12 lipca 2015

There is no dark side in the moon, really


SENEGALCZYK Z LONDYNU
BRANDAN LLOYD

SLYTHERIN, VII KLASA, OBROŃCA W DRUŻYNIE, jego umiejętność teleportacji>twój patronus, chamskie poczucie humoru, niezdrowa fascynacja czarną magią, dwa wynalazki opatentowane w ministerstwie magii, gwiazda bocznej rubryki proroka dwa razy pod rząd, członek klubu pojedynków, ostatni szaman;


Przez dwie godziny wałęsam się bez celu po mieście, w nowo otwartym barze szybkiej obsługi (jakaś mała sieć, właściciel naiwnie liczy na utrzymanie interesu w sąsiedztwie dwóch McDonaldów) jestem świadkiem zabawnej sceny; Jasiu Pawie Oczko, znany menel, którego ksywa pochodzi od powieki w połowie zrośniętej z brwią, zza której wyłania się fragment nabrzmiałej, szklistej rogówki oklejonej zeskorupiałą ropą, podchodzi do stolika zajętego przez dwie wyfiokowane trzydziestolatki, prawdopodobnie pracownice pobliskiego banku, wkłada brudne paluchy do ich sałatek wielowarzywnych i ryczy: "MOJE!". Przechodzę przez jezdnię, idę kawałek do dworca, znajduję ścianę między peronem dziewiątym a dziesiątym i wjeżdżam w nią z rozbiegu, zaciskając ręce w pięści, aby nie stracić panowania nad wózkiem. Za dziesięć minut odjeżdża express Hogwart, jak co roku o jedenastej, a ja zawsze jestem na czas i przez chwilę mam do siebie pretensję, że nigdy nie robię nic ryzykownego i ekscytującego, czuję ukłucie zazdrości o ludzi, którzy żyją na spontanie. W tym samym momencie przypominam sobie Jasia Pawie Oczko. Przed jedenastą siedzę już na swoim miejscu w pociągu i opowiadam bratu jak stoczyłem walkę z pijakiem i jak ledwie uszedłem z życiem.

59 komentarzy:

  1. [To ja mam odpowiedni komentarz na tę kartę postaci: ; o. Koniec komentarza.]

    OdpowiedzUsuń
  2. [Mam coś słabość do ciemnoskórych postaci :D Zapraszam do Alessi, myślę, że coś się wymyśli! :D]
    Alessia Baglioni / Rose Weasley

    OdpowiedzUsuń
  3. [Nie wiem właściwie, co z wątkiem z Florką, ale z jego żartów Inez zaśmiewałaby się pewnie do bólu brzucha. :D Cześć, powodzenia z drugą postacią! Szamana na Hogwarcie jeszcze chyba nie spotkałam, w ogóle rzadko ich spotykam, szczególnie w tak... interesującej, a mało chyba enigmatycznej odsłonie.]

    Inez Amers

    OdpowiedzUsuń
  4. [Plan na wakacje genialny, ale nie widzę w nim Inez, bo ona w Hogwarcie na wakacje prawie na pewno nie została, buu. Ale Brandan mógł jej zdawać listowną relację z nieudolności uczestników, a Amers zaśmiewałaby się w odpowiedziach z jego niewybrednych żartów, dobrze wiedząc, że sama nie jest przecież od nich lepsza! :d Generalnie chyba widziałabym ich w takiej trochę dziwnej, kiedy to wyśmienicie nabija im się z innych dzieciaków (albo przynamniej Inez dobrze się słucha tych jakże barwnych opowieści Lloyda), ale jednocześnie nie mogą siebie znieść, kiedy zaczynają dogryzać sobie wzajemnie. Takie trochę znoszę cię bardzo dobrze i nie znoszę wcale pozbawione wszelkich głębszych zwierzeń i zażyłości, przynajmniej dopóki Bran nie zacznie umierać na oczach Inez.]

    Inez Amers

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. [Oczywiście zapomniałam dodać, jak bardzo marzy mi się wykorzystanie jego szamańskich zdolności. Ale nie wiem w sumie, co taki szaman dokładnie robi.]

      Usuń
  5. [Nic z tego, po prostu go tylko podziwiałam. :D]

    OdpowiedzUsuń
  6. [ A ja mam słabość do Ślizgonów :D I witamy c: ]

    Freddie Weasley

    OdpowiedzUsuń
  7. [ Brzmi ciekawie, liczę na jakieś szamańskie rytuały odprawiane między eliksirami a transmutacją. ;D Dzień dobry! ]

    Valancy Edgeworth

    OdpowiedzUsuń
  8. [Wydaje mi się, że był to komplement, także dziękuje:)]

    Carter

    OdpowiedzUsuń
  9. [ Co do tego zawsze również miałam wątpliwości. Ale krzyżówki genetyczne, biologia, te sprawy i tylko włosy w pakiecie z oczami dostały mu się od mamy. Ale cóż zrobić? :)
    A witanie dobrych kart to powinność tego oto Weasleya! ]

    Freddie

    OdpowiedzUsuń
  10. [Jeśli wątek listowny, to pewnie musiałabyś zacząć, skoro to Bran ma jej opisywać Igrzyska, bo Amers nawet nie ma sowy, ale ja nie lubię tak bezczelnie i otwarcie zwalać tego na współautorów. No, chyba że Ci to nie przeszkadza, wtedy ja się będę bardzo cieszyć. Tylko nie jestem pewna, czy Lloyda interesowałoby życie szarych, przeciętnych mugoli, ale coś wymyślę.
    Inez pewnie nie bardzo wierzy w te jego szamańskie czary-mary i będzie się z niego po cichu podśmiewywać, ale jeśli Igrzyska przechodzą, to zostawmy na razie w spokoju duchy i voodoo, choć motyw ciekawy, więc jak będą chęci na kontynuowanie, to w tę stronę możemy kombinować następnym razem, o.]

    Inez Amers

    OdpowiedzUsuń
  11. [Yo, nigga. Bardzo mnie zafrapowały dwa słowa: ostatni szaman. Możesz mi je jakoś obsjaśnić?:)] Amaralise Carucior

    OdpowiedzUsuń
  12. [Ta odpowiedź wywołała u mnie kolejną falę pytań, ale jeśli chcesz, możemy wykorzystać to w jakimś wątku.]

    OdpowiedzUsuń
  13. [Mówisz i masz :) Pomyślę nad pomysłem i odezwę się wieczorem.]

    OdpowiedzUsuń
  14. [Kocham go! Ostatnie zdanie jest dla mnie takie... piękne? Także ja nie mam żadnych uprzedzeń i z chęcią wysłucham co to za pomysł jest :D]

    OdpowiedzUsuń
  15. [W sumie to dosyć ciekawy pomysł! Ja jestem na niego jak najbardziej chętna, tylko jakbyś mi trochę go przybliżyła to byłabym wdzięczna :)]

    OdpowiedzUsuń
  16. [Jak najbardziej! Ale uprzedzam, że nigdy takiego wątku nie prowadziłam, więc dla mnie jest to kompletna nowość :D Mogłabym w sumie zacząć, chociaż wolałabym jakbyś zaczęła, żebym wczuła się jak ma to mniej więcej wyglądać :) Oczywiście jeśli będzie to już zbyt duże manipulowanie tobą, to zacznę :)]

    OdpowiedzUsuń
  17. [Chyba przyszła moja pora, aby coś powiedzieć. Nie spodziewałam się, że po wejściu na bloga zobaczę rozgorzałą wymianę zdań pod kartą Riley. Przede wszystkim - Riley nie jest głuchoniemą osobą. Niemą - owszem, ale słyszy i to całkiem dobrze.
    Musisz mi wybaczyć, ale ja w karcie Brandana też nie widzę wyłożonego jak na tacy charakteru. Każdy ma prawo do napisania KP na własny sposób, tak jak sobie ją wyobraził. Karta mojej postaci miała tak właśnie wyglądać, chciałam minimalizmu. Każda kreatywna osoba nie będzie się przejmować brakiem opisu charakteru Riley, tylko spróbuje swoich sił aby wymyślić wątek.
    Tylko tyle chciałam powiedzieć :)]

    Sóley Valurdóttir

    OdpowiedzUsuń
  18. [No dobra to coś tam naskrobałam :)]
    Mel zawsze denerwowała się tak samo bez względu na to czy grali ze słabymi Puchonami czy z nawet dobrymi Gryfonami. W pierwszym swoim meczu nawet nie wzięła udziału. Tuż przed wejściem na boisko zrobiła się blada jak ściana i zemdlała. Obudziła się kilkanaście minut później w skrzydle szpitalnym, z którego usilnie próbowała uciec, żeby zdążyć jeszcze zagrać. Pomimo że latała i grała wspaniale, zdarzało się tak za każdym razem. Stres zżerał ją tak, że bledła cała i zaczynało ją mdlić. Dopiero w następnym roku znalazła sposób, którym okazała się najzwyczajniejsza na świecie herbata, którą musiała wypić zawsze tuż przed meczem.
    Mijały ostatnie minuty przed wyjściem z Wielkiej Sali i udaniem się na boisko. Koledzy z drużyny pokrzepiająco klepali ją po plecach i po kolei wychodzili na błonia. Dopiła herbatę, którą dostała od pani Simpson i w końcu udała się za resztą drużyny. Wiedziała, że jej rola jest równie ważna, co szukającego. W końcu to ona musiała postarać się, żeby tuż przed złapaniem znicza, mieli tyle punktów ile trzeba było mieć, aby wygrać.
    Kilkanaście minut później wszyscy gracze byli gotowi do gry. Kapitan ustalił coś jeszcze z pałkarzami, aż w końcu stanął na środku szatni i oznajmił wszystkim, że mecz nie będzie należał do łatwych, bo pomimo pięknej pogody, grają z nie byle kim, bo ze Ślizgonami. Mel dostała ostatnie wskazówki aż w końcu usłyszeli od sędzi, że mecz zacznie się za dwie minuty. Zebrali się przed wejściem, kapitan powiedział ostatnie słowa otuchy… i wszystko się zaczęło.

    OdpowiedzUsuń
  19. [A spoko, nie ma problemu, nawet bym o tym nie wiedziała, gdybyś mi nie napisała :D W żaden sposób mi to nie przeszkadza :)]

    //Vinga.

    OdpowiedzUsuń
  20. [Miała być pastiszem najgorszego!]

    OdpowiedzUsuń
  21. [Oczywiście wizyta w podejrzanym sklepie jest kusząca, ale tym wyjazdem do Rumunii skradłaś moje serduszko. Przez chwilę żałowałam, że nie ma już Śmierciożerców i nie mogą się wplątać w nich złowieszczego, ale ten kraj to idealne miejsce, w którym ukrywa się masa typów spod ciemnej gwiazdy... Och! I tam chyba był też rezerwat smoków, więc jeszcze piękniej. Lepiej w sumie zacząć od tego, jak już są na miejscu i darować sobie wielką podróż, nie? Tylko jeszcze mi powiedz, jakie relacje między nimi panują. Ja bym z tego zrobiła nawet całkiem bliską znajomość (jakąś dziwną przyjaźń?), bo, tak jak wspominałaś, łączy ich sporo - nawet już nie chodzi o klasę i drużynę.]

    OdpowiedzUsuń
  22. [Ugh, widząc twój nick idę automatycznie do Florean, tam ci najpierw odpisałam, ale szybko wkleję tutaj, a tam usunę (takam sprytna).
    No dobra, to zostańmy po prostu przy słowie przyjaźń i potem się zobaczy - chociaż pewnie wyjdzie nam po trochu od wszystkiego, co żeś wypisała. Pamiętam tylko jednego wampira u Rowling, bardziej przypominał te z Wywiadu z wampirem. Na przyjęciu w Klubie Ślimaka. Albo sobie coś ubzdurałam i czytałam to w jakimś fanfiction. Mniejsza, bo nasze wampiry nie będą przypominać tych zmierzchowych!
    Wypada bym zaczęła, może się z tym wielkim wyzwaniem uwinę do końca weekendu - bo zaczynanie to zło.]

    OdpowiedzUsuń
  23. [Był tam wampir, albo ktoś, kogo brano za wampira! Na pewno.
    Teraz to mi szczęka opadła. Żeby tak dobrowolnie i bez błagania zaczynać (nawet, jeśli to nic pewnego). Postawię ci za to kremowe w Miodowym. Albo Hattie poczęstuje Brandana Ognistą.]

