21 lutego 2017

Am I losing my mind?


♠ Hayden Houck ♠ 
 ♠ Hufflepuff ♠ VII rok ♠ Szukający ♠ 
♠ ONMS ♠ Przewodniczący WESZ ♠
♠ grab ♠ włókno ze smoczego serca ♠ ♠ 10 i pół cala ♠ sztywna ♠
Atena

     Zauważyliście Go? Oczywiście. Jest pierwszym co widzicie po spojrzeniu w chmury. Jakby nigdy nie schodził z tej przeklętej miotły. Chcielibyście do niego sięgnąć, ale nie dacie rady, nie uda Wam się Go złapać. Zostawia po sobie tylko niedosyt, obietnicę niespełnionego. Może chciałby być jak Ci śmiali, bez najmniejszej nutki zażenowania, obawy o własne niekoniecznie zrozumiałe emocje, ale nie potrafi. Tylko siedzi na tej przeklętej miotle i patrzy jak pod nim przechadzają się zadowolone, kochające się pary, przyjaciele, którzy mogą powierzyć sobie najskrytsze sekrety.
     Patrząc na niego myślisz: „odludek”, „odmieniec”, „samotnik”. Może to i prawda, może coś w tym jest, ale gdyby tylko zszedł na ziemię...
     To wcale nie jest tak, że gdzieś ucieka, przed czymś się chowa. Nie jest marzycielem, mimo głowy w chmurach. Nie jest artystą, który podziwia widoki. On tylko ma swój cel i nie zamierza z niego rezygnować.
     Można by też pomyśleć, że skoro czarodziej, to będzie machał różdżką z najmniejszego powodu, ułatwiał sobie życie patykiem. Nic bardziej mylnego. Właściwie to nawet nie lubi magii, obyłby się gdyby musiał, tylko ta pieprzona miotła. Przecież normalnie miotły nie latają. Chyba że ktoś nią rzuci, albo skądś spadnie, ale jego tyłka na pewno by nie uniosła. Więc jednak wychodzi na to, że musi tą magię trochę lubić, bo pozwala mu latać.
     Od pierwszej lekcji latania wiedział co chce robić w życiu. Dzięki wychowaniu w rodzinie czarodziei od małego oglądał mecze Quidditcha, fascynował się zawiłością gry, która z czasem stała się dla Niego intuicyjna i tak dobrze znana. Nic więcej Go tak nie zajmowało, może do czasu, gdy zapisał się do koła Opieki Nad Magicznymi Stworzeniami. Nieco uwolniło to Jego dobrze skrywaną wrażliwość. Aż w końcu przejął pozycję przewodniczącego Stowarzyszenia Walki o Emancypację Skrzatów Zniewolonych. Jeśli będziecie chcieli, opowie Wam pewną historię.
     Zmierzając do tego co najważniejsze, poznając esencję tej osobistości, zauważamy, że liczy się tylko jedno: latanie. I z tym Was zostawi, bo nie lubi o sobie mówić. Jeśli odważycie się go poznać, kto wie, może okaże się, że warto, może niekoniecznie, ale zostawi w Was część siebie, więc mimo wszystko warto.

_____________________________________________________________________________
To tak na wstępie, karta zupełnie inna od każdej, którą kiedykolwiek stworzyłam.
I chcę tu widzieć dużo łapek chętnych do pisania, bo starsi ludzie mają dużo wolnego czasu ;) Joke, aż tak stara nie jestem, ale pozdrawiam z całego serducha starych wyjadaczy, sentyment ogromny mnie tu przywiódł.
Wątki lubię długie, skomplikowane, zgadzam się na wszystko.
Na zdjęciu Sean O'Pry. 

Moja druga postać -Marguerite le Brun-                   gg: 40568973
Love.

38 komentarzy:

  1. [Witam uroczego Puchona w naszym gronie! Nawet nie mam nic przeciwko, że przysłonił moją Effie. ;) Bardzo lubię ludzi z pasją. Effie na pewno też, nawet jeśli chodzi o Quidditcha, którego fanką nie jest. Ale konkretny cel w życiu zawsze uatrakcyjnia potencjalnego rozmówcę. Za to zdecydowanie bardzo pochwaliłaby jego działalność w WESZ. Może nawet sama by się tym zainteresowała.
    A tak poza tym, sama czuję się ostatnimi czasy staro, więc przybijam piątkę. Witam i zostań na dłużej! A w razie chęci, zapraszam do Effie. ;)]

    Effie

    OdpowiedzUsuń
  2. [Jak najbardziej! Mogliby mieć jakieś wspólne zajęcia, podczas których zostałby poruszony temat skrzatów domowych. Effie włączyłaby się do dyskusji, a że do stowarzyszenia nie należy, Hayden może chcieć spróbować wybadać dlaczego i ewentualnie ją zrekrutować. ;>]

    Effie

    OdpowiedzUsuń
  3. [Miło widzieć tu nowego Puchasia, bo ich szeregi takie przerzedzone. Hayden jest przeuroczy i ja oczywiście z chęcią zaproszę go do siebie! Z Bellamy'm raczej się nie dogada, bo Bell jest zapewne jeszcze większym odludkiem. Louis i Audrey są w drużynie Gryfonów, ale wydaje mi się, że coś udałoby się znaleźć! :)]

    Louis/Audrey/Bellamy

    OdpowiedzUsuń
  4. [Witam serdecznie na blogu! :) Zawsze mnie cieszy widok nowych uczniów/absolwentów Domu Borsuka :] Tym bardziej, że Hayden, mimo wszystko, nie jest przedstawiony stereotypowo, czy całkowicie niezgodnie z tym, co wiemy od Pani Rowling.
    Życzę Ci wielu ciekawych wątków, a przede wszystkim udanej zabawy na Kronikach! :) Mnie tam długie wątki ani trochę nie przerażają, a wręcz mam momentami tendencję do tasiemców, więc w razie chęci, wbijaj śmiało. Coś na pewno wymyślimy ;)]

    Ed Bones || Teddy Lupin || James Potter

    OdpowiedzUsuń
  5. [Kłaniam się i witam starą wyjadaczkę! Nie ukrywam, że bardzo chetnie bym z tym panem jakiś wątek poprowadziła, a jeśli chodzi o skomplikowane relacje to chyba kocham je najbardziej na świecie :D
    Także życzę dużo weny i samozaparcia jak na weterankę przystało :)]
    Margo

    OdpowiedzUsuń
  6. [Witam na blogu! Jaki piękny sweter na gifie! I jaki piękny Sean O'Pry! Kiedyś pisałam wątek z postacią sygnowaną jego twarzą, miło wspominam, miło. Radio Secret się blog nazywał, czy coś w ten deseń.
    Wątki długie lubimy, ale nie wiem czy razem coś sklecimy. Czuję, że rymuję.
    W razie chęci zapraszam do siebie.]

