26 lipca 2015

I’m insecure and I care what people think

ARCHIBALD ABSALON BUCHANAN III
16.06.2005 – 16 Lat | Czysta krew | Szkocja | Hufflepuff | VI rok
15 cali, świerk, włos z ogona testrala, giętka | boi się burzy | nie potrafi wyczarować patronusa 

Widzisz tego wysokiego i chudego chłopaka w szarym t-shircie i dżinsach? Z czupryną nijakich włosów, których koloru nie sposób określić? Tak, tego, który tak uważnie śledzi tekst w trzymanej w dłoni książki, tego, który zawsze milczy, a uśmiecha się... nigdy? Patrz tam, siedzi przy stole Puchonów i je śniadanie, zachlapał sobie ubranie mlekiem, a to wszystko dlatego, że przepisuje ostatnie wersy swojej pracy domowej na Obronę Przed Czarną Magią, która nie za bardzo mu idzie. Jak się przyjrzysz, to zobaczysz wystający z jego torby dziennik, który skrupulatnie prowadzi odkąd znalazł się w Hogwarcie, to jego szósty - co roku ma nowy. Dziwne, że głębiej ma wciśnięte idealnie napisane wypracowanie na zielarstwo, niż tak prywatną rzecz. O, a z kieszeni dżinsów wystaje mu różdżka, nieco za długa. Wiesz, że to świerk? Dlatego Archie nie za bardzo umie się nią posługiwać, to ciężkie drewno. Ty nie wiesz, ale Puchoni tak, że całe swoje niebotycznie wysokie kieszonkowe wydaje na książki i składniki do przyrządzania eliksirów. Biedaczek, zamiast kupić sobie coś fajnego, woli zaopatrzyć się w roczny zapas śluzu gumochłona i inne obrzydliwe substancje. 

Patrz, wstaje! Nawet po sobie posprzątał, jaki porządniś. Zaraz zaczyna się trening Quidditcha, w końcu jest sobota. Ale nie, pomyliłeś się. Archiemu kiepsko idzie na miotle. Skręciłby sobie kark, gdybyś kazał mu na niej siedzieć dłużej niż piętnaście minut. On idzie do biblioteki. Tak, nie przesłyszałeś się do B-I-B-L-I-O-T-E-K-I! W sobotę! Patrzcie go, jaki dziwak. O, ktoś rzucił mu współczujące spojrzenie, jakby było mu czego współczuć, też mi coś! Sam sobie zgotował taki los, biedny nasz Archie. Spójrz na jego pochyloną głowę, niepewność w oczach i smutek, czający się na jego twarzy, w sumie, rzeczywiście może wzbudzać współczucie. 

Chodźmy za nim, zobaczymy co zamierza robić w tej bibliotece! No tak, będzie się uczył, co innego mógłby robić. Ech, nic ciekawego, jak się można było domyślić. Skrupulatny, dokładnie wie czego chce, choć może tego po nim nie widać. Ale wiecie, to może jest naprawdę wesoły chłopak? Tylko skryty za swoją poważną i opanowaną maską, kto go tam wie. Ale teraz dajmy już sobie z nim spokój, dobrze? Chodźmy pooglądać trening Qudditcha, może ktoś spadnie z miotły! Ale by było!


I was told when I get older all my fears would shrink,
But now I’m insecure and I care what people think. 
odautorsko: Dawno mnie nie było na tego typu blogu, więc wybaczcie wszystkie błędy, jakie popełnię. Postać nie moja, wzięta z Wolnych, ale typowa dla mnie - uwielbiam takich Puchonków nieporadnych. Nie umiem wymyślać relacji, uwielbiam zaczynać, najlepiej długie wątki. Z Archiem możecie zrobić wszystko, oczywiście w granicach rozsądku. I bez rzucania Avady, bo gdzie tu by była zabawa? Dziwny z niego chłopak, karta może uboga, ale wszystko zawsze wyjdzie w wątku, mniej informacji = większe pole manewru. Zapraszam w moje skromne progi. Może ktoś ukocha sierotkę Archiego?

odpisuję w tylko sobie znanej kolejności; czasem zajmuje mi to kilka minut, czasem dzień, więc bez spiny... są drugie terminy; nie zostawiam nigdy nikogo na lodzie, w razie czego - upominać się po tygodniu braku odpisu z mojej strony

112 komentarzy:

  1. [Witamy na blogu i życzymy udanej zabawy :)]

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. [Dziękuję, na pewno taka będzie :D]

      Usuń
  2. [Mogę go zjeść? <3]

    Suzanne

    OdpowiedzUsuń
  3. [Zamiast wydawać kieszonkowe na takie niepotrzebne rzeczy, mógłby czasem coś zafundować Hattie, taka sugestia tylko. Cześć. :D]

    Baldwin/Hattie

    OdpowiedzUsuń
  4. [ ♥ chyba go ukradnę dla mojek Rachiell. On jest CUDOWNY. ]
    Rachiell Lestrange and Marcus Rothesay

    OdpowiedzUsuń
  5. [ Kocham karty pisane w ten sposób. Ach. Dzień dobry c: ]

    Freddie Weasley

    OdpowiedzUsuń
  6. [A więc go porywam. I wymyślę im coś fajnego. ]
    Porywaczka Rachiell

    OdpowiedzUsuń
  7. [Ale on fajny! To zdjęcie jest piękne i faktycznei bardzo fajnie napisane ;) Zapraszam do Elizabeth ;)]
    Elizabeth Weiss

    OdpowiedzUsuń
  8. [Słodki on jest. Aż za słodki. jak nutella z dżemem, choć to musze przyznać połącznie jest niesamowicie smaczne. Serena by go zjadła na obiad i popiła mlekiem! Cześć :)]

    Serena puchonożerca

    OdpowiedzUsuń
  9. [Ale drama! Ale to lubię i teraz 100 plusów dla ciebie, Bo Birdy jest najlepsza! ;) No to dawaj. Mogę zacząć, tylko opisz mi dokładniej wszystko, chyba, że nie masz pomysłu to zarzucę paroma swoimi asami (a ich nie mam xd) :)]

    OdpowiedzUsuń
  10. [Na co komu budzik? Nie lepiej po prostu spać dalej i mieć wszystko w czterech literach? :D A co będzie z tym wyzyskiem? Bo Hattie to tak na poważnie mogłaby sobie z niego zrobić maskotkę od fundowania jakichś drobiazgów, może nawet od zadań domowych - co z tego, że jest rok niżej? Wydaje się mądrą bestią. Wszyscy wokół mówiliby mu, że ta zła Ślizgonka go wykorzystuje, ale on wiedziałby swoje, czy coś.]

    OdpowiedzUsuń
  11. [Jako, że oboje są dość skryci, mogą się właśnie przez to rozumieć i darzyć wielką przyjaźnią. Kurczę, twoja postać jest świetna i kurcze może Elle też się w nim podkochiwać? I może tak włażdnie będzie, że Elle nie będzie mu chciała powiedzieć, bo będzie się bała odrzucenia. Potem jak Archie się przyzna to nie wiem ucieknie jej, bo będzie myślał, że ona nic do niego nie czuję, hmm? Od czego mam zacząć pisać chyba, że jednak ty wolisz? :D]

    OdpowiedzUsuń
  12. [Jaki tam wstyd! sama nie dawno nie wiedziałam :) Jeżeli chcesz to mimo, że są wakacje to wątek może być w Hogwarcie, i chyba tak będzie najlepiej. Ale jeśli chcesz to możemy zrobić wakacyjny wątek, ale chyba lepiej w Hogwarcie, bo szkoła i ogólnie więcej może być ich rozmów i takie tam xd]

    OdpowiedzUsuń
  13. [Pasuje! :)) Posunę pomysł, nie będzie górnolotny, bo muszę się jeszcze wkręcić w pisanie po długiej przerwie, ale ty zaczniesz. Nie wiem, jaką relację widziałabyś pomiędzy naszą dwójką i czy wolisz iść w stronę skomplikowanych wątków, czy bardziej przyziemnych, spokojnych. Będę strzelać, dlatego zwolnij mnie, gdy rozpędzę się za bardzo, dobrze? Puchoni znać się muszą, dlatego zakładam, że będą w dobrych relacjach. Proponowałabym, żeby wątek osadzić w szkole, ponieważ nie wiem, czy dobrze spiszę się w klimacie czarodziejskich wakacji. Suzanne mogłaby namówić Archiego na podróż do wioski na miotłach. Błagałaby wręcz na kolanach i jakimś cudem udałoby jej się namówić kolegę, który jako jedyny zostałby z sobotę w dormitorium. Podczas lotu dmuchnąłby boczny wiatr i jeden z nich zostałby porwany w wir powietrza. Prowadzony na ślepo, wylądowałby na nieznanym terenie. Drugi poleciałby za nim, zamiast pędzić po pomoc. razem musieliby przetrwać kilka dni poza szkołą, a później mieliby poważne kłopoty. Co ty na to?]

    Suzanne

    OdpowiedzUsuń
  14. [ Jaki on uroczy <3 ]

    Rachel

    OdpowiedzUsuń
  15. [ Widzę, że niezły tłum się tu zrobił, ale nie byłabym sobą, gdybym nie wcisnęła się gdzieś na szary koniec, więc jeżeli twego chłopca najdzie ochota na zacieśnienie więzów z moim, bardzo mnie to ucieszy.]

    Luke

    OdpowiedzUsuń
  16. [Głupie pytanie, możesz. :) I wybieram drugą opcję, bo trochę nielogiczne byłoby, gdyby Suzanne została porwana, gdy latała w gorszej pogodzie i robi to od tylu lat, a Archie rzadko dosiadający trzon, utrzymałby się na miotle. :) Czekam na zaczęcie. <3]

    Suzie

    OdpowiedzUsuń

  17. [Chyba nie jestem najlepsza w tłumaczeniu, bo chodziło o to, że jak my mamy wakacje to nasze postacie w Hogwarcie mogą mieć normalnie szkołę, więc mam nadzieję, że nie jesteś zła jak będę pisała, że jest rok szkolny. Bardzo dobrze zaczęłaś i nie pisz go od nowa! :)]

    Elizabeth już siedziała z szerokim uśmiechem czekając na chłopaka. Za niedługo wakacje więc mogła siedzieć z kim chciała. A tak właśnie wypadło, że wielu Krukonów jak i innych uczniów nie było. Zapewne pani od Zielarstwa lub od latania na miotle pozwoliła uczniom polatać bądź po wyrywać parę Gnmów, zaskakując, że uczniowie naprawdę to lubią. Ale jako że ani Archie ani Elle nie należeli do tych uczniów, to korzystali. Rozejrzała się po sali i spostrzegła, że nie ma Russa, no tak może ma któreś z Kółek to oznacza, że spokojnie może pogadać z Puchonem. W sumie brat zawsze mówił, że do niego nic nie ma więc nie było z tym żadnego problemu. Tak, brat ją kontroluję, chyba każdy uczeń na jej nieszczęście o tym wiedział. Gdy zobaczyła ubrudzonego Puchona, od razu wiedziała, że to jej Puchon. Tak perfekcyjna pani Weiss również potrafi się zakochać, ale i tak jej niska pewność siebie nie pozwoli jej na nic więcej, nie może mu tego powiedzieć nie dość, że zapewne on jej nie kocha, to dodatkowo nie chcę psuć wieloletniej przyjaźni. Tylko Puchon naprawdę ją rozumiał jej problemy, jej obawy, wszystko. W końcu jest jej przyjacielem od serca, na zawsze, do końca życia. Dla niektórych był ofiarą losu, ale dla niej był najwspanialszym, najpiękniejszym i najlepszym na świecie. Był dobry, a Elle była inteligentna, tak właśnie się połączyli. Pasowali do siebie, uzupełniali się.
    - Dzień dobry. - powiedział na wstępie chłopak, siadając obok niej, był uroczy. Uśmiechnęła się do niego jedząc już trzecią łyżkę czekoladowego budyniu, nie ma to jak Hogwarcki Budyń! - zaśmiała się. Przy Archie czuła się naprawdę świetnie. poznali się już w trzeciej klasie gdy mieli razem Obronę Przed Czarną Magią, coś ich ze sobą skleiło. Dziwactwa Elle mu nie przeszkadzały, a jej nie przeszkadzała jego dziwactwa.
    - Dzień dobry. - powiedziała nienormalnie pozytywnie. Usadowiła się wygodniej i spojrzała mu głęboko w oczy, na chwilę się w nich topiąc. Był niesamowity w każdym calu.
    - Choć, przejdziemy się. - dodała łapiąc go za nadgarstek i nie pozwalając mu nawet spokojnie zjeść, ale on na pewno był już do tego przyzwyczajony, to właśnie były jej dziwactwa. Tylko przy nim naprawdę się otwarła i pozwoliła sobie na zachowania na jakie nie było ją stać na przykład pz wrednych Ślizgonach lub wybranych rzez jej brata znajomych. Uśmiechnęła się widząc jego zdziwioną twarz, ale mimo to nic mu nie powiedziała. Chciała mu pokazać Testrale, swoją drogą ciekawe czy je zobaczy. Elizabeth widzi je, bo widziała śmierć swoje przyjaciółki, ale ona nie lubi o tym mówić. Złapała go za rękę i wprowadziła w głąb Lasu, gdzie widać było te niesamowite stworzenia jakimi są Testrale.

    Elizabeth Weiss

    OdpowiedzUsuń
  18. [Wiedziałam, że zniknę na chwilę i będą próbowali mi chapnąć Archibaldzia. Lubię pokręcone relację i wątki, które mogą dużo wnieść w żywot postaci, więc jak na razie mam w głowie coś takiego: ostatni weekend w Hogsmeade przed zakończeniem roku szkolnego, jakaś magiczną siłą perswazji Archibald i Rachiell dali się namówić jakimś tam znajomym na wspólną zabawę w magiczne podchody. Pech chciał, że znajomi poszli w długą, zostawiając za sobą ślady oraz zadania i magiczne pułapki, a nasze kochane postacie zostały zmuszone do podążania za nimi. Tutaj rozwinęlibyśmy wątek na bieżąco z małym zastrzeżeniem, że ślady prowadziły do wrzeszczącej chaty i kiedy znaleźli się już w środku było tylko gorzej - nadciąga wielka ulewa a wraz z nią burza. A i mała niespodzianka czeka nas na strychu/piwnicy :D Kombinować coś innego, czy może być?]

    OdpowiedzUsuń

  19. - Wszystko okej, Archie. - powiedziała spokojnie wciąż zapatrzona w przestrzeń gdzie przepiękne zwierzęta chodziły wokół niej, zaśmiała się kręcąc wokół własnej osi. Rozbawiona przyglądała się przepięknym czarnym zwierzętom, które swoją drogą przypominały konie. Te zwierzęta naprawdę były fascynujące i powodowały wielki uśmiech na twarzy dziewczyny, która rozpaczliwie próbowała ukryć swoje uczucia do chłopaka. Puchon sprawiał, że czuła się jak księżniczka. Jednocześnie spowodował, że poczuła się winna może chciałby wrócić na śniadanie? A ona mu to uniemożliwiła. Wiele rzeczy sprawiało, że czuła się winna i przygnębiona, ale potrafiła to maskować więc ludzie pewnych rzeczy nie dostrzegali i zapewne dostrzegać nie będą. Niektórzy ludzie są stworzeni by cierpieć, niestety tak już w życiu bywa. Istnienie istnienie których ludzi jest po to by cierpieć. Ona nie może mu tego powiedzieć, to by wszystko zepsuło. Co tam miłość skoro można się przyjaźnić i udawać, że wszystko jest w jak najlepszym porządku, bo przecież tak jest, wszystko jest świetnie. Nie pomyślała, że w oczach Archiego może wyglądać jak psychicznie chora osoba, spostrzegła wyraz zmartwienia na jego twarzy i automatycznie złapała o za rękę i ułożyła na grzbiecie zwierzęcia. Ta chwila mogłaby trwać i trwać. Chłopak patrzył na nią, krukonka na niego. Był przepiękny gdy starał się za wszelką cenę dostrzec zwierze lecz nie pozwalał mu na to fakt, że nie widział czyjejś śmierci. Uśmiechnęła się lekko w jego stronę. Nie widziała czy odwzajemnił jej gest, ale czuła jego bliskość, co dawało jej szczęście, nie czuła się samotna, chciała by tak było już zawsze. Wciąż nie puszczała jego ręki, jakby chciała za wszelką cenę zatrzymać chwilę i sprawić by został przy niej. Była ciepła, natomiast ręka Krukonki była zimna, jego dotyk był opiekuńczy.
    - To Trestal, mieliśmy niedawno o nim zajęcia, nie widzisz go? - spytała ostatecznie puszczając jego rękę, nie mogła sobie pozwolić na zbyt dużo, co jeśli robiła to wbrew jemu i czuł się niekomfortowo i bardzo źle w tej sytuacji, albo co jeśli on zaczyna coś podejrzewać? Nie chciała tego, nie chciała by wiedzieć, przecież to by zniszczyło ich przyjaźń - co często sobie powtarza i powtarzać będzie. Widocznie miłość nie jest im pisana. Odwróciła się od niego chcąc się trochę uspokoić, miłość nie jest dla niej. Najgorsze jest to, że Puchon jest jej jedyną miłością do niedawna, która coraz bardziej kwitnie, ona coraz bardziej o kocha, coraz bardziej jej na nim zależy, dobrze wie, że będzie już tylko gorzej a mimo to wciąż go okłamuję i udaję przyjaciółkę. A w środku gdy tylko go zobaczy jej serce bije szybciej. Z miłości do niego.

