29 lipca 2015

Oona Griffith


—  Kim jestem?
Tyś  jest  swoim Ja.  Tyś  nazwiskiem.  Podpisem  na  papierze.  Wizytówką na drzwiach. Inicjałami na sygnecie. Imieniem na kartce kalendarza. Próżnym słowem. Suchą sylabą. Martwą literą.
  Niczym więcej?
  Niczym mniej.

  Kim jestem? Inaczej.
Jest rzeka. Piękna,   nieporównywalna,  niepowtarzalna,  zawsze  nowa  a  nieprzemijająca. Rzeka  życia. Rzeka życie. Na rzece jest most. Arcydziwaczny. Most, który nie wie, skąd wziął się, nie wie też, po co wziął się, nie wie, czym jest, nie wie nad czym, nie wie nic, a wszystko wydaje mu się. Nie widzi ani nawet nie domyśla się płynącej pod nim rzeki życia. Wydaje mu się, że on jest rzeką życia. Wydaje mu się, że on jest rzeką życia. Ty jesteś tym mostem.

—  Kim jestem? Jeszcze inaczej.
—  Jest więzienie. W  celi  jest więzień, na wieży  strażniczej  jest  strażnik. Ci  dwaj  są  jedną  osobą. Więzień jest jednocześnie swoim własnym strażnikiem, strażnik jest jednocześnie swoim własnym więźniem. Ale ci dwaj, więzień i strażnik, nie wiedzą, że każdy z nich jest jednocześnie jednym i drugim. Nie widzą tego, że są jedną osobą, bo są rozdzieleni, bo nie widzą, że są jedną osobą. Sytuacja iście arcywięzienna, bezwyjściowa. Bo kiedy nawet od czasu od czasu zdarza się więźniowi uciec z celi i z gmachu więzienia, to ucieka on ze swoim niewidzialnym strażnikiem na karku i w konsekwencji to, co wydawało mu się być wolnością, okazuje się być jedynie inną formą więzienia. Tak samo strażnik wracający po służbie do domu w miasteczku zbiera pod czapą niewidzialnego więźnia i nocą budzi się spocony i przestraszony, bo śni mu się to, co może śnić się strażnikowi, to mianowicie, że (więzień), a drugi mniej (strażnik), to nie ma pomiędzy nimi istotnej, jakościowej, prawdziwej różnicy, jako że zarówno jeden, jak i drugi nie są szczęśliwi. Ty jesteś tym więźniem i tym strażnikiem, celą i wieżą strażniczą, całym gmachem więzienia i całą tak zwaną wolnością.

I've got a mouthful of words that I don't wanna say 

159 komentarzy:

  1. [Och, zupełnie jakbym czytała o sobie. Dzień dobry!]

    Archie

    OdpowiedzUsuń
  2. [Witamy na blogu i życzymy udanej zabawy :)]

    OdpowiedzUsuń
  3. [ Jakaż ona fajna ;3
    Cześć <3 ]

    Rachel

    OdpowiedzUsuń
  4. [Uwielbiam, uwielbiam, uwielbiam. I +100 do miłości za buźkę C:]

    Albus

    OdpowiedzUsuń
  5. [Oj tak <3 Tylko trzeba wymyślić jak, a ja w pomysłach jestem bardzo słaba D:]

    Albus

    OdpowiedzUsuń
  6. [ Pewnie ma wielu przyjaciół, na przykład Faulknera, Doyle'a, Steinbecka, Pratchetta, Salingera, Vonneguta, Shakespeare'a i tak dalej. ;D Cześć! ]

    Chesney/Valancy

    OdpowiedzUsuń
  7. [Trochę ja. Z tym, że nie jestem Gryfonką. Skoro tak kocha książki, to zabawnie by było jakby Finn zaspojlerował jej jakieś zakończenie. Cześć!]
    Prince

    OdpowiedzUsuń
  8. [Bo on nie jest ciapatym Puchonem, tylko złym do szpiku kości mistrzem zbrodni, który podbije kiedyś świat ze swoją smoczą armią. Jak dobrze, że uzupełniłam właśnie "więcej" o informację o uwielbieniu do SH. Zaczynaj.]
    Prince

    OdpowiedzUsuń
  9. [ Postać, z którą jak najbardziej można się utożsamiać, a z racji tego, że niewiele tu takich, należą się za to gratulacje. Cześć! ]

    Luke

    OdpowiedzUsuń
  10. [ Hej, ale Wichrowe wzgórza nie są GŁUPIĄ literaturą kobiecą, Przeminęło z wiatrem tym bardziej nie. ;D Scarlett była fajna, chociaż wiadomo, nie na początku powieści, ale z Earnshaw to rzeczywiście lepiej nie brać przykładu w żadnym aspekcie. Rozumiem, że dla Oony toksyczne i wyniszczające uczucie między Catherine i Heathcliffa to prawdziwa miłość?
    Ale racja, Chesney raczej tego typu książek nie czytał, więc nie posłużą mu za inspirację do kłamstw. A szkoda! ]

    Chesney Swinton

    OdpowiedzUsuń
  11. [Ja mu to mówiłam, ale on nie chce mnie już słuchać. Może w takim razie posłucha kogoś innego?]

    Archie

    OdpowiedzUsuń
  12. [ Witam serdecznie :) Postać mnie niesamowicie zainteresowała także będę prosić o wątek! :) ]

    Elody Harrison

    OdpowiedzUsuń
  13. [Ech, taka niemagiczna krew, a fe! Wrzućmy ich w coś pokręconego c:]

    Arsellus Langhorne

    OdpowiedzUsuń
  14. [ Gdyby nie była taka ładna, całkowicie bym się z nią identyfikowała :D Świetna postać Ci wyszła <3 ]
    Celia Ferro

    OdpowiedzUsuń
  15. [Już oboje z Archiem drżymy ze strachu, ale wątek i tak chcemy. Mogę zacząć, ale potrzebuję jakiegoś punktu zaczepienia.]

    Przerażony Archie

    OdpowiedzUsuń
  16. [Za te okropne rzeczy, które pewnie jej powie na pewno zasłuży, aby dostać siarczysty policzek. Ma jednak szczęście: moi panowie nie oddają paniom c:
    Jestem jak najbardziej na tak. Niech się ze sobą przemęczą całą noc i to jeszcze w strachu, że ktoś ich przyłapie i posądzi o potajemną randkę, której Arsellus po prostu, by nie przeżył! :3]

    Arsellus Langhorne

    OdpowiedzUsuń
  17. [ Pocieszna z niej osóbka. Jak wyjęta z ksiązki, no.
    Dzień dobry. ]

    Freddie Weasley

    OdpowiedzUsuń
  18. [A wyobrażasz sobie jaka to dla niego musiałaby być tragedia? Toż to ten Arsellus wolałby zginać w tym dormitorium niż pokazać się na korytarzu :D
    Jeśli chcesz czekać (całkiem długo) to jest szansa c:]

    Arsellus Langhorne

    OdpowiedzUsuń
  19. [Czystokrwisty Langhorne? Nie przeżyłby! Nawet jej ładna buzia, by nic na to nie zaradziła! Byłby zdruzgotany, bo jak niby zmyje tę plamę ze swojej nienagannej ślizgońskiej opinii? :D
    Dzisiaj jeśli się wyrobię to i tak pójdzie w środku nocy, a jeśli nie to dopiero wieczorem jutro :c]

    Arsellus Langhorne

    OdpowiedzUsuń
  20. [Archie chętnie pomoże Oonie w ucieczce przed Ślizgonkami, powiedz mi tylko, co ona takiego zrobiła, że je zdenerwowała i mogę zaczynać! :D]

    Archie

    OdpowiedzUsuń
  21. [Dobra, w takim razie zaczęłam i mam nadzieję, że nie jest tak źle, jak mi się wydaje.]

    Chociaż Archie nie miał zwyczaju sam pchać się tam, gdzie go ludzie nie chcieli, a już tym bardziej pchać się w kłopoty, tam, gdzie go raczej do kłopotów albo dręczenia chcieli (dla odmiany), to i tak jakoś zawsze udawało im się znaleźć tego biednego Puchona, im znaczy kłopotom. Buchanan miał niezłego pecha i nijak nie potrafił się go pozbyć, niezależenie od tego jaki był miły dla wszystkich w okół i jak starał się unikać ludzi łatwych do zdenerwowania, albo po prostu takich, którym się nudzi i dręczenie mieszkańca Hufflepuffu to dla nich rozrywka idealna na ciepły letni wieczór.

    Dzisiaj sobie obiecał, że będzie unikał problemów jak ognia, a była już godzina osiemnasta, więc idealnie się składało, kilka godzin różnicy mu nie zrobi, wierzył, że w końcu mu się uda. Nawet jakoś ta jego niezdarność przestała się ujawniać i bez przeszkód udało mu się przemknąć niezauważonym na parter, gdzie sobie usiadł w otwartym korytarzu na ławce, spoglądał na błonia, gdzie czas spędzało wielu uczniów, a on sam pisał w swoim dzienniku, który niemal mu się kończył, jako że dni w roku szkolnym także już ubywało. Schował jednak swoje pióro, dziennik i kałamarz do torby, która leżała obok niego i wstał.

    Przeszedł sobie kilka kroków, tak spokojnie, zadowolony z siebie, że nie potknał się dzisiaj ani razu, nie zachlapał ubrań podczas obiadu i że żaden Ślizgon nie rzucił w niego kulką z papieru, dlatego też nie zwrócił uwagi ostrzegawcze donośne kroki, a raczej kroczyska, a nie kroki, na kamiennej posadzce. Odwrócił się, ze strachem w oczach, a jego delikatny, dosłownie delikatniusi uśmiech, który był na jego uroczej twarzy szybko zamienił się w grymas niedowierzania, jednak westchnął zrezygnowany wiedząc, że coś się szykuje. Ale co miał niby zrobić? Uciec, no nie będzie przecież zwiewał, może to tylko jakieś pierwszoroczniaki, które robią kawał swoim koleżankom z roku?Nie spodziewał się jednak tego, że zaraz zostanie wplątany w jeden wielki ucieczkowy spisek.
    - Oj, Archie, a tak dobrze ci szło unikanie kłopotów... - powiedział sam do siebie.

    Archie

    OdpowiedzUsuń
  22. [ Nie mogę udawać, iż nie jest to prawdą, co nie oznacza, że nie bywa nad wyraz radosny. Ogółem, myślę sobie, że może pokusiłabym się na jakiś wątek, w zależności od tego, czy wyrażasz na to chęć.]

    Luke

    OdpowiedzUsuń
  23. [Miało być długo, a wyszło słabo.]

    Archie przyzwyczajony do dziwnych napadów, niekoniecznie na siebie, ale jednak biorąc w nich udział, zrobił to, co zostało mu powiedziane. Puścił się biegiem za Ooną, chyba jedyną osobą, poza nim samym, która równie często wpadała w kłopoty i miała utarczki ze Ślizgonkami. Torba obijała mu się o biodro, ale nie zawracał na to większej uwagi. Nawet przez myśl mu nie przeszło, że coś mogłoby mu wypaść, a on miał takie szczęście, że najpewniej cała zawartość leżała już na podłodze.

    Biegli tak, jakby gonił ich conajmniej dementor, który chciał zabrać im całe szczęście, jakie oboje posiadali, jednak chyba by się za bardzo nie najadł, bo w tej chwili to jedynie panika i pech były obecne w ich życiu. Archie chciał się dowiedzieć, kto tak naprawdę ich goni, bo nie zorientował się wcześniej sytuacji, niestety, ale nie miał czasu i dosłownie na sekundkę, dosłownie na malutką chwilkę obrócił głowę, jednak los chciał, że musiał się potknąć i wylądować jak długi na posadzce. Zdenerwowany zaczął się podnosić, a dźwięk biegnących postaci za nimi zbliżał się niebezpiecznie szybko. Razem z pomocą Oony udało mu się wstać i znów ruszyli przed siebie.

    - Dzięki! - wykrzyknał do Gryfonki między jednym a drugim haustem powietrza.
    Wreszcie dobrnęli do końca korytarza, który wychodził na błonia, akurat, traf chciał, że była to ta część z drogą prowadzącą do cieplarń Spojrzeli na siebie szybko i ruszyli w tamtym kierunku. Gdy znaleźli się między tymi śmiesznymi szklanymi budyneczkami, od których buchało ciepło, nieco zwolnili, ale i tak musieli znaleźć odpowiednią kryjówkę. Zatrzymali się na tyłach cieplarni numer sześć, która stała w takim miejscu, że nikt nie mógł zajść ich od tyłu, ale mieli również stąd całkiem niezły punkt orientacyjny, gdyby niesforne Ślizgonki postanowiły zapuścić się w te tereny.

    - Możesz mi powiedzieć... - wysypał Archie - dlaczego, u licha, one cię gonią?
    Buchanan nie wierzył, że dosłownie pod sam koniec, POD SAM KONIEC, znów został wplątany w jakieś coś, czego nawet nie potrafił nazwać. Zaraz i jego będą ganiać po korytarzach, a on nie miał już siły na kolejne ucieczki, szczególnie, że ostatnio niezbyt mu się powodziło i zaliczył u Ślizgonów kilka wpadek, chociażby z pomyleniem tematów esejów na Eliksiry...

    OdpowiedzUsuń
  24. [ Z obojgiem to chyba niewykonalne, ale Benio ją przygarnie.
    Wymyślmy coś niecodziennego! ]

    Benio

    OdpowiedzUsuń
  25. Archibaldzik spoglądał na swoją towarzyszkę i dalej nie pojmował, o co tak naprawdę jej chodziło, ale nie miał siły na to, by prosić ją o tłumaczenie tego w tejże właśnie chwili. Probówał uspokoić swój oddech, tak jak robiła to Oona, ale jakoś mu nie wyszło i chyba nie dość, że wyglądał jakby właśnie przebiegł maraton, to zapewne jeszcze wydawał z siebie dźwięki jak zażynany opos. No cóż, na szczęście póki co nikt inny go nie widział.

    Gdy zobaczył, że dziewczyna wyjmuje różdżkę, postanowił zrobić to samo, chociaż liczył w duchu na to, że nie dojdzie do konfrontacji między ich gryfońsko-puchońskim timem a Ślizgonkami. Wygrana z góry byłaby już przesądzona. Szukał jednak i w torbie i po kieszeniach i jakoś nie mógł znaleźć tego przeklętego patyka, i choć nienawidził go tak bardzo, bo to w większości przypadków była przyczyna jego problemów, to teraz tak bardzo żałował, że jego fajtłapowatość postanowiła pokazać swe oblicze. Jednak zanim jeszcze zorientował się, co zaszło, czyli szukał tej różdżki w torbie, zapytał:
    - Michael? Naprawdę? Czyli kłociłyście się o chłopaka?! - wykrzyknał z niedowierzaniem i przewrócił oczami, zupełnie jak dziewczyna, rzucił jej karcące niemal spojrzenie i wrócił do szukania swojego świerkowego badyla.
    Przeszukał wszystkie kieszenie w torbie, w spodniach, w szacie... Dosłownie, WSZYSTKIE. Jednak swojej zguby tam nie znalazł, niestety. Pierwszy raz żałował tego, że nie ma przy sobie różdżki.
    - Mamy problem - spojrzał na Gryfonkę z przerażeniem - gdzieś tam... - zrobił szybki ruch ręką w kierunku, z którego przybiegli - wypadła mi różdżka.

    OdpowiedzUsuń
  26. [ Niestety bardzo mi się wydaje, ze Benio raczej postąpił by w ten obojętny sposób na plotkę o rzekomym zauroczeniu w nim dziewczyny. Więc nie wiem jakby to rozwinąć. ]

    Benio

    OdpowiedzUsuń
  27. Gdyby przed Fingalem Princem postawić wszystkie książki, jakie świat miał kiedykolwiek okazję widzieć i kazać mu wybrać jedną ulubioną, z pewnością nie byłoby to łatwe. Miłość do książek wyssał niemalże z mlekiem matki – właścicielki całkiem dobrze prosperującego wydawnictwa nie tylko czarodziejskich tytułów. Od małego otaczały go mniej lub bardziej opasłe tomiszcza, zapełnione prozą, wierszami, czy też magicznymi formułkami, z których nic nie rozumiał. Ale oczywiście z biegiem lat zdążył sobie wyrobić własny gust i teraz nie brał do ręki wszystkiego, jak to kiedyś miał w zwyczaju.
    Niezmiennie od dobrych kilku lat pierwsze miejsce pośród mugolskiej klasyki w rankingu Finna zajmował Sherlock Holmes. Każda część, każda opowiastka, dosłownie wszystko, co tylko wiązało się z najsłynniejszym brytyjskim detektywem fascynowało Puchona. Znał każdą zbrodnię na wylot, niejednokrotnie udało mu się rozwiązać zagadkę przed mistrzem dedukcji (co sprawiało mu olbrzymią frajdę) i sam starał się czasem używać jego metod detektywistycznych w codziennym życiu.
    Dlatego kiedy podczas relaksującej przechadzki po błoniach zauważył, że pod jedną z brzóz pochylających się nad jeziorem siedzi dziewczyna trzymająca w ręku Znak czterech, nie mogł się powstrzymać i po prostu musiał do niej podejść.
    Na początku robił to powoli i z wyczuciem. Niby nadal spacerował sobie w pobliżu jeziora, raz czy dwa razy schylił się po jakiś płaski kamyk, którym puścił kaczkę, ale z chwili na chwilę był coraz bliżej tajemniczej nieznajomej (bo zjadłby karaluchowi blok na dowód, że jeszcze ani razu jej nie widział). W końcu znalazł się na tyle blisko, by delikatnym chrząknięciem zwrócić na siebie jej uwagę.
    Oczywiście nie poskutkowało. Prince poza nazwiskiem niewiele miał wspólnego z tymi bohaterami literackimi, którzy od razu po wkroczeniu na scenę stają się obiektem pożądania każdej niewiasty. A że dziewczyna była zwyczajnie zaczytana nawet mu nie wpadło do głowy, tak się przejął tym, że czyta Sherlocka. Tak więc stał sobie nad nią, jak jakaś sierota, licząc, że w końcu spojrzy na niego i nawiąże jakiś szczątkowy kontakt. Mógłby wtedy dowiedzieć się, co skłoniło czarownicę do sięgnięcia po mugolską powieść, bo to chyba najbardziej go interesowało.
    Tak zagłębił się we własnych myślach, że nie dotarło do niego, iż owa dziewczyna właśnie coś powiedziała. Spojrzał na nią nieco nieprzytomnie, oczekując, że powtórzy, ale jakoś jej się z tym nie spieszyło. Jednak musiał zrobić idiotę.
    — Mówiłaś coś? – spytał, ignorując fakt, że jej natarczywe spojrzenie przemawiało za nią. – Przepraszam, jestem trochę rozkojarzony. Swoją drogą, wybrałaś naprawdę dobrą książkę. – Usiadł obok niej, wskazując na powieść. – Conan Doyle to brytyjska klasyka.

    Prince

    OdpowiedzUsuń
  28. [Zacznę dzisiaj po południu, ale tym razem na pewno i nie tak powoli, żeby nie było. Też cię kocham za cierpliwość <3]

    Arsellus Langhorne

    OdpowiedzUsuń
  29. [ Wszystko jest możliwe! W takim razie pomyślę nad powiązaniem, a i jeszcze spytam, cenisz sobie komplikacje?]

    Luke

    OdpowiedzUsuń
  30. To, że Langhorne nocą wybierał się na podbój zamku nie wydawało się żadnym zaskoczeniem, szczególnie dla osób, które dosyć dobrze go znały. Odkąd tylko pojawił się w Hogwarcie za naczelny cel obrał sobie zapoznanie się z każdą tajemnicą i ukrytym przejściem jakie powstało. Wszelkie zagadki i łamigłówki znajdowały się w tym zakresie. Czasami tylko snuł się po korytarzach, uważając, by nie zbudzić postaci z obrazów, które na ogół bywały wtedy bardzo opryskliwe, a nie pozostawał im dłużny. Jednym razem chodził po lochach, a innym kierował się wyżej i wyżej. Wszystkie ciekawostki czy zaznaczone miejsce odkrywał powoli i samodzielnie z ogromną satysfakcją.
    Teraz w środku nocy zaciągnęło go w zupełnie inne miejsce aż do biblioteki. Nie byłoby w tym nic złego, gdyby nie to, że zapuścił się do Działu Ksiąg Zakazanych i nie zamierzał się stamtąd tak szybko ruszyć. Nie zabrał ze sobą nikogo. Po pierwsze dlatego, że nie ufał innym na tyle mocno. Po drugie nie było też możliwości, aby tłumaczył się z tego dlaczego tam właśnie się wybiera. Co ciekawe księgi z działu zakazanego wymagały zwykle potwierdzenia pisemnego nauczyciela, ale Arsellus nagminnie ignorował ten wymóg. Nikt go nie złapał, więc mógł do woli zaspokajać swoją potrzebę wiedzy. Nie musiał się nikomu zwierzać z tego co robił w nocy. Co było bardziej niepokojące to właśnie to, że wiele z tych ksiąg najczęściej dotyczyło typowo czarno magicznych przedmiotów i zaklęć. Czyżby pan Langhorne interesował się rzeczami, którymi normalny uczeń Hogwartu najzwyczajniej w świecie nie powinien? Nawet jeśli to zapytany zmieni sprytnie temat lub nie odpowie wcale, podsumowując to pogardliwym uśmieszkiem.
    Pochylał się nad Księgą Czarów Mirandy Goshawk wybitną skarbnicą zaklęć, a tuż nad nią trzymał swoją różdżkę z wywołanym niebieskim światłem na jej czubku przez zaklęcie Lumos. W Dziale Ksiąg Zakazanych znajdowała się jej kopia, a dla samego Arsellusa stanowiła niebanalne źródło do nauki czegoś więcej. Tu nie było ograniczeń nauki rocznikowej. Ta najwyraźniej była dla niego niezbyt wystarczająca. Jak wiadomo Księga Czarów to coś więcej niż tylko prosty podręcznik do nauki. Ta publikacja została zaczarowana przez autorkę tak, by była zdolna do projekcji swoich tekstów ze stron do uproszczenia czytania i wyczarowywania różnych przedmiotów. Potrafiła nawet stworzyć całe pokoje i zapewnić tym samym bezpieczne warunki do uprawiania różnych czarów. Nie była może aż tak mroczna jak Najczarniejsze czary, ale to zapewne tylko kwestia czasu nim i po nią sięgnie Langhorne. Chorobliwa ambicja to jedno, ale niezdrowe zainteresowanie powinno budzić lekki niepokój.
    Niestety nie było mu dane nacieszyć się zbyt długo lekturą, bo zmuszony był do nagłej ostrożności. Usłyszał jakiś hałas. Wyszeptał ledwie słyszalne „Nox”, po czym światło zniknęło. Teraz musiał przyzyczaic się do ciemności. Wciągnął głęboko powietrze do płuc, bo adrenalina właśnie rozpuszczała się w jego żyłach. Zamknął szybko Księgę Czarów i schował ją w poprzednie miejsce.

    [Wiem, wiem ociągałam się z tym niemiłosiernie. Teraz już wiesz, że zaczynać wręcz nie znoszę :<]

    Arsellus Langhorne

    OdpowiedzUsuń
  31. Archie zastanawiał się, dlaczego w ogóle pozwolił się wplątać w tę jakże komiczną sytuację. Tak oto, on, Puchon i ona, Gryfonka ukrywali się w gąszczu cieplarni, które były tak marną osłoną, że gdyby widział ich ktoś z boku, na pewno by się turlał ze śmiechu. Jednak nic innego nie pozostało im do zrobienia, jak schowanie się w najbliższym miejscu, jakie znaleźli. To było lepsze od kilkuminutowego biegu w nieznane, gdzie na pewno te Ślizgonki by je dopadły.

    - Słuchaj, to moja ULUBIONA i JEDYNA różdżka, jaka nie robi mi większej krzywdy - odburknął do niej - więc MUSIMY tam po nią iść - w jego głosie czuć było panikę, bo doskonale pamiętał to spotkanie u Ollivandera, gdzie zdemolował pół sklepu, gdy wybierał różdżkę, ta była najmniej niszczycielska w jego dłoniach, więc na pewno nie zrobili jeszcze takiej, która zapewniałaby mu całkowite bezpieczeństwo.
    Ruszyli więc jak na wojnę, rozglądając się nerwowo to tu, to tam, a na każdy ludzki dźwięk podskakiwali oboje.
    - Właściwie - obrócił nieco twarz w stronę Gryfonki, ale dalej rozglądał się w poszukiwaniu różdżki (i Ślizgonek) - skoro ty masz swoją, dlaczego ja idę pierwszy? - nie zorientował się nawet, że zniżył głos do szeptu, jakby zdradzał jej największą tajemnicę swojego życia - przecież jakby coś się działo, ja nawet nie mam jak się bronić.
    Gdy wyszli z labiryntu szklanych budyneczków dalej ostrożnie się rozglądali i szli tak wolno, że chyba nawet najwolniejszy ślimak by ich wyprzedził. Coś w trawie nagle przykuło uwagę Archiego i jak się okazało, to była jego różdżka, która błyszczała w promieniach słonecznych od lakieru, jakim była pokryta.
    - Patrz! - krzyknał uradowany i poleciał od razu w miejsce, gdzie ją zobaczył - jest!
    Chłopak wpadł w szał radości i szczęścia i zaczął podskakiwać jak nienormalny i jego donośny głos niósł się po najbliższej okolicy. Wcale nie zwracał uwagi na Ślizgonki, które mignęły mu w oddali. Jednak wreszcie się zreflektował, odwrócił do Oony i spojrzał na nią przepraszającym wzrokiem.
    - Ups - powiedział tylko i oboje ruszyli w kierunku, z którego wcześniej przyszli - myślisz, że jak schowamy się w którejś cieplarni, to się zorientują?

    [Nabroiłam w komentarzu wyżej, przepraszam :c]

    Archie//Tea

    OdpowiedzUsuń
  32. [ W sumie... Addamsowie to rzeczywiście przykład pięknej miłości. Wciąż w sobie namiętnie zakochani, mimo upływu lat. ;D Chesney inspirujący się Austen na pewno byłby zabawny, ale problem w tym, że słaba jestem i od tej autorki czytałam tylko Dumę i uprzedzenie, więc nie mam kompetencji do pisania takiego Swintona... ]

    Chesney Swinton

    OdpowiedzUsuń
  33. [Jak najbardziej pasuje mi taki pomysł :) A Rae mogłaby próbować przywrócić dawny stan rzeczy, z marnym skutkiem.]
    Rut&Rae

    OdpowiedzUsuń
  34. [ A nie zauważyłam, że Brandon to twoja druga postać. :D Tak komentarze tutaj piszę, a może lepiej będzie, jak bez owijania w bawełnę zaproponuję wątek. Tylko takjakbyniemampomysłu... ]

    Chesney Swinton

    OdpowiedzUsuń
  35. [Jest prześliczna, a do tego ma coś ze mnie, bo słabość do postaci z książek to niemalże całe moje życie... W każdym razie, zapraszam na wątek, jeśli jest ochota, a jeśli do tego jakiś pomysł to już w ogóle super!]
    Julien

    OdpowiedzUsuń
  36. [ Jest taka sprawa. Myślałam, myślałam i myślałam, a w trakcie mojego myślenia zauważyłam, że stworzyłaś pewnego chłopca i prawdę mówiąc, byłoby mi o wiele bardziej na rękę, gdybyśmy nasz skomplikowany wątek poprowadziły z jego udziałem. Jeżeli się ładnie zgodzisz na taką wymianę, przylecę z jeszcze ładniejszym pomysłem.]