    Neville Longbottom

    OdpowiedzUsuń
  7. [Ten żółty sweter, ta twarz, ten dom...aww kupiłaś moje serce na wyprzedaży staroci. Kłaniam się uniżenie nadal zachwycając się swetrem. No i całą resztą. Masz mnie. Wybacz mój brak elokwencji ale aktualnie mam z mózgu sieczkę po kilkunastu godzinach nauki. Niemniej jednak przybywam i zaklepuję sobie wątek. Oczywiście jeśli cię nie wystraszyłam. Podobno gryzę. Nie ważne]

    Rose&Belauh

    OdpowiedzUsuń
  8. [N-i-e w-i-e-r-z-ę! Serio, nie sądziłam, że jeszcze kiedyś spotkam Cię w internetach. Prowadziłam panią w dredach, Jo Abrams, może pamiętasz?
    Weź już z tym "dywanikiem", Neville jeszcze nigdy nie wyszedł z gabinetu, więc wizyty u dyrektora sobie darujmy. Od tematu latania, też raczej stroni, wystarczy sobie przypomnieć jego początki, by wiedzieć dlaczego. Nauczać już dawno nie naucza, chyba tylko w zastępstwie i tylko Zielarstwa, więc... może coś Tobie świta? Jakiś skrawek pomysłu? Pomogę rozwinąć jakby co!]

    Neville Longbottom

    OdpowiedzUsuń
  9. [O rany, dziękuję! Choć bardzo chciałam ją dodać, to miałam spore obawy, co do przyjęcia przez resztę autorów... No cóż, zobaczymy. Ja nam chętnie coś wymyślę, tylko powiedz, jakie relacje by Cię interesowały? Jaki byłby stosunek Haydena (kocham za imię) do Dove? c:]

    Dove Allaway

    OdpowiedzUsuń
  10. [Jakby ładnie poprosił i może podarowałby czekoladki to może panna Weasley by się łaskawie zgodziła. Ale ostrzegam uroczyście, że mogłoby to się skończyć dla niego traumą bo Rose w wersji nauczycielki jest ostra jak żyletka, rzuca książkami, straszy drętwotą i łaskotkami, i zdarza jej się nazwać kogoś imbecylem. Dodatkowo musiałaby go dobrze znać by w ogóle podjąć się nauczania go- w innym przypadku najprawdopodobniej wyrzuciłaby z pamięci fakt, że ją prosił o pomoc. Taka już jest- ciężko zasłużyć na jej uwagę :) ]

    Rose

    OdpowiedzUsuń
  11. [Skoro on jest dzikus, a ona również dzikuska, choć w nieco bardziej zwierzęcej formie, to myślę, że mała mogłaby nie traktować go, jak reszty, widząc, że i on nie traktuje jej z góry, tak jak reszta. Może pamiętał ją ze szkoły, kiedy była na pierwszym roku, a on na czwartym? Oboje są z Hufflepuffu, mogli się zaprzyjaźnić poniekąd; może właśnie Hayden próbował ją nauczyć latać na miotle, ale koniec końców nic z tego nie wyszło i będą kontynuować lekcje teraz? c:]

    Dove Allaway

    OdpowiedzUsuń
  12. [Zaczęcia idą mi jak krew z nosa, więc jeśli nie masz nic przeciwko, to zaczekam. Nie przestraszę się, o ile Ty nie przestraszysz się moich krótszych; nigdy nie umiałam pisać tasiemców, i bez sensu również. :D]

    Dove Allaway

    OdpowiedzUsuń
  13. Rose to, Rose tamto. Imię Rose przewijało się przez korytarze w różnorakich sytuacjach i padało z ust ludzi których niekoniecznie znała, co było dość frustrująca. Kiedy tylko jej radar wychwycił charakterystyczny dla niej zbitek czterech liter jej głowa automatycznie szła za źródłem dźwięku, co po wielokrotnym powtórzeniu wiązało się z lekkim dyskomfortem oraz bólem szyi przy każdym ruchu. Poziom frustracji panny Weasley wchodził wtedy na niebotyczny poziom, osiągał wręcz swoje apogeum, które trwało i trwało, aż uznawała je za zbyteczne i powstrzymywała ból zaklęciem. Jednakże wychowując się w rodzinie w której nie wszystko można było załatwić za pomocą magii, często dość długo zwlekała z uśmierzeniem bólu. Ot taki nawyk którego starała się pozbyć.
    Najgorszy był fakt, że większość ludzi wymawiających jej imię czegoś od niej chciała. Najprawdopodobniej bezinteresowność była jedną z cech bliskich wymarciu w jej pokoleniu. Rzadko zdarzało się by ktoś do niej podszedł tak po prostu by pogadać o pogodzie, pośmiać się z teorii wielkiego wybuchu, czy po prostu spędzić z nią czas w jakikolwiek sposób. Słyszała jedynie „naucz mnie, pomóż mi, nie umie tego a ty tak więc…”- z biegiem czasu stało się to nawet nie denerwujące, a męczące. Miała dosyć słomianego zapału osób, którym pomagała, ich wiecznych pretensji dotyczących jej radykalnych metod nauczania, swoją drogą skutecznych skoro jej kuzynostwo zdało, narzekania i innych tego typu zachowań, które bardziej pasowały do dziecka niżeli do niemal dorosłych ludzi. Cóż, nie każdy potrafił być nią.
    Słysząc swoje nazwisko nawet się nie wzdrygnęła. W końcu w szkole nie była jedyną panną Weasley, była jeszcze Roxanne a może i Victoire zawitała na chwilę by odwiedzić stare śmieci. Szła dalej z głową uniesioną wysoko i mnóstwem podręczników w rękach aż drogę zagrodził jej nadgorliwy puchon. Tylko tyle potrafiła o nim powiedzieć po dziesięciu sekundach patrzenia na niego. Po kolejnych pięciu była w stanie wymienić jego imię, nazwisko, pasję oraz kluby do których należał. Tak, Rose miała świetną pamięć i raz zobaczonych rzeczy już nie zapominała, nawet jeśli inni uważali inaczej.
    Zmarszczyła nos. Czerpała dziwną przyjemność z patrzenia w jego ośle oczy, w których poza determinacją widziała tylko jedno- chęć zakończenia tego i powrót na boisko. Nie była głupia- jedynym powodem dla którego w ogóle zniżył się do jego poziomu mogły być rozkazy i postawione ultimatum przez kogoś, kogo uważał za autorytet. Może rodziców, jakiegoś trenera, nauczyciela- jakoś mało ją to obchodziło. W ogóle on sam był jej totalnie obojętny.
    - Coś mi szumi, jakiś wiatr- mruknęła pod nosem- Coś rechocze, a tam staw- wiedziała że jedną z lepszych taktyk by nadgorliwi uczniowie sobie poszli było udawanie szalonej. To ich odstraszało. Widząc jego minę przybiła sobie mentalną piątkę, po czym wyminęła go i ruszyła dalej przed siebie. To było, złe jednak każdy kto tyle samo razy co ona pomagałby innym w lekcjach poparł by ją w stu procentach. Nie można być przecież wiecznie idealnym. A jej już w szczególności było do ideału daleko.

