1 lipca 2015

A dream is a wish your heart makes


Elody Harrison
Gryffindor|| VI klasa || mugolak || patronusem skowronek|| boginem ciemność || Salvador || Milord || Różdżka 13 cali, cyprys, włos z głowy wili, giętka

Niepoprawna optymistka posiadająca pełną gamę uroczych uśmiechów na każdą okazję. Zakręcona niczym słoik wysoko słodzonego dżemu potrafiąca z niczego zrobić wszystko i wszystko w chwilę nieuwagi obrócić w pył. Dziewczę, którego serce jest uczciwe i niewinne niczym dziecka lecz odważne i harde jak u lwicy. Mistrzyni zaklęć oddająca się pasji całą sobą przy tym spuszczając zasłonę zapomnienia na mniej istotne przedmioty. Młodsza siostra szkolnego casanovy o równie ujmującym uśmiechu. Nieskażona chciwością, kłamstwem czy zdradą kwitnie niczym kwiat wczesną wiosną poznający pierwsze chłodne poranki tchnące jeszcze chłodem zimy.*Kochliwa i ufna z olbrzymią troską otaczając opieką najbliższych. Walcząca o słabszych i uciśnionych, z którymi się utożsamia jako czarownica pochodząca z niemagicznej rodziny. Podejmuje decyzje zbyt pochopnie najpierw działając, a potem myśląc. Najwierniejsza fanka gryfońskiej drużyny Quidditcha, która jednocześnie nie potrafi utrzymać się na miotle. Żart i drętwota są najlepszą bronią. W wolnych chwilach przesiaduje w zakamarkach Hogwartu grywając na swojej ukochanej gitarze akustycznej i przekładając emocje na słowa przeplatane z wygrywaną melodią. Śpiewa w chórze, gra w szachy i wyróżnia się w klubie pojedynków, gdyż najlepsze lekcje dostawała zawsze od czystokrwistych Ślizgonów. Zawsze chce dobrze, a wychodzi jak zawsze. 
Podejdź, uśmiechnij się i carpe diem!


Scarlett Johansson, bo publika się burzy na inny wizerunek || lubię wątki || wolę wymyślać || nie lubię zaczynać || niech się dzieje || skorumpowana przez wenę || karta 1 || karta 2 

90 komentarzy:

  1. Siedział przed nią osłupiały, z lekko rozchylonymi, pełnymi wargami. Nie spuszczając z niej spojrzenia swoich czarnych oczu. Był wściekły. Niepotrzebnie się w to wszystko mieszała. Po co umówiła się z nim w takim, a nie innym miejscu? Przecież ktoś mógł ich zobaczyć, ktoś mógł ich rozpoznać. Co prawda ukryci pod czarnymi kapturami chwilowo nie zwracali na siebie niczyjej uwagi, ale Mroczni… Oni byli wszędzie. Nawet tutaj i Ian doskonale zdawał sobie z tego sprawę. Od razu rozpoznał kilku, co prawda nigdy z akurat tymi nie rozmawiał, ale… Rozpoznał ich.
    - Co? Nie bądź śmieszna… - chciał zaprzeczyć jej słowom, jednak wyraz zdziwienia malujący się na jego twarzy szybko go wydał. I chociaż starał się ukryć wszystkie emocje, nie potrafił nad tym panować. Zmarszczył lekko brwi, chciał odejść. Ucieczka zawsze była najłatwiejsza. Poza tym… Chyba liczył na nieco inny obrót spraw. Chociaż, był głupcem myśląc, że Elody tak szybko zapomni o tym incydencie, że wyrzuci z pamięci fakt, że Ajrun stanął po stronie Mrocznych. A teraz, gdy klepali go po plecach z zadowoleniem, uśmiechając się szeroko na jego widok… Czuł się okropnie. Rozdarty wewnątrz. Przecież wcale mu się to nie należało, wcale nie był bohaterem. Nie zasługiwał na żadne pochwały, nie powinien ich słyszeć. Na szczęście miał wymówkę, by nie przebywać z tymi ludźmi, którzy wpatrywali się w niego jak w obrazek. Wystarczyło jedno słowo, błagalne spojrzenie na uzdrowicielkę i w mgnieniu oka, wszyscy odwiedzający zostali wywalani ze Skrzydła Szpitalnego, a On mógł odetchnąć.
    - Słuchaj… Ja. Nie mogę – mruknął, odbierając pod stołek pakunek. Nie mógł od tak dać im tej książki i powiedzieć, że rezygnuje, że zapomina. Przecież… Nie było możliwości odwrotu. Musiał trwać w tym dalej. Musiał pogodzić się z tym, co wybrał – dobrze wiesz, że nie mogę. Jest za późno – chciał krzyczeć, wołać głośno o pomoc. W tym momencie był gotów nawet powiedzieć o wszystkim dyrektorowi, byleby tylko jakoś go uchronili… Ale. Przecież strony ciemności byłyby przy nim prędzej. Złapali by go, ukarali. Odebrali najpiękniejszy dar… Życie.
    Spoglądał za nią, obserwując jak opuszcza pomieszczenie. Nie zastanawiając się długo, sięgnął po owiniętą papierem księgę i rozpakował ją szybko, upewniając się. Czy przypadkiem go nie wykiwała. Chociaż chciałby móc jej ufać, w tym momencie nie mógł nikogo obdarzyć tym uczuciem. Nawet sobie samemu nie był w stanie zaufać. Widząc odpowiedni tytuł, schował go szybko pod szatę po czym odsunął się wraz z krzesłem od stolika i gwałtownie podniósł się na nogi. Powodując tym samym lekkie zawroty głowy. Szybko jednak chwycił się dłonią stolika, pomagając sobie tym samym utrzymać się na nogach. Rozejrzał się dookoła, w poszukiwaniu kogoś, kto mógłby mu pomóc.
    - Szukam Terry’ego – burknął oschle podchodząc do jednego z Mrocznych, którzy znajdowali się w pubie. Chciał jak najszybciej oddać księgę, w obawie, że ponownie mógłby ją stracić.
    - Ty? A kim Ty jesteś, aby z nim rozmawiać?
    - Mam przesyłkę – odchylił delikatnie skrawek szaty, pokazując tym samym mężczyźnie kawałek księgi – jak mi nie powiesz gdzie go znajdę, zapewne będzie nieźle wkurzony, że przez Ciebie będzie musiał dłużej czekać. Wiesz co robi Terry, kiedy jest wkurzony – oznajmił, siląc się na surowy ton, a pełnymi obojętności oczami usilnie wpatrywał się w oczy mężczyzny. Przecież musiał pokazać, że wie co robi.
    Wyszedł z pubu, obchodząc go dookoła. Za starymi, drewnianymi drzwiami, które na pierwszy rzut oka wydawały się wejściem do jakiejś starej kotłowni kryło się pomieszczenie, w którym spotykali się Mroczni, którzy chwilowo znajdowali się w Hogsmeade. Chociaż… I tak to oni już władali tą wioską.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. - Terry! – warknął oschle, wchodząc do pomieszczenia. Nie miał zamiaru być niewiniątkiem. Szargany emocjami, chciał rzucić mu księgę pod nogi. Wykrzyczeć, że kończy z tym i zniknąć. Chociaż wiedział, że wcale tego nie zrobi. Że gdy ujrzy mężczyznę, strach powróci. I dokładni tak się stało.
      - Popatrzcie tylko kto nas odwiedza – zaśmiał się, obrzucając młodego Krukona pogardliwym spojrzeniem – co, zastanowiłeś się już nad swoim zachowaniem? Trochę zbyt długo Ajrun.
      - Mam to, czego chciałeś – wyciągnął spod szaty księgę i wyciągnął dłoń w stronę mężczyzny. Ponoć chciał powiedzieć, że rezygnuje, że odchodzi. Ale nie mógł. Wiedział, że gdyby teraz z jego ust padły te słowa, leżałby drętwy na ziemi.
      - Świetnie. My również nie próżnowaliśmy. Mamy nowe zadanie. Spodoba Ci się, zobaczysz – zaśmiał się oschle, podchodząc bliżej nastolatka – Wiemy już, kto Ci przeszkodził ostatnim razem. Wiemy jak bardzo, źle na Ciebie działa. Ajrun, zadajesz się ze szlamami!? – zaśmiał się ponownie, głośno. Tak, że Ian najchętniej zatkałby sobie uszy. Oczami wyobraźni widział już, co takiego planują z nią zrobić. Widział, w jak ogromne kłopoty ją wpakował. I nie. Nie mógł tym razem zwalać winy na nią. To była tylko i wyłącznie jego wina. To on źle wybrał.
      - Zawiodłeś nas kolego. Damy Ci jednak możliwość wyboru. Ona albo Ty. Ty, albo Ona. Ajrun dalej. Wybierz. – źrenice mu się rozszerzyły, a w gardle pojawiła ogromna gula. Ale był tchórzem. Był cholernym tchórzem.
      - Ja… - szepnął cicho, nie będąc pewnym co takiego ma wybrać. Życie, czy śmierć? Mówiąc Ona, poświęcał siebie czy ją?
      - Świetnie, tak właśnie myśleliśmy. Masz tydzień Ajrun. W tydzień, szlama musi umrzeć. Wiesz jak to się robi… Przecież czytałeś tę księgę i wiele innych. Znasz zaklęcie – zaśmiał się ostatni raz, a Ian… Nie wiedział co ma robić. Przecież… Nie może jej zabić, nie może zabić kogoś, kogo kocha..

      Wyszła lekka kupa, ale wiem, że i tak mnie kochasz :*
      Ajrun, przyszły-niedoszły morderca.

      Usuń
  2. [Powiązania jeszcze lepsze niż zdjęcie, kocham je :*]

    OdpowiedzUsuń
  3. [Simka. Mam parę pytań odnośnie brata Twojej postaci ;) napisz jak będziesz mogła ravenmanipulant@gmail.com]

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. [Hej, hej! No, boskiego brata masz, co nie? Wątek oczywiście. Co powiesz na coś tradycyjnego czyli Odczep się od mojej siostry, zboczeńcu!? xD]

      Matt

      Usuń
  4. Matt dosłownie został wypchnięty z sali zajęć, gdzie przed chwilą odbywały się lekcje Obrony Przed Czarną Magią. A to wszystko dzięki Samowi, z którym jak zwykle zaczęli się przepychać, gdy tylko profesor ogłosił koniec przynudnawej godziny. Harrisona naprawdę nie interesowała ta cała magia. Wolał swój własny świat, który tu nazywali mugolandem. Matthews nawet nie zdążył wstać, gdy dostał z bara od wielkiego i roześmianego Samuela. Oddał mu i tak zaczęli się między sobą droczyć, aż Sam wyrzucił go przez drzwi.
    - Ty przygłupie! – rzucił Harrison, biegnąc w stronę przyjaciela. Tłukli się w przejściu, a ludzie omijali ich z dziwnymi grymasami wypisanymi na twarzach. I dziewczyny i chłopacy przyciskali się plecami do kamiennych murów, by ominąć jak najszerszym łukiem tych dwóch popaprańców. Wszyscy znali historię, która przewijała się za nimi w każdym najmniejszym kącie Hogwartu. Otóż dwaj Gryfoni postanowili na własną rękę zawieźć wszystkich do szkoły. Wdarli się do lokomotywy na peronie, wyrzucili motorniczego i ogłosili przez radio, że spokojnie dowiozą wszystkich do celu. Głos brata w głośnikach w całym pociągu musiał być dla Elody szokującym przeżyciem. Coś tam o tym wspominała, ale Harrison tylko zamachał brwiami i rzucił coś w stylu Fajnie było, co nie? Matt miał wtedy piętnaście lat, a Sam szesnaście. Dostało im się jak nigdy, ale dzięki temu na wejściu byli mistrzami rozemocjonowanych nastolatków. Pierwszoklasiści czcili ich jak bóstwa, a cała reszta albo się śmiała, albo nadymała i stała oburzona. W sumie przez to że obaj trzymali się od pierwszej klasy, robili wszystko razem niektórzy brali ich za braci. Nawet czasami nie kojarzyli Elody z Matthew. Bracia Pistols. Tak ich nazywali. Gdy tylko ktoś rzucił tym mianem, od razu każdy orientował się o kim mowa. Matt nie raz i nie dwa został nazwany Matthew Pistol i tak samo zresztą Sam.
    - Harrison! Bellamy! Wynocha!
    Głos profesora rozległ się po całym korytarzu. Obaj chłopacy nie przestali się szarpać, a jedynie zmniejszyli siłę tych przepychanek. W końcu jednak gdy nauczyciel zamknął z hukiem drzwi do klasy, roześmiali się i ruszyli w stronę krużganek. Matt przejechał dłonią po nosie, oglądając się dookoła. Z naprzeciwka nadchodziła jakaś ładna dziewczyna i uśmiechnęła się, gdy go mijała. Harrison odwrócił się za nią i szedł przez chwilę tyłem, szczerząc się do siebie i obserwując oddalającą się Krukonkę. Sam uderzył go pięścią w ramię, zmuszając go do zejścia na ziemię. Matthews rzucił mu gniewne spojrzenie.
    - Czego chcesz?
    - Może zamiast oglądania się za panienkami, powiesz mi, gdzie teraz idziemy? – spytał, przeciągając się i ziewając Bellamy. – Bo chyba mamy jakieś zajęcia w planie czy coś w tym stylu?
    - Moje plany na dziś to brak zajęć do końca dnia! – zawyrokował Matt, zatrzymując się i wskakując w jedno z pustych okien na piętrze krużganek. Żuł ciągle gumę, przerzucając jedną nogę na zewnątrz tak, by zwisała mu nad krawędzią. Sam stanął obok i grzebał w torbie. Zawsze miał w niej coś ciekawego. Fajki, płyty, nawet winyle. Harrison nie nosił ze sobą torby. Uważał ją za przeżytek, a na zajęcia zabierał tylko zeszyt, bo pióra mieli na ławkach. Zresztą bez niej miało się o wiele więcej swobody. Przeskakiwania przez mury czy przy tłumaczeniu się, dlaczego znowu nie ma szaty. Miałem ją w torbie, przysięgam. Ale torbę mi ukradli. Matt uwielbiał te przygłupawe miny profesorów, gdy kolejny raz darzył ich jakąś wymówką.
    Odetchnął głośno, patrząc na uczniów na krużgankach pod sobą. Musiał zastanowić się, na co ma dziś ochotę. Spojrzał na Sama, ale ten wpatrywał się w jedno miejsce na poziomie zerowym.
    - Co jest? – rzucił Bellamy, wskazując brodą jasnowłosą dziewczynę, która stała oparta o mur, a nad nią stał jakiś chłopak i o czymś rozmawiali. Gdy Matt zobaczył, że dotknął włosów jego siostry, poderwał się z miejsca:
    - Niedoczekanie! – rzucił pod nosem, zeskoczył z wnęki i pobiegł na schody.

    Matt

    OdpowiedzUsuń
  5. Wybiegł zdenerwowany z pomieszczenia i nie rozglądając się dookoła, szedł tak szybko jak tylko pozwalał mu na to obecny stan, gdzieś przed siebie. Szczerze mówiąc nawet nie wiedział gdzie. Był zły, wściekły. Nie potrafił zrozumieć dlaczego sam wpakował się w takie kłopoty. Dlaczego sprowadził to wszystko na siebie. Dlaczego, zawsze go muszą spotykać takie sytuacje? Oddychał głośno, idąc z zaciśniętymi pięściami. Nie chciał teraz z nią być, nie chciał teraz patrzeć w jej zielone oczy. Nie chciał więcej czuć. Nie mógł jej kochać, nie mógł. Musi zapomnieć, wyrzucić ją z pamięci, pozbyć się wszystkiego, co jest połączone z nią.
    Więc gdy usłyszał jej głos, spojrzał tylko na nią z lekko rozchylonymi wargami, wciąż oddychając szybko. Popełnił błąd. Spojrzał w jej zielone oczy, chociaż wcale nie powinien był tego robić. Chciałby móc, wpatrywać się w nie godzinami. Jednak teraz nie mógł. Musiał wzbudzić w sobie do niej nienawiść, musiał się do tego zmusić, bo chociaż kiedyś uznał, że spojrzałby w oczy śmierci, kiedy nadszedł by jego czas… Teraz stchórzył. Miał wybór. I doskonale wiedział, że jeżeli w przeciągu tygodnia Elody nie przestanie oddychać to wówczas umrą oboje. Był tego doskonale świadomy, więc… Wolał jeszcze cierpieć.
    - Zostaw mnie Harrison – burknął, wyszarpując lekko rękę. Nie chciał z nią teraz być, nie chciał… Tak bardzo… Z całych sił powstrzymywał łzy. Nie mógł sobie pozwolić na kolejne słabości. Przed nim najgorsze zadanie i jeżeli już teraz łzy cisnęły mu się do oczu weidział, że tego nie zrobi. A przecież musiał. Musiał zebrać w sobie siłę. Dlatego też zwinnie ją wyminął i zatrzymał się wpatrzony gdzieś w dal. Czując na sobie jej objęcia, przygryzł mocno wargę i powieki. Musiał być silny.
    Przełknął więc ślinę i ułożył dłonie na jej dłoniach. Ciesząc się jeszcze ciepłem jej ciała. Po chwili jednak odwrócił się na pięcie, spoglądając w jej soczyście zielone oczy.
    - Masz rację, będzie dobrze. Wszystko w końcu się ułoży. Będzie po prostu… Idealnie Elody. Będzie kurewsko pięknie – szepnął, siląc się na uśmiech. Chciał zachować spokój, jednak nie potrafił zapanować nad emocjami. Nie potrafił być teraz spokojny. Patrząc w jej oczy, myślał o tym jak bardzo ją kocha, jednocześnie obmyślając jak wykonać swoje zadanie. Bo przecież musiał to zrobić, nie miał wyjścia. Poza tym… Co z tego, że ją kochał, skoro… Skoro ona wolała kogo innego? – Wracajmy już lepiej, jeszcze ktoś nas zauważy… - mruknął cicho, odsuwając się od niej i ruszając do przodu.

    Ajrun

    OdpowiedzUsuń
  6. Nie da się porównać tego uczucia do czegokolwiek innego.
    Przypomina to odrobinę sytuacje z dzieciństwa, kiedy przez dwa tygodnie czekałeś na klasową wycieczkę, by uciec z zajęć i obejrzeć przedstawienie. Gdy przez dwa miesiące nie mogłeś się doczekać premiery filmu z ulubionej serii czy koncertu najlepszego zespołu. Oczekiwania jednak nigdy nie mają za wiele wspólnego z rzeczywistością ─ kiedy udaje Ci się je ziścić, albo orientujesz się, iż były pomyłką, albo śmiejesz się w duchu, bo nie spodziewałeś się czegoś tak fantastycznego.
    Jihoon przyciskał rękę do pleców dziewczyny, błądząc ustami po jej wargach i nie myśląc o niczym innym, jak o swoim szczęściu. Nie sądził, że zwykły piątkowy wieczór mógłby być tak udany, ba, nawet przez głowę mu nie przeszło, że pod koniec dnia wreszcie poczuje to, o czym starał się nie pamiętać ─ tak gorące uczucie miłości.
    Niestety nie mogli całować się wiecznie. Ahn nie wiedział, ile przestali na środku pomieszczenia, ale gdy tylko oderwali się od siebie, zorientował się, iż muzyka już od dawna nie grała. Uśmiechnął się delikatnie, odrobinę zakłopotany, lecz dalej przytulał do siebie Elody, jakby zaraz miała czmychnąć z jego ramion i uciec.
    ─ Na co ma teraz królowa ochotę? ─ zapytał cicho, a mimo to jego głos poniósł się echem po sali. Było mu strasznie gorąco, co dziwne, bo w pomieszczeniu panowała względnie normalna temperatura, może jedynie odrobinę wyższa niż w innych częściach zamku.
    Po części z zachcianki, po części z chęci uzyskania kolejnej dawki przyjemności, Jihoon pochylił się nad blondynką, by ponownie pocałować jej pełne, jasne usta. Nie mógł się powstrzymać, ale też niespecjalnie chciał szczególnie starać się opanować targające nim emocje. Odsunął się od Elody na kilka centymetrów i spojrzał w jej szmaragdowe oczy, a na jego twarzy pojawił się ten beztroski wyraz, zniknęła maska. Wesołe ogniki błysnęły mu w oczach.
    ─ Swoją drogą, jestem absolutnie pewny, że Anglia nie widziała piękniejszej królowej.

    pan Ahn :*
    ale ze mnie wredny człowiek, perfidnie Cię faworyzuję
    #thuglife

    OdpowiedzUsuń
  7. Obejmował bezwładne ciało leżące na mokrym trawniku. Przykładał policzek, do jeszcze, wciąż ciepłego policzka dziewczyny. Widząc ją, taką leżącą i bezbronną zrozumiał jak wielki popełnił błąd. Płakał. Obejmując ją, pozwolił sobie na gorzkie łzy rozpaczy. Bo właśnie pozbawił się jakiejkolwiek szansy na szczęśliwe zakończenie. Właśnie w tym momencie jego szansa na lepsze jutro zniknęła. Odeszła… I chociaż czuł na twarzy jej ciepły oddech, chociaż była nadzieja, że to przeżyje. On był przegranym. Skreślonym. Tym, który to zrobił. Już nie był bohaterem. Już nigdy nim nie będzie. Wybrał. Zdecydował. Postanowił ratować siebie. Tylko po co? Po co, skoro bez niej, nie ma go? Co z tego, że będzie żył, jeżeli jego życie będzie tylko marną szczątkom tego, co mógłby mieć? Gdyby był tylko odrobinę mądrzejszy. Gdyby tylko był rozważniejszy. Bardziej Krukoński. Wówczas, nigdy nie wpakowałby się w takie… Gówno. Bo nie dało się inaczej określić sytuacji, w jakiej obecnie znajdował się młody Krukon.
    Miał ochotę głośno krzyczeć, jednak wiedział, że wówczas zwróci czyjąś uwagę, a wówczas to się źle dla niego skończy. Chciał odejść, ale chciał ją uratować. Chciał uciec, ale nie mógł. Chciał ją zabić, jednak teraz rozumiał. Rozumiał jak wiele błędów popełnił w życiu, bo przecież… Panienka Harrison nic mu nie zrobiła. To on Ją zranił, nie Ona jego. To on był winien, nie Ona.
    Odsunął się od jej ciała, wciąż na nie patrząc oczyma pełnymi łez. Nie miał pojęcia co powinien zrobić. Biec do dyrektora i skłamać? Do Skrzydła Szpitalnego? Co ma zrobić…? Co jeżeli, będą chcieli sprawdzić jego różdżkę? Stał, nie mając pojęcia… A czas uciekał. Musiał w końcu coś postanowić. Ponownie ukucnął, chwycił jej wątłe ciałko i ruszył prędko do Skrzydła Szpitalnego. Przecież nie było czasu…
    - Ja, nie mam pojęcia co się stało – mruknął, ze łzami w oczach. Kładąc ją ostrożnie na szpitalnym łóżku. Wycofując się powolnie, bojąc się pytań, które mogłyby paść z ust uzdrowicielki.

