29 lipca 2015

Czy widział ktoś Lily?


Gryfonka, IV rok, 15 maja 2008 r., ma kota

Jest podekscytowana. Jest bardzo podekscytowana. Świat ukazuje jej się jako wyjątkowo ciekawy obiekt badawczy. Ludzie są zabawni, ale potrafią czasami skrzywdzić. Rodzina jest dobra do kochania, zawsze znajduje rozwiązanie (zwłaszcza gdy to wydaje się niemożliwe) i pozwala całkiem sprytnie wyładować negatywną energię. Podobno wszystkie małe dziewczynki marzą, by mieć starszego brata.  Ona ma ich aż dwóch i po dokładnych testach stwierdza, że nie ma się czym zachwycać. Nie potrafi ich nie kochać, ale chyba jeszcze częściej ma ochotę zamknąć ich w szafie, albo zamienić w coś obślizgłego. Mama wciąż jej powtarza, że jeszcze trochę i zacznie dostrzegać uroki posiadania takiego Albusa i Jamesa. Tak, tak, wszyscy wiemy, że wyszła za najlepszego kumpla swojego brata, ale Lily pragnie wszystkim przypomnieć, że nie jest swoją matką. 
I tu się pojawia problem. Ludzie patrzą na nią jak na młodszą kopię swoich rodziców albo żeńska wersję braci. Włosy takie, oczy takie, a nos po dziadku i tak dalej. Nie podoba jej się to. Zawsze wtedy się złości, a jej buzia wydaje się bardziej pomarańczowa niż zwykle. Oj, wszystkie poukrywane piegi wychodzą na jaw. Nie przepada za rodzinnymi obiadkami w wielkim gronie potteroweasleyowym i z całą pewnością ciężko wcisnąć na nią sukienkę. Jest pyskata i niestety nijaki z niej materiał na grzeczną córeczkę. Rozpiera ją energia, której większość nie potrafi pojąć. Nigdy się nie nudzi, bo zawsze znajdzie się coś, czego jeszcze nie robiła lub miejsce, którego nie zdążyła zbadać. Jest typem dziewczyny, która przeskakuje przez płoty i objada się nieprzyzwoicie, choć to akurat zrozumiałe, ponieważ niemal przez cały czas jest w ruchu. Uwielbia przekraczać granice i badać reakcje ludzi. Jej śmiałość i dość ciekawski charakter niejednego wpędziły w prawdziwą irytację. Czasami nie wie, że powinna przestać, czasami nie rozumie, że naprawdę przesadziła i że to już nikogo nie bawi. Jednocześnie jednak ma w sobie mnóstwo radości i spontaniczności, która przydałaby się niejednemu starszakowi.
Jest łobuzem, niegrzeczną wiedźmą, piratką i wszystkim innym jednocześnie. Swą wyobraźnią niejednego już zadziwiła. Gdy już się zmęczy, z wielką chęcią sięga po książkę przygodową i marzy.  Bujanie w obłokach zdecydowanie lepiej jej wychodzi niż nauka. Zwykle ma problem ze skupieniem i woli pisać liściki z koleżanką z ławki. Buntuje się przeciwko szkolnemu regulaminowi, a co dopiero regułom siedzenia przy stole. Dobrze, że zwykle jest ktoś, kto potrafi przywołać ją do porządku. Zwykle. Mimo że fizycznie zaczyna przypominać kobietę, w duchu wciąż pozostaje rozbrykanym chochlikiem. Czyżby szalejące nastoletnie hormony jakimś dziwnym trafem ją pominęły? 




***
Cześć! c: 
Łobuziak zaprasza łobuziaków. I nie tylko.
Wizerunek: Elle Fanning.
Poszukuję wszystkiego i wszystko przyjmę. Lily jeszcze o tym nie wie, ale miłości również. 
Mail: twojwloczykij@gmail.com -> ukocham za uprzedzenie pod kartą.

147 komentarzy:

  1. [Witamy na blogu i życzymy udanej zabawy :)]

    OdpowiedzUsuń
  2. [Lily, moje słońce i gwiazdy, natchnienie mego życia! Serena by uściskała i pogłaskała po główce taka małą kopię siebie samej. Tylko alkoholu nie pozwoliłaby tknąć, co to to nie! Cześć ]

    Serena

    OdpowiedzUsuń
  3. [ Cześć, Ruda Wiewióro, kolejny zbuntowany Potteroweasley'u!
    Tak jak złotej trójce wspaniale idzie ratowanie świata, tak trochę kaleczą z wychowywaniem dzieci. Ech, co za świat.
    Zgaduję, że Fred podpalił jej kiedyś sukienki, żeby nie musiała już żadnej więcej ubrać. A potem zwalił winę na nią.
    Dzień dobry, diabełku. ]

    Freddie Weasley

    OdpowiedzUsuń
  4. [Co to za rudzielec oszukańczy bez piegów?!
    Cześć.]

    OdpowiedzUsuń
  5. [Chyba pierwszy raz naprawdę podoba mi się wizerunek Lily - trochę było już tu tych Ebb Zingmark, Karen Gillian etc. Ktoś w końcu pomyślał o Elle!
    No także kocham za Fanning <3]
    Lana Banana

    OdpowiedzUsuń
  6. [Byłabym zaszczycona pełniąc tą (i teraz nie mogę już powiedzieć zaszczytną) niesamowicie trudną i ważną funkcję. Serenie przyda się taki mały skrzat co jej rozjaśni jej brzydkie życie. Szczególnie taki mały, rudy i złośliwy jak ona sama ]

    OdpowiedzUsuń
  7. [To tak jak z tymi oczami, które zmieniają kolor, w zależności od humoru danej osoby? Ekstra!
    Lily Luno, może dasz się zaprosić na wątek, albo coś w tym rodzaju?]

    OdpowiedzUsuń
  8. [Elle to chyba najlepszy wybór! Przynajmniej coś nowego :)
    Z wątkiem jakoś damy radę! Lana gryfonów jakoś szczególnie nie potępia, więc nie będzie najgorzej :)]
    Lana Banana

    OdpowiedzUsuń
  9. [Jak ona by mogła wykorzystywać młodszą wersję siebie? Toż to skandal by był! A co do pokojowych pogaduch jestem za! Mogłyby się spotkać w dormitorium Sereny pogadać chwilę, ale tylko chwilę, gdyż Serena zapragnie pokazać jej swoje odkrycia z ostatnich dni- trzeba przecież komuś przekazać swoją wiedzę na temat tajemnic tego zamku. Takie rzeczy nie powinny się marnować w jej głowie! ]

    OdpowiedzUsuń
  10. [Biedaczek? Pierwsze słyszę. :D
    Nie mam nic przeciwko wątkowi, ale, ojej, to będzie dosyć trudne.]

    Alfie

    OdpowiedzUsuń
  11. [ Zostańmy przy tym :) no chyba że koniecznie chcesz cos w wakacyjnej odsłonie]

    Serena

    OdpowiedzUsuń
  12. [O jejku, nie odpuszczę wątku z Lily <3 Rut mogłaby być dla niej taką starszą siostrą, przemycać żarcie z kuchni i wspólnie łamać zasady <3]
    Rut Jónsdóttir

    OdpowiedzUsuń
  13. [Nie mam pojęcia jakie powiązanie mogą mieć rodzice Alfiego z Weasleyami albo Potterami, bo sam Alfie to nawet "cześć" pierwszy nie powie. Jak na coś wpadnę, to się odezwę, bo serio, pustkę w głowie mam straszną. ;o]

    Alfie

    OdpowiedzUsuń
  14. [Nie jest tylko trochę dziwny, mógłby startować na największego dziwaka w Hogwarcie, gdyby zechciał rozgłosu.
    No właśnie, co? Ja chyba jestem z tych, którzy wolą zaczynać]

    OdpowiedzUsuń
  15. [Może jeszcze szkolnie c: Skoro zarzuciłaś pomysłem, to ja zacznę :) Tak na spontana, zobaczymy co z tego wyjdzie :D]
    Rut

    OdpowiedzUsuń
  16. [Uwielbiam Elle, jest cudowna.
    Archie to nie łobuziak, ale poleca się do wątków.]

    Archie

    OdpowiedzUsuń
  17. [Korytarzy kojarzyć brzmi dziwnie, ale w jakiś sposób fajnie. A wiesz, że Del Markson brzmi trochę jak "Denmark's son", czyli "syn Danii", a on wcale nie jest Duńczykiem? Taka ciekawostka językowa, którą udało mi się przed chwilą zauważyć ;D
    Pomysł mi się podoba. Właśnie tak coś mi się wydawało, że to będzie relacja w podobnym stylu. Zacznę w najbliższym czasie ;)]

    OdpowiedzUsuń
  18. [oh, coś Ty, ja się mogę rozpisywać wszem i wobec. :D a Lucy, choć kocha sukienki i spódniczki, nie jest ani trochę dziewczęcym strachajłem, co to, to nie. tylko tatuś wywiera na nią zbyt duży nacisk. i presję. cokolwiek.
    a pomysł z namiotem bardzo chętnie! przy okazji mogą ich nastraszyć jacyś czarodzieje z sąsiedztwa, czy coś, coby urozmaicić akcję! co o tym sądzisz?]

    Lucy.

    OdpowiedzUsuń
  19. [Myślałam, że może jako mój Archie, najmłodszy z rodzeństwa, w dodatku jedyny facet poza ojcem w rodzinie, może traktować Lilkę jako młodszą siostrę, ale wydaje mi się, że ona ma już po dziurki w nosie starszych braci XD więc to kiepski pomysł.]

    Archie

    OdpowiedzUsuń
  20. Lucy krytycznym okiem obrzuciła wielką szmatę, która według instrukcji miała być namiotem. Ogromny, wściekle żółty materiał drażnił ją.
    - Możesz mi powiedzieć, dlaczego akurat taki kolor? - jęknęła w stronę kuzynki Lily, krzywiąc się i prostując obolałe plecy. - I jak w ogóle mamy to rozstawić bez użycia magii?
    Opadła na trawę, znużona zastanawiając się nad dziwnym zamiłowaniem dziadka Artura co do tych mugolskich sprzętów. Mógłby chociaż nam teraz pomóc to rozłożyć, mruknęła w duchu, przyszłościowo postanawiając sobie, że nigdy nie tknie więcej niczego, co nie pochodzi ze świata magii.
    - Słyszałaś? - podniosła się czujnie, nasłuchując. - A nie, to tylko twoi bracia - stwierdziła po chwili, siadając na trawie i bawiąc się długim, zielonym źdźbłem, podczas gdy jej kuzynka usiłowała dojść do porozumienia z namiotem.
    Lucy westchnęła, kryjąc się przed upałem w cieniu ogromnego, rozłożystego drzewa. Wysokie temperatury jej nie sprzyjały, a gdyby ktoś spytał ją o zdanie powiedziałaby, że chce mieć urodziny w zimie. Dziewczynka pogłaskała Kota, który podszedł blisko nich i łasił się do jej bladych nóg. Kot miał dziewięć lat, brakowało mu ucha i nie grzeszył rozumem, ale Lucy kochała go najmocniej na świecie. Przez długi okres zwierzątko było jej jedynym przyjacielem.

    [jeśli wolisz długie wątki, to przepraszam, takowe mi rzadko wychodzą. :c]
    Lucy.

    OdpowiedzUsuń
  21. [Nareszcie doczekałam się Lily z moim wymarzonym dla niej wizerunkiem <333 Bardzo bardzo ukocham w wątku, szczególnie, że to młodsza siostrzyczka.]

    Albus

    OdpowiedzUsuń
  22. [Banan jest panem kotem, chociaż... Ostatnio dowiedziałam się, że to dosyć trudne do sprawdzenia u kotów... Bo kot Lily to też pan kot, prawda? Chyba że będzie to jakiś niespotykany pano koci romans XD]
    Lana Banana

    OdpowiedzUsuń
  23. Rut była znana wszem i wobec z tego, że znaleźć ją można było we wszystkich możliwych miejscach. Dosłownie. I w grę wchodziły tu schowki na miotły, wolna przestrzeń między ławkami na trybunach, środek rozkładanej kanapy, czy szafa w dormitorium. Nikogo to nie dziwi, nikt nie pyta, po prostu kręcą głowami i odchodzą. Wszyscy się już przyzwyczaili.
    Dlatego to, że wyłożyła się na rozłożystej gałęzi drzewa, tuż nad jeziorem, nikogo by nie zdziwiło. Ba!, dla niej było to jedno z normalniejszych miejsc do wylegiwania się.
    Ziew! Hmm, o czym to ona czytała? A tak. "Sherlock..." Ziew! "Sherlock usiadł w fotelu..." Ziew!
    ZIEEEEW.
    - Może jednak się zdrzemnę...
    Zgrzyt. Zgrzyt. Zgrzyt.
    - Rut! Rut! Co ty tam robisz?!

    [Nie wiedziałam, czy wolisz krócej, czy dłużej, więc jest tak średnio, na początek. :) Nie najlepsze to zaczęcie, ale tylko to z siebie wykrzeszę o tej godzinie.]
    Rut

    OdpowiedzUsuń
  24. [A no to w takim razie mamy ułatwioną sprawę :') Banan na pewno szukałby sobie partnerki, a Lanie na pewno by się to nie podobało... Chociaż to Lily miała by problem, gdyby coś z tego wyszło...]
    Lana Banana

    OdpowiedzUsuń
  25. Nie lubił nudy. Zawsze musiał mieć dla siebie jakąś rozrywkę, inaczej wychodził z siebie, aby każdym kosztem jakąś zabawę móc sobie zorganizować. Mógł bardziej się starać na treningach quidditcha, wtedy na pewno podszkoliłby się w tej dyscyplinie, a może nawet okazałby się lepszy niż ktokolwiek by pomyślał i by go wzięli do reprezentacji. Nie musiałby nawet chodzić do szkoły. Wtedy miałby galeonów jak lodu, a życie byłoby takie proste. Dla niego jednak zbyt proste. Lubił to, co innych odpychało. Trudności losu były prawdziwą gratką dla kogoś, kto na każdym kroku kusił karmę, aby obróciła się przeciwko niemu. Najczęściej po prostu nie mógł się opanować przed decyzją o uprzykrzeniu komuś życia, a kiedy się nudził, było za późno, żeby cokolwiek zmienić.
    Siał zamęt, gdziekolwiek się nie pojawił, a przecież był niewidzialnym człowiekiem. Nie zauważano zmarszczki na jego czole, kiedy rozważał wszystkie możliwości, bo czoło zakrywała mu grzywka, której nie dało się skutecznie skrócić żadnymi nożyczkami. Nikomu nie udało się jak dotąd wychwycić tego złośliwego błysku w oku, kiedy już było wiadomo, że plan został utworzony, teraz można było tylko czekać na jego realizację. Delmare też czuł się bezkarny z uwagi na to, że nigdy (od kiedy był dzieckiem) nie został na czymkolwiek przyłapany, co tylko utwierdzało go w przekonaniu, że jest bezbłędny. Matacz jak on nie potrzebował czegoś takiego jak zrządzenie losu albo szczęście, żeby dostać to, co na pozór było niemożliwe do zdobycia.
    Zdarzały się i takie dni w jego życiu, że nie mógł znaleźć nikogo, kogo kosztem można by się zabawić, więc przychodził na ulicę Pokątną i siadał na ulubionym murku przy sklepie z szatami Madame Malkin. Kładł sobie na kolana komplet szachów i grał w nie z pionkami, które przecież były zaczarowane tak, żeby można było wybrać sobie kolor i grać przeciwko temu drugiemu. Poza tym, nowy komplet, który ostatnio zakupił, jeszcze nie do końca słuchał jego poleceń, dlatego miał czas do września, żeby się z tym uporać.
    – Hej, Mała, nie możesz ludziom patrzeć przez ramię. To przynosi pecha, nie wiesz? – uśmiechnął się, podnosząc wzrok na nowe lustro, które jakiś dobry człowiek przyniósł dla Madame Malkin i podstawił pod jej sklepem. Teraz Delmare mógł mówić do znajomej postaci, nie odwracając się do niej wcale, chociaż wolał patrzeć na ręce ludziom, z którymi rozmawiał. Zrobił dla niej trochę miejsca, żeby usiadła po drugiej stronie planszy do gry. – Masz czas? – spytał po chwili.

    OdpowiedzUsuń
  26. [Chciałam coś napisać, ale nie umiem tego ubrać w słowa, lol.
    Chociaż mój Archie nie łamie regulaminu i o przyzwoitych porach chodzi spać, to czasem lubi sobie nocą posiedzieć na Wieży Astronomicznej. Nie wiem, jak Lilka, czy ona się czasem szwenda po Hogwarcie, jak już wszystkie światła gasną, ale może gdy mój Archie będzie oglądał sobie gwiazdy nocą, to młoda Potterówna zauważy światełko i będzie za nim podążała, a potem przestraszy Archiego, zaczną sobie gadać. Albo Lilka powie, że oglądanie gwiazd jest nudne i będą się tak kłócić, oczywiście nie na poważnie i zaczną stawiać sobie wyzwania, że skoro np panienka Potter musi być ciągle w ruchu, to Archie jej będzie kazał spokojnie obserwować gwiazdy a w zamian za to, Archie będzie musiał do kogoś zagadać, zrobić coś szalonego, zaprosić jakąś dziewczynę na randkę (z takimi to w granicach rozsądku, bo serce Archiego jest już zajęte) Co ty na to? Czy to durny pomysł?]

