17 lipca 2015

jestem bestią

http://i.models.com/newfaces/i/2010/10/AMBER-10.jpg
hattie finola cathcart, slytherin, ostatnia klasa, pałkarz
urodzona w hamilton w hrabstwie south lanarkshire
krew czysta, ale ręce brudne
bogin i patronus: nieznane  
Dziecko  wojny, zbyt starych rodziców i niezdrowych przyzwyczajeń.  
Jeżeli uważasz, że ludzie, którzy potrącają kogoś na korytarzu, obrzucają obelgami prosto w oczy, a potem wyciągają różdżkę (albo po prostu pięść) już nie istnieją – mylisz się. Niezaprzeczalnie ma problemy z agresją, mugolakami, prefektami, kończeniem śniadania i godzeniem się z przegranym meczem. Przestudiowała wszystkie z możliwych bibliotecznych pozycji na temat procesów czarownic i wciąż pała niezdrową obsesją na tym punkcie, obwieszając kolumny łóżka magicznymi obrazami spalonych w ten sposób kobiet. Żądza posiadania wiedzy nie dotyczy większości szkolnych przedmiotów, a poranne wstawanie nigdy nie jest dobrą opcją. Codziennie dryfuje, znajdując się wszędzie tam, gdzie potrzebują jej nowe problemy. One ją definiują i to przez nie zapomina dopiąć do końca koszulę i uczesać potargane włosy (wiatr jest na tyle niesprzyjający, by polatać na miotle). Uskutecznia podziemny handel, hazard przy magicznych szachach, szmugluje papierosy i próbowała przemycić w swoim kufrze trochę alkoholu – wtedy wyjec od starszego brata był najgłośniejszym w historii Hogwartu. Nie jest szczególnie neurotyczna, raczej docenia swoją wolność i nigdy nie da jej sobie odebrać.
Jako dziewięciolatka była już przyzwyczajona do ostracyzmu, towarzyszącego rodzinie niemal na każdym kroku. Wieść o tym, jak zginął jej ojciec nie była jedną z tych, które rozchodzą się echem, żeby potem zostać zastąpione przez ciekawsze plotki. Jego proces przed Wizengamotem był zbyt długi, prasa maglowała go bez przerwy, więc ludzie nie mieli nawet okazji, by odrobinę odsapnąć od ich nazwiska. Najbardziej bolało ich to, że stary Śmierciożerca zdołał się wywinąć (przez brak odpowiednich dowodów), a potem powiększyć gromadkę dzieciaków, by zamieszkać w chatce na odludziu, gdzie mogli uciec od ciekawskich spojrzeń – nie od Mrocznego Znaku. Tamtego dnia nie udało mu się uniknąć podróży na Pokątną. Samosąd zawsze jest brzydki, ale ten był wyjątkowo paskudny. Zdołał zabrać ze sobą czterech martwych, nie poddając się bez walki.

Buzia: Amber Anderson. 

93 komentarze:

  1. [Lubię bardzo takie damskie postacie, Hattie wydaje się być gorsza niż niejeden Ślizgon :D Jeśli dobrze rozumiem i jej ojciec był Śmierciojadem, to pewnie dogadałaby się z Isem]

    yaxley

    OdpowiedzUsuń
  2. [Ojej, jaka z niej niegrzeczna uczennica :D
    Cześć!]

    Micaiah

    OdpowiedzUsuń
  3. [ Cześć :) Bezapelacyjnie wyjątkowa postać. ]

    Elody Harrison

    OdpowiedzUsuń
  4. [Ona jest taka... zła. Aż ciarki biegną po plecach. Pozabijałyby się z Inez na dzień dobry. Ale powodzenia z drugą postacią! I wciąż czekam na zaczęcie od Baldwina, o.]

    Inez Amers

    OdpowiedzUsuń
  5. [Zasłoniłam z wielkim żalem, bo Hattie, jak widzę, jest wyjątkowa w ten sposób, jaki tygryski lubią najbardziej. Dobra postać jest dobra, że się tak filozoficznie wyrażę.

    Russ

    OdpowiedzUsuń
  6. [To myśl nad ich wątkiem :D Opcji jest wiele. Oglądanie mundialu quidditcha, mecz quidditcha, wyprawa Hattie do Afryki na zaproszenie Brandana, wspólne odwiedziny "Borgina i Burkesa" w Londynie (ona z sobie znanych powodów, Bran w poszukiwaniu czarnomagicznych części do któregoś ze swoich prototypów), wyjazd do Rumunii za pośrednictwem biura podróży TerrorTours, smoki, wampiry, lasy. Takie klimaty, czyli prawie każde.
    Poza tym piszę się na wszystko na co wpadniesz :>]

    Lloyd

    OdpowiedzUsuń
  7. [Jednego konkretnego przewinienia nie ma, jest dość dużo innych, pojedynczych, które w końcu zebrały się do kupy no i miarka się przebrała. Głównie chodzi o łapanie szlabanów, kiedy prefekt przecież powinien świecić przykładem, włóczenie się nocami po zamku, podprowadzanie książek z działu ksiąg zakazanych i wjazd na kantorek w sali od eliksirów. Dobry chłopiec stał się złym, takie buty.]

    Russ

    OdpowiedzUsuń
  8. [Nie wiem, co kryje się pod stwierdzeniem "dziwna przyjaźń". Albo chodzi o traktowanie się jak rodzeństwo i wtf jak któreś w akcie radości na widok drugiego próbuje go uściskać, albo o długoletnią przyjaźń, która mogłaby przerodzić się w coś więcej, ale żadne jeszcze do tego nie dorosło. Albo właśnie dorosło, tylko nie chce psuć tej relacji, która wystarczała na tak długo. To zależy od Ciebie, lećmy na żywioł, bo i tak już całe życie się spinam z tym ustalaniem wszystkiego.
    Są rezerwaty smoków i wszystko jest, sama bym chętnie zobaczyła Transylwanię na własne oczy, ale te wampiry... Nigdy nie lubiłam zmierzchu, jestem ciekawa, jak Rowling by je przedstawiła, żeby nie było wiochy :D]

    Lloyd

    OdpowiedzUsuń
  9. [Może to siła sugestii, ale nagle też sobie jakiegoś wampira z Klubu Ślimaka przypominam. Albo i nie?
    Spokojnie, ja mam jeszcze odpis dla Baldwina. Uporam się z nim najszybciej jak potrafię i jak starczy mi sił to zacznę do jutra, jeśli nie - zaczynaj śmiało. Powinnam dostać Order Uśmiechu za to samowolne zgłaszanie się do zaczęć :D]

    OdpowiedzUsuń
  10. [A wiesz, że to całkiem niegłupi pomysł? Tylko wszystko w wątku musiało by się dziać już po tym upadku, kiedy on już dość postąpił. A tak w ogóle to sobie myślę, bo Hattie jest, że tak to ujmę, zła w inny sposób niż Russ. On był swego czasu cudownym dzieckiem, więc teraz możemy nawet pójść śmiało w relację, w której Hattie mu nawet w pewien sposób imponuje.]

    OdpowiedzUsuń
  11. Rumunia nie była krajem zbyt odległym, ani tym bardziej egzotycznym i choć nie znajdowała się w bezpośrednim sąsiedztwie Anglii, Brandan nie spodziewał się, z jakim trudem przyjdzie im załatwiać wszelakie formalności. "Im", bo na wyprawę bynajmniej nie wybierał się sam. Głupotą byłoby nie wzięcie kogoś do asekuracji przy wspinaczkach, nawet jeśli ta osoba miałaby po raz pierwszy podobnie jak on zobaczyć prawdziwe zalesione góry Transylwanii, o których krążyły nawet w magicznym świecie mrożące krew w żyłach opowieści. Statystyczni Mugole bali się wszystkiego, co odstawało od normy, mieli problemy sami ze sobą, a z magii nie umieliby zrobić żadnego pożytku, ale nie przesadzali, przekazując z pokolenia na pokolenie legendy o stworach, zamieszkujących tamtejsze lasy. Od czasów Drakuli Transylwanią zaczęły interesować się władze, dlatego postanowiono częściowo odizolować ten region, ale związane z nim uczucie niepokoju pozostało do czasów współczesnych. Nawet wyszkoleni czarodzieje ze Stanów Zjednoczonych woleli zjeść czwartkowy obiad w towarzystwie zombie, zamiast zmierzyć się z krwiożerczymi bestiami, po których stronie stały wszystkie leśne żywioły i noc, pod której osłoną zwykły wyruszać na polowania. Brandana i Hattie nic nie mogło bardziej zachęcić do zapisania się na turnus, kiedy gdzieś na Pokątnej rzucił im się w oczy plakat reklamujący biuro podróży, które od lat zajmowało się eskapadami o ekstremalnym charakterze.
    Lloyd lubił się bać, czy raczej mierzyć z demonami, przekraczać własne granice i czuć, że wisi o włos od zagłady. Wychował się w miejscu, w którym na porządku dziennym były rytuały przywoływania duchów, a biała magia mieszała się z czarną. Ta druga jednak zdecydowanie głośniej do niego przemawiała. Jak mógłby ignorować wołanie tego, dzięki czemu nie tylko mógłby udoskonalić swoje możliwości jako czarodziej, ale także posiąść wiedzę, o której mogli tylko zamarzyć tchórze? Na palcach jednej ręki mógł policzyć razy, kiedy miał do czynienia z faktycznym zagrożeniem życia. Tak naprawdę nigdy nie znalazł się na tej granicy z nieznanym, do której od zawsze tak go ciągnęło. Afryka była piękna, ale Senegal znał już na wylot i w te wakacje musiał opuścić go wcześniej. Nie czuł zewu przygody. Chciał ekstremalnych przeżyć, za które zapłacił kilkadziesiąt galeonów w biurze TerrorTours, które po 2008. roku zmieniło dewizę z "Wracasz w jednym kawałku!" na to samo tylko z dopiskiem ale jedziesz na własną odpowiedzialność, nieletnim biletów nie sprzedajemy.
    Wycieczki TerrorTours nie były liczne, a na wyjazd trzeba było czekać, aż zbierze się wystarczająca ilość chętnych. Brandan zarezerwował dwa miejsca prawie od razu, kiedy wychwycili jakąś promocję, ale i tak czekali co najmniej osiem tygodni, aż niewielki autokar zapełni się podróżnikami takimi jak oni.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ten komentarz został usunięty przez autora.

      Usuń
    2. Jechali w skwarze bez klimatyzacji, ale na szczęście można było w autokarze otwierać okna. Pierwszy dzień wycieczki oczywiście sprowadzał się do ciągłej jazdy i krótkich postojów podczas których można było rozprostować nogi i na spokojnie strzelić kilka fot zaczątkom gór, ale dopiero drugiego dnia zaczęło się coś dziać. Od samego początku jechał z nimi przewodnik, który dopiero teraz postanowił zabrać głos, informując, że znajdują się w samym sercu Transylwanii, gdzie normalnie autokary zatrzymywane są ze względów bezpieczeństwa daleko za punktem, który już przekroczyli, więc właściwie mieli szczęście, że jechali tak wolno, bo i tak musieliby zatrzymać powóz i poczekać, aż zaklęcie ochronne odejdzie wraz z księżycem na niebie. Poinformował ich także, że oficjalnie to miejsce nazywa się Parkiem Narodowym Apuseni. Brandan wiedział, że rezerwaty zakłada się wtedy, kiedy danym gatunkom zagraża wyginięcie, ale też w momencie, kiedy to ludziom zagraża jakieś niebezpieczeństwo – w tym przypadku ze strony leśnych stworzeń. Szczerze nie mógł się doczekać nocnej eskapady i nie omieszkał wspomnieć o tym Hattie kilka razy w ciągu jednej godziny.
      Przed porą obiadową – pierwszy punkt widokowy. W końcu pozwolono im wysiąść z pojazdu i trochę się rozejrzeć. Słońce wciąż świeciło wysoko, a przed nimi stojącymi widocznie na skarpie, roztaczał się widok na zieloną dolinę, która miała być tylko przedsmakiem tego, co na nich czekało. Szutrowa dróżka, którą Bran pokonał w asyście Hattie, odłączając się do grupy, prowadziła do malowniczego strumienia przepływającego między porośniętymi mchem kamieniami. Jeśli się przyjrzeć, między równie omszałymi drzewami znalazłoby się kilka jaskiń, jeśli nie jeszcze bardziej tajemniczych grot. W zasadzie, te kamienne łuki, które wziął za jaskinie, przypominały też zwykłe przeloty w skale prowadzące do następnych dróg, ale nigdy nic nie było wiadomo.
      – Nie zdążymy tam zejść i wrócić do autokaru – stwierdził, oszacowawszy czas, jaki musieliby poświęcić na pokonywanie odległości dzielącej ich od potoku i kamieni. Nawet za pomocą magii nie byłoby to łatwe, a zresztą Bran obiecał sobie nie używać czarów w razie, kiedy nie były absolutną koniecznością. Odłączyli się od wycieczki, bo kiedy słońce świeciło nad koronami drzew, nic im nie mogło grozić.
      Lloyd chciał wiedzieć, co może wychodzić w nocy z tych grot, ale wiedział, że to wszystko nie może być takie proste. Spodziewał się po tym lesie czegoś niespodziewanego. Chciał zostać zaskoczonym, ale na razie szukał tropu i wiedział, że nie znajdzie go w świetle dnia.
      – Ty masz mapę?

      [No i szafa gra, jak u Ludwiczka :D]
      Lloyd

      Usuń
  12. [Nie wiem, tak z tym wyskoczyłam, bo Russ to tak naprawdę ofiara losu jest, kociołki mu wybuchają, zaklęcia nie lecą gdzie powinny i te sprawy. Bardzo chciałby być zły, ale nie wie, jak się do tego zabrać.
    Ciemne interesy powiadasz?]

    OdpowiedzUsuń
  13. [Witam. Ciekawa kreacja postaci.]