    Ajrun

    OdpowiedzUsuń
  8. [Jakoś słabo wyszło. Przepraszam :/]

    Matthew nie czekał na Sama, chociaż był pewny, że kumpel będzie podziwiał całą sytuację z dystansu by w razie potrzeby móc interweniować, gdyby zrobiło się naprawdę gorąco. Bellamy nie musiał się martwić tamtym typkiem, który stał koło Elody, chociaż na pewno było mu go żal. Matta mogło nieźle ponieść, więc lepiej nie oddalał się za bardzo. Wszyscy, którzy znali Harrisona, wiedzieli, że braciszek na punkcie Elody ma wręcz obsesję. Wliczając w to jak się ubierała, z kim zadawała, jak zachowywała, a co najważniejsze co za chłopacy kręcili się dookoła. Czasem nawet krzyczał do niej z końca korytarza, żeby ubrała dłuższą spódnicę. Zupełnie jakby nie była jego siostrą, a dziewczyną. Chociaż prawda jest taka, że nie ma drugiej takiej więzi jak ta pomiędzy starszym bratem a młodszą siostrzyczką. Zwłaszcza tym bratem i tą siostrą. Przez to że różnili się od siebie praktycznie we wszystkim, niektórzy brali ich właśnie za parę. Gdy Matthew tulił i mówił, że ją kocha, ludzie gwizdali, a dziewczyny przyglądały im się z niesmakiem. Bo przecież Matt jest bratem Sama. Bracia Pistols, nie? Harrisona zawsze bawiło niedoinformowanie ludzi. Ale teraz nie było mu do śmiechu. Jakaś dziewczyna spytała która jest godzina i wcale nie była taka brzydka. Chłopak wyminął ją, co na pewno zbiło wszystkich dookoła z pantałyku, wliczając w to tę nieszczęsną niewiastę. Bo przepraszam, ale kto widział kiedykolwiek, żeby Harrison podarował sobie konfrontację z taką ładną dziewczyną?! A jednak… Matt nie zwrócił nawet na nią uwagi. Minął ją jakby była duchem. Widział tylko tego dupka i Elody. Dzieliło ich tylko kilka metrów. Już miał złapać go za szatkę i odciągnąć, gdy wtrąciła się blondynka. Jak ona dobrze go znała...
    - Co tu się wyprawia? - rzucił na wstępie do Elody, ale jego głos brzmiał wrogo, a słowa były skierowane do tego całego Krukona. Uniósł brwi, słysząc siostrę.
    - To... To jest twój brat? - spytał wyglancowany pinduś. - Matt... Harrison?
    - A co? Masz z tym jakiś problem? I lepiej żebyś trzymał łapy przy sobie.
    Elody nie przestała trzymać mu dłoni na klatce piersiowej, jakby mogło to powstrzymać kogoś takiego jak on. To nie była płytka zazdrość. To była troska spowodowana miłością. Dla Elody mógłby się poświęcić całkowicie. Nawet gdyby to wymagało zostania męską prostytutka. Chociaż nigdy by się do tego nie przyznał…
    - Nic tu się nie działo.
    Elody wtrąciła coś o jakiejś pomocy w zaklęciach, a. Matt gdyby był obserwatorem walnąłby pięknego facepalma. Albo głośno się roześmiał. Mogła lepiej kłamać.
    - Przecież ty nie potrzebujesz korków z zaklęć. A jeśli już to przychodzisz do mnie - mruknął, marszcząc brwi. - Nie kłam, kochanie bo jesteś w tym kiepska - dodał o wiele łagodniej, patrząc na blondynkę. Potem przeniósł spojrzenie na Krukona. I wcale nie było takie miłe. - Słuchaj, Brian czy jak ty się tam nazywasz. Trzymaj swoje perwersyjne zapędy z dala od mojej siostry.
    - Tylko rozmawialiśmy - odpowiedział już pewniej Krukon. - W dodatku nie zabronisz mi się z nią widywać. Nie jesteś jej ojcem.
    - Jak pewnie zauważyłeś, mam w dupie zdanie innych ludzi i działam na trochę innych zasadach. Więc teoretycznie jestem jej ojcem, bo kto inny się o nią tu zatroszczy? Ty?
    - Może, mugolu.
    - Hyyy! – zawołał Matt, przykładając dłoń do ust w wyrazie wielkiego udawanego zaskoczenia. – Ty oszczerco! Slap! Slap! – dodał, machając ręką zaraz przed twarzą Krukona zupełnie jakby go spoliczkował kilka razy. A potem obrócił się z gracją tancerki w stronę Elody i spytał, unosząc brwi:
    - Nie stać cię na nic lepszego?
    W tle Bellamy wciąż obserwował przyjaciela, bo chyba to nie był koniec.

    Matt

    OdpowiedzUsuń
  9. Ahn obserwował kręcącą się dziewczynę zupełnie skonfundowany, bo tak naprawdę nie miał zielonego pojęcia, co też czaiło się w tej blondwłosej główce. Dopiero kiedy wykonała kolejny obrót i obrzuciła uszczęśliwionym spojrzeniem całkiem wiekowy aparat z ogromnym fleszem, zrozumiał ten wybuch emocji. Nie zdążył jednak wyrzucić z siebie żadnego słowa, a Elody już przystawiała mu pełne usta do policzka i strzelała fleszem prosto w oczy.
    Tym razem nie zdenerwował się, ani nie oburzył, za to roześmiał wesoło, przyciągając delikatnie dziewczynę do swojego lewego boku. Pozował spokojnie, do każdego ujęcia, na początku odrobinę zawstydzony, lecz później jak pierwszorzędny model ─ o ile pierwszorzędni modele wywalają na wierzch język, robią głupie miny i przewracają oczami.
    ─ Mój świat wcale nie jest szczególnie interesujący, bynajmniej nie jest dla mnie ─ powiedział, unosząc jedną brew, po czym wzruszył ramionami.
    Taka była prawda, człowiek przywykał, choć mógł bronić się przed tym rękami i nogami. Bogate, dostojne życie było dla chłopaka codziennością. Strojne, te nowoczesne, a tak naprawdę zupełnie puste i zimne apartamenty nie jawiły się w jego głowie jak pałace, tylko jako zupełnie normalne mieszkanie. Nie szukał radości w tym, że było go stać na cokolwiek, co by mu przyszło do głowy, bo miał powodu.
    Jak cieszyć się z czegoś, co bez problemu możesz dostać?
    Prawdopodobnie dlatego tak bardzo zadurzył się w tej blondynce z ogromnymi, zielonymi oczami ─ bo musiał się postarać o każde spojrzenie, bo była dla niego niedostępna i zakazana. Nie mógł jej mieć o tak, dla kaprysu, ale dopiero po ciężkiej pracy i wyłożeniu z siebie wszystkiego, co posiadał, nie zaś pieniędzy.
    Elody otwierała mu oczy na wiele rzeczy, które omijał, zamknięty w skorupce bogatego dzieciaka, nie znającego normalnych uczuć. Osoby takie były, co jasne, mniej empatyczne, bo zazwyczaj przyjaciół zaskarbiali sobie nie przez swoje maniery, ale status i grubość portfela. Jihoon miał niemałe problemy z opanowaniem swojego starego sposobu myślenia; jak kiedyś pozostał uparty, spokojny, twardo stąpający po ziemi, ale juz z przymrużeniem oka spoglądał na niektóre kwestie. A może inaczej ─ właśnie z szeroko otwartymi oczami.

    OdpowiedzUsuń
  10. Ahn spostrzegł zdziwiony, że na stołku w przymierzalni czekają na niego jego codzienne ubrania, dokładnie takie, jak te spakowane w jego kufrze w dormitorium siódmego roku. Wciągnął powoli na siebie luźną, granatową bluzę i zwyczajne, czarne spodnie, po czym odsunął zasłonkę i wyszedł na spotkanie Gryfonce, uśmiechającej się do niego promienne. Pozwolił złapać się na rękę oraz przeciągnąć się przez zamek, by potem wypaść z nią na błonia.
    O dziwo, nie było zimno, jak też przewidywali w trakcie ich rozmowy podczas tego swoistego spaceru po Hogwarcie. Jihoon, jeszcze zafrasowany odrobinę, zastanawiający się nad wynikiem ostatniego wyniku meczu Quidditcha, niezbyt ogarnął sytuację, w której się znalazł. Ledwo zarejestrował, że został ucałowany w policzek, a już blondynka uciekała od niego, chichocząc szalenie, ewidentnie zbyt szybko się oddalając.
    — Złapię cię! — wykrzyknął, ruszając do biegu, a na jego twarzy wykwitł wesoły uśmiech.
    Nie zależało mu na poznawaniu wykwintnego świata, chciał po raz pierwszy cieszyć się z drobnostek, doceniać najzwyklejsze na świecie rzeczy, choćby te ciastka z przepisu babci Elody. Niby jadał słodycze w najlepszych cukierniach świata, ale te czekoladowe wyroby od Harrison smakowały mu tysiąc razy bardziej.
    W końcu, jak należało się spodziewać, dopadł blondynkę, lecz gdy już miał klepnąć ją w plecy, poślizgnął się i po prostu upadł z nią na ziemię. Gdy już zorientował się, iż wszystko z Elody w najlepszym porządku i że śmieje się z niego okropnie, zrobił odrobinę zawstydzoną minę.
    — Mówiłem, że cię złapię — powiedział, hamując wybuch śmiechu, po czym pocałował dziewczynę w usta. — A teraz ty złap mnie.
    Jihoon uniósł brwi, po czym poderwał się z ziemi, by zaraz ruszyć w szaleńczym biegu w kierunku cieplarni. Miał okropną ochotę, by zostać tam, na trawniku, lecz skoro grali już w grę... Chyba będzie musiał poczekać, aż to ona go złapie.

    OdpowiedzUsuń
  11. To były dla niego najgorsze dni, godziny, sekundy. Już w momencie, gdy zielone światło wydobyło się z koniuszka jego różdżki wiedział, że popełnił błąd. Tak, jakby ktoś nagle obudził go ze snu, oddając mu przy tym świadomość umysłu. Racjonalne myślenie nagle się w nim włączyło, jednak było już za późno. Było cholernie bardzo za późno. Bo je ciało leżało na trawniku. A on… On nie mógł nic zrobić.
    Te dni były najgorsze. Kiedy nie mógł nic zrobić. Kiedy trzeba było czekać. Chociaż sam nie był pewien, na co tak właściwie czeka. Na widomość, że nie udało jej się uratować? Informację, że doskonale wiedzą kto to zrobił? Przecież On doskonale wiedział. I wiedział, że wszyscy niedługo również się dowiedzą. Dlatego wzdrygał się na każde słowa nauczyciela, zaczynające się słowami Ian musimy porozmawiać. Przez jego oczy przebiegał wówczas strach. I chociaż nikt jeszcze niczego mu nie zarzucił, On doskonale wiedział, że ten czas minie. Że w końcu ktoś chwyci go mocno za ramię, a sprawiedliwość zostanie wymierzona. W końcu… Musiało to kiedyś nastąpić. Tylko… Nie wiedział jeszcze kiedy. Dlatego też chodził nabuzowany, wszystko go drażniło, szybko się denerwował a cierpliwości chwilowo nie miał za grosz.
    — Ian, wszystko w porządku? Martwię się o Ciebie, nie wyglądasz najlepiej.
    — Ajrun nie przejmuj się, raz ją uratowałeś. Nie Twoja wina, że znów wpakowała się w kłopoty. Ale na pewno z tego wyjdzie. Będzie ok.!

    Miał dość wysłuchiwania, że wszystko będzie w porządku. Miał dość tego cholernego poczucia winy, które ciągle go nachodziło. Miał dość strachu. I oczekiwania na widomości. Bo obawiał ich się, cholernie mocno. Obawiał się, że usłyszy najgorsze wieści w swoim życiu. Obawiał się, że nie uda im się, jej uratować. A przecież musieli. Musieli ją uratować, Ona musiała żyć. Za to on… on mógł umrzeć. Byleby tylko jego ukochana Elody miała szansę zobaczyć błękit nieba i soczystą zieleń trawy. By mogła cieszyć się życiem.

    Ajrun

    OdpowiedzUsuń
  12. [Dopiero teraz zobaczyłam listę xD Zostałam wessana przez sprawy fabularne innego bloga, ale już idę ;)]

    Matt

    OdpowiedzUsuń
  13. [Coś mi się obiło o uszy, że niejaki pan Ahn z utęsknieniem czeka na pewną słodką blondyneczkę!]

    OdpowiedzUsuń
  14. - Bo to było pedalskie – odparł z wyraźnym rozbawieniem Matt. Elody się zdenerwowała i rozumiał to. Zawsze była ta sama scena. W kółko i w kółko. Czy ona zwyczajnie nie rozumiała, że wybierała jakichś przychlastów? Nie dorastali jej do pięt, a ona tak bardzo chciała kogoś mieć, że sięgała po byle co. Coś w stylu Mam bal maturalny, ale nie sięgam do wyższej półki, gdzie stoją moje wymarzone buty, ale nie poproszę nikogo o pomoc. Dlatego właśnie zadowolę się tymi z niższych szafek. Cała pierdolona filozofia jego ukochanej siostry w jednym zdaniu. – Nie chciałbym dostać na Święta szalika od niego, bo od razu dałby mi instrukcję jak go zawiązywać – dodał, słysząc natłok wypominek. Przyznawał się do wszystkiego i mógł być ze wszystkiego sądzony. Ale czy żałował? Absolutnie nie. Zrobiłby to w każdej możliwej alternatywnej wersji tej historii. - Powiedziałem mu, żeby w końcu przestał się zachowywać jak pedał. A to że przestał się do ciebie odzywać, to w sumie dobrze, nie uważasz? Nie chciałbym, żebyś się spotykała z jakimś homosiem. Co do tego rozgrywającego to powiem ci coś o nim. Nie chciałem ci wtedy mówić, że bajerował inną laskę w tym samym czasie, co ciebie, więc wymyśliłem ten głupi powód. Znowu byś ryczała przez pół roku. Bo pan idealny jednak okazał się skurwielem. – Rozkręcił się i już mówił to całkowicie na poważnie bez śladu rozbawienia. – A cała reszta to była warta tyle co zeszłoroczny śnieg. Nie rozumiem ciebie, Elody. Jesteś cholera moją siostrą i nie będę patrzył jak marnujesz czas, uganiając się za jakimiś oblechami, których znam lepiej niż ty. W tym świecie nie ma nikogo odpowiedniego i nigdy nie będzie. Dopóki ja tu jestem, będę ciągle to robił. Bo jesteś moją siostrą i cię kocham.
    Umilkł, patrząc na blondynkę uważnie.
    - Kocham cię – powtórzył, patrząc na Krukona jakby od razu alarmując, że jeśli cokolwiek jej się stanie, Harrison go znajdzie. Bo wiedział, gdzie mieszka. W sumie to już zbierał kamienie. Gdy zobaczył, że chłopak pocałował Elody, Matt nic nie zrobił. Patrzył na to jak palant sam podpisuje się pod swoim wyrokiem. Gdy tamten odchodził, Gryfon uśmiechnął się do niego dobrodusznie. Patrząc na odchodzącego chłopaka, Harrison zdał sobie sprawę, że Elody wzdycha. Zerknął na nią kątem oka, bo posiadał kąt oka, i obserwował szczęśliwą siostrę. Cóż. Tu bardziej nie chodziło o to, że była zadowolona z randki. Chciała pokazać, że spotka się z tym kolesiem wbrew woli swojego kochanego braciszka. Nawet gdyby tamten był ostatnim oblechem, ale gdyby zezłościłoby to Matta, zrobiłaby to. Tylko po to, żeby pokazać jaka to jest niezależna. Cholera…. Serio tak było? Pewnie tak.
    Gdy Krukon zniknął za zakrętem, Harrison odwrócił się w stronę siostry.
    - Miłego dnia, nieznajoma – mruknął z uśmiechem, unosząc brwi w górę i miętoląc w zębach papierosa. – Zastanawia mnie tylko jedno – to naprawdę było jego imię? – spytał i nie czekając na odpowiedź, odszedł, kierując się do Bellamy’ego.
    - Co tam? – rzucił Sam, odklejając się od ściany.
    - Mamy robotę do wykonania – powiedział tylko Matt, nie zatrzymując się i klepiąc przyjaciela po ramieniu.

    Matt

    OdpowiedzUsuń
  15. Ścisnął mocno jej dłoń, tonąc już kolejny raz w tych szmaragdowych, błyszczących oczach.
    — Nigdy — powiedział powoli i mógłby przysiąc, że gdy tylko mrugnął, dziewczyna już znajdowała się na nogach, gotowa do drogi. Prawdę mówiąc, Ahn nie korzystał z takiej dawki ruchu już od dawna, jednak jego zastane kości nawet nie sprawiały problemów, gdy ponownie wspinali się po głównych schodach.
    Minęli woźnego, przez przypadek wylewając mu wiaderko z brudną wodą z powrotem na posadzkę, po czym zanosząc się wesołym śmiechem, zniknęli za kolejnym korytarzem, by uniknąć szlabanu. Oto Jihoon, zawsze wzorowy uczeń, po raz pierwszy zrobił coś tak głupiego, że automatycznie, nawet bez słowa wyjaśnienia, mógłby w razie złapania wylądować w kozie. I nawet się nie przejął!
    Widok z wieży był naprawkę nieziemski. Z tej strony wychodził na jeden z dziedzińców zamku, ogarniając też kawałek Zakazanego Lasu, jak i słabo oświetloną drogę do Hogsmeade. Ahn przez chwilę w ciszy zachwycał się tym widokiem, nie puszczając jednak dłoni dziewczyny na chociażby krótką chwilę. Dalej miał wrażenie, że ta mogłaby mu uciec, gdyby tylko puścił ja na krótką chwilę. Nie miał pojęcia, jak bardzo był prawdy.
    — Ładnie tu — mruknął, odwracając się w kierunku dziewczyny. Powoli przesunął rękę na jej talię, by móc przytulić ją do siebie delikatnie. — Często tu przychodzisz sama, Harrison?
    Znów miał ochotę powiedzieć, że ją kocha, ale to byłoby głupie, takie nie w jego stylu. Choć już powoli zapominał, co było jego stylem, a co nie.

    [Co teraz robimy? Przesuwamy akcje po Avadzie, po wojnie, a może przed? I najważniejsze pytanie, a mianowicie — pozwolisz Elody przeżyć? :D]

    OdpowiedzUsuń
  16. [Tzn ja go tak zakończyłam, żeby przenieśc akcję do randki, ale nie napisałam o tym za co przepraszam :/ Może pojawić się braciszek lub zwyczajnie nie pojawi się nikt. Bo kto tam wie, co Matt przygotował dla Krukona? xD Ale napisz coś chcesz. Dostosuję się ;D Równie dobrze mogą wpaść z Bellamym i za nimi łazić. Pisz, co chcesz. Serio ;D]

    Matt

    OdpowiedzUsuń
  17. [Ja bym przesunęła z chęcią akcje do momentu, w którym Elody ląduje w szpitalu - kiedy Jihoon może ją w końcu odwiedzić. Nie wiem czy to gra, ale możemy założyć, że wydarzyło się to jeszcze przed bitwą (ewentualnie po, jak Ci wygodnie) :D No i nie mogę namawiać Cię na zostanie, skoro jesteś tu tylko z mojego względu, byłoby to niemiłe... Serduszko Jihoona zostanie może i złamane (oj tak!), ale jakoś sobie poradzimy.]

    OdpowiedzUsuń
  18. [Myślę, że skoro Jihoon pokochał tę pierwszą istotkę prawdziwie, to sobie tej miłości tak łatwo nie opuści, co tu mówić o jakimś zastąpieniu. To w takim razie ustalone, Mung kilka dni po trafieniu Avadą :)]

    OdpowiedzUsuń
  19. Hłehłe, ostatni odpis poleciał ode mnie, więc na Ciebie to zrzucam! ]:->

    OdpowiedzUsuń
  20. Blond włosa dziewczyna z Gryffindoru, szesnastoletnia Elody Harrison była jedyną osobą, która znała o Avalon całą prawdę. No, może prawie całą. Panienka Moore nikomu nie chwaliła się swoimi problemami związanymi z dziadkami od strony ojca i nie miała zamiaru tego zmieniać. Co prawda w zamku znajdowały się osoby, które wiedziały co się święci jednak wiedziały o tym tylko i wyłącznie dlatego, że były wplątane w całą tą sytuację, całą chorą, absurdalną i wręcz niemoralną sytuację. W zasadzie to… Była tylko jedna taka osoba. Avalon jednak przed całą resztą ludzi udawała, że wszystko jest w porządku, że wszystko jest takie piękne i cudowne. W końcu miała mieć idealne życie, miała mieć swoją bajkę ze szczęśliwym zakończeniem, a nie wyreżyserowany dramat.
    Wzięła głęboki oddech, powolnie wypuszczając powietrze przez lekko rozchylone wargi mieszała leniwie ozdobną łyżeczką w kubku pełnym herbaty. Dodawała łyżeczkę cukru, mieszała i dodawała kolejną. W ogóle nie myśląc o tym co robi. Myślami była setki kilometrów dalej… I tak dosypała właśnie chyba już z szóstą porcję cukru, mocząc w napoju po raz kolejny metalową łyżeczkę. Znów nią mieszając, wpatrując się zamglonymi wzrokiem w kubek. Westchnęła cicho, lekko wzruszając ramionami. Była teraz w zupełnie innym świecie, zupełnie gdzie indziej.
    – Myślę, że ta herbata już dawno przestała być zjadliwa – usłyszała nad sobą, znajomy sobie głos. Wzdrygnęła się lekko, rozkojarzona uniosła głowę odrobinę w górę aby spojrzeć na stojącego nad nią Krukona. Zmarszczyła lekko brwi.
    – Tak, tak. Masz rację – szepnęła i kompletnie nie zdając sobie sprawy z jego słów, dosypała kolejną łyżeczkę białych kryształków.
    – Avalon, obudź się – usłyszała jeszcze nad sobą, orientując się następnie, że jej rozmówca kieruje kroki już ku wyjściu z Wielkiej Sali. Zmarszczyła brwi i leniwie rozejrzała się dookoła. Chwyciła kubek i upiła z niego kilka łyków.
    – O matko, jakie to ohydne – mruknęła wypluwając z powrotem do kubka herbatę – kto tam dosypał tyle cukru!? – mruknęła, orientując się, że koło niej zasiadła wcześniej wspomniana blondynka z Gryffindoru. Elody.

