29 stycznia 2017

Break me down



Przecież nie trzeba nigdzie biec. Nie trzeba podejmować żadnych decyzji, teraz czy kiedykolwiek indziej. Nikt przecież nie rozkaże uśmiechać się, nie zmusi do bycia otwartym, nie nakłoni do przyzwoitości. Nie wymagane jest, aby czuć więcej lub mniej niż trzeba, aby chcieć ponad miarę, wierzyć w to, w co uwierzyć się nie da. Nie można oczekiwać solidarności, powagi i współczucia, wpasowania się w schemat, jakikolwiek on by nie był. Nie powinno zależeć nikomu na wyborze czerni lub bieli, kiedy pomiędzy nimi jest tak wielka rozpiętość.
Jedyne na co można liczyć to na bierność; reszta to niewid.  




Po jakimś czasie człowiek przyzwyczaja się, zapomina i nawet nie czuje, że zimno, bo zapomniał, co to jest ciepło.
— W. Faulkner






 
JUNG SEOLHA— MUGOLACZKA — VII ROK, GRYFFINDOR
— ramiona skrywane pod ogromną męską bluzą, intensywnie śliwkowa pomadka, trupia wręcz bladość, skrzypce i emocjonalna anoreksja —

23 komentarze:

  1. [ Pod poprzednią kartą chyba brakuje jednego komentarza, ale cześć, cześć. Bardzo imponujące schody na zdjęciu, a po przeczytaniu karty wiem, że nic nie wiem o Jung. :D Przynajmniej na razie! Gryffindor potrzebuje uczniów, więc życzę udanej zabawy. Oby dobrze ci się pisało. :> ]

    Albus/Sloane

    OdpowiedzUsuń
  2. [Hej, hej. c:
    Widzę, że moda na postacie azjatyckie nie przeminęła? osobiście fascynują mnie ludzie zauroczeni tymi buźkami... Z karty niewiele wiadomo o tej Twojej pannie, niemniej moim skromnym zdaniem najfajniej rozwija się postać w wątkach, więc życzę powodzenia w pisaniu i zapraszam do siebie, jeśli masz chęć. :>]

    Soleil Yaxley

    OdpowiedzUsuń
  3. [Witam bardzo serdecznie na blogu! :) Być może wywołam tym burzę, ale na Kronikach przyjęło się, że postaci z azjatyckimi korzeniami - szczególnie z Dalekiego Wschodu - trafiają do Ravenclaw, ewentualnie Slytherinu, niezwykle rzadko do Hufflepuff i chyba jeszcze nigdy do Gryffindoru... Tak więc, niezmiernie cieszy mnie fakt, że zrobiłaś/eś ze swojej postaci Gryfonkę ;)
    Nie do końca zgadzam się z tym, że niewiele o niej wiadomo. Owszem, niezbyt wiele zdradziłaś/eś nam opisem, ale czytając między wierszami, tego i owego można się o Twojej Gryfonce dowiedzieć :]
    Życzę Ci wielu ciekawych wątków oraz udanej zabawy, mając nadzieję, że zostaniesz z nami jak najdłużej! Gdybyś kiedykolwiek miał/a ochotę, zapraszam do siebie...]

    Ed Bones || Teddy Lupin || James Potter

    OdpowiedzUsuń
  4. [ Uwielbiam taki minimalizm, bo Twoja karta, mimo iż krótka, jest bardzo klimatyczna, a to jest super! Witam Cię serdecznie na blogu, życzę świetnych, emocjonujących wątków i miłego pisania. Jeśli masz ochotę to zapraszam do mnie :) ]

    Julia | Olivia

    OdpowiedzUsuń
  5. [ Pewnie tak, bo w gruncie rzeczy, to w komentarzach wszystko powinno się rozwijać i wyjaśniać. :D Przez przypadek odkryłam, że miałaś tutaj kiedyś Oonę, z tego, co pamiętam, zaczęłyśmy coś pisać z moim Calenem, ale zniknęłaś. Biedna Oona! :> W każdym razie, życzę mnóstwa pomysłów na wątki. ]

    Albus

    OdpowiedzUsuń
  6. [ Dziękuję bardzo za miłe słowa ;) Chociaż Olivia zdecydowanie nie była przemyślana w momencie pisania przeze mnie karty. Teraz już jest, i to o wiele bardziej, ale wtedy to był tylko taki szkielet. W przypadku Julii było tak samo. Lubię nie mieć konkretnej wizji na postać, bo potem mogę łatwiej dostosowywać do wątków, a to daje większe pole do popisu. Chociaż przemyślane od początku postaci też są super i zawsze robią na mnie duże wrażenie, kiedy widzę takie na blogu. Ale ja tak niestety nie umiem :( ]

