Pomyliłaś niebo z gwiazdami odbitymi nocą na powierzchni stawu

Chyba właśnie po tym można poznać ludzi naprawdę samotnych... Zawsze wiedzą, co robić w deszczowe dni. Zawsze można do nich zadzwonić. Zawsze są w domu. Pieprzone „zawsze”…
————— S. King

21 XII 2002, Boscastle ––––– dwudziestojednoletnia pielęgniarka

Nie jesteś typem kogoś, kto lubi być w centrum uwagi – dziwne, prawda? W końcu twoja matka była czystej krwi wilą, a ty odziedziczyłaś po niej niewątpliwą urodę. Szkoda tylko, że sama nigdy nie czułaś się atrakcyjna i może też dlatego, w przeciwieństwie do kobiety, która obdarowała cię swoimi wspaniałymi, idealnymi genami, nigdy nie umiałaś nawiązywać kontaktów międzyludzkich. Jesteś zwyczajnym introwertykiem, trochę cieniem umykającym w zaułkach rodzinnej, kornijskiej wsi lub w korytarzach Hogwartu – co gorsza, żadne z tych miejsc nie przyniosło ci ukojenia i ludzie wciąż patrzą, na Merlina, jak ty nienawidzisz, kiedy oni patrzą. Nie wiedzieć czemu, całe swoje życie, czy to jedenaście lat, jako córka latarnika, czy kolejne długie miesiące, zamieniające się finalnie w dekadę, bałaś się spojrzeń – jakby ktoś mógłby cię prześwietlić, zerknąć do twojej duszy i serca, dostrzegając, że jesteś inna. Akceptacja przez rówieśników zaś była zawsze twoim własnym, głupim celem.
Nie jesteś typem kogoś, kto się poddaje, nieważne, jak beznadziejna byłaby sytuacja – ty zwyczajnie walczysz do końca, niemalże za każdą cenę, oprócz zdrowia, szczęścia i życia innych; jeśli chodzi o siebie samą: jesteś gotowa do najwyższych poświęceń, szczególnie w imię czegoś, w co wierzysz lub swoich ukochanych bliskich. Prawda jest jednak taka, że gdyby właśnie nie twoja wytrwałość – oraz niekiedy chorobliwa ambicja – nigdy nie znalazłabyś się pierwszego września w Wielkiej Sali, jako nowa pielęgniarka: to tylko twój upór, inteligencja oraz ciężka praca – a także zwyczajnie zapisane w informacji genetycznej umiłowanie do wiedzy medycznej – sprawiły, że mogłaś pochwalić się, jako była Puchonka, najlepszymi wynikami w nauce w chwili zakończenia szkoły przed trzema laty. Szkoda, że nie miało to znaczenia w obliczu tego, co czekało cię w rodzinnej wiosce; szkoda, że tak naprawdę chciałaś tylko zaimponować matce, która porzuciła cię w dniu urodzenia.
Nie jesteś typem kogoś, kto chowa urazę, czy daje się ponieść smutkowi, mimo że ten swoimi bezbrzeżnymi falami błyszczy w twoich nienaturalnie wielkich oczach cały, dosłownie czas – potrafisz to ukryć, ale nie grasz. Jesteś więc chodzącym paradoksem; potrafisz być kompletnie załamana, a jednocześnie nieopisanie wręcz radosna. Twoim złotym środkiem okazało się być pogodzenie ze wszystkim: wiesz, że na wielu rzeczy w swoim życiu nie masz wpływu – na przykład na to, że rodzicielka nie chciała cię znać; że ojciec okazał się być mordercą; że straciłaś najlepszą przyjaciółkę; że nikt nie widzi w tobie nic poza ładną buzią. Nie walczysz więc już z tym werbalnie, marnując wątłą energię, tylko to akceptujesz, a później pokazujesz swoim zachowaniem, jak bardzo ludzie się mylą – chyba jednak oszukujesz nawet samą siebie, że jesteś w stanie chwycić swoje życie we własne ręce. Chyba też nigdy więcej nie poczujesz już, jak serce bije ci w piersi tak szczerze wesoło, beztrosko i spokojnie.
Nie jesteś też typem kogoś, kto tak naprawdę istnieje – całe twoje jestestwo zbudowane jest na kłamstwach, niedopowiedzeniach, niedomówieniach, zmianach tematu, przerzucaniu rozmowy na dalekie od prawdy tory i na zwyczajnych bajaniach, klechdach, legendach o pięknych księżniczkach i biednych szewczykach. Twój wygląd w związku z tym nie jest jedynym, co jest w tobie nierealne, zwiewne, niczym chmurka, czy podmuch ciepłego wiatru w letnie, słoneczne popołudnie, delikatne, subtelne i zwyczajnie oniryczne – ulotne, niczym właśnie marzenie senne. Ty sama zbudowana jesteś z cienkich niteczek, z bardzo słabiutkich splotów, gdzie gdy tylko jedno ogniwko pęka – ty rozpadasz się całkowicie. Jesteś po prostu słaba: samotna, opuszczona przez wszystkich, na których tobie zależało tak, że gotowa byłaś dla nich i za nich zabijać, a twoje ramiona nie mają ochoty nieść ciężaru życia, wspomnień i piętna, jakie na ciebie nałożono w obu światach, w których ledwie, każdego dnia na nowo, egzystujesz.
Och, Vercia, dziecino, po co ty więc w ogóle  j e s z c z e  żyjesz?