    [Spoko luzik, damy radę :) Tylko uprzedzam że ROse też jest uparta jak osioł :)]

    Rose

    OdpowiedzUsuń
  14. [Chyba każdy z nas ma sentyment do jakiegoś imienia, do jakiejś postaci :) Sama wróciłam z blogerskiej emerytury, dlatego doskonale wiem, co czujesz :P
    Zastanawiam się bardzo poważnie nad tym, jak ich powiązać. Obydwoje są tajemniczy i unikają mówienia o sobie. Jednak Margo ma awersję do latania na miotle, także to na pewno ich nie połączy :P Zastanawiam się poważnie nad tym, czy przypadkiem nie zrobić tutaj przyjaźni/pierwszej młodzieńczej lovki, gdzie nagle po powrocie z wakacji wszystko się zmienia. Margo udaje, że go nie zna, unika i nie daje mu odpowiedzi na to, co się właściwie stało. Co Ty na to?]
    Margo

    OdpowiedzUsuń
  15. [Może tak być :D Zacznę, ale dopiero wieczorem, bo teraz niestety ślęczę w pracy :(]

    Margo

    OdpowiedzUsuń
  16. Nie pamiętała dokładnie, jak zaczęła się jej znajomość z Haydenem, ale była pewna jednego – że mimo wszystko, i wbrew wszystkiemu, on jeden nie odwrócił się od niej, kiedy potrzebowała kogoś na swoją obronę. Dlatego też jego jednego nie traktowała równie chłodno, jak całą resztę tych dupków, którzy szukają jedynie poklasku wśród rówieśników, zabawiając się kosztem innych. Nie potrafiła zrozumieć, skąd w ludziach bierze się ta chora potrzeba zepchnięcia kogoś innego na sam dół – bo tak długo jesteś kozłem ofiarnym, dopóki nie znajdzie się ktoś na twoje miejsce – ale brzydziło ją to i przyprawiało o dreszcz, biegnący wzdłuż kręgosłupa. Niechętnie nawiązywała nowe znajomości, bojąc się zawodu i wykrętu, którego musiała używać na pytanie "Za co cię wyrzucili", zadawane nieodmiennie z tą samą ciekawością w oczach. Ciężko było wymyślić dość wiarygodną wymówkę, skoro wciąż posiadała różdżkę i tylko skrywała ją w domu, przed wścibskim wzrokiem tej szarej masy, z którą nie chciała mieć kontaktu. Nie wiedziała, czy jej uwierzą – bo ona by nie uwierzyła – i czy zaakceptują fakt, że okłamała ich tak na wejściu. Była pewna, że wśród uczniów Hogwartu znalazłoby się może jeden, dwa procent osób, które nie popatrzyłyby na nią z mniej lub bardziej tłumioną pogardą, uważając się za wyższych i lepszych. Nadzieja pozostawała w maluchach, pierwszakach i drugoklasistach, którzy nie pamiętali jej jako uczennicy; ale cóż to była za frajda, przyjaźnić się z takimi smarkaczami?
    Dlatego tym bardziej ceniła ich relację, traktując chłopaka poniekąd jak starszego brata, który uczył ją różnych, przydatnych w świecie czarodziejów rzeczy, których pani Mathilda nie pochwalała, lub nie potrafiła wykonać. Zawsze cieszyła ją możliwość porozmawiania z kimś w zbliżonym wieku, kto nie spojrzy na nią z odrazą czy przerażeniem i nie umknie w siną dal. Zdawała sobie sprawę, że jej młodziutki wygląd działa na dodatkową niekorzyść, bo ludzie biorą ją za siedmio- czy ośmiolatkę, kiedy ona skończyła czternaście już kilka miesięcy temu, i nikt nigdy nie traktuje jej poważnie – ale dopóki miała choć jednego sojusznika, to wszystko nie było tak bolesne.
    Była to maleńka, choć piętrowa, kamienna chatka, którą już od dwóch lat dzieliła ze starą czarownicą; na piętrze miała swój miniaturowy pokoik, w którym latem było przyjemnie chłodno, a zimą ciepło ogrzewało zmarznięte ciało. Wprawdzie nie mogła pozwolić sobie na wiele, zwłaszcza bez braku pieniędzy, ale cieszyło ją, że chociaż psa mogła zatrzymać.
    Mathilda Lion podawała ją za swoją wnuczkę.
    – Cześć! – Rozpromieniła się na widok kolegi, wiszącego na miotle tuż pod jej oknem. Och, nie zliczyłaby, ileż to razy prosiła go, by po nią przyszedł, a potem wymykała się pod osłoną nocy, właziła na jego ukochaną miotłę i proponowała kremowe piwo. Teraz też niezdarnie otworzyła okno i wychyliła się niebezpiecznie, machając mu na przywitanie. – Co dziś robimy?

    [Jest super!]
    Dove Allaway

    OdpowiedzUsuń
  17. – Dobra – zgodziła się, zadowolona z faktu, iż znów wymykają się bez wiedzy jej opiekunki. Jak bardzo by nie była wyrozumiała, biorąc pod uwagę fakt, że starsza pani wcale nie musiała się nią opiekować, tak wyjątkowo było jej to nie w smak, gdyż wolałaby spędzać czas z ojcem, który porzucił ją dwa lata temu. Poza tym, myślała sobie czasami, musiała mieć jakiś interes w tym, by wziąć ją pod swój dach. Wiedziała, że ojciec nic nie zapłacił, i zastanawiało ją, czy przysyła pieniądze; a jeśli tak, to czy Mathilda bierze je dla siebie, czy faktycznie są to tak dramatycznie małe sumy.
    Czy już o mnie zapomniałeś, tato?
    Nigdy nie była dobra w lataniu na miotle – odrywanie się od ziemi przerażało ją, wówczas jedenastoletnią dziewczynkę o ponad głowę niższą od rówieśników. Teraz jednak, po tych wszystkich latach ograniczenia, wzbijanie się w powietrze było czymś, za co mogłaby oddać rękę, gdyby w tym miejscu miało wyrosnąć jej skrzydło. Czuła się wolna, niezależna; czuła, że mogła zrobić co chce, kiedy chce i nikt nigdy jej nie przeszkodzi. Nie myślała o tym, gdzie się uda, gdy już dorobi się własnego powietrznego środka transportu, wiedziała jednak, że będzie to gdzieś daleko od wszystkiego, co zna. Może na Karaiby? W tej nazwie było coś, co przyciągało ją niczym magnes, ostra rysa na miękkiej powierzchni, nieidealność perfekcyjności, która wabiła jak słodki nektar pszczoły.
    Złapała rękę przyjaciela, nieuważnie wskakując na miotłę. Zachowywała się poniekąd jak dzikie zwierzątko, wspinanie po drzewach miała w małym paluszku, a i akrobacje, jakie wyczyniała, niejednokrotnie mogłyby się przyczynić do ewentualnego złamania którejś kości. Gdy wpadła w euforię, potrafiła wzniecić dookoła siebie istne tornado, z maleńkim źródłem pośrodku; gdy była zła, jednym spojrzeniem mogła niemalże kruszyć kamień.
    – Dokąd polecimy? Do Zakazanego Lasu? – spytała, z nieomal dziecinną ciekawością w głosie, rozglądając się dookoła. Pęd wiatru rozwiewał jej długie włosy i szarpał staromodną sukienkę; ale dla niej wciąż pozostawał synonimem bezpieczeństwa.