    Felix & Noah

    OdpowiedzUsuń
  14. Jeżeli szło o Lloyda stosunek wobec natury, było to odrobinę skomplikowane. Z jednej strony nie czerpał przyjemności z wielogodzinnej podróży i męczenia się w przegrzanym autokarze, ale z drugiej, nie miał nic przeciwko, jeśli tym celem miały być zimne piętrzące się do nieba góry. Od dziecka był mocno złączony z tym, co przynosi natura i chociaż na całym świecie klimaty różniły się, przyzwyczajenia pozostawały takie same. Ślizgon doceniał przyrodę pod jakąkolwiek postacią by się objawiała. Wrażenie robiły na nim jednocześnie małe organizmy z rodzaju dżdżownic wychodzących z ziemi po deszczu i ruchy tektoniczne podłoża, których siła bezwzględnie niszczyła domy Mugoli. Potrafił nawet zachwycać się starymi dobrymi lasami, jeśli podskórnie wyczuwał, że kryje się w nich coś godnego jego uwagi. Jeżeli obdarzony niezawodnym instynktem czarodziej znajdował się w sercu Transylwanii i czuł dreszcz przebiegający mu po karku, musiało coś w tym być.
    Hattie na pewno nie była typem osoby, z którą wszyscy dadzą radę nawiązać nić porozumienia. Tym bardziej, dla Brandana, który na każdym kroku szukał wyzwań, był to argument za tym, aby dotrzeć jakoś do tej dziewczyny. Innych mogła odtrącać ile chciała, ale on wytrzymał naprawdę wiele przez ostatnich sześć lat i w końcu pozostała tylko jedna rzecz, która mogła zburzyć ich relację. Coraz częściej myślał o tej rzeczy, która niszczy wieloletnie przyjaźnie i jest w stanie odstręczyć od siebie dwie najbardziej dopasowane do siebie istoty. W momencie, kiedy szedł spać, gdzieś pomiędzy jawą a snem, widział, czym ta dziewczyna tak naprawdę dla niego była. Najlepszym krytykiem, jeśli chodziło o wynalazki. Najlepszą widownią dla jego durnych żartów. Najwierniejszym kompanem nocnych eskapad po szkole. Przy Hattie nie tracił głowy, ale ją odnajdywał. Nie mógł tego ignorować, ale co, miał podzielić się z nią swoimi przemyśleniami? Mogła go wyśmiać, biorąc to za kolejny z jego żartów, więc póki co wolał nie czynić żadnych desperackich podchodów, zresztą był człowiekiem, w którym innych ludzi raził brak odpowiedzialności i niekonsekwencja, więc pewnie jeszcze dziesięć razy by odwoływał każde słowo wypowiedziane głośno o tej rzeczy.
    Wziął od niej mapę i przykucnął, aby ołówkiem zaznaczyć miejsce, w którym się znajdowali. Przez chwilę wskazywał sobie drogę na mapie, którą dotarli do strumienia, a potem ocenił ilość kilometrów jaka była do pokonania w razie, gdyby jednak chcieli skorzystać z opłaconych miejsc w hostelu w mieście. Bran, podobnie chyba jak Hattie, nie chciał jeszcze wracać do autokaru, ale wolny czas im się kończył i musieli szybko podjąć decyzję. Najlepiej właściwą.
    Ściągnął małego bucha z jej papierosa, tęsknie zerkając w stronę kamiennych łuków. Słyszał o lodowych jaskiniach w głębi tego regionu Rumunii, ale nie spodziewał się, że będą umieszczone tak blisko szlaku turystycznego. Musiał się pomylić. Tu, gdzie stali, musiał być tylko ładny widok na potok. To, czego szukali, znajdowało się dalej.
    – Co mówiłaś? Nie, nie sądzę, żeby to był dobry pomysł – skorygował się, żeby nie myślała, że ma rację, iż nigdy jej nie słuchał. Zawsze słuchał z uwagą, ale miał problem z podzielnością i nie umiał jednocześnie gorączkowo myśleć nad jednym, aby w tej samej chwili zastanawiać się nad problematyką drugiego. Właściwie nie nadawał się do sytuacji, w których naraz zaatakowałoby go więcej niż dwóch przeciwników, ale pracował nad tym w Klubie Pojedynków. Za to nigdy nie miał problemów z analitycznym myśleniem i to z pewnością było bardzo pomocne w sytuacjach zagrażających życiu. Ich spacer jednak nie wydawał się jedną z takich.
    Podniósł się na równe nogi i oddał Hattie papierosa spalonego do połowy. Oboje palili, ale to jemu mugolska policja wlepiała mandaty za robienie tego w miejscu publicznym. Podejrzewał, że wiązały się z tym uprzedzenia względem jego koloru skóry, ale jak mógł przejmować się opiniami jakichś beznadziejnych mugoli i ich marnie egzekwowanym prawem? Ich wojsko nie miało nawet smoków, więc o czym tu w ogóle mowa.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. – Przykro mi, ale jestem głodny, a kanapek nie mam w plecaku, zostawiłem je tam – kciukiem wskazał na miejsce za sobą, z którego przyszli. Mówił trochę głośniej niż normalnie, bo woda odbijająca się od kamieni zagłuszała jego głos, który teraz odbijał się delikatnym echem między skalistym zboczem a wysokimi drzewami. - Zjemy coś na miejscu i wrócimy tutaj. Z mapy wynika, że za dwie godziny jest schronisko, w którym mieliśmy się zatrzymać na obiad. Chodź, nie chcę cię zgubić - ostatnie zdanie starał się powiedzieć bardziej jak do dziecka, niż normalnie jak do dziewczyny, żeby Hattie sobie nie pomyślała.
      Wrócili do tego samego miejsca, w którym jeszcze dwadzieścia minut temu zaparkował autokar, ale teraz stali, a Brandan przecierał oczy ze zdumienia i nawet cofnął się o kilkanaście metrów, żeby sprawdzić, czy nie ominęli czasem jakiegoś zakrętu. Prosta droga prowadziła na już znajome dla nich zbocze, z którego rozciągał się widok na równie znajomą dolinę, ale po wycieczce nie zostało nawet śladu. Odjechali bez nich? Ślady opon wskazywały na to, że tak. Gdyby w pierwszej chwili Brana nie zatkało, na pewno wykazałby się zrozumieniem wobec przewodnika, który przed pierwszym postojem przytykał im po raz drugi deklarację, iż jako osoby dorosłe biorą odpowiedzialność za swoje życie, tym samym zwalniając biuro podróży ze wszelkich konsekwencji ewentualnej krzywdy, która mogła ich spotkać na każdym kroku w przypadku tego typu wycieczki. Ale Ślizgon najpierw nie mógł uwierzyć własnym oczom, a w drugiej chwili po prostu się wkurwił, jakby uciekł mu ostatni autobus, którym uciekał z miasta przed apokalipsą zombie. Wszak był to dobry powód do tego, żeby się zdenerwować. Chodził w kółko, intensywnie myśląc, co powinni zrobić w takiej sytuacji, ale nie dość, że uderzyła go właśnie ironia słów Hattie, która proponowała ucieczkę od grupy i właśnie grupa postanowiła zostawić ich w środku lasu, a poza tym burczało mu w brzuchu, jakby nie jadł ostatniego posiłku dwie godziny temu.
      Chodziłby tak dalej, przeklinając na zmianę głośno, wyraźnie i pod nosem, do siebie, gdyby w porę nie przypomniał sobie o paczce biszkoptów, które trzymał w plecaku na plecach. Wyjął je szybko i zjadł kilka jednym ciągiem, a potem podał paczkę Hattie i rozwinął mapę.
      – Pójdziemy tym skrótem, widzisz? – strzepując jakiś okruch z biszkopta, wskazał jej drogę przez las. Wydawała się prosta i łatwa do pokonania, ale nie znajdowała się na oficjalnym szlaku polecanym dla turystów i zaznaczonym na niebiesko na mapie kupionej gdzieś na granicy, więc pod tym względem była dość dziwna. Kto jechał naokoło, kiedy mógł użyć tak fantastycznego skrótu? – Może nawet będziemy na miejscu szybciej od tamtych – dodał entuzjastycznie, ale nie było łatwo zachować spokój z wyobraźnią, jakiej posiadaczem bez wątpienia był Brandan. W takich chwilach człowiek przypominał sobie wszystkie okryte mrokiem legend historie o tym, co wychodziło z ukrycia, kiedy księżyc świecił wysoko nad karpackimi lasami.

      Lloyd

      Usuń
    2. [Nie zostało śladu, wskazywały na to ślady opon. Cotonibyjest. Ale ze mnie durna Janka :D]

      Usuń
  15. [ Kocham ją. Dzień dobry. ]

    Freddie Weasley

    OdpowiedzUsuń
  16. [Nie wiem, czy masz coś konkretnego na myśli, ale Felix chętnie by coś spalił. Tylko albo musiałby mieć ku temu dobry motyw, albo być przez kogoś bardzo, bardzo rozwścieczony. Inne formy destrukcji oczywiście również wchodzą w grę.]

    Felix

    OdpowiedzUsuń
  17. Słuchał cierpliwie kazań Hattie, kiedy szli do autokaru, którego jak się okazało później, nie było, tak samo na spokojnie znosił jej komentarze odnośnie jego uzupełniania kalorii. Gdyby był na to czas i pora, na pewno opowiedziałby jej o niesamowitej chorobie, na którą jedynym lekarstwem jest zjeść coś kalorycznego. Było to oczywiście zmyślone schorzenie, a jeśli istniało naprawdę, to Brandan nie należał do grupy chorych na nie ludzi, co przecież nie musiało od razu oznaczać, że nie może czasem się na coś takiego powoływać. Był po prostu żarłokiem ze świetną przemianą materii, a poza tym, skoro już został przewodnikiem tej wyprawy, musiał być w pełni sił. Hattie za to była mniejsza od niego. Nawet jeśli utrzymywała dobrą kondycję ze względu na członkostwo w drużynie quidditcha, na pewno biegała wolniej od chłopaka, który całe dzieciństwo gonił strusie i psa sąsiadów. Może coś się przed nimi ukrywało w tej kwestii, ale gdyby przez dwa tygodnie błądzili w lesie bez szans na odnalezienie drogi powrotnej, nie sprawiłoby mu większych przeszkód, żeby zjeść Cathcart. Słyszał o przypadkach kanibalizmu w ekstremalnych sytuacjach i były to jedne z tych, w których nie chciałby się znaleźć. Cała reszta, jak mus to mus – jedzenie robaków, spanie na drzewie i mierzenie się oko w oko z dorosłymi górskimi trollami – bardzo proszę. Poniekąd miał szczęście, że w niskich górach te stworzenia nie występowały, bo na przykład Chińczycy mieli takie powiedzenie: uważaj, czego sobie życzysz...Było też jeszcze inne, należące do jakiegoś mugolskiego pisarza: nie pytaj komu bije dzwon... W każdym razie Bran zapominał czasami, jak wielka jest moc sugestii i wyobrażając sobie wszystkie czarne scenariusze, mógł niechcący faktycznie ściągnąć na siebie któryś z nich. Dlatego biszkopty były ważne, bo mogły być ich ostatnim posiłkiem tego dnia. Albo w tym życiu.
    Wciąż puszczał jej teksty mimo uszu. Przywykł do tego, tak jak miał nadzieję, że ona nie ma mu za złe tych chwil zastanowienia, których potrzebował czasem, żeby poukładać sobie myśli w głowie. W takich chwilach każdy w pełni rozumu człowiek myślał gorączkowo, jak wydostać się z potrzasku, zanim słońce faktycznie zaczęłoby zachodzić, ale Hattie widocznie obdarzyła Brandana zbyt dużym kredytem zaufania. Bran faktycznie intensywnie myślał nad wyjściem z sytuacji, aż różdżka w tylnej kieszeni zaczęła go niemile uwierać, jakby chciała, żeby ją wykorzystano, więc po prostu schował mapę do plecaka, zacisnął zęby i zaczął iść w kierunku strumienia, od którego przyszli. Nie panikował, ale też nie był do końca opanowany. Właściwie, mogło mu zacząć trochę odwalać jak komuś, kto miał miał wyleczoną klaustrofobię i nagle znalazł się w ciasnym pomieszczeniu. Nie sądził, że tak szybko zostaną pozostawieni samym sobie; spodziewał się wycieczki krajoznawczej i nocy, kiedy z własnej woli, zaplanowawszy całą eskapadę, wybraliby się na przechadzkę po lesie. Ta nieoczekiwana zmiana planów, która wydarzyła się (przez ich ociąganie się z powrotem do autokaru) zanim wyjazd na dobre się rozpoczął, wybił go z rytmu. Potrzebował chwili, żeby się zastanowić, ale po prostu szedł przed siebie, aż doszli do znajomego potoku.
    Hattie mogła pomyśleć, że jest wkurzony, ale on po prostu myślał nad jej słowami. Oto idealna okazja, żeby spędzić noc w lesie. Brandan nie tylko poszukiwał mocnych wrażeń, ale także chciał spełniać marzenia.. Jednym z jego największych pragnień było, jak wielu przed nim, osiągnięcie chwały i ponadczasowej sławy. Od kiedy kilkakrotnie opublikowano jego wynalazki w Proroku, wyobrażał sobie siebie na pierwszej stronie tej gazety, odbierającego Order Merlina Pierwszej klasy za czyny wymagające wielkiej odwagi. To pragnienie powoli przeradzało się w obsesję, dlatego Brandana tak bardzo pociągała wizja nocy pośród dźwięków dochodzących z głębi lasu, zapachu igliwia i Hattie, o której nie miał złudzeń, że razem uporaliby się z niebezpieczeństwem. Dobrze też byłoby mieć kogo powołać na świadka swoich dokonań, a gdyby coś poszło nie tak, zawsze mogła powiedzieć o nim miłe słowo na pogrzebie.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. – O to chodzi, o to chodzi! – wołał, przeskakując po skałach tak, żeby nie wpaść do wody. "Grota", nad którą rozważania zajęły im stanowczo zbyt dużo czasu, okazała się kamiennym łukiem, wedle oczekiwań Brandana.
      Wspinali się po kamieniach, które teraz zwalone były na ścieżkę wzdłuż potoku. Co jakiś czas przystawali, żeby szybko się nie zmęczyć, a później znowu ruszali pod prąd. Bran starał się patrzeć pod nogi, żeby czasem nie upaść, nie sturlać się i nie pociągnąć Hattie za sobą na dół, ale miał dobre buty, poza tym jakoś instynktownie wybierał na swój kolejny krok takie miejsca, które zaraz się nie obsuwały ani nie kruszyły. Droga była dość ciężka do przebycia, musieli trochę się nagimnastykować w niektórych momentach, ale szli równo cały czas. Z metra na metr zwężała się drastycznie, aż w końcu doszli do jej końca. Dalej przeszli po stromym stopniu, przyklejeni brzuchami do skalnej ściany po to, aby nie polecieć do tyłu i nie wpaść do wody. Na terenie Parku Narodowego podobne miejsca miałyby zamontowane stalowe liny, w których asyście łatwiej pokonywało się trasę, ale z jakiegoś powodu skrótu Brandana nie obejmowała kupiona w mugolskim sklepie mapa. Być może był to szlak niedostępny dla Mugoli. W każdym razie musieli kombinować, bo inaczej nieplanowaną kąpiel mieli jak w banku. Przeprawiali się w ten sposób około godzinę, kiedy powoli zaczęło się ściemniać. Ślizgonowi od czasu do czasu wydawało się, że gdzieś z oddali słyszy wilcze wycie, ale brał to tylko za część naturalnych odgłosów lasu. Zwykłe zwierzęta go nie jarały, tak samo jak Mugole, wydawały mu się nieciekawe i nudne.
      Dotarli do miejsca, gdzie mogli spokojnie zejść bez obaw, że wpadną do potoku i popłyną w przeciwną stronę. Zresztą, dalsza wspinaczka nie była możliwa; w dalszej części skalnej ścianki nie było nawet czego się chwytać, a ta, jak się wydawało, ciągnęła się całkiem długo.
      Siedzieli chwilę na ziemi, odpoczywając, a Brandan podkradł Hattie papierosa, kiedy znowu wyciągnęła paczkę. Znajdowali się w takim miejscu, że żadne zwierzę na czterech łapach nie mogło przeprawić się do nich przez wartki potok, ani zejść po odsłoniętych skałach za ich plecami. Byli odizolowani do zwierzyny, natomiast teraz musieli pomyśleć nad inną drogą. Zwłaszcza, że robiło się coraz ciemniej, a gdyby mogli w ciągu kilku minut wydostać się z koryta rzeki, załapaliby się na przebijający się między wysokimi świerkami i jodłami zachód czerwonego słońca.
      – Co chcesz robić? – zapytał z głupim wyrazem twarzy, jakby właściwie Hattie mogła w tym miejscu robić wszystko: grać w quidditcha, szydełkować, warzyć eliksir wielosokowy. – Bo możemy wspiąć się na górę i znaleźć inną drogę, ale moja mapa żadnej innej nie przewiduje. Możemy tu też zostać na noc. Namioty i śpiwory przecież niesiemy na plecach cały czas. To jak? Ja bym tu został, ale nie mamy szans na rozpalenie ognia, nie ma tu żadnego drewna, a jak jest, to na pewno mokre i zgniłe...No...Eee, masz coś do jedzenia? Ja wszystko swoje już zjadłem.

      Lloyd

      Usuń
  18. [Okej, to spróbuję coś na dniach zacząć. ;)]

    Russ

    OdpowiedzUsuń
  19. To wcale nie było do końca tak, że Brandan gnał na złamanie karku, żeby tylko pokonać jak najwięcej kilometrów przed zapadnięciem zmroku. Po prostu miał długie nogi, więc robił wielkie kroki, poza tym po górach, nawet tych stosunkowo niskich, w których się znajdowali, nie dało się inaczej. Jak ktoś nie trzymał tempa, to zostawał w tyle. Zresztą, ta zasada sprawdzała się w wielu innych dziedzinach życia. Na przykład w nauce. Ślizgon dobrze pamiętał, jak przez słabe oceny z transmutacji o mały włos by nie zdał, a to dlatego, że swoje trzy pierwsze lata w Hogwarcie poświęcił wymyślaniu głupich dowcipów i innym tego typu wybrykom, poza tym sam zamek był dla niego obiektem fascynacji i nie było czasu na nic innego, poza eksplorowaniem jego tajemnych przejść, albo nieodkrytych wcześniej przez nikogo korytarzy. Niestety, ta ciekawość świata sprawiła, że transmutacja stała się dla niego kulą u nogi w klasie piątej, kiedy właściwie tylko z litości grono pedagogiczne postanowiło przepchnąć go na następny rok. Pamiętał ostatnie wakacje jak przez mgłę, bo nie należały do przyjemnych. Właściwie, były koszmarne. Przez miesiąc siedział w Londynie, pobierając tam korepetycji od studenta transfiguracji praktycznej czwartego roku jakiegoś instytutu magicznego z siedzibą w Dublinie, a potem swoim starym zwyczajem poleciał do Dakaru, do babci, która nie dość, że obrzuciła go obelgami, jak można przynosić taki wstyd, żeby matka musiała interweniować u dyrektora, żebyś ty leniu śmierdzący mógł spokojnie skończyć szkołę..., to matka średnio raz na tydzień przysyłała mu wyjca z Anglii i pytała, czy aby niczego nauczonego w lipcu nie zapomniał, bo może potrzebna mu jest kolejna sesja z korepetytorem. Po takich przebojach Brandan dobrze wiedział, jak ważna w życiu jest systematyczność, nawet jeśli zdarzało mu się o tym czasami zapominać, ale w końcu był człowiekiem.
    Nie rozumiał zachowania dziewczyny. Najpierw koniecznie chciała zaszaleć, pójść w plener, tym samym zobaczyć jak to jest, jak nogi wrzynają się w dupę, a plecy odmawiają posłuszeństwa z każdym kilometrem przebytym po wysokich przeszkodach w postaci kamieni, a teraz co? Nie przejdzie ani kawałka bez wyżywania się na towarzyszu podróży? Czasami odnosił wrażenie, że Hattie była niezrównoważona psychicznie, tak naprawdę, ale nie miał odwagi jej tego powiedzieć, bo pewnie (jak to bywa z chorymi ludźmi) nie zgodziłaby się z nim, a potem jeszcze głośniej by na niego krzyczała, aż przywołałaby do nich jakieś leśne stwory. Chociaż, z drugiej strony, mogła być dobrą przynętą, więc znowu ignorował jej przytyki. Kiedy się złościła przypominała skrzata Yumbo, który naturalnie występował na zachodzie Afryki, więc nie miała w sumie żadnych szans na zagrożenie Brandanowi swoją straszną miną.
    – A co ty się tak rządzisz? – zamrugał zaskoczony, kiedy przedstawiła mu cały plan, jak mają spędzić tą noc przy strumieniu. Patrzył, jak za pomocą magii próbuje rozpalić ognisko. – Może ja nie chcę zakładać bazy z kimś, kto idzie na łatwiznę, co? SAM sobie rozbiję SWÓJ namiot i rozpalę SWÓJ ogień – powiedziawszy, co miał do powiedzenia, zabrał się za poszukiwania drewna na opał.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Już na pierwszy rzut oka nie dostrzegł wielu gałęzi nadających się na ognisko, więc zaczął od rozkładania namiotu. Posługiwał się dołączoną instrukcją, więc teoretycznie wszystko powinno pójść zgodnie z jego planem, ale w praktyce, przecież Bran nigdy nie miał do czynienia z mugolskim namiotem i mimo że w końcu udało mu się go w miarę dobrze rozłożyć, bardzo się zdziwił, kiedy wszedł do środka i okazało się, jak niewiele w nim miejsca. Czarodziejskie namioty w środku wyglądały jak domki letniskowe, a kupiony na mugolskim bazarze przypominał duży parasol zszyty z jakimś materiałem, żeby nie trzeba było siedzieć na ziemi. Był bardzo rozczarowany tym niemagicznym sposobem na biwak, ale nie powiedział ani słowa, nie chcąc już słyszeć od Hattie kazań w stylu "nie rozumiem, dlaczego uparłeś się na nieużywanie magii". Trwał dzielnie w swoim postanowieniu nawet wtedy, kiedy zapałkami i kawałkiem papieru bezskutecznie próbował rozpalić ognisko na wilgotnych gałęziach.
      W końcu okazało się, że magia pozwala działać cuda, ponieważ próby Brandana zakończyły się fiaskiem, a Hattie najwidoczniej już grzała się przy swoim ognisku jak przy przytulnym kominku. Zamierzał być uparty i zdecydowany, więc schował się bez motywacji do swojego namiotu i tam usiadł prosto tak, że nogi w butach wystawały mu z zapinanej na zamek moskitiery. Jadł kanapkę od Hattie i starał się przekonać sam siebie, że wcale nie jest tak tragicznie, a potem już tylko czekał, aż ona zgasi ogień, pójdzie spać i to by mu pozwoliło wyjść jeszcze raz na zewnątrz. Nie do końca rozumiał sens i cel całej tej kłótni, ale skoro jej się nic nie podobało, on to przeczeka, a nawet czasem odpowie pięknym za nadobne.
      Noc była względnie spokojna. Wydawało się, że żadne z nich nie chce pierwsze odezwać się do drugiego, bo było na to zbyt dumne, a poza tym nikt nie palił się do spaceru po tylu godzinach męczącej wspinaczki. Strasznym świństwem byłoby zabierać różdżkę komuś, kto panicznie boi się własnego cienia i nie może powstrzymać rąk od drżenia, kiedy słyszy jakikolwiek dźwięk w zaroślach, ale Brandan nie mógł się oprzeć tej pokusie. Nie był mugolakiem, co więcej na ogół gardził mugolskimi rozwiązaniami, ale według niego, każde doświadczenie było dobre. Zamierzał tego nauczyć Hattie, ale nie powiedział słowa, kiedy składali swoje namioty i sprawdzali, czy mają wszystko, co ze sobą mieli wczoraj.
      – Cholera, to chyba te kozice – wzdychał, przeszukując swój plecak. – Przekopały mi się przez plecak i zabrały całe jedzenie. Zobacz, jak to nie można na chwilę zmrużyć oka.
      Na chwilę wstrzymał oddech, kiedy to powiedział, bo właśnie zdał sobie sprawę z własnej głupoty. Jego kłamstwo miało jedną poważną wadę: nie było wiarygodne. Przecież kanapki zostawił w autokarze zawinięte w reklamówkę gdzieś pod siedzeniem, a od wczorajszych biszkoptów w tej kwestii polegał na Hattie.

