25 lipca 2015

i'm sorry,
but there's nothing


VII KLASA ~ RAVENCLAW ~ PREFEKT NACZELNY
LESZCZYNA, 12 CALI, WŁOS Z OGONA JEDNOROŻCA ~ BURZA ~ PATRONUS NIEZNANY
ZAKLĘCIA ~ ELIKSIRY ~ ZIELARSTWO ~ TRANSMUTACJA


Zawsze dziwiło ją podejście, że dziewczyna wychowywana tylko przez ojca musi wyrosnąć na faceta w damskiej skórze, robiącą te wszystkie ponoć męskie rzeczy, jak plucie, fascynowanie się wszelakimi sportami i noszenie majtek tak długo, aż same nie pójdą się uprać. A może to z Jeremiahem Baxterem było coś nie tak? Może powinien był wziąć sobie do serca słowa nienawidzących go teściów i oddać im Amelię pod opiekę, zamiast bez słowa zabierać ją do domu i zastanawiać się, co na jego miejscu uczyniłaby ukochana Rosemary?
Mieszkanie z ojcem nauczyło ją jednego — możesz siedzieć obok kogoś, a i tak czuć się samotnym. Oczywiście, że to jedno z najbardziej kiczowatych stwierdzeń wymyślonych przez człowieka, ale świadomość, że za ścianą znajduje się najważniejszy dla ciebie człowiek, jednak pisanie powieści przesłania mu świat i prawdopodobnie zapomina o wszystkim wokół, nie będąc zdolnym normalnie odezwać się do własnego dziecka... Może dlatego aż do końca czwartej klasy uparcie pozostawała na uboczu, będąc święcie przekonaną, że nie warto ani zawracać sobie głowy innymi, ani — przede wszystkim — nie zawracać sobą głowy innych. Potrzebowała pięciu lat oraz posmaku władzy, aby przestać wpatrywać się w podłogę, a własne racje wygłaszać głośno i wyraźnie, niekoniecznie ku uciesze reszty. 
Wciąż się nie wyróżnia. Gdyby nie lśniąca odznaka prefekta naczelnego, pewnie nikt spoza Ravenclawu nie znałby jej imienia, no, może oprócz tych, od których okazywała się lepsza w kilku sprawach. Jej ambicja na zostanie uzdrowicielką jest tak wielka, że gotowa jest poświęcić i tak słabo zawiązane znajomości na rzecz zakuwania w każdej wolnej chwili. Najbardziej cieszą ją dni, gdy odbywają się mecze quidditcha — nie przez przesadną chęć dopingowania domowej drużyny, właściwie to nie rozumie, co takiego wspaniałego jest w tej grze, ale skoro komuś gapienie się na ludzi latających w te i we wte sprawia radość, jego sprawa. Chodzi o tę cudowną, niezmąconą ciszę, gdy wszyscy wybiegają zająć jak najlepsze miejsce na trybunach, a ona może wówczas rozsiąść się przy ulubionym stoliku w pokoju wspólnym.
Poza tym na mówienie do niej per Baxter trzeba sobie zasłużyć, kompletnie nie umie skrywać emocji — wbrew powszechnie przyjętej opinii, że owa umiejętność jest bardzo pożądana — a z równowagi może wyprowadzić ją nie tylko używanie jakichkolwiek zdrobnień, ale praktycznie wszystko. Okropny z niej przemądrzalec, ale wystarczy trochę z nią pobyć by dostrzec, że jest naprawdę przeurocza.


And I'm down on my hands and knees
Begging you please, baby
Show me your world




GG: 51169145 / cogito.ergo.rekin@gmail.com
FC: Larissa Hofmann / Cytat na końcu i utwór zalinkowany pod imieniem sponsoruje Mac DeMarco.

192 komentarze:

  1. [ Nie mogę nie przywitać - cześć! Tęsknię za Aurorą, chociaż Amelia też... urocza. ]
    C. Sanders

    OdpowiedzUsuń
  2. [Cześć, cogito ergo rekinie :>]

    Florean Hale

    OdpowiedzUsuń
  3. [Zdjęcie jest genialne, o.

    Cześć, czołem, kolanem, jedną nogą i drugą, miłej zabawy.]

    Russ

    OdpowiedzUsuń
  4. [Szkoda, że tym razem bez Auroreczki, ale Amelia też jest świetna c: czeeść]

    Yaxley

    OdpowiedzUsuń
  5. [Witamy ponownie, udanej zabawy :)]

    OdpowiedzUsuń
  6. [O proszę, jeszcze mnie pamięta! A Monty został porzucony i zapomniany...]

    Florean Hale

    OdpowiedzUsuń
  7. [Na taką ewentualność ja mam faceta :D]

    Brandan Lloyd

    OdpowiedzUsuń
  8. [Racja, Aurora pasuje do morderstw w Chelmsford w roku '76, szmalcowników i Śmierciojadów :D też chciałabym mieć pomysł, ale go nie mam, w tej kwestii liczę na Ciebie :>]

    isaiah

    OdpowiedzUsuń
  9. [ Urocza jest, nawet jeśli przemądrzała. Cześć ;3 ]
    Marcua Rothesay

    OdpowiedzUsuń
  10. [Aurory nie kojarzę, a sadząc po tym entuzjazmie w komentarzach powyżej, chyba powinnam żałować, ale co zrobić. Cześć, dobry wieczór! Podbijam, że zdjęcie ładne, poprzednie też miało w sobie coś, karta krótka, ale dobrze się czyta, a sama postać faktycznie wydaje się być całkiem przyjemna mimo tej przemądrzałości. (Pewnie dogadałaby się z moją poprzednią panną.) Duży plus za imię, mam słabość, nie wiedzieć czemu. :)]

    Inez Amers

    OdpowiedzUsuń
  11. [A dziękuję.

    Właściwie to i tak bym ci wątek zaproponowała, bo Russ i Amelia po prostu nie mogą się nie znać, nie dość, że na tym samym roku, to jeszcze oboje naznaczeni doświadczeniem bycia prefektem. Toż to się aż prosi o wątek. Sęk w tym, że jestem na etapie nadrabiania zaległości, bo ludzie mi za szybko odpisują, a ja im za wolno. Także tego, jakbyś miała jakiś pomysł - zarzuć śmiało.]

    OdpowiedzUsuń
  12. [ Przeczuwam, że Luke nazywałby ją Amelką do znudzenia. Cześć!]

    Way

    OdpowiedzUsuń
  13. [Raczej nie wypali, Flo i Bran to jednak dwa różne charaktery. Przyjmijmy po prostu, że znają się i lubią, poza tym Amelia mogła przyłapywać go na jakichś szemranych interesach z dziwnymi typami, a że ona jest prefektem, to zawsze musiałby jej się tłumaczyć, że on to robi, bo jest taki genialny itp. i po prostu nauczyciele go nie rozumieją, dlatego musi się uciekać do czarnomagicznych handli, no!
    Szukam kogoś do wątku o ratowaniu małpek z rezerwatu w miejscu, do którego co roku na wakacje udaje się Brandan, albo na wypad do miejscowego czarownika, który, zły, że np. wybudzono go z drzemki dla "dzieciarskich głupot", rzuci na nich jakąś dziwną klątwę i będą musieli wykonać szereg strasznie niebezpiecznych zadań, żeby ją złamać. Piszesz się na któryś?]

    Brandan Lloyd

    OdpowiedzUsuń
  14. [Fakt, to pasuje idealnie, ale tamto... ach, już bez karty wiedziałam, że polubię postać i chyba się nie pomyliłam dużo!
    Nie, Inez nie jest spokrewniona Trelawneyami. Przynajmniej nie planowałam... A powinnam ją jakoś z nimi złączyć? :>]

    Inez Amers

    OdpowiedzUsuń
  15. [ Jak możesz jej tak urągać... byłaby świetna zawsze i wszędzie : D
    Piszę się, napiszę Ci nawet zaczęcie, jeśli tylko wyręczysz mnie w wymyślaniu. Tylko bez szaleństw, teraz mam wolnomyśliciela. W każdym tego słowa znaczeniu. ]
    CS

    OdpowiedzUsuń
  16. [Wchodzę w to. Spodziewaj się zaczęcia na dniach, jakoś muszę się za ten pomysł odwdzięczyć. :D]

    OdpowiedzUsuń
  17. [Cieszę się, że pomysł przypadł do gustu. Zaczekam na Ciebie, jestem ostatnio trochę wyjazdowa i mam zaległości na blogu :D]

    Lloyd

    OdpowiedzUsuń
  18. [Uśmiech tej panny na zdjęciu jakiś taki nieodgadniony. :> Życzę dobrej zabawy na blogu.]

    Lucas Murray

    OdpowiedzUsuń
  19. [Cześć. Zróbmy im pojedynek zarozumiałych prefektów!]

    Baldwin F.

    OdpowiedzUsuń
  20. [Ona byłaby idealna do roli pani prefekt z mojej zakładki poszukiwani, ale ja nic nie sugeruję.]

    OdpowiedzUsuń
  21. [Zależy w którym momencie chcemy zacząć wątek. Nie chcę tak już wszystkiego zrzucać na Ciebie, więc może przyjmijmy po prostu, że Amelia dopiero zjawia się w umówionym miejscu, a Bran jest tak podekscytowany jej wizytą, że naraz jej robi wycieczkę objazdową. Przelatują na miotłach nisko ponad drzewami (na afrykańskim odludziu to jest na porządku dziennym, to znaczy zawsze istnieje jakieś ryzyko, ale nie zwraca się na to takiej uwagi jak w dużych miastach), żeby dotrzeć do miejsca, w którym mieszka tylko plemię, z którego pochodzi Lloyd.
    Rdzenne plemiona nie są zadowolone, kiedy widzą białego człowieka, bo zdecydowanie nie chcą zostać "ucywilizowane" w żaden sposób, a nawet członek plemienia może zostać obrzucony klątwą, jeżeli zrobi coś nie tak, stąd może pochodzić niechęć czarownika wobec dwójki młodziaków pałętających się po obozie. Ogólnie masz duże pole manewru, bo to tylko moje sugestie, wszystkie opisy i wydarzenia po drodze itp. zależą od Ciebie, za nic się nie obrażę :D]

    OdpowiedzUsuń
  22. [Nie naciskam :D Dziewczę notorycznie doznaje uszczerbek na zdrowiu, więc jeśli się zastanowisz, po prostuj daj znać.]

    OdpowiedzUsuń
  23. [Nie wyciągniesz z niego inspiracji, nic szczególnego się w nim nie dzieje i w ogóle podobno straszna szmira. Pracuję nad nowym, ale nie mam teraz czasu na pisanie dłużyzn, więc skupiam się na wątkach, jeśli w ogóle jestem obecna. A jak nie zaczniesz za dwa dni, to ja zacznę, więc bez presji :D]

    OdpowiedzUsuń
  24. [Hm. Ja widzę to tak, że Baldwin czuje z jej strony jakieś tam zagrożenie. Mogłaby być dobra na przykład z transmutacji, na której mu najbardziej zależy i tak od lat ze sobą na tym polu konkurują. Plus - przez to, że są prefektami, mogliby spędzać ze sobą sporo czasu na jakichś patrolach, nauczyciele połączyliby ich w parę, dostrzegając te ich negatywne emocje, niby częste przebywanie w swoim towarzystwie miałoby im pomóc, a jest zupełnie inaczej. On lubi ją denerwować, ona wtedy wybucha i tak spędzają całe godziny, z tego musiałyby im zostać jakieś blizny na szarych komórkach. :D]

    OdpowiedzUsuń
  25. [ Próbujemy szczęścia, mając nadzieję, że obejdzie się bez poważnych urazów?]

    Luke

    OdpowiedzUsuń
  26. [Inez ma takie zdolności wyłącznie przez wzgląd na mój chwilowy kaprys i fakt, że ostatnio zapaliłam w sobie iskierkę zainteresowania tym tematem. Ale właściwie kto ją tam wie, może ma gdzieś w swoim drzewie genealogicznym jakiegoś Trelawneya! :D
    Powoli wygrzebuję się z wątkowych zaległości, a że póki co Inez nieszczęśliwie otoczona jest praktycznie samymi chłopami, chyba mogę zaproponować jakąś przygodę i tutaj, jeśli są chęci i damsko-damskie nie przeszkadzają. W razie czego jakiś mglisty pomysł już mi na granicy świadomości majaczy, choć nie jest szalenie oryginalny i pewnie wymaga doprecyzowania, ale coś tam przy nim jeszcze pomajstruję i może będę mogła proponować. Chyba że Ty masz jakieś niespełnione wątkowe marzenie, które dałoby radę tym dwóm pannom wcisnąć.]

    Inez Amers

    OdpowiedzUsuń
  27. [A tego to już nie wiem, czy pomyliłaś karty ;>]

    Isaiah

    OdpowiedzUsuń
  28. [ To świetnie. Myślałam, żeby akcję wątku umiejscowić w Hogsmeade, ostatni wypad do Wioski Czarodziejów przed wakacjami. i tam grupka kilkunastu hogwartowiczów stwierdziła, że zrobią wieczorem pożegnalną potańcówkę, z daleka od nauczycieli i kremowym piwem. Taka przyjazna atmosfera, kilka Gryfonów, Puchonów i Krukonów, nawet pewnie i Ślizgon by się znalazł, ale ad rem. Bohaterowie po dwóch piwach, rozluźnieni postanawiają, że zagrają w poszukiwanie skarbów razem z resztą, w losowaniu trafiają na siebie i muszą znaleźć rzecz, która przypadła im w udziale: szczęście w szkle lub inny bajer okiełznany ogień, oczywiście to będzie dla nich katastrofa. Nie dość, że muszą się uporać z zagadką by wygrać mieszek galeonów, to jeszcze pech chodzący za Marcusem... może być, czy myśleć nad czymś innym?]

    OdpowiedzUsuń
  29. [ Dobra, chyba ogarniam : D A cóż to byłby za urok? Potem moglibyśmy ich wysłać na ulicę Śmiertelnego Nokturnu, żeby zdjęli to obrzydlistwo z któregoś z nich. Nieźle by się pewnie najedli strachu. Sanders na pewno!
    Mogą się spotkać u Sugarpluma, bo faktycznie Caleb nie gardzi słodyczami. Jeszcze mi tylko powiedz, czy ja mam zaczynać, czy wolisz pierwsza opisać z perspektywy Amelii jej (nie)mugolskie odkrycie? ]
    CS

    OdpowiedzUsuń
  30. [ Siemasz, Baxter! Jak czytam kartę, mam ochotę coś nabroić.
    Witamy na blogu c: ]

    Freddie Weasley

    OdpowiedzUsuń
  31. [ Cześć! Zapraszam do mnie, jakby była chęć na wątek :) ]
    Celia Ferro

    OdpowiedzUsuń
  32. [ To na pewno był animag, chociaż dobrze się, skubany, ukrywał. ;D Cześć, cześć, postaram się jakiś pomysł podrzucić, ale proszę o napisanie, czy wolisz coś wakacyjnego, czy z akcją już w Hogwarcie. ]

    Chesney Swinton

    OdpowiedzUsuń
  33. [Właśnie o czymś takimi myślałam, że mieli do dyspozycji całe Hogsmeade. Zaczniesz? ;> czy mam rzucić imperiusem?]

    OdpowiedzUsuń
  34. [ Ma młodszą siostrę. Wprawdzie myślałam o tym, żeby dziewczynka była w wieku przedhogwarckim, ale jeśli do twojego pomysłu potrzeba dziecka 11-13letniego, to mogę ją postarzyć. ;D ]

    Chesney Swinton

    OdpowiedzUsuń
  35. [ Zdecydowanie wybieram wakacje. Wpadł ci już do głowy jakiś konkretniejszy zarys ich relacji, czy ja mam się nad tym pogłowić?]

    Luke

    OdpowiedzUsuń
  36. [Właściwie mam jedno niespełnione marzenie, pomysł niezrealizowany z mojego poprzedniego pobytu na blogu, który miałam wspólnie z jedną z autorek uskutecznić, ale po długich ustaleniach niestety nie zdążyłyśmy go zacząć i... tak sobie myślę, może byłabyś zainteresowana, ale wygodniej byłoby mi to chyba opisać na mailu, więc jakbyś mogła się tam do mnie odezwać, byłabym najszczęśliwszym sierściuchem w blogosferze!]

    Inez Amers

    OdpowiedzUsuń
  37. [ Nie, wszystko w porządku. W takim razie ja będę musiała zacząć. ;D ]

    Chesney Swinton

    OdpowiedzUsuń
  38. [Powiem Ci szczerze, że dołączyłam w nocy, a pod kartą mam tyle komentarzy, że nawet w najpiękniejszych, bloggerskich marzeniach nie spodziewałabym się, że jest tutaj taka aktywność. Skoro masz do nadrobienia trochę wątków, to spokojnie skup się na nich, bo nie jestem w stanie Ci powiedzieć, czy znajdę tyle czasu, aby pociągnąć kolejny i w dodatku zrobić to porządnie. Niestety HK to nie mój jedyny blog.
    Tak, czy inaczej, bardzo chciałabym spróbować sił z Twoją Amelią. Powiedzmy więc, że przełożę nasz wątek odrobinę w czasie, bo zrezygnować na pewno nie potrafię. ;)]

    Kaiden Lynch

    OdpowiedzUsuń
  39. [ Ostatnio namnożyło mi się pozytywnych relacji, a z drugiej strony mogę też przebierać w tych, które obfitują w zbyt wiele radosnych akcentów, więc nie chciałabym powielać niczego, z czym miałam już styczność. Możemy umiejscowić ich pośrodku, niezdecydowanych, o co w tym wszystkich chodzi i dlaczego jednego dnia śmieją się ze swoich nieśmiesznych żartów, a drugiego posyłają sobie mordercze spojrzenia. Inną sprawą jest to, że wraz z pisaniem o powtarzalności niektórych konceptów, przypomniało mi się o jednym, który wymyśliłam jakiś czas temu, jednak nie doczekałam się w zamian niczego konkretnego, co sprawia, że wciąż można go użyć. Jego głównym punktem był zakład. Jedno założyło się, że poderwie to drugie, z kolei to drugie założyło się z kimś innym, że poderwie te pierwsze. Przy tym pomyśle w grę wchodzi niechęć, a z nią tym ciężej byłoby im wygrać stawkę, o którą grają. Oczywiście żadne z nich nie wiedziałoby, że ładnie mówiąc, znajduje się w sytuacji bez wyjścia, gdyż nie mieliby pojęcia, iż namierzony przez nich obiekt także ma niecne zamiary. Co więcej, w kodeksie owego zakładu miałaby miejsce wzmianka mówiąca o tym, że w czasie jego trwania nie można dać się poderwać nikomu innemu i nieustępliwie zdobywać tego, na kim opiera się cała umowa. Wyobraź więc sobie ten chaos, gdy próbują dobrać się do siebie nawzajem, ale wciąż są odpychani, bo przecież nie można pozwolić swojej osobie na przegraną i ach, to po prostu wątek moich marzeń. Oczywiście, jeżeli przedstawiony przeze mnie zarys nie pasuje do twojej postaci, bądź po prostu nie przypadł ci do gustu, możemy wrócić do tej niestabilności emocjonalnej i trochę do niej dopowiedzieć.]

    Luke

    OdpowiedzUsuń
  40. [ Przyznam, że trochę ubolewam, ale nie śmiem się nie zgodzić. Pytanie tylko, o co zakład, dlaczego i jaka kryje się za nim korzyść dla Amelii. Tylko tyle potrzeba mi do całkowitego spełnienia.]

    OdpowiedzUsuń
  41. [ O, wiem! Żeby przełamała swój największy strach i zrobiła coś, czego się boi. Albo po prostu z małą Lukową pomocą odkryła nowe horyzonty. To z pewnością wyjdzie jeszcze w praniu, kiedy wątek nabierze tempa. Sądzę, że wszystko mamy już ustalone, co do łączącej ich więzi, cóż, wydaje mi się, że możemy pozwolić sobie na dowolność, a nawet pewną zgryźliwość, ale to już pozostawiam wedle twojego uznania. Pytaniem za sto punktów jest jednak takie, kto zaczyna.]

    OdpowiedzUsuń
  42. [ Niekoniecznie, ale zazwyczaj niechętnie zaczynam, więc jeżeli naprawdę nie masz na to ochoty, mogę się tego podjąć.]

    OdpowiedzUsuń
  43. [Oczywiście, że się załapiesz. :>]

    Sean C.

    OdpowiedzUsuń
  44. [Niee, ale naprawię to dopiero jak przełączę się z mobilnej wersji na komputer. :')
    Ja tu widzę dramę, bo (Aurora Boyle, hm?) Finn jest trochę luckowy. Już widzę jak mówi do niej Baxter, a ona udaje, że się wścieka. Proponuję dobicie Prince'a na parę dni do tego samego sklepu w wakacje. Niech poleje się krew.]
    Prince

    OdpowiedzUsuń
  45. [Hawkins, Roy, Wesrbroock, Houston - wybierz co chcesz. ;)
    Dramę widzę taką, że obydwoje są dość dominującymi personami i to im może nieco bruździć w relacjach, które są dość napięte, bo polegają na ogólnym nienawidzę cię, bo jesteś tobą, ale, och, muszę rzucić jakiś głupi komentarz o twojej nowej fryzurze, bo pomyślisz, że serio cię nie lubię Prince/Baxter.
    Zacznę, układ jak najbardziej spoko, a skoro Baxter 2.0 to muszą być bestfriendami! Nie podaję konkretnego pomysłu, po prostu coś nam pewnie wyjdzie w praniu.]
    Prince

    OdpowiedzUsuń
  46. [Ależ może. Nic nie stoi na przeszkodzie. Ma po prostu większą tolerancję do magicznych istot niż pozostałych czarodziejów. Nie to, że to samotnik, ale jeśli nie są ze Slytherinu to trudno będzie im rzucić go na kolana, a już tym bardziej przyciągnąć jego uwagę. Widzę, że naprawdę czekałaby Duncana zażyta relacja z Amelią, skoro musiałaby tak często go karać. I to wszystko przez te mądrale!]

    Duncan Langhorne

    OdpowiedzUsuń
  47. Mieszkanie wśród mugoli niewątpliwie miało sporo zalet. Caleb przekonał się o tym już po roku nauki w Hogwarcie; jako nieliczny spośród dzieci czarodziejów dokładnie wiedział, czym jest i jak dokładnie działa telewizor, komputer, smartfon oraz wiele innych cudów techniki mających ułatwić ludziom bez różdżek codzienną egzystencję. Na lekcjach mugoloznawstwa błyskał wiedzą prawie tak często, jak znajomi pochodzących z całkowicie niemagicznych rodzin. Jako, że nie brakowało mu zarówno kontaktu z czarami, jak i z całkowicie przyziemnymi przedmiotami, był przyzwyczajony do obydwu światów. Kolegom z sąsiedztwa co prawda nie mógł pomóc w zadaniu domowym z matematyki (swoją drogą, uważali go za skończonego nieuka) i co roku kłamał, że wyjeżdża do specjalnej szkoły z internatem, aczkolwiek nigdy na nich nie narzekał. Może traktowali go trochę pobłażliwie ze względu na brak mugolskiej wiedzy, natomiast zawsze byli dla niego życzliwi i co najważniejsze, nawet nie mieli zamiaru nigdy się nad nim pastwić (a Sanders wiedział, iż się w tym specjalizowali).
    Mimo wszystko często brakowało mu klimatu Hogwartu, zwłaszcza podczas wakacji. Ferie zimowe dawał radę przetrwać dzięki wizytom Naomi oraz kolejnym numerom Proroka Codziennego, a także bliskiej perspektywie powrotu do szkoły. W lecie przychodziło mu to z większą trudnością, przede wszystkim ze względu na przedłużający się wolny czas. W końcu "wypady na piwo" z sąsiadami zaczynały go nudzić, za to serce (a może żołądek?) rwało się do słodkiego kremowego napoju, wypierając szybko z organizmu chmielny posmak. Mugolskie seriale o wampirach kręciły chyba tylko Hawkins, rubryka z nieśmiesznymi żartami w gazecie lasowała mózg, natomiast wszystkie mądre książki czekające na regałach wydawały się zbyt ciężką lekturą na wakacje. Jednym słowem - nie pozostawało nic innego prócz wpakowania się w autobus do Londynu i odwiedzenia sklepów przy Pokątnej.
    Zjawił się na dworcu pełen optymizmu, zadowolony, że mógł się wreszcie wyrwać z nudnego, mugolskiego światka. Marzył o pysznych słodyczach, o interesujących wystawach, o niespodziewanym spotkaniu z jakimś dobrym znajomym. Problem w tym, że dokładnie trzy minuty, dwa przystanki oraz pięć przecznic dalej do małego autobusu wkroczył - skądinąd bardzo przysadzisty - pan. Nie wiadomo, jakie kierowały nim pobudki, kiedy przysiadł się właśnie do Sandersa, właśnie do niego, zgniecionego potem puchowymi muskułami, wciśniętego w okno, bez nadziei na ratunek aż do Londynu. Cały pojazd był wolny, Caleb nie siedział nawet na pierwszym miejscu, gdzie najłatwiej się usadzić, a potem bez wstawania zapłacić kierowcy. Nie, ON przyszedł na drugie, zajął miejsce od strony korytarza, nie pozwolił Gryfonowi zabić go wzrokiem i wysłać tym samym na inny fotel. Nie wspominając już o tym, że dokładnie siedem przystanków później wsiadła pani o wiele młodsza, o wiele piękniejsza i o wiele przyjemniejsza jako towarzystwo na dwie godziny podróży. Nie musiała nic mówić – mogła tylko być, pachnieć i nie przeszkadzać. I nie wpychać łokcia tam, gdzie nie jego miejsce. Zniósłby jej obecność.
    Efekt był taki, że z pojazdu wysiadł zmęczony, pozbawiony resztek dobrego humoru i z jeszcze bardziej beznamiętnym spojrzeniem, niż zazwyczaj. Jak najszybciej pragnął udać się na Pokątną, dlatego nie zwlekając dłużej, wsiadł w pierwszy lepszy autobus, by kilkanaście minut później przytykać już nos do szyby chroniącej wystawę z najnowszą miotłą w roli głównej, a w ręce ściskać butelkę kremowego piwa.
    Gdy nacieszył już oczy idealnie wyprofilowanymi witkami, wkroczył do ulubionego sklepu - Miodowego Królestwa. Oczywiście nie powstrzymał się przed zakupem kilku(nastu) sztuk najróżniejszych słodyczy; zawiódł go jednak brak dyniowych pasztecików, zdecydowanie królujących na sandersowej topliście niezdrowych przekąsek. Przez chwilę pozwolił popracować szarym komórkom - przy odpowiednim wysiłku podpowiadały mu genialne rozwiązania bardzo trudnych problemów - i to właśnie przez nie zawitał u Sugarpluma.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Chciał spotkać kogoś znajomego, owszem, ale może bardziej znajomego, niż dziewczyna, do której nie potrafił zwrócić się nawet po imieniu. Kojarzył ją, ona niezaprzeczalnie go znała, znała także jego nazwisko, a on nie potrafił teraz już zmusić mózgu do pracy (w końcu przed chwilą już go przeforsował...) i przypomnieć sobie choćby nazwę domu, do którego przynależała.
      Tylko czy na pewno widywał ją w szkole? Cóż, wydawała się być w jego wieku... a może uczęszczali razem na zajęcia? Myśl, Caleb, myśl! Na pewno z nią rozmawiałeś... i to nie raz.
      - Ykhm... cześć - musiał odchrząknąć, gdy już udało mu się chociaż na chwilę opanować panikę wywołaną krótką pamięcią. - Tak, właściwie... są tutaj dyniowe paszteciki?
      Podszedł bliżej lady, trochę nerwowo rozglądając się po pomieszczeniu. Ni stąd, ni zowąd skierował spojrzenie na pierś dziewczyny - plakietka! Amelia, Amelia, tak, chyba zamienili kilka słów na początku roku szkolnego, a później tylko kiwali do siebie głowami na korytarzu, tak? Nie, chyba jeszcze jakoś na wiosnę udało im się porozmawiać o druzgotkach. Zresztą - obojętne! Sanders chciał tylko kupić piekielne słodycze i uciekać jak najdalej, zostawiając niekomfortową sytuację za sobą.

      [ Wybacz, że nocny esej trafił właśnie do Ciebie : D ]

      Usuń
  48. [Morderstwo u tamtej dwójki było właśnie najlepsze :D Jasne, czekam na jakieś szczegóły]

    is

    OdpowiedzUsuń
  49. [Spróbujmy to zrządzenie losu wykorzystać w wątku. Ewentualnie pomyślmy jak ładnie ubrać to w powiązanie. Zapewne paskudnie usposobiony Duncan nie będzie pałał do niej sympatią, ale on jak na złość wcale się nie poprawia. Niereformowalny Langhorne. Jasne, kto pierwszy, ten lepszy. A ty zdecydowanie zaliczasz się do tej grupy.]

    Duncan Langhorne

    OdpowiedzUsuń
  50. [Niestety, ale w drużynie go nie ma. Nie przeczę, że grywać umie, bo planów o zostaniu graczem nie wziął z księżyca, ale może zrobi się jakieś wolne miejsce w ślizgońskiej drużynie. Pomysł jest dobry, nie neguje go, tylko musimy go dostosować do obecnych realiów.]

    Duncan Langhorne

    OdpowiedzUsuń
  51. [ Na dniach spodziewaj się zaczęcia.]

    OdpowiedzUsuń
  52. [Podoba mi się :D Ale pewnie nie dasz się wrobić w zaczęcie, skoro to Amelia ma go zaprosić i wprowadzić na farmę hipogryfów? :> Chyba, że mam lać wodę i coś wykombinować]

    Is

    OdpowiedzUsuń
  53. Przed znajomością z Baxter w słowniku Baldwina rzadko pojawiało się słowo rywalizacja. Problem nie polegał na tym, że nie lubił brać w niej udziału, po prostu nie miał obok siebie osoby, która przyjęłaby w jakiś sposób wyzwanie, będąc jednocześnie na tyle utalentowaną, by nie odpaść w przedbiegach. Niektórzy mówili, że Fortescue jest egocentrykiem, ale to było pewnego rodzaju delikatne niedopowiedzenie, bowiem dla niego nie liczyło się nic poza czubkiem własnego nosa. Gdzieś migało mu także pojęcie rodziny, ale przez większość czasu odsuwał od siebie jej członków, niczym natrętne muchy. Był człowiekiem, którego kojarzą wszyscy, ale nie był to rodzaj przyjemnej popularności – wiedzieli kim jest tylko po to, by uważnie omijać go na korytarzach, chociaż, jeśli tylko miał taką ochotę, zachodził ich w najmniej spodziewanych momentach. Jego chęć bycia najlepszym nie wzięła się z dopingu rodziców, nie miał tego zakodowane w genach, nic z tych rzeczy. Już jako mały dzieciak wybierał sobie tylko takie zajęcia, które kończył z najlepszym wynikiem, a potem przyzwyczaił się do tego tak bardzo, iż nie wyobrażał sobie możliwości, by dostać słabą ocenę, albo nie skończyć z odznaką Prefekta Naczelnego, która teraz lśniła dumnie na jego ślizgońskiej piersi. Każdy krok, każda rozmowa w szkole – wszystko to było tylko i wyłącznie przystankiem na drodze do tego, co kiedyś chciał osiągnąć. Wróżono mu przeróżne kariery, skupiając się zazwyczaj na wizji jego w Ministerstwie Magii, gdzie wspinałby się uparcie po drabinie coraz to ważniejszych funkcji, ale sam Baldwin prychał wtedy z niesmakiem, odpowiadając, że stawia na pracę naukowej, w której każdy dzień były równie rozwijający. Stąd chęć zostania uzdrowicielem. Niestety w całej tej wizji nie brał pod uwagę, że to przede wszystkim praca z ludźmi, a z nimi to on kompletnie nie umiał rozmawiać, gdy nie miał potrzeby wyciągania z nich ważnych dla siebie informacji. Był upośledzony pod względem zwyczajowego funkcjonowania społeczeństwie. Owszem, wykuł na pamięć wszelkie regułki i zachowania wśród towarzystwa, które może się dla niego liczyć, ale kiedy miał na korytarzu zwykłego ucznia, wtedy zazwyczaj przegrywał w przedbiegach. Gdyby grono pedagogiczne było bardziej uważne i zrezygnowałoby z nabierania się od lata na jego gładkie gadki, nawet przez sekundę nie rozważaliby jego kandydatury na tak ważne stanowisko. Dla niego bycie prefektem było tylko i wyłącznie kolejnym stopniem, które dawało mu trochę więcej władzy niż przeciętnemu uczniowi, więc samoistnie się o nie postarał. Nie był jednym z tych, którzy nadużywają swojej funkcji – przynajmniej nie był tą osobą zazwyczaj – ale często zupełnie nie chciało mu się biegać po szkolnych korytarzach, wyłapując kretynów, którzy rzeczywiście łamią regulamin. Przecież ma na głowie ważniejsze sprawy.
    Dlatego tak nie znosił dyżurów z Baxter. Przy tej Krukonce musiał się zachowywać poprawnie, a do tego uważać na każde słowo. Trochę przesadzał, ale dla niego była uosobieniem całego zła na świecie – bo jak to tak można być zwyczajną dziewczyną, która tak naprawdę pojawia się znikąd (przynajmniej on zauważył ją dopiero wtedy, gdy dostała odznakę, a przecież byli na tym samym roku) i zabiera ci najlepsze stopnie z transmutacji? Panoszyła się po całej szkole, rozprzestrzeniając wokół wszystko to, czego nienawidził, ale w przeciwieństwie do niej, nie dawał się łatwo wyprowadzić z równowagi i czerpał patologiczną przyjemność z każdego słowa, burzącego w jakiś sposób jej komfort psychiczny.
    Też się z nią nawet nie przywitał, bez przekonania miętosząc swój kołnierz. Może i nie kłamała i rzeczywiście był brudny, ale jak rasowy Ślizgon doszukiwał się w tym jakiegoś głupiego żartu, więc nawet na niego nie spojrzał.
    - No to na co czekasz? Chodź – rozkazał, ruszając się natychmiast z miejsca z zamiarem obejścia wszystkich potencjalnych miejsc, w których gryfońska drużyna najczęściej przebywa.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Miał ochotę powiedzieć na głos, że naprawdę nie obchodzą go szkolne porachunki na tak niskim poziomie, ale z drugiej strony każda okazja do utarcia nosa ludziom z Gryffindoru jest dobra. Może i jego siostra należała do tego domu, ale to nie sprawiało, iż przestał chociaż na chwilę darzyć ten dom niechęcią. Oczywiście mówił głośno, że nie obchodzą go odwieczne konflikty i stereotypy, ale to mijało się z prawdą.
      - Nie rozumiem ich logiki. W jaki sposób chcą uderzyć w ślizgońską drużynę, biorąc w obroty małego dzieciaka? Obiło ci się o uszy jakieś konkretne nazwisko, czy mamy strzelać w ciemno? Zawsze można przypuszczać, że chcą się zabrać za brata któregoś z zawodników – mówił na głos, idąc swoim zwyczajnym tempem, za którym większość uczniów nie mogła nadążyć. Miał wprawę, w końcu łaził po tych korytarzach niemal codziennie. Początkowo chciał udać się w kierunku lochów, ale stwierdził, że najlepiej szybciej sprawdzić błonia. Pogoda wciąż dopisywała, ale te świrusy z Gryffindoru zawsze wykorzystywali słońce do samego końca. Zresztą, lepiej sprawdzić błonia, gdy jest jeszcze jasno. Jak zwykle zupełnie nie pytał Amelii o zdanie, zachowując się trochę tak, jakby była jego podwładną, a nie człowiekiem na tym samym stanowisku.

      Usuń
  54. [Podobno ktoś wietrzący spisek na każdym kroku sam nie może być bez winy. Coś w tym musi być. Cześć!]

    OdpowiedzUsuń
  55. [Co masz przez to na myśli? Wiesz, bo on ma wiele win na sumieniu i nie tak łatwo wybrać jedną. Na przykład ostatnio mógł nieumyślnie rozpuścić plotkę na temat rodziny, trzymającej w domu czarnomagiczne przedmioty i od tamtej pory sam trzyma się z dala od Uszu Dalekiego Zasięgu. Ale zawsze może wygrzebać je z dna kufra, jeśli nadarzy się jakaś wyjątkowa okazja.]

    OdpowiedzUsuń
  56. [ Marnotrawne bożyszcze chyba stanie moim ulubionym określeniem :D Cześć, to skreślenie jest celowe. Gregorius był naczelnym, ale fuchę mu skradziono pod nieobecność kilku dni, więc teraz jest prefektem, ale pogodzić się z tym nie możemy :< ]

    OdpowiedzUsuń
  57. [Rozumiem. Tylko jak to połączymy z czasem na blogu? Trzeba to ustalić. Mamy wakacje, więc pojawia się pytanie: robimy wątek wakacyjny (będzie trudniej o okoliczność ich spotkania), czy przeskakujemy do września? A może cofamy się do czerwca, kiedy Amelia zaczyna mu się baczniej przyglądać, śledzić go, sprawdzać?]

    OdpowiedzUsuń
  58. [No to czas mamy ustalony. W takim razie, w kwestii wątku, co ma się w nim dziać? Tak szczerze powiedziawszy, to Delmare raczej by odcinał się od Amelii i ograniczał ich kontakty do minimum. Skoro zawsze mogłaby go na czymś przyłapać, to lepiej, żeby nic o nim nie wiedziała.
    Pasowałby ci jednak wątek letni, w którym ona przyuważy go na Pokątnej, wtedy te jej podejrzenia powrócą i postanowi za nim pójść tak, żeby jej nie widział?]

    OdpowiedzUsuń
  59. [Miejsce się znajdzie. Gregory notorycznie łamie regulamin, nawet myślałam, żeby z tego powodu stracił fuchę naczelnego. Jakieś pomysły co do samej fabuły, czy mam się zmusić do myślenia?]

    OdpowiedzUsuń
  60. [Jakbyś mogła, to by było fajnie ;D]

    OdpowiedzUsuń
  61. [Okej, jasne :) Zacznę na dniach, bo na razie się ogarniam.]

    OdpowiedzUsuń
  62. [Coś to niestety w całokształcie zabrzmiało mi prawie jak... słabość? Mogliby się dogadać i widzę na to całkiem spore szanse. Może nie tak od razu, bo ona ciągle pewnie kara jego brata i to go okropnie denerwuje, ale od wzajemnego dogryzania sobie możemy zacząć c:]

    Arsellus Langhorne

    OdpowiedzUsuń
  63. [Och, nie! Jeszcze nie zaczęliśmy wątku, a już odkryłam, że ma do niego słabość! :3
    Daj mi chwilkę, a coś wykombinuję:
    1. Załóżmy, że Arsellus powstrzymał swojego starszego o kilka miesięcy przed przywaleniem w twarz jej koledze. Pewnie wściekły poszedłby rozładować złość na kimś innym, a twoja pani chciała w akcie złości wlepić mu karę. Tak zacząłby się z nią wykłócać Arsellus.
    2. Mistrzyni i strażniczka porządku może nakryć Arsellusa na myszkowaniu w zamku. Na korytarzu albo w dziale ksiąg zakazanych. A nuż gdzieś, by się wymykał poza budynek i jak ona, by to zniosła?]