    Luke

    OdpowiedzUsuń
  37. [ Obawiam się, że inni od początku wiedzieli, że Brandon nie jest twoją pierwszą postacią tutaj, skoro nawet na dole karty dałaś link do Oony. To tylko ja jestem taka ogarnięta alternatywnie. ;D
    W sumie to co ja mam dorzucać, skoro dałaś gotowy pomysł na wątek, ale jednak mam pytanie. Jak chciałabyś zacząć, od rozmowy, że Oona przychodzi do Chesneya i zagaduje go o tę mantykorę? Bo jeśli tak, to cóż, dość logiczne byłoby, gdybyś zaczynała ty. To nie tak, że chcę się od tego wywinąć, ale skoro to Oona miałaby rozpocząć rozmowę... Chyba że zrobimy w ten sposób – uznamy, że Oona była u Chesneya, on się nie przyznał, że to wszystko jest kłamstwem, bo nie sądził, że dziewczyna naprawdę byłaby zdolna do poszukiwań. Ale potem dowiedziałby się od kogoś, że Gryfonka rzeczywiście poszła do Zakazanego Lasu... Chesney wie co prawda, że żadnej mantykory nie ma, ale są za to inne niebezpieczne stworzenia, które mogą biedną uczennicę zaatakować. Sumienie go ruszy i po chwili zawahania popędzi na misję ratunkową. A w Zakazanym Lesie mogą na przykład bohatersko się zgubić. ;) Wtedy to ja mogę zacząć. ]

    Chesney Swinton

    OdpowiedzUsuń
  38. [To w sumie nawet fajny pomysł. Obmyślę sobie, jak to ładnie złożyć w początek i wtedy coś naskrobię.]
    Julien

    OdpowiedzUsuń
  39. W odróżnieniu od Oony Langhorne obawiał się tylko na pierwszym roku. Wtedy zaliczył najwięcej kar za wałęsanie się po zamku. Wyciągnął z tych błędów odpowiednie wnioski, bo więcej nie dał się już przyłapać na gorącym uczynku. Nauczył się ukrywać między obrazami. Na początku czuł ten wewnętrzny lęk przed konsekwencjami, ale czy poznając Hogwart na własną rękę robił komuś krzywdę? Nie. Nie powinien, więc czuć się winny. Z takiego założenia wyszedł już na drugim roku odkąd całkiem swobodnie przemykał do Działu Ksiąg Zakazanych. Najpierw było to niewinne przeglądanie książek z nadwrażliwością na nawet najmniejszy szmer i gotowość do wycofania się między regałami, by następnie zniknąć w ciemności przed ewentualnym zagrożeniem. Gdyby nakryto go w Dziale Ksiąg Zakazanych to nawet pewny siebie Langhorne widział to w niewesołych barwach. Najbardziej odczułby to, jeśli odebrałoby mu czasowo możliwość na weekendowe wypady do Hogsmeade czy władowano go do polerowania zbrój albo pucharów. Dopiero później te nocne wypady, w szczególności do tego konkretnego działu biblioteki służyło mu za skarbnicę wiedzy i sposób na naukę, a także rozwijanie swoich zdolności. Dotąd były pozbawione jakichkolwiek przykrych konsekwencji, więc zostawiał topił je w odmętach własnego umysłu.
    Przynajmniej aż do teraz. Wszystkie nieodczuwalne dotąd obawy zapaliły w jego umyśle czerwoną lampkę ostrzegawczą, gdy usłyszał hałas. Odbił się echem od ścian w opustoszałej na ten moment bibliotece. Langhorne wyprostował się. Nie ruszył się jednak z miejsce. Nie ze strachu, więc dlaczego? Arsellus był niezadowolony z tego, że ktoś raczył mu przeszkodzić. Na pewno nie był to żaden nauczyciel ani woźny, bo ten na pewno nie narobiłby takiego hałasu. Po wypowiedzeniu Nox i zatrzymaniu światła wydobywającego się z czubka różdżki oparł się ramieniem o ogromną półkę z książkami i czekał. Czuł na ramionach dreszcz emocji i rozpuszczającą się we krwi adrenalinę, zresztą było to całkiem naturalne.
    Niech to szlag jasny trafi. Mugolaczka od Gryfonów, której nie znosił. Skrzywił się mimowolnie. Nie było mu to w smak, a jakże. Samo przebywanie z przedstawicielką brudnej krwi sprawiało, że coś w jego wnętrzu się przekręcało. Gdyby zapytała Langhorne’a o przypadki to powiedziałby jej wprost, że takowe nie istnieją. Widział na jej twarzy przerażenie i aż uśmiechnął się z zadowoleniem, zbywając na moment zagrożenie, które dawała ta konfrontacja i spotkanie w środku nocy w Dziale Ksiąg Zakazanych.
    – No, no, no, kogo tu licho przygnało? – rzucił z ironią, a oczy rozbłysły mu raczej niebezpiecznie. Zmrużył je, gdy światło wydobywające się z jej różdżki zaczęło go drażnić. Przechylił głowę w bok. Wyciągnął swoją różdżkę, by umyślnie przesunąć jej na bok. – Zmiataj stąd i nie przeszkadzaj mi. – dodał od razu, a chwilę później po wypowiedzeniu zaklęcia koniec jego różdżki znów odganiał ciemność. – Chyba, że nie możesz beze mnie żyć w co wątpię, Griffith. – ostatnie słowo wygrzebał ze swojej pamięci, powstrzymując się ledwo, aby nie rzucić jej w tę ładną buźkę „szlamą”.
    Oj, tak. Brakowało tylko Irytka. Do tego czasu istniała jeszcze szansa, że każde pójdzie w swoją stronę. Arsellus nie zamierzał się stąd ruszyć, więc…?


    [Dobra, odpiszę tobie jako pierwszej, ale nikomu nic nie mów. Jeszcze to odpowiednie słowo, zapamiętaj! Jeśli znajdziesz mi gifa pasującego do twojej pani to wrzucę ją nawet do powiązań na pozycji arcywroga :3]

    Arsellus Langhorne

    OdpowiedzUsuń
  40. Michelle Connolly do Hogwartu przyjechała z obrzydliwą ropuchą, której większość uczniów się brzydziła. Michelle nie przejmowała się cudzymi opiniami na temat swojego pupila, liczyło się to, że ona swojego zwierzaczka uwielbiała i kiedy pod koniec szóstej klasy stary płaz wyzionął ducha, potrzebowała kilku tygodni, aby go odżałować. Żałoba najwyraźniej minęła już w wakacje, bo na kolejny rok w Szkole Magii i Czarodziejstwa przyjechała już z kolejnym zwierzakiem, którego można było nazwać zaprzeczeniem poprzedniego. Mała puchata kotka była tak urocza, że nawet ci uczniowie, którzy kreowali się na ludzi przesiąkniętych mrokiem, uśmiechali się do niej, kiedy wydawało im się, że nikt nie widzi.

    Chesney lubił zwierzęta, a do kotów miał szczególnie przyjazny stosunek. Nie uważał się za kociarza, nie wygłaszał ognistych przemów na temat wyższości kotów nad psami, po prostu do tych pierwszych miał sentyment ze względu na zwierzę, z którym niegdyś szlajał się po londyńskich ulicach i z którym spędził prawdopodobnie więcej czasu niż z jakimkolwiek człowiekiem. Później opowiadał, że ten kot tak naprawdę był animagiem, ale nie miało to wiele wspólnego z rzeczywistością. Prawdopodobieństwo, że tamto stworzenie było człowiekiem po przemianie, było bardzo nikłe. Niezależnie od tego jaka była prawda, Chesney nauczył się koty uwielbiać i potrafił zachwycić się nawet najbrzydszym, a co dopiero, jeśli mowa była o tak pięknym jak tym, który należał do Michelle Connolly.

    Kotka nie była jednak bez wad. Niegrzeczna i trochę zbyt żywiołowa, chyba polubiła wpadanie w tarapaty, bo już niejedna osoba ratowała ją przed gałęziami Wierzby Bijącej. Pewnego dnia Chesney przechodził blisko chatki Hagrida, a koło nogi śmignęła mu właśnie ta kotka i popędziła wgłąb Zakazanego Lasu. Swinton wiedział, jak niebezpieczne istoty tam krążą i zdawał sobie sprawę z tego, że w starciu z nimi pupil Michelle nie miałby żadnych szans. Nie miał ochoty na spacer między drzewami, ale co miał zrobić? Niewiele myśląc, wkroczył w las i ruszył na misję ratunkową, która zakończyła się powodzeniem, ale kiedy wychodził z kotkiem pod pachą, został zauważony przez kolegów. Z jakiegoś powodu nie chciał zdradzić, że jedynym powodem, dla którego wszedł do Zakazanego Lasu, była chęć uratowania słodkiego stworzenia, więc, dla odwrócenia uwagi, zaczął opowiadać o czymś kompletnie innym. O mantykorze.

    Chesney często zmyślał, ale starał się nie przesadzać. Mało kto uwierzyłby w zbyt zuchwałe kłamstwa, a wówczas wiarygodność Chesneya zostałaby podważona i nikt już nie wierzyłby bez zastrzeżeń we wszystko, co Krukon mówił. Dlatego zazwyczaj nie opowiadał o wielkich potworach i gdyby nie miał żadnego powodu, nie zacząłby gadać o mantykorze. Ale skoro zaczął, postarał się wszystko przedstawić w sposób tak wiarygodny i przekonujący, że koledzy uwierzyli. I najwyraźniej przekazali tę historię innym hogwartczykom.

    Plotka o mantykorze zaczęła żyć własnym życiem, a Chesney już o niej nie myślał, więc kiedy kilka dni później w czasie śniadania pewna Gryfonka się do niego dosiadła, potrzebował chwili na zrozumienie, o czym ona właściwie mówi. Zachowanie… zaraz, jak ona właściwie miała na imię? Chesney był pewien, że powinien to wiedzieć, chyba kiedyś chodzili na kilka wspólnych przedmiotów. Nie pamiętał, ale przypomniał sobie jej nazwisko, a przynajmniej tak mu się wydawało. O’Neill. Więc O’Neill zachowywała się trochę dziwnie. Chesney jednak uśmiechnął się, żeby ją ośmielić, i wskazał miejsce obok siebie, wyrażając w ten sposób niemą zgodę na to, by się dosiadła.

    – O mantykorze? – zapytał i sięgnął po chleb tostowy, który zaczął smarować dżemem. – Pewnie, pytaj, o co tylko chcesz.

    Chesney Swinton

    OdpowiedzUsuń
  41. Arsellus zdał sobie sprawę z tego, że nie do końca to przemyślał. Zabrzmiało to prawie jak wyzwanie. Owszem chciał, żeby sobie poszła i dała mu święty spokój. Zdecydowanie źle to rozegrał i zaklął cicho pod nosem, by chwilę później się skrzywić. Wciąż miał na uwadze to, że mógłby wrócić do przerwanej czynności, ale nie mógł okazać, że zależy mu na zabraniu jakiejś księgi z półki i znalezienia dla siebie miejsca, byleby jak najdalej od tej upartej Gryfonki. Nie. To, by nie przeszło.
    – Dobra zjeżdżaj, Szlamo, zanim skończy mi się cierpliwość i wywalę cię stąd siłą. – syknął w pierwszym odruchu i uniósł nawet wyzywająco podbródek. Następnie skrzyżował ramiona na piersi i posłał jej jedno z pogardliwych spojrzeń. A mógł być w miarę miły, ograniczając się tylko do nazwiska. Zaraz kąciki ust same wykrzywiły mu się w ironicznym uśmieszku. – Ułożyć? – powtórzył z uniesioną brwią. Ktoś miałby go układać? Czy ta urocza Gryfonka naprawdę wierzyła w to co mówi? Arsellus Langhorne był tym przypadkiem, który stawiałby opór, gdyby ktokolwiek zechciał ingerować w jego charakter. Wszystko co wiązałoby się z ograniczeniem jego wolności i poczucia indywidualności kłóciłoby się z jego buntowniczym usposobieniem. – Nikt nie będzie mnie układał, a już tym bardziej nie ty, Griffith. Gratuluję wygórowanych marzeń z krainy mugoli. – gdyby nie zależało mu na cichy to pewnie roześmiałby się złośliwie, ale jednak jakoś się powstrzymał. – Może jeszcze sobie wyobraziłaś, że to ty mogłabyś coś takiego zrobić. Naiwna. – pokręcił głową z pobłażliwym uśmiechem.
    Po wymianie tych uprzejmości Langhorne zmierzył ja standardowo spojrzeniem od góry do dołu. Zdecydowanie była od niego niższa i niefortunnym zrządzeniem losu musieli na siebie trafić akurat tej nocy. Prychnął głośno niemalże od razu.
    – Już biegnę – syknął chłodno, przewracając oczami. Taa, Langhorne w roli bohaterskiego rycerza na czarnym rumaku, dobre sobie. Co oczywiste – nawet nie ruszył się z miejsca. Zmrużył tylko oczy, jakby to miało w końcu ją stąd przepłoszyć. Miała rację. Samo przebywanie z nią działało mu niemiłosiernie na nerwy i za każdym razem był bliski wykorzystania swoich umiejętności magicznych z zakresu zaklęć. Nie mówiąc już o tym, że cofnąłby się jak oparzony. Nie do końca było wiadomo czy to wstręt czy jakiś inny, automatyczny środek zapobiegawczy. – Niedoczekanie.
    Jeśli Oona uwielbiała takie igranie z losem to była większą ryzykantką niż jej niepozorna postura mogłaby wskazywać. Czyżby coś niezdrowego ciągnęło ją w stronę tej złośliwszej, grudniowej części bliźniaków? Langhorne był jednak dosyć sprytny. Na szczęście księgę, z której dzisiaj pobierał dodatkowe lekcje z dziedziny zaklęć i uroków odłożył w porę na miejsce. W innym razie panna Griffith mogłaby cieszyć się z tego, że przyłapałaby go na gorącym uczynku. Ech, miałaby jeszcze powód do szantażowania Arsellusa.


    [Możesz podziwiać moje nocne dzieła. Chciałam wziąć pierwsze, ale jak otworzyłam ostatnie to stwierdziłam, że za dużo mi się ich podoba :c]

    Arsellus Langhorne

    OdpowiedzUsuń
  42. [Bardzo chętnie się rozruszam! To co, może ustalmy, że znają się wcześniej (np. pochodzą z tej samej miejscowości?), i kiedy Oona dostała list z Hogwartu to właśnie Johnny opowiedział jej o najbardziej magicznym miejscu świata? Może wróży jej okazjonalnie z kart lub dłoni? Hm?]

    OdpowiedzUsuń
  43. [Pomysł fantastyczny, jak najbardziej się zgadzam. Czekam w takim razie na zaczęcie. A co do gifu... Cóż, przynajmniej jest pretekst, żeby wchodzić na moją kartę :D]

    OdpowiedzUsuń

  44. [Już parę razy wchodziłam na tę kartę, ale nigdy jej nie przeczytałam xD W każdym razie teraz to zrobiłam. Raczej Oona to przeciwieństwo Eriki. Do tego mugolaczka, więc wątek jeśli miałby być, byłby co najmniej ciekawy. Jestem otwarta – wal śmiało, jeśli chcesz. W każdym razie powodzenia ;)]

    Erica Draven

    OdpowiedzUsuń
  45. [Aaaj, dziewczyny mi do siebie pasują! Myślę, że mogłyby się zakumplować;) Jakieś pomysły na wątek?]

    April Rhodes (z innego konta)

    OdpowiedzUsuń
  46. [Sądzę, że to dobry pomysł, a z tego co widzę to tym życzliwym może być Arsellus xD Jakieś konkretne miejsce na wakacje bierzemy pod uwagę czy po prostu pobyt w np. Londynie na shoppingu czy coś w tym guście? ;D Na pewno nie będzie nudno, droga Gryfonko.]

    Erica Draven

    OdpowiedzUsuń
  47. Przychodzę do was na wątek i liczę na to ukochanie :D Wydaję mi się, że Sunshine i Oona dogadały by się, ale jakiegoś konkretnego pomysłu nie mam.
    Więc serdecznie zapraszam do mnie i liczę, że ty coś wymyślisz!

    Sunshine Price

    OdpowiedzUsuń
  48. Gryfoni ze Ślizgonami nienawidzili się, a Puchoni byli skończonymi niezdarami, więc każdy nimi gardził – prawdopodobnie tak wyglądało spojrzenie na świat osób ograniczonych, które bezgranicznie wierzyły, że stereotypy są czystą prawdą. Był to jedynie zbiór uogólnień i przekłamań, ale byli ludzie, którzy uważali, że są one zgodne z rzeczywistością. W tej sytuacji Krukoni stawali na pozycji uprzywilejowanej i mogli utrzymywać dobre kontakty ze wszystkimi hogwartczykami. Dlatego przy stole Ravenclawu czasem siadali Puchoni, Gryfoni i Ślizgoni, by móc podyskutować na ciekawe tematy z uczniami reprezentującymi niebiesko-brązowe barwy. Nie było to co prawda na porządku dziennym, ale też nie należało do sytuacji tak nietypowych, aby obecność kogoś spoza Ravenclaw wzbudziła jakiekolwiek poruszenie. Poza tym było to jedynie zwykłe śniadanie, a nie uroczystość w stylu Uczty Powitalnej.

    Prawdopodobnie Chesney nawet nie zwróciłby uwagi na Gryfonkę, gdyby nie to, że dosiadła się właśnie do niego. Nie udawał, że jej nie dostrzegł i nie zamierzał jej zignorować, ale mogło się zdawać, że bardziej niż dziewczyną zainteresowany był przyrządzeniem sobie śniadania. Starał się nie oceniać ludzi zbyt szybko, ale czasami trudno było nie doczepić komuś etykietki. O’Neill, jak nazwał Gryfonkę, sprawiała wrażenie wariatki. Raczej niezbyt groźnej, ale chaotycznej. Kiedy powiedziała o drogach w Rzymie, Swinton otworzył usta, aby wyjaśnić, że to nie do końca tak, jak ona to przedstawiła. Nie chodziło przecież o to, że te drogi powstały jako pierwsze, ale o sposób ich ułożenia. Jednak zrezygnował z powiedzenia tego, uniósł tylko brew. (Ten gest zawsze wydawał mu się tak arystokratyczny, że niegdyś cierpliwie ćwiczył przed lustrem tak długo, aż zaczęło mu wychodzić.) Odezwał się dopiero wtedy, gdy dżemowy monolog zakończyła powrotem do tematu mantykory.

    – Jeśli zostawiasz otwarty słoik dżemu na deszczu, nie dziw się, że potem smakuje gorzej – mruknął, a po chwili pod nos dziewczyny podsunął talerz z tostem, aby pokazać jej, że użył dżemu brzoskwiniowego, którego tak nie lubiła.

    Odłożył talerzyk i rozejrzał się za koszyczkiem z tostami, który trafił w ręce koleżanki siedzącej naprzeciwko. Wyciągnął różdżkę i machnął nią, a jedna kromka przyfrunęła do niego tuż przed twarzą zaskoczonej Krukonki.

    – Swinton, serio? – zapytała, patrząc na niego jak na robaka. – Jesteś tak wygodnicki, że nie możesz po coś sięgnąć?

    Uśmiechnął się tylko, a w odpowiedzi usłyszał prychnięcie. Niezrażony komentarzem, za pomocą magii wyczyścił nóż i przywołał dżem innego smaku.

    – Nauczę cię czegoś, O’Neill, patrz uważnie – zwrócił się do Gryfonki. Na łyżkę nałożył porządną ilość dżemu, którą zaraz przełożył na tosta. Nożem zaczął powoli go rozsmarowywać, dbając o to, aby substancją pokryć każde miejsce tak równomiernie, jak tylko się dało. – Nie wolno zostawiać pustych obszarów, od skórki do skórki, wszędzie powinien być dżem, nie tylko na środku – tłumaczył takim tonem, jakby mówił o czymś niezwykle ważnym, a nie o czymś niezwykle prozaicznym. – Jeśli chcesz zobaczyć mantykorę, zapraszam na szóste piętro, niedaleko pomnika Żabiej Angusty jest obraz z tym stworzeniem, możesz sobie pooglądać. Powodzenia, jeśli jeszcze będziesz miała jakiś problem, polecam się na przyszłość.

    Chesney Swinton

    OdpowiedzUsuń
  49. [Czyli wakacje w jakimś nadmorskim miasteczku, do którego wbijają młodzi czarodzieje. Erica wybrałaby się tam z jakimiś znajomymi, bo z rodzicami musiałaby siedzieć w jakimś hotelu dla czarodziejów, a tak z rówieśnikami mogłaby spędzać wieczorki własnie przy piweczku i nie tylko ;) Oona będzie tam pewnie niezależnie, bo czysto krwiści trzymają się raczej razem :P]

    Erica Draven

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. [U mnie wszystko dzieje się w szkole, więc miłym odskokiem byłyby te wakacje :) Zresztą poznamy nasze dupeczki, a potem bd łatwiej ogarnąć ich relacje w szkole.]

      Usuń
    2. [Błagam, powiedz, że może być xD]

      - Uważaj jak jedziesz, palancie! – krzyknął blondyn, siedzący na miejscu pasażera i patrzący z zaskoczeniem na kierowcę. Ten tylko wyszczerzył się, posyłając uśmiech numer czterdzieści sześć do kumpla. Za nimi na tylnym siedzeniu spod koca wyłoniła się Erica z zaspanym wzrokiem.

      - Dojechaliśmy? – spytała zachrypniętym głosem, opierając się ramionami na siedzeniach dwóch chłopaków i poprawiając roztrzepane włosy. Blondynem był nie kto inny a Arlon Malfoy z jakiejś tam linii Malfoy’ów, a kierowcą był Harley Dregston. Obaj zabrali ją spod domu o północy i jechali od tego momentu bez przerwy. Cała trójka była oczywiście czystej krwi. Postanowili zorganizować sobie wakacje w znanej wśród czarodziejskiej młodzieży miejscowości nad morzem. Nie mieli być tam oczywiście jedynymi dzieciakami czarodziejów. Czystokrwistych miało być więcej, tylko nie braci Langhorne. Erica była z tego powodu niepocieszona, bo Arsellus był jej najlepszym przyjacielem. Jednak mimo to nie mogła przegapić tygodnia pełnego alkoholu, muzyki i dobrej zabawy. To było coś jak festiwal. Coroczna impreza dla młodocianych czarodziejów z całej Brytanii.

      - Już prawie – rzucił Dregston, machając kierownicą czarnej limuzyny. – Ciekawe czy w tym roku też przypałętają się jakieś szlamy. W tamtym sezonie było ich mało.

      - Wypieramy ich – zaśmiał się Arlon, otwierając whiskey i podając je dziewczynie. Ta upiła spory łyk i oddała. - Pamiętacie tę mugolaczkę, która powiedziała coś w ten deseń ‘Do odważnych świat należy’? Spytałem ją, co robiła na naszej imprezie. Bezczelne gnojki – parsknął.

      - To że urodzili się Mugolami, to nie ich wina – powiedziała nagle Erica, wbijając tym swoich towarzyszy w ziemię. Malfoy obejrzał się do niej.

      - To nie oni zabili ci brata? – spytał, patrząc na dziewczynę uważnie. Draven posłała mu jednoznaczne spojrzenie, które spowodowało, że chłopak się zamknął.

      - Owszem. Zabili… - mruknęła. – Jednak mimo to wciąż są ludźmi – dodała bardziej do siebie niż do chłopaków. – Zresztą patrzcie. Dojechaliśmy! – krzyknęła, pozbywając się melancholijnego tonu. Całe miasteczko było chronione zaklęciami przed Mugolami, dodatkowo na straży stali wykupieni ochroniarze. Jeden z nich zatrzymał ich pojazd, ale gdy zobaczył przepustkę i rozpoznał nazwiska, przepuścił ich na teren festiwalu. – Witamy w świecie bez zasad – wymruczała Erika z szerokim uśmiechem. Na to czekała cały rok.

      Erica Draven

      Usuń
  50. – Oona! – zawołał radośnie i pstryknął palcami, jakby nagle odkrył coś niezwykłego. Powodu swojego entuzjazmu nie wyjaśnił.

    Kiedy się przedstawiła, zrozumiał, dlaczego przez chwilę myślał, że miała na nazwisko O’Neill. Przez imię. Chociaż tak naprawdę nie znał Gryfonki, kiedyś – chociażby w pierwszej klasie, w czasie Ceremonii Przydziału – musiał usłyszeć jej dane osobowe, które zakodowały się gdzieś na dnie jego pamięci. Nie potrafił ich wydobyć w odpowiednim momencie, a przynajmniej nie w wersji oryginalnej. Jego mózg podsunął mu wariant nieco wypaczony. Oona, zdaniem Swintona przynajmniej, było ładnym imieniem, które jednak bardziej niż z którąkolwiek z uczennic Hogwartu kojarzyło mu się z żoną Charliego Chaplina i jednocześnie córką Eugene’a O’Neilla, którego dzieła Chesney niegdyś namiętnie czytał. To było powodem pomyłki z nazwiskiem – słyszał, że dzwonią, ale nie wiedział, w którym kościele.

    – Właściwie to cię nie znam – odparł.

    Nie dla każdego była to prawda, w tym przypadku wiele zależało od tego, co kto uważał za znajomość. Chesney nie przypominał sobie, żeby kiedykolwiek wcześniej rozmawiał z Ooną, ale z jakiegoś powodu nie poczuł się zdziwiony, kiedy mu się przedstawiła, więc miał pewność, że jej imienia i nazwiska nie słyszy po raz pierwszy. Poza tym skądś kojarzył jej twarz, chociaż nie potrafiłby wskazać konkretnej sytuacji, w której mieliby ze sobą jakikolwiek kontakt. Być może chodzili niegdyś wspólnie na niektóre lekcje, ale teraz, kiedy do Hogwartu uczęszczało wielu uczniów, o wiele więcej niż za czasów słynnego Harry’ego Pottera, i to nie było pewne. Najskuteczniejsza nauka prowadzona była wśród niewielkich grup, więc dzielili na klasy i nie było nawet pewności, że rówieśnicy z jednego domu wylądują razem na wszystkich przedmiotach. Istniało więc prawdopodobieństwo, że Chesney i Oona mijali się na zajęciach.

    Chesney popatrzył na Oonę w zamyśleniu i zaczął się zastanawiać, skąd może ją znać. Przypomniała mu się jedna sytuacja z czwartej klasy. Nigdy nie zapisał się na wróżbiarstwo, ale niegdyś, wspólnie z kolegą, zakradli się do odpowiedniej sali i uczestniczyli w lekcji jako wolni słuchacze. Kiedy minęło piętnaście minut, Chesney zaczął się nudzić i żałować, że w ogóle tam przyszedł, a do głowy przyszło mu kilkanaście lepszych pomysłów na wykorzystanie czasu. Po chwili jednak całkowicie zmienił zdanie, bo między dwoma dziewczynami rozpoczęła się sprzeczka tak ostra, że doszło do rękoczynów. Czyżby uczestniczyła w niej Oona? Przez chwilę był pewien, że tak, po momencie stracił przekonanie. Być może to była ona, być może nie. Potem pomyślał o czymś innym i tym razem wpadł na prawidłowy trop. Trzecia klasa była rokiem, w którym Chesney zakochał się po raz pierwszy, a obiektem jego westchnień była pewna śliczna Gryfonka. Nie bardzo wiedział, jak ma zagadać, więc tylko po cichu ją obserwował. Kilkukrotnie przyuważył, jak rozmawia z jakąś dziewczyną ze swojego domu i natychmiastowo pomyślał, że pewnie są przyjaciółkami. Przez jakiś czas zastanawiał się, czy nie spróbować dostać się do swojej miłości poprzez zakolegowanie się z jej przyjaciółką, ale po jakimś czasie stwierdził, że dziewczyny są chyba tylko zwykłymi znajomymi, a prawdziwie przyjaźnią się z innymi osobami. W każdym razie, Oona chyba była tą, którą uznał za przyjaciółkę…

    Zamyślenie Chesneya trwało kilkadziesiąt sekund, więc nie było szczególnie długie, ale kiedy uświadomił sobie, że przez cały ten czas bezmyślnie patrzył na Oonę, mogło zrobić się odrobinę niezręcznie. Być może Gryfonka poczuła się nieswojo, tego nie wiedział, on jednak się nie speszył. Uśmiechnął się (a w zamierzeniu miał być to uśmiech czarujący; czy tak właśnie wyglądał – nie jemu było oceniać) i odwrócił się odrobinę, by ugryźć tosta.

