19 grudnia 2015

love in technicolour



TIA BOWEN
VII rok, Hufflepuff, Klub Pojedynków

Tia, spośród całej barwnej palety emocji, najczęściej wybiera złość. Nie ma nic nadzwyczajnego w tym, że to właśnie ona, ze wszystkimi swoimi niedogodnościami, utrzymuje Bowen przy życiu; skoro miłość, podobnie jak nienawiść, niszczy, irytacja spija resztki normalności, a obojętność potrafi doprowadzić do skrajnego wyczerpania, najłatwiej postawić na czystą wściekłość. Bowen denerwuje niemalże wszystko, więc mści się na psie, który nie chce się nauczyć sztuczki, mści się na chłopaku zbyt wątłym psychicznie, by spełnić jej wymagania, mści się na sobie samej, po raz kolejny nie potrafiąc odnaleźć się w rzeczywistości.
Całe swoje życie opiera na tym, co myślą o niej inni i tak naprawdę nie posiada wyrobionego zdania na swój temat. Zależnie od tego, co danego dnia usłyszy, uważa się za ładną, przeciętną, mądrą lub beznadziejną, utalentowaną albo przeznaczoną do utylizacji. Gdy ma zły humor, zachowuje się niemalże jak pozbawione percepcji warzywo - nie czuje głodu, nie słucha innych i tylko kiwa beznamiętnie głową, tonąc w otchłani wyrzutów, które najprawdopodobniej sobie wtedy robi. Często histeryzuje, ucieka, marszczy brwi, obraża się, a później pluje jadem na wszystkich dookoła. Jedni się jej boją, drudzy uważają za wariatkę, a jeszcze inni sądzą, że jest dla nich zbyt silna - czego by nie powiedzieć, Bowen na nadmiar towarzystwa nie narzeka. Dlatego też nie chodzi na imprezy, przesiaduje sama na błoniach, za to gdy czuje, że się rozsypuje... uczy się transmutacji. 

Nie jesteśmy samoistni, jesteśmy tylko funkcją innych ludzi, musimy być takimi, jakimi nas widzą.

133 komentarze:

  1. [Cześć! Miło, że pojawiła się tu kolejna Puchonka, jeszcze taka skomplikowana. Mam słabość do tego typu postaci. Mam nadzieję, że zagrzejesz sobie u nas miejsce i będziesz się dobrze bawić. c:]

    Jemma Simmons

    OdpowiedzUsuń
  2. [Witam na blogu kolejną Puchonkę!
    Widzę, że jest członkinią Klubu Pojedynków, Teddy więc ją z pewnością zna :) Szkoda tylko, że nie dołączyła do niego dla siebie samej, a w nadziei zaimponowania komuś, kto nie wydaje się być tego nawet wart z twojego opisu. Mam nadzieję, że Tia w końcu się odnajdzie i nauczy się być sobą dla siebie.
    Życzę udanej zabawy w naszym gronie, a w razie chęci lub braku wątków zapraszam do Teda ;)]

    Teddy Lupin

    OdpowiedzUsuń
  3. [ Ojej, aż miałam ciarki <3
    Tia przypadła mi do gustu, uwielbiam złożone charakterki, ma u mnie dużego plusa - zwłaszcza za to, że wyszła taka... hm. Prawdziwa to chyba odpowiednie określenie. Brawo!
    Życzę wam zatem obu udanego pobytu na blogu i wielu, wielu, wielu wątków! ]

    Freddie Weasley

    OdpowiedzUsuń
  4. [Przykryłam cię, więc przyszłam od razu z odwetem i atakuję, a tu się trafia taka płynna, swobodna i ładna karta! Przeczytałam jednym ciągiem. Dawno już nie spotkałam takiej osobowości na blogach. Tia bardzo mi się podoba i jestem jej ciekawa.
    Mogłaby wyrzucić swoją złość na moją Krukonkę? c: ]

    Ambrosia

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. [Dobra, powinno być: przykryłaś mnie, a nie ja cię.]

      Usuń
  5. [Ojej, w sumie to biedna ta pani. Złość jest... zła xD
    Życzę miłej zabawy, szaleństwa w wątkach i w powiązaniach, morza weny oraz niesłabnących chęci! No i garści czasu, bo jego wiecznie mało c;]

    Zabini

    OdpowiedzUsuń
  6. [ Czyżby Tia była kolejnym nieszczęśliwie zakochanym dziewczęciem? Hogwart złamanych serc :v
    Cześć, cześć. Życzę powodzenia, udanych wątków i chwalę ładne zdjęcie. ]

    Caelan

    OdpowiedzUsuń
  7. [ Och, rozumiem. Biedaczek pewnie nie zdaje sobie z tego sprawy albo najzwyczajniej ją ignoruje? A z jakiego domu jest ten nieszczęśnik? Zainteresowała mnie ta kwestia :D Swoją drogą, w razie popełnienia jakichś pomysłów na wątek bądź powiązanie, Caelan chętnie coś przyjmie! ]

    Caelan

    OdpowiedzUsuń
  8. [Bardzo charakterystyczna postać.
    Witam kolejną Puchonkę, życzę udanej zabawy i zaprszam oczywiście :)]

    Vladimir Karkarow

    OdpowiedzUsuń
  9. [Dawno nie czytałam tak dobrej karty, po prostu... Wow! Tia jest świetna, można powiedzieć, że skomplikowana, choć po zerknięciu na tekst już da się wywnioskować, co nią tak naprawdę kieruje. Jeśli miałabyś ochotę na wątek, wpadaj pod którąś z kart i wymyślimy coś! :)]

    Jihoon/Abigail/Alexander/Mei

    OdpowiedzUsuń
  10. [Tak to już, niestety, zwykle bywa. Trzymać kciuki, by Tia, mimo wszystko nie zaplątywała sobie nim zbytnio głowy.
    Jeśli chodzi o wątek, to może pomoże w jego wymyśleniu fakt, że Teddy jest niewiele starszy od swoich najstarszych uczniów. No i, wszyscy mówią do niego po imieniu, gdyż 'profesor Lupin', to zbyt wiele dla jego wrażliwych uszu xD Niestety nie przychodzi mi w obecnej chwili nic konkretnego do głowy. Gdybyś jednak na coś wpadła, daj znać, a wspólnie coś konkretniejszego wymyślimy xD]

    Teddy Lupin

    OdpowiedzUsuń
  11. [ Najpierw pomyślałam, że Tia mogłaby chcieć wykorzystać Caelana w pewien sposób jako dojście do tego Gryfona — przyjaciel chłopaka jest właśnie z tego domu na tym samym roku, więc byłby punkt zaczepienia, ale... nie mam nic przeciwko, żeby się znali, może nawet całkiem nieźle. Gdyby go tak często o wszystko pytała, to na pewno domyśliłby się, o co chodzi. :D
    Masz jakiś konkretny pomysł na wątek, czy myślimy wspólnie? Do głowy przychodzi mi coś takiego: Bowen zauważa swojego Gryfona niedaleko słynnej herbaciarni, miejsce raczej słynące z zakochany gołąbeczków, toteż byłaby zmotywowana wejść do środka, a tam... Nie wiem, z kim on miałby tam być, najlepiej, jakby to była płeć damska ;v Caelan akurat sobie przechodzi, Tia zaciąga go do lokalu, żeby mieć jakąś przykrywkę dla podglądania albo to on ją dostrzega przez szybę, puka się w głowę, ale jednak wchodzi niechętnie do środka, by namówić ją do wyjścia.
    Chyba, że wolisz coś innego, wtedy mogę myśleć dalej. ]

    Caelan

    OdpowiedzUsuń
  12. Zbliżały się święta, a więc nadeszła właściwa pora na wyszukanie pierwszych lepszych prezentów dla rodziny. Caelan Abernathy uważał tę czynność za wyjątkowo nużącą, szczególnie, kiedy już przestał kupować wymyślne prezenty — starsza z sióstr, Lucy, była Ślizgonką i nic, co otrzymała dotychczas od brata, nie przypadło jej do gustu. Nie mówiła tego wprost, zawsze chowała swoje prawdziwe emocje za sztucznym uśmiechem, ale Krukon za dobrze ją znał, by łatwo się nabrać. Młodsza siostra miała dopiero jedenaście lat i do szczęścia potrzebowała jedynie kolejnej ożywionej miniaturki jakiegoś magicznego stworzenia albo książki traktującej o nich.

    Krukon krążył od jednego do drugiego sklepu, gdzieś po drodze zgubiwszy towarzystwo w postaci dwóch współlokatorów: Daniela oraz Currana, którzy szybko znudzili się szukaniem czegoś dziewczyńskiego i zgodnie odmaszerowali do Trzech Mioteł. Na odchodne zaznaczyli, że będą tam na niego czekać, ale dobrze byłoby, gdyby nie trwało to zbyt długo. Caelan machnął na nich ręką i powrócił do przeglądania… różnokolorowych wstążek do włosów, zmieniających barwę pod wpływem nastroju ich właścicielki. Takim oto łatwym sposobem wiedziałby, kiedy unikać spotkań z siostrą. Genialne!

    Szukanie prezentów zajęło chłopakowi trochę więcej czasu niż planował temu poświęcić. Z drugiej strony niespecjalnie ciągnęło go dzisiejszego popołudnia do obleganej przez uczniów gospody. Cały ten gwar miał na co dzień w murach zamku, toteż będąc w Hogsmeade lubił miejsca względnie ciche i spokojne, czyli takie raczej pozbawione głośnych hogwartczyków. Problem w tym, że świąteczny okres uderzył wszystkim do głów — gdziekolwiek nie spojrzał, tam widział czarodziejów wychodzących bądź wchodzących do lokali, niemal naprzemiennie. Przed paroma minutami na własnej skórze przekonał się, iż lepiej nie wkraczać do tłumnych miejsc, gdyż ludzie byli gotowi kogoś stratować, by dostać się do upatrzonej rzeczy. W tej kwestii mugole i czarodzieje za bardzo od siebie nie odbiegali — większość ludzi z natury uwielbiała święta.

    Miasteczko zostało przyozdobione przeróżnymi dekoracjami świątecznymi, pod Trzema Miotłami rozbrzmiewała radosna muzyka, a ulice pokrywał śnieg. Gdyby nie uporczywy chłód, Krukon na pewno skorzystałby z idealnej okazji do samotnej przechadzki. A tak musiał koniecznie wejść do ciepłego pomieszczenia, aby ogrzać zmarznięty nos, który powoli zaczynał przypominać czerwony nos Rudolfa. Więc, trzymając prezenty pod pachą, ruszył w stronę Trzech Mioteł.
    Obrana przez niego trasa obejmowała herbaciarnię pani Puddifoot. Oczywiście zamierzał ją minąć, jak każdy inny budynek nie będący celem jego wędrówki, ale… zanim chociażby tam dotarł, dostrzegł przed sobą znajomą postać. Dziewczyna była za daleko, żeby go zobaczyć i zdawała się być czymś zafrapowana. Kiedy zniknęła w środku herbaciarni, Caelan zmarszczył brwi. Miał dziwne przeczucie, że wcale nie wybrała się na romantyczną schadzkę z jakimś
    chłopakiem.

    Podszedł bliżej i zajrzawszy przez szybę, napotkał twarz Bowen. Zerknął w tym samym kierunku, w którym ona patrzyła. Widział jedynie obiekt westchnień Puchonki, nie mogąc określić z kim siedział przy stoliku. W każdym razie domyślił się, dlaczego Tia postanowiła odwiedzić tenże przybytek. Pomimo wyraźnej dezaprobaty wykwitłej na twarzy Krukona, nie zrobił ani kroku dalej. Herbaciarnia Pani Puddifoot nie należała do jego ulubionych miejsc. Ba, był tam tylko jeden jedyny raz na trzecim roku bodajże i nigdy więcej nie zamierzał wracać.

    Ale… po chwili wahania, wszedł do środka. Przynajmniej sprawdzi, czy Bowen nie planuje jakiejś głupoty.

    — Masz randkę czy tylko obserwujesz? — spytał, przystając przy zajętym przez Puchonkę stoliku. Spojrzał na Gryfona i jego towarzyszkę, po czym znów przeniósł badawczy wzrok na Tię. — Jeśli drugie, to od razu ci mówię, że nic dobrego z tego nie wyniknie.

    Za jego plecami niespodziewanie wyrósł skrzat z pytaniem:
    „Wziąć pana płaszcz, sir?” Zanim Krukon się obejrzał, wierzchnie ubranie zdążyło zniknąć na wieszaku. Kelnerka podeszła kilka sekund później.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. — Co panu podać?

      — Nic, dziękuję — odpowiedział pośpiesznie, ale mina kelnerki jasno dała mu do zrozumienia, że zamówić coś musi.

      Wybrał byle jaką herbatę, a potem położył trzy niewielkie pakunki na stoliku przed sobą. Teraz już tylko patrzył na dziewczynę surowym wzrokiem.

      Usuń
  13. Była to jedna z tych niewielu sytuacji, które powinny natychmiast wprawić Caelana w stan daleki od komfortowego. Wszelkie związki międzyludzkie opierające się na potencjalnym romansie wywoływały u niego nie tyle panikę, co zwyczajne zdezorientowane godne jedynie kogoś, kto albo nie przywiązywał większej wagi do tego typu spraw, albo posiadał za małe doświadczenie. Krukon należał do obu tych grup w równym stopniu. W swoim osiemnastoletnim życiu odbył może ze cztery prawdziwe randki, w tym tę feralną na trzecim roku, gdy uciekł niemal bez słowa z herbaciarni Pani Puddifoot.

    Ale to nie miała być prawdziwa randka, a Tia Bowen nie była jego hipotetyczną przyszłą dziewczyną. Dlatego nie odczuwał zmieszania, czy zdenerwowania wynikającego z obawy przed zbłaźnieniem się. Wpadł tylko na chwilę… Zakładał, że wpadł tylko na chwilę. Już zdążył zapomnieć, jak nadgorliwe są tutaj kelnerki, więc koniec końców zamówił tę herbatę i zajął wolne krzesło.

    — Jak długo ta nasza randka musi trwać? — spytał, przełożywszy prezenty na sam brzeg stolika. Potrzebowali miejsca na filiżanki herbaty. — Curran i Daniel czekają na mnie pod Trzema Miotłami. Nie żebym za nimi jakoś specjalnie tęsknił, ale na pewno znowu będą próbować podrywać byłą dziewczynę ślizgońskiego pałkarza i chcę popatrzeć, jak przed nim uciekają.

    Dwójka jego współlokatorów stanowiła najgorszy duet kiepskich podrywaczy w całym Hogwarcie. Abernathy od czasu do czasu nieświadomie znajdował się w centrum zdarzenia i przez niektórych mógł być wówczas brany za trzeciego członka Klubu Beznadziejnych Donżuanów. Gdyby zaczęli go szukać po całym miasteczku, oczywiście zaraz po ucieczce przed ziejącym agresją Ślizgonem, to żaden z nich nie wpadłby na pomysł, by zajść do słynnej herbaciarni. Co najwyżej mogliby przypadkiem spostrzec go przez okno, podobnie, jak on uczynił w przypadku Bowen.

    Caelan wspomniał o kolegach, a Puchonka zerkała ukradkiem w stronę swojego Gryfona, co oznaczało, że prawdopodobnie nie słyszała, co do niej mówiono. Krukon darował sobie zwracanie jej uwagi, odchrząkiwanie czy nieco głośniejsze artykułowanie słów. Jego rola opierała się wyłącznie na przypilnowaniu, by dziewczyna nie popełniła jakiejś głupoty. Jak na przykład rzucenie uroku na niewinną towarzyszkę Gryfona, majstrowanie przy jej napoju albo cokolwiek innego. Zazdrosne kobiety były wyjątkowo groźne przede wszystkim dla rywalek. Przy okazji ogrzeje sobie zmarznięte kończyny.

    Wykorzystał okazję do rozejrzenia się wokoło. Kojarzył paru uczniów siedzących przy pobliskich stolikach, głównie z widzenia. Na szczęście w zasięgu wzroku nie spostrzegł żadnej znajomej twarzy. Przynajmniej za pierwszym razem. I kiedy pomyślał, że jest bezpieczny, napotkał ciekawskie spojrzenie Emily Rowen — Krukonki z szóstego roku. Siedziała w kącie pomieszczenia z dwiema koleżankami: po prawej stronie Puchonka z burzą włosów w kolorze mysiego blondu, niejaka Sally albo Molly, zaś po prawej Krukonka o imieniu Grace. Tę drugą znał najlepiej, ponieważ byli na tym samym roku, toteż uczęszczali razem na zajęcia. Najwidoczniej w ten oto sposób zdobywały materiał do rozgłaszania plotek na temat innych hogwartczyków.

    W głowie chłopaka odezwał się głos, który podpowiadał mu, że niedługo zostanie bohaterem kolejnej pożywki dla mieszkańców Hogwartu. I jak zareagował? Rozsunął kąciki ust w rozbawionym uśmiechu, czym odrobinę zdezorientował przypatrujące się im uczennice. Szybko odwróciły głowy w przeciwnym kierunku.

    — Tylko nie oblej się tą herbatą, gdy będziesz tak ciągle zerkać na swojego casanovę. — Powiedział zaraz po tym, jak kelnerka postawiła przed nimi ich zamówienie. Herbata całkiem ładnie pachniała, więc zaryzykuje i ją wypije.

    OdpowiedzUsuń
  14. Nie przeszkadzała mu mała (nie taka mała?) obsesja Tii na punkcie jakiegoś Gryfona, w znaczeniu, że mogła robić, co sobie żywnie zapragnęła. Jedynie, na miarę swych możliwość, próbował nie dopuścić do popełnienia przez nią głupoty, której ona mogłaby żałować, a którą on mógłby powstrzymać zawczasu. Po prostu wolał interweniować wcześniej, niż później wysłuchiwać lamentów. Jakże się cieszył, iż jego siostra nigdy nie przybiegała do niego z płaczem — i wcale nie chodziło o niechęć do zawodzenia czy strumieniu łez, sprawa dotyczyła wyłącznie jego nieporadności w takich sytuacjach. Rzadko udawało mu się kogoś pocieszyć w niedoli. Z udzielaniem mądrych rad bywało czasem lepiej.

    Tylko… co poradzić osobie zaślepionej uczuciem do człowieka, na dobrą sprawę, nieznajomego? Znaczy, Caelan doszedł do prostego wniosku, że Tia tak naprawdę nie zna swego Casanovy i, jak w przypadku większość zauroczeń, sympatię opiera na czynniku fizjonomii. Mógł się mylić. Z drugiej strony, gdyby tak było, gdyby nie miał racji, to tenże Gryfon chyba już dawno dostrzegłby maślane oczy Puchonki wlepione w niego. A może nie? W gruncie rzeczy sprawy sercowe wcale nie były jego mocną stroną, ba!, Abernathy nie dostrzegłby, że któraś uczennica jest nim zauroczona, nawet, gdyby stanęła tuż przed nim z uniesioną buzią, wyrażającą czyste zamroczenie jego niewątpliwą wspaniałością. A takie zdarzenia miały miejsce.

    Nie szczędził wysiłku, by jakoś powstrzymać rozbawiony uśmiech. Określenie lafirynda w odniesieniu do rywalki Bowen, zdawało się nad wyrost przesadzone, ale lepiej nie reagować uśmiechami w chwilach, gdy była szczególnie wzburzona. Więc pokiwał ze zrozumieniem głową, pozwalając dziewczynie na wyrażenie opinii. Ale pojawiło się pytanie. Niebezpiecznie pytanie, które wdrożyło w caelanowym umyśle tryb „Uwaga! Zagrożenie”, więc przypomniał sobie te wszystkie bezpieczne odpowiedzi poznane na przestrzeni wielu lat obcowania z płcią damską. Zapomniał o jednym — nie istniała na świecie żadna właściwa odpowiedź.

    — Nie wiem. Ma… lśniące włosy — zauważył głupio, bardzo głupio i momentalnie pożałował, że w ogóle coś powiedział. Zupełnie bezmyślnie dał Puchonce powód do dalszego roztkliwiania nad parką siedzącą nieopodal. Och, Caelanie, przecież nie jesteś nowicjuszem! — Ale twoje podobają mi się bardziej. Mają ładniejszy kolor.

    Tak, to go na pewno uratuje. A mógł milczeć. Powinien milczeć i dać jej mówić, co chciała. Kobiety lubiły być słuchane. Gdyby ktoś podsłuchiwał ich rozmowę, to w tym momencie na pewno kręciłby głową z politowaniem. Albo przynajmniej patrzyłby z ciekawością na reakcję dziewczyny. Tak czy siak, Krukon wstąpił na minę i miał tego pełną świadomość. Zanim jednak Tia wpadnie w większą irytację bądź, co gorsza, posmutnieje, wysunął kawałek różdżki z kieszeni spodni w przypływie błyskotliwości..

    — Jak chcesz, to możemy im nieco przeszkodzić w randce. Zamienić herbatę w ohydniejszy napój, wyczarować jej ogonek, kocie uszy, bujne owłosienie albo cokolwiek innego. — Nie pamiętał zbyt wielu niegroźnych zaklęć do wykorzystania po kryjomu w otoczeniu tylu ludzi. No, niegroźnych w znaczeniu nieszkodliwych dla zdrowia. W końcu pragnął poprawić nastrój Bowen, a nie wylądować na dywaniku u dyrektora za rzucanie klątw na uczniów, co niewątpliwie byłoby dobrym powodem do wydalenia kogoś ze szkoły.

    Miał być głosem rozsądku, a nie prowodyrem kłopotów. I w sumie sam się sobie zdziwił, że wyszedł z takim pomysłem. Nie żeby był taki miły, uczynny i skory do pomocy, ale… to ta mina jego towarzyszki była winowajczynią. Mina niezwiastująca niczego dobrego. Mina, której tak do końca nie potrafił nazwać słowami. Prawie poczuł dziwne ukłucie gdzieś w środku. Prawie, bowiem tego także nie umiał określić. No i dobrze byłoby uniknąć scenki przyciągającej spojrzenia wszystkich zebranych w przybytku Pani Puddifoot.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Jego nos wrócił do normalnego stanu, piegi przestały tak bardzo rzucać się w oczy, natomiast czapka… A, tak, czapka. Nie zdjął dotąd czapki. Zrobił to teraz i zwinął ją między dłońmi. Następnie przyklepał włosy, które w obecnym stanie były potargane we wszystkie strony świata. Herbata zaczęła mu powoli stygnąć, toteż upił pierwszy łyk, ot tak, bo suszyło go w gardle. Pachniała, i owszem, ładnie, aczkolwiek smak niekoniecznie przypadł krukońskim kubkom smakowym.

      Usuń
  15. Doskonale zdawał sobie sprawę z tego, że poruszył machinę, której zatrzymać już nie mógł. Wprawdzie, w najdalszych zakamarkach umysłu, liczył na chociaż odrobinę zdrowego rozsądku ze strony Bowen, ale może, tylko czasem w wyjątkowych sytuacjach, nie trzeba kierować się żadnym głosem rozwagi. Szybko rozważył tę myśl. Przelotne zerknięcie na podekscytowaną dziewczynę, pozwoliło mu ostatecznie podjąć decyzję o dokonaniu dzieła; dzieła zaproponowanego przez niego samego, więc w razie jakichkolwiek problemów weźmie winę na siebie, odsuwając wszelkie podejrzenia od Puchonki.

    — Dlaczego ktoś miałby uważać cię za zazdrosną? Przecież jesteś na randce ze mną, a wierz lub nie, zapewne nie, ale niektórzy uważają mnie za całkiem… znośnego — odpowiedział a propos uwagi o szukaniu kogoś zazdrosnego w wyniku wpadki z wyczarowaniem ogonka. Uśmiechnął się w tym momencie delikatnie, trochę, jakby żartował, choć w rzeczywistości naprawdę, w oczach poniektórych osób, uchodził za chłopaka przyjemnego dla oka. Nawet więcej niż znośnego. Jednak nie uważał, by zaślepienie Tii Gryfonem, pozwalało dostrzegać kogokolwiek innego na świecie. Dlatego zabrzmiał żartobliwie.

    Przez chwilę obserwował Tię, gdy tak zastanawiała się nad różnymi opcjami, a potem nieomal podskoczyła na krześle niczym zajączek na widok marchewki. Na wzmiankę o jemiole, powędrował wzrokiem do góry. O masz, zapomniał o tej jakże uroczej roślince wiszącej nad każdym ze stolików. Przez jego twarz przeleciał słaby grymas zniesmaczenia. Szczerze nie znosił takich tanich chwytów. Nie dość, że wtedy czuł się mało wyjątkowy, to i jego potencjalna randka wiele wówczas traciła. Może znalazł się tutaj przypadkiem… Może oboje znaleźli się tutaj przypadkiem, choć co do Bowen miał podejrzenia, ale w oczach innych ludzi, tych zebranych w lokalu, zapewne stanowili kolejną zakochaną parą. Albo przyszłą zakochaną parę. W każdym razie, ta nagła myśl, która zaświtała w głowie Caelana, wydała mu się nad wyraz paskudna — otóż uświadomił sobie, że teraz ktokolwiek mógłby dojść do wniosku, jakoby był… aż tak banalny! Banalnie kiczowaty Abernathy, taki wielki pseudo indywidualista, nie mogący wymyślić niczego lepszego od obleganej przez wszystkich herbaciarni Pani Puddifoot.

    Zdegustowany grymas trwał najwyżej sekundę, lecz myśli pozostały z nim dłużej. Mieli jednak zadanie do wykonania, toteż zamiast rozpatrywać kwestię własnej szablonowości, skupił się na przypominaniu formułek zaklęć. W końcu odnalazł coś, co powinno zadziałać. Użył tego raz przed dwoma laty, nie pamiętał w jakim celu. O ile się nie mylił, to czar polegał na wyczarowaniu kilku niewielkich pasożytów. Trudność wynikała z umiejscowienia tych stworzeń na jemiole, ale raczej powinno się udać.

    — Patrz teraz na mnie i nie odwracaj się, dopóki niczego nie usłyszysz. — Mówiąc te słowa, wyswobodził jedną rękę z uścisku Bowen i zsunął ją pod stolik. Wyjął różdżkę z kieszeni spodni, po czym odrobinę przekręcił głowę w lewo, aby mieć widok na jemiołę wiszącą nad właściwym miejscem. W tej sytuacji nie wypada się pomylić.

    Wykorzystał znajomość zaklęć niewerbalnych, których skuteczność ćwiczył od dłuższego czasu na różnych przedmiotach. Odpowiednio skumulował myśli na roślince, a kiedy czar zadziałał, dyskretnie ukrył swą różdżkę w kieszeni. I potem spojrzał na Tię. Kilkanaście sekund później usłyszeli pisk dobiegający od gryfońskiego stolika. Wszyscy zwrócili tam wzrok, tak samo więc uczynił Caelan. Pech chciał (nie tylko pech?), że robaczki spadły również we włosy Casanovy. Któraś z kelnerek zaraz do nich przybiegła, chcąc sprawdzić, co spowodowało okrzyk przerażenia. Trójka dziewcząt siedzących w kącie pomieszczenia, od razu zaczęła się śmiać. Miały bodajże najlepszy widok na całe zajście.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Towarzyszka Gryfona podskakiwała na krześle, próbując pozbyć się szkodników ze swojej misternie ułożonej fryzury. Chyba nie wpadła na to, by wykorzystać różdżkę. Kelnerka natomiast obserwowała podejrzaną jemiołę. Nie była w stanie określić, jak robaki zdołały się tam dostać, ale też nigdy dotąd ich nie sprawdzano.

      Abernathy omiótł szybkim spojrzeniem całą salę, na koniec wracając do filiżanki stojącej przed nim. Herbata była dyniowa z jaśminowym posmakiem, pewnie dlatego krukońske kubki smakowe miały problem z jej przyswojeniem. Kolejny łyk okazał się być lepszy.

      Albo to widok uradowanej Bowen poprawił jakość napoju?

      [ Miałam odpisać wczoraj wieczorem, ale głowa mnie rozbolała i nie byłam w stanie napisać niczego w miarę sensownego ;v ]

      Usuń
  16. Piegi? Piegi miały być jego największą wagą? Trochę go to zaskoczyło, ale nie dał niczego po sobie poznać. Jak dotąd nigdy się nad nimi nie roztkliwiał i z tego, co pamiętał, wiele dziewcząt uważało ja za urocze, a przynajmniej takie określenie najczęściej padało z ich ust. Puściło uwagę mimo uszu, choć cisnęło mu się, żeby coś odpowiedzieć. Miał na głowie ważniejszą sprawę niż nieudana złośliwość Bowen. Nieudana, ponieważ Caelan jedynie uśmiechnął się nieznacznie w geście pobłażania. Chyba zawsze w pewnym stopniu odpuszczał Puchonce większość jej dziwnych, nierozważnych bądź też uszczypliwych komentarzy. Podobnie z zachowaniem. Czasem odpowiedział, czasem zwrócił uwagę, ale w ostateczności za każdym razem wszystko tolerował. Sam wszakże nie był ostoją prawości i roztropności, a już zdecydowanie przykładem człowieka pozbawionego wad.

