2 stycznia 2017

Save me from the nothing I've become


8 VIII 1983, Londyn, Wielka Brytania —— rozwódka, która wróciła do panieńskiego nazwiska —— czysta krew —— wychowanka Roweny Ravenclaw —— światowej sławy pisarka i podróżniczka —— od czterech lat piastuje stanowisko nauczyciela mugoloznawstwa —— od tego roku nowa opiekunka Hufflepuffu —— powiązani

To nigdy nie było takie proste, jak przedstawiłaby to na kartach papieru. Dosłownie dwa miesiące po własnych narodzinach straciła ojca – jedyne, co jej pozostawił to stare zdjęcia i tytuł. Była córką mordercy – o czym nikt nie wspomniał jej, aż do dnia, w którym po raz pierwszy przekroczyła próg Hogwartu.
Jej rodzice nigdy nie byli tak bogaci, na jakich chcieli się kreować. Gdy więc żywiciel rodziny został wydany na pastwę dementorom, zostali odcięci od środków od życia. Matka musiała podjąć się w końcu pracy i przestać zgrywać wielką damę, do której jeszcze wiele jej brakowało. Jako redaktorka Czarownicy zarabiała wystarczająco, aby wynajmować niańkę dla Rheny. I właśnie niańka, a potem, o wiele wygodniejsza, bo bezpłatna, mugolska podstawówka uchroniły małą dziewczynkę od wkroczenia w fanatyzm czystej krwi.
Już będąc zaledwie uczennicą pokazała się jako młoda, silna dziewczyna z głową wysoko podniesioną. Znała swoją wartość, a każdy, kto śmiał ją podważyć – był natychmiast besztany, ewentualnie wysyłany z paskudnymi, ropiejącymi pryszczami do Skrzydła Szpitalnego. Nad przydziałem do domu Roweny zaważyła jednak ambicja i kreatywność panienki Travers.
 W swoim życiu trwającym już prawie czterdzieści jeden lat zdążyła zobaczyć wiele; książki przez nią wydane cieszyły się ogromną popularnością wśród młodzieży, a ona zyskała nie tylko sławę, ale również i pieniądze. Mogłaby w tym momencie spocząć na laurach – lecz przed jej oczami jawi się pewien cel. Misja, którą sobie obrała, nie jest prosta, być może nawet niemożliwa do zrealizowania w całości, ale to wciąż ona nadaje jej marnemu żywotowi jakikolwiek sens.
Sprawić, by czarodzieje zaczęli liczyć się z mugolami.

Karta sponsorowana przez Jessicę Chastain, Evanescence i Piękną i Bestię. Po kliknięciu na nazwisko Rhena zdradzi Wam o sobie coś więcej. Oddajemy w Wasze rączki nauczycielkę, ale, for God's sake, pragniemy czegoś więcej niż relacji nauczyciel-uczeń. Poszukujemy osoby do filozofowania, kreatywnej duszy do wzięcia pod opiekę oraz fanów. Akcje, romanse, dramaty to coś, co Rheny lubią najbardziej!

13 komentarzy:

  1. [Cześć! Witam bardzo serdecznie oraz żayczę udanej zabawy na blogu wraz z niekończącymi się pokładami weny! :) Zostań z nami jak najdłużej! :)]

    Mathias Rathmann/Adam Lebiediew

    OdpowiedzUsuń
  2. [W końcu opiekun naszego domu! Baw się dobrze na blogu, powodzenia]
    Adam Lee

    OdpowiedzUsuń
  3. [Opiekunka Hufflepuffu i do tego mugoloznawstwo, Hugo na pewno ją uwielbia! Do tego zakładam, że pewnie jest też fanem jej książek, ostatni lot pegaza brzmi chyba brzmi najciekawiej ze wszystkich wymienionych. Witamy i udanego pisania! :)]
    Hugo Weasley

    OdpowiedzUsuń
  4. [♥ ♥ ♥! Nie chce mi się znowu Tobie słodzić, wiesz? Niech te serduszka wyrażają mój zachwyt nad zdjęciami, ooczarowanie treścią karty i podstron oraz moją wdzięczność, że się zdecydowałaś zaopiekować się Rhenawedd i tak szybko, zgrabnie i powabnie Ci poszło. Ze swojej strony obiecuję, że będą akcje, dramaty, romanse, krew, pot i łzy oraz dużo wina, pisania, noszenia za rękach i biegania z wywalonym językiem, bo wraz z Olgierdem wierzymy naiwnie, że pewnego dnia piękna Rhena mu wybaczy i będą wszyscy żyli długo i szczęśliwie. Chodź, chodź, kochana – zróbmy coś szalonego! : D I tak „peesem”: japierdziele, jak ja długo nie słyszałam Evanescence… : o]

    wciąż bardzo mocno kochający, zapijaczony i tęskniący były mąż OLGIERD ERETEIN & hogwarcka pielęgniarka VERA THORNE oraz ich zachwycona autorka