    OdpowiedzUsuń
  24. Dla Inez pisanie listów było nieomal abstrakcją, dopóki nie zawitała w murach zamczyska. Nie była jeszcze tym pokoleniem, które nie wiedziało zupełnie, co to poczta, ale wiedza teoretyczna zdobyta na zajęciach w mugolskiej podstawówce aż do jedenastego roku życia nie przydała jej się w praktyce. Po prawdzie nawet po przybyciu do Szkoły Magii i Czarodziejstwa przestała być konieczna, gdy dziewczyna zrozumiała, że ani jej matka, ani dwaj bracia nie są zainteresowani szczegółami magicznego życia młodej Puchonki, a wlatująca do kuchni przez okno sowa nie tylko straszy, ale przede wszystkim bezczelnie gwałci wszelkie przepisy BHP ustanowione przez panią Amers w jej małym królestwie. Pierwsze pytanie, jakie zadał Inez Jay, kiedy już udało mu się wykombinować, jak odesłać ― zadziwiająco krótką, swoją drogą ― odpowiedź do siostry brzmiało: Nie mogłaś napisać normalnego maila? Z miejsca stało się jasne, że skrzydlaci listonosze nie są pożądani w jej rodzinnym domu, toteż liczba wysyłanych przez blondynkę wiadomości stopniowo malała razem z entuzjazmem, by od trzeciego roku ograniczyć się wyłącznie do zwięzłych, choć nieodmiennie szczerych życzeń i drobnych, najczęściej słodkich upominków z okazji urodzin.
    Nareszcie, pomyślała, padając na łóżko w swoim pokoju i prawie w tym samym momencie, kiedy jej jasna czupryna dotknęła miękkiej poduszki, zapadając w błogi stan odrętwiałej półświadomości. Wolontariat w klinice św. Munga, w który Inez nieszczęśliwie wpakowała się za sprawa upierdliwej nauczycielki zielarstwa i przepisywanego eseju starszego kolegi z domu, a który rozpoczął się wraz z pierwszym dniem wakacji, był najgorszą kara, jaką przyszło jej odpracowywać w ciągu niespełna siedemnastu lat życia. Dzisiejszy dzień był wprost nie do przeżycia i na samą myśl, że będzie musiała pojawiać się w szpitalu, wśród chorych czarodziejów i sterylnych, przerażająco jasnych pomieszczeń jeszcze przynajmniej przez parę tygodni, robiło jej się niedobrze.
    Z dziwacznego, acz przyjemnego półsnu wyrwało ja natarczywe skrobanie w okienną framugę. Dziewczyna bez przekonania rozchyliła powieki pewna, że to jedynie rosnąca w ogrodzie jabłoń. Jakież było jej zdziwienie, gdy ujrzała siedzącą na wewnętrznym parapecie sowę! Wgapiając się dość bezmyślnie w ptaka, zmarszczyła noc. Na list z Hogwartu było jeszcze stanowczo zbyt wcześnie, jej magiczni znajomi też raczej nie zdążyli się jeszcze stęsknić. Ci zresztą, którzy faktycznie mieli do tego powód i prawo, w większości znali niechęć jej rodziny do tego rodzaju komunikacji, a reszta zwyczajnie milczała. Nie ma się więc co dziwić, że sowa wprawiła blondynkę w takie zdumienie.
    Inez podniosła się z posłania, by uchylić okno i wpuścić zwierzę do środka. To natychmiast wystawiło swoją cienką nóżkę z przywiązanym doń listem. Dziewczyna odczepiła go czym prędzej i uśmiechnęła się mimowolnie na widok znajomego pisma. Zaraz jednak mina jej zrzedła, gdy tylko uświadomiła sobie, po co Bran został w szkole i zimny dreszcz przebiegł jej po plecach. Nie spodziewała się od niego jakichkolwiek informacji przed nastaniem połowy lipca, może nawet końca Igrzysk. Jeśli pisał już teraz, coś musiało pójść nie tak. Energicznie rozerwała kopertę, wyciągając chroniony przez nią list.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ten komentarz został usunięty przez autora.

      Usuń
    2. Gdyby ktoś zapytał pannę Amers, dlaczego tak się martwi o ciemnoskórego Ślizgona, najpewniej zamilkłaby na kilka długich chwil tylko po to, by wreszcie z uderzającą bezpośredniością powiedzieć nie wiem. Nie było chyba dwóch bardziej odległych sobie domów niż Slytherin i Hufflepuff, a mimo to Inez nie czuła się zagrożona w towarzystwie Brandana. Być może chodziło o to, że jej dar jasnowidzenia jeszcze nigdy go nie dosięgnął, może o to, że rzeczywiście słuchał, kiedy opowiadała mu o świecie mugoli, co cieszyło ją nawet wtedy, gdy wykorzystywał tę wiedzę do układania mało zabawnych żartów. A może to fakt, że będąc w znacznej mniejszości chyba nie miał poważnych problemów z jej statusem krwi, był kluczowy. Nie wiedziała, ale nie zamierzała zaprzątać sobie tym głowy, dopóki z właściwą sobie prostotą potrafiła akceptować obecny stan rzeczy.
      Przebiegłszy wzrokiem po treści listu i upewniwszy się, że Lloyd jednak żyje i ma się względnie dobrze, pozwoliła sobie na ciche westchnienie ulgi, po czym zamknęła okno, aby sowa nie postanowiła odlecieć, i usiadła do pisania.

      Brandanie,
      Być może to, co zaraz napiszę, nie jest odpowiednim początkiem listu, ale jeśli ześlesz mi do Munga choć jednego hogwartczyka, na własną głowę przysięgam, że znajdę Cię, obedrę ze skóry i jeśli nie rzucę na pożarcie kelpii, to przynajmniej zakopię żywcem. Zastanów się dobrze, czy chcesz ryzykować własnym życiem dla kogoś takiego jak Mary Kate. Zawsze starała się być mądra, ale jakoś wiecznie przy tym zapomina, że bez podstaw nawet znajomość najbardziej wyszukanych klątw na niewiele jej się przyda.
      Rzecz jasna niezmiernie ubolewam nad Twoim nieszczęśliwym losem i bardzo mi przykro, że musiałeś wycofać się z letnich Igrzysk, bo dobrze wiem, jak Ci na tym zależało. Ale nie ma tego złego, co by na dobre nie wyszło, może teraz w końcu zrozumiesz i przyznasz mi rację, jak niedorzecznym sportem jest Quidditch i jego tłuczki. Dlaczego Wy, czarodzieje, nie możecie grać jak normalni ludzie w piłkę nożną albo np. w siatkówkę? To dalece mniej niebezpieczne niż ganianie za piłką pięćdziesiąt metrów nad ziemię.
      Nie chcę Cię martwić, ale niestety nie nudzę się z jugolami, choć pewnie domyślasz się, ile bym dała za taką możliwość. Jak już wspominałam, większą część czasu spędzam w świętym Mungu. Gdybyś tylko zobaczył barmankę z Trzech Mioteł, którą niedawno zaatakował wilkołak... Na pewno znasz tę historię z gazet, ale zapewniam, że rzeczywistość jest znacznie bardziej przerażająca. Nie mam pojęcia, jak udało jej się uciec, skoro była tu pod naprawdę ścisłą obserwacją, jednak Bran, nie oddalaj się od zamku. Mówi się, że prawdopodobnie wróciła w okolice Hogsmeade, żeby odnaleźć stado, a do pełni nie zostało aż tak wiele czasu.
      Co zaś w kwestii tarota ― nie cierpię wróżbiarstwa, a te karty to naprawdę silna magia, nawet jeśli ludziom wydaje się, że to tylko zabawa. To znacznie więcej. Jeżeli już musisz wiedzieć, wszystko zależy od ułożenia karty. Miałam szczęście, jeśli było proste, choć bardziej ucieszyłaby mnie Śmierć, może wtedy przerwałabym ten dziwaczny marazm. Nie wiem, czy spontaniczność jest właśnie tym, czego teraz potrzebuję, jej skutki mogą być opłakane. Ale proszę, nie rób tego ponownie. Jeszcze nigdy nie pomyliłam się, stawiając tarota, a mam złe przeczucia, co do kilku najbliższych tygodni.

      Z życzeniami szybkiego powrotu do zdrowia,
      I. A.


      [Dziękuję za zaczęcie i przepraszam, że tyle musiałaś czekać na odpowiedź. Mam nadzieję, że kolejne pójdą mi sprawniej. Dodatkowo wybacz wszelką niemrawość końcówce, ale pozwolę to sobie zwalić na mojego kochanego sąsiada, który od jakiegoś czasu pół osiedla katuje hitami Gangu Albanii...

      PS Przepraszam, że nabałaganiłam z tym usuniętym komentarzem.]

      Usuń
  25. Hattie była osobą pozbawioną jakichkolwiek zapasów cierpliwości. Niby, mając piątkę rodzeństwa, powinna się w końcu nauczyć, iż czasem trzeba na coś poczekać, ale nie. Zawsze wyskakiwała z otwartymi łapskami po to, czego chciała. Pewnie gdyby jej rozum zdołał wyobrazić sobie długie godziny w autorze, nigdy nie zgodziłaby się na uczestnictwo w wycieczce organizowanej przez biuro podróży. Łatwiej byłoby zrobić sobie świstoklika (przy okazji ryzykując, że odpadną im w tej podróży wszystkie kończyny, jak się bawić ,to na całego) i być niezależnym w tej całej Rumunii, na którą wpadł Lloyd. Nie miała również cierpliwości i zapału do podziwiania widoków i dzikiej natury, którą cała reszta ekipy była zainteresowana. Wierciła się na swoim miejscu, przeklinając w myślach pomysły przyjaciela i mając ochotę uderzyć go prosto w twarz za każdym razem, gdy z zapałem wyrażał swoją ekscytację nocną eskapadą. W takich momentach myślała tylko o papierosie – ten nałóg bywa problematyczny, gdy postojów jest tak niewiele, a w środku taki skwar, że od małej iskierki mogłaby wzniecić pożar. Oczywiście perspektywa spotkania oko w oko z wampirem była kusząca. Kusząca była magiczna część miast, stare zamczyska i poznanie kultury, tak odmiennej od tej, jaką mieli na Wyspach. Wędrówki też mogą być, bo Hattie lubiła aktywne spędzanie czasu i zawsze chciała polepszać swoją kondycję, tak potrzebną w przypadku pozycji, jaką zajmowała w szkolnej drużynie. Zawsze chciała być silniejsza, chociaż i tak nie była słabeuszem.
    Właściwie zgodziłaby się na wszystko, co jej zaproponowano. To jej ostatnie wakacje – w przyszłym roku pewnie będzie musiała poszukać już pracy, chociaż przejściowej, żeby zacząć się uniezależniać – więc wypada spędzić je godnie, parokrotnie ryzykując pozostawienie własnego tyłka w jednym kawałku. Matka o niczym nie wiedziała, powiedziała tylko, że nie będzie jej przez jakiś czas. Starszego brata, który samowolnie przejął funkcję mentora całej tej powalonej rodziny, nie poinformowała o niczym, bo byłby zdolny do zamknięcia jej w pokoju przy pomocy magii – przez wiele lat wybryków i listów od grona pedagogicznego, nie miał już do niej cierpliwości. Był starszy o dziesięć lat i wciąż powtarzał, że nie szuka sobie żony, bo z dwoma rodzinami na głowie nie dałby już sobie rady. Cała reszta chadzała swoimi ścieżkami, nie przejmując się żadnymi groźbami. Matka całe dnie spędzała w łóżku, więc Hattie i tak nie mogłaby zabawiać jej swoim towarzystwem. Chciała odpocząć, chociaż po zakończeniu roku szkolnego spędziła w domu tak naprawdę tylko kilka dni, szukając jakiejkolwiek okazji, by się stamtąd wyrwać. Rumunia to dość ekstremalny pomysł, ale nie dała sobie nawet sekundy na zastanowienie, gdy Lloyd jej to zaproponował – po prostu miała odrobinę inną motywację niż on. Mogłaby zgubić się w którymś z tamtejszych rozległych lasów, a wciąż czerpałaby z tego niezłą frajdę.
    Kiedy nastąpił ten kolejny przystanek, Cathcart było już niedobrze od koloru zielonego i naprawdę musiała zapalić, ale tego nie robiła, bo nawet dla kogoś takiego jak dla niej, palenie w takim miejscu jest czymś niewłaściwym. Nie chodziło nawet o możliwość wywołania pożaru – w końcu w plecaku miała różdżkę – a o to, że to w jakiś sposób nie pasowało do tego miejsca. Całe otoczenie wyglądało tak, jakby człowiek od wieków nic w nim nie zmieniał. Jej dusza nie szukała ukojenia poprzez kontemplację, więc od razu powędrowała wzrokiem za Brandanem, z iskierką w oku spoglądając na roztaczającą się przed nimi dolinę, cały czas myśląc o tym, że najlepszym co mogliby teraz zrobić, byłoby odłączenie się od grupy i spędzenie kilku nocy na zwiedzaniu ciemnych jaskiń. Do cholery, byli czarodziejami, a nie miłośnikami spokojnych pieszych wycieczek.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dopiero przy strumieniu, zatrzymała się stanowczo. Wyciągnęła z plecaka mapę, o którą zaciekle pytał, a potem zdecydowała się, by zapalić, wcześniej obmywając dłonie w chłodnej wodzie. Kiedy zaciągała się papierosem, czuła euforię, rozchodzącą się po jej ciału wraz z dymem. Teraz było jej dobrze.
      - Trzeba było mnie posłuchać – mruknęła, wiedząc dobrze, o czym może myśleć teraz Ślizgon. Sama o tym myślała. Dzienna pora nigdy nie jest najlepsza na zwiedzanie podobnych stron, nie było w tym żadnej adrenaliny. – Nie sądzę, by trzymanie się uparcie tej niezdarnej grupy było nam potrzebne do przetrwania. Mamy pieniądze, mamy nogi. Możemy stworzyć swój własny plan wycieczki. Dlaczego ty nigdy mnie nie słuchasz?
      Kiedy skończyła, coś głośno zaszumiało w pobliskich krzakach. Zastygła na moment, wytężając wzrok. Jednak nawet w pełnym słońcu ta okolica nie była pozbawiona grozy. Po chwili z miejsca obserwacji wyskoczył zając, a ona prychnęła pod nosem, wyśmiewając swoją reakcję.