    Archie

    OdpowiedzUsuń
  27. [ Świetna Lily, do tej pory najlepsza! <3 Witam :) ]
    Celia Ferro

    OdpowiedzUsuń
  28. [ Ach, dziękuję, wizerunek Lily również jest przepiękny. To co, kminimy dla nich jakiś wątek lub powiązanie? :) ]
    Celia

    OdpowiedzUsuń
  29. [Lilek tu już było kilka co najmniej, a ta jest rzeczywiście najlepsza. I świetny wizerunek c:]

    yaxley

    OdpowiedzUsuń
  30. [W takim razie cieszę się, że wpadłam na jakiś pomysł XD i czekam na zaczęcie :3]

    Archie//Tea

    OdpowiedzUsuń
  31. [Ruda Elle Fanning? Nowość. Anyway, kocham Lily Lunę, bo tak. A młodsze siostry są gorsze od starszych braci. Finn coś o tym wie.]
    Prince

    OdpowiedzUsuń
  32. [Możemy wącić, czemu by nie. Lilka widzę ciekawska i nie wie kiedy przystopować, to może się jakoś zainteresować Finnem i jakoś go podirytować tą swoją ciekawością. Na przykład zadając za dużo pytań o kuguchara, toż to też kot. Finnuś by jej udzielił w końcu ostrej reprymendy, ale potem by mu jek było szkoda i dostałaby pudełko musów świstusów. A na deser dołożylibyśmy, że się zakumplowali. I coś się wymyśli, chyba że ten wspaniały wstęp Ci coś nasunął. :')]
    Prince

    OdpowiedzUsuń
  33. Przychodził na Pokątną często i nie było już zakrętu, o którym by nie wiedział, co się za nim czai. Od dziecka kręcił się po tejże okolicy, czasami szukając guza, ale najczęściej po prostu dlatego, że ulica mieściła się w sąsiedztwie tej, na której mieszkał z rodzicami. Nie znosił bezczynności i cztery ściany przyprawiały go o białą gorączkę. Nic dziwnego, że wolał uchodzić za włóczęgę z tymi swoimi całodniowymi spacerami bez celu, niż siedzieć w fotelu i liczyć muchy na suficie. Przesiadywanie na świeżym powietrzu było zdrowe dla człowieka, poza tym dużo można było podsłuchać, kiedy mijało się dziennie tłumy ludzi. Wszyscy byli tak zaaferowani zakupami, że nie zauważali zaczarowanych uszu na sznurkach, które ktoś, kto szedł za nimi, podrzucał im do toreb. Większość podsłuchanych rozmów Delmare uznawał za nieistotne, ale czasami trafiały się perełki, które nawet szło wykorzystać w jakiś mało szlachetny sposób. Na przykład pewnego razu podsłuchał rozmowę pewnego czarodzieja ze sprzedawcą w antykwariacie. Ten pierwszy chciał sprzedać drugiemu przedmioty, których pochodzenie było dość szemrane, więc, naturalnie, został posłany na Nokturn. Tam za nim podążył Krukon i okazało się, że to jakaś szycha z Ministerstwa, próbująca pozbyć się czarnomagicznych artefaktów. Wysłał anonimową sowę do jednego tygodnika i reszta stała się sama, nie musiał robić nic więcej, żeby zaszkodzić. Jednak od tamtej pory Markson trzymał się z daleka od Uszu Dalekiego Zasięgu, żeby go nie złapano za rękę jako kogoś, kto podsłuchuje ludzi w miejscu publicznym i nie wiadomo co robi z informacjami.
    Nie znał Lily Potter osobiście, ale i tak wiedział o niej trochę. Znał całą historię z jej ojcem, z rodzicami w ogóle. W końcu trudno ignorować takie rzeczy, kiedy od trzydziestu lat regularnie wychodzą na wierzch w prasie i czasami na lekcjach historii magii, kiedy profesor odwołuje się do wydarzeń z współczesności. Znał takie plotki, za które dziewczyna by się obraziła, gdyby się z nią nimi podzielił, więc nie zamierzał tego robić. Dlaczego miałby? Lubił mieć z kim grać w szachy.
    – Ja też nie wierzę w pecha. – Odparł zgodnie, szturchając białego gońca różdżką, żeby zmusić go do ruchu. – Ani w szczęście. Dlatego zdarza mi się wygrywać. Chociaż chyba tym razem sprzedali mi jakiś trefny komplet. Strasznie przemądrzałe są te pionki.
    Musiał kupić nowy komplet szachów dlatego, że swoje zostawił w hotelu nad morzem, do którego niestety nie miał już jak wrócić. Żałował, bo te szachy były z nim bardzo długo, z kilka lat. Nie wymądrzały się niepotrzebnie i nie wtrącały się, kiedy myślał nad kolejnym ruchem, a te nowe były, jak się okazało, najgorsze z możliwych. Pluł sobie w brodę, że wtedy w sklepie nie poprosił tych droższych, z lepszego drewna, może byłyby mniej charakterne.
    – Co tu właściwie robisz? – Zapytał Lily, kiedy wieża pokazała mu język i brutalnie zepchnęła jego pionka z planszy. Jakoś tak przyszło mu na myśl, że może gdzieś niedaleko kręcą się rodzice Lily, bo nigdy ich nie widział na żywo, a jej ojciec był chyba sławniejszy od Dumbledore'a. Zobaczyć na żywo sławę to chyba fajna sprawa. – Hej, nie chcesz kupić podręcznika do obrony przed czarną magią? Z przypisami i w ogóle. Chyba mam jakąś z czwartej klasy.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. [Mój błąd, szachy czarodziejów nie mają dwóch kolorów jak te mugolskie. Zignoruj słowo białe ;D]

      Usuń
  34. - Dlaczego dziadka tak fascynują te mugolskie podróby? - zainteresowała się, spełniając polecenie Lily, i trzymając namiot tak mocno, jak tylko mogła, co okazało się dosyć ciężką próbą, jako, że była chuda i drobna, a siłą w rękach nie dorównywała nawet dziewczynkom w swoim wieku. Luce westchnęła, zbierając w sobie moc i energię. Po chwili obrzydliwie żółty namiot stał tak, jak powinien. Lucy, patrząc na niego, miała bardzo mieszane uczucia. Z jednej strony noc z kuzynką, w najprawdziwszym namiocie zapowiadała się cudownie, z drugiej- pająki. A ona naprawdę się ich bała. Do tego stopnia, że reagowała naprawdę histerycznie na widok malutkiego krzyżaka.
    - Chodź, przyniesiemy poduszki! - machnęła zachęcająco ręką, biegnąc w stronę domu Potterów, z którego już w oddali słychać było odgłosy piekielnej kłótni. Lucy wślizgnęła się do salonu cicho jak mysz, dając kuzynce znak, że może przejść. Zamknęły za sobą drzwi, i sukces! Nikt ich nie zauważył. Po chwili były już na górze, same, targając olbrzymie kołdry i wielkie poduchy.
    - Spałaś już w namiocie? - spytała niepewnie Lucy, starannie ukrywając ową niepewność. Zdawała sobie sprawę, że wszyscy w rodzinie mają ją za delikatniejszą od Lily, choć w szkole ziółko wcale z niej gorsze nie było, a jakże! Jednak niespecjalnie chciała być uważana za delikatniutką beksę.
    Postanowiła, że im wszystkim pokaże.
    I z zaciętą miną niosła komplet pościeli, większy od niej samej po schodach, szybko wybiegając z nim na zalane słońcem podwórko.
    - Hej, zróbmy ognisko! - zawołała, podekscytowana.

    Blondyna.

    OdpowiedzUsuń
  35. [clowny są okropne! Roxanne nienawidzi clownów! ale chętnie urządzi z Lilką bitwę w kałużach. :D]

    Roxanne.

    OdpowiedzUsuń
  36. [a więc ogromna, wodna bitwa? Roxanne nie kocha się w sukieneczkach, trochę z niej ostra chłopczyca. :D zaczniesz nam? <3]

    Rox.

    OdpowiedzUsuń
  37. [To w takim razie polowanie na koty, tak? Potem oczywiście można jakoś rozkręcić wątek jakimś np.: zgubieniem w Zakazanym Lesie :)]
    Lana Banana

    OdpowiedzUsuń
  38. [mogą to zrobić, będzie śmiesznie i fajnie! dobrze, w porządku, poczekam. :3 ode mnie odpis poleci pewnie dopiero w niedzielę wieczorem, bo wyjeżdżam na weekend.]

    Roxanne.

    OdpowiedzUsuń
  39. [Nic się nie stało :) Każdemu się zdarza! Ale w zamian zaczynasz, ha!]
    Lana Banana

    OdpowiedzUsuń
  40. [Nie musisz się spieszyć :) Będę czekać!]
    Lana Banana

    OdpowiedzUsuń
  41. Zauważył, że Lily w nieatrakcyjny sposób podrapała się po nosie, ale czy człowiek na każdym kroku musiał udowadniać swoją przynależność do jakiejś grupy ludzi? Delmare nie przejąłby się, gdyby dziewczyna nagle wstała i zaczęła grać w futbol amerykański, bo to podobno najbardziej męska gra na świecie. Sam nieświadomie robił dużo rzeczy, które mogłyby zostać określone jako "babskie sprawy". Na przykład lubił gromadzić fakty i czasami puszczał w obieg informacje, które nie miały wiele wspólnego z rzeczywistością. Można go było nazwać plotkarzem. Jednak nie liczył się z tak przestarzałymi konwenansami i opiniami ludzi w ogóle, bo gdyby tak nawet było, to w pierwszej kolejności chciałby się pozbyć etykietki dziwaka, a ta niestety przyczepiła się do niego dawno temu. Chociaż czasami dobrze było być trochę wykluczonym.
    Jak człowiek sprawia wrażenie jakiegoś dziwnego, ludzie go unikają. Nie przysiadają się do stołu na uczcie w Wielkiej Sali, nie proszą o rozstrzygnięcie za nich jakiegoś wyboru. Kiedy już się jest out of place, codziennemu życiu towarzyszy poczucie swobody. Delmare, w całej swojej paranoi na punkcie śledzących go tajnych organizacji i kosmitów odwiedzających Ziemię co jakiś czas, nie zapominał o tym, żeby trochę pożyć. Czasami mógł zostać w domu, albo w swojej tajnej bazie, i rozwiązywać tajemnice wszechświata, ale innym razem potrzebował zwyczajnej rozrywki. Dobrze mu robiło, kiedy mógł usiąść nad szachami, albo kartami, i tak dla formy przećwiczyć tą wymęczoną mózgownicę. Kiedy po czymś takim wracał do swojego regularnego zajęcia, miał świeży umysł i lepsze spojrzenie na wszystko. Mógłby taki sposób na relaks polecić każdemu, kto spędzał wolne chwile na badaniu obcych.
    Faktycznie dobra zabawa, skoro dziewczyna już zdążyła się zdenerwować, a dopiero się przysiadła. Nawet nie wiedział, że szachy potrafią pluć. Może przypadkiem kupił jakiś nowy prototyp gargulków? Jedyna różnica była w wyglądzie, bo jego komplet wyglądał jak zwyczajne szachy czarodziejów. Jeżeli Lily została opluta śmierdzącym płynem, zamierzał zgłosić reklamację. Nie po to zapisywał się w szkole do klubu szachowego, żeby grać w gargulki. To dopiero była (dosłownie) brudna gra.
    Delmare nigdy o tym nie myślał, ale chyba nie chciałby, żeby jego rodzice byli sławni. Zresztą, nie mógł sobie wyobrażać, z czego mógł być sławny jego ojciec, chyba że coś się zmieniło i na sławę już nie trzeba było pracować. Poza tym, rozpoznawalność nie była wskazana w sytuacji Krukona. Nie chciał się dzielić swoim prywatnym życiem z nikim, kogo nie znał. Nie mógł też ryzykować, że Oni się do niego zbliżał. Tak, gdyby mógł to zrobić szybko i nie pozostawić śladów, próbowałby zmienić nazwisko.
    – W porządku. Mój podręcznik i tak jest już sfatygowany, porysowany, popisany, ale niektórzy lubią książki z przypisami od poprzednich właścicieli. – Wyjaśnił. Westchnął głęboko, kiedy kolejna figura odmówiła mu przesunięcia się na właściwe pole. Do tej pory "przeciwnik" wygrywał, ale Delmare nie miał tyle cierpliwości, żeby szarpać się z szachami cały dzień. Złożył je do pudełka i schował w głęboką kieszeń płaszcza. Właściwie niepotrzebnie go nosił, bo już chyba zdążył się zrobić jego znakiem rozpoznawczym. To niedobrze, ale akurat tę część swojej garderoby Markson lubił najbardziej. Do kieszeni płaszcza wszystko mieściło się jak ulał, zupełnie jak z tymi w szkolnych szatach, ale przecież nie mógł ubierać się jak czarodziej i włóczyć wśród mugoli. Spędzał dużo czasu na Nokturnie i Pokątnej, ale Londyn nie składał się tylko z tych dwóch miejsc.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. – Ty też jesteś tutaj sama, jak sądzę. – Zauważył słusznie, nie odpowiadając na jej pytanie. Ze sklepu właśnie wyszła Madame Malkin z kimś, kogo Delmare wziął za jej zięcia, i wspólnymi siłami wnieśli lustro do środka. Markson nie był jakimś modnisiem, ale też nigdy nie interesował się modą na tyle, żeby przychodzić tu na zakupy zbyt często. Zresztą, średnio go było stać na taki wydatek. Wolał chodzić w jednej szacie dwa lata, a pieniądze wydać na coś dla ducha. Książki były dla niego czymś, w co warto inwestować. Poza tym, od dawna marzył o nowych omniokularach, a galeony nie rosną na drzewach.

      Usuń
  42. [A właśnie masz pomysł na nasz wątek? ;)]
    Hugo Weasley

    OdpowiedzUsuń
  43. [Źle z moimi pomysłami xd
    Chcesz zacząć?]

    OdpowiedzUsuń
  44. [W skali od jednego do dziesięciu na jedenaście. Będę bardzo na śmierć zabita jak powiem, że zacznę, ale nie określę terminu?]
    Prince

    OdpowiedzUsuń
  45. [Zacznę więc, ale to jutro lub dziś wieczorem ;)]

    OdpowiedzUsuń
  46. [Nazwisko śmierdzi Śmierciojadami, Is na szczęście nie :> jak masz jakiś pomysł to możemy pokombinować]

    yaxley

    OdpowiedzUsuń
  47. Archie czasem nie mógł spać, chociaż takie sytuacje zdarzały się nader rzadko. Jednak gdy już do takowej dochodziło, wówczas Buchanana można było spotkać albo w Kuchni na herbatce, albo na Wieży Astronomicznej, skąd uwielbiał obserwować gwiazdy, a czasem nawet przesiadywał tam w dzień, bo mało kto lądował w tym miejscu. Tym razem nie mógł spać. Nie dawało mu spokoju kilka rzeczy, jakie wydarzyły się ostatnimi czasy w jego życiu, które zmieniło się o sto osiemdziesiąt stopni. Nie wierzył w to, jakie ma szczęście, ale również nie mógł uwierzyć w to, że taki stan rzeczy długo się będzie utrzymywał. Był więc pełen obaw, a bezchmurna noc to najlepsza noc na myślenie. Oczywiście gdzie? Na samym czubeczku Wieży Astronomicznej skąd był dobry widoczek na niebo, zresztą jak nazwa sama wskazuje, prawda? Buchanan cieszył się, że nie zapowiadano burzy, bo chyba zwiewałby w te pędy do dormitorium. On nie znosił burzy, ba, on się ich wręcz panicznie bał.

    Ruszył więc ze swojego dormitorium w szarych dresach i jakże pasującym do tego granatowym swetrze, który, gdyby nie dresy, uchodził za elegancki. Zapalił sobie światełko zaklęciem Lumos i podążał na Wieżę. Podążał i podążał i nie wiedział, że jest obserwowany, ba, nawet śledzony! Niestety Archie to taka niedorajda trochę i pewnie gdyby dwa kroki za nim szedł morderca, który chce poderżnąć mu gardło, on na pewno by się nie zorientował i leżałby po chwili martwy w rowie. Ale cóż, taki już był ten Puchaś, uroczy w swojej ciamajdowatości. Tym razem oczywiście znów musiała wydarzyć mu się jakaś absurdalna wręcz przygoda, no bo kto by podejrzewał uroczą Lilkę Potter o skradanie się do kogoś, kto wie, z jakimi zamiarami?

    Samo to, że został połaskotany nie miałoby pewnie większego znaczenia, bo Archie nie miał łaskotek. Ale, na brodę Merlina! Był środek nocy, a on to strachliwe stworzenie jest i oczywiście, że wydarł się tak, że prawdopodobnie w zamku ogłoszono alarm i ewakuowano wszystkich na błonia. Serce dosłownie stanęło mu w tamtej chwili i tak się biedaczek przestraszył, że aż wypuścił różdżkę z dłoni, która z głuchym dźwiękiem upadła na kamienną posadzkę. Obrócił się do sprawcy całego zdarzenia, a jego oczom ukazała się urocza ruda osóbka, którą oczywiście, że znał, jak można było nie znać Potterów w Hogwarcie. A Lily... To już w ogóle. Ją znali wszyscy!
    - Mało co nie umarłem - wydusił z siebie w końcu przykładając prawą dłoń do serca i starając się uspokoić oddech - gratulacje!
    Archie jednak nie umiał się gniewać na ludzi, jednak był zbyt przerażony, żeby posłać jej uśmiech. W końcu jednak się uspokoił, trochę poodychał, poobserwował, jak to młoda Pottrerówna jest dumna ze swojego kawału, jaki właśnie zrobiła.
    - A jakbym wypadł z Wieży? Miałabyś mnie na sumieniu.