    Zakochana Elle

    OdpowiedzUsuń
  20. [jasne, że możesz umieścić, już Ci odpisuję, ale to trochę potrwa ;)]

    OdpowiedzUsuń

  21. Oczy mimowolnie zaczęły jej łzawić gdy z trudem próbował ogarniające ją wspomnienia, bolało, ale starała się o wszystkim zapomnieć, bezskutecznie. Być może gdyby porozmawiał o tym z chłopakiem, ulżyłoby, ale ona nie znosi współczucia. Nie chce go. Zadrżała gdy Puchon ją przytulił. Poczuła jego ciepłe ramiona, poczuła się jak najszczęśliwsza osoba na świecie. Gdyby tylko on czuł to samo, gdyby tylko kochał mnie równie mocno co ja go.
    -To nie jest najlepsza historia. - powiedział szybko od razu czując się winna, znowu. Wiedziała, że myśli sobie, że dziewczyna mu nie ufa, ale to było coś innego. Widziała w jego oczach żal i smutek, ale może chodziło mu o coś innego? Stali tak w uścisku. Elizabeth nie miała odwagi go wypuścić z objęć, którymi chwilę później go darzyła. Zaciskała mocno swoje dłonie na jego plecach. Czuła się przy nim jak krasnal, różnica wzrostu była duża. Czuła się bezpiecznie. Jej łzy kapały na jego szarą bluzkę, która uwielbiała gdy nosił. W końcu jednak puściła go, nie chcąc by źle pomyślał. Otarła ostatnią łzę i usiadła na trawie wciąż obserwując Testrale, która hasały po ziemi. Wyglądały prze słodko, jednak gdy ujrzała jego spojrzenie, skupiła się tylko na Puchonie.
    - Lepiej powiedz gdzie jedziesz na wakacje. - powiedziała z uśmiechem, starając się zmienić temat, chyba jej się to udało, bo chłopak zastanowił się chwilę. Swoją drogą ciekawe gdzie ona pojedzie. Zapewne w jakieś typowo Mugolskie miejsce, zważywszy na jej tatę. Nigdy nie miała problemu z Mugolami, ale chciałaby kiedyś spędzić wakacje typowo po Czarodziejsku, jeśli tak to można nazwać. Jedyne co jej przeszkadza w wakacjach w domu to smętna atmosfera i to jak traktują inni mieszkańcy, od zawsze mieli ich rodzinę za dom wariatów. No tak zawsze w roku szkolnym znikali, a wiadomo, że nie zapisano ich do żadnej Akademii czy czegoś takiego. Wszystkim wydawało się podejrzane, że nie skończyli podstawówki. Ciekawe gdzie jedzie Archie, w sumie nie mówił jej nic. Może zostanie w domu, tak jak zapewne ona sama. Przynajmniej będzie wiedziała gdzie wysłać mu sowę. Często wysyłają sobie listy. Elle je kolekcjonuję i ma ich chyba z sto parę.

    Elizabeth

    OdpowiedzUsuń
  22. Tak Arciemu zdecydowanie przyda się trochę radości i Sunshine świetnie sprawdzi się w roli osoby, która ma mu ją dać. Myślę, że mogliby zostać by przyjaciółmi, a może kimś więcej, ale chyba w tej relacji Archibald został już przejęty. Mam jakieś wątłe pomysły, miże sobotnie przypadkowe spotkanie w bibliotece albo właśnie jakieś zderzenie na korytarzu gdy Sunny gdzieś goni? No nie wiem, może ty zaproponujesz coś ciekawszego. I jeśli wolisz zaczynać to proszę bardzo, to będzie mój pierwszy wątek, ale dam z siebie wszystko i obiecuje, że się nie zawiedziesz :)
    Sunshine Price

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. O, a może to właśnie Słoneczko połączy Archiego i Elizabeth? Świetnie nadawała by się do roli swatki, oj świetnie! Poza tym myślę, że było by to ciekawe! Ale to raczej w późniejszym stadium ich relacji. Pisz co o tym sądzisz byle szybko! :D
      Pozdrawiam

      Za te błędy we wcześniejszym komentarzu bardzo przepraszam, ale pisałam go na telefonie i więcej robić tego nie zamierzam! ;)

      Usuń
  23. [Własnie OPCM odpada, bo to jedyny przedmiot, na jakim Hattie chce się cokolwiek robić, więc odrabia wszystko sama. Może eliksiry? W sensie, chłopak napisałby za nią esej, ale pomyliłby tematy. Ona z lenistwa oddałaby go bez sprawdzenia, a że Archie już robił jej jakieś zadania, to była spokojna. Potem nauczyciel postawił jej N za niezgodność z tematem i zaczęłaby się zemsta. Tylko mi powiedz, czy on jej pomaga z sympatii, czy bardziej ze strachu? To potrzebne, żebym mogła wymyślić, w jaki sposób Cathcart się na niego potem uweźmie. :D]

    OdpowiedzUsuń
  24. Londyn był jej rodzinnym miastem, miejscem, gdzie się wychowała i choć bardzo kochała swoje osiedle, nie przepadała za pozostałą częścią wielkiej stolicy Anglii. Doskonale znała obszar jedynie kilku ulic sąsiadujących z jej domem i niewielki skrawek centrum, reszta pozostawała dla niej nieodkrytą tajemnicą. Tętniące życiem miasto nie ciągnęło jej jednak w swoje objęcia, raczej skutecznie odpychało i zrażało swoją różnorodnością.
    Wakacje, przynajmniej ich znaczną część, zamierzała spędzić w Hogwarcie. W Londynie nie posiadała wielu koleżanek, jedynie kilka przyjaciółek, które na samym początku lipca rozjechała się po świecie, aby odpocząć od ciężkich dziesięciu miesięcy pracy w szkole. Siedzenie w wielkim salonie i słuchanie pogawędek jej rodziców, nie było ciekawym zajęciem, dlatego spakowała walizki, oznajmiając, że wróci najbliższym pociągiem do zamku. Zrobiła to pod pretekstem, że drużyna postanowiła zorganizować dodatkowe treningi, a kapitana nie mogło na nich zabraknąć. Po długich namowach rodzice w końcu wyrazili zgodę, aby ich córka wróciła do szkoły na resztę wakacji. Żegnając ją na peronie, prosili, aby uważała na siebie i przejechała pod koniec sierpnia jeszcze na kilka dni, aby spotkać się z resztą rodziny, która niezmiernie za nią tęskniła.
    Hogwarckie korytarze świeciły jednak pustkami, ponieważ większość uczniów wybrała powrót do domów, niż dodatkowe dwa miesiące w zimnych, zamkowych murach. Na całe szczęście znalazła się garstka osób, kilku Ślizgonów, Krukonów, również jeden, nieszczęśliwy Gryfon oraz Puchoni, którzy postanowili przeczekać lato w zaciszu pokoju wspólnego swojego domu.
    Niestety, jej przyjaciółki już pierwszego lipca wsiadły w pociąg i rozjechały się po kraju, aby wrócić do swoich ukochanych rodziców. Przez pierwsze dni nie czuła się lepiej niż w Londynie. Towarzysząca jej samotność i nuda, zmuszały ją do kręcenia się po różnych zakamarkach zamku i wtykania nosa w nieswoje sprawy. Nikomu nie podobała się obecność wścibskiej Puchonki, dlatego z podkulonym ogonem wróciła do dormitorium.
    Gdzieś po drodze do sypialni mignęła jej postać Archiego, swojego dobrego kolegi. Chłopak jako jeden z nielicznych nie wyjechał z zamku, dlatego od kilku dni męczyła go, aby spędził z nią kilka godzin i polatał na miotle. Wiedziała, że nie ciągnie do ukochanego przez nią sportu, ale naprawdę zależało jej, aby zgodził się na krótki czas jej towarzyszyć. Postanowiła spróbować namówić go jeszcze raz, ostatni.
    Przebrawszy się w odpowiedni strój, chwyciła dwie, stojące w rogu dormitorium miotły. Zbiegła po schodach do pokoju wspólnego, z uśmiechem witając kolegę.
    — Bardzo jesteś zajęty? — Spytała z ewidentną nadzieją w głosie, że tym raczej jej grzecznie nie odmówi. — Pomyślałam, że moglibyśmy wyjść trochę na świeże powietrze.

    [Pisałam w przerwach od pakowania, więc gratuluję, że przez to przebrnęłaś. :)]
    Suzanne

    OdpowiedzUsuń
  25. [Również grzecznie się przywitam i pożyczę także wielu wątków. Bardzo dobra karta, bo aż grzech nie pochwalić, skoro już tu jestem. ;)]

    Kaiden Lynch

    OdpowiedzUsuń
  26. [ Zazwyczaj mam pod ręką tysiące pomysłów, ale najpierw muszę się dowiedzieć, jakie powiązanie by cię interesowało. Nie chcę rzucić czymś niestosownym.]

    Luke

    OdpowiedzUsuń

  27. Delikatny rumieniec, który wkradł się na twarz Archiego spowodował, że mimowolnie się uśmiechnęła. Był tak uroczy. Najchętniej podeszłaby do niego i ujęła jego twarz w swoje ręce, powiedziałaby mu to wszystko co od zawsze chciała powiedzieć. Te dwa słowa Kocham Cię. Spojrzała na niego. uśmiech, który jeszcze niedawno widniał na jej twarzy, zmienił się w zupełnie odwrotną stronę. tak zwaną podkuwkę. Obrzuciła go ponownym spojrzeniem i tym razem nie odwróciła spojrzenia w bok. Zakochane naprawdę boli, zważywszy na to, że jeszcze niedawno była całkowicie pewna, a raczej próbowała siebie samą przekonać, że jest po prostu zauroczona. tak samo jak ponoć rodzice Archiego ją lubili, tak samo ona ich lubiła, lub nawet bardziej. Akurat tego zazdrościła mu, wspaniałej rodziny, sióstr i za pewne wielu wujów, ciotek. Elle nigdy nie chciała by aby chłopak poznał jej rodziców. Szaloną matkę czarownicę i ojca mugola. Mimo, że bardzo ich kocha, nienawidzi gdy się kłócą. A zresztą nie wielu uczniów wie, że jej tata jest Mugolem, z wielu powodów. Sama nie pamięta czy powiedziała to nawet Archiemu, swojemu najbliższemu przyjacielowi i miłości jej życia. Nie za bardzo lubiła się tym chwalić.

    — A nie wolałbyś zaprosić tam swojej dziewczyny? — spytała prosto z mostu słysząc jego zaproszenie. Może nie powiedział jej o tym, że ma kogoś? Sama myśl spowodowała, że poczuła się głupio, nie chciała by kogoś miał, chciała by był jej. Chciała żyć dla niego, przy nim. Z pewne teraz ona nabawiła się rumieńca na twarzy, ale niestety jej nie był uroczy, była po prostu czerwona jak burak. Na pewno nie wyglądała słodko. Zażenowanie weszło w nią zupełnie. Po co w ogóle o nią pytała? Może chciała po prostu po cichu sprawdzić czy ma kogoś. Teraz gdy tak stali w ciszy, nikt im nie przeszkadzał. Może to był najlepszy moment by zrobić pierwszy krok?

    [Wybacz, że tak krótki, ale coś nie mam natchnienia. A Elle mieszka w South Shields. ;)]
    Elizabeth

    OdpowiedzUsuń
  28. [ Będąc całkowicie szczerą, Luke cierpi na poważny deficyt przyjaciół, ale to z tego względu, że nawet najbardziej przejrzystą relację potrafi zamienić w toksyczny bałagan, z którego nikt nie potrafi się uwolnić. I tym momencie wydaje mi się, że ciekawie byłoby się powołać na ten właśnie chory pierwiastek, który urozmaiciłby ich wspólną egzystencję. Nawiązując do twojej propozycji, możemy założyć, że Archie pozostaje nieco pod wpływem lukowego, jak na razie nie silnym, lecz po prostu imponują mu te cechy charakteru, których sam nie posiada. A jako że białowłosy często bywa destrukcyjny i innych także próbuje zepsuć, by samemu nie spadać na dno, pomyślałam, że może gdyby zauważył te niewinne zainteresowanie swoją osobą, próbowały obrócić je na swoją korzyść, w efekcie wplątując ich w niszczycielską relację, w której ludzie się duszą, acz nie potrafią z niej zrezygnować. Nie wiem, czy takie coś ci odpowiada, bo ze strony Luke'a nie da rady liczyć na bezwarunkową przyjaźń, jednak sądzę, że mogłoby być interesująco.]

    Luke

    OdpowiedzUsuń
  29. [Aż się zdziwiłam, że ktoś odkopał tego mojego Garetha. ^^" Na wątek jestem jak najbardziej chętna. Może to być złamana ręka, noga, a nawet i na złamane serce O'Malley by coś poradził, bo to taki życzliwy człowiek.]

    G. O'Malley

    OdpowiedzUsuń
  30. [I ja się domagam wątku z Tobą! Ale ja nie mam pomysłu... :c]
    Niklas

    OdpowiedzUsuń
  31. [Zaskocz mnie. Kocham Puchonów.]
    Prince

    OdpowiedzUsuń
  32. [To dobrze, znak że jakaś ludzka postać ta mi wyszła. Zadanie wykonane.
    Trzeba coś zrobić z tym brakiem uśmiechu u Puchasia, tak nie może przecież być, aby całe życie chodził z kwaśną miną.]
    Oona Griffith

    OdpowiedzUsuń
  33. [Życie ci niemiłe? :P
    CHO DO ZAKAZANEGO LASU!]

    Jean

    OdpowiedzUsuń
  34. [Na pewno posłucha Oony. A jak nie posłucha to zawsze można posunąć się do ostatecznego: taśmy klejącej! Dziewczyna na pewno jakąś ma w zanadrzu, więc Archibald powinien już drzeć ze strachu!]
    Oona Griffith

    OdpowiedzUsuń
  35. [Wiesz, ten kot już tam dwa lata siedzi, nie wiadomo, czy cokolwiek z niego zostało (choć Jean takiej myśli do siebie nie dopuszcza). Ale wybrać się na poszukiwania zawsze można, najwyżej ich zmutowany pająk zje i skończą jak ten kot. :D]

    Jean

    OdpowiedzUsuń
  36. [A wejdziesz w to, żeby spotkały ich tam jakieś konkretne kłopoty? W stylu zwiewanie przed wielkim straszydłem czy coś. Bo tak myślę, że samo łażenie i szukanie do niczego by nie prowadziło, ale łażenie, szukanie i wpadanie na coś, co może ich zabić to by już mogło być coś całkiem fajnego. Zgódź się zaszaleć, to będziemy mieć taki wątek, że z krzesła spadniesz. I ja też. :P]

    Jean

    OdpowiedzUsuń
  37. [Archie nie chce ratować Oony, kiedy ta będzie uciekała gdzie pieprz rośnie przed dwoma zdenerwowanymi Ślizgonkami? Gryfonka może wpaść na niego i najzwyczajniej w świecie użyć go jako ludzkiej tarczy. Albo pociągnąć za sobą, we dwoje zawsze raźniej :D]
    Oona Griffith

    OdpowiedzUsuń
  38. [To może być cokolwiek, tylko wyobraźnia tutaj ogranicza. Mogła krzywo na nie spojrzeć, wpaść na nie z kawą, rozmawiać z nieodpowiednim facetem, dostać lepszą ocenę z przedmiotu. Jest mugolaczką, argument niewinności tutaj pewnie nie działa, jakkolwiek by się nie zachowywała, w ich oczach pewnie i tak rządziłaby się niczym szara gęś, a przecież nie powinna nawet oddychać tym samym powietrzem :D]
    Oona Griffith

    OdpowiedzUsuń
  39. [Cześć!
    To było pierwsze co mi przyszło do głowy, skoro nie mogłam użyć zdania z planami na życie na poziomie bycia smażonym serem. :D]

    Alfie

    OdpowiedzUsuń
  40. [Dzię-ku-ję. Archie za to cały jest fajny i Rut z chęcią by z nim posiedziała w bibliotece. W SOBOTĘ.]
    Rut Jónsdóttir

    OdpowiedzUsuń
  41. [Of kors. W końcu najlepsze impry pod patronatem pani Prince.]
    Rut