    OdpowiedzUsuń
  5. [A ładniejszych zdjęć to już nie było w internetach? :D Czeeeść! Z wielką radością witamy razem z Connorem piękną nauczycielkę mugoloznawstwa (nie uciekniecie: chcemy wątek i obiecujemy, że w najbliższych dniach zabieramy się ostro do pracy pod tym względem!) o wspaniałej karcie i cudownych dodatkach. Jestem szczerze oczarowana dodatkowymi informacjami o Rhenie: tytuły książek i to piękne nawiązanie do Szarej Damy to strzał w dziesiątkę! Mnie zatem kupiłaś, kupiłaś więc i Greybacka, który swoje pośród mugoli przeżył, więc chętnie wymieni się przemyśleniami, a nawet pogrąży w filozoficznej dyskusji czy czarodzieje faktycznie zaczną się kiedyś liczyć ze zwykłymi ludźmi. Tymczasem zaś życzę Ci dobrej zabawy na blogu, mnóstwa fantastycznych wątków i satysfakcji z pisania, a przede wszystkim: tego, żeby Rhena spojrzała przychylniej na Olgierda, bo kurde, fajny z niego gość (nie, nie, skądże, nie jestem stronnicza... :D)!]

    Connor Greyback, który zaprasza do siebie

    OdpowiedzUsuń
  6. [Ja na wątek bardzo chętnie :) Masz może tylko jakiś pomysł, w co ciekawego można by ich wpakować? Różnica wieku między nimi jest dość znacząca, ale powinno dać radę wymyślić coś naprawdę fajnego]
    Hugo

    OdpowiedzUsuń
  7. [Ona jest po prostu cudowna. Nic więcej nie mam na ten moment do powiedzenia. No, poza zaproszeniem na wątek chociaż uprzedzam, że w tej kwestii a szczególnie biorąc pod uwagę relacje uczeń-nauczyciel, moje pomysły są strasznie marne :<]