    Arsellus Langhorne

    OdpowiedzUsuń
  64. [Oczywiście, że tak. Te pomysły są zostawione dla ciebie i nikt ci ich nie odbije :3]

    Arsellus Langhorne

    OdpowiedzUsuń
  65. [Nie ma pośpiechu, bo ja i tak nadganiam wątki c:]

    Arsellus Langhorne

    OdpowiedzUsuń
  66. [Weź, z której strony Alfie jest cudowny? Amelia za to przeurocza na pewno!
    Cześć. :D]

    Alfie

    OdpowiedzUsuń
  67. [A gdzie tam, dziesięć minut pisania co mi przyjdzie do głowy pod meh. :D
    Wątek, wątek. Och, ja tu widzę tyyyle podobieństw, ale nijak nie widzę sposobu, by ich zakolegować. W relacjach z Alfiem ludzie muszą wychodzić z inicjatywą, bo jemu nawet niezręczna cisza nie przeszkadza.]

    Alfie

    OdpowiedzUsuń
  68. [ Nie spodziewałam się, że tak szybko uda mi się zacząć, niemniej cieszę się, że nie odłożyłam tego na bliżej nieokreślony termin.]

    W jego wnętrzu nieprzerwanie rosła frustracja, którą skrywał z precyzją godną pozazdroszczenia, a która domagała się ujrzenia dziennego światła. Przykrywał ją względną obojętnością, ostentacyjnym odwróceniem głowy, bądź zgryźliwym uśmiechem, mającym ważne rzeczy zredukować do miana nieistotnych drobnostek. Gdy obserwował, jak potencjalne zwycięstwo niknie za zakrętem, dławił w sobie przemożną ochotę zdemolowania najbliższej klasy i zaciskając dłonie w pięści, przymierzał się do zdobycia następnej bramki, nieczęsto zdobywając jakikolwiek punkt. Miał coraz mniej czasu i coraz więcej niezaliczonych baz, a co się z tym wiązało, przepaść na wyciągnięcie ręki i dumę przedartą wpół.
    Z ledwością godził się z obecnym stanem rzeczy, do tej pory pewny, iż wrodzony urok już na starcie zapewni mu prowadzenie. O ile za pierwszym razem, gdy odprawiono go z niczym, mógł zrzucić to na karb przypadku, o tyle po dziesiątym poważnie zastanawiał się nad tym, w jaki sposób wszystkie jego próby zostają skazane na niepowodzenie. Co prawda, z rzadka bywało, że trudził się zdobywaniem dziewcząt, gdyż to chłopcy stanowili nieprzerwany obiekt lukowej fascynacji. Ich dłonie zataczające kręgi na bladym ciele, głębokie głosy szepczące słowa zachęty. W pełni oddał się tej samej płci i mógł wyjść nieco z wprawy, jeżeli chodziło o zalecanie się do dziewcząt, jednakże nigdy wcześniej, nawet wtedy, gdy prezentował się iście upiornie, rozsmakowywanie się w cudzych wargach nie przychodziło mu z równym trudem.
    Warto dodać, iż zaliczał się do młodzieńców niewątpliwie przystojnych, może nie do rodzaju tych, na których wystarczało spojrzeć, aby stracić dla nich głowę, lecz do tych, którzy posiadali w sobie specyficzny pierwiastek, sprawiający, że oczy samoistnie wracały do ich postaci, odkrywając szereg dotąd niezauważonych walorów. Innymi słowy, jego powierzchowności nie dało się niczego zarzucić, a co za tym szło, nieudane podboje rozkładał na czynniki pierwsze, wykluczając możliwość ewentualnej brzydoty. Aż w końcu pewnego dnia, gdy kolejna ciemnowłosa niewiasta z wyraźną złością odparła, że nie ma zamiaru być czyjąś zabawką, a za rogiem czaił się zwycięski uśmiech Amelii, zdał sobie sprawę, że to z jej pomocą opada na samo dno.
    Początkowo nie dowierzał, by prawy prefekt odważył się na sabotaż, musiał więc odwołać się do bardziej radykalnych środków i w niedługim czasie, po brutalnym przepytaniu swych niedoszłych ofiar, upewnił się w przekonaniu, iż właśnie wybuchła wojna. Chcąc nie chcąc, nie mógł dalej pozwalać na niweczenie własnych szans, aczkolwiek odwet planował po cichu i bez zbytniej efektowności, atak planując na noc poprzedzającą oficjalne ogłoszenie wyników.
    Przyczaił się pomiędzy najbardziej zaciemnionymi korytarzami, gdzie rzadko stąpała ludzka stopa, a mimo to kwalifikowały się do nocnych obchodów. Nie miał wątpliwości, że panna Baxter zaszczyci go swoją obecnością, nie spodziewał się jednak, że przyjdzie mu czekać godzinę na jej ciche i wyważone kroki.
    Zza olbrzymiej rzeźby niezidentyfikowanego stwora widział wyraźnie, jak oświetla sobie drogę i ze znudzeniem przechodzi prosta za prostą, by i tak odwrócić się na pięcie i ponowić nużącą czynność. Wykorzystał właśnie jeden z owych obrotów, nie zawahawszy się nawet na chwilę i wytrącił różdżkę z rąk dziewczyny, a ją samą przyparł do ściany. Widocznie zaskoczona nie stawiała oporu, choć podejrzewał, że gdyby tylko miała możliwość, od razu wyrwałaby się z jego zanadto mocnego uścisku.
    - Jak śmiesz? - warknął, obdarzając swą towarzyszkę morderczym spojrzeniem. - Myślałaś, że nigdy się nie dowiem?

    Luke

    OdpowiedzUsuń
  69. Z tymi przygodami Sanders był ostrożny. Co prawda, często pakował się w tarapaty przez zwyczajną głupotę, niewyparzony język czy zwyczajną prostolinijność odpowiedzi oraz zachowania. Nie był tak sprytny jak brat - ten z kolei uciekał od problemów jak mógł, nikt nigdy nie miał z nim problemów, nawet jeśli niezbyt go lubili - i to jego oskarżał o wyssanie całej przebiegłości z mleka matki. Choćby jak się starał, unikanie kłopotów nie wychodziło mu najlepiej - wystarczyło choćby wziąć po uwagę obecną sytuację: przyszedł po paszteciki z dyni, a już nieświadomie został wciągnięty w jakiś spisek. Co prawda mógłby się nie zgodzić, aczkolwiek wrodzona ciekawość nie pozwoli mu odrzucić wyzwania poznania sekretu przed prawdziwymi łowcami dziwactw. Co jak co, ale w wyścigach lubił uczestniczyć, zwłaszcza wtedy, gdy nagrodą było odkrycie jakiejś tajemnicy.
    Oczy zaświeciły mu się na widok ogromnego kosza pełnego lekko pomarańczowych słodyczy. Poczuł ich zapach, w ustach właściwie czuł smak dyniowych delicji... tęczówki zaszły mgłą. Wszystko można było mówić o Calebie, jednakże był to człowiek zdolny do miłości. Chyba nikt tak jak on nie kochał widoku ulubionego jedzenia, co dopiero mówiąc o jego kosztowaniu!
    Szybko wydostał się z krainy marzeń, zdawszy sobie sprawę, że wszystkie mógł spełnić za pomocą kilku srebrnych monet.
    - Wszystkie - odparł cicho, jakby mówił sam do siebie. Kiedyś wykupi wszystkie paszteciki świata, póki co jednak stać go było na co najwyżej czternaście sztuk. Postanowił nieco zaoszczędzić i kupić jedynie pięć, żeby mógł odpowiednio dozować dyniową przyjemność. Wolał przyjechać kilka razy po mniejszą ilość, niż zjeść wszystkie naraz. - Pięć sztuk proszę.
    Niecierpliwie dreptał za ladą ze wzrokiem utkwionym w ciągle nieruchomych szczypcach. Już dawno powinny mu nałożyć odpowiednią ilość pasztecików, a one jak trwały w bezruchu, tak trwały. Dopiero kilka sekund później nieco się poruszyły; wtedy Sanders wyraźnie się ożywił. Wyciągnął z torby, wypełnionej już częściowo słodyczami, portfel, by odliczyć kwotę do zapłaty. Oczywiście znał ceny, o ile nie zmieniły się od jego ostatniej wizyty, dlatego zgromadzenie odpowiedniej liczby monet nie sprawiło mu problemu. Z matematyki nie był dobry, natomiast w liczeniu pieniędzy nie mylił się nigdy.
    Już, już wyciągał rękę po napełnioną torebkę, gdy ta nagle umknęła poza zasięg jego ramion. Spojrzał zdezorientowany na Amelię, po czym asekuracyjnie przyciągnął do siebie knuty i sykle; chciała go okraść czy co? O co jej mogło chodzić?
    - Co? - wydukał, zdezorientowany. Nie udało mu się niczego lepszego sklecić na poczekaniu, musiał chwilę pomyśleć. Wciąż trzymał dłoń na monetach, jakby faktycznie taka ilość pieniędzy miała skusić potencjalnego złodzieja Baxter. - Chyba dobrze odliczyłem, nie?
    Jak dla niego, to tylko o źle odliczone pieniądze mogło chodzić. Skąd miał wiedzieć, że Amelia już od jego pojawienia się w sklepie wiedziała, do czego wykorzysta biednego, niczego nie świadomego Gryfona? I to jeszcze udział w spisku nie był żadnym odznaczeniem, bo równie dobrze nadałby się każdy inny uczeń Domu Lwa!

    [ Daję radę. Btw, planuję zrobić coś niedobrego z Sandersem, a urok jest do tego idealny, dlatego dobrze byłoby wymyślić jakiś paskudniejszy od zamiany ciałami. To może byłoby w sumie całkiem miłe... na chwilę : D ]

    OdpowiedzUsuń
  70. To, co robił na Pokątnej, nie było interesem nikogo poza nim. I Delmare starał się o tym pamiętać, kiedy przemykał tą ulicą wczesnym wieczorem, kiedy od szyb budynków odbijało się zachodzące słońce, a od chodników niebieska poświata. Zatrzymał się w aptece, gdzie zakupił cztery fiolki z krwią salamandry i trochę żabiego skrzeku, który wylądował na dnie kieszeni jego płaszcza, i tutaj nawet nie było po co ukrywać, że matka wysłała swoje dziecko po sprawunki. Jednak to, co znajdowało się w kopercie, którą sprzedawczyni wsunęła mu w wewnętrzną kieszeń, nie powinno nikogo interesować. Ale Krukon wiedział, że Oni go obserwują, inwigilują i że chcą poznać treść koperty. Wiedział też, że przenigdy nie powinni do niej dotrzeć, więc przede wszystkim, musiał ich zgubić.
    Znał zakątki ulicy Pokątnej, o których młodsi adepci magii z Wielkiej Brytanii mogli nie wiedzieć. Upodobał sobie tę część Londynu, bo mieściła się w bezpośrednim sąsiedztwie jego domu i to tutaj kierował się, kiedy sytuacja w nim przerastała jego cierpliwość. Włóczył się od rana do wieczora, wygłupiał się, ale też czasem oszukiwał, żeby wyłudzić słodycze. Jednak zdarzały się chwile, kiedy zazdrościł tym, którzy oglądają Pokątną po raz pierwszy. On wchodził w ten brukowany labirynt i od razu wiedział, którędy do wyjścia, a jednak nie przynosiło mu to poczucia bezpieczeństwa. Czasem chciałby się zgubić, zabłądzić i nie odpowiadać na oferty pomocy w znalezieniu właściwej drogi, bo jeżeli sam by nie wiedział, gdzie się znajduje, to czy Oni wiedzieli?
    Obejrzał się dwukrotnie za siebie, zanim wszedł przez bramę. Szedł marszem, co jakiś czas sprawdzając, czy koperta magicznym sposobem nie zniknęła z jego kieszeni. Co jakiś czas poprawiał okulary przeciwsłoneczne, których noszenie (nie tylko latem) weszło mu w nawyk. Tak naprawdę niewiele dostrzegał w nich szczegółów, ale ważne było, aby on zobaczył Ich pierwszy. Rozglądał się podejrzliwie po Alei Nokturnu. Znał to miejsce bardzo dobrze i wciąż nie wiedział dokładnie, czego może się po nim spodziewać. Swoją drogą, sam wyglądał jak ktoś, kto robił tu nielegalne interesy. Aleja była pusta, a jednak Delmare słyszał kroki tej drugiej osoby.
    Zatrzymał się. Kroki ucichły. Zaczął iść, znowu słyszał cudze obcasy uderzające o dziurawy chodnik. Ostrożnie włożył prawą rękę do kieszeni, w której trzymał różdżkę. Przeszedł jeszcze kawałek i zniknął za rogiem. Kiedy tajemnicza postać za nim podążyła, przycisnął ją do ściany jakiegoś domu i wycelował różdżką w jej grdykę.
    – Nie pójdzie wam ze mną tak łatwo! – Zagroził...dziewczynie w jego wieku. Zdjął okulary, żeby sprawdzić, czy oczy go nie mylą, ale znów rozejrzał się przy tym podejrzliwie. Odskoczył od niej momentalnie, ale nie schował różdżki. – Amelia Baxter? Dlaczego mnie śledzisz?

    OdpowiedzUsuń
  71. Nie był na tyle głupi, aby przed innymi uczniami udawać, że pochodzi z magicznej arystokracji. To było zbyt ryzykowne – ktoś z łatwością mógłby dowieść, że Swinton kłamie. Dlatego zamiast kreować się na panicza z wyższych sfer, zachowywał się tak, jakby należał do klasy średniej. Nikomu nie próbował wmówić, że śpi na pieniądzach, ale też nosił się tak, jakby galeonów mu nigdy na nic nie brakowało, a nawet miał ich małą nadwyżkę. Czasem, aby uczynić swoją pozę wiarygodniejszą, zabierał kumpli do Hogsmeade i stawiał im Kremowe Piwa lub, jak już pokończyli siedemnaście lat, Ogniste Whisky i udawał, że wszystko jest w porządku, chociaż w głębi duszy płakał nad straconymi na głupoty monetami. Więc, dla własnej wygody, kreował się może nie na skąpca, ale zdecydowanie człowieka oszczędnego.

    W rzeczywistości oszczędność nie leżała w naturze Chesneya Swintona, jednak, ze względu na to, że w jego domu nie przelewało się, musiał się jej wyuczyć. Kiedy tylko mógł, pracował i ogólnie starał się chwytać różnego rodzaju zajęć, które przyniosłyby mu choćby najmniejsze dochody. W trakcie roku szkolnego napełnianie kiesy galeonami miał utrudnione, jednak i tak potrafił zakręcić się tak, że zdobywał trochę upragnionego złota. W wakacje było łatwiej. Chociaż później w Hogwarcie opowiadał znajomym niestworzone historie o wyjazdach w różne części świata i przygodach, które jakoby przeżywał, w rzeczywistości nie opuszczał Anglii i dnie spędzał głównie na ciężkiej pracy. Tego lata został zatrudniony w niewielkim sklepiku na Pokątnej. Umiejscowienie trochę go przerażało – w końcu hogwartczycy właśnie na tej ulicy robili zakupy, ktoś mógłby go odkryć… Z drugiej strony, sklep nie stał w najbardziej reprezentatywnym miejscu, ale niedaleko przy zejściu na Nokturn, poza tym produkty, które oferował klientom, nie były atrakcyjne dla uczniów Szkoły Magii i Czarodziejstwa i aby je zakupić, należało mieć lincencje. Swinton nie był głównym sprzedawcą, raczej harował jako pomagier. Sprzątał, pomagał kupującym, rozładowywał dostawy i tak dalej. Nie należało to do zajęć trudnych, za to dość ciężkich, więc po kilku godzinach tego typu zajęć bywał naprawdę zmęczony. Ale płacili dobrze, to było najważniejsze.

    Na tyle dobrze, że Chesney postanowił część wakacyjnych zarobków przeznaczyć na okazalszy niż zwykle prezent urodzinowy dla młodszej siostry, Elinore. Kończyła osiem lat, więc zasługiwała na coś niezgorszego. Oczywiście Chesneya nie było stać na bardzo drogi i ekskluzywny prezent, ale wiedział, że Elie ucieszyłaby się nawet z drobiazgu. Uwielbiała słodycze, więc postanowił przejść do pobliskiej Sugarplumy, o której słyszał dobre opinie, i zakupić pudło łakoci. Kompletnie nie znał się na słodkościach, bo sam za nimi nie przepadał (nie zwykł nawet słodzić herbaty), więc zdał się na gust sprzedawczyni. Umówił się tak, że piętnastego sierpnia, czyli w dzień urodzin Ellie, któryś z pracowników cukierni dowiezie do domu Chesneya ładnie zapakowane słodycze.

    Tego dnia chciał spędzić czas z siostrą, więc wziął wolne w pracy. Ellie jeszcze spała, gdy ktoś zaczął dzwonić do drzwi. Prawdę mówiąc, Chesney również nie był do końca obudzony, ale bez zbędnej zwłoki zareagował, gdy tylko usłyszał dzwonek. Poderwał się ze zdezelowanej kanapy i w drodze do drzwi wejściowych zgarnął szarawą, tylko trochę podartą koszulkę, którą udało mu się włożyć zanim jeszcze wpuścił do środka pracownika cukierni.

    – Dzień dobry – wymamrotał, nie chcąc wyjść na okrzesanego gbura, jednak słowa powitania wypowiedział, nie patrząc na tego, który przyszedł. Zbyt był zaaferowany poszukiwaniami różdżki. Gdy tylko ją odnalazł, zaklęciem przywołał portfel, w którym kryły się wcześniej przygotowane galeony. Kwota odmierzona co do knuta, nie trzeba będzie wydawać reszty. Dopiero wtedy, gdy trzymał już w dłoni ten przedmiot, podniósł głowę i spojrzał... na Amelię Baxter.

    – Ekhm, cześć? – powiedział i uśmiechnął się niepewnie.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Sytuacja nie prezentowała się najlepiej. Baxter nie była ślepa, zauważyła, że znajduje się w niezbyt przyjaznej dzielnicy i stoi na progu małego, brzydkiego domku, w którym zapewne mało kto zechciałby mieszkać. Trybiki w mózgu Swintona zaczęły gorączkowo pracować w poszukiwaniu jakiejś wiarygodnej gadki na wytłumaczenie tego wszystkiego.

      Chesney Swinton

      Usuń
  72. Nie był mniej zdziwiony od niej, kiedy zamiast podłego złoczyńcy, albo podstępnego agenta wysłanego, żeby sprzątnąć niewygodnego świadka, zaatakował znajomą dziewczynę. Tak naprawdę Delmare nie miał agresywnego usposobienia, ale umiał użyć różdżki w taki sposób, żeby zyskać chociaż kilkanaście sekund przewagi nad przeciwnikiem. Amelia mogła się cieszyć, że nie zostawił jej w tym zaułku samej, rzuciwszy jakimś paskudnym zaklęciem. A przecież faktycznie nic do niej nie miał. Nawet jej nie znał, tym bardziej na początku nie zrozumiał, dlaczego go śledzi, a kiedy zaprzeczyła, zrobiło mu się trochę głupio. Chociaż jeszcze przez chwilę podejrzliwie wlepiał w nią wzrok, jakby zaraz miała zamienić się w złą czarownicę, która wepchnie mu do ust zatrute jabłko, to teraz złagodniał. Wyglądała mu na zwyczajnie przerażoną.
    W szkole nie utrzymywali bliższych kontaktów. Delmare wolał unikać prefekt naczelnej właśnie z powodu sprawowanego przez nią stanowiska. Pomimo tego, że nie sam nie zawsze grał fair wobec innych, nie zamierzał wystawiać się komuś, kto z łatwością może namieszać mu w szkolnych papierach. Nigdy też jakoś nie poczuł, że może z nią swobodnie porozmawiać, więc nigdy się naprawdę nie poznali. Inna sprawa, że Markson nigdy nie miał ochoty na zapoznawanie się z kimś. Wydawało mu się to stratą czasu. Jeżeli kogoś wyjątkowo potrzebował, to na pewno nie do rozmów, a do interesów, a takie znajomości nie opierały się na sympatii. Od tej reguły nie było wyjątków, a jeżeli jakiś się zdarzył, to on o nim zapomniał.
    A od Amelii na ogół trzymał się z daleka. Była niebezpieczna. Nie wierzyła w to, co mówił o spiskowcach czyhających na jego życie, dlatego gdyby nie fakt, że znajdowali się w szemranej dzielnicy, pewnie uznałaby go za kompletnego świra. W końcu nie zawsze ktoś przystawiał różdżkę do gardła komuś, kto przypadkiem za nim szedł. Poza tym, jej zachowanie wciąż było podejrzane, a jej tłumaczenia były mętne i niewiarygodne, przynajmniej tak brzmiały w uszach kogoś, kto potrafił poznać, kiedy zataja się przed nim prawdę.
    – To miejsce nie jest dla ciebie, Baxter. – Powiedział już na spokojnie, kiedy oboje się uspokoili. Nie chciał wyjść na niekoleżeńskiego, ale taka była prawda. Nie wierzył Amelii, że przyszła załatwić coś na Nokturnie, bo akurat kto jak kto, ale ona chyba miała najmniej wspólnego z półświatkiem, w którym musiał się czasami nurzać Delmare. Była mu właściwie obojętna, ale skoro go nie śledziła, ani nie miała żadnego interesu do załatwienia, to co właściwie robiła w takim miejscu? Wsunął okulary z powrotem na nos i mimo, że schował różdżkę, to cały czas trzymał na niej rękę w kieszeni w pogotowiu, żeby w razie czego nie dać się zaskoczyć. – Ja muszę iść. Śpieszy mi się. – odwrócił się na pięcie i wydostał się z zaułka, w którym przed chwilą zaatakował Amelię. Zaczął iść znowu główną drogą. Obejrzał się, żeby zobaczyć, co dziewczyna zrobi, czy wróci na Pokątną, czy podąży za nim. Kiedy wyszła, zagwizdał krótko, dając jej znać kiwnięciem głowy, żeby jednak poszła za nim.
    – Wchodź. – Rozkazał jej kategorycznym tonem, kiedy dotarli do niczym nie wyróżniającej się kamienicy, tak samo brzydkiej jak cała reszta Śmiertelnego Nokturnu. Przepuścił ją w drzwiach i rozejrzał się ostatni raz po ulicy, zanim wszedł jako drugi. Na klatce było duszno i wszędzie rozchodził się zapach próchna i wilgoci. Drewniane schodki prowadziły na pierwsze piętro i do piwnicy. Delmare przez chwilę stał i nasłuchiwał.

    OdpowiedzUsuń
  73. – Zaufaj mi na pięć minut. – Poprosił, bo wiedział, że na nic więcej nie może liczyć. Znowu puścił ją przodem, ale różdżkę trzymał wyciągniętą przed sobą jak najdalej. Właściwie nigdy nie fatygowałby się, żeby zapraszać Amelię w to miejsce, ale skoro już sama się napatoczyła i widocznie węszyła coś wokół niego, chciał ją wprowadzić. Może miał też dobry humor, ze względu na to, iż udało im się dotrzeć w jednym kawałku.
    Zanim zeszli na dół, Delmare użył zaklęcia Lumos. Schody były zaczarowane w taki sposób, że jeżeli ktoś chciał skradać się niepostrzeżenie jak złodziej, w ciemności, natychmiast się do nich przyklejał. Przecież musiał złapać kogoś, kto niepowołanie zbliżał się do piwnicy, którą on sobie wynajął za śmieszną sumę. A odklejenie się od schodów było znacznie trudniejsze, kiedy były zabezpieczone czarami, a nie mugolskim klejem.
    Na klatce panowała grobowa cisza, oczywiście poza zawodzeniem jakiegoś kota, dochodzącym jeszcze z ulicy. Ale na Nokturnie można było się spodziewać wszystkiego, tak jak i tego, że to wcale nie kot, tylko animag, albo coś jeszcze gorszego. Tak, a Krukon znał tę ruderę lepiej niż chciałby się przyznać przed kimś, kto sprawuje funkcję prefekt naczelnej. Człowiek czuł się bezpieczny dopiero w miejscu, do którego nikt o zdrowych zmysłach by się nie zapuścił, nawet wróg. W takim miejscu, gdzie można było wszystko ukryć, łącznie z samym sobą.
    — Od tej chwili jesteś tak samo w to zamieszana jak ja. Oni będą wiedzieć, że to widziałaś.
    Otworzył drzwi do piwnicy i tym razem wszedł jako pierwszy, żeby zapalić światło. Jeżeli już było coś, z czego Delmare był znany (przynajmniej na roku i tylko w swoim domu, bo do niego ograniczał znajomości), to na pewno ze swoich teorii spiskowych dziejów. Nie zawsze opowiadał o niezidentyfikowanych obiektach latających, ani szpiegach, próbujących wykraść tajne informacje na jego temat. Kiedyś był manipulantem, którego bawiła gra czyimś kosztem i to się nie zmieniło, ale kiedy wrócił po kilkutygodniowej nieobecności, widać w nim było zmianę. Opowiadał rzeczy, które zwyczajnym czarodziejom w głowach się nie mieściły i nikt mu w nic nie wierzył, domagając się dowodów.
    Cały pokój, do którego wprowadził Amelię Baxter, składał się z dowodów na potwierdzenie tylko niewielu tez, które uparcie głosił. Nie było tam żadnych mebli poza starym materacem, krzesłem i biurkiem z trzech desek, ale pokój wyglądał jak pełen. Na ścianach nie było widać skrawka odklejającej się farby, za to były do nich podoczepiane niewyraźne zdjęcia, które miały popierać teorię istnienia cywilizacji pozaziemskich. Oprócz nich, było wiele czarno-białych fotografii, które na pierwszy rzut oka nie miały ze sobą nic wspólnego, ale, zdaniem Marksona, wszystkie tyczyły się jednej organizacji, która nieustannie go inwigiluje.
    Odpalił sobie papierosa i usiadł, kładąc nogi na biurko. W końcu wyciągnął tajemniczą kopertę. Palił, przy świetle świecy wczytując się w treść listu, jakby szukał jakiegoś szyfru.
    – Zobacz. – Powiedział nagle do Amelii, wskazując na jakiś akapit w liście. – Te plamy z atramentu to kod. Ten sam kod Oni wysyłają przez mugolskie satelity. – Zanurkował pod biurko, żeby wyłowić spod niego pinezkę i od razu podczepił list pod inne dowody.

    [Poprawka była konieczna ;D]

    OdpowiedzUsuń
  74. [Przywiało mnie z powrotem, tak jak obiecałam. Czas mam, chęci jeszcze większe, także jeśli Ty nadal znalazłabyś miejsce na wątek dla mojego Ślizgona, to zapraszam. :)]

    Kaiden Lynch

    OdpowiedzUsuń
  75. Mógł się spodziewać, że twardo stąpająca po ziemi dziewczyna nie będzie chciała słuchać jego opowieści, ale już ją wprowadził i było za późno, żeby mogła udawać, że nic nie widziała. Zobaczyła dowody, które zbierał miesiącami, więc automatycznie została wmieszana w tajemnicze śledztwo, któremu on poświęcał wakacje. Nawet, jeśli poszła za nim przypadkiem, od tej chwili nic nie było kwestią losową. Jeżeli coś dziwnego zadziałoby się wokół Amelii, mogła mieć pewność, że stoją za tym Oni.
    "Oni" mogli czaić się za rogiem i na dachu, w witrynie każdego sklepu. Byli świetne wyszkoloną organizacją, której celem było pilnować niewygodnych świadków, aby tajemnice nie wyszły na światło dzienne. Delmare'a już dawno mieli na celowniku. Wiedział, że musi się ukrywać, kiedy nie jest w szkole i że tylko kwestią czasu jest, kiedy i tam wpuszczą swoich szpiegów. Na Nokturnie łatwo było się ukryć, a miejsce, które wynajmował pod użytek swojej prowizorycznej bazy, było świetnie zabezpieczone. Markson nie mógł ryzykować, że coś go zaskoczy. Barykadował się w tej piwnicy zawsze, kiedy czuł, że są blisko. Jednocześnie pozostawał zawsze czujny, jakby każdy, kogo spotyka, miał okazać się jednym z Nich.
    We wrześniu zeszłego roku po szkole rozeszła się informacja, że zniknął uczeń. Znalazł się stosunkowo szybko, bo przed Nocą Duchów, ale i tak jego zniknięcie wzbudzało ogólny niepokój. Delmare wielokrotnie próbował przypomnieć sobie, gdzie był, kiedy nie było go w zamku, ale w tym miejscu w pamięci pozostawała luka, która nie dawała mu spokoju. Po prostu musiał dowiedzieć się, co mu zrobili i co takiego zobaczył, że wykasowali mu tę część wspomnień. Musiał odnaleźć brakujący fragment.
    – Oni chcą, żebyś tak myślała. – Powiedział całkiem poważnie, gasząc papierosa w kubku z mętną wodą. Amelia odrzucała jego wersję rzeczywistości, zresztą wiele osób to robiło, ale Delmare wciąż był przekonany o tym, kto ma rację. Gdyby poddał się w swoich badaniach, nie poznałby prawdy. Zdjął ze ściany wycinek z Żonglera i podał go Amelii. W artykule pisano o wiedźmach, które nie pamiętały, skąd znalazły się na promie do Danii i że od kiedy (jak twierdziły) zostały porwane, w ich żyłach płynie atrament zamiast krwi. Podał jej też wycinek z innego wydania gazety, w którym czarodziej z Portree zarzekał się, że jest kałamarnicą. – To się powtarza. Wszędzie atrament. I co powiesz?

    OdpowiedzUsuń
  76. [Wybacz! :D
    Jeju, to mi przywiało do głowy pomysł. Załóżmy, że znają się lepiej niż dwoje obcych sobie Krukonów, w tym jeden taki Alfie, właśnie dlatego, bo jego ojciec zna jej dziadków. Mógłby czasem targać tam biedaka, żeby zobaczył te hipogryfy, akurat byłaby tam Amelia i poznaliby się jeszcze przed Hogwartem, ośmio-dziewięcioletni Alfie był bardziej skłonny do interakcji, więc jakieś podłoże jest. (ale kombinuję, geez) (ale to chyba możliwe, co? na zasadzie "jezu, boję się tego, halp")
    I tak: mogliby wcześniej podczas tego meczu uwarzyć eliksir, ale brakowałoby im składników, dosyć ważnych i wyszłaby z tego klapa. Teraz są wakacje, jest ten wywiad, a to w pobliżu domu Alfiego, więc ich wyganiają, żeby pokazał Amelii okolicę, ale to rodzi wspaniały pomysł, żeby "pożyczyli" składniki z pracowni jego matki i wznowili próbę. Ona tam trzyma w klatkach zwierzęta, ale też hoduje rośliny, czasem eksperymentalnie i no... nielegalnie.
    Mogliby coś pomylić, wziąć złą roślinę, wypuścić przypadkiem jakieś paskudztwo plujące jadem albo co, nie wiem. :D]

    Alfie

    OdpowiedzUsuń
  77. Oni nie byli kosmitami. Do istnienia tych pozaziemskich istot Delmare mógł mieć jeszcze jakieś wątpliwości, biorąc pod uwagę złą jakość zdjęć, które przedstawiały latające spodki. Jednak Oni byli tak samo prawdziwi jak siedząca na krześle Amelia. Zbierali informacje o wszystkich, których chcieli zwerbować do swojej organizacji, ale też zajmowali się uprzątaniem niewygodnych świadków. Według informacji Marksona, mieli wtyki wszędzie i trudno było znaleźć kryjówkę, w której nie mogliby się zasadzić. Sam nigdy nie widział twarzy ani jednego z Nich, ale wiedział, że kiedy nadejdzie taki dzień, zobaczy ludzką twarz. Tylko ludzie mogli mieć interes w zachłannym strzeżeniu swoich technologii i władzy nad światem. Kosmici byli pokojowo nastawieni.
    Żongler jako jedyny jeszcze nie jest pod ich nadzorem. Wszystkie inne gazety, łącznie z Prorokiem, wszystkie przepadły. Ukrywają przed nami prawdę. Jeżeli wydaje ci się, że wiesz co się dzieje, to znaczy, że nic nie wiesz.– Mówił, przyczepiając skrawki gazet z powrotem do ściany. Kiedy to zrobił, zgasił świecę i poprowadził Amelię do wyjścia. Nie liczyło się, że wyszedł na jeszcze większego dziwaka niż w szkole. Sama go sprowokowała do tego, by podzielić się z nią aktualnymi wynikami śledztwa. Nigdy by jej nie zaatakował w ciemnym zaułku, gdyby za nim nie szła. Nie przypuszczał, że zwyczajnemu człowiekowi jego dziwne historie mogą tylko namieszać w głowie albo sprawić, że jeszcze bardziej będzie je negował. Ale przecież nie miał wpływu na to, jak myślała Amelia. Już w szkole zauważył, że nie należała do osób, które "podążały za pająkami". Delmare "podążał za pająkami", to znaczy za śladami, kiedy jakieś napotykał na swojej drodze. Taki był. Chciał dużo wiedzieć. Może dla Nich za dużo.
    Na pewno ucieszyło Amelię, że po chwili stali już przed ruderą, a nie w zapyziałej klatce. Na zewnątrz było już ciemno. Na końcu ulicy paliła się jedyna latarnia na Nokturnie, której zielone światło przypominało płomień przy transportowaniu się za pomocą proszku Fiuu. Markson maszerował w miarę szybko, ale i tak miał wrażenie, że Amelia najchętniej dobiegłaby do tej bramy truchtem, żeby tylko znaleźć się w bezpiecznej okolicy. On w nocy czuł się chyba nawet trochę bezpieczniej niż za dnia.
    – Nie wierzysz mi, prawda? – Spytał w końcu, choć mógł spodziewać się odpowiedzi.

    OdpowiedzUsuń
  78. [A jak ci wygodniej. :D
    I z góry już dzięki za zaczęcie!]

    Alfie

    OdpowiedzUsuń
  79. Parę sykli więcej lub mniej czasami robiło różnicę. Zwłaszcza w wakacje, kiedy ilość przyjemności była odwrotnie proporcjonalna do ilości złotych i srebrnych monet w sakiewce. A że żadna praca podobno nie hańbi, kiedy Finn usłyszał, że przyjaciel jego ojca, pan Sugarplum poszukuje wakacyjnych pracowników, od razu zgłosił swoją kandydaturę. Co prawda codzienne wstawanie o brzasku (czyli w okolicach dziewiątej) i wspólna teleportacja z matką na Pokątną bywały męczące, ale czego się nie robi dla pieniędzy?
    Tego dnia czarodziej pojawił się w sklepie chwilę wcześniej niż zwykle. Żeby mu się nie nudziło, właściciel zaprowadzili go na zaplecze i pokazał słoiki po dyniowych pasztecikach, które wymagały czyszczenia. Chcąc nie chcąc, Prince zasiadł do pracy i zaczął pucować szklane naczynia. Oczywiście odezwała się w nim perfekcjonistyczna część duszy, więc po wyczyszczeniu pierwszego ze słoi musiał jeszcze raz go przetrzeć, chuchnąć parę razy i dopiero kiedy mógł zobaczyć własne odbicie, uznał pracę za skończoną.
    Tak właśnie spędził całe przedpołudnie – siedząc na zapleczu, słuchając rozmów kasjerki z klientami i rozmyślając o szalenie istotnych rzeczach, jak na przykład wytrzymałość łusek opalookiego antypodzkiego na temperaturę albo ilość owiec zjadanych rocznie przez walijskiego zielonego. Dopiero głośne burczenie w brzuchu uświadomiło go, że pora lunchu już dawno minęło i wypadałoby coś zjeść. Odłożył trzymaną w ręce szmatkę, sięgając do swojej torby po kanapki.
    — Znów pomidory – mruknął pod nosem, wgryzając się w pieczywo.
    Jedzenie w samotności okazało się być bardziej nudne niż przypuszczał. Nie minęła jednak chwila, a w jego głowie zaświtał pomysł. Pracował u Sugarpluma dobry tydzień, a jeszcze ani razu nie rozmawiał z żadnym z pracowników. Tej sprawy nie mógł zostawić samej sobie. Przełykając ostatni kęs kanapki, wstał i wyszedł do głównej części sklepu.
    Jakież było jego zdziwienie, gdy stojąca za ladą dziewczyna okazała się wyglądać dziwnie znajomo. Ciemne, zwinięte w kok włosy i ta postawa kogoś mu przypominały. Ale to byłby chyba jakiś kiepski dowcip losu, gdyby okazało się, że ona pracuje w tym samym miejscu. Przynajmniej tymczasowo, bo Finn nie miał zamiaru siedzieć tutaj dłużej niż dwa tygodnie .
    — Cześć, Baxter – rzucił, wychodząc z zaplecza. – Widzę, że nawet w wakacje nie możesz się powstrzymać przed utrzymywaniem kontaktu z tak fantastyczną osobą, jaką jestem?

    [Bum, nie gryź. Wyszłam z wprawy.]
    Prince

    OdpowiedzUsuń
  80. – Nie musisz mi wierzyć. Prawda jest gdzieś tam, ale są i kłamstwa. – Odrzekł w odpowiedzi. Był zacięty w swoich przekonaniach i próbował ostrzec innych, ale to się rzadko na cokolwiek zdawało. Dla dobra wszystkich, musiał się dowiedzieć, kto stał za jego porwaniem i odzyskać ukradzioną część wspomnień. Być może była ona kluczowa dla rozwiązania zagadki.
    To był jakiś większy przekręt, niż mogło się wydawać komuś, kto słyszał tylko nieskładne opowieści Krukona. Przecież nie wolno było bagatelizować ważnych informacji, nawet jeśli były publikowane przez czasopismo, które było uważane za niezbyt poważne. A co z wróżbitką Cassandrą, w której przepowiednie nikt nie wierzył, zanim się nie spełniły? Było też dużo mugolskich publikacji, gdzie ludzie składali świadectwa, że widzieli coś nietypowego i wcale nie mieli na myśli magii. Markson, węsząc w sprawie tajnych organizacji i spisków, musiał mieć oczy szeroko otwarte i nigdy nie dawać się zwieść pozorom. Takie myślenie nie prowadziło do odkrycia prawdy, dawało tylko złudzenie, że się coś wie. Amelia, tak samo jak wiele innych osób, pewnie wolała myśleć, że już wie wszystko co potrzebne i więcej nie musi.
    Według informacji Delmare'a, magazyn Czarownica nie był inwigilowany, przynajmniej nie bezpośrednio. Nie było powodów, żeby wpływać na redaktorów tego szmatławca, bo nie pisali o niczym ważnym - proste. Chociaż gdyby chłopak przyjrzał się niektórym artykułom, może i mógłby znaleźć coś podejrzanego. Może wtedy ciekawskie prefekt naczelne przestałyby wtrącać się w jego sprawy, kiedy zobaczyłyby, że zajmuje się zupełnymi głupotami. Nie miał nic do Amelii, ale narobiła mu niezłego stracha wcześniej, a teraz jeszcze musiał mieć na nią oko w szkole, żeby czasem nikomu nie wygadała się o tym, co widziała w jego piwnicy. Przecież nie mógł ryzykować, że ktoś z Nich dowie się o tym, że Delmare próbuje odszyfrowywać ich przekazy. I tak już mocno zaryzykował, kiedy dla świętego spokoju zabrał ją ze sobą.
    Znowu zaczął na nią podejrzliwie patrzeć, kiedy przypomniał sobie, jak się tłumaczyła. Właśnie dotarli pod sklep Borgina i Burkesa, od którego był już tylko rzut beretem na Pokątną.
    – Mówiłaś, że masz tu coś do załatwienia... Po co tu właściwie przyszłaś? – Zapytał w końcu Amelię. Przyglądał jej z ukosa, wciąż nieufnie, czego nie mogła widzieć, bo nie zdjął okularów.