    Olivia

    OdpowiedzUsuń
  7. [Sądzę, że to jednak nie przypadek. Może nie czynią tego do końca świadomie, ale fakt faktem, większość myśli stereotypowo, jeśli chodzi o przydział postaci do Domu. Jak zresztą pokazały same książki, spora część samych czarodziejów miała takie samo podejście.
    A koniec końców, prawda jest taka, że Tiara idzie w większości przypadków na łatwiznę, przydzielając danego ucznia tam, gdzie była większość jego rodziny, nawet jeśli nie on sam średnio się tam odnajduje. Przypadku Twojej postaci sprawa polegała na czym innym, rzecz jasna, ale sądzę, że tutaj nawet więcej osób pokierowałoby się stereotypami. Głodny wiedzy, ambitny uczeń z Dalekiego Wschodu; Krukon lub Ślizgon, mówi samo za siebie, bo i po cóż patrzeć głębiej? ;)
    Ok, już nie zanudzam xD I cieszę się, że zdecydowałaś się jednak na mniej oczywisty Dom dla swojej postaci xx]

    Teddy

    OdpowiedzUsuń
  8. [Według mnie – owszem. Zawsze z fascynacją obserwuję, jak bardzo się różnimy, jako gatunek. :)]

    Soleil Yaxley

    OdpowiedzUsuń
  9. [ Czemu nie? Dobrym wątkiem nigdy nie pogardzę. O ile dobrze pamiętam miałyśmy wykorzystać motyw Wrzeszczącej Chaty... Chcesz do tego wrócić, czy idziemy w zupełnie innym kierunku? A może masz już coś gotowego w zanadrzu jako rekompensatę? :> ]

    Albus

    OdpowiedzUsuń
  10. [Po co komu ten html, no po co. Dajemy sobie radę bez niego :D
    A na razie nigdzie się nie wybieram, trochę się tu ze mną pomęczycie!]

    Charles

    OdpowiedzUsuń
  11. [Mało tego, myślę, że osobą, która wdałaby się w bójkę mógłby być Charlie - usłyszałby jakieś nieprzychylne komentarze na temat swojej osoby i decyzji o odejściu z drużyny, a jest trochę przewrażliwiony na tym punkcie. Wtedy Twoja Pani mogłaby go odciągnąć, zabierając z powrotem do szkoły :') ]

    Charles

    OdpowiedzUsuń
  12. [Ależ proszę Cię bardzo. W jakim kierunku idziemy z powiązaniem między postaciami? c;]

    Arsellus Langhorne

    OdpowiedzUsuń
  13. [Mam to rozumieć jako bezpośrednią zachętę do zaczęcia, skoro podsuwasz tutaj mimochodem pomysł z Zakazanym Lasem? Jeśli tak, to do końca weekendu postaram się je podrzucić c;]

    A.

    OdpowiedzUsuń
  14. [Ależ bardzo dziękuję, jest mi niezmiernie miło.]

    Hugo Weasley

    OdpowiedzUsuń
  15. [ Śliczna napisana karta, a do tego cytat Faulknera, aw. Śliwkowa szminka jest taka ładna, w szczególności w połączeniu z bladą cerą. Eden pewnie by ją wkurzał, bo on to się w tym specjalizuje. Ich relacja byłaby pewnie ciekawa, ale niestety moja kreatywność kuleje, kompletnie nie mam pomysłu na konkretny wątek ;-; ]

    Eden

    OdpowiedzUsuń
  16. [ A zdam się, co mi tam :D Zdradzisz coś czy zrobisz mi niespodziankę? ]

    Eden

    OdpowiedzUsuń
  17. [ Magicznie? W końcu Hogwart, co nie? ;D Chociaż akurat wędrowanie z różdżką nie jest ulubionym sportem Jimmy'ego. A jak z Seolhą (nie mam pojęcia, czy dobrze odmieniłam...)? ]

    Jim Ryer

    OdpowiedzUsuń
  18. [ Powstań!
    Rozumiem, że Seolha tak terroryzuje hogwarcką ludność, chodzi po korytarzach i wymachuje dziko różdżką. Jimmy jednak jest bardziej miłosierny. Byłby perfekcyjnym mugolem.
    O, jak super! To co z tym wątkiem, słucham. ;D ]

    Jim Ryer

    OdpowiedzUsuń
  19. [ Jakie tam gruszki na wierzbie, prawda jest taka, że po prostu lubię zrzucać czarną robotę na innych ludzi i nieludzi.
    Jim byłby zainteresowany poznaniem takiej osoby, ale nie do końca wiem, co konkretnie masz na myśli. Czy to Seolha miałaby być kimś, kto tę osobę zna, więc Jim powinien z nią porozmawiać, aby później, już w barze, Gryfonka go wprowadziła, przedstawiła? ]

