15 grudnia 2015

To, że milczę, nie znaczy, że nie mam nic do powiedzenia


https://40.media.tumblr.com/9c26f3ecb21936525217d4893a5837af/tumblr_mihxzxRgiF1s5lbrpo1_500.png

Quentin Brentwood
VII rok w Slytherinie • Dał sobie jeszcze jedną szansę i wrócił do drużyny • Wilkołak • Czysta Krew • Patronus kot • Bogin do niedawna księżyc, teraz Ponurak • Szpon hipogryfa, Cis, 13 cali • Wojowniczy Havoc • Tatuaż na przedramieniu "No animal, I'm human." •  Dla zabicia czasu Klub Pojedynków • Z niejasnego powodu Klub Eliksirów • Ciągłe próby opanowania zaklęć niewerbalnych • Strasznie ambitny i uparty • Podrywacz i flirciarz

Nie wygląda jak wszyscy, nie jest jak wszyscy... nie chodzi tu o żadne skazy na ciele, jakiekolwiek rzucające się w oczy, przez co mógłby być odrzucony przez otoczenie. On po prostu się wyróżnia, sposobem bycia, pewną arogancją bijącą od niego. Chłodne błękitne oczy, sunące po całej sylwetce, tnące jak ostrza, powodują, że wielu umyka przed nim, nie chcąc znosić tego spojrzenia dłużej. Przeciągająca się często cisza z jego strony, jak gdyby nie chciał marnować na kogokolwiek słów, tym bardziej nie zachęca do żadnych rozmów z nim. Wydaje się osobą nie przystępną, zbyt wrogą, lecz ci, którzy noszą miano jego przyjaciół wiedzą, że to tylko pozory. Wystarczy przebić się przez mur, jaki postawił między sobą a otoczeniem, by dotrzeć do typowej zadziory, duszy towarzystwa i paskudnego uparciucha. Ma swoje wady jak każdy, ale stara się przekładać zalety ponad nie. Odkąd zrozumiał, że najbliższe grono przyjaciół nie skreśli go przez to, że jest wilkołakiem, wyzbył się zachowań aspołecznych, które przejawiał na początku szóstego roku. Wielki fan Quidditcha, który musiał dać sobie na wstrzymanie i na kilka miesięcy zakończyć grę. Od niedawna ponownie zawodnik na pozycji pałkarza, znów dobrze dogadujący się na boisku zresztą zawodników swojej drużyny. Nie wyjawił dalej powodu, przez który wcześniej porzucił ukochany sport z pierwszym dniem siódmego roku nauki.  Z pewną rezerwą podchodzi do entuzjazmu przyjaciół, że znów jest na boisku, zamiast patrzeć z trybun i dopingować swoich. Serwuje sobie ostre treningi by wrócić do formy załamanej przez kilka przykrych incydentów, jakie pozostają jego słodką tajemnicą. Coraz częściej chodzi poobijany, lecz jego usta znów wykrzywia ten zadziorny uśmieszek, odkąd  odzyskał trochę więcej normalności. Wyjątkowo dobry z eliksirów oraz zaklęć, przepada za OPCM, lecz polegnie na transmutacji, która dalej jest ciężka.

___________________________ 
Witam i zapraszam do wszelkich wątków.
Każde powiązanie przyjmiemy, zero ograniczeń.
Fc: Jeremy Young

33 komentarze:

  1. [Cześć, wilczku ♥]

    Marcel Sinclair

    OdpowiedzUsuń
  2. [Havoc skradł moje serce, ale to już wiesz :D]

    OdpowiedzUsuń
  3. [Witam. Bardzo ciekawa postać, a do tego świetny wizerunek. Dodam jeszcze, że mam sentyment do wilkołaków,o. :>
    Rose również jest strasznie ambitna oraz uparta, i to chyba jedyne co ich łączy. Jednakże jeżeli masz ochotę na wątek (ba, i może jakiś pomysł - bo u mnie ostatnio z nimi ciężko), to oczywiście zapraszam. :)]

    Rose Weasley

    OdpowiedzUsuń
  4. [witam wilczka i udanej zabawy! :>]

    Lily&Samira.

    OdpowiedzUsuń
  5. [ Mimo tego, że moja postać jeszcze nie pojawiła się na blogu, wpadłam się przywitać :) Życzę miłego wątkowania!

    PS. Twój pan Brentwood jest obłędny. Jak tylko opublikuję kartę będę chciała wątek! :) ]

    Felicity Cave

    OdpowiedzUsuń
  6. [Witam na blogu! :)
    Wilkołak, powiadasz? Z dogadaniem się z Teddym, nie tylko jako profesorem, nie powinien więc mieć żadnego problemu :D
    Ponurak jako bogin to ciekawy wybór, muszę przyznać :D
    Miło zobaczyć chłopaka, którego 'futerkowaty problem' jeszcze nie zniszczył do tego stopnia, co wielu innych :)
    Życzę udanej zabawy na blogu, a w razie chęci zapraszam do Teddy'ego. Wracam z urlopu, więc czas na pewno znajdę :)]

    Teddy Lupin

    OdpowiedzUsuń
  7. [Ha ha, dokładnie xD Nieważne czy w ludzkiej, czy w wilczej formie, Teddy zawsze byłby go w stanie zrozumieć :P
    Co do wątku, tak sobie myślę, by może Neville, jako dyrektor szkoły i jeden z nielicznych, którzy zdają sobie z wyjątkowych umiejętności Teda; poprosiłby go o to, by w razie potrzeby zajął się Quentinem? No wiesz, pomógł mu, nie tylko jako nauczyciel. Jeden z jego najlepszych przyjaciół również jest wilkołakiem, ma więc on spore doświadczenie i wiedzę, jeśli chodzi o wilkołactwo :) Nie wiem jednak dokładnie co i jak, by miało to ręce i nogi. Jakieś propozycje?
    Nie ma to więc jak nagły pomysł, gdyż wydaje mi się, że ponurak jako bogin zdaje się do twojej postaci bardzo pasować :D
    A Teddy jest z reguły bardzo sympatyczny, muszę przyznać. Nie znaczy to jednak, że nie potrafi być dup.kiem, czy nigdy się nie denerwuje. Najwyraźniej wdał się w chłopak w ojczulka, cóż zrobić...? Nawet głos ma podobno niemalże identyczny xD]