    Filiżanka z herbatą dosyć szybko zafrapowała Krukona do tego stopnia, że przestał patrzeć na Gryfona i jego randkę, którzy oboje wciąż próbowali pozbyć się robaczków ze swych delikatnych fryzur. Zamieszał resztą napoju, by w słabym świetle dostrzec fusy zebrane na dnie naczynia. Przypomniała mu się dawna lekcja wróżbiarstwa na trzecim roku, gdy nauczycielka wykładała, jakoby z fusów można było odczytać przyszłość. Wystarczyło rozpoznać przedmiot lub zwierzę i sprawdzić w specjalnej księdze, tj. podręczniku, co ów oznacza. Niespecjalnie wierzył w takie rytuały przeprowadzane przez najzwyklejszych uczniów Hogwartu pozbawionych zdolności jasnowidzenia, ale parę razy usiłował czytać z cedzin po herbacie. Może nieco później spróbuje raz jeszcze.

    Tymczasem Tia ułożyła przed nim jakieś podłużne eleganckie pudełeczko. Opakowanie wskazywało na sklep Scrivenshafta. Rozpoznał je, bo sam odwiedził tenże lokal dzisiejszego popołudnia, gdy w akcie desperacji późnymi zakupami świątecznymi, zachodził po kolei do każdego budynku gospodarczego w Hogsmeade. Podarunek był niespodziewany, więc na twarzy Caelana pojawiło się najszczersze zdziwienie i odrobina zmieszania. Nie miał przy sobie nic, co mógłby jej w zamian ofiarować jako prezent. W dwóch pakunkach znajdowały się rzeczy przeznaczone dla jego sióstr, zaś trzeci… Hm, trzeciemu nie przydzielił konkretnego właściciela. Niewielki pakunek zawierał ostatnie czekoladowe kociołki z Miodowego Królestwa. Jedna z dziewcząt, na oko trzecioklasistka, prawie wyciągnęła różdżkę, byle tylko dorwać je jako pierwsza. Kiedy jednak spostrzegła, że ma do czynienia ze starszym uczniem, porzuciła swój plan i przeszła w inną sekcję słodyczy. Tak oto odniósł nieświadome zwycięstwo.

    Więc tak przez chwilę zerkał niepewnie na to granatowe pudełeczko ze złotymi elementami. Odstawiwszy filiżankę na spodek, podniósł prezent i obrócił go między palcami. W końcu otworzył eleganckie wieczko, by ujrzeć równie wytworną zawartość. Było to jedno z piór, które nie tak dawno oglądał. Ponoć edycja limitowana inspirowana ulubionym piórem samego Albusa Dumbledore’a. Krukon wyjął je ostrożnie, jakby podnosił coś kruchego. Obejrzał przedmiot uważnie z każdej strony, bo nie miał na to za bardzo czasu wcześniej w sklepie.

    — Oglądałem je dzisiaj u Scrivenshafta, ale ciebie tam nie widziałem — uznał, że wreszcie wypada odezwać się słowem. Odłożył pióro z powrotem do pudełka i uśmiechnął kątem ust, podnosząc wzrok na Tię. — Dziękuję, to bardzo ładny prezent.

    Ponownie rzucił ukradkowe spojrzenie na trzeci z pakunków i… po zastanowieniu przesunął je powoli w stronę Puchonki. Na początku, gdy dopiero podszedł do stolika i odłożył prezenty, powiedziała, że ma nadzieję, iż któryś z nich jest dla niej. Cóż, w pewnym sensie miała więc rację, o czym przed momentem sobie przypomniał. Z drugiej strony poczuł się zawstydzony — ona podarowała mu piękne pióro, a on bombonierkę w kształcie kociołka z czekoladkami w takim samym kształcie. Nie wiedział, że to tylko upominek niejako odziedziczony po koleżance Bowen. Najwyraźniej przypadek rządził dziś ich losem.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. — Lubisz je, prawda? To było ostatnie opakowanie, wszystkie wyprzedały się przed południem. Musiałem o nie walczyć. — Tą wzmianką chyba chciał dodać im garstkę wyjątkowości. W duchu liczył, że nie pomylił faktów i te czekoladki były ulubionymi słodyczami Tii. Na szczęście nie zwykł rumienić się jak zawstydzone dziewczęcia, chociaż jego niebieskie oczy wyrażały zakłopotanie, które dziewczyna mogła odebrać jako niepewność czy — o zgrozo — speszenie.

      Jeszcze tego brakowało, by pomyślała, że taka prozaiczna wymiana prezentów go zawstydza. Choć… tak naprawdę rzeczywiście gdzieś w głębie odczuwał obawę przed zawodem na twarzy Bowen. Ale w porę zdusił to uczucie.

      Gdy on tak podsuwał czekoladowe kociołki, towarzyszka Gryfona wstała z krzesła i odeszła od stolika. Być może szła do łazienki, a być może właśnie zmierzała do wyjścia, by zakończyć spotkanie. Abernathy nie potrafił określić, dokąd się udała, bo nawet nie spojrzał w tamtą stronę.

      [ Edycja limitowana! :D Jak chcesz, to te czekoladki nie muszą być jej ulubionymi, ale wtedy na pewno Caelan się zawstydzi z powodu swojej wielkiej gafy. ;v ]

      Usuń
  17. [Witaj! Spóźnione, ale urlopy takie są ;D Chwilę Cię nie ma i masz multum zaległości. Hej jeszcze raz i baw się dobrze!]

    M. Harrison/J. Gordon/J. Elias

    OdpowiedzUsuń
  18. Choć czuł się głupio w trakcie wymiany prezentów, to wcale nie uważał, że Tia stała dla niego niżej w hierarchii niż on dla niej — nie był ani dobry w wymyślaniu prezentów, ani szczególnie pamiętliwy, co do osób, którym wypada coś podarować. Był bardziej człowiekiem lubiącym symboliczne podarunki. Niezbyt drogie, niekoniecznie wyszukane, ale po prostu miłe. Wprawdzie, gdyby wcześniej ustalili jakąś datę obdarowania się wzajemnie, na pewno wysiliłby mózgownicę i kupił jej coś lepszego od czekoladowych kociołków, które nawiasem mówiąc, były ulubionymi słodyczami Caelana. Ale o tym też teraz nie wspomni, bo mogłaby dojść do wniosku, że oddał je pod presją sytuacji. I przecież naprawdę zdawało mu się, iż żadne smakołyki z Miodowego Króleswa nie stoją u Bowen wyżej od tych.

    Podczas, gdy ona odpakowywała kociołek ze słodką zawartością, Abernathy w tym czasie z zaciekawieniem obserwował czerwone plamy powstałe na jej policzkach. Nie potrafił sobie przypomnieć, czy wcześniej już je widział. Do tej pory nie zdarzyło im się tak zwyczajnie siedzieć naprzeciwko siebie, więc nie miał okazji, by przyjrzeć się twarzy Tii. Przez myśl przeszło mu, że gdyby była również posiadaczką piegów, to wyglądałaby… uroczo taka zarumieniona. Dlaczego zarumieniona? W pomieszczeniu nie było zimno, właściwie nawet całkiem gorąco z powodu mocnego ognia palącego się w kominku. Niechętnie zerknął kątem oka w stronę Gryfona i stwierdził, że pewnie tak reagowała na jego bliską obecność.

    — Jak mógłbym o tobie zapomnieć? Ciągle mnie wypytujesz o porady w zdobyciu Casanovy. — Nie chciał brzmieć złośliwie, może próbował zażartować, ale wyszło trochę topornie. Zabrzmiał, jakby miał do niej wyrzuty o… no właśnie, o co konkretnie? O to, że zadawała pytania? Czy że zawsze chodziło o tę jedną osobę? Nie wiedział. — Oczywiście nie mam nic przeciwko. Zawsze chętnie ci pomogę.

    Po tych słowach sięgnął po podstawioną czekoladkę w kształcie kociołka. Rozpakował folię i od razu wsunął całego cukierka do buzi. Za każdym razem z miejsca zjadał połowę opakowania, drugą część zostawiając na później. Nie był specjalnym łakomczuchem, lubił chyba tylko te Czekoladowe Kociołki, Musy-Świstusy i Czekoladowe Żaby ze względu na karty znanych czarodziejów, które zbierał przed kilkoma laty. Wyjątkowo przepadał za nadzieniem z Ognistej Whiskey, jak i samym trunkiem, mimo, iż wcale nie należał on do najsłabszych. Kremowe piwo uważał za przyzwoite, ale nadające się jedynie jako zastępstwo dla soku dyniowego.

    — Moglibyśmy później wstąpić do Trzech Mioteł? Curran i Daniel… Cóż, nie wiem, czy będą tam na mnie czekać. Czasem mówią, że coś zrobią, a potem znikają gdzieś bez słowa — przerwał na moment i uśmiechnął się buńczucznie, by zaraz dodać: — Nie, zapomnij. Jesteśmy na randce, prawda? Nie powinienem cię tak szybko porzucać dla kolegów.

    Pochwycił filiżankę z herbatą i w dwóch łykach ją dokończył. W ostatecznym rozrachunku uznał, że smakowała nie najgorzej, lecz drugi raz nigdy jej nie zamówi. Rozmieszał łyżeczką fusy, a potem przysunął naczynie bliżej oczu, by przyjrzeć się ich kształtowi. W pierwszej chwili wyglądały jak kwiatek, w drugiej przypominały kompas, a w trzeciej… Zaśmiał się i podsunął porcelanową czarkę Puchonce. Wciąż trzymał ją za uszko.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. — Spójrz. Co widzisz? Nie wygląda jak kociołek? — spytał rozbawiony, pozwalając, by dziewczyna mogła przeanalizować to, co widzi, po czym odstawił filiżankę na spodek. Był ciekaw, jaką postać przyjęły cedziny po jej herbacie.

      Jednak zamiast zapytać, zaczął zastanawiać się nad znaczeniem tegoż domniemanego kociołka. Do niczego sensownego nie doszedł, więc oparłszy plecy wygodnie, ułożył obydwie ręce daleko na stoliku. Niemal na całej jego długości. Gdyby byli na prawdziwej randce, w taki sposób starałby się lekko dotknąć swoją towarzyszkę, ale w tym momencie chodziło wyłącznie o wygodę. Niewiele myśląc, odwrócił głowę w lewo, żeby sprawdzić, jaka sytuacja panowała w kręgu trzech plotkujących dziewcząt. Jeśli pamięć znów go nie myliła, a raczej, jeśli Daniel czegoś nie pomylił, to jedna z nich — Puchonka zwana Molly bądź Sally — swego czasu wodziła za Caelanem maślanym wzrokiem. Aktualnie tylko ona obserwowała Abernathy’ego i Bowen. Trochę powolnie odwróciła głowę, niewątpliwie speszona przyłapaniem przez Krukona, który i tak nic sobie z tego nie robił. W ogóle nie wydawała mu się podejrzana.

      Chłopak powrócił spojrzeniem do Tii i pomyślał, że w sumie mogą pójść do Trzech Mioteł. Ot tak, żeby coś zjeść albo wypić ognistą whiskey przed powrotem do zamku. Co wtedy z Gryfonem? No nie, zapomniał o nim, a Bowen mogła chcieć iść tam, gdzie on. Nie wiedzieć czemu, każda myśl o tym uczniu, w jakiś sposób irytowała Caelana.

      Usuń
  19. [Haha sax to dobry instrument ;D Każdy dobry na wyrywanie panienek prócz trójkąta i fletu xD Na wątek zawsze zapraszam! Na razie jestem w trakcie odpisu, więc nic konkretnego nie zaproponuję, ale napisz jaki masz pomysł, a ja za 15 minut będę cała Twoja :)]

    Matt Harrison

    OdpowiedzUsuń
  20. Prawie parsknął śmiechem na wzmiankę o swoich rzekomych perypetiach sercowych. Jakimś cudem powstrzymał tę reakcję i tylko pokręcił lekko głową z niedowierzaniem. Prawdopodobnie jedynie on wiedział (on, jego siostra i współlokatorzy), że Caelan Abernathy nie prowadził aktualnie żadnego życia miłosnego, a i wcześniej bywało z tym różnie. Na świecie było tyle innych ciekawszych rozrywek niż pogoń za humorzastymi nastolatkami, które przeważne nie miały pojęcia czego chcą. Ale nie powiedział tego na głos. Przyjął tę tajemniczą minę, jak gdyby rzeczywiście coś ukrywał i w ramach zabawy postanowił przedłużyć oczekiwanie na odpowiedź.

    Ponownie zerknął na dziewczyny siedzące przy stoliku w kącie pomieszczenia. Znowu przyłapał podglądaczkę, ale tym razem znacznie szybciej odwróciła ona głowę, udając, iż zainteresowała się parką nieopodal. I może faktycznie tak było, gdyż powstało pewne poruszenie. Towarzyszka Gryfona żywo zaczęła komentować jakąś kwestię, na co sam Gryfon próbował ją chyba uspokoić czy zatrzymać na miejscu. Po kilku sekundach ich rozmowa przycichła, więc poniektórzy wścibscy klienci musieli znaleźć lepszy obiekt obserwacji.

    — Hm, ptak, powiadasz? Może kształt fusów wskazuje na Puchonkę, pragnącą uwolnić się od pewnego irytującego Casanovy. O, czekaj, czy wygląda jak feniks? Odrodzisz się więc z popiołów swojego zaślepienia jako zupełnie wolne stworzenie! — Z mizernym skutkiem naśladował ton głosu nauczycielki wróżbiarstwa. Kobieta zawsze tłumaczyła znaczenie poszczególnych symboli w sposób podniosły, lecz z wyraźną nutką trwogi. Nawet, jeśli wróżba była pomyślna.

    Też potrafił być złośliwy w sposób żartobliwy. Posiadał tę umiejętność trafnego ujmowania sytuacji w pozornie niepoważnej wypowiedzi. Lucy Abernathy często popisywała się podobną zdolnością. A jeśli miałby poważnie interpretować kociołek powstały z fusów, to najprędzej postawiłby na sympatię, jaką darzył eliksiry. Były jego ulubionym przedmiotem i często eksperymentował z warzeniem mikstur, co nie zawsze dobrze się kończyło. W przyszłości planował… I tutaj był problem, bo niczego jeszcze nie zaplanował. Caelan wciąż nie określił swojej wizji przyszłości, choć wszyscy z zewnątrz go przymuszali do podjęcia wyboru. Im mniej miał czasu, tym większe niezdecydowanie kołatało mu się w głowie.

    Nadal nie skomentował uwagi o dziewczęciu wlepiającym w niego oczy. Uznał to za tak mało ważne w obliczu potęgi wróżbiarstwa z fusów oraz własnych rozmyślań, że zapomniał o pytaniu Puchonki. Zresztą, zauważył, jak co chwilę się kręciła, wierciła, próbowała nie zerkać w kierunku Casanovy. Albo zerkać? W każdym razie widział jej starania i bardzo mu się one nie spodobały. W którymś momencie przestała go słuchać, dlatego układała nielogiczne zdania. Nie dostrzegł jej wzroku utkwionego na swoich piegach, więc uznał, że myśli zaprząta jej Gryfon. I po raz kolejny poczuł dziwną irytację wynikającą bodajże z samego jestestwa owego ucznia Hogwartu. Trzeba przy tym zaznaczyć, iż prawie wcale go nie znał. Niechęć Krukona wynikała przede wszystkim z zachowania Bowen wobec obiektu westchnień. Finnigan, gryfoński kolega Caelana, również ostatnio nieszczególnie za nim przepadał, ale z zupełnie innych powodów. Jak to ujął: „Ukradł mi dziewczynę!” Nic więcej nie dodając.

    — Nie mam pojęcia. Jest Puchonką, to ty powinnaś ją znać. Ma na imię Molly albo Sally. Pewnie szuka sensacji, dlatego na NAS patrzyła. Jesteśmy na randce, zapomniałaś? — wyszczerzył zęby w niezbyt szerokim uśmiechu i ułożył swą dłoń na dłoni Tii. Chwilowo. Chciał ją ująć, tak, jak robiono to na prawdziwych randkach, ale średnio mu wyszło, bo raptem odrobinę poklepał opuszkami palców jej skórę i zaraz cofnął rękę. Nigdy przedtem ani nie siedzieli naprzeciwko siebie przez dłuższy czas, ani nie nastąpiło między nimi do jakiegoś zamierzonego kontaktu fizycznego. Odrobinę się speszył.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Trochę suszyło go w gardle, a nie miał przed sobą nic, czym mógłby zaspokoić nagłe pragnienie. Drugiej herbaty nie chciał zamawiać, ale z drugiej strony, gdyby mieli tutaj jeszcze posiedzieć, to w końcu będzie musiał przywołać kelnerkę. Warto więc było sprawdzić plany Bowen.

      — Jaki masz plan na później? Wracamy do zamku czy chcesz iść gdzieś jeszcze? Na przykład tam, gdzie twój ulubiony Gryfon — spytał, unosząc brew i marszcząc delikatnie czoło.

      Niespodziewanie ktoś zapukał w szybę. Caelan momentalnie odwrócił spojrzenie i… zobaczył zmarznięte oblicze Ellisa Finnigana, wspomnianego wcześniej wychowanka Domu Lwa. Uśmiechał się szeroko, niemalże głupkowato, gdyż przyłapał kolegę na „randce”. Mina jasnowłosego chłopaka prędko zrzedła na widok towarzyszki Gryfona, o czym Krukonowi przyszło dowiedzieć się dużo później. Ellis w mgnieniu oka przeszedł z radości do zdenerwowania. Zacisnął pięści i przez moment wyglądał tak, jakby miał wejść do herbaciarni. W końcu machnął niedbale ręką w geście pożegnania i ruszył w drogę powrotną do Hogwartu.

      A Caelan mógł teraz myśleć tylko i wyłącznie o przyszłych konsekwencjach tego zajścia — pal licho plotkary, żaden z jego kolegów nie wierzył w to, co zazwyczaj opowiadały, ale skoro zostali przyłapani przez Finnigana, to sprawa nieco się skomplikowała. Gryfon nieszybko uwierzy, że Abernathy był na randce z czystego przypadku. Już przedtem sugerował mu różne brednie odnośnie poszczególnych dziewczyn, jak chociażby Molly lub Sally, a nawet Bowen. O tej drugiej wyraził się krótkim: „Musi cię lubić, skoro ciągle pyta cię o radę”. Nie trafiła do niego odpowiedz, że być może był jedynym chłopakiem, który jakkolwiek chciał pomóc.

      [ Czy ten Gryfon ma jakieś imię? :D ]

      Usuń
  21. [Haha xD Woodstock Harrison robi regularnie, więc zapraszam. Wgl to on ją może nauczyć jak grać serenady pod oknem czy coś XD Ja to widzę! Taki meksykański/hiszpański podryw hah]

    Matt Harrison

    OdpowiedzUsuń
  22. — To mój przyjaciel, Ellis Finnigan, siódmoroczniak z Gryffindoru. Bardzo często siedzi koło mnie na eliksirach i obronie przed czarną magią. Zdaje mi się, że zobaczył coś, co zdecydowanie nie przypadło mu do gustu… — ostatnie zdanie wymruczał podejrzliwym tonem, zwracając wzrok w stronę, w którą kolega patrzył: na stolik pary nie tak dawno wytrzepującej robaczki ze swych włosów. Ze wszystkich gryfońskich opowiastek wynikało, iż Finnigan nie darzył Thomsona wielką sympatią, a i ten nieszczególnie go lubił. Caelan przypomniał sobie o jakiejś dziewczynie, ostatnim obiekcie westchnień Ellisa, ponoć skradzionej przez Casanovę. Logiczne więc było, że chodziło o rywalkę Bowen.

    Krukon westchnął w duchu, bo problemy sercowe wszystkich ludzi dookoła, zaczynały go nużyć. Ani z niego ekspert, ani fanatyk romansów, ale jakimś zrządzeniem losu w pewnym stopniu go one dotykały. Chociażby dzisiaj, gdy trafił przypadkiem do herbaciarni, myśląc, że jedynie sprawdzi, co Tia tutaj wyczynia, a potem sobie spokojnie wyjdzie. Z nią albo bez niej. A tak minęło około pół godziny i nadal przebywa w lokalu Pani Puddifoot. W gruncie rzeczy wcale nie odczuwał upływu czasu, dyniowa herbata okazała się być całkiem smaczna, zaś Thomson… Thomson pozostał irytujący bez zmian. Caelan postanowił, żeby chłopaka nie znosić i uparcie trwał przy tej decyzji, choć zwykł najpierw poznawać ludzi, a dopiero później określać swoje uczucia względem nich. Zwłaszcza te negatywne. W obecności tegoż Gryfona, Abernathy i Bowen reagowali równie mocno — ona uwielbieniem, oddaniem i czym tam żywnie chciała, on natomiast niechęcią, poirytowaniem i przemożną ochotą do wymazania go z pamięci. Nie tylko własnej.

    — Mogę na ciebie poczekać pod Trzema Miotłami. Przy okazji sprawdzę, czy nie ma tam Currana i Daniela. Jeśli będą, to powiem im, żeby wracali do zamku. — Stwierdził, że lepiej będzie wrócić osobno aniżeli z tą dwójką i Tią, którą najprawdopodobniej zasypywaliby pytaniami natury kobiecej. Współlokatorzy Caelana zawsze lubili wykorzystywać okazję do poznania mądrości życiowych, mogących przyczynić się do polepszenia ich wizerunku w oczach płci żeńskiej. Abernathy szczerze uwielbiał się z tego naśmiewać.

    Dosyć niezręcznie wyszło z muskaniem dłoni Puchonki. To był jedynie chwilowy impuls, nic szczególnego, więc pomimo lekkiego zmieszania, zbagatelizował jej reakcję. Nie zamierzał robić tego we właściwy sposób, jak należało na randce, bo nie widział dobrego powodu. Plotkary zerkały na nich od czasu do czasu, ale częściej obdarowywały uwagą stolik Thomsona i jego towarzyszki. Szeptały między sobą, chichocząc w niektórych momentach. W herbaciarni panował ogólny spokój, niezmącony już przez wybryki żadnego młodego, acz zdolnego czarodzieja. Krukon zauważył, że pomimo obecności lafiryndy na romantycznym spotkaniu z ukochanym Tii, dziewczyna miała całkiem dobry humor. Przyznał sam przed sobą, iż jej śmiech był wystarczającym wynagrodzeniem dla późniejszych plotek.

    Na myśl o kolacji w Wielkiej Sali, o tych stosach pysznego jedzenia przygotowanego przez skrzaty domowe, Caelan poczuł głód. Dzisiaj znowu nie przełknął niczego poza jedną bułką z dżemem porzeczkowym na śniadanie i tym jednym czekoladowym kociołkiem. Bynajmniej nie dlatego z powodu braku apetytu, przyczyna leżała w zbyt późnym zejściu na dół. Zanim dotarł do jadalni, większość jedzenia zniknęła, a do wyjścia do miasteczka pozostało niespełna kilka minut.

    Nie czekając długo, przywołał kelnerkę do stolika i wyciągnął z portfela należytą sumę pieniędzy. Z przegródki wprost na kremowy obrus wypadło nieco wytarte zdjęcie jego matki. Zorientował się dopiero, gdy zapłacił, a młoda kobieta odeszła, mówiąc, że za momencik przyśle skrzata z ich płaszczami. Krukon pośpiesznie zasłonił fotografię, po czym zsunął ją ze stolika i schował z powrotem do portfela. Raz, że prawie nikomu nie pokazał, jak jego rodzicielka wyglądała, a dwa, iż wolał teraz nie wracać do niej myślami.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Skrzat deportował się tuż obok, w ręku dzierżąc obydwa wierzchnie odzienia. Caelan wziął swoje i podziękował, by nałożyć je, a następnie naciągnąć czapkę na głowę. Pechowo dla Abernathy’ego, Matthew Thomson również zdecydował, aby opuścić herbaciarnię wraz ze swoją randką.W tym samym czasie.

      [ No nie, znowu nie udało mi się zmieścić w jednym komentarzu i został taki ogonek ;v ]

      Usuń
  23. [O, panie XD Dobra! Może być :D Jeśli masz czas to zacznij, a jak nie to poczekaj, bo mam 2 odpisy do załatwienia, więc albo dziś poleci początek albo jutro ;)]

    Matt Harrison

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. [CHociaż nie wiem czy nie lepsze byłoby gdyby Tia wyznawała miłość jakiemuś typowi pod oknem, a Harrison ukryty w krzakach podpowiadał jej tekst XDD]

      Usuń
    2. [Wszystko będzie gotowe zgodnie z życzeniem xD]

      Usuń
  24. Caelan nigdy nie wspominał o swojej matce, bo prawie nikt go nie pytał, a jeśli pytał, to zaraz został odprawiony z kwitkiem. Oczywiście w Hogwarcie mało która tajemnica rodzinna pozostaje ukryta przed plotkującym gronem uczniów. W końcu zawsze ktoś komuś powie, ta osoba powtórzy następnej i szybko już wszyscy wiedzą. Hogwartczycy raczej kojarzyli, że Lucy i Caelan mieli wspólnego ojca, lecz różne matki. Rodzicielka Lucy pracowała jako uzdrowicielka na oddziale urazów pozaklęciowych, natomiast ich wspólny ojciec był malarzem portretów czarodziejów. Wszyscy o tym wiedzieli. Zaś co do matki Abernathy’ego, sprawa wyglądała odrobinę inaczej —część uczniów uważała ją za martwą, niektórzy za zaginioną, jeszcze inni za porwaną przez jakiegoś cygańskiego szamana, a tylko garstka znała prawdę; zaledwie troje ludzi, nie wliczając do tego siostry Krukona. Bo i po co każdy miał wiedzieć?

    Fotografia przypominała o matce w chwilach, gdy w jakiś sposób potrzebował jej porady, obecności albo po prostu tęsknił bardziej niż zwykle. Ostatnio zauważył, że tęskni coraz rzadziej, że przestał z tak wielkim rozrzewnieniem o niej myśleć, a wspomnienia z dzieciństwa zaczęły blednąć. W przeciwieństwie do mugolskich dzieci pozbawionych matki, on miał magię, a magia pozwalała mu zachować najżywsze urywki z okresu, gdy był małym chłopcem. Z myślodsiewni korzystał dotychczas trzy lub cztery razy — fiolki ze wspomnieniami ukrył bezpiecznie na samym dnie kufra z ubraniami i innymi drobiazgami. Nikt, poza nim, ich nigdy nie widział.

    Otrzymawszy płaszcz, portfel ukrył w jego wewnętrznej kieszeni. Zawsze rozsądniej trzymać pieniądze ukryte w lepszym miejscu aniżeli tylna kieszeń spodni, skąd mogłyby wypaść, co zdarzyło się wielu ludziom. Caealan, choć uważał się za rozsądnego, jak przystało na wychowanka Domu Kruka, nierzadko postępował dosyć impulsywne, żeby nie powiedzieć głupio. Ale zachowanie to wynikało z nowej (najczęściej krępującej) sytuacji, w której nie bardzo rozumiał, jak powinien postępować. Na przykład dzisiaj. Otrzymał prezent od Tii, który mu się spodobał, więc to powiedział. Nie sądził, by jego reakcja była istotna. Zresztą, przeważnie był człowiekiem raczej powściągliwym.

    Matthew przepuścił Puchonkę w drzwiach, a potem rzucił spojrzenie na Caelana, dając do zrozumienia, że może iść pierwszy, jeśli chce. Krukon rozsunął jeden kącik ust w czymś, co miało być oznaką zuchwałości. Niewerbalnie powiedział tym samym, że sam sobie potrafi przytrzymać drzwi. Ale nim się obejrzał, Tia złapała go za rękę, więc poszedł za nią. Wypadało nie stawiać oporu swojej „randce”.

    — Zauważyłaś, że jestem od niego wyższy? — spytał nagle, kiedy tak szli przez dłuższy czas w milczeniu. — Zabawne, wcześniej nie zwróciłem na to uwagi. Może teraz powinienem nazywać go goblinem albo skrzatem, a nie Casanovą, jak uważasz? — Zerkał na dziewczynę z szelmowskim uśmiechem, starając się jednocześnie nie wpaść w żadną zaspę śnieżną.

    Pozbawione chmur niebo, wydawało się mienić porcelanowym lazurem. Efekt ten potęgował drobny, acz suchy opad śniegu. Płatki przylegały do materiału płaszczy, wyraźnie kontrastując z ich ciemną barwą. Caelan naciągnął czapkę na głowę jedną ręką, bo druga wciąż była uwięziona w uścisku Tii, czego zdawała się jeszcze nie dostrzegać. Okrycie głowy trochę opornie współpracowało, bowiem jego część zakrywała mu lewo oko i za żadne skarby nie chciało pójść wyżej. Chłopak musiał wyglądać zabawnie w tym momencie. W końcu czapka jakoś znalazła się w odpowiednim ułożeniu na już wystarczająco potarganej krukońskiej fryzurze.

