przyjemnym tonem, niż chwilę wcześniej gdy zwracała się do dzieciaków. Nie wierzyła, aby Ślizgon pojawił się z własnej woli na takich zajęciach, a sprowadzanie go tu w ramach szlabanu, bo tak właśnie podejrzewała Moore, było bezsensem. Te dzieciaki miały otrzymać pomoc, a nie zostać zniechęcone i nie daj boże, obrażane i poniżane. Avie była gotowa do ataku, mimo, że chłopak nie zdążył odezwać się nawet słowem.

    Avalon Moore

    OdpowiedzUsuń
  22. Jako druga z rodzeństwa, pierwsza córka, niosła na swoich barkach nieco mniejszy ciężar od najstarszego brata, gdyż, jako dziewczę, nie była w stanie przedłużyć rodowej linii Yaxleyów. Owszem, wżenienie się w kolejną bogatą rodzinę było sprawą niewątpliwie pożądaną przez ojca, niemniej stanowiło dla niego sprawę drugorzędną, po małżeństwie syna. Od niej oczekiwał raczej przykładnego prowadzenia się, zachowania godnego d a m y, czy też raczej arystokratycznej królowej, która pewnego dnia obejmie tron... Nieważne, jaki by on był. Byle był.
    W dzieciństwie, chociaż na świecie pojawiła się jeszcze jedna dziewczynka i maleńki chłopczyk, była ulubienicą tatusia i być może to wykształciło w niej brak strachu przed jego gniewem. Bądź co bądź jako kilkulatka była nieprzyzwoicie rozpieszczona; teraz natomiast, gdy wydoroślała, nie miała w sobie cech zastraszonego wściekłością ojca, jaka to cecha na trwałe utkwiła w pozostałej trójce. I choć Joshua przeciwstawił się panu Yaxley – ogromnie go za to podziwiała; tak daleko nie potrafiłaby się posunąć, a jednak miała do niego równie wielki żal, że zostawił ją na pastwę losu rodzicom – zdawała sobie sprawę, ile wysiłku go to kosztowało. Wiedziała, że jest uznawana za najbardziej zbuntowane z całej czwórki pociech, bo chadzała swoimi drogami, jak kot, nie bacząc na oczekiwania i podporządkowywanie się – już nie. Lecz mimo to, śmiało mogła stwierdzić, że istnieje pewna granica, której nie potrafi przekroczyć.
    Odkąd ojciec wyrzucił jej brata z domu, życie pod jednym dachem z rodzicami stało się o wiele mniej znośne. Przedtem jakoś sobie radziła – nieobciążona zbytnią presją, dzięki delikatnej urodzie elfa uznawana za słabą i kruchą – zawsze umiała się odszczeknąć, odpyskować, jakkolwiek nie byłoby to niegrzeczne. Teraz, rezydencja jakby pogrążyła się we wściekłości głowy rodziny. Nie wiedziała, jak sobie z tym radzić, z tymi kłótnami, rozgrywającymi się na dole, podczas, gdy młodsze rodzeństwo było w swoich pokojach, a ona jedna czaiła się przy schodach, chcąc łapczywie wyłapać każde, najdrobniejsze słowo. Co robić, gdy ma się wrażenie, że rodzina powoli sypie się w drobny mak: w dodatku na naszych oczach?
    Ostatnie tygodnie przyniosły jej wyłącznie żal: żal do siebie, że nie potrafiła zatrzymać brata, przekonać ojca, przebłagać matki; do Joshuy, że nie został, że nie postawił się bardziej, że postawił się w ogóle; do świata, że nie jest bardziej wyrozumiały na krzywdę dziewczyny, ledwie wyrośniętej z dzieciństwa.
    A przecież wcale nie chciała dorastać.
    Podskoczyła ze zduszonym piskiem, słysząc znajomy głos. Nie spodziewała się, że ktoś zejdzie o tej porze do Pokoju Wspólnego.
    – Jakoś... Po prostu – wzruszyła ramionami, czując, jak dopada ją dziwna nieśmiałość wobec swojego starszego brata. Nie była pewna, jak ma z nim rozmawiać. – A ty? – spytała po chwili, czując, że powinna.

    siostrzyczka, Słonko

    OdpowiedzUsuń
  23. Spojrzała na chłopaka, marszcząc jasne brwi. Nie znała go — nie licząc tych kilkunastu minut i całkiem przypadkowych spojrzeń na korytarzu — mimo to bardzo jej go było żal. Zapewne, gdyby nie obawiała się, że Ślizgon zepchnie ją z mostu lub, gdyby była beztroską Lisą, jaką jest zazwyczaj, nie wahałaby się go przytulić, tak po prostu, ale wyjątkowo mocno. Wiedziała jednak, że to duże ryzyko, a jego ostatnia odpowiedź prawdziwie ją poruszyła i trochę zaskoczyła, przez co szesnastolatka niezbyt wiedziała jak się zachować. Z nieznajomymi przecież zazwyczaj rozmawiała o pogodzie.
    — Jeszcze jednego? — Podsunęła mu papierosa, uprzednio stwierdzając, że skoro z pierwszym jagodowym dał radę, to może zechce drugiego. W tej dziedzinie chłopak raczej nie wybrzydzał albo był na tyle kulturalny, żeby tego nie robić. Ewentualnie uzależnienie mu niezbyt na to pozwalało.
    — Cicho to fakt szkoda, że tak mocno wieje — westchnęła, szybko poprawiając szkolne zakolanówki, które tak bardzo lubiły uprzykrzać jej życie. — Chociaż nie trzeba martwić się fryzurą, wiatr to przecież najlepszy stylista — uśmiechnęła się — I fajnie się biega w wietrze, świat jakoś bardziej wiruje.
    Zapanowała chwilowa cisza. Nie nazwałaby jej niezręczną, była naturalna i chyba nawet potrzebna, by sama wreszcie nabrała orzeźwiającego powietrza w płuca, a razem z nim chęci do przeżycia dalszej części dnia, która nie zapowiadała się zbyt wesoło. Kosmyki jej jasnych włosów szalały, a ona znowu przymknęła oczy i uniosła twarz do schowanego się za ciemnymi chmurami słońca. Było całkiem w porządku.
    — Jeśli masz gorsze życie, to myślę, że jeszcze nie raz cię tu spotkam. — Ożywiła się po chwili, a po spojrzeniu na zegarek zdała sobie sprawę, że spędziła na moście o wiele więcej czasu, niż zamierzała.

    — Mam chyba gdzieś jeszcze czekoladowe, znajdę dla ciebie. Zdaję sobie sprawę, że wolisz normalne, ale czekoladę lubi przecież każdy. Będą idealne na osłodę życia — zaśmiała się promiennie tak jak zwykle, ale całkiem szczerze. — Uciekam, kot mnie potrzebuje.
    — Tak w ogóle to mam na imię Lisa, miło było cię poznać. — Odwróciła się, szybko zmierzając w kierunku wejścia do zamku. — Do zobaczenia!

    L.

    OdpowiedzUsuń
  24. Olivii nie przeszkadzał wzrok Josha, skierowany na nią i dosłownie tylko na nią, tak jakby była jedynym punktem, na który można patrzeć w tym pomieszczeniu. Nie przeszkadzało jej to, bo wzrok chłopaka i tak był nieco zamglony i nieobecny, więc nie czuła się ani osaczona, ani w żaden sposób dziwnie.
    Przewróciła lekko oczami na pytanie Yaxleya, bo rzeczywiście był on dość irytujący. Zadawał zdecydowanie za dużo pytań, a Olivia ostatnio stała się szczerą fanką milczenia i niewchodzenia sobie z nikim w drogę. Ignorowała nawet sowy swojego najlepszego przyjaciela. Zwłaszcza jego, bo nie chciała nic mówić nikomu, bez wyjątków.
    - Dzisiaj... - zaczęła, rozglądając się wokół, jakby w poszukiwaniu inspiracji. - Dzisiaj Twój wujek będzie mi wręczał kolejne szklaneczki whisky, aż uznam, że dość, bo przecież jestem bardzo rozsądna. Wtedy wstanę, pójdę do domu... No może nie do końca do domu, ale spać pójdę na pewno, a jak wstanę to wymyślę naprawdę wybitny plan na wakacje. Będzie namiot, góry, lasy, morza, jeziora i cisza i spokój.
    Uniosła kolejną podstawioną jej pod dłoń szklankę z whisky i wypiła do dna. Za pomyślność planów ucieczki.

    Liv

    OdpowiedzUsuń
  25. Zmarszczyła delikatnie brwi, przysłuchując się uważnie słowom chłopaka. Czy on naprawdę miał czelność zachowywać się w taki sposób? Była przekonana, że odniosła się względem niego grzecznie i uprzejmie, a wszystkie negatywne myśli, jakie kłębiły się w jej głowie na temat Yaxleya zostały tylko dla niej. Nie podobało jej się, w jaki sposób przedstawia jej osobę, tym bardziej, że ponoć oboje byli tutaj po to, aby pomagać tym dzieciakom. Zagryzła nerwowo wargę, nie miała zamiaru wdawać się z nim w słowną potyczkę. Ostatnim razem gdy to się stało, nie czuła się dobrze, a i miała świadomość, że nie wyszła na tym najlepiej. Wciąż w jej głowie huczały słowa Josha na temat jej matki.
    — Nie rozumiem o co ci chodzi, Josh. — Odezwała się i na tym miała zamiar zakończyć ich prywatną dyskusję. W końcu mieli zadanie do wykonania, a Avalon nie chciała wypaść źle, w końcu musiała zadbać o swoją odznakę. — Masz jakiś pomysł, jak chcesz pracować? — Spojrzała na chłopaka swoimi, dużymi, ciemnymi oczyma i wyczekiwała cierpliwie odpowiedzi. Sama za bardzo nie miała ogólnego pomysłu na plan działania. Wiedziała co ma zrobić, ale nie wiedziała do końca jak się za to zabrać. Wiedziała natomiast jedno. Nie może teraz walczyć z Yaxleyem, nawet jeżeli bardzo chciała, tera nie był na to czas ani miejsce, a przede wszystkim publiczność była tu zbędna, zwłaszcza tak młoda. Była pewna, że dzieciaki i tak mają już wyrobione zdanie o domach, ale ona w żaden sposób nie chciała się do tego przyczyniać. Oczywiście sama miała dziwną skłonność do Ślizgonów, bo z reguły to właśnie z nimi dogadywała się najlepiej, jednak wszędzie był potrzebny wyjątek potwierdzający regułę. W tym przypadku był to Joshua.
    — Powinniśmy poćwiczyć pierw ruch nadgarstka bez zaklęć, a zaraz później przeszlibyśmy do praktyki. Co ty na to? — Głównie, swoje słowa kierowała do pierwszaków, ale na końcu spojrzała na chłopaka wyczekująco. Już wiedziała, że te zajęcia nie będą łatwe. Obecność chłopaka strasznie ją irytowała i rozpraszała, patrząc na niego, myślała o swojej mamie i ich ostatniej rozmowie, zamiast skupić się na zaklęciach. Do tego stopnia, że w pewnym momencie gdy zaczęli już ćwiczyć konkretne zaklęcie, z jej końca jej różdżki wydobyło się delikatne światło i ciche pyknięcie, a kartka pergaminu, która miała wznieś się delikatnie w powietrze, zapłonęła. Doskonale wiedziała, że jej lipowa różdżka z włosem z głowy wili jest szczególnie wrażliwa i z łatwością odbiera jej negatywne emocje, co zawsze przekładało się na jakość i poprawność rzucanych zaklęć.

    Moore

    OdpowiedzUsuń
  26. [Matka Uny przebłagała ojca, by nad sobą zapanował, więc Una została w domu i coraz mocniej pragnie zrobić coś, żeby pan domu wziął się jej pozbył. Zresztą, możliwe, że notka się "sypnie" w tym temacie, ale ja nie o tym. Bądź co bądź mam zamiar uciec ją i zamelinować w Hogsmeade, w jakimś podrzędnym barze czy co.
    Co robi teraz Josh, gdzie mieszka?]

    Una DeVere

    OdpowiedzUsuń
  27. [O, czyli jednak wykazał się większą odwagą, niż Una. No, no, podziwiamy obie. Zawsze mogłaby odstąpić mu swoje mieszkanie, gdyby się już dorobiła, jako, że przed nią jeszcze kolejny rok szkoły. Niemniej teraz... Z pewnością chciałaby być dla niego oparciem, ale nie wiem, jak on by to odebrał.]

    Una DeVere

    OdpowiedzUsuń
  28. Prychnęła cicho, patrząc na 'wujka Hubertusa'. Ten mężczyzna miałby mnie upić? Nie ma mowy! Wskazała jednak na opróżnioną przez siebie szklankę i już za chwilę pojawiła się przed nią kolejna, a wujek Josha uśmiechał się tryumfalnie pod nosem. Ale to nie był tryumf. Jedna szklaneczka w tą czy w tamtą...
    - Yaxley, jesteś dorosły. - powiedziała, patrząc na chłopaka, tonem, jakby tłumaczyła coś dziecku, z którym już naprawdę nie da się wytrzymać. - Jak chcesz jechać na wakacje to weź od rodziców worek galeonów i jedź. Nie narzekaj, tylko coś zrób.
    Podniosła szklankę i wypiła mały łyk, tym razem za pomyślność jego ucieczki. O ile w ogóle do niej dojdzie.
    - No chyba, że ważniejsze są dla Ciebie te nasze arystokratyczne bankiety, eleganckie szaty wyjściowe i tyle sztucznie miłych słów, że można się porzygać. - skrzywiła się i odstawiła szklankę. Chyba za dużo mówiła. Powinna siedzieć cicho, nie wdawać się w rozmowy i egzystować sobie we względnie świętym spokoju. Oj tam! - Czy mi się zdaje czy niedługo są urodziny ministra? Wiesz, no mnie już nie będzie... ale miłej zabawy!
    Zaśmiała się ironicznie. Jakoś ciężko jej było uwierzyć, że ktoś taki jak Joshua Yaxley mógłby wyjść spod oddziaływania rodziców i po prostu powiedzieć im, że chce jechać na wakacje i zrobi to z nimi lub bez nich. Albo co ciekawsze, uciekłby z domu, aby zrobić sobie wakacje. Od wszystkiego i wszystkich. Tak jak miała to zrobić ona.

    Liv

    OdpowiedzUsuń
  29. [Dziękuję! Teraz mam tylko nadzieję, że zmiana szablonu nie nastąpi prędko, bo wtedy przestanie ładnie wyglądać.
    No cóż, Tobie również życzę dużo weny, bo tego nigdy zbyt wiele!]