    Archie//Tea

    OdpowiedzUsuń
  48. [ Świetny pomysł. Oczywiście, że się znają, w końcu 1. trudno Celii nie znać. 2. Lily to Potter :D 3. Obie są Gryfiakami. To co, zaczniesz, czy zrzucasz to na mnie? :D ]
    Celia

    OdpowiedzUsuń
  49. [Można za nie tarmosić, kiedy będzie niegrzeczny! :D]
    Brandon Alexander Ware

    OdpowiedzUsuń
  50. [To, że ogień i woda to nawet lepiej. Zawsze ciekawiej. A ona urocza. Swoją drogą, też bym miała dosyć potterowoweasleyowej rodzinki; zbyt idealnie by było. Chętnie bym coś napisała - jakieś pomysły?]
    Julien

    OdpowiedzUsuń
  51. [To niezłe doświadczenie ma! Musimy więc stworzyć wątek, gdzie Lily będzie mogła się wykazać. Z tym problemu nie będzie — Brandon nawet jak chce to średnio udaje mu się być grzecznym. Wystarczy aby pojawił się w nieodpowiednim miejscu o nieodpowiednim czasie i przepis na katastrofę gotowy.]
    Brandon Alexander Ware

    OdpowiedzUsuń
  52. [Brandon raczej nie powinien mieć problemu z jej wiekiem, sam czasami jest jak duże dziecko (wiadomo jak to z niektórymi facetami jest). Już widzę go jako typowego starszego brata, będzie przeszkadzał jej w każdej rozmowie z innym chłopakiem (bo przecież to jeszcze nie czas na jakiekolwiek flirty), podejrzliwie patrzył na jej podkrążone oczy (na pewno nie spała bo włóczyła się po nocy z jakimś chłopakiem — nie dość, że go nie słuchała to jeszcze łamała regulamin!) i próbował zagonić do łóżka, kiedy tylko chrząknie. Brandon swojego zwierzątka nie ma, więc Lily będzie takim jego zwierzątkiem. Zawsze chciał mieć jakiegoś pupila, ale że wszystko niszczy, to rodzice bali się mu zafundować nawet mysz.]
    Brandon Alexander Ware

    OdpowiedzUsuń
  53. Banan był panem kotem, bez względu na to, że spał na różowej poduszce i nosił kolorowe kokardki. Wprawdzie dowiedziała się o tym dopiero po zakupieniu legowiska, ale co z tego? Nie przestała go kochać, nawet imienia nie musiała zmieniać, bo to przyrodni bracia zaczęli tak na niego wołać od samego początku, aż zaczął na nie reagować. Miał być panią kotką i nazywać się Shalis, a tymczasem został panem Bananem. Całe szczęście, że okazał się facetem, bo pani Banan kompletnie jej nie pasowała.
    Lana kochała Banana jak nikogo innego. Traktowała go prawie jak człowieka, a już na pewno przyjaciela. Na gwiazdkę dostawał od niej prezent świąteczny, a kiedy widziała, że ma gorszy dzień, pieściła go całymi godzinami, byle tylko sprawić, żeby poczuł się lepiej. Sama nie wiedziała skąd wie, że jest smutny. Najczęściej było to oczywiście wtedy, kiedy sama nie czuła się najlepiej, ale po prostu to czuła i nie potrafiła tego wytłumaczyć. Nigdy nie myślała jednak nad tym, żeby Banana zachęcić do rozmnażania. Zawsze wydawało jej się to złym pomysłem, dlatego za każdym razem, kiedy gdzieś uciekał i nie wracał, szła go szukać.
    Tym razem Banana nie było nigdzie widać niepokojąco długo, więc Lana przerwała pisanie zadania domowego na eliksiry, zabrała swoją różdżkę i wyruszyła na poszukiwania. Szła korytarzami Hogwartu, co chwilę rzucając zaklęcie namierzające, które w końcu doprowadziło ją do jakiegoś składzika, w którym pełno było różnego rodzaju mebli. Jednak nie była sama… Kiedy wychyliła się zza starej szafy, zobaczyła rudowłosą dziewczynę i… Kopulujące koty. Wykrzywiła brwi i od razu odwróciła od nich wzrok.
    - Boże powiedz mi, że one tego nie robią… - powiedziała, mając nadzieję, że dziewczyna rozwieje jej wszelkie obawy. – Ohyda. Banan zakazałam ci współżyć przecież! – krzyknęła do kota, jednak ten nawet nie zwrócił na nią uwagi.
    Lana Banana

    OdpowiedzUsuń
  54. [Pasuje, pasuje, ale jeżeli ja mam zacząć to pewnie musisz poczekać do jutra, bo dzisiaj raczej nie zdążę — mam jeszcze jeden wątek do rozpoczęcia :)]
    Brandon Alexander Ware

    OdpowiedzUsuń
  55. [ Forma? A co w mojej karcie nietypowego?
    Przyznam, że nie przeczytałam karty Lily wcześniej, teraz nadrobiłam. Często widziałam kreacje Lily jako kopię Ginny (w wersji przebojowej) albo Lily Evans, co niekoniecznie mnie zachwycało, więc twoja wersja przypadła mi do gustu. Opisujesz Lily jako osobę pyskatą i złośnicę, ale mam wrażenie, że jest w tym wszystkim bardziej, hm, dziecinna niż realnie wredna. Nie wiem, czy to odpowiednie, ale jeśli tak, to podoba mi się. ;D
    O pomysł chyba będzie ciężko, różnica wieku nie pomaga, ale damy radę! Wakacyjny czy szkolny? ]

    Chesney Swinton

    OdpowiedzUsuń
  56. [ Może chodzi o czas, całą kartę napisałam w przeszłym, może to trochę brzmieć tak, jakby Chesney umarł. :D Mam na niego jakiś pomysł, ale jeszcze trochę postaci się uczę, nie do końca czuję, więc możesz być na początku Chetem rozczarowana, ale mam nadzieję, że później będzie lepiej.
    Niestety, nie mam wątku z nikim ze stajni weasleyowsko-potterowskiej, a że są to postacie kanoniczne, które w dodatku w sporej części już na blogu istnieją, nie mogę sobie nagle stwierdzić, że na przykład Chesney będzie najlepszym przyjacielem Jamesa. Co do zakurzonego pomysłu... Tak mi się przypomniało, że kiedyś komuś (miałam wtedy zupełnie inną postać, a i autorki, której wątek proponowałam, już na blogu raczej nie ma – no i wymieniłyśmy chyba ze dwa komentarze wątkowe, więc to niezupełnie tak, że częstuję cię kompletnie przeżutym już pomysłem) zaproponowałam coś, co można by teraz wykorzystać.

    Psychopatyczna sowa ukradła rzecz, którą Lily trzymała w ręku. Ptak wyleciał ze zdobyczą przez okno, ale zamiast poszybować dalej, stanął na dachu. Lily chce odzyskać swoją własność, więc (niewiele myśląc) wskakuje na parapet, wychodzi na zewnątrz i wspina się na dach. Ilekroć zbliża się do sowy, ta odlatuje kawałek dalej i znowu przystaje. Chesney zauważy, jak Lily będzie wychodziła przez okno, więc, jak już dziewczyna zniknie z pola widzenia, wystawi przez nie głowę, będzie obserwował Gryfonkę, coś do niej pokrzyczy – zapewne coś w stylu złaź stamtąd natychmiast, a jeśli Potterówna popisze się uporem i nie zejdzie, zapewne po jakiejś chwili Swinton do niej dołączy i wspólnie poskaczą po dachu. ]

    Chesney Swinton

    OdpowiedzUsuń
  57. [ jeju jeju tak *.* masz może jakiś pomysł? ]
    lama

    OdpowiedzUsuń
  58. [ Świetne ^^ Wiesz, już dwie dziewczyny się w nim kochają, ale trzecia może być :D Tyle, że jeszcze nie wiem, w kim on się zakocha :( Zacznę. ]
    https://www.youtube.com/watch?v=NAPg4IFPt1A
    Puchon szedł środkiem korytarza ze swoją bandą ukochanych kolegów. Słyszał ich szepty, ale nie specjalnie się nimi przejmował. Rozmyślał nad swoim nowym, ukochanym serialem.
    American Horror Story powstał milion lat temu, ale Seth szczerze go wielbił. Tak samo jak lamy. W przerwę świąteczną Sorenson obejrzał wszystkie sezony, i szczerze był zachwycony finałem. Ukochał też sobie Zoe. Tak, Zoe była fajna.
    Nagle poczuł że ktoś popycha go w stronę rudowłosej osóbki, na którą, Lama-Niezdara, niestety wpadł. Okej, przynajmniej miał bardzo miękkie lądowanie. Podniósł głowę, i spojrzał w zielone oczy Lily Potter. Odgarnął włosy z jej twarzy.
    [ Plis, niech oni leżą na sobie przez cały wątek <3 ]

    OdpowiedzUsuń
  59. [Hah, były prawie same powitania, bo co chwila miałam jakieś problemy z komputerem i nie zdążyłam nawet odpisać zanim wszystkie Lily zniknęły. Jeśli młodsza siostrzyczka się nie boi, że taki Huncwot wciągnie ją w jakieś wielkie bagno, bo taki jest talent Jama! Ale po karcie widzę, że Jamie może uważać siostrzyczkę za wychowawczy sukces. Ujęła mnie ta "piratka", kocham piratów! <3 Także Azazel, James i Malcolm się witają i pytają czy masz jakieś specjalne życzenia co do wątku?]
    James, Ten Lepszy Braciszek

    OdpowiedzUsuń
  60. [Od dzisiaj Jam zaczyna hodować zarost... Siostruś, myślisz, że taką piękną twarz da się oszpecić? :D Ale wątek wakacyjny jak najbardziej mi się podoba, jeszcze jakby mieli powłazić rodzicom na głowę, a Jam to już w ogóle (widzę go jak lata po ogrodzie na miotle i cieszy mordę, bo może czarować poza szkołą)! Tylko nie wiem jakie relacje Lily ma z Albusem, bo chciałabym trochę wykorzystać fakt, że James czuje się niezbyt dobrze jako ten najbardziej nieudany, można z tego zrobić jakiś dramat przy rodzinnym obiadku, Jam miałby pretensje, że znowu robi się z niego tego "najgorszego", a Albus niby jest taki święty... Eh, w sumie pojawiają mi się w głowie takie luźne sceny, poza tym bardzo chciałabym ich wkopać w jakieś tarapaty, tylko jeszcze nie wiem jak.]
    James

    OdpowiedzUsuń
  61. Brandon miał trójkę młodszego rodzeństwa, każde z nich też trafiło do Hogwartu, też do Puchonów, żadne jednak nie chciało mieć nic wspólnego ze starszym bratem. Zawarli pakt milczenia i traktowali Brandona jak powietrze, omijając go naprawdę szerokim łukiem. Najstarszy z Ware'ów szybko zdał sobie sprawę, że ich ignorowanie, bardziej ciąży mu na terenie zamku niż w domu, kiedy musiał znosić takie zachowanie przez całe wakacje na przestrzeni kilkunastu tylko metrów kwadratowych. Jednak to właśnie w Hogwarcie najbardziej odczuwał to wykluczenie z rodziny i poszukiwał pewnych alternatyw.
    Lily przypominała mu najmłodszą ptaszynę Ware'ów, chociaż Amanda nie mogła poszczycić się ogniście rudymi włosami i sławnymi rodzicami. Była jednak w równym stopniu niereformowalna, ciekawa świata i otwarta na ludzi. Lily Luna zapewne nie mogła umknąć wiedzy żadnemu z uczniów Hogwartu, Brandon jednak szybko zauważył, że zbytnio stara się, aby być w jej towarzystwie. Była procentem jego utraconej rodziny, skrawkiem dzieciństwa które minęło, a także nieco bolesnym przypomnieniem, że nic nie jest wieczne, zwłaszcza w jego życiu.
    Bywał nieco apodyktyczny. Zbytnio wziął sobie do serca rolę starszego brata i traktował Lily czasami bardziej jak zabawkę niż przyjaciółkę. Karcił się ciągle w myślach za takie zachowanie, kiedy jednak dochodziło do konfrontacji jego serca z rozumem, jakimś cudem rozsądek zawsze schodził na dalszy plan. Jak w tym przypadku, kiedy wypatrzył Lily na błoniach w towarzystwie jakiegoś chłopaka. SIÓDMOKLASISTY. Takim to zawsze jedno było w głowie, wiedział po sobie, dawno więc przestał wierzyć w czyste intencje starszych uczniów względem swych młodszych koleżanek. Tam gdzie Lily pewnie widziała jedynie niegroźną rozmowę, on wyczuwał śmiertelne zagrożenie dla jej niewinności i dzieciństwa, które powinno jeszcze długo trwać, a nie zostać poszarpane przez chłopaka, który nie potrafił trzymać swoich żądz na wodze.
    Zdecydowanie wszystko wyolbrzymiał...
    — Nie tak się umawialiśmy, droga panno — już z daleka było go słychać, kiedy zmierzał żwawym tonem w stronę Lily i jej towarzysza. Wyglądał teraz nieco jak rozjuszony byk. Nie, bardziej jak wściekły, naprawdę wściekły lew. Brandon nieczęsto się denerwował, był zawsze oazą spokoju, dlatego taki widok był dość niecodzienny. — Nie podobasz mi się. Wcale a wcale. Znikaj. — Do siódmoklasisty zwrócił się dopiero, kiedy już dotarł do nich i nikt inny, chyba że by specjalnie nadstawiał ucha, nie byłby świadkiem tej małej scenki.
    Zauważywszy, że nieznajomy towarzysz Lily się mocno ociąga i ani mu się śni oddalać się choćby na dwa kroki, Brandon zniecierpliwiony machnął dłonią dwa razy, jak gdyby odganiał od siebie natrętną muchę. Bo właśnie tym był dla niego ten chłopak: natrętnym muszyskiem.
    Zdecydowanie przesadzał.

    Brandon Alexander Ware

    OdpowiedzUsuń
  62. Celia - delikatnie mówiąc - nie była zachwycona perspektywą wycieczki na plażę. Nigdy nie lubiła się opalać, bo dla jej jasnej cery oznaczało to spalenie się na wściekle czerwony kolor i kilka dni spędzonych w łóżku. Na dodatek mama podawała jej zawsze jakieś eliksiry, które niby miały pomagać, ale tylko pogarszały sprawę. A to bardzo źle świadczy o umiejętnościach zawodowych pani Ferro. A więc, usłyszawszy o planowanym wyjeździe, Celia zamknęła się w pokoju, mając cichą nadzieję na to, że rodzice o niej zapomną. Jak w tym mugolskim filmie, który tata zawsze puszczał w Wigilię Bożego Narodzenia, dopóki mama nie zalała odtwarzacza wideo za pomocą zaklęcia.
    Niestety. Nie zapomnieli o niej. Pani Ferro przyszła do jej pokoju, otworzyła szafę i bez słowa wyrzuciła na łóżko wszystkie kostiumy kąpielowe, jakie sprawiła Celii odkąd ta miała dwanaście lat. Kazała wybrać jeden i spakować kilka ręczników oraz hektolitry kremu do opalania. Wycieczka się rozpoczęła.
    Celia całą drogę samochodem (tata uparł się, że dotrą na miejsce po mugolsku) siedziała naburmuszona i do nikogo nie odezwała się ani słowem. Babcia, która usadowiła się obok niej, trajkotała o wadach podróżowania Siecią Fiuu. Okropne, a na dodatek później jesteś cały w sadzy. Kto to w ogóle wymyślił? Kiedy wreszcie samochód wtoczył się na mały parking, i cała rodzinka rozłożyła się wygodnie na kocach, Celia odeszła kilka kroków i usiadła na piasku. Z nudów próbowała różnych zaklęć, przywoływała do siebie kamienie i muszelki, chociaż babcia rzucała jej karcące spojrzenia. Nigdy nie lubiła, gdy ktoś używał przy niej magii. Celia, chcąc jej zrobić na złość, wywołała swojego patronusa (na czym naprawdę mocno musiała się skupić, bo była w podłym humorze). Srebrzysty kot powędrował wzdłuż brzegu morza, a Celia podążyła za nim.
    Dopiero nagłe pojawienie się rudowłosej osóbki wyrwało ją z zamyślenia.
    - Cześć, Lily. - Celia uśmiechnęła się do koleżanki, a jej patronus się rozpłynął.
    Pomogła Lily wstać z piasku i rozejrzała się dookoła. Niedaleko zauważyła kilka postaci.
    - Wycieczka rodzinna? - zapytała, mrużąc oczy przed słońcem.

    Celia

    OdpowiedzUsuń
  63. [A więc, witaj!:D]
    Zack Williams

    OdpowiedzUsuń
  64. [Nie ładnie, bratać się z wrogiem ;)
    Czyli mam rozumieć, że najpierw się pokłócą, a
    następnie stwierdzi, że nie jest taki, zły, tak?:)
    Możesz zacząć?]
    Zack

    OdpowiedzUsuń
  65. Zaskoczony cofnął się o krok, jednak przez kilka chwil pozwolił Lily na wyładowanie swojej negatywnej energii. Nie zrobił tego dlatego, że nie wiedział jak zareagować, doskonale wiedział, wychodził jednak z założenia, że fizyczna agresja pozwoli małej czarownicy na ochłonięcie i małą poprawę nastroju. A w dodatku szybkie reakcje nie pasowały Brandonowi do image'u.
    Zasyczał głośno pod nosem, kiedy Potter uderzyła go po raz kolejny w to samo miejsce i o mało nie warknął, aby nie biła go „w szczepionkę”, ugryzł się jednak w język, przypominając sobie, że przecież nie był mugolem, nie był więc szczepiony. Najwidoczniej zbyt często przebywał w otoczeniu osób, które zbyt wiele miały do czynienia ze światem mugoli, bo pewne zachowania i zwroty zaczęły stawać się u niego codziennością.
    W sumie nie bolało tak, jak mu się wydawało, kiedy uderzyła go po raz pierwszy. Z czasem człowiek potrafił przyzwyczaić się do wszystkiego, zwłaszcza do bólu, a kiedy było się Brandonem Alexandrem Warem, przyzwyczajało się do wszystkiego szybciej niż reszta społeczeństwa. Zwłaszcza do bólu.
    Nie mógł pozwolić jednak, aby Lily wyżywała się nad nim w nieskończoność. Granice cierpliwości zaczynały być przekraczane, a Brandon — który miał wahania nastrojów jak kobieta w ciąży i szybko przeskoczył z wściekłości do rozbawienia reakcją swojej koleżanki — poczuł, jak zaczyna w nim kiełkować irytacja. Kolejne uderzenie i kolejne zgrzytnięcie zębów. Uśmiech zaczął powoli spełzać z jego ust, ustępując grymasowi niezadowolenia. W końcu zareagował. Z niesłychanym refleksem (który niezwykle pomagał mu w grze w quidditcha) złapał Lily za nadgarstki, zapobiegając tym samym kolejnej salwie uderzeń.
    — Dobra, dosyć tego dobrego, uspokój się.
    O mało co nie wyrwało mu się z ust hasło „dorośnij”. W porę jednak zorientował się, że takie polecenie zapewne jedynie pogorszyłoby sytuację. Zresztą: przyganiał kocioł garnkowi, sam nie zachowywał się zbyt dojrzale w niektórych sytuacjach, więc nie miał prawa nikogo upominać w tym zakresie.
    — NAPRAWDĘ, nie wiem o co się wściekasz... — wymamrotał po chwili, biorąc głębszy wdech i przymykając na moment oczy. Musiał się uspokoić i zebrać myśli, przeanalizować swoje zachowanie i sprawdzić gdzie mógł popełnić błąd o który Lily była zła.
    No dalej Brandon, coś musiałeś przeoczyć.
    Nic?
    Na pewno?
    Cholera, nie, nic. Gdyby mógł powtórzyć swoje zachowanie, postąpiłby identycznie.
    Ah ta Lily, nic nie rozumiała...

