3 grudnia 2015

Pub u Szkota

JAMES GORDON
27 lat || Barman || Pub pod Trzema Miotłami
Czysta krew || Aberdeenshire || Animag
Potomek rodu Gordonów, którzy mają to do siebie, że uwielbiają przypominać całej rodzinnej Szkocji i gdziekolwiek tylko się znajdują o swojej niesamowitej historii, wyczynach i zasługach. Dumni i wyniośli zajmują dobre stanowiska w Ministerstwie Magii, chwaląc się prestiżem. Prawie wszyscy, bo jeden z nich postanowił po skończeniu Szkoły Magii i Czarodziejstwa w Hogwarcie zerwać ze światem czarodziejów i założyć własny bar w Londynie. Wcześniej jeden z najlepiej zapowiadających się dziedziców sławnego nazwiska, został zdegradowany i praktycznie wykluczony z rodziny. Możliwe że również wydziedziczony, jednak nic mu o tym nie wiadomo po tym jak stracił kontakt z bliskimi. Udało mu się jednak wybić wśród właścicieli mugolskich miejsc rozrywki w stolicy Anglii. Co z tego skoro jego przyjaciel popadł w długi, wcześniej wmieszając w to Jimmy'ego bez jego wiedzy i tym samym sprowadzając na jego lokal zgubę. Ktoś doszczętnie spalił bar, zostawiając równocześnie Gordona z niczym. Zbyt dumny by zwrócić się do rodziny o pomoc, James włóczył się jakiś czas, szukając odpowiedniego dla siebie zajęcia. Nic jednak nie satysfakcjonowało go jak prowadzenie własnego interesu. W końcu zdecydował, że spróbuje zarobić w Hogsmeade w Pubie pod Trzema Miotłami - ulubionym miejscu za czasów szkolnych. Po wielu staraniach dostał posadę, więc siedzi tam do teraz i wrzuca to, co zarobi do słoika. Bo jedną cechę Gordonów wciąż posiada - jest uparty. 

42 komentarze:

  1. [On chyba grał w Burnt z Bradleyem Cooperem, nie? <3
    Fajny jest, chcę ten wątek, o, chcę.]


    Hector i reszta

    OdpowiedzUsuń
  2. [Uroczy- gryfon z krwi i kości, jakby na to nie patrzeć :) Cześć witam cię! ]

    Bo

    OdpowiedzUsuń
  3. [O, widzę, że rodzinke ma tak miłą, jak Lorelle. Oglądałam właśnie Kuchenne Rewolucje. Wpaść którąś z postaci aka Magda Gessler? Jaką sobie postać wybierzesz, taka będzie opinia, haha.
    *podpowiem: Sol jest wymagająca, Ashton zwraca uwagę głównie na alkohol, a Lorelle, to Lorelle, złego słowa nie powie.
    Gryfon w sam raz, zawsze chciałam takiego mieć, ale nie umiem ich prowadzić. Oby Tobie dobrze szło!]

    Solene // Ashton // Lorelle

    OdpowiedzUsuń
  4. [Mam słabość do niej- przywiązałam się. A sama Natalie wyszła spontanicznie, znalazłam to zdjęcie i mnie urzekło. I masz racje, pasowałby do Gryffindoru bardziej niż do innych domów :)]

    Bo

    OdpowiedzUsuń
  5. [Chwalę postać, bo ciekawa.
    I witam oczywiście! :)]

    Vladimir Karkarow

    OdpowiedzUsuń
  6. [Dla mnie będzie Gryfonem, tak go widzę :) i oczywiście, że myślimy.
    Tak z okazji tej rodzinki, to może Lorelle będzie miała gorszy dzień. Dowie się o czymś przykrym, cos tam wymysle. Ogółem z rodzicami Lorelle sprawa jest taka, ze nie akceptują jej wyboru posady w Hogwarcie. Mamusia chciała nią rządzić i być dumna mamą córusi pracującej w Ministerstwie lub jako uzdrowiciel, a tu takie kwiatki.
    Przyjdzie, poznają się, będzie raźniej. Chyba, że będą się kojarzyć, bo o ile dobrze pamiętam, to Lorelle jest rok starsza.]

    Lorelle

    OdpowiedzUsuń
  7. [Panie, polej no Gregowi!]
    Cavendish, Pan Prefekt Napity

    OdpowiedzUsuń
  8. [Z serii co by robił Jimmy, gdyby jednak szlag trafił Gotham.
    Witam.]

    OdpowiedzUsuń
  9. Dni takie jak dzisiaj - dni zaczynające się atakiem paniki przemieszanym z nieznośnymi wyrzutami sumienia i napływającymi niczym fala wspomnieniami - zdecydowanie wysysały z niej resztki tego, co tam ze szczęścia pozostało. Na ogół początki były takie niewinne. Lekkie ukłucie tu czy tam, cichy głosik szepczący coś o wczoraj i trochę o butelce pod łóżkiem. Narastający, w miarę kolejnych ruchów, nieznośny ból głowy i otępienie, jednak zbyt słabe, by przegonić to, co przegonić powinno. Drżenie rąk, nieco mocniejsze niż zazwyczaj, ogromne cienie pod oczami i ukazujący się w lustrze wrak człowieka.
    Wrak emocjonalny.
    Annie Riddley, wzdychając ciężko, usiadła na parapecie w pustym korytarzu i podciągnęła kolana pod brodę. Miała na sobie byle jakie, powycierane na kolanach spodnie, do tego sporo na nią za duże. Zawsze była chuda jak patyk, ale ostatnio wskazówka wagi zatrzymała się wcześniej niż zwykle. Annie zmierzyła przedmiot obojętnym wzrokiem i odmaszerowała w swoją stronę. Na plecy wciągnęła wielki, czarny sweter, otulając się nim jak kocem. Sięgał jej do połowy uda, grzał i był jednym z nielicznych wspomnień Jego, które mogła zabierać ze sobą.
    Tego dnia odpuściła sobie lekcje. Wstając rano już wiedziała, że po prostu nie da rady zjawić się w klasie na żadnych zajęciach, nawet na ukochanym Zielarstwie, którego sumiennie starała się nie opuszczać. Tym razem jednak było inaczej. Jej umysł gwałtownie domagał się otępienia; a Annie była stuprocentowo pewna, że lekcje, książki i Eliksiry nie dadzą mu tego, czego potrzebował.
    Ostrożnie zsunęła się z parapetu, przezornie obserwując korytarz i nasłuchując, czy jakiemuś nadgorliwemu nauczycielowi nie zechce się przypadkiem spatrolować teraz tej części Zamku - po czym wymknęła się na Błonia, pędząc szaleńczym tempem przez kilkanaście metrów, dopóki nie opadła z sił. A stało się to niespodziewanie szybko.
    Riddley nie była w stanie zdać sobie sprawy, że powoli obraca się w ruinę. Nie czuła głodu, choć jej ciało przedstawiało sobą dramatyczny obraz, dając jej do zrozumienia, że powinna dostarczyć mu wartościowych składników. Nie czuła potrzeby robienia czegokolwiek, co wykraczałoby poza podstawowe czynności, a i z tymi zaczynała miewać coraz większy problem.
    Już w swoim normalnym tempie, tempie emocjonalnego wraku, Annie powoli kierowała kroki w stronę dobrze jej znanego baru. Stanęła przed wejściem i zmęczonym spojrzeniem omiotła okolicę. Pustki. Niepewnie zajrzała do środka. Pustki. W zasadzie o tej porze nie powinno jej to dziwić. Była dopiero dziewiąta rano. Wszyscy normalni albo spali, albo siedzieli przyzwoicie w pracy, otaczając się masą roboty.
    Ona nie.
    Ale ona przecież nie była normalna.
    Zdecydowanym ruchem pchnęła drzwi, weszła do środka i klapnęła przy barze. Wysoki stołek był niewygodny; twardy i wbijały jej się kości.
    - Ognistą, proszę - mruknęła. Nie nawykła do picia czarodziejskich trunków, jednak tutaj zapewne nie mieli nic innego. Problem z tym alkoholem polegał na tym, że był znacznie słabszy niż dobra, mugolska wódka czy nawet wino.