    [Po drodze musi stać się coś dziwnego, bo wątek skończy się w momencie, kiedy Amelia wejdzie do domu i zatrzaśnie mu drzwi przed nosem ;(]

    OdpowiedzUsuń
  81. Bezczelna dziewucha!
    Być może Sanders kochał słodycze, ale nie potrafił przekonać się do niektórych ludzi. Jak każdy rasowy Gryfon poczuł się obrażony przekupstwem. Zgarnął wszystkie pieniądze z powrotem do ręki, w obecnej sytuacji postanawiając nie tylko odmówić Amelii przyjęcia ich za darmo, ale także wykreślić pięć pasztecików z listy zakupów. Honor infantylnego Caleba został bezpowrotnie okaleczony za sprawą złego zagrania Baxter.
    Mgła z tęczówek zniknęła, bańka z marzeń pękła, żołądek zacisnął się w supeł, a usta w cienką kreskę. Chłopak powoli wrzucał wszystkie monety do portfela, jedna za drugą, delektując się dźwiękiem wydawanym przez metal. Dopiero gdy zdołał jakoś zapakować wszystko do torby, postanowił zaszczycić spojrzeniem ekspedientkę. Oparł dłonie na blacie tuż przed jej nosem, a łokcie maksymalnie wyprostował; tym samym pochylił się nad Krukonką, w głowie układając odpowiednie zdania.
    - Nie wiem, czy zauważyłaś... - tutaj zerknięcie na plakietkę, użyte jako pewna forma znieważenia (przecież zapomina się imiona tylko mało ważnych osób) - ...Amelio, ale nie jestem twoim pupilem, żeby dać się przekupić przysmakami. - Wyszczerzył się ni to przyjaźnie, ni to wrogo. Ot tak, w odpowiedzi na jej uśmiech. Opuścił głowę, by móc swobodnie spojrzeć na artykuł w gazecie. Nie był wcale przekonany do tego, co mówiła Baxter, jednak z grzeczności postanowił chociaż przebiec wzrokiem po kilku linijkach mugolskiego magazynu. - Pokaż to.
    Odsunął szybkim ruchem obydwie torebki z pasztecikami, nie pozwoliwszy im jednak spaść na podłogę - wciąż czuł dziwne przywiązanie do słodyczy. Wyprostował się, po czym rozłożył pisemko i zaczął czytać absurdalny artykuł o przesunięciu krzesła aż o cztery cale.
    Fakt, to naprawdę duże osiągnięcie...
    - Przecież to jakieś głupoty - orzekł, gdy dobrnął jakoś do końca krótkiego tekstu. W szkole widzieli przecież dziwniejsze rzeczy, niż samoistnie ruszające się przedmioty: lewitujące świece, boginy, żywe postacie na obrazach. Mugolom na pewno nie pomieściłoby się to w głowie, skoro ekscytują się już jakimś podróżującym o kilka centymetrów krzesłem. - Szukasz sensacji czy co? Pewnie jakiemuś mugolowi się przyśniło, a ty już szukasz w tym prawdziwej magii - westchnął. Teraz role się odwróciły i to Sanders traktował koleżankę jak dziecko. - Fakt, uczyli nas tego, ale chyba nie sądzisz, że osobie bez jakichkolwiek uzdolnień magicznych udałoby się zdziałać coś zaklęciem? Zresztą, tak jak powiedziałem: cukierkami to sobie możesz kusić kogoś innego. Pójdę z tobą, jeśli podasz mi jeden rozsądny powód, dla którego powinienem ci towarzyszyć.
    Być może odziedziczył trochę instynktu samozachowawczego po rodzicach, może brat odrobinę dla niego zostawił. Gdyby Caleb pakował się w każdą przygodę bez mrugnięcia okiem, to dawno zostałby okaleczony jakimś niebezpiecznym urokiem, poważnie poparzony przez sklątkę lub porządnie ogłuszony przez mandragorę. Nieraz kuszono go słodyczami, to fakt, aczkolwiek gdy tylko czuł zagrożenie, od razu się wycofywał i oczekiwał porządniejszego okupu lub obietnicy niezapomnianych wrażeń. Tutaj nie liczył na jakieś specjalne przygody - co mogło się stać w mugolskiej bibliotece? - dlatego też czekał na odpowiedź dziewczyny z rękoma założonymi na piersi.

    [ To chyba wyszłoby mu na dobre, bo przecież ma więcej negatywnych cech, niż pozytywnych... Może jestem okrutny, ale myślałem bardziej nad cielesnym okaleczeniem Caleba, niż umysłowym i na pewno nie na chwilę. Jak wpadnie Ci coś okrutnego do głowy - ale żeby go nie zabiło! - to daj znać :D ]

    OdpowiedzUsuń
  82. [Zaczynamy. Zmęczona jestem trochę, dlatego mam nadzieję, że opis pomysłu będzie miał ręce i nogi, a jutro obiecuję się poprawić i w razie niedociągnięć, wszystko sobie ustalimy. :)
    Nie wiem, jak bardzo zapoznałaś się z kartą Lyncha, ale jeśli przeczytałaś dodatkowy opis, to wiesz, że Kai miał kiedyś małą siostrzyczkę, Fiffy, która zmarła. Niestety nie była to śmierć naturalna, bo maleństwo zostało zabite przez jednego z czarnoksiężników. Już wyjaśniam. Ojciec Kaidena jest aurorem i choć Voldemort odszedł z tego świata, to niestety jego zwolenników nie brakuje, tak jak i czarnych charakterów. Starszy Lynch miał niestety tę przyjemność, aby mieć z nimi do czynienia, a dokładniej zabił jednego z nich, choć zupełnie nie taki był jego zamiar. W szczegóły zagłębiać się nie będę, może wyjdzie nam to w wątku, jeśli Ci on podpasuje, ale powiem tylko, że jego córeczka została zabita w zemście. :) Ojciec zabronił Kai'owi węszenia w sprawie jego młodszej siostry. Z początku były nawet lata, w których jego rodzice kłamali go na temat śmierci siostry, ale kiedy dojrzał już wystarczająco, uznali, że zasługuje na to, aby wiedzieć. Nie spodziewali się jednak, że zaangażuje się w to aż tak bardzo, aby pomimo niebezpieczeństw, śledzić każdy najmniejszy trop, który spotka na swojej drodze, a jako że jest człowiekiem zdeterminowanym, to stara się doprowadzić sprawę do końca, bardzo często przekraczając granice, które powinien zachować.
    Wątek. Twoja pani pracuje w sklepie na Pokątnej. Czy byłaby możliwość, aby wracała do domu przez Knokturn Alley, albo aby coś przykuło jej uwagę i tam zaprowadziło? Kaiden węszyłby tam w jednej sprawie, podglądając spotkanie przez okiennicę lub podsłuchując rozmowę zza zakrętu. Z Amelią z pewnością znają się z widzenia, a dziewczyna oczywiście nie spodziewała się, że go tu zobaczy - oczywiście z wzajemnością. Zawoła go na głos, zupełnie nieświadoma tego, co chłopak właśnie próbuje osiągnąć, przez co ściągnie na nich uwagę dwóch typów spod ciemnej gwiazdy. Zaczną uciekać, może uda im się wydostać przez proszek Fiuu, a jako, że Lynch będzie chciał przenieść ich jak najszybciej, pierwszy adres jaki przyjdzie mu na myśl to jego dom w Londynie. Później mamy małą rodzinną awanturę, wyjaśnienia i dalej coś nam się rozwinie.
    Rozpisałam to tylko ogólnie, także dodawaj, pytaj, modyfikuj, a jeśli pomysł nie pasuje, pomyślimy nad czymś innym. :)]

    Kaiden Lynch

    OdpowiedzUsuń
  83. Od przeszło godziny czasu ściskał w dłoni pogiętą już do granic możliwości kartkę papieru, zastanawiając się, czy aby na pewno powinien skorzystać z zaproszenia i opuścić mury posiadłości Yaxleyów, zamieniając je na farmę zapewne równie irytujących co członkowie jego rodziny hipogryfów. Nie miał ku temu stuprocentowej pewności - w końcu z tymi specyficznymi jak na isowy gust stworzeniami miał do czynienia zaledwie raz w całym swoim życiu, ponadto na zajęciach, otoczony z każdej strony tłumem uczniów - jednakże wiedział, że nie wytrzyma w domu ani jednego dnia dłużej. Różnice charakterów i głoszonych poglądów od zawsze prędzej czy później doprowadzały do wybuchów kłótni i pamiętnych awantur, a ze względu na wakacyjną porę wolał unikać tych rutynowych i podchodzących pod tradycję rodu sprzeczek. Kilkudniowa ucieczka od tej mało kolorowej rzeczywistości zatem wydała się być najlepszym, będącym w zasięgu jego rąk rozwiązaniem, z którego pomimo kłębiących się w umyśle ale nie mógł zrezygnować. Nawet perspektywa wyjazdu do całkowicie obcych ludzi brzmiała kusząco, a towarzystwo starszej Prefekt Naczelnej dodatkowo motywowało go do podjęcia jedynej słusznej decyzji. W końcu pobyt na świeżym powietrzu - jeśliby nie brać pod uwagę zapachu roztaczanego przez stado hipogryfów - musiał wyjść mu na dobre, a już z pewnością rezultaty tej niezaplanowanej wcześniej wycieczki będą pozytywniejsze od skutków siedzenia w czterech ścianach własnego pokoju.
    Przypadkowymi machnięciami różdżki od niechcenia spakował do plecaka sporą część niezbędnych przedmiotów, tworząc przy tym jeszcze większy bałagan niżeli ten, który zazwyczaj gościł w jego sypialni. Utworzony z ubrań pagórek zalegał na samym środku podłogi, aby w drugiej kolejności bez zbędnych selekcji chaotycznie zmieszać się z pozostałym równie bez składnie dobranym bagażem. Is wcale nie chciał marudzić, chociaż gdyby tylko mógł, złożyłby reklamację na wybrany przez dziewczynę środek transportu. Wchodzenie do kominka w oczach Krukona wyglądało niesamowicie absurdalnie, a efekt uboczny w postaci brudnej od sadzy twarzy w kolorze nieprzeniknionej czerni, wyłącznie zmniejszał rangę jego zapału do pojawienia się w małym świecie hipogryfów. Typowo arystokratyczne zachowanie, pod którym rozumiał narzekanie na calutki otaczający go świat, w tym na zdecydowanie niewygodną Sieć Proszków Fiuu, było ostatnim, które Isaiah pragnąłby poznać z autopsji, dlatego też posłusznie powlókł się prosto do salonu, mierząc piorunującym spojrzeniem postawiony na gzymsie czarny wazonik. Z jego ust uleciało ciche westchnięcie, kiedy zacisnął pięść na garści popielatego proszku, by o wyznaczonej porze wypowiedzieć potrzebną do przenosin formułkę i dać się porwać jasno niebieskim płomieniom.
    Sekundy później otrzepywał już koszulkę z tony popiołu, klnąc pod nosem, gdy jego pozostałości wpadły mu do oka, utrudniając widoczność. Zmrużył oczy, próbując wypatrzyć choćby zarys sylwetki Baxter, jednak w pierwszym odruchu okazało się to niewykonalne. Zaczerpnął głośno powietrza z nadzieją, że lada chwila Amelia wyłoni się z któregoś końca korytarza, rozpoczynając ich krótkie wakacje na farmie hipogryfów.
    — Nareszcie jesteś, Baxter — mruknął w ramach powitania, formując z ust ledwo zauważalny uśmiech, który z reguły błądził po isowej twarzy.
    — Błagam, powiedz, że tym razem zaopatrzyłaś się w świstoklik — szczerze wątpił, by farmerzy hodujący hipogryfy posiadali podłączony do Sieci komin, nie mniej wolał się upewnić. I to co najmniej dwukrotnie.
    — Przejażdżka na rozszalałym hipogryfie byłaby lepsza od tych przeklętych kominów — dodał, krzyżując ręce na klatce w buntowniczym geście.

    is

    OdpowiedzUsuń
  84. Ta zasada przyciągających się przeciwieństw działała chyba tylko tak, jak jej się podobało. Tak naprawdę na to, że działa, nie było dowodów. Tylko czasami pojawiała się w książkach, w takim bardzo romantycznym motywie, ale poza tym wyjątkiem, była bezużyteczna. W prawdziwym życiu nikt się nią nie kierował. Przecież ludzkie relacje na początku opierają się prawie wyłącznie na tym, co ludzi łączy. Ładnych ciągnie do niebrzydkich, mądrych do niegłupich. Być może rezolutna, rozrywkowa dziewczyna dogadałaby się z zahukanym chłopakiem, ale istnieje duże prawdopodobieństwo, że nigdy się nie spotkają. Właśnie dlatego ludzie z podobnych środowisk mają większe szanse na dogadanie się ze sobą, niż z tymi zupełnie innymi.
    Markson nie był psychologiem, ani socjologiem. Przede wszystkim, uważał się za badacza. Jego badania spędzały mu sen z powiek i nie dawały spokoju nawet za dnia. Czasami wpędzał się w taką paranoję, że krążył po uliczkach, żeby zgubić Ich, którzy (jak wierzył) nie chcieli go zgubić. Czasami w zimę robił w śniegu dodatkowe ślady, sugerujące, że poszedł w drugą stronę i urywające się w miejscu, w którym zaczął się cofać po nich do właściwej drogi. To była poważna sprawa.
    Zawsze był cichy i wyważony, ale od zniknięcia minął prawie rok, a on ciągle interesował się tą sprawą. Wiele osób było tym zaniepokojonych, więc Amelia nie była pierwsza. Jednak jej złote rady na nic miały się zdać. Prędzej on mógł zacząć radzić coś jej. Na przykład, żeby trzymała się z daleka od telewizorów ustawionych na kanał zero. Albo, żeby nigdy nie otwierała drzwi listonoszowi w niedziele.
    Nie do końca wiedział, co się właśnie wydarzyło. Coś z boku w jednej chwili uderzyło ich z wielką siłą, a w drugiej wszędzie unosił się czarny pył, który drażnił gardło. Delmare nie miał tyle szczęścia co Amelia i wysadzone drzwi, lecąc, rąbnęły go w nos w taki sposób, że spadły mu okulary przeciwsłoneczne. Nie było czasu ich szukać, ale na oślep wymacał coś, co spadło tuż koło niego i dał się dziewczynie zaciągnąć do zaułku. W ostatniej chwili, bo właściciel sklepu wyglądał, jakby nie robiło mu różnicy, kogo dzisiaj zakatrupi w odwecie za ten napad. Może jutro wspomną o tym w Porannym Proroku, ale na Nokturnie takie wybryki to chyba normalna rzecz. Pewnie ludzie czuliby się skołowani, kiedy nagle z tej dzielnicy zniknęłaby przestępczość.
    Wychylił się ostrożnie zza rogu. Przez chwilę jeszcze sprawdzał, czy nikt za nimi nie idzie. Widział, jak Borgin tupie ze złości nogą, a potem robi bezradny gest i znika w swoim sklepie. Delmare w końcu spojrzał na to, co zgarnął z ulicy. Jednocześnie szukał chusteczki albo jakiegoś materiału, którym mógłby zatamować krwotok z nosa, który zafundowały mu drzwi.
    – Słuchaj... Co to właściwie jest? – Zapytał Amelię, kiedy udało mu się w końcu wygrzebać z kieszeni jakiś czysty skrawek materiału i przyłożyć go sobie do nosa.

    OdpowiedzUsuń
  85. [Może lepiej będzie, jak po prostu go zauważy i podejdzie w jego stronę; nie chcę na siłę robić z Twojej postaci kogoś, kim nie jest. :) Lynch ją zobaczy, zaczną szeptać o tym, że nie powinno jej tu być i jakiś głośny huk zwróci na nich uwagę tych czarnych charakterów tylko dlatego, że w przypływie nieuwagi Kai odrobinę bardziej się wychyli i wyprostuje.
    Reszta pozostaje. Może być? :)]

    Kaiden Lynch

    OdpowiedzUsuń
  86. Caleb wiedział, że prędzej czy później księgą zajęliby się Aurorzy lub ktokolwiek, kto miał doświadczenie z podobnymi przedmiotami. Nikt o zdrowych zmysłach nie pchałby się w takie sprawy, chyba że przez pragnienie sławy jeszcze przed opuszczeniem Hogwartu. Sanders cierpliwie czekał na swoje pięć minut - swoją drogą, wciąż porównując się do brata - ale czuł, że to nie był TEN moment, dlatego nie podobały mu się zamiary Amelii. Wolałby już kupić te paszteciki, pożegnać się, a potem szczęśliwie wrócić na nudny leżak za domem i spędzić resztę wakacji bezpiecznie. Cóż z tego, jak los nie pozwalał mu uciec od przygód? Chociaż losem mógł się usprawiedliwić - bo, jak wiadomo, to pojecie zostało wymyślone, żeby dało się wytłumaczyć popełnione błędy.
    Popatrzył na nią, jakby straciła rozum.
    - Co moglibyśmy tym zdziałać? Po pierwsze, nie wiesz, co to za rodzaj magii. Po drugie, sama czujesz, że to niebezpieczne, skoro się boisz... - pokręcił głową. Złożył gazetę na pół, po czym odłożył ją na ladę. - Po trzecie, co masz zamiar zrobić ze sklepem? Wyjść i zostawić go ot tak sobie?
    Lokal ze słodyczami Sugarpluma stanowił pewien problem. Z tego, co zrozumiał Caleb, Baxter chciała rzucić wszystko i biec do mugolskiej biblioteki, zdobyć ukochaną książkę, po czym bawić się w zgadywanie, czy dane zaklęcie urwie komuś głowę, czy może wyczaruje stado tęczowych motyli. Szkoda tylko, że wciąż była w pracy i z tego, co wiedział Sanders, nieprędko kończyła się jej zmiana. W końcu wyszedł z domu jeszcze przed południem...
    Westchnął głęboko. Zdecydował się iść z Krukonką jako naczelny bodyguard, ale nic poza tym. Na pewno nie zostanie królikiem doświadczalnym, by mogła na nim wypróbować uroki zapisane w podejrzanej pozycji bibliograficznej.
    - Dobra, pójdę z tobą - odważył się w końcu jej to obiecać. Warto wiedzieć, iż słowo Caleba to pewne słowo, dlatego nie musiała się bać wystawienia w najmniej odpowiedniej chwili. Tak jak jego gryfońska duma brzydziła się przekupstwem, tak też nie pozwoliłaby sobie na jakiekolwiek uchybienie w byciu obrońcą słabszych. Czy Baxter sprytnie zagrała przerażoną sierotkę, czy też powiedziała prawdę, nie zobaczyła przecież drwiącego uśmiechu, a zmarszczone w zmartwieniu brwi, więc to chyba stanowiło już dobry znak. - Zdobędziemy książkę, a dalej radzisz sobie z nią sama. Chciałbym jeszcze trochę pożyć. I mam nadzieję, że już sobie usnułaś jakiś plan podczas siedzenia za tą ladą, bo ten artykuł widać gnębi cię od dłuższej chwili.
    Przysunął do siebie najbliżej leżącą, zamkniętą skrzynkę z jakąś dostawą słodyczy, po czym bezceremonialnie na niej usiadł.

    [ Seksi Sanders to chyba jakiś jedyny w swoim rodzaju oksymoron :D Ale można mu zrobić faktycznie poważną bliznę, a na pewno poranić. Ewentualnie chociaż spalić brwi, no. ]

    OdpowiedzUsuń
  87. Tamtego pamiętnego dnia, kiedy ogrom słów zwieńczyło uściśnięcie dłoni, wydawało mu się, że dostrzegł cień strachu przemykający po przepastnej głębi dziewczęcych tęczówek. Wystarczyło mrugnięcie, by w jej oczach ponownie zalśniła niezłomność, lecz nie mógł pozbyć się poczucia, iż przypadkiem odkryła przed nim prawdę, z pomocą której sprawnie wspiąłby się na szczyt. Nie spożytkował jednak swej cennej wiedzy, natłok obowiązków i spraw niesamowicie przyjemnych usunęły w kąt mgliste wspomnienie lęku, a niedługo później zadbały o to, by pokryła je gruba warstwa kurzu. Zaniedbane, zbagatelizowane, a przede wszystkim pominięte w ostatecznym rozrachunku informacje czekały jedynie na dogodną okazję, która niespodziewanie pojawiła się wraz z zapadnięciem zmroku.
    - Nie bądź śmieszna, kochanie – parsknął, jeszcze żwawiej przyciskając ją do chłodnej powierzchni. - Twoje dziecinne groźby nie robią na mnie zbyt wielkiego wrażenia.
    Prawdę powiedziawszy, pole działania Amelii było ograniczone, jeżeli nie powiedzieć wprost, że nieistniejące. Gdyby zaczęła krzyczeć, och, nawet ucieszyłby się, słysząc bezsilność w jej głosie, zapewne przeszłoby to bez echa, stłumione po paru pierwszych zakrętach. Gdyby zaczęła się szarpać, choć doskonale wiedział, że nie pokusi się na otwartą demonstrację swej wściekłości, nie wskórałaby wiele, gdyż był od niej silniejszy, a do tego górował nad drobną postacią. Z niekończącej się listy nieczystych zagrań mógł wykreślić także magię, cudowne nadejście niepożądanej jednostki, bądź własną słabość, która mogłaby dopuścić do osłabienia uścisku. A skoro mowa o słabościach, cóż, nie chciał zgiąć się wpół przy byle kopniaku, zmienił więc pozycję, względnie blokując ewentualne próby uszkodzenia jego męskości, mając przy tym nadzieję, że nadchodzące godziny potoczą się w pomyślny dla niego sposób.
    Nigdy nie spodziewałby się, że prosty zakład z jasnymi warunkami doprowadzi go do miejsca, w którym ostatecznie się znalazł. Ach, robiło mu się niedobrze na samą myśl o tym, iż z taką łatwością wziął za pewnik wygraną, całkowicie lekceważąc konkurencję. Panna Baxter w lukowych oczach rysowała się jako persona bezbarwna i niewarta uwagi, a co za tym szło, zupełnie nieszkodliwa. Tak, nie doceniał jej, cholernie pomylił się w swych płytkich osądach, ale nie było czasu na zbędne żale, miał ją przy sobie i nie zamierzał po raz kolejny popełniać tych samych błędów.
    - Nasza dumna pani prefekt, zawsze świecąca przykładem, teraz straciła nieco ze swej wielkości, nie uważasz? Dała się złapać w pułapkę, uprzednio posuwając się do naprawdę niecnych czynów. Jestem pod wrażeniem, przysięgam! Zaimponowałaś mi swoim plugastwem, a to już nie lada sztuka. Niestety, zaliczam się do kategorii tych, którzy na atak odpowiadają ze zdwojoną siłą.

    Luke

    OdpowiedzUsuń
  88. Jeśli ktoś, kto wchodził do sklepu i uważał, że słodycze same lądują na półkach, słoiki błyszczą dzięki wydychanemu przdz klientów powietrzu, a podłoga jest pokryta samoczyszczącą się powłoką - po prostu był w błędzie. Pan Sugarplum nie zatrudniał co prawda całej armii wyzwolonych skrzatów domowych, ale jeden Fingal całkiem nieźle sobie radził, segregując całymi dniami słodycze na zapleczu, a po zamknięciu sklepu zamiatając sklepowy parkiet i polerując naczynia na wystawie. Dlatego brak bezpośredniego kontaktu z amatorami słodkości jakoś nie sprawiał mu przykrości. Ba, nawet cieszył się, że przypadła mu rola sprzątacza, bo z jego podejściem do ludzi w ciągu wakacji obroty sklepu znacząco by spadły.
    To, że opuścił zaplecze było spowodowane jedynie chęcią poznania współpracowników. A właściwie jednej współpracownicy, którą złośliwy los wysłał do tego samego sklepu. Finn od zawsze wiedział, że Fortuna stroi sobie z niego żarty. Najpierw obdarzyła go czterema siostrami. Później podarowała przydział do Hufflepuffu (który okazał się w sumie najlepszą opcją, ale Prince narzekał dla zasady). A na sam koniec sprawiła, że nawet w wakacje musiał spotykać znajomych.
    Nie powiedziałby co prawda, że nie znosi Amelii. Lubił ją irytować, używając wszelkich możliwych form jej imienia i nazwiska, to prawda. Ale w gruncie rzeczy zawsze miło mu się rozmawiało z tą inteligentną i pewną siebie Krukonką. Konwersacja z nią była swego rodzaju wyzwaniem, bo czarownica zawsze balansowała na cienkiej granicy między pewnością siebie a bezczelnością.
    Uśmiechnął się do siebie, słysząc po raz kolejny tę samą formułkę.
    - Teraz przynajmniej mam pewność, że mój urok osobisty i charyzma są tak wspaniałe jak myślałem. I nie, nie zamknęli mnie na zapleczu. Nie miałem ochoty i powodu wcześniej wychodzić. Ale teraz, skoro już się dowiedziałem, że pracujemy razem, Mel, będę odwiedzał Cię częściej.
    Mrugnął do dziewczyny, obracając się na pięcie i symulując chęć powrotu do swojej pieczary. Był ciekaw, czy ona też choć trochę go lubi, tak jak on ją, i pociągnie tę grzecznościową konwersację.

    Prince

    OdpowiedzUsuń
  89. Odruchowo złapał się za nos, kiedy Amelia rzuciła zaklęcie i coś w nim przeraźliwie chrupnęło, przywracając mu właściwy kształt. Krew przestała lecieć, a chusteczka nie była już potrzebna, więc wrzucił ją na kupę śmieci na końcu zaułka.
    Nawet nie wziął pod uwagę, że właściciel sklepu może ich złapać i wziąć za tych, którzy dokonali tej zuchwałej kradzieży. Wprawdzie byli na miejscu zdarzenia i uciekli kiedy zrobiło się gorąco, ale przecież zrobili to prędko, zanim jeszcze pył z wysadzonych drzwi zdążył opaść. Delmare od razu zaczął analizować wszystkie okoliczności zdarzenia. Najbardziej zastanawiał go znaleziony przed chwilą przedmiot. Złodziej zgubił to dziwne zawiniątko? Jeśli tak, to dlaczego? Przecież nikt, kto dokonuje włamania, nie zostawia trofeum na miejscu zbrodni. Również małe było prawdopodobieństwo, że pierścień został upuszczony przypadkiem. Jednak mieli szczęście, że tego wieczora żaden zapalony dziennikarz nie kręcił się po okolicy w poszukiwaniu tematu do Proroka Porannego. Jeżeli sami podjęliby decyzję o rozpoczęciu śledztwa, Delmare nie chciał żadnych pismaków pałętających się pod nogami.
    Przyjrzał się pierścieniowi, ale nie odważył się dotknąć go gołymi palcami. Tak samo jak Amelia, dobrze zdawał sobie sprawę z niebezpiecznych właściwości, które najczęściej posiadały przedmioty sprzedawane przez Borgina i Burkesa. Znajdujące się w nim oko naturalnie przywodziło na myśl to wężowe, ale w magicznym świecie wiele było stworzeń o podobnych lub takich samych wąskich źrenicach. Nawet nie zastanawiał się, jak musiało wyglądać odebranie oka temu zwierzęciu. Wziął od niej pierścionek i zawiązał dobrze materiał, zanim schował zawiniątko w kieszeni płaszcza.
    – Prowadź. – Poprosił. Zanim wyszli z zaułka, patrzył jeszcze na tę kupę śmieci. Miała wysokość kilkunastu stóp i wyglądała, jakby ktoś z okna wyrzucał na nią odpadki od lat i nie miał zamiaru nigdy tego uprzątnąć. Gdyby chciano tu coś ukryć, nikt by tego nie znalazł.
    Niestety, Delmare nie był takim szczęśliwcem jak Amelia. Nie miał biblioteki w domu, chociaż pewnie bardzo by chciał. Jeżeli szukał tylko czegoś do czytania, mógł wyskoczyć na chwilę do biblioteki i zwykle nie musiał długo szukać. Natomiast kiedy potrzebował szybko konkretnych informacji, musiał przekopywać się przez tony książek, które mógł sobie co najwyżej odłożyć na potem. Często spędzał kilkanaście godzin w publicznej bibliotece, żeby pod koniec dnia wyjść z niej z niczym. Nie dlatego, że źle szukał. Po prostu tematy, które go interesowały, zwykle wykraczały poza strumień popularnych tematów, które interesowały resztę społeczeństwa. W końcu nie każdy szuka materiałów o portach rybackich, których nie ma na zwykłych mapach, albo o ludziach, którzy nigdy się nie urodzili. Jednak kiedy Delmare się na coś uparł, musiał to dostać, dlatego niczym dziwnym nie było, że koniec końców w jego łapska wpadały nawet te najrzadsze materiały, niedostępne dla tych, którzy łatwo się poddają.
    O tej porze Nokturn był nieodpowiednim miejscem do spacerów. Mieli szczęście, że właśnie z niego wychodzą i wkraczają na Pokątną, gdzie nawet po zamknięciu sklepów panowała przyjemna atmosfera. Kiedy przechodzili przez bramę, po drugiej stronie ulicy gobliny właśnie opuszczały bank Gringotta.

    OdpowiedzUsuń
  90. Chesney nigdy nie lubił dzielnicy, w której przyszło mu dorastać. Niechęć do otoczenia wydawała się oczywista, w końcu w takim miejscu żyć mógł chcieć jedynie ktoś, kto miał jeszcze gorsze warunki, więc naturalnym było to, że Chet marzył o czymś lepszym. Marzył nawet jako dzieciak, jeszcze wtedy, gdy nie potrafił w pełni uświadomić sobie, w jak biednej rodzinie żyje. Jego koledzy z ulicy (a najbliższym sąsiedztwem byli czarodzieje) mieli tak samo lub jeszcze gorzej, lecz nie wszyscy spośród nich wyglądali na takich, którzy bardzo ubolewali nad swoim losem. Chesney wśród nich nie zdradzał się z marzeniami o życiu godnym arystokracji, a kiedy trafił do Hogwartu, zerwał z dawnymi kumplami wszelkie kontakty. Wszyscy byli starsi i żaden z nich nie trafił do Hogwartu – niektórzy uczyli się w innych szkołach magii, a niektórzy czarów nauczani byli przez rodziców, co w praktyce wyglądało tak, że samodzielnie musieli próbować opanować moce w nich drzemiące.

    W tym momencie Chesney miał siedemnaście lat i obiecywał sobie, że to już ostatnie wakacje, które spędza w domu rodziców. Następnego lata będzie mieszkał w wynajętym przez siebie mieszkaniu, na które już odkładał pieniądze. Na pewno nie chciał iść w ślady znajomych z dzieciństwa, którzy pozostali w tej parszywej dzielnicy, szwendali się bez celu po ulicach, a żyli z tego, co udało im się ukraść. Oczywiście nie próbowali podebrać pieniędzy innym czarodziejom, ale zabierali się za majątki mugolów, nad którymi mieli przewagę w postaci magii. Nie o takiej przyszłości Chesney marzył.

    Wiedział, że pierwsze mieszkanie nie będzie piękne, ale sądził, że wszystko okaże się lepsze od tego domu. Nawet nie chodziło o to, że był mały – a był, dwie izby i łazienka – ale o to, jak bardzo był zniszczony. Nie było przesady w powiedzeniu, że to była ruina. W końcu byli czarodziejami, korzystali z magii, żeby trochę poprawić komfort życia, ale chata była tak stara, zaniedbana i przesiąknięta czarami, że niewiele już działało i niewiele się poprawiało, choć, prawdopodobnie, tylko dzięki zaklęciom dało się tutaj jeszcze mieszkać.

    Próbował stanąć w ten sposób, aby zasłonąć sobą tak wiele, jak tylko się dało. Nie chciał przecież, aby Amelia mogła dokładnie się rozejrzeć. Na swoje nieszczęście był dość chudym chłopakiem, więc nie mógł zatarasować ciałem całego otworu wejściowego.

    – Pięć? – uniósł brew w wyrazie zaskoczenie. Zawsze zdawało mu się, że unoszenie brwi było tak… arystokratyczne, dlatego niegdyś ćwiczył przed lustrem tę przydatną umiejętność i opanował ją do perfekcji. – Chyba trochę się pomyliłaś. Dałbym napiwek, ale nie wiem, czy wypada, skoro to ty… Nie wiedziałem, że pracujesz w Sugarplumie.

    Wysypał z sakwy przygotowaną kwotę i wyciągnął rękę, żeby dać Amelii pieniądze. Starał się być tak rozluźnionym, jak tylko się da, co było trudne, zważywszy na otoczenie, w jakim doszło do tego spotkania. W myślach Swinton przygotowywał sobie już jakąś linię obronę, przekonujące wymówki, ale, jak na złość, nie potrafił wpaść na coś naprawdę dobrego.

    – W sumie to zaproponowałbym ci jakąś herbatę, ale wstyd w takim paskudnym pomieszczeniu cokolwiek pić – dorzucił szybko i wzgdrygnął się. Miał nadzieję, że Baxter jakoś tę wypowiedź skomentuje, najlepiej tak, aby Chesney mógł powiedzieć, że nie, on tutaj nie mieszka, tylko… tylko… Zaimprowizuje. – I pewnie nie masz czasu, w końcu jesteś w pracy.

    Chesney Swinton

    OdpowiedzUsuń
  91. [Za tę opcję podglądania to ktoś od blogspota powinien dostać po łapach. Gorącym żelazkiem. I może jeszcze młotkiem.

    Oczywiście, że jest chęć na wątek, już za sam wizerunek Amelii bym się o niego dopominała, bo ta pani tak ma takie spojrzenie, że o ja nie mogę. Znać się muszą, oczywiście, ale ja coś czuję, że Emlyn byłby zazdrosny o odznakę Amelii. W końcu jemu się kiedyś marzył naczelny, a tak to zwykły, marny prefekt z niego jest. Damy radę to pogodzić? ;P]

    Emlyn

    OdpowiedzUsuń
  92. [ Dzięki i liczę na jakiś wątek :) ]

    Tom .S

    OdpowiedzUsuń
  93. [Pomysł jest kapitalny, już nawet widzę niektóre scenki oczyma wyobraźni, ale nie ukrywam, że trzeba będzie go trochę zmodyfikować. Teraz pytanie, czy na to przystaniesz.

    Sprawa jest taka, że Westmore senior jak najbardziej chciałby podobne spotkanie zorganizować, bo to w porządku człowiek był, ale rodzice Emlyna nie żyją już od roku. Od zeszłych wakacji właściwie. Ale twój pomysł wciąż ma sens, gdyby to ojciec Amelii zorganizował podobne spotkanie, zaprosił paczkę najbliższych przyjaciół z rodzinami, takie pozornie formalne, ale i dosyć luźne spotkanie, bo wszyscy się lubią i w ogóle. Emlyn mógłby się na nim zjawić ze względu na, no nie wiem, sentymenty, bo go namawiali, żeby jednak się pojawił, że pamięć o ojcu, że on do niego taki podobny, chcieli go zobaczyć czy coś. I reszta już według twojej koncepcji. Da się tak?]

    Emlyn

    OdpowiedzUsuń
  94. [Gdyby było to zbyt naciągane, to równie dobrze może to być kompletnie randomowy członek szkolnej paczki Westmore&Baxter. Dla tego pomysłu chętnie wskrzesiłabym Emlynowi rodziców, ale ktoś kiedyś powiedział, że co jest martwe, martwym powinno zostać. ;P

    Będzie mi niezmiernie miło, jeśli zaczniesz, ale mogę to równie dobrze zrobić ja, nie musi ci się chcieć, w końcu ty stworzyłaś podstawę do wątku. A pomysł mi się tak spodobał, bo wiesz, widzę w nim okazję do stworzenia fajnej dramy, ale takiej bez przesady (powiedz mi, proszę, że nie masz uczulenia na dramy).]