    Artair, Avalon, Hyun i Vinay

    OdpowiedzUsuń
  8. Z hukiem odłożył wysoką szklankę na chybotliwy stolik. Zaklął.
    Mebel gwałtownie zadrżał, piwo się spieniło, mimo że nie zostało go dużo, a biała piana spłynęła po ściankach szklanego naczynia, opadając na nierówne, źle oheblowane deski, zbite za pomocą kilku gwoździ w całość. Wokół denka powstały nieładne plamy – nie jedyne zresztą, bowiem cały, pełen drzazg i nierówności, blacik pokryty był nimi, co tworzyło obraz nędzy i rozpaczy, których nie dawało się za żadne skarby pozbyć. Co prawda, nigdy do tego zabiegu nie stosował magii, uważając za zwyczajnie uwłaczający fakt, że jest tak chodzącą beznadzieją, że pokonują go kłopoty ze sprzętem domowego użytku, na które mugole pewnie mieli pełno rozwiązań, ale on był zbyt leniwy, aby ich użyć – jednocześnie był także zbyt świadomy swojej żałosności, aby korzystać z czarów.
    Olgierd odetchnął ciężko – plama miała być jego jedynym towarzyszem tej nocy.
    Tak naprawdę, samotny był na własne życzenie – sam jeszcze o poranku pozbył się z domu swojego kota, Stefana, oraz szczurka, Penelopy, bo jakoś tak dziwnie przeszkadzali mu tego feralnego dnia; liczył, co prawda, że nie zawędrowali zbyt daleko, bo to byłoby istną katastrofą i całkowitym końcem jego jakiegokolwiek życia towarzyskiego. Niemniej, w tamtej chwili, patrząc na tę cholerną plamę na chybotliwym stoliku, miał doprawdy gdzieś, co się stanie z nim oraz z nimi. Miał gdzieś całe swoje nędzne, czterdziestoczteroletnie życie, podczas którego dosłownie n i c nie osiągnął. Dwa tysiące dwudziesty drugi kończył się doprawdy spektakularnie fatalnie – jak każdy, cholerny rok, przed nim, od nieszczęsnych, szarych i smutnych oraz przejmująco zimnych, szesnastu lat.
    Oszukiwał siebie tak bardzo, że to aż było nieprawdopodobne.
    Zaciek na starym drewnie znienawidzonego mebla nic nie zawinił i w zasadzie niewiele miał wspólnego z jego podłym samopoczuciem, niemniej na pewno był jakąś mniej lub bardziej przyjemną odskocznią od tego, z czym przychodziło mu się mierzyć na co dzień, na trzeźwo. To jednak także było wierutnym kłamstwem, bowiem niezależnie, czy pijany, czy też nie – Eretein zawsze w całej swojej beznadziei pamiętał, wspominał i się katował. Teraz zaś – w radosnym, kolorowym, skrzącym się kolorami, brokatem i rażącą tandetą, która opanowała Hogsmeade, okresie świątecznym, najmocniej – szczególnie mocno i dotkliwie robił sobie krzywdę, przypominając sobie jej ogniste, miękkie pukle i zadziorne spojrzenie szarych oczu oraz ten powalający na kolana, przebiegły uśmieszek na piegowatej i pięknej twarzy.
    Za oknem zahulała śnieżyca, gdzieś zaśpiewali kolędnicy. Skrzywił się nieładnie.
    Pamiętał. Pamiętał zbyt dobrze, świeżo i wyraźnie – jakby to wydarzyło się poprzedniego dnia, a nie przed niemalże dwoma dekadami. Pamiętał doskonale, bo też nie dawała mu o sobie nigdy zapomnieć; nie dawała mu wytchnienia i spokoju, rok rocznie pojawiając się w progu, a to jego domu, a to zajazdu „Lusterko” – przypominającego tanią spelunę dla narkomanów, niźli dystyngowany hotel, o jakim kiedyś marzył – i sącząc nadzieję do jego skamieniałego serca. Kiedy zaś dostawał od niej owy spokój, natychmiast zaczynał go szczerze nienawidzić – dosłownie wariował, skowycząc o więcej, bowiem rozpaczliwie potrzebował zapachu jej niepowtarzalnych perfum i drobnego, smukłego, tak wspaniale kobiecego, ciała obok. Siódmy lipca – to wszystko, co z niego pozostało.
    Zdusił w sobie żałosne łkanie i rozpiął duszące guziki tweedowej kamizelki.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nienawidził i uwielbiał czas z nią spędzony, bo to on równie mocno go dusił, co dawał szansę oddychania w ogóle. Jej słodko-gorzki, lekko zachrypnięty, ale dziwnie melodyjny głos natomiast, ciągle powtarzał mu, jak bardzo jest żałosny, a on to chłonął, przytakiwał służalczo i błagał o więcej, doskonale zdając sobie sprawę z tego, ze właśnie na taki psi los sobie zasłużył. Była jego zmorą, ale i sensem istnienia – była największym smutkiem, który próbował utopić w alkoholu, ale ten nauczył się pływać. Była także jego słońcem w burzowy dzień rozwiewającym ciemne chmury. Po prostu b y ł a jego wszystkim, a on to tak dokumentnie spieprzył, że musiał ponosić tego karę za swoje paskudne grzechy.
      Nie sądził tylko, że tym razem pojawi się znacznie szybciej, niż zakładał.
      Odkąd stracił prawe oko w bójce o honor swej pani słuch miał wyczulony.
      — Co do… – chód na wysokich obcasach miała specyficyzny: żadna inna kobieta w żadnym zakątku tego nędznego świata nie poruszała się tak, jak Rhenawedd Syanna Travers, która nawet w największej brei, na najwyższych szpilkach wyglądała, jakby sunęła kilka centymetrów nad ziemią. Od razu go rozpoznał i natychmiast pojął, że musi czym prędzej doprowadzić się do porządku: jednocześnie trzasnęły drzwi od jego pokoju, bo ona nigdy nie pukała, nie musząc, i łazienki. – Rhena – próbował brzmieć pewnie, gdy zakończył ablucję, próbował brzmieć męsko, próbował, wiele rzeczy próbował, a wyszło, jak zawsze: wyjątkowo słabo. Przełknął głośno ślinę, orientując się, że nie uczesał włosów i krzywo zapiął marynarkę. – Pory roku ci się pomyliły – nogi miał, jak z waty, a ona milczała, patrząc na swój ołtarzyk, który jej zbudował: na wszystkie książki, jakie napisała, a które on kolekcjonował. – Czegoś sobie życzysz? – Spytał, mimochodem, nonszalancko, co w jego wydaniu wypadło zwyczajnie głupio. – Mogłabyś proszę odłożyć to na miejsce – wskazał na „Ostatni lot pegaza”. – Wiesz, że nie lubię bałaganu… – jak w wielu innych, tak i w tym względzie, byli całkowitymi przeciwieństwami: problem w tym, ze ona była uroczą bałaganiarą, a on zwyczajnie śmiesznym pedantem. Och, jakże płomienne były ich kłótnie na tym tle… Pomimo jednak jego umiłowania do porządku, w pokoju śmierdziało piwem i jego żałosną miłością do niej. – Co tu robisz? – Zapytał w końcu, nie mogąc się powstrzymać.
      Oddychał szybko i płytko – denerwował się niepomiernie silnie.
      Próbował nie patrzeć na jej kształtne usta i zadarty nosek.