    Erick

    OdpowiedzUsuń
  30. Czuła jak jej policzki się rumienią, jednocześnie dobrze zdawała sobie sprawę z tego, że nie może pokazać tym dzieciom, jak bardzo jest zdenerwowana swoją maluteńką porażką. W zasadzie, gdyby nie obecność Josha w ogóle by się tym nie przejęła, jednak podejrzewała, że ten zaraz skomentuje to w ten swój sposób. Gdy dotknął jej ramienia, wzdrygnęła się delikatnie a czując jak się nachyla, wstrzymała oddech i uważnie wsłuchiwała się w jego słowa. Zaniemówiła. Była całkowicie zaskoczona, wręcz zszokowana. Spodziewała się zgryźliwych komentarzy z jego strony, a tym czasem on… Zachował się jak człowiek.
    — Oczywiście, że nie miałam takiego zamiaru. — Odpowiedziała po chwili, wciąż niedowierzając temu, co się właśnie, przed chwilą stało. Zamrugała szybko kilka razy powiekami i zamknęła w końcu buzię, wyrównując oddech.
    — Tak jak powiedział, Josh… Błędy mogą zdarzyć się każdemu, jestem tego idealnym przykładem. — Uśmiechnęła się, a mówiąc te słowa, wcale nie miała na myśli jedynie tego błędu, który popełniła przed upływem kilku minut. Miała na myśli wiele różnych, ważniejszych sytuacji ale nie zamierzała zwierzać się tym dzieciom, a tym bardziej Yaxleyowi. Poza tym, on i tak wiedział więcej niż wiedzieć powinien, tego była pewna. Oblizała wargi i przybierając jeden z tych swoich uroczych uśmiechów powróciła do tłumaczenia dzieciom co i jak.
    Przez resztę zajęć skupiała się na tym co robi, a przy okazji uważnie przyglądała się Ślizgonowi i za każdym razem niedowierzała. Może nie był idealny, nie zachowywał się zawsze w stu procentach poprawnie, ale… Był inny, to był zupełnie inny Josh, niż ten, którego zapamiętała i o którym wyrobiła sobie nieprzychylne zdanie. W momencie, w którym zajęcia dobiegły końca a wszyscy uczniowie opuścili już pomieszczenie, Avie spojrzała na chłopaka i przechyliła delikatnie głowę w bok.
    — Zaczekaj. — Odezwała się, wolnym krokiem ruszając w jego stronę. Nie była pewna co tak właściwie chce mu powiedzieć i dlaczego, ale czuła, że to jest ważne, że to może mieć wpływ na przyszłość, nie tylko jego i jej. — Zmieniłeś się. — Powiedziała, delikatnie zagryzając wargę śnieżnobiałymi zębami. — Wiesz… Nasze ostatnie spotkanie w Hogsmeade. Mam wrażenie, że dzisiaj przebywałam z zupełnie innym człowiekiem. To… To jest dobra zmiana, Joshua. — Uśmiechnęła się, podpierając się delikatnie biodrem o blat stołu. Chyba powinna uciec z klasy i jak najszybciej znaleźć się w swoim dormitorium, ale, była ciekawa jego reakcji, jednocześnie nie będąc pewną czy aby na pewno.

    Avalon

    OdpowiedzUsuń
  31. Widziała, jaki był wcześniej Josh. Zresztą, sama dobrze doświadczyła na własnej skórze tego, jaki potrafił być. Oczywiście mogła nadal być na niego śmiertelnie obrażona, unikać go i udawać, że nie istnieje, ale… To nie było w jej stylu, a na pewno nie w stylu tej Avalon, którą była wcześniej i chociaż starała się zmienić, nie potrafiła. Kłamstwa, które ją otaczały stały się już jej częścią i pomimo starań, nie umiała się ich od tak pozbyć, pomimo tego, że bardzo chciała. Chciała przez jakiś czas stać się taka jak Josh, oziębła i nieprzyjemna. Chciała odciąć się od całej swojej przeszłości… Tylko, że jej przeszłość nie była taka zła. Oczywiście wydarzyło się kilka niesympatycznych i mało przyjemnych sytuacji, ale biorąc pod uwagę ogólny rachunek plusów i minusów wychodziła zdecydowanie na plus. Wokół niej było mnóstwo tajemnic, które chciała odkryć, jednak nie wiedziała jak ma się za to zabrać. Widząc starania Josha do swojej zmiany dostała solidną dawkę motywacji, nie wiedziała jednak jeszcze, w jaki sposób ma ją wykorzystać.
    — To dobrze i, e… Gratuluję? Przepraszam, nie wiem co mam powiedzieć. — Mruknęła, dostrzegając jak chłopak nagle stał się taki, jakby mniejszy, pomimo, że był od niej znacznie wyższy i pewny siebie. Avalon kiedyś biła pewnością siebie, chodziła po zamku i zostawiała po sobie jedynie strzępek tajemnicy a teraz… Teraz każdy dobrze ją znał, wiedział o niej więcej niż chciała, aby wiedziano, a wszystko przez błędne decyzje, które teraz dopiero widziała. Widziała, jak mogłaby uniknąć problemów, ale jak zawsze dostrzegała to dopiero po fakcie. Nie zamierzała stanąć teraz nagle ramię w ramię z Joshem, ale miała dziwne przeczucie, że spotkają się jeszcze niejeden raz. W dodatku wciąż miała do niego mnóstwo pytań, których jednak bała się teraz wypowiedzieć. Czuła, że gdyby teraz zaatakowała go lawiną, mogłoby mu się to najzwyczajniej w świecie nie spodobać, a ona nie chciała wpływać na jego zachowanie w ten sposób.
    — Obiecuję, że nie będę już chodzić z dzieciakami po szkole i okolicy, opowiadając im jaki to jesteś straszny. Słowo honoru. — Uśmiechnęła się, chociaż nie była pewna jak wiele znaczy jej honor. Ostatnio wszystko tak pędziło, a ona… Ona nie zawsze potrafiła dotrzymać tego tempa. — Powinniśmy chyba już wracać do swoich dormitoriów… — Dodała niepewnie, zerkając na niego i zastanawiając się, czy ma jakiekolwiek szanse na wyciągniecie z niego czegoś więcej na temat, który tak bardzo ją interesował.

    Avalon

    OdpowiedzUsuń
  32. Lisa twierdziła, że życie jest zbyt krótkie, aby się wiecznie nad czymś zastanawiać, a potem jeszcze — zlituj się Merlinie — rozwodzić nad tym, czy aby dobrze się postąpiło. Istny cyrk i zwykłe marnotrawstwo jakże cennych minut życia. Jeśli ma się ochotę na ciasto z orzechami i karmelem to się je zjada z wielką satysfakcją, a nie przejmuje kaloriami czy sylwetką, którą ów placek przecież tak momentalnie zniszczy. Jeśli chce się spotkać z chłopakiem, którego imienia jeszcze nie zdołało się poznać, ale lubi się go ot tak po prostu, bo miał ładne oczy, to się nie zwleka tylko przy najbliższej wolnej okazji, biegnie na spotkanie, bo pamięć bywa zawodna. I Krukonka miała chęć biec do niego już następnego dnia, ale plany pokrzyżował jej wykańczający esej z historii magii, a później przeziębienie, przez które zmuszona była spędzić kilka dni w łóżku. Dlatego dopiero po tygodniu zdołała powrócić na drewniany most, martwiąc się, czy jej nowy kolega od papierosów zdołał przeżyć ten okres.
    Jako że czwartek okazał się tym razem być dniem parzystym, szkoła znacząco opustoszała, a pielgrzymki uczniów powoli wyruszały do Hogsmeade. W końcu kiedyś trzeba uzupełnić zapasy słodyczy, napić się piwa kremowego czy zakupić eliksir miłosny, jak to planowała koleżanka blondynki. Sama Lisa, pełna energii po kilkudniowej przerwie wyglądała przez okno na piątym piętrze, bacznie przyglądając się drewnianej konstrukcji. Dopiero po chwili dostrzegła w dolę interesującą ją osobę, a przynajmniej miała nadzieję, że nic jej się nie przewidziało. Zbiegła po schodach, nieustannie krzycząc do mijających ją osób z drogi i przepraszam, na przemian.
    — Cześć — powiedziała, od razu, gdy stanęła za chłopakiem. Złapała delikatnej zadyszki, a jej policzki przybrały zapewne różowego odcienia — Czy przez ten tydzień rzuciłeś palenie?

    L.

    OdpowiedzUsuń
  33. Poruszyła brwiami rozbawiona, kiedy zobaczyła, że Joshua jednak zdecydował się na jeszcze jedną kolejkę. I kto tu był bardziej podatny na wpływ barmańskiego talentu wujka Hubertusa? Uniosła swoją szklankę i napiła się również, po czym odstawiła ją na blat do góry dnem. Koniec tego.
    - Szkoda, że z tymi mądrymi ludźmi nie da się normalnie porozmawiać. Poza tym, oni nie stają się nudni z czasem. Oni są potwornie nudni od samego początku. Stary, kiedy się ostatnio dobrze bawiłeś na urodzinach ministra? - spojrzała na niego z powątpiewaniem i przewróciła oczami. Dla niej właśnie to przyjęcie było zawsze największym wyzwaniem towarzyskim w roku. Byli tam najważniejsi z najważniejszych, najnudniejsi z najnudniejszych i gdyby Olivia nie miała na to swoich sposobów, umierałaby z nudów za każdym razem. I to w torturach.
    - A co do wakacji... Nie zachowuj się jak dziesięcioletnia dziewczynka, nie powtarzaj ciągle, że chcesz, tylko włącz anty-ślizgońską spontaniczność i wyruszaj! Jak to mówią... nigdy nie będziesz tak młody, piękny i szalony jak teraz.
    Puściła oko do chłopaka, zeskoczyła ze stołka i rzuciła na blat kilka monet.
    - Do zobaczenia, Josh.

    Liv

    OdpowiedzUsuń
  34. Wiedziała, że pamięć jest zawodna, ale nie zdawała sobie sprawy, że aż tak. Chociaż problemem może nie była sama jej zdolność zachowywania pewnych informacji w mózgu, a wyobrażenia i zbyt duża fantazja, która towarzyszy jej od dziecka. Bo kto normalny, ma nadzieję, że chłopak, który ewidentnie ma problemy i gorsze życie, po tygodniu stanie się promyczkiem słońca, a jego zmęczone oczy nie będą coraz bardziej matowe. Skąd w ogóle w głowie wziął jej się taki pomysł. Wciąż była za bardzo infantylna.
    — Wyglądasz, jakby zaginął ci szczeniaczek — wypaliła, wcześniej niezbyt zastanawiając się nad sensem swoich słów, a miała przecież wszystko najpierw przerabiać w głowie. — Śpieszę z wyjaśnieniami. Powoli pogrążasz się w niewyobrażalnym bólu, bo naprawdę go kochałeś, ale jest jeszcze szansa, bo to sprytna bestia i wierzysz w jego zdolności i to, że się odnajdzie. To taka przenośnia wiesz, ale może nią też nie być — ciągnęła z przejęciem i delikatną ironią, próbując ratować sytuację.
    — Historia magii mnie wykończyła, dosłownie rozwaliła na łopatki, ale już jest dobrze — śmiała się, choć na wspomnienie przyjmowanych lekarstw, zbierało jej się na wymioty. Czarodzieje niby takie cwaniaki, ale jeśli o smak medykamentów chodzi, to za mugolami są naprawdę daleko, chociaż może stawiają na naturalne produkty i stąd ten nieciekawy posmak?
    — Skoro żyjemy, to może masz ochotę się trochę hm, rozerwać? — spytała, mając nadzieję, że chłopak nie odmówi — Chodźmy do Hogsmeade na ciastka z czekoladą, bo papierosy mam tylko dwa — ciągnęła, próbując przekonać Ślizgona do wspólnego, szybkiego wypadu.
    — Gwarantuję chyba całkiem miłe chwile oraz zero samotnego palenia, ale ewentualne mniejsze czy większe kłopoty dorzucam w pakiecie. — Spojrzała na chłopaka z wielką nadzieją i napięciem, czekając na odpowiedź.

    Lisa

    OdpowiedzUsuń
  35. [Och, cześć! Miło mi widzieć Josha z powrotem <3 Wracam trochę jak córa marnotrawna, ale jeśli wciąż masz ochotę na wątek z Addie to możemy dalej pokombinować :) ]

    Addison

    OdpowiedzUsuń
  36. [No cóż, Josh przy Millie na pewno będzie musiał się schylać, dzieli ich w końcu niemal czterdzieści centymetrów :D I już sobie wyobrażam jak co chwila Walker przyłapuje go na paleniu, ale nie mając już siły latać za każdym razem do profesorów, bez słowa wyjmuje mu fajkę spomiędzy warg i gasi ją ze wzrokiem mówiącym "działasz mi na nerwy i kiedyś cię zabiję", o. A Josh pewnie tylko przewracałby oczami. To taki mój mały pomysł na ich relację :)]

    Millie

    OdpowiedzUsuń
  37. Czekając na odpowiedź chłopaka, zacisnęła usta w wąską linię. Z niecierpliwością oczekiwała na — najlepiej pozytywną — reakcję Ślizgona, który na szczęście długo nie wahał się z podjęciem arcyważnej dla Lisy decyzji.
    — Cudownie! — Klasnęła w dłonie, prawdziwie ciesząc się z tego, że zimowe popołudnie, a może nawet i wieczór spędzi w miłym towarzystwie — Coś się wykombinuje, nie bój żaby. Postaram się cię nie zawieść, ale to w dużej mierze zależy też od twojego nastawienia, nie sądzisz? — Spojrzała przenikliwie na swojego rozmówce, unosząc lewą brew. — No uśmiech kolego! Życie jest piękne, mimo wszystko.
    Zawiał chłodny wiatr, a Lisa mimowolnie zadrżała z zimna, choć w zasadzie powoli kończący się dzień należało do tych cieplejszych. Poprawiła wełniany szalik zrobiony przez jej ulubioną babcię — był znacznie cieplejszy niż te szkolne, a starsza kobieta zadbała o to, by wszyscy wiedzieli, z jakiego domu jest jej jedyna wnuczka, więc Krukonka kolejny już rok nosiła go bez obaw. Następnie sięgnęła do niewielkiej torby, którą przewieszoną miała przez ramię i wyjęła z niej swój ulubiony, zimowy kapelusz o głębokim burgundowym kolorze, szerokim rondzie i niewielką, czarną wstążką wiązaną po prawej stronię w kokardkę. Lisa szalała na punkcie tych niezwykle klimatycznych nakryć głowy, które były przecież idealne na każdą porę roku i niemal na każdą okazję.
    — Racja Josh, ale ja już zdołałam poznać twoje imię wcześniej — odpowiedziała, uśmiechając się zagadkowo. Ruszyli powoli w stronę wyjścia z zamku, choć może powinni się pośpieszyć, jeśli chcieli jeszcze załapać się na darmową podwózkę do wioski, która zresztą nie była tak daleko. — Spokojnie nie śledzę cię, koleżanki mi powiedziały. Ciekawskie bestie. — Wzruszyła ramionami.
    — Joshua jest ładne, ma w sobie więcej magi niż Josh, ale jak wolisz.
    Dość szybko dotarli na zewnątrz, zastając jeszcze jeden prawie wolny — towarzystwo dwójki pierwszaków nie jest przecież najgorsze — magiczny powóz, niestety świąteczne sanie cieszyły się zbyt dużym zainteresowaniem, aby spóźnialscy mogli z nich korzystać.
    — Chodź, będzie szybciej. — Pociągnęła go, nie chcąc, aby podwózka odjechała im sprzed nosa — Masz zimne ręce, bardzo zimne. Potrzebujesz rękawiczek — stwierdziła, wsiadając do zaczarowanej dorożki, która po chwili odjechała.