    Brandon Alexander Ware

    OdpowiedzUsuń
  66. [Cześć, witam, dzień dobry! Jeśli chodzi o połączenie ego i empatii chodziło mi bardziej o to, że empatii ma tak mało, że pomieściłaby się w tym słoiczku od dżemu :D
    Proponuję wątek. Proponuję, żeby Lily natknęła się na Johna gdy ten będzie skradał się do Zakazanego Lasu w poszukiwaniu młodych jednorożców, o których słyszał, że właśnie się urodziły i zapragnął z całego serca je zobaczyć.]

    OdpowiedzUsuń
  67. [Hahaha, nie przejmuj się, to ja piszę czasem mega chaotycznie. Ja to widzę tak: Lily sobie spaceruje, szuka żuczków, łapie motylki czy cokolwiek tam sobie chce i na granicy lasu natyka się na tego ponuraka. Oczywiście naturalna ciekawość nakłania ją do nękania jego biednej duszyczki, a kiedy już Johnny w końcu wyjawi jej pobyt swojego pobytu w Lesie, ona nie odpuści i pójdzie z nim! Czekam w takim razie z niecierpliwością na jutro ;) ]

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. [O PANIE, teraz ja nie przeczytałam Twojego komentarza ze zrozumieniem i po 15 minutach do mnie doszło, że zrozumiałaś mój wątek, a ja jak idiotka Ci go tłumaczyłam jeszcze raz :((( ale jestem głupia hahaha]

      Usuń
  68. Wiedza to do potęgi klucz. Chowana w najobszerniejszych umysłach, pilnie strzeżona wieloma mocnymi zaklęciami tylko w kilkunastu procentach była ujawniania reszcie świata przez ta jedna osobę, której udało się takową wiedzę posiąść. Często zapominana przez nieodpowiedniość jej posiadaczy, którzy zabierali ją ze sobą do grobu wcześniej z nimi się nią nie dzieląc. I w ten sposób właśnie ludzie stracili dużo więcej niż udało im się odkryć, przez próżność i egoizm ludzi, którzy odkrywszy cos nie chcieli się tym dzielić z innymi. A wystarczyłoby gdyby powiedzieli o tym komuś bliskiemu, zaufanemu i ta wiedza nie zaginęłaby tak ot tak, tylko krążyłaby dalej powoli obrastając w coś na miarę legendy aż w końcu jakiś śmiałek odważy się sprawdzić, czy rzeczywiście coś takiego kiedyś było.
    Serena uśmiechnęła się delikatnie zamykając drzwi swojej szafy na tyle cicho, by żadna z jej współlokatorek nie odważyła się jej posadzić o spędzanie wolnego czasów ich osobistej garderobie. Prawda jednak była taka, że pod stertą ich ubrań, butów, torebek i magazynów „Moda czarownic” kryło się o wiele więcej niż kurz i bród. Kolejna zagadka, którą dziewczyna starała się zgłębić, jednak samotnie nie było to za bardzo możliwe. Potrzebowała pomocy i nawet wiedziała kogo poprosić, jednak wątpliwości nią targające na razie skutecznie wstrzymywały ją od wystosowania zaproszenia do współpracy małego, rudego potworka. Serena nie miała oporu dzielić się z nią wiedzą. Lily była jak młodsza wersja jej tak samo ciekawa świata, zadziorna i przede wszystkim była typową gryfonką, z zadartą do góry głową chodząca po korytarzach dumnie reprezentując swój dom. Gdyby rudowłosa miała młodszą siostrę chciałaby aby była jak młoda panna Potter ze wszystkim co za tym idzie- nawet jej brakiem szacunku do prywatności i oślej upartości. W końcu sama była gorsza od muła.
    Odetchnęła z ulgą siadając na swoim łóżku, starając się szybko zakamuflować rosnące w niej podniecenie. Jeszcze tylko kilka godzin i w końcu jej się uda. Otworzy te cholerne drzwi i odkryje coś nowego, coś czego nikt w jej pokoleniu nie widział…
    Westchnęła cichutko w tej samej chwili gdy drzwi otwarły się na oścież i jej materac ugiął się pod ciężarem małego ciałka Lily. Zerknęła na nią z ukosa zastanawiając się czy warto zwrócić jej uwagę na temat pukania, jednak szybko zaniechała próby ustawienia dziewczynki do pionu. Sama przecież nie czekała na zaproszenie tylko wchodziła tam gdzie chciała. Więc nie miała podstaw do nauki jej kulturalnego zachowania.
    Parsknęła śmiechem przewracając się z pleców na brzuch, tak że miała pełny wgląd do gazety, którą czytała dziewczyna.
    - Owszem to głupie- odparła z udawaną powagą- jednak większość dziewczyn cierpi na kompleks niższości i wypychając sobie stanik myślą, że uda im się to zatuszować. Wiesz chcą na siebie zwrócić uwagę tych wszystkich oblechów, bo podobno faceci lubią duże biusty. Spójrz na swoich braci. Myślę że każdy z nich poleciałby na pannę z większym biustem, nie uważasz?

    [Wybacz błędy, zwłokę i wszystko...kajam się ]

    Serena

    OdpowiedzUsuń
  69. Delmare odebrał wychowanie bezstresowe, więc oczywiście był jedną z tych osób, które myślały, że wolno im wszystko. Przynajmniej nie miał problemów z tym, żeby postawić na swoim. Poza tym nie odczuwał presji ze strony rodziców, którzy chcieliby posłużyć się nim w realizacji swoich niespełnionych ambicji, a to pozostawiało mu pewną swobodę do bycia tym, kim w życiu chciał być. Problem w tym, że nie bardzo widział się w jakimkolwiek zawodzie. Znajomi po skończeniu Hogwartu chcieli zostać magomedykami, amnezjatorami, zaciągnąć się do Ministerstwa Magii. Wielu spośród nich miało jakąś dziedzinę, w której byli najlepsi, a on, poza talentem do pakowania się w tarapaty, raczej nie miał czym się pochwalić.
    Mógł trochę zazdrościć młodszej dziewczynie, że jeszcze wszystko przed nią, a on niedługo stanie przed bardzo ważnym wyborem. Wcale nie czuł się przygotowany do dorosłego życia, więc właściwie mogli sobie uścisnąć ręce na znak porozumienia. Marksona interesowały zupełnie inne rzeczy niż większość osób w jego wieku. Można powiedzieć, że gdyby dostawał galeona za każdą chwilę zmarnowaną na jakieś śledztwo, to byłby teraz bardzo bogatym mężczyzną. Wtedy nie musiałby się już martwić o utrzymanie po skończeniu szkoły, więc problem rozwiązałby się sam. Niestety, jeszcze nikt normalny nie założył mecenatu teorii spiskowych i Krukon musiał sobie radzić innymi sposobami.
    Kiedyś dostawał PIENIĄDZE za nic. Wystarczyło uśmiechnąć się do babci albo zrobić zabawną minę do któregoś wujka, żeby nie wyjść z rodzinnego spotkania z pustymi rękoma. Delmare dobrze wspominał swoje dzieciństwo, chociaż uchodził za bardzo krnąbrne dziecko. Mimo, że na pewno nie czuł się odtrącony z tego powodu, czuł, że wchodzi rodzicom na głowę. Zwłaszcza matce, z której była dobroduszna kobieta, potrafiąca go wybronić ze wszystkiego, co tylko złego narobił.
    Kiedyś łatwiej było ukryć szkodę, którą się wyrządziło. Wystarczyło zamieść stłuczony wazon pod dywan, a już było po problemie. Im jest się starszym, tym ludzie więcej od ciebie wymagają. Chcą, żebyś wygłaszał kwieciste świadectwa swojej skruchy, a czasem nawet chcą rekompensaty za to, co zepsułeś. Dlatego gdyby wszyscy ci, których Delmare kiedykolwiek wmanewrował w którąś ze swoich intryg, dowiedzieli się o tym, do końca życia tylko by ich przepraszał.
    Chciał zauważyć na głos, że skoro ona nie jest tutaj sama, to właśnie odpowiedziała sobie na swoje wcześniejsze pytanie, ale nie zrobił tego. Z jakiegoś powodu dziewczyna wydała mu się zbyt miła, żeby ją poprawiać. Uścisnął delikatnie jej rękę, chociaż może powinien zrobić coś innego, na przykład jak dżentelmen ucałować wierzch jej dłoni. Nie zaliczał się jednak do dżentelmenów. Wychował się w rodzinie, w której dziewczyny nie były specjalnie dziewczęce, ponadto często potrafiły więcej od chłopców. Pamiętał, jak kiedyś jedna kuzynka przegoniła go w wyścigu, a przecież on miał sportowe buty i długie włosy nie spadały mu na twarz w biegu, więc powinien mieć większe szanse na wygraną. Nie żywił urazy zbyt długo, ale zapamiętał ten moment jako dowód na to, że nie każda dziewczynka musi być traktowana jak dama, nawet jeśli nią jest.
    – Możemy iść. Tylko gdzie? Skaczący Garnek? – Wstał z murku. W końcu postanowił, że wypada się przedstawi. Zwykle przedstawiał się samym nazwiskiem, jak na poważnego detektywa przystało. – Delmare Markson.
    Było kilka miejsc, gdzie mogli dostać kwaśną lemoniadę, ale według Delmare'a najlepszą sprzedawano w Skaczącym Garnku. Knajpa mieściła się w Carkitt, w bocznej uliczce, za sklepem z różdżkami Ollivandera. Można tam było kupić jakiś zimny napój albo lody i usiąść przy stoliku na zewnątrz. Oczywiście, w grę wchodziła też lodziarnia Fortescue'a, ale tam na pewno o tej porze ustawiła się bardzo długa kolejka, a przecież oni chcieli tylko czegoś się napić i mieć gdzie przysiąść.

    [Wybacz za usunięte komentarze! Jestem notorycznym śmieciarzem, ciągle śmiecę ludziom pod kartami.]

    OdpowiedzUsuń
  70. Aktualnie nie miał żadnego zwierzęcia. Kiedyś, jeszcze w czasach przed pójściem do Hogwartu, miał kota. Mówią, że to psy są najlepszymi towarzyszami zabaw i wędrówek, ale Chesney nie mógł narzekać na kociego kompana, z którym często chodził po londyńskich ulicach. Kiedy Chesney przygarnął kocura, ten był już dorosły i miał za sobą, jak można było sądzić po krótszym o co najmniej jedną trzecią ogonie i odgryzionych uszach, burzliwą przeszłość, a po kilku wesołych latach wspólnych przygód zaczął poważnie chorować. Rodzina Chesneya nigdy nie cierpiała na nadmiar gotówki, więc chłopak nie wiedział, skąd mógłby wziąć pieniądze na magizoologa. Wspomógł go starszy o siedem lat, wówczas uczący się jeszcze w Hogwarcie, brat, który zaoferował, że wakacyjny zarobek przeznaczy na leczenie pupila. Było już jednak za późno i aby pomóc kocurowi w cierpieniu, można było go jedynie uśpić. Chesney najpierw nie był zdecydowane – musiał swoje przepłakać i odchorować, aby zrozumieć, że to będzie najlepszym wyjściem.

    Od tego czasu minęło około sześciu lat i Chesney nie zdecydował się na kolejnego zwierzaka. Po pierwsze – wiązało się to ze zbyt wieloma obowiązkami, którym części Swinton nie mógłby podołać. Nie stać było go na regularne wizyty u magizoologów oraz na kupowanie pokarmu, które zapewniłoby ulubieńcowi niezbędne witaminy. Poza tym gdzieś tam głęboko wciąż tęsknił za swoim pierwszym kocurem, nawet bardziej niż za niektórymi znajomymi, z którymi kontakt się urwał.

    Jedynym zwierzęciem, któremu Chesney Swinton kiedykolwiek panował, był więc kot. Z sowami nie miał dużego doświadczenia – oczywiście czasami wysyłał listy, ale w szkole korzystał z tych hogwarckich, w wakacje pożyczał od kolegi. Sowy w świecie magii były zwierzętami pożytycznymi, ale Chesneyowi od zawsze wydawały się nieco antypatyczne, więc miał z nimi kontakt tylko wtedy, gdy było to konieczne. I nigdy się nie dziwił, kiedy ktoś ze znajomych narzekał na te ptaszyska, które nierzadko potrafiły podrapać czy boleśnie podziobać.

    Nie zdziwił się też, przynajmniej nie nadmiernie, kiedy pewnego dnia spokojnie szedł korytarzem, a koło ucho śmignęła mu rozwścieczona sowa. Chesney aż przystanął i przez chwilę w bezruchu obserwował odlatujące ptaszystko. Ucieszył się, że nie postanowiło zatrzymać się i zaatakować, co wcale nie było nieprawdopodobne – w końcu było drapieżne, poza tym po tym gatunku wszystkiego można było się spodziewać. Niemniej jednak, Swinton mógł jedynie wzruszyć ramionami i z ulgą pomyśleć, że to ktoś inny, a nie on, będzie musiał się z sową użerać.

    Kiedy po kilkunastu minutach usłyszał czyjś wrzask, od razu na myśl przyszło mu zwierzę, które niedawno zobaczył. Czyżby wybrało sobie któregoś z hogwartczyków na ofiarę i postanowiło zaatakować? Pewnie tak. Swinton sądził, że kiedy dojdzie do źródła hałasu, stanie się świadkiem wojny człowieczo-ptasiej. Najwyraźniej się mylił, bo po przejściu kilkunastu metrów okazało się, że korytarz jest pusty, a jednak dźwięki skądś do chodziły… Chyba z zewnątrz. Doskoczył do okna, otworzył je na oścież i wychylił się. Niczego ciekawego nie dostrzegł i już miał się wycofać, kiedy jeszcze coś go podkusiło, aby spróbować się obrócić i zadrzeć głowę w górę. Dzięki temu działaniu zobaczył rudą istotę wspinającą się po dachu.

    To była Lily Potter, rozpoznał ją bez problemu. Co prawda, była młodsza o kilka lat i w dodatku z innego domu, więc chyba nigdy nawet z nią nie rozmawiał i byłby nawet jej nie kojarzył, gdyby nie to, że nosiła takie a nie inne nazwisko. Czasami nawet współczuł tym wszystkim dzieciakom, że przez wielu traktowane są nie jako oddzielne byty, ale potomstwo swoich rodziców… On, Chesney Swinton, dla większości był całkowicie anonimowy, ale przynajmniej miał pewność, że jeśli ktoś go lubił, to na pewno nie ze względu na pochodzenie.

    – Młoda, co ty robisz? – wrzasnął. – Złaź stamtąd natychmiat! Jeśli chcesz się zabić, poczekaj chociaż do ferii zimowych, tak aby dyrekcja nie musiała płacić za twoją głupotę…

    Chesney Swinton

    OdpowiedzUsuń
  71. [Nie wpadłabym na to, żeby mój odpis nazywać urzekającym, ale ten tego, miło mi się zrobiło. XD

    Jestem tu dla wątków, więc przeciwko nie mam nic. Emlyn znowu nie jest taką tajemnicą, stosunkowo niedawno (dzisiaj tak dla ścisłości) wpadłam na pomyśl, że będę robić z niego rozpuszczonego dzieciucha, któremu się od pieniędzy i arystokratycznego pochodzenie we łbie poprzestawiało. Więc nie bardzo jest tu co zgłębiać, samolub i hipokryta z niego zwyczajnie. ;D Jak u ciebie jest z pomysłem na ten ewentualny wątek?]

    Emlyn

    OdpowiedzUsuń
  72. [Hej, Włóczykijku! Mogę posłużyć Ci za przyjaciółkę - Avy odnajdzie w niej młodszą siostrę, której nigdy nie miała, bo choć taka otwarta jest na ludzi, to niestety rodzice nie dali jej rodzeństwa. To jak, chcesz coś sklejać, rudzielcu? :)]

    Avery Hampton

    OdpowiedzUsuń
  73. [Wybacz, miałam wrażenie, że Twój komentarz jest propozycją wątku. Musiałam Cię źle zrozumieć, powodzenia! :)]

    A. Hampton/K. Lynch

    OdpowiedzUsuń
  74. Archie nie czuł się komfortowo, ale wiedział, że Lily nie ma w głowie nic poza tym, żeby go albo rozśmieszyć, albo po prostu zrobić głupi kawał. Ale i tak nie lubił, jak się go dotykało. Łaskotek nie miał nigdy, a śmiał się bardzo rzadko, choć i tak trzeba przyznać, że ostatnio zdarzało mu się to znacznie częściej, za co i tak wyklinał się w myślach. Nie mógł sobie pozwalać na takie luksusy. Spojrzał na rudowłosą dziewyczynę, która cały czas szukała tych jego łaskotek.
    - Nic nie znajdziesz, nie mam łaskotek - odburknął pod nosem, jednak nie wyszło to tak niemiło, jak miał w zamyśle. Chociaż Archibald nigdy nie był niemiły i nie wychodziło mu to najzwyczajniej w świecie, więc i tym razem przeliczył się ze swoimi zdolnościami aktorskimi.
    Buchanan już dawno pogodził się z tym, że większość dziewczyn w Hogwarcie miała lepszy refleks i zdecydowanie bardziej nadawała się na faceta niż on sam. Problem był tylko taki, że Archie lubił być facetem i z nikim by się nie zamienił miejscami, nawet jak uważano go za zniewieściałego chłopaczka, który nie potrafi ani latać na miotle, a w głowie ma jedynie naukę i Eliksiry, które w pewnym momencie stały się jego całym życiem.
    Puchon i tak nie przejąłby się tym, że ktoś wiedziałby jak reaguje, gdy ktoś go przestraszy. Znaczy, źle ujęte - przejąłby się, ale nikomu by o tym nie powiedział. Zbyłby tylko kąśliwe uwagi wzruszeniem ramionami, ale i tak całe zajście opisałby w swoim dzienniku.
    - To żadna ujma - obruszył się Archie - równie dobrze jakiś Śmierciożerca mógłby mnie zaatakować, a to raczej jest powód do strachu. Nie spodziewałem się małej i uroczej Gryfoneczki - Archie nie wiedział, czy dziewczyna przypadkiem się nie obrazi, był kiepski w żartach i albo kogoś ranił, albo po prostu mówił nieśmieszne rzeczy, ale to była Lily Potter. POTTER. Dla niej mogło to nie być śmieszne - przepraszam, ja nie wiem...
    Zdenerwowany zaczął przeczesywać swoje włosy i tłumaczyć się, jakby zrobił coś naprawdę koszmarnego, ale czyż nie zrobił? To było okropne z jego strony.