    [A... bo dla mnie tasiemce to odpisy na kilka okienek, tak zauważyłam. :D]
    Dove Allaway

    OdpowiedzUsuń
  18. Chociaż ojciec powierzał jej tajniki magii na długo przed tym, zanim zaczęła uczęszczać do Hogwartu, zacięcie matki nigdy nie pozwoliło jej rozwijać w pełni tych umiejętności w domu. Najszczęśliwsza była więc, gdy mogła opuścić Londyn i zacząć naukę w wielkim Zamku, i bardzo przeżywała fakt odejścia ze szkoły. Nikt tak naprawdę nigdy jej nie wyrzucił, wszystko odbyło się na mocy porozumienia stron – wszak nie złamała żadnego przepisu, a Całe Zło wydarzyło się podczas wakacji – niemniej ojciec zażądał bezwzględnie edukacji domowej.
    Z tym, że sam się nią, oczywiście, nie zajął.
    Pamiętała doskonale jego wzrok, ciężki od krzyków matki, od wyrzutów rzucanych w jej obecności, kiedy tak spoglądała na córkę i w spojrzeniu miała wyłącznie odrazę. Bała się o swoją karierę, o przyszłość; chciała mieć dziecko, które będzie normalne, jak ona. Dove zastanawiała się czasami, czy po wyrzuceniu pierworodnej, adoptowała jakiegoś innego potomka, którym mogłaby szczycić się wśród znajomych, zamiast aspołecznego brzydkiego kaczątka o wyglądzie ośmiolatki. Czuła się dziwnie, patrząc w lustro i widząc dziecięcą buzię, podczas gdy jej koleżanki przymierzały biustonosze i całowały się ukradkiem z chłopakami.
    – Oj, nie przesadzaj! – Uśmiechnęła się do niego słodko, wsiadając na miotłę i odpychając się nogami od podłoża. Nie umiała żadnych sztuczek, niemniej latała już coraz lepiej i śmiało mogła mówić, że poczyniła wielkie postępy od czasu, gdy pierwszy raz trzymała drewniany przedmiot w dłoniach. Wtedy bała się, przestraszona wysokością, teraz chciała wzbić się wyżej i wyżej, aż w końcu zniknie pomiędzy chmurami. Czuła się tak, jakby wraz z nabieraniem prędkości zostawiała za sobą cały ten świat, który znała, i w którym nie chciała się urodzić, i zmierzała w stronę jakiegoś lepszego miejsca.
    Zawróciła, ostro pikując w dół i hamując tuż przed samą ziemią, po czym wesoło zeskoczyła i zerknęła na Haydena.
    – Chyba nie było źle.. Ale nie mogłam się powstrzymać – dodała przepraszająco, mając na myśli swój wysoki manewr; o wiele wyższy, niż tylko metr nad ziemią. Taka już była, kiedy coś pozwalało jej uwolnić wewnętrzną radość: wybuchała niczym wulkan, rozsiewając dookoła energię i uśmiech, co zdecydowanie mogło odstraszać potencjalnych rozmówców. Zachowywała się trochę jak Tygrys z Kubusia Puchatka, jej ukochanej mugolskiej bajki, i marzyła sobie czasami, że ona też znajdzie niegdyś swój Stuwiekowy Las.

    Dove Allaway

    OdpowiedzUsuń
  19. [Może być coś w ten deseń, a potem się będzie myśleć na bieżąco, jak za starych onetowych czasów, gdzie ustalenia sprowadzały się do "kto zaczyna?". Przynajmniej, kiedy ja zaczynałam z blogowaniem :)]

    Neville Longbottom

    OdpowiedzUsuń
  20. Uczyła się pilnie, marząc o magii i świecie, z którego nikomu już nie pozwoli się wyeliminować. I nawet, gdyby miała stworzyć rodzinę z trzema wielkimi psami i kotem, to wciąż byłaby najwspanialsza rodzina na świecie – taka, która jej nie porzuci. Pocieszała się więc odrobinę, że kiedyś, kiedy już będzie starsza, mimo nieukończonej szkoły da sobie radę. W ostateczności będzie piec ciasteczka ze śmiesznymi dodatkami – eliksiry szły jej najlepiej – które rozejdą się jak ciepłe bułeczki. Albo magiczne sztuczki w mugolskim świecie; wiedziała, że to też mogłoby się jej udać. Albo założy swój własny sklep z zaczarowanymi ubraniami. Wszak bez wykształcenia da się przeżyć, jeżeli tylko ma się dość wyobraźni.
    W odwrotną stronę to, niestety, nie działa.
    – To nic, ja sobie zawsze radzę – stwierdziła płytko, tylko w swojej głowie mając świadomość, że po prostu musiała zawsze radzić sobie sama. Odkąd tylko nauczyła się liczyć, mogła liczyć przede wszystkim na siebie. Choć czasem, bywały takie dni, najchętniej rzuciłaby to wszystko w kąt i wreszcie przestała się starać; lecz mimo to byli jeszcze ludzie, na których jej zależało.
    Żyło się niekoniecznie łatwo, pod czujnym okiem rodzicielki i ojca, który nie miał dość odwagi, by móc się postawić. Żyło się nieco trudniej od momentu, w którym została prawdziwą czarownicą i naprawdę źle – od tamtych pamiętnych wakacji. Żyło się tak wolno, jak karmelowe cukierki sklejające zęby, tak ciągnący się czas zabijał w niej chęć do życia, dopóki tkwiła w swojej samotni, z głową pod kołdrą i mokrymi oczami. Chciała, by było lepiej, by było szybciej; zdradziecki pęd ku dorosłości przyspieszał jej rozwój psychiczny, fizyczny wciąż pozostawiając w epoce przed metamorfozą. Zastanawiała się czasem, czy to zahamowanie – to już tak na zawsze?, czy może dorośnie, gdy wreszcie uwolni się od skorupy, która ją tłamsiła.
    – Chcę. Ale nie wymiotną – skrzywiła się teatralnie na wspomnienie niedawnej sesji nad muszlą po zjedzeniu wyjątkowo obrzydliwej fasolki. – Może być czekoladowy pudding – oblizała się, opadając na trawę obok Haydena.

    Dove Allaway

    OdpowiedzUsuń
  21. [Cieszę się :) Niewielu dzisiaj lubi wątkowe tasiemce ;) Jeśli chodzi o Twój pomysł, to nie wiem, czy miałby on rację bytu w przypadku Teda. W sensie, Lupina bardzo trudno przeoczyć, ma sporo wzrostu, ale przede wszystkim zwinność kota. Mogłoby to mieć miejsce tylko wtedy, jeśli byłby naprawdę porządnie podchmielony, a Hayden pojawił się znikąd. Tak więc, pasowałby Ci taki wątek osadzony gdzieś w trakcie któregoś weekendu?]

    Teddy Lupin

    OdpowiedzUsuń
  22. [No to zaczynam!]