    Hogsmeade, jak co roku, przywdziało świąteczne ozdoby i niezliczoną ilość kolorowych lampek. W drodze do Trzech Mioteł zauważyli imponująco wyglądającą choinkę nieopodal Miodowego Królestwa — była ona przystrojona dekoracjami przypominającymi słodycze i, jak się później okazało, ozdoby rzeczywiście wykonano ze słodkich produktów. Żeby jednak nie kusić łakomczuchów przed pozbawieniem świerka jego ubranka, rzucono specjalne zaklęcia ochronne.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. — Miałaś gdzieś iść przed powrotem do zamku — przypomniał Puchone, gdy dostrzegł na horyzoncie Pub pod Trzema Miotłami. Z lokalu właśnie wychodziła grupka uczniów z Hufflepuffu, a tuż za nimi Brian, trzeci ze współlokatorów Caelana. Brian był brunetem mniej więcej wzrostu Abernathy’ego. Na głowie miał świąteczną czapkę z pomponem, a w ręku trzymał zakupioną przed chwilą butelkę kremowego piwa.

      — Za późno przyszedłeś. Curran i Daniel już uciekali przed Riversem. Żałuj, że nie widziałeś! Biegali wokół stołów, trącając przypadkowych czarodziejów. W końcu oboje wpadli na nauczyciel, nieomal wywracając tę od wróżbiarstwa, i dostali wspólny szlaban za naganne zachowanie poza murami szkoły. Jak to ujęła profesor transmutacji: „Takie dziecinne zachowanie nie przystoi siódmoroczniakom!” Jakby bieganie było najgorszym, co zrobili. — Brian śmiał się perliście, a Caelan wraz z nim. Bardzo żałował, że nie widział tej scenki na własne oczy.

      — A, Brian, to jest Tia. Tia, to jest Brian. Mój współlokator — chłopak zamachał teatralnie ręką i skłonił lekko głowę, wciąż niezmiernie rozbawiony.

      — Miło poznać uroczą damę, a teraz wybaczcie, bo ta butelka sama się nie wypije! Do zobaczenia w Pokoju Wspólnym.

      Zaśmiał się głośno po raz kolejny i nieco nieporadnie obrócił na pięcie, by potem ruszyć żwawo przed siebie. Jego dobry humor chyba nie wynikał jedynie z zabawnych sytuacji, których był świadkiem, ale również z wypitych napojów.

      [ Oto jestem z odpisem. ;D Muszę przyznać, że lubię ten wątek! ;v ]

      Usuń
  25. [Fizyka nigdy nie była moją mocną stroną, niestety niczym Ayn Rand staram się mieszać ścisłą wiedzę z humanistyczną i później tak wychodzi :D
    Tia również jest urocza, mimo tej złości, która nią miota. Uroku dodaje jej przede wszystkim przynależność do Puchonów, których uważam za słodziaków samych w sobie.]

    Raina Hando

    OdpowiedzUsuń
  26. Gdy Brian zaczął swój marsz do zamku, Caelan odwrócił głowę w lewo, żeby wciąż rozbawiony, powiedzieć coś do Tii, ale ta już zdążyła odejść bez słowa. To go trochę zaskoczyło, jednakże odprowadził ją wzrokiem, a potem wszedł do ciepłego lokalu. Nie dopytywał dokąd chciała się udać i później pewnie też nie będzie. Rzecz jasna, przez myśl mu nie przeszło, że ta krótka wymiana zdań ze współlokatorem, zmusi Bowen do płaczu. Ba! Niczego nie dostrzegł, bo wówczas patrzył na odchodzącego kolegę. Był zupełnie nieświadomy reakcji Puchonki, a nawet, gdyby widział łzy płynące po jej policzkach, to miałby ogromny problem z określeniem ich przyczyny. Szybko postawiłby na Matthew Thomsona jako winowajcę i jego randkę.

    Abernathy traktował wszystkich znajomych w podobny sposób. Nie było w jego otoczeniu nikogo, kogo mógłby nazwać wyjątkowym, bo też niespecjalnie znał definicje, którymi powinien się kierować przy nadawaniu łatek poszczególnym osobom. Tia Bowen na przykład stała na równi z resztą kolegów, tylko Lucy należała do wąskiego grona bliższych mu ludzi, ale z powodu pokrewieństwa i oczywistego faktu, że znał ją niemal całe życie. Poza tym, obsesja Tii na punkcie swego wyśnionego księcia, automatycznie zamykała ją na resztę świata — nie dostrzegała innych uczniów płci męskiej i chyba przez zaślepienie jednym osobnikiem, nie starała się nawiązywać głębszych relacji z kimkolwiek innym. Caelan uważał, że w głowie miała jedynie Thomsona (Gryfon wspaniały, Gryfon jedyny), więc podchodził do niej z dozą pobłażania. A już na pewno nie sądził, by kiedykolwiek stał się dla niej kimś niezwykłym. Ta pozycja była, według niego, od dawna zajęta.

    Jeżeli powiedziałaby mu o rzekomym nietrafionym prezencie, to wyjaśniłby jej tę sytuację w miarę sensownie, mimo, iż sam nie do końca ją rozumiał. Kwestia rozmieszania go, czy raczej rozweselania, była bardziej skomplikowana. Tego w żaden sposób nie potrafiłby wytłumaczyć. Często śmiał się z we współlokatorów, z tego, co wspólnie wyprawiali, gdyż byli mało rozważni i zaskakująco systematycznie popadali z kimś w konflikty. Największy mieli dotychczas ze wspomnianym wcześniej Chasem Riversem, pałkarzem Slytherinu, a to zawsze przynosiło ze sobą zabawne zdarzenia. W każdym razie, Tia poprawiła Caelanowi nastrój. Może nie parskał śmiechem na lewo i prawo, niczym błazen, ale czuł się znacznie lepiej odkąd przypadkiem ujrzał ją w oknie herbaciarni Pani Puddifoot. I niechętnie musiał przyznać, że miło spędził czas w tymże lokalu. A to wiele znaczyło!

    Wszedłszy do środka, od razu odszukał wolny stół przy kominku. Wprawdzie siedział tam starszy czarodziej z siwą brodą a’la Święty Mikołaj. Miał na sobie porządnie wyglądający czarny płaszcz, a w ręku dzierżył kufel z trunkiem o wyjątkowo jaskrawej barwie. Zdecydowanie nie było to kremowe piwo. Dopiero, kiedy Abernathy usiadł, mężczyzna obdarował go srogim spojrzeniem, lecz żadne słowo nie padło spomiędzy jego spierzchniętych warg. Powrócił do wlepiania wzroku w resztkę alkoholu. Caelan z kolei postawił na blacie podłużne pudełko z piórem, a obok niego czekoladowe kociołki, których właścicielką była teraz Tia. Rozsunął płaszcz, bo bliskość kominka spowodowała nagłe uderzenie gorąca, i wreszcie rozejrzał się za Curranem i Danielem. Nie dostrzegł ich, za to oni dostrzegli jego. Daniel bezskutecznie zamachał do niego z jednego z wygrodzonych w kącie okrągłych stolików.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Kelnerka podeszła niecałe trzy minuty po przyuważeniu Krukona. Z braku laku zamówił dwie Ogniste Whisky — jedną dla siebie, drugą dla Bowen. Młoda kobieta przyjęła jego życzenie, uśmiechnęła się delikatnie i odeszła, a zaraz po niej przydreptał uradowany Daniel. Jego mina była dziwnie podejrzana.

      — Słyszałem, że jesteś… byłeś na randce z Bowen. Już nie lata za Thomsonem? A to ci heca, żeby koledze nie powiedzieć! — pokręcił głową z rozczarowaniem, choć w jego oczach tliły się radosne ogniki.

      — Nie wiem, o czym mówisz. Kto ci to powiedział?

      — Wieści szybko się rozchodzą. Ale chyba będę obrażony, Curran też, bo myśleliśmy, że nam pierwszym powiesz o jakiejś swojej randce, a tu proszę, nic, dowiadujemy się z drugiej ręki.

      Caelan wyglądał, jakby zobaczył ducha, co tylko bardziej rozbawiło Daniela. Przysiadł na chwilę i oznajmił, że Ellis był niedawno w Trzech Miotłach, a słysząc, iż Krukoni czekają na Abernathy’ego, poinformował ich o jego trwającej randce. No, aż tak szybkiego rozpowszechnienia nowiny to się zupełnie nie spodziewał. Ale przynajmniej wiedział, kogo obwiniać. Na razie nie było sensu tłumaczyć koledze wszystkich okoliczności domniemanej randki, i tak by nie uwierzył, toteż upił łyka trunku. Kiedy jeszcze rozmawiali, Abernathy kątem oka spostrzegł Tię wchodzącą do Trzech Mioteł. Uśmiechnął się na jej widok dosyć szeroko, co uświadomił sobie zbyt późno, żeby to jakoś powstrzymać. Zreflektował się upiciem kolejnego łyku.

      W trakcie pytania Daniela („Gdzie ją teraz zgubiłeś?”), Tia podeszła do stolika. Współlokator wyszczerzył do niej zęby w uśmiechu i zerwał się ze stołka, chcąc zostawić ich samych. Caelan natomiast westchnął bezgłośnie i, nie czekając na pierwsze słowa, podsunął dziewczynie ognistą whiskey. Ledwie podstawił ową szklankę, a już patrzył na Puchonkę z większą uwagą. Jej oczy wyglądały na lekko zaczerwienione, ale… na dworze panował mróz.

      [ O, to bardzo dobrze. :D Ja też bardzo polubiłam swoją postać i w najbliższej przyszłości nie zamierzam rozstawać się z Caelanem. Oby więc Bowen miała okazję go zrozumieć.

      Wybacz jakość, bo o tej porze przestaję myśleć nad tym, co piszę, ale za to szybciej mi idzie ;v ]

      Usuń
  27. [Chętnie wezmę od ciebie jakiś wątek :D Może przez noc wpadł ci jakiś pomysł, który chciałabyś zrealizować? Bo ja potrafię się dostosować, o.]

    Raina Hando

    OdpowiedzUsuń
  28. [ Po zdjęciu nie spodziewałabym się takiej postaci. Jest wściekłość, a wrzask również? Dość trudna postać z Tii (a przez to pewnie i ciekawa), nie wiem nawet, czy ktokolwiek powinien życzyć jej osiągnięcia upragnionej perfekcji, bo można przeczuwać, że i to zakończyłoby się katastrofą. Z drugiej strony, katastrofy są piękne.
    Spóźnione tylko o kilkanaście dni CZEŚĆ! ;D ]

    Jacca/Valancy

    OdpowiedzUsuń
  29. — Curran? Czy jestem aż tak brzydki? — kolega zaśmiał się, ani myśląc zajmować miejsce przy stole z randkąCaelana. Nie chciał im przeszkadzać w romantycznych uniesieniach, poza tym zostawił Daniela z Markiem, a ten drugi, za namową pierwszego, na pewno zechce sprzątnąć mu kufel z kremowym piwem. Na odchodne skinął głową randkowiczom i z szerokim uśmiechem podreptał do jednego z wyodrębnionych boksów, gdzie jego koledzy głośno się z czegoś zaśmiewali.

    Krukon sięgał po Ognistą Whiskey od czasu do czasu, zwykle nie przesadzając z jej ilością. W przeciwieństwie do niektórych uczniów, czy ogólnie młodych ludzi, nie był aż takim fanem alkoholu. Może raz w życiu przedobrzył i znalazł się w stanie upojenia. Pamiętał skrawki informacji, wszystko przemykało mu jak przez mgłę, zaś ból głowy nazajutrz rozsadzał głowę. Zdecydowanie wolał unikać tego uczucia. Nie miał pojęcia, jak sytuacja wyglądała w przypadku Bowen. Według Caelana odbiegała od typowego obrazu imprezowiczki, ale jeszcze nie znał jej na tyle, by określić stosunek dziewczyny do wielu spraw. Wciąż pozostawała dla niego niejaką zagadką.

    Powolnie sączył whiskey ze szklanego naczynia, rzucając Puchonce przelotne spojrzenia. Od momentu jej przybycia, powiedział zaledwie parę słów i wszystkie one były skierowane do współlokatora. Wyglądała jakoś inaczej, bardziej smutno, co wprawiło chłopaka w konsternację, a kiedy pogrążał się we własnych rozmyślaniach, automatycznie milknął. Za nic nie potrafił zrozumieć tej nagłej zmiany, dlatego ostatecznie zrezygnował z prób wyjaśnienia sobie niespodziewanej beznamiętności Tii. Więc siedzieli bez słowa, pijąc dosyć mocny trunek i zapewne nie zdradzając żadnych oznak jakiejś większej zażyłości. Jeżeli koledzy Abernathy’ego obserwowali ich z kąta sali, to musieli być bardzo zawiedzeni — nie otrzymali obrazka gruchających gołąbeczków.

    Pub pod Trzema Miotłami dzisiejszego popołudnia pękał w szwach od czarodziejów spragnionych nie tylko alkoholu, ale również towarzystwa innych mieszkańców miasteczka. Zewsząd dobiegały głośne śmiechy, strzępki rozmów, uderzenia kufelków. Uczniowie Hogwartu wykorzystywali każdą minutę spędzoną w lokalu, lecz paru starszych mężczyzn, prawdopodobnie łaknących odrobiny spokoju, patrzyło na nich niechętnie. Starzec siedzący przy stole wraz z Tią i Caelanem, rozłożył na blacie najnowsze wydanie Proroka Codziennego. Na pierwszej stronie widniało spore zdjęcie uśmiechniętego Ministra Magii, a nad jego głową widniał nagłówek: „MINISTER ODPIERA KOLEJNE ZARZUTY”. Brodacz mruknął coś niezrozumiałego pod nosem, wyciągnął swą różdżkę i rozmazał fotografię przy użyciu zaklęcia niewerbalnego. Caelan starał się nie wściubiać nosa w cudze sprawy, jednakże zachowanie starszego jegomościa mocno go zaciekawiło. Mężczyzna prezentował się poważnie, aczkolwiek mało elegancko — jego płaszcz był lekko wypłowiały, w niektórych miejscach postrzępiony. Krukon nie zdawał sobie sprawy, że właśnie siedział nieopodal jednego ze zdolniejszych czarodziejów, którego kilka lat temu uznano za zaginionego.

    Ale miał większe problemy, niż odkrywanie tożsamości jakiegoś przypadkowego człowieka w pubie. Jego osobę wykorzystał do chwilowego oderwania się od natłoku własnych myśli; myśli krążących wokół Tii. Choć początkowo zamierzał przeczekać, nie pytać i udać, że niczego nie widzi, tak szybko jej milczenie zaczęło mu wadzić. Aż poruszył się niecierpliwie, zaciskając palce wokół szklanki. Wypił alkohol w kilku łykach, na koniec odrobinę wykrzywiając warg i marszcząc piegowaty nos. Walczył o to, by… z jego ust nie popłynęło żadne słowo. W którymś momencie prawie zacisnął usta w wąską linie, co wyglądało tak, jakby był na coś zły. Ale już kilkanaście sekund rozluźnił mięśnie twarzy i spojrzał wprost na Tię ze wzrokiem pełnym rezygnacją.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. — Czy coś się stało? Spotkałaś po drodze Gryfona? To cię zasmuciło? — Tak, Caelan, mistrz oceny sytuacji, uważał, że wszystkie emocje Bowen były wynikiem jej nieszczęśliwej miłości. W życiu nie podejrzewałby swojej osoby za przyczynę pogorszenia humoru Puchonki.

      Ognista Whiskey już trochę na niego zadziała, czuł ciepło rozprzestrzeniające się wewnątrz, lecz umysł pozostał jasny. Pozwolił więc sobie na kolejną szklankę. Drugą i ostatnią przed powrotem do Hogwartu, trzecia mogłaby go za bardzo rozweselić i w konsekwencji śmiałby się z byle głupoty, nie chcąc za szybko opuszczać Trzech Mioteł. Miał mocną głowę, więc trunek zamroczyłby go zupełnie dopiero przy piątej czy szóstej dolewce.

      [ Ależ on zabawnie się przy niej zachowuje. :D

      Pisałam w trakcie reklam "Lęku pierwotnego", więc jestem średnio zadowolona z odpisu. Mam nadzieję, że jest w miarę okej. ]

      Usuń
  30. Znał Tię. Dawał jej parę lekcji gitary, ale często to robił. Prócz tego nie przypominał sobie, żeby coś wiecej ich łączyło. Dlatego nie spodziewał się takie ataku dziewczyny i prośby o coś tak… Niezwykłego. A właściwie dla niego nie takiego niezwykłego, ale kto słyszał, żeby przedstawicielka płci pięknej grała serenady pod oknem dla faceta? Ale po kolei. Wróćmy do początku dnia, kiedy to Samuel Bellamy postanowił obudzić swojego brata w wierze.
    - Złazić na dół cholerne szczury lądowe!
    - Przymknij się, Bellamy. Choć raz po prostu się zamknij – mruknął Harrison, poprawiając sobie czapkę z daszkiem. Pociągnął ją w dół, zakrywając sobie oczy jeszcze bardziej. Miał przerwę. Egzamin z głupich zaklęć się zakończył, a on miał zamiar walnąć się na swój oczojebny hamak i odpłynąć, marząc o cudownej hiszpańskiej dziewczynie, którą kiedyś zdobędzie. Jednak nic z tego, bo jego najlepszy kumpel, połówka braci Pistols – Samuel cholerny Bellamy zadecydował, że zacznie się wydzierać. W dodatku zagłuszył cudowne Suck ze swoim Season of the Witch, które przypominało Mattowi, że wciąż uwielbia mugolski świat. Swój świat, w którym po skończeniu tej cudacznej szkoły zostanie oficerem policji. Bell miał takie same plany i pewnie dzięki temu Gryfoni mieli trzymać się razem do końca życia. Harrison wybaczał mu naprawdę wiele, ale czemu akurat dzisiaj musiał się tak wydzierać? Nie widział, że odpoczywał po nocce imprezowania?
    - Wybacz, stary, ale wszyscy mają się stawić na śniadaniu – mruknął Sam, ściszając muzykę i podchodząc do rozwalonego na hamaku kumpla. – Jestem cholernie głodny, a nie pójdę tam sam bez ciebie.
    - Żartujesz? – wybąkał Harrison, nie wierząc w swojego pecha. A miało być tak pięknie!
    - Nope! Trzeba zacząć misję ‘pusta miska dla psa’ – dodał Bell, rozrzucając rzeczy leżące na jego łóżku. Zapewne jak zwykle szukał swojej katany. Matt odetchnął głęboko, po czym poderwał się i zeskoczył na ziemię z hamaka, który dyndał nad jego łóżkiem w poprzek. Nie cierpiał, gdy mu przerywano zasłużony relaks.
    - Ruszmy zadki, bo musimy zlokalizować jedzenie jako pierwsi, bo inaczej reszta zakazi go swoimi łapskami i znowu nic nie zjemy.
    - I to mi się podoba, stary! – zawołał Sam, po czym obaj walnęli się klatami i wyszli. Harrison zabrał jeszcze bandanę, którą zawiązał sobie na głowie. Obaj z Bellem uważali, że to nie są ich czasy. Że powinni być jak Tommy Lee Jones w Ściganym. Lata dziewięćdziesiąte, ten styl, fryzury, kobiety, muzyka, policja. No, dosłownie wszystko. Znali każdy serial z tamtych lat wart obejrzenia, ubierali się nawet w ten sposób. Po prostu byli Mugolami i nie wstydzili się tego. Gdy tylko mogli, zrzucali te sukienki, w których wyglądali jak chorzy psychicznie albo średniowieczni mnisi i ganiali po zamku w poszarpanych jeansach i katanach. Nie zamierzali z Samem używać magii. Nie lubili jej. Woleli poczuć się jak w normalnej szkole, z normalnymi ludźmi, odwalającymi normalne rzeczy. A nie wyczarowującymi jakieś ufoludki, które będą grzebać ci w odbycie, gdy zaśniesz. Paradoksalnie używali jak najmniej magii w świecie magii. Teraz też Matt włożył sobie w zęby fajkę i miętolił ją, gdy ludzie dookoła nich biegali jak szaleni, a dwójka braci Pistols szła wolnym krokiem w stronę Wielkiej Sali, przy którym zgromadziła się już chyba cała szkoła.
    - Może zjemy sobie naleśniki? – rzucił kolejnym pomysłem Bellamy, bawiąc się breloczkiem w kształcie motoru.
    - Niezłe, chociaż co powiesz na coś w stylu delikatny pudding zapijany świeżym sokiem pomarańczowym – dodał Matthew.
    Stanęli w wejściu do Wielkiej Sali i przejechali spojrzeniem wszystkich głupkowato ubranych uczniów, szukając swojego miejsca.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Matthew rozejrzał się jeszcze w poszukiwaniu Elody, ale widział, że stoi z jakaś swoją koleżanką, więc nie podchodził. Ważne, że miała parę. Wolałby, żeby on nią był, ale nie dzisiaj.
      - Tam – rzucił krótko Sam i przeszedł we wskazane wcześniej miejsce, przesuwając jednocześnie jakiegoś piątoklasistę metr od nich, po czym wbił się tam zamiast niego. Nawet nie zaczął porządnie się zajadać, gdy poczuł klepnięcie w plecy, a potem jakaś laska usiadła okrakiem na ławie zaraz obok niego.
      - Co do… - zawahał się, bo Tia zaczęła od razu nawijać. Z uniesioną brwią słuchał jej słów, ignorując dziwne spojrzenia jego towarzysza. Jednak Bell szybko zajął się swoim śniadaniem. Harrison pociągnął nosem i też przełożył nogę przez ławę, by patrzeć dziewczynie prosto w oczy. – No, dobra. Przyjdź o dwunastej na dziedziniec. Ale chwila… Dziś wieczorem? – powtórzył. – Nie nauczysz się do dzisiejszego wieczora. Nie z twoim talentem muzycznym – dodał, po czym wrócił do śniadanie. – Musiałabyś się naprawdę postarać. W ogóle komu chcesz zaśpiewać? – spytał, szczerząc się głupio. – No i… Co będę z tego miał?

      Matt Harrison

      Usuń
  31. Zaśmiał się, słysząc, że pije whisky jak soczek. Rzeczywiście szybko opróżnił szklankę, czego konsekwencje wyraźnie odczuł, ale na tym właśnie polegała specyfika tego trunku. Ale może faktycznie lepiej darować sobie następną kolejkę, bo o ile nie zadziałaby na jego umysł, to prawdopodobnie byłaby wyczuwalna dla otoczenia. Odstawił naczynie z powrotem na stół. Jedna Ognista w zupełności na dziś wystarczy. Na dziś i najbliższą przyszłość, gdyż rzadko sięgał po alkohol. Zwłaszcza na terenie Hogwartu, ponieważ było to wbrew zakazom umieszczonym w regulaminie i zasadom moralnym Caelana. Krukon posiadał całkiem wyważony charakter, którego najważniejsze cechy polegały na zachowaniu umiaru oraz umiejętności określenia tego, co przystoi mu zrobić, a co nie. Niektórzy mieli z tym problemy.

    — Jestem dużym chłopcem. Nie musiałabyś prowadzić mnie do zamku za rączkę — tym krótkim komentarzem zakończył temat picia ognistej whisky, a ją samą odsunął trochę w lewo. Staruszek łypnął na nią spode łba, odrywając oczy od jakiegoś artykułu w Proroku Codziennym. Coś tam znowu zamruczał niezrozumiałego pod nosem. Wszyscy zebrani w lokalu uznali go za nieco pomylonego, lecz niegroźnego.

    Abernathy oparł przedramiona na blacie, trzymając w ręku wilgotny materiał czarnej czapki. Żołądek przestał wydawać ciche dźwięki, więc chłopak zdążył zapomnieć o własnym głodzie. Jeszcze moment obserwował twarz Tii, a potem wzruszył niedbale ramionami w częściowej odpowiedzi na jej pytanie. Równie dobrze mogli już wracać, bo i tak nie mieli nic ciekawego do roboty w Trzech Miotłach. Wstał od stołu z zamiarem podejścia do baru, uiszczenia opłaty za zamówienie u kelnerki, która go obsługiwała. Okrycie głowy naciągnął w drodze powrotnej do stołu. Podniósł pudełeczko z piórem i schował je do wewnętrznej kieszeni płaszcza. Było tam sporo wolnego miejsca. Czekoladowe kociołki postanowił trzymać w ręce, choć nie przysporzyłyby Bowen żadnego ciężaru. Kiedy stojąc ponownie na nią spojrzał, dostrzegł wreszcie nowy zakup leżący na kolanach Puchonki i momentalnie zmarszczył brwi. Trwało to zaledwie ułamek sekundy. Nawet nie musiał pytać, gdzie była, co znajdowało się w podłużnym opakowaniu, bo właściwa odpowiedź sama się nasunęła.

    — Możemy ruszać — oznajmił tuż po tym, jak zapiął ciemnogranatowy płaszcz, a także zawiązał szalik wokół szyi. Szklankę z Ognistą Whisky podstawił brodatemu starcowi, co by ktoś inny jej nie podkradł. Mężczyzna obdarzył go krzywym spojrzeniem, aczkolwiek odczekał tylko chwilkę przed zagarnięciem trunku w swe pomarszczone łapska. Nic nie powiedział.

    Krukon poczekał aż Tia wstanie, zapnie kurtkę, włoży rękawiczki i pójdzie przodem. Sporo ludzi zebrało się przy drzwiach — część wychodziła, a część dopiero zamierzała wejść do środka, by ogrzać zmarznięte kończyny i ugasić pragnienie. Na widok Bowen dwóch jegomościów w średnim wieku raptownie odeszło na bok, żeby ją przepuścić. Caelan przeszedł niezauważony przez nich. Kontrast pomiędzy ciepłym wnętrzem lokalu, a mrozem szalejącym na zewnątrz, był uderzający. Chłodny wiatr wiał mocniej niż przedtem, zaś opad śniegu stał się odrobinę intensywniejszy, nie taki suchy. Powoli zapadał również zmierzch. W okresie zimowym działo się to szybciej.

    — Na pewno zdążymy na kolację — powiedział z pewnością w głosie. Nie miał przy sobie rękawiczek, toteż wolną rękę wsunął do zewnętrznej kieszeni wierzchniego odzienia. Przynajmniej jedna dłoń nie powinna za bardzo odmarznąć w drodze do zamku. Może jeszcze przed posiłkiem (albo niedługo po nim), uda mu się dopaść Ellisa zanim zacznie rozpowiadać wszystkim na lewo i prawo, co interesującego dzisiaj widział. Caelan nie uważał Gryfona za paplę, na pewno nie na skalę niesławnych dziewcząt z herbaciarni, ale mieli paru wspólnych znajomych, z którymi mógłby podzielić się radosną nowiną. Należało go więc szybko namierzyć i nakłonić do milczenia.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Oczywiście w żadnym stopniu nie chodziło o samą Tię Bowen. W normalnych okolicznościach nie miałby nic przeciwko, żeby ta wieść rozeszła się szybciej aniżeli nowa dostawa popularnych słodyczy w Miodowym Królestwie. Ale… to było tylko przypadkowe spotkanie, udzielanie pomocy koleżance, podniesione do rangi randki, co oznaczało, że owa „radosna nowina” byłaby niczym innym, jak kłamstwem, a tego Caelan nie znosił. Poza tym, lepiej dla Tii, żeby Thomson uważał ją za osobę wolną?

      Nieoczekiwanie zaczął mieć wrażenie, że w Trzech Miotłach zachował się zbyt chłodno wobec dziewczyny, choć z drugiej strony, ona także nie wydawała się wówczas rozmowna, a wręcz przeciwnie. Wytłumaczyła to zmęczeniem i... raczej jej uwierzył. Dlatego zanim ruszyli, uśmiechnął się do niej kątem ust, nie mówiąc nic.

      Usuń
  32. Faktycznie, brakowało Caelanowi spostrzegawczości w ocenianiu romantycznych uniesień, co było w dużej mierze wynikiem braku jakiejkolwiek miłości w niemal osiemnastoletnim życiu. Każde doświadczenie czegoś go uczyło; z każdego złego zdarzenia potrafił wyciągnąć coś dobrego, ale sęk w tym, że jeszcze nigdy się nie zakochał. Wprawdzie miewał kilka drobnych zauroczeń, uważał niektóre uczennice za wyjątkowo urodziwe, lecz żadnej z nich nie obdarzył silniejszym uczuciem. Z wielką trudnością przychodziło mu więc rozpoznawanie symptomów zadurzenia — akurat w przypadku Bowen, ona sama podawała gotową odpowiedź na tacy poprzez swoje zachowanie wobec Matthew Thomsona i wszystkie te pytania skierowane do Krukona. Nie ulegało wątpliwości, że wpadła jak śliwka w gryfoński kompot.

    — Wiesz… — zaczął w którymś momencie przemowy Puchonki, ale dziewczyna mówiła dalej, toteż tymczasowo zarzucił wyrażanie swej opinii. Obserwował ją nieprzenikliwym spojrzeniem, wbijając chłodne dłonie głęboko w kieszenie płaszcza. Mroźny powiew już zaczął oddziaływać na jego twarz: nos stały się lekko czerwonawy, a piegi uwydatnione bardziej niż zwykle. Jednak pozostałym partiom ciała nie doskwierało zimno. Ubrany był dosyć ciepło, miał na sobie płaszcz nieprzepuszczający wiatru, czapkę na głowie, gruby szalik wokół szyi oraz zimowe, solidne buty. Poza tym dzieciństwo spędził w miejscach, gdzie pogoda rzadko sprzyjała, więc w jakimś stopniu organizm nawykł do chłodu. Przez pięć pierwszych lat życia tułał się wraz z cygańską trupą matki po najróżniejszych zakątkach Wielkiej Brytanii, potem zaś zamieszkał w prawdopodobnie najmroźniejszej części Szkocji.