    OdpowiedzUsuń
  42. Słyszała plotki, że Michael — Krukon z siódmej klasy, który wiecznie chodził z firmowym uśmiechem i fryzurą, która wyglądała, jakby spędził nad nią co najmniej godzinę — jest obiektem westchnień żeńskiej połowy Hogwartu, nigdy jednak nie przypuszczała, że zamienienie z nim kilku zdań stanie się powodem wielkiej afery. Nic nie pomogły tłumaczenia, zarzekanie się na własną niewinność, przepraszający uśmiech który pojawił się na jej twarzy: raz rozwścieczonych Ślizgonek nie dało się szybko uspokoić. Kiedy zaś Oona zająknęła się o tym, że zaledwie tydzień temu widziała, jak owy Krukon obściskuje się z pewną damą ze swojego domu, kryjąc się za posągiem Jednookiej Wiedźmy, zamiast sobie pomóc, jedynie pogorszyła swoją sytuację. Oskarżona została o kłamstwo, o bezczelność, a chwilę potem już jedna ze Ślizgonek machała jej różdżką przed nosem, wygrażając się i snując niezbyt przyjemną wizję nadchodzących wydarzeń.
    Oona miała odszczekać swoje słowa i przeprosić, a zamiast tego obróciła się na pięcie i ruszyła w długą, roztrącając na boki gapiów, którzy niezbyt byli gotowi jej pomóc. Liczyła na jakąkolwiek pomocną dłoń, a otrzymała wielkie NIC. Jak zwykle. Liczyła na brak pościgu, jednak szybko zorientowała się, że jest goniona, kiedy zaledwie kilka centymetrów od jej ucha świsnęło zaklęcie. Wolała nie skupiać się na tym, jakiego rodzaju było to zajęcie, bardziej istotne było, aby go uniknąć i umknąć pościgowi. Co z tego, że to nie znaczyło zakończenia kłopotów, zamek wcale nie był taki duży, a wspólne posiłki były przecież codziennością — tym wolała przejmować się kiedy indziej.
    Niemalże zabiła się, kiedy zbiegała po schodach, kilka razy ledwo wyrobiła za zakrętach, tratowała wszystko, co pojawiło się na jej drodze, a w myślach przeklinała upór Ślizgonek, które za żadną cenę nie chciały odpuścić. Oona niemalże wypluwała już swoje płuca, sportowcem wybitnym nie była, nie chciała jednak zginąć.
    W końcu dotarła na parter, korytarz był prawie pusty, nie licząc jednej osoby. Chwila! Chyba znała skądś tą osobę. Czy to nie był...? Tak, to był Archibald. Był jej ostatnią deską ratunku, czuła bowiem jak zaczynają opuszczać ją siły.
    W pierwszym momencie chciała schować się za plecami Puchona i wykorzystać go jako żywą tarczę, błagając, aby jakoś ją uratował. Następnie pomyślała, że równie dobrze mogłaby wskoczyć mu na plecy. Ostatecznie jednak, kiedy wydawać by się mogło, że go wyminęła i zostawiła w spokoju, szarpnęła go za rękaw szaty i pociągnęła za sobą.
    — BIEGIEM! — ryknęła ostatkiem sił. Jeżeli miała zginąć, wolała aby obok była jakaś przyjazna osoba, świadek, który mógłby opowiedzieć potem przyszłym pokoleniom, jaką odwagą się wykazała, jak walczyła do końca i się nie poddała. Opowieść godna kart powieści!

    Oona Griffith

    OdpowiedzUsuń
  43. [Puchasiu!
    Trzeba przecież zagarnąć Cię w łapki i ukochać. Lily mocno, mocno tuli.
    Tylko czemu taki schowany przed tym światem? No tak, niecny świat, ale...
    Rudzielec melduje się jako kandydatka na pocieszyciela i przytulanka. ]

    Lily Luna

    OdpowiedzUsuń
  44. [Znać się na pewno znają, a Rut by go nie potrafiła znielubić. Więc stawiam na raczej przyjacielskie relacje. Nie no, nie koniecznie muszą wyjść kluchy :D Zawsze można coś wymyślić żeby nieco zakłócić naukę :)]
    Rut

    OdpowiedzUsuń
  45. [zły blogger zepsuł mi komentarz, czy to mój komputer wariuje? :o Lucy nie jest niedobra dla innych ludzi! chyba, że ktoś ją wkurzy. :D ale w tym przypadku wydaje mi się, że mogłaby traktować chłopaka jak przyjaciela, kolegę czy coś w tym rodzaju. jest tylko jeden problem, że lubisz długie wątki, a mi takie niezbyt idą. :c]

    Lucy.

    OdpowiedzUsuń
  46. [ Nie wiem, w jaki sposób mogłabym to nakreślić jaśniej, ale spróbuję tego dokonać. Chodzi mi o to, że na pierwszy rzut oka są kumplami, może nawet przyjaciółmi. Spędzają razem dużo czasu, wspólnie zajmują się rzeczami najwyższej wagi i tak dalej. Jeżeli jednak przyjrzeć się ich relacji głębiej, postronny obserwator zaczyna zauważać, że coś jest nie tak. Luke zgrywa rolę dyktatora, próbuje ubezwłasnowolnić twego chłopca i sprawić, że jego cały świat będzie się kręcił dookoła niego. Robi to pomału, małymi kroczkami, a Archie, pod wrażeniem jego siły charakteru, nie zauważa, jak toksyczni się stają. Z czasem zaczyna dostrzegać, że coraz mniej mu wolno i coraz bardziej traci w sobie samego siebie, więc próbuje się wycofać i zakończyć ostatecznie toksyczną relację. Problem tkwi w tym, że nie potrafi, bo białowłosy go przyciąga, a przy tym stosuje najbardziej plugawe środki, by nie dopuścić do własnego osamotnienia. Widzę to w ten sposób, o ile istnieje taka możliwość, że łamałby jego opór za pomocą dotyku, koił nerwy pięknymi słowami. Wszystko sprowadza się do tego, że są od siebie uzależnieni, tyle że jeden czuje się równocześnie zafascynowany i bezsilny, a drugi próbuje utkać rzeczywistość według własnych zachcianek.]

    Luke

    OdpowiedzUsuń
  47. [przykro mi, nie chciałam zepsuć. :c
    a więc jak widzisz relacje naszych postaci? :>]

    Lucy.

    OdpowiedzUsuń
  48. [ och, oczywiście że musi znaleźć.
    jakiś pomysł na wątek jest? ^^
    ps świetny pan ]
    Queen Princess Skistad

    OdpowiedzUsuń
  49. [ ale za to Queen może zorganizować jakiś konkurs na przyszły rok dla klas siódmych w którym wygrana to... dajmy na to kupon rabatowy do sklepu ze składnikami eliksirów na Pokątnej. Tyle że są wakacje. ]
    Queen

    OdpowiedzUsuń
  50. [ cóż
    nie wiem
    jakoś tak
    samo wychodzi
    cześć :) ]

    Rachel

    OdpowiedzUsuń
  51. Niklas wracał z kolacji. Był strasznie zmęczony i zdenerwowany dzisiejszym dniem, więc postanowił udać się na szybki i krótki spacer po Hogwarcie, gdyż to zawsze go fascynowało i dawało czas do refleksji. Dotarł do Wielkich Schodów, kiedy jego uwagę przykuł chłopak - jak mu się wydawało, Puchon. Twarz surowa i całkiem niebrzydka, jednak zachowywał się jak nierozgarnięty pierwszoroczniak - potykał się o własne sznurówki, zgubił różdżkę. Było w nim jednak coś, co nie pozwoliło Nickowi odejsć i zapomnieć o tym zdarzeniu, postanowił więc trochę go poobserwować. Wyglądał na równie zmęczonego i zagubionego. Po chwili przypatrywania się Nick zwyczajnie się znudził i już miał zamiar odejść, ale zauważył, że Puchon zostawił coś za sobą. Poczekał, aż ten odejdzie, i szybko przemknął do dziwnej, skórzanej rzeczy. Dziennik? - pomyślał. Niewiele myśląc, schował go do torby i ruszył do dormitorium.
    Leżąc w łóżku, korciło go zajrzenie do dziennika Puchona. Początkowo się opierał, lecz ciekawość wygrała. Przez następne pół godziny czytał zapiski chłopaka i nie mógł się nadziwić, jak taki nieogarnięty człowiek mógł prowadzić tak skrupulatne i szczegółowe notatki. W końcu zamknął zeszyt i kładąc go pod poduszką, zasnął.

    Następnego dnia podczas śniadania Niklas znów spotkał Puchona, i postanowił złapać go, gdy będzie wychodził z sali i oddać mu dziennik. Z reguły rzadko kiedy oddawał zgubę jej właścicielowi, ale widząc, jak chłopak jest zatroskany, nie mógł tak po prostu go sobie przywłaszczyć. Podniósł się wtedy, kiedy Puchon, i podszedł do niego przy wyjściu.
    - Co jest? - zapytał.
    Coś dziwnego zaczęło się dziać z Nickiem; gdy spojrzał rozmówcy w oczy, poczuł nagły przypływ gorąca, a język odmówił mu posłuszeństwa.
    - Umm, h-hej... Przepraszam, że przeszkadzam... Ale... Czy to przypadkiem nie Twoje?

    OdpowiedzUsuń
  52. Każdy metr to była dla niej katorga. Miała ochotę zatrzymać się w pół drogi, położyć się na ziemi i po prostu umrzeć. Przynajmniej Ślizgonki nie zdążyłyby jej zabić. Jednak wykrzesała w sobie na tyle samozaparcia i siły, aby biec za Archibaldem, ciągnąć nogę za nogą, dopingować samą siebie w myślach i nie dopuszczać do siebie żadnych negatywnych myśli.
    Kiedy zatrzymali się za cieplarnią była ledwo żywa. Osunęła się na ziemię i ciężko dyszała, nie bardzo kontaktując ze światem zewnętrznym. Początkowo zignorowała pytanie Puchona. Dotarło do niej jak przez mgłę, jednak nie rozumiała jego sensu, a kiedy go w końcu poznała, stwierdziła, że i tak nie ma sił wydostać z siebie jakiegokolwiek innego dźwięku poza przeciągłym świszczeniem jak u astmatyczki. Ogólnie miała wrażenie, że już nigdy nic nie powie, że nie jest w stanie, że właśnie na zawsze straciła możliwość głosowego kontaktowania się ze światem. Wyolbrzymiała, dawno jednak nie czuła się tak źle.
    Musiała jednak trzymać się na baczności. Nie byli całkowicie bezpieczni, zagrożenie mogło pojawić się w każdym momencie. Ostatkami sił podniosła się na równe nogi i drżącą ręką sięgnęła do kieszeni szaty, aby wyciągnąć różdżkę. Wolała ją mieć w pogotowiu.
    — Naprawdę nic nie zrobiłam — wyjęczała w końcu, łapczywie nabierając powietrze w płuca. Jej głos był stłumiony i niepewny. Próbowała zebrać myśli. Jak to się to wszystko zaczęło? A no tak... Michael. Ten Krukon. — Michael. A przecież on mi się nawet nie podoba — dodała, nie zdając sobie sprawy z tego, że jej szczątkowe informacje wcale nie wyjaśniają Archibaldowi całej sytuacji, a wręcz przeciwnie, mogą wywoływać jeszcze większy zamęt. — Chodzi o niego. — uzupełniła swoją wypowiedź i dopiero teraz przeniosła na dłużej wzrok na swojego towarzysza. Wyglądał jak kupka nieszczęścia. Skoro on tak wyglądał zaledwie po kawałku biegu, ciekawe jak musiała wyglądać Oona. Obraz nędzy i rozpaczy. Grzywka przyklejająca się do czoła, drżące wargi i szata, zsuwająca się z ramion, wymiętolona jakby dopiero co została wyciągnięta psu z gardła.
    Archibald tylko z nią biegł, ale czuła się przy nim nieco raźniej. I była mu wdzięczna, chociaż nie miała siły nawet mu okazać tego w jakikolwiek sposób.

    [Ale maruda z Ciebie, jest dobrze!]
    Oona Griffith

    OdpowiedzUsuń
  53. [Archie mógłby wypaść ciekawie przy tak... przebojowych braciach i całej jej rodzince.
    Myślę, że oboje mogliby się od siebie czegoś nauczyć. Lily nie wie, czym jest spokój i niemal nigdy nie bywa zawstydzona. Wydaje jej się, że wszystko może, nie dostrzega granic. Choć może umie rozróżnić dobro od zła.
    Kurcze, z nim można stworzyć naprawdę coś ciekawego. Mogłaby pokazać mu, jak się nie bać, otworzyć bardziej do ludzi i spróbować trochę uśmiechu. A on jednocześnie trochę by mógł ją sprowadzić na ziemię, uspokoić trochę dzikie, buntownicze usposobienie. Albo inaczej - będąc przy nim w jakiś pokręcony sposób uczyłaby się odpowiedzialności i cierpliwości. To pierwsze szczególnie.
    To chyba zła godzina, bo odpływam daleko i jeszcze dalej, ale rodzi mi się dość głęboka wizja relacji, choć sama nie do końca jeszcze wiem, jak to ma wyglądać...
    No i do tego dochodzi jeszcze jego wrażliwość i - jak podejrzewam - skrytość. Są jak ogień i woda. Wszystko, co go tworzy, jest zupełnie obce i niekoniecznie zrozumiałe dla Lily.

    Zawsze miałam słabość do Puchasiów. ]

    Potterówna

    OdpowiedzUsuń
  54. Widząc przerażenie na twarzy chłopaka, Nick wiedział, że ta przygoda nie zakończy się dobrze. Kiedy Puchon zapytał go, czy czytał jego dziennik, wystarczyło spojrzenie, aby jeszcze bardziej się pogrążył. Chciał cokolwiek powiedzieć, ale jak na złość nie potrafił wydobyć z siebie żadnego dźwięku oprócz nienormalnego pojękiwania. W końcu jednak udało mu się sklecić parę zdań.
    - Koleś, wyluzuj! Przecież nie zabiłem Ci matki ani nic z tych rzeczy! - rzucił trochę ostrzej, niż się spodziewał. Widząc strach w oczach chłopaka, spokojniejszym tonem dodał!: - Chodź na zewnątrz, jest ładna pogoda. Tam pogadamy. Puchon pokiwał twierdząco, lecz niepewnie głową, więc Niklas spokojnie ruszył ku wyjściu.
    Przeszli w milczeniu spory kawałek, aż do granicy Zakazanego Lasu. Nick spojrzał na towarzysza i zauważył, że ten znów jest przerażony. Pewnie za dużo głupot się nasłuchał o tym lesie... - pomyślał. Usiadł na trawie i gestem zachęcił blondyna do zajęcia miejsca obok niego. Gdy oboje byli już na ziemi, Niklas głośno westchnął i zaczął:
    - Tak, czytałem Twój dziennik. I wiesz co? Jestem pod wrażeniem. Nie spodziewałem się, że taka fajtłapa jak Ty może prowadzić tak świetne zapiski... Podziwiam Cię, stary. Naprawdę. - uśmiechnął się szeroko. - Tak w ogóle, jestem Niklas. Szósty rok, co pewnie już wiesz. Slytherin, co z pewnoßcią wiesz jeszcze lepiej. A Ty, mistrzu pióra? Masz jakieś imię?

    N. Kvarforth

    OdpowiedzUsuń
  55. Aż zrobiło mu się żal chłopaka. Nie wiedział, że to ma dla niego aż tak wielkie znaczenie... Poczuł się jak ostatni idiota. Nie dość, że zabrał dziennik Archiego, to jeszcze śmiał go przeczytać! Wiedział, co powiedzieć, aby jeszcze bardziej nie zrazić do siebie Puchona. Musiał przyznać, że naprawdę go polubił, i miał wrażenie, że jeszcze trochę i zostaną dobrymi kumplami.
    - Archie, posłuchaj. Chciałem Cię za to z całego serca przeprosić. Naprawdę nie powinienem tego robić, wiem. Jednak jestem bardziej ciekawski niż chciałbym, i nie mogłem się powstrzymać. Domyślam się, że czujesz się strasznie upokorzony. Dobrze, że to ja znalazłem ten dziennik, inaczej - wierz mi - byłoby po Tobie. Nie tylko Twoja prywatność ujrzała światło dzienne... W związku z tym przysięgam Ci na swoją prawą rękę - nikt, nic i nigdy nie dowie się, o czym piszesz. Nawet Elizabeth - Nick mrugnął porozumiewawczo do Archiego. - Wiesz, jeśli nadejdzie odpowiednia okazja, mógłbym Ci pomóc do niej zagadać. Co Ty na to? - rzucił na koniec swój czarujący uśmiech, w myślach mocno wierząc, że Archie jednak przekona się do niego.