      Usuń
  26. [ U mnie radykalnie, albo wesołek albo potrójna deprecha, także wiesz :D No, ale jak proponujesz wątek, to ja jestem chętna. Oboje grają w quidditcha, tu widzę wspólny punkt. O, i są w klubie Pojedynków. Według mnie powinni się znać. Tylko w jakie relacje chcesz iść? :) ]
    Maya Austin

    OdpowiedzUsuń
  27. [Ach już nawet karty nie można robić bo wszyscy podglądają! Ciekawość to pierwszy stopień do piekła, ot co! Ale szczerze to tak sobie gadam, aby sobie pogadać :)
    Mi się też tak wydawało, jednakże stwierdziłam, że nie ma sensu wytworzyć, chociażby małego haczyka do którego mogą się przeczepić niemili ludzie hejtujący wszystko i wszystkich. Dlatego zdjęcie jest nieco inne niż pierwotnych planach, aczkolwiek mnie satysfakcjonuje :) ]

    Serena

    OdpowiedzUsuń
  28. Nie lubiła się dzielić papierosami, ale czy miała coś do gadania? Nie. Bezapelacyjne ogłosiła w myślach Brandana mentorem ich dwuosobowego grona, jeśli chodzi o tę wycieczkę oczywiście. To jemu bardziej zależało i to on jest lepszy w tym całym odnajdywaniu się w terenie. Pewnie, pewnie. Mały Lloyd jest głodny, więc przygodę życia trzeba odłożyć na później. Upolowałbyś sobie jakiegoś zająca… mruczała pod nosem na tyle głośno, by wszystko słyszał, ale szła za nim bez większego sprzeciwu. Bo mentalnie wiedziała, że on tym razem rządzi – nie mówiła o tym głośno, ale on jakoś automatycznie sam przyjmował tę specyficzną rolę. W innym przypadku czułaby się źle z tym, że jakiś facet każe jej coś robić, ale to był przecież Lloyd.
    Skłamałaby, gdyby miała teraz powiedzieć, że bardzo martwi się z powodu olania przez przewodnika – cała grupa bardzo ją irytowała. Wszyscy ciągle jedli i rozmawiali akurat w tej chwili, gdy chciała się zdrzemnąć (albo odwrotnie, chcieli spać, gdy to ona miała coś ciekawego do powiedzenia). Każdy wyglądał na lekkiego pomyleńca, szczególnie przewodnik, który miał na sobie kolorową, hawajską koszulę, na szyi świecił mu ciężki, gruby łańcuch. A wąs wyglądał na podręcony. Rozbiegane spojrzenie świadczyło o tym, że albo pił za dużo kawy, albo po prostu boi się, że na którymś siedzeniu czai się kryminalista, trzymający w kieszeni nóż. Hattie uważała tak samo, bo udało jej się zauważyć dwie postawy podróżujących – albo śmierdzieli nadpobudliwą chęcią narażenia życia, albo podchodzili do wszystkiego z przesadną ostrożnością. Nawet swoje kanapki z pasztetem rozwijali ostrożnie. Po pierwszej godzinie chciała rzucić na wszystkich wokół zaklęcie uciszające. Po drugiej Drętwotę, a po czwartej mogłaby własnoręcznie wyrwać im języki i wyrzucić przez okno, ku temu niebu i zieleni, które tak podziwiali. Kilka razy ktoś ją nawet zagadywał, ale udawała wtedy idiotkę, lub robiła tak odpychającą minę, że każdy w końcu rezygnował. Ogólnie jej głównym problemem było to, że prezencją przyciągała do siebie wszystkich naiwniaków, szukających uważnych rozmówców. Wciąż miała zbyt dziecinną twarz, oczy trochę za duże, takie z czymś naiwnym w środku, chociaż ona sama nigdy naiwna nie była, nawet za dzieciaka, wręcz przeciwnie. Wygląd czasami pomagał jej w uciekaniu od odpowiedzialności – pewnie przez niego mugolscy przedstawiciele władzy dawali sobie z nią spokój, nawet, gdy widywano ją z papierosem w pobliżu dworca, czy innych miejsc, gdzie wyraźnie widać znaki zakazu. Śmiała się w takich chwilach ze Ślizgona, mówiąc, że celowo wygląda jak przerośnięta piętnastolatka z naiwną buźką. Lloyd znał ją już tak długo, iż nie miałby pewnie problemów z poprawnym odczytaniem w jej mimice tego, co reszta świata brała za delikatny uśmiech – toż to zazwyczaj zwiastowało gwałtowny wybuch. Jemu również często się obrywało, ale jakimś cudem wychodził bez szwanku z jej napadów szału. Wielokrotnie dochodziło do rękoczynów, gdy ją mocno zdenerwował ciskała w niego zaklęciami, ale niestety w każdej z tych dziedzin z nim przegrywała – był facetem, więc już na starcie nie było mowy o dotkliwym pobiciu, no i miał lepszy refleks, czego raczej nie powie mu na głos, bo jeszcze ubzdurałby sobie, że prawi mu komplementy, bo czegoś chce. Umiała być milutka tylko w takich momentach.
    Całe to odłączenie od grupy podobało jej się bardziej niż kolejna przepychanka z Brandanem, kto zajmie swoje ulubione miejsce w autobusie. Zresztą, bolał ją już tyłek, ramiona, plecy i wolała już przedzierać się przez las niż zmuszać swoje ciało to jeszcze kilku godzin w tej samej pozycji. Ani przez moment nie myślała o czyhających tam niebezpieczeństwach, które przed podróżą były mało realne, a teraz mogły się znaleźć za każdym drzewem. Mało rozważne, ale taka już była Hattie. Lloyd miał mapę, a ona ufała mu całkowicie, nawet na sekundę nie zerkając na to, co też on tam sobie kreślił. Gdyby została sama w podobnej sytuacji, skazana na swoje umiejętności przystosowywania, pewnie po prostu siedziałaby przez kilka godzin na drodze, a ruszyła, kiedy zabrakłoby jej papierosów.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Potem przez szczęśliwe zrządzenie losu trafiłaby na niedźwiedzia, który jedną łapą wydarłby jej z klatki piersiowej serce, bo nie zdążyłaby sięgnąć po różdżkę. O ironio! Jesteś czarodziejem i jedziesz do tej dziury, by własnymi oczyma porównać rzeczywistość do tego, czym straszono cię w dzieciństwie, ale zabija cię niedźwiedź, nie wampir, nie smok. To do niej pasuje.
      - Możesz mi pokazywać, co tylko chcesz, ale wiesz, że nie znam się na mapach. – Wzruszyła ramionami, a złośliwy uśmieszek nie schodził jej z ust, bo zdenerwowanie przyjaciela wprawiało ją w naprawdę dobry nastrój. On całą sytuację mógł sobie uważać za utrudnienie, a Hattie w tym samym momencie skazywała go na odpowiedzialność nie tylko za siebie, ale również za nią, bo nie traktowała sytuacji zbyt poważnie. W końcu zaczęła się dobrze bawić. – Nie wiem, ile ty możesz wpieprzać – prychnęła, biorąc od niego biszkopty, ale tylko po to, by potrzymać opakowanie. Jadła sporo, ale to wciąż nie była dla niej pora na obiad, czy krótką przekąskę. Na to jego radosne pytanie retoryczne tylko pokręciła głową, jakby była mędrcem, od którego on wciąż musi się sporo nauczyć. – Tylko pomyśl, skoro wybrali dłuższą drogę, to skrót jest po prostu… niebezpieczny. – Ostatni wyraz przeliterowała, unosząc lekko brwi. Jak wtedy, gdy przed meczem obiecywała mu, że trafi w tak wielu zawodników przeciwnej drużyny, iż może wylecieć z zadaniem domowym, bo żaden zawodnik nie zaatakuje mu bramek. Rzadko udawało się obejść bez kilku prób ustrzelenia punktów, ale uwielbiała się przechwalać.
      Zaraz po swoim ostatnim zdaniu, ruszyła raźnym krokiem, w kierunku, który wskazał jej na mapie. Tyle to umiała z niej wyczytać, ale nic poza tym. Zdawało się, że przez swoją teorię o niebezpieczeństwie na trasie, idzie szybciej i raźniej niż wcześniej. Ani przez moment nie wątpiła w to, że poradzą sobie nawet, jeśli nie uda im się ponownie dołączyć do grupy. Ona miała Ślizgona, a Ślizgon miał mapę. Układ idealny.

      Usuń
  29. - Możemy sobie pośpiewać, Lloyd. Mamy tu świetne echo – prychnęła, wodząc obrażonym wzrokiem po okolicy. Było jej tak gorąco, że najchętniej ściągnęłaby bluzkę, ale postanowiła nie narażać Ślizgona na podobne widoki. I tak zaraz ochłodzi się jeszcze bardziej, a że nie są już w ruchu, zaraz zrobi cię jej zimno i prawdopodobnie zamarznie w środku rumuńskiego odludzia. Jej zimne martwe ciało nie zwabi wampira, nici z przygody.
    Nie żeby była obrażona o coś konkretnego akurat na niego. Chodziło raczej o całą sytuację. Od początku wycieczki modliła się o sytuację, w której w końcu odłączyliby się od tamtej bandy pomyleńców, a teraz on gnał na złamanie karku. Miała krótsze nogi i jego trzy kroki to jej jeden, więc już w połowie trasy miała ochotę usiąść na tyłku i nie wstawać, nie pomagały nawet krótkie przerwy, które raz na jakiś czas zarządzał. Starała się nie okazywać zmęczenia i tego, że zaraz mu tam zejście na miejscu. Po prostu nie sądziła, że da się ją tak szybko zmęczyć. Musi zacząć biegać. Ta, jasne, na pewno będzie wstawać przed lekcjami. Albo jeszcze lepiej, na pewno zaraz po kolacji nie położy się na kanapie w Pokoju Wspólnym, tylko wyciągnie Brandana na seans joggingu. To było mało realne. – Mam kanapki, całkiem sporo, więc jak już nakarmisz swojego wielkiego głoda, może coś zostanie dla mnie. – Zaczęła szperać w plecaku, podając mu zaraz jedzenie. Przygotowując sobie prowiant, i tak zrobiła tego trzy razy więcej, bo dobrze wiedziała, że chłopak w końcu zgłosi, że mogłaby go czymś nakarmić. Wtedy oczywiście nie przypuszczała, że jej kanapki okażą się dla niego niemal zbawienne. Znalazła też jakieś owoce, więc sama wzięła sobie jabłko, ale wciąż nie jadła. Miała taką zadyszkę, że pewnie zwymiotowałaby wszystko, co włożyłaby sobie teraz do ust. Przysunęła się bliżej Brandana, żeby bezwzględnie zabrać mu z ust papierosa, bo ona ma oczy dookoła głowy i dobrze widzi, że zaraz zjara jej całą paczkę.
    - Jeżeli zaraz każesz mi się znowu wspinać, powyrywam ci nogi z tyłka i zwabię dzikie zwierzęta, żeby zrobić z tobą porządek. Nigdzie się nie ruszam. Śpimy tutaj i koniec, tamci idioci i tak mają wyruszać przed południem, no nie? Może uda nam się do nich dotrzeć, jeśli tak ci zależy na ich towarzystwie I, cholera, nie wiem, dlaczego się tak uparłeś na unikanie magii, ale ja mam zamiar rozpalić nam ognisko różdżką. Chyba że lepiej byłoby, nic nie rozpalać, żeby do nas niczego nie zwabiać… - Przy ostatnim zdaniu zrobiła minę w stylu jeśli powiesz, że to prawdopodobne, rozpalę nawet trzy ogniska. Położyła się na chwilę na plecach, leżąc jak długa i próbując uspokoić oddech, jednocześnie zaciągając się resztką papierosa, którego mu wcześniej zabrała. Jedno nie współgrało z drugim, ale miała to gdzieś. Gdyby nie była sobą, zieleń nad ich głowami mogłaby nawet zająć na chwilę chaos jej myśli, ale nie. Bardziej zastanawiała się nad tym, jakie zwierzęta mogą tam u góry żyć. Oczywiście nie chodziło o niemagiczne zwierzaki.
    Mimo wszystko, jest osobą, która długo nie usiedzi na miejscu, więc wstała, brutalnie przytrzymując się ramienia Ślizgona, umyślnie trochę go popychając. Znowu wygrzebała coś ze swojego plecaka. Okazało się, iż to pomniejszony magicznie namiot. Wyciągnęła różdżkę, kompletnie mając już gdzieś jego zasadę o nieużywaniu czarów, poklepała trzy razy w opakowanie i zaraz namiot zyskał swoje oryginalne rozmiary, wyglądał jak mała, typowa dwuosobówka. Jej nowy mugolski nabytek, skoro mieli nocować po jakichś schroniskach i autokarach, nie uznała za koniecznie brania czarodziejskiego namiotu, który zresztą tkwił gdzieś na strychu, pomiędzy innymi rupieciami. Przymocowała, w miarę skutecznie, namiot do podłoża, przywiązując linki do bardziej stabilnych kamieni.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. - Bezsensu wyciągać dwa namioty. Prześpimy się trochę, a nad ranem zwinięcie wszystkiego zajmie nam mniej czasu – wyjaśniła, wchodząc na czworaka to namiotu, żeby rozwinąć tam swój śpiwór. Nie była jeszcze jakoś szczególnie śpiąca, ale lepiej mieć to z głowy i nie siedzieć bezczynnie na tyłku. Albo obżerać się jak Lloyd. Była zadowolona, że obok znajdował się ten cholerny strumyk, bo przynajmniej może się trochę odświeżyć.
      Jeszcze raz oceniła, czy namiot stoi stabilnie, a potem znowu opadła ciężko na plecy, dopiero teraz wgryzając się w swoje jabłko. Właściwie czuła się teraz jak na zwyczajnym biwaku i równie dobrze mogłaby się znajdować gdzieś na wschodzie Szkocji, lasy niemal wszędzie są do siebie podobne. Owszem, normalny człowiek w ich sytuacji zachowywałby się bardziej niespokojnie – przynajmniej tak jak Brandan na początku – ale nie Hattie. Po prostu nie dopuszczała do siebie myśli, że coś złego może im się stać skoro gdzieś obok wciąż śpiewały ptaki. Niby robiło się coraz ciemniej, ale w powietrzu nie dało się jeszcze wyczuć ciężkiej atmosfery grozy, na którą tak niecierpliwie czekała. Niestety temperatura zmieniła się diametralnie i poczuła gęsią skórkę na karku.
      - Może będziemy spać na zmianę? – zagadnęła, z odrobiną szyderstwa w głosie, bo jej zdaniem podobne praktyki byłyby czymś niepotrzebnym. – Tylko nie gap się na mnie w nocy, zboczeńcu, bo wydłubię ci te śliczne oczęta i nici z twoich eksperymentów.
      W ciągu ich sześcioletniej znajomości musiała mu już grozić parę milionów razy.
      - Idę przebrać się w jakiś dres – dodała po chwili, znowu włażąc do namiotu, wciągając za sobą plecak, w którym (jak się z minuty na minutę okazywało), pochowała wiele potrzebnych drobiazgów.
      Mówiła zdecydowanie więcej niż zazwyczaj, czyli jednak była troszkę nerwowa, ale nie chciała się do tego przyznać przed sobą, ani przed nim.