    Emlyn

    OdpowiedzUsuń
  95. [Właściwie to dom jest najmniejszym problemem, w razie czego Emlyn mógłby nawet udzielić swojej wielkiej jak pałac Buckingham chałupy, gdyby zaszła taka potrzeba, tylko najpierw trzeba by zagonić do sprzątania stado skrzatów domowych, bo od roku stała zamknięta na cztery spusty i tuzin zaklęć ochronnych. ;P

    To wiesz co, umówmy się jeszcze, że masz czuć się zobowiązana i nieskrępowana, kiedy trzeba mi będzie zwrócić uwagę, że z czymś przesadzam, na przykład z tą nieszczęsną dramą (nie ukrywam, że miewam takie skłonności). A teraz zaczynaj, będziesz mieć dobry uczynek. :D]

    Emlyn

    OdpowiedzUsuń
  96. Na ulicy Śmiertelnego Nokturnu znalazła się całkowitym przypadkiem, gdy na polecenie pielęgniarki ze św. Munga (Inez prawie cały lipiec pojawiała się w charakterze przymusowej wolontariuszki) odbierała dla niej przesyłkę w jednym z tamtejszych sklepów. Gdyby tylko stanowczo nie mający ochoty do współpracy dar Amers zechciał jej dać choć mglisty sygnał, co tego wieczoru wydarzy się na szemranej ulicy i jakie będą tego kolejne następstwa, dziewczyna nawet sekundy nie zawahałaby się przy odmowie starej, upierdliwej czarownicy. Niestety, jej „wewnętrzne oko” postanowiło zabawić się jej kosztem i milczało jak zaklęte, toteż niczego nieświadoma Puchonka, jedynie w myślach przeklinając wyzyskiwanie biednych wolontariuszy w magicznej klinice, chcąc nie chcąc zgodziła się dostarczyć kobiecie pakunek. Swojej decyzji pożałowała jeszcze przed dodarciem do celu, gdy najpierw jakaś rudowłosa kobieta zaczęła wymachiwać różdżką na środku wąskiego przejścia (Inez przezornie schowała się za rogiem odrapanego budynku, ale jak się później miało okazać, niewiele jej to pomogło), a potem zaroiło się od magicznej policji podchodzącej do wypełniania swoich obowiązków z zapałem godnym mugolskich funkcjonariuszy. Miała nadzieję, że spisanie zeznań na miejscu przez niechętnego aurora w zupełności wystarczy i jej magiczne, letnie przygody zakończą się wraz z końcem wolontariatu w Mungu. Niestety, list z wezwaniem do Wizengamotu mówił dobitnie sam za siebie ― zabawę dopiero czas było zacząć.
    Zgodnie z orzeczoną w liście porą, Amers pojawiła się tuż przed drzwiami wskazanego jej gabinetu. Na miejscu kradzieży gdzieś tam w istocie mignęła jej znajoma czupryna szanownej pani prefekt, ale blondynka miała cichą nadzieję, że nie będzie musiała widzieć się z Baxter w Ministerstwie i szczęśliwym trafem jakoś uda im się rozminąć w czasie niemal w ten sam sposób, w jaki udało im się to na Nokturnie. Dlatego gdy tylko dziewczyna pojawiła się w polu jej widzenia, Amers skrzywiła się, jakby natrafiła właśnie na fasolkę o smaku smoczego łajna. Odburknęła niewyraźne „cześć” w stronę dawnej koleżanki, demonstracyjnie odsunęła się na sam koniec ławki i więcej nie zwracała na Amelię uwagi.
    Tak, Puchonka wciąż chowała urazę, mimo że od rozpadu znajomości minęło już mnóstwo czasu. Rozpamiętywanie tego po dziś dzień prawdopodobnie było zachowaniem godnym niedorosłej smarkuli ledwo zaczynającej wymawiać swoje pierwsze słowa, ale Inez nie zamierzała łatwo godzić się z tym, jak została potraktowana. Nie wiedziała, co niemal z dnia na dzień zmieniło nastawienie Krukonki i nawet nie chciała próbować tego zrozumieć ― obstawiała, że zwyczajnie woda sodowa uderzyła dziewczynie do głowy, gdy ta otrzymała lśniącą, nowiutką odznakę; ludziom często przestawia się w mózgach od takich zaszczytów, ale nawet to nie było usprawiedliwieniem dla tak perfidnego zachowania. Puchonka za żadne skarby świata nie chciała pogodzić się z tym, że najwidoczniej była dla Baxter tylko chwilowym napełniaczem czasu, potrzebnym, gdy sama chowała się w cieniu. Gdy nagle zaczęła pławić się w blasku chwały, Amers straciła dla niej wszelką wartość.
    Wyraźną ulgą przyjęła fakt, że to ona będzie zeznawała jako pierwsza. Wejdzie tam, usiądzie, odbębni swoje i nie będzie musiała dłużej patrzeć na brunetkę... aha, jasne!
    ― Proszę poczekać na zewnątrz, przesłucham teraz pannę Baxter, a potem skonfrontujemy razem pańskie zeznania. Jeśli wszystko będzie się zgadzało, obie panie będą mogły odejść, dziękuję.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Szlag by to wszystko trafił! Ale wyjścia nie było, musiała czekać. Miała wrażenie, że czas, jaki Amelia spędzała w gabinecie przeciągał się niemiłosiernie, co tylko potęgowało jej irytację. Gdy tylko drzwi się otworzyły, Inez poderwała się z twardego siedzenie, patrząc wyczekująco na pracownika Ministerstwa. Dostrzegając jego przeczące kręcenie głową, mające oznaczać tyle co „siedź na dupie, dzieciaki, jeszcze nie skończyliśmy; nie przeszkadzaj, to wszyscy szybciej się stąd uwolnimy”, nabrała szczerej ochoty, aby pacnąć czołem w najbliższą ścianę. Bez życia, za to z naburmuszoną miną pięciolatki opadła z powrotem na swoje miejsce. Naprawdę miała co w życiu robić, przesiadywanie z upierdliwą świętą krową na korytarzach Wizengamotu nie plasowało się na szczycie jej listy czynności do wykonania z szerokim uśmiechem na ustach.
      ― O czym ty mówisz? Do reszty ci rozum odjęło? ― prychnęła, patrząc na Krukonę spode łba. Jeśli ktokolwiek tutaj kłamał, blondynka doskonale wiedziała kto to był i bynajmniej nie chodziło o nią samą. ― Nie wiem, co żeś mu nagadała i dlaczego ten facet każe mi tu tkwić razem z tobą, ale lepiej odkręć to natychmiast.

      [Jest dobrze, nawet bardzo! Dziękuję za rozpoczęcie i przepraszam, jeśli tam coś wyżej nie trzymałoby się kupy, ale koniecznie chciałam wysłać odpis jeszcze dziś.]

      Inez Amers

      Usuń
  97. [ Błagam, nie zabijaj mnie! To narodziło się nagle i bez ostrzeżenia.]


    W odpowiedzi na jej słowa, zaśmiał się cicho, tłumiąc rozpaczliwą potrzebę rzucenia ripostą z całą pewnością nieelegancką, która nawet w obecnej sytuacji jawiła się jako nazbyt okrutna, by zaprezentować ją szerszej widowni. Swe myśli postanowił zachować dla siebie, pomęczyć rozochocony umysł, a potem je porzucić, bezwzględnie tracąc nimi zainteresowanie. Choć, przyznając to przed samym sobą z niejakim trudem, z chęcią zagłębiły się w powody, które zaowocowały brakiem uniesień w ameliowym życiu. Mówiła o nich z lekceważeniem, plując w niego głoskami przesiąkniętymi pogardą, lecz on i tak przez naprawdę krótką chwilę zastanawiał się, czy to nie smuci późnymi wieczorami, nie czuć dreszczy przepływających wzdłuż kręgosłupa, gdy ktoś rozkosznym szeptem wypowie dane imię.
    Co prawda, była nieprzyjemna w obyciu, irytowała go ponad miarę i ilekroć mógł, odwracał wzrok od jej nieprzyjemnej twarzy, ale to nie oznaczało, że zasługiwała na marną namiastkę życia, przy okazji odbierając jego piękno tym, którzy umieli z niego skorzystać. Dla niego nie chciała być miła i pełna wdzięku, wolała posyłać mu mordercze spojrzenia, a klęski minionych dni odzwierciedlać pod postacią rzuconych w jego stronę uwag. O ile mógł tolerować łącząca ich nić niechęci, o tyle nie potrafił, a przede wszystkim nie chciał pozwolić, by w założeniu czystą rywalizację splamiła bluźnierstwami, bojąc się wyniku świadczącego o tym, które z nich wygra w ostatecznej rozgrywce.
    - Nie mówiłem o konkretnej sytuacji – powiedział z szerokim uśmiechem, prawą ręką sięgając po przedmiot, który uprzednio z ledwością wsunął do tylnej kieszeni spodni. - Stać mnie na coś więcej niż snucie intryg związanych z nieistniejącym randkowaniem.
    Spojrzał na dziewczynę wyzywająco, a potem zamachał jej przed oczami obiektem, z którym siłował się przez dobrą chwilę. Był różowy, puszysty, może nie miejscu, aczkolwiek znalazł się w lukowym dormitorium całkiem niespostrzeżenie i grzechem byłoby z niego nie skorzystać. Zaśmiał się ponownie, widząc wyraz twarzy Amelii i wziął głęboki wdech, by następnie paroma sprawnymi ruchami przypiąć ją do siebie kajdankami, nieco zużytymi, jednakże wciąż w dużej mierze użytecznymi.
    - Nie sądzisz, że najgorszą karą będzie spędzenie ze mną nocy? - mruknął, unosząc ich zniewolone nadgarstki ku górze.

    Luke

    OdpowiedzUsuń
  98. Księżniczka Yaxley cudem zgodził się na ponowne wejście do kominka, chociaż nie zamierzał ukrywać, że było to z jego strony prawdziwym poświęceniem. Zresztą tak samo istotnym jak zachowanie względnie poważnej postawy w obliczu usłyszanych słów, które niespodziewanie padły z ust starszych farmerów. W ramach akcji: popraw humor Isaiahowi, chłopak chętnie pociągnąłby dalej wątek o jego rzekomym narzeczeństwie z Amelią, jednak najwyraźniej jego Krukońska koleżanka nie miała serca dłużej okłamywać wiekowego dziadka. Zapał i chęci Yaxleya do podtrzymywania tej krótkiej wymiany zdań ze staruszkiem uleciały w powietrze równie prędko jak się pojawiły, chociaż sam Is oczywiście nie winił Johna za napomknięcie o członku jego własnej rodziny. Nazwisko od zawsze budziło kontrowersje, czego chłopak w żaden sposób nie zamierzał negować, a sławetne historie o protoplaście całego tego zamieszania znała już prawdopodobnie co najmniej połowa czarodziejskiej społeczności. Posiadanie dziadka-zapalonego hodowcy hipogryfów było bez wątpienia o wiele wiele lepsze od mieszkania pod jednym dachem z emerytowanym Śmierciożercą, który pomimo upływu lat nie utracił części swojej dawnej, z wolna zacierającej się natury. Isaiah wolał jednak trzymać język za zębami i na własne życzenie nie wchodzić w to głębokie i niebezpieczne bagno, zatem jedynie kiwnął głową w geście potwierdzenia, mimo iż był o włos od wyrzucenia z siebie paru zbitek słów formujących się w pasującą do pytania odpowiedź. ... Dopóki nie zaczął bawić się w mordercę szlam i mugoli, być może i ani trochę nie mijało się z prawdą i faktycznym stanem rzeczy, aczkolwiek istniały nikłe szanse na to, aby po takim właśnie wyznaniu jego pobyt na farmie obfitował w te pozytywniejsze przeżycia i warte zapamiętania wspomnienia. Milczenie jest złotem, jak to mawiali mugole, a dla dobra sprawy Isaiah był gotów w pełni utożsamić się z tym przysłowiem.
    — Daj spokój, przecież nic takiego nie powiedział — idąc śladami Baxter, odrzucił swój plecak na drugie łóżko, w międzyczasie zastanawiając się, jak uda im się przetrwać razem, w jednym pokoju. Z reguły nie przepadał za sytuacjami, w trakcie których jego przestrzeń osobista była znacząco ograniczona, lecz przed przybyciem w to miejsce nie liczył na oddzielny apartament z własną kuchnią i łazienką. Poza tym domyślał się, że w ciągu dnia ich obecność w tym pomieszczeniu ograniczy się do minimum, a skrupulatnie ułożony harmonogram wypełni się po brzegi, zwłaszcza odwiedzinami w hipogryfowej stajni, spacerami po okolicy czy innymi, równie zajmującymi atrakcjami, na które Isaiah czekał już z nieposkromionym wytęsknieniem i malejącym entuzjazmem.
    — Nawet mili z nich ludzie — zauważył, mając nadzieję, że pierwsze wrażenie nie okaże się być tym mylnym. Obszedł całą długość sypialni i przystanął przy oknie, spoglądając na rozprzestrzeniający się w oddali typowo wiejski krajobraz, do którego niestety nie był przyzwyczajony. W samym Hogwarcie stosunkowo rzadko wychodził na szkolne błonia, preferując pozostanie w przytulnym, krukońskim dormitorium, stanowiącym idealną alternatywę przed nielubianą formą spędzania wolnego czasu - pozbawionym sensu włóczeniem się po terenach otwartych. Wakacje na farmie poniekąd traktował jak istną próbę jego sporadycznie ciężkiego charakteru, do której doszedł nowy test w postaci niezaplanowanego noclegu z reprezentantką płci przeciwnej.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. — Skoczę tylko do łazienki — odpowiedział, chcąc czym prędzej zmyć z siebie pozostałości po kominkowym transporcie. Po zauważeniu wydrążonych w ścianie białych drzwi pociągnął za klamkę, krzywiąc się na samą myśl o wspólnej, ulokowanej w sypialni łazience - nie mniej nie zamierzał poddawać się bez walki i nie spróbować swoich sił w potyczce o zawłaszczenie sobie jej bez konieczności dzielenia się. Po odkręceniu kurka z wodą obmył twarz z resztek czarnej sadzy, dosyć szybko doprowadzając się do porządku i przyjmując gotowość do stawiania czoła temu, co przygotował dla ich dwójki John wraz z małżonką.
      — To co, Baxter, teraz wspólny rodzinny obiadek, a później przejażdżka na tym cztero kopytnym potworze? — zapytał, wychylając głowę zza progu łazienki. — Skoro już przedstawiłaś mnie jako swojego narzeczonego... — wyszczerzył zęby w szerokim uśmiechu, odrobinę zbyt głośno zamykając za sobą drzwi. — A w nocy nie chrapię, nie miałaś jeszcze okazji sprawdzić — nie mógł powstrzymać się przed wtrąceniem kilku nasączonych nutką ironii zdań, cały czas trzymając się bardziej adekwatnego do ich relacji przyjacielskiego zabarwienia w tonie głosu.
      — Prowadź więc, gdziekolwiek mamy iść.

      [nie ma problemu, ja też szybkością odpisów nie grzeszę niestety]

      Usuń
  99. [Jutro postaram się przesłać zaczęcie.]

    Duncan Langhorne

    OdpowiedzUsuń
  100. [Będę wielkim niedobrznikiem jak zmienię nieco pomysł na nasz wątek?:>]
    Gregorius

    OdpowiedzUsuń
  101. [ Banał nie był zły, ale nie wiedziałabym jak go dalej pociągnąć. W takim razie lecę pisać zaczęcie :D ]

    OdpowiedzUsuń
  102. Wróciwszy do Walii na kolejne wakacje, Emlyn był już pogodzony z faktem, iż czekały na niego dwa wybitnie nudne miesiące, podczas których każdy kolejny dzień byłby podobny do poprzedniego. Nic nie potrafił poradzić na to, że zupełnie nie odnajdywał się w tym miejscu, które teoretycznie było rajem na ziemi dla kogoś takiego jak on — cicha, spokojna wieś z dala od miast, trzy kilometry drogi pod górkę do najbliższego sąsiada. Nic tylko usiąść i pisać. Ale Emlyn nie pamiętał, kiedy ostatnio cokolwiek napisał. Nawet nie chciało mu się do końca rozpakowywać szkolnego kufra, wyjął tylko część najbardziej potrzebnych rzeczy, zignorowawszy całą resztę, nawet klejącą się plamę rozlanego atramentu na dnie.

    Nie był przyzwyczajony do otrzymywania listów, a już na pewno nie na tym końcu świata, gdzie wszyscy zdawali się o nim zapomnieć. Czekał sobie tylko cierpliwie na sowę z Hogwartu, żeby mieć pretekst do wyrwania się na Pokątną. Kiedy więc oprócz starego puchacza w kuchenne okno uderzyła dziobem jeszcze biała jak śnieg, maleńka sówka, już wiedział, że coś się szykowało. Coś, co najprawdopodobniej nie do końca mu się spodoba.

    Sam nie wiedział, co powinien myśleć o tym zaproszeniu. Nie miał problemu z uczestniczeniem w kameralnych, sztywnych i nudnych do bólu spotkaniach w czasach, gdy pojawiał się na nich jako ozdoba przy boku rodziców, by znany i bogaty Will Westmore mógł pochwalić się swoim jedynakiem. Jego ojciec miał wielu przyjaciół i w pewnym momencie jego życie kręciło się tylko wokół pracy, eleganckich przyjęć i pokazywania się w towarzystwie. Taki już był, typowy lew salonowy. A ten zjazd, Emlyn dobrze pamiętał, jak rozmawiał o nim z Danielem Petersem, kiedy przeszło dwa lata temu wybrali się na polowanie. Nie żeby podsłuchiwał, zwyczajnie szedł parę kroków za nimi i co usłyszał, tego nie mógł odsłyszeć. Kiedy więc przeczytał wypisane na chyba najdroższej i najbardziej pretensjonalnej papeterii świata zaproszenie już dziesiąty raz, w głowie miał tylko tyle, że ten zjazd, spotkanie dawnej paczki przyjaciół po ponad dwudziestu latach od ukończenia Hogwartu, miało początkowo odbyć się w domu Westmoreów. Nie miał pojęcia, czemu Dan Peters postanowił na zastępstwo nieżyjącego przyjaciela zaprosić jego syna, ale domyślił się, że nie wypadało mu odmawiać. Nie chciał dramatyzować. Nic w końcu nie straci, jeśli na kilka godzin wbije się w swój najlepszy garnitur (tradycyjne szaty czarodziejów były czymś, co, zdaniem Emlyna, już dawno należałoby spalić na stosie) i zada szyku wśród dawnych znajomych ojca.

    Swojej decyzji pożałował w chwili, w której przekroczył próg ogromnej posiadłości Petersów, oświetlonej jak pałac i tak wyglądającej zarówno z zewnątrz, jak i wewnątrz. Miejsce to było kwintesencją jego właściciela — bogate, trochę krzykliwe, ale w sumie dawało się znieść. Dokładnie jak Daniel. Gospodarz powitał Emlyna bardzo serdecznie, choć zdaniem Westmore’a mógł powstrzymać się od zapoznawania go dosłownie z każdym gościem na sali i mówienia: Patrzcie, przecież to drugi Will! Ależ do niego podobny, prawda?.

    Kiedy już poznał chyba każdego z dawnych znajomych ojca i nie zapamiętał ani jednego nazwiska, mógł tylko krążyć beznadziejnie po obrzeżach obszernego pomieszczenia i liczyć na to, że nikt nie będzie próbował wciągnąć go w rozmowę tylko po to, żeby wspomnieć parę słów o jego rodzicach. Mógł to przewidzieć i przynieść ze sobą tabliczkę z napisem nie, nie będę o nich rozmawiał. Połowy z tych ludzi, którzy teraz się nim tak interesowali, no bo syn Williama!, nawet nie widział na pogrzebie rodziców. I choć teraz nie miało to zupełnie żadnego zdarzenia, to tak, Emlyn miał im to za złe. Właściwie niepotrzebnie tu przychodził, skoro ledwie przekroczył próg, a już nabrał fatalnego nastawienia.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Wymówiwszy się dość nieporadnie od rozmowy ze śliczną jak obrazek, ale dziwnie artykułującą każde słowo najstarszą córką gospodarza, chwycił w dłoń kieliszek z winem (a zrobił to tak gwałtownie, że biedny skrzat o mało nie wypuścił z rąk całej tacy) i stwierdził, że najlepiej zrobi, jeśli zaszyje się w jakimś kącie. Było jeszcze zdecydowanie za wcześnie, by próbować się ewakuować — w końcu Emlyn spodziewał się, że prędzej czy później nastąpi na tym przyjęciu moment, w którym paczka znajomych zacznie wspominać stare, dobre czasy, a on będzie musiał wystąpić w zastępstwie ojca. Nie mógł mieć im tego za złe, ale jednak miał.

      Rozglądnął się po sali, nie spodziewając się zauważyć niczego (ani nikogo) godnego uwagi. Zdziwił się jednak i musiał sam przed sobą przyznać, że zaskoczenie, w jakie wprawił go widok Amelii Baxter, było dość przyjemnym uczuciem. Nie przypominał sobie, by jego ojciec znał jakiegokolwiek Baxtera lub kiedykolwiek wspominał to nazwisko, a przyjaciele Daniela Petersa z reguły byli również przyjaciółmi Willa Westmore’a, ale co z tego. W końcu Amelia spadła Emlynowi jak z nieba.

      — Słyszałem, że Jerry Baxter przyprowadził ze sobą córkę ładniejszą od Mary Peters, ale jakoś nie chciało mi się wierzyć, póki nie zobaczyłem jej na własne oczy — powiedział, pojawiając się nagle przy uchu Amelii. Uśmiechnął się nieznacznie, gdy prawie podskoczyła w miejscu na dźwięk jego głosu. —Widać jedyną wiarygodną rzeczą w tym towarzystwie są plotki — dodał i ruchem tej dłoni, w której ściskał kieliszek z winem, wskazał na kręcących się wokół ludzi.

      Emlyn

      Usuń
  103. Pamiętał, jak kiedyś szedł na ulicę Pokątną w celu zakupienia swojej pierwszej różdżki. Szedł wtedy z bratem i dziadkiem. Kiedy mijali wejście do metra, ten drugi powiedział coś w stylu ci mugole jednak potrafią czarować. Z jakichś powodów młody chłopcy łapią się tekstów wypowiadanych przez swoje dziecięce autorytety, więc złapał się i Delmare. Na długo, bo już nigdy nie patrzył na mugolskie wynalazki jak na coś, co zostało stworzone z mozołem, na siłę. Kultura mugoli, chociaż innymi środkami podszyta niż ta magiczna, nie była od niej gorsza. Obie świetnie funkcjonowały obok siebie, na pewno wiele osób to zauważało, a zwłaszcza mugolaki, którym Krukon był w takiej samej mierze, jak był człowiekiem.
    Kiedy poznawał ludzi, nie interesował się ich rodzinami. A przynajmniej nie w taki sposób, że wściubiał nos w rodzinne sprawy i dramaty, które przecież nie były jego interesem. Do jego zajęć należało tworzenie profili psychologicznych tych, którzy z jakichś powodów go interesowali, stąd ewentualnie jego zainteresowanie sytuacją w domu. Co go obchodziły rozwody, pogrzeby, romanse? Chciał wiedzieć, czy ten pulchny chłopaczek, który przez trzy lata nie potrafi zamienić worka piasku w poduszkę, czy jego ojciec faktycznie może być tą słynną twarzą w reklamach markowego sprzętu do quidditcha. Chciał wiedzieć, czy ta dziewczyna, której nazwisko mówi dużo tym, którzy interesują się starymi Śmierciożercami, czy ona da się zmanipulować i wygada cokolwiek o teraźniejszych matactwach swoich rodziców.
    Jednak o Amelii nie wiedział prawie nic, co zaskoczyło go samego. Niby byli swoim najbliższym otoczeniem, w końcu jedna klasa przez tyle lat, a mimo to, nigdy nie wnikał. Chyba wolał trzymać dystans od kogoś, kto jednym szlabanem mógł zwrócić na niego uwagę grona pedagogicznego. Było to karygodne przeoczenie, tym bardziej, że teraz jeszcze trudniej było mu kalkulować, na ile może jej zaufać.
    Pokój Amelii nie mówił o niej dużo, a może to po prostu jedna z Delmare'a detektywistycznych słabostek się ujawniła i w końcu mogła rozwinąć skrzydła. Markson nie znał się na dziewczynach. Trudniej mu przychodziło odszyfrowywanie ich intencji i chociaż pod nosem miał takie dziewczyny, które specjalnych zdolności nie wymagały, lgnął do tych najbardziej skomplikowanych (oczywiście jeśli w ogóle do kogokolwiek lgnął, bo zwykle zajmowały go inne sprawy). Lubił odkrywać człowieka krok po kroku, to stymulowało mu mózg, ale ta druga płeć była zupełnie inną szkołą jazdy.
    Słyszał dźwięk używanej maszyny do pisania i nie od razu wpadł na to, że ojciec Amelii jest pisarzem. Ten zawód jest zwykle mało opłacalny, za to bardzo ryzykowny, jeśli ktoś tylko pisząc próbuje zarobić na całą rodzinę. Jednak Delmare nie był osobą o kompetencjach, które pozwoliłyby mu się wymądrzać w kwestii ojców, więc nie wystawiał o panu Baxterze przedwczesnej opinii. Nawet nie miał pojęcia, jakie tenże mężczyzna może sprawiać wrażenie, skoro go nigdy nie widział. Chociaż, czarodzieje interesujący się czarną magią mieli jakąś taką wspólną cechę, której Markson jeszcze nie określił.
    Zdjął płaszcz i wyjął z niego zawiniątko z pierścionkiem. Przeżył chwile niepewności, odpakowując go, jakby bał się, że przedmiot ma tą właściwość, że znika, kiedy ktoś próbuje odkryć jego sekret.
    – Od herbaty wolę kawę, skoro pytasz. – Odparł odwzajemniając uśmiech, chociaż wcale nie chciało mu się pić. W tamtej chwili był zbytnio rozkojarzony, żeby myśleć o piciu, za to przejął od dziewczyny księgę i kartkował dalej. Szukał jakiejś ryciny z pierścieniem, czy czegokolwiek, co Amelia widziała już wcześniej.

    OdpowiedzUsuń
  104. — Widzisz tę ślicznotkę? — zapytał Emlyn, wskazując ruchem głowy na stojącą przy prowadzących na piętro schodach Mary Peters, ubraną w rzucającą się w oczy długą i powłóczystą granatową suknię. — Wystroiła się jak na wyścigi w Ascot, ale oczywiście nie możemy jej za to winić. Jeśli jednak ktoś byłby ciekaw mojego zdania, powiedziałbym, że pod ładną okładką kryje się jedynie zmanierowana pensjonarka. Nie wyobrażasz sobie, jak okropnie akcentuje każde słowo…

    Odwrócił wzrok od Mary, uznawszy, że patrzył na nią już dość długo. Jeszcze chwila i ktoś gotów byłby uznać, że wyrażał nadmierne zainteresowanie jej osobą. Właściwie to, gdyby chciał być szczery sam ze sobą, musiałby przyznać, że mimo wszystko dużo przyjemniej patrzyło mu się na Amelię, która w swoim, skromnym w porównaniu z resztą obecnych na przyjęciu pań, prezentowała się… Całkiem inaczej niż w szkolnych szatach, w których przyzwyczaił się ją widywać.

    Dan Peters zadbał tego wieczora o każdy szczegół, ale w końcu czy to nie on zawsze powtarzał, że jak się bawić, to z klasą? Zapewne nie mawiałby tak, gdyby jego skrytki u Gringotta nie wypełniały po brzegi stosy galeonów, gromadzonych przez jego rodzinę od pokoleń. Był człowiekiem, który na pierwszy rzut oka sprawiał wrażenie arystokraty, nie mającego już pomysłu na co wydawać pieniądze. Jego dzieci nie uczęszczały do Hogwartu — gdyby tak było, Emlyn i Amelia zapewne znaliby już Mary — ale czemu miałyby, skoro ojciec zapewniał im najlepszych nauczycieli na miejscu. Emlyn nie wyobrażał sobie, że jego rodzice mogliby odmówić mu takiej niepowtarzalnej przygody, jaką niewątpliwe były wszystkie lata edukacji w Hogwarcie. Ale kto bogatemu zabroni?

    — Czy znałem Daniela Petersa? — powtórzył, zaskoczony pytaniem. Sądził, że był to dosyć oczywiste, w końcu skąd mógłby się tu wziąć, gdyby go nie znał? — Przyjaźnił się z moim ojcem. Obaj przejawiali nadmierne zainteresowanie mugolskimi rozrywkami dla bogaczy… Wiesz, polowania na bażanty, odstrzeliwanie królików na miedzy za wiejską posiadłością. Ja w tym czasie ganiałem za Mary, ale wtedy nie była jeszcze taka… Zmanierowana — wyjaśnił i skrzywił się lekko, ale za to z widocznym niesmakiem. Zaraz potem zdał sobie sprawę, że chyba trochę za bardzo się rozgadał, więc postanowił zainteresować się swoim kieliszkiem.

    Wodził wzrokiem po sali, obserwując zgromadzonych gości. Przez chwilę miał ochotę zapytać Amelię o jej ojca, a raczej o to, czemu zjawił się bez żony, ale, szczęśliwie, miał na tyle zdrowego rozsądku, by przypomnieć sobie, że nie powinien być zbytnio ciekawski.

    — Więc… — podjął, zauważywszy, że Amelia najwyraźniej nie bardzo wiedziała, co powiedzieć. Sam musiał porządnie się zastanowić, by dobrze ubrać swoje myśli w słowa. — Obiło ci się może o uszy, kto w tym roku będzie nas terroryzował nocnymi patrolami? — zapytał, starając zabrzmieć jak najbardziej dowcipnie, jakby w ogóle nie czuł się śmiertelnie urażony faktem, że Hogwart nigdy nie będzie miał okazji zapamiętać prefekta naczelnego Westmore’a.

    Trochę obawiał się tego zaproszenia do jadalni i, gdyby tylko nie był pewien, że Peters zauważy jego nieobecność i nie spocznie, póki nie sprowadzi syna swojego najlepszego przyjaciel do stołu, w tym momencie podjąłby próbę ewakuacji z przyjęcia. Mógł mieć tylko nadzieję, że Amelia nie zauważyła tego grymasu, który przebiegł przez jego twarz w momencie, w którym umilkł donośny głos gospodarza.

    Emlyn, który błaga o wybaczenie ewentualnych błędów

    OdpowiedzUsuń
  105. Ojciec Delmare'a pracował kiedyś w wytwórni zajmującej się produkcją jabłek w karmelu. Każdego dnia jechał do ostatniej stacji metra, żeby dotrzeć do hali. Wieczorami wracał do domu, nie pachnąc niczym szczególnym, chociaż może powinien się za nim roztaczać słodki zapach ciepłej karmelowej masy, takiej, obok jakiej spędzał długie godziny. Tak samo nie widać było po nim, że ta praca daje mu jakąkolwiek satysfakcję. Pewnego dnia wrócił do domu dużo wcześniej niż zwykle, wziął piwo z lodówki i oświadczył, że rzucił robotę. Jedyna rzecz, do jakiej miał kwalifikacje, a on zrezygnował. Delmare wspominał czasem tamte dni, kiedy wszyscy chodzili jak struci, a sam był wtedy jeszcze zbyt dziecinny, żeby zrozumieć, co się dzieje. Prawie stracili dom, narobili sobie długów. Potem ojciec znalazł nową pracę, w nowej fabryce. Wszystko wróciło do normy. Nie można było jednak powiedzieć, że Duke Markson był odpowiedzialnym człowiekiem. Nie chciał robić czegoś, co nie sprawiało mu przyjemności, nawet kosztem wpędzania rodziny w okresowe zawirowania majątkowe, więc rzucał to zajęcie, a potem przychodził moment opamiętania.
    Kawę zaczął pić regularnie już dawno temu. Chociaż na początku mu nie smakowała, gorzka czy posłodzona, pił ją, w dodatku mocną i aromatyczną. Pił ją rano i czasem do kolacji, kiedy wiedział już, że danej nocy nie będzie marnował czasu na sen. Później picie kawy weszło mu w nawyk, tak samo jak papierosy.
    Chciał kartkować dalej, ale Amelia wróciła z kuchni, więc dał sobie odebrać księgę. Chwycił za czerwony kubek, żeby trochę ogrzać palce, które na ogół były zgrabiałe i zimne, bez względu na porę roku i temperaturę panującą za oknem.
    – Jakoś sobie poradzę. – Odparł spokojnie, bo akurat tą kwestią jakoś się nie martwił. Na teleportację nie miał jeszcze co prawda licencji, a Błędny Rycerz nie należał do jego ulubionego środku transportu, ale, jeżeli Amelia miała w domu kominek i trochę proszku Fiuu, zawsze pozostawała nadzieja, że z jej małą pomocą jakoś sobie poradzi. Poza tym, nie mieszkał daleko od jej domu. Spacerów po zmroku generalnie należało unikać, zwłaszcza tych po podejrzanej dzielnicy, ale skoro nie miał wyboru... — Lepiej znajdźmy coś o tym pierścionku. Chyba, że zwabiłaś mnie tu z innego powodu. Nie dosypałaś mi czasem czegoś do napoju?
    Lepiej, żeby Amelia nie chciała go otruć, bo już zdążył wziąć kilka łyków, parząc sobie przy tym koniuszek języka. Ze wszystkich kaw jakie pił ostatnio, ta chyba smakowała mu najgorzej, a to pewnie ze względu na to, że była sypana. Sam ją sobie zażyczył, ale gdyby miał wybór, to jego ostatnim życzeniem przed śmiercią byłoby wypicie dobrej kawy, która smakuje kawą, a nie lurą. Oczywiście nie był takim chamem, żeby krytykować gospodarza, ale to, co podała, niespecjalnie mu smakowało, więc po chwili odstawił kubek tam, skąd go wziął, patrząc na nią tak, jakby faktycznie sądził, że próbuje go otruć.

    OdpowiedzUsuń
  106. Gdyby Emlyn wiedział, co Amelia pomyślała o Mary, zapewne poczułby się w obowiązku stanąć w obronie dziewczyny. W końcu sam swego czasu był tak samo rozpuszczonym dzieciakiem jak ona, a przed kompletnym zepsuciem uratowała go tylko matka, która tak długo przekonywała ojca, że powinni posłać syna do Hogwartu, aż ten w końcu uległ. Szczerze powiedziawszy to przez krótką chwilę Emlyn zaczął się zastanawiać, jaka Mary by dzisiaj była, gdyby od pierwszych dni życia nie traktowano jej jak księżniczki. Pamiętał przecież, jak wspólnie wspinali się na najwyższe gałęzie starych jabłoni w sadzie za wiejską posiadłością Petersów, podczas gdy ich ojcowie krążyli ze strzelbami w dłoniach po zarośniętych wysoka trawą polach, a matki plotkowały przed kominkiem w salonie, popijając herbatę z porcelanowych filiżanek.

    Właściwie to gdyby postawić obok siebie Mary, Emlyna i Amelię, można by w ciekawy sposób przedstawić wpływ wychowania i otoczenia na trójkę ludzi, którzy, gdyby tylko życie ich rodziców potoczyło się w inny sposób, mogliby śmiało pozamieniać się miejscami.

    — Uważaj na słowa, moja droga — powiedział śmiertelnym tonem. — Mówisz o moim ojcu. — Uniósł do ust swój kieliszek z resztką pozostałego na dnie wina i wychylił ją, by ukryć mimowolny uśmiech, wywołany przez porównanie Amelii.

    Pierwszy lepszy wyżeł, pierwszorzędne określenie. Emlyn mógł tylko wyobrażać sobie, co dziewczyna musiała o nim pomyśleć, kiedy tak wyskoczył z tą historyjką ze starych, dobrych czasów. Musiał uznać go za niezłego snoba, choć oczywiście starał się na takiego nie wyjść. Fakty miały się jednak tak, że z taką Mary Peters miał chwilami więcej wspólnego, niżby sobie życzył. No, ale przynajmniej nie miał zwyczaju odginać palca podczas picia herbaty. Kiedyś, owszem, próbował, jednak okazało się to wybitnie niewygodne. A bażanta czy królika zawsze można było potem zjeść albo wypchać i postawić na półce czy też zawiesić na ścianie. Nic się nie marnowało.

    — Przyjmij, proszę, moje najszczersze gratulacje — odparł krótko, za krótko, zdecydowanie za krótko i chyba jeszcze trochę zadrżał mu głos. Właściwie to słysząc jej słowa, poczuł się, jakby ktoś wylał na niego kubeł zimnej wody, a potem spoliczkował za pomocą oślizgłego węgorza na przykład. Teraz jednak nie pozostało mu nic więcej, jak zrobić dobrą minę do złej gry, zatrzymać przechodzącego nieopodal skrzata, odłożyć na niesioną przez niego tacę pusty kieliszek i przywołać na twarz najbardziej elegancki uśmiech, na jaki było go stać.

    — Tak, chodźmy, to znakomity pomysł. — Znowu za krótko. I za szybko. Dobrze, że przynajmniej nie miał w zwyczaju się w takich sytuacjach czerwienić, bo wtedy już kompletnie nie potrafiłby ukryć tego, jak bardzo rozczarowany i zawiedziony się czuł.

    Gdy znaleźli się w jadalni, część gości już tam była, a druga część dopiero zbierała się do przyjścia. Zauważył Mary Peters i wolne miejsce obok niej — przez chwilę miał ochotę wykorzystać okazję, by nie musieć tłumaczyć się ze swojego dziwnego zachowania, gdyby akurat okazało się, że jego dotychczasowa towarzyszka coś zauważyła, a zauważyła na pewno, bo była jedną z najinteligentniejszych dziewcząt jaki znał. Potem jednak wyobraził sobie perspektywę wysłuchiwania, jak Mary w tej swój wyniosły sposób cedzi przez zęby kolejne słowa i zdecydował, że najwyżej posiedzi ile będzie musiał w towarzystwie Amelii, a potem ulotni się do ogrodu albo w jakieś inne ustronne miejsce i tam spróbuje doprowadzić się do porządku. Odsunął więc jedno z krzeseł i czekał, aż Amelia na nim usiądzie, a potem zajął miejsce obok. Jej ojciec chyba wciąż rozmawiał na sali obok z Danielem Petersem.

    Emlyn

    OdpowiedzUsuń
  107. Is nie przepadał za przesiadywaniem przy stole w większym gronie powiązanych z nim osób, jednak jak dotąd zmuszano go do uczestniczenia w tego rodzaju obiadach czy przyjęciach wyłącznie w towarzystwie pozostałych Yaxleyów bądź zapraszanych gości z wąskiego kręgu arystokratów, dlatego też zejście na dół do stołówki potraktował z przymrużeniem oka. Domyślał się, że zapewne wścibscy dziadkowie Amelii - już po pierwszym wymienieniu z nimi zaledwie dwóch zdań zdążył wyrobić sobie opinię - nie dadzą jej żyć, zalewając falą niewygodnych pytań, lecz nie spodziewał się, że zainteresowanie ze strony farmerów obejmie zasięgiem także jego osobę. Zazwyczaj Isaiah nie był w centrum uwagi i rzadko kiedy okoliczności zmuszały go do odpowiadania na wysuwane ku niemu kwestie, nie mniej jeszcze przed wstąpieniem na parter przeczuwał, że nie obejdzie się bez udzielenia przynajmniej jednej konkretnej odpowiedzi. Miał jednak nadzieję, że po skończonym posiłku uda mu się zaciągnąć Baxter z dala od budynku, chociażby mieliby bezczynnie stać przy płocie i oglądać spacerujące bez celu hipogryfy.
    Widelec, który właśnie trzymał w dłoni, na parę sekund zawisł w powietrzu, aby następnie dla własnego bezpieczeństwa chłopaka ponownie wylądować na talerzu; sam nie wiedział jak powinien interpretować słowa Johna, i przede wszystkim czy uznać je za coś prawdziwie obraźliwego. Po raz kolejny nikłe informacje na jego temat oraz kojarzone z czarno-magicznymi zapędami nazwisko przywołały całkowicie mylne skojarzenia, za które z jednej strony nie mógł nikogo obwiniać. Ciężko jest wyzbyć się stereotypowego myślenia, a już zwłaszcza, gdy w grę wchodziło coś silnie związanego z dawnymi, mrocznymi czasami.
    — Ma pan rację — zaczął, chwytając w ręce szklankę z wodą. Upił sporego łyka, dla zakamuflowania lekkiego zdenerwowania zaciskając palce na naczyniu, by następnie kontynuować marną próbę ocieplenia swojego nadszarganego wizerunku. Isowi nie zależało mu na zdobyciu ich sympatii, w końcu była to tylko jednorazowa, nie mająca prawa się powtórzyć wycieczka, acz z drugiej strony pozostawienie po sobie mało pozytywnego wspomnienia mogło zaszkodzić znajomości jego i Amelii. A tego oczywiście w żadnym razie nie pragnął.
    — Ale niestety Tiara uznała, że nie jestem wystarczającym łobuzem — celowo powtórzył to zapadające w pamięć, zaakcentowane słowo, formując z ust ledwo zauważalny, tryumfujący uśmiech.
    — I wysłała mnie do Ravenclawu — podsumował, popychając do przodu na wpół opróżniony talerz, tym samym sugerując, że stracił już cały apetyt. Obrócił głowę w kierunku Amelii, przez moment nawiązując z nią wzrokowy kontakt, zupełnie jakby chciał dać jej do zrozumienia, że już pora się stąd wynosić. A przecież gościowi nie wypadało odejść od stołu pierwszemu.
    — Ci ze Slytherinu są trochę gorsi, prawda? Pani prefekt musi coś o tym wiedzieć.

    is

    OdpowiedzUsuń
  108. Nie miał pojęcia, że ktoś z Hogwartu pracuje w Sugarplumie, więc widok Amelii Baxter był dla niego ogromnym zaskoczeniem. Tak dużym, że przez chwilę miał pustkę w głowie i nie wiedział, jak to wszystko powinien wyjaśnić, a co gorsza – nie był pewien, czy cokolwiek powinien wyjaśniać. Znalazł się w sytuacji, w której na pierwszy rzut oka nie było widać dobrego wyjścia. Mógłby wyjść z założenia, że tylko winny się tłumaczy i nie komentować całej tej sytuacji, ale wtedy Amelia na pewno uznałaby – skądinąd słusznie – że to właśnie w tak obleśnym miejscu Swinton mieszka, do czego, oczywiście, nie mógł dopuścić. Z drugiej strony, gorączkowo wyjaśnienia, że to wcale nie jest jego dom, z pewnością byłyby podejrzane. Ach, gdyby tylko wiedział, że w tej cukierni pracuje koleżanka ze szkoły! Wtedy wybrałby inny sklep. A gdyby dowiedział się już po złożeniu zamówienia i pozostawieniu adresu, przynajmniej przygotowałby sobie przekonującą historyjkę zawczasu.