    Pełen nadziei Niklas

    OdpowiedzUsuń

  56. Nie za bardzo zrozumiała jego słowa. czy to oznaczało, że on ją kocha? Nie to nie możliwe, to naprawdę nie mogło być prawdą, przecież on.. nie, to byłoby zbyt piękne. Nie mógł jej kochać, nikt jej nigdy nie kochał naprawdę, ludzie tylko mówili, że ją kochają. Zwykłe słowa nie mogą opisać uczuć, ponoć. Pokręciła przecząco głową i spojrzała na niego ponownie.
    — To miłe. — powiedziała tylko lekko się uśmiechając, ale uśmiech nie był szczery on był fałszywy, nie umiała wymuszać uśmiechu, teraz też tak było. To umiejętność jakiej Merlin jej nie przekazał. Czy tam Bóg. Nie wiedziała w co bardziej wierzyć, w sumie w Hogwarcie takich rozmów nigdy nie prowadzono. Wpatrywała się w niego zbolałym spojrzeniem, z niewiadomych przyczyn łzy zaczęły się lać niczym wodospad z jej oczy, po policzkach, znalazły miejsce nawet na jej szyi, którą tak delikatnie dotykał chłopak. Zawsze płakała, to była jej taka ochrona. Potrafiła ją wspomóc jak jej było źle, dobrze czy nawet średnio. Archie o tym wiedział, wiele razy mu mówiła o tym. Miliony razy, śmiał się z niej, a teraz gdy płacze tak strasznie przy nim, nie wiedział co zrobić. Czuła to. Oderwała się od niego i zaczęła płakać jeszcze głośniej, nie wiedziała z jakiego powodu, nie wiedziała czemu, jak?
    — Czy to znaczy, że ty mnie.. — zaczęła cicho, ale nie pozwoliła by słowa wyszły, by on to usłyszał. Wszystkie uczucia naraz, ona nie potrafiła nic powiedzieć, była przerażona, radosna i wszystko po kolei. — Archie czy ty mnie.. czy ty mnie kochasz? — spytała na jednym wdechu, patrząc w jego oczy z nadzieję. Chciała by powiedział tak, to byłoby piękne, za piękne.

    Elle

    OdpowiedzUsuń
  57. [No, właśnie Alfie. Smażony ser jest tłusty, a od tłustych rzeczy palce robią się śliskie i zostawiają ślady na książkach. On by zniechęcił każdego do wszystkiego, wszystko ma jakiś defekt, trust me.]

    Alfie

    OdpowiedzUsuń
  58. [ Okay :) Fajny pomysł ;) Zaczniesz? ^^ ]
    Queen.

    OdpowiedzUsuń
  59. [Pomysł absolutnie nie jest durny! Podoba mi się.

    Zacznę c: ]

    Rudzielec

    OdpowiedzUsuń
  60. Nickowi spadł kamień z serca, gdy widział, że Archie się uśmiechnął. W końcu jak by to wyglądało - pierwsza znajomość spoza Slytherinu, i już spalona? O, nie, nie mógł sobie na to pozwolić. Polubił tego niezdarnego i wiecznie spesznego chłopaczka. Kiedy tylko wspomniał o Elisabeth i zobaczył zarumienione policzki Puchona, wiedział, że musi, MUSI wziąć sprawy w swoje ręce i jakoś mu pomóc. Nie znał dziewczyny osobiście, ale kojarzył ją z jakichś zajęć i musiał przyznać, że wpadła mu w oko. Wiedział jednak, że będzie to z góry skazane na niepowodzenie, ale chciał, żeby znalazła sobie jakiegoś faceta. I oto jest, ideał wręcz! Nie mógł pozwolić Archiemu na zmarnowanie tej szansy. Poklepał go przyjacielsko po plecach i uśmiechnął się.
    Czuł się dobrze, kiedy usłyszał podziękowanie. Oj, żeby tylko Archie wiedział, jak dobrze go rozumie... Jeszcze przed Hogwartem sam proeadził niezdarny, lecz zadbany dziennik. Został mu podstępem skradziony, a kopie zapisków ktoś porozwieszał po calutkim osiedlu. Oj tak, świetnie go rozumiał.
    - Nie ma za co. Jeśli wciąż mi nie wierzysz, zrobimy tak: dopóki nie będziesz w stu procentach przekonany, że nikt nie czytał Twoich zapisków, będę na każde Twoje życzenie. Co Ty na to? - posłał Puchonowi szczery uśmiech. - A teraz wybacz, ale mam jeszcze parę listów do napisania, więc muszę już iść. Dasz się może wyciągnąć jutro do Hogsmeade na kufel kremowego piwa?

    N. Kvarforth

    OdpowiedzUsuń
  61. - Eliksiry, powiadasz? Świetnie! Uwielbiam to! - Niklas natychmiast się rozpromienił. Eliksiry były jego mocną stroną i czuł się super, kiedy mógł zamieszać chochlą w substancji o nieciekawej strukturze i jeszcze mniej interesującym zapachu. Akurat miał w planach pójście po zakupy, gdyż na najbliższych zajęciach chciał przygotować coś nowego. Miał plan, ale nie miał składników. Już wybierał się tak od kilku dni, ale coś ciągle blokowało mu te plany. I oto zjawia się Archie w całej swojej okazałości i proponuje wypad po rzeczy. Ach, cóż za człowiek!
    - Ehm, tak. Chętnie przejdę się z Tobą po składniki, sam muszę dokupić kilka rzeczy. To co, jesteśmy umówieni po śniadaniu? - Puchon twierdząco kiwnął głową i razem wrócili do Hogwartu, a potem każdy poszedł w swoją stronę.

    Niklas udał się szybko do sowiarni i wysłał kilka listów, w tym jeden do ojca. Miał nadzieję, że jeśli ten dowie się, że w końcu, po sześciu latach, znalazł sobie przyjaciela, w końcu będzie dumny z jedynego syna. Był jednak w dobrym humorze i postanowił nie zaprzątać sobie tym głowy. Wrócił do dormitorium i zajął miejsce w fotelu przy kominku. Było lato, jednak Nickowi było strasznie zimno, więc musiał się rozgrzać. Zaczął rozmyślać nad swoją nową znajomością. Wiedział, że coś tu się dzieje nie tak, jak powinno. Czy to, że cieszył się każdym słowem, które wyszło z ust Archiego w jego kierunku, każdym spojrzeniem i uśmiechem skierowanym do niego, było związane z tym, że w końcu ktoś go polubił, czy może czymś innym? Oj, to wymagało dużo więcej czasu na myślenie.

    N. Kvarforth

    OdpowiedzUsuń
  62. Przepracowanie.
    To zdecydowanie dokuczało Garethowi od jakiegoś czasu. Skrzydło Szpitalne było bowiem dość pochłaniającym czas przybytkiem. Oprócz uczniów, którzy notorycznie robili krzywdę sobie samym albo sobie nawzajem, trzeba było zadbać również o zaopatrzenie, wypełniać tony papierzysk. W efekcie O’Malley do późnych godzin nocnych przesiadywał w swojej małej kanciapie, mieszczącej się w jednym z rogów howarckiego szpitaliku, pił heklolitry kawy oraz każdego ranka spoglądał w lustro i widział tylko sińce pod oczami oraz zmarszczki mimiczne od ciągłego, życzliwego uśmiechania się. Oczywiście w głębi ducha wiedział, że przesadza, ale ni mniej ni więcej: czuł się wyczerpany.
    Dlatego też ulubionym dniem tygodnia mężczyzny był piątek, kiedy to wieczorem mógł wyrwać się na szklankę czegoś mocniejszego w wiosce, mógł posiedzieć w ciszy, czasami porozmawiać z kimś podejrzanie wyglądającym, kto okazywał się jedynie strudzonym wędrowcem, chcącym podzielić się swoimi opowieściami ze szlaku.
    Niestety ilość wolnych piątkowych wieczorów kurczyła się wraz z postępującym na przód rokiem szkolnym. Niestety, kiedy w ktoś zawitał do Skrzydła Szpitalnego i musiał w nim pozostać przynajmniej do sobotniego poranka, Garet musiał wtedy pełnić coś w rodzaju cholernej warty. Może nie nocował w swojej kanciapie, ale zaklęcia alarmujące, nałożone na skrzydło, gotowe były zerwać go z łóżka nogi o dowolnej porze. O rozluźniający napojach wyskokowych też w takiej sytuacji musiał zapomnieć.
    O’Malley od rana szczerze wierzył, że wieczorem wyrwie się z zamku na chwilę. Niestety pojawienie się w ciągu dnia jedenastoletniej Gryfonki odebrało mu tę nikłą nadzieję. Dziewczyna dość nieprzyjemnie poparzyła się w czasie zajęć z eliksirów i trzeba było jej co jakiś czas zmieniać opatrunki. By oszczędzić jej bólu, a sobie nerwów, Gareth napoił ją eliksirem słodkiego snu. Płacz takich małych dziewczynek bywał po prostu nie do zniesienia.
    Kiedy w skrzydle pojawił się profesor taszczący bezładnego Puchona, Gareth wiedział, że jego wieczorowa odskocznia właśnie została posłana w najczarniejsze czeluści niezaistnienia. Z cichym westchnieniem uzdrowiciel przejął nastolatka od nauczyciela, mówiąc przy tym:
    - Podzielam pańskie zdziwienie, profesorze. Ten chłopak przekroczył budżet na jednego ucznia chyba tysiąckrotnie. - Oczywiście żartował, aczkolwiek faktem było, iż Buchanan bywał w Skrzydle nader często.
    Gareth przetransportował Archiego na łóżko, które chłopak zwykł zajmować. Znajdowało się ono w rogu sali, trochę na uboczu.
    - No, dobrze, Archibald. Co tym razem…? - mruknął Gareth, wątpiąc jednak, by Puchon go dobrze słyszał. Po krótkim namyśle rzucił proste zaklęcie cucące, jednak nie widząc żadnych spektakularnych efektów, ruszył w stronę szafek z eliksirami, by tam poszukać jakiegoś remedium.

    G. O'Malley

    [Taka długość jest jak najbardziej w porządku. :)]

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. [W sensie taka, jaką miało Twoje zaczęcie. Moja odpowiedź jest dłuższa, ale to pewnie tylko ta pierwsza, wstępna taka wyszła. ;)]

      Usuń
  63. — Ja się nie kłóciłam z nikim o nic, a na pewno nie o jakiegoś casanovę od siedmiu boleści... — wyburczała pod nosem mocno urażona, rzucając swojemu towarzyszowi ostrzegawcze spojrzenie. — Po prostu z nim rozmawiałam — dodała, aby wyjaśnić swoją rolę w całej sytuacji. Po prostu z nim rozmawiała, o niczym konkretnym, niczym ważnym, a na pewno daleko im było do flirtowania, jak chyba odebrały to owe Ślizgonki.
    — Żartujesz, prawda? Ja TAM nie wrócę...— dla wzmocnienie swojej wypowiedzi wskazała różdżką w stronę wyjścia i zamachała nią dość gwałtownie.
    Wbrew jednak swojemu gorącemu zapewnieniu, podjęła całkowicie inną decyzję. Nie miała w sobie jednak na tyle dużo odwagi, aby zrobić to samemu. Skryła się za plecami Archibalda i delikatnie popchnęła go dłonią w stronę przejścia.
    — Jestem tuż za Tobą — oświadczyła, jednak szybko zorientowała się, jak tchórzliwie to zabrzmiało, bo za chwilę dodała: — Osłaniam Cię.
    Było to jakieś wytłumaczenie, prawda? Nie używała go jako żywej, ludzkiej tarczy, po prostu miała zamiar wyglądać zza niego i rzucać zaklęciami na prawo i lewo, gdyby naszła taka potrzeba. A że czułaby się nieco pewniej nie prowadząc ich dwuosobowego pochodu, tym lepiej wpływałoby to na jej skuteczność. Według jej genialnego planu byli niemalże całkowicie bezpieczni.
    Szturchnęła go delikatnie w plecy, aby nieco go ośmielić i pośpieszyć.
    — Jak będziesz się ociągał, to gwarantuję, że ktoś zawinie Ci tę różdżkę. Wtedy nie pozostaje Ci nic innego jak tylko opuszczenie Hogwartu. Potwierdzone info. — Chociaż Archibald i tak nie widziałby tego, pokiwała z powagą głową. Wciskała mu kit, przecież wystarczyło kupić kolejną różdżkę, czasami jednak odczuwała ogromną potrzebę oszukania drugiego człowieka, aby uwierzył w najbardziej absurdalne rzeczy, które mówiła.

    Oona Griffith

    OdpowiedzUsuń
  64. [może spotkają się na wakacjach? możemy założyć, że mieszkają niedaleko siebie i się spotykają czy coś w tym stylu. mogą wyprawić się do lasu, a tam dopadnie ich wilkołak. albo wielka fryta. XD]

    Lucy.

    OdpowiedzUsuń
  65. Archie historię Dermota (bo tak właśnie Jean postanowił nazwać swojego kota, a usprawiedliwić to imię mógł tylko tym, że miał wtedy jedenaście lat i nie ogarniał życia bardziej niż teraz, gdy miał siedemnaście) poznał przez przypadek. Było to jeszcze podczas poprzedniego roku szkolnego, kiedy Archiemu w głowie siedziała tylko ponura myśl o zbliżających się wielkimi krokami sumach, a tego wieczora wszyscy Puchoni zgodnie świętowali zwycięstwo nad Krukonami w meczu quidditcha, które dosłownie wydarli przeciwnikom z rąk – kiedy szukający złapał znicza okazało się, że dziesięć punktów mniej i o zwycięstwie mogliby zapomnieć! A Puchoni zwyciężali rzadko, bo, co tu dużo mówić, zdaniem Jeana przynajmniej, grali najczyściej ze wszystkich. Oczywiście sam Jean lubił od czasu do czasu upatrzyć sobie kogoś na ofiarę i podręczyć go trochę tłuczkiem lub kompletnie przypadkowo zrzucić z miotły, jednak to, jak na boisku zachowywali się na przykład tacy Ślizgoni, to czasem przechodziło ludzkie pojęcie. Jasne, każdy chciał wygrać, ale oni odznaczali się wyjątkowo ciężką do zrozumienia etyką i dziwnym poczuciem tego, co było fair, a co nie.
    No, a wracając do tematu, skoro już ponarzekaliśmy sobie trochę na to, jakie Ślizgi są niedobre i obślizgłe, to zmierzamy do tego, że kiedy świętowanie epickiego zwycięstwa dobiegło końca, Jean zaległ na kanapie obok kominka przed stolikiem zastawionym butelkami po kremowym piwie, które na niego działało jak na skrzata domowego i ani myślał, żeby się ruszyć. A Archie po prostu chyba szukał jakiegoś miejsca, żeby sobie usiąść. I tak padł na wolną kanapę po drugiej stronie stolika, a chyba na niego też dosyć mocno coś podziałało, bo wzrok miał nieobecny i ogółem gapił się na Jeana nawet o tym nie wiedząc, a sam Jean nie pozostawał dłużny.

    Procenty, choć w kremowym piwie była ich znikoma ilość, zadziałały na Jeana nawet mocniej niż na skrzata, bo w pewnym momencie zaczął przewracać się z bok na bok, wiercić i nawet poświergolił coś pod nosem po francusku, choć normalnie trzeba było go zmuszać, jeśli ktoś chciał posłuchać, jak mówił w języku żabojadów tak czysto i nieskazitelnie, jakby wcale nie był Francuzem tylko w połowie.

    — Eeej, ty — wyjęczał w stronę Archiego, choć wtedy nie znał jeszcze nawet jego imienia. — Chcesz pogadać o moim kocie? Stary, jak ja go kocham…
    I w ten właśnie sposób — od rzewnej opowiastki o zaginionym na początku szóstego roku Jeana kocie zaczęła się ich znajomość. Kiedy nad ranem, gdy za oknami zaczynało już świtać, Jean kończył swoje rzewne wspominki, Archie, wyraźnie poruszony jego historią, obiecał, że kiedyś pójdą go wspólnie poszukać. A Jean przyjął jego propozycję, tylko jakoś czasu im brakło — a to sumy jeden miał, a to drugi owutemy. I jakoś tak zleciało.

    Aż do dzisiaj, kiedy znów spotkali się w Hogwarcie po dwóch miesiącach wakacyjnego lenistwa i postanowili ramię w ramię stanąć na skraju Zakazanego Lasu, żeby podjąć próbę poszukiwań. Jean oczywiście szukał już sam – raz nawet wydawało mu się, że widział swojego kota przechadzającego się na linii drzew, ale zanim zdążył tam dobiec, kota już nie było. Dzięki temu wydarzeniu (to chyba było na parę dni przed zakończeniem poprzedniego roku) miał pewność, że Dermot musiał gdzieś tam być. I to nawet blisko, skoro krążył na skraju Lasu.

    — Masz ostatnią szansę, żeby się wycofać — powiedział Jean, spoglądając na Archiego ze śmiertelnie poważną miną. W końcu nie bez powodu Zakazany Las był zakazany. I, nie daj Merlinie, gdyby ktoś ich tu przyłapał. — Wchodzimy? — zapytał, a jego ręka odruchowo powędrowała to kieszeni spodni, do której wetknął swoją różdżkę.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. [Wybacz, jak będą jakieś literówki albo głupie błędy, nie chciało mi się już czytać drugi raz.]