      Usuń
  30. Hattie po prostu nie umie zbyt długo przebywać w towarzystwie tej samej osoby, nie wszczynając kłótni. Zazwyczaj robiła to nieświadomie, odpowiadając w sposób, który jej samej wydawał się całkiem normalny, a dla innych brzmiało to opryskliwie i nieuprzejmie. Na przykład teraz jej zamiarem nie była wielka afera, po której Lloyd będzie musiał udowadniać, jakim to jest męskim bohaterem, potrafiącym rozkładać swój jeszcze bardziej męski namiot. Była zmęczona i chyba po prostu przerażona, chociaż temu drugiemu uczuciu nie dała nawet na moment dojść do głosu. Pewnie i była niestabilna psychicznie, ale mógł się z tym liczyć, zabierając na piesze wycieczki po Rumunii. Do diabła, znali się szmat czasu. Nawet, gdyby siedzieli teraz bezpiecznie w autokarze, albo przy obiedzie z resztą grupy, Cathcart zrobiłaby coś, żeby zmącić ten wspaniały spokój. Niektórzy ludzie po prostu nie potrafią żyć w równowadze. Przez cały wieczór ona zajmowała się sobą, a on sobą i przez moment nawet kusiło ją, żeby zajrzeć do jego namiotu i zacząć rozmowę w taki sposób, jakby nic się nie wydarzyło, duma zwyciężyła. Zmęczenie również. Kiedy przebrała się w dres i ogrzała przy ognisku, schowała się w prywatnym namiocie. W jej przypadku było tam nawet za dużo miejsca, więc mogła ułożyć się w śpiworze w takiej pozycji, która tylko się jej marzyła. Chwilę jeszcze wsłuchiwała się w dźwięki lasu, odnajdując w różnych szumach i pohukiwaniach także oddech drugiej osoby, co ją trochę uspokoiło i w końcu zdołała zasnąć. Pewnie, gdyby lata temu nie zdecydowali się na przyjaźń, zostaliby największymi na świecie wrogami, nadawali się do tego idealnie.
    Rano wstała przed nim, co pozwoliło jej odświeżyć się we względnym spokoju, nawet coś przegryźć. Że nie ma różdżki, zauważyła, gdy przeszukiwała plecak w poszukiwaniu wody. Była pewna, że po rozpaleniu ogniska zostawiła ją w konkretnej przegródce. Naprawdę spanikowała. Gdyby nie to, że Ślizgon w końcu się odezwał, pewnie zaczęłaby wrzeszczeć, kręcąc się wokół niczym zarzynane zwierzę. Może nie zwróciłaby uwagi na jego małe potknięcie w swoim wspaniałym kłamstwie, gdyby nie wstrzymał oddechu. Wtedy zorientowała się niemal natychmiast.
    - Ty pieprzony łgarzu, oddawaj ją – warknęła tylko. Upuściła plecak gdzieś na bok, zupełnie nie dbając o to, czy przypadkiem nie wpadł do popiołu z wczorajszego ogniska. Jeszcze sekundę temu była zaspana i zmęczona, a teraz w jednej chwili rzuciła się na Lloyda. Może to z zaskoczenia, a może jednak ważyła sporo, ale szybko powaliła go na ziemię. Nie dając mu czasu na reakcje, zaczęła go przeszukiwać. Kieszenie, pasek od spodni, dosłownie wszędzie. Ale różdżki tam nie było, więc pewnie sprytnie ukrył ją gdzieś indziej. Zlazła z niego w końcu i dobrała się do jego plecaka, ale i tak nic.
    Trochę ją rozgryzł. Mogła udawać twardą, ale wraz ze swoją różdżką traciła całe poczucie pewności. Nie wychowywała się, tak jak on, w miejscu, gdzie trzeba było dostosować się do otoczenia, bo od tego zależało czyjeś życie. Cathcart od dziecka przyzwyczajona była do tego, że to różdżka zapewnia człowiekowi bezpieczeństwo. Jej ojciec zginął, bo w końcu mu ją odebrano. Matka robiła wszystko w domu tylko dzięki niej, a sama Hattie posługiwała się nią od sześciu lat, czyli tak długo, jak znała Brandana. Mogła jej nie używać i mieć w plecaku cały dzień, ale świadomość, że jest tam bezpiecznie ukryta i czeka w gotowości na jej potrzeby, zawsze dodawała jej otuchy. Może dla niego to całkiem zabawny żart, ale jej nie było do śmiechu – w końcu, pierwszy raz od wczoraj uświadomiła sobie, że za nic nie poradziłaby sobie w tym lesie, gdyby nie towarzystwo Ślizgona i, no właśnie, jej różdżka. To zdenerwowało ją jeszcze bardziej.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Jeszcze raz posłała mu spojrzenie pełne jadu, a potem spakowała do plecaka resztę rzeczy, które leżały wokół niej. Bez słowa zarzuciła torbę na plecy, mocno zawiązała buty i szybkim krokiem podbiegła do ściany skalnej, z której wczoraj zrezygnowali, ale jeśli dobrze go zrozumiała, według mapy to był jedyny skrót. Nie miała pojęcia, która to godzina, ale słońce wciąż było bardzo blisko na wschodzie, przynajmniej wskazywało na to to, co udało jej się dostrzec pomiędzy gałęziami drzew. Jeśli, planując tę wycieczkę, Lloyd liczył na to, że unikną jej humorków i kłótni, pomylił się. W przypadku ludzi takich jak ona, nie jest potrzebna żadna motywacja. Nawet dobry humor charakteryzował się u niej obrażaniem tych, którzy akurat znajdują się w pobliżu. Cały jej styl bycia był niezmiernie odpychający. Zaczęła się wspinać bez asekuracji w postaci kolegi. To mogło się skończyć dwojako – zdenerwowanie mogło dodać jej zapału, albo mogła spaść prosto na tyłek. Albo gorzej, bo na głowę. Była pewna, że w końcu Ślizgon ruszy jej śladem, więc ani razu nawet nie spojrzała w dół, skupiona na tym, by nie mieć słabszych chwil, bo pewnie od razu mógłby ją wyprzedzić, a tego nie chciała. Parę razy miała wrażenie, że zaraz się osunie, albo że staje na niestabilnym podłożu, ale na szczęście udawało jej się wybrnąć. To był najdłuższy odcinek skalny, jaki kiedykolwiek pokonywała. Widok pewnie zapierał dech, ale nie rozglądała się, pewna, że jakikolwiek nieprzemyślany ruch mógłby ją natychmiast rozproszyć. Kiedy w końcu dostała się na szczyt tego trudnego wzniesienia, po prostu oparła się o któryś z kamieni, bezwzględnie potrzebując wody, więc wyszperała ją z plecaka. Brandan pojawił się jakieś dwie minuty po niej. Nie miała zamiaru się do niego odzywać, bo ten sukinkot wciąż nie oddał jej różdżki. Czasami bezwiednie zachowywała się jak obrażona księżniczka, tak bez powodu. Gdyby ktoś kiedykolwiek powiedział jej to w oczy, oberwałby w zęby.

      [Mnie pasuje, bo wciąż się wczuwam w wątek i postać, więc troszkę można jeszcze przeczekać, nim zrobimy im jakąś większą krzywdę. :D]