    Czasami wszystko wydaje się bardzo proste.
    Nie każdy zdaje sobie sprawę z tego, jak wiele czasem trzeba poświęcić, aby uzyskać to, czego się by chciało najbardziej na świecie. Marzenia muszą stać się planami, dzięki którym dopniemy swego i udowodnimy światu, że jednak na coś nas stać. Niestety, każdy plan, każde zdobycie szczytu wiąże się z wyrzeczeniami.
    Margo do tej pory pamiętała ostatni rok. Pozwoliła sobie na chwilę słabości, na ucieczkę od zmartwień. Starała się mieć normalne życie, a przy okazji udowodnić wszystkim dookoła, że jest w stanie postawić na swoim. Że może stać się najlepszą ze wszystkich.
    Pokazała słabość. Pokazała, że mogą nią kierować uczucia, które nie były jej dotąd znane. Próbowała nad nimi zapanować na początku, zdusić je w zarodku. Bezskutecznie. Jak to możliwe, że ktoś kompletnie odmienny od niej potrafił ją tak doskonale zrozumieć?
    Ukrywała to. Ukrywała Jego, spotkania z nim, tematy ich rozmów i to, co właściwie ze sobą robili. To był jeden z jej wielu sekretów, a jednak ten skrywała najbardziej na świecie.
    Niestety, wakacje zrobiły swoje. Najpierw pojawiały się listy wysyłane do siebie niemalże codziennie. Potem odpisywała raz na jakiś czas. Aż w końcu nie było żadnej odpowiedzi. Jakby zapadła się pod ziemię.
    Zmieniła się.
    Obojętny wzrok, unikanie jakichkolwiek rozmów i spotkań. Brak reakcji na podrzucane ukradkiem liściki. Jakby cały ten czas nic nie znaczył. Jakby to była tylko głupia zabawa – przywdzianie maski, która jednak jej nie pasowała, uwierała ją boleśnie, irytowała, aż w końcu została wyrzucona w kąt niczym niezbędny dodatek.
    Miała nadzieję, że zrozumie przekaz. Że nigdy nic między nimi więcej nie będzie. Że to było chwilowe, a on powinien całkowicie o niej zapomnieć. Tak jak ona, co starała się mu udowodnić niemalże na każdym kroku.
    Chociażby teraz, gdy szła na wspólne zajęcia z Puchonami. Doprawdy, gorzej już nie można było trafić. Aczkolwiek czy ona miała zamiar pokazać cokolwiek? Że ją to boli, irytuje lub cieszy? Skądże! Była jakby całkowicie wyzbyta z jakichkolwiek uczuć. A jedyną osobą, która mogła znać prawdę, była tylko ona sama. Niestety, Margo nie miała najmniejszego zamiaru podzielić się tym z kimkolwiek.
    Nie szła razem z grupą Ślizgonów, która wyśmiewała się z idących przed nimi Puchonów. Zawsze trzymała się z boku, jedynie przysłuchując się tym kretyńskim komentarzom. Idioci. Co oni w ogóle mogli wiedzieć?

    [Mam nadzieję, że to pasuje. Do końca nie wiedziałam, jak to napisać, ale wiedz, że się starałam!]

    Margo

    OdpowiedzUsuń
  23. Nikt nigdy by nie powiedział, że Ślizgonka i do tego o takim nazwisku, mogłaby w jakikolwiek sposób być powiązana z Puchonem. A jednak, takie rzeczy też czasami miały miejsce.
    Problemem dla Margo nigdy nie byli inni ludzie, ich dziwne spojrzenia, bądź komentarze wymierzone w jej osobę. Nauczyła się tego w ogóle nie zauważać, bądź traktować niczym brzęczenie zwykłej muchy: irytujące, ale nieszkodliwe.
    Jedyną osobą, z której zdaniem się liczyła, bądź musiała liczyć, był jej ojciec. To on tak naprawdę podejmował każdą decyzję za dziewczynę, nie pozostawiając nawet najmniejszej możliwości sprzeciwu. Zresztą, przypomnieniem dla niej nie było nic innego jak podłużna blizna biegnąca niemalże po całej długości kręgosłupa. Nikt nie miał pojęcia skąd się wzięła, kto przyczynił się do jej powstania. Tylko ona.
    Wracając jednak do tego, co miało miejsce na korytarzu. Margo spodziewała się obecności Haydena. Wiedziała, że jeszcze niejednokrotnie na siebie wpadną, ale naprawdę chciała, żeby on odpuścił. Zresztą, dlaczego miałby tego nie zrobić? Traktowała go jak powietrze, pomimo że przed wakacjami w najbardziej oddalonych zakątkach zamku kryła się z nim, wymieniając przy tym pocałunki, które w tamtych chwilach mogły chyba uśmierzyć cały ból tego świata.
    A teraz stała przed nim, czując że jeśli nie zrobi czegoś najgorszego, najbardziej brutalnego na świecie on będzie cierpiał jeszcze dłużej. Na to nie mogła pozwolić. Nie zasługiwał na to.
    – Nie kocham cię. Nie będę z tobą. Znajdź sobie kogoś do siebie pasującego – nigdy nie spodziewała się, że kiedykolwiek powie mu coś takiego. Przecież te słowa były niczym najostrzejszy sztylet w serce. Czuła, jak mięśnie jej się napinają, jakby nawet drobne ciało Carrowówny nie chciało dopuścić do tego, co właśnie miało miejsce. Każde jej słowo było kłamstwem tak doskonale powiedzianym, jak chyba jeszcze żadne dotąd. Do tego ten lodowaty, wyzbyty jakichkolwiek uczuć głos. Jakby naprawdę nic dla niej nie znaczył, był nikim, a nie młodzieńcem, za którym szalała jeszcze tak niedawno.
    Mógł zobaczyć, jak zaciska dłonie w pięści, wbijając boleśnie paznokcie w skórę. Nigdy przy nim tak się nie zachowywała. Nigdy nie pokazała takiej twarzy, nie użyła takiego tonu.
    – Czy to wystarczy? – powiedziała dużo ciszej, niemalże szeptem.

    Margo

    OdpowiedzUsuń
  24. I właśnie dlatego udało im się do siebie zbliżyć. Nawet nie pamiętała, jak to się właściwie zaczęło. Byli z kompletnie innych światów. Nie wiadomo nawet, co sprawiło, że zaczęli rozmawiać. To się po prostu stało. Jak w książce. Jednak nie mieli szczęśliwego zakończenia.
    Margo całe wakacje biła się z myślami. Zastanawiała się, jak to rozwiązać, żeby jak najmniej go zranić. Chciała mu nawet powiedzieć prawdę, jednak wiedziała, że go tylko tym narazi na niebezpieczeństwo. Dlatego chciała, żeby ją znienawidził. Zastąpił swoje uczucia samymi negatywami. Żeby zwyzywał ją, opowiedział wszystkim, że jest najgorszą ze wszystkich. Ale żeby długo nie musiał cierpieć. A teraz musiała stać przed nim i jeszcze bardziej go ranić.
    Widziała, jak bardzo cierpi. I czuła ogromne wyrzuty sumienia.
    – Nie będę ci się tłumaczyć – wręcz warknęła, tym razem odwracając wzrok. Nie mogła wytrzymać tego widoku. Nie zasługiwał na to! Miała ochotę zabrać go gdzieś na błonia i wszystko powiedzieć, przeprosić za każde słowo, które teraz usłyszał. Ale nie mogła.
    – Nie ma nikogo innego. I nic nie zrobiłeś. To był błąd, rozumiesz? - I tutaj popełniła najgorszą rzecz, jaką mogła. Pozwoliła, żeby głos jej zadrżał. Dlatego zacisnęła mocno szczęki i odetchnęła głęboko, żeby chociaż trochę się uspokoić. Był jedyną osobą, która ją rozumiała, z którą czuła się naprawdę dobrze sama ze sobą. I zapominała o tym, by być najlepszą. Przy nim się właśnie taka czuła. Bez rywalizacji, bez strachu, że powie coś niestosownego. I teraz to traciła.
    – Muszę iść... – znowu uciekała. Mógł to zobaczyć w jej oczach. Nie miała siły już kłamać. Nie przed nim.