więcej ————— skrót ————— miejsca ———— więzi
  •   •

W tytule sparafrazowany Vilgefortz z Czasu pogardy Andrzeja Sapkowskiego, na zdjęciach przepiękna Ola Rudnicka, w imieniu i nazwisku zalinkowany liryczny Jaymes Young. Wolę wymyślać, niż zaczynać, ale oczywiście honoruję handel wymienny, łatwo mnie przekupić, lubię dramaty, krew, pot i łzy oraz wątki i odpisy średniej długości. Nie lubię kalafiora i mam DO ODDANIA PRZYJACIELA oraz ewentualne siostry od strony mamusi (do wymyślenia i ugadania – uderzajcie na smerfowa.krolowa@gmail.com). Od zawsze bujam się na Hogłartach albo z Rosjankami, albo pielęgniarkami – tym razem jednak nie z Francji, a z Kornwalii, no i fajnie, bo tęskniłam za światem magii. Vera jest w Hogwarcie od 1 IX 2023 roku.  Pod kropeczkami stare karty. Nie gryziemy, czasem trzeba nas kopnąć w rzyć, ale się ogarniamy. Cześć wszystkim – bawmy się! ; D

200 komentarzy:

  1. [Też pierwsza! <3]

    — Hmm… a jesteś pewna? – Chociaż nie zareagowała na jego pomysł entuzjastycznie, postanowił nie tracić nadziei, zwłaszcza po tym, jak wyznała mu miłość. – Tak wiesz. Całkowicie, w stu procentach pewna tego, że się na nią nie zgodzisz? Bylibyśmy ciągle razem! – Nie poddawał się, patrząc na nią z miłością i wiedząc, że mu to wybaczy, bo wie, że nie chce jej wcale ograniczać. – Ech… – Odpuścił w końcu, gdy jego działania nie przynosiły większych efektów i odwzajemnił to pełne miłości spojrzenie, którym obdarowywała go srebrnowłosa. – Ja też cię kocham, moja mała dziewczynko – wyznał czule i nachylił się, aby musnąć ją krótko w czoło, kiedy zasypiała. Sam zaś jeszcze przez dłuższą chwilę wpatrywał się w nią oraz w Roselyn, nie mogąc nacieszyć się tym, jak wielkie spotkało go szczęście, ale w końcu i jego zmorzył sen. Po tylu godzinach pobudzenia trudno było zresztą spodziewać się czegoś innego: po prostu padł.
    Nie miał jednak najmniejszych problemów z ocknięciem się na każdy, nawet najcichszy dźwięk, który wydobywał się z ust jego maleńkiej córeczki. Wystarczyło więc, że się obróciła albo jęknęła niepokojąco, a on już upewniał się, co się dzieje i czym prędzej starał się jej pomóc: czy to poprzez podłożenie jej mamie do nakarmienia, czy wzięcie później do odbicia albo przewinięcie. Nie czuł jednak przy tym ani frustracji, ani zmęczenia – robił coś, co napawało go poczuciem dumy i radości, bo mógł troszczyć się o swoją małą księżniczkę tak, jak na to zasługiwała.
    Tym zaś, co okazało się być dla niego zdecydowanie kłopotliwe, była natomiast ciągła potrzeba przebywania jak najbliżej Rosie i czuwania nad nią za wszelką cenę. Wprost nie mógł się od niej oderwać i tak po prawdzie, to nawet nie chciał: przy niej było jego miejsce. Nie przewidział jedynie, że jego ciało będzie domagało się więcej i więcej ani że w ostateczności nad ranem okaże się, że jego twarz wtuliła się w drobne ciałko dziewczynki, a dłoń ułożyła się na jej brzuchu, żeby miał pewność, że nic jej nie jest. Obudził się więc z odrobiną zażenowania, nieśmiałości, ale przede wszystkim masą miłości do jego kobiet, które kompletnie zawładnęły jego sercem.
    Nie miał więc absolutnie nic przeciwko temu, że po kilku powitalnych pocałunkach oraz po okazaniu zachwytu nad tym drobnym ideałem, który udało im się powołać na ten świat, jego zadaniem było właśnie zaopiekowanie się małą Greybackówną, podczas gdy jej mama zajęła się śniadaniem. To natomiast, po tych wszystkich przeżyciach i emocjonujących momentach, które mieli już za sobą, wilkołak błyskawicznie wręcz pochłonął, niemal pewien, że tego dnia mógłby wręcz pożreć – czysto, rzecz jasna, metaforycznie – konia z kopytami i pewnie by to zrobił, gdyby nie nagłe uświadomienie sobie, że tego dnia jeszcze na niego czeka wyżerka. Babcia Vereeny oraz prababcia Roselyn postanowiła bowiem tego dnia uczcić ich narzeczeństwo.
    On zaś był jak najbardziej za tym pomysłem, tak jak i za jej kuchnią.
    Jedynym problemem okazało się więc być to, że w całym tym rozgardiaszu, który ich spotkał, wilkołak jakimś cudem zapomniał o tym wszystkim powiedzieć narzeczonej. Zamiast więc mieć w pełni spokojny poranek, na który zasługiwali, po wspólnym pysznym śniadaniu, które Vera zorganizowała, przyszła pora na szczerą rozmowę i najprawdziwszy akt skruchy ze strony byłego profesora ONMS, jaki tylko można sobie było wyobrazić. Connor bowiem naprawdę nie czuł się dobrze z tym, w jakiej sytuacji postawił ukochaną i dlatego też starał się być jej wsparciem we wszelkich przygotowaniach do wyjścia z domu, przez jakie tylko musieli przejść. Nie miał jednak pojęcia, że ubieranie sukienek stanowi aż takie wyzwanie ani że konieczność zapinania małych guziczków okaże się dla niego tak wielkim wyzwaniem.