    Annie

    OdpowiedzUsuń
  10. - Daj pan spokój. - Annie nie miała siły, by argumentować swoje racje i tłumaczyć, po raz wtóry zresztą, że najbardziej odpowiednią godziną na picie jest ta, w której najmocniej się tego potrzebuje, więc machnęła tylko ręką, spoglądając na barmana spod rzęs. Palił papierosa i dziewczynie przyszło do głowy, że poprzedniego wieczoru musiała gdzieś zapodziać swoją paczkę. I jednocześnie, że jeśli znalazła się w nieodpowiednim miejscu o nieodpowiednim czasie, cały misterny plan udawania normalności mógł iść się huśtać, delikatnie mówiąc.
    Westchnęła głęboko.
    Tuż obok jakiś mężczyzna zażyczył sobie piwo kremowe; jemu już facet za barem nie odmówił. Annie ściągnęła brwi i zmrużyła oczy, zastanawiając się, czy gość po prostu ją przejrzał i wie, że z całą pewnością pełnoletnia nie jest. Cóż, wyglądała na znacznie młodszą, aczkolwiek nigdy przedtem nie miała problemów z kupnem czegokolwiek.
    - Jesteś jakimś seksistą, czy co? - Spytała zaczepnie, opierając brodę na rękach i wbijając wzrok w bramana. - Dla faceta każda pora na picie jest dobra, nie?
    Wiedziała, że pewnie zachowuje się irracjonalnie i nie miała pojęcia, dlaczego tak ją poirytowała ta męska solidarność - nawet, jeżeli w ogóle nie to miał na celu którykolwiek z mężczyzn. Być może po prostu nie znosiła być w żaden sposób pomijana w środowisku, w które, jak jej się wydawało, zdążyła się wpasować. Albo zwyczajnie bardzo - za bardzo - potrzebowała swojego chorego otępienia, by móc pomyśleć, ruszyć głową i dojść do wniosku, że przedstawia sobą samą całkiem żałosny obrazek.
    - Zdecydowałam, jednak odmawiasz - uśmiechnęła się do niego uroczo, pod koniec jednak nieco się krzywiąc, jakby połknęła plasterek cytryny. W takie dni, jak ten przeklęty dzień, nie miała nawet siły, nawet ochoty udawać miłej i grzecznej, na jaką wyglądała.
    Bo taka była w domu, taka musiała być.
    I tutaj również, jeśli w grę wchodziła szkoła - w przeciwnym razie zaraz poleciałaby masa listów do rodziców i później rozpętałoby się prawdziwe piekło. Być może byli mugolami; co z tego, jeśli jednak złe zachowanie, to nadal złe zachowanie? Takie, które należy ukarać, którego należy się pozbyć, nie przestrzegając przy tym podstawowych niemalże zasad ograniczenia agresji do minimum, a najlepiej całkowitego jej wyeliminowania?
    - Tak więc, może jeszcze raz. Ognistą, proszę - ponowiła, oblizując usta i rozciągając je w szerokim uśmiechu. Tym razem udało jej się go utrzymać. Mimo to oczy miała puste, suche. Kompletnie bez wyrazu. Wpatrywała się w niego bez mrugnięcia swoim przedziwnym, lalkowym spojrzeniem, rozmyślając o tym, czy tym razem jej ulegnie. Nie miała najmniejszej ochoty - siły również - by uskutecznić spacer do innego baru, a wątpiła, by gdziekolwiek potraktowali ją równie spokojnie, co ten tutaj. Na ogół za takie teksty zostałaby już obrzucona dwuznacznymi propozycjami czegoś, co mogłaby zaoferować w zamian za upragniony alkohol. Annie zadrżała. Nienawidziła tych wszystkich obleśnych facetów.
    Gość tutaj był zupełnie inny. I na dodatek patrzył na nią całkowicie... zwyczajnie. Riddley zerknęła na niego podejrzliwie. Co jest?

    Annie

    OdpowiedzUsuń
  11. Annie beznamiętnie obserwowała narastający w barze ruch. Jakaś szycha z Ministerstwa stanowczym krokiem weszła do środka i władczym głosem zażądała widzenia z właścicielką pubu. Według dziewczyny powinien świecić przykładem i kulturalnością, zajmując tak wysokie stanowisko; jednakże powszechnie wiadomo, że im wyżej w świecie sław, tym gorsze maniery. I tak rozpowszechniają się opinie o narodach, jakoby egoiści, złodzieje i nieuprzejmi. Facet z Ministerstwa pobiegł na górę, jakby goniło go stado nietoperzy. Annie wzruszyła ramionami, przenosząc wzrok na barmana. Już-już miała się odezwać, kiedy...
    - Hagrid!
    Riddley zahaczyła kątem oka o wejście, natykając się wzrokiem na olbrzymiego gajowego, który akurat wchodził. Niemalże podskoczyła na krześle i nagle nabrała ogromnej ochoty, by schować się pod barem. Zamiast tego skuliła się jeszcze bardziej i pozwoliła długim włosom swobodnie opaść na twarz.
    Cholera jasna.
    Nie przysłuchiwała się rozmowie, ale zdołała wyłapać, że gajowy nie zamierza zabawić tutaj na dłużej i odetchnęła z ulgą.
    Nie dalej jak na początku roku szkolnego, tuż po tym, jak wydarzyło się Całe Zło, Annie wracała z pierwszej wizyty w barze w Hogsmeade. Była sama; samotność nigdy jej nie przeszkadzała, a wtedy - jak i teraz - wyjątkowo na rękę było jej, że nikt się do niej nie dosiada, że nikogo tutaj, w Zamku, nie interesuje. Szła powoli. Nogi odmawiały jej posłuszeństwa, toteż co kilka kroków potykała się o jakiś większy bądź mniejszy kamień i niezdarnie usiłowała utrzymać równowagę.
    - Może ci pomóc? - Usłyszała za sobą szyderczy głos. Thompson.
    - D-dzięki, nie - wydusiła z siebie, nie odwracając się na tyle, by stanąć z chłopakiem oko w oko. Mogła jednak dostrzec jego ruchy, gdyby postanowił przejść do agresywniejszych działań.
    - Coś z tobą nie tak, Riddley? - Nie odpuszczał. Zawsze był uparty, a teraz miał swoją okazję do popisu. Małe, żałosne pięć minut.
    - Zostaw mnie w spokoju - syknęła na niego, z trudem robiąc kolejny krok. Ledwie trzymała się na nogach, ale nie miała zamiaru odpuścić i poddać się temu popieprzonemu dręczycielowi.
    - Pomogę ci - zdecydował, mocno łapiąc ją za rękę. Jego palce zacisnęły się wokół nadgarstka; przyciągnął ją do siebie tak, że ich ciała dotykały się wzajemnie. Annie zdusiła odruch wymiotny i pokazała mu język, w geście obrzydzenia. Spróbowała się wyrwać, ale trzymał ją zbyt mocno.
    - Puść mnie, Thompson - jęknęła w końcu. - Muszę wrócić do szkoły.
    - Odprowadzę cię - powiedział twardo. Wiedziała, że postawi na swoim. Nawet na trzeźwo nie dałaby mu rady. Był od niej ze trzy razy większy, a do tego silny jak koń.
    - Hej, zostaw ją! - Gruby głos dobiegł ją gdzieś z prawej strony. Potem usłyszała tylko kilka ciężkich kroków. Chłopak ją puścił.
    Wszędzie zapadła ciemność.