    Margo

    OdpowiedzUsuń
  25. Chyba pierwszy raz od bardzo, bardzo dawna, a może nawet od zawsze, Julia miała w głębokim poważaniu to czy Krukoni wygrają mecz czy też nie. Było jej obojętne. Niby grała jak zawsze, a przynajmniej usiłowała tak grać, ale nie cieszyła ją ani jedna skuteczna obrona i żaden ze zdobytych przez jej drużynę punktów. Dopiero, gdy mecz się skończył i ogłoszono wygraną Puchonów, pojawiła się złość. To jakby nagle możliwe było dla niej tylko odczuwanie negatywnych emocji, podczas gdy pozytywne zastąpiła obojętność.
    Po wejściu do szatni niemal rzuciła miotłę w kąt, co mogło skończyć się dla niej tragicznie, a później prysznic wzięła szybko jak nigdy i pierwsza udała się do zamku. Zaraz okazało się, że był to najgorszy pomysł w dziejach, bo Sala Wejściowa pełna była ludzi, z czego część postanowiła zaciągnąć ją na imprezę, niemal wbrew jej woli. W końcu wzruszyła tylko ramionami i ruszyła za resztą, naiwnie licząc, że ktoś będzie na tyle uprzejmy, że do jej soku dyniowego doleje sporą porcję whisky.
    Rozmawiała z ludźmi, czasem nawet się uśmiechała, ale gdyby miała być zupełnie szczera z otoczeniem to zaczęłaby krzyczeć. Na wszystkich i bez najmniejszego powodu, bo nawet najmilsi ludzie nagle zaczęli ją potwornie irytować. Zwłaszcza, że wokół było ich znacznie za dużo. Potrzebowała ewakuacji i to pilnie, dlatego odetchnęła z ulgą, kiedy zobaczyła idącego w jej stronę Haydena. Pokiwała głową w odpowiedzi na jego pytanie, mimo że zęby wciąż zaciskała ze złości. Nie na niego. Na wszechświat. Serio, było aż tak źle.
    Po wyjściu z sali od razu ścisnęli się razem na miotle chłopaka i polecieli na siódme piętro. To było zdecydowanie zbyt wiele schodów, aby mając miotłę w ręku, z niej nie skorzystać.
    – Dobrze Ci poszło. – powiedziała do chłopaka, kiedy usiedli już na parapecie przy oknie na końcu korytarza, i zmusiła się do chociażby słabego uśmiechu. Nie chciała na nim odreagowywać, bo w niczym by jej to nie pomogło. Czułaby się tylko gorzej i dopadłoby ją jeszcze większe poczucie winy.

    Kate

    OdpowiedzUsuń
  26. [Cześć :3 Skoro tak lubi Quidditcha to mógłby próbować zaciągnąć Wierę na jakiś mecz, może by mu się to udało. :D]

    Wiera Sokołow.

    OdpowiedzUsuń
  27. Po tym, gdy zniknęła w tłumie uczniów miała nadzieję, że uda jej się zakończyć temat relacji z Puchonem. Po co się męczyć, po co dopytywać i gdybać? Czy człowiek, który żył w nieświadomości nie powinien być o wiele bardziej szczęśliwy niż ten, który znał prawdę?
    Dni mijały, a Margo starała się funkcjonować tak, jak to miała w zwyczaju. Uciekała w naukę, samotne przechadzki i wewnętrzną potyczkę z samą sobą.
    Nigdy nie spodziewałaby się tego, że Hayden znowu się pojawi. Że znowu będzie chciał wyjaśnień, a przede wszystkim zrozumieć zmiany, które w niej zaszły i pogłębiały się z każdą chwilą.
    Stała ze Ślizgonkami, które opowiadały o swoich miłosnych podbojach i ślinotoku uczniów z innych domów podczas wyjazdu do Hogsmeade. Owszem, nawet uraczyła tę historię krótkim, bardziej pobłażliwym, niż rozbawionym uśmiechem, a nawet była w stanie to skomentować w nie aż tak obraźliwy sposób, jakby się tego można było spodziewać. To nie zmieniało faktu, że nie miała najmniejszej chęci słuchania tego, co najwyraźniej towarzyszki blondynki musiały wyczuć, skoro zaczęły się z nią żegnać.
    Margo z ulgą odprowadziła je wzrokiem i jakby nigdy nic wróciła do przerwanej lektury. Opasła księga była ciężka, jednak nie zniechęcało jej to do czytania - a wręcz przeciwnie.
    Nie zauważyła momentu, w którym podszedł.
    Dopiero silne ramiona, które oplatały jej ciało w silnym uścisku wyrwały ją z lektury. Odruchowo uniosła wzrok, aby spojrzeniem próbować zabić tego, kto się w ogóle odważył na tak samobójczą misję. Ale na pewno nie spodziewała się Jego.
    - Puść mnie - syknęła, starając się wyrwać. Wbijająca się w jej klatkę piersiową księga i unieruchomione przez to ręce nie były jednak dobrą obroną przed niechcianym dotykiem.
    Ale czy tak naprawdę tego nie chciała?
    Tęskniła za tym. Tęskniła za możliwością schronienia się w ramionach Haydena. Za czułością, z jaką gładził jej włosy i muskał wargami skronie. Tęsknota za chwilami, do których nigdy nie mogła wrócić była wręcz wyniszczająca.
    Słuchała jego słów, z każdym kolejnym coraz mocniej zaciskając szczęki. On jej tego nie ułatwiał. Sprawiał, że czuła się jeszcze gorzej i bała się, że najnormalniej w świecie pęknie. Coś się w niej złamie i to będzie koniec.
    - Dlaczego nie możesz odpuścić? Dlaczego cały czas drążysz? - spytała z wyrzutem. - Nie możemy być razem. Nigdy. - ostatnie słowo było powiedziane najostrzej, a zarazem przy tym głos Margo przycichł.

    Margo

    OdpowiedzUsuń
  28. – Tego cholerstwa nie da się złapać przez przypadek. – mruknęła, opierając skroń o zimną szybę. Widziała, że w przypadku złotego znicza przypadki nie istnieją. Jej samej kiedyś wpadł do głowy kretyński pomysł, żeby się przebranżowić i zmienić stanowisko w drużynie. Szybko okazało się, że jest najgorszym szukającym na Ziemi. O ile łapanie kafla szło jej całkiem nieźle, to kilkadziesiąt razy mniejsza kulka zdawała się uciekać jej przez palce, jeśli w ogóle udało jej się ją dostrzec.
    Patrzyła na Haydena, dziwnie jak na ten stan, obecnym wzrokiem i starała się utrzymać na twarzy chociażby lekki uśmiech. Bezskutecznie. Wyglądała jednocześnie na potwornie zmęczoną, smutną, ale także pełną złości, która aż rozsadzała ją od środka. Chłopak musiał to zauważyć, bo urwał temat meczu, jakby nie chciał ją dodatkowo denerwować. Niestety pytanie, które zadał chwilę później, było bardziej bolesne. Ale przecież nie mieli siebie tylko od tego, żeby się śmiać, ukrywać przed tłumem ludzi i czasem ganiać na miotłach, a również po to, by w absolutnym zaufaniu móc mówić sobie o rzeczach najważniejszych i wspierać się, bez względu na okoliczności.
    – Julien... – zaczęła niemal szeptem i zamknęła na moment oczy, jakby to miało w czymkolwiek pomóc. – Hmm... – skrzywiła się, wciąż nie unosząc powiek. Wypowiadanie rzeczy na głos zawsze sprawia, że stają się one bardziej realne i dołączają do rzeczywistości. Nie chciała, żeby rzeczywistość wyglądała właśnie tak, bo oznaczało to, że popełniła być może największy błąd swojego życia. Jeszcze nawet nie myślała o tym, że paradoksalnie, ta decyzja mogła być najlepsza. – To koniec.
    Przyznała to. Świat to usłyszał i już nie dało się powiedzieć, że to dzieje się tylko w jej głowie, a to był wyłącznie zły sen. Świat dowiedział się, że przegrała. Walczyła z samą sobą, później walczyli razem, a na końcu walczyła z nim. Teraz czuła, jakby przegrała wszystko, jednocześnie czując ulgę, która tylko wzmacniała wyrzuty sumienia. Chciała udawać, że nic się nie stało, ale już nie mogła dłużej. Z każdą chwilą robiła się coraz bardziej nieszczelna, a prawda zaczęła wyciekać na zewnątrz.
    Odetchnęła głęboko i spojrzała Haydenowi prosto w oczy. Cała drżała, mimo że w zamku było ciepło. Ale Julia od kilkudziesięciu godzin czuła tylko chłód.