    – Nie – powiedział krótko, odpowiadając w ten sposób na pytanie o mantykorę. Jednym słowem chciał zakończyć cały temat, a żeby to zrobić z powodzeniem, starał się głos wymodulować tak, aby wszystko zabrzmiało stanowczo i surowo. Dżem, który został w kąciku ust, nieco zepsuł efekt.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nie zamierzał tłumaczyć swojej decyzji, w końcu nie musiał. I po co miałby chodzić po Zakazanym Lesie? Nie był fanem tej miejscówki, a skoro wiedział, że mantykory i tak tam nie ma, nie chciał tracić czasu na jałowe poszukiwania. A gdyby nawet była… Cóż, nie był pewien, czy chciałby stawić czoła tak groźnemu stworzeniu.

      Chesney Swinton

      Usuń
  51. Erica patrzyła na drogę, którą jechali. Przekroczyli już linię bezpieczeństwa i zobaczyła pełno dzieciaków, zmierzających w stronę miasteczka oddalonego jakieś dwie mile od ‘bramy’. Niektórzy teleportowali się dzięki świstoklikom, inny przylatywali na miotłach, od których roiło się w powietrzu, ale oni wybrali inną drogę. Chcieli pozwiedzać nieco Brytanii, przez którą jechali. Do bramy festiwalowego miasteczka jeździły zaczarowane autobusy i to właśnie ich pasażerowie musieli iść dobre dwie mile do celu. Z plecakami lub torbami. Oni mieli wszystko w swoich małych skórzanych torbach, które odpowiednio zaczarowali. Zaklęcie zmniejszająco-zwiększające było perfekcyjnym sposobem na szmuglowanie znajomych w workach na buty czy małym kufrze. Erica nie raz i dwa musiała tak przenieść Arsallusa do swojego pokoju, gdzie gadali i rzucali na siebie zaklęcia, po których czuli się jak na tripie całą noc. Gdyby jej rodzice dowiedzieli się, że w sypialni ich córki przebywa jakiś mężczyzna, nawet znany im perfekcyjnie Langhorne, zapewne wysłaliby ją do zakonu. Dlatego zabrali tyle alkoholu, ile im się podobało. Arlon i Harley posiadali również coś specjalnego – sproszkowany kamień księżycowy. Nie pierwszy już raz zresztą. Erica przewróciła oczami, gdy nagle coś mocno rzuciło ją do przodu.

    - Ej! – warknęła, gdy okazało się, że wylądowała Malfoy’owi na kolanach. – Jak prowadzisz?! – rzuciła do Harley’a, próbując jakoś się wygrzebać z sytuacji. Jednak gdy zobaczyła dziewczynę za oknem, zdrętwiała. Nieznajoma patrzyła chwilę na Erikę, a potem spytała czy nie podrzucą jej do miasteczka. Dwójka chłopaków zmierzyła dziewczynę, oceniając jej prezencję. Dracen za to usadowiła się już na kolanach Arlona i też wbiła w nią wzrok. Też by jej się nie chciało iść tych dwóch mil. Gdyby oczywiście jechała autobusem. A to jeszcze nigdy jej się nie zdarzyło i raczej nie miało. Erica wiedziała, że pytanie było skierowane do niej. W końcu która dziewczyna spytałaby chłopaka? Prócz niej. No, tak. Żadna. – Dobra. Wsiadaj – rzuciła krótko i przeszła między siedzeniami na tył. Dopiero gdy autostopowiczka otworzyła tylne drzwi, Erica zauważyła jej wielką torbę. Nic nie powiedziała, tylko patrzyła jak ta wpakowuje się na miejsce obok niej. Pewnie też nie spodziewała się, że w tak krótkim SUVie zastanie wewnątrz limuzynę. Widać to było po jej zdziwieniu. Dracen siedziała teraz naprzeciwko nieznajomej i ciekawie jej się przyglądała. Nie miała nic innego do roboty. – Skąd jesteś? – spytała. – Nie kojarzę cię.

    Szkoda, że jej nie kojarzyła. Wiedziałaby czy to Mugol, czy jest normalna i czy nie wpadną z chłopakami za jej podwiezienie. Nie cierpiała Mugoli. Kiedyś było inaczej.

    Erica Draven

    OdpowiedzUsuń
  52. Szkoda tylko, że Archie to raczej typ faceta, który chowa się za swoimi starszymi siostrami, niż pomaga damom w opresji, bo sam za taką damulkę w opresji był uważany przez większość uczniów w Hogwarcie. Nie skomentował jednak tego, co powiedziała do niego Oona i stwierdził, że w sumie to całkiem dobry układ, o ile ta była na tyle dobrą czarodziejką, żeby w porę odbić śmiercionośne zaklęcia, które pewnie chciały cisnąć w nich Ślizgonki.
    - Jesteś pewna? - zaptał przerażony Archie, gdy dziewczyna postanowiła stawić czoło swoim "wrogom od Michaela, ciacha nad ciachami" - bo właśnie znalazłem ogromną donicę, w której na pewno byś się zmieściła. Nawet mogę cię przysypać ziemią, taki odważny będę, sam nie zdążę się schować i polegnę na polu walki. Ale ty JAKO KOBIETA będziesz bezpieczna, włos ci z głowy nie spadnie - chłopak wykrzywił twarz w uśmiechu, ale wyszedł mu bardziej obrzydliwy grymas. Wiedział, że te dziewczyny nic im nie zrobią, przecież są w Hogwarcie, no halo! Ale on nie zamierzał znów być pośmiewiskiem całej Wielkiej Sali na śniadaniu, miał tego serdecznie dosyć.
    Buchanan nie był jednak okrutny i stanął obok Oony, ramię w ramię, z różdżkami w gotowości, oboje oczekiwali na Ślizgonki, które zjawiły się w parę chwil, nawet nie były zdyszane, a biegły pewnie jeszcze szybciej niż oni.
    - Proszę, proszę - zaczęła jedna z nich i omiotła spojrzeniem dziwną parę, jaką tworzyli Archie z Ooną - niezłego znalazłaś sobie obrońcę - prychnęła i wskazała na Puchona różdżką - prędzej ci zrobi krzywdę, niż cię obroni.
    Archie zacisnął palce mocniej na swoim magicznym patyku [God, jak to brzmi], ale to była jedyna oznaka jego złości, jaką dał po sobie poznać. Spoglądał ukradkiem na Oonę, która usta miała zaciśnięte w waską linię.
    - Skoro masz tego niedorajdę... - zaczęła druga, zbliżając się powoli w ich stronę - to po co ci Michael? - zapytała piskliwym głosem, jak dziecko, któremu odbiera się ulubioną zabawkę za to, że nie zjadło warzyw na obiadek.

    Archie//Tea

    OdpowiedzUsuń
  53. [Kochana autorko Oony proszę o wybaczenie za zaległy odpis, który dzisiaj na pewno już będzie. Z przyczyn zdrowotnych mam dwudniowe opóźnienie w odpisywaniu – wszędzie <3]

    Arsellus – jakkolwiek to nie zabrzmi skruszony

    OdpowiedzUsuń
  54. Kiedy oplotła go dłońmi w pasie, uśmiechnął się. Od rana miał przeczucie, że dzisiaj się spotkają, więc czekał na nią. Nakrył jej dłoń swoją i ścisnął ją lekko, upajając się równocześnie zapachem perfum Oony, który go otoczył.
    -W fusach zobaczyłem ogromnego pryszcza na Twojej ślicznej buźce, więc może wstrzymaj się do poniedziałku – zażartował, odrywając się od niej i obracając na pięcie. Spojrzał w jej urocze oczy, mimo że musiał schylić się do nich kilka dobrych centymetrów i z pełną powagi miną, dodał:
    -To Twój przyszły mąż, więc nie bój się o nic. Może tylko o to, że po szkole nie zda testu kwalifikacyjnego na aurora, popadnie w alkoholizm i będziesz musiała go bić, żeby posprzątał naczynia.
    Wyszczerzył się do niej głupkowato i wyprostował. Czuł napięcie miedzy nimi i doskonale wiedział, jak paskudnie Oona się czuje, ale na razie postanowił ciągnąć tę operę mydlaną, która rozgrywała się między nimi od pewnego czasu. Teatrzyk masek. Jednocześnie doskonale zdawał sobie sprawę z tego, że nie może się tak zachowywać cały czas i że w końcu ją przyciśnie. Zmusi do rozmowy o tym co się stało, choćby miał to zrobić siłą.

    OdpowiedzUsuń
  55. [Tak myślę i myślę... Przerwa wakacyjna, a Oona jest starsza od April i prawdopodobnie może używać magii poza szkołą (ma już 17 lat?) w przeciwieństwie do Rhodes, można to więc jakoś wykorzystać. Tylko jak?
    W głowie siedzi mi głównie zwiedzanie czarodziejskich miejsc (w sumie fajnie byłoby je wymyślać i w ogóle), coś jak Hermiona w którejśtam części. Nie wiem, czy Oona potrafi się teleportować, ale jeśli nie (choć rozszczepienie byłoby ciekawe... bolesne, acz ciekawe XD), to można pokombinować z lotem na miotle (z tym, że wydaje mi się, iż April robi to fatalnie).
    Co Ty na to?]

    April Rhodes

    OdpowiedzUsuń
  56. [To się cieszę, że Cię rozbawiłam, w końcu o to mi chodziło haha :D Za to ja się uśmiałam czytając Twój w momencie, jak mówiła, czego to Archibald nie ma. Była pewna, że jej ręka powędruje znacznie niżej XD wyobraź sobie mój szok na twarzy XD]

    Chociaż sam Archie był czystokrwistym czarodziejem (hehe a nie wygląda, więc aż dziw bierze, że nie dostał jeszcze jakąś avadą od któregoś Ślizgona), to nieważne dla niego było to, czy ktoś ma czystą krew, czy jest pół na pół, czy też jest mugolakiem. Wielu jego znajomych w życiu wcześniej nie słyszało o magii i Hogwarcie i chociaż w Slytherinie na pewno nie było żadnych "szlam", to nie wszyscy Ślizgoni byli tacy uprzedzenie. Ale cóż... Taki mamy klimat, jak to ktoś mądrze kiedyś określił.
    Chłopak chciał wybuchnąć śmiechem na słowa Oony, ale powstrzymał się i wypiął dumnie pierś, jakby to miało zapewnić im ochornę. Może w końcu jednak się go przestraszą? Nie... To niemożliwe, nawet jak na dziewczyny na pewno były silniejsze i miały bardziej posłuszne różdżki niż Archibald.

    Puchon uśmiechnął się do nich uroczo, na co Ślizgonki wzdrygnęły się, jakby ktoś właśnie podstawił im pod nos wiadro oślizłych ślimaków i kazał je zjeść. Zrobił dwa kroki w ich stronę, a one dokładnie lustrowały go, od stóp do głów, jakby tylko czekały na znak, że mogą w niego puścić tysiąc morderczych zaklęć. Nie zrobiły tego jednak, a Archie aż pękał z dumy, że stał się nagle taki odważny.
    - Drogie panie - powiedział elokwentnie rozkładając ręce niczym Jezus, który dzieli się Dobrą Nowiną - jest was dwie. Michael, Krukon, o którego się rozchodzi jest tylko jeden. I jesteście pewne - dodał, zerkając do tytułu na Oonę, która wydawała się być nie tyle przerażona, ile już zmęczona i zrezygnowana wyczynami durnych Ślizgonek - że to któraś z was jest wybranką jego serca? - posłał im kolejny uśmiech niczym ksiądz rozgrzeszający jakiegoś człowieka - może od razu do niego pójdźmy i spytajmy. Na pewno nie będzie się mózgł zdecydować, która z was jest ładniejsza i mądrzejsza. Ciężki wybór, naprawdę - powiedział spoglądając na każdą z nich z udawanym pożądaniem - Jestem pewien, że Michael się ze mną zgodzi.

    Ślizgonki stały oniemiałe i nie wiedziały, jak powinny na to zareagować. Wpatrywały się nawet z niedowierzaniem w Oonę, która na pewno musiała pękać ze śmiechu. Opuściły różdżki, ale dalej uważnie śledziły każdy jego ruch.
    - Chodźcie, wszystkie trzy - dodał spoglądając na Gryfonkę - jestem pewien również, że wyjaśni się relacja między nim a Ooną, zapewniam was, moja dobra przyjaciółka nie miała złych intencji, po prostu rozmawiali.

    dyplomata Archie

    OdpowiedzUsuń
  57. Roześmiał się dosyć okrutnie, jakby powiedziała coś naprawdę niestosownego i wśród grupy zebranych na poważnym spotkaniu zabrzmiałoby to co najmniej jak sprośny żart. To, że na Griffith nie działała szlama było z jednej strony okropne, bo nie dawało takiej czystej i złośliwej satysfakcji jak, by tego pierwotnie oczekiwał, ale z drugiej strony czy to jego problem, że ta obraza nie dotyka jej? Ależ skąd! Arsellus Langhorne i wszyscy czystokrwiści w świecie magii doskonale wiedzieli o czym to świadczyło. Wbrew pozorom filozofia czystej krwi nie została mu wbita do głowy siłą. Arsellus nie wiedzieć czemu sam zaczął się nią interesować, a zdanie ojca jego domu – Salazara Slytherina musiało mieć jakieś znaczenie i odbicie w rzeczywistości. Nie byłby szanującym się Ślizgonem, gdyby tolerował mugolaków. Mugole sami w sobie byli śmieszni i głupi, więc nie zamierzał się nawet o nich uczyć, dlatego wybrał sobie Numerologię, Starożytne Runy i ONMS. Wszystko tylko nie mugoloznawstwo, chociaż chyba powinien znać chociaż odrobinę swojego prawdziwego wroga, czyż nie?
    – A kto inny, jak nie ja nauczy cię znaczenia tego słowa? Na wszystkich działa, a skoro jesteś częścią magicznego świata to też cię to nie może ominąć. – odparł złośliwie w taki sposób, jakby właśnie zrobił dla niej ogromną przysługę. Langhorne notorycznie rzucał w narzucających się mu mugolaków niesławną „szlamą”, bo tak i najczęściej w głupich Puszków. Od razu dawali mu święty spokój i nigdy więcej nie wchodzili mu w drogę. Niestety Oona nie należała do tej większości nad czym niezmiernie ubolewał. To było dla niego nie do zniesienia, bo czasami odnosił wrażenie, że go testuje i sprawdza na ile może sobie przy nim pozwolić. Denerwowało go to, ale nie mógł nic na to zaradzić, ech. Langhorne pewnego razu uznał, że tym oto mugolakom się magia nie należy, bo po co im? Mogą sobie w dalszym ciągu egzystować całkiem po mugolsku. Trochę chamskie, ale patrzył na nich lekceważąco, prawie tak samo jak teraz przyglądał się swojej chwilowej towarzyszce. Liczył na to, że dziewczyna da sobie spokój i odejdzie, a on znowu zatopi się w lekturze zakazanej. Przechylił głowę w bok, utrzymując różdżkę na tyle wysoko, aby oświetlała wszystko dokładnie. – Jeszcze się znajdzie nie przejmuj się. Może spotkasz się bliżej z Irytkiem albo Krwawym Baronem. – zmrużył na moment oczy. Odetchnął z iście teatralną ulgą. – Co cię nie zabije to cię wzmocni, nieprawdaż? – zakpił z cynicznym uśmiechem w kącikach ust. – Całe szczęście dostałbym jeszcze na głowę z taką nijaką szlamą jak ty.
    Arsellus naprawdę poczuł zadowolenie, że odwróciła się i zamierzała wyjść. Obudziło to w nim nadzieje na to, że niedługo sięgnie po schowaną księgę i zacznie studiowanie jej w celu dokładniejszego kształcenia się w zakresie zaklęć i uroków, jednak prysły niczym bańki mydlane, kiedy krata zatrzasnęła się z hukiem. Langhorne przyłożył rękę do twarzy w geście kompletnego niedowierzania i nagłej irytacji. Czy ona czasem nie powinna trafić do cholernego Hufflepuffu? Taka ironiczna myśl przebiegła mu przez umysł. Zaraz jednak nadciągnęła zupełnie inna fala… Był zamknięty. W DZIALE KSIĄG ZAKAZANYCH na cholernego Merlina toż to katastrofa. Nie dość, że został uwięziony w jednym miejscu ze swoim arcywrogiem to jeszcze na domiar złego rano spotka go zapewne jakaś kara albo gorzej – plotka o tym, że Arsellus Langhorne spotyka się z mugolakiem. Och, nie! Wszystko tylko nie to! Może polerować puchary i zbroje w każdą noc, byleby nie taka plama na honorze czystokrwistego.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Słysząc jej idiotyczną uwagę od razu odsunął rękę i oparł się o półkę. Posłał jej nieprzyjemne, chłodne spojrzenie. Uśmiechnął się z wyraźnym przekąsem. – Szkoda. Miałbym przynajmniej rozrywkę oglądając jak się przewracasz po tej swojej wybitnej niezdarności. Tiara się nie pomyliła czasem? Może powinnaś być wśród tych beznadziejnych Puszków? W sumie pasowałabyś tak idealnie. – syknął zimno Langhorne. Wszystkie jego plany na tę noc odeszły w zapomnienie, bo przypałętała się tej parszywej nocy do Działu Zakazanego.


      [Już mi lepiej. Dwa dni temu było znacznie gorzej. O matko, ależ się rozpisałam :o Zostało mi tylko 6 odpisów jeszcze. Życz mi szczęścia. Czasami też zasiedzę się na The--Circle, więc musisz mi wybaczyć jeśli się opóźnię trochę w odpisie :c]

      Arsellus Langhorne – zwarty i gotowy do wspólnej współpracy przy tworzeniu

      Usuń
  58. [Rozszczepienie April by przeżyła, ale w sumie może się to przytrafić Twojej postaci, w gruncie rzeczy wszystko mi jedno;) Na pewno będzie ciekawie! W takim razie pozostaje mi uzbroić się w cierpliwość i czekać na Ciebie i zaczęcie :D]

    April Rhodes

    OdpowiedzUsuń
  59. Erica objechała wzrokiem dziewczynę, po czym sięgnęła pod siedzenie i wyjęła z braku piwo, które rzuciła nowej.
    - Trzymaj. W takim upale nie ma nic lepszego – mruknęła, po czym zajęła się odpakowywaniem swojej balonowej różowej gumy. Wysunęła ją zębami z opakowania i chwilę tak trzymała, oddychając tym charakterystycznym zapachem. Jednak szybko wrzuciła ją sobie do ust i rozkoszowała się smakiem ulubionej gumy. – No, raczej że ze szkoły – odpowiedziała, podciągając jedną nogę na siedzenie i opierając na kolanie przedramię.
    - Ale jesteś miła, Draven – zachichotał Harley, ale zaraz się uspokoił, gdy czarna z lekkim uśmiechem warknęła, żeby się zamknął. Podczas gdy kolesie z przodu zajęli się sobą, przeniosła ponownie spojrzenie z powrotem na dziewczynę.
    - Nikomu by nie chciało się zapierdzielać dwóch mil – odparła. – Hotel? My rozbijamy się z chłopakami na plaży. Większość ludzi tam będzie. Jesteś tu pierwszy raz? Chodzę do Hogwartu. Ravenclaw, ale jak widzisz trzymam się z przygłupimi Ślizgonami. – Wskazała kciukiem dwóch chłopaków z przodu. – Nie kojarzę nazwiska – odparła, gdy dziewczyna się przedstawiła. -Ten blondas to oczywiście Malfoy. Arlon – dodała. – Za kierownicą siedzi Harley Dregston. Erica Draven – rzuciła w stronę dziewczyny, unosząc podbródek. Nie podała jej ręki, bo zwyczajnie jej się nie chciało. Zresztą siedziały od siebie oddalone znacznie, więc to by głupio wyglądało, gdyby Erica rzucila się w jej stronę z wyciągniętą dłonią. – Dziś będzie pierwsze ognisko. Będziesz? – spytała, trzymając gumę w zębach i rozciągając ją palcami. Zrobiła tak kilka razy, patrząc uważnie na Oonę. Dziwne imię, pomyślała, ale nic nie powiedziała.

    Erica Draven
    [Wybacz, że tak krótko.]

    OdpowiedzUsuń
  60. Sunshine i Oona przemierzają właśnie korytarze zamku, w którym dzisiaj panuje niezwykle spokojna atmosfera. Dokładnie słychać każdy ich oddech i wypowiedziane słowo, które odbija się echem. Spacerują tak od dobrych trzydziestu minut, bo to zajęcie uznały za wiele ciekawsze niż nudne siedzenie w dormitorium czy pokoju wspólnym. Wszystko układa się dobrze do czasu, gdy natykają się na grupkę Ślizgonów, stojących w rogu korytarza. Wyraźnie im się nudzi i są wściekli, zapewne wczorajszym przegranym z Gryffindorem meczem Quidticha.
    Dochodzą do dziewcząt i otaczają ich tak ścisłym kołem, że nawet one niezwykle drobne, nie mają szans, aby się z niego wydostać. Gryfonka zostaje złapana za włosy, zapiera się, ale po chwili przewraca się na posadzkę, czemu towarzyszy ogromnie głośny huk. Natomiast Krukonka zostaje potraktowana delikatnie łagodniej zapewne dlatego, że nie jest z domu Lwa, jedynie kilka szturchnięć i wyzwisk na temat nieczystości jej krwi.
    Oona, która właśnie ledwo pozbierała się po upadku i nie wygląda zbyt dobrze, krzyczy w stronę Sunshine, aby ta uciekała, ale to kompletnie nie jest w jej stylu. Więc ta delikatnie rozpędza się i z impetem wskakuje na plecy największego ze Ślizgonów, który właśnie ciągnie jej towarzyszkę, najprawdopodobniej w kierunku schowka. Ten nie wiedząc co się dzieje sam się przewraca, a skołowani Ślizgoni puszczają dziewczyny i pomagają najstarszemu z nich się pozbierać.
    - Teraz możemy uciekać, wstawaj i biegiem! - biegną zza wrotną prędkością, ale zgraja dręczycieli depcze im po piętach. Nagle Sunshine potyka się, najprawdopodobniej o własną nogę i upada jako trzecia dzisiejszego wieczoru.

    Sunshine Price

    OdpowiedzUsuń
  61. [No ja nie wiem, trzeba by było go spytać XD Też miałam taki plan! Ale się Ślizgonki zdziwią! Albo niech uciekną, bo się za bardzo zdenerwują. Albo nie wiem. Jeszcze jak zrobimy z niego geja, to mogą posądzić o to wszystko biedną Oonę, że od razu po rozmowie z nią, Z DZIEWCZYNĄ, stwierdził, że jest okropna i że woli chłopców. XD]

    Ślizgonki spojrzały na siebie i wzruszyły ramionami (oczywiście pozostawiając różdżki w gotowości, bo nigdy nie wiadomo, co taki Puchon z Gryfonką mogli uknuć) i ruszyły za tą dwójką. Uważnie ich obserwowały, oj uważnie, jednak Archie i Oona nie byli im dłużni, do takich ludzi lepiej nie być odwróconym plecami zbyt długo, nie wiadomo, co się może stać. Ani się obejrzysz, a Ślizgon rzuca jedną albo drugą Avadą.
    Tworząc taką dziwną formację ruszyli przez błonia do zamku, Archie wprawdzie z Michaelem miał tylko wspólnego, co on z Quidditchem, czyli zupełnie nic, ale nie przejmował się tym tak bardzo. Nagły przypływ odwagi chyba pozwoliłby mu nawet na ogłoszenie wszem i wobec, że jest zakochany w takiej i takiej Krukonce, jednak nie zamierzał tego czynić, ale zaczepienie Michaela to nie był taki durny pomysł.
    - Michael na pewno gdzieś tu musi być, jakże mogłoby być inaczej, na pewno już z daleka czuje, że w jego stronę zmierzają dwie niebywałe piękności - odwrócił się do Ślizgonek, bojąc się nieco, że wyczują sarkazm w jego głosie, ale z drugiej strony... gdzieżby tam, on i sarkazm? On nie ma bladego pojęcia, co to w ogóle jest.
    Los chciał, żeby jakiś chłopak (czyli tutaj nasz super popjular Krukon, największe ciacho z rocznika, rozchytywane nie tylko przez nieporadne Puchonki i wiecznie zaczytane Krukonki, no i nie pomijając uroczych Gryfonek, ale również, a może: PRZEDE WSZYSTKIM przez Ślizgonki, które jednak chyba tylko przed samymi sobą się do tego przyznawały) był otoczony wianuszkiem dziewcząt oraz kilkoma innymi uczniami, głównie z drużyny Quidditcha, która reprezentowała podopiecznych Roweny Ravenclaw.
    - Patrz, drogie panie, wyszedł wam na spotkanie, jakiż dżentelmen - Archie w chodzie złożył swoje dłonie niczym do modlitwy, jednak był to raczej symbol jego radości na widok chłopaka, o którego się tutaj rochodziło.