      [Proponuję, żeby zrobili kilka rundek jak uczestnicy Blair Witch Project, a potem wjedziemy z jakąś mhroczną akcją :D
      PS Na wątek dla Baldwina muszę się namyślić, chwilowo jestem w nastroju bardzo wycieczkowym :> Nie śpimy, zwiedzamy.]

      Lloyd

      Usuń
  20. Mógł w pierwszej chwili nie załapać, że Hattie tym razem nie szuka zwady, no i nie musiałby spędzać wieczoru we własnym towarzystwie, ale właściwie dostał nauczkę – mimo że spał najdłużej, wstał niewyspany i obolały. Nie był przyzwyczajony do leżenia na prawie gołej ziemi i oczywiście wiedział, że w lesie nie będzie żadnych wygód w stylu łóżek, dlatego nie pisnął o tym nawet słówkiem przy śniadaniu, którym było znowu skubnięcie trochę kanapki od dziewczyny, a poza tym wypalenie całego papierosa, bo tym razem nie dał go sobie zabrać. Jeśli dobrze się przyjrzał podczas tej sekundy, kiedy miała paczkę fajek na wierzchu, miała ich jeszcze całkiem sporo. Chyba już się pogodzili i mogli sobie nawzajem pomagać, wspierać się i tak dalej?
    Jeżeli chodziło o różdżkę, która dziwnym trafem zaginęła Hattie, Brandan nie mógł powstrzymać się od triumfalnego uśmiechu nawet pomimo że z łatwością przejrzała jego beznadziejną próbę zakamuflowania faktu kradzieży. Musiał przyznać, że nawet nie starał się specjalnie jej oszukać, bo nie to było celem. Chciał pokazać jej, że dadzą radę przeżyć bez pomocy magicznych, poza tym sam chyba też chciał sobie coś udowodnić. Przez te lata, kiedy większość roku spędzał poza starym domem, coraz częściej odnosił wrażenie, że się zmienia. W swoim mniemaniu, Brandan coraz bardziej pasował sobie na rozmemłanego mieszczucha, który dawno stracił tę nić zrozumienia, która łączy człowieka z naturą i już nawet pal licho wielką sławę, bo to wymagało mniej poświęcenia niż odświeżenie swojego spojrzenia na świat. Musiał przyglądać się znakom, przywołać do siebie tą starą wrażliwość, którą miało w sobie dziecko z buszu, którym był przed laty. Oczywiście to wszystko to były cele dyktowane mu gdzieś podkorowo. W rzeczywistości jego myśli nie krążyły wokół tak poważnych rzeczy. Zwykle po prostu przejmował się i panikował przy tym, albo nie przejmował się i przechodził obojętnie obok całej sprawy. Nie było nic pomiędzy. Lloyd bywał różny, zły lub dobry, do wytrzymania i całkiem przyjazny jak na ten typ wrednego padalca ze Slytherinu; za to nigdy nie zdarzało mu się być nijakim. Nie był sprzecznością, a humor nie zmieniał się u niego jak pogoda w górach i na podstawie przeciwieństw idealnie pasował do Hattie. Jeśli ona w ogóle nadawała się do takich wypraw, bo w tamtym momencie sprawiała wrażenie dziewczyny, która, jeśli nie dostaje czego chce, wali pięściami bez opamiętania, a bezbronna, tupie nogą i ucieka w ciemny las, bo wszystko dla niej jest lepsze niż perspektywa niezgody na jej zachciankę i niewygody w przymusie współpracowania z drugim człowiekiem. Ale znosił to pokornie, bo wiedział, że ma też łagodniejszą naturę, tylko głośno o tym nie mówił, żeby nie chciała zrobić mu na przekór i zmienić się na lepsze.
    – Wiesz, są lepsze metody na zwalenie chłopaka z nóg – wyśmiał ją, składając śpiwór w rulon i wciskając go na siłę do plecaka. W przeciwieństwie do Hattie, on zabrał tylko najprzydatniejsze rzeczy, oczywiście pomijając różdżkę, z której nie skorzystał jeszcze ani razu, odkąd zaczęli iść skrótem. Dołączył do niej na ściance, wciąż chichocząc złośliwie z jej przesadnej reakcji, aż w pewnej chwili runąłby plecami na glebę, gdyby w jakimś dzikim odruchu nie złapał się buta Hattie. Puścił go zaraz, kiedy mógł sobie na to pozwolić, a kiedy weszli na górę cieszył się, że kanapkami zostawionymi w pojeździe zaoszczędził miejsca w plecaku i właśnie w to miejsce wsadził dodatkową butelkę na litr wody. I tak nie pił dużo, żeby nie dostać kolki, ani się nie spocić jak dzika świnia, ale i tak rozumiał pragnienie dziewczyny. Słońce co prawda nie przebijało się mocno promieniami przez podszycie lasu, ale wyglądało na to, że w nocy spadł deszcz, a o tej porze dnia zaczynało być nieprzyjemnie duszno. Poza tym, parująca woda utworzyła w powietrzu mgłę w kolorze mleka, więc gdyby coś chciałoby ich znienacka zaatakować, miało do tego idealną okazję.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Widocznie o tej porze wszystkie strzygi i potwory pochowały się do swoich jaskiń, ale i tak należało mieć oczy dookoła głowy, aby nie dać się przypadkiem zaskoczyć.
      Tym razem Bran szedł za Hattie, chociaż oboje dobrze wiedzieli, kto trzyma mapę. A przecież wczoraj nawet nie chciała na nią patrzeć mówiąc coś w stylu, że nie umie jej odczytać, więc skąd niby wiedziała, dokąd iść? Miała szósty zmysł? Albo jej nie doceniał i faktycznie miała smykałkę do pieszych wycieczek po niezbadanych leśnych terenach, tylko zachowywała się tak dla zmyłki? Znowu szli kilka godzin, w międzyczasie wymieniając się poglądami i od czasu do czasu rzucając w siebie obelgami dla rozluźnienia atmosfery.
      Trasa, którą obrali, była znacznie łatwiejsza niż poprzednia. Kamienie, po których musieli przechodzić, były znacznie niższe od tych koło strumienia, poza tym zbocze nie było tak strome i tylko niektóre odcinki wymagały stałej czujności. Kilkadziesiąt minut kontrolowanego ślizgania się ku dołowi (złapał zająca na ostatnim metrze i do końca udawał, że zrobił to specjalnie, żeby ją przestraszyć), a potem nazad to samo, przeprawa po kamieniach w górę. W końcu po kilku udanych skokach przez zwalone pnie drzew, dotarli do punktu w skale, z którego woda wytryskała na około cztery metry i kierowała się w dół do doliny pięknym strumieniem. W porannej mgle wszystko wydawało się lekko rozmyte, jak pastelowy rysunek, ale i tak Brandan postanowił uwiecznić ten moment. Wyjął z plecaka wyglądający zwyczajnie aparat i zrobił nim kilka zdjęć wodospadowi. Zdjęcia, po wywołaniu, miały się ruszać i dzięki temu kiedyś pomóc w przywoływaniu wspomnień staremu człowiekowi. Potem uparł się, żeby iść dalej bez chwili wytchnienia i po całodniowej marszrucie, wycieńczeni i głodni, dotarli w okolice ogromnej na ponad trzysta metrów ściany z otworem, do którego wodospadami z prawej i lewej strony wpadały masy wody.
      – Merlinie, chyba zaraz zdechnę z głodu...– narzekał głośno, kiedy usiedli po turecku, zmieniając buty na gumowe kalosze, ponieważ tam gdzie Bran chciał iść, nie było mowy o innym obuwiu. Przez cały dzień zjedli tylko ostatnie zasuszone biszkopty z jego paczki i owoce z plecaka Hattie, a przecież musieli iść dalej. Według jego mapy, cztery kilometry przez jaskinię i już znaleźli by się w kotlinie, z której łatwo o danie znaku życia przewodnikom z wycieczki. Nie, żeby Brandan chciał uciekać przygodzie; po prostu był głodny i ten głód pozwalał mu racjonalnie myśleć. – Dobra, z jaskini każde wyjście prowadzi nas do ocalenia – jego ton głosu sugerował, że w ten sposób błądzili bez celu po lesie już od co najmniej tygodnia, podczas gdy minęły dopiero dwa dni. Ściemniało się, więc wyciągnął latarkę i ją włączył zamiast używać Lumos. – Właściwie możemy iść teraz, co to za różnica, przecież tam i tak jest ciemno non stop... Chyba, że się boisz – dodał, rzucając dziewczynie przenikliwe spojrzenie.

      Lloyd

      Usuń
  21. [Wolałbym wywołanie pożaru z premedytacją, ale tak też może być. <; To co, mam zacząć od tego, jak Felix przychodzi do Hattie po coś, co pomoże mu pozbyć się Baldwina na jakiś czas? A, i jaki dziewczyna ma do niego stosunek, rozumiem, że też za nim nie przepada?]

    Felix

    OdpowiedzUsuń
  22. [Cześć :) Hattie wydaje się być idealną osobą do roli męskiej bokserki, której poszukuję dla mojego Marcusa! ]

    OdpowiedzUsuń
  23. [Haha! Właśnie w poszukiwanych uwzględniłam to, że jego oprawczyni kiedyś oberwała ziemniakiem w głowę w Wielkiej Sali i ośmieszył ją podczas meczu :D Genialna postać Ci wyszła, jestem bardzo ciekawa co z tego wyjdzie. Pomyślę nad fabułą wątku.]

    OdpowiedzUsuń
  24. [A masz może chęć na wątek? I bardzo dziękuję ;)]
    Ambrosia Hovard

    OdpowiedzUsuń
  25. Russ, niestety, zupełnie nie bronił się przed stereotypowym myśleniem. Szufladkował ludzi bez choćby najkrótszej chwili zawahania. Gryfonów wkładał do tej oznaczonej etykietą oszołomy, Puchoni mieli dla niego naprawdę wiele wspólnego z ziemniakami, a Ślizgoni… No cóż, Ślizgoni stanowili w ogóle odrębną kategorię ludzi, o ile ludźmi można ich było nazwać, bo było im po drodze z oślizgłymi wężami, które bezczelnie gapiły się na człowieka tymi nigdy nie mrugającymi, wyłupiastymi oczkami, a potem wydawały z siebie cichy syk i już ich nie było. Zawsze wydawali mu się zamknięci w swoim małym, wyjątkowym, czystokrwistym światku, widział w nich ludzi, których trzydzieści lat temu nietrudno było komukolwiek uznać na wrogów publicznych tylko dlatego, że trafili, gdzie trafili.

    Każdy gdzieś trafiał. Russa na przykład Tiara Przydziału postanowiła wepchnąć w szeregi Krukonów. Do tej pory nie miał pojęcia, co nią wtedy kierowało — jako pierwszoroczny nie przejawiał nawet maleńkiego ułamka tego, kim był teraz. Właściwie to na pierwszym roku wszyscy byli tacy sami — tak samo przerażeni miejscem, w którym się nagle znaleźli, oszołomieni tym, co właśnie zobaczyli i z mieszaniną strachu i ekscytacji wyczekujący nadchodzących dni. Pojęcie lat wtedy nie istniało, człowiek niby miał gdzieś w głowie zakodowaną wiadomość, że nie pozostanie wiecznie jedenastolatkiem., ale tak naprawdę zupełnie o tym nie myślał. Uczył się transmutować mysz w puchar na sok dyniowy (bo był za młody, żeby myśleć o nalewaniu do niego wina), spotykał swojego pierwszego bogina, pierwszy raz za pomocą zaklęcia otwierał zamknięte na cztery spusty drzwi.
    Przypadek Russa doskonale pokazywał, jak wiele mogło się zmienić przez te parę lat. Jak nagle człowiek przestawał być przestraszonym małolata, a zaczynał zmieniać się w ciekawskiego dzieciaka, który udawał dorosłego i nieustraszonego, sam siebie potrafił w coś transmutować, bogina załatwiał z palcem w nosie i właściwie to czuł, że nie było w jego życiu czegoś, z czym by sobie miał nagle nie poradzić.

    Wielu jednak śmiało po cichu twierdzić, bo wypowiadać głośno mało kto się odważył, że Weiss mimo wszystko nie uniósł ciężaru własnej wspaniałości. Gdyby ktoś zapytał go o zdanie, powiedziałby zapewne, że nie, po prostu czuł się zmęczony i potrzebował zmiany otoczenia. Ale nikt nie zapytał, a Russ wspomnianej zmiany dokonał w sposób na tyle efektowny, by było w ogóle o czym teraz rozmawiać.

    Starając się nadążyć za energicznymi krokami idącej przodem dziewczyny, Weiss na chwilę wrócił myślami do tamtego dnia, kiedy po raz pierwszy uznał, że może Ślizgoni jednak nie byli takimi bufonami, za jakich do tej pory ich uważał. Właściwie to przypadek szlabanu, na którym spotkał Hattie Cathart, przekonał go, że system szufladek nie zawsze musiał się sprawdzać. Potraktował tę lekcję jako niemiłą, acz konieczną niespodziankę.

    Dziś pamiętał tylko, że żadne z nich nie było zadowolone, stanąwszy przed perspektywą spędzenia kilku sobotnich wieczorów z rzędu w towarzystwie tego drugiego. I jeszcze łazienki na czwartym piętrze wraz z wiadrem wody i szczotką. Nie miał już też pojęcia, jak to właściwie się stało, że zaczęli ze sobą rozmawiać. Czy to Hattie odezwała się pierwsza, czy on? Czy to ona uznała, że nie byłoby głupim pomysłem odzywać się do siebie nawzajem nawet kiedy szlaban już się skończył?

    Nie pamiętał.

    Zatrzymali się na skrzyżowaniu głównej ulicy na Nokturnie z dwiema bocznymi, bardzo ciemnymi i bardzo nieprzyjaźnie wyglądającymi alejkami. Hattie zatrzymała się, a Russ, nie spodziewając się tego zupełnie, prawie na nią wpadł. W zupełności zasłużył sobie więc na to miażdżące spojrzenie, które w zamian posłała mu dziewczyna.

    Wiedział, że miał nie zadawać głupich pytań — ostrzegła go, by tego nie robił — ale musiał zapytać, po prostu musiał:

    — Gdzie my właściwie idziemy?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. [Wiem, że to dość... kłopotliwy dla drugiej strony wątek, więc jak uznasz, że sobie za bardzo pozwoliłam/za dużo na ciebie zwaliłam, to pisz śmiało, spróbuję rozegrać to inaczej.]