    OdpowiedzUsuń
  29. Ogarniała ją coraz większa frustracja. Mięśnie napinały się z każdą chwilą bardziej i bardziej, ale mimo to nie ruszyła się choćby na krok. Może to też przez to, że została przyparta do ściany, ale przede wszystkim, to trochę tak, jakby jej ciało nie chciało jednak się odsunąć. Jakby starała się nie uciec, stawić temu czoła. I to pomimo słów, które mówiły coś kompletnie innego.
    Kiedy ją puszczał, poczuła wyraźny chłód. Nie patrzyła mu w oczy. Unikała jakiegokolwiek spojrzenia, jakby bała się, że ten będzie mógł cokolwiek odczytać z jej oczu. Tak, jak to robił kiedyś.
    - Błagam cię, nie mogę ci powiedzieć... - jak widać, bycie surową nie pomagało. Czuła, że jeszcze trochę, a pęknie. Ale wtedy to już całkowicie.
    Schowała księgę do torby i z ogromnym trudem uniosła spojrzenie chłodnych oczu na bruneta. Zresztą, jak miała mu to wszystko wytłumaczyć? Jak miała wytłumaczyć to, że listy, na które nie dostał odpowiedzi, nie były nigdy przez nią przeczytane? Jak miała mu powiedzieć, że nawet jeśli chciała, nie mogłaby mu odpisać? I najważniejsze... Dla jego własnego dobra i bezpieczeństwa musiała go usunąć ze swojego życia.
    Przesunęła dłońmi po twarzy, próbując znaleźć jakiekolwiek wyjście z tej sytuacji. Mogła go też okłamać. Ale to nie miałoby jakiegokolwiek sensu.
    - Nie tutaj... - powiedziała w końcu, ale tak cicho, aby tylko on ją usłyszał.

    Margo

    OdpowiedzUsuń
  30. Od niepamiętnych czasów nienawidziła Quidditcha. Z początku niechęć do tej gry była delikatna, z czasem jednak urosła do niebotycznych rozmiarów. Nie rozumiała tej wielkiej ekscytacji z powodów nadchodzących meczów, nie uważała tej gry za ciekawą, ale raczej nieco groźną. Nie umiała zliczyć ile wypadków się zdarzało podczas tej zabawy i ile uczniów lądowało w Skrzydle Szpitalnym. Nie wiedziała też jakim cudem szukający łapał złoty znicz, ale postanowiła to zostawić.
    Jako stażystka zaklęć w Hogwarcie próbowała opuszczać jak najwięcej meczów i chociaż jej obecność była wskazana, to robiła to z niechęcią, chociaż przed dyrekcją zawsze miała na twarzy delikatny i uprzejmy uśmiech, niedający poznać jak bardzo cała ta gra jej się nie podoba. Tak, to było raczej niespotykane. W końcu... Wszyscy kochają Quidditcha.

    Nie wiedziała co robiła na siódmym piętrze. Ostatnimi czasy zapuszczała się tu coraz częściej, zupełnie jakby chciała odnaleźć Pokój Życzeń. I mimo, że w ostatnich latach nauki w Hogwarcie kilka razy odnalazło to fascynujące miejsce to teraz przychodziło jej to z wielkim trudem mimo potrzeby, którą odczuwała. Po podłodze roznosił się dźwięk jej niebotycznie wysokich, czarnych szpilek a Wiera nie sądziła, że spotka tutaj jednego z uczniów. W dodatku z papierosem w ustach.
    — Masz specjalną zgodę od dyrektora czy może jesteś ponad zasadami, które obowiązują w tej szkole? — zapytawszy, jej ciemna brew powędrowała ku górze. Słynęła ze swojego ciętego języka i surowości. Bez chwili wahania wyjęła fajkę z jego ust i zgasiła ją na parapecie.

    Wiera Sokołow.

    OdpowiedzUsuń
  31. [Tak, minimalistyczne karty to jest to! U mnie w sumie większość postaci rozwijam dopiero w trakcie pisania wątków czy opowiadań i taka karta.. pozostawia ogromne zaplecze i jest wygodniej :>
    A ja chętnie przyjdę, i jestem, i bardzo bym chciała wątek :) Walimy jakieś powiązanko, cokolwiek, czy tak z zaskoczenia?]

    Murcia Mallone

    OdpowiedzUsuń
  32. [Murcia to raczej dosyć spokojna i małomówna osoba... Nie wiem, może tak: Mallone, choć jest w miarę dobrą uczennicą, przeciętną, ma problem z podejściem do zwierząt. Jakimś cudem H. i M. muszą wspólnie wykonać pewną pracę, dunno przeprowadzić jakieś badania właśnie z tego przedmiotu (jeżeli masz tutaj jakiś bardziej szczegółowy zarys to droga wolna :D). M. to straszny smutas i może, może tak być, że H. to wyczuwa i potrzebne mu jest, by się trochę poużalać nad marnym życiem, właśnie z powodu tej dziewczyny i tak no.. spotykają się czasem, żeby se pomarudzić ;)]

    Murcia Mallone

    OdpowiedzUsuń
  33. Gdyby usłyszała teraz, że Julien jest durniem i na nią nie zasługiwał, możliwe, że rzuciłaby w Haydena butelką miodowego piwa. To był typowy frazes, jakim rzuca się komuś w twarz zaraz po rozstaniu, często nawet zupełnie nie znając sytuacji. W tym przypadku było podobnie. Julien nie był durniem, nie skrzywdził jej w najmniejszym stopniu, nigdy by tego nie zrobił i dzięki temu mogła powiedzieć, że na nią zasługiwał. Tylko nie wyszło. Okazuje się, że kiedyś wieloletnia przyjaźń, niesamowita chemia i niemal nieziemskie przyciąganie to za mało, żeby stworzyć jakkolwiek dojrzały związek. I co ważniejsze i trudniejsze, okazało się, że miłość nie wystarcza, nawet jeśli zdaje się być tak mocna, że prawie zwala z nóg.
    Wtuliła się w Haydena na dłuższą chwilę, po czym odsunęła go od siebie delikatnie.
    – Spadaj, bo się rozkleję. – mruknęła, czując jak łzy powoli napływają do jej oczu. Odwróciła wzrok, znów wyglądając za okno. – A nie chcę.
    Sięgnęła po butelkę miodowego piwa, otworzyła je szybko zaklęciem, a kapsel włożyła do kieszeni. Wypiła dwa duże łyki, spojrzała na chłopaka i uśmiechnęła się, marszcząc brwi.
    – Nie masz może whisky? – zapytała retorycznie. Zdecydowanie przydałby jej się mocniejszy alkohol, chociaż w tym przypadku pewnie nie byłoby to zbyt rozsądne. Już w dzień rozstania upiła się z Freddiem, a potem chciała biec do Juliena i wszystko odkręcać. Beznadziejny pomysł.