    Sprawa z Ellisem Finnignem wyglądała tak, że Gryfon był typem człowieka, który popadał w stan zakochania średnio raz na tydzień. Dostrzegał ładną dziewczynę i od razu ślęczył za nią maślanym wzrokiem, zazwyczaj nie robiąc niczego konkretnego. A jeśli podejmował próbę, to kończyła się ona niepowodzeniem. Przynajmniej miał więcej rozumu niż Curran i Daniel, bo nie podrywał dziewcząt z namolnymi byłymi chłopakami. W szkole zyskał opinię niegroźnego dziwaka, ale Caelan uważał go za jednego z mądrzejszych, uzdolnionych i ciekawszych mieszkańców zamku. Wystarczyło go tylko lepiej poznać.

    — Niedawno wspominał, że Thomson sprzątnął mu sprzed nosa jakąś dziewczynę. Po dzisiejszym łatwo domyśleć się, kim jest owa „skradziona dziewczyna”. Sama widziałaś jego minę, ale… On ma tak bardzo często. Przynajmniej raz w miesiącu zapada na ból istnienia wywołany nieszczęśliwą miłością. Ellis Finnigan to męczennik bez powodu — stwierdził, przez chwilę jeszcze rozważając pewną myśl. — Jeżeli potrafisz ją namówić, żeby przyszła na tę zabawę, to droga wolna. Może Ellis choć raz faktycznie sprawdzi, czy jest tak bardzo zakochany.

    Na szczęście nie musiał prosić ojca o specjalne pozwolenie na wypad do Hogmseade, bo w świecie czarodziejów był pełnoletni, a za kilka dni skończy osiemnaście lat i będzie uznawany za dorosłego także przez mugoli. Chyba że nawet uczniowie pełnoletni mieli pozyskać dodatkowe pozwolenia, wtedy pojawi się problem. W każdym bądź razie, później sprawdzi tę informację. Na razie jego rozważania krążyły wokół samej zabawy. Ze słów Bowen jasno wynikało, że mieliby tam pójść razem... Czyli przed nimi kolejna niby randka? Czy może pierwsza prawdziwa? Szedł tak dalej wytyczoną ścieżką, patrząc pod nogi. Znowu przypomniał sobie o trawiącym go głodzie. Żołądek domagał się spożycia jakiegoś posiłku.

    — Nie sądzę, by był problem z nakłonieniem Finnigana do przyjścia na imprezę pełną dziewczyn. Szczególnie, kiedy ma się ona odbyć w Hogmseade. Na pewno przyjdzie. — Kolejny raz zerknął na Puchonkę, tym razem nieco zmartwionym wzrokiem. Wyglądała na lekko przemarzniętą, co zważywszy na niezbyt adekwatnie ciepły do pogody strój, nie było zaskoczeniem. Uznał, że należy przyśpieszyć, by szybciej znaleźć się w murach Hogwartu.

    [ Szczęśliwego Nowego Roku! :D ]

    OdpowiedzUsuń
  33. — Mało prawdopodobne, żeby zdobył się na odwagę i ją zaprosił. Zważywszy na dzisiejszą randkę, raczej bardzo trudno byłoby mu konkurować z Thomsonem. Czekaj, czekaj… — urwał w połowie, gdyż nagle go olśniło. Aż przystanął na chwileczkę, lustrując postać Tii podejrzliwym wzrokiem. — Chcesz pozbyć się konkurentki, prawda? Powiedziałaś, i tutaj zacytuję: „W sumie już moja w tym głowa, żeby się zgodziła”. Ellis zaprosiłby ją, ona jakimś cudem, może odurzona amortencją, odpowiada twierdząco i gotowe, Thomson pozostaje bez pary. Wtedy wkraczasz ty iiii… I nie wiem, co dalej. Przybywasz w odpowiednim czasie, pocieszasz, a niedługo potem Skrzat jest twój?

    Jego mina zdradzała całkowitą pewność, co do prawdziwości wytworzonej teorii. Wszystko nabrało teraz większego sensu, ale tym samym zdał sobie sprawę, że wspominając o zabawie organizowanej dla młodzieży i chęci pomocy „zakochanemu”
    Finniganowi, mogła mieć jeszcze jeden ukryty cel. Nawet niespecjalnie powinno go to dziwić, przecież nie od dziś ją znał. Często przychodziła do niego z najróżniejszym pomysłami, pytaniami, prośbami o udzielenie pomocy, a wszystkie te kwestie zawsze łączyła osoba tego szczególnego dla niej Gryfona. Głos rozsądku powiadał więc, iż dziewczyna wpadła wreszcie na najbardziej szalony z dotychczasowych planów zdobycia ukochanego. Pytanie tylko, czy powinien ją odwieść od tej koncepcji. Ellis na pewno byłby niesamowicie uradowany, gdyby miał okazję przebywać ze swoim blond zauroczeniem w tak sprzyjających okolicznościach, jakimi bez wątpienia będzie naznaczona potańcówka poza murami zamku.

    Właśnie uświadomił sobie, że całokształt domniemanej idei Bowen, wykluczał ich kolejną niby randkę. Czyli pierwszą myśl uznał, swoją drogą słusznie, za błędną. Nie wiedział, co ma o tym myśleć, więc, jak zwykle w takich sytuacjach, zignorował problem własnych nieokreślonych emocji. W umyśle Caelana od niezbyt pamiętnych czasów dzieciństwa, kłębiło się wiele myśli. Zdecydowanie za wiele, by każdej z nich przyporządkować odpowiednio nakreślone uczucie. Był jednym z tych młodych mężczyzn, którzy z trudem rozmawiali o własnych odczuciach, ale głównie dlatego, że nie potrafili ich nazwać. A ciężko mówić na temat czegoś, o czym niewiele się wie.

    Wcześniej, zanim ją „zdemaskował”, Tia wspomniała o dziewczynie z herbaciarni. Do Abernathy’ego dotarło to z wyraźnym opóźnieniem. Wcale nie znał Molly, tak naprawdę dopiero dzisiaj odkrył jej rzeczywiste imię, i w ogóle nie brał pod uwagę, by ją gdziekolwiek zapraszać. Stanowczo pokręcił głową na boki, mówiąc: „O nie, nie!” i ruszył dalej. Puchonka była dosyć urodziwa, miała imponujące kręcone włosy, wyglądała inteligentnie, ale odbiegała od jego ulubionego typu dziewczyn… Znaczy, gdyby chociaż posiadał jakikolwiek typ, to mógłby tak odpowiedzieć, a że nie mógł, więc milczał.

    — Ostrzegam, że nie chcę być swatany z przypadkowymi dziewczynami. Zawczasu wybij sobie z głowy namawianie mnie na zapraszanie nieznajomych Puchonek. Gryfonek, Ślizgonek i Krukonek właściwie też — stwierdził twardo.

    Pomijając materię wątku romantycznego, Caelan po prostu nie cierpiał być do czegoś przymuszany. W takich momentach zachowywał się niczym zwierzę pochwycone w zabójcze sidła — pragnął niezwłocznie wyrwać się z okopów zniewolenia i uciec jak najdalej w głąb lasu. W tym konkretnym przypadku: w głąb Hogwartu, bo Zakazany Las zbyt zimny i mroczny o tej porze roku, by urządzać przechadzki po nim. Nie żeby inna pora roku do tego zachęcała.

    Jakby tak trochę przyśpieszył nieświadomie...

    Machnął ręką na Miodowe Królestwo. Ani myślał zawracać, przepychać się pomiędzy rozochoconymi klientami, stać w długiej kolejce, gdy byli na półmetku drogi do zamku. Nie musiał też chuchać, by wiedzieć, że odrobinę czuć od niego Ognistą Whisky, ale nie tyle, żeby ktoś to wyczuł na sporą odległość. Mroźne powietrze również robiło swoje — zapach wywietrzał, a zziębnięte nosy nie pracowały tak dobrze, jak w cieplejszej temperaturze.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. — Czekoladowe kociołki zawierają nadzienie z Ognistej Whisky, więc w razie czego będziemy mieć wytłumaczenie. To przecież nie musi być twoje pierwsze pudełko — zauważył sprytnie, a jego twarz rozjaśnił uśmiech samozadowolenia.

      Pod palcami wyczuł jakieś okrągłe pudełeczko, pomacał je i wyciągnął ostrożnie z kieszeni. W opakowaniu znajdowały się mugolskie cytrynowe oraz miętowe dropsy. Po otworzeniu pudełka ujrzał jednak zaledwie cztery cukierki: trzy miętowe i jeden cytrusowy. Dla siebie wziął żółty, a zielone podał Puchonce. Miały intensywny smak. Czekoladowy kociołek spokojnie leżał na dnie kieszeni.

      — No, teraz chodź szybciej, bo jestem głodny!

      [ Wena zawsze się przyda. :D Dzięki. ]

      Usuń
  34. Jak zawsze w przypadku imprez zorganizowanych, pojawiał się problem z doborem partnera. Większość dziewcząt głównie o tym rozmyślała — kto mnie zaprosi, z kim pójdę i co na siebie włożę. Nieistotne była oprawa muzyczna i wizualna, a towarzysz na potańcówce. Najlepiej zabójczo przystojny, głupkowato uśmiechnięty, nie za wysoki, nie za niski, ale z wyczuciem rytmu. A gdyby jeszcze prawił komplementy co minutę, to byłoby idealnie! Caelan dobrze poznał typ charakteru dominujący wśród uczennic Hogwartu, swego czasu spotykał się z jego idealną reprezentantką. Krótko, bo krótko, lecz zyskał przydatną lekcję życia. Ellis Finnigan był w tej kwestii bardzo przewrażliwiony i tym samym pragnął zarazić kolegę. Przed każdym ważnym wydarzeniem, typu bal czy przyjęcie, namawiał Abernathy'ego na wspólne zapraszanie dziewczyn. Uważał, że w towarzystwie Krukona nie odmówią albo przyjdzie im to z większym trudem, niż gdyby on sam do nich podszedł z pytaniem.

    Caelan wcale nie podekscytował się na wieść o nadchodzącej zabawie organizowanej dla młodzieży. Owszem, ze zdziwieniem przyjął, iż dyrektor Hogwartu wyraził zgodę na opuszczenie murów zamku w godzinach wieczornych i prawdopodobnie późnonocnych, ale chłopak myślał nad lepszym wykorzystaniem nocy w Hogsmeade. Jeszcze nie miał okazji przebywać w miasteczku przez całą noc w trakcie roku szkolnego, więc w głowie natychmiast pojawiało mu się wiele pomysłów. Zapewne ostatecznie stanie na bezsensownym szlajaniu w poszukiwaniu kłopotów, co nowością nie było.

    — Nie wiem. Imprezy nie są moją ulubioną rozrywką, ale pojawię się na pół godziny. Hogwart jest pełen zdesperowanych dziewczyn, które na pewno nie będą miały z kim iść. W ostateczności może którąś zaproszę, ot tak, dla przykrywki dla moich dalszych planów... — mówił tajemniczo, patrząc przed siebie. — Z drugiej strony, musiałbym ją wziąć ze sobą, bo nieładnie kogoś zostawiać na pastwę złośliwych koleżanek. Chyba lepiej iść samemu.

    Ostatnie zdanie wypowiedział z surową pewnością w głosie, która nie przypadnie do gustu Tii. Co do tego nie miał wątpliwości. W jego mniemaniu była dziewczyną o dosyć romantycznym usposobieniu, bo jakże inaczej nazwać tę wielomiesięczną farsę z Thomsonem, więc stwierdził, że będzie czekać aż ktoś ją zaprosi... Tylko, co jeśli nikt tego nie zrobi? W tym momencie rozmyślań, spojrzał na Puchonkę nieco krytycznym wzrokiem. Starał się być dyskretny w obserwacjach jej twarzy i ogólnej postury. Jako artysta niejednokrotnie oceniał ludzką powierzchowność, ale dotychczas nie patrzył w ten sposób na Tię Bowen. Była dla niego koleżanką, czyli osobą niepodlegającą konkretnej ocenie pod względem fizyczności. Uznawał ją za urodziwą, według swojego gustu, nawet ładniejszą od blond wybranki Matta i Ellisa, lecz dopiero teraz spróbował spojrzeć na nią jak na obce dziewczę. W miarę szybko doszedł do wniosku, że gdyby połowa szkoły nie podejrzewała jej o zupełne zaślepienie osobą pewnego Gryfona, to na pewno nie miałaby problemu ze znalezieniem partnera na potańcówkę. Może odpierała zarzut, udawała, jak bardzo nie znosi obiektu westchnień, ale plotki i tak krążyły.

    Zwolnił odrobinę, by zrównać swoje kroki z tempem Bowen. Pomimo wyraźnie odczuwalnego głodu, nie zamierzał jej zostawiać w tyle i pędzić do Wielkiej Sali. Potrafił się kontrolować, o czym sporo ludzi doskonale wiedziało.

    — Tak sobie myślę, że może gdybyś nie miała z kim iść... Oczywiście nie wątpię, by ktoś chciał cię zaprosić, ale skoro byliśmy na tej udawanej randce i kilka osób już o tym wie, na dodatek widział nas Thomson, to jeśli nie będziesz mieć nikogo lepszego na oku, możemy pójść razem. Jako przyjaciele. — Przez chwilę odnosił wrażenie, jakoby za bardzo zamotał się w wyrażaniu własnych myśli. Jednak wyszło mu to lepiej niż Potterowi, kiedy zapraszał Cho Chang na Bal Bożonarodzeniowy. Nie wydawał się równie podenerwowany, a wręcz przeciwnie, biło od niego spokojem. — Nie muszę znikać po trzydziestu minutach — dodał z lekkim uśmiechem, bo w porę przypomniał sobie, co nie tak dawno mówił.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. I wrzucił dwa cukierki do buzi. Intensywny smak cytrynowo-miętowy znacznie zniwelował zapach Ognistej Whisky. Puste opakowanie schował z powrotem do kieszeni płaszcza, bo w pobliżu nie dostrzegł kosza na śmieci. Światła Hogwartu były wyraźnie dostrzegalne, więc rzeczywiście niewiele drogi im pozostało do przebycia.

      Tylko Caelan mógł wiedzieć, że to niespodziewane, impulsywne zachowanie, jakim było zaproszenie Tii, wywołało w nim pewne... zawstydzenie. Jak wtedy, gdy robisz coś, a dopiero potem myślisz, czy dobrze postąpiłeś.

      [ Caelan Abernathy Misterem Hogwartu? Jego siostra padłaby ze śmiechu. Na pewno nie tylko ona. :D Przyznam, że to zabawna wizja, ale raczej nigdy w życiu nie zgłosiłby się sam do takiego konkursu. Może prędzej Tia na miss? :p ]

      Usuń
  35. — Wykorzystać? Jakąś dziewczynę? — powtórzył głupio. Na twarzy Caelana pojawił się najszczerszy wyraz zdziwienia. Tia źle go zrozumiała i wszystko przeinaczyła. — Nic nie mówiłem o wykorzystywaniu jakiejś dziewczyny... do czegokolwiek. Moim planem miało być zwiedzanie Hogsmeade nocą, tylko tyle. Ale szybko uznałem, że lepiej będzie zostać na tej potańcówce z kimś, kogo lubię, niż samotnie szwendać się bez celu, gdy na zewnątrz panuje mróz. Może nie najlepiej to ująłem.

    Tia jednak nie była mistrzynią nazywania rzeczy po imieniu, bo w tym przypadku odwróciła kota ogonem i w konsekwencji bardzo się pomyliła. Faktycznie postawiła go w niekorzystnym świetle, na co zareagował pochmurnym zmarszczeniem brwi. Przy okazji wyolbrzymiła całą sprawę, dlatego zwątpił w słuszność swojej impulsywnej decyzji o zaproszeniu jej na tę zabawę. Przynajmniej kolejny raz potwierdził tezę, jakoby nie rozumiał kobiecej natury. Większość dziewczęcych zachowań pozostawało dla Abernathy'ego tajemnicą i, choćby się nie wiadomo jak starał, nigdy ich w pełni nie pojmie. Nawet nie spróbował dochodzić, jaki chaos myśli panował teraz w głowie Puchonki. Nie miał już ochoty drążyć tego tematu, ale niewątpliwie zła ocena jego osoby, nieco popsuła mu humor, a tym samym sprawiła, że sprawa z zapraszaniem wyszła... niezręcznie.

    — Wszystko przekręciłaś — skwitował krótko z przekąsem, ale temat uznał za skończony. Czuł się głupio, że w taki pokrętny sposób mogła odebrać jego słowa. Nawet nie pomogła zgoda na pójście razem. Zdecydowanie atmosfera lekko się zagęściła, więc z ulgą przyjął widok mostu prowadzącego na dziedziniec zamku. Jedzenie z łatwością wynagrodzi wszelkie dzisiejsze trudy, fałszywe oskarżenia i niedomówienia.

    Znał Bowen na tyle, by popuszczać jej w kwestiach dotyczących Thomsona, w końcu była nim mocno zauroczona, ale jednak nie na tyle, by wyczuć jej potencjalne nadinterpretacje i je zignorować. Powstrzymał się przed użyciem słowa przewrażliwiona w stosunku do niej, choć aż samo wpełzło na język. Przez głowę nie przeszło mu również zastanowić się nad tym, jak określił ich znajomość. Dla niego oczywiste było, że mieli wybrać się do Hogmseade jako najzwyklejsza para dobrych kolegów. Zważywszy na obiekt westchnień Puchonki wolał to jasno dać do zrozumienia, na wypadek, gdyby dziwnym trafem pomyślała sobie, iż zaproszenie ma inny charakter. Swoją drogą, raczej nigdy nie podrywałby dziewczyny zapatrzonej w kogoś innego. Może nie przykładał zbytniej wagi do romantycznych związków międzyludzkich, ale mimo wszystko posiadał tę typowo męską dumę, która wraz z głosem rozsądku, skutecznie stanęłaby na drodze podobnych prób podrywu na kimś, kto tego wyraźnie od niego nie oczekiwał. Nikt nie chciał być trzecim kołem u wozu. Tym bardziej jednostki pokroju Caelana Abernathy'ego.

    Gdzieś daleko za nimi rozległy się głośne śmiechy. Tą samą drogą do Hogwartu, podążała niewielka grupka Krukonów. Wśród owej grupki byli Curran i Daniel. Obaj roześmiani niczym podchmielone skrzaty, wędrowali w towarzystwie jakiejś wysokiej blondynki oraz dwóch brunetów. W wyniku sporej odległości, Caelan nie potrafił przypisać trójce uczniów odpowiednich imion. Śmiech Daniela rozpoznałby wszędzie, niezależenie od okoliczności. Istniało małe prawdopodobieństwo, żeby grupka dogoniła Abernathy'ego i Bowen na moście, toteż Krukon szedł dalej w tym samym tempie. Nos mu znacznie poczerwieniał, lecz dłonie pozostawały w miarę ciepłe za sprawą grubych kieszeni płaszcza.

    [ Ej, piegi to akurat jego atut! :D Na pewno zapewniłyby mu wygraną.

    Więc chyba żadne z nich nie będzie startować w konkursie? ;x ]

    OdpowiedzUsuń
  36. [ Tak podejrzewałam, że niewiele będzie mogła teraz zrobić czy powiedzieć. Ale za to kilka dni później może widzieć Caelana w towarzystwie Finnigana i jakiejś Gryfonki — byłaby to Fanny, dziewczyna, która od dawna trochę... chodzi za Abernathym. Tia powinna ją kojarzyć, bo to stworzenie wszędobylskie, ale nigdy z nią nie rozmawiała. W każdym razie Ellis odchodzi po minucie, a oni sobie dalej rozmawiają, Caelan odpowiada na pytanie związane z eliksirami, jego ulubionym przedmiotem, a Fanny słucha jak urzeczona ;v No i Bowen mogłaby to widzieć nieco inaczej, ba, znając jej zdolność do przesadyzmu i nadinterpretacji, pomyślałaby sobie, że w wyniku tej złej oceny (czy jakkolwiek nazwę tamtą niezręczną sytuację z zapraszaniem), zmienił zdanie i teraz zaprasza kogoś innego. W sumie Fanny na pewno liczyłaby na to, ale Caelan oczywiście ma już partnerkę ;v

    Nie dałoby się z tego zrobić wątku na dłuższą metę, więc najlepiej od razu przejść do potańcówki. Spotkanie przed Wielką Salą? Można to uznać za miejsce zbiórki uczniów, którzy mają wybrać się do miasteczka. Na pewno towarzyszyłby im jakiś nauczyciel albo nawet dwóch. :D ]

    OdpowiedzUsuń
  37. Caelan nie miał tylu problemów z powodu przypadkowej randki i nadchodzącej zabawy w Hogsmeade. Życie płynęło mu bez większych zmian, najwięcej czasu poświęcał na malowanie oraz eliksiry, a najmniej, jeśli w ogóle, na słuchanie plotek. Ku swojemu zdziwieniu, jego koledzy nie dopytywali o okoliczności spotkania w herbaciarni. Nawet Finnigan przystanął na jednym niezbyt wnikliwym pytaniu, po czym przerzucił się na ciekawsze tematy. Słowem nie wspomniał także o blondynce z Gryffndoru, ale Abernathy z łatwością dostrzegł, że już zmienił obiekt zainteresowania. Czyli postąpił w imię powszechnej opinii, iż w morzu jest wiele ryb. Nową wybranką Ellisa była rudowłosa Lisa — Krukonka na siódmym roku. Tutaj przydała się niewielka pomoc Caelana. Lisa odpowiedziała twierdząco na propozycję Gryfona dotyczącą potańcówki i tak oto chłopak wyleczył się z kolejnego zawodu miłosnego w hogwarckiej karierze edukacyjnej.

    W przeddzień imprezy wszyscy mówili tylko o niej. O tym, z kim pójdą, co założą i jakie plany mają na rozwój wieczoru. Parę dziewcząt ubolewało nad brakiem partnera, inne nad sukienką, a jeszcze inne zupełnie zignorowały bezsensowną wrzawę. Mało kto zamierzał zostać w zamku, większość raczej obrała tok myślowy zbliżony do tego posiadanego przez Tię Bowen — lepiej pójść aniżeli siedzieć samotnie w dormitorium. Okazało się, że każdy potrzebował specjalnego pozwolenia, o czym poinformowała Krukona jego młodsza siostra. Ten jeden raz wścibstwo Lucy było użyteczne, bowiem za jej sprawą uniknął prób uformowania odpowiedniej treści listu i wysyłania go do ojca. Lucy w odpowiedzi zwrotnej otrzymała dwa pozwolenia: jedno dla siebie, a drugie dla starszego brata.

    W pokoju wspólnym mówiono wyłącznie o przyszłym wydarzeniu w pobliskim miasteczku. Curran i Daniel postanowili nikogo nie zapraszać, bo na takich imprezach krążyło wiele dziewczyn, a partnerki mogłybyprzeszkadzać w ich podrywaniu. Trzeci współlokator, Brian, wybierał się z jedną ze znanego grona plotkar, tą głównodowodzącą. Co do samego Caelana, właściwie nie myślał za wiele o błahej balandze w Hogsmeade. Skoro zdążył zaprosić Bowen, to nie rozważał żadnych opcji, jak wybór osoby towarzyszącej czy rezygnacja w ostatniej chwili. Fanny Mayweather w życiu otwarcie nie zasugerowałaby Krukonowi, by wziął ją ze sobą, a on, jako stworzenie lekko upośledzone w sferze romantycznej, nie dostrzegł jej zauroczenia, więc tym bardziej nie wyczuł delikatnych sugestii. Gryfonka pozostała jednak uśmiechnięta, kiedy odchodziła w stronę biblioteki, pożegnawszy się z nim w taki sam sposób, jak zawsze.

    Od czasu przypadkowej randki, Abernathy nie natknął się na Bowen. Należeli do dwóch różnych domów i najwyraźniej oboje mieli własne sprawy. W tenże przeddzień imprezy, gdy tak siedział sobie w krukońskim salonie na średnio wygodnej kanapie, otoczony przez dwójkę współlokatorów, zastanawiał się, jakie przygotowania Tia zaplanowała. Nie pamiętał, żeby kiedykolwiek widział ją w sukience, ale podobnie mógł powiedzieć o reszcie uczennic. W szkole panował surowy wymóg noszenia określonego stroju, a to uniemożliwiało płci żeńskiej dokonywania ubraniowych eksperymentów.

    Nazajutrz wstał później niż zwykle, aczkolwiek i tak wcześniej od kolegów z dormitorium. Do wieczora pozostało jeszcze wiele godzin, więc zajął się swoimi sprawami. Kwestię stroju pozostawił niemal na ostatnią chwilę, korzystając z porad Briana. Założył czarne spodnie, ciemnoniebieską koszulę z kołnierzykiem i skórzaną kurtkę podszytą dosyć grubym materiałem. Uznał, że czapka, szalik oraz zimowe buty zapewnią mu dodatkowo ochronę przed zimnym wiatrem, o ile takowy się pojawi, dlatego zrezygnował z płaszcza.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Na miejsce zbiórki zszedł razem ze współlokatorami, gdzieś po drodze napotkali Finnigana. Chwilę później pojawiła się towarzyszka Ellisa, a niedługo po niej Fanny Mayweather. Dziewczyna podeszła do Caelana, witając się radośnie ze wszystkimi. Z jej słów wynikało, że idzie sama, więc Krukon po chwili wahania stwierdził, że skoro Curran i Daniel także nie mają osób towarzyszących, to Fanny równie dobrze może dołączyć do grupki.

      Kilka minut upłynęło, zanim Abernathy dostrzegł Bowen przed wejściem do Wielkiej Sali. Odszedł na moment, żeby wręczyć pozwolenie opiekunce domu, a gdy wrócił do gryfońsko-krukońskiego towarzystwa, od razu spostrzegł Tię nieopodal. Uśmiechnął się delikatnie na jej widok.

      — Ładnie wyglądasz w tej sukience — mruknął koło ucha Puchonki, wykorzystując to, że była odwrócona do niego plecami i patrzyła na coś albo kogoś. — Będziemy mieć towarzystwo — skinął głową w stronę znajomych.

      Akurat jemu to nie przeszkadzało, ale nie wiedział, jak na tę grupkę zapatrywała się jego... jego, no, właśnie! Przyjaciółka? W końcu sam ją tak określił; sam określił wyjście jako przyjacielskie.

      [ "Wszędobylska lafirynda" ;v

      PS Chyba trochę za bardzo leję wodę, ale to u mnie niestety normalne ;x ]

      Usuń
  38. Jeżeli czegoś mógł być pewien, to tego, że Fanny Mayweather zbyt prędko nie zniknie im z oczu. Według opinii Caelana, Gryfonka ta była wszędobylska i wszystkolubna, do każdego potrafiła podejść z najgłupszym pytaniem, ale jakąś niezrozumiałą sympatią obdarzyła właśnie jego. Istniało więc niewielkie prawdopodobieństwo, aby dołączyła do innej grupki. Szczególnie, gdy współlokatorzy zdawali się już ją polubić. Stali tak razem szeroko uśmiechnięci, rozmawiając na temat Quidditcha. Tymczasem Abernathy obserwował Tię badawczym wzrokiem. Przez jej twarz przebiegło wiele nieokreślonych dla niego myśli. Wydawała się całkiem zła, o czym świadczyła sarkastyczna odpowiedź.

    — Wierz mi, nie są tacy źli. Nie będą nad tobą sterczeć przez całą imprezę, bez obaw. Curran na pewno zaplanował liczne podboje, a Daniel mu potowarzyszy — stwierdził z nieznacznym uśmiechem. Ellis zniknął gdzieś przed pięcioma minutami, jego partnerce przydarzyła się mała niespodzianka z fryzurą i koniecznie musiał pomóc biedaczce. Gryfon wrócił dokładnie w chwili, kiedy Krukon spojrzał w stronę wejścia do Wielkiej Sali. — A, swoją drogą, Ellis zdążył się odkochać i zapewne zakochać ponownie. Mówiłem, że nie jest stały w uczuciach. Ale tym razem trafił na odpowiednią kandydatkę. Zgodziła się z nim umówić. Ma na imię Lisa. Ta rudowłosa.

    Wzruszył niedbale ramionami, choć podejrzewał, jaka będzie reakcja Puchonki. Wciąż doskonale pamiętał, co ostatnio proponowała w kwestii nieszczęśliwie zakochanego Finnigana. Informacja odnośnie swoistego pocieszenia powinna przynieść jej... ulgę? Tak bardzo zamartwiała się cierpieniem obcego chłopaka. Caelan bardzo dobrze znał swoich kolegów, a oni przeważnie znali jego. Teoretycznie powinni być zaskoczeni niedawną randką Krukona, zważywszy na zerowe zainteresowanie sferą miłosną w ostatnim czasie, lecz przeszli nad tym do porządku dziennego. Szybko zaakceptowali myśl, że ktoś tak nierozgarnięty romantycznie, pogrążony we własnym jestestwie, może tak z dnia na dzień rozpocząć związek. Skądinąd żaden związek w rzeczywistości nie mógł mieć miejsca. Jeszcze nie nadarzyła się idealna okazja do wytłumaczenia zajścia chociażby Finniganowi, bowiem chłopak być w zeszłym tygodniu aż nazbyt pochłonięty rudowłosą Lisą.