    Jak mi nie odpiszesz to zapuszczę focha i usunę Cię ze znajomych! (zachowanie godne gimbazy z XXIw. buhahahaha) nie no, żartuję. Za bardzo Cię kocham <333 ale będzie mi smutno o.
    Avalon

    OdpowiedzUsuń
  21. – Ja… Zakochana? – uśmiechnęła się, delikatnie odkładając kubek na stół – dobrze wiesz, że na chwilę obecną rozdział miłosny mam po prostu zakończony. Muszę odpocząć od chłopaków, wszystkich – mruknęła, jakby to miało jakiekolwiek znaczenie. Jakby to miało cokolwiek zmienić. Przygryzła delikatnie wargę i spojrzała na wyniszczoną przyjaciółkę. Było jej strasznie smutno, patrząc na nią w takim stanie. Chciała zrobić cokolwiek, aby ta poczuła się lepiej. Psychicznie i fizycznie. Nie miała jednak pojęcia co takiego powinna uczynić, aby humor i samopoczucie Elody wzrosło – no z tą herbatą to ewidentnie moja wina – wzruszyła lekko ramionami, rozglądając się dookoła za czystym kubkiem. Wstała na chwilę i przechylając się z wyciągniętą ręką, sięgnęła kubek stojący po drugiej stronie stołu. Uśmiechając się przy tym uroczo do dziewczyny siedzącej obok wolnego miejsca.
    Spojrzała na wypełnione kolorowymi płynami fiołki, a na jej twarzy przez chwilę pojawił się wyraz smutku. Naprawdę było jej żal Elody, nie zasługiwała na to wszystko co jej się przydarzyło. To mogło spotkać każdego innego, ale nie młodą Harrisonównę. Każdy inny zasługiwał na taki los, ale nie ona. Uśmiechnęła się blado do dziewczyny, zagadując ją. Widząc, że nie kontaktuje tak jak jeszcze chwilę temu ona sama, pomachała jej delikatnie dłonią przed twarzą.
    – Pytałam czy wszystko w porządku – powtórzyła, kiedy Elody w końcu na nią spojrzała. Kiedy usłyszała jej odpowiedź, pokręciła delikatnie, zaprzeczalnie głową. Przecież doskonale wiedziała, że nic nie jest w porządku. Wiedziała, ale czekała, aż Elody będzie gotowa się odezwać, otworzyć. Powiedzieć to wszystko co w niej, głęboko w jej duszy i sercu siedziało.
    – Słucham? – spojrzała na nią z bezwiednie rozszerzonymi wargami – czekaj, Elody… Nie może być ci go żal – mruknęła, chociaż nie była pewna czy to były słowa, których blondynka teraz potrzebowała – to znaczy… Chodzi mi o to. Elody nie jesteś w stanie uratować całego świata. Nie mogłaś mu pomóc, on – zamilkła na chwilę, przygryzając wargę i zastanawiając się nad kolejnymi słowami, które miały zaraz paść z jej ust – to nie był chłopak dla ciebie – pochyliła się lekko i objęła dziewczynę chudymi ramionami, gładząc delikatnie dłonią jej głowę.
    Kiedy Elody trafiła do świętego Munga nikt nie miał pojęcia co się tak naprawdę wydarzyło. Po szkole zaczęły rozsiewać się najróżniejsze plotki. Każdy miał do powiedzenia swoje pięć groszy, każdy dosłownie każdy uczeń szkoły musiał do każdej usłyszanej historyjki dopowiedzieć te kilka swoich zdań. Dokładnie pamiętała tę nieszczęsną kolację, kiedy jakiś Puchaś, chyba Wiggins rzucił oskarżycielskie słowa w kierunku Ajruna. To jak zareagował Krukon… Wow, chyba nikt się nie spodziewał, że kilka zdań było w stanie wyprowadzić go z równowagi. Wtedy, w tamtym momencie wszyscy się chyba zorientowali co się stało, a następnego dnia już go nie było w zamku. Chociaż Avalon nie lubiła wysłuchiwać plotek, szybko dowiedziała się, gdzie wylądował jej kolega z domu. I po tym co usłyszeli wszyscy zebrani na kolacji… Avalon była pewna, że tym razem plotki w dużej mierze pokrywały się z prawdą.
    – Wiem, że go kochałaś ale… Elody on cię skrzywdził. Tak bardzo mocno – szepnęła cicho, wciąż tuląc dziewczynę. Mając nadzieje, że jej łzy osłabną.

    Avalon

    OdpowiedzUsuń
  22. Ostatnie dni były koszmarem nie tylko dla Elody, ale z całą pewnością też dla wszystkich osób, które były z dziewczyną w bliskich relacjach — przez szpital przewijali się przyjaciele Gryfonki, jeszcze nie uświadomieni co do sytuacji, jak i jej dalsi znajomi albo po prostu ludzie, którzy znali ją z widzenia i martwili się o jej stan zdrowia. Na całodobowym posterunku oprócz rodziny Harrisonów znajdował się również i Jihoon, teraz już kompletnie wytrącony z równowagi. Przez pierwszą dobę, kiedy jeszcze nikt nie był pewny, czy blondynka przeżyje, wszyscy siedzieli zwyczajnie w poczekalni, po prostu patrząc na siebie w milczeniu, nawet nie kwapiąc się, by cokolwiek zjeść. Stres miażdżył każdego po kolei.
    Po kilku dniach, kiedy już stan Elody ustabilizował się na tyle, by można było ją odwiedzić, a Ahna wypuszczono z odpowiednim kwitkiem z Hogwartu, ciężkość na sercu chłopaka ustąpiła na krótką chwilę. Gdy już dostał się do Munga, wątpliwości ponownie go ogarnęły, a nogi odmówiły posłuszeństwa, nie pozwalając chociażby na mały krok. Stał od kilku minut w drzwiach, przyglądając się, jak skulona dziewczyna pochlipuje w poduszkę i nie mógł wyrzec ani słowa. Miał wrażenie, że patrzy na zupełnie inną osobę.
    Nikomu by się nie przyznał, że w ciągu ostatniego tygodnia przepłakał tyle, co w podczas ostatnich siedemnastu lat całego swojego życia. Najbardziej bolała go bezsilność w całej tej sprawie, bo nie miał pojęcia, w jaki sposób mógłby pomóc dziewczynie, o ile w ogóle. Starał się jedynie odgrodzić od myśli, które go coraz usilniej ogarniały — że musiał znaleźć człowieka, który jej to zrobił i pozbyć się go w ten sam sposób albo zadać mu jeszcze gorszy ból. Powstrzymywało go tylko to, iż wiedział, że Elody by tego nie chciała.
    Znał sprawcę. Czuł każdą komórką ciała, że nie mylił się w swoich przypuszczeniach.
    — Śpisz? — zaczął cicho, jeszcze stojąc w progu, ale kiedy jasnowłosa odwróciła się do niego, nie mógł się powstrzymać i podszedł do jej łóżka, by po chwili już trzymać ją w ramionach. Pocałował ją delikatnie w czoło, uważając, by przypadkiem nie sprawić jej niepotrzebnego bólu. Jej jasna skóra, zapadnięte policzki, zamglony wzrok jedynie zaiskrzyły wściekłość, która się w nim tliła, jednak oprócz nieznacznego zaciśnięcia szczęki, nie dał po sobie poznać żadnego negatywnego uczucia. — Nawet nie masz pojęcia, jak się o ciebie martwiłem.

    OdpowiedzUsuń
  23. Każde słowo, które padało z ust Gryfonki, tylko utwierdzało w chłopaka w przekonaniu, że przyjście tu to był zły pomysł — sprawiał jej jawny ból, jako że wspomnienie o nim automatycznie nastawiało dziewczynę na myśli o samym Hogwarcie. Uśmiechnął się jedynie na wspomnienie o jej dawnych obowiązkach: pamiętał o jej tygodniowych spotkaniach z gajowym, toteż przygotował dla niego zamówione wcześniej ciasto i krótką formułkę na temat samej Elody, którą pamiętał nawet do tej pory "lekarze są dobrej myśli, nie musi się Pan martwić". Powtarzał to tyle razy, że teraz niemal jak mantra utkwiła mu w głowie.
    — Wiem — szepnął jedynie, otulając ją jednocześnie mocniej ramionami.
    Nie było nic złego w tym, że się czegoś obawiała. Gryfoni byli odważni, owszem, jednak sama odwaga nie znaczyła, iż nie znali pojęcia strachu. Harrison przedstawiała dumnie cechy domu Gryffindoru, nawet jeśli nie zdawała sobie z tego sprawy — mimo swoich jawnych obaw zdawała się widzieć to, czego wszystkim wokół brakowało, nadzieję. I właśnie to mogło zaważyć na tym że tam trafiła, bo wobec przeciwności nie łamała się i nie pozostawała bierna, walczyła.
    — Muszę cię o to zapytać — powiedział po chwili, spoglądając na nią twardo. — Wiem, że wiesz, kto zadał ci ten ból. Ale zastanawiam się... — przerwał na moment, choć nie uchylił się pod jej spojrzeniem — czy chcesz wyciągać z tego jakieś wnioski. Prawne.
    Wiedział, jak Elody traktuje zdrajcę, który pozostawał o oczach wciąż człowiekiem niewinnym. Nie mógł nic zrobić, by go ukarać, jednocześnie nie stając się w oczach dziewczyny brutalem, choć oczywiście, gdyby to od niego zależało, Krukon wisiałby w tym momencie na dziecińcu transmutacji na widoku wszystkich tych, którzy mieliby ochotę na niego spojrzeć. Sytuacja była komiczna. Poważna pod kilkoma względami, ale z całą pewnością komiczna.


    [Pomysł z dziennikiem jest fantastyczny! Nawet nie pomyślałam o tym, że faktycznie jej pamiętnik mógłby wylądować u niewłaściwej osoby... Nawet nam coś zacznę :*]

    OdpowiedzUsuń
  24. [Siostra. Wiem, że masz zaliczenia. Też mam, ale co powiesz na wspólne napisanie notki konkursowej a propos Świąt? ;)]

    kochający wciąż braciszek

    OdpowiedzUsuń
  25. Ahn przyglądał się całej tej sytuacji odrobinę sceptycznie, nie chcąc robić sobie żadnych złudnych nadziei, jako że przez ostatnie kilka dni medycy jedynie kręcili głowami z dezaprobatą w odpowiedzi na każde pytanie dotyczące zdrowia dziewczyny. Gdy powoli przykładał naczynie do ust Elody, z całej siły próbował odgrodzić swoje myśli od roztrząsania tego, czy w jakiś sposób nowy eliksir mógłby jej pomóc, a kiedy tylko wykonał zadanie, usunął się w kąt pomieszczenia i po prostu patrzył, jak ci pracują.
    W momencie wybuchu radości lekarzy Jihoon spojrzał na blondynkę z lekką nutą powątpiewania i jakby niemej prośby, a gdy ta delikatnie zacisnęła palce na prześcieradle, zrobił kilka kroków w jej stronę. Powoli ujął jej zimną dłoń, a już po chwili poczuł jej słaby dotyk na swoim nadgarstku, przez co niemal krzyknął z radości. Część personelu usunęła się z sali, by wysłać sowę do Harrisonów i zawiadomić rodzinę o nowej sytuacji.
    — Chyba jednak pojedziesz do domu na święta — powiedział, spoglądając na jej uradowaną twarzyczkę, rozciągniętą w uśmiechu i taką szczęśliwą, że wydawałoby się, jakby ktoś zwyczajnie tchnął w nią nowe życie.
    Już po kilku minutach widać było, jak dziewczynie wracają jej kolory, jak powoli odzyskuje władze w kolejnych częściach ciała, jak drobne rumieńce wyskakują na jej policzkach. Jej oczy znów błyszczały, nie ze smutku, acz z nadziei, a każdy oddech był coraz głębszy, jakby pierwszy raz od dawna Elody cieszyła się smakiem tlenu.
    Chłopak uśmiechnął się, dusząc jednak w sobie euforię, która go ogarnęła, bo tak już miał w zwyczaju i tak został wychowany, aby przyjmować wszystko z chłodnym spokojem. Objął blondynkę delikatnie, jeszcze martwiąc się, czy aby na pewno nie zrobi jej przy tym krzywdy, ale wiedział, iż ta po prostu potrzebuje jego bliskości, skoro mogła ją teraz poczuć. Nawet nie omieszkał jej delikatnie pocałować, dzięki czemu medycy odwrócili głowy, oddając im odrobinę prywatności.
    — Za kilka dni pojedziemy do domu — mruknął cicho do jej ucha, już nie powstrzymując uśmiechu. Przyłożył delikatnie dłoń do twarzy dziewczyny, z radością przyjmując fakt, iż jest ona przyjemnie i odpowiednio ciepła.

    OdpowiedzUsuń
  26. [Witam. Cieszę się bardzo, że Gabi się spodobała ;) Dawno nie pisałam karty dla damskiej postaci, więc miałam obawy czy wyjdzie to chociaż znośnie ;)]

    OdpowiedzUsuń
  27. [Ustalmy, że nie przyszedł bo mam plan, co do tego. Zgoda? xD]

    - Masz jakiś plan? – spytał Bellamy, patrząc uważnie na Harrisona. Ten tylko bawił się kolczykiem w lewym uchu i obserwował zamek. Myślał. Może i większość miała go za bezmózgiego pajaca i atrakcję Hogwartu, ale to nie była prawda. W końcu organizował najlepsze imprezy w całej Szkole Magii i Czarodziejstwa, a do tego było potrzeba sprytu. Ale to nie była jego jedyna umiejętność. Chłopak miał wiele pomysłów na minutę i gdyby przez cały dzień je tylko spisywał, pewnie zostałby milionerem. Jednak teraz się martwił. Cholera. Naprawdę się martwił o swoją małą siostrzyczkę. Przyszli kilka minut wcześniej (a tak naprawdę to pół godziny wcześniej, bo Matthew nie chciał tego przegapić, bo co jakby się spóźnili?!) w miejsce, gdzie Elody miała się spotkać z tamtym kretynem. A do tego Matt nie potrzebował planu. Nie lubił gościa od pierwszego spojrzenia. Nie dlatego, że rwał jego siostrę, chociaż to jeszcze bardziej obesrało go w jego oczach. Był… śliskim typem. Wyglądał na zwyrola, który lubi bawić się dziewczynami. A pierworodny państwa Harrison rzadko kiedy mylił się w tych sprawach.
    - Zależy – odmruknął, gryząc w zębach jakąś wykałaczkę czy coś podobnego. Siedział na kamiennym murze i obijał go butami. – Jeśli przyjdzie, będzie inna akcja. A jeśli nie przyjdzie też inna. W sumie każda z nich nie skończy się dla niego dobrze.
    Wzruszył ramionami, słysząc w myślach jakąś melodię. Kiedyś napisał piosenkę dla Elody i do teraz pamiętał jej szeroki uśmiech. Szkoda, że nie mógł jej wiecznie bronić przed światem…
    W pewnym momencie Samuel uderzył dłonią Harrisona w klatkę piersiową. Matthew spojrzał na niego ze zmarszczonymi brwiami, ale przyjaciel i jego druga połowa braci Pistols wcale nie zerkała w jego stronę. Z pół otwartymi ustami obserwował zbliżającą się do nich postać. Gryfon przewrócił oczami i spojrzał w tamtym kierunku. I zamurowało go. Ale tylko na chwilę. Zeskoczył z murku, na którym siedział i podszedł do Elody.
    - My zawsze chodzimy na randki razem, nie Bell? – odparł na pytanie blondynki Gryfon, patrząc na swojego przyjaciela. Widział, że ta zaczęła się nerwowo rozglądać. Matt włożył ręce w kieszenie skórzanej kurtki i odprowadził wzrokiem jakąś uśmiechającą się do niego dziewczynę. Odpowiedział tym samym, po czym znowu przeniósł uwagę na siostrę. – Chyba nie będziesz miała nic przeciwko, jeżeli poczekamy z tobą, co? – spytał bez cienia złośliwości, i chociaż nie chciał się przyznać, sam zaczął się stresować tym, że Krukona na horyzoncie jak nie było, tak nie było i doprowadzi tym Elody do załamania. Naprawdę nie wiedział, którą opcję by wolał – gdyby tamten pajac przyszedł, czy może właśnie nie.

    braciszek :*

    OdpowiedzUsuń
  28. I rzeczywiście, nie można było powiedzieć, że Ahn czuł się jak ryba w wodzie: hałas i harmider namieszały mu na tyle w głowie, że chłopak nie mógłby powiedzieć, jak tak szybko znalazł się w salonie, bo drogi do niego zupełnie nie pamiętał. Kiedy już usiadł na krześle i wymienił pozdrowienia z rodzicami, wujami, ciotkami oraz dziadkami dziewczyny, a potem pokiwał głową do wszystkich dzieciaków, babcia Harrison przysunęła się do niego bliżej, by cały czas nakładając mu na talerz kolejne porcje jedzenia, uraczyć go historią o świątecznych przygotowaniach. Dowiedział się więc, jak kobieta prawie złamała nogę, próbując powiesić na choince złote łańcuchy, bo jakiś "głupi kocur" zaplątał jej się w nogach. Ahn wymamrotał cicho, że mu bardzo przykro, na co starsza pani wybuchnęła pociesznym śmiechem i lekko zmierzwiła mu ufryzowane włosy.
    — Jest uroczy — powiedziała, wstając od stołu, by przejść z półmiskiem do kuchni.
    W tym momencie Jihoon poczuł, jak palce Elody zaciskają się na jego dłoni, więc odwrócił się w jej stronę, dalej w stanie delikatnej dezorientacji. Było mu za gorąco. Zaczynało mu się kręcić w głowie. Zapominał, jak się oddycha.
    — Nie, w porządku — wydukał cicho, marszcząc delikatnie brwi, a uśmiech mimowolnie wypłynął na jego twarz, gdy tylko spojrzał na blondynkę. Wyglądała pięknie, tak zdrowo, z tymi swoimi dołeczkami w rumianych policzkach, z długimi, falującymi włosami i jasnymi ustami.
    W tym momencie napotkał gniewne spojrzenie brata Elody, do którego już bez żenady wyszczerzył zęby, mimo że huczenie w jego głowie dalej nie ustawało. Przeprosił na moment dziewczynę, tłumacząc się, iż musi się przewietrzyć i zaraz do niej wróci, po czym wystrzelił jak z armaty po płaszcz, by potem wyskoczyć na zimny chodnik. Stanął sobie z boku domu, po czym wyciągnął paczkę papierosów.
    Rzadko palił. Uważał to za naprawdę obrzydliwy nałóg, a samo uzależnienie w jego oczach było czymś karygodnym — Ahn lubił kontrolę, ale nie wtedy, gdy coś go kontrolowało. Teraz jednak mógł sobie odpuścić, bo zestresował się do tego stopnia, że miał wrażenie, iż po prostu padnie na ziemię i zemdleje. Nie był przyzwyczajony do takiego życia, do tej całej miłości rodzinnej, która wręcz unosiła się w powietrzu razem z zapachem pieczonego indyka, do wesołych krzyków dzieci i kolejnych toastów pomiędzy starszymi gośćmi. Czuł się tam jak intruz, jak odmieniec i bolało go to, że być może tam nie pasował.
    — Weź się w garść, Ahn Jihoon — powiedział, rzucając papierosa w śnieg. Oparł delikatnie głowę o ścianę budynku, by zaraz odetchnąć głęboko.

    OdpowiedzUsuń
  29. - Co się teraz stało?
    Matt patrzył za odchodzącą, wściekłą jak bomba zegarowa Elody, nie rozumiejąc nic z tego, co powiedziała. Wróć! Z tego co wykrzyczała mu prosto w twarz na cały dziedziniec. Jej głos odbił się od kamiennych ścian i spłoszył kruki, które siedziały na dachu. Do tego grupa uczniów przebywających w tym samym czasie niedaleko odwróciła głowy z niepokojem.
    - Nie wiem, ale chyba chodziło o to, że nie przyszedł, a Elody… Elody obwinia nas, a konkretnie ciebie – mruknął Sam, marszcząc brwi.
    - Chcesz powiedzieć, że ten fagas nie przyszedł? – spytał Matt, patrząc za siostrą.
    - Na to wychodzi.
    - Ale to nie przez nas.
    - Nie.
    Obaj Gryfoni nie odrywali spojrzenia od podskakujących wściekle blond włosów młodszej z rodzeństwa Harrison, aż ta nie zniknęła we wnętrzu starego zamku. Dopiero wtedy niższy z chłopaków oparł się o kamienny murek i wydął usta.
    - Jeśli nie przyszedł, a my nie mieliśmy z tym nic wspólnego, wychodzi na jedną rzecz. – Tu spojrzał na Sama, który kiwnął głową. Rozumieli się bez słów. – Wystawił ją – dodał szeptem Matthew z zaskoczeniem otwierając usta, gdy uzmysłowił sobie co się stało. Jednak zaraz zacisnął pięści. – Nikt nie będzie olewał mojej siostry. Chodź, Sammie. Mamy robotę do wykonania – rzucił Gryfon, odwracając się i kierując w stronę krużganków, uprzednio jednak klepiąc przyjaciela po ramieniu.
    **
    Złapanie Krukona nie było wcale takie trudne. W sumie to wszystko poszło jak z płatka. Gryfoni znaleźli go jak konwersował sobie w najlepsze z jakąś całkiem ponętną Puchonką. Bellamy zagarnął chłopaka ramieniem, a Matthew przeprosił dziewczynę, posyłając jej przy okazji oczko. Wyprowadzili niebieskiego na dziedziniec, a potem jeszcze dalej w stronę lasu, a następnie wkroczyli na niebezpieczny teren, gdzie bywali nadzwyczaj często – Zakazany Las. Nie wchodzili daleko. Odpowiednia kara za to, co zrobił Elody musiała trochę potrwać, ale nie za długo i powinna dać mu do myślenia.
    - Jak tam się wisi? – rzucił Harrison, patrząc w górę na uwieszonego za ręce do gałęzi drzewa Krukona.
    - Ale o co chodzi?! – krzyknął tamten wyraźnie zdezorientowany i przerażony myślą spędzenia nocy w Zakazanym Lesie.
    - Krukoni nie są tacy tępi – odparł mu Matt, podnosząc nóż z ziemi i obracając się.
    - Czekaj! Nie mogłem się z nią spotkać! Zwyczajnie... Następnym razem…
    - Następnego razu nie będzie i dobrze ci radzę, trzymaj swojego ptaka z daleka od mojej siostry – rzucił Harrison, po czym obrócił się i razem z Samem odeszli, zostawiając krzykacza za plecami.
    - Chyba mnie tak nie zostawicie?! Bardzo zabawne… - spanikował chłopak.
    - Jeśli będziesz krzyczeć wystarczająco długo, gajowy w końcu cię znajdzie – odparł przez ramię Matt, ale wiedział, że Krukon będzie tam maksymalnie godzinę. Wisiał paręnaście metrów od chatki gajowego, więc ten bez problemu go zauważy i usłyszy. Dwaj Gryfoni zadowoleni wrócili do zamku na kolację.