    Teddy Lupin

    OdpowiedzUsuń
  8. [Teddy jest jeszcze bardzo młody i ma raczej luźne podejście do swojej posady. Jasne, wymaga szacunku do innych i siebie, ale nie chce nawet, by nazywano go profesorem ;) Na dobrą sprawę jest zaledwie kilka lat starszy od Quentina :D
    Z tym nie ma akurat najmniejszego problemu; Teddy może i bywa temperamentny, ale jest bardzo cierpliwy. A może, po prostu, chol.ernie uparty? Skutek i tak jest ten sam xD Apropos humorów przed pełnią, Ted je aż nadto rozumie, gdyż sam odczuwa wpływ księżyca. Oczywiście, jest on znikomy z porównaniem do tego, co musi odczuwać wilkołak, ale i tak, samo uczucie nie jest mu obce.
    Jeżeli chodzi o Wywar Tojadowy, to przypuszczam, że Teddy by mu go przyrządzał ;) Widzisz, jedną z tych wspomnianych w jego karcie postaci obsesji, jest mania znalezienia lepszego sposobu pomocy wilkołakom i ulżenia ich cierpieniom. W bardzo młodym wieku nauczył się więc jak przyrządzić Wywar Tojadowy, by wiedzieć później jak pracować nad czymś nowym. Nie bez powodu był o krok od zostania uzdrowicielem-alchemikiem ;) Najwyraźniej jedną z rzeczy, której z całą pewnością nie ma po tatusiu, jest naturalny dryg do eliksirów. Ale podobno Ród Blacków był w tym zdolny, a Tonks z całą pewnością miała w sobie ich krew :D Pewnie dlatego Bellatriks miała na nią tak wielką alergię.
    Prawda; Remus był zarąbisty :) Większość ludzi żałuje Snape'a, którego osobiście lubiłam, ale wiesz co? Severus to poniekąd się prosił, by mieć takie, a nie inne życie. J.K. Rowling nawet powiedziała, że Lily by się w nim zakochała, gdyby on nie interesował się tak mocno czarną magią. Lupin z kolei miał całe życie pod górkę, za nic tak naprawdę, a nawet najgorszych chwilach był w stanie się uśmiechnąć i stwierdzić, że są tacy, którzy mają gorzej. Dlatego koniec końców Snape nigdy nie mógłby być moim ulubieńcem xD
    Kanoniczny Teddy z pewnością jest świetny; z takimi rodzicami, po prostu, nie da się inaczej. Acz mam nadzieję, że i mnie samej nie najgorzej jego prowadzenie idzie xD]

    Teddy Lupin

    OdpowiedzUsuń
  9. [Doberek! ;) Sówka jest śliczna i przyznam, że trochę się przestraszyłam, jak otworzyłam gifa i takie coś tu na mnie wyskoczyło, hah. A jak jego patronusem jest kot, to jak najbardziej w tej kwestii mogę się z nim zjednoczyć, bo jestem pewna, że gdybym była czarownicą, to miałabym kota za patronusa. Interesująca postać, trzeba przyznać, baw się dobrze!]

    Jemma Simmons

    OdpowiedzUsuń
  10. [Cześć :D
    Oczywiście, w najmniejszym stopniu mi to nie przeszkadza. Miałoby również jak największy sens, gdyż z biegiem czasu mimowolnie zapewne nawiązaliby ze sobą koleżeńską/przyjacielską więź :)
    Pewnie, jak najbardziej :] Bowiem chociaż wątpię, by Neville miał coś przeciwko temu (zważywszy na to, jak cholernie podziwiał Lupina Seniora), to z pewnością nie zabrakłoby w gronie pedagogicznym osobników, którzy próbowaliby prawić swoje dalece zacofane poglądy i ignoranckie idee ;) Wyobrażam sobie, że nawet na Teda, jako na dziecko wilkołaka (czy też, pół-wilkołaka, jak to ujęła swego czasu Rowling), niektórzy patrzyli spode łba. Tak więc, co dopiero na Quentina xD
    Teddy'ego nie było kilka lat w kraju (toż to butne stworzenie, cóż poradzić? xD), niemniej co pełnię księżyca upewniał się, co u Daniela, jego brata z wyboru. Wyobrażam więc sobie, że po tym jak Quentin został ugryziony, Neville, jako dyrektor szkoły, który od jakiegoś czasu chciał Teda w swoim gronie nauczycieli; od razu młodego Lupina by o tym poinformował, pomagając mu przy tym podjąć ostateczną decyzję o przyjęciu pracy :) W trakcie odpowiedniego do podjęcia posady nauczyciela stażu, mógłby przebywać, kiedy tylko było to możliwe z Quentinem i pozwolić nastolatkowi zdobyć do niego z biegiem czasu zaufanie.
    No, to teraz jeszcze tylko trzy sprawy z mojej strony :D Pierwsza, w tym roku w Boże Narodzenie wypada cykl pełni księżyca, chyba więc możemy założyć, że nasi chłopcy spędzą Święta razem? Druga, czy chcesz, by Quentin znał się z Danielem? Postaci, jak dotąd, jeszcze nikt nie przejął, nie byłby więc to żaden problem, a mógłby pomóc dodatkowo twojej postaci oswoić się z jego wilkołactwem. No i, trzecia - kto zaczyna? Mnie to obojętne ;) Jeśli nie masz weny, mogę spokojnie coś wymyślić, daj tylko znać xD]

    Teddy Lupin

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. [A, co do psot ze strony Quentina, jasne, że tak :D Acz do Teddy'ego wszyscy uczniowie mówią po imieniu - to jego, jak na ironię, zależna zasada xD]