      Usuń
  66. Wyrwała się z uścisku i wprost. Tego było za wiele jeszcze nie dawno myślała, że są tylko przyjaciółmi, że on nic do niej nie czuję, a teraz sam wskakuję jej w ramiona. Elle po prostu, jak każdy człowiek się przestraszyła. Miała do tego pełne prawo. Można powiedzieć teatralnie, że jej życie zmieniło się o siedemdziesiąt stopni, jak to mówią mugole. Musiała wszystko przemyśleć, podumać w samotności i z nikim nie gadać. łazienka jęczącej marty to najlepsze miejsce na dumanie. Nim się obejrzała a już biegła potykając się o własne nogi, uciekała przed miłością? Taka właśnie jest Elle, zagubiona, w momentach w których powinna się uśmiechać i powiedzieć ja ciebie też. Ale taka nie była, niestety. Wiatr wiał w jej włosy, a ona nawet nie odwróciła się by ujrzeć zasmuconą twarz Puchona, który sprawił jako jedna z niewielu osób, że dziewczyna się uśmiechała, nawet parę razy dziennie. Pocałował ją, pocałował! A ona mu się wyrwała, wpadł prosto do Łazienki, nawet nie spoglądając na brata, który czekał przy sali z Eliksirów, chciała być sama. Nie wiadomo ile tam była, dwie, trzy godziny. Ale doszła do wniosku, najlepszego do jakiego mogła dojść. Miłość zwycięży. Wyszła z niej i wprost wpadła do Dormitorium, teraz najlepiej się z tym przespać. Była zdziwiona gdy na drugi dzień chłopak nie chciał z nią rozmawiać gdy złapała go w Wielkiej Sali z uśmiechem.

    [I żebyś nie pomyślała, że Elle chce go zostawić, niech Puchaś tak myśli! :) Biedny on :'(]

    OdpowiedzUsuń
  67. Jest ciemno, jest chłodno, jest mrocznie. Jest wspaniale, kiedy czuje się ten kłujący dreszczyk emocji, że aż się całe plecy napinają. Czy nie o to właśnie chodzi w przygodzie? O strach i odwagę, którą on wyzwala. Lily stawia sobie kolejne przeszkody sama, by potem móc sobie w pojedynkę z nimi poradzić i tym samym udowodnić sobie (innym przy okazji), że jest dzielna i nie boi się niczego. Podobno mrok nocnej pory sprawia, że w naszej świadomości zaszywa się lęk i niepewność. Największe okrucieństwa dzieją się nocą, która jest sojusznikiem wszelakiego spisku. Potterówna nie widziała więc innego rozwiązania, jak tylko rozpocząć falę wędrówek po zmroku. Toteż sumienie wymykała się późną porą z pokoju wspólnego ciepło ubrana z różdżką u boku i snuła się korytarzami. Najczęściej nie działo się nic i tylko kłóciła się zawzięcie z portretami, którym wyraźnie nie podobały się jej pyskówki i, jak to mówili, całkowity brak wychowania. Tyle razy już słyszała od przeróżnych dziadków i babć, że jest wstydem dla rodziny, że naprawdę przestało to robić na niej wrażenie.
    Tej nocy jednak dokonała pewnego spektakularnego odkrycia. No dobrze, nie przesadzajmy, może to było tylko małe odkrycie, ale i tak była zachwycona. Natychmiast postanowiła przyjrzeć się temu bliżej. Całe zamieszanie tyczy się małego światełka wędrującego sobie korytarzem w kierunku schodów. Nie byłoby w tym nic zwyczajnego, gdyby nie to, że owo światełko to czubek różdżki i zaklęcie Lumos, a więc obok światełka musiała się znajdować jakaś osoba. Zawsze chciała być zwinna jak kot, więc od wielu lat ćwiczyła, próbowała poruszać się bezszelestnie i przemykać niezauważona. Teraz te umiejętności okazały się przydatne, gdyż podążała cierpliwie za światełkiem.
    Doprowadziło ją ono aż na sam szczyt wielkiego zamku. Wieża Astronomiczna. Lily lubiła to miejsce nazywać domem chmur. Stawała na palcach i próbowała sprawdzić, czy da się ich dosięgnąć. Zawsze się zastanawiała, jakie są w dotyku i jak pachną. Światełko zgasło, ale księżycowy blask pozwolił jej dojrzeć, że ta tajemnicza postać to uczeń. Powolutku zaczęła się skradać w kierunku jego pleców. Bliżej i bliżej. Aż wreszcie wcisnęła swe małe palce w dwa jego boki i załaskotała delikatnie. A przecież noc zwiększa strach…


    Grzeczna Lily

    OdpowiedzUsuń
  68. [ Sądzę, że jest w porządku, a i jeszcze chciałam dodać, że Luke w stosunku do niego będzie przesadnie czuły, co zrozumiesz, czytając odpis.]

    Odkąd pamiętał, a sięgał pamięcią naprawdę daleko, nic nie przerażało go bardziej od samotności. Od wieczorów spędzonych w milczeniu albo dni upstrzonych bezprodukcyjnym wpatrywaniem się w sufit. Bał się, tak bardzo bał się, że pewnego dnia świat sprzysięgnie się przeciwko niemu, że uciekał się do najbardziej plugawych środków, byleby tylko odgrodzić się grubym murem od pustki w okolicy serca. Wiele dni minęło, nim w końcu udało się mu się zepchnąć w kąt swój rozpaczliwy lęk, lecz i tak nie czuł się do końca bezpiecznie, jakby za rogiem wciąż czaiła się perspektywa wyobcowania i bezbrzeżnego smutku. Niepewność pojawiała się wraz z pierwszymi gwiazdami, chwytała go za gardło z niewyobrażalną mocą, a potem przypominała o początkach, o nadziejach, o łzach i prośbach, których nigdy nie wysłuchano.
    Wszystko zaczęło się w ponurych placówkach o szarych ścianach. Nie rozumiał jeszcze, na jakich zasadach działa świat ani jak okrutni potrafią być ludzie, ale uparcie wierzył, że w którąś słoneczną środę zostanie wybrany i poskłada w całość swoje pogruchotane wnętrze. Będąc dzieckiem, małym chłopcem z ufnymi, błękitnymi oczami, jedyną rzeczą, której pragnął, była miłość, świadomość, że gdzieś należy, a tym samym jest istotną częścią większej całości, potrzebną i niewymienną. Dopóki miał wiarę, ciemne myśli omijały go szerokim łukiem, łatwiej żyło się niepełnym życiem, pozbawionym najważniejszych wartości. Rósł, pielęgnował swe wierzenia i obserwował, jak ludzie przychodzą, by odejść, depcząc dziecinne marzenia o prawdziwym domu i kochających ramionach. Nie mógł w nieskończoność udawać, że następna środa przyniesie ukojenie, cal po calu zapominał o niegdysiejszych rojeniach, aż w końcu nie zostało mu nic, czego mógłby się chwycić późnymi wieczorami i zbyt wczesnymi rankami.
    Jak to mówią, samotność przychodzi od środka i nie należy nikogo o nią winić, jednakże w Luke'u nagromadziło się tak wiele frustracji, że kwestią czasu był wybuch, dotkliwie kaleczący krawędziami niespełnionych obietnic. Był sam, zaczynając swą wędrówkę, sam, przemierzając pierwsze zakręty i wydawało się, że sam pozostanie, skazany przez wieczność na nadbagaż życiowych doświadczeń. Po eksplozji, uściślając, pomiędzy jednym załamaniem a drugim, stracił zdolność do postrzegania rzeczy takimi, jakimi są w istocie, a co się z tym wiązało, odczuwał mocniej, bolało go mocniej i przede wszystkim, o wiele bardziej się bał.
    I wtedy właśnie, sparaliżowany obawą, w tłumie ludzi odnalazł Archiego. Dostrzegł go po raz pierwszy naprawdę, zauważył cień rzucany przez rzęsy i jedwabiste wykończenie warg. To było tak, jakby obudził się z głębokiego snu, z nagła doskonale zdając sobie sprawę, jak przetrwać następne dni. Nie spodziewał się, że z taką łatwością przyjdzie mu realizacja własnych planów, więc cieszył się ponad miarę za każdym razem, gdy udawało mu się ścieśnić łączącą ich więź. Redukował chwile rozłąki, systematycznie odcinał kontakty obiektu swego uzależnienia. Pragnął, by nic nie stało im na przeszkodzie, by wszyscy odeszli w niepamięć, a on stał się zwycięzcą i przestał budzić się w nocy z rozpaczliwą potrzebą bycia kochanym.
    W Archibaldzie widział lek na najbardziej dokuczliwie troski. Przy nim oddychało mu się z łatwością, uśmiechało z prawdziwą ochotą i śmiało szczerze na tyle, na ile pozwalała iluzja rzeczywistości. Chodziło jednak o to, by mieć go zawsze przy sobie, ale by to on zabiegał o spotkania, by jemu dokuczała tęsknota minutę po odejściu w swoją stronę. Luke nie dbał o to, że może przypadkiem dotkliwie pokaleczyć swego chłopca, bo prawdę powiedziawszy, dotykał samego dna i nie miał już do stracenia. Nic prócz jego oczywiście, a tego z pewnością by nie przeżył.
    - Archie – powiedział, rozkoszując się brzmieniem tego powtarzanego do znudzenia imienia i uśmiechając się przy tym szeroko, rad z chłopięcej obecności. - Dokąd zmierzasz, mój słodki?

    OdpowiedzUsuń

  69. Widząc oddalające się plecy Archiego nie wiedziała co zrobić. Była przerażona stojąc na środku Wielkiej Sali przy stole Puchonów i Gryfonów. Chciało jej się płakać, była już cała czerwona ze wstydu i strachu, ale nie interesowało ją to. Ona kocha Archiego najmocniej jak tylko się da kochać drugiego człowieka. To wszystko źle się potoczyło, wiedziała, że ta będzie, że zniszczy wszystko co razem stworzyli, a stworzyli wielką przyjaźń. Z trudem łapała powietrze gdy odchodził. Oparła się o stół na końcu sali gdzie po chwili podeszła i z przerażeniem stwierdziła, że boli ją serce dokładnie tak jakby ktoś zabrał, ukradł kawałek jej serca. Dokładnie tak jakby jakiś zły człowiek pozbawił ją najbliższej jej samej osoby. Archiego, jej księcia na białym koniu, który kochał ją całym sercem. Kochał, no właśnie. Tym złym człowiekiem była właśnie Elle, pozbawiła samej siebie serca, miłości. A teraz gdy on odchodzi, ona nawet nie jest w stanie do niego podbiec i pocałować, przytulić. Tak bardzo chciałaby aby wszystko wróciło, od nowa. Wolałaby przynajmniej mieć go jako przyjaciela niż nie mieć go wcale. Nim ktokolwiek zdążył ją powstrzymać dziewczyna wybiegła z Wielkiej Sali. Nie wiedziała dokąd zmierza, nie zjadła nawet kolacji, nic nie jadła od dłuższego czasu, nie mogła nic przełknąć. Czuła się słabo, źle, a wszystko z powodu tak bolącej miłości, która niesie ze sobą tyle bólu i cierpienia, że nie potrafi się tego zrozumieć. Elle upadała, bo tak właśnie można to nazwać, błądziła. Uciekała od tego kto tak naprawdę ją kochał i niczego w zamian nie pragnął, tylko jej samej. Nic więcej. Zdecydowanie za często płacze. Usiadła na zimnej podłodze w kącie, gdzie nikt jej nie znajdzie. Siedziała i użalała się nad swoim życiem, bo tylko to jej zostało. Tylko płacz i wieczny ból, jaki właśnie czuła. Jej uczucia są tak sprzeczne, nie siedziała tu dłużej niż dwie godziny, było późno, nikt z uczniów nie szwendał się już po Hogwarcie. Dziewczyna poszła do biblioteki gdzie miała nadzieję go spotkać i powiedzieć mu wszystko to co czuję, tak by jej nie powstrzymał. On musi wiedzieć co do niego czuję, jak bardzo go kocha, dlaczego go kocha. Usiadła w przedziale gdzie najczęściej bywał Archie, tam właśnie miała nadzieję go spotkać. Złapała jedną z książek, która wpadła jej w ręce. Pani bibliotekarka patrzyła na nią spoza okularów. Przez dłuższy czas go nie było, ale cały czas dzielnie siedziała na miejscu i się go spodziewała.

    Elizabeth Weiss

    OdpowiedzUsuń
  70. Witam! Pomysł z nocną herbatką i spotkaniem w kuchni uważam za bardzo dobry. Sunshine spać nie lubi bo bardzo ją to męczy więc opcja takiego wieczornego spotkania była by w tym wypadku świetna.
    Tylko mam taką ogromną prośbę abyś zaczęła pierwsza, chcę zobaczyć jak to widzisz, a poza tym cierpię na chwilowy zanik umiejętności dobierania słów.
    Bardzo proszę i z góry dziękuje

    Sunshine Price

    OdpowiedzUsuń

  71. Mając już totalnie gdzieś książkę wpatrywała się zachłannie w twarz swojego przyjaciela, czy mogła go wciąż tak nazywać? Wszystko co się stało jeszcze niedawno przed Hogwartem, to zmieniło ich przyjaźń, zniszczyło ją i rozdeptało. Bolał ją fakt jak chłopak ją traktuję. Gdy tylko usłyszała jego pytające spojrzenie automatycznie się wyprostowała i spojrzała w górę następnie w dół. Czy jest sens się tłumaczyć? Zawsze jest. Archie był dla niej wszystkim, nie dało się nawet opisać co ona czuje do niego, jak bardzo go kocha. Słowa nie są w stanie opisać co ta dwójka do siebie czuję. I jak każdego dnia muszą walczyć ze sobą by nie powiedzieć tego wszystkiego co leży im na sercach. Przełknęła głośno ślinę i spojrzała w jego piękne oczy, w których dało się utopić gdy tylko spojrzało się na nie dłużej niż przez minutę. Był oszołamiająco piękny, piękny dla Elle, która każdego dnia wyobrażała sobie jak by to było powiedzieć mu o swoich uczuciach, a gdy już doszło co do czego, to nie miała pojęcia jak to zrobić, jak pokonać tworzącą się między nimi barierę.
    Archie, błagam Cię posłuchaj, ty.. jesteś najważniejszą osobą w moim życiu. Nie wyobrażam sobie chociażby dwóch dni bez ciebie. Zależy mi na tobie, tak bardzo. Liczysz się dla mnie, ale nie jako przyjaciel, jako ktoś więcej. Nie potrafię o tobie nie myśleć. Ja po prostu.. kocham cię.— zakończyła swój monolog wpatrując się w swojego przyja.. swoją miłość. Kochała go tak bardzo, a teraz gdy wszystkiego się dowiedział, oczekiwała na jego odpowiedź. Może już przestał ją kochać i każe jej spadać, bo upodobał sobie śliczną Ślizgonkę? Nie to by było okropne, Archie nie lubi Ślizgonek. Nie on nie mógł. Wszystko zepsuła, zostawiając go wtedy, to wszystko zepsuło. Dlaczego była aż tak głupia by dać mu spokój, pozwoliła by emocje nią zatrzęsły. Zostawiła go samego, podczas gdy on powiedział jej to wszystko, powiedział wszystko to czego ona nie była wstanie mu powiedzieć. Był odważny, odważniejszy od niej, a mimo tego spotkało go zawiedzenie.— myślała cały czas i czuła się potwornie głupio. Czuła się winna za wszystko, za to, że Archie nie usłyszał już wtedy tego wszystkiego co powiedziała mu teraz. Szalona miłość, dosłownie. Przecież mogła zrobić pierwszy krok, powiedzieć wszystko już wtedy, ale zamiast tego wolała uciec ze łzami w oczach. Emocje zawsze były jej najgorszą stroną, zawsze pozwalała znaleźć łzą wyjście, za często cierpiała, za często musiała cierpieć, by sobie z nimi radzić. Biła się ze swoimi myślami nie zwracając przez chwilę na niego uwagi.

    Elizabeth

    OdpowiedzUsuń
  72. Dzień jak co dzień, ładna pogoda i dobrze napisany referat na OPCM. Jedynym zmartwieniem Sunshine był list, który dostała od rodziców. Jej o dwa lata starsza siostra - Vivien, boryka się z ciężkim zapaleniem płuc, mimo tego, że mugole już dawno wymyślili lekarstwa na nią, dziewczyna zamartwiała się od momentu kiedy tym przeczytała aż do teraz, mianowicie do godziny 23:38. Wszyscy już spali a przynajmniej sprawiali wrażenie, że już śpią. Sunny dość miała już ciszy i samotności, postanowiła więc wyruszyć do kuchni gdzie w towarzystwie skrzatów wypije jagodową herbatę, bo jej właśnie się skończyła. Nie zastanawiając się długo założyła na lawendową koszulę nocną, gruby polarowy szlafrok i w wełnianych kapciach wyruszyła w drogę.
    W kuchni panowało przyjemne ciepło i miła atmosfera, skrzaty były przyjazne i wzajemnie siebie lubili. Sunshine dosyć często tu przychodziła, ale zawsze obdarzała ich szczerym uśmiechem, lubiła się im przyglądać gdy pracowały w dużym popłochu. Szybko dostała kubek herbaty, niestety nie jagodowej i przez kilka minut wpatrywała się na ich wyuczone ruchy.
    Z korytarza dochodziły coraz to głośniejsze kroki i do kuchni wszedł chłopak, był z tego samego roku, kojarzyła go ze wspólnych zajęć i biblioteki, często tam bywał. Mimowolnie uśmiechnęła się na jego widok, gdy ją zauważył, przysiadł się i spytał czy jej obecność tu jest spowodowana bezsennością.
    - Po części tak, ale nie lubię spać męczy mnie to. A z tobą jak jest, co tu robisz..Archie? Jeśli pomyliłam twoje imię to wybacz mi, jestem dziś jeszcze bardziej rozkojarzona niż normalnie - uśmiechnęła się, poprawiając opadający lok, który wypadł z jej blond czupryny. Sunshine wyglądała bardzo zabawnie, ale nie przejmowała się tym, chciała jedynie porozmawiać z tym zagadkowo wyglądającym chłopakiem i ukoić rozkołatane nerwy.