    Matt Harrison

    OdpowiedzUsuń
  30. [Jeszcze o tym nie wiesz, ale uwierz. Pragniesz wątku z Josephem.]

    Joseph

    OdpowiedzUsuń
  31. [Nie będę Ci śmiecić za dużo pod kartą, więc co do wątku dogadamy się na fc ;)]

    OdpowiedzUsuń
  32. [Ah, życzę powodzenia w nauce i sesji, o którą pewno chodzi. Zainspirował mnie pewien facet, który był perkusistą, gitarzystą i genialnie śpiewa, dlatego musiałam coś z tego wykorzystać :D. Jakiś pomysł na wątek?]

    Jare

    OdpowiedzUsuń
  33. [Biorę pierwszy. Wybacz, że tak długo nie odpisałam, ale mam zawalone mnóstwo rzeczy na głowie.]

    Jare szedł wolnym krokiem ku sali z Eliksirów. Był naprawdę wykończony - nie dość, że nie wyspał się tej nocy z powodu kolegów w dormitorium, to jeszcze zaczął go męczyć przeraźliwy kaszel. Jakby na potwierdzenie tego, zakaszlał głośno, po czym syknął głośno. Obiecał sobie, że po zajęciach uda się do Skrzydła Szpitalnego, gdzie uzdrowicielka na pewno mu pomoże.
    Zajęcia jak zawsze wyszły dobrze. W punktach dla domu jego bilans wciąż był zerowy - zabłysnął na Eliksirach ważąc dobry wywar, którego nazwy nie zapamiętał, zaś na Transmutacji otrzymał minus dziesięć punktów za nieumiejętną transformację swojego szczura.
    Pinky siedział na jego ramieniu, popiskując głośno. Zazwyczaj lubił ten dźwięk, jednak dziś czuł jak jego głowa zostaje przeszywana tysiącem szpilek, przez co dźwięk ten drażnił go jeszcze bardziej. Odetchnął z ulgą, gdy szczurek wtulił się w jego wcięcie w szyi i zasnął.
    Otworzył drzwi Skrzydła Szpitalnego i objął wzrokiem całą salę. Przystanął, kiedy zauważył Elody. Wściekłość wezbrała się w jego ciele, przez co już chciał wyjść.
    - W czym Ci pomóc, cukiereczku? - zaszczebiotała starsza uzdrowicielka widząc jego przyjście.
    Przeniósł na nią wzrok, jednak kątem oka wciąż widział Elody. Uśmiechnął się nikle.
    - W niczym, jednak czuję się dobrze - odpowiedział.
    Odwrócił się na pięcie z nadzieją, że dziewczyna go nie zauważyła. Nie miał ochoty rozmawiać z kimś, kto nie potrafi być wiernym jednej osobie. Westchnął, zatrzaskując za sobą drzwi.


    Jare

    OdpowiedzUsuń
  34. [Jakie one podobne! Cześć, pomyślałam, że z Elody lepiej się dogadają - chyba, że wolisz pisać Arthurem :)]

    Effy

    OdpowiedzUsuń
  35. [W sumie to przydałaby jej się jakaś przyjaciółka, a Elody jest taka bardzo, bardzo sympatyczna. Masz może jakiś pomysł na wątek, czy myślimy nad czymś razem? :)]

    Elizabeth

    OdpowiedzUsuń
  36. [Siostra. Twój brat ma bokserki. Slipy to jakaś profana XD]

    - Bellamy! Bellmy, cholera! Widziałeś gdzieś moje gacie?!
    Matt leżał pod łózkiem i wystawała mu stamtąd tylko głowa. Od dłuższego czasu szukał swoich bokserek. Był pewien, że odbierał je z pralni już jakiś czas temu. Miał przynajmniej z dziesięć czystych par, a nie tylko dwie… W dodatku pranie zanosił dwa dni temu i było tam… Raz… Dwa… Trzy pary bokserek. Więc gdzie się podziała reszta?
    - Przyznawać się kto mi zarąbał gacie! – warknął Harrison, patrząc po współlokatorach. Stratford był zajęty swoją poranną toaletą, bo jakżeby inaczej. Przecież nie wyszedłby do ludzi bez przygotowania. Miałby się pokazać swoim wielbicielkom nieuczesany w pogiętym garniturze? Chyba po jego trupie! Oczywistością było że on miał jakieś magiczne gacie, a nie żadne mugolskie jak miał Matthew. Kolejnym podejrzanym był Vlaming. Ale wystarczylo na niego spojrzeć. Odpadał zajęty bujaniem w obłokach. Levis jeszcze spal, tak samo zresztą jak Jare Omaria, którego prawdę powiedziawszy Harrison nie ogarniał. Zamienili może kilka słów podczas całej edukacji w Hogwarcie i najwidoczniej nie miało się to zmienić. Z tego co wiedział, nie spotykał się z żadną jego eks dziewczyną, więc nie miał również powodu, żeby zabierać mu gatki. Sangster odpadał. Nie miał takiego humoru po powrocie. O który nikt go nie pytał z dormitorium. Jego sprawa. Męska solidarność nakazywała trzymanie języka za zębami i nie interesowania się. Następnym podejrzanym Fred Weasley. – Ej, człowieku. Widziałeś moje majtasy? – rzucił do niego Matthew, unosząc brwi i otrzepując się od kurzu, który zmiótł spod łóżka. Chłopak przeniósł na niego zblazowane spojrzenie.
    - Na cholerę miałbym macać twoje gacie, stary? – mruknął. No, tak. To dormitorium było pełne gwiazdeczek Hogwartu. Chyba nawet dziewczyny nie miały takiego, w którym tylu znanych, lubianych lub też nie osób siedziało razem. Gdzie nie spojrzeć Casanovy, łamacze serc niewieścich, wzory nauczania i ci nagminni weterani kar za naruszenie których z zasad. To dormitorium i ci wszyscy kolesie z domu Godryka Gruffindora zasłużyli na tytuł Suicude Squadu jak jeszcze nikt inny. Chociaż Stratford bardziej widziałby coś w stylu Ligi Niezwykłych Dżentelmenów. On i ta jego ogłada…
    - Nie wiem, dlatego się pytam – rzucił Matt, odgarniając włosy do tyłu. Akurat w tym samym momencie wszedł Samuel i spojrzał szeroko otwartymi oczami na przyjaciela. Matthew zauważył to spojrzenie i uniósł brwi. – Co jest? – spytał, przechodząc przez bajzel na podłodze w stronę drzwi. Musiał uważać, żeby nie stracić równowagi i nie dać się wciągnąć w to syfiaste bagno. Zapewne by nigdy już z niego nie wyszedł.
    - Harrison. Powiedz, że to nie twoja sprawka – powiedział przerażony Sam, wciąż stojąc w przejściu. Niższy z dwójki braci Pistols zmarszczył brwi i starał się sobie przypomnieć, co ostatnio odwalił.
    - Mówisz o tej bombie gnojowej podrzuconej tym frajerom od Ravenclaw? – spytał i machnął ręką. – Nigdy nas nie złapią.
    - Nie! Nie o tym mówię! – warknął na niego Bellamy. Matt zdziwił się tym podłym nastrojem przyjaciela. Nawet nie zdążył spytać, o co mu chodziło, gdy wszyscy usłyszeli nawoływania imienia Harrisona. Ten uniósł brwi jeszcze wyżej i otworzył usta, jednak Sam wepchnął go do dormitorium i zatrzasnął za sobą drzwi.
    - Kto to był? O co chodzi, Sammie? – pytał zdezorientowany brat Elody.
    - Musiałeś kogoś nieźle wkurzyć, jeśli dolał Bethany eliksiru miłosnego.
    Po całym dormitorium rozległ się szmer i charakterystyczne ‘Ouuuu’.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. - Zamknijcie się! – warknął na chłopaków Sam, a ci podeszli zainteresowani całą sytuacją. No, bo tego to jeszcze nie było. – Myślisz, że to ten frajer, którego powiesiliśmy na drzewie? – spytał z paniką Sam.
      - Nie, no coś ty – odparł Harrison, machnąwszy ręką. Jednak dziwnie się poczuł, wiedząc, że za drzwiami czeka go rozgrywająca z okrzykami i wyznaniami miłości. – To nie był on. Nie mógł być. Leży w Skrzydle Szpitalnym…
      - Trzeba się stąd wydostać, ale nie przez wyjście. Proste – dodał nagle któryś ze współlokatorów. Dwójka braci Pistols spojrzała na zgromadzenie z nieukrywanym zaskoczeniem. – No, nie zostawimy brata w tarapatach. Co nie panowie?
      Wszyscy krzyknęli na zgodę i zaczęli kombinować. W końcu wymyślili plan. Stratford wyszedł jako pierwszy i zaczął skrzykiwać wszystkie dziewczęta do specjalnego konkursu. To miało odwrócić uwagę. Potem podążyli za nimi Bellamy jeden i drugi z Weasleyem, mówiąc coś o podpaleniu jednego z łóżek, a na samym końcu szli Voss i Jare z zawiniętym w płótno Harrisonem. Mimo podejrzeń plan się udał i całą grupą boskich Gryfonów biegli na dół, kierując się do Wielkiej Sali. Matthew zastanawiał się, kto był na tyle skrzywdzony, zły lub po prostu zdesperowany, żeby dodać biednej Bethany eliksiru miłosnego. Nie chodziło nawet o to, że to on był celem tej zemsty, ale osoba, która się za to zabrała, nie pomyślała o tym, że Beth również stanie się celem wyśmiewania. Harrison skrzywił się w myślach. Okrutny żart. Dlatego gdy tylko zobaczył ulubionego profesora na korytarzu, podbiegł do niego i powiedział:
      - Witam, drogą panią profesor. Chciałbym powiedzieć, że ktoś dolał eliksiru…
      - Harrison! – wykrzyknęła kobieta. – Wszędzie cię szukałam! Masz mi w tej chwili wytłumaczyć, co to ma znaczyć!
      I pociągnęła chłopaka za rękaw za zakręt. Widząc, co go czekało, chłopak rozdziawił usta najszerzej jak mógł.
      - A więc tu się podziały… - mruknął sam do siebie, patrząc na swoje bokserki porozwieszane po całym korytarzu. Na ścianach były również dołączone kartki papieru z nabazgranym na nich jakimś tekstem. Matt zerwał jedną z nich z najbliższej ściany i zaczął czytać. A więc to jednak był ten cały Krukon! Ludzie nagle znieruchomieli i widząc go, zaczęli rzucać w niego przeróżnymi rzeczami.
      - Łajza!
      - Zdrajca!
      - Kundel!
      Słyszał przy tym, chroniąc się przed inwazją książek, butów i ołówków. Profesor próbowała przywołać do porządku uczniów, ale cały korytarz miał inne plany. Nie wiedząc, co robić, Harrison zaczął ściągać swoje gatki, licząc je.
      - Kto ma moje bokserki z Kapitanem Ameryką?! – krzyknął w pewnym momencie, starając się ignorować głośne wyzwiska i latające przedmioty. Uchylał się raz po raz, ale na niewiele mu się to zdało. W końcu jednak znalazł ostatnią parę, porozrywaną i jeszcze capiącą zgniłymi jajkami. Gryfon przeklął pod nosem, schylił się i właśnie w tej chwili podeszło do niego dwóch nauczycieli. Oznajmili, że przeciągnął strunę. Dolał uczennicy eliksiru miłosnego, spalił dormitorium, powiesił ucznia w Zakazanym Lesie, chodził po Zakazanym Lesie i do tego zaprezentował komplet bielizny przed Wielką Salą. Zanim zdążył cokolwiek powiedzieć, dwóch mężczyzn złapało go pod pachy i zaczęła ciągnąć w stronę gabinetu dyrektora.
      - Przeciągnąłeś strunę, panie Harrison – rzuciła zdenerwowana pani profesor. – Możesz już się pakować.

      brat

      Usuń
  37. Matt starał się jakoś ratować sytuację swoją paplaniną. Nawet skomentował strój pani profesor.
    - Czy to nowa sukienka? Naprawdę wspaniała. Taka klasyczna z detalami średniowiecza. Retro jest teraz w modzie. Gdzie pani kupiła? Widzi pan… Moja babcia czasem chciałaby…
    - Proszę się uciszyć, panie Harrison, bo sama zamknę panu usta! – ucięła kobieta, machając jakimś rulonem papieru w dłoni. Matthew wiedział, że nauczycielka nosi tę samą kreację od kiedy zaczął chodzić do szkoły i miał w nosie gdzie ją zakupiła. Tak samo jego babuleńka, z którą od zawsze trzymał sztamę i oddawał swoje stare trampki, w życiu nie wystroiłaby się w coś takiego. Ale nie mógł liczyć na nikogo. Gdy Bellamy chciał iść za nim, Grygon pokręcił głową. Jeszcze brakowało tego, żeby jego najlepszy kumpel wlazł w tę kaszanę razem z nim. Jak to mówią Umiesz liczyć, licz na siebie. Zresztą znali się z Samem nie od dziś i wiadome było, co się teraz stanie. Jak na lojalnego przyjaciela przystało pewnie pójdzie szukać Krukona. Znajdzie go w Skrzydle Szpitalnym i wyciągnie wszystkie informacje. Ale znając swoje szczęście do takich kup, zapewne nawet jeśli chłopak niebieskich, by się przyznał do wszystkiego, Matta czekało wezwanie rodziców do Hogwartu, gęste tłumaczenie za majtasy i amortensję, a potem w najlepszym przypadku wywalenie ze Szkoły Magii i Czarodziejstwa. Chłopak zwiesił głowę, zastanawiając się, co będzie robił w domu do końca roku. Musiał czekać, aż Bellamy skończy szkołę i razem ruszą na podbój Akademii Policyjnej.
    Nagle po całym korytarzu rozległo się donośne i znajome:
    - Stooooooop!
    Matt podniósł głowę i zobaczył nad ramieniem pani profesor biegnącą w jego kierunku Elody. Zmarszczył brwi. Co ona tam do cholery robiła? Zawsze w czwartki rano spała do późno, bo jej zajęcia zaczynały się dopiero o trzynastej. Szczęściara. Chociaż zaraz… On też już nie miał się trudzić z chodzeniem na lekcje. Właśnie został wyrzucony. Nie oficjalnie, ale przemowa nauczycielki była jednoznaczna. Gdy siostra znalazła się tuż przed nimi, prychnął na włosy, żeby mu nie wpadały do oczu i rzucił w jej stronę:
    - O. Nagle mnie znasz. Jak miło.
    - Cisza! – warknęła kobieta i trzepnęła go w głowę zwiniętymi w rulon papierami. Matt zmarszczył brwi i spojrzał na nią z wyrzutem. Słuchał więc jak siostra tłumaczy, że to nie jego sprawka, praktycznie non stop wywracając oczami. To oczywiste, że robiła z niego jeszcze większego kretyna niż był, ale mogła sobie darować. Nagle przypomniała sobie, że jej brat w ogóle istnieje? Wzruszające.
    - Nie, Elody. To już koniec. Trafię do Azkabanu! – zajęczał, udając rozpacz. Zwyczajnie nie mógł słuchać tego paplania swojej siostry. W chwilach bezsilności czasem go ponosiło. Chociaż widząc limitowaną edycję Doktora Dooma, był zdruzgotany. Gdyby był w stanie, zapewne dostałby krwawego szału i rozpirzył wszystkich, którzy znajdowali się właśnie na korytarzu. Jednak zamiast niego dostał co innego. odgłos łkającej kapibary rozniósł się echem po całym korytarzu. Cała szóstka odwróciła się w tamtym kierunku, a Harrison usilnie starał się zobaczyć cokolwiek przez plecy pani profesor.
    - Mattcio!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Chłopak zesztywniał. Nie musiał nawet widzieć, co się tam działo. Oczami wyobraźni dostrzegł całą sytuację.
      - Chcę do Azkabanu! – wydarł się, po czym zaczął szarpać. Jak najszybciej chciał wydostać się z tym stalowych uścisków dwóch mężczyzn. I mimo że nie było prosto po chwili biegł w stronę schodów prowadzących do głównego wyjścia na dziedziniec. Po drodze zrzucił przez głowę szatę, zostając w samych jeansach i koszulce. Jego czarne ubranie trafiło profesora Vane’a Pollocka prosto w twarz i gdyby chłopak miał na to czas, zapewne głośno by się zaśmiał. Ale właśnie zwiewał jak najdalej od napojonej eliksirem miłosnym nastolatki. – Beth! To nie jesteś ty! Dodali ci amortensji! – krzyknął przez ramię, ale do dziewczyny jak widać nic nie docierało. – Chcesz, żeby znowu się z ciebie śmiali?!
      Nic. Matthew zbiegł po schodach i wybiegł na dziedziniec, kierując się prosto na wyjście na błonia. Znalazła jednak skrót i przeskoczył przez puste łuki krużganek, upadając prosto w śnieg. Szybko się pozbierał i obrócił na chwilę. Widział Bethany, a za nią panią profesor, zastępcę dyrektora i tych dwóch typków, którzy mieli go przypilnować. Jak na sportowca przystało Krukonka była w wyśmienitej formie i była tuż tuż. Harrison jęknął z bezsilności. On był tylko marnym saksofonistą. Nie musiał biegać, żeby grać. Zobaczył grupę uczennic i skierował się w ich stronę. Gdy podbiegł do nich, wyrwał jednej sanki i rzucił:
      - Wynagrodzę. Dzięki.
      Po czym cmoknął ją w policzek i usiadł na zabawce, kierując się prosto do chatki gajowego.
      - Yippee ki-yay, motherfucker! – krzyknął do Bethany, po czym odepchnął się nogami od gruntu. Miał nadzieję, że teraz nic go nie zatrzyma. Nie pomyślał tylko o jednym. Strasznie wiało i twarz zaczynała mu zamarzać. Czego się nie robi dla wylądowania w Azkabanie?

      uciekający brat

      Usuń
  38. Nie przepadał za poranną zmianą, kiedy to jeszcze przed świtem musiał wstać, aby udać się do sklepu i przygotować go przed otwarciem. Sprzątanie i ustawianie nowej ekspozycji zdecydowanie nie należało do jego ulubionych czynności. Jednak cieszył się z pracy i dziękował za każdy kolejny dzień. W końcu właściciel mógł go wyrzucić w każdej chwili, w ogóle się nim nie przejmując. Ba, nie musiał go w ogóle zatrudniać, a jednak… Zlitował się nad nim i w pewien sposób zaopiekował się nim. Dlatego Joseph był wdzięczny. I robił wszystko, nie narzekając, nie marudząc. Z uśmiechem na twarzy robił to co musiał. Nigdy nie trzeba było mu powtarzać niczego dwa razy, chociaż w głębi duszy zastanawiał się jak długo to wszystko będzie jeszcze trwało. Ile jeszcze czasu potrzebuje, nim wstanie naprawdę na własne nogi i będzie mógł żyć tak jakby chciał, tak jak wcześniej?
    Kiedy do sklepu o tej porze weszła uczennica Hogwartu był bardzo zaskoczony. Nie spodziewał się, żadnego ucznia o tej godzinie. Nie dość, że było wcześnie to panujący na zewnątrz mróz skutecznie odstraszał wszystkich przed opuszczaniem ciepłych pomieszczeń. Na jego twarzy pojawił się od razu lekki uśmiech. W końcu musiał zrobić wszystko, aby była zadowolona z obsługi.
    Widząc blondynkę, zatrzymał się na chwilę, a na jego ustach pojawił się szczery, w ogóle nie wymuszony uśmiech. Przyglądał się jej przez chwilę i dopiero po chwili zdał sobie sprawę z tego co się właśnie wydarzyło. Jednak uśmiech wciąż malował się na jego buzi.
    — Nic się nie stało, ja się tym zajmę — powiedział i odwrócił się na pięcie. Nim jednak zdążył coś zrobić, kubek stał już w całości ponownie na półce.
    — Mogę jakoś pomóc? — zapytał, podchodząc o te kilka kroków bliżej. Wciąż, nie spuszczając wzroku od dziewczyny. Nie mógł nacieszyć się jej widokiem. Tak, jakby zobaczył właśnie kogoś, kogo nie widział od wieków. Coś zachwyciło go w jej twarzy. Coś powodowało, że nie mógł oderwać spojrzenia. Chociaż zdawał sobie sprawę, że może to ją peszyć, nie potrafił zrezygnować — coś nowego… — powtórzył za nią i rozglądając się po drewnianych pólkach ruszył powoli w stronę wysokiego regału na którym znajdowały się małe, papierowe kartoniki — to jest całkowita nowość, dosłownie chwilę przed twoim wejściem skończyłem je rozkładać. To takie… — przerwał i chwycił kartonik w dłoń. Zacisnął mocno pięść, a następnie rozluźnił uścisk, otwierając dłoń. Na miejscu kartonika jawiło się jajko — to jest coś w rodzaju zwierzęcia. Musisz się tym opiekować, chociaż nie mogę być pewien czy to jest coś, co cię zainteresuje.