      Usuń
  11. [W poprzednim komentarzu miałam na myśli żelazna zasada, oczywiście. Nie wiem skąd mi się tam wzięło zależna, wybacz literówkę xx
    Sądzę, że to, co dotychczas wymyśliłyśmy ma jak największy sens :) Reszta, jak to zwykle bywa, wyjdzie w praniu :P Pozwoliłam sobie dodać Quentina do powiązań, mam nadzieję, że ci to nie przeszkadza xx
    Dobrze w takim razie, biorę się za pisanie :D I z góry przepraszam za poniższe wypociny xx]

    Pierwsze konflikty Teddy'ego Remusa Lupina z jakimkolwiek autorytetem władzy, miały miejsce bardzo wcześnie. Pomijając, rzecz jasna wszelkie protesty wobec Andromedy Tonks lub, równie częste, Harry'ego Pottera. Dokładniej mówiąc miały one miejsce już w szkole podstawowej, którą rzekomy brunet rozpoczął w wieku czterech i pół lat. Chociaż wysyłanie czarodziejskich dzieci do mugolskich szkół było czymś niesłychanie rzadkim, Ted nie wyobrażał sobie nieuczęszczania do nich. W końcu Daniel był Mugolakiem; oczywiście, że potrzebował przy swoim boku Teddy'ego! A jeśli ktokolwiek uważał jego rodziców za upartych, musiał się liczyć z tym, że Ted odziedziczył ów upór z kilkukrotnie silniejszą dawką. Specjalnie dla Daniela chłopczyk nauczył się nawet w bardzo młodym wieku panować nad swoją metamorfomagią, by nie wpędziła świata czarodziejów w niepotrzebne konflikty z mugolami. Nie mógłby jednak nie towarzyszyć zaledwie o ponad rok starszemu Driscoll'owi, wiedząc jak ciężkie musi być to przeżycie dla świeżo upieczonego, jakże młodego wilkołaka. Daniel dowiedział się bowiem od Teda nie tylko o swojej lykanotropii, ale również czarodziejskiej mocy. Nic więc dziwnego, że Teddy na dzień dobry zaliczył od wówczas wyższego od niego chłopca w twarz. Był to jednak początek trwającej od przeszło dwudziestu lat przyjaźni, która mimo napotkanych po drodze wielu wyboi, z biegiem czasu jedynie się umocniła.
    Teddy mógł więc spokojnie powiedzieć, że ma spore doświadczenie w kontaktach i w opiece nad wilkołakami. Pod pewnymi względami była to dzisiaj wręcz jego druga natura. Ponadprzeciętne zdolności w eliksirach oraz naturalne umiejętności metamorfomagii, a także biegłość we wszelkiej wilczej mowie; nie mogłyby zostać przez młodego Lupina zmarnowane. Nie z jego osobowością i niedorzecznym poczuciem długu wobec nieżyjących rodziców. I czyż nie było wielką ironią to, że gdyby Remus Lupin nie zginął podczas Drugiej Wojny Czarodziejów, dożyłby czasów, gdzie nie tylko wilkołaki miały należne im ludzkie prawa, ale też gdzie jego własny potomek byłby w stanie mu pomóc z bolesną przypadłością? Los bywał jednak okrutny, o czym Teddy przekonał się w bardzo młodym wieku.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Od blisko roku Ted miał nowego, wilczego podopiecznego; Quentina Brentwooda. To właśnie on, nieświadomie, przyczynił się w sporym stopniu do obecnej kariery zawodowej Lupina. Teddy zapewne i tak by w końcu przystał na propozycję Neville Longbottoma, lecz gdyby nie Quentin, nie nastąpiłoby to najprawdopodobniej przez kolejnych, kilka lat. Chłopak był popularnym w szkole Ślizgonem, który mimo swojej, bądź co bądź wciąż nowej przypadłości, nie mógł narzekać na brak znajomych. I całe szczęście, wilkołaki były bowiem zupełnie normalnym ludźmi. Tak, ludźmi. A choć może trudno w to było uwierzyć, nawet ćwierć wieku po pierwszych, dużych reformach na ich rzecz, wilkołaki wciąż musiały się zmagać z uprzedzeniami i nierównym traktowaniem przez innych czarodziejów. Doprowadzało do Teddy'ego do szewskiej pasji i bynajmniej nie dlatego, że i jemu samemu zdarzyło się usłyszeć nie raz i nie dwa bardzo przykre słowa, skierowane pod jego adresem. Nie, te przeważnie spływały po nim jak po kaczce. Gdy jednak ktoś obraził jego ojca lub Daniela, bardzo szybko żałował swojej ignoranckiej decyzji. Ku swojemu zaskoczeniu, Ted już w krótkim czasie po poznaniu Quentina, zaczął w stosunku do nastolatka czuć równie silną opiekuńczość. Lub też, jak mawiał Daniel, 'cholerną nadopiekuńczość'. Teddy nie zaplątał sobie tym jednak nigdy głowy, co miesiąc starannie szykując dla nich obu Wywar Tojadowy i w miarę możliwości starając się zawsze towarzyszyć im podczas cyklu pełni księżyca. Jeśli z jakiegoś powodu nie mógł, wysyłał wilkołakom swojego patronusa, który przez cały ten czas był przy nich. Pełnia i na niego samego miała wpływ, w żadnym stopniu jednak aż tak silny, jak na typowe wilkołaki. Najgorsze były dla Teda superksiężyce, albo jeszcze gorzej, rzadkie niebieskie księżyce. O ile te pierwsze wpływały jeszcze bardziej niekorzystnie na ludzi dotkniętych lykanotropią, o tyle te drugie sprawiały, że z nieznanych przyczyn, często łatwiej było im zachować ludzki umysł. Niebywałe, prawda? Było to jednak zjawisko tak nietypowe, że dotychczas nikomu nie udało się zbadać przyczyn jego skutków. Teddy, niestety, nie mógł nigdy cieszyć się z Danielem lub obecnie również z Quentinem, gdyż on sam przechodził podczas cyklu niebieskiego księżyca w pełni, istną katorgę. Najwyraźniej właśnie takie konsekwencje niosło ze sobą bycie pół-wilkołakiem, cokolwiek miało to znaczyć. Tak więc, choć wstyd było to Tedowi przyznać, czuł częściową ulgę, że owe zjawisko występowało mniej więcej raz na trzy lata.
      Wróciwszy z Hogsmeade, po bardzo krótkiej wizycie u Daniela, służącej młodemu profesorowi do dostarczenia przyjacielowi miesięcznej dawki Wywaru Tojadowego, udał się do Wielkiej Sali, gdzie właśnie serwowano obiad. Po posiłku czekały go popołudniowe zajęcia z najstarszymi rocznikami, po których zamierzał podać Quentinowi jego pierwszą w tym miesiącu dawkę Wywaru. No i, po prostu z nastolatkiem porozmawiać, gdyż ostatnimi czasy nie miał ku temu zbyt wielu okazji. Dodatkowo w tym roku grudniowy cykl pełni wypadał w święta Bożego Narodzenia. Teddy chciał się upewnić, że Quentin dobrze się z tym czuje. W końcu, o ile on za Świętami nie przepadał, inni już niekoniecznie.