    Sunshine Price

    OdpowiedzUsuń
  73. Kładąc się spać o niebotycznie późnej godzinie, Niklas wciąż nie mógł przestać myśleć o czekającym go jutrzejszym spotkaniu. Naprawdę nie wiedział, co w niego wstąpiło, ale taka już jego natura. Najpierw mówi, potem myśli, a na końcu cierpi. Ech, niektórzy to mają naprawdę kiepsko w życiu. Strasznie go korciło, żeby wyjść z dormitorium i przejść się po terenie szkoły, ale nie bardzo uśmiechała mu się kolejna nagana od opiekunki Slytherinu. Został więc w łóżku, ale nie mógł zasnąć. Wygrzebał z kufra notes, w którym zapisywał wszystkie przydatne rzeczy dotyczące eliksirów i uzupełniał notatki oraz listę zakupów, aż w końcu zasnął.

    Obudziły go promienie słońca padające wprost na jego twarz. Zorientował się, że już dawno zaczęła się pora śniadania, więc jak najszybciej się ubrał, doprowadził do porządku i pobiegł do Wielkiej Sali. Powiódł wzrokiem po stole Puchonów i z ulgą zauważył, że Archie siedzi jeszcze przy stole i niezwykle radośnie rozmawia o czymś ze znajomymi. Niklas usiadł więc do swojego stołu, zjadł porządną porcję naleśników z syropem klonowym i popił to sporą ilością wody, jednak wciąż czuł się głodny. W pośpiechu złapał kilka kanapek i wrzucił je do torby, nie zważając na to, co stanie się po zderzeniu świeżej kanapki i pergaminu. Wstał od stołu i widząc, że nie ma nigdzie Archiego, wybiegł spanikowany przed szkołę. Strasznie nie lubił się spóźniać, stąd jego reakcja.
    Na jednej z ławek przed Zamkiem zobaczył blond czuprynę i dopiero wtedy się uspokoił. Wolnym krokiem podszedł do Puchona, i witając go szerokim uśmiechem, rzucił:
    - Gotowy na najlepszą wyprawę do Hogsmeade, Archibaldzie?

    N. Kvarforth

    OdpowiedzUsuń
  74. [ Mój laptop to jedno wielkie gunwo, przepraszam ]
    - Wejdź, Archibaldzie [ tak bardzo podoba mi się to imię ] - powiedziała Queen
    Wstała z krzesła i podeszła do półek, po drodze polecając Archiemu, żeby usiadł. Zdjęła kociołek z drewnianego podestu i położyła go na stół.
    - Dodaj ostatnie składniki, Archie - rzekła profesorka - to będzie coś!
    [ przepraszam, ale jestem wściekła na mój laptop że nie dodał odpisu, i dlatego taki krótki ;-; ]

    OdpowiedzUsuń
  75. Dopiero kiedy Archibald znalazł w trawie swoją różdżkę, zdała sobie sprawę z tego, że równie dobrze mogła użyć zaklęcia „accio”. Nie była wybitną czarodziejką i jej umiejętności magiczne pozostawiały wiele do życzenia, jednak istniało duże prawdopodobieństwo, że ten sposób zadziałałby i nie musieliby się narażać na niebezpieczeństwo ze strony Ślizgonek.
    — Bo jestem kobietą. — To chyba wszystko wyjaśniało, przynajmniej dla niej. Dlatego chowała się za nim: bo była kobietą, a on mógł się wykazać odwagą i ją chronić. Zresztą ciągle miała różdżkę w pogotowiu, ciągle zerkała zza mężczyzny w gotowości, aby obronić ich jakimś niewymyślnym czarem, który dałby im chociaż drobną przewagę czasu.
    Nie zdążyła go powstrzymać, kiedy nagle wystrzelił do przodu, zostawiając ją w tyle, i znalazł swoją różdżkę. Nie zdążyła go powstrzymać, kiedy zaczął tak cieszyć się ze znaleziska, że jego odgłosy radości obudziłyby nawet zmarłego, a co dopiero zwróciły na ich uwagę każdego, kto przebywał w promieniu pół mili. Przeczuwała, że może to się źle skończyć, miała jednak w sobie chociaż odrobinę nadziei. Nadziei, która szybko zniknęła, kiedy obydwoje zorientowali się, że zostali namierzeni.
    — Możemy spróbować, chociaż mam wrażenie, że tylko zakopanie się w ziemi nam pomoże... — wymamrotała, będąc niemalże biała jak płótno. Dopiero co uspokoiła swój oddech, a już musiała się przygotować do kolejnej ucieczki. Co najgorsze, nie bardzo mieli gdzie uciekać. Ich możliwości były na tyle ograniczone, że musieli liczyć na łut szczęścia, niesamowitego szczęścia, aby uniknąć bezpośredniej konfrontacji.
    Dopiero, kiedy znaleźli się w najbardziej oddalonej cieplarni, dotarło do niej jak głupio się zachowuje. W gruncie rzeczy nic nie zrobiła, a ukrywała się niczym zbieg z więzienia. Dlaczego miała ponosić karę za wyssane z palca domysły jakiś głupich dziewuch, które nawet nie zadały sobie trochę trudu, aby dojść do prawdy?
    — Przecież ja nic nie zrobiłam — oburzyła się na głos i na pięcie obróciła się w stronę wejścia do cieplarni, oczekując wejścia Ślizgonek. — Nie będę przed nimi uciekała...

    Oona Griffith

    OdpowiedzUsuń
  76. [właśnie niestety nie mam, wróciłam dopiero z wyjazdu rodzinnego i jestem dosłownie wyprana z wątkowej weny. :c przepraszam najmocniej i poczekam na Twoje zaczęcie, jeśli Ci to nie przeszkadza. :)]

    Lucy.

    OdpowiedzUsuń
  77. - Wiesz co, z tymi eliksirami to ciężka sprawa. Niby nie jest to nic ciekawego, jednak od zawsze fascynowało mnie w nich to, jak kilka kropel potrafi wyrządzić takie zmiany. Eliksir wielosokowy? Proszę Cię, ileż to ja razy chciałbym z niego skorzystać i pokazać paru gnojkom, gdzie ich miejsce. Wspaniała rzecz! Albo ten Uspokajający... Bardzo przydatny w życiu, powiem Ci. Uwielbiam pracować z eliksirami, sam nawet staram się obecnie stworzyć jakiś nowy, ale nic Ci o nim nie powiem, nie chcę zapeszać! - zaśmiał się krótko. - Poza tym miałem już parę epizodów z przeróżnymi eliksirami i mimo wszystko wolałbym być na przyszłość przygotowany... - głośno westchnął.

    Szli przez mniej więcej piętnaście minut w ciszy, Uwielbiał spacerować, więc było to dla niego czystą przyjemnością. Bał się, że Archie zaraz da nogę i przerażony popędzi do Hogwartu skarżąc się, że jakiś psychiczny Ślizgon próbuje go uprowadzić i zabić, ale odniósł wrażenie, że Puchon chyba w końcu się do niego przekonał. Odetchnął z ulgą i dosłownie kilka chwil potem znaleźli się już przy wejściu do Hogsmeade.
    - Powiedz mi, jak Ty to robisz, że... - urwał, widząc grupkę Ślizgonów stojących kilka metrów dalej i wpatrujących się w nich. A to zawsze, ale to zawsze, oznaczało duże kłopoty.

    N. Kvarforth

    OdpowiedzUsuń
  78. - Raczej tak Archie - odparła - Ale musimy zobaczyć czy niczego nie zepsujesz.
    Widać bardzo mu to poprawiło humor - pomyślała.
    Usiadła przy swoim biurku i obserwowała chłopaka, ciesząc się z tak pilnego ucznia.

    OdpowiedzUsuń
  79. Fakt, była dumna. Nie spodziewała się aż takiej reakcji. Musiała trawić na prawdziwą ciapę. Jaki normalny facet drze się tak głośno, kiedy delikatne dłonie dziewczyny dotykają go? No, chyba że były to dłonie Lily, która nie miała na celu sprawienia mu przyjemności. Ona preferowała trochę uśmiechu i sprytu z dużą domieszką zdziwienia. Efekt był bardzo interesujący, choć brak łaskotek ją zawiódł. Już zaczęła sobie wyobrażać jego reakcję, gdyby rzeczywiście te łaskotki miał. Pewnie podskoczyłby tak wysoko, że aż by sobie nabił guza o sufit. Na samą myśl zachichotała. No tak, ona się tu śmieje i triumfuje, a on próbuje uspokoić szalejące serce. Może widział już własną śmierć przed oczami? Hej, przecież ten żarcik nie był taki zły. Naprawdę aż tak się przestraszył? Powinien odkurzyć swoje męstwo, bo chyba dawno z niego nie korzystał.
    Przyłożyła dłoń do jego serca, jednocześnie zabierając stamtąd jego własną łapkę. Potrzebowała się upewnić, że rzeczywiście żyje. Jeśli był aż takim tchórzliwym Puchasiem, to ten jej kawał rzeczywiście mógł być dla niego opłakany w skutkach. Rany, czy była bardziej męska niż on – facet? Pewnie jego życie towarzyskie upadłoby na najgłębsze dno, gdyby ktoś się dowiedział, że szesnastolatek przestraszył się dziewczynki. Zero czujności, naprawdę!
    - No ja tam widzę, że masz się dobrze. Nawet nieco poprawiłam przepływ krwi – stwierdziła tonem znawcy i nie przestawała się uśmiechać. Opuściła dłoń i skłoniła się teatralnie. – Polecam się na przyszłość – zdążyła jeszcze dodać, nim wpadł jej do głowy kolejny pomysł. – Jak to możliwe, że nie masz łaskotek? Może w innym miejscu?
    Zaczęła więc bez żadnego skrępowania błądzić dziewczęcymi łapkami po jego puchasiowym ciałku, jakby badała, z którego miejsca u jej pluszowego misia wysypuje się mięciutkie wypełnienie. Naciskała na jego klatkę piersiową, brzuch i dzielnie poszukiwała łaskotek. Były chyba równie cwane co ona i schowały się gdzieś głębiej, do bardziej skrytego miejsca. Już ona je znajdzie!
    - Złapałabym cię – odpowiedziała na jego obawy. – Ostatecznie wygląda na to, że mam lepszy refleks niż ty. Ale nie przejmuj się, wierzę, że jeszcze wyrośniesz na całkiem męskiego faceta – pocieszyła go, nie przerywając swojego zajęcia. – I nie powiem nikomu o tym małym incydencie, możesz być pewien.

    Potterówna

    OdpowiedzUsuń
  80. - Zapewne całkiem sporo. Dzisiaj jednak natknęłam się jedynie na dwóch chłopców z pierwszego roku i jakąś dziewczynę chyba gryfonkę, poza tym nic ciekawego nie zauważyłam - wzięła jedno z ciastek, które zaproponował jej chłopak
    - Smaczne, czy dobrze czuje, że są z dodatkiem cynamonu? - chłopak kiwnął głową
    - Natomiast wczoraj, nie to było przedwczoraj spotkałam hm,ładnie mówiąc całującą się parę, przysięgam Ci kompletnie się nie kryli! Mogę założyć się, że to byli ślizgoni. Afiszowali się z tą swoją miłością tak bardzo, że aż zrobiło mi się niedobrze - wykrzywiła twarz w grymasie i spojrzała na roześmianego chłopaka, mówiła to z ogromnym przekonaniem. Chwyciła kolejne ciasteczko, dopiła herbatę i zamilkła na chwilę.
    - Tak naprawdę to spać mi się nie chcę i zapewne już nie będzie chciało, a jestem bardzo ciekawa kim jest ta prymitywna parka - powiedziała. Sunshine była ciekawska, nie można temu zaprzeczyć, ale nigdy nie była na tyle wścipska, aby coś na kimś wymuszać, a zdobytych wiadomości nie wykorzystywała w innych celach niż zaspokojenie własnej dociekliwości, można by ją uznać za niegrożną obserwatorkę
    - Więc może dasz się wyciągnąć na nocny spacer po zamku?

    Sunshine Price

    OdpowiedzUsuń
  81. [Również witam przystojniaka z cudnym nazwiskiem, a choć piszę pod kartą Archiego, to nie myśl, że nie zajrzałam do Tea. Po prostu musiałam wybrać jedną z dwóch.
    Jeśli cierpisz na niedobór, proponuję wątek, ale nie bój się odmówić, jeśli coś Ci nie podpasuje. :)]

    A. Hampton/K. Lynch

    OdpowiedzUsuń
  82. [Szybko, szybko! Jest bardzo ważna spawa. Jak byś mogła się ze mną skontaktować na mailu, byłabym wdzięczna ♥ toktosinny.niemy@gmail.com ]
    Ten, którego imienia i nazwiska nie ma na blogu

    OdpowiedzUsuń
  83. [Jak coś,to ja odpisałam na mailu :D]

    OdpowiedzUsuń
  84. [Cudnie! Już będę wymyślać, tylko powiedz mi, czy wolałabyś powiązanie, czy coś spontanicznego? Poszukujesz kogoś dla swojej postaci, przyjaciela, byłej dziewczyny, miłości, dziwnej, skomplikowanej relacji, albo czegoś, czego nie wymieniłam?]

    Avery Hampton

    OdpowiedzUsuń
  85. [To ja proponuję... Taką jakby przyjaźń, mocną więź i wiele informacji, o których wiedzą tylko we dwoje. Możemy stworzyć im historię, w której Avy pojechała do Szkocji na wakacje jako mała dziewczynka i tam poznała Archego, a jako knypki obiecali sobie, że spotkają się w Hogwarcie. Tak właśnie się stało, w dodatku są z tego samego rocznika, więc chodzą razem na niektóre zajęć. :) Oczywiście będzie bronić go przed Ślizgonami, choć powinno być odwrotnie :D, a jego niezdarność z pewnością uzna za uroczą. Co Ty na to? Z takiej relacji może wyniknąć naprawdę wiele, albo rzeczy pozytywnych, albo wręcz przeciwnie.]

    Avery Hampton

    OdpowiedzUsuń
  86. [Nie, nie gadasz głupot, gadasz bardzo, bardzo z sensem! Wszystko mi się podoba i nic nie muszę zmieniać, ale żeby łatwiej nam się wątkowało, to potrzebowałabym kilka szczegółów - takich jak imię siostry, ile Archie ich ma i gdzie chociażby mieszka.
    Może e-mail? Albo gg? Rozpocznę wątek za podesłanie pomysłu. :)]

    Avery Hampton

    OdpowiedzUsuń
  87. Nie latała na miotle wyłącznie dlatego, że mogła poczuć wiatr muskający jej skórę i trzepoczący jej jasnymi włosami we wszystkie kierunki świata. Z podobnym uczuciem spotykała się na lądzie, gdzie nie wzbudzało to w niej największej sympatii. W powietrzu uwielbiała być noszoną przez silniejsze podmuchy żywiołu, ale to wolność była głównym powodem, dla którego była gotowa wsiąść na trzonek miotły i unieść się wysoko ponad szkolne błonia. Przeszywając gęste chmury, bijąc się z mocnymi szarpnięciami wiatru lub manewrując pomiędzy różnorodnymi przeszkodami czuła się niepodważalnie wolna. Nie czuła na swoich barkach żadnego ciężaru związanego z toczącym się szaleńczym rytmem życiem, jakby zrzuciła go z siebie chwilę przed odlotem, a w powietrzu pozostawała jedynie beztroską nastolatką. Uwielbiała przeświadczenie, że zostawiła za sobą wszystko i chociażby na krótką chwilę może być wolnym ptakiem wypuszczonym z klatki. Próbowała, często z pozytywnym skutkiem, zaszczepić to w innych osobach, które później werbowała do swojej drużyny, a następnie do szerokiego grona jej przyjaciół.
    Archie był niezwykle trudnym orzechem do zgryzienia. Uprzedzenie i niechęć do pochwycenia w swoje ręce miotły i odbicia się od podnóża, wystarczająco daleko odepchnęły go od tego zajęcia i stworzyły niewidzialny mur, który Suzanne pragnęła wszystkimi możliwymi środkami zburzyć. Tym bardziej pragnęła zaprosić go do zabawy, gdy wszyscy jej bliscy znajomi opuścili zamkowe mury, zostawiając swoje atrybuty w szkolnym składziku. Chłopak prawdopodobnie nie wiedział nawet, jakie ważne jest to dla kapitana jego domowej drużyny i ile trudu wkłada ona w to, aby wreszcie ugiąć jego negatywne nastawienie.
    Ogarnęła ją fala radości, gdy wreszcie osiągnęła pożądaną odpowiedź i Archie był skłonny spędzić z nią jedno, aktywnie zapowiadające się popołudnie. Cichy, nieplanowy pisk wyskoczył z jej ust, po czym jej śmiech ogarnął cały pokój. Dwoma krokami pokonała dzielącą ich odległość i wysunęła w jego stronę jedną z mioteł. Był to zapasowy egzemplarz na wypadek, gdyby jeden z zawodników połamał swoją w trakcie treningu lub meczu i nie miał przez jakiś czas żadnego porządnego zastępstwa.
    — Wreszcie! – Zachichotała, odruchowo odgarniając kosmyki luźno zwisających włosów do tyłu.
    Była świetnym graczem i niemalże do perfekcji opanowała kontrolę nad swoim sprzętem. Latała od trzeciego roku życia, co wynikało z statusu jej krwi oraz pasji, którą zaszczepił w niej ojciec. Nie przewidywała żadnych niespodziewanych wypadków, postanowiła pozostać czujna i w każdej chwili uratować kolegę od niechcianego upadku, dlatego nie zamierzała zamartwiać się o skutki uboczne ich zabawy. Przy okazji nie posądzała towarzysza o przerażającą nieumiejętność latania. Wierzyła, że posiadał jakiekolwiek najmniejsze umiejętności.
    — Nie będzie tak źle! Archie, uwierz w siebie! – Powiedziała pewna swoich słów i parsknęła śmiechem na wzmiankę o stroju. — Musisz i to szybko.