    Wyszczerzył się więc dumnie, gdy odniósł na tym polu sukces, a Rosie zadowolona z życia przymknęła oczka, nawet nieszczególnie grymasząc, kiedy ubrał jej czapeczkę na głowę, mimo że od chwili narodzin ewidentnie za takowymi nie przepadała.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Potem jednak przekazał ją na ręce Very, a sam pognał do Boscastle, aby zgodnie z jej życzeniem zorganizować brandy i czekoladki – choć był dziwnie pewny tego, że Roselyn seniorka powinna je ograniczać – ale na tym skończyło się całe to jego słuchanie jej bez szemrania. Ledwo bowiem wrócił i zerknął na koszyk, który przygotowała dla ich córki na podróż, błyskawicznie przejął dziewczynkę i przytulił do swojej piersi, ani myśląc odkładać ją tam, gdzie na pewno miało być jej zimno, bardzo wietrzenie i generalnie niefajnie, bo z daleka od nich, a tego przecież nie lubiła – cóż, on też…
      Siłą rzeczy przyszła pani Greyback musiała się po prostu pogodzić z tym, że Connor nie znosi, kiedy jego kobiety są za daleko od niego i sama też nie miała innego wyjścia, jak tylko iść tuż przy nim, tak że się o siebie ocierali ramionami przy co którymś kroku. Układ ten był też dla niego ważny z tego względu, że mógł ją przy tym uważnie obserwować i czasami nakłaniać ją do tego, aby zrobiła sobie postój, choć w głównej mierze – co naprawdę bardzo go cieszyło – Vereena sama decydowała się nie forsować swojego organizmu i słusznie – powrót do pełni sił nie mógł się tak po prostu odbyć w kilka sekund, tylko jak sama mówiła: był procesem powolnym. Bynajmniej mu jednak nie przeszkadzało, że przez to poruszali się nieco wolniej – ważne, że byli razem.
      I tak jednak upewniał się co chwilę, że wtulona w jego tors Rose, którą skrył pod swoim płaszczem, żeby osłonić ją przed wiatrem, na pewno niczego nie potrzebuje i nie marznie. Gadał też do niej jak najęty i ilekroć już zaglądał do niej, sprawdzając jej nosek i drobne rączki pod kątem temperatury, składał też pocałunki na jej czole, powtarzając jej nieustannie, jak mocno ją kocha. Taka była zresztą prawda: on dosłownie na jej punkcie oszalał i jak się okazało – nie on jeden.
      — A jesteśmy, jesteśmy! – Odpowiedział wesoło najwspanialszej staruszce, którą świat kiedykolwiek widział, gdy ta wybiegła do nich z tarasu, samemu starając się nie tracić humoru, choć stan, w jakim znajdowała się Vereena, pozostawiał wiele do życzenia i ogromnie go martwił. – Ależ, droga pani! – Oburzył się żartobliwie. – Śnieg miałby nam przeszkodzić w dotarciu na obiad, który już od tygodni nam się śni i marzy? – Otworzył szeroko oczy, wzdrygając się, jakby to była okropna myśl, po czym roześmiał się, gdy ledwo wpuściwszy ich do środka, Roselyn odebrała mu swoją prawnuczkę. – No tak, mała gwiazda już sobie owinęła wokół palca babcię – skomentował.
      Były to jednak żartobliwe, pełne radości słowa, zupełnie tak jak atmosfera, którą czuć było w domu należącym do pani Thornton, a którą Greyback szczerze uwielbiał. Faktem było jednak, że seniorka rodu nie zachowywała się naturalnie, ale choć doskonale wiedział, czym jest to spowodowane, nie zamierzał niczego zdradzać ukochanej – to bowiem do jej babci należeć miała tego dnia wszelka ich uwaga, bo było jasnym, że możliwość świętowania wraz z nimi, wiele dla niej znaczyła. Z tego też powodu nie odpowiedział na żadne z badawczych spojrzeń Vereeny ku niemu, tylko po kryjomu wyciągnął aparat i uwiecznił kilka tych niezwykłych chwil: zwłaszcza tę, w której wzruszona starsza pani trzymała twarz wnuczki w swoich dłoniach i okazywała jej miłość.
      Ze względu jednak na to, że rozmowa kobiet przybrała dość nieoczekiwany obrót, przez co Rose została sama na kanapie, gdzie babcia ją rozbierała, skierował swoje kroki prosto do niej, mając instynkt samozachowawczy, który nie pozwalał mu wchodzić z butami w ich rozmowę. Nie chciał sobie bowiem u nich nagrabić, a ponadto już zdecydowanie za długo przebywał z daleka od córeczki. Nie był zresztą głupi: choć więc wiadomość o sprzedaży domu była dla niego równie wielkim zaskoczeniem, do dla Vereeny, to jeden rzut oka na jej babcię wystarczył mu, aby się przekonać, że żadna siła na tym świecie nie byłaby w stanie odwieść jej od powziętego pomysłu.