      [Mam nadzieję, że ujdzie :-/
      Jeśli dobrze pamiętam, to Wywar Tojadowy musi być zażywany przez tydzień przed pełnią, więc, jeśli chcemy być dokładne, to od wczoraj xD]

      Teddy Lupin

      Usuń
  12. [Przepraszam, że odpisuję dopiero teraz, ale przez ostatnie kilka dni cierpiałam na chroniczny brak czasu. A przy okazji cieszę się, że Rose się podoba. Bałam się, że ją popsuję, ale najwyraźniej udało mi się tego nie zrobić. :D
    Pomysł jest świetny i bardzo mi się podoba. Pasuje do Rose, bo jak ona się już na coś uprze, to koniec.
    Zacznę, tylko daj mi znać jeszcze jakiej długości wątki preferujesz + czy nasza parka zna się lepiej, czy tylko z widzenia, wiedząc o sobie podstawowe informacje? :>]

    OdpowiedzUsuń
  13. Kai z ciężkim bólem serca rozstał się ze swoimi dwoma pięknymi kocurami, choć rozstanie się z kochającym łóżkiem było dwa razy gorszym doświadczeniem, gdyż przez północy kręcił się na jeden, a potem drugi bok, nie mogąc zmrużyć oka. Teraz czując piasek pod powiekami i zwyczajowy ból głowy towarzyszący mu zawsze podczas niewyspania, żałował, że wygramolił się spod ciepłej kołdry, ale myśl, że pewien idiota podczas pełni mógł się stale uszkodzić nie dawała mu spokoju, choć nigdy nie wypowiedziałby swoich obaw na głos. Zwlekł się z miną iście cierpiętniczą do Wielkiej Sali (przerażony swoją punktualnością), przeczesując wzrokiem stół Ślizgonów, a gdy nie znalazł pożądanego obiektu, westchnął bezgłośnie. Cóż, mógł zajrzeć do Skrzydła Szpitalnego po drodze, albo najprościej na świecie zapytać o wilczka jego współlokatorów, ale w obawie, że duma się zbuntuje, lub — co gorsze — korona z głowy spadnie, najprościej w świecie dowlekł się do stołu lwów i zajął jedno z wolnych krzeseł, najpierw wpatrując się tempo w pusty talerz, a potem, pod naciskiem ciekawskich spojrzeń, wmuszając na sobie przygłupi, tradycyjny uśmiech. Zerkając nerwowo w kierunku drzwi, zajął się konsumpcją jednego z tostów, chociaż wysiedzenie w jednym miejscu na tyłku było zbyt drażliwe i to nie wyjątkowo dlatego, że rozpierała go energia, bo przecież ona była ciągle jego towarzyszką.
    Podniósł głowę z nad talerza, gdy w końcu jaśnie pan, w blasku ślizgonskiej chwały wlazł na jadalnie. Na ustach Kaia natychmiast pojawił się drapieżnie uśmiech, otóż Tin wyglądał dwa razy gorzej od niego, a jego policzku widniały rzucające się w oczy zadrapania. Pod wpływem ekscytacji po zobaczeniu tego głąba w jednym kawałku, wyłączyło mu się myślenie, nie będące nigdy jego główną zaletą i poderwał się z krzesła, by zaraz znaleźć się przy Tinie. Z bliska wyglądał jak człowiek-zombie, przez co Vlaming parsknął cicho ze śmiechu, choć problem Ślizgona sam w sobie nie był ani odrobinę zabawny.
    — Yoł, wilczku — przywitał się z i bezpardonowo usiadł przy stole gadów, ignorując ich protesty. — Czyżby ciężka noc? – zapytał głupio.
    W teorii wyglądało to jak zwykłe dręczenie, mimo że w praktyce przybrało to inny koloryt, ale o tym nie mówiło się na głos.