    Wyszło trochę z dupy, a ta nowość to w ogóle, totalny brak kreatywności :D
    Joseph

    OdpowiedzUsuń
  39. [Świetny pomysł z tym zmienianiem czasu - taki mega potterowski xD Będzie naprawdę śmiesznie, bo Elizabeth ma obsesję na punkcie zegarów i upływu czasu... Chcesz zacząć, czy to już mój obowiązek? ;)]

    Effy

    OdpowiedzUsuń
  40. Jihoon spoglądał na dziewczynę z nieodgadnionym wyrazem twarzy. Tak naprawdę nie wiedział, co ma powiedzieć, bo co mógłby tak naprawdę? Przepraszam, że nie jestem przyzwyczajony do tego, że istnieją rodziny, które są normalne? Wydawało mu się to co najmniej dziwne, a już na pewno śmieszne. Stał tam jak kołek, wpatrując się w blondynkę i dopiero na jej ostatnie słowa zareagował w jakikolwiek sposób: roześmiał się cicho, uciekając wzrokiem gdzieś w bok.
    — Uraziłaś? Jak mogłaś mnie tym w ogóle urazić?
    Nie mieściło mu się w głowie, jak można być aż tak dobrym człowiekiem i nie zachować się egoistycznie choćby jeden, jedyny raz. Elody, gdyby była kimś innym, zapewne teraz zezłościłaby się na niego, że wychodzi z kolacji, na którą nawet nie został zaproszony. A ona uparcie zrzucała winę na siebie, mając wrażenie, że zrobiła coś złego.
    — Twoja rodzina jest świetna, to nie o to chodzi — rzucił, podchodząc do niej bliżej, by zaraz otoczyć ją ramieniem. — Chodźmy do środka, bo się przeziębisz. Musimy w końcu zjeść tego indyka, nie?
    Na szczęście właśnie w tej chwili w ganku pojawiła się babcia Harrison, marudząc pod nosem, że nikt o zdrowych zmysłach nie powinien w taką pogodę w ogóle wychodzić z domu, i że mają zaraz wracać do środka. Ahn spojrzał na Elody z lekkim rozbawieniem w oczach, po czym złapał ją za rękę, by w końcu dołączyli do reszty towarzystwa przy stole. Oczywiście musiał się wracać jeszcze ten jeden raz, bo zapomniał zdjąć w przedpokoju płaszcza (podejrzewał, że dziewczyna specjalnie mu o tym nie powiedziała, by w choć maleńki sposób się na nim odegrać).
    Miał w zamiarze powiedzieć jej o czymś ważnym, ale wolał zaczekać z tym do końca obiadu.
    — Powiedz mi, Jehon, czym zajmują się Twoi rodzice? — zapytał ojciec Elody, gdy chłopak wrócił już do stołu.
    — Hm... Mój tata pracuje w Departamencie Międzynarodowej Współpracy Czarodziejów, a mama ma małe udziały w mugolskiej firmie dziadka i ogólnie zajmuje się swoją organizacją charytatywną — odpowiedział z uśmiechem.
    Z lekkim podejrzeniem spoglądał na swój talerz, bo porcja jedzenia, co tu dużo mówić, była po prostu ogromna. Każdy z domowników jednak już wrawie kończył jeść, toteż Jihoon stwierdził, że nie może przecież oddać pustego talerza, więc odrobinę sobie z niego uszczknie. Zanim się zorientował, już skończył. Jednego był pewien na sto procent — babcia Harrison potrafiła gotować.

    OdpowiedzUsuń
  41. Uwielbiała tę blondynkę, której buzia nie zamykała się ani na chwilę. Doskonale pamiętała, jak jej kot polował na jej czekoladową żabę, na którą miała wtedy tak wielką ochotę. Naprawdę. Pomimo, że w torbie miała schowane jeszcze dwa opakowania, była odrobinę oburzona zachowaniem czworonoga. Miała wielką ochotę na czekoladę. A dwie pozostałe jej czekoladki, nie były w stanie zaspokoić jej apetytu. Ta krótka chwila złości minęła jednak w tym samym momencie, gdy obok niej pojawiła się właścicielka kota. Urocza blondynka, która po prostu mówiła o wszystkim. Avalon była po prostu zachwycona bezpośredniością i otwartością dziewczyny. Chociaż mogłoby się wydawać, że panienka Moore ma w swoim życiu wszystko, zawsze brakowało jej pewnego rodzaju otwartości. Co prawda nie chowała się po kątach, uciekając od ludzi jednak w pewien sposób była skryta. W szczególności jako małe dziecko. Całkiem możliwe, że było to spowodowane śmiercią jej mamy. Avalon zazdrościła wszystkim dziewczynkom, których kochające mamy wciąż żyły. Elody często opowiadała o swojej rodzinie, a tych właśnie opowieści Avalon słuchała najchętniej. Czasami nawet sama prosiła, aby jej ulubiona koleżanka powiedziała co nowego słychać w jej rodzinnym domu. Moore była po prostu zachwycona. W zamian opowiadała jak to jest u niej, chociaż w porównaniu z życiem Harrison, srebrnowłosej opowieści były dość nudne i monotonne. Tylko ona i tata, tylko ich dwójka. Czasem pojawiali się dziadkowie ze strony mamy, jednak ich odwiedziny były niczym w porównaniu do historii Elody o jej kłótniach z Mattem.
    Avalon szczerze zazdrościła przyjaciółce takiego życia.
    — O mój boże! — pisnęła przestraszona, czując czyjś uścisk na swoim nadgarstku. Kiedy ktoś zaciągnął ją do tajemnego korytarza chciała zacząć krzyczeć i piszczeć. Na szczęście Elody odezwała się w odpowiednim momencie. Jeszcze chwila, a Moore narobiła by naprawdę wielkiego hałasu. Chociaż z jednej strony ucieszyła się na widok blondynki, tuż po chwili przypomniała sobie artykuł z Proroka Codziennego. Od dnia, w którym go przeczytała próbowała wszystkiego aby tylko nie zostać z Elody sam na sam. Nienawidziła jej oszukiwać, jednak jak miała stać przed przyjaciółką i udawać, że jej rodzice i rodzice Ahna (z którym, jak się okazało spotykała się Elody) planują ich ślub? Jak miała jej to powiedzieć? Nawet, jeżeli żadne z nich tego nie chciało, Avalon wiedziała, że Elody zostanie zraniona taką nowiną.
    — Cz-cz-czego… Czego ci nie powiedziałam? — wytrzeszczyła szeroko oczy, wpatrując się w stojącą dziewczynę. Czy ona się już dowiedziała? Ale jak, kiedy? Czy Jihoon jej o wszystkim powiedział? Skoro tak, dlaczego pierw nie uprzedził jej? Zmarszczyła brwi, w napięciu wysłuchując finału padającego z ust dziewczyny. Kiedy usłyszała o rande z Fredem, momentalnie jej ulżyło — Nie byliśmy na randce — mruknęła, zaplatając ręce na klatce piersiowej — Lucy chciała umówić się z Adamem z Gryffindoru. Wymyśliła sobie, że mnie weźmie i Adam też miał wziąć jakiegoś znajomego. Jakoś tak wyszło, że wziął ze sobą Freda. To nie była randka, to była najgorsza przysługa jaką mogłam, komuś, kiedykolwiek zrobić — mruknęła, celowo omijając wszystko to co miało miejsce zaraz po tym, jak oboje, wraz z Fredem opuścili kawiarenkę. Dlaczego? Sama nie była pewna, może ze względu na to, że nie wiedziała co takiego właśnie się między nimi dzieje. Fred wiedział, że jej ojciec postanowił wydać ją za mąż, jednak nie wiedział za kogo… Avalon wciąż miała żal do chłopaka, że o nią nie walczył, że niczego nie zrobił, że się nie postarał. Moore głęboko wierzyła, że gdyby Weasley odezwał się wtedy, błagałby jej ojca to… To cała ta sytuacja nie miałaby miejsca. Wierzyła, że gdyby jej ojciec zobaczył, jak ten chłopak mocno ją kocha. No ale nie zobaczył. A sama Avalon stała teraz pomiędzy młotem i kowadłem nie mając pojęcia co tak właściwie dzieje się teraz w jej życiu.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. — Elody, nie słuchaj więcej plotek. Szczególnie z tak powątpliwego źródła jakim jest Ramona. Nawet, jeżeli Serafina się czegoś dowiedziała od Dylana, to na pewno to przekręciła. Swoją drogą, niby skąd miałby to wiedzieć Dylan? Fred z pewnością nikomu by nie powiedział, że się znowu spotykamy. A na pewno nie jemu — powiedziała, mrużąc lekko oczy — poza tym, nie spotkamy się — dodała szybko dla sprostowania, sunąc dłońmi po fałdach plisowanej spódnicy.
      — Lepiej mi powiedz o co chodzi z tym artykułem z Proroka Codziennego — nie była pewna, czy dobrze robi rozpoczynając ten temat. Z drugiej strony musiała się dowiedzieć od pewnego źródła o co chodzi. Bo… Bo może wcale się nie spotykali? Może to był czysty przypadek? Zacisnęła lekko piąstki i przełknęła ślinę.
      Jeżeli artykuł okaże się prawdą powiem jej co takiego dzieje się ze mną i Ahnem. Opowiem jej wszystko.

      Avalon

      Usuń
  42. Zmarszczyła delikatnie brwi. Chyba zareagowała zbyt ostro na wieść o krążącej plotce. Spojrzała na stojącą naprzeciwko przyjaciółkę i uśmiechnęła się delikatnie. Temat związku z Fredem, pomimo upływu czasu wciąż był dla Avalon nazbyt świeży, a wszystko przez to, że wciąż tęskniła za uściskiem jego silnych ramion i zapachem perfum, które wciąż tak dokładnie pamiętała. Brakowało jej też, tej cholernej bluzy leżącej na samym dnie kufra, leżącego w jej dormitorium. Tęskniła za wszystkim, co działo się kiedyś. Czasami zamykała oczy i wyobrażała sobie, że po prostu po raz drugi oszukują uczniów. W końcu już kiedyś zerwali. Zerwali, bo mieli dość tych wszystkich plotek i wszystkich oczu wlepionych w parę idealną. Zrezygnowali z oficjalnych spotkań tylko po to, aby cieszyć się sobą nawzajem w ciszy i spokoju. Miała nadzieje, że teraz będzie tak samo, że w końcu wszystko się uspokoi, a oni ponownie się zejdą. Wciąż go kochała, a przynajmniej tak jej się wydawało, za każdym razem kiedy nie mogła wyrzuć ze swojej głowy tych bursztynowych oczu.
    — Przepraszam… — szepnęła cicho, podnosząc wzrok na blondynkę — po prostu, bardzo za nim tęsknie ale to wszystko jest tak bardzo skomplikowane — powiedziała, przeciągając samogłoski w ostatnim wyrazie. Chciałaby móc spokojnie usiąść z kubkiem gorącego kakao i opowiedzieć o wszystkim dziewczynie, ale nie była jeszcze na to gotowa — chyba bym chciała, żeby to była randka wiesz? Tak bardzo bym chciała…
    Przed oczami jednak miała minę babci, oznajmiającą jej i dziadka cudowny plan dotyczący jej przyszłości. Pamiętała też dokładnie rozmowę przy świątecznym stole. Widziała, że w chwili obecnej dla jej rodziny nie ma żadnego ważniejszego tematu niż jej przyszłe małżeństwo, no może poza jej zdrowiem, ale tym przejmowali się tylko w momentach, kiedy Avalon łaskawie pozwoliła im sobie o tym przypomnieć. Ukrywała to starannie, tak by nikt się niczego nie dowiedział. Staranniej niż wszystkie inne swoje tajemnice.
    Spojrzała na dziewczynę z nadzieją w oczach, wsłuchując się w jej słowa. Na bladej twarzy młodej Koreanki pojawił się lekki uśmiech. Liczyła na to, że gdy tylko usta Elody się zamkną, będzie mogła jej wszystko opowiedzieć, ale… Zakończenie, wcale nie było takie, jakiego oczekiwała srebrnowłosa krukonka.
    —Nie możesz tak mówić… Elody. Znajdziesz w końcu swojego idealnego księcia — jej uśmiech jednak pobladł. A co, jeżeli to Ahn rzeczywiście miał być tym księciem, a… Zacisnęła drobne piąstki na spódnicy, unikając kontaktu wzrokowego z gryfonką. Czuła jak jej serce szybko wali, a drobne ciało zaczyna drżeć — nie możecie z góry zakładać, że to nie dla was — nie wiedziała, dlaczego zachęca dziewczynę do dalszych czynów. Może powinna ją skutecznie zniechęcić? Z drugiej strony znała też uczucia Ahna, tylko… Dlaczego on sam, wcześniej jej nic nie powiedział, że to właśnie Elody jest jego wybranką? Doskonale pamiętała, kiedy rozmawiali o swoich problemach miłosnych nie powiedział jej, kim jest ta dziewczyna, która skradła jego serce. Miała zamiaru mu to wygarnąć przy najbliższej okazji.
    — Co, ja go znam? Ja znam, Ahna?— zaśmiała się nerwowo — to raczej ciężko nazwać znaniem się, czasem tylko rozmawiamy… — uśmiechnęła się, a kącik ust wciąż jej lekko drżał. Musiała coś zrobić, aby się uspokoić, bała się, że Elody to zauważy.

    Avalon

    OdpowiedzUsuń
  43. — Prezenty... Niezapomniane — wymamrotał, wzruszając ramionami.
    Dzisiejszego dnia u Ahnów rozpętało się prawdziwe piekło, a na samo wspomnienie tych wydarzeń Jihoonowi wręcz zaczynało się robić niedobre. Od jakiegoś czasu zwlekał z przyjazdem do domu, mimo że prośby o powrót, a w końcu i wyjce przychodziły z coraz większą częstotliwością, oczywiście od czasu ukazania się artykułu w Proroku Codziennym na temat ich związku. Rodzinnej obiado-kolacji jednak nie mógł sobie odpuścić.
    Zaczęło się niewinnie, choć Jihoon od progu wyczuł, że atmosfera w domu stała się ciężka, bo jego wzrok od razu padł na zagniewaną twarz matki. Nikt jednak niczego nie wyrzekł, jako że w domu oprócz nich znajdowała się jeszcze rodzina z Korei, która przyleciała kilka dni wcześniej, by świętować razem Boże Narodzenie. Dopiero, kiedy został sam na sam z matką w kuchni, utwierdził się w przekonaniu, że miał rację.
    — Jak mogłeś?! — Matka zaskrzeczała po koreańsku, uderzając go otwartą dłonią w policzek. Chłopak skrzywił usta w grymasie zniesmaczenia, po czym odwrócił głowę w jej stronę, by spojrzeć na nią z politowaniem. Ostatni raz dostał od rodziców kilka lat temu. — Po tym wszystkim? Po całym trudzie, jaki ojciec włożył w to, by dogadać się z dziadkami tej dziewczyny? Ty panoszysz się z jakąś inną, jeszcze siedząc z nią w szpitalu?!
    — Mamo, posłuchaj mnie... — Trzask. Kolejny policzek.
    — Dość się już nasłuchałam od innych. Jesteś bezmyślny. Wystawiłeś swojego ojca na śmieszność. Po kolacji wracaj do szkoły, nie chcę cię więcej widzieć — wycedziła, mierząc go uważnym spojrzeniem czarnych oczu. Nawet nie mrugnęła. — I upewnij się, że następnym razem, kiedy się do ciebie odezwę, naprawisz swoje błędy.
    Problem tkwił w tym, że jedyny błąd, o jakim Jihoon mógł myśleć, to jego sfingowane małżeństwo z Avalon, której nie kochał, a bynajmniej nie tak, jakby ich rodzina sobie tego życzyła. Uważał ją za siostrę. Fakt, większość małżeństw, z jakimi obcował, została zawarta właśnie na potrzeby interesów, ale jak te związki się kończyły? Wystarczy spojrzeć na jego rodzeństwo. Od razu można było zwymiotować.
    — Moi rodzice żądają, bym wziął ślub z Avalon — zaczął. Wolał powiedzieć to od razu, a nie mówić o czymś innym, bo obawiał się, że potem nie byłby w stanie zacząć tego tematu. — Chodzi o to, że firma mojego ojca chce zacząć współpracę z koreańską firmą dziadków Moore, a żeby połączyć się na stałe, potrzebują bardziej twarszych papierów, niż zwykłej biznesowej fuzji.
    Spojrzał na Elody powoli, bo bał się unieść wzrok. Jego oczy po prostu wyrażały ból.
    — A to jest ostatnie, co chcę zrobić.
    Wiedział, że będą mieć problemy — oboje wiedzieli — ale żadne z nich pewnie nie sądziło, że stanie się to aż tak szybko.

    OdpowiedzUsuń
  44. Nie była pewna czy przeprasza za swoje wcześniejsze, odrobinę oschłe zachowanie czy raczej za to, że prawdopodobnie będzie miała wziąć ślub z Ahnem. Żadne z nich tego nie chciało, bo żadne z nich niczego do siebie nie czuło. Avalon pomimo rozstania wciąż kochała Freda, którego po prostu nie potrafiła wyrzucić ze swojego serca, a starała się i to bardzo. Nie szukała na siłę innej miłości, jednak z chęcią wpadła by w czyjeś silne ramiona. Brakowało jej tego poczucia bezpieczeństwa, które czuła przy Fredzie. W dodatku od czasu bitwy jej serce zaczynało szaleć, a sama dziewczyna zaczynała mieć pewne podejrzenia, o których bała się mówić…
    Od czasu ukazania się artykułu w Proroku Codziennym, Avalon nie rozmawiała ani z Elody, ani z Jihoonem, z którym wcześniej udało jej się nawiązać względnie pozytywną relację. Nigdy wcześniej nie pomyślałaby, że będzie potrafiła rozmawiać z tym chłopakiem w tak swobodny sposób. Jednak teraz… Teraz, kiedy dowiedziała się o nim i o Elody. Nie chciała stracić ani jej, ani jego. Zdawała sobie sprawę z tego, że nie jest w stanie spojrzeć prosto w oczy blondynki, a Jihoon… Musi z nim koniecznie porozmawiać i dowiedzieć się, dlaczego nic jej nie powiedział. Dlaczego nie wspomniał nawet najmniejszym słówkiem, że chodzi o jej przyjaciółkę? Miała żal do niego. Może gdyby wiedziała, może byłaby w stanie coś zrobić. Z drugiej strony… Niby co? Dziadkowie już dawno postanowili za nią, a każde rodzinne spotkanie kończyło się ostatnio dokładnie w taki sam sposób. Próbowała dyskutować, wciąż próbowała się z tego wszystkiego wybronić. Szukała wsparcia w Aaronie, jednak ten zgadzał się na wszystko co mówili jego rodzicie, w ogóle nie patrząc w oczy swojej córki.
    Teraz, stojąc przed Elody rozumiała co takiego musiał czuć jej ojciec. Sama nie potrafiła za wiele powiedzieć blondynce. Słysząc imię Iana, Avalon wyrwała się ze swoich rozmyślań.
    — Nigdy nie zrozumiem co ty w nim widziałaś… Elody, on próbował cię zabić — srebrnowłosa wiedziała, że blondynka nie zapomniała o takim wydarzeniu, jednak czasami miała wrażenie, że właśnie tak się działo. Jak w ogóle mogła myśleć w pozytywny sposób o tym chłopaku? Moore, westchnęła cicho. Nie miała zamiaru ciągnąć dłużej tego tematu. Ze wszystkich sił chciała chronić swoją przyjaciółkę, jednak nie wiedziała w jaki sposób ma to zrobić, skoro ta broniła nawet własnego mordercy. Uśmiechnęła się blado na myśl odwiedzenia hogwarckiej kuchni, nie żeby nie przepadała za gorącym kakao. Jednak myśl spędzenia z Elody więcej czasu ją przerażała. Bała się, że palnie coś głupiego, że wszystko się wyda. Nie miała pojęcia w jaki sposób powinna o tym wszystkim poinformować dziewczynę, dlatego też chciała to odkładać w nieskończoność.
    Przystanęła obok dziewczyny i obserwowała jak ta przygotowuje dla nich mleczny napój. Wsłuchiwała się uważnie w jej słowa, marszcząc przy tym delikatnie brwi. Miała przedziwne wrażenie, że zaraz coś się wydarzy. Kiedy usłyszała finalną wypowiedź, zacisnęła mocno piąstki i z lekko rozchylonymi wargami wpatrywała się w blondynkę. Jej twarz pierw pobladła, a tuż po chwili zrobiła się purpurowa, a żuchwa zaczęła jej delikatnie drżeć.
    — J-j-ja… J-ja chciałam ci powiedzieć — powiedziała cicho, odwracając spojrzenie od dziewczyny. Miała ochotę odwrócić się na pięcie i uciec z kuchni, schować się gdzieś, gdzie gryfonka z pewnością nie byłaby w stanie jej odnaleźć. Dobrze jednak wiedziała, że w takim wypadku prędzej czy później będą musiały się skonfrontować i porozmawiać — przepraszam, nie miałam pojęcia, że się spotykacie. Oppa też nic mi nie powiedział! — zaczęła się tłumaczyć, czując jak jej serce przyspiesza.