      Usuń
    2. — Obiecaj mi, że ty taka nie będziesz, dobrze? – Zwrócił się do Rosie czule i nie mogąc opanować przypływu miłości, pocałował ją w czoło. – Bo o ile z twoją mamą i prababcią jeszcze jakoś sobie radzę, to jeśli postanowisz do nich dołączyć… – westchnął. – Nie rób mi tego, dobrze? – Poprosił szczerze. – Potrzebuję kogoś po mojej stronie, no sama zobacz! – Spojrzał wymownie na spierające się, choć pozostające w ciepłej atmosferze kobiety i umiał powstrzymać uśmiechu na widok srebrnowłosej, która za wszelką cenę próbowała pojąć, co się dzieje. – Tylko troszkę! – Zawołał do niej zaraz potem, gdy to dostrzegła i doszła do stosownych wniosków; zrobił to jednak tylko dlatego, że patrząc na nią uważnie zyskał pewność, iż wcale nie jest zła. – No i nie zapominaj, że robimy to z miłości! – Zaznaczył z szerokim uśmiechem, znów robiąc im zdjęcie, ale tym razem w chwili, w której padły sobie w objęcia. – Dumny narzeczony! – Wtrącił wówczas do jej wypowiedzi, już się nie krępując im przerywać. Mina mu jednak nieco zrzedła, kiedy usłyszał, co staruszka zaplanowała, bo uświadomił sobie, że miała rację: że nadeszła najwyższa pora, żeby się zabrać za poszukiwanie idealnego domu dla jego rodziny: budynku, w który wnieśliby życie. Nieważne, jak bardzo nie podobało mu się to, że chwilowo nie miał do tego odpowiednich środków i wyglądało na to, że nawet gdyby udało mu się sprzedać dom w Hosmeade, to i tak będzie musiał skorzystać z tego, co chciała im ofiarować pani Thornton, wiedział, że miała rację. Dlatego też w chwili, w której on wziął córkę na ręce, a panie przysiadły na kanapie, nie mógł wreszcie nie stanąć po jednej ze stron: tym razem była to ta, którą przedstawiała seniorka rodu. Wszystkie argumenty, którymi starała się bowiem trafić do jego upartej narzeczonej, były w stu procentach trafne i logiczne; nie sposób było się z nimi choćby trochę nie zgodzić. – Przyjmiemy je – odezwał się więc, gdy Roselyn umilkła, a Vera patrzyła na nią, wahając się, co doskonale widział, pomiędzy głosami serca i rozsądku. – Przyjmiemy to, co chce pani ofiarować swojej wnuczce i prawnuczce – powtórzył, patrząc przez chwilę w oczy swojej ukochanej i w tym momencie przerwał, co pani Thornton zdawała się w pełni rozumieć. – Wiem, kochanie, że nie chcesz o tym myśleć, ale spójrz: twoja babcia ma rację. Tamten dom nie jest ani trochę odpowiedni dla ciebie, dla małej… dla nas. Brak prądu, odległość od ludzi, powierzchnia i łazienka… – westchnął. – Zasługujecie na coś więcej, dlatego… przyjmiemy je – ponowił, przenosząc wzrok na staruszkę – ale zrobimy to pod jednym warunkiem, od którego nie ma odstępstw – podkreślił, a cała jego postawa mówiła, że nie żartuje. – No… dwoma – dodał po namyśle i się uśmiechnął. – Po pierwsze, nigdy więcej nie usłyszymy z pani ust czegoś tak bzdurnego, jak mauzoleum starej baby. Nasza córka – spojrzał czule na Rose – otrzymała bowiem imię po najwspanialszej, najcieplejszej i najbardziej niesamowitej kobiecie, którą kiedykolwiek poznaliśmy, bo tym, o czym marzymy, jest to, aby się w nią wdała. Aby była taka jak ona, bo nie ma – nacisnął – drugiej osoby, którą oboje tak podziwiamy – mówił szczerze. – Po drugie zaś, część z tych pieniędzy zostanie przeznaczona na pokój na parterze z widokiem na ogród. Pokój pełen zdjęć, wełny i rodzinnego ciepła, który zajmie seniorka tego rodu. Pokój, który zawsze będzie należeć do niej, gdy będzie chciała nas odwiedzić i w którym zamieszka, kiedy jej koleżanki od kanasty zaczną jej działać na nerwy – dokończył, specjalnie ubierając o właśnie tak w słowa, bo nie chciał sugerować żadnego pogorszenia się stanu jej zdrowia. Wiadomym było jednak, że to mogło się wydarzyć w każdej chwili. – To jak, mamy umowę? – Zapytał, jednocześnie patrząc na ukochaną, aby się upewnić, że nie ma nic przeciwko; czuł jednak całym sobą, że ma jej pełne wsparcie w tym, co powiedział.