    Kai

    OdpowiedzUsuń
  14. Vlaming wzdrygnął się, czując przyjemny ciężar na kolanie i wysłał pytające spojrzenie temu darmozjadowi, bo choć dotyk Tina był mu powszechnie znany najprawdopodobniej na każdej części ciała, o tyle nie spodziewał się, że przewrażliwiony wilkołak zademonstruje swoje „przywiązanie” publicznie, w końcu tak bardzo dbał o dyskrecje i o to, by ich związek nie wyszedł na jaw, że Kai czasem zastanawiał się, czy nie wywinąć mu numer w postaci publicznego okazania swoich uczuć, choć za bardzo bał się konsekwencji. Ten idiota na pewno od razu wpadły w histerię i albo od razu skreślił ich pokryjome spotkania, albo ograniczyłby je do minimum, dlatego zaraz się rozluźnił i prychnął jak rozjuszony kot, gdy słowa Ślizgona jeszcze przez chwilę unosiły się w powietrzu, wprawiając adresata ni to w irytacje, ni to rozbawione, mimo że to pierwsze raźnie zadominowało nad drugim.
    - Serio myślisz, że ich sztampowe zachowanie mnie rusza? – zagaił, bo w końcu nie raz czuł bijącą wrogość ze strony tych żmij w ludzkiej skórze, zwłaszcza, jak gady lizały rany po przegranym meczu qudditcha, obwiniając za swoją porażkę nie swoje znikome umiejętności, a – jak to już u nich bywa – przeciwników. – Niech będzie, że zaczekam na pierwszą damę Slytherniu – dodał, jednak posłusznie ruszać swoje cztery litery, chociaż nie jedna ironiczna rzecz cisnęła mu się na usta. — I nie zapomnij, co mi obiecałeś — dodał na odchodnym, kradnąc ze stołu jabłko. Uśmiechnął się, podrzucając sobie owoc i łapiąc go zręcznie, by zaraz opuścić tłoczną jadalnie i zaszyć się w cieniu, niczym kot, wytrwale czekający na swoją ofiarę.
    Co prawda nigdy nie powiedziałby, że w jakiś sposób odczuwał tęsknotę do tego buca, ale nie mógł nie zorientować się, że dziś jego cierpliwość była wyjątkowo okrojona, a nawet bardziej niż zwykle, gdy tak czekał, podpierając tą nieznośnie zimną ścianę, ale Tin, jak to Tin, musiał się niemiłosierne guzdrać i wszystko przeciągać w czasie.
    Kai

    OdpowiedzUsuń
  15. Rozczarowany, że nie udało mu się pogłębić pocałunku, westchnął, ale zaraz się rozchmurzył; czasu na dąsanie mieli wiele, a na wykorzystanie tego, że księżniczka nie padła ze zmęczenia na twarz niewiele, dlatego nie miał zamiaru marnować je na pierdoły.
    - To ty nie wiesz, że koty chodzą własnymi ścieżkami i to psy są te wierne? – zaśmiał się, niefortunnie żartując o wilkołactwie chłopaka i choć domyślał się, że Tin najprawdopodobniej mu wybaczy, bo wiedział, że Kai paplał co mu ślina na język przynosiła i nigdy nie gryzł się w język w odpowiednim momencie, poczuł lekkie wyrzuty sumienia, bo nawet on, całkowicie pozbawiony taktu i empatii, zdawał sobie sprawę, że przemiana musiała być ciężkim orzechem do zgryzienia. Uśmiechnął się do niego najładniej jak potrafił, by wkupić się w jego łaski i uratować przed niepotrzebnymi spinami. – Chciałem ci tylko przypomnieć o obietnicy – powiedział, przygryzając wargę, bo w tym ciasnym, ciemnym zaułku intensywniej czuł zapach Ślizgona i mimowolnie zaczęło kręcić mu się w głowie.
    Przycisnął delikatnie kolano do jego krocza, by zaraz złapać jego usta w mocnym, ale równie krótkim pocałunku. — Zatłukę, jeśli o niej zapomnisz — mruknął wprost w rozchylone wargi chłopaka, uśmiechając się iście uroczo, co nie co popsuło efekt groźby, chociaż była wypowiedziana jak najbardziej poważnie.
    Co z tego, że żadna obietnica nigdy się nie pojawiła, a Kai chciał jedynie wykorzystać zmęczenie wilczka i jego uśpioną czujność? To był plan i zbrodnia doskonała. Zaśmiał się diabelnie w myślach, zerkając wprost w intensywny błękit jego oczu z drapieżnym błyskiem w swoich własnych.

    OdpowiedzUsuń
  16. Kai w zasadzie nie chciał przerwać tej czułości ze strony skacowanego przez zmęczenie wilczka, ale ostatecznie to zrobił, uśmiechając się do niego zadziornie, by dać mu do rozumienia, że słowo się rzekło i nie może szukać już żadnych wykrętów, czy iść drogą na skróty. Kai był nieugięty i przede wszystkim uparty, choć tą „zaletę” można było przepisać im oboje.
    - O powrocie do drużyny — wyszeptał prosto z mostu, choć świadomość, że powinien to łaniej rozegrać stawała się coraz bardziej drażniąca, ale teraz nie miał na to czasu. Musiał być na tyle przekonujący i wmówić to Tinowi, by ten nawet nie zorientował się, że jest okłamywany. Nie pierwszy raz z resztą. A quddtich przecież dostarczył im nie lada powód do konfliktu, który sprawił, że Kai odwrócił się tyłkiem do byłego pałkarza i pokazał mu środkowy palec. – No wiesz. Przed wczoraj. Powiedziałeś, że wrócisz, bo twój zastępca jest do bani i nie dorównuje ci zajebistości – wymruczał, trzepocząc zalotnie rzęsami. – Muszę przyznać ci z przykrością rację – wyszeptał, choć ciszej niż poprzednie słowa, w końcu komplementowanie tego typa było grzechem głównym w prywatnym dekalogu Vlaminga. — Większego drewna wasz kapitan nie mógł wybrać – odparł, tym razem śmiertelnie poważnie, bo w końcu Kai w połączeniu z qudditchem to poważny biznes, którego nie powinno się bagatelizować. — W zamian miałeś mnie… no wiesz. — Spojrzał na Ślizgona wymownie, bo przecież obaj wiedzieli, że nie ma nic za darmo, zwłaszcza w ich popierdolonych relacjach, a sam Tin nie zgodziłby się na coś bez powodu, który przyniósłby mu korzyści, a Kai natomiast nie był na tyle zdesperowany, by pozwolić mu się pieprzyć do nieprzytomności. Gdy chłopak zacznie jutro logicznie myśleć, jakoś się z tego wykręci, a Tin i tak wróci do drużyny.