    Avka

    OdpowiedzUsuń
  45. Słuchała uważnie słów przyjaciółki, nie mając pojęcia jak powinna reagować na poszczególne zdania. Usprawiedliwienie Elody dla Iana, według Avalon było całkowicie nieistotne. Skoro się zmienił, nie powinien zachowywać się w ten sposób, nie powinien chcieć zranić osoby, którą ponoć darzył uczuciem. Srebrnowłosa dziewczyna przygryzła delikatnie wargę, próbując się uspokoić. Spokój, jaki bił od Harrison odrobinę ją pocieszał. Cieszyła się, że Elody nie jest na nią wściekła, ale z drugiej strony… Jak ona mogła wygadywać takie głupoty? Jak mogła mówić, że wszystko jest w porządku skoro czuła coś do Ahna? Skoro oboje się kochali to nic nie było w porządku. W przypadku samej Avalon sytuacja pomiędzy nią, a jej ukochanym była zupełnie inna, ale skoro jej przyjaciółka i jej Oppa rzeczywiście żywili do siebie uczucia i istniała jakakolwiek, nawet najmniejsza szansa na ich związek miała zamiar zrobić wszystko co tylko mogła. Tylko, ona i tak wciąż próbowała zrobić wszystko, by tylko odwołać te głupie małżeństwo.
    — Elody, to nie jest tak, że ja nie znam Jihoona i nie wiem jaki on jest… — zaczęła powoli, zastanawiając się co powinna powiedzieć. Uśmiechnęła się delikatnie, zbierając w sobie całą swoją siłę i energię — dawno nie rozmawiałyśmy tak szczerze, hm?
    Mruknęła, chwytając kubek pełen kakao. Oparła się plecami o kuchenny blat i wpatrując się przez chwilę w parujący napój, uśmiechnęła się.
    — Może zacznijmy od tego, że nie zrobiłaś nic złego. Człowiek czasami obdarza dwoje ludzi podobnymi uczuciami i nie ma w tym nic strasznego. Sama mówisz, chciałaś być z Ianem szczera, a ten palant… — wymruczała po koreańsku kilka przekleństw odnośnie zachowania Ajruna. Nie mogła znieść myśli, że przez tego kretyna mogła stracić najlepszą przyjaciółkę. Kiedy myślała o tym, że druga, najważniejsza kobieta w jej życiu mogła umrzeć, w oczach Avalon momentalnie pojawiały się łzy, których nie była w stanie powstrzymać. Teraz, było tak samo — mogłam cię przez niego stracić, nigdy mu tego nie wybaczę — szepnęła, przechylając delikatnie głowę i opierając ją na ramieniu dziewczyny wzięła głęboki oddech, mrugając przy tym powiekami starała się osuszyć oczy — przepraszam cię Elody, ale naprawdę nie mogę o nim myśleć dobrze. Jakkolwiek starałabyś się mnie do niego przekonać, nie mogę. I cieszę się i mam nadzieje, że zgnije w Azkabanie. Dementorzy już dawno powinni się nim zająć.
    Chociaż z reguły była potulną i łagodną istotą, w takich momentach wkraczała w nią bestia. A raczej żądza zemsty spowodowana ogromną ilością cierpienia i smutku.
    — Ale niby co takiego mu zrobiłaś, El? — spojrzała na dziewczynę z lekko przymrużonymi oczami, zastanawiając się co takiego dokładnie ma na myśli dziewczyna. Słysząc jej uwagę odnośnie tego, że do siebie pasują i zostali wychowani w podobny sposób, Avalon zaśmiała się cicho — Elody Harrison! Czy ty uważasz, że zostałam wychowana na takiego zimnego, zadufanego w sobie Ahna, dla którego prawie najważniejszą w życiu rzeczą jest portfel pełen pieniędzy? Wypraszam sobie — upiła kilka łyków gorącego kakao. Po przełknięciu napoju uniosła głowę do góry i spojrzała w zielone tęczówki swojej przyjaciółki — nie byliśmy wychowani w taki sam sposób. Jedyne co nas łączy to koreańskie pochodzenie i duże, rodzinne firmy. Co jest najśmieszniejsze… Moi dziadkowie wydziedziczyli mojego ojca, wiesz dlaczego? Bo nie chciał poślubić wybranej przez nich kobiety. Wyjechał z Korei, zmienił imię i nazwisko. Uciekł od nich. Rozumiesz? Uciekł od tego, do czego teraz chce mnie zmusić. W dodatku teraz sam jest szczęśliwy z Arizoną, ale mnie… Nie widzi jak bardzo jestem nieszczęśliwa. I nie chodzi o to, że Oppa jest taki zły. Lubię go nawet Elody, ale nie kocham go. I nigdy go nie pokocham, nie w taki sposób. Jest dla mnie jak starszy brat i tyle. I boję się, że jeżeli rzeczywiście nas zmuszą do tego małżeństwa to się nawzajem znienawidzimy.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nie chciała obciążać Elody swoimi problemami, bo rozumiała, że sytuacja która się stworzyła była ciężka dla Harrison ale z drugiej strony w końcu mogła się komuś wyżalić, powiedzieć co czuje. Tak długo dusiła w sobie wszystkie uczucia związane z tym małżeństwem, a teraz kiedy El o wszystkim wie… W końcu może komuś powiedzieć.

      Av

      Usuń
  46. [Dziękuję bardzo! Miałam dylemat, do kogo pod kartę przywędrować, ale Elody chyba mimo wszystko bardziej pasuje do Aurory i jej nietypowo optymistycznego podejścia do życia :) Obie takie uśmiechnięte, wesołe, no ogólnie pasujące do siebie! Razem stworzyłyby mieszankę wybuchową :)]

    OdpowiedzUsuń
  47. — Elody — powiedział, próbując wtrącić się i po prostu powstrzymać ten potok słów, z którego każde łamało mu serce na nowo. Spoglądał, jak dziewczyna krząta się po pokoju, jakby nic się nie stało, choć nerwowe ruchy zdradzały jej przejęcie.
    — Elody — powtórzył, tym razem głośniej, choć wywołało to taką samą reakcję.
    Blondynka zdawała się w ogóle go nie słuchać, a on był coraz bardziej zirytowany całą tą sytuacją i miał wrażenie, że lada moment zwyczajnie wybuchnie z nadmiaru negatywnych emocji. Już po raz drugi w ich dzisiejszej konwersacji nie potrafił zrozumieć pobudek, jakimi dziewczyna się kierowała — wiedział o nich doskonale, natomiast nie mógł zmusić się do tego, by je zaakceptować. Tak nie powinno być.
    Gdy Harrison ruszyła do drzwi, Jihoon poderwał się z łóżka, by potem złapać ją za rękę i przyciągnąć do siebie. Spoglądał twardo w jej zapłakane oczy, choć usta drgnęły mu niebezpiecznie w lekkim grymasie.
    — Dlaczego się nie sprzeciwiasz? Dlaczego po prostu pozwalasz, aby od tak zniknęło wszystko, co pomiędzy nami było? — powiedział, wciąż trzymając ją za rękę.
    Wiedział dlaczego. Bo ze wszystkich ludzi na świecie to Elody najbardziej na nim zależało i nie chciała sprawiać mu problemów, nie chciała powodować bólu oraz innych nieprzyjemnych wydarzeń, jakie mogły w efekcie ich relacji powstać. A Jihoon niczego nie chciał bardziej, jak tego, by choć raz Harrison zawalczyła razem z nim.
    — Jesteś dumną Gryfonką, która na powitanie rzuca w Ślizgonów drętwotami na korytarzu, gdy z nią zadzierają, więc dlaczego nie chcesz spróbować zawalczyć razem ze mną?

    Jihoon
    #najlepsza #drama #na #świecie
    WIELKI POWRÓT

    OdpowiedzUsuń
  48. [Byłam prawie pewna, że to literówka, a tu się okazuje, że Elody to pełne imię :o: W ognistego kosza mogą grać tylko wybrańcy, ale jeżeli ty też w trakcie odrabiania prac wyrzucasz mnóstwo papirusów to możesz dołączyć do tego zacnego grona. Wstępne to dwie czekoladowe żaby i nie mogą być nadgryzione! ]

    Lily Rose

    OdpowiedzUsuń
  49. [Ten wybuchający most chyba mnie przekonuje haha :D No to zróbmy tak, że warzyłyby ten eliksir po drugiej stronie mostu, coś poszłoby nie tak, kociołek "wyskoczyłby" w powietrze a wraz z nim zawartość i tak jakoś nieszczęśliwie by się stało, że wszystko wybuchłoby bliżej mostu. Droga powrotna do zamku zostałaby odcięta, więc próbowałyby jakoś prowizorycznie wszystko naprawić, najpierw czarami, potem może własnymi rękoma, przybijając deski, byle tylko znaleźć się znowu w zamku i zwalić winę na kogoś innego... W końcu mogłyby się poddać i zdecydowałyby się iść inną drogą. Jakąś krętą ścieżką, prowadzącą kompletnie naokoło. No ale to się zobaczy...]

    OdpowiedzUsuń
  50. [Wchodzę w to! Na dniach zacznę Ci wątek <3 ]

    Lily Rose

    OdpowiedzUsuń
  51. Odpowiedzi
    1. [Ok to zacznij :D czekam z niecierpliwością]

      Usuń
  52. — Dobrze wiesz, że akurat tak wyszło, że sama ją zakładałam… Poza tym chciałam ci wtedy pożyczyć każdą inną tylko nie tamtą. Nie moja wina, że pozostałe ci nie pasowały — posłała dziewczynie ciepły uśmiech, mrużąc przy tym delikatnie oczy. Brakowało jej takich luźnych rozmów z Elody i chociaż z jednej strony cieszyła się, że wszyscy są już świadomi sytuacji w jakiej się znaleźli, Avalon wciąż czuła się winna. I pomimo usilnych starań uśmiech wcale nie przychodził jej tak łatwo, jak mogłoby się wydawać. W końcu Elody była jej przyjaciółką, a Jihoona powoli zaczynała traktować jak starszego brata, na którego zawsze może liczyć.
    Gdyby z dnia na dzień odcięto Avalon jej dostęp do gotówki z pewnością potrafiłaby przeżyć, jednak mimo wszystko musiałaby walczyć z kilkoma przyzwyczajeniami. Pomimo tego, że dziewczyna nie obnosiła się z zamożnością swojej rodziny wszystkie ubrania i przedmioty miała najwyższej jakości, Avalon jednak nie chodziła i nikomu nie chwaliła się metkami. Poza tym, większość czasu w Hogwarcie i tak spędzała albo w mundurku, albo z czarną szatą na ramionach, zakrywając dopasowane do jej sylwetki ubrania.
    — A ty niby jaka jesteś, co? Elody… W żaden sposób nie jesteś ode mnie gorsza! — stanęła naprzeciwko dziewczyny i uważnie mierzyła ją swoim spojrzeniem. Nie podobało jej się to co mówiła jej najlepsza przyjaciółka. Poza tym, srebrnowłosa wcale nie czuła się lepsza, w żaden, nawet najmniejszy sposób — też jesteś inteligentna, a zaradna jesteś o sto procent bardziej niż ja. Prowadzenie rodzinnego interesu? — zaśmiała się cicho — nie wyobrażam sobie siebie ani w firmie dziadków, ani w żadnej innej. To nie jest coś czym chcę się zajmować. Więc nie gadaj takich głupot i… Po prostu zacznij myśleć pozytywnie. Dobre nastawienie to połowa sukcesu.
    Avalon kochała ojca najmocniej na świecie i rzeczywiście była gotowa zrobić dla niego prawie wszystko. Świadomość jednak, że on uciekł od tego nie pozwalała jej na zaakceptowanie takiej sytuacji. Jakby nie patrzeć był żywym przykładem na to, że pomimo odcięcia się od rodziców można żyć szczęśliwie. Moore nie miała zamiaru rezygnować z własnego szczęścia. Z tym, że o ile byłaby w stanie sprzeciwić się ojcu, tak sama myśl o spotkaniu z babcią w cztery oczy i próbie rozwiązania tego problemu powodowała u Avalon silne bóle brzucha i odrobinę płytsze oddechy.
    — Poza tym nie zapominaj, że ja się tego wszystkiego po prostu nauczyłam spędzając wakacje z dziadkami. Więc, też mogłabyś wyuczyć się pewnych zachowań, odpowiednich słów i manier — mówiąc to wyprostowała plecy i uniosła delikatnie w górę podbródek, wypychając go w ten sposób do przodu, przyglądając się uważnie swojej przyjaciółce.
    Zastanawiała się co tak naprawdę czuje Elody. Była pewna, że nie jest szczęśliwa, a nawet ten z pozoru spokojny wyraz twarzy nie mógł być w stu procentach prawdziwy. Skoro rzeczywiście poczuła coś do Jihoona… Avalon przygryzła delikatnie wargę i opuściła głowę w dół. Chociaż bardzo chciała, nie mogła wpatrywać się długo w blondynkę. Wyrzuty sumienia zżerały ją od wewnątrz.
    — Pokazałaś mu prawdziwe życie… — wyszeptała, wpatrzona w kafelki, bojąc się spojrzeć w oczy przyjaciółki — wiesz jak mówią, bez goryczki nie docenisz smaku szczęścia… Czy jakoś tak.
    Mówiła wciąż z głową zwieszoną w dół. Słysząc kolejne słowa, przełknęła ślinę i zacisnęła mocno piąstki. Liczyła na to, że gdyby Fred w jakikolwiek sposób zareagował, postarałby się… Może wszystko wyglądałoby inaczej. Gdyby coś powiedział, spróbował powiedzieć. Jednak niczego nie zrobił, a sama Avalon nie miała szansy przekonania się o tym. Chociaż, mimo wszystko wierzyła, że tak właśnie by było. Gdyby tylko ojciec zobaczył, że jest ktoś komu bardzo mocno na niej zależy, udowodniłby, że ją kocha… Wierzyła, chciała wierzyć, że wówczas zmieniłby decyzję.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. — Ja… Wydaje mi się. Tak. Tylko wiesz, problem polega na tym, że nigdy się o tym nie przekonam — wymusiła z siebie uśmiech, zastanawiając się dlaczego on nic nie zrobił. Z drugiej strony… Teraz nie mogła już niczego od niego wymagać. Nie byli już w związku, przecież się rozstali, więc. Nie może mieć do niego żadnego żalu. Musi w końcu wyrzucić go ze swojego serca i pamięci, musi zapomnieć. Pozbyć się wszystkich wspomnień i uczuć… — ale… Nie ma co sobie głowy tym zaprzątać.

      Usuń
  53. Rzeczywiście, najbliższy rok powinien spędzić jeszcze w szkole, jednak w jego życiu wydarzyły się takie sytuacje, które po prostu mu na to już nie pozwoliły. Popełnił kilka błędów, postąpił gwałtownie, bez żadnej świadomości swoich czynów. Zrobił coś, czego nigdy w życiu nie będzie umiał sobie wybaczyć. Coś, przez co nawet nie będzie błagał o wybaczenie. Ponieważ po fakcie zdał sobie sprawę, z tego, jak bardzo źle postąpił.
    Spoglądał na stojącą przed nim blondynkę i uśmiechał się cały czas. Spojrzeniem, wręcz ją pożerał. Uświadamiając sobie swoje zachowanie, co jakiś czas karcił się w myślach i umyślnie odwracał wzrok. W końcu nie wypada, zachowywać się w ten sposób, kiedy kogoś się nie zna.
    — Dokładnie tak… Z jajka wykluwa się jakieś stworzenie. Wszystko zależy od tego w jaki sposób zajmujesz się jajkiem. Nie wiem dokładnie na jakiej zasadzie to działa, ale fajna z tego zabawa. Wiele dziewczyn to kupuje — zrobił niepewnie krok do tyłu, przepuszczając ją aby ze spokojem przeszła do kolejnych regałów, wypełnionych najróżniejszymi gadżetami.
    Zmarszczył lekko brwi, wpatrując się w obiekt do którego podeszła. Joseph momentami nie miał pojęcia co tak właściwie tutaj sprzedaje. Właściciel sklepu często też zostawiał go samego. Czuł, że wymaga od niego znacznie więcej niż powinien, jednak nie narzekał. W końcu dzięki niemu miał gdzie spać i za co kupić sobie jedzeni.
    — Prawdopodobnie nie powinienem tego mówić, ale pracuję tu dość krótko i… Jeszcze wszystkiego nie znam. Z tego co kojarzę to, to w sumie nic więcej nie robi. A przynajmniej nie odkryłem jeszcze tego, co mogłoby robić.
    — Nie… — kłamał — o, tak. Mam siedemnaście lat ale … Musiałem trochę zmienić plany. Uczyłem się przez jakiś czas w Drumstrangu… Ty jak widzę, wciąż się uczysz — wiedział, że kłamstwo nie jest najlepszym co może robić, ale z drugiej strony nie mógł też powiedzieć niczego innego.
    — Ale często tutaj chyba nie wpadasz co? Co prawda sam pracuję jakieś… Nie wiem, trzy góra cztery tygodnie, ale też cię nie kojarzę.

    Joseph

    OdpowiedzUsuń
  54. — Jesteś wszystkim — powiedział, czując jak mimowolnie głos mu się powoli załamuje, ale nie dbał już o to. Powoli przesunął dłoń na talię dziewczyny, by móc po chwili przyciągnąć ją bliżej do siebie, poczuć ciepło jej ciała na swoim i urywany oddech tuż przy szyi. Przytulił ją mocno, starając się nie myśleć o tym, że za jakiś czas prawdopodobnie będzie musiał pożegnać się z tym przywilejem, jeśli nie będzie, cóż, chciał zniszczyć im obojgu życia. Tego był absolutnie pewien, jako że znał swoją rodzinę na wylot; zapłacą za ich relacje, i to słono, jeżeli jej nie zakończą.
    Kochał ją.
    Kochał to, jak śmiała się z jego ironicznych komentarzy, zupełnie nie zwracając uwagi na gorycz w jego głosie, a wyłapując jedynie sam humor wypowiedzi. Kochał to, jak bawiła się mimowolnie włosami, gdy z nim rozmawiała i jak posyłała mu wymowne uśmiechy z drugiego końca sali, gdy Matt patrzył na niego groźnym wzrokiem. Kochał to, że była tak inteligentną i delikatną, a jednocześnie silną i twardo stąpającą po ziemi dziewczyną. Kochał jej drobne, choć kobiece ciało, dołeczki w policzkach, pełne usta i elektryzujące spojrzenie zielonych oczu.
    Kochał ją.
    — Mamy jeszcze trochę czasu — powiedział. Nie chciał dodawać niczego więcej.
    Widział akceptację w jej oczach i to bolało go najbardziej. Musieli się rozstać, choćby wzbraniali się przed tym, bo przeciwnikiem okazał się ktoś, kto mógłby nie tylko zmieść ich szczęście, ale także jakikolwiek komfort życiowy — pani Ahn Seungyeon była w tym mistrzem, nie zawahałaby się ani minuty, by zniszczyć wszystko, na czym im zależało.
    Powoli wplótł dłoń we włosy Elody i pocałował ją. Najpierw delikatnie, a potem coraz zachłanniej, jakby stęskniony za tymi drobnymi pieszczotami, na które od tej chwili nie mógł sobie pozwolić. Już kolejny raz w ich relacji robili coś zakazanego. Rzeczywiście, można by stwierdzić, że ich związek opierał się na pożądaniu rzeczy, których nie powinni się domagać. Kto jednak wytłumaczy dwóm nastolatkom, że miłość jest czymś, czego można zabronić?
    Światło zamigotało, ale to nie było tylko złudzeniem powodowanym przez natłok emocji. Po chwili w całym domu zrobiło się ciemno, najpewniej przez awarię prądu — na ulicach również wysiadła instalacja, inne mieszkania pogrążyły się w mroku.

    [Hej, pani autorko Elody — trąca łokciem — co powiesz na to, by dodać do relacji naszych postaci dodatkowe doświadczenie? ^^]

    Jihoonie <3

    OdpowiedzUsuń
  55. [Przepraszam, że jeszcze Ci nic nie zaczęłam, ale grypa rozłożyła mnie na łopatki i nie mam na nic siły… Poczekasz jeszcze kilka dni na zaczęcie? ]

    Lily Rose

    OdpowiedzUsuń
  56. On już tęsknił.
    — Nie powinniśmy, Harrison — potwierdził, czując jej dotyk na policzku. W mroku nie mógł zobaczyć jej twarzy, ale nie musiał sięgać daleko w pamięci, by móc zgadnąć, jak teraz wyglądała. Krótki pocałunek wystarczył, by upewnić się, że na ustach dziewczyny jeszcze przez sekundą błądził leki uśmiech. — Ale co mamy do stracenia?
    W tej chwili mieli zagwarantowane późniejsze cierpienie, ale sytuacja, w jakiej się znajdowali, oprócz kolejnych problemów, mogła im również zagwarantować szczęście, którego nie da się z niczym innym porównać. Pierwszy raz w życiu Jihoon poczuł na własnej skórze bolesne uczucie bezradności, a bunt kiełkujący się w nim od kilku miesięcy powodował chęć do zrobienia dokładnie tego, czego nie powinien.
    Powoli wyciągnął rękę przed siebie, by móc delikatnie wsunąć ją we włosy Elody, jednocześnie dalej zostawiał słodkie pocałunki na jej szyi, i w górę, na linii szczęki, a w końcu na bladych ustach. Wydawała mu się taka krucha w jego ramionach, taka drobna, zupełnie nie podobna do tej dziewczyny, którą poznał tak naprawdę dopiero na początku tego roku szkolnego, dokładnie trzeciego września.
    Przez krótki moment jego ciałem wstrząsnął dreszcz obrzydzenia, gdy tylko przypomniał sobie okoliczności, w jakich doszło do tej zmiany, lecz postanowił o tym nie myśleć. Do tej pory starał się nie poruszać tego tematu, ani nie dawać żadnego znaku, iż pamięta o tym, co zaszło, jednak czasem wciąż musiał sobie kilkukrotnie powtarzać, że Elody by tego nie chciała — bo myśleć o tym mógł godzinami. A gniew, jaki go wtedy opanowywał, mógłby być porównany z ogniem.
    — Kocham cię — powiedział cicho, delikatnie muskając ustami skórę na jej policzku.
    Dawno tego nie mówił. Prawie zapomniał, jak brzmią te słowa.
    Powoli poddawał się drobnym, ludzkim pragnieniom i żądzom — on był chłopakiem, ona była piękną dziewczyną, jego dziewczyną. Z każdym kolejnym pocałunkiem, dotykiem jej dłoni na swoim ciele czy krótkim westchnięciem chciał przyciągnąć ją bliżej i bliżej, i bliżej. A już na pewno nie miał zamiaru dać jej odejść.

    PERRRRRRRVEEEERT!

    OdpowiedzUsuń
  57. [utożsamiam Zarię ze sobą pod tym względem. ja wyglądam na 12-13, a jestem znacznie starsza. :)
    oj, wybacz. dramaty to moja chora pasja.]

    Zaria

    OdpowiedzUsuń
  58. [Celowałabym w zaradność i spryt, choć możliwe, że ekscentryzm i szybkość w nawiązywaniu znajomości została najwcześniej wyłapana przez zamyśloną, mruczącą Tiarę :)
    Dostaję pomysł, a zatem oznacza to, że mam zacząć. Nie ma sprawy – dorzucam to do kolejki, z którą chyba zmierzę się dzisiaj jak wstanę. Zanim jednak do tego dojdzie możemy uściślić szczegóły: Elody spożywałaby ten eliksir miłosny specjalnie, a ofiarą miałby być mój Irlandczyk? Oczywiście, może jej przypominać o tym znacznie lepiej jak niejedna przypominajka. Co do miejsca akcji i okoliczności to już wymyślę spontanicznie c;
    To akurat nie mój pierwszy raz, a w sumie czwarty z publikacją karty, ale dziękuję i wzajemnie :D]

    Lance Griffin

    OdpowiedzUsuń
  59. Pierwsze razy to zazwyczaj takie momenty, które zapamiętuje się do końca życia. Pierwsza przejażdżka na rowerze, pierwszy dzień w nowej szkole, pierwsze przyjaźnie, pierwsze załamania, pierwsze kłamstwa, pierwsze kłótnie, pierwsze pocałunki — wszystko, co wydaje się nowe, zostaje z nami do końca życia, nawet jeśli są to złe wspomnienia, a nawet szczególnie wtedy, kiedy dobrze rzeczy mieszają się z tymi złymi.
    I Jihoon tę noc zapamiętał. Zapach skóry Elody, moment, w którym ostatnie części garderoby spadły na podłogę, ten uroczy pokój gościnny, skrzypiące łóżko, pocałunki i każdy ich wybuch śmiechu. Było śmiesznie, niezręcznie i tak słodko, że zapomnieli o całym strachu. A już po wszystkim szukali po omacku swoich piżam, chichotając na każdym razem, gdy któreś z nich uderzyło o szafkę czy poślizgnęło się na drewnianych panelach.
    Zakopali się potem pod ciepłą kołdrę i przykryli dodatkowym kocem, bo na dworze było tak zimno, że chłód i tak dostawał się do domu, mimo gorących kaloryferów. Przegadali przynajmniej godzinę, dopóki oboje nie przysnęli przytuleni, zupełnie zapominając, że są w domu pełnym rodziny dziewczyny — chociaż nawet fakt, iż byli tam ich rodzice, powinien ich przerażać.