      kochający swoje panie Connor, który innymi słowy oświadcza Rosleyn, że ich dom jest jej domem

      Usuń
  2. Connor domyślał się, że Verze nie spodoba się to, co miał do powiedzenia w temacie sprzedaży przez jej babcię domu, ale czuł, że tak powinien postąpić. Zamierzał więc w stu procentach bronić swojego zdania i tego, jak się zachował, bo w tej konkretnej sytuacji, po prostu czuł, że nie warto się spierać. Jasne, że nie był w pełni zadowolony z tego, jak to miałoby wyglądać, ale od dawna nie widział pani Thornton w stanie równie wielkiej determinacji, czego ona sama zresztą dowiodła, przerywając srebrnowłosej w chwili, w której ta usiłowała zarówno jemu, jak i staruszce przemówić do rozsądku. Z jej słów bardzo dobitnie bowiem wynikało, że nie ma zamiaru się kłócić i swoją decyzję już podjęła – spojrzenie zaś, które mu rzuciła, było aż nadto wymowne i sugestywne. Wiedział, że lepiej jej nie podskakiwać i na wszelki wypadek nie dodał nic więcej, to kobietom pozwalając mówić i opiekując się w międzyczasie córeczką – jedynie raz się uśmiechnął szeroko do ukochanej, gdy ta spojrzała na niego w sprawie dzieci. Patrząc jednak na jej babcię, naprawdę nie było już o czym rozmawiać – ona tę decyzję już podjęła.
    — Przy niej każdy wyglądałby pięknie – uśmiechnął się więc czule, gdy w momencie, w którym zostali sami, jego narzeczona skomplementowała go, komentując najpierw całą resztę. Potrzebował bowiem kilku chwil, aby się w pełni zachwycić córeczką i przygotować na tę niezbyt łatwą rozmowę, którą Vereena postanowiła rozpocząć. – Pytasz dlaczego się zgodziłem? – Podjął ten trudny temat. – Bo ona to przemyślała – odpowiedział, wiedząc że to w zupełności wystarczy. Fakt bowiem, że Roselyn Thornton podzieliła się z nimi swoim pomysłem, oznaczał, że nie był to żaden poryw chwili ani pokaz spontaniczności z jej strony, tylko coś, czego była absolutnie pewna. On zaś w związku z tym miał niezbitą pewność, że niezależnie od ich zgody bądź jej braku, miała zamiar zrobić to, co sobie zaplanowała. – A sama powiedz, czy kiedykolwiek było tak, że twoja babcia zmieniła zdanie, jeśli się na coś uparła? – Zapytał, unosząc pytająco brwi. – Albo że cokolwiek jej wyperswadowałaś, jeśli ona zwyczajnie tego pragnie? – Dodał, a na jego ustach pojawił się lekki uśmiech, związany z uderzającym podobieństwem obu kobiet do siebie. – Bo z własnego doświadczenia mogę ci powiedzieć, a wiem co mówię – zauważył wesoło – mam przecież w domu jej wspaniałą wnuczkę i prawnuczkę – pocałował córeczkę w czółko po raz setny, ale na pewno nie ostatni tego dnia – to się nie uda. Widzę to tak, że albo zgodzimy się na to, co ta nieco szalona, ale wspaniała kobieta wpadła – ciągnął poważnie – albo spróbujemy się z nią kłócić, co przyniesie tylko taki efekt, że wyjdziemy stąd w paskudnych humorach i będziemy wszyscy tego żałować, ale ona i tak zrobi po swojemu. – Raczej wątpił w to, aby mógł się w tej kwestii mylić. – Myślisz, że podoba mi się myśl, że twoja rodzina chce nas wspomóc w kupnie domu, bo ja nie jestem jeszcze w stanie zrobić tego sam? – W jego głosie pojawiło się zmęczenie, ale nie wynikało ono z utraty sił. To było coś zupełnie innego: pokazywało, jak mocno go to zagadnienie gryzło. – Oczywiście, że mi się nie podoba. Ale to twoja rodzina – podkreślił łagodnie i czule. – Twoja uparta babcia, która nawet gdyby świat się walił, nigdy by z nami nie zamieszkała, a tak… tak, jeśli kiedykolwiek zajdzie taka potrzeba… to będzie też jej dom, Vero – skupił się na tym, co wydawało mu się w tym wszystkim najważniejsze. – Ona cię kocha – dodał później ciepło. – I szczerze nie dziwię się, że chce się upewnić, że jej wnuczka dostanie wszystko, co najlepsze, bo… bo jej na tobie zależy, moja mała dziewczynko – westchnął – a ja dobrze wiem, co to znaczy. Najchętniej ofiarowałbym ci cały swój świat. – Jego słowa były całkowicie szczere. – A ty… ty nie zrobiłabyś tego samego dla niej? – Podsunął Verze nieśmiało i cicho, nie chcąc aby poczuła się przez niego zaatakowana. – Bo ja myślę, że byłabyś pierwsza do udzielenia jej pomocy, gdyby coś się działo. Bo taka jesteś. Dobra, ciepła i kochająca. Zupełnie jak ona – wyszeptał z czułością, bo to właśnie to w niej podziwiał.