    OdpowiedzUsuń
  17. Zaśmiał się.
    - Potraktuj to jak wyzwanie – mruknął, trochę zdziwiony, a trochę usatysfakcjonowany reakcje chłopak; mimo że żadna obietnica nie padła, wrażenie, że Tin zaczął rozważać tą propozycję się pogłębiło.
    Odprowadził go wzorkiem do lochów i sam wrócił do własnego dormitorium by zabrać torbę i wcielić się w rolę ucznia, choć, jak się okazało potem, to zadanie było prawie niewykonalne. Lekcje były nudne jak flaki z olejem i ciągły się jak polskie koleje państwowe; po dwóch godzinach bezkarnego wpatrywania się w sufit miał serdecznie dość. Wiercił się, składał z papieru orgiami, a nawet uciął sobie drzemkę, mając w poważaniu to, że przeszywa go chłodne nauczycielskie spojrzenie. Ochota, by wkraść się do dormitorium tego palatyna i wślizgnąć mu się pod kołdrę z minuty na minutę stawała się silniejsza, choć też nieosiągalna z jednej prostej przyczyny – duma nie pozwalała mu na to, dlatego po trzech lekcjach zaszył się w Pokoju Wspólnym i w towarzystwie kotów jakoś przeżył do pory obiadowej, ignorując małą pchłę w postaci jednej ze ścigających, która truła mu coś bez ładu i składu za uszami. Kaia po prostu nie było dziś stać na myślenie, a cała uwaga została przykuta przez coś innego, choć usiłował sobie wmówić samemu sobie, że
    Pójście na obiad potraktował jak zło koniecznie i mimo że początkowo planował zrezygnować z tego przywileju, w końcu żołądek się zbuntował i musiał pójść na kompromis. Zwlekł się na dół i zajął swoje zwyczajowe miejsce, by zaraz zabrać się za konsumpcje tego, co podwinęło mu się pod rękę. O niemal nie popluł się sokiem, gdy poczuł ciężar na barku i po chwili usłyszał ten upierdliwy, wiercący mu dziurę w głowie głosik pierwszej damy Slytherinu. Mimowolnie wykrzywił usta w zadziornym uśmiechu, zerkając na ten przerost formy nad treścią.
    — Na boisku, jesteś pewien? – zadrwił. – Na bank skopię ci tyłek – żartował, mimowolnie zastanawiając się co ten typ chce od niego i dlaczego wybrał boisko za miejsce spotkanie. Czyżby to miało coś wspólnego ze słowami, które padły rano?
    Kiedy w końcu skończył, chociaż z premedytacją robił to najwolniej, jak tylko mógł, skorzystał z gorącego zaproszenia tego kretyna i udał się na wyznaczone miejsce spotkania, bezmyślnie zapominając o tym, że jest grudzień i mróz.
    — Czego, wilczku? – zapytał, lustrując chłopaka wyzywającym spojrzeniem, które jednak zaraz zostało zepsute przez zimny wiatr. Przedarł się przez poły ubrań i załoskotała go w skórę. Zadrżał z zimna. – Pizga złem – poskarżył się, chowając dłonie w kieszenie, by nie skostniały. – Może mnie ogrzejesz, zamiast się tak gapić, co?

    OdpowiedzUsuń
  18. Kaia nigdy obchodziło jak wyglądało boisko z perspektywy zwykłego kibica. Był stworzony, by grać, a nie kibicować, dlatego nie potrafił zaakceptować decyzji wilczka, która o mały włos nie przekreśliła ich bycia razem, bo nawet z ust tego kretyna nie padł zadowalające wytłumaczenie. Miotał się w zeznaniach i Vlaming miał sto procent pewności, że coś kręci, że nie mówi mu całej prawdy, chociaż żaden powód takiego zachowania księżniczki nie przychodził mu do głowy, mimo że pytał o to nachalnie parę razy w ciągu jednego dnia.
    - Hmm… - mruknął, zastanawiając się chwilkę nad odpowiedzią. – Pomogę ci do niej wrócić – zasugerował, mając niemalże stuprocentową pewność, że jeden trening góra dwa postawią tego typa na nogi, choć i tak nie wierzył w domniemaną utratę kondycji chłopaka i traktował to jak czysty blef. – Boisz się, że skopię ci dupsko? – zainteresował się ciut złośliwie, by zaraz oprzeć się trochę o jego tors, gdy zbawienne, nawet jeśli tymczasowe ciepło go wypełniło. Uśmiechnął się delikatnie pod nosem. – Zdradź mi chociaż jeden powód, dlaczego miałbyś nie wrócić. No dawaj.

    Kai

    OdpowiedzUsuń
  19. Vlaming prychnął, mierząc plecy tego zarozumiałego dupka zmrużonymi oczami, choć sam ani nie drgnął, mimo że czuł jak zimne dreszcze rozprowadzają się po linii kręgosłupa. Uparcie stał, dbając o to, by nie zadrżeć. Nie miał złudzeń, że prędzej czy później dopadnie go jakieś choróbska, przy odrobinie szczęście przeziębienie.
    - Szukasz głupich usprawiedliwień. Jesteś pieprzonym tchórzem, Tin – odparł chłodno, choć w zasadzie chyba teraz powinien wykazać się tą cholerną empatią, podejść do tej kupy nieszczęść i dodać mu otuchy, ale nie potrafił tego zrobić, wiedząc, że uderzy to w dumę tego totalnego dupka i rozpęta prawdziwą burzę albo jeszcze bardziej go złamie. Kai miał wrażenie, że ten cham był teraz jak kruche, świąteczne ciasno. – Ogarnij się w końcu – powiedział, chociaż czuł, że mentalny kop temu typowi nie pomoże, skoro sobie coś ubzdurał i nabawił się przez wakacje syndromu niższości. – I co? Ściągnąłeś mnie tu, by się po użalać nad sobą? – zadrwił, podtrzymując kontakt wzrokowy, ale nienawidził, gdy ten kretyn tak na niego patrzył.
    Kai odniósł chore wrażenie, że jak tylko się obróci, zostanie mu wbity nóż w plecy, choć już teraz czuł się tak jakby ktoś go spoliczkował.
    - I co się tak gapisz, jakbyś chciał rzucić we mnie Avadą? - wyrzucił w końcu z siebie. No cóż. Nie spodziewał się takich słów argumentujących odejście chłopaka z drużyny. Był przygotowany na mocne wrażenia, a nie cios poniżej pasa, który jednocześnie był też i emocjonalnym pociskiem.

