2 marca 2017

bracelets of fingers since I was a boy



po raz kolejny VII klasa |Ravenclaw|
klub szachowy


Szedł od rana dnia poprzedniego, gdy na kopach wyleciał z latarni, która przez krótki okres robiła mu za mieszkanie. Jego prawdziwy dom , opatrzony skrzynką na listy z numerem "33" i jego nazwiskiem, znajdował się teraz zapewne gdzieś w Angolii lub Angorze lub innym kraju, którego nazwa rozpoczyna litera A. Uczucie bezdomności towarzyszyło mu w zasadzie, od kiedy pamiętał, więc właściwie nie robiło mu różnicy, czy przebywa z parą mugoli, podających się za jego rodziców, czy kotłujących się na brzegu morza mew. Z jednymi miał tyle samo wspólnego, co z drugimi. Odkąd był dzieckiem jego relacje z innymi można było określić co najwyżej wyrażeniem "nijakie", to znaczy, albo jego obecność na podwórku przyczyniała się do zwady między bawiącymi się, albo pozostawała niezauważona. Był bardzo ciekawski, a przysłowiowe "wsadzanie kija w mrowisko", aby zobaczyć, co się stanie, należało do jego zamiłowań. Tak było do dnia, kiedy na podwórku zaparkował granatowy automobil. Od tamtego czasu Sallis tylko pluł sobie w brodę za ciekawość i bardzo pragnął normalności, która – wbrew jego oczekiwaniom – umykała w ostatniej chwili. W głowie miał duże pokłady wyobraźni (niestety w przeciwieństwie do oleju, którego zawsze okazywało się zbyt mało), więc wyobrażał sobie różne rzeczy. Latające komputery, komórki-świstokliki i inne magiczno-mugolskie wynalazki, które miał zamiar kiedyś stworzyć. Przede wszystkim wyobrażał sobie jednak bycie kimś, kogo życie nie zmusza do kombinowania, kłamstwa, a nawet...zabójstwa.
Za każdym razem, kiedy się zamyślał i przez plątaninę myśli dochodził do wciąż tego samego wniosku, stawał jak słup soli. To rewolucyjna myśl, że jego rodzice nie są jego i że jego całe życie mogło potoczyć się zupełnie inaczej, osłupiała go. Stwarzając jednocześnie tyle możliwych scenariuszy, które już raczej nie dojdą do skutku. Jednocześnie wcale nie uważał, że mógłby być kimkolwiek – to jego życie mogłoby być jakiekolwiek inne, natomiast on posiadał głęboką świadomość tego, kim był. Był po trochu każdą postacią, którą stworzył na potrzeby sytuacji. Znakomicie odnajdował się w rolach: dzikusa, dziwaka, odrzutu społeczeństwa. A także: obserwatora, badacza, kaskadera. Cechy budujące jego charakter w dużej mierze nie zaliczały się nigdy do ogólnie pożądanych, dlatego dla większości ludzi raczej pozostawał kimś z pierwszej kategorii. Być może, gdyby trochę nad sobą popracował, pozbyłby się przywar, które utrudniały innym poznanie go. Gdyby zgodził się na spotkanie towarzyskie z pewną opryskliwą, choć na pewno w głębi duszy wrażliwą i delikatną wiedźmą, nie wysypywałby piasku z butów, siedząc na schodach przed wejściem do eleganckiej restauracji "Nadmorskie Oko".
W restauracji zamówił zapiekankę makaronową, do której – w tym miejscu warto to podkreślić – nie przewidywał dodatku w postaci kartki papieru. Na podrzuconym sprytnie liściku znajdowały się cyfry. Z początku pomyślał, że to dane geograficzne, tak jak ostatnim razem, ale nie zgadzał się sposób zapisu. Kod, który otrzymał, był ciągły i wszystko wydawało się nie mieć sensu, szczególnie tylko jeden samotny suszony pomidorek w zapiekance. Przyrównywał znaki do wszystkich szyfrów, które zdążył poznać, lecz żaden nie pasował. W międzyczasie zagadywał go nieznajomy kelner, który wcześniej go nie obsługiwał. Mullet dokończył posiłek, mimo że zimny nie smakował już tak dobrze. Na koniec nie musiał prosić o podanie płaszcza, gdyż przez cały czas miał go na sobie. Nie musiał i nie prosił kelnera o żadną inną pomoc – mimo to, kelner zaproponował Mulletowi skorzystanie z restauracyjnego telefonu. Mullet wybiegł z restauracji "Nadmorskie Oko" z bardzo dobrze znanym sobie uczuciem bycia obserwowanym, w dodatku z zimnym potem na skroni, spowodowanym jak zawsze uniknięciem bycia namierzonym przez Nich.
To Ich Mullet obawiał się najbardziej. Mimo iż czynił kroki w celu poznania charakteru Ich organizacji, bynajmniej nie planował dać się złapać, aby poznać to na własnej skórze. Czuł, że depczą mu po piętach i że nie może wiecznie uciekać, chociaż do tej pory szło mu nieźle. Okazuje się niestety, że Ich macki sięgają wszędzie, nawet do restauracji "Nadmorskie Oko". A to przecież od zawsze była oaza dla takich jak on uciekinierów. Skulił się, nagle smagany lodowatym wiatrem z deszczem. Znowu znalazł się nad brzegiem. Czuł, że potrzebuje schronienia. 
Poza tym, złapał trop.


5 komentarzy:

  1. [Pan każdy i pan nikt. Karta to jedna wielka tajemnica. Nawet wizerunek. Intrygująca nie powiem i na pewno inna niż wszystkie.
    Witam na blogu, życzę weny i miłego wątkowania, w razie chęci zapraszam do siebie.]

    Phileas Flitwick // Neville Longbottom

    OdpowiedzUsuń
  2. [ Skądś kojarzę ten styl pisania i sposób kreacji postaci. :D Cześć. Witamy na blogu. ]

    Albus/Sloane

    OdpowiedzUsuń
  3. [Nie mam pojęcia czy się znamy, czy też się nie znamy. Witam mimo wszystko na blogu i życzę cudownej zabawy. Zapraszam również do którejś z moich postaci i... niestety nie mogę obiecać, iż zaproponuję dla nas cudowny wątek, ponieważ moja wena po prostu zniknęła gdzieś we wszechświecie no i no ;<]

    Artair, Avalon i Hyun

    OdpowiedzUsuń
  4. [Karta długa, karta piękna i karta niesamowicie wciągająca – wow. Do tego zaś brak zdjęcia, dzięki czemu każdy może sobie wyobrazić Sallisa tak, jak mu podpowiada umysł – chapeau bas. Niesamowite, jak wiele tekst mówi, a jednocześnie nic nie mówi – fascynujesz. Lubię smutne, wycofane postacie, ale tak bardzo niewiele o Mulletcie (dobrze odmieniam?) wiadomo, że sama nie mam pojęcia, jaki rodzaj wątku i z którą z moich postaci, mogłabym zaproponować, a szkoda. Niemniej, życzę Ci weny, pomysłów i wytrwałości!]

    pielęgniarka VERA THORNE i hotelarz OLGIERD ERETEIN

    OdpowiedzUsuń
  5. [Oryginalnie, muszę przyznać. Może właśnie z tego powodu stali bywalcy Cię rozpoznają?
    Cześć po raz któryś tam, życzę dobrej zabawy i wielu wątków, żeby Ci się nie zniknęło zbyt szybko. Jeśli masz ochotę, to zapraszam do siebie.]

    Una DeVere, Isen Scabior

    OdpowiedzUsuń