      Usuń
  31. Może i były lepsze metody na zwalenie chłopaka z nóg, ale Hattie nigdy ich nie używała. Nie to, żeby nie umiała, po prostu w przypadku Brendana nie miała najmniejszej ochoty na sztuczne wdzięczenie się. Widział ją niewyspaną, z potarganymi włosami i ziewającą niczym jakiś mops, więc żaden udawany urok osobisty nie zdałby tutaj sprawdzianu. Nawet przez jakąś chwilę sądziła, że rzeczywiście zachowała się zbyt nadpobudliwie, może nawet dziecinnie, ale szybko zapomniała o całym zdarzeniu, żałując tylko tego, że wciąż nie udało się jej odzyskać swojej różdżki, której naprawdę potrzebowała, by odzyskać ostatki równowagi duchowej. Ślizgon mógł sobie eksperymentować z tym, ile jest w stanie samodzielnie poradzić sobie bez magii, ale tym samym nie miał prawa narzucać jej czegoś podobnego, bo ona zupełnie się do tego nie nadawała. Nie nazwałaby siebie przez to mieszczuchem, raczej czarodziejem. Pieprzony czarodziej w ich świecie potrzebuje różdżki. Nie była fanatyczką mugolskiego stylu bycia, więc on naprawdę mógł to sobie darować.
    Przez brak tego kluczowego patyka plecak wydawał się odrobinę cięższy, bo nie mogła zmniejszyć tego, co pakowała do niego przy odpowiednim zaklęciu. Wciąż miała ochotę oderwać Ślizgonowi ten jego zakuty łeb, ale uznała, że zrobi to dopiero wtedy, gdy dotrą na miejsce. Proponowała odłączenie się od wycieczki, a skoro nie trafili jeszcze na nic niebezpiecznego, chciała teraz po prostu spędzić chociaż jedną noc w czymś, co przypominałoby łóżko bardziej niż jej śpiwór – nawet, jeśli to miałby być tylko fotel w autokarze i kolana Brandana, na których ostatnio (bez pytania o zgodę) ułożyła stopy, udając, że rzeczywiście leży w łóżku.
    Dzień był jeszcze gorszy niż poprzedni, bo i pogoda była bardziej dusząca. Hattie miała wrażenie, że cała jej garderoba przykleiła się do niej na zawsze, więc szybko zrezygnowała z koszulki, zostając na cienkim podkoszulku, przez co co jakiś czas poklepywała się po ramionach, żeby zabić natarczywe komary i robale. Zaczynała się nawet cieszyć wycieczką, bo nogi były już chyba na tyle zmęczone, by przestać boleć. Właściwie w ogóle ich nie czuła, co w obecnej sytuacji, gdy to nie mogli przerwać marszu, było jej bardziej na rękę. Podczas wędrówki wypaliła całą paczkę papierosów, a że miała w plecaku jeszcze dwie, szczególnie się nie hamowała. Co prawda, od czasu do czasu łaskawie odpowiadała na coś chłopakowi, ale udawała, że palenie to jedyne, co może ją uratować w tym czasie od nudy.
    Jeśli Lloyd przez współpracę z drugim człowiekiem rozumiał odbieranie mu różdżki, a tym samym skazywanie dziewczyny takiej jak Hattie na całkowitą zależność od siebie, to tak, całkowicie nie miała ochoty współpracować. Chyba to ją tak bardzo denerwowało, bo ogólnie była za słaba we wszystkim, by w sytuacji zagrożenia wyjść cało bez różdżki, albo bez jego pomocy. W szkole to co innego. W szkole zawsze mogła komuś przyłożyć, albo zwiać. Ale tutaj zagrożenie nie było definiowane jako wścibska koleżanka, czy ktoś, kto nie liczy się z twoim zdaniem. Skoro jej siła fizyczna i szybkość wypadały słabo w porównaniu z samym Brandanem, to co będzie, jeśli znienacka wyskoczy na nich jakieś niesamowite stworzenie, które wcześniej tak bardzo chciała spotkać? Jeśli chciał jej dać podobną nauczkę, to chyba mu się udało, aczkolwiek charakter Hattie wcale nie zyskał, raczej szła w zaparte.
    To prawda, prowadziła, ale przez cały czas słyszała za sobą kroki Ślizgona. Miał tę głupią mapę, więc gdyby w którymś momencie nie szła zgodnie z obranym kursem, raczyłby ją o tym głośno poinformować.
    Dziękowała Merlinowi za każdy mały przystanek. Nawet taki sekundowy, tak tez było w chwili, kiedy Bran zatrzymał się, by zrobić zdjęcie wodospadowi.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Skłamałaby, gdyby powiedziała, że i na niej to miejsce nie zrobiło wrażenia – w jej przypadku chodziło jednak o chęć znalezienia się w tym kuszącym strumieniu wody. Może, gdyby nie była obrażona, zrobiliby sobie wspólne zdjęcie, ale jak na razie nie było na to najmniejszych szans i w starości nie będzie mu dane patrzenie na wspomnienie nastoletniej przyjaciółki. Chyba nie mieli wspólnych zdjęć, a przynajmniej nic o żadnym nie wiedziała.
      Zakładała kalosze ze sporą werwą, bo nie mogła się doczekać chłodnej wody. Jeśli dobrze pójdzie, może nawet trzeba będzie przepłynąć kawałek, bo tak naprawdę nie wiedzieli, czy w którymś fragmencie tej całej jaskini woda nie będzie zbyt głęboka, by po prostu iść.
      - Przykro mi, wszystko zjadłeś. Masz szczęście, że nie grozi ci chorobliwa otyłość – skomentowała go krótko, wstając, by poprawić sobie plecak. Umieściła go możliwie najwyżej, by w razie czego niczego nie zmoczyć, chociaż tutaj bardziej odpowiednie byłoby zaklęcie ochronne, ale przecież ktoś ukradł jej różdżkę! Zirytowała zerknęła na jego latarkę, setny raz tego dnia, przewracając oczami na jego żałosną upartość. Nie będzie go błagać znowu o zwrócenie różdżki, prędzej zje swoje buty.
      Straciła na chwilę rezon, widząc to jego dziwne spojrzenie, ale starała się nie dać po sobie znać, że faktycznie się boi. Kto by się, do cholery nie bał, włażąc do ciemnej jaskini, w której może się czaić prawie wszystko? No właśnie. Z drugiej strony czuła, że tym razem faktycznie może się dziać trochę więcej sama wędrówka, która była tak monotonna, że można od niej umrzeć z nudów. Nic mu nie odpowiedziała, tylko pociągnęła go za łokieć w stronę jaskini. Po co mieliby tracić kolejną noc, skoro rzeczywiście mogą iść już teraz? Cztery kilometry to nie tak dużo w porównaniu z tym, co już przeszli. Wepchnęła go do jaskini przed sobą – w końcu miał latarkę, a przejście było strasznie wąskie. Może daliby radę iść obok siebie, ale skończyłoby się na niewygodnym uderzaniu się w boki łokciami i biodrami, więc sobie darowała. Parokrotnie potykała się o jakieś przeszkody na ciemnej ścieżce, ale za każdym razem bezpiecznie wpadała na plecy chłopaka. On niestety nie miał przed sobą tej asekuracji.
      - Łaskawie oddasz mi swoją różdżkę, czy masz zamiar przetrzymywać ją do końca wycieczki? – warknęła w końcu, gdy za nimi nie było już widać wejścia do groty. Nie wytrzymała. Na wejściu zmoczyli się do tego stopnia, że czuła cieknącą po plecach wodę, ale to było całkiem przyjemne.

      Usuń
  32. [A to ciekawe, no nic uznam to za komplement xd Fajny ten Twój pan, jeżeli masz chęć na wątek to bardzo chętnie. Pozdrawiam! :)]
    Ambrosia Hovord

    OdpowiedzUsuń
  33. [Ze strony Marcusa nie grozi Ci oberwaniem tłuczka, ale każdy inny wypadek już tak. Brandan idealnie nadaje się na poszukiwanego niebieskiego Ślizgona, ale ja nic nie sugeruję :> ]

    OdpowiedzUsuń
  34. [Okej, rozpływam się. :D Ty to wiesz, czego człowiekowi do szczęścia potrzeba!]

    Amelia

    OdpowiedzUsuń
  35. [Wątku! W jaką relację lecimy? Coś a'la Flo-Monty, czy jednak w tym wypadku się nie da?]

    OdpowiedzUsuń
  36. [To z czarownikiem genialne! Amelia jest zbyt księżniczkowata na ratowanie małpek. :D
    Kto zaczyna? Ja mogę, ale jutro, dziś ból głowy mnie zabija.]

    OdpowiedzUsuń
  37. [Okej, powiedz mi tylko, gdzie i jak ma wyglądać miejsce, w którym spotkają się z czarownikiem, w sensie, mam pełną dowolność, czy jakoś konkretnie to widzisz?]

    OdpowiedzUsuń
  38. [Okej, przeczytam twojego posta z opowiadaniem, bo jestem go ciekawa i pewnie bez niego się nie obejdzie, i jutro coś zacznę. :D]

    OdpowiedzUsuń
  39. [I tak przeczytam. :D Jutro będzie zaczęcie, a tymczasem się żegnam i życzę dobrej nocy!]

    OdpowiedzUsuń
  40. Miała problem z tym, żeby opanować odruch wymiotny na jakikolwiek przejaw wróżbiarstwa, bynajmniej nie ze strachu. Jak większość magicznych, tę dziedzinę sztuk magicznych uważała za mało potrzebne komukolwiek. Podziwiała tylko szczególnie utalentowanych oszustów, potrafiących wzbogacić się przy wmawianiu naiwniakom przeróżnych teorii, w które bez problemów wierzyli. Jeśli wszelkie jej plany na przyszłość zawiodą (pewnie skończy w rezerwacie ze smokami, miała odpowiedni temperament do takiej pracy), to spróbuje sił w czytaniu ludziom z rąk, czy tam szklanych kul. O ile mogła sobie żartować z przewidywania przyszłości, tak w momentach, gdy Lloyd wpadał w ten swój specyficzny amok, czuła gęsią skórkę na plecach. I w tej sytuacji bardziej przeraziła się z powodu jego spostrzeżenia niż przez same nietoperze – oczywiście, przez nie również niemal nie dostała zawału serca, ale w spostrzeżeniu chłopaka było coś na tyle mrocznego, iż nie miała już nawet ochoty na rzucanie głupimi uwagami na prawo i lewo, po prostu spełniła jego polecenie. Czasami miewała myśli, iż Brandan jest na wyciągnięcie jej dłoni, ale jednocześnie czuła od niego coś mistycznego i dalekiego, jakby znajdował się za grubą szybą zbudowaną przez kulturę, której za nic nie rozumiała i nigdy nie zrozumie, dlatego nawet się nie starała. Nie nadawała się do podobnych inteligenckich rozterek, na pewno nie w tej chwili. Teraz to jej jedynym problem było skupienie się na mętnym świetle z latarki, która w każdej chwili mogła nawalić jak masa innych mugolskich wynalazków.
    Hattie nie była specjalnie niska jak na dziewczynę, ale na pewno trochę niższa od Brandana, więc w jej przypadku wystarczyło tylko trochę pochylić głowę i nie czuła przy wędrówce tymi wąskimi korytarzami większego dyskomfortu. Oczywiście nawet przez myśl jej nie przeszło, że oto podejmują najgłupszy krok swojej wędrówki, wchodząc do tego jaskiniobodobnego tworu. Możliwym jest, że już nigdy nie ujrzą światła słonecznego, ale Cathcart rzadko kierowała się w życiu zdrowym rozsądkiem – brat mawiał często, że wcale go nie posiada. Gdy ktoś inny się poddawał, ona brnęła, pewnie po to, by udowodnić coś komuś, a przede wszystkim sobie. Tak też było w tym przypadku, gdy tylko poczuła, iż Ślizgon może podejrzewać ją o coś takiego jak tchórzostwo jakiekolwiek logiczne odruchy zniknęły. Przejmowała nad nią kontrolę ślepa chęć imponowania wszystkim wokół. I to, że znała go tyle lat, wcale nie przeszkadzało w tym, że wciąż miała ochotę mu coś udowadniać. Jakby się bała, że w którymś miejscu chłopak stwierdzi jednak, że nie jest godna dłuższej znajomości z nim. A skoro już miała tego jedynego przyjaciela, troszczyła się o niego w jedyny sposób, który potrafiła, czyli zapewniając mu kupę wrażeń.
    - Ta, dziwne, że nie wziąłeś jeszcze pod uwagę usmażenia mnie na ruszcie. Przyznaj się Lloyd, chciałbyś mnie zeżreć – prychnęła, ale nie ukryła rozbawienia, po raz pierwszy tego dnia, chociaż już wcześniej parę razy miała na to ochotę. Była mu wdzięczna za to, że w jakiś sposób potrafił rozładować atmosferę. Przez całą wędrówkę właziła mu niemal na pięty, tak się bała, że coś zaraz wyskoczy jej na plecy i zaatakuje, nie dając najmniejszych możliwości na jakąkolwiek obronę. Ale nic nie zmieniało jej paskudnego samopoczucia w otoczeniu, w którym się znaleźli. Może ktoś inny odnalazłby satysfakcję w błądzeniu po nieznanych jaskiniach w samym dzikim sercu Rumunii, ale Hattie nagle zapragnęła w swoim życiu chociaż ostatków stabilizacji. Niby chciała ekstremalnej wycieczki i ją właśnie otrzymała, ale to wszystko miało wyglądać trochę inaczej. Zdecydowanie lepiej czuła się w miejskim środowisku. Praktycznie wychowała się na Nokturnie, bo praca brata sąsiadowała z tą uliczką – tam czuła się jak ryba w wodzie, chociaż z każdego ciemnego korytarza mógł wyskoczyć zbir, pragnący jej różdżki, czy tam krwi.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nie wytrzymując całej tej presji, złapała go mocno za ramię, przyszpilając całym ciałem do wilgotnej kamiennej ściany. A że było potwornie wąsko – od jakichś dziesięciu minut nie mogli nawet przez moment iść obok siebie – łatwo było jej się niemal na niego położyć, tak jak wcześniej w ich pozorowanym obozowisku.
      - Słuchaj, jeśli oddasz mi różdżkę, postawię ci pieprzony obiad. Wiesz, ja już nie żartuję, Lloyd. Zwariuję, jeśli tego nie zrobisz – mówiła niemal jak w gorączce, ani na moment się od niego nie odsuwając. Brzuch przy brzuchu, noga przy nodze. Hattie wyraźnie była zdesperowana, chociaż nie miało to nic wspólnego z jego wcześniejszymi słowami na temat zwalania chłopaka z nóg w inny sposób. Nie cierpiała na klaustrofobię, nie bała się ciemności, ale ogólna duchota i poczucie bezbronności za bardzo ją oszałamiały. Na nic jego żarciki o tym, że genialnie wybroniłby ją z każdej sytuacji.
      Może wyczuł to Ślizgon, ona zrozumiała, że dzieje się coś niepożądanego dopiero w chwili, gdy zaczęli się osuwać. Widać przycisnęła go nie do tej ściany skalnej, do której należało. Najwyraźniej to w żadnym stopniu nie była ściana skalna, raczej jakiś tragiczny kamień, który wystarczyło odrobinę mocniej popchnąć, by wywołać serię nieprzyjemnych zdarzeń – runęli prosto w ciemną przestrzeń, spadając kilka metrów w dół. Gdyby nie to, że wpadli na coś miękkiego (wolała nie sprawdzać na co, wolała wierzyć, że to jakieś rośliny) mogliby nieźle pogruchotać sobie kości. Hattie właściwie nic nie było, bo wylądowała na chłopaku. Poczuła tylko na plecach kilka mniejszych kamieni, które wciąż się nad nimi odłamywały, co mogło zwiastować lawinę, a z niej odratować można się już wyłącznie magią.
      - Kurwa – mruknęła, wolno dźwigając się na nogi. Zbadała stan chłopaka, a dopiero potem swój. Porwała lekko koszulkę, a na ramieniu miała dość głębokie rozdarcie, takie delikatnie krwawiące, ale nic poza tym. Kiedy spostrzegła rzekę, której nurt prowadził do widocznego w oddali wyjścia z tych piekielnych grot, nawet się ucieszyła z całego obrotu zdarzeń. Jednak po paru sekundach uśmiech zszedł z jej twarzy, bo nadepnęła stopą na szkielet. Potem zauważyła drugi, trzeci i czwarty. Była tam cała starta szkieletów sporych drapieżników i to nie wróżyło im nic dobrego.
      [Eksperymentowałam! Ale chyba wrócę do tamtego zdjęcia, bo ta na gifie nie wygląda wystarczająco niewinnie.]