    - Pogadamy innym razem - dotarło do jej uszu, kiedy wspomnienia przestały zalewać jej umysł. Annie niepewnie zerknęła w tamtą stronę, stwierdzając, że Hagrid właśnie wyszedł, a barman gapi się na nią teraz natarczywie i snuje wykład na temat zawartości alkoholu w piwie kremowym.
    Annie już miała na niego warknąć, że skąd wniosek ile ma lat, jednakże zamknęła usta, machnęła ręką i ostrożnie podniosła szklaneczkę.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. - Mugolskie, powiadasz? - Uniosła brew, spoglądając z uznaniem na zawartość naczynia. Tego mi było trzeba. - Och, niech ci będzie - przytaknęła, jednym szybkim ruchem opróżniając szklaneczkę ze złotawego płynu. Przyjemne ciepło zaczynało się w gardle i Annie czuła, jak spływa coraz niżej, aż do żołądka.
      Prawdziwa ulga.
      - Siedzę, nigdzie się nie ruszam - zapewniła go, odprowadzając barmana wzrokiem. Kiedy tylko znalazł się za jej plecami i była pewna, że jest całkowicie pochłonięty rozmową z obcym typem, złapała butelkę i nalała sobie podwójną ilość tego, co przed chwilą wypiła. Tego również pozbyła się w mgnieniu oka. Było jej tak dobrze, jak... Nie pamiętała kiedy. Na pewno zeszłego wieczora również zaznała tego uczucia.
      Ślizgoni zorganizowali imprezę w Pokoju Wspólnym i Annie poczuła się zaproszona tuż po tym, jak pewien Wężyk z czwartej klasy nieśmiało zaproponował, że może by wpadła. Poszła. Nie obchodziło jej z kim będzie, ani że większość Ślizgonów pewnie za nią nie przepada.
      O dziwo nie było tak źle. Annie nigdy nikomu nie podpadła, ludzie uważali ją za niegroźną i co najwyżej dziwną. Nic nie wiedzieli o jej pochodzeniu, poza tym nie każdy był czystokrwistym fanatykiem, więc Riddley, na początku onieśmielona, szybko zaczęła czuć się jak u siebie.
      Niewiele zapamiętała, ale gdzieś w podświadomości ukryła fragment, że bezkarnie pozwalała się obmacywać jakiemuś starszemu chłopakowi. Potrząsnęła głową, dopijając napój.
      Lekki szum w głowie przyjemnie zagłuszał wyrzuty sumienia i chłodne macki wspomnień. Annie uśmiechnęła się niewyraźnie.

      Annie

      Usuń
  12. [Póki co nic mi nie przychodzi do głowy, ale obiecuję, że się jeszcze zastanowię i w razie czego wrócę do którejś postaci. c:]

    Jemma Simmons

    OdpowiedzUsuń
  13. - Ale przesadzasz - mruknęła, opierając głowę na ręce, a drugą mnąc materiał swetra. Przyglądała się barmanowi, który zabrał z blatu kuszącą butelkę, odstawił tam, gdzie nie miała szansy jej dosięgnąć bez użycia magii i włączył jakieś stare radio. Annie wodziła za nim wzrokiem jak pies stróżujący, mając ogromną ochotę machnąć różdżką i ściągnąć brandy w swoim kierunku. Ostrożnie wymacała kieszenie, w żadnej jednak nie zdołała wyczuć drewnianego patyka.
    - Kurwa - zaklęła pod nosem, niespokojnie rozglądając się dookoła. Chociaż rzadko używała magii, musiała przyznać, że o wiele pewniej czuła się, mając przy sobie ten śmieszny kawałek drewna. Nie była silna, w obecnym stanie nie byłaby również zbyt szybka - stanowiła łatwy cel. Cechowało ją natomiast poczucie czającego się wokół niebezpieczeństwa.
    Skrzywiła się teatralnie na słowa barmana, rozmyślając o tym, jak szybko zorientowałby się, że podkradła jego różdżkę, gdyby tylko wiedziała, gdzie ją schował. Albo może tak wywabiłaby go w jakiś sposób na górę czy na dwór... Mogłaby stanąć na stołku...
    Butelka zalśniła kusząco.
    Annie przesunęła się niepewnie na stołku, co i rusz zerkając facetowi przez ramię, by siłą woli przyciągnąć alkohol do siebie.
    - Nie, dziękuję - pokręciła głową, krzyżując ręce. - I nie wiem, co robią dziewczyny w moim wieku. Ja w każdym razie nie jestem teraz głodna.
    Zastanawiało ją, czy gość przejrzał jej intencje, co oznaczałoby nieprzyjemny fakt, iż potrafi czytać jej w myślach; czy może po prostu jest dziwakiem-czarodziejem, który to woli wszystko robić własnymi rękami. Obserwowała go uważnie. Wiedziała, że ten myśli, iż weszła w stan nietrzeźwości, jednak przez te parę miesięcy jej tolerancja na alkohol nieco się podniosła i taka ilość nie zrobiła z niej ledwie trzymającej się na nogach panienki, którą trzeba będzie odprowadzić do Zamku, a potem jeszcze położyć do łóżka. Annie przymknęła oczy, czekając na odpowiedni moment, by dorwać butelkę i wypić jej zawartość - tym razem do dna, zanim ktoś zdoła jej przeszkodzić.
    - Daj mi piwo kremowe. Zmarzłem jak cholera - usłyszała tuż obok siebie i poczuła dreszcz, biegnący wzdłuż kręgosłupa. Cholera, cholera jasna, kurwa. Osobnik miał nos ukryty w szaliku i grubą kurtkę, a jednak Riddley rozpoznała go bez problemu.
    Pieprzony Gnój Richard Thompson nawiedził Trzy Miotły.
    Annie skuliła się na stołku, próbując udawać znacznie mniejszą niż w rzeczywistości i naiwnie licząc, że jej nie zauważy, by przy najbliższej nadarzającej się okazji mogła się ulotnić. Thompson rozebrał się, rzucił kurtkę na blat i usiadł, wodząc swoimi małymi, wrednymi oczkami po wnętrzu baru.
    Jego wzrok zawisł na niej na dłużej i chociaż Riddley parę sekund wcześniej zakryła twarz włosami, wiedziała, że ją rozpoznał. Pieprzony Gnojek.
    - Co za niespodzianka - zakpił.
    - Odpieprz się, Thompson. - Nie miała zamiaru znosić jego towarzystwa, dlatego ostentacyjnie podniosła się z krzesła, zamierzając wyjść na jego oczach. Niech widzi.
    Richard chwycił ją jednak za ramię. Jego palce mocno wbiły się w jej skórę. Annie syknęła.
    - Thompson, ty draniu. Puść mnie.