    Archie//Tea

    OdpowiedzUsuń
  75. [ Ignis nie widziałby w niej córki wybrańca. Ona byłaby kimś indywidualnym i szczerze mówiąc zainteresowałby go jej osoba. Ciekawie byłoby ich połączyć w wątku ;> ]
    Ignis Femoris

    OdpowiedzUsuń
  76. Markson był zupełnie innym dzieckiem, niż był potem nastolatkiem. Zanim dostał list z Hogwartu i zaczęło się to całe zamieszanie z dorastaniem, zachowywał się tak, żeby mieć pewność, że wszystkie pary oczu zwrócone są w jego kierunku. Głośno i wyraźnie zaznaczał swoją obecność, gdziekolwiek nie poszedł. Był dobry w zabawianiu innych, na przykład rodziny podczas rodzinnych uroczystości, dopóki nie próbował przedobrzyć. Czasami, kiedy za bardzo starał się komuś zaimponować, mógł celowo grać na nerwach. Był bezpośredni, często złośliwy, a najczęściej po prostu irytujący jak dziecięca zabawka, która nie przestaje grać po trzydziestu sekundach od naciśnięcia jej. Do pewnego momentu wydawało się, że już zawsze taki będzie. Nie był jedynym synem swoich rodziców, nikt go specjalnie nie straszył wizją braku przyjaciół w przyszłości, albo czymś podobnym, ale wszyscy i tak gratulowali ojcu i matce, że Delmare jednak wyszedł na ludzi. W końcu przecież wyciszył się, nabrał manier w rozmowie ze starszymi od siebie, nie odzywał się nieproszony. Tylko jemu samemu wydawało się, że w jego zachowaniu nie zaszło wiele zmian.
    Wrażenie, które na początku sprawiał Delmare, mogło bardzo zwodzić. Lily Potter, tak jak wiele innych osób, które poznawał, mogła pomyśleć, że ma do czynienia ze skrytym, może nawet nieśmiałym chłopakiem. Gdyby ktoś zaczepił samego zainteresowanego o jego rzekome sekrety i zagadki, które skrywa w sobie, odmówiłby odpowiedzi na pytanie. Bynajmniej nie dlatego, że nie ma przed światem żadnych tajemnic, bo przecież strzegł kilku jak oka w głowie, nie dzieląc się nimi z nikim. Chciał uchodzić za kogoś, o kim ludzie zastanawiają się, czy naprawdę istnieje. Przez kilka lat budował tę fasadę tajemniczości wokół siebie, po części siłą rzeczy, bo faktycznie, im starszy był, tym o wielu rzeczach się dowiadywał, a po części też dlatego, że zwracał tym na siebie uwagę. Paradoksalne, prawda? Człowiek, o którym nikt nic nie wie i który potencjalnie unika ludzi jak ognia, chce zostać zauważony przez innych.
    Wcale nie jest powiedziane, że Markson nie dzielił się informacjami na swój temat z innymi ludźmi dlatego, że chciał zwrócić na siebie ich uwagę w inny sposób od tego tradycyjnego. Jednakże skoro zdarzało się, że ktoś zauważał go nie ze względu na jego zdolności oratorskie albo to, że jest duszą towarzystwa, to musiało w tym być ziarnko prawdy. Kiedyś szarpał za włosy, piszczał, śpiewał, skakał i podstawiał innym nogi. Kiedyś musiał się namęczyć, żeby ktoś się nim zainteresował. Teraz okazywało się, że im mniej starannie się do tego zabierał, tym częściej ktoś zwracał na niego uwagę. Jednak nie była to główna motywacja jego pozornego wycofania z życia publicznego.
    Delmare żył czymś, co można by nazwać obsesją. Kiedyś miała ona mniejszy wpływ na jego życie, ale od zniknięcia Billy'ego, było z nim coraz gorzej. Ostatnim gwoździem do trumny szaleństwa było jego własne zniknięcie, po którym kolejne śledztwa i teorie spiskowe były już na porządku dziennym i stały się prawie wszystkim, o czym myślał, kiedy nie musiał skupić się na lekcji w szkole. Na przerwach za to chodził do biblioteki albo węszył gdzie indziej, byle nie zmarnować ani chwili. W wakacje było nawet jeszcze gorzej, bo miał więcej czasu na oddawanie się tej manii, a ponadto każdego dnia widział rodziców, którzy wciąż byli przygnębieni po zniknięciu starszego syna. Matka chwilami się załamywała, Delmare dostrzegał błysk łzy w jej oku, jakby już straciła wszelką nadzieję na powrót Billy'ego, a potem znowu widział ją, jak siedziała na ganku, robiąc wrażenie, jakby go wyczekiwała. Był to smutny widok, obaj z ojcem wiedzieli, że to jej najbardziej go brakuje, ale najwięcej co mogli zrobić, to ją wspierać. Przynajmniej takiego zdania był ojciec, który głównie zajmował się pocieszaniem jej, za to Delmare zajął się brudną robotą.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Mieszkał w domku jednorodzinnym we wschodniej części Londynu, ale często przychodził na Pokątną. Z jednej strony dlatego, że nie miał tam znowuż tak daleko, a z drugiej, bo po prostu tam działo się więcej niż u mugoli. Markson był mugolakiem, który przed dostaniem listu z Hogwartu nie miał pojęcia o czymś takim jak magia, więc naturalnie chciał poznać świat czarodziejów z każdej strony. Oczywiście, wiele podsłuchanych przez niego mimochodem rozmów między czarodziejami pokrywało się z tymi, które każdego dnia przeprowadzali między sobą mugole, ale to magia sprawiała, że Krukonowi podobało się na Pokątnej najbardziej. Często odwiedzał też swoje miejsce na Nokturnie, ale (jeśli już) szedł tam w konkretnym celu i nie miał czasu na podglądanie życia mieszkańców tejże ulicy. Zresztą nie uważał, żeby potraktowali go ulgowo, gdyby się dowiedzieli, że jakiś dzieciak wtyka w nos w ich sprawy.
      Szedł równo z Lily, chociaż musiał pilnować, żeby nie zgubić jej rudej czupryny w tłumie ludzi. Właściwie dziwił jej się, że ze wszystkich, do których mogła tego dnia zagadać, wybrała właśnie jego. To było trochę...podejrzane.
      – Sam nie wiem. Czasami mam wrażenie, że są zaczarowane. – Poklepał kieszeń i coś w niej zabrzęczało, chociaż mogli tego nie usłyszeć przez gwar dookoła nich. Delmare opowiadał historię, która wcale nie musiała być zgodna z prawdziwym stanem rzeczy, ale dziewczyna wyglądała na zaciekawioną, więc nie chciał zawodzić jej oczekiwań. – Czasami szukam czegoś, jestem pewien, że to ze sobą brałem, a tego nie ma. Innym razem znajduję w tych kieszeniach coś, co w ogóle nie należy do mnie...Jakbym wyciągał królika z kapelusza.

      Usuń
  77. Pozwolił na to, aby Lily pociągnęła go do pustej sali. Pozwolił, aby niemalże rzuciła nim o krzesło i aby zadała to bezsensowne pytanie, bawiąc się w psychologa. Zdał sobie właśnie, że pozwala na zbyt dużo — nie tylko Lily Lunie, ale również wszystkim ludziom. Pozwala, aby Krukoni nim lekceważyli. Aby Ślizgoni wytykali go palcami. Aby Puchoni go nie doceniali i traktowali jak domową maskotkę. Pozwalał rodzinie, aby traktowała go jak czarną owcę i swoim byłym, aby wieszały na nim psy, sam zaś nigdy nie dementował plotek. Wreszcie pozwalał sobie samemu na akceptację stanu rzeczy i przyjmowania wszystkiego tak, jakby to było ustalone z góry. Bo przecież z fatum nie ma sensu walczyć.
    Brandon pewnie by kłócił się o to, czy jest czego się bać, kiedy przychodzi do starcia z nim, ale połknął wszystkie słowa zanim się odezwał. Prowadziłoby to donikąd, tylko do uzewnętrzniania się, niepotrzebnego i bezsensownego uzewnętrzniania się, a tego Brandon robić nie lubił. Mówić o sobie, uderzając przy tym o poważne tony, to mu się nieczęsto zdarzało. Wszystko obracał w żart i jak na razie świetnie na tym wychodził. Pomijając fakt, że cała rodzina utrzymywała z nim znikomy kontakt, albo wręcz całkowicie go zerwała.
    — Nie mam żadnego problemu. Chyba, że chcesz porozmawiać ze mną o tej Puchonce z szóstego roku, która w ogóle nie zwraca na mnie uwagi.
    W gruncie rzeczy to też nie można było nazwać problemem. Jak nie ta to inna, tego kwiatu jest pół światu, a sam miał wrażenie, że z każdym rokiem do Hogwartu uczęszcza coraz większa liczba dziewczyn, na których można zawiesić oko.
    — Ty wiesz swoje, ja wiem swoje. To nie to, że nie ufam tobie, po prostu nie ufam im wszystkim, jakkolwiek niewinnie by wyglądali. Facet to facet — skwitował, wzruszając przy tym ramionami. Nagminnie wzruszał ramionami i nawet nie zdawał sobie z tego jakoś szczególnie sprawy.
    Rozsiadł się wygodnie na krześle, wyciągając do przodu swoje długie nogi i zamiast spoglądać na Lily, przeniósł wzrok na okno, wpatrując się w krajobraz z takim zaciekawieniem, że można było sobie rękę uciąć, że widzi go po raz pierwszy.
    — Facet to facet — powtórzył cicho do siebie. Sam był facetem, wiedział jak to działa. — Koleżanki są zbyt nudne dla ciebie? Nie możesz trzymać się damskiego towarzystwa? Masz dwóch braci tutaj, powinni ci wystarczyć, zaspokajać twoją chęć rozmowy z płcią przeciwną, — Określił to dość trzeźwo, leniwie przenosząc wzrok na swoją towarzyszkę.
    Nie wiedząc, co ma dalej dodać, skrzyżował nogi w kostkach, po czym zaczął beztrosko i radośnie pogwizdywać jakąś, bliżej nieokreśloną, melodię pod nosem.

    Brandon Alexander Ware

    OdpowiedzUsuń
  78. [Nie chcę wyjść na niewdzięczną (sama nie wymyślę, zwalam na kogoś a potem nie potrafię docenić), ale Emlyn nie jest typem, który się kłóci, on po prostu wsadza szlaban i wymaga, żeby osoba ukarana się na nim stawiła. Nie jest też typem, który dręczyłby czternastoletnie dziewczynki, bo tak mu się zachce. Ewnetualnie mógłby wlepić Lily ten szlaban, ona by przyszła niepocieszona, a on by ją prowokował albo coś, bo by jęczał, że jej musi pilnować (a i tu sam sobie jest winien przecież, bo po co dawał szlaban, jak mu się nie chce potem dopilnować, żeby został wykonany). Emlyn w wersji jęczybuły wydaje mi się bardziej prawdopodobną wersją, ale nie wiem, co ty o tym sądzisz.]

    Emlyn

    OdpowiedzUsuń
  79. [Oj bardzo złe, szczególnie jak ma się coś na sumieniu ;)

    Wizerunek jest cudowny. Sama karta bardzo mi się podoba i nawet bym się na wątek pokusiła, ale mi to chyba lepiej idzie zaczynanie niż wymyślanie relacji. Jak masz jakiś pomysł z chęcią przeczytam ;)]

    Ian Ajrun

    OdpowiedzUsuń
  80. W całym tym uroku i dobroci, Lily wydała mu się odrobinę przerysowana. Bycie przerysowanym jak postać z kreskówki jest przecież główną cechą nastolatków, które jeszcze nie do końca wyrosły z pewnych dziecięcych zachowań. Trudno powiedzieć, czy coś w tym złego. Niektórzy w wieku czternastu lat po prostu nie umieli zachować powagi w każdej sytuacji. Delmare na pewno nie zamierzał śmiać się z dziewczyny tylko dlatego, że była jeszcze trochę naiwna i wszędzie dookoła siebie widziała powody do zachwytów. Przecież jeszcze niedawno sam interesował się wszystkim, co zobaczył, a najbardziej interesowali go ludzie. Zawsze chciał poznawać cudze historie. W miarę możliwości nie poprzez ich opowieści, ale podsłuchując, samemu zdobywając informacje i obiektywne spojrzenie na sprawę; bawiąc się. Zawsze chciał przy tym pozostać bezstronnym, bo kojarzyło mu się to z byciem tym, który ma rację. Ta wymuszona rzeczowość sprowadziła go do tego punktu, w którym teraz się znajdował. Był podejrzliwy i wycofany, a to dlatego, że (w swoim mniemaniu) za dużo wiedział o innych.
    Bywały dni, kiedy Delmare patrzył w lustro i zastanawiał się, czy gdyby wiedział chociaż trochę mniej tego, czego dowiedział się w ciągu ostatnich kilku lat, to czy jego głowa byłaby mniejsza. Nie była co prawda nienaturalnie wielka, ale tylko wyobrażał sobie taką sytuację. Znał chłopaka, któremu w wieku dziewiętnastu lat włosy przerzedziły się i zsiwiały, kiedy zaczął brnąć w rzeczy, o których normalny człowiek nie mógł mieć pojęcia. Markson miał świadomość, że sam dopiero odkrył czubek tej lodowej góry.
    Właściwie nie miał powodu, żeby nie ufać Lily, ale tak naprawdę nie miał jeszcze okazji przekonać się o jej wiarygodności. Postanowił traktować ją z dystansem, żeby móc obserwować jej zachowanie. Zdziwiłby się dopiero, gdyby powiedział coś na temat swoich śledztw, a ona wyraziłaby zainteresowanie tym tematem. Od razu wziąłby ją za jakąś wrogą agentkę. Kierowałby się wówczas przeświadczeniem, że jego "głupoty" nie obchodzą wielu ludzi poza nim samym. Pewnie wiele by przez to stracił, gdyby okazała się niewinna.
    – Dziwna jesteś. – Stwierdził po chwili. Dziwnie to musiało zabrzmieć w jego ustach. Przecież sam mógłby uchodzić za dziwaka w szkole, gdyby postanowił wszem i wobec wyrażać swój charakter. Cenną cechą Delmare'a była również dyskrecja. Nie był wylewny w opowiadaniu o sobie, więc tylko kilka osób w całym Hogwarcie mogło podejrzewać, co kryje się za maską.
    Kiedy dotarli do Skaczącego Garnka, szczerze się ucieszył. Chyba od rana siedział na Pokątnej i czuł się zmęczony przez tą koszmarną pogodę. Co prawda oblegany przez niego na tamten czas murek znajdował się w cieniu, ale i tak było gorąco. Ten tydzień zaliczał się do najbardziej upalnych dni lata jak dotychczas. Krukon widział mugoli, którzy szli ulicami z małymi wiatrakami na baterie przystawionymi do twarzy i zazdrośnie spoglądał na dzieci z lodami na patykach.
    Tak się złożyło, że Markson wydał prawie wszystkie pieniądze, jakie dostał w prezencie na urodziny. Dokonał tego w ciągu kilku dni, bo zależało mu na nowych omniokularach, a promocja skończyła się, zanim jego konto w Gringocie zostało zasilone. Musiał kupić droższy produkt. Kupił też kilka innych rzeczy, które wydały mu się przydatne lub po prostu ciekawe. Miał ten problem, że kiedy wchodził do sklepu z fajnymi gadżetami, chciał kupić je wszystkie. Normalnie z trudem się powstrzymał, żeby nie wydać ostatniego knuta. Dobrze, że to zrobił, bo musiałby odmówić Małej Potter wypadu do knajpy albo zgodzić się, ale postawić warunek, że ona weźmie rachunek na siebie. Także z kasą było wyjątkowo ciężko, ale Delmare nie narzekał. Oprócz specjalnych okularów, dokonał zakupy innej rzeczy.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Wziął sobie kwaśną lemoniadę i zaczekał na dziewczynę. Rozejrzał się po wnętrzu lokalu. Był prawie pusty, co nie było wcale dziwne. W taką pogodę klienci woleli popijać chłodne napoje na zewnątrz, niż kisić się w dusznym pomieszczeniu.
      – Zobacz. – Kiedy znaleźli wolny stolik w cieniu, chwilę grzebał w przepastnej kieszeni płaszcza. Położył przed sobą coś, co wyglądało jak bączek do zabawy dla dzieci. – O, nie tego szukałem. Ale może być. Ten fałszoskop wykrywa nieuczciwych ludzi w promieniu pięciuset metrów. Jak coś wykrywa, to zaczyna się kręcić.
      Spojrzał z uwagą na przedmiot, jakby spodziewał się, że zacznie wariować. Właściwie im dłużej znał się z Lily (już jakieś kilkadziesiąt minut), tym mniej uważał, że mogłaby okazać się łotrem w przebraniu czternastolatki, ale nie zaszkodziło sprawdzić. Fałszoskop oczywiście pozostał nieruchomy.
      – Chyba się zepsuł. No bo zwykle coś wykrywa, ma spory zasięg. Zostawię go tak na razie, bo może po prostu stracił energię. To taki nowy model, działa na energię słoneczną.