    Przepraszam, że tak wolno rozwijam akcje, ale obiecuję, że zaraz naprawdę się poprawie, luzik :D

    Liska

    OdpowiedzUsuń
  38. [Nie no, jak rękę wyciągnie to pewnie dosięgnie :D Hmm, myślę, że w ich wypadku byłaby to opcja druga. Oczywiście, nie byłaby to jakaś nienawiść, raczej irytowanie siebie nawzajem, choć gdyby trzeba było, zapewne potrafiliby ze sobą w miarę normalnie i na spokojnie porozmawiać. I możemy właśnie wpakować ich w jakąś sytuację, w której będą musieli ze sobą spędzić trochę czasu i razem współpracować. Wspólna praca domowa brzmi trochę oklepanie, ale na razie nic innego nie przychodzi mi do głowy.]

    Millie

    OdpowiedzUsuń
  39. [No i super pomysł :) I z góry dziękuję za zaczęcie! Będę na nie grzecznie czekać.]

    Millie

    OdpowiedzUsuń
  40. Anty-ślizgońska spontaniczność... No tak. Olivia również była kwintesencją Ślizgonki, a przynajmniej tak mogło się wydawać. Ponadprzeciętna ambicja, dążenie po trupach do celu, nieznośny perfekcjonizm i dodatkowo całkowite ignorowanie uczuć i opinii innych ludzi. Chociaż akurat ze spontanicznością nie miała problemów. Nigdy nie tworzyła planów, raczej wszystko robiła intuicyjnie, nawet bezmyślnie, bo zawsze tak było łatwiej.
    Odwróciła się, kiedy usłyszała głos Josha, a po jego słowach momentalnie zmarszczyła brwi i zaśmiała się.
    - Nie ma mowy. - powiedziała, kręcąc głową i ruszyła w stronę wyjścia.
    Potrzebowała spokoju, a nie towarzystwa. W dodatku towarzystwa Joshuy Yaxleya. Może i się kumplowali, może w Hogwarcie trzymali się w tej samej grupce, ale zdecydowanie nie był osobą, z którą chciałaby spędzać wakacje. Zwłaszcza TE wakacje. Chciała odpocząć od wszystkiego i wszystkich i zupełnie się wyłączyć. Ale z drugiej strony... Nawet ona musiała przyznać, że podróżowanie samemu może nie jest najlepszym pomysłem.
    Wróciła szybko do Yaxleya i stanęła tuż za jego plecami.
    - Okej. Jedź ze mną. - powiedziała na tyle głośno, żeby usłyszał i na tyle cicho, żeby tylko on usłyszał. Uśmiechnęła się łobuzersko, złapała chłopaka za nadgarstek i już po chwili znaleźli się kilka kilometrów dalej, przed domem kumpla, u którego chwilowo mieszkała.
    - Muszę się spakować. Chodź. - powiedziała i weszła do środka. Nikogo nie było. Na szczęście. Nie miała ochoty na jakiekolwiek tłumaczenie się. Wszyscy i tak doskonale wiedzieli, że prędzej czy później zniknie tak po prostu. Najwidoczniej to miał być ten dzień.
    Ruszyła do jednego z pokoi gościnnych i już po kilkunastu minutach w niewielkim plecaku miała wszystko, czego potrzebowała. Łącznie z namiotem. Dzięki Ci, magio.
    - To co? Teraz do Ciebie? - spytała, patrząc na Yaxleya i sama już nie wiedziała czy ma się cieszyć ze swojej decyzji czy jej żałować.

    Liv

    OdpowiedzUsuń
  41. Nie była jakąś świetną uczennicą, która ma same Wybitne na koniec roku. O nie, była raczej przeciętną czarownicą, jedynie z eliksirów szło jej bardzo dobrze, a w zasadzie była z nich takim małym geniuszem. W końcu każdy był w czymś dobry, a talentem Millie okazało się być mieszanie w kociołku. Od czasu do czasu dostawała więc od nauczyciela prośby, aby podszkoliła któregoś mniej zdolnego ucznia i zazwyczaj nie miała nic przeciwko. Zdecydowanie bardziej wolała ślęczeć nad kociołkiem, niż spacerować po korytarzach w ramach nocnego patrolu, toteż i tym razem zgodziła się dać komuś korki. Nawet nie pytała się co i jak, została tylko poinformowana, że danego dnia o danej godzinie ma czekać w klasie od eliksirów i tak też zrobiła. Trochę teraz żałowała, że nie spytał komu właściwie ma pomagać, wiedziała jedynie, że to chłopak i jej rówieśnik, przynajmniej tak wywnioskowała z rozmowy z nauczycielem.
    Do sali dotarła trochę wcześniej niż godzina, na którą miała przybyć, więc postanowiła za ten czas przygotować stanowisko pracy. Postawiła kociołek, przyniosła różne miarki i fiolki, zaczęła też przeglądać podręczników od eliksirów, zastanawiając się co mogliby przerobić. Założyła, że skoro chłopak ma problemy, powinni zacząć od czegoś łatwego, a nie od razu skakać na głęboką wodę i brać się za przepisy, którymi zajmowali się na lekcjach, gdyż te były już dość zaawansowane. Zastanawiała się tylko czemu kontynuował eliksiry skoro widocznie mu one nie szły. Zanim zdążyła jednak coś sensownego wymyślić, usłyszała jak drzwi się otwierają i do środka ktoś wchodzi. Odwróciła się więc w tamtą stronę i aż szerzej otworzyła oczy, gdy przy wejściu zauważyła Joshuę.
    — Też miło mi cię widzieć — mruknęła z lekkim sarkazmem, posyłając w jego stronę krzywy uśmiech. — Siadaj, nie marudź. Nie mam całego dnia — powiedziała, wskazując na krzesło obok siebie. Naprawdę nie podobał jej się fakt, że miała uczyć Joshuę, już i tak wystarczająco irytował ją tym, że co chwila sobie popalał papierosy, nie robiąc sobie nic z jej morderczego wzroku. Był dla niej niezłym utrapieniem pod tym względem i jeśli będzie tak samo wkurzający podczas nauki, będzie musiała znaleźć w sobie ogromne pokłady cierpliwości.

    Millie

    OdpowiedzUsuń
  42. [Widzę błyskawicę przy nazwisku to przybywam, sama po odrobinie dłuższej przerwie, której prawdopodobnie nie powinnam sobie robić, aby nie wypaść z prawy w pisaniu, no ale trudno, już za późno. Cześć, nie mam pojęcia czy się wcześniej witaliśmy, ale odnośnie tego pioruna. Z chęcią napisałabym jakiś wątek z Tobą, a raczej to Amelia z chęcią zapoznałaby się z paniczem Yaxleyem. Z chęcią wymyślę coś fajnego dla tej dwójki tylko daj znać, w jakim kierunku pójść z relacją. Chyba, że dajesz mi wolną rękę i mam napisać wszystko co wpadnie mi do głowy i sobie sama coś wybierzesz :D]

    Amelia Mulciber

    OdpowiedzUsuń
  43. [Ta karta jest taaka ładna! A Joshua bardzo, bardzo interesujący. Mam tylko jedno zażalenie - na pierwszym zdjęciu jest Charles de Vilmorin, nie Billy. :D
    Przychodzę bez żadnego zamysłu na wątek, ale i tak zostawiam komentarz, bo jestem niepokornie zakochana, i jakbyś - w przeciwieństwie do mnie - miała chęci i pomysł jak połączyć naszą dwójkę, to zapraszam do Sandersa. A jeśli Ci ich brakuje - miłego pisania! :)]

    River

    OdpowiedzUsuń
  44. [Są na tym samym roku, więc z pewnością się znają. W końcu to już prawie siedem lat, w dodatku oboje pochodzą ze śmierciożerczych rodów, więc… Po prostu znają się od dziecka. Wydaje mi się, że to jest dobra opcja na ogólnie rozpoczęcie tej znajomości. Ich rodzice mogli utrzymywać ze sobą kontakt lub mogli się wręcz przyjaźnić, co łączyłoby się z jakimiś wspólnymi wypadami od czasu do czasu, może wspólne wakacje, obiady itp.? W ten sposób pomiędzy naszymi bohaterami byłaby dłuższa więź, którą można rozwinąć na kilka o ile nie kilkanaście sposobów, ale nie będę za bardzo szaleć z tym rozpisaniem propozycji, bo nie wiem też jaki był wcześniej Josh (domyślam się, że relacja z ojcem jest bardzo świeża, co oznacza, że wcześniej pewnie było lepiej?).

    1. Mogą się przyjaźnić. Tak po prostu, zwyczajnie o ile to w jego stylu. Amelia co prawda zawsze trzyma dystans, ale jeżeli znałaby kogoś od dziecka to prędzej czy później przestałaby się ciągle odsuwać, wręcz przeciwnie. Myślę, że w pewnym momencie to ona mogłaby zrobić ten pierwszy krok, w celu zaprzyjaźnienia. Coś na zasadzie rodzeństwa z wyboru, co mogłoby być sprzeczne z oczekiwaniami obu rodzin. Matki mogłyby sobie ubzdurać, że skoro tak dobrze się dogadują, to kiedyś uda im się ich zeswatać, ale nie tym razem.
    2. Amelia dowiadując się w jakiś sposób (rozchodzą się jakieś plotki, może przez rodziców czegoś by się dowiedziała o wyrzuceniu Josha z rodzinnego domu – o ile w ogóle to wchodzi w grę, rzecz jasna) mogłaby uznać, że to odpowiedni moment aby właśnie zerwać dotychczasowy dystans? Mogłaby wyciągnąć do niego pomocną dłoń, chcąc podnieść go jakoś na duchu. Może opowiedzieć dlaczego ma lepszy kontakt z babcią, a nie matką? Tutaj też moglibyśmy zmierzać powoli w kierunku przyjaźni.
    3. Pozytyw? Głębsze uczucie to pozytyw, chociaż nie zawsze co ma w sobie plusy bo w razie nadmiaru pozytywnych wątków można zawsze, zgrabnie coś popsuć lub zwyczajnie pokomplikować. Jedno mogłoby się podkochiwać w drugim, ale na przeszkodzie mogłaby stać na przykład przyjaźń z punktu pierwszego, Amelia lub Josh nie chcieliby przekraczać tej granicy aby po prostu nie psuć tego co jest, bo czasami lepiej być po prostu obok, niż stracić tę osobę. Taki trochę friendzone, który mógłby stopniowo przerodzić się po prostu w jakiś delikatny romans o ile nie ma ku temu przeciwwskazań.
    4. Romans, tak zwyczajnie, po ludzku. Mógłby być tym chłopcem z czasów piątego roku, a teraz po prawie półtora roku przerwy coś mogłoby sprawić, że ich drogi ponownie by się złączyły.
    5. Dobry duszek podpowiadający, że palenie zabija i nie przyjmujący do wiadomości, że od czegoś umrzeć przecież trzeba? To mogłaby być taka raczej płytka relacja (wyłączająca w tym przypadku przyjaźń rodziców i dużo, wspólnie spędzanego czasu), która… Może zmierzać w każdym możliwym kierunku tak naprawdę.
    6. Handel wymienny czyli coś za coś, co oznacza, że jedno ma to, czego potrzebuje drugie. To może być cokolwiek, począwszy na papierosach, przez pracę domową a kończąc na jakiejś potrzebie fizycznej.
    7. Rywalizacja, która skończyć może się różnie. Do tej pory mogli ze sobą rywalizować na każdym możliwym kroku, rozpoczynając od tego, że Josh trafił do Slytherinu, a Amelia do Ravenclawu co na starcie daje jej minusowe punkty, no bo no, takie nazwisko i nie Slytherin? W każdym razie mogliby toczyć swoją cichą wojnę, o której wiedzieliby tylko oni i która ograniczałaby się do pewnego momentu, a poza „konkurencjami” mogliby być ze sobą całkiem blisko. Wiesz, coś na zasadzie „lubię Cię, ale to ja jestem lepszy”.

    Chyba dałam wystarczającą ilość propozycji. Zawsze mogę wymyślić coś innego, jak po powyższym określisz, co bardziej Cię interesuje :D]

    Amelia Mulciber

    OdpowiedzUsuń
  45. [Gdybym sama nie używała tego zdjęcia przy jednej z postaci, pewnie bym się nie zorientowała, że coś nie gra, więc może sekret pozostanie sekretem na długo. :D
    Od biedy możemy postawić na przypadkowe spotkanie (bo nici powiązania pomiędzy nimi jak by nie patrzeć brak) i zobaczyć, czy cokolwiek z tego wyjdzie. Jak się urwie - to nic, bo i tak przecież bywa. Że tak podkradnę pomysły z miniwątków grupowych, kulig, jarmark czy bal to niezłe miejsca na różne dziwne, i niekoniecznie banalne wypadki. Co Ty na to? Jeśli nie chcesz, mów wprost.]

    River

    OdpowiedzUsuń
  46. [Pewnie, że może tak być. Nie pomyśl sobie, że naciskam ale w jakim kierunku miałaby iść ta relacja - coś pomiędzy nimi znowu miało by być, czy raczej zostawiamy sobie wolną rękę i zobaczymy w jakim kierunku to zmierzy? - przy kolejnych rozpisywanych pomysłach, po prostu nie chcę komuś zaproponować czegoś, co się zdubluje :)]

    Amelia Mulciber

    OdpowiedzUsuń
  47. [Dobra, to ja na razie wykreślam tę możliwość z rozpiski, a teraz... Skupmy się na samym wątku. Gdyby Josh dostał niepodpisany list z miejscem spotkania i datą, pojawiłby się czy raczej nie? Amelia mogłaby w ten sposób zrobić swój pierwszy krok, umówić się gdzieś w Hogsmeade lub nawet na terenie szkoły - jak wolisz.
    Ewentualnie możemy też zrobić tak, że ona zupełnie jak nie ona, zaraz po dostaniu takiej informacji po prostu do niego pójdzie i siłą zaciągnie w jakieś spokojne miejsce, gdzie mogliby porozmawiać. Biorąc ze sobą kremowe piwo, lub może wino skrzatów. Jakaś stara, opuszczona klasa, pokój życzeń albo jakieś miejsce, w którym kiedyś spędzali razem czas. Co Ty na to?]