    Ale nie wiedział, a nie był w posiadaniu mocy umożliwiającej cofanie się w czasie. Nie miał żadnej linii obrony, ale w pierwszym odruchu pomyślał o tym, aby udawać, że wcale tutaj nie miesza, tylko… Tylko nie wiedział co, ale wolał nieco ograniczyć pole widzenia Amelii i nie dopuścić do tego, aby weszła głębiej do środka – wówczas zauważyłaby rzeczy należące do Chesneya, które nie mogłyby znaleźć się w tym miejscu przypadkowo.

    Wreszcie coś zaskoczyło w jego głowie. Przypomniał sobie znaną baśń o księciu i żebraku, którzy zamienili się rolami. Być może i Amelia znała ten tekst, tego nie wiedział, ale nie zamierzał przecież jej tego opowiadać. Wspomnienie o czytanej przed laty historyjce posłużyło mu jedynie za inspirację i w ciągu kilkudziesięciu sekund wymyślił opowieść o wydarzeniach, które doprowadziły go do miejsca, w którym się znajdował. Znalezienie pomysłu sprawiło mu taką ulgę, że przestał być spięty i kiedy Amelia zapytała o słodycze, szczerze się roześmiał, patrząc na pudło uroczych łakoci.

    – Nie uważasz, że te serduszka do mnie pasują? – zapytał rozbawiony, wskazawszy na cukierki w tym kształcie. – Tak naprawdę nie lubię nawet słodyczy. To dla gościa, od którego pożyczyłem tę ruderę… No, właściwie dla jego córki, bo obawiam się, że on również nie jest fanem takich słodkości.

    Liczył na to, że Amelię zaciekawi słowo pożyczyłem, a wtedy Chesney, w sposób całkowicie niesztuczny, będzie mógł wygłosić to, co przed momentem przygotował. Powie, że miał wyjechać ze znajomymi w wakacyjną podróż, niestety w kilka dni przed planowanym wyruszeniem w drogę ekipa się rozpadła, a Chesney nie miał ochoty na samotne wakacje. Dlatego pozostał w Anglii i szybko zaczęło mu się nudzić, więc w poszukiwaniu rozrywek, zapędził się w jakąś podejrzaną dzielnicę czarodziejską, w której zamierzał powęszyć. Aby móc porozmawiać z mieszkańcami o różnych ich tajemnicach, musiał najpierw zdobyć ich zaufanie, a więc i wejść między nich. Dlatego odnalazł mężczyznę z córką, którzy mieszkali w tej ruderze, zafundował im wakacyjny wyjazd, a zamiast tego właśnie pożyczył jego lokum.

    Chesney Swinton

    OdpowiedzUsuń
  109. Historia różowych, puchowych kajdanek rozpoczęła się przed paroma miesiącami, gdy uczniowie skuszeni perspektywą zatopienia się w niezliczonej ilości używek, chyłkiem wymykali się z dormitoriów, by na czas dotrzeć w wyznaczone miejsce. Imprezy organizowano zazwyczaj systematycznie, raz, może dwa razy w miesiącu, opijając przy okazji urodziny tych, którzy nie skąpili galeonów na zaopatrzenie. Wyprawiało się je z myślą o konkretnych osobnikach, uważnie rozpatrywaną daną kandydaturę, aby w ostateczności i tak zdecydować się na sprawdzonych pobratymców, zażegnując tym sposobem niedoszłe konflikty na tle sprzecznych interesów. Ravenclaw organizował więc przyjęcia dla Ravenclawu, Slytherin z kolei dla Slytherinu. Z rzadka gmerano w zatłoczonych korytarzu osobliwości, by wyłowić z niego obcego, który stanowił ewentualne zagrożenie i mógł zdemaskować tajne przedsięwzięcie.
    Tym razem było jednak inaczej, gdyż podziały nie obowiązywały, a co się z tym wiązało, wstęp miał każdy, kto zapragnął zlać się w jedno z czarodziejskim motłochem. Alkohol lał się strumieniami, papierosy łamały w drżących dłoniach. Luke czuł zawroty głowy jeszcze przez trzy dni po całonocnej zabawie, ale nie śmiał żałować swego uczestnictwa w najhuczniejszej uroczystości ostatnich miesięcy. Przechodząc do sedna, jego stopa nie przekroczyła progu opustoszałego dormitorium, przytupując do rytmu żwawym piosenkom. Wszystko wskazywało na to, iż lukowy współlokator, który, nie wiadomo, wywęszył sposobność do zacieśnienia więzów z zamroczoną niewiastą, w perwersyjny sposób dogadzając sobie, jak i jej. Nad rankiem rozstali się, nie pamiętając swych imion, lecz co ważniejsze, nie trudząc się pozbieraniem dowodów zbrodni. Kajdanki, zapomniane i rzucone w kąt obrastały kurzem i chłopięcymi, brudnymi szatami, aż w końcu doczekały się chwil świetności, gdy Luke potknął się o cuchnący stos, odsłaniając różowy obiekt.
    Wiedział, że niemożnością będzie wytłumaczenie Amelii, że nie zaopatrzył się w nie specjalnie, a raczej za pomocą przypadku i nie użył ich do niecnych celów, woląc minimalistyczną formę wyrazu. Nie zastanawiał się jeszcze, co zrobi, kiedy znudzi mu się torturowanie dziewczyny swą obecnością, bo słuch zaginął o kluczu, który posłużył do wyswobodzenia się z miłosnego zniewolenia, jednakże starał się odgrodzić od siebie ponure rozmyślania, w pełni poświęcając uwagę przerażonej towarzyszce.
    - Spokojnie, nie jestem nekrofilem – powiedział ze śmiechem, odwołując się do poniektórych aspektów jej życia, zakrawających na miano martwych. - Jeżeli będziesz grzeczna, postaram się odwzajemnić tym samym.
    Puścił do dziewczyny oczko, całkowicie wyzbywając się nienawistnych akcentów, które nie pasowały do jego usposobienia, aczkolwiek bywały nadzwyczaj przydatne. Wolną ręką poprawił rozczochraną czuprynę, później rozglądnął się dookoła, a potem ruszył w lewo, ciągnąc pannę Baxter za sobą.
    - Pospiesz się – mruknął gdzieś w przestrzeń. - Muszę pilnie odwiedzić toaletę.

    OdpowiedzUsuń
  110. Och, ależ w braniu Emlyna za snoba nie było nic niewłaściwego ani mijającego się z prawdą. Oczywiście nagła zmiana otoczenia, wyjazd do Walii, całe zamieszanie z przyzwyczajeniem się do życia z ludźmi, których do tej pory znał tylko ze zdjęć — wszystko to trochę utemperowało jego charakter. Nie miał wpływu na to, w jakiej rodzinie się urodził i nic nie mógł poradzić na to, jak został wychowany. A wychowywano go przecież na takiego samego zapatrzonego w czubek własnego nosa snoba, jak biedna Mary Peters, śliczna i zawsze przyciągająca pełne zachwytu spojrzenia, ale poza tym nie mająca wiele więcej do zaoferowania.

    Przez chwilę Emlyn zastanawiał się, jak doszło do tego, że Jerry Baxter odciął się od szkolnej paczki przyjaciół na tyle lat, do tego stopnia, że nigdy o nim nie usłyszał, a przecież ojciec zdążył mu przedstawić znakomitą większość swoich przyjaciół z tego znakomitego rocznika, z którym przeszedł przez wszystkie lata edukacji w Hogwarcie. Choć w sumie może i Baxter tak wiele przez to nie stracił? Patrząc na Amelię i to, w jaki sposób zareagowała na widok Andersona, w ogóle patrząc na to, jak różniła się od tego bądź co bądź dosyć zamkniętego, sztywnego i snobistycznego światka, Emlyn przez chwilę poczuł, że nie będąc jego częścią, niczego nie straciła.

    — Mogę cię potem przedstawić — odparł dość obojętnym tonem, spoglądając dyskretnie w stronę Edwina Andersona, który był kolejnym dobrym przyjacielem jego ojca i Daniela Petersa. Zaraz uświadomił sobie, że źle to zabrzmiało. Nie, źle to mało powiedziane, fatalnie wydawało mu się o wiele lepszym określeniem. Właśnie chyba tylko udowodnił, że jednak snobem był, w pełnym tego słowa znaczeniu. — Jeśli zechcesz, oczywiście. Ale ostrzegam, jeśli zaczniesz z nim rozmawiać o jego książkach albo innych dokonaniach, to zanudzi cię na śmierć — dodał, starając się tym razem zabrzmieć choć trochę dowcipnie, choć do śmiechu nie było mu ani trochę.

    Właściwie to już znalazł sobie powód, żeby jednak nie pilnować się tego wieczora tak bardzo, jak to planował, zanim jeszcze się tu zjawił.

    Był młodym dżentelmenem, więc nie wypadało mu się tak po prostu upić skrzacim winem. Ale porządnie wstawić za to już jak najbardziej. Zupełnie nie widział powodu, dla którego miałby się przed tym powstrzymywać. Amelia i tak pewnie uważała go już za nadętego bufona (była jedynie na tyle kulturalna, by tego nie pokazywać), takiego samego, jak reszta tutejszego towarzystwa, więc co miał do stracenia? A że przy okazji zapoznawszy się z faktem, iż ona została prefektem naczelnym, a jemu odmówiono tej przyjemności, o którą zabiegał praktycznie od swojego pierwszego dnia w Hogwarcie, to… To gówno, pomyślał, humor miał już zepsuty na resztę wieczoru. A nawet na najbliższy rok.

    — Nie jestem zły. Skąd ci to przyszło do głowy? — zapytał, udając zdziwienie tak dobrze, jak tylko potrafił, ale aktorem zawsze był słabym, więc…

    Musiał przyznać — życie nie przyzwyczaiło go do tego, że mógłby nie otrzymać tego, czego chciał. Ku własnemu zaskoczeniu sądził, że uda mu się jakoś z tym pogodzić, zwłaszcza, kiedy na tym przeklętym przyjęciu dostrzegł w tłumie Amelię i naszła go pocieszająco myśl, że pewnie jej też się nie udało – bo i czemu miałoby, skoro on odniósł tak okrutną porażkę? Teraz, kiedy podzieliła się już z nim radosnymi nowinami, miał ochotę zniknąć, zapaść się pod ziemię, a najlepiej to znaleźć sobie jakąś ofiarę, na jakiej mógłby się wyżyć, żeby zobaczyć, że komuś było bardziej przykro od niego.

    Właściwie do tej pory nawet nie zdawał sobie sprawy z tego, że był aż tak zepsuty.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nie poczuł się lepiej, kiedy do jadalni wkroczył Daniel Peters ze swoją żoną przy boku i, śledzony przez dziesiątki par oczu, powędrował do swojego miejsca przy stole. Emlyn za dobrze znał tego człowieka, by łudzić się, że kolacja zostanie zaraz tak po prostu podana. Przemowy i wspominki, oto, co się teraz zapowiadało. Na samą myśl, że zostanie wspominany jego ojciec, na pewno zostanie, w końcu Will Westmore był pierwszym z całej paczki przyjaciół, który pożegnał się z tym światem

      Nie, nawet nie chciał o tym myśleć.

      Wino, więcej wina.

      Emlyn

      Usuń
  111. [ Przesunie się to zaczęcie w czasie. Aktualnie jestem poza granicami państwa,w którym mieszkam.]

    Duncan Langhorne

    OdpowiedzUsuń
  112. Nie tylko mugole miewali problemy z uwierzeniem w coś, czego nie widać. W świecie magii było tak samo wielu niedowiarków. Na przykład, przypadków rzekomego zauważenia kosmitów przez czarodziejów było o wiele więcej niż przez mugoli, ale rzadko dopuszczano możliwość, że w świecie jest jeszcze coś poza magią. Ministerstwo Magii nie zajmowało się plotkami o kręgach w zbożu i niezidentyfikowanych obiektach latających, więc sprawy zamykano. Największa nadzieja była w pokoleniu Marksona, które dopiero co miało wkroczyć w dorosłość i być może coś zmienić w tej kwestii. Chociaż, kiedy Krukon widział reakcję Amelii na to, co mówił na Nokturnie, wydawało mu się, że już zawsze będzie walczył z wiatrakami.
    Im więcej Amelia mówiła o tym pierścieniu, tym bardziej zastanawiał się, dlaczego taka rzecz znajdowała się u Borgina i Burkesa. Przecież to nie miało żadnych czarnomagicznych właściwości! Ten przedmiot był tak samo powiązany z czarną magią jak peleryna niewidka albo Uszy Dalekiego Zasięgu. Gdyby wpadł w niepowołane ręce, mógłby narobić szkód, ale tak...
    – Wygląda całkiem normalnie. – Stwierdził Delmare, kiedy odpakował pierścień. Obejrzał go z każdej strony, wciąż do końca odwijając z materiału. Niby nie miał powodu, żeby bać się go dotknąć, ale i tak powstrzymywał się na razie od tego. Przyglądał się oku ślepca, a oko ślepca przyglądało się jemu.
    Był jednym z tych ludzi, którzy nie wierzą w przypadki. Przecież nic nie dzieje się bez wyraźnej przyczyny, nawet jeśli na początku się jej nie dostrzega. Markson uznał to za podejrzane, że akurat wtedy, kiedy szli tamtą ulicą, ktoś włamał się do sklepu. Zastanawiające było również, że akurat on musiał znaleźć ów pierścień. Przecież Amelia stała tuż obok. A złodziej? Dlaczego upuścił to, po co włamał się o sklepu? To wszystko za bardzo trzymało się kupy, żeby Delmare miał uwierzyć w przypadkowość wydarzeń.
    Istnieje bardzo małe prawdopodobieństwo, że przy bezchmurnym, pogodnym niebie coś zwieje słusznych rozmiarów młodego mężczyznę tak daleko, że zajmie kilka lat, zanim zostanie odnaleziony. Prawdopodobieństwo, że jego ciało postanowi nagle zmienić stan skupienia i zamienić się w parę, jest jeszcze mniejsze. Kiedyś starszy brat uczył go latać na miotle. W jednej chwili widział Billy'ego, w drugiej Billy wyparował, a jego miotła spadła bez niego, jakby utraciła magiczną moc, i roztrzaskała się o blaszany dach szopy. Delmare nigdy nie uwierzyłby w to, co się stało, gdyby nie był świadkiem tego wydarzenia. Można się domyślić, co pomyśleli policjanci, kiedy słuchali jego zeznań. Naturalnie najmniejsze prawdopodobieństwo było w tym, że ktokolwiek przyjmie słowa dwunastolatka na poważnie.
    Lata mijały, a Billy nie odnajdywał się. Policja wstrzymała śledztwo w jego sprawie, zamiast tego zajmując się pijanymi nastolatkami podrzucającymi mugolom łajnobomby na balkon. Delmare jednak nigdy nie przestał szukać, chociaż po jego bracie nie został nawet ślad, którego można by się uczepić jak nitki i dojść po niej do kłębka. Rozsyłał sowy do jego znajomych, dalszej rodziny i gazet, byle tylko zwiększyć szansę skontaktowania się z kimś, kto mógł go widzieć, ale odpowiadała mu tylko cisza. W zeszłym roku był na skraju zrezygnowania, kiedy dostał list od swojego dobrego informatora, który miał mu w końcu coś ważnego do przekazania. Otworzył drzwi, żeby wyjść z domu, po czym został oślepiony białym błyskiem jak flesz z aparatu, na kilka tygodni stracił świadomość tego, co się z nim dzieje. A na pewno coś się działo, chociaż on sam nie był w stanie powiedzieć, co i kogo widział. W tamtym momencie wiedział tylko, że musi dotrzeć do rozwiązania. Gdzieś tam jest prawda , jak twierdził.
    Przez chwilę badawczo przyglądał się literom w księdze, jakby Amelia miała pominąć coś ważnego, co rozwiałoby ich wątpliwości. Nic nie znalazł, ale wciąż miał wrażenie, że coś ich omija.
    – Załóż go. Zobaczymy, czy działa.

    OdpowiedzUsuń
  113. Problem w tym, że Baldwin za objawy panoszenia się brał fakt, że Amelia śmiała się do niego odzywać zazwyczaj wtedy, gdy nie miał najmniejszej ochoty na dialogowanie. Zresztą, każde jej zdanie przypominało mu o tym, ileż to najadł się wstydu na transmutacji (w rzeczywistości wstydu nie było, po prostu kilka razy miał mniej punktów, ale dla Fortescue to zniewaga, wymagająca krwi). Przez podobne momenty zapominał nawet o tym, że są prefektami i sprawują szkolne obowiązki, wtedy to Baldwin chciał rzucać w nią straszliwymi klątwami tak długo, aż zdradziłaby mu, jakim cudem miewała lepsze wyniki. A kiedy doszła do jego uszu wieść, że starają się o ten sam staż u najsławniejszego magomedyka w kraju, zimna krew opuściła go już na wieki, bo dodatkowo owy pan Price słynął ze swojej skłonności do młodszych dziewcząt. Czy należy napominać, kto w takim razie miał większe szanse? No właśnie, Baldwin dziewczyną przecież nie był.
    - Z tym skrzatem domowym jesteś pewna? Na twoim miejscu sprawdziłbym rodowód – mruknął pod nosem, nie zabrzmiało to jak złośliwość, bardziej jak stwierdzenie faktu, zazwyczaj dokładnie tak robił, nie przejmując się tym, z jaką siłą mógłby kogoś ugodzić. Teraz to tylko rozgrzewka. Nie zwolnił nawet na moment, nie oglądając się za nią, bo zdanie Baldwina przecież zawsze jest najważniejsze. Mimo to, plan z łazienkami uznał za całkiem sensowny, aczkolwiek nie miał zamiaru zbaczać z obranej wcześniej trasy, wciąż prowadził ich na błonia, sprawdzając łazienki, które po drodze mijali. Wciąż znalazłby sto innych rzeczy, które mógłby w tym czasie robić, ale utrzymanie odznaki Prefekta Naczelnego zajmowało dość wysokie miejsce na liście obowiązków, więc nie dał po sobie niczego poznać. Ta bardziej mroczna część Ślizgona chciała się ociągać, by złapać Gryfonów na gorącym uczynku, najlepiej już po dokonaniu ich zbrodni, bo takie widoki zazwyczaj bywały zabawne. W tym wypadku nie miałby jednak żadnego celu w szantażowaniu małego dzieciaka, mówiąc, że cały zamek dowie się o jego wyglądzie, więc nawet dobrze byłoby szybko rozwiązać ten problem, a nie latać przez całą noc po zamku. Nawet kilka razy spojrzał podejrzliwie na Baxter, bo możliwym było, iż przyniosła ze sobą jakieś niepotwierdzone plotki, za to znienawidziłby ją jeszcze bardziej – o ile to w ogóle możliwe.
    - Z tym nazwiskiem mogłoby się udać, gdybyśmy mieli więcej czasu. – Zmusił się w końcu do rzucenia w jej kierunku jakiejkolwiek odpowiedzi. – Ale teraz raczej nie możemy zawrócić do Pokoju Wspólnego Ślizgonów i przeszukiwać sypialni zawodników, żeby potem przeszukać jeszcze dormitoria młodszych klas. Myśl czasem, Baxter. – Po ostatnim wyrazie zacmokał, jakby mówił do małego dziecka. A potem zamilkł na dobre. Miał właśnie sprawdzić ostatnią łazienkę, tę przy drzwiach wyjściowych z zamku. Możliwe, że złapali trop, bo do jego wyczulonych uszu doszedł śmiech jakiejś grupki chłopców, a potem pochlipywanie kogoś wyraźnie młodszego. Baldwin zmarszczył tylko czoło, unosząc wysoko różdżkę i wchodząc do łazienki. Znowu zupełnie zignorował Krukonkę. Bingo. Grupka gryfońskich nastolatków stała przy umywalkach, podtapiając w jednej z nich małego Ślizgona. Fortescue nie był zwolennikiem kierowania się emocjami, więc nawet nie myślał o obezwładnianiu ich różdżką. Istnieją lepsze metody perswazji, a jeśli nie przestraszy ich jego wysoka ranga, wciąż był dwa razy większy od każdego z nich, chociaż teoretycznie byli graczami.
    - Minus dziesięć punktów od Gryffindoru za każdego z was. Sądzę, że to koniec dobrej zabawy – zaczął, opierając się spokojnie o któreś z drzwi. Gryfoni podskoczyli jak jeden mąż, bo najwyraźniej nawet nie zauważyli, że ktoś ich obserwuje. – Macie go natychmiast puścić, a potem pójdziemy do waszego opiekuna domu i wspólnie postaramy się o zmyślny szlaban, który raz na zawsze oduczy was znęcania się nad młodszymi, dobry układ? Gdyby to zależało tylko ode mnie, wylecielibyście ze szkoły w tej minucie.

    OdpowiedzUsuń
  114. Pokory akurat Emlynowi zawsze brakowało. Nie miał kiedy się jej nauczyć — rodzice od najmłodszych lat chwalili się nim jako swoim idealnym dzieckiem. Ojciec nawet raz powiedział jednemu ze swoich przyjaciół, któremu udała się aż piątka pociech, że czasem lepiej inwestować w jakość, niż w ilość. Obeszło się wtedy bez odebrania niewinnego żartu — wszyscy wiedzieli, że Will Westmore miał dość oryginalne poczucie humoru, gdyby nie ono, pewnie mógłby zapomnieć o popularności za czasów szkolnych — ale Emlyn dobrze pamiętał to spojrzenie, które ojciec mu posłał. Był idealnym synem, po którym prawie nie dało znać się wad, tak dobrze potrafił je ukrywać. Arystokrata, ze znakomitym rodowodem, krwią ani trochę nierozcieńczoną (jedynie wuj-charłak ze strony matki trochę im zawadzał, ale miał dość taktu, by nie dawać znać o swoim istnieniu bez absolutnej konieczności), zdolny, inteligentny i długo by tu jeszcze wymieniać. Z takim fałszym obrazem samego siebie, zbudowanym przez rodziców i ludzi, w których otoczeniu się obracał, Emlyn przeżył prawie szesnaście lat. W dniu dzisiejszym był już dużo bliżej uznania, że jednak nie był taki idealny, jak mu wmawiano, jednak wiedział, że wyplenienie wszystkich tych cech, z których niekoniecznie był dumny, przyjedzie mu z wielkim trudem i zajmie jeszcze dużo czasu. I nikt nie gwarantował, że w ogóle się uda.

    Nie zamierzał przedstawiać Edwinowi Amelii jako wiernej fanki. Nie był aż tak głupi, a przy okazji miał nienaganne wyczucie sytuacji i wciąż potrafił zachować się w towarzystwie. Był pewien, że udałoby mu się odpowiednio dobrać słowa, zawsze mu się udawało, więc poczuł się lekko rozdrażniony przez ironiczny komentarz dziewczyny. Z drugiej strony w tej chwili irytował go nawet dochodzący gdzieś z prawej głośny śmiech Mary Peters, który przez wiele lat zwykł uznawać za perlisty lub uroczy.

    — Wiesz dobrze, że nie to miałem na myśli — odparł, starając się zabrzmieć łagodnie, tak normalnie, jak tylko się dało. — Ale skoro wiesz lepiej, to niech ci będzie.

    Nie widzieli się ledwie miesiąc, a już zapomniał, jak to jest rozmawiać z kimś, kto miał własne zdanie i charakter. Zwykle to doceniał, dziś miał wyraźny problem. I nie chodziło o to, że zirytował się jej sukcesem. On tylko sprawił, że dotkliwiej poczuł własną porażkę. Kiedy wybierał się na to przyjęcie, przecież nawet o niej zbytnio nie myślał, a to głównie za sprawą kazania wuja, który zawsze miał w zanadrzu jakąś dobrą radę albo motywujące kazanie (przy bliższym poznaniu, które, by dojść do skutku, musiało zostać, niestety, poprzedzone śmiercią skłóconej z bratem-charłakiem matki Emlyna, okazywało się, że wuj był całkiem dającym się lubić człowiekiem). Rozpuszczony dzieciak, siedzący głęboko w głowie Emlyna, nie dostał tego, czego chciał i był niepocieszony. A że nawykł do posiadania możliwości wyrażania swojego niezadowolenia, to działo się, co się działo. I mówiło się, co się mówiło, a wypite wino wcale nie pomagało w trzymaniu języka za zębami.

    Jakbyś rozmawia z wrogiem? Och, Emlyn nie mógł nie uśmiechnąć się ironicznie, gdy usłyszał te słowa. Zamierzał być niesympatyczny i nie było pod ręką nikogo, kto by go powstrzymał. A zapowiadał się taki uroczy wieczór, który miał zostać uświetniony przez towarzystwo Amelii.

    — Gdybym w ten sposób rozmawiał z moimi wrogami, to bym ich nie miał. Dystans to nic złego — stwierdził krótko. Nie zdążył powiedzieć nic więcej (może to i dobrze), bo Dan Peters postanowił wygłosić swoją przemowę i wszystkie głosy na sali nagle ucichły.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Miał ochotę zapaść się pod ziemię, kiedy gospodarz wymienił jego imię, ale mógł tylko przyjąć z niewzruszoną miną wszystkie ukradkowe spojrzenia, które zostały posłane w jego stronę. Naprawdę, nie musiał tego mówić. Emlyn nie wiedział, co chciał w ten sposób pokazać, ale dość demonstracyjnie zrezygnował z przyłączenia się do toastu wzniesionego za własnego ojca.

      Miał wrażenie, że jeśli zaraz stąd nie wyjdzie, zrobi albo powie coś — nie daj Merlinie do Amelii, tego naprawdę nie chciał — czego później będzie żałował. Właściwie to spodziewał się, że wytrzyma dłużej, ale w tej chwili niczego nie oczekiwał z takim utęsknieniem, jak widoku skrzatów, podających kolację. Niech wszyscy dostaną swoje talerze i zajmą się swoimi sprawami, a wspaniały młody mężczyzna opuści ich w iście angielskim stylu. Owszem, Emlyn bywał kapryśny. W tej chwili umyślał sobie, że nie miał ochoty siedzieć z tymi wszystkimi ludźmi przy jednym stole, ale stare przyzwyczajenia w postaci znakomitego wychowania brały górę nawet nad delikatnie zamroczonym przez alkohol umysłem. Wysiedzieć do końca kolacji.

      Emlyn

      Usuń
  115. Delmare'owi bardzo łatwo przychodziło etykietowanie ludzi, to fakt, ale zachowywał czujność. Jeżeli zauważał, że dana osoba nie jest do końca tą, za którą wziął ją z początku, był skłonny zmienić swoje zdanie o niej. Wiedział, że jeśli będzie oceniał ludzi z góry, w końcu się to na nim zemści. Ktoś, kogo najpierw wziął za niegroźnego, zaskoczy go niemiło i tyle będzie z wywyższania się. W obliczu nieznanego człowiek powinien zachować właściwą rezerwę, a nie puszyć i zachowywać się, jakby poznał już wszystko, co świat miał do zaoferowania.
    Nie oceniał Amelii zbyt szybko, tak jak nie oceniał jej ojca po tym, że trzymał w domu książki traktujące o czarnej magii. Co prawda już zdążył się przekonać, że nie znajdzie w niej zrozumienia odnośnie jego teorii, ale był w stanie to przeżyć. Był świadom, że większość ludzi, nawet czarodziejów, którzy niby powinni mieć umysły bardziej otwarte niż mugole, nie wierzyło w to, czego nie mogło zobaczyć, ani przekonać się o istnieniu tego czegoś za pomocą innego zmysłu. Nie mógł nic poradzić na czyjś (nie swój) światopogląd. Psy szczekały, karawana Marksona jechała dalej, poszukując odpowiedzi na swoje pytania.
    Bardzo możliwe, że słyszała o zniknięciu Billy'ego. W końcu zaraz po tym, jak zniknął i sprawą zajęła się policja, do jego rodziny przyczepili się dziennikarze. Byli żądni sensacji, każdy chciał być pierwszym, który zrobi wywiad z odnalezionym chłopakiem albo chociaż będzie mógł dostarczyć redakcji Proroka zdjęcie zmasakrowanych upadkiem zwłok. Tygodnie mijały, a nikt nic nie znajdował, więc się poddali. Mniej więcej wtedy Delmare'em przestano się interesować w szkole i mógł odetchnąć. Choć tak naprawdę był to tylko głęboki wdech przed skokiem w naprawdę głęboką wodę. Nie podejrzewał wtedy, że znajdzie się na tropie czegoś, co tak zmieni jego życie. Zastanawiał się często, czy Billy wiedział o Nich i czy dlatego chcieli go załatwić. Trudno mu było wyobrazić sobie, co w tym czasie robi jego brat, ale nigdy nie przyjmował do wiadomości, że Billy może już nie żyć. Szukał go szmat czasu. Chciał wierzyć, że jest czego szukać.
    – Przecież nie zmieści mi się na palec. – Powiedział spokojnie, odsuwając od siebie pierścień. – Załóż go, przecież nic ci nie będzie.
    Nie był pewien swoich słów, ale starał się, żeby brzmiały przekonująco. W razie czego mogli szybko zdjąć jej z palca ten pierścień, a przecież gdyby ona go założyła i nic złego by się nie wydarzyło, to on również by go przymierzył.

    [Nie ma sprawy, nie sprawiło mi to wysiłku. Teraz jest w modzie posiadanie zakładki z powiązaniami :D]

    OdpowiedzUsuń
  116. Ciekawe, co przez cztery godziny Caleb miał robić na ulicy Pokątnej. Zwiedził już wszystkie możliwe sklepy, odwiedził znajomych mieszkających w kamienicach nad lokalem Weasleyów, spotkał także szalonych fanów Harry'ego Pottera, który już dawno stracił cały urok chłopca, który przeżył. Wciąż jednak miał swoich zwolenników oraz wielbicieli, więc gdy tylko pojawiał się na ulicy, mała grupka biegła za nim w odległości dosłownie kilku metrów.
    Przeprosił się z pasztecikami, ale wziął tylko jedną torebkę. Otworzył ją natychmiast, by posilić się słodyczami; wcale nie miał zamiaru wychodzić. Na dobre rozgościł się na skrzynce, niewiele robiąc sobie z klientów. Zresztą, oni także nie zwrócili na niego uwagi, pochłonięci całkowicie wyborem odpowiedniego pudełka Fasolek Wszystkich Smaków. Osobiście Sanders odradziłby im to świństwo (sam już miał na koncie bliskie spotkanie z najgorszymi smakami; po ustach wręcz poparzonych cukierkiem o smaku chili skończył swoją przygodę z fasolkami), ale najwidoczniej Amelia nie widziała nic zdrożnego w uśmiechaniu się i zachęcaniu do zakupu. Oczywiście postępowała tylko wbrew wewnętrznym pobudkom Sandersa; on chyba nie dałby rady wcisnąć nikomu takich dobrodziejstw. Chociaż niektórzy lubili się katować...
    Niech tylko trafią na wymiociny! Nigdy więcej już wydadzą na to pieniędzy.
    Poczekał cierpliwie, aż klienci wyjdą, co chwilę wyciągając z papierowej torebki dyniową słodycz. Jak zwykle, była wyśmienita i Caleb nie zatrzymał się na jednej. Zresztą, dzieciaki kręciły się wśród półek dosyć długo, dlatego też gość Amelii miał na tyle czasu, by się wygodnie ułożyć na skrzynce, a także poczęstować odpowiednią ilością smakołyków.
    - Nie mam zamiaru się nigdzie stąd ruszać - powiedział tuż po tym, jak drzwi za przyszłymi pierwszakami się zamknęły. Odwrócił głowę, żeby odprowadzić wzrokiem zarówno ich, jak i rodziców-tragarzy. Puścił jednemu chłopakowi pawie oczko, ten się trochę rozpromienił, a później, zarumieniony z przejęcia, zniknął za krawędzią budynku. Sanders znów skupił wzrok na Baxter. - Popatrzę, jak pracujesz. Nie wymagam zbyt wiele uwagi, dlatego nie musisz mnie ciągle zabawiać rozmową. - Ugryzł pasztecik do połowy. Jadł w takim tempie, że przez najbliższe cztery godziny jego podniebienie jeszcze zdąży zatęsknić za rozkoszą w kolorze pomarańczy. - Może nawet okażę się przydatny... nie wyglądasz na taką, której chciałoby się targać to - poklepał skrzynkę, na której siedział - na zaplecze. Przy odrobinie miłego słowa i uśmiechu mogę zanieść je tam za ciebie, co ty na to?
    Co prawda nie wiedział, czy na pewno drewniane pudła są przeznaczone do przeniesienia do magazynu, ale było ich kilka i wyglądały na świeżą przesyłkę. Może akurat Amelia dałaby mu jakieś zajęcie lub po prostu trochę wykorzystała - nie miałby nic przeciwko. Wiedział jedno: nie wytrzyma najbliższych godzin, siedząc w jednej pozycji na niewygodnym, prowizorycznym krześle.

    [ To jeszcze coś innego, ale uznajmy to za wakacyjną przerwę od blogów - dzięki!
    Btw., nie wiem, jak to zrobiłaś, że masz już tyle komentarzy, ale podziwiam Cię :D ]

    OdpowiedzUsuń
  117. Chesney uważał się za człowieka mającego predyspozycję do stania się kimś wybitnym. W głowie planował własną przyszłość, którą widział w optymistycznych barwach. Wyobrażał sobie, że zostanie kimś, o kim każdy mówi przynajmniej z szacunkiem, a może nawet podziwem. Mimo tych pragnień i wiary w ich ziszczenie, był świadomy, że aktualnie nie był w centrum świata nikogo, a większość ludzi w ogóle nie była nim zainteresowana. Wiedział też, że wielu uczniów Hogwartu było na tyle mądrych, że nie oceniało innych ze względu na stan posiadania i status rodziny. Ale co z tego? Przecież byli i tacy, dla których to wszystko miało fundamentalne znaczenie.

    Chesney nie zmieniał swojej przeszłości i teraźniejszości dlatego że w oczach Amelii Baxter chciał wyglądać na kogoś innego. Baxter była tylko elementem większej części, hogwarckiej masy. Nie mógł sobie pozwolić na to, aby którekolwiek ogniwo dowiedziało się prawdy. Zawsze komuś mogłoby się coś – niekoniecznie ze złośliwości, to równie dobrze mógłby być przypadek – wymsknąć, ktoś by powtórzył to następnej osobie i tak pocztą pantoflową informacja obiegłaby cały Hogwart. I w jej posiadaniu byliby nawet ci, którzy nawet o Swintonie nic nie wiedzieli. Chesney w końcu sam nieraz słyszał plotki o osobach, które co najwyżej kojarzył z widzenia.

    To nawet nie chodziło o to, że ktoś by go kompletnie zdemaskował. Chciałby tego uniknąć, oczywiście, ale to byłoby już czymś końcowym, nie miałby nawet, czego zbierać. I może wizja tej pewnego rodzaju ostateczności sprawiała, że Chesney bardziej przejmował się inną możliwością. Gdyby ktoś pokazał innym, że jakaś drobna, nieważna rzecz wypowiedziana niegdyś przez Swintona była kłamstwem, podważyłby w ten sposób wiarygodność chłopaka i w przyszłości już nikt by nie uwierzył mu bez zastrzeżeń.

    W każdym razie – nie mógł pozwolić sobie na to, by Amelia Baxter pozostała w przekonaniu, że znajduje się w domu rodzinnym Chesneya Swintona.

    – Właśnie dlatego! – zawołał i pstryknął palcami. – Ta dzielnica jest bardzo interesująca. To całkiem długa historia, ale… Chodź, coś ci pokażę.

    Zaklęciem przywołał podręczną lunetę, którą kiedyś zakupił na lekcje astronomii. Akurat przedmioty związane ze szkołą miał utrzymane w doskonałym stanie, a i zazwyczaj były to sprzęty z wyższej półki. Pieniądze na nie miał z prac wakacyjnych, a także z części galeonów, które podsyłał mu starszy o siedem lat brat, Miles, który pracował poza granicami kraju. Chętnie dzielił się zarobkami z rodzeństwem, więc trafiały one w ręce Chesneya – ojciec od razu by przepił lub wydał na rozruszanie kolejnego biznesu, który oczywiście zakończyłby się porażką, a matka miała na tyle słaby charakter, że o wszystkim powiedziałaby ojcu, który jakimś sposobem przejąłby fundusze.

    Chesney chciał wyjść, więc przeprosił i poprosił Amelię, żeby się przesunęła, a kiedy to zrobiła, szybko opuścił dom i zamknął za sobą drzwi. Przeszedł kilka kroków, mówiąc, by Amelia szła za nim. Wreszcie znalazł odpowiednie miejsce i przyłożył lunetę do oka. Odnalazł pewien budynek, więc ustawił odpowiednią ostrość i przekazał przedmiot Amelii.

    – Tam jest takie wzgórze, a na prawo od niego dom, widzisz? – zapytał. – Popatrz w okno, tam coś bulgocze… Coś podejrzanego. O, może nawet widziałaś, kiedy tu szłaś, grupkę ludzi, którzy tamten budynek przejęli. Banda obrzydliwych oprychów, wyglądają na nierozgarniętych, ale wbrew pozorom coś tam w głowie mają. Wydaje mi się, że warzą dziwne eliksiry i że są powiązani z szajką, o której ostatnimi czasy Prorok uwielbia się rozpisywać. Chciałbym wejść w ich szeregi, aby odkryć, co mają na sumieniu… – trajkotał. – Wszystko zaczęło się wtedy, kiedy byłem w Ministerstwie Magii i uczestniczyłem, tylko jako słuchacz oczywiście, w rozprawie sądowej i… ale nie wiem, czy chcesz o tym słuchać.