    Archie

    OdpowiedzUsuń
  62. Czy Langhorne’a interesowały jej wyjaśnienia? W obliczu silnego ukłucia irytacji wciągnął powietrze raczej gwałtownie, jakby zamierzał się opanować, ale to tylko złudne wrażenie, proszę nie dać się mu zwieść. On tylko powstrzymał się od kolejnej kąśliwej uwagi, którą miał na końcu języka. Zacisnął tylko zęby. Utknęli w cholernej bibliotece. Toż to był koszmar. Jak ten Arsellus wytrwa do końca tej nocy ze świadomością, że został skazany na spędzenie nocy z Griffith i w dodatku o poranku dostanie karę stulecia? Nie wiedział, ale miał ochotę odnaleźć jakąś nieszczęsną książkę, aby jednak się stąd wydostać jakkolwiek. Nie mógł nawet w spokoju już dokształcić się na własną rękę, choć było to niedozwolone. Nikt mu niczego przynajmniej nie udowodni.
    Oparł ze znużeniem łokieć na jednej z półek, a do dłoń zaciśniętą w pięść przyłożył skronie. Zdecydowanie nie wyglądał teraz na zadowolonego Ślizgona, ale mimowolnie kąciki ust uniosły mu się ku górze, gdy skomentowała jego wygląd i charakter. Wbrew pozorom to nie oznaka wejścia na najwyższy poziom samouwielbienia. W jego uśmieszku kryła się ironia i delikatne politowanie.
    – Przykre, co? – mruknął, tylko na jej słowa. Uniósł różdżkę trochę wyżej niż wcześniej, jakby chciał oświetlić regał tuż obok niego. Wzrok utkwił w opasłych tomach, ale nie pozostawił spojrzenia na dłużej przy każdej z publikacji. – Zapomniałaś o ambicji i potrzebie samokształcenia. – dodał ze słyszalnym cynizmem. Oj, tak. Langhorne był ambitny do tego stopnia, że jeśli, by się uparł to mógłby przerobić ten cholerny podręcznik z mugoloznawstwa, gdyby ktoś mu rzucił podobne wyzwanie, ale w tym przypadku uznałby to za stratę czasu. Już szybciej poszedłby na to, że zapozna się ponadprogramowo tego Wróżbiarstwa, na które narzekali prawie wszyscy.
    Obserwował jej poczynania. Wyprostował się przez ten czas. Skrzyżował ramiona i oparł plecami o ten sam regał, gdzie odłożył budzącą jego niezdrową ambicję księgę z zakresu zaklęć i uroków. Gdyby nie to nietypowe spotkanie siedziałby tutaj do świtu i pochłaniał każdą stronę z największą uwagą. Niewiele osób zdawało sobie sprawę, że Arsellus przejawiał niezdrowe zainteresowanie czarną magią. Jeśli chodziło o kratę… To nie zamierzał próbować użyć różdżki. To był Dział Ksiąg Zakazanych, a nie zwykłe miejsce w zamku, gdzie większość zaklęć zadziałaby od ręki. Zdawał sobie sprawę, że nie będzie łatwo.
    – Brawo, geniuszu – wsunął różdżkę do kieszeni spodni i krótko jej zaklaskał. Złośliwy uśmiech wyraźnie się poszerzył. Nie będzie się zamartwiał. Może ją przecież podręczyć, czyż nie? – To w końcu Dział Ksiąg Zakazanych. Myślałaś, że tak łatwo będzie się stąd wydostać? – pokręcił głową. Roześmiał się z doskonale słyszalną kpiną. Posłał jej spojrzenie, jakby z niedowierzaniem. Ach, tak? – Taa, już nie mogę się doczekać, aby przyłapano mnie rano w miejscu, gdzie żaden uczeń nie ma prawa wstępu bez potwierdzenia nauczyciela, a co gorsze jeszcze z tobą. – skrzywił się, jakby trafił na wyjątkowo kwaśny kawałek cytryny. Nie było mu to na rękę. Wizja szlabanów i częstszych niż to konieczne spotkań mogło zwiastować tylko kolejne kłótnie i starcia.
    Słysząc jej pytanie Langhorne zmarszczył nawet w ciemności doskonale widocznie brwi. Doskonałe pytanie, ale kto powiedział, że otrzyma na nie satysfakcjonującą odpowiedź. Nie miał nastroju na zabawę w gdybanie co, by było gdyby i czy posiada jakieś zahamowania moralne w kwestii wydawania kogokolwiek na pewną śmierć.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. – Odpowiedz sobie na to sama, Griffith. – rzucił w odpowiedzi beznamiętnym tonem. Ręką zmierzwił sobie ciemne włosy i przeniósł spojrzenie z dziewczyny na książki, tak jakby były znacznie bardziej interesujące niż konwersacja z mugolakiem. Nie było to wystarczające, aby dała mu święty spokój, więc słysząc koleje pytanie westchnął ciężko. Odsunął się od półki i ruszył w jej kierunku. Przystanął całkiem nieopodal niej, ale w dalszym ciągu zachował zadowalający wszystkich dystans.
      – Wyjaśnijmy sobie coś, co jest chyba logiczne, ale nie wiedzieć czemu w dalszym ciągu drążysz ten temat, jakbyś chciała, żebym nagle zmienił zdanie. Pochodzę z czystokrwistej rodziny czarodziei. Nazywam się Langhorne, o ile wypadłoby ci to z głowy, szlamo. Jestem wychowankiem Domu Salazara Slytherina. Niechęć i nienawiść do czarodziei twojego pokroju mam we krwi. Filozofii czystości nikt mi nie narzucił. W mojej opinii osoby pochodzące z rodzin niemagicznych nie zasługują na tak ogromną szansę jak egzystencja w naszym świecie.

      [Nie, nie. Mnie na blogosferze nie było od roku, a TC istniało już miesiąc nim dołączyłam. Mam tam postać od dwóch miesięcy, ale jestem moderatorem. Odpowiadam głównie za wprowadzanie w fabułę zainteresowanych, udzielaniem odpowiedzi na wszelakie pytania i rzucaniu pomysłami odnośnie rozwoju bloga. Co nie zmienia faktu, że kawałeczek naszego grona jest obecnie na HK :3
      Owszem, tak wcześnie, bo się nie wyrobiłam wczoraj z niczym i jeszcze nadrabiam :<]


      Arsellus Langhorne

      Usuń
  63. To były ciężkie wakacje i wcale nie chodzi tylko o najwyższe od stu lat temperatury. Nie chodzi też o to, że Baldwin zaczął się w końcu intensywniej (o ile to jeszcze było wykonalne) myśleć o przyszłości, a tym bardziej nie mowa tutaj o podejrzliwie mniejszej ilości listów od wuja. Najbardziej męcząca była młodsza siostra, nie spędzająca wakacji z żadną z przyjaciółek, więc siłą rzeczy musiała zwalić się na głowę Ślizgona. Takim sposobem rozpoczęły się jego codzienne przesiadywania przed lodziarnią matki, bowiem do jedyne miejsce, gdzie macki Amandy go nie dosięgną – pani Fortescue miała za złe najmłodszej latorośli, że nawet nie wzięła pod uwagę w swoich dwumiesięczych planach pomysłu, by pomóc jej w interesie. Nie mogła pogodzić się z tym, że ruda jest zbyt leniwa, a Baldwina nawet o podobne rzeczy nie pytała, bo to oczywiste, że Ślizgon nie będzie przesiadywał w lodziarni, mając do zrobienia masę bardziej istotnych rzeczy, tyle książek do przeczytania, tyle miejsc do zobaczenia – ha, a jednak i tak codziennie przesiadywał przy budce z lodami, mającej zapewnić im większą sprzedaż, bo teoretycznie ludzie przechodzący Pokątną wolą sobie kupić loda w rożku i zjeść go w ruchu, miast przesiadywać nad pucharkami i topić się nad nimi. Na szczęście od lat rodzina Fortescue udoskonalała swoje kulinarne przepisy i teraz lody nie tracił swojego stanu skupienia nawet przy takich upałach. Cud? Nie, siła magii.
    Oczywiście bardziej ruda od swojej córki druga żeńska przedstawicielka ich czteroosobowej rodziny ubzdurała sobie, że Baldwin ma inny powód do przesiadywania przy jednym ze stoliczków. Jej zdaniem najwięcej z tym wspólnego miała dziewczyna zatrudniona na okres wakacyjny. Owszem, Baldwin siedział na krześle położonym najbliżej jej paskudnego miejsca pracy, ale to nie znaczyło, że nagle zebrało mu się na amory i ma zamiar zaspokoić plotkarskie aspiracje i marzenia o przedwczesnym wnuku dla matki. O ile na początku rzeczywiście przychodził tam tylko z powodu Amandy, tak zmieniło się to po paru dniach, gdy zorientował się, że naprzeciwko spędza urlop najlepszy w historii magomedyk, u którego w przyszłym roku chciałby odbyć staż. O karierze uzdrowiciela marzył już od wielu lat i sukcesywnie spełniał swój cel – nie chodziło tylko o to, że miał Wybitne z każdego wymaganego przedmiotu. Jego artykuły pojawiły się w paru specjalistycznych pisemkach i teoretycznie miałby się na co powołać z panem Trevorem Wissem, aczkolwiek aktualnie był zdolny tylko do tego, by siedzieć i śledzić każdy jego ruch, gdy wychodził z mieszkania. Znał rutynę jego poranków, wiedział, co jadał na śniadanie, rozpoznawał twarze odwiedzających go znajomych i tak… owszem, był pewien, że wyszedłby na świra, gdyby tak nagle wyskoczył do niego prośbą o zostanie jego mentorem, bo Fortescue napisał w zeszłym roku dokładnie siedem listów, umieszczając w nich polecenia nauczycieli. Nigdy nie doczekał się odpowiedzi.
    Tego dnia naprzemiennie wzdychał ciężko z dwóch powodów – właśnie z powodu pana Wissa, który jak zwykle otworzył okno na czwartym piętrze – i przez piekielne słońce, uniemożliwiające mu dostateczną obserwację. Jak zza szyby doszło do niego pytanie Gryfonki. Właściwie chciał ją zbyć zwyczajowym machnięciem ręki (zazwyczaj, gdy ludzie cokolwiek do niego mówili, chodziło o powitania, co z tego, że już się z nią dzisiaj przywitał? ludzie to w większości idioci, więc może i Oona potrzebowała dokonać tych formalności drugi raz?), ale wtedy w jego ślizgońskim mózgu zaczął formować się plan iście genialny i diabelny zarazem. Spojrzał na nią w sposób, w jaki profesorowie alchemii zerkają na swoje dzieło i szybkim ruchem dźwignął się na nogi, podchodząc do jej przegrzanej budki. Oparł się zgrabnie o drewniany blat, przeszukując szufladki w mózgu dla zrozumienia, o co w ogóle mogła go zapytać. By wykorzystać ją w swoim planie, musiał być miły.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ten komentarz został usunięty przez autora.

      Usuń
    2. - Ach, jasne, lubię miętowe – rzucił szybko, nie wiedząc nawet, czy matka posiada takowy smak w asortymencie lodziarni. Trudno.
      Spojrzał z odrobiną ironii na zeszyt w jej dłoni i szybkim ruchem wyrwał go jej, rzucając na któryś ze stolików. – Poważnie? Nawet mugole wymyślili sobie klimatyzacje, a ty nie znasz żadnego chłodzącego zaklęcia? Rozczarowujące. – Oczywiście ktoś inny bez gadania mógłby ją takim zaklęciem uraczyć, ale Fortescue musiał się trochę poobnosić z nadmiarem wiedzy. Istniała też ewentualność, że dziewczyna nie mogła jeszcze poza szkołą czarować, ale cóż… Baldwin mógł.

      Usuń
  64. Odprowadził Oonę spojrzeniem, a potem wzruszył ramionami i wrócił do śniadania. Nie przejął się rozmową, którą przed chwilą odbył. Sam był najlepszym przykładem na to, że niektóre osoby wiele mówią, a niewiele spośród wypowiadanych przez nich słów ma przełożenie na rzeczywistość. Wprawdzie nie sądził, aby Oona kłamała – na pewno w tym momencie była przekonana, że wieczorem pójdzie do Zakazanego Lasu, ale kiedy nadejdzie odpowiednia chwila, zmieni plany. Może stchórzy, a może po prostu miała w zwyczaju dużo gadać, a potem mało robić.

    To nie był już, w każdym razie, problem Chesneya. Zajęty był własnymi sprawami, więc nie zaprzątał sobie głowy jakąś Gryfonką, która chwilę wcześniej próbowała podpytać go o mantykorę. Zastanowił się tylko przez moment, po co właściwie chciała zobaczyć to stworzenie. Gryffindor był, przynajmniej w teorii, domem ludzi odważnych, ale złośliwi mówili, że między ich męstwem a głupotą istnieje tylko cienka granica, którą Gryfoni wciąż przekraczają. Chesneyowi nie bardzo chciało się w to wierzyć, ale musiałby zacząć, gdyby uczniowie reprezentujący czerwono-złote barwy wyraziliby zbiorową chęć spotkania mantykory i wcieliliby to w życie. Jednak jedyną osobą zainteresowaną takim wariactwem była Oona, a jedna jaskółka wiosny nie czyniła. Najwyżej Swinton byłby skłonny do uznania dziewczyny za osobę niezbyt mądrą, a takie, niestety, zdarzały się w każdym domu, więc nie było sensu w wyrabianiu opinii o ogóle na podstawie jednostki.

    Pod koniec dnia zapomniał już o porannych odwiedzinach przy stole Ravenclawu i kiedy relaksował się w Pokoju Wspólnym, myślami był tak daleki od Zakazanego Lasu, jak to było tylko możliwe. Prawdopodobnie spędziłby spokojny wieczór w miłym towarzystwie i za kilka godzin poszedł spać, gdyby nie słowa jednego z kolegów.

    – Ej, a wiesz, że Griffith z Gryffindoru polazła zobaczyć tę twoją mantykorę? – zapytał Peter, spoglądając na Chesneya. – Ciekawe, czy jej się uda.

    – Mhm – mruknął mało zainteresowany Chesney. Wciąż nie wierzył, aby Oona naprawdę to zrobiła. – Lepiej, żeby nie, dla jej własnego dobra... Ale nie sądzę, że to prawda, tak tylko gadała.

    – Widziałem, jak wchodziła do Zakazanego Lasu.

    W odpowiedzi wzruszył ramionami. Przed wszystkimi udawał, że niewiele go to obchodzi i sam siebie również próbował do takiej postawy przekonać, ale nie wychodziło mu to tak dobrze, jak powinno. Słowa Petera sprawiły, że Chesney poczuł się dziwnie i już nie potrafił skupić się na niczym – ani na rozmowie ze znajomymi, ani na książce, za którą się zabrał – bo jego myśli wciąż odlatywały w sferę, w którą zapędzać się nie należało.

    Kilkanaście minut później podjął decyzję. Kolegom powiedział, że idzie rozprostować nogi, póki jeszcze ma czas – nie chciał przecież łamać regulaminu, a do ciszy nocnej już niewiele brakowało. W rzeczywistości nie zamierzał spacerować po korytarzach, ale chciał wydostać się z Hogwartu zanim jeszcze drzwi wejściowe zostaną zamknięte i wkroczyć do Zakazanego Lasu, by uratować nierozważną Gryfonkę. Nie spod szpon mantykory co prawda, w końcu on najlepiej wiedział, że historia o tym niebezpiecznym stworzeniu wałęsającym się po terenach należących do szkoły była czystą fikcją, ale doskonale zdawał sobie sprawę z tego, że po tych ziemiach chodzą inne istoty, niektóre może odrobinę mniej niebezpieczne, ale za to istniejące naprawdę.

    Nie chciał, aby Oona zginęła zagryziona przez jakiegoś wilkołaka czy co tam się między drzewami czaiło. Gdyby coś ją zeżarło, mógłby myśleć tylko o tym, że poniekąd z jego przyczyny dziewczyna wyruszyła do Zakazanego Lasu, a więc musiałby się zmagać z gryzącymi wyrzutami sumienia, na co nie miał ochoty. Dlatego wkrótce po opuszczeniu Wieży Ravenclawu zaczął biec, by nie marnować czasu. Zdążył przed zaryglowaniem wrót, Błonia przebył na pełnym sprincie i wyhamował dopiero na skraju Zakazanego Lasu. Naprawdę nie miał ochoty tam wchodzić, ale czuł się zmuszony. Wziął głęboki oddech, wyciągnął różdżkę, Lumosem wyczarował światło i wkroczył.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Naturalnie, początek nie był najgorszy. Wiedział, że najpierw będzie mógł trzymać się udeptanej ścieżki i że na terenach, które dało się przejść bez przeciskania się między krzakami, nie czekało go nic strasznego. Miał nadzieję, że zdąży odnaleźć Oonę, którą zaczął nawoływać po przewędrowaniu kilkunastu jardów, jeszcze w miarę bezpiecznej strefie.

      Chesney Swinton

      Usuń
  65. Na wspomnienie nazwiska Malfoy’a dziewczyna wykrzywiła twarz. No, tak. Niektórzy wciąż uważali, że rodzina jasnowłosych to najgorsze co mogło się przytrafić Hogwartowi, jednak Erica miała inne zdanie. Mimo że niektórzy z członków tej sławnej familii , narobili dookoła siebie zbędnego szumu, nie znaczyło, że reszta była tak samo bezmyślna czy ślepo zapatrzona w podupadłe wzorce. Draven poprawiła włosy, oddychając głęboko. Mimo że temperatura w samochodzie była o wiele niższa niż na dworzu, wciąż było okropnie duszno.
    - Podkręć to, kretynie – rzuciła do Harleya, wchodząc Oonie w pół słowa. Nawet nie przeprosiła. Nie ze względu na brak wychowania, a te wyluzowane relacje, na których opierały się jej wszystkie znajomości z ludźmi w jej wieku. – Kto nie kojarzy Malfoy’ów… - mruknęła tylko, posyłając dziewczynie nikły uśmiech. Odchyliła się, kładąc zimną puszkę piwa na karku i zamknęła na chwilę oczy. – Ta… Tacy starzy to faktycznie problem – odpowiedziała na wypowiedź dziewczyny. – Jednak to urocze, gdy tak się o ciebie martwią. Moi mają to samo. Gdy mówię, że chcę się wybrać na koncert, muszą mi załatwić opiekunkę najlepiej kogoś znajomego z Ministerstwa. To jest dziadowskie.
    - Ta. Ty masz Ministerstwo, ja mam Śmierciożerców – zaśmiał się Harley, a Malfoy przybił mu piątkę. Erica uśmiechnęła się pod nosem, po czym spojrzała na Oonę. Widziała, że nie zrozumiała zbytnio ich żartu, więc wytłumaczyła, pochylając się w jej stronę:
    - Dziadkowie Harla należeli do tej bandy i praktycznie kontrolują każdy jego krok, sądząc, że przez to zabiją ich wnuka. A co do imprezy, to pewnie. Wpadaj. Wszystkie dzieciaki czysto krwistych będą się bawić przy Zielonym Smoku. A chłopacy to dziadostwo. Wierz mi. Nic tylko patrzą ci się na tyłek – dodała, słysząc uwagę Oony. – Jak chcesz, mogę cię wprowadzić. Bądź tylko o ósmej przy Smoku.

    Erica Draven
    [Nieco krótko, no ale co zrobisz.]

    OdpowiedzUsuń
  66. [Może nie tyle neutralny, co zdystansowany. Ronan nie zniżyłby się do poziomu wyzywania innych. O, nie. Jeśli chciałby komuś dokopać, wybrałby zupełnie inny sposób ;D Dziękuję za powitanie ;)]

    Ronan

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. [No, zobaczymy jak to będzie. Jeśli będę miała pomysł, to na pewno przyjdę ;) I zapewne posiedzę, bo Ronan to dobra postać moim skromnym zdaniem xD Również powodzenia życzę.]

      Usuń
  67. I o takie wrażenie właśnie chodziło. Po części. Ślizgon nie miał budzić poczucia innego niż powinien. To w przypadku Langhorne’a byłoby wręcz nieakceptowalne. Nie zamierzał zaskakiwać swojego Pyskatego Arcywroga (a może i w głębi duszy gdzieś na to liczyła, skoro przyglądała mu się z taką uwagą. Jeszcze obudziłby w niej jakąś dziwną sympatię, a na to zareagowałby tylko napadem kaszlem, jakby właśnie ktoś strącił regał z bardzo starymi księgami, a tumany przyśniły atak na świadków ów zdarzenia. Arsellus Langhorne nie krył tego, że za osobami niemagicznymi nie przepadał, a mugolaki częściej działały mu na nerwy, ale i tak nie dorównywały tym żałosnym Puszkom. Jak można z dumą nosić emblemat z borsukiem? No proszę państwa, znajcie litość! Wracając jednak do tematu osób niemagicznych to ten Ślizgon nie do końca miał na myśli eksterminację w takim masowym stopniu jak miało to miejsce za czasów II wojny światowej. Państwo Langhorne nie marnowali nigdy czasu swoich dzieci na historię mugoli, uznając ją za niepotrzebną, więc nie mógł się pochwalić wiedzą z jakiejkolwiek dziedziny mugoloznawstwa. Wzruszył lekceważąco ramionami, tak jakby to w ogóle nie miało znaczenia. Nie musiał się jej, przecież tłumaczyć z tego pannie Griffith.
    – Gratuluję spostrzegawczości. A miałaś nadzieję, że w głębi serca jestem wrażliwy i martwi mnie wasz los, Griffith? – uśmiechnął się trochę pogardliwie, jakby wiara w coś podobnego była niestosowna. Czy Ars wydałby na pewną śmierć kogokolwiek w imieniu filozofii? Niewiadomo. Czy byłby aż tak bezwzględny? Kto wie? Nawet jeśli odpowiedź brzmiałaby: „nie” to nie wypowiedziałby tego na głos, pozostawiając to do udowodnienia w czynach. – Nigdy nie przypuszczałbym, że dasz porwać się tak bardzo fantazji. Nadzieja umiera ostatnia, co malutka szlamo? – dodał z dosłyszalną satysfakcją. Arsellus uwielbiał rzucać do niej podobnym tonem, kiedy mimo wszystko mógł poczuć się zwycięzcą w ich wymianie zdań. Prawda była taka, że wolałby, aby mugolaki pozostawały przy swoich mugolskich rodzinach i żyły sobie w dalszym ciągu tym mugolskim życiem. Wciąganie ich do świata magii zawsze będzie skutkowało takimi burzliwymi dyskusjami i próbą udowodnienia, która strona ma rację. Langhorne był dumny z tego, że wywodził się z rodziny, w której krew była czysta i świat magiczny był mu bliski od zawsze.
    – Ależ jak sobie życzysz. – odpowiedział ze złośliwą uprzejmością, jakkolwiek to brzmi, tak właśnie było. Zwycięstwo? Czyżby otrzymał spokój na całą noc? Och, te zdolności podczas zajmujących konwersacji. Uśmiechnął się z zadowoleniem, kiedy od razu zaznaczyła, że potrzebuje dystansu. Najpierw przygryzł dolną wargę, aby nie wyglądało to na celowy zabieg podczas rozmowy z jego strony. Nie mogło być zbyt podejrzanie. Zachowanie dystansu było wygodne. Nie musieli ze sobą rozmawiać, a on mógł zająć się myślami. Nawet teraz pojawiła się szansa, że jeśli wyciągnie jakąś książkę niby przypadkowo to nie będzie wyglądało to wątpliwie i przykuje zaciekawione spojrzenie. Najzwyczajniej w świecie po takiej rozmowie Griffith najpewniej pozostanie na drugim końcu Działu Ksiąg Zakazanych, co było mu na rękę. Nie wiedział jeszcze, że jego najszczersze życzenia są tylko marzeniem ściętej głowy.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Znajdował się na tyle daleko, że początkowo na ten szmer nie zwrócił nawet najmniejszej uwagi. Oparł się plecami o regał i wpatrywał w kratę z niezmiennie zadowolonym z siebie uśmiechem, który pobladł momentalnie, kiedy cały Dział Ksiąg Zakazanych wypełnił się dźwiękiem trzęsącej się szuflady. Bogin. Westchnął głośno z niezadowoleniem, ale to i tak zgubiło się w echu odbijanym od ścian. Za tym to Arsellus bardzo nie przepadał. Omal przez to nie oblał egzaminu, gdy pierwszy raz poznał swój lęk, który wcześniej gdzieś w nim tkwił, ale głęboko ukryty. Skrzywił się nieco na samo wspomnienie. No tak. Takiego szczęścia jak Griffith to chyba w Hogwarcie nikt nie miał. Oczywiście, że przynosiła pecha. A już w szczególności Langhorne’owi. Odchylił głowę do tyłu i utkwił spojrzenie w ciemnym suficie. Ech, że też jego spotkają same nieprzyjemne niespodzianki…
      Kiedy Gryfonka znowu przylgnęła plecami do kraty od razu posłał jej bliżej nieokreślone spojrzenie, a potem zaśmiał się krótko, ale wcale nie był to wesoły śmiech. A jednak zmieniła zdanie i znowu postanowiła poprzebywać sobie z tak okropnym Ślizgonem jak on. W sumie chodziło tylko o to, aby poszedł to załatwić. Typowe dziewczyny. Same niczego nie zrobią, ale chętnie poślą kogoś. Wszędzie tylko manipulantki. Nie było wątpliwości co do tego, że potrafił wyczarować patronusa. W ogóle w dziedzinie zaklęć i uroków Arsellus nie miał sobie równych, ale teraz już wiedział w co przemieni się parszywy bogin i nie chciał znowu tego oglądać. Gdyby go poprosiła to może i by się ruszył. W końcu wystarczyło się skupić i mieć pełną świadomość, że to co widzi nie jest prawdziwe. A to akurat chyba nie takie proste, czyż nie? Wahanie oznacza przegrane starcie.
      – Nie jestem twoim rycerzem w złotej zbroi z lwem na piersi i nie będę tańczył, tak jak mi zagrasz.– mruknął z ironią. Och, wiadome, ze pił do godła Gryffindoru. Odważnych, pysznych i zarozumiałych Czerwonych. Zabawne, kiedy ich przedstawiciele cofają się z przerażeniem widocznym w oczach. – Tak sobie przypomniałem, że Tiara wybrała cię do Gryfonów, więc powinnaś się trochę wykazać, Griffith. – prychnął i pokręcił głową. Następnie wsunął ręce do kieszeni spodni, patrząc na nią wyzywająco. – Poza tym, o ile dobrze pamiętam… Nie jesteśmy parą, żebym rzucał ci się na pomoc.


      [Och, Ty poglądaczu ;o
      <3]

      Arsellus Langhorne

      Usuń
  68. Z ociąganiem zabrał od niej ten nieszczęsny wafelek, przyglądając mu się chwilę dłużej, niż wymagałyby od niego okoliczności. Obraz nędzy i rozpaczy, a Baldwin z pewnością zasługiwał na coś lepszego
    - Nienawidzę cytrusów, ale doceniam twoje starania – skomentował krótkie (zapewne miało to imitować podziękowania, których nie był w stanie przecisnąć przez gardło), podejrzliwie wpatrując się w żółtą masę lodową, jakby miało z niej wyskoczyć jakieś osobliwe magiczne stworzenie. To trwało zdecydowanie za długo, więc po chwili po łapie Baldwina zaczęła ściekać lepka ciecz, tak to się dzieje, gdy ktoś odpowiednio szybko nie zajmuje się swoimi lodami. Pewnie każdy odruchowo wziąłby się za zlizywanie, ale on tylko pochylił się lekko nad ladą Onny i złapał kilka chusteczek jednorazowych, czyszcząc się niczym dystyngowany arystokrata z cytrynowym lodem w swej prawicy, co odrobinę się przecież wykluczało. Najchętniej wyrzuciłby to cholerstwo do śmietnika, ale nie wypada i miał być przecież uprzejmy, więc zabrał się powoli za jedzenie, próbując się przy tym nie krzywić, bo ten smak najwyraźniej matce nie wyszedł. Musi jej o tym wspomnieć przy najbliższej okazji, najlepiej wtedy, gdy będzie starała się odciągnąć go od zajeć istotnych na rzecz porządków w ogródku.
    Przesunął w swoim kierunku wysoki stołek i usiadł na pełnym słońcu, jakby rzeczywiście miał ochotę dotrzymać koleżance towarzystwa. Co prawda z tej pozycji nie miał już tak dobrego widoku na interesującą go część ulicy, ale Wiss i tak wyjdzie z mieszkania dopiero za jakąś godzinę, pewnie tylko po gazetę i po coś słodkiego, co już dawało mu okazję do działania.
    Przez chwilę przyglądał się dziewczynie i kończył tego nieszczęsnego wafelka, usiłując się za wszelką cenę nie wybrudzić.
    - Niech ci będzie, już służę pomocą. – Leniwie wyciągnął z kieszeni różdżkę, machając w kierunku Onny. Był coraz lepszy w używaniu magii niewerbalnej i właściwie szukał każdej okazji, by się w tym trenować i, oczywiście, chwalić się kolejną ponadprzeciętną zdolnością, co robił już praktycznie nieświadomie, weszło mu to w krew. Gryfonka przez chwilę mogła mieć nawet wrażenie, że tylko się z niej nabija, ale potem wytworzyło się wokół niej coś na kształt magicznej, niewidocznej bańki z przyjemnym wietrzykiem i temperaturą niższą co najmniej o piętnaście stopni. Jeśli będzie teraz narzekać, że jej za zimno, Baldwin zaraz wyczaruje z lodówki z deserami ognisko. – Nie możemy przecież pozwolić, by z szarej masy zrobiła się szara kałuża – dokończył ze złośliwym uśmieszkiem i jakby nigdy nic rozłożył sobie na kolanach miesięcznik Transmutacja górą, zakupił go rano i właściwie mógłby zorientować się przy okazji, co w trawie piszczy.
    W tej samej chwili do budki podeszli klienci, więc Fortescue został zmuszony do przestawienia o kilka centymetrów swojego krzesełka. Matka z trójką dzieci zastanawiali się zbyt głośno nad doborem smaków swoich lodów, więc Baldwin jeszcze bardziej zakopał się w swojej gazecie, usiłując znaleźć w niej ulgę od skwaru i gaworzenia jakichś narwanych sześciolatków. Ten luksus nie był mu jednak dany, ponieważ mała dziewczynka na chwilę przestała interesować się wymyślnymi nazwami deserów i zrobiła kilka kroków w jego stronę, by z całej siły uderzyć swoją łapką w jego ramię.
    - Pan też tutaj pracuje? – zapytała z charakterystyczną dla dzieci naiwnością, wpatrując się w niego ciekawskimi i wielkimi oczyskami, więc właściwie nie mógłby jej zignorować, bo inaczej wydobyłby się z nich czerwony laser zniszczenia.
    - Nie, ja tu tylko czytam – wyjaśnił krótko, nie mając najmniejszego zamiaru wgłębiać się w szczegóły. Niech się dziecko odczepi, niech Onna da jej jakieś zmyślne gałeczki.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. - Tu się nie czyta, tu się je lody. – Mała sepleniła dalej, używając przy tym pouczającego tonu, na co Baldwin umiał już tylko przewrócić oczami. Miał ochotę zdzielić ją swoją gazetką, bo tak się robi z natrętnymi owadami. – Czym się różni transmutacja wolna od transmutacji pół-wolnej? – gaworzyła dalej, płynnie czytając okładkę jego pisemka, na co Baldwin zareagował trochę lepiej, bo miał wrażenie, że dzieciaki w tych czasach nie interesują się takimi sprawami.
      - Chodzi o prędkość przemiany – mruknął tylko, pokazując jej kilka kolorowych ilustracji.