    Annie

    OdpowiedzUsuń
  14. [Jeszcze nie ogarnęłam, poza tym, że Hector przychodzi i chleje. Masz jakiś pomysł, jak to rozwinąć? Nie chcę Cię męczyć flaczkami z olejem, skoro wolisz wartką akcję ;>]

    Hector

    OdpowiedzUsuń
  15. [No nie! Mieszkam w Gdyni, ale w Pubie u Szkota jeszcze nie byłam! James strasznie podoba mi się jako postać, więc pokusiłabym się o wątek między Oriane

    OdpowiedzUsuń
  16. [Witam na blogu pierwszego, oficjalnego mieszkańca Hogsmeade! :) Mam nadzieję, że niebawem was przybędzie :]
    Ciekawa karta, jeszcze ciekawsza postać animaga :) Teda co prawda przez kilka lat w kraju nie było, ale obecnie bywa w Trzech Miotłach zapewne częściej, niż przystałoby na profesorowi ;) Czasami sam, czasami z Vlado; tak czy siak, James prędzej czy później by go poznał ;)
    Życzę udanej zabawy na blogu, a gdyby kiedykolwiek naszła cię ochota na wątek z Teddym, zapraszam :)]


    Teddy Lupin

    OdpowiedzUsuń
  17. Miała ochotę cisnąć mu jakąś ostrą klątwą między łopatki, kiedy wyszedł, zabierając ze sobą kuszący alkohol, ale zacisnęła pięści i zęby i wbiła wzrok w blat, udając, że w ogóle jej to nie obchodzi. Ani trochę.
    Thompson zacmokał ironicznie.
    - Mamusia nie nauczyła cię, że nie wolno się tak brzydko wyrażać?
    Annie nabrała ochoty, by z całej siły wpakować mu swoją drobną pięść w czaszkę, być może nawet ze skutkiem śmiertelnym. Nie była nietrzeźwa, przynajmniej nie do tego stopnia, by zdawać sobie jednak sprawę, że jest to rzecz średnio wykonalna, biorąc pod uwagę jego rozmiary i jej zdolności manualne.
    Kiedy barman zagadał do Thompsona, Riddley zaświtało w głowie, że oho, będą kłopoty. Biedny gość, sam nie wiedział w co się wpakował. Zastanawiające, nie bardzo rozumiała dlaczego to zrobił, dlaczego staje w obronie jakiejś tam blond nastolatki, która jest taką żałosną desperatką, że wciąż snuje intrygi, jak odebrać mu alkohol, którym zapewne nie zamierza się z nikim podzielić. Fascynujące, doprawdy. Nigdy przedtem nie spotkała się z ot taki zwyczajnym przejawem dobroci względem samej siebie, chociaż, dopóki miała komu, okazywała to innym.
    Thomson najwyraźniej nic nie robił sobie z słów tego dziwnego barmana. Na dodatek wciąż trzymał ją za ramię, coraz mocniej wbijając jej swoje obrzydliwe paluchy między kości i mięśnie, co było o tyle nieprzyjemne, że Annie nienawidziła czuć jego obleśnych łap na swoim ciele. I wciąż, kiedy mówił, szarpał nią jak szmacianą lalką. Dziewczyna jęknęła w końcu, z zaciętą miną próbując oderwać jego silne ręce od swojego kościstego ramienia.
    - Nie jestem pijana, gnojku - wysyczała mu prosto w twarz, dusząc w sobie pragnienie, by go zdzielić w nos czy tam policzek. Boże, jaki on jest cholernie denerwujący. - A ty na pewno nigdzie mnie nie zabierzesz.
    Thompson wydawał się być nieco bardziej zdenerwowany niż przed chwilą. Jego twarz nabierała czerwonego koloru. Annie wydawało się, że zaraz para pójdzie mu uszami, jakby się w nim gotowało.
    - Co się wpieprzasz? - Spytał niegrzecznie, odwracając głowę w stronę faceta przy barze. - Załatwiamy swoje sprawy i nic ci do tego.
    - Nie zamierzam z tobą niczego załatwiać! - Wrzasnęła na niego Riddley, podnosząc nogę i wymierzając w jego kolano. Nie trafiła; odsunął się z szyderczym uśmieszkiem.
    Thompson westchnął teatralnie, naciągając na siebie kurtkę i szalik. Nie puścił jednak jej ramienia, ale wyglądało na to, że się poddał i Annie była zdumiona. Przecież nigdy przedtem się nie poddawał. W każdym razie nie tak łatwo. Czyżby nie chciał kłopotów?
    Thompson skończył szkołę w zeszłym roku i od tamtej pory przystawiał się do niej jeszcze agresywniej niż wcześniej. Wiązało się to zapewne z tym, że nie mogli mu zaszkodzić nauczyciele, a jedynie przypadkowi przechodnie, których jednak nie interesowało to, co wyprawia się poza barami czy sklepami. Byleby nie musieli być zamieszani w jakąś grubszą akcję.
    Pewnie ojciec Thompsona zagroził, że za kolejną sprawę w Ministerstwie przestanie płacić za jego utrzymanie.
    Niespodziewanie Pieprzony Gnojek Thompson odepchnął barmana wprost na ścianę, chwycił Annie mocniej, niemal miażdżąc jej ramiona i zaczął ciągnąć w stronę wyjścia.
    - Pojebało cię - jęknęła, mrugając gwałtownie, by pozbyć się napływających do oczu łez. Miała dosyć wysoką tolerancję na ból, ale gość przekraczał wszelkie granice.

    Annie

    OdpowiedzUsuń
  18. [aj tam, że sztywna od razu. po prostu nie bawią jej rówieśnicy. :D dlatego przybywam tutaj. poza tym to Szkot. kocham Szkotów. <3
    czyli co? dzika impreza siódmoklasistów, ktoś odwali dziwną akcję i wplącze w to pana barmana? :D]

    emily.

    OdpowiedzUsuń
  19. [wiesz, jak to jest. pijane tłumy smarkaczy, do tego Ślizgonów. jeden drugiemu obrazi matkę/ojca/kota/węża no i wynika z tego awantura. w międzyczasie okazuje się, że ginie przypadkowy obserwator, nie uczeń... :D
    jeśli za ostro to mów, pohamuję się.]

    emily.