    Chesney Swinton

    OdpowiedzUsuń
  118. - No to jeszcze raz, kolejnych minus dziesięć punktów za każdego małego kryminalistę, by uraczyć naszą słodką panią Prefekt Naczelną i wprawić ją w nastrój błogiej satysfakcji – powiedział całkiem obojętnym tonem, kątem oka gapiąc się na pokrzywdzonego małego Ślizgona. Dobrze wiedział, co to za jeden i znał jego starszego brata. Rzucił w jego kierunku delikatnym zaklęciem osuszającym, bo jedenastolatki szybko zaczynają płakać, a on nie miał ochoty na atak małoletniej histerii. W zeszłym tygodniu złapał go na terenie opuszczonego korytarza, przyciskał do piersi nielegalne zabawki ze sklepu z magicznymi eksperymentami dla dorosłych. Oczywiście to nijak miało się do aktualnego zajścia, ale Fortescue odjął wtedy Ślizgonom tylko pięć punktów, chociaż przy mieszkańcu każdego innego domu byłby bardziej wylewny. W końcu w papierach wygląda całkiem ładnie, gdy napomina się, że był uczniem domu, który dostawał puchar trzeci raz z rzędu – napomknie się jeszcze o tym, że osobiście się do tego przyczynił i będzie ustawiony jeszcze lepiej. Ogólnie Baxter wyglądała mu teraz na taką, która świetnie się bawi przy dręczeniu tych małoletnich, a cały świat pewnie trwałby w przekonaniu, że powinno być inaczej i to Baldwin, jako przykładny Ślizgon, powinien stać nad nimi i wylewać stopniowo kubeł zimnych fekaliów. Owszem, bywały i takie dni, kiedy czerpał osobistą przyjemność z dręczenia niektórych delikwentów (na przykład Baxter nigdy mu się nie nudziła i zawsze znajdował powód, by zmieszać ją z błotem, każda pora dnia i godziny była odpowiednia, by dostawała swoją karę za bycie dobrą z czegoś, z czego Baldwin być taki powinien), ale w przypadku tych oślizgłych gryfońskich karłów nie miał z tego żadnego pożytku. Bo ani nie zajmował w domowej drużynie żadnego stanowiska (ach, broń Merlinie), ani też ci małoletni nie są w stanie załatwić mu paru rzeczy, jakich potrzebował, więc najzwyczajniej w świecie czas zakończyć tę sprawę i przestać się nudzić.
    Kolejny raz nie zaszczycił swojej koleżanki nawet samotnym spojrzeniem. Otworzył na oścież wcześniej zatrzaśnięte drzwi, kiwając głową w kierunku zastraszonych chłopaczków.
    - Wy przodem, bohaterscy Gryfoni, ahoj przygodo, idziemy do waszego Opiekuna, nałyka się dzięki wam słodkiej dumy. – Sam jeszcze przepuścił Krukonkę w drzwiach, bo nabytych w młodości przyzwyczajeń nie da się czasem uniknąć, a potem oddelegował najmłodszego z grona w kierunku ślizgońskich lochów. Najprawdopodobniej to nie jest koniec sprawy, bo już za kilka minut o wszystkim dowie się starszy brat, a tym samym sposobem szykuje się im zemsta, angażująca już starszych uczniów. Prawdziwa wendeta, niemająca końca, bo potem pewnie reszta gryfońskich zawodników weźmie w tym udział. Westchnął na samą myśl o przyszłej robocie, ale z drugiej strony… może dzięki temu odwoła się tegoroczne rozgrywki tej niesamowicie głupiej gry na miotłach? Nie, na to nie ma co liczyć, bo ten niewiele wymagający motłoch musi się czymś zająć.

    OdpowiedzUsuń
  119. Nie szczególnie interesowały go hipogryfy i tutaj chcąc nie chcąc musiał przyznać Baxter rację. Oglądanie tych beztrosko hasających po trawiastej polanie stworzeń - i nie miał na myśli jednorożców - mogło być połowicznie zajmujące przez co najwyżej kwadrans, chociaż i te piętnaście minut wydawały mu się zdecydowanie zbyt długim odstępem jak na nic nie robienie. Chyba, że im obu po cichu zależało na całkowitej utracie zmysłów i pożegnaniu się z rzeczywistością, zastępując ją pochłonięciem przez świat w którym królowały hipogryfy. Wtedy wręcz wskazane było podziwianie ich do woli, nawet przez bliżej nieokreślony czas. Isaiah bez zastanowienia wysłał sygnał odnośnie ewakuacji z jadalni, nie zastanawiając się nad tym, co poczną po opuszczeniu pomieszczenia i zostawieniu dwójki starszych farmerów; dopiero gdy klamka zapadła zdał sobie sprawę z tego, iż może zostanie w środku i wysłuchiwanie psalmów pochwalnych odnośnie wybranego przez Tiarę Przydziału Ravenclawu, w zasadzie nie byłoby takim złym pomysłem, nie mniej było już za późno na zmianę zdania. Nie wyobrażał sobie kolejnych dni w miejscu, w którym zaczynał odczuwać obcy mu zazwyczaj stan nudy już po zaledwie dwóch godzinach, lecz nie przestawał pokładać wiary w szybką zmianę tego stanu rzeczy. Był pewien, - chociaż ta pewność z minuty na minutę traciła na sile - że nawet na farmie można znaleźć dla siebie jakiekolwiek zajęcie, dzięki któremu godziny płynęłyby znacznie szybciej, podobnie jak odhaczane w myślach dni, dzielące go od powrotu do rodzinnego domu. Is starał się nie marudzić zbyt często niżeli to było konieczne i rzadko kiedy narzekał na którąś z typowych dla magicznego świata rzeczy, aczkolwiek faktem było, że od zawsze stronił od lotów na miotle czy chociażby samego dopingowania grających podczas meczów Quidditcha zawodników, zatem nie planował zaproponować podniebnego wyścigu na rozpędzonych hipogryfach sądząc, że w chwilę po wylądowaniu na ziemie za jedyne słuszne dla siebie miejsce pobytu uznałby Szpital Świętego Munga. Z jednej strony wiedział, że tego typu agroturystyczny pensjonat stanowił nieodkryte i nieograniczone pole do popisu jeśli chodzi o formę różnorakiej aktywności, lecz z drugiej szczerze wątpił, by jego przegrzany przez lipcową temperaturę umysł był w stanie wpaść na coś prawdziwie zwalającego z nóg. Czuł pod skórą, że wbrew wcześniejszym przypuszczeniom spędzi calutki tydzień w dwu osobowej sypialni, klnąc pod nosem i beznamiętnie wpatrując się w biały sufit, co w konsekwencji doprowadziłoby go na sam skraj szaleństwa tak samo jak przebywanie wśród czterokopytnych magicznych zwierzaków dłużej niż przewidywała norma.
    — Myślałem, że wiesz na co się piszesz, w odróżnieniu do mnie — odpowiedział, przyspieszając kroku i kierując się prosto w stronę drzwi wyjściowych. Nie chciał robić jej wyrzutów czy po raz enty wyjść na wiecznie składającego pretensje panicza-arystokratę, lecz nawet jemu sporadycznie zdarzało się powiedzieć coś, czego moment później żałował, w mniejszym lub większym stopniu.
    — Chodziło mi o to, że najlepiej znasz to miejsce — sprostował. Automatycznie zmrużył oczy przed zabójczymi promieniami słońca, które podczas goszczenia wewnątrz nie wydawały się być aż tak oślepiające.
    — Na pewno macie tutaj coś wartego uwagi, na przykłaaad... — podrapał się po brodzie w geście głębokiej zadumy, wysilając szare komórki i myśląc nad tym, co faktycznie mogłoby zabić czas.
    — Powiedz, że macie — w głosie Isa pobrzmiewało coś na kształt desperacji, kiedy na parę sekund wlepił w nią pełne nadziei spojrzenie, jednocześnie wodząc wzrokiem po okolicy

    OdpowiedzUsuń
  120. — Sądzę, że byłoby to… Ciekawe doświadczenie — odpowiedział zdawkowo Emlyn, który oczywiście dostrzegł, że jego zachowanie wprawiało Amelię w zakłopotanie i ogółem chwilowo chyba psuł jej swoim towarzystwem wieczór.

    Teoretycznie mógł opuścić to przyjęcie w każdej chwili — wystarczyłoby mu jedno machnięcie różdżką i, przy odrobinie szczęścia, bo z teleportacją, mimo ukończonego kursu, zdarzało mu się być jeszcze trochę na bakier, po chwili znalazłby się z powrotem w Walii, gdzie nie zastałby nikogo oprócz buszującego po krzakach wokół domu szopa, którego jego wuj postanowił sobie udomowić. W praktyce jednak sprawa miała się trochę gorzej. Peters na pewno zauważyłby jego nieobecność, zresztą już w chwili, w której Emlyn zjawił się na przyjęciu, zapowiedział mu, że chciałby z nim później porozmawiać. No i, spójrzmy prawdzie w oczy, wychodzenie z proszonego przyjęcia po zaledwie godzinie byłoby ogromnym nietaktem, a Emlyn doskonale wiedział, że jego nazwisko zobowiązywało do tego, by umiał się zachować. Nawet jeśli nie miał już pod ręką matki, która powtarzałby mu to przy każdej okazji.

    Jeśli wszystko poszłoby w najbliższych latach zgodnie z planem, tym, który Will Westmore ustalił dla swojego jedynego syna jeszcze przed jego narodzinami, to Emlyn musiał zacząć przyzwyczajać się do bywania w miejscach takich jak posiadłość Petersa i urządzanych w nich wystawnych przyjęć.

    — Wybacz, ale obowiązki wzywają — zwrócił się do Amelii, kiedy po pewnym czasie pierwsi goście zaczęli wstawać od stołu i przechodzić do sali obok, w której orkiestra zaczynała grać utwory ewidentnie mniej kameralne. — Obiecałem Mary Peters pierwszy taniec — wyjaśnił, podnosząc się ze swojego miejsca i ruchem głowy wskazując dziewczynę, która wychodziła już z jadalni.

    Fakt, trochę minął się z prawdą, ale nie uważał, by to małe kłamstewko mogło komukolwiek zaszkodzić. Po pierwsze niczego nie obiecywał Mary, która potrafiła czasem bywać tak obrotna i nachalna, jak Scarlett O’Hara na barbecue w Dwunastu Dębach — przytaknął, kiedy wspomniała coś o tańczeniu, był jej to winien, bo to ona cierpliwie uczyła go, jak nie deptać partnerce po palach, gdy oboje mieli może po dwanaście lat. Po drugie w ogóle nie zamierzał bawić się dziś w tańczenie. Szczerze obawiał się, że skończyłoby się to katastrofą.

    Wymknął się więc z jadalni, pozostawiając Amelię samą, co zdecydowanie nie było eleganckim zagraniem, ale Emlyn lubił trzymać się zdania, że cel czasem uświęcał środki. A on przez chwilę miał wrażenie, że jeśli jeszcze raz będzie musiał znieść jakieś ciekawskie spojrzenie albo posłuchać foczego zawodzenia w wykonaniu Mary Peters, to nie wytrzyma i rzuci talerzem o ścianę. Jego matka zwykła tłuc naczynia ilekroć wpadła w gniew (całe szczęście była kobietą z natury dość łagodną). Zastawę wymieniali więc zwykle raz na rok, rzadziej pół.

    Przyjemnym zaskoczeniem okazał się dla Emlyna fakt, że najwyraźniej całkiem nieźle pamiętał jeszcze rozkład pokojów na pierwszym piętrze, co pomogło mu w uniknięciu wpadnięcia na kogoś znajomego, kiedy wymykał się na taras, a stamtąd do oświetlonego przez dziesiątki leniwie unoszących się w ciepłym, sierpniowym powietrzu małych kuli światła, które nieznający się na magicznych sztuczkach mugole mogliby łatwo pomylić ze świetlikami.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Wiedział, że będzie potrzebował zdecydowanie dłuższej chwili, by trochę ochłonąć i przygotować się na powrót pomiędzy resztę gości, więc, nie zastanawiając się nad tym zbyt długo, ruszył przed siebie wysypaną chrzęszczącym przy każdym kroku żwirem jedną z wielu ścieżek w ogromnym ogrodzie Petersów. Zastanawiał się, czy w samym jego sercu wciąż stała ta wielka fontanna z rzeźbami magicznych stworzeń, do której wujek Daniel zawsze wrzucał garść knutów, a Emlyn i Mary potrafili godzinami siedzieć na gładkich, wykonanych z szorstkiego kamienia brzegach, moczyć nogi w wodzie i łowić drobniaki. A jaką frajdę z tego mieli!

      Nie dziwne wiec, że aż uśmiechnął się, kiedy ujrzał fontannę w pełnej okazałości, nie ruszoną ani nie zniszczoną, choć Peters wiele razy powtarzał, że przestała pasować mu do poddawanego ciągłym zmianom krajobrazu ogrodu i najchętniej to kazałby ją rozebrać albo przerobić na staw z rybami.

      Emlyn,
      czyli nie czytałam tego drugi raz, więc przepraszam za błędy
      możemy już robić dramę, wszystkie chwyty dozwolone

      Usuń
  121. Tak naprawdę ostatnimi osobami, które można by oskarżyć o praktykowanie czarnej magii, byli rodzice Marksona. Ojciec był mugolem z krwi i kości, ledwie radzącym sobie ze swoimi zwyczajnymi obowiązkami i podstawowymi sprawami tyczącymi się rodziny, a matka również nie przejawiała niebezpiecznego zainteresowania magią, mimo powiązań z pewną czarownicą. Razem byli najbardziej poczciwą parą w świecie, przynajmniej tak widział ich Delmare i sam zresztą się im dziwił, bo gdyby on żył spokojnym rytmem i nie miał pojęcia o czymś takim jak magia, aż tu nagle jego synowie zaczęliby lewitować albo, wkurzeni, niszczyć meble w domu, a potem wyjechaliby do Szkoły Magii i Czarodziejstwa, to w takim wypadku chciałby się zainteresować, o co w tym wszystkim może chodzić. A oni przyjęli wszystko normalnie, na spokojnie. Później ojciec wręcz oskarżał magię o zniknięcie Billy'ego, ale na szczęście nie robił tego przy matce, żeby nie robić jej przykrości.
    Delmare nie wierzył w jedno słowo z tego, co wypisywał Prorok. Już dawno przestał ufać mediom, zwłaszcza tym czarodziejskim, które powinny ludziom pokazywać prawdziwy stan rzeczy, a nie zatajać to, co miało wpływ na ich życie.Od jakiegoś czasu już nawet nie dziwił się kłamstwom, jakie zawierane były w tej gazecie. Był pewien, że do jej współautorów zaliczają się szpiedzy organizacji, która porwała jego brata. Wiedział, że dla nich manipulacja umysłami przeciętnych czarodziejów i czarownic była kluczowa dla przejęcia władzy nad światem, nie tylko tym magicznym, ale również mugolskim. Z tych wszystkich gazet wiarygodnością wyróżniał się tylko Żongler, chociaż w ostatnim czasie jego redaktorzy zaczęli być jakby ostrożniejsi w tym, co piszą.
    W pierwszej chwili nie zrozumiał, o co Amelii chodzi. Odwrócił się do niej i uśmiechnął się nawet, marszcząc brwi, żeby dać jej do zrozumienia, że musi wyrażać się jaśniej, ale kiedy do niego podeszła i zaczęła go macać po karku, zdenerwował się. Odtrącił jej rękę, której już tam nie było, z przepastnej kieszeni płaszcza wyjął coś, co było lustrowym trójkątem, którego używał przy oszukiwaniu w grze w karty albo po to, żeby zobaczyć, czy jakiś wróg nie czai się za rogiem. Teraz chciał go użyć w innym celu. Zdjął płaszcz i podwinął koszulę tak, żeby widać było całe plecy i stanął tyłem do stojącego lustra w rogu pokoju, trzymając małe lustereczko przed sobą. Ustawił je tak, żeby widzieć swoje odbicie w dużym lustrze, ale z początku nic ciekawego nie zobaczył. Widział tylko tatuaż, który sprawił sobie na siedemnaste urodziny. Po łopatkach skakał konik morski z zębami jak u rekina, który jednak przeskoczył na brzuch, kiedy Delmare go odsłonił.
    Po chwili dostrzegł to. W przeciwieństwie do konika morskiego, nie ruszało się, ale widać było wybrzuszenie na karku. To, co znajdowało się bezpośrednio pod skórą nie było duże, ale Delmare był trochę kościsty, więc ta rzecz odcinała się od kręgów kręgosłupa bardzo wyraźnie. Dotknął tego, ale się nie przemieściło. Było twarde i zwarte w sobie, aż dziwne, że nie odkrył tego podczas kąpieli. Ile czasu to coś w nim było? Od kiedy go porwali? To był jakiś nadajnik?
    – Myślisz...Myślisz, że to jakiś czip? - Zapytał Amelię, ciągle wyczuwając to coś rękoma, jakby miał nadzieję, że zniknie od pocierania.
    Markson czytał dużo o mugolskich sposobach namierzania. Wiedział, że można namierzyć człowieka poprzez IP jego komputera albo psa, dzięki specjalnej obroży. O magicznych sposobach niewiele mu było wiadomo. Zdawał sobie sprawę, że można namierzyć młodocianego czarodzieja do czasu, kiedy osiągnie pełnoletniość. Z takim czymś stykał się pierwszy raz. Poza tym wizja czegoś obcego w jego ciele napawała go jakimś takim...wstrętem.

    OdpowiedzUsuń
  122. Gdyby Emlyn wiedział, że Amelia natknie się na Mary Peters, zamknąłby ją na wszelki wypadek w szafie. Mary, nie Amelię rzecz jasna. Geniuszem zbrodni i mistrzem kłamstwa jednak nigdy nie był, więc nie poczuł się jakoś wyjątkowo zaskoczony, gdy usłyszał za plecami znajomy głos.

    W pierwszej chwili miał ochotę zapytać, jak go tutaj znalazła — w tej plątaninie obrośniętych bujnym żywopłotem alejek, która powodowała, że cały ogród przypominał swego rodzaju labirynt. Może sam powinien się zamknąć w jakiejś szafie, skoro chciał tylko na chwilę odpocząć od tłumu i głośnej muzyki. Nawet w tym miejscu dość wyrazie słyszał, jaki utwór grała teraz orkiestra. Nie potrafił przypasować go do konkretnego tytułu tylko dlatego, że przerywały mu przytłumione głosy innych kręcących się po ogrodzie ludzi i salwy gromkiego śmiechu, dobiegające o chwilę z tarasu.

    Coś gwałtownie zaprotestowało w głowie Emlyna, kiedy wysłuchał wszystkiego, co Amelia miała mu do powiedzenia i powoli odwrócił się w jej stronę. Głośny, oburzony głos podpowiadał mu: ej, wcale nie jestem beznadziejny!, a zaraz obok niego przebijał się jakiś drugi, bardziej piskliwy, pytał jak śmiesz tak do mnie mówić?.

    Nie miał pojęcia, co te głosy miały niby znaczyć i czemu tak doskonale wyrażały jego skołatane myśli, ale jedno było pewne: zarówno on, jak i Amelia wypili tego wieczora za dużo wina. I najwyraźniej mieli sobie dzięki jego pomocy dużo do powiedzenia.

    Czemu w ogóle wspomniała o Mary, która niczego złego jej nie zrobiła, tylko snuła się po własnym domu, na przyjęciu wyprawionym przez jej ojca, ubrana w zabójczo olśniewającą suknię, obwieszona oszałamiająco drogą biżuterią, przykuwając uwagę jak sklepowe wystawy na święta Bożego Narodzenia (właściwie to trochę przypominała choinkę z tymi swoimi świecidełkami). Pewnie dlatego Amelia zwracała na nią aż taką uwagę. Bo Emlyn tylko niewinnie ją obgadywał, tak, jak niewinnie obgaduje się przyjaciółkę z dziecięcych lat, której imię kiedyś wycinało się nożem obok swojego w drzewie.

    — Pani prefekt naczelna nie wie o co chodzi? A to nowość — burknął Emlyn urażonym tonem, który był na tyle zaprawiony ironią, by ukryć, jak bardzo jego ego ucierpiało przez słowa Amelii. — Zresztą to chyba ja się powinienem zastanawiać, o co chodzi, skoro wpadasz tutaj i podnosisz głos! — Właściwie to nawet nie wiedział, kiedy sam zaczął mówić zdecydowanie głośniej, niż nakazywałby zdrowy rozsądek, zwłaszcza, że w sąsiednich alejkach, za zielonymi liśćmi żywopłotu, bez przerwy ktoś się kręcił. — Masz ze mną jeszcze jakiś problem, Baxter? Chętnie pomogę ci rozwiązać.

    Generalnie to Emlyn był dobrym i uroczym chłopcem, ale kiedy przychodziło do zrozumienia, o co chodziło kobietom, chyba wymiękał. Przecież nie zrobił niczego złego, a małe kłamstewko z wykorzystaniem niczego nieświadomej Mary nie było ciężką zbrodnią, no na brodę Merlina.

    Emlyn
    też uważam, że dostała się mu urocza mordka :D

    OdpowiedzUsuń
  123. — Czy ty w ogóle słyszysz, co mówisz? — zapytał Emlyn na wstępie, wciąż nie mogąc wyjść z podziwu dla kreatywności Amelii.

    W tym momencie był już prawie pewien, że najprawdopodobniej nigdy nie uda mu się zrozumieć kobiet i tym, w jaki sposób odbywała się w ich głowach interpretacja czyjegoś zachowania. Bo naprawdę, próbował spojrzeć na wydarzenia z tego wieczora obiektywnie, bardzo się starał, żeby zobaczyć, w którym momencie tak strasznie i okropnie ją okłamał, kiedy potraktował ją jak idiotkę i czemu niby jego stawiała w pozycji panicza, a siebie jako plebejuszkę. Merlinie, przecież on tylko uciekł się do jednego małego kłamstewka, tak skrajnie nieszkodliwego, że nie stała się przez nie nikomu żadna krzywda. Podejrzewał, że gdyby Amelia po drodze do ogrodu nie natknęła się na Mary, miałaby do niego trochę mniej pretensji. Może nie powinien był wykorzystywać jej jako wymówki, zwłaszcza bez uprzedzenia? Choć z drugiej strony musiał przyznać, że nawet gdyby znalazł sobie jakikolwiek inny sposób na wymknięcie się z pełnego hałaśliwych gości domu, to rzeczywiście, mijając się z prawdą uciekł się do dość nieeleganckiego zagrania.

    Amelia miała więc prawo poczuć się urażona, ale w oczach Emlyna trochę przesadzała, nazywając go kłamcą i paniczem, a przy okazji uznając, że zrobił z niej idiotkę. I przy okazji pewnie sądziła, że robił to wszystko celowo, chcąc, by tak właśnie się poczuła. Ależ się porobiło.

    Gdyby w głowie nie szumiało mu od wypitego wina, które podziałało zdecydowanie mocniej, niż się spodziewał, zapewne postanowiłby przyjąć oskarżenia, wytłumaczyć się i spróbowałby jakoś zażegnać ten niepotrzebny konflikt, w końcu jeśli chciał, to potrafił się ładnie uśmiechnąć, zniżyć odpowiednio głos i zmiękczyć każde serce, które akurat należałoby uspokoić, ale… Mózg podpowiadał dobrze, jednak urażona męska duma nie zamierzała tak po prostu przyznać się do winy.

    — Myślisz, że cokolwiek wiesz o prawdziwych kłamstwach? — Uderzył w zdecydowanie zbyt ironiczny ton. I, co gorsza, nie zamierzał z niego rezygnować. — Nie przypominam sobie, żebym kiedykolwiek zobowiązywał się do meldowania ci, że akurat w tej czy innej chwili mam ochotę wyjść na świeże powietrze. Nie jesteśmy jeszcze w Hogwarcie, pani prefekt naczelna. — Specjalnie zaakcentował dwa ostatnie słowa. — Nie wiem, co sobie powiedziałyście razem z Mary, ale najwyraźniej masz bardzo wybujałą wyobraźnię, jeśli pomyślałaś, że wykorzystywałbym ją, że aż tak bym się starał, żeby zrobić z ciebie idiotkę.

    Szczerze to nie zdziwiłby się, gdyby w tym momencie Amelia wepchnęła go do fontanny, nadepnęła obcasem na stopę albo wymierzyła siarczysty policzek. Należałoby mu się, tego był pewien. Znał siebie — uważał to za ogromny atut — i zdawał sobie sprawę, jak nieprzyjemny potrafił być, jeśli się nie pilnował. Właśnie w tej chwili, w której Amelia uraziła jego dumę i wystosowała, jego zdaniem, nie do końca zgodne z prawdą oskarżenia, siedzący głęboko w Emlynie zepsuty i rozpuszczony bogaty dzieciak postanowił wziąć sprawy w swoje ręce. Nie zamierzał dać się po prostu obrażać. Tylko chyba trochę przesadził, bo zabrzmiał tak, jakby koleżankę z domu generalnie od zawsze miał głęboko gdzieś.

    A sprawy miały się trochę inaczej…

    Emlyn

    OdpowiedzUsuń
  124. — Więc skończyliśmy już rozmawiać? Bardzo dobrze — odparł Emlyn, powstrzymawszy się od rzucenia kolejnym zaprawionym odpowiednią dawką ironii komentarzem, który oczywiście już cisnął mu się na usta, bo ta część jego mózgu, która całkowicie poddała się działaniu alkoholu, aż rwała się, by zaprotestować przez przyjmowaniem tego typu insynuacji pod swoim adresem. Odwróciwszy się plecami do odchodzącej Amelii, uznał, że może to i lepiej – przynajmniej nie powiedzą sobie już niczego, czego mogliby później poważnie żałować.

    Przez chwilę nie czuł się niczemu winny, był zwyczajnie zły i rozdrażniony, tak, jak człowiek, któremu ktoś właśnie wjechał na ambicję i powiedział parę prawdziwych słów, z którymi niełatwo było się zgodzić, bo żeby to zrobić, należałoby zejść ze swoim lekko przerośniętym ego na ziemię. A do podobnych praktyk Emlyn zdecydowanie nie był przyzwyczajony.

    Zaświtała mu głowie jednak pewna myśl, niezbyt przyjemna i łatwa do zaakceptowania, ale pomyślał sobie, że może rzeczywiście przesadził i Amelia miała rację. Zachował się bardzo… Nieelegancko. Nic nie usprawiedliwiało faktu, iż ze względu na swoje podłe samopoczucie, postanowił zepsuć je również każdemu, kto się nawinął — w tym przypadku padło na właśnie na pannę Baxter. Może trochę miała pecha, a może to po prostu rodzice Emlyna popełni ogromny błąd i kiepsko go wychowali. Może on przesadził, kiedy co chwila gadał do Mary i wykorzystywał ją jako swoją wymówkę — mógł wcześniej zauważyć, że Amelia jej nie polubiła, ale z drugiej strony… Jak miał wpaść na to, że aż tak się nie polubiły?

    Czasem zwyczajnie za dużo gadał i źle dobierał słowa. Wciąż nie przywykł do życia w okrutnej rzeczywistości, w której wszyscy wokół nie starali się zapewnić, że świat kręcił się właśnie wokół niego.

    — Amelia, zaczekaj… — Odwrócił się, ale najwyraźniej tylko po to, by zobaczyć, że dziewczyna zdążyła już zniknąć w którejś z alejek. Za długo zeszło mu domyślić się, gdzie popełnił błąd. I chwilę zajęło też dojście do wniosku, że jednak warto byłoby spróbować go naprawić.

    Przecież znali się od pierwszej klasy i nie przypominał sobie, żeby kiedykolwiek wcześniej się pokłócili. I tak, trochę mu się zrobiło głupio, że nie potrafił nad sobą zapanować i zamknąć się, kiedy jeszcze miał okazję. Ale przecież ojciec tyle lat uczył go, żeby przypadkiem nie dał sobą pomiatać, w końcu nazywał się, jak nazywał, to zobowiązuje.

    Emlyn nie przypuszczał, że kiedykolwiek będzie miał tak bardzo głęboko gdzieś to, czego uczył go zadufany w sobie ojciec, jak wtedy, kiedy już od chyba piętnastu minut łaził po tych przeklętych alejkach i z każdym kolejnym zakrętem coraz bardziej zdawało mu się, że chodził w kółko.

    Postanowił sobie, że znajdzie Amelię i… No właściwie nie miał jeszcze planu na to, co powinien zrobić potem, bo nie był też pewien, czy byłby zdolny schować swoje przerośnięte ego tak głęboko, by zdobyć się na przeprosiny. Podejrzewał, iż to zapewne wiele by załatwiło, ale Westmore’owie nie przepraszają

    Ale, na brodę Merlina, jeszcze jeden ślepy zaułek albo kolejny źle wzięty zakręt, a ktoś go potem będzie musiał w tym ogrodzie szukać, bo Emlyn zaczynał już tracić wiarę w to, że znajdzie Amelię, a co dopiero w razie potrzeby zdoła stąd wyjść (był oczywiście zbyt ogłupiony winem, żeby pomyśleć o różdżce, zdarza się nawet najlepszym).

    Emlyn
    nie czytałam drugi raz, wybacz, mam talent do powtórzeń

    OdpowiedzUsuń
  125. [Jasne, z przyjemnością coś napiszę! Zwłaszcza, że Liam by chętnie poznał tą przeuroczą stronę ślicznej Amelii.]

    Liam

    OdpowiedzUsuń
  126. Tak właściwie, to było dziwne, że od razu wyrwało mu się o tym czipie. Co prawda, kiedyś interesował się technologią, której używali mugolscy wywiadowcy, ale i tak odpowiedź na pytanie "co mam pod skórą" nie mogła być tak oczywista. A jednak była. W tamtym momencie Delmare przeżył najdziwniejsze w życiu déjà vu , jakby podobna sytuacja miała już miejsce. Nie przypominał sobie jednak snu, w którym występowałyby jakieś czipy. Wziął to skojarzenie za przypadkowe, chociaż podobno nie wierzył w przypadki.
    Czuł się niekomfortowo. Amelia co prawda wiedziała o jego zniknięciu, które miało miejsce na początku szóstej klasy, ale i tak nie sądził, aby miała uwierzyć mu w to, przez kogo został porwany. Tym bardziej czuł się źle, kiedy odkryła pod skórą na jego karku ten cholerny czip. Gdyby nie Oko i ona, która zgodziła się je w końcu założyć, pewnie żyłby dalej w błogiej niewiedzy. Nienawidził bycia niedoinformowanym, szczególnie, jeśli dotyczyło to jego osobiście, ale o stokroć bardziej wolałby odkryć czip samemu. Może pierścień i obecność Amelii przy tym była zbędna? Teraz on zaczynał panikować. Swoją drogą, zastanawiało go, skąd Baxter zna się na mugolskich technologiach i potrafi rozpoznać czip, kiedy jakiś zobaczy, bo z jakiegoś powodu zakładał, że dziewczyna jest czystej krwi i nie ma wiele wspólnego z mugolami.
    Powiedzieć, że Delmare panikował, to za dużo. Po prostu chciał pozbyć się tego dziwnego czegoś, co nie wiadomo, czemu służyło i ile czasu w nim siedziało. Zakładał, że zostało mu jakoś wszczepione, ale w lusterku żadnej blizny nie dostrzegał. Musieli mu to wszczepić za pomocą swojej technologii, czy nawet magii.
    – A jak byś się tego pozbyła? – Spytał trochę bez sensu, bo Amelia za chwilę odwróciła się do niego znowu przodem. Od razu zrozumiał jej zamiary. Jeszcze szybciej założył koszulkę z powrotem, żeby je jej udaremnić. Wytatuowany konik morski wysuwał głowę znad materiału delmarowej koszulki w miejscu, gdzie zaczynała się szyja, jakby był co najmniej prawdziwym zwierzęciem, którego zaciekawiła sytuacja.
    – No i dobrze, bo na nic nie zamierzam ci pozwalać. Możesz to odłożyć?
    Brązowymi oczami patrzył to na Amelię, to na ostry przedmiot trzymany przez nią. Nie dałby jej się pociąć za nic na świecie. Gdyby zgodził się na coś takiego, znalazłby się w pozycji, w której od początku świata starał się nie znaleźć.

    OdpowiedzUsuń
  127. [Wydaje mi się, że za cel powziąłby sobie raczej zaskarbienie jej sympatii, ale co z tego wyjdzie dalej, to już tylko wątkowy los wie. Wolisz umieścić akcję już w nowym roku szkolnym, czy jeszcze podczas wakacji?]

    Liam

    OdpowiedzUsuń
  128. [Amelia, och. Takie dobre imię. I dobry wizerunek. I dobry charakter - bo charakterna, jak widzę, jest. I dobrze, niech kobiecy urok nie będzie zbyt łatwy!]

    Amy Shaw

    OdpowiedzUsuń
  129. Zabawne, że najwyraźniej wystarczyło ich wypuścić poza mury Hogwartu, by całkowicie zmienili podejście do praktycznie wszystkiego, włączając w to siebie nawzajem.

    I na tym zabawne rzeczy tego wieczora dla Emlyna się kończyły, głównie dlatego, że zdążyło już do niego choć po części dotrzeć, iż swoim zachowaniem przed chwilą tylko potwierdził stereotyp, przedstawiający takich jak on, jako tych, którym się w głowach od dostatku poprzewracało. Nie mógł jednak wiele poradzić na swoją wyuczoną od najmłodszych lat bucowatość, którą do tej pory udawało mu się nawet wprawnie ukrywać, bo też nigdy jeszcze nie doprowadził się paroma kieliszkami wina do stanu, który natychmiast rozwiązałby mu język. Zastanawiał się tylko, czy dziś po raz pierwszy pokazał komuś, że doskonale wiedział, co powiedzieć, żeby choć trochę zabolało.

    Przepraszać na swoje zachowanie jednak wciąż nie zamierzał, bo oczywiście, że Amelia mogła się poczuć dotknięta jego słowami — miała do tego pełne prawo, przecież z takim zamiarem je wypowiadał — ale on również poczuł się dotknięty, głównie dlatego, że chyba jeszcze nigdy wcześniej nikt nie ośmielił się mu w taki sposób wjeżdżać na ambicję i wypominać, że jednak nie był taki idealny, za jakiego chciał uchodzić.

    Uderzyła w jego czuły punkt, uraziła męską dumę, a Emlyn zupełnie nie czuł się na taki przebieg wydarzeń przygotowany, głównie dlatego, że ta bardziej zarozumiała część jego dość zepsutej i rozpuszczonej osobowości wciąż dość gwałtownie protestowała. Jej argumenty wydawały się dość rozsądne: przecież nie zrobił niczego, co byłoby naprawdę złe. Podkolorował trochę rzeczywistość, a to robił prawie codziennie, inaczej by zwariował. Za dużo gadał o Mary, ale przecież znał ją od dziecka, więc czemu miałby nie wspomnieć paru słów. Amelia również przesadziła, a Emlyn nie zamierzał brać na siebie winy za wszystko, wciąż jeszcze był zbyt zapatrzony w czubek własnego nosa, by zdobyć się na taki gest.

    Jedno było jednak dla niego pewne w chwili, w której wreszcie natknął się na Amelię: była mu winna pewne wyjaśnienia, tak samo jak on jej.

    — A żeby mnie co? — rzucił w celu rozluźnienia zdecydowanie zbyt napiętej atmosfery, co oczywiście wyszło mu dość żałośnie, zwłaszcza, że jeszcze przed chwilą, mniej lub bardziej świadomie, robił wszystko, by zasłużyć sobie na koronę dla króla buców. Mógłby jednak podziękować jej za to, że stłukła kieliszek — gdyby nie dźwięk tłuczonego szkła, pewnie znowu poszedłby w złym kierunku, a tak okazało się, że jednak nie błądził beznadziejnie. — Słuchaj, chyba mamy sobie coś do wyjaśnienia… — zaczął, ale oczywiście nie dokończył, bo trwał w dość przygłupim przekonaniu, że skoro to Amelia jako pierwsza przedstawiła mu swoje pretensje, a on tylko dołożył do nich własne, to… No kobiety mają pierwszeństwo.

    Stąd nie mogła już tak po prostu uciec, zwłaszcza, że za plecami miała ślepy zaułek, a przed sobą tylko Emlyna, który powoli zaczynał godzić się z myślą, że o ile nie miał pojęcia, czemu Amelia zupełnie nie polubiła się z Mary, to o sobie wiedział jedno: sprawa od samego początku nie rozchodziła się tylko i wyłącznie o jego zazdrość i boleśnie zranioną ambicję, która, jakby nie patrzeć, doprowadziła ich właśnie do tego miejsca w ogrodzie Petersów.

    — Dlaczego tak uciekłaś?

    Królem buców jeszcze go nikt nie koronował, ale na tytuł księcia głupich pytań chyba sobie właśnie zasłużył.

    OdpowiedzUsuń
  130. — Ja wcale nie sądziłem… — zaprotestował prawie natychmiast, ale szybko zrezygnował z tego pomysłu i również uznał, że całkiem rozsądnym rozwiązaniem będzie odwrócenie wzroku, zwłaszcza, że zupełnie nie wiedział, jak rozwiązać problem, do którego powstania zdecydowanie się przyczynił. Nie znosił przykładać ręki do czegoś, z czego potem wypadało mu się wyplątać, choćby po to, żeby uspokoić własne sumienie, targnięte przez to, że tak naprawdę wcale nie zależało mu, by w jakikolwiek sposób Amelię obrazić. Szkoda, że nie miał znowu dziesięciu lat, wtedy z reguły wystarczało, że bezradnie rozkładał ręce i mruczał pod nosem tak wyszło. Był uroczym dzieckiem, więc po takim krótkim przedstawieniu natychmiast wybaczano mu wszystkie mniejszy czy większe grzeszki. Szkoda, że teraz nie mógł zastosować tego chwytu, to na pewno wiele by ułatwiło.

    Rozkapryszone dzieciaki niestety w bardziej dorosłej rzeczywistości z niektórymi sprawami sobie zwyczajnie nie radziły.

    Zrobiła mu awanturę o nic, to sama musiała przyznać. A on musiał przyznać, że od razu postawił się w roli skrajnie okrutnie pokrzywdzonej ofiary i powiedział parę słów za dużo, przy okazji uciekając się do zagrań, które z reguły trzymał dla wrogów. Najłatwiej byłoby mu zrzucić winę za to wszystko na własny zły humor, niesprzyjające ułożenie gwiazd i księżyca, a najlepiej to na nad aktywność różowych pufków w Kornwalii, ale chyba nareszcie miał okazję, żeby wziąć odpowiedzialność za własne zachowanie i skończyć z wiecznym szukaniem głupich wymówek, do którego zdążył się przyzwyczaić.

    Amelia nie mogła wiedzieć, że najbardziej zabolało Emlyna, że nazwała go kłamcą. Nawet przecież zapytał: myślisz, że cokolwiek wiesz o prawdziwych kłamstwach?Uczepił się jednego rzuconego w gniewie oskarżenia, którego pewnie nawet nie przemyślała, bo i po co, przecież nikt normalny nie wziąłby tego aż tak do siebie, ale… Emlyn na punkcie kłamstw był wrażliwy, głównie dzięki swojemu ojcu, który przez szesnaście lat wmawiał mu, że ta blizna na jego przedramieniu to pamiątka po spotkaniu ze smokiem w Rumunii. Tłumaczyć się jednak ze spraw, które uznał już za przeszłość i chciał o nich zapomnieć, nie zamierzał, musiał więc wymyślić sobie szybko jakieś inne usprawiedliwienie, skoro już udało mu się znaleźć Amelię i stworzyć okazję do niezakańczania tego wieczoru w złym stylu.

    — Dobra, miałem problem z tym, że zostałaś naczelnym, a ja nie. Nie mogłem się przyznać, więc chciałem wyjść do ogrodu i jakoś się z tym pogodzić, a ty się tam na mnie po prostu wydarłaś — wyjaśnił, siląc się na to, by zabrzmieć jak najbardziej przekonywająco. Wątpił, czy Amelia okaże się dość naiwna, by uwierzyć, że właśnie dlatego tak się wściekł, ale ona przecież nie miała pojęcia, w którym momencie tamtej sprzeczki trafiła w jego czuły punkt, a powód, który właśnie udało mu się poskładać do kupy, brzmiał całkiem sensownie…

    Emlyn, w przeciwieństwie do swojego ojca, był fatalnym kłamcą. W każdej innej sytuacji byłby z tego dumny, ale tu… No chyba przydałoby mu się trochę lepiej zmyślać. Na wszelki wypadek odwrócił wzrok — w przypadku kiepskich kłamców z reguły było w nich widać zdecydowanie zbyt wiele, a układ liści na gałęziach żywopłotu charakteryzował się wyjątkowo ciekawym… Układem. Tak, żywopłot, liście, te sprawy, szalenie ciekawe.