      Usuń
  69. Myśl o nadchodzącej wyprawie nie dawała spokoju April już od dłuższego czasu - wyczekiwała jej niczym małe dziecko prezentów pod choinką podczas świąt Bożego Narodzenia. Za każdym razem, kiedy tylko o niej myślała, uderzało ją z całą swoją siłą uczucie, które chyba każdy zna (a jeżeli nie - musi być naprawdę biednym człowiekiem, gdyż według April jest ono jednym z najmilszych doznań, jakich tylko możemy doświadczyć): nieznośna ekscytacja i podniecenie pomieszane ze słodkim niepokojem i strachem. Ta wybuchowa mieszanka powodowała, że wyobrażenia o nadchodzącym wyjeździe stawały się coraz bardziej wygórowane i niesamowite, a oczekiwania względem wrażeń - coraz śmielsze.
    Wieczorem przed Wielkim Dniem, nastolatka po raz setny upewniała się, czy wzięła wszystkie niezbędne rzeczy. Mimo że przecież bielizna sama nie wyskoczyłaby z plecaka, a śpiwór na pewno sam by się nie odwiązał, April musiała sprawdzić, czy wszystko znajdowało się na swoim miejscu w plecaku (tak naprawdę, to po prostu chciała znaleźć sobie zajęcie, gdyż czuła, jak rozpierała ją energia i nie mogła znieść tego ani chwili dłużej; wydawać by się mogło, iż trwała w dziecinnym przekonaniu, że jeżeli zerknie na wszystko jeszcze raz, czas będzie płynął szybciej).
    Wielki Dzień nadszedł - April zwlekła się z łóżka o świcie, w nocy niemal nie zmrużywszy oka. Chcąc niechcąc, do reszty już puściła wodze fantazji, wyobrażając sobie wszystkie niesamowite rzeczy, których razem z Ooną doświadczą. Zbiegła po schodach na dół, próbując wmusić w siebie jakiekolwiek śniadanie, niestety bez skutku. Stres, który wcześniej nie dawał w ogóle o sobie znać, teraz zżerał ją, nadrabiając wszystkie chwile, które wcześniej płynęły jej spokojnie w cudownym oczekiwaniu.
    Im bliżej ustalonej godziny spotkania, tym bardziej drobna April zaczynała się trząść - emocje sięgały zenitu. Siedziała razem z rodzicami w salonie udając, że telewizyjny program o sukniach ślubnych niesamowicie ją interesuje. Niewidzącym wzrokiem wpatrywała się w ekran telewizora. Słuchała tysięczne rady rodziców. Tak, naładowała telefon. Tak, będzie miała zawsze różdżkę pod ręką. Nie, nie będą z Ooną zaczepiać podejrzanych obcych. Dobrze, będzie pisać codziennie przynajmniej jednego smsa.
    Czas mijał, a jej towarzyszka się nie zjawiała. Zniecierpliwiona April siedziała przy oknie, wypatrując i podskakując wraz z każdym przejazdem samochodu. Zostawiła Oonie z 10 wiadomości i 4 smsy. Czyżby znajoma się rozmyśliła?
    W końcu rozległo się pukanie do drzwi, a zniecierpliwiona April rzuciła się, by je otworzyć. Przyjęła tłumaczenie Oony, nie miała zamiaru się gniewać - ulżyło jej, gdyż już zaczynala się obawiać, że z wyprawy nici. Wymieniła ostatnie uściski i pocałunki z rodzicami, zarzuciła niesamowicie ciężki plecak na plecy i wyszła z domu, oddając się przygodzie.
    Pierwszy przystanek: Szkocja, czyli coś niedaleko od domu, na rozgrzewkę. Dziewczęta chciały zwiedzić kilka wiosek czarodziejów, wokół których w dawnych czasach odbywały się krwawe wojny między wampirami a wilkołakami. Obecnie w lasach otaczających miejscowości wybudowano magiczny szlak, który wizualizował dawne dzieje - za pomocą magicznych zaklęć, można było znaleźć się w samym środku wyimaginowanej bitwy, która oddziaływała na wzrok, węch, słuch. April, która była dość strachliwa, z jednej strony bardzo cieszyla się na myśl o tak niesamowitym przeżyciu, z drugiej - drżała na myśl o znalezieniu się pośród setek walczących stworów (nawet, jeżeli nie były one prawdziwe). Środkiem transportu miał być tym razem Błędny Rycerz (jednym z cichych marzeń głupiutkiej April była przejażdżka tym szalonym autobusem, co miało wydarzyć się już za moment!). Dziewczyna stanęła przy drodze, rozejrzała się, czy nikt nie patrzy i machnęła różdżką, a w następnej chwili już słyszała pisk opon i trzask otwierających się szybko drzwi.

    [Boże, ale to długie. Uznaj to za wynagrodzenie za to, że musiałaś tyle na mnie czekać!]
    April Rhodes

    OdpowiedzUsuń
  70. Nic nie zapowiadało atrakcji. Zwykły wypad do Hogsmeade, ot co. Zazwyczaj kończyły się one kuflem kremowego piwa, kieszeniami wypchanymi słodyczami, coraz rzadziej czymś od Zonka. Warto jednak było oddalić się trochę od szkoły, zapomnieć o zadaniach domowych i zaklęciach na usuwanie czyraków.
    Julien wyszedł właśnie ze sklepu, odpinając guzik koszuli, bo duszność powietrza dawała się we znaki. Spojrzał na swoją towarzyszkę i skinął głową, unosząc pytająco brwi, co miało mniej więcej znaczyć tyle, co wracamy? Później ruszył znaną sobie ścieżką w stronę zamku, uwagę skupiając na grupce ludzi oddalonych od nich o kilkanaście metrów. Już wtedy miał wielką nadzieję, że uda im się ominąć tę zgraję bez żadnych problemów. Mógłby przysiąc, że w ich ruchach było coś nieprzyjemnego, jakby machnięciem dłoni wyrabiali wokół siebie aurę kłopotów. Westchnął ciężko, po czym zbliżył się do niskiego murku, mając zamiar zwyczajnie zwiększyć dystans. Niefortunny zbieg okoliczności sprawił jednak, że jeden z mężczyzn w tym samym czasie został popchnięty, przyciskając Juliena do ziemi. Sapnął zdezorientowany, podnosząc się i gdyby nie fakt, że była z nim Oona, na pewno by zainterweniował. Teraz nie chciał dodatkowych problemów. Wystarczyło mu tych kilka siniaków.
    Na tym więc mogłoby się skończyć, gdyby nie to, że szarpanina przeniosła się znacznie bliżej, niczym tornado, wciągając ich w wir następnych wydarzeń. Julien nie miał pojęcia, kto uderzył go łokciem w żebra ani gdzie zgubił czekoladę, która wystawała mu z kieszeni. O wiele bardziej interesował go fakt, że dziewczyna, z którą szedł siedziała na ziemi, trzymając się za nos. Niemalże na czworaka jeszcze, ruszył w jej kierunku, krzywiąc się nieznacznie.
    - W porządku? - zapytał, choć widać było, że od w porządku byli naprawdę daleko.
    [Wybacz mi, że tyle to trwało.]/Julien

    OdpowiedzUsuń
  71. [No, krótko wyszło. Przepraszam. To spotykamy się już na ognisku ;)]
    - Nie słyszałaś o akcji z młodym Tarly’m? – Erica uniosła jedną brew w górę. Przecież ta sprawa była głośna na całą Anglię. Nie zdziwiłaby się, gdyby obiegła całą Europę. Widząc pytające spojrzenie Oony, wydymała usta, jednak nic nie powiedziała na ten temat.
    - Nie słyszała?! – wykrzyknęli razem jednogłośnie Harley i Malfoy, patrząc w lusterko na krótkowłosą. Ta zdawało się, że naprawdę nie rozumie, o co chodzi, więc Draven odchrząknęła, oznajmiając jednocześnie, że chce zabrać głos i nikt nie ma jej się wtranżalać w słowo.
    - Naprawdę nie wiem, gdzie byłaś i czym się zajmowałaś, ale ta sprawa była naprawdę poważna. Nic nie słyszałaś? – dopytała, patrząc uważnie na czarownicę. Ta tylko zaprzeczyła ruchem głowy, a Erica westchnęła. – No, dobrze. Jak dobrze wiesz większość Śmierciożerców po Drugiej Wojnie zostało osądzonych i umieszczonych w Azkabanie. Jednak nie wszyscy. Nienawiść niektórych z mugolskich czarodziejów i tych, którzy stali za nimi murem, zaczęło tropić i tępi niedobitków z armii Voldemorta. Potem Ministerstwo się tym zajęło i na parę lat był spokój. Jakieś trzy miesiące temu wnuk Tarlych, jednych właśnie z byłych nieskazanych Śmierciożerców został znaleziony w Londynie w uliczce sztywny jak kołek. Oczywiście nie został zabity przez Mugoli, ale dostał Avadą. Sprawca został nieznany, ale na ścianie obok zwłok znajdował się napis nabazgrany jakby paznokciami Zemsta nadchodzi, błękitni. Sprawa ciągle jest w toku. Oczywiście większość ex-śmierciożerców dostało fiksacji jak dziadkowie Harley’a, którzy chronią swojego wnuka ze wszystkich sił. Gdyby dowiedzieli się, że jedzie tu z nami… - Gwizdnęła, zostawiając domysły wyobraźni słuchaczy. – Naprawdę dziwne, że o tym nie słyszałaś… - dodała, lustrując Oonę wzrokiem. – No, ale mam nadzieję, że znajdą tych morderców i wymierzą im sprawiedliwość.
    Gdy padło pytanie dotyczące ogniska i czystej krwi, Erica rzuciła spojrzenie spod zmarszczonych brwi czarnulce. Już chciała coś powiedzieć, gdy samochód stanął, a Harley odwrócił się do nich i rzucił w stronę Oony:
    - Dojechaliśmy do centrum. Tu jest tylko jeden hotel, więc to chyba tu.
    Wyszczerzył się, a Erica tylko przewróciła oczami. Obserwowała tylko jak dziewczyna wysiada i nie odpowiada na zaczepki chłopaków, żeby wpadła wieczorem. Gdy zamknęła drzwi, Draven podniosła kolejne piwo, zastanawiając się, dlaczego nigdy nie usłyszała nazwiska autostopowiczki.

    Erica Draven

    OdpowiedzUsuń
  72. [hahahhahahahahah, niech ta część żałuje w takim razie xD Jakiś watek, hm? :D]

    Artturi

    OdpowiedzUsuń
  73. [Jak dasz mi tak parę godzin, czyli do popołudnia na wymyślenie czegoś to wtedy się zjawię z czymś sensownym :)]

    OdpowiedzUsuń
  74. [Odradzam się bać. Gdy się tylko o tym dowie, zaraz to wykorzysta :D]
    bibliotekarz

    OdpowiedzUsuń
  75. [Dobra, dobra, ale co dla nich wymyślimy? Best friends, te sprawy?]

    Terrion

    OdpowiedzUsuń
  76. [Bezapelacyjnie i jak każda hiena, i on potrzebuje swojej ofiary.]
    bibliotekarz

    OdpowiedzUsuń
  77. [ Tak odnośnie nocnego szałta – no przepraszam za urwany wątek, za to, że odpisałaś na darmo i zmarnowałaś na to ileś minut, ale hej!, spójrz na to z radosnej strony. Wątek odpadł, wzrosły szansę na to, że wyjdziesz na czysto! ;D ]

    OdpowiedzUsuń
  78. [ Tam na górze powinno być "szanse", nie "szansę", ale nie umiem pisać.
    Od marca nazbierało mi się kilka wątków, na pewno nie tak dużo, jak tobie, ale z pięć może i było. W czerwcu okazało się, że wątków mam... zero. :D Więc jest dla ciebie nadzieja, ktoś cię zleje, ktoś odejdzie z bloga, ktoś inny postąpi jak ja i zmieni postać, a ty wyjdziesz na czysto. Czy to nie cudowne?
    Szkoda życia na foszki, odpisuj ludziom, zamiast je stroić! A ja już nie śmiecę. ]

    OdpowiedzUsuń
  79. [W sumie mogłaby być w potrzebie, a on by się za nią wstawił. Ktoś mógłby ją gnębić albo coś.]

    Terrion

    OdpowiedzUsuń
  80. [Powiem ci w sekrecie, że Nico to dzieciak, jeśli chodzi o kłótnie, więc też chętnie sobie na kogoś popsioczyć, bez konieczności stosowania takich drastycznych metod, jak wysyłanie od razu do dyrektora. Sam pamięta czasy jak był gówniarzem :D
    Nie wiedziałam, dzięki ;)]
    bibliotekarz

    OdpowiedzUsuń
  81. [ Cierpisz, bo zanim odpiszesz wszystkim, to już dostajesz pięćset odpowiedzi zwrotnych, więc nigdy nie będziesz na czysto ze wszystkimi, i jeszcze chcesz dokładać pracy? ;P U mnie akurat prawie susza wątkowa, więc... no, jeśli chcesz, to wybierz którąś ze swoich postaci i któregoś z moich klaunów, to coś zrobię. ]

    OdpowiedzUsuń
  82. [Daję, ale dobrym pomysłem nie pogardzę! ;D]
    Erich Hartwick

    OdpowiedzUsuń
  83. Erica założyła słuchawki i na starym odtwarzaczu kaset słuchała Eminema. Siedziała w samochodzie i poruszała tylko głową w rytmie Without Me. nie chciało jej się słuchać gadaniny chłopaków. Zresztą nie musiała zbytnio się przejmować tym, że gadali głupoty, bo po chwili zatrzymali się na plaży, gdzie jacyś ludzie znosili drewno na wielkie ognisko. Uśmiechnęła się pod nosem, żałując tylko, że nie zobaczy Arsellusa. Mimo że od ostatniego spotkania minęły zaledwie dwa tygodnie, odczuwała to jako zdecydowanie dłuższy okres czasu. Westchnęła, rozglądając się po najbliższym miejscu imprezowania. Lekko się uśmiechnęła, widząc cudowną plażę i równie wspaniałą wodę. Z widokami na ludzi było nieco gorzej, ale od kiedy to się nimi przejmowała? Mieli dokładnie pięć godzin do zachodu słońca, a to oznaczało łażenie po nadbrzeżnych klifach i jaskiniach. Wtajemniczeni wiedzieli, że znajdują się tam fluorescencyjne glony, po których można było nieźle odjechać. Tylko żeby je znaleźć trzeba było poczekać na ciemność. Draven zostawiła swoich towarzyszy, którzy mieli zająć się ogarnianiem miejsca do spania, porządkowaniu wnętrza samochodu, czarowania go, żeby wewnątrz była istna hala. Erica chodziła po jaskiniach, pływała, suszyła się, znowu pływała i tak w kółko, aż zapadł zmierzch. Razem z piątką dzieciaków z górnych sfer zeszła na sam dół jednej z jaskiń, by potem zanurkować i wyłowić z ponad dziesięciu metrów glony. Mimo że dzieciaków czysto krwistych były setki w wiosce, tylko dziesiątka wiedziała o tym miejscu. Bracia Langhorne, Harley, Malfoy, Erica i ta piątka. Gdy już porządnie byli na tripie, śmiejąc się jak kretyni, rozmyślając jak filozofowie, ktoś wszedł do jaskini. Erica podniosła głowę, mrużąc oczy, ale nie zobaczyła nikogo konkretnego. Jej zmysły były stępione, ale tylko siedziała, a nie zachowywała się jak kretynka.
    - Harley! – wykrzyknął Thrus.
    - Siemacie. Gdzie jest Erica?
    - Tu jestem! – mruknęła, podnosząc leniwie rękę w górę, słysząc znajomy głos. – Co jest?
    - Oona cię szukała, więc ją tu przyprowadziłem.
    - Kto?
    - No, ta laska, którą podrzuciliśmy. Jest tu ze mną.
    Naraz ze wszystkich stron dobiegły buczenia i krzyki sprzeciwu. Uciszyła ich wszystkich Draven, wstając i sycząc, żeby się zamknęli. Z mokrymi włosami i ubraniem przylepionym do ciała prezentowała się bardziej jak topielec niż dziecko sekretarza Departamentu Tajemnic, ale nie przejmowała się tym. Stała pośrodku siedzących dookoła niej dzieciaków, patrząc uważnie na nowoprzybyłych.
    - Złamałeś naszą przysięgę – odparła powoli i bez emocji. Harley chciał coś powiedzieć, ale buczenie znowu się rozniosło po jaskini. Erica podniosła dłoń, w drugiej trzymając coś co wyglądało jak bongo i kontynuowała:
    - Poniesiesz za to karę. A ty – zwróciła się do Oony. – Albo z nami zostaniesz i zajmiesz miejsce Harleya, albo natychmiast stąd wyjdziesz, nikomu nie mówiąc nic, o tym co widziałaś. W przeciwnym razie poniesiesz karę. Rozumiemy się?
    W całej jaskini zapadło niezręczne milczenie, a wszystkie głowy zwróciły się w stronę nowej.

    Erica Draven
    [Sorka, że tak późno. Wyszło sekciarsko, ale co zrobisz XD]

    OdpowiedzUsuń
  84. [Nie będę kłamać, bo jesteś Icarusku najlepszym co mnie na Hogwarcie spotkało. Nie często zdarza mi się, że z kimś tak dobrze mi się pisze i współpracuje. Nikt mi tak świetnie nie pociągnął akcji i za to cię wręcz uwielbiam. Wcześniej byłam tylko moderatorem, a od dzisiaj jestem administratorem i nie mogę sobie pozwolić na olewanie nikogo. To nie jest w porządku i to zdecydowanie nie mój styl. W razie gdybyś chciała jeszcze ze mną popisać to zapraszam na Indywidualnie lub moje serduszko – TC. Nie będę cię od razu atakować na mailu, bo tak czy siak jesteś w jakiejś części tym Pyskatym Arcywrogiem. Dodam, że zachowałam sobie twój odpis i gdybyś chciała kontynuować na nasz wątek będę bardzo szczęśliwa <3]

    Grudniowy Langhorne

    OdpowiedzUsuń
  85. [Jestem debilem i już sama się pogubiłam - podsumowując, nie wiem, w której on jest klasie. Czy w siódmej, czy w szóstej. Muszę się w końcu na coś zdecydować. No i Erich jest po prostu dość wycofany (a może nawet zacofany) i nie pasuje mi do takiego powiązania, gdzie napomina kolegę, że nie powinien się zadawać z Ooną.
    Wybacz, że odpisuję z takim poślizgiem.]
    Erich

    OdpowiedzUsuń
  86. [To byłoby okrutne! Kto w ogóle coś takiego mógł wymyślić? Przecież nikt nikogo nie rozprasza!
    Cześć :)]

    Alan

    OdpowiedzUsuń
  87. [Oh, nie ma problemu. Chętnie uraczę cię wątkiem, tylko byłabym wdzięczna za jakiś pomysł, albo chociaż nakieruj mnie jakie marzy ci się powiązanie, a nuż coś wymyślę :)]

    Alan

    OdpowiedzUsuń
  88. [Hmm, Alan z natury ludzi nie lubi, ale że Oona to ładna dziewczyna, pewnie będzie dla niej dużo łagodniejszy niż dla niektórych, gdy zrobi coś złego. Co ty na to, aby od jakiegoś czasu Huxley starał się wyciągnąć Oonę na randkę, ale ta, z jakiegoś powody, by odmawiała? Tylko teraz mogłaby wpaść w jakieś kłopoty i akurat Alan mógłby jej pomóc, ale oczywiście postawiłby warunek, że pomoże jej jak się z nim umówi :)]

    Alan

    OdpowiedzUsuń
  89. [Jestem zbyt nieśmiała (wiem, nie widać tego), by proponować wątki, więc z reguły siedzę jak ta ofiara i czekam, aż ktoś przyjdzie do mnie/po przywitaniu wykaże inicjatywę. Nosiło mnie już parę razy, żeby się do Oony zgłosić, ale zawsze było jakieś "ale".

    ALE, wątek zawsze można zrobić, lepiej późno niż wcale. ;P]

    Emlyn

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. [I dziękuję za komplement, moja próżność została mile połechtana. ;)]

      Usuń
  90. [Biedni.
    Więc Ty jesteś Icarus. A już mi się chciało pytać na shoucie, kim jest Icarus. :)]

    Thomas Spencer

    OdpowiedzUsuń
  91. [Ja nie naciskam, coś kazało mi rozumieć, że przyszłaś z intencją wykminienia wątku, jak dokonałam fatalnej nadinterpretacji, no to sama wiesz, wybacz, nie chcę cię zmuszać czy coś. Bo tego, ja generalnie jestem absolutnie niekreatywna, nie mam ani pomysłów, ani życzeń i nie jestem w stanie niczego poza rozpisaniem ewentualnej propozycji zaoferować, taki autor-pomyłka ze mnie.]

    OdpowiedzUsuń
  92. [Jestem ofiarą i cię nie zrozumiałam. Przepraszam.
    Dobrze, to ja tu sobie będę grzecznie siedzieć i czekać. ;)]

    OdpowiedzUsuń
  93. [Rowniez jestem po obejrzeniu tej dramy (podejrzewam, ze chodzilo o "High society") i w sumie to widac, od razu mozna wylapac inspiracje. A teraz sobie wyobraz, jak trudno bylo mi wyszukac zdjecie, na ktorym te jego uszy nie wychodzily na pierwszy plan :D Jestem zaintrygowana Twoja bohaterka, ale wlasciwie niemal nic o niej nie wiem, wiec nawet nie moge zaproponowac watku. Zaskocz mnie wiec jakims pomyslem, jesli Jihoon Ci odpowiada i mozemy cos naskrobac :)]

    OdpowiedzUsuń
  94. [Cześć i dzięki!
    Wizerunek pewnie zaraz sobie zajmę, dobrze wiedzieć. I w sumie dawno miałam odezwać się po jakiś wątek, a teraz chyba nadarza się niezła okazja, więc jeśli Fred jeszcze się zmieści, to byłoby super. :D]

    Frederick

    OdpowiedzUsuń
  95. [Zróbmy tak, że zaklęcie trafi nie tylko w niego, ale też w szkicownik, który zwykle ze sobą nosi (jakie to oryginalne), rysunki zrobią PUFF i Oona będzie musiała się tłumaczyć, bo jakkolwiek Freda mało obejdą uszkodzenia ciała, tak śmierć jego małych arcydzieł już bardziej go poruszy. :D]

    Frederick

    OdpowiedzUsuń
  96. [Super, czekam w takim razie. :D]

    OdpowiedzUsuń
  97. [Rzeczywiście, nie zauważyłam odnośnika! :D A pomysł bardzo mi się podoba, możemy temu zarozumialcowi utrzeć trochę nosa, ale w takim wypadku ponowna próba nawiązania pozytywnych relacji byłaby dość trudna. Skoro nasze postacie to jeszcze siedemnastoletnie dzieciaczki, podejrzewam, że wykorzystywanie ograniczymy do jakiegoś całusa w miejscu publicznym, w którym bawić się będzie też były chłopak Oony, mam rację? :)]

    OdpowiedzUsuń
  98. Młodzież w Hogwarcie mogła naprawdę dużo, biorąc pod uwagę fakt, że większości ustalonych zasad i tak nikt nie przestrzegał, a na niektóre odejścia od regulaminu zwyczajnie przymykano oko. Tak też się działo w przypadku siódmoklasistów, którzy w weekendy tłumnie wędrowali do Trzech Mioteł, by wypić jakikolwiek dobry alkohol – jeśli tylko siedemnastolatkowie są w stanie ocenić, czy alkohol jest dobry. Mogli pić, ile chcieli, dopóki trzymali się w miarę prosto, nie haftowali publicznie, ani nie sikali pod siebie i jako że były to nakazy do wykonania, naprawdę wiele osób korzystało z tej sposobności, by wyrwać się z zamku.
    Jihoon swojego pierwszego legalnego wypadu do Trzech Mioteł nie pamiętał kompletnie, aczkolwiek z opowiadań znajomych usłyszał, że zniknął z pola widzenia zanim jeszcze się upił. Chyba do końca życia pozostanie dla niego tajemnicą, co robił przez całą noc, bowiem rano obudził się w łazience prefektów w jaskrawo cytrynowej szacie i w spiczastym kapeluszu opadającym mu na prawe oko. Znalazł go oczywiście jakiś prefekt, próbował opieprzyć, ale chłopak zniknął, zanim wynikły z tego jakieś konsekwencje. Nienawidził rozmawiać z prefektami. Ciężko mu było utrzymać język za zębami, a i wkurzało go, gdy ktoś naużywał swojej władzy (jeśli to był ktoś inny, niż on sam).
    Drugi wypad, tydzień później, postanowił zapamiętać kompletnie, także zamiast kremowego piwa zamówił szklaneczkę Starej Ognistej Whisky Ogdena i usiadł samotnie tuż w rogu sali, obserwując towarzystwo. Lubił to robić, od czasu do czasu, bo ludzie byli sami w sobie dość zabawnymi stworzeniami. Pierwszą osobą, którą zauważył, była krótkowłosa dziewczyna siedząca przed nim, bawiąca się rękawem swojej bluzy czy tam swetra. Co chwila jednak podnosiła wzrok i zerkała na pewnego ciemnowłosego Krukona, siedzącego w głębi sali ze swoimi znajomymi, po czym podnosiła butelkę z piwem do ust, by upić łyka. I tak w kółko.
    Ahn nie był złym człowiekiem i ludzi nie wykorzystywał, a w dodatku bardzo nie lubił, gdy ktoś robił to w stosunku do niego. Z tego, co kojarzył dziewczyna była Puchonką, a więc i jej serce musiało być uczciwe, lojalne i tak dalej – czemu miałby tego nie sprawdzić? Nie był też głupi, ani pozbawiony zmysłu obserwacji, ufał więc sobie na tyle, by określić czy brunetka go wykorzysta, czy nie.
    – Sama w piątkowy wieczór? – zapytał, stawiając szklaneczkę whisky na stoliku dziewczyny, po czym nie czekając na jakiekolwiek pozwolenie, po prostu się przysiadł.
    Przeleciało mu przez myśl, jak bardzo rodzice byliby przerażeni, gdyby go teraz zobaczyli. Absurd. Ślizgon o czystej krwi, pochodzący w dodatku z wysoko postawionej rodziny, bawi się w barze z Puchonką i… Mugolaczką? Rzeczywiście, jak dobrze, że go teraz nie widzieli.