      Usuń
  41. Bran,
    Ja wiem, że jesteś Supermanem i poradziłbyś sobie świetnie z każdym zadaniem, jakie postawiliby przed Tobą organizatorzy Igrzysk, ale musisz mieć więcej wyrozumiałości dla koleżanki z domu. W końcu biedna dziewczyna nie miała najmniejszych szans, diabelskie sidła są przecież tak przerażającym i ciężkim przeciwnikiem, że nawet ja dałabym sobie z nimi radę. Tak myślę. W każdym razie powinieneś się cieszyć, masz szansę, by ponownie zgłosić się do tego szaleństwa. Całkiem możliwe, że po tej panice Longbottom zdecyduje się rozpocząć Igrzyska od nowa, rozdając uczestnikom prostsze zadania. Nie wiem jednak, czy wciąż będzie to dla Ciebie tak wspaniała zabawa, obawiam się, że zanudziłbyś się na śmierć i pewnie znów będziesz próbował zasłaniać się tłuczkiem...
    Prasa wie więcej niż minister pozwala jej zdradzać. Nawet sobie nie wyobrażasz, ilu dziennikarzy i ważniaków z ministerstwa przewinęło się tu w trakcie krótkiego pobytu tej barmanki. Przy takiej obstawie ciężko mi uwierzyć w to, że udało jej się uciec bez żadnej pomocy. Myślisz, że mogli jej na to pozwolić celowo, w nadziei, że doprowadzi ich do reszty wilkołaków? Słyszałam to ostatnio od czarownicy z rejestracji. Na ogół nikt jej nie wierzy, bo powtarza wszystko i bezsensu, a bardziej wścibskiego babsztyla nigdy na oczy nie widziałeś, ale jeśli to prawda, całe to cholerne ministerstwo upadło na głowę. I nie, nie wierzę, żeby nasz dyrektor był równie chory na umyśle, by zezwolić na trzymanie w Hogwarcie tak niebezpiecznej bestii. Faktycznie jest trochę... chaotyczny, ale nawet on nie może być tak głupi. Historia Hogwartu jak dotąd zna tylko jeden taki przypadek i oby był on ostatnim.
    Hattie? Nie znam. Chyba że mówisz o tej nieznośnej dziewczynie wszędzie rozpychającej się łokciami jak święta krowa. Jeśli tak, to, no cóż, słyszałam, że to chodzący magnes na kłopoty, więc o niedomiar przygód nie będziesz musiał się martwić, jestem pewna, że Wam ich nie zbraknie. Nie z kimś takim, jak ona. Tak czy siak, nie zapomnij zrobić zdjęcia, jeśli uda Ci się coś ciekawego wypłoszyć. Słyszałam, że tamtejsza fauna jest naprawdę niesamowita. Dowiedz się o niej najwięcej, jak tylko możesz, bo nie zapomnę Cię o to wypytać. Zwierzęta to jeden z nielicznych plusów tego dziwnego świata.
    Z tym Mungiem to śmieszna sprawa jest właściwie. Kojarzysz tę nawiedzoną nauczycielkę zielarstwa, profesor Forbes? No więc na początku piątej klasy przyłapała mnie na przepisywaniu eseju pewnego starszego Puchona i ubzdurała sobie, że „za karę zamiast kraść wiedzę, przez miesiąc będę się dzielić własną”. Co za idiotyzm. Kilka dni później podsunęła mi papier zgłoszeniowy do letniego wolontariatu i zagroziła, że nie dopuści mnie do SUMów, jeśli tego nie wypełnię. Za dużo namęczyłam się, żeby zaliczyć jakimś cudem transmutację, żeby nie zdać przez taką niedorzeczność, więc nie miałam wyjścia. I proszę, tak oto zamiast grzać tyłek na leżaku w ogródku za domem i nie martwić Cię we wrześniu moim brakiem opalenizny, od pierwszego lipca haruję za darmo w magicznym szpitalu, gdzie chyba jedyne źródło światła to świeczniki poustawiane tak gęsto, jakby ktoś miał nadzieję, że któryś wreszcie się przewróci i spali doszczętnie to miejse. Całe szczęście udało mi się te męczarnie skrócić i ostatni tydzień lipca mam już wolny. Skoro tak bardzo się stęskniłeś, postaram się znaleźć jakiś bilet i wpadnę do Twojego Senegalu. W pierwszej połowie sierpnia wybieram się na mugolski obóz, więc niech Ci nie przyjdzie na myśl wysyłać do mnie sowy. Jeśli dam radę i jakąś skombinuję, sama odezwę się po powrocie, jeśli nie, pewnie zobaczymy się w Expressie pierwszego września.
    (Wybacz, że nie odsyłam zaproszenia zwrotnego, ale moja matka i brat ledwo wytrzymują z jedną czarownicą w pobliżu, Ty najprawdopodobniej przyprawiłbyś ich o zawał, a ja nie odważę się ryzykować i sprawdzać tej teorii, dwóch trumien nie poniosę.)

    Nie bądź idiotą, powodzenia w Rumunii,
    I.A.

    OdpowiedzUsuń
  42. [ To wybieram ratowanie małp. I oczywiście zacznę, skoro ty wszystko wymyśliłaś, tylko ostrzegam, że na czas akcji wybiorę sierpień, żeby wszystko odbywało się legalnie – Valancy siedemnaście lat kończy pod koniec lipca, więc niech w Gambii będzie już osobą dorosłą według prawa. Mam nadzieję, że to nie problem. ]

    Valancy Edgeworth

    OdpowiedzUsuń
  43. [Jeśli ktoś właśnie doprowadził Rowling do płaczu, to ja się gorliwie przyznaję. ;<]

    Sama dała spokój wróżbiarstwu tuż po Sumach i szczerze żałowała, że z jakichś głupich powodów w ogóle zdecydowała się na ten przedmiot. Najprawdopodobniej poleciała tam ze przez swoje lenistwo kontynuowała przedmioty tylko konieczne do zostania tym swoim treserem smoków. Nie chodzi o to, że nie zdawała tego całego wróżbiarstwa. Miała całkiem dobre stopnie, ale tylko dzięki swojej wyobraźni i temu, że udawało jej się kreślić na mapach całkiem zmyślne kółeczka, prognozujące przyszłość akurat w taki sposób, w jaki chciała tego nauczycielka. Ani przez moment nie wierzyła, iż ktoś rzeczywiście umiałby wywróżyć coś z fusów i tak dalej. Dodatkowo korzystała z zapasów swojego dramatyzmu. Niewiele osób dawało się nabierać na jej sztuczki, ale na szczęście ta stara ropucha należała do ich grona. Jej wewnętrzne oko nie odkryło w Cathcart wielkiej oszustki, jaką w rzeczywistości była.
    Lloyd często opowiadał jej o tych wszystkich zasadach, panujących w miejscu, do którego w jakiś tam sposób przynależał, a Hattie udawała wtedy, że nic jej to nie obchodzi i tylko z łaską pozwala mu w ogóle mówić. Chyba była zazdrosna. Nie przez to, iż Brandan miał coś tylko dla siebie. Raczej przez to, iż to coś miało go tylko dla siebie i ona za nic tego nie pojmie. Próbowała czasem czytać o jego kulturze, do czego nigdy mu się nie przyzna, bo już wolała wyjść na straszliwą ignorantkę niż wielkiego szpiega. Egoistycznie pragnęła, by skupił się bardziej nad tym, co miał pod nosem. Nad tym rodzajem magii, który serwował mu Hogwart. Ma mu to wystarczyć, do cholery.
    Najlepsza była z OPCMu. Właściwie wcale nie musiała przykładać się do tego przedmiotu, z zajęć praktycznych kończyła zawsze z W, a eseje zaliczała na Powyżej Oczekiwań, co w jej wypadku było szczytem marzeń – nie chciało jej się siedzieć nad pracą domową dłużej niż godzinę, już po czterdziestu minutach traciła cierpliwość, robiła się głodna, śpiąca i tak dalej. Kiedyś zastanawiała się nawet, czy nie cierpi na jakiś szczególny syndrom, w którym to ciężko utrzymać skupienie na jednym przedmiocie. Brat nazywał to po imieniu – mówił, że jest głupia i nie myśli o przyszłości. To nie była prawda, przynajmniej z tą drugą kwestią nie można się zgodzić, bowiem Ślizgonka bardzo często myślała o tym, co z nią będzie po szkole. Nie widziała tam siebie za dziesięć lat w jakimś drogim stroju z gromadką dzieciaków. Nie była jedną z tych osób z niepełnych rodzin, które chcą zmienić wzór i stworzyć sobie swój własny plac zabaw – z mężem i piątkom bachorów. Nie, nie, Hattie wolała skupić się po prostu na tym, by nie wylądować w rynsztoku, do którego było jej już całkiem blisko od dzieciństwa. Dzięki temu, iż starszy Mark pracował na Pokątnej, już od najmłodszych lat sama zapuszczała się w najbardziej podejrzane okolice Nokturna. Wszyscy dobrze znali już jej posturę i traktowali jak równą sobie, a przecież można tam spotkać największe zakały magicznego świata. Trochę żałowała dzisiaj, iż nie namówiła Lloyda na jakąś przygodę w zapuszczonej części Londynu, mieliby teraz spokój. Właściwie może i tam natrafiliby na zwierzęce szczątki, ale przynajmniej nie musieliby się bać, że z kanalizacji wylezie na nich jakiś straszliwy stwór. O ile jeszcze pięć minut temu, gdy pocierała zakrwawione ramię, mogła się skupić tylko na tym, że tak wewnętrznie sto razy bardziej wolałaby być teraz w jakimś opuszczonym barze na Nokturnie, gapiąc się na zaślinionego barmana, o tyle już po chwili wygrała jednak ciekawość. Sama nie umiała nadążyć za zmianami w swoich emocjach. To było jak pstryknięcie palcem – wyobraziła sobie, że oto mają jedyną w życiu okazję, by przeżyć coś tak ekscytującego, więc nie powinna zachowywać się tak, jakby zaraz miała narobić w gacie. Zresztą, razem sobie pojawią ze wszystkim, prawda? Czasami nie tylko sama jej twarz charakteryzowała się niewinną naiwnością, cała jej brawurowość się tym cechowała.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. - Sam się nie bój, bohaterze – odwarkiwała za każdym razem, gdy przyszedł mu głupi pomysł, by jej coś teraz kazać, albo nawet wtedy, gdy patrzył na nią tak, jakby szukał poparcia, czy cholera wie czego. Czułaby się sto razy bardziej pewnie, gdyby teraz miała w ręku różdżkę i dlatego co chwilę złośliwie wbijała mu łokieć między żebra, bo nie zapomniała, a on okazywał się jeszcze bardziej upartym draniem niż zazwyczaj.
      - Szkoda, że nikt się nawet nie dowie o naszych dokonaniach. Nie powstaną żadne ballady, wnukowie nie będą mieli o czym plotkować… Jeśli dożyję, przyszłe wakacje spędzę w swoim pokoju, będę grzeczna - bredziła pod nosem, ani na moment nie przestając się rozglądać. Chociaż próbowała stąpać delikatnie, to i tak wokół roznosiło się echo tych gniecionych kości, które mogły tam leżeć od wieków, ale inne wyglądały na całkiem… świeże. Możliwe, że za chwilę i ich szkielety przyozdobią to tajemnicze miejsce i już nigdy nie dane jej będzie zaznać błogości wzięcia prysznica we własnej toalecie.
      Wszystkie słowa, które zamierzała jeszcze wywarczeć, ugrzęzły gdzieś na końcu języka. Właściwie nawet już nie myślała. Ta cała podziemna komnata nie wróżyła im nic dobrego i wciąż nie umiała uwierzyć, jakim cudem Brandan uważa, że poradzą sobie bez różdżek z pradawnymi stworzeniami, dla których wyglądają jak zwyczajne przekąski. Kruk dopełnił całą demoniczność najbliższego krajobrazu. Wewnętrznie Hattie była śmierdzącym tchórzem i miała teraz ochotę wtulić się w plecy Lloyda, ale oczywiście tego nie zrobiła, po prostu przylepiła się do jego boku. A gdy gdzieś po prawej rozległ się dźwięk, taki bardzo przypominający ludzkie kroki, praktycznie już do niego przylegała. Nie czytała zbyt wiele o wampirach. Wiedziała, że istnieją takie całkiem ucywilizowane, które – podobnie jak wilkołaki – próbują jakoś żyć w społeczeństwie czarodziejów, ale tutaj w Rumunii wampiry raczej nic nie wiedziały o pojęciu takim jak cywilizacja i humanitaryzm. To, co zobaczyła za chwilę, tylko potwierdziło jej podejrzenia. Zza którejś ze skał wyłoniła się istota, która prawie niczym nie różniła się od człowieka. Wyglądał po prostu na bardzo zapuszczonego, a odzienie ze skóry zwierząt nadawało jego drapieżnej postawie jeszcze więcej cech, o których Cathcart raczej nigdy nie chciała się dowiedzieć. Warknął, mogłaby przysiąc, że on rzeczywiście warknął, chociaż nie otworzył ust nawet na sekundę.
      Strach przejmował teraz kontrolę nad jej ciałem, mogła tylko trząść się, jak jakaś żałosna roślina na wietrze. Ostatki nadziei, że może jednak uda im się wyjść cało straciła dopiero w chwili, gdy zza tej samej skały wyszło jeszcze dwóch podobnych gości. Ten ostatni miał na sobie podarty garnitur, przez co wyglądał najmniej dziko, ale barwa tęczówek mówiła sama za siebie – pewnie niczym się nie różnił od swoich żądnych krwi kompanów.
      - Niezmiernie cieszę się, że przybyliście. Nawet nie macie pojęcia, od jak dawna nie smakowaliśmy ludzkiej krwi… - Czyli jednak mówią. Hattie wolałaby chyba, aby załatwił ją jakiś potwór, który nie wygląda tak bardzo jak człowiek. W jej mniemaniu nie mieli najmniejszych szans z tymi istotami. Prawdopodobnie nie mieliby z nimi szans, gdyby byli tylko zwyczajnymi facetami. Każdy z nich przewyższał Ślizgonkę o jakieś dwie głowy. Żałowała, że tak mało przykładała się do czytania o nich w książkach, może znałaby ich słabe punkty. Wolałaby spotkanie w cztery oczy z jakimś przeklętym smokiem.