      Usuń
  81. Wiedział, że w przyszłości wiele wspomnień, które teraz w sobie nosił, wyblaknie i zostanie zapomnianymi, ale miał pewność, że zawsze będzie pamiętał dzień, w którym kupił pierwszą różdżkę. O tym, że pójdzie do Hogwartu, wiedział chyba od zawsze, chociaż czasami pojawiała się nuta obawy – a może o nim zapomną? A może wcale nie przejawia zdolności magicznych odpowiednich do tej szkoły? Kiedy tylko skończył jedenaście lat, a był dzieckiem marcowym, z niecierpliwością oczekiwał na list, który dotarł z początkiem czerwca. Wówczas Chesney najchętniej pobiegłby na Pokątną od razu po rezerwaniu koperty i obrzuceniu zachłannym spojrzeniem treści listu, ale nie mógł tego zrobić. Do sklepu, który niegdyś należał do Ollivandera, wybrał się jakiś miesiąc później, dopiero wtedy, gdy jego starszy brat, Miles, powrócił (już jako absolwent) z Hogwartu. O, tak, pamiętał tamten dzień zaskakująco dobrze, a z różdżką, którą kupił, nie rozstawał się prawie nigdy.

    Dlatego nie potrafił zrozumieć jakiegokolwiek czarodzieja, który po świecie poruszał się bez tego magicznego artefaktu. Czarodzieje mieli przecież swoje ograniczenia – zaklęć i klątw umieli używać jedynie wtedy, gdy ich moc regulowana była przez różdżki właśnie. I to odróżniało ich od dzieci, które nie umiały panować nad drzemiącą w nich magią i używały jej w sposób niekontrolowany i nieprzewidywalny, najczęściej wówczas, gdy znajdowały się w silnym stanie emocjonalnym. Kiedy przyglądał się Lily Potter hasającej po hogwarckim dachu, z góry przyjął, że dziewczyna ma przy sobie różdżkę i nawet trochę się dziwił, że – zamiast skakać po dachówkach – nie przywołała przedmiotu, na którym sowa zacisnęła dziób zaklęciem Accio. Z drugiej strony, jeśli się nie mylił, czar nauczany był w czwartej klasie, którą Potterówna dopiero rozpoczęła, więc mogła jeszcze nie dojść do odpowiedniego działu.

    – Pewnie – odkrzyknął, spoglądając na dziewczynę spod zmrużonych powiek. – Mickey Dyer też mówił, że wszystko ma pod kontrolą, a potem wylądował w Mungu.

    Nie był pewien, czy Potter kojarzyła sprawę Mickeya. Dyer, starszy od Swintona o rok Krukon, był niewątpliwym geniuszem i nawet jego najzacieklejsi przeciwnicy musieli przyznać, że chłopak zapowiada się na czarodzieja będącego w stanie zrewolucjonizować świat magii. Był jednak jeden problem. Dyer oprócz potężnych pokładów nieprzeciętnej inteligencji nosił w sobie równie ogromną, jeśli nie większą, dozę szaleństwa. Kiedyś przygotował ciekawą recepturę i upierał się, że według niej uwarzy eliksir, dzięki któremu będzie mógł wpaść w szał berserkera. Nikt nie wierzył w powodzenie tego planu, ale pewnie ludzie nie próbowaliby wyperswadować tego pomysłu z głowy Dyera, gdyby nie jeden punkt – do wywaru należało dodać własną krew. Mickey jednak się uparł, uwarzył eliksir i rozciął skórę, by dolać do niego krew. Zrobił to jednak ze zbytnim zaangażowaniem i rana, której powstanie spowodował, okazała się głęboka i miał problemy z jej zasklepieniem. Machnął na to ręką i spróbował wytworu.

    Kilka minut później po Błoniach biegał nagi, wykrwawiający się człowiek, który wrzeszczał i z mordem w oczach rzucał na wszystko, co tylko się ruszało.

    Czyn Lily Potter nawet nie dało się porównać z tym, co robił Mickey Dyer, co nie zmieniało faktu, że i spacer Gryfonki mógł zakończyć się tragicznie. Chesney wyciągnął różdżkę i trzymał ją w pogotowiu, więc kiedy dziewczyna zaczęła się zsuwać i niebezpiecznie zawisła, resztką tylko sił trzymając się dachówek, Swinton nie spanikował. Tochę się przestraszył, jasne, nie chciał, aby ktokolwiek zginął, ale był w końcu przygotowany i na odległość asekurował Potterówną. Zawsze mógł złapać ją Leviosą lub chociaż użyć zaklęcia spowalniającego lot, gdyby, nie daj Merlinie, Lily spadała.

    – Oho – wykrzyknął. – Właśnie widzę, jak sobie radzisz! Złaź.

    Dziewczyna go jednak ignorowała, więc Chesney Swinton poczuł się zmuszony do działania. Westchnął, wsadził różdżkę między zęby, wskoczył na parapet i przeszedł na ten zewnętrzny.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Wyciągnął się, złapał krawędź dachu, podciągnął i wdrapał się na górę. Wyjąwszy z ust artefakt, zaczął ostrożnie iść w stronę Potter.

      – Jeśli nie chcesz sama wrócić, to mogę cię ściągnąć…

      Chesney Swinton

      Usuń
  82. [Zdjęcie pomagała dobrać mi moja internetowa przyjaciółka, ponieważ ja zazwyczaj mam z tym ogromny problem. Rozgryzłaś mnie! Pod agresją kryje się mała/wielka sprawa, ale nie będę jej zdradzać, ponieważ wolę, aby wyszła w trakcie wątku... chyba, że będą nalegać, abym uchyliła rąbka tajemnicy. Nie mniej jednak ogromnie dziękuję za miłe słowa odnośnie karty. :) Mam nadzieję, że z upływem czasu zawędruje pod nią więcej autorów. Zawsze i wszędzie zgodzę się na wątek. Czasem wystarczy mała iskra, aby Dorrell pękł i pokazał pazurki. Masz w głowie konkretny pomysł, dlaczego mieliby urządzić awanturę?]

    DORRELL

    OdpowiedzUsuń
  83. [To byłby całkiem sensowny powód do kłótni, ponieważ pan kapitan to nietykalna świętoszka. Zwłaszcza, jeśli chodzi o sport. Nie bądź zła, jeśli poproszę cię o zaczęcie, ale o wiele zgrabniej wyglądałoby to, gdybyś to ty postawiła pierwszy krok w wątku.]

    DORRELL

    OdpowiedzUsuń
  84. [Poinformuję tylko, że wywiązało się małe nieporozumienie z zespołem i od teraz Dorrell jest rezerwowym szukającym i byłym kapitanem. Na potrzeby wątku zawsze możemy wpleść go do gry, bo ktoś inny mógł odnieść niegroźną kontuzję. + Cierpliwie czekam na zaczęcie. :)]

    DORRELL

    OdpowiedzUsuń
  85. [yay! cześć, Łobuziaku, zmalujmy coś. :>]

    Lucy.

    OdpowiedzUsuń
  86. [najlepsze przyjaciółeczki. XD
    to Lucy zwinie piżamę, podarte spodnie i worek na zwłoki. i dzwoni do drzwi.]

    Lucy.

    OdpowiedzUsuń
  87. [nie ma sprawy. :D a tak nawiasem, oglądałaś Ginger i Rosę, czy to zdjęcie to takie przypadkowe? :3]

    Lucy intensywnie dobijała się do drzwi wujostwa Potterów od trzech minut. Jak dotąd bezskutecznie; dziewczynka podejrzewała, że to wina wrzasków, dochodzących gdzieś z salonu czy może korytarza, bo do kuchni zajrzała ukradkiem przez okno, i nikogo nie zastała w środku. Ruda westchnęła ciężko i z całej siły kopnęła w drzwi glanem, idealnym na chłodno-deszczową pogodę, na jaką się zanosiło, i jaka trwała już od paru dni. Lucy cieszyła się, widząc na podwórku ogrom kałuży, skrycie snując już plany robienia z kuzyneczką wodno-błotnej bitwy.
    Na drzwiach został brudny ślad, a dziewczynka skrzywiła się. Nabrała powietrza w płuca i krzyknęła, najgłośniej jak tylko umiała:
    - RUDA!
    Ruda było przezwiskiem, które obie dzieliły, mogąc się pochwalić chyba najbardziej marchewkowymi włosami w rodzinie. Tworzyły zgrany team, Ruda&Ruda - Lucy mawiała, iż są dla siebie stworzone. Nawet imiona miały podobne. To było dosyć dziwne, bo na ogół Krukonka zadawała się z chłopcami, gdyż dziewczynki patrzyły na nią z odrazą i pogardą.
    Zrezygnowana Lucy upuściła swój wielki tobołek na próg domu, kiedy kuzynka otworzyła.
    - Wreszcie - mruknęła poirytowana Weasleyówna, znudzona monotonnym czekaniem na progu. Nienawidziła się nudzić. Zerknęła na Lily figlarnie i dotknęła jej ramienia. - Złap mnie.
    Rzuciła się do biegu, ślizgając się po schodach, bo mokre buty robiły swoje, wpadając na ściany, meble i swoich kuzynów, szczerząc się upiornie i z trudem łapiąc oddech. Wpadła do pokoju jak burza i wczołgała się pod łóżko.
    - Budujemy namiot! - obwieściła radośnie, wyciągając wielki, czerwony kawałek materiału.

    Lucy.

    OdpowiedzUsuń
  88. [ Cześć! James to stary piernik, chociaż jeszcze nigdy nie był hogwartczykiem. Ale racja, jest do kochania i miziania, typ takiego najlepszego przyjaciela głównego bohatera filmu. Powrót bardzo ekscytujący, dzięki za powitanie :) ]

    James

    OdpowiedzUsuń
  89. [Hej! Dziękuję za powitanie i za poprawienie błędów :D "Mimo wszystkich" miało tak być, to nie błąd xD Jestem pierwszy raz na Hogwarcie, na grupowych blogach już jestem od dawien dawna z małymi przerwami c:]

    OdpowiedzUsuń
  90. [ Takiego łobuziaka to ciągnę za rękę w stronę napisu "wątek" szybko i mocno, spragniona dobrego pisania, którego mi zabrakło przez ostatni tydzień lub dwa.

    Taka niekonwencjonalna ta twoja Lily. Podoba mi się. I widzę ją z Christopherem - o dziwo. Widzę to tak - on ma serce łobuziaka, oj, ma, jedynie często coś je blokuje. Czy Lily wyraża chęć rozruszania odrobinkę jego kończyn? ]

    C. Newell

    OdpowiedzUsuń
  91. [ Pomysł bardzo mi się podoba, natomiast na dłuższą metę faktycznie możemy iść w stronę pająkowych przygód :D

    Mam zacząć jak rozumiem? ]

    C.

    OdpowiedzUsuń
  92. [Myślę, że z pewnością znaleźliby wspólny język. :D Mogliby sobie nawzajem podkradać słodycze. I Nicholasa na pewno dałoby się namówić na każdy, nieważne jak głupi i nieodpowiedzialny psikus. Pewnie nawet czułby się dumny, widziałby się w roli dowcipnego mentora co najmniej.]

    Nicky

    OdpowiedzUsuń
  93. — Jesteś jeszcze dzieckiem — skwitował spokojnie, jak gdyby to tłumaczyło, dlaczego nie próbował się do niej dobierać. Nawet nie musiał mierzyć jej krytycznym spojrzeniem, Lily Luna była niemalże ostatnią stąpającą po ziemi przedstawicielką żeńskiego gatunku, na którą spojrzałby jak na kobietę. Zaraz obok Blanki, oczywiście, ale to była jego siostra. Gdyby zauważył u niej rozkwitającą kobiecość, poczułby się zdecydowanie skonfundowany, zbity z tropu i potrzebowałby pomocy psychiatrycznej. Na siostry nie patrzy się w ten sposób. NIGDY. Nawet jeżeli ślini się do nich połowa twoich znajomych. — Co nie znaczy, że nie ma na świecie zboczeńców. I głupców.
    Wiercił się, jak gdyby miał owsiki. Zmieniał co chwila pozycja, a nie mogąc usiedzieć już ani sekundy dłużej bez ruchu, opuścił swoje miejsce i ruszył w stronę okna, które wychodziło na szkolne błonia. Chwilę mocował się z otwarciem, aż w końcu udało mu się uchylić okno.
    — Twoja sprawa, rób co chcesz. Umywam od tego ręce — stwierdził ostatecznie, dochodząc do wniosku, że właściwie nie powinien się tym wszystkim tak przejmować. Lily Luna nie była rzeczywiście jego siostrą, nie łączyły ich więzy krwi. Nie chodziło tutaj o to, że nie chciał interweniować w jej prywatne sprawy, nie posiadał aż takiego wyczucia, aby uświadomić sobie podobne rzeczy. Dotarło do niego jednak, że nie ma sensu, aby się przejmować kimkolwiek na dłuższą metę. Przecież to męczące i bezowocne. Brandon nie lubił rzeczy męczących i bezowocnych.
    Oparł się przedramionami o parapet, wyglądając przez okno. Chwilę śledził wzrokiem grupkę Krukonów, którzy rozłożyli się pod ogromnym wiązem i zabrali się do wspólnej nauki, dzieląc się nie tylko książkami, ale i podebranymi w kuchni kanapkami. Jedna parka dzieliła się także płynami ustrojowymi, wcale nie będąc zainteresowanym tym, co robili ich towarzysze. Brandon w sumie się nie dziwił. Też wolałby tak spędzać czas, niż ślęczeć nad referatem z numerologii czy przepisami na uwarzenie idealnego Eliksiru Wiggenowego.
    — Tak naprawdę nie ma żadnej Puchonki. — Aby nieco załagodzić gniew, który mógłby pojawić się po wyjawieniu jego małego kłamstewka, do którego uciekł się zaledwie kilka sekund temu, posłał Lily szeroki i rozbawiony uśmiech, przenosząc na chwilę na nią wzrok. Nie wierzył. Po prostu nie wierzył, że łyknęła to tak szybko. Jak młody pelikan. — A może po prostu jest ich trochę za dużo. Kto to może wiedzieć... — Znowu to zrobił, wzruszył ramionami od niechcenia. Sam znał odpowiedź na to pytanie: tylko on wiedział o wszystkim i ten stan rzeczy miał zamiar utrzymywać. Tylko on, nikt inny.
    Nie zrozumiał dwóch zarzutów, kierowanych w jego stronę — tego, że był pogubiony (bo wcale nie był, dobrze wiedział w jakiej części zamku właśnie się znajduje!) i tego, że mógłby wzdychać do kogoś po cichu. Nie należał do takich facetów. To była strata czasu. Męczące i bezowocne.
    Nie trzeba też było mu przypominać, że był świetnym facetem. Wiedział o tym. Widywał się codziennie w lustrze.

    [Sorka za ten chaos ;o]
    Brandon Alexander Ware

    OdpowiedzUsuń
  94. [Cieszę się bardzo, że Artt się podoba. Jestem strasznie ciekawa jakie to dwa pomysły ci się nasuwają ^^ Artt bez wątpienia jest zagadką, chociaż nie aż tak ciężką do rozgryzienia :) Wątek jakiś? :D]

    OdpowiedzUsuń
  95. [Bardzo ciekawe pomysły lecz nie trafione ;P Jak najbardziej może się dziewczyna natknąc na kojota, którego nie powinno być ;) Zwierzak może mieć szarozielone oczy, takie zbyt ludzkie... więc się Lily może połapać, że to animag]

    OdpowiedzUsuń
  96. [No niestety, nie były trafione, chociaż naprawdę interesujące ;p Raczej taki większy kojot, przeciętny ;) Aż się boję cóż twa Lily zrobi Artturiemu xD]

    OdpowiedzUsuń
  97. [ Cześć po raz drugi. Nie odpisałam ci na wątek, więc jestem coś winna. Tak że jeśli chcesz jeszcze coś ze mną stworzyć, to kwestia zaczęcia i być może wymyślenia spadnie na mnie, w ramach zadośćuczynienia. Tylko najpierw mi napisz, czy tworzysz drugą postać i z nią Jacca powinien się zetknąć, czy zostaniemy przy Lily. ]

    Jacca Radley

    OdpowiedzUsuń
  98. [Bo tak?
    Koty są bardziej samotne od żony, zaręczam, ona umie o siebie zadbać, a później to on ma pełne ręce roboty. Kto ma bardziej przekichane? xD
    Witam i w imieniu Nicolausa zapraszam do zakazanego działu. Pobawimy się.]
    bibliotekarz

    OdpowiedzUsuń
  99. [Cześć. Niezwykle Cię przepraszam, że jeszcze nie odpisałam, ale ostatnio całkowicie pochłonęły mnie przygotowania do ślubu brata, który odbędzie się w sobotę. Naprawdę dużo z tym zamieszania, ale jestem pewna, że jutro znajdę chwilę czasu i napiszę odpis. Jeszcze raz przepraszam, och i oczywiście dziękuję za zaczęcie! :D]

    DORRELL

    OdpowiedzUsuń
  100. [Przepraszam najmocniej, że dopiero teraz odpisuję. Jak nie urok to klątwa, jak nie komputer to wi-fi. ;-; Ale już jestem! I dalej nie wiem jak im tu ułożyć wątek, upały nie sprzyjają myśleniu. Na razie chciałam dodać tyle, że James jest takim typem starszego brata, który widząc Lilkę z petardami jeszcze podałby jej zapałki i pomógł podłożyć pod biurko upierdliwego nauczyciela. Z jednej strony niech każdy facet od niej spada, a z drugiej huncwot ze stażem, który uczy siostrę jak profesjonalnie łamać regulamin. Przyjazd upierdliwej ciotki brzmi świetnie, już sobie wyobrażam jak taka stara purchawka krytykuje Jama, że jego ojciec w tym wieku to miał jakieś ambicje (pokonanie swojego największego wroga? XD), że Albus lepiej się uczy i takie tam, a Jam chce jej rzucić klątwą prosto w nos! Tylko nie wiem jak to teraz zastosować. To straszne, można z nimi tyle zrobić, a żadnej fabuły. Będę myśleć dalej.]
    Jam