    Amelia

    OdpowiedzUsuń
  48. [Toż to czysta przyjemność, ale dobrze, nie bronię. Poczekam cierpliwie na te rozpoczęcie :)]

    Amelia

    OdpowiedzUsuń
  49. Nie wykluczała, że Joshua jest całkiem miłym chłopakiem, Millie jednak znała go tylko z widzenia i wiedziała o nim tylko tyle, że denerwująco często palił, chociaż było to zakazane. Ten fakt sprawił, że stał się jej takim małym wrzodem na tyłku, bo choć prosiła i groziła, Yaxley za nic w świecie nie chciał przestać palić i nawet częste wizyty u profesorów, a nawet dyrektora nie działały. Dała więc sobie spokój z upominaniem go i zamiast tego, za każdym razem, gdy widziała go z fajką, najzwyczajniej w świecie wyjmowała mu spomiędzy warg tego śmiecia, gasiła i od razu wyrzucała. Nie odzywała się wtedy nawet słowem, posyłając mu jedynie morderczy wzrok, który i tak na niego nie działał.
    Liczyła na to, że chociaż trochę będzie z nią współpracować, że jest jednym z tych, którzy naprawdę chcą się poprawić i mają zamiar wynieść coś z zajęć dodatkowych. Niestety, widząc jak rzuca torbę na podłogę, siada obok niej i kładzie głowę na stole, jej nadzieje prysły jak bańka mydlana, a on westchnęła ciężko. Jaki był sens w uczeniu go, skoro wcale się do tego nie palił i zapewne nie zapamięta ani nie wyciągnie z tych korków nic wartościowego? Obiecała jednak profesorowi, że się postara, a Millie była osobą, która nie rzuca słów na wiatr i łatwo się nie poddaje. Poprawiła się więc na krześle, przyciągnęła do siebie książkę i przez chwilę w milczeniu ją wertowała.
    — Proszę, mamy tutaj coś ciekawego i prostego – eliksir wzbudzający euforię. Przy okazji, może ci się przyda — mruknęła pod nosem, choć była pewna, że chłopak i tak ją usłyszy. — Co prawda, mieliśmy go w klasie szóstej, ale warto powtórzyć sobie materiał — dodała, podsuwając pod nos Joshuy książkę na odpowiedniej stronie. — Potrzebna jest mięta, sok z cytryny, pancerzyki chitynowe i figi abisyńskie. Mam nadzieję, że wiesz chociaż jak każdy z tych składników wygląda. — Spojrzała na niego, lekko unosząc brwi w górę i dźgnęła go lekko w ramię, aby się ruszył. Nie miała zamiaru robić wszystkiego za niego, w końcu to on potrzebował korków, a nie ona. Ona tu była tylko po to, aby nauczyć go ważenia eliksirów. Rozumiała, że nie wszyscy przejawiają do tego talent i takie osoby zazwyczaj nie kontynuowały tego przedmiotu w dalszych latach, więc cały czas nasuwało jej się pytanie dlaczego on tego nie zrobił, skoro tak marnie mu szło?

    Millie

    OdpowiedzUsuń
  50. Lisa zauważając, że jej nowy kolega najprawdopodobniej skupia na niej właśnie całą swoją uwagę, poczęła intensywnie myśleć nad jakąś niesamowitą ciekawostką ze swojego życia, robiąc przy tym minę, której nie powstydziłby się żaden z wielkich filozofów oświecenia. Nie do końca jednak wiedziała, czy uderzyć bardziej w coś zabawnego, czy może mówić śmiertelnie poważnie, czy uraczyć go jakimś niezbyt ciekawym, a natomiast prawdziwym faktem, czy może jednak posłużyć się jedną z historii o samej sobie, które niekiedy słyszała, idąc korytarzem. Plotki bardzo lubiły Lisę, bez wzajemności niestety. Stwierdziła jednak, że nie warto kombinować, zwłaszcza że relację tę, naprawdę chciała kontynuować.
    — Hmm, ciekawostkę. Pewnie chcesz, żeby cię zaskoczyć — westchnęła, wciąż jeszcze głowiąc się nad odpowiedzią. Była jak otwarta księga, każdy mógł dowiedzieć się o niej wszystkiego, bez większych trudności i choć oczywiście miała kilka mniejszych czy większych sekretów, teraz nie była pewna czy chce, aby Josh poznał jakikolwiek z nich.
    — Już pewnie wiesz, że mam fioła na punkcie kapeluszy, że beztroska ze mnie osoba i może też słyszałeś, że podobno mam głos anioła — ciągnęła, spoglądając na swojego rozmówce.
    — Na pewno jednak nie wiesz, że jestem dumną posiadaczką niewielkiego tatuażu — mówiła trochę ciszej, zdając sobie sprawę, że młodsi uczniowie bacznie im się przyglądają — Zresztą nikt nie wie poza mną, moim przyjacielem i teraz już tobą, oczywiście. Powiedz, że cię naprawdę zaskoczyłam? — uśmiechnęła się.
    Zanim Joshua zdołał udzielić odpowiedzi, powóz zatrzymał się przed bramą miasteczka, a szesnastolatka nie zwlekając ani chwili, szybko podniosła się i opuściła magiczny pojazd. Sama nie do końca wiedziała, dlaczego zadziałała aż tak impulsywnie, może to przez podekscytowanie albo fakt, że nigdy nie przepadała za jazdą dorożką.
    — Wyłaź koleżko i patrz jak tu ładnie — zwróciła się do powoli wychodzącego Ślizgona, którego wyprzedziły nawet śmiejące się dzieciaki.
    — Uwielbiam zimę! — Dziewczyna wciąż jeszcze w małym szale spowodowanym najprawdopodobniej ujrzeniem wioski pod warstwą zimnego, białego puchu, ślizgała się po oblodzonym chodniku. Nie przypuszczała nawet, że chłopak się do niej przyłączy, zachowywała się przecież trochę, hm...podejrzanie, ale jeśli o jej osobę chodzi, nie było to nic nadzwyczajnego.
    — Pamiętaj, że pomogłam ci w trudnej sytuacji Joshua! — krzyknęła, w tym samym momencie wyjmując zza pleców śniegową kulę, którą po kilku sekundach wahania rzuciła prosto w chłopaka, na szczęście celnie. Nie była pewna, jak Josh zareaguje na jej zachowanie, ale miała nadzieję, że wewnętrzne dziecko, które drzemie przecież w każdym, obudzi się w nim w samą porę i Ślizgon nie uzna jej za istną wariatkę. I to jeszcze uciekającą, istna psycholka przecież.

    Lisa, w pełnym szale.

    OdpowiedzUsuń
  51. Nie działała spontanicznie, a jeżeli już coś takiego się zdarzało, było to kierowane czymś więcej niż zwykłymwidzi mi się. Sama do końca nie była pewna, czy właściwie robi. Nie miała jednak wystarczająco dużo czasu, aby zastanowić się nad tym czy ma się mieszać ponownie w życie Joshuy, czy też nie. W momencie, gdy dotarł do niej sens słów jej ojca… Zadziałała impulsywnie. Po raz pierwszy od długiego czasu, po prostu wstała i ruszyła szybkim krokiem, zbiegając ze szczytu wieży Ravenclawu kierując się do Wielkiej Sali z nadzieją, że tam właśnie znajdzie Ślizgona. Wypatrzyła go jednak szybciej, niż myślała, że wypatrzy. Szybko rozpoznała w zarysowanej sylwetce postaci, zmierzającej w przeciwną stronę niż Wielka Sala, Josha. Zagryzła delikatnie dolną wargę i przyspieszyła kroku, nie zastanawiając się nad niczym zacisnęła dłoń na jego nadgarstku. Ścisnęła odrobinę mocniej dłoń, gdy ten nie zareagował na jej ruch, a gdy w końcu odwrócił się do niej przodem i spojrzał w jej oczy, a ona sama miała możliwość przyjrzeć się uważnie jego twarzy, zmarszczyła nieznacznie brwi, a na jej czole pojawiła się delikatna zmarszczka. Nie podobało jej się to, co ujrzała. Wystarczył jeden, szybki rzut oka na jego twarz, aby rozpoznać w niej zmęczenie.
    — Chyba musimy porozmawiać, Joshua. — Odezwała się po chwili, zaciskając dłoń na jego nadgarstku jeszcze odrobinę mocniej. Powinna go puścić, zrobić krok w tył i pozwolić na zachowanie im obojgu wygodnej, komfortowej strefy. Zamiast tego, wciąż wpatrywała się w jego twarz, swoimi sarnimi oczyma, drugą, wolną dłonią odgarniając kosmyk ciemnych włosów z porcelanowego policzka. Zmarszczyła delikatnie nos i machnęła lekko głową na bok, dając mu tym samym znać, że nie powinni porozmawiać w jakimś ustronnym miejscu, gdzie nikt nie będzie mógł im przeszkodzić. Amelia dobrze zdawała sobie sprawę z tego, że temat na który chciała porozmawiać nie był ani łatwy, ani przyjemny. Ani dla niej, a tym bardziej dla stojącego przed nią Josha. — Proszę. — Szepnęła cicho i nie czekając na jego reakcję, nadal trzymając jego nadgarstek pociągnęła go delikatnie w boczne odgałęzienie korytarza, które prowadziło do jednej z lekcyjnych sal, która powinna być w tym czasie pusta, a tak przynajmniej wydawało się pannie Mulciber. Nie miała pojęcia co takiego ma mu właściwie powiedzieć, nie chciała w żaden sposób na niego naciskać, a tym bardziej mu matkować. Miała jednak poczucie, że Josh kogoś w tym momencie po prostu potrzebuje obok siebie, a Amelia nie widziała nic przeciwko temu, aby to była ona sama. Zdawała sobie sprawę, że ich kontakt tak naprawdę od rozstania w piątej klasie się urwał, ale przecież wcześniej było dobrze. Świetnie się ze sobą dogadywali i spędzali miło, wspólnie czas. Nie wiedziała, czego teraz od niego chce, poza tym, że chciała mu pomóc. Pierwszy raz, całkowicie bezinteresownie chciała komuś dać odrobinę siebie i… I nie, nie miała pojęcia dlaczego był to akurat Josh. Możliwe, że właśnie przez wzgląd na przeszłość, bo przecież, kiedyś było dobrze.

    Amelia Mulciber

    OdpowiedzUsuń
  52. Jej najbardziej zależało na najlepszej ocenie z Eliksirów, ewentualnie jeszcze z Zielarstwa, reszta już mniej ją obchodziła, choć i tak pewnie się postara, aby mieć P, w najgorszym wypadku Z. Prawda była jednak taka, że nie lubiła się uczyć i starała się spędzać jak najmniej czasu wśród książek. Rzecz jasna, nie odnosiło się to do eliksirów, nad którymi mogłaby spędzać godziny i prawdopodobnie nigdy by się jej nie znudziły. Nie sprawiało jej też problemów pomaganie innym z tym przedmiotem, o ile ktoś był skory do współpracy i nie robił z siebie debila, którym naprawdę nie był, a po prostu mu się nie chciało uczyć. Nie była pewna czy Joshua do nich należy, czy faktycznie miał trudności z nauką tego przedmiotu i miała się dopiero o tym przekonać.
    Odetchnęła cicho z ulgą, gdy Ślizgon podniósł się z ławki i coś zaczął robić. Przynajmniej nie będzie musiała się z nim siłować, bo na to naprawdę cierpliwości by nie miała. Ona doceniała więc jego chęci, nawet jeśli były naprawdę małe. Oznaczało to jednak, że istniał cień szansy na ich zgodną współpracę, a to było naprawdę ważne. Uśmiechnęła się lekko pod nosem, obserwując jak chłopak szuka odpowiednich składników. Sama siedziała na razie cicho, gotowa pomóc mu w każdej chwili, czego nie chciała robić zbyt wcześnie, aby dać mu szansę na zastanowienie. Do niczego by to nie prowadziło, gdyby pokazywała mu wszystko sama, a on tylko by się przyglądał. To on miał robić, a ona miała mu dawać wskazówki.
    Zmarszczyła lekko brwi, gdy zauważyła jego trzęsące się dłonie. Fakt, w przygotowaniu eliksiru mogło to być problemem, szczególnie przy odmierzeniu składników. Poprawiła się na krześle, wzięła od niego fiolkę z sokiem cytrynowym, który odłożyła na bok, po czym chwyciła jego dłonie, przez chwilę się im przyglądając.
    — Od dawna tak masz? — spytała zaciekawiona, delikatnie sunąc kciukiem po wnętrzu jego lewej dłoni, która cały czas lekko drżała. — I wiesz dlaczego? — zadała kolejne pytanie, przenosząc spojrzenie na jego twarz. Była autentycznie ciekawa, szczególnie tego, dlaczego nikomu o tym nie powiedział. A przynajmniej tak jej się wydawało, że nikomu nie powiedział, inaczej zapewne ktoś coś by z tym zrobił, gdyż drżenie rąk u tak młodej osoby nie było czymś normalnym i powinno być leczone.

    Millie

    OdpowiedzUsuń
  53. [Mam chęć, więc przybyłam. I miło, że eklerka zapadła w pamięć. Istnieje szansa, że ja ciebie też pamiętam? I drugie pytanie, co tutaj klecimy?]