    C.

    OdpowiedzUsuń
  3. — Tutaj natomiast niedługo zacznie wariować z samotności i pod wpływem wspomnień chwil, które bezpowrotnie przeminęły. – Nie chciał być ostry, ale nie podobało mu się to, w jaki sposób Vereena mówiła zarówno o sobie, jak i o Roselyn, bo zupełnie się z tymi opiniami nie zgadzał. – Nie wiem, kochanie – przyznał otwarcie. – Nie wiem, czy to na pewno dobrze się skończy, ale… ale może każdy zasługuje na drugą szansę? – Zapytał cicho. – Może to najwyższa pora, aby wszystkim tym niedowiarkom udowodniła, jak wartościową jest kobietą? Może to pora, żeby zatrzeć te złe wspomnienia i przemienić je na coś dobrego? – Może brzmiał utopijnie, ale chciał w to wierzyć. To bowiem oznaczałoby, że i dla nich jest jeszcze szansa na osiedlenie się w okolicy i nie wywołanie tym żadnego skandalu obyczajowego.
    Rozumiał jednak uczucia, które targały jego ukochaną i wcale się nie dziwił, że nie było jej łatwo się z tym wszystkim pogodzić. Bądź co bądź, Roselyn Thornton była właściwie jedyną jej rodziną – ale za to jaką wspaniałą! – i zwyczajnie pragnęła dla niej jak najlepiej. Z tego też powodu Connor zdecydował się jej uświadomić, jak bardzo są do siebie podobne, po czym bardzo uważnie jej wysłuchał, gdy się do tego odnosiła. Nie wierzył jej, gdy mówiła o ich majątku, ale to doceniał – podobnie zresztą jak fakt, że podeszła do niego i przyznała mu ostatecznie rację.
    — A ktoś w ogóle mówił o innej możliwości? – Odparł z uśmiechem, który jawnie wskazywał na to, że wilkołak nigdy nie podjąłby takiej decyzji kosztem zdrowia starszej pani. Jego zamiarem było upewnienie się w stu procentach, że nie brakuje jej niczego, a dopiero potem przyjęcie pomocy od niej, przy jednoczesnym zadbaniu w międzyczasie o sprzedaż domu w mieście czarodziejów, co miało wszystko ułatwić. – Vero… – wziął głęboki oddech, chwytając wolną dłonią jej dłoń i na moment zatopił się w jej oczach. – Nigdy bym was nie skrzywdził – przypomniał jej cicho i czule. – Ani was – mówiąc to patrzył zarówno na nią, jak i na ich małą córeczkę – ani twojej babci. Nie czyham na jej dobytek i mam zamiar zrobić wszystko, aby połowa ten jeden raz – mrugnął do niej porozumiewawczo, nawiązując do znanego powiedzonka – okazała się faktycznie mniejsza i większa, bo ona, zupełnie tak jak pewna piękna dziewczyna, którą tak szaleńczo kocham, ma tendencje do przedkładania innych ponad siebie, a sama zasługuje na wszelkie skarby świata. – Szczerze myślał to, co w tym momencie mówił srebrnowłosej. – Poza tym, ej! – Znów mrugnął do niej porozumiewawczo. – Całkiem lubię na was wpadać przy każdym możliwym ruchu w naszym małym domku – wyszczerzył się z zadowoleniem. – Aż tak mi się nie spieszy do tego, żeby z tego rezygnować… ale musimy o tym pomyśleć. Dla dobra naszej dziewczynki – zaznaczył, bo to był główny powód, dla którego w ogóle rozważał zmianę domu. Rosie zasługiwała na prawdziwy dom blisko innych ludzi: tam, gdzie będzie mogła nawiązać relacje międzyludzkie i poczuć się częścią społeczności, czego Vereenie i jemu tak naprawdę w życiu brakowało. – Mam nadzieję, że nie jesteś na mnie zła? – Zapytał na wszelki wypadek, bo po wszystkich tych słowach, które między nimi tego dnia padły, nie miał co do tego pewności. – Chciałem… chciałem, no… mieć pewność, że tym razem zrobię wszystko odpowiednio – wyjaśnił z odrobiną zmieszania, jak zawsze, kiedy się zdobywał na romantyczne gesty i nie był pewien, jak zostaną odebrane – więc poprosiłem wczoraj twoją babcię o twoją rękę, ale nie miałem pojęcia, że skłoni to ją do takich decyzji – westchnął, bo czuł się niejako za to odpowiedzialny. – Ona naprawdę chce ci tylko okazać całą miłość, jaką dla ciebie gromadzi w sercu. To… to jest piękne, wiesz? – Wyznał z prawdziwym podziwem, szczerze im tego zazdroszcząc. Gołym okiem widać było bowiem, jak silna więź je łączy. – Nie mogliśmy wybrać lepiej imienia, dla naszej córki… – stwierdził z ciepłem w głosie i natychmiast przytulił małą mocniej do siebie, mając to irracjonalne poczucie, że nie okazuje jej uczuć dostatecznie często i ten mały szkrab nie zdaje sobie sprawy z ich potęgi.