    [Wróciłam z urlopu. :)]
    Suzanne

    OdpowiedzUsuń
  88. Nie wiedziała czy ma się śmiać na słuch o doniczce i jakże bohaterskim czynie Archibalda (ach to poświęcenie!) czy zacząć płakać. Nawet chciała delikatnie trzepnąć swojego towarzysza w ramię, po przyjacielsku, jednak w zamiarze przerwały jej dwie Ślizgonki, które właśnie wbiegły do cieplarni. No, to teraz, czas na konfrontację.
    Najpierw na ustach Oony pojawił się rozbawiony uśmieszek (najpierw rozśmieszył ją Archibald, teraz one) i chociaż starała się zachować powagę za wszelką cenę, mało brakowało aby nie zaczęła się chichrać. Z czasem jednak, kiedy Ślizgonki kontynuowały swoje wywody, rozbawienie powoli zaczęło znikać z twarzy Oony, ustępując miejsca grymasowi niedowierzania i zdegustowania.
    — Boże drogi, wy tak na serio? — przewróciła wymownie oczami, a potem zwróciła się do Archibalda: — One tak na serio? Powiedz, że one żartują, proszę...
    Jak miała im to wszystko wytłumaczyć? No jak...
    — Powiem to wprost: tysiąckroć wolałabym Archibalda niż Michaela. Popatrzcie tylko na tę jego uroczą twarzyczkę, tych kilka piegów na nosie — bezczelnie wskazała palcem na środek jego twarzy i dotknęła go delikatnie w czubek nosa — na zwichrzone włosy i tę postawę. A najważniejsze jest to, co ma tutaj — przesunęła dłoń i wskazała na jego pierś.
    O, jak ona była wielce zadowolona ze swojej przemowy, całkiem niezła. Mogłaby znaleźć się w jakiejś książce. Niezbyt poczytnej i autora, który nie szczyci się świetnym warsztatem literackim, a raczej banalnymi mądrościami, ale jednak książce. Zauważyła nawet, że jedna ze Ślizgonek zdaje się być nieco przekonana, chociaż na jej twarzy pojawił się grymas obrzydzenia na samą myśl, że można woleć jakiegoś Puchona niż TEGO Michaela. Szybko jednak powróciła do poprzedniego wyrazu zawziętości, kiedy jej towarzyszka, widząc niewielką zmianę na jej twarzy, ofuknęła ją i trąciła różdżką.
    — Sugerujesz, że on — wskazała podbródkiem na Archibalda — mógłby być w czymkolwiek lepszy. Szlamy zdecydowanie nie mają gustu.
    — Ona obraża Michaela — zapiszczała ta, która dopiero co zdawała się odpuszczać.
    No pięknie, jak to mówią: z deszczu pod rynnę. Tutaj nie dało się wytłumaczyć komukolwiek czegokolwiek.
    Niemalże błagalnie i z nutką zrezygnowania zerknęła na Archiego.

    [Dawno nie chichrałam się aż tak, czytając odpis!]
    Oona Griffith

    OdpowiedzUsuń
  89. Jak ona była dumna w tej chwili z Archibalda, że postanowił się postawić. I nie tylko postanowił, ale realnie to zrobił. Aż z trudem powstrzymała się od przemożnej chęci zaklaskania w dłonie i podskoczenia z radości jak małe dziecko. W zamian tego jedynie posłała w stronę Ślizgonek najbardziej uroczy uśmiech na jaki było ją stać. Zarezerwowany był tylko na szczególne okazje, jednak cały przebieg ostatniej półgodziny był dość szczególny.
    Zanim Ślizgonki zdążyłyby jakkolwiek zareagować, Oona ruszyła do przodu, wymijając je i wychodząc z cieplarni. Nie była pewna czy dziewczyny idą za nimi, jednak i tak pozwoliła sobie na głośne komentowanie. Najwyżej jej słowa byłyby skierowane w próżnię.
    — To świetny pomysł, na pewno Michael wszystko wytłumaczy. Opowie wszystkim o tym jak NIE flirtowaliśmy, jak NIE podobamy się sobie nawzajem i jak NIE zamierzamy mieć gromadki roześmianych i umorusanych dzieciaczków, ganiających wokół naszego małego domku na kurzej łapce.
    Gorzej, gdyby obiekt całego zamieszania wpadł na genialny pomysł, aby trochę namieszać. Ot tak po prostu uznałby to za niebywałe śmieszne, aby potwierdzić wszystkie obawy Ślizgonek i pozwolić jak te, przy akompaniamencie przerażającej melodii, którą by nucił, rzucają się i rozszarpują Gryfonkę za bezczelność i fałszywe zapewnienia o niewinności. Brakowało tylko popcornu do tego.
    Wymyślała. Michael w gruncie rzeczy nigdy nie wpadłby na taki pomysł. Był zbyt ograniczony na to. Bezpośrednio zapytany o jakąkolwiek rzecz, odpowiadał zawsze zgodnie z prawdą, bo sztuka kłamania była dla niego zbyt nieosiągalna do opanowania. Przynajmniej nie musiała się obawiać o jego reakcję, bo dobrze ją znała. Wyśpiewa wszystko jak z nut. Nie mógłby być powiernikiem żadnego sekretu, bo nie potrzeba byłoby nawet żadnych tortur, aby wycisnąć z niego całą prawdę. Wystarczyłoby zwyczajne pytanie.
    Co rusz obracała się, aby sprawdzić czy Archibald idzie za nią. Przy okazji miała oko na Ślizgonki, chociaż nie zmartwiłaby się, gdyby te nagle zniknęły i postanowiły nigdy nie wracać.

    [Znowu umarłam! Dwukrotnie — jak czytałam dopisek i wątek :D Tak w ogóle: zróbmy z Michaela geja <3
    Oona jest dość odważna, ale chyba nie aż tak, aby sięgać tam. Jeszcze biedny Archie by dostał zawału serca i co wtedy?!]
    Oona Griffith

    OdpowiedzUsuń
  90. http://hogwarckie-kroniki.blogspot.com/2015/07/im-walking-on-sunshine-whoa-oh.html poszukiwana przez Ciebie Rose, nie dziękuj :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Jednak podziękuję i to bardzo mocno, z całego serduszka - DZIĘKUJĘ! Nie wiem nawet, jak Ci się to udało (choć pewnie niektóre rzeczy są łatwiejsze niż mi się wydają)
      Nie wiem, gdzie skomentować, może tu zajrzysz jeszcze, a nie chcę wyjść na niegrzeczną ignorantkę. Więc jeszcze raz dziękuję! Ucałowałabym, jakbym wiedziała kogo!

      Usuń
    2. [ Mert/Clifford lepiej wracaj ze swoim Arran'em na bloga odkopiemy stary skład, a nie! :D ]

      Usuń
    3. [ W sumie troszkę się znamy wiec chyba powinnaś wiedzieć kogo :D Nie, nie nie ja zerwałam z blogowaniem niestety ale mam nadzieje, że wy napiszecie 100 stronicowy wątek :D]

      Mert Clifford i wszystkie inne duperele

      Usuń
    4. [Teraz już wiem! Ale nie wiem, czemu od razu nie powiedziałaś, że Ty to Ty! Ciebie też przecież szukałam :c]

      Usuń
  91. Nawet nie pamiętała, jak rozpoczął się ten układ. Pewnego dnia zasłyszała o podatnym na wpływy Puchonie i kolejnego miała go już w garści, nie licząc się za bardzo z tym, czy zgodził się na wszystko ze strachu, szacunku dla opinii, jaka krążyła o niej po zamku, czy może wszystko przez to, iż był beznadziejnym mieszkańcem domu Helgi H. Jedno było pewne, za żadne wypracowanie i za żadną z lepszych ocen nie doczekał się od Hattie słów podziękowania i jakiejkolwiek wdzięczności. Gdyby nie wyczuwała, że jest osobą niezwykle słabego charakteru, pewnie zaproponowałaby mu za to wszystko kilka paczek papierosów, a tak… Tak to nie musiała martwić się o żadną formę zadośćuczynienia, a prace domowe robiły się same, kiedy ona mogła się wałęsać po zamku w interesach. Jeśli już poświęcała czas na posiedzenia w bibliotece, wolała rozwijać wtedy swoje zainteresowania i umiejętności w jedynym przedmiocie, jakim byli w stanie ją w tej żałosnej instytucji zainteresować - OPCM to jej ulubieniec. Haczyk tkwił raczej w tym, jak nauczyciele nie zorientowali się jeszcze, że uczniowie z różnych domów wykorzystywali tego ofermowatego Buchanana, jak to Ślizgonka nazywała go w myślach. Ale póki nie mieli najmniejszych podejrzeń, korzystała ze swojego wolnego czasu, od czasu do czasu podsyłając mu gdzieś na korytarzu kolejne karteczki z tematami y esejów.
    Cathcart miała głęboko gdzieś, czy w końcu ktoś z grona pedagogicznego zainteresuje się, dlaczego średnia z przedmiotów jej tak nagle podskoczyła. Póki nie próbowali wyciągać od niej konkretnej bibliografii, jakiej niby używała do napisania prac, wszystko było na swoim miejscu. Była tak bardzo leniwa, że nawet nie miała ochoty zerkać na zalecane tytuły podręczników, więc odjęliby Slytherinowi sporo punktów, a ją zaprosili na wyjątkowo paskudny szlaban, gdyby wszystko wyszło na jaw. Ale czymże jest życie bez ryzyka? No właśnie.
    - Nie wiecie, kiedy mamy pierwsze wyjście do Hogsmeade w tym roku? – Słyszała mało ciekawy dialog po swojej prawej, gdy właśnie kończyła jeść potrawkę z kurczaka, którą zwyczajowo zajadała na obiad. Właściwie Archie się mylił, jeśli sądził, że czeka z niecierpliwością na swoje zadanie domowe. Hattie w ogóle o nim nie myślała, bo wiedziała, że prędzej czy później dostanie je w swoje łapska, o ile ten Puchon chciał zachować wszystkie kończyny.
    -Tej, Cathcart, wiesz coś o Hogsmeade? – Ktoś próbował zachęcić ją do uczestniczenia w rozmowie, więc końcu podniosła głowę, napotykając ciekawskie spojrzenie Thomasa ze swojego roku.
    - Nie wiem jak wy, ale ja mogę mieć swoje wyjścia do Hogsmeade codziennie, o ile humor mi dopisuje… - prychnęła mało zachęcającym tonem, mając zamiar wrócić do swojego jedzenia, ale wtedy wzrok blondyna uciekł gdzieś w prawo. Uśmiechnął się z perfidią godną prawdziwego Ślizgona.
    - Ten twój mały Puchoński kochaś się zbliża – powiedział wolno, nie kryjąc złośliwości, więc Hattie musiała zerknąć w tym samym kierunku. Rzeczywiście, Archie szedł prosto w ich stronę, nie zważając na to, że Wielka Sala nie jest odpowiednim miejscem, w którym można przekazywać prace domowe. Ślizgonka szybko wrzuciła swoje rzeczy to torby i dźwignęła się z miejsca, podchodząc do niego niemal z prędkością światła.
    - Ile razy mam ci gadać, że spotykamy się na trzecim piętrze? – mruknęła przy jego uchu w taki sposób, żeby tylko on mógł usłyszeć, a cała reszta ciekawskich spojrzeń nie mogła w ogóle dostrzec, że Hattie cokolwiek do niego wyrzekła. Ruszyła żwawo w kierunku wyjścia, mając nadzieję, że ten kretyn zrozumie aluzję i pójdzie za nią.

    OdpowiedzUsuń
  92. Miała problemy z wyczuwaniem, co wypada a czego nie. Po prostu robiła to, o czym w tym momencie przyszło jej pomyśleć i nawet się nie zastanawiała, czy to się komuś podoba czy nie. Żadna normalna dziewczyna nie zaczęłaby tak po prostu dotykać chłopaka, którego przed chwilą o mało nie przyprawiła o zawał. Gdyby ktoś jej wytłumaczył, że robi źle i że prawdopodobnie wpędza Puchasia w prawdziwy dyskomfort, to może by coś zrozumiała. Szkoda tylko, że nie słuchała nigdy tych pouczających gadek. Pod żadnym pozorem nie chciała go krzywdzić. Jednak jej sposób działania i poczucie humory odbiegały trochę od schematycznych tabelek. Większość bardzo błędnie interpretowała jej działania i, nie oszukujmy się, miała do tego pełne prawo.
    Przerwała ten napastliwy dotyk, a ręce opadły wzdłuż tułowia. Patrzyła na niego trochę tak, jakby miała przed sobą wielkie odkrycie naukowe. Potrafiła całkiem nieźle obserwować ludzi. To krótkie spotkanie już pozwalało jej na wyciągnięcie pewnych wniosków i naprawdę nie wierzyła, że on jest prawdziwy. Musiała jednak się z tym pogodzić. Pomacała go przecież dość dokładnie. Nie był duchem i raczej istniał również poza jej wyobraźnią.
    Przebywała raczej w męskim towarzystwie. Miała taką swoją paczkę kumpli do wszystkiego, którzy byli równie zwariowani, równie żądni przygód i może nawet byli większymi łobuziakami od niej. Byli bandą cwaniaczków, którą dobrze znał każdy ważny i mniej ważny prefekt w tym zamku. Niepewność i uległość tego Puchona na początku wydawała jej się być efektem tamtego przestraszenia i szoku. Jednak wszystko to, co teraz wypływało z jego ust w zetknięciu z zachowaniem wprawiło ją w dziwny stan. W mieszankę troski i zgorszenia jednocześnie. I to zdołało przytłumić nawet słodką i uroczą Gryfoneczkę.
    - Słuchaj, Puchonie – zaczęła konkretnie, zamierzając go porządnie postawić na nogi. Powinien się ogarnąć. Jak to w ogóle możliwe, że nie walczył o swoje? Że był tak udręczająco bierny. Nie wolno się poddawać, bo jest cała masa okrutniejszych rzeczy, z którymi ludzie sobie radzą i wcale nie była do tego potrzebna jakaś wyjątkowa zdolność charakteru. – Nie lubisz, kiedy ktoś cię dotyka, to mu to powiedz, albo po prostu go odepchnij. To łatwe. Trzeba walczyć o swoje, a nie pozwalać, by ktoś zrobił sobie z nas marionetkę. Śmierciożerca nie musiałby cię atakować nawet. Zaśmiałby się prosto w twoje przerażone oczy i pewnie już byś był przerażony. – Już miała w głowie wizję, jak poplecznik Voldemorta wyśmiewa się z tych ciepłych kluch. Nie mogła patrzeć, jak robił z siebie ofiarę losu. Może i powinna wziąć pod uwagę to, że taki już po prostu jest, że może nie miał w życiu kolorowo i ten jego sposób bycia jest efektem traumatycznych wydarzeń, ale oczywiście to było dalekie od sposobu jej myślenia. – Jesteś mężczyzną. Powinieneś być ostoją bezpieczeństwa. I masz plusa za uroczą Gryfoneczkę – dodała wreszcie i uśmiechnęła się do niego ciepło. Jej wcześniejszy ton głosu był raczej mocny i lekko pouczający, ale przemawiały przez nią emocje. – Pomyśl sobie, że tkwi w tobie siła. Odkryj ją, a nie będzie na ciebie mocnych.
    Dlaczego spodobało jej się jego kompletnie niepasujące do Lily określenie? Bo było kąśliwe. Ujmowało jej sile i postawie. Mógł się zorientować, że nie należy do delikatnych, gruchoczących dziewczynek. A jednak tak właśnie ją nazwał. Jako niegroźną. I mogła mu za to sprawić niezłe lanie. Tylko te przeprosiny posuły ten jego śmiały tekst…

