7 marca 2017

Chaos niekontrolowany

Pochodzenie Johana Akina określa samo imię, jak i zarówno nazwisko. Jest rodowitym Niemcem, z tego też powodu większość cześć swojego przeraźliwie krótkiego życia spędził właśnie w tymże kraju – Niemczech. Syn nieprzyzwoicie utalentowanego niemieckiego Uzdrowiciela, który osiedlił się w Londynie na stałe po otrzymaniu satysfakcjonującej go pracy. Skończony cham i minimalista – wielokrotnie to drugie można w jego indywidualnym przypadku pomylić z lenistwem. Zdiagnozowana choroba: debilizm stosowany. Syndrom Piotrusia Pana. Namiętne romanse z Ognistą. Rozpieszczony jedynak. W trakcie poszukiwań prywatnej Nibylandii. Piętno mordercy, choć nigdy nie udowodniono mu winy. Siedemnastoletni Ślizgon, lecz równie dobrze mógłby nie posiadać przydziału do żadnego z czterech domów, bo zapewne w swoim chaotycznym trybie życia nie zauważyłby absolutnie żadnej różnicy, śpiąc gdzie popadnie. Różdżka: 13 cali, łuska z Chimery, jesion, giętkie i humorzaste urzeczywistnienie PMS'u, demonstrujące na każdym kroku dominacje w tym związku. Patronus jest buntowniczym jegomościem w postaci wiązki światła, które nie działa jak należy, a natomiast bogin nie chce wyjść z szafy, a przynajmniej tak twierdzi sam zainteresowany.
O samym Johanie Akinie można powiedzieć na pierwszym rzut oka w zasadzie niewiele, dopiero bliższe poznanie go daje jasny i klarowny obraz jego osoby. Otóż asymilacja względnie NORMALNEGO człowieka weszła mu w krew, choć, jak powszechnie wiadomo, normalność to pojęcie nie tyle co względne, a nawet zbędne. Jest zatem z pozoru ostoją normalności. Zaczyna dzień od mocnej kawy z mlekiem i obowiązkowo cukrem. Bierze prysznic, myje ząbki i jak każdy przykładny uczeń, pewnym krokiem przemierza szkolne korytarze z zegarkiem w ręku, który aż nazbyt często odmawia posłuszeństwa. Czysta złośliwość rzeczy martwych. Zawsze nienagannie ubrany. Koszula. Krawat. I tak dalej. Do pakietu z niewinnym uśmiechem i skalpelem ukrytym na dnie szkolnej torby, bo tak naprawdę jest przyczajonym psychopatą. Pozornie uprzejmy uśmiech nazbyt często przybiera sardoniczny charakter, a w zmrożonych przez chłód poranka oczach częściej można dostrzec złośliwe, niedogaszone iskierki, niż zbawienny spokój, bo wysiedzenie na tyłku, gdzie przez głowę przemieszcza się milion myśli za jednym zamachem, jest PO PROSTU NIEMOŻLIWE. Zresztą, co on tam potrafi. NIC. Nawet porządnie cierpieć. Zawsze musi coś spieprzyć. ZAWSZE. Jest chodzącą bombą atomową bez zapalnika z rozregulowanym zegarem biologicznym. Doskonały przykład pomyłki genetycznej. Bezczelny. Pyskaty. Posługujący się mową elfów, tzn. swoimi pokrętnymi skrótami myślowymi z dodatkiem wulgaryzmów. Bezwzględnie głupi w swojej bezlitosnej szczerości. Jest szkodnikiem, bo szkodzi, lecz nie sobie, a innym. On, niczym kot, zawsze spada na cztery łapy. Czasem spłukany, czasem bez ubrań, czasem z podbitym okiem, ale zawsze bez uszkodzeń psychicznych, choć taki defekt w jego przypadku jest rzeczą oczywistą, nabytą we wczesnej fazie dorastania. Istna personifikacja ludzkiej puszki Pandory. Otwarcie jej nie wróży zdecydowanie nic dobrego. 