      Usuń
  44. [A pewnie, nie pozwólmy dziewczynie zbyt długo kryć się za męskimi plecami :D.]
    Może i różdżka potoczyła się po podłożu i wylądowała gdzieś w okolicach jej stóp, ale to jeszcze nic nie znaczyło, bo Hattie za bardzo była teraz zajęta mruganiem i nierozumieniem tego, co się w jej położeniu zmieniło – przed nią stał ciskający klątwami Brandan, a za chwilę już go nie było. Rozważała, czy ten pokraczny stwór przypadkiem nie zjadł go już samą siłą woli, ale nie. Ślizgon po prostu leżał na ziemi. Pierdolony cykor - wrzeszczała w myślach, z całej siły, kopiąc go w tyłek, jakby to miało im teraz pomóc. Najmniej humanoidalny wampir stał najbliżej i to od niego biła tam silna energia, iż przez kilka sekund miała zamiar sama podsunąć mu szyję, by zakończyć ten cały cyrk jak najszybciej. Może miotała się w myślach, ale wciąż nic nie robiła, poza tym silnym kopem, który wymierzyła w chłopaka, co wywołało śmiech u tego wampira w garniturze – wyglądał jej na najmłodszego. Takiego, który nie umiał jeszcze nad sobą zapanować i nie czaił tej całej atmosfery grozy, w którą powinien się wczuć z takim obleśnym dowódcom. Może to ich stwórca? Nie znała się na hierarchii, która wśród nich panowała. Nie znała się nawet na sposobie, w jaki załatwiali swoje ofiary, bo te szkielety nic nie znaczą. Równie dobrze mogli czyścić człowieka z samej krwi, a z drugiej strony mogli interesować się również ludzkim mięskiem. Szkielety były na tyle stare, że nie znajdowała w nich żadnej wskazówki.
    - On nie miał tego na myśli… - zaczęła wolno, robiąc kilka kroków, próbując jakoś zasłonić sobą Lloyda, który wydawał się teraz zbytecznie bezbronny. Bestie nie musiałyby się specjalnie starać, by go teraz pożreć. To nie on zje obiad, on się nim stanie. – To my może przeprosimy i wrócimy tam skąd przyszliśmy, Panie. – Takiego potulnego głosu, Hattie jeszcze nigdy u siebie nie słyszała, ale czy miała inny wybór? Szczerze wątpiła, że wampiry zrobią sobie cokolwiek z jej marnych prób odwrotu. Gdyby upieczony kurczak na jej talerzu próbował uciec, z całą pewnością wbiłaby w niego widelec i szybko dobrała się do mięsa. Czasami pogrywanie z ofiarą może zależeć od stopnia wygłodzenia. Na przykład wtedy, kiedy miała cukierki, ale zostawiała je sobie na później. Oni jej nie wyglądali na takich, którzy będą się bawić w zbieranie zapasów na zimę.
    - Krew z młodych dziewic jest najsmaczniejsza, więc najpierw załatwimy tego czarnego, a ty będziesz mogła sobie popatrzeć, kobieto – warknął ten, którego zobaczyła jako pierwszego. Miała teraz gdzieś rasistowski wydźwięk jego słów, przełknęła tylko z przerażeniem ślinę. Przywódca nie zaprzeczał, nie przytakiwał. Stał jak woskowy słup (który wyglądem przypominał) i obserwował dokładnie każdy najmniejszy ruch. Właściwie wyglądał na takiego, który gapi się na jej klatkę piersiową i może dostrzec dokładnie zachowanie jej serca. Poziom przerażenia osiągnął w niej poziom krytyczny, bo wyobraziła sobie, jak sięga tymi upazurzonymi łapskami i po prostu wyciąga jednym ruchem jej, jeszcze bijące serce i wylizuje je do cna. Chociaż tego nie chciała, musiała coś zrobić, bo przecież nie pozwoli się tak biernie zamordować. Właśnie w tym momencie dostrzegła swoją różdżkę. Zaczęła programować w myślach bieg najbliższych wydarzeń. Nawet jeśli uda jej się po nią sięgnąć, mogą dorwać w tej samej chwili Brandana, a tego do cholery nie chciała. Mimo wszystko musiała zaryzykować, bo tamtych trzech było coraz bliżej, a wampir-kruk chyba też już tracił pokłady swej cierpliwości. Znienacka runęła jak długa na plecy, znowu lądując na chłopaku. Na początku miało to wyglądać tak, jakby i ona właśnie straciła przytomność, ale tak naprawdę chciała jednocześnie osłonić przyjaciela i sięgnąć po różdżkę. Przez cały dzień marzyła o chwili, w której znowu będzie mogła jej dotknąć, ale nie przypuszczała, że zdarzy się to w tak ekstremalnych warunkach. Odruchowo złapała też różdżkę Ślizgona, coby zwiększyć w jakiś sposób swoje szanse.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Przecież zawsze się zastanawiała, co się dzieje, gdy czarodziej wypowiada jedna regułkę, ale wskazuje zupełnie różnymi różdżkami w różne kierunki… No i teraz mogła na to popatrzeć. Niby wampiry natychmiast ruszyły w jej kierunku, chcąc chyba zakończyć tę maskaradę, ale Hattie jakimś cudem powaliła jednego Drętwotą. Drugi dostał w ramię. Ruchy to miała niestety ograniczone, bo przecież nie mogła się ruszyć, by nie narażać Lloyda. Wciąż jednak w pojedynkę nie miała najmniejszych szans na porządne rozegranie tej sytuacji w taki sposób, by potem móc się chwalić swoim wnukom. Ale nie byłaby sobą, gdyby nie próbowała. Hattie jednak nie miała problemów ze spontanicznym korzystaniem z różdżki. Może i nie należała do klubu pojedynków – nie ma przecież czasu na podobne głupoty, lepiej dłużej postać – ale już raz prawie zabrano jej różdżkę przez to, że używała zaklęć poza szkołą przed skończeniem siedemnastu lat. Wtedy też chodziło o pojedynek i wtedy też broniła swojego życia, chociaż chodziło tylko o paru zbirów w ciemnym zaułku. No i przedmiotem sporu był woreczek galeonów, więc można przyjąć, że jej obecne działania mogły być nawet lepsze, ponieważ motywacja zdawała się silniejsza. W końcu życie zawsze będzie ważniejsze od pieniędzy, przynajmniej dla niej.
      Staruszek w pelerynie wywarczał coś w nieznanym języku i z prędkością światła znalazł się tuż przy niej. Mogła wyczuć śmierdzący odór śmierci z jego ust. Czuła krew, pot i fekalia i o mało znowu nie zwymiotowała. Kolejne jej posunięcie nie należało w żaden sposób do inteligentnych.
      - Confringo! – wrzasnęła, wciskając mu obie różdżki między żebro. Zaklęcie zadziałało natychmiast, odrzucając go do tyłu. Wpadł na resztę wampirów. Zwalili się na ścianę z takim impetem, iż zwaliło się na nich kilka większych kamieni. Ale to nie wszystko, nie zapominajmy, iż znajdowali się w grocie, a zdwojona moc zaklęcia posłała dwa wybuchające promienie. Owszem, jeden trawił w stwora, ale ten drugi poleciał prosto w sufit i już po jakichś trzech sekundach wszystko zaczęło się osypywać. Hattie nie zdała kursu na teleportację, chodziła na niego, ale niestety jeszcze ani razu nie udało jej się przenieść z miejsca na miejsce bez jakiegoś uszczerbku dla swego zdrowia. Ale teraz nie myślała o ewentualnych konsekwencjach, zresztą, wolałaby stracić ucho niż umierać w boleściach pod odłamkami skalnymi, które powolnie odbierałyby dech i jej i Brandanowi, do którego znowu ściśle przylgnęła ciałem. Ha, nigdy też nie próbowała teleportacji grupowej, ale ponownie – skoro już zapragnął sobie zemdleć, to przecież musi o niego zadbać. Wkrótce poczuła ten nieprzyjemny ucisk gdzieś w okolicach pępka. Uparcie chciała się znaleźć przed jaskinią, na nic innego w tym momencie nie mogła teraz wpaść. Rzeczywiście, w końcu straciła poczucie, iż unosi się w niebycie i razem z Brandanem wylądowali na trawie. Nie czuła też, zwalającej się na głowę lawiny. Nie miała w sobie jednak tyle odwagi, by otworzyć oczy i sprawdzić, czy nie brakuje im żadnej kończyny. Klęła tylko jak najęta pod nosem.

      Usuń
  45. [Mnie też wyszło krócej, a co tam.]
    Kiedy tak biegli przez te chaszcze, nie miała odwagi się nawet na moment obrócić i sprawdzić, czy leci za nimi złośliwy nietoperz, czy rzeczywiście tym cholernym wampirom udało się wydostać. Wszystko działo się zbyt szybko, znowu to adrenalina wzięła górę. Dziękowała niebiosom, że Lloyd w końcu skończył z tym snem pięknej księżniczki, bo raczej nie zdołałaby go sobie zarzucić na plecy i biec przed siebie. W grę wchodziły niewidzialne nosze, ale nie miałaby do tego głowy. Ledwo poruszała spopami w dostatecznie zsynchronizowany sposób, nie wpadając przy tym na tysiące przeszkód, zgotowanych przez las. Należy dodać do tego ciemność i można uznać, że Hattie jednak dobrze sobie radzi w terenie, gdy ma nóż na gardle. Odliczała w myślach kroki, zastanawiając się, jak długo jeszcze potrwają ich parszywe życia. A potem, kiedy kolejny raz skończył się dziwny stan nieważkości, nie umiała się już zdecydować, która forma transportu jest gorsza – teleportacja, czy świstokliki. Bo chyba właśnie z tym drugim mieli do czynienia, rozpoznała różnicę, bo już wcześniej matka zabierała ich w ten sposób w bardziej odległe rejony kraju, oszczędzając przy tym i proszek Fiu i sporo czasu. Obiecała sobie, że w przyszłości będzie korzystać tylko z miotły, chociaż na niej złapałby ją każdy kruk. Leżała chwilę na wilgotnej trawie, a potem prychnęła krótkim, brzmiącym bardzo histerycznie, śmiechem. To już koniec? Dostała swoją wymarzoną przygodę, a nie było nawet czasu, by się nią napawać. Oczywiście nic nie było zgodne z tym, co sobie wcześniej wyobrażała. Zawsze przypuszczała, że w takiej chwili będzie więcej czasu na to, by przemyśleć swoje działanie, a nie miała na to żadnej dodatkowej sekundy. Serce wciąż biło jej jak oszalałe, a strach, który jeszcze nie opadł, podpowiadał, że natychmiast powinni udać się do schroniska, bo wampiry zaraz pójdą ich śladem i zjedzą całą okolicę, pozostawiając ich dwójkę na specjalny deser. Przez cały ten moment, gdy zachowywała się jak wariatka, która nie odróżnia, w których momentach rzeczywiście śmiech jest na miejscu, nie odrywała złośliwego spojrzenia od twarzy Brandana.
    - Gdzie twoja różdżka? Teraz jest ci taka potrzebna? Przecież chciałeś sobie radzić jak śmierdzący mugol! – Śmiała się dalej, zaciskając mocno dłoń na jego różdżce, a potem ostentacyjnie ukryła ją za paskiem od spodni, dokładnie przykrywając swoją brudną od krwi i ziemi koszulką. Skaleczenie na ramieniu wciąż ją bolało, ale zemsta jest słodka i w niej odnalazła pocieszenie. Pewnie nie będzie aż taka bezlitosna jak on i szybko mu ją odda, ale musi go trochę pomęczyć, coby zasmakował jej cierpienia. W końcu dźwignęła się na nogi, chociaż zrobiła to w taki sposób, jakby bolały ją wszystkie stawy. Nie wierzyła w ślepe szczęście, którego przed paroma minutami doświadczyli, ale nie będzie się kłócić z losem. Przeczłapała z trudem tych paręnaście metrów, dzielących ich od budynku. Dopiero teraz odczuła, jak bardzo jest zmęczona przez tę parodniową wędrówkę i wszystkie te przygody.
    - A teraz zachowaj się jak duży facet i znajdź nam tam pokój, skarbie, bo chcę zjeść, wziąć prysznic i iść, kurwa, spać w normalnym łóżku – warknęła, popychając go mocno w stronę drzwi. Sama usiadła na schodach, nie mogąc przez chwilę uwierzyć, że znowu znajdują się w miejscu, które można nazwać cząstką cywilizacji. Za cholerę nie rozumiała, jakim cudem leżał tam ten świstoklik. Jakby czuwał nad nimi sam Wielki Merlin, albo jeszcze inny drań. Drżącymi rękami udało jej się znaleźć papierosy. Wypaliła jakieś trzy i wyglądała przy tym jak narkomanka, a przecież leczyła skołatane nerwy.