    OdpowiedzUsuń
  20. - No sorry, ale sam to nie potrafię - rzucił ze wściekłości przez zaciśnięte zęby, patrząc jak ten czubek się oddala, choć przecież nie tego Kai chciał. Nie myślał, że ich dzisiejsze spotkanie skończy się na wyładowaniu na sobie wściekłości. - W dupie mam to co zrobisz - warknął, chociaż nie była w tym ani grama prawdy. Miał totalnego bzika na punkcie tego gada, mimo że przyznanie się do tego było ciosem w stopę i chyba dlatego nie mógł mu odpuścić, ani zrezygnować z dręczenie go. Miał dojśc jak ten darmozjada, łażąc, odbija się od ścian i udaje jakie on to nie jest zajebisty.
    Działając po wpływem impulsu, ulepił szybko niezgrabną kulkę ze śniegu i rzucił nią w czubek głowy tego zadufanego w siebie kretyna, wkładając w to tyle siły, ile zdołał. Bezbłędnie trafił do celu.
    - Ale weź się w garść, bo rzygać mi się chce, jak patrzę na ciebie teraz - warknął, będąc święcie przekonany, że Tin nie miał prawa się tak zachowywać, nawet jeśli spotkało go to, co go spotkało. I co z tego, że był wilkołakiem i o każdej pełni tracił świadomość, zamieniając się w monstrum? Może Kai był nieczuły, może miał coś z głową, ale uważał, że to nie upoważniało Ślizgona na emowania w kącie i zadręczenia się. Życie nikogo nie pieściło. Każdemu podkładało kłody pod nogi.

    OdpowiedzUsuń
  21. Przyznanie się, że słowa Tina go dotknęły było dla niego największą życiową porażką, ale taka była prawda, brutalna, ale zawsze prawda. Czuł się roztrzęsiony i dotknięty, choć nawet nie wiedział dlaczego. Przecież nigdy nie liczył na szczęśliwe zakończenie rodem z bajek, ani na to, że Brentwood potraktuje ich związek poważnie. Sam go traktował (albo przynajmniej starał się traktować) go jak rozrywkę, zabicie nudy, a teraz miał żywy dowód na to, że zaangażował się, zabrnął to za bardzo w postaci ukłucia w sercu.
    — Masz cholerną racje – krzyknął za nim. – I tak ten, pożal się boże, związek nie ma żadnej racji bytu – dodał, już bardziej do siebie, chociaż nie wątpił, że ten debil i tak to usłyszał.
    Nie mając zamiaru iść za nim, obrócił się na pięcie i ruszył w kierunku jeziora, mimo że przemarzł do szpiku kości i trząsł się jak osika. Miał ochotę krzyczeć, wyć z bezsilności, ale i tak słowa ugrzęzły w gardle. Utkwił wzrok w tafli zamrożonego jeziora, zastanawiając się, czy ośmiornica, która utknęła na jego dnia, też czuje to przeszywającą na wskroś zimne, które w wypadku Kaia też ocierało się o pustkę. Dopiero półgodziny później, gdy nie czuł opuszków palców, policzki, uszy i nos szczypały niemiłosiernie od zimna, uleciały z niego wszystkie siły, a wargi stały się całe sine, wrócił do zamku pozbawiony złudzeń, choć pozbycie się brzęczących wciąż w uszach słów tego gamonia nie należało do rzeczy prostych. Kai miał wrażenie, że osiągnął swój emocjonalny limit, limit zdenerwowania.

    Kai

    OdpowiedzUsuń
  22. [Cześć! Dziękuję za tak miłe powitanie, nie spodziewałam się, że Lala zrobi tak dobre wrażenie. Obym tego nie popsuła.
    A Quentin jest cudowny. Nie dość, że Ślizgon, to jeszcze wilkołak, a ja po prostu uwielbiam wilkołaki. Aż grzechem byłoby tego nie wykorzystać. Tak samo jak tego, że oboje uczęszczają do Klubu Pojedynków i Eliksirów, więc jest nawet możliwość, że się kojarzą!]

    LALA

    OdpowiedzUsuń
  23. Katar, kaszel i gorączka były wystarczającą karą, by przykuć go na kolejne trzy dni do lóżka i sprawić, że motywacja przepadła na dobre, a życiowe priorytety rozpadały się jeden po drugim. Może dlatego złapał się ostatecznej deski ratunku w postaci pisania paru zaległych esejów, który nigdy by się nie tknął o zdrowych zmysłach. Jego głowa pękła i to nie tylko od bólu, ale też myśli, które odbijały się od jednej do drugiej strony czaszki i wprawiały go w stan beznadziejny balansującej na graniczy czarnej rozpaczy i choć z reguły nigdy nie podejrzewał się o taki stan emocjonalny, teraz odczuł go na własnej skórze i nadal żył w błędnym przekonaniu, że ten stan rzeczy utrzymuje się przez przeziębienie. Po trzech dniach, ignorując zalecenia szkolnej pielęgniarki, zaczął normalnie funkcjonować. Tradycyjnie zaczął od rozruszania zasiedziałych kości, mimo że przecież na nudne lekcje mu się nie śpieszyło, bo święta były już za pasem, a ich atmosfera była wyczuwalna na każdym kroku. W dzień oderwania się od łóżka, do uszu Kaia doleciała informacja, że pewien palant wrócił łaskawie do drużyny, co właściwie było sensacją dnia. Vlaming przyłapał się na tym, że przy kolacji zerknął w stronę stołu Slytherinu, ale nie miał na tyle odwagi, by znaleźć wśród morza łepetyn znajomej czupryny, w obawie, że znów do głosu dojdzie to, czego najbardziej się obawiał.
    Ignorowanie Tina było nie tylko trudne, ale też uciążliwe. Mając co najmniej połowę wspólnych zajęć, Kai naprawdę starał się go unikać na każdym kroku, co czasem było wręcz niemożliwie, a jakakolwiek próba zagadania do niego kończyła się zawsze tym samym – chęciami i coraz częstszymi wagarami.
    W przedostatni weekend grudnia dyrektor był dniem otwartym na ostatnie odwiedziny wioski Hogsemede’a, gdzie można było się opatrzyć w świąteczny zapas słodyczy i ewentualnie kupić brakujące prezenty. Entuzjazm kaiowy szybko został ostudzony, a uwaga przyciągnięta przez coś innego. W końcu nie mógł pozostać obojętny na miauczenie kota, który utknął na drzewie i nie mógł się wydostać. Kai, niczym bohater, postanowił go uratować, dlatego bez cienie zawahania wdrapał się na nieco spróchniałe drzewo na skraju lasu, jednak cierpliwość szybko się skończyła, gdy grubas nie reagował na żadne „kici kici i tylko się stroszył.
    - Chodź tu, ty łajzo – warknął na dachowca, chcąc go złapać, ale w efekcie został draśnięty paznokciem w policzek, a gałąź nie wytrzymała presji i jego ciężaru. Złamała się sprawiając, że Kai z dramatycznym okrzykiem „ratunku” wylądował tyłkiem, jak po chwili się okazało, na czyjeś twarzy. – Wy… - urwał, gdy zidentyfikował typa, który wcielił się w rolę poduszki powietrznej i przygryzł wargę. – Tin – wyszeptał cicho, złażąc z niego szybko. Brawo, Kai, właśnie zaliczyłeś nową metodę na podryw, komplementował siebie w myślach.