Pierwsza postać - Halliwell Vermilion. Wizerunek i tego typu rzeczy to kwestia indywidualna każdego autora, dodatek wizualny karty, zatem. jeśli ktoś jednak będzie tak miły i skomentuje albo jedno, albo drugie, nie odwdzięczę się tym samym (w domyślę nie będę miła), bo jednak te elementy są sprawą drugorzędną, jak mniemam.
Mam ograniczone zasoby czasu, na co składa się parę czynników, toteż odpisy nie będą pojawiać się dostatecznie często, ale postaram się, by jakaś aktywność z mojej strony była, zatem proszę Was o cierpliwość i oczywiście zapraszam. Być może uda nam się skonstruować ciekawy pomysł poparty niebanalną relacją.
Postać na blogu jest drugi raz, dlatego też za zgodą dyrekcji, publikuję kartę bez uprzedniej konsultacji ją z nimi, ponieważ nie doszło do żadnej drastycznej zmiany konceptu postaci. 

12 komentarzy:

  1. [Nie wiem kto zaczyna, leniu, dowiedz się i daj mi znać (najlepiej z jakimś pomysłem)~]

    Vane Pollock

    OdpowiedzUsuń
  2. [Z której strony, pytam.]

    OdpowiedzUsuń
  3. [ Wybaczam zakrycie, bo karta napisana jest tak genialnie, że aż wywołała na moich ustach uśmiech, co nie zdarza się o tej porze. Przyczajeni psychopaci są spoko. Naprawdę spoko. Debilizm stosowany i mowa elfów również.
    Nie mam pojęcia jak by się panowie dogadali, ale myślę, że mogliby popaplać sobie przy butelce Ognistej albo wywołać jakąś wielką aferę na korytarzu. Ewentualnie jedno i drugie. Jak ty masz jakiś ambitniejszy pomysł, śmiało nim zarzucaj. Jestem skłonna zgodzić się na wszystko.]

    Clancy

    OdpowiedzUsuń
  4. [Nie widzę buzi w tym tenczu.]

    de Havilland

    OdpowiedzUsuń
  5. [Widzę ciemność, a nie takt, paskudniku.]

    Artair, teb uprzejmy i faktycznie taktowny.

    OdpowiedzUsuń
  6. [Kocham co czytam <3 Lubię karty napisane w taki sposób. Lubię takie kreacje postaci. Lubię takie postacie. Lubię psychopatów. Lubię go. Lubię też pisać, co nie znaczy, że potrafię.
    W razie chęci zapraszam do siebie, może coś się uda wykombinować.]

    Phileas FLitwick // Neville Longbottom

    OdpowiedzUsuń
  7. [Ojacie, polubiłam go. Świetnie napisana karta, pozwalająca poznać postać, a jednocześnie zostawiająca dostateczny margines elastyczności, by nic nie musiało być w sztywnych ramach. Jestem zachwycona, a zatem zapraszam do siebie, jeśli masz chęć, i życzę miłej zabawy.:>]