    Connor

    OdpowiedzUsuń
  4. Niewiadomych w sprawie Roselyn oraz ich nowego domu, było mnóstwo. Najgorsze było jednak to, że zupełnie nie mogli ograniczyć ich liczby – musieli kupić przysłowiowego kota w worku i mieć nadzieję, że okaże się to trafny wybór. Nikt nie mógł im bowiem dać gwarancji na to, że los się do nich uśmiechnie i nie dołoży im kolejnych zmartwień ani że nic złego się nie stanie. Siłą rzeczy Connor nie mógł więc przysiąc ukochanej, że jej babcia będzie szczęśliwsza, kiedy się wyprowadzi z budynku, który obecnie przynosił jej sam smutek ani ona nie mogła mu przyrzec, że to, że poradził sobie z przyjęciem porodu oznacza, że już zawsze wszystko będzie mu się udawać.
    Problem w tym, że rzucanie się w ciemno w wir wydarzeń wcale im się nie uśmiechało i chyba najbardziej wilkołak obawiał się tego, że przekonawszy teraz srebrnowłosą do swojej wizji przyszłości, coś się spieprzy. Oczywiście, nie chciał wcale tak myśleć, ale gdzieś tam w głębi serca kiełkowały w nim takie obawy i zupełnie nie chciały odpuścić. Dobrze więc, że chociaż miłości w ich rodzinie był pewien oraz tego, że zawsze mogą na siebie liczyć.
    — Jasne, że nie! – Zaprzeczył w związku z tym bardzo emocjonalnie, gdy Vereena z nie do końca znanych mu przyczyn wspomniała o czymś tak okropnym, jak możliwość przeniesienia ich córki do innego pokoju już teraz, gdy wciąż była tak mała i krucha i kiedy… oni tak bardzo jej nadal potrzebowali. – Nie ma w ogóle takiej opcji. Nie. Nie! – Zaznaczył ostro, wzdrygając się na samą myśl o tym. – To zajmie jeszcze długo. Dłuuugo – podkreślił, nawet nie chcąc zastanawiać się nad czymś tak nieprzyjemnym: szczerze nie wyobrażał sobie, że miałby zrezygnować z bliskości z małą choćby na chwilkę. Wolał porozmawiać o nich, ale szczęśliwie, między nimi też wszystko było w najlepszym porządku: Vereena nie zamierzała się na niego gniewać. – Obawiam się, że to by mnie mogło zabić… – wyznał z westchnieniem w kwestii czarnej polewki i uśmiechnął się czule do swojej narzeczonej, bezgranicznie uszczęśliwiony samym faktem, że ona jest obok. To zaś, że tak pięknie wyznawała mu miłość, było w tym wszystkim dodatkowym bonusem, a pieszczota, którą od niej otrzymał, stanowiła swoistą wisienkę na torcie. – Tego, że cię kocham, też nie muszę ci w takim razie mówić, skoro to już wiesz? – Uśmiechnął się do niej zadziornie. – Wiem, że wiesz – dodał zaraz potem – ale nie chcę, aby kiedykolwiek naszły cię co do tego wątpliwości. Cała nasza rodzina jest dla mnie ważna. Cała – podkreślił z miłością, która tylko przybrała na swojej sile, kiedy Vera znów dobitnie okazała swoje oddanie względem Roselyn. – To u was rodzinne – zauważył więc czule – ale nie martw się: to właśnie czyni was tak niezwykłymi, wiesz? – Zapewnił ją zupełnie szczerze, po czym wybuchł radosnym śmiechem, kiedy zaczęła się dopominać o ich małą córeczkę. – Nie – odparł buńczucznie. – Zdecydowanie nie trzymam jej za długo, bo nie wiem czy wiesz, ale to moje małe maleństwo – oznajmił dumnie. – Moja kruszynka, którą kocham i która tutaj całkiem pięknie pasuje, nie sądzisz? – Ciągnął z zadowoleniem, ale jak na złość Rosie w tej samej chwili zaczęła kwilić i wyciągać charakterystycznie główkę w poszukiwaniu piersi. – No masz ci los. Co ci tatuś mówił, kochanie, hm? – Spojrzał na córkę z czułością, mimo że niby ją w tym momencie krytykował. – Miałaś ładnie spać i się do mnie tulić, no! – Westchnął z żalem, ale czym prędzej podszedł z Verą do fotela, po czym podał jej ich skarb. – Musiałaś mi pozazdrościć, nie? – Wymruczał, gładząc Rosie po główce w chwili, w której do pokoju weszła jej babcia. – To jawna niesprawiedliwość, że tylko wam przysługują takie momenty! – Oznajmił, robiąc obrażoną minę. – To jest po prostu okrutne. Ja się nie zgadzam. Nie i już, o! – Założył ramiona na piersi i zatupał dla lepszego efektu nogą.