    OdpowiedzUsuń
  99. [Mogę spróbować coś z tych skojarzeń pokleić. Nigdy jeszcze nie miałam niczego w tym stylu, więc może być ciekawie. ;)

    Albo będzie do dupy, kto nie ryzykuje ten cośtam, nie pamiętam reszty powiedzenia.]

    OdpowiedzUsuń
  100. [To ja też przepraszam, że tak długo nie odpisywałam, ale zwyczajnie nasz wątek zabłądził mi gdzieś pod kartą :) I wybacz mi tę Puchonkę, znowu nie doczytałam!]

    Uśmiechnął się mimowolnie, słuchając wykładu Ooony, a potem wyciągnął rękę, by uścisnąć jej dłoń i również się przedstawił. Upił kolejnego łyka trunku, który wywołał przyjemne ciepło w jego przełyku, szukając wzrokiem owej perfekcyjnej i idealnej dziewczyny ze stolika naprzeciwko.
    - Równowaga w przyrodzie zawsze zostaje zachowana. Popatrz, skoro jej twarz i ciało są takie nieskazitelne, jaki obrzydliwy musi być jej charakter – powiedział, spoglądając na chichoczącą blondynkę, która uwiesiła się na swoim towarzyszu, zupełnie bez żenady wplatając palce w jego włosy, ku wyraźnej uciesze… Bardziej chyba swojej, niż tego ciemnowłosego Krukona. Towarzystwo, zafrasowane żywą dyskusją, nie miało kompletnie pojęcia, że kilka metrów od nich pewna loża szyderców, gapiąc się na nich cały czas, analizuje każdy ich ruch.
    Swoją drogą, słowa Jihoona były nasączone goryczą, bo miał wrażenie, że trafnie nimi ocenił siebie samego – zawsze wyelegantowany Ślizgon, z nieskazitelną buźką, dużymi, czarnymi oczami i nienaganną fryzurą, w środku był zepsuty do granic możliwości. Taka przykra niespodzianka, jak kiedy bierzesz czerwone, lśniące jabłko, a po ugryzieniu okazuje się, iż było robaczywe. Nie, żeby miał coś przeciwko takiej ocenie, nie był głupi i potrafił zorientować się, iż jego charakter był zwyczajnie ciężki, a już na pewno w jakiś sposób wymagający. Tak to już jest z tymi nadzianymi dzieciakami, którzy wyrastają, otoczeni niezliczoną ilością bogactw, a małą dozą rodzicielskiej miłości.

    OdpowiedzUsuń
  101. [Ja wiem, do odstrzału się nadaję, ale przyszłam i proszę o wybaczenie. Chciałabym coś zaproponować, ale chyba nie mam co. Znów powinnam trafić na stos.
    Swoją drogą, ciekawe czy Michael ujawnił się ze swoją orientacją :D]

    Archie

    OdpowiedzUsuń
  102. [W takim razie musimy coś wykombinować tutaj <3]

    Isaac

    OdpowiedzUsuń
  103. [Brzmi ciekawie. A co do relacji, to w sumie mogą się za bardzo nie lubić. W końcu Isaac to Ślizgon, w dodatku cyniczny i niemający problemu w wyżywaniu się na innych. Mogą jednak ze sobą utknąć, chowając się gdzieś albo uciekając przed grupą śmierciożerców czy coś takiego. Chyba ze masz lepsze pomysły, bo ja ostatnio serio mam pustkę w głowie.]

    OdpowiedzUsuń
  104. [Okej, w takim razie czekam z niecierpliwością <3]

    Isaac

    OdpowiedzUsuń
  105. [Jakie piękne zdjęcie, no cudne po prostu.]
    Jihoon wzruszył lekko ramionami, sięgając szklanką z powrotem do ust, bo właściwie nie znał odpowiedzi na jej pytanie. Jedyną okazją, dzięki której znalazł się w Trzech Miotłach, był fakt, iż właśnie zaczynał się weekend i nie musiałby z tego względu biegać na kacu po salach lekcyjnych następnego dnia. Wydawało mu się to na tyle słusznym powodem, że nie bawił się w szukanie jakiś towarzyszy, których z pewnością mógł zwerbować już na miejscu. W końcu był w miarę lubianą osobą, otaczającą się sporą ilością znajomych, choć głównie tych ze Slytherinu.
    - Wiesz, jest piątek - powiedział, a jego kąciki ust uniosły się odrobinę, gdy tak się wpatrywał w jej duże oczy. Biły od niej jakaś taka długo skrywana wściekłość i żal, które dalej starała się schować głęboko i nie okazywać przed większą publicznością. Na pozór wesoła, jednak jej spojrzenie ciągnęło melancholią, co wręcz cholernie ciekawiło Ahn'a. - W ten dzień większość moich znajomych i tak spędza wieczór tutaj. Jak widać dzisiaj wybrali inne miejsce.
    Przewrócił oczami. Nie wiedział, w jaki sposób, ale wszystko, co Oona do niego mówiła, sprawiało, że czuł się jakiś taki... Durny. Za każdym razem, gdy otwierała usta, on potem wyrzucał z siebie coś tak idiotycznego, że aż musiał odwrócić wzrok.
    - Czy ja wiem... Lubię obserwować ludzi - odezwał się po chwili, już ze spokojem odwracając się w jej kierunku.
    Była to prawda. Jihoon nierzadko po prostu spędzał imprezę na tym, by w spokoju popatrzeć na otaczających go znajomych, bo dzięki temu mógł się o wielu rzeczach dowiedzieć, a szczególnie o takich, o których oni nie chcieliby mu mówić. Miał problem z zaufaniem drugiej osobie, dlatego zwracał uwagę na detale, wszystko, co mogłoby mu przeszkadzać.
    - Weźmy tego Krukona - powiedział, lustrując wzrokiem chłopaka po przeciwnej stronie, po czym kątem oka zerknął na swoją towarzyszkę - Nie wydaje się być zachwycony obecnością blondynki, a jeśli nie jej, to kogoś na pewno. Co jakiś czas rozgląda się nerwowo, trzyma swoje ręce z daleka od tej domniemanej piękności, mimo że ta obłapia go niemal cały czas. Jak sądzisz, zdradza kogoś, zdradził już czy była dziewczyna gdzieś się tu czai?

    OdpowiedzUsuń
  106. [Pieniężnej niestety nie ma, za biedny na to jestem. :< Ale wątek mogę zapewnić, ze mną wszystkie są hipermega. :D Zaczynamy od zera czy wymyślamy jakieś powiązanie?]

    OdpowiedzUsuń
  107. [Znanie się z dzieciństwa jest w porządku, ominiemy to, że są w różnym wieku i te wszystkie przedstawiania. Możemy zrobić jakieś przypadkowe spotkanie, na przykład oboje wymknęliby się kiedyś do Hogsmeade i tam na siebie natrafili, a później, chodząc po sklepach i pubach, byliby świadkami jakichś zamieszek albo innej, podejrzanej sytuacji. :D]

    OdpowiedzUsuń
  108. Postawa Jihoona wobec mugoli była dość niestandardowa. Cała jego rodzina nie była zamieszana w zastraszanie osób nieczystej krwi, a za czasów drugiej wojny byli jedynie pośrednikami, nie stawiającymi się po żadnej stronie. Ich niechęć nie urosła przez tyle lat do rangi nienawiści, oni zwyczajnie czuli się lepsi od mugoli, z prostej, banalnej przyczyny – posiadali to, czego tamci nie mogli dosięgnąć, czegokolwiek by nie zrobili. Nie porzucili też mugolskiej części swojego życia, dalej utrzymywali filię swojej rodzinnej firmy, którą założył jeszcze pradziadek Jihoona w Korei Południowej bardzo dawno temu. Zadzierali nosa jeszcze bardziej, czując się niesamowicie rozgarniętymi ludźmi, którzy zachodzą wysoko, niezależnie od statusu krwi. Dlatego też Ahn wychował się na mugolskich dobrodziejstwach, jak i na najnowszych magicznych bajerach, które w obu towarzystwach, ze względu na swoją cenę, przyciągały spojrzenia. Telefonu komórkowego brakowało mu zatem bardzo, nie mógł zrozumieć, dlaczego żadne urządzenia nie miały prawa działać za murami zamku – czy nie kłóciło się to z hogwarcką ideą o równości mugolaków i czarodziejów?
    - Jakby nie było, mamy też przecież swoje rodzaje telefonów. Nie słyszałaś nigdy o lusterkach dwukierunkowych?
    Pamiętał, jak kilka lat temu te lusterka były prawdziwym utrapieniem profesorów w Hogwarcie, bo ponownie wróciła moda na komunikowanie się w ten denerwujący sposób. Niezliczoną ilość razy rodzice wysyłali mu kolejne zwierciadła, czasem nawet po kilka na raz, bo byli przekonani, że i tak ktoś mu je w końcu zabierze.
    Ahn nie zauważył zmiany w pozie dziewczyny, natomiast w jej głosie znać było jakąś taką gorycz, która ostatnio była mu tak bardzo znana. Zmierzył Oonę kątem oka, stwierdzając, iż albo mówiła o sobie samej, a Krukon z naprzeciwka złamał właśnie jej serce, albo kiedyś była zdradzona, co przez omyłkę sam jej przypomniał swoim niewinnym tekścikiem. Całego pakietu nie przewidywał, ale kto wie, różne rzeczy się zdarzają.
    - Czasem tak sobie myślę – zaczął, a kąciki ust uniosły mu się w szerokim uśmiechu, choć jego wzrok był od szczęścia daleki, wręcz raził chłodem, gdy wpatrywał się w oczy brunetki. – Do czego potrzebne są nam te szczenięce miłostki? Nie są w stanie przetrwać próby czasu, a pozostawiają po sobie tylko kwas i zmarnowane dni, miesiące, lata.

    OdpowiedzUsuń
  109. [Niezły cheat. :D]

    Z tyłu wyglądał trochę jak Zorro. Miał czarny kapelusz na głowie, a wokół szyi zawiązaną pelerynę w tym samym kolorze. Zamiast szpady w ręku trzymał trzynastocalową różdżkę, którą nieudolnie próbował rzucić jakieś zaklęcie. Po szóstej porażce zdecydował się na ostatni ruch, lecz wtem ktoś klepnął go w ramię, a on jak oparzony schował patyk za plecami, by tajemniczy przybysz nie odkrył, jak marnie mu idzie. Gdy Cyril spostrzegł, że to Oona, niejako odetchnął z ulgą, ale dalej udawał, że nic się tu wcześniej nie działo, a na pewno nie jakieś nieudane czary.
    - Metody poszedł po kubeł wody, ażeby wlać artyzm w twoje czerstwe żarty - odparł od niechcenia, jak gdyby nigdy nic wkładając różdżkę za złoty pasek, który był dopełnieniem jego ekstrawaganckiego stroju w pstrokatych barwach. Z przodu bowiem Cyril ani trochę nie przypominał Zorro. I to nie dlatego, że był od niego o wiele przystojniejszy.
    - Oona, słońce ty moje, zabrałbym cię nawet na koniec świata, gdyby nie to, że mam tu ważne sprawy do załatwienia. Jeśli myślisz, że... - W tym momencie ich głosy kompletnie się pomieszały, tak że jedno mówiło swoje, a drugie swoje i zupełnie nic z tego nie wynikało. Cyril westchnął w końcu teatralnie, widząc jak dziewczyna wyciąga z kieszeni szaty jeden papierek za drugim, chcąc za wszelką cenę go przekupić. Skoro była tak zdesperowana, by tylko wypił z nią kremowe piwo, to nie miał serca jej odmówić. Nie pozwalała mu na to wrodzona wrażliwość.
    - Dobrze, zgadzam się, tylko nie patrz na mnie takim błagalnym wzrokiem! - rzekł zatem i chwycił ją pod ramię, po czym zaczął ją ciągnąć wzdłuż uliczki, w bliżej nieokreślonym kierunku. - Pójdziemy do tych Trzech Mioteł, ale ty płacisz - zarządził, rozglądając się wokoło. Chwilę zajęło mu, nim zorientował się, w której części Hogsmeade się znajdują, dlatego gdy już to zrobił, musieli ostro skręcić, żeby zacząć się kierować w dobrą stronę.
    I tak Puchon sprawił, że uderzyli w kogoś z siłą rozpędzonego hipogryfa. Czarny kapelusz poety potoczył się po zakurzonej drodze.

    OdpowiedzUsuń
  110. [ Ja nie wiem, jak to jest w ogóle możliwe. Rozumiem, że nad czymś myślimy? ]

    Quentin Monroe

    OdpowiedzUsuń
  111. [Raczej będzie przerażony, więc pewnie uciekając przed nim, wpadnie sobie na Oonę :p
    Może tak zaczniemy ten wątek, a potem jakoś samo się to rozwinie? Chyba, że masz jakiś pomysł?]

    Archie

    OdpowiedzUsuń
  112. [Czy ja wiem, czy karta jest długa. Zdarzały się dłuższe...
    Dziękuję ;)]

    ~Vars

    OdpowiedzUsuń
  113. [Nie, nie, ja mogę zacząć, ale nim zacznę, chciałam się upewnić, czy masz coś lepszego XD Bo jak wiesz, albo i nie, w wymyślaniu jestem kiepska... XD]

    Archie

    OdpowiedzUsuń
  114. [ Podoba mi się ten pomysł, zawsze można to jakoś później rozkręcić. Zacznę, ale nie wiem kiedy uda mi się opublikować zaczęcie. Postaram się jednak jak najszybciej to zrobić :) ]

    Quentin Monroe

    OdpowiedzUsuń
  115. Cyril z trwogą w oczach spojrzał na napastnika, który stał się nim w momencie, kiedy Puchon wraz z ciągniętą pod ramię Gryfonką ośmielił się go dotknąć. W zasadzie "grzmotnąć" byłoby w tym miejscu trafniejszym słowem, jednak dla takiego osiłka, jakim był Ślizgon, na to samo wychodziło. Ważnym było, że naruszyli tym czynem jego prywatną sferę i przyjdzie im za to zapłacić. Prędzej lub później, ale raczej to pierwsze.
    - Wy-wybacz nam tę nieuwagę. - Cyril skłonił się Davidowi, czy jak on miał tam w końcu na imię, niemal dotykając czołem chodnika. Chcąc nie chcąc, pociągnął Oonę ze sobą, co musiało wyglądać dość komicznie, jednak Ślizgonowi wyraźnie nie było do śmiechu.
    Łypnął na nich groźnie okiem i wydał dziwny dźwięk podobny do warknięcia. Gdyby Cyril nie był tak zaabsorbowany powstrzymywaniem drżenia wszystkich mięśni w swoim ciele, z pewnością zacząłby się zastanawiać, czy ów "David" nie jest przypadkiem w połowie zwierzęciem, a może nawet wilkołakiem. Pewnie też powiedziałby coś więcej (na sto procent!), gdyby inicjatywy nie przejęła Oona. Szkoda tylko, że jej plan szybko okazał się klęską, kiedy rosły Wąż chwycił ją za ramię i ani myślał puścić. Na szczęście Cyrilowi wpadło do głowy jeszcze jedno rozwiązanie tej niezręcznej sytuacji.
    - Wiem - zaczął niemal pewnym tonem, powoli otwierając połyskujący kuferek, który nosił pod peleryną - jak moglibyśmy ci zadośuczynić nasze karygodne zachowanie. Mam tu coś, co na pewno ci się z podoba. - Przełknąwszy głośno ślinę, Cyril znacząco spojrzał na Oonę, a potem przebiegł wzrokiem po wąskim przesmyku, który znajdował się teraz za jej plecami, aż w końcu spojrzał na Ślizgona i jego szpetną gębę.
    Chwilę jeszcze gmerał we wnętrzu kuferka, aż w końcu wyciągnął coś z niego gwałtownie i bez namysłu wycelował tym w twarz opryszka. A konkretniej zawartością tego czegoś, gdyż był to zwyczajny, mugolski gaz pieprzowy. W duchu odetchnął z ulgą, że tym razem udało mu się zrobić to dobrą stroną - a zdarzały się takie sytuacje, w których Cyril, zamiast napastnikowi, psikał sobie w oczy, lecz nigdy, przenigdy by się do tego nie przyznał - po czym zaczął uciekać, wlokąc za sobą oswobodzoną Oonę.

    OdpowiedzUsuń
  116. Trzecia wojna czarodziejów nie była czymś, na co czekał z utęsknieniem, ale póki jeszcze nie mogła być ona niczym pewnym, Vars Nagrom nie przejmował się nią. Umiał zachować chłodny umysł i rozwagę w sytuacjach, w których niektórzy inni panikowali. Poza tym, nie potrafił zdobywać się na obfite deklaracje, jakie składali niektórzy zapaleńcy. Byli to tacy chłopaczkowie młodzi (i z rzadka dziewczyny), którzy pragnęli okazji do sprawdzenia się w boju i oto nadarzała im się wspaniała ku temu sposobność. On taki nie był; wręcz przeciwnie, już w towarzystwie trzymał się na uboczu, zniechęcony i może nawet gburowaty. Uważał, że jeżeli znajdzie się coś wystarczająco silnego, aby nadszarpnąć doświadczone dwiema już wojnami czarodziejskie społeczeństwo, to będzie na pewno coś wielkiego, jeszcze większego od Grindelwalda, czy Voldemorta, ergo – nie widział sensu w przeciwstawianiu się tej sile, zwłaszcza w przededniu wydarzeń, które owiane były tajemnicą, bo jeszcze nie nadeszły i może nawet wcale nie miały nadejść.
    Być może w oczach jego, poza całym przenikliwym chłodem, znajdowała się gorąca waleczność i gorliwa wiara w słuszność idei walki. Jednak, jeśli nawet, to kryły się one gdzieś głęboko, poza zasięgiem ludzi, którzy spotykali go na swojej drodze. Nie mógł poradzić nic na to, jak odbierali go inni; czuł się bezsilny wobec ludzkości, której krzywdzące oceny sprowadzały najwartościowsze jednostki do poziomu robaka, a błaznów wyprowadzały na piedestały. Nie odnajdywał się w społeczności, której fałsz zdolny był zatruć najwaleczniejsze serce. Wybrał drogę wyjścia – nic dziwnego, była to strategia dobra jak każda inna, a dodatkowo nie narażała go na nic.
    Głupcami nazywał tych, którzy zapowiadali koniec świata czarodziejów, krwawe wojny i kolejne tragedie, jeszcze gorsze od tych sprzed dwudziestu lat. Ci głupcy nazywali go niedowiarkiem, mieli zresztą rację. Nie potrafił uwierzyć w wieści przekazywane za pomocą poczty pantoflowej. Brakowało mu sprawdzonych wiadomości, które dałoby się złożyć w jakąś spójną całość. Nie opowiadał niestworzonych historii, które posłyszał nie wiadomo gdzie. Nie wyciągał pochopnych wniosków z tego, co doszło do jego uszu. Nie chciał popełnić błędu.
    Tym bardziej panika dyrekcji szkoły, jaka uwidoczniła się wraz z początkiem nowego roku szkolnego, irytowała Krukona, który wciąż nie miał nic na potwierdzenie krążących wszędzie spekulacji. Wiadomo już było, że coś wisi w powietrzu; zwłaszcza na arenie polityczniej zrobiło się nieciekawie, bo nie wiadomo było, skąd przyjdzie uderzenie. Atmosfera była napięta, ale żywił szczerą nadzieję, że przynajmniej doświadczeni czarodzieje, grono pedagogiczne Hogwartu, że chociaż oni zachowają zimną krew, nie dadzą się zwariować. Zawiódł się już w pierwszym tygodniu września, kiedy obwieszczono obowiązkowe próby ewakuacji, na wypadek, gdyby ktoś zechciał napaść na zamek.
    Bułgar nie był ślepy. Dobrze wiedział, że sytuacja jest nie byle jaka, że faktycznie przybiera poważny ton, którego nie da się dłużej ignorować, z obawy przed niebezpieczeństwem. Nie był jednak głupi i wiedział, że pierwszą osobą, która polegnie w jakimkolwiek pojedynku, będzie ten, kto straci rozum. Varsowi było szczerze obojętne, co będzie z innymi uczniami i kadrą nauczycielską na wypadek natarcia ciemnych mocy na zamek, żal mu tylko było kuzynki z młodszego rocznika.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Skoro wobec ludzi zachowywał dystans i brak jakiegokolwiek zrozumienia, wydawałoby się, że to pilnowanie własnego nosa właśnie będzie dla niego najistotniejsze, kiedy nastąpią jakieś zawirowania zagrażające życiu. Jednakowoż według niego samego, zachowanie życia nie było najważniejszym, co człowiek mógł zrobić w życiu. Samo przeżycie nigdy nie mogło być bardziej satysfakcjonujące niż wyłamanie się z pewnych ram i zabłyśnięcia, choćby na chwilę, jako gwiazda, wobec której nikt nie przejdzie obojętnie. Mimo swojego raczej ambiwalentnego podejścia do istoty życia jako takiej, nie uważał, aby podtrzymywanie marnej egzystencji było czymś sensownym. Inna sprawa, że podobnie wanitatywnych stwierdzeń używał, kiedy wyrażał się o rasie ludzkiej w codziennym świetle, nie tylko w jej najgorszych chwilach, ale ten wątek może warto pominąć.
      Jak już zostało wspomniane, Bułgar nie uznawał wyższości życia ponad wszystko inne. Dlatego zdarzało mu się od czasu do czasu zaryzykować swoje własne – urodziny, szczęścia, doświadczenia, wspomnienia, sekrety – w imię zaspokojenia żądzy ciekawości. Nie sprawiał co prawda wrażenia osoby wielce ekspresyjnej, ale w samej rzeczy, więcej w nim mogło być bohatera powieści przygodowej niźli spokojnego nudziarza o stoickim usposobieniu.
      Nic dziwnego, że po kilku takich fałszywych alarmach organizowanych w ramach prób ewakuacji, przestał poważnie patrzeć na dyrekcję, która takie cuda wymyśliła. Ponadto, lekceważył próby coraz częściej, aż pewnego razu tylko dał się wyprowadzić przez prefektów z innymi Krukonami i przy pierwszej nadarzającej się okazji dał drapaka do innej części zamku niż Wielka Sala, w której odbywało się ewakuacyjne zebranie. Był trochę jak kot, ponieważ wybierał swoją własną drogą, ale w gruncie rzeczy był zmęczony powtarzającą się sekwencją zdarzeń. Obwieszczano alarm, prefekci przychodzili, zabierali uczniów do Wielkiej Sali i tam kazali pozostać przez co najmniej godzinę, jak gdyby przyjemność mieli z prawdziwym wrogiem, którego głównym celem są młode dusze.
      Trudno określić jego styl nonszalanckim; raczej po prostu był pewien w przekonaniach, które miał i stąd brało się jego spojrzenie, w którym widoczna była jakaś taka arystokratyczna wyższość. Nigdy co prawda nie przechwalał się arystokratycznymi koligacjami, ale nie chodziło tu wcale o rodzinę, ani nawet o status majątkowy. Miał w sobie bez wątpienia coś takiego, co odróżniało go od innych, chociaż wyglądem nie odstawał od reszty chłopaków w swoim wieku. Miał przeciętny wzrost, ciemne włosy i błękitne oczy. Tak więc na pierwszy rzut oka, wyglądał jak ktoś, kogo łatwo zgubić w tłumie, bo ubiorem nie podkreślał swojej osobowości w żaden sposób. Kiedy jednak spotykało się takiego na korytarzu, samego jak palec podczas prób alarmu, gdzieś w przepełnionej pucharami i głuchym echem salce, wiadomo było, że jest to nie kto inny, jak Vars Nagrom.
      Dziewczyna, która właśnie weszła do Izby Pamięci, mogła znać go jako tego Bułgara o mocnych rysach twarzy i ponurym spojrzeniu podkrążonych oczu, ale on prawie nie zauważył jej obecności. W tamtym momencie głaskał kota, którego trzymał na rękach jak matka trzyma dziecko i spokojnie czytał grawery na pucharach Quidditcha.

      ~Vars

      Usuń
  117. Właściwie relacji Ahn'a z dziewczynami nie można było określić mianem związków. Oni się zwyczajnie spotykali, imprezowali razem, całowali i robili wszystkie rzeczy, jakie para powinna robić razem, natomiast zapominali o tej najważniejszej, o darowaniu siebie uczuciem. Dopiero na siódmym roku, całkiem niedawno, Jihoon poczuł to, czego mu przez tyle lat brakowało, a czego, ze względu na swoją pozycję w magicznym (i niemagicznym zresztą też) świecie, nie mógł posmakować. Prawdopodobnie już nigdy się nie przekona, jakby to było, gdyby spróbował, ale w sumie nie miał na co narzekać - konsekwencje bowiem mogłyby go przerosnąć.
    - Nie mam czego żałować - skwitował, dalej uśmiechając się szeroko, nienaturalnie, po czym dopił swój alkohol i machnął ręką na kelnerkę. W tym samym momencie ta wyjątkowo nieostrożna Ślizgonka potknęła się tuż przy ich stoliku i wylała zawartość swojego kufla zarówno na podłogę, jak i na ramię Oony, a na ten fakt zareagowała śmiechem. Uniosła brwi, rzucając ironiczne "przepraszam" w stronę dziewczyny, po czym zebrała się za resztą swojej grupy. Jihoon ową Ślizgonkę kojarzył, była od nich zaledwie dwa lata młodsza, a tak irytująca, jakby miała najwyżej jedenaście lat. Nie mógł się powstrzymać przed drobną nauczką.
    - Aguamenti - mruknął, wyciągnąwszy różdżkę, a strumień wody zakręcił się przez krótką chwilę w powietrzu, by zaraz wylądować za kołnierzem dziewczyny ze Slytherinu. Ta odwróciła się powoli i wpatrywała się w dwójkę z takim gniewem w oczach, jakby zaraz miała się na nich zwyczajnie rzucić z pięściami. - To cię nauczy, hm... Szacunku dla starszych?
    Nikt nic nie powiedział. Towarzystwo pociągnęło Ślizgonkę za sobą i ruszyli do innego stolika, natomiast reszta ludzi zdawała się nie zauważać tego, co się wydarzyło. Napięcie jednak pozostało, a Ahn i Gryffin odbierali pełne pogardy spojrzenia ze stolika po drugiej stronie sali.
    - Czasami naprawdę się zastanawiam, czy Tiara Przydziału z marszu nie wrzuca wszystkich pieprzniętych ludzi prosto do Slytherinu.

    OdpowiedzUsuń
  118. [Tamten wątek z Brandonem bardzo mi się podobał, chociaż jeszcze go nie zaczęliśmy :D Dobra, skoro się nie wywinę to trzeba coś nowego dla naszych bohaterów wymyślić :3 ]
    Marcus Rothesay

    OdpowiedzUsuń
  119. [Chryste Panie, przeglądam sobie właśnie na luzie komentarze, bo wymieniam kartę na nową i patrzę, widzę i nie mogę uwierzyć własnym oczom. Dwa tygodnie albo i więcej temu obiecałam ci zaczęcie. ZAPOMNIAŁAM, PRZYSIĘGAM, że to nie było celowe. Czemu mi nie przypomniałaś? ;___;

    W związku z tym, że tyle czasu minęło, czuję się w obowiązku zapytać: wciąż chcesz ten wątek? Bo po takim czasie to się nie zdziwię, jakby już ci się odechciało, ale ze mnie jest ofiara...]