      żałośnie zakochany, beznadziejnie przejęty i szczerze żałujący swych występków OLGIERD ERETEIN alias mąż, który zrobi dosłownie wszystko

      Usuń
  9. [Jest Nas tutaj tyle, że łatwo kogoś pominąć ;)
    Eddie spędził większą część życia w Stanach, historię zna nie jedną, równie wiele ich przeżył, więc bez wątpienia mógłby co nieco innym opowiedzieć, jeśliby chciał :D
    Dziękuję za propozycję wątku, ale nie mam za bardzo pomysłu, jakby to rozwinąć... Pozostaje mi więc podziękować również za powitanie oraz życzyć Ci udanej zabawy postaciami!]

    Ed Bones

    OdpowiedzUsuń
  10. [Wszystko byłoby z tym pomysłem dobrze - ma realną rację bytu - problem w tym, że Eddie doprawdy nie ciągnie do ludzi. Jeśli już, to tych nielicznych, którym zaufanie zajmuje mu całe wieki. Przy tym, panieńskie nazwisko Rheny niczego by nie ułatwiło, gdyż Ed mimowolnie bardzo sceptycznie nastawiony jest do rodzin najbardziej zwyrodniały Śmierciożerców, a Travers bez wątpienia nim był.
    Dodatkowo, nawet po ponownym przeczytaniu Twojej karty, nie bardzo rozumiem, jak mieliby się przed laty spotkać na płaszczyźnie zawodowej. Może jeślibyś mi to jakoś wyjaśniła, łatwiej byłoby mi sobie wyobrazić punkt zaczepienia i ewentualny wątek :)]

    Ed Bones

    OdpowiedzUsuń
  11. [Witam i dziękuję za wszystkie uwagi na temat mojej wariacji, jak to ujęłaś, na temat Neville'a. Masz rację Rowling troszkę się nad nim pastwiła, taki chłopiec do bicia niekiedy z niego był, ale też niesamowicie się zmienił i rozwinął w miarę upływu czasu i wydarzeń. W każdym razie lubię bardzo tę postać i mam nadzieję, że pomimo moich niektórych odchyleń i wymysłów wciąż prezentuje się przyzwoicie. :)
    Jeśli chodzi o wątek to bardzo chętnie coś stworzę z Tobą tylko znajdźmy jakiś wspólny punkt zaczepienia. Jeśli coś przychodzi Ci na myśl to pisz śmiało, a ja ze swojej strony też jakoś to przemyślę i na pewno nam coś wyjdzie z tego. Dziś jestem co prawda po zajęciach, ale prześpię się z pomysłami :)]