    OdpowiedzUsuń
  101. Quidditch był dla niego nieodłącznym elementem życia w Hogwarcie. Po pierwsze, od trzeciego roku życia zwinnie i umiejętnie latał na miotle. Początki oczywiście były trudne i zabawa wcale nie skończyła się jedynie na kilku otarciach, ale determinacja oraz zaciętość w dążeniu do celu pomogły mu opanować sprzęt, i naprawdę rozwinąć skrzydła w przestworzach. Po drugie, uwielbiał aktywność fizyczną. Bieganie, skakanie, rzucanie sprawiały mu niepojętą przyjemność i dostatecznie zajmowały jego wolny czas tak, aby wyszedł z domu wczesnym rankiem, a wrócił, gdy niebo powoli nabierało granatowej barwy. Po trzecie, uwielbiał rywalizację. Spierał się z ludźmi w różnych dziedzinach i zazwyczaj to on głośno obnosił się ze zwycięstwem. Chciał niszczyć przeciwników we wszystkim i niezbyt przemawiały do niego czyjeś żale. Zawsze był zdeterminowany, aby dopiąć swego i potrafił posunąć się do najgorszych kroków, aby osiągnąć zamierzony wcześniej cel. To było niezdrowe, ale on pokochał to w równie chory sposób.
    Któregoś roku nauki zapisał się do domowej drużyny i przez dość długi czas zajmował pozycję szukającego. Nie brakowało mu niczego, aby być znakomitym graczem. Wywodził się z wielkiego, czystokrwistego rodu, gdzie gra była pewnym zobowiązaniem wobec rodzinnej tradycji. Nie potrafił dokładnie tego ocenić, ale szacował, że każde pokolenie Nottów znalazło się w składzie drużyny Slytherinu chociażby na ławce rezerwowych. Odziedziczył więc po przodkach zamiłowanie do gry i talent. Na szóstym roku został mianowany kapitanem, z czego był niezwykle dumny. Niestety, po apelacji innych uczniów został odwołany z tego stanowiska i cofnięty do rezerwy. Nikomu nie umknęły jego nieczyste zagrania podczas gry lub wulgarne odzywki do przeciwników.
    Tamtego dnia jednak dostał swoją szansę, aby ponownie pojawił się na murawie z zieloną opaską na ramieniu. Kapitan drużyny ucierpiał chwilę przed meczem i potrzebne było naprawdę mocne zastępstwo, ponieważ Ślizgoną przyszło mierzyć się z uczniami domu Lwa. Rywalizacja była zacięta i trwała do samego końca. W trakcie gry Gryfoni musieli zbierać z ziemi swojego ścigającego, Jamesa Pottera, która spadł z miotły w najbardziej decydującym momencie. Dorrell był z siebie niezwykle dumny, że udało mu się pozbyć jednego z lepszych graczy czerwonych. Wystarczyło jedno, krótkie zaklęcie i wzrok wszystkich kibic powędrował w dół. Nott w tym czasie uśmiechnął się tryumfalnie, a chwilę później znicz przeleciał przed jego oczami. Jednym ruchem ręki złapał piłkę, a wszyscy Ślizgoni zaczęli radosne wiwatować.
    Po wygranym meczu udał się pod prysznic. Skończył ostatni, ale w najmniejszych stopniu mu to nie przeszkadzało. Wyszedł z kabiny owinięty wokół bioder białych ręcznikiem, podgwizdując pod nosem. Nagle z ukrycia wyskoczyła Gryfonka, a on gwałtownie się zatrzymał. Zmarszczył brwi, gdy zaczęła mówić i dopiero po chwili rozpoznał czwartoklasistkę. Lily Potter, ukochana siostra Jamesa. Prychnął lekceważąco, uśmiechając się gburowato. Skrzyżował ręce na gołym torsie.
    — Uważaj na słowa, dziecka — zauważył ostro i zrobił wielki krok w jej stronę. — Po co tu przyszłaś, Potter?
    Chłopak wskazującym palcem dziobnął ją w ramię, popychając ją do tyłu. Doskonale wiedział, że miał przewagę i w najmniejszym stopniu nie obawiał się rudowłosej.
    — Nie należy? Co ty możesz o tym wiedzieć. To twój brat zdecydował o waszej przegranej, więc to jemu zawracaj głowę.

    DORRELL

    OdpowiedzUsuń
  102. [Cześć! Zawsze lubiłam Lily :)]

    Anakin

    OdpowiedzUsuń
  103. Uważał, że nie ma znaczenia, jakie ktoś robi pierwsze wrażenie. Sam z mowy ciała wyciągał niuanse, których mniej czujne osoby by nie dojrzały. Starał się patrzeć z kilku różnych perspektyw na dany tik, minę, gest. Dopasowywał wzorce zachowań do ludzi, a ludzi do sytuacji. Analizował wszystkich w taki sposób i tak długo, aż przestali się dla niego specjalnie różnić. Wciąż oczywiście dostrzegał różnice charakteru albo wyglądu między nimi, ale ich reakcje były dla niego podobne, kiedy bali się albo złościli. Wszystko było jednocześnie oczywiste i skomplikowane. W tym samym czasie, kiedy wszyscy po kolei byli dla niego szarzy, burzy i obojętni, były osoby, które darzył okruchami sympatii lub antypatii.
    Delmare mógł być dziwny i pokręcony jak bączek, chociaż może bliżej mu do fałszoskopu. Mógł przy tym nie mieć żadnego charakteru. Był niepoprawnie obojętny na innych ludzi, dopóki z jakiegoś powodu ktoś nie wydał mu się wystarczająco interesujący. Jednocześnie wciąż miał w sobie coś z dzieciaka, który chce zwrócić uwagę innych na siebie i swoje historie, które z wiekiem opowiadał coraz dziwaczniejsze. Uważał, że swoimi ostrzeżeniami może uratować komus życie.
    Były chwile, kiedy wyciągał rękę do potrzebującego, żeby samemu poczuć się lepszym człowiekiem. Działało to tylko w jedną stronę, ponieważ on sam nie chciał dzielić się z obcymi swoimi przeżyciami wewnętrznymi, ani troskami. Czasami zdarzało mu się w rozmowie z kimś odpływać myślami, zapominać o obecności tej osoby, a nawet odchodzić bez słowa wyjaśnienia albo pożegnania. Jego humor na dany dzień był kwestią przypadku, a przypadek nie zależał od nikogo. Krukon jednego razu mógł wydać się koleżeński i otwarty na wszelkiego rodzaju rozmowy, bo jego teorie dziejów końca nie miały, a innym razem ignorował najbardziej desperackie próby zdobycia jego atencji. Markson był człowiekiem, którym targały wielkie emocje, owszem, ale związane tylko z tym, co ze sferą uczuć wiele wspólnego nie ma. W bycie, który sobie wykreował, nie było miejsca na nic innego poza twardymi faktami i nieskończoną ilością możliwości, tych mniej lub bardziej prawdopodobnych.
    Dlatego jedyną osobą, przy której czuł, że nie musi się mieć na baczności, był jego brat. Ojciec był dla niego trochę jak obcy – wiecznie nieobecny, skoncentrowany na pracy, ktoś, kogo chciałoby się poznać, ale w kogo istnienie czasem się powątpiewa, bo tak rzadko się go widuje – natomiast starszy brat najczęściej był do jego dyspozycji, ponadto niemal zawsze służący dobrą radą i chęcią pomocy. Delmare co prawda na ogół wolał udawać, że pomocy nie potrzebuje, właściwie starał się próbować do skutku, ale nie czuł się głupio, kiedy Billy mu pomagał, na przykład podczas pierwszego podejścia do miotły. Przy innych ludziach czuł się głupio nawet kiedy tylko potknął się o rozwiązane sznurówki.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Delmare nie był zbieraczem. Chociaż pozory mogły mylić. Wszakże nie tylko w swojej tajnej kryjówce na Nokturnie trzymał góry bibelotów niepotrzebnych nikomu, ale na każdą z tych rzeczy potrafił znaleźć dobre wytłumaczenie. Przeznaczenie fałszoskopu w ogóle było oczywiste i chyba nikomu nie trzeba tłumaczyć, do czego ten przedmiot służy. A przynajmniej Delmare, zapytany o to przez Lily Potter, dał się trochę zbić z pantałyku.
      – Przecież to oczywiste. Żeby wiedzieć, czy Oni czają się gdzieś obok. Mam ich na ogonie od kiedy... – Zamilkł na moment, widocznie znowu podejmując próbę sprawienia świdrującym spojrzeniem, żeby fałszoskop jednak wydał jakiś dźwięk. – No, w sumie nieważne, od kiedy. Ważniejsze, że się przydawał. Będę musiał go naprawić.
      Westchnąwszy, napił się trochę napoju. Właściwie klasyczna kwaśna lemoniada robiona z cytryny nie była jego ulubioną, ale należała do tych tańszych napojów, które serwował Skaczący Garnek. Markson nie miał wiele pieniędzy. Wyłuskał ostatniego knuta dla sprzedawczyni, trochę z żalem, ale nowy kałamarz będzie musiał jeszcze chwilę na niego zaczekać.
      Właściwie nie wiedział, co myśleć o Lily. Oczywiście zdawał sobie sprawę z tego, co dobrego zrobili jej rodzice, w końcu jej cała rodzina była sławna na cały świat czarodziejów. Chyba nawet kiedyś mignęło mu jej zdjęcie w gazecie, z jakichś urodzin, zrobione przez wścibskiego fotoreportera... Delmare nie zamieniłby się z dziewczyną. On na jej miejscu pewnie miałby poczucie, że nigdy nie zrobi nic więcej ponad to, co zrobili rodzice, a taka atmosfera potrafi człowiekowi podciąć skrzydła. Uważał się w tej kwestii za szczęściarza, bo jego rodzice, którymi byli mugole, nie odznaczali się bardziej niż on na tle innych ludzi.
      Rzecz jasna, nie zamierzał z byle powodu rezygnować z dowiedzenia się czegoś o tych słynnych Potterach.
      – To co robisz w te wakacje, Lily? - Odezwał się po jakiejś chwili. – Coś ciekawego?

      Usuń
  104. [cześć, Łobuziaku. :3 Lily bardzo fajnie Ci wyszła, wizerunek z fajnego filmu, no i karta świetnie napisana. <3 chodź na wątek, hm? :D]

    Victoria.

    OdpowiedzUsuń
  105. [Witam. Jeżeli nadal masz ochotę na pisanie wątku, to możemy nad czymś pomyśleć. Sam na razie niewiele mam do zaoferowania, gdyż urlop trochę wybił mnie z hogwarckiego rytmu, ale może Ty coś tam chowasz w zanadrzu. <;]

    Noah

    OdpowiedzUsuń
  106. Wyrzucał zazwyczaj z siebie słowa beztrosko i bez pomyślunku, nie zdając sobie sprawy z tego, jak mogą one być odbierane przez otoczenie lub wpływać na drugiego człowieka. Stwierdzał fakty i dziwił się, że ludzie miewają mu pewne rzeczy za złe, bo sam nie potrafił doszukać się niczego zdrożnego w swoim postępowaniu. Nigdy nie miewał złych intencji, nie należał do ludzi, którzy za główny cel w życiu obierają sobie umyślne ranienie ludzi, cała ta otoczka chama, która czasami się wokół niego pojawiała wynikała z niezdementowanych plotek i złego odbierania jego słów.
    No bo przecież nie chciał zranić Lily Luny. Stwierdzał fakty dla niego oczywiste, jak gdyby powiedział, że trawa na dziecinnych rysunkach jest zielona, a niebo niebieskie (wiadomo, że w rzeczywistości bywało z tym różnie, zwłaszcza w czasie burz i susz), nie zwrócił więc też uwagi na to, że dziewczyna poczuła się w pewien sposób niezręcznie. Nie był mistrzem w odczytywaniu emocji z twarzy swoich rozmówców, potrzebował wysilić swoją uwagę i instynkt, aby dostrzec to, co niektórzy widzieli przy pierwszym rzucie oka na daną osobę. Teraz zaś był na tyle rozluźniony, że nie przypatrywał się każdej reakcji Lily Lunie, nie doszukiwał się na siłę czegoś, czego nie powinno być.
    — Dobra, powiem ci pod warunkiem, że to nigdy nie opuści murów tego pomieszczenia. Obiecaj. — Westchnął głośno, odsuwając się nieco od okna, na długość ramion, opierając się cały czas dłońmi o parapet. Nie zerkał na swoją rozmówczynię tylko w dal, na odległy brzeg jeziora. — To powód dla którego moja rodzina omija mnie szerokim łukiem. Niby mamy dwudziesty pierwszy wiek, a dalej pewne tematy w pewnych rodzinach są tematami tabu. Na przykład homoseksualizm. — Zrzucił tę bombę bez przygotowania, prosto, suchym i beznamiętnym tonem. — Od kilku lat wiedziałem, że coś jest ze mną nie tak, zawsze jednak odrzucałem tę myśl, tuszowałem ją i ignorowałem, bo nie chciałem się do tego przyznawać. No bo wiesz.... to nie jest coś, czym powinno się szczycić. To nie nieprzeciętna inteligencja czy wybitne zdolności sportowe.
    Nie miał zdania na temat homoseksualizmu. Nigdy nie zastanawiał się nad tym czy jest on czymś całkowicie naturalnym, wynikającym z natury i istniejącym w przyrodzie od zarania dziejów czy tez jest to choroba psychiczna i wynaturzenie człowieka. Kiedyś usłyszał zdanie, które mocno zapadło mu w pamięć — zjawisko homoseksualizmu znają wszystkie gatunki istniejące na świecie, homofobię uprawia tylko człowiek.
    — Przecież nie wykluczą mnie z rodziny, ale na pewno nie jest to na ich rękę. Uważają, że to chwilowa, młodzieńcza fanaberia, zły wpływ otoczenia i że kiedyś mi minie. Że mnie wyleczą. Starszych braci to średnio obchodzi, ale ich w domu nie ma, pozaczynali nowe życia, młodsze rodzeństwo jest jeszcze zbyt podatne na to, co rodzice mówią. Więc wiesz, jest jak jest. Jak można wyleczyć homoseksualizm? — Dopiero teraz obrócił się w stronę Lily z tym pytaniem na ustach i zmarszczonymi brwiami.

    OdpowiedzUsuń
  107. [ Myślałam już jakiś czas temu, że zawitać z propozycją wątku, ale zawsze pod drodze coś mnie zatrzymywało, a że dziś mój dzień rozpoczął się wyjątkowo dobrze, nareszcie trafiłam pod twoją kartę i cóż, proponuję wątek.]

    Luke

    OdpowiedzUsuń
  108. [ Nie, jeżeli chodzi o te rody, Luke jest wolny od zobowiązań i nie sądzę, by w przyszłości sytuacja uległa zmianie. Co do wątku, ostatnio namnożyło mi się ciężkostrawnych historii, od których chciałabym nieco odsapnąć i stąd nadzieja na coś lekkiego, bez uprzednich, dramatycznych wydarzeń i najlepiej z rozwijającą się po swojemu akcją. Nieczęsto zdarza mi się łączyć mojego chłopca z młodszymi postaciami, ale podejrzewam, że potrafi dogadać się w stopniu zadowalającym z niższymi rocznikami, więc może odniesiemy się do pozytywnego powiązania? Szczegółów na razie nie wymyśliłam, nie wiem, co lubisz w wątkach a czego nie, czy wolisz rzucić ich w wir wydarzeń, bądź spokojnie prowadzić wedle uznania i z tego względu mogę jedynie zaproponować taki niekompletny zarys.]

    OdpowiedzUsuń
  109. [ Szczerze? Pomysł z zadawaniem lukowemu krępujących pytań niesamowicie przypadł mi do gustu, jest naprawdę świetny. Ja także miarkuję rozwój wydarzeń i rozwijam się nad życiem uczuciowym, ale to chyba dobrze, że udało się nam na siebie trafić, bo przynajmniej w pewnym sensie dogadamy się pod względem treści napisanego tekstu. Nie ma co przedłużać, wszystko ustalone i nie mogę się doczekać, aż zaczniemy, ale wydaje mi się, że trzeba rozpocząć z perspektywy Lily, a z tego co widzę, jesteś na urlopie i o niebiosa, pewnie nie będziesz mieć na to czasu, jednak jestem skora poczekać. Bądź zacząć, ale robię to zazwyczaj niechętnie.]

    OdpowiedzUsuń
  110. [Testament mój. Ktoś czytał to na lekcji, a mnie płynęły łzy. Serio :D
    Niech go pogryzie (podobno najgorsze są ugryzienia konia i człowieka :D) Chociaż wydaje się być taką niewinną dziewczynką...]

    Thomas Spencer

    OdpowiedzUsuń
  111. [Przepraszam za długą nieobecność. Już wracam, zwarta i gotowa. Dalej chcemy iść na lody, czy w związku z szybko upływającymi wakacjami wącimy już w Hogwarcie?]

    Kochający Albus <3

    OdpowiedzUsuń
  112. [Przybywam!
    Łatwiej będzie wymyślić coś pomiędzy Lily i Freddiem, bo, niestety, Amelia nie przepada ani za Gryfonami, ani za ─ bez obrazy! ─ dziećmi. Nie bardzo tylko wiem, jak by ich połączyć, z początku myślałam o czymś w rodzaju "wielkiego zjazd GD", ale za dużo szykuje mi się wątków w podobnym tonie, chyba że taki zarys ci pasuje.
    A jeśli wymyślisz coś lepszego, to, oczywiście, zacznę z miłą chęcią. :D]

    Frederick

    OdpowiedzUsuń
  113. [Dzięki!
    Pomysł dobry, ale Frederick pewnie nie zacząłby za nią biec, raczej użyłby jakiegoś zaklęcia, ale to w sumie mały szczegół. W którym miejscu zaczynamy? W sensie, masz jakiś zarys miejsca, gdzie będzie się to działo, korytarz, biblioteka?]