    ***

    Coś było nie tak, coś zdecydowanie było NIE TAK. Jihoon powoli otworzył oczy, a jego wzrok od razu padł na drobną buźkę dziewczyny, której blond włosy opadały wachlarzem na poduszkę, tworząc coś w rodzaju osobliwej aureoli. Wyglądała przezabawnie i tak uroczo, że chłopak wybuchnął cichym śmiechem. Obudziło ją to.
    — Witaj, śpiąca królewno — powiedział i dopiero wtedy dotarł do niego sens tych słów. Był poranek, dwudziesty szósty czerwca, a oni leżeli w tym samym łóżku, w którym położyli się dzień wcześniej! Przespali całą noc! Mogli mieć tylko nadzieję, że nikt nie wpadł do tej pory do pokoju Harrison.
    Zanim blondynka zdążyła choćby powiedzieć słówko, rozległo się ciche pukanie do drzwi.
    — Elody? Tu ciocia! Nie wiemy, gdzie się podziewa ten Twój chłoptaś, bo jego łóżko jest już zasłane, musiał ulotnić się wczesnym rankiem. Co z niego za łobuz, ani słowa pożegnania! Wstawaj, bo babcia już na dole czeka ze śniadaniem! Elody, słyszysz mnie?! — Pukanie wezbrało na sile. — Będę tu stać, dopóki mi nie otworzysz!
    Ahn spojrzał na dziewczynę z strachem w oczach.
    — Co teraz? — szepnął. — Macie tu jakieś miotły? — Rzucił krótkie spojrzenie w kierunku okna.

    #ech #hogwarckie #highschoolmusical
    Jihoonnie!

    OdpowiedzUsuń
  60. Głęboko chciała wierzyć, że dzięki szczeremu uczuciu można osiągnąć wszystko. Ojciec wychował ją właśnie w taki sposób. Wciąż powtarzając jak to bardzo kochał swoją żonę, jak wiele by dla niej zrobił. Jak dużo dostał dzięki prawdziwej miłości. Tej jednej, jedynej i prawdziwej. Nie dziwne więc było, że Avalon chciała żyć w taki sam sposób, że pragnęła doświadczyć takiego samego, silnego uczucia jakie spotkali jej rodzice.
    Po prostu chciała być szczęśliwa w najprostszy, możliwy sposób. Chciała robić to, na co miała ochotę z osobą, którą kochała i która, jak miała nadzieję, kochała też ją.
    —Odsunął się? On mnie po prostu zostawił, a później… — zmarszczyła delikatnie brwi, przerywając w pół zdania. On po prostu się nad nią pastwił. Pojawiał się koło niej w najmniej odpowiednich momentach, zawracając jej ponownie w głowie. Powodując, że chciała wejść w to jeszcze raz, że jeszcze jeden, jedyny, już ostatni raz chciała spróbować. Za każdym razem było tak samo. Chociaż była świadoma, że nie może, że chociaż jedno z nich powinno zachować zdrowy rozsądek… Nie potrafiła zapanować ani nad swoim ciałem, ani nad swoimi uczuciami, kiedy ten chłopak znajdował się zbyt blisko niej — Elody, może i masz rację, ale… Jak długo jesteście z Jihoonem? Teraz spójrz jak długo ja byłam z Fredem. Nie można tak rezygnować, nie można tak z dnia na dzień po prostu sobie odpuścić. Nie po tak długim czasie…
    Nie chciała więcej rozmawiać na ten temat. Nawet jeżeli jej przyjaciółka miała rację, to Krukonka głęboko wierzyła w swoje racje i miała zamiar uparcie, dalej się w nich zagłębiać, wmawiając sobie, że jest dokładnie tak jak ona sama myśli.
    Kiedy usłyszała pytanie Elody, przewróciła tylko oczami.
    — Moje usta nawet nie drgnęły, ja go nie całowałam. Nie całuję chłopaków na pierwszych spotkaniach. Nie całuję chłopaków, których nie znam — sytuacja z tym gryffonem była dość stresująca dla Avalon i dziewczyna miała nadzieje, że prędko nie dojdzie do ich ponownego spotkania. Żałowała również, że nie odwróciła się wtedy na pięcie i nie odeszła. Niepotrzebnie zaczęła się zagłębiać w jego problemy — po prostu…
    Już chciała dokładnie wytłumaczyć Elody co takiego miało miejsce, kiedy ta niespodziewanie ją pociągnęła. Zdezorientowana ukryła się wraz z przyjaciółką, zastanawiając się o co właściwie chodzi. Kiedy usłyszała jej wyjaśnienia, twarz srebrnowłosej nagle wypogodniała.
    — Jak sałata? — powtórzyła z niedowierzeniem, siląc się na powstrzymanie śmiechu. Zamiast tego zakaszlała cicho, próbując stłumić swój śmiech. Co było błędem. Puchon momentalnie zorientował się, że ktoś jeszcze znajduje się w kuchni, co wcale nie było dziwne.
    — Elody, jesteś tu? — usłyszały jego głos.
    Spojrzała na spanikowaną przyjaciółkę i uśmiechnęła się delikatnie, następnie prostując się i zerkając na chłopaka.
    — Ja… Nie ma tutaj Elody — powiedziała, spuszczając głowę w dół. Tak, aby włosy zasłoniły jej pół twarzy, nie chciała aby przypadkiem dostrzegł jej rozradowanie — schowałam się… Myślałam, że to może któryś z profesorów… — szepnęła, siląc się na powagę. Ze schowanym rękoma za swoimi plecami pokazywała dziewczynie po kryjomu, aby wyszła. Avalon miała zamiar odwrócić jego uwagę dopóki Elody nie znajdzie się bezpiecznie poza kuchnią.

    Avalon

    OdpowiedzUsuń
  61. [Dziękuje bardzo i również witam :)]
    aris

    OdpowiedzUsuń
  62. Uśmiechnęła się tylko delikatnie, a raczej wygięła lekko kąciki ust, czując na swoim nadgarstku jej dłoń. Tak naprawdę, Avalon nie potrzebowała dużo aby poczuć się lepiej. Wystarczyła jej obecność zaufanych ludzi. Niestety, ostatnio ciągle miała wrażenie, że wszyscy dookoła ją okłamują. I chociaż bardzo chciała się wyzbyć tego uczucia, nie potrafiła od tak się z nim pożegnać.
    Spojrzała na przyjaciółkę, uważnie wsłuchując się w jej słowa.
    — Marsz rację, Elody… Wszystko się ułoży. Jeszcze wszystko będzie dokładnie tak, jak być powinno. Więc proszę… Nie martw się o Jihoona, dobrze? Na pewno wspólnie coś wymyślimy, jakoś, jakoś się z tego wyplączemy, El — szepnęła, zaciskając delikatnie palce na dłoni przyjaciółki. Głęboko wierzyła w to, że kiedyś w końcu się uda, że wszystko się wyprostuje. Te wszystkie nieporozumienia, odejdą gdzieś daleko, w niepamięć a oni będą jeszcze potrafili żyć z uśmiechem na twarzy. Avalon najbardziej na świecie bała się tego, że jeżeli rzeczywiście wyjdzie za Jihoona, z czasem znienawidzą się. Poza tym już teraz nie było między nimi najlepiej. Stresujące sytuacje i osobiste problemy oddziaływały na każdego z nich.
    Avalon w szczególności chodziła ciągle podenerwowana. Unikała swoich pierwszaków, bojąc się, że powie o kilka słów za dużo, że jej ton nie będzie odpowiednio ciepły. Widziała, jak powoli się zmienia, wciąż jednak się przed tym broniła. Wmawiała sobie, że nie może się tak zachowywać, że nie może pozwolić sobie na takie skoki nastrojów i gwałtowne zmiany humoru. Miała być dobra dla tych dzieciaczków i taka musi też pozostać. Z jednej strony te dzieci były ostatnim, co pozwalało jej trzeźwo myśleć – nie chciała i tego stracić, ani w żaden sposób zepsuć.
    Miała zamiaru uratować przyjaciółkę z opresji więc pociągnęła tę niezręczną konwersację, opowiadając Puchonowi, jak to bardzo lubi gotować i piec. Wspomniała też o tym, że w domu tylko ona się tym zajmuje, a tutaj w Hogwarcie nie wszystko jej smakuje, przez co często odwiedza kuchnie. Już miała zacząć wymyślać kolejne kłamstwa, kiedy nagle na drugim końcu pomieszczenia runęły garnki. Av, domyśliła się, że to sprawka Elody jednak mimo wszystko odrobinę się przestraszyła, a jej serce zaczęło bić odrobinę szybciej.
    — Elody Harrison! — zaśmiała się cicho, widząc przyjaciółkę na zewnątrz — ten chłopak to całkowite nieporozumienie — oznajmiła, marszcząc delikatnie brwi, jednak mimo wszystko kąciki jej ust wyginały się w lekką podkówkę — opowiadał mi o jakichś grzybach… Harrison módl się, żeby on się do mnie nie przyczepił. Jeżeli będzie za mną chodził to mu powiem, że tak naprawdę się w nim podkochujesz, tylko wstydzisz się do tego przyznać — powiedziała z uśmiechem, grożąc na żarty dziewczynie palcem.
    — Wiesz… W sumie to jest bardzo dobry pomysł. Zdecydowanie przyda nam się coś takiego — zgodziła się na jej propozycję, przytakując dodatkowo, twierdząco głową.
    *
    Na dworze było już szarawo i strasznie zimno. Avalon szła ze schowanymi w kieszeniach dłońmi, uważnie rozglądając się dookoła, wdychając zachłannie świeżego powietrza. Chociaż wciąż czuła pewnego rodzaju krępacje przy Elody, teraz po tej rozmowie, było już lepiej.
    — Tak w ogóle to masz ochotę sobie coś kupić? — zapytała, kiedy stanęły już przed drzwiami prowadzącymi do sklepu z szatami i nie tylko.

    Avka

    OdpowiedzUsuń
  63. [Ojej, bardzo mi miło, że opowiadanie cię natchnęło, bo chętnie skuszę się na wątek. Dzięki tej głębokiej nienawiści rzeczywiście możemy coś wykombinować, zastanawiam się tylko co. Molly toczy wojnę z bratem Elody już od samego początku, dlatego pytanie co ona na to.]

    Molly Weasley

    OdpowiedzUsuń
  64. [Mentalnie nigdy nie przestał być kowbojem. Zmienił się tylko świat dookoła niego ;) Dziękuję i również witam!
    Btw, "Skowronek walczący z ciemnością". A to patronus walczył z boginem? A nie z dementorem? W przypadku Wybrańca jedno równało się drugiemu, ale to był wyjątek.]

    Sadr

    OdpowiedzUsuń
  65. [Nie ma za co ;) Oczywiście piszę się na wątek. Z Sadrem można robić wszystko, tylko w granicach rozsądku, bo na przykład zabić go nie pozwolę :D Bardziej w stronę miłych, fajnych rzeczy, takich jak wypady do Hogsmeade, Miodowe Królestwo, paczka do odebrania, która okaże się smoczym jajem. I takie tam.]

    Sadr

    OdpowiedzUsuń
  66. [O to mi właśnie chodziło - złamać stereotyp, który tak czy siak podtrzymam troszeczkę jej bratem (pojawi się niebawem):D
    Dziękuję za powitanie :)]

    Alma Carrow

    OdpowiedzUsuń
  67. [Nie mam pojęcia kto jest gajowym teraz, więc zamiast wpisywania XYZ niech zostanie Hagrid ;D + poszedł mailik]

    - Hagrid! Hagrid, potrzebuję twojej pomocy! Błagam, pomóż mi! - wydzierał się już na górce Matthew. Było to zapobiegliwe z jego strony. Gdyby okazało się, że gajowego nie ma w domu i tak by wskoczył do środka przez otwarte okno. Nawet gdyby na zewnątrz było z minus pięćset stopni Celsjusza, gajowy zostawiłby je uchylone. Dziwny typek, ale czy mieszkańcy zamku byli normalni? Harrisonem mógłby wstrząsnąć dreszcz, gdyby nie prowadził sanek. Pomyślał o tym starym, eks-woźnym. Okropny typ!
    Sanki podskoczyły na jakimś kamieniu, a Matt poczuł okropny ból w tyłku. Zamknął tylko na chwilę oczy, by chociaż udawać, że wszystko ok. Mimo to jego powóz nie zwolnił ani na chwilę. Chłopak przeniósł ciężar ciała na lewą stronę i takim prostym sposobem skręcił w stronę chatki gajowego.
    - He he he - zachichotał łobuzersko pod nosem, odwracając się i widząc biegnącą, acz oddalającą się Beth. - Hasta la vista! - wykrzyknął do niej i odwrócił się. Gryfon wybałuszył gałki oczne, jednak było za późno. Walnął z wielkim impetem w kamienną ścianę domku, a zaraz poczuł, że leci w przód prosto w otwarte okno. - Wooooooow! - wydarł się, robiąc dziwnym trafem salto i lądując jak gdyby nigdy nic na wielkim fotelu. Chwilę musiało mu zająć, co się właściwie stało, ale czując pod tyłkiem miękkość materiału, odetchnąć i zaśmiał się głośno.
    - Cholibka, Matthew! Chcesz, żebym dostał zawału przez twoje wariacje? - rzucił Hagrid, stojąc w drzwiach. Harrison zauważył przez szparę między nimi a futryną zbliżającą się Beth, więc czym prędzej poderwał się z fotela i mijając gajowego, zatrzasnął je, momentalnie blokując kłódką.
    - Nie możesz otworzyć tych drzwi! - wysapał do olbrzyma i ignorując go, przyłożył ucho do drewna, oddychając szybko.
    - Ja ni wim, coś znowu zmajstrował, ale…
    Matt podniósł w górę palec, nakazując ciszę. Gajowy mruknął zdezorientowany, ale pokręcił głową i poszedł nastawić wody na herbatę. Zaraz oboje usłyszeli głośne krzyki dobiegające z dworza, a Gryfon aż podskoczył.
    - Nie ma mnie tutaj! - syknął do olbrzyma, podchodząc do okna i zasuwając je natychmiastowo zasłonką. To samo zrobił z każdym kolejnym i na końcu upewnił się, że nikt nie dostanie się do środka przez tylne drzwi. Hagrid nic nie powiedział tylko podał mu wielki kubek gorącej herbaty, który chłopak przyjął z szerokim uśmiechem. Odrzucił włosy w ten charakterystyczny dla siebie sposób i opadł z powrotem na miękki fotel.
    - Co się stało? Zwykle nie uciekasz przed dziewczynami - rzucił gajowy, siadając naprzeciwko niego. - Cholibka… - dodał, słysząc dalej krzyki Beth.
    - Ktoś dodał jej amortensji i teraz uważa, że nie może beze mnie żyć - mruknął chłopak, zsuwając się lekko w dół. - Znajdę tego dowcipnisia i pożałuje…
    - Kto mógł zrobić coś takiego?
    - Nie mam pojęcia. Ale się dowiem - wyszeptał Matthew, ignorując ‚pączusia’, który dobiegał zza zaryglowanych drzwi. Gdyby to od niego zależało, zasunąłby je szafką, Hagridem i kominkiem. Do czasu, gdy…
    - - Matt! Wyjdź proszę! Przepraszam! Wiem, że jestem idiotką!
    - Elody? - spytał na głos, po czym wstał i, nie otwierając drzwi, krzyknął:
    - O czym ty do cholery gadasz? Poszła sobie?
    Słysząc odpowiedź twierdzącą, Matthew uchylił wpierw lekko drzwi, wyjrzał i dopiero wtedy otworzył je szerzej.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. - Trzymam Hagrida jako zakładnika, więc lepiej niech dyrektor podeśle godne warunki. Nie mam zamiaru iść do Azkabanu bez walki! - rzucił poważnie, jednak zaraz prychnął z uśmiechem. - Co ty tu robisz, El? Nie widziałaś gdzieś tutaj Beth? Jakiś nieśmieszny żartowniś dodał jej amortensji i uważa, że mnie kocha. Biedaczka… Kto mógł zrobić z nią coś takiego? Nie wie, że i tak się z niej śmieją? Ale dowiem się… - urwał, po czym spojrzał na siostrę. - Nie widziałem cię trochę. Wszystko ok? Dziś mam paskudny dzień, ale cieszę się, że zajrzałaś. Nie zasłużyłem na taką siostrę jak ty - dodał Matt i już całkowicie pewny, że to koniec nieśmiesznych żartów, przytulił Elody. Miał nadzieję, że ta akcja z nieudaną randką jej nie przybiła.

      trololo brat

      Usuń
  68. [Przepraszam że musiałaś tyle czekać, ale załatwiałam sprawy prywatne. Już zabieram się za odpisywanie]

    Scarlett/ Tom

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Tom siedział przy swoim biurku czytając jedną z książek jakie wypożyczył ze szkolnej biblioteki. Musiał się czymś zająć by nie myśleć o tym, że zostawił swój rodzinny dom, grób swojej ukochanej żony i zaczynał nowe życie pośród tych wszystkich obcych ludzi. Nie znał tutaj nikogo i z nikim nie miał bliskiego kontaktu co mu wcale nie przeszkadzało. Najważniejsze, że mógł prowadzić swoje zajęcia, a dzieciaki chętnie przychodziły na lekcje.
      Musiał przyznać, że nie uważał zawód nauczyciela za tak interesujący jak był w rzeczywistości. Zaczęło mu się to podobać, ale starał się to ukryć sam przed sobą. Po śmierci Emily ciągle tylko chciał odgrywać męczennika, dlatego pewnie nigdy się nie uśmiechał i nie czerpał z życia żadnych korzyści.
      Kończył właśnie czytać rozdział o jednorożcach kiedy usłyszał pukanie do drzwi.
      -Któż to może być o tej porze?
      Kiedy otworzył jedna z jego uczennic wyrecytowała pytanie tak szybko, że sam zgrubił się gdzieś na samym początku.
      -Yyyy... Zaklęcie obliviate, panno Harrison? -Poczuł że zaczyna się denerwować. Nie przywykł do rozmów z uczniem sam na sam. -Na pewno nie są przechowywane w różdżce.Może panienka chce wejść omówimy to w środku?

      Tom

      Usuń

  69. Siedemnasty lutego z pewnością mógł zapisać się w pamięci Lily Rose jako dobry dzień. Nie dlatego, że wydarzyło się coś specjalnego, nie chodziło też o to, że był piątek, a zatem początek weekendu. Lily po prostu obudziła się z tym cudownym przeczuciem, że jest dobrze. Włożyła więc czystą szatę szkolną, pomalowała się zgodnie z restrykcjami szkolnego regulaminu, zjadła pożywne śniadanie w towarzystwie Teda i odrobiła prace domowe z Melisą dzięki czemu nie musiała poświęcać nawet minuty na naukę w trakcie weekendu. Potem Ted zabrał ją na długi spacer po szkolnych błoniach i wrócili do Pokoju Wspólnego późną porą wyraźnie przemarznięci, ale zadowoleni. Lily od razu skierowała do kominka, gdzie siedziała już reszta ich paczki wraz z Elody i zajęła miejsce obok dziewczyny, wcześniej zdejmując wilgotny od deszczu płaszcz i oddała go Tedowi, który powiesił go na oparciu wolnego fotela. 
 Gryfonka wyciągnęła dłonie w stronę kominka i gdy jeden z chłopaków wyciągnął w jej stronę butelkę kremowego piwa nie pogardziła nim, biorąc głęboki haust.
 - Mhmm… - Lily musiała przyznać, że ten dzień nie mógł zacząć, i nie mógł skończyć się lepiej, niż w taki sposób. Siedziała w gronie swoich znajomych i miała pewność, że wieczór z nimi będzie udany, nawet, jeśli nie zrobią nic coby nie wykraczało poza ich randomowy sposób spędzania wieczorów. Ted usiadł na fotelu obok nich i sięgnął po torbę.
 - Lily z Melisą całe popołudnie pisały esej na transmutacje. Wiecie co to znaczy? - zapytał z wesołym uśmieszkiem i zanurzył obie dłonie w torbie wyciągając pełno zgniecionych z papieru kul, na których gdzieniegdzie widać było idealnie wykaligrafowane pismo dziewczyn. Wyrzucił stos na stół. - Standardowo wpisowe to dwie czekoladowe żaby - dodał w ramach przypomnienia, choć nie musiał tego robić, bo wszyscy jak na zawołanie sięgnęli do swoich toreb w poszukiwaniu opłaty. 
 - Grasz z nami, El? - Lily zwróciła się do Elody nie dlatego, że wymagała tego uprzejmość, ale szczerze zapraszała dziewczynę do zabawy. Nie musieli robić z tego zabawy dla elity, a Lilka lubiła Elody na tyle, by zachęcić do zacieśniania więzi także z resztą grupy. 
 - Dla obcych wpisowe cztery żaby - zażartował Ted, rozdając każdemu po trzy papierowe kule, ale Lily machnęła na niego ręką.
 - Nie słuchaj go, tylko się zgrywa. Dwie żaby. Zasady takie same jak w mugolskim koszu, im dalsza odległość tym więcej punktów. Jak nie trafisz musisz wystawić żabę, żeby móc wejść do kolejnej rundy. Wygrywa ten kto trafi najwięcej punktów. Za nietrafienie wpisujemy minus jeden punkt.