      Russ

      Usuń
  26. Baldwina Fortescue bez zawahania można było określić mianem Ślizgona z krwi i kości, lecz mimo to Felix nie potrafił go znieść. Panowanie nad sobą przychodziło mu coraz trudniej, zwłaszcza, że z osobami, które w kilka chwil z łatwością doprowadzały go do szewskiej pasji, miał do czynienia nawet w Slytherinie. Prefekt od siedmiu boleści szczególnie dawał mu się we znaki, bo nie dość, że ostatnimi czasy upodobał sobie zasypywanie White’a szlabanami za każdą, nawet najmniejszą drobnostkę, to jeszcze bezczelnie pokazywał się w tych samych miejscach, co on, a jego widok – niezmiennie – coraz bardziej i bardziej podsycał płonący w Felixie ogień. Jego iskierki zaczęły się już odbijać w oczach chłopaka, który zdawał sobie sprawę, że jeśli zaraz nie uwolni gorejącej w nim pożogi, to albo ta zeżre go od środka, albo w najmniej odpowiednim momencie wywoła eksplozję, która z pewnością pochłonie więcej ofiar niż powinna. A Felix już dawno postanowił sobie, że przestanie krzywdzić niewinne osoby. Że kiedyś znajdzie w sobie siłę i zamiast wyżywać się na wszystkich dookoła, zabije to, co było za ten stan rzeczy odpowiedzialne. Kiedyś. Teraz jednak musiał pozbyć się ognia, więc zaplanował, że w bezczelny sposób doleje do niego oliwy.
    Uśmiechnął się paskudnie do swoich myśli, nie zawracając sobie głowy tym, że ktoś może go widzieć. Gdyby jakimś trafem zyskał widownię, która z przerażeniem wymalowanym na twarzy podziwiałaby siane przez niego zniszczenie, potraktowałby to jako swego rodzaju pochlebstwo. Odszukał więc wzrokiem niejaką Hattie Cathcart i bez zachowywania jakichkolwiek pozorów podszedł do niej, przemierzając w tym celu niemal cały pokój wspólny Ślizgonów. Czuł głęboko w kościach, a nawet na powierzchni skóry, że są takie osoby, które – mimo jego zszarganej reputacji – wciąż potrafią na niego patrzeć i obserwować każdy jego ruch. Nie myślał jednak o nich, miał teraz zupełnie inny cel. Usiadł w fotelu, tuż obok dziewczyny, lecz zamiast spojrzeć w jej stronę, nieprzerwanie wpatrywał się przed siebie. Wyglądało to trochę tak, jakby z zainteresowaniem przyglądał się wymalowanym na kamiennej ścianie obrazom, niemniej było zgoła inaczej. Oczami wyobraźni śledził bowiem powstałą w jego umyśle wizualizację swojego niecnego planu, a przy tym wiedział, że na żywo z pewnością wypadnie on o wiele lepiej. O niebo lepiej. A może w tym wypadku należałoby powiedzieć o piekło.
    - Musisz mi pomóc – odezwał się w końcu, wciąż pogrążony w tym dziwnym transie. – Mam zamiar kogoś spopielić.

    Felix

    OdpowiedzUsuń
  27. [Może moglibyśmy spróbować coś takiego: Dzień meczy, w zasadzie dwie godziny przed rozpoczęciem, Hattie za wszelką cenę nie chce by na trybunie komentatorskiej usiadł Marcus, więc postanawia na wszelkie sposoby go jakoś wykluczyć z tego spotkania, a on za wszelką cenę próbuję się tam dostać. Dam przykład?: ona próbuje go zamknąć w komórce na miotły, a on przez przypadek próbując zwiać, zrzuca na nią kilka wiader i mopów, ona ciągnie go za nogę w stronę miejsca jego celi, on podtrzymuje się poręczy schodów, but mu ze stopy się ześlizguje, a Hattie ląduje na tyłku. Taki wątek pełen ekspresji i gagów. Mogę pomyśleć też nad czymś innym.]

    OdpowiedzUsuń
  28. Wizja rozmyła się Felixowi przed oczami, pozostawiając po sobie jedynie pomarańczowo-czerwone powidoki. Odegnał je kilkoma szybkimi mrugnięciami, by w końcu w pełnej krasie ujrzeć wyblakłe malunki zdobiące przeciwległą ścianę. Były wyjątkowo szpetne. Aż wstyd, że ktoś przez ten czas mógł pomyśleć, iż Felix wpatrywał się w nie z zaciekawieniem. Ślizgona, jednakowoż, mało to obchodziło, tak samo zresztą jak wątpliwej jakości freski.
    - Niech ci będzie, nie musisz, lecz jestem pewien, że będziesz chciała to zrobić – odbił piłeczkę White, zachowując się trochę tak, jakby rozmawiali o pogodzie. To jednak nie uśpiło czujności nachalnych gapiów, więc Felix dał sobie z tym spokój i spojrzał w końcu w kierunku Hattie, by ta mogła ujrzeć w jego oczach tańczące ogniki, zwiastujące szaleństwo planu, który misternie przygotował. Schylił się do dziewczyny i rzuciwszy rudej czwartoklasistce krótkie spojrzenie, mające na celu podsycić jej ciekawość, wyszeptał:
    - Satysfakcję.
    Przez krótką chwilę nie mówił nic więcej, rozkoszując się smakiem wypowiedzianego przed momentem słowa. Cathcart prawdopodobnie nie rozumiała jeszcze, że tak właśnie będzie się czuła, jeśli zgodzi się współpracować ze Ślizgonem. Widząc jej zniecierpliwienie, White postanowił wyjaśnić, co ma na myśli.
    - Baldwin Fortescue. I ogień. Jego długie języki w finezyjny sposób pochłaniające wszystko to, co nasz szanowny pan prefekt kocha. A potem rozpacz. Łzy, które nijak się mają do tej rosnącej pożogi i strata, z którą nie można sobie poradzić posiadaną odznaką. Dzierżona w ręku moc i jednoczesny jej brak – wyrecytował niczym szaleniec albo artysta z wizją; z powodu cienkiej granicy oddzielającej jedno od drugiego trudno było określić. – Jeżeli nie zechcesz mi pomóc, to… nie, nie zrozumiem, ale nie będę nalegał – dodał nieco normalniejszym głosem i dając Ślizgonce czas na zastanowienie, wbił wzrok w rudego szpiega, rozpoczynając z nim tym samym walkę na spojrzenia. Dziewczynka nie wytrzymała go zbyt długo i speszona wróciła do wymieniania uwag z koleżanką, choć i tak nie mogła się powstrzymać od ukradkowego zerkania w ich stronę. Felix postanowił sobie, że w wolnej chwili pokaże jej, czym jest prywatność i jak należy ją uszanować.

    Felix

    OdpowiedzUsuń
  29. [O, nowe zdjęcie :3 Okej, spokojnie, nie musisz się śpieszyć, ja nigdzie nie uciekam :D ]
    Marcus Rothesay

    OdpowiedzUsuń
  30. Oczywiście, jako typowy facet, Brandan nie przejmował się tym, czy Hattie miała kilo tapety z makijażu na twarzy i chodziła wszędzie z notorycznie nieułożonymi włosami. Żaden mężczyzna nie patrzył pod takim kątem na kobiety. Dla niego było albo OK, albo nie OK. Za to one nawzajem oceniały się, osądzały na podstawie takich szczegółów, o których normalny człowiek by nie pomyślał, dopóki nie urosłyby do jakiegoś naprawdę istotnego problemu i zatańczyły przed nim kankana. A tak - jeżeli od pierwszej klasy Brandan nie uciekł od Hattie, którą przez sześć lat widział w chyba każdej możliwej kombinacji, w każdym outficie i image'u, chyba nie było mowy o tym, żeby przeraził się na jej widok o poranku. Właściwie, gdyby spróbował ją sobie wyobrazić w wyjściowym wydaniu, z mocnym makijażem i wydumaną fryzurą, pewnie ucieszyłby się, że Hattie żadne głupoty nie przyszły do głowy, kiedy zaczęli dorastać. Co jakby zmieniła się w jedną z tych dziewczyn, które myślą tylko o wyglądzie? On, ze swoim dużym nosem i ponadprzeciętnie wydatnymi ustami, zapewne nie mógłby liczyć na splunięcie chociażby. Jak by na to nie patrzeć, poniekąd wychowali się razem. Stąd też płynęła ich wzajemna akceptacja zwłaszcza, że Hattie chyba nie była osobą, z którą tłumy chciały się przyjaźnić, a Brandan obracał każdą kłótnię w jakieś swoje głupkowate żarty, nie chcąc przypadkiem stracić kogoś bardzo ważnego.
    Zaginiona różdżka, o którą była cała wrzawa, znajdowała się w nogawce Brandana i to właściwie był cud, że się nie złamała, kiedy Hattie w ataku wściekłości zwaliła go z nóg. Jakby w czasie jego upadku coś trzasnęło, to może dziewczyna na chwilę zainteresowałaby się, czy nie złamała mu nogi w akcie agresji, a po chwili udusiłaby go gołymi rękoma i żadne pradawne afrykańskie czary by go przed tym nie uchroniły. Na szczęście, ani nie wyszło na jaw, gdzie schował różdżkę, ani nikt nie skończył ze złamaną kończyną, więc mogli względnie spokojnie wspinać się i wędrować. Znowu.
    Na każdą jej prośbę o oddanie różdżki reagował tak samo: uśmiechał się pobłażliwie i kręcił przecząco głową. To, że Hattie bez magii przeżyła noc, nie oznaczało, że potrafiła się bez niej obejść. Przecież śpiąc nie musiała używać żadnych zdolności, choćby mugolskich! Zresztą, Brandan wciąż był zły na cały świat, że nie udało mu się wtedy rozpalić konkurencyjnego ogniska. Jak na złość! To już nawet nie była kwestia przypadku, że tamtego dnia nad strumieniem musiało leżeć drewno, ale akurat spróchniałe i nie nadające się do niczego. Człowiek stara się i wie, że jego idee są piękne, bo czyste i szczere, a i tak los odezwie się złośliwym chichotem i zagra mu na nosie.
    Wędrówka przez las chwilami mogła być męcząca, ale też odrobinę nużyła. Drzewa wiele się od siebie nawzajem nie różniły, właściwie tylko naprawdę wprawne oko odróżniało jeden konar od drugiego, a w końcu nie mogli iść ciągle linią skarpy, więc ruszyli w tą dzicz bez wyraźnie wytyczonych ścieżek. To jeszcze nie był moment, kiedy Brandan poważnie zacząłby się zastanawiać, czy w końcu nie zbłądzili (w każdym razie, nie był już tak pewien swoich zdolności orientacyjnych w terenie jak na początku), ale przynajmniej mieli już jakiś punkt zaczepienia w postaci jaskini. Niestety, jej, tak jak wycinka lasu o średnicy kilkunastu kilometrów, nie było oznaczonej na mapie. Wcześniej chłopak był pewien, że przez jaskinię mogli dojść do serca Karpat, gdzie znajdowało się na pewno niejedno schronisko, ale teraz, kiedy zaczął posądzać się o przywidzenia, nie było dobrze. Kiedy słońce zaczęło zachodzić, a Bran nie miał ochoty przyznawać się na głos, że nie ma zielonego pojęcia, co powinni zrobić, nie odwoływał ich wcześniejszych planów i po prostu uparł się, żeby wejść do jaskini. Było to tak niebezpieczne i bezmyślne posunięcie, jak tylko to sobie można wyobrazić, ale tłumaczył to sobie tak, że przecież muszą dokądś dojść. Każdy tunel prowadzi do jakiegoś światełka. Muszą spróbować, bo inaczej on zacznie mdleć z głodu, a Hattie będzie go ciągnąć za ten wielki nochal.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Przynajmniej zmienili zwykłe obuwie na kalosze, zanim weszli do jaskini lwa. I tak w grocie panowała wilgoć i w nocy temperatura miała być tylko trochę niższa niż na zewnątrz. Mimo chwilowej paniki, za moment Bran miał się odrobinę rozpogodzić, a nawet zacząć żartować z Hattie, że niby czemu nie może po prostu zaufać jego wybitnym, fenomenalnym zdolnościom, które wybronią ich od każdego niebezpieczeństwa. Pewnie zacząłby sobie z niej robić jaja, strasząc ją bestiami, o których czytał w przewodniku biura podróży. Ale wcale nie musiał. Zresztą nie zdążył, bo jeszcze zanim dotarli do skrzyżowania co najmniej trzech tuneli, prawie dostał palpitacji serca, kiedy w ostatniej chwili umknęli chmarze nietoperzy. Mimo, że nietoperz to taki sam potwór jak szympans, Brandan wziął to za zły omen.
      - Ostrzeżenie - wyrwało mu się, a jego głos odbił się echem od kamiennych ścian. Serce podeszło mu do gardła z nerwów. - Powinniśmy pójść tędy, stąd wyleciały - wskazał pierwszy z lewej tunel, który już z daleka wydawał się dość mały, a kiedy do niego wchodzili, Ślizgon musiał schylić głowę, żeby nie rąbnąć nią w skałę.
      Potem znowu wędrowali, tym razem dało się wyczuć pewne napięcie. Jakby oboje tylko czekali aż coś na nich wyskoczy znienacka, może znowu jakieś nietoperze, a może... W końcu doszli do kolejnego rozwidlenia, Branowi nawet przeszło przez myśl, że mogliby się rozdzielić, ale szybko odrzucił ten plan. W mugolskich filmach grozy to zawsze biali ludzie wpadali na takie durne pomysły, a potem czarni i tak ginęli pierwsi. Jak już miałby zginąć, to tak, żeby wszyscy wiedzieli, że nie zrobił jakiejś naiwnej głupoty. Dlatego ruszyli prawą stroną, gdzie było trochę więcej miejsca i mógł wyprostować plecy. Przez chwilę jeszcze panowała nieprzyjemna cisza, w której odbijały się tylko krople wody skapujące miarowo ze stalaktytów na górze. Brandan wiedział czym się różnią stalaktyty od stalagmitów, ale to była znaczna część jego geologicznej wiedzy. Tak ogólnie to był laikiem w tej dziedzinie.
      Nagle rozległ się odgłos, jakby jakiś wodny stwór bulgotał na nich spod stojącej wszędzie wody. A to tylko żołądek chłopaka wybrał sobie idealną chwilę na burczenie.
      - Wiesz co? Masz szczęście, że nie jesteś chora na to samo co ja. Pewnie nawet nie wiesz, ale jak nie jem cały dzień, to mogę nawet umrzeć - zapewniał z powagą na twarzy. Oprócz tego, że był słabym geologiem, przejawiał cechy charakterystyczne dla hipochondryków.

      Lloyd
      [Kaj je ta Hata co jo znam? Ta inno, z inno głowo?:<]

      Usuń
  31. [ Jak to nie rozumiesz, myślałam, że wszyscy z blogów znają francuski. ;/ Oprócz mnie, ale wiem, że ten cytat, który wisi w mojej karcie, znaczy mniej więcej więcej słów/ zero szczerych wyrazów/ wychodzących z moich ust, więc chyba pasuje.
    Cześć! Hattie to by może chciała spłonąć na stosie? ]

    Chesney Swinton

    OdpowiedzUsuń
  32. [ No widzisz, jaką masz niezwykłą zdolność! Ja to w sumie słucham milijona piosenek, których nie rozumiem, ale podoba mi się rytm, wokal, melodia i tak dalej. Sama wymyślam treść i czasami jest ona lepsza niż to, co naprawdę kryje utwór... W sumie nieważne. ;D
    Rzeczywiście lepsze czasy, czarownice miały łatwy sposób na to, by ktoś gilgotał je w stopy. Chet nie pokazuje kości policzkowych, bo się nudzi, ale dlatego że łaskawy z niego pan, niech dziewczyny się pocieszą niezgorszym widoczkiem.
    Gadki gadkami, a na wątek znajdzie się czas i miejsce?

    Btw. cóż za błyskawiczna operacja plastyczna, w czasie jednego komentarza! ]

    Chesney Swinton

    OdpowiedzUsuń
  33. [ Wydaje mi się, że straszliwą bzdurę napisałaś. Naprawdę Hattie zjadłaby szlamę? Nie bałaby się zatrucia pokarmowego?
    Łe, to trochę słabo, wątek mogłabym wymyślić, w powiązaniach jestem słaba. Chyba że dostanę jakąś podpowiedź. ]

    Chesney Swinton

    OdpowiedzUsuń
  34. [Nawet dwa razy nie czytam tego co piszę, bo się boję, po 1) dlatego, że nie wiem, czy nie łamię właśnie serca Jo Rowling, po 2) dlatego, że późno w nocy moja wyobraźnia mi podsuwa jakieś koszmarki do poduszki.Także mam nadzieję, że wybaczasz mi literówki i takie tam :D]