    OdpowiedzUsuń
  20. Nie lubiła takich imprez jak ta tutaj.
    Kulturalne towarzystwo zbierało się na ogół w Pokoju Wspólnym, gdzie nie dało się hałasować i drzeć na cały głos o swoich seksualnych podbojach nie ściągając przy tym sobie na głowę nauczycieli. Tak więc kulturalne towarzystwo po prostu piło i dyskutowało na przyjemniejsze tematy, nie zaglądając nikomu do łóżka czy nie grzebiąc w jego życiorysie. Ci tutaj, natomiast, zachowywali się jak goryle wypuszczone z klatek. Wrzeszczeli, ryczeli na cały głos opowieści o najintymniejszych szczegółach swojego życia, poklepywali się po plecach; kilka par obmacywało się namiętnie na podłodze czy stole. Armageddon.
    Sama nie wiedziała, dlaczego zgodziła się tutaj przyjść. Może nie mogła dłużej znieść błagalnych spojrzeń Sonny'ego, którymi obrzucał ją niczym Mroczni klątwami. Do tego w kółko jęczał nad uchem "błagam, przyjdź".
    Lubił się nią chwalić, jak jakimś trofeum.
    Najśmieszniejsze w całej tej sytuacji było, że wcale nie została jego dziewczyną. Miała jednak dość powtarzania, że to tylko jeden raz i że to nic nie znaczy. Że wiedział, w co się pakuje. Westchnęła ciężko. Na jej nieszczęście, Sonny Anderson był niekumaty jak troll.
    - Jak tam, księżniczko? - Jego irytujący głos przedarł się przez kłótnię jakichś dziewczyn, które dogryzały sobie wzajemnie z powodu niewierności partnerów. Jak Emily zdołała wywnioskować, chłopak Camilli zdradzał ją z Nathalie, której to chłopak zdradzał ją z Camillą. Lester przyłożyła sobie dłoń do czoła w geście rozpaczy i bezradności.
    - Odczep się, Anderson.
    Niekulturalnie uniosła w górę szklankę z Ognistą, wylewając chłopakowi prosto na twarz. Oszołomiony i zdumiony Sonny chwilę patrzył na nią, zdjęty zaskoczeniem. Potem jego twarz nabrała barwy dojrzałego pomidora. Zacisnął dłonie w pięści i odmaszerował do swojej świty. Emily odprowadziła go wzrokiem.
    - Co jest, piękna? - Zamruczał z jej lewej strony nieznany głos. Odwróciła głowę, napotykając spojrzeniem bruneta o przeraźliwie błękitnych oczach. Uśmiechał się zadziornie, pozwalając sobie poprawić jej włosy.
    Odwzajemniła uśmiech.
    - Siedzę na nudnej imprezie z tępymi ludźmi - wskazała niedbałym ruchem podbródka na grupkę za sobą. - I przyglądam się niezłemu kolesiowi.
    Zaśmiał się ochryple.
    - Ja się przyglądam niezłej dziewczynie.
    - Ej! - Sonny Anderson zbliżał się do nich z butelką whisky. - Co ty, chory? Odpierdol się od mojej dziewczyny!
    - Nie jestem twoją dziewczyną, kretynie - warknęła na niego Emily, zaciskając zęby, by przypadkiem się na niego nie rzucić i nie rozgryźć jego tętnicy. Wstała, przyciskając się mocniej do nieznajomego. - Nie wiem czy zauważyłeś, ale mam już towarzystwo na wieczór, więc spieprzaj.

    emily.

    OdpowiedzUsuń
  21. Ten komentarz został usunięty przez autora.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. [Usunął mi się niechcący komentarz xD
      Właśnie widzę, że ruch raczej masz, ale w razie gdyby zabrakło ci osób do pisania z Jamesem lub Mattem (co wątpliwe, ale jednak), to daj jedynie znać, a wspólnie na pewno coś wymyślimy :D
      Nie ma za co dziękować, a do Teda wbijaj, gdy tylko najdzie cię ochota :D]

      Teddy Lupin

      Usuń
  22. [Dziewięć lat różnicy między nimi... To jak Gordon miał 17, mój miał 26. Chyba mógł go uczyć :D Coś w tę stronę? Starych można w to jakoś wkręcić, Hector jako naukowiec-alchemik jest dość znany w czarodziejskim światku, to rodzice mogli go znać, nawet jak są elytą.]

    Hector

    OdpowiedzUsuń
  23. - Weź, stary, zabieraj łapy i idź stąd - mało kulturalnie odprawił go brunet, mocniej przyciskając do siebie Emily, która w innej sytuacji uznałaby jego zachowanie za dość odważne i trochę bezczelne. Tym razem jednak schlebiało jej, że ma kogoś w rodzaju ochroniarza, kto w dodatku podziela jej zdanie na temat obrzydliwego Sonny'ego.
    - Ty! - Anderson niemal rzucił mu się do gardła. Lester odsunęła się odruchowo, jednak nieznajomy brunet nie wypuścił jej z objęć. - Ty, gnoju jeden! Puść ją! - Zażądał, uderzając otwartą ręką o blat i przytrzymując się go. Chwiał się na nogach.
    - Jeżeli sama będzie tego chciała, to niechętnie - posłał Emily wymowne spojrzenie - ją puszczę. Ale na pewno nie na rozkaz takiego idioty, jak ty.
    Nie podnosił nawet głosu, a emanowała z niego taka pewność siebie, jak gdyby miał gwarancję, że Sonny Anderson go posłucha i odejdzie. Dziewczyna przyglądała się z uznaniem, jakie przepychanki słowne prowadzi z jej prostackim kolegą. Nie, żeby podniecało ją dwóch napalonych facetów, którzy prawie że mordowali się nawzajem wzrokiem; w ogóle było jej całkowicie obojętne, czy ktokolwiek o nią zabiega. Wyznawała proste zasady i jeżeli miała ochotę poznać kogoś bliżej, zwyczajnie dawała znać. Jasno i bez komplikacji.
    Sonny, gniewnie mrucząc pod nosem, oddalił się w swoją stronę, a Emily zerknęła na nieznajomego spod długich rzęs.
    - Co tam, mała? - Rzucił niezobowiązująco, znaczącym ruchem brwi wskazując drzwi. Lester przytaknęła mu ochoczo, krótkim skinięciem głowy i wyciągnęła rękę po płaszcz. Stała tuż obok wieszaków.
    Niespodziewanie nieznajomy brunet upadł tuż obok niej, sztywny i bezwładny. Dziewczyna odsunęła się szybko, unikając uderzenia ciałem i nachyliła się nad swoim niedoszłym towarzyszem. Nie reagował.
    - Ej? - Spytała niepewnie, czując się wprost idiotycznie, kiedy tak próbowała gadać do nieprzytomnego. Potrząsnęła nim lekko, ale i to nic nie dało.
    - Co się dzieje? - Rozległy się głosy wokół, a dziewczyna nawet nie zwróciła uwagi, kiedy zniknęły. Naraz zaczęła słyszeć o wiele więcej; w tle dudniła muzyka, ktoś jęczał, jakaś dziewczyna zaniosła się płaczem.
    - Ty kretynie - Kendall McCann pokręciła głową, zwracając się do Sonny'ego, który stał nieopodal z wyciągniętą różdżką. Z trudem utrzymywała się w pionie, ale wzrok miała przytomny. - Zabiłeś go.

    emily.

    OdpowiedzUsuń
  24. [No tak jakoś wyszło, że nie byłam... Ale spokojnie nadrobię! :)
    Z tego co widzę różnią się w bardzo ważnej kwestii... Dla Jimmy'ego rodzina nie ma aż takiego znaczenia, jak dla Ori. Możemy uznać, że co jakiś czas pojawia się w Pubie, żeby pozałatwiać jakieś interesy ściśle związane z odkrywaniem tego czegoś. Poznaliby się pewnego razu, rozmowa jakoś wyjątkowo by im się kleiła i tak jakoś by wyszło, że Gordon powiedziałby o spalonym barze... Oriane dziwiłaby się, że nie zwrócił się do rodziny o pomoc i tak jakoś wywiązałaby się dyskusja między nimi. No chyba, że chcemy pokusić się o jakieś bliższe relacje C:]
    Oriane

    OdpowiedzUsuń
  25. [To jak najbardziej mi odpowiada :) A co do samego wątku to możemy zrobić tak. Oriane przyszłaby do baru i zaczęła mu opowiadać czegóż to spróbowała w tym tygodniu. Jakoś tak wyszło, że by się zagadali, na zewnątrz zrobiłoby się już ciemno a godzina powrotu do zamku dawno by minęła. No i Jimmy postanowiłby, że dziewczyna ma zostać w Hogsmeade na noc. A dalej to by się jeszcze zobaczyło, chyba że masz jakieś fajne propozycje :)]
    Ori

    OdpowiedzUsuń
  26. [Ethel chętnie by się napiła czegoś ciepłego po godzinach. Jest od niego trochę młodsza, ale może James potrzebuje przybranej młodszej siostry z czasów szkolnych, która skakałaby mu po głowie?]