    Frederick

    OdpowiedzUsuń
  114. [ Bardzo mi się podoba zaczęcie, naprawdę.]

    Od samego początku wiedział, że jest inny, może nie tyle co wyjątkowy, lecz jedyny w swoim rodzaju, nie dopuściwszy do siebie świadomości, iż w niedalekiej przyszłości może stać się obiektem powtarzalnym. Choć lata dzieciństwa gorzko smakowały na języku, nie tracił otuchy ani wiary, niekiedy tylko wzdychał głęboko, gdy szare ściany kurczyły się pod naporem błękitnych oczu. Zasługiwał na więcej, niż postanowiono mu dać, ale nie śmiał narzekać, bo nie znał życia pozbawionego samotności i wyobcowania, dopiero z czasem bogacąc się w doświadczenia, które zaoferował mu magiczny świat.
    Nigdy w pełni nie zrósł się ze społecznością czarodziei, zawsze w połowie drogi gubił sens powziętych postanowień i zawracał, niezbyt chętny na głębsze wdrożenie się w nową rzeczywistość, niekoniecznie przekonany, że czas porzucić wiedzę pielęgnowaną od maleńkości na rzecz całkowitego omamienia się przez mnogość użytecznych zalet różdżki. Dopóki potrafił, pragnął radzić sobie sam i nie potrzebował do tego niezliczonej ilości zaklęć, od których intonacji niejednokrotnie zależało czyjeś zdrowie. Tym samym pozbawił się chwały, jaką niosła za sobą przynależność do domu Roweny, ustępując miejsca tym, którzy z niegasnącym zapałem wertowali stronice starych ksiąg. Nie wstydził się swego niedopasowania i niebawem informacja o niekrukońskim Krukonie obiegła kamienne mury wzdłuż i wszerz, wciąż burząc tak samo, jak doniesienia o lękliwych Gryfonach, bądź Ślizgonach z litościwym sercem.
    Mimo że jego ręka nie wystrzeliwała do góry, aby trafnie odpowiedzieć na zadane pytanie, a referaty nie zwykły docierać do powołanych ku temu dłoni, nie opuszczało go przeświadczenie o unikatowości, tej jednej, acz nieszablonowej cesze, dzięki której mógłby dosięgnąć pełni szczęścia. Im więcej lat mijało, tym silniej chwytał się okruchów nadziei, toteż gdy w połowie czwartego roku poczęły budzić się w nim pierwotne instynkty i potrzeby, zaczął wypatrywać wybranki swego serca, być może niesamowitej persony, przy której spłynąłby na niego blask długo wyczekiwanej niezwykłości. Nie musiał się starać, by zainteresować swą osobą płeć przeciwną, miał wrodzony wdzięk, przystojną twarz i godziwy wzrost, trzy czynniki pozwalające na wychwycenie go z tłumu i uznanie za osobnika wartego uwagi. Był też nieco zamknięty w sobie, o wiele bardziej tajemniczy niż otaczające go wyrostki, toteż z dotykiem palców i fakturą warg zapoznał się z niebywałą szybkością, zapamiętując jedynie, że rozmijało się to z głównym znaczeniem przyjemności.
    Nie czuł drżenia na myśl o pięknych niewiastach, nie śnił o nich po nocach ani nie domagał się intymnych przysiąg, o których w nocnych godzinach prawili jego współlokatorzy. Łamał serca, gdy nie potrafiąc odwzajemnić cudzych uczuć, decydował się zakończyć pasmo męczących spotkań, w żadnym stopniu niezaangażowany w tworzenie zdrowej i potrzebnej w tak młodym wieku relacji. Z przyjemnością podziwiał kształtne ciała, ale owemu podziwowi brakowało głębi, był czymś powierzchownym, zupełnie jak zachwyt nad wybitną sonatą, którą przychodziło grać mu w piątkowe wieczory.
    Przełom nastąpił niespodziewanie, kiedy wpadł do męskiej łazienki bez wcześniejszego uprzedzenia, napotykając się na nagie ciało kolegi z domu. Ciemnowłosy młodzieniec nie przejął się zanadto, owinął się ręcznikiem, a potem zniknął za drzwiami, lecz Luke nie mógł przestać płonąć, nieważne jak długo policzkiem przylegał do chłodnej, naznaczonej kafelkami powierzchni. Ogień trawił go od środka, parząc, wyrządzając ogromne szkody w postaci niewypowiedzianych pytań i swędzących odpowiedzi. Tamtego dnia pojął czym w istocie była jego niepospolitość, czym była i co znaczyła, a przede wszystkim jak wieloma kolorami naznaczyła szarość istnienia.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dlatego też z niejakim zaskoczeniem przyjmował do wiadomość zasłyszane słowa, nie próbując nawet odpowiadać na paplaninę dotyczącą wdzięków znajdującej się przed nim istoty. Odcięła mu drogę ucieczki i prawdopodobnie zniszczyła ostatnią szansę na przypodobanie się wykładowcy eliksirów, ale z względów oczywistych, które podpowiadały mu, iż nie dotarłby pod wyznaczoną salę, westchnął jedynie przeciągle i obdarzył szybkim spojrzeniem.
      - Jesteś jeszcze mała – stwierdził bezceremonialnie, co zabrzmiało stonowanie i grzecznie, ucinając teoretyczną możliwość oskarżenia go o rozsiewanie oszczerstw.
      Oparł się wygodniej o zastawioną obiektami półkę i dotknął palcami jej policzka, odwzajemniając nietypową metodę na sprawdzenie jego męskości, w tym wypadku jednak przeinaczoną na sprawdzalność stopnia, jaki dziewczę przykładało do swej fizyczności. Nie dostrzegł na opuszce palca jakiejkolwiek smugi świadczącej o zjawisku powszechnie nazywanym makijażem, więc od razu założył, iż nie rozmawia z nikim, kto zbyt daleko wybiegł w proces dojrzewania.
      - Czego nie rozumiesz? - zapytał i uśmiechnął się krzepiąco. - Ja też nie rozumiem wielu rzeczy.

      Luke

      Usuń
    2. w ogóle tak to czytam znowu i ile powtórzeń, zjedzonych liter oraz wyrazów, więc błagam o wybaczenie, muszę bardziej przykładać się do korekty

      Usuń
  115. [Losie, taka kochana i cudowna ta Lily, że aż zapomniałam, że jest córką znienawidzonej Giny hyhyh
    Jakoś tak się składa, że zawsze trafiasz na moje małe, zagubione nastolatki, a tu się okazuje, że zdarza mi się prowadzić okropne kanalie. takich jakiś świat jeszcze nie widział :D
    Dziękuję bardzo za poprawki, zaraz się tym zajmę! I pomyślę nad jakimś wąteczkiem między naszymi totalnie różniącymi się panienkami :3]

    Esmeralda

    OdpowiedzUsuń
  116. [Przepraszam, że nie odpisuję, ale szczerze mówiąc, nie potrafię zebrać w sobie motywacji, aby grać Dorrellem. Wiem, że przerwy bardziej ostudziły mój zapał do pisania, ale myślę, że to głównie sama kreacja Notta po czasie przestała mnie fascynować i najzwyczajniej w świecie się znudziła. Najprawdopodobniej zrezygnuję z bloga, ale chciałam cię o tym poinformować, ponieważ ucieczka stąd bez słowa nie jest fair, a poza tym dziękuję, że zaproponowałaś mi wątek. Przykro mi, że nie zrealizujemy go i to całkowicie z mojej winy. Mam nadzieję, że nie będziesz się na mnie długo gniewać. Na koniec życzę ci mnóstwa weny!]

    DORRELL

    OdpowiedzUsuń
  117. Chyba nie wierzył własnym uszom; właściwie po raz pierwszy tak naprawdę zwątpił w to, co usłyszał i siedział chwilę całkowicie zbity z pantałyku. Nie wiedział jak ma zareagować, otępienie na jego twarzy musiało wyraźnie się odmalować.
    Ona naprawdę to łyknęła. Jak młody pelikan. Nie, naprawdę nie potrafił w to uwierzyć.
    Kiedy zaś dotarło do niego, że Lily nie żartuje, że naprawdę uwierzyła w każde jego słowo, potrafił tylko wybuchnąć niepohamowanym śmiechem. Stał tak, oparty plecami o parapet i się śmiał, zakładając ręce na pierś. Chichrał się jak małe dziecko, któremu udało się wykręcić rodzeństwu najpyszniejszy żart dziesięciolecia; a przecież tym razem nawet się jakoś specjalnie nie starał, mówił przedtem to, co mu ślina na język przyniosła. Naprawdę, brakowało do tego, aby popłakał się ze śmiechu.
    Jakoś udało mu się zdusić na chwilę śmiech, aby wykrztusić z siebie:
    — Jeju, naprawdę w to uwierzyłaś.
    Odchrząknął jednak w końcu znacząco i pohamował śmiech, chociaż w spojrzeniu, które uporczywie wlepione było w swoją towarzyszkę dostrzec można było bez trudu iskierki rozbawienia. Przeczuwał jednak, że jego nagły wybuch radości, może zostać źle odczytany przez dziewczynę. Po pierwsze, okłamał ją. Nawet jeżeli była to jedynie niewinna historyka wyssana z palca, mogła zostać uznana za jawne zakpienie sobie. Po drugie, nie dość że pominął się w sposób znaczny z prawdą, to w dodatku był z siebie zadowolony, jak gdyby zdobył co najmniej Everest. A jak nie Everest to chociaż K2. Jednak chyba dalej w dużym stopniu był chłopcem, którego cieszyły małe, niepozorne rzeczy.
    — Hej, wyglądam na geja? — Dopiero po chwili dotarło do niego, że powinien uznać cała sytuację za niepokojącą, a nie śmieszną. Skoro Lily tak łatwo uwierzyła w jego zmyśloną opowieść, oznaczało, że już wcześniej musiała wysnuwać podobne wnioski względem jego osoby. I chociaż nadal nie potrafił powstrzymać rozbawienia, raz na jakiś czas dziwnie prychając pod nosem stłumionym śmiechem, w głowie pojawił się jemu czerwony alarm, ostrzegawcza lampka, która zawsze mówiła mu, aby zachował jakąś ostrożność. — Zaraz, zaraz, dlaczego w to uwierzyłaś tak łatwo? — zmarszczył przy tym swoje ciemne, nieco krzaczaste brwi. Zabawnie to wyglądało, tak bardzo kontrastując z jego podobnym spojrzeniem.

    [Mam mało weny ostatnio, ale pamiętaj, że dalej jestem tutaj i się nie wybieram nigdzie! :D]
    Brandon Alexander Ware

    OdpowiedzUsuń
  118. [A to Lily nie lubi Puchonów? Jak to tak nie kochać Ashtona?]
    //Ashton

    OdpowiedzUsuń
  119. [ To co, zamieszanie w Hogsmeade robimy? :D ]

    Jacca Radley

    OdpowiedzUsuń
  120. [W takim razie musi, musi. Bardzo się nie zmienił, choć już na pewno taki przerażony nie będzie! Kolejne spotkanie na Wieży Astronomicznej, czy gdzieś indziej, żeby nie powtarzać? :D]

    Archie

    OdpowiedzUsuń
  121. [ Może darujemy sobie wątek tutaj i postawimy na śmierciożerczą akcję? Nie ukrywam, że byłoby to dla mnie znacznie lepsze rozwiązanie, a i oczywiście tam możemy sobie pozwolić na pikantniejszą akcję.]

    Luke

    OdpowiedzUsuń
  122. [Cześć. Jak tak czytam Twój komentarz, to coraz bardziej nastawiam się na to, że mogłoby z tego wyjść coś naprawdę ciekawego. Tavvy'emu na bank Lilka będzie działać na nerwy. Wygląda na to, że samą relację mamy, teraz tylko kwestia fabuły wątku. W tej chwili nic mi nie przychodzi na myśl, jednak będę się zastanawiać. Chyba, że Ty coś masz?]

    Octavian

    OdpowiedzUsuń
  123. [Włóczykijuu, wydaje mi się, że wreszcie może nam wyjść wątek. :D]

    Ellen Ridley

    OdpowiedzUsuń
  124. [Dobra, jestem, mogę zaczynać! Musisz mi tylko przybliżyć pomysł samego wątku, o ile jeszcze masz na niego ochotę, bo długo mnie nie było, może straciłaś chęci. Ale już jestem. I nie zanosi się, żebym prędko stąd miała uciec.]

    Archie

    OdpowiedzUsuń
  125. [Cześć, witam młodszą siostrzyczkę <3 Przyszłam zapytać o jakiś wątek, lub tylko ewentualne ustalenie relacji. W końcu Lily to słodka siostrzyczka Jamesa, coś by się przydało wymyślić.]

    James Potter

    OdpowiedzUsuń
  126. [Kochanie Ty moje piękne, mam dwa pytania:
    1. Kiedy w końcu robimy wątek i na czym stanęło w planowaniu go? XD
    2. Masz coś przeciwko, jeśli w opku konkursowym wykorzystam postać Lily i uszkodzę trochę Harry'ego lub Ginny?]

    Albus

    OdpowiedzUsuń
  127. [pf. obrażam się. kuzynka mnie olewa.
    A TY TO RUDA JESTEŚ, WIESZ?!]

    Roxanne.

    OdpowiedzUsuń
  128. [Podoba mi się ten pomysł z próbowaniem skłonienia Ellen do umorzenia długu, będzie zabawnie i na pewno ciężko, bo Ridley lubi swoje pieniądze oraz całą resztę. :D
    Rozumiem, że mam zacząąć?]

    Ellen

    OdpowiedzUsuń
  129. [W takim wypadku mam nawet pomysł na wątek. Plotki o Potterach na pewno przyjemne nie są, a i znajdą się tacy, co będą Lily po prostu dokuczać, w końcu jest w IV klasie i chodzą tam jeszcze gówniarze. Albus co prawda oddala się od rodziny coraz bardziej, ale zależy mu na siostrze. W końcu niczym nie zawiniła i właściwie jest najweselszą częścią tej rodziny. Dlatego, gdy przypadkowo natrafi na dokuczających dziewczynie chłopaków (lub dziewczyny, bo te też potrafią być wyjątkowo okrutne), stanie w jej obronie i... tego się nie będzie spodziewał, ale będzie musiał zająć się młodszą siostrą, bo ta pęknie i po prostu wybuchnie płaczem jak małe dziecko. I zacznie się dramaturgia rodzinna i w ogóle :"D
    Mogą wyskoczyć do Hogsmeade (olewając zakaz, aczkolwiek to byłoby skrajnie głupie i niebezpieczne - czyli bardzo w stylu Albusa).]

    Albus

    OdpowiedzUsuń
  130. [cześć, Ruda! wracam z urlopu i przyszłam zaprosić Cię na wątek z moją wredotą. masz ochotę?]

    Misery.

    OdpowiedzUsuń
  131. [Już myślałam, że mi siostrzyczka uciekła, a tu proszę <3 James w Slytherinie sobie urzęduje, bo mi nigdzie indziej nie pasował. W kanonie niby Gryfon, ale tu się chyba pani Rowling pomyliła. No, ale to tylko takie moje skromne zdanie. James troszkę się z Albusem... no cóż, się nie rozumieją do końca, ale Lily to inna sprawa. Ona jest takim promyczkiem tej rodziny. Więc James, nawet jako ten obojętny i zimny Potter, musi ją kochać całym serduszkiem. Taką mam wizję, ale nic konkretnego mi do głowy nie przychodzi. Widzę, że już ją Albus będzie pocieszał i z opresji ratował, także powielać wątków nie będziemy. Może Lily jakieś zauroczenie będzie przeżywać w najbliższym czasie? W takim wypadku zgłaszam Jamesa na obrońcę godności swej siostry :D]

    braciak <3

    OdpowiedzUsuń
  132. [Nie zapomniałam, jestem. Zacznę dziś wieczorem, obiecuję!]

    Archie

    OdpowiedzUsuń
  133. Archibald dobrze pamiętał to spotkanie na Wieży Astronomicznej z Lily Potter, która o mały włos nie spowodowała jego śmierci. Oczywiście, żartuje sobie, tak powiedziałby Archie, jakby komukolwiek opowiedział ową historię. Tak naprawdę to on był głuptaskiem, który przeraził się ciekawskiej uczennicy z młodszego rocznika, ale teraz sam sie z tego śmieje. Gdy mijają się na korytarzu wymieniają radosne uśmiechy i nawet udało im się czasem pogadać, zawsze wtedy, kiedy Lily nie biegała tam, czy z powrotem i nie straszyła innych uczniów na Wieży Astronomicznej.

    Tym razem po prostu przechadzał się po korytarzu w poszukiwaniu jakiegoś zbłąkanego kota, którego mógłby przygarnąć, bo jego pan lub pani na pewno porzucili go na zawsze i Archie mógł go zabrać. Sytuacja wyglądała jednak tak, że prędzej czy później właściciel futrzaka się znalazł, o ile wcześniej kociak nie został przestraszony przez nadmierne kichanie i siorbanie nosem Puchona-alergika. Żadnego kota jednak na horyzoncie Archie nie widział, więc postanowił udać się do Wielkiej Sali, jako że był już wieczór, a on nie jadł obiadu. Chciał skrócić sobie drogę, ale się zgubił. Upsi. Znalazł się gdzieś na piątym piętrze, w korytarzu, którego nie rozpoznawał i który był opustoszały. Już miał zawrócić, kiedy usłyszał jakiś szmer na końcu, za rogiem. Buchanan to ciekawska istota, więc ruszył w tamtym kierunku. Jakie jego zdziwienie było, kiedy znalazł małą Lilkę Potter, która... płakała. Ta pozytywna osóbka tak go zaskoczyła swoim teraźniejszym stanem, że Puchon nie wiedział, co ma powiedzieć, zresztą dziewczyna zdawała się go nie zauważać.
    - Hej - powiedział ostrożnie, bojąc się reakcji dziewczyny, którą ledwo znał, nie wiedział więc, jakie ma podejście do niemal obcych ludzi, którzy widzą ją bardzo, ale to bardzo smutną - wszystko w porządku? - najgorsze pytanie padło z jego ust, nim zdążył ugryźć się w język.

    Archie

    OdpowiedzUsuń