    W trzeciej klasie Brandan, tak jak wszyscy, dostał do wyboru pięć przedmiotów, z których musiał wybrać minimum dwa do kontynuacji. Był to okres jego wielkiego zainteresowania starożytnością, bo właśnie wrócił z wakacji w Egipcie i wszystkim naokoło powtarzał, że na pewno załapie się na robotę w piramidach, będzie łamał klątwy i odkrywał nowe mumie, a potem napiszą o nim w Proroku i oficjalnie okrzykną wielkim odkrywcą, czego (jak był przekonany) wszyscy dookoła mu życzyli z głębi serc. W takim razie starożytne runy były nie tyle oczywistością, co już koniecznością w osiągnięciu upragnionego celu, który z czasem się zmienił, ewoluując w zwykłe pragnienie sławy i chwały, ale wtedy to była poważne sprawa. Za runami szła numerologia, która wydała się Brandanowi bardzo ścisłą dziedziną magii, taką w stylu matematyki, ale mającą większy wpływ na życie poza nią. I w końcu wróżbiarstwo, z którego nikomu z rodziny nie chciał się nigdy tłumaczyć.
    Afrykańskie czary już w samym swoim sednie były zupełnie inne od tych tradycyjnych, różniły się od tych nauczanych w Hogwarcie, dlatego po siedmiu latach Bran tkwił ze swoimi umiejętnościami szamańskimi właściwie w punkcie wejściowym. Podobno miał predyspozycje, żeby zostać kimś wielkim (nawet wywróżyła mu to jedna Cyganka, kiedy autokar jadący do Rumunii zatrzymał się na jakiejś stacji i z Hattie wysiedli kupić hot doga), ale za dużo myślał i mówił, a za mało robił w tym kierunku. Dalsza rodzina, czyli właściwie wszyscy poza rodzicami i Glorią, uważali, że marnuje swój potencjał i wszyscy głośno żałowali na każdym rodzinnym spotkaniu, że zabrano go do tej Anglii, a tam uczą go jakichś bezużytecznych pierdół. Niestety, dla afrykańskiego czarownika, takiego prawdziwego, a nie jednego z tych przebierańców, którzy tańczą na widok turystów i pozwalają im myśleć, że dotarli do najpierwotniejszego plemienia na globie, magia tradycyjna nie była niczym wyjątkowym. Co więcej, dziadek Brandana uważał, że całe to wróżbiarstwo to bujda na resorach. Z czasem i Ślizgon zaczął tak uważać, ale to było po tym jak przekonał się o własnej nieumiejętności w tym zakresie. Po prostu nagle okazało się, że Bran nie ma w sobie za grosz talentu w tym kierunku, a był przy tym jednym z nielicznych. W tej "drużynie pierścienia" znalazł się z jakimiś absolutnymi fajtłapami i kilkoma mugolakami, co zirytowało go do tego stopnia, że rzucił wszystko w cholerę. Jako dzieciak, przemierzając gąszcze lasów i pokonując gorąc pustyni, słuchał mądrych głosów swoich przodków, którzy wskazywali mu właściwą drogę. Słuchał ich rad, a kiedy się nimi kierował, nigdy nie doznał goryczy zawodu. Przez najstarszego wodza w plemieniu został okrzyknięty ostatnim szamanem bardzo wcześnie, właściwie jeszcze zanim potrafił podpisać się patykiem na piasku. Starsi czarownicy nie schodzili mu z drogi, ani nie uciekali na drugą stronę, ale pozdrawiali go i rozmawiali z nim, żeby zachować dobre stosunki z duchami, tym samym troszcząc się o dobrobyt swój i swojej rodziny. Natomiast nie mogąc nic dostrzec w kryształowej kuli, poczuł się oszukany. Gdzie podziały się głosy? Dlaczego nie chciały do niego przemawiać w sposób, dzięki używaniu którego mógł dostać stopień? W rezultacie rzucił wróżbiarstwo i na jakiś czas był obrażony na duchy za zrobienie z niego kretyna.
    Poza tym wróżbiarstwem, które znał ze szkoły, znał inne, niekoniecznie związane z przywoływaniem duchów.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Właściwie można powiedzieć, że żadnego wróżbiarstwa nie znał tak dobrze, jak tego, w sąsiedztwie którego się wychował. Plemiona z reguły były przesądne, co tyczyło się tak samo dobrych, przyjemnych przesądów, jak i straszliwych klątw, o których skutkach zabraniano mówić przy dzieciach, dopóki same nie zobaczą, o co właściwie chodzi. Babcia Brandana, która ogólnie była bardzo miłą, pomarszczoną staruszką z wielkimi brązowymi oczami, była królową talizmanów. Wieszała jemu i Glorii tyle naszyjników "na szczęście", że uginały im się szyje pod ich ciężarem. Bała się złego fatum, które mogło czaić się za rogiem; była kimś, kogo nazywa się czarnowidzem, więc przewidywała same złe rzeczy, a dobre traktowała jako dary. Gdyby starowinka kiedykolwiek wróżyła z fusów, na pewno podskakiwałaby z przerażenia, wróżąc ponuraka za ponurakiem, aż w końcu musiałaby się zająć czymś pożyteczniejszym - na przykład sklejaniem potłuczonych filiżanek.
      Jeżeli było coś, w czym Bran był naprawdę dobry (oprócz pochłaniania wielkich ilości jedzenia w krótkim czasie), to było na pewno maskowanie strachu w dowolnym momencie. Po prostu obracał wszystko w żart, dlatego tak trudno było wyciągnąć od niego rzetelną informację - on po prostu nie wytrzymywał bez uśmiechu od ucha do ucha. Był tym typem osoby, która w najgorszej chwili roześmiać się jak wariat, niż pokazać swoją poważną, melancholijną stronę, którą ośmielał się całe życie spychać na margines. Uważał, że jeszcze ma czas by obwiniać się za popełnione czyny i żałować tych nie popełnionych, ale przecież żył teraz i tutaj. Nie było czasu do zmarnowania na jęczenie. Ani też Brandan nie umiał romantyzować, co znowuż wynikało z jego natury. Miłość brzmi tak poważnie, a poważne rzeczy przecież traktował z naprawdę dużym dystansem. Jeżeli kiedykolwiek odważyłby się wyznać Hattie, co do niej czuje już jakiś czas, pewnie oświadczyłby to w taki sposób, że wzięłaby to za kolejny głupi kawał.
      - Myślisz, że da się tu zamówić pizzę? - to pytanie zdążył jeszcze rzucić jej prosto w twarz, zanim nie spadli. Brandana na chwilę zamroczyło, ale poza tym po wylądowaniu stwierdził, że o dziwo wyszedł z upadku bez szwanku. Hattie miała mniej szczęścia, ale w końcu ona miała miękkie lądowanie, skoro wylądowała na jego plecach. Coś zbyt często na niego wpadała. - Patrz, nawet nam nie zostawiono kości do obgryzienia - wskazał na szkielet czegoś, co kiedyś mogło być kurą, ale równie dobrze jakąś częścią człowieka, po czym otrzepał się z wszechobecnego brudu i kości małych zwierząt (bo nie dopuszczał myśli o ludzkich szczątkach pod swoimi butami) i pomógł Hattie wstać.
      Serce w piersi skakało mu nieregularnie jak nigdy wcześniej podczas marszu po jaskini, ale i tak nie zamierzał się cofnąć. Byli blisko celu.
      - Nie bój się - powtarzał, kiedy brnęli przez kości jedyną drogą, która była do wyboru. Miał nadzieję, że jego głos brzmi chociaż trochę pocieszająco, ale sam powoli zaczynał zadawać sobie poważne pytania, kwestionujące sens całej tej wycieczki. Nie wyobrażał sobie teraz powrotu, ale nie było co ukrywać. Zbliżali się do miejsca spoczynku prawdziwego potwora, nie jakiegoś quasi upiorka wyskakującego z dyni w Noc Duchów.
      Im dalej, tym mniej było kości. Długi korytarz doprowadził ich dwójkę do miejsca wielkiego jak szkolny stadion quidditcha. Wokół były tylko wystające ze ścian ostre skały, żadnej potencjalnej drogi ucieczki, ani bladej łuny księżyca wkradającej się do środka i dodającej otuchy. Brandan nie wiedział, czego się spodziewał po miejscu, w którym normalnie spoczywa wampir, ale chyba za bardzo nawykł do szablonu, którym przez lata powoli stawał się mroczny zamek w średniowiecznym stylu. Wokół nie było też żadnej trumny, ani nic w tym rodzaju. Na środku sali był tylko ciemny głaz, a na głazie siedział kruk i wyraźnie właśnie ich dostrzegł.

      Lloyd

      Usuń
  35. [ Hm... Zależy o co ci chodzi z tym pochodzeniem. Bo jeśli o czystość krwi lub jej brak, to nie bardzo wiem, jak Hattie mogłaby wyszperać coś na ten temat, bo oficjalnie zarówno matka, jak i ojciec Chesneya są czarodziejami czystej krwi. Na pewno w drzewie genealogicznym mają mugoli, mugolaków i tak dalej, ale myślę, że Hattie aż taka... ortodoksyjna nie jest. Niech najpierw wytępi mugolaków, a niech później zajmie się tymi, którzy nie są ze starożytnych rodów i/lub nie chcą się krzyżować między sobą.
    Chyba że pójść w tę stronę, że Chesney udaje, że jest z dobrej rodziny, mieszka w niezłej dzielnicy czarodziejskiej, rodzice na fajnych posadkach, a tutaj klops, Hattie przypadkiem napotka Swintona w wakacje i odkryje, że to wcale nie wygląda tak, jak Krukon opowiadał. Jeśli chodzi o taką sytuacją, to można by albo załatwić to w wątku (ale wtedy... byłoby bez powiązania), albo przejść do Hogwartu, pamiętając, że w wakacje wydarzyło się coś, co sprawia, że Hattie ma na Cheta haka. ]

    Chesney Swinton

    OdpowiedzUsuń
  36. [Przepraszam, że tak późno :< Mogło tak w zasadzie być, że Yaxleyowie postanowili pomóc rodzinie Hattie po tym, jak zmarł jej ojciec, taka solidarność Śmierciojadów, chociaż nie mam pojęcia co dalej. Można by z racji tego ich wcisnąć w jakiś wakacyjny epizod, zależy też jakie byłyby między nimi relacje. Obstawiam, że mało pozytywne]

    Isaiah

    OdpowiedzUsuń
  37. Brandan od zawsze rzucał sobie samemu wyzwania i kłody pod nogi, żeby w każdej sytuacji czuć się sprawdzonym. Co prawda żaden był z niego odważny Gryfon, ale określeniem, które do niego pasowało, był chojrak. Nie zawsze liczył siły na zamiary, czasem działał zbyt impulsywnie i nie zawsze uczciwie, ale umiał wymykać się spod ręki sprawiedliwości i dlatego rzadziej od niektórych wychowanków Gryffindoru trafiał na szlaban do Filcha. Nic dziwnego, że obracał się w towarzystwie czarodziejów i czarownic takich jak on sam - odważnie spoglądających w przyszłość, wysoko mierzących, gotowych w każdej chwili stanąć w obliczu wyzwania. Jedną z tych osób, wydawało się, że najważniejszą, była Hattie. Wiele razy słyszał o jej planach wyjazdu do Rumunii; opowieści o tym, jak dziewczyna dostanie pracę w rezerwacie smoków i za tony galeonów będzie je tresować, więc żyć nie umierać. O tych stworzeniach Bran wiedział niewiele (w te wakacje miał je po raz pierwszy zobaczyć z bliska), ale domyślał się, że robota przy nich musi każdego dnia dostarczać mnóstwo wrażeń, nawet jeśli przez resztę czasu walczyłoby się z oparzeniami w magicznym szpitalu. Takie rzeczy imponowały Ślizgonowi. Zresztą nie potrafił wyobrazić sobie Hattie na jakiejś spokojnej, normalnej posadce, na przykład w Ministerstwie Magii. Nawet jeśli czasami wydawało im się, że mają coś ciekawego do powiedzenia w kwestii polityki, szukanie i wprowadzanie rozwiązań woleli zostawić bardziej kompetentnym od siebie. Na przykład temu Baldwinowi ze swojej klasy, który przed wakacjami kłócił się z jakimś piątoklasistą o sens nowej ustawy promugolskiej. Brandan gubił się w tych politologicznych terminach. Sam nie miał do takich rzeczy cierpliwości, chciałby od razu wszystko zburzyć, a w polityce trzeba było działać po cichu, sprytnie i skutecznie. Tutaj znowu ukazywała się jego niepoważna natura. Nawet kiedy przegrywał, musiał to robić głośno, brawurowo i zadbać przy tym o bycie zauważonym. Może łaknął uwagi innych, ale czy było w tym coś niezwykłego? Był młodym człowiekiem, którym chwilami władała żądza wiecznej chwały, poza tym nie pozwalał sobie na negatywne myślenie, więc w jego okresowym przeglądzie krytyki jego dokonań nie było miejsca na analizowanie negatywnych recenzji. Skupiał się na sobie tak bardzo, że czasem zapominał o bożym świecie, ale przy tym chciał być doceniany i podziwiany. Czy to miało jakiś sens?
    Cieszył się, że w minionym roku szkolnym wziął udział w kursie teleportacji i udało mu się go przejść. Właściwie chyba tylko to tak naprawdę go uspokajało, że mają jakieś szanse z tym, co czekało na nich na końcu jaskini. Poza tym Brandan oczywiście czuł się w miarę pewny siebie, jeśli chodziło o znajomość zaklęć. Na obronie przed czarną magią spał, kiedy przerabiali zwodniki, tak samo nudził się, kiedy nauczyciel przez trzy godziny opowiadał im o wampirach. A może powinien był słuchać uważnie (właściwie na pewno powinien, już nie tylko ze względu na szacunek do profesora), wtedy strach nie uderzałby mu tak do głowy, kiedy stanął w końcu oko w oko z tymi stworzeniami. A tak pamiętał tylko, że wampiry potrafią przybierać formy zwierząt.
    W jednej chwili wycelował swoją różdżką w przeciwników, mierząc po kolei w każdego z nich. Sam oddychał głęboko i starał się przemieszczać tak, żeby zakrywać Hattie plecami. Wciąż nawet nie myślał oddawać jej własności, tym razem nie dlatego, że taki miał kaprys, ale strach sparaliżował w jego głowie logiczne myślenie. Teraz myślał tylko o tym, żeby jak najostrożniej cofnąć się do ściany, żeby zwiększyć dystans pomiędzy nimi, a postaciami w czerni. Wielkie kruczysko wciąż przyglądało im się rozumnie.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Kiedy Brandan zauważył, jak jeden z wampirów obnaża kły, dopiero wtedy zdał sobie w pełni sprawę z powagi sytuacji. Byli w środku lasu, w Rumunii, całkiem odcięci od świata zewnętrznego i bez możliwości sprowadzenia jakiejkolwiek pomocy. Nawet, gdyby ktoś przypadkiem wszedłby do jaskini, podążając ich tropem, wiedział co się święci i chciał pomóc młodym czarodziejom, nie wiedziałby, jak dostać się do ukrytego w skale tunelu, a ciała ich dwójki pozbawione ostatnich kropli krwi, miały zostać w tym miejscu na wieki.
      Bran nie mógł pozwolić na taki koniec.
      – Najwyższy czas przerzucić się na weganizm, wy przerośnięte nietoperze – sarknął w odpowiedzi, zbierając w sobie resztki odwagi. Co ciekawe, żaden z wampirów nie wydawał się być tymi słowami obrażony. Wydawało się, że próbują ich nastraszyć, ale przecież nie musieli. Ślizgon był już tak przerażony i skołowany, że przestał panować nad tym, jakie słowa spływają z jego ust, ale pierwsze rzucone przez niego zaklęcie spotkało się ze skuteczną obroną, natomiast nie z kontratakiem. Brandan był coraz bardziej zdezorientowany. Nie rzucają się na nich, ale też nie walczą? – Na co czekacie? Tchórze!
      W tej samej chwili pożałował swoich słów. Ptak, który do tej pory siedział spokojnie na kamieniu, sfrunął z niego, zatrzepotał kilkakrotnie wielkimi skrzydłami i zmienił się w coś, co nie przypominało człowieka w zupełności, ale nie przypominało już żadnego zwierzęcia znanego Brandanowi. To coś, co pojawiło się zamiast kruka, okryte było czarnym materiałem w stylu peleryny, ale jego pozbawiona włosów głowa o nieregularnych rysach i ostro zakończone uszy przypominające te nietoperza, przemawiały wystarczająco do wyobraźni. Kiedy się odwrócił, nie przypominał tamtych wampirów. Miał twarz bez wyrazu i znacznie dłuższe kły, które widać było, zanim zaczął mówić.
      – Głupcem jest ten, kto obraża gospodarza w jego własnym domu – wycharczał. – Możesz powtórzyć, co powiedziałeś, chłopcze?
      Kiedy jakiś czas później Brandan rozmyślał o tym, nie chciał się przyznać do tej chwili słabości przed samym sobą. Jednak było faktem, że najzwyczajniej w świecie zemdlał, odpłynął, nie wytrzymał presji. Wyłożył się jak długi pod nogami Hattie, a jej różdżka wypadła mu z nogawki i potoczyła się po ziemi.

      [Gdyby zrobić z tego film i wrzucić do kin, w tym momencie na sali rozległoby się klaskanie feministek :D]

      Lloyd

      Usuń
  38. [Jasne c: Hattie mogła być zawsze ulubienicą rodziców Isa, a ten jako, że nie akceptuje idei pomagania Śmierciożercom, nie pałał do niej sympatią, z wzajemnością. Ci zaprosiliby ją na kilkudniowy wyjazd (miejsce możesz wybrać), tylko tam przydałoby się coś wymyślić. Może jakiś przełom, poprzez który ich relacje uległyby zmianie, chociaż nie dysponuje pomysłem na takowy]

    isaiah

    OdpowiedzUsuń
  39. [Skoro poranne wstawanie to nie jest dobra opcja, to może mega głośny i mega skuteczny budzik? :D]

    Archie

    OdpowiedzUsuń
  40. [Archie może być wyzyskiwany, i z pieniędzy, i z wolnego czasu. Prace domowe to on najchętniej by za wszystkich odrobił. Chyba że chodzi o Obronę Przed Czarną Magią. Ale mogłaby być śmieszna afera, jakby miał zrobić dla niej prackę domową na ten przedmiot, a ona okazałaby się zła i nieźle by mu się oberwało. Albo by nie zdążył, albo jacyś inni Ślizgoni zabraliby mu ją jakby szedł do Hattie ją oddać.
    Wolę zacząć, niż wymyślać. Jestem w tym słaba.]

    Archie

    OdpowiedzUsuń
  41. [ Nie wiem, czy dokuczanie to odpowiednie słowo, ale... Chesney chce robić w czarodziejskim prawie, mógł się wyjątkowo interesować sprawą dotyczącą rodziny Hattie, zbierać stare wycinki gazet i tak dalej, a nawet zagadać (z niezwykłym wyczuciem sytuacji i popisując się wręcz niewyobrażalnym taktem, nieprawdaż) o to Cathcart. I już samo dociekanie, drążenie sprawy Ślizgonka mogłaby źle odebrać i zacząć nie cierpieć Chesneya. A jak sobie wyobrażasz to śledzenie? Myślałam o czymś takim, że Hattie weszłaby do jakiegoś ponurego sklepu, w którym w wakacje Chesney by pracował, a paskudnym zbiegiem okoliczności za dziewczyną do środka wślizgnąłby się jakiś pijaczek, który zacząłby się awanturować. A z jego słów dziewczyna mogłaby wywnioskować, że ten nieprzyjemny typ jest ojcem lub przynajmniej opiekunem prawnym Chesneya... ]

    Chesney Swinton

    OdpowiedzUsuń
  42. [W swojego zawodnika...]