    Westmore

    OdpowiedzUsuń
  120. Wraz ze zbliżającym się wielkimi krokami końcem września w Hogwarcie dało zauważyć się dziwne poruszenie, którego przyczyn można by się śmiało dopatrywać w fakcie, że, zamknięci w szkolnych murach od początku miesiąca, uczniowie aż rwali się na wolność. Znaczy się, rzecz jasna, wolności nikt im w szkole nie ograniczał, mogli do woli ganiać po błoniach póki pogoda na to pozwalała, ale wiadomo —wypad do Hogsmeade zawsze stanowił swego rodzaju atrakcję. Czy to pierwszoroczni, czy to weterani Hogwartu na ostatnim roku, wszyscy zgodnie czekali na najbliższą sobotę. Zwłaszcza, że już od początku tygodnia do wioski zjeżdżali się miłośnicy magicznych stworzeń na coś w rodzaju zlotu, na którego czas trwania zapowiedziano możliwość podglądnięcia przywiezionych przez nich okazów przez każdego zainteresowanego.

    Grzechem byłoby z takiej okazji nie skorzystać, zwłaszcza, że chyba próżno było szukać w Hogwarcie ucznia, który zupełnie obojętnie przechodziłby obok lekcji opieki nad magicznymi stworzeniami albo traktował je tylko i wyłącznie jako zło konieczne. Definicji stworzenia nawet nie trzeba było specjalnie naciągać, by podpiąć pod nią człowieka, a, bądźmy szczerzy, magiczne stworzenia w znakomitej większości bywały dużo ciekawsze od magicznych ludzi, szerzej znanych jako czarodzieje.

    Wszyscy liczyli na ładną pogodę, która może nie była niezbędna, by wybrać się do Hogsmeade, ale zawsze umilała lekko dłużącą się drogę i pobyt w samej wiosce. Niestety, wrzesień w Szkocji rządził się własnymi prawami i głęboko w nosie miał, czego życzyliby sobie nędzni hogwartczycy w ten z niecierpliwością wyczekiwany dzień. W związku z tym od wczesnego lata na okolicą unosiła się gęsta mgła, powietrze było nieprzyjemnie chłodne i przesycone wilgocią, a z niebo zasnute cienką warstwą niechętnie przepuszczających słońce chmur. Krócej: pogoda była podła.

    Emlyn właściwie dał się namówić na wyjście z ciepłego pokoju wspólnego i opuszczenie murów zamku tylko dlatego, że nigdy jeszcze na żywo nie widział prawdziwego dźwiedzia. A bardzo mu na tym zależał, bo dźwiedzie (nie mylić z mugolskimi niedźwiedziami) w ustalonej prze Ministerstwo Magii klasyfikacji oficjalnie dostały trzy krzyżyki, choć znawcy tematu twierdzili, że śmiało można by im dać i cztery, bo, jak to się mówi, cicha woda brzegi rwie. Albo coś w tym stylu. Większość czarodziejów, słysząc o dźwiedziach machała lekceważąco ręką i uważała, że nie warto zaprzątać sobie nimi głowy, ale Emlyn uznał, że szkoda marnować okazji, skoro już udało mu się zasłyszeć, że ktoś z miłośników magicznych stworzeń sprowadził ze sobą do Hogsmeade dźwiedzia z prawdziwego zdarzenia.

    A gdy parę godzin później, zobaczywszy już co chciał zobaczyć, wciąż pozostając pod wrażeniem tego, jakie stworzenia niektórzy potrafili hodować i wlec ze sobą czasem naprawdę spory kawał świata na zlot, Emlyn zbierał się do powrotu do zamku, na jednej z głównych ulic wioski zaczęło dziać się coś ciekawego. Westmore był osobą z natury ciekawską i, choć nie lubił w sobie tej cechy, to ciężko mu było z nią walczyć, zwłaszcza, kiedy zasłyszał, że oto ten dziwny czarodziej, który przywiózł ze sobą dźwiedzia, kłócił się o coś z kimś innym.

    Generalnie to Emlyn nie wiedział, o co im poszło, ale poczuł się na tyle zaintrygowany, że kazał swoim kolegom nie czekać na niego i wracać do zamku, a sam przystanął w bezpiecznej (a przynajmniej tak mu się wydawało) odległości i obserwował coraz bardziej awanturujących się mężczyzn. Parę razy w ciągu pięciu minut padło słowo yeti. Dźwiedzie nie miały nic wspólnego z yeti, a najwyraźniej o to szło w tej osobliwej kłótni. Obie strony konfliktu brzmiały tak, jakby trochę za bardzo skorzystały z oferowanych w Trzech Miotłach trunków, a, co nawet wyglądało zabawnie, szybko przyłączyli się do nich inni czarodzieje, znajdujący się w podobnym stanie.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. I już po chwili całkiem pokaźna grupa ludzi, w towarzystwie jeszcze większej grupy gapiów, kłóciła się o wyższość yeti nad dźwiedziami. W momencie, w którym sprawa zaczynała brzmieć dość poważnie, Emlyn uznał, że wypadałoby powoli się wycofać i wracać do zamku, jak na przykładnego ucznia przystało. Spróbował więc obejść wtedy już garnących się do walki czarodziejów, ale nawet nie wiedział kiedy, został wciągnięty w coraz bardziej kotłujący tłum.

      No normalnie tłukli się o to, czy yeti były lepsze od dźwiedzi. I wciągali w to kogo popadnie z zebranego wokół zbiegowiska, nieważne, czyją brał stronę.

      Usuń
    2. [Wybacz, że rozbiłam to na aż trzy komentarze. Chciałam jeszcze tylko dodać, że trochę pomajstrowałam przy twoim pomyśle (co pewnie sama już zauważyłaś) i tak sobie pomyślałam, że, oczywiście jeśli to, co widzisz powyżej nie jest zbyt głupie, by miało mieć miejsce, można by dodać jeszcze w pewnym momencie motyw z magicznymi stworzeniami, które, nieupilnowane przez zajętych bójką i awanturą opiekunów, którzy zgodnie zlecieli się w jedno miejsce i zaczęli okładać pięściami, pozwiewały z klatek (albo ktoś im pomógł). Miałybyśmy wtedy krew, siniaki i połamane nosy, daleko do zamku, podła pogoda, późna godzina i ganiające po Hogsmeade niekoniecznie przyjazne ludziom zwierzaki. Co ty na to? Czy za bardzo kombinuję?]

      Usuń
  121. [Kupiłaś mnie wstępem do karty. Tekst świetny, idealnie dobrany, choć pasujący niemalże do każdego, kto nie może odnaleźć własnego ja, albo ma wrażenie, że całe jego życie i czyny to jedna wielka sprzeczność.
    Pomysł dobry, ale ja zawalczyłbym z Irytkiem. Nikt nie lubi Irytka, a Krwawego Barona boi się nawet Charles.]

    CR

    OdpowiedzUsuń
  122. [Wolałbym, żebyś rozpoczęła, ponieważ zadeklarowałem się już do kilku zaczęć i mogłoby mi nie starczyć sił/czasu/chęci, by pisać kolejne, wolałbym natomiast uniknąć robienia czegoś "na odwal", byleby tylko zacząć.]

    CR

    OdpowiedzUsuń
  123. - Może wychodzi na to, że statystycznie jedna na cztery osoby jest zwyczajnie zła - powiedział. Patrzył z lekkim uśmiechem, jak dziewczyna próbuje wysuszyć włosy z piwa, jednocześnie zastanawiając się nad jej pytaniem. Przez lata Slytherin stracił wiele na swoim "prestiżu", ciesząc się teraz sławą tego złego domu, do którego trafiali zadufani w sobie i aroganccy ludzie, nierzadko po prostu wredni i nieprzyjemni. Jakby nie było, sam wpisywał się w tę kategorię, ale nigdy jakoś specjalnie mu to nie przeszkadzało. Jak niemal każdy człowiek, lubił swoją przynależność, jednak czasami irytowało go bezmyślne zachowanie Ślizgonów, dokładnie takie, jakie przed momentem zaprezentowała dziewczyna z sąsiedniego stolika.
    Już miał coś dopowiedzieć, ale uwagę wszystkich osób przykuły hałasy dochodzące zza drzwi Trzech Mioteł. Coś huknęło, uderzyło w ścianę budynku, a po chwili w wejściu stanęło kilku facetów w ciemnych szatach, rozglądających się z drwiącymi uśmiechami po pomieszczeniu. Bez wątpienia szukali kogoś wśród zgromadzonego tłumu, bo zaraz rozdzielili się i już osobno wędrowali pomiędzy stolikami, nie zważając na coraz głośniejsze protesty barmana.
    - Myślę, że powinniśmy się zbierać - szepnął cicho.
    Jakby na komendę, posypały się zaklęcia i zapanował chaos. Ludzie wstawali, krzyczeli, a niektórzy rzucili się do ucieczki, nie bacząc na tratowane osoby i fruwające już w powietrzu części wystroju baru. Ahn, niewiele myśląc, złapał Oonę za rękę, po czym pociągnął delikatnie do góry, by stanęła za nim. Nie miał pojęcia, co robić, bo w gruncie rzeczy, nie widział tego, co tam się rzeczywiście stało i kim byli ci dziwni ludzie.
    Musieli jednak działać. I to szybko.

    [Już kilka razy zabierałam się za odpisywanie, po czym kończyłam, bo nie miałam pojęcia, w jakim kierunku nasz wątek może pójść. Mam nadzieję, że odrobina akcji Ci nie przeszkadza :P]

    Jihoon

    OdpowiedzUsuń
  124. [Będę cierpliwie czekał i nigdzie nie ucieknę.]

    CR

    OdpowiedzUsuń
  125. [ Przepraszam za tak długą zwłokę ]

    Piątkowe wieczory były najfajniejsze. Nauczyciele i dyrektor dawali pozwolenie, co prawda nikt głośno nie mówił ale było o tym wiadomo, na późniejszy powrót do pokoi, a cisza nocna była godzinę później niż zazwyczaj. Niektórzy z tego korzystali, a niektórzy nie. Prefekci nie wpisywali wtedy punktów ujemnych, jeśli widzieli, że ktoś kręcił się po zamku. Inaczej sprawa miała się z osobnikami, które wymykały się na zewnątrz. Dla Quentina była to jednak świetna wymówka, żeby samemu udać się na spacer po błoniach lub w okolice Zakazanego Lasu. Jeśli kogoś spotykał na swojej drodze to zazwyczaj puszczał wolno, bez żadnych konsekwencji. Był miłym i wyrozumiałym prefektem, więc czasem przymykał oko, jeśli widział, że jakaś parka chciała urządzić sobie romantyczny, nocny spacer. Przecież nie mógł psuć chwili. Niemniej jednak niesamowitą przyjemność sprawiało mu wypisywanie ujemnych punktów i robił to, gdy tylko nic go nie powstrzymywało.
    Dzisiejsza noc była przyjemna. Jedynym minusem stała się wilgotność, która utrudniała oddychanie, jednak nie powstrzymało to Quinna przed dalszą wędrówką. Uwielbiał ten moment wyciszenia i błogiego spokoju, którego wiecznie było mało, gdy siedział w grubych murach. Co prawda w zamku udawało się znaleźć przytulne pomieszczenia, ale nie można było przesiedzieć tam całego wolnego czasu. Teraz siedział na drewnianym pomoście na jeziorze i wpatrywał się w spokojną taflę wody. Kilka minut wcześniej spotkał dwóch znajomych, którym grzecznie poradził i zasugerował, że lepiej będzie jeśli nie będą zbyt długo krążyć po błoniach. Lubił tutaj siedzieć. Wypatrywał trytonów, które pływały pod powierzchnią. Trochę obawiał się tych stworzeń, może nie tak bardzo jak smoków i mantykor, ale jakoś nie chciał aby te znalazły się tuż przy nim. Obserwował je z daleka, gdy wynurzały się na chwilkę by zobaczyć co dzieje się na powierzchni, jakby miało to dla nich jakiekolwiek znaczenie. Gdy już zobaczył jednego trytona był gotowy do odejścia.
    Nic nie może trwać jednak wiecznie i już po kilkudziesięciu minutach Monroe znalazł się w Pokoju Wspólnym. Nie było tam już wielu uczniów, większość na pewno siedziała w dormitoriach. On również chciał iść spać. Możliwość odespania w weekendu była chyba jego najlepszą zaletą. Ochoczo ruszył do swojego pokoju by zabrać z niego potrzebne rzeczy i udał się do łazienki prefektów. Bycie prefektem miało swoje wady i zalety, a posiadanie osobnej łazienki z której mogło korzystać tylko szesnaście osób było czymś wspaniałym.
    Właśnie mijał ostatni zakręt, gdy zauważył sylwetkę oświetloną jedynie słabym światłem świec. Przeklinał w duchu zacofanie Hogwartu. Rozumiał, że to stara szkoła z tradycjami, no ale w końcu był XXI wiek, więc dyrektor mógłby zainwestować w elektryczność, chociaż z drugiej strony nie wyobrażał sobie, żeby tuż obok posągów czarownic i czarodziejów były żarówki. To byłoby po prostu dziwne.
    – A co ty tutaj robisz? – warknął czym wystraszył dziewczynę, która gwałtownie puściła klamkę od drzwi do łazienki prefektów. Odwróciła się w jego stronę nieco zaskoczona, jakby nie spodziewała się zastać w tym miejscu żadnego prefekta. – Wiesz, która już jest godzina? Chyba nie chcesz ponownie dostać punktów ujemnych, co? – mruknął, krzyżując ręce na piersi i spoglądając z wyczekiwaniem na dziewczynę. Ciekawiło go, czego szukała.

    Quentin Monroe

    OdpowiedzUsuń
  126. [Musisz mi wybaczyć, że dopiero teraz, ale przeprowadzałam się i najpierw nie miałam czasu, a potem nie miałam Internetu, więc... ale zaczynam i mam nadzieję, że jeszcze jesteś zainteresowana wątkiem. Dawno nie pisałam nic, więc również musisz (znaczy nie musisz, ale miło by było xD), że to jest takie beznadziejne.]

    Od pamiętnego dnia, w którym Archie uciekał z Ooną przed napastliwymi Ślizgonkami minęło sporo czasu, a oni całkiem nieźle się zakumplowali. Buchanan stał się bardziej otwartym i odważniejszym człowiekiem, co wyszło mu na dobre, ale dalej trzymał się zdecydowanie bardziej na uboczu, niż w centrum zainteresowania. Taki już był i nic tego chyba nie mogło zmienić. Starał się jednak utrzymywać miłe stosunki z innymi uczniami, z którymi miał chociaż troszkę wspólnego i właśnie do tej grupy należała Oona, która wydawała się mu bardzo specyficzną, ale sympatyczną osóbką. Dlatego właśnie jej szukał, po zajęciach, które zarówno on i jak i ona skończyli.

    Łaził sobie tak łaził, w międzyczasie wpadł do Wielkiej Sali przekąsić sobie kanapki na wczesną kolację (oczywiście nie oszukujmy się, chłopaczyna ten przyjdzie jeszcze przynajmniej dwa razy do Kuchni, żeby wyłudzić od Skrzatów płatki na mleku albo placek z malinami.

    W oczy rzucił mu się roześmiany chłopak, Krukon, którego doskonale znał z rozmów owych Ślizgonek, które nie potrafiły zrozumieć, że Michael, bo to właśnie o nim mówimy, może rozmawiać z innymi dziewczynami, w tym przypadku - z Ooną. Kto by się tym jednak przejmował? Ślizgonki na pewno nie, według nich mógł rozmawiać tylko z nimi, a reszta może iść po prostu do odstrzału. Na samo wspomnienie uśmiechnął się do siebie i usiadł przy stole Puchonów, aby zjeść sobie coś dobrego (czytaj: wcześniej wspomniane kanapki). Rozglądał się po ogromnym pomieszczeniu w poszukiwaniu znajomych i obserwując innych. Wbrew pozorom, Archie był naprawdę niezłym obserwatorem i mało kto wiedział o tym, że on jest w stanie wymienić PRZYNAJMNIEJ pięć faktów z życia innej osoby, która prawdopodobnie nie wie nawet o istnieniu Buchanana.

    Gdy drzwi do Wielkiej Sali otworzyły się po raz kolejny, Archie się nie odwrócił, żeby zobaczyć kto to taki zaszczycił wszystkich swoją obecnością, ale kątem oka dostrzegł znajomą sylwetkę i podskakujące na ramionach ciemne włosy - Oona. Wiedział, że osoby z różnych domów nie powinny siedzieć razem, ale mało kto się tym przejmował, dlatego uśmiechnął się i pomachał do niej w geście zaproszenia do wspólnego spożywania kolacji. Czasem było mu naprawdę smutno siedzieć tak samemu, ale rzadko okazywał to innym.

    OdpowiedzUsuń
  127. [Nie udało mi się znaleźć Jakiego na szybko, więc na razie ma nową buźkę, bo tak.
    Co takiego? ;o Nic o tym nie wiem! Ars chyba nie dopuszcza tej myśli do siebie! :D
    Dostałaś odpis, więc teraz czekam na Twój! Trzymam kciuki <3]

    A. L.

    OdpowiedzUsuń
  128. [ Miałam taki śliczny początek wątku dla Brandona, a teraz wszystko przepadło. Niniejszym więc nasze winy się zrównoważyły. ;D Mimo wszystko, jako że jestem łaskawa i miłosierna, pozwolę ci się zachwycić tym, co miało być jedynie początkiem, a stało się całością.

    – Mimo wszystko to dobry człowiek: prawy, szlachetny i wybitny w swojej specjalności – myślała Valancy po powrocie do swego pokoju, jakby broniąc Brandona przed kimś, kto go oskarżał i twierdził, że go nie można cenić — Ale dlaczego ma tak dziwnie odstające uszy? Może się inaczej ostrzygł. ]

    OdpowiedzUsuń
  129. No tak. Czego mógł się po niej spodziewać innego? Wolała narobić jeszcze większego hałasu niż było to konieczne, aby ten sam bogin zaczął jeszcze mocniej, a co za tym idzie – głośniej obijać się o ścianki tej komody. Ars według pierwotnego planu zamierzał spokojnie stać oparty o ten cholerny regał. Już nie raz przekonał się, że w spotkaniu z boginem przegrywał z kretesem, a pozornie łatwe zaklęcie jak Riddiculus nie przynosiło zamierzonego efektu. Mógł sobie być jednym z tych uczniów, którzy są ogarnięci miłością do rzucania uroków i potrzeby zgłębiania wiedzy, ale…
    …stworzenie skrywające się w ciemnościach pośród czterech drewnianych ścianek ukazywało bezlitośnie największy lęk tego, który znalazł się jak najbliżej. Czasami zdawał się wahać przy większej liczbie osób, jakby decydował, który strach wydaje się bardziej atrakcyjny. Arsellus mógł sobie stać z nieprzeniknionym spojrzeniem i niby obojętną miną, ale w środku bał się, że znowu zobaczy zakopywanego żywcem starszego brata i sama ta myśl przyciągała na światło dzienne wspomnienia poprzedniego spotkania z boginem. Szczegóły, tak bardzo realne, odbierały szansę na poprawne wypowiedzenie inkantacji, z którą w parze powinno iść wyobrażenie czegoś śmiesznego, a dla Langhorne’a takie po prostu nie istniało. I najgorszym była świadomość tego.
    Patrzył na nią najpierw z wyraźnym zaskoczeniem i zmarszczonymi brwiami, a później zmrużył oczy jak wąż, który nadal czaił się naszyty na jego piersi. W odróżnieniu od Oony – Arsellus na nocne podróże po zamku, co prawda zakazane, ale jednak – poruszał się w bardziej odpowiednim stroju, niż piżama. W pierwszym odruchu niemal nie ruszył do przodu, żeby jej uciszyć, ale w zatrzymał się w pół kroku i wycofał do ściany regału. Przejechał ręką po czole. Trochę się tą sytuacją zirytował i to musiał przyznać otwarcie. Wiedział, że nie miała nic do stracenia i obawia się spotkania z bogiem. Zdecydowanie bardziej ukazywała to od niego, przez co był ciekawy co takiego kryje się w ucieleśnieniu jej najgorszych koszmarów. Zaraz jednak irytacja uleciała, kiedy usłyszał jej słowa. Roześmiał się dźwięcznie. Odsunął rękę od czoła i wsunął ją do kieszeni na wzór drugiej.
    – Naprawdę? Dobrze wiedzieć, jakie najskrytsze marzenia ma mugolaczka od Godryka Gryffindora. – rzucił kpiącym tonem Langhorne. Odsunął się od regału, a trzaskanie bogina stawało się coraz donośniejsze, tak samo jak dźwięki zbliżających się w ich stronę kroków. Był na w pół zły, a na w pół ponownie – poirytowany. Nie lubił, gdy coś wymykało mu się spod kontroli. Nie miał jej w tym cholernym Dziale Ksiąg Zakazanych. Przyniosła mu pecha i teraz zwołała przedwcześnie woźnego, a także nadzorujących wszystko nauczycieli ze względu na nadchodzącą trzecią wojnę magiczną. Oparł się ramieniem o kratę i skrzyżował ramiona na piersi. – Właśnie skazałaś się na co najmniej dwa tygodnie kary ze mną w zależności od tego, który nauczyciel nas przyłapie. Przez ciebie, Griffith. – dodał z ironią, a złośliwy uśmiech zawitał w kącikach jego ust.


    [Miałam odpisać ci od razu wczoraj, ale zaczęłam szukać zdjęcia Lydii do powiązań. A jedno wpadło mi w oko, ale nie było odpowiedniej wielkości i po zmarnowanym czasie – szukałam dalej, a później okazało się, że jest teoretycznie nad ranem, więc zostawiłam to sobie na dzisiaj. Wiadomo od kogo zaczynam odpisywanie, prawda? Jedyna godna mojego Arsa, dama, rządzi się swoimi prawami. Nawet jeśli on tak nie uważa. Nie przeszkadza mi w ogóle ta długość po urlopie! :D]

    Arsellus Langhorne

    OdpowiedzUsuń
  130. Ahn już od dłuższego czasu chciał wyrwać się z uścisku dziewczyny i znaleźć odpowiednią drogę do wyjścia, jednak zwyczajnie bał się, że w takim tłumie straci ją z oczu, gdy tylko puści jej rękę. Pozwolił się więc przeciągnąć po całym barze, jednak cały czas rzucał jakieś drobne zaklęcia obronne, bo w międzyczasie kilka razy śmignęły im nad głowami kolorowe błyski.
    ─ Nie przepraszaj ─ mruknął szorstko; był cholernie przerażony. ─ Musimy stąd wyjść albo...
    Nie zdążył dokończyć zdania, bo przez tę chwilę nieuwagi zupełnie stracił kontrolę i oberwał jakimś szklanym odłamkiem prosto w środek głowy. Zachwiał się delikatnie, jeszcze przez moment całkiem trzeźwo patrząc na dziewczynę, ale gdy tylko ciepła krew zaczęła spływać mu z czoła na resztę twarzy, po prostu runął na posadzkę.
    ─ Uciekaj, Oona ─ wymamrotał cicho, starając się za wszelką cenę kompletnie nie odlecieć. Ból w czaszce pulsował nieprzyjemnie za każdym razem, gdy próbował podnieść się na zdrętwiałych od zimna rękach. Huczało mu w głowie przez ogarniający zewsząd hałas i tylko myśl o tym, jak beznadziejne musiałoby być konanie w takim miejscu jak Trzy Miotły, utrzymywała go przy względnej bystrości umysłu.
    Ktoś uniósł go z podłogi jednym szarpnięciem. Za sobą usłyszał jakieś męskie głosy, ale gdy tylko stanął na nogach, momentalnie ucichły, jakby oddalając się w innym kierunku. Jihoona niespecjalnie obchodziło, kto (dosłownie) postawił go do pionu, ale poczuł delikatną ulgę, gdy odkrył, iż nie był to żaden z facetów, którzy wywołali bójkę.
    Dziewczyna, o dziwo, dalej stała przy jego boku. Wpatrywała się teraz w Ahna spod zmarszczonych brwi, jakby jeszcze nie do końca była pewna, czy ten zaraz z powrotem nie wyląduje na posadzce.
    ─ Prosto i w prawo. Tam powinny być drzwi. Prosto i... W prawo.

    OdpowiedzUsuń
  131. Odebrał od niej koszulę, jeszcze odrobinę oszołomiony, jednak z pewnością nie w tak złym stanie, by ponownie tego wieczoru runąć na ziemię. Łupanie w czaszce zelżało, obraz już mu się tak nie rozpływał, a i mdłości zeszły gdzieś na dalszy plan, choć dalej nie mógłby powiedzieć, że czuje się zupełnie dobrze.
    ─ Tak, zupełnie dobrze. ─ Kłamca.
    Westchnął ciężko, ogarniając wzrokiem to, co zostało z wejścia do baru, po czym zaczął szukać wzrokiem sprawców całego tego zajścia. Resztki uczniów, co dziwne, wysypywały się z pomieszczenia w zadziwiająco dobrych humorach ─ na większości ich szat można było dostrzec ciemnoczerwone elementy stroju Gryfonów. Chłopak prychnął, ale tak naprawdę ucieszył się, że walka dobiegała końca; usłyszał, jak właściciel drze się wniebogłosy, rozkazując wszystkim się wynosić.
    ─ Chodźmy lepiej do zamku ─ powiedział, po czym pociągnął dziewczynę delikatnie za rękę, nie czekając na chociażby słówko sprzeciwu. Poznał ją na tyle, by zorientować się, że zanim ta wymamrocze ciche "dobra", ktoś mógłby próbować ich zatrzymać.