    — Skoro wszyscy idą, to my też powinniśmy ruszać. — Narzucił kurtkę, zawiązał szalik wokół szyi, zasunął zamek, a czapkę tarmosił na razie w dłoni. Dzisiejszego wieczoru wysilił się na przyczesanie włosów do tyłu i tylko lekko na boki. Chciał wyglądać deczko inaczej niż zwykle, może lepiej. Cel ten z łatwością osiągnął. Uczniowie tłumnie parli do przodu, jednakże bez popychania, przeciskania pomiędzy sobą i tworzenia harmidru. Wszystko odbywało się w spokojnej atmosferze. Ellis skinął głową w jego stronę, uśmiechając się od ucha do ucha. Rudowłosa Lisa wyglądała na bardziej zadowoloną, a jej fryzurze nic już nie dolegało.

    Caelan miał nadzieję, że nie zacznie odczuwać zmęczenia po godzinie. Wprawdzie przespał osiem pełnych godzin, pochłonął dwa porządne posiłki i emanował energią życiową, ale zwykle imprezy go nudziły. Na początku potrafił korzystać z okoliczności, acz po jakimś czasie brakowało mu rozrywek. Ileż można patrzeć, jak nastolatkowie próbują się upić? Niby chodziło również o tańczenie, acz to była sprawa drugorzędna — najważniejsze były przekąski, napoje i odpowiednie towarzystwo. Przeczuwał, iż tych trzech rzeczy nie będzie brakować dzisiejszego wieczoru, więc odgonił myśl o hipotetycznej porażce potańcówki.

    — Lubisz tańczyć? — spytał ni z tego, ni z owego podczas przechodzenia przez dziedziniec. Szli powolnie, bo przed nimi zgodnie maszerowało liczne stado hogwartczyków. Tuż obok Caelana wędrowali jego znajomi. Fanny odpowiadała na pytanie Daniela, chociaż to ona przeważnie je zadawała. Odpowiadała i kątem oka zerkała na Bowen. Była delikatnie uśmiechnięta, więc jej wzrok nie mógł zdawać się nieprzychylny Puchonce.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi

    1. Znał parę kroków tanecznych, gdyż swego czasu, w dzieciństwie, babcia ze strony ojca przykładała wagę do nauki tańca rodzeństwa Abernathy. Caelan przynależał do czystokrwistej rodziny czarodziejów, w jakiejś części ponoć mieli w sobie arystokratyczną krew, toteż babcia uznała, że wypada, by dzieci znały kroki klasycznych tańców. Czy chcieli, czy nie.

      — Bo ja tak średnio... umiem. — Tak, uznał, że lepiej postawić na nie umiem niż nie lubię. Właściwie, może niekoniecznie do rytmu i z wyczuciem, ale każdy potrafił jakoś poruszać ciałem do słyszanej muzyki.

      Usuń
  39. [Pasowałoby Ci, gdyby Alexander po prostu dosiadł się do Tii i zaczął z nią rozmowę, jakby nigdy nic, o jakichś kompletnych głupotach? A potem już na bieżąco wymyśliłybyśmy jakąś konkretną akcję :D Ewentualnie, bo mi to nie przeszkadza, możemy iść do Mei i dziewczynę trochę pomęczyć!]

    OdpowiedzUsuń
  40. — Nie muszę umieć tańczyć, żeby iść na dzisiejszą imprezę. Teoretycznym wymogiem jest bycie młodym, a taki właśnie jestem — uśmiechnął się kątem ust. Wsunął dłonie do kieszeni kurtki, bo znowu zapomniał wziąć rękawiczek. — Ale tak poważniej... W dzieciństwie miałem prywatne lekcje z moją babcią. Ja i moja młodsza siostra, Lucy. Klasyczne tańce, nic wielce przydatnego. Oboje tego nie lubiliśmy.

    Dopiero wtedy przeniósł wzrok na Fanny, która akurat przestała zerkać na Tię i odpowiadała na jakieś kolejne pytanie Daniela. Caelan nie potrafił określić, co podejrzliwego Puchonka dostrzegła w Gryfonce. Według niego była po ciekawa nowej osoby w swoim otoczeniu, ale ową osobą miał być jego współlokator, a nie Bowen. Wzruszył więc beztrosko ramionami. Nie odpowiedział nic. Gdzieś przed sobą dostrzegł znacznie gorsze zjawisko aniżeli Mayweather rzekomo taksująca biedną Puchonkę. Otóż jego oczom ukazała się Lucy w towarzystwie Ślizgona, z którym ostatnio odbył małą bójkę. Wysoki blondyn należał do drużyny Quidditcha, ale to nie jego umiejętności sportowe zapewniły mu rozgłos. Kevin Bloomer, podobnie jak Ellis, słynął ze swoje wyjątkowe kochliwości, z tym, że w przypadku Ślizgona zawsze osiągał cel aż nazbyt dobrze — sporo dziewcząt skończyło ze złamanym sercem albo przynajmniej silną niechęcią względem niego.

    — Bloomer, ten kretyn, znowu z moją siostrą — mruknął cicho pod nosem. Zmarszczył mocno brwi, a wargi machinalnie lekko się zacisnęły. A myślał, że był wystarczająco przekonujący. Poczuł powracającą złość, choć bardzo powoli odzwierciedlała się ona na jego rysach twarzy. Potrafił zachować zimną krew w sytuacjach, gdy większość ją traciła. Ludzie zwykle mieli problem z odgadnięciem jego emocji, bo rzadko wychodziły na zewnątrz.

    W sprawie konfliktu Caelana z Kevinem chodziło nie tylko o siostrę tego pierwszego. Oczywiście to podałby jako jedyny powód, ale prawda leżała trochę dalej w przeszłości. Bloomera poznał bardzo dobrze w czasach przygody z krukońską drużyną. Ślizgon na każdym meczu próbował jakoś uszkodzić Abernathy'ego bądź uniemożliwić mu wykonanie ruchów. Zasady gry wymagały rywalizacji, lecz nie tak ostrej, jaką zazwyczaj Kevin prezentował. Można powiedzieć, że na boisku i czasem poza nim, rozgrywali własny mecz.

    Hogwartczycy mozolnie docierali na miejsce zabawy. Paru uczniów już tam doszło, gdy tymczasem reszta przedzierała się przez warstwy śniegu. Na szczęście opad nie był silny, więc ziemię pokrył ledwo dziesięciocentymetrowy biały puch. Zimowe buty łatwo sobie z nim poradziły. Wieczór należał do jednych z cieplejszych w tym miesiącu. Słońce dawno zaszło, a wokoło zapadał mrok. Okres zimowy charakteryzował się krótkim dniem, co osobiście odpowiadało Caelanowi. Jesień oraz następująca po niej zima były jego ulubionym porami roku. W lecie nie znosił upałów, ale mało kto je lubił.

    — Jak tam twój Casanova? Kogo dzisiaj zabiera? Blondynkę czy jakieś inne dziewczę? — spytał nagle, nie odwracając wzroku od siostry i jej towarzysza. Pytając o Thomsona chciał odwrócić swoją uwagę od irytującego Kevina. Matthew również go denerwował, ale w zupełnie inny sposób i z innego powodu.

    W którymś momencie Fanny podeszła bliżej i złapała Caelana pod ramię z szerokim uśmiechem, mówiąc: "Zaraz będziemy na miejscu!". Szybko go puściła, lecz uśmiech pozostał. Tii rzuciła tylko przelotne spojrzenie, po czym dłońmi odzianymi czerwonymi rękawiczkami poprawiła równie czerwoną czapkę. Abernathy podejrzewał, że sukienkę także miała czerwoną, gdyż zawsze ubierała się pod kolor. Daniel wyciągnął swoją różdżkę, żeby rzucić zaklęcie samoczyszczące na buty ubrudzone w wyniku kontaktu błotno-śnieżnej mazi. Zaklęcie oczyściło obuwie, acz spowodowało także, że stało się śliskie. Kolejny wykonany przez niego krok wywołał więc upadek. Krukon pociągnął za sobą Currana. Daniel zaklął pod nosem, a Caelan zaśmiał się głośno. Podobnie jak wielu innych uczniów. Szybko się pozbierali i szli dalej.

    Faktycznie, prawie dotarli na miejsce. Caelan już słyszał głośną muzykę dobiegającą z lokalu oraz młodych ludzi przed wejściem.

    OdpowiedzUsuń
  41. [On zna regulamin, to znaczy, wie o istnieniu poszczególnych paragrafów i umie je przytaczać, ale numerki nigdy mu nie szły, więc za każdym razem dana zasada podporządkowana jest innej numeracji. Uczniowie są zbyt leniwi, aby to sprawdzić!
    Jedyne, co mi się nie podoba, to to, że Bowen mści się na psie. No jak to tak? Marsh by ją za uszy wytargał.]

    Marsh

    OdpowiedzUsuń
  42. [Masz pomysł w zanadrzu, czy kombinujemy? :)]

    William

    OdpowiedzUsuń
  43. [Okej, to może... któreś z nich chciało przyszpanować przy kimś jakimś mega trudnym zaklęciem, które nie było dobrze opanowane, i znaleźli się przez przypadek w miejscu a la cmentarz z "Czary Ognia". Co o tym myślisz? :)]

    William

    OdpowiedzUsuń
  44. [Cześć! Chęci są zawsze, z pomysłami trochę gorzej. :< Ale możemy zawsze wspólnie pokombinować :D]

    Breanna

    OdpowiedzUsuń
  45. [Jeżeli tylko Tia powie coś, co sprawi, że Mei odbierze jej słowa za wyzwanie, to na pewno się tego podejmie, choćby i nieświadomie :D Wolisz zaczynać, czy raczej na odwrót?]

    OdpowiedzUsuń
  46. Uniósł wymownie brew, słysząc odburknięcie Tii. Był święcie przekonany, że tę potańcówkę wykorzysta do kontaktu z Thomsonem, a jemu samemu przypadnie rola trzeciego koła u wozu, co nie stanowiło tak złej perspektywy. Jeśli mógł przysłużyć się w jakikolwiek sposób sprawie nieszczęśliwego zakochania Puchonki, to nie wahałby się długo. Ciekawiło go, jak wyglądałby ich związek. Na pewno dosyć zabawnie, ale jednak nie zabawniej niż którykolwiek z jego dotychczasowych bądź przyszłych. Skoro zareagowała chłodno na pytanie, to chłopak postanowił urwać temat. Uznał, że nie ma sensu dochodzić prawdy, tak samo, jak nie ma sensu łypać groźnie spode łba na Bloomera przez cały wieczór, choć niewątpliwie z początku będzie tak robił.

    Lucy odwróciła się w jego stronę w chwili, gdy przystanęła wraz ze swoim partnerem przed głośnym lokalem. Machnęła niedbale ręką do brata w geście przywitania i zaraz zniknęła wewnątrz. Natomiast Caelan spojrzał po znajomych, szukając wzrokiem Finnigana. Chciał go o coś spytać zanim dotrą na miejsce, ale nigdzie w pobliżu nie było go widać. Dostrzegł dwoje współlokatorów oraz Fanny, zaś Gryfon przepadł gdzieś po drodze. Być może ich wyprzedził? Krukon zerknął ponad głowy uczniów. Obaj z Ellisem byli wysocy, wyżsi od połowy Hogwartu, więc powinni być łatwo dostrzegalni w tłumie. Aczkolwiek nic z tych krótkich obserwacji nie wynikło.

    — Nie widziałaś nigdzie Ellisa? Jeszcze nie tak dawno szedł za nami, a teraz go nie widzę — spytał Bowen, bo kiedy on był zajęty rzucaniem groźnych spojrzeń pod adresem Bloomera, ona mogła skupić się na innych osobach. Rzecz jasna pytał zwyczajnym tonem głosu, jeszcze nie popadał w paranoję, by po chwilowym zniknięciu któregoś z przyjaciół wszczynać alarm.

    Minutę później gdzieś z boku usłyszał charakterystyczny głośny śmiech kolegi z Gryffindoru. Jakby niespodziewanie wyskoczył z jakichś krzaków z uśmiechniętą rudowłosą towarzyszką, nieomal również trącając Tię łokciem. Abernathy jedynie przewrócił lekko oczyma i wrócił do wcześniejszych rozmyślań. Gdy tak wciąż nad czymś rozmyślał, uczniowie idący przed nimi zatrzymali się wpół kroku. Powstał mały tłok, wszystkim nagle doskwierał mróź, więc każdy musiał koniecznie wejść do środka pierwszy. Jedna z nauczycielek zarządziła natychmiastowy spokój i nakazała zachowywać się jak na młodzież przystało. Caelan odszedł trochę w bok, pozwalając reszcie wejście przed nim. On mógł poczekać. Nigdzie mu się aż tak bardzo nie śpieszyło. Daniel parł ostro do przodu, niby przypadkiem łapiąc za ciemnowłosy lok jakiejś dziewczyny stojącej przed nim. Curran zaś wyjątkowo poszedł w ślad za Caelanem i obaj stali z boku, czekając na swą kolej. Fanny przez chwilę stała koło Tii, o czym zdała sobie sprawę zbyt późno, żeby wycofać się niepostrzeżenie — drogę zagrodziło jej dwoje innych wysokich Krukonów. Obróciła się w dosyć zabawny sposób, wykonując tym samym pełny obrót zmieszania.

    — Poczekajcie chwilę — zawołał Curran.

    — Z drugiej strony, obawiam się, że jeśli wszyscy wejdą przed nami, to nam przypadną jakieś kiepskie miejsca. Nie zamierzam siedzieć przy toalecie — stwierdził buńczucznie. Złapał Tię za rękę i swobodnie wykorzystał dobrą okazję do wbicia się przed parę innych osób. Potem, jak gdyby nigdy nic, puścił rękę Puchonki i uśmiechnął się kątem ust do uczniów stojących już teraz za nim.

    Pozostało tylko czekać grzecznie w kolejce na swoją kolej.

    [ Wybacz, nie mogłam się zebrać. :c Dlatego jestem nieszczególnie zadowolona z tego tam wyżej.

    PS. Ładne zdjęcie. To z kotem też było ładne. Widzę, że ne możesz się zdecydować? :D]

    OdpowiedzUsuń
  47. — Kobieto, nie popychaj mnie — mruknął przekornie z uśmiechem, ale wbrew temu, co powiedział, dał się wykorzystać jako tenże taran. Wszystko, byle nie siedzieć koło toalety. Na szczęście zdążył nawyknąć do jojczenia Tii, gdyż robiła to bardzo często. Częściej od jego siostry. Sam był człowiekiem raczej wstrzemięźliwym w okazywaniu jakichkolwiek emocji, więc nikt nigdy nie spodziewałby się po nim marudzenia. Jeśli na coś narzekał, to tylko w duchu.

    Po drodze zostały niemal wepchnięty na Bloomera, na co Ślizgon zareagował zmrużeniem oczu niczym paskudna jaszczurka. Pech chciał, że akurat on i Lucy stali przy samym wejściu, toteż ich obecność — a w szczególności obecność Kevina — biedny Caelan musiał znosić przez dłuższą chwilę. Siostra łypnęła na niego swym nazbyt wścibskim okiem, dosyć szybko przechodząc do Bowen. Przeszyła ją na wskroś zielonymi oczyma, próbując wykalkulować kimże była ta dziewczyna popychająca jej starszego brata. Przez ułamek sekundy mina Lucy wyrażała zniesmaczenie, albowiem stwierdziła, że... tylko ona może nim dyrygować! Właściwie próbować, bo bardzo rzadko osiągała cel, co ją niezmiernie wkurzało. Abernathy czasem odpuszczał dla świętego spokoju.

    Finnigan przystanął za plecami Krukona, a jego towarzyszka kręciła głową na boki. Wydawała się być równie zniecierpliwiona jak Tia. Ni z tego, ni z owego płatki śniegu zaczęły spadać z nieba. Część uczniów zareagowała wówczas, jakby ten zupełnie łagodny i niegroźny opad był co najmniej gradem. Jeszcze bardziej chcieli wejść do środka. Gdy Caelan uniósł głowę ku górze, na jego piegowaty lekko czerwonawy nos opadło kilka wilgotnych śnieżynek. Zostawił je tam nienaruszone i pozwolił wchłonąć się w skórę. Przede wszystkim dlatego, że przyszła ich kolej do przekroczenia progów lokalu. Od razu uderzyła go liczba osób dostrzeżonych na horyzoncie. Potańcówka już na samym początku swojego trwania mogła pochwalić się dużym zainteresowaniem wśród młodzieży. A przecież na zewnątrz czekało całkiem spore grono! Abernathy westchnął bezgłośnie — spodziewał się zainteresowania ze strony Hogwartczyków, ale gdzieś po cichu liczył, iż nie każdy otrzyma specjalne pozwolenie od rodziców. Najwyraźniej żaden rodzic nie miał obiekcji co do wyjścia pociechy na imprezę organizowaną poza murami szkoły. Czy słusznie? Jutro będzie wiadomo.

    Tia zniknęła z pola widzenia. Kiedy zerknął do tyłu, nie dostrzegł znajomej twarzy Puchonki, tylko wyjątkowo zadowolone oblicze Ellisa. Tego dnia wyglądał na niesamowicie uradowanego. Curran także gdzieś przepadł. Caelan rozejrzał się uważniej, aż w końcu dostrzegł machającą do niego Bowen. Skinął porozumiewawczo na Gryfona i razem ruszyli w stronę stolika wybranego przez dziewczynę. Rudowłosa Lisa, trzymana kurczowo za rękę, również tam zmierzała.

    Krukon wybrał kanapę w kształcie półksiężyca, bo uznał ją za wygodniejszą. Finnigan zasiadł na krześle, a jego towarzyszka po chwili wahania — i niemożności oddalenia za bardzo — przysiadła na kolanach Ellisa. W tymże momencie Caelan zapragnął przewrócić oczyma, ale w porę powstrzymał się przed tą dziecinną reakcją. Skupił wzrok na Tii. Jednak nie na długo, bo z tyłu doszedł go czyiś głos. Nie rozpoznał właściciela owego głosu, aczkolwiek zmarszczył ostentacyjnie ciemne brwi jako wyraz niezadowolenia ze słów, które nieznajomy jegomość wypowiedział:

    — Bowen, próbujesz wzbudzić zazdrość w Thomsonie? Jakimś Krukonem nie osiągniesz tego celu — nieznajomy blondyn zaśmiał się złośliwie i, nie czekając na odpowiedź, opadł z powrotem na swoje miejsce na identycznej kanapie. Chłopak prawdopodobnie należał do Domu Lwa. Tak przynajmniej wynikało z jego słów.

    — Nie jestem JAKIMŚ Krukonem. — Caelan odburknął w stronę Gryfona, nie mając ochoty wdawać się w niepotrzebne dyskusje. Odpowiadanie na prymitywne zaczepki nigdy nie kończyło się dobrze, a Abernathy nie planował dzisiejszego wieczoru żadnych konfliktów czy... bójek.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. [ A, zapomniałam o dopisku. Popychaj wątek jak chcesz. Rozdrażniona Tia brzmi ciekawie ;v

      Zdjęć mam całkiem sporo, więc sama musisz wybrać:
      1
      2
      3
      4
      5 ]

      Usuń
  48. A co miał odpowiedzieć? Nie znał tego Gryfona i nie uważał, by honor Tii wymagał ochrony. Według niego obrażony został co najwyżej Dom Kruka, ale jeszcze nie dołączył do psychotycznego fanklubu swych pobratymców, ażeby psuć sobie wieczór robieniem z igły wideł. Ta domena należała do ludzi bardziej porywczych. I jemu zdarzało się popadać w złość, lecz w chwilach najmniej oczekiwanych; w sytuacjach pozornie zbyt błahych, aby ktokolwiek tracił energię na zawracanie sobie nimi głowy. Mało obchodziła go opinia jakiejś zupełnie nieznanej mu osoby. Najchętniej zignorowałby tego chłopaka, szybko zapominając o jego istnieniu. Fakt, że coś mu odburknął, nawet jeśli krótko i niezbyt głośno, już i tak wydawał się być zbyteczną czynnością. A nie przepadał za bezsensownym traceniem czasu.

    Odwrócił głowę, skupiając wzrok na parce siedzącej naprzeciwko niego, czyli Finniganie i rudowłosej dziewczynie, która dostrzegłszy jego spojrzenie, uśmiechnęła się delikatnie. Caelan nie odpowiedział tym samym, zamiast tego postanowił zerknąć na otoczenie. Był ciekaw, kto przyszedł, choć wcześniej, na pierwszy rzut oka, wydawało się, jakby wszyscy otrzymali pozwolenia od rodziców. Dostrzegł kilka znajomych twarzy Krukonów, ale głos Tii przerwał tę wnikliwą obserwację. Dziękowała właśnie za jakieś czekoladki, wspomniała o niejakiej Mei i ogólnie wynikało, że kojarzy ucznia, który ją złośliwie zaczepił. Nie wiedział, jak zareagować, więc pozostał niewzruszony. Jedynie jego brwi minimalnie się poruszyły, acz sekundę później wróciły do pozycji nieruchomej. Milczał, tak jak reszta. I tak jak reszta zerknął na Gryfona w oczekiwaniu na kolejną złośliwą odpowiedź. Kiedy w końcu z jego ust padło: „Nie masz u niego szans”, Caelan zaśmiał się nieoczekiwanie. Rozbawiła go nieporadność Złośliwca w kontynuowaniu zapoczątkowanej przez siebie rozmowie.

    Słysząc pytanie Ellisa, odpowiedział:

    — Cieszy się z dogryzienia temu bucowi — na jego twarzy wyrósł lekki uśmiech. Kolega skinął głową ze zrozumieniem, zaś Abernathy rozsiadł się wygodnie na kanapie w kształcie półksiężyca, a prawą rękę rozłożył na oparciu.

    Miał iść za Tią, pomóc jej z niesieniem napojów, ale zniknęła mu z oczu zanim zdążył podnieść tyłek. Młodzież zapełniała lokal, na razie krocząc z miejsca na miejsce w poszukiwaniu znajomych i dobrych stolików, a to powodowało niemały tłok wokoło. Muzyka wciąż tylko słabo pobrzękiwała w tle, w znacznym stopniu będąc skutecznie zagłuszana przez głośne towarzystwo. Światła tworzyły klimat typowych nocnych klubów, co było plusem. Caelan, w swych najgorszych przewidywaniach, spodziewał się scenografii w stylu kiczowatej potańcówki — kolorowe światła oślepiające na każdym kroku, za głośna muzyka, brak mebli do siedzenia, a może nawet, coby dopełnić scenerię a'la kiepski amerykański film dla nastolatków, miskę ponczu ustawioną w kącie pomieszczenia. Jego przewidywania szczęśliwie nie znalazły odniesienia w rzeczywistości. Jak zauważyła Bowen, organizatorzy podeszli do sprawy z większym zaangażowaniem, aniżeli Abernathy od nich oczekiwał.

    W międzyczasie pogawędki Tii z Fanny i Matthew, Caelan konwersował... A raczej słuchał opowieści Lisy o nieudanej wyprawie do Finlandii w zeszłe wakacje. Chciała zainteresować swoich towarzyszy żartami odnośnie napotkanego tam mugola i próbie korzystania z mugolskiego samochodu, ale wyszło jej to kiepsko. Ellis, rzecz jasna, uśmiechał się szeroko, rzucając czymś od czasu do czasu, jednakże Krukon wiedział, że historyjka rudowłosego dziewczęcia także nie wywarła na nim wrażenia. Czego się nie robi w imię zauroczenia? Ellis potrafił bardzo dużo. Caelan nie musiał nic.

    Już miał chwalić Tię za przyniesienie czterech szklanek bez uprzedniego wylania ich zawartości, gdy, stawiając je na stoliku, rozlała trochę soku. Lisa i Ellis złapali dwie prawie pełne szklanki, ta w połowie opróżniona przypadła więc Krukonowi.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi

    1. — Czy to kara za brak pomocy w przyniesieniu napojów? — spytał zaczepnie, unosząc ostrożnie szklankę, z której powoli skapnęły dwie kropelki soku. Nie miał przy sobie żadnej chusteczki, na stoliku też nie stał pojemnik, więc zdecydował się użyć zaklęcia wysuszającego. Ale... skrzat go ubiegł! Niskie stworzenie wyrosło niespodziewanie koło nich, ledwo wychyliło kawałek głowy nad stolikiem, a kałuża zniknęła. Jakaś kolorowa szmatka samoczyszcząca mignęła chłopakowi przez ułamek sekundy. A przynajmniej tak mu się zdawało.

      Bezgłośne pytanie Ellisa spotkało się ze zdziwieniem ze strony jego przyjaciela. Abernathy rzucił przelotne spojrzenie na twarz Bowen. W tym samym czasie do stolika podeszła Fanny, dzierżąc w ręku identyczną szklankę z sokiem dyniowym. Przysiadła na wolnym krześle, tym najbliżej kanapy, na której siedział Caelan. Może nie chciała siadać zbyt blisko niego... Niego i jego dzisiejszej towarzyszki, Tii.

      — Dziwne, że Matthew Thomson przyszedł dziś bez pary. Jest jednym z milszych i przystojniejszych chłopaków w Hogwarcie. — Dwa pierwsze słowa drugiego zdania zostały odrobinę zaakcentowane, prawie niezauważalnie. Mayweather zachowała się, jakby krzesło było przeznaczone dla niej. Nie była skrępowana przebywaniem w towarzystwie — coby nie mówić — dwóch par.

      Jeśli ktoś nie znałby Fanny, nie znałby jej ogólnie pozytywnego nastawienia do świata, to mógłby pomyśleć, że dziewczyna tymi słowami chciała wzbudzić jakieś emocje w Tii Bowen, osobie znanej z wielkiego zaślepienia wspomnianym Thomsonem. Ale po co? Z powodu Caelana? Nikt tak na dobrą sprawę nie zdawał sobie sprawy z tego, że ta dziewczyna darzyła Krukona większą sympatią. Tak więc przyjął jej wypowiedź jako niefortunne, aczkolwiek luźne rozpoczęcie rozmowny. Przecież nie wiedziała, że niedawno ktoś ich zaczepił wzmianką o Matthew.

      — Może bez względu na czyjeś opinie, Matthew Thomson nie jest jednak aż taki miły i przystojny — rzucił spokojnie, starając się nie zabrzmieć ani trochę złośliwie. Szybko przysłonił usta szklanką, by upić słodkawego napoju. Fanny zaś zachichotała cichutko, odpowiadając polubownym: „No, może”

      Wieczór dopiero się zaczynał, a już go tutaj zamęczają tym irytującym Thomsonem...

      [ Widziałam to zdjęcie. Wygląda na nim jak młody Rumcajs. ;v ]

      Usuń
  49. Słysząc określenie, którym rzekomo Thomson obdarowywał jakichś ludzi, Caelan jedynie poruszył brwiami nad trzymaną przy ustach szklanką. Zdążył wyłączyć się na wszystkie informacje dotyczące tego człowieka, chcąc skupić myśli na przyjemniejszych tematach. Mało go interesowało, co też Gryfon o kim i co powiedział. On może nie zdawał sobie sprawy z prawdziwego znaczenia słów Tii, lecz nagła zmiana w zachowaniu Fanny niewątpliwie świadczyła o towarzyszącym jej w tej chwili speszeniu. Uświadomiła sobie, że Puchonka słyszała fragment rozmowy z Matthew. Na usta Mayweather wypłynął lekko podenerwowany uśmiech. Nie powiedziała już nic. Speszony wzrok nakierowała na naczynie z napojem.

    Abernathy zupełnie zapomniał o odnalezieniu dwójki współlokatorów. Zniknęli gdzieś przed wejściem, pomiędzy innymi uczniami, i choć Daniel nie parł do przodu równie wytrwale jak Curran, to było pewne, że koniec końców jakoś na siebie wpadną. Partnerzy w zbrodni — w tym przypadku zwykle: w nieudanym podrywie — rzadko imprezowali oddzielnie. Więc widok uśmiechniętych Krukonów stojących przy stoliku, nie zdziwił Szkota. Wyrośli jak spod ziemi, dopiero wtedy przypominając o swym istnieniu nieco zafrapowanemu koledze. Notabene, tenże zafrapowany kolega pozostał zamyślony dłuższa chwilę, nim uraczył ich spojrzeniem pełnym powagi. Szybko przesunął oczyma z twarzy Currana, na to dziwne wybrzuszenie pod jego marynarką. Na pewno nie trzymał tam butelki z sokiem dyniowym.

    — Sami przynieśliście czy komuś podkradliście? — spytał rzeczowym tonem głosu. W pierwszej chwili mogłoby się wydawać, jakby ich ganił, ale tak naprawdę zawsze podziwiał tę zdolność do... zdobywania rzeczy niezbędnych.