    OdpowiedzUsuń
  43. Ten komentarz został usunięty przez autora.

    OdpowiedzUsuń
  44. [Daję spokój z laniem wody na jakiś czas, bo głowa boli]

    Przez tą krótką chwilę, kiedy leżał zemdlony na ziemi w jaskini, nie widział najważniejszych momentów życia, które mogły w takiej sytuacji przelatywać mu przed oczami. Właściwie, o niczym nie myślał i Hattie mogła później być na niego zła, że nie zachował się jak prawdziwy mężczyzna, albo przynajmniej jak bohater horroru, który przeżywa chociażby do końcowych scen walki z potworem. Jednak w momencie, kiedy stracił przytomność, było mu wszystko jedno, co sobie pomyśli dziewczyna. Człowiek z nerwów mógł robić dziwne lub głupie rzeczy, o które nigdy w życiu by się nie posądzał, a że droga ucieczki definitywnie była nie do przebycia, jeśli miały ich ścigać wampiry zmieniające się w ptaszyska poruszające się z prędkością na pewno szybszą od ludzkiego biegu, to było dla niego za dużo. W takim momencie każdy bohater strasznego filmu miał prawo stracić kontrolę nad swoimi reakcjami, bez względu już na to, jakiego był koloru skóry. Bran na pewno byłby w stanie pomóc Hattie i na pewno znał kilka zaklęć, które pomogłyby im nawet szybciej uciec przed wampirami, ale chwilowo był nieosiągalny; wielki nieobecny, orbitował gdzieś na poziomie astralnym, bez kontaktu z rzeczywistością. Gdyby zobaczył, jak wampiry rzucają się na nich, pewnie i tak znowu by zemdlał. Był odważny, ale tym razem musiał zdać sobie sprawę, że definitywnie przegiął. Najadł się do syta, ale najadł się cykorii.
    Gdyby nie to, że ziemia zadrżała w fasadach, pewnie dalej leżałby zemdlony i czekał na ratunek ze strony Hattie. Tymczasem ocknął się, całkiem w czas, żeby zobaczyć, jak tony kamieni zwalają się z sufitu, przygważdżając niektóre wampiry do ziemi i uniemożliwiając im pościg. W następnej chwili Brandan poczuł ścisk w żołądku, który tym razem nie był zapowiedzią głodowego burczenia, ale teleportacją łączną, którą przeprowadziła dziewczyna. Wylądowali na mokrej od rosy trawie, tuż przy wyjściu z jaskini. Nie pamiętał, kiedy Hattie dostała licencję na teleportację, ale nie zastanawiał się nad tym - w końcu przed chwilą chyba uratowała im obojgu życie. Chyba, bo dopóki Bran dokładnie się nie obejrzał ze wszystkich stron, nie mógł być pewien, że przetransportowała go w jednym kawałku. Mógł jej przyznać, że nie była gorszą czarownicą od niego, poza tym zachowała zimną krew, kiedy on na myśl o utracie swojej odleciał do krainy największych tchórzów, jakich wychował Slytherin. Ale na słowa podzięki nie było czasu. Słońce jeszcze nie zdążyło się pojawić na horyzoncie, więc noc się nie skończyła.
    Usłyszał trzepot skrzydeł za nimi i najpierw chciał wziąć nogi za pas, a później zorientował się, że nie ma przy sobie różdżki.
    – Hattie, moja różdżka... – gdyby mógł, zrobiłby się ze strachu zielony na twarzy i najchętniej uciekłby w siną dal nie patrząc do tyłu na lecącego za nimi kruka, ale stanął teraz w obliczu tego, na co czekał całą drogę do Rumunii i chociaż miał chwilę słabości tam w jaskini, teraz odwaga do niego powróciła ze zdwojoną siłą. Nagle w głowie miał wszystkie zaklęcia, którymi chciał obrzucić ścigającego ich wampira, tylko musiał mieć czym to zrobić. – Dawaj tą cholerną różdżkę, załatwię go! – zapewniał Hattie, kiedy ciężko dysząc biegł u jej boku między drzewami. Nagle potknął się i przewrócił, a kiedy upadał, odruchowo złapał Hattie za rękę. Rzeczą, o którą zawadził, była zgnieciona puszka po konserwie podróżniczej, która nagle jakby wessała ich do środka. Przez chwilę dookoła widzieli tylko wirujące odcienie zieleni, a kiedy wirowanie się skończyło i znowuż dotknęli stopami ziemi, byli w zupełnie innym miejscu gór, z którego widać było z daleka drewniany dom z zapalonymi światłami. To musiało być schronisko. A więc, przenieśli się? Hattie po raz drugi użyła teleportacji łącznej? Czy puszka była...Świstoklikiem?

    Lloyd

    OdpowiedzUsuń
  45. [Taki przełom też pasuje, chociaż myślałam - tu wykorzystując Egipt - o jakimś zamknięciu w nieodwiedzanej piramidzie ect, chociaż to pewnie mało wykonalne :D Można zacząć od momentu, w którym Hattie na parę godzin przed wyjazdem - stawiam na świstoklik - przybywa do domu Yaxleyów, Is obrażony na cały świat za to, że znienawidzona koleżanka psuje mu wakacje, rozpocznie pierwszą z wielu kłótni, które zakończą się przełomem]

    Isaiah

    OdpowiedzUsuń
  46. [Takie zagapienie się i odłączenie od przewodnika też do nich pasuje, przynajmniej będą mieli czas na pogadanie, zanim po nich nie przyjdą :> I wiem, że to podlega pod wykorzystywanie, ale mogę Cię ładnie prosić o zaczęcie? Oczywiście bez pośpiechu. Ja próbuję wyjść z zaległości, a z odpisem pewnie pójdzie mi szybciej niż z zaczynaniem]

    OdpowiedzUsuń
  47. [Zacznę w takim razie, postaram się jutro to zrobić :)]

    OdpowiedzUsuń
  48. O Yaxleyu można było powiedzieć wiele, chociaż ostatnimi czasy coraz częściej zaczęto definiować go określeniem dziwak, bynajmniej nie z powodu jego zachowania, które mimo wszystko wciąż wpisywało się w normę. Narzekanie na zbliżające się dwu miesięczne wakacje i opowiadanie wszem i wobec o tym, jak bardzo pragnąłby zostać w Zamku, wywoływało ogólne zdziwienie wśród większości uczniów Hogwartu, mających okazję usłyszeć na własne uszy wysypujące się z ust Krukona żale, chociaż sam Is nie dostrzegał w swoich słowach niczego dziwnego. Ewentualnie mógłby zaakceptować ten stan rzeczy, zamknąć się we własnych czterech ścianach i ograniczyć do minimum kontakty z pozostałymi, diametralnie różniącymi się od niego Yaxleyami, jednak wbrew woli postawiony został przed faktem dokonanym, nie dostając choćby cienia szansy na wdrożenie w życie misternej linii obrony. Wyrazy takie jak wyjazd, odpoczynek, miło spędzony czas oraz Hattie, nie miały prawa się ze sobą połączyć, co dla Krukona oznaczało tylko jedno: tygodniową katorgę, w całości poświęconą na rzucanie mięsem w kierunku znienawidzonej dziewczyny, którą jego rodzice traktowali niczym rodzoną córkę. Krukon w zasadzie był w stanie to zrozumieć, chociaż oczywiście nie akceptował tego w żadnym calu; samo przynależenie dziewczyny do Domu wielkiego Salazara Slytherina w oczach Yaxleyów wynosiło ją niemalże na najwyższe miejsce na piedestale, a specyficzny charakter oraz sposób bycia dodatkowo działały na jej korzyść. Chłopak nie miał zielonego pojęcia, czy jego zaślepiona ulubienicą rodzinka nie zauważała tego, jak on sam na jej widok cudem zduszał w sobie chęć mordu, czy może najzwyczajniej w świecie bawiło ich robienie mu na złość; faktem było, że wspólne wakacje zbliżały się wielkimi krokami, a prośby i groźby nie miały możliwości przyniesienia oczekiwanego efektu. Chcąc nie chcąc, spakował do małego plecaka praktycznie połowę swojego pokoju, machając różdżką na prawo i lewo, aby przy udziale zaklęcia zmniejszająco zwiększającego zabrać to, co według niego miało okazać się niezbędne podczas podróży jego życia. Szczerze żałował, że nie posiadał mugolskiego specyfiku nazywanego stoperami do uszu, co jak sądził zaoszczędziłoby go w momencie najostrzejszej wymiany zdań, w trakcie serwowanego przez Ślizgonkę monologu na temat jego skromnej osoby, czy w innych, równie działających na nerwy okolicznościach, na które ku swojej rozpaczy nie miał wpływu. Pozostało mu jedynie przeklinanie w myślach i odliczanie miesięcy dzielących go do osiągnięcia pełnoletności; Isaiah był święcie przekonany, że dopiero wtedy trwale uwolniłby się z zarzuconych przez rodziców sideł, nareszcie mogąc robić to, co naprawdę wywoływało na jego twarzy uśmiech. Nie grymas wściekłości i rezygnacji, tak jak to było w przypadku choćby i zwykłego napomknięcia o Egipcie, Cathcartah i zapewnieniach, że wcale nie będzie aż tak źle.
    Będzie jeszcze gorzej — pomyślał, zarzucając plecak na ramiona i z miną godną szykującego się na ścięcie skazańca kierując się w stronę salonu, gdzie zgodnie z ustaleniami już niebawem miała pojawił się Hattie. Automatycznie opadł na kanapę, beznamiętnie wpatrując się w rozprzestrzeniający się za oknem widok, byle tylko nie skrzyżować wzroku ze wzrokiem któregokolwiek z obecnej w pomieszczeniu familii. Domyślał się, że jego mina nie kojarzyła się z niczym pozytywnym, zapewne przypominając naburmuszony wyraz twarzy wyjątkowo niezadowolonego dziecka, aczkolwiek Is egzystował w głębokim przekonaniu, że ma prawo odrobinę pomarudzić. Zwłaszcza na minuty przed przybyciem wyczekiwanego z utęsknieniem gościa. — Dalej nie wiem po jakiego Merlina ją zaprosiliście — burknął w tej samej chwili, w której salon wypełnił się donośnym, ogłuszającym trzaskiem, mogącym oznaczać tylko jedno: świstoklik, transportujący wraz ze sobą źródło jego długoletniej udręki.

    Isaiah, który nie potrafi zaczynać i kaja się za to coś u góry

    OdpowiedzUsuń
  49. Poczuł się głęboko urażony faktem, że uznała go za idiotę, jednak był na tyle rozsądny, by ukryć swoje zniesmaczenie. Nie mógł nic poradzić na to, że o ile Hattie mogła po Nokturnie włóczyć się od najmłodszych lat, to on naprawdę odkrywał go dopiero od dwóch czy trzech tygodni. Wcześniej ślepo wierzył zapewnieniom swojej rąbniętej matki, która powiedziała mu raz, że jak tam wejdzie, to już nie wróci, a na pewno nie w jednym kawałku, więc krążąc po mrocznych uliczkach Russ czuł się jeszcze trochę jak mugolskie dziecko, które pierwszy raz w życiu wybrało się na wycieczkę do Disneylandu.

    Do tej pory chadzał głównie do Białej Wiwerny, czasem, kiedy przypominało mu się, że przecież miał pogłębiać swoje zainteresowanie czarną magią, zaglądnął do któregoś z tych podejrzanych sklepów, których w tej okolicy nie brakowało. I to by było na tyle. Nic nie mógł poradzić na to, że wplątywanie się w świat, który do tej pory znał tylko z przypadkiem zasłyszanych urywków zdań, trochę go jeszcze przerażało, a przy okazji nie mógł dać tego po sobie poznać. Zgrywanie idioty pozwalało mu więc uniknąć posądzenia o to, że mógłby tchórzyć. Dużo łatwiej mógł się pogodzić z wychodzeniem na głupka.

    — Walki ropuch? — powtórzył, trzymając się blisko Hattie. Jednocześnie rozglądał się z ogromnym zaciekawieniem po miejscu, w którym się znaleźli i starał się na nikogo ani na nic zbytnio nie gapić, żeby przypadkiem ktoś się tym nie zainteresował. Samo to określenie, walki ropuch, nie mieściło mu się w głowie, kiedy wyobraził sobie normalnych rozmiarów płazy, zmuszane do walki ze sobą ku uciesze ludu. — Nie, nie mieści. Po co? — zapytał, zanim zdążył ugryźć się w język. Cholera, a miał przecież nie zadawać głupich pytań, jeśli chciał choćby sprawiać wrażenie, że wszystko to, co Hattie mu pokazywała, nie było dla niego kompletną nowością.

    Czasem miał wrażenie, że bycie buntownikiem z wyboru zaczął od złej strony.

    [Dobry Niemiec na mordzie nie jest zły. BTW, wybacz, wyglądało mi to na dłuższe.]

    Russ

    OdpowiedzUsuń
  50. [Okej, to ustalone - eliksiry. A bardziej by jej raczej pomagał ze strachu, bo to taki strachliwy chłopaczyna jest, ale zobaczymy, jak się to potoczy. To ja zaczynam, mam nadzieję, że Ci to nie przeszkadza. Najwyżej jakby coś było nie tak, to krzycz!]

    Archie nie ma w życiu łatwo. Musiał wiecznie wykazywać się w domu, otoczony jedynie siostrami i ich nienormalnymi przyjaciółkami, nadmienić trzeba - starszymi, więc przyzwyczajony jest do wykorzystywania. Odmiawiać nikt go nie nauczył, w końcu dżentelmen, jak można odmówić kobiecie, jak ta potrzebuje pomocy? No właśnie. Biedny Puchon nie miał tak tylko w rodzinie. Jego "przyjaciele" z domu, ale i nie tylko, od razu wyhaczyli sobie pomocnika od prac domowych i innych rzeczy, a jeśli chodziło o eliksiry albo zielarstwo? To już w ogóle można go było tak wykorzystywać, że normalny człowiek to już dawno by zwariował. Problem był jednak w tym, że te dwa przedmioty akurat sprawiały mu przejmność, więc w sumie nie zwracał uwagi na to, czy robił to dla siebie, czy dla kogoś innego. Jemu niemal nic nie przeszkadzało, a jeśli tak było... cóż, nikomu o tym nie mówił i nawet nie dawał po sobie poznać, że coś mogłoby go irytować, a co dopiero wkurzać. Taki już był los tego biednego Buchanana.

    Tym razem siedział w Pokoju Wspólnym Puchonów i studiował jakąś niezwykle starą i niezwykle grubą książkę, którą pożyczył z biblioteki. Dotyczyła ona pewnego zagadnienia, które jest poruszane w ostatniej klasie Hogwartu, czego normalny uczeń dowiedziałby się za dwa lata. Obca osoba pomyślałaby Jaki ten chłopaczek jest ambitny, ledwo co skończył piątą klasę, a już o siódmej myśli. Jednakże ci, co go znali doskonale zdawali sobie sprawę, że pewnie odrabia zadanie dla kogoś ze Slytherinu, choć nigdy w sumie nie mieli pewności. Tylko nieliczni widzieli go z poniektórymi uczniami Domu Węża, jak przekazywał im rolki pergaminu zapisane bardzo ładnym i starannym pismem, z opuszczoną głową, strachem w oczach, a później odchodzącego szybko, jakby nigdy nic takiego się nie wydarzyło.

    Puchon zapisywał już ostani akapit eseju dla Hattie, Ślizgonki, co do której nie potrafił się jakoś specjalnie odnieść. Przygotowywał dla niej już kilka prac, zwykle właśnie na Eliksiry. Raczej nie pałał do niej nienawiścią, zresztą, on wszystkich traktował bardzo miło i wszystkich lubił. Ale jak można mówić o sympatii do kogoś, kto cię nieustannie wykorzystuje? No właśnie. Zawsze jednak wykonywał te prace domowe staranie i estetycznie, nie chciał oberwać za Okropny na wypracowaniu, które dla kogoś przygotował. Nigdy nie wiadomo, co mogłoby go czekać. Niestety ostatnimi czasy Archie chodził nieco rozkojarzony i nie zorientował się w porę, że pisze esej na zły temat, o czym nikt nie wiedział, albo jak wiedział, to nie uświadomił tego biedaka. Zadowolony z siebie postanowił ostatnią kropkę i zwinął dwie rolki pergaminu (nauczyciele dalej byli tacy wymagający) i postanowił od razu zanieść owoc swojej pracy do Hattie, która już pewnie niecierpliwiła się, bo esej miał zostać oddany przez nią jutro.

    Zebrał swoje rzeczy i ruszył do Wielkiej Sali, gdzie zbliżała się już pora obiadowa, więc zapewne tam odnajdzie mieszkankę Domu Węża. Spokojnie, nie spiesząc sie wyszedł z Pokoju Puchonów i ruszył przed siebie, ostrożnie stawiając kroki po świeżo wypolerowanej podłodze. Nigdy nic nie wiadomo, co może się stać, jak się nie uważa, Archie doskonale zadawał sobie z tego sprawę, jako ostatnia niedorajda miał wiele wpadek, z których czasem wychodził tylko obtłuczony, a czasami nawet trafiał do Skrzydła Szpitalnego z jakimś złamaniem, czy wstrząśnieniem mózgu. Przekroczył próg Wielkiej Sali bez większych senstacji i ruszył niepewnie w kierunku stołu Ślizgonów, gdzie wypatrzył Hattie.