    Claire

    OdpowiedzUsuń
  54. [Pamiętam! Chyba nawet wąciłyśmy przez chwilę. Ja generalnie większość postaci stamtąd pamiętam, więc... no :D
    Mówisz, że coś a'la taka trochę mroczniasta przyjaźń? W sumie spoko, lubię takie rzeczy. Eklerka może z całych sił starać się go sprowadzić na ''dobrą'' drogę i pokazywać, że gardzenie puchonami jest spoko... a masz jeszcze jakieś ciekawe umiejscowienie? To mogłabym zacząć. Chyba, że ty wolisz :)]

    Claire

    OdpowiedzUsuń
  55. Pchnęła delikatnie dłonią drewniane drzwi, prowadzące do pustej, lekcyjnej sali. Rozejrzała się jeszcze po pomieszczeniu, nim całkiem do niego weszła, a gdy tylko oboje znaleźli się w jej wnętrzu, wyjęła swoją różdżkę i mrucząc cicho inkantację zaklęcia, wyciszyła w ten sposób drzwi, aby przypadkiem żadne wścibskie uszy nie próbowały dowiedzieć się, o czym takim Amelia i Josh będą rozmawiać. Od może dwóch tygodni po szkole roznosiły się szepty na temat Ślizgona i jego stanu, jednak nikt nic nie wiedział. Amelia obserwowała go, jednak nie zamierzała się w nic mieszać, dopóty dopóki nie usłyszała od swojego ojca, co takiego właściwie się stało w posiadłości Yaxley’ów w święta Bożego Narodzenia. Nie miała pojęcia, jak powinna rozmawiać z chłopakiem, jak w ogóle rozpocząć tę rozmowę. Nie dość, że miała to być ich pierwsza, poważna dyskusja od czasu zerwania to jeszcze tak trudna i wymagająca.
    — Wiem co się stało, Josh. — Odezwała się cicho, zaraz po chłopaku. Jego uwaga na temat braku snu potwierdziła tylko, że cała sytuacja nie jest dla niego łatwa. Nie umiała wyobrazić sobie, co takiego w tym momencie mógł czuć i nie miała zamiaru go okłamywać, że jest w stanie go zrozumieć czy też właśnie wszystko sobie wyobrazić. Nie potrafiła i nawet nie chciała. — Tata mnie dziś poinformował. I nie mam pojęcia skąd on to wie. — Dodała wyjaśniająco, wiedząc, że prędzej czy później Ślizgon zapyta o to skąd ma takie wiadomości. Westchnęła cicho i zagryzła wargę, robiąc niepewnie krok w stronę opartego o ławkę chłopaka. Nie była pewna co może, a czego nie może.
    — Wiesz, że jeżeli tylko masz ochotę porozmawiać, to możesz mi o wszystkim powiedzieć, prawda? — Chciała go niby przytulić, ale bała się jego reakcji. Zamiast tego ułożyła tylko ostrożnie dłoń na jego ramieniu i zacisnęła ją delikatnie, dając mu w ten sposób znać, że jest dla niego w pobliżu. — O czymkolwiek, nie tylko o ojcu i świętach. A gdy nie będziesz mógł znowu spać… Możemy zakraść się do kuchni i poprosić skrzaty o ciepłe mleko. Babcia zawsze powtarza, że ciepłe mleko pomaga w zaśnięciu. — Nie chciała się narzucać, nie chciała aby poczuł się osaczony, a tym bardzie, aby pomyślał sobie, że chce się wszystkiego dowiedzieć, by roznieść jakieś plotki po szkole. Nie była taka i chciała mu to przede wszystkim pokazać, poza tym… Wierzyła, że przez ten czas gdy byli z związku zdążył ją odrobinę poznać. Amelia Mulciber chciała jedynie dobrze i chciała jedynie wesprzeć Joshuę w trudnej sytuacji. Chciała, aby na jego buzi znów pojawiał się uśmiech, bo czasami, najzwyczajniej w świecie za nim tęskniła.

    Amelia Mulciber

    OdpowiedzUsuń
  56. — Nie możesz być w tym całkiem sam, Josh. — Cały czas mówiła z charakterystycznym dla siebie spokojem. Wiedziała, jak funkcjonował świat czarodziejów, a szczególnie tych znanych rodów, które ciągle walczyły o swoją pozycję. Amelia wychowywała się w takim domu, jednak ze wzgląd na to, że urodziła się jako córka, miała z jednej strony łatwiej. Z drugiej strony jednak i ona miała swoje obowiązki, a rodzice i tak mieli wymagania. W końcu była Amelią Mulciber. Rodzice już w dniu urodzin ustalili, jaka czeka ją przyszłość, a ona… Ona uciekała do babci. Chowała się w jej ramionach i pozwalała sobie na wszystko, na co nie mogła pozwolić przy rodzicach. Miała w rodzinie wsparcie, miała do kogo pójść i powiedzieć, co ją boli. Joshowi ewidentnie takiej osoby brakowało, a Mulciber poczuła potrzebę bycia kimś takim dla niego. Nie zamierzała więc zrezygnować.
    — Myślę, że to bardzo dobry pomysł. — Skinęła głową, wpatrując się uważnie w zmęczone, podkrążone sińcami oczy Josha. — Chociaż może na sam początek, odrobina zaklęć maskujących? Że też sam wcześniej na to nie wpadłeś, przecież jesteś dobry z zaklęć. — Chwyciła różdżkę i bez oczekiwania na jego zgodę, machnęła nią delikatnie w jego twarz, a sińce momentalnie zniknęły. — Teraz nie będziesz, aż tak zwracał na siebie uwagi, nikt nie będzie się na ciebie gapił i zastanawiał się, co takiego mogło się stać. Przynajmniej przez jakiś czas. Później wymyślimy coś, co będzie po prostu działało. Bez magii. — Schowała do kieszeni szaty swoją różdżkę i podeszła bliżej chłopaka, tak jak i on, opierając się biodrami o szkolną ławkę, zostawiając jednak mimo wszystko pomiędzy nimi pewien dystans.
    — Wiem, że to nie jest łatwe. Ale musisz być silny. Jestem pewna, że ojciec się jeszcze do ciebie odezwie. — Uśmiechnęła się delikatnie, lekko trącając go łokciem w bok. — Musisz mu tylko udowodnić, co takiego stracił. Wiesz… Jestem pewna, że przyjdzie taki czas, gdy będzie dumny. Jest jeden taki mugolski film dla dzieci, o którego istnieniu nie powinnam wiedzieć, ale Louisa na szóstym roku mi o nim opowiadała. W każdym razie… Ojciec zarzekł się, że gdy syn wyjdzie z domu nigdy go ponownie do niego nie wpuści. Syn wyszedł i za wszelką cenę próbował zapomnieć o ojcu, a ten z kolei za żadne skarby nie chciał zapomnieć o synu. Finał był taki, że po latach się spotkali i oboje sobie uświadomili, jak bardzo im siebie brakowało. — Przerwała na chwilę i odwróciła głowę, by spojrzeć na znajdującego się obok Ślizgona. — Możecie być jak te postacie z filmu, albo zrobić coś, by rozjem nastąpił znacznie szybciej. Wszystko zależy od was samych. Ja nie mogę i nawet nie chcę cię do niczego zmuszać, ale zastanów się. Może, gdybyś się komuś wygadał… Mi, albo komukolwiek innemu, napisał list, w którym wyrzuciłbyś z siebie wszystkie emocje. Może byłoby ci po prostu łatwiej? Zawsze też możesz skorzystać z myślodsiewni… Ale to zostawiłabym na sam koniec, jak nic innego nie pomoże. — Wzruszyła delikatnie ramionami i zapięła kilka, pierwszych guzików swojej szaty.

    Amelia Mulciber

    OdpowiedzUsuń
  57. Już miała ruszy w stronę czwartego piętra, by następnie wspiąć się wysokimi schodami na sam szczyt wieży Ravenclawu, gdzie znajdował się pokój wspólny i dormitoria uczniów należących do domu Roweny. Zatrzymała się jednak, słysząc słowa Josha i na chwilę, aż wstrzymała oddech. Zastanawiając się szybko nad tym czy nie był świadom, że spotyka się z jednym ze Ślizgonów z szóstego roku. Odwróciła się przodem do niego i już miała go uświadomić, gdy chłopak dodał kolejne słowa, które uspokoiły Avalon.
    — Myślę, że znajdę czas… Trzy miotły? — Zapytała i gdy ustalili już konkretne miejsce spotkania oraz godzinę pożegnała się i ruszyła dalej, w stronę Krukońskiego pokoju wspólnego.

    W weekend, zgodnie z wcześniejszymi ustaleniami, Avalon Moore czekała na Yaxleya w umówionym pubie, zajmując jeden ze stolików przy oknie, z widokiem na główną ścieżkę Hogsmeade, na której co rusz można było zaobserwować przemierzających uczniów Hogwartu, co w cale nie było dziwne. W końcu dziś mieli dzień odwiedzania pobliskiej wioski i wszystkie roczniki od trzeciej klasy wzwyż za zgodą rodziców mogli opuścić teren szkoły.
    — Cześć. — Szepnęła, gdy chłopak pojawił się w środku i podszedł do stolika, przy którym siedziała. Czekając na Ślizgona, nic jeszcze nie zamówiła, przejrzała jednak już uważnie kartę i była gotowa do złożenia swojego zamówienia. — Strasznie dzisiaj zimno. — Powiedziała. Josh nawet nie zdawał sobie sprawy, jak bardzo Avalon w tym momencie się stresowała. Nie miała pojęcia co takiego zaraz usłyszy i obawiała się najgorszego. Niby nie wiedziała o czym będą rozmawiać, jednak domyślała się, że chodzi o jej matkę. Nie była na ten moment stwierdzić, czy będzie umiała mu zaufać i uwierzyć we wszystkie wypowiedziane słowa, ale ostatnim czasy… Wszyscy dookoła ją okłamywali, a ona bezgranicznie im ufała i nawet nie podejrzewała o kłamstwa. Może tym razem, będzie zupełnie inaczej? Ktoś, kogo podejrzewa o kłamstwo, w końcu powie prawdę. I to sam z siebie, nieprzyciskany do muru. Westchnęła cicho, ostatni raz zerkając przez duże okno.

    Avalon

    OdpowiedzUsuń
  58. Krukonka ślizgała się beztrosko, zupełnie nie zwracając uwagi na chłodny wiatr i pytające spojrzenia przypadkowych przechodniów. Zapewne kontynuowałaby to zajęcie jeszcze przez kilka minut, jednocześnie z wielką nadzieją oczekując aż Joshua się do niej przyłączy, gdyby nie nagłe, a zarazem dość silne uderzenie w plecy, dzięki któremu o mały włos nie zaliczyłaby bliskiego spotkania z oblodzonym chodnikiem. Po chwilowym szoku, który jednak zdołał ją dopaść, wyprostowała się i trochę jakby naburmuszona ruszyła w stronę Ślizgona. Nie długo jednak udało jej się grać obrażoną, bo już w połowie drogi wybuchnęła śmiechem. Nigdy nie była dobrą aktorką i nigdy nie potrafiła też kłamać, czemu tak rzadko cokolwiek działa na jej korzyść.
    — Nieźle mnie zbombardowałeś, następnym razem radzę użyć mniejszej mocy, bo nie wiem, czy zdołam się podnieść — powiedziała, masując obolałe plecy. Dziesięć kulek, kontra dość szczupła szesnastolatka, brzmi trochę zabójczo. Na Lisę jednak nie ma silnych, w końcu przetrwała z trójką braci i chmarą ich kolegów. — Szkoda, że nie lubisz zimy. Chciałam zabrać cię na kulig, ale w takim razie sobie darujemy.
    Rozejrzała się wokoło, przy okazji odmachując przechodzącej niedaleko koleżance. Wiedziała, że jeśli pokazała się jedna, to zaraz zjawią się inne, żerujące na czyjejś prywatności plotkarskie pijawki. Normalnie nie reagowała tak na widok swoich rówieśniczek, po prostu po chwili dotarło do niej, że ta przedstawicielka płci pięknej na co dzień podstawiała jej nogi przy każdej możliwej okazji, a nie przyjaźniej machała na powitanie. Szukały sensacji, a Lisa nie chciała nią być, przynajmniej teraz, bo wiedziała, jak okropne potrafią być dorastające dziewczyny, kiedy zobaczą swojego sekretnego ukochanego w towarzystwie innej. A w Joshu kochały się chyba wszystkie najgorsze flądry, szalejące za Ślizgonami.
    — Bardzo dziękuję, że uratowałeś mój aktualnie ulubiony kapelusz — uśmiechnęła się, odbierając nakrycie głowy.
    — Masz teraz ochotę na wizytę w Miodowym Królestwie, sklepie Zoonka czy może na piwo kremowe? — spytała — Każda propozycja mile widziana, a jak ją szybko podejmiesz, to zdążymy wszędzie. Zatem Joshua, co wybierasz?

    Lisa

    OdpowiedzUsuń
  59. Rozejrzała się jeszcze tylko po pokoju i kiwnęła głową do Josha. Wiedziała, że nie będzie tęsknić. Ten dom nie był domem. Był wyłącznie przystankiem, z którego wiedziała, że prędzej czy później zniknie. Potrzebowała wyjechać, tak po prostu uciec i odciąć się, postarać zapomnieć. Miała nadzieję, że Joshua nie będzie przeszkodą, ale przecież nie powinien. Złapał ją mocno za nadgarstek i momentalnie znaleźli się w miejscu oddalonym od poprzedniego o wiele kilometrów, na szczęście bez problemów. Opłacało się przyłożyć do nauki teleportacji.
    Olivii zdarzyło się kilka razy być w rezydencji Yaxleyów i też nie polubiła pozłacanej bramy, która do niej prowadziła. Ciekawe, bo była bardzo w stylu jej matki, aż za bardzo jak na ten moment, bo Dafne Greengrass była ostatnią osobą, o której Liv chciała myśleć. Ruszyła za Joshem w stronę domu.
    - Plan? - spytała ze zdziwieniem w głosie, jakby nigdy nie słyszała, że coś takiego istnieje. - Hmm... Skoro jesteśmy w Szkocji to poszlajamy się trochę po górach.
    Spojrzała na chłopaka, unosząc lekko brwi i weszła do holu, nawet nie zwracając uwagi na to, że coś mogłoby być nie tak. Josh jednak coś zauważył. Spojrzała na niego nieco zdezorientowana, ale z należytą ostrożnością, jak najciszej, ruszyła za nim po schodach. Zaraz dotarli na piętro. Przez szybę w drzwiach jednego z pokoi sączyło się delikatne światło świec.
    - Coś mi się zdaje, że Twój ojciec jednak został w domu. - szepnęła, patrząc na Josha z delikatnie uniesionym jednym kącikiem ust. - Chcesz do niego zajrzeć czy wolisz się spakować i zwiać po cichu?

    Liv

    OdpowiedzUsuń
  60. [Chętnie by go przygarnęła do pokoju, do którego nikt z rodziny nie zagląda, jeśli nie musi. Chętnie by z nim uciekła. Chętnie pomogłaby jakoś, ale nie ma pojęcia jak. Wymyśli coś, już ja dopilnuję.
    Póki co jednak: od czegóż to zacząć?]