    Neville

    OdpowiedzUsuń
  12. Och, jakże on w niej uwielbiał tę pewność siebie i poczucie, że jest królową świata – cóż, dla niego bezsprzecznie była – tę zadziorność, ten zadarty nosek i wysoko podniesioną głowę, którą zarzucała dumnie, a jej rude loki falowały niczym gorące płomienie piekielne, spopielające go do szczętu. To było straszne, ale minęło tyle lat, a Olgierd nadal w otoczeniu Rhenawedd zachowywał się niczym głupi nastolatek nabuzowany hormonami, niepotrafiący sobie poradzić z własną męskością – chociaż chyba w głównej mierze tracił ją przy niej, podobnie jak rozum i jakiekolwiek resztki zdolności do logicznego i racjonalnego myślenia; była jego narkotykiem, odbierającym rozum i całkowicie nim władała, mimo że naprawdę starał się przeciwstawić jej niszczycielskiej mocy; cholera, ona nie musiała używać różdżki, bo jej magia płynęła z jej kobiecości, nietypowej urody, z każdego jednego cala jej drobnego, pięknego ciała – i wywalający jęzor na wierzch, błagający żałośnie, aby chociażby zechciała go zaszczycić jednym spojrzeniem: tym spojrzeniem, które bezsprzecznie od dekad powalało go na kolana. Niemniej, to ona była tym, co definiowało go jako mężczyznę i jakkolwiek to było żałosne – bez niej obok czuł się żałosnym kastratem, który przegrał życie, a wykres satysfakcji jego istnienia wyglądał niczym zwis samego Merlina.
    Czuł się, jak kretyn. Patrzył na jej szczupłe plecy i padające kaskadami płomienne włosy i wiedział, że już nie powie nic pewnym tonem, który tak zaciekle ćwiczył podczas długich, samotnych wieczorów przy butelce piwa – ewentualnie dwóch lub ośmiu – bo ona zwyczajnie samą swoją obecnością ściskała go w dołku: wysuszała gardło, wybijała ze starej, zmęczonej głowy myśli i zapierała dech w piersiach. Kiedy zaś się odwróciła, było tylko gorzej – odchylił się lekko do tyłu, bowiem kompletnie zabrała mu możliwość do oddychania. Jej twarz, tak niesamowita, mimo lat się nie zmieniała i chociaż co dwanaście miesięcy mógł ją oglądać – cały czas, niezmiennie i bezdennie go oczarowywała. Szlag, była prawdziwą czarownicą, a posiadła tajniki największej i najbardziej przerażającej magii – magii, która owijała sobie przedstawicieli tej brzydszej płci wokół palca. Mógł więc tylko stać i gapić się na nią, niczym sroka w gnat.
    — Zima. Lato. Rhena. Nie powinno cię tu być – wydukał w końcu, mało logicznie i bez najmniejszej składni, kręcąc głową, niczym pies otrzepujący się z wody; tak naprawdę próbował się pozbyć natrętnych myśli, irytującego głosiku w swoim zdezelowanym umyśle, podpowiadającego mu, że może jednak przybyła do niego, bo jej zależy; że może jednak nie jest tylko zabawką w jej zgrabnych, szczupłych palcach i że znaczy dla niej coś więcej, niż ten jeden lipcowy wieczór co roku. Wiedział, że nie powinien: wiedział, że jego serce kołacze się zbyt szybko i głośno; wiedział, że jest idiotą, skoro wierzy, że mogłaby go znowu pokochać, chociaż w jednej milionowej tak, jak on wciąż kochał ją. Jej ruch, balansowanie biodrami i śmiałe spojrzenie nie przywołały go do porządku. Coraz bardziej wariował. Przełknął głośno ślinę. – Rhena, to nie jest dobry pomysł… t-to… nie mieliśmy o tym rozmawiać – gwałtownie się wycofał, gdy poruszyła temat rozstania; chciał uciec. Później jednak zamilkł: coś w jej postawie nakazało mu trzymać gębę na kłódkę i dać się jej w pełni wypowiedzieć. Zresztą, nie lubiła, żeby się jej przerywało i Eretein bardzo to respektował. – N-nie rozumiem – wybąkał jednak po chwili, niczym zagubiony chłopiec we mgle. – O czym mówisz? – Z każdym jej słowem miał coraz większy mętlik w głowie i chaos w sercu: patrzył na najważniejszą kobietę swojego życia, z którą spieprzył relację, bo chciał być pieprzonym samolubem i zmusić do czegoś, czego nie chciała, a kiedy mu tego nie dała, poszedł do innej, i kompletnie nic nie pojmował z jej wypowiedzi. – Rhena – jej imię wypowiedział, niczym modlitwę; zbliżył się niepewnie, powoli, jak myśliwy zasadzający się na łanię – dlaczego tutaj jesteś? – Ściągnął brwi, chcąc znać całą prawdę bez zagadek.

    zachwycony i oszołomiony OLGIERD i jego opóźniona w życiu autorka

    OdpowiedzUsuń