    Archie

    OdpowiedzUsuń
  51. [ Może być i Pokątna, nie ma sprawy, chociaż może lepiej, żeby ten sklep nie leżał w najbardziej reprezentatywnej części tej ulicy. Może w pobliżu zejścia na Nokturn? Ogólnie myślałam, żeby to był sklep z ingredientami, ale nie takimi, które potrzebne są do Hogwartu. Chesney w końcu niekoniecznie chce, aby inni uczniowie łatwo odkryli, czym zajmuje się w wakacje. Więc ingredienty, ale mniej dostępne, potrzebne czarodziejom zaawansowanym w sztuce warzenia eliksirów i tak się zastanawiam... tak jak my nie możemy ot, tak pójść do sklepu z bronią i kupić pistolet, tylko potrzeba licencji, tak może czarodzieje też by potrzebowali pozwolenie na zakupienie niektórych przedmiotów w tym sklepie.
    Ogólnie więc – sklep nieduży i chociaż cieszący się renomą, to też nie jakoś powszechnie znany, bo to, co oferuje, nie jest atrakcyjne dla przeciętnego czarodzieja, a i ceny wysokie. Chesney oczywiście nie pracuje tam sam, jest pomocnikiem, trochę takim przynieś-podaj-pozamiataj. ]

    Chesney Swinton

    OdpowiedzUsuń
  52. [Może masz rację tylko boję się, że aktualnie mam za mało czasu na kolejny wątek.]

    A. K. Greengrass

    OdpowiedzUsuń
  53. [To może jakieś powiązania? Nie mówię, żeby się przyjaźnili, ale chociaż w miarę kumplowali. Powiedzmy, że Hattie szmuglowałaby dla Johna papierosy, a on w zamian opowiadałby jej o swoich przeczuciach względem innych, potwierdzając plotki chodzące po zamku i mówiąc jej o nowych romansach, zdradach i innych pikanteriach.]

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. [Super czadersko! Chcesz zacząć?]

      Usuń
    2. Wybijał palcami rytm piosenki, której tekst zna każdy, ale tytułu nie pamięta nikt. Od pięciu minut czekał na Hattie w jednej z nieużywanych sal w lochach i już miał ciarki na całym ciele. Klimat jednak potrafi zrobić swoje. Zaczął powoli obracać różdżkę w palcach, uważając, by nie zaczęły strzelać z niej iskry. Trochę się niecierpliwił, bo głód nikotynowy męczył go już od tygodnia. Jakieś problemy z dostawcą, przynajmniej tak twierdziła Ślizgonka. W końcu usłyszał zbliżające się kroki. Skrył się w cieniu przed światłem księżyca, na wypadek gdyby to ktoś inny postanowił zapuścić się w te rejony późną nocą. Mało prawdopodobne, jednak możliwe.
      Drzwi otworzyły się gwałtownie i jego oczom ukazała się rozczochrana Hattie Cathcart.
      -Witaj, słoneczko, skowronku Ty mój – powiedział, wychodząc z cienia i szczerząc się do niej. O Hattie mógł powiedzieć wszystko, ale na pewno nie to, że była promienna czy radosna. O nie, ta dziewczyna to kłopoty na dwóch seksownych nogach. – Miło Cię widzieć. Jak zwykle tylko interesy, czy może pozwolisz zerwać mi dzisiaj swój wianek?
      Wiedział, że za żart o wspólnym seksie mógł stracić życie, ale w końcu kto nie ryzykuje ten nie pije szampana, prawda?


      [I jak?]

      Usuń
  54. [ZGŁASZAM SIĘ. I proszę o szczegóły.]

    Emlyn

    OdpowiedzUsuń
  55. [TBH to nie planowałam w ten sposób wykorzystywać jego skłonności do zaprzeczania rzeczywistości w ten sposób, ale w sumie czemu nie, może być ciekawie, a przecież o to w tym wszystkim chodzi. ;D

    Czynisz honory?]

    Emlyn

    OdpowiedzUsuń
  56. [Odważna propozycja, złotko. A co powiesz na to, aby w dziwnych okolicznościach została przywiązana do drzewa w Zakazanym Lesie? ;)]

    Arsellus Langhorne

    OdpowiedzUsuń
  57. Wnętrze, które ujrzeli zaraz po wyjściu z kominka, na pierwszy rzut oka przypominało Dziurawy Kocioł, chociaż paradoksalnie Isaiah nigdy nie spał w tamtym miejscu i posiadał nikłą wiedzę o specyfice obleganego przez czarodziei baru. Jedynie od czasu do czasu wstępował do środka i za pośrednictwem knajpki kierował się prosto na ulice Pokątną, z reguły robiąc to wyłącznie w sierpniu, porze wzmożonego zakupowego musu. Ciekawiło go jak prezentować się będą zarezerwowane przeszło dwa tygodnie temu sypialnie, z których jedna w całości miała trafić się jemu; warunkiem, pod którym zgodził się na całą tę wycieczkę, był osobny pokój ulokowany z dala od pomieszczenia, w którym nocować będzie Hattie. Stosunkowo sporą ilość czasu zajęło mu przekonywanie do tego wyjątkowo upartych w tej kwestii rodziców, których największym pragnieniem najwyraźniej było - ku zgrozie Isaiaha - połączenie rodu Yaxley z równie osławioną rodziną Cathcartów. Hattie być może i była w ich mniemaniu wymarzoną synową, co demonstrowali niemal na każdym możliwym kroku, jednakże Is ostudzał ich zapał równie często. Chcąc nie chcąc, musieli pogodzić się z isową niechęcią do ich ulubienicy, pozwalając mu na zachowanie względnej swobody. Pomimo pozornej wygranej Krukonowi nie dane było długo cieszyć się ze zwycięstwa; poprawił opadający z jednego ramienia plecak i cudem przecisnął się przez utworzony z co najmniej kilkunastu osobników żywy mur, kiedy poczuł na swoim ramieniu czyjąś dłoń, zmuszającą go do zatrzymania się tuż obok schodów prowadzących do pokoi. Oparł się o balustradę i zlustrował ojca ponaglającym spojrzeniem, za które w innych okolicznościach zapewne zostałby ukarany długą i nudną pogadanką o braku szacunku do starszych. Tym razem pan Yaxley jedynie westchnął pod nosem w geście lekkiego zirytowania, woląc nie wdawać się w niepotrzebne kłótnie ze swoim najmłodszym potomkiem, który aktualnie był mu potrzebny jak jeszcze nigdy wcześniej. Przecież głowa rodziny nie mogła pozwolić sobie na to, by panna Cathcart powróciła z wakacji z niemiłymi wspomnieniami, szkodząc nieskalanemu jak dotąd wizerunkowi jego familii.
    — Bądź miły dla Hattie, a przynajmniej się staraj — Is wątpił w to, ażeby w słowach ojca kryła się prośba, nie mniej miał naiwną nadzieję, że posłuszeństwem - nawet okupionym tygodniem męczarni - uda mu się coś ugrać. W końcu sierpień zbliżał się wielkimi krokami i najwyższa pora powoli ustalać szczegóły dotyczące prawdziwie wyczekiwanego wyjazdu wraz z jednym, bardzo szczególnym Gryfonem. A zdawał sobie sprawę, iż wyjazd nie odbędzie się bez drobnego wsparcia finansowego ze strony ojca. — A teraz idź i pokaż jej pokój, twój będzie tuż za ścianą — jakby w obawie przed wybuchem wcisnął mu w dłoń dwa kluczyki, odwracając się na pięcie i rzucając pożegnalne: za kwadrans przed głównym wejściem, po czym odszedł tak prędko jak tylko się dało.
    Isaiah domyślał się, że wyraz jego twarzy przywołuje w pamięci obraz typowej, obrażonej na cały świat księżniczki, jednak czuł, że ma do tego pełne prawo. Z naburmuszoną miną powlekł się do schowanej w tłumie Ślizgonki, którą widział doskonale nawet mimo zgromadzonych po jej obu stronach gości knajpy - bądź też czarodziejskiej imitacji hotelu. Już od swoich pierwszych lat nauki w Hogwarcie zdobył umiejętność łatwego wychwytywania jej z chmary pozostałych uczniów, dzięki czemu za w czasu mógł obrać zupełnie inny kierunek i uciec, tym samym unikając prawdopodobnie wchodzącej w grę kompromitacji, której nie zawsze był w stanie zapobiec. Zwłaszcza w towarzystwie Hattie.
    — Twój klucz — mruknął do jej pleców, w celu zwrócenia na siebie uwagi ciągnąc za pasek torby. Nie miał zielonego pojęcia jak uda mu się zasnąć ze świadomością, że ten ślizgoński potwór oddzielony jest jedynie cienką ścianą i równie łatwymi do obalenia drzwiami. Uczepił się jednak dość naiwnej nadziei, iż może jakimś cudem dziewczyna zgubi się i trwale zniknie mu z oczu, lecz w celu uniknięcia rozczarowania postanowił zejść na ziemie i pozostać realistą. Rozzłoszczonym i podirytowanym realistą.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. — Chodź, mamy tylko odłożyć rzeczy i wyjść na zewnątrz — burknął tym samym zobojętniałym tonem głosu, zapominając o tym, iż miał panować nad swoją szorstkością. — Obiad i piramidy — dodał pod nosem w ramach wyjaśnienia, nie patrząc przy tym na nią nawet kątem oka. Pokonując po parę schodów na raz szybko znalazł się na górze, po czym przekręcił kluczyk od drzwi swojego pokoju i bez namysłu rzucił plecakiem o mizernie wyglądające łóżko. Wizja wyjścia na kilkudziesięciu stopniowy egipski skwar nie podobała mu się ani trochę, zwłaszcza, gdy obok siebie miał żywy czynnik wywołujący wciąż rosnącą frustrację.
      — Hattie?! — zatrzasnął drzwi i przechylił głowę przez próg jej sypialni, korzystając z tego, iż były one uchylone. Nie przywykł zwracać się do niej po imieniu, najczęściej jako zamiennika używając będących pod ręką epitetów, dlatego też zdziwił się, kiedy to wypowiedziane przez niego słowo zabrzmiało niemalże naturalnie, odwrotnie niż się tego spodziewał.
      — Nie będą kazać na siebie długo czekać — oznajmił zgodnie z realiami, jakie od dawna panowały u Yaxleyów, nie znających pojęcia cierpliwość. — I skoro jesteś tutaj z moją rodziną — zaczął, celowo akcentując to jedno, konkretne słowo — to mogłabyś odpuścić, ewentualnie udawać, że się nie znamy — zakończył, chociaż nie łudził się by osoba, która od dzieciństwa czerpała przyjemność z uprzykrzania mu życia, zrezygnowała z tego po poddaniu się bez walki.

      isaiah

      Usuń
  58. [Chcesz wątek, złodziejaszku?;> Najpierw oddaj naczelnego! ]
    Hans, wcale nie Gregorius

    OdpowiedzUsuń
  59. [Dopsze, dziel się tym pomysłem.]
    H.

    OdpowiedzUsuń
  60. [Pomysły mi się bardzo podobają. Szczególnie ten, że Hans mógłby pomóc Gregoriusowi odzyskać stanowisko. Drugi też jest niczego sobie, potrzebuję chwili by to jeszcze jakoś rozwinąć i może od razu bym zaczęła, a wszystko wyjaśniło by się w samym już wątku?]
    Hans Delaney, ten który wcale nie knuje jak zabić i zakopać Baldwina w Zakazanym Lesie.

    OdpowiedzUsuń
  61. [Więc delikatnie sugerujesz, że powinnam ruszyć tyłek? Spoko, zrobi się. ;D]

    Emlyn

    OdpowiedzUsuń
  62. Pierwszą rozmowę, którą odbył z Hattie, zaczął w sposób, który przez większość osób zostałby uznany za niefortunny i bardzo nietaktowny, ale Chesney nie widział nic niewłaściwego w pytaniu, czy Ślizgonka jest córką TEGO Cathcarta. Chyba nie zrobił dzięki temu dobrego pierwszego wrażenia, a niechęć, którą zapewne w Hattie wywołał, pogłębiał tylko poprzez pytanie o szczegóły sprawy jej ojca. Potem co prawda przestał już zaczepiać nieprzychylną mu uczennicę Hogwartu, ale usunięcie się w cień nie sprawiło, że dziewczyna zapomniała o niegdysiejszym zachowaniu Swintona.

    Chociaż sprawę Cathcarta wciąż uważał za interesującą, nie miał już na jej punkcie obsesji, więc kiedy zaczęło mu się wydawać, że w wakacje czasem na skraju pola widzenia miga Hattie, nie mógł zrzucić tego na karb przewrażliwienia, przeczulenia. Starał się nie zwracać na to uwagi i wmawiać sobie, że tylko mu się wydawało, ale przecież to nie zdarzyło się raz. Kilka razy, kiedy szedł do pracy, miał wrażenie, że ktoś za nim podąża.

    Pracował w sklepie zielarsko-alchemicznym, a posadę dostał tylko dzięki znajomości. Magazyn był niewielki, ale obficie wyposażony, a w swojej ofercie miał przedmioty, do których dostęp nie był nieograniczony, a żeby zakupić niektóre z nich czarodzieje – oprócz pokaźnej sumy galeonów – musieli posiadać również zezwolenie od Ministerstwa Magii. Część sprzedawanych ziół była niebezpieczna, więc nie zatrudniano tam byle kogo. Jednak wakacje były czasem urlopów, więc poszukiwano kogoś na ten okres i takiemu pracownikowi właściciel nie stawiał równie ciężkich warunków, jak komuś zatrudnionemu na pełen etat. Kiedyś w tym sklepie pracował starszy brat Chesneya, Miles, którego szef wspominał bardzo dobrze, więc krewniakowi dawnego ulubieńca dał kredyt zaufania. Swintonowi to wszystko pasowało – praca co prawda była dość ciężka, bo oprócz zajmowania się klientami musiał dbać o porządek, rozładowywanie przesyłek i o to, by zioła były w dobrym stanie, ale płacono dobrze, sklep był usytuowany w niepopularnej części Pokątnej, a jego oferta nie była atrakcyjna dla przeciętnego czarodzieja, więc nie musiał obawiać się, że któryś hogwartczyk odkryje, czym naprawdę zajmował się Swinton w czasie wakacji.

    Naprawdę nie spodziewał się, że ktoś ze znajomych odwiedzi ten sklep, więc kiedy przez okno dostrzegł Hattie Cathcart zmierzającą do drzwi wejściowych, poczuł się zaskoczony. Jednak nie aż tak, jak powinien. Może i wciąż nie miał dowodu, ale zyskał pewność, że kilka razy rzeczywiście ją dostrzegał i że dziewczyna go po prostu śledziła. Zmełł w ustach przekleństwo i ukrył się na zapleczu, więc kiedy Ślizgonka wkroczyła do środa, powitał ją właściciel. Chesney zamierzał nie wychodzić z ukrycia, dopóki szkolna znajoma nie opuści tego miejsca.

    Właściciel zapytał, czy może w czymś pomóc, ale Hattie najwyraźniej odmówiła, bo w milczeniu oglądała półki. Widać było, że nie spieszyło się jej, co spowodowało, że w Swintonie wzrósł niepokój. Dlaczego?, zadawał sobie w myślach pytanie, dlaczego zawsze coś musi coś pójść nie tak? Szanse na to, że nie opuści magazynu przed odejściem Hattie zaczęły drastycznie maleć, a krzyk właściciela sprawił, że wszelkie nadzieje runęły.

    – Swinton? Zgubiłeś się tam?!

    Westchnął, policzył do dziesięciu i wyszedł. Szef spojrzał na niego i wykonał subtelny gest, który oznaczał, że nową klientkę będzie musiał obsłużyć Swinton. Na głos właściciel powiedział, że musi odebrać zamówienie, a potem opuścił lokal. Zrobiło się odrobinę niezręcznie.

    – Czego szukasz, pułkowniku? – zapytał Swinton.

    Czasem nazywał Hattie pułkownikiem ze względu na jej nazwisko. Oprócz tego, że nosił je oskarżony w sprawie, która tak interesowała Swintona, należało ono również do jednego z bohaterów lubianej przez Swintona książki – Paragrafu 22. Której Hattie zapewne nie znała, w końcu gardziła wszystkim, co mugolskie.

    Chesney Swinton

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. [ Wiem, że wcześniej pisałam o pojawieniu się pijaczka itd., ale do tego jeszcze zdążymy dojść. Myślę, że na początek wystarczy to, że Hattie widzi Swintona w roli pracownika, a przecież każdego września Chesney opowiada o wakacyjnych wojażach, więc wątpliwe, że znalazłby między nimi czas na pracę. :D ]

      Usuń
  63. [Nie wiedziałam, gdzie iść, więc wbijam tam gdzie mniej komentarzy xD Obie Twoje postacie są świetne. Baldwin widzę też dba o byciu dobrze wychowanym, a ta panna to dość hmm... ognista w każdym razie. Co do klubu - przydałoby się. Albo jakiś wąteczek grupowy czy cuś. Dzięki za powitanie ;) I wbijaj.]

    Ronan

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. [Na razie czytam wnikliwie kartę i widzę, że porywczą masz osóbkę. Ronan poniesiony przez emocje? HEH! Dobre xD Więc stanowi jego przeciwieństwo. Są w jednej klasie widzę… Hm. Zapewne się znają z widzenia, ale pomysłu jako takiego nie posiadam w tej chwili.]

      Usuń
  64. Emlyn Westmore nie załapał się na prefekta naczelnego. Tak po prostu — sowa z Hogwartu zamiast nowej odznaki i listy podręczników na ostatni, siódmy już rok, przyniosła mu tylko listę. Musiał przyznać, że poczuł się tym faktem głęboko dotknięty, a także oszukany. To po to przez taki kawał czasu uganiał się za uczniami z niezdiagnozowanym ADHD, żeby tak mu się za to rada pedagogiczna odpłaciła? Po to wlepiał szlabany za nic, powodował, że pierwszoroczni chowali się po kątach na sam dźwięk jego nazwiska i robił sobie nowych wrogów? PO TO?

    Kiedy pierwszego dnia września, razem z resztą uczniów, znowu przekroczył próg szkoły, z góry zakładał, iż siódma klasa zapowiadała się iście piekielnie – jak miał sobie poradzić, kiedy życie dało mu wyjątkowo wrednego pstryczka w nos i pozbawiło dostępu do większej władzy. Tak bardzo chciał być tym naczelnym, że teraz nie miał pojęcia, nie był nawet w stanie sobie tego wyobrazić, JAK MIAŁ TERAZ ŻYĆ.