    Organizatorzy raczej nie mogli zaserwować młodzieży niczego mocniejszego niż piwo kremowe, a jak wiadomo, większa część ludzi na imprezach przewidywała jakikolwiek alkohol. Caelan akurat nie uznawał żadnych trunków za wymóg konieczny, ale też nie zamierzał wzbraniać się przed piciem i sącząc średnio smaczny soczek. Curran miewał różne upodobania w kwestii napojów, zaś Daniel, tak jak Abernathy, przeważnie tykał jedynie Ognistą Whiskey. Pierwszy z wymienionej trójki miał, o ironio!, najsłabszą głowę ze wszystkich znanych Krukonom osób. Dlatego koledzy zwykle go pilnowali, żeby nie przedobrzył. O ile na domowych imprezach konsekwencje były znikome i zamykały się najczęściej na zwykłym kacu następnego dnia, tak potańcówka niosła ze sobą większe ryzyko. Większa liczba zgromadzonych, na dodatek obecność opiekunów domu — opiekunka Domu Kruka nie była zbyt przychylna Curranowi, uważając go za zbyt wszędobylskiego i tworzącego harmider w każdym miejscu, w którym się pojawił. No, to musiała nie znać Fanny Mayweather!

    — Ani nie przynieśliśmy, ani nie podkradliśmy. Za kogo nasz masz, Caelanie? Otrzymaliśmy w ramach podziękowania za pomoc z pewnym nadgorliwym dziewczęciem. Kilkunastu piątoklasistów założyło się, że zdołają przemycić sporą ilość alkoholu. Pechowo podsłuchała ich prefekt z tego samego roku, już chciała im odejmować punkty, wzywać do dyrektora, robić szum i ściągać Aurorów, jakby co najmniej planowali rzucić urok na uczniów w Hogsmeade, gdy ten oto człowiek, nasz drogi Daniel, wkroczył do akcji. Bohatersko uratował biednych małoletnich Krukonów przed niezasłużoną karą! Spytaj jak, Caleanie? No, spytaj — tutaj Curran przerwał swą emocjonującą opowieść, oparłszy ręce na stole i nachylając się do piegowatego kolegi, który nie chcąc przedłużać niewątpliwego oczekiwania na ciąg dalszy, wzruszył bezradnie ramionami i spytał: "Jak?" — Zaprosił ją na zabawę! Jakież proste rozwiązanie.

    — Najpierw spłonęła rumieńce, zaczęła coś mamrotać o regulaminie, wtedy dzieciarnia wykorzystała moment i uciekła. A dziewczyna oczywiście zgodziła się — Daniel wyszczerzył zęby w zadowolonym uśmiechu. Curran natomiast rozchylił poły marynarki. — Tę butelkę dostaliśmy od tych piątoklasistów.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Finnigan śmiał się w najlepsze, Lisa uśmiechała radośnie, a na twarzy Fanny gościło coś pomieszaneo z uznaniem i trwogą przed złamaniem regulaminu. Caelan przyjął opowieść współlokatorów bez większego entuzjazmu. Nie pierwszy raz zdobywali coś w taki sposób. Ciekawiło go jednak gdzie w takim razie podziewała się towarzyszka Daniela. Chłopak, prawie czytając mu w myślach, powiedział, że owa pani prefekt siedziała na razie przy innym stoliku ze swoimi koleżankami.Curran wyciągnął ostrożnie butelkę spod marynarki i postawił ją przed sobą. Fanny grzecznie podziękowała, ale cała reszta podsunęła swoje szklanki. Dobrym pomysłem było rozcieńczenie ognistej whisky z sokiem dyniowym. Tyle że Tia pozostała teraz bez szklanego naczynia.

      — Chcesz trochę? — Caelan podstawił Bowen tę mieszankę, uprzednio upijając znaczny łyk. Z racji obecności kolegi, musiał nieco przybliżyć się do Puchonki. Jego prawe kolano co jakiś czas stykało się więc z jej lewym kolanem.

      Niedługo później Ellis powziął decyzję o dołączeniu do tańczących. Wraz z Lisą dopili napoje i udali się na parkiet, gdzie już zaczęła tańczyć część osób. Muzyka stała się głośniejsza od momentu wejścia do lokalu. Ktoś puścił utwór najpopularniejszego czarodziejskiego zespołu i wtedy dopiero do kilkunastu osób dołączyło większe grono. Daniel podniósł leniwie tyłek z krzesła, tłumacząc się chęcią odnalezienia dzisiejszej partnerki. Curran pozostał na miejscu. Tak samo Fanny. Abernathy zerknął na Bowen z dosyć niepewną miną. Skoro lubiła tańczyć...

      — Lubisz tę piosenkę? — trochę na opak spytał, czy też chce iść na parkiet. W sumie odczuwał jakąś przedziwną obawę przed podjęciem próby tanecznej z Tią.

      [ Caelan nie jest łagodny! To twardziel z poważną miną. ;v Możesz zmienić na zdjęcie w kapelusiku, jeśli chcesz. Nie mam nic przeciwko.

      PS Tak sobie pomyślałam, że później może zdarzyć się jakiś... wypadek. Komuś coś się stanie, ktoś kogoś zaatakuje, może ktoś przerwie im imprezkę, bijatyka, problemy techniczne albo nie wiem, staruszki, które będą chciały spać, przybędą uciszyć zgromadzenie swymi różdżkami. Haha, to ostatnie byłoby komiczne. Pewnie lokal powinien być odpowiednio wyciszony, no ale, młodzież i tak może przeszkadzać na zewnątrz. Dużo pomysłów krąży mi po głowie. Jak uważasz? :D ]

      Usuń
  50. [Pierw muszę pochwalić za zdjęcie jest po prostu ładne, bardzo ładne. Karta jest napisana naprawdę świetnie tylko po jej przeczytaniu jakoś zdjęcie wydaje mi się takie... Łagodne, za łagodne. Nie wygląda na taką co się tak na wszystkich mści. No ale to tylko takie tam moje odczucia. Chociaż z drugiej strony pasuje mi do tej osobowości, która to nie ma i sobie zdania.
    Osobiście proponowałabym do wątku mojego Hyuna, ale pozwolę Ci wybrać pomiędzy nim a Avalon. Zdecyduj, która postać bardziej Cie interesuje i zacznę się mocno skupiać na powiązaniu :)]

    Hyunie, Avalon

    OdpowiedzUsuń
  51. Ja jestem chętna na wątek z którąś z moich dwóch postaci:D

    Scarlett Winslet/ Tom Reed

    OdpowiedzUsuń
  52. [Jestem! ;D Chwalę za dobrze napisaną kartę, super zdjęcie, ale chyba tylko tyle dobrego, bo mimo ze Tia jest naprawdę ciekawą postacią, to nie mam pomysłu na powiązanie. Po przerwie jest z tym wymyślaniem u mnie, jeszcze gorzej niż przed a miałam nadzieję, że się poprawi :') Pomyśle jeszcze oczywiście i coś w końcu mi przyjdzie do głowy, może tobie też coś wpadnie, a jeśli nie z Prim to najwyżej u Mel, która mam nadzieję, pojawi się na Kronikach jutro, coś stworzymy.]

    Primrose

    OdpowiedzUsuń
  53. [Hm... W zasadzie to Avalon nie ma żadnej negatywnej relacji, więc może poszłybyśmy w tę stronę? Nie mówię, że się co spotkanie mają kłócić i wyzywać bo nie dość, że w pewnym momencie to przestałoby być ciekawe, to w dodatku to też nie do końca w stylu panienki Moore. Bardziej coś na zasadzie to że muszę z Tobą tutaj być nie znaczy, że Cię lubię czy coś w ten deseń. I do tego wpakować je jeszcze w jakąś skomplikowaną sytuację, wówczas na pewno coś się wydarzy. Pytanie tylko co. No i oczywiście co Ty na to?]

    Avalon

    OdpowiedzUsuń
  54. Zalezy z kim chcesz stworzyć wątek czy z Tomem i Scarlett czy tylko jedną postacią ale może to będzie jakaś rodzina Scarlett ? Przez to będzie można pisać o dwóch postaciach :D

    OdpowiedzUsuń
  55. [Powiedzmy, że Prim wciąż ma z tym animagiem małe problemy, bo całkiem niedawno się tego nauczyła. Przenieśmy więc to bliższe zapoznanie (wcześniej po prostu jak to koleżanki, coś tam pogadały i nic więcej) do teraźniejszości i zacznijmy wątek od ale piękny lisek! :D Zacznę nam jeszcze dziś albo już jutro, bo mogę nie dać rady.]

    Prim

    OdpowiedzUsuń
  56. [Zostałam już poinformowana, że dziewczęta za sobą nie przepadają, aczkolwiek wciąż nie znam szczegółów, więc po mnie przybywam, jednocześnie chętna na wątek :)]

    Fanny

    OdpowiedzUsuń
  57. [Uuu, to poważnie :D To co ona w ogóle robi wśród Puchonów?! Ale dobra, nie będziemy się w to zagłębiać :D Powiązanie mi jak najbardziej pasuje, w końcu jakichś wrogów Fanny też musi mieć, a co! To teraz wątek. Pomyślałam sobie, że mogłybyśmy wymyślić coś, aby nasze dziewczęta choć na chwilę zakopały topór wojenny. Na przykład Fanny pomogłaby Tii wystroić się na randkę, gdyż znałaby chłopaka, z którym Bowen się umówiła i wiedziałaby co lubi. Nie wiem jednak czy Tia w ogóle poszłaby na jakąkolwiek randkę, na którą chciałaby się na dodatek wystroić xD]

    Fanny

    OdpowiedzUsuń
  58. [W sumie się nad tym nie zastanawiałam, ale tak, Fanny też mogłaby być zazdrosna. W końcu Caelan to obiekt jej zauroczenia, a widząc często w jego pobliżu Tię, może poczuć się zagrożona :D Hmm, może tak zrobimy jakiś mini konkurs na lekcji zielarstwa? Przykładowo, kto pierwszy znajdzie jakiś kwiat, dostaje 10 punktów. Początkowo dziewczyny mogą niechętnie go szukać, ale kiedy już obie zauważą go w tym samym czasie, może rozpętać się mała wojna, która skończy się w kałuży błota, a później w skrzydle z małymi, ale licznymi skaleczeniami ;)]

    Fanny

    OdpowiedzUsuń
  59. [Oh, faktycznie, zupełnie o tym zapomniałam :c Hmm, mogą mieć, na przykład, jakąś łączoną lekcję czy coś :) I czekam w takim razie!]

    Fanny

    OdpowiedzUsuń
  60. Trochę zrzedła mu mina na odpowiedź Tii. Tak nieznacznie, niemalże niedostrzegalnie dla postronnego widza nieobeznanego z opanowaniem Caelana Abernathy'ego. Większość jego reakcji była dosyć minimalistyczna — trwała najwyżej kilka sekund, by potem wrócić do niezachwianej normalności. Bowen wciąż jeszcze do takich niezorientowanych osób należała, głównie dlatego, że zazwyczaj skupiali się wyłącznie na jej problemach sercowych, a to dawało niewielkie pole do popisu dla kogokolwiek poza nią. Trudno nie być zagadką dla kogoś, kto nie zadaje ci żadnych niewygodnych pytań. W tym konkretnym przypadku: chwała jej za to! Krukon stanowiłby nie lada wyzwanie, bo ciężko byłoby wyciągnąć z niego co bardziej intymną i prywatną informację.

    — Chcesz... — przerwał, jakby nagle zapomniał o dalszej części. Ponad głową Tii dostrzegł Bloomera. Stał on niedaleko obejmując ramieniem Lucy. W jej starszym bracie znów zawrzała krew, a przez myśl przemknęło mu, by jakoś popsuć im ten wieczór. Przede wszystkim zniszczyć go temu Ślizgonowi, ale... Tak, odezwał się głos rozsądku. Raz, że narobiłby zamieszania. Dwa: miał towarzystwo. I trzy: jakim byłby okropnym bratem, gdyby tak perfidnie wpływał na przebieg wieczoru siostry? — Zatańczyć?

    Ostatecznie zarzucił wszelkie przemyślenia odnośnie możliwych uszkodzeń ciała Kevina. Zamiast tego, spróbował skupić się na pozytywnych aspektach wieczoru. Temat Matthew Thomsona umarł śmiercią naturalną, więc nic nie stało na przeszkodzie, by dać sobie szansę na spędzenie miło czasu. Pokaźne grono tańczących uczniów wzrosło szybko za sprawą kolejnej hitowej piosenki, tym razem wykonywanej przez inny znany zespół. Organizatorzy postarali się, aby muzyka pasowała do typowego gustu współczesnej czarodziejskiej młodzieży. Caealan uważał ją za... odpowiednią. Ani go nie mierziła, ani specjalnie nie zachęcała do ruszenia na parkiet. Jednakże widział po samej minie Tii, że dziewczynę wyraźnie tam ciągnęło. Zauważył, jak cichutko westchnęła za oddalającym się Finniganem. Ellis był prawdopodobnie najgorszym tancerzem w Hogwarcie. Często mylił kroki, tańczył w tylko sobie znanym tempie i podrygiwał w zabawny sposób. Ale dzięki niemu reszta czuła się nieco lepiej z własnymi umiejętnościami tanecznymi. Ośmielał innych, z czego w ogóle nie zdawał sobie sprawy.

    Przed ruszeniem tyłka z wygodnej kanapy, zerknął przelotnie w stronę Fanny. Szeroko uśmiechnięty Curran, mimo wcześniejszej odmowy, nalewał jej właśnie ognistej whisky do szklanki z sokiem. Ona pokręciła głową ze śmiechem, odsuwając od siebie naczynie. Caelan doszedł do wniosku, że przynajmniej nie zostawi Mayweather samej na pastwę losu i pogardliwych spojrzeń plotkujących dziewcząt. Współlokator Abernathy'ego był doskonałym towarzyszem, o ile tylko nie zamęczał swych rozmówców próbami podrywu.

    — Nie powiedziałaś mi, że ładnie dziś wyglądam — zwrócił się do Tii z poważną miną, która w oka mgnieniu przeobraziła się w rozbawiony wyraz twarzy. W kącikach jego ust błądził uśmiech. — Wiesz, mężczyźni też czasem potrzebują pochlebstw.

    Choć próbował zachować powagę, to dosyć szybko poniósł sromotną porażkę. Ton głosu wcale nie pasował do uśmiechniętego piegowatego oblicza Caelana. Chyba chciał jakoś rozładować... napięcie? Bardziej swoje niż Tii, aczkolwiek już wcześniej przyuważył, że coś w jej zachowaniu nie grało do końca. Nie wiedział dlaczego. Czy z powodu Thomsona? Obecności Fanny? Currana? Daniela? W pewnym stopniu obawiał się, że przez cały wieczór będzie wzdychać tęsknie do swego Gryfona, a przynajmniej wyraźnie da odczuć, iż wolałaby być na potańcówce z nim, a nie z Abernathym. Nie byłby zazdrosny, to nie ten typ człowieka, ale na pewno jego duma zostałaby bardzo urażona. Na razie jednak się na to nie zanosiło.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. — I, tak na marginesie, nie potrzebujesz alkoholu, by być nieznośną. Całkiem dobrze radzisz sobie z tym na trzeźwo. — Stanął do dziewczyny przodem, zdejmując kurtkę z ramion i niedbale odrzucając ją na miejsce, na którym przed chwilą siedział. Uśmiechnął się łobuzersko, czyli w nietypowy dla siebie sposób. Drobne złośliwości były domeną Bowen, ale on także posiadał pewne predyspozycje w tej dziedzinie.


      Wciąż uśmiechnięty, wyciągnął do niej rękę. W międzyczasie pomyślał, że może później przypadkiem nadepnie mu na stopę.

      [ Nadal liczy się jako dzisiaj? :D

      Właściwie... wszystko dałoby się jakoś po kolei wprowadzić i połączyć. Może już nawet na parkiecie, ale zobaczymy! Też lubię wymyślać na bieżąco. Poza tym, dzięki temu odpisowi chyba wpadłam na parę pomysłów odnośnie notki.

      (Coś nie mogę zmieścić się w jednym komentarzu :/)]

      Usuń
  61. — Ja? — powiedziała powoli, a łyżka, którą trzymała w dłoni, zatrzymała się gdzieś w drodze pomiędzy jej twarzą a talerzem zupy dyniowej. Mei przełknęła powoli ślinę, starając się za wszelką cenę uśmiechnąć, choć w efekcie na jej twarzy ukazał się delikatny grymas.
    Wang uwielbiała świąteczną atmosferę, pięknie przystrojone choinki, śnieg, wesołe uśmiechy na twarzach podekscytowanych prezentami dzieci i przepyszne potrawy, choć z każdym rokiem magia świąt uciekała jej przez palce, jakby gaszona nadchodzącą wielkimi krokami dorosłością. Przełom nastąpił w zeszłym roku, gdy rozradowana dostała się do swojego domu, znajdując tam jednak jedynie wielkie rozczarowanie — czuła się, jakby każdy oprócz niej zapomniał, że Boże Narodzenie było kiedyś ważne. I zamiast działać na przekór, przekonała siebie, że też zapomina.
    Dlatego też w tym roku została w Hogwarcie. Nigdy nie powiedziała rodzicom, że właśnie ubiegłoroczne wydarzenia zaważyły na jej decyzji, zresztą oni nigdy by się o tym nie dowiedzieli, bynajmniej nie z jej ust. Mei nie bywała wredna, a jeśli chciała kogoś w jakiś sposób krzywdzić, najczęściej to sobie robiła na złość. Wierzyła, że ludzie przejmują się innymi, a w szczególności tym, iż komuś przez ich zachowanie mogło się zrobić przykro — błąd. Nikt nie oglądał się na nikogo, a większość osób, o ile nie wszystkie, była urodzonymi egoistami.
    I to było zdrowe, do pewnego czasu. Tylko, że Wang nie miała o tym pojęcia.
    — A dlaczego pytasz? — mruknęła, znając już odpowiedź.
    Oczywiście, że nie chciała tego robić — oczywiście, że nie mogła tego powiedzieć. Jeśli przyznałaby przed Tią, że nie miała ochoty na pokaz fajerwerków, co ta mogłaby o niej pomyśleć? Pewnie, że jest tchórzem i nie można z nią dobrze spędzać czasu, bo nawet takie głupoty napawają ją strachem, a na to Mei nie chciała pozwolić.
    Odsunęła talerz z zupą na bok i wyciągnęła rękę po petardę-niespodziankę, by znaleźć tam małą, złotą zawieszkę kwiatu lotosu. Gdy tylko spojrzało się na nią z bliska, kwiat zamieniał się w małego pączka, by rozkwitnąć ponownie, kiedy odwracało się wzrok. Brunetka uśmiechnęła się do siebie, a potem spojrzała na dziewczynę siedzącą naprzeciwko. Chyba doszła do jakiegoś konkretnego wniosku, bo po chwili dodała:
    — Musimy zrobić własny pokaz fajerwerków.

    [Wybacz zwłokę, poprawię się :*]

    OdpowiedzUsuń
  62. [Ojej, na pewno znajdzie się ktoś kto ją ukocha! Wiesz... Zawsze z biegiem czasu relacje naszych dziewczyn będą mogły się zmienić na bardziej pozytywne. Pomysł z przyjaźnią rodziców bardzo mi się podoba. Powiem Ci nawet, że taki wspólne wyjazdy mogą przejść! Możemy uznać, że po śmierci mamy Avalon, jej tata z chęcią spotykał się z rodzicami Tii, chcąc zaprzyjaźnić dziewczyny, aby moja srebrnowłosa nie cierpiała tak bardzo po stracie matki.
    Zacznę nam jak tylko uporam się z zaległymi odpisami. Powiedz mi tylko czy zacząć jakoś tak spontanicznie, czy omawiamy jeszcze jakieś szczegóły obecnego wątku? (jakieś miejsce, czas, okoliczności?)]

    Avalon Moore

    OdpowiedzUsuń
  63. [Przychodzę po wątek, z pomysłami gorzej, a bez tego ani rusz. ;_; Strasznie intrygująca pannica z tej Tii. W sumie... ciekawa jestem jej reakcji na wieść o ewentualnej bójce Stevena z jej ukochanym księciem.]

    Steven C.

    OdpowiedzUsuń
  64. Steve w istocie bił się o dziewczynę. To jest: raczej się bronił. To Thomson bił się o dziewczynę, która mu rzekomo Steven odbił. Cornell nic na ten temat nie wiedział, ale gdy Matt zaczął czynić komentarze na temat statusu materialnego Ślizgona, ten musiał stanąć w szranki, choć to chyba zbyt szlachetne określenie dla szarpaniny, jaką uskuteczniali dwaj nastolatkowie.

    Chciał tylko bez celu powłóczyć się po wiosce, podjadając karmelkowe muszki, które zakupił za drobne wyszperane w kieszeni, ale niestety, gryfońska odwaga (głupota) stanęła mu na drodze. Gdy raczył Thomsona sarkastycznymi komentarzami, wtedy jeszcze trzeźwo myślał i czuł, że traci czas. Doszło w końcu do rękoczynów i Steve zupełnie stracił nad sobą kontrolę. Był bardzo podatny na złość, kiedy w grę wchodziło żartowanie z zasobności jego portfela.

    Szarpał, szturchał, kopał, szczypał. Jego pięść napotkała szczękę Gryfona, a potem nos. Poczuł pieczenie w okolicach ust, a potem ciepły strumień spływający po skroni. Nie dbał o rany, gdy bronił swojego honoru! Słyszał dopingujących go Ślizgonów, a dziewczęcy krzyk, który przebił się w pewnej chwili, dodał mu animuszu na tyle, by po raz kolejny zamachać pięścią przed twarzą Matta i bardzo celnie trafić w jego nos. Polała się krew, całkiem sporo krwi. W tym momencie tłum postanowił interweniować. Gryfoni odciągnęli swojego człowieka, a dwaj Ślizgoni stanęli po obu stronach Stevena, by w razie czego pohamować jego nadgorliwość. Grupowa bijatyka raczej nie była brana pod uwagę, bo nikt tak do końca nie wiedział, o co poszło.

    - I co, Thomson?! Może rewanż?! - krzyknął nabuzowany i rozochocony wciąż Steve. Walkę należało jednak rozstrzygać w kategoriach remisu, ponieważ obaj chłopcy odnieśli podobne obrażenia, a do jednoznacznego nokautu nie doszło.

    Tłum zaczął się rozchodzić, bo przedstawienie najwyraźniej dobiegło końca. Po jednej stronie ulicy zatroskani Gryfoni skakali nad Thomsonem, po drugiej na ławce siedział Steven i obmacywał swoją twarz. Miał rozcięty łuk brwiowy i wargę, a pod jego lewym okiem zaczynało się formować wdzięczne limo.

    Można by zapytać, dlaczego bili się gołymi rękoma, zupełnie ignorując różdżki. Być może o kobietę należało bić się w odpowiedni sposób, jednakże w przypadku Stevena chodziło również o poziom umiejętności magicznych. Nigdy nie był mistrzem pojedynków, więc wynik końcowy z pewnością przedstawiałby się inaczej, gdyby przyszło im korzystać z magicznych patyków. Na szczęście Cornell na tyle szybko się rozzłościł i uniósł pięści w górę, że jego przeciwnik nie zdążył wydobyć swojego standardowego ekwipunku z kieszeni.

    OdpowiedzUsuń
  65. Avalon z reguły była miła. Nie… Avalon Moore zawsze była miła, nawet w stosunku do ludzi za którymi nieszczególnie przepadała. Chociaż najchętniej dałaby pokaz swojej złości po prostu wiedziała, że nie może zachowywać się w ten sposób. Aby nie odczuwać wiecznej irytacji po prostu unikała towarzystwa takich ludzi, tylko… Problem był w momencie, kiedy jej tata upierał się na odwiedziny państwa Bowen. Avalon i Tia po prostu nie mogły się dogadać, było tak od zawsze. Nikt z dorosłych jednak nie potrafił tego zrozumieć. Srebrnowłosa często zastanawiała się nad tym, czy w ogóle którekolwiek z nich to widzi. Ponieważ ta niechęć była widoczna. Wyraźnie dało się odczuć, że dziewczyny na siłę się tolerują, aby nie wyrządzić przykrości rodzicom – przynajmniej takie właśnie powody miała Avalon Moore. Nie mogła zranić ojca, więc zaciskała tylko mocno wargi i udawała, że świetnie się bawi, a gdy tylko nikt na nią nie spoglądał, przewracała dookoła oczami, a na jej twarzy malował się grymas niezadowolenia.
    Kiedy usłyszała o świetnym pomyśle ojca, aby w czasie przerwy zimowej odwiedzić ich i może wybrać się wspólnie na jakąś dwudniową wycieczkę, Avalon westchnęła tylko ciężko modląc się, aby Tii udało się przekonać jej rodziców, aby tego nie robić. Nie były już małymi dziewczynkami, które podporządkowują się każdemu słowu rodziców… No, Avalon wciąż taka trochę była, dlatego głęboko wierzyła, że Tia Bowen jakoś je uratuje.
    Nie dało się opisać, jak bardzo zawiedziona była nastolatka, kiedy ojciec wparował do jej pokoju i oświadczył, że ma spakować ciepłe ubrania. Dziewczyna zmarszczyła tylko brwi i ze spuszczoną głową posłusznie wykonała polecenie ojca, chociaż w tamtym momencie najchętniej zaplotłaby ręce na wysokości klatki piersiowej i stanowczo się sprzeciwiła. Wiedziała, że nie może zachowywać się w ten sposób. Poza tym… Ojciec obiecał jej, że gdy wrócą z wycieczki porozmawiają o tematach, które tak bardzo martwiły Avalon. Nie miała więc zamiaru psuć mu humoru. Miała nadzieje, że po takiej radosnej według niego, przerwie od codzienności, łatwiej będzie jej go przekonać.
    — Dzień dobry państwu, cześć Tia — uśmiechnęła się delikatnie, delikatnie się pochylając do przodu — bardzo miło państwa widzieć, mam nadzieje, że wszystko u państwa dobrze — dodała, prostując plecy, chowając zziębnięte dłonie do kieszeni ciepłej, puchowej kurtki.

    [Tak sobie pomyślałam, że możemy się trochę cofnąć w czasie do przerwy zimowej. Jak masz coś przeciwko to krzycz :)]
    Avalon

    OdpowiedzUsuń
  66. [ Ależ ona jest okropna! :D
    A tak serio, komplementy się posypały — ja trochę nie dowierzam, aczkolwiek też jestem pełna entuzjazmu, bo Tia to ciekawa postać, mimo że na pierwszy rzut oka wydaje się antypatyczna. I w sumie przez Twoją kartę zdałam sobie sprawę, że Vincent jest enigmatycznym potworkiem, a przydałoby się, gdyby w końcu odblokował jakiś zamek. Co to za magia, że cudza kara zmusza mnie do refleksji nad własną postacią? Niewyobrażalne!
    Przechodząc do rzeczy, w moich powiązaniach wolne są wszystkie miejsca. Kim chcesz, tym Tia dla Vinsa może być, oczywiście nie dosłownie, bo muszę się z nim naradzić, czy w pełni się zgadza na ewentualny obrót spraw.]

    Vincent

    OdpowiedzUsuń
  67. [Nie no, ona jest po prostu cudowna. Skomplikowana i nietuzinkowa.
    Tak, chodziło mi o stosunek do ciała.]

    Lucréce

    OdpowiedzUsuń
  68. O dziwo, sam siebie zaskoczył propozycją tańczenia. W głowie ułożył kilka możliwych planów na przebieg wieczoru, ale żaden z nich nie zakładał ruszania ciałem w rytm muzyki przez całą noc. Takie zadanie miał przed sobą jedynie Ellis Finnigan, który wbrew temu, co powszechnie rozpowiadał i kiepskim umiejętnościom, uwielbiał tę czynność. Caelan dostrzegł swojego najlepszego przyjaciela w drodze na parkiet — Gryfon radośnie podrygiwał, a obok niego Lisa kręciła biodrami i co jakiś czas odrzucała taflę rudych włosów. Wokół nich panował najmniejszy tłok, bo mało kto chciał ryzykować uderzeniem łokciem od rozentuzjazmowanego dryblasa bądź jego energicznie wywijającej fryzurą towarzyszki. Krukon liczył, iż Tia nie będzie posiadać aż tyle niespożytej energii, gdyż nie mógłby jej nadgonić.

    W sprawie siostry nie dodał absolutnie niczego. Jeszcze przez krótki moment gromił nieświadomego Bloomera złowrogimi spojrzeniami, ale potem już patrzył na wprost, w miejsce, gdzie Puchonka zaczęła tańczyć. Przecisnął się pomiędzy dwoma niższymi od siebie uczniami i dołączył do niej. Dosyć niepewnie zerknął na najbliższe otoczenie z zamiarem naśladowania ich ruchów. Choć według własnej opinii uważał, że każdy potrafił jakoś wyłapać właściwy dla siebie rytm, to w niektórych przypadkach bywało to trudniejsze. I on był takim trudniejszym przypadkiem. Z początku nie wiedział, co zrobić. Więc wyłapał podstawowe kroki, próbując się rozluźnić. Minęło sporo czasu, odkąd ostatni raz uczestniczył w imprezie, na której rzeczywiście ludzie zapełniali parkiet, a nie tylko siedzi wygodnie na tyłkach, zajadali, rozmawiali czy popijali napoje. W Wieży Ravenclawu często dochodziło do takich nasiadówek.