    — Nie myślałem tego, co mówiłem — przyznał, ale nie miał pojęcia, co podkusiło go, by na tym nie skończyć. — Ale ty pewnie myślałaś. — Nie, wciąż nie wiedział, jaka cholera mu to kazała.

    OdpowiedzUsuń
  131. W jego głowie to wyglądało mniej więcej tak – odwróci się, żeby pozwolić Amelii na cięcie scyzorykiem, a ona w tym czasie zrobi coś nieoczekiwanego. Po obcych ludziach spodziewał się złego, a po tych, których zdążył poznać tylko trochę, czegoś jeszcze gorszego. Nawet przypuszczał, że dziewczyna mogłaby dźgnąć go ostrzem w plecy, a wtedy to byłaby pierwsza i ostatnia sytuacja, kiedy dał komuś kredyt zaufania. Poza tym, nie lubił noży, tak samo jak i innych ostrych rzeczy. Kojarzyły mu się nieprzyjemnie z pewną sytuacją z przeszłości i reagował na nie jak byli jeńcy wojenni, z przestrachem w oczach, natychmiast zwiększając dystans między sobą, a tą rzeczą właśnie.
    Wciąż oglądał czip pod skórą, jakby chciał zmusić go siłą umysłu do wykonania jakiegoś ruchu. Nie był jednak przekonany co do tego, że ta rzecz jest żywa i potrafi się poruszać. Była trochę jak nowotworowy guz, a jak Delmare'owi przyszło na myśl to skojarzenie, wzdrygnął się. Nie wiedział już sam, co byłoby gorsze. Śmiertelne choroby napawają strachem każdego młodego zdrowego człowieka.
    – Nie interesuj się. – Powiedział tylko, może troszeczkę niegrzecznie, ale to chyba był kiepski moment na opowiadanie, co oznacza jego tatuaż.
    Konik morski oryginalnie został wytatuowany na klatce piersiowej Delmare'a i na ogół tam właśnie przebywał, ale czasami zmieniał miejsce, koczując po całym ciele chłopaka. Został wykonany w dzień siedemnastych urodzin, w salonie na Nokturnie, u okrytego złą sławą czarodzieja, trudniącego się właśnie tym fachem. Najważniejszy dla Marksona był właśnie wzór, a nie konkretny salon, w którym miałby go wcielić w życie. Poza tym, wcale nie czuł się na Śmiertelnym Nokturnie tak niepewnie jak niektórzy znajomi mówili mu, że się czują. Na przykład Amelia, kiedy tam byli, wyglądała mu na przerażoną samą myślą, że idzie tą ulicą. A on, chociaż nie do końca czując się bezpiecznie, mniej więcej znał te okolice i nie odczuwał strachu przed własnym cieniem. Tak samo dobrze znał tatuażystę, który po kosztach zrobił mu ten tatuaż.
    Konik morski o zębach rekina pojawił się najpierw w głowie Delmare'a, zanim w ogóle pojawiła się mowa o przeniesieniu go tuszem i igłą pod skórę. Został dokładnie przemyślany. Szkic pojawił się po powrocie chłopaka znad pewnego nadmorskiego miasteczka, w którym raz do roku truły się wszystkie ryby, dopóki Markson nie wyjaśnił tej zagadki. Później myślał o tym, kiedy pewna brunetka opowiadała mu, czego szukał jej ojciec, zanim zniknął w niewyjaśnionych okolicznościach. Pełna koncepcja zjawiła się, kiedy Delmare'owi zaczęło przypominać się, co działo się z nim, kiedy został porwany.
    – Wiesz, co to jest hipokamp? – Spytał nagle, kiedy wydawało się, że uciął temat na zawsze. – To takie coś w mózgu, co głównie odpowiada za pamięć. Hippocampus w łacinie oznacza zarówno konika morskiego, jak i hipokamp.
    Musiał brzmieć jeszcze bardziej tajemniczo niż zwykle, bo sam zdał sobie sprawę z bezsensowności swoich słów. Właściwie nie sądził, że uda mu się wyjaśnić komukolwiek kiedykolwiek, co dla niego oznacza ten tatuaż i dlaczego wybrał właśnie taki, a nie inny, żeby do końca życia przemieszczał się po jego ciele jak cień Piotrusia Pana po ścianie.
    Westchnął krótko, chowając trójkątne lusterko do kieszeni płaszcza, a płaszcz składając na pół i odkładając go na łóżko, chociaż trochę czuł, jakby już powinien sobie pójść.
    – Dobra, zapomnij. Czasami cygaro jest tylko cygarem i niczym więcej. – Konik morski schował głowę pod koszulkę Delmare'a i zniknął z pola widzenia Amelii. – Mogę zobaczyć pierścień?

    OdpowiedzUsuń
  132. Oczywiście, że nigdy nie słyszał o rowerkach wodnych i właściwie nie był pewien, czy chciałby poznać ich zapewne interesującą historię. Mugolskie wynalazki nigdy specjalnie go nie ciekawiły, a już zwłaszcza te, które w zagadkowych okolicznościach poruszały się po wodzie, o dziwo bez użycia czarów. Nawet Hogwarckie jezioro omijał możliwie jak najszerszym łukiem, aby przypadkiem nie paść ofiarą pozornie niegroźnych druzgotków, o wiele bardziej przebiegłych trytonów czy innych morskich stworzeń, o których istnieniu nie miał zielonego pojęcia. Poza tym nie wiedział czy w ogóle potrafił pływać i mimo wszystko nie zależało mu na zdobyciu tych właśnie informacji; od zawsze preferował wygodniejsze życie na lądzie, gdzie nie miały prawa zaskoczyć go niezapowiedziane zwroty akcji burzące skrupulatnie ułożony przez niego harmonogram dnia. Pływanie postanowił pozostawić zwolennikom wilgoci oraz glonów, samemu trzymając się z daleka od tego typu będących poza jego zasięgiem rozrywek. Ani trochę nie dziwił się, że noga Amelii nie postanie więcej w tym oto miejscu; osobiście miał już dosyć po upływie zaledwie paru godzin, czego wbrew staraniom nie umiał racjonalnie wytłumaczyć. Może po wielu latach ciszy odezwała się w nim uśpiona cząstka charakterystyczna dla urodzonych z krwi i kości arystokratów, przyzwyczajonych do życia w zupełnie innych warunkach. Is nie narzekał na wspólną sypialnię - przyjął do wiadomości fakt, iż tej nocy zmuszony będzie dzielić pokój z drugą osobą - a także nie przeszkadzała mu farmerska posiadłość, której daleko było do znanych z autopsji rezydencji. W zamian przeklinał latające wokoło i brzęczące mu nad uchem owady, specyficzny, niesiony przez wiatr zapach hipogryfów, wysoką temperaturę i konieczność przebywania w ciągłym ruchu. Jako typ kanapowca uwielbiał całymi godzinami zajmować się marnowaniem podobno cennego czasu, trwoniąc go na tysiąc różnych sposobów, co na łonie natury było niestety niemożliwe, jednak nie planował poddawać się już na samym starcie, postanawiając dać szansę farmie i przynajmniej spróbować odkryć jej uroki, o ile w ogóle takowe posiadała.
    — Twoi dziadkowie po powrocie zaczną pytać co robiliśmy — odparł, a ton jego głosu wskazywał na to, iż wie co mówi. — A nie sądzisz, że wybór mugolskiego jeziora zamiast hipogryfów może ich obrazić? — nie bardzo przejmował się uczuciami starszych farmerów, lecz był gotów powiedzieć wszystko, byle tylko nie zostać zobligowanym do pomaszerowania nad jezioro. Na dodatek oddalone o kilkadziesiąt minut drogi na piechotę.
    — Chodź, Baxter — lekko szturchnął ją w ramię, przejmując dowodzenie i pomimo braku rozeznania w terenie, poruszając się na samym przedzie. Wybiegi rzucały się w oczy już z daleka, zatem istniała mała szansa na zgubienie się i całkowite skompromitowanie; poszczególne fragmenty wydzielał wysoki płot, który prawdopodobnie i tak nie miałby szans w starciu ze skrzydlatymi stworami, a niektóre przypominały typowe boksy dla koni, zakryte skośnym dachem. Zatrzymał się przy najniższym ogrodzeniu, ze znudzoną miną przyglądając się wzbudzającym ogólne poruszenie wśród gości źrebakom, by w drugiej kolejności przenieść wzrok na obytą w temacie hipogryfów Amelię.
    — Jeśli chcesz kłaniać się przed zwierzakami to proszę bardzo — zaczął, krzyżując obie ręce na klatce piersiowej. — Ale nie przekonuj mnie do zwiedzenia okolicy na ich grzbietach — dodał, woląc zawczasu zaprezentować swoje stanowisko. — To ci się nie uda. Chyba, że siłą — dokończył w myślach. — Mogę popatrzeć — nie bał się, ale uparty charakter nie pozwalał mu zmienić zdania. Nawet jeśli miałby sterczeć pod płotem do późnego wieczora i przy okazji zanudzić się na śmierć.

    Is

    OdpowiedzUsuń
  133. Przełknięcie tego, że Amelia się z niego śmiała, nie przyszło Emlynowi łatwo. Najpierw ucierpiała jego ambicja, a teraz jeszcze musiał wybierać między mniej, a bardziej wstydliwą prawdą. Szkoda tylko, że ta pierwsza zostawiała zdecydowanie większą ujmę w jego honorze, który tego wieczora ucierpiał już chyba wystarczająco. Najwyraźniej jednak wcale nie był tak tragicznym kłamcą, za jakiego się miał: wszystko wskazywało na to, że Amelia przyjęła jego tłumaczenia, bądź co bądź w pewnej części zgodne z prawdą. Zawsze to wygodniej było część faktów zostawić dla siebie, a Emlyn, nie chwaląc się oczywiście, osiągnął już prawie mistrzostwo, jeśli chodziło o wybieranie tych spraw, którymi chciał się z kimkolwiek dzielić.

    Nie pozostało mu więc wiele więcej, niż wzruszyć ramionami na znak potwierdzenia: tak, tylko o to chodziło. Strzelił focha, bo Amelia śmiała zgarnąć stołek prefekta naczelnego, kiedy on musiał obejść się smakiem, bo, póki nie przyleciała sowa z Hogwartu, żył w przekonaniu, że dostanie swoją odznakę. Im dłużej się nad tą wersją zdarzeń zastanawiał, tym bardziej wiarygodna mu się wydawała — było w niej dość prawdy, by nie musiał wspominać o całej reszcie prześladujących go dzisiaj chimer.

    Przez chwilę miał ochotę wypomnieć Amelii, że to ona zaczęła kłótnię — oczywiście Emlyn był w tak bojowym nastroju, że właściwie nawet chętnie się do niej przyłączył, ale nie zmieniało to faktu, że jednak trochę przyczyniła się do tej konkretnej idiotycznej sytuacji. Powstrzymał się jednak i chyba dobrze zrobił, bo śmiała się tylko przez chwilę, jakby nagle przypomniała sobie, że było jeszcze coś poważnego, o czym powinni porozmawiać, skoro już znaleźli się w takiej, a nie innej sytuacji i urządzili sobie godzinę wyznań.

    Trochę zaniepokoiło go, że tak nagle spoważniała. Bo że mieli sobie do powiedzenia coś jeszcze, to nie ulegało żadnej wątpliwości, Emlyn nie wyobrażał sobie, że mieliby po prostu teraz machnąć ręką na to, z czego przed chwilą wspólnie zrobili wielką tragedię. Tyle, że on był naprawdę beznadziejnym przypadkiem, jeśli chodziło o przyznawanie się do czegokolwiek poza winą za jakiś niecny występek. Trzymał się kurczowo swojej strefy komfortu i naprawdę przerażała go myśl, że znaleźli się w sytuacji bardzo sprzyjającej temu, żeby zaraz któreś z nich powiedziało coś, co zmusiłoby go wyjścia z niej. Tak bardzo go ta nagła zmiana tonu Amelii przestraszyła, że zaczynał za dużo sobie myśleć.

    — Mary? Ale co Mary ma do… — zapytał tak głupio, że chyba bardziej już się naprawdę nie dało, a jego oczy miały chyba rozmiary bliskie galenom. Przez dłuższą chwilę stał i gapił się beznadziejnie na Amelię, starając się przypomnieć, w którym momencie dał znać, że on i Mary mieliby do siebie cokolwiek poza tym, że znali się od dziecka, a kiedy wreszcie zaczęło do niego docierać, co Amelia musiała sobie pomyśleć, kiedy przed przyjściem do ogrodu spotkała się z Mary… Och, córka Daniela odziedziczyła po nim ten charakter, za który albo się ją kochało, albo nienawidziło.

    Nieważne? A właśnie, że ważne, Emlyn nie zamierzał dać się komukolwiek posądzać w przypadku Mary Peters o cokolwiek, co wychodziłoby w czyjej wyobraźni poza granice zwykłej przyjaźni. Teraz jednak to on nie mógł powstrzymać się od śmiechu — bo to zwyczajnie było bardzo zabawne, jak Mary potrafiła dobierać słowa i sugestywnie się zachowywać, zawsze doceniał w niej tę cechę, ale tym razem najwyraźniej przeszła samą siebie. Nie miał pojęcia, czy cokolwiek z tego, co powiedziała Amelii (a powiedziała najwyraźniej dość dużo) mówiła na serio, bo też nie rozmawiali ze sobą już od ładnych paru miesięcy i dziś spotkali się pierwszy raz po dłuższej przerwie, ale najwyraźniej musiała dać niezły popis swoich umiejętności.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. — Chyba nie myślałaś, że ja i Mary… Że my… Co ty sobie tak właściwie myślałaś? — zapytał z czystej i niepodszytej żadną złośliwą nutą ciekawości, bo naprawdę nie potrafił przywołać w pamięci momentu, w którym wyraźnie dałby znać, że z Mary mogłoby go łączyć cokolwiek poza tym, że za dziecięcych lat lubili się razem taplać w kałużach i wspinać na drzewa.

      Może Amelia wolałaby już zakończyć ten temat, ale jeśli sądziła, że zwykłe nieważne jej w tym pomoże, to bardzo się pomyliła. Emlyn miał ambitny zamiar wyciągnąć z niej, czemu posądzała go za uganianie się za kimś, kogo traktował bardziej jak młodszą siostrę. Bardzo ładną i znakomicie pasującą do niego zepsutym charakterem, ale wciąż siostrę.

      Usuń
  134. Może Delmare nie mógł żyć bez podświadomego zwracania na siebie uwagi innych? Zgadzałoby się to z jego irytującą postawą z dzieciństwa, kiedy robił wszystko, żeby wszyscy wiedzieli o jego obecności. Wyjaśniałoby to też, dlaczego, jednocześnie chcąc pozostać za mgłą niewiedzy dla innych ludzi, na zwyczajne rzeczy reagował przesadnie emocjonalnie. W oczach niektórych nawet mógł być paranoikiem, bo niby kto zrównoważony miał tak gwałtowne reakcje na jakąkolwiek rzecz, o której wiedział, że prawdopodobnie nie zostanie przeznaczona do zrobienia mu krzywdy?
    Miał duży problem z tą konkretną swoją paranoją. Jego bogin co prawda nie przypominał ostrego narzędzia wymierzonego w stronę bezbronnego sparaliżowanego Krukona, ale było do tego blisko. Markson nie był przesadnie wrażliwym chłopakiem. W końcu zobaczył takie rzeczy, po których mógł również dojrzeć testrala, jeśli jakiś stawał na jego drodze. Właśnie, może właśnie to było powodem, dla którego tak zareagował na głupi scyzoryk. W tym momencie logika się gubiła, a zastępował ją irracjonalny strach, motywowany złymi wspomnieniami.
    Często nieświadomie brzmiał co najmniej niegrzecznie. Pewnie, gdyby o tym wiedział, zrobiłoby mu się głupio. Wcale nie próbował być bucem, czasami tylko wychodziło mu to samo. Zdarzało się, że powiedział lub zrobił coś takiego, że orientował się z przekroczenia granicy dobrego wychowania, ale najczęściej nic nie robił wobec tego faktu. Mógł delikatnie się reflektować. Ale nie przepraszał. Nie widział powodu, ponieważ było mu właściwie wszystko jedno, czy kogoś zrani. Otaczali go obcy i żadne z nich nie miało na niego wpływu, może poza jedną osobą. Nie potrafił przejmować się ich losem, więc nie potrafił żałować sprawionej im krzywdy, chyba proste.
    Wziął pierścień od Amelii i obejrzał go pod światło. Oko nie zmieniło kształtu, koloru, ani miejsca, w ciągu ostatniej godziny, więc istniała możliwość, że nie posiada takich zdolności. Jednak podejrzenia dziewczyny okazały się słuszne i przedmiot faktycznie posiadał magiczne właściwości, ona już się o tym przekonała. Delmare był ciekaw, przede wszystkim tego, co zobaczyła, kiedy na niego spojrzała, ale również tego, co widziała dookoła.
    Niestety, próby założenia pierścienia nie powiodły się całkowicie, a kiedy Delmare umieścił pierścionek na swoim małym palcu i rozejrzał się, nie zobaczył nic niezwykłego. Widocznie Oko działało tylko założone na odpowiedni palec, to jest środkowy albo serdeczny. Oddał go Amelii.
    – Nie traktuję cię jak wroga. W ogóle, mało kogo tak traktuję. – Powiedział, wzruszając ramionami, chociaż miał je spięte, od kiedy wiedział, że coś siedzi mu pod skórą na karku.
    Poszedł śladami Amelii i wypił trochę kawy, ale chłodna była niedobra tak jak wcześniej, a może nawet gorsza. Na razie postanowił nie wychodzić i nie trzaskać drzwiami z hukiem.

    OdpowiedzUsuń
  135. [ Cieszę się, że nie ukrywasz chęci na wątek :) masz już jakist pomysł czy mam się sama nas tym zastanowić? ] J.Rosier

    OdpowiedzUsuń
  136. [Propozycja zaakceptowana. Akurat będę zaraz odkurzać, a wtedy zawsze coś mi do głowy ciekawego przychodzi :D spodziewaj się mnie za jakiś czas.] J.Rosier

    OdpowiedzUsuń
  137. [Nie mam pojęcia sama z którego Hogwartu, bo bywałam na wielu :D Cześć, cześć. A wątek mamy mieć już razem, tylko że z moją drugą postacią. Grzeczniej czekaj na moje zaczęcie :D ]
    Scott

    OdpowiedzUsuń
  138. Może rzeczywiście lepiej by było, gdyby nie naciskał. Może rzeczywiście niepotrzebnie drążył temat, przecież jeszcze przed chwilą znaleźli się na dobrej drodze do tego, żeby zwyczajnie się rozejść, puścić głupią utarczkę w niepamięć i ponownie spotkać się dopiero w Hogwarcie, tak, jak do tej pory. Może, zapewne, bardzo prawdopodobne i niewykluczone. Pewność Emlyn miał co do jednego — niewątpliwie lepiej by na tym wyszli. Tyle, że on nie lubił pozostawiać niedokończonych spraw i coś kazało mu myśleć, że w chwili, w której Amelia zostawiła go przy fontannie, mieli sobie jeszcze trochę do wyjaśnienia. Przez moment zdawało mu się (musiało mu się tylko zdawać, nie inaczej) , że zwyczajnie zależało mu, żeby Amelia się na niego nie gniewała.

    Słuchał jej słów i, choć na zewnątrz wyglądał na kompletnie niewzruszonego, to wewnątrz zaczynało się w nim gotować. Powoli zaczynał rozumieć, co tak właściwie sobie o nim myślała — właściwie to teraz uznał, że świetnie się złożyło, że jednak nie potrafił łatwo odpuszczać, przynajmniej miał niepowtarzalną okazję, by dowiedzieć się, co myślała o takich jak on, zupełnie, jakby był przez to, w jakiej rodzinie się urodził i przez kogo został wychowany, musiał stanowić uosobienie jej głupich wyobrażeń na temat czystokrwistych czarodziejów z bądź co bądź, ale wcale niezgorszym nazwiskiem.

    Nie wszystko, co myślała, mówiła głośno, ale powiedziała dość, by Emlyn mógł wysnuć pewne wnioski. Otóż, trochę go to zaskoczyło, najwyraźniej w jej oczach był bogaty i wychuchany. Tyle wyłapał z całkiem złożonych dwóch zdań i tyle wystarczyło mu, żeby wewnętrznie się oburzyć. Znali się z Amelią właściwie od pierwszego roku, dość dobrze od piątego, kiedy oboje zostali prefektami i wspólne obowiązki stworzyły okazję do tego, by lepiej się poznać. Nie przypominał sobie, żeby wcześniej bardziej niż skrajnie zdawkowo wspominał o swojej rodzinie, o nazwisku, które przyplątało się z Walii i w żadnym oficjalnym spisie nazwisk obrzydliwie bogatych i czystokrwistych rodów nie figurowało. Nie trudno było mu więc, zwłaszcza w przypływie skrajnych emocji, pomyśleć, że Amelia, którą do tej pory naprawdę uważał za taką inteligentną i oczytaną dziewczynę, potrzebowała kilku godzin na jakimś durnym przyjęciu, na którym nawet nie spodziewali się siebie nawzajem spotkać, żeby wyrobić sobie o nim zdanie całkiem od nowa.

    I tak jeszcze, żeby było jasne: nie zamierzał się z nikim reprodukować, a już na pewno nie z Mary Peters.

    — Może i bym ją ze zdrowego rozsądku wybrał — powtórzył słowa Amelii, kiedy w końcu pierwsza złość minęła i mógł odezwać się, bez powiedzenia czegoś, o czym wiedziałby, że później będzie tego żałował. — Bo mnie, w przeciwieństwie do ciebie, zdrowego rozsądku nie brakuje — prawie wycedził przez zęby (nauczył się tego chwytu od ojca, tak wyglądało jego wychuchane życia z milionami galeonów w Gringottcie).

    Jeśli w jej wyobrażeniu tak okazywało się sympatię (pominąwszy fakt, że Emlyn też wstępnie miał plan ją okazać, tak, taki był plan, ale w jego życiu ostatnio mało co szło zgodnie z jakimikolwiek ustaleniami), to chyba oboje powinni udać się na jakieś korepetycje z kształtowania relacji międzyludzkich.

    — Nie podejrzewałem cię o taką bujną wyobraźnię, to mało krukońskie. Masz może coś jeszcze do powiedzenia? Chyba chciałbym się dowiedzieć, co o mnie tak naprawdę sądzisz, okazję stworzyliśmy sobie wyborną — dodał, bo oczywiście kiedy był zły, trudno przychodziło mu przymknięcie się w odpowiednim momencie. Jednocześnie postąpił pół kroku, a może i krok w bok, tak, że droga była wolna, Amelia nie musiała mu odpowiadać na żadne pytania.

    przepraszam za ten poślizg, życie mi się przytrafiło, to ostatni raz

    OdpowiedzUsuń
  139. Był zły.

    W niewielkiej części zły na Amelię, która zapewne nawet nie była świadoma tego, jak niewiele było potrzeba komuś takiemu jak Emlyn, żeby nawet niewinne słowa odebrać jako atak na własną przewrażliwioną osobę. To ona doprowadziła do tej dziwacznej sytuacji, kiedy sam już nie wiedział, co powinien myśleć. Wydawało mu się, w jakiś naprawdę pokręcony sposób sądził, że jedno mówiła, a drugie myślała i, nauczony od najmłodszych lat, że każdy, kto nie był czystokrwistym przyjacielem jego rodziny, był spiskującym przeciwko nim wrogiem, jeszcze nie do końca zdołał pozbyć się dawnych przyzwyczajeń. Szok, jaki wciąż zdawało mu się przeżywać w zderzeniu w rzeczywistością, to dopiero był materiał na osobną historię.

    Ale przede wszystkim był zły na siebie, że w ogóle przez krótką chwilę tknęły go normalne uczucia, takie, jakie każdy człowiek powinien odczuwać i spróbował nie być dupkiem. Wyszedł na tym, oboje wyszli, gorzej, niż gdyby odpuścił sobie już wtedy, przy fontannie. Ale nie, przecież, oczywiście, musiał się uprzeć. Sam był sobie winien. I bardzo mu się to nie podobało, nie zwykł przecież odczuwać wyrzutów sumienia. W momencie, w którym mogli puścić wszystko w niepamięć, Emlyn postanowił urządzać awanturę, zupełnie, jakby nie dość mu było, że ilekroć bywał w domu, czy to na święta, czy to na wakacje, zawsze prędzej czy później któryś dzień kończył się na dzikiej awanturze w salonie, której próbował nie słuchać. Obiecywał sobie zawsze wtedy, że on taki nie będzie, nie, nigdy taki nie będzie, nie dopuści do czegoś takiego, przecież to było chore, żeby dwoje ludzi tak się zachowywało. I co właśnie robił? Dokładnie to, co zawsze go przerażało, gdy patrzył na to z boku.

    Bardzo starał się myśleć racjonalnie, ale mimo wszystko wciąż nie potrafił pozbyć się tego dziwnego wniosku, że Amelia jedno sobie mówiła, a drugie myślała.

    Co ona właściwie powiedziała, zanim postanowił znowu śmiertelnie się obrazić i sprowadzić wszystko do rzucania kolejnymi oskarżeniami? I czemu poniekąd to zignorował? Niecodziennie przecież ktoś decydował się oznajmić, że Westmore’a najwyraźniej dało się lubić na poważnie. Och, chyba Emlynowi na poważnie przydałyby się jakieś korepetycje…

    — Ja się do tego nie nadaję — oznajmił z rozbrajającą wręcz szczerością, która może i zabrzmiałaby komicznie, gdyby nie byli w środku awantury stulecia. — A my… My się po prostu za bardzo różnimy. Nie widzisz tego? W jednej chwili robisz ze mnie i Mary — znowu ta Mary — idealnie dobraną parę, a w drugiej… Do cholery, przecież mieliśmy się tylko przyjaźnić — dokończył, a w jego głosie zabrzmiała bardziej rezygnacja, niż ta złość, w której jeszcze przed chwilą się utwierdzał. — A teraz kłócimy się na jakimś durnym przyjęciu, o durną Mary i jeszcze nie wiadomo o co. Patrz — powiedział i w bezradnym geście wskazał na to, co ich otaczało, a więc głównie na żywopłot i usiane milionami lśniących gwiazd bezchmurne niebo. — Co my właściwie wyrabiamy?

    Miał szczerą nadzieję, że Amelia nie zacznie płakać. No dalej, przecież była rozsądną dziewczyną, nie mogła na poważnie myśleć, że ktoś do tego stopnia uczuciowo i emocjonalnie upośledzony jak Emlyn nadawałby się do zachowywania się jak tak, jak normalny człowiek by się w tej sytuacji zachował.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. [Nie wiem, jak ty ten wątek czujesz, ja mogę jeszcze o nim epopeje rozpisywać, dla mnie wszystko spoko, chcę tylko powiedzieć, że w razie czego, gdybyś go już miała dość/nie wiedziała, jak dalej pociągnąć albo uznała, że to jest ta chwila, w której Amelia w zgodzie ze swoim charakterem powinna olać Emlyna i jego skrajny debilizm, to w razie czego chyba mam pomysł na kontynuację już w roku szkolnym. Oczywiście nie wiem, jak tobie by się on spodobał, w ogóle możemy ten ciągnąć ile tylko będziesz miała ochotę aktualną sytuację rozgrzebywać, ale w razie czego, jakbyś uznała, że już ręce opadają i z bufonem nie ma co gadać, to będziemy mieć jakiś materiał na pociągnięcie ich dalej. ;)
      Wybacz, że tak nieskładnie, spać chyba czas iść.]

      Usuń
  140. [ Dobra, dobra, to skoro nie umiesz prowadzić damsko-damskich, to nasza współpraca chyba jest zakończona, a Amelia nie ma żadnej przyjaciółki. Smutne jej życie zgotowałaś :D ]
    Maisenbacher

    OdpowiedzUsuń
  141. Przynajmniej jednego się dzisiaj Emlyn nauczył: wino mu nie służyło. Mógłby się założyć o sto galeonów, że gdyby nie mieszał alkoholu ze swoim humorem pod tytułem samniewiemczegochcę, mogliby sobie z Amelią właśnie gawędzić wesoło i niezobowiązująco. I w ogóle nigdy nie doszłoby do tej dziwnej sytuacji, która nie dość, że niepotrzebna, to jeszcze teraz zrobiła się skrajnie niezręczna, bo zaczęło do niego coraz poważniej docierać, co Amelia mu powiedziała, a co on jej na to odpowiedział. Ależ się porobiło. A Mary Peters, tak, wspomnijmy jeszcze parę razy o Mary Peters, tak na dobitkę, błyszczała w najlepsze w towarzystwie, nie mając pojęcia, jaką w tym wszystkim odegrała komiczną rolę.

    Och, zachowania Emlyna w tej chwili nawet nie było warto interpretować — myślał jedno, robił drugie, zdawało mu się, że wiedział, co mówił, a tak naprawdę to już tysiąc razy przeanalizował, że zaczęło się od jego urażonej dumy, a skończyło na wielkim fochu i tych wszystkich głupotach, które bez zastanowienia powiedział. Miał wrażenie, że jeszcze długo będzie miał ochotę zapaść się pod ziemię na samo wspomnienie tego wieczoru. Sceneria była iście piękna, nocne niebo czyste i rozgwieżdżone, Amelia wystrojona w sukienkę, która w niczym nie przypominała ponurych szkolnych szat, a on wbił się w swój najlepszy garnitur. I wszystko tylko po to, żeby wyszło na jaw, jak bardzo niedojrzałym i rozpuszczonym dzieciakiem był Emlyn. No, fajnie. TATUŚ BYŁBY DUMNY.

    Prawdę mówiąc wciąż nie był pewien, co Amelia chciała mu przez ten cały czas przekazać — to znaczy najpierw stwierdziła, że był kłamcą, więc się wściekł. Potem zrobiło mu się głupio i zrzucił to wszystko na zazdrość o odznakę prefekta naczelnego, przez co wyszedł na skończonego buca, ale to chyba dziewczyna zdążyła mu wybaczyć. I potem była jeszcze ta Mary, że niby wszystkie znaki na ziemi i na niebie wskazywały na nią jako na przyszłą panią Westmore (ble). I teraz, właśnie w tej chwili, Emlyn gadał coś od rzeczy, a Amelia najwyraźniej miała już dość. No cóż, nikt jej przecież nie obiecywał, że będzie łatwo. Arystokraci byli znani ze swojego zepsucia obejmującego każdą możliwą płaszczyznę, czyż właśnie tak nie myślała? Albo to Emlyn próbował zrzucił na nią winę za bycie bucem, o czym już rozmawialiśmy i co w przeciągu ledwie godziny zdążył udowodnić chyba ze sto razy. Tak, to ten moment, w którym znowu dopadły go wyrzuty sumienia, a tak w ogóle to czy nie należał mu się medal? W końcu każdy buc prędzej czy później potrafił spuścić z tonu, ale najwyraźniej Emlyn był jakimś fatalnym wyjątkiem od każdej reguły.

    — Jasne. Innym razem. Dobry pomysł — przytaknął bez przekonania, bo znowu nie był pewien, czy powinien zmuszać Amelię do brnięcia w to wszystko dalej, czy może lepiej byłoby odpuścić. — Pogadamy przy następnej okazji. — Czyli mieli przed sobą perspektywę krótkiego spokoju, żeby potem spotkać się w pociągu do Hogwartu/na szkolnym korytarzu i udawać, że nie, nic się nie stało, między nami wszystko w porządku, tylko urządziliśmy sobie awanturę na proszonym przyjęciu, a potem panicz Westmore uznał, że zabiera swoje zabawki i wychodzi z piaskownicy, bo ma mentalność średnio rozgarniętego przedszkolaka.

    Cudownie. Zapowiadał się najciekawszy rok szkolny w ich życiu.

    — Idziesz? Czy masz mnie już dość na dzisiaj? — zapytał, ruchem głowy wskazując na ścieżkę za swoimi plecami. To znaczy nie żeby podejrzewał, że sama się zgubi, Amelia na pewno byłaby na tyle rozgarnięta, by skorzystać z pomocy różdżki, ale nie wypadało tak po prostu odwrócić się i odejść.

    Musiał porozmawiać jeszcze z Danem Petersem, zakląć los, żeby pozwolił mu nie natknąć się na Mary i mógł zrobić to, w czym zawsze był najlepszy: zwiać i spróbować zapomnieć. Choć szczerze wątpił, czy o takim wybitnym popisie skrajnej niedojrzałości ktokolwiek byłby w stanie zapomnieć.

    Emlyn, cholera, mam wrażenie, że widać, jaka z niego totalnie niespójna postać, wybacz, popłynęłam przy tym odpisie

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. [Mój pomysł pokrywa się trochę z tym, co napisałaś w ostatnim odpisie - żeby zmusić ich do pogadania ze sobą przez wspólny patrol, bo na pewno będą siebie po tym uroczym wieczorku unikać. A żeby w razie czego nie było to tylko gadanie (to znaczy mi to pasuje, nic do tego nie mam, ale wiem, że przynudzam chwilami) to mogą jeszcze usłyszeć jakieś łubudu w którejś z pustych klas, stwierdzić, że w szafie siedzi bogin i zabrać się za przeganianie go. Emlyn gdyby zobaczył swojego bogina po pierwsze miałby się z czego tłumaczyć, a po drugie sam by się zdziwił, bo on jeszcze o nim nie wie. ;P Więc tego, taki ten mój pomysł kulawy, wiem, nic specjalnego. :/]

      Usuń
  142. Emlyn natomiast naprawdę dałby wiele, żeby pierwszy września nigdy nie nadszedł. Po pierwsze okrutnie męczyło go wspomnienie tamtego feralnego wieczoru, który, już po awanturze z Amelią, podsumował jeszcze piękną rozmową z niezwykle dociekliwym Danem Petersem, który z poczciwego przyszywanego wujka stał się ciekawskim i upierdliwym przyszywanym wujkiem. Cóż, nikt nie był idealny, a jemu najwyraźniej nikt nie powiedział, że ciekawość to pierwszy stopień do piekła. No, pominąwszy kwestię jakże wspaniałego przyjęcia, pozostawał jeszcze fakt, że Emlyna kompletnie nie chciał myśleć o swoim siódmym roku w Hogwarcie jako o tym ostatnim. Nie czuł się na to gotowy. I jeszcze, tak poza wszystkim, nie chciał tam wracać bez odznaki prefekta naczelnego. Ale skoro musiał, to zamierzał dać się zapamiętać jako najbardziej bucowaty ze wszystkich prefektów w historii szkoły. Choć tyle mógł dla przyjemności robić, wlepiać szlabany za oddychanie albo marnowanie powietrza.

    Jeśli miał być ze sobą szczery, to musiał przyznać, że przez pozostałą część wakacji naprawdę kusiło go, żeby coś zrobić, choćby napisać do Amelii i wystosować jakieś przeprosiny — miał wrażenie, że był jej to winien, w końcu może to i ona zaczęła się awanturować, ale, kiedy już sobie wszystko na trzeźwo przemyślał, zauważył, że ilekroć próbowała zakończyć spór, on uparcie go kontynuował. Ale skończyło się na tym, iż nic takiego nie zrobił, ignorował ewidentny problem, chwilami udawało mu się o nim jakoś zapomnieć i czas sam zleciał. Tylko od czasu do czasu musiał tłumaczyć się przed wujkiem, że nie, wcale nie ugryzł go gnom czy jakiś inny skrzat, ot tak sobie po prostu miał zły humor. Nie lubił mieszkać z tym człowiekiem (jeszcze bardziej ciekawskim, niż wujaszek Dan), ale więzy krwi, brat jego matki i coś tam jeszcze, że swego czasu Emlyn nie miał gdzie się podziać, więc teoretycznie powinien być mu wdzięczny. Ano nie był, rodzice tak go rozpuścili, że, jak wujek Robert zdążył już sam zauważyć, niewdzięczna bestia się z niego zrobiła.

    Podsumowując — po wakacjach z piekła rodem, Emlyn z jednej strony cieszył się z powrotu do Hogwartu, a z drugiej z góry wiedział, że będzie miał problemy ze znalezieniem sobie w nim miejsca. A wracając do sprawy z Amelią… Sam nie wiedział, czego miał się po niej spodziewać w szkole, ale na pewno nie spodziewał się, że zostanie aż tak skrajnie zignorowany. OCZYWIŚCIE, że sam nie był lepszy i jakoś specjalnie nie starał się nawiązać rozmowy ani powiedzieć czegoś więcej poza przelotnym cześć, kiedy już tak się złożyło, że przypadkiem się gdzieś spotkali, ale… Nie był przyzwyczajony do tego, że ktokolwiek mógłby go ignorować, unikać i traktować na równi z powietrzem. A tak w jego odczuciu zachowywała się Amelia i nawet zaczął mieć jej to za złe, kiedy przypomniał sobie, że w sumie to mu się należało.

    Po mistrzowsku spierniczył sprawę i miała pełne prawo oczekiwać, że podczas choćby niezobowiązującej pogawędki o wszystkim i o niczym znowu zacząłby odstawiać grecką tragedię, ale… No wtedy nie do końca był sobą. Z przykrością musiał stwierdził, że mimo arystokratycznego pochodzenia nie upijał się w elegancki sposób. Tylko sęk w tym, że gdyby nie to durne wino, to naprawdę by się tak źle nie zachował. Ale co się stało, to się nie odstanie.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. I jeszcze teraz, kiedy Amelia w szkolnej hierarchii stała wyżej od niego, a wszystkie znaki na ziemi i na niebie jasno wskazywały na to, że jako zwykły prefekt Emlyn musiał, czy mu się to podobało, czy nie, słuchać i szanować decyzje prefekta naczelnego — no, niezbyt mu to pasowało. Z tego, że wciąż był zazdrosny o głupią pozycję, oczywiście zdał sobie sprawę, gdy w końcu ktoś postanowił spłatać im obojgu figla i wrzucić do wspólnego patrolu. Całe to unikanie się w jednej chwili poszło na marne, bo teraz musieli coś robić razem. A nowa odznaka Amelii bardzo jej pasowała, choć lśniła tak, jakby sobie z Emlyna kpiła, przynajmniej w jego mniemaniu.

      — Irytka? — powtórzył, a w głowie zabrzmiała mu salwa śmiechu bandy pierwszorocznych, których pierwszego września przyszło mu prowadzić do wieży Ravenclawu. Podejrzewał, że Amelia słyszała już o świetnym numerze, który na schodach wykręcił Westmore’owi Irytek, zrzucając mu na głowę balon wypełniony po brzegi atramentem. — Ja chętnie miotnę w niego jakimś zaklęciem. — Swoją drogą ciekawe, czy na poltergeista zadziałałoby któreś z zaklęć niewybaczalnych.

      W kompletnej ciszy powędrowali na drugie piętro i z pewnością stanowili przeuroczy obrazek, kiedy tak wędrowali sobie przez korytarze w takiej odległości od siebie, że pomiędzy nimi mogłaby iść jeszcze spokojnie trójka ludzi.

      Przez chwilę Emlyn nabrał ochoty, żeby spróbować się odezwać i, zanim rozważył, czy to aby na pewno był dobry pomysł, znowu zrobił to, co tygryski lubiły najbardziej. Odezwał się, zanim pomyślał.