    [Okeeeeej... Co robimy dalej, masz jakiś plan? Urywam w takim momencie, bo naprawdę nie mam pojęcia, cóż z nimi zrobić. Oona miała go wykorzystać, o ile dobrze pamiętam, ale jakoś nam to w sumie nie wyszło (to chyba moja wina...), toteż pytam: any ideas? :D]

    OdpowiedzUsuń
  132. Zaśmiał się krótko, jakby opowiedziała mało zabawny żart, a jednak nie mógł go zignorować tak całkowicie. Ars miał na uwadze, że jego reputacja może na tym przyłapaniu bardzo ucierpieć. Langhorne uśmiechnął się szerzej, bardziej kwaśno niż zwykle. Trudno określić czy złośliwość widoczna w kącikach czy nieco wymuszona wesołkowatość była tutaj bardziej widoczna. Domyślił się. Owszem. Przedstawiła swoje żądania nie wprost, ale zrozumiale. Wiedział, że Griffith będzie oczekiwała od niego działania w razie, gdyby ten bogin się wyrwał spośród czterech, cienkich ścianek tej komody. Skoro sama nie zamierzała odsunąć się od krat to ewentualne stawienie czoła ze stworzeniem kryjącym się w ciemności spadało na jego barki. Gotowa była poświecić swoje wolne popołudnia lub wieczory w zależności od kary. Ars wiedział już teraz, że znikome jest to, aby jakikolwiek nauczyciel rozdzielił ich na czas kary. Wzdrygnął się na samą myśl o kolejnym „doborowolnym” spędzaniu czasu ze swoim wrogiem. Ugh. Co za wizja! Na pewno nie była zbyt wesoła. Nie cofnął się. Nie było szans, aby ktoś mówił mu co ma robić. Zmrużył oczy.
    – Nie przemyślałaś tylko jednej w tej sprawie, co Griffith? – rzucił z ironicznym rozbawieniem, które w obliczu trzeszczącej komody i akompaniamencie dźwięków szurania czy obijania się czegoś w środku było naprawdę klimatyczne. – A co jeśli ja też nie potrafię pokonać własnego bogina? – dodał poważniejszym tonem, a uśmiech pozostał tylko po jednej stronie. Słynne zaklęcie, którego uczą na OPCM w jego przypadku było po prostu bezużyteczne. Co takiego mogłoby go rozbawić, kiedy widział przed sobą zakopywanego żywcem brata? Budziło to w Arsellusie lęk tak mroczny i pozostawiający po sobie wrażenie przygniecenia wszystkich organów, co skutkowało za każdym cholernym razem wstrzymaniem oddechu. O dziwo, Langhorne potrafił się przyznać, choć z trudem, że czegoś nie potrafi. W tym przypadku tylko to zasugerował, a to już jakiś postęp, czyż nie?
    Ależ Ars nie mógł zamknąć się na wieki… Może i mógłby, ale na pewno nie dla czyjej ukrytej korzyści. O nie. Nie był aż tak dobroduszny i miły. Zaraz jednak pozbył się tych niepokojących myśli dotyczących bogina, bo słysząc jej odpowiedź na twarzy pojawił mu się ten sam wredny uśmiech.
    – Przedłużanie istnienia ludzkości ze szlamą nie znajduje się na liście rzeczy akceptowalnych. – mruknął konspiracyjnym szeptem. Wychowywał się w rodzinie, w której ceniono czystość krwi. Nie chciał łamać rodzinnych tradycji, chociaż nie do końca jego marzenia pasowały do wizji w jaką chcieli go wsadzić. – Ale to nie ja zasugerowałem tutaj pieprzenie. – dodał, wzruszając niby to z obojętnością ramionami, ale jego spojrzenie mówiło co innego.
    Ars z kolei cieszył się, że nie był Gryfonem. Zbyt pewnym siebie i lecącym na łeb na szyję kretynem z czerwonym krawatem. O nie. Ten typ gwiazdorzenia balansujący na głupocie i odwadze nie był w jego stylu. O tyle ile szanował Krukonów, a w najgłębszych odmętach jego myśli brzmiały podszepty Tiary Przydziału, która chciała go wrzucić do Niebieskich to cieszył się ze swojego położenia. Był dumny z bycia Ślizgonem. Wyznawał wartości swojego domu i zdobywał niezbędne znajomości. A, że po wojnie czarodziejów uznano, że to z Domu Slazara Slytherina wywodzą się ci najgorsi to i tak się utarło. Stereotypy, które ułatwiały innym życie…


    [Ech, musiałam się jednak wyspać i nie dałam rady, wybacz ;<
    Co nie zmienia faktu, że najpierw odpisywanie zaczynam od Ciebie <3]

    Z wyrazami miłości, Ars

    OdpowiedzUsuń
  133. [Chyba nie mam innego wyjścia, jak tylko WYBACZYĆ (ale wiedz, że to tylko przez Hobiego!). Jestem bardzo chętna, aczkolwiek nie wiem co mogłoby Cię zainteresować — Oona i Jihoon właściwie się nie znają. To co, zakładamy, że po tym incydencie zaczęli się spotykać częściej czy może masz jakieś inne pomysły? :D]

    OdpowiedzUsuń
  134. Jak można się było spodziewać, nawet po bitwie życie wraca do tego samego nudnego trybu, jaki przedstawiało kilka tygodni wcześniej. Hogwart powoli dochodził do siebie po przebytym ataku, a wszystkie lekcje ponownie stały się codzienną zmorą ich mieszkańców — uwaga na czarny humor — oraz tego, co z nich zostało.
    Jihoon ani się nie cieszył, ani nie trapił owym faktem. Po prostu zaakceptował to, że większości znajomym nic się nie stało, a po tygodniach żałoby wreszcie zauważał uśmiechy na twarzach innych ludzi. Wygrali, mieli się z czego cieszyć, nawet jeśli poświęconych zostało w tej swoistej drodze do wolności kilka nastoletnich istnień. Sam Ahn do tej pory odrzucał wszelką pomoc, jaką ofiarował mu zamkowy szpital i obnosił się ze swoją zabliźnianą szramą na twarzy z podniesioną głową, bo w końcu miał do tego powód.
    W końcu jednak okazało się, że musi wybrać się do lochów na znienawidzone eliksiry, których mimo usilnych starań dalej nie potrafił do końca zrozumieć. Wynosił z lekcji Zadowalający, ale wymagało to przesiadywania nocami z książką na kolanach w czasie, jaki jego znajomi poświęcali na upijanie się w trupa w Hogsmeade albo nocne zwiedzanie Hogwartu. I nie dawał sobie idealnie rady z praktyką, co doprowadzało go niemal do obłędu — nawet jeśli czytał przepis mikstury dziesięć razy, nigdy nie udało mu się doprowadzić eliksiru do perfekcji.
    — Dobierzcie się w pary — mruknął nauczyciel z chwilą, gdy tylko znalazł się przy swoim biurku, po czym zaczął grzebać w mahoniowej szafce, próbując wyciągnąć stamtąd kociołek. Doprawdy dziwny człowiek. — Będziemy dzisiaj robić eliksir... Eliksir. Zaraz wam powiem jaki, tylko muszę to... Stąd... Zabrać...
    Chłopak przewrócił oczami, rozglądając się wokół. Jako że jego znajomi przedstawiali raczej grupę kujonów wyższej klasy, nie miał zamiaru kolejny raz się przy nich kompromitować. Mógł grać człowieka, którego nawet lekcje nie są w stanie wytrącić z fazy nicmisięniechcenia, ale cierpiały na tym jego oceny, i to w bardzo znaczący sposób. Musiał sobie dobrać kogoś innego, kogoś, kto by mu pomógł. Albo na którego mógłby zwalić winę w razie porażki.
    — Oona? — zagadał, przysiadając się do krótkowłosej dziewczyny, by potem uśmiechnąć się przymilnie. — Tak sobie pomyślałem, może chciałabyś mi dzisiaj towarzyszyć?
    W jego uśmiechu zawarta była niema prośba i chłopak miał nadzieję, że brunetka zrozumie go na tyle, by bez cienia buntu spełnić jego zachciankę. Powiedz "tak, jasne", mamrotał sam do siebie w myślach, nie przestając się jednak uśmiechać.
    Lubili się. Na tyle, na ile mogą lubić się prawie nieznajome osoby, które mijają się czasami na korytarzach, posyłając sobie nieme pozdrowienia. Zresztą, od czasu spotkania z tajemniczymi gośćmi z baru tyle się działo, że prawdopodobnie obojgu im wypadła z głowy ochota na zawieranie kolejnych znajomości.

    [Okej, zaprzyjaźnimy ich zatem i narobimy im kłopotów! Tylko nie uciekaj drugi raz, bo się z Jihoonem ZEMŚCIMY, obiecuję! *grozi palcem*]

    OdpowiedzUsuń
  135. [Tak przeglądałam niektóre karty, głównie z ciekawości bez konkretnych planów na wątki, tj. komentowania, ale... moje oczy dostrzegły Maxa Milnera! Żeby nie było — postać wydaje się równie ciekawa, a karta jest napisana w dosyć intrygujący sposób. No i chwalę zdjęcie.]

    Caelan

    OdpowiedzUsuń
  136. Nieświadomy Ars nie wiedział, że swoją wypowiedzią poruszy te sznurki, tak samo jak panna Griffith nie zauważyła czegoś co przez moment zaiskrzyło w jego spojrzeniu. Nawet Langhorne miał swoje słabości. Nie zdawał sobie sprawy z tego co budzi w nim paraliżujący strach, który jak magnes przyciągał lodowaty dreszcz wzdłuż kręgosłupa do czasu aż podczas sprzątania odwiedzin tej ciotki, którą w minione wakacje nazwał „grubym trollem” lub „grubym gumochłonem”. Teraz Grudniowy już sam do końca nie pamiętał jak to było kiedy miał te swoje dwanaście lat, ale doskonale potrafił wrócić pamięcią do wydarzenia jak podczas wałęsania się po jej wielkim, zakurzonym domu natknął się na jakieś wiekowe biurko i zaczął w nim grzebać. Co prawda nie udało mu się otworzyć zamkniętej szuflady – nawet przy pomocy odpowiedniego zaklęcia, ale niechcący strącił jakiś wazon. Odłamki fioletowego szkła były na całym perskim dywanie, a znajdująca się w kącie pomieszczenia skrzynia zaczęła niebezpiecznie obijać się o podłogę, jakby nagle ożyła. Każdy czarodziej skierowałby się do wyjścia, żeby nie niepokoić tego czegoś, ale nie Ars. To chyba ta wrodzona ciekawość pchnęła go do przodu po odłamkach wazonu, które zachrzęściły mu pod nogami. To zadziałało zachęcająco na stworzenie znajdujące się w ciemnym wnętrzu, bo i ciemna masa wyrwała się ze środka z hukiem, a wieko skrzyni odbiło się od ściany. Początkowo pozbawione kształtu coś zaczęło nabierać znanego obrazu, który wyrył się w świadomości Grudniowego aż po dziś dzień – w jego starszego brata zakopywanego żywcem.
    Czasem zazdrościł tym, którzy potrafili pokonać bogina zaklęciem Riddikulus, bo dla niego – czarodzieja, który największy talent wykazywał w dziedzinach rzucania zaklęć i uroków było to jak cios w żołądek. Uśmiechnął się jedynie cierpko i wsunął ręce do kieszeni. Spojrzał w bok, sprawiając wrażenie, jakby nie słuchał tej pyskatej i całkiem ładnej (nie powinien chyba o tym pomyśleć) Gryfonki. Aż dziwne, że za tę którąś „szlamę” z kolei panna Griffith nie strzeliła mu w twarz. Roześmiał się głośno, słysząc coś o koronie i uśmiechnął się z ironią. Na powrót skupił na niej spojrzenie.
    – A co złapałaś ją? – rzucił kpiąco i pokiwał głową, jakby właśnie zrozumiał coś ważnego. No tak… Zdradzenie swoich słabości przed własnym wrogiem nie było zbyt rozsądne. – Nie zapomnij mi ją tylko oddać, Griffith.
    O tak, robiło chłodno w rzeczy samej. Zimno z zewnątrz przebijało się nawet przez grube mury zamku. Z racji tego, że nieopodal tej dwójki znajdowało się też całkiem spore okno to i wielce prawdopodobne, że tamtędy również przedzierał się chłód. Trzeszcząca komódka przypominała Arsellusowi o wydarzeniach z domu jego ciotki i choć robił w tej chwili dobrą minę do złej gry obawiał się spotkania z boginem. Niewiele, myśląc odpiął szatę z herbem Ślizgonów – sam w końcu nie łaził po szkole w piżamie, jak co poniektórzy z Domu Lwa! – i rzucił ją Gryfonce. Głupi Ars – nie wiedział, że to może być kolejny powód do ewentualnych plotek...
    – Okryj się, bo jeszcze zaskarżysz mnie o jakieś choróbska i zażądasz moich galonów na leczenie – odparł Ars z lekkim grymasem na twarzy. Uniósł wyzywająco podbródek, słysząc wzmiankę o boginie. Teraz Grudniowy miał ogromną ochotę zabrać swoją ślizgońską szatę. Zmrużył oczy. I już chciał zalśnić ciętą ripostą i ironicznym poczuciem humoru, ale kroki czy szuranie w zasadzie odbijało się, przebijając na moment w obijającej się w środku komody istocie. Teraz Langhorne wiedział, że nadchodząca kara była na wyciągnięcie ręki. Nie dość, że nie było ucieczki od tego cholernego bogina to i przybysz zbliżał się w odpowiednim kierunku. Ślizgon przejechał ręką po twarzy, przesuwając na moment do tyłu ciemne włosy.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Westchnął ciężko, ale w tym samym momencie rozległ się trzask drewna. Coś odbiło się od regału, zrzucając przy okazji książki. Bogin. Wciągnął powietrze i przylgnął plecami do ściany za sobą, a sama masa zmieniała swoje kształty raz po raz, jakby nie mogąc się zdecydować, którą konkretnie formę przybrać. Bogin się wahał, ale w tym wszystkim fakt, że zazgrzytała metalowa bramka, która odcięła zarówno Arsa, jak i Oonę od reszty biblioteki nie została najpewniej zauważona. Langhorne poczuł jak ktoś ciągnie go mocno za sweter szkolnego mundurka w tył, ale zdawać, by się mogło, że Arsa jakoś to nie obeszło. Bogin wybrał sobie właśnie jego. Może dlatego, że znalazł się najbliżej? Kto wie?
      Boleśnie realistyczny obraz znany ze wspomnień Grudniowego z pamiętnych odwiedzin ciotki ponownie pojawił się tuż przed nim. Znajomy dreszcz przebiegł mu po plecach i choć w przód skoczył jakiś nauczyciel to Langhorne nie zwrócił na to większej uwagi. Tępe spojrzenie Arsellus skupiał na boginie, który chwilę potem zmienił swoją postać na wijącego się węża, którego profesor bez trudu zmienił w wielką żelkę, a bogin chwilę potem został unicestwiony. Z otępienia wyrwał go wściekły głos nauczyciela, a Ars wrócił na ziemię nadal z oczami jak spodki
      – Randki?! W środku nocy? W Dziale Ksiąg Zakazanych? – warczał nauczyciel, patrząc to na Arsa to na Oonę. Taa… Teraz ta szata Ślizgona u Gryfonki nie działała na korzyść ani nie ułatwiała jakichkowleik wyjaśnień. – Proszę za mną! Zobaczymy co w tej sprawie do powiedzenia będzie miał sam dyrektor. – dodał i nie patrząc nawet na dwójkę uczniów ruszył szybkim krokiem przez bibliotekę. Woźny stał tuż obok jakiegoś regału z lampą w ręku i patrząc na nich ze zmrużonymi oczami. Do uszu Langhorne’a dobiegło jego zrzędzenie: „cholerne dzieciaki”.


      [Ewentualne błędy w tekście musisz mi wybaczyć.]

      Ars

      Usuń
  137. [Jasne. Możemy spróbować coś stworzyć. Chciałabym zarzucić ciekawym pomysłem, ale nie jestem pewna, czy mi się uda. Zobaczymy.
    Zależy Ci na jakimś powiązaniu, czy jednak wolisz zaczynać od zera? Wydaje mi się, że nasze postacie na pewno musiały mieć styczność ze sobą na przestrzeni ponad sześciu lat spędzonych w Hogwarcie. Ale tę kwestię zostawiam na razie.
    Pierwszy pomysł dotyczy nieco marnie wyglądającego Caelana, tj. szedłby sobie gdzieś tam bokiem od strony jeziora po małej bójce z pewnym Ślizgonem, udało mu się zatamować krwawienie z nosa, ale podczas powrotu do Hogwartu, znowu mogłoby zacząć lecieć, o czym pogrążony w myślach i zły jak osa, niekoniecznie szybko zdałby sobie sprawę. Natknąłby się na Oonę i... nie wiem, chciałaby mu zreperować prawdopodobnie złamany nos przy pomocy zaklęcia? Powiadomić o płynącej ciurkiem krwi? W każdym bądź razie, pewnie nie tak łatwo dałby sobie pomóc i chciałby iść dalej, w międzyczasie pojawiłby się jakiś nauczyciel albo... może pielęgniarka wracałaby od dyrektora do Skrzydła Szpitalnego (lub na odwrót), spotkałaby ich, widząc twarz chłopaka od razu chciałaby go zaciągnąć do SS, a Oonę wraz z nim, jako pomoc, tj. na przykład wysłałaby ją po brakujące składniki do eliksiru wzmacniającego.
    Drugi pomysł to... hm, robi się późno i zimniej, uczniowie wracają z błoni do Hogwartu, Caelan podnosi swój tyłek z trawy, kroczy jako ostatni za dwiema Gryfonkami, gdy w pewnym momencie jedna z nich się odłącza i kieruje w stronę Zakazanego Lasu. I tak, to byłaby Oona. Wprawdzie już nie jest prefektem, więc nie chciałby jej zatrzymywać, ale może z ciekawości poszedłby za nią. Nie wiem tylko, po co miałaby tam iść. Ale z powodu trwającej wojny, to chyba jeszcze bardziej niebezpieczne miejsce. Mogą się natknąć na jakiegoś podejrzanego jegomościa albo znaleźć coś. Jakiś magiczny przedmiot, może złote jajo. :D Jak wolisz.
    A trzeci wiązałby się z Wrzeszczącą Chatą. Wypad do miasteczka, niby wszystko okej, grupa dzieciaków się odłącza z zamiarem pójścia do Chaty bez konkretnego planu, Caelan skorzystałby z okazji, bo w gruncie rzeczy nigdy tam nie był. I tutaj też mogliby się natknąć na jakiegoś typka spod ciemnej gwiazdy, być może goblina (mógłby nim być jakiś były/obecny pracownik Gringota, który skrywałby tam coś cennego) i to byłoby na pewno podejrzane, bo przecież to bank uchodzi za miejsce idealne do przechowywania czegokolwiek.
    I na razie tyle ode mnie. :D Jeśli wszystkie trzy słabe — mogę myśleć dalej. Lubię wymyślać wątki, choć przez długi czas tego nie robiłam, co być może widać. ;o]

    OdpowiedzUsuń
  138. Ahn przyglądał się, jak przyjaciółka Oony niepewnie puszcza jej rękę, by oddalić się potem na koniec klasy, i przez myśl mu przeszło, że niemal niemożliwym było przeżycie przez dziewczynę Trzeciej Bitwy. Odnosił wrażenie, iż w momencie jakiegokolwiek szoku brunetkę dopadało kompletne wyłączenie świadomości, odrzucenie wszelkich bodźców, kompletne otępienie. Całe szczęście, że obok miała kogoś, kto jej pomógł — albo, że tak naprawdę przedstawiała cechy prawdziwego wojownika, które na co dzień jednak były bardzo głęboko ukryte.
    Zareagował uśmiechem na jej krótkie, retoryczne pytanie, po czym kiwnął delikatnie głową, by potem przysunąć się do niej jeszcze odrobinkę. Profesor dalej szamotał się z kociołkiem, a reszta klasy zdążyła już zauważyć, że kolejne pięć minut mogą poświęcić na beztroskie rozmowy; w sali huczało od rozmów, a Jihoon ledwo usłyszał cichy głos dziewczyny.
    — Nie — wymamrotał w odpowiedzi na jej kolejne pytanie. — Rodzice prawdopodobnie nie znieśliby widoku czegoś tak obrzydliwego na mojej twarzy, ale sam nie mam ochoty jeszcze jej usuwać — wzruszył ramionami — po prostu niczego z nią nie robię.
    W końcu jednak Jihoon oderwał wzrok od Oony, bo nauczyciel z głośnym okrzykiem usadowił kociołek na swoim biurku, zmuszając przy tym wszystkich zgromadzonych do poświęcenia mu uwagi. Przed kolejne dziesięć minut notowali instrukcje co do wykonania Wywaru Żywej Śmierci, a potem odbierali odpowiednie składniki i przygotowywali stanowiska. Ahn miał szczerą nadzieję, że nikt nie zauważył, jak potknął się, gdy wracał do ławki, omal nie roztrzaskując wszystkich buteleczek, które trzymał w rękach. Po tym wypadku odchrząknął nieco i rozejrzał się powoli wokół, choć nie mógł ukryć delikatnego drżenia kącików ust, bo w gruncie rzeczy cała sytuacji go zwyczajnie rozbawiła.
    — Jestem w tym okropnie kiepski — szepnął cicho, odwracając się w kierunku brunetki — więc jeśli coś będzie wyglądać, jakby miało zaraz wysadzić nas w powietrze, zwyczajnie mnie uprzedź. Albo krzyknij, pociągnij za rękaw...
    Pokiwał lekko głową w wyrazie konsternacji, jakby usilnie się nad czymś zastanawiał.
    — Albo nie! Ustalmy jakiś sygnał słowny, na przykład Armaty z Chudley rządzą, czy coś takiego. Wiesz, w razie jakbyśmy zaraz mieli zostać obryzgani przez kwas... Bezpieczeństwo przede wszystkim, partnerze?

    no nie bądź taka! :(

    OdpowiedzUsuń
  139. Roześmiał się, gdy dziewczyna skomentowała swoje magiczne umiejętności, choć faktycznie ze śmiechem miało to niewiele wspólnego; uniósł lekko kąciki ust, jednocześnie wypuszczając powietrze nosem. Zaraz jednak spojrzał na nią z wyrzutem, powstrzymując się przez krótką chwilę przed wypowiedzeniem czegokolwiek.
    — Dobra — mruknął w końcu, odrobinę urażony, stawiając kociołek w odpowiednim miejscu i nalewając do niego niewielką ilość wody. — W takim razie ustanawiam standardowe hasło "uwaga". W sumie więcej osób zorientuje się, co jest grane, niż gdybyśmy wykrzykiwali coś innego.
    Jihoon wręcz przepadał za Quidditchem i pojawiał się na każdych domowych rozgrywkach bez wyjątku, czasem tylko po to, by ponarzekać na inne drużyny, niż faktycznie zażarcie kibicować. Nie przyzwał się przed nikim, że sam w grze był beznadziejny — odkąd tylko dostał pierwszą miotłę w wieku lat ośmiu miał z tym problem. Prawdopodobnie wiązało się to z tym, że kiedyś jego brat zabrał go na taką przejażdżkę po domu, że do tej pory unoszenie się w powietrzu kojarzyło się Ahnowi z czymś zwyczajnie nieprzyjemnym. Brat, Minsoo, miał z tego oczywiście niezły ubaw, ale nigdy nie dowiedział się od Jihoona, jak bardzo chłopak się wtedy przestraszył; nie powiedział nic tylko dlatego, by nie dawać mu satysfakcji.
    — Uwaga — wymamrotał cicho, gdy już przechylał fiolkę z jakimś fioletowym płynem nad kociołkiem z gorącą wodą. Buchnęło parą o nieprzyjemnym, mdłym zapachu, ale według przepisu podanego przez profesora wszystko jak na razie przebiegało bez większych komplikacji. Nie przemawiało na ich korzyść to, że pokonali dopiero pierwszą instrukcje. Oboje zaraz zabrali się do krojenia jakiś dziwnych korzeni o nienaturalnym, jaskrawoniebieskim kolorze.
    — Czym w takim razie się interesujesz? — podjął po chwili. Zwykle przepadał za ciszą i nie miał pojęcia, dlaczego akurat tego dnia zebrało mu się na rozmowy. — Oprócz oczywiście ściągania na siebie kłopotów wszelakiej maści.


    [1. No nie wiem... Chociaż chyba właśnie tak myślę!
    2. I jeszcze Taecyeon z 2PM, i Woobin #szauciau #jasonzdreamhighjestspoko #woobinmaśmiesznebrwi #zdjęcietegodziadkaslashojcajihoonamnieśmieszy
    3. Nieee, to jest raczej tak, że zapamiętuje część słów, które usłysze w dramach/programach/piosenkach. Do tej pory mam problem z alfabetem i o wiele lepiej mi wychodzi czytanie, niż pisanie. No i nie ukrywam, że czasem załamuje ręce nad sposobem koreańkiego zapisu zdań, nojaniemogę. A Ty? :D]

    OdpowiedzUsuń
  140. Przyzwyczaił się do cotygodniowych odwiedzin pobliskiego miasteczka Hogsmeade. Po kilku latach doskonale wiedział, co, gdzie się znajduje i kto tam zwykle przebywał. Były miejsca, które, tak jak Trzy Miotły, często gościły uczniów Hogwartu, a przez to niekoniecznie każdy, kto pragnął odpocząć od znajomych twarzy, lubił przesiadywać w tymże lokalu. Caelan należał do osób szukających nowych wrażeń i nowych znajomości, bo jakby nie patrzeć, zostało mu niewiele miesięcy nauki w murach zamku. Nie planował na stałe zamieszkać w wiosce opanowanej wyłącznie przez czarodziejów, dlatego też pragnął dogłębnie zgłębić wszelkie zakamarki, zanim przyjdzie mu opuścić okolicę.

    W kolejną sobotę, opuszczając sklep z magicznymi dowcipami, pogrążony we własnych rozmyślaniach niefortunnie przystanął przy grupce szóstoklasistów, na co w pierwszej chwili nawet nie zwrócił uwagi. Zafrapowała go mapa Hogsmeade — pożyczył ją od jednego ze starszych czarodziejów jeszcze na czwartym roku i tak się złożyło, że zapomniał oddać. Nie zwykł przywłaszczać sobie cudzych rzeczy, ale tej konkretnej nie miał już potem jak zwrócić, gdyż starszy Krukon opuścił szkołę.

    Tak więc, Abernathy stał pośród młodszych uczniów, nie bardzo zwracając uwagę na to, o czym rozmawiają. Do jego uszu doszło coś na temat nadchodzącego meczu Quidditcha, następnie narzekania na jednego z profesorów i wszystkie te zbędne informacje szybko wylatywały mu z głowy. Myślał nad miejscem, które wypadało odwiedzić. Najlepiej takie, gdzie nie będzie dużo ludzi, gdzie dotąd nie był. Odezwała się w nim chęć przygody... Takiej w miarę bezpiecznej przygody. W trakcie wakacji napotkał dostateczną ilość podejrzanych rzezimieszków, by na razie zaniechać prób zaprzyjaźniania się z kolejnym. Planował okrążyć Hogsmeade, licząc na cudowne zrządzanie losu.
    Wtem usłyszał czyjeś pytanie, podniósł wzrok na osobę zwracającą się do niego i wykrzywił wargi w delikatnym uśmiechu. Przez chwilę był mocno zdezorientowany i owo zdezorientowanie gościło na jego twarzy. Nos mu odrobinę poczerwieniał od chłodnego powietrza, a brunatne piegi stały się widoczniejsze.
    — Gdzie? — zapytał głupio, zwinąwszy starą pogniecioną mapę w niedługi rulonik.

    Jakiś nieznany mu chłopak z szalikiem wskazującym na przydział do szeregów Hufflepuffu, zakomenderował ruszenie do Wrzeszczącej Chaty. Calean w mig pojął, że chyba nie tylko on zapragnął zwiedzać miejsca wcześniej omijane szerokim łukiem przez większość osób.

    Wzruszył ramionami. Wprawdzie wolałby pójść sam, ale nie zaszkodzi dołączyć do innych. Nigdy nie wiadomo, co tam napotkają. Abernathy nie chciał mieć ich na sumieniu. Tak, jasne! Jakby jego obecność wiele pomogła w przypadku zagrożenia. Krukon był dobrym czarodziejem, znał wiele przydatnych zaklęć, ale jak dotąd, nie musiał troszczyć się o nikogo poza sobą samym, a wiadomo, że wtedy łatwiej o podjęcie jakichkolwiek działań. W każdym razie, schował mapę w wewnętrznej kieszeni kurtki.

    — Ktoś musi was pilnować — odpowiedział żartobliwie. Naciągnął czapkę na głowę i ruszył za Ooną. Ach. Griffith... Była siódmoklasistką, nie szóstoklasistką. Jakże musiał być zapatrzony w mapę, aby jej nie dostrzec, choć stała dosyć blisko niego. — Lepiej od razu wyciągnijcie różdżki. Żadne z was nie chce robić tego w trakcie ucieczki z Wrzeszczącej Chaty. Słyszałem, że od niedawna mieszka tam ghul.

    Rzeczywiście krążyło wiele różnych opinii na temat odgłosów dobiegających z opuszczonej chaty. Niegdyś zakładano, że w trakcie pełni przebywał w niej wilkołak. Później obstawiano zjawy łaknące zemsty. Ghul był dopiero którymś z kolei wymysłem ludzkiej wyobraźni. Caelan słyszał te opowieści, ale na dobrą sprawę, nie wierzył. Tak to z nim często było, iż nie ufał ślepo pogłoskom. Wolał przekonać się na własne oczy. Jego słowa nie miały na celu nikogo nastraszyć, ale niewątpliwie zrodziły w uczniach pewne obawy.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Odwróciwszy głowę w przeciwną stronę, napotkał wzrok Krukonki, która nie tak dawno speszyła Oonę. Zdawała się obserwować go od jakiegoś czasu. Nie tylko dziś. Caelan z miną niewyrażającą konkretnych emocji, poszedł przodem. Skoro mieli dotrzeć do chaty przed zmierzchem, to powinni się pośpieszyć.

      [ W porządku. Trzeci pomysł też powinno się jakoś ciekawie rozwinąć. A, i miało wyjść trochę krócej. Jeśli wolisz krótsze komentarze, to powiedz. :v]

      Caelan

      Usuń