    Jim Ryer

    OdpowiedzUsuń
  20. [ Zgaduję, że Seolha chciałaby dogadać się z tą osobą, którą opisujesz w swoich powiązaniach (jestem takim Holmesem!), Jimmy'emu też ktoś z bliskich zmarł, ale w sumie, jak tak przemyślałam, to jednak chyba nie chciałby ich wywoływać z zaświatów... Więc Twoja korekta mi pasuje! Ostrzegam tylko, że Ryer prawdopodobnie odegra rolę psui, ponieważ będzie uważał, że ten typ to szarlatan itd.
    To co, rozumiem, że mam zacząć? ;) ]

    Jim Ryer

    OdpowiedzUsuń
  21. [ Nikt, nie wszystkie Szerloki mają swoich Łotsonów!
    Mogłabym, jasne. Czuję moc, co oznacza, że może zrobię to nawet jutro, ale – gdybyś nie dostała komentarza do końca tygodnia, to bardzo proszę się upomnieć i nakazać mi się wziąć do roboty. ]

    Jim Ryer

    OdpowiedzUsuń
  22. W marcu chłodny parapet przyjmował ciężar donic wypełnionych zanurzonymi w wiecznie wilgotnej ziemi cebulkami kwiatów, a wyrastające z nich żonkile (narcissus jonquilla) – intensywnością barwy mogące konkurować ze słońcem – we wdzięcznym pokłonie pochylały główki przed patrzącymi na nie ludźmi. Nad ideę przyrody w służbie człowieka Jim przedkładał zasadę człowieka w służbie natury i zgodnie z nią wolałby, aby to oni oddawali roślinom honory. Więc kiedy przymykał oczy, widział narcyzy rozsadzające ceramiczne więzienia w miarę wzrastania w siłę, ale mama powtarzała, że potęga nie jest pojęciem równoznacznym wielkości i wskazywała na wyrzynające się w szczelinach między skałami wiotkie lilijki alpejskie (gagea serotina), które tańcząc na wietrze, nie dawały się mu ponieść.

    Kiedy to mówiła, uśmiechała się, a kiedy się uśmiechała, tuż przy kącikach ust uwidaczniały się lekkie bruzdy, małe bruździątka półksiężycowe, a geny za nie odpowiadające najwyraźniej w spadku przekazała synowi. Nastoletni już Jim w chwilach desperackiej tęsknoty za matczynym uśmiechem mógłby zerknąć w lustro, bo chociaż było to jedynie żenującą namiastką, niczego lepszego nie znalazł. Pogodną minę zachowywał jednak nie dla odbicia, lecz dla ludzi i innych istot żywych, dla żółtych żonkili, z którymi wchodził na cmentarz, i dla lilijek alpejskich przebijających się z wyżłobień w płycie nagrobnej.

    Gospoda pod Świńskim Łbem nie była ani ukwiecona, ani wypełniona śmiechem – co najwyżej wzbudzającym niepokój nagłymi wybuchami rechotu. Zdrapując ślady wosku ze stolika, przy którym siedział, Jim zastanawiał się, czy ten, na którego czeka, jest jedną z obecnych w pubie osób, czy jeszcze nie przyszedł – ostatecznie do godziny spotkania zostało jeszcze parę minut. Po raz kolejny zerknął na zegarek i westchnął cicho. Nie niecierpliwił się, a raczej myślał o tym, że miał jeszcze wystarczająco wiele czasu, aby wyjść, zanim nastanie odpowiednia pora, i już nigdy – przynajmniej nie w najbliższej przyszłości – tutaj nie wrócić. Zamiast tego podniósł głowę i dalej prześlizgiwał się wzrokiem po twarzach nielicznych klientów.

    Szaleństwo, głupota i kompletny bezsens, myślał, popatrując na grupkę trzech czarodziejów, z których każdy wyglądał podejrzanie, a co jeden to bardziej szemrany. Siedzący samotnie, przy barze, drobnej budowy łotr (oczywiście, że łotr! Nikt uczciwy tutaj by nie przyszedł), wyglądem przypominający pająka, który zamiast pajęczyny wyhodował godny muszkietera wąs, nie sprawiał lepszego wrażenia. Może to on był szarlatanem podającym się za medium?

    Jim nie wierzył w seanse spirytystyczne, a może raczej – uważał, że większość spośród tych, którzy je urządzają, to oszuści, a pozostali powinni natychmiast zaprzestać wykorzystywania tych doktryn do celów własnych. Co cesarskie cesarzowi, co zaświatów, to zaświatom; szacunek dla zmarłych nie wyraża się dobrym ich wspominaniem, ale niezakłócaniem spokoju. Szczególnie, że wszelkie wezwania zmarłych były praktykami niedoskonałymi i krzywdzącymi – skoro nawet Kamień Wskrzeszenia był rozwiązaniem szkodliwym, to inne techniki nie miały prawa być lepszymi.