    Ethel

    OdpowiedzUsuń
  27. [Jestem cierpliwym człowiekiem, więc byłabym wdzięczna za zaczęcie! :D]
    Ori

    OdpowiedzUsuń
  28. [Oh, Daniel <3 Tak rzadko widuję go na blogach, a tak go uwielbiam. Witam, witam! :)
    Błędy zostały już poprawione, dziękuję za uwagę!
    Jako, że James również zamieszkuje mieścinę, pozwoliłam sobie wybrać jego (to nie miało nic wspólnego z wizerunkiem, a gdzież xD). Do głowy wpada mi jednak na razie tylko to, aby Leith była jego stałą klientką, która może wiedzieć o tym, że miał bar, że go stracił i teraz czeka na okazję, aby ponownie otworzyć swój biznes, więc codziennie daje mu napiwki, wspierając go w marzeniu. Mogą więc być takimi bliskimi znajomymi, którzy pomagają sobie w potrzebie w tej małej wiosce. Ewentualnie można to jeszcze jakoś zmodyfikować :)]

    Leith

    OdpowiedzUsuń
  29. [Oj, na pewno będzie oczopląs :D Ale spokojnie, obejrzy się film kilkanaście razy i na pewno nic nam nie umknie xD
    Hmm, chyba tyle. Wiem za to jak możemy zacząć. Może by tak Jimmy spotkał wieczorem Leith, która zamykałaby właśnie herbaciarnię, pochlipując sobie cicho pod nosem? Jako, że byliby ze sobą nawet blisko, podszedłby do niej, ale zupełnie nie wiedziałby jak pociesza się płaczącą kobietę :D Co do zaczęcia, może mi się uda coś wyskrobać, a jak nie to poczekam :)]

    Leith

    OdpowiedzUsuń
  30. [Hm, rozmowy o życiu i śmierci są fajne, ale nie na tyle by je ciągnąć godzinami na trzeźwo. Nie wiem jak Tobie, ale mi chwilowo brakuje akcji, wybuchów i w ogóle efektów specjalnych. Może udałoby się wykombinować jakąś bójkę, jakiegoś pijaczynę wyrzucić za fraki. Chyba, że możemy to jeszcze bardziej zdramatyzować i w grę wejdą różdżki? Nie mówię oczywiście o rzucaniu Avadami od razu, ale chyba fajnie by było, jakby się przez chwilę zrobiło niebezpiecznie? ;)]

    Ethel

    OdpowiedzUsuń
  31. Czasami naprawdę żałowała, że zatrudniła się akurat w Herbaciarni Pani Puddifoot. Nie, wcale nie miała tam źle. Właścicielka była naprawdę miłą staruszką, praca nie była ani trochę ciężka, a pensję miała przyzwoitą. Czasami tylko miała po prostu zły humor i za każdym razem, gdy widziała migdalącą się w kącie parę, najchętniej schowałaby się w swoim łóżku, aby wylać w nim potoki łez. Wciąż bowiem pamiętała o Alanie, swojej jedynej, wielkiej miłości. O Alanie, który zostawił ją w obcej Walii i przepadł jak kamień w wodę. Początkowo myślała, że może ktoś go porwał albo pobił i zostawił na pastwę losu gdzieś daleko od miasta. Przeszukała więc miasteczko, w którym mieszkali oraz jego okolice, jednak nic nie znalazła. Minęły dwa tygodnie nim w końcu się poddała i wróciła do Londynu. Smutna, przygnębiona, ze złamanym sercem. Na nic się zdały prośby rodziny, żeby podjęła praktyki w św. Mungu tak, jak to było zaplanowane. Nie chciała, a raczej nie potrafiła pomagać innym, kiedy sama tak bardzo cierpiała. Spakowała się więc ponownie i bez słowa wyruszyła do Hogsmeade, gdzie wiedziała, że odnajdzie ciszę i spokój, choć na chwilę.
    Od tamtych wydarzeń minęły ponad dwa lata, a ona wciąż siedziała w Hogsmeade. Nie cierpiała już tak, jak wtedy, jednak ból i wspomnienia pozostały. Mimo to, nie raz zastanawiała się czy nie wrócić i w końcu nie spełnić swoich marzeń. Nadal bowiem chciała zostać Uzdrowicielką, aczkolwiek w Hogsmeade czuła się naprawdę dobrze i coś powstrzymywało ją od tego, aby wyjechać. Była zadowolona z tego swojego skromnego, spokojnego życia w pojedynkę. I tylko czasami miewała słabsze dni, kiedy to najchętniej cały dzień przeleżałaby w łóżku płacząc i pałaszując smakołyki, które trzymała w szufladzie w kuchni na takie właśnie okazje.
    Dzisiejszy dzień był właśnie takim dniem, w którym wszystkie migdalące się pary sprawiały, że Leith napływały łzy do oczu. Nie mogła jednak rozpłakać się na środku herbaciarni, rzucić wszystko i pobiec do domu, więc starała wziąć się w garść i przetrwać do wieczora, kiedy to miała zamknąć lokal. Nastąpiło to, na szczęście, szybciej niż mogłaby przypuszczać. Posprzątała wszystkie stoliki, zmyła podłogę, odstawiła wszystkie filiżanki na półki, po czym wyjęła z torby klucze i wyszła na zewnątrz. Nawet nie zwróciła uwagi na panujący na dworze mróz, gdyż w chwili, w której włożyła klucz do zamka, wszystkie blokady puściły i z jej oczu poleciały łzy.
    — Weź się w garść, Leith — mruknęła do siebie, wycierając ze złością mokre policzki. Przez chwilę szarpała się z zamkiem, który miał tendencję do częstego zacinania się, a kiedy w końcu zamknęła drzwi, wzięła głęboki oddech i ruszyła w dół ulicy. A raczej chciała ruszyć, gdyż w chwili, w której postawiła pierwszy krok, pośliznęła się na śliskiej drodze i wylądowała tyłkiem na ziemi. Normalnie w takiej chwili zapewne tylko by się roześmiała i czym prędzej wstała, ale zamiast tego, ponownie się rozpłakała, tym razem ze złości.