    Postawił więc na rozwiązanie dość banalne: zdecydował się jeszcze bardziej utrudniać życie tym, którzy wcześniej utrudniali je jemu, by pokazać, że to, że wciąż był zwykłym, marnym prefekciątkiem, wcale nie znaczyło, iż nie mógł dać się nikomu we znaki tak, jak dawałby się, gdyby jednak awansował. Przeżywał to jak mrówka okres albo stonka wykopki. I wcale nie zamierzał zmieniać swojego zachowania, które szybko stało się bardzo uciążliwe dla wszystkich wokół. A że koledzy, z którymi dzielił dormitorium, po zaledwie tygodniu mieli już dość emlynowych humorów i tego, jak całkiem na poważnie groził im szlabanem za niesprzątniętą skarpetkę albo niepościelone łóżko, postanowili trochę go rozruszać. Skombinowali z kuchni trochę kremowego piwa, do którego Westmore zawsze miał słabą głowę, wyciągnęli z kufra pudełko fasolek wszystkich smaków i ustalili, że komu trafi się najwięcej najpaskudniejszych smaków, ten dostanie do wykonania jakieś zadanie.

    Emlyn oczywiście przegrał, ale, wypiwszy chyba ze dwie butelki podprowadzonego skrzatom piwa, było mu już wszystko jedno do tego stopnia, że bez jęczenia zgodził się przyjąć wymyślone przez kolegów zadanie – miał włamać się do schowka, w którym nauczyciel eliksirów trzymał potrzebne podczas zajęć składniki. Coś miał przelać z jednej fiolki do drugiej, coś przełożyć z jednego opakowania do drugiego, a coś schować do kieszeni i przynieść z powrotem do dormitorium, jako dowód, że wykonał zadanie.

    Z dostaniem się do lochów nie miał żadnego problemu, w końcu był prefektem. Ze schowkiem było już trochę trudniej, bo zamek nie ustąpił pod najprostszym zaklęciem, a piwo kremowe doprowadziło Emlyna do tak zabawnego stanu, że prawie dziesięć minut zeszło mu przestać głupio chichotać bo to wszystko, te całe lochy, to było takie śmieszne i tak śmiesznie kręciło mu się w głowie i wpaść na jakieś bardziej konkretne zaklęcie. Jakimś cudem udało mu się nie narobić zbytniego hałasu, nie miał więc pojęcia, czemu w pewnym momencie, kiedy zrobił już wszystko, co mógł i chwycił słoik z pływającą w środku śledzioną nietoperza, poczuł na plecach czyjś wzrok, a kiedy się odwrócił, został prawie oślepiony przez padające z różdżki Ślizgonki światło.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. — Masz szlaban, Cathcart — oznajmił całkowicie beznamiętnym tonem, kiedy już zobaczył jej twarz i bezbłędnie ją rozpoznał.

      I od tego zaczęła się chyba jakaś dyskusja — nie pamiętał już dokładnie — ale wydawało mu się, że wymachiwał wtedy słoikiem z wesoło chlupoczącą w środku śledzioną i coraz bardziej podnosił głos, powtarzając co drugie słowo masz szlaban, kiedy postanowił się nimi zainteresować nauczyciel eliksirów. Co robił o tej godzinie w lochach, tego się żadne z nich nie dowiedziało. Hattie natomiast dowiedziała się, że została wybrana przez Emlyna na winowajczynię całego zajścia, działaczkę hogwarckiej kontrabandy i złodzieja nietoperzej śledziony. Wszystkie szlabany, które wlepił jej w ciągu dziesięciominutowej kłótni, zostały anulowane przez jeden wielki, nadany przez nauczyciela. Tamtej nocy Emlyn otrzymał pochwałę, a Slytherin stracił chyba ze dwadzieścia punktów, tak na samy początku września.

      Nie dziwne więc, że po tym zajściu Westmore jak ognia unikał Ślizgonów, a zwłaszcza Hattie Cathcart, która podobno chciała przemeblować mu twarz za pomocą różdżki i pięści. A przynajmniej tak słyszał przy śniadaniu. Prędzej czy później jednak musiała go dopaść…

      Emlyn
      wybacz, że tak długo mi zeszło

      Usuń
  65. [Byłaby jedyną osóbką w Domu Węża, za którą by nie przepadał (nie dziękuj), więc kto wie ile zostałaby przywiązana do tego drzewa i to jeszcze w środku nocy? Na ratunek niech nie liczy, bo pewnie tak szybko, by nie nadszedł. Przez ciebie ten mój Arsellus wyjdzie na jeszcze bardziej złośliwego niż powinien w pierwotnym założeniu.]

    Arsellus Langhorne

    OdpowiedzUsuń
  66. [Sądzę, że mógłby. Delikatnie próbować jej coś wspomnieć o zachowaniu, ale nic na siłę. Zresztą Ronan preferuje samotność, a sprawy innych jakoś mało go obchodzą. Ale możemy nad tym pomyśleć :)]

    Ronan

    OdpowiedzUsuń
  67. [Problem polega na tym, że są w tym samym wieku. Kiedy więc Julien był na pierwszym roku, on również, a nie sądzę, by obawiał się jedenastoletniej dziewczynki; w mojej głowie krzywdę robiły mu jednak starsze dzieciaki. Chyba więc musimy wpaść na coś innego.]
    Julien

    OdpowiedzUsuń
  68. [Niegrzeczne dziewczynki też stają się ofiarami. Ironiczna ta karma. Wystarczyłby całokształt, ale wtedy obawiam się, że szybciej podaliby sobie ręce. W gruncie rzeczy mogliby znaleźć ze sobą wspólny język, a tego akurat nie chcemy. Potrzebujemy powodu, a widzę kilka opcji:
    1. Spięcie w przeszłości, które zaowocowałoby wspólną karą czy oddzieleniem ich na korytarzu/Pokoju Wspólnym Ślizgonów.
    2. Arsellus może jej najzwyczajniej w świecie nie znosić, bo wydaje mu się irytująca lub po prostu Hattie działa mu na nerwy.
    3. Kiedyś może wycięła numer braciom Langhorne i obstawiam, że musiałoby to dotyczyć wtedy Duncana, żeby Ars poczuł się na tyle odpowiedzialny, aby odwdzięczyć się twojej pani nocnym "wypadem" do Zakazanego Lasu.]

    Arsellus Langhorne

    OdpowiedzUsuń
  69. Wiedział, że powinien już iść i nie kazać rodzicom dłużej czekać, jednak pomimo tej wiedzy nie ruszył się z miejsca ani o krok, stojąc i wpatrując się w zamknięte drzwi pokoju, który jeszcze parę chwil wcześniej tonął w morzu kopert, intrygujących go jak jeszcze nic tego dnia. Będąc w Hogwarcie przywykł do widoku masowego zrzucania zwiniętych w rulonik wiadomości i listów przynoszonych przez sowy, nie mniej nie ulegało wątpliwości, że identyczne zjawisko dziejące się poza murami Zamku nie było normalne, przynajmniej zdaniem Isa. Zżerająca od środka ciekawość podkuszała go do zadania co najmniej jednego pytania, lecz podejrzewał, że i tak nie otrzyma na nie odpowiedzi. Zakradanie się do jej sypialni i pochwycenie koperty także nie wchodziło w grę - chyba, że zależało mu na utracie życia - zatem mógł się jedynie domyślać, co skrywała tajemnicza korespondencja. Jako, że rozwiązywanie zagadek nigdy nie było jego mocną stroną, był bliski zrezygnowania już po pierwszej próbie wysilenia szarych komórek, które ze względu na prawdziwie egipską temperaturę odmawiały współpracy, zmuszając go do stosunkowo szybkiej kapitulacji. Sprawy prywatne Hattie w zasadzie nie interesowały go ani trochę i w żadnym innym wypadku dobrowolnie nie wpychałby nosa tam gdzie nie powinien, lecz jej zacięty wyraz twarzy i spotęgowana w głosie złość uświadomiły mu, że wlatujące przez okno listy nie były raptem nadanymi przez pomyłkę zbitkami liter, o których zapomniałoby się w krótkim od ich otrzymania odstępie czasu. Cathcart mogła uchodzić za urodzoną Ślizgonkę, a Is nie miał zamiaru tego podważać, chociaż tym razem czuł, że pod maską zniecierpliwienia, wyuczonej obojętności i typowej dawki cynizmu, ukrywało się coś więcej. Coś, czego na chwilę obecną nie potrafił określić i przyporządkować do konkretnego hasła, jednakże kilka odbijających się od jego czaszki definicji poniekąd stanowiło klucz do rozwiązania zagadki zachowania dziewczyny, będącego perfekcyjnie odgrywaną rolą. A już zwłaszcza w momencie opuszczenia hotelowego pomieszczenia.
    — Już idę — gwałtownie potrząsnął głową i ponownie wrócił na ziemię, odganiając natrętne myśli o źródle jego wakacyjnej zagwozdki, która jak przypuszczał ten nocy spędzi mu sen z powiek. Zapewne gdyby decyzja starej Tiary lata wstecz okazałaby się inna, już dawno opowiedziałby któremukolwiek z rodziców o tej dziwnej i niepokojącej korespondencji, z zimną krwią i szelmowskim uśmiechem wpędzając Hattie w nieprzyjemności i przymus wytłumaczenia się, aczkolwiek jak przystało na Krukona, wolał nie posługiwać się osobami trzecimi, odnajdując rozwiązanie w pojedynkę. Przerzucił przez jedno ramię zabrany na wszelki wypadek plecak stanowiący jego jedyny podręczy bagaż, przyspieszając kroku i doganiając powoli znikającą mu z zasięgu wzroku dziewczynę. Złapał ją dopiero przy drzwiach frontowych czarodziejskiej noclegowni, szturchając lekko jej ramię w celu ponownego zwrócenia na siebie uwagi. Napomknięcie na interesujący go temat w towarzystwie państwa Yaxleyów nie byłoby rozsądnym posunięciem, a popołudniowa wizyta w jednej z piramid również nie sprzyjała wymianie wypowiadanych konspiracyjnym szeptem zdań. Przed Isem stały wyłącznie dwie opcje, czekające na podjęcie decyzji i wybór, który zgodnie ze snutymi spekulacjami musiał zakończyć się identycznym scenariuszem: zbycie go pierwszą lepszą wiązanką epitetów, zaserwowanych w pakiecie z kategorycznym zakazem niewtrącania się w nie swoje interesy.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. — Słuchaj, Hattie... — zaczął, starannie dobierając słowa. Dla bezpieczeństwa rozejrzał się przez ramię upewniając się, że żaden z gości nie zwraca uwagi na dwójkę dzieciaków; w końcu nie wiedział, czy listy rzeczywiście przysłał ktoś mieszkający w okolicach Londynu, to były wyłącznie jego niesprawdzone i niepotwierdzone gdybania. Istnienie czarno-magicznej egipskiej mafii podobnie wpisywało się pod kategorię czystych hipotez, chociaż całkowicie nie wykluczał, że dla rozrywki któryś z tutejszych zaśmiecił dopiero co wynajęty nieznającym realiów Anglikom pokój szemraną pocztą.
      — Co to były za listy? I od kogo? — nie był skończonym naiwniakiem, ślepo łudzącym się, iż nieoczekiwanie trafi mu się los na loterii w postaci chwili szczerości, aczkolwiek pewna cząstka isowej natury nęciła i namawiała do podjęcia próby, odgórnie skazanej na niepowodzenie. — Chyba lepiej, jeśli ty mi powiesz, niż miałbym sam... — jego głos zagłuszony został przez otwierające się ze specyficznym skrzypnięciem drzwi, u których progu stały dwie dobrze znane mu osoby. Prychnięcie ojca rozkazało mu odwrócić głowę i bez cienia protestów pomaszerować jego śladami, usilnie trzymając buzię na kłódkę i język za zębami, co o dziwo przychodziło mu z wielkim trudem.
      Milczał przez całe dwa kwadranse pieszej wędrówki, przeklinając w myślach upalną temperaturę i zmęczenie, które pod wpływem gorąca dopadało go szybciej niż zazwyczaj. Miał nieodpartą ochotę wylać na siebie zawartość plastikowej butelki, ale wizja utraty życia z pragnienia także nie brzmiała nakłaniająco. Odetchnął dopiero po zatrzymaniu się w jednej z węższych uliczek, którą Yaxleyowie wybrali jako postój przed kilkugodzinnym zwiedzaniem piramid i miejsce zdatne do zjedzenia obiadu. Ulokowane na zewnątrz stoły i krzesła, ochraniane przed słońcem ogromnymi parasolami - dla Isa liczył się jedynie fakt, iż mógł usiąść na więcej niż chwilę, nieważne gdzie i w jakiej scenerii.
      — Zaczekajcie tutaj, pójdziemy coś zamówić — kiwnął głową ku ojcu, który jako jedyny mniej więcej orientował się w mugolskiej walucie. Sam padł na pierwsze z brzegu krzesło, przewieszając plecak przez oparcie i automatycznie wlepiając ponaglające spojrzenie w Hattie, z którą w wyniku dość świeżych wydarzeń był w stanie porozumieć się bez słów. Wystarczył wymowny wzrok i odpowiednia mimika twarzy, by naprowadzić ją na właściwy trop. — Co zrobisz, jeśli wieczorem po powrocie będzie ich więcej? Chyba nie zamierzasz podpalić pokoju wraz z dowodami.

      Usuń
    2. [przepraszam za tą długość!]

      Usuń
  70. Generalnie w Hogwarcie można było wszystko, co niezgodne z regulaminem: od włóczenia się nocą po korytarzach począwszy, przez kolekcjonowanie szlabanów, aż po sianie ogólnego chaosu i zamętu — trzeba było tylko wiedzieć, jak nie dać się na tym przyłapać. Choć niektórzy, tak jak Hattie tamtej nocy w lochach, mieli zwyczajnie pecha. Bo natknąć się na prefekta to jeszcze nic takiego, ale natknąć akurat na tego, który nie dość, że lubił wlepiać szlabany, bo odnajdywał w tej czynności sens życia, a przy okazji jeszcze za bardzo pozwolił sobie z piwem kremowym i zrzucenie winy na kogoś innego nie stanowiło dla niego nawet najmniejszego problemu… No to już się nazywa pech do sześcianu.

    Emlyn nie mógł wyżyć się ani zemścić na Fortescue’u, bo nie zależało mu na wrogu w postaci oślizgłego prefekta naczelnego, zdecydowanie wystarczało mu, że z drugą naczelną nie potrafił się dogadać bez sprowadzania wszystkiego do punktu, w którym był uciemiężoną i skrzywdzoną przez wszystkich wokół ofiarą, której należało się zadośćuczynienie za doznane krzywdy. Przecież on nawet nie potrafił już kochać swojej odznaki tak jak kiedyś, bo gdy zaczynał myśleć o tym, że tak niewiele brakło, by zastąpić ją tą bardziej prestiżową, miał ochotę popełnić harakiri najbliżej znajdującym się przedmiotem, nieważne, czy było do umoczone w atramencie pióro, czy różdżka przysypiającego na historii magii kolegi z ławki.

    Ależ został skrzywdzony. Szkoda trochę, że nie pomyślał, iż swoim chamskim do bólu zachowaniem mógł na przykład skrzywdzić kogoś innego — i nie, nie chodziło to o krzywdę w sensie och, jak mogłeś mi to zrobić — sprawa kręciła się raczej wokół rażącej niesprawiedliwości, do jakiej aktu doszło wtedy w lochach. Ale co się z drugiej strony miał rzucać, przynajmniej jemu się nie oberwało. Więc sumienie miał czyste i spał po nocach spokojnie, choć pewnie gdyby wiedział, co go spotka i gdzie go spotka, sprawdzałby łazienkę na obecność osób trzecich przed próbą skorzystania z niej. Powinien uczyć się na błędach innych — w końcu wszyscy w Hogwarcie już wiedzieli, że Jęczącą Martę śmierć dopadła w łazience, jak Potter był na pierwszym roku, to tę jego szlamę w łazience zaatakował troll, a powszechnie krążąca wśród uczniów historyjka z serii ubran legends twierdziła, że do Komnaty Tajemnic wchodziło się przez łazienkę.

    Merlinie, te łazienki rzeczywiście bywały niebezpiecznie. A Emlyn był piękny, młody i uroczy i zdecydowanie nie chciał ginąć w jednej z nich, w dodatku z rąk osoby, której przez ostatni tydzień unikał jak ognia i w ogóle się bał.

    A wystarczyłoby, że przyznałby się przed nauczycielem do winy. Choć jakby nie patrzeć, nawet gdyby się przyznał, wszystko i tak mogłoby z dużym prawdopodobieństwem uschnąć na Ślizgonce, ze względu na jej reputację choćby. PONIEKĄD sama była sobie winna.

    — NA MERLINA! — zawołał głosem zdecydowanie zbyt piskliwym, niżby sobie tego życzył. W Pierwszej chwili chciał złapać za swoją różdżkę, ale uświadomił sobie, że zostawił ją na podłodze. A ponieważ KTOŚ WŁAŚNIE MIAŁ GO NA MUSZCE, nie mógł się po nią schylić. Był bezbronny. I tak bardzo winny… — NIE ZABIJAJ — poprosił grzecznie, zamykając oczy w chwili, w której Hattie niebezpiecznie poruszyła różdżką, a on spodziewał się oberwać jakimś zaklęciem. Czy istniało takie, co samo obdzierało człowieka ze skóry? Czy może zamierzała robić to ręcznie? Bo że nie żartowała, to nie ulegało żadnej wątpliwości, Emlyn wiedział, że kto jak kto, ale ona zdecydowanie byłaby zdolna do czegoś takiego. — I nie po twarzy, tylko nie po twarzy! Zrobię co zechcesz, tylko mnie nie zabijaj…

    Był za młody, żeby umierać.

    Emlyn

    OdpowiedzUsuń