    Z początku szło mu opornie, ale włożył dużo wysiłku w zachowanie pozorów. Wszyscy i tak byli pogrążeni w dźwiękach muzyki, nawet Bowen zdawała się być teraz nieco oderwana od rzeczywistości. To spostrzeżenie go ośmieliło; przestał odczuwać tak nienaturalne dla siebie zmieszanie. Był przyzwyczajony do kilku określonych zachowań, kilku emocji, ale speszenie nie było jednym z nich. Chyba oboje w pewnym sensie wychodzili dzisiejszego wieczoru poza swoje strefy komfortu — jemu, na szczęście, nie miękły kolana, a policzki nie przybierały szkarłatnej barwy. Musiałby wyglądać śmiesznie, gdyby do czegoś takiego doszło. Jedynie nieporadnie wykonywał ruchy do słyszanej piosenki. Z czasem miało iść coraz lepiej.

    W trakcie tańczenia przypomniał sobie słowa Tii odnośnie zabawiania jej. Wtedy nic nie odpowiedział, nadal nie planował, lecz owa myśl nie wydawała się taka straszna. O ile Tia Bowen niespodziewanie nie zamieni się w kapryśną księżniczkę, która będzie oczekiwać od towarzysza zbyt wiele. Caelan nie był typem człowieka chętnego do spełnienia zachcianek swoich dziewczyn, tym bardziej, jeżeli chodziło o przyjacielskie wyjście. Nie bardzo wiedział, jak Tia zapatruje się na tę zabawę, ale z wcześniejszych ustaleń wynikało, że nie byli na kolejnej udawanej randce albo kolejnej fałszywej. Prędko dopowiedział sobie, że Puchonka wciąż pozostawała pod dyskusyjnym urokiem Thomsona, więc nie powinno być mowy o wzajemnym niezrozumieniu.

    Piosenka upłynęła szybciej, niż się spodziewał, ale za to w zamian zabrzmiała kolejna, tym razem lubiana przez Caelana. Była ona nieco mniej żywiołowa, bardziej subtelna. Jasnowłosa głowa Ellisa zaświeciła Abernathy'emu za Tią. Dzieliło ich paru innych uczniów, jednak nie mieli oni stanąć na przeszkodzie potrącenia Bowen. Wręcz przeciwnie, nastąpił efekt domina: Finnigan przypadkowo potrącił chłopaka tańczącego blisko z towarzyszką, ta obiła się ramieniem o kolejną dziewczynę, a ona niebezpiecznie się zachwiała w zbyt wysokich butach. Jej koleżanka w ostatniej chwili uratowała ją przed upadkiem na podłogę i staniem się przedmiotem rozbawienia, aczkolwiek obydwie lekko popchnęły Tię do przodu. Przed sobą miała jedynie Caelana.

    — Nie bój się, jeszcze nigdzie nie uciekam — mruknął do niej konspiracyjnym tonem głosu, a za chwilę pozwolił kącikom ust rozciągnąć się w uśmiechu.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Od zwykłego tańca bardziej obawiał się tylko i wyłącznie tego wolniejszego rodzaju, nakazującego bliższy kontakt tańczących. W tym przypadku ze względu na Tię. Jakoś tak dziwnie podejrzewał, że to wprawiłoby ją w pewne zakłopotanie. Ale... jej zakłopotanie niejako powodowało uśmiech na twarzy Abernathy'ego.

      [ Cóż, tym razem niewiele brakowało. :D

      Przytłaczających pod względem długości czy bagażu emocjonalnego? W obydwu przypadkach nie mam nic przeciwko ;v ]

      Caelan

      Usuń
    2. albo pierwszej prawdziwej*
      Żeby nie było!

      Usuń
  69. [ Może. Ale nie odpowiadam za to, co przyjdzie mi do głowy w trakcie pisania. A uwierz, w mojej głowie dzieją się dziwne rzeczy.
    Robimy wyliczankę, kto zaczyna, czy czekamy na ochotnika?]

    Vincent

    OdpowiedzUsuń
  70. [Zbieżność nicków przypadkowa. Irytujące zdjęcie zamierzone, Zachie też będzie irytujący. Jeśli nie boisz się więc wybuchowych wątków, możemy zacząć myśleć nad jakimś połączeniem naszych postaci.]

    Zachie

    OdpowiedzUsuń
  71. [Lubię definiować swoje postaci szczegółowej w wątkach, ale mogę już teraz zdradzić, że poza zaradnością i uporem Zach to całkiem sympatyczny chłopak. Może wpada trochę zbyt często w złość i lubi odreagowywać złe emocje na ludziach, ale poza tym złoty chłopak. Planuje w przyszłości zostać łamaczem klątw, więc można powiedzieć że obrona przed czarną magią to jego konik. Czy którakolwiek z tych informacji jest pomocna, czy powinnam myśleć dalej?]

    Zachary

    OdpowiedzUsuń
  72. [Wybacz w takim razie, widocznie nie do końca zrozumiałam ten zamysł. Pomysł mi się podoba, jesli nie wpadnę na nic innego to zacznę wątek jutro. :)]

    OdpowiedzUsuń
  73. [ Absolutnie się nie spiesz, ja odpisuję w tak ślimaczym tempie, że żadna zwłoka mi nie przeszkadza.]

    Vincent

    OdpowiedzUsuń
  74. [Ależ Tia jest słodka! I jaki to zaszczyt nabić ci setny komentarz. :D Nie no, Barlowa nie zostawię, trzeba go regularnie poirytować!]

    Pulcheria

    OdpowiedzUsuń
  75. [Oczywiście, są słodkie jak cytrynowe dropsy Dumbledore'a :D. Ogólnie to ci powiem, że nie umiem wątkować damsko-damsko, jestem jakaś wybrakowana pod tym względem, chociaż kilka razy próbowałam :<.]

    OdpowiedzUsuń
  76. [Cześć! Piegusków brzmi nieporównywalnie lepiej, prawda? Stąd moje zdziwienie, że poczciwy Word podkreśla to słowo, natomiast Wikipedia oferuje wersję wykorzystaną przeze mnie w karcie. Cóż, jako że polska deklinacja nadal sprawia mi niewielkie kłopoty, to ufam nawet tak niepewnym źródłom. Zresztą nieważne, mam tendencję do rozgadywania się nie na temat. A właściwie to tylko chciałam napomknąć, że rzecz jasna Blaine nie porzucił całkowicie swojej buntowniczej postawy, obecnie stara się po prostu nią nie emanować, by nie drażnić rodziców, którzy próbują rzeczywiście odgrodzić się grubym murem od przeszłej, wątpliwej reputacji. I oczywiście nie mogłabym nie skorzystać i nie przybyć po wątek. Choć mam nieodparte wrażenie, że Nott należałby do tej grupy osób, uważającej Tię za wariatkę. c:]

    Blaine

    OdpowiedzUsuń
  77. Nie był raczej człowiekiem bojaźliwym, większość rówieśników rozpatrywała nawet jego zachowanie w kategoriach pewniej brawury l egzaminów, a nawet za dpupilki woźnego w krzyżówkę czegoś, co najbardziej przypominało połączenie czyrakobulwy z kotem w proporcjach dziesięć do jednego. Oczywiście nie był to rezultat jakiego się spodziewał, a i konsekwencje w postaci rocznego szlabanu na wyjścia poza zamek i minus pięćdziesiąt punktów dla domu stanowiły nie małe zaskoczenie. Niektórzy bardziej nadgorliwi Gryfoni przez jakiś czas patrzyli na niego w niezbyt przychylny sposób, ale dla rówieśników stał się bohaterem. Co prawda przykre skutki dowcipu ciągną się za nim po dziś dzień, ale po kilku latach od tego incydentu i na wspomnienie miny (oraz krzyków) woźnego, Zach z czystym sumieniem musiał przyznać, że było warto.
    Taki występek nie ułatwia życia w Hogwarcie, zwłaszcza gdy zostanie się publicznie ogłoszonym wrogiem numer jeden.
    Filch przez ostatnie lata starał się śledzić każdy krok Addlingtona. Może i nie miał w swojej kanciapie wielkiego plakatu jego twarzy z tysiącem rzutek wbitych w miejsce, gdzie dawniej znajdowały się brązowe oczy młodego Gryfona, ale robił wszystko co mógł, by uprzykrzyć mu życie. Zaczęło się od niecenzuralnych docinków i gróźb, a skończyło (przynajmniej na razie) na niezbyt umiejętnych próbach obserwacji.
    Teraz, wymykając się po cichu z pokoju wspólnego, Zach musiał mieć oczy dookoła głowy. Kilkakrotnie jego plany nocnych eskapad spełzały na niczym, bo woźny czatował tuż za obrazem. Czasem wystarczyło podsunąć mu babeczkę z eliksirem słodkiego snu albo rzucić niewielki kamyk kilka metrów dalej, by poderwał się jak oparzony i czym prędzej pobiegł sprawdzić co się dzieje za rogiem – tym samym umożliwiając bezpieczne wyjście poza obraz Zachary’emu. Na szczęście tej nocy Filch smacznie chrapał w fotelu. Addlington ostrożnie ominął woźnego i oświetlając sobie nikłym światełkiem różdżki drogę, skrecil w lewo. Jego dzisiejsza wycieczka nie była spowodowana bezsennością lecz konkretnym celem skrytym za starymi, drewnianymi drzwiami w zachodnim skrzydle.

    OdpowiedzUsuń
  78. Zach bezpiecznie dotarł na miejsce, omijając wszystkich pałętających się w okolicy prefektów i nauczycieli. Ostatni kawałek drogi biegł, bo zdawało mu się, że słyszał rozdzierające miauczenie pani Norris (która z wiadomych przyczyn raczej za nim nie przepadała), więc do komnaty wpadł cały zdyszany. Zaryglował prędko drzwi, zdjął gruby sweter i dał sobie chwilę na osłonięcie. W międzyczasie w całej sali rozbłysły przygaszone płomienie. Jeśli nie liczyć rozpadającej się szafy na drugim końcu komnaty, pomieszczenie było puste.
    Addlington ochłonął. Nawet mocniejsze ściśnięcie różdżki nie pomogło poczuć mu się choć trochę pewniej w tej komnacie. Pomału podszedł do szafy, która z każdym jego krokiem coraz mocniej trzęsła się na boki. Gdy dzielił go od niej zaledwie metr, drzwiczki otwarły się gwałtownie a zza nich wyskoczył… on sam. Drugi Zach był tak samo przerażony jak i pierwszy. Sobowtór zaczął machać różdżką jednocześnie powtarzając kolejne zaklęcia, ale żadna formuła nie sprawiała by z jej zakończenia wydobył się jakikolwiek płomień.
    Strach sparaliżował go do tego stopnia, że nie był w stanie ruszyć nawet opuszkiem palca. Momentalnie jego serce przeszło w wyższy tryb gotowości, biło jak oszalałe, tłocząc w nieprzygotowane na to tętnice coraz więcej krwi. Zachary przełknął ślinę. Próbował się opanować, powtarzając w głowie jak mantrę, że to tylko wytwór jego upośledzonej wyobraźni, który zniknie po wypowiedzeniu odpowiedniego zaklęcia. Niepewnie podniósł drżącą rękę do góry kompletnie ignorując dochodzące z zewnątrz hałasy.
    - Riddikulus – szepnął, machając różdżką, ale z tej strony też nic się nie wydarzyło. Powtórzył zaklęcie jeszcze raz i jeszcze, lecz również bezskutecznie. Drugi Zach zbliżał się do niego coraz bardziej, już nie trzymając różdżki swobodnie w dłoni, lecz mocno zaciskał na niej palce, jakby miał zamiar wbić ją w żołądek swojego sobowtóra.

    OdpowiedzUsuń
  79. Pierwszy raz w życiu William Stanford nie miał pojęcia, w jaki sposób znalazł się w tej sytuacji ani w jakim sposób mógłby się z niej wyplątać. No dobrze, może zdarzyło się to już wcześniej, kiedy był bardzo mały i ktoś ukradł mu lizaka. Teraz jednak sytuacja była bez porównania bardziej skomplikowana.
    Wszystko zaczęło się od pewnego podręcznika, który nauczyciel gorąco polecał. Większość uczniów przejrzała pobieżnie strony o wyjątkowych przypadkach w teleportacji i więcej do tematu nie wracała. William przy czytaniu rozdziału dostrzegł pewne nieścisłości w treści i postanowił zapytać nauczyciela, o co tak właściwie chodzi. Przyszedł do niego, nastawiony na spokojną pogawędkę. Los jednak chciał inaczej. Nauczyciel był przekonany, że William się pomylił, że nie miał powodów, by tak bardzo się zagłębiać w temat, a tak w ogóle, to jak on śmie kłócić się z nauczycielem?!? William próbował swoim opanowaniem przekonać belfra do tego, że nie przyszedł się nad nim znęcać. Nauczyciel jednak po jakichś dziesięciu minutach był tak wkurzony i zupełnie niechętny do jakichkolwiek rozmów, że jedynym wyjściem okazało się zaprezentowanie działania zaklęcia, które błędnie opisano w książce.
    William rzucił zaklęcie akurat w chwili, gdy do sali weszła jakaś uczennica. Zupełnie niespodziewanie oboje znaleźli się na jakimś pustkowiu. Żadne z nich najwyraźniej nie wiedziało, gdzie chociażby orientacyjnie mogą się znajdować. William czuł, jak powoli stres dziewczyny zaczyna się udzielać i jemu.
    - Rany - powiedział pod nosem, po czym spojrzał na towarzyszkę. - Jestem William, rzuciłem zaklęcie, które miało transportować roślinę z biurka w sali zaklęć na Antarktydę i po minucie przyciągnąć ją z powrotem, ale w jakiś sposób znaleźliśmy się na tym odludziu. Nie mam pojęcia, co się stało i gdzie jesteśmy.


    William Stanford

    OdpowiedzUsuń
  80. Primrose od małego czuła, że własne ciało ją ogranicza. Nie umiała tak jak inne dzieci, a w szczególności dziewczynki w jej wieku grzecznie posiedzieć, pobawić się w jednym miejscu czy obejrzeć bajkę i jednocześnie nie robić setki innych rzeczy, nawet, wtedy gdy bardzo się starała. Niegrzeczny bachor, co z jej wyrośnie! Mawiała ciotka Josephie, a zgromadzenie sąsiadek po sześćdziesiątce wtórowało przygarbionej kobiecie. Rosie jednak nigdy sobie nic z tego sobie nie robiła, a wręcz przeciwnie jeszcze bardziej lubiła biegać jak szalona, wymyślać niebezpieczne zabawy, spędzać czas na dworze i wspinać się na drzewa. Rodzice mówili, że jest po prostu bardzo ruchliwym i sprytnym dzieciakiem, i choć pani Oberlin nie była zadowolona, gdy na rodzinnej uroczystości biała sukienka małej Primrose stała się zielono brązowa, pochwaliła córkę za to, że świetnie pokazała chłopcom, że dziewczynki wcale nie są ciamajdami. Inni jednak patrzyli na nią wtedy jak na wariatkę (ciotka po tym, jak mało nie zemdlała, krzyczała tylko, A nie mówiłam!) i później zawsze postępowali już tak samo. Jednak kiedyś na czwartym roku, gdy Puchonka po kolejnym już w tamtym tygodniu wybryku siedziała w gabinecie nauczyciela, skulona i przygotowana na najgorsze, bardzo zdziwiła się, słysząc słowa wypowiadane przez starszego pana. Profesor powiedział jej wtedy, że pewne umiejętności człowieka mogą być wykorzystywane w innej postaci, że w obecnej się marnują i przy okazji jeszcze przysparzają wiele problemów, dlatego niektórzy wybierają bycie animagiem. Od tamtej pamiętnej rozmowy upłynęły dwa lata, w których panienka Oberlin nie próżnowała i powoli osiągała to, o czym mówił nauczyciel. Stała się animagiem. Oczywiście nie było to łatwe i nadal zdarzały jej się pomyłki, a nauki początkowo wypełniały prawie cały czas wolny Puchonki, jednak nigdy, przenigdy nie żałowała. Gdy już całkiem dobrze opanowała zmienianie się w pięknego, rudego lisa, wszystkie jej problemy z dziwacznym zachowaniem zniknęły, no przynajmniej ich większość, a była to też bardzo przydatna umiejętność. Nocne wędrówki po zamku i wymykanie się z niego stało się o wiele łatwiejsze. Właśnie dzisiaj Primrose zamierzała wybrać się do Hogsmeade, by tam załatwić pewną bardzo ważną sprawę. Gdy wymknęła się z dormitorium, cudem nie budząc żadnej ze współlokatorek i szybko zmierzała do wyjścia, nagle usłyszała czyjeś kroki. Sama nie wiedząc, dlaczego skamieniała i zamiast szybko wyjść z Pokoju Wspólnego, bezbłędnie zamieniła się w zwierzę i nie zdążyła nawet tego odkręcić, bo ktoś nagle ją podniósł. Nie wiedziała co robić, ale na pewno nie chciała walnąć tyłkiem o posadzkę, więc cierpliwie znosiła głaskanie uczennicy domu Helgi Hufflepuff.

    Primrose
    [Bardzo przepraszam, że tak dłuuugo to trwało, ale dopiero dzisiaj się zebrałam na tyle, by ogarnąć wątki u Prim. Jeszcze raz sorki i mam nadzieję, że jest oki :)]

    OdpowiedzUsuń
  81. [Pomyślałam, że skoro Tia reaguje dość gwałtownie, a Blaine także nie należy do osób trzymających nerwy na wodzy mogłoby się zdarzyć, że pewnego dnia wspólnie odbywaliby szlaban ze względu na fakt, iż oboje nieco przeszarżowali w wyładowywaniu swojej złości. Nott, będąc wprawnym obserwatorem, wiedziałby z jaką osobą ma do czynienia, toteż jego zachowanie w stosunku do dziewczyny byłoby czystko lekceważące, co ewentualnie zrodziłoby kolejne niesnaski między nimi. I właściwie to by było na tyle… Nie jestem pewna, czy ta propozycja jest godna uwagi, ale to pierwsza i jak na razie jedyna myśl, która wpadła mi do głowy. Daj znać, co sądzisz, a ja być może w międzyczasie wpadnę na coś ciekawszego. :)]

    Blaine

    OdpowiedzUsuń
  82. Najwidoczniej głośna muzyka nie stanęła na przeszkodzie Tii Bowen. Dziewczyna mówiła całkiem sporo, a Caelan kiwał lekko głową, choć docierało do niego co drugie słowo. Jakoś zgrabnie ułożył urywki zdań w logiczną całość, ale nie było mu dane udzielić odpowiedzi. Rozbawiła go myśl, jakoby pretendował do miana księcia parkietu. Niewątpliwy tytuł króla przypadał Ellisowi, bo nikt nie mógł równać się z jasnowłosym chłopakiem wyczyniającym cuda w rytm piosenki. W niektórych wzbudzał śmiech, pewna część go naśladowała, a jeszcze inni w ogóle nie zważali na jego obecność. Abernathy należał do ostatniej grupy, gdyż znał Gryfona od wielu lat i nic, co ten zrobi, nie będzie już dla niego zaskoczeniem.

    — Wyglądają na wyższe — odparł niespecjalnie głośno odnośnie dosyć pokracznie poruszających się Gryfonek. Bowen raczej nie dosłyszała, zajęta taksowaniem wspomnianych dziewcząt. Krukon zerknął na nie tylko przelotnie, żeby z łatwością stwierdzić, że ich nie kojarzy. A one zapewne nie znały ani jego, ani też swej przypadkowej ofiary. Nikt nie zwrócił się z przeprosinami do potrąconej osoby, wręcz zignorowali całe zajście. Imprezy najwyraźniej rządziły się własnymi prawami.

    Kiedy Puchonka znów otworzyła usta, by coś powiedzieć, Caelan odrobinę pochylił głowę, aby tym razem nie przeoczyć żadnego wyrazu. Nieme kiwanie było bezsensowne na dłuższą metę. Chociaż wybrała sobie kiepski moment do przeprowadzenia rozmowy, to jednak chciał wiedzieć, co do niego mówiła. W wyniku popchnięcia, dystans między nimi znacząco zmalał, aczkolwiek nie na tyle, żeby zawalczyć o jego powtórne zwiększenie z powodu uciążliwego dyskomfortu. Chłopak uśmiechnął się do towarzyszki raz jeszcze, niezbyt szeroko. Wprawdzie wciąż nie sprawiał wrażenia zupełnie rozluźnionego, ale odnalazł swobodę ruchów i nie wyglądał na aż tak spiętego nową sytuacją. Mimo wcześniejszych obaw, samo tańczenie nie stanowiło problemu, to ludzie wokół trochę niweczyli proste plany Caelana na spędzenie wieczoru.

    Mógłby dyskutować na temat walorów smakowych herbaty wypitej w lokalu madame Puddifoot, ale zanim do tego doszedł — i zanim Tia skończyła to, co zaczęła — znów ktoś im przerwał. Krukon powędrował wzrokiem na kilku rozochoconych chłopców. Rzeczywiście robili zamieszanie, nie do końca kontrolując w kogo celują i na kogo wpadają. Ludzie usiłowali schodzić im z drogi, jednakże nie wszyscy w porę zarejestrowali nadchodzące zagrożenie ze strony piątoklasistów. Bowen nagle znalazła się za Abernathym. Jego twarz machinalnie spochmurniała. Dopiero co przekonał samego siebie do tańczenia, minęło zaledwie parę minut, a już jakieś dzieciaki mu tę czynność psuły. Liczył, że uczniowie piątych klas posiadali więcej rozumu aniżeli ich młodsi koledzy...

    Z surowo zmarszczonymi brwiami obserwował rozwój sytuacji, do momentu aż jakiś chłopaczek z boku, którego w pierwszej chwili nie dostrzegł, częściowo na niego wpadł. Był niższy i mniejszy od starszego Caelana, więc, ku własnemu szczęściu, nie wywrócił go do tyłu. Jedynie lekko popchnął. To Tia ponownie stała się ofiarą. Już odwracał z głową, by ją przepraszać za nadepnięcie na stopę, gdy nieoczekiwanie spostrzegł, że dziewczyna wylądowała na parkiecie. Najpierw przykucnął przy niej, żeby upewnić się, iż nie odniosła poważniejszych ran. Potem pomógł wstać.

    — A nie tak dawno myślałem, że to na mnie spadną wszelkie nieszczęścia na parkiecie — uśmiechnął się do Puchonki pokrzepiająco, po czym zerknął na tył jej głowy. Na szczęście krew znikąd nie leciała. Jeszcze tego by brakowało! Oboje mieliby zniszczony wieczór, zanim tak na dobre się rozpoczął. Tia najpewniej bardziej od niego. — Wszystko w porządku? Nie kręci ci się w głowie? Chcesz wrócić na chwilę do stolika? Przepraszam. Nie chciałem cię podeptać. To wszystko wina tych głupich dzieciaków.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Grupka chłopców nadal walczyła między sobą, z tym, że teraz próbowano ich rozdzielić i uspokoić. Dwoje prefektów wkroczyło do akcji niczym mugolska policja na miejsce przestępstwa. Obok przemknęła sylwetka Daniela. Jednym z prefektów była właśnie jego dzisiejsza towarzyszka. Chłopak wsunął ręce do kieszeni spodni, cichaczem schodząc z oczu piątoklasistom, na wypadek, gdyby chcieli kogoś wsypać. Na przykład go.

      — Ta dzisiejsze dzieciaki. Tylko bójki im w głowach — cmoknął teatralnie, kręcąc głową na boki. Po tych słowach, nie czekając na odpowiedź, oddalił się w stronę stolika.

      Caelan podejrzewał, że to ci chłopcy przeszmuglowali nielegalny alkohol, a tym samym jedną z butelek ognistej whisky podarowali Curranowi i Danielowi. Nie miał jednak czasu, by się co do tego upewniać. Tymczasem oburzony Ellis zgrywał bohatera przed rudowłosą Lisą. Po części był nerwowy, na pewno nie spodobało mu się, że ktoś trąca mu dziewczynę, nawet, jeśli niespecjalnie, ale raczej chodziło o zwykłe zyskanie w oczach. Ponoć najłatwiej o względy kobiety, gdy staje się w jej obronie.

      Abernathy zerknął na Tię z troską, gotowy odprowadzić ją na kanapę w kształcie półksiężyca, o ile wyrazi taką chęć. W tym przypadku trudno było zlokalizować delikwenta, o którego twarde kolano Puchonka uderzyła.

      Caelan

      Usuń
  83. Wcale nie chciała za nią iść, wcale nie chciała dzielić z nią pokoju. Gdyby tylko mogła to uciekłaby stąd, jak najdalej. Miała mnóstwo koleżanek, z którymi z wielką przyjemnością spędziłaby te dwa dni, ale nie… Jej ojciec musiał przyjaźnić się akurat z rodzicami dziewczyny, której Avalon po prostu nie potrafiła polubić. Nawet wtedy, kiedy się starała. A starała się niejednokrotnie, jednak zawsze z negatywnym skutkiem. W pewnym momencie po prostu zaprzestała swoich prób, no bo ile można się starać widząc, że ta druga osoba całkowicie to ignoruje?
    Kiedy usłyszała, że ma jej pomóc wnieść torbę do góry nie ruszyła się nawet z krzesła. Przecież nie miała znowu tak wielkiej torby ze sobą, a Tia przecież miała i ręce i nogi. Bez problemu mogła wejść na piętro trzymając coś w dłoniach. Pewnie długo by się jeszcze nie ruszyła, gdyby Arizon – nowa narzeczona jej taty nie posłała jej jednego z tych spojrzeń. Avie westchnęła cicho i leniwie ruszyła do góry. Fakt, że musiała z nią dzielić swój ukochany pokój doprowadzał ją do szału. Nie chciała aby przebywał w nim ktokolwiek, kto jej nie lubił.
    W dodatku nie zdążyła porządnie schować swoich najcenniejszych skarbów takich jak stare pamiętniki, które pełne zapisków zawsze przywoziła w te miejsce, stare listy i prezenty, które dostała od Freda. Pokój w domku w górach był takim jej małym skarbcem. Trzymała tu wiele niepotrzebnych rzeczy, starych przedmiotów, które były jej tak naprawdę niepotrzebne, ale mimo wszystko nie umiała się z nimi pożegnać tak na stałe.
    — Chcesz coś do picia? — zapytała, chociaż gdyby Arizona nie czekała u dołu na odpowiedź, w ogóle srebrnowłosa nie zadałaby tego pytania. Zaplotła ręce na wysokości klatki piersiowej i powolnie weszła do pokoju, rozglądając się czy na wierzchu nie ma czegoś, czego Bowen nie powinna w ogóle widzieć. Na szczęście z pozoru wszystko było w porządku.
    — Słuchaj… Nie mam ochoty się kłócić, naprawdę. Więc może… Po prostu nie wchodźmy sobie w drogę? — mruknęła, poprawiając kołdrę na łóżku, na którym będzie spała.

    Avalon

    OdpowiedzUsuń
  84. [Chyba nigdy się nie poprawię...]

    — A-ale ja mam różdżkę! — krzyknęła i nawet podniosła się z miejsca, machając ręką, lecz nic to nie dało, bo Tia znikała już za zakrętem. Mei opadła z powrotem na swoje miejsce, mrużąc delikatnie oczy i rozglądając się na boki, czyli właściwie naśladując sposób, którego jej znajoma użyła kilka minut wcześniej. Marnie jej wychodziło odstraszanie nabuzowanych słodyczami dzieciaków, aczkolwiek działała na tyle skutecznie, by nikt nie zwinął skarbów ze świątecznych petard, a w dodatku nie zbliżył się na wyciągnięcie ręki.
    Wang o fajerwerkach wiedziała tyle, że sobie były. Były na sylwestrach, na różnych innych świętach — na festynach, na koncertach, na galach nagród i tym podobnym atrakcjach. Nie miała pojęcia, jak się zabrać do odpalania takich cudów, a już szczególnie nie wtedy, gdy chodziło o magiczne poprawki tych mugolskich wynalazków.
    Niestety nawet dziesięciominutowe wpatrywanie się w opakowania nie przyniosło żadnych efektów, choć dziewczyna zdążyła nauczyć się rozróżniać zielone sztuczne ognie od tych, które miały wyglądać jak smok oraz małe żółwie. Na dobre też pogodziła się z pomysłem swojej koleżanki, a zalążki entuzjazmu przejawiły się szerszym uśmiechem na ustach i coraz bardziej zainteresowanymi spojrzeniami młodszej części uczniów.
    — Idę! — krzyknęła do Tii, gdy tylko przyuważyła ją w progu Wielkiej Sali. Pozbierała wszystkie paczki, uważając, by nie zostawić na stoliku ani jednej zdobyczy, po czym pomknęła do dziewczyny, potykając się przy tym o własne nogi. Czasami żałowała, że w oczach innych ludzi musiała wyglądać jak taka mała ofiara losu. — Okej, to gdzie idziemy?
    Odgarnęła wolną ręką kosmyk włosów, który przykleił jej się do twarzy, by potem posłać Bowen szeroki uśmiech. Tak, prawdopodobnie właśnie w tej chwili opanowała ją ekscytacja ich małym przedsięwzięciem, a wszystkie obawy odsunęły się gdzieś w dal, razem z majaczącym się w oddali dwutygodniowym szlabanem.
    — Chyba nie robimy tego w zamku? — dodała, otwierając szerzej oczy. — Prawda?