    Una DeVere

    OdpowiedzUsuń
  61. Uniosła głowę, gdy chłopak pojawił się przy stoliku, wnosząc ze sobą jednocześnie mróz z zewnątrz. Automatycznie okryła się szczelniej grubym swetrem, który wygrzebała kiedyś ze starego kufra na strychu w rodzinnym domu, gdzie były pochowane stare ubrania jej mamy. Tak, jak kiedyś chętnie nosiła szary sweter, tak dziś nie miała pewności czy wciąż może nosić jej ubrań. Coś jej podpowiadało, że przecież wciąż jest tą samą Avalon, a jej mama z pewnością jest tą wspaniałą kobietą. Cichy szept, podpowiadał natomiast, że może się mylić, że nie ma na świecie ludzi idealnych i sama dobrze powinna o tym wiedzieć.
    — Też przez moment nie miała ochoty wychodzić. Tak niskie temperatury zdecydowanie nie są moimi ulubionymi. Zawsze, niezależnie od tego ile ubiorę długich rękawów i tak jest mi zimno. — Powiedziała ze spokojem, wpatrując się uważnie w chłopaka. Uważała na każde wypowiedziane słowo, jakby chcąc przeciągnąć moment rozpoczęcia właściwej rozmowy. Bała się, że wszystko czego się dowie, w ogóle jej się nie spodoba. Gdy Josh zajął miejsce naprzeciwko niej, ułożyła wygodnie łokcie na stoliku i podparła dłońmi brodę, wpatrując się w chłopaka. Jak zawsze, będąc w Trzech Miotłach zamówiła kremowe piwo i ciastko wiśniowe, którym mogłaby się zajadać zawsze i wszędzie. Miała na nie wydzielony oddzielny żołądek i zawsze, znalazła miejsce by zjeść chociaż jedno. Śmiało można by powiedzieć, że Avie była uzależniona od tych właśnie ciastek, ale ogólnie również od samego cukru i czekolady. Zawsze, gdy wracała do zamku zachodziła jeszcze do kuchni i prosiła grzecznie domowe skrzaty o przygotowanie gorącej czekolady. Nieważne co wcześniej zjadła, wypiła czy co zrobiła. Odwiedzenie kuchni i wypicie ulubionej słodkości znajdowało się na liście rzeczy obowiązkowych do zrobienia po każdej wycieczce. Z pewnością wiec i dziś nim wróci do swojego dormitorium odwiedzi skrzaty i opowie im… Może, coś o swoim dniu. Wszystko było teraz w rękach Josha. Jej dobry lub zły humor. Uśmiech, lub łzy. Wszystko było zależne od Ślizgona.
    — Nie podoba mi się ten wstęp. — Powiedziała cicho, na jego słowa. Była świadoma, że gdy już teraz broni swoich słów, z pewnością one nie będą łatwe, a tym bardziej przyjemne. — Najlepiej od samego początku, Josh. — Mruknęła, gdy pojawiła się obok kelnerka z ich zamówieniami. Avalon odebrała kufel kremowego piwa, z którego od razu upiła kilka łyków, a kremowa pianka pozostała na jej wardze, a następnie przysunęła do siebie talerzyk z ciastkiem. Chwyciła widelczyk i zaczęła dłubać w cieście, drugą dłonią wciąż podpierając brodę, od czasu do czasu odsuwając z policzków krótkie, ciemne włosy ze srebrnymi końcówkami, włosy, do których dziewczyna wciąż nie umiała się przyzwyczaić.
    — Och, po prostu powiedz co masz do powiedzenia. — W tym momencie nie była pewna, czy dobrze zrobiła godząc się na spotkanie ze starszym o rok Ślizgonem. Może powinna siedzieć w dormitorium z mruczącą Saranghae na kolanach.

    Avalon. O nowe zdjęcie! Chociaż osobiście, tamte podobało mi się bardziej.

    OdpowiedzUsuń
  62. — Wiem, że te zaklęcie niczego nie naprawi, ale te wszystkie, wścibskie dzieciaki nie będą się już non stop w ciebie wpatrywały. — Uśmiechnęła się delikatnie, rozpięte boki szaty zaciągając mocniej na siebie. Słuchała uważnie każdego, wypowiadanego przez Joshuę słowa i zastanawiała się, w jaki sposób mogłaby mu pomóc. Nie lubiła się angażować, a ta sytuacja właśnie tego wymagała. Zaangażowania, wytrwałości. Bycia obok w dobrych i złych momentach. Była świadoma, że skoro sama wyciągnęła rękę nie może teraz zniknąć, bo nagle okazuje się, że problem jest większy niż mogłoby się wydawać. Nie mogła mu tego zrobić, musiała już być obok. W razie, gdyby jej nagle potrzebował, gdyby chciał się do kogoś odezwać, gdyby chciał zrobić coś, cokolwiek.
    — Zawsze będzie twoim ojcem, a ty zawsze będziesz jego synem i to pierworodnym. Josh, ja myślę, że twój tata nadal cię kocha tak jak i ty jego. Właśnie dlatego to wszystko jest takie trudne. — Przerwała na chwilę, zaciskając mocno wargi. Zsunęła się powoli ze stolika i stanęła naprzeciwko młodego Yaxleya, wpatrując się w jego twarz. W ten sposób mówiło jej się znacznie łatwiej; gdy mogła patrzeć w oczy swojego rozmówcy. — Twój tata od małego był uczony pewnych rzeczy, tak jak ty czy ja. Tylko, że nauki pewnych rodów w ogóle się nie zmieniają, a świat tak. Jest jakiś postęp, którego starsi nie zawsze mogą, chcą czy potrafią zrozumieć.
    Westchnęła cicho, zastanawiając się nad słowami, których potrzebował chłopak. Nie potrafiła mu ich dać, nie umiała odnaleźć rozwiązania jego problemów i podać mu je na tacy. Chciała, ale to nie wchodziło w zakres jej umiejętności. Nie wyobrażała sobie, co takiego by zrobiła, gdyby to ją spotkało coś podobnego. Z pewnością podzieliłaby się wszystkim z babcią, bo to właśnie ją traktowała jako najlepszą przyjaciółkę i na pewno dostałaby jakąś radę. Radę, której teraz ona musiała udzielić, ale nie wiedziała jak.
    — Żyjesz teraz w dużym stresie, pewnie to przez to tak bardzo drżą ci dłonie. Przez stres i brak snu. Josh, nie możesz się tak katować bo prędzej czy później dosięgną cię jakieś poważniejsze skutki niż to. Musisz zdecydować co chcesz zrobić. Pogodzić się z ojcem, udawać, że go popierasz aby ułatwić w ten sposób życie rodzeństwu? Czy jednak udowodnić mu, że to ty masz rację? Nie możesz trwać pomiędzy cały czas. Musisz wziąć się w garść i coś zrobić. Coś zdecydować. Nie zrobię tego za ciebie, Josh. — Przerwała w końcu, wpatrując się chwilę w chłopaka. — Ale mogę być obok i wspierać cię w każdej, podjętej przez ciebie decyzji. Mogę posiedzieć z tobą w nocy, mogę wyciągnąć cię na dwór i zaciągnąć pod zagrodę Hipogryfów, mogę próbować oderwać twoje myśli od tego, albo mogę ci ciągle przypominać, że masz podjąć decyzję… Ale nic nie zrobię za ciebie. — Szepnęła, patrząc na jego drżące dłonie, które bardzo ja niepokoiły.

    Amelia

    OdpowiedzUsuń
  63. Czuła się rozdarta między dwoma światami – tym, w którym zawsze mogła na starszego brata liczyć i kochała go ponad wszystko, wiedząc, że jest na kim się oprzeć; i tym nowym, gdzie zdana była tylko na siebie, dodatkowo niosąc odpowiedzialność za młodszą dwójkę. A przecież wcale nie była przyzwyczajona do odpowiedzialności... Przynajmniej nie tak, jak niektóre dziewczęta. Była córeczką tatusia, trochę pyskatą i trochę nieposłuszną, od której nie wymagało się tak wiele, bo jako płeć żeńska i tak nie byłaby w stanie przedłużyć rodowej linii. Ojciec więc zajął się rozpieszczaniem jej od małego, przynajmniej do momentu, w którym jawnie zaczęła się buntować. Gdyby kazać jej określić, kiedy konkretnie to się stało – nie miałaby pojęcia. Po prostu narastało w niej od jakiegoś czasu coś, co przypominało z wolna napełniający się balon – zajmujące coraz więcej miejsca, aż w końcu uwolni się albo wybuchnie.
    Ona wybuchła.
    Dopóki Joshua mieszkał z nimi, nie miała skrupułów, by odgryzać się ojcu, wiedząc, że wciąż jeszcze jest jego małą córeczką, na którą rzadko podnosił głos. Teraz – teraz, gdy sama była najstarszym dzieckiem – zaczynała nader poważnie odczuwać skutki przyjścia na świat tak szybko. Na poły współczuła bratu, gdy przychodziło jej na myśl, że on też musiał tak żyć, a nawet jeszcze gorzej; na poły była wściekła, tak bardzo wściekła, nie umiejąc zaakceptować nowej sytuacji – tej, w której zamiast maskotką, stała się kimś, kto stwarza nieustanne problemy. Nie był to jednakże efekt wspomnianego wyżej rozpieszczania – zwyczajnie los nie przygotował jej na taki scenariusz.
    Wzruszyła ramionami, lustrując Josha kątem oka, jakby bała się natknąć wprost na jego wzrok. Był taki wysoki, a ona taka mała, a mimo to od zawsze wiedziała, że nie zrobiłby jej najmniejszej krzywdy, przeciwnie: bronił ją, gdy zachodziła taka potrzeba, jak wtedy, w pierwszej klasie, przed dokuczającymi Gryfonami. Ojciec nie miał racji, nazywając go tchórzem – a może jednak?
    – Chyba – stwierdziła niepewnie, czując wobec niego wszechogarniającą nieśmiałość, barierę, jakiej nie było nigdy przedtem; nawet, gdy raz jeden pokłócili się wyjątkowo poważnie i nic nie wskazywało, że tak szybko im przejdzie. – Nie wiem – dodała nagle, czując kłujący dotyk irytacji, która ostatnio nachodziła ją w najmniej odpowiednich momentach. – Musisz zapytać Andreę i Noah. Ja nie umiem zajmować się dziećmi – podkreśliła wyraźnie pierwsze słowo, czując w swoim głosie mdlący posmak jadu. Nie wiedziała, dlaczego tak się zachowuje: przecież to był jej ulubiony brat; a mimo wszystko coś nie pozwalało jej przestać.

    Soleil

    OdpowiedzUsuń
  64. Spojrzała na jego twarz i ruch brwi, a zaraz po tym również nachyliła się ku środkowi stolika, aby całą uwagę skupić na ustach chłopaka, które za chwilę miały wypowiedzieć jedne z ważniejszych słów w jej życiu. Bała ich się cholernie mocno, bo po ich ostatniej rozmowie w Hogsmeade, spodziewała się najgorszego. Była w pewien sposób przygotowana na to co usłyszy, ponieważ część tego już wiedziała, jednak wciąż próbowała tłumaczyć to sobie jakimś błędem, pomyłką. W końcu jej mama nie żyła. Wszyscy o tym dobrze wiedzieli, wszyscy… Dla osoby z zewnątrz, mogli wyglądać niczym zakochana w sobie para, która za chwilę ma podzielić się ze sobą swoimi uczuciami. Było wręcz przeciwnie. Avalon, chociaż wpatrzona w usta Josha nie wyczekiwała od niego żadnych wyznań, nie tych uczuciowych. Chciała i pragnęła dowiedzieć się czegoś o swojej matce.
    Z każdym jego kolejnym słowem, oczy Avie rozszerzały się, momentami marszczyła nos i kręciła delikatnie głową, jakby chciała wyprzeć ze swojej świadomości słowa, które właśnie powiedział.
    — Nie wierzę… — Szepnęła w końcu cicho, odsuwając się delikatnie od chłopaka. Odwróciła delikatnie głowę i utkwiła spojrzenie w oknie. Czuła, że cały jej świat, cały grunt który do tej pory miała pod stopami rozpadł się. Wewnętrznie miała wrażenie, że chłopak faktycznie mógł mówić prawdę, jednak Moore nie chciała tego przyjąć. Nie chciała myśleć o swojej matce w taki sposób. Nie chciała uważać jej za jedną z tych. — To jest paskudne, Josh. — Głos delikatnie jej drżał. Czuła, jak zaczyna się denerwować, jak lekko zaczęły drżeć jej łydki. Wbiła nieco mocniej niż zamierzała widelczyk w ciastko, jednocześnie przepoławiając je na pół.
    To był naprawdę ciężki temat dla dziewczyny. Od ponad dziesięciu lat żyła w przekonaniu, że jej mama umarła, że jej nie ma obok ponieważ nie może być obok. A tym czasem… Okazuje się, że ją po prostu zostawiła, że wolała zło od własnej córki.
    Miała ochotę krzyczeć, miała ochotę płakać, po prostu… Ulżyć swoim emocjom, ale nie mogła. Nie tutaj. Dlatego zacisnęła tylko dłoń mocno na widelczyku, wciąż wpatrzona ciemnymi oczami w widok zza okna, próbując powstrzymać łzy. Łzy, których miała więcej z siebie nie wylewać, bo przecież sobie obiecała.
    — Nie mogę ci uwierzyć, Joshua. — Odezwała się drżącym głosem po dłuższej chwili przerwy, starając się z całych sił, aby nie usłyszał, jak bardzo jest on łamiący się. Nie chciała mu pokazać, jak bardzo jest to jej słaby punkt. Nigdy, nikomu nie chciała, a tym bardziej jemu. W końcu nie był nikim ważnym w jej życiu, nie był przyjacielem, nie był nawet dobrym kolegą. Był po prostu Yaleyem. Yaxleyem, który z pewnością opowiadał kłamstwa. — Moja mama nie żyje. — Zachrypiała cicho, a po chwili odkaszlnęła lekko. Mógł zauważyć w momencie, gdy próbowała chwycić kufel i upić kilka łyków, jak bardzo zaczęły drżeć jej dłonie.
    Potrzebowała teraz obok siebie kogoś, jednak tej osoby nie było w pobliżu, a Avalon Moore miała wrażenie, że już na nikogo nie może liczyć na tym świecie. Bo wszyscy, którzy byli jej bliscy stawali się coraz bardziej obcy… Ludzie, którzy powinni być obok, znikali.