      — To jak ci minęły wakacje?

      Głupie pytanie.

      Emlyn,
      też nie czytałam drugi raz, wybacz
      o Merlinie, co za tasiemiec

      Usuń
  143. ( Hej, no jasne :) ja też uwielbiam ten gif. Twoja pani tez wydaje się być bardzo interesujaca, wiec jestem jak najbardziej na tak :) a czy masz Może jakiś konkretny pomysł? Ja mogę w zamian zacząć :)
    Kai

    OdpowiedzUsuń
  144. [ Jak najbardziej się skuszę. Masz jakiś pomysł? ]
    M.Harrison

    OdpowiedzUsuń
  145. [Okej :D To skoro ma być bez zbędnych opisów, sama akcja, to możemy już zacząć od skrzydła szpitalnego. Napiszę tylko parę słów wstępu :)]

    Często mówiłem coś bez zastanowienia. Właściwie przez cały czas, nie zważając na późniejsze konsekwencje, które mogą z tego wyniknąć. Miałem świadomość, że wiele osób mnie nie lubi i być może chciałoby mi jakoś dopiec. Czasami dodawało to dreszczyku emocji nudnemu, codziennemu życiu, ale w tym szczególnym przypadku nie było nic zabawnego. W środę wieczorem, gdy wracałem ze szlabanu i kierowałem się już w stronę dormitorium, nagle, dosłownie jak spod ziemi wyrosło przede mną trzech, barczystych Gryfonów. Sam nie byłem zbyt umięśniony, chociaż, po za tym i tak nie miałbym szans sam przeciwko trojga. Kojarzyłem ich z drużyny, nie pamiętałem jednak bym coś szczególnego im zrobił. Zbili mnie dosłownie na kwaśne jabłko. Nie wiem jakim cudem, ale doczołgałem się do skrzydła szpitalnego, gdzie pielęgniarka od razu się mną zajęła. Było już późno, więc musiałem zostać tutaj na noc. Nie mogłem jednak zasnąć, gdyż byłem tak obolały. Obmyślałem już za to w głowie plan zemsty.

    Kai

    OdpowiedzUsuń
  146. [Ja tam też mogę pisać dłuższe :D]

    Gdy w końcu doprosiłem się czegoś przeciwbólowego, a nie było to proste, gdyż pielęgniarka ze skrzydła szpitalnego nie była zbyt uległa, zasnąłem. Jak można się było spodziewać, sen po takich zdarzeniach, na dodatek wywołany jedynie dodatkowymi środkami nie mógł zwiastować przyjemnych snów. W kółko przeżywałem bijatykę, w której jednak nie miałem nawet szansy się ruszyć. Byłem jak sparaliżowany. W momencie, gdy zamiast Gryfonów pojawił się mój, godny pożałowania ojciec przebudziłem się. O dziwo, czułem się jeszcze bardziej zmęczony niż kilka godzin temu. Wstałem z zamiarem pójścia już na lekcję, gdy zostałem poinformowany, że mam jeszcze tutaj zostać. Tym razem potargowałem się z nią o nowego Proroka Codziennego i sok dyniowy. Po zmienionych opatrunkach zabrałem się za prasę. Nie zdążyłem doczytać pierwszego reportażu, gdy usłyszałem znajomy głos. Nie mogłem uwierzyć swoim uszom, więc nawet odłożyłem gazetę i skierowałem wzrok w kierunku źródła głosu. Amelia Baxter. Podciągnąłem się do pozycji siedzącej i uśmiechnąłem się na jej słowa.
    -A co? Chcesz ich ukarać szlabanem? Nie tym razem Baxter, vendetta jest moja. I nie udawaj, że nie podobam ci się w takim wydaniu. Na ogół dziewczyny lubią twardzieli. A ty, jesteś dziewczyną. Jednakże coś mi tutaj nie pasuje.- odparł, przyglądając się jej z zaciekawieniem. Założył ręce za głowę i podjął ponownie rozmowę.- Pofatygowałaś się, znalazłaś czas w swoim jakże napiętym harmonogramie, by przynieść mi lekcje? Przecież my nawet nie chodzimy ze sobą na zajęcia. Więc? - spytał, unosząc brwi, pytająco.- O co tak naprawdę chodzi?

    Kai

    OdpowiedzUsuń
  147. Kumple już od jakiegoś czasu namawiali Mathiew na zakład o kogoś. Prawda, lubił się zakładać, ale nigdy nie o żywą osobę. Może zrobił wszystkie niepotrzebne rzeczy, które są niebezpieczne czy po prostu głupie, ale nigdy nie chciał zakładać się o dziewczynę. Jednak po długim truciu jego dupy przez kumpli w końcu na to przystał, jednak oznajmiają, że gdy zajdzie to za daleko wycofa się. Ofiarą jego zakładu miała być niejaka Amelia Baxter, krukonka z siódmego roku. Długo jej się przyglądał, aż w końcu postanowił podejść.
    - Cześć, jestem Matt - uśmiechnął się przyjaźnie i wyciągnął w jej stronę dłoń - Tak się zastanawiałem czy może nie wybrałabyś się ze mną na piknik nad jezioro?

    [ Wydaje mi się, że imię Mathiew się nie odmienia]

    Mathiew

    OdpowiedzUsuń
  148. Naprawdę rozśmieszył go ten mały pokaz, jednak kosztowało go to ból w okolicy żeber. Skrzywiłem się lekko i odruchowo dotknąłem bolącego miejsca. Nie zamierzałem jednak wzbudzać w niej litości, ani nic z tych rzeczy, więc szybko podjąłem temat przez nią rozpoczęty.
    -Wiesz co jest zabawne? Zawsze, gdy coś mówisz, mam wrażenie, że jest to w języku, którego nie znam.Chociaż nie. Rozumiem, ale nie potrafię skupić uwagi. To chyba przez twój głos. Tak.- stwierdziłem bardziej do siebie niż do niej, kiwając głową. W rekompensacie posłałem jej czarujący uśmiech ( na ile on był czarujący, spod siniaków na twarzy, Amelia musiała sama stwierdzić) i dodałem- Nie martw się. Każdy ma jakieś wady.
    -Nie przejmuj się, nie będziesz doświadczać tej przyjemności długo. Dzisiaj mam zamiar stąd wyjść. Kolejna noc w tym łóżku i oszaleję. Na dodatek, jakiś duch, którego nie kojarzę zaszył się tutaj przez co cały czas panuje chłód. Masakra.- powiedziałem ze zgrozą w głosie, po czym sięgnąłem po zeszyty przyniesione przez Amelię.
    -No tak, historia magii. Bardzo interesujące.- mruknąłem do siebie, po czym dodałem ciszej, nie patrząc za bardzo na nią.- Tak czy inaczej, dzięki.

    Kai

    OdpowiedzUsuń
  149. To było takie okrutne, ale ja uwielbiałem ją drażnić. Musiałem przyznać, że gdy się złościła była nawet całkiem śliczna. Wpatrywała się wtedy we mnie z taką intensywnością, a jednocześnie usiłując zachować spokój i codzienną dostojność. Na dodatek jej policzki wtedy strasznie się czerwieniły, o czym chyba sama Amelia nie była świadoma.
    -Wydaje mi się, że to nie twój interes.- odpowiedziałem, zabierając od niej zeszyt i odkładając z przesadną ostrożnością na półkę. Nie byłbym sobą, jednak, gdybym skończył na tym tekście.- No dobra, powiem ci, skoro już tak nalegasz.- dodałem, jak gdybym robił wielką łaskę, a tak naprawdę to po prostu lubiłem rozmawiać. - Była kiedyś taka dziewczyna, moja jedyna, prawdziwa miłość. Nigdy jeszcze się tak nie czułem. Naprawdę zacząłem kogoś obchodzić. Chciałem z nią spędzać więcej czasu.- powiedział w zadumie, wpatrując się w sufit. Na moment zapadła cisza. Po kilku sekundach wybuchnąłem śmiechem i dodałem- Żartowałem. To był zakład. Założyłem się z jednym Gryfonem, że wytrzymam szósty rok na Historii. A tak po za tym, na początku było nawet ciekawie i można spokojnie spać na tych zajęciach. Przychodzą też ładne Krukonki.- dodałem uzupełniająco z zadowoleniem wypisanym na twarzy.
    -Mam takie pytanie. Skoro jesteś Prefektem Bezczel... to znaczy Naczelnym i twoim obowiązkiem jest obecnie... jak sama stwierdziłaś usługiwanie mi... a ja bardzo dobrze wiem, że jestes dobra z eliksirów...i wiem, że w głebi duszy, gdzieś na samym końcu, gdzie już prawie nic nie ma... gdzieś tam mnie lubisz... to czym mogłabyś przyrządzić jakiś eliksir coś w tym stylu, bym już mógł stąd wyjść?

    Kai

    OdpowiedzUsuń
  150. Na dobre więc oboju wyszło, że Emlyn powstrzymał się od, bądź co bądź, ale dość desperackich prób zacierania złego wrażenia, które pozostawił po sobie tamten feralny wieczór. Rzeczywiście, pisząc list, człowiek miał czas, żeby porządnie zastanowić się nad swoimi słowami, a wywołanie awantury poprzez przelane na papier słowa musiałoby być naprawdę trudne do osiągnięcia, ale… Chyba dosyć niezręcznie by się teraz czuli. Znaczy się, może by się przeprosili, może coś by sobie wyjaśnili, ale korespondencja? Nie żeby coś, to po prostu dosyć poważnie brzmiało.

    Tylko że nie mógł pozbyć się tego dziwnego wrażenia, które już od jakiegoś czasu podpowiadał mu, że może jednak takie unikanie się za wszelką cenę trochę mijało się z celem i sensem, bo przecież, jakby na to nie patrzeć, powiedzieli sobie tamtego wieczora trochę za dużo. Ciężko było udawać, że nic się nie stało, bo coś się stało zdecydowanie. Na pewno wszystko dałoby się jakoś wyjaśnić, a cały idiotyczny problem rozwiązać, gdyby nie fakt, że dotyczył on wychuchanego, lubiącego dramatyzować Emlyna i Amelii, która od pierwszego dnia września postawiła sobie najwyraźniej za nadrzędny cel, by na każdym kroku pokazywać mu, jak bardzo miała go głęboko gdzieś. Jasne, że sobie zasłużył, trochę ta demonstracja ignorancji pomogła mu zrozumieć, jak bardzo miał przechlapane, ale no… Nie chciał, żeby tak to wyglądało przez następne dziesięć miesięcy. I żeby za dwadzieścia lat na zjeździe absolwentów swojego wspaniałego rocznika musieli próbować pozabijać się nawzajem za pomocą wzroku.

    Wspólny patrol najwyraźniej nie był dobrą okazją do próby ponownego nawiązania kontaktu — bo tak profesjonalnie nazywało się to głupie pytanie, które Emlyn zadał, zanim Irytek postanowił się zabawić.

    Słysząc dzikie wycie tego przebrzydłego poltergeista Emlyn odruchowo odsunął się pod najbliższą ścianę, pozostawiając Amelię w polu rażenia jako jedyną ofiarę, ale chyba można mu było to wybaczyć, zwłaszcza, że swoje już wycierpiał i to w dodatku przez całą bandą pierwszorocznych. Z drugiej strony chyba musiał docenić litość, którą okazał mu wtedy Irytek… Atrament przynajmniej nie cuchnął jak łajnobomba.

    Miał dziwne wrażenie, że gdzieś już widział to, co teraz spływało po Amelii.

    — Merlinie, przecież to było na kolację w zeszłym tygodniu —wymamrotał niewyraźnie i, przytknąwszy rękaw szaty do nosa, wolną ręką zaczął grzebać po kieszeniach w poszukiwaniu swojej różdżki, która miała tę zaletę, że była, w porównaniu do przeciętnej, wyjątkowo krótka, więc upychał ją zwykle najgłębiej gdzie się dało, a w rezultacie potem nigdy nie miał jej pod ręką, gdy była najbardziej potrzebna. — Ale fantazji mu nie odmówisz — zauważył jeszcze, zanim przypomniał sobie odpowiednie zaklęcie i machnął różdżką.

    Część bałaganu zniknęła za pierwszym razem, reszta za drugim. Z zapachem Amelia musiała już zrobić coś sama, Emlyn nie był pewien, czy czegoś nie wysadzi, bo mina dziewczyny była na tyle przekomiczna, że zwyczajnie nie mógł powstrzymać się od śmiechu. Wiedział, że jego rozbawienie zostanie odebrane jako wredne rechotanie zarozumiałego bufona, ale… No kto by się potrafił w takiej sytuacji nie śmiać? Zresztą, bądźmy szczerzy, nie dałaby mu szlabanu.

    Prawda, że by nie dała?

    — Gdzie twoja różdżka? — zapytał, a gdy oboje zaczęli się za nią rozglądać, piętro wyżej rozległ się głuchy łoskot, którego pewnie nie usłyszeliby, gdyby nie grobowa cisza, która zapadła między nimi na czas poszukiwań, ponieważ Amelii najwyraźniej nie było do śmiechu. — Słyszałaś to?

    Musiała słyszeć. Czyżby to Irytek już dążył przenieść się piętro wyżej i rozrabiał teraz na kolejnym korytarzu? Z drugiej strony, im dłużej Emlyn nasłuchiwał, tym bardziej niczego nie słyszał. To nie pasowało do Irytka, zatłuc się raz, w dodatku w taki sposób, i zniknąć, zwłaszcza, kiedy dwójkę prefektów, w tym jednego nieuzbrojonego w różdżkę, miał jak na dłoni.

    — Słyszałaś, nie?

    No przecież mu się nie zdawało.

    OdpowiedzUsuń
  151. [A wiem, wiem :) Witam się też nową postacią, trochę spóźniona zresztą. Masz może ochotę na wątek jakiś? Abigail jest dość kłótliwa i robi problemy, także spotkanie z prefektem naczelnym byłoby dość ciekawe, zwłaszcza, że ona w kłopoty, swoją drogą, lubi wpadać :D]

    OdpowiedzUsuń
  152. Wywróciłem jedynie oczami na jej uwagę. Prefekci już tacy byli, uważali się, że są lepsi od innych. Ideały. A przynajmniej tak wynikało z mojego doświadczenia z nimi. Wiedziałem, że Amelia nie była taka zła. Ona akurat była nawet do pogadania. A przynajmniej tak słyszałem od jej bliższych znajomych, bo my przeważnie (bliższemu temu jest pojęcie "nigdy") nie rozmawiamy w normalny sposób, po prostu tak, towarzysko. Mówiąc szczerze kręci mnie, dogryzanie, prowokowanie jej. Tak, tak, słyszałem, że jestem trochę dziwny.
    -Mogłabyś raz na jakiś czas zaszaleć. No wiesz, zaryzykować. Domyślam się, że takie bezpieczne życie musi być strasznie nudne. Żadnego dreszczyku emocji. Po za tym, jesteś zbyt skromna. Dobrze wiem, że wymiatasz na eliksirach.- dodałem z uśmiechem, licząc jeszcze po cichu, że może, ale tylko może zmieni zdanie. W tym samym momencie przyszła pielęgniarka.
    -Przyszła pani mnie w końcu wypisać. No czas najwyższy. Szczerze powiedziawszy chciałem się jeszcze pokazać dziewczynom z tymi siniakami. Wie pani, to...
    -Cisza. Muszę pana obejrzeć. Wytrzyma pan, pięć sekund, bez mówienia niczego, prawda?- spytała surowo, starsza kobieta, po czym postawiła prowizoryczny parawan i zasunęła go do połowy, trochę nieudolnie, skoro Amelia i tak widziała wszystko. Kobieta kazała rozpiąć mi kilka guzików od koszuli. Jak się okazało, okolice żeber miałem teraz odcieniu fioletowego. Rzuciła jedynie wzrokiem, po czym podała mi jeszcze jakiś, podejrzewam lek w pucharze, który smakował jak wymiociny.
    -Proszę już kończyć odwiedziny. Pan Babineaux musi odpocząć.- oznajmiła, skupiając swoje surowe spojrzenie na Amelii. Po chwili odeszła. Gdy tylko zniknęła za drzwiami swojego gabinetu, powróciłem do rozmowy.
    -A my jeszcze nie skończyliśmy tematu.- oznajmiłem zapinając z powrotem koszulę. - Jutro też przyjdziesz?- spytałem z czarującym uśmiechem.

    Kai

    OdpowiedzUsuń
  153. Pewnie wystarczyłoby, gdyby oboje zwyczajnie spuścili trochę z tonu, ale chyba dobrali się jako idealne przykłady krukońskiej dumy (i uprzedzenia). Emlyn świetnie przyswajał wiedzę z książek, ale gdy przychodziło do zrobienia czegoś, do czego nigdy nie dostał żadnej instrukcji, zaczynało robić się nieciekawie. Co za tym idzie, w jego przypadku złota myśli babci Aldrige nie miałaby się prawa spełnić, bo równie dobrze jak baba chce, to też może przyjść. Choć w sumie to Amelia już przyszła i coś powiedziała, tylko on wykręcił kota ogonem, a potem jeszcze się obraził. Doprawdy, nawet nie zdawał sobie sprawy z tego, jak bardzo potrafił być nieznośny.

    Z drugiej strony nie wyszli na tym aż tak fatalnie — przynajmniej Amelia, bo zobaczyła jasno i wyraźnie, w co próbowała się wpakować i pewnie odetchnęła z ulgą, gdy pomyślała sobie, w co mogła się wpakować, a przed czym uchroniło ją rozbrajające działanie tego głupiego wina.

    I czy w jej przypadku wino też nie odwaliło lwiej części niewdzięcznej roboty, jaką było przeprowadzanie tego typu rozmów? Przecież nie mogła tego wszystkiego mówić na serio, skoro od początku września po mistrzowsku wręcz pokazywała, że ewidentnie się wtedy parę razy przejęzyczyła i teraz zwyczajnie próbowała o tym zapomnieć.

    To, co skrzacie wino potrafiło zrobić z człowiekiem (gdyby chodziło tylko o dobrą zabawę, mogłoby doskonale się sprawdzić, bo nieważne co, ważne, żeby sponiewierało)… To w ogóle temat na osobną rozmowę. Przynajmniej oboje mogli się nim usprawiedliwić. I dostali nauczkę na przyszłość.

    A wracając do tajemniczego łomotania… Emlyn przez chwilę rozważał opcję, w której to Irytek specjalnie zamknął się w starym kredensie i próbował zwabić któreś z nich bliżej, żeby w odpowiednim momencie wyskoczyć z kolejną niespodzianką, ale… Poltergeist zamykający się w szafce? Nie, to nie miało żadnego sensu.

    Z jednej strony był zaintrygowany, a z drugiej też miał złe przeczucia, ale był tutaj mężczyzną, więc nie wypadało mu się do nich przyznawać. Wzruszył więc — po męsku! — ramionami i, trzymając w pogotowiu wyciągniętą różdżkę, podszedł do kredensu, a potem przykucnął, by znaleźć się na wysokości drzwiczek. Nic, żadnego dźwięku, w pustej klasie zapanowała cisza, a w momencie, w którym Emlyn zdał sobie sprawę, że nie wiadomo po co na chwilę wstrzymał oddech, kiedy tak gapił się na te drzwi, coś załomotało tak, że cały mebel aż wyrwał się do przodu, a Emlyn jak ta ofiara z wrażenia stracił równowagę i wylądował na twardej podłodze.

    Nie, to zdecydowanie nie było męskie. Pozbierawszy się czym prędzej, otrzepał się z kurzu — tej Sali chyba nikt nie planował w tym roku używać — odetchnął dziarsko i tonem rzeczoznawcy oznajmił:

    — Bogin. Bogin jak nic.

    Ostatni raz miał do czynienia z tym stworzeniem na trzecim roku, podczas obrony przed czarną magią, ale nie dopchał się do niego, bo jedna z uczennic, gdzieś tak w połowie kolejki, narobiła wrzasku, kiedy z szafy wyskoczył jej wielki szczur i dostała takiego ataku paniki, że nauczyciel musiał odprowadzić ją do skrzydła szpitalnego. A potem o ćwiczeniu zapomniał, bogin albo się ze starej szafy sam wyniósł, albo ktoś mu w międzyczasie pomóc. W każdym razie Emlyn nigdy nie miał okazji zobaczyć, w co zamieniłby się w jego przypadku. I właściwie to teraz nawet nie był pewien, czy miał ochotę, ale… To on był tutaj mężczyzną, co by sobie o nim pomyślała Amelia, gdyby stwierdził, że nie warto zajmować się tym oto boginem, który aż rwał się na wolność. Już raz nazwała go kłamcą, to tchórzem też by mogła. Męski honor i duma nakazywały mu stanąć do walki, a co.

    — Wypuścić go? — zapytał, bo w końcu to ona była tutaj prefektem naczelnym. No i też, choć tego głośno by nie powiedział, chyba potrzebował zachęty, by porywać się na coś, co z jednej strony nie mogło być takie złe, ale z drugiej… Nie miał pojęcia, czym by się okazało.

    nie czytałam drugi raz, wybacz literufki

    OdpowiedzUsuń
  154. [ Stwórzmy im taką relację frenemies (nie wiem jak mam to przetłumaczyć na polski, więc niech tak zostanie). Lubią się, często sobie pomagają i potrafią się dogadać, ale jeśli między nich coś wchodzi, to robi się nieciekawie. Tym klinem, który wejdzie między nasze postacie, będzie właśnie staż w Mungu. Mogą sobie w jakiś dyskretny sposób przeszkadzać, manipulować, i robić różne, niezbyt miłe rzeczy. Wydaje mi się, że wątek będzie ciekawy, jeśli oboje pojadą z wizytą do Munga, o którym nie mam bladego pojęcia, wiem tyle że jest, muszę doczytać xD
    Co myślisz o tym? ]

    Silas Mulciber

    OdpowiedzUsuń
  155. [Nawet widzę więcej wspólnego, ale scenka z burzą na pewno będzie zabawna, ja chcę! Mogę nawet zacząć, jak uchylisz rąbka tajemnicy.]

    Archie

    OdpowiedzUsuń
  156. [ A ja na to, że mogłybyśmy ;D, tyle że nie mam pomysłu i to jest jakiś problem... ]

    Jacca Radley

    OdpowiedzUsuń
  157. [ Widzisz, zapomniałem dopisać, że mama Silasa jest dyrektorką czegoś tam w Mungu (nie wiem czego, bo to autorka Solene wpisywała, a mnie nie chce się tego dzisiaj już sprawdzać), więc mogłaby naszej dwójce załatwić wejście, ale Twoja wersja też jest ciekawa, jednak nie wiem czy Silas pisałby do jakiegoś obcego uzdrowiciela czy nie wolałby zagadać do mamy, czego i tak by nie zrobił, bo uważałby to za nie fair.
    Nie mam pojęcia jak można wpleść te wydarzenia, ale do jutrzejszego wieczora coś wymyślę, bo dzisiaj, po walce z USOS'em, nie czuję się najlepiej, a dodatkowo bierze mnie jakieś choróbsko. Napiszę jutro, chyba że Ty coś wymyślisz :) ]

    Silas Mulciber

    OdpowiedzUsuń
  158. Szczerze? Emlyn miał nadzieję, że odpowiedź Amelii będzie brzmiała inaczej. Nie żeby naprawdę tchórzył jeszcze zanim zobaczył bogina — był na to zbyt męski i odważny przecież — zwyczajnie jakoś tak nie sądził, że zostawienie zjawy samej sobie też nie byłoby złym pomysłem. No bo generalnie to czy w obowiązkach prefektów w ogóle leżało badanie dziwnego łomotania, zasłyszanego przypadkiem wieczorową porą (zabawne, wszystko, co ciekawe, przytrafiało im się właśnie w tym czasie, czy to przypadek?).

    Wdech i wydech, spokojnie, Westmore, to tylko bogin, przecież cię nie ugryzie. Bo boginy nie gryzą, prawda? Emlyn dał sobie jeszcze chwilę — nie za długą, oczywiście, by nie dać poznać po sobie, że zwyczajnie miał ogromne obawy co do tego, co mogłoby z kredensu wyskoczyć. Nie lubił pająków, ale chyba nie na tyle, by spodziewać się przerośniętego kątnika albo korsarza, podrygującego na swoich cieniutkich różdżkach. Merlinie, no, przecież nie będzie histeryzował.

    Właściwie może powinien potraktować tę sytuację jak okazję do popisania się, jaki to on męski i odważny nie był?

    — Dobra, miejmy to z głowy — powiedział i, ścisnąwszy trochę mocniej swoją różdżkę, stanął jakieś dwa metry przed kredensem, a potem machnął różdżką i zabezpieczone niewielką kłódką drzwi otworzyły się na oścież, z impetem uderzając o stojące obok meble.

    Przez chwilę nie działo się zupełnie nic i Emlyn już miał ochotę uznać, że pewnie Irytkowi zachciało się trochę inaczej z nimi zabawić, więc udawał bogina (jakby to miało jakikolwiek sens). Odwrócił się dosłownie na sekundę w stronę Amelii i wzruszył ramionami, jakby chciał powiedzieć no nie wiem, co tu się wyprawia, a kiedy z powrotem spojrzał na kredens, poczuł się tak, jakby ktoś właśnie wylał na niego wiadro lodowatej wody.

    To, czego w pierwszej chwili nie dostrzegł, było nabierającą coraz mocniejszego, zielonego koloru mgiełką. Początkowo cienka strużka zaczęła unosić się do góry, pod sufit. Emlyn miał wrażenie, że zaraz zostanie przez nią przytłoczony, więc postąpił krok w tył, ale na nic więcej już nie było go stać. Ostatni raz widział go rok temu i wiedział, że nigdy więcej nie chciał zobaczyć. Najgorszemu wrogowi nie życzyłby takiego widoku.

    Żałował, że nie przewidział, iż jego bogin mógłby zamienić się w Mroczny Znak. Naiwnie sądził, że skoro z całych sił próbował o nim zapomnieć, chciał nie pamiętać, że kiedykolwiek go widział, to już nigdy więcej nie będzie musiał go oglądać.

    Był taki sam jak rok temu. Dokładnie taki sam. I tak samo jak wtedy, Emlyn nie potrafił zrobić nic. Nie potrafił odwrócić wzroku, nie potrafił ruszyć się z miejsca, nie potrafił nawet przypomnieć sobie odpowiedniego zaklęcia, a już na pewno nie byłby w stanie skutecznie go użyć. Więc to tak wyglądał strach.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. [Sven jest uroczy, ale sesja Conrada dla Marie Claire Australia utwierdziła mnie w przekonaniu, że to jest jedyny prawdziwy Westmore. ;D Szkoda tylko, że żadne ze zdjęć w tamtej sesji nie nadaje się do karty. :'(]

      Usuń
  159. [Dziękuję. I cześć :D]

    Thomas Spencer

    OdpowiedzUsuń
  160. Emlyn z kolei chyba właśnie dał doskonały przykład tego, że nawet na zwykłego prefekta się nie nadawał, bo przecież prefekci raczej powinni, poza wzorowym zachowaniem, na tle innych uczniów wyróżniać się również pewnymi umiejętnościami, a wszystko wskazywało na to, że nawet ze zwykłym boginem nie potrafił sobie poradzić. No, może nie do końca był on taki zwykły, ale… Poza tym, że wciąż nie wyszedł jeszcze z pierwszego szoku i wciąż był zwyczajnie przerażony tym, co właśnie oboje zobaczyli, znowu czuł złość. Złość na samego siebie, że tego nie przewidział. Że nawet przez myśl mu nie przeszło. Był głupszy niż mu się zdawało.

    Nie umiał podziękować Amelii za to, że uratowała mu tyłek. Wyduszenie z siebie choćby jednego słowa w tej chwili zdecydowanie przekraczało jego umiejętności, głównie ze względu na szaloną gonitwę myśli, które teraz przewalały się mu w głowie, a nad którymi zupełnie nie potrafił zapanować. Nie cierpiał, kiedy coś go przerastało. Nie cierpiał, kiedy nie wiedział, jak sobie z czymś poradzić. A to, co się właśnie stało, to co Amelia zobaczyła, a czego nigdy widzieć (i wiedzieć o Emlynie) nie powinna…Jak mógł do tego w ogóle dopuścić?

    Na niespodziewany dotyk zareagował zupełnie bezwarunkowo — nad niczym w tej chwili nie panował — więc cofnął by swoją dłoń jak oparzony niezależnie od tego, czy dotknęłaby jej Amelia, czy ktokolwiek inny. Niestety, pewnie nie mogła nie zauważyć, jak bardzo trzęsły mu się ręce. Spróbował schować swoją różdżkę do kieszeni, ale kompletnie mu to nie wyszło, więc po prostu podszedł do najbliższej stojącej ławki i odłożył różdżkę na przykurzony blat, a potem usiadł obok, nawet nie kłopocząc się o to, żeby zetrzeć trochę brudu i nie załatwić sobie czystej szaty.

    W uspokojeniu się zupełnie nie pomagała mu myśl, że właśnie wyszedł w oczach Amelii na kompletnego idiotę, który zgrywał nie wiadomo kogo, a wystarczył zwykły bogin, żeby trząsł się ze strachu jak osika. Strach — nienawidził tego uczucia, bo ojciec go tego nauczył. Bali się tylko słabi ludzie. Na niewiele zdała się Emlynowi teraz świadomość, że może niekoniecznie sparaliżowało go samo widmo Mrocznego Znaku, w końcu to była tylko forma, jaką przybrał bogin, nikt, kto mógł mieć powód, by go wyczarować nie czaił się za rogiem (choć, biorąc pod uwagę ostatnie doniesienia…). Bardziej bał się własnych wspomnień, które sprowadzały się do Mrocznego Znaku, wiszącego nad rodzinną posiadłością Westmore’ów i całego zastępu aurorów, którzy próbowali pozbyć się go jak najszybciej.

    Gdzieś pośród tej szalonej gonitwy kolejnych obrazów zabrzmiał mu dobrze znany głos, charakteryzujący się tym samym przemykającym między kolejnymi słowami walijskim akcentem, jaki miała jego matka: nie będziesz mógł wiecznie przed tym uciekać.

    Tak kończyli ludzie, którym zdawało się, że wszystko wiedzieli najlepiej.

    — Przykro mi, że musiałaś to oglądać — odezwał się w końcu, nie patrząc na Amelię i jednocześnie starając się nie patrzeć w stronę zamkniętego kredensu, który tak przyciągał jego wzrok.

    Pierwszy raz od niepamiętnych czasów naprawdę było mu przykro.

    Westmore aka naczelna drama queen Hogwartu

    OdpowiedzUsuń
  161. [Jasne! Mam jednak nadzieję, że masz jakiekolwiek pomysły, bo ja ostatnio jestem z nich wyprana.]

    Albus

    OdpowiedzUsuń
  162. [A czy pani prefekt naczelna nadawalaby się na nocne ucieka nie przed woznym?]
    //solene

    OdpowiedzUsuń
  163. [Tak właśnie myślałam, dlatego zadałam owe pytanie. Powiem tak: wiem tyle, że Twojej postaci nie spodobałby się fakt, że Sol w pewnym stopniu wykorzystuje bycie prefektem (w ten sposób ratuje swojego bliźniaka Sullivana)]
    //sol

    OdpowiedzUsuń
  164. [Podoba mi się! Możemy ustalić, że byli tam razem. Po prostu, para znajomych w Hogsmeade, mieli zamiar kupić parę rzeczy, wstąpić na kremowe piwo itp.]

    Albus

    OdpowiedzUsuń
  165. [O rany, jak mi miło jest. <3 Są tak podobne, jak myślisz, będą się kochać czy nienawidzić?
    Pewnie jedno i drugie.]

    Alice Armstrong

    OdpowiedzUsuń
  166. [Tak, to brzmi absolutnie cudownie i idealnie.
    Wymyślamy na wątek coś szalonego (hehe) czy zwykła sytuacja, z której może spontanicznie nam coś wyjdzie?
    W tajemnicy mogę dodać, że Alice, ku swojej rozpaczy, ma słabość do pewnego nieogarniętego Puchona, jak to w życiu bywa. Co ją bardzo denerwuje. A więc, jeśli ktokolwiek zauważył i poruszy ten temat, to już w ogóle, armagedon.]

    Alice Armstrong

    OdpowiedzUsuń
  167. [Ojej, tak. Amelia zauważy spojrzenia Alice i kiedyś, ni z gruchy, ni z pietruchy, zdradzi się ze swoją wiedzą, Alice będzie szlag trafiał, będzie się wypierać, ale Amelia wie lepiej, więc będzie trzeba koniecznie Alice zmusić do przerwania Puchonowi randki. Tym bardziej, że Puchon, głupi, bo głupi, ale też ją lubi, tylko nie bardzo wie, co z tym zrobić. Pierdoły dwie takie.]

    Alice Armstrong

    OdpowiedzUsuń
  168. [Takie średnie. Żadne tam na dwie strony w wordzie, ale też dłuższe niż kilka zdań. Co by przekazać wszystko, co trzeba, nie pisać na siłę, ale też nie skracać i nie przyspieszać. :D Pisz jak czujesz!]

    Alice Armstrong

    OdpowiedzUsuń
  169. [Byłabym baaaardzo wdzięczna za zaczęcie ;-;]

    Albus

    OdpowiedzUsuń
  170. [Dziękuję! Karta Amelii też jest śliczna, zdjęcie cudowne, a to prawie brzmi jak wątek, prawda? Szepnę nawet, że to na Patricka donosiła i to jego randkę po cichu sabotowała, jeżeli to może pomóc!]

    Patsy Lewis

    OdpowiedzUsuń
  171. [Autorka Alice się zgadza, ja też się zgadzam — Patsy na pewno by się wszystkim pochwalił, że ma takie branie. I co teraz, Amelia będzie chciała z nim porozmawiać na osobności? Bo jeżeli, no nie wiem, zaczepiłaby go po śniadaniu czy obiedzie i powiedziała, że chciałaby z nim pogadać, tak [i]sam na sam[/i], to już w ogóle zabawnie — Lewis byłby pewien, że chce go zaprosić na jakiś miły spacer po błoniach albo nieśmiało wyznać, że lubi jego odstające uszy, a tu proszę, taka niespodzianka. Potem pewnie mógłby powiedzieć kilka głupich rzeczy, ale chyba musimy się o tym przekonać, prawda?]

    Patsy Lewis

    OdpowiedzUsuń
  172. Nie miało znaczenia, jakie zdanie spełniał bogin i jak je właśnie wykonał (choć gdyby to był konkurs straszenia, pewnie dostałby trzy dziesiątki i jedną dziewiątkę), nie liczyło się też to, że Emlyn się go przestraszył, w końcu mógłby jakoś przełknąć fakt, że wyszedł na bojaźliwego dzieciaka, który równie dobrze mógł bać się własnego cienia. Gdyby to tylko nie był Mroczny Znak…

    — Nic mi nie jest — wymamrotał z lekkim poirytowaniem w głosie.

    Wyszedłszy oficjalnie ze stadium paraliżującego strachu, musiał teraz dostać jeszcze chwilę na wyrzucenie sobie w myślach, jakim nieodpowiedzialnym idiotą był, że praktycznie bez żadnej refleksji nad ewentualnymi konsekwencjami przystał na pomysł wyganiania bogina z kredensu. Mógł chociaż się tak do niego nie wyrywać, podejrzewał, że Amelia rozprawiłaby się ze swoimi burzowymi chmurami bez choćby najmniejszego problemu i oboje mieliby tę przygodę z głowy, ale wtedy pewnie wyszedłby na jeszcze większego tchórza, niż teraz.

    Nie po to z takim poświęceniem budował sobie przez lata wizerunek wspomnianego stereotypowego twardziela, który wzruszał się tylko na widok szczeniaczków, żeby wszystko cholera wzięła przez jednego głupiego bogina, z którym bez problemu radzili sobie średnio rozgarnięci trzynastolatkowie. Doskonale wiedział, czemu nie potrafił zareagować, czemu nie był w stanie nawet w akcie rozpaczy wyjęczeć tego przeklętego zaklęcia. Tylko nie potrafił się z tym pogodzić, nie chciał znowu musieć się z tym godzić. Raz już to przerabiał.

    W sposobie, w jaki patrzyła na niego przez chwilę Amelia, nie dostrzegł nawet cienia rozczulenia. Przeciwnie — ten głupi chochlik, który siedział w jego głowie niezależnie od tego, czy wypił za dużo wina, czy był całkowicie trzeźwy, podpowiedział mu, że to było politowanie. Nie ulegało wątpliwości, że Emlyn prędko nie pogodzi się z faktem, że ktokolwiek widział go w tak żałosnym stanie. Wolał być wiecznie opanowany i zimny, wolał sprawiać wrażenie, jakby był wyprany z emocji, niż dać komuś okazję do zauważenia, że miał swoje słabości.

    Z drugiej strony wszystkie te czarne myśli, gdyby ubrać je w słowa, prowadziłby niechybnie do kolejnej kłótni, tym razem z jego winy, a przecież na tym wcale mu nie zależało, ledwie znowu zaczęli się do siebie odzywać po ostatniej.

    Musiała minąć dłuższa chwila dość niezręcznej ciszy, nim odetchnął głęboko i uznał, że może się już odezwać, bez powiedzenia czegoś, czego potem nie odkręci. Jednak czegoś się nauczył po niechlubnej wpadce z ogrodu Petersów.

    — Będę cię musiał prosić, żebyś nikomu o tym nie wspominała. Znaczy, jeśli chcesz, to możesz wspomnieć, że Westmore to ofiara, co sobie z boginem nie radzi i wypadałoby mu się wrócić do trzeciej klasy, ale wiesz… — Próbował zabrzmieć, jakby nic się nie stało, a całą sytuację powinni boje podsumować śmiechem, ale znowu mu nie wyszło. Był pewien, że Amelia zrozumiała. Ale wiesz, chodzi o ten Znak. Musiała zrozumieć, nie był w stanie wydusić z siebie reszty zdania.

    Tak, to był głupi pomysł. Bardzo głupi, najgłupszy z możliwych, ale czy to nie Emlyn na niego przystał? Czy to nie jemu zachciało się popisywać i zgrywać bohatera, którym, jak się okazało, wcale nie był? Nie miał Amelii niczego za złe. No, może ten złośliwy chochlik miał, ale jego do głosu chwilowo nikt nie dopuszczał.

    — Wiem, że powinienem to jakoś wyjaśnić, ale… — urwał, kolejny raz zacinając się na tym przeklętym ale. Zawsze było jakieś ale. — Nie jestem pewien, czy potrafię.

    Biorąc pod uwagę to, co ostatnio działo się poza bezpiecznymi murami Hogwartu, a o czym zamknięci w nim uczniowie dowiadywali się z kolejnych wydań Proroka, takie rewelacje nie były niczym, czym Emlyn powinien się chwalić. Pomyśleć, że gdyby tylko pięć minut temu ruszył głową trochę bardziej niż zwykle mógłby sobie dalej żyć w słodkiej nieświadomości, w której jego bogin wcale nie zamieniał się w dość kłopotliwy Mroczny Znak.

    Nie jestem pewien, czy zrozumiesz.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. [Coś mnie naszło i wrzuciłam Amelkę do emlynowych powiązań. Jakbyś mogła zerknąć i powiedzieć, czy aprobujesz użyty przeze mnie gif, to bym była wdzięczna, bo w razie czego mogę wymienić. ;)]

      Usuń