    Lily Rose

    OdpowiedzUsuń
  70. Ahn przez moment obawiał się, że ciotka Donatella wszystkiego się domyśli, a potem przejdzie te kilka metrów, by otworzyć szafę i w efekcie wyrzucić go z domu — tak chichotał w środku tego małego pomieszczenia, że wszystkie ubrania trzęsły się razem z nim. Na szczęście starsza kobieta zaraz złapała Elody pod ramię i obie wyszły, rozprawiając o jakiś poduszkach, więc chłopak mógł odetchnąć z ulgą. Wolał nie myśleć o tym, jak Harrison mogła pomóc ze "starą kanapą" w swoim stanie, ale tak naprawdę nawet nie miał na to czasu. Musiał pozbierać swoje rzeczy z podłogi, umyć się i doprowadzić do względnej używalności.
    Na dole, na śniadaniu, znalazł się po około 20 minutach, w rękach dzierżąc świeże słodkie bułki, po które teleportował się do najbliższej piekarni. Dzięki temu rodzina Elody już nie patrzyła na niego spod byka, choć o samej dziewczynie tego powiedzieć nie można było — rzucała mu wściekłe spojrzenia, bo przecież "zabroniła" mu wychodzić w taką pogodę z domu.
    — Dzień dobry — rzucił wesoło, układając papierowe torby na stole. — Mam coś do przekąszenia po śniadaniu — dodał, gdy już usiadł, po czym sięgnął po talerz, którego już trzymała babcia dziewczyny.
    Westchnął cicho, nim zabrał się do jedzenia. Dopiero teraz, następnego dnia, przestał czuć się tak okropnie nieswojo — pożartował nawet z tatą Elody o polityce Wielkiej Brytanii, a potem wdał się w dyskusję z jej mamą na temat jego dawnej wycieczki do Francji.
    — Przejdziemy się? — zapytał w końcu blondynkę, gdy odłożyli widelce. Na szczęście starsi dali im zupełny spokój, jeśli chodzi o sprzątanie, chyba właśnie dlatego, że Jihoon był ich gościem. Uśmiechnął się wesoło do dziewczyny, mimo że w jego czarnych oczach pojawił się drobny błysk smutku, bo wcale nie chciał jeszcze wychodzić z domu. — Oczywiście, jeśli nie masz nic przeciwko.
    Nie chciał się rozstawać.

    [Ej, co teraz robimy? Wątek po rozstaniu czy czekamy, aż napiszemy notę? :3]

    OdpowiedzUsuń
  71. [A wiesz, że my chyba coś ustalałyśmy jak się pierwszy raz na Kronikach z Arsem pojawiłam? Nie pamiętam tylko co konkretnie tam wcześniej miałyśmy, ale coś na pewno. Pamiętam ten motyw, że czekoladki były przeznaczone specjalnie dla Harry’ego, ale dorwał się do nich Ron i zakochał się w Lavender, o ile dobrze pamiętam. Przypuszczalnie tak musiałoby się to odbyć w przypadku panny Harrison. Niemniej jednak jak obiecałam – zaczynam i miejmy nadzieję, aby o tej porze miało to sens. Wolę jednak wykorzystać to, że po lekach spadła mi gorączka, a mi się w ogóle nie chce spać :D]

    To miał być dzień jak każdy inny. Miał zjeść śniadanie, wyglądać jak porządny uczeń Hogwartu, wszystko według planu dnia, po zjedzeniu zajęcia, próba nie zaśnięcia, robienie samolocików z pergaminów, robienie małych żartów, dzień powszedni, chociaż nie… wróć. To była sobota, a on wstał tak wcześnie. Zbyt wcześnie… Na Merlina, że też uświadomił to sobie zaraz po wyjściu z Pokoju Wspólnego Ślizgonów. I pomyśleć, że chrapiący na całego w fotelu Mortier nie przykuł jego większej uwagi, poza tym, że naturalnie rzucił w niego tą mniej przyjemną poduszką. Nieszczęsny Ślizgon dostał w twarz, ale wydawał się nietknięty jak skała. Przez parę sekund, dokładniej, żeby chwilę potem sturlać się – nadal śpiąc – na podłogę i pozostać przy kominku, gdzie tlił się jeszcze ogień. Widok Mortiera rozbawił Griffina i sprawił, że jego humor z nijakiego wskoczył na poziom „rewelacyjny”. Oczywiście – opustoszały Pokój Wspólny nie przykuł jego uwagi i nikt nie palił się do wyjścia. W każdy normalny dzień o tej porze każdy gdzieś pędził, ale to w ogóle zaspanego jeszcze Lance’a nie oświeciło.
    Dopiero po wyjściu na pusty korytarz w jego głowie zapaliła się ta charakterystyczna czerwona lampka sugerująca, że coś jest nie tak. Dlaczego ta bolesna prawda nie dotarła do niego wcześniej? Miałby szansę wskoczyć do ciepłego łóżka i przespać cały dzień, bo kto, by mu tego zabronił? Oparł się jedną ręką o zimną ścianę w lochach i westchnął ciężko. Pokręcił głową, jakby nie wierzył w to co się właśnie stało. Ostatecznie jednak machnął ręką, bo jedzenie oczekujące na niego w Wielkiej Sali już czekało. Ciepłe, pożywne i smaczne. Poza Quidditchem, który niegdyś był jego pasją, kiedy grał na pozycji ścigającego to jedzenie pyszności było pewną częścią dnia, którą cenił. Nie można zapomnieć o wrednych żartach, które wycinał wszystkim dokoła. Zawsze ktoś się napatoczył, obrywając łajnobombą czy balonem wypełnionym śluzem z gumochłona. Ten rodzaj szczęścia bywał unikatowy i na pewno „orzeźwiający” po ciężkim dniu spędzonym na zajęciach!
    O tej porze Wielka Sala wydawała się jeszcze większa niż zwykle. Całkiem prawdopodobne, że grupa tych, którzy chcieli wyskoczyć do Hogsmeade już wyruszyła na miejsce i nie było tutaj aż tak tłoczno. Nie zmieniało to jednak oczywistego faktu – wypełnienia wszystkich stołów smacznym jedzeniem. Lance nigdy nie dbał o reguły, więc nikogo nie zdziwił fakt, że blondyn jedną ręką zmierzwił sobie jasne włosy, a drugą złowił jedną z grzanek na stole Gryfonów i jak gdyby nigdy nic przeszedł do jej konsumpcji. Gdzieś po drodze rzuciła mu się w oczy pewna blondynka, która o ile dobrze kojarzył, nazywała się Harrison jak ten chłopak odpowiedzialny za przygotowywanie audycji.


    Lance Griffin

    OdpowiedzUsuń
  72. [Cześć :D A masz może już jakiś pomysł? :)]

    Jackson Collins

    OdpowiedzUsuń
  73. [Skoro nabrało innego znaczenia to może Elody chciałaby szlaban u Cajuna? Gwarancja udanej zabawy oraz kilku przekrętów :)]

    OdpowiedzUsuń
  74. Policzki Avalon całe już zesztywniały od śmiechu, a nawet szczęka powoli zaczynała ją boleć. Mimo wszystko wciąż szeroko się uśmiechała, co jakiś czas wybuchając głośnym śmiechem. Uwielbiała towarzystwo Elody jak mało kogo, mogła z nią spędzać każde dnie, a nigdy nie miała jej dosyć. Były jak siostry, nawet jeżeli się o coś posprzeczały, szybko znajdowały rozwiązanie swojego konfliktu. Moore wierzyła, że tym razem będzie tak samo, chociaż problem wyglądał zupełnie inaczej niż to, z czym zazwyczaj musiały się mierzyć dziewczyny. Z pozoru niby wszystko było dobrze, rozmawiały, śmiały się a nawet umówiły się na wspólny wypad do pobliskiego sklepu z magiczną odzieżą na przymiarki. Ale w głębi duszy obydwie były świadome, że to wszystko nie jest do końca szczere. Każda z nich czuła pewnego rodzaju ból, swój indywidualny. Odczuwalny tylko w znany sobie sposób. Przynajmniej tak właśnie było z Avalon, a ta była pewna, że z Elody jest tak samo.
    — Lepiej się nie przyznawaj skąd to wiesz — zaśmiała się na słowa przyjaciółki, próbując wyobrazić sobie tańczącego chłopaka. Co prawda nie był taki straszny, jednak sposób jego bycia powodował dziwne dreszcze na plecach Avalon. Nie miała ochoty spędzać z nim czasu i szczerze współczuła Gryfonce, że ta musiała się z nim użerać.
    Kiedy weszły do sklepu, Avalon uśmiechnęła się szeroko uważnie rozglądając się dookoła. Była zachwycona tymi wszystkimi ubraniami. Sukienki, spódniczki, szaty, różnego rodzaju dodatki. Najchętniej wzięłaby wszystko i przymierzyła. Każdą rzecz po kolei. Wyobrażając sobie, siebie różnych miejscach ubraną w te właśnie ubrania. Uśmiechała się radośnie w stronę przyjaciółki i ekspedientki. Wyglądała na bardzo sympatyczną kobietę w dodatku nie zerkała na nie spod byka co się czasami zdarzało, kiedy do drogich sklepów wchodziły nastolatki.
    — Elody, ona jest przepiękna! — Avalon stała naprzeciwko blondynki i uważnie przyglądała się jej i sukience. Wyglądała, jakby była szyta na miarę, specjalnie dla niej. Po prostu była idealna, a ożywające skrzydełka dodawały tylko szesnastolatce uroku. — Wyglądasz cudownie!
    Avie spojrzała w stronę, którą wskazała Elody i, aż zaniemówiła z wrażenia. Jej oczom ukazała się bowiem sukienka w liliowym kolorze, który był ulubionym kolorem dziewczyny. Jej materiał był delikatny i błyszczący, jednak nie wyglądał tandetnie. Avalon nieśmiało chwyciła ją w swoje dłonie i westchnęła nad nią z wielkim zachwytem, uważnie jej się przyglądając.
    — Masz rację. Muszę ją przymierzyć! Muszę — pisnęła podekscytowana i zniknęła w przymierzalni. Z różowymi rumieńcami wyszła na zewnątrz i spoglądała w duże lustro. Ta sukienka również była bez ramiączek jednak górę miała bandeau, pokrytą delikatnym materiałem z siateczki wysadzanej drobnymi kryształkami. Spódnica była luźno puszczona. Sięgała Avalon idealnie przed kolano. Patrząc w lustro, uśmiech nie schodził jej z twarzy. — Ależ byłoby cudownie, gdybyśmy miały gdzie w nich wyjść! — uśmiechnęła się, nie mogąc oderwać spojrzenia od swojego lustrzanego odbicia.

    Avalon

    OdpowiedzUsuń
  75. [Szlaban a.k.a. granie w pokera oraz rozmowy niekontrolowane? Cajun jest jak najbardziej za. Nie obiecuje, że nie będzie trzymał łapsk przy sobie, bo wszystko co drogocenne jest jego, w tym pieniążki Elody.
    Nie lubi eliksirów, więc sala może jak dla niego polecieć w drzazgi (mógłby nawet pomóc), ale musi być porządny i przyłapie ich w tymże pomieszczeniu.
    Chciałabyś mnie wtajemniczyć w ten zwariowany świat czy Cajun ma sam to zrobić? :)]

    OdpowiedzUsuń
  76. Matta poznał przez zrządzenie losu. Do dziś pamiętał jak wszedł do Trzech Mioteł i oberwał w twarz, nie mając pojęcia za co, dlaczego, po co i kto to w ogóle był. Szybko się jednak połapał, że Harrison wplątał się w bójkę. Z racji, że oberwał od jego przeciwników… Oczywiście musiał stanąć po jego stronie i mu pomóc. Nie dziwne więc było, że gdy pokonali swoich chwilowych, wspólnych wrogów szybko złapali kontakt i najzwyczajniej w świecie się zakumulowali. Po bójce nie było widać już żadnego śladu, a wspomnienia przepięknego ataku wciąż tkwiły w pamięci, powodując szeroki uśmiech satysfakcji. Tym bardziej było to satysfakcjonujące, ponieważ poradzili sobie świetnie bez użycia magii. Pokonali trójkę Ślizgonów używających różdżek, gołymi pięściami. Chwała im na wieki.
    Impreza urodzinowa przyjaciela Matta trwała w najlepsze. Joseph początkowo nie chciał przychodzić — zdawał sobie sprawę w jakie mogą się wplątać kłopoty, jeżeli jakiś z profesorów dowie się, że Harrison sprowadza do zamku ludzi spoza szkoły. Po długich namowach zgodził się w końcu. Dobra… Wcale nie trzeba było go długo namawiać. Joseph Fitz uwielbiał ryzykowne sytuacje. Ta odrobina adrenaliny krążąca w jego krwi napędzała go tylko do dalszych działań. Poza tym pozwalała mu się świetnie bawić. Nie zaznał w swoim życiu zbyt wielu radosnych i szczęśliwych chwil, jednak nie miał zamiaru się więcej tym zamartwiać. Widok Matta i jego beztroskich przyjaciół sprawiał, że też chciał taki być. Najzwyczajniej w świecie, pragnął być siedemnastolatkiem, który nie musi się niczym martwić.
    Około trzeciej, lekko się zataczając postanowił, że to już najwyższy czas powrotu do wioski, gdzie wynajmował mały pokój nad poddaszy u właściciela sklepu z magicznymi gadżetami Zonka, w którym również pracował. Naciskając klamkę, pchnął lekko drzwi. Mimowolnie na jego ustach pojawił się uśmiech, kiedyś bywał tutaj tak często, a teraz… Teraz był intruzem. Popełnił w przeszłości mnóstwo błędów, większość podjętych przez niego decyzji była tragiczna, a teraz odbijało się to wszystko na jego życiu. Nie miał jednak zamiaru dłużej tego rozpamiętywać. Nie mógł być taki dłużej.
    Miał nadzieje, że nikt go nie zauważy. Z drugiej strony nie panował do końca nad swoimi ruchami. Zszedł po schodach, trzymając się mocno poręczy — gdyby nie ona, najprawdopodobniej wywinąłby fikołka i po prostu zjechał by na tyłku po schodach, obijając sobie kość ogonową. Dzięki bogu, poręcz była solidna, a Joseph mógł się porządnie wesprzeć.
    — Elody — wymamrotał, uśmiechając się szeroko od ucha do ucha na widok dziewczyny — oczywiście, że tak. Imprezy twojego brata zawsze się udają — powiedział, prostując się nagle. Jakby chciał ukryć swój stan. Co było dość zabawne, bo przecież dziewczyna i tak dobrze zdążyła już mu się przypatrzeć. Mimo wszystko, stanął nagle wyprostowany. Puścił się poręczy i przystanął u dołu schodów, chowając ręce za plecy — dlaczego jeszcze nie śpisz? Powinnaś już dawno spać, Elody. Jest już bardzo późno — powiedział, z lekko plączącym się językiem. Mimo wszystko chciał zachować pozory.
    — Jak widać, czasem tutaj jestem. Pojawiam się i znikam, taka rola magika — powiedział z powagą, jednak tuż po chwili hamował nagły wybuch głośnego śmiechu — Elody, pamiętaj. Nie widziałaś mnie tu dzisiaj.
    Zapomniał, że nie tylko przed profesorami musi się ukrywać. Przecież w Hogwarcie byli też prefekci i inni uczniowie, którym. Fakt, obcego w zamku mógłby się nie spodobać.

    Józek

    OdpowiedzUsuń
  77. — Nie chcieliśmy hałasować — mruknął, cicho się podśmiewując. Obraz, który widział przed oczami delikatnie mu wirował, przez co złapanie równowagi nie należało do najłatwiejszych zadań. Wydostanie się z zamku niezauważonym również w takim stanie było znacznie trudniejsze niż na trzeźwo. Mimo wszystko Joseph wierzył, że uda mu się bezpiecznie wrócić do wioski. — Naprawdę, to po prostu, chyba jakieś zaklęcie nie działało — przygryzł wargę, wpatrując się w zielone oczy dziewczyny. — Twój brat chyba albo jakiś jego kumpel, próbowali zaklęcia wyciszającego, ale… Chyba im nie wyszło.
    Już chciał pokonać odległość dzielącą go do wyjścia z pokoju wspólnego Gryfonów, gdy dziewczyna go zatrzymała. Nie spodziewał się tego. Był środek nocy, był pijany i nie do końca kontaktował ze światem. Nie rozumiał co takiego może teraz od niego chcieć. Mimo wszystko skinął głową i posłusznie ruszył za nią. Może i dobrze, bo dzięki tej nocnej wędrówce znaleźli się poza zamkiem. Co prawda, Joseph miał jeszcze długą drogę do pokonania, jednak i tak znajdował się znacznie bliżej celu niż wcześniej.
    — Dokąd mnie prowadzisz, hm? — mruknął cicho, kiedy skręcili. Przecież do wyjścia droga nie prowadziła tędy. Zmarszczył brwi, kiedy zorientował się, gdzie się znajdują. Przełknął ślinę, wchodząc do cieplarni numer trzy. Doskonale pamiętał to miejsce, jednak musiał zrobić wszystko, aby nie dać tego po sobie poznać. Jednak w stanie upojenia alkoholowego takie zdanie, wcale nie było łatwe — ale tu duszno — mruknął, cicho.
    Kiedy ujrzał kwiat, rozszerzył szeroko oczy. To był jego kwiat, jego wyhodowana mutacja, jego własny gatunek, dzięki, któremu miał być sławnym zielarzem.
    — Piękny — mruknął , słuchając uważnie jej słów. Opiekowała się nim, starała się, aby przeżył. Wyrzuty sumienia zacisnęły mu się na gardle. Głos w nim uwiązł. Ona była taka dobra. Była tak dobrą dziewczyną, osobą, a on… Wziął głęboki oddech i przygryzł nerwowo wargę. Nie powinien wiedzieć jak się nim zająć, jednak nie mógł patrzeć na powoli obumierającą roślinę — potrzebny będzie sproszkowane wapno, korzeń, korzeń… — zaciął się, próbując sobie przypomnieć nazwę rośliny, która była w stanie odratować jego kwiat…

    Tralalala, nie podoba mi się bardzo. Idę się odstresować i następne będzie O NIEBO LEPSZE. OBIECUJĘ <333

    OdpowiedzUsuń
  78. Jeżeli nie chciał wydać swojej prawdziwej tożsamości, nie mógł uratować całkowicie tego kwiatu. Nie mógł pozwolić, aby ponownie zakwitł, mimo najszczerszych chęci nie mógł odpuścić do rozwinięcia płatków, do możliwości poczucia tej przepięknej woni, która wcześniej się od niego delikatnie roznosiła, pieszcząc zmysł węchu. Zagryzł mocno wargę. Ten widok bolał. Tak cholernie mocno bolało oglądanie tego kwiatu, świadomość, że ta dziewczyna… Że ona mimo wszystko tutaj nadal była, dbała, pamiętała. Świadomość, że chciał ją zabić, pozbawić możliwości oddychania, oglądania tego świata, tych mniejszych i większych cudów, jakie zdarzały się na tym świecie. Czuł, jak jego serce powoli rozrywa się na części. Chciał wcześniej jej śmierci, nie myślał trzeźwo, nie potrafił dokonać prawidłowego osądu. Słowa tamtych ludzi…
    Azkaban. To było coś okropnego. Ciągle odczuwalny smutek i żal. Dementorzy… Przerażali go. Wywoływali najgorsze ze wspomnień. Za każdym razem przeżywał śmierć Elody. Zielone błyski i jej bezwładne ciało opadające na mokrą trawę. Przeżywał to na okrągło, ciągle to widział. Przeżywał bez przerwy, ciągle się obwiniając, nie mogąc pogodzić się z tym, co tak właściwie zrobił. Wybory, których dokonał były najgorszymi z możliwych. Żałował. Chciał ją przeprosić, ale wiedział, że nie może, że ona nie może wiedzieć kim on tak naprawdę jest. Nie mógł do tego dopuścić.
    Wiedział jak odrodzić kwiat, ale wiedział też, że jeżeli by mu się to udało. Zdemaskowałby się. Dlatego nie mógł zrobić nic więcej. Chwycił wapno i delikatnie podsypał nim ziemię. Uśmiechając się delikatnie. Przełknął ślinę, odłożył wiaderko na bok i odwrócił się przodem do dziewczyny. Podpierając się dłońmi o brudny od ziemi stolik.
    — Co to za kwiat? — przechylił delikatnie głowę na bok — widzę go po raz pierwszy, jeszcze nigdy nie widziałem czegoś takiego. To… Jest niezwykły…
    Dostrzegł blizny, jednak nic nie mógł powiedzieć. Głos uwiązł mu w gardle. Wiedział, że ją zranił. Był świadom, że chciał zrobić coś gorszego i widok jej stąpającej i oddychającej po ziemi, powodował, że chciał głośno krzyczeć z radości. Chciał ją przytulić, pocałować. Objąć w ramiona i już nigdy więcej jej z nich nie wypuszczać, nie chciał jej więcej pozwolić na ucieczkę do kogoś innego, nie chciał jej już nigdy więcej skrzywdzić, ani pozwolić zrobić tego komuś innemu. Musiał jednak się powstrzymywać i doskonale zdawał sobie z tego sprawę. Pomimo tak wielu chęci nie mógł tak naprawdę nic zrobić. Musiał trzymać się na dystans. Zachować odpowiednią odległość, nie przekraczać granic. Musiał cały czas trzymać się na baczności, by przypadkiem nie wykonać żadnego zdradliwego gestu, żadnego słowa, które by świadczyło o tym, że tak naprawdę jest kimś innym. Nie mógł nic zrobić. Nic. Chociaż doskonale wszystko wiedział, musiał być nieświadomy. Musiał się starać… Z całych sił. Udawać.
    — To… Ten ktoś, kim on był? — mruknął, wciąż opierając się o blat stanowiska. Przetarł brudną od ziemi ręką włosy, nie spuszczając spojrzenia jasnych tęczówek z twarzy dziewczyny. Obserwował ją dokładnie, będąc ciekawym reakcji, kiedy będzie mówiła o… O nim. — Co takiego ci zrobił? Dlaczego… Dlaczego ktoś miałby ranić cię tak mocno? — mruknął, spuszczając na moment spojrzenie. Jednak tuż po chwili, ponownie wlepiał swoje ślepia w dziewczynę. Doskonale wiedział dlaczego, wiedział kto. Wiedział też, jak się później czuł. Nieświadomość… Musiał ją zachować. Odepchnął się blatu i zachwiał się delikatnie. Przez moment już mu się wydawało, że jest trzeźwy. Dopiero próba ustania na równi bez podtrzymywania się uzmysłowiła mu, że dzisiejszego wieczoru wypił znacznie za dużo. Za dużo na prowadzenie takich rozmów. Bo wiedział, że rano niczego nie będzie pamiętał, a chciał pamiętać. Każde słowo, każdy gest, każdą, najmniejszą minę, grymas… Chciał pamiętać wszystko. Chciał zapamiętać Elody, na wypadek, gdyby musiał nagle zniknąć, gdyby musiał ruszyć dalej.

    Joseph

    OdpowiedzUsuń
  79. [Cześć, siostra. Dzięki za szansę i podwaliny dla tak zajebistej postaci jaką mógł być Matt xD Mam nadzieję, że już nigdy nie znajdziesz takiego drugiego Harrisona! Cholernie zżyłam się z naszą dwójką mimo że czasem aktywność była mierna. Baw się dalej dobrze, a mnie znajdziesz na paru stronkach ;) Matt skończył Hogwart, ustatkował się i poszedł do Akademii, więc ciesz się xD]

    kochany brat

    OdpowiedzUsuń