    Avalon, muszę się upewnić czy na pewno dobry wizerunek wzięłam do powiązań :D

    OdpowiedzUsuń
  65. — Wydaje mi się, że tak naprawdę dobrze wiesz, co musisz zrobić. Tylko nie jesteś na to jeszcze gotowy i na razie odpychasz to od siebie. — Powiedziała spokojnie, wpatrując się w niego. Pomimo związku w przeszłości nie miała pojęcia, co się dzieje u Ślizgona w domu. Oboje opowiadali sobie tylko tyle ile opowiedzieć chcieli. Amelia mówiła mu więcej niż każdemu innemu, ale wciąż zachowywała swoje sekrety. Poza tym, minęło niby tylko półtora roku, ale tak naprawdę było to, aż półtora roku. Amelia przez ten czas bardzo się zmieniła. Stała się jeszcze bardziej spokojna niż była, ale jednocześnie odrobinę głośniejsza. Mówiła więcej, jednak jak zawsze, o wszystkim tylko nie o sobie. O sobie opowiadała tylko nielicznym, tak naprawdę w szkole mało kto wiedział o niej coś więcej, więcej niż wymagały codzienne, niezobowiązujące rozmowy. Joshua był jedną z osób, które wiedziały więcej, ale nie wszystko. I dobrze, bo jak widać, los rozdzielił ich drogi… przynajmniej na jakiś czas. Stała teraz przed nim i słuchała uważnie każdego jego słowa.
    — Nigdy mi nie mówiłeś, że ojciec cię biję… — Szepnęła, gdy wspomniał o tym, że ojciec go bił, a następnie automatycznie wyciągnęła dłoń w jego kierunku. Nie spodziewała się tego. Zdawała sobie sprawę, że nie zawsze wszystko jest idealne w każdej z rodzin, ale tego w ogóle się nie spodziewała po panu Yaxleyu. Coś ścisnęło ją w żołądku, ale nie potrafiła określić co to dokładnie było. A gdy poczuła, jak chłopak odgarnia kosmyki włosów z jej policzków, zagryzła mocno wargę, wpatrując się prosto w jego oczy.
    — Tęsknisz za mną, czy po prostu za kimś obok? — Zapytała cicho, nie spuszczając z niego spojrzenia swoich jasnych oczu. Pamiętała dobrze ten ich dobry czas, gdy spędzali ze sobą jak najwięcej czasu po prostu ciesząc się swoją obecnością. Gdy zamykali się, tak jak dziś w pustych salach lekcyjnych i rozmawiali. O wszystkim i o niczym. Gdy na szkolnym korytarzu trzymali się za dłonie, i gdy pod jakże niewinnym pretekstem o treści: „trochę mi zimno” wtulała się w jego bok, lub zakładała bluzę czy też sweter, które później jak najdłużej u siebie przetrzymywała, gdy zakładała na spotkania po lekcjach niby całkiem przypadkowo tamtą granatową sukienkę, dobrze wiedząc, jak na nią spoglądał, gdy w niej właśnie była. Pamiętała to wszystko i czasami jej brakowało tych chwil. Brakowało jej Josha, ale nie była pewna czy jest to tylko przyjemny sentyment, czy faktycznie byłaby gotowa spróbować raz jeszcze. Nie wiedziała i bała się.

    Amelia Mulciber

    OdpowiedzUsuń
  66. Kiwnęła głową na jego słowa, chociaż znając pana Yaxleya, mogła się spodziewać, że z jej i Josha wyprawy już nic nie będzie i za kilka minut okaże się, że wyrusza sama. Trudno. Przecież i tak na początku właśnie taki był plan. Może nie najlepszy na świecie, ale jej pasował. Oparła się o ścianę i postanowiła zaczekać na Joshuę, aż skończy rozmawiać z ojcem i powie jej „Sorki, nie tym razem”. Jednak on nie wszedł do środka. Nacisnął klamkę, zatrzymał się w drzwiach i stał tam, a ona, mimo odległości kilku metrów i słabego światła, widziała jak zmienia się wyraz jego twarzy, ukazując najszczersze zdziwienie. Olivia oderwała się od ściany, podeszła do niego powoli i stanęła za jego plecami.
    - Mama? - zapytała zdziwiona, bo Dafne Greengrass była ostatnią osobą, którą spodziewałaby się tu spotkać. Chociaż właściwie niekoniecznie, bo od jej matka i ojciec Josha niemal od zawsze pracowali razem i spotykali się naprawdę często, nie tylko w biurze, ale Olivii nigdy nawet nie przyszło do głowy, że mogliby mieć romans. Mimo, że to też nie był zaskakujący fakt, jeśli chodzi o Dafne.
    Kobieta zaklęła pod nosem, momentalnie zeskoczyła z ciężkiego, mahoniowego biurka i poprawiając guziki błękitnej, trochę już pomiętej koszuli, uciekła gdzieś wzrokiem. Trochę nawet wyglądała, jakby jej było przykro, ale z pewnością nie było. Jej nigdy nie było przykro, Liv miała czasem wrażenie, że jej matka jest zupełnie pozbawiona skrupułów i wyrzutów sumienia, robiła to, na co miała ochotę, wyciągała rękę po wszystko, czego pragnęła, a ta sytuacja była tego najlepszym przykładem. Ale nie ona jedna była tu winna. Boyd Yaxley nie był jej pionkiem, był twardym, zdecydowanym człowiekiem, który doskonale potrafił decydować sam za siebie i nie mógł tak po prostu ulec gierkom jakiejkolwiek kobiety. To był jego wybór. Jego świadomy wybór i oby był wart konsekwencji.
    Olivia przewróciła oczami, kręcąc głową i zaśmiała się bardziej z niedowierzania niż z rzeczywistego rozbawienia. Dotknęła delikatnie ramienia Josha, jakby trzeba było wyrwać go z szoku. Chyba powinni stąd wyjść. Jak najszybciej.

    Liv

    OdpowiedzUsuń
  67. Patrzyła tylko na Josha, bo w jakiś chory sposób było jej głupio z powodu swojej matki. Nie powinno, bo to nie była jej wina, nie odpowiadała za jej zachowanie i na pewno nie musiała za nie przepraszać. Ale czuła się dziwnie. Nic dziwnego, skoro tyle już razy okazało się, że jest bardziej podobna do matki niż się jej wydawało i niż by chciała. Dla niej też chłopcy byli, w większości przypadków, tylko zabawką, delektowała się ich spojrzeniami, jak kotka ciepłymi promieniami słońca, słuchała ich pięknych słów, nawet gdy kompletnie nie miały dla niej znaczenia, traktowała jak trofeum i dokładnie tak samo robiła Dafne. Tylko lepiej.
    Po słowach Josha, Olivia sięgnęła po klamkę, aby zamknąć drzwi.
    - No to tak. Do widzenia! - dodała szybko i z ironicznym uśmiechem na ustach, zamknęła drzwi, nie zwracając najmniejszej uwagi na to, że matka wypowiedziała jej imię, robiąc nawet krok w jej stronę. Nie miała ochoty z nią rozmawiać. Ani poprzedniego dnia, ani tego, ani po tej sytuacji. Zwłaszcza po tej sytuacji.
    Szybko dogoniła Josha i bez słowa pomogła mu się pakować. Przez te kilka minut nikt im nie przeszkodził, żadne z ich rodziców nie przyszło, by coś wyjaśnić, porozmawiać i tłumaczyć, ale to dobrze. Z resztą, ani jedno ani drugie nie było typem człowieka, który z czegokolwiek by się komukolwiek tłumaczył.
    - Wszystko? - spytała w końcu. - Spadamy?

    Liv

    OdpowiedzUsuń
  68. Jedyna presja, jaką odczuwała Amelia ze względu na czysto krwiste pochodzenie jednej z arystokratycznych rodzin czarodziejskich, były piskliwe, komentarze jej matki, wychwalające kolejnych to chłopców z równie czystych rodzin, ciągle tylko zaznaczając, że jeżeli sama w końcu nie przedstawi rodzicom swojego kandydata, będą musieli postąpić tak, jak postąpiono z nimi samymi. Aranżowane małżeństwo było dla Amelii czymś śmiesznym i za żądne skarby nie miała zamiaru godzić się na taki układ. Zdawała sobie sprawę jak by to naprawdę wyglądało. Miłość dla publiczności i nienawiść za zamkniętymi drzwiami posesji. Tego dla siebie nie chciała i była wdzięczna losowi, że rodzice jeszcze dawali jej odrobinę czasu. Amelia Mulciber nigdy nie chciała być taka jak jej matka czy ojciec. Najbardziej, jeżeli już to pragnęłaby być takim człowiekiem, jakim była jej babcia. Chociaż zdawała sobie dobrze sprawę z licznych przestępstw, jakich dokonała się w przeszłości teraz była najlepszą kobietą pod słońcem.
    — Joshie… — Szepnęła cicho, tak jak kiedyś się do niego zwracała i zrobiła pół kroku w jego stronę, zmniejszając dzielący ich dystans, który wcale nie należał do największych. Bolał ją widok chłopaka w takim stanie. Teraz, jego twarz wyglądała w miarę normalnie, codziennie. Jednak wciąż miała przed oczami obraz zmęczonego, wyczerpanego nastolatka, którego cera wyglądała na znacznie starszą niż była w rzeczywistości. Do tego drżenie dłoni i ogólnie zmizernienie. Im dłużej na niego patrzyła, tym bardziej przekonywała się w odczuciu, że chłopak schudł i z pewnością dawno nie jadł porządnego posiłku.
    — Powinniśmy już stąd iść. — Powiedziała nagle, chociaż słowa które wypowiedział sprawiły, że po jej ciele rozeszło się przyjemne ciepło. Komuś jej brakowało. Ktoś za nią tęsknił. W dodatku nie byle ktoś, a Joshua. — Zaraz zaczną się lekcje trzeciego roku, a poza tym… Chyba musisz coś zjeść. Masz jeszcze dzisiaj zajęcia? — Nie umiała mu powiedzieć, że też za nim tęskniła. Była ostrożna w swoich słowach, jakby bojąc się, że gdy za szybko pozwoli sobie na otworzenie się przed kimś, to wszystko straci. Nie chciała niczego, ani nikogo tracić. Nie chciała się spieszyć, nie chciała też zrobić niczego, czego mogłaby później żałować, jednakże niemal wszystko, dało się wyczytać z jej oczu. Wszystkie uczucia i emocje, które odczuwała w tym momencie.

    Amelia Mulciber

    OdpowiedzUsuń
  69. Claire nie była, nie jest i nie będzie duszą towarzystwa. Jako osoba z trudnym charakterem nie przyciągała do siebie ludzi, a jej złośliwość, wredny uśmieszek i wyśmiewanie każdego jako hobby jeszcze bardziej odpychało. Nie miała przyjaciółki od ploteczek, nie miała przyjaciela od mugolskiego papierosa na skraju zakazanego lasu i nigdy też nikogo nie usidliła, bo i po co komu taki ciężar na głowie, jak związek. Była szczęśliwa ze swoim jestestwem, czasami otwierała gębę do jakiegoś ślizgona, pośmiali się, pożartowali, pogadali o żałości innych ludzi i rozchodzili się do swoich dormitoriów. Nie chciała przyznać się nawet przed samą sobą, ale lubiła takie wieczory. Lochy wydawały się jej wtedy jakieś milsze, a szkoła nie bodła tak bardzo w jej chęć wolności i niezależności. Tak, moi drodzy, Claire to też tylko człowiek, a nie jest przecież depresyjną nastolatką tnącą się po kątach, żeby tak się zachowywać.
    Tym większe było jej rozczarowanie, kiedy jeden z jej kompanów od wieczornych rozmów o śmieszności krukonów i puchonów przestał mieć podobne zdanie. Początkowo myślała, że to tylko taka chwilowa faza, taka zmiana po wakacjach, taka chęć pokazania swojej ludzkiej twarzy, by chwilę później schować ją pod maską ślizgoństwa. Ale mijały dni, tygodnie, miesiące, a Josh przestał towarzyszyć jej w pokoju wspólnym. Nie stał obok przy parapecie, obserwując wszystkich i sprzedając Claire swoje opinie na ich temat, z wzajemnością zresztą. Dziewczyna czuła coś na kształt smutku, ale stwierdziła, że przecież się nie podda. Nie mogła pozwolić uszczuplić się swojej kolekcji ''znajomych'', skoro i tak była całkiem niewielka.
    Dlatego widok chłopaka w wielkiej sali przyprawił ją niemal o zawał, zwłaszcza to, w jakim towarzystwie go zobaczyła. Kojarzyła nawet tych niektórych szlamowatych typków z młodszych roczników, którzy działali jej na nerwy swoim panoszeniem się, zwłaszcza, że nie mieli ku temu najmniejszych powodów.
    Przez chwilę wahała się, ale w końcu pchnęła drzwi i założywszy ręce, wkroczyła do pomieszczenia, patrząc z uśmiechem politowania w stronę znajomego chłopaka.
    - Co, Yaxley, stwierdziłeś, że odpowiadają ci niższe progi? - odezwała się głośno i wyraźnie, by wszyscy ją usłyszeli. W sali zapanowała prawie grobowa cisza. Prawie, bo słychać było tylko kroki Summers, kiedy pokonywała odległość między drzwiami a Joshem. - To twoje nowe towarzystwo? Oni bawią się tobą, czy ty bawisz się nimi? - uśmiechnęła się nieco szerzej i posłała piorunujące spojrzenie puchonowi, który chyba chciał wdać się z nią w potyczkę słowną. A to przecież nie byłoby zbyt mądre posunięcie...