    Connor

    OdpowiedzUsuń
  5. Kwestia tego, kiedy Vereena stanie obok niego przed ołtarzem i powiedzą sobie przed obliczem Boga sakramentalne „tak”, już od momentu wsunięcia przez niego na palec srebrnowłosej pierścionka zaręczynowego, poważnie go zastanawiała. Zdawał sobie bowiem sprawę z tego, jak trudno jest o idealną datę, a im więcej o tym myślał, tym mniej już wiedział, jaki dzień byłby na ten cel najlepszy. Możliwości kotłowały mu się natomiast w głowie, ale żadna z nich nie sprawiała, że czuł to tajemnicze coś – pewność, że powinno być tak, a nie inaczej. Żadna, do momentu, w którym siedząc przy stole w domu Roselyn Thornton nie spojrzał na jej ślubne zdjęcie i nie pojął, że jeśli istnieje jakakolwiek data albo małżeństwo, do którego siły powinni aspirować, to z całą pewnością jest nim związek dziadków jego ukochanej. Pomimo tylu lat rozłąki wciąż bowiem w słowach pani domu kryła się niebywale wielka czułość, miłość i tęsknota, kiedy opowiadała o swoim mężu.
    Nie chciał jednak w żaden sposób zaburzyć planów ukochanej ani nijak sprawić, aby się poczuła jak ktoś, za kogo on podejmuje wszelkie decyzje. Zdecydował się więc poruszyć ten temat tylko dlatego, że jeszcze nie mieli szansy go tak naprawdę omówić, a pomysł ten naprawdę wydał mu się wspaniały. I był niemal stuprocentowo pewien, że prababcia Rosie byłaby zachwycona…
    — Trzynasty lipca – potwierdził początkowo cicho, czując jak jego entuzjazm maleje, gdy zobaczył, jak Vera w odpowiedzi marszczy czoło. – Ale… ale no, to tylko taka luźna myśl. Nie musimy tego wcale… – Zaczął więc natychmiast wyplątywać się z tego, aby nie czuła się w żaden sposób do niczego zobligowana, lecz szczęśliwie w tym samym momencie Vereena zareagowała zupełnie inaczej i to, co wziął za brak zachwytu jego pomysłem z jej strony, okazało się być tak naprawdę jedynie wyrazem szoku. – A czy wyglądam na kogoś, kto waha się choć trochę? – Jego uśmiech poszerzył się znacząco, a on sam wylądował na kolanach tuż przy krześle srebrnowłosej, wpatrzony w nią jak w obrazek. Ujął jedną z jej dłoni i przycisnął ją sobie do ust w miejscu, w którym mienił się jej pierścionek. – Jestem w stu procentach pewien tego, co czuję – zaznaczył z czułością i niemal nabożną czcią – a przede wszystkim tego, że chcę, abyś została moją żoną. I nie wierzę, że może być lepszy termin, niż data ślubu małżeństwa, które we wszystkich opowieściach jawi się, jako przykład związku idealnego. Nie zawsze zgodnego, nie zawsze radzącego sobie tak, jak powinno, ale… kochającego się aż do końca – westchnął. – Twoja babcia wciąż ma tę niesamowitą miłość i oddanie w oczach, kiedy mówi