    Nie wierzył, ale na samej niewierze nie mógł poprzestać, dlatego kiedy usłyszał o człowieku, który jakoby potrafił zawezwać umarłych, nie umiał wokół tej informacji przejść obojętnie. Natychmiast zapałał chęcią jego zdemaskowania, a być może pragnienie zadania jemu kłamu było tak gorące i silne, ponieważ jakąś cząstką siebie miał nadzieję, że rozmowa z kimś, kto nie przynależy już do świata żywych, jest możliwa.

    Do niego z pewnością przynależał ktoś, kto otworzył drzwi do gospody – duchy nie byłyby w stanie tego zrobić, a poltergeisty raczej nie zapuszczały się w te okolice. Jim, pomyślawszy, że to jednak nie z owadzim Dalim był umówiony, zerknął z nadzieją na nowo przybyłego, a właściwie, jak się okazało, nowo przybyłą, ale i ona nie była tym, którego wyczekiwał. Przynajmniej nie powinna, nie tego spodziewał się po znajomej z hogwarckich korytarzy postaci.

    Jim Ryer
    [ Mocy chyba nie ma, ale może będzie! ]

    OdpowiedzUsuń
  23. Spojrzeć w jej twarz, a nawet wprost w oczy mógł bez wysiłku i w całkowicie naturalny, niebudzący podejrzliwości sposób – nie musiał wykręcać szyi ani gimnastykować się w jakikolwiek sposób, usiadła przecież naprzeciwko. Usiadła naprzeciwko, a to położenie wbrew pozorom nie sprzyjało żadnej rozmowie, co skonstatował w myślach. Może dlatego się nie odezwała – i może dlatego i on nie przerwał ciszy, tylko dołączył się do milczenia. Istniała szansa, że gdyby usiadła gdzieś po boku, pod kątem, na skos, słowa od razu by popłynęły. Udowodniono, że dialogowi sprzyja zajęcie takich pozycji, jeśli tylko za dowód przyjmuje się empirię. Dlatego kawiarniane stoliki zazwyczaj były okrągłe, a ustawione przy nich krzesła nie stały prosto. To nie rozmowy kwalifikacyjne, żeby jeden siedział tuż przed drugim, oddzielani tylko masywnym blatem.

    Gospoda pod Świńskim Łbem wymykała się tym regułom i z tego, co Jim wiedział, było tak również w czasach, kiedy jeszcze cieszyła się popularnością i nie była osnuta złą sławą. Być może założyciel nie miał wiedzy, z której mógłby zrobić użytek, urządzając wnętrze tak, by było przyjemne i zachęcało do zacieśniania więzi międzyludzkich. Dzisiaj nie miało to żadnego znaczenia, ponieważ nikt o zdrowych zmysłach nie przychodził w to miejsce z nadzieją na przyjazny i przytulny klimat – nie po to ta knajpa wciąż istniała.

    Jimowi nieco smutny wydawał się fakt, że Gospoda pod Świńskim zawieszona była między światami. Chociaż przy spelunkach z Nokturnu, gdzie przy podejrzanej jakości alkoholach zbierali się wyjęci spod prawa czarodzieje, gdzie rozwijał się hazard, w którym nierzadko stawką były nie galeony, lecz życie, osadzony w Hogsmeade lokal jawił się jako miejsce szlachetne, mimo że nie wytrzymywał porównania chociażby z Pubem pod Trzema Miotłami. W którym Jim o wiele chętniej spędziłby wolny czas i nie byłby w tym osamotniony. On jednak miał powód, żeby przyjść do Świńskiego Łba, co sprowadzało tutaj Seolhę – nie wiedział. Chciał zapytać, ale zanim się odezwał, z lekkim opóźnieniem dostrzegł, że Gryfonka wyciąga rękę w jego kierunku.

    W niemym wyrazie zdziwienia uniósł brwi, ale sięgnął po to, co mu podała. Kiedy w niewielkim podarunku rozpoznał lizaka, uśmiechnął się lekko. Rozpakowując go, odezwał się:

    – Dzięki. Nie pamiętam, kiedy ostatnio... – Pokręcił głową z rozbawieniem. – Słodycze średnio pasują do tego miejsca. A ty? To jest twoje środowisko?

    Jim Ryer
    [ Wybacz, że tak późno. Postaram się odpisywać szybciej, aby rozpędzić ten wątek. ;) ]

    OdpowiedzUsuń