    [Tylko nie zabijaj za jakość ;___;]

    Claire

    OdpowiedzUsuń
  70. — Nikt nie mówił o obiedzie z całą resztą szkoły. — Wzruszyła delikatnie ramionami, jednak już nic więcej nie dodała. Zamiast tego schowała dłonie do kieszeni swojej czarnej szaty, z wyszytym godłem Ravenclawu, które dumnie nosiła na swojej piersi. — Tak czy siak… Musimy już stąd iść, trzeci rok, zajęcia i tak dalej. — Mruknęła wymijając powoli chłopaka, kierując się w stronę drzwi. Nie była pewna czy chciała, aby zgodził się na ten posiłek czy też nie. Nie miała jednak zamiaru ciągnąć go nigdzie na siłę. Widziała jego zmęczenie, widziała, jak bardzo był wyczerpany i zmęczony nie tylko fizycznie, ale przede wszystkim psychicznie. Chciała mu jakoś w tym wszystkim ulżyć, przełożyć odrobinę tego ciężaru na swoje własne barki, jednocześnie nie chcąc się angażować i narzucać. Nie była jednak pewna tego, czy może go puścić już samego. Trochę się o niego martwiła i o to, co może zrobić. Była prawie, że pewna, iż chłopak poszedłby teraz do swojego dormitorium i przeleżał w łóżku do kolejnego ranka lub włóczył by się bezsensownie, nie daj boże natrafiając na jakieś kłopoty.
    — Skoro nie masz zajęć, możesz iść ze mną do sowiarni. Muszę wysłać list do babci. — Wzruszyła delikatnie ramionami i nie czekając na jego odpowiedź podeszła do drzwi. Nim jednak nacisnęła na klamkę i je otworzyła, zerknęła przez lewę ramię na chłopaka i uniosła delikatnie kącik ust. — Idziesz, czy chcesz sobie powtórzyć materiał sprzed czterech lat? — Zaśmiała się cicho, melodyjnie, ale nie szydząco. — Później możesz zrobić cokolwiek chcesz, ale wydaje mi się, że odrobina świeżego powietrza dobrze ci zrobi, a do sowiarni nie jest znowu tak daleko. — Dodała jeszcze, a następnie otworzyła drzwi i wyszła na zewnątrz. Kilka osób z trzeciej klasy stało już pod salą i czekało na pozostałych i na samego profesora. Co prawda na zewnątrz było strasznie zimno, temperatury były minusowe, a biały puch trzeszczał pod podeszwami butów. To jednak nie zrażało Amelii do wyjścia na świeże powietrze. Zdecydowanie bardziej lubiła wysokie, ciepłe temperatury ale fakt, że zimą miała urodziny sprawiał, że mimo wszystko lubiła odrobinę mróz, a on sam nie przeszkadzał jej, aż tak bardzo. No… Brak rękawiczek z pewnością odczuje i będzie miał on widoczne skutki w postaci zaczerwienionych dłoni, ale dziewczyna była w stanie to przeżyć. Wystarczyło je później ogrzać przy kominku lub kubku ciepłej herbaty, najlepiej jeszcze będąc zawiniętą w koc, niczym naleśnik.

    Amelia

    OdpowiedzUsuń
  71. Rodzina Greengrass, tak samo jak Yaxley, pochodziła ze Szkocji. Wszyscy przodkowie Olivii zamieszkiwali ten piękny kraj i dopiero jej matka, na przekór tradycji, wybrała Londyn i tam założyła dom. Zawsze chciała płynąć pod prąd i w tej jednej kwestii też nikomu nie udało się jej namówić do zmiany zdania. Nawet Liv, która wracając na wakacje z Hogwartu wolałaby móc pochodzić sobie po górach i lasach niż błądzić między jedną wąską uliczką a drugą, wśród zbyt wielu, zbyt nienaturalnie jasnych świateł oraz dźwięków, które aż zatykają uszy. W wakacje naprawdę wolałaby odetchnąć. Ale cóż. Na Dafne Greengrass nie ma mocnych. Może to właśnie dlatego jest tylko jedna osoba, która może nią rządzić, a jest nią nie kto inny jak Minister Magii (i to też nie zawsze).
    Teleportacja znowu przebiegła pomyślnie, bo może nie było zbyt przyjemnie, ale nikomu ręka ani noga nie odpadła, a to już coś. Olivia rozejrzała się dookoła i uśmiechnęła się lekko, mrużąc oczy i wdychając cudowny zapach natury. Było pięknie. Słońce niemal zniknęło już za horyzontem, ale wciąż odbijało się w płynącej w jego stronę rzece, sprawiając, że błyszczała niczym lawa. Z obu stron otaczały ich góry i wydawało się, jakby byli zamknięci w tej dolince, a rzeka ciągnęła się donikąd. Jak gdyby mieli zostać tu już na zawsze.
    Liv przeniosła wzrok na Josha i delikatnie trąciła go dłonią w ramię.
    - Dobra, skończ z tym lokalnym patriotyzmem, trzeba znaleźć miejsce na namiot. - powiedziała zdecydowanym, ale trochę też rozbawionym tonem i ruszyła wzdłuż rzeki w stronę ujścia.

    Liv

    OdpowiedzUsuń
  72. Millie zaś nie miała głowy do rzucania czarów. Owszem, te podstawowe i najważniejsze miała w małym paluszku, jednak kiedy przychodził czas na te trudniejsze… Cóż, nie było już tak łatwo i musiała się trochę napracować zanim coś jej wyszło. Nie była bowiem żadną prymuską, która ma najlepsze oceny z każdego przedmiotu, o nie. Tylko eliksiry szły jej wybitnie, reszta zaś szła jej tak sobie, choć starała się, aby Z był jej najgorszym stopniem. W końcu jako prefekt naczelna musiała dawać przykład innym uczniom, prawda? Poza tym, niewiadomo jakie przedmioty w przyszłości jej się przydadzą, więc wolała dmuchać na zimne i wyciągnąć w miarę dobre stopnie ze wszystkich przedmiotów. Nie najlepsze jednak, gdyż była na to zbyt leniwa.
    Może na co dzień nie wyglądała na osobę, która przejmuje się innymi, ale prawda była nieco inna. Najchętniej pomogłaby wszystkim, którzy potrzebują jakiejkolwiek pomocy, ale po prostu nie miała na to czasu, a i do obcych ludzi nie podchodziła sama z siebie. Kiedy jednak okazała się, że Joshua ma problem z drżącymi dłońmi, włączyła się jej opiekuńczość. Zapomniała nawet, że przez kilka ostatnich miesięcy chłopak jedynie ją wkurzał.
    — Możesz pójść do skrzydła szpitalnego, pielęgniarka na pewno coś na to zaradzi. Skoro to zwykły stres, łatwo będzie to wyleczyć — powiedziała, po chwili zdając sobie sprawę, że prawdopodobnie za długo trzyma dłonie Joshuy. Cofnęła więc szybko swoje ręce i wyprostowała się na krześle, na którym siedziała. — Mogę też nauczyć cię przygotowywać prosty napar nasenny, dzięki niemu szybko i bez problemu zaśniesz — dodała po chwili, stukając palcami w otwartą książkę. Zerknęła kątem oka na chłopaka, mając nadzieję, że nie odbierze tego jako wtrącanie się Millie w nie swoje sprawy. Chciała tylko pomóc, niektórzy jednak bardzo ostro na jakąkolwiek pomoc reagowali. Nauczona tego, że ludzie bardzo często potrafili być niemili, podchodziła do nich ze sporą rezerwą, choć tak naprawdę była raczej towarzyską osobą, która nie lubiła spędzać czasu samotnie.

    Millie

    OdpowiedzUsuń
  73. Uwielbiała Miodowe Królestwo najbardziej ze wszystkich miejsc w Hogsmeade. Wprawdzie w wiosce natknąć można się było na dużo ciekawsze czy zabawne lokale, które gwarantowały mnóstwo wrażeń, a nawet gęsią skórkę, ale przecież nigdzie nie było tyle przepysznej czekolady, jak tam. W oczach Krukonki pojawiły się wesołe iskierki i wyglądała na bardziej szczęśliwą niż dzieciaki, które pierwszy raz odwiedzały te niesamowitą krainę szczęśliwości. Słodkości darzyła większą miłością niż kapelusze i bardzo nie lubiła się nimi dzielić, ot taka mała słabość. Uniosła prawą brew, słysząc słowa swojego kompana, po chwili myślenia wpadając na niesamowity pomysł.
    — Coś ty, mam drobne. Nie potrzebuje, by ktoś za mnie płacił, alee — ciągnęła z przekornym uśmiechem — Jeśli chcesz się dorzucić, to super! Kupimy więcej pyszności. — Rozejrzała się po sklepie, zastanawiając się nad tym, od czego zacząć. Zdając sobie jednak sprawę, że od jej ostatniej wizyty niewiele się w sklepie zmieniło, ruszyła na poszukiwania swoich ulubionych łakoci, których położenie znała przecież doskonale.
    — Uwielbiam tę czekoladę, smakuje trochę podejrzanie, ale jest naprawdę dobra. O i tę, ta też jest super — zręcznie dostawała ulubione słodkości ze sklepowych półek, które niczym nie przypominały tych z mugolskich marketów. Tu wszystko było kolorowe, niepowtarzalne i dużo bardziej do niej pasowało. Nuda, której Lisa nie znosiła, ukrywał się gdzieś po kątach, gnębiona wciąż przez uśmiechy i okrzyki radości zadowolonych klientów.
    — Super promocja na Motyle skrzydła w cukrze, wezmę opakowanie. Nie lubię ich, ale są prześliczne — mówiła, spoglądając na chłopaka — A ty Josh, za czym szalejesz? Może Musy świstusy albo Toffi skradły twoje serducho? — mówiła, dostając przy okazji przepyszne cukierki w kolorze miodu. Ręce pełne miała różnorodnych opakowań, które wręcz krzyczały do niej, zjedz mnie. Z wrażenia zakręciło jej się w głowie.
    — Ach, ciastka z czekoladą! — krzyknęła, po chwili przypominając sobie jakże ważny fakt.
    — Udało ci się już je zdobyć? Bo jak nie, to bardzo polecam te — podeszła do jednej z witryn i wyciągnęła średniej wielkości opakowanie w odcieniach zieleni.
    — Nawet wizualnie do siebie pasujecie, zaufaj mi, to nie może być przypadek — zaśmiała się, maczając lizaka w misie wypełnionej ciemnoczerwonym syropem.

    [Aaaa, bardzo przepraszam, że tyle to trwało! Mamy dla Josha natomiast niesamowicie spóźnione życzenia urodzinowe (jakoś to zrekompensujemy, obiecuje)! <3 I jeszcze te nowe zdjęcia, są naprawdę cudnee. A to u góry, za to wybacz. Nie potrafię pisać, myśląc jednocześnie o tych wszystkich słodyczach.]

    Lisa

    OdpowiedzUsuń
  74. Zaraz po opuszczeniu klasy lekcyjnej, spojrzała na grupkę czekających trzecioklasistów jednak nie obdarowała ich pogodnym, a tym bardziej ciepłym uśmiechem czy też spojrzeniem. Amelia nie była typem złej osoby, jednak lubiła trzymać dystans i pokazywała to za każdym razem, gdy tylko istniała taka okazja. Nie zależało jej na nawiązywaniu nowych znajomości, a już na pewno nie z o tyle młodszymi od siebie uczniami. Kątem oka dostrzegła młodszą siostrę Josha, ale nawet do niej się nie uśmiechnęła, skinęła jedynie delikatnie głową i wróciła spojrzeniem przed siebie.
    Chłodne powietrze od razu dało o sobie znać, szczypiącymi policzkami, jednak dziewczyna nie zamierzała z tego powodu zrezygnować z ich krótkiej wycieczki. Wiedziała, że w sowiarni wcale nie będzie cieplej, a całe podłoże może być przykryte cienką warstwą lodu. To jednak nie sprawiało, że mogłaby przełożyć wysłanie listu na kiedy indziej.
    — Jest… dobrze. Ostatnio trochę chorowała, ale to nic poważnego. — Zerknęła na idącego obok Ślizgona, wzruszając delikatnie ramionami. Gdy na początku dowiedziała się o chorobie ukochanej babci bardzo się przejęła co dodało jej trosk, jednak stan kobiety szybko się poprawiał, a Amelia nieodczuwana tyle stresu, chociaż wciąż w głowie miała fakt, że jej babcia z wiekiem jest coraz słabsza. Nie umiała się z tym pogodzić, ale za każdym razem powtarzała sobie, że taka jest kolej rzeczy… mimo wszystko to wciąż było trudne. — Dziękuję, ale… nie będzie ci zimno? — Spojrzała na Josha zagryzając lekko wargę. Zielono srebrne kolory w ogóle jej nie przeszkadzały. Rodzina, gdyby tylko mogła ją w nich zobaczyć od początku rozpoczęcia nauki w Hogwarcie z pewnością byłaby dumna, jednak Amelia nie miała zamiaru brać wszystkiego od Yaxleya. W końcu chłopakowi też z pewnością było zimno, a sama czułaby się paskudnie ze świadomością, że przez jej zapominalstwo on całkiem marznie.
    — Wiesz, to trochę dziwne… — Zaczęła niepewnie, gdy dotarli do podnóża sowiarni. — Babcia jakieś dwa miesiące temu pytała o ciebie… chociaż doskonale wiedziała, że raczej, cóż, nie rozmawiamy. A dzisiaj… — Przerwała na chwilę, aby nabrać powietrza do płuc. Pomimo codziennych dystansów pokonywanych po schodach podczas wchodzenia na i schodzenia z wieży Ravenclawu kondycja Amelii nie należała do najlepszych, chociaż łydki miała niesamowicie zgrabne; z pewnością od tych właśnie wędrówek po schodach.

    [Nic nie szkodzi, wszystko rozumiem ;)]
    Amelia

    OdpowiedzUsuń
  75. Olivia nie myślała o tym, co odkryli w domu Joshuy. Nie było jej głupio, ani przykro. Dokładnie tak jak jej matka, potrafiła tylko wzruszyć na ten fakt ramionami, zaakceptować dziwny stan rzeczy i bez większych przemyśleń czy wątpliwości ruszyć dalej, bo tak było zwyczajnie najprościej. W zasadzie miała gdzieś co jej matka robi i z kim, zwłaszcza od kiedy postanowiła zniknąć z jej życia. Albo od momentu, kiedy okazało się, że Dafne wcale nie zamierza próbować jej zatrzymać. Tak po prostu pozwoliła swojej córce odejść i może tylko wzruszyła ramionami, może nawet nie. A Olivia mogłaby się zastanawiać czy kiedykolwiek miała dla niej jakieś znaczenie czy była po prostu efektem przypadku, który wskoczył w jej życie i musiał w nim zostać, bo musiał, a nie dlatego, że jej na tym zależało. I czasem było dobrze, między matką i córką powstawało coś na kształt przyjaźni, aby już po chwili znowu relacja ta rozpływała się w powietrzu, a odbudowanie jej było trudniejsze z każdym kolejnym razem. W końcu nawet próbować było zbyt trudno. W końcu nie było sensu. Nie było warto. Można było się tylko zastanawiać co by było gdyby, ale po co, skoro można myśleć o sobie. Zawsze o sobie, jakby egoizm był najważniejszym genem, łączącym pokolenia rodziny Greengrass.
    - Czasem lepiej, żeby było nudno. - odpowiedziała i westchnęła cicho. Ostatnio zbyt dużo się działo i miała szczerą nadzieję od tego odpocząć. Co nie oznacza, że nie może odpoczywać na plaży na Karaibach, pijąc pinacoladę prosto z kokosa. - A tak serio, jakieś konkretne preferencje?
    Spojrzała kątem oka na Josha i uśmiechnęła się lekko, bo miała ambitny plan zgodzić się, niezależnie od tego co jej towarzysz zaproponuje.

    Liv i autorka, która rozumie, bo też ma sesję :(

    OdpowiedzUsuń
  76. Ten komentarz został usunięty przez autora.

    OdpowiedzUsuń