    Eulalia Hoppes / Milo Dawson

    OdpowiedzUsuń
  8. Pora niewątpliwie była nocna, na co wskazywała ciemność za zamkowymi oknami i rozjaśniający ją nieco blask księżyca, lecz sam Pollock — opiekun Domu Salazara Slytherina stosunkowo niedawno przerwał planowanie swojej następnej podróży i zaprzestał segregowania grubych pootwieranych ksiąg według tego w jakiej kolejności następnego dnia po nie sięgnie, choć dla zachowania należytej poprawności — dzisiaj gwoli jasności... Chyba że ponownie będzie musiał przyuczać tego leniwego Akina, który tylko dzięki pomocy i surowości Vane'a zdał do następnej klasy — jak widać specjalne lekcje odniosły sukces, mimo zbyt częstego spożycia alkoholu przed nimi. Pollock naprawdę żywił najszczersze nadzieje względem tego matoła... Znaczy się... Ucznia, tak, ucznia, licząc, że Niemiec wreszcie weźmie się za siebie. Po części Pollockowi udało się go naprostować i naprowadzić na właściwą ścieżkę, ale efekty uboczne tegoż sukcesu niekiedy odbijały się w jego kierunku rykoszetem, a na usta opanowanego odkrywcy cisnęły się wówczas słowa pełne niedowierzania temu co widział. 
    Przemierzając szybkim krokiem opustoszałe korytarze w towarzystwie nieodłącznego pochrapywania co poniektórych postaci na portretach, trzymał swoją różdżkę ze światłem wydobywającym się na jej końcu, by przypadkiem któregoś z nich nie obudzić. Nie był nowicjuszem, aby narażać się na obelgi ze strony rozwścieczonych przebudzeniem, dlatego przemknął obok niezauważony. Cóż, poruszanie się po korytarzach i między tajemnymi przejściami miał opanowane do perfekcji, tak samo jak znikanie w piątek tuż po ostatnich zajęciach i powrotach z każdorazowym spóźnieniem na te poniedziałkowe. Trudno było jednoznacznie określić kiedy stało się to rutyną, lecz sam Pollock miał również wiele do naprawienia po swoim poprzedniku. Nie akceptował bowiem spania na własnych zajęciach i nie wykazywał łaskawości w tej sferze — pod żadnym pozorem i wszystkich niezależnie od domowej przynależności traktował jednakowo, trafiając ów jegomości jednym z pierwszych lepszych opasłych tomisk, które wpadły mu w ręce. 
    Teraz jednak po przekroczeniu progu swojej komnaty, której drzwi zamknęły się z charakterystycznym dźwiękiem, mógł zapomnieć o tym cholernie trudnym i nieuleczalnym akinowym przypadku, tak samo jak swoich nauczycielskich obowiązkach tuż pod strugami zimnej wody — jedynej formie relaksu w ostatnim czasie, jaka była mu dana. Następnie przesuszył ręcznikiem wilgotne włosy i w spodniach od piżamy przysiadł na moment przy niewielkim, drewnianym biurku, by dokończyć list do tego cholernego Lenarda, który sam siebie wolał mianować Gorącym Hiszpanem, ale finalnie skończył jako jeden spośród dwóch alkoholików z ich dawnej, zakończonej, ślizgońskiej grupy przyjaźni. Na szczęście Pollock nie musiał oglądać już tej parszywej mordy Alastaira i wciąż nie wierzył co też skłoniło tegoż popaprańca do tego, że finalnie Johan Akin zdał. Niemniej jednak do Lenarda miał jeszcze jedną niezwykle ważną sprawę — listę wymaganych składników i ziół, które ten w przyszłości winny mu będzie dostarczyć.
    Po zakończeniu swojego listu i poniekąd żądań, co nazywało nazywać najzwyczajniej w świecie po imieniu, przywołał swoją brązową sowę — Renę, która wyciągnęła dumnie chudą nóżkę, by Pollock mógł przywiązać do niej list. Nie zapomniała obrzucić go wyniosłym spojrzeniem. Wolał nie ryzykować, że umieszczając go w dziobie kapryśnego zwierzęcia — ta w akcie wyższości postanowi je skonsumować na jego oczach. Pollockowi zdarzyło się to góra dwa razy, ale wówczas wyciągnął z tego jedną właściwą lekcję — nie należało Reny ignorować zbyt długo, bo jak każde oswojone stworzenie potrzebowała uwagi. Dlatego też pogłaskał ją po głowie, by następnie wypuścić ją wprost w chłodne, nocne powietrze. Okno zaś pozostawił otwarte, a sam wreszcie położył się do snu, choć powinien uczynić to dużo wcześniej. Vane złożywszy głowę na poduszce nie musiał długo czekać, aby powieki stały się cięższe, lecz nie mógł spodziewać się bezczelnego najścia, a na pewno nie w takich godzinach


    Pan Profesor Pollock

    OdpowiedzUsuń
  9. ( ͡° ͜ʖ ͡°) ( ͡° ͜ʖ ͡°)

    OdpowiedzUsuń