    OdpowiedzUsuń
  24. Kai w tym momencie miał gdzieś co ten duży dzieciak mówił, mimo że jego słowa brzmiały tak, jakby teraz byli ze sobą na wojennej ścieżce i może taka była prawda. Prychnął, lustrując chłopaka przelotnie, choć w gruncie rzeczy wolał tego nie robić, by nie zdemaskować uczuć, które nagle i niespodziewanie się pojawiły, chociażby w postaci delikatnego drżenia rąk.
    — Pomógłbyś, a nie pluł jadem na prawo i lewo – odparł oburzony zachowaniem tego palanta, chociaż ochota, by sobie stąd pójść i może jednak zdecydować się na wycieczkę do wioski stała się teraz atrakcyjną pokusą. Sama obecność Tina robiła mu wystarczający syf w głowie i żałował, że to akurat on musiał tędy przechodzić. Przynajmniej nie obił sobie tyłka, ale za to najadł się wstydu. Spojrzał na niego z wyrzutem i westchnął bezgłośnie, zerkając szybko na znajomą strukturę warg i błękit oczu. — Weź mnie na barana — odparł w końcu, by zerknąć na kota, który patrzył na nich z góry miaucząc. — Ściągnę go stamtąd — dodał zaraz, by nie zostać źle zinterpretowany przez wybryk natury. Mimo że chęci na współpracę ze Ślizgonem nie miał żadnych, teraz ratowanie uwięzionego sierściucha było priorytetem, choć spodziewał się, że zostanie przez wilka wyśmiany i odprawiony z kwitkiem, bo nie czułe bydle już tak miało.

    OdpowiedzUsuń
  25. [ No, no, kolega z drużyny...
    Niech się nienawidzą
    ale tak specyficznie, no bo wiesz
    kto się czubi ten się lubi, niech się droczą, obrażają, będą o swoją nienawiść zazdrośni i jednocześnie zróbmy im takie napięcie buzującymi emocjami niekoniecznie tylko negatywnymi. ]

    Rachel

    OdpowiedzUsuń
  26. [ Mi się podoba.
    To może rodzinna świąteczna kolacja dwóch rodów, gadanina rodziców i wspólne ubieranie choinki czy coś takiego? ]

    OdpowiedzUsuń
  27. [ Zaczniesz więc nam coś? ]

    OdpowiedzUsuń
  28. Kai przetarł krew z policzka, czując charakterystyczne pieczenie, które zawsze pojawiało się przy kontakcie skóry z kocimi pazurami. Poniekąd będąc do nich przyzwyczajony, nie zrobiło to na nim zbyt wielkiego wrażenia.
    Spojrzał przelotnie znów na tego palanta, który parę tygodni temu mógł się jeszcze tytułować jego chłopakiem i uśmiechnął się krzywo. Na Godryka, jaki on mógł głupi, że wyskoczył z obietnicą, która nigdy nie miała miejsca, wiedząc, jak na pewne rzeczy reaguje pierwsza dama Slytherinu. Powinien palnąć sam siebie w ten głupi łeb, ale przecież na sprostowanie tego było za późno.
    Zjeżył się, kiedy kolejne słowa padły z ust pałkarza.
    - Trzymaj od nich łapska z daleka – odburknął na jego groźbę, bo mimo że była wypowiedziana w złości, zirytowała go. Niezliczoną ilość razy bronił już koty przed znęcającymi się po nich Ślizgonami, którzy czerpali nie słuchaną radochę, bawiąc się kosztem zwierzaków, czego Vlaming nie mógł zrozumieć. Chwilę jeszcze siedział na tej zimnej ziemi, by zaraz podnieść się niechętnie i otrzepać z piachu.
    Znów spojrzał na Tina i tym razem doszła do nieuchronnego kontaktu wzrokowego. Gryfon przełknął głośno ślinę.
    - To prawda, że wróciłeś do drużyny? – wypalił, gryząc się zaraz w język, żałując. Wszyscy o tym trąbili, ale chęć usłyszenia tego od Tina była silniejsza, choć nie wiedział, czy to odpowiedni czas na poruszanie tego tematu. Ślizgon był teraz na niego wystarczająco zły, a qudditch stanowił łatwy temat na kłótnie.

    OdpowiedzUsuń
  29. [Witam pana wilkołaka i kolejnego z podopiecznych Eliasa ;D Trochę spóźnione to powitanie, ale wróciłam dopiero co z urlopu ;) Baw się dobrze!]

    M. Harrison/J. Gordon/J. Elias

    OdpowiedzUsuń
  30. [oczywiście, że mam chęć. :) masz może jakiś pomysł? wścibska Lily mogłaby kiedyś odkryć jego sekret.]

    Lily.

    OdpowiedzUsuń