    Leith

    OdpowiedzUsuń
  32. [Jeżeli tylko nie masz dość akcji i miotania zaklęciami to jak dla mnie bomba! Zacznę najpewniej jutro, aby Ci głowy na urlopie za bardzo nie zawracać ;)]

    Ethel

    OdpowiedzUsuń
  33. Mogłoby się wydawać, że równowaga w świecie powinna nastąpić raz na zawsze. A jednak zawsze znajdują się przeciwnicy obecnego porządku świata, którzy sięgną po jedyną rzecz, która się dla nich liczy – władzę. Ethel nie była specjalnie zaangażowana w tematy polityczne, dopóki nie zaczynały dotyczyć jej osobiście. Akurat w tym różniła się od swoich rodziców, bo nie miała w zwyczaju uciekać przez wieczność w nadziei, że zło ją ominie. Jeżeli ktoś nadeptywał jej na odcisk zwany wolnością lub w jakikolwiek sposób zagrażał osobom, za które czuła się odpowiedzialna – agresor mógł zapomnieć o spokojnej nocy i w małej lisicy budziła się lwica.
    Reguły szkolne były jasne – od pewnego momentu uczniowie odpowiadali w Hogsmeade sami za siebie. Oczywiście, jako stażystka często była wyznaczana do opieki nad tymi młodszymi wycieczkowiczami, ale popołudniami mogła spokojnie odwiedzić miasteczko nie mając już na głowie trzecioklasistów. Gdy wieczorami nie miała dyżuru, lubiła odwiedzić znajomych w Hogsmeade. Momentami zadziwiało ją, że najwidoczniej jakichś powodów ich ścieżki życiowe doprowadziły ich z powrotem do miejsca, w którym się rozstali. Jeszcze nie czuła dlaczego mogłoby tak być, ale była przekonana, że stoi za tym jakaś przyczyną. Bo jak inaczej wytłumaczyć fakt, że znalazła się znów w jednej szkole z takim Lupinem na przykład?
    Niemniej jednak, wracając w te okolice musiała stawić czoła wielu rzeczom, które przez lata odpychała w niepamięć. Wiele radosnych, ale i bolesnych wspomnień, które zamknęła za drzwiami z napisem Hogwart. A teraz okazało się, że nie tylko ona, ale wiele innych osób otworzyło takie drzwi. Jedynym zupełnie pozytywnie jaśniejącym punktem na horyzoncie wydawał się Jimmy. Mimo różnicy wieku zawsze jakoś potrafiła wejść mu na głowę, ale i jego zakończenie szkoły nie było dla Ethel specjalnie druzgocące. Dzięki temu nie wisiały między nimi żadne niewypowiedziane słowa pożegnania. I dzięki temu wiedziała, że zawsze może ot tak, po prostu przyjść.
    Wioska wydawała się być nieco zbyt cicha, jakby ludzie podświadomie pochowali się w domach, czując podskórnie drżące niebezpieczeństwo. Ethel nie przejęła się tym specjalnie, raz po raz po cichu pozdrawiając jakiegoś przypadkowego przechodnia. Minęła już herbaciarnię, mimowolnie zaglądając do środka. Mała, kochana Leith, której błędów nie mogła zrozumieć do dziś. Nie była jeszcze gotowa stanąć twarzą w twarz z dziewczyną, w której kiedyś widziała ogromny potencjał, więc przeszła dalej w stronę Trzech Mioteł. Kładąc dłoń na klamce, poczuła jednak najprawdziwsze drżenie ziemi pod stopami. Zmarszczyła brwi, zaniepokojona i rozejrzała się wokół. Możliwe, że zignorowałaby ten fakt gdyby nie nagły kobiecy krzyk i zauważalny ogień na ścianie jednego z budynków, który zdawał się powiększać w zastraszającym tempie.
    -Co do…? – mruknęła wyraźnie wystraszona, widząc ciemne sylwety majaczące na tle nocnego nieba.

    Ethel

    OdpowiedzUsuń
  34. Dzięki za powitanie ;3

    Rachel

    OdpowiedzUsuń
  35. [John i James zauroczyli mnie do takiego stopnia, że naprawdę nie wiem, który podoba mi się bardziej. Marzy mi się wątek z każdym z nich. Ale piszę tutaj, ponieważ ta postać w podpisie pojawiła się na końcu. A ja lubię zaczynać od końca. Jej, jestem strasznie ich obu ciekawa.
    O, i dziękuję bardzo za cieplutkie powitanie. Nie mam pojęcia, o jaką Gilly chodzi, albo po prostu zgubiłam gdzieś resztki błyskotliwości.
    Za to marzy mi się jakieś "piękne" powiązanie z którąś z Twoich postaci. I widzę, jak Brosia zagląda do Trzech Mioteł, gdzie resztkami sił próbuje utrzymać uśmiech, a potem po prostu wykłada się na barze i chowa twarz we włosach. Miłość nieodwzajemniona bywa okrutna... A najlepszym powiernikiem jest barman. Dla niepijących również. ]

    Ambrosia

    OdpowiedzUsuń
  36. [Goździk! To tak, tak.
    Też właśnie myślę, że dziwnie by się pisało swoimi dwoma postaciami z jednym autorem. Dlatego wolałabym skupić się na stworzeniu jednego dobrego wątku. A z tym barmanem to naprawdę dość banalny pomysł i się nie popisałam. Ale zostanie raczej na Jamesie, bo, mimo wielkiej ochoty, pisanie wątku nauczyciel-uczeń jakoś zwykle niezbyt mi idzie. Chyba że Tobie uda się na coś wpaść w tym temacie.
    A może wyjdziemy poza Trzy Miotły? Właśnie sobie wyśniłam jakiś wątek z udziałem świątecznych sań prowadzonych na przykład przez testrale, których Brosia nie widzi. Ale pewnie z wielką radością by się nimi przejechała. Jak widać, moje pomysły dzisiaj gdzieś uciekły. ;C]

    Brosia

    OdpowiedzUsuń
  37. [Dobra pomysła koniecznie potrzeba! Zwłoki to dobry pomysł, choć oznacza wplecenie ich w jakąś kryminalną zagadkę. Ho, byłoby niebezpiecznie, ale i ekscytująco.
    Zaczynamy relację od zera? Czy łączymy ich jakoś? Można tak neutralnie ustalić, że swego czasu Brosia wpadała do Trzech Mioteł i tak się poznała z barmanem, ale to raczej płytka relacja, bo w końcu ona nastoletnia klientka, a on trochę już wyrośnięty sprzedawca... aż tu nagle.
    Wskoczy mu za ladę i schowa się przy jego nogach, prosząc, by jej nie wydał. Powiedzmy, że ktoś ją goni lub też nie ma ochoty na czyjeś towarzystwo. Albo będzie obserwowała z ukrycia, jak jej miłość ma randkę. I tak przesiedzi tam u niego między półkami i szklankami. Ewentualnie później jakoś, gdzieś odnajdą zwłoki.
    Wciąż marnie, prawda? ]

    Brosia

    OdpowiedzUsuń
  38. [wybieram Cię! :P Ustalamy coś czy lecimy na żywioł? :P Ja mogę w sumie zacząć, lubię nawet ;) Tylko uprzejmie pytam czy są jakieś życzenia... A no i bardzo dziękuję za pochwalenie karty, rozmowa kwalifikacyjna krótka co by nie przynudzać za bardzo i nie mówić o Nadii wszystkiego :P ]

    Nadia Andreichenko

    OdpowiedzUsuń
  39. [Wybaczaj literówki, proszę. <3]