    OdpowiedzUsuń
  46. Wakacje Amelii nie zapowiadały się zbyt ekscytująco — w połowie lipca miała zacząć pracę jako pomocnica w sklepie ze słodyczami na ulicy Pokątnej, ojciec nie wspominał o żadnym wyjeździe czy nawet krótkiej wycieczce, a znajomi dziewczyny byli w rozjazdach całe lato i prawdopodobnym było, że spotka się z nimi dopiero pierwszego września na King's Cross.
    Pierwszy tydzień wakacji spędziła w Dziurawym Kotle, czytając Proroka Codziennego albo w pobliskim parku, leżąc na kocu i próbując nabrać nieco koloru, by dziadkowie przestali powtarzać "Na Merlina, Amelko, wyglądasz jak śmierć!". Może nie było to lato marzeń, ale nie narzekała, bo jeszcze sprowadziłaby na siebie pecha.
    Czy pechem nazwać można list od Lloyda? Może. Nie myślała tak o tym, kiedy przeczytała, że chłopak potrzebuje kompana na eskapadę w rodzinne strony, a nie ma co ukrywać — Baxter marzyła o podróżowaniu, więc gdy trafiła się taka wspaniała okazja, zmarnowanie jej wpisałoby się na stałe na listę najgłupszych decyzji Amelii i jednocześnie by ją zapoczątkowało, ponieważ Krukonka nie popełniała głupot!
    Zgodziła się od razu, a po ustaleniu miejsca, z którego mieliby się teleportować — tu dziewczyna w ciemno zaufała Brandanowi, bo ponoć on był w tym całkiem niezły, a ona musiała jeszcze trochę poczekać na zdawanie egzaminów — i najpotrzebniejszego ekwipunku, poinformowała o wszystkim ojca. Zmieniła jedynie maleńki szczegół, mianowicie powiedziała mu, że wybierają się ze znajomymi pod namiot do Szkocji, nie na drugi koniec świata.
    Dobrze, że opanowała zaklęcia praktyczne na tyle, aby spakować się w dość mały plecak i dodatkowo pomniejszyć go, by mieścił się w zapinanej kieszonce szortów. Miotła wylądowała w drugiej kieszeni, nie mogła przecież przejść ulicami Londynu dzierżąc w dłoni starą Błyskawicę Dwa Zero ojca! I do tego wyglądając jak Indiana Jones, w ciuchach koloru khaki, kapeluszu i w rzemykowych sandałkach.
    Różdżkę miała w plecaku. Może to dość... rasistowskie, ale nie wiedziała, czego spodziewać się po rdzennych mieszkańcach Afryki — Brandan był oczywiście bardzo w porządku, ale nie mogła mieć pewności, czy jej nie uznają za intruza i nie zaatakują. Im dłużej o tym myślała, tym mniej pewna była tej wyprawy, ale nie mogła zawrócić w połowie drogi.
    Nie musiała długo czekać na Lloyda, więc po przywitaniu się i wymianie uprzejmości, Amelia nie mogła powstrzymać dręczącego ją pytania:
    — Jesteś pewien, że moja obecność tam jest... mile widziana? — Podrapała się po głowie, nie bardzo wiedząc, czy dobrze ujęła to w słowa. Jeszcze pomyśli, że jest uprzedzona!

    Amelia Baxter

    OdpowiedzUsuń
  47. W Gambii była po raz pierwszy, więc po otoczeniu rozglądała się ze szczerym zaciekawieniem i całą sobą chłonęła widoki. Na razie znajdowała się dopiero w mieście, Bandżulu, i spacerowała po ulicznym targu, więc krajobrazy nie były tak zachwycające, jak pewnie będą już w rezerwacie. Najchętniej od razu trafiłaby w tereny surowsze, mniej zaludnione, ale dopiero przed paroma minutami wylądowała w Afryce i odrzuciła zorganizowaną przez Brytyjskie Ministerstwo Magii starą sznurówkę służącą za świstoklik. Nie lubiła świstoklików, co nikogo nie dziwiło – właściwie to nie znała nikogo, kto by za nimi przepadał. Nie lubiła świstoklików, ale zdążyła do nich przywyknąć, bo był to najszybszy legalny sposób przemieszczania się pomiędzy krajami, a nawet kontynentami. Sieć Fiuu nie miała tak dalekich zasięgów, nie można było teleportować się na tak duże odległości (i chyba nikt nigdy nawet nie próbował – ryzyko rozszczepienia było zbyt duże), a chociaż zdarzali się szaleńcy, którzy opowiadali o przeprawach z państwa do państwa przy wykorzystaniu miotły, Valancy nie chciała im wierzyć. Nawet gdyby mieli rację, to i tak by nie powtórzyła ich wyczynu, ponieważ z całego serca nie cierpiała tego środku transportu. A skoro odrzuciła mugolskie metody, pozostały jej jedynie świstokliki.

    Niedawno skończyła siedemnaście lat, więc stała się człowiekiem według czarodziejskiego prawa dorosłym. Korzystając ze świeżo nabytej pełnoletności, po raz pierwszy w pełni odpowiadała za samą siebie podczas wizyty w Ministerstwie Magii. Ta możliwość była bardzo przydatna – gdyby wciąż była w większości aspektów zależna od prawnego opiekuna, jej przylot do Gambii odbyłby się później. Fenton nie zawsze miał czas i nie zawsze był obecny, na szczęście już nie był niezbędny przy zamawianiu świstoklika, więc Valancy nie musiała zwlekać. W efekcie pojawiła się w tym małym państwie w niedługi czas po tym, jak otrzymała od Brandana list o małpach i kłusownikach.

    W Indiach też były małpy. Sprytne i impertynanckie rezusy, który nie czuły respektu przed ludźmi i których często zaczepiały oraz atakowały, próbując ukraść jedzenie. Były jednymi z wielu zwierząt, które Hindusi uznawali za święte, więc nikt nie próbował w sposób drastyczny ukrócić ich praktyk. Jedynie przeganiano je i odpychano, nierzadko używając w tym celu kijów. Ciosy pewnie nie należały do najprzyjemniejszych przeżyć, ale nie wyrządzały długotrwałej krzywdy, więc były dopuszczalne. Przez wiele lat Valancy sądziła, że nie przepada za małpami – były irytujące, nachalne i często przeszkadzały – ale wkrótce po rozpoczęciu nauki w Hogwarcie odkryła, że tęskni nawet za tymi bezczelnymi rezusami. Być może też Hindusi podświadomie zaszczepili w niej przekonanie, że małpy są zwierzętami świętymi. Być może krzywda jakichkolwiek zwierząt byłaby dla niej bulwersujące. A być może była tylko żądna przygody. Nie wiadomo, ale faktem jest, że po przeczytaniu listu od Lloyda wiedziała, że zrobi wiele, aby jak najszybciej do niego dołączyć.

    Udało się, teraz należało tylko odnaleźć znanego z Hogwartu Ślizgona wśród ludzi kupujących i handlujących na targu, a potem wraz z Brandanem teleportować się w odpowiednie miejsce. Przez pierwsze minuty swojego pobytu Valancy w ogóle nie była zainteresowana wyszukaniem w tłumie znajomej twarzy, bardziej zaaferowana była badaniem przy pomocy nie tylko zmysłu wzroku otoczenia. Dopiero po chwili przypomniała sobie, po co tutaj właściwie jest i w tym samym momencie go zobaczyła. Stał ubrany w jasną koszulę przy straganie z jakimiś owocami, w których przebierał ze zniecierpliwieniem, a handlarka coś do niego pokrzykiwała tonem, który do najmilszych nie należał. Valancy do nich podeszła i położyła dłoń na ramieniu kolegi.

    – Brandan – zaczęła mówić, ale urwała raptownie, bo kiedy mężczyzna odwrócił się, okazało się, że to wcale nie był Lloyd.

    Valancy zaczerwieniła się, przeprosiła za pomyłkę i prędko wycofała z miejsca swojej wpadki, a podczas tej czynności na kogoś wpadła. Kogoś, kto okazał się Brandanem Lloydem. Tym razem egzemplarzem prawdziwie prawdziwym, a nie jakimś podrabiańcem.

    OdpowiedzUsuń
  48. Mel od razu ruszyła w stronę kafla, którego śledziła wzrokiem od samego początku. Przechwyciła go i już pędziła w stronę pętli Ślizgonów, gdzie już szybował Brandan. Do dziś pamięta jak rok temu mało co nie spadła przez niego z miotły… Poczuła jak koło ucha śmignął jej tłuczek. Piłka pędziła w stronę Ślizgona, więc Mel przyśpieszyła. To była jej szansa na nabicie punktów Krukonom. Zwinnie ominęła Rachel, która próbowała przechwycić kafla i utkwiła wzrok w pętli, przez którą za chwilę miała przelecieć piłka. Lloyd dalej blokował ją, jednak dzięki tłuczkowi, który go rozproszył, Mel mogła go wyminąć. Minęło kilka sekund i na boisku zawrzało. Snow udało się nabić Krukonom dziesięć punktów. Uśmiechnęła się szeroko, przeleciała obok trybun należących do jej domu i wróciła do gry. Kafel był już w rękach Williamsa, który nieudolnie próbował przerzucić go przez pętlę Krukonów. Mel od razu zanurkowała po piłkę i chwilę potem poderwała się ponownie do góry. Hartwick, lecący tuż obok niej i osłaniający ją, odbił tłuczka, który ponownie skierował się w stronę Lloyda.
    Mel nie zwracała podczas meczu uwagi na to, co mówi komentator. Za wszelką cenę musiała przecież nabić Krukonom jak najwięcej punktów i chociaż na trybunach nie raz uczniowie wybuchali śmiechem, to nawet na sekundę nie mogła skupić się na żartach, które opowiadano. Doskonale wiedziała, że widownia zawsze miała ubaw po pachy i często bawiła się lepiej niż można by było przypuszczać, ale i tak wolała być na boisku, niż siedzieć ze znajomymi na trybunach i tylko i wyłącznie obserwować.
    Podczas kiedy drugi ścigający pruł przed siebie z kaflem w ręku, Mel miała okazję sprawdzić sytuację na boisku. Lloyd zmagał się z upierdliwym tłuczkiem, któremu najwidoczniej chłopak podpadł, Ślizgoni przegrywali trzydziestoma punktami, a szukający Krukonów leciał w bliżej nieokreślonym kierunku z ręką wyciągniętą przed siebie. Chwilę później na tabeli wyników pojawiło się kolejnych dziesięć punktów dla Ravenclaw. Kiedy obok Mel przeleciał Lynch, dziewczyna otrząsnęła się i skarciła w myślach za chwilę nieuwagi. Tuż po tym jak Kaiden zdobył dziesięć punktów, Mel przejęła kafla i znowu leciała w stronę pętli, gdzie Brandan był katowany przez tłuczka. Podała piłkę drugiemu ścigającemu i podleciała do Lloyda.
    - Tłuczki najwyraźniej nie lubią przerośniętych ślizgonów! – krzyknęła w jego stronę i szybko odleciała. Mecz dobiegał końca, a Mel czuła, że to właśnie im przypadnie zwycięstwo.
    [Naprawdę przepraszam za tak długi czas oczekiwania na odpis! :<]
    Spóźnialska Mel

    OdpowiedzUsuń