    OdpowiedzUsuń
  85. [Cześć, cześć i dziękuję :) Taaak, Lockhart na pewno by go tego nauczył xD
    Jestem na tak! Jeszcze żadnego takiego powiązania nie mam, a w moim zamyśle sporo było takich osób :D Hmm, masz jakiś konkretny pomysł na wątek czy myślimy razem?]

    Max

    OdpowiedzUsuń
  86. [Może tak mała wyprawa do Zakazanego Lasu? Niby trochę oklepane, ale takie wątki mogą być ciekawe, a także będziemy mogły zmusić nasz postacie do współpracy :D Pytanie brzmi, czemu by się tam znaleźli? Wspólny szlaban? Wspólne zadania na zielarstwo? A może oboje znaleźliby się tam oddzielnie i przez zupełny przypadek spotkali? Hmm, tak sobie pomyślałam, że mogliby się tam natknąć na wampira, który znałby ojca Maxa i to właśnie on owego wampira wysłałby w okolice szkoły, aby miał oko na Greavesa. Ale mogą spotkać w lesie coś/kogoś innego, jeśli wolisz :)]

    Max

    OdpowiedzUsuń
  87. William przez cały czas patrzył na nią z pewnym rodzajem zdumienia. Była tak agresywna, że przez chwilę zastanawiał się, czy nie jest Ślizgonką, której w jakiś dziwny sposób nie zauważał do tej pory na żadnym ze spotkań w pokoju wspólnym. Miał ochotę ją zapytać, z jakiego jest domu, ale uznał, że w tej sytuacji byłoby to trochę nie na miejscu.
    - Nie denerwuj się tak - rzucił tylko, ruszając przed siebie. Zaczął grzebać po kieszeniach w poszukiwaniu jakichkolwiek pieniędzy - przecież zawsze miał przy sobie conajmniej kilkadziesiąt galeonów - jednak nie mógł znaleźć niczego, nawet chrupka kociej karmy, który tego dnia rano wsadził sobie do kieszeni, żeby podczas przerwy podkramić ulubionego gołębia.
    - Nie ma sensu chodzić po ludziach. Nikt nam nie pomoże, chyba, że trafimy na jakiś urząd albo inną instytucję... co w tym miejscu jest dość wątpliwe - rzucił dość ponurym głosem. Trochę żałował, że nie znaleźli się w jakimś mieście. Ktoś może by go rozpoznał, a tutaj...
    Rozejrzał się po okolicy. Powoli robiło się ciemno. Kilkaset metrów od domów, do których podeszła dziewczyna, znajdowało się pole, na środku którego stał jakiś budynek gospodarczy. William spojrzał na towarzyszkę. - Boję się, że będziemy zmuszeni spędzić noc w czymś takim - powiedział, wytężając wzrok w gęstniejącej ciemności.


    William Stanford

    OdpowiedzUsuń
  88. Primrose cierpliwie znosiła wyżalanie się jednej z koleżanek z domu w swoje ramię, a raczej futro podobno niczego nieświadomego liska, który, co już mogło zdziwić drugą Puchonke całkowicie potulnie znosił głaskanie, mizianie i pieszczoty, którymi ta go nieprzerwanie obdarzała. Wprawdzie Prim na początku była wściekła na siebie i zirytowana zachowaniem dziewczyny, w której szybko rozpoznała o rok starszą Tię. Później jednak zrobiło jej się bardzo szkoda dziewczyny, która swoją prawdziwością rozczuliła ją i sprawiła, że Prim nie zamierzała nic jej zrobić, a nawet pozwalała głaskać swoją rudą, puszystą kitę, choć miała nadzieję, że dziewczyna nie będzie chciała nękać w ten sposób jej włosów, bo na to nie pozwoliłaby nawet Rose. Nigdy nie rozmawiała z panienką Bown dłużej, bo zwyczajnie nie miała okazji, ale uważała ją za miłą dziewczynę, teraz jednak po tym, co usłyszała, bardzo chciała bliżej ją poznać i może nawet zaprzyjaźnić się.
    Dopiero gdy zrezygnowana Tia oparła się na fotelu i przestała głaskać futro liska, Prim stwierdziła, że to dobry moment, by wrócić do swojej prawdziwej postaci. Skoczyła z kolan dziewczyny i po chwili stanęła przed nią już na dwóch nogach, uśmiechając się przyjaźnie. Widziała, że starsza Puchonka jest jednocześnie przerażona i zdziwiona, w końcu wcale jej się nie dziwiła, nie często zdarzają się takie sytuację, nawet jeśli mieszka się i uczy w magicznym świecie, gdzie ucieka ci czekolada, a namalowane na obrazach postacie mają do powiedzenia więcej niż żywi ludzie.
    - Cześć — rzuciła, trochę nieśmiało — Spokojnie to ja, wcześniej to też byłam tylko ja, nic specjalnego — mówiła, uśmiechając się, choć jej słowa chyba niezbyt uspokajały dziewczynę.

    Prim

    OdpowiedzUsuń
  89. [ Biedna książka! Vincent wcześniej nawet nie zdawał sobie sprawy, że należy akurat do niego. :D]

    Nie był z siebie dumny — przez cały dzień krzątał się w tę i z powrotem, kiedy stos prac domowych zalegał w kącie dormitorium. A przecież wołały go, krzyczały do niego, mówiły mu: zrób nas, zanim będzie za późno. Nie słuchał, nie chciał słuchać, bo nogi same rwały się do spacerowania i gdy dreptał po zamkowej posadzce, czas, przeklęty czas, po prostu uciekał.
    Zresztą czas z Vincentem nigdy nie żył w zgodzie. Zawsze go było za mało, zawsze go na coś nie starczało. Wydawało się człowiekowi, że ma go tyle, że nie powinien się przejmować. I Vincent się nie przejmował, jakże mógłby, gdy dookoła wciąż mu powtarzano, że zdąży zrobić wszystko, co miał do zrobienia.
    Kiedy jest się kimś nieukształtowanym, młodym, trochę niemądrym i odrobinę wrażliwym, ten głos zasłyszany gdzieś po drodze równie dobrze może być twoim głosem.
    To było wtedy. Teraz jest teraz. Ale teraz tak naprawdę nic się nie zmieniło. Ukształtowany i nieukształtowany, nadal młody, trochę niemądry i dwie odrobiny wrażliwszy czasem w dalszym ciągu myślał, że ten szept, ten nieopodal, wyszedł z jego własnych ust. Może brało się to z tego względu, że nigdy nie miał odwagi mówić o rzeczach wprost, nazywać ich po imieniu, a kiedy bywało, że tak ogromnie pragnął wznieść protest w imię czegoś, przeciw czemu warto było protestować — nie mógł.
    Działał po cichu i nie był z siebie dumny — to poczucie z biegiem lat tylko się wzmagało. Nie był dumny, kiedy okazywało się, że on światu i świat mu wcale nie są przeznaczeni. Nie był dumny, kiedy bolało, choć nie miało boleć, a jemu chciało się płakać, że takiemu delikatnemu kazano robić rzeczy niedelikatne. Nie był dumny z naturalnej potrzeby bycia kochanym, kochania, delektowania się miłością. A wreszcie nie był dumny ze wspomnianego już unikania obowiązków, które lamentowały tak donośnie, że musiał od nich odejść, na krok, może dwa kroki.
    Znalazł się w Pokoju Wspólnym. Czy unikał tego miejsca, nie wiedział, ale nie przychodził tu za często. Miał problemy z ludźmi. Nie tyle, że ich nie lubił, że gardził nimi, bo dla niego ludzie znaczyli wszystko. Dawanie ludziom radości jemu przynosiło radość. Stało się zwyczajnie, że nie mógł się z nimi dogadać.
    Nikt nie zauważył, że przyszedł, bo oczy skierowano na coś, czego Vincent jeszcze nie widział. Mógł się wycofać, zawrócić, może rzucić na łóżko i śnić o idyllicznych krainach, ale nie, tak nie miało być, on przybliżył się do źródła zainteresowania i rzucił okiem na świeże łzy. A potem na drżące dłonie i dalej, aż zrobiło mu się słabo i z ledwością wydukał:
    — Co robisz?

    Vincent

    OdpowiedzUsuń
  90. Przejął się, tak, jak zrobiłby w przypadku każdej innej osoby. Posiadał coś, co ludzie zwali współczuciem, a poza tym impreza trwała dopiero od niecałej godziny, więc głupio byłoby stracić partnerkę po tak krótkim czasie. Na szczęście bijatyka piątoklasistów nie spowodowała żadnych większych szkód. Zapanował wewnętrzny chaos na parkiecie, muzyka wciąż grała, lecz odrobinę ciszej z racji wygłaszanych kazań przez prefektów z dwóch różnych domów. Amelia, partnerka Daniela, wydała z siebie głośny dźwięk ból. Na pomoc ruszył kolega z wyciągniętą różdżką. Zanim rzucił zaklęcie, został złapany za ramię przez profesor transmutacji, która to uznała, iż lepiej będzie, jak ona zatamuje krwawienie odpowiednią formułką. Niewprawny uczeń mógłby bardziej zaskodzić niż pomóc.

    Daniel obserwował przez chwilę całe zdarzenie, potem odszedł w niewiadomym kierunku. Caelan nie miał czasu ani ochoty znów się rozglądać za współlokatorem, za bardzo był w tamtym momencie skupiony na domniemanych urazach Tii. Rozgorączkowani chłopcy zostali rozdzieleni przez starszych kolegów, ale nawet powstała między nimi odległość nie ostudziła ich zapału do bezsensownej bijatyki, za którą niewątpliwie spotka ich sroga kara. Abernathy'emu wystarczyło jedno ukradkowe zerknięcie na pozornie spokojną twarz opiekunki Krukonów, by wiedzieć, że obmyśla w głowie wymyślne sposoby na ukaranie niepokornych młodzieńców. Niesubordynacja spotykała się z wyjątkową niechęcią każdego profesora.

    Ale Bowen już odpowiedziała na jego pytanie, dlatego pośpiesznie wrócił do normalnego wyrazu twarzy. Zatroskanie odfrunęło równie prędko, jak przyfrunęło, niesione silną potrzebą upicia łyka jakiegoś napoju. Chciał odprowadzić dziewczynę do stolika, a potem przynieść im obojgu po szklance soku dyniowego. Ognista Whiskey, choć szczególnie lubiana przez Caelana, jednak nie była dobrym pomysłem. Tia miała rację, nauczyciele niedłuo zaczną węszyć w poszukiwaniu przyczyny zachowania Gryfonów, a on nie marzył, żeby zostać przyłapanym na spożywaniu nielegalnego trunku.

    Oczyma wyobraźni widział reakcję ojca na wieść, że jego jedyny syn, powód wyjątkowego zdenerwowania na piątym roku, tym razem odstawił nowy numer — popija alkohol na szkolnej imprezie w Hogsmeade, a on, Ronan Abernathy, szanowany malarz, wydał mu na to pisemne pozwolenie. Nie należał do rodziców przesadnie zmartwionych o dzieci, raczej chodziło o utrzymanie dobrego statusu nazwiska Abernathy. W sumie... wizja podenerwowanego ojca rozbawiła Caelana. Mężczyzna wyglądał dosyć komicznie z zaciśniętymi wargami, powstrzymując cisnące się na język słowa. Zawsze wtedy trzymał ręce za sobą, chodząc z jednego miejsca na drugie. Równo przez minutę. Abernathy, pomimo świadomości, czasem robił podobnie. W chwilach największego podenerwowania obaj ostatecznie udawali się, żeby zająć ręce pędzlami lub — często w przypadku Krukona — innymi przyborami do malowania czy szkicowania

    Tia mówiła coś do niego. Chłopak patrzył na nią, pozbywając się myśli o własnym ojcu. Zmarszczył brwi w wyrazie konsternacji, usiłując wyłapać sens wypowiedzi towarzyszki. Kiedy dotarło do niego, co sobie zaplanowała, rysy jego twarzy rozluźniły się znacznie.

    — Zaraz, włóczenie się po Hogsmeade było moim pomysłem. Nie pamiętasz, jak zarzuciłaś mi, że chcę wykorzystać jakąś biedaczkę w celu wykaraskania się z tej imprezy? Wytłumaczyłem ci, o co mi tak naprawdę wtedy chodziło — odparł z przesadną pewnością w głosie.

    Och, musiała mieć doprawdy krótką pamięć! A na dodatek przywłaszczyła sobie jego pomysł. Oczywiście, że był człowiekiem, który łatwo przystanie na taką propozycję. Posłał dziewczynie zdawkowy uśmiech, coby nie pomyślała, iż faktycznie ta jego powaga jest wyrazem oburzenia czy czegoś równie nieodpowiedniego.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi

    1. — Co prawda, miała to być samotna wędrówka, ale nie wypada mi porzucić kontuzjowanej partnerki. — Specjalnie zaakcentował słowo kontuzjowanej. Tię spotkał dziś pech, lecz Caelan, na miarę swych średnich umiejętności, postanowił poprawić jej humor. W jakikolwiek z dostępnych sposobów. A nie posiadał szerokiego repertuaru wynagradzania dziewczętom ich upokorzeń.

      Bo tym była farsa na parkiecie?

      Upewniwszy się, że Bowen siedzi, zapowiedział swe chwilowe zniknięcie w celu pozyskania nowych szklanek z sokiem dyniowym. W drodze powrotnej poszedł trochę dłuższą trasą, przechodząc niedaleko drzwi przez które weszli do lokalu. Stał tam postawny czarodziej, najpewniej robiący za ochroniarza. Nieopodal dwójka nauczycieli konwersowała na jakiś temat, zerkając na bawiącą się młodzież. Caelan na razie nie dostrzegł drogi ucieczki.

      Przysiadł na kanapie obok Tii. Podał jej szklankę, po czym w kilku dużych łykach opróżnił swoją. Był lekko podekscytowany perspektywą wymknięcia się z imprezy. Tak przecież pierwotnie zakładał jego plan, gdy tylko usłyszał o imprezie, ale jeszcze przed impulsywnym zaproszeniem Puchonki na tę zabawę. Najwyraźniej nie był aż taki opanowany, za jakiego sam się uważał.

      — Główne wejście jest zbyt oblegane, nie możemy tamtędy wyjść — wymruczał w zamyśleniu. Mówił bardziej do siebie niźli do Bowen. — Nie jesteśmy na terenie Hogwartu... Więc nie obowiązuje zakaz teleportacji, prawda? — I znowu mówił do siebie. Jednakże sekundę później spojrzał na Tię. Czekał na jej potwierdzenie.

      Nawet za czasów rocznej prefektury wykazywał się średnią znajomością szkolnego kodeksu. W drugim semestrze było trochę lepiej, ale do tej pory większość zapisków regulaminu zdążyła mu z przyjemnością umknąć w dalekie nieznane obszary umysłu; tam, gdzie przymierają wszystkie zbędne informacje.

      Uśmiechnął się szerzej, niezwłocznie podnosząc tyłek z kanapy w kształcie księżyca. Fanny I jej koleżanka rzuciły mu pytające spojrzenia, ale tego nie zauważył.

      [ Cóż, czasem zdarza mi się odpisywać szybciej, a czasem wolniej.

      Mogę spróbować. :D ]

      Usuń
  91. [ A, okej, ale w takim razie nie mam innego pomysłu. Nie przygotowywałam się na to. ]

    OdpowiedzUsuń
  92. [Oby tylko przeżyli :D I byłabym wdzięczna za zaczęcie :3]

    Max

    OdpowiedzUsuń
  93. Może właśnie przez tę zmienność nastrojów, Avalon nie przepadała za Tią. Srebrnowłosa dziewczyna potrafiła zapanować nad swoimi emocjami, wiedziała w jakim momencie musi się ugryźć w język, aby nie powiedzieć czegoś głupiego, aby nie sprawić komuś przykrości czy krzywdy. Tia tego nie potrafiła, a Avie nie mogła tego znieść. Tak jak teraz… Nie wierzyła własnym oczom widząc to, co miało właśnie miejsce. Czy ona sobie robiła z niej żarty?
    Moore uniosła ze zdziwieniem jedną z brwi znacznie ku górze i przyglądała się Puchonce z mieszaniną zaskoczenia i niechęci wymalowaną na twarzy. Naprawdę tak bardzo przejmowała się pobrudzoną ścianą? Przecież mogły najzwyczajniej w świecie umyć to wilgotną ścierką lub poprosić, któregoś z obecnych na dole dorosłych, aby użyli zaklęcia czyszczącego.
    — Już się nie rozczulaj — mruknęła cicho, podchodząc bliżej ubrudzonej ściany, aby przyjrzeć się plamie. Nie było takiej tragedii, aby jej koleżanka musiała to, aż tak przeżywać. — Zaraz zawołam tatę i się z tym upora… Przestań być taka… Bowen, czy wszystko z tobą w porządku? Wydajesz się być strasznie rozchwiana, może powinnaś udać się do Munga po pomoc —powiedziała cicho, odwracając się plecami do dziewczyny. — Chociaż mam wrażenie, że tobie to nawet Merlin nie byłby w stanie pomóc.
    Usiadła na środku swojego łóżka po turecku i wpatrywała się przed siebie, próbując ogarnąć własne myśli. Gdyby ktoś ją zapytał, dlaczego tak właściwie nie lubi Tii, nie potrafiłaby odpowiedzieć na te pytanie jakoś sensowniej. Najbardziej prawdopodobną odpowiedzią byłoby bo tak, bo jej po prostu nie lubię. Po prostu działała jej na nerwy, jak mało kto. Jako jedna z nielicznych, potrafiła wyprowadzić ją z równowagi, a jak dobrze wszyscy wiedzieli, to zdarzało się naprawdę rzadko. Tia Bowen miała jednak ten niezwykłe talent – potrafiła to zrobić przy ich każdej, odrobinę dłuższej rozmowie.
    Avie, przymknęła delikatnie powieki, próbując całkowicie ignorować dziewczynę, skupiając się jedynie na swoich myślach. Ona działała na nią, jak płachta na byka. Drażniła ją, sama jej obecność, a to… Moore ten fakt się nie podobał. Przecież miała być jak jej idealna mama. Dobra, sympatyczna, dla wszystkich. Bez wyjątków.
    Zagryzła nerwowo wargę, wbijając sobie paznokcie we wnętrze dłoni. Musiała nad sobą zapanować, przecież to tylko dwa dni… Dwa, krótkie dni, które miną bardzo szybko. Przecież nie wydrapią sobie wzajemnie oczu w przeciągu dwóch dni. Wystarczyło tylko się do siebie nie odzywać, udawać, że w pokoju jest się samemu, że żadna nieproszona dziewczyna nie kręci się w jej królestwie.
    — Jak tak bardzo ci smutno z powodu tej plamy to przestań ją powiększać tylko jakoś się jej pozbądź — mruknęła cicho widząc, że dziewczyna wciąż stoi przy ubrudzonej ścianie.

    Avalon

    OdpowiedzUsuń
  94. [ Nie wiem, jak skończyłby się wątek, jak miałby się skończyć, więc niestety na ten moment brak mi jakichś koncepcji :< ]

    OdpowiedzUsuń
  95. [ Nie, po prostu nigdy nie kończyłam wątku w taki sposób. Jak się kończył, to kończył. Jeszcze nikt go nie przerywał w trakcie i pisał, że chce nowy ;v

    Sądziłam, że z tego względu masz jakąś koncepcję. Bo ja, jak na razie, mam tylko tyle, iż poszwendaliby się i wrócili. Oczywiście mogliby spotkać jakieś trudności, no ale... Jakie? Przed szlabanem broniłby się rękami i nogami, choć pewnie nic by to nie dało. ]

    OdpowiedzUsuń
  96. [ Ja przy tym ostatnim odpisie myślałam nad problemem z teleportacją, tj. przenieśliby się w złe miejsce (choćby tę Wrzeszczącą Chatę) albo coś poszłoby nie tak, jak powinno. Albo obydwa. Noale... Lepiej się za bardzo nie rozdrabniać na szczegóły.

    Nie wiem teraz, dużo opcji. Może być któraś z tych zaproponowanych przez ciebie. Tylko która? ]

    OdpowiedzUsuń
  97. [Zawsze lepsza tragikomedia od tragedii. Komedia by jeszcze uszła w tym wypadku, w końcu Sadr jest postacią raczej pozytywną. Martwiłbym się, gdyby ktoś napisał coś w stylu "jakiś smutny ten twój pan" czy coś w tym stylu.
    Wątek zawsze. Masz jakiś konkretny pomysł, coś Ci świta już może? :]

    Sadr

    OdpowiedzUsuń
  98. [Już mam jeden wątek z motywem dwuosobowego projektu I kto wie czy nie skończy się to dla mojej postaci tragicznie, kiedy akcja się rozkręci. Za to możemy uznać, że Tia już poparzyla Sadra, na co on oczywiście w pierwszej chwili się wściekł, a potem zaczął nadużywać jej cierpliwości i danego mu przez nauczycieli prawa do wykorzystywania swojej oprawczyni do czasu ozdrowienia. Hmm?]

    Sadr

    OdpowiedzUsuń
  99. [ Ostatni komentarz nagle zniknął, więc nie wiem, czy chcesz dalej pisać. Jestem trochę zdezorientowana ;O

    Jeśli tak, to uznałam, że opcja ze szlabanem będzie najlepszym wyborem. Szwendali się, szwendali i w pewnym momencie wpadli na nauczyciela, który wlepił im szlaban? Czy może jakiś czarodziej złapałby ich w ciemnym zaułku, grożąc różdżką, jeśli nie oddadzą pieniędzy? ;v No i nie wiem: albo nauczyciel ratuje ich z opresji, a potem wlepia szlaban, na przykład pomoc przy wieszaniu portretów; albo czarodziej był trochę podchmielony, dlatego łatwo było go rozbroić, ale Caelan byłby i tak zły na Tię, że w jakiś sposób chciała chojrakować czy podjudzać (nie wiem w sumie, co zrobiłaby w takiej sytuacji). Tak czy siak nauczyciel mógł się napatoczyć i wlepić szlaban, pytaniem pozostaje już wyłącznie ich nastrój.

    Pisałam dwa razy, bo za pierwszym razem kliknęłam zły klawisz i mnie cofnęło do poprzedniej strony :< Więc mogło wyjść chaotyczniej niż w pierwotnej wersji. ]

    OdpowiedzUsuń
  100. [Absolutnie żadnej? To tym bardziej może być ciekawe dla niej doświadczenie :D
    Może masz ochotę zacząć? Na przykład od momentu, w którym widzą się po raz pierwszy od poparzenia, pielęgniarka nie chce zdradzić Tii w jakim konkretnie Sadr jest stanie, poza tym chłopak ma obandażowaną głowę i rękę, więc wygląda co najmniej słabo. Później Howler się obudzi, będzie ją wkręcał, że jest poważnie poturbowany i wymyślał zadania, aż w końcu przesadzi, wyprowadzi ją z równowagi i tego pożałuje. Po raz drugi.
    Może masz ochotę zacząć? :]

    Sadr

    OdpowiedzUsuń
  101. William ruszył chwilę później. Szedł kilka metrów dalej od dziewczyny; nie był idiotą i nie miał zamiaru prowokować wściekłego byka. Odetchnął z ulgą, widząc, że towarzyszka nie stoi w miejscu, wybuchając raz po raz złością - a tego się spodziewał po jej początkowym zachowaniu - i że wściekłość nie przysłoniła jej odruchu dbałości o własne bezpieczeństwo.
    Budynek był kilkadziesiąt metrów od nich i wyglądał na coś w rodzaju komórki na siano i drobny sprzęt. William w ogóle się na tym nie znał, ale w jakiejś książce o mugolach widział, że mniej więcej tak wyglądają jakieś schowki na sprzęt, których używają nie-czarodzieje mieszkający na wsi. Nie znał się jednak na tym wszystkim na tyle dobrze, żeby stwierdzić, czy w środku znajdą jakiś w miarę ciepły kąt i coś, czym bez szkody mogliby się przykryć, w razie gdyby musieli chować się przed wzrokiem jakichś ludzi. Nie miał też pewności, czy w ogóle dostaną się do środka; prawdopodobieństwo tego, że komórka będzie otwarta, było naprawdę małe.
    Postanowił jednak nie dzielić się przemyśleniami z dziewczyną - pewnie i tak by go zignorowała - i gdy stanął przed drzwiami, szarpnął kilka razy prowizoryczną klamkę. Początkowo nic się nie stało, ale po kolejnym, znacznie mocniejszym szarpnięciu coś ustąpiło. Otworzył drzwi. Ich oczom ukazało się ciemne wnętrze.
    - Chyba nie ma innej opcji - powiedział na głos, po czym wyciągnął rożdżkę, rzucił zaklęcie lumos i zrobił krok naprzód.



    William Stanford

    OdpowiedzUsuń
  102. [Prawdę mówiąc, trochę mi się choruje. Nie wiem, co mnie tak rozłożyło ostatnio, bo nie robiłem nic, żeby się przeziębić, nawet czapkę naciągałem na uszy...A tu taki klops. Ze mnie. Bo zasmarkałbym klawiaturę, gdybym miał nad nią przesiedzieć dłużej niż te kilka minut, kiedy to piszę. Więc zróbmy tak, że to Ty zaczekasz na zaczęcie, tak dopóki nie wyzdrowieję, a jeśli przez te kilka dni się nie doczekasz, to pewnie już zdążysz się zebrać do tego, żeby wziąć sprawy we własne ręce. Wybacz, że tak wyszło!]

    Sadr

    OdpowiedzUsuń
  103. [ No, to ty wisisz mi odpis na tamten wątek, więc wypadałoby na ciebie. :D Ale pośpiechu nie ma, jako że w tym tygodniu pracuję, a jeszcze przede mną nauka. Jeśli do poniedziałku nie zaczniesz, to może ja wtedy napiszę. ]

    OdpowiedzUsuń
  104. Spłoszył się. Spłoszyć go dawało się z dziecinną łatwością, jednym gestem, machnięciem ręki, nawet krzywym spojrzeniem, które mogło krzywe w rzeczywistości wcale nie być, a tylko jemu na takie właśnie wyglądało.
    Gdy do spłoszenia dochodziło — w taki lub inny sposób — zazwyczaj wycofał się i zaczynał prześwitywać, zupełnie jakby chciał nie istnieć i swe nieistnienie wstydliwie światu zaprezentować. Bardzo to było wszystko uciążliwe, szczególnie, kiedy wypadało tak, że musiał patrolować korytarze i jedyne, co miał do pomocy, to drżące nogi i różdżka w równie drżącej dłoni.
    Już wiedziano, że Vincentowi do towarzystwa potrzeba jednostek silnych i niezależnych, które będąc charakterne, wynagrodzą jego rozliczne braki. On to nikomu nie potrafił powiedzieć, że nie wolno po wyznaczonej godzinie dreptać po korytarzach, że musi coś zabrać na wieczne zabranie, że są zasady, nakazy i zakazy, no i że trzeba ich przestrzegać.
    Sam więc fakt, że odezwał się do osoby sobie praktycznie nieznanej, bo tylko kilka razy mu mignęła przed oczami, stanowił jeden z takich cudów, które zdarzają się, żeby przypomnieć wszystkim dookoła, że cuda w ogóle istnieją. Nie planował, co potem ani co powie, co zrobi ani co powinien zrobić.
    I ten brak jakiegokolwiek planu skończył się tym, że ścisnęło go w gardle i aż przysiadł na pobliskim fotelu.
    — Wiesz — zaczął cicho, ale ona wcale nie wiedziała.
    Nie usłyszała też, że powiedział cokolwiek. Tylko na szept było stać jego zaklinowany przełyk, zbyt cichy, żeby to dziewczę, tak zaaferowane swymi sprawkami, tak ostentacyjnie odwrócone do niego plecami, zwróciło na niego uwagę.
    Westchnął i spojrzał na tył jej głowy.
    Czuł się rozżalony. Normalny człowiek powiedziałby coś w stylu: słuchaj, to moja książka, mogłabyś przestać się nad nią pastwić?. Vincent normalny nie był i nie umiał sformułować swych myśli tak, aby przynieść ulgę sobie samemu. Na swobodne składanie zdań i zwracanie się do kogoś ze swadą potrzebował czasu, tego pamiętnego czasu, którego na nic nie wystarczało.
    Minuta minęła, minęły może dwie minuty i pewnie zapomniano o jego obecności. Tyle że on wciąż był w tym fotelu, z bladą twarzą i miną kamiennego posągu. To, co działo się wewnątrz niego nigdy nie miało odzwierciedlenia na jego twarzy. Mimiczny niedorozwój — kolejne z niedociągnięć w stworzeniu.
    W końcu jednak wziął się w garść, to grube tomiszcze trzymał czasem w pobliżu serca. Rozglądnął się chyłkiem, nikt się nim nie interesował — jak zwykle i zacisnął, a potem rozprostował palce.
    — Słuchaj — spróbował ponownie, nieco głośniej. Tak, szło mu całkiem dobrze. Już miał płynąć tą łodzią dalej, gdy okazało się, że nie zna jej imienia. Spanikował. — Jak się nazywasz?

    Vincent

    OdpowiedzUsuń