    Potterówna

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. [Tak teraz pomyślałam, jaka ona jest niedobra, choć chwyciło ją jakieś takie poczucie misji. Aż dziwne. Mam nadzieję, że nie wyszła na zbyt przemądrzałą i Puchaś jakoś da radę c: ]

      Usuń
  93. [ O rajuśku nie wierzę! Mój Matti, mój ukochany Matti <3 Pisz do mnie na majowakonwallia@gmail.com lub na gg podany pod kp Elody :) ]

    Elody czyli milionowa odsłona Rosalie Weier

    OdpowiedzUsuń
  94. Codziennie uśmiechnięta, promienna, wstająca z łóżka obiema nogami, tak na zaś, co by żadnej nie faworyzować, a nie daj Boże ustąpić pierwszeństwa lewej. Taka wydawała się być z pozoru Elody i raczej każdy kto ją zna i ma z nią w miarę pozytywną lub neutralną relacje to potwierdzi. Starała się być jak promień słońca w pochmurny dzień, cieszyć się życiem, rozweselać innych. Jednak było coś co od lat nie dawało jej spokoju. To coś wierciło jej dziurę w brzuchu, a w sercu czuła jakąś nieopisaną pustkę jakby brakowało jednego puzzla w układance co irytowało i psuło całą zabawę.
    Archie był brakującym kawałkiem, szczerbą w sercu, której nikt poza nim samym nie mógł wypełnić. Był jej promyczkiem, przewodnikiem, najlepszym przyjacielem. Wyciągnął do niej rękę kiedy sytuacja wydawała się być beznadziejna i pokazał, że z każdej sytuacji jest wyjście. Pierwszy napotkany czarodziej i pierwszy, prawdziwy przyjaciel na zawsze. Tak bardzo żałowała, że straciła z nim kontakt. Nawet jeśli chciałaby go szukać nie wiedziała jak niby miała się do tego zabrać. Pojechać do Szkocji i pytać o uroczego dzieciakach o łagodnych oczach i czuprynie jasnych włosów? Sytuacja wydawała się być beznadziejna. Jedyne co po nim miała to dziennik, do którego zbierała każdą znalezioną czterolistną kończynę. Minęło tyle lat, a ona w każde wakacje szukała choć jednej takiej jakby chcąc upamiętnić ich przyjaźń i zrobić na złość losowi, który śmiał ich rozdzielić. Nie marzyła nawet, że kiedykolwiek go spotka, ponownie uściska, pójdzie na spacer śmiejąc się do łez i wygłupiając. Archi żył tylko w jej wspomnieniach i ukruszonym sercu.
    Siedziała przy wielkim stole gryfonów nakładając sobie sporą porcję owsianki. którą popijała dyniowym sokiem. Obok położyła swój stary, wypłowiały dziennik do którego wklejała każdą czterolistną koniczynę opatrując ją odpowiednimi dopiskami. Wczoraj tknęło ją na sentymenty i zapomniała wyjąć go z kieszeni szaty. Siedząc przy stole miło było mieć go przy sobie dlatego ułożyła go obok siebie kładąc nań dłoń jak pieczęć. Właśnie kończyła śniadanie, kiedy usłyszała za sobą jakiś łagodny głos. Podniosła zielone oczy na niepozornego puchona i uśmiechnęła się delikatnie. Kojarzyła go, był trochę nieporadny, dość cichy, ale uroczy na swój sposób. Nawet trochę przypominał jej Archiego, choć imienia tego puchasia za nic nie mogła sobie przypomnieć, mimo że mieli ze sobą kilka zajęć.
    Skinęła głową i wyszli na moment z Wielkiej Sali. Była ciekawa co chłopak od niej chce lecz kiedy ujrzała w jego dłoniach czerwony dziennik rozwarła usta ze zdziwienia. Spojrzała jeszcze raz na swój notes trzymany w jasnych dłoniach jakby chcąc się upewnić, że to nie jest sen. Podniosła na niego zielone oczy, które w jednej chwili napełniły się łzami. Patrzyła na niego, na swojego przyjaciela, na jej brakujący do szczęścia element.
    - Archie- wyszeptała cicho jakby głos ugrzązł jej w gardle. Powoli i ostrożnie dotknęła dłonią jego twarzy gładząc kciukiem chłopięcy policzek. Lustrowała dokładnie rysy jego twarzy starając znaleźć podobieństwa do tego małego chłopca poznanego w dzieciństwie. Znalazła je napotykając jego łagodne oczy. Uśmiechnęła się szerzej, a po bladym policzku spłynęła samotna łza.
    - Archie!- powiedziała głośno i rzuciła się puchonowi na szyję. Tyle lat tęsknoty za osobą, która sześć lat była pod tym samym dachem.

    Elody

    OdpowiedzUsuń
  95. [PRZEPRASZAM, że tak późno zaczęłam :( Marcusowa właśnie wzięła się za odpisywanie, więc zapraszamy pod zakładkę naszego wącisza:3 ]

    OdpowiedzUsuń
  96. Zakładała, że nieco więcej czasu zajmie im odnalezienie Michaela. Zamek był ogromny, istniały miliony, a jak nie miliony to chociaż tysiące, miejsc w których mógł teraz przebywać, a jednak dość szybko na niego wpadli. Dzięki Bogu, bo niemalże umierała już. Chciałaby usiąść gdzieś wygodnie i nie ruszać się przez najbliższe trzy dni. Chciała się wyłączyć i nie musieć znosić trudów codzienności. Chciała w tym momencie być zwyczajną maszyną. Bo tak trochę się czuła, jak gdyby była urządzeniem, której powoli zaczynały się wyczerpywać baterię, co było odczuwalne.
    Wykrzesała z siebie jednak ostatki entuzjazmu na widok Krukona i ruszyła w jego kierunku, ramię w ramię z Archibaldem. To zadziwiające, jak w tak krótkim czasie, zaczęła czuć się przy nim swobodnie. Może nie tyle bezpiecznie, ale na pewno swobodnie. Dzisiaj zresztą nie czułaby się bezpiecznie nawet przy pełnej obstawie uzbrojonych aurorów. Brakowało tylko, aby na jej głowę z nieba spadł fortepian. A jak nie fortepian, to przynajmniej doniczka. Byłaby idealnym zwięczeniem dzisiejszego dnia.
    Przepchać się przez tłum było naprawdę ciężko, prawie jak na koncercie Fatalnych Jędz. Tylko, że popularność Krukona była raczej tymczasowa, typowo szkolna. Skądś to znała, oberwała identyczną karierę swojej siostry, która błyszczała w Hogwarcie, a potem zgasła równie szybko, co zainteresowanie wszystkich jej znajomych, którzy zajęli się własnymi karierami i życiem uczuciowym.
    — Powiedz im... — wskazała tutaj bezczelnie palcem na dwie Ślizgonki, które towarzyszyły im krok w krok — że nas — tutaj wskazała najpierw na niego, a następnie przeniosła palec na własną pierś — nic nie łączy.
    — Nie bardzo wiem o co chodzi... — wybąkał pod nosem Michael i przesunął wzrokiem po nowo przybyłych, zatrzymując dłużej wzrok na Gryfonce, która się do niego zwróciła. Stój, skądś ją znał... A tak, rozmawiał z nią zaledwie godzinę temu. Nieważne jednak, jak bardzo by się nie starał, nie potrafił sobie przypomnieć jej imienia i nazwiska. Kolejna z wielu, nie musiał się tym jakoś szczególnie przejmować. — Chodzi o to czy ty mi się podobasz? — powtórzył za nią jak echo i zanim zdążył dokończyć swoje pytanie, niemalże zaczął dławić się śmiechem. Dobre sobie. Dawno nie był świadkiem tak absurdalnej sceny.
    Dość szybko zorientował się, że jego zachowanie jest na miejscu i odchrząknął znacząco, starając się powstrzymać nieco swoje rozbawienie, mógłby jednak dalej chichrać pod nosem, to nie miałoby znaczenia: Oona Griffith i tak była już czerwona jak burak, po czubki uszu.
    — Och, to może spodoba ci się on? Prezentuję panu Archibalda Buchanana — wysyczała przez zęby, starając się powstrzymać wzrastające w niej speszenie. Następnie delikatnie popchnęła swojego towarzysza do przodu, aby wystąpił z szeregu. — Może on bardziej wpasuje się w twoje gusta.

    [To już wtedy Oona mogłaby równie dobrze sobie grób kopać i trumnę zbijać.]
    Oona Griffith

    OdpowiedzUsuń
  97. [ Jeżeli chodzi o to, czy to jest coś, czego oczekiwałam, rzucając pomysłem na tę relację, chyba tak, jak na razie nie widzę żadnych poważnych uchybień, wręcz przeciwnie. Frustruje mnie jedynie ilość tekstu, którym mi się odwzajemniasz, wiem, rozwlekam się na tysiące akapitów, ale nie potrafię zredukować swojej pisaniny tak, by pasować do tego, co mi oferujesz.]

    Podczas bezsennych nocy, które zdarzały z rzadka, choć miały prawo bytu, rozmyślał, jak zatrzymać przy sobie Archibalda w przeliczeniu na miesiące i nie pozwolić mu, by odkrył, ile niedomówień kryje się w łączącej ich zależności. Snuł rozważania o ich wspólnym życiu, przetrawiał ewentualne załamania i przygotowywał się na nie ze starannością godną pozazdroszczenia, gotów dokonać niemożliwego, aby nadal orbitowali w nienagannym rytmie. Czasami dopadało go zwątpienie, martwił się, czy da radę manipulować nim wedle własnego uznania, nie popadając przy tym w przesadę, bądź co gorsza, zdradzając swoje zamiary przypadkową lekkomyślnością. Musiał manewrować z wprawą, nie przechylać się na boki ani nie zaciskać palców na chłopięcym ramieniu ze zbytnią zaborczością.
    Wbrew wszelakim oczekiwaniom, udawało mu się zachowywać pozory normalności, okiem postronnego obserwatora zagłębiając się w zwyczajnej, koleżeńskiej relacji, z którą miały do czynienia setki nastoletnich czarodziei przed nim. Początkowa fala zdumienia, rozbijająca się o brzeg wraz z bliskością osobników z różnych domów, ba, z dwoma różnymi charakterami, z czasem ustąpiła miejsca przyzwyczajeniu i spojrzeniom rzucanym od niechcenia. Stali się powszechnym zjawiskiem, zważywszy na oczekiwania otoczenia prawdopodobnie nudnym, bo ich zażyłości nie towarzyszyły spektakularne kłótnie, o których plotkowano by bez końca. Płynęli z nurtem, a niebo zawsze było błękitne, jakby z góry ustalono, że zostali stworzeni do koegzystencji.
    Uśmiechnął się, widząc jego entuzjastyczne podejście i kiwnął głową, przystając na wysuniętą propozycję. Poświęcił wiele godzin, niekiedy długich i żmudnych, aby do perfekcji opracować system, w którym dominował, sprawując władzę absolutną. Jako władca, pan, momentami najlepszy przyjaciel, nigdy nie proponował spotkań ani nie rzucał się Archibaldowi w ramiona. Jeżeli obdarzał go jakimkolwiek dotykiem, był on dokładnie przemyślany, subtelny i delikatny, a nie doczekawszy się protestów, powoli nasączał trucizną i tę intymną dziedzinę życia, dzięki której mógł triumfować z jeszcze większym rozmachem.
    - Pójdziemy na papierosa – zadecydował, nie pozostawiając chłopakowi wyboru i skinął w bliżej nieokreślonym kierunku, jakby rozmyślał, gdzie powinni się udać, aby zachować względne bezpieczeństwo. - Uznałem, że będę palić tylko z wyjątkowymi osobami.
    Ponowił uśmiech i ruszył przed siebie, uprzednio upewniając się, iż Archie docenił wydźwięk wypowiedzianego komplementu. Cel uświęca środki, czyż nie tak właśnie zostało powiedziane? Luke nie mówił wprost rzeczy oczywistych, nie klarował niepewnego gruntu, po którym stąpali. Wiedział jednak, że musi sprawić, by w jego obecności Buchanan czuł się jedyny w swoim rodzaju, a co się z tym wiązało, uświadamiać go o kryjącej się w nim nieszablonowości, która, prawdę powiedziawszy, bezsprzecznie siedziała we wstydliwym wnętrzu, pociągając białowłosego swą niedostępnością.
    - Wolisz Zakazany Las czy Wieżę Astronomiczną?

    Luke

    OdpowiedzUsuń
  98. - Stali obok drzwi prowadzących do łazienki Jęczącej Marty - Krukonka poprawiła szlafrok, który był na nią co najmniej rozmiar za duży i spojrzała za siebie upewniając się, czy nikt ich nie obserwuje - tak na wszelki wypadek.
    - Chodźmy, tylko staraj się być cicho - szepnęła do chłopaka, a w jej oczach widać było ogromna ekscytacje i radość. Sunshine na nocne wycieczki chodziła dość często, ale zawsze sama więc można wyobrazić sobie jej ogromną radość, gdy Archie zgodził się jej dzisiaj potowarzyszyć. Kilkukrotnie próbował do niego zagadać, ale chyba brakowało jej odwagi, więc szli już dobre pięć minut w ciszy, zakłócanej jedynie przez śmieszne odgłosy wydawane przez kapcie Puchona. Sunny kilkukrotnie śmiała się z tego, wówczas chłopak zerkał na nią podejrzliwie więc ta przestawała, nie chcąc zniechęcić go do siebie.
    - Stój - nagle dziewczyna gwałtownie stanęła i złapała chłopaka, który szedł przed nią.
    - Archie, ktoś tu idzie - pociągnęła towarzysza za jedną z potężnych kolumn, która tymczasowo miała posłużyć im jako kryjówka. Perspektywa spotkania któregoś z nauczycieli dla Sunshine nie była zbyt dobra. Dopiero co skończyła szlaban za wybryki z przyjaciółką, a za nocne spacery karę miała już kilkukrotnie - za każdym razem coraz to gorszą.
    W tym wypadku to chyba jednak żaden z profesorów nie był. Do miejsca gdzie się ukrywali w coraz to szybszym tempie przybliżały się cztery, pokaźnej postury osoby.

    Sunshine

    OdpowiedzUsuń
  99. [Melduję grzecznie, że przyszła twoja kolejka :3 ]

    OdpowiedzUsuń
  100. Przytulała Archiego coraz mocniej, a słone łzy spływające powoli po bladych policzkach dziewczyny ginęły gdzieś w załamaniach ciemnej szaty Puchona. To było niczym sen, który tak nieoczekiwanie się spełnił. Wprost nie do uwierzenia! Nie wie ile czasu minęło odkąd toneli w uścisku. Po pewnym czasie Elody odsunęła się od przyjaciele ocierając mokre policzki. Spojrzała na niego uśmiechając się i kręcąc głową z niedowierzania.
    - Jak to możliwe, że od sześciu lat mijamy się na korytarzach, mamy wspólnie zajęcia i jednocześnie nie wiedzieliśmy, że jesteśmy tak blisko- powiedziała ciężko wzdychając. Schyliła głowę patrząc na upuszczony przez chłopaka notes. Kucnęła podnosząc go z ziemi i przecierając dłonią z wierzchu. Podała go Archiemu wciąż szeroko się uśmiechając.
    - Musimy porozmawiać. Musisz mi powiedzieć co się działo przez te wszystkie lata. Mamy tyle do nadrobienia. - kontynuowała nie spuszczając wzroku z twarzy przyjaciela. Już oczami wyobraźni widziała jak siedzą przy kremowym piwie i rozmawiają jak się potoczyła ich historia. Jak sobie radzi w szkole, jakich ma przyjaciół, czy ma dziewczynę, czy rozwija nowe pasje. Tyle rzeczy było do omówienia.
    Nie chcąc zwlekać chwyciła Puchona za nadgarstek i pociągnęła za sobą. Skręcała to w lewo to w prawo, aż znaleźli się na hogwarckim dziedzińcu. Podeszła do jednej z kamiennych ławeczek zajmując miejsce i gestem dłoni wskazała Archiemu, by usiadł obok niej. Objęła dłońmi jego dużo większe ręce i spojrzała wciąż szeroko się uśmiechając w jego łagodne oczy.
    - Opowiadaj co u ciebie. Jak ci idzie, jakie przedmioty lubisz, co u twoich rodziców?- zalewała go pytaniami nie mogąc doczekać się odpowiedzi. Tak bardzo chciała się dowiedzieć co przez te lata się działo. Pragnęła nadrobić ten czas, pomimo że nie była w stanie go cofnąć to chciała być na bieżąco z życiem chłopaka. Wiedziała, że teraz mają okazję stworzyć wszystko od nowa. Przyjaciele po latach odnajdują się i budują relację od początku.

    Elody

    OdpowiedzUsuń