    Julia

    OdpowiedzUsuń
  34. Ciemnoczekoladowe oczy młodej kobiety wpatrywały się w jego twarz. Widziała jak bardzo był zdenerwowany. Bał się jej? Przez twarz przebiegł jej mimowolny, leniwy uśmiech. Trochę nie dowierzała, nie czuła jednak satysfakcji. Mimo iż chciała być szanowana przez uczniów to nie chciała budzić ich strachu, tak samo nie chciała aby denerwowali się na jej widok. W końcu, czy w taki sposób mogłaby ich czegoś nauczyć? Nie była pewna. Mimo to wiedziała, że niektórym przydałaby się dyscyplina.
    Westchnęła głośno, gasząc papierosa na parapecie. Szybko wyrzuciła go przez otwarte okno. Zniszczyła dowód jego przewinienia, ale zbytnio się tym nie przejęła.
    — Uch, mecz. Dzisiaj gracie? — kiepsko wychodziło jej udawanie zainteresowanej, jednak sama wiedziała jak to jest się denerwować przed ważnym wydarzeniem. Ciężko było jej jednak opanować malujący się na twarzy grymas, gdy mowa była o Quidditchu.
    Dopiero po chwili spuściła swój wzrok na miotłę, na której kurczowo zaciskał swoje palce. Widząc otwarte okno, szybko dodała dwa do dwóch.
    — Na niej tutaj wleciałeś? - spytała, unosząc delikatnie brwi. Niewiarygodne na jak wiele pozwalali sobie uczniowie. Zastanawiała się w jaki sposób powinna go ukarać.
    - Pozwoliłam Ci odejść? - zapytała ze stoickim spokojem, obserwując jak zrobił kilka kroków w tył.
    Miała nadzieje, że nie zacznie uciekać, bo naprawdę nie była w nastroju na ganianiem za jednym z uczniów. Obstawiała, że porządnie by to zagroziło jej reputacji.
    - Jak się nazywasz i w której klasie jesteś?
    Jej melodyjny, cichy głos rozbrzmiał na pustym korytarzu. Zamknęła okno, czując jak chłód powoli ogarnia jej drobne ciało. Wydawało jej się, że gdzieś już widziała tą twarz. Może nawet miała z nim zajęcia?


    Wiera Sokołow.

    OdpowiedzUsuń
  35. Julia bała się miłości tak potwornie, że życie musiało ją przechytrzyć, żeby cokolwiek romantycznego wydarzyło się w jej życiu. Nigdy na nikogo nie patrzyła w ten sposób, jej serce nie przyspieszało na widok żadnego chłopca, a w dodatku takie zakochanie wydawało jej się wyjątkowo absurdalne. Nie wyobrażała sobie zakochać się tak nagle, od pierwszego wejrzenia w kimś, kogo nawet zbyt dobrze nie znała. Bo niby na jakiej podstawie? Ona zakochała się w jednym ze swoich najbliższych przyjaciół, którego znała niemal od zawsze i było to okropnie zaskakujące, ale z pewnością nie trudne. Kochała go przecież dużo wcześniej, chociaż w wyłącznie przyjacielskim znaczeniu tego słowa. Kochała go, zdając sobie doskonale sprawę z jego wad i zalet, wiedząc czego może się po nim spodziewać. Nie miała pojęcia jak to się stało, że nagle się w nim zakochała, ale to się po prostu stało, gdzieś między jednym spojrzeniem a drugim, a może w powolnym, niemal niezauważalnym procesie. W pewnym momencie po prostu dostrzegła, że jej uczucia wyraźnie wyszły poza normalną miłość do przyjaciela. I wszystko zaczęło się potwornie komplikować.
    Nie chciała płakać i nie chodziło o to, że nie chciała płakać w obecności Haydena. Po prostu, wypłakała już swoje i nie chciała więcej, bo jeśli by zaczęła, mogłaby nie przestać przez najbliższe kilka godzin. Wolała, żeby było chujowo, ale stabilnie.
    – Też wiem. Ode mnie, spod łóżka. – prychnęła cicho, uśmiechając się delikatnie.
    Jej zapasy alkoholu ostatnio dość szybko się zmniejszały, aż niebezpiecznie szybko, ale wciąż w jej dormitorium znajdowało się kilka nieotwartych butelek. Spojrzała na Haydena po jego propozycji i pokręciła głową.
    – Nie, nie trzeba. Piwo wystarczy. Chyba. – uniosła butelkę, jakby wznosiła toast, ale odpuściła go sobie i wypiła kilka niedużych łyków. Nie było za co pić. Może za pokój na świecie, ale ileż można... – Okej, a co u Ciebie?

    Julia

    OdpowiedzUsuń
  36. Była szczerze zaskoczona jego postawą. Nie wiedziała czy była prawdziwa, czy udawana i nie zamierzała w to wnikać. Najważniejsze było to, że okazał jej szacunek i grzecznie odpowiedział na każde z zadanych przez nią pytań. Jego głos był nieco niepewny, jednak postanowiła to zignorować i chociaż postarać się być nieco bardziej łagodną. Nie chciała by przez nią się jeszcze bardziej stresował. Chyba miał wystarczająco nerwów przez ten głupi mecz.
    Kiedy jednak zaczął o nim mówić, czuła jak bierze ją irytacja. Tylko nie to
    — Byłam Ślizgonką. A mój były chłopak szukającym. Nie zliczę ile razy, zaciągał mnie na mecz. Dlaczego miałabym zgodzić się tym razem?
    Jej brwi mimowolnie powędrowały ku górze.
    — Znikaj mi z oczu. Przyjdę na ten głupi mecz, a ty postaraj się nie spaść z miotły i nie połamać sobie wszystkich kości. Ciężko będzie ci w takim stanie odbyć karę, o której porozmawiamy po meczu. Kiedy skończysz triumfować nad ewentualnym zwycięstwem. — mruknęła cicho i powoli się oddaliła.

    Mieli zobaczyć się na tym nieszczęsnym meczu.

    Wiera.

    OdpowiedzUsuń
  37. [Przychodzę tutaj. Fajny pan, więc jeśli masz ochotę, to chętnie przyjmę wątek z tym Puchonem. Powiedz tylko jaka relacja Ci się podoba i coś wymyślę c:]

    Astaroth de Havilland

    OdpowiedzUsuń
  38. [Wybacz, że dopiero teraz, ale miałam wyjazd służbowy i strasznie szybko wszystko musiałam robić. :( Ale dzisiaj dostaniesz odpis!]

    Margo

    OdpowiedzUsuń