    Nie potrafiła odmówić sobie dobrej zabawy, kiedy tylko śnieg spadł i przykrył wszystkie małe daszki i większe dachy Hogwartu. Zasypało wszystkie ścieżki i nie wyglądało na to, aby w najbliższym czasie miało przestać padać. Ambrosia uwielbiała śnieg. Dostarczał on kilku dodatkowych powodów, by pokochać mróz i wyjść sprzed ciepłego kominka w Pokoju Wspólnym. Krukoni dzielnie pracowali nad referatami, bo, choć świąteczny szał nie mijał, to dni wolne stanowiły okazję do nadrobienia ostatniego lenistwa. Ona sama nie była wcale Krukiem z przypadku, ale to wcale nie oznaczało, że nie miała lepszych rzeczy do roboty niż nauka. O nie! Owinęła byle jak szyję ciepłym, wielokolorowym szalikiem (rezygnując tym samym z barw Roweny), ubrała płaszcz i tą obciachową czapkę z puszystym pomponem, po czym wybiegła z zamku. Obserwowała, jak Gryfoni biegają po Błoniach i rzucają w siebie śnieżkami. Widziała także radosnych jak nigdy Puchasiów, choć grono uczniów podczas przerwy świątecznej mocno się zmniejszyło. Jednak całkiem spora grupa bawiła się na śniegu, co tylko przywróciło jej wiarę w swoich równieśników.
    Sama Brosia z zachwytem przyglądała się śladom po swoich butach i wysuwała język, by złapać kilka płatków śniegu. Zdołała okręcić się jeszcze kilka razy i potknąć o własny szalik, ale w końcu dotarła do wioski Hogsmeade. Poznawała świat czarodziejów już szósty rok, ale wciąż nie przestawał jej zachwycać. Uważała, że jej magiczna moc to dar, którego nie wolno zmarnować. Ciekawiło ją tu wszystko. W końcu, jak może się zachować dziewczynka, która pewnego dnia dowiaduje się, że jest czarodziejką? Nie pojmowała znudzenia i ignorancji wszystkich nastolatków, którzy od kołyski wychowują się w magicznej rodzinie. Czy do tego można było kiedykolwiek przywyknąć? Brosia chciała wiedzieć wszystko. I nie chodziło tylko o samą magię. Ten świat otwierał przed nią drzwi do nowej tradycji, innych norm społecznych i zachowań. Może kiedyś zostanie jakimś wielkim profesorem? Wątpiła, by głód jej wiedzy kiedykolwiek zostanie zaspokojony. Podświadomie czuła, że nigdy nie uda jej się nadrobić tych wszystkich lat, gdy żyła w nieświadomości. A może jednak?
    Wbiegła do Trzech Mioteł, nanosząc mnóstwo śniegu na drewnianą podłogę. Już od progu otulił ją czar tego miejsca. Gwar, zagorzałe dyskusje, zapach piwa i jakaś łagodna nuta dobiegająca z kącika. Nie wiedziała jeszcze, po co właściwie tu przyszła. Lubiła wynajdować sobie rozmaite, dziwne miejsca do nauki, ale czy naprawdę zamierzała wyciągać teraz książki? Oczywiście, miała je przy sobie zmniejszone i schowane głęboko w kieszeniach płaszcza. Jednak czy nie byłoby ciekawiej, gdyby mogła poobserwować ludzi? Ludzie to niesamowita zagadka. Gdy myślisz, że znasz już wszelkie najdziwniejsze zachowania, oni zawsze cię zaskoczą.
    Zrobiła kilka kroków i zamarła. Zamrugała raz i drugi. Dwa stoliki dalej siedział on. W dodatku w towarzystwie jakieś dziewczyny. Pili coś ciepłego i chichotali. To jasne, że byli szczęśliwi. Tylko dlaczego nagle poczuła, że powinna natychmiast uciec? Zwykle nigdy nie odpuszczała, gdy chodziło właśnie o niego. I zwykle lądowała później wieczorem z mokrym nosem pod kołdrą. Patrzyła trochę tępo, jak jej usta wyginają się, a oczy wręcz ostentacyjnie zaczynają się iskrzyć. Zacisnęła mocno piąstki. Wtedy on obrócił się, ale już nie zdążył zauważyć Ambrosii. Popędziła jak strzała, potrącając przy okazji jakiegoś nienaturalnie niskiego człowieczka. Zaraz, czy to był goblin? Normalnie nie odmówiłaby pogawędki, ale teraz nie potrafiła się na nim skupić. Wpełzła za bar i ukucnęła zaraz przy czubku butów barmana. Wzięła parę głębszych wdechów i pociągnęła go za nogawkę. Kiedy zaś na nią spojrzał, przyłożyła palec do ust. I tak siedziała na zimnej podłodze, przyglądając się swojemu zniekształconemu w jakimś metalowym naczyniu odbiciu.
    Przecież nigdy nie uciekała przed nim…

    Brosia

    OdpowiedzUsuń
  40. Podobno barmani i taksówkarze to świeccy odpowiednicy księży. Z tym że Nadia Andreichenko od dawna zaniechała obowiązku spowiedzi i unikała jej jak mogła. W końcu nigdy nie wiadomo, czy Twoje słowa nie obrócą się przeciw Tobie albo Twoim bliskim. Wojna, o której pisano gdzieś tam na ostatnich stronach Proroka Codziennego niemalże obok ogłoszeń i nekrologów; ta właśnie wojna nauczyła ją, żeby swoje brudy prać tylko i wyłącznie przed samym sobą. I za dużo nie chlapać językiem, bo Ci go utną. Jedna ze złotych rad, którą warto się kierować.
    Na szczęście barman w pubie "Trzy Miotły" nie nalegał na zwierzenia. Uprzejmie podawał zamówienie, a porem zostawiał pannę w spokoju. Nie pouczał, nie zadawał zbędnych pytań. Niech się kobieta zatraca w zatapianiu smutków, to jej interes. I była mu za to wdzięczna.
    Czasem nachodziła ją myśl, żeby może jednak pociągnąć rozmowę. O rozległości jej więzi społecznych może świadczyć fakt, że póki co najbliższą (i jedyną w miarę bliską) osobą w tym kraju był prawie stuletni pan Hopkins, dla którego pracowała. Krótko mówiąc, bywały momenty, w których Nadia była samotna. Paradoks samotności polega jednak na tym, że czasem im bardziej samotnym się jest, tym bardziej odsuwa się od ludzi. Tak było i w jej przypadku.
    Tego dnia również nie zamierzała powiedzieć do barmana więcej słów niż: "Dobry wieczór", "Drink dnia poproszę" i "Dziękuję, dobranoc". Los postanowił jednak zmusić ją do nieco częstszego otwierania ust.
    Usiadła sobie przy barze oczekując na zamówienie. Sięgnęła do torby i wyciągnęła pergamin, na którym widniał nagłówek zapisany cyrylicą. Nagłówek listu. Do synka, którego może kiedyś odnajdzie i który może kiedyś to przeczyta. Włożyła papieros do ust i zaczęła po omacku przeszukiwać torbę w poszukiwaniu pióra. Zajrzała do środka i przetrząsnęła torbę dokładniej. Nie znalazła.
    Zaklęła pod nosem po ukraińsku. Musiała zostawić to cholerne pióro w domu. A przecież musi skończyć list w dniu, w którym go zaczęła, taka była jej zasada. Westchnęła ciężko i zwróciła się do stojącego tyłem barmana.
    - Przepraszam, masz może pióro? - spytała i wyjęła papierosa z ust. - I zapalniczkę... Ja nie lubię odpalać różdżką...
    Z pewnością wyłapał jej wschodni akcent. Skrępowanie wynikające z faktu jego posiadania też nie ułatwiał Nadii kontaktów międzyludzkich.
    Nadia Andreichenko

    OdpowiedzUsuń